FANDOM


Rozdział V Z ziemi na księżyc, podróż odbyta w 87 godzinach
Rozdział VI
Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1875 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Propozycya Barbicane’a wprowadziła na porządek dzienny astronomiczne zajęcie dla gwiazdy naszej. Każdy zajmował się badaniem jej; mogłoby się zdawać, że księżyc po raz pierwszy pokazał się na niebie i że go nikt przedtem nie widział.

Księżyc wszedł tedy w modę, został lwem dnia, nie stając się bynajmniej skromniejszym, ani zyskując na wspaniałości pomiędzy gwiazdami.

Dzienniki odgrzewały stare anegdotki, w których to „słońce wilków” grało rolę, przypominały wpływy, jakie nieświadomość przypisywała mu w pierwszych wiekach, opiewały go z różnego tonu – nie zmyślilibyśmy mówiąc, że Ameryka popadła w selenomanię.

Przeglądy umiejętne rozbierały więcej specyalnie kwestye, dotyczące przedsiębiorstwa Gun-klubu; ogłosiły list obserwatoryum w Cambridge, nie omijając komentarzy i potakiwań różnemi „ale”.

Jednem słowem, żaden, nawet mniej oczytany Jankies, nie mógł nie wiedzieć o spostrzeżeniach na satellicie, a żadna stara mistress, choćby najbardziej ograniczona, nie mogła twarzy jego przypisywać więcej błędów zabobonnych.

„Wiedza ich wzmagała się różnymi sposobami, wciskała się okiem i uchem; wszak niepodobna być oślicą w – astronomii!

Wielu ludzi nie wiedziało dotychczas, jakim sposobem można obliczyć odległość księżyca od ziemi. Teraz korzystano z okoliczności; nauczano, że obliczenie odległości polega na wymiarze paralaksy księżycowej, a że wyraz „paralaksa” wywoływał zdziwienie, więc tłómaczono, że jest to kąt, utworzony dwiema prostemi liniami, poprowadzonemi z końców promieni ziemskich ku księżycowi.

Gdy zaś znaleźli się powątpiewający o dokładności tej metody, spieszono z tłómaczeniem, że nietylko średnia odległość jaknajpewniej 234.347 mil wynosi, lecz także, że astronomowie nawet o 70 mil w obliczeniu się nie omylili.

Nieobeznanym z ruchami księżyca wykładały codziennie dzienniki, że satellita nasz odbywa dwa wyraźne poruszenia: pierwszem jest ruch około osi, drugiem krążenie około ziemi, a oba wykonuje w równych odstępach czasu, mianowicie w dwudziestu siedmiu dniach i ośmiu godzinach.

W skutek ruchu krążenia powstaje dzień i noc na powierzchni księżyca, tylko że nie ma podziału na doby, ale jest tylko jeden dzień i jedna noc w miesiącu księżycowym, które mają po 354 godzin i 20 minut.

Ziemia oświeca stronę księżyca, zwróconą ku sobie, światłem, równającem się jasności czternastu księżyców; równocześnie panuje 354-godzinna noc na stronie, odwróconej od ziemi rozjaśniona tylko słabem światłem, jakie gwiazdy rzucają.

To zjawisko budzi jedynie ta okoliczność, że ruch obrotowy i postępowy wykonuje się zupełnie w jednym i tym samym czasie.

Niektóre umysły trochę uporne nie pojmowały, jak może księżyc podczas krążenia wirować około siebie samego, kiedy na ziemi widać go w jednej i tej samej postaci. Tym mówiono:

Idźcie do waszej jadalni i krążcie około stołu, patrząc zawsze na środek, a kiedy skończycie waszą przechadzkę kołową, wykonacie obrót około siebie samych, gdyż i oko wasze przebieży powoli wszystkie punkta sali. A więc sala, to niebo, stół ziemia, a księżyc, to wy.

Porównanie to wprawiło słuchaczy w zachwycenie.

Księżyc pokazuje się w jednych i tych samych kształtach na ziemi; dla dokładności jednak dodać należy, że w skutek niejakiego wahania się z północy na południe i od wschodu pozwala on widzieć większą połowę swej tarczy, mniej więcej 57/100 części.

Kiedy nawet ignoranci, niewiedzący o księżycu nic nad to, co od dyrektora obserwatoryum w Cambridge o ruchu wirowym i postępowym księżyca usłyszano, zajmować się nim zaczęli, urządzono dwadzieścia wykładów umiejętnych, które miały pouczyć, że niebiosa pełne niezliczonych gwiazd, uważać można za ogromny cyferblat, po którym spaceruje księżyc, wskazując mieszkańcom ziemi dokładną godzinę, że od tego ruchu zawisły różne kształty, w jakich się księżyc okazuje; że księżyc jest w pełni, kiedy jest najbardziej oddalony od słońca, czyli wtedy, gdy wszystkie trzy gwiazdy są w jednej linii, a ziemia we środku; że księżyc jest na nowiu, gdy się zbliży najbardziej do słońca, czyli gdy się znajdzie między słońcem i ziemią; nakoniec, że księżyc jest w pierwszej lub ostatniej kwadrze, jeżeli tworzy ze słońcem i ziemią kąt prosty, zajmując szczyt tegoż.

