FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Zaginiony świat

(The Lost World)

Arthur Conan Doyle

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: M. G.
Ilustracje: Harry Rountree i Maple White


The Lost World by Harry Rountree 01



O. CONAN DOYLE.[1]

ZAGINIONY ŚWIAT

OPOWIEŚĆ O ZDUMIEWAJĄCYCH PRZYGODACH
PROFESORA JERZEGO CHALENGERA, LORDA
JOHNA ROXTONA, PROFESORA SUMMERLEE
I PANA EDWARDA MALONA CZŁONKA REDAKCYI
„GAZETY CODZIENNEJ“.

PRZEKŁ. Z ANG. M. G.

Frontispiece (The Lost World, 1912)

Prof. Summerlee
E. D. MaloneProf. G. E. ChallengerLord John Roxton
(Gazeta Codzienna)
CZŁONKOWIE EKSPEDYCJI.




I.
„Na każdym kroku znajduje się sposobność do bohaterskich czynów“.

Pan Hungerton, jej ojciec, był najniedomyślniejszym człowiekiem na świecie. Wierzył święcie, że bywam trzy razy na tydzień w jego domu, wyłącznie dla jego towarzystwa i wysłuchiwania jego zapatrywań, na wpływ i następstwa zaprowadzenia srebrnej waluty, obok złotej, czyli tak zwanego „bimetalizmu“. I owego pamiętnego wieczora słuchałem też przeszło godzinę wykładu o wyższości złotej waluty nad bimetalizmem, ale, na szczęście, w najwyższym zapale wykładu, pan Hungerton spojrzał na zegarek i porwał się z krzesła, gdyż zbliżała się godzina posiedzenia, na którem musiał być koniecznie.

Nakoniec zostałem sam z Gladyssą! Wybiła stanowcza chwila... Cały wieczór doświadczałem takiego uczucia, jak żołnierz oczekujący sygnału wyruszenia do boju. Miotały moją duszą sprzeczne uczucia: i nadzieja zwycięstwa i obawa porażki...

Gladyssa siedziała spokojnie, a jej delikatny profil rysował się wyraźnie na tle czerwonych firanek. Jakże piękną wydała mi się wówczas! I jak wyniosłą! Byliśmy z nią zawsze w przyjaźni, jak z dobrym kolegą i łączył nas stosunek szczery, serdeczny, ale... tylko przyjacielski.

Gladyssa miała niepospolite zalety. Niektórzy nazywali ją zimną i surową, lecz niesłusznie.

Odczuwałem to jednak wówczas, że patrzy na mnie wielkiemi czarnemi oczyma tak, jakbym był jej bratem lub kolegą... Postanowiłem zatem, że niech się dzieje co chce, dzisiejszego wieczora wyjaśnię jak rzeczy stoją... Może odrzuci moją miłość, ale dłużej tak żyć już nie mogę...

Doszedłszy do tego punktu moich rozmyślań, zamierzałem właśnie przemówić, gdy Gladyssa odezwała się nagle, uśmiechając się z łagodnym wyrzutem:

— Przeczucie mi mówi, Ned, że masz zamiar oświadczyć mi się dzisiaj. Wolałabym, abyś tego nie czynił, bo obecny stan rzeczy jest daleko przyjemniejszy.

Mocno zdziwiony odpowiedziałem jej zapytaniem:

— A skąd wiesz, że ja mam zamiar oświadczyć się?

— Kobiety to zawsze odgadną... Ale, Ned! Nasza przyjaźń była zawsze taka poczciwa i miła! Szkoda ją popsuć... Czy to nie piękna rzecz, jak tacy przyjaciele jak my dwoje, gawędzą ze sobą swobodnie?

— Nie wiem, Gladysso... Bo mnie przynajmniej przyjaźń nie wystarcza ...

Powstała z krzesła i powiedziała z żalem:

— Ach! popsułeś wszystko, Ned... Dlaczego nie umiesz zapanować nad sobą i zamilczeć?

— Bo... ja cię kocham! — wyjąkałem.

— Ale ja ciebie nie! Nie kochałam nigdy nikogo — odrzekła spokojnie.

— Ale może... może mnie pokochasz?!

— Nie wiem. Musimy czekać, aż się dowiemy.

— Dla czego nie możesz mnie pokochać, Gladysso? Czy ci nie podoba się moja powierzchowność, czy jaki inny powód?

Podniosła się, położyła rękę na mojej głowie i przegięła ją nieco w tył. Przyjrzała się mojej przechylonej twarzy bardzo uważnie.

— Nie, nie to! — wyrzekła po namyśle. — Nie jesteś z natury zarozumiały, więc mogę ci spokojnie powiedzieć, że to nie to. Idzie o coś ważniejszego, niż uroda.

— A zatem mój charakter?

Skinęła głową potwierdzająco, z miną bardzo surową.

— Co mam uczynić, by go poprawić? — pytałem. — Proszę cię, usiądź, porozmawiajmy o tem. Powiedz otwarcie, czego mi brakuje?

— Tego, że ja jestem zakochana... w kim innym — odrzekła.

Zaginiony świat 03

Teraz ja zerwałem się z krzesła.

Teraz ja zerwałem się z krzesła.

— Ale w nikim osobiście — dodała, śmiejąc się z mojej miny. — Jestem zakochana... w moim ideale... Nigdy dotąd nie spotkałam człowieka podobnego do mego ideału.

— Powiedz mi co o tym ideale. Jak wygląda?

— O! mógłby być podobny... do ciebie.

— Jakaś ty dobra, że to mówisz! Ale cóż on czyni ten ideał? Co czyni takiego, czego ja nie czynię? Powiedz: czy jest jaroszem, czy nie pali i nie pije żadnych trunków, czy jest aeronautą, lotnikiem, teozofistą, nadczłowiekiem? Będę próbował naśladować go, jeżeli, mi tylko powiesz, co ci się w nim podoba.

Zaczęła się śmiać z mojej gotowości.

— Otóż widzisz, po pierwsze: pewna jestem, że mój ideał nie powiedziałby nic podobnego. Mój ideał to człowiek poważny, silnego charakteru, nie skłonny stosować się do kaprysów panieńskich. A przedewszystkiem to człowiek, który umie działać, który umie spojrzeć w oblicze śmierci bez lęku, człowiek zdolny do wielkich czynów i śmiałych przedsięwzięć. Kochałabym nietyle człowieka, ile jego czyny i sławę, której blask padałby na mnie. Przypomnij więc sobie Stanley’a...[2] Czytałeś książkę, jaką napisała jego żona o nim? Pamiętasz ostatni rozdział? Takiego człowieka kobieta może kochać i czcić całą duszą i być jego natchnieniem, dobrym duchem, wiodącym go do bohaterskich czynów.

Gladyssa była cudnie piękna w swoim zapale, a ja choć upokorzony przez nią, usiłowałem jednak bronić się od ostatecznej porażki.

— Nie wszyscy mogą być Stanleyami i t. podobnymi — odparłem. Zresztą nie każdemu trafia się do tego sposobność. Gdyby mi się zdarzyła, nie opuściłbym jej niezawodnie.

— Ależ sposobności są wszędzie. Zależy to tylko od charakteru człowieka, ażeby umiał stworzyć sobie sposobność. Nie spotkałam jeszcze takiego, jak mój ideał, ale wiem, czuję, że są tacy na świecie. Na każdym kroku spotyka się sposobność do bohaterskich czynów. Mężczyźni powinni je spełniać, a kobiety wynagradzać swoją miłością takich mężczyzn. Pamiętasz tego młodego francuza, który wzbił się balonem w zeszłym tygodniu? Wicher wiał szalony, ale że wzlot był zapowiedziany, że oczekiwano go na wskazanem miejscu, francuz uparł się i wzleciał. Wichura niosła go z szybkością 1,50 mil na godzinę, aż wreszcie balon spadł w środkowej Rosyi. Takiego człowieka mam właśnie na myśli... Pomyśl, jak ludzie muszą zazdrościć kobiecie, którą on kocha! Tego bym i ja pragnęła, ażeby mi zazdroszczono mego męża!

— Uczyniłbym wszystko, byle zaspokoić twoje pragnienia ...

Zaginiony świat 01

Malone, reprezentant „The Dayly Gazette“.

— Ależ nietylko dla zadowolenia mnie! Powinieneś to czynić dla tego, że nie możesz inaczej, że to leży w twoim charakterze, że twoja męska dusza wyrywa się, łaknie bohaterskich czynów... A ty, naprzykład, gdyś opisywał wybuch gazów w kopalni w zeszłym miesiącu! Czy nie mogłeś spuścić się w głąb i ratować odurzonych, nie zważając na niebezpieczeństwo?

— Tak też zrobiłem.

— A nie powiedziałeś mi o tem?

— Bo nie było o czem mówić,

— Nie wiedziałam nic...

Przerwała i popatrzyła na mnie z zajęciem.

— Musiałem tak zrobić. Kto chce napisać dobre sprawozdanie, powinien być naocznym świadkiem roboty.

Podała mi rączkę, a ja schyliłem się i ucałowałem ją z uszanowaniem. Po chwili zaczęła mówić:

— Być może, że jestem niemądra dziewczyna z przewróconą romantycznymi pomysłami głową... A jednak nie mogę nad tem zapanować. Jeżeli pójdę za mąż to tylko za człowieka sławnego.

— Czemu nie?! — zawołałem. — Właśnie takie kobiety jak ty umieją nakłaniać ludzi do bohaterskich czynów... Daj mi tylko sposobność, a przekonasz się, czy nie potrafię z niej skorzystać... Zresztą ... masz słuszność ... Człowiek powinien sam sobie stworzyć sposobność... Clive był tylko małym urzędniczkiem a podbił Indye! I ja też mogę dokonać wielkiego dzieła na świecie!

Roześmiała się z mojej irlandzkiej zapalności i rzekła:

— Czemu nie? Masz wszystkie warunki po temu: młodość, zdrowie, siłę, energię... Zmartwiłam się, żeś zaczął mówić. A teraz cieszę się z tego nawet, jeżeli takie myśli budzą się w tobie!

— A jeżeli mi się powiedzie?

Zatknęła mi usta swoją aksamitną dłonią...

I tak się to stało, że owego listopadowego wieczora jechałem tramwajem do domu, z sercem rozpłomienionem silnem postanowieniem, że nim dzień następny upłynie, znajdę jakąś sposobność do czynu, godnego pani mego serca. Ale kto byłby w stanie przewidzieć, jak niezwykłą postać ten czyn na siebie przybierze, jak dziwnemi drogami dojdę do jego spełnienia?

I choć ten wstęp może wydać się czytelnikowi zbyteczny, jednak bez niego nie byłoby opowieści, bo tylko wtedy, gdy człowiek ma przed sobą pragnienie bohaterskiego czynu, może się zdecydować na to, co ja uczyniłem: porzucić znajome drogi życia, zapuścić się w tajemnicze mroki, w krainę nadzwyczajnych przygód i... wielkich nagród.

Z tem postanowieniem przestąpiłem tego samego wieczora progi redakcyi „Gazety Codziennej“, w której byłem małoznaczącym pionkiem, z postanowieniem niezłomnem uczynienia tego, czego żądała Gladyssa. Byłoż to z jej strony okrucieństwem, samolubstwem, że wymagała odemnie narażania życia dla sławy? Takie przypuszczenie może przyjść na myśl człowiekowi w średnim wieku, ale nie temu, kto ma lat dwadzieścia trzy i jest zakochany pierwszy raz w życiu!



II.
„Sprobuj szczęścia z profesorem“.

Lubiłem zawsze pana Mac Ardle, szorstkiego redaktora, starego, z wypukłemi plecami i czerwoną twarzą; a pochlebiałem sobie, że i on mnie lubi. Rozumie się, że główną figurą w piśmie był Beaumont — wydawca, ale ten przebywał na niedostępnych, Olimpijskich wyżynach, z których nie dostrzegał drobniejszych wydarzeń, po za przesileniem gabinetowem i międzynarodowemi zawikłaniami. Widywaliśmy czasem jego majestat, gdy przesuwał się do wyłącznego swego przybytku zapatrzony w dal, duchem obecny na Bałkanach, lub nad zatoką Perską. Majestat ten przebywał po nad nami i po za nami. Ale pierwszym jego pomocnikiem był pan Mac Ardle i my znaliśmy tylko jego.

Staruszek kiwnął mi głową na powitanie i podniósł okulary, nasuwając je wysoko na łyse czoło.

— Z tego co słyszę, panie Malone, wnoszę, że idzie panu niezgorzej — powiedział miłym, szkockim akcentem.

Podziękowałem.

— Wybuch w kopalni udał się doskonale. Pożar w Southwark również. Masz pan żyłkę opisową. Dlaczego chciałeś się ze mną widzieć?

— Chcę poprosić o łaskę.

Zaniepokoił się a jego wzrok zaczął unikać moich oczu.

— Co! co! O co idzie?

— Czy pan nie mógłby mnie wyprawie z jakąś misyą dla dziennika? Postarałbym się spełnić ją jak najlepiej i dać dobry opis...

— O jakiego rodzaju misyi myślałeś pan?

— O takiej, w której są przygody i niebezpieczeństwa. Będę się starał sprawić dobrze. Im trudniejsze będzie zadanie, tem lepiej.

— Pilno panu, jak widzę, pozbyć się życia?

— Nie! Pilno mi spełnić czyny, któreby usprawiedliwiły moje prawo do życia.

— Boże mój! Panie Malone, to wielka, wielka przesada! Sądzę, że minęły już czasy odpowiednie do tego rodzaju przedsięwzięć. Koszta, jakie pociąga za sobą taka „specyalna misya“ dla dziennika, nie odpowiadają zwykle otrzymanym wynikom. A w każdym razie, niezbędnym warunkiem jest, ażeby taka wyprawa odbyła się pod przewodnictwem człowieka doświadczonego, którego nazwisko znane, usprawiedliwiłoby wyprawę. Wielkie, puste przestrzenie na mapach, prędko się zapełniają i nie ma tam już miejsca na romantyczne przygody. Ale... zaczekaj pan! — dodał nagle, uśmiechając się. — Te puste przestrzenie na mapach nasuwają mi myśl... Gdyby tak szło o zdemaskowanie oszustwa, nowożytnego kłamcy w rodzaju Münchhansena, o okrycie go śmiesznością? Dowieść, że jest kłamcą? Człowieku! To by było wdzięczne zadanie! Cóż ty na to?

— Wszędzie... wszystko, co pan rozkaże! Mniejsza o szczegóły...

Pan Mac Ardle zatonął w myślach.

— Zastanawiam się, czy zdołałbyś trafić do ładu, o tyle przynajmniej, żeby doprowadzić do rozmowy z tym człowiekiem? — wyrzekł po długim namyśle. — Zdaje się, że masz specyalny dar do zawiązywania stosunków z ludźmi. Coś sympatycznego jak przypuszczam: siłę magnetyczną, czy żywotność młodzieńczą, czy coś podobnego... Ja sam odczuwam to na sobie.

— Pan jest bardzo dla mnie dobry!

— No! Więc czemubyś nie miał spróbować szczęścia z profesorem Challengerem, z Enmore Parku?

Drgnąłem z zadziwienia i zawołałem:

— Challenger? Profesor Challenger, słynny zoolog! Ten, co to rozbił głowę Blundellowi z „Telegrafu“?

Wydawca uśmiechnął się posępnie.

— Pamiętasz to? Ale przecie sam mówiłeś, że szukasz przygód.

— Wszystko zależy od tego, jakich — odrzekłem.

— Właśnie. Przypuszczam, że on niezawsze bywa tak gwałtowny, jak wtedy. Myślę, że Blundell trafił na złą chwilę, a może wziął się do niego w sposób nieodpowiedni... Może ty będziesz miał więcej szczęścia, albo więcej taktu. A jest tam właśnie coś w tym rodzaju, jak sobie życzysz i „Gazeta“ mogłaby wziąć ten interes w swoje ręce...

— Nic rzeczywiście nie wiem o profesorze — powiedziałem po namyśle. — Zapamiętałem tylko jego nazwisko, z procesu o pobicie Blundella.

— Mogę ci dać pewne wskazówki, panie Malone. Bo od niejakiego czasu, mam już profesora na oku...

Wyjął z szuflady papiery dodał:

— Tu jest streszczenie jego działalności. Powiem ci krótko:

Zaginiony świat 02

Edward Challenger.

„Challenger, Jerzy Edward. Urodzony w Largs r. 1863. Studja odbywał w akademii w Largs i w uniwersytecie Edymburskim. W r. 1892, został asystentem w British Museum. W r. 1893 asystentem kustoszem w oddziale antropologii porównawczej. W tym samym roku podał się do dymisyi, po wymianie cierpkich listów. Otrzymał złoty medal na konkursie Craystona za studya w zakresie zoologii. Członek towarzystw zagranicznych. No, cała lista drobnym drukiem: Belgijskiego, amerykańskiego, tow. naukowego w La Plata i t. d. Były prezes towarzystwa Paleontologicznego i sekcyi H, w Brytańskim związku i tak dalej i dalej! Prace: Badania nad czaszkami kałmuków, studia nad rozwojem kości pacierzowej. Współpracownik rozmaitych wydawnictw; wykazanie fałszywych podstaw Weissmanizmu, odczyt, który wywołał gorące dysputy na zjeździe zoologów w Wiedniu. Drobiazgi: Wędrówki, Zwiedzanie Alp. Adres: Enmore Park, Kensington—W.“

— Weź to sobie. Nic więcej na dziś nie mam dla ciebie.

Schowałem do kieszeni notatkę.

— Jeszcze chwilę, panie redaktorze — zacząłem, zobaczywszy przed sobą już nie rumianą twarz, lecz blado różową, łysą czaszkę. — Niezupełnie jeszcze rozumiem, w jakim celu mam mieć wywiad z tym panem? Cóż on zdziałał dotąd?

Czerwona twarz znowu przedemną błysnęła.

— Pojechał do Południowej Ameryki na samotną wyprawę, przed dwoma laty. Wrócił zeszłego roku. Bez żadnej wątpliwości był w Południowej Ameryce, ale wzbrania się powiedzieć dokładnie, w którem miejscu. Opowiadał swoje przygody w sposób niejasny; ktoś mu zarzucił fałsz, a on zamknął się jak ostryga. Coś tam się zdarzyło chyba niezwykłego, albo ten człowiek jest kłamcą jakiego świat nie widział, i to może najprawdopodobniejsze przypuszczenie. Przywiózł jakieś zniszczone fotografie. Zrobił się tak drażliwy, że rzuca się na każdego, kto mu zadaje pytania, a reporterów spycha ze schodów. Mojem zdaniem jest to rodzaj megalomana, zbrodniczego maniaka z upodobaniami naukowemi. Oto twój człowiek, panie Malone. Leć teraz do niego i zobacz sam, co się da z nim zrobić. Jesteś już w tym wieku, że możesz sam sobą się opiekować. Zresztą, nietykalność twojej osoby poręcza prawo o odszkodowaniu ludzi, pełniących zawodowe czynności, jak ci wiadomo...

Czerwone oblicze z wyszczerzonemi w uśmiechu zębami znikło i zamieniło się w blado różowy owal czaszki, okolonej szarawym puchem. Posłuchanie się skończyło.

Poszedłem w stronę klubu, ale przystanąłem w drodze i oparłszy się na balustradzie tarasu Adelphi, wpatrywałem się długo z zadumą, w ciemne, ociężałe wody rzeki. Najlepiej i najtrzeźwiej myślę zawsze na otwartem powietrzu. Wyjąłem spis dokonanych przez profesora Challengera czynów i jego dzieł, i odczytałem go pod elektryczną latarnią. I nagle zstąpiło na mnie natchnienie! Jako dziennikarz, mogłem być pewny, że nie dostanę się przed oblicze niebezpiecznego profesora. Ale te walki wymieniane dwukrotnie w jego biografii dowodziły, że jest fanatykiem nauki. Czy nie miał w tym kierunku słabego punktu, w który możnaby go ugodzić? Sprobuję.

Wszedłem do klubu. Było już po jedenastej i w obszernym pokoju pełno ludzi, choć jeszcze się nie zaczął największy napływ. Zobaczyłem siedzącego w fotelu, przy kominku, wysokiego, chudego, kościstego człowieka. Obrócił się do mnie, gdy się przysunęłem z krzesłem. Oto człowiek, którego bym wybrał z pośród wszystkich, Henryk Tarp, z redakcyi „Przyrody“; chudy, a zasuszony, jakby skórzany człowiek, pełen dobroci i ludzkości dla tych, którzy go dobrze znali.

Zagadnąłem bez żadnych wstępów:

— Co wiecie o profesorze Challengerze?

— O Challengerze?

Zmarszczył brwi z wyrazem uroczystej nagany i powtórzył:

— Challenger? Człowiek, który przywiózł jakąś bajeczną historyę z Południowej Ameryki?

— Jakąż to historyę?

— Ot, bajdy poprostu, o jakichś dziwnych zwierzętach, które tam odkrył. Zdaje mi się, że cofnął potem swoje twierdzenie. Co więcej, nawet wyparł się wszystkiego. Zwołał posiedzenie do Reutera, ale tam podniosło się takie wycie, że zrozumiał, iż nic nie poradzi. Kompromitująca sprawa. Paru ludzi chciało go brać na seryo, ale i tych odstręczył.

— Czem?

— Swoją nieznośną szorstkością i niemożliwem postępowaniem. Naprzykład tego biednego staruszka, Wadleya, z Instytutu Zoologicznego: Wadley napisał do niego list tej treści:

„Prezes Zoologicznego Instytutu, przesyła pozdrowienie profesorowi Challengerowi i uważać będzie za zaszczyt, jeżeli profesor raczy przybyć na najbliższe posiedzenie członków tegoż instytutu“.

Otrzymał odpowiedź niemożliwą do powtórzenia.

— Co wy mówicie?

— Odpowiedź ta w mocno złagodzonej formie, tak brzmi:

„Profesor Challenger przesyła pozdrowienie prezesowi Zoologicznego Instytutu, i uważać będzie za specyalną łaskę, jeżeli prezesa, razem z jego zaproszeniem, dyabli wezmą!“

— Wielki Boże!

— Tak, słyszałem to od samego Wadleya. Pamiętam jak się uskarżał żałośnie na zebraniu, zaczynając swą mowę od tego: „W ciągu pięćdziesięciu lat utrzymywanych z uczonymi stosunków“ i t. d. Staruszek był po prostu zgnębiony.

— Cóż więcej jeszcze o Challengerze?

— Wiesz, że ja jestem bakteryolog. Żyję w mikroskopie i niewiele zwracam uwagi na objawy, które mogę dojrzeć gołem okiem. Jestem strażnikiem granicznym, na samej granicy królestwa „Poznawalnego“ i czuję się zupełnie wykolejony, ilekroć wyjdę z pracowni i zetknę się z wami, wielkiemi, szorstkiemi, ociężałemi stworzeniami. Jestem zbyt oderwany od świata, by powtarzać plotki, a jednak, uczonych rozpraw nasłuchałem się dużo o Challengerze, bo to jeden z tych ludzi, których nie można pominąć milczeniem. Mądry jest bez zaprzeczenia, istna baterya naładowana siłą i żywotnością, kłótliwy i maniak, bez żadnych skrupułów. Dobił się temi fotografiami z południowej Ameryki.

— Mówicie, że jest maniak. Jakąż ma specyalnie manię?

— Ma ich tysiąc, a najnowsza odnosi się do Weissmana i ewolucyi. Miał straszną awanturę w Wiedniu z tego powodu, jak słyszałem.

— Czy możecie mi opowiedzieć szczegóły?

— Nie w tej chwili, ale mamy tu tłomaczony protokół posiedzenia. Złożyliśmy go w redakcyjnem biurze; może zechcesz tam pójść?

— Właśnie tego mi potrzeba. Mam mieć wywiad u tego człowieka, i szukam jakiejś nici przewodniej do niego. Dziękuję wam bardzo za wskazówki. Chodźmy zaraz, jeśli nie jest zapóźno.

W pół godziny potem, siedziałem w biurze redakcyi nad ogromną księgą rozłożoną na artykule: „Weismann versus Darvin“ z nagłówkiem „Ożywione protesty w Wiedniu. Burzliwe zajście“.

Naukowa strona mego wychowania była nieco zaniedbana, nie mogłem więc podążyć za całą argumentacyą rozpraw, ale to łatwo było zrozumieć, że angielski profesor ujął przedmiot w sposób mocno zaczepny i że do głębi oburzył naszych kolegów ze stałego lądu. „Protesty“, „Szmery niechętne“ i „Ogólne odwołanie się do prezydującego“, oto na co padły moje oczy odrazu. Większa część artykułu mogłaby z ważną dla mego umysłu korzyścią być napisana nawet po chińsku.

— Chciałbym to otrzymać przełożone na angielski język — powiedziałem żałośnie do mego towarzysza.

— Przecież to jest przetłomaczone...

— Więc może lepiej próbować szczęścia z oryginałem?

— Tak, istotnie... trochę to niezrozumiałe dla laika ...

Gdybym mógł wyłowić choć jedno zdanie, coś namacalnego, co by miało jakąś określoną formę ludzkiej myśli, miałbym już podstawę do dalszego działania... Ach, mam już! Zdaje mi się, że zaczynam coś niecoś rozumieć... Przepiszę to sobie... To mi posłuży za ogniwo do połączenia się z profesorem.

— Czy mogę służyć ci czem więcej jeszcze?

— Właśnie, chciałbym napisać do profesora. Gdybym mógł ukuć list tutaj i podać pański adres, toby już wytworzyło pewien nastrój...

— Niezawodnie! bo ten człowiek wpadnie, narobi nam awantur i pogruchoce meble...

— Nie! nie! Przeczytacie sami list; nie będzie w nim nic drażniącego, zapewniam!

— Siadaj przy mojem biurku. Masz tu papier. Ale wolałbym przeczytać list przed wysłaniem.

Użyłem sporo trudu, lecz tuszę sobie, że mi się udało. Przeczytałem mój utwór głośno bakteryologowi, nie mogąc utaić słusznej dumy.

„Szanowny panie profesorze!

Jako skromny badacz przyrody, interesowałem się zawsze żywo pańskiemi spostrzeżeniami nad sprzecznością zasad Darwina a Weissmana.

Niedawno miałem sposobność odświeżyć moje wrażenia, przeczytawszy...

— Och! ty!... bezczelny kłamco!... przerwał mi Henryk Tarp.

„...Przeczytawszy pański znakomity odczyt w Wiedniu; zdaje mi się, że jego jasne i przekonywające twierdzenia stanowią ostatnie słowo w tym przedmiocie. Lecz jest tam jedno zdanie a mianowicie: „Protestuję najgoręcej, przeciw nieznośnemu i całkowicie dogmatycznemu twierdzeniu, że każdy osobno id, stanowi mikrokosm, posiadający historyczną budowę, wykształconą stopniowo pracą licznych pokoleń.“. Czyby pan nie zgodził się, na podstawie najnowszych badań, złagodzić to swoje twierdzenie? Czy pan nie uważa, że jest ono zbyt stanowcze? Chciałbym prosić pana o łaskę udzielenia mi chwilki rozmowy, gdyż zajmuje mnie żywo ten przedmiot i mam pewne wątpliwości, które mogę wyjawić tylko w ustnej rozmowie. Rachując na łaskawe zezwolenie, będę miał zaszczyt przedstawić się panu pojutrze, w środę, o jedenastej przed południem.

Załączając zapewnienie wysokiego poważania, pozostaje uniżonym sługą

Edward D. Malone.“

— No i cóż? — spytałem tryumfująco.

— Jeśli twoje sumienie to strawi...

— Dotąd nigdy mnie jeszcze nie zawiodło.

— Ale co zamierzasz uczynić?

— Dostać się do niego. Gdy raz wejdę do jego pokoju, może znajdę dalszą drogę. Może go nawet doprowadzę do całkowitego uniesienia. Jeśli jest prawdziwy sportsmen, to go moje zajście pogłaszcze...

— Pogłaszcze? Licz na to! Prawdopodobniejsze jest to, że on ciebie „pogłaszcze“! Radzę ci ubrać się w stalową misiurkę, albo w amerykański kostyum do piłki nożnej... A teraz żegnam. We środę rano przyjdzie odpowiedź dla ciebie, jeżeli wogóle profesor raczy ci odpisać. To człowiek gwałtowny, niebezpieczny, kłótliwy, znienawidzony przez każdego, kto miał z nim do czynienia; przedmiot drwin studentów, o ile się odważą na poufałość. Może lepiej byłoby dla ciebie nie słyszeć nigdy o tym osobniku.



III.
„Niemożliwy istotnie człowiek“.

Nadzieje i obawy mego przyjaciela nigdy nie miały się urzeczywistnić. We środę zastałem list ze stemplem Wat-Kunington, i mojem nazwiskiem na kopercie, naskrobanem tak, jakby zamiast pióra służył do tego drut kolczasty; list następującej treści:

„Ennure Park — W. Ken.

Panie! Otrzymałem pański list, w którym mi donosisz, że zwróciłeś uwagę na moje zapatrywania, choć nie wiem, czy dostępne one są dla mózgu pańskiego, lub czyjegokolwiek wogóle. Ośmieliłeś się pan użyć odnośnie do moich prac nad Darwinizmem wyrazu „spostrzeżenia“; zwracam pańską uwagę, że podobne określenie stanowi już samo w sobie obrazę. Lecz dalszy ciąg listu przekonał mnie, że zgrzeszyłeś pan przez nieuctwo i brak taktu, nie przez złą wolę, dlatego pomijam ten szczegół. Cytujesz oderwane zdanie z mego odczytu, którego zrozumienie przedstawia dla pana pewne trudności; sądziłem, że tylko „pod-ludzka“ inteligencya nie zdoła tego punktu zrozumieć, ale jeżeli istotnie potrzebuje on wyjaśnienia, zgadzam się przyjąć pana o naznaczonej godzinie, choć wszelkie odwiedziny i goście wstręt we mnie budzą. Co się zaś tyczy pańskiego przypuszczenia, że może zmienię moje zapatrywanie, pragnąłbym wyjaśnić, że nie jest to moim zwyczajem po świadomem ogłoszeniu dojrzałych moich przekonań. Proszę o łaskawe pokazanie koperty niniejszego listu memu służącemu Austinowi, gdyż ma on ścisły rozkaz przedsięwzięcia wszelkich środków, dla uchronienia mnie od natrętnych łotrów, którzy nadają sobie tytuł „dziennikarzy“.

Z szacunkiem

Jerzy Edward Challenger.“

Takiej treści list odczytałem Tarpowi, który przyszedł wcześniej po wiadomość o wyniku moich zabiegów. Wysłuchawszy powiedział tylko:

— Jest jakiś nowy środek „cuticura“, czy coś podobnego, skuteczniejszy podobno na potłuczenie, niż arnika...

Niektórzy ludzie mają dziwne pojęcie o żartach...

Kiedy otrzymałem list, było już po wpół do jedenastej, lecz dzięki samochodowi, zdążyłem na umówioną godzinę.

Dom przedstawiał się okazale: wspaniały portyk i piękne firanki w oknach świadczyły o zamożności wojowniczego profesora. Drzwi otworzył człowiek dziwacznej powierzchowności: ogorzały, zasuszony i nieokreślonego wieku, w ciemnej kurtce pilota i bronzowych, skórzanych kamaszach. Dowiedziałem się później, że to jest palacz, zastępujący zwykle uciekających nieustannie lokajów. Obejrzał mnie od stóp do głowy, badawczemi, jasno-niebieskiemi oczyma.

— Wezwany? — zapytał.

— Naznaczona godzina — odrzekłem.

— A list gdzie?

Pokazałem kopertę.

— Dobrze!

Wydawał się małomówny. Idąc za nim przez korytarz, zostałem zatrzymany w drodze przez kobietę małego wzrostu, która znienacka wyszła z jadalnego pokoju. Była to osoba żywa, wesoła, czarnooka, podobniejsza do francuski, niż do angielki.

— Chwilkę tylko — powiedziała do mnie. — Zaczekaj tu, Austinie... Proszę, niech pan wejdzie do pokoju. Wolno zapytać, czy pan widział już kiedy mego męża?

— Nie, pani. Nie miałem tego zaszczytu.

— W takim razie przepraszam pana zawczasu. Muszę ostrzedz, że to jest człowiek niemożliwy, istotnie niemożliwy! Jeżeli pan zostanie przestrzeżony w porę, łatwiej przyjdzie ci zdobyć się na pobłażanie...

— Bardzo to łaskawie z pani strony...

— Gdy zdradzi on najlżejszy objaw niezadowolenia, wychodź pan natychmiast z pokoju. Nie probuj żadnych argumentów. Wielu już ludzi poniosło szwank, dlatego, że to czynili. Wynikają z tego potem głośne skandale, które odbijają się na mnie i na nas wszystkich. Przypuszczam, że pańska bytność nie ma nic wspólnego z południową Ameryką.

Nie mogłem okłamywać takiej kobiety.

— Boże mój! To najniebezpieczniejszy przedmiot... Pan nie uwierzysz ani jednemu jego słowu i wcale się temu nie dziwię... Ale nie mów mu tego, bo to doprowadza go do strasznego uniesienia. Udawaj pan, że mu wierzysz, a może uda ci się ujść cało. Pamiętaj, że on sam święcie w to wierzy. Możesz pan być tego pewnym... Uczciwszego człowieka niema na całym świecie! Ale jeśli spostrzeżesz jakiś objaw niebezpieczny, rzeczywiście niebezpieczny, zadzwoń i staraj się go ułagodzić, dopóki nie nadbiegnę. Zwykle nawet w najgorszych chwilach potrafię go uspokoić.

Po tej zachęcającej przemowie, pani profesorowa oddała mnie milczącemu Austinowi, który stał jak śpiżowy pomnik dyskrecyi podczas naszej krótkiej rozmowy; a on powiódł mnie w głąb korytarza. Zastukał do drzwi, z wnętrza pokoju odpowiedział jakiś ryk i w tej samej chwili stanąłem oko w oko z profesorem.

Zaginiony świat 04

Profesor Challenger w swoim gabinecie.

Siedział on w krześle ze śrubą, przed obszernym stołem, zarzuconym książkami, mapami i rysunkami. Gdym wszedł, krzesło zakręciło się jak wrzeciono w moją stronę. Tchu mi zabrakło w obec tego, com ujrzał! Byłem przygotowany na jakiś niezwykły widok, ale nie na ujrzenie równie zdumiewającej postaci... Zwłaszcza jej rozmiary wstrząsnęły mnie do głębi; rozmiary jak i wygląd imponujące. Głowa ogromna, największa, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć na ludzkiem tułowiu. Nie wątpię, że gdybym włożył profesora cylinder, jeżelibym się na to odważył, spadłby mi na ramiona. Twarz i broda przywiodły mi na myśl czczonego w Asyryi byka; twarz o kwitnącej cerze, broda tak czarna, że aż wpadała w ciemny granat, rozłożysta jak łopata i skręcająca się w loki na piersiach. Włosy miał osobliwe, przyklepane z przodu w długi, zakręcony pukiel na potężnem czole. Oczy niebiesko-szare, wyglądały z pod wielkich kęp czarnych włosów, bardzo jasne, bardzo badawcze i bardzo przenikliwe! Rozłożyste ramiona i klatka piersiowa wypukła jak beczka, ukazywały się nad stołem w towarzystwie dwóch rąk olbrzymich, porosłych długiemi, czarnemi włosami. Oto co mnie uderzyło w osobie profesora Challengera, zanim jeszcze ryknął głosem grzmiącym i potężnym:

— I cóż! — zaryczał, patrząc na mnie wyzywająco. — Cóż teraz?

Musiałem bądź co bądź podtrzymywać jakiś czas mój podstęp, jeżeli wywiad nie miał skończyć się odrazu.

— Pan był łaskaw udzielić mi posłuchania — wyrzekłem pokornie, wyjmując kopertę listu.

Wziął mój list, złożony na biurku i położył przed sobą.

— A to pan jest tym młodzieńcem, co to nie rozumie zwyczajnej angielskiej mowy, co? I który jest tak łaskaw, że raczy nie godzić się na moje ostateczne wnioski, jeżeli dobrze zrozumiałem?

— Ależ zgadzam się, panie profesorze! zgadzam się najzupełniej! — wyrzekłem z silnym naciskiem.

— Na szczęście! To bardzo wzmacnia moje stanowisko, nieprawdaż? Pański wiek i powierzchowność nadają podwójną wartość temu poparciu. Ale w każdym razie jesteś więcej wart, niż ta trzoda świń w Wiedniu, których zbiorowe chrząkania tyle mnie obchodzą, co kwik pojedyńczego, angielskiego wieprza...

Popatrzał na mnie tak, jakby mnie uważał za przedstawiciela tego rodzaju zwierząt.

— Zdaje mi się, że postąpili oni szkaradnie — zacząłem.

— Upewniam pana, że potrafię obronić się sam, i że nie potrzebuję bynajmniej pańskiego współczucia. Możesz mnie pozostawić samego, opartego plecami o ścianę. Jerzy Edward Challenger jest wtedy najszczęśliwszy. A teraz zróbmy co się da dla skrócenia tych odwiedzin, które dla pana nie mogą być przyjemne, a dla mnie są niewypowiedzianie niemiłe. Chciałeś pan, o ile wywnioskowałem z listu, uczynić pewne uwagi odnośnie do zdań wygłaszanych w moim odczycie?

Jego obejście było tak brutalnie natarczywe, że utrudniało wszelkie wykręty. A jednak musiałem przedłużać grę i szukać drogi do jakiegoś porozumienia. Na pozór zadanie to wydawało się bardzo proste. Ach, czy mój irlandzki spryt nie przyjdzie mi z pomocą w tak trudnej przeprawie?

Profesor wpatrywał się we mnie uporczywie, bystremi, stalowemi oczyma.

— No! dalej! dalej! — pomrukiwał.

— Jestem, rozumie się, zwyczajnym dyletantem, zacząłem z zarozumiałym uśmiechem, niewiele więcej umiem, mogę to wyznać śmiało, od ciekawego profana. Ale zdawało mi się, że pan profesor obszedł się z Weissmanem w tej kwestyi trochę za surowo. Odkrycia dokonane od tej pory... jednem słowem... czy nie poparły jego twierdzeń?

— Jakie odkrycia? — zapytał z groźnym spokojem.

— No! nie mogę przeczyć, naturalnie, że niema w nich nic takiego, coby pan profesor uznał za dowód rozstrzygający. Miałem tylko na myśli najnowszy zwrot w umysłach i w ogólnych, naukowych poglądach, jeżeli wolno mi się tak wyrazić...

Pochylił się nad stołem z ożywieniem.

— Przypuszczam, że panu wiadomo — zaczął, zaznaczając każdy punkt na palcach, że wskaźnik oparty na budowie nauki nie stracił nic ze swej mocy?

— Naturalnie, że wiem o tem — odrzekłem.

— I że „telegonia“ pozostaje dotąd „sub judice“?

— Bez żadnej wątpliwości!

— I że protoplazma zarodka różni się od „partogenetycznego“ jaja?

— Niezawodnie! — wykrzyknąłem, chełpiąc się własną śmiałością.

— A czego to dowodzi? — zagadnął łagodnie, przekonywająco...

— Ach! otóż to właśnie! Czego to dowodzi? — szepnąłem.

— Ja panu powiem! — zagruchał słodko.

— Proszę bardzo...

— Dowodzi to — ryknął w nagłym przystępie wściekłości — że jesteś przeklętym oszustem londyńskim! Podłym, pełzającym dziennikarskim gadem, któremu brak i nauki, i taktu, i przyzwoitości w wybiegach!

Zerwał się z miejsca, a oczy jego błyszczały szaloną wściekłością. Nawet w napięciu tej groźnej chwili zauważyłem ze zdumieniem, że to człowiek zupełnie małego wzrostu, głową sięgający mi zaledwie do ramienia, powstrzymany w rozwoju Herkules, w którym nadmiar sił żywotnych rozrósł się na szerokość, na głębokość i w rozmiarach głowy.

— Bełkotanie bez związku! — wrzeszczał profesor, oparty rękoma na stole, z twarzą naprzód wysuniętą. — To com ci opowiadał, mój panie, to był tylko bezładny bełkot naukowych określeń! Czy sądziłeś, że możesz się mierzyć ze mną, ty, z mózgiem nie większym od orzecha?! Czy sobie wyobrażasz, że wy, dyabelskie pismaki, jesteście wszechstronni? Doprawdy!? I że wasze chwalby mogą wynieść w górę człowieka, a wasze nagany zdruzgotać go? Że my wszyscy musimy się wam kłaniać, zabiegać o wasze łaskawe słowo? Doprawdy!? Tego dźwigniemy, a tamtego zepchniemy? Pełzające robactwo! Znam ja was! Zeszliście ze swego właściwego stanowiska... Dawniej obcinano wam uszy! Postradaliście wszelką miarę w sądach! Pęcherze nadęte gazem! Ja was doprowadzę do porządku! Tak, mój panie! Nie zapanujesz nad Jerzym, Edwardem Challengerem! Jest jeszcze na świecie człowiek, który od was nie zależy! Ostrzega was, ale jeżeli upieracie się przychodzić, musicie ponosić wszelkie następstwa. Kary, mój dobry panie Malone, kary na was żądam! Wdałeś się w niebezpieczną grę i zdaje mi się, że przegrasz!

— Proszę pana! — odpowiedziałem, cofając się ku drzwiom i otwierając je. Wolno panu być brutalem, jeśli taka pańska wola... Ale i w tem muszą być pewne granice... Nie ośmielisz się pan chyba rzucić się na mnie?

— Nie ośmielę się?!

Posuwał się ku mnie powoli, a dziwnie groźnie; nagle stanął i obie wielkie łapy zanurzył w bocznych kieszeniach krótkiej, chłopięcej kurtki, jaką miał na sobie.

— Niejednego już wyrzuciłem za drzwi tego domu — zaczął powoli. — Pan będziesz czwartym, czy piątym z rzędu... Trzy funty, piętnaście szylingów za każdego, tyle to w przecięciu kosztuje. Duży wydatek, ale pożyteczny. A dlaczego pan nie miałbyś pójść tą samą drogą, co twoi bracia? Nie widzę powodu...

Zaczął znowu sunąć ku mnie, w sposób nieprzyjemny, czający się, stąpając na palcach, jak baletnik...

Mogłem skoczyć do drzwi przedpokoju, ale byłoby to hańbą... A przytem wybuchnął we mnie płomień słusznego gniewu. Przedtem wina była tylko po mojej stronie; teraz napastliwe pogróżki tego człowieka przeważyły szalę w odwrotnym kierunku.

— Prosiłbym pana trzymać ręce przy sobie! Nie ścierpię tego! — krzyknąłem.

— Doprawdy!?

Czarne wąsy najeżyły się jak szczotka, a z pod nich błysnęły szyderczo wielkie, białe kły.

— Proszę? Nie ścierpisz pan tego?!

— Nie bądź waryatem, profesorze! — zawołałem. — Na co możesz liczyć? Ważę piętnaście kamieni jak obszył, a co sobota w londyńskim klubie holandczyków biorę nagrody za gimnastyczne ćwiczenia... Nie jestem taki...

Zaginiony świat 05

Wywinęliśmy koziołka ze schodów na ulicę.

Ale w tej właśnie chwili skoczył na mnie. Szczęściem zdążyłem przedtem otworzyć drzwi, bo bylibyśmy się o nie pogruchotali. Wywinęliśmy wiatrakowego koziołka i wylecieliśmy na korytarz, a stamtąd stoczyliśmy się na dół. Zagarnęliśmy krzesło stojące na drodze i potoczyli się dalej ku drzwiom wejściowym. Miałem w ustach pełno brody profesora; ręce nasze splotły się ze sobą, ciała splątały w jeden kłąb, a przeklęte krzesło wywijało obok nas młynka wszystkiemi czterema nogami. Czujny Austin w porę otworzył szeroko drzwi wejściowe od przedsionka. Wyleciawszy przez nie, wywinęliśmy koziołka ze schodów na ulicę...

Widziałem raz podobną sztukę w cyrku, wykonywaną przez dwóch braci Mac; ale zdaje się, że trzeba mieć pewną wprawę, ażeby wykonać to ćwiczenie bez szkody... Krzesło na dole roztrzaskało się na drzazgi, a my potoczyliśmy się na drugą stronę, do rynsztoka. Profesor zerwał się z ziemi, wywijając pięściami, zasapany jak astmatyk.

— Dosyć ci tego? — wysapał z trudem.

— Ty, dyabelski zwierzu, krzyknąłem, dźwigając się z ziemi.

Bylibyśmy dalej próbowali swoich sił, bo profesor rozgorzał żądzą walki, lecz na szczęście los wybawił nas z tego ohydnego położenia. Stanął nad nami policyant z notatnikiem w ręku.

— Co to znaczy? Powinniście się wstydzić — przemówił surowo.

Pierwsze to były mądre słowa jakie usłyszałem od przybycia do Enmore Parku.

— Co to znaczy? — powtórzył policyant, zwracając się do mnie. — Co się to stało?

— Ten człowiek rzucił się na mnie — odpowiedziałem.

— Czy rzeczywiście rzuciłeś się pan na niego? — badał policyant dalej.

Profesor oddychał ciężko i nie odpowiadał.

— Nie pierwszy to już raz — mówił policyant surowo, potrząsając głową. W przeszłym miesiącu miałeś pan sporo kłopotu z takiego samego powodu. Dziś podbiłeś pan oko temu młodzieńcowi... Czy pan chce podać skargę do sądu? — zwrócił się do mnie.

Złagodniałem odrazu.

— Nie — odrzekłem — nie chcę podawać skargi.

— A to dlaczego? — nalegał policyant.

— Bo to się stało z mojej winy. Wdarłem się podstępem do tego domu. Ten pan ostrzegał mnie nawet.

Policyant zamknął notatnik.

— Proszę, żeby nie było więcej takich awantur — upomniał. — Proszę się rozejść!... Dalej w drogę! Rozejść się!

Te słowa zwrócone były do chłopca od rzeźnika, do jakiejś służącej i kilku przechodniów, którzy się zatrzymali. Policyant odszedł, stąpając ciężko i gnając przed sobą całą gromadkę. Profesor spojrzał na mnie a w głębi jego oczu czaił się uśmiech.

— Chodź pan! — przemówił — nie skończyliśmy jeszcze ze sobą...

Słowa te brzmiały złowróżbnie, ale mimo to poszedłem za nim na wezwanie. Służący Austin, obojętny jak drewno, zamknął drzwi za nami.



IV.
„To rzecz najgłośniejsza w świecie.“

Zaledwie drzwi się zamknęły, pani Challengerowa wypadła z jadalnego pokoju. Drobna kobiecina była strasznie wzburzona. Zastąpiła drogę mężowi, jak zacietrzewione kurczę buldogowi. Widocznie była świadkiem mego przymusowego wyjścia, lecz nie dojrzała powrotu.

— Jerzy! Ty brutalu! — wrzasnęła. — Rozbiłeś znowu głowę temu ładnemu chłopcu.

Profesor wskazał w tył, wielkim palcem ogromnej łapy.

— Jest tu za mojemi plecami, zdrów i cały.

Zmieszała się, ale nie bardzo.

— Przykro mi, że pana nie spostrzegłam.

— Upewniam panią, że już wszystko załagodzone — uspakajałem zagniewaną.

— Ale jednak podbił panu to biedne oko! Ach, Jerzy! Jakie z ciebie dzikie zwierzę! Nic, tylko awantury, od początku do końca tygodnia! Wszyscy cię nienawidzą i wyszydzają... Już mi brakuje cierpliwości... Wyczerpałeś ją do szczętu!

— Brudną bieliznę... — mruknął profesor.

— To nie żadna tajemnica! — krzyknęła pani. Czy myślisz, że na całej ulicy, że w całym Londynie nie wiedzą?.. Idź sobie, Austin! Nie jesteś tu potrzebny... Czy myślisz, że nie wiedzą i nie mówią o tobie?... Ty, uczony człowiek, który powinien być rektorem uniwersytetu, szanowanym przez tysiące studentów!... Coś ty uczynił ze swoją godnością, Jerzy?!

— A ty ze swoją co? moja droga...

— Nadużywasz mojej cierpliwości!... Gbur, awanturniczy gbur, oto co się z ciebie zrobiło!

— Nie gniewaj się, Jessie!

— Wiecznie syczący i zapieniony buhaj!

— Dość tego! Na krzesełko! Na pokutę! — zagrzmiał nagle profesor.

Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu schylił się podniósł żonę z podłogi i posadził ją na wysokim słupie z czarnego marmuru, stojącym w kącie sieni. Słup miał najmniej siedem stóp wysokości a był tak cienki, że profesorowa z trudnością utrzymywała na nim równowagę. Niepodobna wystawić sobie coś śmieszniejszego od widoku siedzącej na wysokim słupie, tem więcej, że twarz jej kurczyła się konwulsyjnie od gniewu, nogi wierzgały a cały korpus trzymał się sztywno z obawy upadku.

— Zsadź mnie na ziemię! — zapiszczała.

— Powiedz: „proszę!“

— Ty zwierzu! Jerzy! Zdejm mnie stąd natychmiast!

— Chodź pan ze mną do gabinetu, panie Malome...

— Ależ... panie profesorze! — zacząłem, spoglądając na siedzącą na słupie.

— Pan Malome wstawia się za tobą, Jessie! Powiedz „proszę“ a zdejmę cię zaraz.

— Ach, ty zwierzu! Ty zwierzu! Proszę! Proszę!

— Trzeba zachowywać się przyzwoicie, moja droga. Pan Malome jest dziennikarzem. Wnet wydrukuje to wszystko w swojej szmacie i sprzeda kilka tuzinów dziennika naszym sąsiadom... „Dziwna historja wyższych kół towarzystwa“ bo ty wysoko siedziałaś na tym słupie marmurowym, nieprawda? A prócz tego doda jeszcze pod-tytuł: „Rzut oka na osobliwą parę małżeńską“. Bo on się żywi żywem mięsem, pan Malome, jest „ścierwożerczy“ na swój sposób, jak wszyscy należący do rodu dziennikarzy — wieprz z djabelskiej trzody. Czy nie tak, Malome? Co?

— Pan jesteś istotnie nieszczęśliwy! — wykrzyknąłem z gniewem.

Zaryczał głośnym śmiechem.

— Będziemy tu mieli zaraz przymierze! — zagrzmiał, spoglądając na żonę i na mnie i wydymając swą okazałą klatkę piersiową.

Nagle zmienił ton.

— Proszę, chciej mi przebaczyć tę płochą i poufałą gawędę, panie Malome! Sprowadziłem tu pana w ważniejszym celu, niż dla wtajemniczenia w nasze drobne, domowe figle. Odejdź, kobieto, i nie gniewaj się.

Położył olbrzymie łapy na jej ramionach.

— Wszystko co mówiłaś jest słuszne. Byłbym lepszym człowiekiem, gdybym postępował wedle twoich rad, ale wtedy nie byłbym Jerzym Edwardem Challengerem. Jest wielu lepszych odemnie ludzi, moja droga, ale jeden tylko Jerzy Edward Challenger. Więc musisz się z nim pogodzić.

Złożył na jej policzku głośny pocałunek, co mnie zmieszało więcej, niż poprzednie gwałty.

A potem zwrócił się do mnie i wyrzekł w nagłym przystępie godności:

— A teraz proszę, panie Malome, racz pan tędy pójść za mną.

Wróciliśmy do tego samego pokoju, który opuściliśmy niedawno w sposób tak gwałtowny. Profesor zamknął starannie drzwi pokoju, posadził mnie w fotelu i podsunął mi pod nos pudełko z cygarami.

— Oryginalne San Juan Colorado — objaśnił. Skłonnym do uniesień ludziom dobrze robią narkotyki. Boże! Nie odgryzaj końca! Obetnij! Obetnij z należnem uszanowaniem! A teraz oprzyj się wygodnie i posłuchaj tego, co postaram się opowiedzieć. Jeżeli nasunie ci się jaka uwaga, odłóż ją do odpowiedniejszej chwili.

I zaczął opowiadanie.

— Na pierwszem miejscu wyjaśnienie twego powrotu do mego domu po należnem wyrzuceniu za drzwi...

Wysunął naprzód brodę i popatrzał na mnie wyzywająco, jak ktoś oczekujący zaprzeczenia. Zmilczałem.

— Po zupełnie zasłużenem wyrzuceniu za drzwi, jak mówiłem — powtórzył. — Powodem tego była twoja odpowiedź, dana dostojnemu policjantowi, w której błysnęła mi iskierka uczciwości, czego nie spotyka się u ludzi twojego zawodu. Zgadzając się na to, że cały wypadek zdarzył się z twojej winy, dałeś dowód pewnej niezależności umysłowej i szerszych poglądów, na co zwróciłem łaskawą uwagę. Ten podgatunek ludzkiej rasy, do jakiego na nieszczęście należysz, stoi zawsze niżej ode mnie pod względem umysłowym. Twoje odezwanie się wyniosło cię odrazu ponad poziom twoich kolegów; zwróciło poważnie na ciebie moją uwagę. Dlatego zażądałem, byś wrócił do mego domu i postanowiłem zaznajomić się z tobą bliżej. Proszę, zechciej łaskawie otrząsnąć popiół z cygara na tę japońską tackę na bambusowym stoliczku, który stoi na lewo od ciebie...

Grzmiał potężnym basem, jak profesor wykładający studentom. Obrócił się na śrubowem krześle twarzą prosto do mnie i siedział nadęty jak olbrzymia żaba, z głową w tył przechyloną i oczyma napół przymkniętemi, spoglądającemi z poza rzęs. Nagle zakręcił się w bok i zobaczyłem tylko poczochraną czuprynę, i czerwone, ogromne ucho, sterczące z gęstwiny włosów. Grzebał w porozrzucanych na biurku papierach. Podniósł głowę i spojrzał surowo na mnie. W ręku trzymał notatnik.

— Opowiem ci teraz o południowej Ameryce — przemówił. —Tylko bez uwag, bardzo proszę! Zapowiadam też, że to co ci powiem teraz, nie ma być ogłoszone w dziennikach bez mojego specyalnego pozwolenia. A tego pozwolenia, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nie dam nigdy. Czy to jasne?

— Bardzo ciężki warunek — odrzekłem. Ścisłe sprawozdanie, napewno...

Położył notatnik na stole i powiedział:

— Koniec! Żegnam pana.

— Nie! nie! — zawołałem. — Przyjmuję wszystkie warunki. Zresztą, o ile rozumiem, nie mam wyboru.

— Nie masz, rzeczywiście.

— A więc... przyrzekam.

— Słowo honoru?

— Słowo honoru.

Popatrzał na mnie z wyrazem powątpiewania w zuchwałych oczach.

— A co ja wiem o pańskim honorze? — rzucił wyzywająco.

— Słowo daję, panie! — wykrzyknąłem z gniewem — zawiele sobie pan pozwala! Nigdy jeszcze w mojem życiu nikt mnie tak nie znieważał.

Przyglądał mi się bez gniewu, a z zajęciem.

— Krótkogłowy — mruknął. — „Brachocephalus”; szare oczy, czarne włosy z domieszką rasy murzyńskiej... Celt, jak przypuszczam?

— Jestem irlandczyk!

— Tak panie, irlandzki Irlandczyk.

— To rozumie się wyjaśnia wszystko... Zobaczymy dalej. Dałeś mi słowo, że uszanujesz moje zwierzenia. Zwierzenie to, muszę nadmienić, nie będzie zupełne. Ale udzielę ci pewnych objaśnień nie bez znaczenia. Zapewne ci wiadomo, że przed dwoma laty zrobiłem wycieczkę do południowej Ameryki, wycieczkę, która będzie miała swoje miejsce w historyi nauki. Celem mojej wyprawy było sprawdzenie niektórych wniosków Wallasa i Batesa, czego można było dokonać tylko, badając podane przez nich fakty, w tych samych warunkach, w których oni je studyowali. Gdyby moja wyprawa nie osiągnęła żadnych wyników, już byłaby godna uwagi, ale dziwny wypadek, jaki mi się zdarzył podczas pobytu w tamtejszym kraju, otworzył nowe widnokręgi dla badań.

Wiesz zapewne, a raczej w tej epoce napół oświeconych ludzi prędzej nie wiesz, że kraje położone w promieniu Amazonki są zaledwie częściowo zbadane, i że mnóstwo dopływów w znacznej części nie oznaczonych na mapach, wpada do tej rzeki. Zamierzałem zwiedzić te ustronne krainy i zbadać ich faunę, dla zdobycia materyału do wielkiego, pomnikowego dzieła z zakresu zoologii, które będzie usprawiedliwieniem mojego żywota.

