FANDOM



Z Moskwy do Irkutska

(Michel Strogoff. Le courier du tzar.)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: Jules Férat


'Michael Strogoff' by Jules Férat 01



Część I

Rozdział I

'Michael Strogoff' by Jules Férat 03

Uroczystość w Pałacu.

Jenerale, nowa depesza.

– Zkąd?

– Z Tomska.

– Czy komunikacya z tem miastem przecięta?

– Tak jenerale, od wczoraj.

– Co godzina posyłać telegram do Tomska, i mnie dokładnie o wszystkiem uwiadamiać.

– Dobrze jenerale – odparł pułkownik K*.

Wyrazy te zamienione zostały o godzinie 2-ej rano, kiedy uroczystość dochodziła swego najwyższego blasku.

W czasie wieczoru, muzyka pułku Preobrażeńskiego i Pawłowskiego nieustannie wykonywała najpiękniejsze polki, mazury i walce. Pary tancerzy i tancerek snuły się po wytwornych salonach pałacu, stojącego zaledwo w odaleniu kilku kroków od „starego kamiennego domu” gdzie tyle strasznych dramatów odbywało się niegdyś, a echa których rozbudziły się właśnie tej nocy, głusząc motywa kadrylów.

Było w tem coś olśniewającego.

Wielki salon, najwspanialszy ze wszystkich w tym pałacu, służył orszakowi dostojników i kobiet pysznie strojnych, za odpowiednią oprawę ich wspaniałości. Bogate złocone sklepienie, ręką czasu nadwerężone, zdało się gwiazdzistem oświetleniem. Złotogłowia portyer i firanek, spadające w ciężkich fałdach, mieniły się jaskrawemi barwy, łamiąc się gwałtownie na rogach ciężkiej materyi.

Przez szyby wielkich obłąkowatych okien, światło salonów lekko przyćmione zasłonami, wydawało się na zewnątrz jakoby odbiciem pożaru, tworząc żywe przeciwstawienie z ciemnościami nocy, otaczającemi ten pałac błyszczący. Sprzeczność ta zajmowała uwagę osób nie tańczących. Umieściwszy się w framugach okien, mogli dojrzeć kilka dzwonów, rysujących się niepewnie wśród cieniów. Pod rzeźbionymi balkonami, przechadzały się liczne, milczące, z karabinem na ramieniu placówki, których spiczaste szyszaki zdawały się zakończone kitą o zapince płomiennej, od blasku świateł na zewnątrz wychodzących. Słyszeli także kroki patroli, wybijających takt na płytach kamiennych, dokładniej może, niż nogi tancerzy na posadzce salonów. Od czasu do czasu warta powtarzała hasło, czasami zaś trąbka na apel mięszając się z dźwiękami orkiestry, łączyła swe czyste tony do harmonii ogólnej.

Niżej jeszcze, przed fasadą, ciemne massy rysowały się na wielkich ostrokręgach światła, wychodzącego z okien pałacu. Były to statki na rzece, której wody oświetlone drgającym płomieniem kilku latarni okrętowych, obmywały pierwsze podmurowania tarasów.

Główny bohater balu, to jest wydający tę uroczystość, którego pułkownik K* tytułował jenerałem, był po prostu ubranym w mundur gwardyjski strzelców. Nie była to przesada, ale przyzwyczajenie człowieka obojętnego na przepych i pozór. Ubiór więc jego tworzył żywą sprzeczność z wytwornymi kostyumami, snującymi się wokoło niego.

Postać ta wysoka, twarzy przyjemnej i spokojnej, jednak z chmurą zamyślenia na czole, przechodziła kolejno od jednej do drugiej gruppy, ale mówiła mało, a nawet zdawała się nie wiele zwracać uwagi tak na wesołe dowcipy zaproszonej młodzieży, jako też na słowa poważniejsze wysokich dygnitarzy lub członków ciała dyplomatycznego Europy. Dwóch czy trzech z tych biegłych polityków- – fizyognomistów z urzędu – zauważyło na twarzy gospodarza, pewien objaw niepokoju. Przyczyny jego nie mogli odgadnąć, ale żaden nie odważył się zapytać. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oficer gwardyi tajemnicą swą nie chciał zakłócać uroczystości. Ożywienie i wesołość balu ani na chwilę nie zbladły.

Jednakże pułkownik K*, odawca depeszy z Tomska, czekał na rozkaz odalenia się, a oficer nie przerywał milczenia. Wziął telegram, przeczytał, czoło jego więcej się jeszcze zachmurzyło. Nawet mimowolnie chwycił za rękojeść szpady, potem oczy zasłonił na chwilę. Możnaby sądzić że blask światła go raził, i że szukał ciemności aby mógł lepiej w samego siebie spojrzeć.

– Tak więc – powiedział, odprowadziwszy pułkownika do framugi okna – od wczoraj nie mamy żadnych wiadomości.

– Żadnych, i należy się lękać, że wkrótce depesze nie będą mogły już przebyć granicy syberyjskiej.

– Ale wojska z Amuru i Irkutska, jako też z Zabajkalia, otrzymały rozkaz natychmiastowego wymarszu.

– Rozkaz ten wyprawiony ostatnim telegramem jaki mogliśmy przesłać za jezioro Bajkalskie.

– Czy z zarządami Jenissejska, Omska, Semipałatyńska i Tobolska, wciąż jesteśmy w bezpośredniej komunikacyi, od chwili wkroczenia?

– Tak jenerale, nasze depesze dochodzą ich, a obecnie mamy pewność, że tatarzy nie posunęli się za Irtysz i Obi.

– Milczeć o tem wszystkiem!

Poczem skłoniwszy się głęboko, pułkownik zniknął w tłumie i wkrótce opuścił salony bez zwrócenia na to niczyjej uwagi.

Oficer zaś stał chwilę zamyślony, potem zbliżał się do rozmaitych towarzystw, zebranych w kilku punktach salonu, i wtedy twarz jego znów wyrażała najzupełniejszy spokój.

Jednakże ważne wypadki w skutek których odbywała się powyższa rozmowa., nie były tak zupełnie nieznanemi, jak sądził oficer gwardyjski i pułkownik K*. Nie mówiono o tem urzędownie, to prawda, ale kilku dygnitarzy wiedziało mniej więcej dokładnie o wypadkach. W każdym razie, o tem czego się może zaledwo domyślano, a o czem nie mówiono wcale, nawet w ciele dyplomatycznem, rozmawiało dwóch z gości, nie odznaczających się ani mundurem, ani orderem żadnym na, a zdający się mieć wiadomości dosyć dokładne.

Jeden z tych ludzi był Anglikiem, drugi Francuzem; obydwaj szczupli, wysokiego wzrostu, jeden brunet, jako południowiec z Prowancyi, ­ – drugi rudy jak prawdziwy gentleman z Lancashire. Anglo-Norman, sztywny, zimny, powolny, oszczędny w ruchach i słowach, zdawał się mówić i rozprawiać tylko pod naciskiem sprężyny, w równych przestankach działającej. Francuz przeciwnie, żywy, ruchliwy, jednocześnie mówił ustami, wzrokiem, rękami, posiadający dwadzieścia sposobów odmalowania swej myśli, kiedy tymczasem jego słuchacz zdawał się mieć tylko jeden wyraz niezmiennie wystereotypowany w mózgu.

Te ich sprzeczności fizyczne byłyby uderzyły najnędzniejszego w świecie fizyonomistę; badacz zaś popatrzywszy z bliska na dwóch cudzoziemców, byłby określił w krótkości tę ich sprzeczność słowami: że Francuz „cały był wzrokiem” Anglik „cały uchem”.

W istocie przyrząd optyczny jednego z nich w skutek częstego użycia., szczególniej był udoskonalonym. Czułość i ruchliwość jego błonki ocznej, wyrównywała czułości jednego z tych czarodziejów, rozpoznających kartę, w krótkiej chwili zbierania, albo poprostu z ułożenia kratki niedostrzegalnej dla innych oczów. Francuz ten posiadał więc w najwyższym stopniu dar tak zwanej „pamięci ocznej”

Anglik przeciwnie, zdawał się wyłącznie stworzonym do słyszenia i słuchania. Skoro jego organ słuchu uderzony został jakim dźwiękiem, niezapominał go więcej i w dziesięć, dwadzieścia lat poznał go wśród tysiąca.

Uszy jego nie posiadały, ma się rozumieć, zdolności poruszania się jak uszy zwierząt opatrzone trąbkami słuchowemi; ale ponieważ uczeni zawyrokowali, że uszy ludzkie są „prawie” nieruchome; możnaby twierdzić że uszy naszego Anglika, prostując się, skręcając w prawo i lewo, usiłowały pochwycić dźwięki zaledwo dosłyszalne.

Tutaj należy powiedzieć, że ta doskonałość wzroku i słuchu u tych dwóch ludzi, służyła im wybornie, bo Anglik był korespondentem Daily Telegraph, Francuz zaś korrespondentem… Jakiego dziennika lub jakich dzienników, nie mówił nigdy, a skoro go pytano odpowiadał żartobliwie, że korespondował ze swoją „kuzynką Magdaleną”. W gruncie, Francuz ten pozornie tak lekki, był bardzo przebiegłym i bystrym. Rozprawiając na wszystkie strony, być może dla pokrycia swej chęci dowiedzenia się czegoś, nigdy się nie zdradzał. Sama jego gadatliwość służyła mu doskonale, był on prawdopodobnie więcej milczący i skryty od swego kolegi z Daily Telegraph.

Jeżeli uczestniczyli na balu w nocy z 15 na 16 Lipca, uczestniczyli jako dziennikarze dla tem większego zbudowania czytelników.

Zbytecznem byłoby mówić, te ludzie ci namiętnie kochali swoje powołanie, rzucali się ze zręcznością łasicy, na nowiny najmniej przewidziane, żadna przeszkoda nie była zdolną ich przerazić, posiadali niezmiernie zimną krew i rzeczywistą odwagę ludzi swego fachu. Prawdziwi łowcy polujący na wiadomości, przeskakiwali płoty, przebywali rzeki, przesadzali zapory z nieporównanym ogniem biegunów czystej krwi, co chcą stanąć „pierwszym” lub „zginąć”.

Dzienniki nie żałowały im pieniędzy, – najlepszego, najpewniejszego i najdoskonalszego środka zdobywania wiadomości, po dziś dzień światu znanego. Należy dodać na ich pochwałę, że nigdy nie wglądali i niewdzierali się za mury prywatnego życia, a działali tylko kiedy interesa towarzyskie lub polityczne tego wymagały, Słowem byli tak zwanymi „reporterami politycznymi i wojennymi”.

Korrespondent francuzki nazywał się Alcyd Jolivet; Harry Blonnt, angielski. Spotykali się po raz pierwszy, na uroczystości w pałacu, z której mieli dać sprawozdanie do swoich dzienników. Niezgodność charakterów, połączona z zazdrością dziennikarską, nie mogła obudzić sympatyi wzajemnej. Jednak zamiast unikać, szukali się raczej, pragnąc przeczuć wiadomości dnia tego. Byli to dwaj myśliwi, polujący na jednem territoryum z jednaką ostrożnością. Co jednemu brakowało, z korzyścią mogło być wyciągnięte od drugiego, w wspólnym więc interesie potrzebowali się widzieć i porozumieć.

Tego więc wieczoru obydwaj czatowali. W istocie, coś było w powietrzu.

– Gdyby to nawet było tylko przelotem kaczek – mówił do siebie Alcyd Jolivet – warte jednego strzału.

Dwaj korrespondenci rozmawiali z sobą, właśnie w kilka chwil po wyjściu pułkownika K*, usiłując wymacać się wzajemnie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 04

– Doprawdy, panie, uroczystość ta jest cudowną! – powiedział ujmująco Alcyd Jolivet, rozpoczynając rozmowę tem zdaniem prawdziwie francuzkiem.

– Wspaniałą! telegrafowałem to już – odparł zimno Harry Blonnt, używając tego wyrażenia wyłącznie poświęconego uwielbieniu przez obywatela Królestwa Zjednoczonego.

– Jednak – dodał Alcyd Jolivet – jednocześnie czułem się w obowiązku oznajmić mojej kuzynce…

– Pańskiej kuzynce? – powtórzył Harry Blonnt zadziwiony, przerywając swemu koledze.

– Tak – ciągnął dalej Alcyd Jolivet – mojej kuzynce Magdalenie. Z nią to korresponduję. Kuzynka moja lubi dobrze i spiesznie być powiadamianą! Sądziłem się więc w obowiązku donieść jej, że podczas uroczystości jakaś chmura zdawała się obciążać czoło jenerała.

– Mnie zaś wydał się promieniejącym – odrzekł Harry Blonnt, pragnący może ukryć swe przekonanie w tej mierze.

– I naturalnie kazałeś mu „promienieć” w szpaltach Daily Telegraph!

– Rozumie się.

– Są ludzie umiejący w najkrytyczniejszych chwilach zachować pozory spokoju.

– Czego wcale nie dokazał nasz gospodarz, kiedy pułkownik zawiadomił go, iż komunikacya przerwana między granicą a Irkutskiem.

– Ah! to pan wiesz o tem?

– Doskonale.

– Mnie, trudno byłoby wiedzieć, ponieważ ostatni mój telegram poszedł do Udinska – zauważył z pewnem zadowoleniem Alcyd Jolivet.

– Mój zaś do Krasnojarska tylko – powiedział Harry Blonnt.

– A zatem musisz pan wiedzieć także o rozkazach wysłanych do armii w Nikołajewsku?

– Tak panie, wiem o tem równocześnie z chwilą wysłania telegrafu do Kozaków Tobolskich, aby się koncentrowali.

– Najszczersza prawda panie Blonnt, zamysły te i mnie były znane, a wierz mi, że kuzynka moja wielu rzeczy jutro się dowie.

– Właśnie jak czytelnicy Daily Telepraph, panie Jolivet.

– Otóż to: kiedy się wszystko widzi!…

– I słyszy co się mówi!…

– Interesująca, warta śledzenia kampania, panie Blonnt.

– To też śledzić ją będę, panie Jolivet.

– W takim razie spotkamy się może na territoryum mniej bezpiecznem od salonowej posadzki!

– Mniej pewnem, tak, ale…

– Ale też i mniej śliskiem – odparł Jolivet, który podtrzymał swego kolegę w chwili, kiedy ten tracił równowagę odalając się.

Na tem, dwaj koledzy rozstali się, zadowoleni, że jeden drugiego w niczem nie wyprzedził. W istocie obaj zarówno grali.

W tej chwili drzwi prowadzące do wielkich salonów otwarły się. Tam stało kilka obszernych stołów z prześliczną zastawą, zlotem i porcelaną obciążonych. Na stole środkowym przeznaczonym dla wyboru towarzystwa, błyszczał niezmiernej wartości serwis, sprowadzony z fabryk londyńskich, w około zaś tego arcydzieła sztuki jubilerskiej, odzwierciadlały się, pod blaskiem przepychu, tysiące sztuk najcudniejszego serwisu jaki kiedykolwiek wykonały rękodzielnie w Sevres.

Zaproszeni skierowali swe kroki ku sali jadalnej.

W tej samej chwili pułkownik szybko podszedł do oficera strzelców.

– I cóż? – zapytał tenże żywo, tak samo jak pierwszą razą.

– Telegramy nie przechodzą już za Tomsk.

– Kuryera natychmiast!

Oficer opuścił salon, wyszedł do przyległego pokoju. Byłto gabinet pracy, bardzo skromnie starym dębem umeblowany, położony w rogu pałacu. Kilka obrazów, między inne mi kilka z podpisem Horacego Vernet’a, wisiało na ścianie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 05

Oficer szybko otworzył okno, i odetchnął stanąwszy na obszernym balkonie, powietrzem orzeźwiającem pięknej nocy lipcowej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 05a

Oczom jego, oświetlone promieniami księżyca ukazały się mury ufortyfikowane, w pośrodku których wznosiły się dwie katedry, trzy pałace i arsenał. W około tego opasania wyraźnie rysowały się trzy miasta: Kitaj-Gorod, Biełoj-Gorod, Zemlianoj-Gorod, rozległe cyrkuły europejskie, tatarskie lub chińskie, nad niemi wznosiły się wieże, dzwony, minarety, kopuły trzechset kościołów, z zatkniętemi srebrnemi krzyżami. W małej rzece płynącej krętem korytem gdzieniegdzie odbijały się promienie księżyca. Całość tworzyła ciekawą mozajkę różnokolorowych budynków w obwodzie dziesięcio milowem.

Rzeka ta była to Moskowa, miasto Moskwa, mur ufortyfikowany Kremlin.



Rozdział II

Tatarzy.

Jeżeli jenerał tak nagle opuścił salony pałacu, w chwili kiedy uroczystość kipiała w całym blasku, uczynił to dla tego, iż ważne wypadki spełniały się podówczas za granicami Uralu. Nie ulegało już wątpliwości, iż groził napad tatarów.

Rossya azyatycka albo Syberya zajmuje przestrzeń pięciuset sześćdziesięciu mil i liczy około dwóch milionów mieszkańców. Ciągnie się ona od gór Uralskich, oddzielających ją od Rossyi Europejskiej, aż do wybrzeży oceanu Spokojnego. Na południe graniczy z Turkestanem i cesarstwem Chińskiem; na północ z oceanem Lodowatym od morza Kara do cieśniny Behringa. Dzieli się ona na gubernie albo prowincye, jako to: Tobolską, Jenisejską, Irkutską, Omską i Jakutską; na dwa główne obwody: Ochocki i Kamczacki, posiada dwa kraje podległe dziś panowaniu Rossyi: kraj Kirgizów i Czukczów.

Ogromna ta przestrzeń stepowa, zawierająca przeszło sto dziesięć stopni od wschodu na zachód, jest zarazem miejscem deportacyi winowajców.

Dwaj jenerał-gubernatorowie reprezentują tutaj najwyższą władzę. Jeden z nich ma swoją rezydencyę w Irkutsku stolicy Syberyi zachodniej. Rzeka Czumna wpadająca do rzeki Jenisieju, przedziela obiedwie Syberye.

Żadna droga żelazna nie przecina jeszcze olbrzymich tych płaszczyzn, pomiędzy któremi znajdują się i bardzo urodzajne. Żaden gościniec nie czyni kunkurencyi kopalniom, co sprawia, iż na znacznej przestrzeni wnętrze gruntów syberyjskich, bywa bogatsze od powierzchni. w lecie jeżdżą tam kibitkami i telegami; sankami w zimie.

Jedyna kommunikacya, ale kommunikacya elektryczna, łączy granicę wschodnią z zachodnią Syberyi, za pośrednictwem drutu, przeszło ośm tysięcy wiorst długiego. Wyprowadzony z Uralu, przechodzi on przez Ekaterynburg, Kassimów, Tiumeń, Iszim, Omsk, Elamsk, Koływań, Tomsk, Krasnojarsk, Niżnyj-Udińsk, Irkutsk, Wierch-Nerczysk, Strelińsk, Ałbazyn, Błagowieszczeńsk, Radde, Orłowskaya, Aleksandrowskoe, Nikołajewsk, i pobiera sześć rubli dziewiętnaście kopiejek, za każdy wyraz idący na ostatnią stacyę. Z Irkutska przeprowadzona jest linia do Kiachty na granicy mongolskiej, ztamtąd zaś po trzydzieści kopiejek za wyraz, poczta przesyła depesze do Pekinu w ciągu dni czternastu.

Ta to właśnie linia z Ekaterynburga do Nikołajewska została przerwana, co zrodziło obawę, aby pewna część kirgizów nie przyłączyła się do tatarów.

Kirgizi dzielą się na trzy hordy: wielką, małą i średnią, liczą około czterechkroć sto tysięcy „namiotów” co znaczy dwa miliony dusz. Z tych rozmaitych pokoleń, jedne są niepodległe, drugie uznają władzę bądź Rossyi, bądź chanów z Chiwy, Kokondu i Buhary, to jest, najgroźniejszych naczelników w byłym Turkestanie. Horda średnia, najbogatsza i najliczniejsza zarazem; obozy jej zalegają całą przestrzeń od Sara-Su, Irtyszu, wyższego Iszim, Jeziora Hadisang i jeziora Aksakal. Wielka horda. zajmująca okolice na wschód średniej, ciągnie się do gubernii Omskiej i Tobolskiej. Gdyby więc ludy te uległy tatarom, byłoby to szkodą Rossyi azyatyckiej, a zarazem rozdzieleniem Syberyi na wschód Jenissieju.

Prawda, że Kirgizi ci, niewprawni w sztuce wojennej, są raczej rabusiami i złodziejami karawn, aniżeli regularnym żołnierzem. Tak jak to powiedział P. Lewszyn, „ścieśniona kolumna, albo czworobok dobrej piechoty, może stawić czoło dziesięćkroć przenoszącej liczbie Kirgizów, a jedna armata może znieść przerażającą ich liczbę”.

Tak, ale potrzeba aby czworobok dobrej kawaleryi przybył do kraju, aby armata opuściła prowincye rossyjskie, oddalone o dwa do trzech tysięcy wiorst. Oprócz tego z wyjątkiem drogi prostej łączącej Ekaterinburg z Jrkutskiem, stepy często bagniste, niełatwe do przebycia, i niewątpliwie upłynęłoby kilka tygodni, zanim wojska rossyjskie byłyby wstanie odeprzeć hordy tatarskie.

Omsk, jest środkowym punktem organizacyi wojskowej w zachodniej Syberyi, przeznaczonej dla utrzymania w posłuszeństwie ludności kirgizkiej. Tam są granice, które te ludy koczujące niezupełnie poddane, niejednokrotnie znieważyły. Linia kolonii wojskowych, to jest ta gdzie byli rozłożeni eszelonami kozacy od Omska do Semipałatyńska, była w kilku miejscach przerwaną. Oprócz tego należało się obawiać, aby „wielcy sułtani” zarządzający obwodami znaczniejszemi Kirgizów, nie przyjęli dobrowolnie lub przymusowo zwierzchnictwa tatarów, tak jak oni muzułmanów.

W istocie, już oddawna Tatarzy turkestańscy a szczególniej z Buhary, Chiwy, Kokandu i Kunduzy, usiłowali zarówno siłą jak przekonaniem, uwolnić hordy kirgizkie od panowania Rossyjskiego.

Kilka słów o tych Tatarach.

Tatarzy należą wyłącznie do dwóch różnych rass, do rasy kaukazkiej i mongolskiej.

Rasa kaukazka jest ta, powiedział Abel de Rémusat „którą europejczykowie uważają jako typ piękności naszego rodzaju, bo wszystkie ludy tej części świata mają swój rodzaj”; łączy pod jedno zwierzchnictwo Turków i krajowców szczepu perskiego.

Do rassy czysto mongolskiej liczą się: Mongołowie, Mandżurowie i Tybetanie.

Tatarzy podówczas zagrażający, byli z rassy kaukazkiej i wyłącznie zajmowali Turkestan. Obszerny ten kraj dzieli się na rozmaite państwa, zarządzane przez chanów, ztąd nazwa chanat. Głównymi chanami są: Buchara, Kokand, Kunduz etc.

W tej epoce najważniejszym i najgroźniejszym chanem był chan z Buhary. Rossya już kilkakrotnie prowadziła wojnę z jego dowódzcami, którzy w osobistym interesie, dla nałożenia swego jarzma, popierali niezależność Kirgizów. Obecny naczelnik Feofar-Chan:, wstępował w ślady swoich poprzedników.

Chanat Buhary, ciągnie się z północy ku południowi, pomiędzy trzydziestym siódmym a czterdziestym pierwszym równoleżnikiem, a od wschodu na zachód pomiędzy sześćdziesiątym pierwszym a sześćdziesiątym szóstym stopniom długości, to jest: zajmuje powierzchnię około dziesięciu tysięcy mil kwadratowych.

W państwie tem, ludności jest dwa miliony pięćkroć sto tysięcy mieszkańców, wojska sześćdziesiąt tysięcy, podczas wojny w trójnasób zwiększonego i trzydzieści tysięcy kawaleryi. Jest to kraina bogata w produkta zwierzęce, roślinne, mineralne, powiększona przyłączeniem ziemi Balkh, Aukoi i Meimaneh. Posiada dziewiętnaście miast znaczniejszych. Buhara otoczone murem, na przestrzeni ośmiu tysięcy mil angielskich, najeżone wieżami, osada sławna wsławiona przez Avicennesów i innych uczonych X wieku, uważaną jest za ognisko nauki muzułmańskiej i liczoną do najsławniejszych w Azyi środkowej; Samarkanda posiadająca grób Tamerlana i sławny pałac gdzie chowają niebieski kamień, gdzie każdy nowo-obrany chan powinien siedzieć; broni go niezmiernie silna warownia; Karszi opasane potrójnym murem, leży w oazie, otoczonej bagniskami, przepełnionemi żółwiami i jaszczurkami, prawie niezdobyte; Czerdżoui, prawie przez dwadzieścia tysięcy dusz bronione; nakoniec Katta-Kurhan, Nourata, Djizah, Paikande, Karakoul, Khouzar etc., składają zbiór miast trudnych do zdobycia. Chanat Buhara opasany górami, odosobniony przez stepy, jest państwem prawdziwie groźnem i Rossya musiała przeciw niemu znaczne siły wystawić.

Zarządzał wtedy tym krajem Tataryi dumny i dziki Feofar. Polegając na innych chanach – głównie na chanie z Kokandu i Kunduzy, wojownikach strasznych i chciwych łupieztwa, gotowych rzucić się na przedsięwzięcie przyjemne instynktom tatara, – wspomagany przez wszystkich dowódzców hord środkowych Azji, stanął na czele najścia. Wkroczył do obwodów Semipałatińskich, i kozacy w zbyt małej liczbie znajdujący się na tym punkcie, musieli cofnąć się. Rabując, burząc, zaciągając do wojska poddających się, biorąc do niewoli opierających się, przechodzili z jednego miejsca do drugiego, z całym taborem władzcy wschodniego, mogącym być nazwanym domem obywatelskim, jego żonami i niewolnicami – wszystko to z czelnością Gengis-Chana nowożytnego.



Rozdział III

Michał Strogoff.

Wkrótce drzwi gabinetu otwarły się i oficer służbowy oznajmił pułkownika K*.

– Gdzie kuryer? żywo zapytał jenerał.

– Jest tam jenerale, odpowiedział K*.

– Czy znalazłeś człowieka jakiego nam potrzeba?

– Śmiem ręczyć za niego.

– Czy on liczy się do służby pałacowej?

– Tak jest jenerale.

– Znasz go?

– Osobiście i wiem że kilkakrotnie już wykonywał z pomyślnym skutkiem, bardzo trudne zlecenia.

– Za granicą?

– Na Syberyi.

– Zkąd rodem?

– Z Omska. To Syberyjczyk.

– Czy posiada zimną krew, rozum i odwagę?

'Michael Strogoff' by Jules Férat 06

– Tak jenerale, posiada on wszystkie warunki do pomyślnego przeprowadzenia missyi tam, gdzie innym niezawodnie nie powiodłoby się.

– W jakim wieku?

– Lat trzydzieści.

– Czy to człowiek silny, wytrwały?

'Michael Strogoff' by Jules Férat 07

– Jest on zdolnym znieść najstraszniejsze mrozy, głód, pragnienie i niewygody.

– Czy to człowiek żelazny?

– Tak jenerale.

– A serce?

– Z czystego złota.

– Nazywa się?

– Michał Strogoff.

– Czy gotów do drogi?

– Oczekuje Waszych rozkazów.

– Niech wejdzie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 08

Za chwilę kuryer Michał Strogoff wchodził do gabinetu jenerała.

Michał Strogoff był wysokiego wzrostu, silnie zbudowany, o szerokich barkach i wypukłej piersi. Głowa jego przedstawiała piękny typ rassy kaukazkiej. Członki zdawały się sprężynami mechanicznie ułożonemi do wykonywania pracy wymagającej siły. Pięknego tego chłopca nie łatwo było wbrew jego woli poruszyć, bo skoro stał, nogi jego zdawały się być wrośniętemi w ziemię. Na głowie kształtu kwadratowego, o szerokim czole, wiły się loki z pod kasku żołnierskiego. Kiedy twarz jego zazwyczaj blada mieniła się, to tylko pod wpływem przyspieszonego bicia serca, żywsza cyrkulacya napędzała mu krew do twarzy. Oczy miał szafirowe, wejrzenie prawe, otwarte, niewzruszone, błyszczało mu z pod cokolwiek chmurnej powieki, świadcząc o wysokiej jego odwadze „odwadze bez gniewu, odwadze bohaterskiej”, jak się wyrażają fizyognomiści. Z pod dużego nosa o rozwartych rozdrzach, ukazywały się usta symetryczne, cokolwiek wywinięte, znamionujące istotę wspaniałomyślną i dobrą.

Michał Strogoff był charakteru stanowczego, decydował się prędko, nie zaciskał paznogci w niepewności i nie drapał się w ucho. Zarówno oszczędny w gestach jak w słowach, umiał stać nieruchomie jak żołnierz przed swoim zwierzchnikiem, ale kiedy chodził, ruch jego oznaczał się wielką swobodą i dystynkcyą poruszeń, – co dowodziło ufności i bystrości umysłu zarazem. Był on jednym z ludzi dających się określić jednem pociągnięciem pióra.

Michał Strogoff nosił wytworny wojskowy mundur, podobny cokolwiek do munduru oficerskiego strzelców konnych, podczas wyprawy buty, ostrogi, spodnie prawie obcisłe, kurtka obłożona futrem, szamerowana żółtym sutaszem na tle bronzowem. Na wypukłej piersi błyszczało kilka krzyży i kilka medali.

Michał Strogoff, należał do korpusu kuryerów, był on oficerem pomiędzy tymi wybranymi. Jego ruchy, fizyognomia, chód, malowały człowieka „wykonawcę rozkazów”. Posiadał więc najważniejszy przymiot, jak mówi romansopisarz Turgeniew, do osiągnięcia wysokiego stanowiska.

W istocie, jeżeli człowiek mógł odbyć podróż z Moskwy do Irkutska, przezwyciężając przeszkody, narażając się na nieuniknioną prawie zgubę, to człowiekiem tym mógł być tylko taki Michał Strogoff.

Ważną okolicznością było i to, że Michał Strogoff doskonale znał okolice które miał przebywać, znał rozmaite narzecza, nie dla tego że je już kilkakrotnie przebywał, ale dla tego że był pochodzenia syberyjskiego. Ojciec jego od lat dziesięciu już nieżyjący, stary Piotr Strogoff, mieszkał w Omsku, gdzie matka jego Marta Strogoff dotąd zamieszkiwała. Tamto, w pośród dzikich stepów prowincyi Omska i Tobolska, odważny strzelec syberyjski wychowywał swego Michała, zaprawiając go do wszelkich niewygód. Prawdziwem powołaniem Piotra Strogoff, było myśliwstwo. Tak w lecie jak i w zimie, wśród najwyższych upałów, zarówno jak w najtęższe mrozy, przechodzące czasami pięćdziesiąt stopni niżej zera (Celciusza) przebiegał zamarzłą płaszczyznę, jodłowe lasy, zakładał sidła, czatował ze strzelbą na drobną zwierzynę, z widłami lub nożem na grubego zwierza. Grubą zwierzyną były niedźwiedzie syberyjskie, groźne i dzikie, dorównywające wzrostem, niedźwiedziom morza lodowatego. Piotr Strogoff zabił ich przeszło trzydziestu dziewięciu, to znaczy że i czterdziesty padł pod jego ciosami, a wiadomo, jeżeli mamy wierzyć legendom rossyjskim, jak wielu myśliwych zadało śmiertelny cios trzydziestu dziewięciu niedźwiedziom, czterdziestego zaś sami padali ofiarą!

Piotr Strogoff przekroczył liczbę fatalną, bez najlżejszego zadraśnięcia nawet. Od tej pory, syn jego Michał, wówczas liczący lat jedenaście, towarzyszył mu w jego wyprawach – nosił widły, i miał być pomocą ojcu, nożem tylko uzbrojonemu. W czternastym roku Michał zabił niedźwiedzia sam, – ale to nic jeszcze; – zdjąwszy zeń skórę, zaciągnął ten olbrzymi ciężar do domu rodzicielskiego, oddalonego o wiorst kilka. To wskazywało w dziecku siłę niepospolitą.

Życie takie posłużyło mu; doszedłszy do wieku dojrzałego, był zdolny znieść wszystko, zimno, upał, głód, pragnienie, niewywczas. Był to człowiek z żelaza. Mógł dwadzieścia cztery godzin nic nie jeść, dziesięć nocy nie spać, znaleść sobie schronienie na. stepie, tam gdzie innego powietrze zdusiłoby. Obdarzony nadzwyczaj delikatnemi zmysłami, prowadzony instynktem Delawara wśród białej płaszczyzny, kiedy mgła zaciemniała cały horyzont, nawet kiedy przebywał w okolicach podrównikowych, gdzie noce biegunowe długie dnie trwają, odnajdywał drogę tam, gdzie inny nie umiałby kroku postąpić. Znał wszystkie tajemnice swego ojca. Nauczył się kierować według znaków niedostrzegalnych prawie, układu sopli, gałęzi na drzewach, odbicia ostatnich granic horyzontu, zdeptanej trawy w lesie, niepewnych odgłosów przebijających powietrze, dalekich wystrzałów, ciągnienia ptaków, mgły, słowem z tysiąca wskazówek przemawiających do umiejących je rozpoznać. Wreszcie zahartowany na mrozie i śniegach posiadał zdrowie żelazne i serce złote, jak to prawdziwie objawił pułkownik K*.

Jedyną namiętnością Michała Strogoff była jego matka, stara Marta, która żadną miarą niechciała opuścić Omska i starego domu, gdzie cały wiek swój z mężem przeżyła. Syn porzucał ją z sercem wezbranem, przyrzekając o ile możności jak najczęściej odwiedzać, czego dotrzymywał z religijną sumiennością.

Było postanowione że w dwudziestym roku życia Michał Strogoff wstąpi do korpusu kuryerów. Młody Syberyjczyk odważny, rozumny, gorliwy, dobrego prowadzenia, odznaczył się zaraz w podróży na Kaukaz, podczas buntu kilku sukcessorów Szamyl’a; potem podczas ważnej missyi, która go pociągnęła aż do Petropolowki w Kamczatce, na granicę Rossyi azyatyckiej. Podczas tej podróży rozwinął zadziwiająco przymioty zimnej krwi, przezorności, odwagi, która zjednała mu pochwałę zwierzchników i posunęła szybko na drodze obranego zawodu.

Z urlopów przynależnych mu po tak dalekich drogach, nieomieszkał nigdy korzystać, poświęcając czas ten swojej starej matce, jeżeli nawet tysiące wiorst dzieliło go od niej i zima uczyniła drogi nieprzebytemi. A jednak, wprawdzie poraz to pierwszy dopiero, Marta już trzy lata niewidziała syna, trzy lata, trzy wieki! Za parę dni miał otrzymać urlop i już przygotowywał się w drogę do Omska, kiedy wypadły wiadome nam okoliczności. Tak więc Michał Strogoff został wprowadzonym do jenerała, niewiedząc zupełnie czego odeń żądano.

Jenerał nic nie mówiąc patrzył nań chwil kilka badając okiem przenikliwem; Michał zaś stał nieruchomie.

Potem, jenerał widocznie zadowolony, odwrócił się do biórka, dal znak naczelnikowi policyi aby usiadł i po cichu podyktował list z kilku wierszy się składający.

Po napisaniu, jenerał z całą uwagą list odczytał i podpisał. Włożono go w kopertę i zapieczętowano.

Wtedy jenerał dał znak Michałowi Strogoff aby się przybliżył.

Michał postąpił kilka kroków i znów stanął nieruchomie, gotów odpowiadać.

Jenerał jeszcze raz bacznie się weń wpatrzył. Potem zapytał krótko:

– Nazywasz się?…

– Michał Strogoff.

– Jakie zajmujesz stanowisko?

– Kapitana korpusu kuryerów.

– Znasz Syberyą?

– Jestem Syberyjczyk.

– Urodziłeś się?

– W Omsku.

– Czy masz tam krewnych?

– Mam.

– Kogo?

– Moją starą matkę.

Jenerał umilkł. Potem ukazując mu list trzymany w ręku odezwał się:

– Oto list który rozkazuję ci oddać do własnych rąk dowodzącego, nikomu innemu.

– Wręczę go według rozkazu.

– Głównodowodzący jest w Irkutsku.

– Udam się do Irkutska.

– Ale trzeba będzie przebyć kraj zalany przez Tatarów, którzy usiłować będą ten list ci odebrać.

– Przedrę się.

– Będziesz przejeżdżał przez Omsk?

– Tamtędy droga mi wypada.

– Jeżeli będziesz się widział z matką, narazisz się na odkrycie. Potrzeba abyś jej nie widział!

Michał Strogoff zawahał się.

– Nie będę się z nią widział.

– Przysięgnij mi iż nic cię nie skłoni do odkrycia kto jesteś, i gdzie się udajesz?

– Przysięgam.

– Michale Strogoff, ciągnął dalej jenerał, wręczając list kuryerowi, weź ten list, w nim mieści się ocalenie kraju.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 09

– List ten zostanie wręczonym.

– Więc przedrzesz się bądź co bądź wypadnie?

– Przedostanę się lub zginę.

– Potrzebuję abyś żył.

– Będę żyć i przedostanę się, odpowiedział Michał Strogoff.

Jenerał zdawał się być zadowolonym pewnością i spokojem odpowiedzi Michała.

– Idź więc w imię Boga.

Michał Strogoff skłonił się po wojskowemu, opuścił natychmiast gabinet jenerała, a w kilka chwil później i pałac.

– Zdaje mi się że szczęśliwie wybrałeś pułkowniku.

– I ja tak sądzę, Michał Strogoff wykona wszystko, co tylko człowiek wykonać jest w stanie.

– To w istocie jest człowiek, odpowiedział jenerał.



Rozdział IV

Z Moskwy do Niżnego-Nowgorodu.

Przestrzeń którą miał przebyć Michał Strogoff między Moskwą a Irkutskiem, wynosiła pięć tysięcy dwieście werst (5,523 kilometry). Kiedy drut telegraficzny nie był jeszcze przeprowadzony między górami Uralskiemi a granicą wschodniej Syberyi, depesze przesyłano za pośrednictwem kuryerów, a najpospieszniej nawet odbywając podróż, potrzeba było ośmnastu dni na przebycie przestrzeni z Moskwy do Irkutska. Ale stanowiło to wyjątek, a droga Rossyi azyatyckiej trwała zazwyczaj od czterech do pięciu tygodni, chociaż czyniono wszelkie możliwe ułatwienia dla gońców cesarskich.

Jako człowiek nie lękający się ani zimna ani śniegów, Michał Strogoff byłby wolał podróż w czasie zimy, dozwalającej całą przestrzeń przebyć sankami. Wtedy niedogodność jej zmniejsza się zrównaniem stepów śniegami. Wtedy niema strumieni do przebycia. Wszędzie powierzchnia lodowa ułatwia podróż sankami. Może wówczas pewne zjawiska natury stają się groźnemi, jako to ustawiczne mgły, niezmierne mrozy, zawieruchy, zasypujące nieraz całe karawany. Często także, wilki zmuszone głodem, tysiącami zalegają płaszczyznę. Dogodniej byłoby jednak, narażać się na niewygody zimy, bo wtedy Tatarzy byliby rozlokowali się w miastach, nie zaś włóczyli po stepach. Ale nie od niego zależał wybór czasu i chwili. Jakiekolwiek były warunki, musiał zgodzić się na nie i jechać.

W takich to okolicznościach, Michał Strogoff miał odbywać podróż.

Naprzód nie jechał już jako kuryer. Należało nawet pozory zajmowanego przezeń stanowiska usunąć. Gdyby go odkryto, missya jego przepadła. To też wręczając mu znaczną sumę potrzebną na podróż i pewne ułatwienia, pułkownik K* nie dał mu żadnego otwartego rozkazu, poprzestał na wydaniu „podorożnej”.

Podorożna była wystawiona na imię Mikołaja Korpanoff, negocyanta, mieszkającego w Irkutsku. Upoważniała ona do przybrania w danym razie eskorty złożonej z kilku osób.

Podorożna, było to poprostu pozwolenie używania koni pocztowych; ale Michał Strogoff wtedy tylko miał z niej korzystać, jeśli nie podawała w podejrzenie jego stanowiska, to jest, tylko na terrytoryum europejskiem. Ztąd wynikało że w Syberyi, nie mógł już rozkazywać na stacyach pocztowych, wybierać koni, ani też robić żadnych wyjątków na swój pożytek osobisty. Michał Strogoff powinien był pamiętać, że już nie jest kuryerem, a prostym kupcem Mikołajem Korpanoff, podróżującym z Moskwy do Irkutska, i jako taki musiał się podać wszelkim niedogodnościom zwykłego podróżnika.

Przebyć z mniejszą lub większą szybkością, ale przebyć niepostrzeżonym, taki był program jego.

Przed trzydziestu laty eskortę dostojnego podróżnika, składało najmniej dwustu kozaków konnych, dwustu piechurów, dwudziestu pięciu kawalerzystów, trzysta wielbłądów, czterysta koni, dwadzieścia pięć wozów, dwa statki przenośne i dwie armaty… Takie materyały były potrzebne dla odbycia podróży przez Syberyą.

Michał Strogoff nie miał ani armat, ani kawalerzystów, ani piechurów, ani żadnych zwierząt w ogóle. Miał jechać powozem lub konno – w razie potrzeby odbywać podróż piechotą.

Pierwsze tysiąc czterysta werst, to jest odległość między Moskwą a granicą nie przedstawiały żadnych trudności. Droga żelazna, powozy pocztowe, parowe statki, konie na rozmaitych stacyach, były przeznaczone do użytku wszystkich a tem samem i do użytku Michała Strogoff.

Tak więc szesnastego lipca rano, bez śladu munduru, z podróżnym workiem na plecach, odziany w zwykle szaty, w obcisłą kurtkę spiętą pasem i szerokie spodnie w buty wpuszczone, Michał Strogoff szedł na kolej, aby wsiąść na pierwszy pociąg. Na pozór był zupełnie bezbronny, ale pod pasem krył się rewolwer, a w kieszeni szeroki jatagan, służący myśliwcowi syberyjskiemu do zakłócia niedźwiedzia bez nadwerężania drogocennego jego futra.

Na kolei moskiewskiej wielu zebrało się pasażerów. Koleje rossyjskie są miejscem bardzo licznych zgromadzeń, składających się zarówno z odjeżdżających jak z przyglądających się tym ostatnim. Jest to pewien rodzaj giełdy na wiadomości.

Michał zastał pociąg mający go zawieść do Niżnego Nowgorodu, Tam, w owej epoce, kończyła się droga żelazna, która łącząc Moskwę z Petersburgiem, ma być doprowadzoną aż do granicy rossyjskiej. Była to przestrzeń czterystu werst. Pociąg przebywał ją w ciągu dziesięciu godzin. Michał Strogoff przybywszy do Niżnego Nowgorodu: w miarę okoliczności, miał podróżować dalej bądź parowym statkiem po Wołdze, albo też dostać się przez góry Uralskie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 10

Michał Strogoff oparł się w kącie, jak zamożny mieszczanin niezbyt zajmujący się swemi interesami i usiłujący czas snem sobie skrócić.

Ale ponieważ nie był sam jeden w całym przedziale, spał tylko jednem okiem i słuchał obydwoma uszami.

Podróżni byli to po większej części kupcy udający się na sławny jarmark do Niżnego Nowgorodu. Ma się rozumieć była to mięszanina Żydów, Turków, Kozaków, Rossyan, Georgianów, Kałmuków i innych, ale prawie wszyscy prowadzili rozmowę w języku rossyjskim.

Rozmawiano więc o ważnych wypadkach odbywających się za Uralem.

Egoiści zapatrywali się na wojnę, tylko z punktu widzenia handlowego. W Michale Strogoff nikt niedomyślał się wojskowego, brano go za kupca i rozmawiano swobodnie, on zaś słuchał.

– Mówią że cena herbaty wznosi się, rzekł Pers dający się łatwo poznać po futrzanej astrachańskiej czapce i ciemnej fałdowanej sukni, wytartej czyszczeniem.

– Oh! ceny herbaty nigdy nie spadną, odparł stary żyd o pomarszczonej twarzy. Prowadzący handel z Niżnym Nowgorodem, łatwo ją będą mogli przesłać przez zachód, ale co do dywanów z Bukhara, inaczej się rzeczy mają.

– Jaktol Więc wy oczekujecie transportu z Bukhara? Pers zapytał.

– Nie, ale transportu z Samarkandy, a ten jeszcze więcej jest narażonym.

– Jeżeli dywany nie przybywają, to i handel zapewne ustanie.

– A stracone korzyści, Boże Izraela, wykrzyknął żydek, czy to za nic rachujesz?

– Masz słuszność, odrzekł inny podróżny, produkta Azyi mogą niedopisać na jarmarku, tak dywany z Samarkandy, jako też wełna, łój, szale wschodnie.

– Strzeż się więc, odezwał się jakiś dowcipny Rossyanin. Potłuścisz szale jeżeli je z łojem pomieszasz.

– Was to śmieszy! odparł zgryźliwie kupiec, którego nie bawiły żarty tego rodzaju.

– Czy darcie się za włosy, posypanie popiołem nawet, zmieni co w wypadkach? Nie! tak samo jak i w przewozie towarów.

– Znać że nie jesteście kupcem, zauważył żydek.

– Na honor, nie, zacny potomku Abrahama! Nie handluję ani chmielem, ani pierzami, ani miodem, ani woskiem, ani solonem mięsem, ani kawiorem, ani drzewem, ani wełną, ani wstążkami, ani lnem, ani safianem, ani futrami!…

– Ale czy kupujecie? zapytał Pers, przerywając wyliczanie podróżnika.

– O ile można jak najmniej, i tylko na swój własny użytek, odpowiedział tenże przymrużając oczy.

– To jakiś żartowniś.

– To niebezpieczny człowiek, odpowiedziano po cichu. Strzeżmy się!

W drugim rogu przedziału zajmowano się więcej polityką, aniżeli sprawami handlowemi.

– Słyszałem o skoncentrowaniu wojsk na granicy.

– W istocie kupcy ci mają słuszność, niepokojąc się o handel i przewóz.

– Lękam się iż jarmark Niżnego Nowgorodu nie ukończy się tak świetnie jak rozpoczął!

Jeżeli w tym przedziale przedmiot rozmowy nie był urozmaiconym, nie był różnorodniejszym i w innych wagonach tego pociągu; ale wszędzie można było spostrzedz zachowywanie pewnych ostrożności.

To zauważył jakiś podróżny siedzący w pierwszynn wagonie pociągu. Podróżny ten – widocznie cudzoziemiec – wszystkim zaglądał w oczy i zadawał naraz dwadzieścia pytań, na które otrzymywał bardzo dwuznaczne odpowiedzi. Co chwila wychylający się przez otwarte okno, z wielką nieprzyjemnością swoich towarzyszów podróży, bacznie przyglądał się horyzontowi z prawej strony. Pytał o nazwę najdrobniejszych nawet miejscowości, jakim trudniły się handlem, jakie posiadały rękodzielnie, wiele liczyły mieszkańców, jak dalece były moralnemi etc., i wszystko to zapisywał w książeczce przepełnionej już notatkami.

Podróżnikiem tym był Alcyd Jolivet, a jeżeli zadawał tyle pytań, to jedynie w nadziei iż z tylu różnorodnych odpowiedzi, pochwyci jaki fakt interesujący dla „swojej kuzynki”. Skutkiem tego wydał się podejrzanym i odbierał odpowiedzi bez znaczenia. Zapisał więc w książeczce:

„Podróżni niewypowiedzianej ostrożności”.

Kiedy Alcyd Jolivet w ten sposób zapisywał swoje wrażenia z podróży, jego kolega, jadący tym samym pociągiem, w jednakim celu, takiemu samemu oddawał się zajęciu, takie same obserwacye robił w drugim przedziale. Nie widzieli się tego dnia na pociągu moskiewskim i obydwaj nie wiedzieli że jadą na teatr wojny.

Tylko Harry Blount małomówiący, a słuchający dużo nie natchnął swych towarzyszów taką nieufnością jak Alcydes Jolivet. To też nie wzięto go za niebezpiecznego człowieka i rozmawiano przy nim aż nazbyt swobodnie. Tak więc korrespondent z Daily Telegraph mógł badać wypadki zajmujące kupców udających się do Niżnego Nowgorodu i jak dalece handel Azyi środkowej był zachwiany.

To też bez najmniejszego wahania zapisał rezultaty swoich spostrzeżeń.

„Podróżnicy niezmiernie zaniepokojeni, mówią tylko o wojnie, a mówią tak swobodnie jak nigdy”.

Czytelnicy Daily Telegraph byli narażeni na mniej pewne objaśnienia, aniżeli „kuzynka” Alcydesa Jolivet.

Oprócz tego, ponieważ Harry Blount siedział po lewej stronie pociągu, widział tylko część okolicy dość urozmaiconej, nie zadając sobie trudu patrzenia na prawo, gdzie były długie płaszczyzny, dodał więc z zupełną pewnością.

„Kraj górzysty między Moskwą a Włodzimirem”.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 11

Widocznem jednak było, że rząd rossyjski wśród tych ważnych wydarzeń, przedsiębrał środki odpowiednie.

W istocie, cesarstwo liczące dwanaście milionów kilometrów kwadratowych, nie może pozostawać w bezustannym spokoju. Pomiędzy tylu różnorodnemi ludami muszą być koniecznie pewne odcienia. Terrytoryum rossyjskie w Europie, Azyi i Ameryce, rozciąga się od piętnastego do sto trzydziestego stopnia długości zachodniej. Liczy przeszło siedmdziesiąt milionów mieszkańców mówiących trzydziestoma różnorodnemi językami. Rassa słowiańska jest naturalnie przeważną, ale wliczają się w nią Rossyanie, Polacy, Litwini. Dodawszy do tego Finlandyę, Estonię, Lapończyków, Czeremissów, Czuwaszów, Niemców, Greków, Tatarów, pokolenia kaukazkie, hordy Mongolskie, Kałmuków, Samojedów, a łatwo zrozumiemy że w tak obszernem państwie trudno utrzymać jedność i że może ona dopiero być wynikiem czasu.

Michał Strogoff był zupełnie w porządku, a tem samem nie miał powodu obawiać się policyi.

Na stacyi Włodzimierz pociąg stał kilka minut, co pozwoliło korespondentowi Daily Telegraph zdjąć podwójny szkic, fizyczny i moralny, tej dawnej stolicy rossyjskiej.

Na tej stacyi przybyło podróżnych. Między innemi, młoda dziewczyna stanęła przy drzwiczkach przedziału, zajmowanego przez Michała Strogoff.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 12

Naprzeciw kuryera było puste miejsce. Dziewczyna zajęła je, kładąc przy sobie mały worek podróżny z czerwonej skóry, stanowiący jak się zdawało cały jej pakunek podróżny. Potem nie podniósłszy nawet oczu na swych przypadkowych towarzyszów podróży, rozpoczynała drogę mającą trwać kilka godzin jeszcze.

Michał mimowoli bacznie spoglądał na nową swą sąsiadkę. Ponieważ siedziała tak iż miała jechać obrócona tyłem, Michał ofiarował jej swoje miejsce, podziękowała mu za to lekkiem skinieniem głowy.

Dziewczyna ta liczyła szesnaście do siedemnastu lat najwyżej. Głowa jej prześliczna, przedstawiała w całej czystości typ słowiański, – typ cokolwiek surowy, przeznaczony raczej aby być pięknym, aniżeli ładnym, skoro kilka lat jeszcze stale ukształtuje jej rysy. Z pod chusteczki wymykały się bogate blond włosy. Oczy ciemne, wejrzenie powłóczyste nieopisanej słodyczy, nos prosty, szczupły i blady. Usta zarysowane cienko, jak zdawało się, już dawno zapomniały uśmiechu.

Młoda podróżna była wysoka, smagła, o ile o tem można było wnosić z pod obszernego okrycia pozoru bardzo skromnego. Chociaż byłato jeszcze „bardzo młoda dziewica” w całem znaczeniu tego wyrazu, wysokie czoło, kształty czyste niższej części twarzy, wskazywały wielką energię moralną, co wcale nie uszło uwagi Michała Strogoff. Widocznie dziewczyna ta cierpiała już w przeszłości i spodziewała się cierpienia w przyszłości – widząc ją w niezbyt wesołych kolorach; ale niemniej było pewnem, że umiała walczyć i postanowiła zwalczać trudności życia. Wola jej musiała być żywa i silna, pokój niewzruszony, nawet w okolicznościach gdy mężczyzna musiałby się ugiąć i wzruszyć koniecznie.

Takie wrażenie na pierwszy rzut oka budziła młoda dziewczyna. Michał. Strogoff sam silny i niewzruszony, musiał zauważyć cechy tej fizyognomii, i ostrożnie aby ją nie niepokoić, ale bezustannie obserwował swoją sąsiadkę.

Ubiór młodej podróżnej odznaczał się nadzwyczajną prostotą i czystością zarazem. Nie była bogatą, łatwo to było odgadnąć, ale napróżno szukanoby najmniejszego zaniedbania w jej ubiorze. Cały jej pakunek składał worek podróżny, który dla braku miejsca umieściła na kolanach.

Miała na sobie długie futro ciemnego koloru, bez rękawów, przystające wdzięcznie do szyi. Pod tem okryciem, tiunika ciemna także, spadała na suknię długą po kostki, ozdobioną u dołu skromnym haftem. Buciki skórkowe o grubych podeszwach zdawały się wybrane mi w przewidywaniu długiej podróży, okrywały jej małe nogi.

Michał Strogoff po pewnych szczegółach i kroju jej ubrania, wnosił że sąsiadka jego jest Inflantką i pochodzi z prowincyi baltyckich.

Ale dokąd udawała się dziewczyna, sama, w tak młodym wieku, bez opieki ojca, matki lub brata, tak koniecznej dla niej? Czy przybywała z daleka, z prowincyi Rossyi zachodniej? Czy tylko do Niżnego Nowgorodu jechała, czy też cel jej podróży był aż za granicą Rossyi zachodniej? Czy jaki przyjaciel lub krewny czekał na pociągu jej przybycia? Czy niebyło raczej prawdopodobniejszem, że wysiadłszy z wagonu znajdzie się tak samotna w mieście, jak w tym przedziale, gdzie nikt – tak mogła sądzić – nie zdawał się o nią troszczyć? To było prawdopodobne.

W istocie, przyzwyczajenia jakich się nabywa w osamotnieniu, bardzo widocznie malowały się w całem zachowaniu podróżnej. Sposób wsiadania do wagonu, gotowania się do podróży, starania się aby nie zawadzać nikomu, wszystko to wskazywało przyzwyczajenie do samotności i rachowania na siebie samą tylko.

Michał Strogoff obserwował ją z zajęciem, sam zamknięty w sobie, nie szukał zręczności rozpoczęcia rozmowy, chciaż dopiero za kilka godzin mieli przybyć do Niżnego Nowgorodu.

Jeden raz tylko, kiedy sąsiad tej młodej osoby – kupiec co tak nierozważnie układał łój z szalami – zasnął grożąc sąsiadce swoją wielką głową, kiwającą się na wszystkie strony, Michał Strogoff zbudził go, dając do zrozumienia aby siedział prosto i przyzwoicie.

Kupiec dość ordynarny z natury, pomruknął kilka słów przeciwko „ludziom mięszającym się w to co do nich nie należy”; ale Michał spojrzał nań tak groźnie, że podróżny oparł się o stronę przeciwną, a tym sposobem uwolnił dziewczynę od swego niemiłego sąsiedztwa.

Ta spojrzała na młodego człowieka, a w wejrzeniu jej malowało się milczące dziękczynienie.

Ale wkrótce zaszła okoliczność, dająca Michałowi prawdziwe wyobrażenie o charakterze tej dziewicy.

Dwanaście wiorst od stacyi Niżnego-Nowgorodu, przy raptownym spadku drogi żelaznej, pociąg zatrząsł się gwałtownie. Potem przez kilka chwil leciał po pochyłości.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 13

Upadanie podróżnych, krzyki, zamięszanie w wagonach, ogólny rozruch, takie było pierwsze wrażenie. Lękano się jakiego ważnego wypadku. To też przed zatrzymaniem jeszcze pociągu, otwierano drzwiczki, a przerażeni podróżnicy jedną tylko myśl mieli: opuszczać wagony i szukać schronienia na drodze.

Michał Strogoff natychmiast pomyślał o sąsiadce, ale podczas kiedy wszyscy wyskakiwali z wagonów krzycząc i rozbijając się, dziewica siedziała spokojnie na miejscu, z twarzą zaledwie pobladłą cokolwiek.

Czekała. Michał czekał także.

Ona nie ruszała się aby wyjść z wagonu, on nie poruszył się także.

Oboje byli niewzruszeni.

„Energiczna natura,” pomyślał Michał.

Niebezpieczeństwo szybko minęło. Zerwanie łańcucha wagonowego sprawiło wstrząśnienie, potem wstrzymanie pociągu, ale niewiele brakowało aby wagony z szyn wysadzone, zaryły się w ziemię lub wpadły w trzęsawiska. To sprawiło całą godzinę opóźnienia. Nakoniec pociąg ruszył i o wpół do dziewiątej wieczorem przybył na stacyę Niżnego-Nowgorodu.

Za nim ktokolwiek wysiadł z wagonu, inspektorzy policyi ukazali się przy drzwiach i zażądali papierów.

Michał pokazał swoją podorożnę wydaną na imię Mikołaja Korpanoff, i nie robiono mu żadnych trudności.

Inni podróżni tego przedziału wydali się także niepodejrzanymi.

Młoda dziewczyna, przedstawiła nie pasport, bo ten już nie jest wymaganym w Rossyi, ale pozwolenie potwierdzone pieczęcią, wyjątkowego pozoru.

Inspektor przeczytał je uważnie. Potem popatrzywszy bacznie na właścicielkę i rysopis, zapytał:

– Czy pochodzisz pani z Rygi?

– Tak jest.

– Udajesz się do Irkutska?

– Tak.

– Jaką drogą?

– Przez Permę.

– Dobrze, powiedział inspektor. Każ przyłożyć wizę w policyi Niżnego-Nowgorodu. Dziewica na znak podziękowania ukłoniła się.

Słysząc że pytania i odpowiedzi, Michał Strogoff doznał zdziwienia i litości zarazem. Jakto, ta młoda dziewczyna sama, w drodze na tak oddaloną Syberyą, w okolicznościach tak groźnych jak obecne. Jak się tam dostanie? co z nią będzie?

Po skończonym przeglądzie otworzono drzwiczki wagonów; ale za nim Michał zdołał jeden krok postąpić, młoda Inflantka zginęła w tłumie na stacyi.



Rozdział V

Rozporządzenie w dwóch artykułach.

Niżnyj-Nowgorod położony przy zbiegu Wołgi i Oki, jest stolicą guberni tegoż nazwiska. Tam to Michał miał porzucić drogę żelazną, w owej epoce w tym punkcie się kończącą. Tak więc, w miarę jak posuwał się dalej, droga stawała się mniej bezpieczną i mniej szybką.

Niżnyj-Nowgorod liczący zazwyczaj trzydzieści do trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców, mieścił w sobie podówczas przeszło trzykroć sto tysięcy, Napływ ten ludności był wynikiem sławnego jarmarku, trwającego trzy tygodnie. Niegdyś odbywał się on w Makarewie, dopiero w roku 1817 został przeniesionym do Niżnego-Nowgorodu. Miasto spokojne zazwyczaj, dziwnie było ożywione. Dziesięć różnorodnych plemion kupców europejskich i azyatyckich, bratało się z sobą pod wpływem zamiany handlowej.

Chociaż późno już było kiedy Michał opuścił kolej, liczni przechodnie krążyli jeszcze w obydwóch miastach rozdzielonych korytem Wołgi, z których wyższe, zbudowane na stromej skale, bronione jest warownią zwaną „kreml” w Rossyi.

Gdyby Michał potrzebował był zabawić czas jakiś w Niżnym-Nowgorodzie, z trudnością mógłby znaleść pomieszczenie nietylko w hotelu, ale w oberży nawet. Było przepełnienie. Jednak ponieważ nie mógł wyjechać natychmiast, bo musiał czekać na statek odpływający Wołgą, potrzebował koniecznie jakiegoś schronienia. Ale poprzednio chciał dowiedzieć się dokładnie o której godzinie statek wychodzi, – w tym celu udał się do bióra Stowarzyszenia, którego statki kursowały pomiędzy Niżnym-Nowgorodem a Permą.

Tam, ku wielkiemu jego niezadowoleniu powiedziano mu że Kaukaz, taka była nazwa statku, udawał się do Permy dopiero nazajutrz w południe. Siedmnaście godzin oczekiwania! Nieprzyjemne to dla człowieka, któremu pilno, ale cóż robić, trzeba się zrezygnować. Tak też i uczynił, bo nie upierał się nigdy napróżno. Zresztą w obecnych okolicznościach żaden powóz, żadna telega, żaden kabryolet pocztowy, żaden koń nie byłby go zawiózł pospieszniej do Permy lub Kazania. Korzystniej więc było zaczekać na statek, ponieważ była to najpospieszniejsza droga komunikacyi.

Michał udaje się więc do miasta, w celu wynalezienia jakiejkolwiek oberży, dla przenocowania w niej. Prawdopodobnie gdyby nie dokuczający mu głód, nie byłby o tem pomyślał, a raczej błąkał się aż do rana po ulicach Niżnego-Nowgorodu. Starał się raczej o kolacyę, aniżeli o łóżko. Jedno i drugie znalazł pod znakiem Miasto Konstantynopol.

Oberżysta ofiarował mu pokój dosyć przyzwoity; niewiele było w nim mebli, ale nie brakowało ani obrazu Matki Boskiej, ani wizerunków kilku świętych, oprawnych w złotą materyę. Kaczka faszerowana kwaśnym bigosem, sosem gęstym oblana, chleb żytni, zsiadłe mleko, cukier w proszku i kwas, rodzaj piwa bardzo pospolitego w Rossyi, zostały mu natychmiast podane; a było to więcej aniżeli potrzebował dla zasycenia się. Posilił się więc doskonale, o wiele lepiej od swego sąsiada przy stole, który jako „starowina” sekty Raskolników, uczyniwszy ślub wstrzemięźliwości, odrzucał z talerza kartofle i pił herbatę bez cukru.

Po ukończeniu kolacyi Michał zamiast pójść do swego pokoju, machinalnie udał się na przechadzkę do miasta. Ale chociaż nie zupełnie zmierzchło jeszcze, tłum rozproszył się, ulice pustoszały, każdy powracał do mieszkania.

Dla czego Michał nie położył się od razu do łóżka, jak to należałoby uczynić po dniu przepędzonym na kolei żelaznej? Czyż myślałby o pięknej Inflantce, będącej przed kilku godzinami jego towarzyszką podróży? Nie mając żadnego zajęcia, w istocie myślał o niej. Czyżby się obawiał aby w tym tłumie nie była wystawiona na jaką zniewagę? Lękał się tego i miał słuszność lękać się. Czy miał nadzieję spotkać ją, a w razie potrzeby zostać jej opiekunem. Nie. Spotkać ją trudno było. Zaopiekować się… jakiem prawem?

„Sama, powtarzał, sama wśród tych koczowników! A niebezpieczeństwo obecne niczem jest jeszcze z niebezpieczeństwami czekającemi ją w przyszłości! Syberya! Irkutsk! To co ja przedsiębiorę dla kraju, ona czyni dla… Dla kogo? Dla czego? Ma upoważnienie przebycia granicy! A tam kraj jest wzburzony! Bandy tatarów uwijają się po stepach!…”

Chwilami Michał zatrzymywał się i rozmyślał.

„Bezwątpienia myśl tej podróży przyszła jej przed najściem tatarów! Może ona nie wie co się dzieje!… Ale nie, wszak kupcy zupełnie swobodnie przy niej mówili… nie wydawała się jednak być zadziwioną… Nawet nie żądała najmniejszego objaśnienia. A więc wiedziała, a wiedząc, idzie!… Biedna dziewczyna!… Powód skłaniający ją do tego musi być bardzo ważny! Ale jakkolwiek byłaby odważną, – a jest nią bezwątpienia, – siły zawiodą ją w drodze, a nie mówiąc już o niebezpieczeństwach i przeszkodach, nie będzie mogła znieść trudów takiej podróży!… Nigdy nie będzie mogła dostać się do Irkutska!”

I Michał wciąż szedł bez celu, ale znając doskonale miasto, nie lękał się zabłądzenia.

Pochodziwszy tak z godzinę, usiadł na ławce przed drewnianą chałupą, stojącą między innemi na wielkim placu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 14

Siedział tam od pięciu minut, kiedy ktoś silnie oparł rękę na jego ramieniu.

– Co tu robisz, zapytał głosem szorstkim mężczyzna wysokiego wzrostu.

– Odpoczywam, odrzekł Michał.

– Czy masz zamiar noc przepędzić na tej ławce?

– Tak, jeżeli mi się podoba, odparł Michał, tonem cokolwiek za wyrazistym jak na kupca.

– Przybliż się, niech cię zobaczę!

Michał przypomniawszy sobie iż przedewszystkiem powinien być ostrożnym, instynktowo odsunął się.

– Niema potrzeby aby mnie oglądano, odpowiedział.

I z zimną krwią cofnął się na jakie dziesięć kroków od zapytującego.

Wtedy przyglądając się uważnie, zdało mu się iż ma do czynienia z cyganem, z rodzaju tych których się spotyka na wszystkich jarmarkach, a w zetknięciu tak moralnem jak i fizycznem zawsze nieprzyjemnymi. Potem rozpatrując się w ciemności, dojrzał przy chacie długi wóz w jakim zazwyczaj mieszkają cyganie, włóczący się po Rossyi.

Jednak Cygan o dwa lub trzy kroki postąpił ku Michałowi chcąc go wyraźniej zapytać, kiedy w tem drzwi chaty otwarły się. Kobieta zaledwo widzialna, postąpiła żywo i w narzeczu pospolitem, w którem Michał poznał mięszaninę syberyjską, powiedziała:

– Zostaw go i chodź na kolacyę.

Ale w tym samym języku, chociaż z odmiennym akcentem, cygan odpowiedział kilka wyrazów znaczących:

– Masz słuszność, Sangarro! Wreszcie, jutro wyjeżdżamy!

– Jutro? odparła półgłosem kobieta zadziwiona.

– Tak Sangarro, i to Ojciec sam posyła nas… tam gdzie się udajemy!

Przy tych słowach mężczyzna i kobieta weszli do chaty, zamykając za sobą drzwi starannie.

– Jeżeli cyganie chcą abym ich nie rozumiał, dobrze się wybrali, powiedział do siebie Michał, bądź co bądź radziłbym im przy mnie mówić innym językiem!

