FANDOM


Rozdział XXII Z ziemi na księżyc, podróż odbyta w 87 godzinach
Rozdział XXIII
Juliusz Verne
Rozdział XXIV
Uwaga! Tekst wydano w 1875 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Kula wagonem.

Po ukończeniu sławnej kolumbiady, zwrócono ogólną uwagę na kulę, nowy wagonik (vehicule), przeznaczony do uniesienia trzech śmiałych awanturników.

Naturalnie, każdy pamiętał dobrze, że Ardau żądał w depeszy swej z 30. września zmiany przez komitet oznaczonych kształtów kuli. Barbicane sądził przedtem, i to racyonalnie, że mało zależeć mogło na formie kuli, która po przedarciu się przez atmosferę, w bezględnej próżni dalej dążyć miała. Z tego powodu też postanowił komitet, że kula będzie okrągłą, aby się dowolnie obracać i w locie kierować mogła. Ale od chwili, kiedy miała ona być wagonem, plany inny obrót przybrać musiały. Michał Ardau nie miał wcale gustu podróżować w tej kuli na sposób wiewiórki; chciał on mieć głowę wyżej jak nogi i jechać jakby w łódce balonowej, choć trochę prędzej, ale bez wstrząśnień, jakich się doznaje na wozach mniej przyzwoitych.

Nowe plany odesłano zaraz do Breadwill & Comp. w Albony, z poleceniem natychmiastowego wykonania.

Przeistoczona kula podług nowego planu, na dniu 2go listopada ulana, przybyła koleją wschodnią do Stones-Hill.

Dnia 10. listopada była już na miejscu przeznaczenia. Przybycia jej oczekiwano bardzo niecierpliwie. Ardau, Barbicane i Nicholl chcieli jak najrychlej powitać ten nadpowietrzny powóz, w którym zamknięci ulecieć mieli na odkrycie nowego świata.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 38

Przyznać trzeba, że utwór ten z metalu mógł przynieść chlubę genialnemu przemysłowi Ameryki. Po raz pierwszy zebrano aluminium w tak znacznej ilości na jedną sztukę, co samo już wielkim postępem nazwać można. Świeciła się też ta ogromna kula przy promieniach słonecznych. Na sam jej widok w całej okazałości, ze spiczastym kapeluszem na wierzchu, można było sądzić, iż jest to wieżyczka, którą średniowieczni architekci warowne ozdabiali zamki. Do widoku warowni nie brakowało, jak tylko fortecznych okien i chorągiewki.

– Teraz – zawołał Ardau – czekam tylko na pokazanie się jakiego rycerza z tarczą i dzidą. Będziemy tam wewnątrz jak udzielał panowie, a z najmniejszą znajomością artyleryi oparlibyśmy się wszystkim armiom Selenitów, jeżeli naturalnie jacy tam istnieją.

– A więc podoba ci się nasz powóz? – zapytał Barbicane swego przyjaciela.

– O, naturalnie! – odpowiedział Ardau, oglądając dzieło okiem znawcy. Szkoda tylko, że nie ma żadnego upiększenia; trzeba było nadać jej jakiś kształt, np. salamandry z rozpostartemi skrzydłami, z rozwartą paszcza w chwili, jak wyskakuje z ognia.

– Po co? – przerwał Barbicane, którego umysł praktyczny niewiele patrzał na piękno sztuki.

– Po co? – pytasz przyjacielu. Niestety, nie pojąłbyś mię nigdy, kiedy tak pytasz.

– Pomimo to, powiedz mi przecie, dlaczego?

– Podług mego zdania – odrzekł Ardau – trzeba zawsze się starać każdą rzecz jakoś upiększyć. Zawsze to jakoś lepiej wygląda. Czy znasz bajkę indyjską pod tytułem: Wózek dziecinny?

– Nie, ani nawet z nazwy – odparł Barbicane.

– Powiem ci zatem – ciągnął dalej Ardau – że opowiada ona o złodzieju, który zabierając się do przebicia ściany, zastanowił się, jaka formę tej dziurze nadać ma? czy formę liry, kwiatu, ptaka, czy kieliszka? Powiedzże mi mój przyjacielu, czy potępiłbyś tego złodzieja, gdybyś był sędzią w tej sprawie?

– Bez namysłu! – odrzekł Barbicane – okoliczność ta bowiem obciąża przestępstwo.

– A jabym go uwolnił, przyjacielu Barbicane. Masz tedy dowód, że nigdy pojąćbyś mię nie mógł.

– Nie myślę też o to się starać, mój zacny artysto.

– Kiedy nasz powozik zewnątrz wiele do życzenia pozostawia – ciągnął dalej Michał Ardau – pozwolisz mi przynajmniej urządzić go wewnątrz podług mego gustu, z komfortem, jaki się posłom ziemskim należy.