Wracałem już po skończonej pracy, spędziłem noc w małej wioseczce indyjskiej, tam, gdzie jeden dopływ, miano jego i miejscowości zatrzymuję przy sobie, wpada do Amazonki. Mieszkańcy tamtejsi należą do szczepu indyjskiego „cucama“; lud sympatyczny, ale w upadku, z umysłem niewiele więcej rozwiniętym od umysłu przeciętnego londyńczyka. Kiedym szedł w górę rzeki, udało mi się uleczyć wielu z nich, czem wzbudziłem wielkie uznanie dla mojej osoby. Nie zadziwiłem się więc ich serdecznem przyjęciem gdym powracał. Z ich znaków wyrozumiełem, że ktoś gwałtownie potrzebuje mojej lekarskiej pomocy i poszedłem za wodzem szczepu, do jego chaty. Wszedłszy do wnętrza, zobaczyłem że chory, do którego mnie wezwano, już nie żyje. Ale przekonałem się z niemałem ździwieniem, że nie był to indjanin, lecz biały człowiek; mogę nawet powiedzieć, że bardzo biały, bo włosy miał koloru konopi i niektóre cechy albinosa. Odziany w łachmany, bardzo wychudzony, nosił ślady długich i ciężkich trudów. O ile zdołałem wyrozumieć z opowiadania indjan, był on tu zupełnie nieznany, przybył do ich osady sam, z głębi lasów, w stanie ostatecznego wyczerpania.

Torba zmarłego leżała przy posłaniu, przejrzałem jej zawartość. Nazwisko jego wypisane było wewnątrz: „Maple White, Lake Avenue, Detroit, Michigan.“ Przed tem nazwiskiem zawsze uchylę kapelusza... Wystarczy gdy powiem, że stanie ono obok mojego, kiedy ostatecznie cała ta sprawa uzyska wiarę i uznanie, na jakie zasługuje.

W torbie znalazłem dowody, że ten człowiek był artystą i poetą, poszukującym wrażeń. Były tam i urywki wierszy. Nie mogę się uważać za sędziego w takich rzeczach, ale wydały mi się dziwnie bezwartościowe. Były prócz wierszy i pospolite szkice krajobrazowe, z pobrzeża rzeki, pudełko z farbami, pudełko kolorowych kredek, pędzle, ta zakrzywiona kość, która leży przy moim kałamarzu, tom dzieła Baxtera „Ćmy i motyle“, tani rewolwer i trochę nabojów. Osobistych pakunków nie miał, lub może postradał je w podróży. Oto wszystko, co pozostało po tym zagadkowym, amerykańskim wędrowcu.

Miałem już odejść, gdy zobaczyłem, że coś wystaje z kieszeni jego podartej kurtki. Było to album ze szkicami, tak zniszczone jak je teraz widzisz. Upewniam cię, że pierwsze wydanie Szekspira nie byłoby więcej szanowane, niż ta relikwia, odkąd dostała się w moje ręce. Oddaję ją tobie, z prośbą o przejrzenie kartki za kartką i zbadanie treści.

Profesor sięgnął po cygaro i oparł się wygodnie w fotelu, śledząc groźnym i badawczym wzrokiem, jakie wrażenie wywrze na mnie ten dokument.

Otwieram album z nadzieją jakiegoś odkrycia, którego natury nie określiłem bliżej. Pierwsza stronica sprawiła mi zawód, bo nie było na niej nic, oprócz rysunku przedstawiającego bardzo otyłego człowieka w kurtce z podpisem:

„Dziwny Colver na parowcu portowym“.

Dalsze stronice pełne były drobnych szkiców, indjan i scen z ich życia: Potem rysunek wesołego i otyłego księdza w kapeluszu łopatowego kształtu, siedzącego naprzeciw bardzo dumnego europejczyka z podpisem:

„Śniadanie z Fra Cristofero w Rosaria“.

Dalej szkice postaci kobiecych i dzieci, poczem następowała już nieprzerwana serya rysunków zwierząt z takiemi objaśnieniami: „Manatee na ławicy piaszczystej“, „Żółwie i ich jaja“, „Czarny Aguti pod palmą miriti“. Zwierzę podobne do prosięcia, na zakończenie, dwie stronice studjów bardzo niemiłych jaszczurek, z długiemi szyjami. Nic z tego nie mogłem zrozumieć powiedziałem to szczerze profesorowi.

— To zapewne krokodyle? — spytałem.

— Aligatory! aligatory! W południowej Ameryce niema prawdziwych krokodylów. Różnica między niemi...

— Ale ja nie zauważyłem żadnej wybitnej różnicy, nic coby usprawiedliwiało pańskie słowa...

Uśmiechnął się pogodnie.

— Obejrzyj następną stronicę — powiedział.

Zaginiony świat 06

Skały te, ciągnęły się zwartą ścianą na ostatnim planie szkicu.

I tem nie mogłem się zachwycić. Całą stronicę zajmował krajobraz, surowo podmalowany kolorami; rodzaj szkicu, jaki artyści robiący studya na otwartem powietrzu, zachowują sobie jako podstawę, do przyszłego wykończenia obrazu. Blada zieloność, tło pierzastych roślin pierwszego planu, podnosiło się stopniowo w górę zakończone pasmem ciemno-czerwonych skał, podobnych do bazaltowych formacyi jakie znałem. Skały te ciągnęły się zwartą ścianą na ostatnim planie szkicu. W jednem miejscu strzelała z nich do góry odosobniona skała, kształtu piramidy, zakończona na szczycie wielkiem drzewem, a oddzielona od głównego pasma głęboką rozpadliną. Nad tem wszystkiem, błękitne, podzwrotnikowe niebo. Wątła, zielona linia zarośli, ciągnęła się na grzbiecie skalistego pasma.

— No i cóż? — spytał profesor.

— Bez żadnej wątpliwości pasmo skaliste niezwykłej formacyi — odrzekłem. — Ale nie jestem geologiem i nie potrafię orzec, na czem polega jego nadzwyczajność.

— Nadzwyczajne! — powtórzył profesor. — Jedyne w świecie. Nie do uwierzenia. Nikt na całej kuli ziemskiej nie mógłby wymarzyć nic podobnego. Patrz dalej!

Odwróciłem kartkę i wykrzyknąłem z zadziwienia. Całą stronicę zajmował rysunek zwierzęcia, najdziwniejszego, jakie można sobie wyobrazić. Było to coś nakształt sennych widziadeł palacza opium, jakieś majaki chorego w gorączce...

Zwierzę to miało głowę ptaka, cielsko odęte jaszczurczego kształtu, wlokący się po ziemi ogon najeżony kolcami, zwróconymi do góry i zgarbiony grzbiet, pokryty zębatą frendzlą, podobną do mnóstwa kogucich grzebieni, umieszczonych jeden za drugim. Przed tem bajecznem stworzeniem stał śmieszny manekin czy karzełek, ludzkiego kształtu i wpatrywał się w potwora...

— No! i cóż myślisz o tem? — wykrzyknął profesor, zacierając z tryumfem ręce.

— To jest potworne... śmieszne... niesłychane!

— Ale co go skłoniło do namalowania tego szkicu?

— Wódka — jak przypuszczam...

— O! czy to jedyne tłumaczenie, jakie możesz znaleźć? Co?

— A czemże pan to objaśnia?

— Tem, że widocznie takie zwierzę istnieje. I że było naszkicowane z natury.

Byłbym się roześmiał, gdyby nie wspomnienie obawa nowego wiatraka lt wzdłuż korytarza.

— Zapewne! — potakiwałem, jak się potakuje warjatowi — zapewne! Wyznaję jednak — dodałem — że ta mała figurka jest dla mnie zagadką. Gdyby to był indjanin, możnaby to uważać za dowód, że w Ameryce istnieje rasa karłów, ale to widocznie europejczyk w kapeluszu od słońca.

Profesor chrapnął, jak rozgniewany bawół.

— Doszedłeś już do ostatecznej granicy! Rozszerzasz swoje pole badań! Zanik mózgu! Umysłowy bezwład! Zdumiewające!

Byłoby niedorzecznością oburzać się. Byłoby to prostem marnowaniem energii, gdybym chciał obrażać się na tego człowieka, musiałbym gniewać się bezustannie. Uśmiechnąłem się tylko z przymusem.

— Zadziwił mnie drobny rozmiar tej postaci — powiedziałem.

Page 59 (The Lost World. 1912)

Czy nie uważasz, że ta figurka jest tu naszkicowana umyślnie.

— Patrz-że! — wrzasnął profesor, pochylając się i uderzając w rysunek grubym jak kiełbasa, obrosłym czarnymi włosami, palcem. Widzisz tę roślinę za tem zwierzęciem? Pewnie myślisz, że to zwyczajny ostromlecz lub kapusta brukselska, co? A to jest palma, zaś palmy tego gatunku dochodzą do pięćdziesięciu, sześćdziesięciu stóp wysokości! Ten człowiek nie mógł rzeczywiście, stojąc przed tą bestyą, rysować jej. Czy nie uważasz, że ta figurka jest tu naszkicowana umyślnie? Naszkicował swoją własną postać, ażeby dać pojęcie o rozmiarach zwierzęcia. On sam, nawiasem mówiąc, miał przeszło pięć stóp wzrostu. Drzewo jest dziesięć razy wyższe, jak łatwo się domyśleć...

— Wielkie nieba! — wykrzyknąłem. — A więc ta bestya... Co? Dworzec kolejowy w Charing Cross mógłby zaledwie służyć za budę do mieszkania dla takiego potwora!

— Odrzuciwszy wszelką przesadę, nie ulega wątpliwości, że to wspaniale rozwinięty okaz — zwrócił uwagę profesor.

— Ależ na podstawie jednego szkicu nie podobna burzyć odwiecznych odkryć ludzkości! — obruszyłem się.

Przejrzawszy resztę kart do końca książki stwierdziłem, że niema już nic więcej.

— Szkic jakiegoś amerykańskiego wędrowca rzucony na papier pod wpływem haszyszu, albo w gorączce wywołanej febrą, albo może poprostu utwór kapryśnej wyobraźni... Pan, jako uczony, nie może bronić takiej placówki.

— Mam tu doskonałą monografię, dzieło mego utalentowanego przyjaciela, Raya Zankistra — mówił dalej profesor. Jest w niem rysunek, który może cię zajmie. O tu... Pod nim objaśnienie: „Przypuszczalna postać zwierzęcia żyjącego w epoce Jurajskiej, zwanego Dinosaurus Itegosaurus. Tylna jego noga jest dwa razy większa od człowieka dobrego wzrostu.“ I co na to powiesz?

Podał mi rozłożoną książkę. Drgnąłem, spojrzawszy na rysunek. W tem odnalezionem, przedpotopowem zwierzęciu zaginionego świata uderzało wielkie podobieństwo do szkicu nieznanego artysty.

— To jest istotnie dziwne — powiedziałem.

— Ale nie zgadzasz się, że to dowód dostateczny?

— Może to być tylko zbieg okoliczności, może amerykanin widział kiedy podobny rysunek i zatrzymał go w pamięci? A taki obraz mógł ożyć w mózgu człowieka trawionego gorączką.

— Bardzo dobrze! — wyrzekł pobłażliwie profesor. — Zostańmy przy tem. A teraz poproszę cię o obejrzenie tej kości...

Podał mi tę samą kość, o której już wspominał przedtem, jako o własności zmarłego artysty. Kość miała około sześciu cali długości, a dłuższa była od mojego wielkiego palca u ręki, na jej końcu pozostały jeszcze szczątki zaschniętych chrząstek.

— Do jakiego zwierzęcia mogła ta kość należeć? — zapytał profesor.

Obejrzałem ją starannie, usiłując przywołać ze szkół zapomniane wiadomości.

— Może to być bardzo gruba kość obojczyka ludzkiego — odrzekłem.

Profesor zakołysał dłonią, jakby odpychał ze wzgardą podobne przypuszczenie.

Kość w obojczyku jest zakrzywiona. A ta jest prosta. Jest w niej wysunięcie, dowodzi to, że znajdowało się w tem miejscu ścięgno, czego nie ma w obojczyku.

— Więc muszę wyznać szczerze, że nie wiem, co to jest.

— Nie wstydź się swojego nieuctwa, bo pewien jestem, że cały sztab z South Kennisgtonu nie potrafiłby nazwać tej kości — wyrzekł profesor krótko.

Wyjął potem z pudełka od pigułek kosteczkę wielkości ziarnka grochu i dodał:

— O ile mogę być w tym razie sędzią, ta mała kostka jest analogiczna z tamtą, którą masz w ręku. To ci może dać w przybliżeniu pojęcie o wzroście tego zwierzęcia. A po szczątkach chrząstki możesz poznać, że to nie jest żaden okaz kopalny, lecz zupełnie świeży. Cóż na powiesz?

— Może słoń...

— Rzucił się jakby go coś zabolało.

— Nie kończ! Nie mów o słoniach w południowej Ameryce! Nawet w tych czasach marnych szkół...

— A może — poprawiłem się — może to jakieś wielkie zwierzę z południowej Ameryki? Tapir naprzykład...

— Możesz mi wierzyć, młodzieńcze, że znam się na mojej specjalności! To nie jest kość ani tapira, ani żadnego zwierzęcia znanego w zoologii. To kość zwierzęcia bardzo wielkiego, bardzo silnego, i prawdopodobnie bardzo drapieżnego; zwierzęcia, które istnieje obecnie na naszej ziemi i nie jest znane uczonym. Czy cię to jeszcze nie przekonało?

— Jestem w każdym razie bardzo zaciekawiony.

— Jeżeli tak, to jesteś nieuleczalny. Czuję jednak, że rozsądek czai się gdzieś w twojej istocie, więc będziemy go łowić cierpliwie. Zostawimy w spokoju zmarłego amerykanina, a zajmiemy się mojem opowiadaniem. Łatwo się chyba domyślisz, że nie opuściłem Ameryki bez bliższego zbadania tej zagadkowej sprawy. Miałem pewne wskazówki, z której strony przybył zmarły wędrowiec. Przewodnikiem moim były podania indjan, bo przekonałem się, że wieści o jakiejś dziwnej krainie krążą między wszystkimi szczepami zamieszkującymi nadbrzeżne miejscowości. Słyszałeś pewnie o „Curupuri“?

— Nigdy.

— „Curupuri“, to duch lasów, istota groźna, złośliwa, której trzeba unikać. Nikt nie może opisać jego powierzchowności ani natury, lecz imię jego budzi grozę na całem porzeczu Amazonki. Ale wszystkie plemiona zgadzają się co do miejsca w jakiem przebywa „Curupuri“. Miejsce to leży w tej stronie, z której przybył amerykanin. Coś okropnego żyje w tamtych okolicach. Mojem zadaniem było zbadać, co mianowicie.

— I to pan uczynił?

Rozwiało się już moje lekkomyślne niedowierzanie. Ten potężny człowiek nakazywał uwagę i uszanowanie.

— Przezwyciężyłem niesłychany wstręt krajowców, wstręt, który sprawia, że nawet nie chcą mówić o tym przedmiocie. Zjednałem ich rozsądnemi namowami i darami, popartymi, wyznaję, groźbą kary, i skłoniłem dwóch, ażeby mi służyli za przewodników. Po wielu przygodach, o których nie będę opowiadał, po przebyciu przestrzeni, których nie chcę bliżej określać, doszliśmy do krainy nigdzie nie opisywanej, ani nie zwiedzanej przez nikogo, z wyjątkiem mojego nieszczęsnego poprzednika. Czy zechcesz teraz łaskawie obejrzeć to?

Podał mi fotografię średniego rozmiaru.

— Zły stan tych odbitek wynikł z tego — objaśnił profesor — że w powrotnej drodze wywróciło się nasze czółno, a skrzynka zawierająca niewywołane klisze rozbiła się, co pociągnęło za sobą opłakane skutki. Prawie wszystkie klisze uległy zniszczeniu, strata niepowetowana! Ta oto jest jedną z paru, niezupełnie popsutych. Zechciej łaskawie dać wiarę objaśnieniu, usprawiedliwiającemu ich nieprawidłowy wygląd. Krążyły pogłoski o fałszach. Nie jestem w usposobieniu do odpierania tego rodzaju zarzutów!...

Page 55 (The Lost World, 1912)

Był to ciemno-szary krajobraz.

Fotografia była rzeczywiście mocno wyblakła. Nieżyczliwy krytyk nie mógł nic rozeznać na tej zamglonej przestrzeni. Był to ciemno-szary krajobraz, w którym po wpatrzeniu się, mogłem jednak wyróżnić pewne szczegóły. W głębi rysowało się długie i bardzo wyniosłe pasmo skał, podobnych zdaleka do olbrzymiego wodospadu, a u jego podnóża ciągnęła się na pierwszym planie rozległa, zasiana drzewami równina.

— Zdaje mi się, że to ta sama miejscowość, jaką przedstawia tamten szkic — powiedziałem.

— To jest to samo miejsce — odrzekł profesor — odnalazłem tam nawet ślady obozowiska. A teraz spojrzyj na to...

Drugi widok przedstawiał ten sam krajobraz zdjęty z mniejszej odległości, ale fotografia była bardzo wadliwa. Mogłem jednak odróżnić odosobnioną skałę, uwieńczoną na szczycie drzewem w kształcie wieżycy, oddzieloną rozpadliną od skalistego pasma.

— Teraz już nie mam żadnej wątpliwości — powiedziałem szczerze.

— To już jest pewien zysk — odrzekł profesor. — Robimy postępy, nieprawdaż? A teraz, może zechcesz przyjrzeć się wierzchołkowi tej skalistej wieży? Co na nim widzisz?

— Ogromne drzewo.

— A na drzewie?

— Wielkiego ptaka — odrzekłem bez wahania.

Profesor podał mi lupę.

— Tak! — powtórzyłem, spoglądając przez szkło powiększające, wielki ptak, stoi na gałęzi drzewa. Zdaje się, że ma dziób potężny. Powiedziałbym, że to pelikan.

— Nie mogę powinszować ci dobrego wzroku — odezwał się profesor. — Nie jest to wcale pelikan, ani też żaden ptak. Może cię to zajmie gdy powiem, że udało mi się zastrzelić ten osobliwy okaz. Był to jedyny, niezbity dowód moich odkryć, który mogłem zabrać ze sobą.

— Więc go pan ma, naturalnie?

To jedno przynajmniej było nie podlegającem wątpliwości stwierdzeniem faktu.

— Miałem. Ale przepadł na nieszczęście, razem z innemi rzeczami, skutkiem wypadku, który zniszczył fotografie. Pochwyciłem go, gdy znikał unoszony wirem wody i część skrzydła pozostała w mojem ręku. Wyłowili mnie z wody już nieprzytomnego, ale ten marny szczątek wspaniałego okazu ocalał nieuszkodzony; kładę go teraz przed tobą...

Wyjął z szuflady coś, co mi się wydało podobnem do górnej części skrzydła olbrzymiego nietoperza. Miało najmniej dwie stopy długości a na zakrzywionej kości wisiała błona uczepiona od spodu.

— Potworny jakiś nietoperz! — zawołałem.

— Bynajmniej! — zaprzeczył profesor surowo. — Kto tak jak ja żyje w atmosferze wiedzy i uczonych badań, nie może nawet przypuścić, że podstawowe wiadomości z zoologii są tak mało rozpowszechnione... Czy podobna, ażebyś nie znał tej elementarnej zasady anatomii porównawczej, że skrzydło ptaka stanowi rodzaj przedramienia, gdy skrzydło nietoperza składa się z trzech wydłużonych palców, połączonych ze sobą rodzajem błony? Otóż ta kość nie jest bynajmniej przedramieniem, a możesz sam osądzić, że to kość pojedyńcza, z uczepioną do niej pojedyńczą błoną; zatem nie mogła należeć do nietoperza. A jeżeli to nie jest ani ptak, ani nietoperz, więc co jest?

Wyczerpałem już do dna mój szczupły zapas wiadomości.

— Nie wiem istotnie — odpowiedziałem skruszony.

Profesor otworzył znowu książkę, do której odsyłał mnie poprzednio.

— Masz tu — zaczął, wskazując rysunek nadzwyczajnego skrzydlatego potwora — doskonały okaz „dinerophodona“, czyli „pterodaktyla“, skrzydlatego gada z epoki Jurajskiej. Na następnej stronicy jest rysunek przedstawiający mechanizm jego skrzydeł. Zechciej łaskawie porównać to z tem co trzymasz w ręku.

Gdym obejrzał, ogarnęło mnie zdumienie. Uwierzyłem! Niepodobna już było przeczyć. Odkrycie to oszołomiło mnie. Szkic, fotografie, opowieść profesora, a teraz ta kość; wszystko to niezbite dowody!

Powiedziałem co myślę; powiedziałem z zapałem, bo czułem, że profesorowi stała się krzywda. On zaś oparł się pochylony w tył na fotelu, z przymkniętemi powiekami, z pobłażliwym uśmiechem, rozkwitającym w tym niespodzianym promieniu słońca.

— Nie słyszałem jeszcze nigdy nic podobnego — mówiłem — choć zapał mój budziło więcej dziennikarskie powołanie, niż miłość nauki. To coś kolosalnego! Pan jesteś nowym Kolumbem nauki, odkrywającym zaginione światy! Jestem szczerze zmartwiony, że z początku nie dowierzałem panu. Ale to wszystko wydawało się tak nieprawdopodobne! Teraz oceniam już całą wagę dowodów, gdy się z nimi zetknąłem i sądzę, że to powinno przekonać wszystkich!

Profesor pomrukiwał jak kot z zadowolenia.

— I cóż dalej pan uczynił? — spytałem.

— Była już pora deszczowa, a moje zapasy wyczerpane. Zbadałem pewną przestrzeń skalistego pasma, ale nie miałem sposobu wspinania się dalej. Na tę piramidę skalistą, na której widziałem i zastrzeliłem pterodaktyla, dostęp był łatwiejszy. Ponieważ jestem kawałek górala, zdołałem się wdrapać na wierzchołek. Stamtąd mogłem lepiej rozejrzeć się po płaskowzgórzu, rozciągającem się na szczycie skalistego pasma. Wydało mi się ono bardzo rozległe; ani na wschód, ani na zachód nie mogłem dojrzeć krańców tych skał z zielenią na czubach. Poniżej, w dole, kraj jest wilgotny, rodzaj dżungli pełnej wężów i owadów, siedlisko febry. I to stanowi naturalne szańce tej dziwnej krainy.

— Czy dojrzał pan tam ślady jakich żyjących stworzeń?

— Nie, żadnych. Ale podczas tygodnia, spędzonego na obozowaniu u podnóża skał, dochodziły nas z za tych gór dziwne odgłosy.

— Lecz to stworzenie namalowane przez tego amerykanina? Jak sobie pan to tłomaczy?

— Możemy przypuszczać, że umiał on dostać się na te szczyty i że tam widział to zwierzę. Wiemy zresztą, że jest tam jakaś droga. Wiemy też, że musi być uciążliwa, bo gdyby nie to, zwierzęta zamieszkujące na tej wyżynie schodziłyby na dół i rozbiegały się po okolicy. To chyba wyraźne?

— Ale skąd one tam się wzięły?

— Nie zdaje mi się, ażeby to było pytanie trudne do rozwiązania — odrzekł profesor. Jedno tylko może być tu tłomaczenie. Południowa Ameryka, jak ci może wiadomo, jest lądem formacyi granitowej. W jego wnętrzu, w tem jedynem miejscu, w bardzo dawnych czasach musiał się odbyć nagły, potężny wybuch wulkaniczny, który utworzył to pasmo. Przestrzeń równająca się może, rozległością hrabstwu Sussex wydęła się „en bloc“ i uniosła w górę, wraz ze wszystkiemi żyjącemi na niej stworzeniami, odcięta od reszty otaczającego ją kraju, prostopadłemi ścianami przepaści, skał tak twardych, że oparły się nawet sile wybuchu. Jakiż z tego wniosek? Oto, że zwyczajne prawa przyrody uległy zmianie w tym wypadku. Różne wpływy hamujące i regulujące walkę o byt na całym rozległym świecie tu zostały zneutralizowane, lub uległy zmianie. Istoty, które znikłyby w innych warunkach, tu żyją. Proszę zwrócić uwagę, że zarówno „pterodactyl“ jak „stegosaur“, należą do epoki Jurajskiej, z czego wynika, że ród ich jest bardzo starożytnym na naszej ziemi. Utrzymały się więc sztucznie przy życiu, dzięki tym dziwnym, wyjątkowym warunkom.

— Pańskie dowody są bez zaprzeczenia przekonywające. Należy je tylko przedstawić w odpowiedniem środowisku.

— I ja tak sądziłem w prostocie ducha — odrzekł profesor z goryczą. — Mogę ci tylko tyle powiedzieć, że tak nie było i że na każdym kroku spotykało mnie niedowierzanie, pochodzące częścią z głupoty, częścią z zazdrości. Nie leży w mojej naturze kłaniać się wszystkim, ani wysilać się na dowodzenie faktów, jeżeli powątpiewają o mojem słowie. Po pierwszej próbie nie poniżyłem się już więcej do przedstawiania tych przekonywających dowodów, jakie tu posiadam. Sprawa ta obrzydła mi i wolałbym o niej już nie mówić. Kiedy ludzie należący do twego zawodu, przedstawiciele głupiej ciekawości tłumów, nachodzili mnie, mącąc mój spokój, nie byłem w stanie przyjmować ich z godnością i spokojem. Przyznaję, że jestem z natury trochę popędliwy, a podrażniony mam skłonność do gwałtownych wybuchów. Przykro mi, że i ty sam musiałeś tego doświadczyć...

Dotknąłem podbitego oka i nic nie odpowiedziałem. Profesor mówił po przerwie ...

— Żona moja łaje mnie często z tego powoduj ale ja sądzę, że każdy honorowy człowiek czułby to samo. Dziś mam zamiar dać przykład panowania woli nad wzruszeniami. Zapraszam cię na ten występ.

Dał mi bilet leżący na biurku.

— Pan Percival Waldron, przyrodnik, mający pewien rozgłos, będzie miał odczyt o ósmej minut trzydzieści, w sali Zoologicznego Instytutu; będzie mówił o „Dowodach wieku“ (The record of the Ages). Otrzymałem specyalne zaproszenie do zajęcia miejsca na estradzie i postawienia wniosku o podziękowanie dla prelegenta. Korzystając ze sposobności, postaram się z największym taktem i delikatnością rzucić parę uwag, które może obudzą zaciekawienie słuchaczów i skłonią ich do głębszego zbadania tej sprawy. Żadnych swarów, jak sam rozumiesz, tylko delikatne wskazówki, że w tej dziedzinie są głębie jeszcze niezbadane. Będę się mocno trzymał w cuglach i sprobuję, czy, dzięki panowaniu nad sobą, nie osiągnę lepszych wyników.

— Więc i ja mogę tam przyjść? — zapytałem skwapliwie.

— Naturalnie! — odpowiedział profesor serdecznie.

Miał on wrodzoną serdeczność w obejściu, wywierającą większy wpływ na ludzi, niż jego gwałtowność. Dobroduszny uśmiech nadawał niesłychanego wyrazu jego obliczu, kiedy policzki wydęły się, jak cenne jabłka, między nawpół przymkniętemi oczyma, a czarną gęstwiną brody.

— Przyjdź, rozumie się. Będzie dla mnie ulgą świadomość, że mam wśród słuchaczów sprzymierzeńca, pomijając nawet jego brak wpływu, nieuctwo i nieznajomość wskazanej kwestyi. Myślę, że słuchaczów będzie dużo, bo Waldron, chociaż absolutny szarlatan, ma licznych wielbicieli. No, panie Malone! Poświęciłem ci więcej czasu niż zamierzałem. Pojedyńczy osobnik nie powinien zagarniać tego, co jest przeznaczone dla całego świata... Miło mi będzie widzieć cię na odczycie, dziś wieczorem. A tymczasem chciej zapamiętać, że materyały, jakie ci przedstawiłem, nie są przeznaczone do wiadomości ogółu.

— Ale pan Mac Ardle, mój redaktor, jak panu wiadomo, będzie chciał wiedzieć, co zrobiłem?...

— Powiedz mu co chcesz. Możesz mu powiedzieć między innemi rzeczami, że jeżeli mi tu naśle kogo innego jeszcze, to ja odwiedzę go w redakcyi, uzbrojony w harcap na konia... Ale polegam na panu, że z tego co mu powiem, nie przeniknie nic do dziennika! Dobrze!? Więc do widzenia dziś, o ósmej trzydzieści, w sali Zoologicznego Instytutu...

Raz jeszcze spojrzałem na czerwone policzki, granatową, kędzierzawą brodę i niecierpliwe oczy, gdy profesor skinieniem ręki żegnał mnie na wychodnem.



V.
„Pytanie!“

Skutkiem fizycznego wstrząśnienia przy pierwszej rozmowie z profesorem Challengerem i duchowych wrażeń wywołanych długą rozmową, byłem mocno wytrącony z równowagi, w chwili gdym wychodził powtórnie z Enmore Parku.

W obolałej głowie kołatała się jedna tylko myśl, że przecież w tem co ten człowiek opowiadał, tkwi niezaprzeczona prawda, że ujawnienie jej może być zdumiewające, i że przybrałoby to postać wspaniałego opisu dla „Gazety“, gdybym zdołał otrzymać na to pozwolenie.

Samochód czekał na końcu ulicy; wskoczyłem do niego i pojechałem prosto do redakcyi. Tam Mac Ardle, jak zawsze, był na stanowisku.

— No i cóż? — zawołał z nietajoną ciekawością. — Co z tego można mieć? Zdaje się, młodzieńcze, że wracasz z potyczki... Czyżby ten człowiek ośmielił się rzucić na ciebie?

— Mieliśmy na wstępie drobny zatarg...

— Cóż to za człowiek! A ty, co zrobiłeś?

— Uspokoił się potem i porozmawialiśmy trochę. Ale nie mogłem z niego wydobyć nic, to jest nic do opisania.

— Nie zgadzam się z tobą. Zdobyłeś podbite oko, a to już nadaje się do opublikowania! Nie możemy dłużej znosić rządów takiego terroru, panie Malone! Musimy przywołać tego człowieka do opamiętania! Przyłożymy mu jutro porządną wezykatoryę! Dostarcz mi tylko materyału, a przyrzekam ci, że osmalę tego jegomościa raz na zawsze! Profesor Münchhausen... co mówisz na taki tytulik? Sir John Maudeville zmartwychwstały! Cagliostrio! Nazwiska wszystkich oszustów i awanturników, znanych w historyi. Zapłacę mu za to! Wykażę, że jest oszukaniec i basta!

— Nie! Tego pan nie uczyni...

— Dlaczego?

— Bo on nie jest wcale oszukaniec.

— Co?! — ryknął pan Mac Ardle. — Nie zechcesz chyba wmawiać we mnie, że uwierzyłeś w te jego bajdy o mamutach, mastodontach i wężach morskich!

— Nie słyszałem nic o tem. Nie sądzę, by sobie rościł prawa do czegoś podobnego. Ale wierzę niezachwianie, że dokonał ważnych odkryć.

— Na miłość Boską, człowieku! Opisz to!

— Chciałbym z całej duszy! ale opowiedział mi wszystko w zaufaniu i pod warunkiem, że nie opiszę.

Powtórzyłem parę ustępów z opowieści profesora i zakończyłem temi słowy:

— Tak w obecnej chwili stoi ta sprawa.

Pan Mac Ardle miał minę mocno niedowierzającą.

— No, panie Malone — wyrzekł po namyśle — pozostaje nam jeszcze to naukowe zebranie wieczorem tam już nie może być tajemnicy w żadnym razie. Nie przypuszczam, ażeby jakie pismo posłało sprawozdawcę, bo o Waldronie pisano już niezliczoną ilość razy, a nikt nie wie, że Challenger będzie mówił. Możemy z tego coś wyciągnąć, jeśli nam się powiedzie. Będziesz tam w każdym razie i dasz nam piękne sprawozdanie. Zatrzymam miejsce do północy...

Pracowity miałem dzień. Zjadłem wcześnie obiad w klubie z Tarpem, któremu opowiedziałem moją przygodę. Słuchał z niedowierzającym uśmiechem na chudej twarzy i zanosił się od śmiechu, usłyszawszy, że profesor mnie przekonał.

— Mój kochany chłopcze, takie rzeczy nie zdarzają się w rzeczywistem życiu. Ludzie zrobiwszy znakomite odkrycie nie gubią dowodów, które zebrali. Zostaw to powieściopisarzom. Ten człowiek jest tak pełen wybiegów, jak małpia klatka w Zoologicznym ogrodzie. Wszystko to blaga.

— A ten amerykański malarz i poeta?

— Nie istniał nigdy.

— Widziałem jego album ze szkicami.

— Challengera album.

— I myślisz, że to on narysował to zwierzę?

— Niezawodnie. Któżby inny?

— No! a te fotografie?

— Na fotografjach nic niema. Przez przywidzenie tylko dojrzałeś na nich ptaka.

— „Pterodactyla“.

— Tak on mówi. Nabił ci głowę tym pterodactylem.

— A te kości?

— Pierwsza wygotowana z rosołu. Druga sfabrykowana umyślnie. Kto jest zręczny i biegły w swojej specjalności, potrafi tak dobrze podrobić kość, jak ty potrafisz zrobić zdjęcie fotograficzne.

Zacząłem się niepokoić. A może i prawda, że pospieszyłem się zanadto z mojem przekonaniem? Lecz nagle przyszła mi myśl szczęśliwa.

— Możebyś pan ze mną poszedł dziś na to zebranie?

Tarp zamyślił się.

— Nie jest to popularna osobistość, ten ucieszny Challenger — powiedział wreszcie. — Mnóstwo ludzi ma z nim na pieńku. Myślę, że to człowiek najwięcej nienawidzony dziś w Londynie... Jeżeli zjawią się tam studenci medycyny, nie obejdzie się bez hecy. Nie mam ochoty iść między rozigrane niedźwiedzie.

— Ale możesz mu chyba wymierzyć tę sprawiedliwość, ażeby wysłuchać, co powie we własnej sprawie.

— No, tak! Być może, że to jest sprawiedliwe... Masz słuszność. Pójdę z tobą dziś na wykład.

Wszedłszy do przedsionka, zastaliśmy tam liczniejsze zebranie, niż można było się spodziewać. Całe szeregi elektrycznych samochodów wyładowywały ładunek siwobrodych profesorów, a ciemna fala pieszych, skromniejszych uczestników, tłoczyła się przez fasadę drzwi wchodowych, na dowód, że zebranie będzie nietylko uczone, ale liczne i popularne.

Zaledwieśmy usiedli, spostrzegliśmy odrazu, że duch młodzieńczej a raczej chłopięcej wesołości unosi się nad galeryą i dalszymi rzędami krzeseł. Obejrzawszy się za siebie, zobaczyłem całe rzędy zajęte przez znajome typy studentów medycyny. Widocznie wszystkie szpitale przysłały swoje załogi. Zebranie zachowywało się w tej chwili bardzo wesoło, ale tylko figlarnie. Odzywały się urywki popularnych piosenek śpiewanych chórem; dziwny wstęp do naukowego odczytu, i objawiała się pewna skłonność do osobistych wyróżnień, co zapowiadało wesoły wieczór dla jednych, lecz trochę kłopotliwy dla wybrańców, którym przyznawano te wątpliwe zaszczyty.

I tak, kiedy ukazał się na estradzie stary doktór Meldrum, w swoim znanym dobrze szapoklaku z wywiniętem rondem, rozległy się natarczywe zapytania:

— Gdzie pan nabyłeś tę rurę?

Doktór zdjął pospiesznie szapoklak i skromnie ukrył go pod krzesłem. A kiedy zartretyzmowany profesor Wadley doszedł, utykając, do swego miejsca, odezwały się ze wszystkich stron troskliwe zapytania, w jakim stanie są obecnie jego cierpiące nogi, co mocno zakłopotało staruszka. Ale największą demonstracyę, wywołało ukazanie się mojego nowego znajomego, profesora Challengera, kiedy szedł ku swojemu miejscu, na samym końcu pierwszego rzędu krzeseł, na estradzie. Tak radosne wycie powitało zjawienie się jego czarnej brody od samego progu, że zacząłem przyznawać słuszność przypuszczeniu Tarpa, iż ta publiczność zebrała się nietyle dla odczytu, ile zwabiona pogłoską o udziale profesora w zapowiedzianej rozprawie.

Sympatyczny śmieszek w pierwszych rzędach krzeseł, zajętych przez wykwintną publiczność, dowodził, że demonstracya studentów w tym razie nie jest dla niej niemiła. A studenci powitali profesora istotnie strasznym wybuchem wrzasku, rykiem drapieżnych zwierząt w klatce, kiedy usłyszą kroki niosącego mięso dozorcy. Była w tym ryku zaczepka może, ale mnie ogólny ten wrzask wydał się raczej radosnem wyładowaniem krzyku, hałaśliwem powitaniem kogoś, kto ich bawi i zajmuje, niż objawem niechęci albo lekceważenia.

Challenger uśmiechnął się z wyrazem znużenia i głębokiej wzgardy, jak człowiek łagodny na szczekanie sfory szczeniąt. Siadł powoli, wydął klatkę piersiową i z pod przymkniętych powiek rozejrzał się wyniośle po sali. Jeszcze nie ucichła wrzawa, wywołana jego wejściem, kiedy ukazał się profesor Ronald Murray, prezydujący, a za nim prelegent pan Waldron. Odczyt zaczął się natychmiast.

Profesor Murray przebaczy mi, że mu zarzucę wadę, właściwą większej części anglików, mówi niezrozumiale. Dlaczego ci, którzy chcą powiedzieć coś godnego usłyszenia, nie zadadzą sobie trudu nauczenia się arkanów przemawiania tak, ażeby ich ludzie słyszeli?

Profesor Murray udzielał bardzo cennych spostrzeżeń swemu białemu krawatowi i karawce wody stojącej na katedrze, mrugając żartobliwie w stronę srebrnego świecznika. Poczem usiadł a pan Waldron, sławny popularyzator i prelegent, pozostał, przyjęty pochlebnym szmerem.

Waldron chudy, sercowy, z ostrym głosem i zaczepnem obejściem, miał tę zaletę, że wiedział jak należy dzielić się swemi myślami z gronem słuchaczy, w sposób przystępny i zajmujący nawet dla profanów, a przy tem umiał być żartobliwym, nawet mówiąc o najmniej do żartu nadających się tematach, tak że porównanie dnia z nocą i rozwój kolumny pacierzowej nabierały w jego ustach humorystycznego zabarwienia.

Przedmiotem wykładu był rzut oka na powstawanie świata, według pojęć nauki, wypowiedziany językiem jasnym i niekiedy malowniczym.

Profesor opowiadał o naszej ziemi, jako o kuli płonących gazów, toczącej się w przestrzeniach. Malowniczo opisywał jej stopniowe stygnięcie, tężenie, zmarszczki występujące w postaci pasm górskich, parę zamieniającą się w wodę, stopniowe przygotowanie sceny, na której miał się odgrywać, po upływie wieków, dramat żywota ludzkości. O źródle samego życia wyrażał się z mglistą ostrożnością. Co do tego, że zarodki życia nie mogły przetrwać epoki początkowego pieczenia, nie miał, jak twierdził, żadnych wątpliwości. A więc życie zjawiło się później; czy powstało samorzutnie ze stygnących, nieorganicznych składników ziemi? Być może. Czy te zarodki dostały się z zewnątrz, na jakimś meteorze? Temu trudno byłoby uwierzyć. Jednem słowem, najrozumniejsi ludzie unikają stawiania pewników co do tego. Nie mogliśmy, a przynajmniej nie udało nam się dotąd, stworzyć życia w naszych laboratoryach, ze składników nieorganicznych. Przepaść oddziela dotąd życie organiczne od martwej materyi i niema między niemi żadnego mostu. I na tem, na teraz, musimy poprzestać.

Od tego przeszedł prelegent do życia zwierzęcego, poczynając od najniższych grup, mięczaków i niedołężnych morskich żyjątek, dalej przez grupy płazów i ryb, do szczura kangurowego, stworzenia żyworodnego, który jest w prostej linii przodkiem gromady ssących, i co za tem idzie, wszystkich obecnych w tej sali.

— Nie! nie! — zaprzeczył prelegentowi jakiś student sceptyk, siedzący w dalszych rzędach.

Prelegent odpowiedział na zaczepkę:

— Jeżeli młodzieniec w czerwonym krawacie, który woła "„nie! nie!“ i zapewne utrzymuje, że wykluł się z jajka, zechce przyjść do mnie po skończonym odczycie, rad będę obejrzeć tę osobliwość!

Śmiech na sali. Prelegent mówił dalej, że dziwnem byłoby, gdyby ostatecznym rezultatem tak długiej pracy przyrody był ten młodzieniec w czerwonym krawacie! Nie urażając jego uczuć, można twierdzić, że trudno byłoby pojąć pracę przyrody, gdyby miała zatrzymać się na tym punkcie. Ewolucya nie jest siłą wyczerpaną, lecz wciąż pracującą i możemy w przyszłości oczekiwać od niej coraz doskonalszych tworów...

I tak z pełnym wdzięku uśmiechem, po tej wycieczce na stronę, powrócił prelegent do malowania obrazów przeszłości: do wysychania mórz, wyłaniania się piaszczystych ławic, do ociężałych, oślizgłych stworzeń, wylęgających się na tem podłożu, do przepełnionych lagun, do skłonności jaką stworzenia morskie objawiają do ukrywania się w mule dla obfitości pożywienia, jakie tam znajdują i do ich olbrzymiego rozmnażania się.

I temu można przypisać, panie i panowie — prowadził rzecz dalej — te przerażające rozmiary jaszczurek, które teraz jeszcze przejmują nas trwogą, gdy je widzimy na tablicach dzieł naukowych, lecz które szczęściem wygasły zupełnie na długo przed pierwszem pojawieniem się człowieka na naszej planecie...

— Pytanie! — zagrzmiał donośny glos na estradzie.

Pan Waldron, zwolennik ścisłej karności, posiadał sporo cierpkiego dowcipu, czego złożył dowód, karcąc studenta w czerwonym krawacie, który poważył się przerwać jego wykład. Ale ta druga napaść wydała mu się tak niesłychana, że nie wiedział, jak na nią odpowiedzieć. Zamilkł i po chwili, podnosząc głos, powtórzył dobitnie:

— Które wygasły przed pojawieniem się człowieka...

— Pytanie! — zagrzmiało powtórnie.

Waldron popatrzał ze ździwieniem na rząd profesorów usadowionych na estradzie, aż wzrok jego spotkał postać Challengera, przechylonego w tył na krześle, z zamkniętemi oczyma i błogim uśmiechem na twarzy, jak gdyby uśmiechał się przez sen.

— Rozumiem! — powiedział Waldron, wzdrygając się. — To mój przyjaciel, profesor Challenger!

I wśród ogólnego śmiechu, podjął przerwany wykład, jakby to było wyjaśnienie ostateczne i nie potrzebowało uzupełnienia.

Ale zajście nie skończyło się na tem. W którąkolwiek stronę zwrócił się prelegent, dążąc niewyraźnymi szlakami odległych czasów zawsze do jednego wniosku, że istoty żyjące w tej zamierzchłej epoce, wygasły doszczętnie. A na ten wniosek, odpowiadał nieodmiennie profesor, wydając ryk donośny. Publiczność zaczęła uprzedzać wypadki i ryczała sama z uciechy zawczasu, zanim protest wydobył się z gardła profesora. Zatłoczone przez studentów ławki przyłączały się do publiczności i za pierwszem drgnieniem czarnej brody Challengera, zanim jeszcze dźwięk słowa wydobył się z tej gęstwiny, rozlegało się wycie stu głosów, wrzeszczących:

— Pytanie!

A z przeciwnego obozu dolatał okrzyk jeszcze donioślejszy:

— Hańba! Milczeć!

Waldron, mimo że doświadczony prelegent i człowiek silnej woli, zaczął się plątać. Wahał się, bąkał, powstawał bez końca, wikłał się w okresach nieskończonej długości, aż wreszcie rzucił się z wściekłością na sprawcę kłopotu.

— To jest nie do uwierzenia! — zawołał, patrząc na estradę. — Zmuszony jestem prosić cię, profesorze, o zaprzestanie tych niewłaściwych i nienaukowych protestów!

W sali zaległa nagle cisza; studenci zesztywnieli w rozkosznem oczekiwaniu kłótni, między najznakomitszymi bogami Olimpu.

Challenger dźwignął z krzesła swój potężny tułów.

— A ja z kolei, muszę pana poprosić, panie Waldron, o zaniechanie tych twierdzeń, nie zgadzających się ściśle z naukowemi faktami.

Na te słowa, rozpętała się burza. Krzyżowały się wołania: „Hańba! Hańba!“ „Dajcie mu głos!“ „Za drzwi z nim!“ „Ściągnąć go z estrady!“ „Równe prawa dla wszystkich!“

Wyłaniały się te wołania z ogłuszających wrzasków, uciechy i potępienia. Prezydujący zerwał się z miejsca i nawoływał grzmiącym głosem do spokoju.

— Osobiste zapatrywania profesora Challengera na później! — te oderwane wyrazy występowały z mglistych dźwięków niewyraźnego bełkotania. Sprawca zawieruchy skłonił się, uśmiechnął, pogładził brodę i osunął napowrót na krzesło. Waldron, bardzo czerwony i wojowniczy, mówił dalej. Wygłaszając swoje twierdzenia, rzucał od czasu do czasu, jadowite spojrzenie na przeciwnika, który wydawał się pogrążony w głębokiej drzemce, z tym samym błogim uśmiechem na twarzy.

Skończył się wreszcie odczyt. Mam pewne podstawy do przypuszczania, że koniec to był nieco przedwczesny, bo zakończenie wygłoszone zostało gorączkowe i bezładnie. Nić argumentacyi przerwana była szorstko, słuchacze niespokojni i pełni oczekiwania. Waldron usiadł, a po chwilowem bąkaniu przewodniczącego, profesor podniósł się i zbliżył na samą krawędź estrady.

— Panie i panowie — zaczął podczas chwilowej ciszy w dalszych rzędach. — Przepraszam! Panie, panowie i dzieci! Muszę się usprawiedliwić, że przez nieuwagę, pominąłem tak znaczną część zgromadzonych słuchaczów.

Wybucha znowu wrzawa, a profesor stoi ze wzniesioną do góry ręką i kiwa zachęcająco głową, jakby udzielał błogosławieństwa tłumowi.

— Zostałem tu wezwany, dla przeprowadzenia dziękczynnego głosowania dla pana Waldrona, za bardzo malownicze i pełne wyobraźni opisy, które słyszeliśmy przed chwilą. Są w nich pewne punkta, na które się nie zgadzam, więc obowiązkiem moim było zaznaczać je gdy występowały, ale pozatem, pan Waldron swe zadanie wypowiedział dobrze, ponieważ miał zamiar opowiedzieć poprostu i zajmująco to, co w jego mniemaniu jest historyą naszego planety. Popularne wykłady są najłatwiejsze do wysłuchania, ale pan Waldron (tu rozpromieniony profesor, mrugnął na prelegenta) przebaczy mi jeżeli dodam, że są też z konieczności i powierzchowne i mylne, dlatego, że muszą być dostosowane do poziom umysłowego nierozwiniętych słuchaczów. (Ironiczne okrzyki). Popularni prelegenci, z natury rzeczy, są też zupełnie niepotrzebni. (Pan Waldron zaprzecza gniewnym ruchem). Wyzyskują dla rozgłosu, lub sprzedają prace wykonane przez ich uboższych i nieznanych kolegów. Jedno drobne odkrycie dokonane w laboratoryum, jedna cegiełka wmurowana w ściany świątyni wiedzy, mają większą wartość, od takich popisów z drugiej ręki, które służą do zabicia wolnej godziny, lecz nie pozostawiają po sobie żadnej korzyści. Czynię tę uwagę, nie w celu poniżenia zasług pana Waldrona w szczególności, lecz dla wykazania proporcyi i zapobieżenia, byście abolitów nie uważali za wielkich kapłanów wiedzy.

Pan Waldron szepnął coś do prezydującego, który powstał i przemówił surowo do karafki z wodą. Profesor mówił dalej:

— Ale dość już o tem! (Długie i radosne okrzyki). Przejdźmy do rzeczy więcej zajmujących. Na jakim głównie punkcie ja, jako oryginalny badacz, zaprzeczyłem słuszności prelegentowi? Na punkcie trwałej ciągłości niektórych typów zwierzęcego świata na naszej ziemi. Nie mówię tu jako amator, ani też jako popularny prelegent, lecz jako człowiek, którego naukowe sumienie zmusza trzymać się ściśle faktów. Czynię tu uwagę, że pan Waldron myli się, gdy przypuszcza, że ponieważ sam nie widział przedhistorycznego zwierzęcia, stworzenia te już nie istnieją. Są one, jak słusznie się wyraził „naszymi przodkami“, a ja dodałbym i żyjącymi obecnie przodkami, których można jeszcze znaleźć ze wszystkiemi ich strasznemi i groźnemi cechami, jeżeli kto zdobędzie się na odwagę i wytrwałość, dotarcia do ich kryjówek. Zwierzęta te, zaliczone do epoki Jurajskiej, potwory zdolne upolować i pożreć największe z naszych współczesnych zwierząt ssących istnieją dotąd.

Krzyki: „Blagier!“ „Daj dowody!“ „Zkąd pan to wiesz?“ „To jeszcze pytanie!“

— Zkąd wiem? zapytujecie... Ztąd, że zwiedziłem ich kryjówki. Ztąd, że widziałem niektóre z tych zwierząt na własne oczy!

Oklaski, krzyki. Jakiś głos woła „Kłamca!“

— Czy ja jestem kłamca?!

Ogólne szczere i hałaśliwe potakiwanie.

— Czy ja dobrze słyszałem, że ktoś nazwał mnie kłamcą? Czy ten, kto to powiedział, zechce łaskawie wystąpić abym go mógł obejrzeć?

Głos jakiś mówi:

— Jestem tu, do pańskich usług!

The Lost World by Harry Rountree 09

Jakaś drobna postać w okularach, wydziera się gwałtownie podnoszącym ją w górę studentom.

— Ośmieliłeś się pan nazwać mnie kłamcą? — grzmi profesor.

— Nie, panie, nigdy! — usprawiedliwia się oskarżony, i znika jak w czarnoksięskiem pudełku.

— Jeżeli ktokolwiek tutaj, śmie powątpiewać o mojej prawdomówności, rad będę zamienić z nim parę słów, po skończonym wykładzie — mówi profesor.

— Kłamca! — woła ktoś znowu.

— Kto to powiedział?!

Zagadnięty, daje znowu gwałtownego nurka, ale mimo to zostaje przemocą podniesiony do góry...

— Jeżeli zniżyłem się, przychodząc tu do was... — zaczyna profesor...

Chór głosów przerywa:

— Chodź, kochany! Chodź tu do nas!

Prezydujący, stojąc na estradzie, wywija rozpaczliwie obu rękoma, jak dyrektor orkiestry. Profesor z rozognioną twarzą, z rozdętemi nozdrzami, z najeżoną brodą, gotów jest do stoczenia walki.

— Każdy wielki wynalazca spotykał się z takiem samem niedowierzaniem. Każdy był ofiarą tłumu głupców! — wołał profesor. — Kiedy wam przedstawiać nieznane fakty, nie przeczuwane prawdy, brak wam wyobraźni do ich zrozumienia. Umiecie tylko obrzucać błotem ludzi, którzy narażają życie dla zdobycia nowych okazów w nauce! Prześladujecie zawsze proroków! Galileusz... Darwin... ja...

Przeciągłe wrzaski. Posiedzenie zerwane...

To wszystko przepisałem z moich pospiesznych notatek, które nie mogą dać pojęcia o chaosie, jaki zapanował ostatecznie w zebraniu. Tak straszne były wrzaski, że wiele pań uciekało z pośpiechem. Poważnych i dostojnych mężów, opanował dziki szał na równi ze studentami. Widziałem sam, siwobrodych ludzi, wygrażających pięściami przekornemu profesorowi. Wśród zgromadzonych, wrzało i kipiało jak w kotle.

Profesor postąpił ku przodowi estrady i podniósł obie ręce do góry. Było coś tak potężnego i męzkiego w tym człowieku, że wrzaski ucichły, zgromadzenie uspokoiło się na ten ruch rozkazujący i spojrzenie władcy. Zrozumieli, że profesor chce wyrzec ostatnie słowo. Uciszyli się by go wysłuchać.

— Nie będę was dłużej zatrzymywał — zaczął. — Nie warto! Prawda pozostanie prawdą, a wrzaski gromady młodych głupców i, przykro mi, że muszę to powiedzieć, równie głupich ludzi starych, nie zmienia tego faktu. Obstaję przy mojem twierdzeniu, że odkryłem nowe obszary dla naukowych badań. Wy zaprzeczacie temu co mówię — (Okrzyki). — Wyzywam was na próbę! Czy zechcecie upoważnić jednego lub kilku ze swego grona, ażeby, jako wasi przedstawiciele, zajęli się sprawdzeniem tego wszystkiego co powiedziałem?

Pan Summerlee, weteran, profesor anatomii porównawczej, powstał z miejsca, które zajmował wśród słuchaczów. Wysoki, chudy, zgorzkniały człowiek z miną teologa, oznajmił, że chciałby zapytać profesora Challengera, czy te odkrycia o jakich mówi, zostały dokonane w czasie podróży w górę Amazonki, odbytej przez niego przed dwoma laty?

Profesor Challenger potwierdził, że tak jest istotnie.

Pan Summerlee pragnął się dalej dowiedzieć, jakim sposobem profesor Challenger może głosić o swoich nowych odkryciach w krajach zwiedzanych i badanych przez ludzi nauki; ludzi znanych, rozgłośnej sławy, jak Wallace, Bates i inni?

Profesor Challenger odrzekł na to, iż widocznie pan Summerlee pomieszał Amazonkę z Tamizą, gdy w rzeczywistości Amazonka jest trochę większa od Tamizy. Pana Summerlee może zaciekawi ten szczegół, iż między Amazonką a Orinoco, która do niej wpada, leży przestrzeń obejmująca pięćdziesiąt tysięcy mil ang. a na takiej przestrzeni, jeden podróżnik może odkryć to, czego nie znalazł poprzednio inny.

Pan Summerlee, z cierpkim uśmieszkiem zapewnił, że rozróżnia Amazonkę od Tamizy i, że różnica ta, nie podlega zaprzeczeniu, jak odkrycie dokonane przez profesora Challengera i, że prosiłby go o ścisłe określenie, pod jakim stopniem szerokości i długości geograficznej, mają przebywać przedhistoryczne zwierzęta?

Profesor Challenger odpowiedział, że szczegóły te, ze słusznych powodów, zachowuje dla siebie, ale gotów jest przedstawić je komitetowi wybranemu z pośród słuchaczów. Czy pan Summerlee zechce należeć do tego komitetu i zbadać osobiście przedstawione dowody?

Pan Summerlee odpowiada:

— Zgadzam się na to.

Radosne okrzyki.

Profesor Challenger:

— Więc zobowiązuję się złożyć w pańskie ręce materyały, umożliwiające znalezienie drogi do tego miejsca. Ale, ponieważ pan Summerlee, zaprzecza z góry moim twierdzeniom, żądam ażeby dodano mu towarzyszów, którzyby mogli skontrolować jego sprawozdanie. Towarzyszów młodszych. Czy zgodzi się kto jechać z nim na ochotnika?

W taki to sposób, spełniają się wielkie przewroty w życiu człowieka! Czy mogłem marzyć, wchodząc do tej sali, że wplączę się w awanturę o jakiej nie śniłem w snach najbardziej gorączkowych? Ale przecież Gladyssa mówiła o takiej właśnie sposobności? Gladyssa zaleciłaby mi jechać...

Zerwałem się z krzesła. Zabrałem głos pomimo, że nie przygotowałem przemowy.

Henryk Tarp, mój sąsiad, ciągnął mnie za ubranie i szeptał:

— Siadaj, Malone! Nie rób z siebie głupca!

Jednocześnie ze mną podniósł się wysoki, szczupły człowiek, z kasztanowatymi włosami, siedzący o parę krzeseł dalej. Patrzał na mnie surowym, gniewnym wzrokiem, lecz nie ustępowałem.

— Ja pojadę, panie prezesie! — powtarzałem uporczywie.

— Nazwisko! Nazwisko! — wołała publiczność.

— Nazywam się Edward Dunn Malone. Sprawozdawca „Gazety codziennej“. Zobowiązuje się być świadkiem zupełnie bezstronnym.

— A pańskie nazwisko? — zapytał przewodniczący mojego współzawodnika.

— Lord John Roxton. Byłem już nad Amazonką, mam doświadczenie i specyalne warunki do tych badań.

— Imię lorda Johna Roxtona, jako sportsmena i podróżnika, jest znane w całym świecie — odrzekł przewodniczący. — Ale dobrze będzie, jeżeli pojedzie z wyprawą i przedstawiciel prasy.