Jako Syberyjczyk, spędziwszy wiek dziecinny w stepach, Michał znał prawie wszystkie narzecza używane od Tataryi aż do morza Lodowatego, Co do znaczenia słów zamienionych między cyganami, nie interesowało go ono wcale. I cóż go to mogło obchodzić?

Ponieważ było już bardzo późno, postanowił wrócić do oberży dla wypoczynku. Odchodząc szedł z biegiem Wołgi, której wody ginęły pod ciemnemi massami niezliczonych statków. Zoryentowawszy się podług wody, poznał tylko co opuszczone przez siebie miejsce. Że nagromadzone wozy i chaty, zajmowały właśnie plac przeznaczony co roku na główny targ Niżnego-Nowgorodu, – to wytłómaczyło mu zebranie tam cyganów ze wszystkich stron świata.

Michał, w godzinę potem, spał snem cokolwiek niespokojnym na jednym z tych łóżek, wydających się twardemi cudzoziemcom, i nazajutrz 11 lipca już był wielki dzień, kiedy się przebudził.

Pięć godzin przebyć jeszcze w Niżnym-Nowgorodzie; wydało mu się wiekiem. Cóż innego mógł uczynić dla zabicia czasu, jeżeli nie chodzić po mieście? Zjadłszy śniadanie, zapiąwszy worek, zawizowawszy podorożną w policyi, gotów był do drogi. Ale nie będąc człowiekiem wstającym później niż słońce, podniósł się, ubrał, list z pieczęciami cesarstwa schował starannie do kieszeni, umieszczonej między wierzchem a podszewką, spiął się pasem: potem zamknął worek i przewiesił go przez plecy. To zrobiwszy, nie chcąc już powracać do oberży pod znakiem „Miasto Konstantynopol”, mając zamiar zjeść śniadanie na wybrzeżu Wołgi, zapłacił rachunek i opuścił domostwo.

Skutkiem nadmiaru przezorności, Michał jeszcze raz udał się do bióra statków i upewnił, że „Kaukaz” odpływa o naznaczonej godzinie. Wtedy poraz pierwszy przyszła mu myśl, że ponieważ młoda Inflantka miała jechać do Permy, prawdopodobnie zajmie także miejsce na pokładzie „Kaukazu”, a w takim razie, Michał razem z mą będzie podróż odbywał.

Wyższe miasto z swoim kremlinem, obwodu dwóch wiorst, podobne do Moskwy, było wtedy bardzo opuszczone. Ale o ile wyższe miasto było milczące, o tyle niższe było ożywione!

Michał Strogoff przeszedłszy Wołgę po moście ze statków, strzeżonym przez konnych kozaków, przybył na to samo miejsce, gdzie poprzedniego dnia widział obozy cygańskie. Jarmark Niżnij-Nowgorodzki, z którym nie mógłby rywalizować nawet jarmark Lipski, odbywał się w niejakiem oddaleniu od miasta. Na obszernej płaszczyźnie leżącej za Wołgą, wznosił się tymczasowy pałac gubernatora, i tamto rezyduje znaczny ten urzędnik, przez cały czas trwania jarmarku, czas wymagający ciągłej baczności i czuwania.

Wtedy płaszczyzna ta cała była zabudowana drewniane mi domkami symetrycznie pobudowanemi, w taki sposób, że między jednym a drugim pozostawiona była dość szeroka aleja, aby zapewnić swobodę ruchu. Pewne nagromadzenie chałup rozmaitej wielkości i kształtów, tworzyło wyłączny cyrkuł handlujących. Był tam cyrkuł żelaza, cyrkuł futer, cyrkuł wełny, drzewa, tkanin, suszonych ryb, etc. Niektóre domy były pobudowane nawet z materyałów dość fantastycznych; jedne z herbaty w cegiełkach, inne z kwadratów mięsa solonego, to jest z próbek towarów pokazywanych przez właścicieli nabywcom. Szczególna reklama, na wzór amerykański!

W alejach tych słońce było wysoko na horyzoncie, ponieważ tego poranku wstało przed czwartą godziną, – napływ zaś ludzi już był wielki. Rosyanie, Syberyjczycy, Niemcy, Kozacy, Turcy, Persowie, Georgianie, Grecy, Ottomani, Chińczycy, różnorodna mięszanina plemion europejskich i azyatyckich, rozmawiali, rozprawiali, targowali się. Wszystko cokolwiek do sprzedania i nabycia zdawało się być zgromadzone na tym placu. Posługacze, konie, wielbłądy, osły, statki, wozy, wszystko co służy do przewozu towarów, zgromadzone było na placu jarmarcznym. Futra, drogie kamienie, materye jedwabne, kaszmiry indyjskie, tureckie dywany, zbroje kaukazkie, tkaniny ze Smyrny albo Ispahanu, herbata karawanowa, bronzy europejskie, zegary szwajcarskie, aksamity i materye ljońskie, bawełny angielskie, owoce, leguminy, ruda uralska, malachity, wonności, perfumy, medyczne rośliny, drzewo, powrozy, rogi etc. wszystkie produkta Indyi, Chin, Persyi, morza Kaspijskiego i morza Czarnego, zostały zgromadzone na tym punkcie globu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 15

Był to ruch, wrzawa, ścisk przechodzący wszelkie wyobrażenie, krajowcy pochodzący z gminu byli bardzo wymowni, cudzoziemcy nie ustępowali im kroku. Byli tam kupcy z Azyi Środkowej, którzy potrzebowali roku na przebycie tych długich płaszczyzn, eskortując towary i którzy dopiero za rok znów mieli zobaczyć swoje sklepy i rodziny. Nakoniec jarmark w Niżnym-Nowgorodzie jest tak ważny, że zamiany dochodzą do stu milionów rubli.

Dalej, na placach między cyrkułami tego improwizowanego miasta, mnóstwo kuglarzy wszelkiego rodzaju, szarlatanów, akrobatów, ogłuszających wyciem swojej orkiestry; cyganów przybyłych z gór, bawiących się wróżbą, – śpiewających najdziwaczniejsze arye, tańczących najoryginalniejsze tańce; komedyantów jarmarcznych teatrów, przedstawiających dramaty Shakespeare'a, przystosowane do gustu widzów, tłumnie tam przybywających. Dalej, w długich alejach przewodnicy niedźwiedzi, swobodnie prowadzili swoich czworonożnych sztukmistrzów, z menażeryi rozlegały się przeraźliwe ryki zwierząt, podbudzanych, zmuszanych batem lub czerwoną pałeczką do posłuszeństwa; nakoniec w środku obszernego centralnego placu, poczwórny rzęd widzów otaczał chór „marynarzów Wołgi”; siedzieli oni na ziemi tak jak na pomoście, naśladując wiosłowanie pod przewodnictwem naczelnika orkiestry, prawdziwego sternika tego imaginacyjnego statku!

Kostiumy dziwne i prześliczne! Nad tłumem tym wznosiła się chmura ptaków uciekających z klatek, w których je przywieziono. Według zwyczaju przyjętego na jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie, za kilka kopiejek miłosiernie ofiarowanych, dozorcy otwierali drzwi więźniom swoim, a ci setkami biegali wydając okrzyki radosne.

Taki widok przedstawiała płaszczyzna, taki miała przedstawiać przez tygodni sześć, to jest przez czas trwania sławnego jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie. Po tej ogłuszającej epoce, wrzawa, jak na zaklęcie ucichnie, miasto znów przybierze swój charakter urzędowy, zapadnie w swą zwykłą monotonność, i z pomiędzy tego olbrzymiego napływu kupców, ze wszystkich stron Azyi i Europy, nie pozostanie ani jeden kupiec mający coś do sprzedania jeszcze, ani jeden nabywca potrzebujący coś kupić.

Należy nadmienić tutaj, że tym razem przynajmniej Francya i Anglia były reprezentowane na wielkim jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie, przez dwa najznakomitsze okazy cywilizacyi nowożytnej: P.P. Harry Blount i Alcydesa Jolivet.

W istocie, dwaj korrespondenci przybyli szukać wrażeń na korzyść swoich czytelników, i korzystali jak umieli najlepiej z kiku pozostalych im wolnych godzin, bo i oni także mieli odpłynąć na „Kaukazie”.

Spotkali się z sobą właśnie na polu jarmarcznem; zdziwienie ich nie było wielkie, ponieważ jednakowy instynkt prowadził ich ku jednemu celowi; tym razem jednak nic z sobą nie mówili, ograniczając się na zimnym ukłonie.

Alcydesowi Jolivet, optymiście z natury, zdawało się iż wszystko idzie jak należy, a że szczęśliwy przypadek dostarczył mu posiłek i schronienie, zapisał w swej książeczce kilka uwag bardzo pochlebnych dla miasta Niżnego-Nowgorodu.

Harry Blount przeciwnie, próżno szukał kolacyi i musiał spać pod gołem niebem. Patrzył więc na wszystko z zupełnie innego punktu widzenia i myślał o piorunującym artykule przeciwko miastu, gdzie właściciele hotelów nie chcieli przyjmować podróżnych, którzy chętnie daliby się obedrzeć „tak moralnie jak i fizycznie!”

Michał włożywszy jedną rękę w kieszeń, w drugiej trzymając fajkę na długim cybuchu, zdawał się być człowiekiem najobojętniejszym i najcierpliwszym na świecie. Jednak znać było po pewnem ściągnięciu muskułów, że ciążyło mu to wędzidło, że radby je zerwać.

Od dwóch godzin nieustannie przebiegał miasto i niezmiennie powracał na pole jarmarczne. Przebiegając między gromadami zauważył, iż pewien niepokój malował się na twarzach kupców przybyłych z Azyi. Zamiana cierpiała na tem widocznie. Że kuglarze, ekwilibryści robili wielką wrzawę przed szopami, łatwo to było zrozumieć, bo ci biedacy nie mieli nic do stracenia w przedsiębierstwie handlowem, ale kupcy wahali się zawierać umowy z kupcami Azyi środkowej, których kraj był wzburzony najściem tatarów.

Był też inny symptomat, który koniecznie musiał zwrócić uwagę. W Rossyi zawsze widać mundur wojskowy. Żołnierze chętnie mięszają się z tłumem, szczególniej zaś w Niżnym-Nowgorodzie, podczas jarmarku, ajentom policyjnym zazwyczaj przychodzą w pomoc liczni kozacy z włóczniami na; ramieniu, mający rozkaz utrzymania porządku w tym tłumie trzechkroć stu tysięcznym.

Otóż tego dnia wojskowi, kozacy i inni, nie pokazywali się wcale. Niewątpliwie w przewidywaniu spiesznego wymarszu, zatrzymano ich w koszarach.

Jeżeli nie było żołnierzy, za to oficerowie co chwila się ukazywali. Od dnia poprzedniego adjutanci, wyjeżdżając z pałacu jenerał-gubernatora, we wszystkich kierunkach się rozbiegali. Tworzyło to niezwykły ruch, który tylko ważność wypadków mogła usprawiedliwić. Sztafety snuły się na drogach prowincyi, tak od strony Włodzimierza jak i gór Uralskich. Zamiana depeszy telegraficznych między Moskwą a Petersburgiem była nieustanna. Położenie Niżnego-Nowgorodu, niedaleko od granicy Syberyjskiej, wymagało wszelkiej przezorności.

Dostojnikiem nie mniej zajętym od jenerał-gubernatora był naczelnik policyi. On i inspektorzy jego, mając polecenie utrzymania porządku, przyjmowania reklamacyi, czuwania nad wykonaniem przepisów, chwili nie wypoczywali. Bióro administracyi dniem i nocą otwarte, było wciąż oblegane, to też dowiedziano się niebawem, iż naczelnik policyi został wezwany sztafetą do pałacu jenerał-gubernatora.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 16

Naczelnik policyi udał się tam i natychmiast jakby przeczuciem wiedziona, rozbiegła się wieść, iż jakieś środki ostrożności przewyższające wszelkie oczekiwania, zostaną przedsięwzięte.

Michał przysłuchiwał się wszystkiemu, aby w danym razie skorzystać z tego.

– Zamkną jarmark, wołał jeden.

– Pułk Niżnyj-Nowgorodzki dostał rozkaz wymarszu! odpowiadał drugi.

– Oto naczelnik policyi! zewsząd wołano.

Wielki szmer powstał w tłumie, lecz stopniowo uciszył się i nastało głębokie milczenie. Wszyscy przeczuwali ważne jakieś zawiadomienie ze strony rządu.

Naczelnik policyi poprzedzony dozorcami, opuścił pałac. Oddział kozaków towarzyszył mu, robiąc miejsce przejścia między tłumem.

Skoro naczelnik policyi przybył na środek placu, wszyscy zobaczyli że trzymał depeszę w ręku.

Wtedy głosem podniesionym przeczytał rozkaz następujący:

1º Zabrania się wszystkim podanym opuszczenia prowincyi z jakiegokolwiek bądź powodu;

2º Cudzoziemcom pochodzenia azyatyckiego, rozkazuje się opuścić miasto w ciągu dwudziestu czterech godzin.



Rozdział VI

Brat i Siostra.

Okoliczności usprawiedliwiały te środki ostrożności, tak twarde dla osób prywatnych.

„Zabrania się wszystkim podanym opuszczenia prowincyi”.

„Cudzoziemcom pochodzenia azyatyckiego, rozkazuje się opuścić miasto w ciągu dwudziestu czterech godzin”. Było to wydalić handlarzy z Azyi środkowej, jako też bandy cyganów mniej więcej przychylnych tatarom, których jarmark zgromadził tutaj.

Ale łatwo także pojąć, iż wieść ta spadła piorunem na Niżnij-Nowgorod, więcej od innych prowincyi dotknięty.

Tak więc osoby, które interesa wzywały za granicę syberyjską, nie mogły przynajmniej chwilowo, opuścić prowincyi. Treść pierwszego artykułu była wyraźna. Nie było żadnych wyjątków. Wszelki interes prywatny, musiał się ugiąć pod naciskiem interesu ogólnego.

Co do drugiego artykułu wydalenia, rozkaz brzmiał nieodwołalnie. Dotyczył on tylko osób pochodzenia azyatyckiego, ale te nie miały innego środka, jak tylko zapakować rzeczy, towary i udać się z powrotem drogą tylko co przebytą. Co do kuglarzy których liczba była znaczna, dla tych otwierały się widoki nędzy, gdyż mieli prawie tysiąc wiorst do przebycia.

To też powstał szmer niezadowolenia, okrzyk rozpaczy.

I natychmiast wyprowadzanie się z obszernej płaszczyzny, rozpoczęto. Płótna rozciągnięte przed szopami, składano; teatra jarmarczne rozbierano na części; tańce i śpiewy ustały; ognie zagasły, powrozy gimnastyków rozciągnęły się; stare konie ruchomych tych mieszkań, wyprowadzono ze stajen i zaprzęgnięto do wozów. Ajenci policyjni i żołnierze, opóźniających się zmuszali do pośpiechu, sami nawet rozbierali namioty. Nie ulegało wątpliwości, iż pod wpływem tych środków, przed wieczorem jeszcze plac Niżnego-Nowgorodu będzie zupełnie opuszczonym i po rozgłośnym gwarze, nastanie głuche milczenie.

Zmuszeni jeszcze jesteśmy dodać, że wszystkim koczującym pokoleniom dotkniętym wydaleniem, wzbronione były nawet stepy syberyjskie; trzeba było skierować się na południe morza Kaspijskiego, bądź do Persyi, bądź do Turcyi, bądź wreszcie, na płaszczyzny Turkestanu, Posterunki i góry Uralskie, tworząc jakby przedłużenie rzeki z tej strony granicy rossyjskiej, nie byłyby ich przepuściły. Musiały więc tysiące wiorst przebywać, zanim znajdą się na terrytoryum dozwolonem.

W chwili kiedy naczelnik policyi dokończył czytania, Michał uderzony był dziwną myślą:

„Szczególniejszy zbieg okoliczności! szczególniejsza wspólność między tym rozkazem wydalającym cudzoziemców pochodzenia azyatyckiego i słowami zamienionemi tej nocy między cyganami. „To ojciec sam posyła nas tam gdzie iść chcemy!” powiedział ten starzec. Jakim sposobem cyganie ci mogli przewidzieć przedsięwzięte przeciw nim środki ostrożności, jakim sposobem wiedzieli je naprzód i dokąd zamierzają się udać? Otóż to ludzie podejrzani, dla których rozkaz gubernatora widocznie przynosi więcej korzyści aniżeli szkody!”

Ale rozmyślania te, bezwątpienia sprawiedliwe, przerwała myśl inna, przechodząca nagle przez głowę Michała. Zapomniał o cyganach, ich słowach podejrzanych, dziwnej wspólności z ogłoszonym ukazem… Wspomnienie młodej Inflantki stanęło nagle przed nim.

„Biedne dziecko! wykrzyknął mimowoli. Nie będzie mogła przebyć granicy!”

W istocie młoda dziewczyna pochodziła z Rygi, była Inflantką, tem samem Rosyanką, nie mogła więc opuścić terrytoryum rossyjskiego. Poprzednie pozwolenie teraz już nie miało żadnej ważności. Wszystkie drogi przed nią zamknięto, i jakikolwiek powód prowadził ją do Irkutska, teraz droga ta została jej przeciętą.

Myśl ta wielce zajęła Michała. Naprzód niewyraźnie ukazał mu się pomysł, że w niczem nie narażając swej ważnej missyi, możeby mógł przyjść z pomocą biednej dziewczynie – i myśl ta się doń uśmiechnęła. Znając niebezpieczeństwa na jakie narażał się osobiście, on mężczyzna, silny i energiczny, w kraju znanym mu dokładnie, wiedział o ile one będą straszniejsze dla młodej dziewczyny. Ponieważ udawała się także do Irkutska, musiała więc tak jak on przedzierać się pomiędzy hordami tatarów. Jeżeli, oprócz tego, miała do swego rozporządzenia tylko środki konieczne na podróż przedsięwziętą w zwyczajnych okolicznościach, jakże wystarczą jej one przy obecnych wypadkach, niebezpieczeństwa i koszta zdwajających?

„A więc powiedział sobie: ponieważ udaje się drogą na Permę, niepodobna abym jej nie spotkał. Będę mógł bez jej wiedzy czuwać nad nią, a ponieważ zdaje się iż jej zarówno pilno jak mnie przybyć do Irkutska, nie będzie więc to powodem najmniejszego opóźnienia”.

Ale jedna myśl sprowadza drugą. Dotąd Michał myślał tylko jak o dobrym uczynku, jako o przysłudze. Nowa wątpliwość zrodziła się w jego głowie, i kwestya się przedstawiła z innej strony.

„Wreszcie, powiedział sam do siebie, ona mnie więcej jeszcze, aniżeli ja jej, może być pożyteczną. Obecność jej przy mnie, może zatrzeć wszelkie względem mej osoby podejrzenia. W człowieku przebiegającym samopas stepy, łatwiej odgadnąć kuryera. Jeżeli przeciwnie ta młoda dziewczyna towarzyszyć mi będzie, daleko podobniej będę wyglądać na Mikołaja Korpanoff, jak to wskazuje moja podorożna. Trzeba więc aby mi towarzyszyła! W takim razie bądź co bądź, muszę ją wynaleść. Prawdopodobnie od wczoraj wieczór nie mogła znaleść powozu aby opuścić Niżnij-Nowgorod. Szukajmy więc i niech Bóg mi dopomaga”.

Michał Strogoff opuścił plac Niżnego-Nowgorodu, gdzie zamięszanie spowodowane wykonaniem rozporządzenia, dosięgło szczytu. Młoda szukana przezeń dziewczyna, nie mogła się tam znajdować.

Była dziewiąta godzina rano. Statek odchodził dopiero w południe. Michał Strogoff miał więc przed sobą dwie godziny czasu, dla wyszukania tej z której chciał zrobić swoją towarzyszkę podróży.

Przebył znów Wołgę i przebiegł cyrkuły drugiego wybrzeża rzeki, daleko mniej tłumne od pierwszych. Zwiedzał ulicę po ulicy, miasto wyższe, miasto dolne, wchodził do kościołów naturalnego schronienia wszystkich płaczących i cierpiących, Nigdzie nie spotkał młodej Inflantki.

„A jednak nie mogła jeszcze opuścić Niżnego-Nowgorodu. Szukajmy dalej!”

W ten sposób Michał błądził przez dwie godziny. Szedł nie zatrzymując się, nie czuł utrudzenia; szedł powodowany wrażeniem nie dozwalającem zastanowienia. Wszystko napróżno.

Wtedy pomyślał, że może dziewczyna niewiedziała o rozporządzeniu, – okoliczność nieprawdopodobna – bo takie uderzenie piorunu musiało być słyszane przez wszystkich. Widocznie interesowana wszelkiemi wiadomościami z Syberyi, jak mogłaby nie wiedzieć o środkach w tym względzie przedsięwziętych, środkach osobiście ją dotykających?

Nakoniec, jeżeli o niczem nie wiedziała, za parę godzin przybędzie zająć miejsce na statku, a tam jaki nielitościwy, wzbroni jej przejścia! Michał koniecznie musiał ją widzieć pierwej, aby dzięki jemu, mogła uniknąć tego niepowodzenia.

Wszelkie jednak poszukiwania były daremne, wkrótce ostatecznie stracił nadzieję.

Była jedenasta godzina, Michał chociaż w każdej innej okoliczności było to zbytecznem, pomyślał o przedstawieniu podorożnej w biurze naczelnika policyi. Rozporządzenie nie mogło go dotyczeć, jednak na wszelki wypadek chciał się upewnić, iż nic mu nie przeszkodzi w opuszczeniu miasta.

Musiał więc znów powrócić na drugi brzeg Wołgi, do cyrkułu gdzie było biuro naczelnika policyi.

Wielki tam był napływ ludu, bo chociaż cudzoziemcy mieli rozkaz opuszczenia miasta, niemniej jednak zachowywano pewne formalności. Wydalano z miasta, ale trzeba było mieć pozwolenie, aby zostać wydalonym.

Tak więc kuglarze, cyganie, wraz z kupcami Persyi, Turcyi, Indyi, Turkestanu, Chin, zapełniali dziedziniec domu w którym się mieściło biuro policyi.

Każdy się spieszył, gdyż środki podróży były bardzo poszukiwane w tym tłumie ludzi wydalonych, opóźniający się zaś byli narażeni na niewykonanie rozkazu w czasie zostawionym, a to byłoby ich naraziło na niemałe nieprzyjemności.

Michał dzięki swoim silnym łokciom przebył dziedziniec. Ale wejść do biura i dostać się aż do urzędników, o wiele trudniejszem było. Jednak powiedziawszy kilka słów do ucha woźnego i dawszy mu kilka rubli – i tam się dostał.

Ajent wprowadziwszy go do sali posłuchalnej, poszedł uwiadomić wyższego urzędnika.

Tak więc Michał miał wkrótce ukończyć z policyą i być zupełnie swobodnym. Tymczasem rozglądał się po sali. I kogóż zobaczył?

'Michael Strogoff' by Jules Férat 17

Tam, na ławce, raczej omdlała aniżeli siedząca – była młoda dziewczyna, pogrążona w niemej rozpaczy.

Michał Strogoff nie omylił się, była to młoda Inflantka.

Nie wiedząc o rozporządzeniu gubernatora, przybyła do biura policyi po wizę!… Odmówiono jej! Niewątpliwie była ona upoważniona udać się do Irkutska, ale rozkaz był formalny, unieważnił wszystkie poprzednie upoważnienia, i drogi Syberyi zostały przed nią zamkniętemi.

Michał uszczęśliwiony iż ją nakoniec odszukał, zbliżył się.

Popatrzywszy nań chwilę, poznała towarzysza podróży i twarz jej rozjaśniła się. Instynktownie powstała, jak rozbitek czepiający się deski zbawienia, miała prosić o jego wstawiennictwo…

W tej chwili ajent dotknął ramienia Michała.

– Naczelnik policyi oczekuje was, powiedział.

– Dobrze, odparł Michał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 18

I nie przemówiwszy słowa do tej której szukał od wczoraj, nie uspokoiwszy nawet jednym giestem mogącym ją i jego skompromitować, udał się za ajentem.

Inflantka widząc iż opuszcza ją ten od którego pomocy się spodziewała, upadła na ławkę.

Nie upłynęło trzech minut, kiedy Michał znów się ukazał w towarzystwie ajenta.

Trzymał w ręku swoją podorożną, otwierającą mu wolne przejście na wszystkich drogach Syberyi.

Zbliżył się do młodej Inflantki i podając jej rękę:

„Siostro…” powiedział.

Zrozumiała! Powstała, ani chwili nie wahała się!

– Siostro, powtórzył Michał, mamy upoważnienie jechać do Irkutska. Czy jedziesz?

– Idę z tobą mój bracie, odrzekła dziewczyna podając rękę Michałowi.

I oboje opuścili dom naczelnika policyi.



Rozdział VII

Wyjazd Wołgą.

Przed nadejściem południa jeszcze, dzwon parowca zgromadził w przystani Wołgi tłumy ludzi; byli tam tacy co jechali, i tacy co byliby pragnęli pojechać. Kotły Kaukazu już były dostatecznie ogrzane. Kominem wychodził lekki dym, kiedy tymczasem koniec rury i klapę, wieńczyły obłoki pary białej.

Rozumie się, że policya była obecną przy odpłynięciu Kaukazu, i była bez litości dla podróżnych nie posiadających wymaganych warunków do odjazdu, a pragnących opuścić miasto.

Liczni Kozacy przechadzali się na wybrzeżu, gotowi w razie potrzeby przyjść z pomocą policyi – ale okazało się to zbytecznem; wszystko odbyło się w porządku.

O naznaczonej godzinie, zadzwoniono po raz ostatni, odwiązano liny przytrzymujące statek, olbrzymie koła z szumem zaczęły wyrzucać wodę i Kaukaz przepłynął szybko między dwoma miastami, składającemi Niżnyj-Nowgorod.

Michał i młoda Inflantka, zajęli miejsce na pokładzie Kaukazu. Nie robiono im w tej mierze żadnych trudności. Wiemy bowiem już, że podorożna wydana na imię Mikołaja Korpanoff, upoważniała tego kupca do podróżowania po Syberyi, w towarzystwie. Tak więc, byli to brat i siostra podróżujący pod opieką policyi.

Oboje, usiadłszy na tylnym pomoście, spoglądali na niknące im z oczu miasto, tak bardzo strwożone rozkazem władz.

Michał nie odzywał się wcale do młodej dziewczyny, nie zapytywał o nic. Czekał aż sama zacznie mówić, jeżeli naturalnie uważać będzie to za stosowne. Tej ostatniej spieszno było opuścić miasto, w którem bez cudownej opieki swego towarzysza, byłaby została więźniem. Milczała, ale wzrok jej wyrażał dziękczynienie.


'Michael Strogoff' by Jules Férat 19

Wołga, starożytna Rha, uważaną jest za największą rzekę w Europie; długość jej prawie cztery tysiące wiorst wynosi (4,300 kilometrów). Woda nie bardzo zdrowa w części wyższej, zmienia się pod Niżnym Nowgorodem, gdyż tam łączy się z Oką wypływającą z środkowych prowincyi Rosyi. Bardzo właściwie porównano zbiór kanałów i rzek rosyjskich, do olbrzymiego drzewa, którego gałęzie rozchodzą się na wszystkie części cesarstwa. Wołga jest pniem tego drzewa, korzeniami jej, siedmdziesiąt ujść rzek, wybiegających z wybrzeża morza Kaspijskiego. Jest spławną od Rżew, miasta w guberni Twerskiej, to jest prawie na całej przestrzeni.

Statki Stowarzyszenia przewozu pomiędzy Permą a Niżnym Nowgorodem, dość pospiesznie odbywają tę drogę, wynoszącą jednak trzysta pięćdziesiąt wiorst, oddzielających miasto od Kazania. Prawda że statki płyną z biegiem wody, co znacznie do ich pośpiechu się przyczynia. Ale przybywszy na miejsce gdzie wpada Kama, cokolwiek niżej Kazania, muszą zwracać się napowrót, aby znów z biegiem wody popłynąć. Tak więc wszystko obliczywszy, Kaukaz pomimo swej ogromnej maszyny, nie mógł więcej robić, jak szesnaście wiorst na godzinę. Odrachowawszy godzinę przystanku w Kazaniu, podróż z Niżnego Nowgorodu do Permy, trwać miała sześćdziesiąt do sześćdziesięciu dwóch godzin.

Statek ten urządzonym jest wygodnie, i pasażerowie w miarę swoich funduszów zajmowali na nim miejsca pierwszej, drugiej lub trzeciej klasy. Michał zajął dwie kajuty pierwszej klasy, tak aby jego towarzyszka mogła być samą, ile razy zapragnęłaby tego.

Kaukaz natłoczonym był pasażerami rozmaitych kategoryi, Pewna ilość kupców azyatyckich uznała za stosowne opuścić natychmiast Niżnyj-Nowgorod. Na pokładzie pierwszej klasy widać było Ormianów odzianych w długie suknie, z rodzajem mitry na głowie, – żydów dających się łatwo rozpoznać po swoich czapkach – bogatych Chińczyków w stroju tradycyonalnym, w sukniach niezmiernie szerokich, niebieskich, fioletowych lub czarnych, z przodu i z tyłu otwartych, przykrytych drugą suknią o szerokich rękawach, krojem przypominające suknie księży. Turków, noszących jeszcze turbany narodowe, – Indusów w czapkach rogatych, przepasanych sznurem miasto pasa, – z jakich niektórzy, znani pod nazwą Sziparkurowie, trzymają w rękach cały handel Azyi środkowej, – nakoniec Tatarów, obutych w szamerowane obuwie sutaszami różnobarwnemi, i z piersią zasianą haftami. Negocyanci ci spakowali wszystkie swoje towary na spodzie okrętu – przewóz musiał ich drogo kosztować, bo podług regulaminu, wolno każdemu było mieć z sobą tylko dwadzieścia funtów ciężaru na osobę.

Na przodzie Kaukazu ugrupowani byli liczniejsi jeszcze pasażerowie, nietylko bowiem byli tam cudzoziemcy, ale nadto i Rosyanie, którym wolno było powrócić do ich miast prowincyonalnych.

Byli tam chłopi w czapkach i kaszkietach, ubrani w kolorowe kratkowane koszule i wieśniacy z Wołgi, z spodniami wpuszczonemi w buty, w koszulach bawełnianych różowych, przepasanych sznurem, w czapkach płaskich. Kilka kobiet odzianych w kwieciste suknie, miało przed sobą fartuchy o barwach jaskrawych i chustki w czerwone desenie na głowach. Byli to po większej części pasażerowie trzeciej klasy, których perspektywa długiej podróży nie niepokoiła. Ta część pomostu niezmiernie była natłoczoną, To też pasażerowie z tylnego pokładu nie mieszali się wcale pomiędzy że różnorodne grupy.

Kaukaz posuwał się z całą szybkością między wybrzeżami Wołgi. Mijał się w drodze z rozmaitemi statkami, przewożącemi różnorodne towary do Niżnego-Nowgorodu. Potem przechodziły tratwy drzewa, długie jak nieskończone wody Atlantyku. Podróż bezużyteczna obecnie, ponieważ jarmark został zerwany, zaledwo się rozpocząwszy.

Wybrzeża Wołgi, obmywane pryskającą pianą z olbrzymich kół statku, wieńczyły się stadami spłoszonych dzikich kaczek, uciekających z głuszącą wrzawą. Cokolwiek dalej na płaszczyznach suchych, otoczonych lipami, sosnami, spostrzedz się dawało kilka krów ciemnoczerwonych, baranów z brunatną sierścią, ogromne stada wieprzów i prosiąt czarnych albo też białych. Trochę pola zasianego nędzną tatarką i żytem, roztaczało się aż na dalszy plan wybrzeży na wpół uprawionych, ale w ogóle nie przedstawiały one nic godnego uwagi. W tym krajobrazie, rysownik pragnący zeszkicować okolicę malowniczą, nicby nie znalazł godnego swego ołówka.

W dwie godziny po wyruszeniu Kaukazu, młoda Inflantka zwracając się do Michała rzekła:

– Czy do Irkutska jedziesz bracie?

– Tak siostro, odpowiedział, jedną odbywamy drogę. Tak więc gdzie ja przejdę, tam i ty przejdziesz.

– Jutro bracie, dowiesz się dla czego opuściłam brzegi morza Baltyckiego, aby udać się za góry Uralskie.

– Ja ciebie siostro o nic nie pytam.

– Dowiesz się o wszystkiem, odpowiedziała dziewica, smutnie się uśmiechając. Siostra nie powinna mieć żadnej tajemnicy dla brata… Ale dziś… nie mogłabym!… Utrudzenie, rozpacz, złamały mię!

– Może chcesz spocząć w twojej kajucie? zapytał Michał.

– Tak… tak… a jutro…

– Pójdź więc.

Zawahał się z ukończeniem zdania, jak gdyby chciał dokończyć je imieniem swej towarzyszki, którego nie znał jeszcze.

– Nadia, powiedziała, podając mu rękę.

– Pójdź Nadiu, ciągnął dalej Michał i wiedz o tem że brat twój jest całkiem na twoje usługi, brat twój Mikołaj Korpanoff.

I poprowadził dziewczynę do kajuty, którą był dla niej poprzednio zamówił na tylnym pomoście.

Michał Strogoff powrócił na pomost, a ciekawy nowin wmięszał się pomiędzy grupy pasażerów, słuchając bacznie, ale nie przyjmując sam żadnego udziału w rozmowie. Wreszcie gdyby go zapytano i postawiono w konieczności dania odpowiedzi, poda się za Mikołaja Korpanoff, którego Kaukaz odwoził na jego granicę, bo niechciał aby się domyślano iż mu pozwolono podróżować po Syberyi

Cudzoziemcy na pokładzie parostatku niewątpliwie mówili o wypadkach obecnych, o ukazie i jego następstwach. Biedni ci ludzie zaledwie cokolwiek wypocząwszy po utrudzającej podróży z Azyi środkowej, byli zmuszeni powracać, a jeżeli głośno nie wyrażali swego gniewu, to jedynie dla tego iż nie śmieli tego uczynić. Obawa połączona z szacunkiem powstrzymywała ich. To też w grupach tych albo milczano, albo mówiono z taką ostrożnością, iż niepodobna było wyciągnąć z tego jakiegokolwiek pożytecznego spostrzeżenia lub objaśnienia.

Ale jeżeli Michał z tej strony nie mógł się niczego dowiedzieć, jeżeli usta za jego zbliżeniem zamykały się, ponieważ go nie znano, – słuch jego uderzył głos donośny, widocznie nie dbający czy będzie lub nie słyszanym.

Głos ten wesoły przemawiał po rosyjsku ale z akcentem cudzoziemskim, słuchacz jego, oględniejszy cokolwiek, jak się zdawało, odpowiadał mu w tym samym języku, a język ten także nie był jego językiem narodowym.

– Jakto, mówił pierwszy, jakto, ty na tym statku mój kochany współbracie, ty którego widziałem na balu w Moskwie, a zaledwo dostrzegłem w Niżnym-Nowgorodzie?

– Ja, w mojej własnej osobie, odpowiedział drugi sucho.

– A więc powiem ci szczerze iż nie sądziłem iż tak zblizka będziesz za mną postępował, i to tak natychmiast.

– Ja nie idę za panem, ja pana wyprzedzam!

– Wyprzedzam! wyprzedzam. Przypuśćmy że idziemy razem jak dwaj żołnierze w pochodzie, nie, jak dwaj żołnierze na paradzie, a przynajmniej tymczasowo i musisz przyznać, że jeden drugiego wyprzedzić nie może!

– Przeciwnie, ja ciebie wyprzedzę.

– Zobaczemy to, skoro będziemy na teatrze wojny; ale aż do tej chwili, do djabła! bądźmy przyjaciółmi, towarzyszami podróży. Później będziemy mieli jeszcze dość czasu zostać rywalami!

– Wrogami.

– Wrogami, dobrze! Kochany towarzyszu, w wyrażeniach swoich posiadasz dobitność wyjątkowo dla mnie przyjemną, Z tobą przynajmniej, wiadomo czego się trzymać!…

– Cóż w tem złego?

– Nic. Ale teraz ja z kolei poproszę cię o pozwolenie określenia wzajemnej naszej sytuacyi.

– Określaj ją.

– Udajesz się do Permu… tak jak ja?

– Tak jak ty.

– I prawdopodobnie zwrócisz się z Permy na Ekaterinburg, ponieważ droga ta jest najlepszą i najbezpieczniejszą do przebycia gór Uralskich?

– Prawdopodobnie.

– Przebywszy granicę będziemy na Syberyi, to jest na placu boju.

– Będziemy.

– A więc wtedy, ale wtedy dopiero, powiemy sobie: „Każdy dla siebie, a Bóg dla…

– Bóg dla mnie!

– Bóg dla ciebie, dla ciebie samego! Bardzo dobrze. Ale ponieważ mamy przed sobą około ośmiu dni neutralnych, a nic pewniejszego iż w drodze zbytecznego napływu nowin nie będzie, bądźmy przyjaciołmi aż do chwili, kiedy zostaniemy rywalami.

– Wrogami.

– Tak! słusznie powiedziano, wrogami! Ale aż do tej chwili działajmy zgodnie i nie pożerajmy się wzajemnie! Ja z mojej strony przyrzekam iż zachowam wszystko dla siebie, cokolwiek będę mógł dojrzeć…

– A ja wszystko co tylko usłyszę.

– Więc zgoda?

– Zgoda

– Podaj mi rękę.

– Oto ją masz.

I ręka pierwszego towarzysza, to jest pięć palcy szeroko rozwartych, wstrząsnęła silnie dwoma palcami z całą powagą podanemi.

– Ale, ale, ozwał się pierwszy, udało mi się dziś rano zatelegrafować do mojej kuzynki treść ukazu, o godzinie dziesiątej minut siedmnaście.

– Ja zaś przesłałem go do Daily Telegraph o godzinie dziesiątej minut trzynaście.

– Bravo, panie Blount.

– Doskonale, panie Jolivet.

– Z prawem odwetu!

– Trudno to będzie!

– Spróbuję jednakże.

To mówiąc, korespondent francuzki ukłonił się poufale korespondentowi angielskiemu, ten zaś odpowiedział lekkiem skinieniem głowy, ze sztywnością prawdziwie brytańską.

Myśliwych tych na nowiny nie dotyczył wcale ukaz gubernatora, ponieważ nie byli ani rosyanami, ani też nie pochodzili ze szczepu azyatyckiego. Wyjechali więc, a że jednocześnie opuścili Niżnyj-Nowgorod, to jedynie dla tego że jednaki instynkt popychał ich naprzód. Było więc rzeczą zupełnie naturalną, że udali się tą samą drogą na stepy syberyjskie. Towarzysze podróży, przyjaciele lub wrogi, mieli ośm dni przed sobą „zanim rozpocznie się polowanie”. A wtedy... kto zręczniejszy! Alcydes Jolivet uczynił pierwsze kroki, a jakkolwiek zimno, Harry Blount je przyjął.

Bądź jak bądź, tego samego dnia Francuz zawsze otwarty, a nawet trochę gadatliwy, obiadował razem z Anglikiem zawsze w sobie zamkniętym, zawsze sztywnym, popijając u jednego stołu Cliquot oryginalne na sześć rubli butelka.

Słysząc w ten sposób rozmawiających Alcydesa Jolivet i Harrego Blount, Michał powiedział sobie:

– Oto ciekawi i niedyskretni. Przezorność nakazuje trzymać się od nich zdaleka.

Młoda Inflantka na obiad nie przybyła. Spała w kajucie, a Michał nie pozwolił jej obudzić. Tak więc do wieczora nie pokazała się wcale na pokładzie Kaukazu.

Zmierzch sprowadził cokolwiek chłodu, tak chciwie oczekiwanego przez strudzonych podróżnych, po dniu niewypowiedzianie gorącym. Późno już było, a jednak nikt nie myślał jeszcze o udaniu się do kajuty lub salonu. Rozciągnąwszy się na ławkach oddychali z rozkoszą powiewem sprawionym szybkim ruchem statku. Niebo w tej porze i roku, zaciemniało się zaledwo od wieczora do ranka, a sternik z całą swobodą mógł przepływać pomiędzy innemi statkami poruszającemi się w górę lub w dół Wołgi.

Jednakże między jedenastą a drugą rano księżyc będący na nowiu, skrył się, nastała ciemność. Prawie wszyscy pasażerowie spali na pomoście, ciszę przerywało tylko pluskanie kół parostatku.

Nieoznaczony jakiś niepokój Michałowi sen odbierał. Przechadzał się ciągle na tylnym pomoście. Raz jednak wypadkiem, przeszedł aż za pokój maszynowy. Znalazł się wtedy na części pokładu przeznaczonego dla podróżnych drugiej i trzeciej klasy.

Tam, spano nietylko na ławkach ale nawet na pakach i na podłodze pomostu. Jedynie marynarze tylko czuwali. Dwa światła jedno zielone, drugie czerwone, rzucały latarnie z prawego i lewego boku okrętu, ukośnym promieniem oświetlając brzegi parowca.

Należało postępować bardzo ostrożnie aby nie nadeptać którego ze śpiących pasażerów, fantastycznie na wszystkie strony porozkładanych. Po większej części byli to chłopi do wygód nie przywykli, a zatem deski podłogi nie wydawały im się twardemi i snu nie przerywały. Z tem wszystkiem jednak nie koniecznie dobrze wyszedłby któś, coby ich nadepnięciem buta przebudził.

Michał też usiłował nie potrącić nikogo, Idąc na drugi koniec statku miał zamiar tylko się ze snu wytrzeźwić nieco dłuższym spacerem.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 20

Tak, więc przebył jedną część pomostu i już zamierzał wejść dalej na drabinkę, kiedy usłyszał przy sobie rozmowę. Stanął. Głos zdawał się pochodzić od grupy pasażerów, tak okrytych szalami i kołdrami, iż dojrzeć ich było niepodobieństwem. Ale od czasu do czasu, płomień wybuchający rurą kominową i iskry pryskające, oświetlały jakby gwiazdami ten tłum różnobarwny.

Michał już miał pójść dalej, kiedy doleciały go wyraźniej niektóre wyrazy wymówione w tem dziwnem narzeczu, jakie już raz był słyszał na polu jarmarcznem.

Wiedziony mimowolnym instynktem stanął i słuchał. Zasłonięty cieniem padającym od klapy, nie mógł być widzianym. Zobaczyć rozmawiających podróżnych, było także niepodobieństwem. Musiał więc ograniczyć się na słuchaniu.

Pierwsze zamienione wyrazy były bez znaczenia, – przynajmniej dla niego – ale rozpoznał głos kobiety i mężczyzny, słyszany już raz w Niżnym-Nowgorodzie. Wtedy podwoił uwagę. Nie było niepodobieństwa aby ci cyganie nie mieli się znajdować na pokładzie Kaukazu.

Wsłuchawszy się bacznie dosłyszał tak pytanie jak i odpowiedź uczynione w narzeczu tatarskiem.

– Mówią że z Moskwy do Irkutska wysłano kuryera!

– Tak jest, mówią to Sangarro, ale kuryer ten przybędzie albo za późno, albo nie przybędzie wcale.

Michał drgnął na tę odpowiedź tak widocznie jego dotyczącą. Usiłował dojrzeć czy mężczyzna i kobieta w istocie byli temi samem i których podejrzywał, ale ciemność była zbyt wieka, okazało się to niepodobieństwem.

Po kilku chwilach Michał znów ukazał się na tylnym pomoście; głowę oparłszy na ręku, usiadł na uboczu. Można było sądzić że usnął.

Nie spał jednak, i o śnie nie myślał. Rozmyślał nad tem, nie bez pewnego wzruszenia:

– Kto wiedział o moim wyjeździe, i komu na tej wiadomości mogło co zależeć?



Rozdział VIII


Dnia 18 lipca o godzinie szóstej minut czterdzieści, Kaukaz przybył do przystani Kazań, o siedm wiorst oddalonej od miasta.

Kazań leży przy połączeniu Wołgi z Kazanką. Jest to główne miasto gubernii i arcybiskupstwa greckiego, jakoteż siedliskiem ludzi wszelkiej narodowości. Ludność tutejsza składa się z Czeremisów, Mordwinów, Czuwaszów, Tatarów i t. d. – ostatnia ta rasa wyłączniej zachowała charakter azyatycki.

Chociaż miasto dosyć oddalone było od przystani, liczny tłum zalegał wybrzeże. Przybywano po nowiny. Gubernator prowincyi ogłosił taki sam ukaz jak jego kolega w Niżnym-Nowgorodzie. Widać tam było Tatarów ubranych w kaftany o krótkich rękawach, w śpiczastych czapkach o szerokich skrzydłach, przypominających tradycyonalnego Pierrota. Inni owinięci w długie opończe, podobni byli do żydów polskich. Kobiety w rozmaitych strojach i okryciach tworzyły grupy żywo rozprawiające.

Urzędnicy policyjni i kozacy z lancami w rękach, czuwali nad porządkiem i zarówno robili miejsce tym co wsiadali na statek, jako też tym co wylądowywali, ale dokładnie poprzednio zbadawszy obiedwie kategorye podróżników. Byli to z jednej strony Azyaci dotknięci wygnaniem, z drugiej kilka rodzin wieśniaczych pozostających w Kazaniu.

Michał Strogoff obojętnie spoglądał na ruch wynikły z wsiadania i opuszczania parowca. Kaukaz miał się zatrzymać w Kazaniu całą godzinę dla przygotowania sobie paliwa.

O wylądowaniu Michał nie myślał wcale. Nie chciał zostawić na pokładzie samej Inflantki, która dotąd nie pokazała się jeszcze.

Dwaj dziennikarze równo ze dniem się zerwali, jak to przystało rozumnym myślicielom. Wyszli na wybrzeże i każdy z osobna w tłum się wmięszali. Michał Strogoff zobaczył w jednej stronie Harrego Blount z książeczką w ręku, robiącego notatki i rysującego typy; z drugiej Alcydesa Jolivet, gadającego na wszystkie strony. Ten nic nie notował, ufał on zupełnie swojej pamięci, nigdy nic nie zapominającej.

Wieści chodziły że najście przybrało olbrzymie rozmiary. Komunikacya cesarstwa z Syberyą była bardzo utrudnioną. Oto czego się dowiedział Michał nie opuszczając wcale pomostu Kaukazu.

Gawędy te napełniły go prawdziwym niepokojem i radby już był się dostać za góry Uralskie, aby o prawdzie tego samemu się przekonać, albo też zaciągnąć dokładniejszych wiadomości od którego z krajowców, kiedy uwagę jego zwróciło nagle coś zupełnie innego.

Pomiędzy podróżnymi opuszczającemi Kaukaz, Michał Strogoff poznał grono cyganów, poprzedniego dnia widzianych na jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie. Tam na pokładzie znajdował się stary cygan i kobieta, którzy poczytali go za niebezpiecznego. Z niemi, prawdopodobnie pod ich kierunkiem, wylądowało ze dwadzieścia tancerek, śpiewaczek, od piętnastu do dwudziestu lat wieku liczących, odzianych zniszczonemi kaftanami, w spodnicach blaszkami naszytych.

Suknie te przypomniały Michałowi nocne jego wrażenia. To właśnie te blaszki połyskiwały w ciemności, kiedy komin parowca wyrzucał płomienie.

Nie ulega wątpliwości, myślał on, że cyganie ci, w dzień ukryci pod pomostem, na noc przybyli na pokład, Czy cyganom tym chodziło o to, a by ich jak najmniej widziano? To wszakże nie wchodziło w ich zwyczaje!

Wtedy Michał nie wątpił już że rozmowa dotycząca jego osoby, pochodziła od tej czarnej grupy, a wyrazy usłyszane od starego cygana i kobiety nazywanej mongolskiem imieniem Sangarry.

Michał instynktownie cofnął się wewnątrz statku, w chwili kiedy towarzystwo cyganów miało go już opuścić na zawsze.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 21

Stary był tani także, stał on w postawie pokornej, tak sprzecznej ze zwykłą efronteryą cyganów. Zdawało się, iż raczej unika wzroku ludzkiego, aniżeli pragnie być widzianym. Nieszczęśliwy jego kapelusz, przepalony słońcem świata całego, głęboko był zsunięty na twarz pomarszczoną. Zgarbione plecy wystawały z pod starej, szczelnie je owijającej kapoty, pomimo gorąca. Pod nędznem tem odzieniem, niepodobieństwem było osądzić jakich był kształtów.

Obok niego, cyganka Sangarra, kobieta trzydziestoletnia, śniada, wysoka, dobrze zbudowana, z przecudnemi oczyma, złocistym włosem, stała w czarującej pozie, Pomiędzy młodemi tancerkami, kilka było prawdziwie pięknych, pomimo typów cechujących ich rasę. Cyganki w ogóle są ponętne, i niejeden z tych panów rosyjskich, którzy wzięli sobie za zadanie walczyć z Anglikami na polu ekscentryczności, nie wahał się wybrać żony z rasy cygańskiej.

Jedna z nich nuciła sobie piosnkę, szczególniejszego rytmu – pierwsze jej wiersze można w ten sposób przetłumaczyć:


Koral pięknie odbija od mojej brunatnej skóry,

Szpilka złota od mego warkocza!
Idę szukać fortuny

W krainie…


Wesoła śpiewaczka bezwątpienia śpiewała dalej, ale Michał już jej nie słuchał.

W tej chwili zdało mu się, iż cyganka Sangarra przyglądała mu się z wyjątkową uwagą. Możnaby sądzić, iż w swej pamięci pragnęła żywo wyryć jego rysy.

Po kilku chwilach, Sangarra wylądowała także; była ona ostatnią, starzec i wszyscy cyganie byli już na wybrzeżu.

– Oto czelna cyganka! pomyślał Michał. Czyż poznałaby we mnie człowieka, którego w Niżnym-Nowgorodzie poczytywała za niebezpiecznego? Przeklęci cyganie, koci wzrok posiadają! Widzą nawet w nocy, i ta mogłaby wiedzieć…

Michał już chciał podążyć za Sangarrą i jej towarzystwem, ale wstrzymał się.

– Nie, pomyślał sobie, żadnych nierozważnych kroków! Jeżeli każę przyaresztować tych starych wróżbitów, narażę się na odkrycie. Wreszcie, wszak już wylądowali, a zanim przejdą granicę, ja będę już daleko za Uralem. Wiem doskonale że mogą się udać drogą Kazaską, ale w tem niema żadnych korzyści dla nich; telega zaprzężona dobrem i syberyjskiemi końmi, zawsze wyprzedzi wóz cygański! No przyjacielu Korpanoff, uspokój się!

W tej samej chwili stary cygan i Sangarra zniknęli w tłumie.

Jeżeli Kazań słusznie nazwano „bramą Azyi” jeżeli miasto to jest uważane za punkt środkowy zamiany handlu syberyjskiego i Buhary, to dla tego iż dwie drogi ztąd się rozchodzą, otwierając przejście przez góry Uralskie. Ale Michał uczynił dobrze, obierając drogę przez Permę, Ekaterinburg i Tiumeń. Jestto trakt pocztowy, zaopatrzony dobrze w przeprzęgi rządowe, utrzymywane kosztem Państwa i ciągnie się on od Iszim aż do Irkutska.

Prawda że druga droga – właśnie ta o której mówił Michał, – oszczędzając zwrotu od Permy, łączy zarówno Kazań z Iszimem, przechodząc przez Jesabugę, Menzelinsk, Birsk, Złotouste, gdzie opuszcza Europę, Czelabińsk, Szadrińsk i Kurgan, Może jest nawet krótszą od pierwszej, ale skrócenie to o wiele się zmniejsza zupełnym brakiem stacyj pocztowych, złem utrzymywaniem dróg i gdzieniegdzie zaledwo zasianemi wioskami. Michał słusznie więc zamierzał udać się obraną przez siebie drogą, a jeżeli według wszelkiego prawdopodobieństwa, cyganie obiorą drogę z Kazania do Iszim, miał za sobą wszelkie dane iż przybędzie przed niemi.

Po upływie godziny, dzwon Kaukazu wzywał nowych i powrotu dawnych passażerów. Była siódma godzina rano. Ładunek paliwa był już uskuteczniony. Blachy kotłów drżały pod ciśnieniem pary. Parowiec gotów był do wypłynięcia.

Podróżni udający się z Kazania do Permy, byli już na swoich miejscach.

Michał zauważył że z dwóch dziennikarzy tylko Harry Blount, powrócił na pokład.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 22

Czyż Alcydes Jolivet miałby się spóźnić?

Ale, kiedy już odwiązywano liny, ukazał się Alcydes Jolivet biegnący spiesznie. Statek odbił już od brzegu, łódź nawet już umocowano przy wybrzeżu; ale Alcydes z tego rodzaju wypadków nie robił sobie wielkich rzeczy, w całym rozpędzie skoczył na pomost Kaukazu, padając prawie w objęcia swego towarzysza.

– Sądziłem że Kaukaz odpłynie bez ciebie, powiedział tenże z miną niezadowoloną.

– Bah! odparł Alcydes Jolivet, zawsze byłbym umiał was dogonić, gdyby mi nawet przyszło wynająć cały statek na koszt mojej kuzynki, albo pędzić pocztą płacąc po dwadzieścia kopiejek za wiorstę i za każdego konia. Co chcesz? bardzo to daleko od przystani do telegrafu.

– Byłeś przy telegrafie? zapytał Harry Blount przygryzłszy usta.

– Tak, chodziłem tam! odrzekł Alcydes Jolivet, z najprzyjemniejszym jaki mógł mieć uśmiechem.

– I ciągle funkcyonuje aż doKoływania?

– Tego, to doprawdy niewiem, wiem tylko że czynność jego nie ustała od Kazania do Paryża!

– Wysłałeś depeszę do… twojej kuzynki?…

– Tak, zapalczywą depeszę.

– Dowiedziałeś się więc?…

– Słuchaj ojczulku; jak mówią Rosyanie, odrzekł Alcydes Jolivet, jestem dobrem dzieckiem, i nic skrytego nie chcę mieć dla ciebie. Tatarzy z Teofar-Kanem na czele, przekroczyli już Semipałatyńsk. Możesz tę wiadomość obrócić na swoją korzyść!

Jakto? tak ważna wiadomość, a Harry Blount nie wiedział o niej, towarzysz zaś jego posłyszawszy ją, prawdopodobnie od którego z mieszkańców Kazania, natychmiast przesłał do Pary ża. To też Harry Blount skrzyżował ręce na piersiach i nie wymówiwszy słowa, usiadł na uboczu.

Około godziny dziesiątej rano, młoda Inflantka opuściwszy kajutę, przybyła na pokład.

Michał zbliżył się i podał jej rękę.

– Przypatrz się siostro, powiedział, poprowadziwszy ją aż na przód Kaukazu.

W istocie okolica warta była uwagi.

Kaukaz właśnie przybywał do spływu Wołgi z Kamą. Tam miał opuścić główne koryto, którem czterysta wiorst płynął.

W tem miejscu dwa prądy wody, jeden od drugiego cokolwiek różnej barwy, łączyły się i Kama oddawała wybrzeżowi lewemu tę samą usługę co Oka wybrzeżu prawemu pod Niżnym-Nowgorodem, uzdrawiając czystem swem źródłem.

Kama tutaj płynie szerokiem korytem, a wybrzeża jej lesiste są czarujące. Kilka białych żaglów ożywiało piękne jej wody, błyszczące od promieni słonecznych. Brzegi wysadzone osiczyną, olszyną, gdzieniegdzie dębami, zamykały horyzont linią harmonijną, łączącą się przy południowem blasku w niektórych punktach, z niebem.

Ale owe cuda natury zdawały się niemódz odwrócić ani na chwilę myśli młodej Inflantki. Myśl tę jeden przedmiot tylko nieustannie zajmował, a tym było, jak najprędsze przybycie do celu, Kama zaś, była dla niej łatwiejszą drogą do przebycia. Wzrok jej błyszczał nadnaturalnym blaskiem, kiedy na wschód patrzyła, jak gdyby chcąc przebić nieprzenikniony horyzont.

Nadia nie cofnęła ręki swej z ręki towarzysza, a wkrótce obracając się do niego zapytała:

– Czy daleko już oddaliliśmy się od Moskwy?

– Dziewięćset wiorst! odpowiedział Michał.

– Dziewięćset na siedm tysięcy! szepnęła dziewczyna.

Była to pora śniadania, oznajmiono to dzwonkiem. Nadia poszła za Michałem do restauracyi na parowcu. Nie chciała dotknąć wytworniejszego jedzenia podanego osobno jako to: kawioru, śledzi w paski krajanych, wódki żytniówki zaprawionej anyżem, służącej do podniecenia apetytu, według zwyczaju powszechnie przyjętego we wszystkich krajach północy, w Rosyi tak samo jak w Szwecyi lub Norwegii. Nadia jadła mało, być może dla tego, iż środki jej były bardzo ograniczone. Michał uznał więc za właściwe ograniczyć się na tem, na czem jego towarzyszka poprzestawała, to jest na potrawie będącej rodzajem ciasta z żółtek, ryżu i siekanego mięsa, oraz na czerwonej faszerowanej kapuście z kawiorem. Za napój służyła im herbata.

Biesiada ta nie była ani długą ani kosztowną, tak że po dwudziestu minutach, Michał z swą towarzyszką powracali już na pokład Kaukazu.

Usiadłszy na uboczu, bez żadnych wstępów, Nadia zniżyła głos, aby tylko od niego samego być słyszaną, i tak mówić zaczęła:

– Bracie, jestem córką doktora. Nazywam się Nadia Fedor. Matka moja nie dalej jak przed miesiącem umarła w Rydze, a ja jadę do Irkutska podzielić los mojego ojca.

–Ja także jadę do Irkutska, odpowiedział Michał, i będę uważał za łaskę nieba, jeżeli mi dozwoli Nadię Fedor oddać całą i zdrową w ręce jej ojca.

– Dziękuję ci bracie!

Wtedy Michał nadmienił jej że ma podorożnę na Syberyą, i że ze strony władz żadnej przeszkody lękać się nie ma ją potrzeby.

Nadia nie żądała więcej. Ona jedną rzecz tylko widziała w cudownem spotkaniu tego szlachetnego młodzieńca: środek dostania się do swego ojca.

– Miałam pozwolenie udania się do Irkutska; ale ukaz gubernatora Niżnego-Nowgorodu unieważnił je i bez twojej pomocy bracie, nie byłabym mogła opuścić miasta, byłabym tam została i bezwątpienia umarła!

– I sama, zupełnie sama, zamierzałaś puścić się przez stepy syberyjskie, odważyłaś się na to!

– To było moim obowiązkiem bracie.

– Ale prawdopodobnie nie wiedziała o najściu tatarów, nie wiedziałaś że kraj jest nie do przebycia?

– O wkroczeniu tatarów nie wiedziano jeszcze w Rydze, odpowiedziała Inflantka. Dopiero w Moskwie dowiedziałam się o wszystkiem!

– I pomimo to puściłaś się w dalszą drogę?

–To było moim obowiązkiem. Zdanie to określało dobitnie charakter młodej dziewczyny. Nadia nie wahała się nigdy, kiedy chodziło o spełnienie jej obowiązku.

Potem mówiła o swoim ojcu Wasilim Fedor. Był on doktorem używającym niejakiej sławy w Rydze. Leczył z powodzeniem i żył szczęśliwy między swemi. Ale rozkazano wyjechać mu do Irkutska.

Wasili Fedor zaledwo miał czas, ucałować żonę bardzo już chorą i córkę która mogła pozostać bez żadnej opieki, i płacząc nad temi dwoma istotami, odjechał.

Już od dwóch lat mieszkał w stolicy Syberyi wschodniej, i tam prawie bez żadnej korzyści zajmował się dalej medycyną, Z tem wszystkiem jednak, może byłby szczęśliwy, gdyby żona i córka przy nim były. Ale Pani Fedor będąc bardzo osłabioną nie mogła opuścić Rygi. W dwadzieścia miesięcy po wyjeździe męża, skonała na ręku córki, pozostawiając ją samą i prawie bez środków do życia. Wtedy Nadia Fedor prosiła o pozwolenie udania się do ojca, do Irkutska. Napisała do niego że wyjeżdża. Zasoby jej pieniężne zaledwo wystarczały na tak długą podróż, jednak nie zawahała się ani chwili. Robiła co mogła!… Reszty Bóg dokona.

Tymczasem Kaukaz, znów płynął z biegiem wody. Nadeszła noc, powietrze cudownie się ochłodziło. Iskry tysiącami sypały się z komina parowca ogrzanego drzewem, a ze szmerem wody łączyło się dzikie wycie wilków, oblegających w ciemnościach prawe wybrzeże Kamy.



Rozdział IX

Dzień i noc na Tarantassie.

Nazajutrz dnia 18 Lipca, Kaukaz zatrzymał się w przystani Permu, ostatniej stacyi na rzece Kamie.

Gubernia ta, której Perm jest stolicą, jest jedną z najrozleglejszych Cesarstwa rosyjskiego; przeszedłszy góry Uralskie, zachodzi ona aż na terrytoryum syberyjskie. Na wielką skalę prowadzą tam wydobywanie marmurów, kopanie platyny i złota, jako też i węgla. Zanim jednak Perma zostanie policzoną w poczet miast pierwszorzędnych dotąd nie jest ona bynajmniej uroczą, jest bowiem brudną, błotnistą i nieposiada najmniejszego źródła rozrywki. Udającym się z Rossyi na Syberyą, ten brak komfortu jest zupełnie obojętnym, bo zazwyczaj we wszystko czego mogą zapotrzebować, zaopatrują się przed wyruszeniem w podróż, ale podróżnym przybywającym z okolic Azyi środkowej, podobałoby się niezmiernie, aby po długiej i utrudzającej podróży, pierwsze miasto europejskie położone na granicy cesarstwa, było lepiej zaopatrzone.

W Permie to podróżni zazwyczaj sprzedają swoje wehikuły, mniej lub więcej uszkodzone, podczas wędrówki przez płaszczyzny syberyjskie. Europejczycy udający się do Azyi, także tam nabywają powozy latem, sanki zimową porą, na podróż trwającą kilka miesięcy wśród stepów syberyjskich.

Michał plan podróży miał już gotowy, pozostawało tylko wykonać go.

Istnieje wprawdzie pewien rodzaj poczty towarowej dość szybko przebywającej góry Uralskie, ale w obecnych okolicznościach i ta komunikacya została przeciętą. Gdyby jednak istniała nawet, Michał pragnący jechać szybko i zupełnie niezależnie, nie byłby z tego udogodnienia korzystał. Wolał on i słusznie, kupić powóz i przebiegać szybko stacyę za stacyą, zachęcając pocztylionów częstą i hojną ofiarą na wódkę.

Na nieszczęście, w skutek ostrożności przedsięwziętych przeciw cudzoziemcom pochodzenia azyatyckiego, wielu podróżnych już opuściło Permę, a środki przewozu rzadko tylko napotkać było można. Michał musiał więc poprzestać na tem co inni zostawili. Co do koni, dopóki kuryer cesarski nie był jeszcze w Syberyi, mógł korzystać z swojej podorożnej, a właściciele poczt ochotniej dla niego, jak dla kogo innego kazali zaprzęgać. Potem, będąc za granicą Rossyi Europejskiej, mógł już tylko rachować na potęgę rubli.

Ale do jakiego rodzaju ekwipażu zakładać konie? do telegi czy do tarantasu?

Telega jest to po prostu wóz odkryty na czterech kołach, wykonany z samego drzewa. Koła, osie, kołki, pudło, wszystkiego tego dostarczyły lasy sąsiednie, połączenie zaś wszystkich części telegi odbywa się za pomocą grubego sznura. Nic więcej pierwotnego, nic mniej wytwornego, ale zarazem nic równie łatwego nie może być nad reparacyę telegi, gdyby jaki wypadek w drodze się wydarzył. Jedliny nie brakuje na granicy rossyjskiej i osie już odrazu gotowe wyrastają w lesie. Telegą to odbywa podróż extrapoczta, znana pod mianem: „pierekładna”, dla której wszystkie drogi są dobre. Czasami wprawdzie węzły łączące ekwipaż zrywają się i część tylna pozostaje w jakiej kałuży, kiedy tymczasem przednia na dwóch kołach przybywa na stacyę pocztową.

Michał byłby musiał utyć telegi, gdyby nie był szczęśliwie dostał tarantasu.

Ekwipaż ten także jeszcze wiele zostawia do życzenia. Resorów tak samo brakuje jak i u telegi, w skutek braku żelaza, drzewa tutaj także nie oszczędzano, ale koła jej umocowane w odległości ośmiu do dziewięciu stóp od końca osi, zapewniają pewną równowagę na drogach błotnistych i wybojach. Mocne metalowe pokrycie chroni podróżnych od błota i upału, jest ono ruchome i w razie potrzeby może być prawie hermetycznie zamknięte, Do reparacyi tarantas jest równie łatwy jak telega, a zapewnia prawdopodobniejsze przybycie na miejsce przeznaczenia, podróżnym zajmującym tył ekwipażu.

Z wielkim trudem udało się Michałowi wynaleść tarantas, i prawdopodobnie w całej Permie już nie było drugiego, jednak aby nie wychodzić z swej roli Mikołaja Korpanoff kupca z Irkutska, o cenę targował się zapamiętale.

Nadia w tych poszukiwaniach towarzyszyła mu wszędzie. Chociaż w celach odmiennych, jednak obojgu było zarówno pilno przybyć na miejsce, a zatem i wyjechać. Można było powiedzieć że jedna chęć ich ożywiała.

– Siostro, powiedział Michał, byłbym pragnął wygodniejszy znaleść dla ciebie ekwipaż.

– I mnie to mówisz bracie, mnie, co byłabym chętnie nawet piechotą poszła, aby się tylko udać do mego ojca!

– Nie wątpię o twojej odwadze Nadia, ale są trudy fizyczne których kobieta przenieść nie może.

– Jakiekolwiek one będą – zniosę je, odrzekła dziewczyna. Jeżeli chociaż jedną skargę usłyszysz z ust moich, zostaw mię na drodze, a sam jedź dalej!

'Michael Strogoff' by Jules Férat 23

W pół godziny potem, trzy konie pocztowe już były zaprzężone do tarantasu. Zwierzęta te obrosłe długą sierścią, podobne są do niedźwiedzi na wysokich nogach. Były małe, ogniste, słowem były z rasy syberyjskiej.

Oto w jaki sposób pocztylion założył konie: największego umieścił między dwoma pyszlami, mającemi na końcu obręcz zwaną „duga” ozdobioną kutasikami i dzwonkami, dwa drugie przyczepił po prostu sznurami do stopni tarantasu. W miejsce lejców miał zwyczajną linkę.

Tak Michał jako też i młoda Inflantka nie mieli żadnych pakunków. Jeden w skutek projektu odbycia pospiesznej podróży, druga w skutek więcej aniżeli skromnych funduszów, nie zaopatrywali się w żadne bagaże. Na ten raz złożyło się to bardzo szczęśliwie, bo tarantas mógł pomieścić tylko albo samych podróżnych, albo też ich bagaże. Był on na dwie osoby nie rachując pocztyliona, trzymającego się na swojem siedzeniu, tylko za pomocą zachowania równowagi.

