FANDOM


Rozdział XVIII Z ziemi na księżyc, podróż odbyta w 87 godzinach
Rozdział XIX
Juliusz Verne
Rozdział XX
Uwaga! Tekst wydano w 1875 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Mityng.

Na drugi dzień weszło słonce dość późno, wbrew niecierpliwości publicznej. Nazwano je też za to leniuchem, osobliwie ze względu, że takiej uroczystości przyświecać miało.

Barbicane obawiając się niedyskretnych pytań dla Michała Ardaua, chciał zredukować koło słuchaczy na szczupłą liczbę wybranych kolegów, ale znaczyło to tyle, co chcieć wstrzymać bieg Niagary; dlatego też po rozmyśle zaniechał ten zamiar i pozwolił nowemu przyjacielowi szukać szczęścia w publicznej rozprawie.

Nowa sala bursy Tampa Town okazała się pomimo ogromnych swych rozmiarów za szczupła na tę uroczystość, gdyż projektowane zgromadzenie przybierało rozmiary prawdziwego mityngu.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 30

Wybrano więc obszerne błonie za miastem, osłoniono je w kilku godzinach przeciw promieniom słonecznym, okręta portu bowiem, bogate w żagle i maszty rezerwowe, dostarczyły potrzebnego materyału do wystawienia ogromnego namiotu. Wnet rozciągnięto na wybranem błoniu ogromne niebo z płótna, które od upału dziennego chronić miało.

Trzykroć sto tysięcy osób mieściło się pod tym namiotem i dusiło przez kilka godzin, oczekując przybycia Francuza. Z całego tłumu widzów zebranych, pierwszy rząd mógł widzieć i słyszeć; drugi rząd mało co widział i słyszał, a trzeci nic nie widział i nie słyszał. To jednak nie przeszkadzało wcale świetnym oklaskom.

O trzeciej godzinie przybył Michał Ardau w towarzystwie pierwszych członków Gun-klubu, prowadzony pod rękę z prawej strony przez Barbicana, a z lewej przez rozpromienionego jak słońce południowe J. T. Mastona.

Ardau wstąpił na estradę, z której jakoby ocean czarnych kapeluszy przed nim się ścielił. Nie zmieszał się tem wcale, ani się starał nadać sobie postawy; był jak u siebie w domu, swobodny, towarzyski i miły.

Na powitalne hurra odpowiedział ukłonem, potem kiwnął ręką, prosząc o spokój; mówił w języku angielskim i to bardzo poprawnie.

– Panowie! choć tu bardzo gorąco, przychodzę nadużyć waszej cierpliwości, aby wam dać niektóre wyjaśnienia co do projektu, który zdaje się was zajmować. Ja nie jestem ani mowcą, ani mędrcem, i wcale nie jestem przygotowany do publicznej rozprawy. Ponieważ jednak przyjaciel mój, Barbicane, powiedział mi, że to wam przyjemność sprawi, więc tu przyszedłem. Słuchajcie mię swojem sześciotysięcznem uchem, a możliwe błędy mowy wybaczcie, proszę.

Taka przedmowa sans facon zrobiła dobre wrażenie na słuchaczach, którzy swe zadowolenie silnem mruczeniem objawili.

