FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Złoty trójkąt

Nowe przygody Arseniusza Lupin

(Le Triangle d'or)

Maurice Leblanc

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim




Le Triangle d'Or by Maurice Leblanc (1st part book cover)



CZEŚĆ I.

DESZCZ ZŁOTY ISKIER.



ROZDZIAŁ I.

MATECZKA KORALIA.

Koło godziny szóstej popołudniu, kiedy miasto zaczynało się pogrążać w mroku wieczornym — dwóch żołnierzy dążyło szybkimi krokami ku czworokątnemu skwerowi na zbiegu ulicy Chaillota i ulicy Piotra Charron.

Jeden z tych żołnierzy — miał na sobie błękitną jak niebo bluzę, drugi Senegalczyk ubrany był w mundur żuawa... Pierwszy nie miał prawej nogi — drugiemu brakło lewej ręki. Zatrzymali się oni przy grupie marmurowych Sylenów. Błękitny rzucił na ziemię płonącego papierosa. Senegalczyk podjął szybko niedopałek, pociągnął kilka razy i zgasiwszy, schował do kieszeni.

Wszystko to odbywało się bez słowa — w zupełnem milczeniu.

W tym samym prawie czasie z mroków ulicy Galhera wyłoniły się dwie inne żołnierskie postacie w umundurowaniu tak posztukowanem różnymi cywilnymi dodatkami, że trudno było określić gatunek broni, do jakiej ci dwaj ludzie należeć mogli.

W każdym razie jeden z nich miał na głowie „chechię” żuawa, a drugi „kepi” artylerzysty.

Pierwszy szedł na szczudłach, drugi o lasce.

Zatrzymali się oni przy kiosku, który wznosi się tuż chodnika w ulicy.

Z innych przecznic wysunęły się pojedynczo jeszcze trzy postacie: strzelec bez nogi, kulejący saper i kawalerzysta o skrzywionem biodrze. Każdy z nich obrał sobie jedno drzewo skweru i wsparłszy się o nie trwał bez ruchu.

Nie rozmawiali ze sobą wcale. Zdawałoby się, że żaden z tych siedmiu inwalidów nie zna swych towarzyszów i nawet nie dostrzega ich obecności.

Wybiła godzina 6-ta.

W tejże samej chwili z bramy jednego z domów wyszedł oficer w mundurze „khaki”. Bandaż owijał pod czapką jego głowę, zakrywając jego czoło. Był to mężczyzna wysoki i bardzo szczupły i tak samo jak tamci żołnierze inwalida. Albowiem prawa jego noga poniżej kolana wspierała się na drewnianem szczudle. Oficer skierował się przez ulicę Piotra Charren ku Polom Elizejskim, gdzie zatrzymał się w pobliżu wielkiego gmachu, zamienionego, jak opiewał napis nad brama na szpital wojskowy.

Oficer zajął stanowisko, umożliwiające mu kontrolę wychodzących stamtąd osób z tem jednak, aby on sam nie był przez nie widziany... Zegar na wieży wydzwonił trzy kwadranse na siódmą, potem siódma godzinę.

Pięć osób wyszło z bramy szpitala, potem jeszcze dwie, wreszcie ukazała się pielęgniarka w luźnym błękitnym płaszczu z opaską Czerwonego Krzyża na rękawie.

— Oto ona — szepnął oficer. Pielęgniarka skierowała swe kroki ku ulicy Piotra Charron i szła prosto w stronę placu Chaillota. Szła szybko — krokiem lekkim i rytmicznym. Pod luźnym nazbyt szerokim płaszczem — odgadywało się toczone kształty młodego ciała.

Oficer postępował za nią w pewnej odległości, rysując z niedbałą miną jakieś zygzaki swoją laską — tak jak to czynią spacerowicze, którym się nie spieszy.

W tej chwili nie widać było na całej tej przestrzeni nikogo prócz niej i niego.

Kiedy jednak pielęgniarka mijała avenue Marceau — automobil, który tam stał, jakby oczekując na kogoś, puścił motor w ruch i zwrócił się w tym samym kierunku, co młoda kobieta. Było to taxi — auto, w którem oprócz szofera znajdowało się dwóch mężczyzn.

Automobil, który z początku jechał bardzo powoli, zwiększał szybkość w miarę tego, jak pielęgniarka zbliżała się do skweru. Młoda kobieta szła naprzód, nie oglądając się poza siebie, widocznie łoskot motoru nie zaniepokoił jej.

W chwili kiedy znalazła się tuż przy drzewach okalających plac — auto zatrzymało się nagle. Dwaj mężczyźni wyskoczyli — jeden — przez jedne — drugi — przez drugie drzwiczki.

Krzyk przerażenia, jaki wydarł się z piersi kobiety — zlał się w jedno z przeraźliwym dźwiękiem gwizdawki, którą przyłożył do ust oficer-inwalida.

Wówczas siedmiu żołnierzy, ukrytych za drzewami wypadło z nienacka. Rzucili się oni na napastników, wprowadzających swą zdobycz — do automobilu.

Wałka była krótka, a właściwie nie było jej wcale. Szofer, widząc co się dzieje puścił maszynę w ruch i zmykał z największą możliwą szybkością. Tamci zaś dwaj zrozumiawszy, że zamiar ich udaremniono — puścili młodą kobietę a następnie rzucili się w mroki ulicy Brugnoles.

— Galop!... Ya-Bon — zakomenderował oficer, zwracając się do Senegalczyka — przyprowadź mi tu koniecznie jednego za kark!...

Sam zaś podtrzymywał kobietę drżącą całą i bliską omdlenia.

— Niech się pani nie lęka, mateczko Koralio!... To ja kapitan Belval... Patrycyusz Belval...

Wówczas ona wyjąkała:

— Ach! to pan, kapitanie...

— Tak, zebraliśmy się tutaj przyjaciele pani, dawni pacyenci ze szpitala, którymi się mateczka tak troskliwie opiekowała...

— Dziękuję... dziękuję...

I drżącym głosem zapytała:

— A tamci dwaj?...

— Uciekli. Ya-Bon ich ściga!

— Ale czego oni chcieli odemnie? I jakim cudem znaleźliście się tutaj, wszyscy, aby mi tak w porę przybyć na pomoc!

— Pomówimy o tem później, mateczko Koralio. Teraz jest pani zbyt wyczerpaną i musi pani wypocząć trochę...

Delikatnie, ująwszy ją pod ramię, poprowadził w stronę domu, z którego sam wyszedł przed godziną. Młoda kobieta nie stawiała żadnego oporu.

Cała gromadka weszła do mieszkania na parterze, gdzie zainstalowano się w wielkim salonie, oświetlonym żyrandolem elektrycznym. Na kominku płonął jasno ogień.

— Niech pani spocznie, mateczko Koralio...

Kobieta opadła na fotel — bez słowa.

— Poular — wydał rozporządzenie kapitan — biegnij do jadalni po kieliszek... Ty Ribrac, przynieś karafkę świeżej wody z kuchni... Chatalani, — w kredensie stoi butelka rumu... Nie!... nie!... mateczka Koralia nie lubi rumu... zatem...

— Zatem... — uśmiechnęła się lekko — proszę tylko o szklankę czystej wody...

Policzki młodej kobiety odzyskiwały powoli zwykłą swoją barwę... Do pobladłych warg napływała krew.

Twarz młodej kobiety pełna wdzięku i słodyczy, miała szlachetny, czysty owal i rysy niezwykłej delikatności. Duże jasne oczy patrzyły w świat spojrzeniem dziecka... A jednak w tej twarzy łagodnej i delikatnej było coś, co wskazywało, że subtelna ta istota ma duży zasób energii i silna wolę.

— Cóż, lepiej pani? — zapytał kapitan, kiedy „mateczka" Koralia wychyliła szklankę zimnej wody.

— O wiele lepiej.

— No, to cudownie!... Aleśmy przeżyli gorącą chwilę!... Co za niezwykła historya!... Trzeba to będzie wszystko wyjaśnić — prawda? Oho!... Ya-Bon powraca!... Ciekawym czy...

Kobieta zerwała się narówne nogi.

— Sądzi pan, kapitanie, że dogonił jednego z tych ludzi?

— Ależ pewny tego jestem... Powiedziałem przecież, żeby mi sprowadził jednego z tych hultajów za kark, a Ya-Bon zwykł wykonywać moje rozkazy...

Wszyscy zwrócili się w stronę westybulu. Senegalczyk szedł już po schodach w górę. Prawą swoją żylastą dłonią trzymał za kark jakiegoś mężczyznę, niosąc go tak, jakby to nie był żywy człowiek, ale pajac z drzewa lub gutaperki.

Kapitan rzekł krótko:

— Puść go...

Ya-Bon rozsunął palce. Jeniec upadł bezwładnie jak kloc na kamienną posadzkę westybulu.

— Oto czego się lękałem — mruknął kapitan Belval — Ya-Bon ma tylko jedną rękę, ale jeżeli tą swoją jedyną ręką — chwyci kogoś za gardło, to cudem chyba nie udusi... Niemcy mogliby coś o tem powiedzieć...

Oficer nachylił się nad zemdlonym, a potem zwracając się do pielęgniarki zapytał:

— Pani zna tego człowieka?

— Nie...

— Napewno? nie widziała pani nigdy tej twarzy.

Była to wielka tłusta twarz o nizkiem czole pod czarnemi, wypomadowanymi włosami... Nad grubemi zmysłowemi wargami — siwiejące wąsy. Granatowe ubranie było nowe, modne i dobrze skrojone.

— Nigdy... nigdy wżyciu...

Kapitan przetrząsnął kieszenie nieznajomego. Nie znalazł w nich najmniejszego nawet świstka papieru.

— No, to poczekamy, aż przyjdzie do siebie i wtedy zaczniemy indagacyę.

— Ya-Bon, zwiąż mu ręce i nogi i pozostań tutaj przy nim na straży... A wy chłopcy, możecie już odejść... Czas, byście powrócili już do Domu rekonwalescentów... Pożegnajcie mateczkę Koralię i zmykajcie.

— Dobranoc, mateczko!... — zawołali żołnierze chórem.

— Dowidzenia... Dziękuję wam... dziękuję serdecznie...

Kiedy tamci odeszli — Patrycyusz Belval siadł na nizkim taboretku — prawie u nóg młodej kobiety i zaczął:

— A teraz porozmawiamy, mateczko Koralio... Więc przedewszystkiem parę słów wyjaśnienia... Będę się streszczał...

Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli, poczem ciągnął dalej:

— Jak pani wie, mateczko Koralio, osiem dni temu — wypuszczono mnie ze szpitala, pozwalając mieszkać prywatnie... Przez cały ten czas spaceruję sobie, jadam o ile mogę najczęściej i odwiedzam dawnych przyjaciół... Właśnie dzisiaj przed południem czekałem w kawiarni na jednego z moich dobrych znajomych... Paliłem sobie papierosy i rozmyślałem o różnych rzeczach, kiedy nagle o uszy moje obiły mi się słowa, która zwróciły moją uwagę... Trzeba pani przytem wiedzieć, że sala ta jest przedzielona drewnianą ścianką na dwie połowy... Jedna połowa przeznaczona jest dla gości kawiarnianych — druga stanowi bar... Tamci dwaj widocznie sądzili, że są sami i mówili tak głośno, że mogłem pochwycić kilka zdań, które sobie nawet zanotowałem...

Belval wyjął z kieszeni notatnik:

— Te kilka zdań, które mnie z łatwo zrozumiałych powodów zainteresowały — poprzedziły słowa o jakimś deszczu złotych iskier... Czy to pani nie naprowadza na jaki domysł?

— Bynajmniej...

— Więc niech pani słucha dalej... Aha! zapomniałem dodać, że ci ludzie rozmawiali po angielsku zupełnie wprawdzie poprawnie, ale z akcentem, zdradzającym, że ani jeden ani drugi nie są Anglikami... Oto ich słowa — wiernie przetłomaczone.

— A więc — rzekł jeden z nich — wszystko gotowe... Pan i on będziecie dzisiaj wieczorem przed godziną siódmą — na umówionem miejscu...

— Będziemy, pułkowniku. Nasz automobil gotów.

— Dobrze, proszę pamiętać, że ta mała wychodzi ze szpitala o siódmej...

— Proszę być bez obawy.

Pomyłka jest wykluczona — ponieważ ona zawsze idzie tą samą drogą w ulicę Piotra Charron...

— A plan cały wypracowany? —

— Jak najbardziej szczegółowo. Stanie się to na rogu ulicy Chaillota... Gdyby nawet tam było kilku przechodniów — to nie zdąża pospieszyć na pomoc, ponieważ działać będziemy z błyskawiczną szybkością!...

— Czyś pan pewny swego szofera?

— Pewny gestem, że za taką zapłatę — zrobi wszystko!... To wystarczy!...

— Doskonale!... Oczekuję pana — wie pan gdzie — w automobilu... Pan mi poda, tę małą i od tej chwili jesteśmy panami sytuacyi...

— A ty, pułkowniku, panem tej małej... Rzecz nie do pogardzenia, bo ona jest dyabelnie ładna!...

— Dyabelnie!... Znam ją oddawna z widzenia, ale nigdy nie miałem sposobności, aby się przedstawić!... Zamierzam też skorzystać z tej okazyi, i załatwić te sprawy po żołniersku!...

Pułkownik dorzucił:

— Będzie może trochę płaczu, trochę fochów i krzyku, ale to nie szkodzi!... Lubię nawet opór, wtedy... gdy jestem silniejszy!...

Zaczął śmiać się brutalnie, a towarzysz zawtórował mu. Ponieważ regulowali już rachunek — więc ja także wstałem. Tamci nie wyszli razem — jeden przez drzwi frontowe skierował się na bulwar, a drugi wyszedł przez boczne drzwi i zniknął w przecznicy.

Teraz rozumie pani wszystko?...

— Kapitan zamilkł. Młoda kobieta pochyliła głowę w zamyśleniu i dopiero po chwili rzekła:

— Dlaczego mnie pan nie uprzedził?

— Uprzedzić panią!... A gdyby jednak pomimo wszelkich pozorów nie chodziło o panią... Pocóż niepokoić zbytecznie?... Przytem jeśliby ten plan spełz odrazu na niczem, to nieprzyjaciele pani zastawiliby nową pułapkę, a nie znając niebezpieczeństwa jakże moglibyśmy mu zapobiedz. Nie, najlepiej było podjąć walkę. Stworzyłem sobie mały oddział z dawnych pani pacyentów, którzyby wszyscy gotowi byli wskoczyć za panią w ogień, no i udało się nam pokrzyżować plany tym łotrom. Oto jak się rzecz ma cała, mateczko Koralio. A teraz kiedy już pani wie wszystko, co pani o tem sadzi?

Koralia wyciągnęła rękę do młodego oficera.

— Ocalił mnie pan z niebezpieczeństwa, o którem nie wiedziałam zupełnie. Dziękuję panu za to. —

— Nie przyjmuję podziękowań, bo było to dla mnie taką rozkoszą, że mogłem pani służyć. Ale chciałbym wiedzieć, co pani o tej całej sprawie sądzi. —

— Właściwie nie wiem co sadzić. Nie mogę panu udzielić żadnych informacyi, któreby na tę tajemniczą sprawę jakiekolwiek światło rzucić mogły. —

— Pani nie zna swoich nieprzyjaciół?

— Osobiście nie. —

— A tego człowieka, któremu tamci dwaj mieli panią wydać i który mówi, że zna panią z widzenia?

Koralia zaczerwieniła się i odrzekła:

— Każda kobieta spotyka w życiu mężczyzn, którzy ją prześladują pożądliwemu spojrzeniami. Jedni to robią jawnie, drudzy bardziej skrycie. Nie mam pojęcia o kogo tu chodzi. —

— A zatem? Chyba tylko nasz jeniec może nam dać jakieś wyjaśnienie. Jeżeli będzie milczał, tem gorzej dla niego. Oddam go w ręce policyi, a ta już potrafi wydostać z niego potrzebne informacye.

Kobieta zadrżała.

— W ręce policyi?

— Oczywiście. A cóż mam począć z takim hultajem?

— Nigdy, nigdy — zawołała. — Za żadna cenę. Ależ wtedy wdarliby się w moje życie prywatne. Moje nazwisko wmieszanoby w tę cała historyę.

— Ależ mateczko Koralio, nie mogę przecież...

— Proszę, błagam pana, mój przyjacielu. Niech pan wynajdzie jakiś inny sposób, żeby tylko o mnie nie mówiono. Ja nie chcę, żeby o mnie mówiono.

Kapitan spoglądał na nią zdziwiony, nie mogąc zrozumieć powodu tego wzruszenia i wzburzenia nagłego.

— Nie będą o pani mówili, obiecuję to pani solennie.

— Więc cóż pan zrobi z tym człowiekiem?

— No, mój Boże — uśmiechnął się — naprzód zapytam go grzecznie, czy zechce odpowiedzieć na moje pytania, następnie podziękuję mu za to, że się tak bardzo interesował pani osobą, a potem powiem mu, że może sobie iść do stu dyabłów!...

Belval wstał:

— Pani chce go widzieć?

— O! nie... Czuję się tak bardzo zmęczoną!... Jeżeli nie jestem panu koniecznie potrzebna — to wolałabym uniknąć tej niemiłej rozmowy... Opowie mi pan później...

Kapitan nie nalegał i wyszedł z salonu. Po chwili Koralia usłyszała jak mówił:

— No, Ya-Bon, pilnowałeś dobrze naszego jeńca? Aha! Otóż i on... No, jakże się pan czuje?... Trochę słabo?... No tak, tak — Ya-Bon ma rękę trochę twardą... Cóż to? pan nie odpowiada?... Ya-Bon! ależ ten człowiek nie oddycha, nie rusza się?!... Sapristi!...

Belval wydał okrzyk przerażenia, Koralia zerwała się, aby biedź do westybulu, ale powracający kapitan zagrodził jej drogę.

— Niech pani tam nie idzie!

— Ależ pan ranny?

— Ja!...

— Pan ma krew na mankiecie!...

— To krew tego człowieka!...

— Czy on ranny?

— Tak jest, a właściwie miał krwotok ustami!... Złamanie podstawy czaszki...

— Jakto?... Czyż Ya-Bon?...

— To nie Ya-Bon!

— Więc kto?

— To jego wspólnicy!...

— Powrócili?!...

— Tak jest i udusili go...

— Udusili!... Ależ to nie do wiary!...

Usunęła, zagradzającego jej drogę Belvala i podbiegła do jeńca. Leżał nieruchomy. Twarz jego nacechowana była bladością śmierci. Szyja jego owijała jedwabna czerwona taśma...



ROZDZIAŁ II.

TAJEMNICA AMETYSTOWEGO RÓŻAŃCA.

— O jednego łajdaka mniej, mateczko Koralio — rzeki Belval — uprowadziwszy młodą kobietę z powrotem do salonu — znamy już jego nazwisko, było wyryte na kopercie... Nazwisko, to brzmi: Mustafa Rawalow... Coś z turecka po rosyjsku...

— Co zrobicie z ciałem?

— Niech się pani nie troszczy o nic... Ya-Bon już to wszystko załatwi w ten sposób, aby pani osoba nie była wplątaną w tę całą historye.... Tak! nie będą o pani mówili... Za to należy mi się podziękowanie... I tym razem upomnę się o nie...

— Dziękuję panu serdecznie...

— O! ja o innem podziękowaniu myślałem... Proszę mnie posłuchać mateczko Koralio...

Utknęła weń pytający wzrok. Belval po chwili zaczął:

— Nie wiem nic o pani, w szpitalu wojskowym — wszyscy pacyenci, sanitaryusze i lekarze nazywali panią poprostu mateczką Koralią... A jak się pani właściwie nazywa?... Czy jesteś panną, mężatką, czy wdową?

Gdzie pani mieszka? Nikt tego nie wie. Codziennie o tej samej godzinie przybywa pani i odchodzi o tej samej porze w tym samym zawsze kierunku. Czasem towarzyszy pani stary służący, z długiemi siwemi włosami i z żółtemi okularami na nosie.... Przychodził on nieraz po panią i czekał w westybulu... Próbowano go wypytać, ale milczał uparcie.

A zatem wiem tylko tyle o pani, że jesteś anielsko łagodna i dobra oraz czarująco piękna... — I mam przeczucie, że pani egzystencja owiana mgłą tajemnicy — kryje w sobie coś bolesnego... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że panią dręczy jakaś ciężka troska i ustawiczny niepokój... że pani żyje samotnie.... że nikt nie myśli o pani szczęściu i bezpieczeństwie... I dlatego pomyślałem sobie... O! ja już nieraz o tem myślałem i jedynie czekałem na sposobność, aby pani to wyznać... przypuszczam, że pani potrzeba przyjaciela-brata, któryby pani podał pomocne ramię... Czyżbym się mylił, mateczko Koralio?...

Wmiarę jak Belval z coraz większym zapałem rozsnuwał swoje myśli — twarz młodej kobiety oblekła się wyrazem jakiejś surowości...

Koralia odsunęła się nawet nieco od kapitana. Wreszcie poważnie i z pewnym chłodem wyrzekła:

— Tak, omylił się pan. Moje życie jest zupełnie proste, nie potrzebuję żadnych obrońców...

— Nie trzeba pani obrońców?! — Wykrzyknął — a cóż znaczył ten napad?! Ten spisek przeciwko pani?! ta tajemnica, której odkrycia wrogowie pani do tego stopnia obawiają się, że zamordowali swego wspólnika aby jej tylko nie zdradził... Więc to wszystko — to nic, to moje urojenie?! Nie!... nie!... ja widzę, że na panią czyhają nieprzyjaciele i choćby pani nie przyjęła mojej pomocy i opieki, to... to ja...

Uderzył pięścią w marmurowy kominek i zawołał:

— To ja i tak będę pani bronił!... będę czuwał nad panią!... To mój obowiązek i moje prawo!..

— O! nie...

— Mam prawo stawać w pani obronie — absolutnie mam!...

— Skąd to prawo?

— Prawo daje mi moja miłość!... bo ja panią kocham, mateczko Koralio!... I chociaż jestem inwalidą, choć straciłem nogę do kolana w walce za ojczyznę — rezygnować nie myślę!... Mateczko Koralio, czekam na odpowiedź...

— Pan nie powtórzy mi już nigdy tych słom — wyrzekła wreszcie, nie patrząc mu w oczy.

— Pani zabrania?

— Tak! zabraniam!...

— A więc będę milczał aż do następnego naszego spotkania!...

— My się już więcej nie spotkamy!...

— Dlaczego?...

— Bo ja nie chcę widywać pana — po tem wyznaniu...

— Z powodu...

Podniosła na niego oczy smutne i zamyślone:

— Jestem kobietą zamężną...

Wbrew jej oczekiwaniom oświadczenie to nie zmieszało kapitana ani trochę... Najspokojniej w świecie rzekł:

— No, to pani wyjdzie za mąż drugi raz... Niewątpliwie mąż pani jest stary i pani go nie kocha... On przecież także rozumie, że pani jest młodą i potrzebuje miłości...

— Żart niestosowny, kapitanie...

Belval pochwycił w swoje dłonie drobną rękę Koralii, która wstała już z fotelu, gotując się do odejścia:

— Pani ma słuszność, mateczko Koralio! Proszę mi wybaczyć, że tak lekkim tonem mówię o rzeczach tak poważnych... A tu chodzi o moje życie i o pani życie!... Mam głębokie przeczucie, że jesteśmy wzajemnie swojem przeznaczeniem... A przeciw przeznaczeniu — walczyć daremnie!... Będę czekał cierpliwie... Los nas połączy.

— Nie połączy...

— Połączy — oświadczył stanowczo — zobaczy pani...

— Nie, panie kapitanie — to stać się nie może!... Pan mi da słowo honoru, że nie będziesz usiłował ani widzieć się ze mną ani poznać mego nazwiska... Wyznanie, które mi pan uczynił — wykopało między nami przepaść nie do przebycia... Nie chcę, aby ktokolwiek wglądał w moje życie!...

Mówiła z pewną gwałtownością, starając się jednocześnie uwolnić swą rękę z uścisku kapitana. Belval nie ustępował:

— Mateczko Koralio, nie ma pani racyi, postępując w ten sposób... Niewolno pani... Niech się pani zastanowi — błagam panią!...

Odsunęła go — prawie odepchnęła od siebie. Gwałtowny ten ruch spowodował, iż torebka ręczna Koralii upadła na ziemię. Nieszczelnie snąć zamknięta otwarła się... Wypadło z niej kilka przedmiotów... Belval schylił się szybko, aby je podnieść.

— O! proszę — jeszcze to...

Był to mały futerał wysłany atłasem — z którego wysuwały się ziarnka różańca, Belval uważnie obejrzał różaniec i szepnął:

— Ciekawa rzecz... te ziarnka ametystowe — ta staroświecka złota oprawa, filigranowa robota... To jednak osobliwe... Ta sama robota i ten sam materyał...

Wzruszenie tak silne odmalowało się na jego wyrazistej twarzy, że Koralia zdziwiona zapytała:

— Co się panu stało?...

Patrycyusz Belval obracał w palcach jedno z ziarn różańca — nieco większe od innych. Ziarnko to było przełamane w środku...

— Skonstatowałem coś tak osobliwego — rzekł wreszcie kapitan — że zaledwie śmiem przypuszczać... Trzeba to zbadać odrazu... Ale przedewszystkiem jedno słowo: kto pani dał ten różaniec ametystowy?...

— Nikt mi go nie dał... posiadałam go zawsze...

— Musiał przecież należeć do kogoś — zanim stał się pani własnością...

— Należał do mojej matki...

— Ach!... do matki pani...

— Cóż w tem nadzwyczajnego?...

— Napozór nic... Matka pani nie żyje?...

— Umarła, kiedy miałam lat cztery... Zaledwie że sobie ją przypominam... Ale dlaczego pyta mnie pan o to i co za związek ma to z tym różańcem?

— Owszem, ma związek. Zaraz pani udowodnię. Proszę popatrzeć.

Rozpiął bluzę i z kieszeni kamizelki wydobył zegarek, przy którym widniało kilka breloków, przymocowanych na małej dewizce ze skóry i srebra. Jeden z tych breloków była to połówka kulki ametystu, ujętej z jednej strony w złoto filigranowej roboty. Wielkość i grubość obu odłamków ametystu była identyczna, jak również ich barwa. Oprawa również nie różniła się niczem.

Koralia i Patrycyusz spojrzeli sobie w oczy. — Młoda kobieta wyszeptała zmieszana:

— Ależ to przypadek. Nic innego, tylko przypadek.

— Być może, ale przypuśćmy, że te dwie połówki tworzą istotnie jedną całość.

— To niemożliwe — zawołała Koralia.

Kapitan nic nie odpowiadając przymierzył obie połówki ametystu do siebie i okazało się, że załomy jednego kawałka wchodzą dokładnie w załomy drugiego, rzeczą oczywista było, że te dwie połówki są połówkami jednego i tego samego ametystu. Zapanowała chwila długiego milczenia. Wreszcie kapitan Belval rzekł cichym głosem:

— I ja właściwie nie wiem skąd pochodzi ten brelok. Od dzieciństwa widywałem ten kawałek ametystu wśród rozmaitych przedmiotów bez większej wartości, które przechowywałem w moim kuferku. Leżał sobie pośród kluczy do zegarków, staroświeckich pierścionków, starodawnych pieczątek. Skąd się tam wziął nie wiem. Jedno tylko wiem obecnie zpewnością — obejrzał raz jeszcze dokładnie oba odłamki i z obserwacyi tej wyciągnął następujący wniosek:

— Bezwątpienia, że największe ziarno z tego różańca złamało się niegdyś na dwoje. I te dwie połówki są w naszem posiadaniu. Mojem i pani.

Przysunął się bliżej do Koralii i mówił dalej, głosem przyciszonym.

— Kwestyonowała pani przed chwilą moją wiarę w siłę przeznaczenia. Moja pewność, że wypadki prowadzą nas ku sobie, wydała się pani może śmieszną, a teraz co pani powie? Chodzi tutaj bowiem albo o wypadek tak niezwykły, że poprostu trudno bez należytej podstawy twierdzić, że to tylko wypadek. Albo też o fakt realny, wskazujący, że nasze egzystencye już się gdzieś zetknęły w przeszłości na jakimś punkcie tajemniczym. I teraz tera mocniej wierzę, że odnajdą się w przyszłości, aby się już więcej nie rozłączać. I poraz drugi ofiaruję pani pomocną dłoń przyjaciela, bo wiem, że grozi ci niebezpieczeństwo. Podkreślam, że mówię tylko o przyjaźni, nie zaś o miłości. Czy pani przyjmuje?

Na razie nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Belval nie usiłował dłużej zatrzymać Koralii.

Odeszła. Kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za nią — Belval podszedł do okna i tęsknym wzrokiem ścigał sylwetkę młodej kobiety, która za chwilę miała mu zniknąć z przed oczu zatopiona w morzu mroków wieczornych.

Serce ścisnęło mu się: czy zobaczy ją jeszcze kiedykolwiek?...

Ale Patrycyusz Belval nie należał do ludzi łatwo poddających się zwątpieniu.

— Czy ją zobaczę?! Może już jutro nawet... Los mi dopomoże!...

Wieczorem Belval po spożyciu obiadu w restauracyi — przybył do Neuilly, gdzie znajdował się dom dla żołnierzy — rekonwalescentów. Ponieważ regulamin w tem sanatoryum dla uzdrowieńców nie był zbyt surowy — więc kapitan z łatwością mógł uzyskać widzenie z Ya-Bonem.

— Czy Ya-Bon jest tutaj?...

— Tak jest, kapitanie — odparła dyżurna — gra w karty ze swoją dziewczyną...

— To jego dobre prawo kochać i być kochanym... Czy są jakie listy do mnie?

— Niema żadnych. Przyniesiono tylko jakiś pakunek...

— Od kogo!...

— Przyniósł go komisyoner i powiedział tylko tyle: „Dla kapitana Belvala”. Złożyłam ten pakiet w pańskim pokoju.

Kapitan pospieszył do swego pokoju, gdzie ujrzał na stole pakiet owinięty w biały papier i obwiązany sznurkiem.

Rozdarł papier. Zobaczył mała szkatułkę, a w niej mieścił się klucz, wielki klucz pokryty rdzą.

— Coby to mogło znaczyć?... Na pakunku nie było żadnego adresu nadawcy, ani żadnej pieczątki.

— Chyba to jakaś pomyłka!... pomyślał Belval i schował klucz do kieszeni.

— Dosyć zagadek na dzisiaj — powiedział głośno sam do siebie — teraz kładźmy się spać.

Ale w chwili, gdy zasuwał story u okna — wzrok jego uderzony został snopem iskier wytryskających ponad drzewami lasku Bulońskiego. Złoty deszcz iskier rozdarł nieprzeniknione mroki nocy.

W tejże chwili kapitan przypomniał sobie podsłuchaną w restauracyi rozmowę. Wszak to o deszczu złotych iskier rozmawiali ci sami ludzie, którzy planowali uprowadzenie mateczki Koralii.



ROZDZIAŁ III.

ZARDZEWIAŁY KLUCZ.

Patrycyusz Belval, kiedy skończył lat osiem, został wysłany przez swego ojca do Londynu do szkoły francuskiej, w której przebył dziesięć lat ani raził nie odwiedzając ojczyzny.

Z początku — co tygodnia otrzymywał regularnie listy od ojca, wreszcie pewnego dnia dowiedział się od dyrektora, że jest sierotą i że koszta jego edukacyi będą pokrywane z procentów dwustu tysięcy franków, pozostałych po ojcu.

Po dojściu do pełnoletności Patrycyusz podjął spadek i wyjechał do Algieru, aby tam pełnić służbę wojskową. W niezbyt długim czasie nietylko stracił całe swoje dziedzictwo, ale jeszcze zrobił kilkadziesiąt tysięcy długów.

Zmuszony brakiem funduszów do porzucenia wojska — wziął się do pracy. Umysł jego ruchliwy i przedsiębiorczy pchnął go na drogę interesów. Organizował komunikacyę automobilową i łodzi motorowych, elektryfikacyę, zaimprowizował blizko tuzin przedsiębiorstw, które wszystkie udały się i incyatorowi dostarczyły znacznych środków materyalnych.

Kiedy wybuchła wojna rzucił się w jej wir ciałem i duszą i zdobył szlify porucznika w bitwie nad Marną. Ranny ciężko w łydkę — musiał poddać się amputacyi. Pomimo tego nie dał za wygranę karyerze wojskowej. Przerzucił się do lotnictwa i przez kilka miesięcy pełnił służbę obserwatora na aeroplanie. Raniony odłamkiem szrapnela w głowę — przewieziony został do szpitala wojskowego na Polach Elizejskich... I w szpitalu tym poznał mateczkę Koralię... Od pierwszego dnia poznania, zakochał się w niej... Jej piękność, wdzięk, łagodne smętne oczy, słodycz obejścia — przenikały mu serce do głębi. Milczał wszakże, czekając stosownej chwili...

I oto wypadki tak się ułożyły, że Belval zdołał wyśledzić grożące ukochanej niebezpieczeństwo i wyrwać ja z rąk wrogów. Pierwszy etap walki zakończył się zwycięzko — trudno było jednak przypuścić — aby to było już zwycięztwo ostateczne. Wrogowie bezwątpienia przypuszczą nowy atak... I teraz nasuwało się zapytanie, czy ów deszcz złotych iskier, widziany przed chwilą nie pozostaje w jakimś związku ze spiskiem uknutym przeciwko mateczce Koralii... I znowu snop iskier złocistą smugą wytrysnął w powietrze.

O ile Patrycyusz Belval mógł osądzić — ten deszcz złotych iskier spadał gdzieś na wybrzeżu Sekwanny pomiędzy Trocadero a dworcem w Passy.

Koralia przysłonęła oczy rękami i trwała tak przez dłuższą chwilą — bez słowa, bez ruchu...

— Trzeba tam iść — zadecydował Belval — i zobaczyć co to znaczy?

Na drugiem piętrze smuga światła wykradała się przez niedomknięte drzwi. Było to mieszkanie Ya-Bona, który wedle informacyi dyżurnej pielęgniarki — grał ze swoją „flamą" w karty. Kapitan wszedł.

Ya-Bon przestał grać już w karty. Zdrzemnął się w fotelu przy stole, na którym leżała talia kart. Na lewem ramieniu żołnierza, z którego zwisał pusty rękaw, wspierała się głowa kobiety o rysach wulgarnych, grubych, wysuniętych wargach i żółtej, tłustej — jakby oliwą wysmarowanej skórze. Byłą to Angela, pomywaczka — przyjaciółka Senegalczyka. W tej chwili chrapała głośno.

Kapitan dotknął ramienia Senegalczyka. Ten obudził się i uśmiechnął na widok swego przełożonego...

— Słuchaj, Ya-Bon, jesteś mi potrzebny.

Ya-Bon zerwał się na równe nogi, odpychając Angelę, która padła głową na stół, i chrapała najspokojniej dalej.

Na ulicy kapitan nie zobaczył iskier, ponieważ drzewa przesłaniały mu widok szerszy. W drodze do Passy Belval opowiedział Ya-Bonowi o swoich przypuszczeniach i kłopotach. Wiedział wprawdzie, że Ya-Bon niewiele z tego wszystkiego zrozumie, ale tak się już przyzwyczaił do tego powiernika biernego i posłusznego, że wtajemniczał go we wszystkie swoje troski.

— Co ty myślisz o tem wszystkiem Ya-Bon? Mnie się zdaje, że to jest ta sama historya... Prawda!

— Tak — mruknął Ya-Bon.

— A zatem bezwątpienia mateczce Koralii grozi nowe niebezpieczeństwo?

— Tak! — potwierdził znowu Senegalczyk.

— Pięknie. Ale teraz musimy się przekonać, co oznacza ten deszcz złotych iskier? Przez chwilę przypuszczałem... Słuchasz mnie ty uważnie?

— Tak.

— Otóż przypuszczałem, że jest to sygnał szpiegowski dla niemieckich Zeppelinów...

— Tak.

— Ośle jeden! właśnie że nie tak, bo jak wynika z podsłuchanej przezemnie rozmowy — sygnał ten powtarzał się już dwukrotnie przed wojną... I czy to wogóle jest sygnał?...

— Nie!...

— Idyoto!... Jakto nie?! A cóżby to takiego być mogło... Lepiejbyś milczał i słuchał!... zwłaszcza, że ja sam nie wiem o co tutaj chodzić może!...

Patrycyusz Belval uczuł jeszcze większe zakłopotanie, kiedy przeszedłszy przez ulicę de La Tour, znalazł się na rozstaju. Kilka dróg otwierało się przed nim... którąż z nich wybrać?... Żadna iskra tajemnicza nie rozświecała ciemności.

— Zapewne to już się skończyło... Spóźniliśmy się i to przez ciebie Ya-Bon... Gdybyś nie tracił czasu na wyrywanie się z objęć twojej bogdanki, bylibyśmy zdążyli...

Nie miał pojęcia w jakim kierunku zwrócić się i wkońcu. zdezorientowany kompletnie zamierzał dać za wygraną... Nagle z ulicy Franklina wyłoniło się auto, w którem siedziało kilku mężczyzn. Jeden z nich zawołał przez tubę akustyczną:

— Proszę skręcić na lewo... potem prosto przed siebie — dopóki nie dam znać...

Kapitanowi zdało się, że poznaje ten głos...

— Czyż to był człowiek w szarym kapeluszu!? Jeden z tych, którzy usiłowali porwać mateczkę Koralię?!...

— Tak! — mruknął Ya-Bon.

— Deszcz złotych iskier — i ten człowiek tutaj. Nie należy zgubić śladu!... Galop!... Ta-Bon...

Zbytecznem jednak było przynaglać Ya-Bona do galopu — ponieważ kapitan Belval sam zdążył przybyć w chwili, kiedy auto zatrzymało się przed portalem jakiegoś domu.

Pięciu mężczyzn wysiadło z auta. Jeden z nich zadzwonił. Upłynęło kilkadziesiąt sekund — dzwonek zadźwięczał ostro poraz drugi. Dopiero jednak za trzeciem pociśnieciem dzwonka otwarło się małe okienko w górnem skrzydle bramy. Przez chwilę trwały ciche pertraktacye. Osoba, która otworzyła okienko żądała znać wyjaśnień. Ale nagle dwóch z pośród przybyłych naparło z całej siły na bramę, która ustąpiła pod tym naciskiem... Cała banda wdarła się do wnętrza... Wszczął się hałas i rumor, poczem brama zatrzasnęła się znowu... Wówczas kapitan Belval rozpoczął studya nad terenem...

Dom, do którego wdarły się owe tajemnicze indywidua i przed którym stał jeszcze automobil, utrudniający kapitanowi zbliżenie się, zbudowany był w stylu pałaców pierwszego cesarstwa. Okna okrągłe, na parterze okratowane, na pierwszem piętrze zaś przesłonięte pełnemi okiennicami. Do budynku tego przylegał drugi, tworząc jak gdyby oddzielne skrzydło.

— Nie da się zajść z boku — rzekł kapitan. — wszystko pozamykane, jak w jakiejś twierdzy feudalnej. Szukajmy gdzieindziej. — Spojrzenie kapitana padło na mur, odgradzający ogród od ulicy.

— Chyba tędy. Wprawdzie mur trochę zanadto wysoki, ale damy sobie jakoś radę. Pomóż no mi Ya-Bon.

Stanąwszy na ramionach Senegalczyka, kapitan Belval zamierza wspiąć się po murze, zobaczył jednak, iż mur najeżony jest kawałkami ostrymi szkła, uniemożliwiającymi dostęp. Wściekły zeskoczył.

— No, wiesz Ya-Bon, mogłeś mnie uprzedzić. Jeszcze chwila, a byłbym sobie pokrajał ręce. O czem ty właściwie myślisz? Doprawdy nie rozumiem, dlaczegoś się uparł leźć tutaj koniecznie ze mną.

Nagle kapitan uczuł, iż ręka Senegalczyka spoczęła na jego ramieniu.

— No, czegóż chcesz, Ya-Bon?

Ciężka ręka popchnęła go w stronę muru. W tem miejscu widniało obramowanie drzwi.

— A, otóż i drzwi jakieś. Wyobrażasz sobie może, że tego nie widziałem? No mój drogi, nietylko pan Ya-Bon ma oczy. Ba, ale jak się tam dostać? Drzewo masywne, okucia mocne. Ba, żeby to wyrwać skądś klucz odpowiedni. Mniej więcej taki klucz jaki mi dzisiaj przyniósł ów tajemniczy komisyoner.

Dziwna myśl strzeliła kapitanowi do głowy. — Myśl, która w pierwszej chwili wydała się jemu samemu absurdem.

— A jednak... można spróbować — i wyjął z kieszeni klucz. Włożył do zamku. Klucz obrócił się gładko. Po chwili drzwi otwarły się.

— Wejdźmy — powtórzył tryumfująco.

Cicho jak koty wsunęli się do pogrążonego w mrokach nory ogrodu. Zaledwie jednak uszli kilkadziesiąt kroków, gdy udało się słyszeć zajadłe szczekanie psa. Patrycyusz zadrżał, albowiem szczekanie to zbliżało się. A choć nie był tchórzem, sytuacya jednak była nie do pozazdroszczenia. Jak odeprzeć ten atak wśród ciemnej nocy, nie używając broni palnej, która mogłaby ich zdradzić. A nie miał przy sobie innej broni prócz rewolweru. W mroku zarysował się łeb zwierzęcia i zadźwięczał łańcuch, z którego pies snąć się urwał. Chwila katastrofy była tuż... tuż, — gdy nagle Ya-Bon rzucił się na psa i zaczął się z nim tarzać w rozpacznej walce po zroszonej trawie. Walka była krótka. Po kilku minutach Senegalczyk, dysząc ciężko, podniósł się z ziemi. Przy świetle zapałki kapitan zobaczył, że żołnierz trzyma w swojej jedynej ręce olbrzymiego, martwego już psa.

— Dziękuję ci, Ya-Bon. Ale szkoda biednego zwierzęcia, które chciało tylko spełnić swój obowiązek. I my musimy spełnić, co do nas należy, Ya-Bon, tylko że na nieszczęście niebardzo wiem, co nam właściwie czynić należy.

Poprzez uchylone okiennice jednego z okien błyszczało światło. Kapitan podkradł się pod okno, skonstatował wszakże odrazu, że ani zobaczy, ani usłyszeć nic nie zdoła. Przesuwając się pod murem, natknął się znowu na jakieś drzwi.

Jeżeli — pomyślał — przypadek zesłał mi klucz od ogrodzi, nie widzę powodu, dlaczego by nie mógł sprawić, iżby te drzwi prowadzące z ogrodu w głąb domu nie były otwarte.

We wnętrzu domu hałas zmieszanych głosów stał się wyraźniejszym. Kapitan doszedł do przekonania, że hałas ten pochodzi z klatki schodowej na pierwszem piętrze. Starając się zachowywać jak najciszej wszedł po schodach na górę. Przez napół uchylone drzwi przedostał się do wąskiej galeryi, obiegającej naokoło tę cześć domu. Galerya ta widocznie była rodzajem biblioteki, ponieważ mieściły się tam stosy książek, sięgające aż pod sufit. Te to właśnie stosy książek zasłaniały kapitana tak, iż i nie mogli go zobaczyć ludzie, znajdujący się o pół piętra niżej, Natomiast on sam usunąwszy kilkanaście wielkich zakurzonych foliałów, uzyskał dobry punkt obserwacyjny. W tejże samej chwili hałas spotęgował się, a Belval zobaczył jak owych pięciu mężczyzn przybyłych automobilem rzuca się na jakiegoś człowieka i przewracają go na ziemię wśród wściekłych wrzasków.

Pierwszym odruchem kapitana była chęć pospieszenia na pomoc napastowanemu. Przy pomocy Ya-Bona, który przybiegłby na wezwanie bez wątpienia poradziłby sobie z tymi napastnikami. Jeżeli jednak nie uczynił tego, to dlatego, że nie widział w ich ręku żadnej broni. Jak się zdawało, ludzie ci nie działali w zamiarze morderczym. Po obezwładnieniu swojej ofiary, zadowolili się tem, że mogą go trzymać za gardło, ramiona i za nogi. Co się tu właściwie dziać miało? Jakiś instynkt szeptał młodemu oficerowi, że przeczekać należy.

Szybkim ruchem jeden z owych pięciu zerwał się na równe nogi i zakomenderował:

— Przywiążcie go. I zakneblujcie mu usta. Zresztą może sobie krzyczeć ile mu się podoba. I tak nikt go tu nie usłyszy.

Natychmiast Patrycyusz rozpoznał głos, który już słyszał tego ranka w restauracyi. Nieznajomy był to człowiek niewielkiego wzrostu, szczupły, elegancki, o cerze oliwkowej i twarzy nacechowanej wyrazem okrucieństwa.

— Nareszcie go mamy, tego łajdaka, I sądzę, że tym razem przemówi. — Czyście zdecydowani na wszystko przyjaciele?

Jeden z tamtych czterech wyrzekł nienawistnie:

— Na wszystko. I to bez zwłoki — cokolwiek by się zdarzyć miało.

Wypowiadający te słowa mężczyzna miał bujne, czarne wąsy i Patrycyusz rozpoznaj w nim drugiego gościa z restauracyi. To znaczy jednego z tych, którzy usiłowali porwać Koralię.

— Na wszystko Bournef, cokolwiek by się zdarzyć mogło — zaśmiał się przywódca. A zatem dobrze, rozpoczynamy taniec. No cóż, stary, cóż Essares, nie chcesz nam wyjawić twojego sekretu? No, zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

Wykonał ruch ręką, widocznie zupełnie zrozumiały dla jego towarzyszy, ponieważ natychmiast rzucili się na swoją ofiarę i przywiązawszy ją do fotela głową w dół, a nogami do góry, zdjęli jej obuwie i pończochy. Przywódca zawołał: zaczynać. Natychmiast popchnięto fotel na kółkach w stronę kominka, gdzie płonął czerwono ogień. Pomimo knebla krzyk bólu zduszony wyrwał się z ust torturowanego, a pomimo więzów nogi zdołały się nieco usunąć.

— Bliżej, bliżej — wołał przywódca.

Patrycyusz Belval ścisnął w ręce swój rewolwer.

— Nie pozwolę już dłużej męczyć tak tego nieszczęśliwego!

Ale w tej chwili, kiedy zamierzał rzucić się naprzód, ujrzał coś, co go powstrzymało, coś najbardziej niespodziewanego. Vis a vis niego widniała twarz kobiety o wielkich oczach, rozszerzonych przerażeniem śledzących scenę, która się rozgrywała na dole. Kapitan Belval poznał Koralię!...



ROZDZIAŁ IV.

SEKRET ESSARESA.

— Koralia — mateczka Koralia ukryta w tym domu, który napadli jej wrogowie. W pierwszej chwili przyszło mu do głowy, że równie jak on sam dostała się przypadkiem do wnętrza tego tajemniczego budynku, po chwili jednak odrzuci tę myśl jako zbyt nieprawdopodobną. W jakiż bowiem sposób mogłoby się jej to udać? A jeśli to nie przypadek, to co ona tutaj robi? Wszystkie te pytania kłębiły się w głowie kapitana, który nie umiał na nie znaleźć odpowiedzi, zahypnotyzowany formalnie ściągniętą grozą twarzyczką Koralii. Z dołu dał się słyszeć drugi krzyk, jeszcze przeraźliwszy niż pierwszy i Patrycyusz zobaczył nogi ofiary drgające z bólu ponad płomieniem ogniska. Ale tym razem nie spieszył już na pomoc, wstrzymany obecnością Koralii. Nie chciał się narażać, nie wiedząc, czy Koralia nie będzie potrzebowała jego obrony.

— Spocząć — zakomenderował przywódca. — Odsuńcie go od ognia. Przypuszczam, że ta nauczka wystarczy.

I zbliżając się do związanego rzekł:

— No i cóż, mój drogi, co powiesz? Jak ci się to podoba? A ty wiesz przecież, żeśmy dopiero zaczęli. Pamiętaj Essares, że jeżeli nie przemówisz, nie cofniemy się przed niczem, ale przygrzejemy cię tak, że ci się zrobi bardzo ciepło. No więc zgoda, co? Powiesz?

Przywódca zaklął straszliwie:

— Co? Co takiego? Nie będziesz mówił? Ale słuchajże uparty hultaju, czy ty się nie oryentujesz ci mógł dać tutaj jakąkolwiek pomoc? Twoja służba? Portyer i lokaj to moi ludzie. Udzieliłem im właśnie ośmiu dni urlopu. Już ich tutaj niema. Pokojówka? Kucharka? Mieszkają w drugiem skrzydle tego domu, a sam mi nieraz mówiłeś, że stąd tam nic nie słychać. No i któżby jeszcze? Twoja żona? Ależ ona śpi już spokojnie i zdaleka od tego pokoju i nic nie słyszała. Szymon, twój stary sekretarz? związaliśmy go mocno w chwili, kiedy nam otwierał bramę. Aha, zresztą a propos Szymona Bournef...

