FANDOM



Wielki las

(Le Village aérien)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Helena S.
Ilustracje: George Roux‎


'The Village in the Treetops' by George Roux 01



I.

Po długim etapie.

— A Kongo amerykańskie? — zapytał Maks Huber, — nie ma jeszcze o tem mowy?..

— Po co, kochany Maksie?.. odpowiedział Jan Kort. Czy nam brak wielkich przestrzeni w Stanach Zjednoczonych?.. Ileż jeszcze krajów nowych i nieznanych jest do wyeksploatowania; począwszy od Alaszki, aż do Texas!.. Zanim się pójdzie kolonizować daleko nazewnątrz, lepiej wpierw kolonizować wewnątrz, ja myślę...

— Eh! kochany Janie, jeżeli tak dalej pójdzie, narody europejskie podzielą pomiędzy siebie — Afrykę a ma ona powierzchni blisko trzy miliardy hektarów!.. Czy amerykanie pozwolą zająć wszystko anglikom, niemcom, holendrom, portugalczykom, francuzom, włochom, hiszpanom, belgom...

— Amerykanie nie mieliby co z tem robić.

— Dla czego?..

— Po co męczyć nogi, kiedy dość wyciągnąć rękę...

— Dobryś sobie?.. kochany Janie, rząd związkowy dopomni się nie dziś, to jutro, o swoją część placka afrykańskiego... Jest Kongo francuskie, Kongo belgijskie, Kongo niemieckie, nie licząc Konga niezależnego, które czeka tylko okazyi, żeby pozbyć się swej niezależności... A wszystkie te kraje, które przebiegaliśmy od trzech miesięcy...

— Tylko dla zaspokojenia ciekawości, Maksie, nie w roli zdobywców!

— Nie wielka różnica, szanowny obywatelu Stanów Zjednoczonych — oświadczył Maks Huber. Powtarzam: w tej części Afryki Stany Zjednoczone mogłyby sobie wykroić wspaniałą kolonię!.. Znajdują się tam terytorya żyzne, które czekają tylko — na zużytkowanie tej żyzności, pod wpływem nawodnienia obfitego, jakie natura na swój koszt wzięła. Posiadają one sieć źródeł, nigdy nie wysychających.

— Nawet przy tym wstrętnym upale, — odpowiedział Jan, obcierając czoło opalone słońcem zwrotnikowem.

— Ba! my już na gorąco nie zważamy! Czyż nie jesteśmy zaaklimatyzowani, powiedziałbym „zmurzynieni”, gdybyś się nie obraził, kochany przyjacielu!.. Dopiero marzec, a co to mówić o temperaturze lipcowej, sierpniowej, kiedy promienie słoneczne wiercą ci skórę, jak świdry rozpalone!..

— Co to znaczy, Maksie!.. zawsze trochę trudnoby nam przyszło zostać pahoninami albo zanzibarami, z naszą cienką skórą francuzów i amerykanów! Zgadzam się jednak na to, skończymy piękną i zajmującą kampanię, a przytem bardzo szczęśliwą... Lecz pilno mi już powrócić do Libreville i odnaleźć w naszych faktoryach trochę tego spokoju, odpoczynku, należnego podróżnikom po trzech miesiącach takich trudów...

— Zgoda. Awanturnicza ta wyprawa była dość interesująca... Jednak, przyznam, nie dała mi tego wszystkiego, czegom się po niej spodziewał.

— Jakto, Maksie? kilkanaście setek mil po przez kraj nieznany, masa niebezpieczeństw śród plemion niegościnnych, od czasu do czasu zamiana strzałów z fuzyi z autorami ciosów zadanych sagaiem lub zręcznie wypuszczoną strzałą z łuku, polowania na lwy numidyjskie i pantery libijskie, ofiary ze słoni na korzyść naszego szefa Urdax’a, zbiór kości słoniowej tak obfity, iż wystarczy na klawisze do fortepianów całego świata!.. A ty mówisz, żeś niezadowolony...

— Tak i nie, Janie. Wszystko to chleb powszedni eksploratorów Afryki środkowej... To samo, co czytelnik spotyka w opowiadaniach Barta, Burtona, Granta, Serpa Pinto, Andersena, Camerona, Brazza, Dybowskiego...

Uderzenie przodu woza o wielki kamień przerwało wyliczanie zdobywców afrykańskich, których wymieniał Maks Huber. To też Jan Kort skorzystał z przerwy:

— Więc ty spodziewałeś się znaleźć co innego w ciągu naszej podróży?..

— Tak, kochany Janie.

— Nieprzewidzianego?..

— Lepiej niż nie przewidzianego, czego, przyznaję, nie brakowało nam wcale...

— Więc nadzwyczajności?..

— Dobrześ powiedział, przyjacielu; ani raz, ani jeden raz, nie miałem sposobności zawołania: „to nadzwyczajne!..”

— Widzę, że dusza francuska trudniejsza jest do zadowolenia...

— Niż dusza amerykańska, kochany Janie?.. Przyznaję, jeżeli wspomnienia, jakie unosisz z naszej kampanii, wystarczające są dla ciebie...

— Zupełnie.

— I jeżeli powracasz zadowolony...

— Zadowolony... przedewszystkiem z powrotu!

— I myślisz, że czytelnicy, którzy będą czytać opowiadania tej podróży, wykrzykną: „Jakie to ciekawe!”

— Bardzo byliby wymagający, gdyby tak nie wykrzyknęli.

— Nie, Janie, nie!.. Nie byliby dosyć wymagający...

— A byliby nimi zapewne — odparł Jan, gdybyśmy zakończyli naszą wycieczkę w żołądku lwa lub w brzuchu jakiego ludożercy z Ubanghi...

— Nie, Janie. Nie dochodząc aż do takiego rodzaju rozwiązania, które wreszcie nie jest pozbawione pewnego zajęcia dla czytelników a nawet dla czytelniczek, czy sumiennie, przed Bogiem i ludźmi, śmiałbyś przysiądz, że odkryliśmy i zaobserwowaliśmy więcej, niż zaobserwowali już i odkryli nasi poprzednicy w Afryce środkowej?..

— To prawda.

— Otóż, ja spodziewałem się, że los lepiej sprzyjać nam będzie.

— Smakosz, który chce zrobić cnotę ze swego smakoszostwa! odparł Jan Kort. Co do mnie, oświadczam, żem syty i że nie oczekiwałem po naszej kampanii, więcej niż nam dała...

— To jest, nic.

— Wreszcie, Maksie, podróż jeszcze nie skończona, a przez te pięć lub sześć tygodni, które zejdą na drogę do Libreville...

— Co znowu! Zwyczajny pochód karawany... zwykłe postoje na etapach... przejażdżka dyliżansem, jak za dobrych dawnych czasów...

— Kto wie?.. odpowiedział Jan Kort.

Tym razem wóz stanął na odpoczynek wieczorny, u stóp małego wzgórza uwieńczonego kilkoma pięknemi drzewami, jedynemi na tej obszernej płaszczyźnie, oświeconej czerwonym ogniem zachodzącego słońca.

Była godzina siódma wieczorem. Dzięki krótkości zmroku pod tą szerokością geograficzną, niebawem noc zapadnie. Ciemność będzie nawet głęboka, gdyż ciężkie obłoki zaczęły pokrywać ostatnie blaski słoneczne, a księżyc na nowiu znikł na horyzoncie zachodnim.

Wóz, przeznaczony jedynie do transportu podróżnych, nie miał wewnątrz ani towaru, ani żywności. Proszę sobie wystawić, rodzaj dużego wagonu, umieszczonego na czterech kołach, ciągnionego przez sześć wołów. W przedniej części wagonu były drzwi, przez które wchodziło się do budy. Oświecony bocznemi okienkami, wagon dzielił się na dwa przyległe do siebie pokoje, przegrodzone przepierzeniem.

Pokój w tyle przeznaczony był dla dwóch młodych ludzi, którzy byli w wieku od dwudziestu pięciu, do dwudziestu sześciu lat, jeden amerykanin: Jan Kort, drugi francuz, Maks Huber. Pokój z przodu zajęty był przez kupca portugalskiego, nazwiskiem Urdax, i przez „forlopera” — nazwiskiem Khamis. Ten forloper, — to jest człowiek, który poprzedza karawany, był krajowcem z Kamerunu i bardzo dobrze rozumiejącym trudne swoje zadanie przewodnika, po przez gorące przestrzenie Ubangi.

Rozumie się, że budowa tego wagonu-wozu, nie pozostawiała nic do życzenia z punktu widzenia trwałości. Po próbach długiej i uciążliwej wyprawy pudło było w dobrym stanie, koła zaledwie trochę zużyte, rzecby można, iż powracał ze zwykłej przejażdżki piętnasto do dwudziestomilowej, wtedy, kiedy droga jego wynosiła więcej niż tysiąc kilometrów.

Trzy miesiące przedtem wehikuł ten opuścił miasto Libreville, stolicę Kongo francuskiego i, dążąc w kierunku wschodnim, potoczył się na szerokie płaszczyzny Ubangi, dalej niż bieg Bahar-el-Abiad, jednego z potoków, niosących swe wody do jeziora Czad.

Jednemu z tych głównych przypływów prawego wybrzeża Kongo lub Zairy, kraj ten zawdzięcza swoją nazwę. Ciągnie się on na wschód Kamerunu niemieckiego, którego gubernator jest generalnym konsulem Niemiec Afryki zachodniej. Kraj ten obecnie nie mógłby być oznaczony dokładnie, nawet na najnowszej mapie geograficznej. Jeżeli to nie jest pustynia — pustynia wreszcie z potężną wegetacyą, która nie ma żadnego podobieństwa z Saharą — jest to przynajmniej wielka przestrzeń, na której rozrzucone są wsie w ogromnej odległości jedna od drugiej. Różne plemiona prowadzą tam ciągłe wojny, ujarzmiają się lub zabijają wzajemnie, i żywią się jeszcze mięsem ludzkiem, jak mabutaty, pomiędzy korytem Nilu i Kongo. A co najwstrętniejsze, oto zazwyczaj dzieci służą do nasycenia instynktów dzikich kanibalów. To też misyonarze europejscy poświęcają się dla wybawienia tych biednych istot, bądź porywając przemocą, bądź wykupując, i wychowując je po chrześcijańsku w misyach, pozakładanych wzdłuż rzeki Sirambu.

Nie trzeba zapominać, że misye te upadłyby niebawem z braku środków, gdyby nie hojność rządów europejskich a w szczególności hojność Francyi. Należy dodać nawet, że w Ubangi dzieci krajowców uważane są jako moneta obiegowa, przy wymianach handlowych. Płacą małymi chłopcami i dziewczynkami za przedmioty codziennego użytku, które kupcy wprowadzają aż w głąb kraju. Najbogatszym krajowcem jest więc ten, którego rodzina jest najliczniejsza.

Portugalczyk Urdax zaawanturował się po przez te płaszczyzny nie w interesach handlowych, nie robił żadnych zamian z hordami wybrzeży Ubangi, chciał tylko zaopatrzyć się w pewną ilość kości słoniowej, polując na słonie, których wielka tu jest obfitość. Pomimo to, spotkał się nie raz z mieszkańcami Kongo. W kilku nawet spotkaniach musiał nakazywać uszanowanie hordom wrogim i używać przeciw krajowcom broni, którą przeznaczył do polowania na słonie. Wszystko obliczywszy, była to szczęśliwa, korzystna kampania, nie było bowiem żadnej ofiary w personelu karawany.

'The Village in the Treetops' by George Roux 03

Był to chłopak dwunastoletni o miłej i roztropnej twarzy.

Otóż tedy, przy wejściu do wsi, w pobliżu źródeł Bahar-el-Abiad, Jan Kort i Maks Huber zdołali ocalić młode dziecko od strasznego losu i wykupić za cenę kilku przedmiotów ze szkła kolorowego. Był to chłopczyk dwunastoletni, o miłej i roztropnej twarzy, u którego typ murzyński mało był wyraźny. Jak to daje się widzieć w niektórych pokoleniach, miał płeć prawie jasną, blond włosy, zamiast czarnej wełny, pokręconej na głowie, nos garbaty a nie płaski, wargi cienkie. Zbudowany był silnie, oczy błyszczały inteligencyą, i niedługo poczuł dla swoich zbawców miłość prawdziwie synowską. To biedne stworzenie wydarte swemu plemieniu, gdyż chłopiec nie miał ani ojca ani matki, nazywało się Lango. Przez jakiś czas uczyli go misyonarze, umiał trochę po francusku i po angielsku, a potem nieszczęściem wpadł w ręce donhów, a jaki los go czekał, łatwo zgadnąć.

Ujęci jego przywiązaniem, okazywaną wdzięcznością, dwaj przyjaciele polubili serdecznie chłopaka; żywili go, ubierali, nauczali z wielką korzyścią; tyle bowiem wczesnej inteligencyi okazywał. A jaka różnica dla biednego Langa pod opieką dwóch dobrych ludzi! Zamiast, jak nieszczęśliwi jego rówieśnicy, być żywym towarem, on żył w faktoryi Libreville, jak przybrane dziecko Maksa Hubera i Jana Korta... Przyjęli go na swoją odpowiedzialność i nie opuszczą nigdy!.. Pomimo młodych lat, rozumiał to, łzy wdzięczności płynęły z jego oczu za każdym razem, jak Maks Huber lub Jan Kort kładli ręce na jego głowie.

Skoro wóz się zatrzymał a woły umęczone długą drogą pokładły się na łące, Lango, który szedł piechotą jakąś część drogi, to naprzód, to znów z tyłu karawany, przybiegł w chwili, kiedy dwaj jego opiekunowie schodzili z platformy.

— Nie zmęczyłeś się Lango?.. zapytał Jan Kort, ujmując chłopca za rękę.

— Nie... nie... dobre nogi... lubi biegać... odpowiedział Lango, śmiejąc się oczami i ustami.

— Czas już zjeść cokolwiek.

— Jeść... tak! — odpowiedział Lango.

Potem ucałował ręce swych opiekunów, i poszedł do tragarzy pod gałęzie drzew olbrzymich.

Wóz służył tylko do transportu portugalczyka Urdaxa, Kamisa i dwóch ich towarzyszy, paki zaś, i ładunek kości słoniowej powierzone były personelowi karawany — pięćdziesięciu ludziom, po większej części czarnym z Kamerunu. Złożyli oni na ziemi kły słoni i paki z żywnością codzienną, oprócz tego, co dostarczało polowanie w obfitujących w zwierzynę tych okolicach Ubangi.

Czarni są najemnikami, dobrze opłaconymi, na co pozwala zarobek z tych korzystnych wypraw. Można o nich powiedzieć, że nigdy nie siedzą na miejscu. Przywykli do noszenia ciężarów od dzieciństwa, noszą je dopóki nogi nie wypowiedzą posłuszeństwa. A jednak, praca to ciężka w takim klimacie.

Na barkach brzemię kości słoniowej lub paki z żywnością, ciało gołe, nogi często pokrwawione, piersi podrapane kolcami krzewów... idą tak od świtu do południa i rozpoczynają swój pochód, skoro wielki upał przejdzie.

Lecz w interesie kupców leży płacić im dobrze, i płacą dobrze; żywić dobrze, i żywią dobrze; nie mordować ich nad miarę, i nie mordują.

Polowania na słonie przedstawiają rzeczywiste niebezpieczeństwa, nie mówiąc już o możliwych spotkaniach z lwami i panterami. Wódz karawany powinien być pewny swego personelu. To też przejęty temi zasadami, nauczony doświadczeniem, Urdax, mając jak największe staranie o swoich ludziach, szczęśliwie dotąd odbywał wyprawy do Afryki podzwrotnikowej.

Takąż też była i ostatnia: przyniosła znaczny ładunek kości słoniowej pięknego gatunku, zdobytej w kraju po za Bagar-el-Abiad, prawie na granicy Darfuru.

Pod cieniem wspaniałych drzew rozbito obóz; kość słoniową ułożono w stos obok wozu. Woły chodziły swobodnie po gęstej i pięknej trawie. Rozpalono kilka ognisk z suchych gałęzi. Forloper obchodził obóz, patrząc, czy komu czego nie brakuje. Nie brakło mięsa z łosia i antylopy, świeżego i suszonego, a wreszcie myśliwi z łatwością mogli go dostarczyć. Wkrótce rozeszła się woń pieczystego; wszyscy składali dowód ogromnego apetytu, usprawiedliwionego długotrwałym marszem.

Broń i amunicyę pozostawiono na wozie: kilka skrzynek prochu, fuzye myśliwskie, karabiny, rewolwery, zapewniały obronę w razie napadu.

Posiłek skończył się w ciągu godziny. Po zaspokojeniu żołądka, karawana pogrążyła się w śnie głębokim. Forloper polecił karawanę pieczy kilku ludzi, którzy mieli zmieniać się co dwie godziny. W tych dalekich okolicach, trzeba zawsze strzedz się zwierząt cztero i dwu-nożnych. Pod tym względem Urdax nie zaniedbywał ostrożności. Mając lat pięćdziesiąt, silny jeszcze, doświadczony, oprócz tego był niezwykle wytrzymałym. Tak samo Kamis, choć młodszy o lat piętnaście, lekki, zwinny, silny, obdarzony zimną krwią i wielką odwagą, przedstawiał doskonałą gwarancyę jako przywódca karawany.

'The Village in the Treetops' by George Roux 04

Dwaj przyjaciele i portugalczyk zasiedli u stóp tamaryndy do kolacyi, którą przyniósł im chłopiec, po przygotowaniu przez jednego z krajowców, podniesionego do godności kucharza. Podczas posiłku, języki zarowno pracowały jak szczęki. Jedzenie nie przeszkadza rozmowie, jeżeli nie trzeba się śpieszyć. O czem mówi się wtedy?.. O wypadkach podczas przebiegu z północy na zachód?.. Bynajmniej!.. Nie przeszłe, lecz przyszłe wypadki zajmowały podróżników. Droga do Libreville wynosi tysiąc pięćset do tysiąc sześćset kilo metrów — to znaczy pięć albo sześć tygodni podróży. W tej drugiej części drogi... kto wie, co się zdarzyć może, powiedział Jan Kort do swojego towarzysza, który potrzebował więcej niż nieprzewidzianych, nadzwyczajnych wypadków.

Od krańców Darfuru karawana szła wciąż w dół w kierunku południowym, przebywszy liczne rzeki.

— Teraz zaś — rzekł Urdax — udamy się ku zachodowi...

— A to tem bardziej — zauważył Jan Kort — iż, jeżeli mnie oczy nie mylą, horyzont południowy zamknięty jest lasem, którego ostatnich granic nie widać ani na wschód ani na zachód.

— Tak... bezgraniczny!.. — Gdybyśmy byli zmuszeni okrążać go od wschodu, miesiące-by upłynęły, zanim pozostawilibyśmy go za sobą!..

— Podczas gdy od zachodu?..

— Od zachodu — odpowiedział Urdax — nie nadkładając bardzo drogi, ani oddalając się od brzegu lasu, napotkamy Ubangi w okolicach bystrego Songo.

— Czy przebywając ten las przez środek nie skróciłoby się podróży?.. zapytał Maks Huber.

— Tak... o piętnaście dni pochodu.

— Więc... dla czego tego nie zrobić?

— Dla tego, że las jest nie do przebycia.

— Oh! nie do przebycia!.. mruknął Maks, kręcąc głową z powątpiewaniem.

— Dla pieszych... może... choć i tego nie jestem pewny, ponieważ nikt jeszcze nie próbował. Co do zaprzęgów, byłoby to usiłowanie bezowocne.

— Mówisz, Urdax, że nikt nigdy nie próbował zapuścić się w ten las?..

— Czy próbował... nie wiem, lecz żeby komu się udało... nie... i w Kamerunie, tak jak w Kongo, nikt nie śmiałby się na to odważyć. Któżby miał pretensyę przejść tam, gdzie niema żadnej ścieżki, wśród krzaków i cierni? Nie wiem nawet czy ogień i siekiera zdołałyby oczyścić drogę, i usunąć przeszkody niemożliwe do przebycia.

— Niemożliwe!

— Mój kochany — wtrącił Jan Kort — nie zawracaj sobie głowy tym lasem. Uważajmy się za szczęśliwych, że potrzebujemy go tylko okrążyć. Przyznaję, iż nie miałbym ochoty zapuszczać się w taki labirynt drzew...

— Nawet dla dowiedzenia się, co tam jest w środku?..

— A cóż tam może być? Nieznane królestwa? miasta zaczarowane? zwierzęta nowego gatunku, mięsożerne o pięciu łapach? może istoty ludzkie o trzech nogach?..

— Czemu nie?.. W każdym razie warto iść i zobaczyć!..

Lango, wielkiemi, szaremi oczami, twarzą rozgarniętą, zdawał się mówić, że, jeśliby Maks Huber odważył się zapuścić w las tajemniczy, on-by się nie bał pójść za nim.

— W każdym razie — podjął Jan Kort — ponieważ Urdax nie ma zamiaru przebywać lasu dla dostania się do brzegów Ubangi..

— Nie, zaprawdę — odparł portugalczyk, — gdyż byłoby to narażeniem się, na niemożność wyjścia z niego...

— A więc, kochany Maksie, chodźmy spać. Pozwalam ci odkrywać tajemnice tego lasu, zapuszczać się w nieprzebyte gąszcza, ale we śnie tylko.

— Śmiej się, śmiej ze mnie!.. Lecz przypominam sobie wiersz jednego z naszych poetów... nie wiem już którego:


Szukać w nieznanem nowości...


— A jaki drugi wiersz tej poezyi?..

— Nie pamiętam.

— A więc zapomnij i pierwszego... i chodźmy spać, mój kochany.

Była to jedyna rozsądna rzecz do zrobienia i to nie wracając do przegrody na wozie. Noc spędzona u stóp wzgórza pod cieniem wspaniałych drzew, była zwykłą rzeczą dla przywykłych sypiać pod gołem niebem, o ile pogoda na to pozwalała. Tego wieczora, choć chmury zakryły gwiazdy, lecz ponieważ deszcz nie groził, lepiej było spać na świeżem powietrzu.

Lango przyniósł kołdry. Dwaj przyjaciele, wyciągnęli się pomiędzy korzeniami drzewa — a mały krajowiec skulił się przy nich, jak wierny piesek.

Za nim Urdax i Kamis zrobili to samo, obeszli jeszcze obóz, chcąc się przekonać, czy woły nie rozeszły się po płaszczyźnie, czy tragarze znajdują się na stanowiskach, czy ognie pogaszone, gdyż jedna iskra mogła zapalić suche trawy i drzewa. Potem wrócili i położyli się przy wozie.

Niebawem zasnęli twardo. A może i straże uległy zmęczeniu!.. Rzeczywiście po dziesiątej godzinie nie było nikogo, ktoby zwrócił uwagę na ognie podejrzane, które przebiegały bezustannie na skraju wielkiego lasu.



II.

Ognie ruchome.

Odległość najwyżej dwóch kilometrów oddzielała wzgórek od ciemnej masy lasu, u stóp którego przebiegały w różnych kierunkach płomyki jasne, drżące. Można było policzyć ich z dziesięć, raz połączonych, to rozpierzchłych, poruszających się niekiedy gwałtownie, czego nie usprawiedliwiała spokojna atmosfera. Czyżby banda krajowców tam się rozłożyła? Lecz to nie były ognie z obozowiska. Biegały bowiem fantastycznie po przestrzeni stu sążni, zamiast zbiegać się w jednem ognisku.

Okolice Ubangi nawiedzają często plemiona koczujące, przybyłe z Adamua lub z Bargimi od zachodu, lub nawet z Ugandy od wschodu. Karawana kupiecka nie byłaby tak nieostrożną, żeby zdradzać swoją obecność temi ogniskami, poruszającemi się w ciemnościach. Tylko krajowcy mogli zatrzymać się na tem miejscu. A kto wie, czy nie żywili zamiarów nieprzychylnych dla karawany, uśpionej pod cieniem tamaryndów?

Do godziny pół do jedenastej nikt z obozu nie zauważył niebezpieczeństwa. Wszyscy spali, panowie i słudzy, a co najważniejsze, tragarze, obowiązani czuwać, spali jak zabici na swoich stanowiskach.

Na szczęście, obudził się młody krajowiec, śpiący obok Jana Korta i Maksa Hubera. Byłby bez wątpienia usnął z powrotem, lecz na pół przymknięte powieki zwrócił w stronę lasu i zobaczył ognie. Przeciągnął się, przetarł oczy i spojrzał uważniej... Nie, nie myli się: ognie, rozrzucone po brzegu lasu, poruszają się, biegają. Lango pomyślał, że dzicy napadną na karawanę. Chłopiec, nie chcąc od razu budzić Maksa Hubera i Jana Korta, popełzał bez szelestu w stronę wozu. Skoro znalazł się przy forloperze, ujął go za ramie, obudził, i palcem wskazał na ognie.

Kamis zerwał się, popatrzył chwilę na te płomienie ruchome i zawołał głośno:

— Urdax!..

Portugalczyk, przywykły zrywać się szybko ze snu, w tej chwili stanął na nogach.

— Co nowego, Kamis?

— Spojrzyj!

I ręką wyciągniętą wskazywał oświetlony skraj płaszczyzny.

— Na nogi! — wrzasnął portugalczyk z całej siły.

W parę sekund cały personel karawany był na nogach. Wszyscy tak się przejęli grozą położenia, iż nikt nie pomyślał obwiniać stróżujących o niedbalstwo. To pewna, że gdyby Lango nie był się obudził, obóz zostałby napadnięty podczas snu najgłębszego. Maks Huber i Jan Kort znaleźli się zaraz obok Urdaxa i forlopera.

Było trochę po pół do jedenastej. Głęboka ciemność zalegała płaszczyznę z trzech stron, tylko w stronie południowej świeciły te płomyki latające, których teraz było co najmniej pięćdziesiąt.

— Musi tam być zebranie krajowców — rzekł Urdax — prawdopodobnie budyosów, włóczących się po wybrzeżach Kongo i Ubangi.

— Z pewnością — dodał Kamis, — te ognie nie zapaliły się same...

— W dodatku — odezwał się Jan Kort — są ręce, które przenoszą je z miejsca na miejsce!

