FANDOM


Rozdział IX Z ziemi na księżyc, podróż odbyta w 87 godzinach
Rozdział X
Juliusz Verne
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1875 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Jeden nieprzyjaciel na dwadzieścia pięć milionów przyjaciół.

Publiczność amerykańska brała żywy udział w przedsięwzięciach Gun-klubu, zajmowała się najmniejszymi szczegółami wyprawy księżycowej.

Ogół śledził bacznie uchwały komitetu. Najmniejsze przygotowania, kwestye cyfr i obliczeń, rozwiązywanie zagadnień i trudności mechanicznych, jednem słowem, cała wyprawa zajmowała uwagę publiczności.

Do wykonania tego dzieła pozostawał jeszcze więcej jak rok czasu; rok ten jednak nie miał pozostać bez rozruchów; wybór miejsca na ustawienie, budowa podwyższenia, lanie kolumbiady, jej nabijanie, wszystko to zaostrzało publiczną ciekawość i naprężało wszystkich uwagę.

Kula, wyrzucona w powietrze siłą prochu, zniknie z oczu po kilkudziesięciu sekundach; co się z nią potem stanie? jak się zachowywać będzie w powietrzu? w jaki sposób dosięgnie księżyca? to mała tylko liczba wybranych oglądać miała własnemi oczami. Dlatego też przygotowania wyprawy, dokładne szczegóły wykonania, rozbudziły największe zajęcie się sprawą.

Nic jednak nie może się ostać na świecie bez opozycyi, nawet czysto umiejętny urok, jaki wywierała wyprawa na księżyc.

Wiemy, jak liczny zastęp wielbicieli i przyjaciół zyskał projekt Barbicana. A przecież, pomimo tylu zachwyconych, nie był to głos bezwarunkowej jedności. Znalazł się jeden, jedyny człowiek w całych Stanach Zjednoczonych, który wystąpił przeciw przedsiębiorstwu Gun-klubu i sprzeciwiał się upornie projektowi przy każdej sposobności.

Dlaczego Barbicane czuł się bardziej dotkniętym oporem jednego, jak pochlebnym przyklaskiem tylu tysięcy, zdaje nam się dowodzić nie potrzeba, ile że źródło przyczyny tego podrażnienia leży już w charakterze natury ludzkiej.

Barbicane znał dobrze powody tego oporu, wiedział, zkąd pochodziła jedyna nienawiść, że była ona ściśle osobistą i bardzo starej daty, po prostu, że źródłem jej była miłość własna.

Szczęściem, że tego zaciętego wroga prezydent Gun-klubu nigdy nie widział, zetknięcie się bowiem tych dwu ludzi mogło wywołać smutne skutki.

Rywal Barbicana był równie wielkim uczonym, jak przewodniczący komisyi wyprawy księżycowej, natury dumnej, śmiały, porywczy, jednem słowem, Yankes czystej krwi. Bywałem tym był kapitan Nicholl, mieszkaniec Filadelfii.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 14

Każdy słyszał o ciekawej wojnie, jaka wybuchła między kapitanem okrętu, a prezydentem Gun-klubu.

Barbicane postanowił przebić pancerz kapitana, drugi miał niemniej silne postanowienie nie dopuścić tego.

Było to przyczyną zupełnej zmiany w marynarce Stanów Zjednoczonych.

Kula i pancerz walczyły zacięcie jedna siłą uderzenia, drugi grubiejąc w stosunku prostym do kuli. Okręta szły w ogień, uzbrojone w ogromne działa, pod zasłoną nieprzebytego pancerza.

Merrinac, Monitor, Ram Tenesse, Wechhausen,[1] ochronione przeciw kulom obcym, same wyrzucały olbrzymie ołowie śmierciodajne. Wyrządzały tedy bliźnim to, czego wcale nie życzyły sobie, aby im wyrządzano. Zasada niemoralna, na której opiera się sztuka wojenna.

O ile tedy Barbicane stał się rozgłośnym ludwisarzem kul, o tyle rozchodziła się po świecie sława Nicholla, jako znakomitego kowala pancerzy.

Jeden dzień i noc lał kule w Baltimore, drugi w Filadelfii kuł dzień i noc. Zaledwie Barbicane nową wynalazł kulę, już Nicholl ukuł nowy pancerz.