– W tym względzie zostawiam ci zupełną wolność, dobry Michale.

Barbicane oczywiście więcej miał na oku niezbędne warunki, a nie kształty i upiększenia.

Pomysł też jego usunięcia siły odrzucającej okazał się bardzo dobrze obmyślanym. Podczas wiadomej nam przechadzki po lasku Skersnawskim, powiedział on sobie: Żadna sprężyna nie zdoła powstrzymać silnego wstrząśnienia w kuli, trzeba zatem innego środka.

I znalazł go. Woda miała być tym powstrzymywaczem, i to w następujący sposób:

Do kuli naleje się wody na trzy stopy, ustawi się ua powierzchni wody krążek drewniany, który za podłogę dla podróżnych służyć będzie. Aby zaś woda nie dostała się ua powierzchnię krążka, musiały krawędzie jego szczelnie stykać się ze ścianami kuli. Tak ukrytą wodę miano podzielić cienkiemi ściankami, równoległemi z krążkiem, aby siła odrzucająca przy wystrzale oddziaływała na pojedyncze warstwy wody od dołu do góry z coraz mniejszym skutkiem, zużywając się na łamaniu tak poukładanych ścianek drewnianych. Wprawdzie uczują podróżni mimo to jeszcze dość silne odrzucenie, ale zawsze nie takie, jakiegoby doznali bez tego środka zaradczego.

Trzy stopy wody na przestrzeni 54 stóp kwadratowych przedstawia wagę prawie półdwunasta tysiąca funtów. Barbicane utrzymywał, że gazy nagromadzone w kolumbiadzie wystarczą do zwalczenia tej nadwyżki ciężaru, a zresztą, po upływie nie więcej jak jednej sekundy, wodę z kuli się wypuści zapomocą rynewek i czopów, co kolumbiadę napowrót w normalny stopień ciężkości sprowadzi.

Taki zatem wymyślił prezydent Gun-klubu środek, zabezpieczający od odbicia się od jednej ściany ku drugiej podczas wystrzału.

Nareszcie przyszło do wykonania tego pomysłu. Inżynierowie fabryki Breadwill pojęli zadanie i wykonali robotę z największą dokładnością. Górne ściany kuli wybito skórzanymi materacami, na sprężynach z najlepszej stali, tak giętkiej, jak sprężynki zegarkowe. Rynny zaś były umieszczone pod osłoną skóry, prawie widzialnie.

Tak więc wszystkie ostrożności w celu zmniejszenia siły odbicia zostały przedsięwzięte; aby się tedy dać zgnieść, potrzeba było być, jak mówił Michał Ardau, „bardzo złej konstrukcyi”.

Kolumbiada miała zewnętrznie dziewięć stóp obwodu, a 12 stóp wysokości. Aby zaś zanadto nie zwiększyć jej przepisanej ciężkości, ściany zrobiono cieńsze o część niższą, na której miała się opierać całą siłą wywiązanych gazów. Dzieje się tak zwykle zresztą przy bombach i granatach, których podstawa jest zawsze grubszą.

Do tej wieży metalicznej dostawano się przez otwór, podobny otworom w lokomotywach. Otwór ten zamykał się szczelnie zamkiem z aluminium, przymocowanym z wnętrza ogromnymi zawiasami. Podróżni mogli więc z łatwością wydostać się ze swego ruchliwego więzienia, gdy przybędą na nocną planetę.

Nie było to jednak dostatecznem; trzeba było coś widzieć w podróży.

Nic łatwiejszego. Kula opatrzona była w cztery okienka z grubego szkła, dwa po bokach, trzecie w górze, a czwarte w dole. Podróżni mogli więc do woli patrzyć na ziemię, którą opuszczali, na księżyc, do którego się zbliżali, i w przestrzeń gwiaździstą nieba.

Okienka były zaopatrzone przeciwko uderzeniu przy wyjeździe silnemi tarczami, z których potem można było z łatwością się oswobodzić, odśróbowując je z wnętrza. Tyra sposobem powietrze zamknięte w środku nie mogło się ulotnić, a obserwowanie było możebnem i łatwem.

Wszystkie te środki mechaniczne funkcyonowały doskonale, a inżynierowie okazali się niemniej zręcznymi w wewnętrznem urządzeniu kolumbiady.

Silnie przymocowane wiadra przeznaczone były na wodę i żywność, potrzebną trzem podróżnym; ci mogli nawet zrobić sobie ogień i światło zapomocą gazu, nagromadzonego w osobnej komórce, przez ciśnienie kilku atmosfer. Dostatecznem było pocisnąć kurek, a przez 6 dni mógł ten wygodny wagon być oświeconym i ogrzanym wytworzonym gazem.