— Tak — rzekł Maks Huber — te ręce muszą być przytwierdzone do ramion, ramiona do tułowia — a tułowia żadnego nie widać wśród tej iluminacyi.

— Dla tego, że dzicy ukryci są pomiędzy drzewami... zrobił uwagę Kamis.

— To nie jest tłum w pochodzie — podjął Maks Huber. — Nie! choć te ognie rozbiegają się na prawo i na lewo, jednak wracają zawsze w jedno miejsce...

— Tam, gdzie musi być obozowisko tych krajowców, potwierdził forloper.

— A więc twojem zdaniem? — zapytał Jan Kort Urdaxa.

— Będziemy napadnięci. W tej chwili trzeba przygotować się do obrony...

— Lecz dla czego ci krajowcy nie napadli na nas, zanim się pokazali?

— Czarni, to nie są biali. Wszelako choć mniej przezorni, nie są przez to mniej straszni liczbą i krwiożerczemi instynktami...

— Pantery, które trudno będzie naszym misyonarzom zmienić w baranki!

— Trzeba będzie bronić się wszelkiemi siłami gdyż żadnej litości nie można oczekiwać od tych plemion? Nie można sobie wyobrazić do jakiego stopnia są okrutni; najdziksze ludy Australii, Hebrydów, Nowej-Gwinei, nie mogą iść z nimi w porównanie.

W samym środku Afryki, są tylko ludożercy, a ojcowie misyonarze, którzy na wszystko się narażają, wiedzą o tem dobrze. Pomiędzy dziesiątym i szesnastym rokiem, dzieci służą u nich za pożywienie podczas ceremonij religijnych, a wielu wodzów żywi się tylko mięsem tych dzieci.

Z tymi instynktami ludożerczemi idą u nich w parze instynkty rabunku. Forloperzy wiedzą o tem. To też największem ich staraniem nie zapuszczać się pomiędzy osady, w okolicach Aukudepe i Baharnel Abiad, gdzie jeszcze misyonarze się nie przedarli, ale gdzie przedrą się zczasem!

Od początku wyprawy portugalczykowi Urdax służyło szczęście, nie spotkał bowiem nigdzie tuziemców. Kamis omijał zręcznie niebezpieczne środowiska krajowców. Powrót zapowiadał się tak samo bezpieczny i spokojny. Nie tracąc ani chwili, Urdax, forloper Jan Kort, Maks Huber uzbroili się w karabiny, rewolwery zatknęli za pasy; torby z nabojami dobrze były zaopatrzone. Na wozie, było jeszcze sześć fuzyj i pistoletów, które rozdano niektórym tragarzom, znanym ze zręczności i wierności. Jednocześnie Urdax rozkazał swojemu personelowi stanąć na posterunkach dokoła tamaryndów, aby zabezpieczyć się od strzał zatrutych.

Najmniejszy szelest nie dał się słyszeć w przestworzu. Nie można było przypuszczać, że czarni się zbliżają, ognie bowiem ukazywały się tu i owdzie w tem samem oddaleniu, rzucając wielki blask śród pęków dymu żółtawego.

— To są pochodnie smolne, które krajowcy obnoszą na granicy lasu...

— Z pewnością — odpowiedział Maks Huber — lecz ja obstaję przy swojem, iż nie pojmuję, dla czego to robią, jeżeli mają zamiar na nas napaść...

— A nie rozumiem jeszcze bardziej, jeżeli nie mają tego zamiaru — dodał Jan Kort.

Niepojęte to było rzeczywiście. Upłynęło pół godziny. Obóz czuwał ciągle. Spojrzenia starały się przebić dalekie ciemności na wschód i zachód. Podczas kiedy ognie świeciły na południu, oddział dzikich mógł prześlizgnąć się, i zaatakować karawanę w głębokim mroku.

Około godziny jedenastej, Maks podszedł do miejsca, gdzie stali Urdax, Kamis i Jan Kort i rzekł głosem stanowczym:

— Trzeba iść na rekonensans..

— Czy to konieczne? — czy prosta ostrożność nie nakazuje stać na obserwacyi aż dzień zaświta?

Ciąg dalszy nastąpi.

— Czekać... czekać... po tak niefortunnym śnie... czekać siedem godzin jeszcze, ze strzelbą w ręce! Nie! lepiej przekonać się, co nam zagraża. A jeżeli ci ludzie nie mają żadnych złych zamiarów, przyjemnie byłoby położyć się z powrotem pomiędzy korzeniami i spać aż do rana!

— Cóż ty na to? — zapytał Jan Kort, milczącego portugalczyka.

— Może propozycya zasługuje na przyjęcie; lecz trzeba działać ostrożnie...

— Ofiaruję się iść na rekonensans — rzekł Maks Huber — zdajcie się na mnie...

— Pójdę z panem — dodał forloper, — jeżeli pan Urdax nie będzie miał nic przeciwko temu...

— Tak będzie lepiej z pewnością — oświadczył portugalczyk.

— Ja także mogę się do was przyłączyć... zaproponował Jan Kort.

— Nie... zostań, kochany przyjacielu. Nas dwóch dosyć... Wreszcie nie pójdziemy dalej niż trzeba... Jeżeli zaś dostrzeżemy krajowców zmierzających w tę stronę, powrócimy jak najśpieszniej...

— Obejrzyjcie broń waszą, czy w dobrym jest stanie...

— Już to zrobione. Lecz mam nadzieję, że nie będzie potrzebna podczas tej wycieczki. Byle tylko nas nie spostrzeżono...

— Tak i ja sądzę.

Maks Huber i forloper idąc obok siebie, wyszli po za obręb tamaryndów. Na równinie było nieco widniej, ale o jakie sto kroków ciemności zalegały zupełnie.

Zaledwie uszli kawałeczek drogi, spostrzegli Langa po za sobą.

— Po co przyszedłeś mały?.. Dla czego nie zostałeś w obozie?..

— Wracaj zaraz — zawołał forloper.

— Oh! panie Maks... z panem.. ja... z panem...

— Ależ wiesz przecie, że twój przyjaciel Jan jest tam...

— Tak... ale mój przyjaciel Maks... jest tu...

— Nie potrzebujemy ciebie!.. rzekł Kamis ostro.

— Zostawmy go, kiedy już jest tutaj — zauważył Maks Huber. Nie będzie nam przeszkadzał, a swemi oczami może odkryje to w ciemności, czego my nie zobaczymy...

— Tak... będę patrzył... daleko!..

— Dobrze!.. idź przy mnie i otwieraj oczy — rzekł Maks Huber.

W kwadrans oddalili się już o kilometr od obozowiska, a byli właśnie na połowie drogi do wielkiego lasu.

Ognie migały ciągle pod drzewami, a mniej oddalone, większy blask rzucały. Lecz choć forloper miał wzrok doskonały, Maks Huber wyborną lornetkę, a Lango widział w ciemności jak kot, niepodobna jednak było dojrzeć, kto porusza pochodniami. Portugalczyk miał słuszność: pod zasłoną drzew, za gęstemi krzakami i szerokiemi pniami, poruszały się te ognie. Stanowczo krajowcy nie przekroczyli krańców lasu. Może nie myśleli nawet uczynić tego.

— Ciekawa rzecz — odezwał się Maks Huber, czy spostrzegli naszą karawanę i czy wiedzą, że obozujemy u stóp tamaryndów...

— Być może, — odpowiedział Kamis — że nadciągnęli o zmroku, kiedy już czarnym płaszczem opadała na płaszczyznę, a że pogasiliśmy ogniska, więc nie wiedzą, że obozujemy tak niedaleko... Lecz jutro, skoro świt nastanie, zobaczą nas... Chyba że już ruszymy w dalszą drogę.

Maks Huber i forloper szli dalej. Sto kroków dzieliło ich tylko od wielkiego lasu.

Nic podejrzanego nie zauważyli na powierzchni ziemi, po której przebiegały światła.

— Czy pójdziemy dalej?.. zapytał Huber po małym przystanku.

— Po co?.. Czyżby to nie było krokiem nieroztropnym?.. Możebne jest wreszcie, że nasza karawana nie została spostrzeżona, a jeżeli zwiniemy obóz w nocy...

— Chciałbym jednak być pewnym! — To takie dziwne, niepojęte...

— Wracajmy!..

Ale mimowoli musiał iść jeszcze z pięćdziesiąt metrów za Maksem, obok którego Lango biegł nieodstępnie. I może wszyscy trzej byliby doszli do skraju lasu, kiedy na raz Kamis stanął jak wryty.

— Ani krokiem dalej!.. — szepnął ostro, choć pocichu.

Istotnie stało się coś niezwykłego. Wszystkie ognie naraz zgasły, jednocześnie, jakby za podmuchem jakiegoś olbrzyma. Cały las pogrążył się w ciemnościach. Daremnie Kamis, Maks i Lango wytrzeszczali oczy... nic nie widzieli przed sobą. Przez chwilę stali, nie ruszając się z miejsca.

I znowu dziwo!.. Nagle z pośród cieniów lasu wystrzeliły znów światła w liczbie dwudziestu.

'The Village in the Treetops' by George Roux 05

— Do licha! — nic a nic nie rozumiem!..

Rzeczywiście, pochodnie, które świeciły dotąd po nad ziemią, zajaśniały żywem światłem na wysokości kilkudziesięciu stóp nad ziemią.

— Czyżby to były błędne ogniki, igrające pomiędzy drzewami?

Kamis pokręcił głową z niedowierzaniem. Powietrze nie było przesycone elektrycznością, a chmury groziły raczej deszczem ulewnym, jednym z tych, co zalewają potokami środkowe okolice czarnego lądu.

Czyżby krajowcy obozujący pod drzewami, powłazili aż na wierzchołki? Z jakiego powodu obnosili pozapalane pochodnie smolne, których trzeszczenie słychać było z tej odległości?..

— Naprzód!.. rzekł Maks.

— Niepotrzeba. — Nie sądzę, aby nasz obóz był zagrożony tej nocy. Lepiej powróćmy i uspokójmy naszych towarzyszy...

— Potrafimy lepiej ich uspokoić, skoro będziemy wiedzieli dokładnie, co się dzieje.

— Nie, nie! wracajmy!.. Zapewne jakieś dzikie plemię zatrzymało się wśród lasu. Teraz schronili się na drzewa i potrząsają pochodniami, bo pewno spostrzegli dzikie zwierzęta i chcą je odstraszyć.

— Dzikie zwierzęta?.. To niemożebne!.. Ależ pantery, hyeny, dzikie woły... dałyby rykiem znać o sobie. Jedyny szmer jaki nas dochodzi, to trzask pochodni, które grożą pożarem!.. Muszę się dowiedzieć...

I postąpił naprzód. Za nim szedł Lango. Forloper wahał się co ma robić. Nie chcąc francuza puścić samego, zamierzał towarzyszyć mu do skraju lasu, choć jego zdaniem, była to zuchwałość nie do darowania.

Nagle stanął. W tej samej chwili Maks i Lango zatrzymali się także. Wszyscy trzej odwrócili się w przeciwną stronę. Światła, jak gdyby od podmuchu nagłego uraganu, zagasły; zupełna ciemność zaległa horyzont. Ze strony przeciwnej dochodził huk oddalony, raczej koncert ryków przeciągłych, jakby chrapanie nosowe.

— Co to jest? szepnął Maks Huber.

— Do obozowiska... odpowiedział forloper.

— Czyżby to były?.. krzyknął Maks Huber.

I z uchem wytężonem w tym kierunku słyszał jakieś dziwne trąbienie, chwilami podobne do świstu lokomotywy śród zwiększającego się ryku, huku, grzmotu burzy piekielnej...

— Ani chwili do stracenia — zawołał forloper — uciekajmy co sił starczy.



III.

W rozsypce.

'The Village in the Treetops' by George Roux 06

Maks, Lango i Kamis w niespełna piętnastu minut znaleźli się pod tamaryndami.

Maks, Lango i Kamis w niespełna piętnastu minut znaleźli się pod tamaryndami. Nie obejrzeli się ani razu po za siebie, nie troszcząc się, czy krajowcy, pogasiwszy światła, puścili się w pogoń za nimi. W obozowisku panowało przerażenie, usprawiedliwione groźbą niebezpieczeństwa, wobec którego ani odwaga, ani inteligencya, nic nie znaczyły. Stawić mu czoło niemożliwe! — Uciekać?.. Czy jeszcze był czas po temu?..

Maks i Kamis połączyli się zaraz z Janem Kort i Urdaxem, którzy stali o pięćdziesiąt kroków od koczowiska.

— Stado słoni!.. — krzyknął forloper.

— Tak — odpowiedział portugalczyk — za kwadrans będą już tutaj.

— Uciekajmy do lasu — zawołał Jan Kort.

— Las ich nie powstrzyma...

— A krajowcy?

— Nie mogliśmy ich dojrzeć. Zdaje się jednak, że są jeszcze w lesie.

Niebezpieczeństwo wszelkie wydaje się zawsze tem bardziej groźnem, gdy nie dostrzegamy go wzrokiem, lecz odczuwamy je przy pomocy słuchu. W tem właśnie położeniu była karawana. Na krańcu widnokręgu, w odległości około dwóch kilometrów, widzieć można było wał szary, kłębiący się niby fala rozszalałego morsa. Ryk straszny, ciężkie sapanie, i dudnienie ziemi dochodziły do uszu przerażonych podróżnych.

— Trzeba uciekać... w tej chwili!.. — zawołał Kamis.

— Co? Uciekać?.. — zapytał Urdax. Wiedział on dobrze, iż ucieczka w tej chwili, znaczy to samo, co wyrzeczenie się zysku, osiągniętego na wyprawie. Rozumiał jednak i to, że zostać na miejscu niepodobna, bez narażenia się na oczywistą zgubę.

Czarna masa zbliżała się z każdą chwilą. Ryk i szum stawały się coraz donośniejsze. Ziemia drżała od ciężaru biegnących słoni.

— Uciekajmy — powtórzył stanowczo forloper.

— W którą stronę? — zapytał Maks Hubert.

— W stronę lasu.

— A krajowcy?..

— Tam jest mniejsze niebezpieczeństwo, niż tu — zadecydował Kamis.

Ostatnie słowo należało do Urdaxa; lecz portugalczyk stał, jakby skamieniały. Stado słoni tymczasem zbliżyło się już o tyle, że można było rozróżnić oddzielnie zwierzęta, pędzące na oślep w szalonym biegu.

Jeszcze tysiąc metrów a wpadną na karawanę.

— Wóz!.. wóz!.. — zawołał nagle Urdax — schrońmy go za wzgórze... Może tam będzie bezpieczny...

— Zapóźno!... — odpowiedział forloper.

— Rób co mówię!..

— W jaki sposób?

Rzeczywiście; woły zerwały uprząż, i biegły jak oszalałe.

— Do mnie, tragarze!.. — wrzasnął Urdax, jak opętany.

— Tragarze?.. Nie wołaj ich daremnie. Już uciekli.

— Tchórze!..

Czarni biegli pędzeni w stronę zachodnią, jedni unosząc paki, inni broń i kość słoniową, opuszczali swego chlebodawcę nietylko jak tchórze a także jak złodzieje! Nie można już było liczyć na tych ludzi. Z całej karawany został tylko portugalczyk, forloper, francuz, amerykanin i mały Lango.

— Wóz!.. wóz!.. powtarzał Urdax, który chciał koniecznie zabezpieczyć go po za wzgórzem.

Kamis wzruszył ramionami, posłuchał jednak i przy pomocy Maksa i Jana wehikuł został zepchnięty do stóp drzew. Czynność ta zabrała nieco czasu, a kiedy ją ukończono, zapóźno już było myśleć o schronieniu się do lasu.

Kamis jednym rzutem oka obrachował odległość z jednej i drugiej strony i rzucił tylko dwa słowa:

— Na drzewa!

Maks Huber i Jan Kort zabrali tymczasem z pomocą Urdaxa i forlopera wszystkie naboje i karabiny.

Która godzina być mogła?.. Siedmnaście minut po jedenastej: Sprawdził to Jan Kort, oświeciwszy zapałką swój zegarek. Zimna krew nie opuściła go ani na chwilę. Najprzytomniej zdawał sobie sprawę, z położenia, które było bardzo niebezpieczne, a nawet bez wyjścia, jeżeli słonie obiorą sobie drogę przez wzgórze a nie skręcą na wschód lub zachód równiny.

Maks Huber, francuz nerwowy, chodził koło wozu, obserwując ogromną masę kłębiącą, odrywającą się czarno na tle horyzontu.

— I artylerya niewieleby tu pomogła! — mruknął.

Kamis nie dawał nic poznać po sobie. Miał on zadziwiający spokój afrykanina o krwi arabskiej. Z dwoma rewolwerami za pasem i fuzyą na ramieniu, czekał spokojnie. Portugalczyk, niezdolny ukryć rozpaczy, jęczał i klął strasznie w swoim rodzinnym języku. Lango stał obok Korta a patrzył na Maksa. Nie obawiał się niczego, dopóki jego dwaj przyjaciele byli przy nim.

Ogłuszający huk rósł w miarę zbliżania się stada olbrzymich zwierząt.

Tamaryndy, rosnące na wzgórzu miały po sześćdziesiąt stóp wysokości; stały blizko siebie, niższe gałęzie wiązały się prawie jedne z drugiemi, co pozwalało przechodzić z drzewa na drzewo. Pnie miały do czterech stóp objętości u podstawy. Aż do pierwszych gałęzi wyrastających na wysokości trzydzieści stóp po nad ziemią, były one zupełnie gładkie, wdrapać się na nie — rzecz bardzo trudna.

'The Village in the Treetops' by George Roux 07

Na szczęście Kamis miał przy sobie kilka długich rzemieni ze skóry nosorożca, bardzo giętkich, którymi posługiwał się przy uprzęży wołów. Dzięki temu po zarzuceniu na gałąź jednego z rzemieni, wdrapał się po nim jakby po linie, na drzewo. Urdax, Huber i Jan Kort zrobili to samo, a jak tylko usadowili się na gałęzi, spuścili rzemień, i wciągnęli Langa za sobą.

Stado miało do przebycia co najmniej jakieś trzysta metrów. Za dwie, trzy minuty słonie dosięgną wzgórka:

— A co? czyś zadowolony?.. szepnął z ironią Jan Kort do swego kolegi.

— To jest dopiero wypadek nieprzewidziany. Nadzwyczajności jeszcze nie widzę.

— Nadzwyczajnością byłoby to, gdybyśmy cało wyszli z tej historyi!

— To prawda; spotkanie ze słoniami bywa niekiedy smutne...

— Co do tego, zgadzam się zupełnie — odpowiedział Jan Kort.

Odpowiedzi tej jednak Maks już nie usłyszał. W tej chwili rozległ się ryk straszny, który najodważniejszego mógł przyprawić o drżenie. Rozsuwając liście, Urdax i Kamis ujrzeli, co się stało o jakie sto kroków od kępy tamarynd. Po ucieczce z obozowiska, woły zwróciły się w stronę południową. Lecz ciężkie zwierzęta o chodzie miarowym, nie dotarły do lasu i niebawem znalazły się na drodze pierwszych słoni. Napróżno broniły się nogami, rogami. Z całego zaprzęgu został tylko jeden, który, na nieszczęście, schronił się pod gałęzie tamarynd.

Tak, na nieszczęście, gdyż słonie goniły za nim i zatrzymały się dopiero wówczas, gdy z biednego wołu została masa kości zakrwawionych i zmiażdżonych pod racicami twardemi jak z żelaza.

Rozwścieczone zwierzęta znalazły się tuż pod gałęziami drzew, na których podróżni nasi szukali ocalenia.

Wóz w jednej chwili rozleciał się na drzazgi pod naporem ciężkiego stada cisnącego się na wzgórek.

Portugalczyk przeklinał, ale to nie odstraszało słoni. Strzelił do jednego z nich, który trąbą owijał drzewo. Kula zsunęła się po grzbiecie zwierzęcia, nie drasnąwszy nawet skóry.

Gdyby każdy strzał trafiał a każda kula kładła ofiarę, może uwolnionoby się od strasznych napastników, i to, gdyby ich było niewielu. Lecz trzysta, pięćset, tysiąc tych olbrzymów!..

— Położenie staje się coraz gorsze.. — zauważył Jan Kort.

— Można rzec, że się gmatwa! — dodał Huber.

Potem zwrócił się do Langa.

— Nie boisz się? — zapytał...

— Nie... z tobą... nie!

A jednak nie byłoby w tem nic dziwnego. Nie tylko dziecko, lecz i dorośli mężczyźni czuli ogarniający ich strach śmiertelny. Nie ulegało już wątpliwości, że słonie spostrzegły pomiędzy gałęźmi tamarynd tych, co zostali z personelu karawany.

Ostatnie rzędy zaczęły pchać pierwsze, żywa obręcz ścieśniała się dokoła wzgórza. Kilkanaście zwierząt próbowało zaczepić gałęzie trąbami, stojąc na tylnych nogach. Na szczęście nie mogły dosięgnąć. Cztery strzały jeden za drugim padły z karabinów, — cztery strzały posłane na traf, gdyż nie podobna było brać na cel w ciemności.

Rozległ się ryk silniejszy, ale chyba żaden słoń nie został ugodzony śmiertelnie. A wreszcie, cztery mniej... cóż to znaczyło!

Po chwili słonie otoczyły pnie drzew i pchały je ogromnemi cielskami. Tamaryndy były wprawdzie grube a korzenie silnie miały w ziemię zapuszczone lecz drżały. Zdawało się, że nie wytrzymają parcia. Rozległy się znów wystrzały — dwa tym razem — strzelił Portugalczyk i forloper, ich drzewo bowiem, wstrząsane gwałtownie, groziło upadkiem.

Francuz i jego towarzysz nie strzelali.

— Oszczędzajmy naboi — rzekł Maks Huber do swego towarzysza. Później moglibyśmy tego żałować!

Tymczasem drzewo, na które schronili się Urdax i Kamis, tak strasznie było wstrząsane, iż słychać było, jak trzeszczało. Słonie szturmowały kłami, naginały trąbami, wstrząsały do korzeni.

Dłuższy pobyt na drzewie groził niebezpieczeństwem.

— Chodź! — krzyknął forloper na Urdaxa, próbując przedostać się na drzewo sąsiednie.

'The Village in the Treetops' by George Roux 08

Portugalczyk stracił głowę. Strzelał z karabina i rewolwerów, a kule ślizgały się po skórze słonia, chropowatej jak skorupa aligatora.

— Chodź! — powtórzył Kamis.

I w chwili, kiedy drzewo zostało wstrząśnięte z największą gwałtownością, forloperowi udało się schwycić za gałęź drzewa, zajętego przez Maksa Hubera, Jana Korta i Langa, mniej napastowanego przez zwierzęta:

— A Urdax?.. krzyknął Jan Kort.

— Nie chciał iść za mną — odpowiedział forloper — sam już nie wie, co robi!..

— Nieszczęśliwy!..

— Nie można go tam zostawić!..

— Trzeba siłą go zabrać!..

— Zapóźno, odpowiedział Kamis.

Zapóźno!.. rzeczywiście. Drzewo zatrzeszczało ostatecznie, pękło i zwaliło się na pochyłość wzgórka.

Co się stało z Portugalczykiem, towarzysze jego nie mogli zobaczyć; lecz krzyk wskazywał, że szamotał się pod nogami słoni. Niedługo ucichł. Widocznie wszystko się skończyło:

— Nieszczęśliwy!.. nieszczęśliwy! — szeptał Jan Kort.

— Teraz na nas kolej... rzekł Kamis.

— Byłoby to godnem pożałowania! odparł Maks Huber obojętnie.

Co też tu począć?.. Słonie coraz bardziej, potrząsały drzewami, chwiejącemi się jak za podmuchem huraganu.

Straszna śmierć, jaką zginął Urdax, czekała tych, którzy przeżyli go kilka minut zaledwie... A gdyby odważyli się zejść, uciekać na płaszczyznę, czy ujdą pogoni gruboskórych?.. Czy zdążą dobiedz do lasu? I czy ten las przedstawiał bezpieczeństwo?.. Jeżeli słonie nie będą ich gonić, to wymknąwszy się im, czy nie wpadną w ręce niemniej okrutnych krajowców?

Drzewo chwiało się bezustannie. Przy jednem gwałtowniejszem wstrząśnieniu forloper i jego towarzysze o mało nie puścili gałęzi, Maks bojąc się o Langa, przyciskał go lewą ręką, a sam trzymał się prawą. Za chwilę albo korzenie puszczą, albo pień złamie się u podstawy... i śmierć okrutna...

Jeszcze chwila... korzenie ustępują... ziemia się podnosi... drzewo pada na ziemię...

— Do lasu... do lasu!.. krzyczał Kamis.

Od strony, gdzie upadły gałęzie tamaryndy, słonie cofnęły się i miejsce było wolne. Forloper, którego krzyk usłyszano, był już na ziemi. Trzej jego towarzysze z błyskawiczną szybkością puścili się, co sił starczyło.

Rozjuszone zwierzęta nie spostrzegły na razie uciekających. Huber, trzymając Langa na rękach, biegł pędem. Jan Kort trzymał się obok niego, gotów ulżyć mu ciężaru, lub strzelić do pierwszego słonia, któryby się zbliżył na odległość strzału.

Zaledwie przebyli pół kilometra, kiedy kilka słoni odłączyło się od gromady i zaczęło ich ścigać.

— Odwagi... odwagi!.. krzyczał Kamis. Trzymajmy się, jak dotąd!.. dosięgniemy lasu!..

Lango czuł, że Maks słabnie.

— Puść mnie... puść mnie. Mam dobre nogi... puść mnie!..

Maks nie słuchał go i starał nie pozostawać w tyle. Przebyli jeszcze kilometr. Słonie biegły prawie w równej od nich odległości. Niestety, szybkość biegu Kamisa i jego towarzyszy zmniejszała się coraz bardziej. Brakowało im tchu. Do lasu jednak było już tylko kilkaset kroków. Tam ocalenie po za gęstemi drzewami, w pośród których olbrzymie zwierzęta nie będą się mogły swobodnie obracać.

— Prędzej.. prędzej!.. powtarzał Kamis. Daj mi Langa, Maksie..