Frontispiece (The Lost World, 1912)

E. D. Malone • Prof. Summerlee • Prof. Challenger • Lord Roxton

— A więc głosuję, ażeby obaj ci panowie zostali wybrani jako przedstawiciele obecnego zgromadzenia — odezwał się profesor Challenger — i towarzyszyli profesorowi Summerlee w jego podróży, dla zbadania i stwierdzenia swoich odkryć.

Wśród burzy, okrzyków i nawoływań, rozstrzygnął się nasz los; a potem uniósł mnie tłum płynący do drzwi, oszołomionego nowym planem, tak niespodziewanie powziętym. Gdym się znalazł na ulicy, ujrzałem gromadę śmiejących się studentów i rękę, uzbrojoną w ciężki parasol, który spadł w sam środek gromady. A potem, wśród wrzasku i okrzyków, elektryczny samochód profesora przesunął się przed chodnikiem a ja zostałem sam, w srebrzystem świetle lamp elektrycznych ulicy, pochłonięty myślami o Gladyssie i o mojej niepewnej przyszłości.

Nagle ktoś mnie trącił w łokieć. Obejrzałem się i spotkałem żartobliwe lecz energiczne spojrzenie wysokiego, szczupłego pana, który objawił chęć uczestniczenia w dziwnej wyprawie.

— Pan Majone, jeżeli się nie mylę? — przemówił. — Przyszły kolega, co? Moje mieszkanie jest tu blisko po drodze, na Albany. Może pan będziesz łaskaw poświęcić mi półgodziny, bo chciałbym bardzo dowiedzieć się od pana paru rzeczy...



VI.
„Byłem tam biczem Bożym“...

Poszliśmy razem, lord John Roxton i ja, na Vigo Street i weszliśmy do przedsionka znanego, arystokratycznego gniazda.

W końcu ciemnego korytarza mój nowy znajomy popchnął drzwi i odkręcił światło. Zajaśniał rząd lamp, pod kolorowymi abażurami, zalewając światłem obszerny pokój. Stanąwszy na progu, obejrzałem jednym rzutem oka, nadzwyczajny komfort i elegancyę urządzenia, noszącego jednak wyraźną cechę męskiej siły. Wszystko tam świadczyło o dobrym smaku zamożnego właściciela, a przytem miało ślady kawalerskiego niedbalstwa. Bogate futra i osobliwe, barwiste maty wschodnie, zaściełały posadzkę. Na ścianach wisiały obrazy i sztychy, których wysoką wartość mogłem ocenić nawet ja, daleki od znawstwa. Pomiędzy tymi dziełami sztuki, rozrzucone były trofea, przypominające każdemu, że lord Roxton jest znakomitym sportsmenem, słynnym myśliwym i wybitnym atletą.

Nad kominkiem wisiały skrzyżowane wiosła, pamiątka studenckich czasów Oxfordu, a pod nią bokserskie rękawice.

Ze ścian, wyzierały wspaniałe kły zwierząt z różnych części świata, a wśród nich, królował rzadki okaz — łeb białego nosorożca, z opadniętą dolną wargą, spoglądający wzgardliwie na resztę towarzystwa.

Na pięknym, czerwonym dywanie, stał czarny ze złoceniami stoliczek, na nim srebrna taca z przyborami do palenia, butelka whisky i syfon z wodą sodową, z których mój gospodarz napełnił dwie wysokie szklanki. Wskazał mi fotel naprzeciw swojego i podał długie, gładkie cygaro. Poczem usiadł i przyglądał mi się długo i uporczywie, mrugającymi niespokojnie, zimnymi jasnoniebieskimi, koloru zamarzłego jeziora, oczyma.

Ja zaś, z poza kłębów cygarowego dymu, przypatrywałem się tej twarzy, znajomej mi z licznych fotografii, twarzy o lekko zgarbionym nosie, chudych zapadniętych policzkach, rudawych włosach przerzedzonych na wierzchołku głowy, podkręconych wąsiskach i małej zaczepnej bródce na wysuniętym podbródku. Coś w nim przypominało Don Kiszota, a mimo to, była to typowa postać angielskiego szlachcica, zimnego, wytrwałego, lubownika swobodnych przestrzeni, psów i koni. Cerę miał czerwonawą od słońca i wiatru, brwi krzaczaste i nasunięte na oczy, co jego zimnemu wzrokowi nadawało pewną dzikość. Szczupłej, lecz silnej budowy, zdradzał rzadką wytrzymałość na trudy; wzrost jego przewyższał sześć stóp, lecz cała postać wydawała się niższa, skutkiem lekko spadzistych ramion i zaokrąglonych pleców.

Tak wyglądał słynny lord Roxton, gdy siedział naprzeciw mnie i przyglądał mi się uporczywie, podczas długiego kłopotliwego milczenia.

— No i cóż? — odezwał się wreszcie. — Rzecz już postanowiona i, jazda, młodzieńcze, mój synku! Wskoczyliśmy równymi nogami, pan i ja. Przypuszczam, że wchodząc do tej sali, nie myślałeś o niczem podobnem, co?

— Nie miałem nawet cienia podobnej myśli!

— Ani ja. Trzy tygodnie temu wróciłem z Ugandy, byłem w Szkocyi i podpisałem kontrakt dzierżawy polowania. A tu wszystko w niwecz. Ale skąd się to panu wzięło?

— To moje powołanie. Jestem sprawozdawcą z gazety...

— Wiem, powiedziałeś to w swojej przemowie. Czy to nie pan przypadkiem jest tym Malone, który wziął nagrodę w Rugby z irlandzkiego klubu?

— Ten sam.

— Zdawało mi się, że poznaję pańską twarz. Ale teraz nie będziemy mówili o sportach. Trzeba pomówić o interesie. Na pierwszej stronicy Timesa, jest rozkład jazdy parowców. W przyszłą środę odpływa statek do Para; jeżeli profesor i pan zdążycie, zgodziłbym się nim popłynąć, co? Dobrze? Rozmówię się z nim o tem. A pańskie wyekwipowanie?

— Moja redakcya tem się zajmie.

— Umie pan strzelać?

— Jak przeciętny amator.

— O, aż tak źle? Aż tak źle? Ostatnia to rzecz jakiej się uczycie, wy, młodzi... To też jesteście jak pszczoły bez żądła, gdy idzie o obronę ula. I będziecie mieli głupie miny, gdy się kto obcy wybierze podbierać miód z waszej pasieki. A w Ameryce południowej musisz mieć strzelbę w pogotowiu, bo jeżeli profesor nie jest waryatem lub kłamcą, możemy tam spotkać osobliwe rzeczy. Jakąż strzelbę myślisz pan zabrać?

Podszedł do szafy dębowej, a gdy ją otworzył, zobaczyłem mnóstwo połyskujących luf, stojących rzędem jak w organach.

— Zobaczę, czy nie miałbym czego dla pana w mojej bateryi — powiedział lord.

Wyjmował jednę po drugiej wspaniałe strzelby, podnosił i spuszczał kurki z trzaskiem, potem głaskał lufy czule, jak matka główkę dziecka i ustawiał napowrót w szafie.

— Z tej oto strzelby, zabiłem tego olbrzyma — powiedział, zerkając na białego nosorożca. — Dziesięć kroków dalej, a byłby on dołączył mnie do swoich zbiorów... A tej broni, używałem przeciwko peruwiańskim handlarzom niewolników, przed trzema laty. Byłem tam prawdziwym „Biczem Bożym”... Każdy w swem życiu ma taką epokę, w której powinien walczyć za sprawiedliwość, jeżeli chce mieć sam dla siebie szacunek. I dla tego stoczyłem tam małą wojnę, na własną rękę, sam ją wypowiedziałem, sam toczyłem, sam zakończyłem... A oto broń dla ciebie syneczku...

Zaginiony świat 09

Wyjął przepyszny sztucer okładany srebrem.

Wyjął przepyszny sztucer ozdobiony srebrem.

— Bije ostro, niesie celnie, pięć ładunków za jednym zamachem... Można mu powierzyć swoje życie...

Podał mi sztucer i zamknął szafę, a wracając na fotel, dodał:

— Chciałem też zapytać pana mimochodem, co wiesz o profesorze Challenger?

— Dziś zobaczyłem go po raz pierwszy.

— I ja również. To zabawne, że popłyniemy pod rozkazami nieznanego człowieka. Wygląda jak groźne straszydło. Jego bracia w nauce niebardzo go kochają, o ile się zdaje... Skądże pan doszedłeś do zajęcia się tą sprawą?

Opowiedziałem mu pokrótce dzisiejszą ranną przygodę, a on słuchał uważnie. Potem wyjął mapę Południowej Ameryki i rozłożył na stole.

— Sądzę, że wszystko co on mówi jest prawdą — powiedział z wielką powagą — a wierzaj mi pan, ze mam pewne podstawy do tego co mówię. Kocham Południową Amerykę i uważam, że to najpiękniejszy i najbogatszy zakątek na kuli ziemskiej. Ludzie go jeszcze nie znają i nie przewidują, czem może się stać. Przebiegłem ten kraj od końca do końca, spędziłem tam dwie suche pory roku, kiedy toczyłem wojnę z handlarzami niewolników. W czasie mojego pobytu, słyszałem takie same opowiadania, podania indyan, pod któremi kryje się coś rzeczywistego. Im lepiej poznasz ten kraj, młodzieńcze, tem łatwiej uwierzysz, że tam wszystko jest możliwe, wszystko! Są tylko drogi wodne, któremi podróżują ludzie, poza tem ciemności... I prawdę mówił dziś ten stary, że te trakty ciągną się pięćdziesiąt tysięcy mil angielskich przez lasy, rosnące na przestrzeni równającej się Europie. Może nas dzielić przestrzeń taka, jak Szkocyę od Konstantynopola, pomimo tego, że obaj będziemy w tych samych lasach. Połowa tej krainy to bagna nieprzebyte. Dlaczegożby w takim kraju, nie mogły się kryć inne, niezwykłe istoty! I dla czego nie mielibyśmy ich znaleźć? Ja jestem jak stara kula z golfu; dawno już starła się ze mnie farba, mogę się toczyć w różne strony i nic nie zostawi na mnie śladu. A niebezpieczeństwa i przygody, to sól życia, młodzieńcze! Dlatego warto żyć. Robimy się wszyscy zanadto łagodni, rozmiękczeni, wygodniccy... Dajcie mi rozległe przestrzenie, lasy, strzelbę do ręki i cel do łowów! Próbowałem już wojny, wyścigów, samolotów... ale takie polowanie na dzikie zwierzęta, to coś jakby sny cudowne, coś porywającego i niezastąpionego na ziemi...

Cmoknął z zachwytem na samą myśl o tem.

Zadługo może rozpisałem się o nowym znajomym, lecz, że on ma być moim towarzyszem wyprawy, starałem się opisać wiernie tę niezwykłą postać, niezwykłą mowę i myśli. Do rozstania się z nim, zmusiła mnie tylko konieczność zdania sprawy z posiedzenia i odczytu. Zostawiłem go wśród tych wspaniałości, smarującego zamki ulubionego sztucera i uśmiechającego się na myśl o oczekujących nas przygodach. Czułem, że jeżeli grożą tam jakie niebezpieczeństwa, nie mógłbym w całej Anglii znaleźć towarzysza z trzeźwiejszą głową i mężniejszem sercem.

Późnym wieczorem, znużony niezwykłymi przygodami tego dnia, siedziałem w gabinecie pana Mac Ardle, objaśniając mu wszystkie szczegóły, które miał nazajutrz rano przedstawić sir Jerzemu Beaumont, naczelnemu redaktorowi. Postanowiliśmy, że będę nadsyłał opisy przygód w formie listów, do pana Mac Ardle. Będą one ogłaszane w Gazecie, lub też zachowywane do późniejszego zużytkowania, stosownie do zezwolenia profesora Challengera i warunków, jakie zechce on nam postawić.

Na telefoniczne zapytanie nie otrzymaliśmy nic wyraźnego, oprócz gradu wymysłów na prasę, zakończonych uwagą, że jeżeli zawiadomimy go jakim statkiem odpływamy, doręczy nam wskazówki, jakie uzna za potrzebne w ostatniej chwili przed wyruszeniem.

Na drugie zapytanie nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi, oprócz żałosnej skargi małżonki profesora, że mąż jest już strasznie rozgniewany i że ma ona nadzieję, iż nie uczynimy nic, coby pogorszyło jego nastrój.

Trzecia próba rozmowy, już w ciągu dnia, wywołała ogłuszający trzask, a następnie zawiadomienie z głównego zarządu telefonów, że aparat profesora Challengera został pogruchotany, poczem zaniechaliśmy już dalszych prób nawiązania rozmowy.

A teraz nie będę już dłużej przemawiał wprost do was, czytelnicy. Będę się zwracał odtąd tylko za pośrednictwem dziennika. Pozostawiam opis zdarzeń, które mnie doprowadziły do udziału w tej wyprawie, dla wyjaśnienia w razie gdybym już nie wrócił do kraju. Piszę to w salonie parowca „Francisca” i odsyłam przez powracającego pilota, do pana Mac Ardle. Ale przed zamknięciem listu, jeszcze jeden obrazek z rodzinnej ziemi, którą opuszczam.

Zaginiony świat 11

Podróżni dążą na statek.

Wilgotny, mglisty ranek wczesną wiosną; pada drobny, przejmujący deszczyk. Trzy ociekające deszczem, okryte nieprzemakalnymi płaszczami postacie, dążą na przystań wielkiego parowca, z którego unosi się duży słup dymu.

Przed nimi posługacz toczy wózek, naładowany wysoko kuframi, różnemi zawiniątkami, futerałami strzelb.

Profesor Summerlee, długa, smętna figura, idzie powłócząc nogami, ze spuszczoną głową, głęboko zadumany nad swoim losem. Lord Roxton stąpa raźno; a jego chuda, ożywiona twarz, promienieje radością, między kapeluszem a szalem na szyi. Ja zaś zdążam, rad, że już skończyły się męczące przygotowania i żal pożegnań.

Zaginiony świat 12

Prof. Challenger goni odjeżdżających.

Nagle gdy już dochodzimy do przystani, rozlega się za nami wołanie. To profesor Challenger, który obiecał nas pożegnać. Biegnie za nami nerwowy, zadyszany, gniewny

— Nie, dziękuję! — woła. — Wolę nie wchodzić na statek. Mam wam powiedzieć tylko parę słów, mogę je powiedzieć i tutaj, gdzie jesteśmy. Nie wyobrażajcie sobie, proszę, że mam jakiekolwiek obowiązki wdzięczności względem was za to, że odbędziecie tę podróż. Chciałbym wam wytłomaczyć, że to jest sprawa zupełnie dla mnie obojętna, i że odpycham wszelką myśl o wdzięczności. Prawda jest prawdą i cokolwiekbyście powiedzieli, nie zmieni to rzeczy, choć może obudzić ciekawość i wzruszenie u pewnej liczby ludzi nie mających znaczenia. Moje wskazówki dla was są tu, w tej zapieczętowanej kopercie. Otworzycie ją dopiero, po przybyciu do miasta Manaos, położonego nad Amazonką, ale nie wcześniej, niż w dniu i o godzinie wskazanej na zewnętrznej stronie koperty. Czy mówię wyraźnie? Liczę na wasz honor, że spełnicie ściśle moje warunki. Nie, panie Malone! Nie będę czynił żadnych zastrzeżeń, co do pańskich korespondencyi, ponieważ potwierdzenie faktów, jest właściwym celem waszej podróży; ale żądam ażebyś nie podawał szczegółów celu i żebyś nic stanowczego nie ujawniał, przed waszym powrotem. Żegnam cię, panie Malone. Dokonałeś cokolwiek dla złagodzenia uczuć, jakie żywiłem dla nienawistnego zawodu, do którego masz nieszczęście należeć. Żegnam pana, lordzie Roxton. O ile wiem, nauka jest dla pana księgą zamkniętą; ale możesz sobie powinszować, takiego polowania, jakie tam znajdziesz. Niezawodnie będziesz miał sposobność podania w „Myśliwym” opisu, upolowanego przez siebie „disnorphodona”. Żegnam i pana, panie profesorze Summerlee. Jeżeli jeszcze zdolny jesteś do poprawy i postępu, o czem mocno wątpię, powrócisz niezawodnie do Londynu, mędrszym człowiekiem...

Zakręcił się na piętach i po chwili już z pokładu statku, zobaczyłem jego krótką, pękatą postać, toczącą się w oddali, ku dworcowi kolei.

Wypływamy na wody kanału. Ostatni dzwonek, znak, że czas oddawać listy pilotowi, który się z nami żegna. Będziemy już teraz podrzucani, przechylani, kołysani bezustanku, na odwiecznym, morskim szlaku...

Niech Bóg opiekuje się tymi, których tu pozostawiamy, a nas doprowadzi szczęśliwie z powrotem do kraju!



VII.
„Jutro znikamy w nieznanych przestrzeniach.“

Nie będę nudził czytelników opisem naszej podróży na wspaniałym parowcu, ani opowieścią o tygodniu spędzonym w Para. Krótkiemi słowy zbędę i podróż po rzece, po szeroko rozlanej, powoli płynącej, gliniastego koloru wodzie, na parowcu niewiele mniejszym od tego, który nas przewiózł przez Atlantyk.

Dostaliśmy się następnie przez cieśniny Obidos do miasta Manaos. Tu, wybawił nas od wątpliwych rozkoszy miejscowej gospody, pan Shortmun przedstawiciel Towarzystwa handlowego angielsko-brazylijskiego. W jego gościnnej „haciendzie“ spędziliśmy czas, do dnia naznaczonego na otwarcie listu profesora Challengera.

Zanim przejdę do zdumiewających wydarzeń tego dnia, muszę naszkicować zlekka portrety moich towarzyszy wyprawy i pomocników znalezionych w Ameryce, pozostawiając zużytkowanie tego materyału taktowi pana Mac Ardle, przez którego ręce ma przechodzić moje sprawozdanie.

Zaginiony świat 13

Profesor Summerlee.

Naukowe zasługi profesora Summerlee są zanadto znane, ażebym potrzebował rozpisywać się o nich. Profesor lepiej jest przysposobiony do tak ciężkiej wyprawy, niż możnaby przypuszczać na pierwszy rzut oka. Jego wysoka, chuda, żylasta postać, nieczuła jest na zmęczenie, oschłe, trochę sarkastyczne i często niemiłe usposobienie, nie odczuwa bynajmniej zewnętrznych wpływów. Pomimo, że ma rok sześćdziesiąty szósty, nie słyszałem nigdy słowa skargi na przypadkowe trudności spotykane w drodze.

Uważałem z początku jego obecność za przeszkodę w naszej wyprawie, a teraz jestem silnie przekonany, że wytrwałością na trudy, przewyższa on o wiele moją młodość; z usposobienia kwaśny i niedowierzający. Od pierwszej chwili był tego przekonania, że profesor Challenger jest skończonym oszustem, że wyprawiliśmy się poprostu na jakieś fantastyczne łowy, że nie znajdziemy w południowej Ameryce nic, oprócz niebezpieczeństw i zawodów, a w Anglii okryjemy się śmiesznością. Te swoje przekonania wpajał nam przez całą drogę od Southampton do Manaos, z wyrazem namiętnego wzburzenia na chudej, o ostrych rysach twarzy, kiwając rzadką, kozią bródką.

Od chwili wylądowania, znajduje on niejaką pociechę w widoku nadzwyczajnej piękności motyli i ptaków, jakie nas otaczają, bo jest całą duszą rozmiłowany w nauce. Całe dnie spędza, fruwając po lasach ze strzelbą i siatką na motyle, a wieczory na preparowaniu złowionych okazów. Do innych jego właściwości zaliczyć też trzeba, że jest niedbały w ubraniu, niechlujny, niesłychanie roztargniony; ciągle pali krótką fajeczkę, rzadko kiedy wyjmując ją z ust. Odbywał już nieraz naukowe wyprawy za czasów młodości, przeto życie w obozie i na łodziach, nie jest dla niego nowością. Lord John Roxton, jest na niektórych punktach podobny do niego, na innych zaś stanowi żywe przeciwieństwo z profesorem. O dwadzieścia lat młodszy, lecz ma ten sam rodzaj zasuszonej, wyschłej twarzy. Niesłychanie schludny i staranny koło swej osoby, ubrany bardzo starannie w biały podróżny kostyum, w wysokich z chromowej skóry butach, goli się przynajmniej raz na dzień.

Zaginiony świat 14

Lord John Roxton.

Jak zwykle ludzie czynu, lakoniczny w mowie, często się zamyśla, lecz odpowiada szybko na pytania i bierze udział w rozmowie, mówi zaś w sposób oryginalny, urywany, trochę żartobliwy.

Zna cały świat, a południową Amerykę najlepiej i ma najgłębszą wiarę, że osiągniemy cel podróży, a tej wiary nie mogą wykorzenić nawet szyderstwa profesora Summerlee.

Ma głos łagodny i spokojne obejście, lecz w głębi jego mrugających, niebieskich oczu, czai się gwałtowność niesłychana i nieubłagana stanowczość, tem groźniejsze, że trzymane mocno na wodzy. O swoich podróżach po Brazylii i Peru mówił mało, i zdumieniem przejęło mnie wzruszenie, wywołane wśród nadrzecznych mieszkańców samem zjawieniem się jego, bo uważają go tu za swego obrońcę i opiekuna. Czyny „Czerwonego Wodza“, jak go nazywają, przerodziły się już w legendy, lecz sama tylko w nich zawarta prawda, może obudzić największy podziw w każdym.

Lord Roxton, zawędrował był przed laty do kraju „bez pana“, położonego między Peru, Brazylią i Kolumbią. W tym kraju rosną na wielkich przestrzeniach drzewa kauczukowe, klątwa krajowców, których los można porównać chyba tylko z losem Indyan, przymuszanych przed laty przez Hiszpanów do robót w kopalniach srebra. Garść nikczemnych „metysów“[3] zawładnęła tym krajem, uzbroiła z pośród Indjan tych, którzy zgodzili się im pomagać, a resztę ludności zamieniła w niewolników, zmuszając nieludzkiemi męczarniami do zbierania kauczuku, który spławiano następnie rzeką do Para. Lord Roxton ujmował się za nieszczęśliwemi ofiarami, lecz otrzymywał w zamian tylko pogróżki i obelgi. Wypowiedział więc formalną wojnę Pedrowi Koperowi, przywódcy tych łotrów; zebrał gromadę zbiegłych niewolników, uzbroił ich, i po długich walkach, ubił słynnego metysa i zniweczył jego władzę.

Nic dziwnego, że widok tego człowieka o jedwabnym głosie, wesołem i łatwem obejściu, budził żywe zajęcie, na wybrzeżach południowo - amerykańskiej rzeki. Jedną zaś z korzyści, jakie Lord Roxton wywiózł ze swych poprzednich podróży, była doskonała znajomość języka, „Lingva-Geral“, utworzonego w jednej-trzeciej z portugalskich wyrazów, w dwóch trzecich z indyjskich, a używanego w całej tej krainie.

Rozmiłowanie Lorda Johna w południowej Ameryce, przebijało w zajmujących opowiadaniach, jakiemi rozjaśniał moją głęboką nieświadomość. Mówił z takim zapałem i tak pociągająco, że nawet cyniczny i sceptyczny uśmiech profesora, rozwiewał się podczas słuchania.

— Co tam jest? — wołał lord Roxton, wskazując na północ. — Lasy i bagniska i nieprzebyta dżungla. Kto może wiedzieć co się w niej kryje? Co? A na południu? Dzikie przestrzenie leśnych trzęsawisk, w których nie postała nigdy noga białego człowieka. Naokoło nas nieznane krainy. Poza wąskiem pasmem rzek, kto poznał ich głębie? Kto może przewidzieć co w sobie zawierają? Czemużby ten stary Challenger miał kłamać?

Na te słowa wyraz uporczywego szyderstwa zjawiał się na twarzy profesora Summerlee, który zaczynał kiwać głową w drwiący sposób, po za chmurami dymu swojej fajeczki.

Tyle o moich białych towarzyszach. Ale prócz nas jest jeszcze kilku służących. Pierwszym wśród nich jest olbrzymi murzyn, Zambo, czarny Herkules, chętny jak koń i niewiele od konia inteligentniejszy. Wzięliśmy go do służby w Para, na polecenie Towarzystwa parowców, na którego statkach nauczył się mówić łamaną angielszczyzną.

W Para najęliśmy jeszcze Gomeza i Manuela, dwóch metysów z pobrzeża, przybyłych z ładunkiem farbiarskiego drzewa. Ciemno-brunatni ludzie, brodaci i dzicy, ruchliwi i zwinni jak pantery. Jeden z nich Gomez, mówił doskonale po angielsku. Ludzie ci zgodzili się do naszej osobistej służby: do gotowania, wiosłowania i do wszelkich robót, za piętnaście dolarów miesięcznie. Oprócz nich, zamówiliśmy jeszcze trzech indyan z Boliwii, ze szczepu Modżo, gdzie ludzie są najzręczniejsi w rybołówstwie i wiosłowaniu. Najstarszego zwaliśmy Modżo, dwóch młodszych Jose i Fernando. Cała wyprawa składająca się z trzech białych, murzyna, dwóch metysów i trzech indyan, oczekiwała w Manaos na rozpieczętowanie koperty z rozkazami, według których miała się dalej kierować.

Naturalnie, po upływie tego męczącego tygodnia, nadszedł dzień i godzina naznaczona. Siedzieliśmy w zacienionym pokoju haciendy, St. Ignatio, o dwie mile w głąb lądu, za miastem Manaos. Przed nami rozlewały się żółte, oślepiające blaski słońca, poprzecinane czarnemi cieniami drzew palmowych, równie czarnemi, jak same drzewa. W powietrzu był spokój, pełny ciągłego brzęczenia owadów, podzwrotnikowy chór wielooktawowy, poczynający się od niskich tonów brzęczenia pszczoły, do wysokich, przenikliwych głosów moskitowych. Przed werandą rozciągał się mały ogródek, otoczony płotem z kaktusów i ozdobiony kwitnącemi krzewami, nad którymi krążyły chmary błękitnych motyli i fruwały maleńkie kolibry, błyskając barwnemi piórkami w słonecznych blaskach. Siedzieliśmy w pokoju naokoło trzcinowego stołu, na którym leżała zapieczętowana koperta, na której przez profesora Challengera wypisane było:

„Instrukcya dla lorda Roxtona i jego towarzyszy. Otworzyć kopertę w Manaos, 15-go lipca punkt. o godzinie 12 w południe“.

Lord Roxton, obok koperty, położył swój zegarek.

— Mamy czekać jeszcze siedem minut — powiedział. — Kochany stary, lubi bardzo dokładność.

Profesor Summerlee uśmiechnął się kwaśno i kościstą ręką wziął kopertę.

— Co na tem zależy, czy otworzymy ją zaraz, czy za siedem minut? — zapytał. — To jedna cząstka tego systemu szarlataneryi i niedorzeczności, z których, przykro mi to powiedzieć, słynie autor „instrukcyi“.

— No! Trudno! Musimy się zastosować uczciwie do jego warunków — odezwał się lord Roxton. — To sprawa tego starego i jesteśmy tu na jego życzenie, więc byłoby bardzo niewłaściwe, gdybyśmy się nie zastosowali ściśle do jego zastrzeżeń.

— Ładny to będzie interes! — westchnął z goryczą profesor. — Już w Kensington wydawało mi się to wszystko niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, a teraz, po bliższem zbadaniu, wydaje się jeszcze gorzej. Nie wiem, co jest w tej kopercie, ale jeżeli nie znajdziemy tam jakichś bardzo dokładnych wskazówek, będę miał silną pokusę wsiąść na pierwszy statek odchodzący w dół rzeki i złapać „Boliwie“ w Para. Mam coś ważniejszego do roboty, niż gonić po świecie według wskazówek skończonego waryata. No, Roxton! Teraz już czas...

— Czas, rzeczywiście — odrzekł lord Roxton. — Ostatni gwizdek przed wyruszeniem...

Wziął ze stołu kopertę i rozciął ją scyzorykiem. Z koperty wyjął złożoną ćwiartkę papieru. Rozłożył ją i wygładził dłonią na stole. Ćwiartka była niezapisana... Odwrócił ją na drugą stronę, Na drugiej stronie nie było nic!... Patrzyliśmy na siebie w niemem zdumieniu, które przerwał wybuch niemiłego śmiechu profesora Summerlee.

— To już jest szczere wyznanie! — zawołał. — Czego więcej żądacie? Ten człowiek sam przyznaje się do kłamstwa!... Teraz pozostaje nam tylko jedno: powrócić do kraju i ogłosić, że to jest bezczelny oszust!

— Niewidzialny atrament? — podsunąłem nieśmiało.

— Nie sądzę! — odrzekł krótko lord Roxton, podnosząc papier do światła. — Nie, syneczku, nic nie pomoże łudzić się dłużej... Idę o zakład, że na tym papierze nigdy nic nie było napisane...

Zaginiony świat 15

Czy wolno wejść?

— Czy wolno wejść? — zagrzmiał donośny głos na werandzie.

Na słonecznej przestrzeni zamajaczył cień krępej postaci... Ten głos! Ta potworna szerokość ramion! Zerwaliśmy się z krzeseł, zdumieni, bez tchu, przed nami stanął na otwartej przestrzeni Challenger, z rękoma w kieszeniach kurtki, w płóciennych trzewikach, w okrągłym, chłopięcym, słomianym, opasanym kolorową wstążką, kapeluszu na głowie, Challenger!

Zadarł głowę do góry i stał w złotych blaskach słońca, ze swą bujną, asyryjską brodą, z wyzywającym wyrazem w przysłoniętych powiekami, zuchwałych oczach.

— Przykro mi — zaczął, wyjmując zegarek — że spóźniłem się o kilka minut... Dając wam tę kopertę, wyznaję, że nie liczyłem, iż będzie ona otwartą, bo miałem silne postanowienie stanąć przed wami zanim nadejdzie oznaczona godzina. Nieszczęśliwe opóźnienie wynikło z niedołęstwa pilota i przekornej ławicy piaskowej; nie wątpię, że dało to sposobność memu koledze, profesorowi Summerlee, do wygłoszenia kilku bluźnierstw.

— Muszę panu wyznać — odezwał się lord John, z odcieniem pewnej surowości — że pańskie zjawienie się jest dla nas wielką ulgą, bo sądziliśmy już, że cała nasza wyprawa skazana jest na przedwczesne zakończenie. I teraz jeszcze nie mogę zrozumieć, dla czego, u Boga! postąpiłeś pan w tak niezwyczajny sposób.

Zamiast odpowiedzi, profesor Challenger uścisnął rękę lorda Roxtona i moją, profesorowi skłonił się nizko z impertynencką uniżonością, i osunął się na wyplatany fotel, który zachwiał się i zatrzeszczał pod jego ciężarem.

— Czy wszystko gotowe do podróży? — zapytał.

— Możemy wyruszyć jutro.

— I wyruszymy. Nie potrzebujecie już żadnych wskazówek, mając nieocenioną korzyść osobistego mego kierownictwa. Od pierwszej chwili postanowiłem być waszym przewodnikiem. Najlepiej opracowane wskazówki i mapy, byłyby lichem zastępstwem mojej inteligencyi i kierunku. Mały podstęp z kopertą, jakiego użyłem, tłomaczy się tem, że gdybym był wam szczerze powiedział moje zamiary, byłbym musiał opierać się niedogodnym naleganiom z waszej strony, by razem odbyć tę podróż.

— Nie z mojej przynajmniej strony! — zawołał szczerze profesor Summerlee. — Dopóki tylko byłby w zapasie choć jeden statek na Atlantyku!

Challenger zbył tę uwagę ruchem wielkiej, kosmatej łapy i rzekł:

— Nie wątpię, że pański zdrowy rozsądek przyzna mi słuszność i zrozumie, że lepiej mi było pozostać panem swoich ruchów i ukazać się dopiero w chwili, gdy moja obecność jest istotnie potrzebna. Ta chwila nadeszła obecnie. Jesteście już w pewnych rękach. Dojdziecie napewno do celu. Od dziś, obejmuję dowództwo wyprawy i proszę, ażebyście pokończyli do wieczora wszystkie przygotowania, bo musimy wyruszyć wczesnym rankiem. Czas mój jest drogi, a to samo zapewne, choć w mniejszym stopniu, można zastosować i do was. Proponuję zatem jak największy pośpiech, dopóki nie przedstawię wam tego co przybyliście oglądać.

Lord Roxton wynajął już łódź parową „Esmeraldę“, która miała nas zawieść w górę rzeki. Ze względu na klimat, obojętną była pora wybrana na wyprawę, ponieważ temperatura tam waha się między 75 a 90 stopniami Fahrenheita, zarówno zimą i latem, bez wielkich różnic. Inna rzecz z wilgocią: od grudnia do maja trwa pora deszczowa, podczas której woda w rzece podnosi się zwolna i dosięga blisko czterdziestu stóp powyżej normy. Zalewa wybrzeża, tworzy laguny na olbrzymich przestrzeniach i tak zwane „Gapo“, czyli trzęsawiska, zbyt grzązkie do przebycia pieszo, za płytkie do przebycia łodzią. Około czerwca wody zaczynają opadać i najniższy ich poziom bywa w październiku lub listopadzie. Wyprawa nasza miała wyruszyć w czasach suszy, kiedy wielka rzeka i jej dopływy, mają poziom wód normalny.

Bieg rzeki jest powolny, gdyż pochylenie gruntu dochodzi do ośmiu zaledwie cali na przestrzeni jednej mili. Trudno o bardziej sprzyjające warunki żeglugi, bo wiatr panuje przeważnie południowo-wschodni i żaglowe łodzie mogą się posuwać do samej granicy Peru, unoszone prądem wody. Na naszej „Esmeraldzie“, doskonałe parowe maszyny, nie trwożyły o ociężały bieg wody, więc płynęliśmy szybko, jak po jeziorze.

Przez całe trzy dni płynęliśmy na północny-zachód, a rzeka była wciąż tak wielka, pomimo oddalenia od ujścia wynoszącego już tysiąc mil, że oba jej brzegi odznaczały się tylko nikłą, mglistą linią na widnokręgu.

Czwartego dnia po wypłynięciu z Manaos, skręciliśmy na jeden z dopływów rzeki, niewiele od niej węższy przy ujściu. Dalej zwężał się on gwałtownie, a po dwóch dniach żeglugi, dopłynęliśmy do indyjskiej wioski; profesor oznajmił nam, że tu musimy wylądować i odesłać „Esmeraldę“ z powrotem do Manaos. W pobliżu są silne prądy, które uniemożliwiłyby dalszą żeglugę na „Esmeraldzie“.

Challenger dodał poufnie, że zbliżamy się już do wrót nieznanej krainy, i że im mniej będzie wtajemniczonych w nasze odkrycie, tem lepiej. Zażądał od nas wszystkich słowa honoru, że nie ogłosimy drukiem, ani nie powiemy nic, co by mogło służyć za dokładną wskazówkę celu naszej wyprawy, a służącym kazał złożyć uroczystą przysięgę na toż samo. Z tego to powodu, jestem zmuszony unikać szczegółowych wskazówek w mych sprawozdaniach, i ostrzegam czytelników, że nie znajdą tych krajów na żadnej mapie, bo stopnie szerokości i długości, oraz wskazówki kompasu, zostały celowo splątane, ażeby nikt z ich pomocą nie mógł dotrzeć do tej krainy.

Mogliśmy uznawać lub przeczyć słuszności powodów, jakie skłaniają profesora Challengera do ścisłej tajemnicy, lecz nie mieliśmy wolnego wyboru, bo w razie odmowy, postanowił raczej porzucić nas niż zmienić swoje warunki.

Drugiego sierpnia zerwaliśmy ostatni węzeł łączący nas ze światem, odsyłając „Esmeraldę“. Od tej chwili upłynęło już cztery dni; przez ten czas, najęliśmy od indjan dwa duże czółna, zrobione ze skór na bambusowych ramach, tak lekkie, że można je przenosić na plecach, w razie napotkanej przeszkody. Naładowaliśmy na nie nasze pakunki i najęliśmy jeszcze dwóch indjan do pomocy przy wiosłowaniu. O ile rozumiem, są to ciż sami, którzy towarzyszyli profesorowi Challengerowi w czasie jego poprzedniej podróży. Nazywają się Ataka i Ipetu. Zdaje się, że ich trwoży myśl tej powtórnej podróży, lecz wódz ma w tych. krajach patryarchalną władzę i jeżeli uzna układ za korzystny, jego poddani nie mają głosu.

Tak więc jutro znikniemy w nieznanych przestrzeniach.

Dzisiejsze sprawozdanie powierzam łodzi odpływającej w dół rzeki i może to już będzie ostatnie słowo do tych, których los nasz może obchodzić.

Zaadresowałem je według umowy, do pana, drogi panie Mac Ardle, i pozostawiam pańskiemu sądowi, co uznasz za stosowne zmienić lub przemilczeć. Wnosząc z pewności siebie profesora Challengera, pomimo ciągłych sceptycznych uwag profesora Summerlee, pewien jestem, że nasz przywódca dowiedzie prawdy swych twierdzeń, i że jesteśmy w przededniu dokonania nadzwyczajnych i ważnych odkryć.



VIII.
„Pierwsze placówki nieznanego świata.“

Nasi przyjaciele w kraju mogą się z nami cieszyć, gdyż stanęliśmy u celu podróży, a przynajmniej doszliśmy tam, gdzie będziemy mogli sprawdzić wartość odkryć profesora Challengera. Nie weszliśmy jeszcze, co prawda, na płaskowzgórze, lecz mamy je już przed oczyma i nawet profesor Summerlee jest mniej sceptycznie usposobiony. Nie dlatego, żeby już zgadzał się ze zdaniem swego współzawodnika, lecz trochę sfolgował w nieustannych zarzutach i częściej pogrąża się w milczenie, bacznie wszystko obserwując.

Ale muszę cofnąć się do chwili, kiedy przerwałem opowiadanie.

Odsyłamy do domu jednego z indyan, który się zranił i powierzam ten list jego opiece, nie bez pewnych wątpliwości, czy dojdzie on do celu przeznaczenia.

Kiedy pisałem ostatni list, mieliśmy wyruszyć z osady indyjskiej, do której dowiozła nas „Esmeralda“.

Dzisiejsze sprawozdanie rozpoczynam od złej wiadomości, bo pierwszy raz zdarzył nam się wypadek, który mógł skończyć się tragicznie. (Pomijam tu ciągłe niepokoje, wywoływane zatargami profesorów). Wspomniałem już o naszym metysie, mówiącym po angielsku, Gomezie, pracowitym i chętnym, lecz mającym jedną wadę, ciekawość, dość pospolitą u takich ludzi. Wczoraj wieczorem, ukrył się on pod namiotem, w którym siedzieliśmy, naradzając się nad dalszą podróżą, i wypatrzony został przez murzyńskiego Herkulesa, Zambo, który jest wierny jak pies, a ma wrodzoną murzynom nienawiść do mulatów. Zambo wyciągnął go z ukrycia i przywlókł przed nasze oblicza.

Gomez wydobył nóż i gdyby nie potężna siła jego pogromcy, który go przytrzymywał jedną ręką a drugą rozbroił, byłby niezawodnie przebił murzyna.

Awantura skończyła się połajaniem; przeciwników nakłoniliśmy do zgody, musieli podać sobie ręce i jest nadzieja, że wszystko się załagodzi.

Utarczki zaś dwóch uczonych toczą się bezustannie i z wielką goryczą. Trzeba przyznać, że Challenger jest w najwyższym stopniu wyzywający, a znów Summerlee ma jadowity język, który zaostrza położenie.

Obaj są jak dzieci. Jeden zaczepny i nieprzyjemny, drugi bezdennie zarozumiały i wyniosły. Obaj obdarzeni umysłowymi darami, które ich postawiły w pierwszym rzędzie uczonych tego wieku nauki.

Ale im lepiej poznaje się życie, tem silniej przekonywamy się, że uczoność, charakter, dusza, to rzeczy odmienne.

Następnego dnia wyruszyliśmy już na właściwą wyprawę. Całe nasze mienie pomieściło się łatwo na dwóch czółnach. Po sześciu ludzi siadło do każdej łodzi, a rozumie się, że postaraliśmy się pomieścić w każdej po jednym profesorze.

Ja płynąłem z Challengerem, łaskawie usposobionym, tonącym w zachwycie i promieniejącym dobrotliwością. Ale poznałem już inne jego nastroje i najmniej ze wszystkich jestem zdziwiony, jeżeli piorun wystrzeli z pogodnego nieba. A choć trudno czuć się swobodnym w obecności profesora, nie podobna się też przy nim znudzić, bo każdy odczuwa nieustanny niepokój, nie wiedząc jaki obrót przybierze w danej chwili jego humor.

Przez dwa dni płynęliśmy po rzece, szerokiej na setki sążni, po wodzie ciemnej, ale tak przezroczystej, że było widać dno. Połowa dopływów Amazonki ma taką wodę, a druga wodę białawą i mętną, zależnie od gruntu, przez który przepływa. Ciemna woda płynie przez gnijące części różnych roślin, a mętna przez gliniaste pokłady.

Dwa razy napotkaliśmy gwałtowne prądy, i za każdym razem, musieliśmy wysiadać i przenosić czółna przeszło milę.

Lasy po obu brzegach są odwieczne, i łatwiej się przez nie przedzierać, niż przez lasy młodsze, pełne zarośli.

Ogrom drzew, grubość pni, zdumiewały mnie, bo żyjąc w mieście, nie wyobrażałem sobie nawet nic podobnego. Drzewa jak wyniosłe kolumny, wznosiły się w górę i dopiero wysoko nad naszemi głowami mogliśmy dojrzeć ich splątane gałęzie, tworzące zielone sklepienia, przez które tylko gdzieniegdzie przedzierał się promień słońca, rzucając oślepiający blask w te mroczne głębie.

Szliśmy bez szmeru po gęstym, miękkim kobiercu gnijących roślin, a spływało na nas takie ukojenie, jak w półmroku starożytnej katedry; nawet donośne tony głosu profesora Challengera przeszły w szept uroczysty.

Ja jeden tylko nie znałem nazwy tych olbrzymów leśnych, lecz moi uczeni towarzysze, pokazywali mi cedry, wielkie jedwabniste drzewa bawełniane, drzewa farbiarskie wśród obfitości różnych roślin, których te krainy są głośnym dostarczycielem.

Żywych barw storczyki, cudownie zabarwione mchy, zwieszały się z poczerniałych pni a zabłąkane promienie słońca oświetlały złociste kwiaty „allamandy“, szkarłatne gwiazdy „tacsonii“ i ciemno-szafirowe „ipomee“.

W wielkich, mrocznych przestrzeniach leśnych życie, nienawidzące ciemności walczy i wydziera się ku światłu. Każda roślina, nawet najmniejsza, wyrywa się na zieloną powierzchnię, i owija naokoło silniejszej i wynioślejszej braci.

Pnące rośliny są bujne i potwornej wielkości, ale i te, które nigdy się nie pną, nauczyły się tej sztuki, byle się wyrwać z mrocznych cieni, tak że pospolita pokrzywa, jaśmin a nawet palmy „jacitara“ owijają się na pniach cedrowych i walczą by dostać się na ich korony, do światła!

Zwierzęcego życia nie było śladu pod majestatycznemi sklepieniami odwiecznych drzew, lubo ciągły szmer i ruch w górze zdradzał obecność wężów, małp, ptaków i leniwców, które przebywając na szczytach drzew w słońcu, musiały spoglądać z zadziwieniem na drobne, ciemne, potykające się postacie, przesuwające się w ciemnych otchłaniach na dole. O świcie i o zachodzie słońca, małpy wyjce wrzeszczały chórem, a papugi skrzeczały, wiodąc głośne gawędy, lecz w czasie upału dziennego nie było słychać nic, oprócz brzęczenia owadów, które rozlegało się podobne do odgłosu fal morskich, a wśród pni potężnych nie było ani śladu życia lub ruchu. Czasami tylko przemknął się mrówkojad na wygiętych nogach, albo niedźwiedź poczłapał niezgrabnie wśród cienia zarośli. Jedyne to były ślady zwierzęcego życia w tych wielkich lasach nad Amazonką.

A jednak pewne znaki wskazywały, że i życie ludzkie rozwija się niedaleko w tajemniczych ustroniach.

Trzeciego dnia podróży usłyszeliśmy dziwny, łkający odgłos w powietrzu, rytmiczny i uroczysty, zbliżający się i oddalający w porannej ciszy. Oba nasze czółna płynęły blisko siebie, kiedyśmy to usłyszeli po raz pierwszy. Nasi indjanie znieruchomieli, jakby się zamienili w kamień, nadsłuchując z natężeniem i z wyrazem najwyższe] trwogi.

— Co to jest? — zapytałem.

— Bębny — odrzekł obojętnie lord Roxton. — Wojenne bębny. Słyszałem je już nieraz dawniej.

— Tak, panie! Wojenne bębny — objaśnił Gomez, metys. — Dzicy indjanie „Wavos“, nie „Mausos“, śledzą nas w drodze; zabiją nas, jeśli będą mogli.

— Jakże oni mogą nas śledzić? — spytałem, wpatrując się w ciemną, nieruchomą pustkę. — Nie widać ich nigdzie.

Metys wzruszył ramionami.

— Indyanie umieją. Oni mają swoje sposoby. Śledzą nas. Ich bębny rozmawiają ze sobą. Pozabijają nas, jeśli będą mogli.

Po południu tego samego dnia, we wtorek, 18 sierpnia, co najmniej sześć lub siedem bębnów grzmiało w różnych stronach. Jedne biły szybko, inne powoli; czasami w tonie pytania i odpowiedzi; jeden daleko, we wschodniej stronie, grzechotał cienkimi, urywanymi głosami, a po dłuższej przerwie odpowiedział mu głębokim, huczącym basem inny, od północy. Było coś niewymownie groźnego i wstrząsającego nerwy w tym ciągłym pomruku bębnów, który układał się w takt słów mulata, powtarzając bezustannie:

„Pozabijamy was, jeśli będziemy mogli. Pozabijamy was, jeśli będziemy mogli...“

W milczącej puszczy nie było śladu życia. Cisza i kojący spokój przyrody panowały wśród zielonych gąszczów, a tylko w oddali ludzie przemawiali do swych bliźnich:

— Pozabijamy was, jeśli będziemy mogli! — mówił jeden od wschodu...

— Pozabijamy was, jeśli będziemy mogli! — powtarzał drugi na północy.

Przez cały dzień bębny grzmiały i pomrukiwały, a ich mowa odbijała się na twarzach naszych kolorowych towarzyszów. Nawet śmiały i skłonny do fanfaronady mulat był zatrwożony. I tego dnia przekonałem się, że obaj profesorowie i Summerlee i Challenger, mieli odwagę najwyższego gatunku, odwagę uczonych. Tę odwagę, która podtrzymywała Darwina wśród „gauchów“ w Argentynie, i uczonego Wallasa między malajczykami, polującymi na ludzkie głowy.

Ludzki mózg nie może myśleć jednocześnie o dwóch rzeczach; więc jeżeli pogrąży się w zagadnieniach naukowych, nie ma już w nim miejsca na pospolite, osobiste względy. Przez cały dzień, przy nieustannych, tajemniczych pogróżkach, obaj profesorowie śledzili z zajęciem każdego przelatującego ptaka, każdy krzew rosnący na wybrzeżu, zamieniając ostre słowa; szyderczy ton profesora Summerlee odpierały wojownicze porykiwania Challengera, z taką obojętnością na głos bębnów indyjskich, jakby siedzieli oba w palarni klubu Królewskiego Towarzystwa na St. James street. Raz jeden tylko raczyli zwrócić na to uwagę.

— Ludożercy ze szczepu Mirauha albo Amajnaca — odezwał się Challenger, wskazując wielkim palcem na rozbrzmiewające bębnieniem lasy.

— Bez żadnej wątpliwości — odrzekł Summerlee. — Jak wszystkie te szczepy, należą oni niezawodnie do grupy mówiących narzeczem polysyntetycznem i do mongolskiej rasy.

— Co do narzecza, zgoda! — potwierdził pobłażliwie Challenger. — O ile wiem, nie istnieją w tej stronie narzecza innego typu, a mam notatki odnoszące się do całej ich setki. Ale na teoryę mongolską zapatruję się z wielkiem powątpiewaniem.

— Sądziłem, że nawet bardzo pobieżna znajomość anatomii porównawczej wystarcza do zupełnego stwierdzenia tego faktu — odezwał się jadowicie Summerlee.

Challenger zadarł do góry zaczepną brodę, i przeciwnicy spojrzeli na siebie wyzywająco.

A w dali zawarczały bębny:

„Pozabijamy was, jeżeli tylko będziemy mogli!“

Na noc umocowaliśmy łodzie za pomocą ciężkich kamieni na samym środku wody i przygotowaliśmy się na możliwy napad. Lecz nic nie zaszło, o świcie płynęliśmy dalej, pozostawiając za sobą odgłosy bębnienia. Około trzeciej wypłynęliśmy na bardzo silny prąd w tem samem miejscu, gdzie profesora Challengera spotkała klęska podczas pierwszej podróży. Wyznaję, że mnie ten widok pocieszył, bo był pierwszem świadectwem prawdy opowiadań profesora. Indjanie przenieśli nasze czółna i zapasy przez bardzo gęste w tem miejscu zarośla, a my biali, ze strzelbami na ramieniu, szliśmy między nimi a niebezpieczeństwem grożącym lasem. Przed wieczorem minęliśmy szczęśliwie prądy, i popłynęli dziesięć mil w górę, przed zarzuceniem na noc kotwicy.

Następnego dnia, wczesnym rankiem, wyruszyliśmy dalej. Od samego brzasku profesor Challenger zdradzał wielkie zaniepokojenie, rozglądając się po obu brzegach rzeki. Nagle wykrzyknął z zadowolenia, wskazując na odosobnione drzewo, rosnące w miejscu gdzie brzeg załamuje się pod ostrym kątem.

— Co to za drzewo? — zapytał.

— Bez żadnej wątpliwości palma Assai!

— Właśnie palmę Assai zapamiętałem, jako drogowskaz. Tajemne przejście jest stąd o pół mili, na przeciwległym brzegu, niewidoczne wśród drzew. I w tem cała tajemnica. Tam, gdzie rosną jasno-zielone banany, zamiast ciemno-zielonych krzaków, są ukryte moje wrota do nieznanego kraju. Pójdźmy, a sami się przekonacie.

Miejsce było istotnie przecudowne. Dopłynąwszy tam gdzie rosły trzciny, przepłynęliśmy przez nie czółnem na przestrzeni jakich stu łokci i wydostaliśmy się na spokojny i płytki strumień, z przezroczystą wodą i dnem piaszczystem. Miał on około dwudziestu łokci szerokości, a na obu brzegach najbujniejszą roślinność.

Nikt, patrząc zdaleka, nie mógłby się domyśleć jego istnienia wśród tych zarośli, ani marzyć o czarodziejskiej krainie, ciągnącej się za nim.

Bo kraina ta była naprawdę czarodziejska. Gęste gałęzie, splatając się, tworzyły naturalne sklepienie, a w tym zielonym tunelu, w złotawem półświetle, płynęła zielona, przejrzysta rzeka, mieniąca się czarująco od światła przedzierającego się przez gałęzie. Przejrzysta jak kryształ, nieruchoma jak tafla szklana, niebieskawa jak skraj lodowca, roztaczała się przed nami pod liściastem sklepieniem, a każde uderzenie wioseł tworzyło na wodzie kręgi, mieniące się rozlicznemi barwami. Godny gościniec do krainy czarów.

Nie było tam już śladu Indian, ale coraz więcej zwierząt, których śmiałość dowodziła, że nie znają jeszcze myśliwych, Zwinne, czarne jak aksamit małpeczki, ze śnieżno białymi zębami i błyszczącemi szyderskiemi oczkami.

Z rozgłośnym pluskiem, rzucał się kajman z brzegu do wody. Raz wyjrzał na nas ciemny, ociężały tapir z przerwy między zaroślami, raz także przesunęło się wężowym ruchem wśród zarośli żółte ciało wielkiej pumy, której zielone, złowrogie oczy, rzuciły nam nienawistne spojrzenie. Ptaków było mnóstwo zwłaszcza brodzących: bocianów, czapli i ibisów, zebranych w małe stadka, błękitne, szkarłatne i białe, obsiadające każdą kłodę sterczącą z rzeki, a w kryształowej wodzie uwijały się ryby, najrozmaitszych kształtów i kolorów.

Przez całe trzy dni płynęliśmy tym cienistym tunelem. Głębokiego spokoju wodnej drogi nie mąciły żadne ślady ludzkie.

— Niema tu indjan. Boją się „Kurupuri“!

— „Kurupuri“ to duch lasów — objaśnił lord Roxton. — Tak nazywają każdego złego ducha. Biedacy lękają się, sądząc, że w tych stronach grasują złe duchy i dlatego unikają tej okolicy.

Trzeciego dnia łatwo już było zrozumieć, że nasza podróż nie długo potrwa, bo woda była coraz płytsza. W ciągu paru godzin trzy razy utknęliśmy na mieliznie. W końcu musieliśmy wepchnąć czółna w zarośla i nocować na lądzie. Rano poszliśmy, lord Roxton i ja, w głąb lasu, trzymając się brzegu strumienia; lecz sprawdziwszy, że im dalej, tem woda płytsza, wróciliśmy ze sprawozdaniem. Profesor Challenger przypuszczał, że już dobiliśmy do ostatniego krańca wodnej podróży. Wyciągnęliśmy więc czółna na brzeg i ukryli je w gęstwinie, nacinając siekierami drzewa dla oznaczenia miejsca. Poczem rozebraliśmy między siebie ciężary: strzelby, amunicyę, żywność, namiot, koce i resztę drobiazgów. Zarzuciwszy pakunki na plecy, wyruszyliśmy na najuciążliwszą część podróży.

Na wstępie wybuchnął zatarg między uczonymi. Challenger od tej chwili obejmował przewodnictwo i wydawał rozkazy ku widocznemu niezadowoleniu profesora Summerlee. Rozdzielając ciężary, Challenger oddał mu do niesienia barometr, aneroid. To wywołało wybuch.

— Czy mogę zapytać, szanowny panie — zaczął Summerlee, ze złowrogim spokojem — na mocy jakiej władzy wydajesz pan rozkazy?

Zaginiony świat 17

Profesor Challenger.

Challengerowi zaiskrzyły się oczy i najeżył się cały.

— Czynię to na tej zasadzie, panie Summerlee, że jestem dowódcą wyprawy.

— A ja jestem zmuszony oznajmić, że nie uznaję pana w tym charakterze.

— Doprawdy?! — skłonił się Challenger, z nieubłaganem szyderstwem. — Więc może pan zechcesz bliżej objaśnić moje właściwe stanowisko?

— I owszem, panie! Jesteś pan człowiekiem, którego prawdomówność ma być zbadana i my przybyliśmy tu w tym celu. Idziesz pan zatem ze swymi sędziami.

— Doprawdy?! — wyrzekł Challenger, siadając na krawędzi czółna. — W takim razie raczcie panowie iść swoją drogą, a ja pójdę swoją. Jeżeli nie jestem dowódcą, nie możecie żądać ode mnie, bym prowadził wyprawę.

Ale dzięki niebu, znaleźli się dwaj ludzie przy zdrowych zmysłach, lord Roxton i ja, którzy poskromili uniesienia i szaleństwo uczonych i zapobiegli spełznięciu na niczem całej wyprawy. Ale jakich przekonywań, próśb, i wyjaśnień potrzeba było użyć do zmiękczenia przeciwników! Nareszcie Summerlee, ze swemi drwinami i fajeczką ruszył przodem, a za nim potoczył się, sapiąc gniewnie, Challenger. Na szczęście odkryliśmy wtedy, że obaj uczeni mężowie mają wspólny cel nienawiści: doktora Illingwortha z Edymburga. To stało się jedynym naszym ratunkiem, bo odtąd w chwilach zaostrzania się niebezpiecznych zatargów, wyciągaliśmy na plac szkockiego profesora, na którego rzucali się w najlepszej zgodzie rozjątrzeni przeciwnicy, pastwiąc się nad wspólnym wrogiem.

Zaginiony świat 16

Byliśmy zadowoleni znalazłszy twardy grunt pod nogami.

Szliśmy pojedyńczo nad strumieniem, który zwężał się coraz więcej, aż wreszcie znikł w zielonem trzęsawisku, porosłem gąbczastymi mchami, w które zapadaliśmy się po kolana. W miejscu tem unosiły się całe chmary moskitów i innych tego rodzaju kąsających owadów, więc uciekliśmy na suchsze miejsca. Ucieszyliśmy się, czując twardy grunt pod sobą i okrążyliśmy lasem jadowite trzęsawiska, na których rozlegało się donośne jak głos organów, brzęczenie. Drugiego dnia podróży, po rozstaniu się z czółnami, zmienił się zupełnie charakter okolicy. Grunt podnosił się ciągle w górę, lasy były coraz rzadsze i straciły już swój podzwrotnikowy wygląd. Olbrzymie drzewa rosnące na wybrzeżach Amazonki, ustąpiły tu miejsca palmom „feniksowym“ i „kokosowym“, rosnącym grupami z podszyciem gęstych krzewów. W wilgotniejszych zagłębieniach palmy „mauritia“ zwieszały swe wdzięczne listowie.