Mężczyzna z czarnym wąsem zapytał:

— O co chodzi?

— Bournef, czy sekretarz dobrze zamknięty!

— W loży portyera.

— Czy wiesz gdzie się znajduje pokój pani domu?...

— Trafię według wskazówek udzielonych mi poprzednio.

— Idźcież więc tam wszyscy i przyprowadźcie tutaj panią i sekretarza.

Czterej mężczyźni wyszli z sali, a zaledwie zniknęli, przywódca bandy pochylił się żywo nad swoją ofiarą i rzekł:

— Oto jesteśmy sami, Essares. O to mi właśnie w sytuacyi? Jak widzę, to się łudzisz jeszcze jakiemiś nadziejami. Masz źle w głowie chyba. Któżby chodziło. Skorzystajmy z tej chwili.

Pochylił się niżej i mówił tak cicho, że Belval z najwyższym trudem pochwytał jego słowa.

— Ci ludzie to są idyoci, któremi kieruję według mojej woli i którym nie zdradzam nawet drobnej części moich planów. Tymczasem wy dwaj, Essares, możemy się doskonale porozumieć. Nie chciałeś tego przyznać, i oto do czego cię to doprowadziło. Dajże spokój, stary, porzuć twój niedorzeczny upór i nie rozdrażniaj mnie niepotrzebnie. Schwytaliśmy cię w pułapkę, jesteś bezsilny, pozbawiony jakiegokolwiek środka obrony. Więc zamiast narażać się na tortury, które i tak wkońcu złamią twoją wolę, ugodź się ze mną lepiej. Równy podział. Czy dobrze? Zawrzyjmy pokój. Ja ci dam udział w moim interesie, a ty mnie przyjmiesz do swego. Zjednoczeni zwyciężymy niechybnie. Więc odpowiadaj: tak czy nie.

Wyjął knebel z ust Essaresa i nadsłuchiwał. Tym razem Patrycyusz nie dosłyszał słów wymówionych przez ofiarę. Ale w tej samej chwili tamten drugi zawołał z gniewem:

— Co? Co takiego? Co takiego mi proponujesz? Wiesz, że ty jesteś dość bezczelny. Mnie proponować coś podobnego. Możesz to zaofiarować Bournefowi, albo jego towarzyszom. Ale mnie, mnie pułkownikowi Fakhi. O, nie mój drogi. Ja mam trochę lepszy apetyt. Godzę się na podział, ale jałmużny od ciebie nie potrzebuję.

Patrycyusz słuchał chciwie, nie tracąc jednocześnie z oczu Koralii, której twarz wykrzywiona trwogą wyrażała tosamo gorączkowe zainteresowanie. Zarazem kapitan patrzył uważnie na ofiarę, którą lustro, umieszczone ponad kominkiem odbijało częściowo. Był to mężczyzna, około lat 50-ciu, kompletnie łysy, o twarzy tłustej, nosie wydatnym, o głęboko osadzonych czarnych oczach pod gęstemi brwiami i gęstej, siwiejącej brodzie. Ubrany był w aksamitny szlafrok i domowe pantofle, Fizyognomia tego człowieka zdradzała silną wolę, energię i jakąś niezwykłą gwałtowność.

— To syn Wschodu — skonstatował Patrycyusz. — Widywałem w Egipcie i Turcyi podobne fiayognomie.

Zresztą nazwiska wszystkich tych indywiduów, pułkownik Fakhi, Mustafa, Bournef, Essares, ich akcent mowy, ich cały sposób bycia, fizyognomie, i wszystko to przypominało brzegi Bosforu i bazary, Adryanopola. Były to stanowczo typy Lewantynów, ale Lewantynów, którzy swoje korzenie zapuścili w Paryżu. Essares-bej — nazwisko to nie było obcem Patrycyuszowi. Wiedział, że tak się nazywa pewien wybitny finansista. Ale za drzwiami dały się znowu słyszeć hałaśliwe głosy. Gwałtownym ruchem otwarto drzwi i ukazali się w nich owi czterej mężczyźni. Ciągnęli oni związanego człowieka, którego rzucili na podłogę.

— Oto stary Szymon — zawołał Bournef.

— A żona? — zapytał żywo pułkownik. Mam nadzieję, żeście ją znaleźli.

— Właśnie, że nie.

— Nie? Jakto, uciekła?

— Przez okno.

— Ścigać ją, natychmiast. Ona musi być w ogrodzie. Przypominacie sobie, niedawno pies szczekał.

— A jeżeli uciekła?

— W jaki sposób?

— Przez boczną furtkę.

— Niemożliwe, to niepodobna.

— Dlaczego?

— Ponieważ od wielu lat te drzwi nie otwierają się nigdy. Nawet niema do nich klucza.

— A choćby tak było — rzekł Bournef, ale my jednak nie możemy urządzać pościgu z latarkami i alarmować całej dzielnicy po to tylko, żeby znaleźć jedną kobietę.

— No tak, ale ta kobieta...

Pułkownik Fakhi zaklął wściekły przez zęby i zwrócił się następnie do swego jeńca.

— Masz szczęście stary nicponiu. Oto już drugi raz dzisiaj wymyka mi się z rąk twoja pieszczotka. Czy ci opowiedziała o tamtej historyi. Ach co za dyabli przynieśli nam tego kapitana... Już ja go odnajdę i zapłaci mi drogo za swoją nieproszoną interwencyę.

Patrycyusz zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. Zrozumiał teraz. Mateczka Korali ukrywała się w swoim własnym domu i spoglądała teraz na straszliwą walkę, podjętą przeciw jej mężowi.

— Jej mąż, jej mąż! — pomyślał Patrycyusz i zadrżał cały.

Wszelkie wątpliwości pod tym względem usuwały słowa dalsze pułkownika.

— Tak, mój stary. Muszę ci wyznać: twoja żona mi się nadzwyczajnie podoba. I chociaż wymknęła mi się dzisiaj popołudniu, miałem nadzieję, że załatwiwszy interes z tobą, z nią będę mógł pomówić o sprawach daleko przyjemniejszych, nie wspominając już o tem, że byłaby ona dla mnie drogocennym zastawem, i że nie oddałbym ci jej aż dopiero po kompletnem dotrzymaniu naszej umowy. I tybyś nie skrewił, Essares, bo ty ją kochasz namiętnie, tę twoją Koralię. No i przyznaję ci, masz dobry gust.

Szybko przekręcił kontakt elektryczny i zapalił lampkę, która oblała jasnem światłem portret Koralii, wiszący na ścianie.

— Królowa tego domu, czarodziejka, bóstwo. — Królewska perła z skarbca bankiera Essaresa. Jakże piękna. Musi się podziwiać delikatne rysy jej twarzy, czystość owalu i tę szyję łabędzią, i te okrągłe ramiona. Essares, mówię ci mój stary, że tam, w naszych krajach, niema odaliski, którą wartoby porównać z twoją Koralią. Z twoją, a wkrótce moją. Bo już ja ją odnajdę. O Koralio, Koralio.

Patrycyusz spojrzał na młodą kobietę i zdawało mu się, że rumieniec wstydu czerwieni jej policzki. Sam zaś on przy każdem słowie pułkownika drżał z oburzenia i gniewu. Już sam ten fakt, że Koralia jest żoną innego sprawiał mu ból dotkliwy. A teraz ból potęgował się jeszcze uczuciem bezsilnej wściekłości, gdy słyszał, jak Fakhi wyrażał się o niej niby o jakiejś ściganej zwierzynie, która ma przypaść w udziale silniejszemu. Jednocześnie zaś kapitan zadawał sobie pytanie dlaczego Koralia pozostała tutaj w tej sali. Przypuściwszy, że nie mogła wydostać się z ogrodu, nic jej wszakże nie mogło przeszkodzić w udaniu się do drugiego skrzydła domu, gdzie mogła otworzyć jakiekolwiek okno i zawezwać pomocy. Dlaczego tego nie zrobiła? — Najwidoczniej nie kocha swego męża. Gdyby go kochała, stawiłaby czoło wszystkim niebezpieczeństwom, aby go tylko obronić. A tak musiała asystować w milczeniu przy scenie tortur i słuchać jęków męczonego męża.

— No dosyć głupstw — krzyknął pułkownik, odwracając się od portretu. Koralio, ty będziesz moją najcudniejszą nagrodą, ale trzeba na to zasłużyć. Do czynu, towarzysze, skończmy z naszym przyjacielem. Na początek posuńmy go o dziesięć centymetrów. Parzy trochę, hę, Essares? Ale to jest do zniesienia. Poczekaj trochę, mój miły przyjacielu, poczekaj.

Uwolnił z więzów prawe ramię jeńca i ustawił przy niem mały stoliczek, na którym leżał ołówek i kawałek papieru.

— Oto przybory potrzebne do pisania. Jeżeli knebel przeszkadza ci mówić, pisz. Ty wiesz przecież o co chodzi. Kilka liter i będziesz wolny. Zgadzasz się? Nie? Towarzysze, dziesięć centymetrów, bliżej...

Następnie, zwracając się do leżącego na ziemi człowieka, rzekł:

— Tobie, Szymonie, nie zrobimy nic złego. Wiemy, żeś przywiązany do swojego, pana, ale że nie wtajemniczał cię on w żadne ze swoich sekretnych spraw. Zresztą pewny jestem, że będziesz milczał jak grób, bo słowo oskarżenia przeciwko nam będzie jednocześnie zgubą Essaresa. Rozumiemy się, nieprawdaż? No i cóż, nie odpowiadasz? Może oni ci za mocno ścisnęli sznurkiem gardło. Poczekaj, pozwolę ci zaczerpnąć trochę powietrza.

Tortura Essaresa znowu się rozpoczęła. Z ust jego wydobywały się głuche jęki, tłumione przez knebel.

— A, do kaduka — rzekł Patrycyusz — czyż pozwolimy, ażeby oni go tutaj upiekli jak kurczę na rożnie?

Utkwił wzrok w Koralii. Nie ruszała się z miejsca. Twarz miała ściągniętą konwulsyjnie, zmienioną prawie nie do poznania, ale oczu nie odrywała od straszliwego widoku.

— Jeszcze pięć centymetrów — krzyknął pułkownik.

Rozkaz został natychmiast wykonany. Ofiara jęknęła tak żałośnie, że Patrycyusz poczuł się wstrząśnięty do głębi.

— Jeszcze pięć centymetrów — zabrzmiał rozkaz.

Po drwili pułkownik zawołał:

— No, stary, zaczynasz pisać? Nie, nie chcesz? Jeszcze masz nadzieję? Może myślisz, że ci pomoże twoja żona? E, mój drogi, ona jest zadowolona, jeżeli się wymknęła sama cało. Więc co, czy ty sobie kpisz ze mnie?

Ogarnięty jakimś szałem wściekłości wrzasnął: — Włóżcie mu nogi w ogień. Tak, żebyśmy poczuli raz dobrze spaleniznę. No, czekaj mój poczciwcze. Jeszcze ja ci pokażę inna sztuczkę.

Szybkim ruchem wyciągnął z kamizelki sztylet, który rozbłysnął tysiącami iskier w świetle lamp elektrycznych. Z dzikim okrzykiem rzucił się pułkownik na Essaresa. Pomimo, że ruch ten był błyskawicznie szybkim, Essares zdołał go uprzedzić. Rozległ się huk wystrzału rewolwerowego. Sztylet wypadł z rąk pułkownika. — Przez chwilę Fakhi trwał nieruchomo z ręką zawieszoną w powietrzu, błędnym wzrokiem, jak gdyby nie pojmując co się stało. Dopiero po chwili padł całym swym ciężarem na Essaresa, w chwili, kiedy ten mierzył do drugiego ze wspólników.

— A, łotr, łotr, zabił mnie. Nie zauważyłem... musiał wyjąć rewolwer z szuflady stolika. Ale to i twoja zguba, Essares. Przewidziałem wszystko. Jeżeli nie powrócę tej nocy, prezydent policyi otrzyma list, dowiedzą się o twojej zdradzie, o twoich projektach. Nędzniku, zabiłeś mnie.

Wybełkotał jeszcze kilka niezrozumiałych słów i całym ciężarem osunął się na ziemię. Nie żył już.

Rewelacya przedśmiertna zapowiadająca wysłanie listu, który widocznie oskarżał w równej mierze napastników jak i ich ofiarę, spowodowała chwilę osłupienia. Bournef rozbroił Essaresa, ten jednakowoż korzystając z tego, że nikt już nie przytrzymuje krzesła zdołał rozwiązać nogi.

Trup leżał na dywanie w kałuży krwi. Obok nieruchoma postać Szymona. Essares napół jeszcze przywiązany do krzesła za ręce, płonącemi oczyma spoglądał na swoich czterech wrogów, którzy snąć w tej chwili nie wiedzieli co im właściwie czynić należy. Bournef, którego tamci trzej zapytywali wzrokiem o poradę, zdawał się być człowiekiem zdecydowanym na wszystko. Był to mężczyzna krępy, mniej elegancko ubrany aniżeli pułkownik i mniej autorytatywny, zdawał się jednakowoż posiadać więcej spokoju i zimnej krwi. O pułkownika wspólnicy jego przestali się zupełnie troszczyć. W grze, którą grali, stawka była zbyt wysoką, aby mogli tracić czas na próżne opłakiwanie nieboszczyka. Nareszcie Bournef powziął decyzyę. Kilku krokami znalazł się przy krześle, na którem złożył kapelusz z popielatego filcu, i wyjął z tego kapelusza zwitek, na widok którego Patrycyusz Belval zadrżał. Była to delikatna, jedwabna czerwona taśma, identycznie podobna do tej, którą uduszono Mustafę Rowalowa. Bournef rozwinął te taśmę, stwierdził na kolanie jej solidność, następnie powróciwszy do Essaresa obwinął mu nią szyję. Przedtem wyjął mu z ust knebel...

— Essares — rzekł ze spokojem, w którym było więcej siły aniżeli w uniesieniu i drwinach pułkownika — Essares, nie będę cię męczył. Tortury, to metoda, która wstręt we mnie budzi i nie chcę się do niej uciekać. Wiesz dobrze co czynić przystoi. I ja także wiem co mam zrobić. Jedno twoje słowo — jeden mój gest i wszystko będzie skończone. To słowo, które masz wypowiedzieć, to tak, lub nie. Ten gest, który ja wykonam, po wysłuchaniu twej odpowiedzi to albo zdjęcie więzów z twoich rąk, albo...

Przerwał na kilka sekund, poczem oświadczył:

— Albo silniejsze pociągnięcie tej zaręczam ci mocnej taśmy, to znaczy twoja śmierć.

Patrycyusz znowu utkwił badawczy wzrok w mateczce Koralii, gotów każdej chwili do interwencyi, gdyby spostrzegł w niej coś innego oprócz biernego przerażenia. Ale zachowanie się młodej kobiety nie zmieniło się w niczem. Widocznie nie chciała stawiać oporu najgorszym ewentualnościom. Nie zamierzała bronić swego męża w obliczu grożącej mu śmierci. Patrycyusz postanowił zatem czekać.

— Zgadzamy się na to wszyscy towarzysze — rzekł Bournef do wszystkich wspólników.

— Najzupełniej.

— Przyjmujecie na siebie część odpowiedzialności?...

— Przyjmujemy.

— A zatem, Essares, tak czy nie?

— Tak.

Powstał radosny szmer. Napastnicy odetchnęli z ulgą, a Bournef pokiwał głową z zadowoleniem.

— A, zgadzasz się? Najwyższy czas. Byłeś już jedną nogą na tamtym świecie.

Nie zdejmując taśmy z szyi Essaresa, Bournef ciągnął dalej:

— Dobrze. Przemówisz nareszcie. Ale ja cię znam i twoja odpowiedź mnie zadziwia. Sam mówiłem do pułkownika, że obawa przed śmiercią nie wydrze ci z ust twojej tajemnicy. — Czyżbym się mylił?

Essares odparł:

— Ani śmierć ani tortury.

— Więc chyba chcesz nam coś innego zaproponować?

— Tak jest.

— Co takiego, czegoby warto wysłuchać?

— Sadzę. Proponowałem to samo przed kwadransem pułkownikowi, kiedyście stąd wyszli. Ale on chciał was wyprowadzić w pole i pertraktować ze mną o współudział w mojej tajemnicy i dlatego nie zgodził się na moją propozycyę.

— A dlaczegóżbym ja miał ją przyjąć?

— Ponieważ ty zrozumiesz to, czego on nie chciał zrozumieć.

— Zatem to jakaś transakcya, nieprawdaż?

— Rzeczywiście.

— Pieniężna?

— Tak jest.

Bournef wzruszył ramionami.

— Może jakie głupie kilka tysięcy? I ty sobie wyobrażasz, że my będziemy równie naiwni. Pomyśl tylko Essares, my przecież prawie, że znamy ten twój cenny sekret.

— Wiecie na czem ten sekret polega, ale nie umiecie się nim posługiwać.

— Wpadniemy i na to.

— Nigdy w życiu.

— A jednak tak. Twoja śmierć ułatwi nam poszukiwania.

— Moja śmierć? Za kilka godzin dzięki denuncyacyi pułkownika wszyscy będziecie schwytani za kołnierz, wobec czego trudno wam będzie przedsięwziąć jakiekolwiek poszukiwania. Właściwie nie macie obecnie wyboru, a właściwie wybierać tylko możecie, albo pieniądze, które wam proponuję, albo więzienie.

— A jeżeli się zgodzimy, wypłacisz nam natychmiast?

— W tej chwili.

— Ta kwota jest tam?

— Tak jest.

— Może to jakaś mizerna sumka?

— Nie, to daleko więcej, niż się spodziewać możecie. O wiele więcej.

— Ile?

— Cztery miliony.



ROZDZIAŁ V.

MĄŻ I ŻONA.

Wspólnicy drgnęli, jak gdyby przebiegła ich iskra elektryczna. Bournef się wyprostował.

— Co, co ty powiadasz?

— Mówię cztery miliony, to znaczy milion dla każdego z was.

— Doprawdy? Jesteś pewny? Cztery miliony?

— Tak jest, cztery miliony.

Cyfra wydała im się tak wysoką, a propozycja tak nieoczekiwaną, że Bournef nie mógł się powstrzymać od powiedzenia:

— W istocie, propozycya przewyższa nasze oczekiwania i doprawdy aż zadziwia mnie twoja hojność...

— Byłbyś się zadowolnił mniejszą sumą?

— Rzeczywiście — przyznał Bournef otwarcie.

— Na nieszczęście nie mogę dać ci mniej. Ażeby ujść śmierci muszę otworzyć przed tobą mój kufer, a w kufrze tym znajdują się cztery paczki banknotów zawierające cztery miliony.

— A któż cię zapewni, że wziąwszy pieniądze nie będziemy żądali czegoś więcej?

— Czegoś więcej? Wyjawienia mojej tajemnicy?

— Tak jest.

— Wiecie przecież, że raczej umrę, aniżeli to wyjawię. Cztery miliony to maximum. Chcecie je mieć? Mając te pieniądze w kieszeni, możecie jeszcze umknąć w porę, podczas gdy dalszy pobyt tutaj mógłby was zgubić.

Argument był tak przekonywujący, że Bournef nie wdawał się już w dłuższą dyskusyę.

— Czy kuferek jest w tym pokoju?

— Tak, pomiędzy pierwszem i drugiem oknem, poza moim portretem.

Bournef zdjął portret Essaresa naturalnej wielkości i rzekł:

— Mam go. A klucz?

— Niema klucza. Zamek otwiera się na litery „Kora”. Kuferek nie jest zbyt głęboki. Wyciągnij rękę. Znajdziesz tam cztery portfele.

Bournef wykonał ściśle polecenia Essaresa i pokazał się w kręgu światła, trzymając w rękach cztery portfele.

Drżącemi rękami rozwiązał sznurek owijający jeden z portfeli... Głosem zduszonym ze wzruszenia wyszeptał:

— Tysiączki... Dziesięć paczek po sto tysięcy...

Brutalnie, jakby gotowi do bójki o swoją część łupu — wspólnicy wyciągnęli chciwie ręce... każdy porwał swój portfel... Palce ich trzęsły się febrycznie, gdy liczyli banknoty...

— Dziesięć paczek... Wszystko w porządku... Milion franków...

I nagle jeden z nich wykrzyknął:

— Uchodźmy stąd! — uchodźmy!...

Ogarnęła ich jakaś szalona trwoga. Nie mogli sobie wyobrazić, ażeby Essares oddawał im dobrowolnie tak kolosalny majątek, nie powziąwszy uprzednio jakiegoś planu, któryby mu umożliwił odebranie tych pieniędzy, zanim oni opuszcza ten pokój... Może sufit się zawali nad nimi, może zapadnie się podłoga, albo zesuną ściany...

Patrycyusz Belval również nie wątpił, że Essares przygotowuje odwet... To nie był człowiek, któryby oddawał łatwo miliony, jeżeliby nie miał jakiejś tajemnej możności odzyskania ich.

Bournef odzyskawszy trochę zimnej krwi, powstrzymał swoich towarzyszów i rzekł:

— Nie róbcie głupstw. Gdybyśmy go tak zostawili, mógłby się odwiązać i pogonić za nami.

Przywiązano zatem do poręczy fotela drugą rękę Essaresa, który wyrzucił przez zęby:

— Głupcy, idyoci! Przybyliście tutaj, ażeby mi ukraść tajemnicę, której niesłychaną doniosłość znacie dobrze, a tracicie głowę dla głupich czterech milionów. Trzeba jednak przyznać, że pułkownik był bardziej żarłoczny.

Wpakowano mu znowu knebel w usta, a w dodatku Bournef wymierzył mu potężny cios ręką w głowę, który Essaresa na chwilę kompletnie ogłuszył.

— W ten sposób nasz odwrót jest zabezpieczony — rzekł Bournef.

Jeden z tamtych zapytał:

— A co z ciałem pułkownika? Czy go tutaj zostawimy?

— Dłaczegóżby nie?

Widocznie jednak takie rozwiązanie sprawy wydało mu się nieodpowiedniem, ponieważ po chwili oświadczył:

— Jednakowoż nie leży to bynajmniej w naszym interesie, abyśmy jeszcze więcej kompromitowali Essaresa. W naszym interesie wspólnym jest, abyśmy jeszcze znikli wszyscy jaknajszybciej. Wobec tego przeklętego listu pułkownika do prefektury.

— A zatem?

— Zabierzemy go do auta i wyrzucimy gdzieś po drodze. Niech się tam policya nim zajmie.

— A jego papiery?

— Weźmiemy je po drodze. A teraz pomóżcie mi!...

Podwiązali ranę trupa, chcąc powstrzymać broczenie krwi — poczem zabrali zwłoki.

Patrycyusz, słysząc ich pospieszne kroki w przyległym pokoju — oczekiwał, że teraz coś się stanic.

— Teraz bezwątpienia Essares lub Szymon nacisną jakiś tajemniczy guzik lub sprężynkę — i tamci wpadną w pułapkę.

Essares nie poruszył się nawet. Szymon trwał również bez ruchu. Kapitan słyszał trzask zamykanych drzwiczek, łoskot motoru i sapanie odjeżdżającego auta.

Nic się niezwykłego nie stało. Wspólnicy uciekli, nabrawszy swoje cztery miliony.

W tej chwili inny fakt zajął uwagę kapitana. — Koralia postąpiła kilka kroków naprzód. W twarzy młodej kobiety zaszła dziwna zmiana. Przerażenie i groza ustąpiły miejsca wyrazowi jakiejś złej energii. Ściągnęły się brwi, zacięły kurczowo usta, oczy rozbłysły niesamowitym blaskiem.

Patrycyusz zrozumiał, że mateczka Koralia powzięła jakieś decydujące postanowienie. Ale co uczynić zamierza?

Czyżby jej czyn — miał stanowić rozwiązanie dramatu?

Koralia cicho — prawie bez szelestu zaczęła schodzić w dół po kręconych schodach. Mąż posłyszał jednak jej kroki i obrócił głowę. Koralia nie patrzyła wszakże na niego — ale na błyszczący sztylet, który wypadł z ręki umierającego pułkownika. Schyliła się aby podjąć ostrą morderczą stal.

Patrycyusz zadrżał: Przeczucie powiedziało mu, że Koralia sięga po sztylet jedynie w tym celu — by ugodzić nim swego męża. Myśl zbrodnicza przeglądała z jej osłupiałych oczu.

Przerażenie wstrząsnęło Patrycyuszem:

— Mateczko Koralio!... co chcesz uczynić?!

Widocznie Essares także odczuł pragnienie morderstwa, emanujące ze zmienionej twarzy jego żony. Prężąc mięśnie usiłował rozerwać swoje więzy.

Koralia podjęła sztylet zziemi i postąpiła jeszcze kilka kroków naprzód... Essares wzniósł lekko głowę i utkwił spojrzenie w Koralii... Przez chwilę maż i żona spoglądali na siebie bez słowa...

Te krzyżujące się myśli, trwoga, nienawiść, pomieszanie namiętności i kontrasty kotłujące się w mózgach tych dwóch istot, z których jedna zamierzała zabić, a druga miała umrzeć, odbijały się jak na czułej płycie w umyśle Patrycyusza Belvala i w głębiach jego sumienia. Co właściwie uczynić mu należało? Jaką rolę objąć w dramacie, który się w jego obecności rozgrywał? Czy miał interweniować i przeszkodzić Koralii w wykonaniu czynu, któryby się nie dał nigdy naprawić, czy też miał sam popełnić zbrodnię, gruchocząc kulą rewolwerową głowę jej męża?

Przytem w duszy jego wzbudziło się dziwne uczucie ciekawości. Nie jakiejś ciekawości banalnej, ale chęć poznania duszy tej tajemniczej kobiety, którą kochał, choć właściwie nie znał wcale jej życia, ani przeżyć psychicznych.

Inne jeszcze myśli cisnęły mu się do głowy. Co w tej chwili kieruje jej ręką? Czy ma to być akt zemsty, czy kara za jakieś przewinienie, czy wybuch żywiołowej nienawiści.

Patrycyusz Belval nie poruszył się z miejsca.

Koralia podniosła rękę w górę. Mąż nie zdejmował z niej oczu. A w oczach tych nie było ani błagania o litość ani groźby. Essares był zrezygnowany. Oczekiwał ciosu.

Opodal stary Szymon ciągle jeszcze związany, podniósł się do połowy wsparłszy się na łokciach i obserwował ich z osłupieniem. Koralia podniosła rękę jeszcze wyżej. Zdało się, że w tej chwili ugodzi. Oczy jej szukały miejsca, dla zadania śmiertelnej rany. I nagle spojrzenie to stało się mniej twardem, mniej ponurem. Zamigotał w niem płomyk wahania i po chwili Koralia odzyskała swój zwykły wyraz twarzy, pełen wdzięku i słodyczy kobiecej.

O, mateczko Koralio, pomyślał Patrycyusz — jesteś znowu sobą. Poznałem cię. Jakiekolwiek byłyby powody, któreby cię skłonić mogły do zabicia tego człowieka, nie zamorduje.

Powoli ręka kobiety opadła wzdłuż ciała.

Koralia spojrzała na swój sztylet z takiem zdziwieniem, jak gdyby nagle zbudziła się ze złego, dręczącego snu. Potem odrzuciła morderczą stal daleko od siebie i nachyliwszy się nad mężem, zaczęła rozwiązywać krępujące go sznury. Trwało to parę minut. Wreszcie węzły zostały rozplatane, Essares był wolny.

To co stało się potem, to było bardziej niespodziane, aniżeli wszystko uprzednie. Bez słowa podziękowania i bez słowa gniewu Essares zerwał się i utykając boso pobiegł prosto do aparatu telefonicznego umieszczonego na stole. Zadzwonił, zdjął słuchawkę i zawołał:

— Proszę mię połączyć z numerem 3940.

Następnie zwrócił się do swojej żony:

— Odejdź stąd.

Zdawało się, że nie słyszała zupełnie. Nachyliła się nad starym Szymonem i jego także uwolniła z więzów.

Przy telefonie Essares niecierpliwił się.

— Hallo. Proszę pani, to nie na jutro, tylko na dzisiaj i to natychmiast. 39 — 40.

I odwracając się do Koralii powtórzył tonem rozkazującym:

— Odejdź.

Uczyniła głową znak, że nie odejdzie. Zacisnął wówczas rękę w pięść i grożąc powtarzał:

— Odejdź. Rozkazuję ci odejść. I ty masz odejść Szymonie.

Stary Szymon dźwignął się z ziemi i bez słowa protestu wyszedł z pokoju. Koralia nie ruszyła się.

— Odejdź, odejdź! — wołał Essares.

Ale Koralia postąpiła kilka kroków bliżej ku niemu i skrzyżowawszy ręce na piersi, trwała w swoim uporze.

W tej samej chwili widocznie połączono Essaresa z żądanym numerem, bo zawołał:

— 39 — 40, a dobrze!

Zawahał się na chwilę, najwidoczniej obecność Koralii była mu wielce niewygodną. Nie mógł wszakże tracić czasu. To też po chwili wahania, zaczął mówić gwałtownie:

— To ty, Grzegorzu? To ja, Essares. Hallo... Tak, telefonuję do ciebie z mego mieszkania. Nie traćmy czasu. Słucham...

Przerwał na chwilę i potem mówił dalej:

— Słuchaj, Mustafa nie żyje. Pułkownik także. Nie przerywaj mi. Albo wpadniemy w pułapkę. Tak, wpadniemy w pułapkę. I ty także. Słuchaj, przyszli wszyscy: pułkownik, Bournef, cała banda, i okradli mnie prze  ???

Wyekspedyowałem pułkownika na tamten świat. Tylko, że on przedtem napisał list do prefektury, denuncyuyący nas wszystkich. List przybędzie wkrótce. Rozumiesz?... Bournef i jego trzej towarzyszę — będą chcieli ukryć się w bezpiecznem miejscu... Przypuszczam, że jaką godzinę lub najwyżej za dwie — będą u ciebie... To najpewniejsza kryjówka... Oczywiście ani nie mają pojęcia, że my ją znamy... Pomyłka jest wykluczona... Przybędą napewno...

Essares umilkł. Po chwili namysłu ciągnął dalej:

— Czy masz drugi klucz od tych drwi?... Tak?... No, to dobrze!... Masz także dublety kluczów do skrytek? Doskonale!... Więc gdy ci hultaje zasną — wkradnij się tam do nich i przetrząś wszystkie skrytki... Niezawodnie umieszczą tam — każdy swoją część łupu... Odnajdziesz z łatwością... Poznasz te moje portfele... zabierz je i jak najprędzej przybądź do mnie...

Nowa pauza. Tym razem Essares słuchał, gdy, tamten mówił:

— Co powiadasz? Tutaj? do mego mieszkania?!... Zwaryowałeś chyba!... Nie mogę tutaj przecież pozostać po denuncyacyi pułkownika!... Koło południa czekaj na mnie w hotelu przy stacyi... Gdybym się spóźnił cokolwiek — możesz spokojnie zjeść śniadanie!... Hallo!... Zrozumiałeś?... Dowidzenia.

Essares odłożył słuchawkę i siadłszy na fotelu, na którym przed chwilą poddawano go torturom — zaczął wciągać skarpetki i nakładać obuwie. Ból chwilami wykrzywiał grymasem przykrym jego usta — ale ruchy były spokojne — tak jak u człowieka, który nie ma powodu do zbytniego pośpiechu.

Koralia nie spuszczała męża ani na chwilę z oczu.

— Powinienem odejść!... — pomyślał kapitan Belval trochę zażenowany tem, że będzie zmuszony podsłuchiwać rozmowę pomiędzy mężem a żoną.

Pozostał jednak. Obawiał się o mateczkę Koralię.

Essares przemówił pierwszy.

— No i czegóż ty tak wlepiasz oczy we mnie?!...

Kobieta szepnęła, powściągając bunt wrzący widocznie w jej piersi:

— Więc to wszystko prawda?

Mąż zaśmiał się szyderczo:

— Dlaczegóż bym miał kłamać! Nie telefonowałbym w twojej obecności, gdyby nie pewność, żeś tu była — od samego początku,

— Byłam tam na górze!...

— Więc słyszałaś wszystko?

— Tak jest.

— I widziałaś?!

— Tak!...

— I nie uczyniłaś nic, aby mnie obronić przed torturą — przed śmiercią?! Słuchałaś spokojnie moich jęków?!

— Czułam przecież całą prawdę. —

— Jaką prawdę?...

— Prawdę o twojej zdradzie!...

— Zwaryowałaś?... — Nie popełniłem żadnej zdrady...

— Nie igrajmy słowami!... Nie wszystko było dla mnie zrozumiałe, czego ci ludzie właściwie żądali... Ale ten sekret bezcenny — to tajemnica zdrady!...

Essares wzruszył ramionami:

— Zdradzić można tylko ojczyznę, a ja nie jestem francuzem!...

— Otrzymałeś obywatelstwo francuskie na własne żądanie!... Poślubiłeś mnie we Francyi i we Francyi zrobiłeś majątek!... I to Francyę właśnie zdradzasz!...

— Na czyjąż to korzyść? — może mi będziesz łaskawy powiedzieć?

— Tego właśnie nie wiem jeszcze... Jedno jest dla mnie jasnem, że ta cała banda oskarża cię, iż z tajemnicy zdrady sam ciągniesz ogromne korzyści, odbierając należną twoim wspólnikom część łupu... W każdym razie jest to jakaś łajdacka, bandycka sprawka!...

— Dosyć!...

Essares grzmotnął pięścią w stół.

Koralia nie ujawniła wszakże ani cienia trwogi. I po chwili rzekła:

— Masz racyę — dosyć!... Dosyć słów!... Czyn mówi sam za siebie... Twoja ucieczka jest najlepszem wyznaniem winy... Uciekasz ze strachu przed policyą!...

I znowu wzruszył ramionami.

— Nie boję się niczego.

— Ale odjeżdżasz?

— Tak jest.

— Kończmy. O której jedziesz?

— W południe.

— A jeżeli cię przedtem zaaresztują?

— Nie zaaresztują mnie.

— A jeżeli jednak?...

— To mnie zaraz wypuszczą i jeszcze przeproszą...

— Ale wytoczą ci proces?

— Nie! Śledztwo będzie umorzone!...

— Tak przypuszczasz?

— Jestem zupełnie pewny.

— Oby!... Opuszczasz Francyę?...

— Jak tylko się da najwcześniej...

— To znaczy?

— Za dwa lub trzy tygodnie...

— Chciałabym wiedzieć dokładnie, kiedy to nastąpi — abym mogła odetchnąć swobodnie...

— Uprzedzę cię, Koralio — ale z innej przyczyny...

— Mianowicie?...

— Abyś mogła pojechać ze mną?...

— Pojechać z tobą?!...

Uśmiechnął się jadowicie:

— Jesteś moją żoną. A żona musi iść za mężem... Tak orzekła i twoja i moja religia... Jesteś moją żoną!...

Koralia potrząsnęła głową przecząco:

— Nie jestem twoją żoną!... Nie czuję dla ciebie nic prócz wstrętu i nienawiści... Nie chcę cię widzieć więcej i choćbyś mi niewiem jak groził — nie pójdę za tobą!...

Wstał z fotelu i zacisnąwszy pięście rzekł, podkreślając dobitnie wyrazy.

— Co?... coś ty powiedziała?!... Śmiesz mi to mówić w oczy — twojemu mężowi i panu?!... Gdy cię zawezwę — musisz przybyć!...

— Nigdy!... Przysięgam to Bogu!... jak pragnę zbawienia wiecznego!...

Essares zadygotał z wściekłości. Fizyognomia jego nabrała wyrazu zwierzęcego okrucieństwa:

— Więc chcesz pozostać?!... Dlaczego?!... Aha!... odgaduję!... to jakieś sprawy sercowe!... Więc w twojem życiu jest coś takiego, o czem ja nie wiem!... Milcz!... milcz!... Nienawidziłaś mnie zawsze!... Żyliśmy obok siebie jak dwoje śmiertelnych wrogów... Ale ja cię kochałem!... Mało że kochałem — ubóstwiałem!... Jedno twoje słowo — a byłbym u twoich nóg... Ale ty czujesz do mnie wstręt!... I ty myślisz, że ja rozpocznę nowe życie bez ciebie?... Raczej zabiłbym cię — moja ślicznotko!...

Palce jego kurczyły się nakształt szponów drapieżnego ptaka, gotowego uchwycić zdobycz... — zgrzytał nerwowo zębami... krople potu lśniły mu na czole...

Ten wybuch wściekłości zdawał się nie wywierać najmniejszego wrażenia na Koralię. Na jej ślicznej twarzyczce nie malowało się żadne inne uczucie — prócz pogardy i wstrętu.

Essares po chwilowej przerwie oświadczył:

— Będziesz żyła ze mną Koralio... Chcesz czy nie chcesz, ale jestem twoim mężem... uczułaś to przed kwadransem, kiedyś pragnęła mnie zabić, a mordercza broń wypadła z twej ręki... I tak będzie zawsze... Bunt twój stłumię i powrócisz do tego, kto jest twoim prawowitym mężem...

— Zostanę tutaj — odparła — po to, aby walczyć z tobą... Zniweczę dzieło zdrady twojej... Muszę naprawić zło, któreś ty wyrządził!...

Essares rzekł bardzo cicho:

— Strzeż się Koralio!... Wtedy, gdy będziesz czuła się najzupełniej bezpieczna — spadnie na ciebie moja ciężka ręka... I zażądam rachunku... Strzeż się!...

Nacisnął guzik elektrycznego dzwonka. Stary Szymon nie dał długo czekać na siebie. Essares zapytał go:

— Lokaja i portyera niema?

Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej:

— Szczęśliwej podróży!... Pokojówka i kucharka wystarczą do pełnienia służby. One nic nie słyszały... Śpią tak daleko... W każdym razie będziesz uważał na nie, Szymonie, po moim wyjeździe...

Obserwował przez chwilę żonę, poczem zwrócił się znowu do Szymona:

— Umieram ze zmęczenia, a trzeba, żebym o godzinie 6-tej był już na nogach, zaprowadź mnie do mego pokoju...

I wsparty na ramieniu sekretarza wyszedł. Skoro tylko zniknął za drzwiami, Patrycyusz Belval przekonał się, że Koralia panująca nad sobą w obecności męża — znajdowała się już u kresu sił swoich i swej energii. Zalana łzami, padła na kolana, czyniąc znak krzyża na czole i piersiach.

Kiedy po chwili dźwignęła się z klęczek — ujrzała na dywanie kartkę papieru. Zdziwiona podniosła ją i przeczytała następujące słowa:

„Mateczko Koralio!... Walka jest ponad pani siły... Dlaczegoż nie przyjąć pomocy przyjaciela?... Jedno skinienie — a jestem przy pani...”

Koralia zachwiała się na nogach, oszołomiona niespodzianem odkryciem i zuchwałą odwagą Patrycyusza. Zebrawszy wszakże ostatek sił i woli — wyszła z pokoju, nie przywoławszy człowieka, który ją kochał nad życie.



ROZDZIAŁ VI.

KRZYK PRZEZ TELEFON.

Patrycyusz, powróciwszy do, siebie, nie mógł zasnąć... Przewracał się z boku na bok, a w mózgu jego snuły się ciągle obrazy wydarzeń, których był mimowolnym świadkiem... Mateczka Koralia... pułkownik Fakhi... Essares-bey... Bournef i jego towarzysze... i znowu mateczka Koralia...

Przemęczył się w ten sposób kilka godzin, poczem zaświecił elektryczność, wstał i zaczął spisywać historyę ostatniego wieczoru. Chciał przez to rozerwać się trochę i uporządkować swoje bezładne tłoczące się myśli.

O godzinie 6-tej rano pobiegł obudzić Ya-Bona. Wyrwawszy zaspanego, przecierającego jeszcze oczy Senegalczyka z ciepłej pościeli — zaczął od wymówek:

— Więc ty sobie wyobrażasz, żeś już wszystko zrobił!... Wtedy, gdy ja sobie łamię głowę po nocy — jegomość śpi sobie w najlepsze!... Mój drogi, zdaje się, że ty masz sumienie ogromnie elastyczne!...

Słowo „elastyczne” wydało się Ya-Bonowi niesłychanie zabawnem, i szeroki dobroduszny uśmiech rozciągnął jego wargi.

— Dosyć próżnego gadania!... — zadecydował kapitan. — Nie dajesz mi poprostu przyjść do słowa!... Siadaj, przeczytaj co tu napisane i wydaj o tem swoją opinię — tylko nie idyotyczną... Co?... nie umiesz czytać?... No wiesz, śliczna edukacya!...

Westchnął i wyrwał Senegalczykowi manuskrypt z rąk:

— Słuchaj!... zastanów się!... i powiedz, co o tem myślisz!... Zaczynam:

„Istnieje niejaki Essares-bey kolosalnie bogaty bankier, który to jegomość jest łotrem na łotrami i zdradza jednocześnie Francyę, Egipt, Anglię, Turcyę, Bułgaryę i Grecyę. Jego wspólnicy przypalają mu nogi. On zabija jednego, a reszty pozbywa się przy pomocy czterech milionów, które poleca odebrać innemu wspólnikowi. I cała ta śliczna paczka schowa się w mysią dziurę o 11-tej przedpołudniem, ponieważ w południe wkracza policya. No, dobrze”.

Patrycyusz Belval zaczerpnął oddechu i mówił dalej:

— Mateczka Koralia jest żoną tego łajdaka Essaresa. Dlaczego ona go poślubiła, tego już nie rozumiem. Nienawidzi go bowiem i chce go zabić. On ją kocha i także chce ją zabić. Istnieje wreszcie pewien kapitan francuski, który ją również kocha i postanowił ją koniecznie zdobyć. Dodaj do tego, takie akcesorya jak dwie jednakowe połówki tego samego ametystu, tajemniczy zardzewiały klucz, czerwoną jedwabną taśmę i będziesz miał wszystko. I wiesz, jeżeli ty ośmielisz się cośkolwiek zrozumieć, to ci rozbiję chyba głowę, ponieważ ja nic z tej całej historyi nie rozumiem, a jestem przecież twoim kapitanem.

Ya-Bon śmiał się od ucha do ucha. I stosownie do rozkazu swego kapitana nie rozumiał ani słowa.

— No dosyć, — zakomenderował Belval. — Teraz ja się muszę zastanowić, wykombinować i wywnioskować.

Oparłszy się o kominek zaczął rozmyślać, co właściwie teraz czynić należy. Czy szukać kryjówki tego Grzegorza, do którego schronili się Bournef i jego kompanowie? Czy może dać znać policyi? Czy wrócić do mieszkania Essaresa? Doprawdy nie wiedział. Czy działanie to leżało w zakresie Belvala. Ale do rozwiązywania zagadek i to tak jeszcze zawiłych nie odczuwał najmniejszego powołania.

I zwracając się nagle do Ya-Bona, który milczał uparcie, zawołał:

— Czegóż ty mnie znowu denerwujesz swoją pogrzebową miną. Tak, to ty mi wszystko zaciemniasz. Ty widzisz rzeczy, zawsze czarno, naturalnie jak murzyn. Wynoś się stąd...

Ya-Bon zamierzał odejść, ogromnie zbity z tropu, gdy wtem zapukano do drzwi i ktoś zawołał z zewnątrz:

— Panie kapitanie, telefonują do pana.

Patrycyusz wybiegł szybko. Kto u dyabła! może telefonować o tak wczesnej godzinie?!

— Kto telefonuje? — zapytał pielęgniarki.

— Nie wiem, kapitanie... Jakiś głos męski... Zdaje się, że mu się bardzo spieszy... Dzwoniono dość długą chwilę... Byłam właśnie wtedy na dole w kuchni...

Belval, nie pytając już o nic więcej pospieszył do aparatu.

— Hallo!... to ja kapitan Belval!... Kto mówi?...

Nieznajomy głos męski odpowiedział mu... Głos tak dziwnie zmieszany, tak drżący:..

— Kapitan Belval!... A! to dobrze... bałem się, żeby nie było zapóźno... Otrzymałeś klucz i list?...

— Kto mówi?!

— Otrzymałeś klucz i list?! — nalegał głos.

— Klucz, owszem, ale listu nie było...

— Listu nie było?! A! to okropne!... Więc nie wiesz...

Przenikliwy krzyk wstrząsnął słuchem Patrycyusza... A potem dały się słyszeć jakieś dźwięki nieskoordynowane, coś niby gwałtowna, zamieszana zamiana słów... Po chwili ów tajemniczy głos wyjąkał do telefonu:

— Zapóźno... Patrycyuszu... czy to ty?... Słuchaj... medalion z ametystu... tak... tak... mam go przy sobie... Zapóźno... a ja chciałem... Patrycyuszu... Koralia... Patrycyuszu... Patrycyuszu...

I znowu krzyk... krzyk rozdzierający: „Na pomoc... na pomoc... morderca!... nędznik!...” a potem cisza i krótki, suchy trzask. Morderca odłożył słuchawkę, przerywając połączenie. Wszystko to nie trwało nawet całej minuty. Patrycyusz trzymał kurczowo słuchawkę, a oczy jego były utkwione w tarczy wielkiego zegara na wieży, który wskazywał godzinę 7-mą minut 19. Machinalnie powtarzał te cyfry, nadając im wartość jakiegoś ważnego dowodu. Następnie zapytał sam siebie, czy to wszystko prawda co się stało, czy to nie jakaś halucynacya. Może ten krzyk przez telefon był wytworem jego własnego przemęczonego, podnieconego mózgu.

Ale echo tego dziwnego krzyku wibrowało jeszcze ciągle w jego uszach. I nagle pokręcił korbą telefonu.

— Hallo, proszę pani, czy to pani mnie woła do telefonu? Słyszała pani te krzyki? Hallo, hallo.

Nikt nie odpowiadał. Belval wpadł w złość. Nawymyślał telefonistce, która oczywiście tego nie słyszała i wyszedł z pokoju. W korytarzu natknął się na Ya-Bona.

— Wynoś mi się z oczu. To wszystko twoja wina. Powinien byłeś pozostać tam i czuwać przy Koralii. Słuchajno, pójdziesz tam i zaofiarujesz jej swoje usługi. A ja zawiadomię tymczasem policyę. Gdybyś mi nie był przeszkodził, byłbym już to dawno zrobił. No, zabieraj się stąd galopem.

Senegalczyk chciał odejść stosownie do rozkazu, ale kapitan przytrzymał go za ramię.

— Nie waż mi się ruszyć z miejsca. Twój plan jest idyotyczny. Zostań tutaj. Ale nie tutaj, nie przy mnie. Mój kochany, ty masz stanowczo za mało zimnej krwi.

Wypchnął go za drzwi, a sam powrócił do pokoju, gdzie znajdował się telefon. Po chwili namysłu poszukał w spisie abonentów numeru telefonu Essaresa i zatelefonował.

— Hallo — zawołał Belval.

— Hallo — odpowiedział jakiś głos. — Kto tam przy aparacie?

To był głos Essaresa.

— Czy to pan Essares?

— Tak jest. Z kim mam przyjemność!

— To w sprawie jednego z oficerów, z domu ozdrowieńców.

— Czy to kapitan Belval?

Patrycyusz był kompletnie zbity z tropu. Więc mąż Koralii go zna? Zmieszany wyjąkał:

— Tak, istotnie, to kapitan Belval.

— Jakże się cieszę, panie kapitanie!... — wykrzyknął Essares-bey tonem najwyższego rozradowania — właśnie przed chwila telefonowałem do pana, aby się dowiedzieć...

— Ach! to pan... — przerwał Patrycyusz zdumiony bezgranicznie.

— Tak jest, chciałem się dowiedzieć, o której godzinie będę mógł mówić z kapitanem Belvalem, aby mu wyrazić moje najserdeczniejsze podziękowanie!...

— To pan... to pan... — powtarzał młody oficer coraz bardziej wzruszony...

— Tak jest... czy to nie ciekawy zbieg okoliczności?... Na nieszczęście rozłączono mnie, a raczej ktoś inny dostał się na linię...

— Więc pan słyszał?...

— Co takiego, panie kapitanie?...

— Te krzyki...

— Krzyki?...

— Przynajmniej mnie się tak zdawało...

— Ja słyszałem tylko tyle, że ktoś komu się bardzo spieszyło, chciał połączyć się z panem... Przerwano połączenie i w ten sposób dopiero w tej chwili mam sposobność podziękowania panu...

— Podziękowania?...