— Nie!.. dotrwam do końca!

Jeden ze słoni, znajdował się już tylko o pięćdziesiąt kroków Słychać było gwizd trąby, czuć niemal gorąco oddechu. Ziemia drżała pod ciężarem jego cielska. Jeszcze chwila; a doścignie Maksa, który z trudem zaledwie trzymał się nieco w tyle po za towarzyszami. Nagle Jan Kort przystanął, wymierzył i wystrzelił. Trafił w serce. Słoń padł jakby piorunem rażony.

— Szczęśliwy strzał! — rzekł do siebie Jan Kort, i zaczął na nowo uciekać.

Inne słonie otoczyły olbrzyma rozciągniętego na ziemi. Przystanęły nieco, z czego forloper i jego towarzysze skorzystali. W lesie cisza. Żaden ognik nie ukazał się ani na ziemi, ani na wierzchołku drzew.

Wyczerpani, zdyszani, biegli wciąż pędem.

— Odważnie... odważnie!.. — krzyczał Kamis.

Słonie były już o czterdzieści kroków za nimi...

Ostateczny wysiłek — i Kamis, Maks Huber i Jan Kort wpadli pomiędzy drzewa a, ubiegłszy jeszcze kilkadziesiąt kroków, na pół żywi upadli na gęstą trawę.

Napróżno stado chciało przekroczyć brzeg lasu. Drzewa tak były gęste, iż grube zwierzęta nie mogły przecisnąć się przez nie. Napróżno wsuwały trąby, napróżno ostatnie rzędy pchały pierwsze. Las stał się dla nich zaporą nie do przebycia.



IV.

Postanowienie.

Północ się zbliżała. Sześć godzin trzeba było spędzić wśród ciemności lasu, sześć godzin, długich, pełnych grozy... To tylko było pewnem, że Kamis i jego towarzysze zabezpieczeni są przed napaścią słoni; las stał się dla nich murem ochronnym. Z tej strony spokój zapewniony. Co prawda, inne niebezpieczeństwo groziło... Czy teraz znów liczne ognie nie ukażą się na skraju lasu?.. Czy można wątpić, że część krajowców obozuje w tem miejscu?.. Przed taką napaścią nie było obrony...

— Czuwajmy — rzekł forloper, odetchnąwszy nieco po szalonym biegu.

— Czuwajmy — powtórzył Jan Kort — i bądźmy gotowi do odparcia napadu!.. Krajowcy nie mogą być daleko... W tym właśnie miejscu się zatrzymali, a oto reszty ich ogniska. Jeszcze iskry się wydobywają...

'The Village in the Treetops' by George Roux 09

Rzeczywiście, tuż pod drzewem, żarzyły się węgle, rzucając blask czerwony.

Maks Huber podniósł się, zarzucił karabin na ramię i zapuścił się w gąszcz. Kamis i Jan Kort czekali z niepokojem, gotowi iść za nim.

Nieobecność Maksa trwała zaledwie kilka minut. Nie zobaczył nic podejrzanego, nic, coby groziło natychmiastowem niebezpieczeństwem.

— Ta część lasu jest obecnie pusta — rzekł. To pewne, że czarni wynieśli się...

— A może uciekli, gdy zobaczyli słonie?

— Być może, gdyż ognie, które widzieliśmy, zagasły, jak tylko rozległ się ryk słoni w kierunku północnym. Czy to była ostrożność, czy obawa?.. A jednak krajowcy powinni byli czuć się bezpieczni po za drzewami... Nie rozumiem doprawdy...

— Doczekajmy dnia, — rzekł Maks — co do mnie dłużej już czuwać nie mogę. Mimowoli oczy mi się zamykają...

— Niestosowną chwilę do snu wybrałeś.

— Najniestosowniejszą!.. przyznaję. Lecz sen nie słucha; on rozkazuje... Dobranoc i do jutra!

Za chwilę Maks, rozciągnięty pod drzewem, spał snem sprawiedliwych.

— Połóż się koło niego, Lango — rzekł Jan Kort... Ja i Kamis będziemy czuwali do dnia.

— Wystarczę sam jeden — odpowiedział forloper. Zwyczajne to dla mnie, a panu radzę naśladować przyjaciela.

Można było zdać się na Kamisa, że do dnia oka nie zmruży. Lango poszedł położyć się przy Maksie. Jan walczył jeszcze kwadrans ze snem, rozmawiając z forloperem. Mówili o nieszczęsnym portugalczyku, z którym Kamis był związany oddawna, i którego zalety mogli ocenić w ciągu tej kampanii.

— Nieszczęśliwy, stracił głowę — powtarzał Kamis, widząc się opuszczonym, okradzionym, zrabowanym, przez tych podłych tragarzy...

— Biedny człowiek!

To były ostatnie słowa Jana... Zmożony zmęczeniem opadł na trawę i usnął natychmiast.

Jeden tylko Kamis, z oczyma otwartemi, nasłuchując najmniejszych szmerów, z karabinem w ręku czuwał do pierwszego brzasku dnia.

Jan Kort miał umysł poważny i bardzo praktyczny, co jest zwykłą zaletą ludzi z Nowego świata. Urodzony w Bostonie, posiadał tylko wszystkie dobre strony amerykanina. Zamiłowany był w studyach geografii i antropologii; badanie nad pochodzeniem ras ludzkich zajmowało go do najwyższego stopnia. Do tych zalet łączył wielką odwagę i wierność w przyjaźni posuniętą do poświęcenia.

Maks, paryżanin do szpiku i kości, nie ustępował Janowi ani głową ani sercem. Lecz mniej praktyczny, żywego temperamentu, gonił z ochotą za nadzwyczajnością i zdolny był do wybryków ślepej odwagi, dla dogodzenia rozbujałej wyobraźni, gdyby go nie powstrzymywał rozsądny przyjaciel.

Szczęśliwy ten wpływ kilka razy dobrze już oddziałał od wyjazdu z Libreville.

Libreville jest stolicą Kongo francuskiego i kraju Gabun, liczy obecnie do tysiąc sześciuset mieszkańców. Mieszka tu stale gubernator kolonij, niema tam większych budynków nad dom jego, szpital, zakład misyonarzy, a w części przemysłowej i handlowej, skład węgla, magazyny z produktami krajowemi na eksport, i składy drzewa.

O trzy kilometry od tej stolicy znajduje się kraj należący do kogo innego, wioska Glass, gdzie kwitną faktorye niemieckie, angielskie i amerykańskie. Tam poznali się Maks Huber i Jan Kort już przed pięciu czy sześciu laty i zawarli ścisłą przyjaźń. Rodziny ich posiadały duże interesy w faktoryach amerykańskich w Glass, a oni obydwaj zajmowali tam wyższe stanowiska.

Trzy miesiące temu Maks Huber i Jan Kort powzięli zamiar zwiedzenia kraju ciągnącego się na wschód Kongo francuskiego i Kamerunu. Odważni myśliwi, nie wahali się przyłączyć do karawany dążącej z Libreville do tego właśnie kraju, obfitującego w słonie, po za Bahar—el—Abiad, aż do krańców Bargimi i Darfuru. Znali obydwa szefa tej karawany, portugalczyka Urdaxa, pochodzącego z Sango, a który słusznie uchodził za bardzo zręcznego i uczciwego kupca. Francuz i amerykanin śmiało mogli zatem przyjąć towarzystwo Urdaxa a także forlopera, przewodnika, Kamisa, który jak się okazało, nie żałował trudu i poświęcenia na obronę karawany.

Jak wiadomo, kampania była bardzo szczęśliwa.

Maks i Jan, przywykli, do klimatu, znosili wytrzymale wszelkie trudy. Schudli trochę, to prawda, lecz powracali w dobrem zdrowiu, kiedy nieszczęście stanęło im na drodze powrotnej. Przeszło tysiąc sześćset kilometrów dzieliło ich jeszcze od Libreville.

„Wielki Las,” tak nazwał go Urdax, ten las Ubangi, którego granicę przekroczyli, usprawiedliwiał tę nazwę. Urdax nie chciał puszczać się przez ten las, tylko okrążyć go od zachodu. Wreszcie, wóz nie byłby w stanie poruszać się w takim labiryncie. Lepiej przedłużyć pochód o dni kilka, a iść drogą łatwiejszą, wzdłuż skraju lasu, prowadzącą do prawego wybrzeża Ubangi, a stamtąd wygodnie dotrzeć do faktoryi Libreville.

Obecnie okoliczności się zmieniły. Nie było już karawany, nie było ciężaru kości słoniowej. Nie było wozu, wołów, ani przyrządów do rozstawienia obozu. Trzej mężczyźni tylko i dziecko.

Co robić? Czy powrócić do drogi, wskazanej przez Urdaxa, w tak niekorzystnych warunkach, czy próbować piechotą przebyć las, gdzie spotkanie hord koczujących będzie mniej straszne, a droga krótsza do granic Kongo francuskiego. O wszystkiem tem myślał Kamis, czuwając.

Skoro dwaj przyjaciele otworzyli oczy, zerwali się zaraz na równe nogi.

— Krajowcy?.. zapytał Jan Kort.

— Nie pokazali się.

— Nie zostawili śladu przejścia?..

— Może być, panie Janie, i prawdopodobnie na samym skraju lasu...

— Zobaczmy.

Poszli wszyscy, nawet Langa za nimi, w stronę płaszczyzny. O trzydzieści kroków znaleźli wskazówki: pod drzewami trawa wygnieciona, szczątki smolnych gałęzi na pół ogniem strawionych, popiół z żarzącemi się jeszcze iskrami, suche gałęzie, z których dym się wydobywał.

Lecz żadnej istoty ludzkiej nie było pod drzewami, ani na gałęziach, pomiędzy któremi przed sześcioma godzinami poruszały się ognie latające i oświecały horyzont.

— Wynieśli się... rzekł Maks Huber.

— Lub przynajmniej oddalili — odpowiedział Kamis, zdaje się, że nie potrzebujemy się obawiać...

— Krajowcy się oddalili — przerwał Jan — słonie nie poszły za ich przykładem!..

I rzeczywiście, olbrzymy gruboskóre włóczyły się ciągle koło lasu. Kilku nawet próbowało wejść gwałtem przez zaporę z drzew, lub przewrócić pnie silnem pchaniem.

Z kępy drzew tamaryndowych ani śladu nie pozostało, wzgórek pozbawiony cienia, tworzył już tylko lekką wypukłość na powierzchni płaszczyzny.

Idąc za radą forlopera, Maks i Jan unikali pokazywania się, w nadziei, że słonie opuszczą w końcu zajmowane stanowisko.

— Toby nam pozwoliło wrócić na miejsce obozowiska, rzekł Maks, i pozbierać to, co tam jeszcze zostało... może jaka paka z konserwami, amunicya...

— A także pogrzebać nieszczęśliwego Urdaxa...

— Sądzę, że niema tam po co wracać — odpowiedział Kamis. Wszystko musi być zmiażdżone i z ziemią zrównane!

Forloper miał słuszność. Ponieważ zaś słonie nie okazywały wcale zamiaru opuszczenia stanowiska, pozostało tylko wracać na miejsce, gdzie ognisko paliło się jeszcze, a potem zdecydować co należało robić.

'The Village in the Treetops' by George Roux 10

Po drodze Maks zabił piękną inyalę.

Po drodze Maks zabił piękną „inyalę” zapewniającą pożywienie na trzy dni przynajmniej. Był to rodzaj antylopy z sierścią ciemno szarą, z rogami spiralnemi.

Kula położyła zwierzę na miejscu w chwili, gdy wsuwało głowę pomiędzy gałęzie. Mogło ważyć do trzystu funtów. Widząc jak pada, Lango skoczył jak młody pies, lecz nie mógł przynieść takiej zwierzyny; musiano mu dopomódz.

Forloper, który nawykłym był do podobnych operacyj, rozpłatał zwierzę długim nożem, wyciął kawały najlepsze, i zaniósł je z pomocą towarzyszów do ogniska. Jan Kort dorzucił naręcze suchego drzewa, a jak tylko zrobiło się dużo węgli, Kamis położył na nich kilka kawałów zwierzyny.

Nie było mowy o konserwach, sucharach; tragarze zapewne zabrali je z sobą opuszczając karawanę.

Na szczęście obfitujące w zwierzynę lasy Afryki środkowej, dostarczały pożywienia, jeżeli myśliwy umiał zadowolnić się mięsem pieczonem. Szło tylko o amunicyę. Jan, Maks, i Kamis mieli po jednym karabinie, prócz rewolwerów; wszyscy jednak razem nie mieli więcej, niż sto pięćdziesiąt strzałów zapewnionych. Nędzne zaopatrzenie, przyznać trzeba, przedewszystkiem, jak się jest zmuszonym bronić przeciw dzikim zwierzętom lub dzikszym jeszcze krajowcom, przez sześćset kilometrów, aż do lewego wybrzeża Ubangi. Od tamtego punktu Kamis i jego towarzysze powinni znaleźć możność zaopatrzenia się w żywność bez wielkiego trudu, bądź we wsiach, bądź w osadach misyonarzy, a nawet na statkach, płynących tą wielką arteryą, przerzynającą Kongo.

Posiliwszy się dostatecznie i ugasiwszy pragnienie wodą ze strumyka, wijącego się pod drzewami, wszyscy trzej zaczęli się naradzać, co przedsięwziąć.

Pierwszy Jan Kort głos zabrał:

— Urdax był dotąd naszym wodzem... Gotowi byliśmy zawsze iść za jego radą, gdyż pokładaliśmy w nim zaufanie..! Takie same zaufanie ty, Kamisie, budzisz w nas swoim charakterem i doświadczeniem... Powiedz, co uważasz za stosowne w naszem położeniu, a bądź pewny, że się zgodzimy na to...

— Niezgoda nigdy pomiędzy nami nie zagości.

— Ty znasz ten kraj, Kamis — mówił dalej Jan Kort. — Od wielu lat prowadzisz karawany z poświęceniem, które i my potrafiliśmy ocenić... Odwołujemy się do tego poświęcenia, jak i do twojej wierności, a wiem że nam ani jednego ani drugiego nie zabraknie...

— Panie Janie, panie Maksie, możecie liczyć na mnie... odpowiedział krótko forloper.

I uścisnął ręce, które się do niego wyciągnęły, a nawet i rękę małego Lango.

— Jakież twoje zdanie?.. zapytał Jan Kort. Czy mamy wyrzec się projektu Urdaxa co do okrążania lasu od zachodu?..

— Musimy iść lasem. Może narazimy się na spotkanie z dzikiemi zwierzętami, ale przynajmniej bezpieczni będziemy od napaści krajowców. Jestem niemal pewny, iż żadne plemię nie odważyłoby się gościć w tych gęstwinach. Większe niebezpieczeństwa czekałyby nas w otwartem polu, przedewszystkiem ze strony hord dzikich... Wśród tego lasu karawana nie mogłaby się, obracać, piesi zaś, zawsze znajdą przejście. Zwrócimy się w stronę południowo zachodnią, i spodziewam się, że przybędziemy bez nieszczęścia do katarakty Songo.

W miejscu tem rzeka Ubangi zwraca się z zachodu na południe. Według opowiadań podróżnych, do tego to miejsca sięgają ostatnie krańce wielkiego lasu. Począwszy od tych ujść, trzeba tylko iść równolegle z równikiem; dzięki karawanom bardzo licznym w tych stronach, nie trudno tu o żywność.

Zdanie Kamisa przyjęto bez rozpraw, tembardziej, że marszruta jego skracała drogą do Ubangi. Pytanie tylko jakie przeszkody znajdą w głębiach lasu. O ścieżkach możliwych, ani marzyć; chyba tylko drogi wydeptane przez dzikie zwierzęta, bawoły, nosorożce i inne.

Po przez gęste krzewy potrzeba drogę torować sobie siekierą. Nie było jej jednak. Forloper miał tylko toporek, a towarzysze jego noże kieszonkowe. Co do trudności oryentowania się pod drzewami, gdzie słońce słabo przebijało przez gęste gałęzie, o to nie trzeba było się troszczyć. Kamis posiadał w wysokim stopniu zdolność oryentowania się; dał tego liczne dowody. W pewnej mierze francuz i amerykanin mogli się zdać na tę zdolność raczej zmysłów, niż umysłu, nie ulegającą omyłce. O innych trudnościach Kamis tak się wyraził:

— Wiem, że zamiast ścieżki, znajdziemy grunt zarośnięty przeróżnemi krzewy, zawalony drzewem upadłem ze starości, wreszcie wszelkiemi możliwemi przeszkodami, trudnemi do przebycia. Lecz czy możebne żeby taki ogromny las nie był przerznięty strumieniami, które mogą właśnie spływać do Ubangi?..

— Choćby ten, który biegnie na zachód od płaszczyzny — zauważył Maks. Skręca on ku lasowi; dla czego nie miałby w dalszym biegu zmienić się w rzekę?.. Zbudujemy tratwę... kilka pni związanych razem...

— Byleby ta twoja rzeka, istniejąca w wyobraźni, była spławną.

— Ty trudności tylko widzisz, kochany Janie...

— Lepiej, przewidzieć je wpierw, niż spotkać je potem niespodzianie, kochany Maksie.

— Jeżeli napotkamy rzekę — wtrącił forloper — będziemy po niej żeglować dopóki się da... Jeżeli uda się ominąć zawady, ominiemy... W przeciwnym razie, pójdziemy znów piechotą..

— Ja też nie sprzeciwiałem się twojej propozycyi — odparł Jan Kort — i myślę, że jeżeli napotkamy strumień, dążący do Ubangi, najlepiej zrobimy, idąc jego brzegiem.

Na te słowa pozostała jedna tylko odpowiedź:

— W drogę... wykrzyknął Maks Huber.

— W drogę!.. powtórzyli jego towarzysze.

W istocie, projekt ten zgadzał się z pragnieniem Maksa: zapuścić się w ten olbrzymi las, nie przebywany jeszcze dotąd, a może nie do przebycia... Może nakoniec spotka tam te nadzwyczajności, o których od trzech miesięcy wciąż marzył.



V.

Pierwszy dzień marszu.

Było już po ósmej godzinie, kiedy Jan Kort, Maks Huber, Kamis i mały chłopiec wyruszyli w kierunku południowo-zachodnim. W jakiej odległości napotkają strumień, którego z biegiem spodziewali się dojść aż do Ubangi?..

Tego żaden z nich nie mógł powiedzieć. A jeżeli strumień zamiast przez las płynął obok niego?.. Wreszcie jeżeli zapory, skały lub wodospady gwałtowne uczynią go niemożliwym dla żeglugi?.. Z drugiej strony, czy las był do przebycia?.. Jeżeli ta masa drzew i zieleni pozbawiona jest ścieżek, lub przynajmniej przejść wydeptanych przez zwierzęta, to idący piechotą muszą sobie torować drogę żelazem lub ogniem.

Lango, zręczny i zwinny, biegł naprzód, pomimo że Jan zalecił mu, ażeby się nie oddalał.

Lecz kiedy gubiono go z oczu, wtedy wołał głosem donośnym:

— Tędy... tędy!..

I szli za nim ku przejściu, jakie im robił.

Skoro trzeba było oryentować się wśród drzew, instynkt forlopera nigdy nie zawodził. Wreszcie słońce jaśniało tego dnia i przez otwory w gałęziach widać było położenie jego na niebie. Jednak czem dalej w las się posuwali, gęstwina tak się zwiększała, że szli wśród zmroku. O pochodzie po zachodzie słońca i mowy być nie mogło, Kamis ustanowił odpoczynek od wieczora do rana, pod gałęziami z drzew. Ogień miano palić tylko tyle czasu, ile trzeba na upieczenie zwierzyny, zabitej podczas pochodu. Choć nie było w lesie śladu krajowców, w każdym razie lepiej nie zdradzać swej obecności światłem ognia. O zimno nie było obawy, w tej porze roku w Afryce. Pora deszczowa była w tej okolicy najstraszniejsza. Deszcz zwykle leje prosto, spokojnie, lecz są to prawdziwe potoki, przed któremi niema ucieczki. Od tygodnia jednak zupełnie się wypogodziło.

W tej części lasu poziom obniżał się nieznacznie ku wybrzeżom Ubangi; grunt był twardy, zarośnięty wysoką i silną roślinnością, utrudniającą pochód, gdzie nie stratowały jej nogi zwierząt.

— Szkoda, że nasze słonie nie przedostały się do lasu... — odezwał się Maks Huber. — Byłyby porwały liany, zmiażdżyły krzewy, wygładziły ścieżki, stratowały ciernie...

— I nas przytem... odparł Jan Kort.

— Z pewnością — zapewnił forloper. Bądźmy zadowoleni z tego, co zrobiły nosorożce i bawoły... Gdzie one przeszły, będzie i dla nas przejście.

Kamis wreszcie znał lasy Afryki środkowej; przebywał je bowiem często w Kongo i w Kamerunie, to też z łatwością odpowiadał na zapytania o rodzaj przeróżnych roślin leśnych, w które ten wielki las obfitował.

Jan Kort zajmował się badaniem tych wspaniałych okazów królestwa roślinnego. Nie mówiąc o tamaryndach olbrzymich, mimozy nadzwyczajnej wysokości i baobaby wznosiły się wierzchołkami do wysokości sto pięćdziesiąt stóp. Brazylijczyk, zabłąkany pomiędzy temi ogromnemi drzewami, mógłby sądzić, iż znajduje się w dziewiczych lasach, u źródeł Amazonki.

'The Village in the Treetops' by George Roux 11

Paprocie co najmniej w dwudziestu odmianach rozkładały szerokie swe liście.

Maks Huber przeklinał krzaki, któremi grunt był najeżony, Jan Kort zaś podziwiał paprocie, które co najmniej w dwudziestu odmianach rozkładały szerokie swe liście, i które trzeba było rozsuwać rękami, chcąc przejść między niemi. A jaka rozmaitość drzew, jedne o miękkich, drugie o pniach twardych! Mahonie, drzewa żelazne, sykomory, drzewa pomarańczowe w stanie dzikim, figi o pniu jak śnieg białym, „mpofu” olbrzymie, i inne najrozmaitszych gatunków.

Dodajmy do tego nieskończonej długości liany, owijające wszystko, jak węże. Niema krzaka, któryby nie był połączony z krzakiem sąsiednim! Niema pnia nie owiniętego temi długiemi łańcuchami roślinnemi. Niektóre zwieszają się aż do ziemi, niby stalaktyty zielone. Wszędzie mchy gęste, aksamitne, na których igrają miliony owadów, o skrzydłach złotem centkowanych. Z pomiędzy bujnych gałęzi płynął koncert świergotu ptaków; tu krzyki, tam śpiewy rozlegały się od rana do wieczora. Ogłuszał prawie ten świat skrzydlaty: papugi, kolibry i inne ptaki latały wciąż pomiędzy najwyższemi gałęziami...

Krzyki pochodziły od małp; wydawały je na różne tony pawiany o szerści szarej, szympansy, mandryle, goryle, najsilniejsze i najstraszniejsze małpy lasów afrykańskich. Dotąd zwierzęta te, choć trzymały się gromadnie, nie okazywały nieprzyjaznego usposobienia względem Kamisa i jego towarzyszy, pierwszych ludzi zapewne, jakich widziały w głębi tego lasu Afryki środkowej. Można było sądzić rzeczywiście, że nigdy istota ludzka nie przebywała w tych gąszczach. Ztąd w małpim rodzie więcej było ciekawości, niż gniewu.

Po pierwszym odpoczynku w środku dnia, zrobiono drugi o szóstej wieczorem. Pochód przedstawiał niekiedy rzeczywiste trudności, z powodu gęstej sieci lianów. Przecinać je, przerywać, było pracą męczącą. Niekiedy trafiano i na ścieżki uczęszczane przez bawoły. Niektóre nawet dały się widzieć po za drzewami. Na brzegu małej polanki, skoro wieczór nadszedł, Kamis zaproponował przystanek. Tu wznosiło się drzewo, wysokie na sto pięćdziesiąt stóp, przenoszące wierzchołkiem gęstwinę otaczającą. O sześć metrów nad ziemią rozkładały się gałęzie osypane liściem zielono-popielatym, pomieszanym z kwiatem, o białawym puchu, który opadał jak śnieg dokoła pnia o srebrzystej korze. Było to drzewo bawełniane afrykańskie, którego korzenie wystawały na wierzch w kabłąki i pod któremi można było znaleźć schronienie.

— Łóżko gotowe!.. zawołał Maks Huber. Niema wprawdzie materaca sprężynowego, lecz posłanie z bawełny w zupełności go zastąpi!..

Kamis rozpalił krzesiwem ogień, przy którym upiekli zwierzynę. Trzeci posiłek był zupełnie podobny do dwóch pierwszych. Na nieszczęście brakowało sucharów, tych sucharów, co zastępowały chleb podczas całej kampanii. Trzeba było zadowolić się pieczenią, która wreszcie głód zaspokoiła.

Po skończonej kolacyi, przed położeniem się pomiędzy korzeniami drzewa bawełnianego, Jan Kort odezwał się do forlopera:

— Jeżeli się nie mylę, szliśmy ciągle w kierunku południowo-zachodnim...

— Ciągle — odpowiedział Kamis — w tym samym kierunku, co słońce.. Za każdym razem, jak mogłem je spostrzedz, kierowałem się niem...

— Na ile mil liczysz nasze etapy dzienne?..

— Na cztery do pięciu, panie Janie, i, jeżeli tak dalej pójdziemy, w niecały miesiąc dotrzemy do wybrzeży Ubangi.

— Dobrze — rzekł Jan Kort, — ale czy nie ostrożniej byłoby wziąć w rachubę nieprzewidziane wypadki?..

— A także i szczęśliwe wydarzenia — odparł Maks Huber. Kto wie, czy nie napotkamy jakiej rzeki, która pozwoli nam dotrzeć do miejsca bez fatygi.

— Dotąd nie wydaje mi się to prawdopodobnem, kochany Maksie...

— Dla tego że za mało posunęliśmy się jeszcze na zachód — zapewnił Kamis — i zdziwiłbym się bardzo, jeżeli jutro lub pojutrze...