Kierowaliśmy się według kompasu, ale po dwakroć wynikły różnice zdań między Challengerem a dwoma indjanami, skutkiem tego, że, przytoczę tu dosłowne wyrażenie profesora: „zaufaliśmy zwodniczym instynktom nierozwiniętych dzikusów, zamiast poddać się najdoskonalszemu okazowi europejskiej kultury“.

Lecz okazało się, że mieliśmy słuszność, kiedy na trzeci dzień sam Challenger przyznał, że poznaje ślady swej poprzedniej podróży, a w jednem miejscu natrafiliśmy na cztery poczerniałe kamienie, ślady jego obozowiska.

Grunt wciąż się podnosił; przez dwa dni wspinaliśmy się na skaliste zbocze. Roślinność tu znowu była inna i z dawniejszej pozostały tylko drzewa dające roślinną kość słoniową i wielka ilość wspaniałych storczyków, między którymi poznałem rzadki okaz „Nuttonia Vexillaria“, świetne różowe kwiaty storczyka „Cattleya“ i szkarłatne „Odintoglossum“. Spotykaliśmy ciągle strumyki ze żwirowatem łożyskiem, z brzegami porosłymi paprocią, szemrzące w górskich wąwozach, a w nich gromady rybek z czarnymi grzbietami, wielkością i kształtem podobne do naszych pstrągów, które nam dostarczyły wybornego pożywienia.

Dziewiątego dnia po opuszczeniu czółen, uszedłszy około stu dwudziestu mil angielskich, zaczęliśmy wynurzać się z gęstych lasów: drzewa rosły coraz mniejsze, aż w końcu ustąpiły miejsca krzakom. Dalej były rozległe bambusowe zarośla, tak gęste, że musieliśmy wyrąbywać sobie drogę. Zajęło nam to cały dzień, od siódmej rano, do ósmej wieczorem, z dwoma tylko po godzinie wypoczynkami. Trudno wyobrazić sobie coś żmudniejszego i bardziej jednostajnego, bo nawet na miejscach otwartych widok ograniczał się do dziesięciu — dwunastu zaledwie łokci, a dla mnie zwykle do pleców lorda Roxtona i do żółtych bambusowych ścian po obu stronach. Z góry dochodziła nas zaledwie wąska smuga słonecznego światła, a na piętnaście stóp nad naszemi głowami, kołysały się już wierzchołki trzcin, na tle błękitnego nieba.

Nie wiem jaki rodzaj zwierząt zamieszkuje takie gąszcze, ale niejednokrotnie słyszeliśmy nurkowanie jakichś ciężkich ciał wśród bambusów, tuż koło nas. Lord Roxton przypuszczał, że to dzikie bydło rogate. Dopiero gdy się ściemniło, wydobyliśmy się z bambusowego gąszczu i rozłożyli się obozem, wyczerpani zupełnie trudami tego dnia bez końca.

Nazajutrz wczesnym rankiem byliśmy już na nogach. Znowu zmienił się zupełnie widok okolicy. Za nami pozostały zarośla bambusowe, a przed nami rozścielała się rozległa płaszczyzna, podnosząca się lekko w górę, zasiana kępami paproci drzewiastych, zakończona w głębi długim grzbietem pasma pagórków. Doszliśmy około południa do płaskiej doliny, skąd zaczęliśmy się znowu wspinać do góry. I tam, przy wchodzeniu na pierwsze wzgórze, zdarzyło nam się coś nieprzewidzianego.

Challenger, idący przodem z dwoma indjanami, nagle stanął jak wryty, wskazując ze wzruszeniem na prawo. Ujrzeliśmy mniej więcej w odległości kilom. coś podobnego do olbrzymiego ptaka, co się powoli zerwało z ziemi, odfrunęło, lecąc nisko w powrotnej linii, i znikło wśród drzewiastych paproci.

— Widzieliście?! — krzyknął Challenger — Summerlee! czy widziałeś?

Summerlee wpatrywał się w to miejsce, gdzie znikło dziwne zjawisko i zapytał:

— A pan sądzisz, że to jest co?

— Najniezawodniej „pterodactyl“ — odrzekł profesor.

Summerlee zaśmiał się drwiąco.

— Ptero-bajka! — zawołał. — Napewno bocian...

Challenger był tak rozzłoszczony, że nie mógł mówić. Zarzucił tylko torbę na plecy i ruszył dalej. Lord Roxton szedł obok mnie, poważniejszy niż zwykle. Trzymał w ręku lornetę.

— Zdążyłem to obejrzeć, zanim znikło między drzewami — powiedział do mnie. — I o zakład idę o moją sławę myśliwską, że to nie był żaden z ptaków, na jakie kiedykolwiek patrzały moje oczy!

Tak stoją obecnie rzeczy. Czy istotnie stanęliśmy na granicy nieznanego świata? Czy spotkaliśmy pierwsze placówki tych istot, o których opowiada nasz przewodnik? Podaję to co widziałem, bez uwag.

Przeprowadziłem was, czytelnicy, jeżeli będziecie kiedy czytali to co piszę, przez olbrzymią rzekę, przez ściany bambusowych zarośli, przez płaszczyzny zasiane kępami drzewiastych paproci. Teraz cel naszej podróży leży już wyraźnie przed nami. Przejdziemy przez pasmo pagórków i będziemy się wspinali na łańcuch skalisty, który widziałem na szkicu amerykanina, Rozciąga się on przed naszemi oczyma, bez żadnej wątpliwości ten sam. Challenger puszy się jak paw, Summerlee milczy, lecz jeszcze nie dowierza.

Zbliża się ku nam nasze przeznaczenie. A że José, któremu ramię przebił złamany bambus, chce koniecznie wracać, powierzam mu ten list, w nadziei, że może dojdzie do rąk waszych. Zamyka się na nim wstęp, który może służyć jako wyjaśnienie do dalszej naszej podróży. Będę pisał ciąg dalszy, czekając na sposobność do przesłania następnych wiadomości. Ale czy gdzie i kiedy ją znajdę?...



IX.
„Ktoby mógł to przewidzieć?“

Zdarzyło nam się coś okropnego. Ktoby to mógł przewidzieć? Nie widać końca naszych kłopotów... Może skazani jesteśmy na spędzenie całego życia w tych niedostępnych puszczach? Nie mogę myśleć spokojnie! Teraźniejszość wydaje mi się groźna... Przyszłość czarna jak noc...

Jesteśmy pozbawieni wszelkiej nadziei pomocy ludzkiej. Ale towarzyszami moimi są trzej dzielni ludzie, silnej głowy i niezachwianej odwagi. W tem nasza jedyna nadzieja. Ich spokojne twarze dodają mi otuchy. Staram się taić nurtujące mnie obawy.

Kiedy skończyłem mój list ostatni, staliśmy w odległości siedmiu mil od nieskończenie długiego pasma skał otaczającego płaskowzgórze, o którem mówił Challenger.

Skały, gdyśmy się do nich zbliżyli, wydawały się wyższe, niż profesor przypuszczał, miejscami miały do tysiąca stóp wysokości, formacyę zaś bazaltową. Na szczycie zieleniła się bujna roślinność: na brzegu zarośla, w głębi wyniosłe drzewa.

Owej nocy rozłożyliśmy się obozem pod samemi prawie skałami. Skaliste ściany były nietylko prostopadłe, lecz u góry wyginały się na zewnątrz, tak że o wejściu na nie nie mogło być mowy. W pobliżu mieliśmy skalistą piramidę, o której wzmiankowałem poprzednio. Podobna do kościelnej wieży, wierzchołkiem sięgała do szczytu płaskowzgórza, od którego oddzielała ją głęboka i szeroka rozpadlina. Na szczycie rosło jedno wielkie drzewo. Wysokość skały i płaskowzgórza wynosiła, jak sądzę, pięćset do sześciuset stóp.

— Na tem drzewie — rzekł Challenger — siedział wówczas pterodactyl. Wspiąłem się do wysokości połowy skały zanim go zastrzeliłem. Ponieważ mam wprawę w chodzeniu po górach, sądzę, że mógłbym wdrapać się na sam wierzchołek tej skały, chociażby nie zbliżyło by mnie to wcale do płaskowzgórza.

Gdy Challenger mówił o swoim pterodactylu, spojrzałem na profesora Summerlee; pierwszy raz na twarzy tego ostatniego nie dojrzałem szyderstwa tylko głębokie zadumanie, coś nakształt niepewności i żalu. Challenger także to zauważył i rzekł w zwykły swój niezręczny sposób:

— Naturalnie, gdy mówię o pterodactylu, mój czcigodny kolega jest przekonany, że mam na myśli bociana...

Roześmiał się, mrugnął i skłonił nisko. Summerlee odwrócił się i odszedł.

Po skromnem śniadaniu z kawy i manioku, bo musieliśmy oszczędzać naszych zapasów, złożyliśmy radę wojenną, w jaki sposób dostać się na płaskowzgórze.

Prezydował Challenger, uroczysty, rozsiadłszy się na skale, w śmiesznym, chłopięcym kapelusiku, zsuniętym na tył głowy, spoglądając wyzywająco z pod przymkniętych powiek, kołysząc wielką czarną brodą w takt rozmowy.

Poniżej siedzieliśmy my trzej: ja, ogorzały i zmężniały po przebytych trudach; Summerlee zawsze uroczysty i sceptyczny z nieodstępną fajeczką; lord Roxton zimny i smutny, oparty na sztucerze, orlemi oczyma wpatrując się w prezydującego. Za nami siedzieli dwaj metysi i gromadka indjan, a nad naszemi głowami sterczały skaliste żebra podpierające płaskowzgórze.

— Będąc tu poprzednio — zagaił rzecz Challenger — nie miałem z sobą żadnych przyrządów do wspinania się na góry, ale teraz zabrałem co potrzeba. I nie wątpię, że dzięki temu zdołamy wedrzeć się na tę odosobnioną skałę. Wówczas nagliła mnie do pośpiechu nadchodząca pora deszczowa i brak zapasów. Dlatego przeszedłem tylko przestrzeń sześciu mil u podnóża skał ku wschodowi i nie znalazłem tam nigdzie drogi na płaskowzgórze. Co teraz mamy czynić?

— Jedno tylko nam pozostaje — odezwał się Summerlee. — Jeżeli zbadaliście stronę wschodnią, zawróćmy ku zachodowi i tam szukajmy drogi.

— Słusznie — poparł go lord Roxton. — Ponieważ płaskowzgórze nie jest bardzo rozległe, będziemy je obchodzili naokoło, póki nie znajdziemy wejścia na górę.

— Zwracałem też uwagę memu młodemu przyjacielowi — mówił dalej Challenger, z takim naciskiem, jakbym był dziesięcioletnim uczniem, że nie można się tam spodziewać drogi wygodnej, gdyż w takim razie płaskowzgórze nie byłoby odcięte od reszty doliny i nie wytworzyłyby się na niem te wyjątkowe warunki, wbrew ogólnym prawom przyrody. Lecz zgadzam się na to, że mogą być miejsca, przez które zręczny i silny człowiek zdoła się wedrzeć na szczyt, choć nie może przez nie spuścić się na dół ciężkie i niezgrabne zwierzę, a że musi tam być takie miejsce, to nie podlega wątpliwości.

— Na jakiej zasadzie pan to twierdzi? — zagadnął cierpko Summerlee.

— Bo tamtędy wszedł mój poprzednik, amerykanin Maple White. Gdyby tam nie był, jakżeby mógł naszkicować tego potwora w albumie?

Spojrzał wyzywająco, lecz nagle zeskoczył ze skalnego odłamu, schwycił swego przeciwnika za szyję i podniósł mu głowę do góry.

— Patrz pan! — wrzasnął głosem ochrypłym od wzruszenia. Czy nie widzisz, że na płaskowzgórzu przebywają żywe istoty?

Ze skały nad naszemi głowami zwieszała się gęsta frendzla zieloności. A z tej zieleni wysunęło się teraz coś czarnego i lśniącego... Gdy zawisło nad urwiskiem, przekonaliśmy się, że to bardzo wielki wąż z głową płaską, kształtu łopaty. Wąż cofnął się zwolna i znikł wśród zieleni.

Summerlee tak się zaciekawił tem zjawiskiem, że nie stawił oporu Challengerowi. Dopiero po dobrej chwili otrząsnął się z rąk kolegi i odzyskał zwykłą godność.

— Byłbym ci bardzo wdzięczny, profesorze — rzekł wyniośle — gdybyś nadal powstrzymał się od chwytanie mnie za brodę... Nawet pojawienie się zwyczajnego, skalnego „pytona“, nie usprawiedliwia podobnej poufałości.

— Ale przekonaliście się sami, że tam są żywe istoty — wykrzyknął tryumfująco Challenger. — Teraz zwijajmy obóz i kierujmy się ku zachodowi, szukając drogi...

Podnóże płaskowzgórza, zasiane skalnymi odłamami, nie było wygodną drogą. Szliśmy też powoli i z trudnością. Lecz spotkaliśmy coś, co nam dodało otuchy, ślady dawnego obozowiska: puste blaszane puszki od konserw z Chicago, butelkę z etykietą „brandy“, złamany klucz do otwierania puszek i różne inne szczątki pozostałe po wędrowcach. Leżał tam i zgnieciony numer „Chicagoskiego demokraty“, ale data była już na nim nieczytelna.

— Nie ja go zostawiłem — powiedział Challenger. — Zapewne Maple White.

Lord Roxton oglądał pilnie paprociowe drzewo, ocieniające ślady obozowiska i nagle odezwał się:

— Patrzcie! To wyraźnie drogowskaz...

Do pnia drzewa przybito kawałek odzieży zwrócony na zachód.

— Niezawodnie — potwierdził Challenger. — nasz pionier, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, zostawiał po drodze znaki, ażeby idący za nim mogli zmiarkować, w którą stronę poszedł. Może dalej znajdziemy coś więcej.

Znaleźliśmy istotnie, ale coś strasznego... Pod samą skałą rosła kępa bambusów; niektóre z nich miały po dwadzieścia stóp wysokości, a wierzchołki jak ostre dzidy. Gdyśmy je mijali, błysnęło mi w gąszczu coś białego... Wsunąwszy głowę między gałęzie, zobaczyłem... ludzką czaszkę! Obok niej leżał cały szkielet, od którego głowa odpadła.

Zaginiony świat 18

Biedaczysko, wszystkie kości ma pogruchotane.

Wyrąbaliśmy bambusy naokoło i obejrzeli te ślady jakiejś dawnej tragedyi. Z ubrania pozostały zaledwie szczątki, tylko na nogach szkieletu tkwiły buty, świadczące, że zmarły był człowiekiem cywilizowanym. Pomiędzy kośćmi leżał złoty zegarek z firmą Hudsona z Nowego Jorku i dewizka z brelokiem i samopiszącem piórem. Prócz tego leżało i srebrne porte-cigare, z napisem na wierzchu: „J. C. od A. E. S. “ Stan tych rzeczy świadczył, że katastrofa zdarzyła się niezbyt dawno.

— Kto to mógł być? — zastanowił się lord Roxton... Biedaczysko, wszystkie kości ma pogruchotane!

— Wśród żeber rosną bambusy — zauważył Summerlee. Pomimo, że to roślina prędko rosnąca, nieprawdopodobnem się wydaje, ażeby mogła wyrosnąć na dwadzieścia stóp odkąd to ciało tu leży...

— Nie mam żadnej wątpliwości co do nazwiska tego człowieka — odezwał się Challenger. — Jadąc za wami, rozpytywałem się po drodze o szczegóły dotyczące Maple Whita. Pomogły mi do tego szkice z jego albumu; zwłaszcza jeden przedstawiający śniadanie autora z jakimś księdzem w Rosaria. Odszukałem tego księdza, który udzielił mi pewnych wskazówek. Maple White był w Rosario przed czterema laty, na dwa lata przedtem, zanim ujrzałem jego martwe zwłoki. Nie był sam, lecz z towarzyszem amerykaninem, nazwiskiem James Colver, który został na łodzi i nie brał udziału w śniadaniu z księdzem; nie ulega wątpliwości, że to są jego szczątki.

— I łatwo zrozumieć, w jaki sposób zginął — dodał lord Roxton. — Spadł, lub został zepchnięty z krawędzi płaskowzgórza i nadział się poprostu na ostre wierzchołki bambusów. Dlatego wszystkie kości ma pogruchotane, a bambusy rosną swobodnie między jego żebrami.

Staliśmy w milczeniu nad rozsypanemi kośćmi szkieletu, stwierdzając słuszność objaśnień lorda Roxtona. Ale czy on spadł przypadkiem?... A może?... Przerażające domysły zaczynały się osnuwać w około pogruchotanego szkieletu, w tym nieznanym kraju...

Poszliśmy dalej bez słowa naokoło skalistych ścian płaskowzgórza, wznoszącego się jak lodowe pole w podbiegunowych krainach, nad masztami podróżniczego statku.

Na przestrzeni całych pięciu mil, nie znaleźliśmy w skałach żadnej szczeliny, żadnej przerwy, tylko w zagłębieniu skały, narysowano kredą strzałę, wskazującą kierunek zachodni.

— Maple White znowu! — zrobił uwagę Challenger. — Przeczuwał widocznie, że godni zastępcy iść będą jego śladami.

— Miał więc ze sobą kredę?

— Miał całe pudło kolorowych kredek; białej został tam zaledwie kawałek.

— Jest to zawsze pewien drogowskaz — powiedział Summerlee. — Chodźmy za jego wskazaniami.

W odległości pięciu mil, znaleźliśmy znowu narysowaną strzałę. W tem miejscu, była pierwsza rozpadlina w skalistej ścianie, a w niej znowu strzała, wskazująca do góry.

Rozpadlina tworzyła ciasny wąwóz o bardzo wysokich ścianach, a światło dzienne dochodzące wąską szparą z góry, tłumiły jeszcze rośliny rosnące na krawędzi, panował tam półmrok. Nie jedliśmy od wielu godzin, znużeni byliśmy pochodem po nierównym, kamienistym gruncie, ale nerwy nasze nie pozwalały nam stanąć. Kazaliśmy indjanom urządzić obóz, a sami, we czterech, zabrawszy też metysów, zapuściliśmy się w wąwóz.

W odległości czterdziestu stóp skończył się on nagle ścianą gładką i prostopadłą. Zawróciliśmy do wyjścia, a w tej powrotnej drodze bystry wzrok lorda Roxtona odkrył to, czegośmy szukali. Wysoko nad nami, w głębokim cieniu, czernił się otwór jaskini.

Leżały tam stosy odłamów skalnych, po których można było wspiąć się w górę. Obok otworu, widniała znowu strzała. A więc tędy Maple White i jego nieszczęsny towarzysz wdarli się na płaskowzgórze!

Wzruszenie nie pozwoliłoby nam wracać do obozu z niczem. Lord Roxton miał w tornistrze elektryczną latarkę, poszedł więc na czele, oświetlając drogę, a my szliśmy za nim pojedyńczo.

Jaskinię tę widocznie wyżłobiła woda; ściany były wygładzone, a dno zasypane okrągłymi kamieniami. Przejście było tak wązkie i nizkie, że jeden tylko człowiek mógł się niem posuwać zgarbiony. Na przestrzeni pięćdziesięciu łokci, miało ono kierunek poziomy, a potem nagle wznosiło się w górę pod kątem 45.

Dalej droga stawała się coraz bardziej stromą; musieliśmy się czołgać na czworakach po kamieniach, które się pod nami osuwały.

Lord Roxton, idący na przodzie, zawołał nagle.

— Niema dalej drogi!

Światło jego latarki oświetliło zwał bazaltowych odłamów, sięgający do samego sklepienia.

— Sklepienie się zapadło!

Napróżno wyciągaliśmy pojedyńcze głazy. Taki tylko był skutek, że większe odłamy zaczęły się osuwać i grozić zmiażdżeniem nas wszystkich. Była to przeszkoda nad nasze siły. Droga, którą wszedł na górę Maple White, przestała być dostępna.

Zgnębieni, niezdolni do rozmowy, szliśmy, potykając się w ciemnym tunelu, z powrotem do obozu.

Ale podczas tego powrotu, zdarzyło nam się coś ważnego, jak się w następstwie okazało.

Staliśmy na samem dnie wąwozu, o jakieś czterdzieści stóp poniżej wejścia do jaskini, kiedy nagle stoczył się z góry olbrzymi odłam skały i przeleciał obok nas z potężną siłą. Niebezpieczeństwo dla nas straszne. Nie widzieliśmy skąd stoczyła się skała, ale jeden z metysów, stojący przy wejściu do jaskini, powiedział, że potoczyła się obok niego, zepchnięta zapewne z samego szczytu.

Spojrzeliśmy w górę, lecz nie dojrzeliśmy żadnego ruchu wśród zieleni, wieńczącej wierzchołki skały. Jednak nie ulegało wątpliwości, że głaz rzucony był na nas, co zdradzało obecność ludzkich istot, i to istot złośliwych — na wierzchołku płaskowzgórza.

Usunęliśmy się śpiesznie z wąwozu, przejęci tym nowym wypadkiem i jego wpływem na dalsze nasze zamiary. Położenie nasze było już przedtem dość trudne, ale jeżeli do przeszkód stawianych przez przyrodę, przyłączy się jeszcze opór ludzi, można je było uznać za beznadziejne. Pomimo to, wpatrując się w zieleń rosnącą zaledwie paręset stóp nad naszemi głowami, nikt nie pomyślał ani na chwilę o powrocie do Londynu, bez zbadania tajemnic zagadkowego płaskowzgórza.

Po naradzie, postanowiliśmy iść dalej podnóżem skał, szukając innej drogi. Skały zniżały się coraz więcej, a zakręcając od zachodu ku północy, w najgorszym razie, mogliśmy tylko powrócić do punktu wyjścia, straciwszy kilka dni na wyprawę.

Przeszliśmy dwadzieścia dwie mile bez żadnej zmiany. Barometr aneroid wskazywał że od miejsca gdzie pozostały łodzie wznieśliśmy się przeszło trzysta stóp nad poziom morza. Wielka zmiana zaszła w temperaturze i w roślinności. Pozbyliśmy się dokuczliwych owadów, które są plagą podzwrotnikowych podróży. Były tu jeszcze palmy i drzewa paprociowe, ale lasy z wybrzeży Amazonki, pozostały za nami. Miło nam było widzieć powoje, passiflory i begonie, które przypominały nam kraj rodzinny, które rosły tu na dzikich skałach. Czerwona begonia kwitła tak samo, jak ta, co stoi na oknie jednej willi w Streathumu.

Owej nocy, pierwszej po dniu spędzonym na okrążaniu płaskowzgórza, zdarzyła się nam niezwykła przygoda, która rozwiała do reszty ostatnie wątpliwości, co do dziwów jakie nas otaczają.

Mignęło to jak błyskawica, bez dalszego ciągu, chyba w naszych myślach.

Zaginiony świat 19

Nagle w mrokach nocy, zakołysało się coś w powietrzu...

Lord Roxton zastrzelił tłustego „aguti“, małe, podobne do świni zwierzę, którego połowę oddaliśmy indyanom, drugą piekliśmy nad ogniskiem dla siebie. Gdy się ściemniło, chłód dał się odczuwać, więc skupiliśmy się blizko ognia. Noc była bez księżyca, ale gwiaździsta. Nagle w mrokach nocy, zakołysało się coś w powietrzu z szumem, podobnym do skrzydeł samolotu. Całą naszą gromadkę nakryło sklepienie błoniastych skrzydeł, mignęła przed nami długa, wężowa szyja, dzikie, żarłoczne, czerwone oko, ogromny, rozdziawiony dziób, uzbrojony w drobne, białe zęby. W jednem oka mgnieniu zjawisko znikło razem z naszą wieczerzą!

Olbrzymi czarny cień, zajmujący przestrzeń jakich dwudziestu stóp, wzbił się w górę; skrzydła potwora zasłoniły nam na chwilę gwiazdy, i wszystko znikło w zaroślach płaskowzgórza. Siedzieliśmy skamieniali naokół ognia, jak bohaterowie Wirgiljusza po zjawieniu się Harpii. Pierwszy Summerlee przerwał ciszę:

— Profesorze Challenger! — przemówił uroczyście, głosem drżącym od wzruszenia. — Należy ci się przeproszenie. Przyznaję, że się omyliłem i proszę o przebaczenie tego co było...

Pięknie to było powiedziane i wtedy dopiero pierwszy raz dwaj uczeni podali sobie ręce. Tyle zyskaliśmy na pojawieniu się „pterodactyla“. Warto było za zgodę dwóch znakomitych mężów zapłacić stratą wieczerzy.

Ale jeżeli na płaskowzgórzu istnieją przedpotopowe zwierzęta, nie musi ich tu być dużo, bo przez całe trzy dni następne, nie widzieliśmy ich ani śladu. Szliśmy okolicą nagą i odpychającą: albo zasianem głazami pustkowiem, albo wstrętnemi trzęsawiskami, pełnemi dzikiego ptactwa, wzdłuż północnej i wschodniej granicy skalistego pasma.

Page 142 (The Lost World, 1912)

Szliśmy wązką krawędzią twardego gruntu, pod samemi skałami, zapadając się nieraz po pas w błoto i porosty odwiecznych podzwrotnikowych bagnisk. Co zaś najgorsze, że miejsca te były ulubionem gniazdem węża „Jaracaca“, najjadowitszego i najzuchwalszego z wężów południowej Ameryki. Okropne te stworzenia wypełzały ze smrodliwego błota, wijąc się w skrętach ku nam, i tylko trzymając ciągle strzelby w pogotowiu, mogliśmy się obronić od ich napaści. Jedno zagłębienie wśród tych bagien sino-zielonego koloru od mchów, które w niem gniły, pozostanie mi na zawsze w pamięci jak zmora. Było tam całe gniazdo tych gadów, od których wiły się jego brzegi, a wszystkie węże pełzały ku nam, bo węże Jaracaca mają zwyczaj rzucać się na człowieka gdy go ujrzą. Było ich tam zawiele by je można było wystrzelać, więc zawróciliśmy się i uciekali, aż nam tchu zabrakło. Obejrzawszy się za siebie widziałem jeszcze głowy i szyje ohydnych napastników, podnoszące się i zapadające w trzciny. Bagno to nazwaliśmy „Bagnem Jaracaca“ na narysowanej przez nas mapie.

Page 161 (The Lost World, 1912)

Skały nad nami miały teraz odcień brunatno-czekoladowy; roślinność była na ich szczycie rzadsza, wysokość wynosiła zaledwie trzysta do czterystu stóp; lecz nigdzie drogi, którą można by się dostać na wierzchołek. Ściany skaliste, strome, kamienista pustynia wszędzie.

— Ale jednak woda deszczowa musi mieć jakąś drogę, którą spływa — zrobiłem uwagę podczas narady. — Przecież w skale powyżłabiała kanały.

— Nasz młody przyjaciel zaczyna miewać błyski domyślności — roześmiał się Challenger, klepiąc mnie po ramieniu. Ale rzeczywistość przeczy tym przypuszczeniom. Kanałów takich niema tam wcale.

— Więc gdzie podziewa się woda? —— nalegałem. — Chyba, że tam na górze, jest jakieś jezioro?

— Ja też to przypuszczam.

— A to jezioro jest prawdopodobnie dawnym kraterem wulkanu — dodał Summerlee. — Całe płaskowzgórze jest wyraźnie wulkanicznej formacyi. Pewien jestem, że pośrodku znajduje się zagłębienie, stanowiące zbiornik wody, która stamtąd podziemnymi kanałami, spływa do trzęsawisk, gdzie się gnieżdżą węże Jaracaca.

— Albo też parowanie utrzymuje wodę w równowadze — dodał Challenger, i natychmiast obaj uczeni pogrążyli się w naukowych rozprawach, niezrozumiałych jak chiński język dla profana.

Szóstego dnia doszliśmy do punktu, z którego zaczęła się nasza podróż, do odosobnionej skały, przygnębieni i skłopotani. Droga, którą oznaczył Maple White już nie istniała. Co czynić dalej?

Zapasy żywności, ciągle zasilane dzięki naszym strzelbom, trzymały się dobrze, ale musiała nadejść chwila, w której potrzebować będziemy świeżego zapasu. Za parę miesięcy nadejdzie pora deszczowa i woda wygna nas z obozowiska. Skała była tak twarda, że niepodobna było marzyć o wykuciu w niej drogi. Nic dziwnego, że owego wieczoru patrzyliśmy na siebie posępnie i poszliśmy spać w milczeniu.

Przed zaśnięciem widziałem jeszcze Challengera siedzącego w kucki przy ogniu, jak olbrzymia żaba, z wielką głową opartą na rękach, pogrążonego w myślach; nie słyszał nawet dobranoc, jakie mu przesłałem.

Ale rankiem inny zupełnie Challenger nas powitał. Challenger promieniejący radością i zadowoleniem. Patrzał wyzywająco, wystawiając klatkę piersiową, z ręką za klapą kurtki, jeżąc brodę, jakby pozował zawczasu do własnego pomnika na londyńskim placu.

— Eureka! — wykrzyknął, błyskając zębami w gęstwinie czarnej brody. — Panowie! możecie mi powinszować! Zadanie już rozwiązane.

— Znalazłeś pan drogę?

— Tak sądzę.

— A którędy?

Wskazał na odosobnioną skałę po prawej stronie od nas.

Twarze nasze wydłużyły się. Profesor upewniał wprawdzie, że tam wejść można. Ale pomiędzy skałą a płaskowzgórzem, leżała straszliwa przepaść.

— Nie przejdziemy tamtędy — szepnąłem.

— Ale możemy wejść na jej wierzchołek. A wtedy dowiodę wam, że umysł wynalazczy nie wyczerpuje się tak łatwo...

Po śniadaniu rozpakowaliśmy przyrządy do górskich wycieczek, przywiezione przez profesora. Wyjął z nich zwój liny, cienkiej i mocnej, długości stu pięćdziesięciu stóp, z żelaznemi hakami, klamrami i t. p. Lord Roxton odbywał już nieraz górskie wycieczki, Summerlee również, więc ja tylko byłem tu nowicjuszem, lecz moja siła i wytrwałość mogły zastąpić brak doświadczenia.

Nie było to w rzeczywistości tak trudne zadanie, choć zdarzały się chwile, że mi włosy stawały dębem. Do połowy skały szło wszystko łatwo, lecz od połowy skała stawała się coraz bardziej stroma, a ostatnie 50 stóp, wdzieraliśmy się literalnie rękami i nogami, czepiając się wązkich krawędzi i rozpadlin skalnych. I tak dotarliśmy po wyszczerbionych ścianach na niewielką płaszczyznę, na samym szczycie, rozległości około dwudziestu pięciu stóp, porośniętą trawą.

Pierwszem mojem wrażeniem, gdym odzyskał oddech, był zachwyt nad niezwykłym widokiem jaki się nam ukazał. Rozległa równina, leżąca poniżej, rozpływała się w błękitnawych mgłach na krańcach widnokręgu. Na pierwszym planie widzieliśmy długie zbocze zasiane głazami, a dalej za przełęczą ukazywały się wierzchołki bambusowych zarośli, przez któreśmy się przedzierali. Za niemi coraz bujniejsza roślinność kończyła się nieprzebytemi lasami.

Poiłem się wspaniałym widokiem, gdy ciężka ręka Challengera spoczęła na mojem ramieniu.

— Tędy pójdziemy, młody przyjacielu! Vestigis mella retrorsum. Nie oglądaj się nigdy za siebie, lecz patrz przed siebie, na cel do którego dążysz!

Powierzchnię płaskowzgórza oddzielała od nas przepaść czterdzieści stóp szeroka. Objąłem ręką pień drzewa i pochyliłem się nad otchłanią. W głębi ruszały się czarne punkciki, to nasi służący, którzy nam się przyglądali... Skalista ściana w tem miejscu była zupełnie prostopadła...

— To istotnie ciekawe — odezwał się skrzeczący głos profesora Summerlee.

Odwróciłem się i ujrzałem, że ogląda on z wielką uwagą drzewo, które obejmowałem, Gładka kora i ciemne lśniące liście, wydały mi się znajome. Wykrzyknąłem nagle:

— Ależ to buk!

— Buk najprawdziwszy — potwierdził Summerlee. — Rodak spotkany w tym dalekim kraju.

— Nietylko rodak — mój dobry panie — odezwał się Challenger — ale i sprzymierzeniec pierwszorzędnej wartości. Ten buk będzie naszym zbawcą,

— Na Boga! most! — zawołał lord Roxton.

— Właśnie, mój przyjacielu, most! Nie nadaremnie wysilałem umysł przez noc całą. Nie nadaremnie mówiłem już memu młodemu przyjacielowi, że Jerzy E. Challenger, najlepiej się sprawia, gdy jest przyparty do muru. A dziś w nocy, przyznajcie, byliśmy wszyscy przyparci do muru, lecz silna wola i inteligencya, znajdzie zawsze sposób wyjścia. Rzucimy most ponad przepaścią. Możecie tego być pewni.

Myśl istotnie była świetna. Drzewo miało ze sześćdziesiąt stóp wysokości i byle upadło we właściwym kierunku, mogło dosięgnąć brzegów płaskowzgórza. Challenger miał ze sobą siekierę; oddał ją teraz w moje ręce, mówiąc:

— Nasz młody przyjaciel ma siłę i wyrobione muskuły. Może nam oddać wielkie usługi. Ale muszę go prosić ażeby łaskawie zapomniał o sobie i robił tylko to, co mu każą.

Według wskazówek profesora powyrąbywałem nacięcia w drzewie, ażeby skierować je we właściwym kierunku gdy padnie. Pochylone zresztą było silnie w stronę płaskowzgórza. Pracowałem gorliwie na zmianę z lordem Roxtonem i w niespełna godzinę rozległ się głośny trzaski; drzewo pochyliło się ku przodowi i runęło, zagrzebując swe gałęzie wśród zarośli na brzegu płaskowzgórza. Odrąbany od podstawy pień potoczył się po krawędzi skały i przez jedną, straszną chwilę sądziliśmy, że spadnie w przepaść. Ale zatrzymał się o kilka cali zaledwie od niej. Most do nieznanej krainy stanął gotowy.

Wszyscy, w milczeniu, uścisnęliśmy rękę profesora Challengera, który podniósł w górę słomiany kapelusz i kłaniał się nizko każdemu z nas kolejno.

— Proszę o zaszczyt ażebym pierwszy przeszedł po tym moście — wyrzekł uroczyście. — Będzie to kiedyś tematem o obrazu...

Zbliżał się już do mostu, gdy lord Roxton przytrzymał go za rękaw.

— Mój drogi panie. — zawołał. — Na to nie mogę pozwolić!

— Nie możesz pan pozwolić?!

Głowa zadarła się w górę, broda najeżyła się groźnie.

— Gdy idzie o naukę, poddaję się pańskim rozkazom, jak ci wiadomo, bo jesteś człowiek uczony. Ale teraz pan musisz iść za mną, bo wkroczyłeś w mój wydział.

— W pański wydział?

— Każdy ma swój zawód, a ja jestem z zawodu żołnierzem i myśliwym. Wkraczamy, mojem zdaniem, do nieprzyjacielskiego kraju, gdzie możemy spotkać licznych wrogów. Iść między nich na ślepo, z braku cierpliwości i zdrowego rozsądku, niepodobna!

Uwaga była słuszna sprawiedliwa. Challenger skinął głową i spytał:

— Więc co pan postanowiłeś uczynić?

— O ile mi się zdaje, w tych zaroślach morą ludożercy czatować na zdobycz — powiedział Lord Roxton, przyglądając się bacznie mostowi.

— Lepiej ostrożnie działać, niż dostać się do kotła. Miejmy nadzieję, że nic nam nie grozi, lecz postępujmy tak, jakby tam czaiło się niebezpieczeństwo. Malone i ja spuścimy się na dół, zabierzemy sztucery Gomeza i jego towarzysza. Wtedy jeden z nas może się przeprawić na tamtą stronę, pod osłoną karabinów, które go obronią na wypadek zjawienia się dzikich ludzi.

Challenger usiadł na pniu ściętego drzewa jęcząc żałośnie, ale Summerlee i ja uznaliśmy, że w takim przypadku lord Roxton musi być naszym wodzem. Wejście na skałę nie przedstawiało teraz żadnych trudności, dzięki umocowanej linie, kołyszącej się w najtrudniejszych do przebycia miejscach. W godzinę wróciliśmy z bronią. Metysi wspięli się za nami na wierzchołek i z rozkazu lorda Roxtona, przynieśli wór z żywnością, na wypadek gdyby nasza wyprawa miała się przeciągnąć dłużej. Ładunków mieliśmy duży zapas.

— No, profesorze! Jeżeli chcesz koniecznie, możesz teraz iść pierwszy! — zakomenderował lord Roxton, po skończeniu przygotowań.

— Mocno jestem obowiązany za tak łaskawe pozwolenie! — oburknął się Challenger, draźliwy zawsze gdy idzie o władzę. — Korzystając z tej łaski, wystąpię jednak w roli pioniera.

Usiadłszy okrakiem na pniu drzewa, z siekierką zarzuconą na ramię, Challenger przesunął się szybko na drugą stronę. Dźwignął się tam na nogi i podniósł ręce do góry.

— Nareszcie! — zawołał, — nareszcie!

Patrzyłem z niepokojem, azali nie spadnie nań jaki cios z zielonej gęstwiny. Lecz wszędzie panował niezmącony spokój i tylko nieznane, jaskrawo upierzone ptaki, zrywały się z pod stóp profesora i znikały w gałęziach drzew.

Summerlee poszedł drugi z kolei. Zdumiewająca wytrwałość kryje się pod tą wątłą powłoką. Uparł się zabrać dwa sztucery, przewieszone przez oba ramiona, i gdy stanął na drugiej stronie, obaj profesorowie mieli już broń w ręku.

Zaginiony świat 20

Przeprawa na płaskowzgórze przez ścięte drzewo.

Po nich przyszła kolej na mnie. Starałem się nie patrzeć na dół, w okropną otchłań przez którą się przeprawiałem. Summerlee wyciągnął do mnie koniec lufy swego sztucera i po chwili mogłem już pochwycić jego rękę. Lord Roxton przeszedł sam, przeszedł bez żadnej podpory! Musi mieć nerwy żelazne...

I oto stanęliśmy we czterech na tym zaczarowanym lądzie zaginionego świata, odkrytego przez Maple Whita! Zdawało się nam wszystkim, że to chwila ostatecznego tryumfu. Kto mógł przypuścić, że to chwila ostatecznej klęski?

Odeszliśmy kilkadziesiąt kroków od krawędzi, zapuszczając się w gęstwinę, gdy za nami rozległ się huk ogłuszający. Zawróciliśmy na miejscu i wybiegli z gęstwiny. Nasz most zapadł się w otchłań!

Głęboko tam w dole u podnóża skały, leżała splątana masa gałęzi i pogruchotanego drzewa. Nasz buk! Czy załamała się i runęła w dół krawędź skalista? Tak się nam wydało na razie... Ale nagle, z drugiej strony, z wierzchołka skalistej wieżycy, wysunęło się ciemne oblicze Gomeza, metysa. Tak, — oblicze Gomeza, ale już nie ta uśmiechnięta maska, jakąśmy znali! Ukazała się nam twarz z iskrzącemi oczyma, z kurczowo wykrzywionymi rysami, twarz ziejąca nienawiścią i dziką radością spełnionej zemsty.

— Lordzie Roxtonie! — zawołał, — Lordzie Roxtonie!

— Jestem! — odpowiedział nasz towarzysz. — Czego żądasz?

Odpowiedział mu wybuch dzikiego śmiechu,

— Ha, jesteś tu, ty psie angielski! I zostaniesz na wieki! Czekałem i czekałem, aż nadeszła chwila... Trudno ci było wedrzeć się tutaj; trudniej ci jeszcze przyjdzie zejść na dół! Przeklęte głupcy! Złapaliście się w sidła wszyscy! Co do jednego!

Zdumienie odjęło nam mowę. Staliśmy osłupieni, wpatrując się w niego. Wielka gałęź złamana, leżąca na trawie, objaśniła nam, czem się posłużył do zepchnięcia naszego mostu... Twarz metysa znikła w zaroślach, lecz po chwili ukazała się znowu, z jeszcze dzikszym wyrazem.

— O mało co nie pozabijałem was głazami w jaskini — zawołał. — Ale to lepszy sposób! Śmierć powolniejsza i straszniejsza. Twoje kości będą tu bielały do końca świata i nikt się nie dowie gdzie leżysz, nikt cię nie pogrzebie! A gdy będziesz konał, pomyśl o Lopezie, którego zastrzeliłeś przed pięciu laty, nad rzeką Pustomayo. Lopez był moim bratem, a ja cobądź się ze mną stanie, umrę szczęśliwy, że jego śmierć pomściłem!

Pogroził nam jeszcze raz z wściekłością i znikł w gęstwinie.

Gdyby metys był milczkiem spełnił ten akt zemsty i umknął, byłby ocalał. Ale do tego dramatycznego występu, który sprowadził jego zgubę, popchnął go nierozsądny, nieposkromiony popęd romańskiej rasy. Roxton, człowiek, który zasłużył sobie na przydomek „Bicza Bożego“, nie puścił płazem tej zaczepki. Metys spuszczał się na dół po przeciwnej stronie skały, lecz zanim zeszedł, lord Roxton pobiegł na samą krawędź płaskowzgórza i ustawił się w miejscu skąd widać było zbiega. Rozległ się krótki trzask sztucerowego strzału i choć nie widzieliśmy nic, usłyszeliśmy krzyk, a potem łoskot spadającego ciała. Roxton powrócił do nas z kamiennym wyrazem twarzy.

— Głupiec ze mnie! — wyrzekł z goryczą. — Moja nieprzezorność sprowadziła na was nieszczęście... Powinienem był pamiętać, że ci ludzie nie zapominają o swych krwawych długach; powinienem był mieć się więcej na baczności...

— Ale ten drugi? Dwóch ich zepchnęło pień z krawędzi skały.

— Mogłem zastrzelić i tego, ale pozwoliłem mu uciec. Może nie brał udziału w tej zbrodni? A może lepiej było go zabić, bo prawdopodobnie przyłożył i on do tego rękę...

Teraz dopiero, mając klucz od zagadki, przypomnieliśmy sobie różne, złowrogie objawy w postępowaniu metysa: jego gwałtowne pragnienie poznania naszych planów, pochwycenie go na gorącym uczynku podsłuchiwania pod naszym namiotem, jego nienawistne spojrzenia, które nas nieraz dziwiły.

Roztrząsaliśmy to wszystko, usiłując zebrać myśli i zastanowić się nad naszem nowem położeniem, kiedy naszą uwagę zwróciła dziwna scena na równinie u podnóża skał.

Zaginiony świat 21

Schwycił zbiega z tyłu, obu rękoma za szyję.

Człowiek biało ubrany, drugi metys, uciekał tak, jak ucieka tylko człowiek ścigany przez śmierć. A o kilkanaście kroków za nim biegła olbrzymia, czarna postać Zamba, naszego wiernego murzyna. W naszych oczach dognał on zbiega, schwycił go z tyłu obu rękoma za szyję.

Obaj potoczyli się na ziemię. Ale Zambo dźwignął się natychmiast, obejrzał powalonego i dając nam radosne znaki rękoma, zawrócił pędem w naszą stronę. Biała, nieruchoma postać pozostała rozciągnięta na ziemi.

Obaj zdrajcy zginęli, ale zło jakie nam wyrządzili pozostało. Postradaliśmy możność powrotu. Dotąd byliśmy mieszkańcami całego świata; teraz zostaliśmy mieszkańcami płaskowzgórza. Rozłączeni z resztą świata!...

U naszych stóp rozciągała się równina, w oddali zostały nasze czółna.

W fioletowej mgle, na krańcach widnokręgu, płynie strumień, jedyna droga wiodąca do cywilizowanego świata... Lecz między temi dwoma ogniwami braknie łącznika... Rozum ludzki nie zdoła zapełnić przepaści, jaka rozdziela nas od dawnego życia. Jedna chwila zmieniła do gruntu nasze istnienie!

Wtedy dopiero poznałem materyał z jakiego są nasi towarzysze. Wszyscy byli poważni, zamyśleni, lecz spokojni. Siedzieliśmy w zaroślach, czekając na przybycie Zamba. Jakoż jego poczciwa czarna twarz ukazała się na skale, a za nią wyłoniła się i herkulesowa postać.

— Co teraz robić? Powiedzcie a zrobię?

Łatwiej było zadać to pytanie, niż na nie odpowiedzieć. Jedno tylko było wyraźne, że ten murzyn jest jedynym łącznikiem z resztą świata. Pod żadnym pozorem nie może nas opuścić.

— Nie, nie! — zawołał. — Nie opuszczę was! Co będzie to będzie, zawsze mnie tu zastaniecie, ale nie mogę zatrzymać indjan. Za wiele mówią o Kurupuri w tej okolicy i chcą wracać do domu. Kiedy was tam niema, ja ich nie będę mógł utrzymać.

Rzeczywiście, nasi indjanie okazywali wyraźnie w ostatnich czasach, że są zmęczeni podróżą i że chcą wracać. Zambo mówił prawdę, że ich nie zdoła zatrzymać.

— Zatrzymaj ich tylko do jutra, Zambo! zawołałem. — Poślę przez nich list!

— Dobrze, panie! zatrzymam ich do jutra — odrzekł murzyn. — Ale co dla was teraz zrobić?

Dużo było do zrobienia i wierny chłopak zrobił wszystko. Według naszych wskazówek odwiązał linę od pnia ściętego buku i przerzucił do nas jeden jej koniec. Lina była niezbyt gruba, lecz bardzo mocna i choć nie mogliśmy z niej zrobić sobie mostu, mogła nam oddać nieocenione usługi przy wspinaniu się i spuszczaniu ze skał.

Zambo do drugiego jej końca umocował worek z żywnością, któryśmy zabrali ze sobą, a my przeciągnęliśmy sznur na swoją stronę. Żywność ta mogła nam wystarczyć na tydzień, choćbyśmy nawet nic nie upolowali. Następnie Zambo spuścił się na dół i przydźwigał na skałę dwa pakunki z rozmaitymi aparatami, skrzynkę nabojów i różne inne rzeczy, które przyciągaliśmy do siebie, przerzucając mu koniec liny. Wieczór już był, gdy murzyn spuścił się ostatecznie na dół, zapewniając, że zatrzyma indjan do jutra.

I dla tego spędziłem prawie całą noc, spisując nasze przygody, przy świetle jedynej świecy w latarce.

Zjedliśmy wieczerzę i rozłożyliśmy się obozem na samym brzegu skały, gasząc pragnienie dwoma butelkami wody Apollinaris, zabranemi w worku. Znalezienie wody to dla nas kwestya życia, ale sądzę, że nawet lord Roxton miał już dosyć przygód na jeden dzień a żaden z nas nie miał chęci do poszukiwań w nieznanej krainie. Wystrzegaliśmy się też rozpalenia ognia i robienia najmniejszego hałasu.

Jutro, a raczej dziś, bo już świta, robimy pierwszą wycieczkę w głąb dziwnego kraju. Kiedy będę mógł pisać i czy napiszę kiedykolwiek, nie wiem. Ale jak dotąd, widzimy, że indjanie są jeszcze na miejscu i nie wątpię, ze wierny Zambo przyjdzie jutro po mój list. Nie tracę więc nadziei, że dostanie się on do rąk pańskich, drogi panie Mac Ardle.

P. S. Im więcej się zastanawiam, tem okropniejszem wydaje mi się nasze położenie. Nie widzę już nadziei powrotu. Gdyby gdzie niedaleko rosło duże drzewo, moglibyśmy je ściąć i przerzucić nowy most nad przepaścią. Ale nigdzie blisko niema wielkich drzew. Połączonemi nawet siłami, nie zdołalibyśmy przywlec na krawędź skały, tak ogromnego pnia, jakiego nam potrzeba... A lina znów jest za krótka, by można było po niej spuścić się na dół. Tak! nasze położenie jest beznadziejne! Nieubłaganie beznadziejne!



X.
„Zdarzają się nam dziwne przygody.“

Najosobliwsze przygody spotykają nas ciągle. Cały zapas papieru, jaki posiadam, ogranicza się do pięciu notatników i rozmaitych skrawków papierowych; mam tylko jeden atramentowy ołówek, lecz dopóki będę mógł ruszać ręką, będę spisywał nasze przygody i wrażenia, bo skoro nam tylko jednym, z całego rodu ludzkiego, przypadło w udziale oglądać takie dziwy, należy opisywać wszystko pod pierwszem wrażeniem. Czy Zambo zdoła zabrać moje notatki i dostawić je do brzegów Amazonki, czy ja sam, jakimś cudem, uniosę je stąd ze sobą, lub też jakiś śmiały wędrowiec, podróżujący w udoskonalonym samolocie, zabłądzi do tego kraju naszym śladem i znajdzie ten zwitek rękopisów, w każdym razie to co piszę, unieśmiertelni się, jako opowieść prawdziwych, choć nieprawdopodobnych zdarzeń.

Pierwszego ranka po dostaniu się w pułapkę, zastawioną przez niegodziwego Gomeza, rozpoczęliśmy nową erę pełnego przygód życia. Kiedy dzień zaświtał, obudziłem się po krótkim śnie i spojrzawszy na swą nogę, ujrzałem coś niezwykłego. Spodnie moje zsunęły się do góry, odsłaniając kawałek obnażonego ciała nad skarpetką. Na tem właśnie miejscu zobaczyłem dużą, purpurową kulę, podobną do jagody winogradu. Zdziwiony schyliłem się chcąc ją zdjąć, lecz ku memu przerażeniu, pękła mi w palcach, bryzgając krwią naokoło. Krzyknąłem z obrzydzenia a krzyk mój sprowadził obu profesorów.

— Bardzo ciekawe! — powiedział Summerlee, oglądając moją nogę. — Olbrzymi kleszcz, rodzaju jeszcze nie zaklasyfikowanego przez naukę, o ile mi się zdaje.

— Pierwszy plon naszych trudów — dodał Challenger, swym zwykłym, pedantycznym i stanowczym tonem. — Możemy mu dać nazwę „Ixodes Maloni“. Drobna przykrość wynikająca z ukąszenia, mój młody przyjacielu, nie może się równać ze wspaniałym przywilejem uwiecznienia twego nazwiska, w nieśmiertelnych naukowych księgach. Na nieszczęście zgniotłeś ten piękny okaz, właśnie w chwili gdy nasycał się twoją krwią.

— To wstrętne stworzenie! — wykrzyknąłem z obrzydzeniem.

Profesor Challenger podniósł w górę krzaczaste brwi na znak protestu, a na pociechę położył mi swą wielką łapę na ramieniu.

— Trzeba wyrabiać w sobie naukowy nastrój umysłu i naukowe zapatrywania — wykładał dalej. — Dla człowieka takiego jak ja, obdarzonego naukowym temperamentem, taki kleszcz z podobnem do lancetu żądłem i rozciągliwym żołądkiem, jest równie pięknym tworem przyrody jak paw, lub, naprzykład zorza północna. Przykro mi słuchać, gdy wyrażasz się o nim w tak lekceważący sposób. Mam nadzieję, że dołożywszy trochę starania, zdobędziemy drugi, równie wspaniały okaz.

— Najniezawodniej — odezwał się, z okrutnem zadowoleniem Summerlee — bo właśnie w tej chwili, taki sam kleszcz wsunął się za kołnierz pańskiej koszuli...

Zaginiony świat 22

Challenger ryknął jak bawół i dał susa w górę.

Challenger ryknął jak bawół i dał susa w górę, zdzierając gwałtownie kurtkę, Summerlee i ja śmieliśmy się tak gwałtownie, że z trudnością mogliśmy mu dopomódz. Lecz w końcu udało się nam obnażyć ten potworny tors (pięćdziesiąt cztery cale obwodu, według miary krawieckiej). Całe ciało profesora pokrywały czarne włosy; wśród tej gęstwiny złowiliśmy wędrującego kleszcza, zanim zdążył go ukąsić. Ale ponieważ krzaki rosnące naokoło nas roiły się od tej plagi, musieliśmy opuścić nasze obozowisko.

Przedtem jednak ułożyliśmy się z wiernym murzynem, który przyniósł na skalistą piramidę ładunek kakao i biszkoptów i przesłał je nam po sznurze. Z zapasów złożonych na dole, kazaliśmy mu zatrzymać tyle, ile potrzebował dla siebie na dwa miesiące. Resztę miał oddać indjanom w nagrodę za ich pracę i za dostarczenie naszych listów do Amazonki.

W kilka godzin później, ujrzeliśmy ich na równinie idących pojedyńczo po jednemu, a każdy niósł na głowie pakunki. Zambo zaś zamieszkał w naszym namiocie, rozpiętym u podnóża skalnej piramidy i pozostał tam, — jedyny węzeł łączący nas ze światem na dole.

Trzeba już było ułożyć jakiś plan dalszych działań. Opuściliśmy obozowisko między rojącymi się od kleszczów krzakami i szliśmy dalej, aż natrafiliśmy na małą polankę, otoczoną gęstemi drzewami. Na polance leżały płaskie złomy skał, a niedaleko biło źródło; rozłożyliśmy się tam wygodnie i zajęliśmy układaniem planów wyprawy do nieznanego kraju. Na drzewach odzywały się ptaki; jedne zwłaszcza wydawały dziwne, jękliwe głosy niesłyszane przez nas nigdy, lecz oprócz nich, nie było innych śladów życia.

Na początek, zajęliśmy się obliczeniem naszych zapasów, by zbadać jakie mamy środki. Licząc to, cośmy wzięli ze sobą i co nam przesłał po linie Zambo, byliśmy niezgorzej zaopatrzeni. Co zaś najważniejsze, ze względu na mogące nam grozić niebezpieczeństwa, mieliśmy cztery sztucery, tysiąc trzysta nabojów i śrót, ale zaledwie sto pięćdziesiąt kul średniego kalibru. Żywności mogło wystarczyć na kilka tygodni, tytoniu również, a z naukowych przyrządów został nam teleskop i dobra polowa luneta. Wszystko to zgromadziliśmy na polance, a jako pierwszy środek ostrożności, nacięliśmy toporkami i nożami stosy kolczastych gałęzi, z których ułożyliśmy wysoki wał, na przestrzeni mającej około czterdziestu stóp średnicy. Tam założyliśmy na początek naszą główną kwaterę, jedyne miejsce schronienia przed nieprzewidzianemi niebezpieczeństwami i skład na nasze zapasy. Nazwaliśmy to miejsce „fortem Challengera“.

Zanim urządziliśmy wszystko, nadeszło południe, ale gorąco nie było dokuczliwe, bo całe to płaskowzgórze, tak pod względem temperatury jak roślinności, miało charakter stref umiarkowanych... Wśród gęstwiny drzew, które nas otaczały rosły buki, dęby nawet brzozy. Olbrzymie drzewo „gingko“, górujące nad innymi, zwieszało swoje pierzaste liście nad naszym fortem. Siedząc w jego cieniu, naradzaliśmy się dalej, a lord Roxton, który objął dowództwo w chwili niebezpieczeństwa, przedstawił nam swoje zapatrywania.

— Dopóki nie spostrzeże nas żadne zwierzę, ani żaden człowiek, jesteśmy bezpieczni — mówił. — Ale od chwili gdy się o nas dowiedzą, rozpoczną się nasze kłopoty. Dotąd, o ile się zdaje, nasza obecność nie została zauważona, więc rozsądek nakazuje nam siedzieć cicho i ukradkiem badać okolicę. Musimy dobrze obejrzeć sąsiadów zanim zdecydujemy się z nimi zapoznać.

— Ale jednak trzeba iść dalej — ośmieliłem się zrobić uwagę.

— Rozumie się, synku, pójdziemy dalej, ale rozsądnie. Nie możemy się zapuszczać zadaleko od naszego fortu. A przedewszystkiem, nie możemy strzelać, chyba w razie niebezpieczeństwa zagrażającego życiu...

— Jednakże pan wczoraj strzelił — powiedział Summerlee.

— Nie dało się tego uniknąć. Ale wiatr był silny i wiał w przeciwną stronę. Prawdopodobnie odgłos strzału nie doszedł do płaskowzgórza. Ale jak je nazwiemy? Bo przypuszczam, że należy mu się jakieś miano?

Proponowano rozmaite nazwy, mniej lub więcej szczęśliwe, ale ostatecznie utrzymał się pomysł Challengera.

— Jedno tylko miano można dać temu płaskowzgórzu, nazwisko tego kto je odkrył — rzekł profesor. — Nazwijmy je „Krajem Maple Whita“.