— Czy pana to dziwi? Wszak uratował pan moją żonę wczoraj... Wyrwał ją pan z rąk bandytów... Chciałbym bardzo poznać pana i podziękować mu osobiście... Możebyśmy naznaczyli sobie rendez-vous w jakiej kawiarni? Tak np. o godzinie 3-ciej popołudniu?...

Patrycyusz nie odpowiadał, zbity z tropu zuchwałością tego człowieka, zagrożonego tak bezpośrednio aresztowaniem. Jednocześnie zastanawiał się nad tem, jaki właściwie realny motyw mógł skłonić Essaresa do telefonicznej rozmowy, chociaż go na pozór nic do tego nie zmuszało.

Milczenie kapitana zdawało się zupełnie nie dziwić bankiera, który dalej obsypywał Belvala grzecznościami i wygłaszał monolog, odpowiadając sam sobie na własne pytania. Następnie powiedzieli sobie: dowidzenia. Rozmowa była skończona.

Pomimo wszystko Patrycyusz czuł się zupełnie spokojnym. Powróciwszy do swego pokoju rzucił się na łóżko i zasnął. Po dwóch godzinach zbudził się i zawołał Ya-Bona.

— Drugim razem staraj się bardziej panować nad twoimi nerwami. Nie trać głowy tak jak przed chwilą. Byłeś poprostu śmieszny. Nie mówmy o tem więcej. Jadłeś śniadanie? Nie, ja także nie. Byłeś na wizycie lekarskiej? Nie?, ja także nie. A właśnie major obiecał mi zdjąć z głowy ten wstrętny bandaż. Przecie nie wyobrażasz sobie, żeby mi to robiło przyjemność. Drewniana noga to jeszcze, ale głowa zawinięta w taki ręcznik dla zakochanego, to okropność. Idź, spiesz się! A potem w drogę do szpitala! Mateczka Koralia nie może mi zabronić, abym ją odszukał.

W godzinę później dążyli obaj do bramy Maillota. Kapitan swoim zwyczajem wywnętrzał się Senegalczykowi:

— Ależ tak!... ależ tak!... Ya-Bon — to się zaczyna... Zdajmy sobie sprawę — na czem stoimy... Przedewszystkiem mateczce Koralii na razie nie grozi żadne niebezpieczeństwo... Walka pomiędzy wspólnikami łotrowskich sprawek — toczy się zdala od niej — o miliony Essaresa... Co zaś do nieszczęśliwego, którego krzyk agonii słyszałem w telefonie — to widocznie był to jakiś nieznany przyjaciel, ponieważ mówił mi ty i nazywał mnie Patrycyuszem... To napewno on przysłał mi ten klucz od ogrodu... Cała bieda w tem, że list się gdzieś zapodział... Wreszcie zmuszony wypadkami, chciał mi wyznać wszystko — i wtedy dokonano zamachu... Ale kto go napadł?... I to oczywiście ktoś, kogo jego rewelacje przerażały... Oto wszystko — jasne jak słońce... Głupstwa gadasz Ya-Bon!... A właśnie, że prawda może być wręcz odmienna od tej, jaką ja sobie wykombinowałem... Ale mnie to wszystko jedno!... Główna rzecz, żeby się oprzeć można na jakiejś podstawie — wszystko jedno istotnej czy fałszywej... Zresztą jeżeli moja hypoteza jest fałszywą — cała odpowiedzialność spada na ciebie!... Sądzę wszelako...

Koło bramy Maillota wzięli auto, Patrycyusz wpadł na pomysł zboczenia na ulicę Raynouarda, gdzie znajdował się dom Essaresa. Na rogu tej ulicy ujrzeli mateczkę Koralię. Towarzyszył jej stary Szymon. Koralia również wsiadła w auto, które podążyło w kierunku szpitala na Polach Elizejskich. Auto Patrycyusza pogoniło za autem Koralii...

Punkt o godzinie jedenastej piękna pielęgniarka wchodziła do szpitala.

— Doskonale — rzekł Patrycyusz — jej mąż ucieka, ale ona nie zamierza zmieniać niczego w swoim zwykłym trybie życia.

Zjedli śniadanie w pobliskiej kawiarni, a potem spacerowali wzdłuż ulicy — wreszcie o godzinie wpół do pierwszej udali się do szpitala.

W westybulu zobaczyli starego Szymona, który jak zwykle palił spokojnie fajkę, oczekując na swoja panią:

Sama zaś mateczka Koralia znajdowała się na trzeciem piętrze w jednej ze sal szpitalnych, gdzie czuwała u łoża jednego z rannych żołnierzy. Pacyent spał.

Koralia wydała się Patrycyuszowi bardzo mizerną. Jej oczy podkrążone i bladość twarzy świadczyły o wielkiem znużeniu.

— Biedactwo moje — roztkliwił się — oni ją zamęczą — ci hultaje!...

Przez chwilę wahał^ się czy podejść — zadecydował wszakże, iż lepiej uczyni, jeżeli nie będzie teraz narzucał swego towarzystwa Koralii.

Miał się już cofnąć, gdy nagle dał się słyszeć głos jednej z posługaczek szpitalnych:

— Gdzie siostra Koralia?!... Szymon...

Stary Szymon ukazał się również na schodach. Koralia pospieszyła ku niemu. Sekretarz szepnął jej kilka słów, które zdawały się silne na niej czynić wrażenie. Nie dostrzegłszy stojącego na uboczni Patrycyusza, Koralia zbiegła po schodach. Za nią Szymon i posługaczka.

— Auto już czeka, siostro Koralio... spieszmy się... Komisarz policyi polecił mi...

Zasłyszane te słowa wystarczały Patrycyuszowi do powzięcia decyzyi.

W przejściu chwycił Ya-Bona pod ramię i obaj wskoczyli w automobil, kapitan dał szoferowi polecenie, ażeby jechał za autom Koralii. Oba pojazdy zatrzymały się prawie równocześnie przed domem Essaresa, gdzie stał już jakiś automobil. Koralia wyskoczyła i pobiegła w głąb domu. Szymon podążył jej śladem.

— Chodź — rzekł Patrycyusz do Senegalczyka.

Brama była otwarta i mogli wejść bez przeszkody. W westybulu ujrzeli dwóch agentów policyjnych. Patrycyusz oddał im ukłon wojskowy i szybko przeszedł dalej. Z salonu dochodził jakiś hałas zmieszanych głosów. Z pośród tego hałasu wybił się wreszcie głos Koralii, wołający z przerażeniem:

— O mój Boże, o mój Boże! Czy możliwe?...

Dwaj inni agenci zagrodzili Patrycyuszowi drogę. Postanowił tedy użyć podstępu i rzekł:

— Jestem krewnym pani Essares, blizkim krewnym.

— Mamy wyraźny rozkaz, panie kapitanie.

— Wiem o tem, do licha. Nie pozwalajcie wchodzić nikomu. Ya-Bon pozostań tutaj.

I wszedł.

W wielkim pokoju zobaczył grupę złożoną z kilku mężczyzn, według wszelkiego prawdopodobieństwa urzędników policyi, pochylonych nad czemś, czego kształtów dokładnych nie mógł rozróżnić. Z tej grupy wyłoniła się nagle Koralia i postąpiła parę kroków, słaniając się i bijąc rękami powietrze, jak ktoś śmiertelnie postrzelony. Obecna tam pokojówka Koralii chwyciła ją wpół i usadowiła na fotelu.

— Co się stało? — zapytał Patrycyusz.

— Pani się zrobiło słabo. Boże mój, Boże mój, zupełnie głowę straciłam.

— No, ale o cóż chodzi?

— Pan, no pan, proszę pomyśleć tylko... Nie mogę przyjść do siebie.

— Na miłość Boską, co się stało?

Jeden z urzędników policyi przybliżył się i zapytał:

— Czy pani Essares zachorowała?

— To tylko chwilowe — odparła pokojówka. — Takie wpółomdlenie. To się pani już nieraz przytrafiało.

— Proszę ją zabrać, jak tylko będzie mogła utrzymać się na nogach. Jej obecność jest tutaj zbyteczna.

I zwracając się do Patrycyusza Belvala, wyrzekł tonem zapytania:

— Panie kapitanie?

Patrycyusz udawał, że nie rozumie.

— Tak jest, proszę pana — rzekł. — Zaraz zabierzemy stąd panią Essares. Rzeczywiście jej obecność tutaj jest zbyteczna. Muszę jednak przedtem...

Wykręcił się na pięcie, aby uniknąć dalszej rozmowy, korzystając z tego, że komisarze policyi posunęli się nieco, postąpił kilka kroków naprzód. To co ujrzał, wytłomaczyło mu aż nadto dobrze zemdlenie Koralii i wzruszenie jej pokojówki. Sam on uczuł, że włosy stają mu dębem na głowie.

Na podłodze, niedaleko od kominka, prawie w tem samem miejscu, gdzie dnia poprzedniego poddawano go torturom, leżał bez ruchu Essares-bey. Ubrany był w tensam co wczoraj szlafrok z bronzowej flaneli i miękkie pantofle. Głowę i jego ramiona przysłonięto białą serwetą, ale jeden z obecnych, najwidoczniej lekarz uchylił tej zasłony, ukazując strasznie zmasakrowane oblicze trupa. Widok był okropny. Jedna część twarzy była kompletnie zwęglona, a druga tworzyła jedna krwawa ranę, gdzie odłamki kości mieszały się z kawałkami skóry, włosami pokrwawionemi i wysadzoną gałką oczną.

— Och — wyjąkał Patrycyusz. — Co za niegodziwość! Zamordowano go! A on wpadł głową w płomienie. W ten sposób go znaleziono? Nieprawdaż?

Urzędnik, który go interpelował poprzednio, zbliżył się znowu.

— Kto pan jesteś właściwie?

— Kapitan Belval, przyjaciel pani Essares. Jeden z wielu rannych, których uratowała swoją troskliwą opieką.

— To pięknie, proszę pana, ale pan nie może tutaj pozostać. Nikt obcy nie może tutaj pozostać. Panie komisarzu, proszę zarządzić, aby wszyscy oprócz doktora opuścili ten pokój i przy drzwiach postawić wartę. Pod żadnym pretekstem nikt tutaj nie śmie wejść! Pod żadnym pretekstem.

— Ależ ja mam dla pana ważne rewelacye — nalegał Patrycyusz.

— Posłucham chętnie, panie kapitanie, ale trochę później. Proszę mi wybaczyć i — wskazał bardzo wyraźnie ręką drzwi.



ROZDZIAŁ VII.

23 MINUTY PO 12-TEJ.

Patrycyusz przez kwadrans w towarzystwie swego Senegalczyka oczekiwał w pokoju bilardowym na dalszy ciąg wypadków. Wreszcie po upływie 15-tu minut do pokoju wprowadzono Szymona, jako też pokojówkę Koralii.

Stary sekretarz zdawał się być zgnębionym kompletnie śmiercią swojego pana i perorował coś sam do siebie półgłosem, robiąc przytem dziwaczne miny. Patrycyusz zadał mu pytanie. Szymon szepnął mu na ucho:

— To jeszcze nie skończone. Tu jeszcze będę dziać się rzeczy! Co za rzeczy!... Nawet dzisiaj.

— Dzisiaj? — zapytał Patrycyusz.

— Tak, tak — powtórzył stary, trzęsąc się na całem ciele i więcej nie rzekł już ani słowa.

Natomiast pokojówka okazała się rozmowniejszą, gdyż opowiedziała następujące szczegóły:

— Przedewszystkiem, proszę pana, dzisiaj rano pierwsza niespodzianka. Ani portyera, ani lokaja, ani woźnicy. Wszyscy trzej zniknęli. Potem o godzinie wpół do siódmej pan Szymon zawiadomił nas, że pan zamknął się w bibliotece i że nie wolno mu przeszkodzić nawet przez podanie śniadania. Pani czuła się nieco cierpiąca. Podałam jej czekoladę o godzinie 9-tej. O godzinie 10-tej jak zwykle wyszła z panem Szymonem. Szybko sprzątnęłam pokoje, a potem gawędziłam sobie z kucharka w kuchni. W chwili, kiedy na zegarze biła godzina 12-ta, zadzwoniono gwałtownie do drzwi wejściowych. Wyjrzałam przez okno. Zobaczyłam auto, w którem siedziało czterech panów. Otworzyłam natychmiast. Okazało się, że to są panowie z policyi i chcą się widzieć z naszym panem... Prowadzę ich. Pukamy. Zaczynamy trząść drzwiami, zamkniętemi na klucz. Żadnej odpowiedzi. Wreszcie komisarz kazał wyłamać zamek. I oto... oto... straszny widok przedstawił się naszym oczom. Nasz biedny pan martwy, z głową w żarzących węglach!.. Ach, cóż to musieli być za łajdacy!... Ponieważ zamordowano go, nieprawdaż? Wprawdzie jeden z tych panów, zdaje się, że doktor, mówił, że to mógł być atak apopleksyi, ale mnie się zdaje...

Stary Szymon słuchał, nie mówiąc ani słowa. Ciągle jakby ogłuszony, skubał swoją siwa brodę. Oczy jego były ukryte za żółtemi szkłami okularów. Nagle przerywając opowiadanie pokojówki, zachichotał niesamowicie, zbliżył się do Patrycyusza i znowu powiedział mu na ucho:

— Należy się obawiać!... Pani Koralia... Trzeba ją ukryć, natychmiast!... Jeżeli nie, to biada jej...

Kapitan zadrżał i chciał zadawać dalsze pytania. Nie zdążył jednak, albowiem agent policyjny przyszedł po starca, ażeby zaprowadzić go do biblioteki.

Przesłuchanie Szymona trwało dość długo. Następnie przesłuchiwano kucharkę i pokojówkę, poczem komisya udała się do Koralii. O godzinie 4-tej przybył nowy automobil. Patrycyusz ujrzał przechodzących przez westybul dwóch eleganckich panów, którym wszyscy kłaniali się bardzo nizko. Poznał ministra sprawiedliwości i ministra spraw wewnętrznych. Ministrowie odbyli konferencyę w bibliotece, poczem odjechali. Wreszcie dopiero koło godziny 5-tej przyszedł agent po Patrycyusza i polecił mu iść na I-sze piętro. Wprowadzono go do niewielkiego buduaru, w którym znajdowały się dwie osoby: Koralia oraz ów wyższy urzędnik policyi, który prowadził całe śledztwo.

Był to jegomość, lat około 50-ciu, pokaźnej tuszy o twarzy szerokiej i nalanej, w której żywo błyszczały oczy bystre i inteligentne.

— Pan jest bezwątpienia sędzią śledczym — zapytał Patrycyusz.

— Nie — odparł tamten. — Nazywam się Desmalions, jestem dawnym sędzia, wydelegowanym specjalnie do wyjaśnienia tej afery. Zdaje mi się bowiem, że niema tu żadnego materyału do śledztwa.

— Jakto? — wykrzyknął Patrycyusz, zdziwiony ogromnie. — Niema materyału do śledztwa?

Spojrzał na Koralię, która nie spuszczała z niego oczu.

Na wykrzyknik kapitana, p. Desmalions odpowiedział:

— Sądzę, panie kapitanie, że gdy się porozumiemy, zgodzi się pan na moje wywody. Tak samo jak porozumieliśmy się ja z panią.

— Nie wątpię — rzekł Patrycyusz. — A jednak obawiam się, że niektóre punkty zostaną niewyjaśnione.

— Postaramy się wspólnemi siłami wyświetlić wszystko. Może pan będzie łaskaw powiedzieć mi to, co pan wie.

Po chwili namysłu Patrycyusz począł mówić:

— To co powiem, wyda się panu dziwne, może niewiarygodne — a jednak zeznania moje, które odnoszą się...

— Prawdopodobnie do faktów, o których już pani zechciała mi łaskawie udzielić informacyi...

Patrycyusz zastanowił się przez chwilę.

— Istotnie — rzekł — pani mogła pana sędziego poinformować... Wiec pan zna zatem treść rozmowy, zasłyszanej wczoraj przezemnie w restauracyi?

— Tak jest!...

— I wie pan o usiłowanem porwaniu pani Essares?...

— Wiem.

— I o zabójstwie?...

— Tak.

— Pani Essares opowiedziała panu o szantażu, jakiego ofiarą padł pan Essares, o szczegółach tortury, której go poddano? O śmierci pułkownika?... o oddaniu szantażystom czterech milionów? o rozmowie telefonicznej pomiędzy panem Essaresem i niejakim Grzegorzem?...

— Tak, panie kapitanie, wiem o wszystkiem.

— Wobec tego zeznania moje są zbyteczne. Pan sędzia ma już w ręku fakty, z których można wyprowadzać wnioski...

I dorzucił pytanie.

— Czy wolno zapytać — jak przedstawiają się te wnioski pana sędziego?

— No wie pan, kapitanie, — jeszcze tych wniosków nie sformułowałem definitywnie... Na razie decydującym jest dla mnie list pisany przez pana Essaresa — koło południa mniej więcej... List ten znaleźliśmy na biurku. Pani Essares życzyła sobie, abym zaznajomił pana z jego treścią...

I pan Desmalions zaczął czytać:

„Koralio droga! Błądziłaś wczoraj, przypisując mój nagły wyjazd jakimś karygodnym pobudkom, a ja postąpiłem niesłusznie także, ponieważ nie postawiłem odrazu kwestyi jasno i nie odparłem stanowczo twego oskarżenia.

Jedynym powodem, zniewalającym mnie do wyjazdu — są zamachy wrogów pełnych nienawiści ku mnie... Mogłaś zaobserwować naocznie ich zwierzęce okrucieństwo... Wobec takich łotrów — jedynym ratunkiem jest ucieczka... Wszak oni nie cofną się przed niczem, byle mnie tylko pognębić...

Odjeżdżam Koralio, ale przypominam ci wyrażone wczoraj moje niezłomne postanowienie. Gdy cię zawezwę — masz, nie zwlekając przybyć do mnie... Jeżeli nie posłuchasz mego wezwania i pozostaniesz w Paryżu — nic cię ochronić nie zdoła przed słusznym gniewem twego prawowitego męża... Nawet moja śmierć... zarządziłem bowiem aby w tym wypadku!...”

— Tu list urywa się — rzekł pan Desmalions, oddając list Koralii — a wiemy, że te ostatnie słowa pisane były tuż przed śmiercią pana Essaresa... Na ziemi bowiem znaleźliśmy kieszonkowy zegarek, który snąć spadł z biurka... Wskazówki jego zatrzymały się na godzinie dwunastej minut dwadzieścia trzy... Przypuszczam, że zrobiło mu się słabo — wstał i upadł na ziemię... Na nieszczęście znajdował się tak blizko kominka z żarzącym ogniem, że potoczył się głową prosto w płomienie, uderzając jednocześnie z całej siły czaszką o kratę... Ogień dokonał swego dzieła... oto wszystko mojem zdaniem...

Patrycyusz słuchał ze zdumieniem:

— Więc pan sądzi, że śmierć pana Essaresa jest przypadkową, że go nie zamordowano?!

— Zamordowano?! Nic nie naprowadza mnie na tego rodzaju przypuszczenie...

— A jednakże...

— Pan, kapitanie, pozostajesz pod suggestyą osobliwego zbiegu okoliczności... Od wczoraj jest pan świadkiem tragicznych wydarzeń i dlatego podniecona pańska wyobraźnia usiłuje rozwiązać nasuwające się jej zagadnienie w sposób jak najbardziej tragiczny... Niechże się pan wszakże zastanowi... Kto i w jakim celu dopuściłby się tego morderstwa?... Bournef i jego przyjaciele? Poco?... Przypuściwszy nawet, że ów tajemniczy Szymon zdołał odebrać im zagrabione miliony... toż przez zamordowanie Essaresa nie prowadziła droga do odzyskania... A następnie — którędyż by weszli?... I którędy wyszli?... Nie, daruje pan, panie kapitanie — pan Essares zmarł wskutek nieszczęśliwego wypadku... Lekarz podziela moją opinię...

Patrycyusz Belval zwrócił się do Koralii.

— Pani szanowna jest tego samego zdania?

Lekko zaróżowiona — odparła:

— Tak jest.

— I stary Szymon także...

— O! Szymon... — zawołał sędzia — on bredzi... Gdyby się nim kierować — to należałoby wierzyć, że pani Essares grozi jeszcze jakieś niebezpieczeństwo i że powinna jak najprędzej uciec... Chcąc poprzeć swoje twierdzenia faktami, zaprowadził mnie do ogrodu, gdzie pokazał mi martwego psa łańcuchowego i następnie ślady kroków męskich, wiodące do biblioteki... Ale te ślady... pan je dobrze zna — nieprawdaż kapitanie?... To pańskie kroki i pańskiego Senegalczyka... Co zaś do uduszenia psa... To już sprawka Senegalczyka... Wszak się nie mylę!...

Patrycyusz zaczynał rozumieć... Zastrzeżenia sędziego, jego wyjaśnienia, porozumienie z Koralią co do wszystkich punktów — wszystko to nabierało powoli właściwego zabarwienia.

Podkreślił więc słowa:

— A więc nie było zbrodni?...

— Nie!

— I śledztwo nie będzie wdrożone?

— Nie.

— Więc sprawę całą okryje dyskretne milczenie?

— Istotnie.

Kapitan Belval jął przemierzać pokój szerokimi krokami. Przypomniały mu się słowa Essaresa: „Nie zaaresztują mnie... A jeśli zaaresztują, to wypuszczą i przeproszą... Sprawa zostanie umorzoną”...

Essares, przepowiedział dobrze. Sprawiedliwość milczy...

Irytowało to niesłychanie kapitana. Podejrzywał, że sędzia, chcąc uczynić zadość życzeniom Koralii — poświęcał interes sprawiedliwości. — Ażeby zaś można było sprawę zgrabnie zatuszować — trzeba się naprzód pozbyć jego, Patrycyusza.

Zapanował jednak nad sobą i nie zdradzając wzburzenia rzekł:

— Wybaczy pan, panie sędzio — pewną uwagę z mojej strony, która wyda się panu może niedyskretną... Sądzę wszakże, że jest to moim obowiązkiem poinformować pana o tajemniczych wieściach łączących moje życie z życiem pani Essares, a sięgających w przeszłość dziecięcą, której nie obejmujemy ani ja ani pani — pamięcią... A może pani Essares wspomniała już panu o tym fakcie, który mojem zdaniem nie jest bez znaczenia dla wypadków, które się obecnie rozegrały...

Pan Desmalions spojrzał na Koralię. Młoda kobieta skinęła głowa potwierdzająco. Wówczas sędzia powiedział:

— Tak jest... pani Essares powiadomiła mnie o wszystkiem... A nawet...

I znowu spojrzeniem poradził się Koralii, która zaczerwieniła się... Zmieszanie odmalowało się na jej twarzy. Po chwili wyrzekła zaledwie dosłyszalnym głosem:

— Kapitan Belval powinien wiedzieć cośmy odnośnie do tej kwestyi wykryli... To odkrycie jest w równej mierze jego własnością jak i moją... Proszę, niech pan mówi, panie sędzio...

Pocóż tracić czas na próżne słowa? Sądzę, że wystarczy pokazać kapitanowi ten album...

I pan Desmalions podał Patrycyuszowi album oprawny w czerwony plusz.

Patrycyusz wziął album do ręki z pewnem wahaniem.

Ale to co zobaczył, wprowadziło go w takie zdumienie, że wykrzyknął głośno:

— Czy podobna?!

Na pierwszej stronie albumu widniały tuż obok siebie dwie spore fotografie: jedna przedstawiała chłopca w mundurku, ucznia kollegium angielskiego, druga malutkie dziewczątko.

Na jednej widniał napis: „Patrycyusz w wieku lat 10” — na drugiej: „Koralia w wieku lat 3”.

Silnie wzruszony Patrycyusz przewrócił kartkę. I znowu zobaczył swoja fotografię z okresu, gdy liczył lat piętnaście i podobiznę Koralii, gdy ta miała lat osiem.

I dalej mógł oglądać siebie jako dziewiętnastoletniego i dwudziestotrzyletniego młodzieńca — ciągle w towarzystwie Koralii — naprzód jako dziewczynki, potem dorastającej panienki i wreszcie ślicznej, młodej panny.

— Czy podobna?! — powtórzył — Jakże to możliwe? Przecież to moje fotografie, o których istnieniu pojęcia nie miałem... Oto mój portret w mundurze wojskowym... Tutaj znowu ja — na koniu!... Z czyjego polecenia robiono te fotografie? I dlaczego zawsze w połączeniu z podobiznami pani?...

Koralia, czując badawczy, przenikliwy wzrok kapitana na sobie — spuściła oczy.

Kapitan Belval powtórzył:

— Kto mógł i w jakim celu gromadzie te fotografie?... Czy pani tego niewie?...

Sędzia odparł, uprzedzając odpowiedź Koralii:

Album ten znaleźliśmy w szufladzie biurka pana Essaresa...

Zdumienie kapitana graniczyło już z osłupieniem: Jakto, wiec Essares kolekcyonował fotografie jego i Koralii i to od lat dwudziestu pięciu?!...

— Pan pewny tego zupełnie, panie sędzio?!

— Ależ najpewniejszy... Byłem obecny przy znalezieniu albumu... I sam przytem zrobiłem inne odkrycie... Znalazłem mianowicie medalion z ametystu w oprawie ze złotego filigranu.

— Co pan mówi?! — wykrzyknął kapitan — medalion? medalion z ametystu?!...

— Niechże pan sam popatrzy, panie kapitanie, — rzekł sędzia, zapytawszy uprzednio wzrokiem o pozwolenie Koralię.

I pan Desmalions podał kapitanowi kulkę ametystu, większą od tej, jaką tworzyły dwie połówki posiadane przez Koralię i Patrycyusza. Wszelako ten drugi medalion ametystowy ujęty był w złotą, filigranową oprawę, przypominającą co do joty robotę różańca i breloku.

— Czy mam otworzyć medalion? — zapytał Patrycyusz.

Koralia dała swoje pozwolenie wymownym gestem.

Kapitan nacisnął sprężynę zameczka i otworzył. We wnętrzu kryły się dwie fotografie. Jedna przedstawiała Koralię w stroju pielęgniarki — druga Patrycyusza w mundurze kapitana — już jako inwalidę z drewnianą nogą i obandażowaną głową.

Patrycyusz przez chwilę zbierał myśli — bardzo blady. Po dłuższej chwili zapytał:

— A ten medalion skąd się wziął? Czy to pan go znalazł, panie sędzio?

— Tak jest, to ja.

— I gdzież to — jeśli wolno zapytać?

Urzędnik zawahał się z odpowiedzią. Patrycyusz, sądząc z zachowania Koralii, odniósł wrażenie, że tego szczegółu i ona nie znała. Wreszcie pan Desmalions odpowiedział:

— Znalazłem to cacko w dłoni nieboszczyka...

— W dłoni nieboszczyka?!... W dłoni Essaresa?!...

Patrycyusz aż podskoczył.

— Tak! — odparł sędzia — pan Essares trzymał ten medalion w zaciśniętej ręce. Musiałem mu siłą otworzyć palce, aby wydobyć medalion.

Kapitan wyprostował się i uderzając pięścią w stół, wykrzyknął:

— Zatem, szanowny panie, powiem panu teraz jedna rzecz, którą rezerwowałem jako ostatni argument aby udowodnić, że moje współpracownictwo nie jest jednak zbędne!... Panie sędzio, dzisiejszego ranka ktoś mnie zawezwał do telefonu... i zaledwie jednak zamieniliśmy kilka słów, które nie dały mi żadnego wyjaśnienia, co do osoby telefonującego i celu rozmowy, gdy nagle posłyszałem przeraźliwy krzyk człowieka napadniętego znienacka... potem odgłosy jakiejś krótkiej gwałtownej walki... Wreszcie nieszczęśliwy raz jeszcze dorwał się telefonu i zdołał mi rzucić kilka urywanych zdań, które brzmiały dosłownie: „Patrycyuszu... Koralia... medalion z ametystu... mam go przy sobie... medalion... Ach! zapóźno... Pragnąłem... Patrycyuszu... Koralio...”

— Panie sędzio! oto fakty bezspornie stwierdzone!... Dzisiaj rano o godzinie 7-mej minut 19 zamordowano człowieka, który miał przy sobie medalion z ametystu. W kilka godzin później — odnajduje się ten tajemniczy medalion w martwej ręce innego człowieka. Proszę zestawić te dwa fakty, a nasuwa się z nieubłaganą logiką wniosek, że pierwsza zbrodnia, której dalekie echo doszło do mnie — popełnioną została tutaj — w tym domu, w tej samej bibliotecznej sali, gdzie wczorajszej nocy rozegrały się tak dramatyczne sceny...

Ta rewelacya zdawała się wywierać silne wrażenie na urzędniku. Mimo tego pan Desmalions zaprotestował:

— Dwa fakty bezsporne powiada pan? Pozwolę sobie zwrócić uwagę pańska na fakt, że nie znaleźliśmy zwłok tego człowieka, który miał być według pańskich rewelacyi — o godzinie 7 minut 23 zamordowany.

— Zwłoki się znajdą...

— Przypuśćmy. Teraz co do samego medalionu ametystowego... Skądże ta pewność, że Essares-bey odebrał go ofierze mordu, a nie wydostał skądinąd? Nie wiemy nawet, czy on był o tej porze w bibliotece...

— Ja wiem że był.

— Skąd ta pewność?

— W kilka minut, później telefonowałem do niego i on odpowiedział mi... A nawet, uprzedzając wszelkie ewentualności oświadczył mi, że poprzednio telefonował do mnie, ale go rozłączono...

Pan Desmalions po krótkim namyśle zapytał:

— Czy on wychodził dzisiaj rano z domu?

— O tem może nas poinformować pani Essares... Koralia, nie podnosząc oczu, aby się nie spotkać ze wzrokiem Patrycyusza odparła:

— Nie sądzę, aby wychodził.

— Pani widziała się z mężem dzisiaj przedpołudniem?...

— Trzy razy pomiędzy godzina 7-mą a 9-tą pukał do moich drzwi... Nie otwarłam wszakże... Koło jedynastej wyszłam z domu... Słyszałam, że pan Essares woła starego Szymona i wydaje mu polecenie, aby mi towarzyszył... Szymon dogonił mnie na ulicy. Oto wszystko — co wiem....

Długą chwilę trwało milczenie. Każdy myślał o dziwnym zbiegu okoliczności.

Wreszcie pan Desmalions, który sobie zdawał sprawę z tego, że człowiek tego gatunku, co kapitan Belval, nie pozwoli się zbyć lada czem. Odezwał się:

— Ano, zobaczymy. Pan, kapitanie buduje hipotezę na podstawie, która mnie się wydaje niezupełnie pewną. A jeżeli ja nie przyznam racyi pańskim wywodom, to jak się pan zachowa? Czy zechce mi pan na to odpowiedzieć ściśle i otwarcie?

— Jaknajbardziej ściśle, jaknajbardziej otwarcie.

Patrycyusz postąpił bliżej ku sędziemu i zaczął:

— Streszczam się. Istniał jakiś człowiek, który mnie i panią Essares znał niegdyś, kiedyśmy byli dziećmi. Człowiek, który się nami interesował, — zbierał nasze portrety i w głębi serca kochał nas. On to przysłał mi klucz od ogrodu, on chciał nas zbliżyć jedno do drugiego z powodów, które byłby mi odsłonił, gdyby go nie zamordowano w chwili, gdy zamierzał plan swój wykonać. Wszystko wskazuje mi na to, że tego człowieka zamordował pan Essares i zdecydowany jestem wnieść skargę do prokuratoryi bez względu na to, jakiekolwiek by miały być konsekwencye mojego czynu. I proszę mi wierzyć, panie sędzio, że moja skarga nie zostanie umorzona. Zawsze się znajdzie środek na to, aby zostać usłyszanym. Choćby nawet przyszło krzyczeć prawdę na środku ulicy.

Sędzia zaczął się śmiać.

— Jak się pan gorączkuje, panie kapitanie!...

— Nie gorączkuję się, ale postępuję tak, jak mi sumienie każe. Pan, panie sędzio i pani Essares wybaczycie mi. Działam dla dobra pani. Ona wie o tem. Ona wie o tem, że zginie, jeżeli ta sprawa zostanie umorzoną, jeżeli nie ujmie jej w swoje ręce sprawiedliwość. I to co jest najgorszem w tej całej sprawie, to ten fakt właśnie, iż celu dojrzeć tutaj nie zdołają najbystrzejsze nawet oczy. Jedynie sprawiedliwość może tutaj rozjaśnić tą ciemną aferę.

Pan Desmalions przez chwilę wpatrywał się w podłogę, wreszcie podniósł głowę i kładąc rękę na ramieniu Patrycyusza, rzekł spokojnie:

— A jeżeli sprawiedliwość wie wszystko?

Patrycyusz spojrzał na niego zdumiony:

— Jakto, pan by wiedział?

— Być może.

— I pan mnieby mógł powiedzieć?...

— Jeżeli mnie pan do tego zmusza...

— A więc to chodzi o?...

— O, nic wielkiego, o bagatelkę.

— Jednakowoż...

— O miliard.

— O miliard?

— Tak poprostu o miliard, którego połowa lub już trzy czwarte opuściły granice Francji jeszcze przed wojną... Ale to co pozostało — jest jeszcze obecnie warte tyle lub nawet więcej niż miliard...

— Jakim sposobem?!

— Ponieważ to nie banknoty, ale złoto!...



ROZDZIAŁ VIII.

DZIEŁO ESSARESA.

— Czy pan zupełnie tego pewny? — zapytał kapitan Belval.

— Tak, panie kapitanie. Od dwóch lat nie robię nic innego, tylko prowadzę dochodzenia w sprawie wywozu z Francyi olbrzymich ilości złota... I wyznaję, że dopiero rozmowa z panią Essares rzuciła mi nieco światła na sprawę tajemniczej organizacyi, wywożącej z naszego kraju szlachetny kruszec.

— Więc pani Essares wiedziała?

— Nie, ale podejrzewała i ubiegłej nocy przed pańskiem przybyciem słyszała pewne rzeczy, które mi powtórzyła... I to stanowi poniekąd rozwiązanie zagadki...

— Mianowicie?!

— A zatem — główna siedziba spisku mieściła się tutaj.... Essares-bey, dyrektor Banku Francusko - Oryentalnego — Egipcyanin z powierzchowności, Turek z pochodzenia — naturalizowany obywatel francuski — posiadał wielkie wpływy w kołach finansowych... I tenże Essares-bey miał za zadanie — na rzecz obcego mocarstwa, którego na razie nie mogę ściśle określić — wyżyłować Francyę z ostatniej iskierki złota, które udałoby mu się ściągnąć do swoich kufrów.

Sądząc z pewnych powodów zdołał on, w przeciągu dwóch lat wyekspedyować około 700 milionów w złocie... Przygotowywano właśnie nowy transport, kiedy wybuchła wojna... Oczywiście że wywóz tak wielkich ilości złota został znacznie utrudniony z powodu rewizyi na granicy... Wstrzymano więc na razie ten transport... Minął szereg miesięcy... Essares-bey przywykł do myśli, że złoto pozostanie już na zawsze w jego ręku... Postanowił sobie przywłaszczyć skarb... Tylko, że wspólnicy jego...

— Ci, których widziałem tej nocy...

— Właśnie ci sami... Od dłuższego czasu toczyli oni walkę ze swym dawnym przywódcą... I wczoraj właśnie był pan świadkiem kulminacyjnego punktu tej walki...

— Ale dlaczego właśnie wszystko to stało się wczoraj?...

— Dlatego, że tamci mieli powody do przypuszczenia, że worki ze złotem znikną w najbliższym czasie, może właśnie ubiegłej nocy... Sądzili przytem, że stosownie do praktyk dawnych, wysłanie transportu poprzedzone będzie pewnym sygnałem...

— Deszczem złotych iskier. Nieprawdaż?

— Właśnie... I ten to sygnał zaalarmował wczoraj całą bandę...

— I plan Essaresa nie powiódł się?...

— Nie, ale i plan jego wsporników spalił na panewce. Pułkownika zabił Essares. Tamci mogli zebrać tylko okruchy, które i tak miano im odebrać... Ale walka nie skończyła się jeszcze!... najtragiczniejsze wypadki rozegrały się dzisiaj rano... Według pańskich informacyi — jakiś człowiek wezwał pana do telefonu... Według wszelkiego prawdopodobieństwa człowieka tego zamordował Essares, a następnie sam padł ofiarą jednego ze swoich wspólników... A teraz, kiedy pan wie już wszystko — czy nie uznaje pan, że śledztwo w tej sprawie powinno być prowadzone niezmiernie dyskretnie... i że w tym wypadku należy odstąpić od zwykłych reguł...

— Owszem, przyznaję to...

— A zatem głuche milczenie?...

— Czy to będzie jednak możliwe do zrealizowania?

— A dlaczegóżby nie?...

— Są przecież w tej sprawie trupy... Naprzykład trup pułkownika Fakhi...

— Samobójstwo...

— Trup Mustafy, którego musiano odnaleźć w ogrodzie Galliery...

— Jakaś prywatna zemsta...

— Śmierć Essaresa...

— Wypadek...

— Więc te wszystkie przejawy tej samej siły zbrodniczej — będą traktowane osobno, bez wykazania łączącej ich więzi...

— Nic nie wskazuje pozornie na to, że coś je łączy ze sobą...

— Publiczność może będzie innego zdania...

— Publiczność będzie tego zdania, które my jej nakażemy... Mamy teraz wojnę!...

— A prasa?

— Prasa będzie milczała!... Istnieje przecież cenzura...

— A w razie nowej jakiejś zbrodni?

— Nowej zbrodni?... Nie widzę powodu do takich przypuszczeń... Główni aktorowie tej afery nie żyją... Co zaś się tyczy komparsów Bournefa i towarzyszy — to znajdą się oni wkrótce w obozie koncentracyjnym... Miliony zaś należą się Francyi...

Patrycyusz Belval pokręcił głową z powątpiewaniem.

— A pani Essares, panie sędzio?... Nie możemy lekceważyć tak wyraźnych pogróżek jej męża...

— On już nie żyje...

— Ale groźby pozostały w mocy. Stary Szymon potwierdzi to.

— Szymon jest napół obłąkany...

— Właśnie, dlatego — umysł jego zachowuje świadomość niebezpieczeństwa z cała intensywnością... Nie, panie sędzio, walka jeszcze nieskończona... Może ona się dopiero zaczęła...

— A więc, kapitanie, cóż panu przeszkadza strzedz bezpieczeństwa pani Essares?... Niech pan osłania ją przy pomocy wszelkich środków, jakimi pan dysponuje... Współpracownictwo nasze będzie stałem — albowiem mnie obowiązek przykuwa do tego domu, a sądzę, że walka, której pan oczekuje, rozegra się tutaj w tym ogrodzie.

— Co pana naprowadza na to przypuszczenie?...

— Pewne słowa zasłyszane wczoraj wieczorem przez panią Essares... Pułkownik Fakhi powtarzał kilka razy „złoto jest tutaj... Od czasu wybuchu wojny nie wyekspedyowano stąd ani jednego worka ze złotem... Złoto jest tutaj — w twoim domu”...

— A pan nie wpadł na żaden ślad?

— Na żaden. Zobaczymy co będzie.

Sędzia wydobył z kieszeni pomiętą kartkę papieru:

— Oprócz medalionu Essares-bey trzymał w zaciśniętej dłoni tę kartkę papieru, zamazaną atramentem... Można jednakowoż odcyfrować kilka w pośpiechu skreślonych słów... O! Proszę przeczytać: Złoty trójkąt... Co to znaczy: złoty trójkąt... W jakim związku pozostają te tajemnicze słowa z nasza sprawą?... Na razie nie mam pojęcia. Przypuszczam, że ta kartka papieru została wydartą razem z medalionem owemu człowiekowi, który do pana dzisiaj rano telefonował...

— I ja tak sadzę...

— Zatem porozumieliśmy się... Dowidzenia, kapitanie!... Proszę, niech pan działa na własną rękę, a jeśli będzie trzeba — ja i moi ludzie jesteśmy do pańskiej dyspozycyi...

I pan Desmalions wyciągnął rękę do kapitana. Patrycyusz mocno uścisnął prawicę urzędnika.

— Zwrócę się wkrótce do pana, panie sędzio. — Nie sądzi pan jednak, że należy już teraz przedsięwziąć pewne środki ostrożności...

— Już je przedsięwzięte... Wszak zajęliśmy ten dom...

— Tak... tak... ale mimo wszystko... mam przeczucie, że dzień dzisiejszy nie dobiegnie spokojnie swego kresu... Proszę nie zapominać o dziwnych słowach Szymona...

Pan Desmalions zaczął się śmiać...

— Nie wpadajmy w przesadę, kapitanie. Na razie nasi nieznani wrogowie muszą zbierać siły, aby wystąpić z nami do walki. Mamy czas... Pogadamy o tem jutro...

Raz jeszcze uścisnął dłoń Patrycyusza, skłonił się z szacunkiem przed panią Essares i wyszedł.

Kapitan Belval w pierwszej chwili prowadzony delikatnością chciał wyjść z nim razem. Zatrzymał się wszakże przy drzwiach.

Pani Essares trwała bez ruchu, głowa opadła jej na piersi...

Kapitan rzekł: — Koralio...

Nie odpowiedziała, jakby nie słysząc wcale... Patrycyusz powtórzył:

— Koralio...

Znowu milczenie.

— Nie chce pani odpowiadać, Koralio... nie szkodzi... lepiej nawet... To ja powinienem mówić... Mam pani dużo do powiedzenia...

Oparł rękę na poręczy fotela Koralii...

— Koralio!... fałszywy wstyd skłania panią do odrzucenia mojej przyjaźni i opieki... Rumieniec występuje na pani lica, iżeś była żoną tego człowieka i wmawiasz w siebie, że sama poniekąd jesteś współwinowajczynią... Niepotrzebnie się pani dręczy... Wszak łatwo się domyślić jakie było wasze pożycie... Z pewnością zmuszono panią do tego małżeństwa przy pomocy jakichś niegodnych machinacyi... Widzi pani, że mam jasny pogląd na tę sprawę... A teraz pomówmy o czem innem... o czemś ważniejszem...

Nadchylił się nad nią tak nisko, że włosy jego muskały bladą skroń młodej kobiety:

— Mam mówić, mateczko Koralio?...

Szkoda słów, nieprawdaż?... Ty mnie i tak rozumiesz... Czuję, że drżysz cała... Bo kochasz mnie... Kochasz twojego nieznośnego pacyenta, który w zamian za najczulszą opiekę — żąda jeszcze całego serca... Nie mów nic... nie protestuj... Ja czytam w twojej duszy... To mi wystarczy... Nie będę na razie zbyt wymagającym... zdobędę się na cierpliwość, choć to nie leży w mojej naturze... Ale dla ciebie... Zresztą oczekiwanie osłodzi mi pewność, że jestem kochany... To taki ogrom rozkoszy módz powiedzieć sobie: Koralia mnie kocha!... Ty płaczesz Koralio?... O! droga moja, nie śmiałem przypuszczać, że kochasz mnie do tego stopnia...

I on miał łzy w oczach... Po bladych policzkach Koralii toczyły się duże, jasne krople...

Patrycyusz pragnął!... o! jakże pragnął scałować te łzy, płynące z ukochanych oczu... Panował jednak nad sobą, czując, że w tej chwili pieszczota miłości, miałaby w sobie coś natrętnego, obrażającego...

Wpatrywał się więc tylko w oblicze Koralii wzrokiem pełnym uwielbienia.

I nagle, gdy tak tonął spojrzeniem w uroczej twarzyczce Koralii, odniósł wrażenie, że myśl jej odrywa się od jego myśli, że oczy jej przykuwa coś, czego on nie widzi — że słuch chwyta jakieś dźwięki, których on nie dosłyszał...

Wtem on z kolei posłyszał coś, czegoby nie umiał określić... Właściwie to nie był żaden hałas, ale jakieś raczej wyczucie czyjejś obecności...

Co się to dziać mogło?...

Słońce skłaniało się już ku zachodowi, posyłając przez wpółotwarte okno czerwonawe blaski... Wzrok Koralii kierował się w tę stronę...

Jeśli groziło niebezpieczeństwo — to szło właśnie stamtąd...

Patrycyusz chciał biedz do okna, gdy wtem, u futryny zarysowała się jakaś sylwetka ludzka... Potem błysnęło coś... Patrycyuszowi zdało się, że dostrzega lufę rewolweru...

— Jeżeli zauważą, że ja coś widzę... — mignęła mu myśl — Koralia zgubiona...

To też wyrzekł głośno:

— Pani musi czuć się nieco znużoną... Pozwoli pani, że ją pożegnam...

Jednocześnie dokonywał pól obrotu przy jej fotelu, chcąc ją zasłonić...

W tejże chwili widocznie i jej oczy uderzył błysk lufy rewolwerowej... Całą postacią rzuciła się w tył, szepcząc: — Patrycyuszu... Patrycyuszu...

Dwa strzały dały się słyszeć, a potem jęk.

— Tyś raniona — krzyknął Patrycyusz, rzucając się ku Koralii.

— Nie, nie. Ale ten przestrach...

— Jeżeli on cię zranił, ten nędznik.

— Nie, nie.

— Czyś tego zupełnie pewna?

Stracił w ten sposób kilkadziesiąt sekund, w czasie których zapalił elektryczność i badał wzrokiem Koralię, czy nie ujrzy gdzie krwi z zadanej rany. I dopiero później rzucił się w kierunku okna, otwarł je i wyjrzał na dół. Potem jak kot zaczął się spuszczać po murze, czepiając się gzymsów i załomów. Nie przyszło mu to bez trudu, ze względu na drewniana nogę.

Na dole zaplątał się w stopnie przewróconej drabiny, następnie natknął się na dwóch agentów policyi, z których jeden wołał:

— Widziałem tego człowieka jak uciekał.

— Którędy? — zapytał Patrycyusz.

Człowiek z rewolwerem uciekał w kierunku małej bocznej uliczki. Patrycyusz popędził za nim. Ale w tej samej chwili odezwały się we wnętrzu domu krzyki.

— Na pomoc, na pomoc!...

Patrycyusz zawrócił. Jeden z policyantów, zaświeciwszy latarkę elektryczną, przeszukiwał ogród. Wkrótce obaj ujrzeli na ziemi jakiś kształt ludzki.

— Drzwi otwarte — krzyknął Patrycyusz. — Napastnik uciekł. Niech pan go ściga.

Agent zniknął w gardzieli ciemnej uliczki. W tej chwili ukazał się Ya-Bon, któremu Patrycyusz wydał rozkaz:

— Galop, Ya-Bon. Galop. Ją się zaopiekuję ofiarą.

Nachyliwszy się nad leżącym na ziemi człowiekiem, rozpoznał starego Szymona, na pół uduszonego czerwoną, jedwabną taśmą.

— Jak się pan czuje — zapytał. Czy pan nie słyszy?

Rozciął taśmę i powtórzył swoje pytanie. Szymon wybełkotał naprzód kilka niezrozumiałych słów, poczem nagle zaczął się śmiać i śpiewać. Najwidoczniej stracił zmysły.

— Panie sędzio — rzekł Patrycyusz do Desmalionsa, który się także ukazał — czy i teraz podtrzymuje pan zdanie, że sprawa jest skończona?

— Ma pan racyę... Zarządzimy wszystko co należy, aby zapewnić bezpieczeństwo pani Essares... Będziemy strzedz domu przez cała noc...

W kilka minut agent i Ya-Bon powrócili — bez żadnego wyniku... Znaleźli tylko klucz, którym otwarto bramę ogrodową... Był to zupełnie podobny klucz do tego, który przysłano Patrycyuszowi... Równie stary i równie rdzą pokryty...

Minęła już godzina 7-rna, kiedy Patrycyusz w towarzystwie Ya-Bona udał się w powrotną drogę do Neuilly.

Według zwyczaju Patrycyusz, ująwszy Senegalczyka za ramię — rozpoczął z nim rozmowę.

— Wiem, co myślisz Ya-Bon.

Ya-Bon mruknął coś po swojemu.

— Dobrze — pochwalił kapitan — zgadzamy się najzupełniej... Przedewszystkiem uderza cię bezsilność policyi w tej sprawie... Same zera — ci panowie — nieprawdaż?... A zwracam ci jednak uwagę, że wygłaszanie takich zdań — to nietylko głupstwo, ale i brak respektu dla władzy, za który właściwie powinienbym ci porządnie natrzeć uszu... No dajmy temu spokój. Cokolwiek byś jednak powiedział przyznać trzeba, że policya ma w tej chwili co innego do roboty, jak łamać sobie w czasach wojennych głowę nad tajemniczymi węzłami, jakie łączą panią Essares z kapitanem Patrycyuszem Belvalem. To ja w pierwszym rzędzie powinienem działać i liczyć mogę tylko na siebie. Czy ja sobie dam sam racie?... Hm!... Obym się nie przerachował ze swojemi siłami... Do rozwikłania tej sprawy potrzeba jakiegoś wyjątkowego umysłu, jakiegoś geniusza policyjnego?... Znasz może kogo takiego?...