— Róbmy tak, jak gdybyśmy nie mieli korzystać z rzeki — odparł Jan Kort. Wreszcie podróż trzydziesto-dniowa, jeżeli nie okażą się trudności większe niż w tym pierwszym dniu, to nie jest rzecz, któraby mogła przestraszyć myśliwych, tak zafrykanizowanych, jak my jesteśmy!

— Obawiam się tylko, że ten tajemniczy las, jest zupełnie pozbawiony wszelkiej tajemniczości!

— Tem lepiej, Maksie!

— Tem gorzej, Janie! — A teraz Lango, chodźmy spać...

— Dobrze!.. — odpowiedziało dziecko, któremu oczy się już zamykały, po zmęczeniu długą drogą, podczas której nigdy w tyle nie pozostawał. To też trzeba było go zanieść pomiędzy korzenie drzewa bawełnianego i ułożyć w najlepszym kąciku.

Forloper ofiarował się czuwać noc całą. Maks i Jan nie chcieli na to przystać. Będą się zmieniać co trzy godziny, choć okolice polanki nie wydawały się podejrzane. Lecz ostrożność nakazywała baczność aż do nastania dnia... Maks Huber pierwszy zajął stanowisko przy zagasłem ognisku, podczas gdy Jan Kort i Kamis rozciągnęli się na białym puchu, opadłym z drzewa.

Maks z karabinem nabitym w ręku, oparty o jeden z korzeni, puścił wodze marzeniom. W głębi wielkiego lasu wszystkie odgłosy ustały. Pomiędzy liśćmi powiewał tylko lekki podmuch, jak regularny oddech drzew uśpionych. Promienie księżyca, prostopadłe teraz, ślizgały się po przez otwory pomiędzy liśćmi i drżące, srebrne, plamy rzucały dookoła. Po za polanką, las lśnił się także w promieniach księżycowych. Bardzo czuły na poezyę natury. Maks wdychał ją całą piersią, zdawało mu się chwilami, że śni a jednak nie spał. Uniesiony wyobraźnią, pragnieniem rzeczy nadzwyczajnych, Maks Huber utwierdzał się w przekonaniu, że las Ubangi musiał zawierać rzeczy nadzwyczajne. Dlaczego naprzykład nie miałoby tu być ludzi o jednym oku, jak cyklopi z bajki, lub z nosami przeciągniętemi w kształt trąby, których choć nie możnaby zaliczyć do gruboskórych, to przynajmniej, do słoniowatych?..

'The Village in the Treetops' by George Roux 12

Maks dał się unieść marzeniom, zapominając trochę o swych obowiązkach. Nieprzyjaciel mógłby się zbliżyć a Kamis i Jan Kort nie byliby w porę ostrzeżeni...

Ciężka ręka spadła na jego ramię.

— Co tam?.. rzekł drgnąwszy.

— To ja — rzekł mu towarzysz — nie bierz mnie za dzikiego z Ubangi!.. Nic podejrzanego?..

— Nic...

— To jest godzina, w której umówiliśmy się, że pójdziesz spać, kochany Maksie...

— Dobrze, lecz zdziwiłbym się bardzo, gdyby to o czem będę śnił, śpiąc, warte było tego, o czem śniłem, nie śpiąc!

Pierwsza połowa nocy była zupełnie spokojna, druga tak samo, kiedy Jan Kort zastąpił Maksa Huber, i kiedy znów Kamis zluzował Jana Korta na stanowisku.



VI.

W lesie.

Nazajutrz, 11-go marca, wypocząwszy po trudach dnia poprzedniego, Jan, Maks, Kamis i Lango, wczesnym rankiem wybrali się w dalszą drogę. Opuściwszy schronienie pod drzewem bawełnianem, obeszli polankę, witani przez tysiące ptaków, które napełniały powietrze wrzawą ogłuszającą. Zanim rozpoczęli pochód uciążliwy, posilili się śniadaniem, złożonem z zimnego mięsa antylopy, i wody ze źródła, które tryskało w pobliżu i z którego forloper napełnił bańkę podróżną.

Po śniadaniu zwrócili się na prawo, pod gałęzie, przez które przedostawały się już pierwsze promienie słońca. Strony te widocznie nawiedzały wielkie czworonogi; przejścia stawały się coraz liczniejsze w różnych kierunkach. Wkrótce potem podróżni nasi spostrzegli kilka bawołów, a nawet parę nosorożców, trzymających się zdaleka.

Idąc ciągle przebyli przeszło dwanaście kilometrów i zatrzymali się dopiero około południa. Jan Kort zabił parę dropi. Mięso ich bardzo jest cenione przez krajowców.

— Czy nie możnaby tych ptaków upiec po europejsku? — zapytał Maks.

— Nic łatwiejszego! — odpowiedział forloper. Wnet jeden drop, oskubany, wyprawiony, wsadzony na rożen, a raczej na stempel od karabina, upieczony przy jasnym płomieniu, został spożyty w mgnieniu oka. Kamis i jego towarzysze poszli dalej po przez gęstwinę, w trudniejszych warunkach, niż w przeddzień. Coraz mniej było przejść na południowy zachód. Trzeba było toporem torować drogę pomiędzy krzakami, a liany przecinać jak sznury.

Deszcz obfity padał przez kilka godzin, lecz dzięki gęstym gałęziom na podróżnych naszych zaledwie kilka kropli spadło. Wyszedłszy dopiero na środek polanki, Kamis mógł napełnić deszczową wodą bańkę, pustą już prawie. Na próżno forloper upatrywał jakiegokolwiek strumyka, sączącego się pod krzakami. Prawdopodobnie to było także przyczyną, iż ścieżki wydeptane przez zwierzęta, w tej części lasu były bardzo rzadkie.

— Nie zwiastuje to bynajmniej blizkości rzeki — zauważył Jan Kort, kiedy zatrzymano się na odpoczynek wieczorny.

Widocznie strumyk, który płynął przez płaszczyznę w pobliżu tamarynd, skręcał ku zachodowi, nie przerzynając lasu.

Postanowiono jednak nie zmieniać kierunku przyjętego dotąd, dla tego właśnie, że taka marszruta musiała doprowadzić do źródeł Ubangi.

Noc z 11 na 12 marca spędzono nie pomiędzy korzeniami drzewa bawełnianego, lecz u stóp niemniej olbrzymiego drzewa bombax, którego gładki pień strzelał w górę na sto stóp po nad ziemię. Czuwanie odbywało się kolejno. Nocną ciszę przerywał czasem tylko odgłos dalekiego ryku bawołów i nosorożców. Spotkania ze lwami nie obawiano się wcale. Te straszne zwierzęta nie przebywają w lasach Afryki środkowej.

Nazajutrz, wraz ze świtem, podróżni nasi zerwali się ze snu. Za chwilę Maks upolował wspaniałą antylopę, wielkości zebry. Zabite zwierze zapewniało pożywienie na dni kilka. Kamis poćwiertował je starannie. Zajęło to blizko godzinę. Potem, podzieliwszy się ciężarem, ruszano w drogę...

— Słowo daję! — rzekł Jan Kort — mięso tu bardzo tanie. Nabywa się je kosztem jednego tylko naboju...

— Ale nabywcą musi być celny strzelec... odpowiedział forloper.

— A przedewszystkiem mieć szczęście — dodał Maks Huber.

Tego dnia podróżni nasi spotkali liczną gromadę małp; jedne skakały po gałęziach, drugie wywijały koziołki po ziemi, przeskakując jednym susem przez duże krzewy, ze zręcznością, jakiej mógł im pozazdrościć najzręczniejszy gimnastyk. Było tam kilka gatunków tych czwororękich, wysokiego wzrostu; małpy o trzech barwach, żółte jak arabowie, czerwone jak indyanie, czarne jak kafrowie. Wykrzywiały się, jak prawdziwi dandysi, eleganci małpiej rasy, zajęte bezustannie gładzeniem ręką pelerynki białej koło szyi, w jaką natura je przystroiła.

Małpy towarzyszyły podróżnym naszym przez kilka godzin, przypatrywały się posiłkowi południowemu, poczem rozpierzchły się około godziny drugiej. W tymże samym czasie czwórka naszych znajomych odnalazła szeroką, wydeptaną ścieżkę, ciągnącą się na przestrzeni kilkunastu kilometrów. Droga to była wygodna. Szli nią przez dwie godziny, gdy wtem około 4-ej przeciągłe chrapanie rozległo się w blizkości. Były to dwa ogromne nosorożce.

Kamis dał znak towarzyszom, żeby się zatrzymali:

— Złośliwe stworzenia... rzekł, ujmując karabin.

— Bardzo złośliwe — odparł Maks Huber. A jednak zwierzęta te żywią się tylko trawą.

— Co robić?.. zapytał Jan Kort.

— Trzeba się schować.. Może nas nie spostrzegą. W każdym razie bądźmy gotowi, do strzału, gdyby zdradzały ochotę zaczepki.

Obejrzeli karabiny, przygotowali naboje na zmianę, następnie skręcili w bok i wszyscy czterej znikli w gęstych krzakach.

W parę chwil potem ryk się zwiększył. Nosorożce biegły kłusem, z głową zadartą, ogonem zakręconym na grzbiet. Zwierzęta to ogromne; uszy mają proste, nogi krótkie i krzywe, pysk ucięty, zbrojny w jeden róg, straszny przy spotkaniu. Szczęki mają tak twarde, iż mogą bezkarnie żuć kaktusy o twardych kolcach.

Potworna para stanęła; widocznie dostrzegła podróżnych. Jeden z nosorożców, istny potwór o skórze chropowatej i suchej, zbliżył się do krzaków.

Maks Huber wziął go na cel:

— Strzelaj tylko w głowę... krzyknął forloper.

'The Village in the Treetops' by George Roux 13

Rozległ się strzał, potem drugi, trzeci...

Rozległ się strzał, potem drugi, trzeci. Kule drasnęły grubą powłokę, lecz strzały były stracone. Zwierzęta nie przelękły się, nie przestały nawet ryczeć, lecz podniosły łby, jakby chciały wpaść w krzaki. Zwarte gałęzie, nie były dla nich przeszkodą... zdeptałyby je, połamały, zmiażdżyły. O ucieczce nie mogło być nawet mowy; liany powstrzymujące ludzi, pod uderzeniem łba nosorożca pękają jak pajęczyna.

Pośród gąszczu rosło kilka drzew wysokich. Tuż obok wznosił się wspaniały baobab; gdyby udało się dostać do pierwszych jego gałęzi, podróżni byliby ocaleni. Drzewo jednak było tak gładkie, że ani myśleć o dostaniu się na nie. Maks Huber i Jan Kort czekali, co Kamis postanowi.

W tej chwili krzaki się poruszyły i ukazała się wielka głowa nosorożca. Padł znowu strzał. Jan Kort nie był szczęśliwszy od Maksa Huber. Kula przeszyła łopatkę i wywołała tylko straszne wycie zwierzęcia, którego złość wzmogła się z bólem. Nie cofnął się, przeciwnie, strasznym rzutem wpadł na krzaki. Drugi nosorożec, zaledwie draśnięty kulą Kamisa, szykował się również do skoku. Działo się to tak szybko, że nie było czasu na włożenie nowych nabojów. Instynkt zachowawczy nakazał wszystkim ukryć się za pień baobaba, mającego najmniej sześć metrów obwodu. Zrobiono to bez rozkazu.

Niebezpieczeństwo jednak było straszne. Gdyby nosorożce z dwóch stron przeciwnych rozpoczęły gonitwę, nie byłoby ratunku. Ale siła zwierzęca nie idzie w parze z inteligencyą. Nosorożce nie chwyciły się tej taktyki, lecz rozpoczęły atak wprost na drzewo. Od strasznego pchnięcia baobab zatrząsł się aż do korzeni Można było sądzić, że zostanie z gruntu wyrwany.

Nosorożec odsadził się całą siłą łbem, uderzył w drzewo i nagle się zatrzymał. W miejscu, gdzie kora była pęknięta, róg jego wszedł głęboko na stopę. Zwierzę, pomimo szarpania, nie mogło go wyciągnąć. Drugi nosorożec zatrzymał się także i tylko ryczał przeraźliwie z wściekłości. Kamis, sunąc się ostrożnie koło drzewa, zobaczył, co się stało:

— Uciekajmy... uciekajmy!.. krzyknął.

Zrozumiano go raczej, niż usłyszano, bo wśród ryku zwierząt głos ludzki niknął jak brzęk komara. Nie żądając objaśnienia, Maks i Jan, ciągnąc Langa, zmykali w gęste krzaki. Ku wielkiemu zdziwieniu nosorożce ich nie ścigały. Dopiero po pięciu minutach biegu szalonego, podróżni nasi zatrzymali się na znak, dany przez forlopera.

— Co się stało?.. zapytał Jan Kort, nie mogąc tchu złapać.

— Zwierzę utkwiło róg w pniu drzewa — odpowiedział Kamis. Uszliśmy cało, lecz straciliśmy pięć nabojów, wystrzelonych napróżno.

— Tem większa szkoda, że mięso nosorożca bardzo jest smaczne, jak powiadają.

— Rzeczywiście, chociaż ma smak gałki muszkatołowej...

Podróżni nasi wrócili ostrożnie na ścieżkę. Ryk nosorożców, początkowo donośny, nikł w miarę oddalania się od miejsca wypadku. Około godziny 6-ej Kamis obrał miejsce na nocleg u stóp ogromnej skały.

Następny dzień minął spokojnie. Nie było poważniejszych trudności. Znów jakie trzydzieści kilometrów posunęli się na południowy-zachód — ale rzeka, tak gorąco upragniona przez wszystkich a z taką pewnością zapowiadana przez Kamisa, nie pokazywała się wcale. Po kolacyi, składającej się z upieczonego mięsa antylopy, udali się na spoczynek. Na nieszczęście, dziesięcio godzinny sen przerywały miliardy nietoperzy, dużych i małych, które uwolniły podróżnych od swego towarzystwa dopiero, gdy dzień zaświtał.

— Miłe towarzystwo!.. — wyrzekł Maks Huber, kiedy się podniósł, poziewając po źle spędzonej nocy.

— Nie trzeba się skarżyć... rzekł forloper.

— A to dla czego?..

— Bo lepiej mieć do czynienia z nietoperzami, niż z moskitami, a te nie dokuczały nam dotąd.

— Najlepiej byłoby uniknąć jednych i drugich...

— Nie unikniemy moskitów, panie Maksie...

— A kiedyż będziemy pożarci przez te wstrętne owady?..

— Jak tylko zbliżymy się do wody.

— Woda?.. zawołał Jan Kort. Wierzyłem w wodę, lecz teraz już nie wierzę...

— Źle robisz. A może jest ona niedaleko!

Rzeczywiście, forloper zauważył niejaką zmianę w gruncie, a od trzeciej godziny po południu, zaczął nabierać pewności. Las stawał się błotnistym. Miejscami tworzyły się bagniska, zarośnięte wodnemi roślinami. Można było nawet zabić gangę, rodzaj dzikiej kaczki, której obecność zdradzała blizkość rzeki. Gdy słońce skłaniało się ku zachodowi, usłyszano skrzeczenie.

— Ojczyzna moskitów niedaleko... rzekł forloper.

Drzewa rosły coraz rzadziej; liany już nie tamowały drogi, ale za to trawy i błota utrudniały pochód.

Jednocześnie z obniżaniem się poziomu, bagniska stawały się liczniejsze. Potrzeba było nadzwyczajnej uwagi, aby się w nie nie pogrążyć. Miliony pijawek roiły się w błocie, a na powierzchni biegały olbrzymie stonogi, szare, na czerwonych nogach, wzbudzające wstręt nieprzezwyciężony. Ale za to, co za rozkosz dla oczu! Niezliczone motyle o barwach jaskrawych, kołysały się jak żywe kwiaty nad liśćmi. Co prawda, nie brakło też i owadów złośliwych; najliczniejsze z nich były osy i muchy, zwane przez krajowców „tse-tse.” Ukłucie muchy „tse-tse” jest śmiertelne, ale, na szczęście, tylko dla koni, wielbłądów, psów i innych zwierząt; człowiekowi i zwierzętom dzikim nie szkodzi.

Podróżni nasi szli po obniżającym się gruncie w stronę południowo - zachodnią przez cały dzień aż do wieczora. Wszyscy już odczuwać zaczęli zmęczenie. Kamis upatrywał bezpiecznego miejsca na nocleg. Nagle rozległ się donośny krzyk Langa, który, jak zwykle biegł naprzód, myszkując na wszystkie strony.

— Co mu się stało, czy dziki zwierz go napadł?...

'The Village in the Treetops' by George Roux 14

„Rzeka! Rzeka!...” — wołał Lango głosem radosnym.

Maks i Jan pobiegli w kierunku głosu, z bronią gotową do strzału... Uspokoili się niebawem. Lango stał na ogromnym pniu przewalonym, wyciągnął ręce w stronę szerokiej polanki i powtarzał głosem radosnym:

— Rzeka!... rzeka!...

— Nareszcie!... — zawołał Jan Kort.

Wszyscy przyśpieszyli kroku. O pół kilometra, na szerokiej przestrzeni bezleśnej, wiła się rzeka, a w czystych jej wodach odbijały się promienie zachodzącego słońca.

— Rzeka ta doprowadzi nas do Ubangi. Zbijemy tratwę i puścimy się z biegiem wody.

Przebywszy kawałek gruntu bardzo błotnistego, podróżni nasi dostali się na wybrzeże. Noc zapadła szybko, bez zmierzchu; ciemno już było zupełnie, kiedy forloper i jego towarzysze zatrzymali się na wzniesionym nieco brzegu, rzadko zarośniętym drzewami. Szerokość rzeki wynosiła około czterdziestu metrów, a prąd jej był bardzo bystry, co oznaczało, iż spływa po znacznym spadku.

Zakrzątnięto się około wyszukania noclegu. Niebawem Kamis odkrył zagłębienie w skale, rodzaj groty, w której cztery osoby mogły pomieścić się wygodnie. Kolacyę stanowiła reszta upieczonego dawniej mięsa. Nie chciano zapalać ognia, który mógłby zwabić nieproszonych gości. Krokodylów i hipopotamów nie brak w rzekach afrykańskich.

Na straży tej nocy pierwszy stanął Jan Kort. Towarzysze jego spali snem twardym. Wytrzeszczał oczy — ale w ciemnościach nic nie mógł dojrzeć. A jednak przysiągłby, że gdzieś w pobliżu ktoś powtarzał głosem żałosnym, płaczliwym, wyraz „ngora.”

W języku miejscowym wyraz ten znaczy „matka.”



VII.

Opustoszała klatka.

Grota, służąca za schronienie naszym podróżnym, znalazła się jakby cudem na ich drodze. Sucha, wysypana piaskiem, chroniła ich przed deszczem. Postanowiono pozostać w niej aż do czasu zbudowania tratwy. Wszyscy byli w świetnem usposobieniu. Podróż tratwą do Ubangi — to rzecz przyjemna i wcale nie nużąca. Dalsza droga, od Ubangi do Libreville znana już im była, tędy bowiem szli poprzednio, gdy pod wodzą Urdaxa rozpoczęli wyprawę.

Prąd rzeki był bardzo bystry; stare pnie, pęki krzaków i roślin rozmaitych wciąż płynęły szybko po jej powierzchni. Z brzegu, gdzie się podróżni nasi zatrzymali, można było widzieć koryto rzeki na jakie pół kilometra; dalej zwracała się ku południowemu zachodowi.

Jan Kort, nie mówiąc nic towarzyszom, przeszukał najbliższą okolicę, chcąc wpaść na ślad istoty, która w nocy wołała: „ngora!...” Daremnie jednak szukał — nic nie znalazł.

— To chyba złudzenie — pomyślał. Może zdrzemnąłem się na chwilę, i we śnie słyszałem...

Nad ranem Kamis zakrzątnął się około budowy tratwy. Na wezwanie o pomoc Jan Kort stawił się pierwszy.

— Ja z Kamisem do roboty, a Maks tymczasem pomyśli o jedzeniu.

— Naturalnie, tem bardziej, że niema nic do jedzenia... Ten żarłok Lango, zjadł wszystko wczoraj wieczór...

— Ja?... szepnął Lango zmartwiony, biorąc na seryo wymówkę.

— Cóż znowu!... ja tylko żartuję!... No, dalej, chodź ze mną... Pójdziemy brzegiem aż do zakrętu rzeki: z jednej strony błota, a drugiej woda bieżąca; ptactwa wodnego nie zbraknie ani na lewo, ani na prawo. Kto wie, może trafi się jaka piękna ryba dla odmiany...

— Panie Maksie, strzeż się krokodyli a nawet hipopotamów — zauważył forloper.

— Ba!... udo hipopotama pieczone nie jest do pogardzenia! Zresztą zwierzęta te zazwyczaj uważane bywają jako bardzo łagodne?...

— Łagodne, to prawda, lecz jak się je rozgniewa, strasznemi stają się wtedy! Dla tego też radzę: bądźcie ostrożni...

— A wy, bądźcie spokojni! Chodź Lango...

Maks wziął karabin i obejrzał ładownicę:

— Ochraniaj nabojów, panie Maksie — rzekł forloper.

— Będę się starał. Szkoda, doprawdy, że natura nie stworzyła drzewa rodzącego naboje, jak stworzyła drzewo chlebowe lub dające masło... Przechodząc zrywałoby się naboje, jak zrywa się figi i daktyle!

Po tej słusznej uwadze Maks i Lango poszli wybrzeżem, i niebawem zniknęli z oczu.

Kamis i Jan Kort zajęli się poszukiwaniem drzewa, zdatnego na budowę, tratwy. Sprawa to była niełatwa, gdyż mieli tylko topór i noże kieszonkowe. Kamis postanowił zebrać trochę grubych gałęzi, powiązać je lianami i ułożyć na nich rodzaj podłogi z ziemi i trawy. Tratwa dwanaście stóp długa, ośm szeroka, powinna wystarczyć dla trzech mężczyzn i dziecka. Nocleg znajdzie się na wybrzeżu.

W odległości, nie większej nad sto kroków, znalazło się mnóstwo materyału poszukiwanego. Potrzeba tylko ściągnąć go na wybrzeże... W razie gdyby gałęzie były za ciężkie, Maks i Lango przybędą z pomocą. Niebawem rozległ się strzał w oddali. Zręczność Maksa pozwalała wróżyć, że nie był stracony. Kamis i Jan Kort zajęli się wyborem najlepszego drzewa, kiedy naraz krzyk głośny zwrócił ich uwagę.

— To głos Maksa...

— Tak. I Lango także nie żałuje gardła...

— Czyżby jakie niebezpieczeństwo?...

— Biegnijmy.

'The Village in the Treetops' by George Roux 15

Maks i Lango dawali znaki swym towarzyszom.

Przebyli bagnisko i dotarli do niewielkiego wzniesienia, pod którem była grota. Z tego miejsca ujrzeli Maksa i małego Langa stojących na zakręcie rzeki i dających znaki. Wzniesione w górę ręce wzywały towarzyszów. Kamis i Jan Kort przebyli szybko trzysta do czterystu metrów. Z dala Maks Huber wołał:

— Nie trzeba już tratwy!...

— A to dlaczego?...

— Bo jest gotowa; w złym stanie, co prawda, lecz da się naprawić.

Istotnie, w zagłębiu wybrzeża stał na wodzie rodzaj platformy. Bale i deski powiązane były liną na pół przegniłą, której koniec okręcony był na kołku wbitym w ziemię.

— Tratwa... wykrzyknął Jan Kort.

— Naprawdę... tratwa!...

Rzeczywiście, była to tratwa, najwidoczniej, rękami ludzkiemi zrobiona!...

— Czyżby krajowcy przypłynęli wodą aż do tego miejsca?...

— Krajowcy, albo jacy ciekawi podróżnicy. A jednak gdyby ta część lasu była już zwiedzana, wiedziano by o tem w Kongo lub w Kamerunie. Do tej pory niesłyszałem nigdy o wyprawie do tego lasu...

— Ani ja — dodał Maks. Wreszcie, mało mnie to obchodzi; idzie o to tylko, czy ta tratwa lub to, co z niej pozostało, może nam jeszcze być użyteczne!...

— Ma się rozumieć — dodał forloper. I już chciał zejść do tratwy, kiedy powstrzymał go krzyk Langa.

Chłopiec oddalił się przed chwilą o jakieś pięćdziesiąt kroków, a teraz biegł, trzymając jakiś przedmiot wysoko w ręce. Za chwilę oddał ten przedmiot Janowi Kort.

Była to kłódka żelazna, zardzewiała, bez klucza, z zepsutym mechanizmem.

— To nie jest zguba krajowców z Kongo, którym nieznana jest tajemnica ślusarstwa!... Musieli tu być biali... którzy nigdy ztąd nie powrócili!

Domysł był bardzo prosty. Kłódka rdzą strawiona i tratwa przegniła świadczyły, że upłynęło kilka lat, odkąd pierwszą zgubiono, a drugą pozostawiono u brzegu. W dalszym ciągu łatwo można było z tego wnioskować, że jacyś podróżnicy, badacze, ale nie krajowcy, dotarli do tej polanki wodą — oraz, że ciż podróżnicy pozostawili swoją tratwę, mając zamiar udać się dalej dla zwiedzenia części lasu za lewem wybrzeżem rzeki. Z podróżników owych żaden nie powrócił.

A jednak w Kongo nigdy nie mówiono o wyprawie w te strony!..

Maks Huber posmutniał. Zdawało mu się, że był pierwszym, który zwiedził wielki las, uważany dotąd za niedostępny. Omylił się; inni już tu przed nim byli!..

Kamis, obojętny na sprawę pierwszeństwa, oglądał bacznie bale i deski, z których tratwa była zrobiona. Pierwsze znalazł w niezłym stanie, drugie ucierpiały nieco od wilgoci; kilka z nich należało zastąpić nowemi.

Podczas gdy forloper zajmował się tratwą, dwaj przyjaciele zastanawiali się nad tem, co ich spotkało:

— Niema wątpliwości — powtarzał Jan Kort; ludzie biali zwiedzili już kraj w górę rzeki — ludzie biali, to pewne... Tratwa, zrobiona z kloców grubych i nieociosanych, mogła być dziełem krajowców, ale kłódka...