Pocztylion taki inaczej zwany jemszczyk, zmienia się na każdej stacyi. Ten co prowadził tarantas z pierwszej stacyi – był Syberyjczykiem, nie mniej od koni obrosłym, włosy miał długie równo przycięte na czole, kapelusz o podniesionych skrzydłach, czerwony pas, kapotę zapinaną na guziki z cyframi cesarskiemi.

Jemszczyk przybywszy z ekwipażem, rzucił zaraz wzrokiem badawczym na podróżnych. Bez rzeczy! – a gdzie u djabła je podzieli. I zrobił minę niezmiernie znaczącą.

– Kruki, powiedział głośno, kruki po sześć kopiejek za wiorstę!

– Nie! orły, odrzekł Michał, rozumiejący doskonale język jemszczyków, orły, czy słyszysz, po dziewięć kopiejek za wiorstę i trinkgeld oprócz tego!

Wesołe trzaśnięcie z bicza było odpowiedzią. „Kruk” w języku pocztylionów rosyjskich znaczy podróżnego skąpego albo krajowca, płacącego za wiorstę od dwóch do trzech kopiejek najwyżej. „Orzeł” to podróżny nie cofający się przed wysoką ceną, i nierachujący wspaniale trinkgeldu. To też kruk nie może mieć najmniejszej pretensyi do tak szybkiej jazdy jak orzeł cesarski.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 24

Nadia i Michał niezwłocznie zajęli miejsca w tarantasie. Trochę żywności umieszczonej w pudle, w razie opóźnienia, miało im posłużyć zanim przybędą do stacyi pocztowej, zazwyczaj niezmiernie wytwornie urządzonej, pod zwierzchnictwem państwa. Budę spuszczono, gdyż był upał wielki, a w samo południe, tarantas opuszczał Permę, pozostawiając za sobą tumany kurzu.

Sposób w jaki pocztylion prowadził zaprzęg, przez każdego podróżnego nie będącego ani Rosyaninem ani Syberyjczykiem, byłby niewątpliwie zauważanym. Koń środkowy regulator biegu, cokolwiek większy od dwóch innych, biegł po wszelkich nawet pochyłościach kłusem równym. Dwa zaś konie poboczne pędziły galopem. Jemszczyk nie bił ich wcale. Co najwyżej zachęcał je trzaskiem z bicza. Ależ za to ile zwracał do nich epitetów, kiedy bieg ich był zadawalniający! Sznurek służący mu za lejce byłby nieużyteczny z na wpół dzikiemi zwierzętami, ale „na prawo” „na lewo!” sprawiało lepszy skutek nad wszelkie lejce.

A co przyjemnych wezwań stosownie do okoliczności:

– Biegnijcie moje gołąbki! powtarzał jemszczyk. Biegnijcie grzeczne jaskółeczki! Odważnie, synku z lewej! Pospieszaj ojczulku z prawej!

Ale za to jeżeli bieg zwalniały, ileż wyrażeń znieważających, których znaczenie zwierzęta zdawały się rozumieć.

– Nuże djabli ślimaku! Żywcem obedrę cię ze skóry żółwiu, i będziesz potępiony po śmierci!

Bądź co bądź jadąc w ten sposób, więcej pomagając sobie słowami aniżeli silą ramienia, tarantas pędził robiąc dwanaście do czternastu wiorst na godzinę.

Michał przywykły już był do tego rodzaju ekwipażu i podróży. Dla niego nie było rzeczy niewygodnej. Wiedział on że zaprzęg rosyjski nie omija ani wybojów, ani roztopów, ani nawet drzew wywróconych znajdujących się na drodze. Był do tego stworzony. Towarzyszka jego narażoną była na pokaleczenie od uderzeń tarantasa, ale się nie użalała.

W pierwszych chwilach podróży, Nadia milczała. Potem powróciła do swej stałej myśli, przybyć, przybyć:

– Liczyłam trzysta wiorst od Permy do Ekaterinburga, czy się omyliłam bracie?

– Nie, nie omyliłaś się Nadia, odrzekł Michał, a skoro dostaniemy się do Ekaterinburga, będziemy już u podnóża gór Uralskich na pochyłości przeciwnej.

– Czy długo trwać będzie podróż w górach?

– Czterdzieści ośm godzin, bo dniem i nocą jedziemy. Mówię Nadia, dniem i nocą, bo ani na chwilę nie mogę się zatrzymać, bez wypoczynku muszę dążyć do Irkutska.

– Z mojej przyczyny ani jednej godziny nie opóźnisz się bracie, będziemy dniem i nocą podróżować.

– A więc jeżeli wkroczenie Tatarów nam nie przeszkodzi, za dwadzieścia dni będziemy na miejscu.

– Czy odbywałeś już kiedy tę podróż?

– Kilkakrotnie.

– W zimie prędzej i bezpieczniej dojechalibyśmy?

– Tak, niewątpliwie prędzej, ale więcej ucierpiałabyś od zimna i śniegów.

– Mniejsza o to! Zima jest przyjacielem Rosyanina.

– Tak jest, Nadia, ale jakiejże silnej natury potrzeba, aby się oprzeć takiej przyjaźni! Częstokroć widziałem w stepach temperaturę więcej jak czterdzieści stopni niżej zera! Czułem, pomimo ubrania ze skóry rena, iż serce moje marznie, nogi drętwieją pomimo potrójnego wełnianego obuwia. Widziałem konie u moich sanek całe lodem pokryte, ich oddech zmarznięty! Widziałem wódkę w mojej manierce tak stwardniałą że nożem jej ukrajać było niepodobna!… Ale sanki biegły z szybkością huraganu! Niema przeszkód na niezmierzonej przestrzeni białej, śniegiem okrytej! Żadnej bystrej wody gdzie dopiero trzeba szukać miejsca dogodnego do przebycia! Żadnego jeziora, gdzie trzeba statkiem przepływać. Wszędzie lód twardy, droga swobodna i pewna. Ale iluż cierpieniami to się opłaca Nadia! Ci tylko co już nigdy nie powrócili, a trupy ich śnieg pokrył, mogliby nam to powiedzieć!

– Ty jednak powróciłeś bracie.

– Tak, ale ja jestem Syberyjczykiem, i od dziecka towarzysząc ojcu memu na polowaniach, do tych ciężkich prób przywykłem. Ale ty Nadia, powiedziałaś mi że zima nie mogłaby była ciebie powstrzymać, że byłabyś pojechała sama, gotowa walczyć z klimatem syberyjskim, wtedy zdawało mi się iż widzę cię zbłąkaną w śniegach i upadającą, aby nie powstać więcej!

– Ile razy przebywałeś stepy zimową porą? spytała Inflantka…

– Trzy razy, kiedy udawałem się do Omska.

– A po co jeździłeś do Omska?

– Odwiedzić czekającą mnie matkę!

– A ja jadę do Irkutska gdzie mój ojciec mnie oczekuje. Wiozę mu ostatnie słowa matki mojej! Nic nie byłoby zdolnem przeszkodzić mi.

–Jesteś odważnem dzieckiem i sam Bóg byłby cię doprowadził.

W ciągu dnia tarantas szybko pędził zmieniając na każdej stacyi konie i jemszczyka. Orły gór nie byłyby się czuły znieważonemi porównaniem do „orłów” gościńca. Wysoka cena płacona za każdego konia, hojny trynkgeld, wszystko to zalecało podróżnych wyjątkowym sposobem, Być może iż poczthalterów zadziwiało że po ogłoszeniu ukazu młody człowiek i kobieta, widocznie Rossyanie, swobodnie przebiegali Syberyą, zamkniętą dla wszystkich, ale papiery ich były w porządku, mieli więc prawo podróżować.

Nietylko Michał i Nadia spieszyli drogą do Ekaterinburga. Zaraz na pierwszej stacyi kuryer cesarski dowiedział się że jakiś powóz go poprzedzał; ale ponieważ nie brakowało dla niego koni, mało go to obchodziło.

Tego dnia zatrzymano się tylko parę razy dla posiłku. W domach pocztowych można było zatrzymać się i posilić. Wreszcie gdyby nie było stacyi pocztowych, byłby je gościnnością swoją zastąpił każdy wieśniak rossyjski. W wioskach tych, wszystkich do siebie podobnych, kaplicami o białych murach i zielonych dachach, podróżny może do każdych drzwi zapukać. Wszystkie się otworzą. Wyjdzie mużyk z uśmiechniętą twarzą i poda rękę swemu gościowi. Ofiaruje mu chleb i sól, każe nastawić samowar i gość będzie jak u siebie. Rodzina się nawet wyprowadzi, aby tylko miejsce było dla niego. Przybywający cudzoziemiec jest krewnym dla wszystkich. To „Bóg go przysyła”.

Przybywszy wieczorem, Michał jakby pchnięty instynktem, zapytał jak dawno powóz wyruszył ze stacyi.

– Przed dwoma godzinami ojczulku, odpowiedziano mu.

– Czy to powóz podróżny?

– Nie. telega!

– Ilu podróżnych?

– Dwoje.

– Czy prędko jadą?

– Orły!

– Niech zaprzęgają prędko.

Michał i Nadia postanowili nie wypoczywać a jechać noc całą.

Pogoda ciągle była piękna, ale czuć było iż atmosfera jest ciężką i zapełnia się elektrycznością. Nie było widać najmniejszej chmurki, i zdawało się, iż rodzaj gorącego wyziewu z ziemi się wydostawał. Należało się spodziewać burzy w górach, a burza tam jest straszna. Michał umiejący rozpoznawać symptomata atmosferyczne, czuł zbliżającą się walkę żywiołów, i to wciąż go niepokoiło.

Noc przeszła bez żadnego wypadku, Pomimo trzęsienia tarantasu Nadia parę godzin spała. Podniesiona do połowy buda dozwalała oddychać trochą powietrza, tak przez płuca upragnionego wśród tej duszącej atmosfery.

Michał całą noc czuwał, niedowierzał jemszczykowi zasypiającemu co chwila i nie stracono ani jednej godziny, tak na przeprzęgach jako też i w drodze.

Nazajutrz 20 Lipca, około ósmej godziny rano, pierwsze kontury gór Uralskich zarysowały się na wschodzie. Jednak łańcuch ten oddzielający Rossyę Europejską od Syberyi, znajduje się jeszcze w tyle znacznej odległości, że przed wieczorem nie można go było dosięgnąć. Przebycie więc przez góry, miało prawdopodobnie dopiero w nocy nastąpić.

Tego dnia niebo wciąż było zachmurzone, tem samem i temperatura była znośniejsza, ale czas zanoszący się na burzę.

Być może iż w takich okolicznościach lepiej byłoby nie zapuszczać się w góry w czasie nocy i Michał niewątpliwie byłby tak postąpił, ale skoro na ostatniej stacyi jemszczyk zwrócił jego uwagę, iż grzmieć zaczyna, ograniczył się na zapytaniu:

– Czy telega wciąż jedzie przed nami?

– Tak jest.

– O wiele nas wyprzedza?

– O godzinę jazdy.

– Naprzód, i potrójny trynkgeld jeżeli jutro rano będziemy w Ekaterinburgu.



Rozdział X

Burza w górach Uralskich.

Góry Uralskie ciągną się na przestrzeni około trzech tysięcy wiorst pomiędzy Europą a Azyą. Czy zwać je będziemy wyrażeniem pochodzenia tatarskiego Ural, czy też w narzeczu rosyjskiem Pojas, zawsze nazwiemy je właściwie, bo jak jedno tak drugie „pas” znaczy. Powstałe na wybrzeżu morza Północnego, nikną na brzegach morza Kaspijskiego.

Tę właśnie granicę Michał postanowił przebyć udając się z Rosyi na Syberyą. a utrzymywano że wybierając drogę z Permy do Ekaterinburga, wijącą się na pochyłości wschodniej gór Uralskich, wybrał rozumnie. Była to droga najłatwiejsza i najbezpieczniejsza zarazem, bo służyła do wszelkiej zamiany handlowej Azyi środkowej.

Noc na przebycie gór powinna była wystarczyć, gdyby żaden wypadek nie stanął na przeszkodzie. Nieszczęściem pierwszy huk grzmotów zwiastował burzę przerażającą przy niezwykłem, a wciąż trwającem naprężeniu powietrza. Ciśnienie elektryczne było tak wielkie, iż mogło się objawić tylko gwałtownym wybuchem.

Michał usiłował swoją towarzyszkę ulokować jak można było najlepiej. Budę, którą trąba powietrzna łatwo mogła zerwać, przymocował silnie sznurami tam i napowrót je przywiązując. Skrócono postronki w zaprzęgu, i aby nie zaniedbać żadnej ostrożności piasty poobwijano słomą, tak dla umocowania kół, jako też dla złagodzenia wstrząśnień nieuniknionych podczas nocy ciemnej. Nakoniec tylną i przednią część ekwipażu którego osie były po prostu tylko przymocowane do pudła tarantasu, zostały spojone razem za pomocą nitabli, drąga i śrub.

Nadia zajęła znów miejsce w głębi ekwipażu, Michał usiadł przy niej. Pod budą zupełnie spuszczoną wisiały dwie skórzanne firanki, mające w części chronić podróżnych od deszczu i nawałnicy.

Dwie wielkie latarnie umieszczono po lewej stronie siedzenia jemszczyka, a te prostopadle rzucały niepewne światło na drogę. Były to raczej ognie bezpieczeństwa i jeżeli niewiele dawały światła w ciemności, to za to chroniły od najechania innego ekwipażu.

Jak widziemy wszelkie przedsięwzięto ostrożności, a jednak nic nie było zbytecznem na ową noc groźną.

– Nadia, my już gotowi, powiedział Michał.

– Jedźmy, odrzekła dziewczyna.

Wydano rozkaz jemszczykowi i tarantas chwiać się zaczął wspinając na góry Uralskie.

Była godzina ósma, słońce już zachodziło. Było prawie zupełnie ciemno. Olbrzymie pary zdawały się przyciskać sklepienie niebios, wiatru nie było najmniejszego. Chociaż zdawały się nieruchome od jednego do drugiego horyzontu, przestrzeń dzieląca je od ziemi stawała się coraz mniejszą. Niektóre z tych pasów rzucały światło fosforyczne, przedstawiając oczom łuki od sześćdziesięciu do ośmdziesięciu stopni. Pasy te zdawały się zwolna zbliżać ku ziemi, ścieśniając swe obręcze w taki sposób, iżby wkrótce opasać górę, jak gdyby huragan strefy wyższej z góry spędził je na dół. Droga prowadziła kutym ciężkim chmurom. Niezadługo gęste chmury i droga jedną będą stanowiły całość, a jeżeli para w deszcz się nie zamieni, mgła stanie się tak wielką, iż niepodobna będzie odbywać dalszej drogi bez narażenia się na wpadnięcie w przepaść jakąkolwiek.

Jednak łańcuch gór Uralskich dochodzi zaledwo średniej wysokości. Najwyższy ich szczyt pięciu tysięcy stóp nie przechodzi. Wieczyste śniegi są tam nieznane, a te co nagromadzają się w czasie syberyjskiej zimy na ich wierzchołkach, nikną od letnich promieni słonecznych. Rośliny i drzewa rosną na całej ich przestrzeni, Tak samo jak eksploatacya żelaza i miedzi, eksploatacya drogich kamieni wielu potrzebuje robotników. To też wsie zwane „zarody” często można napotkać, a drogę w wąwozach łatwo przebywać mogą pocztowe powozy.

Ale jeżeli co jest łatwem w czasie światła i pogody, przedstawia tysiączne niebezpieczeństwa w nocy, kiedy żywioły walczą wokoło nas groźnie.

Michał wiedział już co to burza w górach i być może słusznie poczytywał zjawisko to za równie groźne, jak zimowe śnieżne zawieje.

Przy wyjeździe deszcz nie padał jeszcze, Michał podniósł skórzane firanki służące za ochronę wnętrza tarantasu i patrzył zarówno przed siebie jako też po bokach drogi przyglądając się fantastycznym obrazom, tworzącym się co chwila przy migotliwem świetle latarni.

Nadia skrzyżowawszy ręce wyglądała także lecz pozostała nieruchomą, kiedy tymczasem towarzysz jej w połowie wychylony z tarantasu, badał niebo i ziemię kolejno.

Powietrze było zupełnie spokojne, ale cisza ta była groźną. Najlżejszy podmuch wiatru nie powiewał. Zdawało się iż natura w połowie martwa, nie oddychała już wcale i że płuca jej, to jest chmury, ubezwładnione nadprzyrodzoną jakąś przyczyną, nie funkcyonowały zupełnie. Ciszę przerywał tylko turkot kół tarantasu, skrzypienie osi, głośne rżenie koni hałaśliwie wciągających brakującego im powietrza i szczęk ich podków głośno uderzających o kamienie.

Wreszcie, droga była zupełnie pusta. Tarantas nie napotkał ani żadnego przechodnia, ani też żadnego ekwipażu podczas tak groźnej pory w wąwozach Uralu. Żadnego ogniska węglarskiego, żadnego obozu pracowników, żadnego szałasu na porębach. Trzeba było niezmiernie ważnej przyczyny aby skłonić mogła do przebywania łańcucha gór w podobnych warunkach. Michał nie wahał się. U niego było to niepodobieństwem; ale w takim razie – i to w sposób wyjątkowy zainteresowało go, – któż mogli być podróżni w teledze wyprzedzający tarantas, i jakie ważne powody mogły ich skłonić do podobnej nierozwagi?

Jakiś czas więc zastanawiał się nad tem. Około godziny jedenastej, ukazały się błyskawice i nieustały już więcej. Przy ich gwałtownem świetle, ukazywały się i niknęły raptownie gromady sosen na niektórych punktach drogi. Kiedy tarantas pędził brzegiem drogi, ukazywały się głębokie przepaście. Od czasu do czasu głośniejszy turkot znamionował, że przebywano most zaledwo umocowany na jakiejś jamie, a grzmot zdawał się huczeć pod nim. Wreszcie przestrzeń cała napełniła się monotonnym hukiem, tem groźniejszym, iż zdawał się coraz wyżej wstępować w niebiosa. Do tych rozhukanych żywiołów natury, łączył się głos jemszczyka, to pochlebiającego to grożącego biednym zwierzętom, zmordowanym więcej brakiem powietrza, aniżeli odbytą drogą. Dzwonki już ich nie ożywiały, chwilami chwiały się nawet na nogach.

– O której godzinie na szczyt przybędziemy? zapytał Michał jemszczyka.

– O pierwszej rano… jeżeli przybędziemy! odpowiedział tenże potrząsając głową.

– Wszak prawda przyjacielu że nie pierwszy raz podczas burzy jesteś w górach?

– Nie, i spraw Boże aby to nie było po raz ostatni!

– Czy się obawiasz?

– Nie, ale powtarzam źle zrobiliście panie wyjeżdżając.

– Zostając byłbym gorzej uczynił.

– Jazda więc gołąbki moje! krzyknął jemszczyk, jak człowiek przyzwyczajony do wykonywania nie zaś do wydawania rozkazów.

Naraz rozległ się przerażający świst w powietrzu, było to jakby ogłuszającym jękiem atmosfery tak spokojnej dotąd. Po nagłej błyskawicy grom uderzył. Michał zobaczył łamiące się wierzchołki sosen. Wiatr huczał, ale dotąd dotykał tylko wyższych warstw powietrza. Suchy trzask znamionował łamanie się niektórych drzew starych., nie mogących się oprzeć sile burzy. Nawałnica połamanych pniów potoczyła się drogą, przeskoczywszy gwałtownie skały i wpadła po lewej stronie w przepaść, o dwieście kroków przed tarantasem.

Konie raptem stanęły.

– Dalejże śliczne moje gołąbki! krzyknął jemszczyk łącząc trzaskanie bicza z gromami burzy.

Michał chwycił Nadię za rękę.

– Czy śpisz siostro? zapytał!

– Nie bracie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 25

– Przygotuj się na wszystko. Oto burza!

– Jestem przygotowaną.

Michał zaledwo zdążył zasunąć skórzane firanki tarantasu.

Burza lotem piorunu zbliżała się.

Jemszczyk skoczył z kozła. stanął przed końmi bo całemu ekwipażowi straszne groziło niebezpieczeństwo.

W istocie tarantas znajdował się na zakręcie drogi, którą przybywała nawałnica. Trzeba więc było stać wprost wiatru, inaczej niewątpliwie skręciłby tarantas rzucając go w przepaść, znajdującą się na lewo. Konie przejęte strachem spięły się, a jemszczyk nie mógł ich uspokoić. Po namowach pieszczotliwych, nastąpiły najstraszniejsze wyzywania. Wszystko było bezskuteczne. Nieszczęśliwe zwierzęta oślepione światłem elektrycznem, ogłuszone nieustannym hukiem piorunów, podobnym do strzałów artyleryjskich, groziły zerwaniem postronków i ucieczką. Jemszczyk nie mógł już zawładnąć swoim zaprzęgiem.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 26

Michał raptownym rzutem wyskoczył z tarantasu, biegnąc z pomocą jemszczykowi. Obdarzony niepospolitą siłą, jednak nie bez trudu pohamował konie.

Ale burza coraz więcej szalała. Droga w tym miejscu skręcała się lejkowato, burza wpadła w to zagięcie. Jednocześnie nawałnica kamieni i wyrwanych pniów z szaloną szybkością toczyła się ze spadzistości.

– Nie możemy pozostać tutaj, powiedział Michał.

– To też nie zostaniemy, krzyknął jemszczyk przerażony, opierając się wszelkiemi siłami pędowi powietrza, Huragan wkrótce pośle nas najkrótszą drogą do podnóża góry!

– Tchórzu! trzymaj konie z prawej strony, lewego ja biorę na siebie! zawołał Michał.

Nowy wybuch burzy przerwał mowę Michała. I on i jemszczyk musieli pochylić się aż do ziemi aby nie zostać przewróconymi; ale tarantas pomimo wysileń koni wciąż naprzeciw wiatru utrzymywanych, cofnął się o kilka kroków, i gdyby nie pień drzewa który go zatrzymał, byłby się w przepaść potoczył.

– Nie lękaj się Nadia! krzyknął Michał.

– Ja się nie lękam odrzekła młoda Infantka, zupełnie spokojnym głosem.

Gromy ucichły na chwilę, a straszna burza przebiegłszy zakręt, wpadła do wąwozów.

– Czy decydujecie się panie powrócić? zapytał jemszczyk.

– Nie, przeciwnie, trzeba jechać w górę! Trzeba przebyć ten zakręt! Wyżej będziemy zasłonięci pochyłością!

– Ale konie iść nie chcą!

– Rób jak ja, ciągnij je naprzód!

– Nawałnica powraca.

– Czy ty będziesz posłuszny?

– Chcesz pan tego!

– To Ojciec rozkazuje! odparł Michał używając po raz pierwszy tego imienia.

– Idźcie jaskółki moje! zawołał jemszczyk chwytając konia z prawej, kiedy tymczasem Michał usiłował to samo uczynić z lewym.

Konie w ten sposób prowadzone ruszyły z trudnością. Nie mogły już w bok się rzucić, a koń środkowy nie będąc już popychanym, mógł postępować środkiem drogi. Ale tak konie jak i ludzie nie uczynili trzech kroków nie cofnąwszy się przynajmniej o jeden. Slizgali się, padali, powstawali. Powóz narażony był na rozbicie. Gdyby buda nie była mocno przymocowaną, pierwszy wiatr byłby ją zerwał.

Michał i jemszczyk zaledwie w przeciągu co najmniej dwóch godzin przebyli pół wiorsty wprost na burzę wystawionej. Niebezpieczeństwo nie leżało tylko w samym huraganie walczącym z zaprzęgiem i jego przewodnikami, ale spoczywało ono głównie w gradzie kamieni i drzew połamanych, spadających z góry.

Jedną z takich mas spostrzeżono przy świetle błyskawicy, pędzącą z niezmierną szybkością w kierunku tarantasu.

Jemszczyk strwożony krzyknął.

Michał silnem uderzeniem bicza chciał zmusić konie do pośpiechu. Tylko kilka kroków, a nawałnica przejdzie za nimi.

Michał prędzej niż w mgnieniu oka przewidział to i tarantas rozbity i towarzyszkę zmiażdżoną! Widział jasno iż nie, było już czasu porwać ją żywą z ekwipażu!…

Wtedy skoczył w tył, w niebezpieczeństwie tem znalazł siłę nadludzką, oparł się plecami o tarantas, nogą o ziemię i popchnął kilka stóp ciężki ekwipaż.

Olbrzymi stos przebiegając musnął mu piersi i dech zatamował, jak gdyby kula armatnia.

– Bracie! krzyknęła Nadia przerażona, która widziała tę całą scenę przy świetle błyskawicy.

– Nadia! odpowiedział Michał, Nadia nie lękaj się!…

– Nie o siebie się przeraziłam!

– Bóg jest z nami siostro!

– Ze mną z pewnością bracie, ponieważ ciebie postawił na mej drodze! szepnęła dziewica.

Wysilenie nadludzkie Michała w posunięciu tarantasu nie miało zostać bezpożyteczne. Poruszenie to skłoniło konie do postępowania w pierwotnym kierunku. Wleczone, że się tak wyrazimy przez Michała i jemszczyka postąpiły w górę aż do ciasnej południowo północnej przestrzeni, chroniącej je od bezpośredniego zetknięcia się z nawałnicą. Spadzistość z prawej strony przedstawiała rodzaj szańca, dzięki skale tworzącej pewien wyłom. Wicher więc tu nie szalał, a miejsce było znośne, kiedy tymczasem zdala od tej uchrony, ani człowiek ani też żadne zwierze istniećby nie mogło.

W istocie kilka jodeł wystających ponad wejście do jaskini zostało raptownie zmiecione. Burza szalała z całą wściekłością. Wąwozy napełnione były światłem błyskawic, gromy nie ustawały. Ziemia pod tem wstrząśnieniem zdawała się drżeć w swoich posadach, jak gdyby olbrzymi Ural podlegał drganiu ogólnemu.

Na szczęście, tarantas można było zatoczyć pod wystający wyłom, którego burza dosięgnąć nie mogła. Jednakże ochrona jego nie mogła go stanowczo obronić przed gwałtownym wichrem, od czasu do czasu tam się wciskającym, a i wtedy ekwipażowi groziło niebezpieczeństwo rozbicia.

Nadia musiała opuścić dotąd zajmowane miejsce. Michał szukając przy świetle latarni, odkrył grotę gdzie dziewica mogła spocząć aż do chwili, kiedy dalsza podróż okaże się możebną.

Była wtedy pierwsza godzina rano, ulewny deszcz padać zaczął, ale ulewa nie mogła zagasić świateł niebieskich. Połączenie to, wyjazd czyniło niepodobnym.

Tak więc jakkolwiek wielką była niecierpliwość Michała, – a wiemy jaką była – trzeba było jakiś czas poczekać. Wreszcie kończyli już prawie drogę z Permy do Ekaterinburga, pozostawało już tylko przebyć spadzistość gór Uralskich, a spuszczać się na dół w takich warunkach, na gruncie poprzerzynanym tysiącem strumieni górnych, wśród wzburzonego powietrza i wody, było to biedz w przepaść.

– Czekać, to rzecz ważna, powiedział Michał, ale jest to uniknięciem większego opóźnienia. Gwałtowność burzy każe się spodziewać iż nie potrwa ona długo. Około trzeciej dnieć zacznie, a droga której bez niebezpieczeństwa nie możemy odbywać w ciemności, stanie się łatwą a przynajmniej możebną przy świetle dziennem.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 27

– Czekajmy bracie, odparła Nadia, ale jeżeli to dla oszczędzenia mnie utrudzenia i niebezpieczeństwa, nie opóźniaj się.

– Nadia, wiem że ty jesteś gotową narazić się na wszelkie niebezpieczeństwo, ale narażając nas oboje, naraziłbym więcej niż moje życie, więcej aniżeli twoje, uchybiłbym powinności, obowiązkowi który przedewszystkiem spełnić należy!

– Obowiązek!… szepnęła Nadia.

W tem nagła błyskawica rozdarła niebiosa i, że się tak wyrazimy, deszcz ulotniła. Natychmiast suchy łoskot dał się słyszeć. Powietrze napełniło się zapachem siarki prawie duszącym, i w tejże chwili bukiet sosen o dwadzieścia kroków od tarantasu dotknięty prądem elektrycznym, zapalił się jak olbrzymia pochodnia.

Jemszczyk rzucony o ziemię podniósł się na szczęście nie raniony.

Kiedy ostatni huk grzmotów zniknął w głębi gór, Michał uczuł rękę Nadi silnie opierającą się na jego ramieniu i jednocześnie usłyszał wyrazy szepnięte mu do ucha:

– Krzyki, bracie! Słuchaj!



Rozdział XI

Podróżni w strapieniu.

W istocie, podczas chwilowo uspokajającej się burzy, słychać było krzyk pochodzący z drogi w niewielkiej odległości od wyłomu, zasłaniającego tarantas.

Było to jak gdyby wezwanie zrozpaczonego podróżnego pod naciskiem nieszczęścia.

Michał nadstawił ucha, słuchał.

Jemszczyk słuchał także, ale tylko kiwał głową jak gdyby uważał niepodobieństwem odpowiedzieć na wezwanie.

– Podróżni wzywający ratunku! krzyknęła Nadia.

– Jeżeli na nas tylko rachują! odpowiedział jemszczyk.

– Dlaczegóżby nie? zawołał Michał. Czyż tego co oni w podobnych okolicznościach uczyniliby dla nas, my nie możemy im wyświadczyć?

– Spodziewam się że nie narazicie na niebezpieczeństwo ani powozu ani koni!…

– Pójdę piechotą, odpowiedział Michał, przerywając mowę jemszczyka.

– Bracie, idę z tobą, rzekła młoda Inflantka.

– Nie, pozostań Nadia. Nie chcę zostawić go samego…

– Zostanę, odparła Nadia.

– Cokolwiek bądź się stanie, nie opuszczaj tego miejsca.

– Zastaniesz mnie tu gdzie jestem.

Michał uścisnął rękę swej towarzyszki i wkrótce na zakręcie drogi zniknął w ciemnościach.

– Twój brat źle robi, rzekł wtedy jemszczyk do dziewicy.

– On słusznie postąpił – krótko odpowiedziała Nadia.

Co do Michała ten postępował spiesznie. Jeżeli pragnął szybko przyjść z pomocą nieszczęśliwym, zarówno pragnął dowiedzieć się, kto byli ci podróżni, których burza nie mogła powstrzymać od puszczenia się w góry, bo nie wątpił iż byli to ci sami co w teledze wyprzedzali jego tarantas.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 28

Deszcz ustał, ale za to burza z podwójną siłą szalała. Krzyk stawał się coraz wyraźniejszym. Z ustronia gdzie Michał pozostawił Nadię nic nie można było widzieć. Droga była kręta, a przy błyskawicznem świetle można było tylko widzieć wyboje i nierówności gruntu. Rozhukane wichry górzyste z trudnością pozwalały się przedostać, potrzeba na to było takiej niezwykłej siły, jak siła Michała.

Za chwilę, nie ulegało już wątpliwości, że podróżni wzywający ratunku, byli bardzo blizko. Chociaż Michał nie widział ich jeszcze, czy to w skutek ciemności, czy też że zostali z drogi zrzuceni, słowa ich jednak słyszał już wyraźnie.

Oto co z wielkiem zadziwieniem posłyszał:

– Bałwanie! czy ty powrócisz?

– Każę cię wybatożyć na najbliższej stacyi.

– Czy słyszysz ty diabli pocztylionie!

– Oto jak nas wożą w tym kraju!…

– I to co się zowie telegą!

– Eh! potrzykroć głupiec! Wciąż pędzi nie zdając się nawet spostrzegać że nas pozostawił na drodze!

– W ten sposób postąpić ze mną, ze mną! Akredytowanym Anglikiem! podam skargę do kancellaryi państwa, i każę go powiesić!”

Mówiący był w istocie wielkim gniewem uniesiony. Ale nagle zdało się Michałowi, iż usłyszał gwałtowny wybuch śmiechu i w odpowiedzi następujące wyrazy:

– A więc! nie! to zbyt śmieszne.

– Wy odważacie śmiać się! odparł dość kwaśno obywatel Trzech Królestw.

– Naturalnie, i to szczerze kochany współtowarzyszu, cóż mam robić lepszego. Radzę ci zrobić tak samo! Na honor, to zbyt śmieszne, tego jeszcze nigdy nie widziano!…

Nagle huk grzmotu napełnił wąwozy przerażającym łoskotem, zwiększonym jeszcze echami gór. Kiedy wszystko ucichło, wesoły głos mówił dalej:

– Tak, nadzwyczajnie śmieszne! Niewątpliwie nic podobnego nie stałoby się we Francyi.

– Ani też w Anglii! odpowiedział Anglik.

Na drodze rozjaśnionej błyskawicą, Michał w odległości dwudziestu kroków zobaczył podróżnych przyczepionych na tylnej ławce oryginalnego ekwipażu, zagrzęzłego w kałuży.

Michał postąpił ku podróżnym, z których jeden śmiał się, a drugi złorzeczył i poznał w nich dwoch korespondentów dzienników, widzianych już na Kaukazie w czasie przeprawy z Niżnego-Nowgorodu do Permy.

– Ah! dzień dobry panu! krzyknął Francuz! Zachwyca mnie widok pana w obecnej okoliczności! Pozwól mi przedstawić sobie mego zaciętego wroga, pana Blount”.

Dziennikarz angielski ukłonił się i byłby prawdopodobnie według wymagań etykiety przedstawił swego towarzysza, kiedy Michał w te słowa przemówił:

– To zbyteczne panowie, my się już znamy, ponieważ odbyliśmy już razem podróż na Wołdze.

– Ah! to doskonale! To cudownie! panie…?

– Mikołaj Korpanoff, kupiec z Irkucka, odpowiedział Michał. Lecz nakoniec czy zechcecie mi powiedzieć co za opłakana przygoda, jednego z was tak bawi, kiedy drugiego niecierpliwi?

– Osądź sam panie Korpanoff, odrzekł Alcydes Jolivet. Wyobraź sobie że nasz pocztylion pojechał z przednią częścią tego przeklętego wehikułu, pozostawiając nas w tylnej części swego dziwacznego ekwipażu! Najgorsza część telegi na dwóch; niema ani przewodnika ani koni! Czyż nie jest to niewypowiedzianie śmieszne?

– Wcale nie śmieszne! odparł Anglik.

– Ależ tak kochany kolego! Doprawdy nie umiesz z dobrej strony zapatrywać się na to zdarzenie!

– A zatem racz mnie łaskawie objaśnić, w jaki sposób dalszą drogę odbędziemy?

– Nic prostszego. Ty zaprzęgniesz się do tych resztek powozu; ja, wezmę lejce, będę cię nazywał moim gołąbkiem, jakby prawdziwy jemszczyk, a ty będziesz biegł jak prawdziwy koń pocztowy!

– Panie Jolivet, żart ten przechodzi granice i…

– Uspokój się kochany kolego. Skoro ty się zmęczysz, ja ciebie zastąpię i będziesz mógł nazywać mię ślimakiem, jeżeli cię kłusem piekielnym nie powiozę!

Alcydes Jolivet mówił to wszystko tak wesoło, że Michał nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Panowie, powiedział wtedy, lepiej możemy sobie poradzić, Jesteśmy już na szczycie łańcucha gór Uralskich, a tem samem pozostaje nam już tylko spuścić się z pochyłości góry. Powóz mój nie więcej jak o pięćset kroków ztąd oddalony. Pożyczę wam jednego z moich koni, zaprzęgną go do pudła waszej telegi, i jutro, jeżeli nic niespodziewanego nie zajdzie, razem przybędziemy do Ekaterinburga.

– Panie Korpanoff, wykrzyknął Alcydes Jolivet, oto propozycya szlachetnego serca!

– Nadmienię jeszcze, że jeżeli wam nie ofiarowywam miejsca w moim tarantasie, to jedynie dla tego iż jest ich tylko dwa, a ja z moją siostrą podróżuję.

– Co znowu, ja i mój kolega z twoim koniem i tyłem telegi, na koniec świata pojedziemy!

– Panie, przemówił Harry Blount, przyjmujemy Twoją uprzejmą ofiarę. Co zaś do tego jemszczyka!…

– Oh! chciej pan wierzyć iż to nie po raz pierwszy zdarza się podobna przygoda! przerwał Michał.

– Dla czegóż on więc nie wraca? Wszakże ten nędznik wie doskonale że nas porzucił!

– On! ani się tego domyśla!

– Co! ten szaleniec nawet nie wie że jego ekwipaż się rozpołowił?

– Zaręczam że nie wie, i najspokojniej jedzie do Ekaterinburga!

– I cóż kolego, czyż ci nie mówiłem jakie to zabawne! wykrzyknął Alcydes Jolivet.

– A więc jeżeli panowie chcecie udać się ze mną, wracajmy do mego powozu i…

– A telega? zauważył Anglik.

– Nie obawiaj się kochany Blouncie, nie ucieknie! powiedział wesoło Alcydes Jolivet. Tak się doskonale zakorzeniła, że gdybyś ją zostawił do wiosny, puściłaby listki!

– Pójdźcież panowie, powiedział Michał, przyprowadzimy tutaj tarantas.

Francuz i Anglik wstawszy z siedzenia udali się za Michałem.

Idąc, Alcydes Jolivet swoim zwyczajem, gawędził wesoło.

– Na honor, panie Korpanoff, z wielkiego nas wyprowadzasz kłopotu!

– Każdy na mojem miejscu zrobiłby to samo. Gdyby podróżni nie wspierali się wzajemnie, należałoby drogi zabarykadować!

– Zastrzegamy sobie odwet. Jeżeli się pan zapuszczasz daleko w stepy, może spotkamy się jeszcze, i…

Alcydes Jolivet nie zapytywał Michała wyraźnie gdzie się udaje, ale ten nie chcąc pozostać skrytym natychmiast odpowiedział:

– Ja udaję się do Omska.

– My z panem Blount udajemy się gdzie nas oczy poniosą, gdzie może znajdzie się trochę kul, ale napewno znajdą się i nowiny.

– Do prowincyi zajętych przez Tatarów? zapytał z pewnym pośpiechem Michał.

– Tak właśnie panie Korpanoff, według więc wszelkiego prawdopodobieństwa, spotkamy się jeszcze!

– Mówiąc prawdę nie pragnę kanonady ani kłócia lancą, z natury zanadto lubię spokój abym miał iść tam gdzie się biją.

– Doprawdy panie jestem w rozpaczy iż tak prędko się rozstaniemy! Ale być może że opuszczając Ekaterinburg będziemy jeszcze razem podróżować chociażby tylko dni kilka?

– Czy panowie udajecie się do Omska? zapytał Michał po chwilowym namyśle.

– Nie jesteśmy dotąd stanowczo zdecydowani, to pewna tylko że udajemy się wprost do Iszimu, przybywszy zaś na miejsce urządzimy się stosownie do okoliczności.

– A zatem razem jedziemy aż do Iszimu, powiedział Michał.

Michał byłby niewątpliwie wolał sam podróż odbywać, ale nie mógł tego uskutecznić, bez wzbudzenia co najmniej podejrzeń, rozłączając się z towarzyszami odbywającymi tę samą co on drogę. Wreszcie ponieważ Alcydes Jolivet i jego towarzysz zamierzali zatrzymać się w Iszimie, nie zaś jechać bezzwłocznie do Omska, nie widział żadnej niedogodności w odbywaniu razem podróży.

– A więc to już ułożone. Jedziemy razem.

Potem zapytał tonem obojętnym:

– Czy nie wiecie gdzie są obecnie Tatarzy ze swoją wojną?

– Na honor panie, wiemy tylko to co nam w Permie mówiono, odrzekł Alcydes Jolivet. Tatarzy Feofar-Hana są już w prowincyach Semipalatinska, a od paru dni posuwają się do Irtyszu. Musisz się pan spieszyć jeżeli ich chcesz wyprzedzić w Omsku. Mówiono także, że sławny O* pod przebraniem zdołał przebyć granicę i że prawdopodobnie wkrótce połączy się z wodzem tatarskim.

– Ale jakim sposobem dowiedziano się o tem? zapytał Michał, niezmiernie zainteresowany temi prawdopodobnemi wieściami.

– Eh! tak jak się dowiadują o wszystkiem. To jest w powietrzu.

– I pan doprawdy przypuszczasz że O* jest na Syberyi?

– Słyszałem nadto że udało się drogą z Kazania do Ekaterinburga.

– Ah! pan wiedziałeś o tem panie Jolivet? odezwał się Harry Blount, uwagą Francuza obudzony z zadumy.

– Wiedziałem odrzekł Alcydes Jolivet.

– Czy i to wiedziałeś że miał być przebrany za cygana? zapytał Harry Blount.

– Za cygana! mimowolnie krzyknął Michał, przypominając sobie twarz cygana w Niżnym-Nowgorodzie, jego podróż na pokładzie Kaukazu i wylądowanie w Kazaniu.

– Wiedziałem o tyle, iż napisałem już do mojej kuzynki, odparł z uśmiechem Alcydes Jolivet.

– Nie traciłeś czasu w Kazaniu, zauważył sucho Anglik.

– Wcale nie kochany kolego, kiedy Kaukaz zaopatrywał się w prowizye, ja zaopatrywałem się także!

Michał nie słuchał już. Myślał on o gromadzie cyganów, o starym cyganie którego twarzy nie widział, o towarzyszącej mu dziwnej kobiecie, o spojrzeniu jakie nań rzuciła, i właśnie usilował wy umyśle swoim zestawić wszystkie te szczegóły, kiedy nagle w niewielkiej odległości rozległ się huk wystrzału.

– Ah! panowie, spieszcie! krzyknął Michał.

– No, no, jak na kupca unikającego strzelaniny, zbyt pospiesznie bieży na miejsce gdzie strzały padają!

I wyraz z Harrym Blount pobiegł za Michałem.

Za chwile byli przy wyłomie zakrywającym tarantas.

Bukiet sosen zapalony od piorunu dotąd płonął. Droga była pusta. Jednak Michał nie mógł się omylić! Strzał najwyraźniej słyszał.

Nagle usłyszał przerażające mruczenie, i odgłos drugiego wystrzału.

– Niedźwiedź! krzyknął Michał, zbyt dobrze znał on to mruczenie, aby się miał omylić. Nadia! Nadia!

Wyrwał kordelas z za pasa i jednym skokiem przybył na miejsce gdzie dziewica czekać nań miała.

Płonące sosny jasno oświetlały scenę.

W chwili kiedy już dobiegał do tarantasa, olbrzymia masa potoczyła się aż ku niemu.

Był to ogromny niedźwiedź. Burza wypędziła go z lasu, przybył szukać schronienia w grocie, którą obecnie Nadia zajmowała.

Dwa konie przerażone obecnością zwierzęcia, zerwały zaprzęg i uciekły; jemszczyk zaś zostawiwszy dziewicę samą, puścił się za nimi.

Odważna Nadia nie straciła przytomności. Początkowo niewidzący jej niedźwiedź zabrał się do pozostałego konia. Wtedy Nadia pobiegła do powozu, chwyciła rewolwer Michała, i idąc ku niedźwiedziowi strzeliła doń.

Zwierz lekko raniony w łopatkę, zwrócił się ku dziewicy, ta chcąc go uniknąć biegała w około tarantasu którego koń chciał koniecznie zerwać uprząż. Stracić konie, było to jedno i to samo co uniemożliwienie dalszej podróży. Nadia więc wróciła do niedźwiedzia, i z zadziwiająco zimną krwią, w chwili kiedy niedźwiedź już spuszczał łapy na jej głowę, strzeliła po raz drugi.

Ten to właśnie wystrzał rozległ się tuż około Michała. Ramię jego tylko raz się poruszyło a olbrzymie zwierze rozprute od góry do dołu, padło jak masa nieruchoma.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 29

– Czy nie jesteś ranioną siostro? zapytał Michał dziewicy.

– Nie, bracie, odrzekła Nadia.

Teraz ukazali się dwaj dziennikarze.

Alcydes Jolivet skoczył do konia, a musiał być dość silny, bo go zdołał powstrzymać. Obadwa widzieli śmierć niedźwiedzia.

– Do licha, krzyknął Alcydes, jak na zwyczajnego kupca, tęgo pan machasz nożem.

– Bardzo tęgo nawet, dodał Harry Blount.

– Na Syberyi wszystko musiemy umieć po trochu, odrzekł Michał.

Alcydes spojrzał na młodego człowieka. Widziany w pełnem świetle, z nożem ciekącym krwią jeszcze, wyniosłego wzrostu, z odwagą malującą się w twarzy, oparłszy nogę na cielsku niedźwiedzia, Michał był prawdziwie pięknym.

– Nieustraszony śmiałek! mruknął do siebie. I z miną pełną szacunku, z kapeluszem w ręku, podszedł aby powitać dziewicę.

Nadia lekko się skłoniła.

Wtedy Alcydes szepnął swemu towarzyszowi.

– Siostra warta brata. Gdybym był niedźwiedziem, nie chciałbym się narazić tej groźnej, a zarazem ślicznej parze!

Harry Blount prosty jak tyka słał o parę kroków z kapeluszem w ręku. Swoboda towarzysza zdwoiła jeszcze zwykłą jego sztywność.

Teraz ukazał się jemszczyk prowadząc obadwa konie. Z żalem spojrzał na wspaniałe zwierzę, które należało pozostawić na pastwę drapieżnego ptastwa i wziął się do reparowania uprzęży.

Michał opowiedział mu położenie dwóch podróżnych, a zarazem i projekt oddania im jednego konia od tarantasu.

– Jak się wam podoba, odrzekł jemszczyk. Tylko że dwa powozy zamiast jednego…

– Dobrze przyjacielu, zapłacę ci podwójnie, rzekł Alcydes, domyślając się zamiaru jemszczyka.

– Dalej moje gołąbki! krzyknął.

Nadia zajęła miejsce w tarantasie, Michał i jego towarzysze szli przy niej piechotą.

Była trzecia godzina. Burza uspakajając się nie huczała już tak przerażająco w wąwozach, można więc było postępować szybko.

Z pierwszym brzaskiem jutrzenki tarantas dobił do telegi zanurzonej do połowy w błocie.

Jednego z koni za pomocą sznurów założono do telegi. Dwaj dziennikarze zajęli dawne miejsca w tym oryginalnym ekwipażu i powozy ruszyły. Miały tylko spuścić się z pochyłości gór Uralskich, – a to nie przedstawiało już żadnych trudności.

W sześć godzin bez żadnego wypadku, dwa ekwipaże przybywały do Ekaterinburga.

Najpierwszą osobistością jaką ujrzeli dwaj dziennikarze, był ich jemszczyk, oczekujący na nich z całym spokojem we drzwiach domu pocztowego.

Rosyanin ten w istocie cieszył się bardzo poczciwą fizyognomią, i z całą swobodą i uśmiechem podszedł do nich z wyciągniętą ręką, prosząc na wódkę.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 30

Musiemy wyznać, że wściekłość Harrego Blount objawiła się z całą gwałtownością brytańską i gdyby nie to, iż jemszczyk roztropnie cofnął się, uderzenie pięścią według wszelkich zasad boksowania, byłoby jego trinkgeldem.

Alcydes Jolivet na widok tego gniewu pokładał się ze śmiechu, śmiał się zaś tak jak może nie śmiał się nigdy.

– Ależ on ma słuszność, zawołał. On jest w swojem prawie kochany kolego! Nie jego w tem wina, że nie umieliśmy podążyć za nim!

I wyjmując kilka kopiejek z kieszeni dodał:

– Masz przyjacielu, weź to! Jeżeli nie zasłużyłeś na to, nie twoja w tem wina!

Ten postępek zdwoił jeszcze gniew Harrego Blount, chcącego koniecznie wytoczyć proces poczthalterowi.

– Proces! krzyknął Alcydes Jolivet. Proces, ale nigdy się nie doczekasz końca jego! Czy nie znasz historyi mamki procesującej się o dwunastomiesięczne karmienie dziecka.

– Nie znam.

– A zatem nie wiesz także, że dziecko to było już pułkownikiem gwardyi, kiedy proces ukończono!

Wszyscy roześmieli się.

Co do Alcydesa Jolivet, ten wydostał swoją książeczkę i z uśmiechem na ustach zrobił notatkę mającą służyć do słownika moskiewskiego.

„Telega, powóz rosyjski, czterokołowy kiedy wyrusza z miejsca – a dwukołowy kiedy przybywa na miejsce!”



Rozdział XII

Wyzwanie.

Ekaterinburg według położenia geograficznego, jest miastem azyatyckiem, gdyż leży już za górami Uralskiemi, na ostatniej wschodniej pochyłości łańcucha. Niemniej jednak zależy od zarządu Permskiego, a tem samem liczy się do Rosyi Europejskiej. Wkroczenie to rządowe musi mieć swoje przyczyny.

I Michał i dwaj korespondenci z łatwością znaleźli środki komunikacyjne w mieście tak znacznem, założonem jeszcze w 1723 roku. W Ekaterinburgu wznosi się najznakomitsza mennica z całego cesarstwa; tam skoncentrowany jest ogólny zarząd kopalniami, Tak więc, miasto to stanowi punkt centralny przemysłu ważnego w kraju, obfitującym w pokłady metalowe, gdzie płucze się platyna i złoto.

W tej epoce ludność Ekaterinburga wzrosła niezmiernie. Rosyanie i Syberyjczycy zagrożeni wkroczeniem tatarów, zgromadzili się tutaj, uciekając przed hordami Feofar-Hana.

Tak więc, o ile środki komunikacyjne były trudne, chcąc się dostać do Ekaterinburga, o tyle były łatwe chcąc ztamtąd wyjechać. W zwykłych okolicznościach podróżni z całą swobodą puszczali się na drogi Syberyjskie.

W skutek tego zbiegu okoliczności, Harry Blount i Alcydes Jolivet, z łatwością mogli zamienić na telegę sławną półtelegę, którą dostali się do Ekaterinburga. Co do Michała, ten był posiadaczem tarantasu niezbyt uszkodzonego przebyciem gór Uralskich, potrzebował więc tylko kazać założyć trzy dobre konie, aby z szybkością puścić się drogą do Irkutska.

Aż do Tiumenu, a nawet do Nowo-Zaimskoje niezbyt wygodną miała być podróż, bo droga była jeszcze pełną wybojów. Ale za stacyą Nowo-Zaimskoje rozpoczynały się stepy prowadzące do Krasnojarska, prawie siedemset wiorst przestrzeni zajmujące.

Jak wiadomo, dwaj korespondenci zamierzali udać się do Iszymu, to jest o sześćset trzydzieści wiorst za Ekaterinburg. Tam mieli zasiągnąć wiadomości dotyczących obecnych wypadków, i bądź razem, bądź z osobna, stosownie do swego myśliwskiego zmysłu, udać się na teatr wojny.

Droga z Ekaterinburga do Iszymu była jedyną, którą Michał mógł się udać do Irkutska. Tylko jak wiemy, pragnąc ominąć kraj zajęty przez powstańców, miał zamiar nie zatrzymywać się nigdzie.

– Panowie, rzekł więc do swoich nowych towarzyszów, chętnie odbyłbym z wami jakąś część podróży, ale uprzedzam was, że nadzwyczaj szybko potrzebuję przybyć do Omska, bo i ja i siostra moja mamy się tam połączyć z matką naszą. A kto wie czy zdołamy przybyć do miasta za nim je zajmą Tatarzy. Na stacyach więc będę się zatrzymywał o tyle tylko, o ile tego będzie wymagać zmiana koni i dniem i nocą jechać będę.

– My takiż sam zamiar mamy, odrzekł Harry Blount.

– Więc dobrze, ale nie traćcie chwili. Najmijcie lub kupcie powóz któregoby…

– Któregoby tylna część, dodał Alcydes Jolivet, jednocześnie z przednią raczyła przybyć do Iszymu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 31

Nie dłużej jak w pół godziny po powyższej rozmowie, roztropny Francuz znalazł tarantas prawie taki sam jak Michała, w którym i on i jego towarzysz niezwłocznie zajęli miejsca.

Nadia i Michał wsiedli do swego i jednocześnie obydwa ekwipaże wyjechały z Ekaterinburga.

Tak więc Nadia była wreszcie na Syberyi i na drodze prowadzącej do Irkutska! Jakie myśli podówczas mogły zajmować młodą Inflantkę? Trzy rącze rumaki niosły ją po ziemi mieszkania jej ojca, stepów nie widziała prawie, wzrok jej sięgał dalej szukając twarzy rodzica. Nie patrzyła prawie na kraj, przebywany z szybkością piętnastu wiorst na godzinę. Tutaj mało jest pól uprawnych, ziemia jest jałową, obfituje tylko w żelazo, miedź, platynę i złoto. To też co chwila napotyka się zakłady przemysłowe, o rolne zaś osady bardzo trudno. Trudno byłoby znaleść rękę uprawiającą ziemię, zasiewającą pola, zbierającą żniwo, kiedy o wiele jest korzystniejszem kopanie w ziemi, lub podkładanie miny. Motykę widzieć można wszędzie, rydla nigdzie.

Jednak myśl Nadii chwilami opuszczała dalekie prowincye jeziora Bajkalskiego, powracając do sytuacyi obecnej. Obraz życia zacierał się cokolwiek, a w zamian widziała swego wspaniałomyślnego towarzysza, naprzód na kolei żelaznej Włodzimierskiej, gdzie Opatrzność po raz pierwszy ukazała go jej. Przypomniała sobie jego troskliwość w czasie podróży, przybycie do domu policyi w Niżnym-Nowgorodzie, uprzejmość z jaką nazwał ją swoją siostrą, starania o niej podczas podróży Wołgą, nakoniec wszystko co zdziałał podczas strasznej nocy w górach Uralskich, chroniąc jej tycie z narażeniem własnego!

Tak więc Nadia myślała o Michale. Dziękowała Bogu iż postawił na jej drodze walecznego tego obrońcę, wspaniałomyślnego a delikatnego opiekuna. Pod jego strażą czuła się bezpieczną i spokojną. Prawdziwy brat nie mógłby lepiej nad nią czuwać! Nie lękała się już żadnej przeszkody, teraz była pewną przybycia do celu.

Co do Michała, ten myślał dużo, lecz mówił mało. On także z swojej strony dziękował Bogu iż pozwolił mu spotkać Nadię, a jednocześnie dal środek pokrycia swej prawdziwej osobistości i spełnienia dobrego uczynku. Nieustraszony spokój dziewicy musiał mu się podobać. Dla czegóż jednak naprawdę siostrą jego nie była? Doświadczał on o tyle szacunku o ile i życzliwości dla swej młodej towarzyszki, pięknej i heroicznej zarazem. Czuł on, iż znalazł serce, jedno z tych co zachowując swą czystość, stają się pełnemi poświęcenia zarazem.

Od chwili wstąpienia na ziemię syberyjską, rozpoczęło się prawdziwe niebezpieczeństwo dla Michała. Jeżeli dwaj dziennikarze dobrze byli poinformowani, jeżeli sławny O* w istocie przebył granicę, należało działać z największą przezornością. Teraz okoliczności zmieniły się, bo szpiedzy tatarscy musieli się uwijać po prowincyach syberyjskich. Gdyby odkryto jego incognito, gdyby się dowiedziano iż jest kuryerem cesarskim, misya jego przepadłaby, a może i sam padłby ofiarą! Michał coraz więcej czuł ciążącą na nim odpowiedzialność.

Podczas gdy rzeczy tak stały w pierwszym powozie, zobaczmy co się działo w drugim? Nic nadzwyczajnego. Alcydes Jolivet mówił zdaniami, Harry Blount odpowiadał monosylabami. Każdy spoglądał na rzeczy według swego punktu widzenia i robił odpowiednie notatki – notatki wreszcie niezbyt urozmaicone, podczas przebywania pierwszych prowincyi syberyjskich.

Na każdej stacyi dwaj podróżni wysiadali i spotykali się z Michałem. Nadia wtedy tylko wysiadała, jeżeli miano jeść śniadanie lub objadować, siadała przy stole, mówiła zaś bardzo mało.

Alcydes Jolivet, wprawdzie w wszelkich granicach przyzwoitości, ale nieustannie nadskakiwał młodej Inflantce, znajdując ją zachwycającą. Uwielbiał milczącą energię w czasie podróży tak utrudzającej i niebezpiecznej.

Przystanki te nie bardzo podobały się Michałowi. To też na każdej stacyi naglił do odjazdu, zachęcał jemszczyków, przyspieszał założenie koni do tarantasa. Potem po ukończeniu posiłku odbytego szybko – za szybko podług przekonań Harrego Blount, lubiącego jadać metodycznie, – wyjeżdżano, a dziennikarze pędzili także jak orły, bo płacili po książęcemu, jak mówił Alcydes Jolivet.

Rozumie się że Harry Blount nie interesował się wcale młodą dziewczyną. Był to jedyny przedmiot o jakim nie rozprawiał z swoim towarzyszem, Honorowy ten szlachcic nie miał zwyczaju robić dwóch rzeczy jednocześnie.

A kiedy Alcydes Jolivet zapytał go kiedyś, w jakim wieku może być młoda Inflantka:

– Co za młoda Inflantka? zapytał najpoważniej w świecie, przymrużywszy oczów.

– Do licha! siostra Michał Korpanoff.

– A więc to jego siostra?

– Nie, jego babka! odparł Alcydes Jolivet zniecierpliwiony taką obojętnością.

– Gdybym był przy jej urodzeniu wiedziałbym! najnaturalniej w świecie Harry Blount odpowiedział.

Kraj przebywany był prawie pusty. Czas był przyjemny, niebo trochę pochmurne, temperatura znośna. Gdyby ekwipaże były wygodniejsze, podróżni mieliby drogę przyjemną. Jechali z całą zadziwiającą a możliwą szybkością, znaną tylko w Rosyi.

Ale jeżeli kraj zdawał się opuszczonym, było to wynikiem. obecnych okoliczności. Na polach albo bardzo niewielu, albo wcale nie spotykano wieśniaków. Gdzie niegdzie wsie bezludne wskazywały blizkie wkroczenie Tatarów. Mieszkańcy zabrawszy swoje trzody i konie, chronili się na płaszczyzny północne.

Szczęściem usługa na poczcie odbywała się bardzo porządnie, zarówno jak i telegraf gdzie druty nie były jeszcze przerwane. Na każdej stacyi dostawano koni, Przy każdym telegrafie przesyłano depesze. To też Harry Blount i Alcydes Jolivet nie omieszkali korzystać z tego.

Aż dotąd podróż Michała odbywała się w warunkach zadawalniających. Kuryer cesarski nie był narażonym na najmniejsze opóźnienie.

Na drugi dzień po wyruszeniu tarantasów z Ekaterinburga, przybyły one do miasteczka Tuługujsk o godzinie siódmej rano, przebywszy dwieście wiorst bez żadnego wypadku.

Tam poświęciwszy pół godziny na śniadanie, podróżni z całą szybkością pojechali dalej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 32

Tego samego dnia o godzinie pierwszej wieczorem tarantasy przybyły sześćdziesiąt wiorst dalej do Tiumeniu.

Tiumeń liczący zazwyczaj dwanaście tysięcy mieszkańców, obecnie liczył ich prawie dwa razy więcej.

Miasto to, pierwszy punkt przemysłowy otworzony przez Rosyę na Syberyi, odznaczające się piękną fabryką dzwonów i metalów, nigdy nie było tak ożywione.

Dwaj korespondenci udali się natychmiast po nowiny. Te które Syberyjczycy przynosili z teatru wojny nie były wcale uspokajające.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 33

O godzinie ósmej wieczorem dwa tarantasy posunęły się o siedmdziesiąt pięć wiorst dalej i przybyły do Jałutozowsk.

Przeprzężono szybko, Wyjeżdżając z miasta trzeba było przebyć promem rzekę Tobol, że jednak rzeka ta jest spokojną, przeprawa odbyła się szczęśliwie, ale prawdopodobnie niejednokrotnie jeszcze trzeba ją będzie w czasie podróży powtórzyć, w warunkach mniej szczęśliwych.

O północy przybyli do miasta Nowo-Zaimska, pozostawiając już za sobą drogę nierówną, pokrytą drzewami.

Tutaj dopiero rozpoczynało się to co jest w istocie stepami syberyjskiemi, ciągnącemi się aż do okolic Krasnojarska. Była to bezgraniczna płaszczyzna, rodzaj szerokiej pustyni zarosłej trawą. Całym widokiem były słupy telegraficzne, stojące po obydwóch stronach drogi. Zresztą droga nie odznaczała się niczem od płaszczyzny, chyba kurzem wznoszącym się za kołami tarantasów. Gdyby nie ta biaława wstęga, ciągnąca się szeroko, możnaby się sądzić w pustyni.

Michał i jego towarzysze z podwójną szybkością puścili się przez stepy. Konie podniecane przez jemszczyków, nie napotykając żadnej przeszkody, pochłaniały prawie przestrzeń. Tarantasy toczyły się prosto do Iszymu, gdzie dwaj korespondenci mieli pozostać, jeżeli żaden wypadek nie zmieni postanowienia.

Dwieście wiorst dzieli Nowo-Zaimsk od Iszymu, i nazajutrz około godziny ósmej wieczorem, powinnyby one być przebyte, nb. nie straciwszy ani chwili czasu. W przekonaniu jemszczyków, jeżeli podróżni nie byli wielkiemi panami, to godni byli być nimi, dzięki ich wspaniałym trinkgeldom.

W istocie nazajutrz 23 Lipca, dwa tarantasy były już blisko o trzydzieści wiorst od Iszymu.

W tej chwili Michał spostrzegł na drodze zaledwo widziany wśród tumanów kurzu, powóz poprzedzający jego ekwipaż. Ponieważ jego konie mniej zmęczone szybciej biedz mogły, za chwilę spodziewał się z nim połączyć.

Nie był to ani tarantas ani telega, ale powóz pocztowy cały zakurzony, co świadczyło iż daleką musiał odbyć drogę. Pocztylion popędzał konie i tylko nieustannemi przekleństwami utrzymywał je w galopie. Powóz ten z pewnością przez Nowo-Zaimsk nie przechodził, musiał więc jaką uboczną drogą stepową dostać się na drogę do Irkutska. Michał i jego towarzysze zobaczywszy powóz toczący się do Iszymu, jedną myśl tylko mieli – wyprzedzić go i przybyć wpierw na stacyę pocztową, aby zająć dla siebie konie, jeżeli tam były jakie. Powiedziawszy więc słowo jemszczykowi, za chwilę zrównali się z powozem.

Michał podążał pierwszy.

W tej chwili ukazała się głowa w drzwiczkach powozu.

Michał zaledwo miał czas spojrzeć na nią. Jednakże jakkolwiek szybko wymijał, wyraźnie dosłyszał wyraz wymówiony nakazującym tonem stosujący się do niego.

– Stój!

Nie zatrzymano się. Przeciwnie powóz został wyprzedzony przez dwa tarantasy. Wtedy rozpoczęły się wyścigi, bo konie powozowe zapewne podbudzone biegiem koni wymijających je, odnalazły na kilka chwil siłę. Trzy ekwipaże zniknęły w tumanie kurzu. Z tego białawego obłoku wzbijały się tylko jak wystrzały, trzaskanie z batów zmięszane z wykrzyknikami i złorzeczeniami gniewu.

Z tem wszystkiem pierwszeństwo zostało przy Michale i jego towarzyszach – korzyść ta mogła być wielką, jeżeli na stacyi pocztowej mało było koni. Zaprzęgi do dwóch powozów, nie zawsze znajdą się bez pewnej zwłoki.

W pół godziny potem, powóz zostawiony na stepach, stał się punktem zaledwo widzialnym na horyzoncie.

O godzinie ósmej wieczorem, tarantasy przybyły na stacyę pocztową do Iszymu.

Wiadomości były coraz więcej niepokojące. Miasto było zagrożone przedniemi strażami kolumn tatarskich.

Michał przybywszy na stacyę zażądał natychmiast koni dla siebie.

Dobrze zrobił wyprzedziwszy powóz, tylko trzy konie były na stacyi zdolne do podróży; reszta zaś była zmęczona.

Poczthalter kazał zaprzęgać.

Co do dwóch korespondentów, ci mając zamiar zatrzymać się w Iszymie, niepotrzebowali koni natychmiast.

W dziesięć minut dano znać Michałowi, że już zaprzężono.

– Dobrze, odpowiedział.

Potem podszedłszy do dwóch dziennikarzy przemówił:

– Ponieważ panowie zostajecie w Iszymie, następuje chwila rozstania.

– Jakto panie Korpanoff, więc nawet godziny nie zostaniesz w Iszym? powiedział Alcydes Jolivet.

– Nie panie, i pragnąłbym opuścić Iszym przed przybyciem wyprzedzonego przez nas powozu.

– Czy obawiasz się, aby podróżny nie chciał ci zabrać koni?

– Nadewszystko pragnę uniknąć wszelkiej sprzeczki.

– A zatem panie Korpanoff, pozostaje nam już tylko podziękować jeszcze raz za oddaną nam przysługę i przyjemność podróżowania razem, powiedział Alcydes Jolivet.

– Być może iż spotkamy się jeszcze w Omsku, dodał Harry Blount.

– Być może, ponieważ ja prosto tam się udaję.

– A więc szczęśliwej podróży panie Korpanoff, a niech Bóg strzeże od telegi.

Dwaj korespondenci wyciągali ręce do Michała z zamiarem uściśnięcia jak najserdeczniejszego, kiedy usłyszano turkot powozu na zewnątrz.

Prawie natychmiast drzwi otwarły się z łoskotem i stanął w nich człowiek.

Byłto podróżny z powozu, postać miał wojskową, lat około czterdziestu, wysoki, silny, barczysty, zarost gęsty, rudy. Mundur jego nie miał żadnych oznak. Szabla kawaleryjska brzęczała u pasa, w ręku trzymał szpicrutę.

– Koni, powiedział tonem przywykłego do rozkazywania.

– Niemam już koni, odpowiedział poczthalter z ukłonem.

– Ja potrzebuję koni natychmiast.

– Niepodobna.

– Cóż więc za konie stoją założone u tarantasa?

– Należą one do tego oto podróżnego, i wskazał na Michała.

– Odprzęgać je!… rzekł podróżny głosem niedopuszczającym odpowiedzi.

Wtedy Michał wystąpił:

– Te konie do mnie należą, powiedział.

– Cóż mnie to obchodzi! Ja ich potrzebuję. Dalej! żywo! nie mam czasu do stracenia!

– I ja nie mam czasu do stracenia, odparł Michał z trudnością zachowując krew zimną. Nadia była przy nim, spokojna także, ale wewnętrznie zaniepokojona sceną której należało lepiej uniknąć.

– Dosyć! powiedział podróżny.