Patrycyusz wsparł się mocniej na ramieniu swego towarzysza.

— Nie znasz przypadkiem takiego człowieka — co?...

Ya-Bon wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i mruknął jakieś dwa słowa:

— Co? — zawołał Patrycyusz — coś powiedział?!... Arseniusz Lupin!...

Senegalczyk skinął głową:

— Zwaryowałeś czy co?! Proponujesz współpracownictwo Arseniusza Lupina? To ty go znasz?!...

— Tak! — oświadczył Ya-Bon.

— Chyba z powieści o jego przygodach?...

— Nie! — zaprotestował Ya-Bon.

— Prawda! Przecież ty nie umiesz czytać... — Więc znasz go osobiście?

— Tak.

— Idyoto!... Arseniusz Lupin nie żyje... Rzucił się ze skały w morze, a ty się upierasz, że go znasz?

— Tak!...

— Spotkałeś go może — już po jego śmierci?...

— Tak!...

— I sądzisz, że on zechce fatygować się zmartwychwstaniem na wezwanie pana Ya-Bona?

— Tak!...

— No, popatrzcie się!... Ya-Bon przyjacielem Arseniusza Lupina!... Chylę głowę nisko przed takimi stosunkami... No, a ileż czasu ci potrzeba, abyś mógł się z nim porozumieć i zjednać go dla naszej sprawy... Sześć miesięcy?... Trzy miesiące?... Miesiąc?... Piętnaście dni?...

Ya-Bon skinął głową.

— Więc dwa tygodnie!... Pięknie... wywołaj ducha twego przyjaciela, będę oczarowany możnością wejścia z nim w bliższe stosunki... Tylko ty sobie nie wyobrażaj, żebym ja sobie sam nie dał rady... Cóż to? czy ty mnie uważasz za idyotę albo za niedołęgę?!...



ROZDZIAŁ IX.

PATRYCYUSZ I KORALIA.

Wszystko miało taki przebieg, jak to przepowiedział p. Desmalions. Prasa milczała. Publiczność przyjęła wydarzenia obojętnie. Pogrzeb bogatego bankiera Essaresa nie wywołał specyalnej sensacyi.

Ale nazajutrz po pogrzebie — wskutek zabiegów kapitana Belvala nowe życie zapanowało w domu przy ulicy Raynourda. Ulokowano tam szpital dla uzdrowieńców, w którym zamieszkał Patrycyusz Belval i jego siedmiu inwalidów.

Pieczę nad szpitalem objęła pani Koralia Essares.

Służby żadnej nie było. Jeden z inwalidów pełnił obowiązki portyera, drugi kucharza — Ya-Bon zaś został mianowany pokojówką i przeznaczony do służby przy osobie samej mateczki Koralii. W nocy spał pod jej drzwiami, a w dzień pełnił straż pod jej oknem.

— Nikt nie śmie zbliżyć się do tych drzwi ani do tego okna!... — nakazał Patrycyusz — nikomu nie wolno tam wchodzić!... Jeżeli komar choćby przedostanie się do pokoju mateczki Koralii — ty mi za to odpowiesz!...

Mimo tych środków ostrożności — Patrycyusz odczuwał poważny niepokój. Zbyt wiele posiadał dowodów na to, z jakimi przeciwnikami ma do czynienia, aby przypuszczać, że jakiekolwiek środki ostrożności mogły zapewnić bezpieczeństwo.

Najgorsze to, że niewiadome — skąd ma paść cios... Essares-bey nie żyje — któż jest tym spadkobiercą, mającym prowadzić dalej dzieło zdrady i zemsty?...

Pan Desmalions rozpoczął bezzwłocznie swoje poszukiwania, ale stroną psychologiczną tego dramatu zdawał się niewiele interesować. Nie odnalazłszy trupa człowieka, którego krzyk agonii słyszał kapitan Belval, nie zebrawszy żadnych poszlak odnośnie do napastnika, który strzelał do Patrycyusza i Koralii — przestał się zajmować tymi problemami, a zwrócił całą swoja energię w kierunku odszukania owych ukrytych worków złota...

Po upływie kilku dni sędzia doszedł do przekonania, że skrytka nie znajduje się ani w domu samym, ani pod domem... Przeniósł więc swoje poszukiwania na teren ogrodu... Piędź za piędzią przekopywano klomby, aleje, trawniki, szukając skarbów.

Prace te wykonywali jego ajenci oraz inwalidzi Patrycyusza. Pomimo usilnych poszukiwań nie zdołano wykryć niczego, coby miało pozór jakiejś skrytki. Patrycyusz i Koralia odnosili się do tych poszukiwań z pewną obojętnością. Nie dlatego, aby nie pojmowali całej doniosłości, ale wrażenie świeżo przeżytych tragicznych wypadków zanadto kierowało ich myśl ku niezbadanej tajemnicy własnego losu. To też w rozmowach swoich prawie — wyłącznie omawiali te rzeczy, któreby mogły nieco rozjaśnić mroki przeszłości.

Matka Koralii, córka konsula francuskiego w Salonikach, poślubiła tam człowieka już w starszym wieku, hr. Odolawicza, potomka starego rodu serbskiego. Hrabia umarł wkrótce po urodzeniu się Koralii. Stało się to w tym właśnie domu, który obecnie zamieszkiwała Koralia, a który to dom został przez jej ojca kupiony za pośrednictwem młodego Egipcyanina, nazwiskiem Essares. Ten Essares spełniał przy hrabim obowiązki sekretarza i był prawdziwym jego factotum. Koralia straciła matkę, kiedy miała lat zaledwie trzy. Essares zabrał sierotkę do Salonik, gdzie ciotka jej matki zajęła się osieroconą dziewczynką. Na kobietę tę Essares wywierał wpływ przemożny. Terroryzowana przez niego podpisywała papiery lub kazała podpisywać wnuczce, które to dokumenty przeniosły powoli fortunę administrowaną przez Egipcyanina do jego rąk jako osobistą własność.

W wieku lat 17-tu Koralia przeżyła przygodę, która jej pozostawiła niezatarte wspomnienie i zarazem wywarła wpływ fatalny na jej całe życie.

Pewnego dnia banda jakichś opryszków tureckich porwała ją i musiała dwa tygodnie przepędzić w samotnym, wiejskim pałacu, broniąc się rozpaczliwie przed afektami przywódcy bandy.

Essares uwolnił ją z tamtąd. Ale to uwolnienie miało charakter tak dziwny, że Koralia nieraz potem zapytywała siebie, czy cała ta historya nie była poprzednio ukartowaną pomiędzy nim, a bandytami.

Po tym wypadku wyczerpana nerwowo, zgnębiona, obawiając się ciągle nowego napadu, zdecydowała się w miesiąc później poślubić Essaresa, który występował w roli jej wybawcy. Pożycie ich było istnem piekłem. Koralia została bowiem żoną człowieka, którego cierpieć nie mogła, którego miłość budziła w niej tylko nienawiść i wstręt.

W kilka miesięcy po ślubie młoda para przybyła do Paryża i zainstalowała się w pałacu przy ulicy Ryanouard’a. Essares, który w Salonikach założył filię banku Franko-oryentalnego, wynajął na biura wspaniałe apartamenta przy ulicy Laffayette’a i wkrótce stał się w Paryżu jednym z potentatów finansowych.

Wszystko to nie tłumaczyło Patrycyuszowi tajemnicy, łączącej wspólnym węzłem ich lata dziecięce. We wspomnieniach swoich nie mogli odnaleźć ani jednego nazwiska, ani jednego szczegółu, któryby mógł być nicią Aryadny w tym labiryncie tajemnic.

— Ostatecznie — rzekł Patrycyusz — możnaby sobie wytłumaczyć, że medalion znaleziony w ręku Essaresa był własnością tego nieznanego przyjaciela naszego, którego on zamordował. Ale album to, się już niczem nie da wytłumaczyć.

Koralia wzruszała ramionami. Nie umiała znaleźć na to odpowiedzi. Przez chwile milczeli oboje, wreszcie Patrycyusz zapytał:

— A Szymon?

— Szymon zawsze mieszkał tutaj.

— Nawet wtedy, gdy matka pani jeszcze żyła?

— Nie. To dopiero w rok czy dwa po śmierci mamy i po moim wyjeździe do Salonik Essares-bey powierzył mu zarząd tej posiadłości.

— Czy Szymon był sekretarzem Essaresa?

— Nie mogłabym określić dokładnie właściwej jego roli? Sekretarz?... Nie. Przyjaciel?... Także nie. Oni nigdy prawie nie rozmawiali ze sobą. Szymon trzy czy cztery razy odwiedzał nas w Salonikach. Przypominam sobie dokładnie, jedną z jego wizyt. Byłam wtedy dzieckiem, ale pamiętam, że przemawiał do Essaresa bardzo gwałtownie i zdawał mu się grozić.

— Czem?

— Nie wiem. Wogóle nie wiem nic o Szymonie.

— Jak on się zachowywał w stosunku do pani?

— I to mi trudno określić. Nigdy z nim nie rozmawiałam. Zauważyłam jednakowoż, że czasem wzrok jego biegł ku mnie z za żółtych okularów z pewną natarczywością. W ostatnich czasach towarzyszył mi z widocznem upodobaniem do szpitala. Z tak widocznem upodobaniem, że mimowoli zapytuję się sama siebie...

Po chwili namysłu ciągnęła dalej:

— To jest właściwie przypuszczenie bezpodstawne... Ot taka sobie myśl... ale jednak niech pan zważy... Dlaczego dostałam się do szpitala przy Polach Elizejskich, gdzie poznałam pana... Dlaczego? Dlatego, że Szymon mnie tam zaprowadził... Wiedział, że pragnę pracować jako pielęgniarka i wskazał mi ten właśnie szpital...

A potem... Ta fotografia, która przedstawia pana w mundurze, a mnie w stroju pielęgniarki — mogła być zrobioną tylko w szpitalu... A z tutejszych domowników — jedynie tylko Szymon bywał w szpitalu...

I kto wie czy to nie Szymon jest tym tajemniczym przyjacielem, który panu przysłał klucz od ogrodu...

— Szymon? Hypoteza nie do przyjęcia...

— Dlaczego?

— Ponieważ ten przyjaciel nie żyje już... On to telefonował, a potem słyszałem krzyk jego śmiertelny... On nie żyje...

— Czy można w takim wypadku mieć pewność?

— Mam ją... Nie ulega żadnej wątpliwości, że ten nieznany przyjaciel został zamordowany... A Szymon żyje...

I Patrycyusz dorzucił:

— Tamten miał zresztą inny głos, aniżeli Szymon, głos, którego nigdy nie słyszałem i którego już nigdy więcej nie usłyszę.

Koralia nie nalegała, przekonana.

Siedzieli na jednej z ławek ogrodowych, korzystając z pięknego dnia słonecznego. Ciężki zapach gwoździków unosił się z klombów.

Nagle Patrycyusz zadrżał. Koralia położyła swoją dłoń na jego ręce. W oczach jej błyszczały łzy...

— Co się stało, mateczko Koralio?

— Och, — szepnęła — coś tak dziwnego. Niech pan spojrzy, Patrycyuszu, niech pan spojrzy na te kwiaty.

I wskazała ręką wielki, okrągły klomb niezapominajek.

— Tam, tam — mówiła — proszę popatrzeć. Czy pan widzi te litery?

Patrycyusz idąc za jej wzrokiem przekonał się, że pęki niezapominajek były tak misternie ułożone, że tworzyły litery składające słowa: „Patrycyusz i Koralia”.

— Ach — szepnął — to rzeczywiście nadzwyczajne.

Koralia rzekła:

— To stary Szymon zajmuje się ogrodem.

— Mimo tego — oświadczył Patrycyusz nieco jednak zmieszany, — przekonanie moje pozostaje niezachwiane. Nasz przyjaciel nieznany nie żyje. Ale Szymon mógł go przecież znać. Istotnie może on mógłby rzucić światło na pewne ciemne dla nas punkty, a gdyby zechciał przemówić i naprowadzić nas na właściwy trop...

W godzinę później, kiedy słońce skłaniało się już ku zachodowi, udali się na taras. Spotkali tam pana Desmalions, który rzekł:

— Mam państwu coś ciekawego do powiedzenia. Zrobiliśmy odkrycie niesłychanie interesujące dla pani i dla pana także, kapitanie.

I prowadził ich do niezamieszkałej części domu, graniczącej z biblioteką. Tam zastali dwóch agentów z łopatami w rękach. W czasie poszukiwań usunięto bluszcz, osłaniający mur, zdobny płaskorzeźbami. Mur ten był pociągnięty tynkiem, a gdy tynk ten oderwano, ukazały się białe kamyczki i czarne, tworzące rodzaj mozaiki. Kamyczki te układały się w wielkie litery, tworzące trzy słowa, a te trzy słowa brzmiały: „Patrycyusz i Koralia”.

— Co państwo o tem myślicie? — zapytał pan Desmalions. — Trzeba zważyć na to, że napis ten liczy przynajmniej dziesięć lat.

— Przynajmniej dziesięć lat — powtórzył Patrycyusz, kiedy pozostał sam na sam z Koralia. — Dziesięć lat temu. To znaczy tedy, kiedy pani nie była jeszcze mężatką, kiedy mieszkała w Salonikach, a w ogrodzie tym nie bywał nikt oprócz Szymona i tych, którym ewentualnie on pozwalał wchodzić.

Patrycyusz wysnuł następujący wniosek:

— Wśród tych, którzy tutaj bywali znajdował się i nasz nieznany zamordowany przyjaciel. A Szymon wie całą prawdę.

W chwilę później zobaczyli starego Szymona, jak szedł przez korytarz, bełkocząc jakieś niezrozumiałe słowa. Patrycyusz próbował nawiązać z nim rozmowę. Nie udało mu się to jednak. Szymon potrząsał głową i nie odpowiadał, albo też śmiał się bezmyślnie.

W ten sposób problem się komplikował, a nic nie wskazywało na to, aby się szybko znaleźć mogło jakiekolwiek rozwiązanie. Kto był tym nieznajomym, który od najwcześniejszych lat ich dzieciństwa łączył ich imiona i fotografię. Kto zasiał ten klomb niezapominajek, a przedewszystkiem kto to dziesięć lat temu wypisał ich imiona białymi i czarnymi kamykami, pod osłoną zielonego bluszczu.

Były to wszystko pytania niepokojące dla dwóch istot, w których sercach żywiołowo zbudziła się miłość. Za każdym krokiem, jaki czynili w ogrodzie, oczekiwali ujawnienia jakiegoś nowego dowodu na to, że od wielu lat łączą ich tajemne, a nierozerwalne więzy.

I rzeczywiście w ciągu tych kilku dni jeszcze dwukrotnie raz na korze drzewa, drugi raz na poręczy ławki zobaczyli swoje inicyały: „Patrycyusz i Koralia 1904”. „Patrycyusz i Koralia 1907”. Zawsze te dwa imiona: „Patrycyusz i Koralia”.

Dłonie ich łączyły się gorącym uściskiem. Jednoczyła ich coraz bardziej zarówno ta dziwna tajemnica przeszłości, jak i gorąca miłość przepełniająca serca.

W dwa tygodnie po zamordowaniu Essaresa-beya zdecydowali się na dalszy spacer aż ku wybrzeży Sekwanny. Wyszli przez małą furtkę i wydostali się na drogę, wysadzaną staremi drzewami.

Zaledwie uszli kilkadziesiąt kroków, Patrycyusz zatrzymał się zdziwiony. Zobaczył przed sobą mur z identycznie taką sama furtka. Wskazał ją Koralii, która rzekła:

— Nic w tera dziwnego. Ten mur okala ogród, który niegdyś tworzył jedną całość z naszym.

— Kto tam mieszka?

— Nikt. Mały domek, do którego ten ogród należy jest zawsze zamknięty...

Patrycyusz szepnął:

— Te same drzwi... może i ten sam klucz?...

I wyjął z kieszeni zardzewiały klucz, przysłany przez nieznanego przyjaciela.

Klucz obrócił się w zamku.

— Wejdźmy — rzekł Patrycyusz — dalszy ciąg cudów... Może tym razem los okaże się dla nas przychylny...

Ogród był niewielki i niepielęgnowany. Snąć od lat wielu zarastał bujną, wysoką trawą i dzikiem kwieciem. Zachwaszczona ścieżka prowadziła do pawilonu o zamkniętych szczelnie okiennicach.

Pawilon ten miał osobne wejście od strony ulicy Raynouarda, od której oddzielały go podwórze i zamykający je mur.

Wejście to wszakże było zabite deskami...

Patrycyusz i Koralia obeszli dom wokoło. Gdy się znaleźli po prawej stronie, oczy ich uderzył niespodziewany widok.

Zobaczyli rodzaj małej świątyńki z czarnego marmuru, wznoszącej się ponad płytę grobowca... Obok tej mogiły widniał wielki drewniany krzyż, na którym Chrystus rozpinał Swe ramiona... A na tym krzyżu zawieszono różaniec z ziarnek ametystu w złotej filigranowej oprawie.

— Koralio... Koralio... — szepnął Patrycyusz silnie wzruszony — kto tam leży w tej mogile...

Zbliżyli się. Na kamieniu grobowym widniał napis:

„Tutaj spoczywają Patrycyusz i Koralia.
Zamordowani
14-go kwietnia 1895 roku.
Będą pomszczeni.”


ROZDZIAŁ X.

CZERWONA TAŚMA.

Koralia uczuła, że nogi uginają się pod nią... Padła na kolana i zaczęła się gorąco modlić... Czy miała to być modlitwa za spokój dusz tych tajemniczych imienników, spoczywających w tym grobie?...

Sama dobrze nie zdawała sobie sprawy. Całe jej jestestwo ogarnęła jakaś dziwna ekstaza, która swój wyraz znajdowała w słowach żarliwej modlitwy.

Patrycyusz zapytał:

— Jak się nazywała matki pani?

— Ludwika...

— A mojemu ojcu było na imię Armand... — A więc nie chodzi tu o nią ani o niego... a jednak...

Patrycyusz był niemniej od Koralii wzruszony:

— A jednak zbieg okoliczności jest zbyt niezwykły... Ojciec mój umarł w 1895 r.

— I moja matka także w tym samym roku... Nie mogę podać jednak ścisłej daty...

— Dowiemy się Koralio... Wszystko to, da się sprawdzić... Ale teraz jedno staje się dla mnie jasnem: Ten, kto wypisywał na drzewach i klombach nasze imiona nie nas miał wyłącznie na myśli i nietylko o przyszłości roił, ale i przeszłość wspominał... Chodźmy, Koralio, nikt nie powinien wiedzieć na razie, żeśmy tutaj byli...

Patrycyusz odprowadził Koralię do domu i poruczywszy ją opiece Ya-Bona i jego kolegów — sam wyszedł na miasto.

Powrócił dopiero późnym wieczorem, a nazajutrz rano znikł znowu...

O godzinie 3-ciej popołudniu był już z powrotem i zaraz udał się do Koralii.

Spytała go bez żadnych wstępów:

— Pan już wie?...

— Wiem szereg rzeczy, które wprawdzie nic nie tłomaczą tajemnic teraźniejszości, ale rzucają żywe światło na przeszłość!...

— Czy łączą się z historyą grobu, któryśmy przedwczoraj widzieli?

— Niech mnie pani posłucha, Koralio...

Usiadł naprzeciw niej i zaczął mówić:

— Nie będę się wdawał w szczegóły moich poszukiwań... ograniczę się tylko do zaznaczenia tego, co jest zasadnicze...

Przedewszystkiem udałem się do merostwa w Passy, a potem do ambasady serbskiej...

— A zatem — przerwała mu — pan sądzi, że to jednak chodzi o moją matkę?...

— Tak jest. Poleciłem sporządzić odpis aktu zejścia. Matka pani umarła 14 kwietnia 1895 r.

— Och!... Ależ to tasama data — co na grobie...

— Tasama data...

— Ale imię?... Moja matka nazywała się Ludwika...

— Ludwika Marya — hrabina Odolawicz...

— A więc... a więc... moją drogą mateczkę zamordowano... To za nią modliłam się przy jej grobie...

— Za nią i za mego ojca... Pełne imię i nazwisko ojca mojego brzmiało: Armand Patrycyusz Belval... Wyszukałem to w aktach merostwa przy ulicy Drowotta... — I on umarł 14-go kwietnia 1895 roku.

— Więc zamordowano ich tego samego dnia!... Ale kto!...Dlaczego?!

— Na razie nie mogę jeszcze odpowiedzieć na te pytania... Ale postawiłem sobie inne, łatwiejsze do rozwiązania... Do kogo należy pawilon... W urzędzie podatkowym powiadomiono mnie, że podatki z tej posiadłości wypłaca pewien notaryusz na placu Opery... Udałem się do niego i oto czego się dowiedziałem...

Umilkł na chwilę — poczem rzekł:

— Pawilon ten został lat temu dwadzieścia jeden wstecz zakupiony przez mojego ojca... W dwa lata później po śmierci ojca pawilon jako cześć spadku pozostałego po nim — wystawiono na sprzedaż. Kupił go niejaki Szymon Diodokis, poddany grecki...

— To on! — wykrzyknęła Koralia — Diodokis, to nazwisko Szymona.

— Szymon Diodokis był przyjacielem mego ojca, ponieważ ojciec mój mianował go testamentem — uniwersalnym spadkobiercą... A potem to właśnie Szymon Diodokis pokrywał koszta mego wykształcenia, a po dojściu do pełnoletności, polecił mi wręczyć sumę 200 tysięcy franków.

Zapanowała długa, oliwiła milczenia.

Wreszcie Patrycyusz szepnął:

— Pani matka i mój ojciec kochali się, Koralio...

Stwierdzenie tego faktu łączyło ich silniej, a jednocześnie wywoływało pewne zamieszanie... Miłość ich potęgowała się tą drugą miłością — zakończoną tragicznie...

— Kochali się... ciągnął dalej kapitan. Widocznie byli to kochankowie pełni egzaltacyi, którym rozkosz sprawiało używać w miłosnej rozmowie imion, jakimi ich nikt inny nie nazywał... Dlatego wybrali swe drugie imię: Patrycyusz i Koralia... A to są także nasze imiona... Pewnego dnia ametystowy różaniec wypadł twej matce z ręki... Największe ziarno rozłamało się na dwa kawałki... Jeden z tych odłamków ojciec mój zawiesił przy zegarku jako brelok... Matka pani była wdową, ojciec mój był wdowcem... W tym ogrodowym pawilonie spotkali się... otwierając furtkę tym samym kluczem... I tam dosięgnął ich cios morderczy...

— A kto był morderca? — szepnęła młoda kobieta.

— Jedno i to samo przypuszczenie nasuwa się nam... znienawidzone imię...

— Essares!... — wykrzyknęła trwożnie Koralia.

— Prawdopodobnie.

Koralia skryła twarz w dłoniach.

— Nie... nie... to niemożliwe... Niepodobna, abym ja była żoną mordercy mej matki...

— Nosiłaś tylko jego nazwisko, nie byłaś mu nigdy żoną... Słyszałem to na własne uszy, jakeś mu to powiedziała w wigilię jego śmierci... Na razie nie możemy stwierdzić niczego z całą pewnością, ale nie zapominajmy, że on był pani złym duchem... I uprzytomnijmy sobie, że Szymon Diodokis przyjaciel i spadkobierca uniwersalny mego ojca — dlatego najprawdopodobniej przyjął u Essaresa obowiązki zarządcy domu i sekretarza, że snuł jakieś plany zemsty...

— Nie wykonał ich...

— Skądże o tem wiedzieć możemy?

Czyż wiadomo nam — w jaki sposób nastąpiła śmierć Essaresa?... Bezwątpienia to nie Szymon go zabił, ponieważ znajdował się wówczas w szpitalu... Ale może zabójca wykorzystał jego polecenie? Zresztą zemsta może przybierać najróżniejsze formy... Szymon zapewne stosował się do wskazówek mego ojca... I dlatego głównym jego celem było połączenie naszych istnień... To on kolekcyonował nasze fotografie... To on — nie wątpię przysłał mi klucz od furty ogrodowej wraz z listem, którego niestety! nie otrzymałem...

— Jakto więc pan nie sądzi, że ten tajemniczy nasz przyjaciel, którego krzyk słyszał pan przez telefon — został zamordowany?...

— Nie wiem. Może Szymon nie działał sam, ale miał jakiegoś pomocnika. W każdym razie jasnem jest dla mnie teraz, że Szymon trzyma w swem ręku rozwiązanie zagadki naszej przeszłości... A Szymon Diodokis żyje...

I Patrycyusz dorzucił:

— Żyje! ale zwaryował!... I nic możemy mu ani podziękować, ani się dowiedzieć od niego czegokolwiek o tragicznej historyi naszych rodziców, którą on zna... Lub o niebezpieczeństwach, jakie pani grozić mogą... A jednak tylko on... tylko on jeden...

— Możeby spróbować...

— Ha!... spróbuję...

I Patrycyusz udał się do pokoju Szymona.

Stary siedział, na pół drzemiąc, w głębokim fotelu i pykał swą zagasła już fajeczkę.

Pokój był mały, skąpo umeblowany, ale jasny i czysty... Całe tajemne życie starca upłynęło tutaj... Kilkakrotnie w czasie nieobecności Szymona, sędzia Desmalions przetrząsał ten pokój...

Jedynem interesującem odkryciem zrobionem w mieszkaniu Szymona — był narysowany na jasnej tapecie trójkąt, pociągnięty złota farbą...

Złoty trójkąt!..

Oprócz tego — nic więcej!...

Patrycyusz podszedł wprost do Szymona i dotknął jego ramienia.

— Szymonie — rzekł.

Tamten podniósł na niego oczy, osłonięte żółtemi szkłami okularów i zaczął się śmiać — śmiechem idyoty.

— Ach! — myślał Patrycyusz — to przyjaciel mego ojca!... Kochał go, opiekował się mną, chciał się pomścić na mordercy... I oto nie mogę od niego wydobyć rozsądnego słowa...

Patrycyusz wpadł na pomysł napisania mu na kartce słów, które Szymon musiał tyle razy czytać.

„Patrycyusz i Koralia — 14 kwietnia 1895 r.”

Stary spojrzał, potrząsł głową i znowu zaczął się śmiać po — swojemu — żałośnie jakby bezmyślnie...

Patrycyusz próbował dalej obudzić jego pamięć:

„Armand Belval”.

Ten sam tępy wyraz twarzy. Patrycyusz nie chciał jeszcze zrezygnować. Napisał imiona Essaresa, pułkownika Fakhi, narysował trójkąt.

Stary nie rozumiał i chichotał.

Ale nagle chichot ten stał się mniej bezmyślnym. Patrycyusz wypisał nazwisko: Bournef... Tym razem jakaś iskra świadomości padła na mózg starego sekretarza.

Próbował wstać, ale opadł znowu na fotel. Po chwili wyprostował się i pochwycił swój kapelusz z wieszadła...

Wyszedł ze swego pokoju — Patrycyusz za nim...

Szymon wydostał się na ulicę, mając ciągle Patrycyusza za plecami.

Stary robił wrażenie lunatyka, który bezwiednie idzie w tym kierunku, gdzie wiedzie go instynkt.

Skręcił na ulicę Boulanvilliersa, przeszedł przez most na Sekwanie i zapuścił się w dzielnicę Grenelle.

Potem na jednym z bulwarów zatrzymał się i wykonał ręka gest nakazujący Patrycyuszowi zatrzymać się także.

Kiosk ich zasłaniał. Szymon wychylił głowę. Patrycyusz zrobił to samo. Naprzeciwko — na zbiegu dwóch bulwarów znajdowała się kawiarnia z werandą, na której widniało kilkanaście wazonów z oleandrami... Za jedną grupą oleandrów siedziało czterech ludzi przy owalnym stoliku. Jeden z nich zwrócony był twarzą do Szymona i do Patrycyusza. Kapitan poznał wspólnika pułkownika Fakhi — Bournefa.

W tej chwili Szymon zaczął uciekać, jakby uważając, że misya jego skończona.

Patrycyusz rozejrzał się wokół, zobaczył biuro pocztowe i wszedł szybko. Wiedział o tem, że pan Desmalions znajduje się na ulicy Raynourda. Przez telefon powiadomił go o obecności Bournefa w kawiarni.

— Przychodzę za chwilę — odparł pan Desmalions.

W kilka minut później pan Desmalions wyskoczył z automobilu w towarzystwie czterech swoich agentów.

Kawiarnię otoczono. Bournef i jego towarzysze nie stawiali oporu. Trzech wyekspedyował sędzia pod dobrą strażą na Inspekcję policyi, a Bournefa zaprowadził do osobnego gabinetu...

— Chodź pan, kapitanie — rzekł — wybadamy go. —

Patrycyusz zauważył:

— Pani Essares jest tam sama...

— Bynajmniej nie sama. Są tam przy niej przecież wszyscy pańscy ludzie.

— Wolałbym jednak być przy niej. Poraz pierwszy opuszczam ją i obawiam się, że...

— Chodzi tutaj tylko o kilka minut — nalegał pan Desmalions. Trzeba zawsze wyzyskać moment zamieszania, wywołany przez aresztowanie.

Patrycyusz zgodził się towarzyszyć mu. Zaraz po pierwszych słowach zamienionych z Bournefem przekonali się, że nie należy on do tych ludzi, którzy się pozwalają łatwo zbić z tropu.

W odpowiedzi na groźby wzruszył ramionami.

— Napróżno chcecie mnie panowie zastraszyć. Nic nie ryzykuję. Rozstrzelanie? Bajki. Nie wolno rozstrzelać nikogo bez odpowiedniego uzasadnienia, a my wszyscy czterej jesteśmy poddanymi neutralnych krajów. Proces? Więzienie? Nigdy w życiu. Jeżeliście dotychczas tuszowali tę cała sprawę, jeżeliście przemilczeli śmierć Mustafy, pułkownika i Essaresa, to chyba nie poto, żeby teraz roztrąbić znowu całą historyę bez żadnej racyonalnej przyczyny. Nie, panowie, jestem zupełnie spokojny. Obóz koncentracyjny, oto co mi grozi w najgorszym razie.

— A więc — rzekł pan Desmalions. — Pan odmawia odpowiedzi?

— Bynajmniej. Jestem przecież na tyle rozsądny, że nie chcę z wami zadzierać, bo nawet w obozie koncentracyjnym bywają różne stopnie traktowania. Ale przedewszystkiem ja zadam pytanie: co wy panowie wiecie?

— Prawie wszystko.

— Tem gorzej, to umniejsza wartość moich rewelacyi. Czy znacie przebieg ostatniej nocy Essaresa?

— Tak jest. Wiemy także o czterech milionach. Co się z nimi stało?

Bournef zazgrzytał zębami.

— Odebrane, skradzione, to była pułapka.

— Kto je odebrał?

— Niejaki Grzegorz.

— Kto to taki?

— Zaprzedana dusza Essaresa. Ale oto dowiedzieliśmy się, że ów Grzegorz spełniał od przypadku obowiązki szofera u Essaresa.

— To znaczy, pomagał mu transportować worki ze złotem z banku do domu.

— Tak jest. I zdaje się nam, a właściwie jesteśmy pewni, że Grzegorz jest kobietą.

— Kobietą?

— Właśnie. Jego kochanką. Mamy na to szereg dowodów. Ale to kobieta solidnie zbudowana, zuchwała i odważna jak mężczyzna. Nie cofa się przed niczem.

— Znacie adres tego Grzegorza?

— Nie.

— A odnośnie złota, czy nie macie jakichś podejrzeń, jakichś poszlak?

— Żadnych. Złoto, mojem zdaniem, znajduje się w ogrodzie, lub w pałacu przy ul. Raynouarda, Przez cały tydzień wiemy o tem, dowożono tam złoto, i nie wywieziono ani jednego worka. — Myśmy czatowali, co noc. Worki ze złotem są tam, napewno.

— Żadnych poszlak odnośnie do mordercy Essaresa?

— Żadnych.

— Czy to tylko pewne!

— Nie mara powodu kłamać.

— Hm, to pytanie, a gdyby to pan go zamordował, albo jeden z pańskich przyjaciół?

— Przewidzieliśmy, że na nas może paść posądzenie. Na szczęście jednak możemy dowieść swego alibi.

— Ha, zbadamy to. Pozatem nie ma mi pan więcej do powiedzenia? Żadnych rewelacji?

— Żadnych. Ale jedna myśl, a raczej jedno zapytanie... Kto nas zdradził? Jedna tylko osoba wiedziała o tem, że my się tutaj zbieramy co tydzień w czwórkę o piątej godzinie. Tą osobą wtajemniczoną był Essares-bey. On sam przybywał tutaj często na konferencyę z nami. Essares nie żyje. Kto nas zatem zadenuncyował?

— Stary Szymon.

— Jakto, Szymon? Szymon Diodokis?

— Tak, Szymon Diodokis, sekretarz Essaresa.

— Więc to on, a łotr. Zapłaci mi on za to. Ale nie, to chyba niemożliwe.

— Dlaczegoż niemożliwe?

— Dlaczego? Ależ dlatego, że...

Po chwili zastanowienia, Bournef dokończył zdania:

— Ponieważ stary Szymon pozostawał z nami w porozumieniu.

— Co pan powiada? — wykrzyknął Patrycyusz z kolei zdumiony.

— Mówię i powtarzam, że Szymon Diodokis, to nasz człowiek. To on nam donosił o rozmaitych matactwach Essaresa. To on zawiadomił nas telefonicznie o godzinie 9-tej wieczorem, że Essares sygnalizuje deszczem złotych iskier. To on wreszcie otworzył nam bramę, udając oczywiście rozmyślnie opór, a pozwalając się dobrowolnie związać w loży portyera. To wreszcie on wypłacił i odesłał służących.

— Ależ pułkownik Fakhi nie zwracał się do niego jak do wspólnika.

— Komedya odegrana dla Essaresa.

— Przypuśćmy, a dlaczegóż Szymon zdradzał Essaresa? Za pieniądze?

— Nie, z nienawiści. On tak nienawidził Essaresa, że aż czasem strach nas przed tą nienawiścią ogarniał.

— Z jakiego powodu?

— Nie wiem. Szymon jest bardzo skryty.

— A czy on wiedział, gdzie ukryte jest złoto — zapytał sędzia Desmalions?...

— Nie. On nie miał pojęcia jak ekspedyowano worki z piwnicy, która służyła tylko za skrytkę prowizoryczną.

— Więc jednak ekspedyowano złoto z domu? Skądże więc można wiedzieć, że tensam wypadek nie zdarzył się i tym razem.

— Tym razem pełniliśmy straż tak pilnie, że nie mogło to ujść naszej uwagi. Stary Szymon sam jeden nie mógł upilnować.

Patrycyusz zapytał znowu:

— Czy panowie nie wiecie nic więcej o nim?

— Chyba że nie. Aha, a jednak coś się zdarzyło dosyć osobliwego. Popołudniu tego dnia, kiedyśmy to złożyli wieczorem wizytę Essaresowi otrzymałem list, w którym Szymon dawał mi pewne wskazówki. W tej samej kopercie znajdował się inny list, włożony tam widocznie przez omyłkę.

— A co było w tym liście? — zapytał Patrycyusz z mimowolną trwogą.

— Była tam mowa o jakimś kluczu.

— Czy nie przypomina pan sobie więcej?

— Mam ten list przy sobie. Oto on... Schowałem list, aby go oddać Szymonowi. To bezwątpienia pismo Szymona.

Patrycyusz pochwycił kartkę papieru, na której zaraz ujrzał swoje imię. Tak jak przeczuwał list był przeznaczony dla niego. To był właśnie ten list, którego nie otrzymał.


„Patrycyuszu! Tego wieczora otrzymasz klucz, który otwiera w uliczce zbiegającej ku wybrzeżu Sekwany dwie furtki. Jedną na prawo, wiodąca do ogrodu kobiety, którą kochasz. Druga na lewo, do ogrodu, gdzie naznaczam ci spotkanie 14-go kwietnia o godzinie 9-tej rano. Ta, którą kochasz, będzie tam także. Dowiecie się kim jestem i do jakiego dążę celu. Dowiecie się oboje o faktach z przeszłości, które was jeszcze bardziej zbliżą jedno do drugiego.
Od dnia 14-go kwietnia walka, która się zaczyna tego wieczoru będzie okrutną. Jeżeli padnę, więcej niż pewnem jest, że ta, którą kochasz, narażoną będzie na wielkie niebezpieczeństwa. Czuwaj nad nią Patrycyuszu i nie opuszczaj jej ani na chwilę. Ale ja nie padnę i wy zdobędziecie szczęście przygotowane dla was przezemnie od dawna.
Całem sercem oddany.”


— To niepodpisane — rzekł Bournef. — Ale powtarzam, to charakter pisma Szymona. Kobietą o której mowa, jest widocznie pani Essares.

— Ależ jakie niebezpieczeństwo może jej zagrażać? — zauważył silnie zaniepokojony Patrycyusz. — Essares wszak nie żyje. Nie mam zatem powodu do obawy.

— Bo ja wiem. To był bardzo twardy człowiek.

— Komuż mógł poruczyć dzieło zemsty?

— Nie wiem tego także, ale czuwać należy.

Patrycyusz nie chciał już słuchać dłużej. Oddał szybko list sędziemu i oddalił się pospiesznie. Na ulicy wskoczył do w pierwsze lepsze napotkane auto i kazał wieźć się na ulicę Raynouarda.

Gdy już był blizko domu, zobaczył Szymona. Stary wchodził właśnie do bramy. Patrycyusz minął go obok loży portyera. Następnie kapitan zapytał żołnierza dyżurnego:

— Czy jest co nowego?

— Nic, panie kapitanie.

— Co robi mateczka Koralia?

— Przechadzała się po ogrodzie. Od pół godziny jest w swoim pokoju.

— A Ya-Bon?

— Ya-Bon, towarzyszy mateczce Koralii. Prawdopodobnie pełni straż przed jej drzwiami.

Patrycyusz nieco uspokojony wszedł na schody. Kiedy jednak wydostał się na pierwsze piętro zdziwiło go to wielce, że elektryczność nie świeci się. Przekręcił kontakt i wtedy zobaczył Ya-Bona na klęczkach przed drzwiami pokoju Koralii. Głowa żołnierza wsparta była o mur, drzwi pokoju otwarte.

— Co ty tu robisz? — krzyknął kapitan.

— Ya-Bon nie odpowiedział. Patrycyusz z przerażeniem spostrzegł krew na rękawie jego kurtki... W ten samej chwili Senegalczyk, głośno stuknąwszy głową o posadzkę, padł twarzą do ziemi...

— Do stu tysięcy piorunów!... Ranny!... Może nie żyje!...

Przeskoczył przez leżące ciało i wbiegł do pokoju gdzie zapalił natychmiast elektryczność...

Koralia leżała bez ruchu na sofie. Szyję jej owijała czerwona jedwabna taśma...

Jednak twarz młodej kobiety nie była jeszcze znaczoną bladością śmierci... Koralia oddychała...

— Żyje!... — krzyknął Patrycyusz i rozerwał taśmę...

Koralia odetchnęła głębiej... Po chwili odzyskała przytomność, otwarła oczy...

— Patrycyuszu!... boję się!... boję się o ciebie...

— Koralio!..., Kto to?!... kto to?!...

— Nie wiem!... nie widziałam go!... zgasił elektryczność!... chwycił mnie odrazu za gardło i cicho rzekł: „Naprzód ty... a potem kolej na twego amanta...”

— O! Patrycyuszu... boję się o ciebie... boję...



ROZDZIAŁ XI.

NAD PRZEPAŚCIĄ.

Patrycyusz nie namyślał się długo. — Przeniósł Koralię na łóżko i prosił ją, aby leżała spokojnie. Potem przekonawszy się, że rana Ya-Bona nie jest śmiertelna — zadzwonił gwałtownie...

Żołnierze zbiegli się wszyscy — w komplecie...

— Jesteście idyoci i niedołęgi... ktoś się zdołał dostać tutaj!... Mateczka Koralia i Ya-Bon cudem tylko uszli śmierci!...

Ogólny krzyk przerażenia:

— Cicho!... Zasługujecie na karę chłosty... Przebaczam wam tylko pod tym warunkiem, że przez cały wieczór mówić będziecie o mateczce Koralii, jako o nieboszczce.

Jeden z żołnierzy zauważył:

— Ale do kogo mamy mówić, panie kapitanie? kiedy tutaj w domu niema przecież nikogo prócz nas!...

— Widocznie, że ktoś jest, ty zakuta głowo, jeżeli dokonano zamachu na mateczkę Koralię i Ya-Bona... Nie oto chodzi, żebyście kogokolwiek informowali, ale o to, żebyście w ten sposób mówili sami pomiędzy sobą... Pamiętajcie, że was podsłuchują, że was szpiegują... Mateczka Koralia do jutra nie opuści swego pokoju... Będziemy czuwać nad nią po kolei... Ci, którzy straży pełnić nie mają — kłaść się spać odrazu po obiedzie!... Żadnego szwędania się przed domem i po ulicy!... Cisza i spokój!...

— A stary Szymon, panie kapitanie:

— Zamknąć go w jego pokoju..., ktoś mógłby wykorzystać jego obłęd i skłonić go do otwarcia drzwi... Zamknąć Szymona na klucz!...

Plan Patrycyusza był zupełnie prosty. Chciał aby nieznajomy wróg trwał w przekonaniu, iż udało mu się zamordować Koralię...

Teraz będzie dążył do wykonania drugiej części niecnego planu: kolej na zamach na Patrycyusza...

Wróg przyjdzie!... przyjdzie niechybnie!... trzeba, go schwytać w pułapkę...

Tymczasem kapitan kazał opatrzeć Ya-Bona, który na szczęście był ranny niezbyt ciężko... Gdy Senegalczyk odzyskał przytomność, Patrycyusz wypytał go o szczegóły całej przygody...

To co Ya-Bon opowiedział, równie mało wyjaśniało sytuacyę, jak i identycznie brzmiące zeznania Koralii.

Młoda kobieta, leżąc na sofie czytała — a Ya-Bon czuwał przy drzwiach otwartych, siedząc na ziemi z podwiniętemi nogami na sposób arabski...

Ani jedno ani drugie nie słyszało żadnych podejrzanych szmerów... Nagle Ya-Bon zobaczył jakiś cień przesłaniający mu światło, w tej samej chwili elektryczność zgasła...

Ya-Bon gotów już do skoku został ogłuszony silnym ciosem w głowę...

Koralia zerwała się z sofy i chciała uciec, ale schwytano ją i obalono... Wszystko to w przeciągu kilkunastu sekund.

Jedyną informacyą, jaką Patrycyusz zdołał uzyskać, było to. że tajemniczy napastnik przybył nie od strony schodów, ale od strony tego skrzydła domu, które zwano skrzydłem służby...

Ta część domu posiadała specyalne schody i łączyła się z kuchnią długim korytarzem, z którego prowadziły osobne drzwi na ulicę Raynouarda.

Patrycyusz stwierdził, że drzwi te były zamknięte na klucz. Oczywiście nie wynikało z tego, aby nikt nie mógł posiadać do nich klucza.

Wieczorem Patrycyusz spędził dłuższą chwilę u wezgłowia Koralii, potem o godzinie 9-tej udał się do swego pokoju. Dawniej pokój ten służył Essaresowi za palarnię.

Nie oczekując ataku aż po północy, Patrycyusz usiadł przy biurku stojącem pod ścianą i wyjął stamtąd zeszyt, w którym prowadził rejestr ostatnich wypadków. Pisał dłuższy czas, spowiadając się nietylko z faktów, które miały miejsce, ale i z wstrząsających nim uczuć.

Zmęczony pisaniem wrzucił pamiętnik do szuflady, potem zapalił papierosa, tak jak to był zwykł czynić co wieczór. Następnie rozebrał się, przewiesił ubranie starannie złożone na poręczy krzesła, nakręcił zegarek, poczem położył się, zgasiwszy uprzednio elektryczność.

— Nareszcie — powtarzał sobie w duchu. — Nareszcie dowiem się. Dowiem się kim jest ten człowiek. Czy to przyjaciel Essaresa? Czy spadkobierca jego dzieła. Ale skądże ta nienawiść przeciwko Koralii? Kocha ją chyba, jeżeli chce także i mnie zamordować. Dowiem się... Dowiem się.

Minęła godzina, potem jeszcze godzina bez żadnych szczególniejszych wydarzeń. Żadnego podejrzanego szmeru, oprócz suchego trzasku spowodowanego pękaniem mebli.

Patrycyusz zaczynał tracić nadzieję. Prawdopodobnie wrogowie byli zbyt sprytni, aby dać się złudzić komedyą śmierci Koralii. Odłożyli zapewne moment działania. Zły i rozczarowany kapitan był już blizki zaśnięcia, kiedy znowu dał się słyszeć trzask, jakby pękającego drzewa.

Patrycyusz wyskoczył z łóżka. Przekręcił kontakt elektryczny i obejrzał się w około. Wszystko zdawało się być w jaknajlepszym porządku. Żadnych śladów czyjejkolwiek obecności.

— Najwidoczniej — zadecydował Patrycyusz — tamten domyślił się, że zastawiłem na niego pułapkę. Śpijmy spokojnie. Tej nocy nic się już nic zdarzy.

Istotnie noc przeszła spokojnie. Nazajutrz kapitan oglądając okno, zauważył, że wzdłuż fasady ogrodowej przebiegał gzyms z kamienia, dosyć szeroki, aby mógł po nim przejść człowiek, trzymając się rynien i słupów balkonów.

Postanowił natychmiast stwierdzić, wzdłuż jakich pokoi biegnie ten gzyms. Jednym z tych pokoi była siedziba starego Szymona.

— Czy on stamtąd nie wychodził — zapytał żołnierzy, pełniących straż przed drzwiami.

— Chyba że nie, panie kapitanie. W każdym razie myśmy mu drzwi nie otwierali.

Patrycyusz wszedł i nie zajmując się starym, który palił ciągle swoją zgasłą fajeczkę, przetrząsnął cały pokój, powodowany podejrzeniem, że nieprzyjaciel mógł tutaj znaleźć kryjówkę.

Nie znalazł nikogo. Ale w starej szafie odkrył szereg przedmiotów, których poprzednio w czasie licznych rewizyi, dokonywanych w towarzystwie sędziego Desmalionsa nie widział. A zatem była tam drabinka sznurowa, lampka elektryczna, zwitek jakichś sznurków.

— To dziwne. Skąd się te rzeczy tutaj wzięły? Czyżby Szymon schował je tutaj bezmyślnie, bez żadnego określonego celu? Albo może stary waryat jest narzędziem w ręku wroga. Zanim stracił rozum znał go tego wroga i kto wie, być może jeszcze dzisiaj ulega jego wpływom.

Szymon siedział przy oknie, obrócony plecami do Patrycyusza... Kapitan Belval zbliżył się i zadrżał. Stary Szymon trzymał w ręku wieniec żałobny z czarnych i białych pereł... z datą: 14 kwietnia 1915 r....

— To na grób twoich przyjaciół nieprawdaż, Szymonie, zaniesiesz jutro ten... wieniec — bo to na dzień jutrzejszy przypada rocznica...

Pochylił się nad starcem, który sądząc snąć, że mu chcą odebrać wieniec — przycisnął go silnie do piersi — gwałtownym ruchem.

— Nie bój się... nie mam zamiaru odbierać ci go... Do jutra, stary Szymonie, do jutra... Koralia i ja stawimy się punktualnie... I może wzruszenie przywoła twój zaćmiony umysł do przytomności...

Popołudniu tego samego dnia sędzia Desmalions rzekł do Patrycyusza:

— Spójrz pan... otrzymałem dzisiaj list anonimowy takiej treści: „Panie, uprzedzam pana, że złoto wywędruje — jutro wieczorem z Francyi na obczyznę... Należy czuwać”. Podpisane: „Przyjaciel Francyi”.

— A jutro — to 14-go kwietnia.

— Tak jest. A co pana w tem uderza?...

— Nic... nic... tak sobie... pomyślałem...

Patrycyusz nie chciał na razie wtajemniczać sędziego w historyę daty 14-go kwietnia. Zapytał więc tylko:

— I cóż pan myśli o tem liście?

— Sam nie wiem co mam myśleć... Czy to istotnie szczera przestroga?... Czy też jakiś podstęp?... Porozmawiam o tem z Bournefem...

— A z tamtej strony nic specyalnego?...