— To prawda! kłódka jest dowodem pobytu ludzi białych. A może jeszcze znajdziemy jakie inne przedmioty.

— Jak to?.. Jeszcze?..

— Szukajmy tylko dalej... Może znajdziemy ślady obozowiska.

Powrót Kamisa przerwał dalsze domysły.

— I cóż?

— Tratwę naprawimy bez wielkiego trudu... Pójdę po drzewo potrzebne.

— A gdybyśmy tak przed zabraniem się do roboty, udali się brzegiem, z biegiem wody, jakie paręset kroków. Kto wie, czy nie znajdziemy czego, narzędzi, naprzykład, ze znakiem fabrycznym, co nas oświeci, zkąd pochodzą?.. Bardzoby się zdało coś także dla skompletowania naczyń kuchennych, niewystarczających!.. Nie mamy ani drugiej bańki, ani filiżanki, ani kociołka...

— Spodziewasz się, kochany Maksie, znaleźć kuchnię i stół nakryty, oczekujący na przyjęcie gości?..

— Niczego się nie spodziewam, kochany Janie, lecz stoimy wobec faktu niewytłómaczonego... Starajmy się znaleźć klucz do rozwiązania zagadki.

— Skoro chcesz koniecznie... Kamis, czy pozwolisz nam oddalić się o parę kilometrów?

— Pod warunkiem, że nie pójdziecie dalej, niż do zakrętu rzeki. Skoro możemy płynąć, nie róbmy marszów bezpotrzebnych.

— Ależ tu idzie o wyszukanie śladu tych, co tu byli przed nami.

— Skoro tak, to chodźmy wszyscy razem.

Poszli tedy wszyscy wybrzeżem. Stada ptaków zrywały się przed nimi, po większej części kaczki i dropie.

Idąc, poszukiwali jakiego śladu, stopy ludzkiej lub czego zgubionego... Pomimo pilnego jednak baczenia nic nie znaleźli.

Zaledwie dotarli do pierwszych szeregów drzew, gromada małp powitała ich krzykiem donośnym. Były to pawiany, makaki, małpy o płaskim łbie i krótkim ogonie, goryle, szympansy i orangutangi.

Zachowanie się małp było nieco dziwnem. Zdawało się, iż ludzie nie są im obcy. Zbliżały się, dawały oznaki zadowolenia...

— Bądź co bądź — zauważył Jan Kort — to chyba nie małpy zbudowały tratwę, a choć są inteligentne, nie używają jeszcze kłódek..

— Ani klatki... dodał Maks Huber.

— Klatki?.. — O jakiej klatce mówisz?..

— Zdaje się, że widzę klatkę... ot tam... w gęstwinie... duża... niby budynek.

— Zapewne mrowisko w kształcie ula, jakie budują mrówki afrykańskie...

— Nie, pan Maks się nie myli, — potwierdził Kamis. Jest tam... możnaby rzec, że to chata, zbudowana pod gałęziami, a front ma z kraty drucianej...

— Klatka, czy chata — odparł Maks Huber — zobaczmy, co jest wewnątrz...

— Ostrożnie — rzekł forloper — przesuńmy się po za drzewami...

— Czegóż możemy się obawiać?.. zawołał Maks Huber, który, podług zwyczaju, chciał najpierwszy zaspokoić ciekawość.

'The Village in the Treetops' by George Roux 16

Dziwny budynek widać było dokładnie.

Okolica wydawała się pustą. Słychać było tylko śpiew ptaków i krzyki małp uciekających. Żadnego śladu bytności ludzi, ani na ziemi, ani na powierzchni wody, która niosła pęki ziół przeróżnych. Po drugiej stronie taka sama cisza i pustka. Bagnisko kończyło się w tem miejscu, grunt stawał się suchszy, w miarę jak podnosił się ku zaroślom.

Dziwny budynek widać było teraz dokładnie; oparty był o drzewa, pokryty dachem spadzistym, niknącym pod mnóstwem liści pożółkłych. Liany okrywały go aż do podstawy. Wygląd klatki nadawał mu front z kraty drucianej, podobnej do tych, jakie w menażeryach oddzielają dzikie zwierzęta od publiczności. W kracie tej były drzwi, otwarte w tej chwili.

Klatka była pusta. Maks Huber pierwszy wszedł do niej. Było tam trochę narządzi, kociołek w dość dobrym stanie, imbryczek, filiżanka, trzy czy cztery butelki stłuczone, kołdra wełniana podarta, kawałki materyałów, siekiera zardzewiała, futerał od okularów na pół przegniły, na którym nie można już było przeczytać nazwiska fabrykanta. W kącie leżało pudełko blaszane z mocno zaciśniętą pokrywą. Maks Huber podniósł je, próbował otworzyć, udało mu się wreszcie przy pomocy noża.

W pudełku był notatnik dosyć dobrze zachowany, a na okładce wydrukowane dwa słowa, które Maks Huber głośno przeczytał: „Dr. Johansen”.



VIII.

Dr. Johansen.

Jeżeli Jan Kort, Maks Huber a nawet Kamis nie krzyknęli, słysząc to nazwisko, to dla tego, że zdumienie mowę im odjęło.

Nazwisko Johansen odkrywało rąbek tajemnicy, pokrywającej najbardziej fantastyczne usiłowania nauki tegoczesnej, usiłowania, w których śmieszność szła w parze z powagą, a może i z tragedyą, gdyż wszystko kazało przypuszczać, że usiłowania te miały koniec opłakany.

Któż z osób, czytających gazety, nie słyszał o głośnym przed kilku laty profesorze amerykańskim, nazwiskiem Garner, który po długich i drobiazgowych spostrzeżeniach doszedł do przekonania, że małpy rozmawiają pomiędzy sobą, że się rozumieją, że używają wyrazów na określenie głodu, pragnienia i innych swoich potrzeb.

Wewnątrz ogrodu zoologicznego w Waszyngtonie Garner kazał pozaprowadzać fonografy w celu chwytania owych wyrazów. Zauważył nawet, że małpy, — co głównie odróżnia je od ludzi, — nie mówią nigdy bez potrzeby. Opinię swoją wyraził w słowach następujących: „Znajomość świata zwierzęcego wzbudziła we mnie silną wiarę w to, że wszystkie zwierzęta ssące posiadają zdolność mówienia w stopniu, odpowiadającym ich potrzebom”.

Dawniej już, nim Garner przedstawił światu swoje badania, wiedziano, że zwierzęta ssące, psy, małpy i inne zwierzęta, posiadające przyrząd krtaniczny, taki sam, jakim człowiek posługuje się do wydawania głosu w wyrazach określonych. Lecz wiedziano także, że myśl poprzedza słowo. Ażeby mówić, potrzeba myśleć, a tej zdolności zwierzęta nie mają. Papuga wprawdzie mówi, nie rozumie jednak ani słowa z tego, co mówi. Prawdą jest zatem, że jeżeli zwierzęta nie mówią, to dla tego, że natura nie obdarzyła ich dostateczną inteligencyą; a gdyby nie to, mogłyby mówić, mniej więcej tak, jak ludzie.

Profesor Garner nie chciał uznać tej zasady.

Łatwo domyśleć się można, iż doktryna jego wywołała żywe rozprawy. Wreszcie postanowił zbadać tę rzecz głębiej i na właściwym terenie, to jest w lesie pomiędzy małpami. Powziął tedy zamiar udania się do Afryki podzwrotnikowej. Zapewniał, że nauczy się mowy gorylów i szympansów, i wyda gramatykę i słownik języka małpiego.

Czy dotrzymał obietnicy danej sobie samemu i światu uczonych?...

W roku 1892 Garner wyjechał z Ameryki. Przybył do Libreville 12 października i zamieszkał w faktoryi John Wotland i S-ka aż do lutego 1894 r. W tym czasie dopiero zdecydował się rozpocząć swoją kampanię naukową. Udał się w górę rzeki Ogowe na małym parowcu, wylądował w Lambaréne i 22 kwietnia dotarł do misyi katolickiej nad Fernand-Var.

Ojcowie zakonu Ś-go Ducha przyjęli go bardzo gościnnie, w domu swoim zbudowanym nad wspaniałem jeziorem Fernand-Var. Personel misyi starał się ułatwić doktorowi jego awanturnicze zadanie.

Po za zakładem misyi rozpoczynał się wielki las, obfitujący w małpy. Nie można było wymarzyć sobie warunków więcej sprzyjających do zawarcia z niemi znajomości. Lecz trzeba było koniecznie wejść z małpim rodem w zażyłość i, słowem, dzielić ich życie. Dla tego to Garner kazał zrobić klatkę żelazną rozbieraną i przenieść ją do lasu. Jeżeli można wierzyć, żył w niej przez trzy miesiące; najczęściej sam i mógł w ten sposób studyować goryla w stanie natury.

Przezorny amerykanin umieścił swój dom metalowy o dwadzieścia minut drogi od misyi Ojców duchownych, w pobliżu studni, w miejscu, które nazwał „Fort Goryla”. Pożerany przez moskity, nie mógł dłużej nad trzy miesiące wytrzymać, rozebrał więc klatkę i powrócił do misyi, prosząc o gościnność, którą mu chętnie ofiarowano. Wreszcie, 18 czerwca opuścił ostatecznie misyę, odpłynął do Anglii a ztamtąd powrócił do Ameryki, przywożąc, jako jedyną pamiątkę z podroży, dwa małe szympansy, które... w żaden sposób nie chciały z nim rozmawiać.

Taki był rezultat wyprawy pana Garner.

Profesor utrzymywał stanowczo, iż pochwycił różne dźwięki głosowe małp, mające znaczenie wyraźne, jak: „whouw” pożywienie; „czery” napój; „iegk” strzeż się, i t. p. Później nawet, na skutek doświadczeń, czynionych w ogrodzie zeologicznym w Waszyngtonie, z użyciem fonografu, zapewniał, iż zanotował słowa energiczne, odnoszące do wszystkiego, co się je i pije; inne co do użycia ręki; inne znów dla oznaczenia czasu. Słowem, podług niego język małp składał się z ośmiu lub dziewięciu dźwięków głównych, zamienianych stosownie do potrzeby przy pomocy trzydziestu lub trzydziestu pięciu modulacyj.

Co prawda, ów „język małp”, pochwycony przez Garnera, jest tylko pewną ilością głosów czy dźwięków, jakie niektóre zwierzęta wydają, dla porozumienia się ze stworzeniami sobie podobnemi. Dźwiękami takiemi posługują się psy, konie, barany, gęsi, jaskółki, mrówki, pszczoły i t. d. Porozumiewanie objawia się bądź to krzykiem, bądź też ruchami odpowiedniemi, które wyrażają wrażenia, wzruszenia, jako to radość lub obawę.

W ten sposób wytłómaczył sobie cały świat przyrodników twierdzenie Garnera o „języku małpim”. Po upływie pewnego czasu zapomniano o Garnerze i o jego studyach.

W dwa lata później, pewnemu uczonemu niemieckiemu przyszło do głowy, aby rozpocząć próby na nowo, ale nie w pobliżu siedlisk ludzkich, lecz w głębi lasu, gdzie małpy żyją gromadnie, w stanie najzupełniej dzikim. Uczonym owym, mieszkającym w Kamerunie, w Malimba, był dr. Johansen. Mieszkał tam od lat kilku. Był to lekarz, więcej zamiłowany w zoologii i w botanice, niż w medycynie. Skoro dowiedział się o bezowocnych próbach profesora Garnera, przyszło mu na myśl podjąć je na nowo. Przyjeżdżał kilka razy do Libreville i tam Jan Kort miał sposobność zawrzeć z nim znajomość. Doktor Johansen, choć miał już lat 50 przeszło, ale zdrów był i silny. Mówił po angielsku i po francusku, jak swoim rodzinnym językiem, rozumiał nawet dyalekt miejscowy, którego nauczył się w czasie praktyki lekarskiej. Majątek osobisty pozwalał mu na życie dostatnie. Nie miał rodziny, ani bliższej, ani dalszej, swobodny był w całem znaczeniu tego słowa, nie liczył się z nikim, dla czegóż więc nie miałby robić tego, co mu się podobało?

'The Village in the Treetops' by George Roux 17

Dr Johansen w domku leśnym.

Usługiwał mu młody krajowiec. Poznali się wzajemnie i polubili. Kiedy oznajmił o zamiarze udania się na mieszkanie do lasu, pomiędzy małpy, służący Johansena nie zawahał się przyjąć propozycyi. Zabrali się tedy do przygotowań. Domek, podobny do klatki Garnera, lepiej tylko sporządzony, wygodniejszy, zrobiony w Niemczech, sprowadzony został w sztukach na pokładzie parowca, który zarzucił kotwice w porcie Malimba.

Na miejscu znaleziono z łatwością suchary, solone mięso, wreszcie amunicyę, potrzebną do zapewnienia sobie obrony a zarazem do zdobycia żywności na długi przeciąg czasu. Sprzęty, pościel, bieliznę, ubranie, różne naczynia kuchenne, zabrano z domu doktora. Wzięto także starą pozytywkę w nadziei, że małpy nie będą nieczułe na urok muzyki.

Jednocześnie kazał wybić pewną liczbę medali niklowych, ze swojem nazwiskiem i portretem, z przeznaczeniem zapewne dla znakomitszych osobistości w kolonii małpiej, którą spodziewał się założyć w Afryce środkowej.

Nakoniec, dnia 13 stycznia 1894 roku dr. Johansen ze służącym wsiedli w Malimba na mały statek i puścili się z biegiem rzeki. Gdzie się udali?... Doktor nie chciał tego powiedzieć i nie powiedział nikomu. Tyle tylko dowiedziano się później, że statek żeglował po rzece Mbam przez sto mil, że zatrzymał się przy wsi Ngila, że wynajęto tam dwudziestu czarnych tragarzy, i że materyały poniesiono w kierunku wschodnim. Od tej chwili nie słyszano nic więcej o doktorze Johansenie. Tragarze, powróciwszy do Ngila, nie potrafili wskazać dokładnie okolicy, gdzie pożegnali się z doktorem. Pomimo zarządzonych poszukiwań, nie osiągnięto najmniejszej wieści o doktorze, ani o jego wiernym służącym.

Co się z nim stało? Jan Kort i Maks Huber starali się obecnie odgadnąć, bodaj w przypuszczeniu. Dr. Johansen ze swoją eskortą dotarł do rzeki na północo-zachód lasu Ubangi; odprawił krajowców, zabrał się do zbudowania tratwy, a po ukończeniu jej, puścił się wraz ze służącym z biegiem tej rzeki nieznanej, zatrzymał się w tem miejscu i ustawił chatę z frontem z kraty żelaznej, pod pierwszemi drzewami na lewem wybrzeżu. Oto co można było uważać za prawdopodobne. Ale co dalej? Dla czego klatka jest pusta?... Dla czego opuścili ją dwaj mieszkańcy?... Czy uczynili to dobrowolnie? To chyba niemożebne. — A więc zostali uprowadzeni. — Przez kogo? Czy przez krajowców?... Lecz las Ubangi uważany był za niezamieszkały. A może był to napad ze strony dzikich zwierząt? Wreszcie pytanie najważniejsze, czy doktor Johansen i jego służący żyją jeszcze?...

Dwaj przyjaciele wzajemnie stawiali sobie pytania. Co prawda, nie mogli dać na nie zadawalających odpowiedzi. Gubili się wciąż w ciemnych i tajemniczych przypuszczeniach.

— Zasiągnijmy rady notatnika... rzekł Jan Kort.

— To nam tylko pozostało. Może w braku objaśnień wyraźnych, choć za pomocą dat, będziemy mogli wpaść na ślad jakiś.

Maks Huber otworzył notatnik. Kilka kartek było spojonych, z powodu wilgoci.

— Nie dużo dowiemy się z notatnika.

— Dlaczego?...

— Dla tego, że wszystkie kartki są czyste z wyjątkiem... pierwszej...

— A na tej pierwszej?...

— Kilka zdań... kilka dat także, które zapewne miały później służyć doktorowi do zredagowania dziennika.

Maks Huber z niejaką trudnością odczytał następujące zdania zapisane ołówkiem:

Dnia 29 lipca 1894 r. — Przybycie z eskortą na granicę lasu Ubangi... Obóz na prawym wybrzeżu rzeki... Budowanie tratwy.

Dnia 3 sierpnia. — Tratwa skończona... Odprawa eskorty do Ngila... Zatarcie śladów obozowiska... Wsiadłem na tratwę ze służącym.

Dnia 9 sierpnia. — Żegluga z biegiem wody przez siedm dni, bez przeszkody... Zatrzymanie się na polance... Liczne małpy w okolicy... Miejsce stosowne...

Dnia 10 sierpnia. — Wyładowanie materyału na ląd... Wybór miejsca na klatkę... Niezliczona ilość szympansów, gorylów.

Dnia 13 sierpnia. — Instalacya... Zamieszkanie w chatce... Okolice puste, żadnego śladu istoty ludzkiej... Zwierzyna wodna obfita... Schronienie podczas szarugi.

Dnia 25 sierpnia. — Dwadzieścia siedem dni upłynęło... Hipopotamy na powierzchni rzeki... Zabite łosie i antylopy... Wielkie małpy w nocy w pobliżu chatki... Nie można poznać gatunku... Ogień o kilkaset kroków, w gęstwinie... Ciekawy fakt do sprawdzenia: zdaje się, że te małpy mówią, że zamieniają pomiędzy sobą kilka zdań... Jedna mała woła: „Ngora!... Ngora!...” słowo, które u krajowców znaczy „matka”.

Lango słuchał dotychczas uważnie. Nagle wykrzyknął:

— Tak... tak... ngora.. matka... ngora... ngora!..

Jan Kort przypomniał sobie teraz, że nocy poprzedniej, kiedy był na warcie, słowo to obiło się o jego uszy. Sądząc, że to złudzenie, dotychczas nic nie mówił towarzyszom.

— I ja także słyszałem to słowo, — rzekł obecnie i opowiedział, w jakiej okoliczności poznał się po raz pierwszy z tym dźwiękiem.

— Widzisz, widzisz — zawołał Maks Huber — oto nareszcie coś „nadzwyczajnego”...

— Czyż nie tego pragnąłeś? — odpowiedział Jan Kort.

Kamis słuchał, milcząc. Prawdopodobnie to, co interesowało francuza i amerykanina, dla niego było obojętnem. Szczegóły, odnoszące się do doktora Johansena, przyjmował zimno. Najważniejszem było dlań to, że doktor zbudował tratwę, której można było użyć, i że zostawił różne przedmioty w opuszczonej klatce. Co się stało z doktorem i jego sługą, nad tem forloper nie zastanawiał się wcale. Zresztą po co? Puścić się w las dla odnalezienia śladów, narażać się na niebezpieczeństwa — to nie ma sensu. Jedyną rzeczą możliwą do zrobienia: — popłynąć dalej z biegiem wody aż do Ubangi, i czemprędzej dotrzeć do ludzkich siedzib.

Wreszcie, sam rozum dyktował, że wszelkie kroki w tym celu nie miały widoków powodzenia. W którąż stronę skierować się, żeby odnaleźć doktora?... Gdyby była jaka wskazówka, może Jan Kort byłby uważał za obowiązek pośpieszyć mu z pomocą; lecz nic, nic!... Kilka zdań urywkowych w notatniku, z których ostatnie figurowało pod datą 25 sierpnia, a dalej tylko białe kartki.

— Nie podlega wątpliwości, że doktor przybył w to miejsce dnia 9-go sierpnia i że jego notatki zatrzymują się na dniu 25-tym tego samego miesiąca — zauważył Jan Kort po chwili milczenia. — Jeżeli nie pisał od tej daty, to widocznie dlatego, gdyż opuścił swoją chatę, w której przebywał tylko 13 dni...

— I — dodał Kamis — niepodobna odgadnąć, co się z nim stało.

— Wszystko jedno — rzekł Maks — nie jestem ciekawy...

— Oh! kochany przyjacielu, co to, to nieprawda.

— Masz racyę, Janie, i, ażeby znaleźć rozwiązanie tej zagadki....

— Siadajmy na tratwę i w drogę... odpowiedział forloper.

Rzeczywiście nie było czasu do stracenia. Rozsądek nakazywał naprawić tratwę i jak najprędzej puścić się z biegiem rzeki. Później będzie można pomyśleć o zorganizowaniu umyślnej wyprawy, celem odszukania doktora Johansena. Ale wyprawa taka musi być podjętą w innych warunkach i zaopatrzoną w lepsze środki.

Przed wyjściem z klatki należało przeszukać wszystkie kąty. Może się znajdzie coś użytecznego. Po dwóch latach nieobecności, czy można przypuścić, że właściciel powróci i zażąda zwrotu?

Klatka, mocno zbudowana, zapewniała doskonałe schronienie. Dach blaszany, pokryty na wierzchu liśćmi, trzymał się doskonale i chronił wnętrze. Front z żelaznej kraty, obrócony na północ, mniej wystawiony na burze, ostał się zniszczeniu czasu. Sprzęty, pościel, stół, krzesła, kufer, byłyby na miejscu, gdyby pozostały w klatce. — Otóż, zabrano je, wyniesiono, ale kiedy, gdzie, dokąd?...

Po dwóch latach opuszczenia klatka domagała się naprawy. Deski na podłodze zaczynały się paczyć, nogi zapadały w wilgotną ziemię, ślady zniszczenia widniały pod festonami z lianów i zieloności. Tej roboty Kamis i jego towarzysze nie chcieli się podjąć. Niepodobna, aby chatka miała kiedyś jeszcze służyć za schronienie innemu amatorowi badania małpiego społeczeństwa.

Imbryczek, filiżanka, futerał od okularów, toporek i pudełko z notatnikiem — oto wszystko, co znaleziono. Kamis szukał starannie. Ani broni, ani narzędzi, nic!... Bez wątpienia wszystko zabrano. Forloper już miał wyjść z próżnemi rękami, kiedy w kącie, ziemia, w którą uderzył nogą, wydała dźwięk metaliczny.

— Tu coś jest... rzekł.

— Może klucz!..

— Jaki klucz?

— E! mój drogi, klucz od tajemnicy!

Nie był to klucz, lecz pudełko blaszane, zakopane w tem miejscu. Kamis je wyjął. Nie ucierpiało od wilgoci. Z nadzwyczajnem zadowoleniem sprawdzono, że zawierało sto nabojów nienaruszonych!

— Dzięki ci, zacny doktorze — wykrzyknął Maks — obyśmy mogli odwdzięczyć ci się kiedyś!..

Naboje doskonale nadawały się do karabinów forlopera i jego towarzysza.

— A teraz — wracajmy nad rzekę, naprawmy tratwę i... dalej w drogę — rzekł Kamis.

— Zobaczmy najpierw, czy niema w okolicy jakiego śladu doktora Johansena i jego sługi. Może krajowcy na nich napadli i zawlekli w głąb lasu; może zginęli, broniąc się, a kości ich leżą gdzie w pobliżu...

Uznano słuszność tych przypuszczeń. Ale poszukiwania w obrębie co najmniej stu metrów nie dały żadnego rezultatu. Można było z tego wnosić, że nieszczęśliwego Johansena uprowadzono, a może i zabito?...

— W każdym razie — zauważył Jan Kort — wnioskować z tego można, że las Ubangi nawiedzany bywa przez plemiona koczownicze, powinniśmy mieć się więc na ostrożności...

— Słuszna uwaga — odparł Kamis. — A teraz, na tratwę...

'The Village in the Treetops' by George Roux 18

Dzień cały pracowano przy naprawie tratwy. Skończono robotę, kiedy słońce schowało się za drzewa, po prawej stronie rzeki. Puszczać się po nocy rzeką nieznaną — rzecz niebezpieczna, odłożono więc odjazd na dzień następny. Lepiej było spędzić noc w grocie, tembardziej, że koło godziny ósmej rzęsisty deszcz zaczął padać.

Maks ani na chwilę nie przestał myśleć o losie, jaki spotkał dra Johansena. Jan mało się tem zajmował, dla forlopera zaś była to rzecz najzupełniej obojętna.

Na tle przygód Johansena Maks tworzył w wyobraźni swojej najdziwaczniejsze obrazy.

Wielki las ukazywał się w jego myśli najeżony niezbadanemi tajemnicami, ludźmi nowymi, nieznanych typów, wioskami, ukrytemi pod konarami drzew olbrzymich. Zanim położył się spać, rzekł do swych towarzyszów.

— Słuchajcie; a gdybyśmy tak bodaj cośkolwiek dobrego uczynili dla tego biednego Johansena!...

— Co? Może chcesz udać się na jego poszukiwanie?... wykrzyknął forloper.

— Nie. Ale dajmy jego nazwisko rzece, która, jak mniemam, niema żadnego...

I oto dla czego rzeka Johansena będzie figurowała na mapach nowoczesnych.

Noc przeszła spokojnie. Ani Jan Kort, ani Maks Huber, ani Kamis, czuwając kolejno, nie słyszeli ani jednego słowa wymówionego koło siebie.



IX.

Z biegiem rzeki Johansena.

Dnia 16 marca, o godzinie pół do siódmej zrana, tratwa odbiła od wybrzeża, popłynęła z biegiem rzeki Johansena. Dzień był już jasny, chociaż niebo zakryte było chmurami, sunącemi szybko pod silnym powiewem wiatru. Deszcz nie groził, lecz cały dzień był szary.

Tratwa niewielka, miała szerokości zaledwie ośm stóp, a długości dwanaście. Wystarczyła dla czterech osób i pakunku, na który składały się: skrzyneczka metalowa z nabojami, trzy karabiny, kociołek, imbryczek i filiżanka. Co do trzech rewolwerów, mniejszego kalibru niż karabiny, nie nadały się do nich naboje ze skrzynki doktora. Jan Kort i Maks Hubert mieli w kieszeniach nie więcej nad dwadzieścia nabojów rewolwerowych; szło tylko o to, aby wystarczyło amunicyi do czasu, gdy tratwa dostanie się na rzekę Ubangi. Tam łatwiej spotkać można osadę i zaopatrzyć się na przyszłość.

