FANDOM


Rozdział V Zima pośród lodów
Rozdział VI
Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


VI.

Trzęsienie lodów.

W dni kilka później Nieustraszony napotkał na swéj drodze nieprzebyte zapory. Osada pra­cowała ciągle z siekiérami i oskardami w ręku; musiano nawet użyć prochu do rozsadzania ol­brzymich mas lodowych.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 05

Morze przedstawiało niezmierzoną płaszczyznę lodową.

W dniu 12 września morze przedstawiało tylko niezmierzoną, jednolitą płaszczyznę lodową bez wyjścia, która otaczała okręt, nie pozwala­jąc mu ani postąpić naprzód, ani się cofnąć lub wykręcić. Zima już się więc rozpoczęła, wraz ze wszystkiemi niebezpieczeństwami i cierpienia­mi, i należało pomyśléć o odpowiedniém sie­dlisku.

W tej chwili Nieustraszony znajdował się mniéj więcéj pod dwudziestym piérwszym stop­niem długości zachodniej i siedemdziesiątym szó­stym szérokości północnéj, u wejścia do zatoki Gaël-Hamkes.

Jan Cornbutte przedsiéwziął piérwsze stara­nia około odnalezienia wygodnego zimowiska. Przedewszystkiém należało wynaléźć bezpieczną przystań, w któréjby statek znalazł skuteczną od wichrów i parcia pękających lodów. Ziemia, oddalona ztąd o jakie mil dziesięć na zachód, mogła była przedstawiać najpewniejsze schronienie, potrzeba było zatém po niéj się rozpatrzyć.

W dniu 12 września puszczono się zatém w drogę małą gromadką, złożoną z Vaslinga, Penellana, Gradlina i Turquiette' a, pod kierunkiem samego kapitana. Każdy z nich niósł zapasy na dwa dni, bo nie było prawdopodobieństwa aby wycieczka dłużéj potrwać mogła; prócz tego wzię­to skóry bawole, do obwijania się w nie podczas snu.

Śniég, który spadł w wielkiéj obfitości i który jeszcze dostatecznie nie stwardniał od mrozu, opóźniał i utrudniał pochód. Nasi marynarze grzęźli w nim często po pas, można więc było postępować z największą tylko ostrożnością, aby nie zginąć w jakiéj ukrytéj szczelinie. Penellan, któ­ry brnął na czele, sondował bezustannie żela­znym drągiem głębokość śniegu i wskazywał bez­pieczną drogę towarzyszom.

Około piątéj godziny wieczorem mgła nie­przedarta pokryła płaszczyznę i gromadka nasza musiała się zatrzymać. Penellan zajął się natychmiast wyszukaniem jakiego lodowca, któryby ich osłaniał od wiatru. Po spożyciu posiłku, z wiel­kim żalem iż nie było żadnych rozgrzéwających napojów, marynarze rozciągnęli skóry bawole, obwiązali się niémi, ułożyli jeden przy drugim i... sen wkrótce zamknął ich znużone powieki.

Nazajutrz rano Jan Cornbutte i jego towarzy­sze spostrzegli, iż śniég, który padał przez noc całą, przysypał ich prawie na stopę grubości. Na szczęście, bawole skóry były nieprzemakalne, a śniég przyczynił się do zabezpieczenia ich we­wnętrznego ciepła, bo uczynił niemożliwém jego promieniowanie.

Kapitan dał wkrótce znak do pochodu i, oko­ło południa, gromadka marynarzy dostrzegła nareście wybrzeże ku któremu zmierzała. Olbrzymia masa lodowa, stércząca prostopadle, wznosiła się imponująco nad brzegiem morza, a jéj wierz­chołek, poszarpany w różne szczerby i zęby, przed­stawiał szczególniejsze zjawisko lodowéj krystali­zacyi. Miliardy ptaków wodnych zerwały się, ujrzawszy nadchodzących, a foki, które się ocię­żale poruszały na brzegu, za zbliżeniem gromadki zanurzyły się pośpiesznie w falach.

— Dzięki Bogu — zawołał Penellan — przynajmniéj nie zbraknie nam futer i mięsa!