– Odprzęgać te konie, krzyknął na poczthaltera tonem groźnym, odprzęgać i zakładać do mego powozu!

Poczthalter nie wiedział co począć, spoglądał na Michała mającego prawo stawić opór niesłusznym wymaganiom podróżnego.

Michał zawahał się. Nie chciał korzystać ze swej podorożny, gdyż to zwróciłoby nań uwagę, zarówno nie chciał także ustąpić koni, bo to o kilka godzin opóźniłoby jego podróż, a jednak nie chciał rozpoczynać walki, mogącej narazić jego poselstwo.

Dwaj dziennikarze patrzyli nań gotowi przyjść z pomocą.

– Moje konie pozostaną u mego powozu, powiedział Michał nie podnosząc głosu, tak jak to przystało zwyczajnemu kupcowi z Irkutska.

Podróżny poskoczył do Michała i kładąc rękę na jego ramieniu powiedział:

– Więc to tak! zawołał głosem grzmiącym. Nie chcesz mi ustąpić swoich koni?

– Nie.

– Dobrze, należeć one będą da tego, kto będzie mógł nimi pojechać! Broń się, bo nie będę cię oszczędzał?

I przy tych słowach podróżny szybko dobył szabli i stanął w postaci obronnej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 34

Nadia rzuciła się przed Michała…

Harry Blount i Alcydes Jolivet postąpili ku niemu.

– Nie będę się bił, krótko powiedział Michał, skrzyżowawszy ręce na piersiach.

– Nie będziesz się bił?

– Nie.

– Nawet i potem? krzyknął podróżny.

I zanim go zdołano powstrzymać, szpicrutą uderzył w plecy Michała.

Na tę zniewagę, Michał zbladł straszliwie. Ręce wzniósł jak gdyby chciał zdruzgotać tego grubianina. Ale nadzwyczajnym wysileniem zdołał zapanować nad sobą. Pojedynek, było to gorzej aniżeli opóźnienie, poselstwo jego przepaść by mogło!… Lepiej kilka godzin stracić… Tak! ale połknąć tę zniewagę!

– Czy teraz będziesz się bił nikczemniku?

– Nie! odparł Michał, nie drgnąwszy nawet, ale patrząc w twarz przeciwnika.

– Konie natychmiast! krzyknął tenże.

I wyszedł z sali.

Poczthalter niechętnie spojrzawszy na Michała, wyszedł za podróżnym.

Wrażenie dziennikarzy nie mogło być także korzystne dla Michała. Ich nieuznanie było widoczne. Jakto, ten młody, silny człowiek, pozwolił się znieważyć i nie żądał zadość uczynienia! Ukłonili mu się zimno i wyszli, a Alcydes Jolivet mówił do Harrego Blount:

– Nigdy nie sądziłbym aby człowiek tak znakomicie płatający niedźwiedzie, zdolnym był do tego! Czy byłoby prawdą że odwaga ma swoje chwile tylko? Nie, tego nie rozuumiem!

Za chwilę turkot kół i trzaskanie z bicza wiastowało że powóz zaprzężony końmi od tarantasa, szybko opuszczał dom pocztowy.

Nadia niezachwiana, Michał drżący jeszcze pozostali sami w sali pocztowej.

Kuryer z rękami wciąż założonemi usiadł. Zdawał się być posągiem. Czerwoność ale nie rumieniec, mający być rumieńcem wstydu, zastąpiła bladość poprzednią.

Nadia nie wątpiła iż tylko ważne przyczyny mogły zmusić takiego jak on człowieka do zniesienia podobnej zniewagi.

To też podchodząc do niego, tak jak on podszedł do niej w domu policyi w Niżnym-Nowgorodzie powiedziała:

– Bracie podaj, mi rękę!

I jednocześnie gestem prawie macierzyńskim, otarła łzę błyszczącą w oku towarzysza.



Rozdział XIII

Obowiązek przedewszystkiem.

Nadia odgadła że jakaś tajemnica kierowała czynami Michała, że z przyczyn jej niewiadomych, nie należał on do siebie, że nie miał prawa rozporządzać swoją osobą, i że w obecnej chwili, bohatersko poświęcił osobistość obowiązkowi.

Nadia nie żądała wyjaśnień od Michała. Czyż ręka którą mu podawała nie odpowiadała naprzód na wszystko co mógł jej powiedzieć?

Michał cały wieczór milczał. Ponieważ poczthalter dopiero nazajutrz mógł dostarczyć koni, musieli nocować na poczcie. Nadia powinna była z tego skorzystać, aby wypocząć cokolwiek w pokoju dla niej przygotowanym.

Bezwątpienia, dziewicą byłaby wolała pozostać z swoim towarzyszem, ale czuła iż on potrzebuje samotności, dla tego to zamierzała udać się do swego pokoju.

Jednakże nie mogła odejść nie pożegnawszy go…

– Bracie… szepnęła.

Ale Michał powstrzymał ją giestem. Dziewczyna westchnęła i odeszła.

Michał nie kładł się wcale. Nie mógłby spać ani jednej godziny, Uderzenie spicruty zdawało się parzyć go zarzewiem.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 35

–Dla Ojczyzny! wyszeptał.

Bądź co bądź, czuł gwałtowną potrzebę dowiedzenia się, kto był ten co go uderzył, zkąd przybywał i dokąd się udawał. Rysy twarzy wyryły się tak dobrze w jego pamięci, iż nie przypuszczał aby kiedykolwiek zatrzeć się mogły.

Michał kazał zawołać poczthaltera.

Ten jako Syberyjczyk prawdziwy przyszedł natychmiast, patrząc cokolwiek z góry na młodzieńca i oczekując jego zapytań.

– Czy jesteś krajowcem? zapytał go Michał.

– Tak.

– Czy znasz człowieka który wziął moje konie?

– Nie.

– Nigdy go nie widziałeś?

– Nigdy.

– Jak sądzisz, kto może być ten człowiek?

– Pan umiejący zjednywać sobie posłuszeństwo!

Wzrok Michała wpił się jak ostrze sztyletu w serce Syberyjczyka, ale ten oczu nie spuścił.

– Ty pozwalasz sobie sądzić mnie! krzyknął Michał.

– Tak, odparł Syberyjczyk, bo są rzeczy których nawet kupiec nie przyjmuje bez oddania.

– Uderzenia szpicrutą?

– Uderzenia szpicrutą, młodzieńcze. Mój wiek i siły pozwalają mi powiedzieć ci to!

Michał zbliżył się do poczthaltera, oparł obiedwie ręce na jego ramionach i głosem dziwnie spokojnym powiedział:

'Michael Strogoff' by Jules Férat 36

– Odejdź przyjacielu! odejdź! Zabiłbym cię!

Tym razem poczthalter zrozumiał.

– Tak wolę, wyszeptał.

I odszedł nie dodawszy słowa.

Nazajutrz dnia 24 Lipca o godzinie ósmej rano, przy tarantasie stały już zaprzężone trzy silne rumaki. Michał i Nadia zajęli miejsca, a Iszim zkąd oboje tak straszne wywozili pamiątki, znikł wkrótce za nimi.

Na rozmaitych stacyach gdzie tego dnia zatrzymywał się Michał, mógł sprawdzić, że podróżny wciąż go wyprzedzał na drodze do Irkutska, nie tracąc chwili czasu, nie zatrzymując się nigdzie na stepach.

O godzinie czwartej wieczorem, siedmdziesiąt pięć wiorst dalej na stacyi Abajskaja, Iszim należało przebyć.

Przeprawa ta miała być cokolwiek trudniejszą od przeprawy Tobolskiej. W istocie nurt Iszimu jest dość gwałtowny w tym punkcie. Podczas zimy wszystkie wody na stepach zmarznięte na kilka stóp grubości, łatwe są do przebycia, a podróżny przebywa je nie wiedząc nawet, bo łożyska ich nikną pod świeżem nakryciem pokrywającem stepy; ale w lecie przebycie ich połączone jest z wielu trudnościami.

W istocie aż dwóch godzin potrzebowano do przebycia rzeki Iszim – to doprowadzało Michała do rozpaczy, tem więcej, że wioślarze opowiadali niepokojące wieści o najściu Tatarów.

Oto co mówiono:

Przednie straże Feofar-Hana, ukazały się już na wybrzeżach niższego Iszimu, w okolicach gubernii Tobolskiej. Omsk był zagrożony. Michał pragnął więc jak najspieszniej dostać się do Omska. Może tam uda mu się wyprzedzić forpoczty tatarskie i znaleźć jeszcze drogę wolną do Irkutska.

Właśnie w miejscu gdzie zatrzymał się tarantas, kończy się „łańcuch Iszimu” łańcuch wież i forteczek drewnianych, ciągnący się od południowej granicy Syberyi aż na przestrzeni wiorst czterystu. Dawniej forteczki te zajmowali Kozacy, chroniąc okolice od wkroczenia Tatarów. Ale opuszczone zupełnie, odkąd rząd ruski sądził, iż hordy że zostały już przyprowadzone do zupełnego posłuszeństwa, nie mogły służyć właśnie wtenczas, kiedy się okazały potrzebnemi. Większa część tych warowni została w popiół obróconą, a dym z niedogasłych jeszcze szczątków, zwiastował zbliżanie się Tatarów.

Skoro tylko prom wysadził tarantas z zaprzęgiem na prawe wybrzeże rzeki Iszym, drogę na stepach rozpoczęto z poprzednim pośpiechem.

Była godzina siódma wieczorem. Czas był niezmiernie pochmurny. To też deszcz padał kilkakrotnie, co przyczyniło się do opadnięcia kurzu i polepszenia drogi.

Michał od wyruszenia z Iszim ciągle milczał. Pomimo to jednak nad Nadią wciąż czuwał z jednaką pieczołowitością, ale dziewczyna na nic się nie żaliła. Byłaby ona rada przypiąć skrzydła koniom tarantasu. Jakiś głos wewnętrzny mówił jej, iż, Michałowi jeszcze pilniej aniżeli jej było przybyć na miejsce, to jest do Irkutska, a ileż to wiorst jeszcze ich dzieliło.

Przyszło jej także na myśl, że jeżeli do Omska wkroczyli Tatarzy, matka Michała mieszkająca w tem mieście, była narażoną na niebezpieczeństwo, co niepomału musiało niepokoić jej syna, i że to jedno już mogło usprawiedliwić jego pośpiech.

Po chwili więc, Nadia zaczęła mówić o staruszce i osamotnieniu w jakiem była podczas ostatnich wypadków.

– Czy od czasu wkroczenia Tatarów miałeś jaką od twej matki wiadomość zapytała.

– Żadnej Nadia. Ostatni list od matki miałem przed dwoma miesiącami. Marfa jest kobietą odważną i energiczną. Pomimo podeszłego wieku, całą siłę moralną zachowała. Umie ona cierpieć.

– Odwiedzę ją bracie, żywo pochwyciła Nadia. Ponieważ ty zowiesz mnie siostrą, jestem córką Marfy!

A że Michał nic nie odpowiadał dodała:

– Może twoja matka mogła wyjechać z Omska?

– Być może Nadia, a nawet mam nadzieję iż udało jej się dostać do Tobolska… Staruszka nienawidzi Tatarów. Zna stepy i nie lęka się, – i radbym aby ująwszy swój kij w rękę udała się wybrzeżem Irtyszu. Niema kąta w całej okolicy któregoby nie znała. Ileż to razy przebiegała ona cały kraj ze starym ojcem; i ileż to razy ja sam, dziecko jeszcze, biegłem za nimi w pustynie syberyjskie! Tak Nadia, mam nadzieję, że matka moja Omsk opuściła!

– A kiedy ją zobaczysz?

– Zobaczę ją… wracając.

– Jednak jeżeli matka twoja jest w Omsku, poświęcisz godzinę aby ją uściskać?

– Nie, Nadia, nie pójdę do niej.

– Nie zobaczysz jej?

– Nie, Nadia! odparł Michał głosem wzruszonym.

– Mówisz: nie! Ah bracie, jeżeli twoja matka jest w Omsku, czyż możesz jej nie widzieć, z jakiego powodu?

– Z jakiego powodu Nadia! pytasz o przyczynę, wykrzyknął Michał głosem tak wzruszonym, że aż Nadia zadrżała. Ależ z powodów które uczyniły mnie cierpliwym aż do nikczemności z nędznikiem który…

Nie miał siły dokończyć.

– Uspokój się bracie, rzekła Nadia słodkim głosem. Ja wiem, a raczej czuję jedną rzecz tylko. To jest że jakieś uczucie kieruje obecnie twojem postępowaniem; uczucie obowiązku więcej nietykalnego niż obowiązek syna względem matki!

Nadia umilkła, unikała ona wszystkiego co tylko mogło mieć związek z osobistem położeniem Michała. Była w tem jakaś tajemnica, którą należało uszanować, ona ją też szanowała.

Nazajutrz dwudziestego piątego Lipca o godzinie trzeciej rano, tarantas przybył na stacyę pocztową Tionkalińsk, odbywszy drogę stu dwudziestu wiorst od przebycia Iszimu.

Szybko zmieniono konie. Jednak po raz pierwszy dopiero, jemszczyk robił jakieś trudności z wyjazdem, utrzymując że tatarzy włóczą się już po stepie, powóz zaś, konie i podróżni, nie byli złym łupem dla tych rabusiów.

Dopiero środkami pieniężnemi Michał zdołał zmienić przekonanie jemszczyka, gdyż i tym razem nie chciał korzystać z swojej podorożnej.

Nakoniec tarantas wyruszył i o trzeciej po południu przybył do Kulatinskoje. W godzinę potem był już na wybrzeżu Irtyszu. Do Omska już było zaledwie wiorst dwadzieścia…

Irtysz szeroka to rzeka i najgłówniejsza odnoga syberyjska, której wody płyną ku północy Azyi. Początek bierze w górach Ałtajskich, przepływa prostopadle ku stronie północno-zachodniej i wpada do rzeki Obi, po przebieżeniu prawie siedmiu tysięcy wiorst.

W tej porze roku wody Irtyszu wzbierają nadzwyczajnie, w skutek tego przeprawa przez rzekę była dosyć niebezpieczną. Pływak najlepszy nawet, nie byłby w stanie jej przebyć, a nawet i na promie podróż ta nie była wolną od wszelkiego niebezpieczeństwa.

Ale niebezpieczeństwo nie mogło zatrzymać Michała i Nadi, zdecydowanych na wszystko.

Jednak Michał proponował swej towarzyszce, iż naprzód on sam przewiezie promem ich ekwipaż, pozostawiwszy zaś cały zaprzęg na drugim brzegu, po nią powróci.

Nadia odmówiła, byłaby to godzina opóźnienia, a ona dla swego bezpieczeństwa nie chciała być powodem zwłoki.

Umieszczenie na promie nie odbyło się bez trudności, gdyż wybrzeże było urwiste, w części zalane, i prom nie mógł przybyć dość blizko.

Po półgodzinnej pracy, zdołano nakoniec umieścić tarantas i trzy konie, Michał, Nadia i jemszczyk zajęli miejsca i odpłynięto.

Z początku wszystko szło dobrze. Wioślarze odpychali się bardzo zręcznie bosakami, lecz w miarę jak wypływali na otwartą rzekę, bosaki stawały się prawie bezużytecznemi – końce bosaków przechodziły zaledwo o stopę nad powierzchnię rzeki, co użycie ich niezmiernie utrudniało.

Michał i Nadia, siedząc na tyle promu z pewnym niepokojem przyglądali się manewrom wioślarzy.

– Baczność! krzyknął jeden z wioślarzy do towarzyszów.

Krzyk ten wywołany nowym kierunkiem promu, nie był bezzasadnym. Chodziło o umiejętne użycie bosaków i skierowanie promu ku prawemu brzegowi.

Można było obrachować na pewno, iż przybędzie on tam o pięć lub sześć wiorst od miejsca wylądowania; ale wszystkim chodziło o to, aby ludzie i zwierzęta przybyli na miejsce bez wypadku.

Dwaj przewoźnicy, ludzie silni, zachęceni obietnicą hojnej zapłaty, nie wątpili o szczęśliwem przepłynięciu Irtyszu.

Ale były wypadki których nie mogli przewidzieć, gdzie ani ich gorliwość, ani zręczność na nicby się przydać nie mogły.

Prom znajdował się na samym środku rzeki, płynął z szybkością dwóch wiorst na godzinę, kiedy Michał powstał bacznie przyglądając się rzece.

Spostrzegł on kilka łodzi szybko prądem niesionych, do czego i wiosła im pomagały.

Nagle twarz Michała zmarszczyła się i mimowolnie krzyknął.

– Co to jest, zapytała dziewica?

Ale zanim Michał zdążył odpowiedzieć, jeden z przewoźników krzyknął przerażony:

– Tatarzy! Tatarzy!

Były to łodzie z żołnierzami tatarskimi, szybko płynące Irtyszem, mające za kilka minut doścignąć promu, zbyt przeciążonego aby mógł uciekać.

Przewoźnicy krzyknęli przeraźliwie i porzucili bosaki.

– Odwagi przyjaciele! krzyknął Michał, odwagi! Pięćdziesiąt rubli dla was, jeżeli przybijemy do prawego brzegu, zanim łodzie przybędą!

Wioślarze zachęceni temi słowami, porwali za bosaki manewrując z podwójną siłą, ale wkrótce przekonali się, iż nie zdołają uniknąć Tatarów.

Czyż mieliby bez zaczepienia ich przepłynąć? nie byłoto prawdopodobnem! Przeciwnie, wszystkiego należało się lękać od tych rabusiów!

– Nie lękaj się Nadia, powiedział Michał, lecz bądź na wszystko przygotowaną.

– Jestem gotową, odrzekła Nadia.

– A gdyby wypadło rzucić się w rzekę?

– Jeżeli ty mi to powiesz.

– Miej we mnie ufność Nadia.

– Mam ją!

Łodzie tatarskie zaledwo o sto stóp były oddalone. Niosły one oddział żołnierzy wysłanych na zwiady do Omska.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 37

Prom daleko jeszcze był od brzegu. Przewoźnicy podwajali usiłowania. Michał przyłączył się do nich, chwycił bosak i manewrował nim z nadludzką siłą. Gdyby mógł dostać się do brzegu, wsiąść w tarantas, miał niejaką szansę ucieczki tatarom pieszym. Ale wszystkie trudy miały pozostać daremnemi!

– Saryn na kitchon! krzyknęli żołnierze pierwszej lodzi.

Michał znał ten okrzyk wojenny korsarzy tatarskich, jedyną nań odpowiedzią miało być położenie się.

A że ani on, ani też przewoźnicy nie usłuchali tego wezwania, kilka wystrzałów padło jednocześnie zabijając dwa konie przy tarantasie.

W tej chwili łodzie przybiły do promu.

– Pójdź Nadia! krzyknął Michał, gotów rzucić się wy wodę.

Dziewica miała już iść za nim, kiedy Michał dosięgnięty lancą, wpadł do rzeki. Prąd porwał go, chwilę poruszał ręką nad wodą i zniknął.

Nadia krzyknęła, ale zanim miała czas skoczyć za Michałem, schwycono ją, porwano i wsadzono do łodzi.

Po chwili, przewoźnicy byli zabici, prom na los szczęścia zostawiony, a Tatarzy płynęli dalej wodami Irtyszu.



Rozdział XIV

Matka i syn.

Omsk jest urzędową stolicą Syberyi zachodniej. Nie jest on głównem miastem gubernii tego nazwiska, ponieważ Tomsk więcej liczy mieszkańców, ale w Omsku ma swoją rezydencyę gubernator, zarządzający tą pierwszą połową Rosyi azyatyckiej. Omsk, mówiąc właściwie, z dwóch miast się składa, jednego li tylko przez władzę i urzędników zamieszkałego, drugiego wyjątkowo zajętego przez kupców syberyjskich, chociaż okolica ta nie jest zbyt handlową.

Miasto to liczy od dwunastu do trzynastu tysięcy mieszkańców. Jest ono bronionem szańcem z bastyonów, ale fortyfikacye że usypane z ziemi, stanowią obronę bardzo niewystarczającą. To też Tatarzy wiedząc o tem dobrze, usiłowali zdobyć je siłą, i udało im się to po kilkodniowem oblężeniu.

Garnizon Omska zmniejszony do dwóch tysięcy ludzi, bohaterski stawiał opór. Ale naciskany przez wojska emira, wyparty z miasta kupieckiego, musiał się cofnąć do miasta wyższego.

Tamto gubernator, oficerowie i żołnierze obwarowali się, urządzając z wyższego okręgu Omska, pewien rodzaj cytadeli, gdzie dotąd trzymali się w tej improwizowanej fortecy, nie spodziewając się znikąd pomocy na czas. W istocie, wojska tatarskie płynąc z biegiem Irtyszu, codziennie wzmacniały się świeżemi posiłkami, i zbliżały szybko pod dowództwem pułkownika Iwana O**.

Pułkownik zarówno dziki jak Tatarzy którym przewodniczył, posuwał się naprzód z umiejętnością wyćwiczonego żołnierza. Pochodząc z krwi mongolskiej, lubił podstęp, z prawdziwą przyjemnością urządzał zasadzki i nie cofnął się przed niczem, jeżeli to tylko miało mu posłużyć do podchwycenia tajemnicy, lub ułatwić podstęp. Z natury przewrotny, chętnie poddawał się najnędzniejszem przebraniom, bywał nawet żebrakiem z wszelkiemi tegoż pozorami. Nadto był On okrótny, w razie potrzeby mógł zostać nawet katem. Feofar-Han godnego miał w nim pułkownika do pomocy w dzikiej tej napaści.

Kiedy Michał przybył na wybrzeże Irtyszu, Iwan był już panem Omska. usiłując jak najspieszniej zająć miasto wyższe, gdyż pilno mu było do Tomska, gdzie koncentrowały się wszystkie siły tatarskie.

W istocie, Tomsk od kilku dni był już zajęty przez Feofar-Hana, a ztamtąd zamierzał on dopiero wyruszyć na Irkutsk.

Irkutsk był prawdziwym i jedynym celem Iwana. Tam zamierzał on pod przybranem nazwiskiem dostać się do dowodzącego, zyskać jego zaufanie, aby w danej chwili i wodza i miasto wydać Tatarom.

Jak wiemy spisek ten nie tajnym był w Moskwie; dla unicestwienia go więc powierzono owo ważne poselstwo Michałowi. Ztąd także polecenie dane kuryerowi podróżowania incognito.

Dotąd wiernie on wykonał swoją misyę, ale któż zaręczy czy do końca będzie mógł ją tak wykonać?

Cios zadany Michałowi nie był śmiertelny. Płynąc pod wodą dostał się na brzeg prawy, i upadł zemdlony.

Odzyskawszy przytomność, znalazł się w chacie wieśniaczej. Jak długo był już gościem zacnego Syberyjczyka? – tego nie umiałby powiedzieć. Ale skoro otworzył oczy, ujrzał pochyloną nad sobą twarz brodatą, wpatrującą się weń z współczuciem. Już zamierzał pytać gdzie się znajdował, kiedy wieśniak uprzedzając go przemówił:

'Michael Strogoff' by Jules Férat 38

– Nie mów bracie, zbyt jeszcze jesteś osłabiony. Powiem ci gdzie jesteś i co zaszło od chwili kiedy się znajdujesz w mojej chacie.

I wieśniak opowiedział Michałowi wypadek walki której był świadkiem, zrabowanie tarantasu, wyrżnięcie marynarzy!

Ale Michał nie słuchał już, a dotknąwszy ręką swej odzieży szukał listu Głównodzącego. Znalazł go nietkniętym na swej piersi.

Odetchnął, ale nie było to jeszcze wszystko.

– Młoda dziewica towarzyszyła mi, powiedział.

– Nie zabili jej, przerwał wieśniak – uprowadzili ją z sobą i popłynęli dalej Irtyszem! Została ona niewolnicą, którą wraz z innemi zaprowadzono do Tomska!

Michał milczał. Położył rękę na sercu dla uśmierzenia jego bicia. Ale pomimo tylu prób, poczucie obowiązku wzięło górę nad wszystkiem.

– Gdzie jestem? zapytał.

– Na prawym, brzegu Irtyszu, o pięć wiorst od Omska.

– Jakiż to cios tak mnie ogłuszył? Wszakże to nie był wystrzał?

– Nie, uderzenie lancą w głowę, zabliźnione już obecnie. Po kilku dniach wypoczynku, będziesz mógł dalej odbywać swoją podróż. Wpadłeś w rzekę, Tatarzy nie zrabowali cię, pieniądze w twej kieszeni nie tknięte!

Michał uścisnął rękę wieśniaka, potem zerwawszy się zapytał:

– Jak dawno jestem tutaj przyjacielu?

– Od trzech dni.

– Trzy dni stracone!

– Trzy dni podczas których byłeś nieprzytomny!

– Czy możesz mi sprzedać konia?

– Chcesz jechać?

– Natychmiast.

– Nie posiadam ani konia ani powozu. Gdzie tylko przeszli Tatarzy, nic nie zostało!

– Pójdę więc piechotą do Omska szukać konia.

– Kilka godzin spoczynku dałoby ci więcej sił do podróży!

– Ani godziny!

– Pójdź więc! odrzekł wieśniak, widząc iż wszelkie namowy nie zdołają zwyciężyć woli jego gościa. Sam cię przeprowadzę, może ci się uda przejść przez Omsk niepostrzeżonym.

– Przyjacielu! niech ci Bóg nagrodzi, za to co dla mnie uczyniłeś!

– Szaleńcy tylko spodziewają się nagrody na tym świecie! odpowiedział wieśniak.

Michał opuścił chatę. Postąpiwszy kilka kroków zachwiał się, byłby padł bez pomocy wieśniaka – świeże powietrze orzeźwiło go. Wtedy dopiero uczuł ból w głowie i w piersiach od uderzenia lancą. Z energią jemu znaną tylko, nie mógł się tem zniechęcić. Jeden cel widział przed sobą, celem tym był Irkutsk, tam musiał się dostać. Ale należało przejść Omsk bez zatrzymania się.

– Boże, Twojej opiece polecam Nadię i matkę moją! wyszeptał. Nie mam jeszcze prawa zająć się niemi.

Wkrótce Michał z swoim towarzyszem przybyli do niższej części miasta, dostali się tam bez trudności. Opasanie było w kilku miejscach zrujnowane, szczerby zaś tworzyły bramy do wejścia.

Wewnątrz miasta na ulicach i placach roili się Tatarzy, ale łatwo było spostrzedz, iż silna ręka trzymała ich w karności im niezwykłej. I w istocie nie chodzili oni z osobna, a po kilku razem i to uzbrojeni, aby mogli stawić opór wszelkiej zaczepce.

Na Wielkim placu, przekształconym w obóz strzeżony przez liczne placówki, dwa tysiące Tatarów obozowało. Konie przywiązane, ale okulbaczone, na pierwsze hasło były gotowe. Omsk mógł być tylko chwilowym przytułkiem dla tej kawaleryi, przekładającej bogate płaszczyzny Syberyi zachodniej, gdzie miasta więcej zamożne, wsie urodzajniejsze, a tem samem rabunek zyskowniejszy.

Nad miastem kupieckiem, wznosiło się wyższe miasto, którego tatarzy nie mogli dotąd zdobyć, przeciwnie za każdym razem ze stratą byli odparci. Na murach powiewała chorągiew.

Nie bez słusznej dumy Michał i jego towarzysz hołd jej oddali.

Michał doskonale znał Omsk, omijał więc ulice więcej uczęszczane. Nie czynił tego z obawy aby być poznanym. W mieście tem jedynie matka znała jego prawdziwe nazwisko, a przysiągł że jej widzieć nie będzie, i nie zobaczy jej. Z całego serca pragnął, aby matka jego gdzieś w stepach się schroniła.

Na szczęście wieśniak znal jednego poczthaltera, który za dobrą opłatą nie odmówi konia lub powozu. Cała trudność leżała w wydostaniu się z miasta, ale wyłomy w oszańcowaniu miały i to ułatwić.

Wieśniak gościa swojego prowadził na pocztę, kiedy w ciasnej uliczce, Michał nagle za mur się ukrył.

– Co to jest? zapytał spiesznie wieśniak zdziwiony.

– Cicho! odrzekł Michał kładąc palce na ustach.

W tej chwili oddział tatarów przechodził z głównego placu w ulicę, po której przed chwilą Michał i jego towarzysz postępowali.

Na czele oddziału z dwudziestu jeźdzców złożonego, postępował w skromnym mundurze oficer. Jakkolwiek na wszystkie strony bacznie spoglądał, nie dostrzegł jednak Michała.

Oddział biegł szybko. Ani oficer, ani jego eskorta nie zwracali uwagi na mieszkańców. Nieszczęśliwi ci zaledwo mieli czas usunąć się z drogi. To też usłyszano kilka przytłumionych okrzyków, kilka uderzeń lanc na zapłatę za nie, i za chwilę ulica była opróżnioną.

Kiedy eskorta zniknęła, Michał zapytał towarzysza:

– Co to za oficer? a kiedy o to pytał, twarz jego była trupiej bladości.

– To pułkownik Iwan, odrzekł Syberyjczyk nienawistnym głosem.

– On! krzyknął Michał z wściekłością. Poznał w oficerze podróżnego, który go uderzył w Iszimie!

I nagle wszystko rozjaśniło się w jego głowie – podróżny ten, którego zaledwo widział, przypomniał mu starego cygana na targu w Niżnym-Nowgorodzie.

Michał nie mylił się. Dwaj ci ludzie, był to jeden i ten sam człowiek. Pod przebraniem cygana. Iwan Niżnyj-Nowgorod opuścił, gdzie udał się dla zjednania sobie sprzymierzeńców. Sangarra i jej cyganie byli zupełnie oddanymi mu szpiegami, za żołd pobierany. On to w nocy wypowiedział owo dziwne zdanie, dopiero teraz zrozumiane przez Michała, on to podróżował na pokładzie Kaukazu z bandą cyganów, on to przebywszy góry Uralskie dostał się do Omska, gdzie dowodził obecnie wojskami.

Iwan nie dalej jak przed trzema dniami przybył do Omska, gdyby nie spotkanie w Iszim, które trzy dni zatrzymało Michała na brzegach Irtyszu, Michał byłby go wyprzedził w Irkutsku.

A kto wie ile nieszczęść usunęłoby to było w przyszłości!

Bądź co bądź, więcej niż kiedykolwiek Michał powinien był unikać Iwana, aby nie być przezeń widzianym. Skoro nadejdzie stosowna chwila do spotkania z nim, potrafi on go wynaleść.

Tak więc z wieśniakiem razem udali się na stacyę pocztową. Opuścić Omsk w nocy przez jeden z wyłomów, było rzeczą łatwą. Co do kupna powozu, okazało się to niepodobieństwem. Ale i na cóż Michałowi powóz mógłby się przydać obecnie? Czyż nie sam podróżuje niestety? Potrzebował konia i na szczęście dostał go. Był to zwierz silny, zdolny do dalekiej podróży, słowem odpowiedni dla takiego jeźdzca.

Zapłacił więc i za chwilę gotów był do drogi.

Była godzina czwarta wieczorem.

Michał zmuszony czekać nocy dla przebycia wyłomu, a pragnąc jak najmniej być widzianym na ulicach Omska, pozostał w domu pocztowym i chciał się czem posilić.

W sali ogólnej był wielki napływ ludzi. Tam zbierano się dla zasiągnięcia wiadomości. Mówiono o zbliżaniu się wojsk rosyjskich do Tomska.

Michał słuchał uważnie, ale sam milczał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 39

Nagle drgnął, usłyszał krzyk przejmujący go do głębi duszy, usłyszał dwa wyrazy: – Mój syn!

Matka jego stara Marfa, stała przed nim! Drżąc uśmiechała się do niego. Wyciągała ramiona! Michał powstał – już miał się rzucić w jej objęcia…

Wspomnienie obowiązku, niebezpieczeństwa grożącego jego matce i jemu samemu, powstrzymało go, a tak umiał nad sobą panować, że ani jeden nerw nie drgnął w jego twarzy.

Około dwudziestu osób było zgromadzonych w sali ogólnej. Byli może i szpiedzy między nimi, a czyż nie wiedziano w mieście że syn Marty był kuryerem? Michał nie drgnął.

– Michale! wołała jego matka.

– Kto jesteście poczciwa kobieto? zapytał Michał.

– Kto jestem? i ty o to pytasz? Moje dziecko, czyż nie poznajesz już swojej matki?

– Mylisz się!… odparł zimno Michał. Podobieństwo cię zwodzi…

Stara Marfa podeszła i patrząc mu prosto w oczy zapytała:

– Ty nie jesteś synem Piotra i Marfy?

Michał byłby oddał życie w zamian za uścisk serdeczny swej matki!… ale gdyby spełnił to pragnienie, byłby zgubił samego siebie, swoją misyę, swoją przysięgę!… Nadzwyczajnem wysileniem woli, zamknął oczy, aby nie widzieć wykrzywionej bólem twarzy matki, usunął rękę aby nie mógł być dotknięty ręką jej i cofając się kilka kroków odpowiedział:

– Doprawdy nie rozumiem cię kobieto.

– Michale! wołała jeszcze raz matka.

– Ja nie jestem Michałem! Nigdy nie byłem waszym synem! Jestem Mikołaj Korpanoff kupiec z Irkutska!…

I raptownie wyszedł z sali ogólnej, słysząc jeszcze za sobą:

– Mój syn! mój syn!

Michał odjechał… Nie widział swojej starej matki, prawie martwej, padającej na ławę. Ale w chwili kiedy poczthalter poskoczył aby ją ratować, staruszku powstała. Nagle światło rozjaśniło jej umysł! Ona odepchnięta przez swego syna! to niepodobieństwo! Omyłka z jej strony także była niepodobną. Tak, ona swego widziała, ale on nie chciał, on nie mógł, on nie powinien był być poznanym, musiał mieć silne powody do takiego działania! Wtedy tylko jedną myśl miała, jedno uczucie matki: Czyżbym go bezwiednie zgubiła?

– Jestem szalona! powiedziała do otaczających ją. Oczy moje omyliły mnie. Ten młodzieniec nie jest mojem dzieckiem! On nie miał jego głosu! Nie myślmy o tem. Ja wkrótce w każdym – jego tylko widzieć będę.

Jeszcze dziesięć minut nie upłynęło, kiedy oficer tatarski wchodził do sali pocztowej.

– Marfa Strogoff? zapytał.

– To ja, odpowiedziała staruszka z wypogodzoną i spokojną twarzą.

– Pójdź za mną.

Marta krokiem pewnym udała się za tatarem, opuszczając dom pocztowy.

Po kilku chwilach znalazła się już w obozie na Wielkim Placu, wobec Iwana uwiadomionego już o całej sprawie.

Iwan domyślając się prawdy, pragnął sam wybadać Martę.

– Jak się nazywasz? zapytał ostro.

– Marfa Strogoff.

– Czy masz syna?

– Mam.

– Jest kuryerem cesarskim?

– Tak.

– Gdzie on jest?

– W Moskwie.

– Nie masz o nim wiadomości?

– Żadnych.

– Od jak dawna?

– Od dwóch miesięcy.

– Któż więc jest ten młodzieniec którego nazywałaś synem przed kilkoma minutami?

– Młody Syberyjczyk, którego wzięłam za syna mojego, odparła Marfa. Jest on już dziesiątym z rzędu w którym mi się zdaje iż poznaję syna mojego, od czasu jak miasto jest pełne cudzoziemców.

– Więc ten młodzieniec nie był Michałem?

– Nie, to nie był Michał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 40

– Czy wiesz że mogę cię wziąść na tortury dla zmuszenia do wyznania prawdy?

– Powiedziałam prawdę i tortura nie zmieni wyrazów moich.

– Ten Syberyjczyk nie był Michałem, powtórnie zapytał Iwan.

– Nie, to nie był on. Czyż sądzisz iż mogłabym się dla jakichkolwiekbądź względów wyprzeć takiego jak on syna?

Iwan z gniewem spoglądał na kobietę, nie lękającą się go. Nie wątpił on iż w młodym Syberyjczyku poznała ona swego syna. Tak więc jeżeli syn wyparł się matki, a teraz matka wypiera się syna, powody musiały być ważne niezmiernie.

Tak więc Iwan nie wątpił już, że mniemany Mikołaj Korpanoff był Michałem Strogoff, kuryerem cesarskim, ukrywającym się pod przybranem nazwiskiem i że misya jego musiała być ważną. To też wydał rozkaz ścigania go bezzwłocznego. Potem powiedział:

– Kobietę tę poprowadzić do Tomska.

I kiedy żołnierze ją wyprowadzali, dodał szyderczo;

– Skoro nadejdzie stosowna chwila, potrafię tej czarownicy rozwiązać język.



Rozdział XV

Bagniska Baraba.

Wielkie to szczęście dla Michała, iż tak spiesznie opuścił stacyę pocztową. Rozkazy pułkownika Iwana zakomunikowano natychmiast u wszystkich bram miasta, rysopis jego wysłano do naczelników poczt, aby nie mógł wyjechać z Omska. Ale w tej chwili koń Michała galopował już po stepie, a kuryer nie będąc natychmiast ściganym, miał nadzieję umknięcia.

Michał wyjechał z Omska dnia 29 Lipca o godzinie ósmej wieczorem. Miasto to leży prawie w połowie drogi z Moskwy do Irkutska, gdzie powinien był przybyć za dni dziesięć, jeżeli chciał wyprzedzić hordy tatarskie. Nie ulegało wątpliwości, iż przypadek który go postawił wobec matki, zdradził jego incognito. Iwan nie wątpił już że kuryer cesarski był w Omsku i dążył do Irkutska. Depesze powierzone mu niezmiernie musiały być ważne, Michał nie wątpił więc iż nie oszczędzą żadnych środków dla pojmania go.

Ale o czem nie wiedział, czego nie mógł wiedzieć, to że Marfa była w ręku Iwana, i być może iż przyjdzie zapłacić jej życiem, za chwilowe uniesienie, którego nie mogła powstrzymać na widok syna swego! I dobrze się stało iż o tem nie wiedział! Czyż byłby w stanie oprzeć się tej nowej próbie!

Tak więc Michał nieustannie podniecał bieg swego rumaka, aby co najspieszniej przybyć na stacyę, gdzie zamierzał postarać się o środki pospieszniejszego odbywania podróży.

O północy przeleciawszy 70 wiorst, stanął na stacyi Kulikowo. Ale tam jak przewidywał, nie zastał ani koni ani powozu. Jakiś oddział tatarów przechodził przez stepy. Co się tylko dało, wszystko Tatarzy w wioskach i stacyach pocztowych zrabowali. Zaledwo z wielkim trudem Michał znalazł czem konia i siebie posilić.

Wierzchowca swego musiał oszczędzać, bo nie wiedział jak i kiedy będzie go mógł innym zastąpić. Pragnąc jednak jak najwięcej oddalić się od ludzi niewątpliwie ścigających go z rozkazu Iwana, postanowił wciąż jechać. Tak więc po godzinie wypoczynku, puścił się dalej w stepy.

Jak dotąd okoliczności atmosferyczne dość sprzyjały jego podróży. Temperatura była znośna. Noce krótkie i księżycowe nie przeszkadzały w podróży. Wreszcie Michał jechał jak człowiek znający swą drogę, nigdy nie wątpił i nigdy się nie wahał. Pomimo smutnych myśli, zachował dziwną jasność umysłu i tak prosto zmierzał ku celowi, jak gdyby cel ten miał wytknięty na końcu horyzontu. Jeżeli od czasu do czasu zatrzymywał się na zakręcie drogi, to tylko aby dać wytchnąć koniowi. Wtedy zeskakiwał z siodła, przykładał ucho do ziemi i słuchał, czy nie doleci go przypadkiem tentent galopującego konia po stepach. Nie usłyszawszy nic podejrzanego, puszczał się dalej.

Dnia 30 Lipca o godzinie 9-ej rano Michał wyjeżdżał ze stacyi Turumoff i puszczał się w bagniste okolice Baraba.

Tam na przestrzeni 300 wiorst, naturalne przeszkody mogły być bardzo wielkie. Wiedział o nich dobrze, lecz wiedział także że je przezwyciężyć zdoła.

Ogromne że bagniska Baraba od północy na południe, między sześćdziesiątym a pięćdziesiątym dziewiątym stopniem równoleżnika, służą za zbiornik wszystkich wód deszczowych, nie znajdujących ujścia ani do rzeki Obi ani do Irtyszu. Powierzchnia gruntu jest mocno gliniastą, a tem samem, trudną do przebycia, wody nie mając gdzie wsiąkać, pozostają na powierzchni, tworząc olbrzymie kałuże, ciężkie do przebycia w porze letniej.

Tamtędy prowadzi droga do Irkutska, a z pośrodka kałuż, stawów, jezior i bagnisk, wychodzą trujące wyziewy, tem szkodliwsze, że podniecane wielkiemi niebezpieczeństwami i utrudzeniem podróży.

W zimie, kiedy zimno zmraża wszystko co jest płynne, kiedy śnieg wyrównywa ziemię i wyboje sanki z łatwością mkną po powierzchni stwardniałej Baraba. Wtedy myśliwi nawiedzają tłumnie pełne zwierza okolice, bijąc kuny, sobole i drogocenne lisy, których futra tak są poszukiwane. Ale podczas lata, bagna czasami są nawet nie do przebycia, kiedy wody przybiorą.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 41

Michał puścił konia na łąkę torfową, nie pokrytą nawet nędzną trawą stepów, służącą za pożywienie dla licznych trzód syberyjskich. Nie była to już łąka bezgraniczna, a raczej olbrzymia płaszczyzna, porosła różnorodnemi krzewami. Trawa dochodziła wtedy od pięciu do sześciu stóp wysokości. Trawa ustąpiła miejsca roślinom bagnistym, którym wilgoć i upał pozwalały wzrastać do olbrzymich wymiarów. Było to po większej części sitowie i łączeń, tworzące nieprzebyte kobierce, zasiane tysiącem różnobarwnych kwiatów, w pośród których odznaczały się pięknością lilie, łączące swój zapach z wyziewami trzęsawiska.

Michał galopował między sitowiem; tak więc ani od strony bagna, ani od strony drogi nie był widzialnym. Rośliny wysokością jego wzrost przewyższały, śladem jedynym było zrywanie się całych stad dzikiego ptactwa, niknącego w błękitach nieba.

Droga jednak była równo wytkniętą. Tutaj ciągnęła między gęstym murem roślin bagniska, tam okalała stawy, zajmujące kilkaset wiorst długości, W innych miejscach niepodobieństwem było wyminąć wody stojącej na drodze; miejsce mostów zastępowały platformy, pokryte grubą warstwą gliny, uginające się przy każdem stąpnięciu konia., jak deska rzucona nad przepaścią. Niekiedy platformy takie miały od dwustu do trzystu stóp długości i częstokroć podróżni, szczególniej podróżujący w tarantasach, doświadczali cierpień bardzo zbliżonych do choroby morskiej.

Michał tak po gruncie pewnym jak i trzęsącym się pędził nieustannie, przesadzając wyłomy grubych, pogniłych tarcic; ale jakkolwiek jechał szybko, tak on sam jak i koń jego nie mogli uniknąć ukąszeń owadów, całemi gromadami szybujących w krainach bagnistych.

Podróżni przebywający Barabę w porze letniej, zaopatrują się w maski z końskiego włosia oprawione w żelazo, zasłaniające im plecy. Pomimo tych ostrożności jednak, prawie ani jeden nie wychodzi ztamtąd z rękami i twarzą nie spuchniętą i nie czerwoną od ukąszeń. Atmosfera zdaje się być przepełnioną cienkiemi żądełkami, i z łatwością możnaby uwierzyć, iż całkowita zbroja rycerska, nie byłaby w stanie uchronić od ukąszeń dwuskrzydłych owadów. Jestto groźna strefa, gdzie człowiek walczyć musi z komarami i tysiącem prawie mikroskopijnych owadów, gołem okiem nie widzialnych, ale dających się czuć bolesnemi ukłóciami, do których najzapaleńszy nawet myśliwiec syberyjski przywyknąć nie może.

Koń Michała prześladowany przez owady podskakiwał, jak gdyby go naraz tysiącem ostróg ukłuto. Zagrzewany wściekłością unosił się, pędził, przebiegał wiorsta za wiorstą, z szybkością kolei żelaznej, oganiając boki ogonem i szybkością biegu usiłującego owady pozostawić za sobą.

Któż mógłby przypuścić iż tak bagnista okolica mogła być stałem siedliskiem ludu?

A jednak tak było. Od czasu do czasu widać było szałasy syberyjskie między olbrzymiem sitowiem. Mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci, odziani skórą zwierząt, paśli chude trzody baranów, aby je uchronić od owadów palili nieustannie ogniska z zielonego drzewa, których ostry dym mięszał się z wyziewami trzęsawisk.

Skoro Michał czuł iż wierzchowiec jego już stąpać nie może, zatrzymywał się przy jednym z tych nędznych szałasów, i tam zapominając własnego znużenia, smarował rany biednego zwierza gorącą tłustością, jak to jest zwyczajem na Syberyi; potem dawał dobrą racyę obroku, a dopiero po opatrzeniu konia myślał o podreparowaniu sił własnych; zjadał kawałek chleba i mięsa, popijając szklanką kwasu. W godzinę lub dwie najwyżej jechał już dalej do Irkutska.

Tak przebył ośmdziesiąt wiorst od stacyi Turumoff i 30 Lipca o godzinie czwartej wieczorem, nieczuły na wszelkie trudy, przybywał do Elamska.

Tam, należało dać koniowi całą noc wytchnienia. Odważny zwierz nie mógłby już jechać dalej.

W Elamsku tak jak i wszędzie nie było żadnych środków komunikacyjnych. Z tych samych co tam powodów, brakowało zarówno powozów jak i koni.

Miasteczko Elams nie nawiedzone jeszcze przez Tatarów, było prawie zupełnie wyludnione, bo łatwo było doń wkroczyć od południa, a trudno być wspomaganym od północy. To też stacye pocztowe, biuro policyi, dom gubernatora, wszystko to było opuszczone z rozkazu wyższego i tak urzędnicy jako też i inni mieszkańcy wydalili się do Kamska, w sam środek Baraby.

Michał musiał się zdecydować na przepędzenie nocy w Elamsku, aby koń jego dwanaście godzin mógł wypocząć. Pamiętał dobrze o poleceniu danem mu w Moskwie, aby nie zdradzał swego incognito, aby pomimo wszelkich przeszkód przybył do Irkutska, lecz aby nie narażał całego przedsięwzięcia dla szybkości podróży, powinien był więc oszczędzać jedynego środka, jaki mu do takowej pozostawał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 41a

Nazajutrz opuszczał Elamsk w chwili kiedy przednie straże tatarskie były już tylko o dziesięć wiorst za nim, na drodze Baraba, puszczając się znów w bagniste trzęsawiska. Droga była gładka, co ułatwiało podróż, ale kręta, co ją przedłużało. Niepodobieństwem było porzucić ją dla trzymania się prostej linii, bo tam stawy i bagna były nieprzebyte.

Nazajutrz 1-go Sierpnia o sto dwadzieścia wiorst dalej, Michał w samo południe wjeżdżał do miasteczka Spaskoje, o drugiej zaś zatrzymał się w Pokrowskoje. Wierzchowiec jego nie byłby już mógł kroku jednego dalej zrobić.

Tam musiał pozostać resztę dnia i noc całą; ale wyruszywszy nazajutrz rano wciąż galopując na gruncie w połowie zatopionym, drugiego sierpnia o godzinie czwartej po południu, zatrzymał się w Kamsku, to jest o siedmdziesiąt pięć wiorst dalej.

Tutaj kraj zmieniał się. Duża wieś Kamsk jest jakoby wyspą mieszkalną i zdrową, leżącą wśród zamieszkałej okolicy. Zajmuje ona sam środek Baraby. Tam dzięki kanalizacyi Tomu przepływa Irtysz, zamieniając trzęsawiska w łąki najżyzniejsze. Jednak ulepszenie to nie zdołało we wszystkiem usunąć jeszcze gorączki; jesienną porą nawiedzającej mieszkańców. A jednak tam to mieszkańcy Baraby chronią się, kiedy wyziewy bagniste zbyt im zatruwając powietrze, wypędzają z innych okolic prowincyi.

Emigracya wywołana najściem Tatarów, dotąd nie miała miejsca w Kamsku. Mieszkańcy czuli się bezpiecznymi w środku Baraby, dokąd w danym razie mogli się schronić przed niebezpieczeństwem.

Tak więc Michał żadnych nie mógł tutaj powziąść wiadomości. Do niego to gubernator byłby się raczej odwołał, gdyby był wiedział jaki w istocie piastował tytuł mniemany kupiec z Irkutska. Kamsk, samem położeniem swojem, zdawał się nie należeć do Syberyi i obecnych w niej wypadków.

Michał pokazywał się bardzo mało. Być nie dostrzeżonym było teraz już dlań za mało, obecnie chciał on się stać niewidzialnym. Doświadczenie przeszłości uczyniło go więcej niż przezornym w teraźniejszości i przyszłości. To też trzymał się on na uboczu, nie wychodząc wcale z oberży dokąd zajechał.

Mógłby wprawdzie był znaleść tarantas w Kamsku, ale po dojrzalszej rozwadze wolał podróżować konno, lękając się aby tarantas nie zwrócił nań uwagi, przynajmniej aż do chwili przejścia linii obecnie zajmowanej przez Tatarów, linii przecinającej prawie dolinę Irtyszu, i nie chcąc niczem wzbudzić podejrzenia.

Wreszcie dla przebycia trudnej przeprawy w Baraba, dla ucieczki w pośród bagnisk w wypadku gdyby mu groziło niebezpieczeństwo, łatwiej się było jeźdzcowi rzucić w najgęściejsze zarośla sitowia, zatem koń lepszy był od powozu. Potem w Tomsku lub w Krasnojarsku, miał się namyślić jak dalej działać wypadnie.

Co do konia, o tem ani pomyśał aby go zamienić na innego. Dzielny zwierz był stworzonym dla niego. Wiedział jakie mógł mieć zeń korzyści. W Omsku kupił go widocznie szczęśliwą ręką, Nadto przywiązał się już po części do swego wierzchowca, ten ostatni zaś przywykł już do tego rodzaju podróży, byle tylko dano mu kilka godzin wypoczynku, jeździec mógł być pewnym dojechania na nim dokąd zechce.

Tak więc przez wieczór i noc z drugiego na trzeci Sierpnia, Michał pozostawał w oberży, przy wjeździe do miasta, w oberży mało uczęszczanej, nieprzystępnej dla ciekawych i natrętów.

Złamany utrudzeniem położył się, nakarmiwszy jednak poprzednio konia; ale sen jego był niespokojnym i przerywanym. Za wiele wspomnień, za wiele miał na raz niepokojów. Obraz starej matki, obraz młodej, nieustraszonej towarzyszki podróży, pozostawionej zdała, bez opieki, kolejno przesuwał się w jego umyśle, częstokroć zlewając się w myśl jedną.

Potem powracał do poselstwa którego przysiągł dopełnić… To co widział od chwili wyjazdu z Moskwy, w coraz ważniejszem świetle poselstwo to przedstawiało mu… A kiedy spojrzał na list z pieczęcią cesarską, zawierający zapewne lekarstwo na wszystko, uczuwał dziką chęć rzucenia się w stepy i przebycia lotem ptaka przestrzeni dzielącej go od Irkutska; pragnął być orłem aby wznieść się nad przeszkody, stać się huraganem dla przerżnięcia powietrza z szybkością stu wiorst na godzinę, aby stanąć nakoniec w obliczu Głównodowodzącego.

Nazajutrz o godzinie szóstej rano, Michał wyjechał, zamierzając dnia tego przebyć ośmdziesiąt wiorst dzielących Kamsk od Ubińska. Oddaliwszy się dwadzieścia wiorst, znów wjechał w trzęsawiska Baraba, często na stopę pokryte wodą. Wtedy trudno było poznać drogę, ale dzięki przezorności drogę tę odbył bez żadnego wypadku.

Przybywszy do Ubińska Michał przez całą noc dał koniowi wypocząć, gdyż pragnął nazajutrz bez wytchnienia, przejechać sto wiorst dzielących Ubińsk od Ikantskoje. Równo z dniem wyruszył, ale nieszczęściem grunt Baraby jest tutaj najnieznośniejszy.

Między Ubińskiem i Kamakową, przed kilku tygodniami spadły obfite deszcze, zatrzymując tutaj wody jak gdyby w nieprzemakalnej miednicy. Jedno z takich jezior, niedość rozległe, aby zostać zaliczonem do nomenklatury geograficznej jest Czang, które należało 20 wiorst okrążyć, przy nieopisanych trudnościach. Michał nie biorąc powozu w Kamsku dobrze uczynił, bo koń jego przechodził tam, gdzie żaden ekwipaż przejść by nie mógł.

O godzinie dziewiątej wieczorem, przybył do Ikantskoje, gdzie zatrzymał się noc całą. Tutaj zupełny był brak nowin z teatru wojennego. Z samej natury położenia swego, prowincya ta uniknęła najścia Tatarów.

Ale trudności naturalne miały się zmniejszyć nakoniec i jeżeli nie zajdzie żadna przeszkoda, Michał już nazajutrz zupełnie opuści trzęsawiska Baraba. Wtedy dostanie się na drogę wygodniejszą, a dla osiągnięcia tego, potrzebował już tylko przebyć sto dwadzieścia pięć wiorst, dzielących go jeszcze od Koływań.

Przybywszy tam, będzie już tylko na takiej samej odległości od Tomska. Wtedy w miarę powziętych wiadomości, najprawdopodobniej okrąży miasto zajmowane przez Feofar-Hana, stosownie jak mu okoliczności wskażą.

Ale jeżeli miasta takie jak Ikantskoje, jak Karguinsk który przebył nazajutrz, były bezpieczne dzięki trzęsawiskom Baraba, gdzie kolumny tatarskie z trudnością mogłyby manewrować, czyż nie należało się obawiać, aby po przebyciu najżyźniejszych okolic Obi, Michał nie potrzebując już lękać się przeszkód fizycznych, nie potrzebował się lękać człowieka? To było prawdopodobne. Bądź co bądź, w razie potrzeby nie wahałby się zboczyć z prostej drogi do Irkutska. Wtedy jadąc przez stepy narażał się na wszystkie niedogodności. Nigdzie wytkniętej drogi, nigdzie wioski lub miasta. Zaledwo kilka folwarków odosobnionych lub szałasów ubogich, gościnnych niewątpliwie, ale gdzie zbywało im na wszystkiem! Jednak nie można się było wahać.

Wreszcie około godziny wpół do czwartej po południu, przebywszy stacyę Kargatsk, opuszczał Barabę, wjeżdżając na grunt twardy i suche terytoryum syberyjskie, dzwoniące pod uderzeniem kopyt końskich.

Opuścił Moskwę piętnastego Lipca. Tak więc tego dnia, 5 Sierpnia, rachując w to prawie siedmdziesiąt godzin straconych na wybrzeżach Irtyszu, dwadzieścia jeden dni upłynęło od jego wyjazdu.

Pięćset wiorst dzieliło go jeszcze od Irkutska.



Rozdział XVI

Ostatnie wysilenie.

Michał słusznie obawiał się jakiego nieprzyjaznego spotkania po za płaszczyznami Baraba. Stratowane pola wskazywały przejście Tatarów; o nich to można było powiedzieć to co powiedziano o Turkach: „ Tam gdzie Turczyn przeszedł, trawa nigdy nie porasta!”

Tak więc przebywając te okolice, Michał powinien był zachować wszelkie ostrożności. Gdzieniegdzie wznoszące się kłęby dymu, wskazywały zgliszcza popalonych miast i wiosek. Teraz zachodziła kwestya, czy pożary te wznieciła przednia straż emira, czy też wojska jego posunęły się już aż na granicę prowincyi? Czy Feofar-Han już przybył do gubernii Jenisejskiej? Michał o tem wszystkiem nic nie wiedział. Kraj był tak wyludniony, iż nie było kogo zapytać.

Tym sposobem przebył dwie wiorsty żywej duszy nie spotkawszy. Oglądał się daremnie wokoło, chcąc dostrzedz jaką chatę zamieszkałą jeszcze. Niestety! wszystkie były puste.

Nagle, pomiędzy drzewami spostrzegł szałas dymiący jeszcze. Przybliżył się i ujrzał w oddaleniu kilku kroków starca, otoczonego dziatwą płaczącą. Kobieta, młoda jeszcze, niewątpliwie córka starca, spoglądała wzrokiem błędnym na swe dzieci klęczące i roztaczający się obraz zniszczenia. Karmiła ona kilkomiesięczne dziecię, dla którego mleka wkrótce zabraknąć miało. Wszystko do koła było zgliszczami i ruiną!

Michał podszedł do starca.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 42

– Czy możesz mi odpowiadać? zapytał poważnie.

– Mów, odrzekł starzec.

– Czy Tatarzy przechodzili tędy?

– Tak, wszak widzisz dom mój w płomieniach!

– Czy cała armia, czy jaki oddział tylko?

– Cała armia bo jak daleko okiem zasięgnąć można pola nasze stratowane!

– Pod dowództwem emira?…

– Tak pod dowództwem emira, bo wody Obi krwią się zafarbowały!

– Więc Feofar-Han jest w Tomsku?

– W Tomsku.

– Nie wiesz, czy Tatarzy zajęli Koływań?

– Nie, bo Koływań nie płonie jeszcze!

– Dziękuję ci przyjacielu. Czy nie mógłbym przydać się na co tobie lub twoim blizkim?

– Nie.

– Do zobaczenia.

– Jedź z Bogiem.

I Michał położywszy papierek dwudziestopięciurublowy na kolanach nieszczęsnej kobiety, nie mającej nawet siły podziękować, pojechał dalej.

Teraz wiedział on już na pewno iż bądź co bądź Tomsk powinien był ominąć. Pojechać do Koływania gdzie jeszcze Tatarów nie było, odpocząć dla nabrania sił koniecznych, to było niezbędne. Potem zboczyć z drogi do Irkutska dla okrążenia Tomska przedostać się do Obi, oto co należało uczynić.

Nakreśliwszy sobie taki plan podróży, już się nie namyślał, spiął konia ostrogą i ruszył drogą prowadzącą ku lewemu brzegowi Obi, o czterdzieści wiorst jeszcze odległego. Czy znajdzie prom na rzece, czy też Tatarzy zniszczyli wszystkie statki i będzie ją musiał wpław przebywać? Zobaczy to.

Co się dotyczyło konia upadającego ze znużenia postanowił resztę sił jego zużytkować, a w Koływaniu zamienić go na innego. Czuł on iż wycieńczony zwierz nie wytrwa dłuższej podróży. Koływań miał więc być nowym punktem wyjścia, gdyż od tej miejscowości, podróż w innych warunkach się rozpoczynała. Dopóki znajdować się będzie w kraju spustoszonym, niebezpieczeństwo i trudy będą olbrzymie, ale skoro uda mu się pominąć Tomsk, przez Jenisejsk powrócić na drogę do Irkutska, cel jego mógł być za kilka dni dopiętym.

Po skwarnym dniu nastała noc. O północy zupełnie ściemniło się na stepach. Wiatr ustał o zachodzie słońca, powietrze było spokojne. Jedynie brzęk podków i słowa zachęty przerywały uroczystą ciszę. Wśród tak ciemnej nocy, potrzeba było niezmiernej uwagi aby z drogi nie zboczyć, z drogi otoczonej stawami i strumieniami rozlicznemi.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 43

Tak więc Michał o ile możności spiesznie posuwał się naprzód, ale nie bez pewnej ostrożności. Rachował on dużo na bystrość swego wzroku, jako też na doświadczony instynkt konia, Kiedy na chwilę zsiadł z siodła dla zbadania kierunku drogi, zdało mu się, iż od strony zachodniej niewyraźny szmer posłyszał. Nie było wątpliwości, co najwyżej o dwie wiorsty za nim słychać było równy bieg galopujących koni.

– To oddział kawaleryi jadący z Omska, pomyślał. Pospiesza, bo odgłos coraz wyraźniejszy. Czy to Rosyanie, czyli też Tatarzy?

Mówiąc to znów się wsłuchiwał.

– Tak, jadą oni galopem, zanim dziesięć minut upłynie, będą tutaj. Koń mój nie zdoła ich wyprzedzić. Jeżeli to Rosyanie, przyłączę się do nich. Jeżeli zaś Tatarzy, bądź co bądź umknąć im trzeba! Ale jak? Gdzie się ukryć na stepie?

Michał spojrzał dokoła i przenikliwem okiem dostrzegł zarośla o jakie sto kroków na lewym brzegu drogi.

– Jest jakiś lasek, pomyślał. Schronić się tam, jestto narazić się może na schwytanie, jeżeli im przyjdzie chęć zwiedzenia go, ale niemam wyboru! Oto już są! oto już są!

I prowadził już konia do lasku modrzewiowego. Dokoła była płaszczyzna i stawy. Tak więc oddział jeźdzców musiał koniecznie około lasku przejeżdżać, chcąc udać się na drogę główną.

Michał ukrył się między modrzewiem i dopiero o jakie czterdzieści kroków zatrzymał go strumień półkolem las otaczający.

Ale noc była tak ciemna, że jeżeli tylko lasek nie będzie dokładnie zrewidowanym, Michał ocaleje. Poprowadził więc konia do wody, przywiązał do drzewa, sam zaś zaczołgał się na krawędź lasu, aby zobaczyć czego chwycić się należało, t. j. z kim miał mieć do czynienia.

Zaledwie stanął za kępą modrzewiu. zobaczył niewyraźnie migocące światełka.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 44

– Z pochodniami! mruknął.

I odskoczył żywo, chroniąc się w najgęściejsze zarośla.

W miarę zbliżania się do lasku, konie, zwalniały biegu. Czyż jeźdzcy ci oświetlali drogę w celu robienia obserwacyi?

Michał tego się obawiał i instynktownie cofnął się do strumienia, aby razie potrzeby mógł się tam zanurzyć.

Przy lasku, oddział zatrzymał się. Kawalerzyści zeskoczyli z siodeł. Około dziesięciu z nich niosło pochodnie, oświetlając drogę szerokim promieniem.

Z pewnych przygotowań Michał wyprowadził wniosek, iż na szczęście lasku zwiedzić nie mają zamiaru, a tylko przystanęli dla posilenia się i dania wypoczynku koniom strudzonym.

W istocie konie rozuzdane poczęły skubać gęstą trawę pokrywającą ziemię. Jeźdzcy zaś rozłożywszy się wzdłuż drogi, wyciągali swoje zapasy.

Michał z najzimniejszą krwią wsunąwszy się między wysoką trawę, usiłował widzieć i słuchać.

Był to oddział przybywający z Omska. Kawalerzyści należeli do rasy mongolskiej, silni, dobrze zbudowani, rysów twarzy ostrych i dzikich, na głowach mieli „talpak” jest to rodzaj czapki ze skóry czarnego barana, obuci w żółte buty na wysokich obcasach, z zawiniętemi nosami na wzór trzewików średniowiecznych. Opończe ich przepasane były skórzanym pasem z czerwoną obwódką. Uzbrojenie ich składał pancerz, jatagan, długi nóż i skałkówka zawieszona u lęku siodła.

Konie pasące się na skraju lasu były rasy mongolskiej, tak jak i ich panowie. Przy świetle pochodni łatwo się było o tem przekonać. Zwierzęta że cokolwiek mniejsze od koni rasy tureckiej, ale za to obdarzone siłą niezwykłą, umieją tylko biedz galopem.

Oddział ten prowadził „pendja-baszy”, to jest dowódzca pięćdziesięciu ludzi, mający pod swemi rozkazami „deh-baszy” zwyczajnego dowódzcę dziesięciu ludzi. Ci dwaj dowódzcy byli ubrani w kaski i żelazne koszule; małe trąbki przyczepione do łęku siodeł były symbolami ich dostojeństwa.

Jeźdzcy znużeni potrzebowali długiego wypoczynku. Dwaj dowódzcy rozmawiając palili „beng”, liście konopne wchodzące w skład „hasziszu” tak rozpowszechnione w Azyi i przechadzali się wokoło lasku, tak że Michał nie będąc widzianym słyszał i rozumiał ich rozmowę, bo używali języka tatarskiego.

Przy pierwszych słowach zaraz rozmowa ta niezmiernie go zainteresowała.

O nim to mówiono.

– Kuryer ten, mówił pendja-basza, nie mógł nas tak bardzo wyprzedzić, a niepodobieństwem jest udać się inną drogą.

– Kto wie czy on nie przebywa dotąd w Omsku, odrzekł deh-baszy. Może się gdzie ukrył?

– Serdecznie uradowałoby mnie to! pułkownik Iwan mógłby być spokojnym że depesze nie dojdą swego przeznaczenia!

– Mówią że to krajowiec; jako Syberyjczyk zna on niewątpliwie okolice, może więc zjechał z drogi do Irkutska, aby tam następnie powrócić!

– W takim razie wyprzedzimy go, bo opuściliśmy Omsk w niespełna godzinę po jego ucieczce, a obraliśmy najkrótszą drogę i nie szczędzili koni naszych. Tak więc jeżeli pozostał w Omsku, my wpierwej do Tomska przybędziemy, i bądź co bądź do Irkutska się nie dostanie.

– Tęga kobieta ta stara Syberyjka, mówią że to jego matka!

Na że słowa serce Michała silnie uderzyło.

– Tak, bo chociaż stanowczo przeczyła że kupiec ten nie był jej synem, było to już zapóźno. Pułkownik Iwan nie dał się oszukać i mówił że skoro nadejdzie chwila, potrafi on zmusić starą czarownicę do mówienia.

Każdy wyraz był uderzeniem sztyletu w serce Michała! Poznano go jako cesarskiego kuryera! Oddział ścigającej go kawaleryi miał mu przeciąć drogę! Matka jego w niewoli tatarskiej w ręku Iwana, grożącego iż potrafi zmusić ją do wyznania!

Michał wiedział że matka milczeć będzie, ale być może przypłaci to życiem swojem!…

Sądził dotąd, iż nienawiść jego dla Iwana była bezgraniczną, a jednak teraz czuł iż wzmogła się jeszcze gwałtownie, czuł iż serce mu rozsadza. Nikczemnik groził torturą jego matce!

Z dalszej rozmowy dowiedział się Michał, iż w okolicach Koływania starcie Rosyan z Tatarami było nieuniknionem. Oddział Rosyjski z dwóch tysięcy ludzi złożony zdwojonym marszem spieszył do Tomska. W takim razie droga do Irkutska zostanie przeciętą.

Dowiedział się także iż wyznaczono nagrodę za jego głowę, i że żywy czy umarły miał być wydany w ręce Iwana.

Tak więc należało koniecznie wyprzedzić oddział na drodze do Irkutska. Aby to uskutecznić, należało umykać przed zwinięciem chwilowego obozu tatarskiego.

To postanowiwszy, Michał gotował się do wykonania zamiaru.