Na przodzie tratwy, na klepisku z ziemi ubitem, złożono stos drzewa suchego, na wypadek, gdyby potrzeba było rozniecić ogień. Na tyle silny ster, z grubej deski, pozwalał kierować tratwą lub przynajmniej utrzymać ją na środku rzeki.

Rzeka płynęła bystro; tratwa sunęła po niej z szybkością około trzech kilometrów na godzinę. Przy takiej szybkości tratwa w dziesięć dni mogła przepłynąć trzysta kilometrów; tyle właśnie oddzielało forlopera i jego towarzyszy od łożyska Ubangi.

Gdzieniegdzie spotykano spadki gwałtowne i wiry. Kamis wymijał je z wielką zręcznością. Pierwszego dnia, do południa, wszystko szło pomyślnie. Jan Kort, stojąc na przodzie tratwy z karabinem w ręce, obserwował wybrzeże z wielkiem zajęciem. Przy pierwszej sposobności położył trupem waterbuka, rodzaj antylopy, żyjącej nad brzegami rzek afrykańskich.

— Piękny strzał! — rzekł Maks Huber.

— Szkoda tylko, że nie można zabrać łupu — zauważył Jan Kort.

— To się łatwo da zrobić — odparł forloper i oparłszy się na sterze, zbliżył tratwę do prawego brzegu, w blizkości małej płaszczyzny, gdzie leżała zabita antylopa. Zdjęto z niej skórę i zabrano najlepsze części do zjedzenia.

Maks Huber tymczasem rozwinął swe zdolności rybackie, choć miał, co prawda, wędkę nader pierwotną: dwa kawałki szpagatu znalezione w klatce doktora a haczyk z kolca akacyi. Nałożywszy nań kawałek mięsa, zarzucił wędkę do wody. Lango ukląkł przy nim i ciekawie przyglądał się czynności.

'The Village in the Treetops' by George Roux 19

Maks wyciągnął na tratwę pięknego szczupaka.

Widocznie ryby w rzece Johansena nie tylko są żarłoczne, ale i naiwne. Niebawem jedna z nich połknęła przynętę. Maks wyciągnął na tratwę pięknego szczupaka. Ryba ważyła do dziewięciu funtów. Mięso antylopy i szczupak zapowiadały pewne urozmaicenie w pożywieniu. Forloper rozpalił ogień na przodzie tratwy i uwiesił nad nim kociołek. Obiad spożyto na tratwie, aby nie tracić czasu.

Około godziny szóstej Kamis zatrzymał się przy długiem skalistem wybrzeżu, ocienionem nizko opadającemi gałęziami drzewa gumowego. Było to miejsce, jakby stworzone na przystań. Pomiędzy kamieniami znalazło się mnóstwo ostryg. Dopełniły one posiłku wieczornego. Gdyby trochę soli i sucharów, kolacya nie pozostawiałaby nic do życzenia.

Ponieważ noce w tych stronach i o tej porze są strasznie ciemne, więc forloper nie chciał pozostać na wodzie. Rzeką płynęły czasem pnie wielkie. Uderzenie mogło być bardo szkodliwe dla tratwy. Urządzono tedy posłanie pod drzewem gumowem, na stosie traw i liści. Dzięki kolejnej straży Jana, Maksa i Kamisa, nie obawiano się niespodziewanych a niepożądanych odwiedzin. Tylko krzyki małp, nieustające przez noc całą, mąciły nieco sen strudzonych podróżników.

— Zaręczam, że te małpy nie mówiły! — zawołał Maks Huber, kiedy z nastaniem dnia zanurzył w przejrzystej wodzie rzeki twarz i ręce, których nie oszczędziły złośliwe moskity.

Tego rana wyjazd spóźnił się o godzinę. Deszcz gwałtowny zaczął padać. Lepiej było zostać i skryć się przed tym gwałtownym potopem, który często nawiedza okolice Afryki podzwrotnikowej.

Gęste liście drzewa gumowego osłaniały nietylko podróżnych, ale i tratwę przywiązaną do jego silnych korzeni.

— Jeżeli deszcz nie ustanie, to lepiej zostańmy na miejscu — zauważył Jan Kort. — Z wysuszeniem ubrania byłaby ciężka sprawa, bo na zmianę nie mamy innego.

— Dlaczego nie ubieramy się podług mody krajowej, w strój Adamowy?... odpowiedział Maks Huber ze śmiechem; to uprościłoby rzecz całą!... Dosyć wykąpać się, żeby wyprać bieliznę, a wytarzać się w krzakach, żeby wyszczotkować ubranie!...

Na szczęście ulewa nie trwała dłużej nad godzinę. Skorzystano z tego czasu na spożycie śniadania. Tym razem pojawiła się potrawa zupełnie nowa: świeżutkie jaja dropiów. Lango wybrał je z gniazda a Kamis ugotował na twardo w imbryczku. Maks znów narzekał, że w jajach tych nie było ani grudki soli, za którą wciąż tęsknili.

Około pół do ósmej, deszcz ustał, choć niebo się nie wypogodziło; tratwa wypłynęła na środek rzeki. Maks zarzucił wędkę; wkrótce kilka ryb znalazło się na tratwie. Kamis zaproponował, żeby nie zatrzymywać się wcale, i odzyskać czas stracony. Przyjęto propozycyę; Jan rozpalił ogień, i kociołek niebawem zaczął się gotować na żarzących węglach. Zapas mięsa antylopy, był jeszcze wystarczający, fuzye więc milczały. A jednak Maks kusił się dać ognia, do jakiej pięknej sztuki.

Ta część lasu obfitowała w zwierzynę. Ptactwo wodne i rozmaite zwierzęta wciąż snuły się nad brzegiem rzeki. Gdyby nie konieczna potrzeba oszczędzania amunicyi, Jan chętnie byłby dat upust swej żyłce myśliwskiej. Co chwilę chwytał za karabin, zmierzał się, celował.

— Daj spokój! — szkoda naboju — rzekł mu Kamis. — Zresztą po co obciążać tratwę bezpotrzebnym ciężarem.

— Cóż chcesz. Fuzya sama włazi mi w rękę, gdy widzę taką piękną zwierzynę.

W każdym razie, żeby nie strzelać bezpotrzebnie, Jan przykazał swojej fuzyi, żeby leżała spokojnie i bez upoważnienia nie wchodziła mu w rękę. Dzięki temu, tratwa, wśród ciszy, spokojnie płynęła w dół rzeki.

Od rana przebyli już dwanaście kilometrów. Rzeka wiła się w różne zakręty, choć wogóle dążyła w kierunku południowo - zachodnim. Wybrzeża bardzo nierówne, poszarpane, przedstawiały nieustanny szereg drzew wielkich, przeważnie sereczników (bombax), które, niby olbrzymie parasole, rozkładały swe gałęzie nad wodą. Chociaż szerokość rzeki nie zmniejszyła się wcale i dochodziła miejscami do sześćdziesięciu metrów, dolne gałęzie bombaxów stykały się i tworzyły sklepienie zielone, pod którem szumiało lekkie pluskanie wody.

— Las Ubangi, to park prawdziwy — mówił Jan Kort — z rozłożystemi drzewami i wodą bieżącą!... Możnaby sobie wyobrazić, że jest się w parku narodowym!...

— Lecz zbytnio mnożą się w nim małpy — odpowiedział Maks Huber. Możnaby przypuszczać, że cały ród małpi naznaczył tu sobie rendez-vous!... Jesteśmy w samem sercu królestwa czwororękich, w którem szympansy i goryle panują wszechwładnie.

Usprawiedliwiona to była uwaga, z powodu, że niezliczona ilość małp znajdowała się na wybrzeżach, ukazywała na drzewach, biegała i przewracała koziołki w głębi lasu. Nigdy jeszcze Kamis i jego towarzysze nie widzieli tyle małp, ani takich swawolnych, ani tak strasznie się wykrzywiających.

— Zresztą to bardzo naturalne!... Czyż nie jesteśmy w środku Afryki?... Sądzę, że pomiędzy krajowcami i małpami czarnego lądu nie wielka zachodzi różnica...

— Taka właśnie, jaka potrzebną jest do odróżnienia człowieka od zwierzęcia, istoty obdarzonej duszą oraz inteligencyą od istoty, która rządzi się tylko instynktem...

— A jednak instynkt bywa czasami nieskończenie pewniejszy, niż inteligencya.

— Nie przeczę. Lecz te dwa czynniki życia cała przepaść dzieli, a dopóki ta przepaść się nie zapełni, nauka przemiany gatunków nie będzie miała racyi utrzymywać, że człowiek pochodzi od małpy...

W tej chwili co innego było do roboty, niż spory naukowe. Należało zabezpieczyć się przeciw wrogim objawom ze strony małpiej hordy, strasznej liczbą. Czwororęki tworzyły armię zrekrutowaną z całej rzeszy małpiej wielkiego lasu. Nie można się było łudzić; postawa ich wskazywała, że niebawem trzeba się będzie bronić wszelkiemi sposobami. Forloper obserwował hałaśliwy ruch z prawdziwym niepokojem.

— Bądźmy gotowi, — rzekł — z bronią nabitą, z amunicyą pod ręką, gdyż nie wiem jak się to skończy...

— Ba! jeden strzał rozproszy całą gromadę... zawołał Maks Huber i pochwycił za karabin.

— Nie strzelaj, panie Maksie!... rzekł Kamis. Nie trzeba atakować... nie trzeba zaczepiać!... Dosyć będzie roboty z obroną!

— Ależ one zaczynają...

— Nie odpowiadajmy, jeżeli nie stanie się to koniecznem!...

Atak więc się rozpoczął. Z wybrzeża leciały kamienie, kawały gałęzi, ciskane przez małpy dużego gatunku i obdarzone olbrzymią siłą. Rzucały nawet pociski mniej szkodliwe, owoce, z drzewa zrywane. Forloper starał się utrzymać tratwę na środku rzeki, w równej odległości od obydwóch brzegów. Na nieszczęście nie było gdzie skryć się przed napadem. Liczba napastników wciąż wzrastała i kilka pocisków dosięgło już podróżników, co prawda nie zrobiwszy im wielkiej szkody.

— Tego za wiele! — krzyknął Maks Huber.

Zmierzył do goryla, który zwijał się pomiędzy krzakami i odrazu trupem go położył. Na głos strzału rozległy się ogłuszające wycia. Atak nie ustawał, małpy nie uciekały. Gdyby trzeba było pozabijać wszystkie te małpy, jedną po drugiej, amunicyi-by nie starczyło.

— Przestańmy strzelać — powtarzał Jan Kort. To tylko podnieca te przeklęte zwierzęta! Skończy się na tem, że dostaniemy parę guzów i po wszystkiem.

— Dziękuję! — odparł Maks Huber, który w tej chwili dostał kamieniem w nogę.

Płynęli tedy, eskortowani podwójnym szeregiem małp na wybrzeżach, krętych bardzo w tej części rzeki. W niektórych miejscach koryto rzeki znacznie się zwężało. Choć już małpy, tak samo jak i koty, nie lubią wody, lecz gałęzie, poplątane jak sklepienie, pozwalały im w wielu miejscach, wchodzić na te mosty żywe. Gdyby im tak przyszła ochota opuścić się na głowę Kamisa i jego towarzyszy!.. Byłoby to tylko zabawką dla tych zwierząt zręcznych i złośliwych.

'The Village in the Treetops' by George Roux 20

Małpy uszykowały się na gałęziach, oczekując nadejścia tratwy.

Probowało nawet tego pięć czy sześć gorylów około godziny piątej, na jednym z zakrętów rzeki, gdzie łączyły się gałęzie bombaxu. Małpy uszykowały się na gałęziach, oczekując nadejścia tratwy.

Jan Kort zwrócił na to uwagę, nie można bowiem było mylić się co do ich zamiarów.

— Spadną na nas — krzyknął Maks Huber — jeżeli ich nie zabijemy...

— Ognia! — zakomenderował forloper.

Padły trzy strzały. Trzy małpy śmiertelnie trafione, wpadły w wodę i znikły.

Wrzaski i wycia zwiększyły się... Ze dwadzieścia czwororękich wbiegło na liany. Gotowe były rzucić się na tratwę. Strzały padały jeden za drugim. Około dwunastu gorylów i szympansów zostało ranionych, zanim tratwa znalazła się pod mostem roślinnym; reszta przestraszona uciekła na wybrzeże.

Teraz znaleziono „klucz” do rozwiązania zagadki, jaki los spotkał doktora Johansena. Przypuszczając, że go mieszkańcy leśni przyjęli w ten sam sposób, jak Kamisa, Maksa Huber i Jana Korta, nie trzeba było nic więcej dla wytłómaczenia jego zniknięcia. Ale i w takim jednak razie powinnyby pozostać jakieś dowody. Instynkty niszczycielskie małp nakazałyby im zniszczyć zupełnie klatkę Johansena. Nie uczyniły tego. W tem coś być musi!...

W tej chwili jednak nie szło o doktora... tratwa była w niebezpieczeństwie. O sto kroków na prawo ukazywał się silny wir wody. Jeżeli tratwa weń wpadnie, zostanie odrzucona ku wybrzeżu. Kamis mógł za pomocą steru utrzymać ją z biegiem wody, lecz zmusić, żeby ukośnie wir ominęła, to przewyższało jego siły. Małpy z prawego brzegu opadną ją w wielkiej liczbie; trzeba było rozpędzić je strzałami. Karabiny ozwały się w chwili, gdy tratwa zaczęła się kręcić pod wpływem prądu wirowego.

Nagle cała banda małp znikła. To nie kule wystraszyły ją i rozpędziły. Od godziny burza się zbierała. Czarne chmury okryły niebo. Błyskawice oblewały ogniem drzewa, wodę, ziemię. Burza rozszalała się z wściekłością, właściwą okolicom zwrotnikowym. Straszne bicie piorunów przeraziło małpy. Uciekły, szukając ukrycia w najgęściejszych zakątach lasu.

W kilka minut obydwa wybrzeża opustoszały. Z całej chmury napastników, zostało tylko około dwadzieścia trupów bez życia, rozciągniętych pomiędzy krzakami.



X.

Ngora!

Nazajutrz, niebo pogodne zajaśniało po nad szczytami drzew. Ziemia obeschła szybko, tak, że można było piechotą chodzić po lesie. Kamis jednak nie chciał opuścić rzeki, wierząc, że za dwa tygodnie tratwa dopłynie do źródeł Ubangi.

Straszne burze z błyskawicami, grzmoty przeciągłe, bicie piorunów, wszystko to skończyło się dopiero o trzeciej godzinie nad ranem. Przybiwszy do brzegu po przez wir, tratwa znalazła bezpieczne schronienie. W tem miejscu rósł olbrzymi baobab, z pniem zupełnie wypróchniałym. Kamis i jego towarzysze ulokowali się tam, przeniósłszy skromne zasoby, narzędzia, broń, amunicyę.

— Słowo daję, burza przyszła w samą porę! — zauważył Jan Kort, który rozmawiał z Maksem, podczas kiedy forloper przygotował resztki zimnej zwierzyny na pierwsze śniadanie.

— Rzeczywiście; burza odstraszyła małpy. Dałby Bóg, żeby te wstrętne zwierzęta nie ukazały się teraz, kiedy przeszła!... W każdym razie miejmy się na baczności.

— Chodziłem po wybrzeżu dosyć daleko — podjął Jan Kort — i nie spostrzegłem nic podejrzanego.

— Dobra wróżba, i mam nadzieję na co innego używać odtąd nabojów, niż na obronę od tych potworów... Myślałem, że cały nas zapas wystrzelamy...

— A zkądbyśmy nowy zdobyli? Nie znajdziemy już chyba drugiej klatki Johansena...

— I pomyśleć, że poczciwy doktór chciał zawiązać stosunki towarzyskie z takiemi istotami!... Wnosząc ze sposobu, w jaki nas przyjęły wczoraj, można sądzić, jak dalece istoty te są cywilizowane.

Kamis przerwał tę rozmowę, wołając towarzyszów na śniadanie. Lango przyniósł kilka jaj kaczych, które schowano na obiad. Dzięki resztkom antylopy, nie trzeba odnawiać prowizyi przed przystankiem południowym.

Po śniadaniu Kamis zabrał się do wyciągnięcia tratwy przez wir na środek rzeki. Wszyscy mu pomagali w tej czynności.

Po tysiącznych usiłowaniach tratwa zaczęła płynąć z biegiem rzeki. Dzień zapowiadał się pogodny. Ani burza, ani deszcz nie groziły. W zamian słońce żarem piekło, upał byłby nie do wytrzymania, gdyby nie silny wiatr z północy.

Rzeka rozszerzała się stopniowo w miarę, jak kierowała się ku południo-zachodowi. Nie było już zielonych sklepień, ani gałęzi sięgających z jednego wybrzeża na drugie.

Ochłonęli cokolwiek z przerażenia nie widząc niebezpieczeństwa, jak w przeddzień. Zresztą małpy nie ukazały się wcale. Wybrzeża jednak nie były puste. Wielka ilość ptactwa wodnego ożywiała je krzykiem i lotem; kaczki, dropie, pelikany, i różne inne — wciąż się pojawiały. Jan Kort zabił kilka ptaków, które posłużyły na obiad, razem z jajami, wybranemi z gniazd przez Langa.

Po południu zrobił się popłoch z bardzo poważnego powodu. O godzinie 4-ej Kamis, który trzymał ster, poprosił Jana, żeby go zastąpił, sam zaś stanął na przodzie. Maks podniósł się, przekonał, że nic nie grozi, ani na prawo, ani na lewo i rzekł do forlopera:

— Czego tak patrzysz?

Kamis wskazał ręką w dół rzeki; woda była tam silnie wzburzona.

— Znowu wir — krzyknął Huber — czy tylko zdołamy go wyminąć.

— To nie wir — szepnął Kamis.

— A co takiego?

Nagły wytrysk wody, na jakie dwanaście stóp wysoki, był odpowiedzią na to pytanie.

— Czyżby wieloryby znajdowały się w rzekach Afryki środkowej? — zawołał Maks zdziwiony.

— Nie... lecz hipopotamy.

W tej chwili dał się słyszeć głośny oddech i jednocześnie wyjrzała z wody olbrzymia głowa.

Hipopotam, mieszkaniec wód rzecznych całej niemal Afryki, jest strasznem zwierzęciem, choć z natury łagodny. Podrażniony, pod wrażeniem bólu, wpada w wściekłość, rzuca się na myśliwych, idzie za nimi, rzuca się także na łodzie, które przewraca wielkiem swojem cielskiem, a szczękami zdolny jest uciąć rękę lub nogę człowiekowi. Żaden z podróżnych naszych, nawet Maks, nie miał ochoty zaczepiać zwierza takich rozmiarów.

— Trzeba przepłynąć niepostrzeżenie — rzekł Kamis. Położymy się, bez hałasu, i bądźmy gotowi rzucić się w wodę, w razie potrzeby...

— Ja zajmę się tobą, Lango — rzekł Maks Huber.

'The Village in the Treetops' by George Roux 21

Położyli się na tratwie, którą prąd szybko unosił.

Zrobiono, jak powiedział forloper. Położyli się na tratwie, którą prąd szybko unosił. Hipopotam dyszał i krząkał, niby wieprz olbrzymi. Niebawem tratwa zadrżała, poniosła się nieco w górę i znów opadła. Woda dookoła była wzburzona. Trwało to chwilę, poczem wszystko wróciło do dawnego spokoju. Kamis podniósł się pierwszy, by zbadać sytuacyę: hipopotama już nie było.

Wieczorem zatrzymano tratwę przy ujściu strumienia u prawego wybrzeża. Było to wyborne miejsce na nocleg, u stóp kępy bananów z szerokiemi liśćmi. Skorupiaki jadalne, znalezione w wielkiej liczbie na wybrzeżu, stanowiły wyborny posiłek.

— Wszystko byłoby dobrze — rzekł Maks Huber — gdybyśmy byli pewni snu spokojnego... Na nieszczęście przeklęte owady nie będą nas oszczędzać... Z łaski moskitów obudzimy się jutro pogryzieni!

Byłoby tak rzeczywiście, gdyby Lango nie znalazł sposobu rozpędzenia chmury moskitów, brzęczących jak pszczoły w ulu. Oddalił się w górę potoku, i po chwili, przywoławszy Kamisa, pokazał mu na brzegu kupy suchego gnoju, pozostawione przez antylopy, jelenie, bawoły i inne, które przychodziły tu gasić pragnienie.

Nawóz ten w ogniu wydaje dym gęsty i ostry; jest to najlepszy i jedyny sposób oddalenia moskitów. Krajowcy używają też tego sposobu.

Za chwilę duży stos wznosił się u stóp bananów. Podniecono ogień suchem drzewem, forloper domieszał nawozu. Wzniósł się obłok dymu i powietrze zostało oczyszczone od nieznośnych owadów.

Ogień całą noc utrzymywali kolejno Jan Kort, Maks Huber i forloper. To też rano, wypoczęci i wyspani, od świtu popłynęli dalej.

Nic niema zmienniejszego, nad klimat Afryki zwrotnikowej. Po wczorajszej pogodzie nastąpił dzień szary; wnet też zaczął padać deszcz drobny, niby woda rozpylona, niemniej przeto nieprzyjemny.

Na szczęście Kamis miał zawsze dobre pomysły. Liście bananów, największe są w całem królestwie roślinnem. Czarni robią z nich dachy. Tuzin liści, powiązanych lianami, starczył na zbudowanie budy na środku tratwy; forloper zrobił to przed odpłynięciem. Podróżni nasi mieli tedy ochronę przed deszczem, który spływał po liściach.

W pierwszej połowie dnia pokazało się kilka małp na prawym brzegu. Było ich może ze dwadzieścia, dużego gatunku, a wzrost ich zdradzał niezbyt przyjazne zamiary.

'The Village in the Treetops' by George Roux 22

Najrozsądniej było unikać wszelkiego z niemi zetknięcia, utrzymując tratwę wzdłuż lewego wybrzeża, tam bowiem nie było widać tych stworzeń złośliwych. Skrócono przystanek popołudniowy, tratwa stanęła tylko raz, dla zabrania antylopy, którą Jan Kort zabił u zakrętu rzeki. Od tego miejsca rzeka nagle zwróciła się ku południowi, a następnie ku wschodowi. Zaniepokoiło to Kamisa; cel podróży był na zachodzie, a tym czasem tratwa płynęła w stronę przeciwną. Nie można było wątpić, iż rzeka wpada do Ubangi, lecz ten zakręt niespodziany mógł się przyczynić znacznie do przedłużenia drogi. Na szczęście, po godzinie żeglugi, forloper spostrzegł że bieg wody powracał do pierwszego kierunku. Można się było spodziewać, iż doprowadzi tratwę do granic Kongo francuskiego, zkąd łatwo dostać się do Libreville.

O godzinie pół do siódmej, silnym zwrotem steru, Kamis przybił do lewego wybrzeża, w głąb małej zatoki ocienionej szerokiemi gałęziami drzew mahoniowych. Deszcz przestał padać; pomimo chmur zasłaniających firmament, noc była ciepła. Niebawem ogień zapłonął pomiędzy kamieniami nad zatoką, lecz jedynie do upieczenia udźca antylopy. Lango napróżno szukał ślimaków, lub bananów. Moskity odpędzano tym samym sposobem, co przeszłej nocy.

O godzinie pół do ósmej wieczorem niezupełnie jeszcze było ciemno. Niepewne światło ogniska odbijało się w wodzie, a na jej powierzchni płynęły krzewy i rośliny, pnie drzew, wyrwane z brzegów. Jan, Maks i Kamis zabrali się do przygotowania noclegu na posłaniu z suchych traw i liści. Lango chodził tam i napowrót po wybrzeżu, przyglądając się płynącym szczątkom.

W tej chwili ukazał się w górze, o jakie trzydzieści sążni, pień drzewa średniej wielkości. Złamany był o pięć do sześciu stóp po nad korzeniami. Około gałęzi, owijały się liście dość gęste, trochę kwiatów, owoców, wszystko, co przetrwało upadek drzewa. Prawdopodobnie piorun je zwalił. Z miejsca, gdzie rosło, upadło na wybrzeże, potem zsuwając się powoli, spadło w wodę i zostało prądem porwane.

Pomiędzy gałęziami Lango dostrzegł istotę żyjącą, która gestami wzywała pomocy. W pół zmroku nie mógł poznać dokładnie, co to było. Chciał już wołać Maksa i Jana, gdy zdarzył się nowy wypadek. Pień znajdował się już nie więcej, niż o czterdzieści metrów, zmierzając do zatoki, gdzie stała tratwa. W tej chwili rozległ się krzyk a raczej wołanie rozpaczliwe, jak gdyby istota ludzka przyzywała pomocy.

Naraz, gdy pień mijał tratwę, istota owa wyskoczyła z pomiędzy gałęzi i rzuciła się w wodę. Przez chwilę płynęła, lecz wkrótce siły ją zawiodły, walczyła z prądem, znikała, to znów ukazywała się i w przestankach wydawała krzyk dziwny, gardłowy. Nie namyślając się długo, Lango rzucił się w rzekę i płynął do miejsca, gdzie stworzenie to zagłębiło się po raz ostatni.

Jan i Maks, słysząc krzyk, nadbiegli nad brzeg zatoki. Zobaczywszy Langa, podtrzymującego jakieś ciało na powierzchni, podali mu rękę, ażeby pomódz dostać się na ląd.

'The Village in the Treetops' by George Roux 23

— Coś ty wyłowił, Lango?

— Dziecko, dziecko.. Byłoby się utopiło... — wołał żałośnie, poczem ukląkł obok małej istoty, którą uratował.

Maks nachylił się, spojrzał zblizka.

— To nie dziecko!

— A co takiego?..

— Małpka... potomek tych obrzydliwych stworzeń, które na nas napadły. Narażałeś życie Lango dla ocalenia tego brzydactwa?

— Nie, nie!.. to jest dziecko!.. powtarzał Lango i, wziąwszy bezprzytomną jeszcze małpkę na ręce, zaniósł do obozowiska, przekonał się, że oddycha, poczem położył na suchej trawie, czekając, żeby oczy otworzyła.

