FANDOM


Rozdział XXV Z ziemi na księżyc, podróż odbyta w 87 godzinach
Rozdział XXVI
Juliusz Verne
Rozdział XXVII
Uwaga! Tekst wydano w 1875 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Wystrzał.

Nadszedł nareszcie dzień pierwszego grudnia – dzień ważny – bo musiałoby znowu 18 lat upłynąć, by księżyc pojawił się w tych samych warunkach zenitu i nachylenia ku ziemi, gdyby w tym dniu wyprawa kuli urzeczywistnić się nie dała.

Czas prześliczny, pomimo nadchodzącej zimy, słońce jaśniało i oblewało radosnym promieniem tę ziemię, którą trzej mieszkańcy dla oglądanja innego świata opuścić mieli.

Ileż to ludzi nie spało tej nocy, poprzedzającej dzień tak niecierpliwie oczekiwany! Ileż to piersi przygniatał ciężar oczekiwania! Wszystkie serca biły obawą, niepokojem, z wyjątkiem Michała Ardaua, który niewzruszony przechadzał się ze zwykłem roztargnieniem, ale wcale nie okazywał najmniejszego niepokoju. Spoczywał snem spokojnym, snem Turenna przed bitwą.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 43

Już od samego rana napełniały ogromne tłumy widzów błonia około Stones-Hill. Co 15 minut przywoził pociąg z Tampa nowy zastęp ciekawych; zjazd ten przybrał bajeczne rozmiary, gdyż podług wykazów miasta Tampa-Town, przybyły na ziemię Florydy w tym dniu 5 milionów osób.

Od miesiąca większa część tego zgromadzenia biwakowała już w okolicy, dając początek miastu, później Ardau-Town nazwanemu. Budy-chałupy, domki i namioty jeżyły się na przestronnej równinie, a mieszkańcy ci tymczasowi stanowili tak liczną ludność, że niejedno miasto europejskie pozazdrościłoby mu cyfry ludności.

Wszystkie narody miały swoich reprezentantów, w tem miejscu można było słyszeć wszystkie języki świata. Rzekłbyś, to zamieszanie języków, jak za czasów biblijnych, podczas budowy wieży Babel. Tam spływały się wszystkie warstwy społeczeństwa amerykańskiego w jedną całość. Bankierzy, rolnicy, marynarze, misyonarze, handlarze, wioślarze i magistrowie potrącali się, każdy z poczuciem równouprawnienia.

Kreolczycy louisańscy bratali się z mayanami, gentelmeni z Kentuky, Tenessee i Wirginii pełni dumy i elegancyi tykali się z traperami z Lac i z kupcami wołów z Cincinatti. Przeważnie byli poubierani w kastrowe kapelusze, lub klasyczne panama, w niebieskie perkalowe pantalony z fabryki Opclusas, eleganckie bluzy z surowego płótna, trzewiki krzyczących kolorów, i w prawdziwie batystowych żabotach. Przy kołnierzach, mankietach, na wszystkich palcach a nawet i uszach błyszczała prawdziwa kolekcya pierścieni, szpilek, brylantów, łańcuszków, kulczyków, breloków, których wysoka wartość łagodziła i wyrównywała zły gust. Żony, dzieci i służba towarzyszyli mężom, ojcom i panom, którzy prowadząc liczne familie, podobni byli do wodzów pokoleniowych.

Warto było widzieć cały ten tłum w porze objadowej, z jakim apetytem rzucało się wszystko na przygotowane potrawy, które znikały jedna po drugiej, ale potrawy, na widok których wzdrygnąłby się żołądek europejski. Zmiatano tak z półmisków smażone żabki, duszone małpy, fish-chow-der (potrawy z ryb), krwawe opossum i wędzone racoon.

Cały quodlibet likworów i innych napojów, dodajmy na te niestrawne potrawy. Ochocze okrzyki i nawoływania zachęcające rozlegały się po bar-rooms i szynkach, w których prócz szklanek, flaszek, flakonów, karafek i butli rozmaitych form i rozmiarów, nie więcej widzieć nie można było.

– Proszę miętowy ulepek! – krzyczał jeden donośnym głosem.

– Tu prawdziwy sangaree z wina Bordeaux! – wołał drugi cieniuchnym głosikiem.

Au gin-sling!

Cooktail! brandy smash! Kto życzy sobie skosztować prawdziwą miętówkę, najwięcej używaną? – krzyczeli zręczni kupcy, co to w okamgnieniu jak kuglarz z gałki muszkatelowej, wyprowadzali cukier, cytrynę, miętę, lód potłuczony, wodę, koniak i świeże ananasy – słowem, wszystko to, co wchodzi w skład tego chłodzącego napoju.

Więc też zachęcone nawoływaniem, a korzeniami palone gardła, nie odrzucały podawanych chłodników. Pierwszego grudnia rzadkie stały się te wrzawy, krzyki i nawoływania. Darmo zapraszaliby kupcy, nikt nie myślał dziś o jedzeniu i piciu, bo wielu z widzów nie jadło nawet codziennego śniadania, a co ważniejsza, że i słabość Amerykanina, gra, zostały dziś bez przyjaciół. Kręgle spoczywały, kości drzemały po kubkach, ruleta stała nietknięta, karty porzucone – wszystko świadczyło, że w dniu tym co innego owładnęło wszystkie umysły, nie ma czasu myśleć o rozrywkach.

