FANDOM


Rozdział IV Zima pośród lodów
Rozdział V
Juliusz Verne
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


V.

Wyspa Liverpool.

Statek płynął teraz po morzu prawie zupełnie otwartém. Tylko na dalekim widnokręgu biała­wa linia, blado oświécona, świadczyła iż się tam znajduje płaszczyzna nieruchoma — Iąd albo lodo­wisko.

Jan Cornbutte kierował się wytrwale ku przylądkowi Brewster, który leży w okolicach o temperaturze bardzo nizkiéj. Promienie słoń­ca są tam bardzo blade i nikłe, padają bowiem w kierunku zupełnie ukośnym i nie dają ciepła.

W dniu 3 sierpnia statek spotkał się z pła­szczyzną lodową, jednolitą i nieruchomą. Cie­śnina, którą przepływał, miała niekiedy zaledwie 120 sążni szérokości i Nieustraszony musiał robić milowe zboczenia, aby płynąć w zamierzonym kierunku.

Penellan z ojcowską pieczołowitością czuwał nad Maryą. Pomimo straszliwego zimna, zmu­szał ją codziennie do parogodzinnéj przechadzki po pokładzie, tłumacząc to konieczną potrzebą ru­chu, bez którego niepodobna utrzymać się tu w pożądanym stanie zdrowia.

Odwaga Maryi, pomimo mrozów i walki z ży­wiołami, ani na chwilę nie osłabła; miała jej tyle, że potrafiła gorącemi słowy zachęcać do wytrwa­nia marynarzy, którzy czuli zato dla niej prawdziwe uwielbienie. Szczególniéj porucznik Vasling starał się okazywać jéj najwyszukańszą uprzejmość i korzystał z każdéj sposobności, aby zjednać sobie jéj względy, ale Marya, jakoby wiedziona szczególniejszém przeczuciem, wszystkie te nadskakiwania przyjmowała obojętnie i chłodno. Rozumie się, że przedmiotem rozmów Vaslinga było więcéj przyszłość niż przeszłość: starał się on przekonać ją, o wszelkiem niepodo­bieństwie odnalezienia jéj narzeczonego i przed­stawił rzeczy tak, iż śmierć Ludwika miała być prawie dowiedzioną. Tłumaczył jéj przytém bardzo łaskawie, że ponieważ biédny rozbitek najniezawodniéj zginął, więc nie pozostaje jéj nic innego, jak losy swojéj przyszłości oddać w inne ręce.

Co prawda, Marya nie dość jeszcze pojmowała ukrytą myśl pana porucznika, a na wielkie jego niezadowolenie, rozmowy tego rodzaju nigdy się stosownie przedłużyć nie mogły. Poczciwy Penellan umiał zawsze przerwać je wporę i z niezmienną zręcznością, tak je kierował, iż dowodził jak na dłoni, że słowa zapewnień o śmierci pewnéj Ludwika traciły wszelkie zna­czenie.

Marya, mimo trudów i nudów podróży, nie zostawała ani na chwilę bez odpowiedniego za­jęcia. Stosując się do rady sternika, sporządzała swą odzież zimową, którą zresztą trzeba było za­stosować do warunków miejscowych. Jéj kobie­ce suknie nie były pod tą szerokością geografi­czną wcale właściwém odzieniem. Musiała się zgodzić na przywdzianie szérokich spodni futrza­nych, nogi odziać w buty ze skór foki i na to wszystko włożyć okrycie ciasne i długie tylko do łydek, aby jéj ono nie przeszkadzało w brnieniu po śniegu, który tu pokrywa ziemię grubym pokładem. Płaszcz futrzany, szczelnie otulający całą postać, z kapturem ogromnym, dopełniał te­go oryginalnego stroju.

W chwilach wolnych od zajęć służbowych, cała osada sporządzała sobie także odzienie na porę zimową, ostrą przeraźliwie w tych stronach. Zrobiono kilkadziesiąt par butów ze skór foczych, które by pozwoliły śmiało i bez szkody brodzić w grubym pokładzie śniegu, podczas wypraw na lodach i lądzie.

Vasling, dzielny strzelec, polował często z pokładu na przelatujące ptactwo wodne, którego nieprzebrane mnóstwo krążyło około okrętu. Mięso jego służyło na wyborny pokarm osadzie, która potrosze przykrzyć sobie poczynała swój codzienny pekeflejsz.

Po tysiącach zwrotów w cieśninie, statek na­koniec przybył do przylądka Brewster. Jan Cornbutte z Penellanem udali się w szalupie do lądu, który znaleźli głuchym i samotnym, jak pu­stynia.

Nieustraszony udał się ztąd ku wyspie Liver­pool, odkrytéj w roku 1821 przez kapitana Sco­resby; na wylądowaniu osada wydała okrzyk za­dziwienia, ujrzawszy mieszkańców tego kraju, którzy z brzegu przyglądali się okrętowi. Sto­sunki znajomości z nimi wnet zawiązane zostały, dzięki Penellanowi, który znał kilka wyrazów ich języka, i kilku frazesom najpotrzebniejszym, których mieszkańcy wyspy nauczyli się od żegla­rzy, polujących w tych stronach na wieloryby.

Ci Grenlandczycy byli wogóle mali i krępi, wzrost ich nie przechodził cztérech stóp i pięciu cali. Cerę mieli czerwonawą, twarze okrągłe i nizkie czoła; włosy ich, płaskie i czarne, spadały aż na barki. Zęby nizkie popsute, zdaje się że to w skutek choroby chronicznéj, na którą cierpią wszyscy ichtyofagowie, to jest ludzie ży­wiący się wyłącznie rybami.