— Nic i nawet niczego nowego stamtąd nic oczekuję. Alibi, którego mi dostarczył, jest bez zarzutu. Bournef i jego towarzysze — to tylko komporsi, których wola już skończona...

Patrycyusz jednak długo rozmyślał o dziwnym zbiegu dat i okoliczności...

Rano 14-go kwietnia — Patrycyusz zapytał o godzinie 9-tej rano o Szymona.

— Wyszedł — rzekł żołnierz — wszak pan kapitan pozwolił go wypuścić...

Kapitan wszedł do pokoju Szymona. Wieniec zniknął, ale także i drabina sznurowa i latarka elektryczna.

Kapitan zapytał:

— Szymon nie zabrał nic ze sobą?

— Owszem, wieniec żałobny.

— I nic więcej?

— Nic, panie kapitanie.

Okno było otwarte. Patrycyusz wywnioskował z tego, że owe przedmioty wyrzucono przez okno i jego hypoteza o nieświadomem współdziałaniu Szymona z nieznanymi wrogami — zyskała nową podstawę.

Przed godziną 10-tą Koralia zeszła do ogrodu, gdzie Patrycyusz już czekał na nią. Młoda kobieta była blada i okazywała silne zdenerwowanie. Przywitali się w milczeniu silnym uściskiem i odrazu udali się w drogę, do pawilonu. Gdy stanęli przed furtą ogrodowa — Patrycyuszowi uderzyło serce niespokojnie... Żałował w tej chwili, że nie powiadomił o wszystkiem Desmalionsa, ale działał na własna rękę.

Ale przezwyciężył po chwili to przykre wrażenie... Wszak ma przy sobie dwa rewolwery... A zresztą czego się obawiać?...

— Wchodzimy, Koralio?...

— Naturalnie...

— Ale pani wydaje się mi zdenerwowaną i strwożoną?...

— To prawda — szepnęła młoda kobieta — serce mi się dziwnie ścisnęło...

— Dlaczego? czy się pani czego boi?...

— Nie... albo raczej tak... Myślę wciąż o mojej matce, która tak jak ja w pewne rano kwietniowe przekroczyła ten próg... Czuła się szczęśliwą... szła ku miłości... a poszła w śmierć... Boję się...

— Wróćmy zatem Koralio.

Pochwyciła jego ramię i rzekła zupełnie już spokojnie:

— Wejdźmy. Pomodlę się przy grobie matki.

Śmiało już — pewnym krokiem szła ścieżką, po której kładły się dzikie zioła...

Pozostawili pawilon na lewo, a poszli wprost do grobu rodziców. Dwudziesty z rzędu wieniec z pereł leżał na mogile.

— Szymon był już tutaj — rzekł Patrycyusz. — Instynkt silniejszy ponad wszystko — wiódł go... Powinien być gdzieś niedaleko...

Koralia uklękła przy grobie, a Patrycyusz tymczasem przeszedł się po ogrodzie, szukając Szymona. Ale starego nie było nigdzie widać.

Wobec tego należało wejść do pawilonu przed czem oboje uczuwali instynktowny lęk... Nie było to tchórzostwo, ale poczucie grozy przed przestąpieniem progu przybytku śmierci i zbrodni...

I tym razem kobieta wezwała do działania:

— Chodźmy — rzekła.

Kiedy znaleźli się przed pawilonem ze zdziwieniem skonstatowali, że drzwi wejściowe są otwarte.

— Zapewne Szymon otworzył te drzwi i czeka na nas — szepnął Patrycyusz.

Weszli. Patrycyusz spojrzał na zegarek. Była godzina dziesiąta.

Z małego westybulu prowadziły uchylone, drzwi do pokoju...

Koralia wyszeptała:

— To tutaj musiała ta straszna rzecz stać się niegdyś...

— Tak jest... I tutaj napewno znajdziemy Szymona. Ale jeśli się lękasz, Koralio, to lepiej zawróćmy...

— Nie!... teraz mielibyśmy się cofnąć?!... — Wejdźmy!...

I weszła.

Pokój, w którym się znaleźli, chociaż duży, robił wrażenie przytulnego kącika — dzięki bardzo starannemu nacechowanemu miękkością urządzeniu... Sofy, fotele, wyściełane taborety, dywany na podłodze, makaty na ścianach...

Wszystko świadczyło, że dbano tutaj o komfort, wygodę i estetykę... Prawdopodobnie nic się od czasu tragicznego wydarzenia nie zmieniło w tym pokoju, który raczej przypominał pracownię malarską z powodu górnego okna umieszczonego w środku sufitu... Przez to właśnie okno spływało światło do pokoju... Były tam wprawdzie jeszcze dwa okna, ale zasłaniały je firanki i story.

— Szymona niema — rzekł Patrycyusz.

Koralia nie odpowiedziała. Badała ona wzrokiem wszystkie otaczające przedmioty z niesłychanem wzruszeniem...

Oczy jej ślizgały się po książkach w zapylonych oprawach, po nieskończonych robótkach kobiecych... Tu jakiś kawałek kanwy zahaftowany kolorową włóczką, tu rozpoczęty biały haft na płótnie, w którem jeszcze tkwiła igła...

Niektóre książki na grzbiecie miały napis ołówkiem: „Koralia”, na innych widniało imię Patrycyusza...

Na biurku srebrna papierośnica ze złotym monogramem „P” — kałamarz z bronzu, pióro, przycisk malachitowy...

I w złoconych ramkach fotografie dwojga dzieci: Koralii i Patrycyusza...

— Mateczko... mateczko... — szepnęła, Koralia.

Wzruszenie jej potęgowało się z każdej chwilą. Drżąc całem ciałem wsparła się na ramieniu Patrycyusza...

— Chodźmy stąd — rzekł.

— Tak... tak... mój przyjacielu!... dzisiaj nie czuję się już na siłach...

Ale jakież było ich zdumienie, kiedy stwierdzili, że drzwi, przez które weszli są zamknięte.

Oczy ich spotkały się — pełne niepokoju...

— Myśmy przecież nie zamknęli... — rzekł Patrycyusz...

— Naturalnie, my nie...

— Więc kto?...

Chciał otworzyć, ale z przestrachem skonstatował, że drzwi bez klamki zostały zatrzaśnięte od zewnątrz. — Drzwi z solidnego twardego drzewa, na których widniało kilka słów wypisanych ołówkiem:


„Patrycyusz i Koralia
14-go kwietnia 1895 r.
Bóg nas pomści”.


Ponad tym napisem krzyż, a ponad krzyżem inna data — nakreślona odmiennym charakterem pisma:


14-go kwietnia 1915


— 1915!... 1915!.. — wykrzyknął Patrycyusz. — W tem jest coś strasznego!... Data dzisiejszego dnia!... kto to napisał!... kto?!... i kiedy?... Przecież chyba nie...

Poskoczył do jednego z okien i zerwał przesłaniające je story. Krzyk przerażenia wyrwał mu się z piersi: okno było zamurowane!...

Pobiegł do drugiego okna. — To samo!...

W pokoju było jeszcze dwoje drzwi...

Patrycyusz, któremu zimny pot wystąpił na czoło, stwierdził, że drzwi te są także zamurowane...

Podbiegł teraz do pierwszych drzwi oznaczonych krzyżem i próbował je wyłamać...

Daremne usiłowania!... Drzwi ani drgnęły!...

Oczy Patrycyusza i Koralii spotykały się... — Jedna i ta sama myśl opanowała ich umysły...

Czyżby tragiczna historya z przed lat miała się powtórzyć?...

Po matce i ojcu — córka i syn...

Tak jak tamci — schwytani w pułapkę — z której niema wyjścia...

Dwie daty fatalne: 14-go kwietnia 1895 r. i 14-go kwietnia 1915. r....





Le Triangle d'Or by Maurice Leblanc (2nd part book cover)



CZEŚĆ II.

ZWYCIĘSTWO ARSENIUSZA LUPIN.



ROZDZIAŁ I.

W OBLICZU ŚMIERCI.

— Nie!... nie!... — wykrzyknął Patrycyusz — to być nie może!...

Rzucił się znowu do drzwi, do okien, próbował trząść, drapać, wyłamywać!...

Tak samo pewno ongi czynił jego ojciec... I tak samo — bez żadnego rezultatu...

— Ach!... mateczko Koralio!... najdroższa mateczko Koralio!... — zawołał z rozpaczą — to moja wina!... To ja wtrąciłem cię w przepaść... powodowany szaleńczą ambicyą, chciałem walczyć sam!... Nie zażądałem pomocy od tych, którzy jej udzielić mogli... Myślałem, że podołam sam... Przebacz mi, Koralio!...

Młoda kobieta opadła na fotel... Patrycyusz prawie, że na klęczkach opasał ramionami jej kolana...

Uśmiechnęła się, aby go uspokoić i rzekła łagodnie:

— Uspokój się drogi przyjacielu, nie traćmy odwagi... Może mylimy się... Może jesteśmy tylko ofiarami jakiegoś dziwnego przypadkowego zbiegu okoliczności...

— Ale ta data!... ta data dnia dzisiejszego wypisana inną ręką...

— Koralio, czy to nie wskazuje na premedytacyę, chęć niezaprzeczoną skończenia raz z nami na zawsze!...

Przebiegł ją dreszcz, ale jeszcze nie chciała poddać się rozpaczy...

— A choćby tak było, to nie należy tracić nadziei... Żyjemy jeszcze, mamy przecież nietylko wrogów, ale i przyjaciół... Oni będą nas szukali...

— Zapewne, ale czy nas znajdą?... Wszak sami staraliśmy się o to, aby nikt nie wiedział, dokąd się udajemy... Nikt nie wie o istnieniu tego domu...

— A stary Szymon?...

— Stary Szymon był tutaj, złożył wieniec na grobie, ale razem z nim przybył ktoś inny, kto ma wpływ na niego i może teraz już pozbył się go, gdy stary odegrał swą rolę...

— A zatem, Patrycyuszu?...

— A zatem czekajmy. Sam fakt uwięzienia nas — nie znaczy jeszcze, żeśmy bez ratunku zgubieni... Choćby atakowano — będziemy walczyć... Nie poddamy się tak łatwo... Przedewszystkiem stwierdzić należy, czy niema tu jakiegoś wejścia, przez które mógłby niespodzianie wtargnąć wróg...

Godzinne poszukiwania nie dały żadnych rezultatów.

Wówczas Patrycyusz nabił swoje oba rewolwery i położył je na stole, aby je mieć w każdej chwili pod ręką.

— Możemy teraz być spokojni... — rzekł. Każdy, kto się wejść ośmieli — padnie trupem!...

Ale wspomnienie przeszłości przygniatało ich niezmiernym ciężarem.

Każde słowo, każdy ich ruch był tylko jakby powtórzeniem tego, co już przed laty zostało wypowiedzianem i wykonanem w zupełnie analogicznych warunkach. Ojciec Patrycyusza napewno tak samo przygotowywał broń. Matka Koralii bezwątpienia składała ręce w modlitwie. Oboje razem barykadowali drzwi, badali mury i podnosili dywany, chcąc się przekonać, czy w podłodze nie znajduje się jakaś kryjówka.

Chcąc się rozerwać trochę przerzucali książki, powieści, broszury, które niegdyś czytali ich rodzice. Na niektórych stronicach na końcu rozdziału, lub końcu tomu widniało po kilka wierszy, pisanych ołówkiem lub piórem. Były to listy.

Na jednej z książek przeczytali:

„Ukochany mój Patrycyuszu. Przybiegłam tu dzisiaj rano, ażeby przeżyć raz jeszcze myślą to cudowne wczoraj. Ażeby marzyć o przyszłości. Jeżeli przybędziesz przedemną, przeczytasz te słowa. Wyczytasz, że cię kocham.”

Na innej książce:

„Koralio najdroższa! Wyjechałaś. Nie zobaczę cię aż jutro. A nie chcę opuszczać schronienia naszej miłości nie powiedziawszy ci wprzód poraz już nie wiem który...”

Przejrzeli w ten sposób przeważną część książek, znajdując tam zamiast wskazówek, jakich szukali, słowa miłości i namiętności.

Prawie dwie godziny upłynęły im na tem oczekiwaniu w tej męce niepewności.

— Cisza — rzeki Patrycyusz. Tutaj nic się nie zdarzy. I to właśnie jest może najfatalniejsze. Bo jeśli nic się nie zdarzy, to jakże stąd się wydostaniemy. A w takim wypadku...

Koralia domyśliła się, co Patrycyusz chciał powiedzieć. Widmo strasznej śmierci głodowej zamajaczyło w rogu pokoju. Ale po chwili Patrycyusz wykrzyknął:

— Nie, nie! Tego nie mamy się co obawiać. — Nigdy w życiu! Ażeby ludzie tak jak my młodzi i zdrowi — na to potrzeba przynajmniej kilku dni. A do tego czasu pomoc nadejdzie.

— Jaka pomoc? — zapytała Koralia.

— No oczywiście nasi żołnierze Ya-Bon, sędzia Desmalions, zaniepokoją się, jeśli nasza nieobecność przeciągnie się dłużej niż przez jedną noc.

— Ależ sam pan powiedziałeś, że oni nie wiedza, gdzie my się znajdujemy.

— Dowiedzą się. To bardzo łatwo. Wązka uliczka rozdziela oba ogrody. A zresztą wszystko cośmy uczynili jest zanotowane w pamiętniku schowanym w szufladzie mego biurka. Ya-Bon wie o tem dokumencie. Z pewnością nie zapomni o tem powiedzieć sędziemu. A potem, potem Szymon. Co się z nim stało. Przecież chyba ktoś zwrócił uwagę na to, dokąd on się wydala. Może sam udzieli jakiejś informacyi.

Ale te słowa nie mogły jej pocieszyć i natchnąć ufnością. Przeczuwała, że jeśli nie umrą z głodu, to tylko dlatego, że wróg wynalazł dla nich jakąś inną torturę. Sama przymusowa bezczynność była już straszną męczarnią.

Patrycyusz rozpoczął znowu przeglądanie książek i w jednej z nich wydanej w roku 1895, zauważył dwie stronnice zlepione razem. Ostrożnie rozkleił kartki i wyczytał tam słowa skreślone ręką jego ojca:


„Synu mój Patrycyuszu! Jeżeli będziesz czytał kiedyś te słowa, to chcąc się dowiedzieć prawdy o mojej śmierci, szukaj na ścianie pracowni pomiędzy dwoma oknami. Być może, iż będę miał czas zanotować tam wszystko”.


Widocznie więc obie ofiary przewidywały swój koniec tragiczny, widocznie ojciec Patrycyusza i matka Koralii wiedzieli, iż przychodząc do tego pawilonu, narażają się na niebezpieczeństwo.

Chodziło teraz o to, aby sprawdzać, czy ojciec Patrycyusza zdołał wykonać swój plan.

Pomiędzy dworna oknami biegła tak jak przez cały pokój lamperya z drzewa.

Patrycyusz i Koralia zauważyli już poprzednio, że ten pas z drzewa w tem miejscu odznaczał się nieco ciemniejszym kolorem, aniżeli dalsza część lamperyi.

Patrycyusz z łatwością zdołał podnieść deskę. Pod nią znajdowała się biała ściana, na której wypisano atramentowym ołówkiem szereg wierszy.

— To ten sam sposób jakim posługuje się stary Szymon. Pisze na murach a następnie maskuje to drzewem, albo marmurem.

Pospiesznie Patrycyusz odrywał także inne sąsiednie deski, odsłaniając pismo swego ojca, Z jakimże wzruszeniem odcyfrował je teraz. Wszak ojciec pisał to w chwili, gdy śmierć czaiła się tuż... tuż... W kilka godzin później nie żył. Było to niejako świadectwo jego agonii i być może oskarżeniem nieprzyjaciela, który go zabił i jego ukochaną.

Zaczął czytać półgłosem:

„Zapisuję to wszystko po to, by kiedyś po latach zasłużona kara spotkała bandytę.

Koralia i ja umrzemy niezawodnie, ale przynajmniej nie zginiemy bez śladu... ktoś się dowie — jaka była przyczyna naszej śmierci”...

Kilka dni temu powiedział do Koralu:

— Odpychasz pani, moją miłość, okazujesz mi wstręt i nienawiść... Dobrze, przyjmuję to do wiadomości, ale zginiesz i ty i twój kochanek... Zabiję was w ten sposób, że nikt nie będzie mógł podejrzywać we mnie winowajcy waszej śmierci... Wszyscy będą przekonani, że to samobójstwo... Znasz mnie Koralio, wiesz że nie jestem z tych ludzi, którzy, rzucają pogróżki na wiatr... Wszystko już przygotowane do czynu!...

„Istotnie wszystko już przygotował... Nie znał mnie wprawdzie wcale, ale musiał wiedzieć, że się spotykamy tutaj — w tym pawilonie... I dlatego postanowił, aby właśnie ten pawilon — był naszym grobem...

W jaki sposób zamierza nas zabić?... Niewiadome. Może mamy umrzeć z głodu?... Już od czterech godzin jesteśmy uwięzieni... Zatrzasnęły się za nami ciężkie dębowe drzwi... Wszystkie inne wyjścia, okna i drzwi — zostały zamurowane — widocznie tej nocy... ucieczka niemożliwa... Co z nami będzie?...

Tutaj urywał się odsłonięty kawałek pamiętnika na ścianie...

Patrycyusz rzekł:

— Widzisz, Koralio, oni przechodzili te same męczarnie, jakie my obecnie przeżywamy... Tak samo dręczyli się bezsilnem oczekiwaniem...

Czytajmy dalej:

Oderwał znowu kawałek deski i czytał dalej:

„Ach! gdybym tylko ja sam miał cierpieć i umierać!... Ale najstraszniejsze przeczucie, że pociągam za sobą w otchłań ukochaną Koralię... Biedactwo najdroższe moje!... Zdaje mi się, że widzę jak na jej słodkie twarzyczce rozlewa się bladość śmierci... Przebacz mi!... przebacz, najdroższa!...”

Patrycyusz szepnął:

— Kochał tak matkę twoją, jak ja ciebie kocham... I mnie śmierć nie przeraża... Ale ty, ty Koralio!... dla której zniósłbym z radością najsroższe tortury...

Począł wielkiemi krokami przemierzać pokój. Gniew go znowu ogarnął z całą siłą.

— Ja cię ocalę, Koralio. Nie pozwolę ci zginąć marnie, przysięgam! Jakże to miło będzie wywrzeć pomstę. Zgotuję mu los taki sam, jaki on nam zgotował. Tutaj, w tym pawilonie umrze... Tutaj...

Znowu zaczął odrywać kawałki drzewa, chcąc dowiedzieć się rzeczy, które mogły mu być użytecznemi w prowadzonej w identycznych okolicznościach walce.

Ale zdania, które przeczytał, były jakby tylko parafraza tego, co on sam przed chwilą powiedział. Była to zapowiedź zemsty.


„Koralio! On poniesie karę. Jeżeli my go sami ukarzemy, to zacięży na nim ręka sprawiedliwości Boskiej. Nie, jego plan piekielny udać się nie może. Nikt przecież nie uwierzy, ażebyśmy popełnili samobójstwo, chcąc wyzwolić się z istnienia, które było dla nas jednem pasmem szczęścia i radości. Zbrodnia się wykryje. To co ja tutaj notuję, to będzie dowodem niezaprzeczonym”.


— Słowa, same słowa — wykrzyknął Patrycyusz rozczarowany. Słowa groźby i bólu. Ale żadnego faktu, któryby stanowił nić przewodnią. Ojcze mój, czy nic mi nie powiesz takiego, żebym mógł ocalić córkę twojej Koralii. Jeśli twoja Koralia umarła, niechaj moja żyje. Ojcze mój, pomóż mi, poradź mi.

Ale ojciec odpowiadał synowi analogicznemi wezwaniami rozpaczy.


„Kto nam dopomoże? Zamurowani w tym grobowcu, pogrzebani żywcem, skazani na mękę bez możności obrony. Tam na stole, leży mój rewolwer. Poco mi ta broń. Wróg nie będzie nas atakował. Jego pomocnikiem jest czas. Czas nieubłagany, bezlitosny. Kto nam pospieszy z pomocą. — Kto uratuje moja ukochaną Koralię?”


Koralia wzruszona zaczęła płakać. Patrycyusz podrażniony do najwyższego stopnia widokiem jej łez, zrywał gorączkowo dalsze kawałki lamperyi.

I czytał dalej:


„Co to takiego? Odnieśliśmy wrażenie, jak gdyby ktoś stąpał tam w ogrodzie. Tak jest. Przyłożywszy ucho do muru zdawało się nam, że słyszymy jakieś kroki. Czy to możliwe? — O, gdybyż tak było... Nareszcie byłaby to przynajmniej walka. A wszystko lepsze od tej ciszy dławiącej i od tej niepewności bez końca.
Tak, tak, rzeczywiście. Wyraźnie słychać jakiś szmer. Szmer podobny do uderzenia łopatą w twardą ziemię. Ktoś kopie ziemię, nie przed samym domem, ale z prawej strony, koło kuchni”.


Patrycyusz podwoił swoje wysiłki. Koralia dopomagała mu. I oczom ich odsłaniał się dalszy ciąg pamiętnika:


„Upłynęła godzina. W ciszy, którą mącił tylko szmer wyrzucanej łopatą ziemi. A potem ktoś wszedł do westybulu. Kroki jednego człowieka. To on widocznie. Tak, napewno on... Poznaliśmy jego kroki. Kieruje się wstronę kuchni, gdzie znowu pracuje łopatą, ale tak jakby walił nią w kamień. Słyszeliśmy także trzask łamanego kamienia. A teraz on powrócił do ogrodu. Potem znowu szmer, który idzie wzdłuż domu, jak gdyby wskazując, że nędznik musi wznieść się wyżej, ażeby umieścić swoje narzędzie kaźni”.


Patrycyusz przestał czytać i spojrzał.

Oboje wytężyli słuch. Młodzieniec rzekł cicho, po chwili:

— Czy słyszysz?

— Tak, tak — odparła Koralia. — Słyszę. Kroki z zewnątrz. Przed domem lub w ogrodzie. Przyłożyli ucho do ściany i słuchali. Istotnie ktoś szedł. Patrycyusz i Koralia doznali tego samego uczucia ulgi co ich rodzice niegdyś, skoro odgadli, że wróg się zbliża.

Ten ktoś tajemniczy obszedł dwa razy dom dookoła. Ale oni nie poznali czyje to kroki.

Potem przez kilka minut znowu trwała cisza. A potem szmer.

Patrycyusz rzekł głucho, jakby powtarzał tylko słowa skreślone przez jego ojca 20 lat temu:

— To szmer, jaki powoduje wyrzucanie ziemi łopatą.

Tak, to musiało być to. Ktoś kopał ziemię. I to nie przed domem, ale z prawej strony, koło kuchni.

Upłynęła godzina. Ziemia spadała ciągle z łopaty. Patrycyusz i Koralia odnosili wrażenie, że to dla nich kopią grób. Grabarzowi nie spieszy się. Odpoczywa, potem znowu wraca do roboty.

— Przestał kopać.

— Tak, Koralio. Wchodzi do westybulu. Poco zresztą słuchać. Wystarczy przypomnieć tylko sobie. Idzie w stronę kuchni, a potem słychać znowu uderzenia łopaty, ale o twardy kamień. A potem, potem, Koralio trzask łamanego kamienia.

Wspomnienia przeszłości mieszały się z faktami strasznej rzeczywistości. Przeszłość i teraźniejszość zlewały się w jedno. Przewidywali wypadki w tej samej chwili, kiedy one już się odbywały.

Wróg okrążył dom dwa razy, a potem nagle zdawało się „że szmer idzie wzdłuż domu, jak gdyby nędznik zmuszony był wznieść się wyżej, aby umieścić swoje narzędzia kaźni”.

A potem, potem, co stać się miało? Nie śmieli pytać o to napisu na ścianie.

Wróg wszedł z powrotem w głąb domu i za chwilę posłyszeli stuk jakichś przedmiotów nagromadzonych jeden na drugim. Takie same szmery w dwóch sąsiednich pokojach. Za zamurowanemi drzwiami, potem tosamo powtórzyło się za oknami, a potem jakiś szmer na dachu.

Spojrzeli po sobie. Tym razem nie mogli już wątpić, że to zbliża się rozwiązanie tragedyi, albo przynajmniej jedna z końcowych scen.

Co stanie się teraz? Czy wróg ukaże nareszcie swe nienawistne oblicze w oknie sufitu, skąd płynęło ku nim światło...

— Idzie... idzie...

— Zbliża się...

— Zobaczymy go nareszcie!...

— Ukaże się nam — tak jak niegdyś ukazał się naszym rodzicom!... — rzekł Patrycyusz.

— Tak!... ale oni wiedzieli — szepnęła Koralia — kto jest ich wrogiem... A my nie wiemy... Oni znali swego wroga...

Zadrżała na wspomnienie człowieka, który zabił jej matkę:

— To on — nie prawdaż?...

— Tak jest!... on!... Oto jego imię — zapisane przez mojego ojca...

I pochyliwszy się wskazywał palcem:

— Widzisz... czytaj.... To imię... Essares... Czytaj Koralio!...


„Szybka w okienku podniosła się, popchnięta ręką czyjąś... Zobaczyliśmy... Spoglądał na nas, śmiejąc się szyderczo... Łotr!... Essares... Essares...
A potem na nasze głowy spadł jakiś przedmiot... Była to drabinka... drabinka sznurowa...
W pierwszej chwili nie rozumieliśmy co to znaczy... Ale zaraz dostrzegłem, że do jednego szczebla drabinki przymocowana jest kartka papieru... A na kartce słowa, skreślone ręką Essaresa:
„Niech Koralia wyjdzie sama... Daruję jej życie... Daję wam dziesięć minut czasu do namysłu... Po upływie tego terminu...”


— Ach! — wykrzyknął Patrycyusz — czy i to się powtórzy?... Ta drabina... drabina sznurowa, którą znalazłem w pokoju starego Szymona!...

Kapitan poczuł na swojej ręce zgięte kurczowo palce Koralii...

— Cicho!... oto on!...

— Nie!... nie!...

— Tak.... to on...

Szybka opadła ku dołowi, pchnięta czyjąś ręką...

I ujrzeli twarz w otworze okna...

Była to twarz starego Szymona... Nawet się nie zdziwili, tak przywykli już do tego, że Szymon w ich istnieniu odgrywa jakąś tajemniczą, niezrozumiałą rolę...

Kim właściwie jest ten człowiek... Nieświadomym wspólnikiem zbrodniarza?... uosobieniem ślepej mocy przeznaczenia?... Wszystko jedno... w każdym razie on działa... on atakuje...

Patrycyusz szepnął:

— Waryat... waryat...

Ale Koralia zaoponowała:

— Może jednak on nie jest waryatem...

Drżała wstrząsana dreszczem nieopisanej grozy.

Szymon spoglądał na nich z poza swoich żółtych okularów, nie poruszając się, niby posąg przedstawiający geniusza zła...

Maurice Leblanc - The Golden Triangle (front page)

Patrycyusz i Koralia dłoń w dłoni czekali na to, co się stanie. I nagle na ich głowy spadł jakiś przedmiot, i zawisnął w powietrzu. Drabina... Drabina sznurowa tasama, którą widział w szafie starego Szymona.

Taksamo jak tamci niegdyś patrzyli po sobie. Ale teraz oni wiedzieli już, że wszystko się powtórzy z najdokładniejszą ścisłością. I oczy ich szukały nieuniknionej kartki, która powinna być przypięta do jednego ze szczebli drabiny.

Znaleźli ją odrazu. Tę kartkę pożółkłą, zmiętą. Była to tasama kartka, którą lat 20 temu wstecz napisał Essares. I taksamo jak wówczas miała być wyrazem pokusy i groźby.


„Niech Koralia wyjdzie stąd sama. Daruję jej życie. Daję wam 10 minut do namysłu. Po upływie tego terminu...”

</onlyinclude>


ROZDZIAŁ II.

GWOŹDZIE DO TRUMNY.

Po upływie tego terminu... Patrycyusz kilkakrotnie powtórzył te słowa, których cała treść fatalna nie przedstawiała żadnych wątpliwości. Po upływie tego czasu jeśli Koralia nie usłucha i nie odda się w ręce wroga, jeżeli nie ucieknie z więzienia, to czeka śmierć. Oczy Patrycyusza padły na pamiętnik na ścianie. I oto co wyczytał:


„Błagam Koralię, aby się ratowała. Rzuciła mi się do kolan. — Chce umrzeć razem ze mną”.


Patrycyusz obserwował młodą kobietę. Ponieważ ostatnie słowa przeczytał cicho Koralia nie mogła ich dosłyszeć.

Przycisnął ją do swej piersi i wykrzyknął:

— Musisz stąd odejść, Koralio. Rozumiesz chyba, że jeżelim tego nie powiedział odrazu, to nie dla tego iżbym się wahał. Nie, tylko dlatego, że rozważałem ofertę tego człowieka i bałem się o ciebie. To straszne czego on żąda. Jeżeli ofiaruje ci życie, to znaczy, że cię kocha, a w takim razie rozumiesz... Ale wszystko jedno. Tyś powinna, żyć... Odejdź... odejdź natychmiast!...

Odpowiedź była krótka i prosta:

— Pozostanę...

— Ależ to szaleństwo!... Po co ta ofiara niepotrzebna?... Boisz się tego, co cię spotkać może, gdybyś się w jego moc oddała?...

— Nie...

— Wiedz odejdź!...

— Pozostanę!...

— Ale dlaczego?!... pocóż ten upór?... To się nie przyda na nic... Dlaczego chcesz pozostać?...

— Bo kocham cię, Patrycyuszu...

Młodzieniec zmieszał się, oszołomiony tem nagłem wyznaniem... Więc Koralia kocha go tak bardzo, że woli umrzeć raczej z nim razem, aniżeli żyć bez niego...

Było to szczęście niespodziewane, zaprawione w tej chwili w równej mierze rozkoszą jak bólem...

— Więc kochasz mnie, Koralio... kochasz...

— Kocham cię, Patrycyuszu mój...

Kobieta otoczyła szyję ukochanego ramionami. Pierwszy ten uścisk przejął go niewymowną rozkoszą... Niemniej jednak, postanowił nie uledz, ale uratować ją choćby wbrew jej woli...

— Właśnie — rzekł — jeśli mnie kochasz, będziesz żyła... Zrozum, że mnie stokroć boleśniej umierać z tem przekonaniem, że ciebie zgubiłem... żołnierzem jestem... setki razy patrzyłem śmierci twarzą w twarz... śmierci się nie lękam... tylko wzgląd na ciebie mnie dręczy... Gdy będę wiedział, żeś ty ocalała — umrę chętnie...

Ona nie słuchała, ale kończyła swoje wyznanie, jak gdyby nie mogąc powstrzymać potoku słów miłości — tak długo tajonej w najskrytszych głębiach serca...

— Pokochałam cię od pierwszego dnia, w którym cię ujrzałam... Nie mówiłam ci tego, bom czekała na jakiś osobliwie uroczysty moment... A czyż może być uroczystsza chwila nad obecną, gdy stoimy na progu śmierci... Ale ja wolę śmierć niż rozstanie!...

— Nie!... nie!... usiłował protestować — tyś powinna odejść!...

— Powinnam zostać przy tym, którego kocham!...

Patrycyuszowi strzeliła nowa myśl do głowy:

— Koralio!... uciekaj!... a gdy już uwolnisz się, pospieszysz mi na ratunek...

— Co powiadasz, Patrycyuszu?

— Powiadam, że tylko ty możesz ocalić mnie i siebie... Zdołasz się przecie wydostać ze szponów tego łotra... Zdołasz zawiadomić policyę, naszych przyjaciół... Będziesz krzyczała, wezwiesz pomocy albo może uda ci się przy pomocy jakiegoś podstępu...

Spojrzała na niego, uśmiechając się tak smutnie i z takim wyrazem powątpiewania, że przerwał...

— Chcesz mnie trudzić, mój kochany biedaku, ale sam nie wierzysz w to, co mówisz... Nie, Patrycyuszu! ty wiesz dobrze, że jeśli oddam się w moc tego człowieka, to zmusi mnie do milczenia... Będzie mnie więził w jakiejś kryjówce, dopóki ty nie wydasz ostatniego tchnienia...

— Czyś tego pewna?

— Równie jak ty sam, Patrycyuszu... Tak samo przewidujemy oboje, co stać się ma potem...

— Mianowicie?...

— Jeżeli ten człowiek chce mi ocalić życie — to nie z czystej wspaniałomyślności... Widocznie rozsnuł plan piekielny, a jeślibym się z tej sieci wydobyć chciała — to znowu tylko przez śmierć... Czyż nie lepiej zatem umrzeć razem z tobą... Taka śmierć — to właściwie najpiękniejszy moment życia...

Bronił się jeszcze.

— Ależ to okropne... — szeptał — nie mogę przyjąć twojej ofiary... Jesteś taka młoda... całe lata szczęścia jeszcze przed tobą...

— Łata żałoby i rozpaczy, jeżeli ciebie nie stanie...

— Trzeba żyć Koralio!... Całą duszą, błagam cię — chciej żyć!...

— Nie chcę żyć bez ciebie!... Jedyna racya mego istnienia jest miłość, którą czuję dla ciebie... Tyś mnie nauczył kochania!... Kocham cię, Patrycyuszu!...

Patrycyusz czuł teraz, że istotnie za przeżycie tak cudownej chwili — warto umrzeć... Zdobył się wszakże na najwyższy wysiłek woli:

— A gdybym ci nakazał odejść, Koralio!...

— To znaczy nakazałbyś mi, abym się oddała na łaskę i niełaskę tego człowieka... A czy nie przypuszczasz... chciałbyś tego, Patrycyuszu!?...

Kapitan zadrżał:

— Och!... okropność!... ten człowiek!... I ty Koralio taka czysta... taka świeża...

„Ten człowiek” nie skrystalizował się jeszcze dokładnie w ich wyobraźni...

Pomimo, że tam w górze ukazała się twarz starego Szymona — obraz wroga okryty był mgłą tajemnicy... Może to Szymon?... a może ktoś inny, a Szymon jest tylko jego narzędziem...

W każdym razie to wróg... wcielenie zła i zbrodni...

Patrycyusz zapytał:

— Czyś nie zauważyła kiedykolwiek, aby Szymon poszukiwał twego towarzystwa...

— Nie zauważyłam... Raczej powiedziałabym, że mnie unikał...

— Więc jest obłąkanym...

— Nie... to nie waryat... nie wierzę... on się mści...

—Niemożliwe... Był przecież przyjacielem mojego ojca... Całe swoje życie pracował nad naszem połączeniem, a terazby nas zamierzał zabić?

— Nie wiem, Patrycyuszu, nie rozumiem...

Przestaliśmy mówić o Szymonie. Ostatecznie czy to nie wszystko jedno z czyjej ręki ma paść cios śmiertelny, jeżeli temu zaradzić nie można...

— Więc zgadzasz się, Patrycyuszu, abym została?... — zapytała cicho Koralia.

Nie odpowiedział, a ona mówiła dalej:

— Ja i tak nie odejdę, ale chciałabym, abyśmy byli w zupełnej zgodzie... Błagam cię... umrzemy razem?...

— Tak jest.

— Podaj mi twoje kochane ręce, popatrz mi w oczy i uśmiechnij się, Patrycyuszu...

Chwilę trwali w miłosnej ekstazie.

— Co ci jest?... drogi mój...

— Patrz... patrz!...

Drabina sznurowa jechała z powrotem do góry. Dziesięć minut upłynęło.

Młody oficer podskoczył naprzód i uchwycił jeden ze szczebli...

Koralia krzyknęła:

— Patrycyuszu!... co zamierzasz?...

Szalona nadzieja, która przez mgnienie oka przeszyła mu serce — rozprysła się zaraz w niwecz... Bo oto drabina oderwana od swego punktu zaczepienia — spadła na podłogę, a okienko w suficie zatrzasnęło się momentalnie.

Jednocześnie dał się słyszeć szyderczy śmiech.

Patrycyusz ogarnięty szałem wściekłości, zaczął motać obelgi pod adresem nieprzyjaciela i strzelił z rewolweru dwa razy w górę, tłukąc dwie szyby...

W tej chwili ciemność zalała pokój. Jednocześnie dał się słyszeć trzask spadającej żaluzyi.

— Patrycyusz!... Patrycyuszu!... — krzyknęła Koralia przerażona nieprzeniknioną ciemnością — Patrycyuszu!... gdzieś ty!... Boję się!... gdzieś ty...

Po omacku zetknęły się ich ręce, zlodowaciałe rączki Koralii i rozpalone gorączką dłonie Patrycyusza.

— Ach, nie opuszczaj mnie, Patrycyuszu — błagała młoda kobieta.

— Jestem przy tobie. Nie obawiaj się niczego. Nikt nie zdoła nas rozłączyć...

— Tak, masz racyę. Nikt nie zdoła nas rozłączyć. Jesteśmy tutaj razem w naszym wspólnym grobie...

Te okrutne słowa Koralia wymówiła głosem tak pełnym boleści, iż u Patrycyusza spowodowało to nowy wybuch buntu.

— Nie, nie, co mówisz? Nie należy rozpaczać. Aż do ostatniej chwili trzeba wierzyć w ocalenie.

Uwolnił jedną ze swoich rąk z uścisku Koralii i pociągnąwszy za cyngiel rewolweru, wystrzelił trzy razy w górę, dał się słyszeć trzask drzewa i szyderczy śmiech wroga. Ale widocznie żaluzye były z solidnego metalu, ponieważ kule nie zdołały w nich wyżłobić żadnej szczerby.

Zapanowała teraz chwila ciszy. A potem zabrzmiały uderzenia rytmiczne młotka, wbijającego gwoździe ponad ich głowami. To były gwoździe do ich trumny. To przybijano wieko, które już się nad nimi zawarło... Żadnej nadziei więcej... Znikąd możliwości pomocy...

— Patrycyuszu — bełkotała Koralia. — Boję się, boję... Ach te uderzenia młotka sprawiają mi taki straszny ból...

Słaniała się w objęciach ukochanego. Patrycyusz czuł, że łzy płyną po jej policzkach.

A tymczasem tam, na górze, straszliwy wróg kończył swoje dzieło śmierci.

— Nie opuszczaj mnie — błagała Koralia, szlochając. — Nie opuszczaj mnie.

— Na kilka minut tylko. Chcę, ażebyśmy przynajmniej kiedyś byli pomszczeni.

— Poco? I cóż nam z tego przyjdzie?

Patrycyusz miał kilka zapałek w kieszeni. Zapalając je jedna po drugiej, zaprowadził Koralię do pamiętnika, kreślonego ręka jego ojca.

— Co zamierzasz czynić?

— Chcę zapobiedz temu, aby naszą śmierć poczytano za samobójstwo. Chcę uczynić to samo, co zrobił mój ojciec. Kiedyś po latach przeczyta to ktoś i pomści nas.

I szybko zaczął pisać.

„Patrycyusz Belval i jego narzeczona Koralia umierają zamordowani przez Szymona Diodokisa 14 kwietnia 1915”.

Kiedy już skończył pisać, dostrzegł kilka ostatnich słów pamiętnika, których dotychczas nie zauważył.

— Mam jeszcze dwie zapałki — rzekł. — Widziałaś, jeszcze są tam jakieś słowa! Ostatnie zapewne słowa mojego ojca, Zaświeć zapałkę.

Koralia wykonała polecenie. W mdłym blasku zapałki ujrzeli dwa niekształtne, drżącą snąć ręką skreślone słowa:

„Uduszeni gazem”.

Zapałka zgasła. Ale teraz zrozumieli już wszystko. Uduszeni gazem. W ten to sposób zginęli ich rodzice i oni w ten sam sposób mieli śmierć ponieść. Nie pojmowali tylko jeszcze ja to się da przeprowadzić.

— Chyba — szepnął Patrycyusz — że w jakiś sposób powietrze zostanie zatrute gazem świetlnym. — I po chwili dodał: — Tak, tak, przypominam sobie.

I opowiedział Koralii, iż w szafie starego Szymona, oprócz drabinki sznurowej i latarki elektrycznej, znajdowało się kilka rur gazowych. Prawdopodobnie więc Szymon połączył te rury z gazomierzem, znajdującym się w kuchni, a potem praca była już bardzo ułatwiona.

Zimny dreszcz przerażenia wstrząsał Koralią. Więc za chwilę przyjdzie śmierć w postaci duszącego gazu. Minęło kilka minut. Potem dał się słyszeć lekki syk gazu, ulatniającego się z niedomkniętego kurka.

Tortura zaczyna się. Patrycyusz szepnął:

— Pół godziny to potrwa. Najwyżej pół godziny.

Ale Koralią opanowała już strach śmierci.

— Bądźmy odważni, Patrycyuszu.

— Ach, gdybym był sam. Ale ty, moja biedna Koralio.

Cichym głosem wyrzekła:

— Przy tem się nie cierpi.

— Boję się, abyś ty nie cierpiała. Jesteś tak słabą, tak wątłą.

— Im się jest słabszą, tem się mniej cierpi.

I otoczyła ramieniem szyję Patrycyusza,

— Jesteś moim przed Bogiem. Niech nas przyjmie tak, jakby przyjął dwoje małżonków.

Ta jej słodycz i męstwo wycisnęły łzy z oczu Patrycyusza. Ona osuszała te łzy swoimi pocałunkami. Poraz pierwszy podała usta swe Patrycyuszowi.

— Ach — zawołał. — Masz racyę. Tak umierać, to piękniej, niż żyć.

Zatonęli w ciszy. Poczuli już duszący zapach gazu, ale nie wywarło to na nich wrażenia grozy.

Patrycyusz szeptał:

— Wszystko się odbędzie tak jak niegdyś... Kochamy się tak, jak się kochali nasi rodzice i tak samo jak oni umieramy razem...

Koralia dorzucała cichutko:

— Nasz grób będzie koło ich grobu...

Powoli myśli ich mąciły się... Zaczynali tracić przytomność... Nie cierpieli jednak... Raczej ogarniało ich oszołomienie — jakaś dziwna ekstaza...

Koralia pierwsza zaczęła majaczyć:

—Kwiaty, spadają kwiaty... róże!... róże!... a jakie to cudne... rozkoszne...

I on także czuł jakąś niezwykłą błogość, pomimo, że stawał się słabszym, coraz słabszym... czarne płatki tańczyły mu przed oczyma... mgła zasnuwała mózg... Nagle zdało mu się, że spada w jakąś bezdenną otchłań i przestał myśleć... czuć...



ROZDZIAŁ III.

ARSENIUSZ LUPIN DZIAŁA.

Patrycyusz otworzył oczy, odetchnął kilka razy i rozejrzał się wokoło ze zdumieniem...

Drzwi pokoju tyły otwarte... Wpływała przez nie fala świeżego powietrza... On zaś, Patrycyusz Belval leżał na sofie... Obok na drugiej sofie spoczywała Koralia...

Młoda kobieta poruszała się niespokojnie, podrzucając niekiedy całem ciałem jakby w skurczu cierpienia...

— Tak samo jak ja powraca z otchłani... I cierpi... Biedna moja, mała Koralia....

Zbierał myśli...

— Nie śpię przecież... Żyję... i ona żyje... Ale kto i w jaki sposób nas uratował?...

W tej chwili w otwartych drzwiach ukazał się człowiek. Była to postać w niczem nie przypominająca starego Szymona...

Nieznajomy uśmiechnął się przyjaźnie:

— No, jak się mamy, panie kapitanie?... Lepiej? Niechże się pan napije...

I podał mu szklankę pełną orzeźwiającego napoju. Patrycyusz połknął kilka haustów i z uciechą zobaczył po chwili, że Koralia również pije...

— Tak... czuję się lepiej... Mój Boże!... jak to dobrze — żyć!... Koralia żyje także — nieprawdaż?...

Nie słyszał już odpowiedzi, albowiem zasnął głębokim pokrzepiającym snem.

Gdy się obudził, czuł się o wiele rzeźwiejszym... Wprawdzie lekka mgła przesłaniała mu jeszcze mózg, a płuca przy oddychaniu bolały nieco, ale zdawał sobie już dokładnie sprawę z sytuacyi.

I powtórzył głośno:

— Jak to dobrze żyć!...

Siły powróciły mu już o tyle, że zdołał dźwignąć się z sofy i na palcach, aby nie zbudzić śpiącej Koralii — wyszedł z pokoju, udał się do ogrodu, chcąc odetchnąć świeżem powietrzem a zarazem poszukać człowieka, który ocalił Koralii i jemu życie.

Nie szukał długo. Pod rozłożystem drzewem na trzcinowym leżaku spoczywał ów nieznajomy wybawca, ujęty snem sprawiedliwych.

Spał mocno, a nawet chrapał z lekka. Był to mężczyzna wysoki, niezbyt tęgi, ale szeroki w ramionach o matowej cerze i przystrzyżonym wąsie nad kształtnie wykrojonemi wargami. Na skroniach widniały pasemka siwych włosów.

Człowiek ten mógł mieć około 50 lat.

Krój jego ubrania i gatunek materyi zdradzały dbałość o elegancyę. Na ziemi koło leżaka, widniała książka oprawna w bronzowa skórę. Na grzbiecie książki złote inicyały: „L. P.”

— To on mnie ocalił!... on nas oboje ocalił!... Ale jakim sposobem?...

I kto go przysłał!..

Dotknął ręką ramienia śpiącego. Ten otwarł odrazu oczy i uśmiechnął się po przyjacielsku:

— Wybacz pan, kapitanie, ale jestem zawsze tak zajęty, iż korzystam z wolnej chwili, aby się trochę przedrzemnąć... A pan jakże się czuje?... A pani, „mateczka Koralia” czy miewa się lepiej... Przypuszczam, że tak... Zrobiłem co należało, a reszty dokonać miało świeże powietrze...

Przerwał na chwilę, a czytając zapytanie w oczach kapitana, rzekł:

— Ach! zapomniałem się przedstawić. Jestem Don Luis Perenna — ze starej rodziny hiszpańskiej... szlachta autentyczna... papiery rodowe w porządku...

Zaśmiał się serdecznie:

— Jak widzę, nazwisko moje — nic panu nie mówi... Zapewne Msr. Ya-Bon, mówiąc panu o mnie dwa tygodnie temu — inne wymienił nazwisko... A co? zaczyna pan rozumieć?... Domyślasz się kapitanie, kogo masz przed sobą?... więc do usług: Arseniusz Lupin!...

Patrycyusz był nad wyraz zdumiony. Zapomniał zupełnie o swej rozmowie z Senegalczykiem i o jego przyrzeczeniu. A tymczasem Ya-Bon działał i oto skutki... Arseniusz Łupin zjawił się i cudem jakimś oderwał wieko trumny, zabite ciężkimi gwoździami...

Jeżeli on, Patrycyusz i Koralia mogą się jeszcze cieszyć życiem i blaskiem słonecznym — sprawił to nikt inny jak tylko Arseniusz Łupin...

Patrycyusz wyciągnął doń rękę i rzekł:

— Dziękuję.

— Niech pan nie dziękuje!... — zawołał wesoło Don Luis — wystarczy uścisk dłoni... A moją rękę można uścisnąć kapitanie!... Mam wprawdzie parę grzeszków na sumieniu, ale zrekompensowałem je pewną ilością dobrych uczynków, które zapewnią mi uznanie każdego uczciwego człowieka, a przedewszystkiem moje własne!...

Przerwał znowu i pochwycił młodego oficera za ramię:

— Niech się pan nie rusza... szpiegują nas...

— Kto taki?

— Ktoś, kto czai się poza sztachetami furtki... chce nas zobaczyć...

— Skąd pan to wie!...

— Proszę, niech pan uważnie posłucha...

— Nie słyszę nic specyalnego...

— A jednak... łoskot zatrzymanego motoru automobilowego...

— Któżby to mógł być, zdaniem pańskiem?

— Naturalnie, że stary Szymon.

— Szymon?

— Oczywiście! Chce się upewnić, czy ja was istotnie oboje ocaliłem?

— Więc on nie jest waryatem?!...

— Ani mu się śni!... Z niego taki waryat, jak ze mnie lub z pana...

— A jednak...

— A jednak chce pan powiedzieć, że Szymon opiekował się panem, że jego celem było połączenie was obojga, że przysłał panu klucz od furty ogrodowej itd... itd...

— Panu wiadomo jest wszystko?

— Muszę wiedzieć, jakże inaczej mógłbym pospieszyć wam z pomocą?!...

— Ależ w takim razie — rzekł zaniepokojony Patrycyusz — musimy przedsięwziąć pewne środki ostrożności... Wracajmy do pawilonu. Koralia jest sama.

— Niech się pan nie lęka. Nie grozi żadne niebezpieczeństwo,

— Skąd ta pewność!?

