FANDOM


Przyplątał się do mnie, nie wiem jak i kiedy.

Nazywał się Brzechwa, Józef Brzechwa. Co za imię! Coś w nim zaczepia, zahacza, drażni nerwy chropawym dźwię­kiem. Był zezowaty. Szczególnie przykro spoglądał prawym okiem, które wyzierało skalistym spojrzeniem spod rudych rzęs. Mała, szpetna twarz, pokryta ceglastym rumieńcem, krzywiła się wiecznie w uśmieszkach złośliwej półironii, jakby mszcząc się w ten nędzny sposób za własną brzydo­tę i plugawość. Drobne, rdzawe wąsiki podkręcone zawa­diacko do góry ruszały się ustawicznie niby macadełka ja­dowitego żuka, ostre, kłujące, złe.

Ohydny człowiek.

Zwinny był, elastyczny jak piłka, postaci nikłej, wzro­stu średniego, chodził krokiem lekkim, nieuchwytnym, umiał wślizgiwać się nagle jak kot.

Nie cierpiałem go od pierwszego wejrzenia. Jego odra­żający wygląd przejmował mnie nieopisanym wstrętem, ka­żąc domyślać się odpowiadającego mu charakteru.

Człowiek ten krańcowo różnił się ode mnie usposobie­niem, upodobaniem, rodzajem reagowania na podniety. Dla­tego stanowił dla mnie uosobienie antypatii, był moją ży­jącą antytezą, z którą by mnie nic na świecie pojednać nie mogło. Może właśnie dlatego przypił się do mnie z wściekłą zapamiętałością, jakby odczuwając moją ku niemu żywiołową niechęć.

Prawdopodobnie doznawał szczególnej rozkoszy widząc, jak bezskutecznie usiłuję wydobyć się z sieci, którymi mnie oplątywał. Był mym nieodstępnym towarzyszem kawiarni, na przechadzkach, w klubie, umiał wkręcić się w koła mych najbliższych znajomych, co więcej, zdobyć przychylność kobiet, z którymi mnie łączyły żywsze sto­sunki, wiedział o każdym mym najdrobniejszym projekcie, najlżejszym ruchu.

Niejednokrotnie, by choć dzień jeden nie widzieć jego obmierzłej fizjonomii, wymykałem się niepostrzeżenie do­rożką lub automobilem za miasto lub też, słowem nie zdra­dziwszy przedtem zamiaru, wyjeżdżałem na jakiś czas do innej miejscowości. Któż opisze w tych wypadkach me zdu­mienie, gdy po jakimś czasie jak spod ziemi wyrastał na­gle przede mną Brzechwa i z uśmiechem słodkawo-drwiącym cieszył się z niespodziewanie dla się miłego spotkania.

Doszło wreszcie do tego, że począłem przed nim odczu­wać pewien rodzaj zabobonnego strachu i uważać go za swego złego ducha czy demona. Jego ruchy kocie, drażniące, filuterne przymykanie oczu, zwłaszcza zaś ów zimno poły­skujący białkami zez ścinały mi krew niepojętą grozą, bu­dząc równocześnie wściekłość bez granic.

A wiedział wybornie, jak najłatwiej przyprowadzić mię do pasji. Umiał zawsze dotknąć mej najczulszej struny. Raz podpatrzywszy me upodobania, wybadawszy poglądy i za­sady, przy każdej sposobności wygłaszał z brutalną ironią wprost im przeciwne w sposób tak bezwzględnie arbitralny, że zdawał się wykluczać wszelką opozycję.

Jednym takim punktem spornym, zasadniczo nas róż­niącym, była kwestia indywidualizmu, której zawsze bro­niłem z namiętnym zapamiętaniem. W ogóle mam wrażenie, że dokoła tej właśnie osi obracał się cały nasz antagonizm.

Byłem zagorzałym wielbicielem wszystkiego, co osobi­ste, oryginalne, jedyne, w sobie zamknięte — Brzechwa, przeciwnie, szydził z wszelkiego indywidualizmu, uważając go za chimerę zarozumiałych półgłówków; stąd nie wierzył w żadną inwencję, pomysłowość, sprowadzając je do wy­kładników wpływów środowiska, rasy, tak zwanego ducha czasu itp.

