FANDOM



Złoty Wulkan

Powieść fantastyczno-naukowa

(Le Volcan d’or)

Juliusz Verne i Michel Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: George Roux


'The Golden Volcano' by George Roux 01



CZĘŚĆ PIERWSZA.

'The Golden Volcano' by George Roux 03

I.

Wujaszek amerykański.

Dnia 17 marca 1898 r., listonosz dzielnicy Jacques-Cartier w Montrealu doręczył list w domu pod n-rem 29, zaadresowany do pana Summi Skima.

List był krótki. Znajdowały się w nim te wyrazy:

„Notaryusz Snubbin, załączając p. Summi Skim swoje najgłębsze uszanowanie, uprzejmie go prosi o niezwłoczne przybycie do jego biura, w sprawie dotyczącej ważnego interesu”.

Z jakiego powodu notaryusz wzywa p. Summi Skima? Ten ostatni, jak wszyscy zresztą mieszkańcy Montrealu, znał notaryusza Snubbina i wiedział, że to człowiek bardzo poważny, bez zarzutu, doskonały i pewny doradca. Kanadyjczyk z pochodzenia, posiadał w mieście biuro z wyrobioną opinią, świetnie prosperujące. Przed 60 laty było ono własnością znanego notaryusza Nika, którego nazwisko brzmiało właściwie, jako Hurona z urodzenia, Mikołaj Sagamory i który odegrał wybitną rolę patryotyczną w strasznej sprawie Morhaza, około r. 1837.

Summi Skim, wielce zdziwiony wezwaniem notaryusza Snubbina, natychmiast udał się do niego; po upływie półgodziny, już był na placu Bon-Secours i wchodził do biura notaryusza.

— Dzień dobry, panie Skim — przywitał go uprzejmie notaryusz — jestem na pańskie usługi.

— I ja również — rzekł Summi Skim, zasiadają przy biurku.

— Zjawiasz się pan pierwszy na wezwanie, panie Skim...

— Pierwszy, powiadasz pan, panie Snubbin? A zatem nie ja tylko zostałem wezwany?

— Taki sam list, jaki pan otrzymałeś, powinien był również otrzymać kuzyn pański, p. Ben-Raddl.

— W takim razie należało powiedzieć nie „powinien był otrzymać”, lecz „otrzyma” — rzekł Summi Skim — gdyż Ben Raddla obecnie w Montrealu niema.

— A prędko wróci? — zapytał notaryusz Snubbin.

— Za dwa lub trzy dni.

— Hm... to niedogodnie!

— Czy wiadomość, którą nam pan masz zakomunikować, jest pilna?

— W samej rzeczy — odparł notaryusz. — W każdym razie objaśnię pana jej treść, a pan będziesz łaskaw zawiadomić o tem kuzyna, po jego powrocie.

Notaryusz uzbroił oczy w okulary, odszukał pomiędzy gromadą papierów na biurku kopertę i wyjąwszy z niej list, zanim się zabrał do odczytania, zapytał:

— Jeżeli się nie mylę, to pan Raddl i pan, panie Skim, jesteście siostrzeńcami pana Jozeasa Lakosta?

— Nieinaczej. Matka moja i matka Ben-Raddla były jego siostrami, lecz z chwilą ich śmierci, która nastąpiła przed siedmiu czy ośmiu laty, wszelkie stosunki pomiędzy nami a wujem ustały. Rozłączyły nas sprzeczne interesy. Wuj opuścił wtedy Kanadę i udał się do Europy... Odtąd nie dawał wcale znaku o sobie, nie wiedzieliśmy i do dziś nie wiemy, co się z nim dzieje...

— Umarł, panie Skim — objaśnił notaryusz Snubbin. — Przed chwilą właśnie otrzymałem wiadomość o jego zgonie. Umarł 16 lutego.

Chociaż wszelkie stosunki pomiędzy Jozeasem Lakostem a jego siostrzeńcami były zerwane już dawno, mimo to wiadomość o jego śmierci zmartwiła Summi Skima. Kuzyn jego Ben-Raddl, jak również i on sam, nie mieli już rodziców, których byli jedynymi synami — teraz, po śmierci wuja, zostali zupełnie osieroceni. Myśl o tem stanęła przed oczyma Summi Skima. Kilka razy usiłowali się dowiedzieć, co się dzieje z wujem, przykro im bowiem było, że zerwał z nimi stosunki bez powodu. Wciąż jeszcze mieli nadzieję zobaczyć się z nim, zbliżyć się do niego i pojednać — śmierć oto zniweczyła tę nadzieję.

Jozeas Lakost, z natury stroniąc od ludzi, był jednak człowiekiem przedsiębiorczym. Opuścił Kanadę z zamiarem zdobycia majątku gdzieindziej, temu lat dwadzieścia. Będąc kawalerem, spodziewał się, przy pomocy różnych spekulacyj, powiększyć skromne środki utrzymania, jakie posiadał. Czy się nadzieje jego spełniły? Czy się zawiódł? A może, przy swojem ryzykownem usposobieniu, stracił nawet to, co posiadał? Czy siostrzeńcy jego, i zarazem jedyni spadkobiercy, otrzymają po nim puściznę i jaką?

Prawdę mówiąc — Summi Skim nigdy o tem nie myślał; widocznie i teraz o tem nie myślał, silnie wzruszony wiadomością o śmierci ostatniego z członków rodziny. Notaryusz Snubbin milczał, oczekując na zapytania klienta; był na nie przygotowany, jak również na objaśnienia.

— Panie Snubbin — odezwał się wreszcie Summi Skim — wuj nasz umarł 16 lutego?

— Tak jest, 16 lutego, panie Skim.

— Upłynęło już zatem 29 dni od jego zgonu?

— Nieinaczej. Tyle czasu trzeba było, ażeby wiadomość o tem do mnie się dostała.

— Wnosić z tego można, że wtenczas mieszkał w jakim odległym zakątku Europy? — zapytał Summi Skim.

— Ale nie, zupełnie mylne przypuszczenie...

To powiedziawszy, podsunął klientowi kopertę, na której łatwo można było dostrzedz stemple poczty kanadyjskiej, dodając z uśmiechem:

— Jesteście panowie, pan i kuzyn Ben-Raddl, sukcesorami prawdziwego wujaszka amerykańskiego. Teraz trzeba tylko wyjaśnić, czy ów wujaszek posiadał wszystkie klasyczne przymioty wujaszków amerykańskich.

— A więc — mruknął Summi Skim — mieszkał w Kanadzie, a myśmy o tem wcale nie wiedzieli.

— Nieinaczej, w Kanadzie — potwierdził notaryusz — lecz w najodleglejszej miejscowości, prawie na samej granicy, oddzielającej nasz kraj od amerykańskiej Alaski. Komunikacya z tą miejscowością trudna, wiadomości stamtąd dążą bardzo długo.

— Przypuszczam, że to Klondyke, panie Snubbin?

— Właśnie. Wujaszek pański osiadł przed dziewięcioma miesiącami w Klondyke.

— Przed dziewięcioma miesiącami! — powtórzył Summi Skim. — I przejeżdżając przez Amerykę, udając się do okręgu z pokładami złota, nie pomyślał nawet zajrzeć do Montrealu, ażeby uścisnąć dłonie swoich siostrzeńców!...

— Cóż pan chcesz, drogi panie Skim? — odparł notaryusz. — Widocznie szanowny Jozeas Lakost bardzo się spieszył do Klondyke, jak spieszą tam całe tłumy — że tak się wyrażę — chorych, zarażonych gorączką złota, która wielu, bardzo wielu unieszczęśliwia i do rozpaczy nawet prowadzi. Ze wszystkich stron świata dążą do owych ponętnych pokładów całe rojowiska ludzi... Po Australii — Kalifornia. Po Kalifornii Transwaal. Po Transwaalu — Klondyke. Po Klondyke — znów się znajdą jakie inne złotodajne pokłady i w ten sposób epidemia chciwości będzie miała swój cel zawsze, do końca świata, a raczej do zupełnego wyczerpania się wszystkich pokładów złota.

Następnie notaryusz Snubbin zawiadomił Summi Skima o wszystkiem, co sam wiedział w danej sprawie. Rzecz się tak miała. W początku r. 1897, Jozeas Lakost przybył do Dauson, stolicy okręgu Klondyke. Miał on z sobą wszystko, co potrzebuje poszukiwacz złota. Począwszy od lipca 1895 r., t. j. z chwilą odkrycia złota w Gold-Bottom, dopływie Huntera, uwaga powszechna zwróciła się na tę miejscowość. W roku następnym zjawił się tam i Jozeas Lakost, zamierzając nabyć za ostatnie pieniądze, jakie posiadał, jakikolwiek dział pokładów. Jakoż w kilka dni po przyjeździe, był już posiadaczem działu z n-rem 129, znajdującego się na rzece Forty Miles Creeks, stanowiącej dopływ Yukonu, głównej arteryi wodnej Kanady i Alaski.

— Jak się zdaje — kończył opowiadanie notaryusz — ów dział, sądząc z tego, co mi pisze gubernator Klondyka, nie dał jeszcze rezultatów, na jakie rachował szanowny Jozeas Lakost. W każdym razie nie jest on jeszcze widocznie wyczerpany i gdyby wujaszek pana nie umarł, to może osiągnąłby z niego spodziewane korzyści.

— Okazuje się więc, że wuj nie wskutek nędzy umarł? — zapytał Summi Skim.

— Zdaje się, że nie — odparł notaryusz — przynajmniej list o tem wcale nie wspomina. Powodem jego śmierci był tyfus, tak niebezpieczny w tamtejszym klimacie, który też tam wiele, bardzo wiele ofiar zabiera. Uczuwszy się chorym, porzucił kopalnię, udał się do Dauson i tam umarł. Ponieważ wiedziano, że urodził się w Montrealu, więc gubernator tamtejszy zażądał ode mnie, ażebym odnalazł krewnych p. Lakosta i zawiadomił ich o jego śmierci, Ben Raddl i pan, panie Skim, nazbyt dobrze jesteście znani w Montrealu, a przytem posiadacie tak dobrą opinię, żem się ani przez chwilę nie mógł wahać i niezwłocznie obu was wezwałem do mego biura, z celem zaznajomienia was z testamentem zmarłego, na waszą korzyść uczynionym.

— Testament na naszą korzyść... — powtórzył Summi Skim i uśmiechnął się ironicznie, przyszło mu bowiem na myśl, że wuj jego w niezbyt świetnych znajdował się warunkach materyalnych. Któż nie zna ciężkich kolei losu znacznej większości poszukiwaczów złota? Być może, iż wuj Lakost cały swój kapitał włożył w niepewny interes, nabywszy w dodatku kopalnię za cenę po nad jej wartość, co się przecież często zdarza... A może zadłużył się jeszcze prócz tego?

Pomyślawszy w ten sposób, odezwał się:

— Panie Snubbin, przypuścić można, że wuj nasz pozostawił swoje interesy w stanie zawikłanym... W takim razie — a mówię to także w imieniu mego kuzyna Raddla — nie pozwolimy, aby na nazwiskach naszych matek miała pozostać jakakolwiek skaza. Jeżeli się okaże potrzeba ofiar materyalnych, poniesiemy je chętnie. Dlatego trzeba będzie jak najprędzej się dowiedzieć o stanie interesów nieboszczyka.

— Pozwól drogi panie, że ci przerwę — rzekł notaryusz. — Znając cię, nie dziwię się bynajmniej twemu szlachetnemu porywowi. Nie sądzę jednak, żeby owe ofiary, o jakich wspominasz, okazały się potrzebnemi. Chociaż wujaszek prawdopodobnie majątku w gotowiźnie nie zostawił, trzeba wszakże pamiętać, że był właścicielem pokładu Forty Miles Creeks, wartość zaś onego w zupełności wystarczy na pokrycie wszystkich długów zmarłego, jeżeli one wogóle istnieją. Posiadłość ta jest obecnie własnością pana i kuzyna pańskiego, Ben Raddla, jako najbliższych spadkobierców Jozeasa Lakosta. Notaryusz nadmienił, że trzeba jednak działać z pewną ostrożnością. Spadek należy przyjąć tylko w takim razie, jeżeli będzie można osiągnąć z niego jaką korzyść. Spadkobiercy, zanim zdecydują się ostatecznie, powinni rozejrzeć się w aktywach i pasywach.

— Niezwłocznie zajmę się tą sprawą, panie Skim —zapewnił jeszcze notaryusz — postaram się o wszelkie dane... W każdym razie... kto wie... Pokład, chociaż dotychczas nic jeszcze nie dał, zawsze jest pokładem, to znaczy, że wciąż pozostaje losem loteryjnym: „Jedno szczęśliwe zagłębienie rydla wystarczy, ażeby napełnić kieszenie po same brzegi”, jak mówią poszukiwacze złota.

— Rzecz tedy ułożona, panie Snubbin — rzekł Summi Skim. — Jeżeli kopalnia wujaszka posiada jaką wartość, postaramy się ją sprzedać jak najkorzystniej.

— Słusznie — potwierdził notaryusz. — Mam też nadzieję, że kuzyn pański będzie tego samego zdania.

— Ja również tak mniemam — rzekł Summi Skim — bo przecież ani przypuszczam, żeby Ben Raddlowi zachciało się eksploatować kopalnię na własne ryzyko.

— Kto wie, panie Skim? Szanowny Ben Raddl jest inżynierem... Hm... to człowiek przedsiębiorczy i ryzykowny... może uledz pokusie... Gdyby się dowiedział, naprzykład, że pokład nieboszczyka wujaszka znajduje się w dobrem położeniu...

— Ależ zaręczam, panie Snubbin, że ani mu przez myśl przejdzie go zbadać! Zresztą powróci za dwa lub trzy dni, wówczas naradzimy się z nim, potem zwrócimy się do pana z prośbą, abyś zechciał zająć się sprzedażą kopalni jak najkorzystniej, — lub też, ażebyś pospłacał długi nieboszczyka.

'The Golden Volcano' by George Roux 04

To powiedziawszy, Summi Skim opuścił biuro notaryusza, obiecując zjawić się za dwa lub trzy dni i wrócił się do domu przy ulicy Jacques-Cartier, w którym mieszkał wraz ze swym kuzynem.

Summi Skim był synem Anglika, matka zaś jego była Francuzką z Kanady. Rodzina jego przybyła do Ameryki w czasie wojny 1759 r. i osiedliła się w południowej Kanadzie, w Montrealu, objąwszy w posiadanie znaczne obszary lasów, pól pod uprawę i pastwisk. Obszary te stanowiły główną część jej majątku.

W danej chwili Skim liczył 32 lata. Więcej niż średniego wzrostu, twarz i wogóle powierzchowność miał przyjemną, a postać wyrażała zdrowie i siłę, co stanowi zwykłą cechę osadników, pędzących pracowity żywot rolniczy. Oczy jego, ciemno - niebieskie, patrzyły na świat i ludzi ze spokojem uczciwości; jasna broda okalała jego oblicze. Słowem Summi Skim był typowym przedstawicielem tak sympatycznej rasy Francuzów-Kanadyjczyków.

'The Golden Volcano' by George Roux 06
'The Golden Volcano' by George Roux 05

Utrzymywał się z dochodów, jakie mu przynosiły jego posiadłości, żył wygodnie, bez trosk i kłopotów, nie różniąc się zresztą od ogółu dżentlementów-fermerów, zamieszkujących tę najdogodniejsze warunki posiadającą część Kanady. Majątek jego, jakkolwiek nie nadzwyczajny, pozwalał mu jednak zadawalać w zupełności wszelkie jego potrzeby, zresztą wcale skromne i bynajmniej nie zmuszał go do prób zwiększenia dochodów. Szczególny amator rybołóstwa, miał do rozporządzenia całą sieć dopływów i małych rzeczułek basenu Ś-go Wawrzyńca, nie licząc w to jezior, w które ta część Ameryki szczególniej obfituje. Był także miłośnikiem polowania, a upodobaniu temu aż nadto wystarczały rozległe lasy i równiny, pełne rozmaitej zwierzyny, zajmujące znaczną większość przestrzeni tej części Kanady.

Dom, będący spólną własnością obu krewniaków, nie odznaczał się urządzeniem zbytkownem, posiadał jednak wszystko, co potrzeba do wygodnego i spokojnego życia. Odznaczał się nawet pewnym komfortem. Wznosił się w jednej z zaciszniejszych dzielnic Montrealu, zdala od przemysłowego i handlowego ogniska miasta. Tu obadwaj spędzali surowe zimy kanadyjskie, a chociaż ta część Nowego Świata położeniem odpowiada środkowej Europie, gdzie zima bywa zwykle łagodna, bawiąc wszakże w mieście, z niecierpliwością oczekiwali powrotu lata.

Zima w Kanadzie sroży się dlatego, ponieważ straszliwe wichry, nie zatrzymywane przez naturalne przeszkody w postaci gór, oraz niemniej gwałtowne burze śnieżne, pędzące ze stref polarnych, szaleją tam z niezwykłą zawziętością.

Summi Skim mógł łatwo w Montrealu, który od r. 1843 stał się rezydencyą rządu, znaleźć sposobność uczestniczenia w sprawach publicznych; lecz przenosząc swobodę zupełną nad wszystko, lekceważył świat urzędowy, nienawidził polityki i trzymał się o ile możności zdaleka od sfery miejscowych działaczy. Przytem chętniej ulegał władzy pozornej niż rzeczywistej Wielkiej Brytanii i nigdy do żadnego ze stronictw kanadyjskich nie należał. Słowem był to filozof, miłujący spokój i swobodę w życiu, daleki od wszelkich ambicyj i wywyższeń.

W ten sposób zapatrując się na życie, był wrogiem wszelkich zmian w raz ułożonym jego trybie; każda, najmniejsza zmiana sprawiała mu niewypowiedzianą przykrość. Oczywiście, że ów filozof, przy takiem usposobieniu, nigdy nie pomyślał o małżeństwie. Zamiar ożenienia się i teraz, w trzydziestym drugim roku życia, nie przychodził mu wcale do głowy. Gdyby matka go nie osierociła, może zdobyłby się dla niej na ofiarę ze swej swobody kawalerskiej — wiadomo bowiem, jak kobiety gorąco pragną wnucząt i jak je kochają. Gdyby się to stało, wówczas żona jego z pewnością podzielałaby wszystkie jego upodobania. Wśród mnóstwa rodzin kanadyjskich, posiadających często po dwa tuziny i więcej potomstwa, znalazłby niewątpliwie bez wielkiego mozołu, w mieście lub na wsi, jaką skromną, zdrową panienkę, odpowiednią dla niego na żonę. Lecz pani Skim umarła temu lat pięć, w trzy lata po zgonie męża, i odtąd można się było założyć bez żadnej obawy przegrania, że nigdy zamiar małżeństwa nie zamąci spokoju duszy jej syna.

Corocznie, z chwilą, gdy surowy klimat tego kraju stawał się łagodniejszym, gdy wcześniej wschodzące słońce zapowiadało powrót wiosny, Summi Skim opuszczał swój dom przy ulicy Jacques Cartier i udawał się do swej fermy, noszącej nazwę Zielona Ustroń, położonej o 20 mil od Montrealu, w kierunku północnym, na lewym brzegu rzeki Ś-go Wawrzyńca. Tam prowadził życie sielskie, zajmował się gospodarstwem rolnem, przerywanem corocznie wskutek ostrej zimy, podczas której zamarzały wszystkie rzeki, a pola okrywał biały kobierzec śniegu. Zbliżał się wówczas do swoich dzierżawców-osadników, dzielnych, uczciwych, pracowitych ludzi, pozostających od pół wieku w stosunkach z jego rodziną. Kochali go oni szczerze, całą duszą byli przywiązani do dobrego dziedzica, zawsze przystępnego, zawsze dla nich usposobionego życzliwie, odznaczającego się zacnym charakterem, zawsze gotowego do udzielania im pomocy, nawet z uszczerbkiem korzyści własnej. To też oczekiwali go oni zawsze z niecierpliwością, witali radośnie, a żegnali z prawdziwym żalem.

Zielona Ustroń przynosiła 30.000 franków dochodu rocznego, który obaj krewniacy dzielili na dwie równe części bez żadnych sporów, gdyż zarówno domem w Montrealu, jak i ową posiadłością wiejską, władali spólnie. Ferma, oprócz urodzajnych, starannie uprawianych gruntów, posiadała rozległe, żyzne pastwiska, na których pasły się liczne stada bydła; dochody z roli, pastwisk i z hodowli bydła znacznie się zwiększały przez korzyści, otrzymywane ze wspaniałych lasów, okrywających do dziś jeszcze przestrzenie Kanady, a zwłaszcza jej część wschodnią. Budynki gospodarskie fermy, t. j. spichrze, stodoły, składy materyałów i narzędzi rolniczych, stajnie, obory, były wzniesione trwale i gruntownie, zaopatrzone we wszelkie udogodnienia i ulepszenia kulturalne.. Przy wjeździe do fermy, wśród silnego ogrodzenia, obsadzonego rozłożystemi drzewami, wznosił się dom właścicieli, w którym praktyczność i wygoda łączyły się z dobrym smakiem i wytwornością.

W takiej oto miejscowości Summi Skim spędzał najlepsze dni swego życia i tam też zjawiał się na kilka dni wypoczynku zawsze spieszący się gdzieś Ben Raddl. Pierwszy z nich nie zamieniłby swej fermy na najwspanialsze rezydencye amerykańskich miliarderów. Zadawalała ona wszelkie jego potrzeby, więc nie myślał on wcale o jej rozszerzeniu, ani o jej upiększeniu, poprzestając na darach otaczającej ją natury. Tu dni spędzał na polowaniu, a noce na spokojnym wypoczynku.

Contentus sua sarte — tej zasady odwiecznej, będącej wyrazem mądrości życiowej, trzymał się Summi Skim, ziemia bowiem, którą wyzyskiwał rozumnie i planowo, przynosiła mu aż nadto wystarczające na utrzymanie dochody. Nie ruinował swego majątku, ale też nie myślał o jego powiększeniu. Za nic na świecie nie odważyłby się na jakiekolwiek z tych niezliczonych przedsiębiorstw, które się roją w energicznej i ruchliwej Ameryce, oddychającą zda się wyłącznie handlowemi i przemysłowemi spekulacyami, kolejami żelaznemi, bankami, kopalniami, stowarzyszeniami okrętowemi i tym podobnemi interesami. Nie! Mądry ten i spokojny człowiek czuł wstręt do wszystkiego, cokolwiek było połączone z ryzykownością, a nawet wprost z wypadkowością. Być narażonym na zmienność stanu rzeczy, na kaprys wypadku, czuć się niewolnikiem wszelkiego rodzaju niespodzianek, których ani przewidzieć, ani którym zapobiedz nie można, budzić się rankiem, aby rozmyślać i dociekać: czy dziś jestem biedniejszy, czy też bogatszy niż wczoraj: wszystko to budziło w nim odrazę niepokonaną. Zaprawdę — wolałby nigdy nie zasypiać, albo nigdy się nie budzić.

W tem właśnie dwaj krewniacy zasadniczo różnili się między sobą. Byli oni synami dwóch sióstr rodzonych, w żyłach ich płynęła część krwi francuskiej: to nie ulegało wątpliwości. Lecz ojciec Summi Skima był Anglikiem, gdy ojciec Ben Raddla był Amerykaninem , pomiędzy zaś Anglikami a Jankesami zachodzi różnica, istnieje rozbieżność, która z biegiem lat coraz się zwiększa. Dżonatan i Dżon Bull, nawet krewniacy, mimo to stoją od siebie daleko; pokrewność ich z każdym rokiem słabnie i kiedyś zniknie zupełnie.

Czy rozbieżność ową spowodowała różnica pochodzenia, czy też inne przyczyny wywołały sprzeczność ich charakterów — nad tem zastanawiać się nie będziemy; stwierdzimy tylko, że krewniacy nasi, chociaż postanowili nigdy się z sobą nie rozstawać, posiadali jednak nietylko odmienne upodobania, ale także odmienne usposobienia i temperamenty.

Ben Raddl, niższy wzrostem, brunet, młodszy o cztery lata od Skima, zupełnie inaczej zapatrywał się na życie. Jeden z nich zadawalał się stanowiskiem rolnika i gorliwie zajmował się uprawą ziemi; drugiego pociągały spekulacye i spółczesny ruch przemysłowy. Był on inżynierem i już należał do kilku tego rodzaju przedsiębiorstw, w których Amerykanie usiłują prześcignąć wszystkie narody, zwłaszcza pod względem śmiałości pomysłów i prawdziwego zuchwalstwa w ich wykonaniu. Jednocześnie pragnął zdobyć majątek, zostać bogaczem i to nie w zwykłem pojęciu wyrachowanych przedsiębiorców, lecz marzył o miliardach amerykańskich. Bajeczne fortuny Huldów, Astorów, Wanderbildtów, Rokfelerów, Karnedżich, Morganów nie dawały mu spokoju. Marzył o nadzwyczajnych wypadkach, dzięki którym można w przeciągu dni kilku stanąć na szczycie Kapitolu, zapominając o tem, że te same wypadki mogą jednostkę nazbyt zuchwałą zrzucić ze skały Tarpejskiej w przepaść zguby. Dlatego, gdy Summi Skim w życiu swojem ograniczał miejsce swego zamieszkania na dwóch tylko punktach, Montrealu i Zielonej Ustroni, nie wyruszając po za nie wcale: Ben Raddl wiele już razy objechał Stany Zjednoczone, przepłynął ocean Atlantycki, zwiedził część Europy, lecz dotychczas jeszcze nie zdołał uchwycić — jak to mówią: „szczęścia za czuprynę.“ Teraz wrócił właśnie z takiej wycieczki za ocean po Złote Runo, a ponieważ i ta okazała się, również, jak i poprzednia, bezowocną, więc z gorączkowym niepokojem, nerwowo, rozpatrywał się na wszystkie strony, poszukując jakiego kolosalnego przedsiębiorstwa, w którem uczestnicząc, mógłby nareszcie cel upragniony osiągnąć.

Owa sprzeczność dążeń i upodobań niezmiernie martwiła Summi Skima. Wciąż drżał z obawy, ażeby go brat cioteczny nie porzucił nazawsze, lub — co byłoby gorzej, żeby, dawszy się oplątać jakiej pokusie spekulacyjnej, nie stracił dostatniego mienia, które zapewniało im obu niezależne i zupełnie wygodne istnienie.

Z powodu tej obawy, pomiędzy krewniakami często wynikały dość żywe rozprawy.

— Powiedzże mi nareszcie, mój drogi Benie — zapytywał wówczas Summi — do czego prowadzą wszelkie owe wysiłki mózgu nad tem, co ty nazywasz „wielkim interesem”?

— Oczywiście — brzmiała odpowiedź Bena — prowadzą do tego, żeby zostać bogatym, bardzo, bardzo bogatym.

— Ależ na Boga, co ci przyjdzie z nadzwyczajnego bogactwa? Nie potrzeba go nam przecież do szczęścia w Zielonej Ustroni. Cobyś naprzykład robił, zyskawszy miliardy?

— Prowadziłbym jeszcze większe przedsiębiorstwa.

— W jak im celu?

— W celu zgromadzenia jeszcze więcej złota na jeszcze większe spekulacye.

— To znaczy, że dążyłbyś nieustannie w tym kierunku?

— Nieinaczej.

— Rozumie się, aż do śmierci? — odzywał się wtedy Skim.

— Tak jest, aż do śmierci — odpowiadał poważnie, z zimną krwią Ben Raddl.

Ta odpowiedź wyczerpywała ostatecznie cierpliwość Skima, wzruszał ramionami i głową wstrząsał, a na twarzy jego zjawiał się wyraz głębokiego rozgoryczenia.



II.

Summi Skim mimowoli ulega kaprysom Bena.

Wróciwszy od notaryusza, Summi Skim poczynił konieczne zarządzenia z powodu śmierci Jozeasa Lakosta: zawiadomił o tym wypadku przyjaciół i zamówił nabożeństwo żałobne w kościele.

Co do interesów pieniężnych zmarłego, musiał się jeszcze porozumieć z notaryuszem Snubbinem, uprzednio naradziwszy się z Ben Raddlem; do notaryusza jednak mógł się zwrócić dopiero wówczas, gdy ten otrzyma odpowiedź na swoje telegraficzne zapytanie o tem, jak się przedstawia spadek.

Ben Raddl wrócił do Montrealu dopiero po pięciu dniach, t. j. dnia 2-go marca rano, zabawiwszy w Nowym Jorku około miesiąca, gdzie spólnie z innymi inżynierami rozpatrywał kolosalny projekt budowy mostu przez zatokę Hudsona, pomiędzy stolicą Stanów Zjednoczonych i New-Jerseyem.

Ben Raddl zajął się tą sprawą z zapałem rozmiłowanego w swoim zawodzie inżyniera. Lecz okazało się, że budowa mostu nie mogła się rozpocząć tak prędko. Dzienniki szeroko się o niej rozpisywały, rozważały ją wszechstronnie, analizowały wszelkie szczegóły projektu i ostatecznie przyszły do wniosku, że do robót można było przystąpić dopiero po upływie roku, jeżeli nie dwóch lat. Dlatego Ben Raddl postanowił wrócić do rodzinnego miasta.

Nieobecność jego wydała się Summi Skimowi nieskończenie długą. Jakże żałował, że nie może nakłonić krewniaka do podzielania jego zasad, do pokochania życia spokojnego i bez troski! Przedsiębiorstwo rzucenia mostu przez zatokę Hudsona wielce go niepokoiło. Jeżeli Ben Raddl zapisze się na listę jego uczestników, to może go ono zatrzymać w Nowym Jorku długo, całe nawet lata, a wówczas Summi Skim będzie musiał pędzić życie samotnie i w Montrealu i w Zielonej Ustroni.