– Panowie! – mówił dalej – zaczynam i z góry proszę, abyście mi nie przerywali ani potwierdzaniem, ani przeczeniem. Zapowiadam, że macie do czynienia z człowiekiem do tego stopnia ograniczonym, iż nie pojmuje nawet trudności w jakiejkolwiek rzeczy. Z tego więc powodu zdawało mi się całkiem naturalnem, zwykłem i łatwem, wsiąść do kuli i unieść się na księżyc. Wszak dziś czy jutro musiałoby przyjść do tego. Co się zaś tyczy sposobu podróży, przechodzi on tylko przez prawa postępu. Człowiek zaczął przecież od raczkowania, aż pewnego poranku już chodził na dwóch nogach, potem zaczął jeździć wózkiem, potem koczem, poczta, koleją; cóż więc jest kula, jeśli nie pojazd przyszłości? Prawdę powiedziawszy, cóż innego są płanety, jeśli nie kule, kule armatnie, rzucone ręką Boga? – Lecz wróćmy do rzeczy. Kilku z was, panowie, mogłoby zarzucić kuli za wielką szybkość. Nic to jednak nie znaczy; wszystkie planety przechodzą ją pod tym względem, nie wyłączając ziemi, która w obrocie około słońca trzy razy prędzej wiruje. Dam panom kilka przykładów, tylko pozwólcie mi liczyć na mile francuzkie, bo nie jestem dobrze obznajomiony z milami angielskiemi i mógłbym się łatwo omylić w obliczaniu.

Żądanie to wydało się całkiem naturalnem; nikt się też nie sprzeciwiał i mowca mógł dalej prawić.

– Przejdę więc do chyżości planet niebieskich. Muszę się najpierw przyznać, że pomimo nieświadomości mojej naukowej, znam doskonale te gałęź astronomiczną, a w kilku minutach i wy będziecie tyle wiedzieli, co ja. Wiedzcie tedy, że Neptun robi w swoim obrocie około słońca 5000 mil na godzinę, Uranus 7000, Saturn 8858, Jupiter 11.560, Mars 22.011 Ziemia 27.500, Wenus 32.190, Merkur 52.520, i że są jeszcze inne płanety, które w godzinie robią czternaście kroć sto tysięcy mil. W porównaniu więc jesteśmy prawdziwymi powolnisiami, chyżość nasza nie dojdzie nad 9900 mil, a przytem coraz bardziej zmniejszać się będzie. Czegóż się więc bać? Czyż nie jest widoczną rzeczą, że dotychczasową chyżość przewyższy kiedyś jakaś większa, której czynnikami mechanicznymi będzie światło lub elektryczność?

Zapewnienia te przyjęto bez zarzutu, a Michał Ardau ciągnął dalej:

– Mili słuchacze! gdybyśmy zważali na ludzi zacofanych, nie wyszłaby cała ludzkość po za okrąg Popiliusa; skazana na wieczne wegetowanie na tej ziemi, nie wziosłaby się nigdy po nad poziom. Ale nic z tego. Dostaniemy się na księżyc, do płanet, do gwiazd, tak łatwo, jak dziś z Liverpoolu do Nowego Yorku jedzie się łatwo, prędko i pewnie. Wkrótce będziemy jeździć po ocenie atmosferycznym, jak po ziemskim. Odległość jest to wyraz względny i ostatecznie musi zejść do zera.

Jakkolwiek całe zgromadzenie było bardzo przychylne francuzkiemu bohaterowi, nie zdawało się zgadzać z taką śmiałą teoryą. Ardau domyślać się tego musiał, gdyż dalej tak mówił:

– Zdajecie się panowie o tem powątpiewać, dobrze; więc rozumujmy trochę. Czy wiecie, ile czasu potrzebowałby pociąg, aby doszedł do księżyca? Trzystu dni! nie więcej. – Przebiegłby tedy 86.400 mil. Cóż to znaczy? nawet nietyle, ile wynosi dziewięć-razowa droga około ziemi; a niejeden marynarz, niejeden ruchliwszy podróżny więcej zrobił drogi w swojem życiu. Zważcie, że ja tylko 97 godzin w drodze będę. I wy sądzicie, że księżyc jest daleko od ziemi i że potrzeba dwa razy nań patrzeć, aby się zdecydować? A cóż byście powiedzieli, gdyby tu chodziło o podróż do Neptuna, który 1147 milionów mil od słońca jest odległym. Tej podróży niewielu podjąćby się mogło, gdyby za jeden kilometer drogi tylko jednego piątaka zapłacić przyszło, to baronowi Rothschildowi przy jego miliardzie zabrakłoby jeszcze 147 milionów!