Prezydent Gun-klubu spędzał dnie, rozmyślając nad sposobem robienia dziur, kapitan nad sposobami przeszkadzania mu. Z tego naturalnie wywiązała się rywalizacya, która atoli posuwała się aż do osobistości.

Barbicane w śnie widywał Nicholla w postaci nieprzebitej tarczy, o którą się rozbił, Nicholl widział w Barbicanie kulę, zdolną do przebicia go na wylot.

Jakkolwiek wprost przeciwnemi szli drogami ci dwaj uczeni, mogli atoli wbrew wszelkim prawidłom geometryi spotkać się – na placu pojedynku.

Na szczęście dla ojczyzny, dwu tak zacnych, tak pożytecznych krajowi obywateli, dzieliła przestrzeń pięćdziesięciu do sześćdziesięciu mil, a przyjaciele obu zasypali drogę przeszkodami, aby im uniemożebnić spotkanie.

Kto kogo przewyższał, trudno osądzić, uzyskane rezultaty czyniły wyrok niemożliwym. Zdawało się wprawdzie, że pancerz ulegnie kuli, kompetentni jednak nie byli zupełnie pewnymi. Podczas ostatniej próby kule stożkowate Barbicana jak szpilki utkwiły w pancerzach Nicholla. Dnia tego liczył Nicholl na pewne zwyciętwo; gdy Barbicane kule stożkowate zastąpił zwykłymi sześćset funtowymi granatami, i kowal z Filadelfii musiał ustąpić z pola walki; granaty te bowiem o wcale miernej chyżości, podziurawiły, roztrzaskały, rozniosły na tysiąc kawałków pancerze z najlepszego kruszcu.

Tak stały rzeczy. Zwycięztwo zdawało się przechylać na stronę kuli, gdy nagle w dniu ukończenia walki Nicholl ukuł nowy pancerz, arcydzieło w swoim rodzaju, który drwił ze wszystkich kul świata.

Kapitan kazał go umieścić w zatoce Washingtonu i wyzwał prezydenta Gun-klubu do walki. Ale Barbicane po zawarciu pokoju nie chciał próbować szczęścia. Wtedy rozgniewany Nicholl oświadczył, że wystawia swój pancerz na grad kul największych, pełnych czy wydrążonych, okrągłych czy stożkowych. Prezydent jednak nie przyjął propozycyi, widocznie nie chcąc narazić ostatniego zwycięztwa.

Nicholl rozjuszony był tą ubliżającą odmową; starał on się nakłonić Barbicana do nowej próby, kusząc różnymi ustępstwami i przyzwalając z góry na wszystkie warunki. Obiecywał ustawić pancernik na dwieście yardów od armaty. Barbicane był niewzruszony.

– Na sto yardów.

– Ani na siedmdziesiąt pięć.

– Więc na pięćdziesiąt! – wołał kapitan w dziennikach – na dwadzieścia pięć yardów od armaty postawię pancerz, a za pancerzem sam stanę.

Barbicane odpowiedział na to, że gdyby kapitan Nichol stanął nawet przed swoim pancerzem, nie myśli zmienić swojej odpowiedzi.

Po takiej odmowie Nicholl nie posiadał się ze złości; zaczął dotykać osobistości, głosił, że tylko tchórzostwo może wywołać taką odpowiedź, że człowiek, który raz z armaty wystrzelić nie chce, daje dowód bojaźni niepośledniej, że tacy artylerzyści, którzy biją się tylko z odległości sześciu mil, śmiało zastąpić mogą swoją odwagę indywidualną formułkami matematycznemi, że o wiele więcej odwagi potrzeba do oczekiwania kuli za pancerzem, jak do wystrzelenia jej podług ustanowionych reguł.

Na te zarzuty jednak nie dawał Barbicane żadnych odpowiedzi; może ich nawet nie słyszał, zajęty obliczaniem środków wyprawy księżycowej. A gdy kapitan Nicholl dowiedział się o zapadłych w komitecie Gun-kluby uchwałach, złość jego doszła do najwyższego stopnia.

W tej wygórowanej zazdrości przebijało uczucie bezwładzy. Cóż lepszego wynaleść można, nad kolumbiadę dziewięć set stóp długą? Jakiż pancerz oprze się kuli trzydziestu tysięcy funtowej? Nicholl czuł się całkiem pobitym, ale powoli przychodził do równowagi myśli i postanowił nareszcie zbić zamiar Gun-klubu siłą argumentów.