Natychmiast po powrocie inżyniera, krewniak zawiadomił go o śmierci wujaszka Jozeasa w Dausonie, jak również o tem, że jedynym spadkiem po zmarłym, była kopalnia złota Nr. 129 w Klondyku, na brzegu rzeki Forty Miles Creek.

Usłyszawszy nazwę miejscowości, tak głośnej wówczas, inżynier żywo się poruszył. Widocznem było, że wiadomość o możliwości stania się właścicielem istotnie złotodajnego gruntu wywarła na nim silne wrażenie. Co o tem myślał — z tem się na razie nie wypowiedział. Będąc przyzwyczajony do zbadania przedewszystkiem danej sprawy, musiał ją naprzód objąć, zastanowić się nad nią. Doba jedna wystarczyła mu na to; zestawiwszy wszelkie za i przeciw, nazajutrz rano, w czasie śniadania, wprost zgorszył Skima niespodziewaną z jego strony zaczepką:

— Należałoby nam, kochany bracie, pomówić o owym Klondyku.

— Dlaczego nie? Aby nie za wiele.

— To zależy. Kto wie jednak, Summi, czy nie przyjdzie nam w samej rzeczy dużo o tem mówić.

— Jestem na twoje usługi, drogi Benie.

— Notaryusz nie zakomunikował ci szczegółów, co do praw własności kopalni Nr. 129.

— Nic mi o tem nie wspominał — odparł Summ i Skim — a ja ze swej strony nie uważałem za potrzebne dopytywać go o to.

— Doskonale cię charakteryzuje ta obojętność, mój nieoceniony, dobry Summi! — zawołał, śmiejąc się, Ben Raddl.

— Dlaczego miałem go trudzić pytaniami? — rzekł Skim. — Sądzę, że nie warto przejmować się tą sprawą. Mamy tu do czynienia z rzeczą bardzo prostą i jasną: jeżeli spadek ów posiada jakąkolwiek wartość, wówczas zlikwidujemy go w najkorzystniejszy dla nas sposób; w przeciwnym razie, jeżeli żadnej wartości nie posiada, co jest, zdaniem mojem, więcej prawdopodobne, nie będziemy się wcale o niego troszczyli.

— Masz słuszność — potwierdził Ben Raddl. — Gorączkować się nie należy... Z tego rodzaju kopalniami nigdy nie można być pewnym... Zdaje ci się oto, że są zupełnie wyczerpane, a jednak pozór myli i jedno zagłębienie łopaty w ziemię wystarczy do zdobycia kolosalnego majątku.

Słuchając tych słów Bena, Summi Skim uczuł niepokój.

— Co do tej kwestyi, drogi Benie — rzekł z pewnem już zdenerwowaniem — lepiej od nas rozstrzygnąć ją będą mogli ludzie, którzy szukają szczęścia w owych okrzyczanych kopalniach Klondyka. Jeżeli pokład Forty Miles Creek ma jakąkolwiek wartość, to, powtarzam, postaramy się go pozbyć z możliwie największą dla nas korzyścią; przemawia za tem ta okoliczność iż jest rzeczą bardzo wątpliwą, aby wujaszek Lakost miał umrzeć właśnie w przeddniu zdobycia milionów...

— W tem sęk i tę zagadkę należy rozwiązać — przerwał Ben Raddl. — Zawód poszukiwacza złota często spotyka takie niespodzianki... Tu w każdej chwili można oczekiwać uśmiechu ślepej Fortuny. Sam dobrze wiesz o tem, że pomiędzy poszukiwaczami złota są i tacy, którzy wcale się nie skarżą na los.

— Takich znajdzie się jeden na stu, na tysiąc, na sto tysięcy ludzi, a i te wyjątki owo rzekome szczęście zdobywają zwykle za cenę ciężkich przejść, trudów, zmartwień, a nawet długiej nędzy.

— Wszystko to frazesy, Summi, tylko frazesy. Nie mam bynajmniej zamiaru walczyć z pięknemi słówkami, przytaczam przecież stwierdzone fakty.

Summi Skim, domyślając się, dokąd zmierza Ben Raddl, usiłował go istotnie zniechęcić nawet przy pomocy banalnych frazesów.

— Mój drogi — podjął — powiedz, czy majątek, jaki nam zostawili rodzice, nam nie wystarcza? Czy dochody, otrzymywane z niego, nie zapewniają nam wygód i niezależności? Jeżeli o tem wspominam, to dlatego, iż spostrzegam, że do tej sprawy przywiązujesz nazbyt wiele wagi. No, przyznaj: czy nie jesteśmy dość bogaci?

— Człowiek nigdy nie jest dostatecznie zamożnym, zwłaszcza, jeżeli ma sposobność do zdobycia większej zamożności — odparł Ben Raddl.

— Lecz czy bogactwo nie bywa czasem ciężarem, Benie? Spojrzyj na naszych miliarderów: mają oni przynajmniej tyle kłopotów, ile posiadają milionów, a niektórym więcej trudu i zmartwienia przyczynia utrzymanie majątku, niż zdobycie go przyczyniło.

— Piękna to rzecz i szacowna filozofia, mój Summi, ale nie należy jej nadużywać. Zresztą nie przypisuj mi tego, o czem ani wspomniałem. Wcale się nie spodziewam znaleźć w pokładach wuja Jozeasa całych korcy złota; mam tylko zamiar je zbadać.

— Oczywiście, drogi Benie, że uczynimy to i daj Boże, aby nie okazała się potrzeba regulowania zawikłanych interesów wujaszka, ze względu na utrzymanie nieskalanej opinii naszej rodziny. Napomknąłem nawet panu Snubbin, iż w danym razie niezawodnie to uczynimy.

— Dobrześ zrobił, Summi — przerwał Ben Raddl. — Zdaje mi się jednak, że możemy się nie martwić z góry o to, co prawdopodobnie nas nie spotka. Gdyby wuj miał długi, to wierzyciele dawnoby już do nas drogę znaleźli. O to bądź spokojny. Pomówmy lepiej o Klondyku. Zapewne ci wiadomo, że te kopalnie są mi znane. Chociaż wyczerpywać je zaczęto dopiero dwa lata temu, mimo to zdążyłem przeczytać wszystko, co tylko napisano o bogactwach tej miejscowości, tak, że mogę nawet opowiedzieć ci o nich rzeczy, które również ciebie mogą zainteresować, człowieka tak wogóle obojętnego na tego rodzaju marności świata. Otóż, po odkryciu złota w Australii, Kalifornii i Ameryce południowej, można było przypuścić, że na kuli ziemskiej niema już więcej pokładów tego kruszcu. Tymczasem w tej części Ameryki północnej, gdzie my mieszkamy, na granicy Alaski i Kanady, wypadek naprowadził na ślad nowych pokładów. Co więcej — te obszary Ameryki zdają się być pod tym względem uprzywilejowanemi. Pokłady złota znajdują się nietylko w Klondyku, ale także w Ontario, Miczipikotenie, w Kolumbii angielskiej, gdzie się już utworzyły potężne stowarzyszenia, jak Uor Igle, Standart, Sulliwan Grup, Alchabarka, Ferm, Syndykat, Saint-Paul, Karibu, Dir-Treel, George-Reide i wiele innych. Akcye ich stoją bardzo wysoko i pewnie. O kopalniach srebra, miedzi, żelaza i węgla już nie wspominam. Co do samego Klondyka, to weź pod uwagę, Summi, jak wielki obszar zajmują tamtejsze pokłady... Mają 250 kil. długości i 40 szerokości — a to tylko w granicach Kanady, nie mówiąc o pokładach Alaski. Jak wielkie to pole dla działalności człowieka! Być może, na całym świecie niema tak rozległego terenu dla niej — i to terenu prawie na powierzchni ziemi! Kto wie, czy wydajność tych pokładów obliczać się będzie nie w milionach, lecz w miliardach...

Długoby jeszcze Ben Raddl rozwodził się na ten temat, gdyby mu Summi Skim nie przerwał napomknieniem:

— Widzę, drogi Benie, że opanowała cię już gorączka...

— Mnie gorączka?

— Gorączka złota, jak wielu innych, która niestety trawi człowieka bez przerwy, a którą chininą usunąć niepodobna.

— Uspokój się, drogi Summi — odparł ze śmiechem Ben Raddl — mój puls uderza jak najregularniej; a przytem nigdy bym sobie nie darował, gdybym miał narazić twoje wspaniale zdrowie przez stosunek z dotkniętym gorączką.

— Jestem przecież zabezpieczony — odparł również tonem żartobliwym Summi Skim. — Lecz chyba nie mylę się, z żalem spostrzegam objawy tej niebezpiecznej choroby: zapalasz się, pozwalasz się unosić niemogącym się ziścić mrzonkom, które, niestety! mogą sprowadzić fatalne następstwa...

— Skąd ci coś podobnego do głowy przyszło? — przerwał Ben Raddl. — Mówiliśmy przecież tylko o zbadaniu rzeczy, w celu osiągnięcia z niej możliwych korzyści? Ty przypuszczasz, że wuj nasz nie miał szczęścia w swoich interesach. Wprawdzie być może, iż pokład Forty Miles Creek dał mu więcej błota niż złotych zlepków; ale również można przypuścić, że nie starczyło mu funduszów na eksploatacyę. Zresztą może pracował nieumiejętnie, bez właściwego planu i systematu, bez niezbędnych wskazówek...

— Inżyniera, nieprawda Benie?

— Oczywiście inżyniera.

— Twoich naprzykład?

— A chociażby. Lecz w danej chwili mamy do rozstrzygnięcia inne pytanie. Przedewszystkiem musimy się wszechstronnie poznać z całą tą sprawą. Dowiedziawszy się, co zawodowcy mówią o pokładzie wuja, będziemy też wiedzieli, co należy przedsięwziąć.

Na tem rozmowa się urwała.

Szczerze mówiąc, trudno było cokolwiek zarzucić zamiarom Bena Raddla. Zanim powezmą jakąkolwiek decyzyę, trzeba było koniecznie zgromadzić dokładne wiadomości. Że inżynier był człowiekiem poważnym, wykształconym i praktycznym, to nie ulegało wątpliwości.

Summi był zaniepokojony i zmartwiony tem jeszcze, że brat cioteczny z taką chciwością rzucił się na ową zdobycz, która tak niespodzianie zjawiła się na drodze jego życia. Czy będzie można go umiarkować, powstrzymać? W każdym razie Summi Skim za nic na świecie nie rozstanie się z Benem. Ich interesy pozostaną i nadal spólnemi cokolwiek się zdarzy. W duszy przeklinał nieszczęsną myśl wuja Jozesa Lakosta — myśl udania się na poszukiwania szczęścia w Klondyku, gdzie go czekała nędza i śmierć, pragnął z całej duszy, aby zgromadzone wiadomości stanowczo potępiły całą tę sprawę.

Po obiedzie Ben Raddl udał się do notaryusza, aby się rozejrzeć w dokumentach spadkowych. Znalazł je w zupełnym porządku. Plan wielkiej skali doskonale określał położenie pokładu № 129. Znajdował się on o 42 kilometry od fortu Kudechi, a raczej mieściny, założonej przez Kompanię Hudsońską na prawym brzegu Forty Miles Creek, jednego z niezliczonych dopływów wielkiej rzeki Jukon, która przepływając przez część wschodnią obszarów Kanady, zrasza Alaskę, a której wody górne należą do Anglii, dolne zaś stały się własnością Ameryki, odkąd rozległą tę prowincyę Rosya odstąpiła Stanom Zjednoczonym.

'The Golden Volcano' by George Roux 07

— Nie zauważył pan zapewne, panie Snubbin — rzeki Ben Raddl, obejrzawszy plany i mapy — szczególnej rzeczy: oto Forty Miles Creek przecina, przed punktem swego połączenia się z Jukonem, 140 południk, stanowiący linię graniczną pomiędzy Kanadą i Alaską; a ponieważ ów południk schodzi się ze wschodnią granicą naszego pokładu, zatem nowa nasza posiadłość rozłożona jest ściśle matematycznie na wspólnej granicy tych dwóch prowincyj.

— W samej rzeczy tak jest — potwierdził notaryusz.

— Położenie to — dodał Bon Raddl — sądząc przynajmniej z pierwszego rzutu oka, ma za sobą obiecujące dane. Bo chyba nikt nie będzie utrzymywał, żeby Forty Miles Creek miała się znajdować w mniej korzystnych warunkach, niż rzeka Klondyke lub jej własny dopływ Bonanza, jak również niż dopływy drugorzędne: Wiktorya, Eldorado i tyle innych, niemniej słynnych z obfitości złotodajnego piasku i z tego powodu tak dla poszukiwaczy złota ponętnych!

Mówiąc to, Ben Raddl chciwie się wpatrywał w mapę miejscowości, posiadającej rzeki istotnie wielce zasobne w szlachetny kruszec, którego tonnę giełda w Dauson ceniła na 2.342.000 franków!

— Daruje pan, że zapytam — odezwał się notaryusz — czy pan zamierza sam prowadzić eksploatacyę pokładu spadkowego?

Ben Raddl gestem wyraził niepewność.

— Zapytuję dlatego — rzekł notaryusz — gdyż p. Skim...

— Summi nic stanowczego w tej mierze zadecydować nie mógł — przerwał Ben Radl — a i ja również nie jestem w możności odpowiedzieć na zapytanie pana, dopóki nie zgromadzę wszystkich, potrzebnych do oceny tego przedsiębiorstwa wiadomości. Jeżeli okoliczności będą tego wymagały, w takim razie... z mojej strony...

— Czybyś pan zamierzał udać się sam w tak daleką podróż, do Klondyku? — zapytał notaryusz, poruszając niedowierzająco głową.

— Dlaczegoby nie? — podchwycił żywo Ben Raddl. — Wbrew wszelkim opozycyom Summi oświadczam, że sprawa ta warta zachodu. W Dauson dowiemy się czegoś więcej podstawowego... Ale chociażby nawet przyszło do sprzedaży pokładu, to chyba zgodzi się pan ze mną na to, że chcąc określić właściwą jego wartość, należy go obejrzeć i zbadać osobiście.

— Czy to konieczne?

— Jakże inaczej znaleźć nabywcę?

Notaryusz zamierzał coś odpowiedzieć, lecz wejście służącego z depeszą przeszkodziło mu w tym zamiarze. Przeczytawszy depeszę, rzekł.

— W takim razie, panie Raddl, ta depesza oszczędzi panu kłopotu i fatygi.

Z temi słowy podał klientowi swemu depeszę, wysłaną ośm dni temu z Dauson. Musiała się ona dostać naprzód do Wankuwer i stamtąd dopiero telegraf ją przeniósł do Montrealu.

Opiewała ta depesza, że anglo-amerykańskie Towarzystwo Transportowo-Handlowe, posiadające w Klondyku już ośm działów, eksploatowanych pod kierunkiem kapitana Heleya, proponuje nabycie działu № 129, położonego na Forty Miles Creek, ofiarując za niego 5.000 dolarów, które natychmiast po otrzymaniu wiadomości o zgodzie właścicieli, zostaną nadesłane.

Ben Raddl odczytywał depeszę z taką samą uwagą, z jaką rozpatrywał plany pokładu.

— Co pan na to powie? — zapytał go notaryusz.

— Cóż mam powiedzieć? — ramionami wzruszył Ben Raddl. — Czy można się zgodzić na taką cenę? Pięć tysięcy dolarów za pokład w Klondyku?!

— W każdym razie dobrze jest schować do kieszeni pięć tysięcy dolarów.

— Jeszcze lepiej schować dziesięć, panie Snubbin.

— Oczywiście. Przypuszczam jednak, że p. Skim...

— Skim zgodzi się z mojem zdaniem, jeżeli mu przedstawię właściwe, zasadnicze dane. Tak, p. Snubbin, jeżeli go przekonam, że ta podróż jest konieczną, to niezawodnie i sam pojedzie.

— On?! — zawołał z niedowierzaniem notaryusz. — Ten najszczęśliwszy, bo zupełnie niezależny człowiek, osobistość, jakiej w całej mojej praktyce nie zdarzyło mi się spotkać... on miałby się zdecydować?

— Nieinaczej, p. Snubbin, ten najszczęśliwszy i zupełnie niezależny człowiek zgodzi się na tę podróż, jeżeli mu dowiodę, że może podwoić swoje szczęście i swoją niezależność. A zresztą, czy ryzykujemy tu cokolwiek? Zawsze przecież możemy się zgodzić na proponowane przez Towarzystwo cenę.

Pożegnawszy notaryusza, Ben Raddl, wciąż rozważając sprawę pokładu w Klondyku, wracał do domu. Jeszcze nie doszedł do ulicy Jacques Cartier, a już miał gotowe postanowienie. Znalazłszy się w mieszkaniu, zaraz się udał do gabinetu brata.

— I cóż? — zapytał Summi Skim. — Widziałeś się z notaryuszem? Jest co nowego?

— W samej rzeczy Summi, przynoszę dużo nowości.

— A dobre?

— Wspaniałe?

— Rozpatrzyłeś się w prawach posiadania, w dokumentach?

— Jak należy. Wszystko w porządku. Jesteśmy bez spornymi właścicielami działu № 129.

— Który ma tak znakomicie zwiększyć nasz majątek! — roześmiał się ironicznie Summi Skim.

— I to o wiele więcej, niż przypuszczasz! — odparł inżynier poważnie.

To powiedziawszy, Ben Raddl podał bratu ciotecznemu depeszę anglo-amerykańskiego Towarzystwa Transportowo Handlowego.

— Ależ to świetnie! — zawołał Summi Skim, zacierając ręce. — Sprzedajmyż jak najprędzej nasz pokład temu uprzejmemu Towarzystwu.

— Dlaczego mamy ustępować za pięć tysięcy to, co warte jest może znacznie więcej? — zauważył Ben Raddl.

— Jednak drogi Benie...

— Jednak twój drogi Ben utrzymuje, że tak się interesów nie załatwia. Żeby być w porządku ze zdrowym rozsądkiem, nie dać się odrwić, trzeba własnemi oczyma przekonać się o rzeczy.

— Jeszcze się upierasz przy swojem?

— W tej chwili więcej, niż dawniej. Zastanów się, Summi, osądź sam. Jeżeli nam ofiarują taką cenę, czynią taką propozycyę, to przecież dlatego, że znają wartość naszego pokładu, że wiedzą, iż wart jest daleko więcej. Gdyby tak nie było, to nie odzywaliby się wcale. Na brzegach rzek i w górach Klondyku znajduje się mnóstwo działów do wyboru.

— Skąd wiesz o tem?

— Jeżeli Towarzystwo — ciągnął Ben Raddl dalej, nie odpowiadając na zapytanie brata — które posiada już kilka działów, chcę kupić nie żaden inny, tylko nasz, to z pewnością, ofiarując 5.000 dolarów, ma ono do tego nie 5.000, lecz 10 tysięcy, 100 tysięcy powodów...

— Milion! Dziesięć milionów! Sto miliardów! — podchwycił drwiąco Summi Skim. Śmiało rzucasz cyframi, Benie.

— Cyfry to życie, mój drogi, a ty, jak uważam, zajmujesz się niemi zbyt mało.

— Za to ty zajmujesz się niemi aż za wiele.

— Zaprzestań żartów, Summi, mówię najzupełniej poważnie. Nie odrazu zdecydowałem się na podróż, lecz po otrzymaniu depeszy, postanowiłem owemu Towarzystwu odpowiedzieć osobiście.

'The Golden Volcano' by George Roux 08

— Coo? Chcesz sam jechać do Klondyku?

— Nieinaczej.

— Nie posiadając żadnych innych wiadomości?

— Otrzymam je na miejscu.

— Znów zostawisz m nie samego?

— Nie zostawię, bo ty ze mną pojedziesz.

— Ja, ja, z tobą?

— Ty, ty, Summi.

— Nigdy!

— Pojedziesz, gdyż rzecz ta dotyczy nas obu.

— Dam ci pełnomocnictwo.

— Nie chcę. Potrzebna mi jest twoja osoba.

— Dwa tysiące mil podróży... zmiłuj się!

— Dwa tysiące pięćset, mój drogi.

— Dwa tysiące pięćset... Boże miłosierny! A podróż ta będzie trwała?

— Jak długo będzie potrzeba. Być nawet może, co bardzo prawdopodobne, że korzystniej będzie dla nas nie sprzedawać, lecz samym eksploatować nasz pokład.

— Samym eksploatować! — powtórzył Summi Skim przygnębiony. — Ależ to może zabrać cały rok...

— Może i dwa nawet.

— Dwa latał Dwa lata! — szepnął Skim rozpacznie.

— Co znaczą dwa lata — zawołał Ben Raddl — jeżeli każdy miesiąc, dzień każdy, a nawet każda godzina będzie powiększała nasz majątek?

— Nie! Nie! — przerwał Skim, zagłębiając się w fotel, jak gdyby postanowiwszy nigdy już go nie opuścić.

Lecz miał do czynienia z przeciwnikiem silnym . Ben Raddl widocznie ani myślał ustępować, przeciwnie — zdecydowany był walczyć z bratem aż do skutku.

— Co do mnie, Summi — rzekł — postanowiłem jechać do Dauson i nie mogę przypuścić nawet, żebyś odmówił mi towarzystwa. Trzeba zresztą, mój drogi, żebyś i ty rozejrzał się po świecie...

— Gdybym zamierzył coś podobnego — odparł Summi Skim — w takim razie wybrałbym inne miejscowości Ameryki lub Europy. I z pewnością, jeżeli kiedykolwiek wyruszę z domu, to nigdy nie zacznę od owego szkaradnego Klondyku...

— Który okaże ci się prześlicznym, Summi, gdy się sam przekonasz, że jest cały zasiany złotym piaskiem i wyłożony złotemi płytami.

— Benie, mój drogi Benie — odezwał się Skim błagalnie. — Ty mnie martwisz, przerażasz! Tak, przerażasz, bo chcesz się wziąć do rzeczy, do interesu, w którym czekają cię same tylko rozczarowania...

— Zobaczymy!..

— Zaczynając od tego przeklętego pokładu, którego wartość zapewne nie przechodzi wartości grzędy kapusty!

— Dlaczego w takim razie owo Towarzystwo daje za niego odrazu tysiące dolarów?

— I kiedy pomyślę, mój Benie, że ten pokład znajduje się w kraju, gdzie temperatura spada do 50° niżej zera! Weźże to pod uwagę!

— Nic strasznego: będziemy palili w piecu.

Ben Raddl na wszystko znajdował odpowiedź. Rozpacz Summi Skima nie wywierała na niego żadnego wrażenia.

— A Zielona Ustroń, Benie? — westchnął Skim.

— Nie zatęsknisz za nią. W Klondyku znajdziesz zwierzyny i ryb podostatkiem. Będziesz polował, zajmował się rybołówstwem w kraju nieznanym, gdzie mnóstwo jest niezmiernie ciekawych rzeczy.

— A nasi dzierżawcy? Nasi poczciwi przyjaciele, którzy będą tu na nas oczekiwali? — jęczał Skim.

— Nie będą się skarżyli na naszą nieobecność, gdy wrócimy z kieszeniami pełnemi złota, za które wybudujemy im całe dziesiątki ferm nowych, zakupiwszy bodaj cały okrąg.

Ostatecznie Summi Skim musiał się uznać za zwyciężonego, musiał uledz. Nie mógł przecież puścić swego ukochanego Bena do Klondyku samego. Musi z nim jechać, to jego święty, braterski obowiązek. Musi z nim jechać chociażby dlatego, żeby go skłonić do rychlejszego powrotu.

Jakoż tego samego dnia jeszcze do kapitana Heleya, Dyrektora Towarzystwa Transportowo - Handlowego, po drutach kanadyjskiej linii telegraficznej pędziła depesza z zawiadomieniem, iż właściciele działu nr. 129, Ben Raddl i Summi Skim, niebawem udają się obaj osobiście do Klondyku, w celu porozumienia się względem sprzedaży kopalni.



III.

W drodze.

Turyści, komisanci handlowi, emigranci i poszukiwacze złota, udający się do Klondyku, mogą jechać z Montrealu na Wankuwer, nie zmieniając pociągu i nie opuszczając obszarów Kanady lub angielskiej Kolumbii, kanadyjską drogą żelazną oceanu Spokojnego. Znalazłszy się w stolicy kolumbijskiej , mogą wybierać do dalszej podróży dowolnie: parowce, łodzie, konie wierzchem lub w zaprzęgach, a wreszcie — własne swoje nogi.

Gdy już podróż ostatecznie była postanowioną, Summi Skimowi nie pozostawało nic innego, jak powierzyć szczegóły onej Ben Raddlowi, na którego głowę przypadł zarówno wybór marszruty, jak i zaopatrzenie się we wszelkie potrzebne przedmioty. Ambitny ten, roztropny i przewidujący inżynier, jako wyłączny inicyator owej wyprawy, zajął się energicznie wszystkiem. Czuł, że odpowiedzialność za całą tę podróż na niego jedynie spada.

Rozejrzawszy się bliżej w szczegółach postanowionej wycieczki, przyszedł do wniosku, że z wyruszeniem nie należało zwlekać. Spadkobiercy Jozeasa Lakosta musieli koniecznie przybyć do Klondyku w początkach lata, które tam trwa krótko i zaledwie przez kilka miesięcy ogrzewa ten kraj hyperborejski, rzucony na granicę obszarów podbiegunowych. Był to warunek zasadniczy, skoro bowiem zajrzał do ustawy, obowiązującej poszukiwaczy złota w okręgu Jukon, dowiedział się, że paragraf 9-ty owej ustawy zastrzega: „Każdy pokład przechodzi na własność rządu, jeżeli właściciel w ciągu dwóch tygodni sezonu letniego pozostawi go bez użytkowania. Przepis ten jedynie specyalne rozporządzenie unieważnić może“. Początek sezonu letniego w Klondyku, jeżeli przypada on wcześniej, liczy się zwykle od połowy maja. Otóż, jeżeli pokład spadkowy nie będzie wyczerpywany przez dwa ostatnie tygodnie maja, to stanie się własnością Kanady, a syndykat amerykański z wszelką pewnością zwróciłby uwagę władz kanadyjskich, gdyby ktokolwiek chciał naruszyć przepis względem pokładu, na który sam syndykat ostrzy sobie zęby.

— Zgodzisz się chyba na to, Summi — zapytał Ben Raddl brata, odczytawszy mu pomieniony przepis ustawy — że nie możemy pozwolić się podejść?

— Zgadzam się na wszystko, co ci się podoba tylko, mój drogi — odparł Summi Skim.

— Tembardziej, że mam zupełną słuszność — dodał inżynier.

— Nie wątpię o tem — potwierdził Skim. — Zresztą tem chętniej się godzę na rychły wyjazd z Montrealu, jeżeli, dzięki temu, będziemy mogli rychlej powrócić.

— Zabawimy w Klondyku jedynie tak długo, ile będzie potrzeba.

— Dobrze, Benie. Kiedyż jedziemy?

— Drugiego kwietnia, a więc za dni dziesięć.

Summi Skim, skrzyżowawszy ręce i zwiesiwszy głowę, już miał zawołać: „ — Co? Tak prędko? ” — lecz zoryentowawszy się, że opozycya jego nie sprowadziłaby żadnego skutku, wstrzymał ten okrzyk żałosny.

Termin wyruszenia Ben Raddl wyznaczył po dokładnem rozpatrzeniu się w marszrucie i po ścisłych wyliczeniach.

— Ażeby się dostać do Klondyku — objaśniał brata — nie potrzebujemy się namyślać nad wyborem drogi, gdyż istnieje tylko jedna. Być może kiedyś, w przyszłości, do Jukonu będą się ludzie udawali przez Edmonton i fort St. Dżon, następnie zaś rzeką Pijs-Riwer, która w północno-wschodniej części Kolumbii przepływa okręg Kassiara...

— Słyszałem, że w tamtych stronach mnóstwo jest świetnej zwierzyny — przerwał Summi Skim, dając się unieść żyłce myśliwskiej. — Dlaczego nie wybrać tamtej drogi?

— Dlatego, że od Edmonton musielibyśmy przejść na własnych nogach 1.400 kilometrów, a w dodatku przez miejscowości zupełnie nieznane.

— W takim razie jakąż drogę wybierasz?

— Oczywiście na Wankuwer. Oto cyfry, które ci dadzą jasne wyobrażenie o długości naszej drogi. Od Montrealu do Wankuwer rachują 4.675 kilometrów, a od Wankuwer do Dauson 2.469.

— To znaczy, że razem — rzekł Summi Skini, biorąc ołówek: — pięć a dziewięć czternaście, jeden pozostaje; ośm a ośm szesnaście, jeden pozostaje; siedm a cztery jedenaście, jeden pozostaje; pięć a dwa siedm... Zatem 7.264 kilometry.

— Tak jest, tyle wypada.

— Dobrze. A teraz powiedz mi Benie: jeżeli przywieziemy tyleż kilogramów złota, ile przejedziemy kilometrów, czy to się opłaci?

— Zmiłujże się! Taka ilość złota, rachując normalnie kilogram złota po 2.340 franków, przedstawi wartość 16.763.760 franków!!

— Za szczęście poczytam, jeżeli przywieziemy chociażby owe końcowe 760 fr. — mruknął przez zęby Skim.

— Co mówisz, Summi?—zapytał Ben Raddl.

— Nic, mój drogi, zupełnie nic nie mówię.

— Szesnaście milionów! — odezwał się po chwili Ben Raddl.— Taka suma wcaleby mnie nie zdziwiła. Czy słynny geograf, Dżon-Minn, nie utrzymuje, że Alaska da światu więcej złota, niż Kalifornia, która w jednym tylko 1861 r. dostarczyła ilość złota wartości 405 miliardów? Dlaczego Klondyk niema dodać swojej części do owych 25 miliardów franków, które się otrzymują ze wszystkich znanych kopalń świata?