Spoczynek nie mógł trwać długo, a nawet nie dłużej nad godzinę, pomimo utrudzenia koni i ludzi, a to z tych samych powodów które skłaniały Michała do spiesznej ucieczki.

Nie było więc chwili do stracenia. Była godzina pierwsza rano, wkrótce dnieć będzie, należało więc opuścić lasek przed ustąpieniem zmroku jeszcze, chociaż ucieczka wydawała się prawie niepodobną.

Michał niechciał postąpić lekkomyślnie, rozważył więc wszystkie okoliczności za i przeciw, aby wybrać środek najpewniejszy.

Z położenia miejscowości wyprowadził on wniosek, iż umknąć można było tylko przeciwną stroną modrzewiowego lasku, okrążającego główną drogę. Strumień przecinający las niedość był głęboki, ale nadto błotnisty i szeroki bardzo. Wysokie sitowia przebycie go czyniły niepodobnem. Pod błękitną wodą domyślać się należało lgnącego, głębokiego i miękkiego mułu. Wreszcie grunt po za strumieniem tak gęsto był zasiany krzakami, iż o spiesznej ucieczce ani myśleć było można. Gdyby zaalarmował Tatarów, byłoby już po nim, musiałby być schwytanym.

Tak więc pozostała tylko droga główna, Okrążyć skraj lasu, przebyć niepostrzeżenie chociaż czwartą część wiorsty, zużyć ostatek siły swego konia na przybycie do Obi, potem w jakikolwiek sposób dostać się za rzekę, oto co Michał postanowił wykonać.

Siłę jego i energię zdwoiło jeszcze niebezpieczeństwo. Chodziło tutaj o jego życie, jego misyę, honor, może życie jego matki. Nie wahał się i zabrał do dzieła.

Nie było chwili do stracenia. Ludzie z oddziału zaczynali się krzątać. Kilku jeźdzców zbliżyło się do lasu. Inni spoczywali jeszcze pod drzewami, konie zaś mniej więcej gromadziły się w środku lasu.

Z początku Michał zamierzał jednego z nich sobie przywłaszczyć, ale po dojrzalszej rozwadze doszedł do przekonania, że na zamianie nie zyska, bo konie że były tak samo jak jego wierzchowiec strudzone, lepiej więc było pozostać przy znanym i doświadczonej już wytrwałości, tem więcej iż tatarzy dotąd go nie spostrzegli.

Michał ukryty w wysokiej trawie, przyczołgał się do spoczywającego konia. Pogłaskał go, zachęcił kilku słowami i skłonił do powstania bez hałasu.

W tej samej chwili pochodnie dogorywające zgasły, a ciemność jeszcze była zupełną, szczególnie w lasku modrzewiowym.

Michał założył wędzidło, przyciągnął popręgi, poprawił strzemiona i cicho poprowadził konia za uździenicę. Szlachetny zwierz jakby pojmując myśl pana, postępował w milczeniu.

Jednakże kilka koni zapędziło się aż na skraj lasu.

Michał postępował z rewolwerem w prawej ręce, gotów roztrzaskać głowę pierwszemu zbliżającemu się doń tatarowi. Ale na szczęście, nie zbudziwszy niczyjej uwagi, dotarł do rogu lasu graniczącego z główną drogą.

Aby nie zwrócić uwagi, postanowił jak najpóźniej dosiąść konia, a w każdym razie nie prędzej, jak o jakie dwieście kroków za laskiem.

Na nieszczęście w chwili kiedy już miał wyjść z lasu, koń jednego z kawalerzystów przeczuł zarżał i rzucił się na drogę.

Właściciel pobiegł dla pochwycenia go; ujrzawszy przy świetle jutrzenki cień człowieka zawołał:

– Baczność!

Na ten okrzyk zerwali się wszyscy biegnąc ku drodze.

Michał mógł już tylko wskoczyć na konia i puścić się galopem.

Dwaj oficerowie biegnąc przodem, zachęcali swych podwładnych.

Ale Michał już był na siodle.

Strzelono doń, uczuł że kuła przeszyła jego bekieszę.

Nie obejrzał się nawet, wypuścił tylko wy całym pędzie konia w kierunku rzeki Obi.

Konie mongolskie były rozuzdane, mógł więc wyprzedzić kawalerzystów; lecz ci za chwilę puszczą się w jego ślady, słyszy już tentent ich koni, te dościgną go wkrótce.

Dnieć zaczynało, przedmioty rysowały się już jasno i wyraźnie.

Michał odwrócił głowę, i ujrzał dopędzającego już jeźdzca.

Byłto deh-basza. Oficer pędził na czele swego oddziału, grożąc pochwyceniem uciekającemu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 45

Michał wyciągnął z rewolwerem rękę, zmierzył, wypalił. Strzał przeszył piersi oficera mongolskiego, który runął z konia nieżywy.

Ale reszta oddziału podniecana własnemi przekleństwami już go dościgała, przestrzeń zaś dzieląca ich od Michała, coraz się zmniejszała.

Jednak przez pół godziny jeszcze tatarzy nie mogli się doń zbliżyć na odległość strzału, ale czuł że koń jego słabnie, siły się wyczerpują, lada chwila paść może aby nie powstać więcej.

Już był jasny dzień, choć słońce nie weszło jeszcze.

W odległości dwóch wiorst rysowała się linia blada, otoczona kilku, gdzie niegdzie rozrzuconemi drzewami.

Była to rzeka Obi, płynąca od południowo-zachodniej ku północno-zachodniej stronie, otoczona pustynią.

Kilkakrotnie dano ognia, ale strzały nie dosięgły Michała, on zaś mierzył i palił wciąż do najbliżej go ścigających. Za każdym strzałem jeden tatar ubywał, wycia i złorzeczenia wzmagały się.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 46

Ale ściganie to musiało się zakończyć na niekorzyść Michała. Koń pod nim ustawał, doniósł go jednak do wybrzeża rzeki.

Oddział tatarów już tylko o pięćdziesiąt kroków był oddalonym.

Na rzece nie było ani jednego statku.

– Odwagi dzielny mój koniu! krzyknął Michał. No! Ostatni jeszcze wysiłek!

I rzucił się w rzekę w tym punkcie pół wiorsty szeroką.

Bystry prąd trudny tu do przebycia. Koń Michała nie mógł zgruntować. Tak więc bez punktu oparcia płynąc ciągle miał przecinać tak bystrą wodę, jak gdyby ona była spokojnym strumieniem zaledwie.

Jeźdzcy wahając się stanęli na wybrzeżu. Ale w tej chwili pendja-basza pochwycił fuzyę, wycelował do zbiega będącego już na środku rzeki, dał ognia i koń Michała raniony w bok, zanurzył się wraz z panem swoim.

Ten spiesznie wyjął nogi ze strzemienia, kiedy tymczasem szlachetny zwierz zanurzył się w głębinie. Potem wśród gradu kul płynął dalej, dostał się na prawy brzeg rzeki i zniknął w wysokiej trzcinie otaczającej rzekę Obi.



Rozdział XVII

Wyjątki z Pisma Ś-go i śpiewki.

Michał był względnie bezpiecznym. Jednak położenie jego nie przestało być okropnem.

Koń jego wierny, nieustraszony przyjaciel znalazł śmierć w nurtach rzeki, w jaki sposób odbywać dalszą podróż?

Był sam, pieszy, zgłodniały, w kraju spustoszałym, spalonym przez Tatarów, a cel podróży jeszcze daleki.

– Na Boga! przybędę tam! wykrzyknął w odpowiedzi na myśl o znużeniu swojem i przeszkodach. Bóg opiekuje się moją sprawą!

Michał uwolnił się już od pogoni. Oddział kawaleryi nie odważył się rzucić w rzekę, a wreszcie można było sądzić, iż ścigany utonął wraz z koniem, przed dostaniem się na prawy brzeg Obi.

Ale Michał z wielkim trudem przez zgęstniały muł zdołał dostać się na cokolwiek wynioślejsze wybrzeże.

Stanąwszy na pewniejszym gruncie, postanowił o dalszym planie podróży. Przedewszystkiem należało Tomsk ominąć. Niemniej jednak musiał wstąpić na jaką stacyę pocztową dla nabycia wierzchowca Skoro koń będzie nabyty, puści się on bocznym traktem i dopiero w okolicach Krasnojarska zwróci na drogę do Irkutska. Przy należytym pośpiechu, spodziewał się wyprzedzić hordy tatarskie.

Przedewszystkiem usiłował zoryentować się.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 47

O dwie wiorsty z okładem, idąc za prądem rzeki Obi, wznosiło się na niewielkiej wyniosłości malownicze miasteczko. Kilka kościołów o wieżach bizantyjskich, o kopułach złoconych i zielono malowanych, rysowało się na szarym horyzoncie.

Było to miasto Koływań, służące zazwyczaj za letnie pomieszkanie urzędnikom i innym mieszkańcom okolic Baraba. Według powziętych wiadomości, nie było tam jeszcze tatarów. Hordy ich skierowały się na Omsk, dążąc do Tomska.

Projekt Michała był bardzo prosty. Pragnął on dostać się do Koływania przed kawaleryą mongolską, lewym brzegiem Obi postępującą. Tam za jakąkolwiekbądź cenę nabędzie dla siebie odzienie i konia, na którym przez stepy puści się drogą prowadzącą do Irkutska.

Była godzina trzecia rano. Okolice Koływania zdawały się całkiem opuszczone. Niewątpliwie mieszkańcy unikając tatarów, szukali schronienia w prowincyach Jenisejskich.

Tak więc Michał spieszył do Koływania, kiedy nagle posłyszał odgłos dalekich wystrzałów.

Stanął. Wśród niczem niezmąconej ciszy, wyraźnie dochodził go ciężki turkot odbijający się echem w powietrzu.

To armaty! to kanonada! pomyślał. Czyżby Rosyanie spotkali się z tatarami! Ah! oby nieba sprawiły abym przed nimi przybył do Koływania!

Michał nie mylił się. Strzały coraz wyraźniej go dochodziły, dym wznosił się w powietrzu, nie dym strzałów ręcznych, ale biaława para strzałów artyleryjskich.

Jeźdzcy mongolscy zatrzymali się na prawym brzegu Obi, oczekując rezultatu bitwy.

Z tej strony Michał był bezpieczny. To też spiesznie dążył ku miastu.

Jednak wystrzały padały coraz gęstsze i były coraz bliższe. Nie był to już niepewny turkot, ale jeden szereg strzałów armatnich. Jednocześnie dym gnany wiatrem, rozbijał się w powietrzu, walczący szybko posuwali się ku południowi.

Michał zaledwo o pół wiorsty był od Koływania, kiedy ujrzał długi pas ognia wirujący pomiędzy domami miasta, kościół jeden runął wśród płomieni i kurzu.

Czy bitwa byłaby w Koływaniu? Tak przypuszczać należało, a w takim razie tatarzy czy rosyanie w ulicach miasta walczyli. Czyż była-to pora szukać tam schronienia. Czy nie narażał się na schwytanie i czy ucieczka z Koływania uda mu się tak szczęśliwie, jak się udała ucieczka z Omska?

Wszystkie te prawdopodobieństwa jasno przewidywał. Zawahał się na chwilę stanął. Czyż nie lepiej będzie chociażby piechotą dobić do jakiej mieściny i tam choćby za najwyższą cenę nabyć konia?

Zamiar ten wydał mu się najroztropniejszym i dla tego to opuszczając natychmiast wybrzeża Obi, skierował swe kroki na prawo Koływania.

Strzały nie ustawały. Płomienie zaświeciły z lewej strony miasta. Pożar opanował już cały jeden cyrkuł.

Michał biegł stepem usiłując schronić się pomiędzy kilka drzew zdała spostrzeżonych, kiedy na prawo ukazał się niespodzianie oddział kawaleryi.

Michał nie mógł już bied z w tym kierunku. Kawalerzyści pędząc biegli do miasta, nie mogliby go nie widzieć.

Nagle pomiędzy kępą drzew zobaczył odosobniony domek, gdzie mógł się dostać niepostrzeżony.

Pobiedz tam, ukryć się, zażądać posiłku i wypoczynku, to była jego dążność jedyna.

Poskoczył więc, a zbliżając się poznał że to była stacya telegraficzna, Dwa druty szły na wschód i zachód, trzeci do Koływania.

Stacya ta mogła być opuszczoną, ale bądź co bądź mógł się tam schronić, wypocząć do wieczora, w nocy zaś niepostrzeżony ruszyć dalej w stepy.

Michał przypadł do domu i gwałtownie drzwi otworzył.

Jedna tylko osoba znajdowała się w pokoju.

Był nią urzędnik spokojny, zimny, systematyczny, obojętny na to co go otaczało. Wierny swemu urzędowi, gotów był na usługi publiczności.

Michał poskoczył doń zziajany i głosem przerywanym z utrudzenia:

– Co wiesz? zapytał.

– Nic, odpowiedział uśmiechając się urzędnik.

– Czy to potyczka Rosyan z Tatarami?

– Tak mówią.

– Kto zwycięża?

– Nie wiem.

Taka zimna krew, wśród takich okoliczności, trudną była do pojęcia.

– I drut nieprzerwany? zapytał Michał.

– Jest zerwany pomiędzy Koływaniem a Krasnojarskiem; ale funkcyonuje jeszcze pomiędzy Koływaniem a granicą rosyjską.

– Funkcyonuje dla rządu?

– Dla rządu skoro rząd go potrzebuje, dla publiczności jeżeli publiczność ta płaci. Cena, dziesięć kopiejek za wyraz. Jak pan chcesz?

Michał już miał powiedzieć że nie miał do przesłania żadnej depeszy, a prosi tylko o kawałek chleba i trochę wody, kiedy raptem drzwi domku otwarły się jak były szerokie.

Sądząc ze to Tatarzy, Michał już zamierzał oknem wyskoczyć, kiedy do sali weszło dwóch ludzi niczem tatarów nie przypominających.

Jeden z nich trzymał w ręku depeszę napisaną ołówkiem i wyprzedzając drugiego, podawał ją urzędnikowi.

W dwóch tych ludziach, Michał z niemałem swem zdziwieniem poznał osoby których nie spodziewał się tutaj widzieć.

Był to korespondent Harry Blount i Alcydes Jolivet, dziś nie towarzysze już ale rywale, wrogi, bo dziś działali już na polu bitwy.

Opuścili oni Iszym w parę godzin po wyjeździe Michała, a wyprzedzili go na drodze do Koływania jedynie dla tego, że Michał zmarnował trzy dni na wybrzeżach Irtyszu.

Teraz zaś po przyjrzeniu się dokładnem utarczce Tatarów z Rosyanami, skoro walka przeniosła się w ulice miasta, każdy z nich spieszył do stacyi telegraficznej dla przesłania coprędzej świeżych wiadomości do Europy. Jeden pragnął uprzedzić drugiego.

Michał usunął się w róg pokoju, gdzie mógł widzieć i słyszeć wszystko. Bezwątpienia wiadomości będą ważne dla niego, one mu wskażą czy ma wejść czy też ominąć Koływań.

Harry Blount pierwszy dopadł urzędnika i podawał mu depeszę, gdy tymczasem Alcydes Jolivet drżał z niecierpliwości.

– Dziesięć kopiejek za wyraz, powiedział urzędnik przyjmując depeszę.

Harry Blount zamiast odpowiedzi położył paczkę rubli, na co towarzysz jego z pewnem zdumieniem spozierał.

– Dobrze, powiedział urzędnik.

I z najzimniejszą krwią rozpoczął telegrafować depeszę treści następującej:

„Daily-Telegraf, Londyn.

„Z miasta Koływania, gubernii Omskiej, Syberya, 6-go Sierpnia.

„Spotkanie wojsk rosyjskich z tatarskiemi…”

Ponieważ korespondent czytał głośno, Michał nie stracił arii jednego słowa z depeszy reportera angielskiego.

„Wojska rosyjskie odparte, Tatarzy wkraczają do Koływania…”

Te słowa kończyły depeszę.

– Teraz na mnie kolej, zawołał Alcydes Jolivet, pragnący jak najspieszniej udzielić wiadomości swojej kuzynce z przedmieścia Montmartre.

Ale to sprzeciwiało się zamiarom Anglika, gdyż postanowił nie opuszczać raz zajętego stanowiska, aby w miarę otrzymywania wiadomości, przesyłać je natychmiast swemu dziennikowi. To też zatrzymał towarzysza.

– Wszakże już skończyłeś, wykrzyknął Alcydes Jolivet.

– Nie skończyłem, poważnie odparł Anglik.

I dyktował dalej:

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię!…

Harry Blount telegrafował ustępy z Biblii, dla zajęcia czasu i nie ustąpienia miejsca swemu koledze. Kosztować to będzie jego dziennik może parę tysięcy rubli, ale za to najpierwszy będzie powiadomiony. Francya będzie czekać.

Łatwo pojąć oburzenie Alcydesa Jolivet, który w każdej innej okoliczności byłby zachwycony walką tego rodzaju. Chciał on skłonić urzędnika do przyjęcia wpierw jego depeszy.

– Ten pan jest w swojem prawie, odpowiedział tenże, uprzejmie do Harrego Blount uśmiechając się.

I z całą sumiennością dziennikowi Daily Telegraph przesyłał wyjątki z Pisma Ś-go.

Podczas kiedy urzędnik telegrafował, Harry Blount podszedł spokojnie do okna i przyłożywszy perspektywę do oczów, uważnie śledził Koływań i jego okolice dla uzupełnienia swoich wiadomości.

Po kilku chwilach podyktował:

– Dwa kościoły w płomieniach. Ogień szerzy się na prawo. Ziemia była niekształtna i pusta, panowała ciemność…”

Alcydes Jolivet uczuł niekłamaną chęć zamordowania swego przeciwnika.

Jeszcze raz odwołał się do urzędnika i otrzymał tęż samą odpowiedź:

– Ten pan jest w swojem prawie”, płaci on dziesięć kopiek od wyrazu.

Harry Blount znów dyktował:

„Rosyanie opuszczają miasto, Bóg powiedział aby się stała jasność!…

Alcydes Jolivet literalnie wściekał się.

Harry Blount powrócił do okna i widocznie zainteresowany tem co widział przed sobą, umilkł na chwilę. To też skoro tylko urzędnik ukończył telegrafować trzeci biblijny ustęp, Alcydes Jolivet cichaczem zajął miejsce przy kratkach, położył spory zwitek biletów bankowych i wręczył urzędnikowi depeszę, którą ten czytał głośno.

„Magdalena Jolivet (Paryż)

„10, Przedmieście Montmartre.

„Z Koływania, gubernii Omskiej, Syberya, 6-go Sierpnia.

„Zbiegi uciekają z miasta. Mały oddział Rosyan pobity. Zacięte ściganie kawaleryi tatarskiej.

I kiedy Harry Blount powrócił do kratek, Alcydes Jolivet uzupełniał swój telegram piosnką drwiącą:

Jest mały człowieczek,

Cały szaro ubrany,

W Paryżu.

Uważając za niestosowne łączenie rzeczy świętych z ziemskiemi, jak to towarzysz jego uczynił, Alcydes Jolivet odpowiadał wesołą śpiewką Bérangera, na słowa biblijne.

– Ach! mruknął Harry Blount.

– To tak, odpowiedział Alcydes Jolivet.

Jednak położenie w okolicach Koływania stawało się coraz niebezpieczniejsze. Bitwa zbliżała się, wystrzały coraz częściej po sobie następowały.

Nagle stacya telegraficzna zadrżała w swoich posadach.

Kartacz przedziurawił mur, obłok dymu i kurzu salę napełnił.

Alcydes Jolivet dyktował wtedy że wyrazy:

Okrągły jak jabłko

Nie mając grosza jednego …

ale zatrzymać się, chwycić kartacz obiema rękami zanim miał czas pęknąć, wyrzucić go przez okno i powrócić do kratek, było dlań dziełem jednej chwili.

Najwyżej po pięciu sekundach rozległ się huk pękającego kartacza.

A Alcydes Jolivet z najzimniejszą krwią dyktował dalej:

„Kartacz przebił mur stacyi telegraficznej. Oczekując na inne tegoż samego kalibru…”

Michał nie mógł dłużej wątpić, Rosyanie byli odparci. Pozostawała mu jedynie droga przez stepy.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 48

Naraz straszna kanonada rozległa się przy stacyi telegraficznej, grad kul powyrywał okna.

Harry Blount zraniony w ramię, upadł na ziemię.

Alcydes Jolivet już zamierzał jako dopełnienie dodać do swej depeszy:

„Harry Blount, korespondent Daily Telegraph, uderzony odłamem kartacza, padł przy mnie…”

Kiedy urzędnik z swą zabijającą zimną krwią oświadczył:

– Panie, drut zerwany.

Potem najspokojniej w świecie wziął za kapelusz, wytarł go rękawem i zawsze z uśmiechem, wyszedł bocznemi drzwiczkami niespostrzeżonemi dotąd przez Michała.

Do pokoju wbiegli tłumnie Tatarzy, tak że ani Michał, ani dwaj korespondenci nie mogli myśleć o odwrocie.

Alcydes Jolivet z swą nieużyteczną już depeszą w ręku, skoczył do Harrego Blount rozciągniętego na podłodze, schwycił go na plecy i chciał z nim umykać… Było zapóźno.

Obydwaj byli jeńcami, a jednocześnie z nimi i Michał schwycony niespodzianie w chwili, kiedy wyskakiwał oknem.




Część II

Rozdział I

Obóz tatarski.

O jeden dzień drogi od Koływania, o kilka wiorst od miasta Diachińska, rozciąga się obszerna płaszczyzna porosła gdzieniegdzie olbrzymiemi drzewami, przeważnie jodłami i cedrami.

Tę część stepów w porze letniej zamieszkują zazwyczaj pasterze syberyjscy, a trzody ich znajdują tu dostateczne pożywienie. Dziś jednak napróżno szukanoby chociaż jednego z tych koczowników; lecz nie dla tego aby step był bezludnym, przeciwnie był on nader ożywionym.

Tu, bielały namioty tatarskie, tu obozował Feofar-Han, dziki emir Bukhary i tu przyprowadzono jeńców z Koływania, po zniesieniu oddziału rossyjskiego. Sprawa więc chwilowo była niepomyślną; chwilowo, bo bez żadnej wątpliwości Rossyanie prędzej czy później wypędzą tatarów. Komunikacya Irkutska z Europą była przeciętą. Jeżeli wojska z Amuru i prowincyi Irkutskiej w porę nie przybędą, stolica Rossyi Azyatyckiej pozbawiona sił odpowiednich, popadnie w ręce tatarów, a zanim Rossya ją odbierze, Iwan będzie miał czas dokonać swej zemsty.

Co się działo z Michałem Strogoff? Czy ugiął się on pod ciężarem prób tylu? Czy uznał się za zwyciężonego po tylu smutnych próbach prześladujących go od przygody w Iszymie i wciąż wzrastających? Czy uważał sprawę za straconą, misyę swoją za przepadłą; niepodobną do wykonania?

Michał należał do rzędu ludzi, których tylko grób zatrzymać może. Dopóki żył jeszcze, a nie był nawet raniony, dopóki posiadał list wodza, dopóki incognito jego nie było odkryte, nie rozpaczał, nie wątpił o niczem. Prawda, pędzonym był jak zwierze z innymi jeńcami tatarskimi, ale zbliżając się do Tomska, zbliżał się zarazem i do Irkutska. Nakoniec wyprzedzał zawsze pułkownika Iwana.

– Przybędę! wciąż powtarzał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 49

Od pojmania w Koływaniu jedna myśl wciąż go zaprzątała, myśl odzyskania swobody! W jaki sposób zdoła umknąć żołnierzom emira? Niewiedział, ale skoro nadejdzie stosowna chwila, zobaczy.

Obóz Feofar-Hana przedstawiał zajmujący widok. Rozliczne namioty skórzane, pilśniowe lub z jedwabnej materyi, lśniły od promieni słonecznych. Olbrzymie chwasty okalające ich spiczaste szczyty, poruszały się pośród różnobarwnych sztandarów. Najozdobniejsze namioty zajmowali sejdzi i hodyasi, stanowiący najwyższe dostojeństwa władzy. Pawilon osobny, przyozdobiony końskim ogonem, oprawionym w drzewce białe i czerwone, artystycznie rozpuszczony, wskazywał wysoki stopień dostojnika tatarskiego. Dalej wznosiła się nieprzejrzana ilość namiotów tureckich, zwanych „karavy” a przewiezionych na grzbietach wielbłądów.

W obozie znajdowało się co najmniej pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, tak piechoty jak i kawaleryi. Przeważną liczbę stanowiły ludy turkestańskie, odznaczające się regularnością rysów, białą skórą, wysokim wzrostem, oczami i włosami czarnemi, z nimi łączyły się jeszcze różne plemiona, mianowicie: Usbeki małego wzrostu, z rudym zarostem, przypominający tych co ścigali Michała. Kirgizi z kałmucką płaską twarzą, w żelaznych koszulach, to uzbrojeni lancą, lukiem i strzałami azyatyckiemi, inni szablą i strzelbą z lontem, to znów „czekanem” lub w krótkie siekiery raniące śmiertelnie. Byli tam także Mongoli, średniego wzrostu, o czarnym zaroście, noszący włosy w jeden splecione warkocz wiszący na plecach, twarzy okrągłej, lica ogorzałego, wejrzenia żywego, brody rzadkiej, odziani w ubiór z niebieskiego nankinu obszytego pluszem czarnym, spięty na srebrne sprzączki zapinanym pasem; buty naszywane sutaszem, czapki jedwabne obejmowane futrem, na wierzchu trzy wstążki w tył spadające. Nakoniec byli tam także i Arabi o pierwotnych rysach pokolenia semickiego, Turcy których oczy zdają się być bez powieki – wszyscy zaciągnięci pod sztandar emira, sztandar pożogi i zniszczenia.

Za szeregiem żołnierzy wolnych, ukazywała się pewna ilość żołnierzy niewolników, głównie Persów, pod dowództwem oficerów tejże samej narodowości; a wojsko to nie było do pogardzenia.

Jeżeli do tego dodamy jeszcze żydów przeznaczonych do posługi, w szatach przewiązanych sznurem, w czapkach zamiast wzbronionych im turbanów; dalej całe setki „kalenders” czyli rodzaj żebrzących zakonników w łachmanach, przykrytych skórą lamparcią, będziemy mogli powziąść jakie takie wyobrażenie o olbrzymiem tem nagromadzeniu pokoleń różnorodnych, a zwanych główną armią tatarską.

Czterdzieści tysięcy składało kawaleryę, a konie zarówno jak i ludzie do najrozmaitszych rass się liczyły. Pomiędzy temi zwierzętami po dziesiątce razem związanemi, (a wszystkie miały jednako zwinięte ogony i grzywy, w jednakiej czarnej, jedwabnej siatce) wyróżniała się rasa turecka cienkiemi nogami, długim korpusem, błyszczącą sierścią, szlachetną postawą; rasa uzbecka odróżniała się osadzistością; rasa kokandzka zazwyczaj oprócz jeźdzca, nosząca jeszcze dwa namioty i przyrząd kuchenny; rasa kirgizka skóry przejrzystej, pochodząca z nadbrzeży rzeki Emba, gdzie łowią ją arkanami – i inne jeszcze rasy powstałe z krzyżowania.

W ogóle zwierzęta liczyły się na tysiące. Były małe wielbłądy, ale silnie zbudowane, z długą sierścią, gęstą grzywą spadającą na szyję, natury łagodnej, odpowiedniejszej do zaprzęgu od dromaderów; narsy o jednym garbie, ognisto-czerwonej kędzierzawej sierści; dalej osły, wytrwale w pracy, których mięso stanowi najulubieńszą potrawę Tatarów.

Całe to zbiorowisko ludzi i zwierząt, ocieniały kępy jodeł i cedrów, chroniąc od promieni słonecznych, Nic nie mogło być więcej nad tę całość malowniczego; malarz byłby wyczerpał wszystkie kolory swojej palety.

Skoro jeńcy z Koływania stanęli przed namiotem Feofara i innych dygnitarzy tatarskich, zagrzmiały trąby, ozwały się bębny. Do tej już i tak ogłuszającej wrzawy, przyłączyła się kanonada z muszkietów i strzały czterech armat, stanowiących prawie całą artyleryę emira.

Rezydencya Feofara była czysto wojenną, To co można było zwać jego domem prywatnym, jego haremem i haremem jego sprzymierzeńców, znajdowało się obecnie w Tomsku.

Po zwinięciu obozu, Tomsk miał zostać stałą rezydencyą emira.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 50

Namiot Feofara przewyższał wszystkie inne namioty. Udrapowany z szerokich pasów kosztownej materyi, podniesionej sznurami jedwabnemi i złocistą torsadą, przyozdobiony na wierzchu gęstemi końskiemi kitami, przez wiatr jak wachlarze poruszanemi, zajmował środek łąki opasanej gęstwiną cedrów wspaniałych. Przed namiotem na stole inkrustowanym drogiemi kamieniami, otwierała się święta księga Koranu, której karty były to cieniutkie złote listki, delikatnie grawirowane. Na wierzchu powiewała flaga tatarska o herbach emira.

W około łąki wznosiły się w półkole namioty dostojnych urzędników Bukhary. Tam zamieszkiwał naczelnik stajni, mający prawo jechać za emirem aż na dziedziniec jego pałacu, wieki sokolnik, „honszbegni” stróż pieczęci królewskiej „topczi-baszi”, wieki mistrz artyleryi, „khodja”' naczelnik rady; tego całuje książe i może on przedstawić mu się z odpiętym pasem; „szeik-ul-islam” naczelnik ulemów reprezentujący kapłanów „kaziashew” w nieobecności emira rozsądzający wszelkie spory wojenne, i nakoniec naczelnicy astrologów, których obowiązkiem jest badać gwiazdy ile razy emir zamierza zmianę miejsca.

Kiedy jeńców przyprowadzono, emir był w swoim namiocie. Nie ukazał się. Był to szczęśliwy wypadek, bo najmniejsze jego poruszenie, słowo jedno, było hasłem krwawej egzekucyi. Samotność królów wschodnich stanowi część ich majestatu. Zazwyczaj wielbią, a nadewszystko lękają się tego, czego nie widać.

Co do więźniów tych zamkną niewątpliwie, będą się pastwić nad nimi, prawie głodem morzyć, a w takich warunkach wystawieni na wszelkie zmiany klimatu, jeńcy oczekiwać będą na Feofara.

Ze wszystkich najposłuszniejszym, jeżeli nie najcierpliwszym był Michał. Pozwolił się prowadzić, bo prowadzono go tam dokąd dążył, a w dodatku był bezpieczny, czego na drodze z Koływania do Tomska inaczej spodziewać się nie mógł. Umknąć przed przybyciem do tego miasta, było to narazić się na powtórne schwytanie.

Skoro przybędę do Tomska, myślał, kiedy go zniecierpliwienie ogarniało, w ciągu kilku minut wyprzedzę forpoczty tatarskie i zyskam dwanaście godzin przed Feofarem, dwanaście godzin przed Iwanem, to wystarczy mi do uprzedzenia w Irkutsku.

Michała przerażała myśl przybycia do obozu tatarskiego pułkownika Iwana. Oprócz bowiem niebezpieczeństwa, mógł być przezeń poznanym; instynktownie przeczuwał on w nim zdrajcę, którego koniecznie należało wyprzedzić. Domyślał się także, iż dopiero zebrawszy wszystkie siły, Feofar wyruszy na stolicę Syberyi zachodniej. To też jedynie to go niepokoiło i co chwili lękał się usłyszeć jakiejś pobudki, wskazującej przybycie pułkownika do obozu emira.

Do tej myśli łączyło się wspomnienie matki uwięzionej w Omsku i Nadi porwanej na Irtyszu, a zapewne tak jak i Marfa uwięzionej! Z pomocą przyjść im nie mógł! Czy zobaczy je kiedykolwiek? Na to pytanie serce ściskało się bólem strasznym, i nie śmiał sobie odpowiedzieć.

Jednocześnie z Michalem i wielu innymi jeńcami, przyprowadzono do obozu Alcydesa Jolivet i Harrego Blount. Dawny ich towarzysz podróży widział, iż i ich zamknięto także w sali sądowej, strzeżonej przez liczną wartę, ale nie usiłował zbliżyć się do nich. Mało go obchodziło, zwłaszcza w chwili obecnej, co o nim myśleli po przygodzie na stacyi pocztowej w Iszymie. Wreszcie chciał być sam, aby mógł sam działać w danych okolicznościach. Trzymał się więc na uboczu.

Alcydes Jolivet współtowarzysza swego otaczał pieczą nieustanną. Podczas pochodu z Koływania do obozu, to jest w czasie kilkogodzinnego marszu, Harry Blount wsparty na ramieniu rywala postępował za orszakiem jeńców. Jako poddany angielski, chciał korzystać ze swego przywileju, ale na nic się to nie zdało wobec barbarzyńców, odpowiadających tylko uderzeniem lancy lub swojej szabli. Tak więc korespondent Daily-Telegraph, musiał się podać ogólnemu losowi. Podróż z Koływania do obozu, była dlań skutkiem otrzymanej rany, niezmiernie nużąca, a kto wie czy siły byłyby go nie zawiodły bez pomocy Alcydesa Jolivet.

Alcydes Jolivet ani na chwilę nie zmienił swych praktycznych poglądów i tak moralnie jak i fizycznie wszelkiemi siłami umacniał współtowarzysza. Kiedy ich już zaryglowano, najpierwszem jego staraniem było obejrzenie rany Harrego Blount. Zdjąwszy ostrożnie ubranie, przekonał się że ramie było musnięte odłamkiem kartacza.

– Bagatela, powiedział. Zwyczajne zadrapanie. Dwa lub najwyżej trzy obandażowania, a śladu nie zostanie!

– Ale któż zrobi obandażowania? zapytał Harry Blount.

– Ja je zrobię.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 51

– Jesteś więc trochę doktorem?

– Wszyscy Francuzi są po trochu medykami.

A na potwierdzenie tego, Alcydes Jolivet rozdarłszy chustkę począł skubać szarpie, następnie zimną wodą obmył ranę, na szczęście małoznaczną i zręcznie położył okład na ramię Harrego.

– Leczę cię wodą, jestto środek najniezawodniejszy na rany. Doktorzy dopiero po sześciu tysiącach lat dowiedzieli się o tem! Tak! okrągło po sześciu tysiącach!

– Dziękuję ci panie Jolivet, odpowiedział Harry Blount wyciągając się na posłaniu z suchych liści, usłanem w cieniu przez towarzysza

– Bah! niema za co! Na mojem miejscu to samo uczyniłbyś.

– Niewiem… odparł naiwnie Harry Blount.

– Żarty, żarty! Anglicy są wspaniałomyślni.

– Tak, ale Francuzi…

– A więc, Francuzi są poczciwcy, głupcy nawet jeżeli chcesz tego! Ale nazwa Francuza wynagradza to wszystko! Nie mówmy o tem, a nawet lepiej nie mówmy o niczem. Spoczynek bardzo ci potrzebny!

Ale Harry Blount wcale nie był usposobiony milcząco. Ranny potrzebował spoczynku, korespondent Daily-Telegraph milczeć nie mógł.

– Jak sądzisz panie Jolivet, czy nasze ostatnie depesze zdołały przebyć granicę rosyjską?

– Dlaczegóżby nie. Zaręczam że w tej chwili kuzynka moja tak dobrze jak ja sam, zna ostatnie wypadki w Koływaniu.

– W ilu egzemplarzach kuzynka twoja odbija depesze? Zapytał bezpośrednio po raz pierwszy Harry Blount, swego towarzysza.

– Dobryś, odpowiedział ze śmiechem Alcydes Jolivet. Kuzynka moja jest niezmiernie delikatną osobą, nie lubi aby o niej mówiono i byłaby w rozpaczy, gdyby przeszkodziła spoczynkowi, tak dla ciebie potrzebnemu.

– Nie będę spał, powiedz mi co kuzynka twoja myśli o interesach Rosyan.

– Że chwilowo na złej są stopie. Ale państwo rosyjskie nie może niepokoić się chwilowem wkroczeniem hord tatarskich, wreszcie dajmy pokój polityce. Nic nad nią szkodliwszego na ranę w ramieniu!… chyba że cię to do snu usposobi.

– Mówmy więc co nam czynić wypada, bo co do mnie panie Jolivet, zupełnie nie mam zamiaru na czas nieograniczony pozostać jeńcem Tatarów.

– Ani ja także!

– Czy będziemy umykać przy zdarzonej sposobności?

– Tak, uważam to za jedyny środek odzyskania swobody… Czy znalazłbyś jaki inny…

– Naturalnie, nie jesteśmy buntownikami, jesteśmy neutralni, wolno nam reklamować!

– U tego bydlęcia Feofar-Hana?

– Nie, onby tego nie zrozumiał, ale u jego pułkownika Iwana.

– To łotr!

– Rozumie się. Ale on wie iż z prawem nie wolno żartować, a zatrzymywać nas nie ma prawa. Tylko nieprzyjemnie mi będzie prosić tego pana.

– Ale tego pana niema w obozie, a przynajmniej niewidziałem go, zauważył Harry Blount.

– Przybędzie zapewne i to wkrótce. On musi połączyć się z emirem, niewątpliwie armia Feofara jego tylko oczekuje, aby wyruszyć na Irkutsk.

– A oswobodzeni, co uczynimy?

– Oswobodzeni, będziemy dalej prowadzić naszą kampanię, pójdziemy za Tatarami aż do chwili, kiedy wypadki pozwolą nam przenieść się do obozu przeciwnego. Do djabła, nie można porzucić wszystkiego! To dopiero początek! Ty kolego, byłeś przynajmniej raniony na usługach Daily-Telegraph, kiedy tymczasem ja nie otrzymałem jeszcze nic na cześć mojej kuzynki. No, no! – Dobrze, mruknął Alcydes Jolivet, otóż i zasypia. Kilka godzin spoczynku, kilka zimnych okładów, wystarczą do postawienia na nogi Anglika, naród ten ukuty z żelaza!

Podczas kiedy Harry Blount spoczywał, Alcydes Jolivet czuwał nad nim, i wydostawszy książeczkę. robił w niej notatki z postanowieniem podzielenia się niemi z współtowarzyszem na pociechę Daily-Telegraph. Wypadki połączyły ich. Już nie zazdrościli sobie.

Tak więc to co stanowiło obawę Michała Strogoff, było właśnie upragnionem przez dwóch dziennikarzy. Przybycie Iwana bezwątpienia będzie hasłem oswobodzenia korespondentów. Pułkownik emira będzie umiał przekonać Feofara, który inaczej traktowałby ich jak zwyczajnych szpiegów. Interesa więc Michała i interesa Alcydesa Jolivet i Harrego Blount, wprost przeciwnych rzeczy wymagały. Pojmował on to doskonale i to skłoniło go do tem staranniejszego unikania dawnych towarzyszów podróży.

Przez cztery dni stan rzeczy w niczem się nie zmienił. Więźniowie nic nie słyszeli o zwijaniu obozu tatarskiego. Pilnowano ich surowo. Niepodobieństwem było przedrzeć się przez rozliczne warty dniem i nocą czuwające. Pożywienie było nędzne i zaledwie wystarczające. Dwa razy dziennie rzucano im po kawałku wnętrzności kozich, upieczonych na węglach, albo też po kawałku sera zwanego „kront” wyrabianego z kwaśnego owczego mleka, który maczano w mleku klaczy, zwanem przez kirgizów kumysem. Ot i wszystko. Należy dodać że czas był okropny. Nieustannie dął wicher połączony z deszczem. Nieszczęśliwi musieli się i temu poddać w pokorze. Kilku rannych, kilkoro dzieci i kilka kobiet umarło; jeńcy sami musieli pochować trupów, bo strażnicy odmawiali im pogrzebu.

W dniach tej ciężkiej próby Alcydes Jolivet i Michał wszędzie z pomocą spieszyli. Sami zdrowi, silnie zbudowani, łatwiej mogli oprzeć się chorobie, stawali się więc użytecznymi tym co cierpieli i rozpaczali.

Czy taki stan rzeczy potrwa długo? Czy Feofar-Han zaślepiony pierwszem powodzeniem, postanowił kilka dni wypocząć, zaczem uda się do Irkutska? Tego się obawiano, ale niesłusznie. Wypadek tak upragniony przez Alcydesa Jolivet i Harrego Blount, a tak nieprzyjemny dla Michała, zaszedł nareszcie 12-go Sierpnia.

Rano, trąby zagrzmiały, uderzono w bębny, muszkiety się odezwały. Czarny obłok kurzu podniósł się na drodze z Koływania.

Iwan z kilku tysiącami ludzi wstępował do obozu tatarskiego.



Rozdział II

Postępek Alcydesa Jolivet.

Był to oddział armii przyprowadzonej emirowi przez Iwana Przybywał połączyć się z Feofar-Hanem.

Żołnierze Iwana zatrzymali się przy przedniej straży obozu. Zapewne dowódzca ich postanowił nie zatrzymywać się, a jak najprędzej posuwać dalej do Tomska, przeznaczonego na punkt środkowy przyszłych działań.

Jednocześnie z żołnierzami, Iwan prowadził orszak jeńców wziętych do niewoli w Omsku i Koływaniu. Biedaków tych zostawiono także przy forpocztach bez dachu, bez schronienia, bez pożywienia prawie.

Jaki los Feofar-Han przeznaczył tym nieszczęśliwym? Czy powlecze ich do Tomska, czy też nastąpi jakaś krwawa egzekucya, właściwa Tatarom? Było to tajemnicą emira.

Oddział ten prowadził za sobą tłumy żebraków, maruderów, kupców, cyganów i ci stanowili tylną straż wojska w czasie pochodu. Gdzie przeszli, oprócz pustki i zniszczenia nic nie zostawało, konieczność więc gnała naprzód. Cały pas między rzeką Iszim i Obi do szczętu spustoszony, żadnych środków wyżywienia nie przedstawiał. Tatarzy za sobą zostawiali pustynię trudną do przebycia dla rossyan nawet.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 52

Do liczby cyganów należała zgraja, która towarzyszyła Michałowi aż do Permu. Sangarra była także. Przeklęta ta dusza nie opuszczała Iwana. Po przejściu gór Uralskich, na kilka dni rozstali się. Iwan spiesznie przeprawił się przez Iszim, Sangarra zaś z całą zgrają dążyła do Omska przez południową prowincyę.

Łatwo pojąć jak dzielną pomocą była ta kobieta dla Iwana. Za pośrednictwem swoich cyganów, mogła wkręcić się wszędzie i o wszystkiem mu donosić. Iwan wszystko wiedział co się działo nawet w samem jądrze krajów zajętych przez Tatarów. Miał on sto oczu, sto uszu, otwartych na jego pożytek. Szpiegów drogo opłacał, ale i korzyści z nich miał wielkie.

Sangarra narażona niegdyś w bardzo ważnej sprawie, ocalenie swoje zawdzięczała Iwanowi. Nie zapominała o tem nigdy i ciałem i duszą była mu całkiem oddaną. Jakiekolwiek otrzymywała rozkazy, wykonywała je zawsze. Jakiś niepojęty instynkt, oprócz wdzięczności przykuwał ją do tego nędznika, czynił ją niewolnicą od chwili pierwszego wygnania na Syberyą. Powiernica i wspólniczka, Sangarra bez ojczyzny, bez rodziny, chętnie poświęcała życie koczownicze na usługi Tatarów i Iwana. Z wrodzoną chytrością łączyła się w niej dzika energia, nieznająca przebaczenia ni litości.

Od chwili dostania się do Omska, Sangarra ani na chwilę nie rozłączała się z Iwanem. Okoliczność spotkania się Michała i Marfy znaną jej była. O podejrzeniu że to był kuryer cesarski wiedziała także i wierzyła w nie. Skoro Marła została uwięzioną, Sangarra zdolną była wydać ją na najokrutniejsze męki, aby tylko wydrzeć jej tajemnicę, Ale Iwan uznał że chwila jeszcze nie nadeszła. Sangarra musiała czekać, czekała więc śledząc wszystkie kroki swej ofiary, wszystkie jej słowa, usiłując koniecznie z ust jej posłyszeć wyraz „syn” aż dotąd niesłyszany z ust mężnej kobiety.

Na pierwsze hasło pobudki, wieki mistrz artyleryi tatarskiej i naczelnik stajni emira, z świetną eskortą kawaleryi wyjechali na front obozu dla przyjęcia Iwana.

Spotkawszy go, oddali hołd głęboki zapraszając do namiotu Feofar-Hana.

Iwan z swą zwykłą obojętnością zimno odpowiedział na wszystkie grzeczności dostojników wysłanych na jego spotkanie. Ubiór jego, a raczej mundur odznaczał się niezwykłą skromnością.

Kiedy oddawał konia wchodząc w środek obozu, Sangarra zbliżywszy się doń stanęła w milczeniu.

– Nic? zapytał Iwan.

– Nic.

– Cierpliwości.

– Czy zbliża się chwila zmuszenia starej do przemówienia?

– Zbliża, Sangarro.

– Kiedy stara przemówi?

– Skoro przybędziemy do Tomska.

– To jest…

– Za trzy dni.

Czarne oczy Sangarry dziwnym, złowrogim ogniem błysnęły, milcząc oddaliła się uspokojona.

Iwan przyspieszył kroku i całym sztabem tatarskim skierował się ku namiotowi emira.

Feofar-Han oczekiwał na niego. Rada złożona z kanclerza królewskiego, z khodja i kilku innych wysokich dygnitarzy, zajęła miejsca pod namiotem.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 53

Iwan stanął przed emirem.

Feofar-Han liczył około lat czterdziestu; wzrostu wysokiego, twarzy bladej, oczu złośliwych, fizyognomii dzikiej. Czarna kędzierzawa broda spadała mu na piersi. W stroju wojennym, w drucianej koszuli ze srebra i złota, z puklerzem wysadzanym drogiemi kamieniami, szablą w kształcie jatagana zakrzywioną, butami o złotych ostrogach, kasku zdobnym dyamentową zapinką tysiące ogni rzucającą, Feofar-Han budził raczej wrażenie dziwne aniżeli nakazujące, jako Sardanapal tatarski, władzca dowolnie rozporządzający zarówno życiem, jak majątkiem swych podwładnych.

W chwili kiedy Iwan wchodził do namiotu, wielcy dostojnicy państwa siedzieli na poduszkach lamowanych złotem. Ale Feofar-Han powstał na spotkanie przybywającego.

Emir podszedł do Iwana i pocałował go. Pocałunek ten robił go członkiem rady, a raczej jej naczelnikiem, stawiając chwilowo wyżej od samego khodja.

– Mów Iwanie. Tylko przychylne uszy słyszeć cię będą.

– Takshir, odpowiedział Iwan, oto o czem mam cię uwiadomić.

Iwan mówił narzeczem tatarskiem, z całą przesadą cechującą języki wschodnie.

– Takshir, nie czas na czcze słowa. To co zdziałałem na czele wojsk twoich nie tajnem ci. Pas między Iszimem a Irtyszem do nas należy, konie jeźdzców naszych mogą pławić się w ich wodach, bo to wody tatarskie teraz. Możesz więc bezpiecznie posuwać swoje kolumny, tak ku zachodowi jako też ku wschodowi i gdzie ono wschodzi.

– A jeżeli zechcę pójść za słońcem? zapytał emir.

– Iść za słońcem jest to rzucić się ku Europie, szybko zdobyć prowincye syberyjskie aż do gór Uralskich.

– A jeżeli pójdę naprzeciw pochodni niebieskiej?

– Zabierzesz pod swe panowanie tatarskie z Irkutskiem, najbogatsze okolice Azyi środkowej.

– A cóż ty radzisz w twej dla Tatarów życzliwości? po chwili milczenia emir zapytał.

– Mojem zdaniem iść naprzeciw słońca, zbyt wielkie to przedstawia korzyści, abym mógł radzić inaczej.

– Stanie się według słów twoich Iwanie.

– Jakie są wasze rozkazy Takshir?

– Dziś jeszcze obóz przenosimy do Tomska.

Iwan skłonił się i wyszedł dla spełnienia rozkazów emira.

Kiedy już miał dosiąść konia, zauważył pewien rozruch w części obozu zajmowanej przez jeńców. Usłyszał krzyki i kilka wystrzałów. Czyż byłby to bunt od razu poskromiony?

Iwan i busz-begni postąpili kilka kroków, i prawie natychmiast zobaczyli dwóch ludzi przed sobą, których żołnierze powstrzymać nie zdołali.

Bez dalszych wyjaśnień busz-begni zrobił ruch będący wyrokiem śmierci, i już, już głowy jeńców miały się potoczyć na ziemię, kiedy Iwan powiedziawszy kilka słów, podniesione szable zatrzymał.

W jeńcach poznał on typy cudzoziemskie, kazał ich więc przyprowadzić.

Był to Harry Blount i Alcydes Jolivet. Dowiedziawszy się o przybyciu Iwana, chcieli natychmiast być do niego zaprowadzeni. Żołnierze odmówili. Z tego rozpoczęła się walka, próbowanie ucieczki, wystrzały które na szczęście nie dosięgnęły nikogo; lecz wyrok śmierci byłby ich nie minął, gdyby nie interwencya Iwana.

Ten przez chwilę przyglądał się jeńcom zupełnie mu nieznanym. A jednak byli oni świadkami zajścia na stacyi pocztowej w Iszymie, gdzie Iwan uderzył Michała; ale wtedy nie patrzył on na pasażerów mieszczących się w sali ogólnej.

Lecz za to Harry Blount i Alcydes Jolivet poznali go odrazu, ten ostatni powiedział nawet półgłosem:

– Patrz! zdaje się że pułkownik Iwan i gbur na stacyi Iszym, to jedna i taż sama osoba!

Potem szepnął do ucha towarzysza:

– Opowiedz nasz interes. Zrobisz mi tem przysługę. Dziwny wstręt czuję do rozmowy z tym łotrem, pomimoto iż ocalił nam życie; wzrok mój zdradzi pogardę.

To powiedziawszy Alcydes Jolivet przybrał minę obojętną.

Czy Iwan pojął jaką zniewagą było dlań zachowanie się więźnia? Nie wiadomo, w każdym razie nie okazał tego.

– Kto panowie jesteście? zimno ale grzecznie zapytał.

– Dwaj korespondenci angielskiego i francuzkiego dziennika, odrzekł Harry Blount lakonicznie.

– Macie zapewne papiery waszą tożsamość stwierdzające.

– Oto listy wierzytelne angielskie i francuzkie, polecające nas rządowi rossyjskiemu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 54

Iwan wziął listy od Blounta, przeczytał je uważnie, a potem zapytał:

– Panowie żądacie pozwolenia śledzenia naszej wyprawy na Syberyą?

– Żądamy tylko wolności, sucho odpowiedział korespondent angielski.

– Już ją panowie macie i dodał: radbym przeczytać wasze kroniki w Daily-Telegraph.

– Panie odparł Harry Blount zimno, numer kosztuje sześć pensów oprócz przesyłki.

To powiedziawszy Harry Blount zwrócił się do swego towarzysza, widocznie odpowiedzią zadowolonego.

Iwan nie drgnął nawet, spiął konia ostrogą i wkrótce zniknął w tumanie kurzu.

– No panie Jolivet, jakie jest twoje zdanie o pułkowniku Iwanie, głównym dowódzcy wojsk tatarskich?

– Mojem zdaniem kochany kolego odrzekł z uśmiechem Alcydes Jolivet, ten bousz-begni piękny zrobił ruch, rozkazując nam głowy poucinać!

Z jakichkolwiek powodów Iwan działał w ten sposób, dziennikarze byli wolni i mogli swobodnie przebiegać dalej teatr wojny. To też zamierzali gry nie opuszczać. Rodzaj poprzedniej wzajemnej antypatyi, teraz zamienił się na przyjaźń serdeczną. Złączeni okolicznościami, nie mieli już zamiaru rozłączać się. Rywalizacya ich przepadła na zawsze. Harry Blount nie mógł zapomnieć co zawdzięczał towarzyszowi, czego ten zdawał się zupełnie nie pamiętać. Bądź co bądź to zbliżenie ułatwiając im czynność sprawozdawczą, obracało się na korzyść czytelników.

– A teraz co poczniemy z naszą wolnością? zapytał Harry Blount.

– Skorzystamy z niej na Boga! udamy się do Tomska po nowiny.

O ile przybycie Iwana zbawczem było dla korespondentów, o tyle miało się stać zgubnem dla Michała. Jeżeli przypadek stawi tego ostatniego w obec pułkownika, ten niezawodnie pozna kuryera, przypomni sobie zajście na stacyi w Iszymie i chociaż Michał nie odpowiedział na zniewagę jego, jakby to był w każdej innej okoliczności uczynił, jednak uwaga już była nań zwróconą, co niepomiernie utrudniało wykonanie jego projektów.

W tem spoczywało złe z przybycia Iwana, dobre zaś, zwinięcie obozu i przeniesienie do Tomska głównej kwatery.

Było to spełnienie najgorętszych życzeń Michała. Zamiarem jego jak wiemy, było dostać się do Tomska pod ochroną niewoli tatarskiej. Jednak w skutek przybycia Iwana, z obawy aby nie być poznanym, zapytywał sam siebie, czy nie lepiej byłoby zrzec się pierwotnego projektu i starać się umknąć przed wyruszeniem.

Michał prawdopodobnie byłby ten ostatni zamiar wykonał, gdyby się był nie dowiedział, że Iwan z emirem udali się już w podróż do miasta na czele kilku tysięcy kawaleryi.

Zaczekam więc, pomyślał, chyba że jaka wyjątkowo dobra zręczność zdarzy się do ucieczki. Do Tomska liczne mogę napotkać przeszkody, kiedy tymczasem za Tomskiem coraz mniej ich będzie. Jeszcze trzy dni cierpliwości i niech mi Bóg dopomoże.

W istocie podróż ta trzy dni trwać miała dla jeńców strzeżonych przez silny oddział kawaleryi. Pięćset wiorst dzieliło ich od miasta. Podróż łatwa dla żołnierzy emira we wszystko zaopatrzonych, ale utrudzająca dla nieszczęśliwych, osłabionych niedostatkiem. Po drodze trupy miały zostawać.

Dnia 12-go Sierpnia o godzinie drugiej po południu, w dzień skwarny i pogodny, topczi-baszi dał rozkaz wyruszenia.

Alcydes Jolivet i Harry Blount nabywszy konie już jechali do Tomska, gdzie wszystkie główne osobistości tej historyi miały się zgromadzić.

Pomiędzy niewolnicami przyprowadzonemi przez Iwana, była staruszka, wyróżniająca się z ogółu nawet, swą niezmierną cierpliwością. Ani jednej skargi z jej ust nie posłyszano. Była ona jakby uosobieniem boleści. Kobieta ta, nieruchoma prawie zawsze, nie domyślając się tego, silniej od innych była strzeżoną przez cygankę Sangarrę. Pomimo podeszłego wieku, piechotą iść musiała, wraz z całym orszakiem jeńców, a nikt jej w niczem nie ulżył.

Jednakże wyroki Opatrzności, umieściły przy jej boku istotę odważną, litościwą, zrodzoną dla zrozumienia i towarzyszenia jej. Pomiędzy współtowarzyszami niedoli, młoda dziewczyna wyróżniająca się pięknością i spokojem, w niczem nie ustępującym spokojowi starej Syberyjki, zdawała się czuwać, nad nią. Ani jednego słowa nie przemówiły do siebie niewolnice, ale młoda zawsze była przy boku staruszki, ilekroć ostatniej mogła być użyteczną. Z początku starania jej przyjmowano nieufnie, potrochu jednak widoczna prawość wejrzenia dziewczyny, jej delikatność i wzajemna sympatya, złamały podejrzenia i chłód Marfy. Nadia, gdyż ona to była, mogła więc bezwiednie oddać matce starania, jakie od syna przyjmowała. Instynktowna dobroć natchnęła ją przeczuciem. Oddając się na jej usługi, Nadia swą młodość i piękność, powierzała opiece wieku starej niewolnicy. W tłumie nieszczęśliwych znękanych cierpieniem, dwie te milczące kobiety, jedna zdająca się być babką, druga jej wnuczką, ogólny szacunek budziły.

Nadia porwana z łodzi na Irtyszu, zwróconą została do Omska. Uznana w mieście za niewolnicę, dzieliła losy wszystkich jeńców Iwana, a tem samem i Marfy.

Gdyby Nadia była mniej energiczną, byłaby upadła pod podwójnym ciosem. Przerwanie podróży, śmierć jak mniemała Michała, napawały ją rozpaczą. Oddalona być może na wieki od ojca, po tylu szczęśliwych usiłowaniach, zwątpiła we wszystko. Widok Michała uderzonego lancą, niknącego w nurtach rzeki, na chwilę jej nie odstępował. Czyż taki człowiek mógł taką śmiercią zginąć? Czasami gniew brał górę nad boleścią. Zniewaga tak zadziwiająco zniesiona na stacyi w Iszymie, często jej na myśl wracała. Na wspomnienie to krew w sercu się burzyła.

– Któż pomści tego umarłego, kiedy on sam już się pomścić nie może.

I z głębi serca dziewczyna wołała:

– Boże! spraw abym ja była mścicielką.

Gdyby był chociaż przed śmiercią jej swą tajemnicę zwierzył; gdyby ona lubo kobieta, prawie dziecko jeszcze, celu jego dopiąć mogła.

Zajęta temi myślami, Nadia jak łatwo to pojąć, nieczułą była na nędzę, na niewolę nawet.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 55

Wtedy to los połączył ją z Marfą. Czyż mogła przypuścić że staruszka ta była matką towarzysza, dla niej będącego zawsze kupcem Mikołajem Korpanoff? A Marfa czyż mogła się domyśleć, iż obowiązki wdzięczności łączyły z nią tę dziewczynę?

Przez te kilka dni wydających się wiekami, sądzićby należało że dwie niewolnice mówiły o swojej niedoli. Ale Marfa w skutek przezorności łatwej do pojęcia – milczała. Nigdy nie wspominała ani o synu ani o okolicznościach które je złączyły.

Nadia także długi czas jeżeli nie zupełnie milczała, była oszczędną w słowach swoich. Jednak pewnego dnia czując iż ma przed sobą duszę czystą i wzniosłą, kiedy serce jej przepełniło się bólem, opowiedziała swą historyą od chwili wyjazdu z Włodzimierza aż do śmierci Mikołaja Korpanoff. Wszystko co tylko dotyczyło jej towarzysza podróży, żywo zajmowało starą Syberyjkę.

– Mikołaj Korpanoff! mów mi jeszcze o tym Mikołaju! Znam tylko jednego człowieka, jedynego między wszystką młodzieżą, którego takie postępowanie nie dziwiłoby mnie. Czy on w istocie nazywał się Mikołaj Korpanoff? Czy jesteś tego pewną moja córko?

– Dlaczegóż miałby mnie zwodzić, on co nie zwiódł mnie nigdy? odparła Nadia.

Jednak jak gdyby wiedziona przeczuciem, Marfa coraz nowe pytania zadawała Nadi.

– Mówisz mi że był nieustraszonym! Dowiodłaś mi prawdy słów swoich!

– Tak, nieustraszonym!

Właśnie takim byłby syn mój! myślała staruszka.

Potem ciągnęła dalej:

– Mówiłaś mi także że nic go nie powstrzymywało, nic nie dziwiło, że był łagodny w swej sile nawet, że brata i siostrę w nim znalazłaś, że jak matka czuwał nad tobą?

– Tak! tak! bratem, siostrą, matką, wszystkiem był dla mnie.

– Lwem nawet w twojej obronie?

– Prawdziwym lwem! Tak, lwem!

To mój syn, to mój syn! myślała staruszka.

– A jednak mówisz iż zniósł tę okropną zniewagę?

– Zniósł ją! odrzekła Nadia pochylając głowę.

– On ją zniósł? szepnęła Marfa ze drżeniem.

– Matko! matko! nie potępiaj go! On miał tajemnicę, którą dziś już tylko Bóg osądzić może!

– I, mówiła Marfa, podniósłszy głowę, patrząc w oczy Nadi, jak gdyby głębie jej serca przeniknąć chciała, i w tej chwili upokorzenia ty gardziłaś Mikołajem Korpanoff?

– Nie rozumiejąc wielbiłam go! Nigdy większego nie czułam dlań szacunku, nigdy mi się godniejszym nie wydawał!

Staruszka po chwili milczenia znów zapytała:

– Czy on był wysoki?

– Bardzo wysoki.

– I bardzo piękny, nieprawdaż? No, mów moja córko.

– Był bardzo piękny, rumieniąc się odrzekła Nadia.

– To był mój syn! mówię ci to mój syn, wykrzyknęła staruszka ściskając Nadię.

– Twój syn! twój syn! powtarzała zmięszana.

– No, idźmy dalej moje dziecię! Czy twój towarzysz, twój przyjaciel, twój opiekun, miał matkę! zy nigdy nie mówił ci o swojej matce?

– O swojej matce? On mi mówił o matce, tak jak ja mu mówiłam o ojcu moim, często, ciągle! On wielbił tę matkę!

– Nadia! Nadia! ty mi opowiedziałaś historyą życia mojego.

I dodała gwałtownie:

– Czy w przejeździe przez Omsk nie miał odwiedzić swej starej matki, którą jak mówisz wielbił tak bardzo.

– Nie, nie, nie miał jej widzieć.

– Nie! krzyknęła Marfa. Ty śmiesz powiedzieć że nie?

– Powtarzam nie, lecz dodam że powód nieznany mi, powód niezmiernej wagi wzbraniał Mikołajowi Korpanoff odwiedzenia matki. Było to dla niego kwestyą życia lub śmierci, więcej nawet kwestyą obowiązku i honoru.

– Obowiązku, w istocie obowiązku jednego z liczby tych, do spełnienia których poświęca się wszystko, nawet radość uściśnięcia może po raz ostatni starej swojej matki. Wszystko czego ty nie wiesz, wszystko czego ja dotąd nie wiedziałam, teraz rozumiem. Ale światła tego nie mogę tobie udzielić. Tajemnicę mojego syna, ponieważ on ci jej nie powierzył, ja jej także strzedz muszę. Przebacz mi Nadia! Dobrego jakie mi wyświadczyłaś, ja ci odwzajemnić nie mogę, przebacz mi!

– Matko, wszak ja o nic nie pytam! odpowiedziała Nadia.



Rozdział III

Cios za cios.

Teraz Marfa pojęta wszystko, wszystko czego dotąd zrozumieć nie mogła, nawet dziwny postępek syna w oberży Omska, nawet jego zaparcie się matki w obec świadków. Nie wątpiła ona iż towarzyszem młodej dziewczyny był Michał, i że okoliczności ważne zmuszały go do ukrywania piastowanego przezeń urzędu kuryera cesarskiego.

– Ach! poczciwe dziecko moje, myślała Marfa. Nie, ja cię nie zdradzę, nawet tortury nie skłonią mnie do tego, ja zaprzeczę że to ty byłeś w Omsku!

Marfa jednem słowem mogła była wywdzięczyć się Nadi. Mogła była powiedzieć: Mikołaj Korpanoff a raczej Michał Strogoff nie zginął w nurtach Irtyszu, on żyje, bo w kilka dni po tym wypadku ja go widziałam, ja mówiłam z nim!…

Ale ograniczała się kilku słowami tylko:

– Miej nadzieję moje dziecko, powiedziała! Nadejdzie chwila iż przestaniesz być nieszczęśliwą! Powrócisz do ojca, a mam przeczucie że i ten co zwał cię siostrą swoją żyje jeszcze! Bóg opiekował się twym odważnym towarzyszem, on nie mógł zginąć!… Miej nadzieję, nie trać jej córko moja! Patrz jam pełna ufności! Żałoba którą widzisz nie jest żałobą po synu moim!

Michał schwytany w Kolywaniu, postępował w pierwszych szeregach obozu tatarskiego. Nie domyślał się nawet, iż Nadia i matka jego w tym samym szły orszaku.

Podróż z obozu do Tomska odbywana w tak srogich warunkach, dla wielu śmierć przyniosła. Przebywano piasczyste stepy w kurzu nieopadłym jeszcze po przejściu przedniej straży emira. Rozkazano iść marszem zdwojonym, odpoczywano krótko. Te pięćset wiorst przy nieustannie piekących promieniach słońca, zdawały się nieskończonemi.

Zbytecznem byłoby rozszerzanie się nad cierpieniami nieszczęśliwych jeńców. Kilkuset padło na stepach, trupy ich na pożarcie wilkom zostawiono.

Tak jak Nadia czuwała nad przyniesieniem ulgi starej Syberyjce, tak samo Michał spieszył z pomocą wszystkim słabszym od siebie. Podtrzymywał jednych, podniecał słabnącą odwagę drugich, aż póki lanca kawalerzysty nie zmusiła go powrócić do szeregu.

Dlaczego nie próbował ucieczki? Nie próbował jej bo czekał aż stepy już będą bezpieczne dla niego. Postanowił z emirem iść do Tomska i miał słuszność za sobą. Widząc ciągle wałęsających się Tatarów, pewnym był iż nie zdoła i dwóch wiorst przebyć a już go pochwycą na nowo. Kawalerya tatarska zewsząd się roiła; jak szkodliwe owady po burzy; zdawała się z pod ziemi występować. Ucieczka w takich okolicznościach była niepodobną. Żołnierze eskorty ani na chwilę nie przestawali czuwać nad jeńcami, bo głową za głowy płacić mieli.

Nakoniec dnia 15-go Sierpnia wieczorem. już tylko trzydzieści wiorst dzieliło ich od Tomska. Tutaj przepływały wody Tomu.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 56

Najpierwszą myślą jeńców było ochłodzenie się i wzmocnienie sił zimną kąpielą; ale przed urządzeniem postoju, straż nie dała zerwać szeregów. Chociaż bowiem prąd Tumu był gwałtowny, mógł jednak zachęcić do ucieczki niejednego zrozpaczonego, przedsięwzięto więc największe ostrożności. Na wodach odnogi, z łodzi Zabediero uformowano mur nieprzebyty. Linią obozową liczne warty otaczały. Ucieczka była niepodobną.

Teraz Michał już mógł rzucić się w stepy, ale zbadawszy położenie jasno widział, iż zamiar ucieczki był prawie niewykonalnym, postanowił więc czekać jeszcze.

Tę noc więźniowie mieli przepędzić na wybrzeżach Tomu, bo emir postanowił dopiero nazajutrz wkroczyć do Tomska odbywając wjazd swój do głównej kwatery wojsk tatarskich, z pewnemi uroczystemi pozorami. Feofar-Han już zajmował wnętrze fortecy, ale większa część armii obozowała jeszcze pod murami oczekując na wprowadzenie jej uroczyste.

Iwan odprowadziwszy emira do Tomska, sam powrócił do obozu w Zabediero. Ztądto miał on nazajutrz wyruszyć z tylną strażą armii tatarskiej. Równo ze świtem ruszyła w pochód kawalerya drogą do Tomska, gdzie emir zamierzał przyjąć ją z okazałością właściwą władzcom azyatyckim.