— Przypuszczam nawet — cedził niejednokrotnie, zezu­jąc w mą stronę — że w każdym z nas siedzi kilka indywi­duów i drze się o marny ochłap tak zwanej duszy.

Było to oczywiście już wyraźne przekomarzanie się ze mną i chęć wywołania namiętnej reakcji za wszelką cenę. Spostrzegłszy to udawałem, że nie słyszę, i obojętnie pomi­jałem milczeniem. Wtedy czyhał na inną sposobność, by za­znaczyć swe „społeczne”, jak się wyrażał, stanowisko.

Ilekroć okazywałem podziw i zachwyt z powodu jakie­goś nowego dzieła sztuki lub naukowego odkrycia, Brzech­wa z cynicznym spokojem usiłował wykazać bezpodstaw­ność uwielbienia lub też milcząc siadał wprost naprzeciw i przez cały czas przeszywał mnie mrożącym do szpiku ze­zem, gdy uśmiech zjadliwej ironii nie schodził z nie do­mkniętych warg.

Już to w ogóle nie odczuwał żadnych wstrząsów este­tycznych: piękno nie działało nań w całym tego słowa zna­czeniu. Był za to typowym snobem sportu. Nie było re­kordu automobilowego, zawodów kolarskich lub meczu fut­bolowego, do których by nie stawał w pierwszym szeregu. Bił się na szpady jak fechtmistrz, strzelał bajecznie, ucho­dził za pływaka pierwszej wody. Naukę i uczonych igno­rował, trzymając się zasady "nihil novi sub sole". Mimo to nie można mu było odmówić wcale wysokiej inteligencji, która szczególnie przejawiała się w dowcipnych, zaprawio­nych zjadliwością powiedzeniach. Natury gwałtownej, nie znoszącej opozycji, miewał wieczne awantury i niezliczone mnóstwo honorowych spraw, z których zawsze wychodził obronną ręką.

Rzecz jednak dziwna — na mnie nigdy się nie „obra­żał”, pozwalając mówić sobie słowa nie już niegrzeczne, lecz wprost obelżywe, do czego niejednokrotnie zmuszało mnie jego zachowanie. Ja jeden miałem przywilej bezkar­nego znieważania go. Widocznie upatrywał w tym należną mi rekompensatę za ciągłe drwiny i prześladowanie bez końca mojej osoby. Zresztą może był powód inny, głęb­szy — nie wiem.

Czasami umyślnie przesadzałem w obelgach, by zmusić go do rozprawienia się ze mną na serio, a w następstwie do zerwania zupełnego stosunków. Nadaremnie. Przeczuwając, o co idzie, zbywał moralne policzki słodziutkim uśmie­chem i obracał wszystko w żart...

W końcu pozbyłem się go. Zaszedł wypadek, który zda­wał się mię raz na zawsze uwalniać z jego szponów. Zgi­nął nagle, śmiercią gwałtowną, i to pośrednio przeze mnie.

Raz przywiedziony do ostateczności uderzyłem go w twarz. Brzechwa w pierwszej chwili żachnął się; zbladł jak ściana i wtedy raz jedyny w życiu ujrzałem szczególny, stalowy błysk w jego oczach. Lecz był to tylko moment, bo zaraz maskując wzburzenie położył mi drżącą jeszcze rękę na ramieniu i rzekł z dziwną wibracją w głosie:

— Niepotrzebnie się pan uniósł. To na nic się nie zda. W ogóle ani ja pana, ani pan mnie nie może obrazić. Widzi drogi pan, to całkiem tak, jak gdyby ktoś chciał spoliczkować samego siebie. My obaj stanowimy jeden układ.

— Podlec! — mruknąłem przez zęby.

— Jak pan uważa. To sprawy w niczym nie zmieni. I począł okropnie zezować.