— To wydaje mi się prawdopodobnem — potwierdził z przezorną ostrożnością Summi. — Lecz, drogi Benie, trzeba pomyśleć o przygotowaniach. W tak daleką podróż, w dodatku w nieznane strony, nie można się przecież puszczać, posiadając bielizny tylko na jedną zmianę i dwie pary butów?

— Bądź spokojny, biorę na siebie odpowiedzialność za wszystko! Dla ciebie pozostanie tylko wsiąść do wagonu w Montrealu i wysiąść z niego w Wankuwerze. Co do przygotowań, to nie będą one podobne do tych, jakie przedsiębierze emigrant, udający się na koniec świata i obciążający się z konieczności mnóstwem bagaży. Wszystko, co nam potrzeba, znajdziemy w posiadłości wuja Jozeasa. Trzeba nam się tylko tam dostać.

— Jeżeli tak, to doskonale! — zawołał Summi Skim. — Warci chyba jesteśmy, żeby o nas pamiętano, żeby się zatroskano o nasze potrzeby, a zwłaszcza, żeby nas zabezpieczono od zimna. Gdy wspomnę o tamtejszym klimacie... brr!! czuję, że lodowacieję do samych paznogci...

— Skądże takie obawy, Summi? Gdy staniemy w Dauson, lato będzie w całej pełni.

— Ale nadejdzie zima.

— Nie obawiaj się — uspokajał brata Ben Raddl. — I w czasie zimy wszystkie twoje potrzeby będą zaspokojone, nie będziesz narzekał na brak odzieży ani na odżywianie. Wrócisz o wiele rzeźwiejszym, niż teraz jesteś. Utyjesz nawet!

— Wcale tego nie pragnę! — energicznie zaprotestował Summi, który zaczynał się już godzić z myślą o wycieczce. — Uprzedzam cię, że jeżeli w samej rzeczy ma mi przybyć ciała choćby dziesięć funtów, to nie pojadę!

— Żartuj sobie, Summi, ile chcesz, tylko mi zawierz.

— Wierzę ci, ufam, bo to przecież konieczne. Zatem drugiego kwietnia wyruszamy w drogę w charakterze poszukiwaczy złota...

— Tak jest. Czasu na przygotowanie nam wystarczy.

— W takim razie, Benie, jeżeli pozostawiasz mi dziesięć dni czasu, to wolę je spędzić na wsi.

— Zgoda, jak sobie tylko życzysz, chociaż nie sądzę, żeby w Zielonej Ustroni było teraz rozkosznie.

Mógłby na to odpowiedzieć Summi Skim, że w Zielonej Ustroni w każdym razie było nie gorzej, niż w Klondyku, lecz wstrzymał się z tą uwagą, nadmieniając tylko, że z prawdziwą rozkoszą spędzi dni kilka wśród swoich dzierżawców; że widok swoich posiadłości: pól, nawet śniegiem pokrytych, lasów oszronionych i lodu na rzece Ś-go Wawrzyńca sprawia mu zawsze niewypowiedzianą przyjemność. A przytem może jeszcze zapolować, zabić jaką grubą sztukę skrzydlatą lub z pięknem futrem, nie mówiąc już o drapieżnikach, jak niedźwiedzie, pumy i inne, które w tym czasie zawsze się błąkają w tamtych okolicach. Będzie to jednocześnie wycieczka pożegnalna.

— Mógłbyś i ty ze mną jechać, Benie — zakończył swoje zwierzenia dobroduszne poczciwy Summi.

— Tak sądzisz? — uśmiechnął się inżynier. — A któż się zajmie przygotowaniami do naszej wyprawy?

Nazajutrz rano Summi Skim wsiadł do wagonu kolejowego, na stacyi w Zielonej Ustroni czekał powóz, który go przywiózł do fermy w południe. Jak zawsze, powitano go serdecznie, lecz gdy osadnicy dowiedzieli się o przyczynie odwiedzin właściciela posiadłości w tak niezwykłej porze, gdy im powiedział, że przez całe lato nie będą go widzieli, szczerze się zmartwili.

— Tak, moi przyjaciele — skarżył się Summi Skim — obaj, Ben Raddl i ja, jedziemy do Klondyku, kraju dyabelskiego, który jest stąd tak daleko, że podróż w tamtę stronę trwa dwa miesiące i tyleż czasu trzeba na powrót. Cztery miesiące sama podróż!

— A wszystkie te trudy — podejmują się dlatego, żeby zebrać kilka garści grud złota! — zauważył jeden z osadników ironicznie.

— To jeszcze pytanie, czy się uda zebrać — wtrącił inny, jakiś starzec-filozof, wątpliwie wstrząsając głową.

— Cóż robić, moi drodzy? — westchnął Summi Skim. To namiętność, co jak gorączka, albo raczej jak epidemia, w pewnych okresach czasu ukazuje się na świecie i zawsze niezliczone zabiera ofiary.

— Dlaczego więc tam jechać? — zagadnęła jakaś stara, bezzębna już kobiecina.

Summi Skim objaśnił, że obaj, on i brat cioteczny, otrzymali w spadku po wuju, Jozeasu Lakost, pokład złoty, a Ben Raddl zadecydował, że muszą sami udać się do Klondyku.

— Słyszymy i my od ludzi — rzekł stary osadnik — co się tam dzieje na granicy Kanady, o nędzy, jaką cierpią ci, którzy się tam udają. Wiemy, że wielu ginie z owej nędzy i rozpaczy. Ale przecież pan, panie Summi, nie osiedli się tam, nieprawda? Sprzeda pan ową gromadę błota i wróci...

— Z pewnością wrócę, moi przyjaciele, z wszelką pewnością. Zanim się jednak z tym interesem skończy, upłynie 4 — 5 miesięcy. Stracę przez to całe lato!

— A po straconem lecie zima smutna bywa — westchnęła staruszka, poczem przeżegnawszy go, dodała:

— Niechże cię Bóg chroni od wszelkich nieszczęść, nasz dobry panie!!

'The Golden Volcano' by George Roux 09

Po spędzeniu tygodnia w Zielonej Ustroni, Summi Skim wybrał się z powrotem do Montrealu. Nie bez żalu żegnał się z poczciwymi osadnikami. Myśl, że za kilka tygodni słońce kwietniowe w całej już pełni zabłyśnie nad Zieloną Polaną, że z pod śniegu ukażą się pierwsze ślady roślinności, że gdyby nie owa przeklęta podróż do Klondyku, wróciłby tutaj i, jak corocznie, zabawiłby do pierwszych mrozów: myśl ta silnie go rozdrażniała. W ciągu tych ośmiu dni pożegnalnego pobytu w Zielonej Ustroni wciąż jeszcze miał nadzieję, wciąż się jeszcze spodziewał, że odbierze list od Bena, z wiadomością o zmianie jego zamiarów. Wiadomość nie nadchodziła. Ben zatem nie zmienił postanowienia, odjazd do Klondyku musi nastąpić w dzień naznaczony... Jakoż Summi Skim, rad nie rad, udał się ostatniego dnia marca na dworzec i w kilka godzin był już w Montrealu, witał się z nieubłaganym, strasznym krewniakiem.

— Nic nie masz dla mnie nowego? — zapytał z widocznem wyczekiwaniem.

— Nic, Summi, chyba tylko to, że wszystkie przygotowania skończone.

— To znaczy, że masz...

— Wszystko, oprócz prowizji, którą nabędziemy w drodze. Kupiłem wyłącznie odzież. Co do strzelb — mamy każdy swoją, doskonałe: dwie pewne, wypróbowane strzelby, do których ręka i oko już przywykły; jak równie dwa kompletne ubiory myśliwskie, ze wszelkiemi przynależnościami. Ponieważ tam, w Klondyku, nie będzie można odnowić garderoby, więc nabyłem rozmaite przedmioty z bielizny i odzieży: koszule flanelowe, kamizelki, szarawary z sierści, kaftany z grubego trykotu, ubiory futrzane, spodnie z grubego sukna i płócienne, ubranie z granatowego płótna, kurtki skórzane z futrzanem podbiciem, takież kaptury, morskie nieprzemakalne kostyumy z kapturami, płaszcze kauczukowe, sześć par skarpeci właściwej miary i tyleż większych o jeden numer, rękawice futrzane, rękawiczki skórzane, buty myśliwskie, gwoździami podbite, mokasyny, łyżwy, chustki do nosa, serwety...

— Dla Boga! — przerwał Summi Skim, wznosząc ręce do góry — chyba zamierzasz założyć bazar w stolicy Klondyku... Tego wszystkiego na dziesięć lat wystarczy!

— Tylko na dwa lata, Summi — poprawił go Ben Raddl.

— Tylko na dwa! — powtórzył Summi Skim niemal przerażony. —Twoje „tylko“ jest wręcz okropne! Przecież mamy jedynie, drogi Benie, udać się do Dauson po to, aby tam sprzedać pokład № 129, a następnie powrócić do Montrealu... Na to nie potrzeba aż dwóch lat?

— Oczywiście, Summi, ale jeżeli nam zapłacą za pokład tyle, ile jest wart.

— Jeżeli zaś nie dadzą? — W takim razie spróbujemy sami pracować, mój drogi.

Nie spodziewając się zdobyć innej rezolucyi od upartego inżyniera, Summi Skim zamilkł.

Dnia 2-go kwietnia, rano, bracia znajdowali się już na dworcu, gdzie również przywieziono i ich bagaże. Ogółem biorąc, nie obarczali się nazbyt bagażami; wiele rzeczy mieli zakupić po za Wankuwerem.

Gdyby podróżni nasi, przed opuszczeniem Montrealu, zwrócili się byli do kompanii Canadien Pacific, mogliby otrzymać bilety na parowiec, który dowiózłby ich do Skagwey. Lecz Ben Raddl jeszcze ostatecznie nie rozstrzygnął, którędy jechać do Dauson: morzem, parowcem, przez Jukon do Klondyka; czy też drogą lądową, która od Skagwey ciągnie się przez góry, równiny i jeziora Kolumbii brytańskiej.

Tak tedy bracia, jeden pociągnięty przez drugiego, wyruszyli w podróż. Skim jechał kwaśny, niechętny, z pokorą człowieka przygnębionego, gdy Ben Raddl, pełen błogiej nadziei, rozpierał się z całą swobodą i w najlepszym humorze w wykwintnie urządzonym wagonie pierwszej klasie. Zresztą była to najmniejsza dogodność, jakiej można było pragnąć, gdy miało się przed sobą przeszło 4.700 kilometrów drogi, na przebycie której z Montrealu do Wankuweru trzeba było poświęcić całe sześć dni.

Opuściwszy Montreal, pociąg przebiega tę część Kanady, która obejmuje tak rozmaite okręgi jej środka i połowy wschodniej. Dopiero minąwszy obszar Wielkich Jezior, pasażerowie pociągu zagłębiają się w kraj szczupło zaludniony, a niekiedy zupełnie bezludny. W miarę zbliżania się do Kolumbii, pustkowia spotyka się coraz częściej.

Pogoda wciąż była świetna. Jasne niebo fałdowały lekkie, drobne obłoki, w powietrzu czuć było rześkość i jędrność. Termometr wskazywał prawie zero. Przed oczyma podróżnych, aż po za krańce horyzontu, roztaczały się obszary śnieżne, które za kilka tygodni miały się okryć zielonością i zaszemrać licznemi rzekami, uwolnionemi z oków lodowych. Liczne stada ptactwa, wyprzedzając wagon, kierowały się ku zachodowi, majestatycznie wiosłując skrzydłami. Po obu stronach toru kolejowego, aż do czerniejących w dali lasów, widniały liczne ślady zwierzyny. Obiecywały one miłośnikom łowów obfitość zajęcia.

Lecz pasażerowie pociągu, dążącego do Wankuwer, nie myśleli o łowach. Jeżeli znajdowali się pomiędzy nimi myśliwi, to zamierzali oni poszukiwać nie zwierzyny, jeno grud złotych; psy zaś, które z sobą wieźli, nie były przeznaczone do polowania na kuropatwy lub zające, nie umiały tropić wilków ani niedźwiedzi, natomiast przeznaczone były do ciągnienia sani po lodowej powierzchni zamarzłych jezior i rzek w tej części Kolumbii, która znajdowała się pomiędzy Skagwey a Klondykiem.

Mówiąc ściśle, gorączka złota dopiero się tu zaczynała.

Wciąż nadchodziły coraz to nowe wiadomości o odkryciach pokładów w Eldorado, w korytach Bonanzy, Hunkeru, Niedźwiedzia, Złotego Butonu i wszystkich dopływów rzeki Klondyku. Mówiono o pokładach, które dawały ilość złota wartości 1.500 franków przy jednorazowem przemyciu. Więc liczba poszukiwaczy wciąż wzrastała. Rzucili się oni na Klondyk, jak przedtem rzucali się na Australię, Kalifornię, Transwaal. Towarzystwa transportowe ledwie mogły podołać przewożeniu tych tłumów. Jadący jednak tym pociągiem nie byli przedstawicielami spółek i syndykatów, utworzonych ze współudziałem zasobniejszych banków Ameryki i Europy; ci zawsze posiadali doskonałe narzędzie, dostatek odzieży i żywności, którą, w razie potrzeby, można było dowieźć w każdym czasie — mieli więc przyszłość zabezpieczoną. Pasażerowie zaś pociągu, wiozącego Summi Skima i Bena Raddla, byli to biedacy, którzy już doświadczyli wszelkich igraszek losu. Wypędzeni przez nędzę z kraju rodzinnego, zryzykowani na wszystko, gdyż nic do stracenia nie mieli, jedyną ich nadzieją było zdobycie majątku odrazu, jednem zagłębieniem rydla w złotodajną ziemię.

Pociąg pędził całą siłą pary. Summi Skim i Ben Raddl nie mogli narzekać na brak wygód, połączonych nawet z komfortem, w czasie tej długiej podróży. Dnie spędzali w wagonach salonowych, noce w sypialnych. Mieli do rozporządzenia palarnię, w której mogli się rozkoszować paleniem tytuniu z takiemi samemi dogodnościami, jak w najwykwintniejszej kawiarni Montrealu. W wagonie jadalnym karmiono ich znakomicie. Na każde żądanie dostarczano im wannę w wagonie kąpielowym. Summi Skim jednak, pomimo tych wygód, wciąż tęsknił do swej zacisznej Zielonej Ustroni.

'The Golden Volcano' by George Roux 10
'The Golden Volcano' by George Roux 11

W cztery godziny pociąg doszedł do Ottawy, stolicy Kanady, wspaniałego miasta, które wzniesione na szczycie wzgórza, panującego nad okolicą, według mniemania mieszkańców swoich, niewątpliwie nazbyt samolubnego, nie posiada równego sobie na świecie i jest też ogniskiem świata. Zatem miastem, około Carlton - Jonction, wznosiło się Toronto, rywalizujące z miastem poprzedniem, niegdyś stolica Kanady, dziś zdetronizowana.

Posuwając się wprost na zachód, pociąg dobiegł stacyi Sudbury. Tu linia drogi żelaznej rozdziela się na dwie gałęzie; obie przerzynają miejscowości bogate, dostarczające niklu. Podróżni skierowali się gałęzią północną, okrążającą jezioro Wyższe i prowadzącą do Port-Arura, leżącego około Portu Williama. Na stacyach Heron-Bay, Schreiber i innych przyjeziornych, pociąg zatrzymywał się dość długo, podróżni zatem mieli czas przekonać się o ważności tych portów wód słodkich. Minąwszy następnie Szczęście, Ignas i Eagle River, położone w okolicach bogatych w kopalnie, pociąg zatrzymał się w znacznem mieście Winnipeg.

'The Golden Volcano' by George Roux 12

Tu zwłaszcza, w innych warunkach, postój kilkogodzinny wydałby się Summi Skimowi nazbyt krótkim, pragnął on bowiem zatrzymać w swej pamięci chociaż jakiekolwiek wrażenia z podróży. Jakoż, gdyby nie był zahypnotyzowany przez Klondyk, to z pewnością chętnie poświęciłby dzień lub dwa, ażeby obejrzeć to miasto z ludnością 40.000, a także inne, sąsiednie miasta Kanady zachodniej.

Na nieszczęście, nie był on usposobiony do obserwacyi. Więc pociąg znów powiózł swoich pasażerów, którzy odbywali podróż przeważnie jak gdyby byli ciężarem, nie dla przyjemności, lecz jedynie z celem jak najrychlejszego dostania się na miejsce.

Napróżno Ben Raddl usiłował zwrócić uwagę właściciela Zielonej Ustroni na przesuwające się przed ich oczyma widoki.

— Spojrzyj — mówił do niego — przypatrz się i podziwiaj, jak świetnie jest zagospodarowana ta przestrzeń!

— A tak! — odpowiadał Summi Skim obojętnie.

— A jakie stepy wspaniałe! Mówią, że bawoły spotyka się tu tysiącami... Jak rozkoszne możnaby tu urządzać obławy!

— Zapewne — potakiwał sucho, bez śladu entuzyazmu Skim. — Co do mnie, chętniej przepędziłbym tu sześć miesięcy, a nawet sześć lat, niż sześć tygodni w Klondyku.

— Jeżeli w okolicach Dausonu nie ma bawołów — zauważył, śmiejąc się, Ben Raddl — to wynagrodzisz je sobie łosiami.

Minąwszy miasto Reginu, pociąg zwrócił się do przejścia Crow New Pass w górach Skalistych, potem zatrzymał się przez kilka godzin w Kalgarze, na granicy Kolumbii angielskiej.

Od tego miasta dąży linia w kierunku Edmonton, gdzie kończy się droga żelazna, którą niekiedy wybierają emigranci, udający się do Klondyku. Przechodząc przez Peace River i fort Sen-Dżon, potem przez Dease, Francis, Pelly Rivers, droga ta łączy północno - wschodnią część Kolumbii z Jukonem przez okręg Kassiara, słynny z niezmiernej obfitości zwierzyny. To droga specyalnie dla myśliwych i Summi Skim wybrałby ją chętnie, gdyby podróżował dla własnej przyjemności. Jest ona ciężka i długa, zmusza podróżnego na przestrzeni 2.000 kilometrów do ciągłej troski o odnawianie zapasów żywności. Za to miejscowość ta szczególnie obfituje w złoto. Znajduje się ono w najmniejszej rzeczce tamtejszej. Na nieszczęście, zdobyć tu nie można żadnych potrzebnych do poszukiwania tego kruszcu przedmiotów i wtedy dopiero przemysł złoty rozwinąć się tu może, jeżeli rząd kanadyjski urządzi stacye pocztowe w odległości piętnastu mil jedna od drugiej, na których można będzie zmieniać konie.

Podczas gdy pociąg przebywał góry Skaliste, podróżni rozkoszowali się widokami tych niebosiężnych szczytów, zawsze pokrytych śniegiem. W tem królestwie lodów panowała głęboka cisza, przerywana jedynie łoskotem pędzącego pociągu.

W miarę zbliżania się ku zachodowi, przed oczyma podróżnych odsłaniały się wciąż, nowe obszary, z mnóstwem gruntów jeszcze nietkniętych dłonią człowieka, które bez żadnej uprawy, rodzą jednak obficie. Były to obszary Kutawo, gdzie znajdują się owe złotodajne pokłady Karibu. Mnóstwo tu rzek większych i mniejszych, a każda posiada piasek złoty i nawet blaszki złote. Toteż mimowoli zjawia się pytanie: dlaczego poszukiwacze złota tak nielicznie zwiedzają ten kraj dostępny, przenosząc nad niego mozolną, długą i kosztowną podróż aż do Klondyku?

— W samej rzeczy — zauważył Summi Skim — wuj Lakost powinien był szukać szczęścia tu, w Karibu. I my już bylibyśmy na miejscu. Wiedzielibyśmy już teraz, co jest warte całe to przedsiębiorstwo. Sprzedalibyśmy je w przeciągu jednej doby i cała nasza nieobecność w domu nie trwałaby dłużej nad tydzień.

Summi Skim miał słuszność. Ale snać w księdze jego losu było zapisane, iż musi się udać do owego strasznego Klondyku i tam rozgrzebywać błota Forty Miles Creek. Dlatego, zapewne, pociąg wciąż posuwał się dalej, oddalając go coraz więcej od Montrealu i Zielonej Ustroni, a zbliżając ku obszarom Kolumbii, aż wreszcie d. 8 kwietnia przywiózł go szczęśliwie na stacyę Wankuwer, jak również i Ben Raddla.



IV.

Niemiłe sąsiedztwo.

Miasto Wankuwer leży nie na wyspie tejże nazwy, lecz na wązkim półwyspie, wytworzonym przez terytoryum kolumbijskie. Jest to dawna stolica tej miejscowości. Obecnie głównem miastem tamtejszem jest Wiktorya, posiadająca 16.000 ludności, wzniesiona na wyspie, na jej brzegu południowo-wschodnim, gdzie znajduje się także Nowy-Westminster, miasto z 10.000 ludności.

'The Golden Volcano' by George Roux 13

Wankuwer rozłożył się przy wejściu do otwartej zatoki, wlewającej swe wody do krzywej cieśniny Żuan-de-la-Fuk, ciągnącej się ku północo-zachodowi. W głębi zatoki widnieje kaplica, wśród lasku gęsto rosnących krzewów, tak wysokich, że mogłyby zasłonić nawet wysokie wieże całej katedry.

Przechodząc z początku przy południowym brzegu wyspy, kanał obejmuje ją następnie ze wschodu i północy. W ten sposób port Wankuwer jest łatwo dostępny zarówno dla statków, przybywających z oceanu Spokojnego, jak i dla tych, które płyną wzdłuż brzegów kanadyjskich, lub też dążą wzdłuż wybrzeży Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej.

Czy założyciele miasta Wankuwer spodziewali się dla niego świetnej przyszłości? Trudno na to odpowiedzieć. Wątpliwości jednak nie ulega, że rozmiary miasta wystarczyłyby nawet dla stutysięcznej ludności, a i tak liczna nawet ludność mogłaby się swobodnie poruszać po najmniejszej z ulic Wankuweru, rozplanowanych z geometryczną prawidłowością prostokątnie. W mieście znajdują się kościoły, banki, hotele, oświeca je gaz i elektryczność, obsługują mosty, przerzucone przez liman Fals-Bey; posiada nadto park, urządzony w stronie północno-zachodniej półwyspu i zajmujący 380 hektarów przestrzeni.

Opuściwszy dworzec kolei, Summi Skim i Ben-Raddl kazali się dowieść do hotelu Westminster, gdzie zamieszkali aż do wyruszenia dalej, do Klondyku.

Bardzo trudno było o miejsce w tym przepełnionym podróżnemi hotelu. Pociągi i parowce przywoziły po 1200 osób codziennie. Łatwo sobie można wyobrazić, jak wielkie korzyści z tak znacznej liczby podróżnych ciągnęło miasto, a zwłaszcza ta część ludności, która niemiłosiernie obdzierała cudzoziemców, zmuszając ich do płacenia nieprawdopodobnych cen za jeszcze więcej nieprawdopodobnie fatalne artykuły spożywcze. Oczywiście, że czasowa ludność pragnęła jak najprędzej opuścić Wankuwer, pociągana, jak magnesem, przez miejscowość złotodajną; ale nie tak łatwo można było wyjechać z miasta, bo na licznych parowcach, dążących na północ, często brakło miejsca, ponieważ, przed zatrzymaniem się w Wankuwer, zabierały one z wielu przystanków w portach Meksyku i Stanów Zjednoczonych całe rzesze oczekujących na nie pasażerów.

Dwie drogi prowadzą z Wankuwer do Klondyku: jedna przez ocean Spokojny do Saint Michel na wschodnim brzegu Alaski, u ujścia Jukonu, a stąd w górę rzeki do Dauson; druga z początku kieruje się morzem od Wankuwer do Skagweyu, stąd zaś lądem do samej stolicy Klondyka. Którą z nich zamierzał wybrać Ben Raddl?

Skoro tylko bracia znaleźli dla siebie pokój, Summi Skim niezwłocznie zapytał:

— Jak długo zabawimy w Wankuwer, mój drogi Benie?

— Kilka dni nie więcej — brzmiała odpowiedź. — Nie sądzę, żeby nam przyszło dłużej czekać na przybycie „Fut- Bola“.

— „Fut-Bol“? Co to takiego?

— Parowiec kanadyjskiego Towarzystwa Przewozu po oceanie Spokojnym, który zawiezie nas do Skagweyu i na którym dziś jeszcze zamówię dla nas dwa miejsca.

— Zatem, Benie, jużeś się zdecydował na tę drogę, nie inną?

— Wybór ten sam się narzucił, Summi. Udamy się drogą najwięcej przez podróżnych uczęszczaną, wzdłuż brzegu kolumbijskiego terytoryum i pod osłoną wysp, dostaniemy się do Skagweyu bez żadnych trudności. O tej porze koryto Jukonu jest zawalone lodami i statki często giną w czasie ruszania lodów, lub też są przez lody zatrzymywane aż do lipca. Tymczasem „Fut-Bol“ dojdzie do Skagweyu, a nawet do Diei w ciągu tygodnia. Prawda, że stamtąd czeka nas przebycie przez dwa wysokie i strome grzbiety górskie: Czilkut i Uajt Pas; lecz dalej, częścią lądem, częścią jeziorami, bez wielkich trudności, dostaniemy się do Jukonu, a rzeka ta przeniesie nas już wprost do Dauson. Według moich obliczeń, staniemy na miejscu przed czerwcem, t. j. w samym początku lata. Tymczasem musimy cierpliwie czekać na przybycie „Fut-Bola“.

— Skądże przybędzie ten parowiec z takiem sportowem mianem?

— Ze Skagweyu, ponieważ kursuje stale pomiędzy tem miastem a Wankuwer. Oczekują go najpóźniej na 14 bieżącego miesiąca.

— Dopiero na 14?! — zawołał Summi.

— A! a! — roześmiał się Ben Raddl. — Teraz ty spieszysz się więcej, niż ja!

— Oczywiście — potwierdził Summi — bo przecież zanim wrócimy, musimy wpierw tam dojechać.

'The Golden Volcano' by George Roux 14

Podczas pobytu w Wankuwer, bracia niewiele mieli zajęcia. Wszystkie sprawunki potrzebne były już załatwione. Nie potrzebowali także nabywać niezbędnych narzędzi i aparatów do poszukiwań w spadkowej kopalni, gdyż wszystko, co tylko było do tego celu potrzebne, spodziewali się znaleźć w kopalni. Co się tyczy wygód w dalszej podróży, wiedzieli, że na „Fut-Bolu“ ich nie zbraknie. Dopiero w Skagwey Ben Raddl będzie musiał znaleźć i kupić wszystko, co potrzeba do przejazdu do Dauson. Tam zapewne okaże się potrzeba nabycia łodzi, do podróży po jeziorach, dalej sani i psów do nich — gdyż po lodowych przestworzach północy jedynie tym sposobem podróżować można. Czy będą musieli to wszystko kupić, czy też uda im się wynająć od jakiego przewodnika — Ben Raddl nie wiedział tego jeszcze. W każdym razie podróż i w jednym i w drugim razie będzie kosztowała bardzo drogo. Lecz przecież na pokrycie tych wszystkich wydatków i to z górą, wystarczy jedna niewielka grudka złota...

Pomimo przymusowego bezrobocia, bracia wcale się nie nudzili, gdyż napływ podróżnych był wielki, a więc i ożywienie miasta nadzwyczajne. A czy może być coś więcej interesującego, jak obserwowanie pociągów, przybywających z Kanady lub ze Stanów Zjednoczonych? Czy może być coś więcej ciekawego, jak wyładowywanie tysięcy pasażerów, dowożonych nieustannie do Wankuwer przez parowce? Iluż ludzi, oczekujących na odjazd do Skagwey, błądziło po ulicach, nie posiadając innego schronienia, prócz drewnianego pomostu portu, zalanego potokami światła elektrycznego?

Natomiast policya wiele miała pracy z tym różnobarwnym tłumem awanturników bez przytułku, zwabionych tutaj złotym mirażem Klondyku. To też na każdym kroku można było spotkać policyantów, przyodzianych w swoje ciemne uniformy koloru suchych liści, gotowych wtrącać się do nieustannych kłótni i bójek, jeśli zagrażały przelewem krwi.

Trzeba oddać sprawiedliwość tym organom bezpieczeństwa publicznego. Spełniają one trudne i wielce niebezpieczne obowiązki z całą gorliwością i niepospolitą odwagą, konieczną w tym awanturniczym tłumie, gdzie się spotyka mieszaninę, utworzoną z wszelkiego rodzaju sfer, zawodów, narodowości, wyznań i zamożności. Najwięcej zaś napływa tu wszelkiego typu nędzarzy. Dlaczego jednak tym policjantom nie przychodzi do głowy myśl, że przecież o wieleby dla nich może było dogodniej i bezpieczniej płukać piasek dopływów Jukonu? Dlaczego nie przypomną sobie owych, pięciu policyantów kanadyjskich, którzy w pierwszych zaraz początkach eksploatacji skarbów Klondyku udali się tam i wkrótce wrócili do stron rodzinnych z 200.000 dolarów w kieszeni? Pozostając na stanowisku, wykazują uczciwość i charakter silny, nie poddający się powabnym złudom, pokusie chciwości.

Summi Skim dowiedział się z dzienników, że w zimie temperatura w Klondyku dochodzi do 60 stopni niżej zera według Celsyusza. Długo nie mógł temu wierzyć. Wreszcie u jednego z optyków w Wankuwer zauważył kilka termometrów, których skala niżej zera miało działki do 90º.

— To niemożliwe! — zakonkludował, rozmyślając nad tem. — To wprost gra samochwalstwa... Dziewięćdziesiąt stopni! Widocznie mieszkańcy Klondyka, dumni z wyjątkowo silnych mrozów w swoim kraju, chcą imponować łatwowiernym i przedstawiają stan rzeczy w znacznie przesadzonych rozmiarach...