W zamian za kawałki żelaza i miedzi, na które ci ludzie są bardzo chciwi, przynieśli oni mnóstwo futer niedźwiedzi, skór cieląt morskich, psów, wilków i różnych zwierząt, znanych ogólnie pod nazwą fok. Jan Cornbutte kupił to wszystko za­bezcen, chociaż to dlań było niezmiernie potrze­bne i użyteczne.

Kapitan następnie dał do zrozumienia tym Iudziom, że puścił się w te strony celem odszu­kania zaginionego statku, o którym i od nich pragnąłby się czegoś dowiedziéć. Usłyszawszy to, jeden z Grenlandczyków naznaczył na śniegu postać okrętu i objaśnił jak mógł, że coś podo­bnego przed trzema miesiącami płynęło w stronę północy. Dodał téż, że odwilż i ruchomość pól lodowych nie pozwoliła im udać się za śladami tego pływającego domu; na lekkich łodziach, któ­re jedynie posiadają, niepodobna się było w ta­kich warunkach puszczać na morze.

Te wieści, jakkolwiek bardzo niewystarczają­ce, rzuciły ziarno nadziei w piersi dzielnych ma­rynarzy, a Jan Cornbutte, korzystając z dobrego usposobienia osady, natychmiast rozkazał rozpu­ścić żagle, aby popłynąć na morze polarne.

Przed odpłynięciem z wyspy Liverpool, kapi­tan nabył zaprząg psów eskimoskich, które są wielce wytrzymałe na zimna tamtejsze. Statek podniósł kotwicę w dniu 10 sierpnia rano i, przy silnym wietrze, skierował się ku północy.

Była to pora najdłuższych dni w roku, a słoń­ce, które obecnie wcale nie zachodziło, dosięgło najwyższego punktu swéj drogi spiralnéj, którą tu zakréślało nad horyzontem. Nieobecność cią­gła nocy, nie dawała się jednak naszym podróż­nym uczuwać bardzo wyraźnie, bo mgły, dészcze i śniegi sprawiały, iż statek żeglował często w zupełnéj prawie ciemności.

Jan Cornbutte, zamierzywszy płynąć, jak będzie można najdaléj, uznał za stosowne teraz już przedsięwziąć środki zabezpieczające od ostrości klimatu. W tym celu przedni pokład został zu­pełnie osłonięty i zamknięty, co rano tylko prze­wietrzano go odpowiednio. Postawiono tam pie­ce i powyprowadzono od nich rury nazewnątrz tak, aby zachować jaknajwięcéj ciepła. Ludziom osady nakazano włożyć wełniane kaftaniki pod płócienne zwykłe koszule i obcisnąć hermety­cznie skórzane płaszcze. Zresztą w piecach nie palono jeszcze, bo należało zaoszczędzić jaknajwięcéj drzewa i węgla na najsilniejsze mrozy.

Gorące napoje, jak herbata i kawa, co rano i co wieczór wydzielano majtkom, a ponieważ na­leżało oszczędzać zapasów mięsa, polowano jak najwięcéj na dzikie kaczki i cyranki, których tu mnóztwo napotyka się wszędzie.

Jan Cornbutte nakazał wreszcie na wierzchoł­ku głównego masztu, gdzie się znajduje tak zwa­ne przez marynarzy bocianie gniazdo, umieścić beczkę o jedném dnie, w któréj umieszczono jednego z majtków dla ciągłego obserwowania széro­kich płaszczyzn lodowych.

Po dwu dniach od chwili odpłynięcia z wyspy Liverpool, osada Nieustraszonego uczuła gwałtowne wzmaganie się zimna, przy powiewie su­chego wiatru. Spostrzeżono także oznaki zbli­żającej się zimy. Statek nie miał teraz do stra­cenia ani jednéj godziny, bo wkrótce droga przed nim mogła się zupełnie zamknąć. Płynął on cieśniną, po obu bokach któréj widzieć było można płaszczyzny lodowe, na trzydzieści stóp gru­bości.

W dniu 3 września okręt płynął na wysokości zatoki Gaël-Hamkes i był oddalonym od lą­du tylko o mil trzydzieści, gdy poraz piérwszy musiał się zatrzymać przed ławicą lodową, która zamykała przed nim drogę, a miała najmniéj milę długości. Trzeba było użyć siekiér dla utworze­nia sobie przepływu. Penellan, Aupic, Gradlin i Turquiette, wysadzeni z okrętu, wzięli się do téj mozolnéj pracy; cięcia należało kierować tak, aby odrąbane kawały lodu mogły zaraz od­płynąć. Cała osada straciła dwadzieścia godzin nad usiłowaniami oczyszczania drogi; był to trud olbrzymi i przykry, bo często niepodobna się było utrzymać na lodzie. Trzeba było brnąć w wo­dzie po pas, a suknie marynarzy i obuwie ze skór foczych przemakały do szczętu w téj przymusowéj, dojmującéj kąpieli. Zresztą w tych stronach żadna męcząca praca nie jest długo mo­żliwą; wyczerpuje ona siły tak, że po pewnym czasie, oddychanie staje się wielce utrudnioném i najwytrwalszy robotnik musi opuścić bezzwło­cznie ręce.

Gdy droga była wolną, statek popłynął daléj wzdłuż ławicy, która go tak długo zatrzymała.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.