Skoro tylko rozłożono obóz, jeńcy złamani trzydniową podróżą, umierający z pragnienia, mogli nakoniec wypocząć cokolwiek.

Słońce miało się już ku zachodowi, kiedy Nadia z Marfą przybyły na wybrzeże Tomu. Dotąd przez ścieśnione szeregi nie mogły się przecisnąć, teraz i one miały już zaspokoić pragnienie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 57

Syberyjka nachyliła się, Nadia zaś ręką zaczerpnęła wody i do ust staruszki poniosła. Potem ochłodziła się sama.

Nagle Nadia wyprostowała się i mimowolnie krzyknęła.

W oddaleniu kilku kroków ujrzała Michała!… Tak to był on!… Nie zmierzchło się jeszcze tak aby go poznać nie miała!

Na dźwięk okrzyku tego Michał zadrżał… lecz pohamował wzruszenie – nie wymówił ani słowa.

A jednakże obok Nadi poznał matkę swoją…

Michał czuł iż nie potrafi dłużej opanować wzruszenia swego, przysłonił ręką oczy i oddalił się. Nadia instynktownie posunęła się ku niemu, ale stara Syberyjka powstrzymała ją słowami zaledwo dosłyszanemi:

– Pozostań córko moja!

– To on, szeptała Nadia głosem drżącym ze wzruszenia, To on matko! Tak to on! on nie zginął! on żyje!

– Cicho! to mój syn! to mój Michał, a jednak jednego kroku nie postąpiłam! Naśladuj mnie córko moja!

Michał doznał silnego wzruszenia. Jego matka i Nadia należały do orszaku jeńców. Obiedwie prawie jednakie miejsce zajmowały w jego sercu. Bóg w nieszczęściu złączył je z sobą! Czy Nadia wiedziała kto jej towarzyszka? Nie, bo Michał dostrzegł ruch Marfy powstrzymujący Nadię! Matka jego zrozumiała wszystko i zachowała tajemnicę.

W nocy Michał zrywał się co chwila z zamiarem połączenia się z matką, lecz pojmował iż powinien był oprzeć się pragnieniu uściskania jej zarówno, jak uściśnienia ręki młodej swej towarzyszki! Nieprzezorność mogła go zgubić. Czyż wreszcie nie wykonał przysięgi że matki nie zobaczy… więc dobrowolnie widzieć jej nie powinien! Tak więc, skoro przybędzie do Tomska, rzuci się w stepy nie ucałowawszy najdroższych mu na świecie istot, nie usiłując nawet bronić ich przed tylu niebezpieczeństwami!

Michał nie przypuszczał nawet, aby to spotkanie miało tak fatalnie wpłynąć na dalsze jego i jego matki losy. Nie przewidywał on niestety! że scena ta jakkolwiek szybko się odegrała, widzianą była przez Sangarrę.

Cyganka śledząc potajemnie jak zazwyczaj starą Syberyjkę, widziała wszystko. Nie widziała wprawdzie twarzy Michała, bo ten spiesznie się oddalił, lecz z ruchu Nadi, z ognistego spojrzenia Marfy odgadła wszystko.

Nie wątpiła już że Michał Strogoff, kuryer cesarski, syn starej Marfy był w Zabediero, był jeńcem Iwana! Sangarra nieznała go, poszukiwania byłyby daremne wśród nocy i ciżby. Dalsze śledzenie Nadi i Marfy także stawało się zbytecznem. Jasnem było iż dwie te kobiety nie zdradzą się, że nic nie zdoła pochwycić coby mogło skompromitować Michała.

Pozostawało więc tylko uwiadomić o wszystkiem Iwana. Wyszła z obozu.

W kwadrans potem wchodziła do domu zajmowanego przez pułkownika emira.

Iwan przyjął natychmiast cygankę.

– Czego chcesz Sangarro? zapytał.

– Syn Marfy Strogoff jest w obozie odpowiedziała.

– Jeńcem?

– Jeńcem.

– Ah! zawołał Iwan, dowiem się…

– Niczego się nie dowiesz przerwała cyganka, bo nie znasz go!

– Ale ty go znasz, ty! Ty go widziałaś Sangarro!

– Nie widziałam go, ale ruch matki wyjaśnił mi wszystko.

– Czy się nie mylisz?

– Nie, jestem pewną.

– Wszak wiesz o ile ważnem jest dla mnie przytrzymanie kuryera, ciągnął dalej Iwan. Jeżeli zdoła doręczyć list głównodowodzącemu, wszystko stracone! Tak więc za jakąkolwiek cenę list ten posiadać muszę! Ty mówisz mi że oddawca listu w mojej znajduje się mocy, zapytuję więc jeszcze raz czy się nie mylisz Sangarro?

Iwan był bardzo wzruszony, a wzruszenie to przekonywało właśnie o ważności posiadania listu. Sangarrę nie zmięszało powtórne zapytanie Iwana, powtórzyła tę samą odpowiedź.

– Nie mylę się, jestem tego pewną.

– Ale pomyśl Sangarro iż w obozie jest kilka tysięcy jeńców, a ty nie znasz kuryera?

– Tak! ja go nie znam odparła z piekielnym uśmiechem, ja go nie znam, ale zna go jego matka, ją należy zmusić do wyznania!

– Jutro odkryje ona wszystko!

To powiedziawszy Iwan podał rękę cygance, a ta złożyła na niej gorący pocałunek.

Sangarra powróciwszy do obozu ulokowała się przy dwóch kobietach w celu śledzenia ich. Tak Nadia jako też i Marfa jakkolwiek znużone, spędziły noc bezsennie. Zbyt dręczył je niepokój. Michał nie zginął, ale był w niewoli! Czy Iwan wiedział o tem? A jeżeli dotąd niewiedział czy się później nie dowie? Nadię radowała pewność że Michał nie zginął, o tem tylko myślała! Ale Marfa głębiej się zastanawiała, ją przerażała przyszłość. Obiedwie milczały, Sangarra słuchała napróżno, nie dowiedziała się niczego.

Nazajutrz dnia 16-go Sierpnia głośna pobudka zgromadziła wszystkich Tatarów do szeregu.

Iwan otoczony świtą przybywał do obozu. Twarz jego więcej jeszcze aniżeli zazwyczaj pochmurna, wskazywała gniew tłumiony, gotowy przy najmniejszej sposobności do wybuchu.

Michał widział go i opanowało go złowieszcze przeczucie, że Iwan wiedział kto jest Marfa i że synem jej był kuryer cesarski.

Wjechawszy w środek obozu, Iwan zeskoczył z konia, świta otoczyła go.

– Nic niewiem nowego Iwanie! powiedziała zbliżywszy się Sangarra.

Za całą odpowiedź Iwan wydał jakiś rozkaz jednemu z swoich oficerów.

Natychmiast żołnierze poczęli przebiegać szeregi jeńców, batami lub lancami zmuszając ich do powstania.

Nastała cisza – na znak Iwana Sangarra zwróciła się ku Marfie.

Staruszka zobaczywszy zbliżającą się odgadła wszystko i uśmiech pogardy zawisł na jej ustach. Pochyliła się do Nadi i szepnęła:

– Ty nie znasz mnie wcale! Bądź co bądź się stanie nie zapominaj o tem, nie znasz mnie, –tutaj o niego chodzi!

Jednocześnie prawie przystąpiła Sangarra.

– Czego chcesz odemnie? zapytała Marfa.

– Pójdź! odpowiedziała Sangarra prowadząc ją do Iwana.

Michał przymknął oczy, aby błyskawice wzroku nie wydały go.

Marfa założywszy ręce, wyprostowana stała przed Iwanem.

– Czy jesteś Marfą Strogoff? zapytał.

– Tak, odpowiedziała spokojnie.

– Czy odwołujesz daną mi odpowiedź w Omsku?

– Nie.

– Zaprzeczasz więc, że syn twój Michał Strogoff kuryer cesarski przez Omsk przejeżdżał?

– Zaprzeczam.

– I człowiek przez ciebie za syna poczytywany na stacyi pocztowej, nie był twoim synem?

– Nie, to nie był mój syn.

– A później nie spostrzegłaś go pomiędzy jeńcami?

– Nie.

– A poznałabyś gdyby ci go pokazano?

– Nie.

Odpowiedzi te przyjęto głośnym szmerem niezadowolenia.

Iwan znów przemówił groźnie:

– Słuchaj, syn twój jest tutaj i natychmiast mi go wskażesz.

– Nie.

– Wszyscy ci ludzie ujęci w Omsku przedefilują przed tobą, a jeżeli nie wskażesz który jest Michalem Strogoff, otrzymasz tyle knutów ilu ludzi przemaszeruje przed tobą!

Iwan pojął nareszcie że żadne tortury nie skłonią staruszki do mówienia. Teraz aby odkryć kuryera, rachował więcej na syna aniżeli na matkę. Uważał za niepodobieństwo aby ten wobec matki nie zdradził się niczem. Gdyby szło tylko o odebranie listu cesarskiego, Iwan byłby rozkazał zrewidować wszystkich jeńców – ale Michał: list mógł przeczytać i zniszczyć; gdyby mu się udało dostać do Irkutska, wszystkie plany Iwana byłyby zniweczone. Tak więc nietylko o list, ale i oddawcę chodziło.

Teraz Nadia dowiedziała się, dlaczego Michał zachowywał incognito.

Na rozkaz Iwana jeńcy defilowali przed Marfą stojącą nieruchomie jak posąg z wzrokiem malującym zupełne osłupienie.

Syn jej był w ostatnich szeregach. Kiedy przechodził około matki Nadia zamknęła oczy aby go nie widzieć.

Michał na pozór był. obojętnym, lecz dłoń jego od zaciśniętych pięści krwią się broczyła.

I matka i syn zwyciężyli Iwana!

Sangarra przytomna temu jeden tylko wyraz wymówiła, wyrazem tym był:

– Knut!

– Tak! krzyczał rozwścieczony Iwan, knuty tej starej zbrodniarce, knuty aż do wyzionięcia ducha!

Jeden z żołnierzy tatarskich z tem okrutnem narzędziem męki, zbliżył się do Marfy.

Knut jest to narzędzie składające się z kilku rzemieni, z których każdy zakończony żelaznym haczykiem. Mówią że wyrok stu dwudziestu knutów, równa się wyrokowi śmierci. Marfa wiedziała o tem, ale wiedziała także że nic ją nie skłoni do przemówienia, poświęciła na ofiarę swoje życie.

Dwóch żołnierzy pochwyciło Marfę i rzuciło o ziemię. Przez rozdartą suknię widać było nagie plecy. Naprzeciw jej piersi w odległości paru cali postawiono szablę. Jeżeli z bólu pochyli się, ostra szpada pierś jej przeszyje.

Tatar czekał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 58

– Zaczynaj! rozkazał Iwan.

Knut świsnął w powietrzu.

Ale zanim spadł, silna prawica wydarła go z rąk Tatara…

Był to Michał! Nie mógł hamować się dłużej! Jeżeli na stacyi w Iszym zniósł uderzenie bata Iwana, tutaj rzucił się widząc iż matkę jego miano knutować.

Tak więc Iwan dopiął swego celu.

– Michał Strogoff! wykrzyknął.

Potem przypatrzywszy się dodał:

– Podróżny z Iszym?

– On sam! powiedział Michał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 59

I podniósłszy knut ciął nim w twarz Iwana.

– Cios za cios!

– Dobrze oddane! odezwał się jakiś głos w tłumie.

Dwudziestu żołnierzy rzuciło się na Michała…

Ale Iwan krzyknąwszy z bólu i wściekłości zawołał:

– Człowiek ten należy do emira, on sam sprawiedliwość wymierzy! Zrewidować go!

List z pieczęcią cesarską znaleziono na piersiach Michała i oddano Iwanowi.

Ten co powiedział „dobrze oddane” był to Alcydes Jolivet. Zatrzymał się on z swoim towarzyszem w obozie Zabediero i był obecnym tej scenie.

– Na Boga! ci ludzie Północy to dzielni ludzie. Przyznasz sam Harry, że winni jesteśmy zadosyć uczynienie naszemu towarzyszowi podróży. Korpanoff i Strogoff warci są siebie! śliczna zapłata za Iszym!

– Tak, zapłata w istocie, ale Strogoff przepadł. W własnym interesie byłby lepiej postąpił nie płacąc jeszcze!

– Tak i miał pozwolić aby matka jego pod knutem zginęła!

– A czy sądzisz że krok jego polepszył chociaż odrobinę los jego matki i siostry?

– Tak nie myślę, ale wiem że na jego miejscu sambym inaczej nie postąpił! Co za cięcie! Cóż u djabła! człowiek musi zawrzeć czasami. Bóg miasto krwi byłby wlał wodę w żyły nasze, gdybyśmy zawsze mieli być niewzruszonymi.

– Ładny wypadeczek do kroniki! Gdyby tylko Iwan chciał nam udzielić treści tego listu!…

Iwan obtarłszy krew twarz mu zalewającą, rozłamał pieczęć. Czytał, odczytywał kilkakrotnie, jak gdyby treść listu chciał wyryć w swojej głowie na wieki.

Potem rozkazał skrępować Michała, objął dowództwo i z całym obozem wśród wojowniczej wrzawy wyruszył do Tomska, gdzie emir nań oczekiwał.



Rozdział IV

Wejście tryumfalne.

Tomsk założony w 1604 roku, prawie w środku prowincyi syberyjskich, jest najgłówniejszem miastem Rossyi azyatyckiej. Tomsk wzrósł ze szkodą Irkutska i Tobolska.

A jednak Tomsk nie jest stolicą prowincyi. Jenerał gubernator rezydencyę swoją ma w Omsku. Ale za to Tomsk jest najznaczniejszem miastem na terrytoryum przytykającym do gór Ałtajskich. Na pochyłościach tych gór aż do doliny Tomska, znajdują się kopalnie platyny, złota, srebra, miedzi i ołowiu. W skutek bogactwa krajowego i miasto musi być bogatem. To też przepych w urządzeniu domów, w umeblowaniu, w ekwipażach, może współzawodniczyć w przepychu z najpierwszemi stolicami europejskiemi. Jest to siedziba milionerów, wzbogaconych za pośrednictwem motyki, a jeżeli nie cieszy się zaszczytem posiadania w swych murach reprezentanta rządu, posiada za to naczelnika handlu, uprzywilejowanego do eksploatowania wyłącznego kopalni cesarskich.

Dawniej jeżeli ktoś zamierzał udać się do Tomska, gotował się tak do podróży jak na koniec świata. Dziś, rozumie się w czasie spokojnym, uważa się to zaledwo za przejażdżkę a cóż dopiero będzie wtedy jak kolej żelazna złączy je z Permą, przechodząc przez łańcuch gór Uralskich.

Co do zewnętrznych powabów Tomska zdania są podzielone, Pani de Bourboulon zatrzymawszy się tam w przejeździe do Moskwy, nie zbyt malowniczo je opisuje. Według niej jestto mieścina o starych kamiennych domostwach, ciasnych ulicach i brudnych cyrkułach, przeważnie zajętych przez Tatarów i północnych pijaków. Podróżnik Henryk Russel-Killough przeciwnie, chwali Tomsk bardzo. Być może ta różnica zdań wypływa z różnej pory, w jakiej miasto to było zwiedzanem. Pani de Bourboulon była tam w lecie, towarzysz jej w porze zimowej.

Bądź co bądź Pan Roussel-Killough stanowczo twierdzi, że Tomsk jest nietylko najpiękniejszem miastem w całej Syberyi, ale nawet na całym świecie z swemi kolumnami, perystylami, drewnianemi chodnikami; ulicami szerokiemi i równemi i piętnastu kościołami tak wspaniale odzwierciadlającemi się w rzece Tom, szerszej od wszystkich rzek francuzkich.

Prawda mieści się w pośrodku dwóch tych opinij. Tomsk liczy dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców i zawieszony jest malowniczo na podłużnem wzgórzu, zakończonem raptowną spadzistością.

Ale najpiękniejsze miasto stać się może szkaradnem jeżeli je najeźdzcy zajmują; taki też i Tomsk teraz miał pozór.

Tu emir oczekiwał swoich wojsk zwycięzkich. Uroczystość złożona ze śpiewów, tańcy, wrzaskliwych orgii, przygotowaną była na ich przyjęcie.

Na tę uroczystość obrano rozległą płaszczyznę zaledwo o sto kroków od rzeki Tomu oddaloną. Rysujące się na horyzoncie wytworne domy, kościoły, lasy w mgle zanurzone, otoczone były cudowną zielonością.

Po lewej stronie płaszczyzny, dekoracya przedstawiała wspaniały pałac dziwacznej architektury, na tę uroczystość wyłącznie urządzony. Nad pałacem na wierzchołkach minaretów z pomiędzy cienistych drzew, oswojone bociany sprowadzone z Boukhary gromadnie wybiegały.

Terassy te przeznaczone były dla dworu emira, hana i jego sprzymierzeńców, dla wielkich dostojników państwa i ich haremów.

Sułtanki że zazwyczaj niewolnice zakupione na targach w Persyi, jedne wychodzą bez woali, drugie z twarzą ukrytą zupełnie. Wszystkie z niezmiernym przepychem ubrane. U eleganckich szubek zarzucone rękawy, odkrywały gołe ramiona, przyozdobione mnóstwem bransolet połączonych łańcuchami z drogocennych kamieni. Przy najmniejszem poruszeniu szubek, jednych z materyi jedwabnej podobnej swą delikatnością do tkanki pajęczej, drugich z tkanki bawełnianej drobno paskowanej, dawał się słyszeć powabny szelest tak rozkoszny dla mieszkańca Wschodu. Dalszą część odzienia składała spódniczka ze złotogłowia, spadająca na szerokie szarawary, obcisło na bucik spływające i zakończone sznurami pereł. Długie kosy włosów spadały na plecy, wypływając z pod różnokolorowych turbanów, oczy miały cudowne, zęby prześliczne, płeć białą, tem wyraźniej odbijającą od czarnych brwi w łuk zakreślonych. Takie to były powaby zewnętrzne córek haremu.

U podnóża terassów stała warta emira pod osłoną rozlicznych sztandarów. Uzbrojenie ich składało się z jatagana u boku, puginału za pasem i lancy dziesięć stóp długiej. Niektórzy z Tatarów stali z białemi laskami, inni z olbrzymiemi halabardami, zakończonemi srebrnemi lub złotemi kitami.

Na drugim planie obszernej tej płaszczyzny, gromadziły się tłumnie wszystkie żywioły krajowe Azyi środkowej. Usbeki w ogromnych baranich czapkach z czerwonemi brodami i okiem siwem, przystrojeni według ostatniej mody tatarskiej. Turcy w szerokich szarawarach o barwach jaskrawych, w kaftanach tkanych z sierci wielbłądów, w czapkach czerwonych ostro zakończonych, w wysokich butach z skór rossyjskich, z krótkim pałaszem i nożem zawieszonym u pasa; dalej przy panach swoich uwijały się turczynki ich żony, w koszulach otwartych, wyglądających z pod „dżuba”, paskowanych niebiesko, purpurowo, zielono; łydki aż do bucików samych opasane kolorowemi wstęgami. Tam także, – jak gdyby wszystka ludność z granicy rossyjsko-chińskiej zbiegła się na wezwanie emira, – widać było Mandżurów z pogolonemi czołami i skronią o włosach w warkocz splecionych, w szatach długich ściągniętych za pasem na jedwabnej koszuli, w czapkach okrągłych atlasowych koloru wiśniowego, objętych pasem czarnym, zakończonym pąsową frendzlą; przy nich kobiety Mandżurskie, przybrane w sztuczne kwiaty, zalotnie podtrzymywane złotemi spilkami i motylami zręcznie na czarnych włosach umieszczonemi. Nakoniec Mongołowie, Persi, Chińczycy z Turkestanu uzupełniali tłum, wezwany na tę uroczystość tatarską.

Jedynie w tłumie tym Syberyjczyków nie dostawało. Ci którzy nie zdołali umknąć, siedzieli zabarykadowani w domach, co chwila lękając się że świetny ten obchód emir uwieńczy rozkazem ogólnego rabunku.

O godzinie czwartej przy odgłosie bębnów, trąb i strzałów artylleryi, ukazał się emir na placu.

Feofar jechał na swym ulubionym wierzchowcu, przyozdobionym brylantową zapinką na czole. Sam emir zachował strój wojenny. Przy jego boku postępował chan Khokhandu i Kundozy, wielcy dygnitarze państwa i sztab jego.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 60

Prawie jednocześnie wstąpiła na terass najpierwsza z żon Feofara, królowa jeśli można użyć tego wyrażenia, mówiąc o kobietach sułtańskich. Bądź co bądź kobieta ta, królowa czy niewolnica, była zawsze niezwykłej piękności. Wbrew zwyczajowi krajowemu, stosując się do kaprysu emira, twarz jej nie była zakrytą. Włosy rozdzielone w cztery warkocze, wdzięcznie spływały na cudne białe ramiona, zaledwo okryte przezroczystą zasłoną, zapiętą w tyle na klamrę z najdroższego kamienia. Z pod niebieskiej jedwabnej spódniczki, rysowała się druga w ciemniejsze pasy z gazy jedwabnej, – nad paskiem zaś wysuwała się koszulka z tego samego materyału, wdzięcznie u szyi wycięta. Ale od głowy aż do stóp była tak obwieszoną klejnotami, różnorodnemi naszyjnikami z korali, agatów, szmaragdów, opali i szafirów, ze staniczek jej i spódniczka zdawały się tkaniną z drogocennych kamieni. Mnóstwo dyamentów okrywających szyję, ramiona i ręce, miliony rubli nie mogłyby zapłacić.

Emir zsiadłszy z konia w czem naśladowała go i eskorta, wszedł pod najwspanialszy namiot urządzony na terassie. Przed namiotem jak zazwyczaj leżała na stole księga Koranu.

Jeszcze pięć godzin nie upłynęło, a już trąby i kotły głosiły przybycie pułkownika emira.

Iwan-Cięty, jak go teraz nazywano, – tym razem w mundurze oficera tatarskiego – zatrzymał się przed namiotem emira. Żołnierze towarzyszący mu stanęli po bokach placu, tak że w pośrodku pozostała tylko przestrzeń niezbędna na przedstawienie. Szeroka szrama dzieliła prostopadle twarz zdrajcy.

Iwan przedstawił emirowi znaczniejszych swoich oficerów, co Feofar-Han przyjął nie tracąc nic z swojej godności, a jednak w taki sposób. iż ci z przyjęcia byli zupełnie zadowoleni.

Tak przynajmniej wnosił Harry Blount i Alcydes Jolivet, dwaj nierozdzielni sprzymierzeńcy na bieżące wiadomości. Z Zabediero szybko dostali się do Tomska. Mieli oni zamiar jak można najspieszniej opuścić towarzystwo Tatarów, przyłączyć się do pierwszego spotkanego oddziału i z nim razem dostać się do Irkutska. Okrucieństwa pożogi, rabunek i morderstwa, najwyższym wstrętem natchnęły ich dla Tatarów i spieszno im było połączyć się z armią Syberyjską.

Jednak Alcydes Jolivet uwiadomił towarzysza, iż przed zdjęciem chociaż kilku szkiców z tryumfalnego wkroczenia wojsk tatarskich, ani na jeden krok nie ruszy się z Tomska; Harry Blount zdecydował się pozostać kilka godzin; ale tego samego wieczora jeszcze, obadwaj zamierzali puścić się drogą do Irkutska i wyprzedzić przednią straż emira.

Tak więc Alcydes Jolivet i Harry Blount wmięszani w tłumie śledzili szczegóły uroczystości, mogącej dać im przedmiot przynajmniej na sto wierszy kroniki. Wielbili więc Feofar-Hana w jego wspaniałości, jego żony, oficerów, straże, słowem cały przepych wschodni, zupełnie nieznany mieszkańcom Europy. Ale ze wzgardą odwrócili się zobaczywszy przed emirem Iwana i zapragnęli aby uroczystość jak najprędzej się rozpoczęła.

– No i widzisz kochany Blount, jak bardzo pospieszyliśmy; przybyliśmy jak mieszczanin pragnący ubawić się za swoje pieniądze! To wszystko jest dopiero kurtyną, w lepszym byłoby daleko guście, gdybyśmy przybyli na sam balet.

– Na jaki balet? zapytał Harry Blount.

– Na balet zobowiązujący rozumie się! ale zaraz podniosą zasłonę.

Alcydes Jolivet mówił tak, jak gdyby w istocie był na przedstawieniu w teatrze Opery, a wyjąwszy z kieszeni perspektywę, jako znawca gotował się podziwiać „pierwszych podanych wojsk Feofara”.

Ale dotkliwa ceremonia miała poprzedzić obchód radosny.

Tryumf zwycięzców nie może być zupełnym bez upokorzenia zwyciężonych. To też kilkuset jeńców przyprowadzono pod bat żołnierski. Przeznaczeniem ich było przedefilować przed emirem i jego sprzymierzonymi, zanim zostaną zamknięci w więzieniach miasta.

W pierwszych szeregach zaraz znajdował się Michał. Stosownie do rozkazu Iwana oddział żołnierzy strzegł go wyjątkowo. Matka jego i Nadia były tam także.

Stara Syberyjka zawsze pełna energii, kiedy o nią samą jedynie chodziło, dzisiaj była trupiej bladości. Oczekiwała strasznej jakiejś katastrofy. Nie bez powodu syna jej prowadzono przed emira, to też o niego drżała. Iwan w twarz knutem dla niej przeznaczonym uderzony, nie przebaczał nigdy, a zemsta jego straszną być musiała. Straszna, barbarzyńska jakaś kara z pewnością nie minie jej syna. Jeżeli Iwan uchronił go od niezawodnej śmierci, kiedy żołnierze się nań rzucili, to dla tego jedynie, aby go oddać na łaskę sprawiedliwości emira.

Syn i matka, od katastrofy w Zabediero nie zamienili ani słowa. Bezlitośnie rozłączono ich, aby odebrać nawet jedyną pociechę przebywania razem w ciągu tych kilku dni niewoli! Marfa pragnęła błagać syna o przebaczenie za złe wyrządzone mu mimowolnie, bo oskarżała sama siebie iż nie umiała owładnąć uczuciem macierzyńskiem! Gdyby je była pohamowała w Omsku na stacyi pocztowej, Michał byłby przejechał niepoznany i nie byłoby żadnego nieszczęścia!

Syn znów przypuszczał iż Iwan wlókł jego matkę dla tego, aby cierpiała męczeństwem syna, albo też żeby i sama tak jak on straszną śmiercią zginęła!

Nadia zapytywała siebie co chwila, w czem mogła być matce lub synowi pożyteczną. Nic wymyśleć nie mogła, instynktownie tylko czuła, że powinna unikać zwrócenia na siebie uwagi! Wtedy uda jej się może zerwać więzy krępujące lwa. W każdym razie postanowiła działać w miarę okoliczności, gdyby to poświęcenie nawet życiem przypłacić miała.

Już pewna część jeńców przedefilowała przed emirem, a każdy jeniec jako symbol służalstwa na twarz przed nim padać musiał. Była to niewola rozpoczęta upokorzeniem! Jeżeli który z nich zbyt wolno się nachylał, wartownik rzucał go gwałtownie o ziemię.

Alcydes Jolivet i Harry Blount nie mogli patrzeć na to bez pewnego oburzenia.

– To nikczemność! Jedźmy! krzyknął Alcydes Jolivet.

– Nie, odparł Harry Blount. Trzeba wszystko zobaczyć.

– Wszystko zobaczyć!… Ah! krzyknął nagle Alcydes Jolivet chwytając rękę towarzysza.

– Co tobie? zapytał tenże.

– Patrz Blount! to ona!

– Ona?

– Siostra naszego towarzysza podróży! Sama i w niewoli! trzeba ją ocalić…

– Wstrzymaj się, odpowiedział zimno Harry Blount. Nasze wdanie się może tylko zaszkodzić tej nieszczęśliwej.

Alcydes Jolivet zatrzymywał się, a Nadia nie zobaczywszy ich nawet, zasłonięta w połowie włosami przeszła przed emirem, nie zauważona nawet przez tegoż.

Po Nadi przybyła Marfa, a że nie dość spiesznie w proch się rzuciła, żołnierz pchnął ją przed emirem na kolana.

Marfa upadła.

Michała żołnierze zaledwo powstrzymać mogli.

Staruszka podniósłszy się już miała iść dalej, kiedy Iwan przemówił:

– Zostawić tutaj tę kobietę!

Nadię pchnięto między resztę więźniów. Iwan nie widział jej.

Nareszcie Michała przyprowadzono przed emira – ten nie ugiął karku.

– Czołem o ziemię! krzyknął Iwan.

– Nie! odpowiedział Michał.

Dwaj strażnicy chcieli go zmusić do tego, ale silna ręka młodzieńca powaliła ich o ziemię. Iwan zbliżył się do niego.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 61

– Zginiesz natychmiast! powiedział.

– Ja zginę, dumnie odparł Michał, ale twarz zdrajcy Iwana wiecznie nosić będzie hańbiące go piętno knuta!

Iwan zbladł strasznie.

– Co to za więzień? zapytał emir głosem o tyle groźnym, o ile poprzednio był spokojnym.

– To szpieg rossyjski! odparł Iwan.

Dając taką odpowiedź wiedział jak straszny wyrok ściągnie na Michała.

Michał postąpił ku Iwanowi, ale go żołnierze zatrzymali.

Emir dał znak przed którym uchyliły się czoła wszystkich. Wskazał na Koran. Przyniesiono go. On otworzył świętą księgę i na jednej z kart palec położył.

Wypadek, a raczej Bóg według ich zdania miał o losie Michała zdecydować. Wiersz dotknięty palcem sędziego, był wyrokiem skazanego. Naczelnik odczytał głośno:

„I nie ujrzy więcej rzeczy tego świata”.

– Szpiegu rossyjski chciałeś widzieć co się dzieje w obozie tatarskim. Patrz więc! Patrz!!



Rozdział V

Patrz całą siłą twego wzroku, patrz!

Michał z skrępowanemi rękami stał przed obliczem emira.

Matka jego zwyciężona nakoniec tylu torturami fizycznemi nie śmiała patrzeć, nie miała odwagi słuchać nawet.

– Patrz całą siłą twego wzroku, patrz! powiedział Feofar-Han groźnie wyciągając rękę w stronę Michała.

Bezwątpienia Iwan wtajemniczony w obyczaje tatarskie, zrozumiał ważność tych wyrazów, bo usta jego z zadowoleniem wykrzywiły się do uśmiechu. Potem odszedł i stanął obok Feofar-Hana.

Odezwały się trąby na znak rozpoczynającej się uroczystości.

– Otóż i balet, powiedział Alcydes Jolivet do Harrego Blount, ale wbrew zwyczajowi barbarzyńcy ci dają go przed dramatem!

Michałowi rozkazano pozostać, stał więc i patrzył.

Chmura tancerek wpadła na plac. Rozmaite instrumenta: mandolina o długiej rękojeści z drzewa morwowego o dwóch nastrojonych jedwabnych sznurkach, kobza rodzaj wiolonczeli, odkrytej, przyozdobionej końskiem włosiem – „tochibyzga” długi flet trzcinowy, trąby, tamburina w połączeniu z ostrym głosem śpiewaków, dziwną stanowiły harmonię. Należy dodać jeszcze orkiestrę powietrzną złożoną z jelonków na sznurek naciągniętych, które poruszane lekkim powiewem wiatru, wydawały głosy harfy eolskiej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 62

Niezwłocznie rozpoczęto tańce.

Wszystkie balleriny były pochodzenia perskiego. Te nie były niewolnicami, były to kobiety wolne. Dawniej figurowały one urzędownie na uroczystościach dworskich w Teheranie; ale z chwilą wstąpienia na tron obecnie panującej familii, wypędzono je z królestwa, a tym sposobem zmuszono gdzieindziej szukać fortuny. Nosiły one strój narodowy, przeciążony kosztownościami. Kolczyki w kształcie trójkątów i łańcuchów złotych w uszach ich kołysały się; srebrne opaski otaczały szyje, bransolety z podwójnego rzędu najkosztowniejszych dyamentów opasywały ramiona i nogi; kiście z pereł, turkusów, korali zakończały długie ich warkocze. Pas otaczający kibić kończyła zapinka błyszcząca, kształtem podobna do krzyża europejskiego.

Balleriny że z rzadką zręcznością wykonywały tańce solowe zarówno jak i zbiorowe. Twarze miały odkryte, ale od czasu do czasu zasłaniały je przezroczystą gazą podobną do lekkiego obłoku, przysłaniającego gwiazdy iskrzące. Niektóre nosiły przy boku temblak skórzany, haftowany perłami, zakończony woreczkiem trójkątnego kształtu – z woreczków tych wyciągały długie, wązkie szkarłatne szarfy, noszące napisy z Koranu. Wstążki że połączone razem, tworzyły jeden łańcuch, pod którym przesuwały się inne tancerki i stosownie do wiersza Koranu jedne na twarz padały, inne uciekały jak gdyby biegnąc połączyć się z huryskami Mahometa.

Lecz co zwracało ogólną uwagę i zadziwienie cudzoziemców, a między nimi i Alcydesa Jolivet to, że tancerki że okazywały więcej ociężałości niż zapału. Ognia im brakowało, przez co taniec ich przedstawiał się raczej jak taniec spokojnych i przyzwoitych indyjskich bajaderek, aniżeli namiętny taniec Egiptu.

Po ukończeniu pierwszej części, głos poważny przemówił:

'Michael Strogoff' by Jules Férat 63

– Patrz całą potęgą wzroku twego, patrz!

Człowiekiem powtarzającym te słowa był wysoki Tatar wykonawca rozkazów emira. Stał on za Michalem, trzymając w ręku szeroką szablę damasceńską.

Przy nim warta postawiła trójnóg z fajerką na której tliło się kilka zarzących węgli. Unosząca się nad nimi lekka para wywołaną była ziołami aromatycznemi, rzucanemi na ich powierzchnię.

Po ballerinach perskich wystąpiły inne tancerki. Michał poznał je natychmiast. Zdaje się że i dwaj dziennikarze poznali je także, bo Harry Blount powiedział do kolegi.

– To cyganki z Niżnego-Nowgorodu!

– Tak to one. Sądzę iż oczy przynoszą im więcej od nóg korzyści, są to bowiem zapewne szpiegi emira!

Jak wiemy Alcydes Jolivet w przypuszczeniu swojem nie mylił się.

W pierwszym zaraz rzędzie występowała Sangarra. Bogaty i malowniczy strój podwyższał jeszcze jej wdzięki.

Sangarra nie tańczyła, stała tylko w pośrodku tancerek których tańce fantastyczne przypominały Europę, Czechy, Egipt, Włochy i Hiszpanię. Cymbały, tamburina, kastaniety podniecały jeszcze szalone skoki tancerek.

Teraz zbliżył się może zaledwo piętnastoletni cygan i akompaniując sobie na dutarze, śpiewał. W czasie śpiewu zwrotki dziwacznego rytmu, jedna z tancerek stawała przy młodzieńcu nieruchomie, lecz skoro tylko rozpoczynał część drugą, rozpoczynała taniec dzwoniąc przy niem kastanietami.

Po każdej strofce inne balleriny otaczały tancerkę jak gdyby żywym wieńcem.

W tej chwili deszcz zloty wypadł z rąk emira i jego sprzymierzonych, z rąk oficerów wszystkich stopni, a dźwięk złota pomięszał się z dzwoniącemi jeszcze cymbałami i tamburinami.

– Hojny jak prawdziwy rabuś! szepnął do ucha towarzysza Alcydes Jolivet.

I w istocie pieniądze hojnie rzucane były, lub musiały to być pieniądze kradzione, bo obok cekinów tatarskich padały dukaty i ruble rossyjskie.

Po chwili milczenia głos wykonawcy wyroku mającego się spełnić na osobie Michała poważnie i złowrogo powtórzył:

– Patrz całą potęgą wzroku twego, patrz!

Tym razem Alcydes Jolivet zauważył, że wykonawca już nie miał szabli w ręku.

A jednak słońce miało się już ku zachodowi. Cedry i jodły już niknęły w cieniu, wody Tomu traciły swą przejrzystość. Za chwilę miała zapaść noc.

Po chwili weszło na plac kilkuset niewolników z płonącemi pochodniami. Cyganki z Sangarrą na czele powróciły przed tron emira. Instrumenta orkiestry tatarskiej dziwną i dziką zabrzmiały melodyą, towarzyszył im śpiew równie złowrogi. Światła zwiększono jeszcze zapaleniem różnobarwnych latarni zawieszonych między drzewami.

Potem szwadron Tatarów w umundurowaniu wojennem zmięszał się z tancerzami. Wśród wzrastającego zapału dziwnie fantastyczny przedstawił się widok.

Żołnierze uzbrojeni w nagie szable i długie pistolety, strzelali, a strzały że zlewały się z odgłosem bębnów, trąb, tamburin i piszczałek. Broń na sposób chiński różnokolorowym prochem z ingrediencyi metalicznych nabijana, rzucała długie smugi ogni czerwonych, zielonych i niebieskich, tak że wydawało się iż wszyscy poruszają się w ogniu sztucznym. Pod niektóremi względami taniec ten przypominał pewien wojowniczy taniec starożytnych, gdzie koryfejki snuły się pomiędzy końcami szpad i puginałów; być może iż tradycya dostała się ludom Azyi środkowej; ale taniec tatarski o wiele był piękniejszym, o wiele więcej urozmaiconym, w skutek sztucznych kolorowych ogni, wijących się nad głowami tancerek. Tworzyło to kalejdoskop błyskawic, zmieniających bezustannie kształty odpowiednio do ruchów tancerek.

Jakkolwiek Alcydes Jolivet widział dużo pięknych rzeczy i nic go już nie zadziwiało, jednak kiwał głową od czasu do czasu, a ruch ten można było sobie tłomaczyć wyrazem: „Nieźle! Nieźle!”

Nagle jak gdyby czarem wszystko zagasło, balleriny zniknęły. Uroczystość była skończoną i tylko pochodnie oświetlały środek placu przed chwilą tak ludnego i jasnego.

Na znak emira wyprowadzono Michała na środek placu.

– Blount, odezwał się Alcydes Jolivet do towarzysza, czy ciekawym jesteś zakończenia tej sceny?

– Bynajmniej, odparł Blount.

– Sądzę iż twoi czytelnicy Daily-Telegraph, nie są zupełnie ciekawi egzekucyi na sposób tatarski?

– Ani też twoja kuzynka.

– Biedny chłopiec! dodał Alcydes Jolivet patrząc na Michała. Taki jak on waleczny żołnierz powinien paść na polu bitwy tylko!

– Czyż możemy go ocalić?

– Nie, to przechodzi nasze siły.

Dziennikarze zapamiętali wspaniały postępek Michała, teraz dopiero dowiedzieli się na jakie próby był narażony, jakim był niewolnikiem swego obowiązku, a oni w niczem mu pomódz nie mogli.

Pragnąc uniknąć widoku tortury nieszczęśliwego powrócili do miasta.

W godzinę potem pędzili już drogą do Irkutska, pragnąc jak najprędzej dostać się pomiędzy Rossyan.

Jednak Michał stał, wyniośle patrząc na emira, z pogardą na Iwana. Oczekiwał śmierci i nie lękał się jej wcale.

Widzowie stojący po bokach placu, sztab Feofar-Hana czekali z upragnieniem wykonania wyroku. Zaspokoiwszy ciekawość cała, ta dzika horda pobiegnie oddać się z zapałem pijaństwu.

Emir dał znak. Warta popchnęła Michała na środek terassu, a Feofar w że słowa przemówił:

– Przybyłeś aby widzieć szpiegu rossyjski. Widziałeś poraz ostatni. Za chwilę oczy twoje już nigdy nie ujrzą światła!

Nie na śmierć lecz na oślepienie skazano Michała. Strata wzroku o wiele okropniejszą jest od utraty życia! Nieszczęśliwy na wieczną noc był skazany.

A jednak usłyszawszy te słowa emira, Michał nie drgnął nawet. Stał nieruchomie z szeroko rozwartemi oczami, jak gdyby chciał w tem ostatniem spojrzeniu cały świat ogarnąć. Błaganie takich dzikich łotrów, było zarówno bezużytecznem jak niegodnem. Nawet nie pomyślał o tem. Myśl jego skupioną była na niespełnionem poselstwie, matce i Nadi, których nie zobaczy już nigdy, lecz najbaczniejsze oko nie dostrzegłoby najlżejszego wzruszenia w jego twarzy.

Nakoniec nie będąc panem swej mściwości, odwrócił się do Iwana.

– Iwanie, przemówił głosem groźnym, Iwanie zdrajco, ostatnia groźba moich oczu, będzie dla ciebie.

Iwan wzruszył ramionami.

Ale Michał omylił się, nie na Iwanie miało spocząć ostatnie jego spojrzenie.

Marfa stanęła przed nim.

– Matka moja wykrzyknął rozdzierającym głosem, Tak! tak! tobie matko moja winienem moje wejrzenie, nie temu nędznikowi! Stój tak, tam przedemną. Niech widzę twą twarz ukochaną! Niech moje oczy zamknę na wieki patrząc w twoje oblicze!…

Stara Syberyjka zbliżała się w milczeniu.

– Wypędzić tę kobietę, powiedział Iwan.

Dwaj żołnierze odepchnęli Marfę. Ona cofnęła się, lecz stała o kilka kroków od syna.

Ukazał się wykonawca, Teraz znów miał szablę w ręku, lecz szabla ta była rozpalona do białości, wydostał ją z fajerki z pomiędzy węgli łączących się pachnidłami. Michał miał być oślepionym przesunięciem pałającej szabli przed oczyma – taki był zwyczaj tatarski.

Michał nie opierał się. On nic nie widział – on widział tylko matkę swoją, w niej teraz cały świat jego się mieścił. Było to jego ostatnie widzenie!

Marfa z rozszerzoną źrenicą, z wyciągniętem ramieniem stała przed nim!

Zabójcza szabla przemknęła przed oczami Michała.

Krzyk rozpaczy, okrzyk przerażenia rozległ się na placu! Marfa padła nieżywa.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 64

Michał był ślepy.

Po wykonaniu wyroku emir poszedł do domu. N a placu pozostał tylko Iwan i ludzie z pochodniami.

Iwan podszedł zwolna do Michała, wydostał z kieszeni list wodza otworzył i kładąc go przed jego oczami powiedział ironicznie:

– Czytaj teraz Michale Strogoff i opowiedz w Irkutsku co przeczytałeś! Prawdziwym kuryerem cesarskim jestem teraz ja, Iwan!

To powiedziawszy zdrajca schował list i z resztą ludzi plac opuścił.

Michał pozostał sam o kilka kroków od matki nie dającej znaku życia, umarłej może.

W oddaleniu słychać było krzyki i wrzawę pijanego tłumu. Tomsk uilluminowany wyglądał uroczyście.

Michał słuchał. Plac byt pusty i cichy.

Macając dowlókł się do miejsca gdzie matka jego upadła. Znalazł ją, nachylił się, twarz swoją przybliżył do jej twarzy, słuchał bicia jej serca. Potem sądzićby można iż mówił z nią pocichu.

Czyżby stara Marfa żyła jeszcze i słyszała słowa syna? Nie wiemy, nie poruszyła się wcale.

Michał ucałował jej czoło i siwe włosy. Potem powstał i suwając nogami z wyciągniętą ręką doszedł prawie na drugi koniec placu.

Nagle ukazała się Nadia. Szła do swego towarzysza. Sztyletem rozcięła więzy krępujące Michała.

Ten niewidomy, nie wiedział kto go uwalniał, bo Nadia nie przemówiła ani słowa. Rozwiązawszy go dopiero powiedziała:

– Bracie!

– Nadia! szepnął Michał, Nadia!

– Pójdź bracie. Jesteś niewidomym. Moje oczy będą twoim wzrokiem, ja cię zaprowadzę do Irkutska!



Rozdział VI

Przyjaciel na gościńcu.

W pół godziny potem Michał i Nadia już byli za murami Tomska.

Tej nocy korzystając z ogólnej orgii i pijatyki oficerów, pewna liczba jeńców mniej bacznie strzeżonych zdołała umknąć z obozu tatarskiego. Nadi udało się być obecną egzekucyi Michała. Nie krzyknęła ani razu, nawet wtedy kiedy gorąca szabla paliła oczy Michała. Instynktownie czuła że ona to powinna być przewodnikiem syna Mady Strogoff. Chwilami serce w jej piersi zamierało, ale myśl jedna i ciągła dodawała jej energii:

– Ja będę psem niewidomego! – mówiła sobie.

Przed Iwanem Nadia ukryła się w cieniu. Czekała na oddalenie się tłumu. Michał jako nędzarz nieszkodliwy pozostał sam. Widziała jak wlókł się do matki, nachylił nad nią, pocałował w czoło, powstał i usiłował uciekać.

Po chwili oboje ręka w rękę schodzili z pochyłej doliny, nakoniec udało im się wymknąć wyłomem muru.

Jedyna tylko droga prowadziła do Irkutska, nie można się było omylić. Nadia pospiesznie prowadziła Michała. Prawdopodobnie po kilku godzinach orgii przednie straże tatarskie znów puszczą się w stepy i mogą im przeciąć ucieczkę. Ważnem więc było aby wyprzedzić ich w Krasnojarsku o pięćset wiorst oddalonym od Tomska, aby jak najpóźniej opuścić bity gościniec. Droga uboczna nieznana, była to dla nich śmierć niezawodna.

Jakim sposobem Nadia przetrwała trudy nocy z 16 na 17 Sierpnia? Jak jej sił wystarczyło na pochód tak długi? Jak pokrwawione stopy aż tam ją zaniosły? My tego pojąć nie możemy. Nie ulega jednakże wątpliwości, że w dwanaście godzin po opuszczeniu Tomska, Michał z swą towarzyszką wchodził do miasta Semilowskoje, przebywszy wiorst pięćdziesiąt.

Michał nie przemówił ani słowa. Nie Nadia jego lecz on Nadię prowadził za rękę, ale dzięki tej wskazówce postępował ze zwykłą swą pewnością.

Miasto było prawie puste. Mieszkańcy przed Tatarami schronili się do Jenisejska. Dwa lub najwyżej trzy domy były zaledwo zamieszkałe. Wszystko co miało jakąkolwiek wartość wywieziono z miasta.

Podróżni nasi musieli tutaj wypocząć kilka godzin. Potrzebowali posilić się i przespać.

Dziewczyna poprowadziła Michała na koniec miasta. Wprowadziła go do oprożnionego domu. Stara drewniana ławka stanowiła całe umeblowanie.

Nadia patrzyła na swego niewidomego towarzysza takim wzrokiem, jakim dotąd nie patrzyła nigdy. Nie wdzięczność, nie litość malowała się w jej oczach, więcej nad to oboje. Gdyby Michał nie był pozbawionym wzroku, byłby wyczytał poświęcenie i czułość bezgraniczną.

Powieki niewidomego zaczerwienione od gorącej szabli, do połowy zakrywały mu oczy zupełnie suche. Błona oczna była trochę ściągniętą, źrenica nadmiernie rozszerzona, barwa oka pociemniała, rzęsy i brwi zupełnie spalone; pozornie jednak przenikliwy wzrok młodzieńca z swojej siły nic nie utracił. Jeżeli nic nie widział, jeżeli był zupełnie ciemnym, to dla tego jedynie iż nerw optyczny gorącem szabli został ostatecznie zniszczonym.

W tej chwili Michał wyciągnął rękę.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 65

– Nadia, czy ty jesteś tutaj? zapytał.

– Tak Michale jestem przy tobie i nie opuszczę cię nigdy.

Usłyszawszy po raz pierwszy swoje imię z ust Nadi Michał zadrżał. Domyślił się że towarzyszka jego wszystko wiedziała, kim był i jaki węzeł łączył go z Marfą.

– Nadia, ciągnął dalej, trzeba nam się rozłączyć!

– Rozłączyć? I dla czegóż to Michale?

– Nie chcę być przeszkodą twojej podróży. Twój ojciec czeka cię w Irkutsku! Powinnaś połączyć się z ojcem!

– Mój ojciec przekląłby mię gdybym cię opuściła po tem coś dla mnie uczynił!

– Nadia! Nadia! wołał Michał przyciskając jej rękę do serca, ty o twoim ojcu tylko myśleć powinnaś!

– Michale! tobie jam więcej aniżeli ojcu memu potrzebna! Czy wyrzekasz się swojej podróży do Irkutska?

– Nigdy! wykrzyknął Michał głosem przekonywającym, iż dawna energia nie opuściła go wcale.

– A jednak niemasz już tego listu!…

– Listu ukradzionego mi przez Iwana… A więc obejdę się bez niego! Obeszli się ze mną jak ze szpiegiem, jak szpieg będę teraz działał. Pójdę do Irkutska, opowiem wszystko co widziałem i słyszałem, a przy sięgam na Boga że kiedyś wróg mój twarz w twarz spotka mnie na drodze swojej. Ale muszę go wyprzedzić w Irkutsku, muszę wpierw od niego tam się dostać!

– I ty mówisz aby się rozłączyć Michale?

– Ci nędznicy wszystko mi zabrali!

– Ja posiadam kilka rubli i oczy zdrowe! Mogę patrzeć za ciebie Michale i zaprowadzić tam gdzie sam zajść nie możesz!

– A jak pójdziemy?

– Piechotą.

– A z czego będziemy żyć?

– Z jałmużny.

– Pójdźmy Nadia!

– Pójdźmy!

Młodzi ludzie nie nazywali się już siostrą i bratem. Wspólna nędza zbliżyła ich jeszcze do siebie. Po godzinie wypoczynku opuścili dom. Nadia użebrała w mieście kilka kawałków czarnego chleba. Uczyniła to bez wstydu i upokorzenia bo żebrała dla zaspokojenia głodu i pragnienia wspólnego. Większą część posiłku Nadia oddała Michałowi. Spożywał chleb podawany mu przez nią kawałkami, pił z czarki którą ona do ust mu poniosła.

– A ty czy jesz Nadia? zapytał.

– Jem Michale, odpowiadała dziewica ograniczając się tem co Michał pozostawiał.

Podróżni nasi puścili się w dalszą drogę do Irkutska. Dziewczyna wszelkiemi siłami zwyciężała utrudzenie. Gdyby Michał mógł ją widzieć, może zbrakłoby mu odwagi iść dalej. Ale Nadia nie żaliła się, nie westchnęła nawet ani razu, a Michał szedł ciągle prędko. I dlaczego? Czyż miał nadzieję wyprzedzić Tatarów? Był ciemny, pozbawiony pieniędzy, a gdyby mu zabrakło Nadi, pozostawałaby mu śmierć niehybna! Ale jeżeli zdołają przybyć do Krasnojarska, może nie wszystko jeszcze stracone, bo rząd uwiadomiony kim był w istocie, Michał nie omieszka przyjść mu z pomocą.

Tak więc Michał szedł ciągle, prawie nic nie mówiąc, nieustannie zajęty rozmyślaniem. Trzymał rękę Nadi. Od czasu do czasu zapytywał:

– Dla czego nic nie mówisz Nadia?

– Po co nam rozmowa Michale? rozmyślajmy razem! odpowiedziała dziewczyna, usiłując głosowi swemu odjąć wszelką cechę znużenia.

Ale chwilami czuła iż serce bić ustaje, nogi chwieją się pod nią, krok zwalnia; pozostawała w tyle. Wtedy Michał zatrzymywał się i patrzył w nią bacznie, jak gdyby wieczna noc wzroku jego nie mroczyła. Pierś jego podnosiła się, przyciskał silniej rękę towarzyszki i szedł dalej.

A jednak Opatrzność tego dnia po tylu udręczeniach, miała im zesłać chociaż chwilowy wypoczynek.

Po dwugodzinnej wędrówce Michał zatrzymał się.

– Czy droga zupełnie pusta? zapytał.

– Zupełnie.

– Czy nie słyszysz za nami turkotu?

– W istocie coś słyszę.

– Jeżeli to Tatarzy musiemy się ukryć, przypatrz się.

– Poczekaj Michale! odpowiedziała Nadia, cofając się na zakręt drogi.

Michał pozostawszy sam słuchał.

Wkrótce powróciła Nadia.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 66

– To wózek powiedziała. Jakiś młody człowiek powozi.

– Sam jeden?

– Sam jeden!

Zawahał się. Czy należało się ukryć? Czy też przeciwnie prosić właściciela o miejsce na wózku, jeżeli już nie dla siebie to przynajmniej dla niej? On oprze się tylko o wóz, będzie go popychał w razie potrzeby bo miał siłę jeszcze, ale czuł doskonale jak siły Nadi już brakowało. Od ośmiu dni na nogach, siły jej wyczerpać się musiały.

Czekał więc.

Wkrótce pokazał się wózek.

Była to ciasna kibitka, mogąca w ostateczności pomieścić trzy osoby.

Zwyczajnie do kibitki zakładają trzy konie, lecz ta zaprzężoną była tylko w jednego.

Przy młodzieńcu leżał pies.

Nadia w człowieku poznała Rossyanina o twarzy powolnej, łagodnej, budzącej zaufanie. Jechał powoli nie zmuszając konia do szybszego biegu, jak gdyby droga była zupełnie spokojna, a on nie lękał się spotkania Tatarów.

Nadia i Michał usunęli się na bok.

Kibitka stanęła, młodzieniec uśmiechnięty patrzył na dziewczynę.

– A dokąd to? zapytał zdziwiony.

Dźwięk tego głosu nie był obcym Michałowi. Przypomnienie to musiało być uspokajającem, bo twarz jego rozjaśniła się.

– No dokądże idziecie? powtórzył młodzieniec zwracając się do Michała.

– Idziemy do Irkutska, odpowiedział tenże.

– Oh! ojczulku chyba nie wiecie ile wiorst do Irkutska?

– Wiemy.

– I idziecie piechotą?

– Piechotą.

– No przypuszczam jeszcze ty, ale panienka?

– To moja siostra.

– Tak twoja siostra ojczulku. Czy sądzisz że ona zajdzie do Irkutska?

– Przyjacielu, odpowiedział Michał podchodząc, Tatarzy nas obdarli, nie posiadam ani jednej kopiejki nie mogę cię wynagrodzić, lecz jeżeli zabierzesz moją siostrę, ja piechotą pójdę za wózkiem, będę biegł jeżeli potrzeba, nie opóźnisz się przezemnie ani o godzinę.

– Bracie!… ja nie chcę!… ja nie chcę! Panie brat mój jest niewidomy!

– Niewidomy! odpowiedział wzruszony młodzieniec.

– Tatarzy wypalili mu oczy.

– Wypalili oczy? Oh! biedny ojczulku! Ja jadę do Krasnojarska. Wsiadajcie oboje, wszyscy się zmieścimy. Wreszcie pies mój może pójść piechotą. Tylko ja jadę powoli, szanuję mego konia.

– Jak się nazywasz przyjacielu?

– Nazywam się Mikołaj P*.

– Nie zapomnę tego nazwiska.

– Siadaj więc biedaku, Twoja siostra przy tobie w głębi wózka, ja na przodzie będę powoził. Jest dużo słomy, będzie wam jak w gniazdeczku. No, Serko zrób nam miejsce!

Pies nie dał się prosić. Byłto zwierz rassy syberyjskiej, popielaty, zdający się przywiązanym bardzo do swego pana.

Po chwili już Nadia i Michał siedzieli w kibitce. Michał wyciągnął rękę szukając ręki Mikołaja.

– To moich rąk szukasz zapewne. Masz je obiedwie ojczulku. Uściśnij je jeżeli ci to może sprawić przyjemność!

Kibitka ruszyła. Koń nie zachęcany wcale szedł powoli. Lecz jeżeli Michał nic nie zyskiwał na czasie, przynajmniej Nadia mogła wypocząć cokolwiek. Siły dziewczyny były tak wyczerpane, że wkrótce snem kamiennym zasnęła. Towarzysze ułożyli ją jak mogli najwygodniej. Michała wzruszała dobroć towarzysza, a jeżeli ani jednej łzy nie uronił to jedynie dla tego, że rozpalona szabla wypaliła ostatnią.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 67

– Ładna dziewczyna, powiedział Mikołaj.

– Ładna.

– I to chce być silnem, na odwadze jej nie zbywa, ale w gruncie rzeczy to słabe biedactwo? Czy zdaleka idziecie?

– Z bardzo daleka.

– Biedni ludzie? Bardzo bolało zapewne jak ci oczy wypalano!

– Okrutnie powiedział Strogoff odwracając się do Mikołaja, jak gdyby pragnął go zobaczyć.

– Nie płakałeś?

– Płakałem.

– I ja płakałbym także. To straszne nie módz widzieć tych których kochamy! Ale oni cię widzą. To zawsze pociecha!

– Tak, może! Powiedz mi przyjacielu czy nigdy mnie nie widziałeś?

– Ciebie ojczulku? Nie, nigdy.

– Bo dźwięk twego głosu nie jest mi obcy.

– Ah! odparł Mikołaj z uśmiechem. Mój głos znany ci! Może dla tego pytasz aby się dowiedzieć zkąd jadę. Powiem ci zaraz. Jadę z Koływania.

– Z Koływania? Więc ja cię widziałem. Byłeś na stacyi telegraficznej.

– Może być. Mieszkałem tam. Byłem urzędnikiem przy telegrafie.

– I pełniłeś swój urząd aż do ostatniej chwili?

– To było właśnie moim obowiązkiem.

– Było to w dniu kiedy Francuz i Anglik z rublami w ręku dobijali się o miejsce przy kratce. Anglik dyktował ci pierwsze wyrazy z biblii.

– Być może ojczulku, ale nie pamiętam.

– Jakto! nie pamiętasz tego?

– Nigdy nie czytuję przesyłanych depeszy. Moim obowiązkiem zapominać je, daleko mniej ambarasu nie wiedzieć.

Ta odpowiedź charakterystyczna najlepiej odmalowała Mikołaja P*.

Jednak kibitka posuwała się tak powoli, że Michał byłby pragnął koniecznie jej bieg przyspieszyć. Koń szedł trzy godziny, potem godzinę odpoczywał. Tak musiało być nieodmiennie. W czasie przystanku koń pasł się, podróżni posilali się w towarzystwie wiernego Serko. Prowizye kibitki byłyby wystarczyły dla osób dwudziestu przynajmniej.

Po jednodniowym wypoczynku Nadia trochę sił odzyskała. Mikołaj pamiętał o jej wygodzie. Podróż odbywała się w warunkach znośnych, zwolna ale nieustannie. Czasami w nocy Mikołaj zasypiał, wtedy Michał brał za lejce i przyspieszał biegu z wielkiem zadziwieniem Serka. Z przebudzeniem Mikołaja wszystko wracało do porządku, niemniej jednak zyskano kilka wiorst dalej.

W taki to sposób przebyto rzekę Iszymsk, miasto Szimskoe, Berikylskoe, Kiuskoe, Marińsk, miasto tegoż nazwiska, Bogostowskoje i nakoniec Tchulę mały strumień dzielący Syberyę wschodnią od zachodniej. Droga prowadziła raz przez obszerne płaszczyzny, to znów przez gęste nieskończone lasy.

Wszędzie było pusto. Miasta wyludnione. Wieśniacy schronili się za Jenisej sądząc iż szeroka ta rzeka zasłoni ich przed Tatarami.

Dnia 22 Sierpnia kibitka przybyła do Aczyńska, to jest oddaliła się od Tomska trzysta ośmdziesiąt wiorst. Sto dwadzieścia wiorst dzieliło ją jeszcze od Krasnojarska. Między podróżnymi nie zaszła żadna zmiana; Mikołaj był zawsze jednakowo powolny, Nadia i Michał jednako niespokojni, myśląc o chwili rozstania się ze swoim towarzyszem.

Michał kraj przebywany widział oczyma Nadi i Mikołaja. Jedno i drugie opisywało mu przebywane sioła. Wiedział czy jedzie płaszczyzną czy lasem. Mikołaj lubił gawędkę i dzielił się chętnie wrażeniami z Michałem.

Pewnego dnia Michał zapytał jaka pogoda.

– Dość ładna ojczulku, ale to już ostatnie dni lata. Jesień krótko trwa na Syberyi i wkrótce nastanie zima. Może Tatarzy zawieszą swoje działania wojenne?

Michał pokręcił głową.

– Nie sądzisz tak ojczulku. Myślisz że przeniosą się do Irkutska?

– Lękam się tego.

– Tak… masz słuszność. Zły człowiek jest w pośród nich, ten nie zezwoli na ostudzenie zapału. Czy słyszałeś o Iwanie?

– Słyszałem.

– Wiesz co, to nikczemnie, być zdrajcą własnego kraju!

– Tak to nikczemnie odparł spokojnie Michał usiłując pokryć wyrażenie.

– Ojczulku, ciebie nie dosyć oburza Iwan.

– Wiesz mi przyjacielu, nikt go więcej odemnie nienawidzić nie może.

– Niepodobna, przerwał Mikołaj, niepodobna Ja skoro pomyślę o Iwanie, o złem jakie wyrządza taka mnie złość ogarnia że gdybym go miał…

– Gdybyś go miał przyjacielu?…

– Sądzę że zabiłbym go.

– A ja jestem pewnym tego, odparł spokojnie Michał.



Rozdział VII

Przeprawa przez Jenissej.

Dnia 25 Sierpnia przed wieczorem, wędrowcy nasi ujrzeli pierwsze domy Krasnojarska. Od wyjazdu z Tomska upłynęło dni ośm.

Jeżeli tak wiele czasu potrzebowano na przebycie tej przestrzeni, to jedynie z przyczyny iż Mikołaj sypiał mało, a tem samem Michał nie mógł popędzać konia który w innem ręku, na całą tę przestrzeń potrzebowałby sześćdziesięciu godzin.

Szczęściem nie słychać jeszcze było o Tatarach. Nie spotkali na drodze ani jednego marudera. Przypisać to można było jedynie jakiejś nadzwyczajnej nieprzewidzianej okoliczności, że wojska emira dotąd nieposuwyały się do Irkutska. Inaczej było to niewytłumaczoną zagadką.

Okoliczność owa istniała w istocie. Nowy oddział rossyjski uformowany pospiesznie w gubernii Jenissejskiej, wyruszył na Tomsk z zamiarem odebrania miasta przywłaszczycielom, lecz przed przewyższającemi siłami emira musiał się cofnąć. Armia Feofar-Hana w połączeniu z wojskami sprzymierzonymi dochodziła do dwóchkroć pięćdziesięciu tysięcy ludzi, mających zamiar niezwłocznie wyruszyć na Irkutsk.

Bitwa pod Tomskiem miała miejsce 22 Sierpnia – o tem Michał nie wiedział – a właśnie była to przyczyna opóźnienia pochodu tatarskiego.

Michał wiedział jedynie, iż o kilka dni wyprzedził Tatarów i nie tracił nadziei przybycia przed niemi do Irkutska, jeszcze o ośmset pięćdziesiąt wiorst oddalonego.

Oprócz tego spodziewał się że w Krasnojarsku liczącym dwanaście tysięcy dusz, potrafi znaleźć środki przyspieszenia podróży. Ponieważ Mikołaj P* zamierzał pozostać w Krasnojarsku, trzeba go będzie zastąpić innym przewodnikiem, a kibitkę jego innym ekwipażem. Michał zamierzał zaraz udać się do władzy, a dowiódłszy iż jest kuryerem, spodziewał się dostać do Irkutska w jak najkrótszym czasie. Wtedy podziękuje poczciwemu Mikołajowi, a sam z Nadią wyruszy aby ją oddać w ręce ojca.

Jednak Mikołaj P* tylko w celu otrzymania urzędu dążył do Krasnojarska. Wzorowy ten urzędnik dotrwawszy na stanowisku aż do ostatniej chwili, pragnął znów oddać się na usługi administracyi.

– Za cóż będę pobierał pensyę jeżeli nie będę pracował?” powtarzał nieustannie.

To też jeżeli usługi jego nie będą mogły być zużytkowane w Krasnojarsku, zamierzał jechać na stacyę Udinsk, a może nawet aż do stolicy Syberyi. W takim razie odbywałby dalej podróż z bratem i siostrą, a czyż potrzeba im było pewniejszego, uczciwszego przewodnika?

'Michael Strogoff' by Jules Férat 68

Kibitka była już tylko o pół wiorsty od Krasnojarska. Mnóstwo krzyżów drewnianych wznosiło się przy wjeździe do miasta. Była godzina siódma wieczorem. Na jasnem niebie rysowały się kościoły i domy. Wody rzeki Jenissej lśniły się od słońca.

Kibitka zatrzymała się.

– Gdzie jesteśmy siostro? zapytał Michał.

– O pół wiorsty od pierwszych domów.

– Czy to miasto uśpionych? ciągnął dalej Michał, nie słyszę najmniejszego ruchu.

– A ja nie widzę ani jednego światła w oknie, ani jednego dymu z komina, dodała Nadia.

– Szczególniejsze miasto! powiedział Mikołaj. Najmniejszego ruchu i śpią już tak wcześnie!

Michał przeczuwał coś niedobrego. Nie mówił on Nadi jakie nadzieje opierał na przybyciu do Krasnojarska. Lękał się aby nadzieje jej jeszcze raz nie były zawiedzione. Ale Nadia odgadła wszystko chociaż nie mogła zrozumieć dlaczego, kiedy już nie miał listu, tak bardzo spieszył do Irkutska. Kiedyś zapytała go nawet o to.

– Przysiągłem że tam przybędę – krótko odpowiedział.

Lecz aby spełnić poselstwo musiał znaleźć w Krasnojarsku środki do pospiesznej podróży.

– No i cóż przyjacielu, dla czego nie jedziemy?

– Obawiam się zbudzić mieszkańców miasta turkotem mojego wózka.

I lekko popędził konia, Serko zaszczekał i kibitka wolnym truchtem wjechała w ulicę Krasnojarska.

Krasnojarsk był wyludniony! Nie było ani jednego Ateńczyka w tych „Atenach Pólnocy”, jak miasto to nazwała pani de Bourbonton. Ani jeden ekwipaż nie toczył się po ulicach czystych i szerokich. Ani jeden przechodzień nie spieszył na chodnikach u podnóża drewnianych wspaniałych budynków! Ani jedna bogata Syberyjka ubrana według ostatniej mody francuzkiej, nie spacerowała w cudownym parku, kończącym się przy wodach Jenisseju! Wielki dzwon katedralny milczał, mniejsze dzwonki kościelne nie odzywały się także. Opustoszenie było zupełne! ani jednej żywej istoty nie było w tem mieście tak zaludnionem dawniej.

Ostatni telegram przed zerwaniem drutu rozkazywał gubernatorowi, załodze, mieszkańcom, opuścić Krasnojarsk, zabrać wszystko co tylko przydać się mogło Tatarom, i udać się do Irkutska. Rozkaz wykonano; ani jeden człowiek nie pozostał w Krasnojarsku.