Nie mogąc się uspokoić, wstąpił do owego optyka, żeby się bliżej przyjrzeć dziwnym termometrom.

Wszystkie termometry, jakie tam znalazł, były nie Farrenheita, których zwykle używają w Anglii. Lecz Celsyusza, przeważnie używane w Kanadzie, gdzie tradycye francuskie silnie się wciąż jeszcze utrzymują. Obejrzawszy termometry, Summi Skim musiał przyznać, że się wcale nie omylił. Termometry istotnie umyślnie były przygotowane do mierzenia tak nizkich temperatur.

— Czy te przyrządy są ścisłe? Czy dobrze sprawdzone? — zapytał, żeby coś powiedzieć.

— Niewątpliwie — odparł optyk. — Będzie pan z nich zupełnie zadowolony.

— W każdym razie nie tego dnia, kiedy im przyjdzie kaprys wskazać 60 stopni zimna — zauważył Summi Skini surowo.

— Zaręczam panu za ich ścisłość — zapewniał optyk.

— Hm!... — ciągnął Summi Skim — powiedz mi pan, proszę, wszak te przyrządy wystawiasz pan tak, aby się w oczy rzucały, w celach wyłącznie reklamy... Nie sądzę bowiem, żeby w samej rzeczy...

— Coo? — przerwał optyk.

— ...rtęć spadała tu do 60°?

— Zdarza się to bardzo często, mój panie — żywo podchwycił optyk. — Często spada jeszcze niżej.

— Jeszcze niżej? — podchwycił Summi, słupiejąc.

— Dlaczego nie? To wcale nie wyjątkowe. A na dowód, mogę panu służyć termometrem ze skalą 100° niżej zera.

— Dziękuję! Bardzo panu dziękuję! — zawołał przerażony Summi Skim. — Mniemam, że sześćdziesiąt stopni to więcej niż dostateczne.

Jakoż istotnie — po co kupować taki termometr? Kiedy oczy pod zaczerwienionemi powiekami pałają pod wpływem lodowatego wichru północnego; kiedy oddech zmienia się w śnieg; kiedy krew, napół już zamarzła, gotowa lada moment przestać krążyć w żyłach; kiedy nie można się dotknąć żadnego metalowego przedmiotu, nie zostawiwszy na nim własnej swojej skóry; kiedy przychodzi marznąć u najgorętszych ognisk, jak gdyby sam ogień utracił błogosławioną właściwość ogrzewania: wówczas niewiele obchodzi wiadomość, czy otaczające nas zimno dochodzi 60 czy też 100 stopni.

Tym czasem dnie mijały i Ben Raddl nie mógł już ukryć swej niecierpliwości. Czy jaki wypadek nie zatrzymał „Fut-Bola“ na morzu? Wiadomem było, że odpłynął ze Skagweyu 7-go kwietnia, a ponieważ podróż trwa zawsze nie dłużej nad dni sześć, przeto powinien był przybyć do Wankuwer 13-go.

Parowiec, przeznaczony dla emigrantów i ich bagażów, zatrzymywał się wprawdzie na przystankach, lecz bardzo krótko, ponieważ nie zabierał żadnego innego ładunku. Oczyszczenie kotłów, naładowanie zapasu węgla i wody słodkiej oraz zabranie kilkuset pasażerów, którzy już wcześniej mieli zamówione miejsca, wszystko to nie powinno zabrać więcej nad 24 do 36 godzin.

Co się tyczy tych pasażerów, którzy nie postarali się wcześniej zamówić sobie miejsca na „Fut-Bolu“, to ci musieli czekać na następne parowce. Wobec braku w Wankuwer hotelów i zajazdów, skazani oni byli na nocowanie pod gołem niebem. Widząc ich dzisiejszą nędzę, można było sobie wyobrazić, co im grozi w przyszłości.

Większość tych biedaków musiała wycierpieć również takie niewygody i na parowcach, które miały ich przewieźć z Wankuwer do Skagweyu, a jeszcze większe w czasie nieskończenie długiej i wprost strasznej podróży dalszej, do Dauson. Miejsca w kajutach na przodzie okrętu i przy sterze wystarczały zaledwie dla szczęśliwców; w burtach pomiędzy ładunkami rozkładały się całe rodziny, a przytem pasażerowie, tutaj się mieszczący, musieli przez cały czas podróży, 6 do 7 dni trwającej, sami o wszystkich swoich potrzebach pamiętać; wszyscy inni musieli się tłoczyć na przodzie okrętu, jak bydło lub bagaże. W każdym razie znośniej jeszcze było i tam nawet, niż na pokładzie, gdzie pasażer narażony był na najnieznośniejsze zmiany pogody, burze śnieżne i wichry lodowate, tak częste w tej stronie, sąsiadującej z pasem polarnym.

Oprócz emigrantów, przybyłych ze wszystkich krańców Starego i Nowego Świata, znajdowało się jeszcze w Wankuwer kilka set robotników z pokładów złotych, którzy nie pozostają przez zimę wśród lodów Dausonu.

W zimie nie można prowadzić poszukiwań złota, gdy grunt okrywa warstwa śniegu od 6 do 12 stóp gruba, gdy o ten gruby, zlodowaciały pancerz, a przy temperaturze 40 do 50 stopni niżej zera, kruszą się rydle i łomy. Jakoż w tym czasie poszukiwanie złota ulega czasowo zawieszeniu. Dlatego ci z przedsiębiorców w zakresie poszukiwania złota i robotników, którym do pewnego stopnia sprzyja szczęście, przenoszą się z powrotem na zimę do znaczniejszych miast Kolumbii. Tam trwonią oni znalezione złoto z gestem miliarderów, z niesłychaną rozrzutnością i zdumiewającą lekkomyślnością. Sądzą oni, że szczęście nie odwróci się od nich, że sezon następny znowu będzie pomyślnym, że uda im się odkryć nowe pokłady i zdobyć całe góry złota. Wynajmują najdroższe mieszkania w hotelach i najwykwintniejsze kajuty na okrętach...

Summi Skim zauważył rychle, że wśród tych ludzi znajdują się najzuchwalsi awanturnicy, jednostki najbardziej wyuzdane, nie mające nic do stracenia, wykolejeńcy, co uprawiali najohydniejszą rozpustę w rozmaitych wertepach i norach, w tak zwanych „kasynach”, gdzie za swoje złoto gospodarowali, jak tylko sami chcieli, bez żadnego ograniczenia.

Prawdę mówiąc, Sum m i Skim mało się nimi interesował. Sądząc — w czem być może się mylił — że nigdy mu nie przyjdzie zbliżyć się do tego rodzaju awanturników, nie słuchał nawet, co o nich mówiono w mieście, a jeżeli co usłyszał, to nie zatrzymywał tych wiadomości w pamięci.

Dnia 14 kwietnia, rano, przechadzając się wraz z Benem po wybrzeżu, usłyszeli charakterystyczny świst parowca.

— Czy to nie Fut-Bol nareszcie? — zawołał Summi.

— Nie sądzę — odparł Ben Raddl. — Świst dochodzi od strony południowej, a Fut-Bol powinien przyjść z północnej.

Okazało się w samej rzeczy, że to był parowiec, dążący do Wankuwer przez cieśninę Żuana-de-la Fuka z południa, a nie ze Skagwey.

Mimo to, nie mając nic lepszego do roboty, zwrócili się obaj do przystani, gdzie się zawsze gromadziły tłumy ciekawych, ilekroć jakikolwiek parowiec zapowiedział gwizdaniem przeciągiem swoje przybycie. Tłumy owe zwiększała ciżba wysiadających z przybyłego statku podróżnych, mniej więcej kilkaset osób licząca, która następnie tam że oczekiwała na inny parowiec, dążący na północ. Widok tych różnorodnych i ożywionych tłumów był w samej rzeczy bardzo ciekawy.

Parowiec, który w danej chwili oznajmił swoje przybycie, nosił nazwę Smidt. Był to statek o pojemności 2500 tonn, który odwiedził już wszystkie porty przybrzeżne, zaczynając od amerykańskiego Akatulko. Specyalnie zbudowany do kursowania wzdłuż wybrzeży, z Wankuweru wracał znów na południe, pozbywszy się tu pasażerów, którzy jeszcze bardziej zwiększyli przepełnienie miasta.

Skoro tylko Smidt, przybiwszy do brzegu, opuścił trap, wszystek żywy bagaż statku z całą gwałtownością runął ku tym ruchomym schodom; powstał tłok, ścisk i hałas nie do opisania; zdawało się, że nikt się nie dostanie po za tę żywą ścianę.

Inaczej myślał jeden z pasażerów, który w najbrutalniejszy sposób torował sobie drogę. Widocznie, że był to bywalec, który dobrze wiedział, ile na tem zależy podróżnym, żeby się jak najwcześniej zapisać w kantorze parowców, udających się na północ. Wysoki, silny, rozrosły, szorstki, miał czarną brodę, skórę barwy bronzowej mieszkańców południa, wejrzenie surowe, a wyraz twarzy dziki, odrażający. Towarzyszył mu pasażer tejże widocznie narodowości, który również okazywał gwałtowność i niecierpliwość.

'The Golden Volcano' by George Roux 15

Prawdopodobnie wszyscy pasażerowie również się spieszyli z opuszczeniem parowca; lecz wyprzedzić owego brutalnego południowca, nie zwracającego wcale uwagi na przestrogi kapitana i jego pomocników, łokciami i pięściami rozpychającego tłum, a w dodatku klnącego i wymyślającego najokropniej to po angielsku, to po hiszpańsku — niepodobna było.

— Boże Wielki! — zawołał Summi Skim — oto co się nazywa przyjemny spółtowarzysz podróży. A może on właśnie dostanie się na Fut-Bola?

— Chociażby! — odparł Ben Raddl. — Kłopotu nam nie sprawi. Przez kilka dni przejazdu zdołamy go uniknąć, lub w ostateczności zmusimy go, ażeby trzymał się od nas zdaleka.

W tej chwili ktoś ze znajdujących się w pobliżu braci zawołał:

— Patrzcie! wszak to przeklęty Hunter! Dopieroż on nawytwarza dziś wieczorem rozmaitych awantur, jeżeli nie opuści Wankuwer!

— Czy słyszysz. Benie? — zauważył Summi. — Więc nie omyliłem się. Człowiek ten jest znakomitością w swoim rodzaju.

— W samej rzeczy — potwierdził Ben. — Widocznie, że należy on do tych awanturników, którzy udają się do Ameryki na zimę, a latem wracają do Klondyku, żeby znów zacząć pracę w pokładach złotych.

Jakoż ów Hunter z towarzyszem wracali z rodzinnego Techasu, a zatrzymali się po drodze w Wankuwer, zamierzając ruszyć stąd dalej na północ, na pierwszym lepszym parowcu. Obaj byli hiszpańsko - amerykańskiego pochodzenia Metysami i znajdowali w tym pstrym tłumie poszukiwaczy złota środowisko, zupełnie odpowiadające ich grubym instynktom, namiętnemu charakterowi i niespokojnemu temperamentowi, ich zamiłowaniu do nieregularnego życia awanturników, w którem rządzi zawsze tylko przypadek.

Dowiedziawszy się, że Fut-Bol jeszcze nie przyszedł i że zatrzyma się w Wankuwer tylko od 36 do 48 godzin, Hunter kazał się zawieźć do hotelu Westminster, gdzie bracia cioteczni zamieszkiwali już od dni sześciu. W bramie hotelu Summi Skim spotkał się z nim oko w oko.

— Widocznie, że nie sądzono nam odczepić się od niego! — mruknął do siebie Summi wzburzony.

Napróżno usiłował on wmówić w siebie, że obaj, t. j. on sam i Hunter, zamieszawszy się w owym niezliczonym tłumie emigrantów, nie mają żadnych prawie szans spotkania się kiedykolwiek, mimo to nieznajomy ów go niepokoił. W dwie godziny potem, zwrócił się instynktownie do kantoru hotelowego, pragnąc dowiedzieć się czego o tym człowieku.

— Hunter? — odpowiedziano mu. — A któżby go nie znał?

— Czy jest on właścicielem pokładu?

— Nieinaczej. Sam nawet prowadzi roboty.

— Gdzież się znajduje ów pokład?

— W Klondyku.

— W którem mianowicie miejscu?

— Na Forty Miles Creck.

— Na Forty Miles Creck! — powtórzył ze zdumieniem Summi. — To ciekawe. Szkoda, że nie znam numeru jego działu. Hm... założyłbym się, że...

— Numer jego działu zna każdy mieszkaniec Wankuweru.

— Jakiż mianowicie?

— Łatwy do zapamiętania: nr. 131.

— Tysiąc szatanów! — zaklął Summi. — A nasz 129! Oto gdzie można oczekiwać wszelkich przyjemności! — Summi Skim nie przesadzał.



V.

Na pokładzie Fut-Bolu.

Fut-Bol wyruszył w drogę 16 kwietnia, z opóźnieniem o 48 godzin. Jeżeli na tym parowcu, objętości 1.200 tonn, znajdowało się pasażerów w stosunku niewięcej nad 1.000 tonn, to dlatego, że inspektor żeglugi nie pozwolił zabierać większej liczby podróżnych, utrzymując, iż i przy takiej liczbie parowiec był obładowany po nad normę.

W ciągu całej doby, dźwignie nadbrzeżne ładowały na statek nieskończoną ilość tłomoków i bagaży pasażerów, przeważnie ciężkie przyrządy kopalniane, a oprócz nich, cale stada wołów, koni, osłów i jeleni północnych, nie mówiąc już o kilku secinach psów, rasy senbernardzkiej lub eskimoskiej, przeznaczonych do przewozu sani przez kraj jezior.

Pasażerowie Fut-Bola należeli do wszelkich narodowości. Byli tu zatem i Anglicy, i Kanadyjczycy, i Francuzi, i Norwegczycy, i Szwedzi, i Niemcy, i Australijczycy, północni i południowi Amerykanie, samotni lub z rodzinami.

'The Golden Volcano' by George Roux 16

Ów tłum wrzaskliwy wnosił z sobą na pokład rodzaj malowniczego chaosu.

W kajutach, ilość łóżek szufladowych zwiększono w każdej o jedno lub dwa; były więc w każdej trzy lub cztery łóżka, zamiast normalnej ilości dwóch. Przestrzeń pomiędzy dekami, t. j. pokładami, zmieniono w jedną ogromną sypialnię z długim rzędem kozłów, pomiędzy któremi porozwieszano hamaki. Co do pokładu, to na nim trudno było się poruszyć. Biedacy, nie posiadający 35 dolarów na opłacenie kajuty, tłoczyli się tu przy bocznych ścianach statku oraz przy parapetach, ogradzających wszelkie otwory. Tutaj spali, jedli i załatwiali wszelkie czynności gospodarsko-buduarowe.

Ben Raddlowi udało się dostać dwa miejsca w jednej z kajut przy sterze. Trzecie miejsce zajmował Norweg Rojen, właściciel pokładu złotego w korycie Bonanzy, stanowiącej jeden z dopływów rzeki Klondyku. Był to człowiek spokojny, łagodny, odważny i ostrożny zarazem, jak wszyscy zresztą Skandynawi, którzy zwykle cel zamierzony osiągają dzięki swej wytrwałości. Urodzony w Chrystyanii, spędziwszy zimę w mieście rodzinnem, wracał teraz do Dauson. Zamknięty w sobie, okazał się wogóle dogodnym towarzyszem podróży.

Szczęściem dla braci, uniknęli oni przyjemności podróżowania w jednej kajucie z Hunterem. Zresztą, gdyby nawet tego pragnęli, nie zdołaliby osiągnąć celu. Hunter bowiem, przy pomocy hojnie rozrzucanych dolarów, otrzymał dla siebie i dla swego towarzysza kajutę czteroosobową. Niektórzy pasażerowie wszelkiemi sposobami próbowali skłonić tych nieuczynnych brutalów do ustąpienia im dwóch wolnych miejsc, lecz spotkała ich wzamian szorstka odmowa.

Hunter i Malon — tak się nazywał towarzysz Techasczyka — nie rachowali się z groszem. Wszystko, co im dawał ich pokład złoty, trwonili w sposób szalony: garściami rzucali dolary na zielone stoły gry. Oczywiście, że w czasie podróży wciąż prawie siedzieli również przy tych stołach.

Opuściwszy port Wankuwer o godz. 6-ej z rana, Futbol ruszył ku północnej stronie kanału, skąd, trzymając się niedaleko od brzegu amerykańskiego, przeważnie pod zasłoną wysp Królowej Karoliny i Księcia Walii, płynął już wciąż w jednym kierunku.

W przeciągu całej podróży, sześć dni trwającej, bracia byli jakby uwięzieni w swej kajucie. Po pokładzie przechadzać się nie mogli, gdyż na nim w przegrodach umieszczono owych pasażerów czworonogich, o których wspomnieliśmy już wyżej: woły, osły, konie i jelenie. Prócz tego po całym pokładzie błąkało się mnóstwo psów, przeraźliwie wyjących, a także włóczyły się gromady nieszczęśliwych emigrantów-nędzarzy z żonami i przeważnie choremi dziećmi. Ci biedacy udawali się do krainy złota szukać pracy w biurach wszechwładnych syndykatów.

— Sam tego chciałeś, Benie — odezwał się Summi Skim w chwili, gdy parowiec port opuszczał. — Otóż jesteśmy nareszcie w drodze do Eldorado. Staliśmy się również częścią owego zbiorowiska poszukiwaczy złota, które do najlepszych na świecie nie należy.

— Byłoby istotnie dziwnem, gdyby rzecz się miała inaczej, drogi Summi — odparł Ben Raddl — trzeba się pogodzić z rzeczywistością i nie spodziewać się od życia nadzwyczajności.

— Co do mnie, wolałbym nie zbliżać się do takiej rzeczywistości — westchnął Summi Skim. — Szczerze mówiąc, mój drogi, to sfera nie dla nas. Żeśmy otrzymali w spadku pokład złota... no, to zrządzenie losu; lecz chociażby on był istotnie przepełniony złotem, to jeszcze nie powód, żeby się przeistaczać w poszukiwaczy tego kruszcu.

— Cóż dalej, kochany Summi? — zapytał Ben Raddl z pobłażliwym uśmiechem.

Summi Skim ciągnął:

— Jedziemy do Klondyku z zamiarem sprzedania pokładu, otrzymanego w spadku po wuju Jozeasie, prawda? Lecz... Boże miłosierny! na samą myśl, że możemy zostać ogarnięci owemi instynktami, namiętnościami, skłonnościami tego tłumu awanturników...

— Strzeż się! — przerwał żartobliwie Ben Raddl. — Gotów jesteś stać się kaznodzieją, apostołem...

— Dlaczegoby nie? Tak jest — wstręt we mnie budzi pragnienie złota, chciwość bogactw, owa przerażająca namiętność, która przywodzi człowieka do fatalnego stanu... To jakaś gra hazardowa, szalona! To wyścigi z karkołomnemi przeszkodami o grudy złota! Ach! gdy pomyślę sobie, że zamiast płynąć na tym parowcu w kraj nieznany, mógłbym najspokojniej siedzieć w Montrealu, przygotowując się do tak przyjemnego spędzania czasu w Zielonej Ustroni...

— Przyrzekłeś Summi, nie wymawiać mi tej podróży — zauważył Ben Raddl.

— Już skończyłem, Benie. Zdarzyło się to raz ostatni. Odtąd będę tylko myślał o...

— O najszybszem przybyciu do Dauson?

— O najszybszym powrocie stamtąd, Benie — odparł szczerze Summi Skim.

Dopóki Fut-Bol płynął kanałem, pasażerowie nie doznawali skutków falowania morza; zaledwie je czuli; lecz gdy parowiec minął północny brzeg wyspy Wankuwer, znalazł się już wtedy na otwartem morzu.

Czas był chłodny, wietrzny. O brzegi kolumbijskie uderzały dość silne fale. Deszcz ulewny zastąpiła śnieżyca. Można sobie wyobrazić stan pasażerów, zmuszonych przebywać na pokładzie, przeważnie dotkniętych przypadłościami choroby morskiej. Zwierzęta również cierpiały. Za świstem wiatru, łączył się taki koncert ryków i rżenia, że opisać go niepodobna. Przy burtach statku biegały lub leżały psy, których nie można było w żaden sposób utrzymać na uwięzi ani w zamknięciu. Niektóre z nich, jak oszalałe, rzucały się na pasażerów. Sternik kilka z nich musiał zastrzelić z rewolweru.

Hunter i towarzysz jego Malon, z gromadą zapalonych graczy, cały czas, niemal od chwili wyruszenia parowca z portu, spędzali przy zielonym stole. Sala, w której prowadzono grę, przetworzyła się w ponurą i groźną jaskinię, w której dniem i nocą rozlegały się najstraszliwsze przekleństwa i najbrutalniejsze wymysły.

Nie trzeba objaśniać chyba, że Ben Raddl i Summi Skim z rezygnacyą znosili niepogodę. Obaj, jak gdyby byli z urzędu wyznaczonymi obserwatorami, całe dnie spędzali na pokładzie i dopiero wieczorem wracali do swej kajuty. Pociągał ich widok owych różnorodnych tłumów, które nietylko zalegały pokład, ale nawet tłoczyły się w pomieszczeniach oficerów załogi. W tych ostatnich jednak gromadziły się typy nie tak wprawdzie jaskrawe, natomiast więcej charakterystyczne: zbierali się tu bowiem wybitniejsi przedstawiciele tego rodzaju awanturników.

Zaraz w pierwszych godzinach podróży, bracia zauważyli dwóch pasażerów, a ściślej mówiąc dwie pasażerki, które szczególnie wyróżniały się z całej gromady. Były to dziewczęta, lat 22 lub 23 , siostry — jak się zdawało z podobieństwa rysów twarzy — blondynka i brunetka, niewielkiego wzrostu, bardzo piękne.

Zawsze razem, a brunetka była jak gdyby opiekunką blondynki. Z rana długo przechadzały się w tylnej części okrętu, przy rufie, następnie udawały się na pokład, gdzie się mieścili najubożsi pasażerowie, zatrzymywały się przy matkach, pielęgnujących dzieci i okazywały im tysiące tych drobnych usług, do jakich są zdolne tylko kobiety.

Ben Raddl i Summi Skini często przypatrywali się tym wzruszającym scenom, nie zdając sobie sprawy z tego, że dziewczęta coraz bardziej ich zajmują. Na tle odrażającej brutalności i niemal dziczyzny, skromność i widoczna wyższość moralna dziewcząt do takiego stopnia rzucały się w oczy, że żaden z tych szorstkich prostaków, z którymi wciąż się spotykać musiały, nie ośmielił się ich czemkolwiek obrazić.

Jakim sposobem znalazła się na Fut-Bolu ta piękna para? Co tu robiły? Bracia często zastanawiali się nad tem, nie mogąc znaleźć odpowiedzi; wskutek zaś wzrastającej ciekawości, zwiększała się również ich sympatya do zagadkowych nieznajomych.

Przytem łatwo można było zauważyć, że dziewczęta zjednały sobie zwoleników również wśród innych pasażerów. Dwaj zwłaszcza okazywali im szczególne względy, a byli to właśnie Techasczyk Hunter i nieodstępny jego towarzysz Malon.

Zawsze, ilekroć wstali od stołu gry, ażeby nieco odetchnąć świeżem powietrzem, zaznaczali owe szczególne względy dla dziewcząt. Trącając się wzajem łokciami i wymieniając między sobą znaczące spojrzenia, głośno wypowiadali rubaszne, grubijańskie dowcipy, starając się trzymać jak najbliżej sióstr, które, ze swej strony, zdawały się wcale ich nie widzieć.

Nieraz Ben Raddla i Summi Skima, gdy byli świadkami tych manewrów, brała chęć wmieszania się w tę sprawę. Lecz co ich mogło upoważnić do tego? Zresztą Hunter i Malon nie przekraczali przyjętych w tem środowisku granic, a ofiary ich natarczywości nie zwracały się o pomoc do nikogo. Dlatego bracia musieli poprzestać na obserwowaniu z daleka swoich przyszłych sąsiadów z pokładów złotodajnych Forty Miles Creek, oczekując jednak z upragnieniem sposobności, któraby im pozwoliła zaznajomić się z sympatycznemi siostrami.

Sposobność zdarzyła się dopiero czwartego dnia podróży. Wówczas Fut-Bol płynął w dogodniejszych warunkach, pod osłoną wysp Królowej Karoliny i po zupełnie spokojnych falach. Na wybrzeżach wysp rzeczonych widniały fjordy, podobne do norweskich, które zapewne musiały przypominać spółmieszkańcowi kajuty braci jego posępną Ojczyznę. Dokoła fjordów wznosiły się wysokie skały, przeważnie zarosłe lasami, tu i owdzie zaś ciągnęły się wioski lub chaty rybackie, niekiedy wreszcie zjawiały się pojedyncze domki, których mieszkańcy, Indyanie, utrzymywali się z polowania i rybołówstwa; gdy Fut-Bol tuż przepływał, zbliżali się oni do niego na łodziach, zaofiarowując swoje produkty, które chętnych znajdowały nabywców.

Po za nadbrzeżnemi skałami kontynentu, w niezbyt wielkiej odległości, widniały okryte śniegiem wierzchołki gór; na wyspie zaś Królowej Karoliny oko spotykało rozległe polany lub lasy, spowinięte srebrzystą szatą szronu. I tam jednak, tu i owdzie, zarysowywały się kontury chat przy brzegach wązkich rzek, na których kołysały się lodzie rybackie, oczekujące sprzyjającego połowowi wiatru.

Bracia nasi poznajomili się z sympatycznemi dziewczętami w chwili, gdy Fut-Bol zbliżał się do krańca wyspy Królowej Karoliny. Zdarzyło się to w sposób zwykły, z powodu składki dobroczynnej, zbieranej przez owe młode pasażerki dla biednej kobiety, która została podczas podróży matką, obdarzając świat zdrowem i silnem niemowlęciem.

Jak zwykle w towarzystwie blondynki, brunetka zbliżyła się z kolei do Bena i Summiego. Złożywszy swój datek, Ben Raddl zawiązał okolicznościową rozmowę, przyczem bez trudności otrzymał wiadomości, o jakie mu chodziło. Okazało się, że dziewczęta nie były siostrami, lecz kuzynkami; że liczyły jednaką ilość lat, z różnicą zaledwie dni kilku; że nosiły nazwisko Edżerton — imiona zaś: blondynka Edyty, a brunetka Dżenny t. j. Joanny. Wyjaśnienia te inżynier usłyszał z ust Joanny. Brzmiały one otwarcie, bez przymusu, naturalnie; co zaś do blondynki, ta słowem się nie odezwała. Otrzymawszy datek, dziewczęta niezwłocznie podążyły do innych ofiarodawców.

Krótkie te szczegóły wcale nie zadowoliły naszych braci. Nazwisko Edżerton znane było w całej Ameryce. Dwaj bracia Edżertonowie, energiczni przedsiębiorcy, w bardzo krótkim czasie wytworzyli poważny interes bawełniany, który doprowadzili również szybko do kolosalnych rozmiarów. Szczęście ich jednak zawiodło: niemniej szybko stracili wszystko i nazwisko, przez pewien czas głośne, utonęło w oceanie anonimów, zniknęło, jak znika codziennie mnóstwo innych tego rodzaju ludzi. Czy istniał jakikolwiek związek pomiędzy owymi legendowymi miliarderami a pięknemi pasażerkami Fut-Bola?

Znaleźć odpowiedź na to pytanie nie było trudno. Pierwsze lody pękły, a w pobliżu stref polarnych ludzie nie krępują się swojem pochodzeniem. W godzinę potem, Ben Raddl zbliżył się do Joanny Edżerton i wprost ją o to zapytał.

Odpowiedziała niezwłocznie, bez skrupułów. Tak jest: Edyta i Joanna były istotnie córkami dwóch owych „królów bawełny”, jak niegdyś nazywano ich ojców. Liczyły każda po dwadzieścia dwa lata, a nie posiadały już ani odrobiny z tego złota, które ojcowie ich gromadzili łopatami. Pozostały same na świecie — były zupełnemi sierotami. Matki dawno już umarły, i to jednocześnie, w pół roku po strasznej katastrofie kolejowej, której ofiarami stali się ich mężowie.

Gdy Joanna odpowiadała na zapytania Bena, Edyta i Summi milczeli. Więcej nieśmieli, a jeszcze więcej lękliwi i niezdecydowani, przysłuchiwali się rozmowie.

— Czy to nie będzie zbytnią niedyskrecyą z mej strony miss Edżerton — mówił Ben Raddl — jeśli zapytam: z jakim celem przedsięwzięły panie tak daleką i ciężką podróż? Przyznam się, że obaj, ja i mój kuzyn, zdziwiliśmy się bardzo, spostrzegłszy panie na pokładzie Fut-Bola.

— Nic w tem nadzwyczajnego — odparła Joanna Edżerton. — Przyjaciel mego wuja, doktór Pilkoks, zamianowany niedawno dyrektorem szpitala w Dausonie, zaproponował posadę pielęgniarki kuzynce mojej, Edycie, która bez wahania je przyjęła i niezwłocznie puściła się w podróż.

— Do Dausonu?

— Do Dausonu.

