FANDOM


Rozdział VIII Zima pośród lodów
Rozdział IX
Juliusz Verne
Rozdział X
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


IX.

Dom ze śniegu.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 08

Gromadka nasza ruszyła w drogę.

W dniu 23 października, o godzinie jedénastéj z rana, przy żywym blasku księżyca, gromad­ka naszych podróżników ruszyła w drogę. Po­nieważ rozsądek kazał przewidywać, że wyprawa po za czas z góry naznaczony przeciągnąć się może, przedsiębrano więc śród drogi wszystko to, co dyktowała ostrożność. Jan Cornbutte skiero­wał pochód ku okolicy północnéj. Postępowano wciąż po jednolitéj masie lodów, tak twardéj, iż na jéj powierzchni stopy ludzkie nie wyciskały, najsłabszego nawet śladu. To téż, aby ułatwić so­bie powrót, Jan Cornbutte wzdłuż przebytéj dro­gi, w odpowiednich odstępach, pozostawiał stosowne znaki, lub bacznie rozpatrywał się w położe­niu okolicy. Gromadka nasza przechodziła to przez lodowy wzgórek, najeżony cyplami, to znowu kroczyła przez olbrzymią masę lodu, któ­rą, siła wewnętrzna wyparła z nieprzejrzanéj płaszczyzny.

Na piérwszym przystanku, po przejściu jakich piętnastu mil, Penellan zabrał się do urządzenia chwilowego siedliska. Namiot, zawieszony u bo­ku olbrzymiego lodowca, musiał tym razem wystarczyć. Na szczęście, Marya nie cierpiała bar­dzo od straszliwego zimna, bo dokuczliwy wiatr ucichł i stał się znośniejszym; mogła przynajmniéj wychodzić częściéj ze swego maleńkiego schronie­nia, aby użyć ruchu, bez którego cyrkulacya krwi byłaby po niejakim czasie niemożliwą. Zresztą jéj chatka na saniach była urządzona do­syć wygodnie, a Penellan okrył ją starannie skórami, które chroniły wnętrze od przeraźliwego zimna. Podczas nocy, zarówno jak wczasie spo­czynku, chatkę znoszono z sań i ustawiano przy ogólnym namiocie; wtedy służyła ona Maryi ja­ko sypialnia. Posiłek wieczorny składał się zwy­kle ze świéżéj zwierzyny, z solonego mięsiwa i z gorącéj herbaty. Jan Cornbutte udzielał także wszystkim pewną ilość soku cytrynowego, ja­ko prezerwatywę od szkorbutu. Po wieczerzy udawano się na spoczynek.

Po ośmiogodzinnym śnie, każdy zajmował wyznaczone sobie stanowisko. Rozdawano wówczas, zarówno ludziom jak i psom, pożywne śniadanie, a następnie wyruszano w drogę. Lód twardy i jednolity pozwalał psiemu zaprzęgowi ciągnąć sanie z taką, łatwością, że częstokroć ludzie za niemi nadążyć nie byli w stanie.

Marynarze nasi po kilku dniach podróży poczęli bardzo cierpiéć z powodu zapalenia oczu. Choroba ta objawiła się najpiérw i w największéj sile u Aupica i Misonne’a. Światło księżycowe, od bijające się o niezmierne płaszczyzny iskrzące­go się lodu, paliło wzrok i sprowadzało ból nie­znośny. Spostrzeżono także ciekawą okoliczność, wynikłą z ciągłego wytężenia wzroku i złudzeń świetlnych, a mianowicie iż postępując, nasi po­dróżni byli pewni iż tu i owdzie stąpali po pagór­kach, ale podniesiona noga opadała niespodzianie niżéj, co nieraz spowodowało upadek, na szczęście­ bez złych następstw. Penellan dowoli z tego żar­tował, bo poczciwy Bretończyk chciał żartem pod­sycać odwagę towarzyszów, ale mimo to nie było można wkrótce zrobić kroku bez wypróbowania drogi żelaznym drągiem.

Około 1-go listopada, w dziesięć dni po rozpo­częciu wyprawy, gromadka podróżnych znalazła się o jakie pięćdziesiąt mil na północ. Zmęcze­nie dało się czuć najdotkliwiéj wszystkim. Jan Cornbutte cierpiał bardzo na zapalenie oczów, a siła wzroku znacznie mu osłabła. Aupic i Misonne szli prawie już tylko poomacku, bo oczy ich, obwiedzione czerwoną obwódką, nie znosiły odbicia się światła księżycowego. Maryn była jeszcze wolną od tego cierpienia, bo prawie cią­gle siedziała w swojém schronieniu, o ile to było możliwém, Penellan, podtrzymujący w sobie niezachwianą wytrwałość, oparł mu się także. Ale prawie nieczułym na te wszystkie dolegliwo­ści był Andrzéj Vasling; jego stalowy organizm­ znosił je bez ugięcia, a porucznik z rozkoszą tyl­ko śledził każdy objaw zniechęcenia śród gromadki towarzyszów i przewidywał chwilę, w któréj zażąda ona natychmiastowego powrotu.