Awantura miała jednak poważne, tragiczne dlań następ­stwa. Ponieważ wszystko zaszło w obecności kilku świad­ków, nikt odtąd ze znajomych nie chciał mu podać dłoni. Brzechwa wściekał się, urządzał skandaliczne „kawały”, a wreszcie zmusił jednego z najtęższych przeciwników do rozprawy na rewolwery. Mimo że ja właśnie wywołałem zajście, prosił mnie Brzechwa na świadka. Odmówiłem, ofiarując z własnej inicjatywy swe usługi stronie przeciw­nej, chociaż partner Brzechwy był mi skądinąd antypa­tyczny. Lecz zrobiłem to z umysłu, zadowolony, że choć po­średnio zetrę się z mym prześladowcą. Propozycję moją przyjęto i pojedynek przy bardzo ostrych warunkach od­był się w podmiejskim lasku. Padł Brzechwa, ugodzony śmiertelnie w czoło.

Pamiętam jego ostatnie spojrzenie; było zwrócone na mnie; skośne, przeszywające na wylot, paraliżujące wolę. Zaraz potem wyzionął ducha. Odszedłem, nie śmiąc patrzeć dłużej w tę demonicznie wykrzywioną twarz. Lecz maska ta nigdy już nie usunie się z mej pamięci, wytrawiona tam, w głębi, niezatartymi rysami.

Śmierć Brzechwy, zwłaszcza scena agonii, wstrząsnęła mną tak silnie, że wkrótce potem zapadłem ciężko na za­palenie mózgu. Choroba przeciągnęła się na miesiące, a gdy dzięki niestrudzonej pomocy lekarzy, wśród ustawicznej obawy przed recydywą, wreszcie wyzdrowiałem, zmieniłem się nie do poznania. Charakter mój wypaczył się najzupeł­niej i wszedł na obce sobie dotąd, nawet wrogie tory. Daw­niejsze upodobania, szlachetna namiętność ku wszystkiemu, co piękne i głębokie, subtelna zdolność wyczuwania drgnień oryginalności, znikły bezpowrotnie. Pozostała tylko — szczegół zagadkowy — pamięć, że je niegdyś posiadałem i cierpienie z powodu zaszłej zmiany.

Stałem się człowiekiem praktycznym, „zdrowym”, nor­malnym do obrzydliwości, wrogiem ekscentryków wszelkie­go rodzaju — i rzecz dla mnie najboleśniejsza — począłem szydzić z mych dawnych ideałów. Ironia, śmiech złośliwy, uszczypliwość przeglądały odtąd w każdym mym ruchu, słowie.

Najciekawszym jednak było, że mimo to zdawałem sobie najzupełniej sprawę z tych niespodzianych przekształceń, którym bezskutecznie usiłowałem przeciwstawić dobrą wo­lę. Stąd wszczęła się we mnie zajadła walka dwóch zasad­niczych motywów, dwóch naczelnych nastrojów, o których współistności byłem najgłębiej przekonany. Lecz zawsze brał górę ten nowy, przybylczy, co się wczołgał we mnie nie wiadomo jakim sposobem, i z wewnętrznym wstrętem słu­chałem zawsze jego podszeptów.

Były to jakby teoria i praktyka. W teorii pozostałem tym samym co dawniej i z oburzeniem śledziłem postępki tamtego drugiego, który jak złodziej wkradł się w najgłęb­sze me tajnie i wyrzucał nagromadzony w nich dobytek, zastępując go mierzwą.

I nie mógłbym tego nazwać znanym powszechnie roz­dwojeniem osobowości, gdyż zachodziła tu sprawa całkiem inna, którą trudno było przewidzieć, wydedukować na pod­stawie pierwszej połowy mego życia. Czułem, że tu nie można mówić o jakimś rozdwajaniu się — tu raczej zaszło zdwojenie, jakaś przeklęta przymieszka, tu wnęcił się ja­kiś intruz. Nosiłem go w sobie, ustawicznie kalecząc się tą ohydną współbytnością, bezsilny, zrozpaczony świadomo­ścią zmiany, której usunąć nie mogłem. Każdy mój czyn wzbudzał we mnie wewnętrzną opozycję, przedstawiał mi się jako narzucony z zewnątrz obcą wolą, każde me słowo było kłamstwem nie popartym przez przekonanie, pozbawionym siły uczuciowej, jakąś pasożytniczą naroślą. Co gorsza, intruz wkraczał w zakres mych myśli, przekonań, starając się przerobić mnie na swój rytm do przyciesi.