— Przecież ja tu jestem.

Zdumienie Patrycyusza nie miało granic...

— Więc Szymon zna pana? Wie, że pan jest tutaj?

— Wie, bo przejął mój list pisany do pana... I chciał uprzedzić moje przybycie i dlatego się tak spieszył... Tylko, że ja przyspieszyłem także mój przyjazd o kilka godzin i nie udało mu się...

— Aż do czasu przyjazdu pan nie wiedział kto jest tym wrogiem?...

— Nie wiedziałem...

— Więc to dopiero dzisiaj rano...

— Nie, to dopiero dzisiaj popołudniu, o godzinie trzy kwadranse na drugą...

Patrycyusz spojrzał na zegarek.

— Teraz jest czwarta... A zatem w przeciągu dwóch godzin...

— Nawet tyle nie... jestem tutaj dopiero od godziny...

— Pytał pan pewnie Ya-Bona!...

— Miałbym też na co czas tracić!... Ya-Bon poprostu powiedział mi, że pan wyszedł razem z panią Koralią i żeście jeszcze nie wrócili... Trochę mnie to zdziwiło...

— No i...

— Znalazłem pana...

— W jaki sposób?...

— Przedewszystkiem przetrząsnąłem pański pokój, a ja to umiem robić... i znalazłem szparę we drzwiach, przy których stało pańskie biurko... Szpara ta była dość szeroka, aby z sąsiedniego pokoju można było obserwować dokładnie, co się u pana dzieje... I w ten to właśnie sposób Szymon śledził pana... Potem znalazłem pańskie zapiski i z nich dowiedziałem się reszty... Naturalnie nie zwlekając dłużej udałem się w towarzystwie Ya-Bona do tego ogrodu...

— Czy furta była otwarta?

— Nie, ale w tej samej chwili Szymon opuszczał ogród... Miał „pecha” co?... skorzystałem z tego i wszedłem... Nie śmiał protestować... Z pewnością nie wiedział kogo ma przed sobą...

— Ale pan nie wiedział, że to właśnie on jest tym wrogiem?...

— Jakto nie wiedziałem?... A pańskie zapiski?...

— Ja przecież nie przypuszczałem...

— Ależ mój kochany kapitanie — każda strona pańskiego pamiętnika — to akt oskarżenia w stosunku do Szymona!... Niema wypadku w którymby on pierwszorzędnej nie odgrywał roli, niema podstępu, któregoby nie przygotował...

— W takim razie należałoby go wziąć za kołnierz...

— A potem?... Jakże go zmusić, aby przemówił? aby przestał udawać waryata... Nie, najlepiej pozwolić mu działać, a sam się zgubi... Widzi pan, krąży już koło domu — zamiast uciec...

Don Luis nadstawił ucha:

— Aha!... zobaczył pana... I teraz odchodzi...

Patrycyusz aż podskoczył:

— Odchodzi!... widzi pan!... Lepiej go było schwytać odrazu!... Czy go odnajdziemy tego nędznika?...

Don Luis uśmiechnął się.

— Mianuje pan nędznikiem człowieka, który czuwał nad panem przez lat dwadzieścia, który pana zbliżył do mateczki Koralii... pańskiego dobrodzieja!...

— Ach! czyż ja wiem — co mani o tem myśleć... Wszystko to jest tak tajemnicze!... Chciał nas przecie zabić!... chciał zabić Koralię!... Nienawidzę go!... chciałbym go wziąć na tortury, a jednak...

— Niech się pan nie lęka. Mam go w ręku.

— Jakto?!

— Szofer jego automobilu — to mój człowiek.

— Co? co pan mówi?!...

— Mówię, że jednego z moich ludzi wsadziłem do „taxi”. No i Szymon wskoczył do tego auta...

— A może do innego!...

— Nie!... poznałem łoskot motoru...

— A pan jest pewny swego człowieka?...

— Najpewniejszy.

— A jeśli Szymon opuści Paryż?...

— Każe się w takim razie zawieść na jakiś dworzec kolejowy, a my o tem będziemy powiadomieni za kilkanaście minut. I pogonimy za nim...

— Pociągiem?

— Nie, autem...

— Czy ma pan passe-partout? przecież to czas wojenny...

— Mam pozwolenie na jazdę automobilem po całej Francyi!...

— Czy możliwe?!...

— Najautentyczniejszy w świecie dokument wystawiony na imię don Luis Perenna, podpisany przez ministra spraw wewnętrznych i kontrasygnowany...

— I kontrasygnowany?...

— Przez prezydenta rzeczypospolitej!...

Patrycyusz był formalnie oszołomiony. Wpatrywał się w don Luisa takim wzrokiem, jakby patrzył na jakąś nadziemską istotę.

Don Perenna uśmiechnął się.

— Widzę, że pańskie nerwy są przeczulone panie kapitanie... A może to głód przyczynia się do tego?... Trzeba będzie coś przekąsić... chodźmy...

Pociągnął go w stronę pawilonu, mówiąc po drodze poważniejszym już tonem:

— Przedewszystkiem, mój drogi kapitanie, proszę pana o absolutną dyskrecję. Poza kilku dawnymi przyjaciółmi i poza Ya-Bonem, którego spotkałem w Afryce i który uratował mi życie, nikt mnie tutaj we Francyi nie zna pod prawdziwem nazwiskiem. Nazywam się don Luis Perenna.

Weszli obaj do pokoju, w którym spała mateczka Koralia. Don Luis rzekł:

— Jeszcze słowo kapitanie. Przybyłem tutaj z pewną sekretna misyą i za dwa dni muszę odjechać. Obowiązkiem moim więc jest uprzedzić pana, że pomimo całej mojej sympatyi dla pana i pani Koralii ani o minutę nie przedłużę mojego pobytu, od chwili gdy odnajdę 1800 worków ze złotem. Dwie te sprawy zresztą łączące się ze sobą. No a teraz proszę przedstaw mnie pan mateczce Koralii i do pracy.

Zaśmiał się dobrodusznie.

— Nie będziemy wobec niej robili tajemnicy. Nieprawdaż, kapitanie? Powiedz jej pan moje prawdziwe nazwisko. Nie obawiam się niczego. Arseniusz Lupin ma wszystkie kobiety po swojej stronie.

W pół godziny później Koralia po spożyciu smacznego posiłku znajdowała się w swoim pokoju, pewna troskliwej pielęgnacyi i dobrej straży. Patrycyusz również zajadał z apetytem, podczas gdy don Luis spacerował po tarasie, paląc papierosy jeden za drugim.

— Zatem kapitanie, zaczynamy?

Spojrzał na zegarek:

— Wpół do szóstej. Jeszcze przeszło godzina do zachodu słońca. To wystarczy.

— Wystarczy? Nie sądzi pan chyba, że zdołamy osiągnąć nasz cel w przeciągu godziny.

— Cel ostateczny nie, ale cel zamierzony na najbliższy czas osiągnięmy nawet wcześniej. Godzina? Pocóż nam całej godziny? Za kilka minut będziemy wiedzieli gdzie się złoto znajduje.

Don Luis udał się za kapitanem do piwnicy, mieszczącej się pod biblioteką, gdzie Essares-bej ukrywał worki ze złotem aż do czasu ich wysłania.

— Więc to przez to okienko wrzucano worki?

— Tak jest.

— I niema innego wejścia?

— Żadnego oprócz schodów, które prowadzą do biblioteki no i oprócz drugiego okienka.

— Które wychodzi na taras?

— Tak, rzeczywiście.

— No, to w takim razie jasne. Worki wrzucano przez pierwsze okienko a wyrzucano przez drugie.

— Ależ.

— Niema żadnego ale, mój kapitanie. Jakże by miało być inaczej. Widzi pan, to jest najbłędniejsza droga, jeżeli się w południe szuka czwartej godziny na zegarze.

Powrócili na taras. Don Luis stanął przy okienku i zlustrował całe otoczenie. Nie trwało to długo. W odległości mniej więcej 4 metrów od okien biblioteki znajdował się okrągły basen z posągiem dziecka w środku, przez którego usta wypływał strumień wody.

Don Luis podszedł, obejrzał basen i nachylając się dotknął statuetki, która nagle obróciła się jak na sprężynie, z prawej strony na lewo, razem ze swoją podstawą.

— No, mamy już — rzekł.

— Co mamy?...

— Basen się opróżni.

Istotnie woda zaczęła opadać i ukazało się dno basenu. Don Luis wszedł teraz do basenu i znowu dokładnie wszystko badał. Po dłuższej chwili rzekł:

— To tą drogą ekspedyowano dalej worki przy pomocy haczyka, przesuwającego się po drucie żelaznym... O! widzi pan — u góry mamy ten drut żelazny...

— Tam do dyabła!... wykrzyknął kapitan Belval — co my teraz zrobimy?! Nie możemy się przecież posuwać po drucie żelaznym!...

— To nawet zbyteczne. Wystarczy stwierdzić dokąd on prowadzi... Aha!... zapomniałem, że trzeba będzie wyjść przez tę uliczkę... Czy ma pan klucz? Tak! To proszę mi go dać...

Patrycyusz dał klucz, poczem stosownie do wskazówek don Luisa jął posuwać się wzdłuż muru.

— Trochę bardziej na prawo — komenderował don Luis — jeszcze trochę... Dobrze. Teraz niech pan utnie tę gałązkę z drzewa... O! tak... doskonale!...

Patrycyusz dogonił swego towarzysza i obaj udali się nad Sekwanę. Na wybrzeżu don Luis zatrzymał się przy starej skleconej z desek budzie.

— Możebyśmy tutaj zajrzeli... zaproponował don Luis — interesuje mnie ten budynek... A ponieważ w całej tej awanturze wszystkie drzwi otwierają się niby cudem... mam więc nadzieję, że tym razem tak będzie...

Istotnie nadzieja okazała się uzasadnioną. Z łatwością dostali się do tego schowanka, pełnego narzędzi robotniczych i różnych rupieci.

Don Luis zaświecił lampkę elektryczną.

— Dotychczas nic nadzwyczajnego — szepnął. — Piły, łopaty, drabina. O! ale co widzę! Drut żelazny z haczykami. To już chyba nie należy do zwykłych narzędzi robotniczych.

I don Luis zaczął tłumaczyć.

— Więc to tutaj przybywały worki ze złotem. Wpadały one do jednego z tych małych wagoników które pan widzi nagromadzone w tym kącie. No, a następnie nocą transportowano je na statek i odjeżdżały.

— I pan sadzi, że istotnie w ten sposób wyekspediowano ostatnie 118 worków złota.

— Obawiam się, że tak.

— A zatem spóźniliśmy się.

Zapanowało przez chwilę milczenie. Don Luis kombinował:

— Ale w jaki sposób zdołał pan w tak krótkim czasie — zapytał — Patrycyusz — dojść do tego wszystkiego.

— Wyczytałem to w tej oto książce.

I don Luis z kieszeni palta wyjął książkę, którą poprzednio Patrycyusz widział leżącą u jego nóg w ogrodzie. Były to pamiętniki Benjamina Francklina. Ale wewnątrz tej książki na końcu jednego z rozdziałów były dopisane następujące słowa:


„Codziennie udajemy się do wsi Passy, która graniczy z moją posiadłością. I skąd ściąga się wody do wspaniałego ogrodu. Strumyki i kaskady spływają ze wszystkich stron poprzez doskonale skonstruowane kanały. Ponieważ znają mnie jako amatora różnych osobliwości mechanicznych, więc pokazano mi basen, w którym wszystkie źródła się schodzą. Wystarczy obrócić trochę na lewo pewnego chłopczyka z marmuru, ażeby otworzyć przejście, którędy wody spływają aż do wybrzeża Sekwany”.


— Widzi pan, jakie to proste. Przeczytawszy te słowa wiedziałem już wszystko.

— Ba, ale skąd pan przyszedł do posiadania tej książki?...

— Przypadkiem. Znalazłem ją w pokoju starego Szymona i schowałem, ponieważ mnie zaciekawiło, dlaczego on ją czytał.

Patrycyusz wykrzyknął:

— Aha, to już rozumiem teraz jakim sposobem on odkrył sekret Essaresa. Prawdopodobnie znalazł tę książkę wśród papierów swojego pana. Nieprawdaż? Czy pan jest tego samego zdania? Czy też może jakoś inaczej pan to sobie wyobraża?

Don Luis nie odpowiedział. W zamyśleniu spoglądał na rzekę. Wzrok jego tkwił obecnie w pewnym małym stateczku, który zdawał się zupełnie pusty. Ale wązka smuga dymu zaczynała się ulatniać z komina.

— Chciałbym się przyjrzeć temu statkowi. — Chodźmy bliżej — rzekł.

Okazało się, że na tym statku pozornie pustym, znajduje się jakiś mężczyzna wysoki, barczysty, o czarnych, wijących się włosach i twarzy bez zarostu. Człowiek ten ubrany był w bluzę i spodnie stare, zużyte, połatane.

Don Luis podał mu banknot 20-to frankowy, który został przyjęty bardzo przychylnie.

— Chciałbym uzyskać małą informacyę, — rzekł don Luis. — Czy tutaj przed tą budą nie było w tych dniach jakiegoś statku?...

— Owszem, była łódź motorowa, która odjechała wczoraj.

— Jak się nazywała ta motorówka?

— „Piękna Helena”. Załoga jej składała się z dwóch mężczyzn i z jakiejś kobiety. To byli zdaje się cudzoziemcy. Mówili jakimś nieznanym językiem. Po angielsku, czy po hiszpańsku... doprawdy nie wiem.

— A co oni tutaj robili?

— Nie wiem także. Ale pracowali całą noc. Coś wyładowywali, słyszałem stuk kół wagonowych, No, a o świcie odjechali.

— W jakim kierunku?

— Tak gdzieś w stronę Mantes.

— Dziękuję. To tylko chciałem wiedzieć.

W dziesięć minut potem Patrycyusz i don Luis rozmawiali z szoferem automobilu, którym jechał poprzednio Szymon Diodokis. Z godnie z przypuszczeniami don Luisa, Szymon kazał się zawieźć do dworca kolejowego Saint Lazare i tam wykupił bilet.

— Dokąd kupił bilet?

— Do Mantes — odparł szofer.



ROZDZIAŁ IV.

„PIĘKNA HELENA”.

— A co?! — wykrzyknął don Luis — do Mantes!... W tym samym kierunku, co „Piękna Helena”... Związek jasny i oczywisty!...

— Udajemy się więc do Mantes!...

Don Luis po chwili namysłu wyrzekł:

— Tak jest!... muszę zobaczyć co się tam dzieje!...

I zwrócił się do szofera:

— Pędź do garażu i wracaj z maszyną na osiemdziesiąt koni... Co zaś do pana, panie kapitanie...

— Ja będę panu towarzyszył!...

— A kto zostanie...

— Przy mateczce Koralii?... A jakież niebezpieczeństwo grozić jej może obecnie... Szymon napewno nie myśli o nowym zamachu, a tylko o własnem bezpieczeństwie i o workach ze złotem!...

— Więc pan koniecznie upiera się?...

— Absolutnie!...

— Hm!... może pan postępuje niezupełnie rozsądnie, ale to już pańska rzecz... Jedziemy!... Ale przedtem jedno zarządzenie!...

Zawołał:

— Ya-Bon!...

Senegalczyk przybiegł natychmiast. Jeżeli Ya-Bon w stosunku do Patrycyusza objawiał przywiązanie wiernego zwierzęcia, to do don Luisa odnosił się z religijną iście czcią.

— No Ya-Bon, — czujesz się już dobrze! Rana się zagoiła? Żadnego bólu? zmęczenia? No to doskonale. W takim razie chodź ze mną.

I poprowadził go do budy, oznaczonej nazwiskiem Berthou, w której to właśnie poczynił owe doniosłe odkrycia.

Ya-Bon spoglądał mu bezustannie w oczy, jakby chciał z twarzy wyczytać rozkazy.

— O godzinie 9-tej obejmiesz straż tutaj... Przyniesiesz sobie coś do picia i do jedzenia i będziesz uważał, co się dzieje... Może nic się nie będzie działo... ale w każdym razie ty tutaj pozostaniesz aż do mego powrotu...

Przerwał na chwilę, a potem ciągnął dalej:

— Przedewszystkiem strzeż się Szymona... To on cię zranił... Jeśli go zobaczysz, chwyć go za gardło i obezwładnij... Ale go nie zabij!... Trupa nie potrzebuję!... Zrozumiałeś Ya-Bon?...

Patrycyusz zaniepokoił się:

— Obawia się pan czegoś z tej strony? Wszak Szymon odjechał...

— Mój kapitanie, w takiej walce nigdy za dużo ostrożności... Trzeba w każdym razie zabezpieczyć teren...

Don Luis wydał również pewne zarządzenia odnośnie bezpieczeństwa mateczki Koralii. Zabronił surowo wstępu do jej mieszkania jakimkolwiek obcym osobistościom i przestrzegł ją, aby nie odpowiadała na żaden list nie podpisany: „Kapitan Patrycyusz”.

O godzinie 9-tej wieczorem auto pędziło z największą możliwie szybkością w stronę Mantes.

Patrycyusz mówił do swego towarzysza.

— Dwóch rzeczy absolutnie nie mogę zrozumieć w całej tej sprawie... Przedewszystkiem kto to został zamordowany przez Essaresa w domu 4-go kwietnia o godzinie 7’19 rano? Słyszałem przecież krzyk agonii!... Kto to mógł być?... i co się stało z ciałem zamordowanego?

Don Luis nie odpowiadał.

Patrycyusz ciągnął dalej.

— Drugi ciemny punkt to postępowanie Szymona!... Całe swe życie poświęca dla celów zemsty za śmierć swego przyjaciela a mego ojca, dąży do połączenia mnie z Koralią, a potem, gdy wróg jego Essares ginie — ten sam człowiek dybie na nasze życie, jak gdyby był narzędziem w ręku Essaresa?! Czyżby złoto tak go oszołomiło? odkrycie tajemnicy Essaresa? Co pan o tem myśli?

Don Luis milczał.

— A złoty trójkąt! Znowu tajemnica! Bo w tem wszystkiem dotychczas ani śladu trójkątu!... Gdzie kryje się ten złoty trójkąt? Jakie pańskie zdanie?

Ani słowa odpowiedzi. Patrycyusza zniecierpliwiło wreszcie to ponure milczenie.

— Ależ pan nie odpowiada mi wcale?... I wydaje się pan jakiś zatroskany...

— Być może... — rzucał krótko don Luis.

— Ale z jakiego powodu?...

— Jednakowoż...

— Otóż! uważam, że to coś idzie za gładko...

— Co takiego?... co idzie za gładko?...

— Nasza sprawa...

Patrycyusz chciał znowu zadać jakieś pytanie, ale towarzysz nie pozwolił mu teraz dojść do słowa:

— Mój kapitanie, wyznam panu szczerze, że pomimo serdecznej sympatyi mojej dla was obojga — nie tracę ani na chwilę z oczu głównego... Te worki... to złoto!.... muszę je mieć!...

— I będzie je pan miał, skoro pan wie, gdzie są...

— Będę pewny dopiero wtedy, gdy je ujrzę własnemi oczyma!... Narazie jeszcze nic niewiadomo.

W Mantes poszukiwania nie trwały długo. Wkrótce stwierdzili, że podróżny z opisu podobny do Szymona przybył do Mantes i zamieszkał w hotelu „Trzech cesarzy”... Zajął pokój na trzeciem piętrze i obecnie udał się już na spoczynek.

Don Luis zainstalował się w tym samym hotelu na parterze, a Patrycyusz, któryby mógł snadniej zwrócić uwagę swoją drewniana nogą — udał się do Grand hotelu.

Kapitan obudził się późno i został zaraz zawezwany do telefonu.

Don Luis prosił kapitana, aby się zjawił bezzwłocznie w małej kawiarni, na wybrzeżu rzeki. Tam będzie mógł obserwować Szymona, który sobie spaceruje najspokojniej po bulwarze. Istotnie zobaczył go. Szymon przechadzał się z miną człowieka, który używa spaceru bez żadnego określonego celu.

Wkrótce zjawił się don Luis. Patrycyusz wskazał mu oczyma Szymona.

— Zawsze taki sam — szepnął. — Ta sama, kraciasta chustka na szyi, te same żółte okulary i ten sam sposób chodzenia.

I dorzucił:

— Widzi pan, on udaje, jakby go nic wokół nie obchodziło, ale nietrudno odgadnąć, że oczy jego zwracają się w tę stronę rzeki, skąd ma przybyć „Piękna Helena”.

— Tak, tak — szepnął don Luis. — O, widzi pan, ta dama.

— Ach, ta?... — rzekł Patrycyusz. — Ja już ją spotkałem dwa czy trzy razy na ulicy.

Płaszcz z bronzowej gabardiny opływał postać i ramiona kobiety, trochę zanadto szerokie. Z filcowego kapelusza o szerokich brzegach opadała na twarz gęsta welonka.

Kobieta podała Szymonowi złożony telegram, który ten przeczytał natychmiast.

Zamienili potem ze sobą kilka słów, przeszli przed kawiarnią i zatrzymali się nieco opodal.

Szymon wyjął z kieszeni notes, wyrwał kartkę papieru, napisał kilka słów ołówkiem i oddał swojej towarzyszce. Kobieta wzięła kartkę i odeszła bez podania ręki. Szymon w dalszym ciągu kontynuował swój spacer nad rzeką.

— Pan pozostanie, kapitanie — rzekł don Luis.

— A, jednak — zaprotestował Patrycyusz — on zdaje się, czuje się zupełnie bezpieczny. Nawet się nie ogląda.

— Lepiej zawsze być ostrożnym — drogi kapitanie. Ale co za szkoda, że nie możemy zapoznać się bliżej z tą kartką, którą Szymon napisał.

— A gdybym poszedł za...

— Za tą panią? O nie, nie, mój kapitanie. Niech to pana nie obraza, ale ja to już lepiej zrobię. Mam więcej w tym względzie praktyki.

I oddalił się.

Patrycyusz czekał.

Łodzie żaglowe i motorowe przesuwały się po jasnem zwierciadle rzeki. Machinalnie czytał ich nazwy. I nagle oczy jego zatrzymały się na statku, na którego frontonie widniały wyraźne słowa: „Piękna Helena”.

Patrycyusza ogarnęło wzruszenie. Przeprowadzał wzrokiem dwóch majtków, którzy spokojnie palili fajki.

Łódź płynęła dalej w stronę portu.

Po upływie godziny don Luis wrócił. Pierwsze jego słowa brzmiały:

— No i cóż „Piękna Helena”?...

— Dwa kilometry stąd zatrzymali swoją łódź i przybyli po Szymona.

Don Luis rzekł:

— No, o tem, to już wiem.

— Już pan wie? Więc Szymon odjechał z nimi?

— Tak jest.

— Nie domyślając się niczego?

— Doprawdy, pan chce zadużo wiedzieć, kapitanie.

— A więc zwycięztwo po naszej stronie! Autem dogonimy ich z łatwością. Dościgniemy ich może już naprzykład w Vernon, zawiadomimy natychmiast władze wojskowe i cywilne, ażeby zarządzono bezzwłoczne aresztowanie.

— Nikogo nie będziemy zawiadamiali, drogi kapitanie. Sami sobie damy radę.

— Sami? Jakto?

Dwaj mężczyźni spojrzeli po sobie. Don Luis wyczytał z oczu Patrycyusza myśl, która przesunęła się przez mózg kapitana. A jednak nie rozgniewał się.

— Pan się boi, że ja sobie mogę przywłaszczyć te 300 milionów w złocie? No, wie pan, to byłoby trochę trudno ukryć taki pakiecik w kieszeni kamizelki...

— A czy mogę — zapytał się Patrycyusz — dowiedzieć się, jakie są pańskie zamiary w tym względzie?

— Pozwoli pan, kapitanie, że odpowiedź dam panu nieco później. Wtedy gdy osiągniemy nasz cel. Narazie musimy przedewszystkiem odszukać „Piękną Helenę”.

Powrócili do hotelu „Trzech cesarzy” i zapłaciwszy rachunek odjechali automobilem w kierunku Vernon. Tym razem przez całą drogę obaj milczeli.

Don Luis kazał szoferowi zatrzymać się we wsi Bonnieres, przed oberżą. Wysiedli i don Luis rzekł do szofera:

— Jeśli nie będzie nas tutaj do północy, wracaj do Paryża. Pan ze mną, kapitanie?

Patrycyusz poszedł za swoim towarzyszem leśną drożyną, która doprowadziła ich do rzeki.U brzegu kołysało się na łańcuchu czółno...

Don Luis rzekł krótko:

— Wsiadajmy1.

Kapitan wykonał rozkaz bez słowa zapytania.

Don Luis odczepił łańcuch, wziął wiosło w rękę i czółno odbiło od brzegu...

Zmierzch zbliżał się już szybkiemi krokami, noc zapadała, ale na niebo wypłynął srebrzysty sierp księżyca... Światło księżycowe ślizgało się po falach rzeki.

— Przedewszystkiem — rzekł Don Luis — parę słów wyjaśnienia... Będziemy czekali na „Piękną Helenę”, a gdy się pojawi — każemy się jej zatrzymać... Ze względu na pański mundur — usłuchają... A wtedy wsiądziemy...

— A jeśli nie usłucha...

— Nie będą stawiali oporu. Wprawdzie ich jest trzech, ale nas jest dwóch...

— Przypuśćmy, że usłuchają... A co potem?...

— Potem?... Mam wszelkie podstawy po temu, aby tamtych dwóch uważać za komparsów, którzy nie mają pojęcia o wartości ładunku... Skoro obezwładnimy Szymona, a ja tamtym przyrzeknę hojną zapłatę — skierują łódź tam, dokąd uznam za stosowne. Chciałbym tylko nadmienić, kapilarne, ze zrobię z tą łodzią, co mi się będzie żywnie podobało... Oddam ładunek wtedy, kiedy będę uważał, że chwila odpowiednia nadeszła... To moja zdobycz, mój łup... Nikt do niej nie ma prawa prócz mnie...

Patrycyuszowi nie podobało się to zastrzeżenie. Zaprotestował tedy:

— Ja nie mogę jednakowoż przyjąć takiej roli...

— W takim razie da mi pan słowo honoru, że nie zdradzisz sekretu, który nie jest twoją własnością, a ja sam udam się na zdobycie łodzi... Pan zaś powróci do Paryża do mateczki Koralii... Jak pan woli... Nie wymagam od pana zresztą natychmiastowej odpowiedzi... Proszę niech pan wiosłuje i namyśla się... Ja się tymczasem przedrzemię...

Zawinął się w płaszcz, położył na dnie łodzi i zaraz usnął.

Patrycyusz całym wysiłkiem woli starał się opanować gniew. Ironiczny spokój don Luisa, jego ton, tak bardzo grzeczny, a jednak lekko sarkastyczny, działał mu tem więcej na nerwy, że z każdą chwilą ulegał silniej wpływowi tego człowieka. Był zresztą zupełnie od niego uzależniony. Nie mógł działać wszak bez niego. A przytem niepodobna zapomnieć, że don Luis ocalił życie jemu i Koralii.

Godziny mijały. Szlachetny awanturnik spał spokojnie na dnie łodzi, owiany chłodnem powietrzem nocy.

Patrycyusz wahał się, obmyślając plan pozbycia się Szymona w ten sposób, aby jednocześnie uniemożliwić don Luisowi położenie ręki na skarbie. I ostatecznie nic nie wymyślił do czasu, gdy dał się słyszeć łoskot motoru zbliżającej się „Pięknej Heleny”. Było już dobrze około północy...

Don Luis obudził się i zerwał na równe nogi. Ciemne kontury motorówki już się wyłaniały zdala, w białem świetle księżycowem. Don Luis odebrał wiosła z rąk Patrycyusza.

— Czy mam panu pomódz? — zapytał Patrycyusz — odnoszę wrażenie, że walczenie z prąciem sprawia panu pewną trudność...

— Żadnej trudności...

— Jednak...

Patrycyusz był zdumiony. Łódź zawirowała na miejscu i skierowała się ku brzegowi.

— Co to znaczył?!... rezygnuje pan?!... Nie rozumiem?!... Czy to dlatego, że ich jest trzech a nas dwóch?... Czy pan się boi?!...

Łódź już przybiła do brzegu. Don Luis wyskoczył na wybrzeże i podał rękę Patrycyuszowi, który nie ruszył się wszakże z miejsca:

— Co pan robi?!...

— Kapitanie, nie mamy czasu do stracenia!...

— Ja nie wysiądę!... Jeżeli pan masz stracha — to będę działał sam!...

Don Luis uśmiechnął się łagodnie:

— Jak się panu podoba... W każdym razie oczekuję na pana w oberży — za godzinę...

Wyprawa Patrycyusza nie natknęła się na żadne trudności. Na pierwsze jego wezwanie, wypowiedziane rozkazującym tonem „Piękna Helena” zatrzymała się...

Kapitan przedstawił się majtkom jako komisarz inspekcyjny, wydelegowany przez władze wojskowe. Załoga motorówki dozwoliła mu bez oporu na rewizyę.

Patrycyusz nie znalazł tam ani Szymona, ani żadnego najmniejszego nawet woreczka ze złotem.

Indagacya była krótka:

— Dokąd się udajecie?

— Do Rouen... Łódź jest zarekwirowana do służby aprowizacyjnej.

— Ale w drodze wzięliście do łodzi pasażera?

— Tale jest.

— I gdzie to?

— W Mantes.

— Nazwisko tego pasażera?

— Szymon Diodokis.

— Co się z nim stało?

— Wysiadł, aby dalszą drogę odbyć koleją.

— A czego on chciał?

— Chciał nam zapłacić.

— Za co?

— Za przewóz ładunku z przed dwóch dni...

— Ładunek zabraliście z Paryża?

— Tak.

— To były worki?

— Worki.

— A w tych workach — co było?

— Skądże możemy wiedzieć? Nic nas to nie obchodziło. Płacono nam sowicie, to dla nas dosyć...

— I gdzie się podział ten ładunek?

— W Poissy przeładowaliśmy worki na mały parowiec.

— Jak się nazywa ten parowiec?

— „Rapid”. Sześciu ludzi załogi.

— I gdzież on teraz?

— O! chyba gdzieś daleko poza Rouen... Jechał całą para. Szymon Diodokis ma później wsiąść na jego pokład.

— Od jak dawna znacie Diodokisa?

— Widzieliśmy go teraz po raz pierwszy, ale słyszeliśmy już o nim... Był przecież w służbie u pana Essaresa.

— Aha!... więc pracowaliście u Essaresa?...

— O! nieraz!...

— A on przyzywał was przy pomocy sygnałów, którym był deszcz złotych iskier?

— Ze starego komina fabryki...

— I zawsze braliście worki?

— Tak jest. Worki. Co tam w tych workach było, tego nie wierny. To nie nasza rzecz. Pan Essares płacił dobrze.

Patrycyusz nie pytał już o nic więcej. Pospiesznie wsiadł z powrotem do łodzi i skierował się ku wybrzeżu.

Don Luisa zastał przy stole, zajadającego z apetytem smaczną kolacyę.

— Spieszmy — zawołał Patrycyusz — ładunek znajduje się na pokładzie parowca „Rapid”... — Jeszcze zdołamy go schwytać pomiędzy Rouen i Havrem!...

Don Luis wstał i podał kapitanowi niewielki pakiet, owinięty białym papierem.

— Oto kilka sandwichów, kapitanie: Będziemy mieli ciężką noc. Żal mi pana, że się pan nie przespał i nie zjadł czegoś ciepłego. Teraz nie ma już na to czasu. Jedziemy!

Wsiedli do automobilu, ale zaledwie wóz ruszył — Patrycyusz wykrzyknął: — Ależ nie w tę stronę!... Wrócilibyśmy do Mantes i do Paryża...

— Właśnie o to chodzi...

— Jakto? mamy wrócić do Paryża?

— Tak jest — w samej rzeczy.

— No, wie pan!... — Przecież powiedziałem, że majtkowie...

— Kłamali...

— Że ładunek...

— Znajduje się nieco w innej stronie... O! stary Szymon — to dowcipniś!... On igra z nami!... Ale ja także lubię żarciki!... I zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni!...

— Jednakowoż...

— Pan niezadowolony, kapitanie? Chce pan koniecznie zaatakować „Rapida”? Proszę bardzo. Może pan wysiąść w Mantes. Tylko ostrzegam pana — Szymon będzie w Paryżu o trzy lub cztery godziny wcześniej od nas...

Patrycyusz zadrżał.

Szymon w Paryżu! w Paryżu, gdzie pozostała Koralia.

Nie protestował już, a don Luis ciągnął dalej:

— Ach! hultaj — jak on po mistrzowsku wszystko obmyślił... Szczególnie te „Pamiętniki Franklina”. Wiedząc, że mam przyjechać, powiedział sobie: „Arseniusz Lupin”... To przeciwnik niebezpieczny, on mógłby rozwikłać całą sprawę, i zagarnąć mnie razem z workami złota. A w jeden tylko sposób mogę się uwolnić od niego: naprowadzić go na prawdziwy ślad i tak się zakrzątnąć, aby się nie spostrzegł, kiedy prawdziwy ślad zmienia się w fałszywy... I stąd to tam pamiętnik ów Franklina otwiera się na tej właśnie stronie, gdzie się znajdują wskazówki odnośnie do tajemnej kanalizacyi. Nie Aryadny snuta ręką samego Szymona, prowadzi mnie nad Sekwanę do budy z napisem „Berthou”... Potem ta łódź, a w niej człowiek, który skwapliwie udziela informacyi... I wpadłem!...

— A zatem... ten człowiek...

— Jest wspólnikiem Szymona!... i skierował nas do Mantes... W Mantes dalszy ciąg komedyi... „Piękna Helena” przybywa rzekomo z ładunkiem Szymona... Gonimy za „Piękną Heleną”... Oczywiście ani śladu Szymona i worków ze złotem... No to gońcie za „Rapidem”, przenieśliśmy wszystko na pokład „Rapida”... My ścigamy „Rapida” aż do Rouen... potem aż do Havru... I naturalnie dogonić nie możemy, bo „Rapid” nie istnieje wogóle... Ale nam się zdaje ciągle, że zdołał umknąć przed nami. Miliony odjechały w świat. Szymon zniknął... I nam nie pozostaje nic innego jak z rezygnacyą zaniechać dalszych poszukiwań... Skłonić do zaniechania poszukiwań — oto cel tego poczciwca... I byłoby się mu udało gdyby nie...

— Gdyby nie... co?... — pyta Patrycyusz napół przekonany. — Jaki fakt naprowadził pana na to wszystko?...

— Obecność tej kobiety w Mantes. Nagle przypomniałem sobie, że indywiduum, które nam nad Sekwaną udzielało informacyi miało w sobie coś nieokreślonego... coś co robiło wrażenie, że to jest przebrana kobieta... I kiedym zobaczył tę kobietę w Mantes... Zaraz mi się rozświetliło w mózgu.

Don Luis zastanawiał się nad czemś przez chwilę, poczem przyciszonym głosem wyrzekł:

— Tylko co u dyabła! za kobieta?!...

Zapanowała cisza. Wreszcie Patrycyusz instynktem powodowany rzucił:

— Bezwątpienia to Grzegorz...

— Co?... co pan mówi?... Grzegorz?...

— No, jeżeli ten Grzegorz jest kobietą...

— Wie pan... skąd panu to przyszło na myśl?...

— Niech pan sobie tylko przypomni... Wspólnicy Essaresa zdradzili mi tę tajemnicę tam w kawiarni...

— Ależ pański dyaryusz nie wspomina o tem ani słowa...

— Rrzeczwiście!... zapomniałem o tej drobnostce.

— Drobnostce!... on to nazywa drobnostką!... Ależ to jest szczegół pierwszorzędnej wagi, mój kapitanie!... Gdybym był o tem wiedział, byłbym się domyślił odrazu, że ten człowiek w łodzi to Grzegorz!... I nie stracilibyśmy nocy na próżno!... Ale pan nas urządził, kapitanie!...

Don Luis nie należał do ludzi, którzyby łatwo pozwolili zbić się z tropu. To też i teraz nie tracił dobrego humoru i nadziei w zwycięztwo.

— No, w imię Boże — do roboty!... Pan Szymon myślał, że wziął na „kawał” Arseniusza Lupin?!... O! to mu się nie uda!... Wyjaśnimy tajemnicę złotego trójkąta!... wyjaśnimy wszystkie tajemnice!... Zwycięztwo nasze!... worki ze złotem nasze... A pan Patrycyusz i pani Koralia pójdą sobie do merostwa, otrzymają moje błogosławieństwo, pobiorą się i będą mieli dużo ładnych dzieci!...

Auto zbliżało się już do bram Paryża. Patrycyusz, który zdradzał coraz większy niepokój — zapytał:

— Więc pan sadzi, że niema żadnego powodu do obawy?

— O! tego nie powiedziałem. — Ostatni akt dramatu jeszcze nie skończony!... Po wielkiej scenie trzeciego aktu — nazwijmy ją sceną z gazem świetlnym — nastąpi niechybnie akt czwarty, a może i piąty!... Wróg jeszcze nie rozbrojony!...

Auto wjechało na bulwar.

— Wysiądziemy tutaj — zadecydował don Luis.

Zagwizdał trzykrotnie — żadnej odpowiedzi.

— Niema Ya-Bona — szepnął — Walka się zaczęła...

— Ale Koralia...

— Czego się pan lęka?... Szymon nie zna jej obecnego adresu...

W budzie Berthou nikogo... Na wybrzeżu nikogo. Tylko w świetle księżyca widniała barka — ta sama, co dawniej...

— Chodźmy tam — rzekł don Luis — czyżby ta barka była stałem mieszkaniem indywiduum zwanego Grzegorzem?... Sądzę, że ta kobieta już wróciła w tem przekonaniu, że my pędzimy całą siłą motoru do Havru.... Idzie pan ze mną, kapitanie?...

— Naturalnie. Tylko tak się strasznie boję...

— Czego!...

— Tego, co tam zobaczymy.

— Może nic nie zobaczymy.

Każdy z nich zaświecił swoją kieszonkowa lampkę elektryczną i dotknął ręką rewolweru.

Po desce weszli na barkę, kierując się prosto do kabiny. Drzwi kabiny były zamknięte.

Zapukali.

— Hola! przyjacielu, otwórz no!...

Żadnej odpowiedni. Wobec tego nie pozostawało im nic innego jak wyłamać drzwi, co nie przyszło im wcale z łatwością, ponieważ drzwi były niezwykle masywne.

Wreszcie zdołali wysadzić drzwi z zawiasów.

Don Luis wszedł pierwszy.

— Tam do licha!... — wykrzyknął — tegom się nie spodziewał!...

— Czego?!...

— Proszę, niech pan spojrzy... Ta kobieta zwana Grzegorzem — zdaje się, że nie żyje!...

Leżała na wąskiem żelaznem łóżku... Rozerwana bluza ukazywała krągłą pierś kobiecą. Twarz zachowała wyraz bezgranicznego przerażenia. Nieporządek, panujący w kabinie, wskazywał, że stoczono tutaj zaciętą walkę.

— Nie omyliłem się... Oto suknie, które miała na sobie w Mantes... Ale co się z panem dzieje, kapitanie?...

Patrycyusz stłumił okrzyk przerażenia...

— Tam... naprzeciw nas... nad oknem...

Było to małe okienko, wychodzące na rzekę... Rama okna była strzaskana...

— No i cóż? — zapytał — najwidoczniej wyrzucono kogoś przez to okno...

— Ten welon... błękitny welon... — wyjąkał kapitan — to welon pielęgniarki... welon Koralii...

Don Luis zirytował się:

— Ale co panu w głowie?!... Nikt przecież nie znał jej adresu!

— A jednak...

— A jednak co?... Nie pisał pan chyba do niej? nie telegrafował?

— Owszem... zatelegrafowałem... z Mantes...

— Co pan powiada?!... Przecież to szaleństwo!... Pan tego nie zrobił!...

— Zrobiłem...

— Zatelegrafował pan z urzędu pocztowego w Mantes?

— Tak.

— A czy był kto tam wtedy w biurze telegraficznem?

— Była... kobieta...

— Jaka kobieta?!... Czy ta sama, która tutaj leży zamordowana?!

— Tak...

— Ależ przecież ona nie czytała tego, co pan napisał...

— Nie... ale ja jeden blankiet zepsułem...

— I zepsuty rzucił pan na ziemię, tak że pierwszy lepszy mógł przeczytać... A wie pan co, kapitanie, że taka nieostrożność — to...

Patrycyusz już nie słuchał... Z całą szybkością, na jaką pozwalała jego drewniana noga biegł do automobilu.

W półgodziny potem — powrócił z dwoma telegramami w ręce. Telegramy te znalazł na biurku Koralii.

Pierwszy wysłany przez niego samego zawierał następujące słowa:


„Wszystko dobrze... Bądź spokojna i nie wychodź... Miliony pozdrowień... Kapitan Patrycyusz”.


Druga depesza wysłana przez Szymona brzmiała:


„Ważne wypadki... Plan uległ zmianie. Wracamy. Oczekuję dzisiaj wieczorem o godzinie 9-tej przy furtce twego ogrodu — Kapitan Patrycyusz”.


Tę drugą depeszę Koralia otrzymała o 8-mej godzinie. I natychmiast wyszła z domu.



ROZDZIAŁ V.

CZWARTY AKT DRAMATU.

— Mój kapitanie — rzekł don Luis — pan się zgapił szkaradnie dwa razy... Po pierwsze nie uprzedził mnie pan, że Grzegorz jest kobietą... Po drugie...

Ale twarz kapitana wyrażała takie rozpaczne przygnębienie, że don Luis postanowił zaniechać dalszych wymówek.

Położywszy rękę na ramieniu młodego oficera, rzekł:

— No, no! kapitanie, niech pan nie rozpacza!... Sytuacya nie przedstawia się tak fatalnie, jak się panu w tej chwili wydaje...

Patrycyusz szepnął:

— Chcąc uciec przed tym człowiekiem, Koralia wyskoczyła przez okno...

Don Luis wzruszył ramionami:

— Mateczka Koralia żyje... jest w rękach Szymona, ale żyje...

— Skąd pan to wiedzieć może?... A przytem w mocy tego potwora czy to nie śmierć?! coś nawet gorszego od śmierci?!...

— To groźba śmierci. Ale to życie i wybawienie jeżeli przybędziemy na czas. — I przybędziemy...

— Czy pan jest na tropie?...

— Myśli pan, żem zmarnotrawił te pół godziny!... Pół godziny — to dość czasu, aby niejedną rozwiązać zagadkę...

— A więc spieszmy!

— Jeszcze chwilę poczekamy... — rzekł don Luis, który ciągłe szukał czegoś wokół siebie. — Proszę mnie posłuchać. Opowiem panu pokrótce — jak się mojem zdaniem sytuacja przedstawia.

— Zatem?...

— Mateczka Koralia stawiła się o godzinie 9-tej na rendeuz-vous przy ogrodowej furcie. Oczekiwał tam na nią Szymon ze swoją wspólniczką. — Schwytali ją, związali i zakneblowali jej usta i przetransportowali ją tutaj na tę barkę, sądząc, że my nic o tej kryjówce nie wiemy... Ale Ya-Bon czuwał, zobaczył ich i domyślił się, co się dzieje... Pospieszył więc na pomoc Koralii... Wywiązała się straszliwa, zacięta walka, w której ofiarą padła ta kobieta... Szymon zaś uniósł Koralię i umknął ze swoim łupem... Chodzi o to teraz aby odnaleźć tę kryjówkę... A Ya-Bon zostawił nam pewne wskazówki...

— Ya-Bon?!...

— Tak jest. Na drzwiach dostrzegłem przymocowaną złotą szpilką kartkę z adresem... Szpilkę poznałem... to własność Ya-Bona...

— A ten adres!...

— Amadeusz Vacherot, 18 ulica Guimarda. To niedaleko stąd.

Oddalili się natychmiast, pozostawiając w kabinie trupa zamordowanej kobiety.

Wkrótce znaleźli się na ulicy Guimarda przed domem Nr. 18.

Czekali dość długo — zanim ukazała się w okienku głowa dozorcy.

— Kto tam?

— Musimy natychmiast rozmówić się z panem Amadeuszem Vacherot.

— To ja?

— Pan?

— Tak jest — ja dozorca domu. Ale czego panowie chcecie odemnie?

— Z nakazu prefektury — rzekł don Luis, który wyjął z kieszeni jakiś papier z urzędową pieczęcią.

Weszli do loży dozorcy.

Amadeusz Vacherot — był to mały staruszek z poczciwą, pomarszczoną fizyognomią i siwymi bokobrodami.

— Proszę odpowiadać ściśle na pytania — rozkazał don Luis — i bez żadnych wykrętów!... Szukamy niejakiego Szymona Diodokisa...

Dozorca zmieszał się.

— Ażeby mu zrobić coś złego. To nie pytajcie mnie o nic, panowie! Wolę, żeby mnie palono na wolnym ogniu, niż żebym miał wyrządzić jakąś szkodę temu dobremu panu Szymonowi!...

Ton głosu don Luisa złagodniał.

— Zrobić mu coś złego? Nigdy w życiu!... Przeciwnie chcemy oddać mu wielką przysługę i ochronić przed grożącem mu niebezpieczeństwem.

— Przed wielkiem niebezpieczeństwem? — wykrzyknął Vacherot — a tak!... domyśliłem się, że mu grozi niebezpieczeństwo!... Był taki podniecony dzisiaj!... jeszcze go nigdy takim nie widziałem!...

— Więc był tutaj?...

— Tak jest, około północy,

— Jest może jeszcze...

— O! nie... Niema go.

Patrycyusz zapytał drżącym głosem:

— Czy może pozostawił tu kogoś?..

— Nie, ale miał przyprowadzić kogoś...

— Kobietę?

Vacherot zawahał się.

— My wiemy o tem — podjął don Luis, że Szymon Diodokis szuka bezpiecznego schronienia dla pewnej młodej damy, dla której żywi jak najgłębszy szacunek.

— Czy może mi pan powiedzieć nazwisko tej damy? — zapytał dozorca jeszcze ciągle nieufnie.

— Naturalnie, że mogę. Jest to pani Essares, wdowa po bankierze, u którego Szymon pełnił obowiązki sekretarza. Panią Essares prześladują jej wrogowie, pan Szymon jej broni, a ponieważ my obaj chcemy im pomódz, więc prosimy pana...

— A zatem dobrze — rzekł Vacherot — przekonany już w zupełności — znam Szymona Diodokisa od wielu, wielu lat. Oddał mi mnóstwo usług, pożyczał mi pieniędzy, znalazł mi tę posadę tutaj i nieraz zachodził do mojej loży, aby pogadać ze mną o tem i owem.

— O swoich sprawach z Essaresem? O swoich projektach odnośnie Patrycyusza Belvala? — zapytał niedbale don Luis.

Dozorca zawahał się przez chwilę i rzekł:

— O tem i owem. To wyjątkowej dobroci człowiek ten pan Szymon. Nieraz używał mnie do spełniania różnych dobrych uczynków. I dzisiaj także przed godziną zaledwie narażał swe życie dla pani Essares.

— Jeszcze jedno słowo. Czy pan go widział od czasu śmierci bankiera Essaresa?

— Nie, to dzisiaj poraz pierwszy. Był zmęczony, wyczerpany, zdenerwowany, mówił cicho, nadsłuchiwał każdego szmeru z ulicy. „Ścigają mnie powiedział, ścigają mnie...” przysięgnę na to... — ale kto? zapytałem.

— Nie znasz tego człowieka... jedną ma rękę, ale dławi za gardło — potem umilkł, aby po chwili mówić dalej: — Pójdziesz ze mną, pojedziemy po pewną panią, po panią Essares... chcą ja zabić, ja ją dobrze ukryłem, ale zemdlała... trzeba ją będzie nieść... a zresztą nie, pójdę sam... dam sobie radę... Tylko chciałbym wiedzieć czy mój pokój jest zawsze wolny! Musicie panowie bowiem wiedzieć, że on ma tutaj małe mieszkanko, w którem także musiał się pewnego dnia ukrywać. Mieszkanie to zachował na wypadek jakiegoś niebezpieczeństwa, ponieważ jest to lokal kompletnie izolowany.

— No a potem? — zapytał Patrycyusz z trwogą.

— Potem? odszedł.

— Ale dlaczegoż dotychczas nie powrócił?

— I mnie to niepokoi. Może ten człowiek, który go ścigał, napadł na niego, a może tej pani przydarzyło się coś złego?...

— Co pań mówi?... Tej pani przydarzyło się coś złego?...

— To niewykluczone. Mówił przecież: „muszę się spieszyć. Aby ją ocalić, ukryłem ją w takiem miejscu, gdzie za kilka godzin mogłaby się udusić... z powodu braku powietrza”.