Ten sposób przekonywania zdawał się bardzo podobać publiczności, tem więcej, że Ardau przejęty swoim przedmiotem, utonął w nim duszą i ciałem. Czując, że go wszystko słucha z natężoną uwagą, ciągnął dalej z porywającą pewnością:

– O tak, drodzy przyjaciele! To oddalenia Neptuna od słońca niczem jest w porównaniu odległości gwiazd. Żeby zrozumieć odległość płanet, trzeba zapuścić się w obliczania, gdzie najmniejsza liczba z dziewięciu cyfer się składa, gdzie miliardy znaczenia nie mają. Przebaczcie, że się tak rozwodzę nad jednem pytaniem, ale jest ono wielkiej wagi. Posłuchajcie i osądźcie. Alfa Centaura oddaloną jest 8000 miliardów mil, Waga 50.000 miliardów, Syrius także tyle, Arcturus 52.000 miliardów, Gwiazda polarna 117.000 miliardów, Koziorożec 170.000 miliardów, a inne gwiazdy oddalone są tysiące, miliony, miliardy miliardów mil. Możnaż więc potem mówić o odległości, która dzieli płanety od słońca? możnaż utrzymywać, że odległość ta istnieje? Nieprawda! fałsz! trzeba być bez zmysłów! Czy wiecie, co myślę, o świecie, który od słońca się zaczyna, a na Neptunie kończy? chcecie poznać moją teoryę? Jest ona bardzo prosta: Podług mnie, jest cały świat słoneczny ciałem stałem. Płanety, ten świat tworzące, skupiają się, dotykają i poją, a oddalenie jednego od drugiego uważam za odległość, dzielącą molekule metalu bardziej skupionego, jak srebro lub żelazo, złoto lub platyna. Mogę przeto tak twierdzić, co jeszcze raz powtórzę z przekonaniem, które i was przejąć zdoła: że odległość jest nicością, że odległość nie istnieje.

– Słusznie! brawo! hurra! – zawołali wszyscy jednogłośnie, zelektryzowani mimiką, wymową mówcy, pewnością i przekonaniem, z jakiem prawił.

– Nie ma odległości! – zawołał głośniej od wszystkich J. T. Maston – odległość nie istnieje!

Pod ciężarem swego ciała, rozruszanego porywem ruchów, o mało nie spadł sekretarz Gun-klubu z estrady. Udało mu się jednak odzyskać równowagę i uniknąć przekonania się, że odległość istnieje. Mowca ciągnął dalej:

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 31

– Sądzę zatem, moi „przyjaciele, że kwestya ta już rozstrzygnięta. Jeżelim zaś nie zdołał wszystkich was przekonać, czyli, jeżeli niedostateczne były moje wyjaśnienia, i argumenta za chwiejne, powodem tego był brak wiadomości teoretycznych. Bądź co bądź, w każdym razie powtarzam wam, że odległość ziemi od satellity jest wcale nieznaczną, a przynajmniej o tyle, że nie może zająć umysłu poważnego. Podług mego zdania, nie posunąłem za daleko przypuszczenia, że w niedalekiej przyszłości całe pociągi z kul mieć będziemy, w których całkiem wygodnie z ziemi na księżyc podróżować się będzie. Nie będzie obawy trzęsienia, ani wykolejenia, podróż odbywać się będzie szybko, bez zmęczenia, jazda w linii prostej będzie niejako lotem pszczoły, używając wyrażenia waszych trapistów. Do dwudziestu lat połowa mieszkańców ziemi zwiedzi księżyc!

– Hurra! hurra! Michał Ardau! – zawołali wszyscy, nawet najmniej przekonani.

– Hurra! Barbicane! – odparł skromnie mowca.

Ten dowód uznania dla prezydenta Gun-klubu, który był rodzicem całego przedsięwzięcia, przyjęto głośnymi oklaskami.