Spojrzenia braci, Bena zawsze spokojne i Skima, zaczynające wyrażać zdziwienia, zwróciły się na jasnowłosą Edytę, która wcale się niemi nie zmieszała. Przypatrując jej się uważniej, coraz mniej nierozsądnem wydawało się im jej śmiałe postanowienie. Edyta widocznie wielce się różniła od kuzynki. Wzrok jej nie posiadał wyrazu takiej stanowczości, w obejściu nie miała takiej pewności, w postawie takiej swobody. Przy dłuższej jednak obserwacyi, można było się domyśleć, że pod względem energii i woli nie ustępuje ona kuzynce. Przy odmiennych temperamentach, dziewczęta posiadały też odmienne właściwości charakteru. Gdy jedna odznaczała się stanowczością i silną wolą, druga przewyższała ją ścisłością metodycznością i konsekwencyą. Piękne, wyniosłe czoło Edyty Edżerton, jej oczy błękitne, w których jaśniała inteligencya, świadczyły wymownie, że umysł jej przyswajał sobie wszelkie nowe idee i wrażenia zdumiewająco łatwo i systematycznie — zdawało się, że wszystkie te nabytki umieszcza z ścisłą dokładnością w odpowiednich przegródkach, z których następnie może je wydobywać stosownie do potrzeby. Prześliczna ta główka odznaczała się widocznie niepospolitą zdolnością systematyczności i niewątpliwie jej właścicielka posiadała wyjątkowe zalety dzielnego administratora, które mogły przynieść nieoceniony pożytek szpitalowi w Dausonie.

All rigth! — rzekł Ben Raddl, nie wykazując najmniejszego zdziwienia. — A pani, miss Joanno, czy także zamierzasz poświęcić się na usługi cierpiącej ludzkości?

— Co do mnie — odparła Joanna z uśmiechem — nie jestem równie szczęśliwą, jak kuzynka: nie mam jeszcze stanowiska społecznego. Ponieważ zaś nic mnie nie zatrzymywało w stronach południowych, więc postanowiłam szukać szczęścia na północy. Oto jak się przedstawia moje położenie.

— Cóż jednak pani zamierza robić?

— To samo, co wszyscy — odparła spokojnie Joanna: — szukać złota.

— Cooo? — zawołał przeciągle Summi, słupiejąc ze zdumienia.

A trzeba tu przyznać, że i Ben Raddl musiał wytężyć wszystkie zdolności panowania nad sobą, żeby nie pójść za przykładem brata i zarazem, żeby nie przeniewierzyć się zasadzie, iż jednostka, szanująca w sobie godność ludzką, nie powinna dziwić się niczemu. To młodziutkie dziewczę będzie poszukiwaczką złota!

Tymczasem miss Joanna, jak gdyby urażona okrzykiem Skimma, zwróciła się do niego.

— Czy w zamiarze moim jest co szczególnego? — zapytała wyzywająco.

— Hm... miss Joanno — bąknął Summi, jeszcze nie ochłonąwszy z osłupienia — rzeczywiście... wziąwszy tylko pod uwagę... jakże... kobieta...

— Dlaczego, racz mi pan powiedzieć — dopytywała, podkreślając wyrazy, miss Joanna — kobieta nie mogłaby uprawiać tego, co uprawia mężczyzna? Pan, naprzykład?

— Ja?! — zaprotestował energicznie Summi. — Ja nie jestem wcale poszukiwaczem złota! Broń mnie Boże od czegoś podobnego! Jeżeli jadę do tego przeklętego kraju, to, proszę mi wierzyć, wbrew mojej woli. Jestem właścicielem pokładu i jedynem mojem pragnieniem jest jak najprędszy powrót.

— Przypuśćmy, że tak jest w samej rzeczy — rzekła miss Joanna z odcieniem niedowierzania. — Ale pan nie sam tam jedziesz; to, co pana tak trwoży, pociąga tysiące innych; dlaczego za ich przykładem nie może pójść kobieta?

— W każdym razie... — bąkał Skim — zdaje mi się, że siły... zdrowie... wreszcie, do licha! sama odzież...

— Zdrowie? — podchwyciła Joanna. — Życzę panu mieć moje zdrowie. Siły? Zabawka, którą noszę w kieszeni, daje mi tyle sił, ile nie posiada sześciu nawet atletów. Co do ubioru — to nie rozumiem, dlaczego mój miałby być gorszym od pańskiego? Kto wie, czy na świecie nie mamy więcej kobiet, zdolniejszych do noszenia spodni, niż mężczyzn, którzy byliby godni nosić spódnice!

Powiedziawszy to, Joanna Edżerton — widocznie skończona feministka — skinęła lekceważąco głową zupełnie zwyciężonemu Skimowi, uścisnęła dłoń Bena i odeszła, pociągając za sobą milczącą kuzynkę, która przez cały czas rozmowy uśmiechała się tylko łagodnie.

Tymczasem Fut-Bol minął północny kraniec wyspy Królowej Karoliny, a przeszedłszy cieśninę Dicksona, zagrodzoną wyspą Księcia Walii, znalazł się znów na otwartem morzu. Wiatr jednak zmienił się teraz na północno-wschodni, a ponieważ wiał teraz od strony lądu, więc fale znacznie osłabły.

Nazwę Księcia Walii nosi cały archipelag, zakończony na północy mnóstwem drobnych wysepek. Za niemi leży wyspa Baranowa, gdzie Rosyanie wznieśli fort Nowy-Archangielsk i miasto Sitkę, które od czasu nabycia przez Stany Zjednoczone Alaski, stało się punktem centralnym tamtejszego obszaru.

Dnia 19 kwietnia, wieczorem, Fut-Bol przepłynął w pobliżu portu Simpsona, ostatniej miejscowości kanadyjskiej na lądzie, w kilka godzin potem znajdował się już na wodach amerykańskiego Stanu Alaski, a nazajutrz rano zatrzymał się w porcie Wrangla, przy ujściu rzeki Stikin.

'The Golden Volcano' by George Roux 17

Miasto liczyło nie więcej nad 40 domów; znajdowało się w niem kilka tartaków, hotel, kasyno i kilka domów gry, które podczas sezonu robiły świetne interesy.

W Wranglu zatrzymują się ci z poszukiwaczy złota, którzy udają się do Klondyku rzeką Telegraficzną, a nie drogą jezior, dążącą od Skagweyu. Droga ta ma 430 kilometrów długości, które trzeba przebywać w najuciążliwszych warunkach. Natomiast jest ona znacznie mniej kosztowną; dlatego, pomimo przestróg, że sanna jeszcze się tu nie ustaliła, około 50 pasażerów opuściło parowiec, decydując się zwalczać niebezpieczeństwa i trudności tej podróży po bezgranicznych równinach Kolumbii podbiegunowej.

Zacząwszy od portu Wrangla, cieśnina się zwęża, jej zakręty stają się więcej jeszcze dziwaczniejsze. Przebywszy istny labirynt wysp, Fut-Bol dotarł do wsi Ziuno, która otrzymała nazwę od nazwiska swego założyciela. Powstała w r.1882 i jest już prawie miastem. Na dwa lata przedtem, ów Ziuno, wraz z towarzyszem swoim, Ryszardem Harrisem odnaleźli pokład Silver Bow Bassin, z którego w przeciągu kilku miesięcy osiągnęli ilość samorodków złota wartości 50.000 fr. Odtąd też zaczęły napływać do tych okolic tłumy awanturników, zwabionych wiadomością o szczęśliwem odkryciu, a eksploatacyę pokładów skierowano do okręgu Kassiara. Działo się to przed zwróceniem uwagi na Klondyk. Wkrótce potem odnaleziono pokład Tridvill, na którym pracowało 240 tłuków, obrabiających do 15.000 tonnów kwarcu; przynosił on 2.500.000 fr. Rocznego dochodu. Gdy Ben Raddl opowiadał Summi Skimowi o zdumiewających rezultatach, osiągniętych na tej przestrzeni, usłyszał uwagę ze strony brata:

— Jaka szkoda, że wuj Jozeas nie wybrał tej drogi, udając się do swego przyszłego pokładu, w Forty Miles Creek!

— Dlaczego, Summi?

— Dlatego, że zatrzymałby się tutaj i my moglibyśmy obecnie uczynić to samo.

Summi Skim mówił o złocie. Gdyby chodziło tylko o dostanie się do Skagweyu, nie byłoby powodu do skarg i wyrzekań; tu jednak przeciwnie, zaczynały się oczywiste trudności, gdyż chcąc się dostać jeziorami na lewy brzeg Jukonu, trzeba było przebyć ciężki przesmyk, Czilkut, gdzie statki są ciągnione za pomocą lin. A jednak, mimo to, jakże pragnęli wszyscy ci pasażerowie dostać się o ile można najprędzej do tego kraju, zraszanego wielką arteryą wodną Alaski. Jeżeli myśleli o przyszłości, to nie dlatego, żeby się zastanawiać nad oczekującemi ich trudnościami, próbami, niebezpieczeństwami i rozczarowaniami, gdyż na ich horyzoncie coraz wyraźniej zarysowywał się miraż złoty.

Za Ziuao, parowiec płynął kanałem, dostępnym dla statków pewnej tylko objętości, aż do Skagweyu; podróż taka trwa zwykle jedną dobę; dalej zaś, od Skagweyu do miasta Dia, mogą tylko chodzić statki o dnach płaskich. Tu, w stronie północno-zachodniej, błyszczał w słońcu lodowiec Miura, 240 stóp wysoki, z którego wierzchołka staczały się ustawicznie do oceanu Spokojnego z wielkim, groźnym łoskotem, potężne lawiny.

W ciągu ostatniego wieczora pobytu pasażerów na parowcu, w sali gry toczyła się zawzięta walka szulerów, w której wielu z tych, co odwiedzali ten przybytek podczas podróży, miało być zwyciężonych do ostatniego dolara. Do rzędu owych zaślepionych graczy należeli oczywiście obaj Techasczycy — Hunter i Malon. Zresztą inni nie byli od nich lepsi i nie warto było czynić wyróżnienia pomiędzy tymi awanturnikami, stałymi gośćmi wszystkich szulerni Wankuweru, Wrangla, Skagweyu i Dausonu.

Sądząc z krzyków, jakie się rozlegały w owej sali, można było sobie wyobrazić, jak brutalne odbywać się tam musiały sceny i przypuszczano nawet, że kapitan zniewolony będzie uspokoić roznamiętnionych graczy; w oczekiwaniu tej ostateczności, inni pasażerowie zamknęli się w swoich kajutach.

Około godziny 9-ej, Summi Skim i Ben Raddl również postanowili wrócić z pokładu do swojej kajuty. Otworzywszy drzwi do wielkiej sali, przez którą przejść musieli, zauważyli w drugim jej końcu Joannę i Edytę Edżerton, także udające się do swej kajuty. Bracia podążyli ku nim, zamierzając im życzyć „dobrej nocy“, gdy nagłe drzwi sali gry rozwarły się z łoskotem, a z nich wyszło coś dwunastu graczy.

Na czele kroczył Hunter, dobrze podpiły i w najwyższym stopniu podniecony. Potrząsając pękatym pugilaresem, który trzymał w lewej ręce, śmiał się i wrzeszczał radośnie. Otaczała go gromada awanturników, niby świta dostojnego władcę, wydając na jego cześć dzikie okrzyki.

— Hip! Hip! Hip! — wołał Malon.

— Wiwat! Hurra! — grzmiał tłum, jak jeden mąż.

— Hurra! Zwycięstwo! — powtórzył Hunter i następnie, coraz bardziej pijany, rozkazał piorunującym głosem:

— Hola! Służba! Rumu! Szampana! Dziesięć, dwadzieścia, sto butelek szampana! Ograłem dzisiaj wszystkich! Wszystkich mam w tym oto portfelu!

— Wszystkich! Wszystkich! — wtórował chór wielbicieli.

— Dlatego funduję wszystkim pasażerom i całej załodze, od kapitana do ostatniego majtka!

Zwabieni hałasem pasażerowie tłumnie napływali do sali.

— Hurra! Brawo Hunter! — wrzasnęli awanturnicy, klaszcząc w dłonie i tupiąc nogami tak zawzięcie, że aż wszystkie szyby drżały.

Lecz Hunter już ich nie słyszał. Zauważywszy Edytę i Joannę Edżerton, które nie mogły wydostać się z sali, uwiązłszy wśród zwartego tłumu, rzucił się ku nim gwałtownie i pochwycił Joannę w objęcia.

— Zapraszam wszystkich — powtórzył — i ciebie również piękna panienko!

Brutalna napaść wcale nie zmieszała Joanny. Widocznie zamierzała spoliczkować niegodziwca, według wszelkich reguł boksowaniu, lecz czy jej słabe ręce mogły upamiętać tego prostaka, roznamiętnionego do szaleństwa i w podnieceniu posiadającego zdwojone siły?

— Coo? Chcesz kąsać ślicznotko? — roześmiał się Hunter. — W takim razie będę musiał...

Nie dokończył, gdyż atletyczna dłoń schwyciła go za gardło i odrzuciła o dziesięć kroków, jak piłkę.

W sali zapanowało milczenie. Świadkowie tej sceny przypatrywali się przeciwnikom, z których jeden był znanym ze swoich awanturniczych wybryków, a drugi dopiero w tej chwili złożył dowód swej nadzwyczajnej siły.

Hunter podniósł się, nieco ogłuszony, wyciągnął nóż z za pasa, lecz nowa okoliczność umiarkowała jego wojownicze zamiary. Skrzypienie stopni trapu pozwoliło odgadnąć, że ktoś spiesznie schodził z pomostu. Był to oczywiście zaniepokojony wrzaskiem kapitan. Hunter, zrozumiawszy swoją w danej chwili bezsilność, przyjrzał się uważnie przeciwnikowi, którego zrazu nie poznał, a którym był Summi Skim, i włożywszy nóż do pochwy, mruknął z pogróżką:

— Stąd wiatr wieje! Doskonale... Wiedz jednak, przyjacielu, że my się jeszcze spotkamy!

Summi stał bez ruchu, zdając się nie słyszeć tej groźby, więc w odpowiedzi wyręczył go Ben Raddl; ten, wystąpiwszy naprzód, rzekł spokojnie:

— Gdzie tylko pan zechcesz!

— W takim razie na Forty Miles Creek, szanowni dżentlemeni z № 129! — syknął Hunter przez zaciśnięte zęby i wybiegł z sali,

Summi stał wciąż nieruchomy. On, który w zwykłem usposobieniu nie zaczepiłby nawet muchy, teraz, w uniesieniu, wyszedł z równowagi.

Joanna Edżerton zbliżyła się i ściskając dłoń jego, rzekła z prostotą:

— Dziękuję panu!

— I ja panu dziękuję! — powtórzyła Edyta, ściskając drugą jego rękę.

To podwójne podziękowanie przywróciło Summiemu przytomność. Czy zdawał sobie sprawę z tego, co zaszło?

Z tępym, nieokreślonym uśmiechem człowieka, który spadł z księżyca, odparł z galanteryą:

— Dobrej nocy życzę paniom.

Grzeczność ta, niestety, nie trafiła pod adres właściwy, gdy bowiem Summi zauważył nieobecność uroczych pasażerek, one już przed pół kwadransem opuściły salę.



VI.

Joanna Edżerton i S-ka.

Skagwey, jak zresztą wszystkie inne stacye w kraju, nieposiadającym ani dróg, ani środków komunikacyi, był pierwotnie tylko obozowiskiem poszukiwaczy złota. Z biegiem czasu, powoli, rozrzucone bezładnie szałasy zostały zastąpione przez chaty, których miejsca z kolei zajęły domy murowane. Być może jednak, iż w przyszłości, gdy pokłady złota się wyczerpią już doszczętnie, wszystkie te miasta, wzniesione w celu zaspokojenia potrzeb chwilowych, opustoszeją i cała przestrzeń znów stanie się pustynią...

Jakoż w samej rzeczy — porównywać tej miejscowości z Australią, Kalifornią i Transvaalem niepodobna. W tych ostatnich krajach wsie mogły się przeistoczyć w miasta nawet wówczas, gdyby tam pokłady złota nie istniały. Gleba tamtejsza słynęła z urodzajności, przestrzenie były zaludnione, przedsiębiorstwa handlowe i przemysłowe mogły się rozwijać pomyślnie. Oddawszy swoje bogactwa kruszcowe, ziemia mogła dostarczyć ludziom pracy zarobkowej na swej powierzchni.

Ale tu, w tej części Kanady, na granicy Alaski, niemal u krańców pasa polarnego, w tym klimacie lodowatym, rzecz przedstawia się inaczej. Skoro ostatnie ślady złota znikną z wnętrza ziemi, ludzie nie będą mieli co robić w tych zupełnie bezpłodnych stronach, ogołoconych już nawet w znacznej mierze z materyału do przemysłu futrzanego.

Dlatego jest możliwem, że tak szybko powstałe miasta, w danej chwili nie mogące się uskarżać ani na brak przedsiębiorstw, ani na ruch podróżnych, powoli znikną z oblicza świata, gdy pokłady Klondyku opustoszeją. Stanie się zaś to pomimo wszelkich usiłowań rozmaitych stowarzyszeń finansowych, które starają się w przeróżny sposób ułatwiać środki komunikacyi, pomimo nawet zaprojektowanej budowy linii drogi żelaznej z Wrangla do Dansonu.

W chwili przybycia Fut-Bola do Skagweyu, miasto pełne było wychodźców, którzy przybyli tu bądź parowcami oceanu Spokojnego, bądź też pociągami drogi żelaznej Kanadyjskiej i Stanów Zjednoczonych. Wszyscy oni dążyli do Klondyku.

Celem podróży niektórych była Diea, miasteczko leżące przy końcu kanału; lecz dostać się tam mogli nie parowcami, dla których głębokość kanału nie wystarczała, tylko łodziami o dnach płaskich, zbudowanych w ten sposób, żeby wystarczyły jedynie na przebycie przestrzeni, oddzielającej jedno miasto od drugiego, co skracało ciężką drogę lądową.

Bracia nasi zatrzymali się w jednym z kilku hotelów Skagweyu, zadawalając się jednym pokojem, którego cena wszakże znacznie przewyższała ceny pobierane przez hotele w Wankuwerze; dlatego też przedsięwzięli wszelkie środki, aby ten słony postój jak najprędzej opuścić.

W oczekiwaniu na termin odjazdu do Klondyku, podróżni zapełnili cały hotel. Przy obiedzie spólnym zgromadzały się wszelkie narodowości. Na nieszczęście, kuchnia była prowadzona w smaku miejscowym, wiele pozostawiającym do życzenia; lecz czy mogli sobie rościć prawo do wybredności wszyscy ci emigranci, których oczekiwał kilkumiesięczny okres wszelkich braków?

Bracia nasi nie spotkali się już w Skagweyu z Techasczykami, z którymi Summi miał tak przykre zajście, Hunter i Malon bowiem, nie zatrzymując się tutaj, wprost podążyli do Klondyku. Ponieważ wracali oni na miejsce, które opuścili pół roku temu, więc wszelkie potrzeby przejazdu zabezpieczyli sobie wcześniej; przewóz narzędzi, niezbędnych do prowadzenia poszukiwań złota, wcale ich nie obchodził: przyrządy te bowiem pozostawili na brzegu Forty Miles Creek.

— Cieszy mnie to — zauważył Summi Skim — że nie jesteśmy zmuszeni przebywać w towarzystwie tych prostaków i zarazem żałuję tych, których ta przyjemność spotkała; chociaż, jak się zdaje, inni członkowie tego środowiska nie są wiele więcej warci.

— Rozumie się — potwierdził Ben Raddl. — W każdym razie ci prostacy są szczęśliwsi od nas: nie zatrzymali się w Skagweyu, gdy my musimy tu spędzić dni kilka.

— I my przecież, kochany Benie, staniemy u celu! — zawołał Summi Skim, niezwykle ożywiony. — Staniemy i spotkamy tych łotrów na ich udziale Nr 131. Wspaniałe sąsiedztwo! Rozkoszna blizkość! W samej rzeczy, zachwycająca przyszłość! Sądzę, że nareszcie ten wzgląd skłoni nas do jak najprędszego sprzedania spadkowego pokładu i do powrotu w dobrze nam znane strony.

Summi Skim pozbył się już niepokoju, wzbudzanego obecnością Huntera i Malona, natomiast znów się niebawem spotkał z młodemi pasażerkami, w których obronie tak szlachetnie stanął. Zamieszkały one w tymże hotelu, więc częste spotkania były nieuniknione. Przy owych spotkaniach, wymieniali zawsze słów kilka, z pozoru objętych, lecz nie bez przyjaznego charakteru, a następnie rozchodzili się, ażeby się zająć swemi interesami.

Łatwo było odgadnąć, że dziewczęta znajdowały się w kłopotliwem położeniu: nie wiedziały, w jaki sposób najłatwiej dostać się do Dausonu. Sposobność pomyślna się nie zdarzała. Po upływie dwóch dni pobytu w Skagweyu, jeszcze się na rodzaj podróży nie zdecydowały. Joanna Edżerton starała się wszelkiemi siłami panować nad sobą, mimo to na jej twarzy znać było poważny niepokój.

Ben Raddl i Summi Skini, którzy z każdym dniem czuli coraz większą sympatyę do pięknych spółtowarzyszek podróży, nie mogli spokojnie, bez wzburzenia i żalu, myśleć o trudnościach i niebezpieczeństwach, jakie oczekiwały owe młode dziewczęta. Czy mogły one spodziewać się znaleźć jakąkolwiek pomoc i obronę w razie potrzeby wśród tej zgrai awanturników, których zawiść, chciwość i namiętność złota opanowały doszczętnie, zabijając wszelkie szlachetniejsze uczucia.

'The Golden Volcano' by George Roux 18

Wieczorem, dnia 23 kwietnia, Summi Skim, nie mogąc dłużej ukrywać nurtujących w nim myśli, odważył się zaczepić blondynkę, z którą czuł się zawsze więcej pewnym i śmiałym.

— Cóż, miss Edyto — zapytał — od czasu przybycia do Skagweyu, nie zaszło u pań nic nowego.

— Zgoła nic, panie — brzmiała odpowiedź.

Summi Skim zauważył, że w gruncie rzeczy po raz pierwszy słyszy ten głos z odcieniem nader miłej harmonii.

— Zdaje się, że pani, wraz z kuzynką, zastanawiacie się nad dalszą podróżą do Dausonu?

— Nieinaczej.

— I nic jeszcze panie dotychczas nie postanowiły?

— Jeszcze nic.

Edyta Edżerton odpowiadała wprawdzie na zapytania uprzejmie, lecz takim tonem, że Summi Skim, który zamierzał ofiarować jej swoją pomoc, zmieszał się, zaciął i rozmowa nagle się przerwała. Mimo to Summi nie zaniechał powziętego zamiaru, więc nazajutrz wznowił rozmowę. Dziewczęta prowadziły właśnie pertraktacye z grupą podróżnych, którzy mieli wyruszyć w drogę za dni kilka. Grupa owa składała się z ludzi prostych, niekulturalnych. Towarzystwo doskonałe dla młodych dziewcząt, tak wychowanych i delikatnych!

Skoro tylko Summi zauważył owe pertraktacye, tym razem ośmielony obecnością Ben Raddla i Joanny Edżerton, niezwłocznie przystąpił do rzeczy.

— Cóż miss Edyto, czy nic nie zaszło nowego? — odezwał się, powtarzając wczorajsze pytanie, gdyż nie odznaczał się wcale elokwencyą.

— Zgoła nic, panie — odparła znów Edyta.

— Hm... w takim razie rzecz może potrwać długo...

Edyta poruszyła się żywo, a Summi prowadził:

— Czy to nie będzie niedyskrecyą z mojej strony, jeżeli zapytam, w jaki sposób panie postanowiły odbyć dalszą podróż do Dausonu?

— Bynajmniej sir — odparła Edyta. — Oto chcemy utworzyć małą karawanę z ludźmi, z którymi mówiłyśmy.

— Myśl w zasadzie dobra — pochwalił Summi. — Daruje pani jednak, że się wtrącam w nie swoje rzeczy i zapytam: czy panie dobrze się zastanowiły nad tą decyzyą? Ludzie, do których panie chcą się przyłączyć, wydają mi się bardzo podejrzanymi, na co pozwalam sobie zwrócić uwagę pań...

— Niestety, nie mamy wyboru! — przerwała, śmiejąc się, Joanna. — Środki, jakiemi rozporządzamy, nie pozwalają nam zawierać stosunków z książętami...

— Nie trzeba tytułu książęcego, ażeby stać wyżej od wybranych przez panie spółtowarzyszów podróży. Jestem przekonany, że będziecie panie zmuszone na pierwszej stacyi porzucić ich karawanę.

— W takim razie będziemy dalszą drogę odbywały same — rzekła z prostotą Joanna. Summi wzniósł ręce do góry.

— Same? — powtórzył. — Co też pani mówi! Ależ zginiecie w drodze z pewnością!

— Dlaczego nam mogą zagrażać większe niebezpieczeństwa, aniżeli wam, moi panowie? — podchwyciła Joanna urażona. — I my potrafimy walczyć z przeciwnościami narówni z wami...

Widocznie, że zapalona ta feministka ani myślała dać się przekonać.

— Niewątpliwie! Niewątpliwie! — zawołał Summi, nie chcąc jej rozdrażniać. — Ale właśnie ani ja, ani mój kuzyn nie zamierzamy bynajmniej odbywać podróży do Dausonu sami. Będziemy mieli doskonałego przewodnika, który pomagać nam będzie swojem doświadczeniem i wystara się o wszystko, co tylko potrzebne do drogi.

Tu Skim dodał podstępnie:

— I panie przecież mogłyby korzystać z tych dogodności...

— Jak im sposobem?

— Jako nasi goście, oczywiście!

Joanna uścisnęła mu rękę przyjaźnie.

— Kuzynka moja i ja, panie Skim — rzekła — jesteśmy panom bardzo wdzięczne za tak wspaniałomyślną propozycyę, ale przyjąć jej nie możemy. Jakkolwiek środki nasze są bardzo skromne, w każdym razie nam wystarczają; zresztą postanowiłyśmy nigdy nie zaciągać długów wdzięczności i żadnych zgoła zobowiązań, z wyjątkiem wyjątkowej konieczności.

Ton stanowczy, który brzmiał w tych słowach, wymownie świadczył, że dziewczęta przekonać się nie dadzą.

— Czy mam słuszność? — dodała Joanna, zwracając się do Ben Raddla.

— Najzupełniejszą, miss Joanno — odparł inżynier, nie zwracając uwagi na rozpaczliwe znaki kuzyna.

Zaraz po przybyciu do Skagweyu, Ben Raddl zajął się obmyśleniem dalszej podróży. Idąc za wskazówkami, otrzymanemi w Montrealu, udał się o pomoc w tym celu do niejakiego Billa Stella, Kanadyjczyka z pochodzenia, który oddawna mieszkał w kraju równin. Przez lat kilka był on wywiadowcą w wojsku kanadyjskiem i na tem niebezpiecznem stanowisku zyskał zupełne zaufanie swej władzy. Uczestniczył w długich wojnach z Indyanami, składając liczne dowody nadzwyczajnej odwagi, energii, zimnej krwi i przezorności. Obecnie pracował jako przewodnik emigrantów, udających się do Klondyku lub wracających stamtąd. Nie był on jednak zwykłym przewodnikiem. Stał na czele całego ich oddziału i posiadał wszelkie środki, niezbędne do tego rodzaju trudnych podróży: łodzie z wioślarzami do przeprawy przez jeziora, sanie i psy do przebywania równin lodowych, ciągnących się za przełęczą Czilkut. Jednocześnie zobowiązywał się dostarczać prowadzonym przez siebie karawanom zapasów żywności.

Ponieważ Ben Raddl już w Montrealu postanowił skorzystać z pomocy Billa Stella, dlatego nie obciążał się znacznym bagażem. Wiedział, że Bill dostarczy wszystkiego, czego potrzeba do dostania się na miejsce, a był nadto pewien, że zdoła się z nim ugodzić o przewodnictwo do Klondyku i z powrotem.

Gdy nazajutrz po przybyciu do Skagweyu zapytał o Billa Stella, powiedziano mu, że niema go obecnie w mieście, udał się bowiem z karawaną, ażeby ją przeprowadzić przez przełęcz Uait Pass do jeziora Benneta. Nieobecność jego trwała już dni dziesięć. Jeżeli go nie spotkała jaka przygoda, lub jeżeli nie został wynajęty przez inną karawanę, to niebawem powinien był wrócić. Tak też się stało: dnia 25 kwietnia, rano, Ben Raddl i Summi Skim mogli już porozumieć się z przewodnikiem.

Bill Stell miał lat pięćdziesiąt, a tak wyglądał, jak gdyby był wykuty z żelaza. Średniego wzrostu, włosy miał szorstkie i grube, w brodzie przeświecała siwizna, oczy stanowczo i przenikliwie spoglądały, na miłej, sympatycznej twarzy jaśniał wyraz uczciwości. Podczas długoletniej służby w armii kanadyjskiej, wyrobił w sobie wiele rzadkich, nieocenionych przymiotów, a przedewszystkiem spostrzegawczość, roztropność i ostrożność. Posiadając umysł bystry, łatwo oryentujący się, skupiony oraz niepospolite doświadczenie, nie dał się nikomu wyprowadzić w pole. Będąc filozofem z natury, patrzył na życie optymistycznie, był w zupełności zadowolonym ze swego losu i nigdy mu nie przyszło do głowy naśladować tych, których prowadził do złotodajnej krainy. Doświadczenie codzienne, przykłady naoczne przekonały go, że większość tych ludzi nie mogła zwalczyć wszystkich trudności przedsiębranych, albo też wracała jeszcze więcej przygnębiona i nieszczęśliwa, niż była dawniej.

Ben Raddl przedstawił Billowi Stellowi swój zamiar jak najszybszego wyruszenia do Dausonu, na co usłyszał odpowiedź:

— Dobrze panie, zgadzam się, jestem gotów na wasze usługi. To zresztą mój zawód, a przy tem mam wszystko, co potrzeba do takiej podróży.

— Wiem o tem, Billu — odparł Ben Raddl — jak również i to także, że można na tobie w zupełności polegać.

— W Dausonie zamierza pan zabawić tylko kilka tygodni?

— Prawdopodobnie.

— A więc idzie tu nie o eksploatację pokładów złota?