Patrycyusz nie mógł już teraz zapanować nad sobą. Chwycił starca za ramiona i potrząsł nim silnie. Obraz Koralii chorej, wyczerpanej, umierającej przyprawiał go o szaleństwo.

— W tej chwili nam powiedz gdzie ona jest! — wykrzyknął — gdzie ona!... ty wiesz o tem, on ci powiedział!...

I z cała gwałtownością gniewu potrząsał Vacherotem. Don Luis zawołał:

— Ładnie się pan zachowuje kapitanie. Winszuję panu!... Dobrego mam w panu współpracownika. Czy w ten sposób pan chce zjednać pana Vacherota?... l

— A! — wykrzyknął Patrycyusz — zobaczy pan, czy ja mu nie rozwiążę języka!...

— Niech się pan nie trudzi nadaremnie — oświadczył z wielką stanowczością i bardzo spokojnie dozorca — panowie oszukaliście mnie, podeszli!... Wy jesteście wrogami pana Szymona. Nie powiem już ani słowa, które mogłoby dla was być wskazówką.

— Nie powiesz? nie powiesz?

Zrozpaczony Patrycyusz skierował przeciwko staremu lufę swego rewolweru.

— Liczę do trzech. Jeżeli do tej chwili nie zdecydujesz się przemówić, to przekonasz się, jak strzela kapitan Belval.

Stary zadrżał.

— Kapitan Belval — wykrzyknął — coś pan powiedział? Pan jesteś kapitanem Belval? Patrycyuszem Belval?...

— Do usług, ale jeżeli za dwie sekundy nie powiesz mi...

— Patrycyusz Belval! I pan jesteś wrogiem pana Szymona... Ależ to niemożliwe... Jakto? I pan chciałbyś...

— Zabiję go jak psa tego łotra Szymona i ciebie także, jeżeli nie zdecydujesz się mówić,

— Nieszczęsny wyjąkał stary, nieszczęsny nie wiesz co chcesz uczynić!... Ty chcesz zabić pana Szymona, ty... to niepodobna!...

— A dlaczegożby nie?

— Bo przecież...

— Co takiego? czy przemówisz raz stary, o co chodzi?

— Pan Patrycyuszu miałbyś zabić Szymona?... Przecież pan jesteś jego synem!...

Patrycyusz osłupiał w pierwszej chwili. Był tak zdumiony, że gniew jego na chwilę przycichł. Potem wybuchnął śmiechem:

— Synem Szymona!... Co ty tam prawisz stery?... Dobryś sobie wymyślił sposób, żeby ocalić tego bandytę!... Szymon Diodokis ojcem kapitana Belvala... Można pęknąć ze śmiechu!...

Don Luis słuchał w milczeniu. Wreszcie zwrócił się do Patrycyusza:

— Mój kapitanie, może mi pan rozwikłasz tę sprawę. Kilka minut wystarczy... Nie spóźnimy się przez to. Przeciwnie.

I nie czekając odpowiedzi oficera — zaczął:

— Musimy się porozumieć, panie Vacherot. To leży w interesie nas wszystkich. Powiedział pan już za dużo, aby nie wyczerpać do końca swych rewelacyi!... Szymon Diodokis jest prawdziwem nazwiskiem pańskiego protektora?...

— Nie.

— Nazywa się Armand Belval, a ta, którą kochał nazywała go Patrycyuszem?...

— Syn jego nosi to samo imię.

— Ależ Armand Belval padł ofiarą morderczego zamachu razem ze swą ukochaną, matką Koralii Essares?

— Matka Koralii Essares umarła. On zaś żyje.

— To było 14 kwietnia 1895 r.

— Istotnie.

Patrycyusz chwycił swego towarzysza za ramię:

— Chodźmy! Koralia kona!... Ten potwór ją pogrzebał!...

Don Luis rzekł:

— Czy pan nie przypuszcza, że ten potwór może być istotnie pańskim ojcem?

— Czy pan oszalał?!...

— A jednak pan drżysz, kapitanie...

— Być może... być może... ale to z trwogi o Koralię!... Nie słucham nawet tego, co ten człowiek mówi!... To gorączkowe majaczenie!... To jakaś zmora straszliwa — te słowa! O dlaczegóżem go nie udusił?!...

Wyczerpany opadł na krzesło i ukrył głowę w dłoniach.

Don Luis spojrzał na niego z wyraźnem wzruszeniem, poczem zwróciwszy się do starego stróża — rzekł:

— Niech nam pan wyjaśni tę zagadkę, panie Vacherot... W kilku słowach — dobrze? A zatem 14 kwietnia 1895 r....

— 14 kwietnia 1895 roku... dependent notaryalny w towarzystwie komisarza policyi zamówił u mego majstra dwie trumny... Trumny te miały być dostarczone za kilka godzin... Wszyscy w warsztacie zabraliśmy się do roboty. Koło godziny 10-tej wieczorem przybyliśmy na ulicę Raynouarda do pawilonu w ogrodzie...

— Wiemy, gdzie to jest. Proszę opowiadać dalej.

— Były tam dwa martwe ciała, które zaraz włożono do trumien... Pozostawiono mnie, abym czuwał przy zwłokach razem z zakonnicą... Mieliśmy pozabijać wieka... zakonnica zdrzemnęła się, a tymczasem stało się coś... coś takiego, że mi włosy dębem na głowie stanęły!... Panowie!... tego nie zapomnę nigdy... Martwy mężczyzna w trumnie poruszył się... Nieboszczyk żył!...

Don Luis zapytał:

— Więc pan nie wiedział nic o zbrodni? o morderczym zamachu?

— Powiedziano nam, że to samobójstwo, że tych dwoje zaczadziło się gazem...

— Czy pan nie obudził zakonnicy?

— Nie. Byłem kompletnie oszołomiony!... Spoglądałem na nieboszczyka, który powoli przychodził do siebie i wreszcie otworzył oczy... Pierwsze jego słowa były: „Ona nie żyje — nieprawdaż?”. A potem zaraz: „Ani słowa... cicho... lepiej, żeby mnie uważano za nieżyjącego”... I nie wiem dlaczego — zgodziłem się... Ten cud, którego byłem świadkiem, odebrał mi całą siłę woli... Byłem posłuszny jak dziecko... A nieboszczyk dźwignął się ze swej śmiertelnej pościeli, pochylił się nad drugą trumną, ucałował usta zmarłej i szepnął: „pomszczę cię! pomszczę!... będę żył tylko dla zemsty i dla połączenia naszych dzieci, o którem ty zawsze marzyłaś... Jeżeli nie idę za tobą — to tylko dla nich, dla Patrycyusza i Koralii. Żegnaj mi, ukochana!”. Potem zwrócił się do mnie: „Pomóż mi”. Wyjęliśmy zmarłą z trumny i przenieśliśmy do sąsiedniego pokoju. Potem nazbieraliśmy w ogrodzie wielkich kamieni, które powkładaliśmy do trumien, aby były odpowiednio ciężkie, no i zabiło się wieka. O świcie ludzie z zakładu pogrzebowego przyszli po trumny.

Patrycyusz rozchylił ręce. Osłupiały wzrok wlepił w twarz starego poczciwca...

— A to mogiły?... a ten napis opiewający, że dwoje ludzi tam spoczęło?... A ten cały cmentarzyk?...

— Armand Belval urządził to wszystko w ten sposób. A raczej Szymon Diodokis, bo takie przybrał nazwisko. Armand Belval umarł dla świata. Pod nowem nazwiskiem i przy mojem pośrednictwie odkupił pawilon. Pomagałem mu kopać te groby... Może mu się wydawało, że w ten sposób nie opuszcza jej... Nie wykluczonem też jest, że rozpacz zwichnęła odrobinę jego zdrowy rozsądek... O! ale tylko odrobinę i to specyalnie w jednym kierunku... Kult pamięci swej ukochanej doprowadzał do ostatecznych granic... Gdzie tylko mógł wypisywał swoje i jej imię: na murach, na korze drzew, na ławkach, na klombach... Ale jeśli chodziło o pomstę na mordercy i o dobro pańskie lub Koralii — to miał głowę w porządku!... o! najzupełniej w porządku!...

Patrycyusz zacisnął kurczowo pięście. Twarz drgała mu nerwowo.

— Ale dowody? — wyrzucił zduszonym głosem. — Dowody?!... W tej chwili Koralia umiera może z przyczyny tego bandyty!...

— Niech się pan nie lęka niczego! — usiłował uspokoić go Vacherot. — Mój przyjaciel pragnie tylko szczęścia tej kobiety...

— Zwabił nas oboje do pawilonu, aby nas zamordować!...

— Marzy tylko o tem, żeby was połączyć!...

— Tak!... — na tamtym świecie!...

— Nie!... tutaj na ziemi!... Jak on pana kocha!... Mówił mi o panu zawsze z taką dumą!...

— To bandyta!... potwór moralny!...

— To najuczciwszy człowiek pod słońcem i pański ojciec, panie kapitanie!...

Patrycyusz podskoczył niby biczem podcięty:

— Dowody?!... gdzie dowody?! — wykrzyknął — zabraniam panu nazywać go moim ojcem, dopóki pan nie udowodnisz z największa dokładnością...

Stary wyciągnął rękę w kierunku starego orzechowego sekretarzyka.

Z dolnej szuflady wydobył wiązkę listów.

— Zna pan pismo swego ojca, kapitanie? Musiał pan przecież zachować listy pisane w czasie pańskiego pobytu w Anglii w szkole... Proszę sobie teraz przeczytać te listy — pisane do mnie... — Powtarza się w nich setki razy pańskie imię zawsze łączone z imieniem Koralii... Znajdziesz pan także swoje fotografie i fotografię Koralii z różnych okresów waszego życia... I tak jasno przebija nienawiść do Essaresa, u którego przyjął miejsce sekretarza, aby tem łatwiej wykonać plan zemsty... I dowie się pan, jaką rozpaczą przejęła go wiadomość o małżeństwie Koralii z Essaresem i jak potem rozkoszował się myślą, iż odbierze Essaresowi żonę i odda ją swemu ukochanemu synowi...

Stary przekładał Patrycyuszowi listy, jeden po drugim... Kapitan na pierwszy rzut oka poznał charakter pisma swego ojca... Przebiegła oczyma zdania, w których imię jego powtarzało się bezustannie...

Vacherot obserwował go i rzekł w końcu:

— Nie wątpi pan już, kapitanie?

Oficer ścisnął sobie skronie.

— Widziałem jego twarz — tam w okienku pawilonu, gdzie nas zamknął, aby nas zamordować!... Spoglądał na nas z nienawiścią i szyderstwem.... Tak mógłby nas nienawidzieć Essares... A jednak to był on... Szymon...

— Pomyłka!... Halucynacya!... — protestował Vacherot. —

— Albo obłąkanie... — szepnął Patrycyusz.

Ale w tej chwili grzmotnął pięścią w stół w przystępie buntu.

— To nieprawda!... — nieprawda!... Ten człowiek nie jest moim ojcem!... Taki nędznik!...

Zerwał się ze stołka:

— Chodźmy stad!... I jabym wkońcu zwaryował! To jakaś zmora!... Chodźmy!... Koralia w niebezpieczeństwie!... To jedynie jest ważne!...

Vacherot potrząsł głową:

— Boję się, że...

— Czego się boisz stary?... mów!... — wrzasnął oficer.

— Boję się, że mój przyjaciel natknął się na swego prześladowcę... A w takim razie nie mógłby ocalić pani Essares... „Zaledwie może tam oddychać” — powiedział mi... — Nieszczęśliwa!...

— Zaledwie może tani oddychać... — powtórzył głucho Patrycyusz — więc Koralia umiera... Koralia...

Opuścił lożę dozorcy, zataczając się niby pijany... Musiał wesprzeć się na ramieniu don Luisa...

— Ona zgubiona?!... nieprawdaż?!...

— Nie sadzę — odparł don Luis. — Przypuszczam, że Szymon w gorączce definitywnego czynu — przesadził mocno... Koralii nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo... Mamy jeszcze kilka godzin czasu...

— Czy pan tego pewny?

— Zupełnie.

— Ale Ya-Bon?

— Cóż, Ya-Bon?

— Jeżeli Ya-Bon chwycił go swoją jedyną ale tak potężną łapą!...

— Zakazałem Ya-Bonowi zabić go... A więc — cokolwiek się stało — Szymon żyje... A jeśli żyje — nie dozwoli zginąć mateczce Koralii.

— Wszak nienawidzi jej... A zresztą... Co się kryje w tym człowieku?!... Całe swe życie marzy o tem — aby nas połączyć — i nagle ta miłość najczulsza zmienia się w dziką nienawiść!...

Ścisnął silniej ramię swego towarzysza:

— Sądzi pan, że to naprawdę, mój ojciec?!...

— No, wie pan, są pewne okoliczności, które niezaprzeczenie...

— Błagam pana... tylko bez wykrętów... Prószę o odpowiedź ścisłą!...

— Szymon Diodokis jest pańskim ojcem, kapitanie!...

— Ależ to okropne!... Taka straszna nieprzenikniona tajemnica!...

— Przeciwnie, tajemnica zaczyna się powoli wyjaśniać... Wyznam, że pańska rozmowa z Vacherotem rzuciła mi pewne światło...

— Rzeczywiście?...

Ale we wzburzonym mózgu Patrycyusza jedna myśl goniła drugą.

Zatrzymał się nagle:

— A jeżeli Szymon wróci do Vacherota? A nas tam niema!... I może przyprowadzi z powrotem Koralię?...

— Nie! — gdyby miał to zrobić — byłby to już uczynił!... To my musimy wyjść mu — naprzeciw!...

— Ale w którą stronę się skierować?

— Naturalnie, że w stronę złota!... Wszystkie operacye wroga krążą wokół złota...

Patrycyusz bez słowa protestu pozwolił się prowadzić.

Nagle don Luis wykrzyknął:

— Słyszy pan?!

— 170 -

— Tak!... ktoś strzelił...

Wchodzili właśnie w ulicę Raynouarda.

Patrycyusz zaniepokoił się.

— Czyżby to Ya-Bon strzelił?...

— Obawiam się, że to strzelono do niego!... Tam do kroćset!... gdyby mój biedny Ya-Bon padł!...

— A jeżeli to strzelano do Koralii?!...

Don Luis zaczął się śmiać:

— Doprawdy zaczynam żałować, żem się wmieszał w tę sprawę... Dawniej oryentował się pan o wiele lepiej... Niechże się pan zastanowi!... Po jakiego dyabła — miałby Szymon strzelać do Koralii, jeżeli ona jest w jego ręku?...

Przyspieszyli kroku. Mijając pałac Essaresa — skonstatowali, że pogrążony jest w ciszy i ciemności, skręcili więc odrazu w uliczkę, wiodącą do pawilonu w ogrodzie.

Patrycyusz miał przy sobie klucz, ale furta była zaryglowana od wewnątrz.

— O! o! — wykrzyknął don Luis — to znak, że musimy się bardzo spieszyć!... Rendez-vous na wybrzeżu, kapitanie!... Ja pędzę do budy Berthou, aby się zoryentować...

Na wschodzie niebo poczynało się już przecierać... Blade światło wstającego dnia wsiąkało w mrok nocny.

Na wybrzeżu było jeszcze zupełnie pusto. Don Luis nie znalazł niczego godnego, natomiast gdy spotkał się ponownie z Patrycyuszem, ten pokazał mu na chodniku, graniczącym z ogrodem pawilonu drabinę.

— Aha! — rzekł don Luis — to najpewniej Ya-Bon posługiwał się tą drabiną — Szymon ma przecież klucz... W takim razie...

Zgięty na dwoje, badał wzrokiem asfalt chodnika:

— Jedno jest pewne: Ya-Bon wie, gdzie ukryte są worki ze złotem... Najprawdopodobniej w tej kryjówce znajdował się również inny skarb: Koralia i może znajduje się do tej chwili, jeżeli nieprzyjaciel zajęty przedewszystkiem własnem bezpieczeństwem — nie zdążył jej stamtąd wydostać...

— Skąd pan to wie?

— Proszę spojrzeć na chodnik... Ya-Bon zostawił tu dla mnie znak... Nakreślił kredą trójkąt... złoty trójkąt...

— A co miał znaczyć ten strzał, któryśmy przed pół godziny słyszeli?...

— Przypuszczam, że pomiędzy Ya-Bonem a Szymonem wywiązała się walka i że Ya-Bon jest ranny — a Szymon...

— Szymon uciekł?....

— Lub nie żyje! Zresztą dowiemy się o tem za kilka minut...

Przystawili drabinę do muru ogrodowego. Gdy się znaleźli w ogrodzie skierowali się odrazu w stronę pawilonu. Don Luis szedł pierwszy. Szarzało już. Nagle don Luis obrócił się i rzekł:

— Nie omyliłem się — to oni!...

U drzwi wejściowych leżały dwa ciała splątane w śmiertelnym uścisku... z głowy Ya-Bona płynęła strugą krew po twarzy... Prawą ręką trzymał Szymona za gardło.

Ya-Bon był już trupem... Szymon Diodokis żył jeszcze.



ROZDZIAŁ VI.

UWIĘZIENI W GROBIE.

Potrwało to dobrą chwile zanim zdołali uwolnić Szymona z żelaznego uścisku martwego Senegalczyka. Jego palce stalowe z paznokciami zaostrzonymi niby szpony tygrysa wciskały się w skórę szyi przeciwnika, który leżał bez przytomności, bez ruchu...

Obok nich — na ziemi widniał rewolwer Szymona.

— Miałeś szczęście, stary rozbójniku — wyrzekł don Luis cichym głosem — że Ya-Bon nie miał czasu ścisnąć cię lepiej za gardło... Ale i tak ci to nie pomoże... Zapłacisz mi za mego Ya-Bona!... Możesz śmiało zatelegrafować do piekła, żeby ci tam twoi przyjaciele zarezerwowali wygodne miejsce!...

I wzruszony dodał ze smutkiem:

— Biedny Ya-Bon!... uratował mi życie wówczas w Afryce!... ocalił mnie od straszliwej śmierci... a teraz zginął — rzec można — z mojego rozkazu!... Biedny Ya-Bon!...

Przykląkł przy zwłokach Senegalczyka, przymknął mu powieki i ucałował go w krwawiące czoło... Wreszcie przy pomocy Patrycyusza przeniósł ciało do małego pokoiku sąsiadującego z wielka salą...

Następnie zajęli się Szymonem.

Ranny zdawał się mocno cierpieć. Oddychał z trudnością. W czasie walki spadły mu żółte okulary. Siwiejące gęste brwi widniały nad ciężkiemi powiekami.

Don Luis rzekł:

— Przetrząśnijmy mu kieszenie...

Widząc, że Patrycyusz waha się, sam dokonał tej osobistej rewizyi. Znalazł portfel, który podał kapitanowi.

W portfelu tym znajdował się paszport wydany na nazwisko Szymona Diodokisa, obywatela greckiego. Oprócz tego cały plik dokumentów handlowych, faktury, listy, adresowane do Diodokisa, sekretarza Essaresa. Wśród tych papierów, znalazł także list Amadeusza Vacherota.

Treść tego listu była następująca:


„Drogi panie Szymonie! — Udało mi się. — Jeden z moich przyjaciół zdołał w szpitalu sfotografować panią Essares i Patrycyusza. Cieszy mnie bardzo, że mogę panu zrobić przyjemność. Ale kiedy powie pan nareszcie całą prawdę swemu drogiemu synowi!... Wyobrażam sobie rozradowanie tego chłopaka”.


Poniżej znajdowały się słowa pisane przez Szymona Diodokisa — coś nakształt adnotacyi osobistej do listu:


„Jeszcze raz przysięgam uroczyście, że póty nie wyznam prawdy memu synowi — dopóki moja narzeczona Koralia nie będzie pomszczoną i dopóki Patrycyusz i Koralia Essares nie będą zupełnie wolni, aby mogli się śmiało kochać i połączyć ślubem”.


— To pismo pańskiego ojca? — zapytał don Luis.

— Tak!... — odparł kapitan silnie wzburzony — ta sama ręka pisała listy, adresowane do Vacherota! O! co za podłość!... ten człowiek!... ten bandyta!...

Szymon poruszył się. Powieki jego uniosły się z lekka i potem znowu opadły. Po chwili otworzył oczy i spojrzał na kapitana:

Tamten natychmiast zduszonym głosem zapytał:

— A Koralia?...

Ponieważ Szymon zdawał się nie rozumieć pytania — powtórzył:

— Gdzie Koralia?!... Gdzieś ją ukrył?!... Ona umiera nieprawdaż?!...

Szymon zwolna wracał do przytomności. — Wyszeptał:

— Patrycyuszu... Patrycyuszu...

— Odpowiadaj!... natychmiast!... życie twoje wchodzi tu w grę!...

Szymon dotknął ręką gardła, jakby chcąc okazać, iż trudno mu mówić. Z widocznym wysiłkiem — szeptał wszakże:

— Patrycyuszu — to ty?... Tak długo czekałem na tę chwilę... I dzisiaj jak dwaj wrogowie...

— Jako dwaj śmiertelni wrogowie!... śmierć jest pomiędzy nami... śmierć Ya-Bona, a może śmierć Koralii!... Gdzie ona?!...

Stary powtórzył cichutko:

— Patrycyuszu... więc to ty...

To nazywanie go po imieniu doprowadziło młodego oficera do rozpaczy i wściekłości. Chwycił Szymona za kamizelkę przy piersi. Ale tamten spostrzegł już portfel, który Patrycyusz trzymał w, ręku:

— Nie zrobisz mi przecież nic złego, chłopcze... Znalazłeś listy, więc wiesz, jakie więzy łączą nas ze sobą... O! jakże byłbym szczęśliwym...

Patrycyusz puścił go i odstępując kilka kroków wstecz ze zgrozą spoglądał na starego:

— Zabraniam panu mówić o tem!... To niemożliwe!...

— To czysta prawda, Patrycyuszu...

— Kłamiesz!... kłamiesz!...

— Nie!...

— Kłamiesz!... jesteś zwyczajnym bandytą, mordercą!... Gdyby to była prawda — to cóż znaczyłby ten zamach na życie moje i Koralii?!...

— Szalony byłem, Patrycyuszu... Bo ja tracę rozum — niekiedy... Te wszystkie przejścia wstrząsnęły moim umysłem... Śmierć mojej Koralii a potem to życie w służbie Essaresa... A potem... potem... to złoto... Więc naprawdę ja chciałem zabić was oboje?!... Nic sobie nie przypominam... A właściwie przypominam sobie... coś mi się śniło... Ach! obłąkanie — co za tortura!... czynić coś wbrew własnej woli... Więc to było w pawilonie... Tak... śniło mi się... że przeżywam powtórnie mękę przedśmiertną... tylko że zamiast być ofiarą, byłem katem... O jakież to straszne!...

Mówił cicho... głos załamywał mu się ciągle... robił wrażenie, jakby cierpiał niesłychanie...

Patrycyusz słuchał go przerażony... Don Luis nie zdejmował wzroku ani na chwilę od twarzy mówiącego...

A Szymon po chwili odpoczynku ciągnął dalej:

— Mój biedny chłopcze... kochałem cię tak bardzo... a teraz stałeś mi się wrogiem... I nie będziesz mógł zapomnieć... Ach! dlaczegoż nie zamknięto mnie po śmierci Essaresa?! Śmierć tego znienawidzonego człowieka pozbawiła mnie rozumu...

— Czy to... pan go zabiłeś?... — zapytał Patrycyusz — nie mogąc się zdobyć na poufalszą tytulaturę.

— Nie... nie ja... To inny dokonał zemsty, która do mnie należała...

— Kto taki?...

— Nie wiem... wszystko to takie niezrozumiałe... Nie mogę już mówić o tem... O! com ja przeszedł od czasu śmierci Koralii...

— Koralii!... — wykrzyknął Patrycyusz.

— Tak!... mojej Koralii... Co się zaś tyczy tej małej — to i ona zadała mi dużo bólu... Nie powinna była poślubić Essaresa... Gdyby nie to... rzeczy ułożyłyby się inaczej...

Trwoga ścisnęła serce Patrycyusza:

— Gdzie ona?

— Nie mogę ci tego powiedzieć.

— A!... więc nie żyje?!...

— Nie!... żyje!... przysięgam ci, że żyje!...

— Więc gdzie ona?!... Oto jedno mi tylko chodzi!... Wszystko inne — to przeszłość!... Ale tu chodzi o życie kobiety... o życie Koralii!...

— Posłuchaj, chłopcze...

Szymon przerwał i spojrzał na don Luisa.

— Jabym ci powiedział... ale...

— Cóż stoi na przeszkodzie?...

— Obecność tego człowieka, Patrycyuszu... Niech naprzód on odejdzie!...

Don Luis Perenna roześmiał się:

— Ten człowiek — to ja, nieprawdaż?

— Tak, to pan.

— I ja mam wyjść?

— Tak jest.

— A wtedy ty, stary zbóju, wskażesz kryjówkę, w której schowałeś mateczkę Koralię?...

— Tak jest...

Wesołość don Luisa spotęgowała się jeszcze:

— A ponieważ mateczka Koralia jest tam gdzie i worki ze złotem, więc ocalić mateczkę Koralię — to znaczy zarazem oddanie złota...

— A zatem?... — zapytał Patrycyusz.

— A zatem, mój kapitanie — rzekł don Luis z odcieniem ironii w głosie — nie przypuszczam, aby pan zgodził się wypuścić czcigodnego pana Szymona na słowo choćby on poprzysiągł, że pójdzie po mateczkę Koralię i przyprowadzi ją...

— Stanowczo nie.

— Nieprawdaż? Nie ma pan do niego najmniejszego zaufania i słusznie... Czcigodny pan Szymon zdołał udowodnić, że chociaż obłąkany, kombinuje doskonale... Świadczy o tem wysłanie nas do Mantes... Jego przyrzeczeniom nie można dać wiary... z tego wynika...

— Wynika?...

— Oto przypuszczalnie wielce czcigodny pan Szymon zaproponuje panu następującą tranzakcyę: „Oddam ci Koralię, a zachowam sobie złoto”... No i — mogłoby mu się to udać, gdyby został sam na sam z panem... Ale ponieważ jeszcze i ja tutaj jestem...

Patrycyusz podniósł głowę i spojrzał don Luisowi bystro w oczy. A gdy przemówił w tonie jego głosu przebijała agresywność...

— Przypuszczam, że i pan nie zechce sprzeciwiać się... Chodzi o życie kobiety!...

—Tak jest, ale także i o trzysta milionów, franków w złocie!...

— Więc pan nie godzi się?!...

— Absolutnie się nie godzę!...

— W chwili kiedy Koralia kona!... Woli pan, żeby umarła... Proszę nie zapominać, że to w pierwszym rzędzie sprawa moja!... że ta sprawa...

Spoglądali sobie prosto w oczy, don Luis zachował zupełny spokój i ten ironiczny wyraz wyższości człowieka, który stanowczo wie dużo więcej... Patrycyusza irytowało to, ale jednocześnie nie mógł się oprzeć wpływowi, jaki don Luis na niego wywierał.

— Pan się nie godzi?!...

— Tak jest, — odparł tamten z niewzruszonym spokojem — nie zgodzę się nigdy na taką bezsensowną tranzakcyę... Zrobić panu Szymonowi — podarunek z trzystu milionów!... Nigdy w życiu!... Ale mimo tego nie wzbraniam się pozostawić pana sam na sam z czcigodnym panem Szymonem... Czy to wystarczy panu Szymonowi?

— Tak.

— A zatem porozumiejcie się ze sobą. Podpiszcie układ: I niech pan uwolni mateczkę Koralię, kapitanie...

— A pan? pan co zrobi?...

— Ja obejrzę sobie jeszcze raz tę salę, która miała być pańskim grobem... Dowidzenia, kapitanie. Tylko niech pan nie zapomina dobrze się obwarować.

I don Luis opuścił pokój. Po jego odejściu Patrycyusz rzekł:

— Już go niema. Spieszmy się.

— Czyś pewny, że on nie podsłuchuje?

— Najpewniejszy.

— Strzeż się go, Patrycyuszu... On chce pochwycić złoto i zachować je dla siebie...

Patrycyusz zniecierpliwił się.

— Nie traćmy czasu, Koralia...

— Żyła, kiedy ją zostawiłem... Ale do tego czasu!...

— Więc pan przypuszcza...

— Nie można być pewnym w takim wypadku... To było pięć czy nawet sześć godzin temu... I lękam się...

Patrycyuszowi krople zimnego potu wystąpiły na skronie. Uczuwał ochotę rzucenia się na tego starca i rozszarpania go... Zapanował jednak nad sobą.

Powtórzył:

— Nie traćmy czasu. — Proszę mi wskazać do niej drogę!

— Pójdziemy razem...

— Pan nie będziesz miał dość sił...

— Będę miał siłę... to niedaleko stąd... tylko posłuchaj...

— Cóż jeszcze!... Na Boga! nie zwlekajmy!...

— Patrycyuszu... Za kilka minut Koralia będzie wolna... Tylko jeden warunek...

— Przyjmuję z góry. Co za warunek?

— Przysięgniesz mi na zdrowie i szczęście Koralii, że pozostawisz złoto nietknięte i że nikt nie będzie wiedział...

— Przysięgam!...

— Ale tamten?... twój przeklęty towarzysz... on będzie nas śledził... zobaczysz... — Nie!...

— A jednak... Chyba, że ty przystaniesz...

— Na co?... ach! na miłość Boską!...

— Na... ale pamiętaj, że trzeba spieszyć na pomoc Koralii... i to jak najprędzej... w przeciwnym bowiem razie...

— Więc chodź!... chodźmy!...

— Ale ten człowiek...

— O! Koralię chodzi przedewszystkiem...

— Jeśli on nas podpatrzy!... jeżeli zabierze złoto?!

— Co mi tam złoto!...

— O! nie mów tego, Patrycyuszu... Ach! złoto!... złoto!... Odkąd to złoto znalazło się w mojem posiadaniu, całe moje życie zmieniło się... Przeszłość się już nie liczy... ani nienawiść... ani miłość... tylko złoto ma wagę i znaczenie... tylko złoto. — Wolę sam umrzeć... i raczej niech Koralia umiera... niech się cały świat zapadnie... aniżelibym miał je utracić...

— Więc czegóż chcesz?!... czegóż chcesz?

Patrycyusz ujął obie ręce człowieka, który mianował się jego ojcem, a którego nienawidził z całej duszy... A teraz błagał go wejrzeniem i sercem... Płakałby, gdyby przypuścić mógł, że łzy wzruszą tego dziwacznego starca.

— Czego chcesz?!...

— Słuchaj... On tam jest nieprawdaż!

— Tak jest.

— W wielkiej sali?

— Tak.

— A więc... nie powinien stamtąd wyjść!...

— Jakto?!..

— Dopóki nie skończymy — niech tam siedzi...

— Ależ!...

— To bardzo proste... Wystarczy, żebyś zasunął rygle od zewnątrz... Wtedy nie będzie mógł wyjść...

Tego było Patrycyuszowi za dużo.

— Ależ to szaleństwo!... Ja miałbym się na to zgodzić!... Ocalił życie mnie... i Koralii!...

— Ale teraz może ją zgubić... Zastanów się tylko. Jego obecność stoi na przeszkodzie oswobodzeniu Koralii... Zgadzasz się?

— Nie.

— Dlaczego? Czy wiesz kim jest ten człowiek?... To bandyta... nędznik, który dąży jedynie do zagarnięcia milionów. I ty masz skrupuły?... No, zgadzasz się?

— Nie!... absolutnie nie!...

— Tem gorzej dla Koralii... Widzę, mój chłopcze, że nie zdajesz sobie dokładnie sprawy z sytuacyi... Najwyższy czas, Patrycyuszu... Może już nawet za późno...

— Milcz!...

— Trzeba żebyś wiedział i wziął na siebie odpowiedzialność... Kiedy ten przeklęty murzyn następował mi na pięty, chcąc się na razie pozbyć Koralii, umieściłem ją w kryjówce prowizorycznej... — Myślałem, że ją za godzinę lub najwyżej dwie uwolnię... A potem... potem... wiesz co się stało... To było o jedynastej wieczorem... A teraz już blizko ósma godzina... Zastanów się...

Patrycyusz wpijał sobie paznokcie w żywe ciało. Cierpiał strasznie, a Szymon nieubłagany przedłużał tę męczarnię.

— Przysięgam ci, że nie może tam oddychać swobodnie... Zaledwie odrobina powietrza do niej dochodzi... I to może ustać... A więc ona dusi się, podczas gdy ty tutaj czas tracisz!... No i cóż to takiego wielkiego — zamknąć tego człowieka na jakieś dziesięć minut w pokoju... Najwyżej na dziesięć minut... Czy słyszysz?... Tamtemu się przecież nic złego nie stanie!... Jeszcze się wahasz!... Ależ to ty ją zabijasz!... Pomyśl tylko!... żywcem pogrzebana!...

Patrycyusz wyprostował się zdecydowany. W tej chwili zrobiłby wszystko, byle tylko ocalić Koralię.

— Czego chcesz?!... Mów!...

Stary szepnął:

— Wiesz dobrze, czego chcę. Idź, zarygluj drzwi i wracaj...

— To ostatni twój warunek? Innych nie będziesz stawiał?

— Żadnych. Jeśli zrobisz to, czego żądam od ciebie — to Koralia będzie wolna za kilka minut.

Miody oficer szybkim stanowczym krokiem przeszedł przez westybul. Bez wahania zasunął rygle. Zdawał sobie sprawę z tego, że dopuścił się czynu bardzo brzydkiego, ale ulegał nakazowi swej bezgranicznej miłości dla Koralii.

— Zrobiłem jak chciałeś... — rzekł, powróciwszy do Szymona — spieszmy...

— Pomóż mi, — rzekł Szymon — nie mogę się podnieść o własnej sile...

Patrycyusz ująwszy go pod ramiona — postawił na podłodze... Ale musiał go podtrzymywać, ponieważ stary chwiał się na nogach.

— A!... przeklęty, dyabelski murzyn!... wybąkał Szymon — co on ze mną zrobił!... Duszę się!... nie mogę kroku postąpić...

Patrycyusz niósł go prawie w swoich silnych ramionach, podczas gdy Szymon bełkotał, — wytężając ostatek sił:

— Tędy... teraz na prawo...

Wyszli z domu i kierowali się ku mogiłom.

— Czyś zamknął dobrze drzwi?... Zdaje się że dobrze... Słyszałem... O! to ten hultaj jest bardzo niebezpieczny... trzeba się z nim mieć na ostrożności... pamiętaj, żeś przysiągł...

Zatrzymał się, aby zaczerpnąć nieco powietrza do swoich zgniecionych płuc.

Ten przestanek — był nową torturą dla Patrycyusza, który cierpiał niewypowiedzianie, podtrzymując bezwładne ciało znienawidzonego wroga i jednocześnie powtarzając sobie w duchu, pełną grozy prawdę: „to mój ojciec... to mój ojciec”....

Posuwali się naprzód bardzo powoli, krok za krokiem.

— To tu — rzekł wreszcie Szymon.

I wskazał ręką na cmentarzyk.

— Ależ to groby...

— Mój grób i grób Koralii... to tu...

— Więc Koralia tam w grobie?!... za życia pogrzebana!... Ach! zgroza... ohyda!...

Stary opadł na trawnik i wskazując wciąż palcem na groby powtórzył:

— To tu...

— Gdzie?... pod kamieniem mogilnym?...

— Tak jest.

— Więc ten kamień można podnieść?

— Tak.

— Ależ ja sam, chociaż jestem silny, nie zdołam tego uczynić... Trzebaby ze trzech ludzi do podźwignięcia takiego ciężaru...

— Nie trzeba nikogo... wystarczy pocisnąć silnie.

— Gdzie?

— Tam na prawo...

Patrycyusz posłuszny wskazaniu nacisnął z całej siły kamień, na którym widniały słowa: „Tutaj spoczywają Patrycyusz i Koralia”... I kamień dźwignął się odrazu w górę...

— Poczekaj — rzeki Szymon — trzeba go podtrzymać, bo inaczej opadnie znowu...

— Ale jak go podtrzymać?

— Prętem żelaznym.

— Skądże go wziąć?

— Leży tam — na drugim schodku.

Patrycyusz odnalazł z łatwością trzy schodki, prowadzące do małego wgłębienia ziemnego. Patrycyusz ujrzał pręt żelazny, wziął go i podparł kamień.

— Dobrze — rzekł Szymon — teraz się nie poruszy... Tobie zaś pozostaje tylko wsunąć się w to wgłębienie. Nie bardzo to wygodne, bo będziesz musiał zgiąć się we dwoje, ale cóż robić?... To było miejsce na moją trumnę... I nieraz kładłem się tutaj, aby porozmawiać z moją ukochaną Koralią... Godzinami przebywałem obok niej pod ziemią... Rozmawialiśmy... wierzą mi... rozmawialiśmy!...

Patrycyusz zanurzył swoja smukła postać w wązką przestrzeń otworu i zapytał:

— Co należy czynić?

— Posuwaj się na lewo... tam są drzwi... popchnij je... Jakto nie możesz znaleźć?... No posuwaj się... spiesz się... Czy możesz się poruszać!...

— Mogę — odparł Patrycyusz.

— Ale z trudnością?...

— Tak, z trudnością...

— A zatem ruszaj się żwawo, mój chłopcze! — roześmiał się zgrzytliwie stary i błyskawicznym ruchem usunął pręt żelazny. W tej samej chwili ciężki blok kamienny opadł z powrotem. Patrycyusz spostrzegłszy co się dzieje chciał wyskoczyć, zanim kamień grobowy go przykrył, ale Szymon wymierzył mu prętem żelaznym silny cios w głowę. Wszystko to razem trwało zaledwie kilka sekund.

— A widzisz — zawołał Szymon — że dobrze zrobiłem, rozłączając cię z twoim towarzyszem.

Tenby nie wpadł w taką pułapkę!... Alo też żeby tego dokonać, musiałem porządnie grać komedyę.

Szymon nie tracił dłużej czasu. Z całą szybkością na jaką pozwalało jego osłabienie wywołane walką z Ya-Bonem skierował się w stronę pawilonu. Skoro znalazł się w westybulu, zaczął nadsłuchiwać. — W sali z górnem oknem don Luis pukał w ściany i zamknięte drzwi.

— Doskonale — uśmiechnął się szatańskim uśmiechem. — I ten wpadł!... Doprawdy, że ci panowie nie są nazbyt sprytni!...

Udał się do kuchni, gdzie otworzył kurek gazomierza. Zamierzał zrobić z don Luisem to samo, co mu się nie powiodło z Patrycyuszem i Koralią.

Odpocząwszy kilka minut, wyszedł przez ogród na ulicę. Nie zapomniał przytem zasłonić sobie oczu żółtemi okularami.

Na ulicy wsiadł w pierwszy lepszy wolny automobil i kazał się zawieźć na ulicę Guimarda. Tam wszedł do loży Vacherota.

Vacherot przyjął go z niekłamaną serdecznością.

— Ach! to pan, panie Szymonie!... Ale jakże pan wygląda!...

— Cicho!... nie wymawiaj mego imienia... szepnął Szymon. — Czy nikt mnie nie widział?

— Nikt. Ale co się panu stało? ktoś pana napadł?

— Tak, ten murzyn...

— A tamci?

— Jacy tamci?

— No, ci, którzy przyszli później... Patrycyusz...

— A więc Patrycyusz był tutaj?...

— Tak, przyszedł po pańskiem odejściu z jakimś swoim przyjacielem...

— I tyś mu powiedział?...

— Że jest pańskim synem?... Powiedziałem, trzeba było...

— A więc to dlatego nie wydawał się wcale zdziwionym mojemi rewelacyami...

— Gdzie oni są teraz?

— Przy Koralii. Zdołałem ją uratować i oddałem pod ich opiekę... Ale nie o nią w tej chwili chodzi... Szybko!... lekarza!...

— Jest tutaj lekarz w domu...

— Nie chcę go. Czy masz książkę abonentów telefonu?

— Oto ona.

— Poszukaj numeru telefonu doktora Geradeca...

— Co! doktora Geradeca? —

Zdziwił się Vacherot. — Ależ pan chyba tego nie mówi na seryo...

— Dlaczego! Jego klinika jest niedaleko, — a przytem zupełnie izolowana.

— Wiem o tem. Ale doktor Geradec ma nieszczególną opinię... opowiadają o nim różne takie rzeczy...

— Nie szkodzi.

— Czy pan zamierza odjechać, panie Szymonie?

— Szukaj numeru telefonu dra Geradeca...

Szymon kazał zatelefonować do kliniki i dowiedział się, że doktor Geradec wyszedł i wróci dopiero o 10-tej przed południem.

— Tem lepiej — rzekł Szymon — jestem w tej chwili zbyt słaby, aby się tam udać natychmiast... uprzedź, że przybędę o 10-tej....

— Czy mam pana zaanonsować jako Szymona Diodokisa?

— Nie — pod mojem prawdziwem nazwiskiem — jako Armanda Belval... Powiedz, że to wypadek nagły... chirurgiczna interwencya konieczna...

Vacherot wypełnił polecenie, poczem rzekł ze współczuciem:

— Ach! biedny panie Szymonie... i kto ma sumienie prześladować tak dobrego, tak szlachetnego człowieka... Co się panu stało?...

— Nie troszcz się o to. Czy moje mieszkanie gotowe?

— Naturalnie.

— Chodźmy tam, ale tak, żeby nas nikt nie widział.

— Zaręczam panu, że nikt nie zobaczy.

— Spiesz się. Weź rewolwer ze sobą. A czy możesz tak pozostawić te swoją lożę?

— No... na pięć minut...

Loża łączyła się długim korytarzem z małym dziedzińcem, gdzie mieścił się parterowy domek ze strychem.

Weszli. Przedpokój — a potem trzy pokoje w amfiladzie.

Tylko jeden z tych pokoi, drugi z kolei był umeblowany, drzwi trzeciego wychodziły na ulicę równoległą do ulicy Guimarda.

Zatrzymali się w drugim pokoju. Szymon zdawał się być zupełnie wyczerpany. Jednak po bardzo krótkim wypoczynku — podniósł się z krzesła.

— Czyś dobrze zamknął drzwi wejściowe?

— Tak jest, panie Szymonie.

— Nikt nas nie widział?

— Nikt.

— Daj mi twój rewolwer.

Stróż bez wahania podał mu broń.

— Oto rewolwer, panie Szymonie.

— A jak sądzisz, gdybym wystrzelił tutaj, czy ktoś usłyszałby huk wystrzału?

— Sądzę, że nie, ale pan tego nie zrobi!... Pan nie strzeli...

— Jeżeli mi się tak podoba...

— Pan chce się zabić?!...

— Głupi jesteś stary!...

— A więc w jakim celu miałby pan strzelać?

— Ażeby zabić kogoś, kto mi zawadza i mógłby mnie zdradzić...

— A któż to taki?

— Ty! stary idyoto... zachichotał Szymon.

Huknął strzał!... Trafiony w czoło Vacherot — zwalił się na podłogę. Strzał był celny. Stary nieżył już. Szymon uśmiechnął się z zadowoleniem.



ROZDZIAŁ VII.

DOKTÓR GERADEC.

Klinika doktora Geradeca składała się z kilka pawilonów, z których każdy miał specyalne przeznaczenie. Główna willa zarezerwowana była na wielkie operacye. Tam też był gabinet doktora, do którego wprowadzono Szymona Diodokisa.

Doktór był to mężczyzna dobiegający już sześćdziesiątki, ale rzeźki jeszcze zupełnie i dobrze zakonserwowany. W lewem jego oku tkwił monokl, który doktór miał zwyczaj poprawiać co chwila.

Szymon z trudnością — bo zaledwie, że mógł mówić — wyjaśnił swój wypadek. Napadł go w nocy jakiś włóczęga, obrabował i zdusiwszy za gardło — zostawił półżywego na bruku.

— Dlaczegóż pan dotychczas nie zawezwał lekarza? — zapytał doktór.

Szymon nie odpowiedział nic. A lekarz dorzucił po chwili:

— Ostatecznie jeśli pan żyje — to widocznie nic niebezpiecznego... Poprostu skurcz krtani, a temu zaradzimy z łatwością...

Doktór Geradec wydał odpowiednie zlecenia swemu asystentowi. Do gardła pacyenta wprowadzono długą rurkę aluminiową. Po upływie pół godziny rurkę wyjęto. Doktór zbadał chorego, który zaczynał już swobodniej oddychać.

— Już wszystko w porządku — rzekł lekarz — poszło to szybciej, aniżeli przypuszczałem... Niech pan teraz powróci do domu... Gdy pan wypocznie, dolegliwości ustąpią zupełnie...

Szymon zapytał o wysokość honoraryum i zapłacił zaraz. Lekarz podprowadził pacyenta do drzwi, ale ten zatrzymał się w progu i rzekł:

— Jestem przyjacielem pani Albouin.

Doktór spojrzał na niego pytająco, jakby nie rozumiejąc, co znaczą te słowa?

Szymon ciągnął dalej:

— To nazwisko nic panu nie mówi? Jeżeli jednak dodam, że pod tem nazwiskiem ukrywa się pani Mosgranem — to nie wątpię, że dojdziemy szybko do porozumienia...

— Do porozumienia? w jakiej sprawie?

— Nie ufa mi pan — jak widzę — doktorze. Zbyteczne ceremonie. Jesteśmy sami. Drzwi są podwójne, i obite materacami. Możemy rozmawiać swobodnie...

— Nie mam nic przeciwko rozmowie, ale chciałbym wiedzieć...

— Trochę cierpliwości.

— Moi chorzy czekają...

— To nie zabierze nam wiele czasu. Wyjaśnię panu wszystko w kilku zdaniach... Siadajmy.

Szymon usiadł pierwszy. Doktór zajął miejsce naprzeciw niego z miną coraz wyraźniej zdziwioną:

Szymon bez żadnych wstępów i omówień przystąpił do interesu:

— Jestem narodowości greckiej. Grecya jak dotychczas jest krajem neutralnym, więc mogę z łatwością otrzymać paszport na wyjazd z Francyi... Mam jednak pewne powody po temu, aby paszport wystawiony był nie na moje nazwisko. Chodzi mi o to, aby mi pan w tym wypadku dopomógł.

Doktór podniósł się z krzesła — oburzony.

Szymon nalegał:

— Tylko bez wielkich gestów, błagam pana. — Chodzi przecież o cenę. Jestem zdecydowany zapłacie sowicie. Ile?

Doktór bez słowa wskazał mu ręka drzwi.

Ale Szymon nie zrażał się — tak niegrzecznym gestem.

— Dwadzieścia tysięcy?... dosyć?...

— Czy mam zawołać służbę? — zapytał doktór — i kazać wyrzucić pana za drzwi?...

Szymon Diodokis roześmiał się.

— Trzydzieści tysięcy?... Czterdzieści?... Pięćdziesiąt!... O!... o! jeszcze więcej!.. No nie będę się targował, bo potrzebuję pana... Więc zgoda, doktorze? Sto tysięcy...

Doktór Geradec spoglądał na niego uważnie przez długą chwilę, poczem nagle podszedł ku drzwiom, zaryglował je, usiadł znowu i rzekł krótko: Możemy pogadać.

— Doskonale. Przyzwoici ludzie zawsze dojdą do porozumienia. Ale przedewszystkiem pytam: na sto tysięcy zgoda?...

— Nie wiem... — odparł lekarz — to zależy od sytuacyi. Sto tysięcy — to jest podstawa do dyskusyi.

Szymon zawahał się przez sekundę. Ten doktór zdawał się mieć za duży apetyt. Nie protestował wszakże, a doktór Geradec zapytał:

— Jak brzmi pańskie, prawdziwe nazwisko?

— Nie mogę tego panu powiedzieć. Wspomniałem już, że są pewne powody...

— A zatem dwieście tysięcy...

— Co?!...

Szymon aż poskoczył na krześle.

— No wie pan... — pańskie wymagania nie są wcale zbyt skromne!... Taka sumka!...

Geradec odparł spokojnie.

— Któż pana zmusza, aby pan się zgodził?... ubijamy interes. Wolno się panu cofnąć...

— Ale co panu zależy na mojem istotnem nazwisku, skoro ma mi pan dostarczyć fałszywego paszportu.

— Oczywiście, że mi zależy. Więcej ryzykuję, dopomagając do ucieczki — bo to jest ucieczka — szpiegowi, aniżeli porządnemu człowiekowi...

— Nie jestem szpiegiem...

— Skądże mogę coś o tem wiedzieć!... Potrzebuje pan na gwałt fałszywego paszportu, za otrzymanie go gotów pan jest zapłacić sto tysięcy... I chce pan uchodzić za porządnego człowieka... A postępuje pan jak włamywacz albo morderca?...