Ilekroć chciałem postąpić w sposób zgodny z najgłębszą mą jaźnią i przybrać dawną postawę wobec świata i ludzi, coś mocnego jak rozkaz zawracało mnie na nową, niezno­śną drogę, jakiś chichot wewnętrzny rozsadzał mi piersi, a w oddali błyskał skośną rysą piekielny zez...

Znienawidziłem siebie fizycznie i moralnie, nie mogłem znieść własnej osoby, bo wydawała się wstrętną, karyka­turalną.

By sprowadzić wybryki mego nowego „ja” do możliwe­go minimum, zamykałem się całymi dniami w domu i stro­niłem od ludzi, w których oczach widziałem zdumienie i od­razę.

Tutaj w mym cichym domu, w ustronnej dzielnicy mia­sta, przeżywałem długie godziny duchowej męczarni, pasu­jąc się z ukrytym mym wrogiem. Tutaj w czterech głu­chych ścianach przemyśliwałem długie chwile wewnętrznej katuszy.

W miarę borykania się z obcym natrętem doszedłem do pewnej wprawy w wyłączaniu go przynajmniej na jakiś czas poza obręb konstrukcji myślowych. Osamotnienie bez­względne, swoboda od gwaru ludzi, pozwalały mi choć na parę chwil ześrodkować mą właściwą, dawną jaźń i wy­zwolić ją spod brutalnej pięści intruza.

Były to wysiłki prawdziwie olbrzymie; miałem wraże­nie człowieka, który tytanicznym napięciem mięśni rozdzie­la dwa nieprzeparcie ku sobie ciążące półkręgi kuli i tak przez jakiś moment trwa, trzymając je w odosobnieniu.

Wtedy korzystając z chwili rzucałem się do pisania i za­pełniałem całe rękopisy myślami, które wrzały we mnie od dawna, lecz nie mogły uzewnętrznić się, zduszone gwałtem przez tamtego. Pisałem jak szalony, z zapartym tchem, wo­dząc ręką po papierze, by wypowiedzieć, co myślę i czuję, by zaznaczyć przed idealną widownią świata, że jestem in­nym, niż się za godzinę, za minutę wydam.

Lecz wściekły wysiłek nie trwał długo. Wystarczył krzyk życia z ulicy, wejście sługi do pokoju lub twarz przechod­nia, a napięte nerwy rwały się jak postronki, wyprężone muskuły pękały z głuchym trzaskiem i uparte półkule zwierały się w całość krągłą, jednolitą, zamkniętą bez wyjścia. Na ustach wykwitał śmiech, ohydny, cyniczny śmiech, i rwałem w kawały rękopisy, deptałem zapisane kartki, niszczyłem całe arkusze...

I znów wracałem w świat pomiędzy ludzi haniebnie zmienionym szydercą, człowiekiem niskich pragnień. I od nowa trzeba było długich wysiłków myśli, odsuwania się od środowiska ludzkiego, bezwzględnej samotności, by choć na chwil parę izolować się od nalotów znienawidzonej isto­ty i wykluczyć ją poza nawias mej duszy.

Lecz w miarę ponawiania owych doświadczeń dochodzi­łem do coraz bardziej pocieszających wyników. Coraz dłu­żej udawało mi się utrzymywać siebie w rozłączeniu z ob­cym przybyszem, coraz wyraźniej w przeciągu tych krót­kich chwil czułem swą odrębność i oczyszczałem się z pa­sożytniczych napływów.

Potem wracało wprawdzie wszystko do dawnego stanu, lecz pamięć osiągniętych na jakiś czas wyzwolin zachęcała do nowych prób. W końcu byłem dawnym sobą już przez parę godzin, które wyzyskiwałem możliwie najpożyteczniej, spiesząc się, zanim mój wróg powróci.