Towarzysze Langa nie zwracali nań uwagi i niebawem zasnęli. Kamis czuwał do północy, Lango nie mógł zasnąć. Z niepokojem oczekiwał poruszenia małej istotki, leżącej obok niego, trzymał jej ręce i nasłuchiwał oddechu... A jakże się zdziwił, gdy około jedenastej usłyszał wymówione słabym głosem słowa:

„Ngora... ngora!” jak gdyby dziecko to przyzywało matki!



XI.

Dzień 19-ty marca.

Na ostatnim przystanku można było obliczyć przypuszczalnie, iż przebyto już dwieście kilometrów w połowie piechotą, w połowie wodą z biegiem rzeki. Zdaniem forlopera, druga część podróży odbędzie się szybko, o ile jakaś przeszkoda nie zatrzyma tratwy.

Ruszono o świcie, z małym pasażerem dodatkowym, z którym Lango nie chciał się rozstać. Maks i Jan nie wątpili, że to była małpka, nawet nie przypatrzyli się jej bliżej. Zajmowało to ich o tyle, że Lango, ocaliwszy jakieś zwierzę od śmierci, pragnął zatrzymać je, jak zatrzymuje się biednego psa, podjętego z litości. A wreszcie, ponieważ oni adoptowali młodego krajowca, i jemu wolno więc adoptować małą małpkę.

Co prawda, gdyby Lango powiedział, że małpka mówi, że powtórzyła kilka razy słowo „ngora”, być może, obudziłaby ich ciekawość!.. Może byliby zbadali staranniej małe zwierzątko. Może byliby w niem odkryli jaką próbkę rasy dotąd nieznanej, rasy czwororękich obdarzonych mową. Lecz Lango milczał, bał się zawodu. Obiecywał sobie, że gdy słowo „ngora” wyraźniej wyjdzie z ust małej istotki, powie zaraz o tem Janowi i Maksowi.

— Jak się ma twoja małpka?.. zapytał Maks, kiedy Lango w godzinę po puszczeniu się na wodę wyszedł z budki.

— Śpi ciągle.

— I chcesz ją koniecznie zatrzymać?

— Tak... jeżeli pozwolisz...

— Nic w tem złego nie widzę Strzeż się tylko, żeby cię nie podrapała...

— Nie!.. nie podrapie!..

— Nie trzeba ufać!... małpa jest zła jak kot...

— Tylko nie ta... taka młoda.. twarz ma taką łagodną...

— Ale, ale, kiedy chcesz z tego zwierzątka zrobić sobie towarzysza, zajmij się wyszukaniem mu imienia...

— Imienia?.. Jakiego?..

— Naprzykład: „Żoko”... wszystkie małpy nazywają się Żoko.

Prawdopodobnie imię to nie podobało się chłopcu. Nic nie odpowiedział i powrócił do swego pupilka.

Całe popołudnie żegluga szła pomyślnie, upał nie bardzo dokuczał.

Ptactwo wodne latało stadami nad bagnem, lecz zwierzęta czworonożne nie pokazywały się przez całe pół dnia, ku wielkiemu niezadowoleniu Maksa Huber. Musiano zadowolnić się ptactwem na południowe śniadanie.

Tego dnia Kamis napróżno szukał dobrego miejsca na przystanek. Wybrzeża jeżyły się olbrzymiemi krzakami i były niemożebne do przybicia. Podróż na tem zyskała, ponieważ tratwa nie przerywała biegu. Żegluga trwała aż do godziny piątej. Jan i Maks rozmawiali o wypadkach podróży.

— Wielki las sprawił nam zawód — mówił Maks — niema w nim nic tajemniczego. Ot, taki sobie las, jak każdy inny, naprzykład na zachodzie Ameryki. A jednak zrazu podniecił moją ciekawość. . . Pamiętasz ogniki na skraju, pochodnie palące się na gałęziach... Potem nikogo!.. Gdzie u dyabła podzieli się owi dzicy?.. Upatruję ich codzień w konarach baobabów, bombaksów, tamaryndów i innych tym podobnych olbrzymów leśnych... Napróżno... żadnej istoty ludzkiej...

— Maksie... przerwał mu Jan.

— Co takiego?..

— Spójrz no w tamtą stronę, na lewe wybrzeże...

— Co? może krajowiec?

— Tak... lecz na czterech nogach... Tam, po nad krzakami wspaniałe dwa rogi wystają...

Forloper spojrzał także.

— To bawół... rzekł.

— Bawół!.. — krzyknął Maks, chwytając karabin.

Kamis pchnął sterem tratwę ku wybrzeżu.

— Ileż befsztyków w perspektywie!.. — mruknął Maks, trzymając karabin oparty o kolano.

— Strzelaj pierwszy, Maksie — rzekł Jan Kort — ja drugi — jeśli będzie trzeba.

'The Village in the Treetops' by George Roux 24

Bawół nie ruszał się z miejsca.

Bawół nie ruszał się z miejsca. Wciągał nozdrzami powietrze, nie domyślając się niebezpieczeństwa.

Nie mogąc mierzyć w serce, Maks Huber zmierzył w piękną głowę zwierzęcia.

Strzał padł. Bolesny ryk rozdarł powietrze.

— Mamy go! — krzyknął Maks Huber.

Rzeczywiście, Jan Kort nie potrzebował strzelać po raz drugi, co oszczędziło naboju. Zwierzę upadło i z pomiędzy krzaków zsunęło się na brzeg, farbując krwią przejrzyste wody rzeki. Ażeby nie stracić tej wspanialej zdobyczy, tratwa przybiła pod sam brzeg, a forloper zajął się zaraz oprawieniem zwierza i wybraniem najlepszych części.

Lango dotychczas tak ciekawy, tym razem nie pobiegł zobaczyć, co się stało. Na huk strzału z karabina, mała istotka obudziła się i zaczęła poruszać rękami, a z ust wyszło jedyne słowo, jakie dotąd Lango pochwycił: „Ngora! ngora!..”

Tym razem Lango nie mógł się mylić. Słowo wyraźnie doszło jego uszu. Wzruszony jękiem bolesnym biednej istoty, ujął jej rękę gorącą. Nabrał świeżej wody w filiżankę i próbował wlać w usta małpki, lecz bez skutku. Szczęki o świetnej białości zębach nie chciały się rozchylić. Lango umoczył tedy troszkę trawy i odwilżył lekko jej usta. Zdawało się, że to robi maleństwu przyjemność. Małpka uścisnęła lekko rękę chłopca i znów wymówiła „ngora”!

Nie trzeba zapominać, że to słowo u krajowców znaczy matka... Czyżby ta mała istotka matki przyzywała? Rozpacz Langa nie miała granic, gdy pomyślał, że słowo to może ujść z ostatniem tchnieniem!

Siedział tak godzinę, to głaszcząc biedne stworzenie, widocznie pogrążone w gorączce, to odwilżając mu usta wodą. Odszedł dopiero wówczas, gdy małpka zasnęła. Postanowił powiedzieć wszystko, stanął więc obok swoich przyjaciół, kiedy tratwa wypływała na środek rzeki.

— No cóż — zapytał Maks Huber, — jakże tam zdrowie twojej małpki?..

Lango spojrzał, jak gdyby wahał się z odpowiedzią. Potem położył rękę na ramieniu Maksa i rzekł:

— To nie małpka...

— Nie małpka?.. powtórzył Jan Kort.

— Uparty jest nasz Lango!.. — podjął Maks. Wbiłeś sobie w głowę, że to jest dziecko, takie jak ty...

— Dziecko... nie takie jak ja... ale dziecko... mówiło... dziś w nocy...

— Mówiło?

— Mówiło także w tej chwili...

— Cóż więc mówiło?

— Powiedziało „ngora”...

— Jakto!.. to słowo, które ja słyszałem?.. — wykrzyknął Jan Kort, nie ukrywając zdziwienia.

— Tak — „ngora”, potwierdził chłopiec.

Dwa przedstawiały się przypuszczenia: albo Lango padł ofiarą złudzenia, albo dostał pomieszania zmysłów.

— Sprawdźmy to — rzekł Jan Kort — może to i prawda; a w takim razie, kochany Maksie, znajdziesz to, czego tak poszukujesz: coś niezwykłego.

Weszli obydwa do budki i badali śpiące stworzenie. Na pierwsze wejrzenie istotka ta wydawała się małpą. Jedno tylko uderzyło Jana, że miała dwie ręce, kiedy wszystkie małpy mają cztery, a nogi kształtu nóg ludzkich. Jan Kort zwrócił na to uwagę Maksa:

— Ciekawe... bardzo ciekawe...

Wzrost tej istotki nie przenosił siedmdziesiąt pięć centymetrów. Co prawda wydawała się starszą nad lat pięć. Skórę miała bez włosów, tylko na piersiach, łydkach i nogach lekki puch rudawy. Ręce nie były zbyt długie. Ogona nie posiadała wcale, głowę miała okrągłą, nos płaski, czoło trochę w tył podane. Włosy były gęste i kędzierzawe, jak u krajowców Afryki środkowej. Stanowczo był to typ więcej ludzki, niż małpi. W dodatku Lango zapewniał, że mówi...

Dwaj przyjaciele siedzieli w milczeniu w nadziei, że małe usta otworzą się, podczas gdy Lango zwilżał jej czoło i skronie. Oddech wreszcie miała wolniejszy a gorączka widocznie przechodziła.

— Nareszcie wargi rozchyliły się lekko:

— Ngora... ngora!.. powiedziała głosem słabym.

— To przechodzi wszelkie pojęcie! — rzekł Maks Huber.

Obydwa nie chcieli jeszcze wierzyć własnym uszom. Jakto! ta istota posiadała dar mowy! Wprawdzie dotąd wymówiła jeden tylko wyraz z języka krajowców, ale można było przypuszczać, że używa innych, że myśli i umie słowami tłómaczyć te myśli?.. Szkoda tylko, że oczu nie otwierała, że nie można było zobaczyć, czy myśl w tych oczach się odbija.

Jan Kort pochylony nad tem dziwnem stworzeniem, śledził słów lub krzyku jakiego. Jakież było jego zdziwienie, gdy dostrzegł sznurek około małej szyi. Dotknąwszy sznurka, przesunął go i nagle krzyknął:

— Medalionik!...

— Medalionik? powtórzył Maks Huber.

Jan Kort odwiązał sznurek.

Tak, medalionik niklowy, niewielki, na jednej stronie wyryte nazwisko, na drugiej profil. Nazwisko i profil doktora Johansena.

— Znowu on!... wykrzyknął Maks Huber.

Że te medaliony zostały rozrzucone w okolicach Kamerunu, w tem nie było nic zadziwiającego, ponieważ doktór rozdawał je krajowcom, lecz medalion uwieszony na szyi tego dziwnego mieszkańca lasu Ubangi... — to rzecz istotnie niezwykła.

— Dziwne!... — oświadczył Maks Huber — chyba, że małpy ukradły medalion ze szkatułki doktora...

W tej chwili dał się słyszeć głos forlopera:

— Panie Maksie!... panie Janie!...

Dwaj przyjaciele wyszli z budki i zbliżyli się do niego.

— Posłuchajcie — rzekł Kamis.

O pięćset metrów z biegiem wody rzeka skręcała gwałtownie na prawo pod gęstemi drzewami. Dochodził ztamtąd szum głuchy, podobny do ryku zwierząt. Był to rodzaj stłumionego grzmotu, który zwiększał się w miarę zbliżania się tratwy...

— Szum podejrzany... — rzekł Jan Kort.

— Którego pochodzenia nie mogę rozpoznać — dodał Maks Huber.

— Może tam jest spadek lub wir?... rzekł forloper. Wiatr ciągnie z południa i czuję, że jest wilgotny!

Kamis się nie mylił. Na powierzchni rzeki kłębiła się mgła gęsta, która mogła pochodzić tylko z gwałtownego wzburzenia wody. Jeżeli rzeka była zawalona jaką przeszkodą, jeżeli żegluga zostanie przerwaną, byłby to wypadek poważny. Tratwa płynęła z gwałtowną szybkością. Po wyminięciu zakrętu, obawy forlopera okazały się aż nadto usprawiedliwionemi. O jakie sto sążni nagromadzenie skał ciemnych, tworzyło zaporę od jednego do drugiego wybrzeża; środkiem tylko wody wpadały wściekle, okrywając skały pianą.

'The Village in the Treetops' by George Roux 25

Gwałtowny bałwan wody wtrącił ich w odmęt.

Z dwóch stron woda rozbijała się o tamę naturalną, a w niektórych miejscach przelatywała przez wierzch. Jeżeli tratwa nie dosięgnie jednego z wybrzeży, jeżeli nie uda się uczepić jej mocno, roztrzaska się o zaporę, albo zakręci się i w wir wpadnie. Wszyscy zachowali krew zimną. Nie było chwili do stracenia, gdyż szybkość pędu coraz bardziej się zwiększała.

— Do brzegu... do brzegu!... krzyknął Kamis.

Godzina była w pół do siódmej. Dzień chmurny, zmrok zapadał.

Kamis ostatnich sił dobywał, Maks mu pomagał. We dwóch udałoby im się dobić do brzegu, gdy nagle ster pękł, a tratwa poszła z biegiem wody.

— Bądźmy gotowi do wyskoczenia na skały, zanim wir nas porwie... zarządził Kamis.

Lango słysząc hałas, wyszedł z budki. Spojrzał i pojął niebezpieczeństwo. Zamiast myśleć o sobie, myślał o swojem wychowańcu. Wziął go na ręce i ukląkł na tyle tratwy.

Tratwa pędziła prosto na wir. Jeszcze chwila i uderzyła gwałtownie w skały po lewej stronie. Napróżno Kamis i jego towarzysze próbowali uczepić się steru. Gwałtowny bałwan wody wtrącił ich w odmęt.

Tratwa roztrzaskała się w kawałki, które spłynęły na falach wzburzonych.



XII.

W lesie.

Nazajutrz trzej podróżnicy leżeli rozciągnięci, pogrążeni w śnie kamiennym, w pobliżu dopalającego się ogniska. Która mogła być godzina? Zważywszy czas od wczoraj, powinno być po wschodzie słońca. Lecz w której stronie był wschód?...

Gałęzie drzew, splątane w kunsztowne rusztowanie; w górze liście gęste, zbite; ani światło gwiazd, ani promienie słońca nie mogło się przez nie przedrzeć.

Jakim sposobem podróżnicy nasi dostali się w to miejsce?.. Po rozstrzaskaniu tratwy o zaporę, po próżnych usiłowaniach uczepiania się skał, wtrąceni zostali w wir straszny.

Jan Kort zbudził się pierwszy. Ze zdziwieniem dostrzegł ognisko, a obok kawał mięsa bawolego. W pobliżu spali Kamis i Maks. Langa nie było. Zamyślił się na chwilę, chcąc zdać sobie sprawę z sytuacyi.

Gąszcz lasu nie pozwalał na zoryentowanie się, czy to dzień był, czy noc głęboka.

— Zapewne Maks i Kamis uratowali się i mnie bezprzytomnego przynieśli tutaj. Ale gdzie my jesteśmy — pomyślał Jan Kort.

Podniósł się i dorzucił trochę suchej trawy i gałęzi do ogniska. Trzeszczenie paliwa zbudziło śpiących. Otwarli oczy, rozglądali się przez chwilę na pół przytomnie.

Kamis wyciągnął rękę do Jana:

— Dzięki ci. Wydobyłeś mnie z topieli; uratowałeś mi życie...

— Ależ nie!... to ty chyba!...

— Jakto?... co?...

Wkrótce przyszło do wyjaśnień. Wszyscy trzej, rzuceni w wir stracili przytomność i do tej chwili nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Kto ich tu przyniósł? kto rozpalił ognisko? kto złożył na ziemi kawał mięsa? ile godzin przespali?... Na pytania te nie było odpowiedzi.

Zdziwienie, zdumienie ogarnęło wszystkich.

— A Lango?... zawołał Jan Kort.

— Zapewne zginął, kiedy go niema z nami!... Ci, co nas ocalili, jego widocznie nie mogli wyciągnąć z nurtów...

— Biedny chłopiec!...

— Kiedy chcę sobie przypomnieć, jak to było, — mówił Maks — nie mogę odnaleźć faktów, jakie towarzyszyły uderzeniu tratwy o zaporę.. Trochę przedtem, zdaje się, widziałem, jak Kamis rzucił broń i narzędzia na skały... Następnie w chwili, gdyśmy zostali pogrążeni, zdawało mi się... tak... zdawało mi się, że spostrzegłem na lewem wybrzeżu ludzi...

— Ludzi... rzeczywiście — przerwał żywo Jan Kort — krajowców, którzy krzycząc, gestykulując, biegli do skał, zawalających koryto rzeki...

— Widział pan krajowców?... wykrzyknął forloper.

— Około dwunastu. Im to zapewne winniśmy ocalenie... Tak, to oni wyciągnęli nas z wody...

— A potem bezprzytomnych przenieśli w to miejsce... razem z resztą naszej prowizyi... W końcu, rozpaliwszy ogień, znikli pośpiesznie...

— I nawet znikli tak dobrze, że nie odnajdziemy ich śladu. Dowód, że nie dbali o naszą wdzięczność...

— Cierpliwości, kochany Maksie — odparł Jan Kort — może być, że są dokoła tego obozowiska... Jak to przypuścić, że nas tu sprowadzili, aby potem porzucić na los szczęścia...

— I w jakiem miejscu?... zawołał Maks Huber. Pomimo dnia, ciemno jak w noc najczarniejszą...

— Zkąd pewność, że to dzień?... zauważył Jan Kort.

'The Village in the Treetops' by George Roux 26

Kwestya ta niebawem rozstrzygnęła się twierdząco. Pomimo gęstości liści, z góry przebijało niepewne światło. Nie było wątpliwości, że w tej chwili słońce zajaśniało na horyzoncie. Zegarki Jana i Maksa zamoczone, nie mogły godzin wskazywać. Trzeba będzie kierować się położeniem tarczy słonecznej. Ale czy promienie przenikną przez taką masę liści? Podczas kiedy dwaj przyjaciele zamieniali pytania, na które sami nie wiedzieli co odpowiedzieć, Kamis słuchał w milczeniu. Podniósł się, przebiegł szczupłe miejsce pomiędzy olbrzymiemi drzewami, otoczone jak murem przez liany i kolczaste krzewy. Jednocześnie szukał kawałka nieba pomiędzy gałęziami.

— Panie Maksie, — zapytał po chwili — czy pewny jesteś, żeś widział krajowców na skałach nad brzegiem.

— Jak najpewniejszy, w chwili gdy tratwa się rozbijała...

— Na którym brzegu?

— Na lewym.

— Widziałeś pan dobrze.. na lewym.

— Tak... widziałem.

— Jesteśmy zatem na wschód rzeki?

— Bezwątpienia, — i co za tem idzie — dodał Jan Kort — w najodleglejszej części lasu... Lecz w jakiej odległości od rzeki Johansen...

— Nie może być znaczna — rzekł Maks Huber. Niepodobna, aby nasi zbawcy przenieśli nas daleko...

— Z pewnością — potwierdził Kamis — rzeka nie może być daleko, trzeba więc powrócić do niej, potem podjąć napowrót żeglugę poniżej zapory, jak tylko zbudujemy tratwę...

— Czem jednak żywić się do tej pory, i potem, podczas żeglugi do Ubangi? — rzekł Maks Huber. Nie mamy ani karabinów, ani amunicyi...

— A najpierw — zapytał Maks Huber — którędy wyjść z tego więzienia.

— Tędy — odpowiedział forloper i wskazał na porozrywane liany w jednem miejscu, przez które rozbitków przyniesiono w to miejsce. Po za otworem rysowała się ciemna i kręta ścieżka.

Gdzie ta ścieżka prowadziła... — Czy do rzeki?... Czy krzyżowała się z innemi?... Czy nie zagrażało zabłądzenie w tym labiryncie?... Wreszcie, zanim upłynie czterdzieści ośm godzin, reszta bawołu będzie zjedzona... A potem?...

— W każdym razie — zauważył Jan Kort — nic tu nie wysiedzimy, trzeba raz ruszyć się z miejsca...

— Posilmy się najpierw.

Kawałek mięsa podzielono na trzy części. Musieli się zadowolnić skąpym posiłkiem.

— I powiedzieć — odezwał się Maks Huber — że nie wiemy, czy to śniadanie, czy obiad...

— Nic nie szkodzi; żołądek na to nie uważa...

Usiedli wszyscy i jedli chciwie. Milczenie; ciemność i wilgotne wyziewy gruntu, usposabiały ociężale. Owady tylko brzęczały, jak zwykle i nie szczędziły ukąszeń. Po zjedzeniu podnieśli się. Kamis zabrawszy kawałek bawołu, skierował się ku przejściu pomiędzy lianami.

Przed odejściem Maks Huber silnym głosem zawołał:

— Lango!... Lango!... Lango!...

Napróżno. Nawet echo nie powtórzyło imienia chłopca.

— Idźmy — rzekł forloper — i poszedł naprzód. Zaledwie jednak stąpił nogą na ścieżkę, stanął...

'The Village in the Treetops' by George Roux 27

— Światło... krzyknął.

— Maks Huber i Jan Kort podbiegli szybko.

— Krajowcy? — rzekł jeden.

— Czekajmy! — opowiedział drugi.

Światło, prawdopodobnie pochodnia, ukazała się w kierunku ścieżki o kilkaset kroków.

Gdzie szedł ten lub ci, którzy nieśli pochodnię?... Czy trzeba było obawiać się napadu? A może to pomoc przybywała? Kamis i dwaj przyjaciele, wahali się iść dalej.

Upłynęło kilka minut. Pochodnia nie ruszyła się z miejsca.

— Co robić? — zapytał Jan Kort.

— Iść do tego światła, skoro ono nie przychodzi do nas.

— Idźmy — rzekł Kamis.

Forloper postąpił kilka kroków ścieżką; pochodnia się oddaliła. Czy krajowiec, który ją niósł, spostrzegł, że trzej podróżni ruszyli z miejsca? Czy chciał im przyświecać, doprowadzić do rzeki Johansen, lub do innej wpadającej do Ubangi?

Nie było czasu na domysły. Trzeba najpierw iść za światłem, potem starać się znaleść drogę na południo-zachód.

— Idźmy — powtórzył forloper.

I puścili się wązką ścieżką .po gruncie wydeptanym oddawna; liany były poprzerywane, krzaki rozsunięte. Szli tak aż do południa, a kiedy zatrzymali się na odpoczynek po tym pierwszym etapie, światło zatrzymało się także.

— To przewodnik — rzekł Maks Huber — przewodnik bardzo grzeczny... Gdybyśmy tylko wiedzieli, dokąd nas prowadzi...

— Niech wyprowadzi z tego labiryntu, — odpowiedział Jan Kort — nie żądam więcej! No cóż, kochany Maksie, przyznasz, że wszystko to jest co najmniej dosyć nadzwyczajne?

— Rzeczywiście.

Po południu kręta ścieżka ciągnęła się pod gałęziami coraz ciemniejszemi. Kamis szedł naprzód, towarzysze za nim, gdyż przejście było tylko na jedną osobę. Jeżeli przyśpieszyli kroku, aby zbliżyć się do przewodnika, ten robił to samo, utrzymując wciąż jednakową odległość.

Około szóstej godziny, jak im się zdawało, uszli prawie pięć mil. Pomimo zmęczenia, Kamis miał zamiar iść za światłem, dopóki będzie widoczne, gdy nagle światło zagasło.

— Odpocznijmy — rzekł Jan Kort. Widocznie dano nam wskazówkę...

— Raczej rozkaz — zrobił uwagę Maks Huber.

— Bądźmy posłuszni — odrzekł forloper — i przenocujmy w tem miejscu.

— Lecz czy jutro światło się znów ukaże?...

Rozciągnęli się u stóp drzewa. Podzielili się kawałkiem bawołu i na szczęście mogli ugasić pragnienie z małego strumyka wijącego się pomiędzy drzewami.

— Kto wie — zauważył Jan Kort — czy nasz przewodnik nie wybrał umyślnie tego miejsca, abyśmy mogli ugasić pragnienie?

— Uprzejmość godna uznania — odrzekł Maks Huber, czerpiąc liściem zwiniętym trochę świeżej wody.

Zmęczenie przemogło niepokój, sen nie dał na siebie czekać. Lecz Maks i Jan przed zaśnięciem mówili o Langu... Czyżby utonął?... Jeżeli go ocalono, dla czego nie połączył się z nimi?

Kiedy obudzili się, słaba jasność przebijająca się przez zwarte gałęzie wskazywała, że to dzień. Kamisowi zdawało się, że idą w kierunku wschodu. Na nieszczęście, był zły to kierunek... W każdym razie trzeba było znów puścić się w drogę.

— A światło?...

— Już się ukazuje — odrzekł Kamis.

— Słowo daję, — wykrzyknął Maks Huber — to gwiazda magów... Tylko nie na zachód nas prowadzi.

W dniu tym nie zdarzył się żaden wypadek. Pochodnia gorejąca prowadziła wciąż mały orszak, a zawsze w kierunku wschodnim. Z każdej strony ścieżki gąszcz był nieprzebyty, pień przy pniu... Jednak w kilku punktach, ścieżki niemniej wązkie przecinały tę, którą wybrał przewodnik; bez niego Kamis nie wiedział-by na którą z nich skręcić. Po drodze nie widzieli żadnego zwierza. To też, gdyby nawet mieli fuzye, nie byliby zabili ani jednej sztuki. Z usprawiedliwionym niepokojem, myśleli o pożywieniu.

Tak samo, jak w przeddzień, pochodnia zagasła około szóstej godziny wieczorem, i tak, jak poprzednia, noc przeszła spokojnie. Jan Kort wstał pierwszy i obudził kolegów.

— Był tu ktoś, podczas kiedyśmy spali!

Rzeczywiście, w pobliżu palił się nieduży ogień, i kawał antylopy wisiał nad nim, na gałęzi akacyi, obok małego strumienia.

Tym razem Maks Huber nawet się nie zdziwił. Wszyscy trzej tak dalece pogodzili się z tą niezwykłością, że uważali ją za rzecz naturalną. Nie badali wcale, kto był owym przewodnikiem nieznanym, który wiódł ich do niemniej nieznanego celu, nad tym duchem wielkiego lasu, za którego śladem szli jak z zawiązanemi oczyma. Zjedli resztę mięsa, potem Kamis upiekł kawał antylopy, który mógł wystarczyć na dwa posiłki.