Szymon otarł sobie chustką krople potu z czoła. Widocznie doszedł do przekonania, iż doktór Geradec jest graczem nielada i że może lepiej byłoby nie zwracać się wcale do niego. Ale ostatecznie — umowa jest warunkową... Zawsze można ją zerwać...

— O! o!... — silił się na swobodny uśmiech — jakich to wyrazów pan używa...

— Mówię ot tak!... przykładowo — rzekł doktór — nie wyrażam żadnych przypuszczeń... Precyzuję tylko sytuacyę i usprawiedliwiam wysokość moich żądań...

— Ma pan zupełną słuszność.

— A zatem powtarzam pańskie zapytanie: zgoda?...

— Zgoda!... tylko jedna mała uwaga! mógłby pan nieco oględniej traktować przyjaciela pani Mosgranem.

— A skądże pan wie, jak ja ją traktowałem? Czy ma pan w tym kierunku jakie informacye?

— Pani Mosgranem wyznała mi sama, że pan od niej nic nie wziął...

Lekarz uśmiechnął się dziwnie i szepnął:

— No tak, nie wziąłem od niej pieniędzy, ale ona mi i tak dużo dała... Pani Mosgranem — to jedna z tych pięknych kobiet, których względy ocenia się na wagę złota...

Zapanowała chwila kłopotliwego milczenia. Wreszcie lekarz podjął:

— Może moja niedyskrecya sprawiła panu przykrość? Może i pan pozostawał w czulszych stosunkach z panią Mosgranem... W takim razie — proszę mi wybaczyć... chociaż to wszystko niema już obecnie żadnego znaczenia — wobec tego, co się stało...

Westchnął smutnie:

— Biedna pani Mosgranem.

— Dlaczego pan tak ubolewa nad nią?...

— Jak to, nie wie pan, co się stało?

— Nie mam pojęcia.

— Nie wie pan nic o tym strasznym dramacie?!...

— Nie miałem od niej listu — od czasu jej wyjazdu.

— A ja dostałem od niej list wczoraj... Zdziwiony byłem niesłychanie tem, że powróciła do Francji...

— Pani Mosgranem we Francyi!...

— Ależ tak... i naznaczyła mi spotkanie na dzisiejszy poranek... — dziwne spotkanie...

— Gdzie? — zapytał Szymon z widocznym niepokojem.

— Nigdyby pan nie zgadł!...

— Zatem — gdzie?!

— Na barce — na Sekwanie!...

— O!...

— Na barce zwanej „Nonchalante” — na wybrzeżu Passy — koło budy Berthou.

— Czy podobna? — wybąknął Szymon.

— To czysta prawda. A wie pan — jak list był podpisany!.. Grzegorz.

— Grzegorz? męskie imię?...

— Istotnie imię męskie... W tym liście donosiła mi, że pędzi życie pełne niebezpieczeństw, że nie dowierza człowiekowi, z którym los splątał jej istnienie i że chciałaby poprosić mię o radę...

— I... i... pan poszedł?

— Naturalnie.

— Kiedy?

— Dzisiaj rano. Byłem tam wtedy, gdy pan do kliniki mojej telefonował. Na nieszczęście...

— Na nieszczęście?

— Przybyłem za późno.

— Za późno?

— Grzegorz, a raczej pani Mosgranem nie żyła już...

— Nie żyje?!...

— Uduszono ją.

— To okropne — rzekł Szymon, który znowu nie mógł schwytać tchu — a o nim nie wie pan nic więcej?

— O kim?

— O tym człowieku, o którym wspomniała.

— Któremu nie dowierzała?

— Tak.

— Owszem, wiem. Napisała mi jego nazwisko. Jest to Grek niejaki Szymon Diodokis... podała mi jego rysopis... o! zaraz... mam tutaj ten list...

Wyjął z portfelu list i zaczął czytać półgłosem:


„Starszy mężczyzna... przygarbiony... ma chustkę w kraty na szyi... nosi żółte okulary”...


Doktór Geradec przerwał odczytywanie listu i spojrzał na Szymona ze zdumieniem. Obaj spoglądali na siebie przez chwilę — bez słowa. Potem doktór powtórzył machinalnie:

— Starszy mężczyzna... przygarbiony... ma chustkę w kraty na szyi... nosi żółte okulary...

Przerywał po każdem zdaniu, jakby stwierdzając istnienie oskarżającego szczegółu.

Wreszcie zawołał:

— To pan nim jesteś!... Pan się nazywasz Szymon Diodokis...

Tamten nie protestował. Okoliczności tak się złożyły, że kłamstwo nie zdałoby się na nic.

Doktór Geradec rzekł:

— Oto jak się ma rzecz cała!... Sytuacya inaczej się przedstawia, aniżeli pan usiłował wmówić we mnie... Nie chodzi tutaj o jakąś bagatelkę, ale o sprawę poważną, niebezpieczną...

— To znaczy?

— To znaczy, że cena musi być inna...

— Zatem — ile?!

— Milion.

— O! nie!... nie... nigdy!... — wykrzyknął gwałtownie Szymon — a zresztą ja nie jestem winien śmierci pani Mosgranem... Ja sam o mało nie padłem ofiarą tego człowieka, który ja udusił... To był czarny... Senegalczyk... niejaki Ya-Bon... On potem i mnie dopędził i chwycił za gardło...

Doktór chwycił Szymona za rękę:

— Proszę powtórzyć to imię. Powiedziałeś pan: Ya-Bon?...

— Tak... Ya-Bon... — Senegalczyk... inwalida jednoręki...

— I pan stoczył walkę z tym Ya-Bonem?

— Tak.

— I zabił go pan?

— Broniłem własnego życia.

— Niech i tak będzie. Ale zabił go pan?

— To jest... właściwie...

Doktór uśmiechnął się.

— Proszę sobie wyobrazić, co to za dziwny zbieg okoliczności. Gdy opuściłem barkę, natknąłem się na gromadkę żołnierzy-inwalidów, którzy mnie zaczepili... Oni właśnie szukali owego Ya-Bona i swojego kapitana, niejakiego kapitana Belvala i jakiegoś przyjaciela tego kapitana i jeszcze pewnej damy, w domu której mieszkali... Te cztery osoby zniknęły, a oni obwiniali o to zniknięcie osobnika nazwiskiem... Zaraz, jak się on to nazywa... No!... no!... to dziwne!... Szymon Diodokis — takie nazwisko mi powiedzieli... Przyzna pan sam, że to bądź co bądź niezwykłe... Wobec takich faktów — to....

Po krótkiej pauzie doktor wycedził dobitnie.

— Dwa miliony...

Szymon doznawał uczucia myszy w pazurach kota.

— Panie doktorze — to szantaż...

— Może pan to i tak nazwać... Nie poszukiwałem pana, sam pan zgłosił się do mnie... Z powodu pewnych nieporozumień z sądami krajowymi — praktyka moja lekarska mocno ucierpiała... Pragnę więc skorzystać ze szczęśliwego przypadku, który dopomoże mi do podreparowania mojej sytuacyi finansowej...

— A jeżeli ja się nie zgodzę na pańskie żądanie?...

— W takim razie zatelefonuję do prefektury policyi, a wątpię, by to panu w obecnej chwili dogadzało...

I doktór ujął ręką słuchawkę telefonu. Szymon zrozumiał, że nie pozostaje mu nic innego jak poddać się...

— Więc dobrze — oświadczył — Znamy się nawzajem, możemy dojść do porozumienia..,

— Na wyżej wymienionej podstawie?

— Tak jest.

— Dwa miliony?

— Zgoda, Niech mi pan teraz przedstawi swój plan...

— Poco? Wiem dobrze co i jak mam robić — bez pańskiej pomocy i porady. Główna rzecz, aby pan mógł uciec... A ja panu zapewnię możność ucieczki.

— Jakież gwarancye?

— Połowę zapłaci mi pan odrazu — połowę potem... Pozostaje kwestya paszportu... Jakie nazwisko chce pan tam mieć wypisane?

— Wszystko mi jedno.

Doktór wziął z biurka arkusz papieru, aby sporządzić rysopis... Spoglądając ciągle na swego klienta szeptał:

— Włosy siwe... twarz ogolona... żółte okulary... Nagle zapytał:

— A mnie kto zaręczy za solidność wypłaty?... Ja nie chcę żadnych czeków... tylko banknotów... autentycznych banknotów..

— Otrzyma je pan.

— A gdzie one są.

— W niezawodnej kryjówce...

— Może pan zechce wyraźniej określić.

— Owszem. I tak pan nie znajdzie.

— Zatem?...

— To Grzegorz czuwał nad temi pieniędzmi. — Cztery miliony w banknotach... tam na barce... pójdziemy razem, wypłacę panu pierwszy milion.

Doktór grzmotnął pięścią w stół:

— Co? co pan powiedział?!

— Mówię, że cztery miliony są ukryte na barce.

— Ja nie przyjmę tych pieniędzy — do wypłaty.

— Dlaczego? czy pan zwaryował?

— Ponieważ trudno, aby mi kto płacił pieniędzmi, które i tak do mnie należą...

— Jakto?!

— Te cztery miliony są moją własnością, nie może mi ich pan zatem ofiarować jako zapłaty.

Szymon wzruszył ramionami.

— Pan majaczysz doktorze!... Ażeby te pieniądze należały do pana — musiałbyś je wprzód mieć w ręku.

— Słuszna uwaga.

— A pan je ma?

— Mam.

— Niech pan się wytłomaczy jaśniej!... natychmiast!... — wrzasnął Szymon wyprowadzony z równowagi.

— Zaraz panu wyjaśnię wszystko... Ową niezawodną kryjówkę stanowiły cztery tomy starego „Przewodnika po Paryżu i okolicy”... W każdym tomie był milion...

— Kłamiesz pan!...

— Leżały na stoliczku rzucone na pozór niedbale...

— No i?... no i?...

— A teraz są tutaj.

— Gdzie?!

— Tutaj — w tem biurku... Zatem jako prawy i rzeczywisty właściciel tych pieniędzy — nie mogę przyjąć...

— Złodziej!... nikczemny złodziej!... wrzasnął Szymon z zaciśniętemi pięściami — tak!... jesteś pan złodziejem!... bandytą!...

Doktór Geradec uśmiechnął się i rzekł spokojnie:

— Jakie przykre słowa i jak niesprawiedliwe... Czy mam panu przypomnieć, że pani Mosgranem darzyła mnie swemi łaskami. Pewnego dnia, a raczej, pewnego ranka rzekła do mnie w chwili ekstazy: „Mój przyjacielu, gdy umrę — miała smutne przeczucia — wszystko co pozostanie w mojem mieszkaniu, przeznaczam dla ciebie”. Łódź „Nonchalante”, to było jej mieszkanie w chwili śmierci, czyż mogę sprzeciwiać się jej ostatniej woli?...

Stary Szymon nie słuchał nawet. Myśl piekielna: rozwijała się w jego mózgu.

A doktór rzekł:

— Tracimy cenny czas, drogi panie, a czas to pieniądz... Niech się pan zatem decyduje!..

Bawił się niedbale kartką papieru, na której zanotował wskazówki niezbędne dla paszportu.

Szymon postąpił ku niemu kilka kroków.

— Proszę mi pokazać ten arkusz... Chcę zobaczyć jak ma wyglądać ten mój paszport... i pod jakiem nazwiskiem...

Wydarł niemal lekarzowi papier z ręki, przebiegł szybko oczyma i nagle odskoczył w tył.

— Jakie nazwisko tam pan umieściłeś?! Jakie nazwisko!... i jakiem prawem pan mnie tak nazwał?! dlaczego?!... dlaczego?!...

— Ależ pan powiedział, że mogę wybrać nazwisko, jakie mi się tylko żywnie podoba...

— Tylko dlaczego wybrał pan właśnie to nazwisko?!...

— Czy ja wiem dlaczego... Ot! tak sobie... Nie mogłem napisać Szymon Diodokis, bo pan się tak nie nazywa, ani Armand Belval, bo to także nie pańskie nazwisko... Więc umieściłem to nazwisko...

— Ale dlaczego właśnie to?!...

— Bo to jest pańskie prawdziwe nazwisko!...

Stary zadrżał... Szepnął:

— Jeden tylko człowiek... jeden jedyny.... byłby zdolny odgadnąć...

Długa chwila ciszy. Potem doktór zaśmiał się:

— Istotnie mnie się także zdaje, że tylko jeden człowiek byłby zdolny... Przypuśćmy, że to ja jestem tym jedynym człowiekiem...

— Jeden tylko człowiek... — ciągnął dalej Szymon, któremu znowu zaczynało brakować oddechu — mógłby odnaleźć miliony w przeciągu kilkunastu sekund...

Doktór nie odpowiadał, uśmiechał się tylko.

A Szymon wahał się... widocznie lękał się wypowiedzieć nazwisko, które cisnęło mu się na usta.

Wkońcu wyjąkał z nieopisanym przestrachem:

— Arseniusz Lupin... Arseniusz Lupin...

— Powiedziałeś! — wykrzyknął doktór prostując się.

Doktór wyrzucił monokl z oka. Polem wyjął z kieszeni małe pudełko, posmarował sobie twarz waseliną, a następnie zmył sobie policzki gorąca wodą. — Potem spojrzał w twarz Szymonowi, który cofnął się przerażony:

— Arseniusz Lupin... Arseniusz Lupin... Jestem zgubiony!...

— A cóż ty sobie wyobrażałeś, stary głupcze!... że ja ci się pozwolę zamknąć w twojej klatce zaczadzonej gazem!...

Arseniusz Lupin rozkoszował się formalnie wrażeniem, jakie to niespodziane odkrycie czyniło na Szymonie.

— Śmiałem się w duchu, obserwując jak twój niby chytry a w istocie idyotyczny pomysł rodzi się w twojej mózgownicy... I śmiałem się jeszcze lepiej, przymocowując w atelier moją lampkę elektryczną, aby ten poczciwy Patrycyusz miał złudzenie, że ja tam jestem... No i w najlepszej wierze uwięził... moją lampkę elektryczną!... A w dziesięć minut potem ty wracasz i słyszysz pukanie do drzwi i okien. Tylko nie wpadło ci na myśl, że ja zamiast rzucać się jak ryba w sieci w zastawionej na mnie pułapce, znajduję się w sąsiednim pokoju. Mistrzowskie pociągniecie — co?! Opanowałem do tego stopnia sytuacyę, że nawet za zbyteczne uznałem śledzenie dalszych twych kroków... Było to pewne — jak dwa razy dwa — cztery, że udasz się do twego przyjaciela Amadeusza Vacherota. No i tak się stało...

Lupin przerwał na chwilę, zaczerpnął oddechu i ciągnął dalej:

— Muszę ci powiedzieć, żeś mi nawet dopomógł swoją nieostrożnością... Wpadam do loży Vacherota... Pusta... Co robić? Jak odnaleźć ślady czcigodnego pana Szymona?... Na szczęście Opatrzność czuwała nademną. Widzę na kawałku papieru świeżo zanotowany numer telefonu. Łączę się natychmiast i pytam: „Proszę pana, to ja telefonowałem przed chwilą, ale chodzi mi o pański bliższy adres”. Oczywiście dają mi ten adres: „Doktór Geradec, bulwar Montmorency”. Natychmiast zoryentowałem się w sytuacyi. Doktór Geradec? Doskonale! Szymon podda się naprzód zabiegowi, który mu zreperuje gardziołko... Następnie zaś zajmie się kwestyą fałszywego paszportu, wszak doktór Geradec jest specyalistą od fałszywych paszportów.

— Oho!... pan Szymon chciałby uciec?!... Nie pozwolimy na to!... udałem się więc zaraz tutaj, nie zajmując się tym biedakiem Vacherotem, któregoś gdzieś w kącie zamordował, aby się pozbyć niepotrzebnego świadka. Porozumiałem się szybko z doktorem, który zgodził się, abym go zastąpił na dzisiejsze popołudnie. Ponieważ pańska wizyta była zaanonsowana dopiero na 10-tą rano, miałem jeszcze dwie godziny czasu przed sobą. Powróciłem więc na barkę i zabrałem miliony. I oto jestem!...

Lupin spojrzał Szymonowi prosto w twarz i rzekł:

— Cóż? czyś gotów?

Szymon zadrżał:

— Czyś gotów — do wielkiej podroży?... Paszport twój — w porządku... Paryż — Piekło!... — Pociąg pospieszny—sleeping z trumną!... W drogę!

Szymon opanował się nieco i wyszeptał:

— A Patrycyusz?

— Patrycyusz? — powtórzył Lupin.

— Tak? Co z nim się stanie?

— Jak ty sobie to wyobrażasz?

— Ofiaruję jego życie wzamian za moje.

Lupin zrobił zdziwioną minę:

— Więc jego życie jest zagrożone twojem zdaniem?

— Tak jest i dlatego proponuję wymianę: jego życie za moje życie!...

Lupin skrzyżował ręce na piersi i rzekł markując oburzenie:

— No, wiesz pan, panie Szymonie — nie wyobrażałem sobie, abyś tak kiepskie miał o mnie mniemanie? Więc sądzisz, że jabym był zdolny opuścić mego przyjaciela Patrycyusza, gdyby on się istotnie znajdował w niebezpieczeństwie!... Szymonie, dziecinniejesz stanowczo... Już najwyższy czas, abyś się udał w drogę do lepszego świata!...

Lupin otworzył drzwi sąsiedniego pokoju i zawołał:

— Jakże się pan czuje, panie kapitanie! Proszę niech pan wejdzie, stary Szymon chciałby się z panem zobaczyć!...

Zwracając się do starca — rzekł:

— Oto twój syn — zbrodniczy ojcze!...



ROZDZIAŁ VIII.

OSTATNIA OFIARA SZYMONA.

Patrycyusz wszedł z obandażowaną głową, ponieważ cios, który mu wymierzył Szymon żelaznym prętem — otworzył jego dawne rany.

Młody człowiek był bardzo blady. Na twarzy jego znać było cierpienie.

Na widok Szymona — oczy jego zapaliły się gniewem straszliwym. Zapanował jednak nad sobą.

Spoglądając sobie oko w oko syn i ojciec trwali nieruchomo.

A Lupin, zacierając ręce mówił:

— Co za scena!... zachwycająca scena!... Jak z dramatu!... Ojciec i syn!... Zbrodniarz i ofiara!... Co stanie się teraz? Kto kogo zabije? Ojciec syna czy syn ojca? Albo też może odezwie się głos .krwi i rzucą się sobie w ramiona, aby się tem łatwiej udusić.

Patrycyusz postąpił kilka kroków, wyciągnął ramiona przed siebie jak gdyby istotnie zamierzał udusić Szymona.

Szymon zachwiał się na nogach i wyjąkał błagalnie:

— Patrycyuszu... Patrycyuszu... co czynić zamierzasz?!

Apelował do litości swego przeciwnika, który opamiętawszy się pohamował wybuch gniewu. Przez długą chwilę wpatrywał się w tego człowieka, z którym łączyły go tajemnicze więzy.

Wreszcie rzekł:

— Koralia!... Koralia!... Powiedz mi, gdzie ona, a daruję ci wszystko!...

Starzec odpowiedział mu śmiechem pełnym okrucieństwa:

— Oddać ci Koralię?! ocalić ją!... nie!... nigdy!... wolę umrzeć!... Kryjówka Koralii — to kryjówka złota... Oddać wam ją i złoto?! Wolę umrzeć!...

— Zabij go zatem, kapitanie! — wmieszał się don Luis — zabij go, jeżeli woli umrzeć!...

Patrycyusz zawahał się:

— Nie! nie!... — wyrzekł cicho — nie mogę!...

— Dlaczegóżby nie? nalegał Lupin. — To tak łatwo!... No, śmiało!... Skręć mu kark, jak kurczęciu!...

— Nie mogę!...

— Ależ to zbrodniarz!... kat Koralii!... Oczy Patrycyusza zaiskrzyły się wściekłością. Powściągał wszakże swój gniew:

— Tak... ale ten człowiek...

— Masz wstręt do duszenia?... Nie chcesz go dotknąć rękami?!... Oto rewolwer!... zabij!...

Patrycyusz pochwycił broń i skierował ją przeciwko Szymonowi. Zapanowała brzemienna grozą cisza.

Szymon przymknął oczy, a po jego zsiniałej twarzy spływały krople potu.

Wkońcu oficer opuścił rękę, uzbrojoną w rewolwer i rzeki:

— Nie mogę!...

— Dlaczego?

— Nie... nie...

— Dlaczego! pytam raz jeszcze!...

— Nie mogę!...

— Aha!... rozumiem. — Myślisz, że jednak ten człowiek jest twoim ojcem...

— Być może... — szepnął kapitan — pozory zdają się świadczyć....

— A chociażby!... jeżeli to jest łotr!... bandyta!...

— Więc niech umrze z innej ręki, ale nie z mojej!... Mnie nie wolno go zabić!...

— A więc wyrzekasz się zemsty?

— To byłoby potworne!...

Don Luis uderzył ręką po ramieniu młodego człowieka i rzekł zupełnie już poważnie:

— A gdyby to nie był twój ojciec?

Patrycyusz spojrzał na niego, nie rozumiejąc:

— Co pan chce przez to powiedzieć?

— Chcę ci zwrócić uwagę, że pewności nie mamy żadnej, że pozory mogą być tylko złudzeniem... Zastanów się nad twoim wstrętem wewnętrznym.. To także szczegół godny uwagi...

Lupin ciągnął dalej:

— Pomyśl tylko, jak to możliwe, aby człowiek taki jak ty, uczciwy, zacny, honorowy, dżentelmen w całem tego słowa znaczeniu — był synem takiego łotra? zastanów się nad tem, Patrycyuszu... i nad czemś innem jeszcze...

— Nad czem?...

— Jakakolwiek była moja przeszłość — rzekł don Luis — cokolwiek mógłbyś o mnie myśleć, przyznasz chyba, że nie jestem człowiekiem pozbawionym sumienia, że całe moje postępowanie w tej sprawie nie miało nic wspólnego z pobudkami, którychbym się wstydzić musiał... Czy nie tak?

— Ależ tak!... tak!... — potwierdził Patrycyusz.

— A zatem, czy możesz przypuszczać mój kapitanie, że namawiałbym cię do zabicia tego człowieka, jeżeliby istotnie był twoim ojcem?...

Patrycyusz drżał na całem ciele:

— Pan napewno wie, jak to jest w rzeczywistości... O! niech pan się zlituje!... niech pan mówi!... błagam!...

Don Luis ciągnął dalej:

— Czyżbym nakłaniał cię do nienawiści względem niego, gdyby to był twój ojciec?

— Nie!... stokroć razy nie!... Spójrz na to oblicze, na którym wszystkie zbrodnie, wszystkie występki wycisnęły swoje ohydne piętno!... W całej tej sprawie od pierwszego aż do ostatniego dnia działał bez przerwy... Niema wypadku, któregoby nie przygotował... Wszystkie zbrodnicze zasadzki były jego dziełem.... Nie mieliśmy do czynienia z dwoma zbrodniarzami — jak to się zdawać mogło... Nie było Essaresa, któryby zaczynał dzieło potrzebne, nie było Szymona, któryby je kończył... Był tylko jeden jedyny zbrodniarz!...

— Jeden rozumiesz? Ten sam bandyta, który zabił Ya-Bona, zabił Amadeusza Vacherota i swoja własną wspólniczkę... rozpoczął dzieło swe o wiele wcześniej, mordując tych, którzy mu zawadzali... A wśród tych ofiar był także człowiek, którego ty, Patrycyuszu, jesteś krwią i kością...

— Jakto?! o kim pan mówi?!

— O tym, który telefonował do ciebie przed śmiercią... Słyszałeś krzyk jego ostatni... On go zabił — ten, który w tej chwili stoi przed tobą!.... Ten zamordowany był twoim ojcem!... on zwał się Armand Belval, był zacnym szlachetnym człowiekiem i padł ofiarą zbrodniarza!... Czy rozumiesz teraz?...

Patrycyusz nie rozumiał jeszcze. Wszystko wirowało mu przed oczyma.

— Więc słyszałem głos mego ojca?... To on mnie wołał?...

— Tak, Patrycyuszu.

— A kto go zabił?!

— Ten oto człowiek!... — rzekł don Luis, wskazując na Szymona.

Szymon trwał bez ruchu, wodząc wokół obłędnym wzrokiem, jak skazaniec, który oczekuje wykonania wyroku śmierci.

Patrycyusz nie spuszczał go z oczu, dreszcz wściekłości wstrząsał nim.

Jednocześnie uczucie dziwnej radości budziło się w nim. Ten potworny zbrodniarz, to ohydne indywiduum — nie jest jego ojcem!... Nie łączą go z nim żadne węzły krwi. Może go swobodnie, otwarcie nienawidzieć, nie obawiając się zdeptania najświętszych obowiązków.

— Kim jesteś?... kim jesteś?...

I zwracając się do don Luisa prosił:

— Jego nazwisko?... błagam pana, chcę wiedzieć jak się nazywa ten zbrodniarz?

— Jego nazwisko? Jeszcześ nie odgadł?! Co prawda i ja nie wpadłem na to odraza!... A jednak to była jedyna możliwa hypoteza!...

— Jaka?!

— Chcesz wiedzieć?

— Błagam pana!... Zabiję go jak psa, ale chcę wprzód znać jego nazwisko...

A zatem...

Zapanowała chwila ciszy. Patrycyusz z zapartym tchem oczekiwał. Ale don Luis, pragnął odwlec jeszcze moment wyjaśnienia tajemnicy.

Rzekł on:

— Nie przygotowany jesteś jeszcze do poznania całej nagiej prawdy. Wolę ci ją odsłaniać stopniowo, w ten sposób, by wpoić w ciebie niezłomną ufność w moje rewelacye... Ten człowiek nie jest twoim ojcem, lecz nie nazywa się również Szymon Diodokis, nie jest Szymonem, chociaż przybrał jego powierzchowność, nazwisko i ruchy...

— Czy zaczynasz rozumieć? Czy mam ci jeszcze raz powtórzyć: „Nie mieliśmy do czynienia z dwoma zbrodniarzami. Nie było Essaresa, który rozpoczął piekielne dzieło i nie było Szymona, któryby je kończył”. Jeden tylko istniał zbrodniarz — ciągle czynny, usuwający ze swej drogi tych, którzy mu zawadzają, a w razie potrzeby, przyoblekając się w skórę swych ofiar! Zmieniwszy powierzchowność i imię — działał dalej świadomie i celowo... Czy rozumiesz już? Czy mam ci wymieniać nazwisko tego, który był duszą całej tej kolosalnej afery, który zmontował intrygę i prowadził ją pomimo wojny, pomimo oporu własnych wspólników... Zastanów się, Patrycyuszu, sięgnij myślą w przeszłość... Przypomnij sobie, co ci opowiadała Koralia... Kto był jedynym prześladowcą, bandytą, morderca? Kto był tym demonem, który wyrządził tyle złego twojemu ojcu i matce Koralii, pułkownikowi Fakhi, Grzegorzowi, Ya-Bonowi, Vacherotowi, kto usiłował wymordować, zgnębić wszystkich, wmieszanych w tę tragiczna awanturę... Czuję, że już zaczynasz domyślać się!... Jeżeli jeszcze nie rozpoznałeś całej prawdy — to już ją odgadujesz... Przeklęte, nienawistne imię plącze się w twym mózgu... Maska opada z twarzy zbrodniarza, ukazując prawdziwe rysy... Masz go przed sobą... To on... to...

Kto pierwszy wymówił to imię?

Czy wyrzekł je don Luis całym zapałem niezłomnej pewności? Czy może Patrycyusz ze zdziwieniem i z powątpiewaniem?

— Essares bey... Essares bey...

— Tak! Essares bey! — podjął don Luis — Essares bey, człowiek, który zabił twego ojca — rzec można — dwa razy... Poraz pierwszy tam w pawilonie, gdzie wydarł mu szczęście i cel życia — a poraz drugi w ubiegłym tygodniu w chwili, kiedy telefonował do ciebie, aby nareszcie wyjawić ci tajemnicę!... Nie zdążył dokończyć!... biedny Armand Belval!... morderca tym razem wymierzył dobrze!...

Oczy Patrycyusza zabłysły złowrogim ogniem. Już się nie wahał. Essares-bey powinien umrzeć.

— Módl się — rzekł zimno — za dziesięć minut będziesz trupem!...

— Dobrze!... — wykrzyknął Essares, który wyprostował się nagle — zabij mnie!... Ale Koralia zginęła także i moje złoto ocalone!... Umrę, ale nie będziecie mieli ani złota ani Koralii!... Będziesz cierpiał, Patrycyuszu! będziesz palce własne gryzł z bólu!... Wszak kochałeś ją!... A Koralia nie żyje!... nie żyje!...

— Nie krzycz tak głodno, bo ją obudzisz!... — zauważył z niewzruszonym spokojem don Luis!...

Wypowiedział to takim głosem, jakby wygłaszał jakąś najprostszą w świecie uwagę.

A jednak wrażenie było piorunujące.

Szymon-Essares zachwiał się na nogach i opadł na fotel, Patrycyuszowi opadły ręce:

— Co pan powiada?!... Obudzi się ją?!...

— Cóż pana to tak dziwi?... Jeśli się krzyczy zbyt głośno, to można z łatwością obudzić osobę śpiącą...

— Więc Koralia nie żyje!...

— Umarłych niepodobna obudzić... Budzi się tylko żywych...

— Koralia żyje!... żyje!... I... może... jest tutaj nawet?...

— Naturalnie!... Ja nigdy nic nie robię połowicznie.

Otworzył drzwi prowadzące do korytarza, a potem drugie drzwi...

— Oto ona... Śpi, a pielęgniarka czuwa nad nią...

Patrycyusz drżał na całem ciele:

— Czy mogę na nią popatrzeć?

— Tylko z daleka. Ona potrzebuje spokoju, snu, wypoczynku. Niech panu to wystarczy, że żyje... Będzie zdrowa i zostanie panią Patrycyuszową Belval...

— O!... panie... panie...

— Tylko co do tego ostatniego punktu, drogi kapitanie, to jeszcze istnieje pewna przeszkoda... Bądź jak bądź — pani Koralia ma jeszcze męża...

Don Luis zamknął drzwi i przyprowadził Patrycyusza z powrotem do gabinetu.

— Oto przeszkoda, kapitanie — rzekł wskazując na Essaresa — masz pan rewolwer... Czyś się zdecydował?...

Patrycyusz stał bez ruchu, wpatrując się chciwie w człowieka, który mu tyle wyrządził złego. A jednak odparł:

— Ja go nie zabiję...

— To mąż Korali!...

— Właśnie dlatego...

Don Luis spojrzał z uznaniem na młodego oficera.

— Zacny z ciebie i prawdziwie honorowy człowiek, Patrycyuszu... Skrupuły twoje zaszczyt ci przynoszą... Nie chcesz go zamordować... ja również odczuwam wstręt do plamienia mej ręki krwią tego indywiduum... A zatem ten poczciwiec musi sam nam dopomódz...

Pochylił się nad Essaresem, któremu głowa opadła na poręcz fotelu.

Don Luis potrząsł nim brutalnie.

Essares jęknął:

— Złoto... moje złoto...

— A!... o tem myślisz, stary łotrze!... To cię interesuje!...

Wybuchnął śmiechem:

— Mogę cię dokładnie poinformować... worki ze złotem są w mojej kieszeni, naturalnie w przenośni, jakże bowiem 180 worków złota wpakować do kieszeni...

Gest protestu u Essaresa:

— Kryjówka...

— Kryjówka?!... nie istnieje dla mnie!... Jeżeli Koralia tu jest!... Wszak ukryłeś ją wśród worków złota... Cóż ci pozostaje teraz... Sadzę, że jedynie to cacko...

Podał mu rewolwer, który tamten pochwycił machinalnie i skierował przeciw Arseniuszowi. Ale ramię odmówiło mu posłuszeństwa.

— Widzisz! — rzekł Lupin — sumienie twoje buntuje się i nakazuje ci, abyś nie przeciwko mnie, ale przeciwko samemu sobie broń tę skierował... Essares!... co ci po życiu!... Odebrano ci tę, którą po swojemu kochałeś i złoto, które było twoim najwyższym ideałem!... A teraz co ci pozostaje: hańba, zgryzota, więzienie i gilotyna!... Czyż nie piękniej, nie lepiej wycofać się samemu, nie zmuszać nas, abyśmy cię w ręce władz oddali... Essares!... okaż się dżentelmenem!...

Essares opierał się z trudem przemożnej, przygniatającej go woli Arseniusza Lupin. Rozumiał dobrze, że Lupin ma racyę, że życie jego, Essaresa, niewarte już złamanego szeląga.

Zwolna podniósł rewolwer do skroni... Lecz gdy poczuł zimne dotknięcie stali — wzdrygnął się i ręka opadła bezwładnie.

— Co? boisz się?... Wstydź się, Essares!... Tyle razy zadawałeś śmierć innym, a teraz miałbyś stchórzyć, gdy chodzi o ciebie?! Ja cię zresztą bynajmniej nie namawiam do samobójstwa... Rób jak uważasz!... Ale pomyśl tylko — jedna chwila, a potem spokój, zapomnienie...

Essares znowu podniósł rękę z rewolwerem do skroni...

— Złoto straciłeś... Koralię także... Czyż nie lepiej uciec... Mały wysiłek... jedno pociągnięcie... jeden ruch palca...

Huknął strzał. Essares padł na podłogę twarzą do ziemi!...



ROZDZIAŁ IX.

NIECH SIĘ STANIE ŚWIATŁOŚĆ!

Wieczorem tego samego dnia Patrycyusz spacerował po wybrzeżu Passy, oczekując na Arseniusza Lupin, którego nie widział od chwili samobójstwa Essaresa. Don Luis naznaczył mu listownie rendez-vous na wybrzeżu.

Patrycyusz dumał:

— Czy on uwięzie ze sobą tajemnicę worków ze złotem? Czy wyjawi mi rozwiązanie problemu „złotego trójkąta”, A co zrobi on ze złotem? Czy zatrzyma je dla siebie? Ale w jaki sposób zdoła je zabrać ze sobą?

Od strony Trocadero nadjeżdżał automobil. Patrycyusz sądził, że to przybywa don Luis. Omylił się wszakże. Z auta wysiadł bowiem sędzia Desmalions.

— Jak się pan miewa, kapitanie? Stawiam się panu punktualnie na rendez-vous...

— O jakiem rendez-vous pan mówi?

— No o tem, które mi pan wyznaczył.

— Ja!... nic o tem nie wiem.

— O! — rzekł Desmalions — a cóżby to znaczyć mogło. Otrzymałem bowiem dzisiaj z Prefektury następujące zawiadomienie:

„Kapitan Belval donosi panu, że problem złotego trójkąta jest rozwiązany. 180 worków złota jest do pańskiej dyspozycyi. Zechce pan stawić się o godzinie 6-tej na wybrzeżu Passy. Pożądanem byłoby, aby panu towarzyszyło 20 agentów, którzyby obstawili dom Essaresa”. — Oto. wszystko. Czy to nie jasne?...

— Owszem, jasne — rzekł Patrycyusz — tylko, że ta wiadomość nie pochodziła odemnie.

— Od kogóż więc?...

— Od pewnego niezwykłego człowieka, który te wszystkie zagadki rozwiązał z taką łatwością, jakby to była szarada w piśmie dla dzieci...

— Gdzież ten człowiek?

— Przybędzie tutaj niezawodnie.

— Jego nazwisko?

— Nie mogę tego wyjawić.

— O! o!... W czasach wojennych niełatwo taki sekret zatrzymać przy sobie...

— O! bardzo łatwo, panie Desmalions!... Jeżeli się tylko zechce... — odezwał się głos.

Sędzia Desmalions i Patrycyusz obrócili głowy i zobaczyli pana w długiem czarnem palcie i wysokim kołnierzyku. W stroju tym wyglądał na anglikańskiego księdza.

— Oto przyjaciel, o którym panu wspomniałem... — rzekł Patrycyusz, który z pewną trudnością rozpoznał don Luisa — ocalił mi życie i mojej narzeczonej... Odpowiadam za niego...

Don Luis zaczął bez żadnych wstępów:

— Panie sędzio! pański czas jest cenny, mój również — ponieważ opuszczam Paryż dzisiaj wieczorem, a jutro Francyę, powiem panu tylko rzeczy najważniejsze! A zatem: nasz Ya-Bon nie żyje!... zginął w walce z nieprzyjacielem... Są jeszcze inne ofiary w tej sprawie... znajdzie pan zwłoki niejakiego Grzegorza, który w rzeczywistości nazywał się pani Mosgranem, — tu na tej barce, zwłoki dozorcy Amadeusza Vacherota w jakiemś mieszkaniu przy ulicy Guimarda Nr. 18 i wreszcie w klinice dra Geradeca zwłoki Szymona Diodokisa...

— Starego Szymona?

— Szymon odebrał sobie życie. Kapitan Belval udzieli wszelkich potrzebnych panu w tym kierunku informacyi... Przypuszczam, że po rozpatrzeniu tej sprawy, dojdzie pan do wniosku, że należy ją zatuszować!... Ale to wszystko drobiazgi wobec jądra rzeczy... Chodzi przedewszystkiem o złoto... Nieprawdaż?...

— Istotnie.

— Czy przyprowadził pan agentów ze sobą?

— Tak jest. Są już na posterunku.

— A teraz jeden warunek,... który musi być spełniony...

— Słucham... jakiż to...

— Jedno z mocarstw, które dotychczas pozostało neutralne, gotowe jest wystąpić czynnie przeciwko Niemcom, ale żąda pożyczki 300 milionów w złocie... Otóż żądam, aby te trzysta milionów, które ja znalazłem, zostały na ten cel przeznaczone i to bezzwłocznie!...

— Ależ panie, to kwestya, w której ani ja, ani pan rozstrzygać nie możemy!...

— Ja już rozstrzygnąłem!... Czy warunek przyjęty,?

— Niepodobna załatwić tego tak odrazu... Trzeba dłuższych pertraktacyi... czasu...

— Wystarczy pięć minut... powiedzmy sześć.

— Mój panie! mówi pan o rzeczach...

— Które znam lepiej niż ktokolwiek inny...

— Natkniemy się tutaj na przeszkody nie do pokonania... — zawołał sędzia Desmalions.

W tej chwili ktoś położył mu rękę na ramieniu. Ten ktoś wysiadł z automobilu i słyszał rozmowę. Był to mężczyzna już w podeszłym wieku o energicznej fizyognomii.

Rzekł on:

— Mój drogi Desmalions, zdaje mi się, że ujmujesz sprawę z niewłaściwego punktu widzenia.

— I ja tak sądzę, panie prezesie... — oświadczył don Luis.

— Ach! więc pan mnie zna?...

— Tak jest... wszak pan Valenglay... miałem już przyjemność...

— Istotnie... coś sobie przypominam, ale nie mogę sobie zdać dokładnie sprawy, kiedy i gdzie ja pana widziałem...

— Mniejsza o to... Przeszłość mało nas w tej chwili interesuje. Główna rzecz, że pan podziela moje zapatrywanie.

— Nie wiem, czy podzielam pańskie zapatrywanie, ale zdaje mi się, że w tym wypadku targ jest niemożliwy... Do interesu każdy musi wnieść coś swego... A my nie wnosimy... Tymczasem ten pan daje wszystko i mówi: „chcecie trzysta milionów w złocie? Jeśli chcecie — oto co musicie zrobić!... Jeśli nie, dowidzenia... czy tak przedstawia się sytuacya?...

— Tak panie prezesie — przyznał Desmalions.

— Czy możemy obejść się bez pana? Czy mą pan nadzieję znalezienia samodzielnie skrytki, w której znajduje się złoto... Poszukuje jej pan już od miesięcy...

Sędzia Desmalions odrzekł szczerze:

— Straciłem tę nadzieję kompletnie.

— A zatem?

Obracając się do don Luisa — pan Valenglay rzekł:

— Czy to było ostatnie pańskie słowo?

— Ostatnie.

— Jeśli się nie zgodzimy to... dowidzenia...

— W samej rzeczy.

— A jeśli zgodzimy się — kiedy odda nam pan złoto?

— Natychmiast.

— A zatem zgoda. Akceptujemy. Dzisiaj wieczorem dowie się o tem ambasador owego mocarstwa, o którem mowa.

— Mam pańskie słowo?!

— Daję panu słowo honoru.

— Porozumieliśmy się zatem.

— Tak jest. Proszę, mów pan.

Don Luis uśmiechnął się:

— Panowie przypuszczacie może, że wydobędę złoto przy pomocy różdżki czarodziejskiej albo zaprowadzę was do lochu, gdzie wykryty jest ten cenny kruszec... Te słowa „zloty trójkąt” mogły zmylić, wywołując wrażenie czegoś tajemniczego, fantastycznego, a tymczasem znaczyło to poprostu, że worki ułożone są w kształcie trójkąta.

— Gdzież jest to złoto?

— Tutaj.

— Jakto tutaj? co pan chce przez to powiedzieć?

— Że wystarczy, aby pan zanurzył swą laskę w tym oto pagórku z piasku, aby..

Tamci spojrzeli po sobie zdumieni.

— Widzicie panowie, takie to proste a tak niesłychanie trudne do odkrycia... Szuka się po piwnicach, lochach, studniach... A tymczasem taka niewinna kupka piasku, na której zasypia bezdomny włóczęga, gdzie dzieci bawią się, robiąc babki z piasku — ukrywa skarb... ukrywa wiernie od szeregu miesięcy... Człowiek, który wpadł na pomysł ukrycia tutaj złota — miał tęgą głowę.

Pan Valenglay skinął głową:

— Istotnie tęgą. Ale jest ktoś, co miał jeszcze tęższą...

— Któż taki?

— Ten, który odgadł, że właśnie w piasku ukryte jest złoto... To mistrz, przed którym chylę głowę...

Don Luis ukłonił się w milczeniu, dziękując za komplement.

— Doprawdy nie wiem, jak wynagrodzić pana za tę usługę oddaną Ojczyźnie...

— Nie żądam żadnej nagrody — rzekł don Luis.

— Bardzo pięknie z pańskiej strony. Ciekaw jestem jednak jaką drogą doszedł pan do rozwiązania zagadki złotego trójkąta? Może pan zajdzie do mojego biura — za godzinę...

— Niepodobna. Żałuję mocno, ale za pół godziny opuszczam Paryż.

— Ależ pan nie może tak odjechać?

— Dlaczegóżby nie?

— Ponieważ nie znamy pańskiego nazwiska... nie wiemy kim pan jest właściwie...

— To taka drobnostka...

— W czasach normalnych być może. Ale w czasie wojny — to rzecz niemożliwa.

— Może jednak dla mnie zrobicie wyjątek... Niechaj to będzie ową nagrodą, która mi się należy...

— Tej jednej nie możemy panu przyznać... Takie czasy, jak obecne, stawiają specyalne wymagania... I poddać się im musi każdy dobry obywatel państwa...

— Ja jednak nie zwykłem się im poddawać.

— Bardzo zła nawyczka — rzekł sucho, p. Valenglay — i musi się pan tego wyzbyć... Za godzinę oczekuję pana w ministerstwie. Sędzia Desmalions będzie panu towarzyszył. Dowidzenia panu.

Wypowiedziawszy to stanowczym tonem p. Valenglay ukłonił się grzecznie i udał się do swego automobilu razem z sędzią Desmalionsem.

— Bajeczny chłop!... Zaśmiał się don Luis — w przeciągu dwóch minut przyjął trzysta milionów w złocie, podpisał traktat historyczny i zarządził aresztowanie Arseniusza Lupin!...

— Jakto? — wykrzyknął Patrycyusz — kazał pana aresztować?!...

— Coś w tym guście — w każdym razie... stwierdzenie identyczności mej osoby... Zbadanie papierów, no i tak dalej...

— Ależ to niegodne!...

— To najzupełniej legalne... Pan Desmalions już zbiera swoich ludzi. Aby mu ułatwić wykonanie polecenia i uniknąć skandalu chodźmy nieco dalej w stronę „Nonchalante”... Tam będzie mu wygodniej wziąć mnie za kołnierz...

Patrycyusz zamyślony postępował za nim.

— Kapitanie — rzekł Lupin — jeśli kiedy będą przy panu źle mówili o Arseniuszu Lupin — niech pan stanie w jego obronie... Starzeję się... Zaczynam dbać o moją opinię... Ha!... ha! ha!... dyabeł w roli pokutnika!...

— Jest pan najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znam — oświadczył z zapałem Patrycyusz i genialnym w dodatku!... Niewiem, jak mam panu dziękować!...

— Niech pan nie dziękuje wcale. Sprawiło mi to ogromną przyjemność, że mogłem oddać panu i pani Koralii tę drobna przysługę... A przytem i ja chciałem coś zrobić dla ojczyzny...

Zbliżył się do barki.

— Wejdźmy — rzekł Arseniusz Lupin. Naprzeciw kabiny, w której leżały zwłoki Grzegorza, znajdowała się druga malutka kabina, której za całe umeblowanie starczył stół i prosty drewniany stołek.

Don Luis wysunął szufladę stołu i wyjął z niej list w kopercie.

— Kapitanie, oto list, który zechce pan oddać adresatowi...

— Chciałbym jednak wiedzieć, w jaki sposób pan doszedł do tego, że ten potwór nie był moim ojcem...

— Ach, to takie proste — uśmiechnął się Arseniusz Lupin — wcale nie było trzeba zbytniej przenikliwości, aby dojść do tego, że dawny Szymon Diodokis, który usiłował zbliżyć pana do Koralii, który przysłał panu klucz od furty ogrodowej i ten drugi Szymon, zbrodniarz i morderca, udający waryata — to dwaj różni ludzie...

— Ileż ja razy w szpitalu przechodziłem obok mego ojca, nie wiedząc, że to on... Biedny!... biedny mój ojciec!...

— Niech pan już przestanie myśleć o przeszłości, kiedy szczęśliwa przyszłość otwiera się przed panem... Proszę pozdrowić odemnie mateczkę Koralię, której nie miałem przyjemności właściwie poznać... I ona mnie nie zna. Może to i lepiej... Żegnam pana, kapitanie... A jeśliby pan kiedy potrzebował, gdyby trzeba było zdemaskować jakiegoś łajdaka, albo uczciwego człowieka wydobyć z matni, czy też rozwiązać jakaś zagadkę — służę panu zawsze. Postaram się, aby pan znał zawsze adres, na który można dopisać. Dowidzenia.

— Więc już musimy się rozstać.

— Tak jest. Słyszę głos pana Desmalionsa. Może pan wyjdzie mu naprzeciw.

Patrycyusz na mostku, łączącym łódź z wybrzeżem zetknął się z Desmalionsem.

— Czy pański przyjaciel jest tutaj?

— Tak. Ale pan nie zamierza chyba...

— Proszę się nie lękać. Nie zamierzamy mu uczynić nic złego. Przeciwnie.

Zeszli po schodach do kabiny, w której Patrycyusz zostawił don Luisa. Ale kabina była pusta.

— Gdzież on?! — zapytał sędzia Desmalions.

— Nie wiem — uśmiechnął się Patrycyusz — zniknął!...

— Ale którędy?

— Zapewne musi być tutaj jakieś tajemne wyjście... Może mój przyjaciel wydostał się stąd w łodzi podwodnej...

— Łódź podwodna w Sekwanie?!

— Dla mojego przyjaciela niema rzeczy niemożliwych!...

Zdumienie sędziego spotęgowało się jeszcze, gdy zobaczył na stole list zaadresowany do siebie.

Przerwał kopertę i przeczytał list następującej treści:

Łaskawy Panie!

Proszę mi wybaczyć mój pospieszny odjazd, ale zmuszają mnie do tego okoliczności. Sytuacya moja w samej rzeczy niezupełnie jest wyjaśniona, staram się jednak służyć Francyi na swój sposób, może nie najgorszy. Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze kiedy w życiu, a wówczas wytłomaczę panu pewne niezrozumiałe dzisiaj rzeczy... Będzie pan już wówczas — znam bowiem tajemne pańskie ambicye — prefektem policyi... Tymczasem proszę przyjąć zapewnienia mego najszczerszego szacunku”.

Sędzia Desmalions stał przez chwilę zamyślony z listem w ręku:

— Dziwny człowiek! Gdyby był zechciał powierzylibyśmy mu ważną misyę... To właśnie miałem mu zakomunikować...

Dziwny człowiek!... wie pan, on mi przypomina tego słynnego awanturnika, który wskutek nieszczęśliwej miłości rzucił się w przepaść ze skały w Capri...

— Któż to taki?...

— No wie pan... Lupin... Arseniusz Lupin!...


KONIEC.




Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.