Właśnie téż w dniu 1 listopada, wskutek straszliwego znużenia, odpoczynek dłuższy stał się koniecznością.

Skoro tylko stanęło na tém, aby na dłuższy czas podróż zawiesić, zabrano się natychmiast do urządzenia siedziby. Postanowiono zbudować dom ze śniegu, który jedną stroną opiérał się o skały wzgórka. Misonne naznaczył natychmiast podwaliny, długie na piętnaście, a szérokie na pięć stóp; Penellan, Aupic i cieśla wzięli się bezzwło­cznie do nagromadzenia brył lodu, zapomocą swych bosaków sprowadzili je na miejsca wybra­ne i poczęli jo układać jak cegły. Wkrótce głów­na ściana była wzniesiona na pięć stóp wysoko­ści, z grubością prawie tych samych wymiarów, bo niepotrzeba było osaczedzać materyałów budowlanych, skoro ich było poddostatkiem. Ściana ta zdawała się dosyć silną na przeciąg dni kilku. Po upływie ośmiu godzin wszystkie cztéry ściany były już prawie ukończone; wyjście urządzono w stronie południowéj, a płótno żaglowe, które położono na tych ścianach, spadało na drzwi, osła­niając je tym sposobem w każdéj chwili. Nale­żało już tylko budowę tę zasklepić i sklepieniem zastąpić brak właściwego dachu.

Po trzech godzinach ciężkiéj pracy, dom ze śniegu został ukończony i każdy z robotników mógł teraz śród murów jego po trudach odpocząć. Ale, niestety, praca ta tak znużyła marynarzy, iż wyczerpała prawie do reszty ich energią i od wagę. Sam Cornbutte przytém cierpiący był bardzo i niezdolny do zrobienia choćby jedne­go kroku, a Vasling tak wszędzie potrafił wyzy­skać smutne te okoliczności, iż wymógł na nim zdanie, iż dotychczasowych poszukiwań daléj po­suwać niepodobna. Penellan, usłyszawszy to, oburzył się niezmiernie; gdy słyszał, iż porzuca się zgu­bionych towarzyszów tak niegodziwie i z takiém tchórzostwem w ich położeniu okropném, przejmowała go groza. Nie wiedział już, jak się za­klinać, że „wszystko się zmieni na lepsze,” aby tylko dodać od wagi i siły odrętwiałym kolegom, ale wszystko to było naprożno.

Ponieważ obecnie powrót do okrętu już postanowiono, uznano przeto odpoczynek kilkodnio­wy za konieczny, témbardziéj że należało przy­ gotować się do drogi.

W d. 4 listopada Cornbutte rozpoczął urządzenie podziemnego składu takich zapasów, które mu się zbytecznemi okazały. Skład ten odpo­wiednio naznaczono, aby, wrazie ponowionéj wy­cieczki, można go było w przyszłości odnaléść. Przez całą zresztą drogę, podczas cztérech dni pochodu, urządzano składy podobne w różnych miejscach, aby tym sposobem miéć żywność zachowaną na czas powrotu, bez koniecznéj potrze­by wożenia jéj na saniach.

Dnia 5 listopada miano wyruszyć w drogę. O dziesiątéj godzinie zrana pochód miał się roz­począć. Smutek i strapienie widoczne były na twarzach wszystkich. Marya zaledwie potrafiła wstrzymać łzy, które jéj się cisnęły do oczu na widok zupełnego zniechęcenia jéj wuja. Tyle cierpień bezużytecznych, tyle trudów... próżnych! Penellan miał humor wściekły; klął na czém świat stoi wszystkich za lada sposobnością; oburzał się na słabość i nikczemność swych towarzyszów, bardziéj trwożliwych i zmęczonych, niżeli Marya, która i teraz jeszcze, na krańcu świata, nie żaliła się i nie upadała na duchu.

Widząc co się dziéje, Vasling nie umiał ukryć swego zadowolenia. Jeszcze bardziéj stał się nadskakującym dla Maryi, któréj tłumaczył na pociechę, że poszukiwania można będzie prowadzić na wiosnę... Był to fałsz, albowiem pan po­rucznik wiedział wybornie, iż wówczas wszelkie poszukiwania będą już próżnemi.

Nazajutrz miano wyruszyć w drogę.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.