— Sam jeszcze nie wiem. Tymczasem idzie o sprzedaż udziału, który, wraz z kuzynem , o trzymaliśmy w spadku. Proponowano już nam kupno onego, lecz przed zdecydowaniem się ostatecznem, uważaliśmy za konieczne osobiście przekonać się o wartości rzeczonego działu.

— Bardzo słusznie. W tego rodzaju sprawach należy postępować z wszelką ostrożnością, gdyż łatwo można paść ofiarą bezecnego podstępu.

— Dlatego postanowiliśmy zbadać rzecz na gruncie.

— A po sprzedaniu działu wrócicie panowie do Montrealu?

— Taki jest tymczasowo nasz zamiar. Spodziewamy się też, że ty, Billu, nietylko odwieziesz nas na miejsce, ale także z powrotem.

— To zależy od układu. Ponieważ zaś nie mam zwyczaju targować się, odrazu przedstawię panu moje warunki.

Szło tu o podróż, która trwać miała od 30 do 35 dni, przytem Bill zobowiązywał się dostarczyć do niej koni i mułów, psów, sani, łodzi i namiotów . Oprócz tego do niego należał starunek o dostarczenie żywności dla karawany i w tej mierze można było w zupełności mu zawierzyć, gdyż nikt równie, jak on, nie znał wszelkich potrzeb, wymaganych przy przeprawie przez te strony bezludne.

Ponieważ bracia nie posiadali narzędzi ani materyałów , niezbędnych do prowadzenia poszukiwań złota, Bill zatem koszta podróży obliczył na 1800 franków do Dausonu i na tyleż drogę powrotną. Targować się z ta kim uczciwym i dobrej wiary człowiekiem nie wypadało, tem bardziej, że koszt podróży do jezior tylko, z powodu trudności, spotykanych w dwóch innych drogach, był wcale znaczny: liczono mianowicie po 400 do 500 centów od funta bagażu w jednej z tych dróg, a po 500 do 700 w drugiej; cena przeto, wyznaczona przez Billa, była istotnie umiarkowaną i Ben Raddl zgodził się na nią bez wahania.

— Rzecz tedy skończona — rzekł Ben. — Pamiętaj przyjacielu, że pragniemy wyruszyć jak najprędzej.

— Przygotowania nie zajmą więcej czasu, nad dwie doby — odparł Bill.

— A do Diea nie będziemy potrzebowali przeprawiać się na łodziach?

— Nie. Ponieważ nie mamy z sobą nazbyt ciężkiego bagażu, najlepiej podążyć wprost do Skagweyu.

Należało teraz zadecydować: jaką drogą karawana ma przebyć miejscowość górzystą, poprzedzającą obszar jezior, przedstawiającą dla podróżnych najwięcej trudności. Bill Stell taką dał na pytanie odnośne odpowiedź:

— Istnieją dwie drogi, a właściwie dwie ścieżki, zwane tutaj „tropami”: przez Uait-Pass i przez Czilkut. Po przebyciu którejkolwiek z tych przełęczy, karawany muszą się spuszczać albo do jeziora Benetta, albo do jeziora Lindemanna.

— A wy, Billu, który z tych tropów wybieracie?

— Przez Czilkut. Idąc tamtędy, dostaniemy się do północnych krańców jeziora Lindemanna, wypocząwszy w obozowisku Szip. Tam będziemy mogli odnowić zapasy żywności. Na brzegach jeziora Lindemanna przytem znajdziemy środki przewozowe, które tam niedawno zostawiłem, a których nie będę musiał, wracając do Skagweyu, przeprawiać przez góry.

— Polegamy na twojem doświadczeniu — rzekł Ben Raddl. — Jesteśmy pewni, że wszelkie twoje zarządzenia będą dobre. Co do nas, będziemy gotowi na każde twoje wezwanie.

— Więc, jak powiedziałem, za dwa dni — powtórzył przewodnik. — Wyruszywszy wczesnem ranem, już wieczorem będziemy niedaleko szczytu Czilkutu.

— Jaka wysokość tej góry?

— Około 3.000 stóp. Nie jest to wielka wysokość, lecz droga ciężka — wązka i kręta; największą jednak przeszkodę w tej wyprawie stanowią całe tłumy poszukiwaczy złota, z bagażami i obozowiskami, tamującemi ruch dowolny. Nie wspominam też o zaspach śnieżnych.

Chociaż wszystko już omówili, Ben Raddl jednak nie odchodził.

— Jeszcze słowo, Billu — rzekł po namyśle. — Czy możesz mi powiedzieć: o wiele się zwiększą koszta wyprawy, jeżeli nam przybędą dwie podróżne?

— To zależy od okoliczności — odparł Bill. — Przedewszystkiem muszę wiedzieć, jaki mają bagaż?

— Bardzo niewielki.

— W takim razie, sir Raddl, wypadnie na nie od 500 do 700 franków . Rodzaj bagażu, jego ciężar oraz środki wyżywienia, wszystko to może zwiększyć lub zmniejszyć podaną cyfrę, lecz niezbyt znacznie.

— Dziękuję ci, Billu, to tylko wiedzieć chciałem.

Pożegnawszy się z przewodnikiem, bracia udali się do hotelu, a po drodze Summi wyraził Ben Raddlowi zdziwienie, z powodu ostatniego jego pytania. Kogo mógł mieć na myśli, jeżeli nie Joannę i Edytę Edżerton?

— W samej rzeczy o nich myślałem — potwierdził domysł brata Ben Raddl.

— Wiesz jednak — zauważył Summi — że one stanowczo odrzuciły propozycyę odbycia podróży z nami i nawet pochwaliłeś je za to.

— Prawda.

— Odrzuciły przytem propozycyę tak stanowczo, że ponawiać jej niepodobna.

— Stało się to dlatego, żeś się wziął do rzeczy niezręcznie — rzekł Ben Raddl z uśmiechem. — Pozwól, że ja teraz spróbuję, a przekonasz się z jakim skutkiem.

Wróciwszy do hotelu, Ben Raddl, wraz z niezmiernie zaciekawionym Skimem, zaczął poszukiwać dziewcząt, a znalazłszy je w czytelni, zbliżył się do Joanny i rzekł bez ogródek:

— Pani, zamierzam prosić ją o wysłuchanie pewnej sprawy.

— Słucham pana — odparła Joanna wcale nie zdziwiona.

— Oto o co chodzi — zaczął swoje wyjaśnienia Ben: — Brat mój, Summi, proponował paniom odbycie razem podróży do Dausonu. Skarciłem go surowo za to, ponieważ przyłączenie się pań do nas zwiększyłoby koszta podróży o 700 franków, a człowiek realny, mego pokroju, powinien starać się o to, żeby każdy dolar wydatkowany przynosił mu kilka w zarobku. Na szczęście, panie odrzuciły tę nierozważną propozycyę.

— Wszystko to są rzeczy znane — rzekła Joanna — cóż dalej?

— Nie mogą jednak panie zaprzeczyć — ciągnął Ben — że w takiej podróży grożą paniom poważne niebezpieczeństwa, którym propozycya mego brata znacznieby zapobiegła.

— I temu nie przeczę — potwierdziła Joanna — ale nie widzę...

— W tej chwili skończę — przerwał Ben. — Powtarzam tedy, że pomoc nasza wielceby się paniom przydała. Dzięki jej, nie byłyby panie narażone na zatrzymywanie się w drodze i przybyłybyście na miejsce w właściwej porze. Jeżeli się panie zgodzą na moją propozycyę, to widoki waszych zamiarów znacznie wzrosną, zapewniając jednocześnie i dla mnie korzyści. Wychodząc z tej zasady, proponuję paniom podróż do Dausonu na mój rachunek, zapewniając sobie za to 10% z waszych przyszłych dochodów.

Joanny wcale nie zmieszała ta dziwna propozycya. Czy może być co więcej naturalne, jak tego rodzaju interes kupiecki? Jeżeli nie odpowiedziała natychmiast, to dlatego, że zastanawiała się nad nim. Dziesięć procentów — to dużo. Lecz podróż do Klondyku długa i trudna, a odwaga nie wyłączała przezorności.

— Zgadzam się — rzekła wreszcie. — Jeżeli pan sobie życzysz, możemy zaraz napisać umowę.

— To samo miałem i ja na myśli — odparł Ben poważnie, poczem usiadł i pisał, kontrolowany przez Joannę:

„Pomiędzy niżej podpisanymi, a mianowicie — Joanną Edżerton, poszukiwaczką złota, zamieszkałą...”

— Jaki adres mam napisać? — zapytał.

— Napisz pan: Dauson, Szpital.

Ben Raddl pisał w dalszym ciągu:

„— w Dauson, w Szpitalu tamtejszym, z jednej strony, a Benem Raddlem, inżynierem, zamieszkującym w Montrealu przy ulicy Jacqus-Cartier, w domu pod nrem 29, z drugiej strony: zawartą została umowa następująca...”

Edyta i Summi, stojący po obu stronach stołu, wymienili spojrzenia rozradowane: oczy Skima jaśniały niemal szczęściem, gdy Edyty wyrażały silne w zruszenie, zrozumiała ona bowiem prawdziwe znaczenie manewru Bena.



VII.

Czilkut.

Bill Stell miał słuszność, wybierając drogę przez Czilkut a nie przez Uait-Pass. Wprawdzie ta ostatnia droga zaczyna się zaraz po za Skagwey, gdy pierwsza dopiero od Diei. Ale później, dążący przez Uait-Pass muszą przebywać jeszcze około ośmiu mil w najgorszych warunkach, żeby się dostać do jeziora Benetta; gdy tymczasem od jeziora Lindemanna do Czilkutu niema więcej nad 16 kilometrów, przyczem jezioro Lindemanna, w swojej części północnej, jest odległe od jeziora Benette zaledwie o 3 kilometry.

Ta okoliczność, że przejście przez Czilkut było trudniejsze, gdyż trzeba tu w pewnym miejscu przebywać przez stromiznę prawie pionową wysokości tysiąca stóp, nie mogła zrażać podróżnych, nie posiadających cięższego bagażu. Natomiast za Czilkutem czekała ich już droga wcale dobrze utrzymana, którą już bez trudności mogli dotrzeć do jeziora Lindemanna. W ten zatem sposób, pierwsza część drogi przez kraj górzysty była wprawdzie nużącą, ale trudności nadzwyczajnych nie przedstawiała.

'The Golden Volcano' by George Roux 19

Dnia 27 kwietnia, o godz. 6-ej rano, Bill Stell dał znak do podróży. Edyta i Joanna Edżerton, Summi Skim i Ben Raddl, Bill i jego sześciu ludzi opuścili Skagwey, kierując się do Czilkutu. Do tej części podróży, która miała się skończyć przy południowym krańcu jeziora Lindemanna, gdzie Bill urządził główną swoją stacyę, wystarczyła para sani, ciągnionych przez muły. Przy najpomyślniejszych warunkach, drogi tej nie można było przebyć prędzej niż w ciągu 3 lub 4 dni.

Jedne sanie wiozły bagaż; na drugich umieściły się dziewczęta, zabezpieczone od silnego zimna całym stosem okryć i futrzanych spowinięć. Nie wyobrażały one sobie, że podróż jest związana z takiemi trudnościami; to też Edyta, wysuwając swój różowy nosek z pod futer, nieraz dziękowała za pomoc Skimowi, który udawał, że nic zgoła nie słyszy.

Obaj bracia byli bardzo szczęśliwi, że mogli się stać dziewczętom pożytecznymi. A jak przyjemne za to mieli towarzystwo w tak ciężkiej podroży! Co do przewodnika, ten zachwycał się dziewczętami. Nadmienił on Edycie, że ją z niecierpliwością oczekują w Dausonie. Szpital był przepełniony, a kilka pielęgniarek stało się ofiarami złośliwych chorób, które grasowały w mieście. Tyfus zwłaszcza dawał się we znaki mieszkańcom Dausonu. Setki emigrantów zapadały na tę chorobę, tembardziej dla nich niebezpieczną, gdyż przybywali już tam anemiczni, wyczerpani, osłabieni, straciwszy w drodze wielu swoich towarzyszów.

— Wspaniały kraj! — wyrzekał w duchu Skim. — Myśmy z Benem tylko przelotnymi jego gośćmi; ale te dwie dzieciny, które zamierzają tam się osiedlić, czy długo wytrzymają?

Żywności na drogę przez Czilkut postanowiono nie brać, ażeby nie obciążać sani. Bill znał w tej drodze kilka, jeżeli nie hoteli, to zajazdów, w których nietylko można było znaleźć posiłek, ale nawet przenocować. Prawda, że ceny brano bardzo słone. Za łóżko, a raczej za prostą deskę, rachowano pół dolara za jedną noc; za kawał szkaradnego chleba ze starym smalcem — jedyne pożywienie tamtejsze — cały dolar. Na szczęście, tak wytwornym posiłkiem musiano się zadawalać tylko przez dni kilka, dopóki karawana nie znalazła się w kraju jezior.

Temperatura spadała; termometr Celsyusza wskazywał 10 stopni niżej zera, przy lodowatym wichrze. Pocieszało podróżnych to tylko, że po stwardniałym śniegu sanie mknęły z łatwością, nie wyczerpując mułów. Wejście na szczyt, niemal pionowe, było w samej rzeczy niezmiernie trudne. Muły, psy, konie, byki i jelenie dziesiątkami padały na tej drodze.

Opuściwszy Skagwey, Bill skierował się ku Diei, trzymając się wschodniego brzegu kanału. Sanie jego, niezbyt obciążone, bez trudności mogłyby wyprzedzić inne, lecz droga już była zatłoczona. Wśród zamieci śnieżnych, które szalały w tych wązkich przesmykach, zapełniając powietrze oślepiającemu tumanami gęstego śniegu, spotykali mnóstwo rozmaitego rodzaju wozów, to stojących wpoprzek drogi, to wywróconych, a zaprzężone zwierzęta, pomimo krzyków i bicia, nie chciały ruszyć z miejsca. Rozgrywały się tu najbrutalniejsze sceny. Jedni usiłowali przecisnąć się naprzód, inni złośliwie przeszkadzali tym zamiarom. Trzeba było zdejmować ciężary z wozów i znów potem kłaść je na nie. Sprzeczano się, kłócono najwstrętniejszemu wyrazami, dochodziło do krwawych bójek, wystrzały rewolwerowe odzywały się często. Wśród takich przeszkód, trzeba było trzymać się kolei w ogonie podróżnych.

Odległość, dzieląca przełęcz od Skagweyu, nie była wielka i bez względu na ciężką drogę, można ją było przebyć w kilka godzin. Już zatem około południa karawana Billa zatrzymała się na postoju.

Diea była to licha osada, złożona z kilku chat, wzniesionych przy końcu kanału. Ruch tu jednak był nadzwyczajny. Przeszło 3.000 emigrantów tłoczyło się w tym zarodku przyszłego miasta, u wejścia na przełęcz Czilkutu.

Pragnąc skorzystać z ostatnich chwil pory zimowej, podczas której utrzymywała się sanna, Bill chciał jak najprędzej opuścić Dieę. Jakoż zaraz po południu ruszyli. Bracia szli pieszo, dziewczęta jechały saniami. Zachwycały się dzikiemi i wspaniałemu krajobrazami, które się zmieniały przy każdym zakręcie drogi. Tu wznosiły się lasy olbrzymich jodeł i brzóz, pokryte śnieżystemi oponami; tam z łoskotem toczyły się w przepaście potoki, których mrozy nie zdołały okiełznać lodowemi okowy.

'The Golden Volcano' by George Roux 20

Obóz Szip znajdował się w odległości czterech mil; żeby się dostać do niego, wystarczało kilka godzin, chociaż wskutek stromizn i zakrętów drogi, muły często się zatrzymywały, a poganiaczom z trudnością przychodziło skłonić je do ruszenia.

Bracia, idąc przy saniach, rozmawiali z Billem; na ich zapytania, przewodnik odpowiedział:

— Spodziewam się, że staniemy w obozie Szip około godziny 5-ej lub 6-ej. Wypoczniemy tam do jutra.

— A czy znajdziemy jaki zajazd, w którym nasze towarzyszki będą mogły przenocować? — zagadnął Summi Skini.

— Znajdziemy — odparł przewodnik. — W tej miejscowości zwykle się zatrzymują emigranci.

— Lecz czy w tamtejszych zajazdach znajdzie się wolne miejsce? — zapytał z kolei Ben Raddl.

— Co do tego, nie jestem pewien, a nawet wątpię — rzekł Bill. — Zresztą zajazdy tamtejsze nie są wcale ponętne i chyba najlepiej będzie, jeżeli wypoczniemy pod własnym namiotem.

— Ależ panowie — zawołała Edyta, która podchwyciła na saniach tę rozmowę — nie krępujcie się bynajmniej nami!

— Tu niema mowy o krępowaniu — odparł Skim. — Mamy przecież dwa namioty: jeden dla pań, a drugi dla nas, zupełnie wystarczające.

— Mamy także piece do każdego namiotu — wtrącił Bill — w których będziemy palili przez całą noc, więc zimno nam nie dokuczy, chociaż już teraz jest porządne.

— To wspaniale! — zawołała Joanna. — W każdym razie panowie nie powinni nas rozpieszczać; nie jesteśmy przecież honorowymi gośćmi, lecz wprost waszemi towarzyszkami, powinnyśmy zatem być traktowane na równi z wszystkimi. Jeżeli trzeba jechać nocą, pojedziemy. Żądamy stanowczo, ażebyście panowie nie okazywali nam żadnych szczególnych względów.

— Niech pani będzie spokojną — odparł, śmiejąc się, Skim. — Faworyzować pań wcale nie będziemy i przekonacie się, że podróż da się wam we znaki. Gotowiśmy nawet przygotowywać sztuczne trudności i niebezpieczeństwa, jeżeli paniom koniecznie na tem zależy.

Około 6-ej godziny, karawana dotarła do obozowiska Szip. Muły były zupełnie wyczerpane, musiano je niezwłocznie wyprządz i nakarmić.

'The Golden Volcano' by George Roux 21

Okazało się, że Bill Stell miał słuszność utrzymując, iż w tamtejszych zajazdach nie znajdą żadnej wygody. Nie było nawet wolnego miejsca. Bill Stell kazał pomocnikom swoim rozbić namioty pod drzewami w takiej odległości za obozem, żeby jego podróżni nie słyszeli nieznośnych wrzasków tłumu awanturników.

Edyta i Joanna rozgospodarowały się w namiotach. Przy ich staraniu, z futrzanych okryć urządzone zostały wygodne posłania, w piecach przenośnych zapłonął rozkoszny ogień. Wprawdzie wieczerza składała się z zimnego mięsiwa, natomiast napojów rozgrzewających, w postaciach kawy i herbaty, znalazło się podostatkiem. Posiliwszy się, mężczyźni zapalili fajki i wieczór upłynął mile, zacisznie, chociaż termometr na wolnem powietrzu wskazywał 17 stopni zimna.

Jakich męczarni doznawać musieli ci z emigrantów — a były ich setki! — którzy nie mogli znaleźć schronienia w tem obozowisku. Zwłaszcza wielu kobietom i dzieciom, znużonym i wyczerpanym z samego początku drogi, nie było sądzonem dosięgnąć celu podróży.

Nazajutrz o świcie Bill polecił zwinąć namioty, pragnął bowiem wyprzedzić tłum na przełęczy Czilkut. Dzień był suchy, chłodny; lecz chociażby nawet termometr spadł niżej, byłoby to w każdym razie więcej pożądane niż wiatry i zawieje śnieżne, tak niebezpieczne w polarnej części Ameryki północnej.

Namiot dziewcząt był już zwinięty, kiedy bracia wychodzili ze swego. Posilono się w nim gorącą kawą, następnie również go zwinięto. Towarzyszki podróży same zajęły się umieszczeniem rzeczy na saniach w porządku prawdziwie wzorowym, tak, że zajmowały jak najmniej miejsca i każdy przedmiot można było znaleźć odrazu. Bracia, a nawet Bill Stell, byli zachwyceni energią i gospodarnością dziewcząt. Ben Raddl przyznawał w duchu, że jego czyn wspaniałomyślny przyniesie im istotnie dużo pożytku. Co do Summiego, ten niemniej był zachwycony i zdumiony energią, pracowitością i skrzętnością dziewcząt. Chodził wciąż za niemi, narzucając im swoją pomoc, którą one jednak ze śmiechem odrzucały.

Podróż dziś odbywała się wcale nie z większą, niż wczoraj, szybkością. W miarę zbliżania się do wierzchołka góry, droga stawała się coraz bardziej stromą. Muły z trudnością ciągnęły sanie po gruncie nierównym, kamienistym, pełnym wybojów; odwilż do reszty zepsuła i bez tego ciężką drogę.

Posuwając się, wciąż spotykali wrzaskliwe, kłócące się i staczające bójki tłumy awanturników, którzy stanowili największą przeszkodę w przejściu przez Czilkut. Często musieli długo się zatrzymywać, gdy nagromadzenie bezładne sani zatamowało drogę. Kilka razy nawet Bill i jego pomocnicy siłą musieli torować sobie przejście.

Na zboczach drogi, z obu stron, coraz częściej spotykano trupy mułów. Zwierzęta te padały gęsto, z powodu zimna, wycieńczenia i głodu, a zaprzężone wraz z niemi do sani psy chciwie rzucały się na tę niespodzianą zdobycz i zawzięcie o nią walczyły.

Lecz o wiele smutniejszem było to, że często też znajdowano zwłoki emigrantów, których również zimno i głód o śmierć przyprawiły. Śnieżny pagórek, z którego wnętrza sterczały nazewnątrz ręce lub nogi, bądź wreszcie części odzieży, stanowił mogiłę tych nieszczęśliwych, chroniącą ich do chwili nastania wiosny. Z początku wzrok mimowoli zatrzymywały dłużej te smutne widoki, lecz powoli przyzwyczajenie robiło swoje, ludzie z obojętnością mijali owe mogiły.

Niekiedy znów spotykano cale rodziny, ojców, matki i dzieci, leżące na zmarzłej ziemi i niemające siły dźwignąć się dalej. Nikt im nie przychodził z pomocą. Edyta i Joanna, przy spółudziale swoich towarzyszów, usiłowały ratować, przynieść ulgę tym nieszczęśliwym, krzepiąc ich chociaż wódką, przywracając omdlałym przytomność, — lecz co mogły zrobić wobec tylu ofiar? Z bólem serca pozostawiały ich własnemu losowi i dążyły dalej w swoją stronę.

Niemal co pięć minut karawana zatrzymywała się, aby dać wytchnąć mułom, lub z powodu zatamowania drogi. Były miejsca, zwłaszcza na stromych zawrotach, gdzie droga tak się zwężała, iż niektóre wozy nie mogły przejechać; musiano je wyładowywać i przenosić bagaż sztuka po sztuce, wskutek czego podróżni następujący zniewoleni byli czekać bez końca.

'The Golden Volcano' by George Roux 22

W pewnych miejscach stromość dochodziła do 45º. Wówczas zwierzęta, nawet specyalnie kute dla dróg lodowych, odmawiały posłuszeństwa, a niekiedy cofały się upornie. Można je było skłonić do posuwania się tylko głośnym krzykiem i przy pomocy bata; wtedy zazębienia podków zostawiały głębokie na śniegu odciski i ślady krwi.

Około godz. 5-tej wieczorem, Bill zatrzymał swoją karawanę. Wyczerpane muły nie mogły kroku dalej postąpić, chociaż, w porównaniu z innemi saniami, ciągnęły ciężar niewielki. Z prawej strony drogę ograniczał wąwóz, zarosły gęsto drzewami; pod ich osłoną można było przetrwać nacisk zamieci, zapowiadanej przez podwyższenie się temperatury. Bill znał to schronienie, kilka już razy tu nocował. I tym więc razem tutaj polecił rozłożyć obozowisko.

— Obawiasz się zamieci? — zapytał Ben Raddl.

— Nieinaczej, noc będziemy mieli fatalną — odparł przewodnik. — Burze śnieżne w tych stronach są bardzo niebezpieczne i nakazują przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności.

— Wąwóz ten jednak chyba dostatecznie nas zabezpiecza — zauważył Skini.

— Dlatego też go wybrałem na postój — rzekł Bill.

Doświadczenie nie zawiodło Billa. Burza, która zaczęła się o godz. 7-ej i trwała do 5-ej z rana, była bardzo gwałtowna. Towarzyszyła jej taka zamieć, że w odległości 2 metrów nic nie było można odróżnić. Trudno było nawet utrzymywać ogień w piecach, gdyż wiatr wypychał z nich dym i zresztą trudno było w takiej porze znaleźć paliwa. Namioty wprawdzie utrzymały się, lecz bracia przez część nocy musieli pilnować namiotu towarzyszek, żeby go wiatr nie porwał...

A większość namiotów, rozbitych po za wąwozem, doznała tego smutnego losu, i z nastaniem dnia, oczom podróżnych w całej pełni przedstawił się widok ruiny, zrządzonej przez burzę. Rozpierzchłe zwierzęta, z porwaną i splątaną uprzężą, wywrócone sanie, z których wiele zostało rzuconych na dno wąwozu, gdzie groźnie pomrukiwały potoki, rodziny z płaczem wzywające ratunku, którego im nikt nie mógł dostarczyć: wszystko to składało się na obraz pełen grozy i rozpaczy.

— Biedni! Nieszczęśliwi! — szeptały dziewczęta ze łzami w oczach — co się z nimi stanie?

— To do nas nie należy! — odezwał się szorstko Bill, usiłując pod maską surowości ukryć doznawane wzruszenie. — Najlepiej uczynimy, ruszając niezwłocznie w dalszą drogę.

Jakoż dał znak do odjazdu i karawana udała się znów w podróż.

Burza o świcie u cichła. Niespodziewanie raptownie — co stanowi zresztą zjawisko dość pospolite na tych wysokościach — wiatr zmienił się na północno-wschodni i temperatura znów spadła do 12° niżej zera. Gruba warstwa śniegu, która w czasie zamieci okryła ziemię, niezwłocznie stężała, przybierając spiżową spoistość.

Krajobraz się zmienił. Zamiast lasów, zjawiły się równiny śnieżne, lśniące oślepiającą bielizną. Podróżni, nie zaopatrzeni w niebieskie okulary, musieli teraz nacierać powieki i rzęsy węglem drzewnym. Ostrożność tę przedsięwzięli bracia, idąc za radą Billa, lecz nie zdołali namówić do niej towarzyszek swoich.

— Jakże pani będzie szukała samorodków złota, zapadłszy na oczy? — perswadował Ben Joannie.

— A pani nie będzie mogła doglądać chorych — namawiał Skim Edytę. — I oto my, ja i Ben, zostaniemy bez żadnej opieki, gdy panie narażą swój wzrok. Bo jestem przekonany, że w tym przeklętym kraju spotka nas nieszczęście: zachorujemy i będziemy musieli udać się do szpitala w Dausonie.

Wymowa Skima nie wywarła żadnego wpływu; dziewczęta wolały poprzestać na zabezpieczeniu oczu swoich kapturami, niż szpecić je węglem. Ta okoliczność dowodzi niezbicie, że najbardziej zapalone feministki nie mogą wyrzec się kokieteryi.

Wieczorem 29 kwietnia , karawana stanęła na szczycie Czilkutu i tu rozbito obóz... Nazajutrz trzeba było przygotować się do schodzenia po stoku północnym.

W tem miejscu, zupełnie otwartem dla wszelkich zmian pogody i klimatu, natłok podróżnych był nadzwyczajny. Znajdowało ich się tu przeszło 3.000. Tu również urządzano tajemne składy bagażów. Ponieważ schodzenie z tego szczytu przedstawia niemałe trudności, trzeba brać z sobą i przenosić na dół, w celu uniknięcia niebezpieczeństwa, bagaże częściowo. Oto dlaczego ci wszyscy zapaleńcy, którym złoty miraż Klondyku dostarczał nadzwyczajnej energii i wytrwałości, znalazłszy się u podnóża góry z częścią bagażu, wracali znów na szczyt, ażeby zabrać drugi, tam ukryty transport, a powtarzali tę podróż 15 — 20 razy, co oczywiście zajmowało im dużo czasu , nieraz całe tygodnie. Tu właśnie psy okazywały nieocenione usługi: ciągnęły one bowiem bagaże w saniach, lub złożone na skórach wołowych, które szybko się posuwały po zlodowaciałym śniegu stoków.

Większość emigrantów, których cierpienia przy schodzeniu na dół, z powodu ostrego, tu szalejącego wiatru północnego, znacznie się zwiększają, zwykle też tu obozuje. Z tego punktu, wszyscy ci nieszczęśliwi już oglądać mogli równiny Klondyku. U ich stóp rozszerzała się owa legendowa miejscowość, którą ich rozkołysana fantazya przedstawiała im jako olbrzymie pola złote, z nagromadzonemi tylko dla nich bajecznemi bogactwami. Cała ich istota, wszystkiemi siłami duszy, dążyła ku tajemniczej Północy, unosiła ich tam na skrzydłach najrozkoszniejszych marzeń, aby niebawem przyprawić o rozpacz, spowodowaną rozczarowaniem, przy spotkaniu się z rzeczywistością.

Bill Stell nie miał zamiaru zatrzymywania swej karawany na wierzchołku góry. Ci szczęśliwcy nie potrzebowali, spuściwszy się ze szczytu, wracać znów po resztę bagażu. Znalazłszy się u stóp góry, udadzą się następnie wprost do jeziora Lindemanna, odległego zaledwie o mil kilka.

Obóz urządzili zwykłym trybem; ale ta noc okazała się gorszą od wielu przebytych: temperatura znacznie się podniosła, a burza śnieżna wybuchła z niezwykłą siłą. Namioty, nie zabezpieczone tym razem przez ściany wąwozu, kilkakrotnie wichura zrywała ze słupów; trzeba było je zwinąć, gdyż inaczej mogły być uniesione przez huragan. Podróżnym nie pozostawało nic innego, jak otulić się futrami i z filozoficznym spokojem czekać świtu.