'From the Earth to the Moon' by Henri de Montaut 15

Nagle też napadł na prace Gun-klubu, rozsiał mnóstwo listów po dziennikach, przyrzekając umiejętnie zbić dzieło Barbicana.

Wojna się rozpoczęła. Nicholl nie zaniedbał wezwać do pomocy wiele specyalnych twierdzeń. Wnet też zaatakował Barbicana w jego matematycznych obliczeniach. Zasadą A + B starał się wykazać fałszywość obranych formułek i zarzucał mu brak zasadniczych wiadomości balistyki. Pomiędzy innymi błędami wytykał i to, że zupełnie niepodobnem jest nadać jakiemuś ciału chyżość dwunastu tysięcy yardów na sekundę; twierdził dalej z algebrą w ręku, że nawet i z taką chyżością żadna kula nie przekroczy granicy atmosfery ziemskiej, że nie wyjdzie wyżej nad ośm mil; a chociażby przyjęto tę chyżość za nadaną i wystarczającą, bomba nie podda się ciśnieniu rozwiniętego gazu z miliona sześciukroć sto tysięcy funtów prochu, tem bardziej, że nie wytrzyma tak wysokiej temperatury, stopi się, opuszczając kolumbiadę, i w kształcie gęstego deszczu spadnie na głowy nieroztropnych widzów.

Barbicane nie zważał na te zarzuty i pracował dalej nad rozpoczętem dziełem.

Nicholl tedy wziął się na inny sposób. Nie wspominając o bezskuteczności swych uwag, przedstawiał całe przedsięwzięcie jako nader niebezpieczne tak dla obywateli, którzy obecnością swą dzieło to zaaprobują, jakoteż dla wszystkich miast, położonych w blizkości kolumbiady; szczególnie na to uwagę zwracał, że niepodobna, aby kula osiągnęła cel, że bezwarunkowo spaść musi na ziemię, a upadniecie tak ogromnego ciężaru, który pomnożony zostanie chyżością upadku, musi nadwerężyć znacznie glob nasz w kilku miejscach; że ostatecznie pod tymi warunkami i wobec takich okoliczności, bez względu na prawa wolnych obywateli, zdaje się nie można narażać spokoju wszystkich dla przyjemności jednego.

Z tego łatwo widzieć można, do jakiej przesady posuwał się Nicholl. Ale też tylko on jeden był tego zdania; nikt nie zważał na jego złe wróżby, pozwalano mu wygadać się do woli. Widział on się obrońcą przepadłego i nieudałego przedsięwzięcia; słyszany, ale nie słuchany, ani jednego nie mógł znaleść zwolennika, ani jednego odebrać Barbicanowi wielbiciela, który nie widział nawet potrzeby odpowiadania na zarzuty swego rywala.

Nicholl zawiedziony w zamysłach przeszkodzenia wyprawie, postanowił użyć pieniędzy.

W tym celu ogłosił w Enguirer gotowość założenia się, że przedsięwzięcie Barbicana się nie uda.

Warunki zakładu brzmiały:

1. że potrzebne przygotowania ze strony Gun-klubu nie będą na czas wygotowane – o 1000 dolarów;

2. że ulanie 900 stóp długiej armaty nie da się uskutecznić – o 2000 dolarów;

3. że niepodobieństwem będzie nabicie kolumbiady i że bawełna sama się zapali pod ciśnieniem kuli – o 3000 dolarów;

4. że kolumbiada pęknie podczas wystrzału – o 4000 dolarów;

5. że kula nie wzniesie się wyżej nad sześć mil i spadnie po kilku sekundach – o 5000 dolarów.

Widzimy więc, jak znaczną sumę ryzykował kapitan dla dogodzenia swemu uporowi. Szło nie mniej ni więcej tylko o 15.000 dolarów.

Pomimo doniosłości słów zakładu, otrzymał Nicholl na dniu 19. maja bilet zapieczętowany, lakonicznej treści:

„Baltimore 18. października.

„Zakład cały przyjmuję. „Barbicane.”




Przypis

  1. Nazwy okrętów amerykańskich.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.