— Te zwierzęta — zauważył Cornbutte — musiały już widziéć ludzi, bo inaczéj, w tych samo­tnych okolicach, nigdy przez nich nienapastowa­ne, nie byłyby teraz tak dzikie i płochliwe.

— Zapewne Grenlandczycy odwiédzają te strony — wtrącił VasIing.

— Nie zdaje mi się — zaprzeczył roztropnie Penellan — boć przecie znaleźlibyśmy tu jakieś śla­dy koczowisk, albo choćby szałasów. Hej! kapi­tanie — zawołał, wdarłszy się jednocześnie na wy­niosły wzgórek — pójdźcie-no tutaj! Widzę ztąd miejscowość, która nas wybornie zabezpieczy od burz i wichrów!

— Za mną, towarzysze! — zawołał Cornbutte, i wkrótce wszyscy znaleźli się obok Penel­lana.

Bretończyk miał słuszność. Ziemia w je­dnym punkcie wznosiła się i wydłużała kulisto, stanowiąc wyborny przylądek i rodzaj zatoki, mającéj z milę obszaru w swojém zagłębieniu. Śród téj zatoki pływały lody ruchome, a morze, zasłonięte od mroźnych wiatrów północnych, by­ło tu niezamarznięte.

To miejsce na zimową siedzibę było wy­borne. Należało sprowadzić tu okręt, lecz Jan Cornbutte zauważył, że płaszczyzna lodowa była tak grubą, iż wyrąbanie w niej przejście dla stat­ku byto istotném niepodobieństwem. Należało więc szukać innéj przystani, ale wszelkie starania pod tym względem były próżnemi. Okolica przed­stawiała niezmierną płaszczyznę i była wystawio­na na całą siłę wichrów północnych. Ta okoli­czność zmartwiła kapitana, i to témbardziéj, że Vasling niezbitemi argumentami starał się do­wieść, że położenie jest jaknajgorsze. Penellan zato, wedle zwyczaju, i teraz usiłował podtrzymać odwagę towarzyszów, mówiąc po staremu, iż „nié ma tego złego, coby na dobre nie wyszło“.

Ponieważ poszukiwania w stronie północnéj nie powiodły się, należało przeto szukać przysta­ni zimowéj dla okrętu w okolicy południowéj. Trzeba się było wrócić i to bez wahania. Nasza gromadka istotnie téż za wróciła na drogę ku okrętowi, z tém większym pośpiechem, że i zapa­sy żywności już się wyczerpywały. Jan Cornbutte przez całą drogę upatrywał jakiegoś możliwego przejścia, albo szczeliny, któraby się dała rozszérzyć na kanał dla statku — lecz naprożno.

Około wieczora, marynarze zbliżyli się do miejsca, w którém nocowali poprzedniego dnia. Od rana prawie śniég nie padał wcale, mogli więc rozpoznać ślady swojego ciału, odciśnięte na płaszczyźnie. Należało i teraz spocząć tutaj, okrywszy się przeto swojemi skórami bawolemi, legli i wkrótce posnęli.

Penellan, wielce udręczony niepowodzeniem wyprawy, spał źle i niespokojnie. Budził się co­chwila, i naraz, śród takiego przebudzenia, u­wagę jego zwrócił oddalony i głuchy łoskot.

Wytężył słuch, a ów łoskot tak mu się dziwnym wydał, że targnął Jana Cornbutta za ramię, bu­dząc go.

— Co tam? — mruknął kapitan, według że­glarskich nawyknień zawsze czujny, choćby przebudzony z największego snu.

— Posłuchaj-no, dowódzco — odrzekł Pe­nellan.

Łoskot wzrastał z gwałtowną szybkością.

— Nie może to być grzmot w tych półno­cnych stronach — zauważył Cornbutte, wstając.

— A ja sądzę że to gromada białych nie­dźwiedzi zbliża się ku nam — odrzekł Penellan.

— Do diabła!... Żeby nas tylko te bestye nie spostrzegły!

— Bądźcobądź, najrozsądniéj będzie przy­gotować się do tych miłych odwiédzin — mruknął Penellan. — Rozpoczynający walkę najczęściéj ją wygrywa.

