FANDOM


Rozdział VI Zima pośród lodów
Rozdział VII
Juliusz Verne
Rozdział VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


VII.

Zimowisko.

Penellan i tą razą miał słuszność: złe obróciło­ się w dobre, bo wczorajsze trzęsienie lodów isto­tnie otworzyło dla statku drogę, która go mogła wygodnie doprowadzić do przystani. Należało­ tylko zręcznie pokierować odpływającemi lodowcami, aby ją od nich uwolnić.

W dniu 19 września przeprowadzono statek i umocowano go silnie za pomocą kotwic na miej­scu zimowania. Wciągu dwóch dni następnych lód osiadł naokoło jego korpusu, a wkrótce tak był już silny, że mógł wybornie wytrzymać cię­żar człowieka, co zapewniło komunikacyą statku z lądem.

Okręt miał posłużyć za główną siedzibę dla naszych żeglarzy; już poprzednio był on do tego odpowiednio urządzony, a teraz należało zwinąć żagle i zabezpieczyć je od wilgoci. Gniazdo bo­cianie zostawiono jednak na swojém miejscu, czuwanie bowiem nad tém, co się działo na ziemi i na statku, było ciągle potrzebném.

Słońce w tej porze wznosiło się zaledwie nad linią horyzontu. Od przesilenia czerwcowego, droga, którą ono zakréślało, obniżała się ustawicznie i niezadługo miało się ono ukryć zupełnie.

Osada zabrała się chętnie do przygotowań; Penellan kierował pracą. Lód około statku do­ szedł wkrótce do wielkiéj grubości i można było przewidywać, że jego ściskanie się nie będzie dla okrętu niebezpieczném; ale Penellan był ostrożnym i wiedział, że lód zgrubieje bardziéj jeszcze, w skutek napływania i przylegania coraz nowych lodów. Kazał on boki okrętu okładać śniegiem i lodem, przez co, po zmarznięciu ich w jednę masę statek spoczywał jakby w łożu, którego kra­wędzie zabezpieczały go zupełnie od nacisku ze­wnątrz i od wszelkich drgań i poruszeń.

Majtkowie usypali następnie ścianę ze śniegu aż do parapetu, grubą na pięć do sześciu stóp, która wkrótce stwardniała w jednę masę. To po­krycie zewnętrzne miało na celu zapobiegnięcie promieniowaniu ciepła z wnętrza okrętu. Namiot z płótna, okryty skórami i hermetycznie zam­knięty, a rozciągnięty nad całym pokładem okrę­tu, tworzył rodzaj miejsca przechadzki dla osady.

Zbudowano téż skład na lądzie, w którym po­mieszczono tę część zapasów, która zbyt wiele miejsca zabiérała na statku. Ściany oddzielające kajuty zniesiono, tym sposobem bowiem utworzo­no jednę obszérną izbę; było to konieczném, po­nieważ zniesienie niepotrzebnych ścian i kątów chroniło od nadmiernego gnieżdżenia się wilgoci. Powprawiano téż rury do przewietrzania, szczel­nie zamykane od wnętrza.

Każdy z naszych marynarzy rozwinął energiczną czynność w tych przygotowaniach, które z dniem 25 Września zostały ukończone. Vasling nie był również opieszałym i pracował ochoczo z innymi. Starał się on także, o ile mu się spo­sobność nadarzała, zjednać sobie przychylność Ma­ryi, któréj myśl jednakże była ciągle zajęta odnalezieniem Ludwika. Jan Cornbutte spostrzegł i zro­zumiał wreszcie znaczenie tych nieukrywanych wcale zabiegów. Mówił o tém nawet z Penellanem, który mu opowiedział wiele szczegółów, za­uważanych oddawna, a ku temu zacnemu zmie­rzających celowi. Andrzéj Vasling kochał Maryą i zamierzał prosić o jéj rękę wówczas, gdy się oka­że iż Ludwika odszukać niepodobna; po powro­cie do Dunkierki pragnął poślubić młodą i piękną panienkę, która niezawodnie będzie, jak sądził, jedyną spadkobierczynią bogatego Jana Cornbutte.