Widocznem jest, że nic nie zbywało ani na potrzebach do życia, ani nawet na zbytku. Co więcej, dzięki Michałowi Ardauowi, przyjemność złączyła się z potrzebą pod postacią sztuki, i byłby z pewnością zrobił ze swej kuli prawdziwą pracownię artysty, gdyby mu nie było brakło miejsca. Zresztą mylnemby było, gdyby ktoś pomyślał, że trzy osoby niewygodnieby się tam mieściły, gdyż kula miała objętości 54 stóp kwadratowych, a mniej więcej 10 stóp wysokości, co dozwalało jej gościom całej swobody ruchów. Nie byłoby im nawet wygodniej w najwygodniejszym wagonie kolei Stanów Zjednoczonych.

Kwestya żywności i światła była już rozstrzygniętą, pozostawała jeszcze kwestya powietrza.

Naturalnem było, że powietrze zamknięte w środku nie wystarczy podróżnym na cztery dni, bo każdy człowiek spożytkuje w godzinie prawie wszystek kwasoród, znajdujący się w 100 litrach powietrza.

Barbicane, dwaj jego towarzysze i dwa psy, które myśleli wziąć ze sobą, mieli zużyć w 24 godzinach 2400 litrów kwasorodu, lub podług wagi mniej mięcej 7 funtów. Trzeba więc było postarać się o powietrze; ale jak?

Bardzo pojedynczym sposobem, mianowicie sposobem pp. Reiset & Regnault, nadmienionym na mityngu przez Michała Ardaua.

Wiemy, że powietrze składa się z 21 części kwasorodu i 79 części azotu. Cóż się dzieje podczas oddechania? Oto człowiek zużywa kwasoród, najgłówniejszą podnietę życia, a odrzuca czyli wydechuje nienaruszony azot. Powietrze nas zużyte traci około 5% kwasorodu, pochłonąwszy prawie taką samą ilość kwasu węglanego, wyrugowanego przez kwasoród ze składników krwi naszej. Podług tego więc twierdzenia zastępuje po niejakim czasie przy oddechaniu miejsce kwas węglowy, gaz właśnie szkodliwy.

Chodzi zatem o to; przy nienaruszeniu niezużytego azotu, 1) odnowić zużyty kwasoród, a 2) zniszczyć wydechany kwas węglowy.

Nic łatwiejszego przy pomocy chlorku potasowego i potasu rtęciowego.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 39

Chlorek potasowy jest to sól w kształcie białych bombelek, przechodząca w temperaturze 400 stopni w schlorkowany potas, który uwalnia zupełnie zawarty w chlorku kwasoród. I tak, 18 funtów chlorku potasowego wydaje 7 funtów kwasorodu, to jest, dostateczną ilość dla podróżnych na 24 godzin. W ten sposób możemy wytwarzać kwasoród.

Chlorek zaś rtęciowy (caustigue) jest materyą pochłaniającą kwas węglowy, jaki jest w powietrzu, a jak tylko z nim się zetknie, łączy się i wytwarza dwuwęglan potasowy. Tak więc i kwas węglowy ze zużytego powietrza usunąć możemy.

Te dwie kombinacye chemiczne usunęły wszelką wątpliwość co do przywrócenia powietrzu zużytemu własności potrzebnych do oddechania. Zasługa to chemików, pp. Reiset & Regnault, którym ten pewnik wyprowadzić się udało.

Ale chociaż powyższy sposób był pewnikiem naukowym, niezbitym w teoryi, praktykowanie czyli wykonanie jego pozostało dotąd in anima vili, ponieważ nie wiedziano jeszcze, czy do użytku ludzi oddechających zastosować się da. Dlatego zaproponował Michał Ardau, który niepewności nie lubiał, próbę przed wyjazdem.

O zaszczyt próby, czy w tak utworzonem powietrzu żyć będzie można, dobijał się J. T. Maston.

– Kiedy nie jadę – mówił poczciwy sekretarz – pozwólcież, niech zamieszkam kulę bodaj na 8 dni.

Niepodobna mu było odmówić. Dano tedy dostateczną ilość chlorku potasowego i potasu rtęciowego, żywności potrzebnej na 8 dni, i wprowadzono sekretarza Gun-klubu do wnętrza kuli o 6 godzinie rano dnia 12. listopada. Żegnając się z przyjaciółmi, prosił, aby go nie wypuszczono przed 20. listopada o godzinie 6 wieczorem. Poczem zamknięto kulę szczelnie.

Co się działo podczas tych ośmiu dni, trudno podać; ściany kuli były za grube, aby można było słyszyć, co się wewnątrz dzieje.

Dnia 20. listopada, punktualnie o godzinie 6, otworzono kulę. Głośne i wesołe hurra dało się słyszeć z wnętrza; sekretarz Gun-klubu okazał się na szczycie kolumbiady w całej swej tryumfującej okazałości.

Rzecz dziwna – utył!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.