Podróżni nasi w milczeniu przejeżdżali ulice miasta. Zdumienie ich co chwila wzrastało. Turkot ich wózka przerywał jedynie ciszę w mieście umarłem. Michał nie narzekał lecz czuł wewnętrzną wściekłość na los prześladujący go tak zapamiętale.

– Boże mój! wykrzyknął Mikołaj, czyż w tem pustem mieście mogę moją pensyę zarobić!

– Przyjacielu, powiedziała Nadia, musisz z nami jechać do Irkutska.

– W istocie nic mi innego nie pozostaje. Drut musi jeszcze funkcyonować między Udinskiem a Irkutskiem i tam… Czy jedziemy ojczulku?

– Zaczekajmy do jutra, odrzekł Michał.

– Masz słuszność. Mamy przebywać Jenissej, trzeba widzieć jasno!…

– Widzieć! szepnęła Nadia myśląc o swoim niewidomym towarzyszu.

Mikołaj usłyszał ją i odwróciwszy się do Michała pokornie przepraszał.

– Wybacz ojczulku. Niestety! dzień czy noc dla ciebie to wszystko jedno!

– Nic sobie nie wyrzucaj przyjacielu, odpowiedział Michał smutnie. Z takim jak ty przewodnikiem można działać jeszcze. Wypocznij kilka godzin. Nadia niech odpocznie także. Jutro będzie dzień!

Niedługo szukali miejsca odpowiedniego do spoczynku, pierwsze pchnięte drzwi otwarły się bez oporu, dom był pusty. Żywności nie brakowało jeszcze. Koń posilał się suchemi liśćmi znalezionemi w domu. Po wieczerzy klęcząc odmówili pacierze, Nadia i Mikołaj usnęli, Michał czuwał nad nimi.

Nazajutrz dnia 26 Sierpnia przededniem jeszcze, kibitka przez park jechała na wybrzeże Jenisseju.

Michał był niespokojny. Jak przebyć tak bystrą rzekę jeżeli według wszelkiego prawdopodobieństwa nie znajdą żadnego statku. Znał Jenissej, przebywał go kilkakrotnie, szerokość jego znaczna i wir gwałtowny, W zwyczajnych okolicznościach tratwy przewoziły podróżnych i powozy, chociaż i te potrzebowały aż trzech godzin na przebycie szerokości rzeki. Jakim więc sposobem kibitka bez promu dostanie się na brzeg prawy?

– Bądź co bądź dostanę się tam! powtarzał Michał.

Dnieć zaczynało kiedy kibitka zatrzymała się na lewym brzegu. W tem miejscu wybrzeże było mniej urwiste, jednak wysokość jego pozwalała objąć okiem całą przestrzeń Jenisseju.

– Czy widzicie prom? zapytał Michał oglądając się na wszystkie strony, jak gdyby sam mógł widzieć jeszcze.

– Zaledwo dnieje bracie, odrzekła Nadia. Mgła jeszcze gęsta na rzece, nic nie można rozrożnić, nawet wody.

– A jednak ja jej szum słyszę? powiedział Michał.

W istocie w tej porze roku wody Jenisseju wezbrane zazwyczaj płyną z pewnym łoskotem. Wszyscy słuchali. Słońce wschodziło, mgła zaczęła ustępować.

– I cóż? zapytał Michał.

– Mgła się rozprasza bracie, już dnieje.

– Czy nie widzisz jeszcze powierzchni rzeki?

– Jeszcze nie.

– Trochę cierpliwości ojczulku, powiedział Mikołaj. Otóż i wiatr mgłę rozprasza! Już widać drzewa na szczytach wysokich pagórków prawego wybrzeża! Rozjaśnia się. Otóż i promienie słoneczne resztę mgły rozpraszają, jakież to piękne! Co za nieszczęście że ty biedaku widzieć tego nie możesz!

– Czy jest jaki statek?

– Nie widzę żadnego.

– Patrz dobrze przyjacielu na obydwóch wybrzeżech tak daleko jak okiem zasięgniesz! Statku! barki! choćby łodzi z kory!

Mikołaj i Nadia pochyleni stali nad rzeką, Jenissej w tem miejscu dzieli się na dwie nadzwyczaj bystre odnogi półtorej wiorsty szerokie. Między odnogami gdzie niegdzie są wysepki porośnięte drzewami wyglądające zdała jak gdyby łodzie. Dalej wznoszą się wysokie pagórki na wybrzeżu wschodniem uwieńczone lasami.

Ale nigdzie żadnego statku. Wszystkie rozkazano usunąć lub spalić. Jeżeli Tatarzy nie postawią mostu, nie dostaną się za Jenissej, rzeka ta wstrzyma ich pochód do Irkutska.

– Przypominam sobie, przemówił wtedy Michał, że tam dalej przy ostatnich domach Krasnojarska jest mały port. Tam to promy przybijają. Przyjacielu idź tam i przekonaj się czy nie pozostawiono chociaż jednego.

Mikołaj pobiegł w kierunku wskazanym. Nadia ująwszy rękę Michała prowadziła go spiesznie. Gdyby znaleziono najmniejszą łódkę, Michał nie zawaha się i z towarzyszami swemi puści się na Jenissej!

Po dwudziestu minutach wszyscy już byli w porcie. Ale nie znaleźli żadnego statku, nawet materyału na tratwę mogącą pomieścić trzy osoby.

Wreszcie Mikołaj oświadczył iż przebycie rzeki uważa za niepodobieństwo.

– A jednak ją przepłyniemy, odpowiedział Michał.

I szukano dalej w opuszczonych domach. Były to chaty puste zupełnie. Mikołaj zwiedzał jedne. Nadia robiła poszukiwania w drugich, nawet i Michał dotykał przedmiotów, czy nie znajdzie czego użytecznego dla siebie.

Kiedy stracili już wszelką nadzieję, usłyszeli wołanie:

– Pójdźcie! pójdźcie! wołał Michał.

Mikołaj i Nadia pobiegli do chaty.

– Co to jest? zapytał Michał dotykając różnych przedmiotów złożonych w kącie śpiżarni.

– To bukłaki odpowiedział Mikołaj, jest ich z jakie pół tuzina.

– Czy pełne?

– Tak, są pełne kumysu – bardzo nam się on teraz przyda!

Kumys jest to napój wyrabiany z mleka klaczy, napój wzmacniający, upajający nawet. Odkrycie to ucieszyło Mikołaja.

– Pozostaw jeden a resztę wypróżnij, powiedział Michał.

– Natychmiast ojczulku.

– Przy pomocy tego przepłyniemy Jenissej.

– A tratwa?

– Tratwą będzie kibitka dość lekka aby pływać mogła. Wreszcie tak konia jak i kibitkę podtrzymają bukłaki.

– Dobrze pomyślane ojczulku i przy po. mocy Boga dobijemy do brzegu,… może nie w prostej linii bo wir gwałtowny!

– Mniejsza o to odpowiedział Michał. Jak przepłyniemy odnajdziemy drogę do Irkutska.

– Więc do roboty, zaśmiał się Mikołaj wypróżniając bukłaki i przenosząc je do kibitki. Jeden z bukłaków pozostawiono nietkniętym, inne zaś napompowawszy powietrzem. Użyto za narzędzia pływające. Dwa przywiązano u boków konia, dwa przy kibitce pomiędzy kołami.

Ukończywszy robotę Michał zapytał:

– Czy nie lękasz się Nadiu?

– Nie bracie, odpowiedziała dziewczyna.

– A ty przyjacielu?

– Ja! zawołał Mikołaj. Ja urzeczywistniam w tej chwili jedno z marzeń moich: będę żeglował na wozie!

'Michael Strogoff' by Jules Férat 69

Spuszczono kibitkę i wkrótce cały ekwipaż był już na wodzie. Serko wpław się rzucił.

Trzej podróżni przez ostrożność zdjęli obuwie; ale dzięki kubłakom woda dochodziła im zaledwo do kostek

Michał trzymał lejce i stosownie do wskazówek Mikołaja kierował koniem oszczędzając go jednak bardzo. Dokąd kibitka płynęła z wodą wszystko szło jak najlepiej i w kilka minut wyminęła już wybrzeża Krasnojarska. Płynęła ku północy w linii ukośnej. Ale mniejsza o to.

Tak więc przeprawa przez Jenissej byłaby się doskonale powiodła, nawet na tak wątłym statku, gdyby koryto rzeki było uregulowane. Ale na nieszczęście w niektórych miejscach wir był tak gwałtowny, że nawet potężna siła Michała oprzeć mu się nie mogła.

Niebezpieczeństwo było groźne. Kibitka nie posuwała się już ku wschodniemu wybrzeżu, a z nadzwyczajną szybkością kręciła się na jednym punkcie. Koń już ledwie trzymał łeb nad wodą. Serko uciekł wewnątrz kibitki.

Michał nie widział, ale czuł co się dzieje. Nie wyrzekł ani słowa. Pragnął wzroku aby tem łatwiej uniknąć nie bezpieczeństwa… Był niewidomy.

Nadia milczała chwytając kolejno za jeden lub drugi bok kibitki, w miarę jak ta w tę lub w ową stronę się pochylała.

A Mikołaj czyż nie widział grożącego mu niebezpieczeństwa? Czyż pogardzał nieszczęściem? Czy życie nie miało żadnej już dlań wartości? Nie wiemy, ale na chwilę nie przestawał się uśmiechać.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 70

Tak więc kibitka wirowała, koń już tracił siły. Nagle Michał zrzuca ubranie, wskakuje w wodę, chwyta za lejce i wyprowadza z wiru konia i kibitkę jednocześnie.

– Hurra! wykrzyknął Mikołaj.

W dwie godziny po odpłynięciu, kibitka przebyła już odnogę rzeki i przybijała do jednej z wysepek sześć wiorst przepłynąwszy. Tutaj wylądowywają, odważny koń wypoczywa całą godzinę. Przejeżdżają wszerz wyspę zarośniętą wspaniałemi brzozami i znów puszczają się na Jenissej.

Przeprawa ta spokojniej się dokonała. Nie natrafiono na żadną przeszkodę, całem nieszczęściem było że nie w prostej linii, a w zboczeniu pięciowiorstowem kibitka wylądowała.

Wielkie koryta rzek na terrytoryum syberyjskiem ważną są przeszkodą komunikacyi. Na żadnej rzece niema mostu. Dla Michała wszystkie wodne przeprawy mniej więcej okazały się zgubnemi. Na Irtyszu ujęli go Tatarzy. Na Obi padł koń pod nim, a on sam tylko cudem umknął przed ścigającą go kawaleryą. Tak więc przeprawa przez Jenissej okazała się dlań jeszcze najszczęśliwszą.

– Byłoby to o wiele mniej zabawnem, gdyby nie było tak trudnem! powiedział Mikołaj wysiadając na prawe wybrzeże.

– To co dla nas było trudnością tylko, być może okaże się dla Tatarów niepodobieństwem!



Rozdział VIII

Zając przebiega drogę.

Nakoniec Michał mógł uwierzyć że droga do Irkutska była bezpieczną. Udało mu się wyprzedzić Tatarów a co ważniejsza skoro żołnierze emira przybędą do Krasnojarska, nie znajdą środka przeprawienia się przez Jenissej. Musi nastąpić kilkudniowe opóźnienie.

Poraz pierwszy dopiero od przeklętego spotkania w Omsku Iwana, kuryer cesarski uczuł się spokojniejszym i miał nadzieję że bez nowej przeszkody dotrze do zamierzonego celu. Kibitka znów wjechała w stepy. Część drogi którą obecnie przebywali, uważaną jest ogólnie jako najlepsza między Moskwą a Irkutskiem. Wprawdzie i tutaj są wyboje, są cedrowe lasy na przestrzeni stu wiorst prawie, ale nie są to już nagie, nieurodzajne stepy. Ale kraj ten bogaty, pustym był wtedy, nie spotkano ani jednego syberyjskiego wieśniaka. Była to pustynia ale jak to powyżej powiedzieliśmy, pustynia z rozkazu.

Czas był piękny, jednak nocami zimno się już czuć dawało. Jesień w tych stronach trwa krótko. Niekiedy nawet od razu po lecie zima następuje. Zima w Rossyi azyatyckiej, gdzie mrozy dochodzą do 42-ch stopni niżej zera i gdzie dwadzieścia stopni niżej zera poczytują za znośną temperaturę, bardzo wcześnie nastaje.

Tak więc pogoda sprzyjała podróżnym. Nie było burzy, deszcze nie padały. Upał umiarkowany, noce chłodne. Nadia i Michał powracali do dawnej siły.

Mikołaj nigdy nie był zdrowszym. Dla niego podróż ta była spacerem, wycieczką przyjemną, rozkosznem przepędzeniem wakacyi, to też często powtarzał że uważa podróż tę za o wiele przyjemniejsze przepędzenie czasu, aniżeli dwunasto godzinne siedzenie na krześle i poruszanie manipulatorem.

Nakoniec udało się Michałowi skłonić Mikołaja do pośpieszniejszego odbywania podróży, a to uwiadomiwszy iż tak on jak i jego siostra Nadia spieszą do ojca będącego wygnańcem w Irkutsku. Naturalnie nie można było nadużywać sił konia, bo prawdopodobnie dla zastąpienia go nie znalezionoby drugiego, ale jadąc prędzej można było częściej wypoczywać – naprzykład co wiorst piętnaście – i w ten sposób przebywać sześćdziesiąt wiorst na dwadzieście cztery godzin, wreszcie koń był silny i wytrwały. Na pastwiskach nie zbywało mu, trawa pożywna rosła obficie, wszystko to skłaniało do pośpieszniejszej jazdy.

Mikołaj serdecznie przejął się położeniem dwojga młodych ludzi mających dzielić wygnanie ojca. Był rozrzewniony i z czułym uśmiechem mówił do Nadi:

– Mój Boże! jakaż to będzie radość dla pana Korpanoff kiedy was przyciśnie do serca swojego! Jeżeli pojadę aż do Irkutska – a uważam to za prawdopodobne, – czy pozwolicie mi być przy waszem powitaniu? Wszak pozwolicie?

Potem uderzając się w czoło zawołał:

– Ale jakiejże strasznej dozna zarazem boleści, przekonawszy się iż syn jego jest niewidomy! Ah! radość na tym świecie nie może być zupełną!

W skutek powtarzających się rozmów tego rodzaju, kibitka posuwała się coraz prędzej robiąc dziesięć do dwunastu wiorst na godzinę.

Tak więc d. 28 Sierpnia podróżni nasi minęli Bałajsk, miasto leżące o ośmdziesiąt wiorst za Krasnojarskiem, a 29-go Ribińsk w takiemżc oddaleniu będące od Bałajska.

Nazajutrz wjeżdżali do Kamska miasta leżącego nad rzeką tegoż samego nazwiska, odznaczającego się tylko malowniczo ugrupowanemi drewnianemi domami w około placu, dzwonem katedralnym i krzyżem błyszczącym od promieni słonecznych.

Tak domy jak i kościół były wyludnione. Na stacyi pocztowej ani jednego konia, ani jednego człowieka znaleść nie można było, wiernie spełniono rozkazy, czego nie nożna było uwieść, zniszczono.

Przy wyjeździe z Kamska Michał uwiadomił współtowarzyszów podróży iż po drodze do Irkutska spotkają już tylko jedno małoznaczne miasteczko zwane Niżnyj-Udinsk. Mikołaj wiedział o tem, bo właśnie w miasteczku była stacya telegraficzna, a jeżeli i tutaj zarówno jak w Krasnojarsku nastąpiło wyludnienie, będzie musiał jechać do Irkutska.

Kibitka przebyła wpław rzekę przecinającą drogę za Kamskiem. Czekała ich już tylko jedna ważniejsza przeprawa wodna przez rzekę Dinkę.

Kamsk od następnego miasteczka odległym był wiorst sto trzydzieści. Rozumie się w wypoczynkach nie zaszła żadna zmiana, gdyż inaczej jak Mikołaj utrzymywał, koń mógłby słusznie reklamować. Przyrzeczono mu wytchnienie co wiorst piętnaście, a umowa zawarta nawet z koniem tylko, wiernie powinna być wykonaną.

Dnia 4-go Września kibitka przybyła do Birinsinska.

Tam bardzo szczęśliwie Mikołaj znalazł w piecu około dwunastu „pagaczar” jest to gatunek ciasta złożonego z baraniego tłuszczu, wody i ryżu, co bardzo przydało się do pomnożenia wyczerpujących się prowizyi.

Po należytym wypoczynku dnia ósmego września po południu wyruszono w drogę. Do Irkutska już tylko pięćset wiorst było. Nic nie znamionowało przednich straży tatarskich. Michał mógł przypuszczać że za ośm a najdalej dziesięć dni stanie przed obliczem głównodowodzącego.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 71

Przy wyjeździe z Birinsinska zając przebiegł im drogę.

– Ah! krzyknął Mikołaj.

– Co się stało? zapytał niespokojnie Michał.

– Czy nie widziałeś?… powiedział Mikołaj z zasępioną twarzą, potem dodał:

– Ah! nie, ty nie mogłeś widzieć i to wielkie szczęście dla ciebie!

– Ale i ja nic nie widziałam, ozwała się Nadia.

– Tem lepiej! tem lepiej! Ale ja widziałem… ja widziałem!…

– Cóż takiego widziałeś?

– Zająca przebiegającego nam drogę!

W Rossyi według przekonania gminu, zając wskazuje niezawodne nieszczęście. Mikołaj zabobonny jak większa część Rossyan, zatrzymał kibitkę.

Michał zrozumiał wahanie się towarzysza, chociaż przesądów jego nie podzielał, pragnął go uspokoić.

– Nic nam nie grozi przyjacielu, powiedział.

– Nic nie grozi ani tobie ani twojej siostrze, ale mnie grozi! Takie przeznaczenie.

I ruszył z miejsca.

Jak na złość przepowiedni, dzień ten upłynął bez wypadku.

Nazajutrz dnia 6-go Września w południe, kibitka zatrzymała się w Alsakensku, także zupełnie bezludnem.

Tam, w progu jednego z domów Nadia znalazła dwa noże używane przez strzelców syberyjskich. Jeden oddała Michałowi, drugi zostawiła dla siebie. Już tylko siedmdziesiąt pięć wiorst dzieliło ich od Niżnyj-Udimska.

Przez ostatnie dwa dni Mikołaj wciąż był posępny. Zła wróżba widocznie obeszła go więcej aniżeli się przyznawał i on tak wielomówny zazwyczaj, teraz milczał całemi godzinami; symptomat ten przekonywał, o ile mieszkańcy północy są przesądnymi.

Od Ekaterynburga droga do Irkutska leży pod pięćdziesiątym piątym stopniem szerokości geograficznej, ale od Birinsinska kieruje się ukośnie ku południowo wschodowi. Najkrótsza droga do stolicy Syberyi prowadzi przez góry Sayanskie. Góry że są częścią gór Altajskich, o dwieście wiorst ztąd leżących.

Kibitka pędziła tą drogą. Tak, pędziła. Mikołaj nie oszczędzał konia, pragnął przybyć jak najspieszniej, dopiero w Irkutsku sądzić się będzie bezpiecznym. Wielu Rossyan próbowało tego samego, ale zawsze jakaś fatalność z drogi ich zwróciła po ujrzeniu zająca.

Niektóre wskazówki kazały się domyślać, że nieszczęścia prześladujące ich aż prawie do obecnej chwili, nie ukończyły się jeszcze.

W lasach widniały ślady ognia i żelaza, łąki wydeptane wskazywały, że liczny oddział wojska musiał tędy przemaszerować.

Już na trzysta wiorst przed Niżnym-Udinskiem, ślady spustoszenia były widoczne, a jedynie Tatar można je było przypisać.

W istocie nie tylko ślady kopyt końskich o tem przekonywały ale gorejące gdzieniegdzie rozproszone budynki. Ślady kul widniały na murach.

Łatwo pojąć niepokój Michała. Nie wątpił już że oddział Tatarów przebywał tę przestrzeń, a jednak nie mogli to być żołnierze emira, bo ci nie mogli go wyprzedzić. Któż więc byli ci nowi napastnicy i jakim sposobem dostali się na gościniec do Irkutska? Jakiegoż rodzaju wroga kuryer miał się znowu obawiać?

Spostrzeżeń swoich Michał nie dzielił z towarzyszami podróży, nie chcąc ich przerażać. Wreszcie ponieważ zdecydowanym był pomimo wszelkich przeszkód jechać dalej, dalszy plan podróży odkładał na później.

Im dalej jechali, tem wyraźniejsze napotykali ślady Tatarów. Widać było wznoszący się dym na horyzoncie. Kibitka posuwała się przezornie. Kilka opuszczonych budynków paliło się jeszcze, pożar nie mógł być dawniej wznieconym jak dnia poprzedniego.

Nakoniec dnia 8-go Września kibitka zatrzymała się. Koń nie chciał iść dalej. Serko szczekał żałośnie.

– Co to takiego? spytał Michał.

– Trup! odrzekł Mikołaj.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 72

Trup ten był to skielet porąbanego wieśniaka i już ostygły.

Mikołaj przeżegnał się. Potem z pomocą Michała wykopał dół, wziął zwłoki ludzkie i pochował je chroniąc przed dzikiem ptastwem.

– Jedźmy przyjacielu, jedźmy! nie mamy czasu do stracenia.

I kibitka ruszyła galopem.

Wreszcie gdyby Mikołaj chciał był grzebać wszystkich umarłych napotykanych po drodze, ani sił ani czasu nie byłoby mu starczyło! Im więcej zbliżali się do Niżnyj-Udinska, tem częściej ofiary te na swej drodze znajdowali.

A jednakże należało jechać dalej aż do chwili kiedy się to okaże niepodobieństwem. Kierunek drogi nie został zmieniony, pomimo iż coraz częściej napotykane ruiny wymownie świadczyły o przejściu Tatarów. Krew ofiar nie zastygła jeszcze.

Tego dnia około godziny czwartej po południu, Mikołaj zobaczył pierwszy dzwony kościołów w Niżnym-Udinsku. Wznosiła się nad niemi gęsta parta widocznie nie z powietrza pochodząca.

Mikołaj i Nadia udzielili swoich spostrzeżeń Michałowi, Trzeba było powziąść jakieś postanowienie. Jeżeli miasto było już opuszczone, można było jechać bez obawy, lecz jeżeli wbrew przewidywaniu Tatarzy byli tam jeszcze, należało je koniecznie objechać.

– Posuwajmy się ostrożnie, powiedział Michał, ale posuwajmy się!

I jeszcze jedną wiorstę przebyto.

– To nie mgła, to dym! krzyknęła Nadia. Bracie, palą miasto!

Teraz już nie było wątpliwości. Płomieniste języki wijące się wśród mgły, jasno wskazywały pożar; coraz gęściejsze kłęby dymu podnosiły się ku niebu. Nikt nie uciekał. Barbarzyńcy znalazłszy prawdopodobnie miasto wyludnione, palili je. Ale czy to byli Tatarzy, czy Rossyanie wykonawcy rozkazu dowódzcy? Niewiadomo. Czy Michał miał się zatrzymać', czy też jechać dalej?

Nie wiedział sam co począć. Myślał jednak że jakkolwiek droga przez stepy opóźniała jego podróż, nie powinien był narażać się na powtórną niewolę tatarską. Zamierzał właśnie myśl swą objawić Mikołajowi, kiedy usłyszał wystrzał. Kuła świsnęła, koń przy kibitce padł nieżywy.

Jednocześnie dwunastu kawalerzystów otoczyło kibitkę. Michał, Mikołaj i Nadia zostali jeńcami i jako takich zaprowadzono ich do Niżnyj-Udinska.

Michał nie stracił zimnej krwi. Nie mogąc widzieć wroga, nie opierał mu się, ale za to bacznie się wsłuchiwał w rozmowę Tatarów. Tym sposobem dowiedział się, że byli to Tatarzy poprzedzający armię emira. Oto co Michał zrozumiał z urywków ich rozmowy:

Żołnierze ci nie należeli do wojsk emira zatrzymanego wodami Jenisseju. Należeli oni do trzeciej kolumny złożonej z Tatarów chanatu Kokandu i Kunduzy, mając połączyć się z emirem w okolicach Irkutska. Wojska te z porady Iwana przeszły przez granicę gubernii Semipalatynskiej, okrążyły jezioro Bałkajskie i góry Ałtajskie. Rabując i pustosząc, pod kierownictwem jednego z oficerów dostały się do Jenisseju. Tam przewidując to co zaszło w Krasnojarsku, aby ułatwić przebycie rzeki żołnierzom emira, puścili na rzekę całą flotę łodzi dla ich przeprawy. Potem trzecia ta kolumna okrążywszy góry zeszła w dolinę Jenisseju. Wkrótce miała się połączyć z wojskami emira.

Oto czego się Michał dowiedział. Któżby się zadziwił, gdyby był w takiem położeniu stracił nakoniec odwagę i energię? A jednak tak się nie stało, usta jego, tak jak dawniej wciąż szeptały:

– Przybędę!

W pół godziny po ujęciu Michał, Mikołaj i Nadia wchodzili do Niżnyj-Udinska. Wierny pies szedł za nimi w oddali. Nie długo mieli pozostawać w gorejącem mieście.

Więźniów wsadzono na konie i uprowadzano szybko. Mikołaj zrezygnowanym był jak zawsze, Nadia nie wątpiąca ani na chwilę o Michale, ten ostatni pozornie obojętny, ale gotów skorzystać z pierwszej okazyi do ucieczki.

Tatarzy dostrzegli wkrótce iż jeden z jeńców był niewidomy, a wrodzone barbarzyństwo uczyniło z nieszczęśliwego igraszkę ich złośliwości. Postępowano prędko. Koń Michała nie mając przewodnika szedł na ślepo, zbaczając często i łamiąc porządek szeregów. Ztąd złorzeczenia i zniewagi krwawiące serce młodej dziewczyny i oburzające Mikołaja. Ale w czemże oni mogli mu pomódz? Nie znali języka Tatarów i wstawienie ich bezlitośnie odrzucano.

Po niejakimś czasie dla tem większej rozrywki, dano Michałowi konia ślepego.

Działo się to o sześćdziesiąt wiorst od Niżnyj-Udinska między miastami Tatan i Szibarlinskoje. Tak więc wsadzono Michała na ślepego konia i przez szyderstwo dano lejce w rękę. Potem za pomocą batów i kamieni zmuszono do puszczenia się galopem. Koń nie mogąc być prowadzonym przez niewidomego jeźdzca, potrącał o drzewa i zbaczał z drogi. Ztąd częstokroć wynikało niebezpieczne spadnięcie z konia.

Michał nie opierał się. Nie wydał ani jednej skargi. Skoro koń upadł, czekał aby go podniesiono. Skoro powstał, okrutna igraszka rozpoczynała się na nowo.

Rozrywka ta byłaby niewątpliwie na wielkie zadowolenie Tatarów, długo potrwała, gdyby wypadek ważny nie był położył jej końca.

Dnia 10-go Września ślepy koń rozbiegał się i biegł prosto ku przepaści czterdzieści stóp głębokiej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 73

Mikołaj chciał biedz z pomocą. Przytrzymano go. Koń i jeździec zniknęli w przepaści.

Nadia i Mikołaj krzyknęli z przerażenia!… Sądzili iż towarzysz ich zabił się w upadku!… Ale Opatrzność ocaliła go. Michał zdołał wydostać nogi ze strzemion i nie był nawet zraniony, lecz koń złamał obiedwie nogi.

Pozostawiono go w przepaści nie dobiwszy nawet. Michała zaś uczepiono u siodła tatarskiego i musiał iść piechotą.

Ani jednej skargi, ani najlżejszego nie stawił oporu. Postępował szybko. Był to zawsze ten sam „człowiek żelazny”.

Nazajutrz dnia 11-go Września oddział przechodził przez miasto Szibarlinskoje.

Tutaj zdarzył się wypadek bogaty w następstwa.

Była noc. Kawalerzyści tatarscy byli prawie wszysczy pijani. Mieli jechać dalej.

Nadia prawie cudem szanowana dotąd, przez jednego z nich została znieważoną.

Michał ani znieważającego ani zniewagi nie mógł widzieć, ale Mikołaj widział wszystko.

Wtedy spokojnie, nie bacząc na następstwa, podszedł do żołnierza, wyrwał z olstra jego siodła pistolet i palnął mu w same piersi.

Na odgłos strzału przybiegł dowodzący oficer. Jeźdzcy chcieli rozszarpać w sztuki biednego Mikołaja, ale na znak oficera skrępowano go tylko, przewieszono przez konia i oddział pojechał dalej.

Powróz trzymający Michała przy siodle konia tatarskiego, przetarł się i pękł podczas prędkiej jazdy, czego nawpół pijany jeździec nie uważał wcale.

Michał i Nadia zostali sami na drodze.



Rozdział IX

W stepach.

Tak więc Michał i Nadia jeszcze raz byli wolnymi, tak jak w czasie podróży z Permy do wybrzeży Irtyszu. Ale w jakże odmiennych warunkach! Podówczas w wygodnym tarantasie jechali pospiesznie, zmieniając konie na każdej stacyi pocztowej. Dziś szli piechotą, bez żadnych środków materyalnych, nie mając za co nabyć suchego kawałka chleba, a mieli jeszcze czterysta wiorst przed sobą, co zaś najważniejsza, dziś Michał tylko oczami Nadi mógł widzieć.

Jednego przyjaciela spotkanego szczęśliwym trafem, utracili w tak groźnych okolicznościach.

Michał rzucił się w bok drogi. Nadia czekała jego wezwania aby pójść dalej.

Była godzina dziesiąta wieczór. Słońce już prawie od czterech godzin zniknęło na horyzoncie. Nigdzie domu, nigdzie szałasu. Tatarzy niknęli w oddali, Michał i Nadia by li sami.

– Co uczynią z naszym przyjacielem? zawołała dziewica. Biedny Mikołaj! Czyż spotkanie nasze ma się stać jego zgubą!

Michał milczał.

– Michale, ciągnęła dalej Nadia, czy nie wiesz że on występował w twojej obronie wtedy, kiedy tatarzy bawili się tobą, że życie swoje dla mnie naraził?

Michał wciąż milczał. Nieruchomy z twarzą ukrytą w dłoniach, o czem myślał? Czy słyszał co Nadia mówiła?

Tak jest, słyszał, bo kiedy dziewica zapytała:

– Dokąd mam cię prowadzić Michale?

– Do Irkutska! odpowiedział.

– Czy traktem?

– Tak Nadia.

Michał zawsze pozostał tym człowiekiem który bądź co bądź postanowi! dopiąć swego celu. Droga gościńcem była najkrótszą. Skoro ukażą się przednie straże Feofar-Hana, wtedy dość będzie czasu puścić się manowcami.

Podróżni nasi wziąwszy się za ręce, wyruszyli dalej.

Nazajutrz rano 12-go Września o dwadzieścia wiorst dalej w mieście Tonlonnowskoje zatrzymali się. Miasto było spalone i puste. Nadia przez całą noc szukała na drodze i w zwaliskach miasta trupa Mikołaja, ale daremnie. Zdawało się że przynajmniej jak dotąd, przyjaciel ich ocalał. Ale czyż prawdopodobnie nie był on skazanym na straszniejsze daleko męczarnie w Irkutsku?

Nadia i towarzysz jej wycieńczeni głodem, z radością znaleźli w jednym z domów kilka kawałków suszonego mięsa i trochę sucharów. Wiele tylko mogli unieść tego pożywienia, zabrali z sobą. Tak więc w żywność byli na kilka dni zaopatrzeni, wody zaś w tych okolicach zabraknąćby im nie powinno.

Wyruszyli w dalszą drogę. Michał szedł krokiem pospiesznym i pewnym. Nadia usiłowała nie ustępować mu. Szczęściem towarzysz jej nie mógł widzieć, do jakiego stanu doprowadziło ją znużenie wynikające z tej uciążliwej wędrówki.

A jednak Michał odczuwał to.

– Tobie już. sił brakuje, biedaczko, mówił niekiedy.

– Nie Michale, odpowiadała.

– Skoro już iść nie będziesz mogła, ja cię nieść będę.

– Dobrze Michale.

Tego dnia musieli przebyć rzeczkę Okę, ale przeprawa ta nie przedstawiała trudności.

Niebo było pochmurne, powietrze znośne. Do wszelkich okropności należało się jeszcze obawiać deszczu.

Oni jednak nie ustawali. Milczeli i szli dalej. Dwa razy dziennie odpoczywali. Sypiali sześć godzin na dobę. W opuszczonej chacie znaleźli jeszcze trochę suszonego baraniego mięsa, dawniej tak pospolitego w tych stronach, że za fant płacono dwie i pół kopiejki.

Ale wbrew nadziejom Michała, nie znaleziono i tutaj żadnych środków przewozowych. Konie, wielbłądy, wszystko tatarzy uprowadzili lub wymordowali. Musieli więc piechotą przebywać stepy.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 74

Co krok napotykano ślady przechodu trzeciej kolumny tatarskiej. Trupy nieszczęśliwych syberyjczyków zaścielały drogę. Nadia przezwyciężając wstręt oglądała je wszystkie!…

Zawsze główne niebezpieczeństwo było nie przed – a za nimi. Przednia straż głównej armii emira, na której czele stał Iwan, lada chwila mogła się ukazać. Lodzie wysłane dolnym Jenissejem mogły nadejść do Krasnojarska j posłużyć do przeprawy przez rzekę. Wtedy droga stała otworem przed nieprzyjacielem. Żaden oddział rossyjski nie znajdował się pomiędzy Krasnojarskiem i Bałkajskiem jeziorem. Tak więc Michał wkrótce mógł się spodziewać przedniej straży tatarskiej.

To też na każdym przystanku, Nadia występowała na jakąś wyniosłość, badając horyzont od strony zkąd można było oczekiwać tatarów, ale jak dotąd nic zgoła nie wskazywało ich zbliżania się.

Potem wyruszali dalej, a skoro Michał przeczuwał iż biedna już bardzo strudzon a zwalniał wtedy kroku. Jeżeli które z nich od czasu do czasu przemawiało, to tylko o Mikołaju. Młoda dziewczyna przypominała wszystkie dobrodziejstwa wyświadczone im przez tego młodzieńca.

Odpowiadając na to Michał, usiłował obudzić nadzieję w sercu Nadi, chociaż sam nie żywił jej wcale i był przekonany, że biedak nie zdoła uniknąć śmierci.

– Dla czego nie wspominasz nigdy mojej matki? zapytał pewnego dnia Michał.

Nadia nie chciała o niej mówić, bo i po cóż wznawiać boleść syna? Czyż stara syberyjka nie umarła? Czyż Michał nie złożył na jej czole ostatniego pocałunku?

– Mów mi o niej Nadiu, mów! Sprawisz mi tem przyjemność!

Wtedy Nadia opowiedziała mu wszystko, opowiedziała jak spotkała Marfę w Omsku, jak dziwne jakieś przeczucie popchnęło ją ku niej, jak starała się we wszystkiem przynieść ulgę biedaczce. Było to podówczas jeszcze, kiedy Michała Strogoff znała tylko pod nazwą Mikołaja Korpanoff.

– Mikołajem Korpanoff powinienem był zostać aż do tej chwili, szepnął Michał ponuro, a potem dodał:

– Nie dotrzymałem przysięgi. Przysiągłem nie widzieć swojej matki.

– Wszak nie usiłowałeś jej widzieć Michale, jedynie przypadek sprawił wasze spotkanie.

– Przysiągłem że jakiekolwiek wypadną okoliczności, nie zdradzę się!

– Michale! Michale! czyż na widok knuta zawieszonego nad ciałem twej matki, mogłeś się nie zdradzić? Nie! niema przysięgi która synowi wzbraniałaby stanąć w obronie matki!

– Nie dotrzymałem przysięgi! powtarzał Michał, niech mi to Bóg wybaczy!

– Michale, pragnę cię o coś zapytać, ale jeżeli nie możesz odpowiedzieć, nie odpowiadaj. Ty niczem zranić mnie nie możesz.

– Mów Nadiu.

– Dla czego teraz, kiedy ci już odebrano list, tak pilno ci jeszcze przybyć do Irkutska?

Michał ścisnął mocniej rękę towarzyszki ale nie odpowiedział.

– Może znasz treść listu?

– Nie, nie znam jej.

– Może to, aby mnie oddać ojcu tak spieszysz do Irkutska?

– Nie, odparł poważnie Michał. Gdybym to przyznał, oszukałbym ciebie. Dążę tam dokąd mię wzywa mój obowiązek! Wszak zresztą obecnie nie ja ciebie. a ty mnie prowadzisz, twoja ręka jest moim przewodnikiem. Czyż już stokrotnie nie odpłaciłaś mi wyświadczonej ci przysługi? Jeżeli los nakoniec przestanie nas prześladować i ty dziękować mi będziesz za oddanie cię ojcu, ja niemniej obowiązanym będę tobie za przyprowadzenie mnie do Irkutska!

– Biedny Michale! przerwała Nadia wzruszona. Nie przemawiaj do mnie w taki sposób! Wreszcie to nie odpowiedź na moje pytanie: dla czego tak spiesznie dążysz do Irkutska?

– Bo muszę tam przybyć przed Iwanem!

– I sądzisz iż ci się to powiedzie?

– Będę tam bo być powinienem!

Ostatnie słowa Michała brzmiały nietylko nienawiścią dla zdrajcy. Ale Nadia widziała iż towarzysz jej nie chce lub nie może całej myśli wyjawić.

W trzy dni po tej rozmowie, dnia 15-go Września wchodzili do miasta Tonlonnowskoje. Nadia nie mogła już postąpić kroku bez niewypowiedzianego bólu, zaledwo trzymała się na zbolałych stopach. Ale walczyła z utrudzeniem, jedyną jej myślą było:

– Ponieważ on nie widzi, ja nie ustanę póki nie padnę!

Oprócz utrudzenia żadne niebezpieczeństwo, żadna przygoda nie spotkała ich w tej części podróży.

Przez trzy dni po napotykanych zgliszczach i gęsto leżących trupach, widzieli o ile spiesznie kolumna tatarska posuwała się ku wschodowi.

Od strony zachodniej było spokojnie. Tatarów nie widziano.

Michał robił najrozmaitsze przypuszczenia, raz oddawał się nadziei, to znów upadał na duchu, jedynie w sobie widząc ocalenie głównodowodzącego.

Sześćdziesiąt wiorst oddziela Konitonskoje od Kimiltejskoje, małej mieściny leżącej w blizkości Dinki. Nie bez niepokoju Michał przemyśliwał o tej przeprawie. O promie lub łodzi nie było marzenia, a nawet w spokojnych czasach rzeka była trudną do przebycia. Ale była już za to ostatnią, bo dalej żaden nawet strumień nie przecinał już drogi.

Za trzy dni mieli przybyć do Kimiltejskoje. Siły Nadi były wyczerpane, gdyby Michał nie był ślepym, niewątpliwie byłaby mu powiedziała:

– Michale pozostaw mnie tutaj! Idź do Irkutska! Dokonaj twego posłannictwa! Zobacz mojego ojca! powiedz mu gdzie jestem! Powiedz że go oczekuję, a we dwóch potraficie mnie odnaleść. Idź! Ja się nie boję! ukryję się przed tatarami! Będę usiłowała żyć dla ciebie i dla niego! Idź Michale! Ja już me mogę!…

Kilkakrotnie już Nadia musiała się zatrzymać. Michał brał ją wtedy na ręce i nieczując już jej znużenia, przyspieszał kroku.

Dnia 18-go Września o godzinie dziesiątej wieczorem, dotarli nakoniec do Kimilteiskoje. Byli nad brzegiem Dinki. Od czasu do czasu błyskawice bez grzmotów odbijały się w jej wodach.

Nadia prowadziła towarzysza przez miasto w ruinach. Prawdopodobnie przed pięciu lub sześciu dniami tatarzy opuścili tę siedzibę.

Przy ostatnich domach kończącego się miasta, Nadia padła na kamienną ławkę.

– Czy zatrzymujemy się tutaj? zapytał Michał.

– Już noc Michale, może wypoczniemy kilka godzin?

– Pragnąłbym przebyć Dinkę, chciałbym aby nas oddzieliła od przednich straży tatarskich. Ale ty nie możesz już iść dalej, biedna Nadiu!

– Pójdźmy Michale.

Dwie lub trzy wiorsty dzieliły ich od Dinki, ostatnich sil próbowała Nadia. Postępowali przy świetle błyskawic bezgraniczną pustynią. Żadnego drzewa, żadnego wzgórza nie było na tej rozległej płaszczyźnie.

Nagle Michał i Nadia zatrzymali się.

Na stepach rozległo się szczekanie psa.

– Czy słyszysz? szepnęła Nadia.

Potem rozległ się okrzyk, okrzyk pełen rozpaczy i bólu, jak ostatni krzyk umierającego.

– Mikołaj! Mikołaj! szeptała dziewczyna, wiedziona złowrogiem przeczuciem.

Michał kiwał głową.

– Pójdź Michale! Pójdź! wołała Nadia.

I ona co przed chwilą wlokła się zaledwie, odzyskała siły nadludzkiem wysileniem.

– Zeszliśmy z gościńca? powiedział Michał, czując już nie piasek a trawę pod nogami.

– Tak… tak trzeba!… to tam, na prawo!… ztamtąd krzyk wychodzi!

Po kilku minutach zaledwo o pół wiorsty oddaleni byli od rzeki.

Pies zaszczekał ale już słabiej, chociaż widocznie bliżej naszych podróżnych. Nadia stanęła.

– To Serko szczekał, powiedział Michał, pies poszedł za swoim panem!

– Mikołaju! krzyknęła dziewczyna.

Wezwanie jej pozostało bez odpowiedzi. Kilka drapieżnych ptaków zerwało się tylko i wzbiło ku niebiosom.

Michał wytężył słuch. Nadia całą potęgą wzroku pragnęła przebić ciemności, ale nic nie widziała.

A jednak jakiś głos bolesny wyszeptał: – Michale!…

Potem pies pokrwawiony przyskoczył do Nadi. Był to Serko.

Mikołaj nie mógł być daleko! Tylko on mógł wyszeptać imię Michała! Gdzież więc był? Nadia już nie miała siły wołać go.

Michał czołgając się szukał ręką. Nagle Serko szczeknął przeraźliwie i skoczył ku olbrzymiemu ptakowi spuszczającemu się na ziemię.

Był to sęp. Serko rzucił się na niego, ptak podleciał ale wracając do ofiary uderzył psa. Ten skoczył jeszcze ku ptakowi!… Ptak rozgniewany silny cios wymierzył w czaszkę ofiary i tym razem Serko padł nieżywy. Jednocześnie okrzyk zgrozy wydarł się z piersi Nadi!

– Tam… tam!… wołała.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 75

Głowa wystawała nad ziemię! O mało jej nogą nie potrąciła. Nadia przy tej głowie padła na kolana.

Mikołaj wedle zwyczaju tatarskiego, zakopany aż po szyję, był pozostawionym w stepach, skazany na śmierć zarówno z głodu i pragnienia, jak i na rozszarpanie powolne przez wilki i ptaki drapieżne. Straszna to kara dla ofiary być żywcem pogrzebaną!

Tamto tatarzy przed trzema dniami umieścili jeńca!… Od trzech dni Mikołaj oczekiwał na pomoc która niestety! przybyła za późno!

Sępy dostrzegły tę głowę i od kilku godzin jedynie pies bronił swego pana od dzikiego ptastwa!

Michał odrzucał ziemię nożem dla wydobycia z grobu żyjącej ofiary.

Oczy Mikołaja zamknięte dotąd, otwarły się.

Poznał Michała i Nadię.

– Bywajcie zdrowi przyjaciele, żegnam was, wyszeptał. Szczęśliwy jestem że was oglądam! Módlcie się za mnie!…

To były ostatnie jego wyrazy.

Michał kopał dalej ubitą ziemię twardą jak skała, aż nakoniec zdołał wydobyć ciało nieszczęśliwego. Przyłożył ucho do jego serca! Już bić przestało.

Postanowił pochować go aby drapieżne ptastwo nie roznosiło jego szczątków, w tym celu rozszerzył otwór, zkąd wydobył Mikołaja tak aby go mógł położyć; wierny Serko miał obok pana spoczywać.

W tej chwili usłyszano wrzawę na drodze, najwyżej o pół wiorsty.

Michał słuchał.

– Nadiu! Nadiu! poszepnął cicho.

Na jego głos Nadia modląca się dotąd, powstała.

– Zobacz! zobacz!

– To tatarzy! odpowiedziała cicho dziewczyna.

W istocie była to przednia straż emira dążąca do Irkutska.

– Nie zdołają mi jednak przeszkodzić pochować go!

I pracował dalej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 76

Wkrótce ciało Mikołaja ze złożonemi na piersiach rękami spoczywało już w grobie. Michał i Nadia klęcząc nad jego zwłokami modlili się.

– Teraz już wilcy nie zdołają go pozrzeć, szepnął Michał przysypując ziemią.

Potem groźnie wyciągnąwszy rękę w kierunku tatarów:

– W drogę Nadiu! – wykrzyknął.

Michał nie mógł już iść gościńcem zajętym przez wojska tatarskie. Teraz musiał okrążyć Irkutsk. W takich okolicznościach przeprawa przez Dinkę stała się dlań obojętną.

Nadia już nie mogła iść ale mogła patrzeć za niego. Wziął ją więc na ręce i skierował kroki ku południowo-zachodniej prowincyi.

Prawie dwieście wiorst pozostawało jeszcze do przebycia. Jak je przebył? Jak nie upadł ze znużenia? Czem się wyżywił w drodze? Z jakiem i nadludzkiemi wysileniami zdołał przebyć pierwszy wał gór Sajanskich? Ani on sam, ani Nadia nie umieliby tego powiedzieć!

A jednak dnia drugiego Października o godzinie szóstej wieczorem, zatrzymali się nad brzegiem wody.

Było to jezioro Bałkajskie.



Rozdział X

Bajkał i Angara.

Jezioro Bajkałskie ma dziewięćset wiorst długości a sto szerokości… Głębokość nieznana. Według podania żaden rossyanin w nurtach tej wody nie utonął.

Wspaniały ten zbiornik wody słodkiej na który trzysta rzek się składało, otoczony jest malowniczo wukanicznemi górami. Jedynem jego ujściem jest Angara; rzeka ta przerzyna Irkutsk i wpada do Jenisseju. Góry zaś otaczające są częścią łańcucha gór Ałtajskich.

Już w tej epoce zimno czuć się dawało. Jesień ginęła we wcześnie nastającej zimie. Były to pierwsze dni Października. Słońce zachodziło o godzinie piątej, zimno podczas nocy dochodziło do zera. Pierwsze śniegi pobieliły już wierzchołki gór nad Bajkałem. W czasie zimy syberyjskiej woda zamarznięta na kilka stóp grubości, przeciążoną bywa kuryerskiemi sankami i karawanami.

Jezioro Bajkałskie podlega gwałtownym burzom, bałwany jego groźne.

Michał niosąc Nadię na ręku przybył do jeziora od strony południowo-wschodniej. Cóż ich tutaj czekało, jeżeli nie śmierć z utrudzenia i wycieńczenia sil.

W jaki sposób przebyć jezioro i rzekę? a jednak gdyby je przebyli, pozostawało by im już zaledwo sto czterdzieści wiorst, to jest trzy dni podróży.

Opatrzność widocznie czuwała nad Michałem, bo stepy te tak puste zazwyczaj, dzisiaj nie były bezludnemi.

Na skraju jeziora znajdowało się około pięćdziesięciu ludzi.

Nadia uradowana krzyknęła:

– To rossyanie! rossyanie!

I po tym ostatnim wysiłku oczy jej zamknęły się, głowa opadła na piersi Michała. Ale spostrzeżono ich. Kilku rossyan podbiegło i przyprowadziło dziewczynę z niewidomym na brzeg jeziora, gdzie była przymocowaną tratwa.

Tratwa gotową była do odpłynięcia.

Rossyanie ci, byli to zbiegowie chroniący się do Irkutska przed tatarami i ich okrucieństwem.

Zamiar ten rozradował serce Michała. Pozornie jednak zachował się obojętnie, nie chcąc zdradzić swego incognito.

Plan uciekających był bardzo prosty. Jodłowe lasy dostarczyły bali, te powiązano łoziną i tym sposobem utworzono statek.

Tamto Michała i Nadię zaprowadzono. Dziewczyna odzyskała zmysły. Kazano im się obojgu posilić, położono na łóżkach usłanych z liści i Nadia głęboko usnęła.

Michał nikogo z podróżnych nie wtajemniczył w swoje przygody. Przedstawił się jako mieszkaniec Krasnojarska który nie mógł dostać się do Irkutska przed wojskami emira, oraz dodał że według wszelkiego prawdopodobieństwa, znaczne siły tatarskie zgromadziły się przed stolicą Syberyi.

Nie było więc chwili do stracenia. Zimno stawało się coraz dokuczliwsze. W nocy temperatura spadała niżej zera. Lody poczynały tworzyć się na jeziorze Bajkałskiem. Dotąd tratwa manewrowała swobodnie, ale jeżeli Angara zacznie marznąć zanim na jej prąd przybędą, wszystko przepadło. Z tych więc powodów podróżni nasi wyruszyli bezzwłocznie.

O godzinie ósmej wieczorem tratwa już płynęła przy wybrzeżu, Kilku wieśniaków kierowało za pomocą wielkich żerdzi zastępujących wiosła.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 77

Stary marynarz z jeziora Bajkałskiego przyjął na siebie dowództwo. Był to człowiek sześćdzicsięcio pięcio letni, ogorzały od wichrów jeziora. Gęsta biała broda spływała mu na piersi. Czapka futrzana nadawała głowie wyraz powagi i pewnego majestatu. Opończa pasem przepasana aż do samych stóp okrywała go. Starzec ten zajął miejsce w tyle statku i w milczeniu giestami dowodził i dziesięciu słów nie wymówił w przeciągu dziesięciu godzin. Wreszcie wszystko polegało na tem, aby tratwę utrzymać na prądzie przy wybrzeżu, nie puszczając się na pełne jezioro.

Załogę tratwy składali ludzie rozmaitego powołania. Krajowi wieśniacy, kobiety, starcy i dzieci, dwóch czy trzech pielgrzymów i kilku mnichów. Pielgrzymi śpiewali psalmy głosem żałosnym. Jeden był rodem z gubernii Podolskiej, drugi przybywał z Żółtego morza, trzeci z Finlandyi. Ten ostatni miał u pasa skarbonkę zamkniętą na kłódkę, wyglądającą jak gdyby pochodziła z rabunku kościoła.

Księża przybywali z północy cesarstwa. Od trzech miesięcy opuścili Archangielsk. Zwiedzili oni wyspy święte przy wybrzeżu Cezalie, klasztor Soloretski, klasztor Trójcy Ś-ej, świętego Antoniego i świętej Teodozyi w Kijowie, klasztor Simenof w Moskwie, w Kazaniu, jako też kościół Starowierców i ztamtąd udawali się do Irkutska.

Ksiądz był wioskowy, jakich niezmiernie wielu w Rossyi. Był odziany nędznie, jak prosty wieśniak i w istocie ani stanowiskiem ani władzą w niczem od niego się nie różnił. Sam uprawiał pole, chrzcił, żenił i grzebał. Dzieci i żonę chroniąc przed tatarami, wysłał do prowincyi północnych. Sam zaś aż do ostatniej chwili pozostawał w parafii. Potem kiedy już musiał uciekać, droga do Irkutska była zamknięta.

Różnorodni ci zakonnicy modlili się bezustannie, kończąc każdą strofę modlitwy wyrazami „Chwała niech będzie Bogu”.

Nic nie przerywało żeglugi. Nadia spała głęboko. Michał czuwał nad nią. Sen zaledwo od czasu do czasu sklejał jego powieki, bo myśl nieustannie czuwała.

O wschodzie słońca tratwa jeszcze o czterdzieści wiorst oddaloną była od koryta Angary. Prawdopodobnie dopiero około godziny trzeciej lub czwartej po południu tam przybędzie. Było to niejako szczęśliwym wypadkiem dla naszych podróżnych, bo będą płynąć rzeką wieczorem, w nocy zaś łatwiej im przyjdzie wylądować w Irkutsku.

Jedyną obawą niepokojącą starego marynarza dowódzcę, było tworzenie się lodów na powierzchni wody. Noc była niezmiernie zimna Kawałki lodu coraz częściej się ukazywały. To mogło nietylko utrudnić ale nawet uczynić niepodobnem dalsze żeglowanie. Dla tego też Michał pragnął dowiadywać się co chwila w jakiej ilości ukazywały się lody. Nadia już nie spała, jej więc zapytywał, a ona wiernie objawiała wszelkie zmiany zachodzące na powierzchni wody.

Kiedy tak lody przepływały, dziwne fenomena ukazywały się na jeziorze. Były to wspaniałe wytryski źródeł wody wrzącej, rodzaj studni artezyjskich przez samą naturę zbudowanych w łożysku jeziora. Woda tryskała wysoko, rozpryskując się w parę, prawie natychmiast marznącą. Widok ten zachwycałby spokojnego turystę w spokojnych okolicznościach.

O czwartej po południu wpływano pomiędzy skalami na łożysko Angary. Na prawym brzegu widać było mały port Liwenicznara, kościół i kilka budynków.

Tutaj przekonano się że lody płynęły już na rzece, lecz ilość ich nie była jeszcze przerażającą.

Tratwa przybiła do portu, Tam dowódzca postanowił odpocząć godzinę, dla poczynienia niejakiej naprawy w statku. Bale rozdzieliły się i groziły zupełnem rozsypaniem, należało je więc powiązać na nowo, aby mogły się oprzeć prądowi Angary.

Podczas lata port Liwenitchnara jest miejscem wylądowania podróżujących na jeziorze Bajkałskiem, bądź udających się do Kiachty ostatniego miasta przed granicą rossyjsko-chińską, bądź powracających ztamtąd.

Ale w obecnych okolicznościach Liwenicznara była to także pustynia. Mieszkańcy musieli opuścić obydwa wybrzeża Angara, gdzie bezustannie uwijali się tatarzy. Załoga portu wszystkie statki wysłała na zimowisko do Irkutska.

Tak więc stary marynarz nie mógł się spodziewać, iż wypadnie mu zabierać ztąd passażerów, a jednak w chwili kiedy tratwa przybijała do lądu, dwóch podróżnych przybiegło całym pędem do przystani.

Na ich widok Nadia o mało nie krzyknęła. Pochwyciła rękę Michała tak gwałtownie, że ten z podziwieniem zapytał:

– Co ci się stało Nadiu?

– Nasi dwaj towarzysze podróży są tutaj.

– Czy ten francuz i anglik których spotkaliśmy w wąwozach gór Uralskich?

– Ci sami.

Michał zadrżał, aby nie zdradzono jego incognito.

Wszak teraz Alcydes Jolivet i Harry Blount znali jego prawdziwe nazwisko, wiedzieli iż był Michałem Strogoff kuryerem. Dwaj dziennikarze od epoki rozłączenia się w Iszym już dwa razy się spotkali, raz w obozie Zabedeiro, kiedy knutem uderzył w twarz Iwana, drugi raz w Tomsku, kiedy na jego osobie wykonywano wyrok emira. Tak więc dokładnie byli wtajemniczeni co do jego prawdziwej osobistości.

Michał szybko uczynił postanowienie.

– Nadia, powiedział, skoro tylko ten francuz i anglik przybędą na statek, proś aby się zemną zobaczyli!

W istocie był to Harry Blount i Alcydes Jolivet. Ich nie prosty przypadek a siła okoliczności sprowadziła do Liwenicznara.

Jak wiadomo po wkroczeniu wojsk tatarskich do Tomska, opuścili oni miasto przed wykonaniem okrutnego wyroku na osobie Michała. Nie wiedzieli więc wcale że ich dawny towarzysz podróży nie zginął, a z rozkazu emira został oślepiony tylko.

Tak więc dostawszy koni, tego samego wieczora wyjechali z Tomska z zamiarem, iż następną kronikę już będą pisać z obozu rossyjskiego.

Alcydes Jolivet i Harry Blount spieszyli do Irkutska w nadziei że zdołają wyprzedzić emira i byłoby im się to niewątpliwie powiodło, gdyby nie nadspodziewane ukazanie się owej trzeciej kolumny, przybywającej od strony Jenisseju. Tymczasem przecięto im drogę zanim przybyli do Dinki, musieli się więc udać nad jezioro Bajkałskie.

Skoro przybyli do portu Liwenicznara znaleźli go ostatecznie wyludnionym, a niepodobieństwem było myśleć o natychmiastowem udaniu się do Irkutska, przy coraz liczniejszem napływie wojsk tatarskich. Tak więc od trzech dni czekali nie widząc żadnego punktu wyjścia dla siebie, kiedy na ich szczęście nadspodziewanie tratwa przybiła.

Uciekający wtajemniczyli ich w swoje zamiary. Było niejakie prawdopodobieństwo iż nocą podróżni zdołają dostać się do Irkutska. Postanowili spróbować szczęścia.

Alcydes Jolivet udał się więc natychmiast do starego marynarza z ofiarą zapłaty jakiej sam zażąda, byle ich tylko zabrał z sobą.

– Tutaj się nie płaci, odrzekł poważnie marynarz, tutaj ryzykuje się tylko własne życie.

I Nadia zobaczyła wkrótce dziennikarzy wstępujących na tratwę.

Harry Blount pozostał zawsze tym samym milczącym Anglikiem.

Alcydes Jolivet zdawał się być cokolwiek poważniejszym jak zazwyczaj, a zaprzeczyć niepodobna, iż okoliczności usprawiedliwiały chwilową jego powagę.

Tylko Alcydes Jolivet zajął miejsce na przodzie statku, kiedy uczul iż dotknięto jego ramienia.

Odwrócił się i poznał siostrę Mikołaja Korpanoff a raczej siostrę Michała Strogoff, kuryera, jak to wiedział obecnie.

O mało nie krzyknął z zadziwienia, ale Nadia położywszy palec na ustach, nakazała mu milczenie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 78

– Pójdź! powiedziała Nadia.

I Alcydes Jolivet wezwawszy z sobą Harrego Blount, udał się za dziewczyną. Podziwienie jego zdwoiło się jeszcze na widok mniemanego brata Nadi, o którym sądził iż dawno nie żyje.

Michał nie ruszył się.

Alcydes Jolivet spojrzał pytająco na dziewczynę.

– On nas nie widzi panowie, przemówiła Nadia. Tatarzy wypalili mu oczy! Mój biedny brat jest niewidomy!

Żywe współczucie odmalowało się na twarzach dziennikarzy.

Po chwili siedzieli już obok Michała, ściskali za ręce, oczekując jego przemówienia.

– Panowie, przemówił nakoniec Michał, nie powinniście wiedzieć kim jestem i w jakim celu jadę na Syberyę. Proszę, zechciejcie uszanować moją tajemnicę. Czy przyrzekacie mi to?

– Przyrzekam na mój honor, odrzekł Alcydes Jolivet.

– A ja daję słowo szlachcica, dodał Harry Blount.

– Dziękuję wam, panowie.

– Czy nie moglibyśmy być panu w czem pomocnymi? zapytał Harry Blount. Może coś w spełnieniu jego poselstwa?

– Nie, wolę sam działać, odpowiedział Michał.

– Ależ ci barbarzyńcy pozbawili cię wzroku, rzekł Alcydes Jolivet.

– Mam Nadię, a oczy jej wystarczają mi!

W pół godziny potem tratwa już wypłynęła z przystani i szybowała po rzece. Była godzina piąta po południu. Noc się zbliżała. Miała być bardzo ciemną i zimną, bo temperatura spadła niżej zera.

Alcydes Jolivet i Harry Blount przyrzekli Michałowi zachowanie tajemnicy, ale nie odstępowali go. Wiedli z nim cichą rozmowę, wtajemniczając niewidomego w nieznane mu jeszcze wypadki, tak że sam mógł już sobie wyrobić pogląd na obecny stan rzeczy.

Nie ulegało wątpliwości że tatarzy oblegli Irkutsk i że trzecia kolumna już z główną armią się połączyła, a tym sposobem emir i Iwan byli pod murami stolicy.

Ale dla czego kuryer tak spieszył do Irkutska po utracie listu, ani Alcydes Jolivet, ani Harry Blount zupełnie nie pojmowali.

– Powinniśmy pana prosić o przebaczenie za nie podanie mu ręki w Iszym, przemówił Alcydes Jolivet.

– Nie, bo mieliście prawo uważać mnie za nędznika!

– Bądź co bądź, wspaniale wyknutowałeś twarz temu łotrowi i długo ślady na niej nosić będzie!

– Nie, niedługo! odparł bez uniesienia żadnego Michał.

W pół godziny potem dwaj dziennikarze wiedzieli już o wszystkich przygodach Nadi i Michała. Podziwiali ich wspólną odwagę i poświęcenie młodej dziewczyny. O Michale zaś myśleli: „Oto prawdziwy człowiek!”

'Michael Strogoff' by Jules Férat 80

Tratwa wśród lodów szybko przepływała. Wybrzeża malowniczo się przedstawiały. Tutaj wysokie odłamy granitowe, tam gęstwiny zkąd huczące rzeki wypływają, gdzieniegdzie wioska dymiąca jeszcze po pożarze, dalej łuny pożogi. Tatarzy wszędzie pozostawili ślady swego przejścia, ale ich samych widać jeszcze nie było, gdyż wyłącznie zgromadzili wszystkie swe siły pod murami Irkutska.

Tymczasem pielgrzymi odmawiali głośno modlitwy, marynarze odpychali lody, a tratwa szybko płynęła prądem Angary.



Rozdział XI

Między wybrzeżami.

O godzinie ósmej wieczorem zupełna ciemność pokrywała okolicę. Księżyc nieprędko ukazać się miał na widnokręgu. Z koryta rzeki, wybrzeży nie było widać.

Głęboka ciemność tylko korzystną mogła być dla uciekających; gdyby nawet forpoczty tatarskie zalegały obydwa wybrzeża, tratwa mogła była przejść niepostrzeżenie, a prawdopodobnie przystęp do wyższego Irkutska nie był zabarykadowany, bo oblegający wiedzieli iż rossyanie nie mogli się spodziewać żadnych posiłków od strony południowej, zresztą wkrótce lodowiska rzeki utworzyć miały dostateczną tamę.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 79

Teraz na tratwie panowało grobowe milczenie. Od chwili wpłynięcia na koryto rzeki, głosy pielgrzymów ucichły. Nie przestawali się modlić, ale modlitwa ta była tak cichą, iż szmer jej nie mógł dobiedz do wybrzeża. Cienie leżących podróżnych były prawie niewidzialne. Stary marynarz z ludźmi dodanymi mu do pomocy odpychał lody; a dokonywał tej czynności bez najmniejszego hałasu.

Lody, była to także sprzyjająca okoliczność dla uciekających; wprawdzie mogły one zatamować bieg statku, ale huk roztrącających się lodowisk zagłuszał szmer ruchu tratwy i wioseł. Zimno wzrastające co chwila przykro dokuczało podróżnym, O ile możności zgromadzali się razem aby łatwiej znieść ostrą temperaturę dochodzącą tej nocy dziesięciu stopni niżej zera, wiatr wschodni nie mniej ich prześladował.

Michał i Nadia cierpieli w milczeniu, Alcydes Jolivet i Harry Blount odważnie usiłowali oprzeć się ostrości nieznanego im klimatu i zimy syberyjskiej. Nie rozmawiano nawet pocichu. Obecne położenie całą myślą owładnęło. Każdej chwili mógł się wydarzyć jaki wypadek, groźne niebezpieczeństwo, katastrofa nawet nie łatwa do usunięcia lub zwalczenia.

Jak na człowieka tak blizkiego celu, Michał dziwnie był spokojnym. Energia wrodzona nie opuszczała go nigdy. W marzeniu swojem widział on już chwilę, kiedy nakoniec wolno mu będzie pomyśleć o matce, o Nadi i o samym sobie! Teraz lękał się jedynie aby lody nie zatrzymały tratwy, aby nie wpierw od niego przybyły do Irkutska i przemyśliwał jakim sposobem usunąć tę przeszkodę.

Kilkugodzinny wypoczynek przywrócił Nadi energię fizyczną chwilowo zachwianą, bo moralnej nie straciła nigdy. Ona także myślała aby zawsze być przy Michale i prowadzić go do celu. Ale w miarę zbliżania się do Irkutska, obraz ojca coraz wyraźniej rysował się w jej pamięci. Widziała go w mieście oblężonem przez wroga, samego bez przyjaciół, walczącego przeciw hordom tatarskim, bo ani na chwilę nie wątpiła iż znajduje się w szeregach obrońców ojczyzny. Przed upływem kilku godzin, jeżeli im niebo pobłogosławi, będzie już w jego objęciach, powtórzy mu ostatnie słowa konającej matki i nic ich już nigdy nie rozdzieli. Jeżeli Wasil F* nie przestanie być wygnańcem, ona podzieli jego wygnanie. Potem zwracała się myślą ku towarzyszowi swemu, ku „bratu”, który po wyparciu tatarów powróci do Moskwy, a ona już go może nigdy, nie zobaczy!…

Alcydes Jolivet i Harry Blount myśleli iż sytuacya była niezmiernie dramatyczną i że opisana zręcznem piórem, utworzyłaby nadzwyczajnie zajmującą kronikę, Tak więc anglik myślał o czytelnikach Daily-Telegraph, a Francuz o czytelnikach kuzynki swojej Magdaleny. Jednak obadwaj doznawali pewnego wewnętrznego wzruszenia.

– Eh! to tem lepiej! myślał Alcydes Jolivet, aby wzruszać, trzeba być samemu wzruszonym! Zdaje mi się nawet że jest jakiś wierz na ten temat, ale jaki?… do djabła, zapomniałem go w tej chwili…

I przenikliwym wzrokiem usiłował przebić otaczającą ich ciemność.

Od chwili do chwili fantastyczne płomienie oświecały wybrzeże. Były to dopalające się lasy i miasteczka. Lodowiska odzwierciadlały błyski płomieni, nadając im różnorodne kształty; chwilami Angara była cała w ogniu. Tratwa płynęła niepostrzeżona.

A zatem nie z tej strony groziło niebezpieczeństwo.

Niebezpieczeństwo z innej groziło im strony. Alcydes Jolivet odkrył je przypadkowo, a to przy jakiej okoliczności.

Leżał on na prawym brzegu tratwy, mając rękę opuszczoną nad wodą, nagle uczuł dotknięcie płynu tłustego, jak gdyby oleju mineralnego.

Powąchawszy zmoczoną rękę, Alcydes Jolivet już nie wątpił: iż był to pokład nafty pływający po powierzchni Angary.

Tak więc tratwa posuwała się po tym niebezpiecznym płynie. Zkąd wzięła się tu nafta? Czy jakie zjawisko natury wydobyło ją na powierzchnię wody, czy też była to sprawa tatarów mająca im do nowego zniszczenia posłużyć? Czyż w taki sposób chcieli oni wprowadzić pożar do Irkutska, w sposób wzgardzony prawami wojennemi u ludów cywilizowanych?