W niecierpliwych oczekiwaniach tego, co pragnął osiągnąć porucznik okazywał często pewną niezręczność; aż nadto uparcie starał się dowodzić, że odnalezienie biédnych rozbitków jest niemo­żliwością, a jeżeli jakaś niespodziana okoliczność zadawała kłamstwo jego dowodzeniom, to Penellan nie omieszkał z tego korzystać, aby omyłki pana porucznika uwydatniać wobec całéj osa­dy. To téż Vasling szczérze nienawidził Bretończyka, co mu on odpłacał wzajemną niechęcią. Penellan spostrzegł nadto, że porucznik rzucił już niejedno ziarno zniechęcenia śród osady i radził kapitanowi, aby wrazie zaczépki zbywał Vaslin­ga zwłóczącemi i wykrętnemi odpowiedziami.

Gdy przygotowania siedziby zimowéj zostały ukończone, Jan Cornbutte przedsięwziął zaprowadzenie różnych środków, mających na celu utrzymanie zdrowia osady. Każdego ranka ma­rynarze musieli przewietrzać okręt i wyciérać ściany z wilgoci, która się na nich przez noc na­gromadziła. Co rano i co wieczór otrzymywali wszyscy gorącą kawę lub herbatę, wyborny na­pój, szczególniéj gdy idzie o rozgrzanie się; po­dzielono téż osadę na cztéry gromadki łowieckie, z których każda po kolei miała obowiązek dostar­czania upolowanéj zwierzyny, a więc świeżego i posilnego pożywienia.

Wszyscy członkowie osady, i to codziennie, musieli używać ruchu, bez czego pozostawanie w tamtejszéj temperaturze byłoby zabójczém. Przy zimnie zresztą, dochodzącém do trzydziestu stopni niżéj zera, można się było narazić na od­ziębienie jakiéj części ciała. Jedyném lekarstwem w takim przypadku było tarcie śniegiem porażo­nego członka, bez czego można go było utracić na zawsze.

Penellan zalecał usilnie swoim towarzyszom zimne obmywanie co rano. Sam okazywał pewną odwagę w umywaniu się do pasa w śniegu, zaledwie topniejącym. Dawał on pod tym względem zachęcający przykład, który ochoczo naśladowała i Marya.

Jan Cornbutte nie zapomniał téż o czytaniu bi­blii i pełnieniu obowiązków religijnych, bo wiedział że w téj okropnéj krainie należy się wystrzegać nadewszystko nudów i upadku na duchu. Nie ma tu nic niebezpieczniejszego, jak poddanie się bierne tęsknocie i cierpieniom.

Niebo, ustawicznie ciemne i niepogodne, i tak napełnia duszę smutkiem. Gęsty śniég, pędzony przez wściekłe wichry, spada nieobliczonemi masami. Słońce lada chwila zniknie nadługo... Gdyby nie chmury, które ciągle pędzą nad głowami naszych marynarzy, widzieliby przynaj­mniéj żywą tarczę księżyca, prawdziwego w tych krajach słońca, śród nocy półrocznéj... ale w téj porze, śród tych wiatrów zachodnich, śniég nie przestaje tu padać ani na chwilę. Co rano trzeba odrzucać go na nowo i rąbać nowe schody w ścia­nie lodowéj łożyska okrętowego, po których osa­da schodzi na płaszczyznę. Zapomocą toporów nie było to trudném, ale jeżeli z pod lodu woda trysnęła komuś na twarz, to pod działaniem stra­szliwego zimna, ścinała się natychmiast w lodową skorupę.

Nieopodal od okrętu Penellan wywiercił w lodzie rodzaj studni; tym sposobem osada miała wodę, pompowaną z pewnéj głębokości, co ją czyniło cieplejszą, ale studnię trzeba było co­dziennie przebijać na nowo, bo powierzchnia wo­dy natychmiast zamarzała.

Wszystkie te przygotowania zajęły około trzech tygodni czasu. Ponieważ zostały ukończone, na­leżało więc teraz pomyśléć o dobrém prowadze­niu poszukiwań, stanowiących jedyny cel wypra­wy. Statek był uwięziony na jakie sześć albo siedem miesięcy i tylko odwilż mogłaby mu otwo­rzyć dalszą drogę; ale morze zamarzło; po jego lodowéj powierzchni można było zajść jak najda­léj i korzystać z tego należało.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.