Ciągła uwaga i pilnowanie się na każdym kroku, ko­nieczne przy tej psychicznej elektrolizie zdwojonego „ja”, nużyły mnie tylko niepomiernie, pozostawiając po sobie ślady w formie zdenerwowania i gwałtownych bólów gło­wy.

Mimo to zdobywszy słabą nadzieję odzyskania siebie, nie szczędziłem trudu i marzyłem już o tym, by móc bezkarnie we własnej osobie zjawić się w towarzystwie ludzi...

Pewnego razu, po dłuższym pobycie na świecie, zamkną­łem się znów w wiadomym celu i podjąłem żmudne dzieło wyosobniania się.

Ponieważ wskutek wprawy tym razem szło łatwiej i nie­bawem znalazłem się w swoistej atmosferze własnego indy­widuum, zacząłem zwracać uwagę na bezpośrednie, fizycz­ne otoczenie, by przez tę pierwszą próbę przyzwyczaić się do utrzymania na wodzy swej osobowości i wobec stokroć silniejszej dystrakcji zewnętrznej, jaką stanowili dla mnie ludzie.

Gdy tak z wolna odbiegałem uwagą od siebie i w półroztargnieniu błądziłem oczyma po pokoju, nagle zdało mi się, że za ścianą po lewej stronie słyszę jakiś szmer. Zacieka­wiony zacząłem nadsłuchiwać, lecz to skierowało mnie zbyt silnie na zewnątrz, powodując fatalne zlanie się dopiero co wyodrębnionych elementów, i znów przestałem być sobą.

Zrozpaczony kląłem podejrzany szmer, który zresztą mógł być tylko złudzeniem mych rozigranych przez napię­cie nerwowe zmysłów. Tak tedy pierwsza próba odzyska­nia siebie wobec zmienionych warunków spełzła na niczym.

Przecież nie straciłem otuchy i w parę dni potem podją­łem eksperyment.

Dopóki byłem zajęty sobą, nie słyszałem nic podejrza­nego za ścianą — gdy tylko jednak zacząłem poświęcać więcej uwagi środowisku, doszedł mnie znów od lewej stro­ny ten sam zagadkowy szmer.

Chociaż wiedziałem doskonale, że przez to utracę siebie, wracając do obmierzłej podwójności — mimo to wychyli­łem się natychmiast przez okno i spojrzałem w lewo, w na­dziei, że wykryję przyczynę szczególnego odgłosu.

Dom, w którym mieszkałem, był parterowy i składał się z trzech partii. Zajmowałem samo skrzydło, tak że poza mną z lewej strony nie było już żadnych pokoi, a ściana wychodziła na mały ogródek otoczony parkanem. W tej chwili nie było w nim nikogo, jak zresztą zwykle; w ogóle na moją stronę nikt nigdy nie zachodził, szanując cudze gra­nice i dyskretnie unikając linii mych okien.

Zaniepokojony cofnąłem głowę do wnętrza.

Przyszło mi na myśl, czy przypadkiem zagadkowe sze­mranie nie towarzyszyło już dawniej procesowi oczyszcza­nia jaźni; prawdopodobnie jednak, zajęty intensywną pracą wewnętrzną i zrzutowywaniem jej na papier, nie zauważy­łem przez czas jakiś tego, co się wkoło mnie działo. Dopie­ro odsunięcie się na pewien dystans od świeżo skrystalizo­wanej osobowości i zwrot ku otoczeniu pozwoliły na per­cepcję tajemniczych dźwięków. Niezupełnie przekonany o przyczynowej zależności tego fenomenu od usiłowań du­chowej emancypacji, wreszcie musiałem przystać na to, że jakiś związek zachodzi, bo szmer odzywał się tylko wtedy, ilekroć zdołałem zrzucić z siebie nienawistne pęta.

Niejednokrotnie będąc w zwykłym zdwojonym stanie nadsłuchiwałem, czy z tamtej strony głos mnie jaki nie dojdzie — lecz bezskutecznie: ściana nie przepuszczała wtedy najlżejszego drgnienia.