– Teraz zaś, moi przyjaciele – mówił Ardau dalej – stawiając mi jakiekolwiek pytania, zaambarasowalibyście nie mało tak ograniczonego człowieka, jak ja, jednak będę się starał służyć wam odpowiedziami.

Dotąd był Barbicane zadowolony z obrotu, jaki dyskusya przybrała przez teorye, pełne bujnej imaginacyi, Michała Ardau; uważał też za stosowne nie dopuścić zejścia na kwestye praktyczniejsze, na kwestye wykonania, w których mowca nie wywiązałby się tak dobrze; zabrał więc głos i zapytał nowego przyjaciela, czy księżyc lub planety są zamieszkałe?,

– Trudne pytanie stawiasz mi, zacny przyjacielu – odrzekł mowca z uśmiechem – jednakże jeżeli się nie mylę, ludzie wielkich wiadomości, jak Plutarch, Swedenbourg, Bernardin de Saint Pierre i wielu innych, wyrażali się w tym względzie potwierdzająco. Ze stanowiska filozofii naturalnej byłbym także tego samego zdania; utrzymywałbym, że nic niepotrzebnego nie istnieje na tym świecie, a odpowiadając na twoje pytanie, zapytałbym cię, przyjacielu Barbicanie, czy są światy zamieszkalne zamieszkałe, czy nimi były, lub będą?

– Doskonale! – zawołały pierwsze szeregi słuchaczów, których opinia była ważniejszą od ostatnich szeregów.

– Nie można logiczniej i słuszniej na to odpowiedzieć – rzekł prezydent Gun-klubu. Kwestya ta przechodzi tedy w inną, mianowicie, czy są światy zamieszkalnymi? Z mojej strony sądzę, że tak.

– A ja jestem tego pewny! – zawołał Michał Ardau.

– A przecież – zawołał jeden ze słuchaczy – mamy twierdzenia przeciw zamieszkalności światów. Po większej części trzeba pierwej oznaczyć warunki życia, aby nie twierdzić, że na jednych płanetach można być spalonym, a na drugich zamrożonym, trzymając się oddalenia ich od słońca.

– Żałuję mocno – odpowiedział Michał Ardau – że nie znam osobiście mego przeciwnika, gdyż starałbym się służyć mu odpowiedzią. Zarzut jego ma swe znaczenie, chociaż kilku pewnikami łatwo dać się zbić. Gdybym był fizykiem, powiedziałbym mu, że jeżeli mniej ciepła wywiązują płanety sąsiednie słońcu, a więcej, bardziej od niego oddalone, wystarczy to zjawisko do zrównoważenia ciepła i nadania tym światom temperatury znośnej dla istot organicznych, nam podobnych. Gdybym był naturalistą, powtórzyłbym mu zdanie wielu sławnych uczonych, że natura zaopatrzyła nas na ziemi okazami zwierząt, żyjących w warunkach wręcz przeciwnych zamieszkalności; że ryby oddychają tem, co drugim życie odbiera, że płazy objawiają dwojakie istnienie, dość trudne do wytłómaczenia, że niektórzy mieszkańcy morza ukrywają się w wielkiej głębokości, znosząc ciśnienie 50 do 60 atmosfer, że spotykamy niektóre owady wodne, na temperaturę obojętne, tak w źródłach wody kipiącej, jak i w bryłach lodowych oceanu polarnego, nakoniec, że trzeba poznać rozmaitość natury w sposobach tworzenia często niepojętą, a przecież rzeczywistą, która aż do wszechmocy dochodzi. Nakoniec, gdybym był uczonym, katolickim teologiem, dodałbym na domiar, że odkupienie boskie odnosi się podług św. Pawła nietylko do ziemi, ale do wszystkich ciał niebieskich. Ale nie jestem ani teologiem, ani chemikiem, ani naturalistą, ani fizykiem. W mej zupełnej nieświadomości wielkich praw, które rządzą wszechświatem, śmiem utrzymywać, że nie wiem, czy światy są zamieszkałe, a ponieważ tego nie wiem, wybieram się naocznie o tem przekonać.