Tak też wypisaliśmy na mapie, której wykonaniem ja się zajmuję. Nie tracę nadziei, że kiedyś, w przyszłości, znajdzie ona miejsce w atlasach.

Teraz, najważniejszem naszem zadaniem było zwiedzenie tej nieznanej krainy. Mieliśmy już dowody, że w kraju tym zamieszkują nieznane stworzenia, a szkice zdjęte przez Maple Whita ostrzegały, że mogą się nam ukazać inne jeszcze straszniejsze i niebezpieczniejsze potwory. A że mogą też przebywać tam ludzkie istoty i to złośliwej natury, można było wnosić z tego szkieletu, nadzianego na bambusy, co mogło być jedynem następstwem upadku z góry nieszczęśliwego podróżnika.

Położenie nasze w takim kraju, bez możliwości ucieczki, groziło różnemi niebezpieczeństwami i sam rozsądek nakazywał zgodzić się na środki ostrożności proponowane przez lorda Roxtona.

Ale jednak niepodobieństwem było zatrzymywać się na samej krawędzi tajemniczego świata, gdy serca nasze płonęły niecierpliwością i żądzą wydarcia mu jego tajemnic.

Zablokowaliśmy wejście do naszej zagrody zwanej z afrykańska „zareba“, zakładając w nie masę kolczastych krzaków, poczem opuściliśmy obóz, zostawiając zapasy pod osłoną ciernistego ogrodzenia.

Ruszyliśmy powoli, ostrożnie w świat nieznany, idąc wciąż z biegiem strumienia, który wypływał z naszego źródła, gdyż miał nam służyć za drogowskaz przy powrocie.

Wnet po wyjściu, ujrzeliśmy znaki, zwiastujące cuda jakie nas czekają w dalszej podróży. Uszedłszy kilkaset kroków w gęstym lesie, gdzie rosło dużo drzew mnie nieznanych, lecz które Summerlee jako botanik zaliczał do gatunku „conifera“ i „cykadaceusów“ dawno już zaginionych w naszym świecie, doszliśmy do miejsca gdzie strumień rozlany szeroko, tworzył duże bagnisko. Rosły na niem wysokie trzciny osobliwego rodzaju, zwanego „equisetacea“, a wśród nich rozrzucone drzewa paprociowe, którymi silny wiatr kołysał. Nagle lord Roxton, idący na przedzie, stanął, podnosząc rękę do góry.

— Patrzcie! — wykrzyknął. — Na świętego Jerzego! To chyba trop ojca całego ptasiego rodu!

Olbrzymi ślad trzypalcowej stopy, ujrzeliśmy odciśnięty w miękkiem błocie. Stworzenie, które pozostawiło te ślady, przeprawiło się przez bagno i weszło do lasu. Stanęliśmy wszyscy wpatrzeni w te potworne tropy. Jeżeli to był rzeczywiście ptak, a jakież stworzenie innego rodzaju mogło by zostawić takie ślady? to noga jego była większa od nogi strusia, dlatego i wzrost musiał być ogromny. Lord Roxton obejrzał się żywo na około i wsunął dwa naboje w swój sztucer od polowania na słonie.

Zakładam się o moją sławę myśliwską — powiedział — że te tropy są świeże. To stworzenie przeszło tędy nie dawniej, niż przed dziesięcioma minutami. Patrzcie, jak woda jeszcze ścieka do tego najgłębszego dołku. Na Jowisza! A oto tropy młodych!

I rzeczywiście, mniejsze tego samego kształtu tropy, szły równolegle wielkimi.

— A co pan wnosisz tego? — wykrzyknął z tryumfem profesor Summerlee, wskazując na coś podobnego do odbicia olbrzymiej, pięciopalczastej ręki ludzkiej, pośród innych o trzech palcach odbić.

— „Wealden!“ — wrzasnął Challenger w zachwycie. — Widziałem takie w wykopaliskach Wealdena! To są ślady jakiegoś zwierzęcia chodzącego prosto na dwóch trzypalczastych stopach, a które czasami opuszcza na ziemię swoje pięciopalczaste, przednie łapy. To nie ptak, mój kochany Roxtonie, to nie ptak!

— Zwierzę?

— Nie. To płaz „dinosaurus“. Żadne inne stworzenie nie zostawiłoby podobnych śladów. Wzbudziły one podziw zacnego doktora w Sussex dziewięćdziesiąt lat temu; ale czy ktokolwiek na świecie mógł spodziewać się — mieć nadzieję, że zobaczy coś podobnego — na własne oczy?

Ostatnie słowa wyrzekł prawie szeptem, a my wszyscy staliśmy pogrążeni w niemem zdumieniu.

Idąc śladem tych tropów minęliśmy bagno i pas gęstych zarośli i drzew. Dalej ukazała się obszerna polanka, a na niej pięć stworzeń najdziwniejszych jakie można sobie wyobrazić. Położywszy się w gęstwinie na ziemi, mogliśmy obejrzeć je dowoli.

Page 187 (The Lost World, 1912)
Zaginiony świat 23

Stare podskakiwały do góry i spadały na ziemię...

Było ich pięć, dwa duże i troje młodych. Wszystkie olbrzymiego wzrostu. Nawet młode dorównywały wielkością małemu słoniowi, a dwa stare większe były o wiele od wszystkich znanych nam zwierząt. Skórę miały popielatą, koloru łupka, pokrytą łuskami jak skóra jaszczurki, połyskującemi, gdy na nie padł promień słońca. Wszystkie pięć siedziały, kołysząc się, wsparte na szerokich, potężnych ogonach i na wielkich trzypalczastych tylnych łapach, gdy krótkiemi, pięciopalczastemi przedniemi łapami, chwytały i naginały gałęzie drzew, z których objadały liście. Sądzę, że najlepsze wyobrażenie mogę wam dać, jeżeli porównam je do potwornych kangurów, mających 20 stóp długości i skórę podobną do krokodylej.

Nie wiem jak długo leżeliśmy bez ruchu, wpatrzeni w ten nadzwyczajny widok. Silny wiatr wiał w naszą stronę, co nas zabezpieczało od spostrzeżenia przez potwory. Od czasu do czasu, młode igrały naokoło rodziców, robiąc niezgrabne podrygi, a stare podskakiwały do góry i spadały na ziemię z łoskotem podobnym do grzmotu. Stare miały siłę tak niesłychaną, że jedno z nich, nie mogąc dosięgnąć pęku liści rosnących na wyniosłem drzewie, objęło pień przedniemi łapami i rozdarło go do dołu, jak wątłą gałązkę. Okazało się przytem, że stworzenie to ma potężne muskuły, lecz słabo rozwinięty mózg, bo złamane drzewo, padając z trzaskiem, ugodziło je w sam łeb. Przeraźliwe wrzaski, jakie się wydarły z piersi potwora, przekonały nas, że pomimo swej wielkości odczuwał on jednak ból. Ale wypadek ten przejął go taką trwogą, że natychmiast zawrócił do lasu, a za nim towarzysz i troje olbrzymich dziatek. Widzieliśmy jeszcze przez chwilę, migające wśród pni ich szare połyskujące pancerze, łby kołyszące się wysoko, nad gęstwiną. A potem cała rodzina znikła nam z oczu...

Spojrzałem na moich towarzyszy, Lord Roxton stał zapatrzony, trzymając palec na cynglu sztucera, a w oczach jego płonął zapał zawołanego myśliwca. Cóżby on dał za taki łeb, by go zawiesić między dwoma wiosłami nad kominkiem, we wspaniałej siedzibie na Albany. Lecz rozsądek nakazywał wstrzymać się od strzału, bo całe powodzenie naszej wyprawy dla zbadania cudów nieznanego kraju, zależało od tego, by o naszej obecności nikt tam nie wiedział.

Obaj profesorowie tonęli w niemym zachwycie. Ogarnięci jednakiem wzruszeniem, pochwycili się bezwiednie za ręce i stali wpatrzeni w ten nadzwyczajny widok, jak zdumione dzieci. Policzki Challengera wydęły się w rozkosznym uśmiechu, a szydercze oblicze profesora Summerlee złagodniało, przybierając wyraz podziwu i uszanowania.

— „Nunc dimittis“! — wykrzyknął wreszcie. — Co na to powiedzą tam w Anglii?

— Mój drogi Summerlee! — odrzekł Challenger. — Powiem ci w zaufaniu jak najdokładniej, co Powiedzą w Anglii. Powiedzą, że jesteś bezczelny kłamca, uczony szarlatan; to samo co ty i inni mówiliście o mnie.

— Pomimo fotografji?

— Sfałszowane, kolego! Niezgrabnie podrobione!

— Pomimo okazów?

— Ach! gdyby się udało je zdobyć. Jednak ta bezczelna klika Malona z Fleet Street, może będzie zmuszona kiedyś wyszczekiwać chwalby na naszą cześć! Dwudziestego drugiego sierpnia widzieliśmy pięć żywych „iguanodonów“, na płaskowzgórzu Maple Whita... Zapisz to w swoim dzienniku, mój młody przyjacielu i poślij im tę wiadomość... Niechaj ją wydrukują w swojej szmacie!

— Wszystko wydaje się inaczej widziane ze stopnia szerokości geograficznej, na którym leży Londyn, mój syneczku! — dodał lord Roxton. Są tacy, którzy nie opowiadają o swoich przygodach, bo wiedzą, że niktby im nie uwierzył. I nie można ich za to potępiać? Kiedy i nam samym nawet, za miesiąc, za dwa może, wyda się to także snem... Jak je pan nazwałeś, te stworzenia?

— „Iguanodony“ — odrzekł Summerlee. Znajdziesz pan odbicia ich śladów w wielu miejscowościach, na piaszczystych pokładach w Hastings, w hrabstwie Kent i Sussex. W południowej Afryce roiło się od nich, kiedy te kraje obfitowały w smaczne, zielone liście, potrzebne do ich wyżywienia. Ale zmieniły się warunki i zwierzęta wyginęły. Tu zaś zdaje się, że warunki pozostały bez zmiany, więc i zwierzęta przechowały się dotąd.

— Jeżeli uda się nam wyjść stąd cało, muszę zdobyć taki łeb do moich zbiorów — odezwał się lord Roxton. — Boże! jakżeby zzielenieli moi towarzysze polowań w kraju Somalisów i z Ugandy, gdyby go zobaczyli! Nie wiem co wy myślicie, moi chłopcy, ale mnie się zdaje, że jesteśmy tu jednak w djabelnie niebezpiecznem położeniu!

W powietrzu czuć było jakieś tajemnicze niebezpieczeństwo. W mroku gęstwiny czaiła się nieustająca groźba, a gdyśmy spojrzeli w górę, w gąszcze listowia, nieokreślony lęk ogarnął nasze serca. Prawda, że potworne stworzenia, któreśmy widzieli przed chwilą, te ociężałe, niezgrabne zwierzęta, niegroźne były dla nikogo, ale w tym świecie pełnym dziwów, mogły się znaleźć i inne szczątkowe stworzenia, jakieś dzikie, śmiałe potwory, gotowe rzucić się na nas ze swoich legowisk wśród skał lub wśród leśnych gąszczów. Mało miałem wiadomości o przedpotopowych zwierzętach, ale zapamiętałem jakąś książkę, opisującą między niemi i takie, które mogłyby się żywić naszymi lwami lub tygrysami, jak koty myszami. A gdyby takie właśnie znalazły się w lasach krainy Maple Whita?

Przeznaczono nam było tego samego dnia, pierwszego rana spędzonego w nieznanym kraju, przekonać się jakie nas niebezpieczeństwa otaczają. Spotkała nas bowiem ohydna przygoda, o której myślę z obrzydzeniem. I jeżeli, według słów lorda Roxtona, polanka z igrającymi „guanodonami“ zostanie nam w pamięci jak senne marzenie, to wspomnienie bagna „pterodaktylów“ dręczyć nas będzie zawsze jak zmora. Ale trzeba opisać dokładnie wszystko, co się stało.

Szliśmy przez las bardzo wolno, raz dlatego, że lord Roxton szedł przodem, jako wywiadowca, a powtóre dlatego, że co krok, któryś z profesorów stawał w zachwycie nad jakimś kwiatem lub owadem, nowego nieznanego typu. Uszliśmy już może dwie, trzy mile, idąc wciąż prawym brzegiem strumienia, kiedy ujrzeliśmy przerwę w gęstwinie. Pasmo zarośli ciągnęło się do znacznej wysokości skał otaczających płaskowzgórze, zasypane skalnymi odłamami. Przedzieraliśmy się powoli w tamtą stronę, wśród krzaków sięgających nam wyżej pasa, gdy doszły nas dziwne, ciche głosy, jakieś gwizdy i skrzeczenia, rozlegające się bezustannie, gdzieś w dole.

Lord Roxton podniósł rękę na znak, by stanąć, a sam ruszył szybko dalej, biegnąc zgarbiony ku skałom. Wyjrzawszy z za nich na dół, zrobił ruch wyrażający zdumienie. Stał bez ruchu, jakby o nas zapomniał, przejęty zupełnie tem, co ujrzał... Aż wreszcie skinął na nas wzywając do siebie, lecz gestami nakazując ostrożność. Jego zachowanie zdradzało, że patrzy na coś zdumiewającego lecz niebezpiecznego.

Page 195 (The Lost World, 1912)
Zaginiony świat 24

Pterodaktyle siedziały podobne do olbrzymich, starych kobiet.

Podsunąwszy się ostrożnie ku niemu, wyjrzeliśmy z poza skał. Była tam otchłań, która przed wiekami, mogła być jednym z otworów wulkanicznego krateru. Miała ona kształt głębokiej misy, a na samem dnie, o paręset kroków pod nami widać było sadzawki pokryte zielonym kożuchem stojącej wody, zarośniętej sitowiem. Ponure to było miejsce, ale i jego mieszkańcy godni byli pomieszczenia w siedmiu kołach Dantejskiego piekła. Miejsce to było wylęgarnią „pterodaktylów“. Zebrały się ich tam setki, jak daleko sięgnąć można było okiem. Cała głębina naokoło wody, wiła się od młodych piskląt i ohydnych samic, wysiadujących jaja, pokryte żółtą, błoniastą skorupą. Z tej pełzającej i trzepoczącej się masy obrzydliwych płazów, wzbijały się przeraźliwe wrzaski przepełniające powietrze i dochodziły smrodliwe, wstrętne, zatęchłe wyziewy, wywołujące mdłości. A powyżej, na wysokich skałach, na każdym głazie, siedziały wielkie, szare, kościste ptaszyska, podobniejsze do nieżywych, zasuszonych okazów, niż do żyjących istot, straszliwe samce nieruchome zupełnie. Tylko ich czerwone oczy ożywiały się chwilami i wielkie dzioby podobne do pułapki na szczury, otwierały się dla schwytania przelatującej skrzydlatej jaszczurki zwanej „smokiem“. Olbrzymie, błoną okryte ich skrzydła złożone były zupełnie i przytrzymywane na piersiach przedniemi łapami. Pterodaktyle siedziały tak, podobne do olbrzymich starych kobiet, poowijanych we wstrętne szale koloru pajęczyny, z nad których wyglądały tylko ich olbrzymie głowy. Dużych i małych, starych i młodych, było pewnie w tern zagłębieniu skalnem z jaki tysiąc tych wstrętnych stworzeń.

Nasi profesorowie byliby pewnie chętnie spędzili cały dzień, korzystając ze sposobności studjowania tych objawów przedhistorycznego życia. Wskazywali martwe ryby i ptaki leżące między skałami, jako dowód czem się żywią te istoty i winszowali sobie, że mogą teraz wyjaśnić, dlaczego tak dużo kości skrzydlatego smoka znajduje się w niektórych miejscowościach, naprzykład na Zielonych piaskach w Cambridge, ponieważ sprawdzili tu, że pterodaktyle, tak jak pingwiny, żyją gromadnie.

Lecz Challenger uniesiony zapałem dysputy co do jakiegoś spornego punktu, wysunął zanadto głowę z za skały, czem o mało nas wszystkich nie przyprawił o zgubę. Najbliżej siedzący samiec, wydał natychmiast gwizd przeraźliwy, zatrzepotał błoniastemi skrzydłami mającemi dwadzieścia stóp w rozpięciu i wzbił się w górę. Na ten znak, samice i młode zbiły się w gromadę nad brzegiem wody, a kołem siedzący wartownicy jeden za drugim zrywali się ze skał ulatując ku niebu.

Zdumiewający był widok tych olbrzymich, ohydnej brzydoty stworzeń, przecinających powietrze jak jaskółki, szybkimi ruchami skrzydeł; wkrótce nie było ani jednego z nich na skałach. Z początku, potwory krążyły szerokiem kołem, jakby sprawdzały rodzaj i rozciągłość grożącego niebezpieczeństwa. Potem zaczęły zniżać lot i zacieśniać koło, aż wreszcie okrążyły nas zupełnie, przelatując z suchym, rozgłośnym trzaskiem olbrzymich skrzydeł, przypominającym turkot samolotów na arenie lotniczej w dzień wyścigów.

— Uciekajcie do lasu i trzymajcie się razem! — krzyknął lord Roxton, chwytając sztucer. — Te straszydła mają złe zamiary!

Zaginiony świat 25

Tak, te końce skrzydeł muskały już nas prawie po twarzy.

W chwili gdyśmy zawrócili do ucieczki, koło zacieśniło się i zniżyło tak, że końce skrzydeł muskały już nas prawie po twarzy. Odganialiśmy je bijąc kolbami karabinów, ale nie napotykaliśmy nic twardego, nic wrażliwego w co by można było ugodzić. I nagle z syczącego szarego koła wysunęła się długa szyja i ugodził w nas groźny, olbrzymi dziób... Za jednym wysunął się drugi, trzeci, mnóstwo dziobów, dziobów bez liku.

Summerlee krzyknął i zasłonił ręką twarz, po której krew płynęła strumieniem. Mnie silny cios ugodził w kark i ogłuszył. Challenger upadł na ziemię, a gdym się schylił chcąc go podnieść, nowy cios zadany z tyłu obalił mnie na niego. Jednocześnie usłyszałem trzask sztucera, a podniosłszy głowę, ujrzałem jednego z napastników miotającego się na ziemi ze zgruchotanem skrzydłem, plującego, gdakającego z otwartym szeroko dziobem i toczącego krwią nabiegłemi, wymownemi oczyma; istny djabeł ze średniowiecznego obrazu! Towarzysze jego wzbili się do góry na odgłos strzału i krążyli teraz wysoko nad nami.

— Uciekajcie! — krzyknął lord Roxton. — Uciekajcie, komu życie miłe!

Rzuciliśmy się w zarośla, lecz choć już dopadliśmy do lasu, harpje te ścigały nas jeszcze. Summerlee powtórnie ugodzony dziobem upadł na ziemię, ale podnieśliśmy go i wpadli między drzewa. Tam byliśmy już bezpieczni, bo pod gałęziami nie było miejsca na rozpostarcie olbrzymich skrzydeł. Wlokąc się do obozowiska, potłuczeni i przerażeni widzieliśmy długo jeszcze pterodaktyle, fruwające bardzo wysoko, na błękitnem tle nieba, krążące w kółko, nie większe od gołębi i zapewne z tej wysokości śledzące nas jeszcze. Lecz gdyśmy zanurzyli się w gęstwinie dały już pokój ściganiu i znikły nam z oczu.

— Najciekawsze i najzupełniej przekonywające zdarzenie! — powiedział Challenger, gdyśmy przystanęli nad strumieniem, w którym zaczął obmywać opuchnięte kolano. — Jesteśmy już teraz wyjątkowo dokładnie obznajmieni ze zwyczajami pterodaktylów; prawda, Summerlee?

Summerlee obcierał krew płynącą z rany na czole, a ja obwiązywałem sobie wstrętne rozcięcie na karku. Kurtka lorda Roxtona rozdartą była na ramieniu, lecz zęby poczwary zaledwie drasnęły mu ciało.

— Godne zastanowienia — mówił dalej Challenger, że nasz młody przyjaciel otrzymał bez żadnej wątpliwości cios podobny do cięcia szabli, gdy ubranie lorda Roxtona zostało podarte zębami. Ja znów mam głowę potłuczoną skrzydłami, co nam daje pojęcie o różnorodności środków napadu tych stworzeń.

— To była walka o życie — wyrzekł z powagą lord Roxton — a nie wyobrażam sobie wstrętniejszej śmierci niż od ciosów takich plugawych gadzin. Załuję żem wystrzelił, ale na Jowisza! Nie miałem wyboru!

— I gdyby nie ten strzał, nie bylibyśmy tutaj — wyrzekłem z głębokiem przekonaniem.

— Może zresztą nie wyniknie stąd żadna szkoda — odpowiedział Roxton. W tych lasach nieraz pewnie rozlega się huk padających, lub łamiących się drzew, podobny do odgłosu strzałów. Ale jeżeli chcecie mi wierzyć, dość już będzie wzruszeń na dzień dzisiejszy, i najlepiej wracać do obozu po opatrunkową skrzynkę i karbolową wodę. Kto wie, jaki jad mają te poczwary w swoich obrzydliwych paszczach?

Niezawodnie żaden człowiek od początku świata nie przeżył podobnego dnia. Coraz to nowe spotykały nas niespodzianki. Kiedy, idąc ciągle brzegiem strumienia, doszliśmy wreszcie na naszą polankę i ujrzeli cierniste ogrodzenie, osłaniające obóz, sądziliśmy, że to już koniec naszych przygód. Ale przed odpoczynkiem musieliśmy się zając czemś innem jeszcze. Brama fortu Challengera pozostała nie tknięta, wały nienaruszone, a jednak zwiedzały go jakieś dziwne a potężne istoty, podczas naszej nieobecności. Nie było żadnego odbicia stóp, któreby mogły naprowadzić nas na ślady gości, a tylko zgięte gałęzie wielkiego drzewa „gingko“ zdradzały, którędy się dostali i którędy odeszli; na naszych zapasach pozostały też ślady ich złej woli. Porozrzucane było wszystko po ziemi; jedna puszka konserw mięsnych pokruszona na kawałki, jakby ktoś usiłował wydobyć to, co było w jej wnętrzu. Skrzynka z nabojami połupana na drzazgi, a szczątki metalowej gilzy połamanej na kawałki, walały się obok.

Wtedy znowu ogarnęło nas uczucie dziwnej grozy, gdy rozglądaliśmy się w ciemnościach przerażonemi oczyma, czy w cieniach nocy nie czai się jakie straszliwe zjawisko. Jakąż ulgę nam sprawił głos Zamba, nawołującego nas, a gdyśmy przyszli na skraj płaskowzgórza, ujrzeliśmy go siedzącego na szczycie skalistej piramidy z wyszczerzonemi w uśmiechu białymi zębami.

— Wszystko dobrze, massa[4] Challenger! Wszystko dobrze! — wołał. — Ja tu ciągle... Nie boję się. Zawsze mnie tu znajdziecie jak potrzeba!

Widok jego poczciwej, szczerej twarzy i rozległej równiny, ciągnącej się ku Amazonce, otrzeźwiły nas przypomnieniem, że żyjemy rzeczywiście na ziemi i w dwudziestym wieku; że nie zostaliśmy przeniesieni przez jakieś czarnoksięzkie moce na inną planetę w porze jej pierwszego dzikiego życia. Jak trudno było uwierzyć, że ten fioletowy pas na dalekim nieboskłonie, to już granica wielkiej rzeki, po której pływają olbrzymie parowce, a ludzie rozmawiają o drobnych, codziennych sprawach, gdy my, odcięci od świata, opuszczeni, wśród zwierząt dawno minionej epoki, możemy tylko spoglądać z żalem w tamtą stronę i tęsknić za tem, do czego wiedzie ta droga!

Jeszcze jedno wspomnienie pozostało z tego dnia nadzwyczajnego i niem zakończę swój list dzisiejszy. Profesorowie, rozdrażnieni zapewne skutkiem odniesionych ran i potłuczeń, rozpoczęli sprzeczkę o to, czy nasi napastnicy są z gatunku „pterodaktylów“ czy „dimorphodonów“; posypały się ostre słowa. Nie chcąc słuchać tej sprzeczki, odszedłem na bok i usiadłszy na pniu przewróconego drzewa, paliłem fajeczkę, kiedy lord Roxton przyszedł do mnie.

— Słuchaj no, Malone! — przemówił. — Czy pamiętasz dobrze miejscowość, w której siedziały te stworzenia?

— Bardzo dobrze pamiętam.

— Jest to rodzaj wulkanicznej rozpadliny, nieprawdaż?

— Najpewniej — odrzekłem.

— Czy zauważyłeś rodzaj gruntu?

— Skalisty.

— Ale nad wodą — gdzie rosną trzciny?

— Ziemia z niebieskawem zabarwieniem. Podobna do gliny.

— Właśnie. Otwór krateru pełen niebieskawej gliny.

— Więc cóż z tego? — spytałem.

— O, nic... nic... — odparł, odchodząc napowrót tam, skąd dochodziły głosy uczonych w nieustającym duecie.

Wysoki, przenikliwy głos profesora Summerlee podnosił się i spadał, przeplatany huczącym basem Challengera. Nie byłbym długo pamiętał co mówił Roxton, gdyby nie to, że tej samej nocy usłyszałem jak mruczał do siebie półgłosem:

— Niebieskawa glina, glina w kraterze wulkanu.

Były to ostatnie wyrazy, jakie usłyszałem przed zaśnięciem.



XI.
„Choć raz jeden ja byłem bohaterem...“

Lord Roxton miał słuszność, przypuszczając, że jakiś trujący jad mógł się udzielić przez ukąszenie wstrętnych stworzeń, które nas napadły.

Rankiem, po tej pierwszej naszej przygodzie na płaskowzgórzu, Summerlee i ja cierpieliśmy obaj mocno z powodu bólu i gorączki, a Challenger miał tak potłuczone kolano, że chodził z wielką trudnością.

Siedzieliśmy w obozie przez cały dzień i sam tylko lord Roxton pracował usilnie, podwyższając i wzmacniając cierniste wały, naszą jedyną obronę. Pamiętam, że przez cały ten długi dzień, prześladowało mnie uczucie, że jesteśmy śledzeni pilnie, choć nie mógłbym wskazać ani skąd, ani przez kogo.

Wrażenie to było tak silne, że zwierzyłem się z niego profesorowi Challengerowi, który tłomaczył to rozdrażnieniem nerwowem, wywołanem gorączką.

Oglądałem się ciągle na wszystkie strony, przekonany, że coś zobaczę, lecz widziałem tylko ciemny wał naszego kolczastego ogrodzenia, lub ponury piwniczny cień olbrzymich drzew, tworzących sklepienie nad naszemi głowami, a jednak to uczucie, że jakieś złośliwe moce śledzą nas i grożą nam, rosło z każdą chwilą. Myślałem o zabobonnej trwodze indjan w obec tajemniczego „Kurupuri“, groźnej, czającej się w lasach potęgi, i zaczynałem rozumieć, jak dalece obecność tej straszliwej istoty może dręczyć tych, którzy wtargnęli do jej odległego i poświęconego schroniska.

Tej nocy (trzeciej w krainie Maple Whita) spotkała nas znowu przygoda, która pozostawiła nam straszne wrażenie i wzmogła jeszcze naszą wdzięczność dla lorda Roxtona, że uczynił tak niezdobytą naszą twierdzę. Spaliśmy już wszyscy, rozłożywszy się naokoło przygasającego ogniska, gdy obudziły nas, a raczej wyrwały ze snu, przeraźliwe krzyki i wrzaski, najstraszniejsze jakie sobie można wyobrazić. Nie znam nic, do czego by można porównać te przeraźliwe głosy, dochodzące z odległości nie większej niż sto kroków od naszego obozu. Krzyk ten rozdzierał uszy jak gwizdanie lokomotywy, lecz był od niego silniejszy, rozbrzmiewający najwyższem napięciem trwogi i męczarni. Zatykaliśmy dłońmi uszy by nie słyszeć tego wstrząsającego nerwy wołania. Zimny pot wystąpił mi na czoło, a serce omdlewało na odgłos rozpaczliwego krzyku, w którym odzywały i ześrodkowywały się wszystkie bóle, wszystkie trwogi dręczonej istoty. Ale prócz tego odzywał się inny jeszcze odgłos przerywanego, gardłowego śmiechu, dzikiego rozweselenia, zdumiewającego w tej chwili swym kontrastem z budzącymi grozę wrzaskami.

Przerażający ten duet trwał przez trzy może cztery minuty; na wszystkich drzewach szumiały liście, poruszane przez zrywające się spłoszone ptaki. Nagle ucichło wszystko...

Siedzieliśmy długo, pogrążeni w pełnem grozy milczeniu... Wreszcie lord Roxton rzucił pęk gałęzi na ogień, który zapłonął żywszym blaskiem i oświetlił niespokojne twarze mych towarzyszów migocąc słabszymi odblaskami na gałęziach wielkich drzew, otaczających nasze obozowisko.

— Co to było? — szepnąłem.

— Dowiemy się rano — odrzekł lord Roxton. — To gdzieś blizko, na tej samej polance.

— Mieliśmy dziś szczęście słyszeć tragedję z przedhistorycznych czasów; dramat odgrywający się w sitowiu, na brzegu jakiejś laguny z Jurajskiej epoki, gdy większy smok dławił mniejszego w mule błotnym — przemówił Challenger tak uroczyście, jak nigdy jeszcze nie przemawiał. — Wielkie to szczęście dla człowieka, że pojawił się na kuli ziemskiej później od innych stworzeń. Bo przedtem panowały na niej siły, którym jego odwaga ani jego broń nie zdołałyby się oprzeć. Cóżby mu pomogła jego maczuga, jego łuki i strzały w obec takich potęg, jakie rozpętały się dzisiejszej nocy? Nawet nasza broń byłaby bezsilna w obec takiego potwora!

— Sądzę, że jednak można trochę liczyć na mojego przyjaciela — odrzekł lord Roxton, głaszcząc swój karabin.

Summerlee podniósł głowę.

— Pst! — szepnął. — Coś słychać?...

W głębokiej ciszy, rozległo się ciężkie regularne stąpanie. Kroki jakiegoś zwierzęcia, stąpanie łap ciężkich, lecz miękkich, stawianych ostrożnie na ziemi. Przesunęło się to zwolna koło naszej zagrody i przystanęło przy wejściu. Słychać było świszczący odgłos, podnoszący się i cichnący oddech zwierzęcia. Tylko słabe, z kolczastych gałęzi ogrodzenie oddzielało nas od tego straszydła...

Chwyciliśmy wszyscy za strzelby, a lord Roxton wysunąwszy mały pęczek gałęzi, zrobił otwór w płocie.

— Na świętego Jerzego! — szepnął. Zdaje się, że go widać!

Schyliłem się i przez ramię lorda Roxtona spojrzałem w otwór. Tak, i ja go zobaczyłem! W głębokim cieniu drzewa, stał jeszcze głębszy cień, czarny. niewyraźny... Jakiś kształt przyczajony, groźny i potężny... Nie większy od konia, lecz o cielsku potężnem i rozrosłem. Syczący oddech, regularny i pełny jak oddech parowej maszyny, zdradzał silną budowę. Raz, gdym się poruszył, zdawało mi się, że widzę blask dwojga strasznych, zielonawych ślepiów... A potem usłyszeliśmy niewyraźny szelest, jakby zwierzę pełzało przed siebie...

— Myślę, że gotuje się do skoku! — szepnąłem, kładąc palec na cynglu karabina.

— Nie strzelaj! nie strzelaj! — szepnął lord Roxton. — Odgłos strzału w ciszy nocnej, rozejdzie się na milę w około. Zatrzymaj to na ostatni ratunek...

— Jeśli przeprawi się przez to ogrodzenie, zginiemy! — powiedział Summerlee, śmiejąc się nerwowo.

— Nie! nie pozwolimy mu na to! — zawołał lord Roxton. — Wstrzymajcie się od strzału lak najdłużej... Może znajdę na niego inny sposób...

The Lost World by Harry Rountree 28

Trudno wyobrazić sobie czyn odważniejszy. Lord Roxton nachylił się nad ogniskiem, pochwycił płonącą gałęź i w mgnieniu oka wysunął się otworem przez siebie zrobionym w ogrodzeniu... Potwór rzucił się z groźnem chrapnięciem... Ale lord Roxton nie wahając się ani chwili, poskoczył ku niemu zwinnie i lekko, i cisnął płonącą głownię prosto w łeb zwierzęcia...

Przez jedno mgnienie mignęła mu okropna maska, podobna do łba olbrzymiej ropuchy; pokryta guzami i wrzodami skóra i wielka, szeroka paszcza, umazana świeżą krwią...

Zatrzeszczały gałęzie w zaroślach i straszny gość uciekł...

— Pewny byłem, że ulęknie się ognia — powiedział, śmiejąc się lord Roxton, gdy powróciwszy przez otwór, rzucił głownię w ognisko.

— Nie powinieneś był pan narażać się na takie niebezpieczeństwo! — zawołaliśmy jednomyślnie.

— Nie było innego sposobu. Gdyby wpadł między nas, bylibyśmy się pozabijali strzelając do niego... A gdybyśmy byli strzelali przez gałęzie i tylko zranili go, przeskoczyłby niezawodnie przez ogrodzenie... Uważam, że wydobyliśmy się z biedy małym kosztem... Ale co to było?

Uczeni spojrzeli na siebie z wyraźnem wahaniem.

— Co do mnie, nie potrafiłbym nazwać tego zwierzęcia — odrzekł Summerlee, zapalając fajkę u ogniska.

— Mówiąc to, dajesz pan dowód wielkiego naukowego taktu — odezwał się Challenger. — I ja sam nie mogę powiedzieć nic, prócz ogólnikowego określenia, że prawdopodobnie dzisiejszej nocy, spotkaliśmy się z jakąś odmianą mięsożernego „dinosaurusa“. Wyrażałem już poprzednio przypuszczenie, że tego rodzaju stworzenia istnieją na tem płaskowzgórzu.

— Mnie zaś przychodzi na myśl — zauważył Summerlee, że różne przedhistoryczne zwierzęta zaginęły, nie pozostawiając żadnych śladów. Byłoby to wielką śmiałością przypuszczać, że potrafimy nazwać wszystkie te, jakie tu możemy spotkać.

— Niezawodnie, możemy tylko określić je ogólnikowo. Może jutro jaki ślad ułatwi nam sprawdzenie tożsamości tego zwierzęcia. A tymczasem możemy się zdrzemnąć...

— Ale nie bez straży — zastrzegł lord Roxton stanowczo. — Nie można narażać się lekkomyślnie w takich okolicznościach. Każdy z nas będzie trzymał straż kolejno przez dwie godziny.

— W takim razie ja zacznę wartować, bo chcę skończyć zaczętą fajkę — zaproponował profesor Summerlee.

I od tej chwili nigdy już nie spaliśmy bez postawienia straży.

Dowiedzieliśmy się rankiem jaki był powód ohydnych wrzasków, które nas pobudziły w nocy. Polanka iguanodonów stała się widownią straszliwej rzezi. Widząc wielkie kałuże krwi i olbrzymie strzępy mięsa porozrzucane na wszystkie strony na zielonej murawie, wyobraziliśmy sobie, pod pierwszem wrażeniem, że padło tam dużo ofiar, lecz po bliższem zbadaniu okazało się, że są to szczątki jednego tylko z tych niezgrabnych potworów, rozszarpanego przez zwierzę może nie większe, lecz o wiele od niego drapieżniejsze.

Obaj profesorowie zasiedli, zatapiając się w rozprawach, oglądając każdy strzęp mięsa ze śladami krwiożerczych zębów i ogromnych pazurów.

— Z wydaniem sądu musimy jeszcze poczekać — przemówił profesor Challenger, trzymając na kolanach ogromny płat białawego mięsa. — Niektóre wskazówki przemawiają za obecnością tygrysa o szablowych zębach, jakiego ślady znajdujemy w wykopaliskach naszych jaskiń, lecz stworzenie, które się nam ukazało dziś w nocy, bez żadnej wątpliwości większe jest i należy raczej do gromady gadów. Ja osobiście przypuszczałbym, że to „allosaurus“.

— Albo „megalosaurus“ — dodał Summerlee.

— Właśnie. Można przypuszczać, że to jaka odmiana mięsożernego „dinosaurusa“. Spotyka się wśród nich rozmaite odmiany; zwierzęta najokropniejsze, jakie kiedykolwiek były plagą dla ziemi a skarbem dla muzeów...

Roześmiał się szeroko i głośno z własnego dowcipu, bo choć nie miał zmysłu humorystycznego, jednak najmniejszy żart, jaki mu się udało stworzyć, pobudzał go do gwałtownych wybuchów śmiechu.

— Im mniej hałasu, tem lepiej — wyrzekł krótko lord Roxton. — Nie wiemy kto, lub co może być w pobliżu... A jeżeli temu jegomości przyjdzie do głowy wrócić tu, i porwać którego z nas na śniadanie, nie będziemy wtedy mieli ochoty do śmiechu. Ale co to jest ta plama na skórze iguanodona?

Na ciemnej, łuskami pokrytej, łupkowego koloru skórze, w okolicy łopatki, odznaczała się okrągła plama czegoś podobnego do asfaltu. Nikt z nas nie mógł odgadnąć co to być może, choć Summerlee utrzymywał, że to samo zauważył na jednym z młodych iguanodonów, które widzieliśmy przed dwoma dniami.

Challenger nie odzywał się, siedząc napuszony i zadąsany, z miną taką, jakgdyby mógł wyjaśnić tę zagadkę, gdyby tylko zechciał. Ostatecznie lord Roxton zwrócił się do niego z zapytaniem:

— Jeżeli milord pozwala mi łaskawie otworzyć usta, będę szczęśliwy wyrażając moje zdanie — wyrzekł z przesadną ironją. — Nie jestem przyzwyczajony by mnie upominano w sposób jakiego milord używa. I nie wiedziałem, że trzeba prosić o pozwolenie, chcąc się roześmiać z niewinnego żartu...

Dopiero po uroczystem przeproszeniu, drażliwy profesor raczył się uspokoić i usadowiwszy się na pniu przewróconego drzewa, wygłosił wykład jakby w obecności uczniów...

— Co do tej plamy, skłaniam się do zdania mego przyjaciela i kolegi, profesora Summerlee, że jest to ślad asfaltu. Ponieważ to płaskowzgórze ma charakter wulkaniczny, a asfalt pozostaje w związku z siłami plutonicznemi; przypuszczam, że istnieje on tu w stanie płynnym i że te zwierzęta mogą się z nim stykać. Ale nierównie ciekawsze jest zagadnienie odnoszące się do mięsożernego potwora, którego ślady widzimy na tej polance. Wiemy już, że całe płaskowzgórze ma rozległość zaledwie przeciętnego angielskiego hrabstwa. Na tej ograniczonej przestrzeni, żyje pewna liczba stworzeń zaginionych już na całej kuli ziemskiej, i żyje od niezliczonych wieków.

— Możnaby tedy przypuszczać, że mięsożerne zwierzęta, mnożąc się bez przeszkody, wyczerpały już zapasy mięsa i albo musiały zmienić sposób zywienia się, albo wyginąć z głodu. Lecz widzimy, że tak nie jest. Możemy więc tylko przypuszczać, że równowagę w przyrodzie utrzymują jakieś prawa ograniczające ilość drapieżników. I jednem z najciekawszych zadań, jakie nas czekają, będzie wykrycie tego prawa... Mam nadzieję, że zdarzy nam się wkrótce sposobność do dalszego badania, tych mięsożernych „dinosaurusów“.

— A ja mam nadzieję, że nie trafi się taka sposobność — wtrąciłem.

Profesor podniósł krzaczaste brwi jak nauczyciel szkółki, na niewłaściwe odezwanie się zuchwałego malca, lecz nie odpowiedział nic, tylko zapuścił się z profesorem Summerlee w uczoną rozprawę co do warunków, zapobiegających zbyt wielkiemu rozmnażaniu się mięsożernych zwierząt, lub też zmniejszeniu się ilości zwierząt służących im za pożywienie.

Owego poranku wyrysowaliśmy mapę części płaskowzgórza, omijając bagno pterodaktylów i kierując się brzegiem strumienia w przeciwnym kierunku, to jest ku wschodowi. W tamtej stronie były gęste lasy, z tak wielką ilością zarośli, że posuwaliśmy się bardzo powoli.

Mówiłem dotąd o okropnościach krainy Maple Whita, lecz była w niej i strona odwrotna, bo cały ten ranek spędziliśmy wśród cudownych kwiatów, białych i żółtych, co według zdania profesorów, jest barwą pierwotną kwiatów. Miejscami pokrywały one całą ziemię, tak, że brnęliśmy po kostki, po tym czarującym kobiercu, o zapachu prawie odurzającym.

Pszczoły, zwyczajne europejskie pszczoły, unosiły się z brzękiem, całemi rojami naokoło nas. Gałęzie niektórych drzew uginały się pod ciężarem owoców, znanych i nieznanych nam gatunków, dzięki czemu oszczędziliśmy trochę naszych zapasów. W tej leśnej puszczy pełno było szlaków wydeptanych przez zwierzęta, a na miejscach bagnistych, liczne odbicia dziwnych jakichś tropów, oprócz śladu „ignauodonów“. Raz ujrzeliśmy kilku tych olbrzymów pasących się w zaroślach, a lord Roxton dojrzał przez lunetę, że miały na sobie także ślady asfaltu, lecz w innych miejscach niż tamten rozszarpany w nocy. Nie mogliśmy sobie wytłomaczyć przyczyny tego dziwnego objawu.

Spotykaliśmy też i dużo mniejszych zwierząt: jeżozwierze, mrówkojady pokryte łuską i dzikie świnie, srokate z długimi, zakrzywionymi kłami. Raz, w przerwie między drzewami, ukazało się nam zielone wzgórze w pewnem oddaleniu, a po jego grzbiecie przebiegło żwawo jakieś zwierzę brunatnego koloru; przebiegło tak szybko, że nie mogliśmy go rozeznać. Lord Roxton utrzymywał, że to jeleń, lecz musiał być tak ogromny, jak te potworne irlandzkie łosie, które od czasu do czasu, znajdują na dnie bagnisk mego ojczystego kraju.

Od czasu odwiedzin zagadkowego gościa w naszym obozie, powracaliśmy zawsze z obawą. Ale zastawaliśmy wszystko w porządku.

Owego wieczoru odbyliśmy walną naradę nad naszem obecnem położeniem i planami na przyszłość, dotyczącymi bliższego zbadania tajemniczej krainy Maple Whita.

Rozpoczął narady Summerlee. Przez cały dzień był bardzo kłótliwy, a ostatecznie wzmianka lorda Roxtona o planach na dzień następny wywołała wybuch goryczy.

— Co mamy robić dziś, jutro i ciągle i bezustanku? — powiedział. — Szukać sposobu wydobycia się z pułapki, w którąśmy wpadli! Wy sobie łamiecie głowy jak się dostać do wnętrza tego kraju. A ja sądzę, że naszem zadaniem powinno być tylko znalezienie sposobu jak się stąd wydostać!

— Dziwi mnie, że człowiek uczony może żywić takie uczucia — zagrzmiał Challenger, gładząc majestatycznie brodę. — Jesteśmy w kraju, który ambitnemu przyrodnikowi nastręcza pole do badań najwspanialszych, jakie mieli ludzie od początku świata; a pan proponujesz opuszczenie tego pola po powierzchownem zaledwie obejrzeniu tego co się w niem mieści! Spodziewałem się czegoś lepszego po panu, profesorze!

— Powinien pan jednak pamiętać, — przerwał mu cierpko Summerlee — że mam w Londynie liczny zastęp słuchaczów pozostawionych teraz na łasce zupełnie niedostatecznego zastępcy. I to stanowi zasadniczą różnicę między nami, bo o ile mi wiadomo, profesorze Challenger, pan nie zajmujesz się pracą edukacyjną.

— I słusznie — odrzekł Challenger. — Bo uważam za świętokradztwo, marnowanie na taką pracę umysłu przeznaczonego do wyższych zadań.

— Doprawdy? — zagadnął szyderczo Summerlee.

Ale lord Roxton zmienił kierunek rozmowy.

— Muszę wyznać — zaczął — że uważałbym za smutną ostateczność, gdybym musiał wracać do Londynu, nie dowiedziawszy się nic więcej o tej krainie, w której jesteśmy.

— I ja nie śmiałbym stanąć przed obliczem pana Mac Ardle — odezwałem się z kolei. — Nie przebaczyłby mi opuszczenia tak niewyzyskanego materjału. Zresztą, choćbyśmy chcieli się stąd wydostać, nie możemy tego dokonać.

— Nasz młody przyjaciel wynagradza liczne swoje umysłowe braki, pewną miarą zdrowego rozsądku — zrobił uwagę Challenger. — Interesa jego opłakanego zawodu są nam obojętne; ale ma on słuszność twierdząc, że wydostać się stąd nie możemy, a w takim razie, szkoda marnować energję na jałowe rozprawy.

— Szkoda marnować energję w każdym innym kierunku — burknął Summerlee z poza dymu swojej fajeczki. — Pozwólcie sobie przypomnieć, że wysłano nas tu w misji ściśle określonej, to jest, dla sprawdzenia wiarogodności odkryć profesora Challengera. Te odkrycia, obowiązany jestem to przyznać, możemy stwierdzić stanowczo. Więc nasze zadanie jest już spełnione. Co się zaś tyczy badań na tem płaskowzgórzu, jest to zadanie tak olbrzymie, że spełnić je może tylko liczna wyprawa, odpowiednio wyekwipowana. Gdybyśmy się na to porwali, jedynym wynikiem byłoby tylko, że nie powrócilibyśmy nigdy z tym cennym dorobkiem naukowym, jaki już zdobyliśmy. Profesor Challenger wymyślił sposób wejścia na to płaskowzgórze, które zdawało się niedostępne; sądzę, że mamy prawo żądać od niego równej pomysłowości, ażeby nam ułatwił powrót do świata, z któregośmy przybyli.

Wyznaję, że zdanie profesora wydało mi się zupełnie słuszne. Nawet na Challengerze zrobiło to wrażenie, że nie zdołałby nigdy zwyciężyć swych wrogów, gdyby dowody jego twierdzeń, nie doszły do ich wiadomości.

— Zejście na dół przedstawia bardzo wielkie trudności — wyrzekł po chwili — ale jednak nie wątpię, że potęga inteligencji potrafi je zwyciężyć. Zgadzam się na zdanie kolegi, że dłuższy pobyt w tym kraju jest niepodobieństwem, ale odmawiam stanowczo wycofania się stąd, bez zbadania, choćby powierzchownego, tego płaskowzgórza, któreby nam umożliwiło odrysowanie jego mapy.

Profesor Summerlee chrząknął niecierpliwie.

— Spędziliśmy tu całe dwa dni na badaniach — odrzekł — i niewiele więcej wiemy o topografji tej krainy, niż w chwili przybycia. Nie podlega wątpliwości, że kraj jest lesisty, więc potrzebaby długich miesięcy na przedarcie się przez te gęstwiny. Inna rzecz, gdyby tu w pośrodku, wznosił się szczyt góry, ale tu przeciwnie, poziom zniża się do środka...

W tej to chwili zstąpiło na mnie natchnienie. Oczy moje padły trafem na sękaty pień olbrzymiego drzewa gingko, którego gałęzie zwieszały się nad nami. Wierzchołek jego, niezawodnie przenosił wszystkie inne. Jeżeli brzeg płaskowzgórza był najwyższym punktem, więc i to potężne drzewo, mogło zastąpić strażnicę, górującą nad całą okolicą.

Za chłopięcych moich czasów, które spędziłem w Irlandji, byłem zręczny i śmiały do wspinania się na drzewa. Celowałem w tem między towarzyszami. Czułem, że dam sobie radę między gałęziami. Gdyby mi się tylko udało oprzeć nogi na najniższych konarach, dostałbym się już bez żadnej wątpliwości na wierzchołek...

Towarzysze przyjęli z zapałem moją propozycję.

— Nasz młody przyjaciel — odezwał się Challenger, wydymając czerwone policzki — jest zdolny do ćwiczeń gimnastycznych, niedostępnych dla ludzi silniejszej budowy i okazalszej powierzchowności. Pochwalam jego postanowienie...

— Na świętego Jerzego! chłopcze i trafiłeś na właściwą drogę! — zawołał lord Roxton, klepiąc mnie po plecach. — Nie pojmuję, że nam to pierwej na myśl nie przyszło! Mamy już tylko godzinę dnia, lecz jeśli weźmiesz ze sobą notatnik, możesz zdjąć jeszcze szkic mapy. Postawimy trzy skrzynki od nabojów, jedna na drugiej, pod drzewem i wywindujemy cię na nie.

Lord Roxton stanął na skrzynkach i podpierał mnie z tyłu, gdy obróciłem się twarzą do pnia, Challenger przyskoczył niespodzianie i podrzucił mnie swą wielką łapą w górę z taką siłą, że prawie wepchnął na gałęzie. Objąwszy obu rękoma gałęź, wdrapywałem się z wysiłkiem, aż wydźwignąłem w górę całe ciało i objąłem pień kolanami. Nad głową miałem trzy doskonałe gałęzie, stanowiące niejako szczeble drabiny, a nad niemi, całą gęstwinę wygodnych gałęzi.

Zacząłem się dźwigać w górę tak szybko, że wkrótce znikła mi z oczu ziemia, a gąszcz listowia otoczył naokoło. Spotykałem niekiedy zapory na przestrzeni ośmiu lub dziesięciu stóp, musiałem się przedzierać przez łodygi jakiegoś pnącza, lecz posuwałem się ciągle w górę i grzmiący głos Challengera dochodził mnie już tylko stłumiony, ze znacznej odległości. Lecz drzewo było tak ogromne, że spojrzawszy w górę, nie mogłem jeszcze dojrzeć rzedniejących liści.

Na gałęziach wisiały wielkie, gęste jak krzaki, zwoje jakiejś pasożytniczej rośliny. Wysunąłem głowę, chcąc zobaczyć co jest za tym zwojem zieloności i — o mało nie spadłem z drzewa, przejęty zdumieniem i trwogą na widok tego co tam ujrzałem!

Zaginiony świat 26

Jakaś twarz wpatrywała się we mnie...

Jakaś twarz wpatrywała się we mnie, oddalona najwyżej o dwie stopy. Stworzenie do którego twarz ta należała, przyczaiło się za pasożytem i wyjrzało na mnie jednocześnie, gdy ja wysunęłem głowę. Twarz była wielka, płowa, pokryta brodawkami, z nosem spłaszczonym, z wystającą dolną szczęką, okolona frendzlą z twardej, szczeciniatej sierści. Twarz ludzka, a przynajmniej podobniejsza do ludzkiej, niż wszystkie małpie twarze, jakie kiedykolwiek widziałem. Oczy, osadzone pod gęstemi, krzaczastemi brwiami, miały wyraz dziki i zwierzęcy, a gdy paszcza otworzyła się, wydając groźne chrapanie, ujrzałem w niej zakrzywione, ostre psie zęby.

W złych oczach tego stworzenia wyczytałem nienawiść i groźbę. A potem, szybko jak błyskawica, odbił się w nich wyraz niesłychanej trwogi. Zatrzeszczały łamane gałęzie, zwierzę dało gwałtowny skok w zieloną gęstwinę liści, mignęło kosmate cielsko, podobne do rudawej świni i wszystko znikło wśród szumu rozkołysanych gałęzi i liści.

— Co się stało? — zawołał z dołu Roxton. — Czy cię co złego spotkało?

— Widzieliście go? — krzyknąłem, obejmując gałęź obu rękoma i drżąc cały z wrażenia.

— Słyszeliśmy hałas, jakby ci się noga osunęła. Co to było?

Byłem tak wstrząśnięty nagłem i niespodziewanem zjawieniem się tego małpozwierza, że zawahałem się, czy nie zejść na dół zaraz i opowiedzieć towarzyszom o tem spotkaniu. Lecz zapuściłem się już tak daleko, że zdawało mi się wstydem, powracać nie dopiąwszy celu wyprawy.

Po długiej przerwie odzyskawszy oddech i odwagę, zacząłem wspinać się dalej. Raz, stąpnąwszy na spróchniałą gałąź, zawisłem tylko na rękach, ale na ogół wspinanie się szło łatwo.

Wreszcie liście zaczęły rzednąć, a wiatr, który twarz mi obwiewał, był dowodem, że góruję już nad innemi drzewami. Postanowiłem jednak nie oglądać się dopóki nie dojdę na sam wierzchołek i wdrapywałem się, aż najwyższa gałęź ugięła się pod moim ciężarem. Usiadłem wtedy wygodnie na dwóch rozwidlonych odnogach i zacząłem rozglądać się w cudownym krajobrazie tego dziwnego kraju.

Słońce stało blisko zachodu, dzień był jeszcze jasny i pogodny, więc całe płaskowzgórze rysowało się wyraźnie w dole.

Page 222 (The Lost World, 1912)

Widziane z tej wysokości przedstawiało podłużny kształt, szerokości około trzydziestu mil, długości około dwudziestu. Poziom jego zniżał się ze wszystkich stron ku środkowi, gdzie leżało rozległe jezioro. Mogło ono mieć z jakie dziesięć mil obwodu i wody jego połyskiwały zielonkawo w wieczornem świetle, okolone gęstym pasem sitowia, a na powierzchni odznaczały się żółte ławice, błyszczące jak złoto pod promieniami zachodzącego słońca. Na tych ławicach, leżały jakieś czarne, podłużne stworzenia, za wielkie na aligatory, za długie na czółna. Przez lunetę mogłem dojrzeć, że to istoty żywe, ale nieznane mi zupełnie.

Page 225 (The Lost World, 1912)

Z tej strony płaskowzgórza, na której staliśmy, lesista powierzchnia, poprzerzynana polankami, ciągnęła się około sześciu mil, do środkowego jeziora. U moich stóp polanka iguanodonów, a dalej przerwa między drzewami, za którą znajdowało się bagno pterodaktylów. Lecz naprzeciw mnie, płaskowzgórze miało inny charakter. Bazaltowe skały, okrążające je, ciągnęły się w głąb, tworząc straszne urwiska około dwunastu stóp wysokie, pod któremi rozkładało się lesiste zbocze. U podstawy tych skał czerwonawych, na pewnej wysokości od ziemi, czerniały rzędy ciemnych, okrągłych otworów, które widziałem wyraźnie przez lunetę. W jednym z nich połyskiwało coś białawego, ale tego nie mogłem już rozróżnić, Rysowałem mapę okolicy, do zachodu słońca, a gdy ściemniło się zupełnie, zsunęłem się na dół do towarzyszów, oczekujących mnie niecierpliwie pod drzewem.

Nareszcie i ja stałem się bohaterem dnia! Sam obmyśliłem tę wyprawę i sam ją wykonałem. Sporządziłem mapę, która mogła nam oszczędzić całomiesięcznego błąkania się omackiem, wśród niebezpieczeństw. Każdy z towarzyszy uścisnął uroczyście moją rękę. Ale zanim zabrali się do oglądania mojej mapy, opowiedziałem im o spotkaniu wśród gałęzi z tą małpą,

— On musiał tu być ciągle — dodałem na zakończenie.

— Skąd to wnosisz? — zagadnął lord Roxton.

— Bo bezustannie odczuwałem to, że jakaś złośliwa istota nas śledzi. Mówiłem o tem profesorowi Challengerowi.

— Istotnie, nasz młody przyjaciel wspominał o tern — potwierdził profesor. — On jeden z pośród nas wszystkich, obdarzony jest celtycką wrażliwością na podobne rzeczy.

— Cała teorja telepatji... — zaczął Summerlee, nakładając fajeczkę.

— Jest zbyt obszerna by rozpoczynać dysputy nad nią — przerwał mu Challenger. — Ale powiedz mi — dodał, zwracając się do mnie, z miną wizytatora niedzielnej szkółki, egzaminującego uczniów — czy to stworzenie mogło skrzyżować duży palec na dłoni?

— Nie zauważyłem tego, coprawda.

— Czy miało ogon?

— Nie miało.

— A nogi o palcach chwytnych?

— Przypuszczam, że nie mogłoby tak prędko biegać po gałęziach, gdyby ich nie obejmowało palcami nóg.

— W południowej Ameryce, jeżeli mnie pamięć nie myli, co potwierdzi profesor Summerlee, żyje trzydzieści sześć gatunków małp, ale wśród nich niema małpy antropoida. Lecz widocznie, znajduje się ona w tej krainie, i nie jest odmianą kosmatego goryla, niespotykanego nigdzie poza Afryką i Wschodem. Musi to być gatunek brodaty i bezbarwny, co jest charakterystycznym dowodem, iż spędza życie w cieniu drzew. Należałoby teraz roztrzygnąć wątpliwość, czy bliższy on jest rodowi małp, czy też jest antropoidem. W tym ostatnim razie, może on właściwie stanowił to, co pospolicie nazywają „brakującem ogniwem“. Rozwiązanie tej wątpliwości, jest teraz naszem najpierwszem zadaniem.