Czasami myślałem, że ulegam złudzeniu akustycznemu i że szmer w istocie rzeczy dochodzi od ściany prawej, poza którą mieszkał zresztą jakiś cichy i wiecznie milczący ka­waler. Lecz i ten domysł upadł po sumiennym zestawieniu dźwięków...

Więc szemrało coś tylko za ścianą po lewej, za ścianą, która zamykała dom i sąsiadowała z pustką. To przecież dziwne!

Po pewnym czasie, gdy odgłosy nie ustawały, począ­łem dokładniej badać ścianę z lewej strony.

Niebawem doszedłem do przekonania, że musi być we­wnątrz wydrążona, bo pod wpływem moich uderzeń dud­niła głucho.

Przypuszczenie to wzmocnił szczegół zaobserwowany w dalszym ciągu na zewnątrz domu. Przypatrzywszy się baczniej lewemu skrzydłu zauważyłem po raz pierwszy ku niemałemu zdziwieniu, że odległość węgła ujmującego ścia­ny graniczne od ostatniego okna wynosi az cztery metry; ponieważ ściana mego pokoju wysunięta na lewo i zamyka­jąca rzekomo dom oddaloną była od wspomnianego okna co najwyżej na metr, więc ewentualna grubość jej musia­łaby dochodzić aż do trzech metrów, rozmiarów jak na zwykły, mieszkalny dom trochę nienaturalnych. Poza mną tedy był jeszcze jakiś pokój ślepy, zamurowany, bez drzwi i okien, bez wyjścia. I stamtąd szedł ów szczególny szmer. To było oczywiste.

Zdumiony odkryciem, przez dłuższy czas niemal nie opuszczałem mieszkania, poświęcając całe godziny samoześrodkowywaniu się. Teraz jednak przychodziło mi to z więk­szą trudnością, bo zbyt prędko odrywałem się od własnej osoby, wychwytując głosy pustki. Zrozumiawszy, że tą dro­gą nie dopnę celu, całą mocą skupiłem myśl na sobie i do­piero czując silne napięcie odzyskanej osobowości, nadsłu­chiwałem szmerów, które płynęły ze ślepego pokoju.

Po czasie zauważyłem, że istnieją w nich pewne, wcale wyraźne odcienie, jakby stopniowania. Gdy głębiej zabrnąłem w procesie mych duchowych wyzwolin, ilekroć czułem się bardziej sobą, w wyższej mierze oczyszczonym z obcych nalotów — szmer odzywał się wyraźniej; coś niespokojnego tłukło się wśród zamkniętej przestrzeni, wałęsało po ką­tach, tułało wzdłuż ścian jakby we wściekłej bezsilności.

Gdy bardziej tkwiłem w stanie nieszczęśliwego zdwoje­nia, silniej skrępowany współbytnością pierwiastka obce­go — głos zza ściany ścichał, zamierał jakby ukojony.

Było w tym coś zagadkowego, coś, co podniecało cieka­wość do najwyższego stopnia, a zarazem budziło zimny, ścinający zęby strach.

Miało się uczucie, że podczas gdy ja tutaj pasuję się z nienawistnym wrogiem, usiłując go wyrugować z mej nie­szczęsnej jaźni, tam za ścianą rodzi się jakiś byt, coś się stwarza, powstaje... Wreszcie postanowiłem wywalić ścianę i wtargnąć do ślepej przestrzeni.

Lecz należało postępować systematycznie i powoli, by nie spłoszyć dziwnej istoty. Ilekroć bowiem przez dłuższą chwilę przysłuchiwałem się szczególnym jej ruchom, wszystko milkło, a ja — rzecz dla mnie niepojęta — wy­buchałem piekielnym śmiechem i wracałem do podwójności.

— To jakaś szczwana bestia — mruczałem, uspokoiwszy się po tych niespodzianych dla mnie samego wybuchach.

— Lecz znajdziemy i na to środek, znajdziemy, i to nie­zawodny. Trzeba zaskoczyć cię znienacka.