Odważyłże się przeciwnik teoryi Michała Ardaua jeszcze co odpowiedzieć? Byłoby nawet niepodobieństwem, bo krzyk przeciągły zgromadzenia nie pozwolił objawić swego zdania. A skoro tylko uspokoiło się i uciszyło, tryumfujący mowca dodał jeszcze następujące uwagi:

– Wiecie bardzo dobrze, zacni Yankesy, że tak ważna kwestya jest ledwie dostępną dla mnie; nie porywam się też występować z wykładem publicznym i stawianiem wniosków w tak obszernym przedmiocie. Mamy cały inny szereg argumentów, przemawiających za zamieszkalnością światów. Pomijam je. Pozwólcie mi tylko zastanowić się nad jednym punktem. Ludziom, którzy utrzymują, że światy nie są zamieszkałe, trzeba odpowiedzieć: być może, jeżeliby było pewnem, że ziemia jest najlepszą i najpierwszą pośród wszystkich światów możliwych; ale tak nie jest, jak powiedział Voltaire. Ziemia ma tylko jednego satellitę, kiedy Jupiter, Uranus, Saturn i Neptun mają ich więcej na usługi; jest to pierwszeństwo, które nie da się zaprzeczyć. Co zaś mniej znośną naszą ziemię czyni, to inklinacya osi ku obwodowi, nierówność dni i nocy, jakoteż i ta nieznośna rozmaitość pór roku. Na naszym nieszczęsnym sferoidzie mamy zawsze za gorąco lub za zimno, marzniemy w zimie, pieczemy się w lecie, nabawiamy się katarów na tym płanecie, podczas gdy mieszkańcy Jupitera, którego oś bardzo mało jest nachyloną, mogliby używać temperatury niezmiennej, mając stałą strefę wiosenną, letnią, jesienną i zimową. Każdy Jupiterczyk może wybrać sobie klimat, który mu się podoba i pozostać całe życie pod wpływem jednej temperatury. Przyznacie więc bez żadnego „ale” Jupiterowi pierwszeństwo przed naszą ziemią; nie mówię więc już o tem, że tam każdy rok dwanaście lat trwa. Tem bardziej zasługuje on podług mnie na pierwszeństwo dla swych wybornych warunków istnienia, gdzie mieszkańcy tego szczęśliwego świata są istotami wyższemi, gdzie mędrcy są mądrzejszymi, sztukmistrze większymi artystami, gdzie źli mniej złymi, a dobrzy przeciwnie lepszymi bywają. A cóż brakuje naszej ziemi, aby doszła do takiej doskonałości? Bardzo mało: tylko osi rotacyjnej, mniej nachylonej ku płaszczyźnie obwodowej.

– A więc – dał się słyszeć silny głos – połączmy nasze siły, wynajdźmy maszyny i sprostujmy oś ziemi.

Grzmoty oklasków zakończyły ten projekt, którego autorem nie był i nie mógł być kto inny, jak J. T. Maston. Prawdopodobnie instynkt inżynierski spowodował porywczego sekretarza do wypowiedzenia tak śmiałej propozycyi. Trzeba jednak przyznać, co słuszna, że wielu objawiało krzykiem jednomyślność z wnioskodawcą, i że gdyby mogli mieć oznaczony przez Archimedesa punkt oparcia, byliby Amerykanie potrzebną dźwignię zbudowali, aby świat podnieść i oś sprostować. Ale właśnie ten punkt oparcia był wszystkiem, na czem zbywało tym przedsiębiorczym mechanikom.

Pomimo to jednak ta idea „nadzwyczaj praktyczna”, została przyjęta bardzo przychylnie; przerwanie dyskusyi trwało dobry kwadrans, a długo, bardzo długo mówiono potem w Stanach Zjednoczonych Ameryki o wniosku, postawionym tak śmiało przez wiecznego sekretarza Gun-klubu.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.