— Bynajmniej! — przerwał Summerlee stanowczo. — Obecnie, kiedy dzięki odwadze i inteligencji pana Malone, posiadamy już mapę, naszem jedynem zadaniem jest wydostać się cało z tego okropnego miejsca. Przedstawić możemy światu to, cośmy widzieli, a dalsze odkrycia pozostawić innym. Postanowiliśmy to jeszcze przed wyprawą pana Malone.

— Zgoda, przyznaję i ja, że będę spokojniejszy, mając pewność, że wyniki naszych badań zostaną ujawnione — odrzekł Challenger. Ale w jaki sposób stąd się wydostać nie mam jeszcze pojęcia. Lecz dotąd nie spotkałem nigdy zadania, któregoby nie zdołała rozwiązać potęga mojego umysłu; więc przyrzekam wam, że jutro zacznę rozmyślać nad kwestją naszego powrotu.

Na tem ostatniem stanęło. Wieczorem przy świetle jedynej świecy, odrysowaliśmy mapę, według zrobionego przeze mnie szkicu. Challenger wskazał ołówkiem wielką pustą przestrzeń pośrodku jeziora i spytał:

— Jak je nazwiemy?

Lord Roxton zabrał głos i zwrócił się do mnie:

— Tobie, synku, przysługuje prawo nadania mu nazwy. Ty je pierwszy ujrzałeś i, na świętego Jerzego, jeżeli zechcesz je nazwać „jeziorem Malona“ — masz do tego zupełne prawo.

— Słusznie! — poparł go Challenger. — Niech nasz młody przyjaciel nazwie jezioro.

— Jeżeli tak — odrzekłem, czując, że się rumienię — „jeziorem Gladyssy“.

Challenger spojrzał na mnie współczująco i pokiwał trochę szyderczo głową.

— Chłopcy będą zawsze chłopcami — powiedział. — Niechże będzie „jezioro Gladyssy“.



XII.
„Straszno było tam w lesie...“

Wspomniałem już może, choć nie pamiętam na pewno, bo pamięć w ostatnich czasach mi nie dopisuje, że promieniałem z radości i dumy, słuchając pochwał moich znakomitych towarzyszy i podziękowań za pomoc w trudnościach. Jako najmłodszy z całego grona i nie posiadający żadnych zasług, pozostawałem dotąd w cieniu, ale teraz przyszła kolej i na mnie. Paliło mi się w głowie z radości, a pycha wiedzie zawsze do upadku. Więc i mnie radość z odniesionego tryumfu, popchnęła do najstraszliwszej przygody, zakończonej takim wypadkiem, że serce mi omdlewa, gdy o tem myślę.

Stało się to tak. Byłem tak podniecony, że spać nie mogłem. Summerlee trzymał straż, siedząc zgarbiony nad ogniem, przytrzymując karabin kolanami i kiwając kozią bródką za każdem mimowolnem zdrzemnięciem. Lord Roxton leżał spokojnie, owinięty w swoje południowo – amerykańskie „poncho“, a Challenger chrapał tak gwałtownie, że odgłos chrapania rozchodził się po lesie. Księżyc w pełni świecił jasno, zimno było przejmujące. Co za noc do wycieczki! I nagle błysnęła mi myśl:

— Czemu nie? Gdybym tak wysunął się niepostrzeżenie, dotarł do brzegów jeziora i powrócił na śniadanie z gotowem sprawozdaniem? A potem, jeżeli Challenger obmyśli jaki sposób wydobycia się z pułapki, moglibyśmy wrócić do Londynu z wiadomością o odkrytej tajemnicy; ja zaś byłbym jedynym człowiekiem, który naocznie oglądał jezioro. Pomyślałem o Gladyssie i jej słowach:

„Na każdym kroku znajduje się sposobność do bohaterskich czynów“.

Zdawało mi się, że słyszę jej głos. Pomyślałem także o panu Mac Ardle. Co za temat do artykułów dla jego dziennika. Jaka droga do sławy! Na wypadek wojny, mógłbym zostać korespondentem z placu boju...

Porwałem strzelbę, w kieszeniach miałem zapas nabojów, i rozsunąwszy kolczaste wrota naszej siedziby, wysunęłem się przez nie żywo. Obejrzawszy się po raz ostatni, ujrzałem profesora Summerlee, lichego wartownika, kiwającego bródką nad ogniem, jak zabawka dziecinna.

Nie uszłem jeszcze stu kroków, kiedy już gorzko pożałowałem mojej lekkomyślności. Wyznaję, że zbyt żywa wyobraźnia przeszkadza mojej odwadze, a lękam się nadewszystko tego, by się nie zdradzić z obawą. I ten lęk nie pozwolił mi powrócić. Czułem, że nie mogę wrócić, nic nie dokazawszy. Choćby nawet towarzysze nie zauważyli mojego wyjścia i nie dowiedzieli się o mojej słabości, pozostałoby mi w głębi duszy uczucie gnębiącego wstydu. A jednak zadrżałem, widząc gdzie jestem i zapragnąłem gorąco, módz się wycofać z honorem.

Straszno było w lesie! Drzewa stały tak blisko siebie, liście były tak gęste, że światło księżyca przedzierało się tylko gdzieniegdzie delikatnemi półcieniami. Gdym się już oswoił z ciemnością, zauważyłem, że są rozmaite stopnie cieni w gęstwinie leśnej i że w niektórych miejscach można rozróżniać jakieś zarysy, gdy w innych były tylko czarne czeluście, podobne do otworów jaskini, które mijałem ze drzeniem. Przypomniała mi się ta centkowana, pokryta guzami, zakrwawiona paszcza, którą ujrzałem przy świetle głowni lorda Roxtona...

Byłem właśnie na polu łowów, tego zwierzęcia. Lada chwila ten nieznany bezimienny potwór mógł wyskoczyć z cienia i rzucić się na mnie.

Zatrzymałem się, wyjąłem z kieszeni nabój i odsunąłem zamek strzelby...

I serce mi zamarło... Bo spostrzegłem, że zamiast sztucera wziąłem zwykłą strzelbę na mniejszą zwierzynę.

I znowu ogarnęła mnie chęć powrotu. Miałem doskonałe usprawiedliwienie, któreby nie popsuło mojej opinji. Ale i tym razem głupia pycha zwyciężyła rozsądek. Nie mogę, nie powinienem wracać z niczem. Karabin zapewne byłby równie nieużyteczny jak ta strzelba małego kalibru wobec niebezpieczeństw jakie mogą mi grozić. Gdybym wrócił do obozu zmienić broń, nie mógłbym już pewnie wyjść niezauważony. Musiałbym się tłomaczyć, wtajemniczyć innych w moje zamiary... Więc po chwilowym namyśle, zebrałem w garść odwagę i poszedłem dalej niosąc bezużyteczną strzelbę na ramieniu.

Niepokojąca była ciemność nocy, ale gorsze jeszcze do przebycia miejsca jasno oświetlone przez księżyc i polanka iguanodonów. Ukrywszy się w krzakach, wyjrzałem na nią. Nie było tam żadnego z olbrzymich zwierząt. Może skutkiem tragedji, jakiej ofiarą padło jedno z nich, przeniosły się gdzieindziej. W srebrnem świetle mglistej nocy, nie było śladu żadnych żywych istot.

Przemknąłem się szybko przez tę polankę a w dżungli, w jaką się zapuściłem, spotkałem znowu strumień, który mógł mi służyć za drogowskaz. Miły to był towarzysz szemrzący i pluszczący, jak te potoki, w których za czasów chłopięcych, łapałem pstrągi w ojczystych moich stronach. Idąc jego brzegiem, muszę dojść do jeziora a wracając znowu jego brzegiem, trafić do obozu. Traciłem go niekiedy z oczu, wśród gęstych zarośli, ale jego szum i pluskanie dochodziło zawsze mego ucha.

Odtąd grunt zaczął się zniżać do jeziora, zrzedniał las, a miejsce drzew zajęły krzaki, z których gdzieniegdzie wystrzelało pojedyńcze drzewo. Mogłem iść wysoko i widzieć, nie będąc widzianym. Gdym mijał bagno pterodaktylów, zerwało się jedno wielkie ptaszysko z suchym dziwnym chrzęstem błoniastych skrzydeł i frunęło w górę. Skrzydła jego dwudziestostopowe, zasłoniły na mgnienie oka księżyc, którego światło przeświecało przez błony, co nadawało mu podobieństwo do fruwającego szkieletu. Przysiadłem wśród zarośli, bo nauczyło mnie już doświadczenie, że jeden krzyk pterodaktyla, sprowadza setkę tych obrzydliwych stworzeń w moje ślady. I zaczęłem iść dalej, dopiero kiedy znikł zupełnie.

Noc była niezmiernie cicha, a jednak posuwając się dalej, słyszałem ciągle jakiś odgłos cichego, nieustannego bulgotania. Im dalej szedłem, tem wyraźniej dawało się to słyszeć i coraz bliżej. Przypominało to szum gotującej się wody w kotle.

Odkryłem wreszcie powód, ujrzawszy na środku polanki małe jeziorko, a raczej sadzawkę, napełnioną czarną, smołową cieczą, z której wypryskiwały bąble ulatującego gazu. Powietrze w pobliżu było rozpalone, a ziemia tak gorąca, że nie mogłem ręki na niej utrzymać. Widocznie wulkaniczne siły, które wyniosły w górę to płaskowzgórze, nie wygasły dotąd.

Wśród bujnej roślinności sterczały poczerniałe odłamy skalne i wzgórki lawy, które spotykaliśmy już przedtem, ale dopiero ta sadzawka, pełna smołowcu, była dowodem niewygasłej czynności dawnego krateru. Nie mogłem jednak przyglądać się temu bliżej, bo musiałem powrócić do obozu przed świtem.

Wędrówka była straszna i niełatwo było ją zapomnieć. Na miejscach oświetlonych księżycem, czołgałem się po ziemi w cieniu. W dżungli szedłem ostrożnie, przystając z biciem serca, ilekroć rozległ się trzask gałęzi, jakby przedzierało się przez nie jakieś zwierzę. Migały niekiedy wielkie, groźne cienie, sunące cicho na miękkich łapach i znikały nagle. Ileż razy stawałem, chcąc zawrócić, ale pycha zwalczała trwogę i popychała dalej do zamierzonego celu...

Wreszcie o pierwszej w nocy poprzez drzewa ujrzałem połyskującą wodę, a w dziesięć minut potem stałem już wśród sitowia nad brzegiem jeziora. Chciało mi się bardzo pić, więc położyłem się na ziemi i ugasiłem pragnienie zimną i smaczną wodą.

Naokoło jeziora widniały szerokie, wydeptane ścieżki; było to więc miejsce wodopoju dla zwierząt okolicznych.

W pobliżu wody leżał olbrzymi odłam lawy. Wdrapałem się na niego i ułożywszy się na szczycie, mogłem widzieć co się dzieje naokoło.

Pierwsze co ujrzałem, przejęło mnie zdumieniem. Wspomniałem już, że patrząc z wierzchołka drzewa ginko, zauważyłem szereg ciemnych plam, otworów jaskiń. A teraz, spojrzawszy w tamtą stronę, zobaczyłem okrągłe światła, podobne do okienek wielkiego parowca, płynącego nocą. Przez chwilę przypuszczałem, że to może odblask rozpalonej lawy, skutkiem wybuchu wulkanu. Ale to było niemożebne, bo każdy wulkan wybucha na szczycie, nie w zagłębieniu między skałami.

Więc co to być mogło? Coś zdumiewającego, lecz nie podlegającego zaprzeczeniu. Te miejsca oświetlone, mogły być odbiciem ognia płonącego w jaskiniach, a ogień mogła rozpalić tylko ręka ludzka? A więc na tem płaskowzgórzu żyją ludzie...

Moja wyprawa zbierze świetne plony... Z taką nowiną możemy zaraz wracać do Londynu.

Leżałem długo śledząc te migotliwe świetlane plamy. Sądzę, że dzieliła mnie od nich przestrzeń jakich mil dziesięciu, lecz nawet z tak daleka, mogłem widzieć drgania i przyćmiewania światła, gdy ktoś przed niem przechodził.

Cóżbym dał za to, by podpełznąć bliżej, rzucić choć jedno spojrzenie i powrócić do towarzyszy z objaśnieniem, jakiego rodzaju istoty gnieżdżą się w tych jaskiniach! Lecz na razie nie mogło być o tem mowy, ani o naszym powrocie, bez wyjaśnienia tej zagadki.

Jezioro Gladysy, moje jezioro, leżało przedemną jak rozłożysta płaszczyzna, w której odbijał się księżyc w pełni. Było ono płytkie, a w wielu miejscach wynurzały się z wody piaszczyste ławice. Ale na powierzchni rysowały się ciągłe koła, zdradzające poruszenia żywych istot w głębi; czasami mignęła srebrzysta ryba, wyskakująca w górę, albo przesunął się szary grzbiet niewidzialnego potwora.

Zobaczyłem ptaka, podobnego do olbrzymiego łabędzia, z niezgrabnem ciałem, długą szyją i wyniosłą głową, przesuwającego się ociężale po żółtym piasku. Nagle ptak zanurzył się w wodę i dopiero po pewnym czasie ukazała się na powierzchni jego wygięta szyja i smukła głowa. Potem dał nurka i nie pokazał się już więcej.

Ale wkrótce uwagę moją odwróciło to, co się działo bliżej, u samych moich stóp. Przyszły do wodopoju dwa wielkie stworzenia, podobne do pancerników i przykucnąwszy na brzegu, zapuściły w jezioro długie jak wstążka, czerwone języki i chłeptały donośnie wodę.

Olbrzymi jeleń z postawą królewską, przyszedł z łanią i dwojgiem młodych, i pił spokojnie obok pancerników.

Na całym świecie niema nigdzie takich jak tu jeleni; łoś sięgnął by mu zaledwie do łopatki. Lecz nagle jeleń wydał ostrzegawcze chrapnięcie i zemknął w jednej chwili z całą rodziną, a pancerniki również odbiegły śpiesznie, szukając ukrycia. Na ścieżce pojawił się nowy przybysz, zwierzę potwornych kształtów.

The Lost World by Harry Rountree 31

To był „stegosaurus“.

Przez jedno mgnienie nie mogłem sobie przypomnieć skąd znam to niezgrabne cielsko, ten wygięty grzbiet, najeżony trójkątnymi kolcami, tę dziwną ptasią głowę, pochyloną do samej ziemi. Lecz wnet powróciła mi pamięć. To był „stegosaurus“, zwierz odrysowany przez Maple White w albumie, który zwrócił uwagę Challengera. Stal teraz przedemną może ten sam okaz, którego spotkał amerykański malarz... Gdy szedł, ziemia drżała pod jego ciężkiemi stopami, a gdy pił, odgłos bulgotania rozlegał się daleko w ciszy nocnej. Przez pięć minut stał tak blizko głazu, na którym leżałem, że wyciągnąwszy rękę, mógłbym był dotknąć ohydnych kolców na jego grzbiecie. Napiwszy się odszedł i znikł między skałami.

Spojrzałem na zegarek: było już wpół do trzeciej, wielki czas na powrót. Nie miałem trudności w znalezieniu drogi, bo strumień, którego brzegiem szedłem, wypływał z jeziora o kilkanaście kroków przedemną.

Ruszyłem więc z powrotem w doskonałem usposobieniu, czując, że wracam z obfitym plonem do moich towarzyszy. Najważniejsze było odkrycie oświetlonych jaskiń, zamieszkałych prawdopodobnie, przez jakąś pierwotną rasę ludzką. A przytem sprawdziłem, że jezioro i jego brzegi, roją się od dziwnych stworzeń, jakich nie spotkaliśmy dotąd.

Idąc rozmyślałem, że niewielu ludziom przypadło w udziale spędzić taką noc i porobić równie ważne odkrycia.

Szedłem pod górę, roztrząsając w myśli com widział i przebyłem już połowę drogi, gdym zauważył jakiś dziwny odgłos. Było to coś między chrapaniem a mruczeniem; ciche, donośne, i niewymownie groźne. Jakieś zwierze było w pobliżu, lecz niewidzialne; przyspieszyłem więc jeszcze więcej kroku, zdążając do obozu.

Uszedłem z pół mili, gdy ten sam głos odezwał się znowu za mną, lecz donioślejszy i groźniejszy jeszcze.

Serce mi bić przestało, a przez głowę przeleciała myśl, że to zwierze ściga mnie. Zimno mnie przejęło, a włosy stanęły dębem.

Że te potwory rozszarpują się między sobą, o to wynik naturalnej walki o byt; ale żeby śmiały rzucić się na człowieka, żeby go śmiały ścigać i polować na niego — samo to przypuszczenie było niesłychane i przerażające.

Przypomniała mi się zakrwawiona paszcza, którą ujrzałem przy świetle głowni lorda Roxtona, jak piekielną jakaś zjawę. Kolana ugięty się podemną; stałem jak przykuty, wpatrując się osłupiałym wzrokiem, w jasno oświetloną ścieżynę. Ale wszędzie panował senny spokój; srebrny blask księżyca, wśród czarnych plam zarośli, nic więcej nigdzie...

I znowu z tej ciszy doszły do mnie te same chrapliwe, gardłowe pomruki, lecz głośniejsze i bliższe. Nie mogłem już dłużej wątpić... Coś Szło moim tropem i zbliżało się szybko.

A ja stałem jak skamieniały, wpatrując się w stronę, z której przyszedłem. I nagle — ujrzałem!...

Przesunęły się krzaki na drugim końcu polanki, wysunął się z gęstwiny cień i wyskoczył na światło.

Mówię, że „wyskoczył“, bo zwierzę to miało ruchy kangura; stawało na tylnych, potężnych łapach, przednie trzymając spuszczone na piersi. Było ogromne i potężne jak stojący dęba słoń, ale ruchy, mimo wielkiego tułowia, miało niesłychanie zwinne.

Sądziłem na pierwszy rzut oka, że to iguanoden, stworzenie nieszkodliwe, lecz spostrzegłem zaraz, że to co innego.

Zamiast łagodnej, sarniej głowy wielkiego trójpalczastego zwierza, żywiącego się liśćmi, stworzenie to miało łeb wielki, spłaszczony, podobny do łba ropuchy; ten sam łeb, który przeraził nas w obozie. Jego straszna i zajadła energja w pogoni, upewniła mnie, że to niezawodnie mięsożerny, drapieżny „dinosaurus“, jedno z najgroźniejszych zwierząt, jakie kiedykolwiek żyły na ziemi.

Poczwara opuściła przednie łapy i opierając nos o ziemię, węszyła moje ślady. Czasami trop się urywał, ale odszukiwała go znowu i skacząc sunęła drogą, którą przyszedłem.

Teraz jeszcze, gdy wspomnę to nocne zjawisko, pot występuje mi na czoło. Co miałem czynić?

Z tą nieużyteczną strzelbą małego kalibru w ręku, byłem zupełnie bezbronny. Oglądałem się z rozpaczą, szukając drzewa lub skały, lecz w pobliżu były tylko małe drzewka, a taki zwierz ogromny, potrafiłby zgruchotać nawet bardzo wielkie drzewo.

Jedyny ratunek stanowiła ucieczka, ale uciekać było trudno po nierównym, kamienistym gruncie, lecz przede mną leżał szeroki szlak, którym chodzą zwierzęta na wyprawy. Mogłem się jeszcze uratować, bo byłem zawsze doskonałym szybkobiegaczem.

Rzuciłem więc bezużyteczną strzelbę i popędziłem przed siebie. Nigdy w życiu nie przebiegłem podobnej pół mili. Bolały mnie nogi, czułem ciężar na piersiach, dusiłem się z braku oddechu, a jednak, mając za sobą taką grozę, biegłem — biegłem — biegłem!

The Lost World by Harry Rountree 32

Potwór doganiał mnie prawie, zginąłem!

Lecz musiałem przystanąć dla nabrania tchu. Zdawało mi się, żem się wymknął; na szlaku za mną było pusto. Lecz po chwili, z trzaskiem gałęzi, rozległy się ciężkie stąpania, chrapliwy oddech poczwary i straszydło ukazało się znowu za mną. Doganiało mnie prawie, zginąłem! Szalony byłem, namyślając się a długo zamiast uciekać! Dotąd potwór szedł, węsząc tylko moje ślady i dlatego szedł powoli. Ale teraz zobaczył mnie gdy rzuciłem się do ucieczki... Wypadł z zarośli i puścił się za mną w wielkich skokach.

Księżyc oświetlał jego czerwone, wypukłe oczy, rząd olbrzymich zębów w otwartej paszczy i połyskujące pazury na krótkich, silnych, przednich łapach.

Krzyknąłem z przerażenia i skoczyłem przed siebie jak szalony. Słyszałem za sobą zdyszany, chrapliwy oddech poczwary, coraz bliżej i bliżej... Ciężkie jej kroki miałem tuż za plecami: zdało mi się, że jej pazury już mnie chwytają...

Lecz nagle zabrakło mi pod stopami gruntu. Spadłem w próżnię, w ciemność...

Gdym odzyskał przytomność co zapewne nastąpiło po paru minutach, poczułem przenikliwy, wstrętny odór naokoło. Wyciągnąwszy rękę, namacałem coś, niby płat mięsa a drugą ręką dotknąłem niby olbrzymiej kości. Nad głową widziałem skrawek nieba, co było dowodem, że leżę w głębokiej jamie. Dźwignąłem się na nogi i obmacałem całe ciało. Byłem zesztywniały, potłuczony, obolały od stóp do głowy, ale mogłem poruszać wszystkimi członkami, mogłem je zginać i prostować. Przypomniawszy sobie szczegóły swego upadku, spojrzałem z trwogą w górę, spodziewając się ujrzeć tam na tle blednącego nieba, zarysy tego łba straszliwego. Ale nie dojrzałem ani śladu poczwary, nie usłyszałem żadnego odgłosu na górze. Zacząłem obchodzić moją jamę i macałem jej ściany, chcąc znaleść wyjście z tej dziury, w którą wpadłem tak bardzo w porę.

Była to, jak już wspomniałem, jama z mocno stromemi ścianami i równem dnem, mającem około trzydziestu stóp przestrzeni. Dno było zarzucone wielkimi strzępami mięsa, w przeważnej części, będącego już w stanie zgnilizny. Powietrze było tam zabójcze i obrzydliwe.

Depcąc i potykaj się na zgniliźnie, uderzyłem nagle o coś twardego, o gruby słup, stojący mocno na samym środku jamy. Słup był tak wysoki, że nie mogłem dosięgnąć ręką jego wierzchołka, a czynił takie wrażenie jakby był pokryty tłuszczem.

Przypomniałem sobie, że mam w kieszeni pudełko woskowych zapałek. Zapaliłem jednę i przy jej świetle obejrzałem dokładnie miejsce, do którego wpadłem.

The Lost World by Harry Rountree 33

Dno zarzucone było wielkimi strzępami mięsa.

Nie było żadnej wątpliwości, ze jest to pułapka, dzieło rąk ludzkich. Słup na środku, wysoki około dziewięciu stóp, zaostrzony był na wierzchołku i czarny od zakrzepłej krwi zwierząt, które spadając, nadziały się na niego. Szczątki porozrzucane naokoło, były kawałami ciała ofiar, pozdejmowanym ze słupa, dla zrobienia na nim miejsca dla następnych ofiar. Przypomniało mi się twierdzenie Challengera, że na tem płaskowzgórzu nie może być ludzi, bo nie mając broni, nie mogliby się obronić od potworów tam żyjących. Ale teraz okazało się, że jest to jednak możliwe. Ludzie mieszkający w jaskiniach z ciasnymi otworami, że ludzie, ktobądź oni są, znaleźli dla siebie schronienie, do którego nie mogły się wedrzeć olbrzymie gady. Ludzie ci mieli o tyle rozwiniętą inteligencję, że potrafili urządzać pułapki, nakryte gałęziami, na szlakach, którymi zwykły chodzić zwierzęta i zabijać je pomimo wielkiego ich wzrostu i siły. Człowiek i tu nawet, pozostał panem.

Nietrudno było dla zręcznego człowieka wydźwignąć się po stromych ścianach na brzeg jamy; ale wahałem się długo, zanim odważyłem się na wyjście, tam gdzie mogłem się spotkać z okropnem zwierzęciem, które omal, że mnie nie rozszarpało.

A może ten potwór czatuje gdzie w pobliżu? Zebrałem się jednak na odwagę, wspomniawszy rozmowę Challengera z profesorem Summerlee o zwyczajach tych olbrzymich zwierząt. Oba zgadzali się na jedno, że to są potwory bezmózgie, że w małych ich czaszkach nie ma miejsca na władze umysłowe i, że jeżeli znikły z powierzchni ziemi, to głównie skutkiem swej głupoty, która uniemożliwiła im, przystosowanie się do zmienionych warunków.

Gdyby to zwierzę czatowało na mnie, byłoby to dowodem, że rozumie co mi się zdarzyło i jest zdolne z tego wypadku wyciągnąć jakiś wniosek. Lecz prawdopodobniejsze było przypuszczenie, że takie stworzenie bezmózgie, działające tylko instynktownie, zaniecha łowów po mojem zniknięciu i po pierwszej chwili zdumienia odejdzie szukać innej zdobyczy.

Wygramoliłem się na brzeg jamy i wyjrzałem. Gwiazdy bladły, niebo bielało, zimny wiatr powiewał. Wyszedłem powoli na ziemię i usiadłem na chwilę, gotów rzucić się napowrót do jamy na wypadek niebezpieczeństwa. Ale uspokojony zupełną ciszą i rozjaśniającym się dniem, zebrałem się na odwagę i skręciłem na szlak, którym przyszedłem.

Niedaleko znalazłem porzuconą strzelbę, podniosłem" ją i doszedłem do strumienia, który był moim przewodnikiem. Podążałem spiesznie do obozu, oglądając się ciągle z trwogą za siebie.

I nagle, w ciszy jasnego, spokojnego poranku usłyszałem w oddaleniu, donośny, jedyny strzał karabinowy.

Stanąłem i słuchałem, lecz nic już nie przerywało ciszy.

Przeraziła mnie myśl, że moim towarzyszom grozi jakieś nieprzewidziane niebezpieczeństwo, lecz wnet przyszła mi myśl inna, uspakajające przypuszczenie.

Było już zupełnie widno. W obozie spostrzeżono pewnie moją nieobecność. Towarzysze wyobrazili sobie, że zabłąkałem się w lesie i wystrzelili, chcąc mi ułatwić znalezienie drogi. Prawda, że strzelanie było zabronione, lecz jeżeli przypuszczali, że jestem w niebezpieczeństwie, nie mogli się wahać. Należało mi więc pośpieszać jak najprędzej, by ich uspokoić.

Byłem jednak tak zmęczony i potłuczony, że nie mogłem iść tak śpiesznie jak pragnąłem. Minąłem bagno pterodaktylów, doszedłem do polanki iguanodonów; od fortu Challengera oddzielało mnie już tylko wązkie pasmo lasu. Wydałem głośny okrzyk powitalny, lecz nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Serce mi zamarło z przerażenia... Zacząłem biedz...

„Zeriba“ była nienaruszona, ale brama stała otworem.

Wpadłem do środka...

W zimnem świetle poranka, ujrzałem straszny widok.

Nasze rzeczy leżały porozrzucane w nieładzie, towarzysze moi znikli, a tuż przy tlących się resztkach ogniska, stała wielka kałuża krwi...

Byłem tak ogłuszony tym nagłym ciosem, że na chwilę musiałem stracić przytomność...

Przypominam sobie jak przez sen, że biegałem naokoło obozowiska, wołając z rozpaczą moich towarzyszów, lecz w gęstwinie nikt się nie odzywał...

The Lost World by Harry Rountree 34

Ujrzałem straszny widok...

Okropna myśl, że może nigdy ich już nie zobaczę, że może zostanę na zawsze w tem strasznem miejscu samotny, opuszczony, pozbawiony możności powrotu do świata, że może przyjdzie mi spędzić resztę życia i umrzeć w tej upiornej krainie, doprowadzała mnie do szału rozpaczy. Rwałem sobie włosy i biłem głową o poblizkie drzewa...

I dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo liczyłem na opiekę moich towarzyszy; jak bardzo polegałem na pogodnej zarozumiałości Challengera i na niezachwianej, spokojnej odwadze lorda Roxtona. Bez nich czułem się jak dziecko pozostawione w ciemnościach, bezradne i bezsilne. Nie wiedziałem, w którą stronę się zwrócić i co na razie czynić.

Po pierwszej chwili zupełnego osłupienia, oprzytomniałem, siląc się zebrać myśli i odgadnąć jakie nagłe nieszczęście spotkało moich towarzyszów. Nieład w obozowisku był dowodem, Ze nastąpił tam napad, a strzał, który słyszałem, wskazywał porę, w której się to stało, że zaś tylko jeden padł strzał, dowód, że wszystko musiało się odbyć bardzo prędko. Sztucery leżały na ziemi, w jednym z nich, w sztucerze lorda Roxtona, brakowało jednego naboju. Rozrzucone przy ognisku koce obu profesorów, nasuwały przypuszczenie, że spali w chwili napadu. Skrzynki z nabojami i zapasami leżały porozrzucane bezładnie, pospołu z nieszczęsnymi aparatami fotograficznymi i paczkami klisz, ale nie brakowało w nich nic. Lecz wszystkie zapasy wyjęte ze skrzynek, a było tego sporo, znikły. Więc napastnikami musiały być chyba zwierzęta, nie dzicy ludzie, bo ludzie zabraliby wszystko.

Jeżeli zaś były to zwierzęta, lub jedno tylko groźne zwierzę, to co się stało z moimi towarzyszami?

Drapieżny zwierz byłby ich pożarł i pozostawił jakieś szczątki. Prawda, że na ziemi stała wstrętna kałuża krwi, świadcząca o walce. Potwór taki jak ten, który ścigał mnie w nocy, uniósłby swą ofiarę jak kot unosi mysz. W takim razie, pozostali ścigaliby napastnika, a gdyby go ścigali, zabraliby z sobą karabiny...

Im dłużej nad tem rozmyślałem, wysilając cierpiący i znużony mózg, tem mniej rozumiałem tę zagadkę i nie mogłem wpaść na żadne prawdopodobne przypuszczenie, któreby ją wyjaśniło.

Biegając jak oszalały po lesie, zabłądziłem i dopiero po całej godzinie daremnej włóczęgi, udało mi się odnaleźć drogę do obozowiska. I wtedy błysnęła mi myśl pocieszająca. Nie byłem zupełnie osamotnionym, bo tam na dole u podnóża skał, czekał na rozkazy nasz wierny Zambo!

Pobiegłem na krawędź nad przepaścią i wyjrzałem na dół.

Zambo siedział w kucki przed ogniem, poobwijany w koce, lecz z wielkiem zdumieniem, ujrzałem siedzącego przy nim drugiego człowieka. Serce uderzyło mi radośnie na myśl, że to może jeden z moich towarzyszy, któremu udało się spuścić na dół. Lecz drugi rzut oka rozwiał moje nadzieje. Wschodzące słońce oświeciło czerwonę skórę siedzącego. Poznałem, że był to indjanin.

Zacząłem nawoływać i powiewać chustką. Zambo natychmiast podniósł głowę, skinął ręką i poszedł wspinać się na skalistą piramidę. Niezadługo stanął już na wprost mnie i z głębokiem zajęciem, wysłuchał mego opowiadanie.

— Niezawodnie djabeł ich porwał, massa Malonne! — zawołał. — Dostaliście się do djabelskiego kraju, panie, i djabeł was wszystkich pozabiera... Posłuchaj mnie, massa Malone, schodź jak najprędzej na dół, bo djabeł i ciebie pochwyci.

— A jakże dostanę się na dół, Zambo?

— Nazbieraj łodyg pnących roślin z drzew, massa Malone. Przerzuć je tu do mnie. Przymocuję je do pnia i będziesz miał gotowy most do przejścia.

— Myśleliśmy już o tem. Ale niema tu takich pnączów z łodygami.

— To poślij po liny, massa Malone!

— A kogoż poślę i dokąd?

— Poślij do indyjskich wiosek, massa Malone! Indjanie mają liny plecione ze skóry. Indjanin siedzi tu na dole. Poślij jego.

— Któż on jest?

— Jeden z naszych indjan. Tamci go zbili i odebrali pieniądze. Wrócił do nas. Gotów jest zabrać listy, przynieść listy i zrobić wszystko co zechcesz...

Zabrać listy? Czemużby nie! Może nawet sprowadzi nam powróz; a w najgorszym razie odda tę usługę, że nasze życie nie zmarnuje się bezowocnie, że wiadomość o tem cośmy uczynili dla nauki, dojdzie do naszych przyjaciół w kraju!

Miałem dwa gotowe listy. Postanowiłem poświęcić dzień na napisanie trzeciego, który poniesie wiadomości o naszych ostatnich przygodach. Indjanin zabierze te listy w świat... Rozkazałem Zambie by wrócił wieczorem i spędziłem samotny cały straszny dzień na opisywaniu przygód minionej nocy. Napisałem prócz tego list, który poleciłem oddać pierwszemu białemu człowiekowi, kupcowi lub kapitanowi pierwszej łodzi, jakiego indjanin spotka, a w liście tym błagałem o przysłanie nam lin, od czego zależy nasze ocalenie.

Listy przerzuciłem wieczorem do Zamba, wraz z sakiewką, zawierającą trzy suwereny, przeznaczone dla indjanina i obietnicę, że otrzyma dwa razy tyle, jeżeli przyniesie liny.

Teraz zrozumiesz, kochany panie Mac Ardle, jaką drogą otrzymałeś te wiadomości i dowiesz się w jakiem jesteśmy położeniu; jeżeli nie otrzymasz już więcej wiadomości od swego nieszczęsnego korespondenta.

Jestem dziś zanadto zmęczony i przybity, żeby układać jakiekolwiek plany nadal. Jutro obmyślę jak utrzymać łączność z obozowiskiem, a jednocześnie będę szukał moich nieszczęsnych towarzyszy.



XIII.
„Widok którego nigdy nie zapomnę.“

Kiedy słońce zachodziło i zapadała smutna noc, ujrzałem na rozległej równinie postać odchodzącego indjanina i długo goniłem go wzrokiem jako jedyną naszą nadzieję, dopóki nie zniknął we mgle wieczornej, która podnosiła się zabarwiona różowo od zachodzącego słońca, pomiędzy skalistem płaskowzgórzem a widniejącą z daleka rzeką.

Było już zupełnie ciemno gdy wróciłem do naszego rozproszonego obozowiska. Ostatnim obrazem jaki widziałem przed odejściem, był blask ogniska, palonego przez Zambo; jedyny świetlany punkt w mrokach rozległej równiny, tak jak jego wierna dusza była jedynem światłem dla mojej duszy, pogrążonej w cieniu.

Ale czułem się już spokojniejszym, bo pocieszała mnie myśl, że przynajmniej świat dowie się o naszych czynach i że nazwiska nasze nie zginą razem z nami, lecz przejdą do potomności wraz z naszemi odkryciami.

Straszno było spać w tern złowrogie m obozowisku, ale gorzej jeszcze było nocować w dżungli. Musiałem jednak zdecydować się na jedno z dwojga. Ostrożność nakazywała czuwać, lecz wyczerpane ciało domagało się spoczynku.

Wspiąłem się na najwyższą gałęź drzewa „guigko“, ale nie było to bezpieczne siedzenie i niezawodnie spadłbym na ziemię i skręcił kark, gdybym tylko się zdrzemnął. Zeszedłem więc na dół i po ostatecznem rozważeniu miejscowych warunków, pozatykałem wejścia do zeriby, rozpaliłem trzy ogniska ułożone w trójkąt i zjadłszy porządną wieczerzę, zapadłem w głęboki sen, po którym nastąpiło rozkoszne przebudzenie. Bo wczesnym rankiem, o samym świcie, ktoś położył rękę na mojem ramieniu, a gdym się zerwał sięgając po karabin, krzyknąłem z radości, ujrzawszy w szarym świetle brzasku, lorda Roxtona, klęczącego przy mnie!

On to był — i nie on.

Znałem go jako spokojnego w obejściu człowieka, poprawnych form, schludnego w ubraniu. A teraz klęczał przede mną blady, z dzikim wzrokiem, zadyszany jakby biegł szybko i długo. Szczupła jego twarz była podrapana i skrwawiona, podarte ubranie wisiało w strzępach, na głowie nie miał kapelusza. Wpatrywałem się w niego ze zdumieniem, ale nie dał mi czasu na pytania. Zbierał gorączkowo zapasy i naboje, a przytem mówił bez przerwy: „Śpiesz się, chłopcze! śpiesz! — wołał. — Każda chwila jest droga. Bierz dwa karabiny. Ja mam także dwa. Zabieraj ładunków ile zmieścisz, pełne kieszenie, i żywność także! Sześć puszek wystarczy. To już wszystko! Nie trać czasu na rozmyślanie i rozmowę. Lećmy jak najprędzej, albo zginiemy!“

Zaledwie nawpół rozbudzony, choć nie rozumiałem co to wszystko znaczy, biegłem już za lordem Roxtonem przez gęstwinę leśną, trzymając pod każdą pachą po jednym karabinie, a w rękach puszki z żywnością.

Lord Roxton przedzierał się przez najgęstsze zarośla, aż dotarliśmy do nieprzebytej gęstwiny kolczastych krzewów, w które się zaszył, nie uważając na kolce. Rzucił się na ziemię i pociągnął mnie za sobą.

— Nareszcie — szepnął zadyszany. — Myślę, że tu jesteśmy bezpieczni... Pójdą najniezawodniej do obozowiska... To będzie ich pierwszą myślą, ale się zadziwią!

— Co to znaczy? — wybąkałem, schwytawszy oddech. — Gdzie profesorowie? Kto nas ściga?

— Małpo-ludzie! — szepnął, — Co za dzicz, słowo daję! Mów cicho, bo oni mają długie uszy, i bystre oczy, ale o ile mogłem poznać, słabe powonienie, więc nas tu nie zwietrzą. Gdzieś ty chodził, chłopcze? Twoje szczęście, że cię nie było...

Opowiedziałem szeptem w krótkości, gdzie byłem i co widziałem w nocy.

— Źle! — powiedział — dowiedziawszy się o dinosaurze i moim upadku do jamy. Nie bardzo odpowiednie miejsce do wypoczynku, co? Ale nie miałem nawet pojęcia o tem co nas tu może spotkać, dopóki nas te poczwary nie porwały. Byłem już raz w rękach papuasów ludożerców, ale to są wykwintni panowie w porównaniu z tą tłuszczą!

— Jak się to stało? — spytałem.

— Wczesnym rankiem, o świcie; nasi uczeni zaczynali właśnie wstawać. Nie zdążyli jeszcze rozpocząć dysputy, aż tu nagle, spadła na nas chmara małp. Sypały się z drzewa jak jabłka. Musiały się tam zebrać nocą, bo na tem wielkiem drzewie nad nami, aż gęsto było od nich. Zdążyłem nawet przestrzelić jedną, ale zanim zrozumieliśmy co się dzieje, już nam wsiadły na karki. Mówię, że to małpy, ale trzymały w rękach kije i kamienie; bełkotały coś do nas i powiązały nam ręce łodygami pnączów, a więc górują zmyślnością nad wszystkiemi zwierzętami jakie mi się zdarzyło widzieć we wszystkich częściach świata. Małpo-ludzie, nic innego! Brakujące dotąd ogniwo w teorji Darwina! Bodajby go było brakowało na zawsze! Odnieśli na bok rannego towarzysza, a potem obsiedli nas kołem. W ich dzikich twarzach malowało się zimne okrucieństwo. Wzrostu takiego jak ludzie, ale silniejsi. Oczy mają dziwne, szklane, szare, pod kępami rudych brwi. Kiedy tak zasiedli naokoło nas i bezustannie bełkotali, nawet Challenger, choć nie tchórz, przeląkł się. Usiłował dźwignąć się na nogi i zaczął wrzeszczeć ażeby dali spokój i puścili nas wolno. Przypuszczam, że stracił głowę skutkiem tej nieprzewidzianej przygody, bo miotał się i klął jak warjat.

— A oni? Cóż oni na to? — szepnąłem, ściskając w ręku karabin.

The Lost World by Harry Rountree 35

...I położył mu łapę na ramieniu.

— Myślałem, że już będzie koniec z nami, kiedy zaszło coś nowego. Małpo-ludzie, jak mówię, bełkotali bezustanku, a jeden z nich stanął obok Challengera. Będziesz się śmiał, chłopcze, ale daję ci słowo, że wyglądali jak bracia! Nie uwierzyłbym gdybym na to nie patrzał własnemi oczyma... Ten stary małpo-człek, wódz gromady, jest wierną kopją Challengera, tylko zabarwioną na rudo; podobny jak dwie krople wody do niego, ale jeszcze ładniejszy. Taki sam krótki tułów, szerokie barki, wypukła klatka piersiowa, szyi ani śladu, szorstka, najeżona broda lecz ruda, krzaczaste brwi także rude. Kiedy stanął obok Challengera i położył mu łapę na ramieniu, widok mieliśmy nieporównany! Summerlee zdenerwowany trochę, śmiał się do łez... I małpo-ludzie śmieli się także, a raczej wydawali jakieś dziwne rechotanie, potem wzięli wkrótce nas i ponieśli w głąb lasu. Nie tknęli naszych karabinów ani rzeczy, uważali je pewnie za coś niebezpiecznego, ale porwali wszystkie rozpakowane zapasy żywności. Summerlee i ja ucierpieliśmy srodze w tej podróży, na mojej skórze i ubraniu zostały tego ślady, bo poczwary darły się prosto przez gęstwinę, gdyż skórę mają grubą jak surowiec. Tylko Challengerowi lepiej się działo; czterech małpo-ludzi niosło go na ramionach, jak rzymskiego imperatora. Co to?!

Niedaleko słychać było klekotanie, podobne do kastanietów.

— Idą! — szepnął mój towarzysz, wsuwając naboje do swego karabina. — Nabij swoją broń, chłopcze, bo nie damy im się wziąć żywcem! Nie myśl nawet o tem! Takie odgłosy dają kiedy są zaniepokojeni... Na świętego Jerzego! Mają widać jakiś powód do wzruszenia... Słyszysz ich?...

— Bardzo daleko...

— Pewnie rozeszli się po całym lesie i szukają mnie. Skończę tymczasem moje opowiadanie... Zanieśli nas do swojej siedziby, jakieś tysiąc szałasów z gałęzi i liści pomiędzy drzewami, nad samym brzegiem skały, ze trzy, cztery mile stąd. Te brudasy obmacywali mnie całego i mam teraz uczucie, że nie domyję się nigdy.... Potem powiązali nas, a umieją wiązać jak nasi majtkowie! I tak leżeliśmy wyciągnięci pod drzewem, pod strażą ogromnej poczwary z pałką w ręku, profesor Summerlee i ja. Bo Challenger siedział na drzewie i zajadał ananasy jak król. Muszę dodać, że udało mu się dać i nam owoców i własnemi rękoma porozluźniać nasze więzy. Gdybyś go widział siedzącego obok jego sobowtóra, jak z nim bełkotał i śpiewał potężnym basem angielskie pieśni, bo śpiew rozczula te poczwary, byłbyś się uśmiał. Ale nam nie było do śmiechu, jak łatwo się domyśleć. Te straszydła pozwalały Challengerowi robić co zechce, ale trzymały go zdaleka od nas. Jedyną naszą pociechą była myśl, że przynajmniej ty, chłopcze, ocalałeś, i że masz przy sobie papiery... A teraz powiem ci coś, co cię zadziwi. Mówisz, że znalazłeś ślady ludzi, ich ognie, pułapki przez nich urządzone i t. p. I my ich też widzieliśmy, tych krajowców. Biedaki zgnębieni, małego wzrostu i nie można się ich zgnębieniu dziwić. Zdaje się, że ludzie zamieszkują jedną połowę płaskowzgórza, w tamtej stronie, gdzie widziałeś ową jaskinię, a małpoludzie tę połowę gdzie my jesteśmy, i że jedni z drugiemi ciągle toczą wojnę. Tak mi się to przynajmniej przedstawiło. Otóż wczoraj małpoludzie schwytali kilkunastu ludzi i przywiedli ich jako jeńców. Nie słyszałeś nigdy pewnie w życiu podobnej wrzawy i krzyków. Ci ludzie, czerwonoskórzy, bici i szarpani, ledwie trzymali się na nogach. Dwóch z nich małpoludzie okrutnie zamordowali w naszych oczach. Lecz dzielne człowieczki trzymali się mężnie, raz tylko jeden jęknął... Ten widok przejął nas zgrozą. Summerlee zemdlał i nawet Challenger nie mógł nad sobą zapanować. Zdaje się, że teraz chyba poszli w inną stronę?...

Słuchaliśmy z natężeniem, lecz głębokiej ciszy leśnej nie mąciło nic, oprócz świergotu ptaszków. Lord John, kończył opowiadanie.

The Lost World by Harry Rountree 36

Strącali jednego jeńca za drugim.

— Myślę, że to ocaliło ci życie, chłopcze. Bo schwytanie indjan, wybiło tym straszydłom z głowy myśl o tobie: gdyby nie to, byliby po ciebie wrócili do obozowiska i schwytali cię tam niezawodnie. Miałeś słuszność mówiąc, że nas ktoś śledzi z drzewa; wiedzieli oni dobrze, że jednego brakuje, ale że zajęli się nową zdobyczą, mogłem ja wpaść dziś rano po ciebie, zamiast małpoludzi... Widzieliśmy straszne rzeczy. Daję słowo! Wszystko to wydaje mi się okropną senną zmorą! Czy przypominasz sobie tę kępę bambusów u podnóża skał, gdzie znaleźliśmy szkielet amerykanina? Miejsce to jest pod samą osadą małpoludzi i stamtąd strącają oni swoich jeńców. Muszą tam być stosy szkieletów, gdyby poszukać w gęstwinie. Strącali w naszych oczach jednego jeńca po drugim, a zabawa polegała na tem, czy strącony rozbije się na miazgę, czy też nadzieje się na ostre wierzchołki bambusów. Powlekli nas na to widowisko, a cała ich gromada ustawiła się na krawędzi skały. Czterech indjan nadziało się na bambusy, jak na druty od pończochy. Widok był okropny dla nas, patrzących z tą myślą, że zaraz przyjdzie na nas kolej. Ale nie przyszła. Sześciu indjan zachowali sobie na dzisiejsze igrzyska, o ile mogłem wyrozumieć, nam przeznaczono główne role. Challenger może się wywinie, lecz Summerlee i ja jesteśmy skazani. Małpoludzie porozumiewają się przeważnie znakami i dlatego dużo można zrozumieć. Powiedziałem sobie, że czas popsuć im szyki. Ułożyłem potrochu cały plan, którego wykonanie na mnie jednego spadło, bo Summerlee jest do niczego, a Challenger też nie zda się na wiele. Jak tylko zetknęli się ze sobą, pokłócili się zaraz bo nie mogli się zgodzić na naukową nazwę tych rudych potworów, którzy nas schwytali. Jeden dowodził, że to rodzaj „dryopithecus“ z Jawy, drugi zaś, że to „pithecanthropos“. Szaleńcy! mówię ci... Lecz ja wymiarkowałem, co nam może pomódz. Najpierw to, że te poczwary nie mogą biegać po ziemi tak prędko jak ludzie, bo mają krótkie, krzywe nogi i ciężki tułów. Nawet Challenger wyścignąłby ich bez trudności, a ja i ty w porównaniu z nimi, jesteśmy szybkobiegacze... Podrugie zaś nie znają wcale broni palnej. Pewnie nie mogą zrozumieć, skąd się wzięła rana ich towarzysza, którego przestrzeliłem. Byleby się dobrać do naszych karabinów, łatwo sobie wyobrazić, czegoby można dokonać! Wstałem więc przed świtem i kopnąłem z nienacka a tak skutecznie naszego strażnika, że rozciągnął się jak długi i przybiegłem do obozu. Zastałem tam ciebie, a dalej wiesz już wszystko...

— Ale profesorowie?! — zawołałem z rozpaczą.

— Musimy wrócić po nich. Nie mogłem ich ze sobą zabrać. Challenger siedział na drzewie a Summerlee nie jest zdolny do żadnego wysiłku. Jedyny sposób zabrać karabiny i wrócić z odsieczą. Mogą wprawdzie pomścić się na nich natychmiast. Myślę, że Challengera nie tkną, ale nie ręczę, za profesora Summerlee. Lecz i tak w każdym razie, nie darowaliby mu niezawodnie. Więc moja ucieczka nie pogorszyła w niczem położenia.

— Honor nakazuje — mówił lord Roxton, po chwili milczenia — iść im na pomoc i albo ich uwolnić, albo los ich podzielić... Zbierz więc odwagę, chłopcze, bo tak czy owak, dziś przed wieczorem będzie koniec wszystkiemu. Starałem się naśladować swobodę i spokój lorda Johna, jego krótkie oderwane zdania, jego żartobliwy ton. Był on stworzony na wodza. W miarę wzrastającego niebezpieczeństwa słowa jego padały ostro, zimne oczy nabierały blasku, donkiszotowskie wąsiki i bródka jeżyły się od radosnego podniecenia. Jego zamiłowanie w niebezpieczeństwach, jego silne przekonanie, że niebezpieczeństwo jest rodzajem sportu, walki toczonej między przeznaczeniem i śmiercią, czyniły go nieocenionym wodzem w podobnych chwilach. I gdyby nie obawa o los towarzyszów, odczuwałbym żywą radość, że idę na walkę, pod rozkazami takiego człowieka.

Podnosiliśmy się już w naszej kryjówce wśród zarośli, gdy lord John pochwycił mnie za ramię.

— Na świętego Jerzego! — szepnął. — Idą!...

Z kryjówki mogliśmy widzieć sklepienie lasu, podszyte zielenią, rozpiętą na pniach i gałęziach. Tamtędy szła gromada małpo-ludzi. Szli pojedyńczo, zgarbieni, z przygiętemi nogami, dotykając rękoma ziemi i zwracając głowy na prawo i na lewo. Pomimo zgarbienia, można było sądzić, iż wzrost ich nie przenosi pięciu stóp, że tułów mają wielki a ręce bardzo długie. Niektórzy trzymali w ręku pałki. Przez chwilę widziałem ich bardzo wyraźnie. Potem znikli w gęstwinie.

— Jeszcze nie teraz — szepnął lord John, trzymając karabin. Najlepiej czekać spokojnie, aż zaniechają poszukiwań. Wtedy sprobujemy wrócić do ich osady i ugodzić ich w najsłabsze miejsce. Przeczekamy jeszcze z godzinę, a potem pójdziemy.

Zapełniliśmy sobie czas zjedzeniem śniadania z otwartej puszki. Mój towarzysz od wczoraj nie jadł nic prócz owoców, więc teraz zajadał, jak człowiek zagłodzony. Skończywszy jeść, wypchaliśmy kieszenie ładunkami i wyruszyliśmy na odsiecz. Lecz przed odejściem, naznaczyliśmy starannie kryjówkę w gęstwinie i jej położenie do fortu Challengera, ażeby trafić do niej w razie potrzeby.

Przesuwając się chyłkiem między drzewami, doszliśmy do samej krawędzi płaskowzgórza, na miejsce pierwszego obozowiska. Tam zatrzymaliśmy się, a lord Roxton objaśnił mi swoje zamiary.

— Dopóki jesteśmy wśród gęstwiny leśnej, te poczwary mają na nami przewagę — mówił. — One nas widzą, a my ich nie możemy widzieć. Ale na miejscach odkrytych, zmienia się położenie. Tam my ruszamy się żwawiej niż oni. Musimy więc, o ile możności, trzymać się otwartych przestrzeni. Na krawędzi płaskowzgórza mniej dużych drzew niż w głębi, więc tą drogą musimy się posuwać. Idź powoli, patrz bacznie przed siebie, trzymaj sztucer w pogotowiu, a nadewszystko, nie daj się wziąć żywcem, dopóki masz choć jeden nabój w lufie! Oto jest moja rada, chłopcze!

Kiedyśmy doszli na samą krawędź skał i wyjrzawszy na dół, zobaczyliśmy naszego poczciwego Zamba, który siedział u podnóża skały, miałem wielką chęć zawołać na niego i opowiedzieć co się z nami dzieje, lecz było to niebezpiecznie, bo małpoludzie mogliby nas usłyszeć. Lasy naokoło były ich pełne i co chwila dochodziły nas ich dziwne, bełkocące głosy. Za każdym razem, gdyśmy je słyszeli, rzucaliśmy się między gęste krzaki i leżeliśmy tam cicho, póki głosy nie ucichły. Skutkiem tego posuwaliśmy się bardzo powoli i dopiero po dwóch godzinach pochodu, z coraz ostrożniejszych poruczeń lorda Johna wywnioskowałem, że zbliżamy się do celu. Nagle dał mi znak bym się położył i leżał cicho, sam zaś popełzał dalej. Wrócił za minutę, a twarz jego drgała od wzruszenia.

— Chodź! — szepnął. — Prędko! Błagam Boga, byśmy nie przyszli zapóźno!

Przeszło mnie nerwowe drżenie gdy czołgając się za lordem Johnem, ległem wreszcie obok niego i wyjrzałem z gęstwiny na otwartą polankę...

Ujrzałem tam widok, którego nie zapomnę do chwili zgonu, widok tak dziwny, tak nieprawdopodobny, że sam nie wiem jak go opisać. Za lat kilka, jeżeli żyć będę, siedząc na sofie w klubie i patrząc na Tamizę, czy zdołam uwierzyć, ze widziałem to wszystko rzeczywiście, na jawie, nie w gorączkowem majaczeniu? Ale przynajmniej jeden człowiek, ten, który leżał obok mnie na wilgotnej trawie, będzie mógł potwierdzić, że nie kłamię...

Przed nami rozciągała się rozległa polanka, mająca kilkaset kroków przestrzeni, porosła trawą i kępami nizkiej paproci, a sięgająca do samej krawędzi płaskowzgórza. Naokoło polanki, rosły półkolem drzewa, na których wisiały dziwne szałasy, zbudowane z liści i umieszczone jedne nad drugimi na gałęziach, niby miejsce gdzie się gnieżdżą kruki, tylko, że tu zamiast gniazd, były szałasy. W otworach tych szałasów i na gałęziach drzew, roiły się gromady małpo-ludzi; sądząc ze wzrostu musiały to być samice i młode. Wszystkie wyglądały z niezmiernem zajęciem na to co się dzieje na dole.

Na polance, od strony krawędzi, zebrał się tłum wstrętnych, porosłych rudym włosem, małpoludzi, którzy byli olbrzymiego wzrostu, a wszyscy strasznej powierzchowności. Lecz panowała wśród nich pewna karność, bo żaden nie próbował nawet wysunąć się z szeregu. Przed nimi stała gromadka indjan, niewielkiego wzrostu, bardzo zgrabnej budowy, o skórze połyskującej jak bronz w świetle słońca. Obok indjan stał wysoki, biały człowiek, ze spuszczoną głową, z załamanemi rękoma, obraz zgnębienia i przerażenia. Niepodobna było niepoznać kościstej postaci profesora Summerlee.

Przed tą grupą jeńców i naokoło, stali małpoludzie na straży, dla uniemożliwienia ucieczki. A na prawo, w pewnej odległości od tamtych, na samej krawędzi skał, stały dwie dziwaczne postacie, które w innych okolicznościach wydałyby się nam niewymownie śmieszne.

Był to profesor Challenger. Resztki kurtki wisiały mu w strzępach na ramionach, koszulę miał zdartą, a czarne kudły brody mięszały się z morzem włosów, porastającym całe jego piersi. Nie miał kapelusza i włosy, wyrosłe podczas naszych wędrówek, spadały rozczochrane, w długich kędziorach. Jeden dzień wystarczył, by ten wyborowy okaz nowożytnej cywilizacji przybrał pozory zupełnego dzikusa z południowej Ameryki.

Przy nim stał jego władca, król małpo-ludzi. Miał słuszność lord John, że to wierny obraz naszego profesora, z tą różnicą, że zabarwiony rudo nie czarno. Takaż sama krępa, silna postać, długie ręce, najeżona broda, włochate ciało. Lecz od oczu kończyło się to podobieństwo, bo nad krzaczastemi rudemi brwiami małpo-człowieka, wznosiło się uciekające w tył czoło i płaska kształtu jajka czaszka, stanowiące zupełne przeciwieństwo z szerokiem czołem i wspaniałą czaszką europejczyka. Poza tem król był śmieszną kopją Challengera.