Rzekłszy to, Penellan, uzbrojony w strzelbę, wdarł się na pagórek, który ich zasłaniał. Ciemności były nieprzejrzane, okolica mgłą zasłonięta, nie można więc było nic ujrzéć, ale nowy wypa­dek przekonał wkrótce, że łoskot straszliwy nie pochodził bynajmniéj z zewnątrz. Jan Cornbutte, znalazłszy się przy boku Penellana, zauważył że odgłosy, które wreszcie zbudziły towarzyszy, da­wały się słyszéć z pod nich.

Groziło im w téj chwili straszliwe niebezpieczeństwo. Z łoskotem, który miał wiele podo­bieństwa do grzmotu, połączyło się wkrótce silne wstrząśnienie płaszczyzny lodowéj. Kilku mary­narzy straciło równowagę i upadło.

— Baczność! — zawołał Penellan.

— Baczność! — powtórzyli inni.

— Turquiette, Gradlin, gdzie jesteście!?

— Tutaj — odrzekł Turqniette, strząsając śniég, który go przysypał.

— A gdzie Vasling? — zawołał kapitan.

— Jestem, dowódzco, lecz zdaje mi się, że jesteśmy zgubieni!

— Niekoniecznie — odrzekł Penellan — kto wié, może właśnie jesteśmy ocaleni!

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 06

Drżenie to przeraża­jące trwało blizko dwie godziny.

Zaledwie Bretończyk wymówił te słowa, gdy przerażający trzask zagłuszył go zupełnie. Pła­szczyzna pękła przez całą swą długość, a majtkowie musieli się uczepić lodowca, który się chwiał nad nimi. Jakby naprzekór słowom Penellana, znaleźli się w téj chwili śród najokropniejszego niebezpieczeństwa, ponieważ trzęsienie trwało w całéj swéj sile. Lody „podniosły kotwicę,“ we­dle wyrażenia marynarzy. Drżenie to przeraża­jące trwało blizko dwie godziny i zdawało się, że lada chwila przepaść otworzy się pod stopami strwożonych żeglarzy. Całą noc przepędzili tu w śmiertelnéj obawie, że każdy krok może ich przyprawić o zgubę, i przez cały ten czas byli pewni, że lada chwila morze pochłonie ich bez li­tości.

Z piérwszym brzaskiem dnia niespodziéwany widok przedstawił się ich oczom. Płaszczyzna, jednolita wczoraj, obecnie potrzaskana i poroz­dzielana była w różnych kierunkach, a okoli­czność ta sprawiła, że teraz statek z łatwością będzie mógł znaleść drogę, którą się dostanie do owéj wygodnéj przystani, odkrytéj przez Penellana.

Piérwsza myśl Jana Cornbutte była o jego Nieustraszonym.

— Biedny mój statek! — zawołał. — On niezawodnie zginął!

Na twarzach jego towarzyszów odbił się w téj chwili wyraz przygnębienia i rozpaczy. Utrata okrętu zwiastowałaby im śmierć nieuniknioną.

— Odwagi, przyjaciele! — rzekł Penellan.­ — Mam nadzieję, że trzęsienie straszliwe, które nas takiéj nabawiło trwogi, kto wié czy nie otworzyło nam drogi do przystani, w któréj możemy prze­pędzić zimę. Ależ co ja widzę! Oto nasz statek, nasz Nieustraszony, tylko o jaką milę bliżéj posu­nięty przez burzę i wichry!

Wszyscy, na ten widok, rzucili się naprzód, i to tak nieuważnie, że Turquiette upadł w głęboką szczelinę i byłby w niéj niezawodnie zginął, gdyby nie Cornbutte, który go z niéj wyciągnął za kaptur. Niebaczność swą opłacił zimną kąpielą. Śród ostrej zimy — rzecz wcale niewygodna.

Rzeczywiście, statek zbliżył się o dwie mile. Po wielu usiłowaniach, gromadka nasza znalazła się przy nim i ujrzała go w najlepszym stanie; ster tylko, który można było zastąpić innym lody pogruchotały na drzazgi.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.