Niektórzy myślący Jankiesy wyprowadzili ztąd wnioski, że zaćmienia nie mogą powstać, chyba w epoce zbliżenia lub oddalenia, i mieli słuszność.

W epoce zbliżenia może księżyc zaćmić słońce, a w oddaleniu znowu ziemia zaćmić go może; a że zaćmienia takie nie objawiają się dwa razy podczas obiegu od nowin do nowiu, przyczyna w tem, że przestrzeń, po której księżyc krąży, nachyla się ku ekliptyce, tj. ku przestrzeni, po której krąży ziemia.

O wysokości, jaką gwiazda nocy w głębi horyzontu osięgnąć może, dał dokładne wyjaśnienia list obserwatorium w Cambridge; każdemu było wiadomem, że ta wysokość zmienia się podług szerokości geogr. kraju, w którym robi się spostrzeżenia. Strefy zaś, które księżyc przebiega ku zenitowi, czyli kiedy zajmuje punkt pionowy do głowy swoich adoratorów, muszą leżeć między 20° a równikiem.

Podług tej ważnej zasady należy do doświadczeń obrać jakikolwiek punkt tej części globu, aby kula mogła być pionowo rzuconą i tem prędzej z zakresu działania siły ciężkości wyszła. Był to jeden warunek ważny dla skutków przedsięwzięcia, który nie mógł opinię publiczną w błąd wprowadzić.

Co do linii, którą księżyc krążąc około ziemi, obiega, wykazało obserwatoryum w Cambridge nawet dla laików całego świata dosyć jasno, że tworzy ona krzywe, zamknięte koło, a raczej elipsę, której jednem ogniskiem jest ziemia. Takie drogi eliptyczne są dla wszystkich planet i satellitów wspólne, a mechanika racyonalna utrzymuje słusznie, że inaczej być nie może.

Wszystko to każdy Amerykanin chcąc nie chcąc wiedział, a wcale nie wiedzieć nie mógł nikt.

Jakkolwiek te prawdziwe poglądy i zasady szybko się rozpowszechniały, wcale nie łatwo było wykorzenić wiele błędów i zabobonnych przesadów.

I tak np. utrzymywało kilku poczciwców, że księżyc był dawniej kometą, krążącym w linii owalnej około słońca, i że go ziemia podczas największego zbliżenia, w zakresie swojej siły atrakcyjnej zatrzymała.

W ten sposób chcieli ci astronomowie salonowi wyjaśnić plamy, wypalone na powierzchni księżyca, uważając to za oczywisty błąd promienistej gwiazdy. Wtedy tylko zapominali o języku w ustach, gdy im robiono uwagę, że płanety posiadają atmosferę, a księżyc albo jej wcale nie posiada, albo bardzo mało.

Inni znowu ze stronnictwa tchórzy, objawiali na samo wspomnienie o księżycu wielki przestrach, słyszeli bowiem, że wedle spostrzeżeń, czynionych za czasu Kalifów, ruch księżyca zwiększa się coraz bardziej; z tego oczywiście logicznie wnioskowali, że takie przyspieszenie ruchu umniejszy odległość księżyca od ziemi, w skutek czego pod wpływem obopólnego działania księżyc runie na ziemię.

Dali się jednak uspokoić i przestali obawiać o losy przyszłych pokoleń, gdy im wykazano, że podług obliczeń Laplace’a, sławnego matematyka francuzkiego, to przyspieszenie ruchu objawia się w nader ścisłych granicach, i że po niem następuje stosunkowe umniejszenie przyspieszenia; na przyszłość zatem nie grozi żadne niebezpieczeństwo równowadze świata solarnego.

Pozostaje nam jeszcze nakoniec jedna klasa ludzi: zabobonni gł…, którzy nie poprzestawali na niewiedzy; oni wiedzieli i to, co nie jest, a o księżycu rozległe posiadali wiadomości.

Podług jednych, tarcza jego była zwierciadłem, w którem mogą się widzieć i myśli swych sobie udzielić dwie osoby z różnych krańców świata.

Drudzy utrzymywali, że z tysiąca dojrzanych księżyców, 950 stały się przyczyną zmian w naturze, jak: wybuchów, wstrząśnięć ziemi, potopów itd.; przypisywali księżycowi szczególny wpływ na przeznaczenie człowieka; sądzili, że każdy selenita połączony jest jakąś nicią sympatyczną z mieszkańcem ziemi i odwrotnie; powtarzali za doktorem Meodem, że cały żywioł podlega wpływowi księżyca i twierdzili uporczywie, że chłopcy podczas nowiu, a dziewczęta podczas ostatniej kwadry na świat przychodzą, itp.

Gdy wreszcie trzeba było porzucić te ludowe przesądy i zajęto się prawdą nagą, stracił wiele księżyc w oczach dawnych czcicieli, wielu obracało się doń niegrzecznie, ale większa część pozostała mu wierną. Szczególnie Jankiesy nie mieli innego dążenia, nad zajęcie nowego lądu, a na szczycie jego pragnęli wybudować gwiaździsty pawilon Stanów Zjednoczonych.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.