Lecz nie mieliśmy czasu myśleć nad tem bo dwóch małpo-ludzi pochwyciło na ręce jednego z Indjan i powlekło go na krawędź skalistą; król podniósł rękę. Na ten znak, małpoludzie schwycili indjanina za ręce i za nogi, rozbujali go trzykrotnie z niesłychaną siłą i wyrzucili w górę. Zrobili to z taką gwałtownością, że nieszczęśliwy zakreślił wielki łuk w powietrzu, zanim zaczął spadać na dół. Gdy znikł za skałą, cały tłum, oprócz strażników czuwających nad więźniami, rzucił się na samą krawędź przepaści i patrzył w otchłań w głębokiem milczeniu, a potem wybuchnął strasznym, radosnym wrzaskiem. Wszyscy skakali, wywijając długiemi, brunatnemi rękoma, wyjąc z uciechy, poczem cofnęli się w głąb, ustawili rzędem i czekali na nowego skazańca.

Tym razem ofiarą miał być Summerlee. Dwaj małpo-ludzie porwali go za ręce i brutalnie popchnęli naprzód. Szczupłe ciało, długie ręce i nogi profesora stawiały opór trzepocąc się jak kurczę, wyciągane z kojca.

Challenger zwrócił się do króla, wymachując zajadle rękoma. Widoczne było, że prosi, zaklina, błaga o litość nad towarzyszem. Ale małpo-człek odepchnął go, potrząsając gniewnie głową. To było jego zgubą.

Zagrzechotał sztucer lorda Roxtona i król runął na ziemię; włochata, drgająca, skrwawiona masa.

— Strzelaj w tłum! Strzelaj, synku, strzelaj! — krzyczał mój towarzysz.

W duszy każdego człowieka, są tajemnicze głębie. Jestem z natury uczuciowy i nieraz, słysząc krzyk postrzelonego zająca, miałem pełne łez oczy.

A jednak teraz obudziła się we mnie żądza krwi! Zerwałem się z ziemi i kładłem nabój za nabojem, opróżniałem jeden magazyn za drugim, i strzelałem bez przerwy; strzelałem zapamiętale, z rozkoszą, krzycząc z niepohamowanej radości!

Nasze cztery karabiny sprawili rzeź straszliwą. Padli strażnicy trzymający profesora Summerlee, a on sam stał, chwiejąc się jak pijany, odurzony, nie rozumiejąc, że jest wolny.

Tłum małpo-ludzi biegał w dzikim popłochu, nie mogąc pojąć skąd pochodzi ten śmiertelny huragan. Biegali, wywijali rękoma, wrzeszczeli, potykając się na tych którzy padli.

I nagle, jak na dany znak, rzucili się z wyciem ku drzewu, szukając tam osłony, pozostawiwszy polankę zasłaną ciałami zabitych i rannymi. Więźniowie zostali sami na środku polanki.

The Lost World by Harry Rountree 37

Pochwycił w pół oszołomionego towarzysza.

Szybko orjentujący się Challenger, zrozumiał w lot położenie. Pochwycił w pół oszołomionego towarzysza i zaczął z nim uciekać w naszą stronę. Dwaj małpo-ludzie puścili się za zbiegami, lecz padli obaj przeszyci kulami lorda Johna. Wybiegliśmy na polankę naprzeciw uciekających i wetknęliśmy im karabiny do ręki. Ale Summerlee był już zupełnie wyczerpany z sił. Zaledwie mógł dreptać drobnymi krokami, a tymczasem małpo-ludzie ochłonęli z pierwszego przerażenia. Biegli już przez las, chcąc nam odciąć odwrót. Challenger i ja wlekliśmy profesora Summerlee, trzymając go pod ręce, a lord John osłaniał nasz odwrót i strzelał ilekroć jaka głowa wysunęła się z parskaniem z gęstwiny. Przez jakieś dwie mile ścigały nas jeszcze te potwory. Lecz stopniowo pogoń słabła, bo małpo-ludzie widocznie zrozumieli naszą siłę i lękali się wystawiać na celne pociski naszych karabinów. Kiedyśmy wreszcie dobiegli do obozowiska, byliśmy już sami.

Tak nam się przynajmniej zdawało, ale byliśmy w błędzie. Bo zaledwie zapuściliśmy cierniste wrota naszej „zeriby“, uścisnęli sobie ręce i padli zdyszani na ziemię przy źródle, usłyszeliśmy tupot nóg i łagodne, żałosne głosy za ogrodzeniem.

The Lost World by Harry Rountree 38

Objął rękoma nogi lorda Roxtona.

Lord John poskoczył ze sztucerem w ręku i odsunął zaporę. Rozciągnięte na ziemi, leżały przed nim, drobne czerwonoskóre postacie ocalonych indjan, drżących ze strachu i błagających o opiekę. Jeden z nich, wymownymi ruchami rąk wskazywał na okoliczne lasy, dając znaki, że tam jest niebezpieczeństwo... A potem skoczył, objął rękami nogi lorda Roxtona i przytulił się do nich twarzą.

— Na świętego Jerzego! — wykrzyknął członek izby parów, szarpiąc z niepokojem wąsy. — Pytam się, co u licha zrobimy z tymi ludźmi? Wstań no! chłopaczku, wstań! Zdejm twarz z moich butów!

Summerlee usiadł i nakładał ulubioną fajeczkę.

— Powinniśmy ich ocalić — przemówił — tak jak wy nas wyrwaliście z samej paszczy śmierci... Słowo honoru daję! To był czyn niepospolity!

— Zdumiewający! — zawtórował mu Challenger. — Wspaniały! Nietylko my osobiście, lecz nauka europejska zaciągnęła względem was dług wdzięczności... Nie waham się stwierdzić, że zniknięcie profesora Summerlee i moje zrobiłoby niczem niezastąpioną szczerbę w nowożytnej zoologji... Nasz młody przyjaciel i ty, milordzie, spełniliście czyn wielkiej doniosłości.

Patrzał na nas, promieniejąc zwykłym ojcowskim uśmiechem, lecz europejska nauka, zdumiałaby się niezawodnie, gdyby mogła widzieć w tej chwili swego wybrańca, nadzieję przyszłości, z tą rozkudłaną głową, z obnażonym torsem i strzępami łachmanów zamiast ubrania. Challenger przytrzymując rękami puszkę konserw, trzymał w ręku kawał australskiej baraniny. Indjanin spojrzał na niego, a potem z trwożnym piskiem rzucił się na ziemię, tuląc głowę do nóg lorda Johna.

— Nie bój się, chłopczyku! — uspokajał go lord, głaszcząc po głowie. — Widzisz, profesorze, on się ciebie boi... I nie dziwię mu się, na świętego Jerzego! Nie bój się, chłopaczku! To człowiek taki sam jak my!

— Doprawdy, milordzie! — wykrzyknął oburzony Challenger.

— To twoje szczęście, profesorze, że się odrobinę różnisz od naszego typu. Gdyby nie podobieństwo do tego króla...

— Na moje słowo, milordzie, zawiele sobie pozwalasz.

— Ależ to fakt nie podlegający zaprzeczeniu.

— Proszę, milordzie, mówmy o czem innem! Pańskie uwagi są ubliżające i niepojęte. A teraz mamy do rozstrzygnięcia ważniejszą kwestię, co zrobić z tymi indjanami? Najlepiej byłoby odprowadzić ich do domu, gdybyśmy wiedzieli gdzie jest ich dom?

— To nie przedstawia żadnej trudności — odezwałem się. — Mieszkają oni w jaskiniach, na drugim brzegu jeziora.

— A więc nasz młody przyjaciel wie gdzie mieszkają? Zdaje się, że to trochę daleko.

— Około dwudziestu mil — objaśniłem.

Summerlee westchnął.

— Ja, tak daleko nie zajdę... Słychać już wyraźnie wycie tych potworów, które nas tropią.

I rzeczywiście, w ciemnych otchłaniach boru, rozlegały się wrzaski małpo-ludzi. Indjanie jęczeli z trwogi.

— Trzeba iść i to zaraz! — zawołał lord Roxton. Prowadź profesora Summerlee, synku. Indjanie poniosą nasze zapasy. A teraz ruszajmy, zanim nas spostrzegą.

Nim upłynęło pół godziny, doszliśmy już do naszej kryjówki w gęstwinie i zaszyli się w nią głęboko.

Cały dzień słyszeliśmy niespokojne nawoływania małpo-ludzi, w stronie naszego dawnego obozowiska, ale żaden z nich nie zwrócił się w stronę naszej kryjówki, więc znużeni zbiegowie, biali i czerwonoskórzy, mogli przespać się długo i spokojnie. Nad wieczorem zasnęłem i ja, kiedy mnie ktoś pociągnął za rękaw. Ocknąwszy się, zobaczyłem Challengera, klęczącego przy mnie.

— Spisujesz pan dziennik naszej podróży, z zamiarem wydrukowania go kiedyś, panie Malone? — spytał uroczyście.

— Jestem tu przecież w roli korespondenta — odrzekłem.

— Właśnie. Otóż niektóre uwagi lorda Roxtona... o... o pewnem podobieństwie.

— Słyszałem.

— Nie potrzebuję chyba mówić, że ogłoszenie tego rodzaju szczegółów, byłoby dla mnie zniewagą.

— Będę się trzymał ściśle prawdy...

— Lord Roxton nie rozumie, że oddawanie hołdu przez dzikich, jest rzeczą zwykłą u ras nierozwiniętych, względem osobników doskonalszych. Pan mnie rozumiesz?

— Doskonale.

— Pozostawiam więc to pańskiej dyskrecji...

A po namyśle dodał:

— Ten... ten małpoczłek był jednak niepospolity, wcale niepospolity... Nie powiem nawet, żeby był szpetny... Czy pan to zauważyłeś?

— Rzeczywiście był niepospolity — odparłem.

Profesor z widoczną ulgą, położył się na ziemi i zasnął.



XIV.
„To już są prawdziwe zdobycze.“

Myśleliśmy, że małpo-ludzie nie znają naszej kryjówki w gęstwinie. W lesie panowała cisza, ani jeden liść nie drgnął na drzewie, spokój panował naokoło; jednak nasze poprzednie doświadczenia powinny były nauczyć nas, jaką przebiegłość i wytrwałość mają te poczwary, gdy nas chcą śledzić.

Obudziliśmy się zupełnie wyczerpani z sił skutkiem przebytych wzruszeń i niedostatecznego pożywienia w przeddzień, Summerlee był tak osłabiony, że z wielkim zaledwie wysiłkiem, mógł się utrzymać na nogach; lecz staruszkowi nie brakowało pewnej zaciętości i odwagi, która nie przypuszcza myśli o porażce.

Odbyliśmy naradę i postanowiono przesiedzieć ze dwie godziny spokojnie na miejscu, zjeść śniadanie, którego tak bardzo nam potrzeba, a potem ruszyć w poprzek płaskowzgórza, naokoło jeziora, do jaskiń, w których zamieszkują indjanie. Osądziliśmy, że można polegać na tych, którym ocaliliśmy życie i liczyć na dobre przyjęcie ze strony ich współbraci.

Po spełnieniu naszego zadania, poznawszy już część tajemnic krainy Maple Whita, zwrócimy wszystkie siły na znalezienie sposobu wydostania się z płaskowzgórza i powrotu do Europy. Nawet Challenger przyznawał, że nasze zadanie będzie wtedy spełnione, a obowiązek nakazuje przekazać cywilizacji dokonane przez nas zdumiewające odkrycia.

Mogliśmy teraz dokładniej obejrzeć indjan przez nas ocalonych. Byli małego wzrostu, zwinni, ruchliwi, zgrabnej budowy; proste, czarne włosy nosili związane rzemykiem i spadające na kark; opaski na biodrach mieli także skórzane. Twarze ich bez zarostu, o rysach regularnych miały wyraz wesoły. Uszy porozdzierane i skrwawione, świadczyły, że w nich tkwiły przedtem jakieś ozdoby, wyrwane przez zwycięzców. Mowa, niezrozumiała dla nas, była dźwięczna: mówili dużo, a pokazując na siebie powtarzali wyraz „Akkala“ , zapewne nazwę ich szczepu. Wskazując z przerażeniem i nienawiścią na lasy, wygrażali pięściami i wołali: „Doda! Doda!“, co pewnie oznaczało ich wrogów, małpo-ludzi.

— Co pan o nich sądzi? — zapytał lord John Challengera. — Według mnie, nie ulega wątpliwości, że ten młody, z podgoloną głową, musi być ich wodzem.

Istotnie, człowiek ten trzymał się zawsze w pewnem oddaleniu od towarzyszów, którzy przemawiali do niego z pewnem uszanowaniem. Był on najmłodszy ze wszystkich, a tak dumny, że gdy Challenger położył mu na ramieniu wielką swą łapę, rzucił się jak koń ukłuty ostrogą, i przeszywając profesora gniewnem spojrzeniem swych czarnych oczu, odsunął się od niego. Położył potem rękę na piersiach, podniósł dumnie głowę i wymówił kilkakrotnie jeden wyraz: „Maretas“.

Ale profesor, wcale nie stropiony, pochwycił drugiego, najbliżej stojącego Indjanina i rozpoczął wykład z taką swobodą, jakby stał na katedrze profesorskiej.

— Niepodobna uważać tych ludzi — zaczął w swój zwykły, naukowy sposób — za typ niższego rzędu; przeczy temu rozwój ich czaszki i wymiary twarzy; musimy nawet postawić ich wyżej od wielu plemion zamieszkujących południową Amerykę, Niepodobna też przypuścić, ażeby taka ewolucja mogła dokonać się tu, na tem płaskowzgórzu. Tak wielki jest przedział między nimi a małpo-ludźmi i zwierzętami pierwotnego typu, jaki tu spotykamy, że nie można przypuścić, ażeby doszli do tego stopnia rozwoju tu, gdzieśmy ich znaleźli.

— Więc skądże, u licha, tu się wzięli? — zagadnął lord Roxton.

— Nad tem pytaniem zastanawiać się będą wkrótce wszystkie naukowe towarzystwa w Europie i w Ameryce — odrzekł profesor. Mojem zdaniem wyjątkowe warunki tego kraju, przyspieszyły rozwój, niektórych typów kręgowych zwierząt, obok typów dawnych, pozostałych bez zmiany. I dlatego spotykamy tu zwierzęta tak nowożytnego typu jak tapir; choć i to zwierzę może się poszczycić długim szeregiem pokoleń; wielkiego jelenia i mrówkojada, pospołu z gadami jurajskiej epoki. Dotąd wszystko jasne. Ale skąd się tu wzięli małpoludzie i Indjanie? Ich obecność tłomaczyć można tylko przybyciem z zewnątrz. Może być, że w Ameryce południowej jakaś odmiana „małpoantropoida“, która w dawnych wiekach zawędrowała tutaj i z czasem rozwinęła się w typ istot jakie obecnie widzimy. Co zaś tyczy Indian, nie podlega wątpliwości, że są to przybysze znacznie późniejsi. Pod naciskiem głodu lub przemocy jakichś najezdników, schronili się tutaj i zamieszkali w jaskiniach, które widział nasz młody przyjaciel. Lecz gnębieni przez dzikie stworzenia, nieznane im dotąd, musieli staczać ciężkie walki ze zwierzętami, a zwłaszcza z małpoludźmi, którzy wypowiedzieli im wojnę z przebiegłością, jakiej brak tamtym, olbrzymim zwierzętom, czem się też tłomaczy niewielka liczba tych zwierząt. A teraz, panowie, czy jasno rozwiązałem zadanie? Czy macie co do zarzucenia?

Profesor Summerlee był zbyt osłabiony do dysputy, więc tylko potrząsał gwałtownie głową na znak, że się nie zgadza. Lord John podrapał się w głowę, pokrytą rzadkiemi włosami i odrzekł krótko, że nie ma danych do rozstrzygania podobnych zagadnień. Ja zaś spełniłem zwykłą rolę sprowadzania rozmowy na tor praktyczny i zrobiłem uwagę, że brak jednego Indjanina.

— Poszedł po wodę z pustą blachą od konserw — odrzekł lord Roxton.

— Czy poszedł do dawnego obozowiska? — spytałem.

— Nie, do strumienia. Kilkaset kroków stąd, między drzewami. Ale powinien był już wrócić.

— Pójdę go poszukać — powiedziałem, biorąc karabin.

I poszedłem w stronę strumienia, zostawiając towarzyszów przy skromnem śniadaniu.

Może powie kto, że nieostrożnością było oddalać się, nawet nieznacznie, od zarośli; ale uważaliśmy, że jesteśmy daleko od osady małpo-ludzi, którzy, o ile się zdawało, nie odkryli naszego schronienia. Wreszcie miałem z sobą karabin. Nie obawiałem się wcale. Nie znałem jeszcze chytrości i siły naszego wroga.

Słyszałam pluskanie wody w strumieniu, od którego dzieliła mnie grupa drzew i zarośli. Zapuściwszy się w gęstwinie, zniknęłem już z oczu mych towarzyszów, gdy wśród krzaków zobaczyłem coś czerwonego, zwiniętego w kłębek. Zbliżywszy się ujrzałem z przerażeniem, że to ciało indjanina wysłanego po wodę. Leżał na boku z wyciągniętemi sztywno członkami, a głowę miał tak wykręconą, jakby patrzył sobie przez ramię.

Krzyknąłem donośnie, dla ostrzeżenia towarzyszy i pobiegłem obejrzeć zwłoki. Ale w tej chwili musiał być blisko mój anioł stróż, bo jakiś głos wewnętrzny nakazał mi podnieść głowę do góry. A stamtąd z zielonej gęstwiny liści, wysunęły się dwie długie muskularne ręce, porosłe rudawą sierścią. Jeszcze chwila, a byłyby mnie pochwyciły za szyję!

The Lost World by Harry Rountree 39

Przeginał mi w tył głowę.

Odskoczylem w tył, lecz choć ruch mój był szybki, ręce były jeszcze szybsze... Dzięki temu, że odskoczyłem, nie dosięgły mnie, lecz jedna z nich chwyciła mnie za kark a drugą poczułem na twarzy. Podniosłem ręce, osłaniając gardło, ale w mgnieniu oka, olbrzymia łapa przesunęła się po mojej twarzy i uchwyciła za gardło. Uczułem, że mnie podnosi z ziemi, uczułem nieznośny nacisk przechylający w tył moją głowę i ból w kręgosłupie stał się nie do zniesienia. W głowie mi się mąciło; szarpnąłem jeszcze dławiącą mnie łapę i wydarłem podbródek z uścisku. Spojrzałem wtedy do góry i zobaczyłem przerażające oblicze, z którego patrzyły na mnie zimne, nieubłagane oczy, blado-niebieskie, szklane, skierowane w moje źrenice. W tych strasznych ślepiach była jakaś moc magnetyczna...

Opuściły mnie siły, przestałem stawiać opór. Gdy napastnik poczuł, że słabnę i omdlewam w jego łapach, okrutny uśmiech rozchylił mu paszczę, w której błysnęły dwa wielkie kły i zacisnął silniej swe szpony na moim podbródku, przeginając mi w tył głowę. Gęsta mgła zasłoniła mi oczy, w uszach odezwały się dzwony... Niewyraźnie, jakby bardzo daleko, usłyszałem trzask karabinowego strzału, poczułem, że spadam, że uderzam o ziemię — — — straciłem czucie i przytomność...

Gdym się ocknął, leżałem w naszej kryjówce, wśród krzaków. Ktoś przyniósł wody, którą lord Roxton oblewał mi głowę, a Challenger i Summerlee, z przerażonemi minami, podtrzymywali mnie z obu stron. Nigdy dotąd na ich uczonych maskach nie widziałem równie ludzkiego wyrazu.

Straciłem przytomność więcej skutkiem nerwowego wstrząśnienia, niż dławiących łap poczwary, więc zanim minęło pół godziny, mogłem już usiąść, mimo bólu głowy, i zesztywniałego karku, zdrów i przytomny.

— Cudem ocalałeś, syneczku! odezwał się lord John. — Kiedym przybiegł, usłyszawszy twój krzyk, i zobaczyłem twoją głową napół ukręconą a nogi wierzgające w powietrzu, myślałem, że już po tobie! W pośpiechu chybiłem do tego potwora, ale mimo to wypuścił cię z łap i spadłeś na ziemię... Na świętego Jerzego! Żałuję, że nie miałem z sobą pięćdziesięciu ludzi z karabinami... Wytrząsnąłbym to piekielne gniazdo i oczyścił bym gruntownie całą okolicę...

Nie było już wątpliwości, że małpo-ludzie wypatrzyli nasze schronienie, i że jesteśmy śledzeni ze wszystkich stron. We dnie nie groziło nam niebezpieczeństwo, lecz z nadejściem nocy, napadną nas niezawodnie. A więc im prędzej wyniesiemy się z ich sąsiedztwa, tem lepiej. Z trzech stron otaczały nas lasy, w których mogliśmy na każdym kroku wpaść w zasadzkę. Ale z czwartej strony, tam, gdzie grunt zniżał się zlekka do brzegów jeziora, były tylko niskie zarośla, z rozsianemi rzadko drzewami i sporemi polankami. Tamtędy szedłem podczas mojej nocnej wycieczki i tamtędy wiodła droga do jaskiń indyjskich. W tamtą stronę zatem trzeba się skierować.

Choć z wielkim żalem, musieliśmy opuścić nasze obozowisko, z tym większym żalem, że nietylko zostawialiśmy tam nasze zapasy żywności, ale zrywaliśmy łączność z Zambem. Lecz w każdym razie, mając porządny zapas naboi, mogliśmy już sobie dać radę, a liczyliśmy i na to, że uda się nam wrócić nawiązać stosunki z Zambem.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem. Młody wódz, ocalony przez nas, szedł na czele jako przewodnik, lecz odmówił z oburzeniem, dźwigania naszych rzeczy. Za nim szli dwaj pozostali przy życiu indjanie i nieśli na plecach nasze manatki.

My, czterej biali, szliśmy na końcu, trzymając sztucery nabite, gotowe do strzału. Gdyśmy wyszli, w gęstych, cichych lasach za nami, zerwało się dzikie wycie, może okrzyk tryumfu małpo-ludzi, a może wzgardy dla uciekających? Ale obejrzawszy się nie zobaczyliśmy nic, tylko gęstą grupę drzew; lecz ten wrzask świadczył, jak pilnie śledzili nas wrogowie, zaczajeni w gęstwinie. Nikt nas jednak nie ścigał i wkrótce wyszliśmy na otwartą przestrzeń, wolną od niebezpieczeństwa.

Idąc na samym końcu, nie mogłem wstrzymać się od śmiechu, zobaczywszy jak wyglądają moi towarzysze.

Czy to istotnie ten wykwintny lord Roxton, którego widziałem w jego świetnych apartamentach w Londynie, wśród perskich kobierców i wspaniałych obrazów, w blasku lamp elektrycznych, przysłoniętych różowemi zasłonkami?

Czy to ten sam uczony profesor, który się tak puszył na ciężkiem krześle mahoniowem w gabinecie pięknego domu w Eumore Parku?

A za nimi, czy to naprawdę ten nerwowy i oschły profesor, który przemawiał na zebraniu w Zoologicznym Instytucie?

Żaden włóczęga, spotkany w zaułkach londyńskich, nie mógłby wyglądać nędzniej, być więcej obszarpanym. Przebywaliśmy dopiero od tygodnia na płaskowzgórzu, lecz nasze zapasowe odzienie pozostało na dole, a ten tydzień dał się srodze we znaki wszystkim, może najmniej jeszcze mnie, który uniknąłem łap małpoludzi. Ale moi towarzysze postradali kapelusze, i mieli teraz na głowie chustki; ubrania ich wisiały poszarpane w strzępy, a twarze nieogolone i brudne, zmieniły się do niepoznania.

Summerlee i Challenger szli kulejąc, ja też wlokłem się z wysiłkiem, potłuczony upadkiem z drzewa na korzenie, z karkiem sztywnym jak kij, nadkręconym przez mordercze łapy. Wygląd nasz był godny pożałowania; nie dziwota więc, że Indjanie spoglądali na nas z wyrazem zgrozy i zdumienia.

Późno już po południu, przywlekliśmy się na brzeg jeziora, a gdy po wyjściu z gęstwiny, indjanie ujrzeli jego wody, wydali głośny okrzyk radości.

Na szklistej powierzchni sunęła cała flotyla czółen, kierując się w naszą stronę. Płynęły bardzo szybko i wkrótce zbliżyły się tak, że wioślarze mogli już nas rozeznać; wznieśli wtedy grzmiący okrzyk i podniósłszy się z siedzenia, wywijali w powietrzu wiosłami i dzidami. Zabrali się potem nanowo do wiosłowania i prując szparko wody jeziora, dobili wkrótce do piaszczystego wybrzeża, na które wciągnęli czółna i padli na ziemię przed swym młodym wodzem, witając go radosnymi okrzykami.

Z gromady wybiegł starszy człowiek, w naszyjniku z błyszczących muszli, w skórze jakiegoś centkowanego zwierzęcia, zarzuconej na ramiona, i pochwyciwszy w objęcia młodzieńca ocalonego przez nas, uściskał go czule.

Potem popatrzył na nas, zapytał go o coś, i zbliżywszy się z wielką godnością, uściskał i nas czterech koleją, jego zaś orszak padł na ziemię dla oddania nam hołdu.

Wyznaję, że to pokorne uwielbienie zakłopotało mnie, a nawet zawstydziło; toż samo uczucie malowało się na twarzach Roxtona i profesora Summerlee, jeden tylko Challenger promieniał, jak kwiat w świetle słońca.

— Może to jest typ ludzi mało rozwiniętych — odezwał się, gładząc brodę i wodząc oczyma naokoło — ale ich uniżoności względem istot wyższych mogłaby służyć za naukę wielu europejczykom, więcej niby ucywilizowanym. Rzecz dziwna, jak trafny jest instynkt pierwotnego człowieka!

Indjanie widocznie wybrali się na wojenną wyprawę, bo każdy z nich niósł dzidę, zrobioną z bambusowej trzciny, z osadzoną na końcu ostrą ością, łuk i strzały, a maczugi i kamienne toporki, leżały na dnie czółen.

Rzucali niespokojne, gniewne spojrzenia na lasy, z których przyszliśmy i powtarzali ciągle wyraz „Doda“, z czego mogliśmy wnioskować, że wybrali się z odsieczą na ratunek młodzieńca, zapewne syna starego wodza.

Cały szczep, wielkiem kołem kucnąwszy na ziemi, odbył naradę, my zaś usiadłszy na bazaltowym złomie, przyglądaliśmy się ciekawie.

Najpierw przemawiało paru indjan, potem nasz młodzieniec miał mowę, z towarzyszeniem tak wyrazistych gestów i min, że mogliśmy zrozumieć co mówił, lubo nie znaliśmy jego języka.

— Poco wracać? — pytał. — Prędzej czy później musimy tego dokonać! Nasi towarzysze pomordowani! I cóż to znaczy, że ja ocalałem? Tamci zginęli! Niema dla nas nigdzie bezpieczeństwa. Zebraliśmy się i jesteśmy gotowi.

Tu wskazał na nas.

— To nasi przyjaciele. Wielcy wojownicy, a nienawidzą małpoludzi, tak jak my. Mają władzę nad grzmotami i piorunami, (tu wskazał na niebo). Kiedyż znajdziemy podobną sposobność! Idźmy na bój! Albo zginiemy, albo będziemy żyli spokojnie i bezpiecznie!

Drobne, czerwonoskóre człowieczki słuchały skwapliwie przemowy młodzieńca, a gdy skończył, uczcili go okrzykiem zapału i wywijaniem bronią nad głowami. Stary wódz wystąpił i pytał nas o coś, wskazując na lasy.

Roxton zwrócił się do nas.

— Trzeba się naradzić co czynić? — powiedział. — Mamy rachunki do załatwienia z tem małpiem plemieniem, a jeżeli wyniknie z nich zupełne wytępienie tych potworów, niema nad czem rozpaczać. Ja pójdę z moimi czerwonoskórymi sprzymierzeńcami i będę im pomagał w tej przeprawie. A ty, co powiesz, chłopcze?

— Że i ja idę, rozumie się.

— A pan, profesorze Challenger?

— I ja też stanowczo będę pomagał.

— A pan, profesorze Summerlee?

— Zdaje mi się, że odbiegamy daleko od celu naszej wyprawy, lordzie Johnie! Upewniam pana, że przez myśl mi nie przeszło, kiedym opuszczał profesorską katedrę w Londynie, że idę dowodzić wyprawą dzikich ludzi, na osadę małp antropoidów...

— A jednak doszliśmy do tak poniżającego zadania — roześmiał się Roxton. Ale to już rzecz postanowiona. Jakież są więc pańskie zamiary?

— Sądzę, że temu postanowieniu możnaby dużo zarzucić — dowodził Summerlee, wierny swojej kłótliwej naturze — lecz ponieważ wy wszyscy idziecie, niema mowy, abym ja mógł się odłączać.

— A zatem wszystko ułożone — zakończył Roxton.

Zwrócił się do wodza, kiwając głową i klepiąc swój karabin.

Stary wódz ściskał nas za ręce, jednego po drugim, a ludzie jego krzyczeli jeszcze głośniej niż przedtem. Zapóźno już było na wyruszenie w pochód, więc indjanie rozłożyli się na miejscu obozem.

The Lost World by Harry Rountree 40

Pędząc przed sobą młodego iguanodona.

Naokoło zabłysły ognie, zakotłowały się dymy. Kilku indjan zapuściło się w las, lecz powrócili wkrótce, pędząc przed sobą młodego iguanodona, który tak samo, jak tamte, dawniej przez nas widziane, miał na łopatce plamę z asfaltu.

Dopiero wtedy, gdy jeden z indjan wystąpił z tłumu i z miną właściciela, dał znak, zezwalający na zabicie zwierzęcia, zrozumieliśmy, że te olbrzymie stworzenia są własnością prywatną, jak nasze stada bydła i, że te znaki asfaltowe, które nas tak dziwiły, to stemple kładzione przez właściciela.

Bezbronne, nieruchawe, roślinożerne, z olbrzymiem cielskiem i maleńkim mózgiem, zwierzęta te mogły być spędzane i gnane nawet przez dziecko.

Zabity zwierz został wnet poćwiartowany i całe płaty jego mięsa zawisły nad obozowymi ogniami, razem z mięsem olbrzymiej ryby, pokrytej grubą łuską, którą indjanie upolowali w jeziorze, za pomocą harpunów.

Summerlee rozciągnął się na piasku i zasnął, a my trzej poszliśmy brzegiem wody, chcąc widzieć coś więcej w tej dziwnej krainie.

W dwóch miejscach zastaliśmy rozpadliny pełne niebieskiej gliny, takiej jaką widzieliśmy poprzednio w bagnie pterodaktylów.

Były to otwory dawnych wulkanów, a najmniej interesował się niemi Roxton. Challengera uwagę zaś całkowicie pochłonął bełkoczący i parskający gejzer, wytryskujący z błota, na którem wydobywające się gazy, tworzyły wielkie bańki. Challenger zatknął w mule dość długą trzcinę wydrążoną i krzyczał z uciechy jak uczeń, gdy przytknąwszy zapałkę do końca trzciny wywołał donośny huk, a błękitny płomień wytrysnął z otworu. Jeszcze więcej się ucieszył, gdy skórzany woreczek, zatknięty na wierzchołku trzciny, napełnił się gazem i uleciał w powietrze.

— Gaz! Gaz palny i znacznie lżejszy od powietrza! — wołał w zachwycie.

Po chwili mówił dalej:

— Śmiało mogę twierdzić, że zawiera w sobie znaczny procent tlenu, a może jeszcze innego, lżejszego, a nieznanego dotąd gazu. Mózg J. E. Challengera nie wyczerpał się jeszcze, moi przyjaciele. Przekonam was, że taki potężny mózg potrafi zużytkować siły przyrody na swoje usługi.

Napuszył się tajemniczo, ale nic więcej nie chciał powiedzieć.

Najciekawszy widok przedstawiało olbrzymie jezioro. W okolicy naszego obozowiska, wrzawa z powodu wielkiej liczby zgromadzonych ludzi spłoszyła wszystkie żyjące stworzenia oprócz pterodaktylów, które krążyły wysoko, czatując na żer. Ale wielkie, spokojne jezioro, różowe w promieniach zachodzącego słońca, wrzało życiem. Wynurzały się z niego olbrzymie grzbiety, pokryte łuską szarą jak łupek, wielkie zębate jak piła skrzele, pokryte srebrną pianą wodną i zapadały natychmiast w głębinę.

Page 299 (The Lost World, 1912)
The Lost World by Harry Rountree 41

Na piaszczystych ławicach rozkładały się dziwaczne, pełzające istoty: olbrzymie żółwie, nieznane jaszczurki; jakieś wielkie, płaskie stworzenie, podobne do wijącej się, drgającej masy z czarnej skóry, pełzało zwolna ku wodzie. Gdzieniegdzie wysuwały się wężowe głowy, na długich szyjach i przecinając szparko spienione wody jeziora, pozostawiały za sobą wielkie, szeroko zataczające kręgi; podnosiły się w górę i zapadały w wodę wdzięcznymi łabędzimi ruchami. A gdy jedno z tych dziwnych stworzeń wypełzło na piasek, o kilkaset kroków od nas i rozłożyło swoje beczkowatego kształtu cielsko, zaopatrzone w potężne skrzele, wyrastające z długiej, wężowej szyi, Challenger i Summerlee, który nas już dogonił, zawiedli zgodny duet podziwu i zachwytu.

— Plesiosaurus! plesiosaurus żyjący w słodkich wodach! — wołał Summerlee. — Że ja też dożyłem takiej chwili! Takiego widoku! Błogosławieni jesteśmy, kochany kolego! Stokroć błogosławieni wśród wszystkich przyrodników, że nam dano oglądać podobne cuda.

Dopiero gdy noc zapadła, udało się nam oderwać obu uczonych od czarów tego jeziora. A jeszcze w nocy, leżąc na wybrzeżu, słyszeliśmy chrapanie i pluskanie olbrzymów, przebywających w tych wodach.

O brzasku zaczął się ruch w naszym obozie, a w godzinę wyruszyliśmy już na wyprawę!

Marzyłem zawsze, całe życie, aby zostać korespondentem z placu boju. Ale czyż mogłem przewidzieć w jakich warunkach urzeczywistni się moje marzenie?

A teraz oto piszę pierwszy raport z pola bitwy.

W nocy nadeszły nam posiłki, świeży oddział mieszkańców jaskiniowych. Mieliśmy tedy około pięciuset ludzi w chwili wymarszu.

Wywiadowcy rozsypali się na czele pochodu, a za nimi szła dopiero kolumna indjan, posuwając się po zboczu, samym brzegiem zarośli. Doszedłszy do właściwego lasu, indjanie rozciągnęli się szeregiem, jedni zbrojni w dzidy, inni w łuki. Roxton z Challengerem stanęli na prawem skrzydle, ja i Summerlee na lewem. My z najdoskonalszymi sztucerami najnowszego systemu, razem z tymi wojownikami z bronią epoki kamiennej.

Nieprzyjaciel nie dał długo na siebie czekać. Z przeraźliwem wyciem wysypała się z lasu chmara małpo-ludzi, z maczugami i kamieniami w łapach rzuciła się na indjan.

Natarcie było śmiałe lecz bezmyślne, bo te stworzenia na krzywych nogach, niezgrabne w ruchach, nie mogły dorównać indjanom, zwinnym jak koty. Dzikie bestje z pianą w paszczach, z płonącemi dziko oczyma, padały pokotem pod indyjskiemi strzałami. Niepotrzeba było nawet uciekać się do naszych sztucerów. Indyjskie łuki i dzidy zrobiły swoje na tej otwartej przestrzeni i ani jeden z napastników nie wrócił żywy w gąszcz leśną.

Ale zmieniło się położenie, gdy nam z kolei wypadło zapuścić się w gęstwinę. Przez dwie blisko godziny toczyliśmy uporczywą walkę, chwilami z wielką trudnością stawiając czoło napastnikom. Małpo-ludzie wyskakiwali z zarośli i potężnemi maczugami miażdżyli poprostu Indjan, zanim sami padli pod dzidami czerwonoskórych, nadbiegających z dalszych szeregów. Pod ciosem maczugi małpo-człowieka, rozleciał się na drzazgi sztucer profesora Summerlee i o mało co, nie padła ofiarą, pod drugiem uderzeniem czaszka uczonego, lecz na szczęście jeden z Indjan zdążył w porę przeszyć serce napastnika.

Małpoludzie, zaczajeni między gałęziami, zrzucali na nas wielkie kamienie i kłody drzewa, a nawet zeskakiwali na nasze głowy, nie rozumiejąc, że jest to dla nich nieuchronną zgubą. Gdy zaś indjanie zachwiali się pod natarciem małpiego plemienia, nasze karabiny przyszły im w pomoc, siejąc zniszczenie między napastnikami. A tymczasem stary wódz indjan powstrzymał popłoch i zawrócił uciekających, którzy natarli z taką furją na prażonych przez nasze trzy szybkostrzelne sztucery małpoludzi, że zapanowała między nimi panika. Rzucili się w popłochu do ucieczki, ścigani przez wydających tryumfalne wrzaski indjan. Odwieczne krzywdy, znoszone przez liczne pokolenia, nienawiść i okrucieństwa, chcieli pomścić w tej strasznej godzinie. I ostatecznie człowiek odniósł zwycięztwo nad dzikiem zwierzęciem, zatrzymując dla siebie panowanie nad tym zakątkiem ziemi!

Zwycięzcy indjanie biegli tuż za nimi.

Biegłem i ja za nacierającymi indjanami, ogłuszony ich wrzaskiem, świstem strzał i łoskotem spadających z drzew na ziemię małpoludzi, gdy wpadli na mnie Roxton i Challenger, którzy zawrócili w tył.

— Już koniec! — zawołał Roxton. — Możemy resztę zostawić indjanom... Im mniej będziemy widzieli, tem spokojniejszy sen mieć będziemy...

Oczy Challengera iskrzyły się dziko.

Sądzono nam było widzieć jednę z tych walk, jakie rozstrzygały o losach świata! — zawołał, nadymając się jak cietrzew. Walki toczone przez jaskiniowych ludzi, z drapieżnemi zwierzętami. Traf szczęśliwy pozwolił nam dopomódz do ostatecznego zwycięztwa. Teraz już to płaskowzgórze dostało się w niepodzielne władanie ludzi!

The Lost World by Harry Rountree 42

Spychali jednego za drugim w przepaść.

Idąc przez las, spotykaliśmy co krok trupy małpoludzi, przeszyte strzałami i dzidami. Nie rzadko też trafialiśmy na zmiażdżone ciała indjan, a krzyki i wycia w głębi lasu świadczyły, że małpoludzie zostali odepchnięci od swojej osady, gdzie się rozegrał koniec tego dramatu. Około stu samców, jedynych pozostałych przy życiu, indjanie powlekli przez tę samą polankę, nad złowrogą krawędź skalną, na której tylu jeńców straciło życie przed dwoma dniami. I rzucających się, kąsających, drapiących pazurami, spychali jednego za drugim w przepaść, na ostre wierzchołki bambusów.

Po tej egzekucji indjanie zburzyli gniazdo małpoludzi, zbudowane na gałęziach, a samice i młodzież zabrali w niewolę, chcąc ich siły zużytkować do ciężkich robót, do rąbania drzewa i noszenia wody.

Nam to zwycięztwo przyniosło niespodziewane korzyści. Mogliśmy wrócić do naszego obozowiska po zapasy pozostałe i rozmówić się z Zambem. Przerażony widokiem tej lawiny ciał, spadających ze skały w przepaść, wierny murzyn, wołał wytrzeszczając oczy:

— Uciekajcie, massa! Uciekajcie! Djabeł was wszystkich porwie jeśli zostaniecie tam jeszcze dłużej.

— Oto głos zdrowego rozsądku! — wyrzekł z namaszczeniem Summerlee. — Dosyć już awantur, nie licujących z naszem stanowiskiem i charakterem! Trzymam cię za słowo, kolego profesorze. Od tej chwili musisz poświęcić całą swoją energję, na wydobycie nas z tego strasznego kraju i powrócenie na łono cywilizacji!...



XV.
„Oczy nasze oglądały cuda.“

Piszę to dorywczo, z dnia na dzień, z nadzieją w głębi serca, że zanim skończę moje notatki, światło przebije się przez chmury.

Jesteśmy tu ciągle, nie mogąc wydobyć się z tego kraju i buntując się gorzko przeciw tej niewoli.

Zwycięstwo indjan i wytępienie małpiego plemienia stanowią punkt zwrotny w naszych losach. Jesteśmy niby panami tej krainy, bo krajowcy patrzą na nas z obawą i wdzięcznością za pomoc jaką doznali w walce z odwiecznymi wrogami. Ale pomimo lęku jaki w nich budzi nasza potęga, nie chcą nam wskazać drogi do wyjścia na równiny. O ile możemy zrozumieć z ich znaków, istniał tu jakiś rodzaj tunelu, którego wejście widzieliśmy na dole. Tamtędy zapewne dostali się tu małpo-ludzie i indjanie; tamtędy szedł Maple White ze swym towarzyszem. Lecz w ostatnich czasach było tu straszne trzęsienie ziemi, skutkiem którego zawaliła się cała górna część tunelu, zasypując wejście.

Indjanie wzruszają tylko ramionami i trzęsą głową na znak, że nie mają na to rady. Może nie mogą, a może nie chcą nas stąd wypuścić.

Po zwycięstwie nad małpiem plemieniem, wróciliśmy z indjanami i rozłożyliśmy się obozem u podnóża ich skał.

Zapraszali nas oni do swoich jaskiń, lecz lord Roxton nie zgodził się na to, nie chcąc wpaść w ich moc, w razie zdrady. Jesteśmy więc niezależni i broń mamy w pogotowiu, mimo przyjacielskich stosunków.

Zwiedziliśmy ich jaskinie; niepodobna określić, czy są one dziełem rąk ludzkich, czy sił przyrody?

Leżą wszystkie na jednym poziomie, wydrążone w miękkich pokładach, znajdujących się między warstwą wulkanicznego bazaltu, tworzącego poszarpane skały nad jaskiniami z twardego granitu, z jakiego składa się ich podstawa.

Wejścia znajdują się na wysokości osiemdziesięciu stóp od ziemi, a prowadzą do nich schody wązkie i tak strome, że nie wlazłoby po nich żadne większe zwierzę. W jaskiniach jest ciepło i sucho; tworzą one zagłębienia i rozmaitej długości korytarze, biegnące w głąb góry; na gładkich, szarych ścianach, widać doskonałe rysunki węglem, przedstawiające różne zwierzęta tej krainy.

Gdyby więc nawet wyginęły wszystkie żyjące jestestwa płaskowzgórza, podróżnicy w przyszłości znajdą tu wizerunki tej dziwnej fauny: „dinosaurusa“, „iguadona“ i ryb-jaszczurek, które żyły na ziemi w pierwszych wiekach jej istnienia.

Lecz przekonaliśmy się wkrótce, że panowanie człowieka w tej krainie opiera się na bardzo wątłych podstawach. Otworzył nam oczy na to, tragiczny wypadek, trzeciego dnia pobytu w naszem obozowisku.

Challenger i Summerlee wybrali się nad jezioro, gdzie krajowcy łowili dla nich harpunami piękne okazy wielkich jaszczurek. Lord i ja pozostaliśmy w obozie, a indjanie zajęci pracą, uwijali się po zboczu porosłem trawą, poniżej jaskini.

Nagle rozległy się straszne krzyki, z których zrozumieliśmy tylko jeden wyraz „Itopu“. Tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, biegł cwałem ze wszystkich stron, by schronić się do jaskiń.

Widzieliśmy, że uciekający znakami wzywają nas do siebie. Pochwyciliśmy więc sztucery i wybiegliśmy zobaczyć co nam grozi.

I nagle, z pośród drzew, wynurzyło się kilkunastu indjan, uciekających lotem strzały, a tuż za nimi dwa straszne potwory, takie jak ten, który napadł nas w obozie i ścigał mnie podczas nocnej wycieczki. Były to poczwarne ropuchy, posuwające się wielkiemi susami, lecz olbrzymie ich cielska, większe były od słonia.

Widzieliśmy przedtem tego potwora tylko w nocy, bo jest to rzeczywiście stworzenie nocne, jeżeli go nie spłoszyć w dzień w jego legowisku, jak się to właśnie teraz zdarzyło.

Stanęliśmy więc zdumieni na widok ich pokrytej plamami i guzami skóry, mieniącej się jak rybia łuska w świetle słońca, tęczowymi odblaskami.

Ale niedługo mogliśmy się przyglądać, bo potwory doścignęli uciekających i sprawili wśród nich rzeź okrutną. Rzucały się całem cielskiem na każdego pojedyńczo, a zmiażdżywszy ofiarę, porzucały jej zgniecione zwłoki i rzucały się na drugą. Nieszczęśliwi indjanie uciekali z krzykiem, lecz nie mogli się obronić nieubłaganej napaści. Padali jeden za drugim i zaledwie sześciu pozostało przy życiu, gdy lord Roxton i ja spróbowaliśmy pójść im na ratunek. Ale nasza pomoc na nic się nie zdała, bo gdyśmy zaczęli strzelać z odległości paruset kroków, kula za kulą wchodziła w potworne cielska z równym skutkiem, jak gałka zgniecionego papieru. Nieczułe, gadzinowe cielska, obojętne na rany, pozbawione mózgu z ośrodkiem życiowym, odporne były na pociski najnowszej broni.

Jedno tylko się nam udało: opóźnić ich bieg, odwracając uwagę blaskiem i hukiem strzałów, co dało indjanom czas na dobiegnięcie do schodów, wiodących do bezpiecznego schronienia. Ale tam gdzie bezskuteczne okazały się największe naboje, nawet wybuchające kule, mogły lepiej skutkować zatrute strzały indjan, moczone w odwarze strophantum i zanurzane potem w gnijącej padlinie. Za powolne było ich działanie tam gdzie szło o wstrzymanie pogoni, bo trucizna nieprędko przenika do tych zimnokrwistych ciał, lecz ostateczny wynik był pomyślny.

Gdy oba potwory skierowały się, goniąc za nami, ku schodom, cały rój strzał zatrutych sypnął się na nie z góry. W mgnieniu oka obie ropuchy naszpikowane były pociskami, lecz mimo to nie zdradzały cierpienia, tylko drapały pazurami i toczyły ślinę z bezsilnej wściekłości, usiłując wspiąć się na schody i schwytać swoje ofiary. Wspinały się i osuwały na dół, ale wkrótce zaczęła działać trucizna. Jedna poczwara wydała ryk stłumiony i runęła, kwadratowym łbem uderzając o ziemię. Druga rzucała się dookoła niej, wrzeszcząc przeraźliwie, a potem padłszy na ziemię, wiła się przez parę minut, zanim zesztywniała i wyciągnęła się martwa.

Indjanie z okrzykami tryumfu zbiegli na dół i tańczyli naokoło martwych napastników, ogarnięci istnym szałem radości.

Tej samej jeszcze nocy, pokrajali i usunęli cielska ropuch, by gnijąca padlina nie szerzyła trującą zarazę.

The Lost World by Harry Rountree 43

Zielony wąż wodny wysunął się z gęstwiny.

Pamięć o tem wszystkiem przetrwa do ostatniej chwili mego życia. Opiszę może kiedyś obszerniej jak w tę cudną noc księżycową, gdy w jeziorze zaplątał się w sieć zapuszczoną przez indjan, młody „ichtiosaurus“, dziwne stworzenie, pół zwierzęcia, pół ryby, z parą oczu osadzonych po bokach ryja, a trzeciem na wierzchu głowy i omało nie wywrócił naszego czółna. Tej samej nocy, olbrzymi, zielony wąż wodny, wysunął się z gęstwiny i pochwycił w swe sploty sternika z łodzi Challengera.

The Lost World by Harry Rountree 44

Ptaszysko większe od strusia.

Opiszę też olbrzymie, białe, nocne stworzenie, o którem nie wiemy dotąd czy jest to zwierzę czy płaz, przemieszkujące we wstrętnem bagnie na wschodniej stronie jeziora, gdzie przemykało się, zostawiając blask fosforyczny w ciemnościach. Indjanie tak się przelękli, że nie chcieli płynąć w tamtą stronę, a my, pomimo, że po dwakroć robiliśmy w tym celu wyprawę i za każdym razem widzieliśmy to stworzenie a nie mogliśmy się przebrać przez głębokie bagna, w których przebywało. Tyle tylko mogliśmy dojrzeć, że większe jest od wołu i że wydaje silny zapach piżma. Nie pominę też olbrzymiego ptaka, który pewnego dnia ścigał Challengera, aż do samych schodów w skale. Ptaszysko większe od strusia, z szyją sępa i łbem srogim, uzbrojonym w potężny, zakrzywiony dziób, którym zdążył ugodzić Challengera, wchodzącego już na schody i zedrzeć mu napiętek u trzewika, jakby odkrajany nożem. Ale przynajmniej tym razem nowożytna broń odniosła zwycięstwo i ptaszysko mające dwanaście stóp wzrostu, licząc od nóg do głowy, „phororachus“, według zdyszanego, lecz zachwyconego Challengera, padło od kuli Roxtona, wierzgając nogami w obłokach pierza, i wpatrując się w nas dzikiemi, żółtemi, iskrzącemi oczyma. Obym dożył tej chwili, gdy ten spłaszczony wstrętny łeb ujrzę wśród trofeów myśliwskich w apartamencie lorda Roxtona! Nie zapomnę też i o „toxodonie“, olbrzymiej, dziesięć stóp wzrostu mającej śwince morskiej, ze sterczącymi jak kły zębami, którą zabiliśmy o szarym brzasku, nad brzegiem jeziora, gdy piła wodę.

Opiszę też cudne, letnie noce, z czystym błękitem nieba, kiedy ukryci w wysokich trawach pod lasem, podziwialiśmy nieznane ptactwo, które nad nami przelatywało i dziwaczne zwierzęta, które ze swoich nor na nas wyglądały.

Drzewo nad naszemi głowami uginało się pod ciężarem nieznanych owoców, z trawy wyglądały na nas osobliwe, niewidziane dotąd kwiaty... Tych widoków wspomnienie pozostanie mi na zawsze...

Ale, możecie zapytać, po co tak przedłużamy nasz pobyt, zamiast dniem i nocą szukać sposobu wydobycia się z tej zaczarowanej krainy?

Odpowiem na to, że o tem myśleliśmy bezustannie, lecz bezskutecznie. Wiemy napewno jedno tylko, że indjanie nie pomogą nam w niczem; okazują nam życzliwość, pod każdym innym względem, zachowują się względem nas jako słudzy, niewolnicy prawie; ale stale odpowiadają odmownie na wszystkie nasze żądania jakiej deski, po której moglibyśmy przejść nad przepaścią, rzemieni czy łodyg, z których moglibyśmy ukręcić liny. Uśmiechają się, mrugają i potrząsają głowami, na znak odmowy. Nawet stary wódz postępuje tak samo; tylko Maretas, ocalony przez nas młodzieniec, spogląda żałośnie i tłomaczy się gestami, że nic dla nas uczynić nie może.

Indjanie od czasu zwycięstwa nad małpiem plemieniem, uznali nas za istoty wyższe, mające w ręku gromy i uwierzyli, że dopóki jesteśmy z nimi, póty trwa ich powodzenie. Doszliśmy też do przekonania, że nasze zamiary trzeba trzymać w tajemnicy, bo indjanie mogliby uciec się nawet do przemocy, byle nas u siebie zatrzymać.

Pomimo niebezpieczeństwa grożącego zawsze przy spotkaniu z dinosaurusami, choć mniej we dnie niż w nocy, w ciągu ostatnich trzech tygodni chodziłem dwukrotnie do dawnego obozowiska, dla zobaczenia się z murzynem, który trwał wiernie na posterunku pod skałami. Wytężałem wzrok, upatrując z niepokojem, czy na rozległej równinie nie ujrzę nadciągającej a tak upragnionej pomocy.

Ale jak daleko oczy moje sięgały, na niezmierzonej, zasianej kaktusami płaszczyźnie, do dalekiej linji trzcin rosnących nad jeziorami panowała pustka.

— Przyjdą niedługo, massa Malone! — pocieszał mnie poczciwy Zambo. — Zanim tydzień minie, przyniosą liny i ściągną was na dół.

Powracając z drugiej wycieczki, która przeciągnęła się tak, że całą noc spędziłem zdala od towarzyszów, miałem niespodziankę.

Dochodząc do miejsca odległego zaledwie o milę od bagna pterodaktylów, ujrzałem niepojęte zjawisko kroczące w moją stronę. Był to człowiek, okryty trzcinowym koszem w kształcie drzewa, tworzącego rodzaj klatki, która go zasłaniała ze wszystkich stron. Ale zdumiałem się jeszcze więcej, gdy podchodząc bliżej, przekonałem się, że to lord Roxton! On zaś, gdy mnie zobaczył, wysunął się z tej osobliwej osłony i szedł na moje spotkanie, śmiejąc się, lecz widocznie zmieszany.

— No, chłopcze! — zawołał zdaleka. — Kto mógł przypuszczać, że się tu spotkamy?

— Ale co u Boga pan tu robi? — zapytałem.

— Idę w odwiedziny do moich przyjaciół, pterodaktylów — odpowiedział.

— Ale poco?

— Ciekawe to stworzenia, wszak prawda? Ale nietowarzyskie; z nieznajomymi, jak wiesz, obchodzą się bardzo nieuprzejmie. Dlatego zrobiłem sobie ten kosz, który trzyma je w pewnej odległości, gdyby chciały być zanadto natarczywe.

— Ale co pan ma do roboty w tem bagnie? — dopytywałem się.

Przyjrzał mi się badawczo a na jego twarzy wyczytałem wahanie i lekkie niezadowolenie.

— Czy to ty myślisz, chłopcze, że oprócz profesorów, nikt inny nie może mieć chęci do badań? — wyrzekł po namyśle. A ja właśnie studjuję obyczaje tych ślicznych pieszczotek. Niech ci wystarczy to objaśnienie...

— Bez urazy, milordzie! — odrzekłem.

Odzyskał natychmiast swój dobry humor i roześmiał się.

— Bez urazy, chłopcze! Chcę spłatać djabelną psotę Challengerowi. Tak sobie postanowiłem. Nie! nie potrzebuję przy mojej robocie towarzystwa! Jestem zupełnie bezpieczny w tej klatce, a ty nie. Bywaj zdrów! Wrócę do obozowiska o zmroku.

Odwrócił się i odszedł, dźwigając na sobie tę niezwykłą klatkę — krynolinę.

Jeżeli postępowanie lorda Roxtona wydawało mi się zagadkowe, to zachowanie się Challengera było jeszcze dziwniejsze. Wychodził sam co rano i powracał do koczowiska z miną człowieka, który posiada ważne tajemnice.

Jeden tylko Summerlee, zatopiony w badaniach owadów i ptactwa żyjącego na płaskowzgórzu, przepędzał cały czas (oprócz chwil poświęconych na wojownicze wycieczki przeciw Challengerowi) na preparowaniu okazów i porządkowaniu zbiorów.

Nadeszła wreszcie chwila, gdy Challenger z wielką gałęzią palmową w ręku, służącą mu do odpędzania ciekawych kobiet i dzieci, powiódł nas do swej kryjówki i wtajemniczył w swe prace.

Za pracownię służyła mu mała polanka wśród palmowego gaju. Wytryskiwał tam z błotnistego podłoża, jeden ze wspomnianych już przedtem gejzerów. Naokoło leżały porozrzucane pasy krajane ze skóry iguanodona i coś w rodzaju olbrzymiego pęcherza, jakeśmy się dowiedzieli, oczyszczony i wysuszony żołądek wielkiej jaszczurki-ryby złowionej w jeziorze. Wysuszony ten wór, zaszyty na jednym końcu, miał tylko maleńki otwór na drugim.

W ten otwór zapuszczone były wydrążone bambusowe trzciny, których końce tkwiły w stożkowych i gliniastych otworach, gdzie zbierał się gaz, wydobywający się z błota. Skurczony pęcherz, w naszych oczach, zaczął się zwolna rozprostowywać, zaokrąglać i zdradzał taki pociąg do wyfrunięcia w górę, że Challenger przez ostrożność przywiązał go do pni najbliższych drzew palmowych.

W pół godziny, utworzył się już wielki zbiornik gazu, a napór i szarpanie jakim podlegały skórzane pasy, był dowodem jego znakomitej siły.

Challenger, z zachwytem wynalazcy, wpatrywał się w swe dzieło. Pierwszy Summerlee przerwał pełne zdumienia milczenie.

— Nie myślisz chyba kolega zaproponować nam podróż w tym przyrządzie? — zagadnął cierpko.

— Właśnie mam ten zamiar, szanowny profesorze, i przyrząd ten demonstruję dla wykazania jego siły, sądzę, że nie zawahasz się powierzyć swojej osoby temu przyrządowi.

— Wybij to sobie raz na zawsze z głowy! — powiedział stanowczo Summerlee. — Żadna siła na świecie nie skłoni mnie do podobnego szaleństwa! Lordzie Johnie spodziewam się, że i pan się oprzesz temu warjackiemu pomysłowi?