— W samej rzeczy — rozmyślał Skim — trzeba było potęgi wszystkich filozofów, starej i nowej szkoły, żeby się bez żadnej potrzeby odważyć na tę okropną podróż.

W rzadkich przestankach burzy, rozlegały się jęki cierpiących, krzyki przerażenia i ohydne wymysły. Ze skargami ranionych, obalanych i szarpanych przez huragan, łączyło się szczekanie, rżenie i ryczenie zwierząt, które, oszalałe, rzucały się po całej przestrzeni.

Nakoniec zajaśniał ranek 30 kwietnia. Bill Stell dał znak do podróży. Zamiast mułów, zaprzężono do sani psy i karawana zaczęła schodzić na dół.

'The Golden Volcano' by George Roux 23

Dzięki ostrożności i doświadczeniu Billa, zejście odbyło się bez przygód, ale i nie bez trudności. Sanie spuszczały się tylko z bagażem, bez pasażerów i szczęśliwie stanęły u stóp góry. Niebo się wyjaśniło, wiatr zwrócił się ku w schodowi, znacznie złagodniał, termometr się podniósł i, na szczęście, trzymał się już wciąż wyżej zera. W razie odwilży, podróż byłaby znacznie utrudnioną.

U podnóża góry obozowały tłumy emigrantów, oczekując na swe bagaże. Droga tu była o wiele szersza, więc mniej zatłoczona niż w górach. Dokoła widniały lasy, wśród których można było bezpiecznie obozować. Karawana, przenocowawszy tutaj, nazajutrz o świcie ruszyła dalej i około południa znalazła się na południowym brzegu jeziora Lindemanna.



VIII.

Na Północ.

Czas po południowy przeznaczono na wypoczynek, przytem należało przedsięwziąć pewne przygotowania do przeprawy przez jeziora, czem też zajął się niezwłocznie Bill Stell. Trzeba przyznać, że bracia mogli sobie powinszować tak ostrożnego i doświadczonego przewodnika.

Skład Billa Stella znajdował się przy krańcach jeziora Lindemanna, gdzie już tysiące wychodźców rozłożyły się obozem. Tu, u podnóża pagórka, przewodnik urządził główną swoją stacyę. Mieściła się ona w niewielkim domku, składającym się z kilku izb; do owego domku przymykała szopa, w której stały sanie i inne wehikuły; dalej wznosiły się stajnie dla zwierząt pociągowych i psiarnie.

Chociaż Uait-Pass prowadził wprost do jeziora Benetta, większość jednak emigrantów dążyła przez przełęcz Czilkutu. Przez jezioro Lindemanna, czy było już ono okryte lodem, czy też nie, przeprawa odbywała się o wiele łatwiej niż przez bezbrzeżne równiny i gęste lasy, oddzielające Uait-Pass od południowego brzegu jeziora Benetta; dlatego stacya Bill Stella z każdym dniem zyskiwała poważniejsze znaczenie. Działo mu się też dobrze, a w każdym razie lepsze robił interesy, niż poszukiwacze złota w Klondyku.

Bill Stell nie był wszakże jedynym przewodnikiem w tych stronach; korzystne to zajęcie uprawiali także inni, prowadząc podróżnych zarówno od stacyi przy jeziorze Benetta, jak i od stacyi przy jeziorze Lindemanna. Trzeba nawet dodać, że ci przedsiębiorcy, kanadyjskiego lub amerykańskiego pochodzenia, nie mogli obsłużyć owych tysięcy emigrantów, napływających wówczas w tamte strony. Wprawdzie znaczna większość tych ostatnich, z powodu braku środków, nie mogła korzystać z usług przewodników; biedacy ci musieli wszystkie potrzebne do poszukiwania złota przyrządy oraz materyały przeprawiać ze Skagweyu na saniach, bądź też na łodziach składanych z drzewa lub żaglowego płótna, nasyconego smołą, a już wiemy, jakie spotykali trudności z tym ciężkim bagażem przy przechodzeniu szczytów Czilkutu. Niemniejsze trudności oczekiwały tych podróżnych, którzy dążyli przez Uait Pass, gdzie połowa bagażu ulegała zniszczeniu tak, że ją musiano zostawiać po drodze, jako już zupełnie do użytku niezdatną.

Niektórzy, chcąc uniknąć trudności i kosztów przewozu, nabywali łodzie lub sami je budowali. W tej miejscowości gęsto zalesionej, budulca nie brakowało; w pobliżu stacyi Lindemanna istniały już tartaki i ogromne składy drzewa.

Gdy karawana przybyła na miejsce, Billa Stella oczekiwali już jego pomocnicy: kilku locmanów, którzy przeprawiali łodzie przez oba jeziora do rzeki Jukon. Można było zaufać zręczności tych dzielnych ludzi; rzemiosło swoje znali oni doskonale.

Ponieważ temperatura wciąż utrzymywała się na nizkim poziomie, zatem bracia i ich towarzyszki radzi byli wypoczynkowi w domu Billa, gdzie im przygotowano wygodne pomieszczenia. Wkrótce też zgromadzili się wszyscy w sali ogólnej, przestronnej i ciepłej.

— No — rzekł Summi Skim, siadając — zwalczyliśmy już największą trudność!

— Tak się zdaje — odparł Ben Raddl — ale nie należy zapominać, że do Klondyku mamy jeszcze kilka set mil.

— Wiem o tem, mój drogi; sądzę atoli, że druga część podróży nie przedstawia tak wielkich trudności i niebezpieczeństw.

— Sir Skim się myli — zauważył Bill.

— Mamy przecież do przeprawy tylko jeziora i rzeki, w dodatku te ostatnie przepłyniemy z wodą, a nie pod wodę?

— Stan rzeczy przedstawia się tak podczas lata; na nieszczęście, lód jeszcze trzyma się na wodach. Gdy lody ruszą, łódź nasza znajdzie się wśród kry, co wcale bezpieczeństwa zupełnego nie zapewnia.

— W takim razie — zawołał Skim nie bez oburzenia — istotnie trudno jest podróżować po tym kraju z przyjemnością! A przynajmniej, niepodobna myśleć o wygodnej i bezpiecznej podróży.

— Wygodnie i bezpiecznie będzie można podróżować po tych obszarach, gdy się zjawią drogi żelazne — zauważył Ben Raddl. — Stanie się to w niedalekiej przyszłości. Wiem z pewnością, że inżynier Haukins przystępuje do ich budowy z armią, liczącą przeszło 2.000 robotników.

— Hm... 2.000 robotników! — mruknął Summi Skim. — Spodziewam się jednak, że wrócę do swoich stron, zanim roboty rozpocznie. Dajmy zatem spokój owej hipotetycznej komunikacyi, a lepiej rozejrzyjmy się w marszrucie, jakąby najlepiej teraz wybrać.

Projekt Skima poparł Bill i zaraz rozłożył na stole wielką mapę miejscowości, poczem zaczął objaśniać:

— Przedewszystkiem musimy przebyć całą długość jeziora Lindemanna, które się ciągnie u stóp Czilkutu.

— Długa to droga? — zapytał Summi Skim.

— Nie — odparł Bill — przytem, gdy powierzchnia jeziora jest w zupełności okryta lodem, lub gdy jest zupełnie od niego wolną, wówczas podróż ta nie przedstawia żadnych trudności.

— Następnie? — zagadnął Ben Raddl.

— Następnie musimy przeciągnąć łodzie i bagaże przez półmilową przestrzeń, do stacyi nad jeziorem Benetta — odparł Bill. — Szybkość tej podróży również zależy od temperatury. Łatwo można zauważyć, że temperatura w tych stronach bardzo się zmienia, z dnia na dzień prawie.

— W samej rzeczy — potwierdził Ben Raddl — różnica dochodzi od 20 do 25 stopni, zależnie, czy wiatr północny, czy też południowy.

— Słowem — dodał Bill — dla nas pożądaną jest albo odwilż, gdyż wówczas będziemy mogli płynąć; albo stan mroźny, wtedy bowiem śnieg stwardnieje i łatwo można będzie po nim przeciągnąć zarówno łodzie, jak i sanie.

— Przypuśćmy — odezwał się Skim — żeśmy już dotarli do jeziora Benetta.

— To jezioro — objaśniał przewodnik — ciągnie się na przestrzeni 12 mil; na przebycie go będziemy potrzebowali trzech dni, gdyż trzeba będzie zatrzymywać się parę razy.

— Potem znów nas czeka przeciąganie bagażów—zauważył Skim, rozpatrując się w mapie.

— Nie. Jezioro Benetta łączy się z jeziorem Takin za pomocą rzeki Karibu. Jest to raczej rękaw wodny, 7 do 8 mil długi, który wpada potem do jeziora Maru. Minąwszy jezioro Maru, czeka nas przeprawa po krętej rzece, najeżonej skalistemi zwałami Uait-Horz, dość niebezpiecznemi i trudnemi do przebycia. Z kolei w górze jeziora Labarsz spotkamy rzekę Takina. Ta część drogi, ze zwałami skalistemi Uait-Horz, jest najtrudniejszą do przebycia. Razu pewnego cały tydzień musiałem się zatrzymać w górze jeziora Labarsz.

— Czy to jezioro dla żeglugi dogodne? — zapytał Ben Raddl.

— Na całej przestrzeni — potwierdził Bill Stell.

— Słowem — zauważył Ben Raddl — z wyjątkiem kilku przejazdów lądowych, łodzie nasze dowiozą nas do Dausonu?

— Prosto tam, sir — odparł Bill — a jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie warunki, to droga wodna jest najłatwiejsza.

— A jak długa przestrzeń oddziela jezioro Labarsz od Klondyku, gdy się ją przebywa rzekami Jukon i Lewis? — znów zapytał Ben Raddl.

— Licząc w to już objazdy, około 150 mil.

— Widzę teraz — odezwał się Summi Skini — że niceśmy jeszcze nie skorzystali na czasie.

— Istotnie — odparł Bill. — Kiedy się znajdziemy nad rzeką Lewis, w północnej części jeziora Labarsz, wówczas będziemy na połowie drogi.

— W takim razie —zadecydował Skim — w oczekiwaniu tak długiej i mozolnej podróży, należy nabrać sił. Korzystając przeto z możności, udajmy się na spoczynek.

Była to w samej rzeczy jedna z najspokojniejszych nocy, jakie podróżni spędzili od chwili opuszczenia Wankuweru. Dobrze napalone piece podtrzymywały przyjemne ciepło w tym starannie zabezpieczonym od wiatrów domu.

Nazajutrz, 1-go maja, o godz. 9 rano, Bill dał znak wyruszenia. Większość towarzyszących mu od Skagweyu pomocników miała dopiero w Klondyku opuścić podróżnych. Pomoc ich była potrzebną do przeciągania łodzi i sani, t. j. dopóki nie można było jeszcze rozpocząć żeglugi po jeziorach i rzekach.

Co do psów, należały one do gatunków miejscowych. Zwierzęta te, doskonale zaklimatyzowane, mają łapy bez sierści, co im pozwala łatwo biedź po śniegu, nie więznąc w nim. Chociaż jednak były tak dobrze przystosowane do klimatu, nie można było nazwać ich zupełnie oswojonemi. Przeciwnie, pozostały dzikiemi, jak wilki i lisy. Rzecz dziwna: przewodnicy utrzymują je w karności nie łaskawem obejściem ani też pieszczotami, lecz tylko biczem.

Wśród pomocników Billa Stella znajdował się teraz locman, który miał kierować łodzią. Był to Indyanin z Klondyku, nazwiskiem Neluto, który już lat dziewięć wiernie służył Billowi. Doskonały znawca swego zawodu, drobiazgowo zbadał wszelkie trudności i niebezpieczeństwa, grożące podróżnym przy przeprawach przez rzeki i jeziora tego kraju, jego zręczności i doświadczeniu można było w zupełności zaufać. Zanim się poznał z Billem, pracował w Towarzystwie Zatoki Hundsona długie lata, jako przewodnik myśliwych, poszukujących zwierząt z cennemi futrami, w które obfitowały tamtejsze obszary.

Nikt lepiej od niego nie znał tego kraju, można śmiało powiedzieć, że zwiedził go wszerz i wzdłuż, nie pomijając najmniejszej ścieżyny; zapuszczał się nawet po za Dauson, na pogranicza strefy podbiegunowej. Język angielski przyswoił sobie o tyle, że z łatwością mógł się nim porozumiewać. O sprawach, dotyczących jego działalności, mówił chętnie; po za tem, nic go nie obchodziło i trudno było go wciągnąć do rozmowy o innych przedmiotach.

Ben Raddl, widząc, że Neluto jest wtajemniczony we wszelkie właściwości klimatu i wogóle natury Klondyku, zapytał go, co sądzi o pogodzie i o porze ruszenia lodów. Indyanin oświadczył, że jeżeli nie zajdą nadzwyczajne zmiany w stanie atmosfery, co się często w tych szerokościach zdarza, to odwilży, a z nią ruszenia lodów, nie należy się spodziewać wcześniej, niż za dwa tygodnie.

Ben Raddl nie mógł nic budować na tej warunkowej odpowiedzi; lecz nie mógł też się spodziewać nic ściślej określonego od człowieka, który widocznie nie chciał w niczem zachwiać swojej powagi.

Jeżeli jednak o przyszłości nie można było w danym razie decydować, natomiast teraźniejszość nie przedstawiała wcale zagadek. Przez jezioro Lindemanna trzeba było przeprawić się saniami. Joanna i Edyta zresztą mogły pomieścić się w łodzi, którą ciągnęliby wówczas ludzie.

Pogoda sprzyjała podróży. Wiatr ostry, który przez cały dzień wczorajszy dokuczał podróżnym, złagodniał, przeszedłszy w południowy; mimo to termometr wskazywał 12 stopni niżej zera, a ta okoliczność była pomyślną dla podróży. która podczas zamieci śnieżnej, przedstawiała tyle trudności.

'The Golden Volcano' by George Roux 24

Przeprawa przez jezioro Lindemanna skończyła się o godzinie 11; godzina wystarczyła na przebycie 2 kilometrów, oddzielających to jezioro od jeziora Benetta. Jakoż w południe karawana Billa zatrzymała się na stacyi, urządzonej przy północnym jego końcu. Tu również tłoczyły się gęste rzesze emigrantów, przygotowując się do dalszej drogi. Na rozległej przestrzeni wznosiły się namioty, które w ciągu szeregu lat, w miarę zwiększającego się napływu ludności do Klondyku, miały być zastąpione przez chaty i domy. Już teraz nawet, w tym zawiązku wsi, której los przeznaczył stanowisko osady, a następnie miasta, znajdowały się zajazdy (przyszłe hotele), tartaki i składy drzewa, rozrzucone na brzegach jeziora; znajdowała się też policya, której obowiązki są w tych stronach awanturników związane z poważnem niebezpieczeństwem.

Neluto mądrze sformułował swoje przepowiednie co do stanu pogody: po południu w atmosferze nastąpiła nagła zmiana, wiatr zmienił się na południowy i termometr Celsyusza podniósł się do zera. Znaczenie tej zmiany było zrozumiałe: zima widocznie się kończyła, niebawem rzeki i jeziora uwolnione zostaną z oków lodowych. Jezioro Benetta zresztą już teraz nawet było od nich wolne. Wśród obszarów śnieżnych i lodowych, utworzyły się na nim kanały, po których, jakkolwiek nadkładając drogi, mogły już pływać łodzie.

Pod wieczór temperatura znów się podniosła; odwilż się zwiększyła; ogromne głyby lodowe odrywały się od brzegu i płynęły ku północy. Wobec tego, jeżeliby w nocy mróz znów nie chwycił, będzie można bez wielkich trudności popłynąć ku północnym krańcom jeziora.

Przez noc termometr utrzymał się w jednakiej mierze, a rankiem 2 maja Bill oświadczył, że żegluga odbędzie się prawdopodobnie w pomyślnych warunkach. Wiatr południowy, jeżeli się utrzyma, pozwoli płynąć łodzi pod żaglem.

Kiedy tegoż z rana Bill zabrał się do naładowania łodzi bagażem i prowizyą, zauważył, że już go ktoś w tej pracy uprzedził. Wyręczyły go w tem Edyta i Joanna jeszcze wczoraj. Pod ich dozorem, pomocnicy Billa wypełnili wszystko z największą dokładnością. Każde miejsce łodzi było bardzo praktycznie wyzyskane, wszystkie rzeczy, od największych do najmniejszych, były ułożone we wzorowym porządku. Zdumiony Bill zawiadomił braci o tej miłej dla niego niespodziance.

— Istotnie — rzekł Ben Raddl — mamy zachwycające towarzyszki. Energia i niczem niezamącona pogoda ducha miss Joanny wprost zdumiewają, chociaż także łagodna stanowczość miss Edyty niemniejszy budzi podziw. Zaczynam się naprawdę obawiać, czy w samej rzeczy nie zrobiłem dobrego interesu.

— Jakiż to interes? — zapytał Bill Stell.

— Nie zrozumiałbyś przyjacielu, chociażbym nawet chciał zaspokoić twoją ciekawość... Ale co do pogody — jak uważasz: czy zima już się skończyła?

— Trudno coś stanowczego jeszcze powiedzieć. Zdaje się, że jeziora i rzeki wkrótce uwolnią się od lodów; łódź więc nasza, jeżeli nawet przedłużymy tym sposobem naszą drogę...

— W każdym razie popłynie już bez przeszkody — dokończył za przewodnika Summi Skim. — Tem lepiej.

— Cóż myśli Neluto? — zapytał Ben Raddl.

— Neluto sądzi — odparł poważnie Indyanin — że jeżeli temperatura nie spadnie, to i odwilż nie zostanie przerwaną.

— Doskonale! — roześmiał się Ben Raddl. — Tak wnioskując, niepodobna się omylić. Ale czy nie należy obawiać się kry?

— O! nasza łódź silna — zapewnił Bill Stell — ona już miała do czynienia z lodami.

Ben zwrócił się do Indyanina:

— Czy Neluto nie powie w tej mierze coś więcej określonego?

— Pierwsze lody ruszyły dwa dni temu — brzmiała odpowiedź locmana — można się więc spodziewać, że północna część jeziora już wolna.

— Oto właściwe objaśnienie! — rzekł inżynier. — A co Neluto sądzi o wietrze?

— Zaczął wiać od południa na dwie godziny przed świtem. Kierunek dla nas pomyślny.

— To niewątpliwe. Lecz czy się nie zmieni?

Neluto, odwróciwszy się, objął wzrokiem horyzont południowy, zasłonięty łańcuchem Czilkutu. Po stokach tych gór snuły się zaledwie dostrzegalne pasma chmur. Wyciągnąwszy rękę w tym kierunku, locman rzekł:

— Sądzę, że wiatr przetrwa do wieczora.

All right!

— ... jeżeli do wieczora się nie zmieni — dokończył najpoważniej Indyanin.

— Dziękuję ci przyjacielu — uśmiechnął się Ben. — Teraz już wiem wszystko.

Łódź Billa była to właściwie barka, długości 25 stóp. Na jej tyle urządzono namiot, w którym 2 lub 3 ludzi mogło spać lub schronić się w razie deszczu bądź śnieżycy. Ten statek z dnem plaskiem, bardzo mało zanurzający się w wodzie, posiadał sześć stóp szerokości, co mu pozwalało dźwigać dość wielki żagiel. Ów żagiel zaś miał formę rybackiego, był przyczepiony jedną stroną do przodu statku, a drugą do wierzchołka masztu, 15 stóp wysokiego. W razie niepogody, żagiel zwijano i umieszczano wzdłuż siedzenia.

Tego rodzaju statek nie mógł płynąć pod ostrym wiatrem. Gdy wązkie pomiędzy lodami przejścia zmuszały locmana trzymać się przeciw wiatru, wówczas żagiel zwijano i czterech dzielnych wioślarzy brało się do roboty.

Jezioro Benetta nie jest zbyt wielkie; nie można go porównywać z temi ogromnemi morzami wewnętrznemi Ameryki północnej, nawiedzanemi przez straszliwe burze. Na przebycie takiej powierzchni w zupełności wystarczał zapas przez Billa zabranej żywności, składającej się z mięsa suszonego. biszkoptów, herbaty, kawy i baryłki wódki. Można było przytem liczyć na połów ryb, w które jezioro obfituje, a także na upolowane ptactwo: kuropatwy i jarząbki, gęsto krążące nad brzegami. Przezorny Bill nie zapomniał też o zapasie węgla do potrzeb kuchennych.

O godz. 8-ej łódź odbiła od brzegu. Neluto usiadł przy tylnem wiośle za namiotem, w którym umieściły się Edyta i Joanna. Summi Skim i Ben Raddl rozłożyli się pośrodku łodzi, przy Billu, a czterej wioślarze na dziobie; ci ostatni uzbroili się w długie, silne osęki, do odpychania zagradzającej drogę kry.

Statek posuwał się nie bez trudności, gdyż wiele innych łodzi tamowało drogę w przejściach pomiędzy lodami. Pragnąc bowiem skorzystać z ruszenia kry i pomyślnego wiatru, kilkaset łodzi wyruszyło ze stacyi przeciwnej. Przy takiem natłoczeniu statków, niepodobna było uniknąć niekiedy zetknięcia. Wówczas ze wszystkich stron rozlegały się straszliwe krzyki, przekleństwa, wymysły, groźby — często też dochodziło do bójki.

Po południu nasi podróżni spotkali łódź policyjną, której załoga pilnowała porządku żeglugi i uśmierzała owe bójki. Komendant łodzi znał Billa, więc przy spotkaniu nie omieszkał go przywitać.

— Zawsze przy pracy, Billu?

— Człowiek musi pamiętać o kawałku chleba — odparł Bill.

— Co za tłumy poszukiwaczy złota udają się ze Skagweyu do Klondyku! Końca ich niema!

— Tak, jest ich więcej, niż potrzeba.

— I więcej, aniżeli wróci.

— Z pewnością. Wielu też już przepłynęło tam jeziorem?

— Około 15.000!

— A do końca jeszcze daleko?

— Nieinaczej. To dopiero awangarda.

— Jakże z lodami? Ruszyły w dolnej części jeziora?

— Podobno. Zdaje się, że dostaniecie się wodą do samego Jukonu.

— Jeżeli mróz nie chwyci.

— Jakoś się na to nie zanosi.

— No, bywajcie zdrowi!

— Szczęśliwej drogi.

Wiatr ucichł, łódź teraz posuwała się wolniej i przybyła do przeciwległego brzegu jeziora po dwóch dopiero noclegach, przed wieczorem d. 4-go maja. W tem miejscu do jeziora Benetta wpada maleńka rzeczka, a raczej dochodzi kanał Karibon, który ciągnie się na przestrzeni jednej mili, aż do jeziora Tagisz.

Ponieważ trzeba było tu zanocować, Summi Skim postanowił skorzystać z reszty dnia i spróbować polowania na sąsiedniej równinie. Zaledwie zdążył oznajmić swój zamiar, gdy — ku niezmiernemu jego zdziwieniu i radości, Joanna Edżerton wyraziła życzenie towarzyszenia mu.

To oświadczenie miss Joanny zdziwiło również i innych członków karawany mężczyzn, którzy słysząc je, ironicznie się uśmiechali, wątpiąc widocznie o zdolnościach myśliwskich dziewczęcia; lecz miss Joanna okazała się doskonałym strzelcem, wcale nie gorszym od Skima. Niebawem wrócili oboje z polowania, przynosząc trzy pary kuropatw i cztery jarząbki z blado-zielonem opierzeniem. Podczas ich nieobecności, Edyta rozpaliła na brzegu ognisko z suchych gałęzi, przy którem upieczono upolowaną dziczyznę, a ta okazała się przewyborną.

Jezioro Tagisz, 7½ mili długie, łączy się z jeziorem Maru za pomocą wązkiej cieśniny, która wszakże w chwili przybycia karawany była zatamowana lodami. Trzeba było przeciągnąć łódź przez blizko półmilową przestrzeń, wynająwszy do tej pracy muła. W ten sposób żeglugę można było wznowić już nazajutrz, d. 7-go maja, rano.

Przebycie jeziora Maru, długości około 8 mil, zajęło dwie doby. Wiatr zmienił się na północny, więc przy pomocy samych tylko wioseł, łódź posuwała się bardzo wolno. Szczęściem, innych łodzi było tu mniej znacznie, niż na jeziorze Benetta, ponieważ większość ich pozostała w tyle. Dzięki temu, już d. 8-go maja, przed zachodem słońca, podróżni stanęli na drugim brzegu jeziora.

— Jeżeli się nie mylę, Billu — zapytał Ben Raddl przewodnika — to mamy jeszcze tylko jedno jezioro do przebycia?

— Tak jest, sir Raddl — odparł Bill — jezioro Labarsz tylko. Ale przedtem musimy przebyć rzekę Lewisa, stanowiącą najtrudniejszą część drogi, z powodu wodospadów Uait-Chors, gdzie niejedna łódź z ludźmi zatonęła.

Owe wodospady przedstawiają w samej rzeczy największe niebezpieczeństwo na drodze ze Skagweyu do Dausonu. Z 85 kilometrów drogi, oddzielającej jezioro Maru od jeziora Labarsz, 3 i ½ kilometra zajmują wspomniane wodospady. Na tej krótkiej przestrzeni, powierzchnia wody zniża się o 32 stopy, przyczem rzeka zawalona jest skałami, o które łódź bardzo łatwo roztrzaskać się może.

— Czy nie można obejść tego miejsca brzegiem? — zapytał Summi Skim.

— Brzeg jest niedostępny — odparł Bill. — Teraz właśnie budują drogę żelazną, która będzie przewoziła łodzie, z całym bagażem, przez wodospady.

— Jeżeli ją dopiero budują, to znaczy, że jeszcze nie jest gotowa?

— Oczywiście sir. Niedługo jednak będzie skończona, bo pracują nad tem setki ludzi.

— Zatem o owej drodze nie warto mówić — rzekł Summi. — Przekonasz się Billu, że nie będzie jeszcze skończona nawet wówczas, gdy będziemy wracali do Montrealu.

— Jeżeli nie zabawisz sir w Klondyku dłużej, niż zamierzasz — zauważył Bill. Ludzkie zamiary nie są murowane. Jadąc, sądzisz tak, a gdy przyjedziesz na miejsce, zastajesz co innego i cały zamiar się przeinacza.

— Święta prawda! — potwierdził Skim z silnem przekonaniem. — Jadąc, nie możesz nawet być pewnym, czy w ogóle wrócisz...

Łódź dotarła do wodospadów Uait-Chors nazajutrz popołudniu, 9-go maja. Nietylko ona jedna zryzykowała się przebyć tę niebezpieczną miejscowość; za nią płynęło mnóstwo innych, a z nich niewiele miało dostać się po za zwały skaliste.

Naturalnie, że pilotowie, prowadzący łodzie przez wodospady, każą sobie bardzo drogo płacić, Za owe 3 i ½ kilometra otrzymują 150 franków. Przy takich zarobkach, ani myślą o poszukiwaniu złota.

W tem miejscu rzeka płynie z szybkością 5 mil na godzinę; przeprawa zatem przez groźne wodospady zajmowałaby bardzo mało czasu, gdyby nie trzeba było wykonywać tylu zboczeń i zakrętów wśród głazów bazaltowych, kapryśnie rozrzuconych pomiędzy obydwoma brzegami, a także, gdyby nie trzeba było wymijać lodów, których samo uderzenie może roztrzaskać łódź na części. Wszystkie te przeszkody znacznie opóźniają podróż.

'The Golden Volcano' by George Roux 25

Łódź naszych podróżnych, kierowana wyłącznie wiosłami, kilkakrotnie była zagrożoną zderzeniem się to z inną łodzią, to z potężnem lodowiskiem i tylko dzięki zręczności Neluta uniknęła niebezpieczeństwa. Ostatnia część wodospadów najwięcej była groźną i tu właśnie najczęściej zdarzały się katastrofy. Podróżni, żeby nie zostać wyrzuconymi z łodzi, musieli z całych sił trzymać się siedzeń. Neluto jednak miał pewne oko, żelazną rękę, a przytem posiadał krew zimną. Nigdy nie tracił równowagi umysłu. Chociażby nie mógł zapobiedz zalaniu łodzi przez wodę, którą zresztą wioślarze natychmiast z niej wylewali, to potrafiłby w każdym razie szczęśliwie przeprawić łódź przez tę piekielną miejscowość.

— Więc Billu — zawołał Skim wesoło — najtrudniejsza część podróży jest już po za nami.

— Niewątpliwie! — dodał Ben Raddl.

— Tak jest — potwierdził przewodnik. — Teraz mamy do przebycia tylko 160 mil jeziorem Labarsz i rzeką Lewisa.

— Tylko 160 mil! — powtórzył, śmiejąc się, Summ i Skim. — To znaczy, jak gdybyśmy już byli na miejscu.

Bill Stell, po naradzie z Nelutą, postanowił wypocząć przez dobę na stacyi jeziora Labarsz, do której przybyli wieczorem d. 10-go maja. Wiatr północny był tak silny, że łódź, nawet przy pomocy wioseł, zaledwie do połowy jeziora dopłynąć by mogła. W takich warunkach locman tem większą miał zasadę przerwać żeglugę, gdy spadek temperatury groził mrozem, wskutek którego łódź mogła zostać otoczona przez lody pośrodku jeziora.

Stacya owa, urządzona na wzór wszystkich innych w tej miejscowości, składała się z setki chat i domów. W jednym z tych domów, noszącym szumną nazwę „hotelu”, podróżnym udało się znaleźć wolne pomieszczenia.