Takie pytania zadawał sobie Alcydes Jolivet, ale nie chcąc budzić trwogi w towarzyszach, spostrzeżenia swego tylko Harremu Blount udzielił.

Wiadomo że ziemię Azyi środkowej porównać można do gąbki nasyconej węglikiem skombinowanym z wodorem. W porcie Baku na granicy perskiej, na półwyspie Abchérom w Chinach, w Young-Hyan, w Birman źródła olejów mineralnych aż na powierzchnię ziemi wypływają. Jest to kraina oleju.

W czasie pewnych uroczystości religijnych, szczególniej w porcie Baku, krajowcy czciciele ognia wlewają naftę na powierzchnię wody. Za nadejściem nocy zapalają płyn i woda przedstawia fantastyczny widok gorejącego oceanu.

Ale to co stanowi rozrywkę w Baku, jest klęską na Angarze; nafta zapalona poniosłaby płomienie aż po za stolicę Syberyi, a zapalenie jej było tak łatwe, jedna iskra była dostateczną.

Pasażerowie tratwy nie popełnią nieostrożności, to pewna, ale zkąd inąd wszystkiego lękać się należało.

Niepokój Alcydesa Jolivet i Harrego Blount łatwiej pojąć aniżeli opisać. Czy nie lepiej byłoby wobec tego nowego niebezpieczeństwa wylądować i tam na eksplozyę oczekiwać? takie sobie robili pytania.

– W każdym razie jestem pewny iż ani jedna osoba nie wylądowałaby!

Mówiąc to myślał o Michale.

Tratwa szybko się posuwała w pośród coraz więcej skupiających się lodów.

Tatarów jeszcze nie widziano, znać tratwa nie przebyła jeszcze ich forpoczty.

Jednak około godziny dziesiątej wieczorem zdawało się Harremu Blount iż dostrzega czarne cienie czołgające się po powierzchni lodów. Cienie te posuwały się szybko.

– To tatarzy pomyślał!

– I zbliżywszy się do starego marynarza pokazał mu cienie.

Sternik przyjrzał im się uważnie.

– To wilki, powiedział nareszcie, bądź co bądź wolę ich aniżeli tatarów.

– Trzeba myśleć o obronie i to bez hałasu!

W istocie zbiegi mieli walczyć ze zwierzętami krwiożerczemi, sprowadzonemi głodem i zimnem aż na lodowiska. Wilki poczuły tratwę, rzuciły się na nią. Trzeba było walczyć ale bez użycia broni palnej, aby nie wzbudzić podejrzenia tatarów. Kobiety i dzieci skupiły się w pośrodku tratwy, mężczyźni uzbrojeni w noże i kije mieli stawić czoło napastnikom. Wycia wilków przeszywały powietrze.

Michał nie chciał pozostać bezczynnym. Położył się na tratwie od strony grożącego napadu. Wydobył nóż a skoro tylko mógł dosięgnąć wilka pakował mu w gardło aż po samą rękojeść. Harry Blount i Alcydes Jolivet także nie próżnowali. Towarzysze pomagali im energicznie. Rzeź ta odbywała się w najgłębszem milczeniu, chociaż kilku podróżnych ciężkie otrzymało rany.

Walka miała jeszcze długo potrwać, bo do niej coraz świeże zastępy wilków występowały, widocznie mnóstwo ich było na prawym brzegu Angary.

– Czyż to się nigdy nie skończy! mruczał Alcydes Jolivet, broniąc się zakrwawionym sztyletem.

I w istocie w pół godziny po napadzie wilki jeszcze całemi setkami biegały po lodowiskach.

Zmordowani podróżni coraz słabszy mogli stawiać opór. Słabli widocznie. Gromada złożona z dziesięciu ogromnych wilków, rozjuszonych zapachem krwi i głodem, już rzucić się miała na tratwę. Alcydes Jolivet i Harry Blount spieszą przeszkodzić temu, Michał czołga się w tymże samym celu, kiedy postać rzeczy zmienia się niespodziewanie.

W przeciągu kilku sekund wilki nietylko że opuszczają tratwę, ale nikną zupełnie z lodowiska, spiesząc na brzegi w szalonych podskokach.

Przyczyną ich ucieczki był nagły płomień oświetlający całe koryto Angary.

Miasteczko Paskarsk płonęło. Tutaj ujrzano tatarów spełniających dzieło zniszczenia. Od tego punktu zajmowali oni już obydwa wybrzeża aż po Irkutsk nawet. Niebezpieczeństwa zaczynały się dla naszych podróżnych, a jeszcze trzydzieści wiorst dzieliło ich od Irkutska.

O godzinie wpół do dwunastej tratwa posuwała się jeszcze w pośród lodowisk niewidzialna, chwilami tylko oświetlona płomieniami pożaru.

Zniszczenie miasta z niezmierną posuwało się szybkością. Sto pięćdziesiąt drewnianych domów płonęło jednocześnie w połączeniu z dzikiem wyciem hord tatarskich. Sternikowi udało się posunąć tratwę ku prawemu brzegowi. Łatwo wyobrazić sobie niepokój Alcydesa Jolivet i Harrego Blount na myśl, iż płyn palny obecnie znajduje się właśnie pod ich statkiem.

Jednakże tratwa chwilami łuną pożaru oświecana, byłaby niewątpliwie już spostrzeżoną, gdyby tatarzy nie byli całkowicie zaprzątnieni dokonywającem się zniszczeniem. Z pośrodka dymów, języki płomienne wyskakiwały na pięćset lub sześćset stóp w górę, wszystkie okoliczne drzewa zdawały się objęte płomieniem. Niech tylko jedna iskra padnie na wody Angary, a i rzeka cała stanie w ogniu, tratwa z podróżnymi przepadnie.

Na szczęście wiatr dął od strony przeciwnej, było więc niejakie prawdopodobieństwo, iż podróżni zdołają uniknąć grożącego im ciosu.

W istocie płomień pożaru zmniejszał się, trzeszczenie spadających lub pękających belek ustawało, powracała ciemność.

O północy ciemność zupełna zbiegów otaczała Tatarzy bezprzestannie uwijali się na wybrzeżach, ognie przednich placówek płonęły jasno.

Ciągle przybywające lody coraz więcej tamowały posuwanie się tratwy.

Michał posunął się na przód statku.

Alcydes Jolivet udał się za nim.

Obadwaj słuchali wyrazów sternika.

– Ostrożnie na prawo!

– Lody skupiają się na lewo!

– Odpychaj! odpychaj wiosłem!

– Zanim godzina upłynie, już płynąć będzie niepodobna!…

– Bez woli Bożej nic się nie stanie. Przeciw niej my stanąć nie możemy.

– Słyszysz co oni mówią, odezwał się Alcydes Jolivet.

– Słyszę, odparł Michał, ale Bóg jest z nami!

Z każdą chwilą niebezpieczeństwo wzrastało. Jeżeli bieg tratwy będzie zatamowany, nietylko że podróżni nie dosięgną Irkutska, ale jeszcze i statku im wkrótce zabraknie. Łozina służąca do spojenia balów, ściśniona lodami, popęka niezawodnie, a podróżnym naszym jedynie śmierć pozostanie, jeżeli zaś osiądą na lodach, za nadejściem dnia spostrzegą ich tatarzy, w skutek czego także śmierć niechybna ich czeka.

Michał cofnął się na tył statku gdzie nań czekała Nadia. Zbliżył się do niej, wziął za rękę i zapytał:

– Nadiu, czy jesteś gotową na wszystko? A ona jak zazwyczaj odrzekła:

– Tak jest, Michale!

Tratwa posuwała się coraz wolniej, co chwila napotykano nowe przeszkody i zawały bieg jej tamujące, podróż zwalniała się z niepokojącą gwałtownością.

Pozostawało zaledwo kilka godzin nocy, jeżeli w ciągu tych nie dobiją do Irkutska, będą mogli śmiało powiedzieć iż nie dostaną się tam już nigdy.

O godzinie wpół do drugiej, wszelkie nadludzkie wysilenia okazały się daremnemi, odłamy lodów skupiły się na przodzie statku i tratwa ostatecznie stanęła.

W tym punkcie Angara zwęża się prawie o połowę swej szerokości. Ztąd nagromadzenie lodów zamknęło zupełnie jej koryto. O pięćset kroków w dół rzeka rozszerzała się znowu, lody wolniej płynęły zbliżając się ku Irkutskowi. Tak więc według wszelkiego prawdopodobieństwa, gdyby nie zwężająca się rzeka, podróżni nasi mogliby płynąć dalej. Ale nieszczęście było niepowetowane, stracono wszelką nadzieję dosiągnięcia celu.

Gdyby posiadali potrzebne narzędzia do przebicia się przez to pole lodów na szersze koryto, czasu byłoby im może wystarczyło; ale nie, nawet bosaków z sobą nie mieli dla złamania lodu jak granit twardego.

Co począć?

W tej samej chwili grad kul sypnął się na tratwę od prawego wybrzeża Angary, od lewego jakby w odpowiedzi rozległa się takaż sama strzelanina Uciekający wzięci we dwa ognie, stali się celem strzałów tatarskich, kilku zostało ranionych, chociaż przy pewnej ciemności jeszcze, tatarzy na los szczęścia strzelali.

– Pójdź Nadia, szepnął Michał do ucha dziewczyny.

Nadia ujęła rękę Michała.

– Musiemy przejść tę zawałę. Prowadź mię, ale niech nas nikt nie widzi!

Nadia była posłuszną. Zsunęli się ostrożnie na lód niewidziani przez nikogo.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 81

Nadia czołgała się naprzód. Kule padały przy nich jak grad rzęsisty i rozbijały się o otaczające ich lody. Kolce lodów wystające na powierzchnię krwawiły im ręce, ale oni szli wciąż dalej.

Po dziesięciu minutach przebyli zawałę. Wody Angary swobodniej płynęły. Kilka odłamów lodowych płynęło ku miastu.

Nadia odgadła zamiar Michała, Spostrzegła kawał lodu słabo się trzymający.

– Pójdź, powiedziała.

I oboje wyciągnęli się na odłamie lodu odłączonego od zawały.

Lód się poruszył, koryto rzeki rozszerzyło, droga była wolną.

Michał i Nadia słyszeli wystrzały, krzyki rozpaczy i wycie tatarów… Potem wszystko ucichło. „Biedni towarzysze!” szepnęła Nadia.

Przez pół godziny prąd ich unosił z niezmierną szybkością. Co chwila lękali się aby wątły ich statek nie złamał się pod nimi. Porwany prądem płynął środkiem koryta, ukośny kierunek należało mu nadać wtedy dopiero, kiedy już przybijać będzie do Irkutska.

Michał z zaciśniętemi zębami, z wytężonem uchem, nie przemówił ani słowa. Jeszcze nigdy nie był tak blizkim celu. Przeczuwał iż go dosięgnie…

Około godziny drugiej rano podwójny rząd świateł odbił się na horyzoncie.

Na prawo były to już światła Irkutska, na lewo ogniska obozu tatarskiego.

Już tylko pół wiorsty dzieliło ich od miasta.

– Nareszcie! szepnął Michał.

Nadia krzyknęła.

Na ten okrzyk Michał wyprostował się na chwiejącym się lodzie. Wyciągnął rękę w górę Angary. Twarz jego oświetlona błękitnym płomieniem stała się przerażającą i wtedy jak gdyby mógł widzieć jeszcze światło, wykrzyknął:

– Ah! więc i Bóg nawet przeciw nam stanął!



Rozdział XII

Irkutsk.

Irkutsk, stolica Syberyi wschodniej, liczy do trzydziestu tysięcy mieszkańców. Na wyniosłem wybrzeżu po prawej stronie Angary, wznoszą się w malowniczym nieładzie domy i kościoły, a najwyższym górującym nad wszystkiemi jest kościół katedralny.

Jeżeli spojrzymy na miasto z góry odległej o dwadzieścia wiorst od niego, ujrzymy kopuły, dzwonnice, długie strzały i wieżyczki przypominające krainę wschodnią. Ale za wejściem do miasta niknie to złudzenie, miasto zdała w połowie bizantyjskie, w połowie chińskie, staje się europejskiem, równością ulic otoczonych chodnikami, domami niekiedy kilkopiętrowemi, budowanemi z cegły i drzewa, licznie krzyżującemi się ekwipażami, nietylko bowiem kursują tutaj telegi i tarantasy, ale nawet powozy i karety, słowem spotyka się wszędzie postęp cywilizacyi w połączeniu z najświeższemi modami paryzkiemi.

W obecnej epoce, Irkutsk służąc za punkt zborny wszystkich syberyjczyków prowincyj, był przepełniony. Niczego tam nie brakowało, w mieście tem bowiem zazwyczaj następuje wymiana towarów pomiędzy Chinami, Azyą i Europą. Irkutsk przyjął chętnie w swoje mury wieśniaków z doliny Angary, mongołów, tunguzów, bourjatów, bo tym sposobem utworzyła się pustynia dzieląca napastników od miasta.

Irkutsk jest rezydencyą gubernatora Syberyi wschodniej. Pod jego kierunkiem rządzi gubernator cywilny, w którego ręku spoczywa administracja prowincyi, naczelnik policyi niezbędny w miejscowości przeważnie zaludnionej wygnańcami i nakoniec wójt, naczelnik handlujących, osobistość ważna swoim majątkiem i wpływami nad podwładnymi.

Załoga Irkutska złożoną była z dwóch tysięcy pieszych kozaków i garnizonu żandarmów w czapkach i mundurach niebieskich, lamowanych srebrem.

Wiemy już iż w skutek wyjątkowych okoliczności, zamkniętym był w mieście od samego początku najścia tatarów głównodowodzący. Okoliczność ta potrzebuje objaśnienia.

Ważne bardzo powody zawiodły głównodowodzącego do oddalonych prowincyj Azyi wschodniej.

Podróżując jako wojskowy w towarzystwie oficerów i oddziału kozaków, przybył on aż w okolice po za-Bajkalskie. Nikołajewsk, ostatnie miasto rossyjskie na granicy morza Ochotskiego, zostało zaszczycone jego wizytą.

Przybywszy na granicę rozległego cesarstwa rossyjskiego, głównodowodzący skierował się ku Irkutskowi, zkąd zamierzał udać się do Europy, kiedy go zaskoczyła wiadomość o wkroczeniu tatarów. Pospieszył do stolicy, ale skoro tam przybył, komunikacya z Rossyą już była przeciętą. Odebrał jeszcze kilka telegramów z Petersburga i Moskwy, odpowiedział na nie; dalej jak wiemy druty zostały przerwane.

Irkutsk był odosobniony.

Głównodowodzący założył tutaj rezydencyę z odznaczającą go zawsze zimną krwią i bystrością umysłu.

Wiadomości o wzięciu Iszyma, Omska i Tomska kolejno przybywały do Irkutska. Za jaką bądź cenę należało uchronić stolicę Syberyi od wkroczenia tatarów. Nie można było spodziewać się posiłków. Wojska rozłożone w prowincyach Amuru i gubernii Irkutskiej, zbyt były nieliczne dla stawienia czoła tatarom. Tak więc ponieważ Irkutsk nie mógł być wolnym od oblężenia, należało poczynić starania, aby oblężenie to mógł wytrzymać czas jakiś.

Prace około tego rozpoczęły się z dniem wkroczenia tatarów do Tomska. Jednocześnie z ostatnią tą wieścią, dowiedział się głównodowodzący że emir Bukhary i sprzymierzony chan, dowodzili osobiście wojskami, ale nie doszło jego wiadomości że pułkownikiem wojsk barbarzyńskich był Iwan O*, który przysiągł mu zemstę, a którego on nie znał wcale.

Natychmiast rozkazano okolicznym mieszkańcom opuścić miasta i wioski. Tym którzy nie mogli przenieść się do stolicy, rozkazano przenieść się za jezioro Bajkaslkie, gdzie prawdopodobnie nieprzyjaciel nie będzie już mógł szerzyć zniszczenia. Zboża i paszę wprowadzono do miasta i tym sposobem tak mieszkańcom jak i zwierzętom zapewniono żywność na czas dłuższy.

Irkutsk założony 1611 roku leży przy spływie Irkut’a i Angary na prawym jej brzegu. Dwa drewniane zwodzone mosty zbudowane na palach, łączyły miasto z przedmieściami lewego brzegu. Przedmieścia wyludniono, mosty spalono. Angara w tym punkcie płynie szeroko, strzały nieprzyjacielskie nie dosięgną miasta. Ale rzekę można było przebyć od góry i dołu, z tej strony Irkutsk mógł oczekiwać napadu, a właśnie tutaj żaden szaniec go nie opasywał.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 82

Rozpoczęto więc prace fortyfikacyjne. Dniem i nocą nie ustawano. Lud pracował z zapałem, na odwadze mu nie zbywało. Żołnierze, kupcy, wygnańcy, wszyscy z jednaką gorliwością poświęcali się dla wspólnego ocalenia Na ośm dni przed ukazaniem się tatarów, na Angarze szaniec był skończony, głęboka fossa wykopana. Nie można było wkroczyć do miasta, należało je oblegać i brać szturmem.

Trzecia kolumna tatarska, – ta którą spotkaliśmy na Jenisseju, – dnia 24 Września ukazała się na Angarze. Zajęła niezwłocznie wyludnione przedmieścia ze zniszczonemi nawet budynkami, aby te nie przeszkadzały działalności artyleryi głównodowodzącego.

Tak więc tatarzy uorganizowali się, oczekując reszty armii dowodzonej przez emira i jego sprzymierzonych.

Dnia 25 Września wszystkie oddziały wojska połączyły się w obozie nad Angarą, z wyjątkiem garnizonów pozostawionych załogą w miastach zdobytych.

Ponieważ Iwan O* poczytywał za niepodobieństwo przebycie Angary pod Irkutskiem, znaczna część wojska przedostała się na brzeg przeciwny za pomocą mostu ku temu celowi utworzonego ze statków o kilka wiorst od miasta. Głównodowodzący nie próbował opierać im się. Mógł stawiać przeszkody, ale nie zniweczyć zamiaru, pozostał więc zamknięty w Irkutsku.

Tatarzy zajęli prawy brzeg rzeki; posunęli się w górę ku miastu, spalili letnie pomieszkanie gubernatora i otoczyli Irkutsk, biorąc go w oblężenie.

Iwan mógł kierować oblężeniem, ale brakowało mu narzędzi do prędkiego wzięcia miasta. To też zamierzał wziąść Irkutsk podejściem, ten Irkutsk cel jego zabiegów.

Jak widziemy sprawy inny zupełnie wzięły kierunek. Z jednej strony bitwa pod Tomskiem spóźniła pochód armii tatarskiej, z drugiej energia głównodowodzącego w ufortyfikowaniu miasta, zniweczyła jego zamiary. Musiał rozpocząć kompletne oblężenie.

Jednak w skutek jego namowy, emir po dwakroć usiłował wziąść miasto szturmem, lecz oprócz znacznej straty ludzi, nic z tego nie osiągnięto. Głównodowodzący i jego oficerowie nie oszczędzali siebie, pierwsi wstępowali na wały; mieszczanie i chłopi zachęceni przykładem bronili walecznie oszańcowania. Przy drugim szturmie udało się tatarom zrobić wyłom w okopach. Bitwa rozpoczęła się na ulicy Bolszia, długiej dwie wiorsty a przytykającej do Angary. Ale kozacy i żandarmi tak silny stawili opór, iż tatarzy cofnąć się musieli.

Teraz kiedy siły zawiodły, Iwan postanowił popróbować zdrady. Wiemy już iż zamierzał on dostać się do miasta, dotrzeć do głównodowodzącego, zyskać jego zaufanie i w danej chwili otworzyć bramy miasta wrogom.

Cyganka Sangarra skłoniła go ostatecznie do wprowadzenia w czyn tego zamiaru.

Należało działać bezzwłocznie. Wojska rossyjskie z Jakutska zbliżały się do Irkutska. Skoncentrowały się one na górnem wybrzeżu Leny. Przed upływem dni sześciu miały już być na miejscu. Zdrada musiała być wcześniej dokonaną.

Iwan nie wahał się.

Dnia 2-go Października wieczorem, zgromadziła się rada wojenna w pałacu głównodowodzącego.

Pałac ten wznosił się na końcu ulicy Bolszaja. Z głównej jego fasady widać było obóz tatarski.

Głównodowodzący, jenerał W* i gubernator miasta, wraz z pewną liczbą oficerów stopnia wyższego, rozmaite podawali projekta.

– Panowie, przemówił głównodowodzący, znacie dokładnie nasze położenie. Nie wątpię iż zdołamy się utrzymać aż do przyjścia wojsk rossyjskich z Jakutska. Wtedy zdołamy rozpędzić wroga i pomścić się nad nim.

– Wasza Wysokość nie wątpi iż polegać może na mieszkańcach Irkutska, odparł generał W*.

– Tak generale i patryotyzm ten umiem ocenić. Dzięki Bogu iż dotąd nie wkradła się jeszcze zaraza i głód; na szańcach waleczność ich mogłem podziwiać tylko. Pan naczelnik słyszał moje słowa, proszę aby one nie zostały tajemnicą.

– W imieniu miasta dziękuję Waszej Wysokości. Czy mogę zapytać kiedy są spodziewane wojska rossyjskie?

– Za sześć dni najdalej, Zręczny emisaryusz zdołał dziś dotrzeć aż do mnie z wiadomością, iż pięćdziesiąt tysięcy żołnierza pod dowództwem generała K*, zdwojonym marszem spieszy do Irkutska. Przed dwoma dniami byli na wybrzeżach Leny, a teraz ani śniegi ani mrozy już ich zatrzymać nie mogą. Pięćdziesięcio tysięczna armia oswobodzi nas wkrótce od tatarów.

– Ja dodam jeszcze, że w dniu kiedy Wasza Wysokość zażąda ochotników, wszyscy staniemy pod jego rozkazami.

– Dziękuję wam panowie, odrzekł głównodowodzący. Czekajmy aż kolumny nasze natrą na nieprzyjaciela.

Potem zwróciwszy się do generała W*.

– Jutro zwiedzimy roboty na prawem wybrzeżu, powiedział. Na Angarze zaczynają kry płynąć, wkrótce zmarznie, a w takim razie być może, tatarzy mogliby się do nas dostać.

– Czy Wasza Wysokość pozwoli zrobić jedną uwagę? zapytał naczelnik kupców.

– Mów pan, słucham.

– Widziałem niejednokrotnie temperaturę spadającą czterdzieści stopni niżej zera, a jednak Angara nie zamarznie zupełnie. Prawdopodobnie jest to wynikiem bystrości jej prądu, Jeżeli więc tatarzy nie zdołają wynaleść innego sposobu przebycia rzeki, zaręczam iż z tej strony nie wejdą do Irkutska.

Gubernator potwierdził słowa kupca.

– Bardzo szczęśliwa okoliczność, odparł głównodowodzący. Niemniej jednak należy być ostrożnym.

Potem zwróciwszy się do naczelnika policyi, zapytał:

– A pan nic mi nie masz do powiedzenia?

– Mam zanieść do Waszej Wysokości prośbę.

– Prośbę – od kogóż to?

– Od wygnańców Syberyi, których liczba do pięciuset dochodzi.

Wygnańcy polityczni od chwili najazdu tatarów zgromadzili się w Irkutsku. Spełnili oni dosłownie rozkaz opuszczenia miast, gdzie trudnili snę nauczycielstwem, medycyną i żeglugą. Głównodowodzący ufając patryotyzmowi uzbroił ich wszystkich, a oni okazali się walecznymi obrońcami swobody.

– Czegóż żądają wygnańcy? zapytał głównodowodzący.

– Upraszają oni aby Wasza Wysokość dozwolił im utworzyć z siebie oddział osobny, przy pierwszem starciu wysłany na pierwszy ogień.

– Dobrze, zgadzam się. odrzekł głównodowodzący wzruszony – wygnańcy ci mają prawo bić się walecznie.

– Zaręczam Waszej Wysokości iż lepszych żołnierzy nigdy mieć nie będzie.

– Ale oni potrzebują dowódzcy. Kto nim będzie?

– Oni pragną gorąco aby Wasza Wysokość w ręce jednego z nich złożył to dostojeństwo, w ręce takiego który już odznaczył się kilkakrotnie.

– Czy to rossyanin?

– Tak jest, rossyanin z prowincyj bałtyckich.

– l zowie się…?

– Wasili F*.

Tym wygnańcem był ojciec Nadi.

Wasili F*, jak to już wiemy, trudnił się w Irkutsku medycyną. Był to człowiek rozumny i litościwy, odważny i wielki patryota. Wszystkie chwile wolne od zajęcia swego powołania, poświęcał staraniom obrony. On to pierwszy zgromadził wygnańców do wspólnego celu, a walczyli z takim zapałem, iż zdołali aż zwrócić uwagę głównodowodzącego. Niejednokrotnie już własną krwią spłacili dług ojczyźnie, tej ojczyźnie tak przez swe dzieci kochanej! Wasil F* prowadził ich heroicznie. Imię jego nieraz już zasłynęło, ale nigdy nie żądał nagrody, nigdy o nic nie prosił, a o zamiarze uczynienia go dowódzcą nie wiedział nawet.

Głównodowodzący oświadczył, iż znane mu już to nazwisko.

– W istocie, przemówił generał W*. Wasili F* to śmiały i odważny człowiek. Wpływ jego na towarzyszów zawsze był niezmierny.

– Od jak dawna przebywa on w Irkutsku? zapytał głównodowodzący.

– Od lat dziesięciu.

– A postępowanie jego…?

– Postępowanie jego nie zostawia nic do życzenia.

– Proszę mi go przedstawić natychmiast?

Rozkaz głównodowodzącego spełniono – w pół godziny potem wprowadzono Wasila F*.

Był to człowiek najwyżej lat czterdzieści liczący, o fizjognomii poważnej i smutnej. Życie jego niezaprzeczenie skupiało się w tych słowach: walka i cierpienie za walkę. Nadia bardzo była doń podobną.

Jego więcej jeszcze niż innych dotknęło najście tatarskie, zniweczyło bowiem najwyższą nadzieję ojca, wygnańca o ośmset wiorst od miasta rodzinnego. Z listu dowiedział się o śmierci żony i jednocześnie o wyjeździe córki, która uzyskała od rządu pozwolenie udania się do Irkutska.

Nadia miała opuścić Rygę dziesiątego Lipca. Czy w obecnych okolicznościach zdołała przebyć granicę i co się z nią stało? Łatwo pojąć niepokój nieszczęsnego ojca pozbawionego wszelkiej od córki wiadomości.

Wasili F* skłonił się i w milczeniu oczekiwał na pytania głównodowodzącego.

– Wasili F*, towarzysze twoi chcą utworzyć osobny oddział. Czy wiedzą oni iż w oddziale tym od pierwszego do ostatniego wszyscy zginąć mogą?

– Są na to przygotowani.

– I ciebie chcą mieć swoim dowódzcą?

– Mnie?

– Czy chcesz stanąć na ich czele?

– Tak, jeżeli kraj tego potrzebuje.

– Dowódzco Fedorze, nie jesteś już wygnańcem.

– Dziękuję Waszej Wysokości, ale czy mogę przywodzić tym, którzy nimi być nie przestali?

– I oni są wolnymi.

Było to ułaskawienie wszystkich jego towarzyszów wygnania, teraz towarzyszów broni!

Wasili F* niezmiernie wzruszony opuścił pałac.

Po jego wyjściu głównodowodzący przemówił:

– Potrzebujemy bohaterów na obronę stolicy Syberyi i oto właśnie stworzyłem takich bohaterów.

W istocie, ułaskawienie to było zarazem czynem łaski i donośnej polityki w obecnych okolicznościach.

Była już noc. Z okien pałacu widać było ogniska obozu tatarskiego, błyszczące aż po za Angarę. Kra wciąż płynęła, odłamy lodów zatrzymywały się przy słupach dawnego mostu. Nie ulegało wątpliwości że naczelnik kupców prawdę powiedział, Angara zamarznąć nie mogła. Tak więc z tej strony nie groziło niebezpieczeństwo.

Dziesiąta godzina wybiła. Głównodowodzący już zamierzał pożegnać oficerów udając się do swych apartamentów, kiedy pewną wrzawę usłyszano za pałacem.

Prawie natychmiast drzwi od salonu otwarły się i adjutant przystąpił do głównodowodzącego.

– Kuryer od cesarza!



Rozdział XIII

Kuryer Cesarski.

Wszyscy członkowie rady jednomyślnie ku drzwiom się zwrócili, ruchem pełnym powątpiewania i niepokoju.

Głównodowodzący zaś żywo powiedział:

– Wprowadź tego kuryera!

'Michael Strogoff' by Jules Férat 84

Wszedł mężczyzna. Zdawał się upadać ze z nużenia. Odziany był w opończę syberyjską zużytą, podziurawioną kulami. Blizna niezagojona jeszcze twarz mu przedzielała. Człowiek ten długą i uciążliwą musiał odbyć pielgrzymkę. Podarte obuwie kazało się domyślać, że pewną część podróży musiał odbyć piechotą.

– Głównodowodzący? zapytał wchodząc.

Głównodowodzący podszedł ku niemu.

– Czy jesteś kuryerem? zapytał.

– Tak.

– I przybywasz…?

– Z Moskwy.

– Wyjechałeś ztamtąd…?

– Dnia 15 Lipca.

– Nazywasz się…?

– Michał Strogoff.

Był to Iwan O*. Przywłaszczył on sobie nazwisko i tytuł tego, którego pozbawił wszelkiego wpływu. Nie był on nikomu znanym w Irkutsku; głównodowodzący nie znał go także, wreszcie dowodami mógł poprzeć tożsamość swojej osoby. Przybywał więc zdradą dokonać swojej zemsty.

Głównodowodzący dał znak, aby ich pozostawiono samych.

Przez kilka chwil wpatrywał się uważnie wy twarz mniemanego kuryera.

– Czy piętnastego Lipca byłeś wy Moskwie?

– Byłem.

– Masz list?

– Oto jest.

I Iwan O* list na mikroskopijną karteczkę złożony podał głównodowodzącemu.

– Czy list ten w takim stanie ci oddano?

– Nie, ale musiałem zedrzeć kopertę aby tem łatwiej ukryć go przed żołnierzami emira.

– Czy byłeś jeńcem tatarów?

– Tak, przez dni kilka i ztąd właśnie moje opóźnienie. Opuściłem Moskwę piętnastego Lipca, przybyłem zaś do Irkutska dopiero drugiego Października, po siedmdziesięciu dniach podróży.

Głównodowodzący rozwinął list i poznał podpis cesarski. Tak więc nie było już żadnej wątpliwości, co do tożsamości listu i osoby kuryera. Nieprzyjemne wrażenie obudzone dziką fizyognomią posła, w miarę czytania listu, niknęło z twarzy głównodowodzącego. Czytał bardzo uważnie i po chwili zapytał:

– Michale Strogoff czy znasz treść tego listu?

– Tak jest. Mogłem być zmuszonym zniszczyć go, aby nie wpadł w ręce tatarów, a chciałem odnieść chociaż treść jego Waszej Wysokości.

– Czy wiesz że list ten nakazuje nam raczej zginąć aniżeli podać się?

– Wiem o tem.

– Wiesz, że wskazuje on także pochód wojsk przeznaczonych do powstrzymania najeźdzców?

– Tak, ale pochód ten nie udał się.

– Co przez to rozumiesz?

– Że w Iszymie, Omsku, Tomsku i innych mniej ważnych miastach byli tatarzy i zajęli je swojemi wojskami.

– Więc tam była potyczka? Czy nasi kozacy spotkali tatarów?

– I to kilkakrotnie.

– I odparli ich?

– Nie mieli sił dostatecznych.

– I gdzie zaszły te spotkania?

– W Koływaniu, w Tomsku…

Dotąd Iwan O* czystą prawdę powiedział, a uczynił to w celu zachwiania odwagi obrońców Irkutska, przesadzając odniesione przez tatarów korzyści, dodał więc:

– I trzeci raz pod Krasnojarskiem.

– A to ostatnie spotkanie?… zapytał głównodowodzący z zaciśniętemi zębami.

– To już nie była prosta utarczka, ale kompletna bitwa.

– Bitwa?

– Tak jest, dwadzieścia tysięcy rossyan przybyłych z granicy gubernii Tobolskiej, stoczyło bitwę ze stu pięćdziesięciu tysiącami tatarów i pomimo całej odwagi zostali pokonani.

– Kłamiesz! krzyknął głównodowodzący, nie będąc już panem swego gniewu.

– Powiedziałem prawdę, odparł Iwan O*. Uczestniczyłem w tej bitwie i tam wzięto mię do niewoli!

Głównodowodzący zapanował nad sobą, i skinieniem dał poznać iż nie wątpi już o prawdzie słów mniemanego kuryera.

– Którego dnia stoczono bitwę pod Krasnojarskiem?

Dnia drugiego Września.

– A teraz cała armia tatarska skoncentrowała się pod Irkutskiem?

– Tak jest.

– I liczba ich dochodzi?

– Do czterech kroć stu tysięcy.

Tutaj Iwan O* znów liczbę przesadził, w tymże samym co poprzednio celu.

– I ja żadnych posiłków spodziewać się nie powinienem?

– Pod koniec zimy żadnych.

– A teraz Michale Strogoff słuchaj tego co ci powiem. Gdybym nie doczekał się żadnych posiłków, gdyby armia tatarska nie czterykroć, a sześćkroć sto tysięcy ludzi liczyła, nie oddam Irkutska!

Złośliwy wyraz mignął w oczach Iwana O*. Głównodowodzący nie spodziewał się zdrady.

Przez kwadrans głuche panowało milczenie – potem głównodowodzący przemówił:

– Wiesz także Michale Strogoff, iż w liście tym jest wzmianka o zdrajcy, którego strzedz się powinienem?

– Wiem.

– Będzie on usiłował niewątpliwie dostać się do Irkutska i zjednać sobie moje zaufanie, aby w danej chwili mógł oddać miasto w ręce tatarów.

– Wiem o tem wszystkiem i wiem także że Iwan O* poprzysiągł osobiście pomścić się nad Waszą Wysokością.

– Za co?

– Mówił, iż Wasza Wysokość przyczyni! się do zdegradowania go.

– Tak… przypominam sobie… Ale ten nędznik zasłużył na tę karę.

– Wasza Wysokość otrzymał w liście ostrzeżenie o zamiarach Iwana O*.

– Tak… piszą mi o tem…

I mnie polecono unikać tego zdrajcy.

– Czy spotkałeś go?

– Tak jest, w czasie bitwy pod Krasnojarskiem. Gdyby się był domyślił iż jestem w posiadaniu listu odkrywającego jego zamiary, nie byłby mię puścił z życiem.

– Tak, masz słuszność, byłbyś zgubionym! Jakim sposobem zdołałeś umknąć?

– Rzuciłem się w nurty Irtysza.

– A dostałeś się do Irkutska?…

– Dzięki oddziałowi który zrobił wycieczkę dla odparcia oddziału tatarów. Przyłączyłem się do obrońców miasta, dałem się poznać i natychmiast wprowadzono mię do Waszej Wysokości.

– Zadowolony jestem z ciebie Michale Strogoff. Dałeś dowody odwagi i gorliwości w spełnieniu trudnego twego poselstwa. Nie zapomnę tego. Może żądasz jakiej łaski?

– Pragnę tylko walczyć obok Waszej Wysokości, odparł Iwan O*.

– Dobrze. Od tej chwili należysz do mego dworu i mieszkać będziesz w tym pałacu.

– A jeżeli Iwan O* stosownie do planów przedstawi się Waszej Wysokości pod zmyślonem nazwiskiem?

– Za twojem pośrednictwem, ponieważ znasz go, potrafimy zedrzeć z niego maskę i zginie pod knutami. Idź!

Iwan O* oddał głównodowodzącemu wojskowy ukłon, pamiętając iż jest kapitanem oddziału kuryerów cesarskich i oddalił się. Tak więc Iwan O* z powodzeniem odegrał swoją rolę. Zyskał pełne zaufanie głównodowodzącego. W każdej okoliczności będzie mógł z tego korzystać. Zamieszka w jednym z nim pałacu. Będzie wtajemniczonym we wszystkie zamiary wojenne. W Irkutsku nikt go nie znał, nikt więc nie mógł zdemaskować. Postanowił więc natychmiast przystąpić do dzieła.

Nie było czasu do stracenia. Miasto musiało być zdobyte przed przybyciem wojsk rossyjskich. Trudniej będzie wyparować z miasta aniżeli odeprzeć tatarów. W każdym razie pozostawią oni miasto zrujnowane i Iwan O* będzie mógł dokonać swej zemsty.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 85

Zaraz nazajutrz Iwan O* jako kuryer zwiedził oszańcowanie miasta. Żołnierze, oficerowie i obywatele witali go uprzejmie. Był on niejako węzłem łączącym ich z cesarstwem. Iwan O* opisywał swoje przygody. Potem zręcznie, nie kładąc zbytecznego nacisku, zwracał uwagę na ważność obecnego położenia, opowiadając z przesadą o powodzeniu tatarów, o znacznej ich sile, tak jak to opowiadał głównodowodzącemu. Wnosząc z jego mowy, wszelkie spodziewane posiłki okażą się niedostatecznemi i lękać się należało, aby bitwa pod murami Irkutska nie okazała się tak zgubną jak pod Koływaniem, Tomskiem i Krasnojarskiem.

Iwan O* na pozór nie rozsiewał tych wiadomości, mówił tylko pod naciskiem i na pytania prawie pod przymusem odpowiadał, zaszczepiając zwątpienie w umysłach mieszkańców Irkutska. Często zaś powtarzał iż należało bronić się do ostatka i raczej zginąć niż oddać miasto tatarom!

Gdyby załoga miasta mniejszym była przejęta patryotyzmem, Iwan O* niewątpliwie dopiąłby swego celu, ale tutaj nikt ani pomyślał nawet o kapitulowaniu. Pogarda rossyan dla hord barbarzyńskich granic nie miała.

Bądź co bądź nikt nie podejrzywał Iwana O*, nikt nie mógł odgadnąć że mniemany kuryer jest zdrajcą.

W skutek naturalnej zupełnie okoliczności, zawiązały się bliższe stosunki między Iwanem O* a Wasilim F*.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 83

Wiemy jaki niepokój dręczył ojca Nadi. Jeżeli córka jego wyjechała z Rygi – co się z nią stało? Czy jeszcze teraz usiłowała przedostać się do ojca, czy też od dawna została już pojmaną? Wasili F* wtedy tylko doznawał niejakiej ulgi, kiedy się bił z tatarami.

Skoro Wasili F* dowiedział się o niespodziewanem przybyciu kuryera, miał jak gdyby przeczucie, iż od niego dowie się czegoś o swej córce. Prawdopodobnie zwodnicza to była nadzieja, ale on w nią uwierzył. Czyż kuryer ten nie był jeńcem; a Nadia czy prawdopodobnie także nie była w niewoli?

Wasili F* udał się do Iwana O*, a tak ten skorzystał z okoliczności, aby stosunki że uczynić codziennemi. Zdrajca myślał o wyzyskaniu tej znajomości. Czyż mógł myślić że rossyanin, wygnaniec nawet, mógł: się stać zdrajcą?

Bądź jak bądź Iwan O* z udaną uprzejmością odpowiadał na pytania ojca Nadi, kiedy ten zaraz nazajutrz przybył doń do pałacu gubernatora. Tam opowiadał Iwanowi O* w jakich okolicznościach córka jego opuściła Rossyę europejską, tudzież swoje obawy.

Iwan O* nie znał Nadi, chociaż widział ją na stacyi w Iszymie. Ale mało zwracał na nią uwagi, tak jak i na dwóch dziennikarzy, będących wówczas na poczcie. Nie mógł więc nic powiedzieć o Nadi.

– W jakiej mniej więcej epoce, córka wasza opuściła terytoryum rossyjskie?

– Prawie równocześnie z wami.

– Ja wyjechałem z Moskwy piętnastego Lipca.

– Nadia około tego czasu wyruszyła w podróż. Wiem o tem z jej listu.

– Więc była w Moskwie piętnastego Lipca?

– Tak, niewątpliwie.

– A więc!… odparł Iwan O*, potem zawahał się.

– Ale nie, mylę się… Mieszam daty… dodał. Na nieszczęście córka wasza prawdopodobnie zdołała przebyć granicę, możecie mieć jedynie nadzieję, iż dowiedziawszy się o najściu tatarskiem, zatrzymała się!

Wasili F* potrząsnął głową. Wiedział on dobrze iż Nadi nic powstrzymać nie zdołało.

Iwan O* bez żadnej potrzeby spełnił czyn prawdziwie okrutny. Jedno słowo było dostatecznem dla uspokojenia Wasiła F*, a on tego słowa nie powiedział. Chociaż Nadi udało się przebyć granicę w skutek znanych nam okoliczności, Wasili F* porównawszy datę dnia kiedy jego córka mogła być w Niżnym-Nowgorodzie, z datą ukazu wzbraniającego wydalenia się z kraju, byłby niewątpliwie wyprowadził wniosek, że Nadi nie groziło żadne niebezpieczeństwo z powodu najścia tatarów, bo z przyczyny od niej niezależnej, musiała pozostać na terytoryum Rossyi europejskiej.

Iwan O* zdziczały o tyle, że nie mogły go już wzruszyć cierpienia drugich, mógł uspokoić ojca, a jednak nie uczynił tego.

Wasili F* oddalił się z rozdartem boleścią sercem.

Następnych dwóch dni: trzeciego i czwartego Października, głównodowodzący przyzywał kilkakrotnie mniemanego Michała Strogoff, żądając rozmaitych od niego objaśnień. Iwan O* przygotowany na wszystko, odpowiadał bez wahania, starając się przedstawić rzeczy w stanie najopłakańszym.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 86

Iwan O* pozostawiony swobodnie, badał Irkutsk, jego fortyfikacye, słabe punkta, aby z nich w danym razie skorzystać, gdyby zdrada zawieść go miała. Port Bolszaja z wyjątkową oglądał uwagą.

Po dwakroć w ciągu wieczora podchodził do bramy miasta. Przechadzał się swobodnie, nie lękając się kul tatarskich, wiedział że jest poznanym. Spostrzegł cień czołgający się w tem obwarowaniu.

Sangarra z narażeniem własnego życia chciała się z nim porozumieć. Oblężonych tatarzy przez całe dwa dni pozostawili w zupełnym spokoju. Uczynili to na rozkaz Iwana O*. Pułkownik emira chciał aby zawieszono usiłowania zdobycia miasta szturmem. To też od chwili jego przybycia do Irkutska artylerya milczała. Spodziewał się iż to osłabi czujność. Dopiero na hasło dane przez Iwana O*, tatarzy mieli czynnie wystąpić.

Musiało to niebawem nastąpić zanim wojska rossyjskie zbliżą się do Irkutska. Iwan O* powziął już stanowcze postanowienie i tego samego jeszcze wieczora Sangarra odebrała z rąk jego karteczkę.

Na dzień następny to jest na szóstego Października, oznaczonym był termin wkroczenia tatarów do Irkutska.



Rozdział XIV

Noc z piątego na szósty Października.

Plan Iwana O* starannie był obmyślany; jedynie jakaś nieprawdopodobna okoliczność mogła go zniweczyć. Najważniejszem było, aby brama Bolszaja była wolną w danej chwili. Koniecznością było uwagę oblężonych skierować ku innemu punktowi. Dla osiągnięcia tego celu porozumiał się z emirem.

Układ polegał na tem, aby wojska tatarskie od strony przedmieścia Irkutska, z prawego brzegu rzeki pozorny szturm przypuściły, udając jednocześnie usiłowania przedostania się przez Angarę. Tak więc prawdopodobnie, w celu obronienia punktów zagrożonych, brama Bolszaja będzie mniej strzeżoną.

Działo się to dnia piątego Października. Przed upływem dwudziestu czterech godzin miasto miało być w rękach emira, głównodowodzący w rękach Iwana O*.

W ciągu dnia niezwykły, ruch objawiał się w obozie tatarów. Z okien pałacowych i budynków prawego wybrzeża, widoczne były przygotowania na brzegu przeciwnym. Liczne oddziały tatarskie przybywały łącząc się z armią emira. W taki to sposób z całą ostentacyą przygotowywał się szturm pozorny.

Iwan O* nie ukrywał przed głównodowodzącym, iż należało spodziewać się napadu. Mówił on jakoby miał słyszyć że oblężenie rozpoczną w górze i dole miasta i dla tego to radził wzmocnienie dwóch tych punktów bezpośrednio zagrożonych.

Czynione w obozie przeciwników przygotowania, silnie popierały domysły Iwana O*. To też zwołano radę wojenną i uchwalono skoncentrowanie wszystkich sił na obronę prawego wybrzeża Angary i zagrożonych punktów stolicy.

Tego właśnie pragnął Iwan O*. Nie wątpił on iż przy bramie Bolszaja zostanie pewna część obrońców, ale wiedział także iż obrona słabą będzie. Wreszcie zamierzał on pozornemu szturmowi nadać takie rozmiary, iż głównodowodzący zmuszonym będzie wszystkie siły swoje tam powołać.

W istocie zdarzenie niewypowiedzianie ważne, pomysłu Iwana O*, przeważnie dopomódz miało planowi jego. Nawet gdyby Irkutsk nie był z dwóch krańców miasta zagrożonym, wypadek ten sprawiłby skierowanie wszystkich sił rossyjskich ku punktowi przez niego wskazanemu, a tym sposobem je oddalił od bramy Bolszaja. Zamierzał on straszną wywołać katastrofę.

Tak więc było wszelkie prawdopodobieństwo, iż w danej chwili brama będzie zupełnie wolną, a tatarzy ukryci w lesie swobodnie wejdą do miasta.

Tego dnia załoga i mieszkańcy Irkutska wciąż byli w pogotowiu. Przedsięwzięto i zachowano wszelkie ostrożności. Głównodowodzący w towarzystwie generała W* oglądał zwiększone posterunki. Oddział dowodzony przez Wasila F* stał na północy, mając rozkaz niesienia pomocy w więcej zagrożone punkta. Na prawym brzegu Angary postawiono kilka armat stanowiących całą artyleryę.

Przy tego rodzaju ostrożnościach nie powątpiewano o odparciu wroga. Ten prawdopodobnie zniechęcony porażką zawiesi na kilka dni działania wojenne, tymczasem wojska cesarskie nadciągną z przyrzeczoną, a tak gorąco oczekiwaną pomocą. Ocalenie lub zguba Irkutska wisiała na włosku.

Słońce weszło tego dnia o godzinie szóstej minut dwadzieścia, zachodziło o piątej minut czterdzieści. Zmierzch miał potrwać dwie godziny jeszcze. Wreszcie nastąpiła pochmurna noc.

Ciemność ta sprzyjała zamiarom Iwana O*.

Trwające już od kilku dni ostre zimno wskazywało nadejście zimy syberyjskiej, a tego dnia zimniej jeszcze było. Żołnierze zajmujący prawe wybrzeże Angary dla ukrycia swej obecności nie rozpalali ognisk, dotkliwie czuli więc opadającą temperaturę. W oddaleniu kilku stóp płynęły lodowiska. Okoliczność tę głównodowodzący i sztab jego uważali za bardzo pomyślną, bo od tej strony wykroczenie tatarów było niepodobnem, łódź ani tratwa nie przepłynie, ciężaru pieszych kolumn lodowiska nic wytrzymają.

Zadowolenie oblężonych obojętnem było dla Iwana O*, gdyż wiedział on iż tylko pozorny szturm tatarzy od tej strony przypuścić mogą.

Nagle łożysko rzeki inną przybrało postać. Iwana O* cieszyć powinna była taka zmiana, lecz wiedząc iż tatarzy od tej strony szturmu nie przypuszczą, była mu ona obojętną. Około godziny dziesiątej koryto prawie zupełnie oczyściło się z lodowisk – zawały zniknęły, gdzie niegdzie zaledwo spostrzeżono kawał lodu.

Oficerowie rossyjscy spostrzegłszy tę zmianę, uwiadomili o niej natychmiast głównodowodzącego. Domyślano się iż powstała zawala, tworząca zaporę ku dalszemu przepływaniu lodów.

Jak wiemy przypuszczenie było prawdziwem.

Tak więc przejście przez Angarę stawało się wolnem, ztąd potrzeba baczniejszego czuwania.

O północy spokój był jeszcze zupełny. Przy bramie Bolszaja żadnego ruchu, żadnego ogniska.

W obozie za Angarą za to ciągła zmiana świateł, wskazywała ruch nieustanny.

W odległości wiorsty słychać było gwar świadczący o czuwaniu tatarów oczekujących sygnału. Tak upłynęła jeszcze godzina.

O drugiej po północy nic nie wskazywało jeszcze nieprzyjaznych zamiarów wroga.

Dowódzcy miasta już przypuszczać zaczynali iż zaalarmowali się daremnie. Noc dzisiejsza spokojniejszą była od wczorajszej, gdyż ani jeden kartacz, ani jedna raca nie została skierowana na miasto.

Głównodowodzący czuwał dla wydawania rozkazów w miarę okoliczności.

Wiadomo już że Iwan O* mieszkał w pałacu. Pokój jego był obszerny z widokiem na taras. Głęboka panowała tam teraz ciemność.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 87

Iwan O* stał przy oknie czekając stosownej chwili do rozpoczęcia działania. Sygnał on sam miał wydać. Skoro dokona tego i większa część mieszkańców pobiegnie bronić jawnie zagrożonych punktów, on opuści pałac dla spełnienia zadania swego. Teraz czekał jak jastrząb gotów rzucić się na swoją ofiarę.

Na kilka minut przed drugą, głównodowodzący przyzwał do siebie Michała Strogoff – pod tem mianem tylko znał Iwana O*. Adjutant poszedł po niego, drzwi zastał zamknięte. Zawołał nań…

Iwan O* niewidzialny w ciemności stał wciąż przy oknie. Na wezwanie nie odpowiedział.

Zawiadomiono głównodowodzącego że kuryer nie znajdował się w pałacu.

Nareszcie wybiła druga. Nadeszła chwila działania.

Iwan O* przez okno dostał się na taras.

U stóp jego płynęła Angara.

Iwan O* wydostał z kieszeni lont, zapalił trochę kłaków nasyconych prochem i rzucił w rzekę…

Gdyż z rozkazu Iwana O* rozprowadzono olej mineralny na powierzchni Angary.

Na prawym brzegu Angary eksploatowano źródła nafty, za ich pośrednictwem zamierzał on wprowadzić pożogę do miasta, opanował więc olbrzymie rezerwoary przechowujące płyn palny. Obalił tylko mur a nafta potokiem rozlała się na powierzchnię rzeki.

Dokonano tego przed kilku godzinami i właśnie z tej przyczyny prawdziwy kuryer cesarski, Nadia i ich towarzysze płynęli po pokładzie oleju mineralnego. Przez wyłomy rezerwoarów miliony metrów kubicznych nafty lały się strumieniem.

Oto jak Iwan O* pojmował wojnę! Sprzymierzeniec tatarów, działał jak prawdziwy tatar!

Kłaki zapalone rzucił na Angarę. Natychmiast rzeka cała buchnęła płomieniem. Ogniste płomyki snuły się po całej powierzchni. Kilka pozostałych odłamów lodu jak wosk się roztapiało, tryskając z syczeniem w wodę.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 88

Jednocześnie ozwały się strzały od południa i północy miasta. Kilka tysięcy tatarów rzuciło się na Irkutsk. Domy drewniane płonęły rozniecając wokoło światło.

– Nakoniec! szepnął Iwan 0*.

I mógł sobie przyklasnąć. Projekt jego był straszny. Obrońcom Irkutska jednocześnie groził ogień i tatarzy. Bito we wszystkie dzwony, a ludność cała spieszyła na obronę miasta i palących się domostw.

Brama Bolszaja była prawie wolną. Zaledwo kilku było przy niej obrońców. Z natchnienia zdrajcy, obrońcy ci zostali wybrani z pomiędzy wygnańców, aby cały ciężar winy mógł być na nich złożonym w przyszłości.

Iwan O* wrócił do pokoju jasno oświetlonego płomieniami Angary, przewyższającemi balustradę tarasu. Potem zamierzał wyjść.

Ale zaledwo otworzył drzwi, do pokoju wbiegła kobieta w zamoczonem ubraniu, z włosami w nieładzie.

– Sangarra! krzyknął Iwan O* zadziwiony, nie przypuszczając aby inna kobieta wedrzeć się tutaj zdołała.

Nie była to jednak Sangarra, była to Nadia.

W chwili kiedy płynąc na lodzie, dziewica zobaczywszy płomienie Angarry przeraźliwie krzyknęła, Michał chwycił ją w ramiona i rzucił się z nią pod wodę, tam szukając ochrony przeciwko płomieniom. Wiemy iż podówczas byli oni zaledwo o trzydzieści sążni oddaleni od wybrzeża.

Płynąc pod wodą Michał Strogoff i Nadia dopłynęli nakoniec do upragnionego celu – Michał Strogoff był w Irkutsku.

– Do pałacu gubernatora! powiedział.

Po dziesięciu minutach byli już przed pałacem.

Michał Strogoff i Nadia dostali się tam bez trudności – pożar zajmował uwagę wszystkich.

Tłumy oficerów i żołnierzy przybyłych po rozkazy głównodowodzącego, zapełniały dolną salę. Tam w ścisku Michał i Nadia zostali rozdzieleni.

Nadia biegała zrozpaczona, wołając towarzysza i żądając widzieć dowódzcę.

Nagle otwarły się przed nią drzwi pokoju. Wbiegła tam i znalazła się twarz w twarz z tym którego widziała w Tomsku, z tym który za chwilę miał oddać miasto wrogom.

– Iwan O*! krzyknęła.

Słysząc swoje nazwisko zadrżał ten nędznik. Plan jego mógł być zniweczonym. Pozostawało mu tylko zabić tę, która znała prawdziwe jego miano.

Iwan O* rzucił się na Nadię; ale dziewica z nożem w ręku przyskoczyła do ściany gotowa bronić życia swego.

– Iwan O*! krzyknęła powtórnie, wiedząc iż nazwisko to sprowadzi jej obrońców.

Upojony wściekłością Iwan O* wyrwał sztylet z za pasa, rzucił się na Nadię odtrącając ją w drugi kąt pokoju.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 89

Sądziła się zgubioną, kiedy nagle zdrajcę pochwycono, podniesiono w górę i rzucono o ziemię.

– Michale! zawołała Nadia.

W istocie był to Michał.

Usłyszał on wołanie Nadi. Idąc w kierunku głosu, wbiegł do pokoju Iwana O*.

– Nie lękaj się Nadiu, powiedział stając między nią a nikczemnym zdrajcą.

– Ah! strzeż się bracie!… On uzbrojony!… On widzi, a ty!…

Iwan O* powstał, sądząc iż łatwa będzie sprawa ze ślepym. Ale jedną ręką ślepy pochwycił ramię widzącego i powtórnie rzucił o ziemię.

Iwan O* blady z wściekłości i wstydu, przypomniał sobie szpadę. Wyrwał ją z pochwy, powrócił do boju.

On także poznał Michała Strogoff! ślepy! on jednego ślepego znał tylko!

Nadia przerażona tak nierówną walką wołała pomocy.

– Zamknij drzwi Nadiu i nie wołaj nikogo, powiedział Michał Strogoff. Kuryer cesarski niczego nie może się dzisiaj obawiać od tego nędznika! Niech przyjdzie jeśli śmie! czekam nań!

Tymczasem Iwan O* nie przemawiał ani słowa. Rad byłby szelest swoich kroków, oddech swój zatrzymać, aby go Michał Strogoff nie posłyszał. Chciał uderzyć zanimby ten przeczul zbliżenie jego. Zdrajca nie myślał o walce, on myślał o zamordowaniu tego, którego już oślepił.

Nadia przerażona lecz pełna ufności, spoglądała na scenę tę z uwielbieniem prawdziwem. Zdawało się że spokój Michała i na nią spłynął jednocześnie. Uzbrojenie kuryera składał jedynie nóż syberyjski, wprawdzie nie widział szpady wroga, ale jakimże cudem tak zręcznie jej unikał?

Iwan O* z niepokojem śledził ruchy przeciwnika. Ten nadludzki spokój przerażał go. Napróżno wmawiał w siebie, iż w tak nierównej walce on musi zostać zwycięzcą! Nieruchoma postać niewidomego mroziła go. Wzrokiem szukał miejsca gdzie ugodzić ofiarę… Już je znalazł!… Cóż go jeszcze powstrzymywało?…

Nakoniec skoczył wymierzywszy szpadę w same piersi Michała.

Ten, zadany cios odbił nożem, nie odniósł nawet rany i z zimną krwią czekał powtórnej napaści.

Zimny pot wystąpił na czoło Iwana O*. Cofnął się i znów wymierzył, ale powtórny cios zarówno jak pierwszy został odbity. Nóż potrafił unicestwić działanie szpady nikczemnika.

Ten, rozszalały wściekłością, przerażony nieruchomością żywego tego posągu, bacznie wpatrywał się w oczy niewidomego, zdające się spoglądać w głębinę duszy jego i obezwładniając go.

Iwan O* krzyknął, zrozumiał wszystko.

– On widzi, zawołał, on widzi!…

I jak przerażony jastrząb cofnął się w głąb pokoju.

Wtedy posąg ożywił się, niewidomy stanął naprzeciw łotra

– Tak, widzę! przemówił. Widzę tę szramę którą nosisz po moim knucie, ja cię nią napiętnowałem jako zdrajcę i nikczemnika. Widzę miejsce gdzie zamierzam cios wymierzyć! Broń się! To ma być pojedynek! Mój nóż potrafi odeprzeć twoją szpadę!

– On widzi! mówiła Nadia. Boże miłosierny, czyż to podobna!

Iwan O* czuł się zgubionym. Wysileniem woli odzyskał jednakże odwagę, rzucił się na przeciwnika. Starły się miecze; nóż syberyjski wytrącił szpadę zdrajcy, który ugodzony w serce padł nieżywy.

W tej samej chwili drzwi się otworzyły. Głównodowodzący w towarzystwie kilku oficerów ukazał się na progu. Głównodowodzący postąpił kilka kroków. Poznał zwłoki tego którego dotąd poczytywał za kuryera cesarskiego i głosem groźnym zapytał:

'Michael Strogoff' by Jules Férat 90

– Kto zabił tego człowieka?

– Ja, Michał Strogoff odpowiedział.

Jeden z oficerów zmierzył go rewolwerem, gotów dać ognia.

– Jak się nazywasz? zapytał głównodowodzący.

– Niech Wasza Wysokość raczej zapyta o nazwisko zabitego tu zdrajcy!

– Wszak ja znam tego człowieka To kuryer cesarski!

– Nie, ten człowiek nie jest kuryerem cesarskim! To Iwan O*!

– Iwan O*! wykrzyknął głównodowodzący.

– Tak, Iwan zdrajca!

– Któż więc ty jesteś?

– Ja jestem Michał Strogoff!



Rozdział XV

Epilog.

Michał Strogoff nie był nigdy ślepym. W skutek najzwyczajniejszego fenomenu tak moralnego jak i fizycznego, zgubna działalność rozpalonego ostrza została zneutralizowaną.

Przypominamy sobie, że w chwili wykonania wyroku Marfa Strogoff wyciągała ręce do syna. Michał spoglądał na nią wzrokiem syna widzącego po raz ostatni. Łzy tłumione dumą zgromadziły się pod powieką, a ulatując w gorącu, wzrok mu ocaliły. Pokład pary utworzony z łez unicestwiał działanie gorąca.

Michał pojmował całą doniosłość niebezpieczeństwa gdyby jego tajemnicę odkryto. Czuł wynikające z tego korzyści w spełnieniu swego posłannictwa. Tak więc powinien był pozostać niewidomym dla wszystkich, dla Nadi nawet, nie zdradzić się słowem, nie zdradzić gestem żadnym. Gotów był narazić życie swoje nawet dla przekonania o swojej ślepocie.

Jedynie matka jego wiedziała prawdę, na placu w Tomsku powiedział jej to do ucha, kiedy nachylony okrywał ją pocałunkami.

Nie potrzebuje wyjaśnienia, że kiedy Iwan O* z okrutną ironią kazał mu czytać list sądząc go niewidomym, Michał przeczytał go, dowiedział się o zamiarach zdrajcy. Ztąd też energicznie posuwał się naprzód w podróży. Ztąd tak gorące pragnienie dobicia do Irkutska. Wiedział że miasto miało być oddane zdradą! Że życie głównodowodzącego było zagrożone! Tak więc ocalenie w jego spoczywało ręku.

Wszystko to w kilku słowach Michał opowiedział głównodowodzącemu, dodając zarazem jaki udział Nadia przyjęła w tych wypadkach.

– Kto jest ta dziewica? zapytał głównodowodzący.

– Córka wygnańca Wasila F*, odpowiedział Michał.

– Córka dowódzcy F*, poprawił głównodowodzący, przestała już być córką wygnańca. Wygnańców niema już w Irkutsku!

Nadia mniej silna wrażeniami radości, rzuciła się do nóg głównodowodzącego, ten zaś jedną ręką ją podnosił, drugą podawał Michałowi.

W godzinę potem Nadia już była w objęciach ojca.

Michał, Nadia, Wasili F* byli nakoniec połączeni i wzajemne uczuwali szczęście.

Tatarów odparto – Wasili F* z swym oddziałem rozpędził pierwszych napastników, przy bramie Bolszaja.

Jednocześnie z odparciem najezdników oblężeni zdołali opanować pożar.

Przededniem jeszcze wojska Feofara powróciły do obozu, wielu poległych pozostawiwszy na szańcach.

W liczbie poległych znajdowała się cyganka Sangarra, która usiłowała daremnie połączyć się z Iwanem O*.

Przez dwa dni tatarzy nie dawali znaku życia. Śmierć Iwana O* zabiła ich odwagę. Człowiek ten był duszą tego najścia, zdradą i podstępem przeciągnął na swą stronę chana i wojska jego.

Jednak obrońcy Irkutska wciąż czuwali z jednaką gorliwością.

Nakoniec dnia 7-go Października wystrzał armatni zwiastował przybycie posiłków pod dowództwem generała K*.

Tatarzy nie czekali dłużej. Nie pragnęli oni wojować pod murami miasta i obóz nad Angarą natychmiast zwinęli.

Tak więc Irkutsk był oswobodzony.

Z pierwszymi żołnierzami rossyjskimi dwaj przyjaciele Michała weszli razem do miasta. Byli to nierozłączeni Blount i Jolivet. Udało im się tak jak i wszystkim towarzyszom podróży, dostać na zawałę lodów i tym sposobem uniknąć płomieni. Alcydes Jolivet zanotował w swoim dzienniku:

„O mało nie skończyłem jak cytryna w kuflu palącego się ponczu!”

Ucieszyli się niezmiernie widokiem Michała i Nadi, nadewszystko skoro się dowiedzieli że waleczny ich towarzysz nie był wcale niewidomym. Harry Blount wyprowadził ztąd taki wniosek:

„Rozpalone żelazo może być niedostatecznem dla pozbawienia wzroku!”

Następnie dwaj korespondenci zabrali się do porządkowania swoich wrażeń z podróży. Wreszcie wystali dwie zajmujące bardzo kroniki do Londynu i do Paryża, dotyczące najścia tatarów, a co szczególne to, że kroniki te nic a nic w ważnych faktach nie różniły się.

Kampania nie przyniosła żadnych korzyści emirowi i jego sprzymierzonym. Najście to okazało się bardzo zgubnem. Wkrótce zostali odcięci przez wojska rossyjskie, które odebrały kolejno wszystkie miasta zdobyte. Oprócz tego tatarów dziesiątkowały mrozy i tylko niewielka garstka tych morderczych wojowników powróciła na stepy.

Droga z Irkutska przez góry Uralskie była wolną. Głównodowodzący pragnął jak najspieszniej powrócić do Moskwy, lecz jedna uroczystość na kilka dni zatrzymała go jeszcze.

Michał zapytał Nadi w obecności jej ojca.

– Nadiu, jeszcze siostro moja, kiedy z Rygi udawałaś się do Irkutska, czy pozostawiłaś po sobie inny żal jeszcze, jak żal po stracie matki?

– Nie, odpowiedziała Nadia, niczego nie żałowałam, za niczcm nie tęskniłam.

– Więc nic z twego serca tam nie zostało?

– Nie bracie.

– Kiedy tak, to Sądzę iż Bóg skazując nas razem na tyle ciężkich doświadczeń, na tyle prób, chciał nas na całe życie połączyć.

– Ah! krzyknęła Nadia, rzucając się w objęcia Michała.

I odwracając się do Wasila F*.

– Ojcze! Szepnęła zarumieniona.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 91

– Nadiu, największą rozkosz mi sprawi nazwanie was dziećmi memi!

Ceremonia zaślubin odbyła się w kościele katedralnym w Irkutsku. Była ona skromną w szczegółach, ale świetna zgromadzeniem całej ludności tak cywilnej jak i wojskowej, pragnącej podziwiać bohaterów dnia tego i w taki sposób najwyższą swą wdzięczność okazać.

Rozumie się że Harry Blount i Alcydes Jolivet także się tam znajdowali.

– Czy to nic zachęca cię do naśladowania ich? zapytał Alcydes Jolivet towarzysza.

– Kto wie, odparł Harry Blount, gdybym miał tak jak ty kuzynkę!…

– Moja kuzynka już nie na wydaniu! odparł ze śmiechem Alcydes Jolivet.

– Tem lepiej, bo coś mówią o nieporozumieniach między Londynem a Pekinem. Czy nie miałbyś ochoty przekonać się osobiście o ile to jest prawdą?

– Ależ kochany Blount, ja właśnie to samo miałem ci zaproponować!

I dwaj nierozłączeni do Chin wyjechali.

W kilka dni po ślubie Michał i Nadia Strogoff z ojcem wyruszyli w podróż do Europy.

Droga boleści zamieniła się w drogę szczęścia za powrotem. Podróż saniami z niezmierną odbywali szybkością.

Jednak na wybrzeżu Dinki zatrzymali się dzień jeden.

Michał odnalazł grób Mikołaja i postawił krzyż – Nadia modliła się po raz ostatni przy mogile swego heroicznego przyjaciela, którego oboje mieli pamiętać na wieki.

W Omsku oczekiwała ich Marfa. Z radością przycisnęła do serca tę którą oddawna nazywała córką swoją. Dziś odważna syberyjka głośno i z dumą mogła się przyznać do syna swego.

Przepędziwszy kilka dni z matką, podróżni nasi puścili się w dalszą podróż do Europy i wraz z Wasilim F* osiedlili się w Petersburgu, od czasu do czasu wyjeżdżając tylko dla odwiedzenia matki.

Młody kuryer otrzymał w nagrodę order Ś-go Jerzego. Potem do coraz większych do chodził dostojeństw.

Nie tutaj miejsce opisywać jego powodzenie, my tylko postanowiliśmy zrobić opis ciężkich prób jego.

KONIEC.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 02

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.