— A ja sądzę, że to pomysł kapitalny — odrzekł z entuzjazmem członek Izby Parów. — Pragnąłbym jak najprędzej zobaczyć go w pełnym ruchu...

— I zaraz zobaczysz, milordzie — odrzekł Challenger. — W ostatnich czasach wysilałem mózg na rozwiązaniem zadania: jak się stąd wydostać? Niema mowy o zejściu z tych skał. Niema mowy o zbudowaniu mostu nad przepaścią. Więc co czynić? Zwracałem już uwagę naszemu młodemu przyjacielowi na nadzwyczajną lotność gazu wydobywającego się z gejzerów. I zaraz wtedy nasunął mi się pomysł balonu. Pewną trudność nastręczało znalezienie powłoki na zbiornik gazu, lecz zbadanie wnętrzności olbrzymich płazów, dało mi sposób rozwiązania i tej trudności. I oto macie przed sobą wyniki mojej pracy.

Założywszy jedną rękę za poszarpaną kurtkę, Challenger, drugą wskazywał dumnie swoje dzieło.

Zbiornik wydęty już i zaokrąglony wspaniale, szarpał się gwałtownie na przywiązanych rzemieniach.

— Istna kanikuła! — oburzył się Summerlee.

Roxton przeciwnie, zachwycony był pomysłem.

— Dzielny staruszek! co? — szepnął mi do ucha, a potem powiedział głośno do Challengera:

— Ale z czego zrobimy łódkę do balonu?

— Zajmę się teraz z kolei budową łódki — odrzekł Challenger. — Mam już pomysł i budowy umocowania. A tymczasem, przekonam was, że mój aparat jest zdolny unieść w górę ciężar każdego z nas...

— Nas wszystkich chyba?

— Nie! ułożyłem już, że każdy kolejno spuści się jakby ze spadochronem, a balon wróci na górę, za pomocą przyrządu, który udoskonalę wkrótce. Jeżeli mój aparat zdoła udźwignąć ciężar jednego człowieka i spuścić go delikatnie na dół, spełni to, czego odeń żądamy. I zaraz wykażę wam jego uzdolnienie pod tym względem...

Przydźwigał bryłę bazaltu, zwężoną w połowie tak, że łatwo można było umocować do niej linę. Lina była jedną z tych, które przynieśliśmy ze sobą, wspinając się na skalistą piramidę. Miała ona przeszło sto stóp długości, a choć może cienka, była bardzo wytrzymała. Challenger urządził rodzaj skórzanej obroży z wiszącymi przy niej pasami skóry i umocował je na wierzchu balonu. Spadające z obroży rzemienie, zebrał razem pod spodem balonu, ażeby ciężar zawieszony u nich, rozkładał się równo na całą powierzchnię. Następnie przywiązał do pasów bryłę bazaltową, a do niej umocował końce luźno spadającej liny; drugi zaś koniec owinął sobie trzykrotnie naokoło ręki.

— Teraz przedstawię wam siłę nośną mego balonu — wyrzekł uśmiechając się z zadowoleniem.

I przeciął nożem pasy skórzane, przytrzymujące balon.

The Lost World by Harry Rountree 45

Lord schwycił mnie za nogi.

Nigdy jeszcze nasza wyprawa nie znalazła się w równie niebezpiecznem położeniu. Bo oto napełniona gazem błona, uleciała z przeraźliwą szybkością w górę. Challenger w mgnieniu oka porwany z ziemi, frunął z nią razem. Zaledwie zdążyłem objąć go w pół ciała ramionami, gdy uczułem się też pociągnięty w powietrze. Lord John schwycił mnie za nogi, lecz i on stracił grunt pod sobą! Przez jedną chwilę, mignął mi obraz trzech awanturników, unoszących się jak sznur serdelków, nad krainą, którą odkryli...

Lecz na szczęście, wytrzymałość liny miała swoje granice, choć nie miała ich potęga tego piekielnego gazu. Bo rozległ się trzask donośny, i spadliśmy wszyscy trzej na ziemię, razem ze zwojami liny.

Gdy potłuczeni, dźwigaliśmy się na nogi, balon z uwiązaną bryłą bazaltu, był już tylko czarnym punkcikiem, szybującym z szaloną szybkością na tle ciemnobłękitnego nieba.

— Wspaniale! — wykrzyknął, nieustraszony Challenger, rozcierając potłuczone ramię. — Demonstracja zupełnie przekonywająca... Nie mogłem nawet spodziewać się takiego powodzenia! Przyrzekam wam, panowie, że za tydzień będzie już gotowy drugi balon, i że możecie liczyć napewno, iż z całem bezpieczeństwem odbędziecie ten pierwszy etap powrotnej podróży!

Od dnia niebezpiecznej przeprawy z balonem wyrobu Challengera, rozpoczęła się zmiana w naszych losach.

Wspominałem już, że jedyną istotą, która okazywała współczucie naszym usiłowaniom wydobycia się na wolność, był młody syn wodza, wyratowany przez nas ze szponów małpiego plemienia. On jeden nie objawiał chęci zatrzymania nas w swoim kraju. Wyjaśnił nam to, dobitnymi gestami.

Wieczorem, po balonowej wyprawie, gdy mrok zapadł, przyszedł ukradkiem do naszego obozu i oddał mi mały zwitek kory z nieznanego drzewa. Zawsze okazywał mi on najwięcej zaufania, może dlatego, że i najbliższy byłem mu wiekiem. Oddawszy korę wskazał rząd jaskiń na górze, położył palec na ustach na znak milczenia i śpiesznie wrócił do swoich.

Przyniosłem zwój kory do ogniska, zaczęliśmy go razem oglądać. Miał on blisko stopę szerokości a na wewnętrznej stronie, osobliwe linje, (które odtwarza podany niżej rysunek), linje narysowane węglem, na białej powierzchni kory.

The Lost World by Harry Rountree 46

Linje narysowane węglem na białej powierzchni kory.

— Jakiekolwiek znaczenie ma ten rysunek, przysiągłbym, że jest dla nas ważny — odezwałem się. — Wyczytałem to z twarzy indjanina, gdy mi go podawał.

— Jeżeli tylko indjanin nie jest takim sobie pierwotnym figlarzem, jakich i u nas niebrak — odrzekł Summerlee. — Byłoby to już pierwszym krokiem do cywilizacji...

— Wygląda to na jakiś rodzaj pisma — zauważył Challenger.

— A raczej na konkursową zagadkę, wygrywającą gwineę dla odgadującego — dodał lord John, wyciągając szyję, by lepiej widzieć.

Lecz nagle wyciągnął rękę i rozwiązał „zagadkę“.

— Na świętego Jerzego! — zawołał, — zdaje mi się, że zgadłem. Chłopiec ma słuszność... To rzecz ważna. Patrzcie, ile tu liści jest wyrysowanych na korze? Osiemnaście. Porachujcie, że w skale nad nami, jest także osiemnaście otworów do jaskini!

— I on też wskazywał na jaskinie, gdy mi to oddał — powiedziałem.

— Tak, wszystko się zgadza. To plan jaskini. Tak! Osiemnaście w jednym rzędzie; jedne płytkie, inne głębokie, inne jeszcze z wgłębieniami, ciągnącemi się w głąb skały jak widzieliśmy. To jest plan ich umieszczenia, a na tym końcu jest krzyżyk. Co on oznacza? Zapewne, że ta jaskinia głębsza jest od innych.

— Albo, że ma wylot na drugą stronę skały! — wykrzyknąłem.

— Sądzę, że nasz młody przyjaciel odgadł słowo zagadki — odezwał się Challenger. — Gdyby ta jaskinia nie miała wylotu na drugim końcu, nie pojmuję poco ten młodzieniec, który ma uzasadnione powody dobrze nam życzyć, miałby kłaść znak, zwracający naszą uwagę? A jeżeli ta jaskinia przechodzi przez całą szerokość skały i ma na drugim końcu wyjście, w takim razie, nie mielibyśmy więcej niż sto stóp, do spuszczenia się na dół...

— Sto stóp! — jęknął Summerlee.

— Nasza lina ma więcej niż sto stóp długości! — zawołałem. Możemy się spuścić bez żadnego niebezpieczeństwa!

— Ale co na to powiedzą indjanie?

— W tych jaskiniach nad nami, niema Indjan — objaśniłem. — Służą im one za śpichlerze i składy zapasów. Chodźmy zresztą zaraz i obejrzyjmy to na miejscu.

The Lost World by Harry Rountree 47

Tylko chmary ogromnych nietoperzy zerwały się...

Na płaskowzgórzu rośnie pewien gatunek suchego, smolistego drzewa, rodzaj „arunkarji“ zdaniem naszych botaników, którego indjanie używają zamiast pochodni. Każdy z nas zabrał po wiązce tych drewek, poczem poszliśmy, po zarośniętych zielskiem schodach, do jaskini oznaczonej na rysunku krzyżykiem. Była zupełnie pusta, tylko chmary obudzonych nietoperzy zerwały się, spłoszone naszem wejściem. Nie chcąc zwracać uwagi indjan, szliśmy omackiem pewien czas, dopóki nie minęliśmy kilka zakrętów, i nie zapuścili się głęboko od wejścia.

Wtedy dopiero zapaliliśmy pochodnie. Byliśmy w pięknym, suchym korytarzu, o gładkich, szarych ścianach pokrytych rysunkami, z zaokrąglonem sklepieniem; biały, iskrzący piasek, pokrywał ziemię. Szliśmy z pośpiechem, aż zatrzymała nas... skalista ściana! Nie było w niej nawet szczeliny, przez którą mysz mogłaby się prześlizgnąć. Nie było żadnego wyjścia!

Staliśmy gorzko zawiedzeni, przed tą niespodziewaną przeszkodą...

Tunel ten nie powstał skutkiem wstrząśnienia, jak tamten drugi, którym próbowaliśmy dostać się na pła- skowzgórze. Końcowa ściana była równie gładka jak boki i sklepienie.

— Mniejsza o to, moi drodzy! — przemówił niepokonany Challenger. — Macie w każdym razie moją obietnicę, zbudowania drugiego balonu...

Summerlee jęknął.

— Czyżbyśmy zabłądzili? — zapytałem...

— Wcale nie — odparł Roxton, trzymając palec na mapie. Siedemnasta, licząc od prawej strony, druga od lewej... Ta sama, niezawodnie!

Spojrzałem na miejsce, które pokazywał palcem i wykrzyknąłem z radości.

— Już wiem! Napewno! Chodźcie za mną!

Pobiegłem napowrót tą samą drogą, świecąc sobie pochodnią.

— Tu zapaliliśmy światło — powiedziałem wskazując na spalone zapałki. — Jaskinia na planie rozgałęzia się w dwie strony, a my w ciemności minęliśmy to rozgałęzienie, przed zapaleniem pochodni. Druga odnoga musi mieć wyjście.

Odgadłem trafnie. Uszedłszy kilkadziesiąt kroków, ujrzeliśmy wielki, czarny otwór w skale. Weszliśmy tam i znaleźliśmy się w korytarzu o wiele szerszym niż poprzedni.

Biegliśmy nim zdyszani ze wzruszenia, aż wśród ciemności zajaśniało nam jakieś czerwonawe światło...

Stanęliśmy zdumieni.

Czerwonawy blask zagradzał nam drogę... Lecz nie widzieliśmy żadnego drgania, nie czuli żadnego ciepła, od tej czerwonawej zasłony, która stopniowo bladła, aż wreszcie zamieniła się w potok srebrnego światła, padającego na iskrzący, biały piasek...

— Księżyc! na świętego Jerzego! — zawołał lord John. — Jest wyjście, chłopcy! Jesteśmy wolni!

Tak, był to rzeczywiście księżyc w pełni, świecący prosto w rozpadlinę skały. Rozpadlina była szersza od średniej wielkości okna; średniego wzrostu człowiek mógł przejść przez nią z łatwością. Wysunąwszy głowy, przekonaliśmy się, że zejście na dół nie przedstawiało żadnej trudności, bo otwór jest niezbyt wysoko nad ziemią.

Nic dziwnego, że tej rozpadliny nie dojrzeliśmy z dołu a potem uradowani, wróciliśmy do koczowiska, zająć się przygotowaniami do jutrzejszej wyprawy.

Musieliśmy załatwić się z tem prędko i w tajemnicy, ażeby indjanie nie chcieli nas zatrzymać w ostatniej chwili.

Zapasy postanowiliśmy zostawić, a zabrać tylko karabiny i naboje. Lecz Challenger pragnął koniecznie zabrać swoje zbiory, zwłaszcza pewną skrzynkę, o której teraz nie mogę nic więcej powiedzieć, a która sprawiała nam najwięcej kłopotu...

Dzień mijał powoli, ale gdy noc zapadła byliśmy już gotowi do wyruszenia. Z wielkim trudem wydźwigaliśmy nasze pakunki po stromych schodach i rzuciliśmy pożegnalne spojrzenie na ten kraj dziwny, który może niezadługo stanie się pastwą podróżników i myśliwych; ten kraj, w którym dokonaliśmy tyle, przecierpieli tyle; nasz kraj, jak go zawsze będziemy nazywali...

Z brzegu jaskini, na lewo od nas, padały wesołe czerwonawe blaski ognisk indyjskich. Ze zbocza dochodziły śpiewy i śmiechy indjan.

Przed nami rozkładały się długiem pasmem lasy, w pośrodku połyskiwało w mroku wielkie jezioro, schronisko dziwnych potworów. I gdyśmy patrzyli na nie, dobiegł do nasz ciemności rozgłośny, przenikliwy krzyk jakiegoś nieznanego stworzenia, ostatnie pożegnanie z krainy Maple Whita...

Odeszliśmy i zapuściliśmy się w głąb jaskini na drogę wiodącą... do kraju!

We dwie godziny już wszystkie nasze rzeczy były złożone u podnóża skał. Jedyną trudność sprawiły nam pakunki Challengera.

Pozostawiliśmy to wszystko i poszliśmy do obozowiska Zamba, gdzie stanąwszy o świcie, zastaliśmy ze zdumieniem zamiast jednego ogniska, cały szereg ogni, płonących na równinie.

Przybyli ratownicy!

Dwudziestu indjan z drągami, linami, narzędziami, które mogły pomódz do zbudowania przejścia nad przepaścią...

Przybycie ich uwolniło nas od innej trudności: od dźwigania naszych pakunków w powrotnej drodze do Amazonki.

Na tem kończy się wierny opis tego co się nam zdarzyło.

Piszę teraz z dawnego obozowiska, w którem tak długo trzymał straż, wierny nasz Zambo. Trudności i niebezpieczeństwa pozostały za nami jak senne marzenia...

Oczy nasze oglądały istne cuda; dusze nasze oczyściły się i uszlachetniły wśród trudów. Każdy z nas wraca lepszym człowiekiem... Za dwa miesiące staniemy w Londynie, gdzie mój list nie wiele wcześniej od nas przybędzie.

Serca nasze wyrywają się stęsknione do ojczyzny, do miejsc, w których pozostawiliśmy wszystko co nam jest drogie. Lecz zarazem budzi się obawa, co nas tam czeka? Jakie wrażenie uczyni sprawozdanie z naszych przygód?

Przeczucie mówi mi, że ten ostatni rozdział, może obfitować w dziwne, nieprzewidziane zdarzenia...

W każdym razie, kochany panie Mac Ardle, mam nadzieję wkrótce uścisnąć dłoń pańską.



XVI.
„Pochód! Pochód!“

Nie przypuszczaliśmy nawet, że nasza wyprawa obudzi tak wielkie zajęcie w tych stronach południowej Ameryki, przez które prowadziła nasza droga. I przykro nam było, że za tyle uprzejmości jakie nas spotkały, za serdeczną gościnność jaką nas darzono, musieliśmy zapłacić fałszem, upewniając pytających, że ten, ktoby poszedł naszymi śladami, straciłby próżno czas i pieniądze. Ale tak już postanowiliśmy między sobą, że nie ujawnimy naszych odkryć, przed naradzeniem się z członkami Zoologicznego Towarzystwa, które nas wysłało, jako swoich delegatów; im zatem należało się pierwsze sprawozdanie z tego cośmy uczynili. I dlatego, mimo że w Southampton otoczył nas tłum reporterów, odmówiliśmy im wszelkich objaśnień, co naturalnie skierowało całą uwagę publiczności na zebranie, zwołane w d. 7 listopada w sali Towarzystwa Zoologicznego.

Na zebraniu tem mieliśmy przedstawić wyniki naszej wyprawy, ale zgłaszały się tak wielkie tłumy ciekawych, że po trzykroć trzeba było zmieniać salę, wybierając coraz większą, a każda okazywała się potem zbyt szczupłą na pomieszczenie słuchaczów.

Zebranie odbyło się w wielkiej, a jeszcze niewystarczającej sali Albert-Hall, nazajutrz po naszem przybyciu do Londynu.

Ale teraz składam już pióro i wyręczam się dokładnem sprawozdaniem, spisanem dla naszego dziennika, przez znakomitego sprawozdawcę, a mego przyjaciela i kolegę Macdona, pod tytułem:


„ZAGINIONY ŚWIAT“
WIELKIE ZEBRANIE W ALBERT-HALL.
BURZLIWE SCENY.
NADZWYCZAJNY WYPADEK!
CO TO BYŁO WŁAŚCIWIE?
NOCNY POCHÓD PRZEZ MIASTO.
(Specjalne sprawozdanie dla naszego dziennika)


Zebranie zwołane przez Towarzystwo Zoologiczne dla przyjęcia sprawozdania z wyprawy, odbytej do południowej Ameryki, w celu sprawdzenia wiarogodności twierdzeń profesora Challengera, odnoszących się do istnienia pierwotnych form zwierzęcego świata w tamtej krainie, odbyło się zeszłego wieczora w wielkiej sali Albert-Hall i możemy śmiało stwierdzić, że ten dzień, powinien być wydrukowany czerwonemi zgłoskami w historji nauki, bo przebieg posiedzenia był tak ciekawy i niezwykły, iż każdy z obecnych zachowa go na zawsze w pamięci.

Bilety wejścia przeznaczone były wprawdzie tylko dla członków i ich przyjaciół, lecz ponieważ określenie to jest bardzo elastyczne, na długo przed godziną ósmą, na którą oznaczono otwarcie posiedzenia, ogrzana sala była już doszczętnie zapełniona. Lecz część publiczności, żywiącej nieuzasadnioną urazę o wyłączenie z posiedzenia, przypuściła o kwandrans na dziesiątą kompletny szturm do drzwi, poprzedzony bójką, w której mnóstwo osób odniosło szwank, np. inspektor z oddziału H Troble, któremu w zamieszaniu zgruchotano nogę.

Po tem niesłychanem wtargnięciu, ciekawi nietylko zapełnili wszystkie przejścia, ale zajęli nawet miejsca przeznaczone dla przedstawicieli dzienników, tak że liczba słuchaczów, oczekujących przybycia podróżników, doszła do pięciu tysięcy.

Gdy wreszcie oczekiwani przybyli, zajęli miejsca w pierwszym rzędzie na estradzie, gdzie już zasiedli pierwej najznamienitsi uczeni z całej Europy.

Ukazanie się czterech bohaterów, było hasłem do powitalnej demonstracji, gdyż wszyscy obecni powstali z miejsc i przyjęli ich gromkimi okrzykami. Lecz bystry spostrzegacz mógł już wtedy wyczuć pewne objawy protestu wśród okrzyków, grożące w dalszym ciągu zamąceniem karności.

Lecz śmiało można twierdzić, ze nikt nie przewidywał nadzwyczajnego zwrotu jaki wkrótce nastąpił w zebraniu.

Nie będę opisywał powierzchowności czterech wędrowców, ponieważ ich wizerunki podawały wszystkie pisma. Niewiele znać na nich przebyte trudy i być może, że broda profesora Challengera jest mniejsza, twarz profesora Summerlee surowsza, a postać lorda Roxtona szczuplejsza; oblicza ich wprawdzie przybrały odcień ciemniejszy, lecz pomimo tych zmian, spoglądali oni na publiczność pogodnie i z wyrazem zadowolenia, zwłaszcza nasz kolega przedstawiciel dziennikarstwa, znany zapaśnik w piłce nożnej i atletyce, pan E. D. Malone.

Gdy ucichła wrzawa i wszyscy zasiedli na swych miejscach, przewodniczący książę Durham, przemówił do zebranych.

Upewnił, że nie ma zamiaru dotykać tego, o czem ma mówić profesor Summerlee, sprawozdawca wyprawy; pragnie tylko wspomnieć, że jak chodzą pogłoski, wyprawa osiągnęła nadzwyczajne wyniki (oklaski.) Chce zwrócić uwagę słuchaczy, że i w dzisiejszych prozaicznych czasach, zdarzają się uczonym poszukiwaczom przygody, jakichby się nie powstydziła najbujniejsza wyobraźnia dawnych powieściopisarzy.

Pragnie też wyrazić swą radość, którą dzielą z nim wszyscy tu obecni, z powodu szczęśliwego powrotu wędrowców z tej niebezpiecznej wyprawy, albowiem każda klęska jakaby na nich spadła, byłaby niepowetowaną stratą dla nauki.

(Wielkie oklaski. Profesor Challenger także klaszcze zapamiętale).

Gdy powstał profesor Summerlee, wybuchnął znów wielki zapał wśród zgromadzenia, skierowany tym razem do osoby mówcy.

Sprawozdania jego nie podajemy tu w całości, ponieważ ukaże się ono jako dodatek do naszego pisma opracowany przez specjalistę.

Podamy tu tylko niezbędne szczegóły. Profesor Summerlee objaśniwszy cel podróży i oddawszy należny hołd swemu koledze, profesorowi Challengerowi, przeprosił go za niedowierzanie z jakiem on, Summerlee, przyjmował dawniej jego odkrycia, a potem zdał pokrótce sprawę z dokonanej podróży, lecz zatrzymując dla swojej tylko wiadomości wszystko, co mogłoby służyć za wskazówkę gdzie leży owo płaskowzgórze. Wzruszył jednak do głębi słuchaczów opisem przebytych trudności i niebezpieczeństw, których ofiarą padło dwóch służących metysów.

Potem powiódł słuchaczy na tajemnicze płaskowzgórze, wstrząsnął opowieścią o spadłym w przepaść pniu drzewa, który za most służył podróżnikom; opisał im okropności i uroki tego kraju. Mało mówił o osobistych przygodach, lecz rozwodził się szeroko, nad bogatym plonem jaki nauka zbiera ze zbadanych przez wędrowców zwierząt, ptaków, owadów i roślin płaskowzgórza.

Czterdzieści sześć nowych odmian z rodziny tęgopokrywych (coleoptera) i dziewięćdziesiąt cztery z rodziny łuskoskrzydłych (lepidontera), zdołali podróżnicy zgromadzić w ciągu kilku tygodni. Lecz największe zajęcie wzbudziły szczegóły o zwierzętach większych, tych zwłaszcza, które uważano, za zupełnie zaginione. Profesor mógł przytoczyć długi ich szereg, lecz nie podlega wątpliwości, że przy ściślejszem zbadaniu kraju, ilość ta powiększy się znacznie. On i jego towarzysze widzieli przeważnie zdaleka kilka stworzeń, najzupełniej dotąd nieznanych. Dopiero w przyszłości mogą one być zbadane i wciągnięte do klasyfikacji.

Wspomniał naprzykład o wężu, którego zrzucona skóra, ciemno-purpurowego koloru ma pięćdziesiąt pięć stóp długości; o jakimś stworzeniu biało zabarwionem, prawdopodobnie należącem do rodziny ssących, które w ciemności wydaje blask fosforyczny; o wielkiej, czarnej ćmie, której ukąszenie, jak mówili indjanie, jest bardzo jadowite.

Pominąwszy jednak tę grupę „nieznanych“, na płaskowzgórzu żyje dużo znanych z przedhistorycznej epoki stworzeń; niektóre z epoki Jurajskiej. Wśród nich wymienił olbrzymiego i dziwacznego „stegosaurusa“, którego pan Malone widział w nocy pijącego wodę w jeziorze, a naszkicowanego w albumie odważnego amerykanina, Maple Whita, pierwszego odkrywcy tej krainy. Opisał też „iguanodony“ i „pterodaktyle“, widziane przez wędrowców zaraz po przybyciu.

Przeraził słuchaczy opisem drapieżnego mięsożernego „dinosaurusa“ , który parokrotnie napadał wędrowców, i był najgroźniejszym ze wszystkich zwierząt, poznanych w kraju Maple Whita. Wspomniał o wielkim i dzikim ptaku, zwanym „phororachus“ i o olbrzymim łosiu żyjącym dotąd na tem płaskowzgórzu. Lecz największe zdumienie obudził opis tajemniczego jeziora. Trudno było wierzyć własnym oczom gdy ten trzeźwy, zimny uczony, spokojnie i systematycznie opowiadał o potwornych „jaszczurkach-rybach“ z trzema oczami, o potężnych wężach wodnych, zamieszkujących te wody.

Przeszedł potem do szczegółów o mieszkańcach tego kraju, indjanach, o kolonii małp „antropodów“, zbliżonych najwięcej do „pithecasetropusa“ z wyspy Jawy. Opisał znakomity, lecz wielce niebezpieczny wynalazek profesora Challengera, a zakończył wyjaśniając, jaką drogą członkowie wyprawy zdołali powrócić do ucywilizowanego świata.

Zdawało się, że na tem będzie koniec, że zebranie, zakończy się wyrażeniem podziękowania i uznania dla członków wyprawy, zaprojektowanem przez profesora-delegata z Upsali, gdy niespodziewanie wystąpiły objawy opozycji, zapowiadające się zlekka od samego początku.

Powstał dr. James Illingworth z Edymburga, siedzący na środku sali i zapytał, czy nie należy przed zakończeniem zebrania, uchwalić pewne poprawki?

Przewodniczący, książę Durham. — Naturalnie, jeżeli zachodzi potrzeba jakiejkolwiek poprawki.

Dr. Illingworth. Wasza wysokość! uważam, że poprawka jest konieczna.

Przewodniczący. Więc zechciej pan objaśnić do czego się ma odnosić.

Profesor Summerlee (zrywając się gwałtownie). Czy wolno objaśnić Waszą Wysokość, że ten człowiek jest moim osobistym nieprzyjacielem, od czasu naszego zatargu w „Kwartalniku Naukowym“, w kwestji rzeczywistego charakteru „bathybiusa“?

Przewodniczący. Bardzo mi przykro, lecz nie mogę wkraczać w dziedzinę osobistych stosunków. Proszę przedstawić żądaną poprawkę.

To, co mówił następnie dr. Illingworth trudno było usłyszeć, z powodu gwałtownej opozycji stronników prof. Challengera. Próbowano nawet ściągnąć z estrady dr. Illingwortha, ale, że to był człowiek olbrzymiego wzrostu i obdarzony potężnym głosem, zdołał wreszcie zapanować nad zamieszaniem i dokończyć swej przemowy. Od chwili, gdy powstał z miejsca, ujawniło się, że w sali jest znaczna liczba jego stronników i życzliwych, choć stanowiących mniejszość wśród zebranych. Przeważna zaś część publiczności zachowywała neutralność i słuchała z wytężoną uwagą.

Dr. Illingworth zaczął od pochwał, któremi wyraził swe uznanie dla naukowej pracy obu profesorów. Przykro mu, że w tem co mówił, a co mu podyktowała jedynie chęć wyświetlenia prawdy, upatrywano oddźwięk osobistej niechęci. Zajmuje on zupełnie takie same stanowisko, jakie na ostatniem zebraniu zajmował był profesor Summerlee. Na owem zebraniu profesor Challenger mówił o swych odkryciach, którym kolega jego zaprzeczał. A teraz ten sam kolega występuje z takiemi samemi odkryciami i żąda by je przyjęto bez opozycji. Czy ma prawo do stawiania takich żądań?

Wśród zebranych rozlegają się okrzyki „Tak“ i „Nie“! Poczem następuje przerwa skutkiem gwałtownej wrzawy. Podczas zamieszania sprawozdawcy dziennika słyszą, że profesor Challenger domaga się od przewodniczącego pozwolenia, na wyrzucenie za drzwi dr. Illingwortha.

Po uciszeniu się wrzawy, dr. Illingworth mówi dalej. Przypomina, że przed rokiem jeden uczony w tej samej sali opowiadał o swych odkryciach. Obecnie, czterej ludzie powtarzają toż samo i dodają jeszcze więcej zdumiewające szczegóły, Czy to ma stanowić niezbity dowód istnienia tego, o czem mówią?

Widzieliśmy w ostatnich czasach podróżników, powracających z nieznanych krain z opowieściami, którym bezkrytycznie dano wiarę. Czy Towarzystwo zoologiczne w Londynie ma uczynić to samo. Mówca przyznaje, że członkowie wyprawy cieszą się opinją ludzi uczciwych. Ale ludzka natura jest tak skomplikowana. Nawet uczonych profesorów może skusić żądza rozgłosu. My wszyscy, jak ćmy, lubimy się pławić w blasku... A tu każdy członek wyprawy ma swoje powody do przechwalania się dokonanemi dziełami.

(Krzyki: „Hańba! hańba!“)

Mówca nie chce nikogo obrażać...

Ktoś woła: „Ale pan znieważasz!“

...Jakież dowody podróżnicy mogą przedstawić na stwierdzenie tego o czem opowiadają? Fotografje? Wiadomo wszystkim, że obecnie fotografje można fabrykować według woli. A więcej? Jakaś opowieść o spuszczaniu się ze skał na linach, co przeszkodziło sprowadzeniu większych okazów. Podobno lord John Roxton utrzymuje, że posiada czaszkę „phororachusa“. Mówca radby zobaczyć tę czaszkę.

Lord Roxton. Czy ten człowiek ośmiela się robić mnie kłamcą?! (wielka wrzawa).

Przewodniczący. Spokojnie! spokojnie! Zmuszony jestem prosić mówcę o sformułowanie zarzutów i wyraźne określenie żądanej poprawki.

Dr. Illingworth. Wasza wysokość! miałbym jeszcze dużo do powiedzenia, lecz poddaję się rozkazowi. Żądam więc następującej poprawki:

„Oprócz podziękowania profesorowi Summerlee za jego zajmujący wykład uznać wywody mówcy za „nieprawdziwe“ i powierzyć całą sprawę do zbadania liczniejszemu, i o ile można, wiarogodniejszemu kompletowi ludzi, którzyby przedsięwzięli nową wyprawę dla sprawdzenia przedstawionych nam odkryć“.

Trudno opisać zamęt wywołany tą propozycją:

Znaczna część zgromadzonych wobec takiej napaści na podróżników, wyraziło swoje oburzenie hałaśliwymi okrzykami: „Nietrzeba poprawki“! „Cofnąć ją“! „Za drzwi z nim“! Z drugiej zaś strony przeciwnicy podróżnych, a nie można zaprzeczyć, że liczba ich była pokaźna, hałaśliwie domagali się poprawki, i krzycząc: „Cicho!“ „Do porządku!“ „Równe prawa dla wszystkich!“ W ostatnich ławkach zawrzała bójka między studentami medycyny tam natłoczonymi, i gdyby nie kojący wpływ obecności dam, byłaby się zamieniła w ogólną bijatykę.

Lecz nagle nastąpiła przerwa, wrzawa ucichła, zapanowało głębokie milczenie. Profesor Challenger stanął na środku estrady i podniósł rękę, na znak, że chce mówić.

Żyją dotąd w pamięci obecnych — zaczął — takie same głupie i nieokrzesane sceny, na ostatniem zebraniu, na którem miałem zaszczyt przemawiać. Wówczas profesor Summerlee był głównym winowajcą, a choć obecnie skruszony zmienił zdanie, niemożna tych wspomnień wymazać zupełnie z pamięci. Dziś, usłyszeliśmy podobne, lecz więcej jeszcze ubliżające zarzuty z ust osobnika, który przed chwilą usiadł, a choć trzeba wielkiego poświęcenia miłości własnej, ażeby zniżyć się do jego poziomu umysłowego; zdobędę się jednak na to, dla rozproszenia nawet cienia wątpliwości, jaka by mogła powstać w myślach obecnych tu słuchaczów (Głośne śmiechy przerywają mówcy). Nie potrzebuję przypominać, że lubo profesor Summerlee, stał na czele wyprawy, mającej za zadanie sprawdzenie moich twierdzeń, ja byłem główną osobą w tej wyprawie i „mnie“ głównie należy przypisać jej powodzenie. Doprowadziłem tych trzech panów do wskazanej miejscowości i przekonałem zupełnie o prawdzie tego co opowiadałem. Mieliśmy nadzieję, że nie znajdzie się nikt tak ograniczony, by śmiał poddawać w wątpliwość nasze wspólne odkrycia. Ale ja, nauczony dawniejszem doświadczeniem, nie powróciłem bez dowodów, wystarczających dla ludzi niepozbawionych zdrowego rozsądku. Jak już mówił profesor Summerlee, aparaty fotograficzne dostały się w łapy małpoludzi, kiedy splądrowali nasze obozowisko i większa część zdjęć uległa wtedy zniszczeniu...

(Wrzaski, śmiechy, wołania: „Mów to komu innemu!“ z dalszych rzędów).

Challenger mówi dalej:

...Mówiąc o małpoludziach, nie mogę przemilczeć, że głosy jakie dochodzą w tej chwili do mnie, przypominają mi żywo mój pobyt wśród tamtych interesujących... (śmiechy),

...Lecz mimo zniszczenia wielu niezmiernej wartości klisz, pozostała jeszcze pewna ilość fotografji zdjętych na płaskowzgórzu. Czy kto ośmieli się zarzucić, że te fotografje są podrabiane?

(Głos jakiś woła: „Tak!“ Następuje potem dłuższa przerwa, zakończona wyprowadzeniem za drzwi kilku słuchaczów, poczem Challenger mówi dalej).

Klisze osądzili i zbadali znawcy. Ale oprócz klisz, czy podróżnicy mają inne dowody?

Warunki w jakich uciekali, uniemożliwiły im zabranie większych pakunków; zdołali jedynie ocalić zbiór motyli i chrząszczów, zgromadzony przez profesora Summerlee. W zbiorze tym są nowe nieznane dotąd odmiany. Czy i to nie jest dostatecznym dowodem? (Kilka głosów woła: „Nie!“). Kto powiedział „Nie“?

Dr. Illingworth powstaje i mówi:

Według naszego mniemania zbiór taki może być zebrany także w innych krajach, niekoniecznie na przedhistorycznem płaskowzgórzu (oklaski).

Profesor Challenger. Czcigodny panie! schylamy w pokorze głowę przed taką uczonością, choć sprawiedliwość nakazuje dodać, że imię pańskie nieznane jest na polu nauki. Pomijam tedy takie dowody jak przywiezione przez nas fotografje i zbiory entomologiczne, a powołuję się, na szczegółowe i dokładne wiadomości co do rozmaitych zwierząt, wiadomości nieznane dotąd. Naprzykład o zwyczajach pterodaktylów...

(Głos z tłumu: „Ba!“ i wybuch śmiechu).

...O zwyczajach pterodaktylów mówię, na które możemy teraz rzucić pewne światło. Mogę też przedstawić szkic pterodaktyla, zdjęty z natury, co was przekona...

Dr. Illingworth. Żadne rysunki nas nie przekonają!

Profesor Challenger. Więc może życzyłbyś pan sobie ujrzeć pterodaktyla żywego?

Dr. Illingworth. Naturalnie.

Prof. Challenger. I to, uznałbyś pan już za wystarczający dowód?

Dr. Illingworth. Bez żadnej wątpliwości.

Wtedy nastała najciekawsza chwila, wrażenie tak potężne, jak się nigdy chyba nie zdarzyło dotąd na zebraniu naukowem. Profesor Challenger podniósł rękę do góry, a na ten znak powstał z miejsca kolega nasz, dziennikarz pan E. D. Malone i skierował się w głąb estrady. Po chwili wrócił w towarzystwie olbrzymiego wzrostu murzyna, dźwigając z nim wielką, kwadratową skrzynię. Była ona widocznie bardzo ciężka. Przydźwiganą z trudem skrzynię, ustawiono na przodzie estrady, obok krzesła profesora Challengera. W sali zapanowała głęboka cisza, wszyscy wpatrywali się z natężeniem, oczekując co się dalej stanie.

Prof. Challenger zdjął wieko ze skrzyni składające się z desek z dużemi, wywierconemi w niej otworami. Zajrzał w głąb, klasnął kilkakrotnie palcami i przedstawiciele dzienników słyszeli wyraźnie, że powtórzył parę razy pieszczotliwie:

— Chodź, mój śliczny! mój śliczny! Chodź!

Po chwili, z donośnym, grzechocącym chrzęstem, wysunęło się z głębi, straszne, obrzydliwe stworzenie i usiadło na brzegu skrzyni. Nawet nieprzewidziany wypadek księcia Durham, który właśnie wtedy spadł z estrady do orkiestry, nie zwrócił uwagi przerażonych widzów! Okropna głowa tego stworzenia podobna była do najwstrętniejszych straszydeł, jakie kiedykolwiek wylęgły się w wyobraźni średniowiecznego snycerza. Złowroga, jadowita, z dwojgiem małych, czerwonych oczek, płonących jak rozżarzone węgle. Długi okrutny dziób, napół otwarty, zbroiły dwa rzędy ogromnych, jak u rekina zębów. Ramiona skulone, pokrywała obwisła, szara błona, podobna do pajęczyny, lub zniszczonego szala. Upiór, którym nas straszono w dzieciństwie, upiór w wymarzonej postaci!

Wśród zebranych zapanowało przerażenie; ktoś zaczął krzyczeć, dwie damy, siedzące w pierwszym rzędzie spadły z krzeseł zemdlone, a na estradzie wszyscy porwali się z miejsc, by podążyć śladem przewodniczącego, do orkiestry.

Przez chwilę groziło niebezpieczeństwo popłochu.

Profesor Challenger podniósł ręce, by uspokoić strwożonych, lecz tym ruchem spłoszył straszydło, siedzące przed nim.

The Lost World by Harry Rountree 48

I zaczęło powoli okrążać salę.

I nagle rozwinął się ten dziwaczny, pajęczynowy płaszcz, rozciągnął i zatrzepotał z chrzęstem, jakby skrzydła skórzane. Profesor sięgnął, chcąc schwytać potwora za nogi, lecz się spóźnił. Bo straszydło zdążyło już zerwać się ze skrzyni i zaczęło powoli okrążać salę, chrzęszcząc dziesięciostopowemi skrzydłami, a smrodliwy, ohydny odór zgnilizny napełnił salę.

Krzyki siedzących na galerji przerażonych zbliżaniem się tych płonących oczu i groźnego dzioba, doprowadziły straszydło do zupełnego szału. Latało coraz prędzej oślepione dziką trwogą, tłukąc się o ściany i świeczniki.

— Okna! Na miłość Boską zamknijcie okna! — ryknął profesor Challenger, załamując z rozpaczy ręce.

Niestety. Przestroga przyszła zapóźno. Straszydło, rozbijając się o ściany, niby jakaś ćma olbrzymia, trafiła na otwarte okno, wcisnęło się w otwór ohydnem cielskiem i... uleciało!

Profesor Challenger padł na krzesło zasłaniając twarz rękoma, a z piersi zgromadzonych w sali, wyrwało się przeciągłe, westchnienie ulgi, dzięki zażegnanemu niebezpieczeństwu.

A potem... Jak opisać to, co nastąpiło potem? Ten wybuch zapału ze strony większości i reakcję opornej poprzednio mniejszości, które złączyły się w jedną falę toczącą się po sali, wzbierającą coraz gwałtowniej, zalewającą i krzesła w orkiestrze i estradę, na której ta fala objęła, wszystkich czterech bohaterów podróżników.

Jeżeli przedtem, zebrani nie uczynili zadość sprawiedliwości, teraz wynagrodzili to sowicie. Wszyscy sunęli ławą, wydając okrzyki, wymachując rękoma. Zbity tłum otoczył podróżników.

— W górę ich! W górę! — krzyczały setki głosów.

I nagle, nad głowami tłumu, ukazały się cztery postacie. Daremnie, niesieni, usiłowali się wyrwać. Trzymano ich mocno na honorowem miejscu, w powietrzu. A nawet choćby kto chciał, trudnoby było postawić ich na ziemi, tak zwarty tłum otaczał ich naokoło.

— Na ulicę! Na ulicę! — grzmiały głosy pełne zapału.

Zakotłowało się w ciżbie i wyłonił się z niej silny a spokojny prąd, kierujący się ku drzwiom z czterema podróżnikami niesionymi na ramionach. Na ulicy działy się rzeczy nadzwyczajne. Czekał tam tłum stutysięczny. Na widok bohaterów, gdy ukazali się w świetle elektrycznych latarń, rozległ się ryk potężny:

— Pochód! Pochód!

The Lost World by Harry Rountree 49

Tłum, zatłoczywszy ulicę, posuwał się przez Regent street ku Picadilli, tamując cały ruch w śródmieściu, i wywołując mnóstwo starć między demonstrantami z jednej strony a policją i samochodami z drugiej. I nieprędzej aż po północy, czterej bohaterowie wydobyli się z uścisków wielbicieli. Przed drzwiami mieszkania lorda Roxtona na Albany rozentuzjazmowany tłum jeszcze odśpiewał „Oto czterej dzielni chłopcy“ a zakończył hymnem „Boże strzeż króla“...

I na tem zakończył się ten pamiętny wieczór w Londynie...

Dotąd mówił mój kolega Macdona wiernie, choć kwieciście opisując całe zdarzenie. Co się zaś tyczy najgłówniejszego epizodu, był on niespodzianką dla zebranych w sali, ale, jak łatwo się domyśleć, nie dla nas.

Czytelnicy pamiętają moje spotkanie z lordem Roxtonem, idącym w koszykowej krynolinie na wyprawę, z której przyniósł profesorowi Challengerowi „djabelskie pisklę“ jak się wyraził. Wspominałem też o trudnościach, jakie nam sprawiały pakunki profesora, podczas ucieczki z płaskowzgórza, a gdybym był opisywał szczegółowo powrotną naszą podróż, byłbym miał dużo do powiedzenia o kłopotach naszych, kiedy trzeba było schlebiać upodobaniom naszego obrzydliwego towarzysza, karmiąc go zgniłemi rybami.

Nie wspominałem zaś o tem dlatego tylko, że profesor gorąco pragnął ażeby żadna wieść nie przedostała się na zewnątrz o tym niezwalczonym, żywym dowodzie jaki przywieźliśmy, dopóki nie nadejdzie chwila odpowiednia do przedstawienia go i ostatecznego pognębienia naszych wrogów.

Muszę też dodać słówko o dalszych losach pterodaktyla zabłąkanego w Londynie. Nic pewnego nie można było twierdzić w tym przedmiocie. Są tylko zeznania dwóch przerażonych niewiast, które utrzymują, że straszydło usiadło na dachu Queun’s Hall i tkwiło tam przez kilka godzin, podobne do jakiegoś mieszkańca piekieł...

The Lost World by Harry Rountree 50

Szeregowiec gwardji Miles, uciekł z posterunku.

Następnego dnia, ukazała się w dziennikach wiadomość, że szeregowiec gwardji Miles, stojący na warcie przed pałacem Marlborough, uciekł z posterunku, nie czekając zluzowania, i za to oddany został pod sąd wojenny. Tłomaczenie się szeregowca Milesa, że rzucił karabin i uciekł dlatego, iż spojrzawszy w górę, zobaczył „djabła“ między ziemią a księżycem, nie zostało uznane przez sąd za wiarogodne, a jednak, mogło ono było posłużyć za nić przewodnią do wyjaśnienia zagadki.

Jedno jeszcze mogę tu przytoczyć: świadectwo załogi parowca „Friessland“, z holendersko-amerykańskiej linji. Marynarze zeznali, że o dziesiątej rano (nazajutrz po zebraniu w Albert Hall) dyżurni na pokładzie, kiedy statek był w odległości dziesięciu mil od miejsca wyruszenia, minęło go coś podobnego do skrzydlatego kozła, lub potwornego, olbrzymiego nietoperza. Leciało to z niesłychaną szybkością w kierunku południowo-zachodnim.

Jeżeli instynkt skierował go we właściwą stronę, nie ulega wątpliwości, że ostatni pterodaktyl w Europie, znalazł śmierć kędyś w niezmierzonych przestworzach Atlantyku.

A Gladyssa? moja Gladyssa? Gladyssa, której imię zostało nadane tajemniczemu jezioru, dziś już przemianowanemu na jezioro „Środkowe“? Obrane przeze mnie imię Gladyssy nie zostało unieśmiertelnione... Czyż ja nigdy nie odczuwałem w jej charakterze zimnego okrucieństwa? Czy nawet wtedy, gdy zaślepiony miłością, z rozkoszą spełniałem jej rozkazy; czy nawet wtedy w głębi serca nie odczuwałem, że marna to miłość, która z zimną krwią wysyła ukochanego na niebezpieczeństwa, na śmierć może? Czy olśniony pięknością Gladyssy nie uświadamiałem sobie, że poza czarującą twarzą kryje się dusza samolubna i zmienna? Czy Gladyssa zachęcała mnie do bohaterskich czynów przez cześć dla najwznioślejszych strun ludzkiej duszy, czy też w poziomym celu, ażeby promienie sławy zdobytej przeze mnie, choćby za cenę życia, ozłociły jej głowę, bez żadnych z jej strony trudów i poświęceń? A może te myśli powstały w mej głowie dopiero potem, po niewczasie, jako spóźniony owoc mądrości opłaconej gorzkiem doświadczeniem?

Cios był straszny. Zachwiałem się na chwilę pod tem uderzeniem. Szukałem pociechy w szyderstwie... Ale teraz, gdy to piszę, upłynął już tydzień, a po rozmowie jaką miałem z lordem Roxtonem, przekonałem się, że... mogłoby być gorzej...

W kilku słowach opowiem co i jak się stało.

W Southampton nie zastałem ani listu ani telegramu. Około dziesiątej wieczorem, przybyłem do willi w Streatham, w stanie gorączkowego niepokoju. Czy Gladyssa żyje? A może... może... Gdzież te ręce wyciągające się do mnie na powitanie, o których marzyłem w snach moich, gdzie gorące słowa pochwały dla człowieka, który narażał życie dla zadowolenia jej fantazji? I wtedy to zacząłem już spadać z obłoków na twardy grunt rzeczywistości... W duszy mojej kryła się jeszcze nadzieja, że może się zdarzyć coś, co mnie dźwignie znowu w podniebne sfery...

Przebiegłem ścieżkę ogrodową, zastukałem kołatką do drzwi, odepchnęłem zdumioną służącą i wpadłem do bawialnego pokoju.

Gladyssa siedziała na niskiej kozetce pod przysłoniętą lampą, obok pianina. W dwóch susach przebiegłem pokój i pochwyciłem jej obie ręce.

— Gladysso! — zawołałem. — Gladysso!

Spojrzała na mnie ze zdumieniem, Zauważyłem w niej zmianę. Wyraz jej oczu, zimne spojrzenie, zaciśnięte usta, wszystko to było dla mnie obce. Wysunęła ręce z moich dłoni.

— Co to znaczy? — zapytała.

— Gladysso! — wykrzyknąłem. Co się tu stało? Moja ukochana! Przecież ty jesteś Gladyssa Hungerton?

— Nie! — odrzekła twardo. Nazywam się Gladyssa Potts. Pozwól pan, że go przedstawię memu mężowi...

Życie bywa często śmieszne...

Skłoniłem się machinalnie i ścisnąłem rękę człowieka małego wzrostu, z imbirowego koloru włosami, wsuniętego wygodnie w głąb wielkiego fotelu, który dawniej był mojem uprzywilejowanem siedzeniem... Kiwnęliśmy się obaj uprzejmie, szczerząc do siebie zęby w przymuszonych uśmiechach.

— Ojciec zatrzymał nas tymczasem u siebie.

— Urządzamy sobie dopiero dom — objaśniła Gladyssa.

— Doprawdy? — spytałem bezmyślnie.

— Pan zapewne nie otrzymał mego listu w Para?

— Nie, nie otrzymałem żadnego listu.

— Szkoda! List byłby wszystko wyjaśnił.

— I bez listu wszystko już wyjaśnione — zauważyłem.

— Opowiedziałam Williamowi o panu — mówiła dalej Gladyssa. Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Bardzo mi przykro, że tak się stało. Ale pańskie uczucie nie musiało być bardzo głębokie, nieprawdaż? jeżeli pan tak łatwo zdecydował się jechać na koniec świata i zostawił mnie tu samą... Pan nie gniewa się na mnie? Prawda, że nie?

— Nie! nie! Bynajmniej... Tylko uważam, że czas już mi odejść.

— Może pan zechce się czegoś napić — zaproponował żółtowłosy człowieczek.

I dodał poufnie w formie wyjaśnienia.

— Tak to zwykle zdarza się na świecie, nieprawdaż? I musi się tak dziać, kiedy nie może być inaczej, pan to rozumie!

Roześmiał się głupkowato a ja skierowałem się do drzwi.

Wyszedłem już do sieni kiedy nagła myśl skłoniła mnie do powrotu. Wróciłem do pokoju i zbliżyłem się do mego szczęśliwego rywala, który kręcił się niespokojnie, wstawszy z fotelu i rzucał trwożne spojrzenia na elektryczny dzwonek, niestety! dość daleko umieszczony.

— Czy pan zechce odpowiedzieć mi na jedno pytanie? — zagadnąłem.

— Naturalnie, o ile nie wychodzi to z granic rozsądku.

— Jakim sposobem doszedł pan do tego co się stało? Czy pan szukał ukrytych skarbów? czy odkrył biegun? czy przepłynął kanał? czy dokonał jakiegoś świetnego czynu? Czem się pan odznaczył? Jaką drogą doszedł pan do tego?

The Lost World by Harry Rountree 51

Wpatrywał się we mnie z bezdennem osłupieniem.

Wpatrywał się we mnie z bezdennem osłupieniem na bezmyślnej, pospolitej i przemęczonej twarzy.

— Czy pan nie sądzi, że to jest pytanie zanadto poufne? — wyjąkał.

— Więc odpowiedz mi pan na jedno tylko — zawołałem. — Czem się pan zajmujesz? Czem właściwie jesteś?

— Jestem pomocnikiem adwokata — objaśnił skwapliwie. Drugim pomocnikiem w kancelarji Johnsona i Merivala, nr. 41, Chamery Lane.

— Dobranoc! — odrzekłem wesoło.

I zniknąłem w cieniach nocy, jak zwykle znikają zrozpaczeni, z rozdartem sercem bohaterowie romansów, a w duszy mojej wzbierał żal i wściekłość wraz z chętką do śmiechu, kipiąc jak gotująca woda w garnku... Lecz na samem dnie duszy, kiełkowało już poczucie, że sprawiedliwa spotkała mnie kara, jeżeli nie dla miłości nauki, nie dla celów obchodzących ludzkość, nie dla przysporzenia blasku i świetności mojej ojczyźnie, lecz dla czczej fantazji próżnej i samolubnej dziewczyny; narażałem dar Boski tak cenny jak życie, dar, który człowiekowi wolno poświęcić tylko dla wyższych zadań...


∗             ∗

Jedno jeszcze opiszę zdarzenie zanim skończę.

Wczoraj wieczorem zebraliśmy się wszyscy u lorda Johna Roxtona. Po skończonej wieczerzy siedzieliśmy, paląc cygara, jak dobrzy koledzy i wspominając wspólnie przebyte przygody. Tak dziwnie było widzieć się w zupełnie innem otoczeniu, te dobrze znajome twarze i postacie.

Siedział przede mną Challenger, uśmiechający się pobłażliwie, z przymkniętemi napół powiekami, z zuchwałem swem spojrzeniem i groźnie zaczepną brodą; wydymał potężną klatkę piersiową i sapał gniewnie przy wykładaniu swych teorji profesorowi Summerlee.

Summerlee także zawsze z krótką fajeczką w zębach, tkwiącą pomiędzy rzadkiemi wąsami a szpakowatą kozią bródką, z mizerną twarzą rozognioną teraz skutkiem gwałtownej sprzeczki z Challengerem.

A wreszcie sam nasz gospodarz z surowem, orlem obliczem i zimnemi, niebieskiemi, podobnemi do lodowca oczyma, w których na dnie czaił się zawsze błysk figlarny i żartobliwy.

W takiem to ugrupowaniu widziałem ich poraz ostatni...

Lord John oznajmił nam przedtem, że po wieczerzy, w swojem sanktuarjum pełnem różowego światła, i niezliczonych myśliwskich trofeów, powie nam coś bardzo ważnego.

Jakoż zdjął z półki stare pudełko od cygar i postawił je na stole.

— Może być, że powinienem był dawniej o tem powiedzieć — zaczął — ale chciałem zbadać rzecz gruntownie. Poco budzić nieuzasadnione nadzieje? Lecz teraz mamy już niezbite fakty, a nie mgliste przypuszczenia. Przypominacie sobie pewnie ten dzień, kiedyśmy odkryli gniazdo pterodaktylów w bagnisku, co? Otóż wtedy zwróciła moją uwagę właściwość gruntu w tem miejscu. Może być, że was to nie uderzyło, więc wam powiem. Jest to krater wulkanu z pokładem niebieskiej gliny.

Profesorowie potakiwali ruchem głowy.

— Otóż w jednem tylko miejscu, na całym świecie widziałem taki krater z pokładem niebieskiej gliny. W wielkiej kopalni djamentów De Beers w Kimberley’u, co? I dlatego nabiłem sobie głowę djamentami. Wymyśliłem przyrząd zabezpieczający od smrodliwych pterodaktylów i bardzo przyjemnie spędziłem dzień między niemi, uzbrojony w nóż myśliwski. I wykopałem z gliny „to“...

Otworzył pudełko od cygar, przewrócił je do góry dnem i wysypał na stół kilkadziesiąt kamyków w stanie surowym, rozmaitej wielkości, od ziarnka grochu do rozmiarów orzecha. Może uważacie, że powinienem był powiedzieć wam to już dawniej? Być może, że tak należało uczynić, ale wiem dobrze, że dla nieznających się na rzeczy jest to zagadką, i że mogą być kamienie duże a bez wartości, bo ta zależy od koloru i braku skaz. Dlatego, nie mówiąc nic nikomu przywiozłem kamienie do kraju, zaniosłem do Spinka i zażądałem oszlifowania i ocenienia...

Wyjął z kieszeni pudełeczko od pigułek i wyrzucił na stół prześlicznej wody brylant; najpiękniejszy chyba ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem.

— Oto wynik moich poszukiwań — powiedział — Spink szacuje mój plon co najmniej na dwakroć sto tysięcy funtów. Tym sposobem dla każdego z nas wypadnie dział pokaźny. To już rzecz postanowiona i proszę nie roztrząsajmy tego, co nieodwołalne! Powiedz mi teraz, profesorze — zwrócił się do Challengera — co zrobisz ze swoim działem, pięćdziesiąt tysięcy funtów (około 500,000 rubli).

— Jeżeli pan obstaje przy tak wspaniałomyślnym zamiarze — odrzekł Challenger — założę za tę sumę prywatne muzeum, jedno z moich marzeń od lat dawnych.

— A pan, profesorze Summerlee?

— Ja wycofam się z pracy profesorskiej, ażeby mieć czas na ostateczne wykończenie klasyfikacji skamieniałości w pokładach kredowych.

— Ja zaś — odezwał się z kolei lord Roxton użyję mojego działu na urządzenie licznej i odpowiednio zaopatrzonej wyprawy, która zwiedzi i zbada dokładnie kochane nasze płaskowzgórze. A ty, syneczku? — zagadnął mnie — skorzystasz pewnie ze swojej części, by ożenić się zaraz?

— Nie — odrzekłem, uśmiechając się z przymusem, — chciałem właśnie powiedzieć, że jeżeli pan na to przystanie, pragnąłbym pojechać z panem na tę drugą wyprawę...

Lord John nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął do mnie przez stół, ogorzałą rękę i uścisnął serdecznie moją.


Rhamphorhynchus



Przypisy

  1. Znakomity powieściopisarz angielski, który stworzył typ Sherlocka Holmesa, zerwał obecnie z utworami o treści kryminalistycznej i przerzucił się do powieści historycznych, lub osnutych na tle hypotez naukowych z fantazyą równającą się fantazyi Wellsa. Przed trzema laty „Wieczory Rodzinne“ drukowały powieść historyczną Conan Doyla „Towarzysz Czarnego księcia“, która podobała się ogólnie. Dziś rozpoczynamy druk niezmiernie ciekawej jego powieści naukowo-fantastycznej, która niemniej od poprzedniej zajmie czytelników.
  2. Stanley, wysłany na poszukiwanie zaginionego podróżnika Livingstona, dokazał cudów waleczności i wytrwałości, odszukał poszukiwanego i zbadał nieznaną jeszcze część Afryki. (p. t.)
  3. Tak nazywają ludność mieszaną krwi indyjskiej z europejską.
  4. W ten sposób murzyni nazywają pana.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.