Jezioro Labarsz, długie około 50 kilometrów, dzieli się, w tem miejscu, w którem do niego wpada dopływ Lewis, na dwie części. Znalazłszy się na jeziorze z rana 12-go maja, łódź w ciągu 36 godzin przebyła pierwszą część jego. Podróżni zatem znaleźli się w miejscu połączenia się rzeki Lewisa z jeziorem po południu 13-go maja, przetrwawszy w drodze silną burzę. Nazajutrz płynęli już rzeką, wśród lodów.

'The Golden Volcano' by George Roux 26

Około godz. 5-ej, Bill polecił wioślarzom zatrzymać łódź przy prawym brzegu, gdzie postanowił przenocować. Joanna i Summi udali się na brzeg. Wkrótce rozległy się wystrzały i oto kilka par kaczek oraz jarząbków pozwoliło zaoszczędzić nieco zapasów żywności.

Owe przystanki nocne, za przykładem Billa, zarządzały także inne łodzie, płynące po rzece Lewisa; dlatego też wieczorem, na obu brzegach, jaśniały liczne ogniska.

Zaczynając od tego dnia, kwestya odwilży była rozstrzygniętą. Pod wpływem wiatrów południowych, termometr trzymał się już stale 5 lub 6 stopni wyżej zera. Obawa o zamarznięcie rzeki minęła.

Również podróżni nie obawiali się w nocy wizyty niedźwiedzi. W okolicach rzeki Lewisa ich nie spotykano i Summi Skim mocno żałował, że nie nadarza mu się sposobność zabicia choć jednego z tych strasznych drapieżników. Natomiast musieli się energicznie bronić od napaści całych chmur komarów: jedynie podtrzymując sute ogniska do samego świtu, mogli uniknąć bolesnych i niezmiernie drażniąco wpływających ich ukąszeń.

Posunąwszy się w dół rzeki o 5 — 10 kilometrów, podróżni d. 15 maja spostrzegli ujście Rio-Hutalink, a nazajutrz ujście Big Salmon, dwóch dopływów rzeki Lewisa . Dnia następnego łódź minęła ujście Rio Walsz, porzucone już przez poszukiwaczy złota; potem Kassiara, który podczas obniżenia swego poziomu, obnaża liczne mielizny. Na tych mieliznach kilku ludzi znalazło w przeciągu miesiąca ilość złota, wartości 30 franków.

Podróż dalszą odbywano przy zmiennej pogodzie; łódź posuwała się to przy pomocy wioseł, to pod żaglem, a nawet musiano ją holować. W dniu 25 maja, większa część rzeki Lewisa, która wkrótce powinna się była zmienić w rzekę Jukon, była już pomyślnie przebytą. Bill wówczas zatrzymał się na stacyi Turenny, zajmującej brzeg skalisty, okryty w danej porze pierwszemi kwiatami stref tamtejszych: anemonami, fiołkami, krokusami i t. p. heroldami wiosny. Tutaj również zatrzymało się wielu emigrantów. Łódź, z powodu koniecznych napraw, pozostać tu musiała całą dobę, więc Summi Skim mógł przez ten czas rozerwać się ulubionem polowaniem.

'The Golden Volcano' by George Roux 27

W ciągu dwóch dni następnych, dzięki prądowi wody, którego szybkość wynosiła 4 mile na godzinę, łódź rączo posuwała się po rzece. Dnia 28 maja po południu, minąwszy labirynt wysepek Miersal, zbliżyła się do lewego brzegu i stanęła u podnóża fortu Selkirk. Ów fort, wzniesiony w r. 1848 dla potrzeb ajentów Towarzystwa Hudsońskiego, następnie, w r. 1852, zburzony przez Indyan, obecnie jest tylko dość wygodnym bazarem. Otoczony chatami i namiotami emigrantów, leży na wybrzeżu głównej arteryi wód miejscowych, która od tego miejsca już nosi nazwę Jukon, w danej zaś chwili była wezbrana w skutek gwałtownego nabytku, dostarczonego przez rzekę Pelli, jej główny z prawej strony dopływ.

Wprawdzie za wysoką cenę, Bill zdołał tu jednak nabyć wszystko, czego potrzebował, tak, że po upływie doby, łódź znów mogła popłynąć z biegiem rzeki. Nie zatrzymując się, minęła ujście rzeki Stuarta, do której dążyło wielu poszukiwaczy złota. Zajęli oni już 300 kilometrów długości tej rzeki na swoje potrzeby. Następnie łódź zatrzymała się przez pół dnia w Odżylwi, przy prawym brzegu Jukonu. Dalej rzeka coraz bardziej się rozszerzała i łodzie mogły już tu swobodnie lawirować pomiędzy lodami, które spływały ku północy.

Minąwszy wreszcie ujścia Indyany Riwer i Siasty Miles Creek, znajdujące się jedno naprzeciw drugiego, o 48 kilometrów od Dausonu, Bill i jego towarzysze, dnia 30-go maja po południu, stanęli wreszcie w stolicy Klondyku.

W chwili, gdy podróżni wychodzili z łodzi, Joanna zbliżywszy się do Bena Raddla, doręczyła mu kartę, wydartą z notatnika, na której zdążyła nakreślić słów kilka.

— Pozwoli pan — rzekła — że dopełnię pierwszej formalności, wymaganej przez naszą umowę.

Inżynier, wziąwszy kartę, odczytał:

„Stosownie do zawartej umowy, p. Ben Raddl kosztem własnym dowiózł nas do Skagweyu, zadawalając wszelkie nasze potrzeby, co własnoręcznym stwierdzam podpisem”.

— Doskonale — rzekł poważnie Ben, chowając z wielką starannością ów dokument do kieszeni.

— Pozwólcie mi nadto panowie — dodała Joanna, zwracając się już teraz do obu braci — że do owego pokwitowania, dołączę jeszcze podziękowania Edyty i moje za okazaną nam przez was życzliwość; mam nadzieję, że potrafię się panom równą miarą odpłacić.

To rzekłszy, uścisnęła dłoń inżyniera i z kolei podała ją Skimowi, który, nie mogąc ukryć wzruszenia, dłużej trzymał tę małą i zgrabną rączkę, mówiąc przytem silnie zmieszany:

— Jakto — więc pani nas naprawdę opuszcza?

— Jakże inaczej? — odparła nie bez zdziwienia. — Tak było przecież postanowione.

— To prawda, nie przeczę — bąkał Skim — lecz mam nadzieję, że się jeszcze chyba zobaczymy?

— I ja również. To jednak będzie zależało nie ode mnie, lecz od wypadków, które zajść mogą przy poszukiwaniu złota.

— Złota! — powtórzył Skim z wyrzutem. — To pani jeszcze nie wyrzekła się tego szalonego zamiaru?!

Joanna porywczo uwolniła rękę z jego dłoni i odparła, widocznie urażona:

— Nie widzę nic szalonego w moim zamiarze, sir. Czy wyglądem na taką, co zmienia nagle postanowienia, jak... chorągiewka na dachu? Nie po to odbyłam podróż aż tutaj, żeby naraz porzucić myśl raz powziętą. Teraz tembardziej trwam w tym zamiarze, ponieważ zaciągnęłam zobowiązanie, które muszę należycie wypełnić, gdyż wymaga tego moja godność.

Przy tych słowach, Joanna spojrzała na inżyniera.

Twarz poczciwego Skima wyrażała głęboki smutek. Jakoż całą jego istotę ogarnął wielki żal...

— W samej rzeczy... tak jest... przyznaję... — mruczał niewyraźnie, patrząc na dziewczęta, które pewnemi krokami podążyły do szpitala miejscowego.



IX.

Klondyk.

Obszar rozległy, część Ameryki północnej, obmywana dwoma oceanami, Spokojnym i Północnym, sąsiadująca z Kanadą, nosi nazwę Alaska. Płaszczyzna tego obszaru, którą car rosyjski, składając dowód sympatyi dla Ameryki, a antypatyi dla Anglii, ustąpił Stanom Zjednoczonym, obejmuje półtora miliona kilometrów kwadratowych. Stany Zjednoczone, wskutek owego nabytku, postąpiły znów o krok bliżej do urzeczywistnienia doktryny Monroego, głoszącej: „Ameryka wyłącznie dla Amerykan”.

Czy, po za pokładami złota, znajdującemi się w granicach tego obszaru, w tym napół kanadyjskim, napół amerykańskim kraju, zraszanym rzeką Jukon, leżącym za pasem polarnym, którego grunt nie nadaje się do żadnej uprawy — czy człowiek może znaleźć dla siebie jakikolwiek inny pożytek? O tem należy wątpić.

Nie trzeba jednak zapominać, że Alaska oraz należące do niej wyspy: Baranowa, Admiralskie, Ks. Walii i archipelagu Aleuckiego, posiadają olbrzymią linię brzegową, z mnóstwem wygodnych portów dla wszelkiego rodzaju statków, zaczynając od Sitki, stolicy Stanu Alaski, a kończąc na porcie Ś-go Michała, leżącym u ujścia Jukonu, jednej z największych rzek świata.

Za linię demarkacyjną pomiędzy Kanadą a Stanem Alaską był wybrany 141 południk; co do granicy południowej, która biegnąc zygzakami lub zataczając zawiłe skręty, obejmuje także wyspy przybrzeżne, to tej nie można ściśle oznaczyć.

Rozpatrując się w mapie Alaski, niepodobna nie zauważyć, że powierzchnia tego kraju, na całym prawie jego obszarze, przedstawia się jako nizina. System orograficzny występuje dopiero na południu, gdzie zaczynają się łańcuchy górskie, które ciągną się następnie przez Kolumbię i Kalifornię pod nazwą gór Wodospadowych lub Kaskad.

Szczególniej uderza w oczy bieg Jukonu. Wspaniała ta rzeka zwraca się naprzód ku północy i zrosiwszy ogromną siecią swoich dopływów Kanadę, dostaje się do Alaski, gdzie zakreśla łuk dochodzący do fortu tejże nazwy, następnie zaś skierowawszy się ku północo-zachodowi, wpada około portu Ś-go Michała do morza Beringa.

Jukon przewyższa rozmiarami i obfitością wód samego nawet „Ojca wód“, jak nazywają potężną rzekę Missisipi. W przeciągu jednej sekundy, daje 23,000 metrów sześciennych wody, długość zaś tej rzeki, licząc w to cały basen, ze wszystkiemi dopływami, zajmuje powierzchnię dwukrotnie przewyższającą rozmiary Francyi, dochodzącą do 2.290 kilometrów.

Obszary, które zrasza ta rzeka, nie nadają się do uprawy, natomiast obfitują w lasy. Są to przeważnie olbrzymie, dziewicze jeszcze lasy cedrowe, które mogłyby dostarczać drzewa całemu światu, gdyby się już wyczerpały więcej dostępne przestrzenia leśne. Co do fauny miejscowej, to przedstawicielami jej są: niedźwiedź czarny, jeleń, owca górska oraz bogata kolekcya ptaków: jarząbków, bekasów, kuropatw i najprzeróżniejsze gatunki kaczek.

Wody, zraszające bardzo rozwiniętą linię brzegową, obfitują w wszelkie gatunki ryb i ssących wodnych. Z pomiędzy ryb wyróżnia się gatunek posiadający tak wiele tłuszczu, że go można na surowo, bez żadnych przygotowań zapalić i używać jako pochodni. Z tego powodu Amerykanie nazwali ten gatunek Candle Fisch.

Kraj ten, odkryty przez Rosyan w r. 1730 a zbadany w r. 1741, kiedy ludność miejscowa, przeważnie pochodzenia indyjskiego, nie przechodziła 33.000 głów, obecnie pełen jest emigrantów i poszukiwaczy złota, przywabianych przez bogactwa Klondyku. O złocie tutejszem zaczęto mówić w r. 1864. Wówczas to misyonarz Mac Donald znalazł w malej rzeczce, w pobliżu portu Jukon, całe garście tego kruszcu. W r. 1882, oddział poszukiwaczy złota, wśród których znajdowali się bracia Bauswel, porzuciwszy już bezowocne wtedy myszkowania w Kalifornii, przybywa do Klondyku przez Czilkut i rozpoczyna prawidłowe wyczerpywanie nowych pokładów złota.

W r. 1855, ci z poszukiwaczy tego kruszcu, którzy znajdowali go przemywając piaski łożysk rzek Lewisa i Jukonu, natrafili na pokłady Forty Miles Creek, nieco dalej od miejsca, w którem niebawem powstała stolica Klondyku, Dauson, a prawie w tym samym punkcie, gdzie dział dla siebie wybrał Jozeas Lakost. Po upływie dwóch lat, w tym czasie, kiedy rząd kanadyjski oznaczał granice kraju, wydobyto stamtąd złota wartości 600.000 franków.

W r. 1892 Północno-Amerykańskie Towarzystwo Handlowo-Przewozowe w Czikago wzniosło kolonię Kudachi przy połączeniu się Jukonu z Forty Miles Creek. W tym czasie 13 konstablów, nie przerywając obowiązkowego dozoru robót poszukiwaczy, 4 podoficerów i 3 oficerów — zarobili 1.500.000 fr. w pokładach Siksty Miles Creek, nieco wyżej od Dausonu. Wiadomość o tem szeroko się rozeszła i niezwłocznie ze wszystkich krańców świata zaczęli dążyć do Klondyku ludzie rozmaitego stanu. W roku 1895, przeszło przez Czilkut z górą tysiąc poszukiwaczy złota, przeważnie Francuzów z Kanady.

W r. 1896 znów się rozeszła wiadomość niezmiernie sensacyjna: znaleziono rzekę, obfitującą w nadzwyczajne bogactwa. Była to rzeka Eldorado, jeden z dopływów Bonanzy, wpadający przed rzeką Klondyk do Jukonu. Niezwłocznie też zaczyna się tłumny napływ wyznawców Fortuny. W Dausonie sprzedawano udziały na losy. Wkrótce za udział, który pierwotnie kosztował 25 fr., płacono 150.000 fr.

Właściwie nazwę Klondyku nosi część kanadyjska całego terytoryum. Granicę tej części od strony zachodu stanowi 141 południk, który Alaskę amerykańską od posiadłości angielskich oddziela. Od strony północnej granicą jest dopływ Jukonu Klondyk, wpadający do tej rzeki przy samym Dausonie i rozdzielający to miasto na dwie nierówne części. Od strony wschodniej granica ciągnie się do tej części Kanady, gdzie się zaczynają pierwsze rozgałęzienia gór Skalistych i przez którą przepływa z południa na północ rzeka Makenzi.

Pośrodku kraju wznoszą się wysokie wzgórza, a pomiędzy niemi wyróżnia się Dom, odnaleziony w r. 1897. Jest to jedyna znaczniejsza wyniosłość na całej przestrzeni tamtejszej i na niej rozwija się cały hydrograficzny basen, przymykający do Jukonu. Większość dopływów tej rzeki unosi w nurtach swoich blaszki złote wraz z piaskiem, a na ich brzegach istnieją już setki przemywalni złota. Najbogatszym jednak obszarem w złoto jest zraszany przez Bonanzę i liczne jej dopływy, a więc rzeki: Eldorado, Królewska, Bidder, Amerykanin, Czyste Złoto, Krippe Tel i inne.

Łatwo zrozumieć, dlaczego ta przestrzeń, poprzerzynana rzeczkami, wolnemi od lodu w ciągu 3 lub 4 miesięcy letnich, owe liczne pokłady, nie przedstawiające trudności przy ich wyczerpywaniu, znajdują się w oblężeniu, które z każdym rokiem staje się tłumniejszem, pomimo trudnego dostępu i panującej tam nędzy.

W miejscu, gdzie Klondyk wpada do Jukonu, kilka lat temu, istniały tylko błota, zalewane przez wodę w czasie odwilży. Mieszkali tu wyłącznie biedni Indyanie, którzy budowali sobie wątłe, chwiejące się przy podmuchach wiatru klecie.

'The Golden Volcano' by George Roux 28

Otóż w miejscu połączenia się dwóch rzek wspomnianych, Kanadyjczyk Lediuk ufundował miasto Dauson, które już w roku 1898 liczyło 18.000 mieszkańców. Miasto było pierwotnie podzielone na części, które fundator sprzedawał po 25 fr. Jeżeli pokładom Klondyku nie grozi w najbliższym czasie wyczerpanie i jeżeli w basenie wielkiej rzeki znajdą się nowe pokłady, to bardzo być może, iż Dauson stanie się głównem miastem całego kraju i dojdzie do takiego znaczenia, jakie posiada Wankuwer w Kolumbii brytańskiej lub Sakramentu w amerykańskiej Kalifornii.

Ben Raddl zapoznał się szczegółowo z historyą tego kraju i z odkryciami lat ostatnich. Wiedział przeto, w jakim stosunku z roku na rok zwiększały się dochody z pokładów i do jak bajecznych dochodzono tu majątków. Można było przypuścić, że przyjechał do Klondyku jedynie z zamiarem objęcia w posiadanie pokładu Forty Miles Creek, ocenienia jego rzeczywistej wartości, a następnie sprzedania tej posiadłości za możliwie wysoką cenę, gdyż sam tak utrzymywał. Lecz Summi Skini przeczuwał, że krewniak jego coraz bardziej poddaje się gorączce złota, słusznie się też obawiał, żeby nie uwiązł w tym kraju bogactw i nieszczęść.

Wówczas w okręgu znajdowało się przeszło 8.000 działów poszukiwaczy złota, które ciągnęły się, z kolejną numeracyą, od ujść dopływów większych i mniejszych Jukonu, aż do ich źródeł. Według rozporządzenia rządowego z r. 1896, każdy z tych działów obejmował powierzchnię od 250 do 500 stóp kwadratowych. Miejscowości wzdłuż Bonanzy i jej dopływów oraz miejscowości na wzgórzach, leżących na lewym brzegu Klondyku, najgęściej były zajęte przez poszukiwaczy złota. Kto wie, czy Ben Raddl nie żałował teraz — bo co do Skima, ten z pewnością nie zastanawiał się nad tem — że spadek po wujaszku Jozeasie nie znajdował się wzdłuż brzegów Bonanzy, lecz w okolicach Forty Miles Creek, z tamtej strony Jukonu. Można było przypuścić, że gdyby ów dział spadkowy leżał na brzegach Bonanzy, wówczas bracia otrzymaliby z góry propozycyę tego rodzaju, iż nie potrzebowaliby przedsiębrać mozolnej podróży do Klondyku i Summi Skim mógłby z całą swobodą rozkoszować się życiem sielskiem w Zielonej Ustroni, zamiast babrać się w błocie tego odległego miasta, poszukując cząstek cennego metalu. Wprawdzie pozostawała jeszcze na upartego propozycya Towarzystwa Handlu i Transportu, lecz być może, iż Towarzystwo, nie otrzymując odpowiedzi, zaniechało już pierwotnego zamiaru.

Ostatecznie Ben Raddl przybył, ażeby się przekonać o wartości puścizny, trzeba było zatem przystąpić do rzeczy.

Chociaż dział Nr 129 nigdy jeszcze nie dał samorodka złotego wartości 3.000 franków — gdyż w Klondyku wogóle raz tylko dotąd znaleziono samorodek takiej wartości — mimo to dział ów, jak się zdaje, nie był bynajmniej wyczerpany, w przeciwnym razie nie zjawiałby się propozycya jego nabycia. Syndykaty angielskie i amerykańskie w takich interesach nie działają bezzasadnie. Bracia zatem mieli dane do mniemania, że w każdym razie koszta podróży im się opłacą.

Przytem Ben Raddl już się dowiedział o nowych, bardzo obiecujących odkryciach, a Summi Skim nieraz słyszał od niego o dopływie Klondyku, rzece Hunter, znajdującej się w górach, na wysokości 1500 stóp, posiadającej o wiele obfitsze pokłady i złoto więcej czyste, niż Eldorado; o Gold Bottom, gdzie — według świadectwa Oldżywiego, istnieje pokład złotego kwarcu, dający do 1000 dolarów z tonny i o setkach innych rzek, niemniej bogatych w szlachetny kruszec złoty.

— Z tego wszystkiego snadnie otrzymuje się wniosek — konkludował inżynier — że w tym pełnym zdumiewających niespodzianek kraju zawsze można się jakoś wykręcić, jeżeli nie w ten, to w inny sposób.

Skim kiwał tylko głową i odpowiadał:

— Drogi Benie, pozwól, że zwrócę ci uwagę, iż odbiegasz od przedmiotu. Wszystko to, co opowiadasz o Bonanzach, Eldoradach, Niedźwiedziach i Hunterach, jest bardzo zajmujące, ale nas zgoła nie dotyczy. Nas obchodzi jedynie Forty Miles Creek, o tej zaś rzece bardzo mało mówią, jak gdyby nie istniała.

— Bądź spokojny, Summi, ona istnieje i wkrótce przekonasz się o tem własnemi oczyma — zapewniał inżynier krewniaka, a unosząc się ulubionym przedmiotem, dodawał:

— Dziwię się, jak możesz zachowywać się tak obojętnie w tym zdumiewającym Klondyku? Czy cię tu nic nie interesuje? Nic nie zwraca twojej uwagi? Przecież ulice tego miasta są wprost złotem wybrukowane! Przytem Klondyk nie jest w tym kraju jedynem terytoryum, posiadającem pokłady złota. Dość rzucić okiem na mapę, aby się przekonać, jakie bogactwa mineralne są rozrzucone po całym kraju. Złota znajduje się mnóstwo na wyżynach Czilkutu, któreśmy przeszli, na wzgórzach Kasiara i w innych miejscowościach. W Alasce na każdym kroku spotyka się wzgórza, będące zbiornikami złota, a łańcuch ich ciągnie się po za strefę polarną, do brzegów oceanu Lodowatego.

Ten hymn płomienny wcale nie porwał Skimma, nie zachwiał jego przekonań; wysłuchawszy go spokojnie, rzekł z pobłażliwym uśmiechem:

— Masz słuszność Benie, przyznaję ci ją w zupełności. Basen Jukonu jest niewątpliwie krajem hojnie wyposażonym przez Boga. Co do mnie, cieszy mnie to niezmiernie, że i my także posiadamy cząstkę tej błogosławionej ziemi a nie więcej, gdybyśmy bowiem posiadali więcej, musielibyśmy też poświęcić więcej czasu, ażeby się od tej własności uwolnić!



X.

Granice sporne.

— Nagromadzenie chałup, izb, namiotów na powierzchni błota, coś w rodzaju obozowiska, ustawicznie zagrożonego zalewem Jukonu i Klondyku, nieprawidłowe, brudne ulice, z rynsztokami na każdym kroku... słowem — jakiś chlew, odpowiedni chyba dla tysięcy psów, szczekających przez noc całą: oto jak sobie ze słyszenia wyobrażałeś miasto Dauson sir Skim. Tymczasem chlew przetworzył się w naszych oczach, a to dzięki pożarom, które zniszczyły pierwotne budynki. Teraz Dauson jest miastem cywilizowanem, nowoczesnem, z katolickiemi i protestanckiem i świątyniam i, z bankami i hotelami. Niebawem otworzone zostaną dwa teatry, z tych jeden, przeznaczony na operę, mieć będzie salę dla widzów, obliczoną z góry na 2.000 miejsc, i t. d., i t. d. Pan nie możesz wyobrazić sobie nawet, co obejmuje ten zwrót: „i tak dalej”!

W ten sposób perorował dr. Pilkoks, Anglo-Kanadyjczyk, pulchny, lat 40, silny, ruchliwy, wesoły, obdarzony wyjątkowem zdrowiem i wyjątkowo szczęśliwem usposobieniem. Rok temu mianowany dyrektorem szpitala w Dausonie, osiedlił się w tem mieście, stanowiącem niezmiernie podatne pole dla jego zawodu, gdyż grasowały tu wszelkiego rodzaju epidemie, nie mówiąc już o gorączce złota, od której był zabezpieczony wcale nie gorzej niż Summi Skim.

Doktor Pilkoks był jednocześnie lekarzem, chirurgiem, aptekarzem i dentystą, a ponieważ słynął jako doskonały praktyk i najuczciwszy na świecie człowiek, więc pacyenci całemi tłumami płynęły do jego wygodnego domu, wznoszącego się przy Front-Strit, pryncypalnej ulicy Dausonu.

Bill Stell znał się z doktorem oddawna, spotykał się z nim bowiem wówczas jeszcze, kiedy pełnił obowiązki wywiadowcy armii kanadyjskiej. Korzystając z tej zażyłej znajomości, polecał szczególnej jego opiece tych emigrantów, których przeprowadzał ze Skagweyu do Klondyku. Obecnie również nie pominął sposobności i we dwa dni po przybyciu do miasta, nie omieszkał zaznajomić braci z tym człowiekiem, który cieszył się powszechnym szacunkiem i sympatyą. Była to znajomość ze wszech miar pożądana, gdyż doktór Pilkoks znał na wylot stosunki całego kraju, dowiadywał się natychmiast o każdym wypadku i zawsze był gotów udzielić każdemu nietylko pomocy lekarskiej, ale także dobrej rady w każdym wypadku.

Pierwsze pytanie, z jakim Summi Skim zwrócił się do doktora, dotyczyło pięknych spółtowarzyszek podróży. Co się z niemi dzieje? Czy doktor ma o nich jakie wiadomości?

'The Golden Volcano' by George Roux 29

— Czy mam wiadomości? — powtórzył doktor jakby z oburzeniem. — Oczywiście, że mam. Krótko mówiąc... ta dziewczyna to prawdziwa perła, prawdziwy kleynot. Nie mam słów na wyrażenia mego zadowolenia, że mi się udało sprowadzić ją tutaj. Zaledwie dwa dni przebyła w szpitalu, już zdążyła zaprowadzić wzorowy porządek. Nie mówię tego bynajmniej na wiatr. Oto dowody. Dzisiaj rano, otworzywszy jedną z szaf, byłem wprost zdumiony ładem i systematycznością, jakie tam znalazłem, o co dotychczas nie mogłem się doprosić. Odrazu domyśliłem się, komu to zawdzięczać należy. Zaciekawiony — otwieram drugą, trzecią, dziesiątą szafę: wszędzie to samo. To jeszcze nie koniec. Wszystkie moje instrumenty były najstaranniej wyczyszczone i ułożone ze znajomością rzeczy, a sala operacyjna nigdy jeszcze nie była uprzątnięta z taką drobiazgową starannością. Wszędzie znać było rękę Edyty. Wreszcie — czemu trudno uwierzyć doprawdy! — ten dzieciuch zawojował cały personel szpitalny. Wszystko idzie, jak na komendę. Siostry Miłosierdzia na swoich miejscach, ich pomocnicy również, na łóżka chorych przyjemnie spojrzeć, z taką troskliwością, tak wygodnie i czysto zasłane. Zdaje się, że nawet chorzy lepiej się czują.

Ben Raddl słuchał tych pochwał widocznie uradowany.

— Niewypowiedzianie mnie cieszą, doktorze, słowa uznania — rzekł — z jakiemi się odzywasz o nowej pomocnicy twojej. Okazuje się, żem się nie zawiódł co do niej. Zdaje mi się nadto, iż w przyszłości czeka cię z jej strony wiele niespodzianek.

Summi Skim zdradzał pewien niepokój.

— Wybacz doktorze — odezwał się z wahaniem — mówisz tylko o jednej z naszych towarzyszek, a mieliśmy ich przecież dwie...

— To prawda! — odparł, śmiejąc się, dr. Pilkoks. — Mówię o jednej tylko dlatego, ponieważ znam ją oddawna, a drugiej zaś nietylko nie znam, ale nawet nie miałem sposobności przyjrzeć jej się uważniej. Przybywszy do szpitala ze swoją kuzynką, po upływie dziesięciu minut znikła i wróciła dopiero w południe, w stroju poszukiwacza złota: z łopatą na ramieniu i z rewolwerami za pasem. Kiedy zaś wczoraj z rana zapytałem, co się z nią dzieje, dowiedziałem się, że bez pożegnania udała się w dalszą podróż. Wtedy dopiero Edyta objaśniła mnie, że jej kuzynka postanowiła, jak mężczyzna, rozpocząć poszukiwania złota.

— Więc już wyruszyła? — dopytywał zaniepokojony Summi.

— Nieinaczej — potwierdził doktor — traktuje ona swój zamiar bardzo poważnie. W mojem życiu spotykałem na świecie wiele typów oryginalnych, przyznam się jednak, że takiego jeszcze nigdy nie spotkałem!

— Biedne dziecię! — mruknął Summi tonem wyrzutu. — Dziwię się doktorze, żeś ją nie odwiódł od szalonego zamiaru...

Ale doktor już go nie słuchał — rozpoczął dysputować z Benem Raddlem o Dausonie, przyczem usta mu się nie zamykały. Szczycił się swojem miastem i bynajmniej się z tem nie ukrywał.

— Tak jest powtarzał — Dauson w zupełności zasługuje na miano stolicy Klondyku, przyznane mu przez rząd kanadyjski.

— Stolicy, która dopiero się buduje — zauważył inżynier.

— Niebawem nic jej brakować nie będzie, gdyż ludność zwiększa się z każdym dniem.

— Ilu mieszkańców liczy obecnie?

— Około 20.000.

— Powiedz raczej, doktorze: 20.000 przejezdnych, a nie stałych mieszkańców. W zimie Dauson zapewne się wyludnia?

— Mylisz się pan: 20.000 stałych mieszkańców, którzy tu osiedli z rodzinami i podobnie, jak na przykład ja, ani myślą opuszczać miasta.

(d. c. n.)[1]





Przypis

  1. Przypis własny Ogrodu Petenery Przekład ukazał się w odcinkach w czasopiśmie Biesiada Literacka w 1917; obejmuje on tylko 9 pełnych i początek 10 rozdziału części I powieści, reszta nie ukazała się drukiem w wyniku przerwania wydawania pisma spowodowanego działaniami wojennymi I wojny światowej; po wojnie nie wznowiono już wydawania tego czasopisma.


'The Golden Volcano' by George Roux 02

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.