Wkrótce przystąpiłem do wykonania planu. Zakreśliw­szy kredą na ścianie czworokąt o Wymiarach odpowiadają­cych mniej więcej mej osobie, odłupałem w granicach za­znaczonych tynk, po czym ostrożnie ciosałem ostrym narzę­dziem wewnętrzną część muru, tak że została tylko płytka warstwa, która według mych obliczeń musiała ustąpić pod jednorazowym uderzeniem.

Po ukończeniu przygotowań w ciągu dnia, postanowi­łem jeszcze tegoż wieczora wedrzeć się do pustego pokoju i pochwycić owo coś, niepokojące mnie od wielu tygodni.

Na dworze było dżdżysto, jesienna, zmokła szaruga. Wczesny zmrok snuł po wąskich, podmiejskich uliczkach szare sznury zsiadłej mgły i wsiąkał w łzawe przetaki drzew. Od rzadko porozrzucanych latarń szły żółte, grom­niczne smugi i marły w napęczniałej wodą przestrzeni.

Zapuściłem storę i zapaliłem lampę.

Było mi dziwnie i nieswojo. Opuściłem znużoną głowę na ręce i pogrążyłem się w pracy wyzwolin. Jak zwykle przy­pomniałem sobie swój dawny charakter, swe postąpienia, zamiłowania, wnurzałem się w wychwytywanie swych prze­żyć przed chorobą, wmyślałem się w typowe dla mnie sy­tuacje, na których tle osobowość moja ujawniała się naj­dobitniej !

Byłem szczęśliwy, byłem tym dawnym sobą, pełnym wiary i ufności w przyszłość, z piersią tchnącą miłością do­bra i piękna, zachwytem dla życia i jego tajnych cudów. Byłem u szczytu wyzwolin, bez odrobiny obcej przymieszki, najczystszą jaźnią...

Nagle — obejrzałem się wkoło, obejmując krótkim rzu­tem oka pokój. W tejże chwili od lewej strony przeniknął w moją samotnię hałas; coś rzucało się za ścianą jakby od posadzki po powałę, drapało w rozpaczy po murach, tarza­ło w konwulsjach boleści bez wyjścia...

Słuchałem z zapartym tchem, ściskając w ręce żelazny drąg.

Po kilku minutach szmery uspokoiły się i przeszły z ko­lei w niespokojne, nerwowe kroki. Ktoś najwyraźniej w świecie chodził tam za przepierzeniem z kąta w kąt...

Podniosłem oskard i z całej siły uderzyłem nim w wy­szczerbiony czworobok...

Posypało się rumowie, odsłaniając czarne, wąskie wej­ście.

Wpadłem do wnętrza i w tymże momencie zaległa gro­bowa cisza.

Uderzyła mię duszna woń zgnilizny zamkniętej prze­strzeni.

Zrazu nie widziałem nic, rażony ślepotą ciemności. Lecz za mną wkradł się do pustki długi pas świetlny mej lampy i liznąwszy klinem podłogę przypełzał do kąta...

Spojrzałem tam i zdjęty dreszczem przestrachu bez gra­nic wypuściłem z rąk oskard.

Tam w rogu pustego pokoju wciśnięta między dwie ścia­ny przykucnęła jakaś ludzka postać i wlepiła we mnie kose, zielonkawe spojrzenie. Pociągnięty magnetyczną siłą wzro­ku podszedłem... Postać wyprostowała się, urosła... Krzyknąłem. Był to Brzechwa...

Stał niemy, bez słowa, poruszając lekko wąsem. Nagle pochylił się w mą stronę, oparł się mi na piersi i... wszedł, rozpłynął się we mnie bez śladu ..

Odurzony, jak automat porwałem lampę ze stołu i wpadłem z powrotem przez wyłom. Na próżno. Pokój był pusty. Pod sufitem wahały się pajęczyny, ze ścian ściekały zimne łzy wilgoci...

Nagle zabrzmiał głos ochrypły, świszczący, chropawy...

— Co to?! Co to?!

Wtem zorientowałem się: był to mój śmiech.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.