Do wieczora obiegał tylko głuchy szmer zgromadzone tłumy. Nieopisany niepokój owładnął wszystkie umysły, okropna trwoga, nieokreślone uczucie ściskało pierś niejednego. Każdyby rad, aby raz przyszła ta tak niecierpliwie oczekiwana chwila.

Dopiero o godzinie 7 wieczorem ciszę tak ciężącą na wszystkich, zamienił wschodzący księżyc w przeciągłe hurra. Przybywał punktualnie na zapowiedziane rendez-vous. Okrzyki wzbijały się do nieba, a bladolica Febe błyszczała spokojnie na przejrzystym firmamencie, pieszcząc pogodnymi promieniami zgromadzenie witające ją.

Równocześnie pojawili się i trzej śmiali podróżni. Na ich widok wzmogły się okrzyki. Równocześnie i jednogłośnie ze wszystkich piersi wydarł się hymn narodowy Stanów zjednoczonych; Yankee-dodle zagrzmiało chórem, pięć milionów śpiewaków wzruszyło powietrze jak gwałtowna burza. Po tym mimowolnym wybuchu uczucia narodowego zapanowała znowu cisza. Ostatnie tony gasły powoli, dźwięki się jeszcze ulatniały i tylko cichy szmer unosił się nad wzruszonym tłumem.

Francuz i dwaj Amerykanie przeszli nareszcie granicę, około której skupiali się widzowie. Towarzyszyli im tylko członkowie Gun-klubu i deputacye obserwatoryum europejskich. Barbicane zimny i spokojny wydawał ostatnie rozkazy. Nicholl z zaciętemi ustami i skrzyżowanemi rękami szedł pewnym krokiem, a Michał Ardau jak zawsze żywy, w ubraniu podróżnem, z torbą przez plecy przewieszoną, w skórzanych kamaszach, zdawał się tańczyć w swem obszernem ubraniu z kasztanowatego aksamitu, z cygarem w ustach, nie szczędząc w przechodzie ognistych uściśnień z hojnością książęcą. Dowcipkował, śmiał się, żartował, słowem, był Francuzem, a raczej Paryżaninem do ostatniej chwili.

Dziesiąta wybiła. Trzeba wsiadać do kulowozu, bo wejście do środka, zaśrubowanie drzwiczki wchodowej i odstawienie rusztowania od otworu kolumbiady, wymagało dość długiego czasu.

Barbicane przesunął swój chronometer o jedną dziesiątą część sekundy naprzód od czasomierza inżyniera Murchisona, którego zadaniem było zapalić nabój kolumbiady zapomocą bateryi elektrycznej.

Podróżni mogli więc wiedzieć, kiedy nieubłagana skazówka oznaczy chwilę ich odjazdu.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 40

Nadeszła chwila pożegnania. Porozczulali się. Nawet Michał Ardau mimo swej gorączkowej wesołości był wzruszonym. J. T. Maston wycisnął ze suchej źrenicy starą łzę, którą może na tę sposobność tylko przechowywał. Uronił ją na czoło swego drogiego i zacnego prezydenta.

– A gdybym mógł pojechać? jeszcze czas…

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 45

– Nie można, mój stary Mastonie – odrzekł Barbicane.

W kilka chwil później zaśrubowano trzech podróżnych do wnętrza kuli, a kolumbiada wolną paszczę otworzyła ku niebu.

Nicholl, Ardau i Barbicane już zamknięci w metalowym wozie. I któż potrafi opisać ogólne wzruszenie?

Księżyc posuwał się powoli po przejrzystym firmamencie, gasząc migające światełka gwiazd, przeszedł właśnie konstelacyę Bliźniąt i doszedł do połowy horyzontu od zenitu. Teraz mógł każdy pojąć, że kolumbiada celowała naprzód przedmiotu, dosięgnąć się mającego, jak strzelec naprzód przed zająca nabój wyrzuca.

Grobowa cisza zapanowała dokoła – wiatr zdał się powstrzymywać, jak oddech w piersi, w tej uroczystej chwili. Wszystkich oczy spoczywały w otworze kolumbiady.

Murchison wzrokiem postępował za wskazówką swego chronometru – brakowało jeszcze 40 sekund, aby stanowcza chwila odjazdu wybiła. Przy dwudziestej dreszcz przeszedł wszystkich, niejeden pomyślał o podróżnych w kuli, którzy także te wiekotrwałe sekundy zapewne rachują… Urywane wykrzyki… 35… 37… 38… 39… 40 – strzał!

Murchison pocisnął palcem kurek od aparatu i iskra elektryczna przebiegła wnętrze kolumbiady.

Huk okropny, niesłychany, rozległ się równocześnie. Potężny snop światła wystrzelił z kolumbiady, jakby z jakiego krateru. Zaledwie kilka osób mogło dopatrzyć kulę, przerzynającą zwycięzko ognistą mgłą przesycone powietrze.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.