W tej chwili pochodnia dała znak do pochodu. Ruszyli w tych samych warunkach. Po południu gąszcz zaczął przerzedzać się stopniowo. Światło dnia wpadało trochę przez wierzchołki drzew. W ciągu dnia przebyto znów pięć do sześciu mil. Od rzeki Johansen mogli być już oddaleni o jakie sześćdziesiąt kilometrów.

Wieczorem, gdy pochodnia zagasła, zatrzymali się na odpoczynek. Zapewne była noc, gdyż ciemność panowała pod drzewami. Zmęczeni, po spożyciu kawałka antylopy, i napiciu się świeżej wody, zasnęli odrazu...

I we śnie zapewne, zdawało się Maksowi Huber, że słyszy muzykę. Był to znany mu walc z „Wolnego strzelca” Webera.



XIII.

Wieś napowietrzna.

Nazajutrz po przebudzeniu Jan Kort, Maks Huber i Kamis zdziwili się niepomiernie: ciemniej jeszcze było. Światło, które ich dotąd prowadziło, wcale się nie ukazywało.

— Zapomniano o nas; — rzekł Jan — nie tylko ze światłem, ale i z żywnością nikt się nie pojawił.

— A może już przybyliśmy do celu, do którego prowadzili nas dotychczas nasi przewodnicy!...

Las był ciemny zupełnie. Gałęzie, poplątane w górze, tworzyły jakby sklepienie, przez które światło przedrzeć się nie mogło.

Upłynęła godzina. Kamis wodził wciąż oczyma dokoła, wypatrując pochodni przewodniczej... Światło się nie ukazywało...

— Jednak — odezwał się Jan — będziemy zmuszeni bądź co bądź udać się w drogę. Czy nie lepiej byłoby zaraz to zrobić?

— Dobrze, ale w którą stronę?...

Była to kwestya trudna do rozwiązania.

— Wszystko jedno w którą, byle wyjść z tej ciemnicy.

— W drogę zatem! — zakomenderował Kamis.

'The Village in the Treetops' by George Roux 28

Wszyscy trzej posuwali się powoli, prawie omackiem. Trwało to może godzinę. Z góry, jak gdyby z pod sklepienia dochodziły ich uszu jakieś odgłosy, dziwne, niewytłómaczone. A może to tylko złudzenie. Kamisowi zdawało się kilka razy, że jakieś cienie snują się pomiędzy drzewami.

Po upływie godziny podróżni nasi, znużeni, usiedli pod jakiemś wielkiem drzewem. Oczy ich przyzwyczaiły się już do ciemności. Mogli już rozpoznawać przedmioty o kilka kroków przynajmniej.

Nagle forloper zawołał:

— Coś się tam rusza...

Zwierzę czy człowiek?...

— Zdaje się, że dziecko.

— Napewno małpa!...

Nieruchomi milczeli, żeby nie odstraszyć zwierzęcia. Gdyby udało się je złapać... Byłaby jakaś żywność. Ale przy czem ją upiec?...

— To on... to on!... — zawołał znów Kamis — wychowaniec Langa.

— A więc i Lango tu być musi!...

— Czy tylko się nie mylicie?... — zapytał Maks.

— Zaraz zobaczymy — odrzekł Jan i wyjął z kieszeni medalionik, zdjęty z szyi małego. Trzymając go za sznurek, bujał nim, aby wpadł w oczy dziecka.

Zaledwie mały spostrzegł medalik, zbliżył się jednym skokiem. Nie był już chory, napewno! Przez trzy dni nieobecności odzyskał zdrowie, a jednocześnie giętkość naturalną. To też rzucił się na Jana, z widoczną intencyą odebrania swej własności.

Kamis schwycił go, a mały nie zawołał już „ngora,” tylko, czysto wyraźnie:

— Li-Mai!... Ngala... ngala!...

Nikt tych słów nie rozumiał. Malec wciąż wrzeszczał.

Na krzyk jego ukazały się liczne stworzenia, mające co najmniej pięć i pół stóp wysokości. W jednej chwili forloper, Maks i Jan pochwyceni za ramiona, pchani naprzód, zmuszeni byli iść pomiędzy drzewami, otoczeni całą bandą, i zatrzymali się dopiero po przebyciu około sześciuset metrów.

W tem miejscu dwa pochylone ku sobie drzewa, tworzyły rodzaj schodów. Ku schodom tym zwróciła się cała gromada. W miarę, jak wznoszono się w górę, przez szpary między gałęziami wpadało światło, którego nasi podróżnicy nie widzieli od czasu oddalenia się od rzeki Johansen. Jakież było zdziwienie naszych podróżnych, gdy na jakie pięćdziesiąt stóp nad ziemią ujrzeli wielką platformę, oświeconą słońcem, wśród wierzchołków drzew zieleniejących.

'The Village in the Treetops' by George Roux 29

Na platformie stały szałasy z ziemi i liści.

Na platformie stały szałasy z ziemi i liści, po obu stronach ulicy. Tworzyły one wioskę na tak rozległej przestrzeni, iż nie można było dojrzeć granic. Wśród szałasów uwijały się gromady podobnego typu, jak wyratowany przez Langa.

Postawa ich taka sama, jak u ludzi, wskazywała iż chodzili na nogach. Istoty te eskortowały naszych podróżnych, rozmawiając w języku niezrozumiałym, i popychały ich do szałasu wśród tłumu, który patrzył bez nadzwyczajnego zdziwienia. Wreszcie drzwi zamknęły się za nimi, i przekonali się, że są uwięzieni.

— Nareszcie!.. — rzekł Maks Huber. — Po tylu tygodniach podróży znaleźliśmy się w osadzie istot żywych i, jak się zdaje, ludzi.

— Czy tylko te istoty mają zwyczaj żywić swych więźniów...

— Raczej, czy nie mają zwyczaju żywić się więźniami...

— Prawdopodobnie jest to wioska rodzinna tego małego, którego Lango wydobył z wody...

— A więc i Lango tu być musi. Gdy dowie się o nas, zapewne przybiegnie do naszego więzienia.

Jakby w odpowiedzi na te słowa, drzwi otworzyły się nagle i ukazał się Lango.

— Lango!.. Lango!.. krzyknął Jan Kort.

— Maksie... Janie! — wołał Lango, rzucając się w objęcia przyjaciół.

— Jak dawno tu jesteś?.. zapytał forloper.

— Od wczoraj rano... Przyniesiono mnie przez las...

— A kto cię przyniósł?..

— Jeden z tych, którzy mnie wyratowali i którzy was wyratowali także...

— Ludzie?..

— Tak... wcale nie małpy... o nie!

Lango opowiedział pobieżnie swoją historyę. Kiedy tratwa uderzyła o skały, zostali pogrążeni w wir, on i Li-Mai...

— Li-Mai?..

— Tak, Li-Mai... tak mu na imię. Powtórzył on kilka razy wskazując na siebie: Li-Mai... Li-Mai...

— Więc on ma imię?.. rzekł Jan Kort.

— Widocznie; wymawiając je, zawsze na siebie wskazuje.

— Czy to plemię także ma swoją nazwę.

— Tak... Wagdi... — odpowiedział Lango. Słyszałem, jak Li-Mai nazywa ich Wagdi!

Otóż ci Wagdi znajdowali się na lewem wybrzeżu, kiedy nastąpiła katastrofa. Pobiegli do rzeki, rzucili się w jej nurty na ratunek Li-Mai i Langa. Lango stracił przytomność, nie pamiętał już, co potem nastąpiło i myślał, że jego przyjaciele utonęli. Kiedy odzyskał przytomność, trzymał go w objęciu silny i tęgi Wagdi, ojciec właśnie Li-Mai, a ten znów był w objęciu „ngora”, swojej matki. Z wielkiem staraniem przeniesiono ich do wioski. Li-Mai prędko odzyskał siły. Chory był tylko z wycieńczenia i głodu. Teraz on stał się protektorem Langa. Ojciec i matka Li-Mai okazali się bardzo wdzięcznymi. Li-Mai prawie ani na chwilę nie odstępował Langa. On to przyprowadził go przed ten szałas.

— Jaki on poczciwy, ten Li-Mai!.. — unosił się Lango.

— Dobrze, dobrze, — przerwał mu Maks Huber — lecz umieramy z głodu i zanim będziesz dalej opowiadał, jeżeli możesz...

Lango wybiegł i powrócił niebawem, niosąc duży kawał pieczonego bawołu, owoce chlebowe, świeże banany i w tykwie wodę czystą z sokiem z drzewa kauczukowego. Jan, Maks i Kamis rzucili się chciwie na jedzenie. Za chwilę z kawała pieczeni i bananów, zostały tylko kości i łupiny.

Jan Kort, syty już, pytał Langa, czy ci Wagdi byli liczni.

— Bardzo... bardzo!.. Widziałem ich dużo.

— Jak w wioskach Bornu lub Bagirmi?

— Tak...

— I nigdy nie schodzą na ziemię?

— Schodzą... schodzą... zbierać korzonki, owoce... polować... czerpać wodę...

— I mówią?..

— Tak... ale ja ich nie rozumiem... A jednak... czasem jakie słowo... które mówi Li-Mai.

— A ojciec... matka tego małego?

— Oh! bardzo dla mnie dobrzy... to, co wam przyniosłem, od nich pochodzi...

— A jak się nazywa ta wieś na drzewach?

— Ngala.

— Czy jest jaki naczelnik w tej wsi? — zapytał Jan Kort.

— Tak...

— Widziałeś go?

— Nie, ale słyszałem że go nazywają Mselo-Tala-Tala.

— Słowa z języka krajowców Kongo!.. zawołał Kamis — znaczą one „Ojciec zwierciadło.” Tak nazywają mieszkańcy Kongo ludzi, którzy noszą okulary.



XIV.

Wagdi.

Maks Huber przyznał nareszcie, że Wielki las kryje w sobie rzeczy nadzwyczajne. Plemię Wagdi nigdy jeszcze, przez żadnego z podróżników, nie było opisywane.

— Co za wspaniała sposobność do obserwacyi nad ludzkością pierwotną — mówił zachwycony — bo nie ulega chyba wątpliwości, że Wagdi są ludźmi pierwotnymi, którzy nie wiele odbiegli od swego prototypu, jeżeli wogóle o prototypie ludzkości może być mowa. Opis tych istot utworzy dzieło wspaniałe.

— Czy jednak będzie można dokonać takiego opisu? — zauważył Maks. — Czy ci „pierwotni”, jak ich nazywasz, pozwolą nam żyć wśród siebie swobodnie? Czy nas wypuszczą ztąd żywcem?

— Nie wątpię. Z tego, co słyszę, jest to społeczeństwo zorganizowane. Zresztą postaramy się o pozwolenie.

— A do kogo się po nie zwrócimy?.. — zapytał Kamis.

— Do jego królewskiej mości „Ojca zwiercadło.” Ciekawa rzecz, dla czego poddani go tak nazywają?

— I to w języku Kongo.

— Może jego królewska mość nosi okulary?

Rozmowę przerwało wejście nowego gościa, znanego już naszym podróżnikom.

Był to Li-Mai. Wszedł śmiało i poszedł do Langa. Jan Kort miał sposobność przypatrzenia się uważnie tej dziwnej istocie. Drzwi chaty były otwarte, Maks Huber zaproponował więc, żeby wyjść i zapoznać się z ludnością napowietrzną. Li-Mai, jak gdyby zrozumiał życzenie, wypowiedziane w obcym mu języku, wziął Langa za rękę i wyprowadził go z szałasu. Niebawem wszyscy znaleźli się na wolności.

Wioskę ocieniały wierzchołki drzew, których pnie podtrzymywały zabudowania napowietrzne. Po przez liście wpadały promienie słoneczne. Pogoda była przepiękna. Wiatr niósł przejmujące zapachy leśne i odświeżał powietrze.

Podróżnych naszych nikt nie zaczepiał. Wagdi, mężczyźni, kobiety, dzieci, patrzyli na nich nie okazując zdziwienia. Mówili pomiędzy sobą głosem chrapliwym, krótkiemi frazesami, wymienianemi szybko i niezrozumiale. Forloperowi zdawało się, iż dosłyszał kilka słów w języku mieszkańców Kongo. Jan Kort z większem jeszcze zdziwieniem zauważył jakby dźwięki wyrazów niemieckich, między innemi „Vater” i zwrócił na to uwagę swoich towarzyszów.

Od czasu do czasu Li-Mai puszczał rękę Langa, szedł do jednego lub drugiego ze starszych, jak dziecko żywe i wesołe. Wydawał się dumny z oprowadzania cudzoziemców po ulicach wioski. Nie robił tego bezmyślnie, — prowadził ich z celem, trzeba było iść tylko za tym przewodnikiem.

Ludzie „pierwotni,” jak ich Jan Kort nazwał, nie byli zupełnie nadzy. Nie mówiąc już o rudawej sierści, pokrywającej niby puch ich ciało, mężczyźni i kobiety okryci byli około bioder trawą.

Włosy mieli wełniste, jak u plemion Afryki zwrotnikowej, i rzadki zarost na brodzie; nogi z krótkiemi palcami. Nie ulegało wątpliwości, że posługiwali się mową. Nie kierowali się samym tylko instynktem: myśleli, posiadali wyobraźnię i wyrazy, których połączenie tworzyło język.

Obserwując obyczaje i zwyczaje tego plemienia leśnego, Jan, Maks i Kamis zapuszczali się coraz dalej w ulice wioski. Wieś była duża... — musiała chyba mieć ze trzy kilometry obwodu.

— Natura, która się nigdy nie myli, miała racyę, dając Wagdisom pociąg do życia napowietrznego. Zamiast pełzać po gruncie niezdrowym, do którego światło słońca nigdy nie dochodzi, żyją w powietrzu zdrowem, u wierzchołków lasu.

Większość lepianek, czystych i zielenią okrytych, zbudowanych w kształcie ulów, była na rozcież otwarta. Kobiety zajmowały się wewnątrz pilnie, lecz w sposób nader pierwotny, gospodarstwem domowem. Dzieci było bardzo dużo, niektóre matki karmiły. Mężczyźni zbierali owoce pomiędzy gałęziami, inni schodzili po schodach w głąb lasu, to znów powracali ze zwierzyną, lub nieśli w naczyniach glinianych wodę zaczerpniętą w potoku.

— Szkoda, że nie znamy języka tych pierwotnych ludzi, — rzekł Maks Huber. Nie będziemy mogli nigdy rozmawiać, ani poznać ich dokładnie...

Ponieważ mowa wagdisów, po tem co słyszano u Li-Mai, zawierała w sobie wyrazy, używane przez krajowców Kongo, Kamis probował rozmawiać z malcem w tym języku. Lecz choć Li-Mai wydawał się inteligentny, nic nie rozumiał.

Po godzinie przechadzki podróżni nasi doszli do końca wsi. Tu wznosiła się lepianka większa i wspanialsza. Zbudowana pomiędzy gałęziami olbrzymiego bombaksa (serecznika), front miała osłonięty krzewami, dach ginął wśród szerokich liści. Przed zamkniętemi drzwiami stało dwóch tęgich i silnych wagdich. Jan wpadł na domysł, że jest to rezydencya naczelnika tej wioski. Chcąc się o tem przekonać, wziął Li-Mai za ramiona, obrócił ku lepiance i rzekł:

— Mselo-Tala-Tala?..

Otrzymał tylko potwierdzające kiwnięcie głową.

Tu więc mieszkał naczelnik wsi Ngala, jego królewska mość wagdyjski. Maks Huber bez żadnej ceremonii skierował się do lepianki, dziecko jednak uchwyciło go za rękę, przytrzymując z prawdziwem przerażeniem.

Maks zaczął się wyrywać, powtarzając po kilkakroć: „Mselo-Tala-Tala!..” Lecz mały nie dał mu iść do lepianki.

Więc tam nie wolno było się zbliżyć?

'The Village in the Treetops' by George Roux 30

Dwaj wagdi bronili wejścia do lepianki.

Rzeczywiście, dwaj wagdi, potrząsając bronią, rodzajem toporów i włóczni, bronili wejścia do lepianki.

— Ha!.. skoro nie możemy widzieć tego monarchy, napiszemy do niego, prosząc o audyencyę...

— Dobryś! — odparł Jan Kort — ci „pierwotni” mówią wprawdzie, lecz chyba ani czytają ani piszą!.. Zdaje się, że nie dosięgli jeszcze tego stopnia cywilizacyi.

— I ja tak myślę, Janie. W dodatku, jak korespondować z ludźmi, których języka — nie znamy?

— Musimy więc wyrzec się przyjemności oglądania naczelnego wodza. Cóż robić!.. Chodźmy dalej za tym małym.

— Czy nie poznajesz lepianki jego ojca i matki?.. zapytał Jan Kort Langa.

— Nie. Jest ona gdzieś w tej stronie — odpowiedział Lango, — lecz właśnie... Li-Mai nas tam prowadzi!.. Trzeba iść za nim.

A zbliżywszy się do dziecka i wyciągając rękę na lewo od lepianki królewskiej:

— Ngora... ngora.. — powtórzył.

Dziecko zrozumiało, gdyż dało znak potwierdzający głową.

— To dowodzi — zauważył Jan Kort — że znak potwierdzający i przeczący jest jednakowy u wszystkich istot ludzkich...

'The Village in the Treetops' by George Roux 31

W kilka minut nasi podróżnicy weszli w dzielnicę wioski więcej zacienioną wierzchołkami drzew. Li-Mai zatrzymał się przed lepianką czyściutką, z dachem z szerokich liści bananowych. Ziemia ubita tworzyła podłogę w lepiance, do której wchodziło się drzwiami, w tej chwili otwartemi. Wnętrze stanowiła jedna izba. W głębi leżało posłanie z liści suchych, które łatwo było zmieniać. Jedyne sprzęty, dwie czy trzy tykwy, dzban gliniany pełen wody i dwa garnki także pełne. Ci leśni mieszkańcy nie znali jeszcze widelców, jedli palcami. W różnych miejscach, na deseczkach, położonych na ziemi, owoce, korzonki, kawał mięsa pieczonego, kilka ptaków oskubanych na przyszły posiłek i powieszonych na kolcach, kawały kory tu i owdzie porozrzucane, stanowiły jego całe gospodarstwo. Wagdi i jego towarzyszka podnieśli się w chwili, kiedy nasi podróżni towarzysze wchodzili do lepianki.

— Ngora!.. ngora!.. Lo-Mai... La-Mai! — odezwało się dziecko, poczem dodało: — Vater... Vater!..

Słowo „vater” wymawiało bardzo źle po niemiecku.

Lango poszedł do matki Li-Mai, a ta objęła go, głaskała ręką, okazując w ten sposób wdzięczność wybawcy swojego dziecka.

Oto obserwacye Jana Korta: Ojciec wysoki, proporcyonalny, z pozoru silny, ręce trochę dłuższe, niż zwykle ręce ludzkie, dłonie szerokie, palce proporcyonalne, golenie nieco pałąkowate, nogi mocno osadzone na ziemi. Skórę miał prawie jasną a zarost na brodzie kosmykowaty i krótki, włosy czarne kędzierzawe; miękka mchowata wełna pokrywała całe jego ciało. Głowa średniej wielkości, szczęki mało wydatne; oczy o soczewce palącej, świeciły żywym blaskiem.

Matka dość zgrabna, z twarzą przyjemną i łagodną, spojrzenie okazywało wielką serdeczność, zęby równe i niezwykłej białości i... kwiaty we włosach, a także paciorki szklane i z kości słoniowej. Młoda wagdiska przypominała typ kafrów południowych; ramiona miała okrągłe i kształtne, ręce pulchne a nóg mogła jej pozazdrościć nie jedna europejka. Biodra jej okryte były tkaniną z trawy w pasie; na szyi miała medalionik d-ra Johansena, taki sam jak i jej dziecko.

O rozmowie jakiejkolwiek nie mogło być mowy, niemniej jednak widocznem było, że rodzice Li-Mai starali się spełnić obowiązki gościnności. Ojciec ofiarował swym gościom owoce i cieszył się, widząc, że je przyjęli i spożyli.

Po kwadransie, spędzonym w gościnnej lepiance, Kamis, Jan i Maks wyszli, odprowadzeni przez Lo-Mai i jego synka, i powrócili do chaty, którą im na pobyt wyznaczono. Przy pożegnaniu Lo-Mai ucałował jeszcze Langa i podał nie łapę, jak by to pies zrobił, albo rękę w sposób małpi, lecz obydwie ręce, które Jan i Maks uścisnęli z większą serdecznością, niż to zrobił Kamis.

— Kochany Maksie — rzekł Jan Kort — jeden z waszych wielkich uczonych utrzymywał, że w każdym człowieku, znajdują się ja i drugi... Otóż prawdopodobnie w tych „pierwotnych” brak jest jednego z dwóch...

— A którego?..

— Tego drugiego, napewno... W każdym razie, dla studyowania, potrzebaby żyć z nimi całe lata... A ja mam nadzieję, że za kilka dni będziemy mogli udać się w dalszą drogę..

— To zależy od jego królewskiej mości, a kto wie, czy król Mselo-Tala-Tala, nie chce zrobić nas szambelanami swego dworu?..



XV.

Trzy tygodnie studyów.

Pierwsze dni pobytu naszych podróżnych w wiosce napowietrznej nie należały do najprzykrzejszych, ale świadomość, że wyjść ztąd nie mogą, odbierała im humor. O ucieczce nie mogło być nawet mowy. A wreszcie, w którą zwrócić się stronę? jak wyjść z tego bezmiernego lasu, jak odnaleźć rzekę Johansen?..

Maks Huber uganiał się zawsze za nadzwyczajnością, lecz teraz przyznawał że już jej ma za dużo. To też i on zaczął już tęsknić za powrotem do źródeł Ubangi, i do Libreville...

Forloper oburzał się na las, który oddał ich „w łapy istot niższych”. Jan Kort okazywał najmniej pośpiechu i chęci opuszczenia Ngala. Zajmowało go studyowanie tych istot pierwotnych, zgłębianie ich obyczajów, szczegółów życia, charakteru.

Leśni mieszkańcy najwidoczniej uznawali wyższość umysłową naszych podróżnych, chociaż, co było niezwykłem, nie wydawali się wcale zdziwieni widokiem przedstawicieli rasy ludzkiej.

— Trzeba koniecznie rozmówić się z „Ojcem Zwierciadło.”

— Ba!.. ale to rzecz trudna, gdyż nie chcą nas do niego dopuścić. Zresztą, gdyby się to nawet udało jak się z nim porozumieć, w jakim języku?

— Niech mnie dyabli porwą, jeżeli wiem, jak wybrnąć z tej sytuacyi!.. — powtarzał Maks Huber.

W lepiance swojej podróżni nasi zauważyli kilka zmian, które bardzo ich zadowoliły. Najpierw tedy wyznaczono im młodego wagdisa „do usługi,” jeżeli można użyć tego europejskiego wyrażenia. Zadaniem jego było utrzymanie w lepiance porządku, o którym, jak się zdaje, mieszkańcy wioski napowietrznej mieli pojęcie wcale nieźle wyrobione. Sprzątali mieszkania, dbali o czystość a Li-Mai zawsze był umyty. Służący wagdyjczyk ułożył w kącie lepianki stos suchej trawy na posłanie, a zarazem naznosił mnóstwo owoców i ćwiartkę bawołu, najwidoczniej przeznaczonego do upieczenia. Dowodził tego niewielki stos drzewa, płonący przed lepianką.

— Kto umie rozniecić ogień — oświadczył Jan, ten używa go do gotowania pokarmów.

Nowy towarzysz, czy służący, naszych podróżnych, był to chłopiec młody, zręczny, z inteligentną twarzą. Wskazał ręką na przedmioty przyniesione. Maks, Jan i Kamis ujrzeli między niemi swoje karabiny, wprawdzie trochę zardzewiałe, ale w zupełnie dobrym stanie.

— A to przewybornie — zawołał Maks — przyniesiono je w sam czas. Gdyby się zdarzyła sposobność...

— Użylibyśmy broni — dodał Jan — gdybyśmy tylko mieli skrzynkę z nabojami...

— Oto jest! — odpowiedział forloper — wskazując skrzynkę metalową, stojącą przy drzwiach.

Jak wiadomo, w chwili katastrofy z tratwą Kamis wyrzucił na brzeg broń i amunicyę. Ztamtąd to wagdisy przynieśli wszystko do wioski.

— Jeżeli oddali nam karabiny — zauważył Maks — więc wiedzieliby chyba, do czego służy broń palna?..

— Nie wiem — odpowiedział Jan Kort — ale domyślam się, iż wiedzą, że nie trzeba przywłaszczać sobie cudzej własności; to przemawia na ich korzyść.

Pogawędkę przyjaciół przerwał młody wagdis, wołając: „Kolo... Kolo...” Słowa te, wymówione wyraźnie, powtórzył kilka razy, a wymawiając je, dotykał ręką czoła, potem piersi, jakby chciał powiedzieć: „Kolo... to ja!”

Jan zrozumiał, że musi to być imię nowego ich służącego, a skoro powtórzył je także kilka razy, Kolo wydawał się uradowany, co objawił śmiechem, poczem wybiegł z lepianki z ćwiartką bawołu, którą z zadziwiającą zręcznością upiekł na rozłożonym obok ogniu.

Chcąc nie chcąc, podróżni nasi musieli pogodzić się z losem i żyć pomiędzy tymi ludźmi leśnymi w wiosce napowietrznej.

'The Village in the Treetops' by George Roux 32

Kolo zabijał ptaki w locie maleńką strzałą wypuszczoną z łuku.

Wagdisy odznaczali się łagodnością, a pod względem zręczności przewyższali najsławniejszych akrobatów. Drapać się na drzewa, skakać z gałęzi na gałęź, spuszczać ze schodów Ngala jednym prawie skokiem, było dla nich rzeczą zwyczajną. Posiadali też niezwykłą pewność wzroku. Kolo zabijał ptaki w locie maleńką strzałą, wypuszczoną z łuku. Nie mniej zręcznie gonili łosie, jelenie, antylopy, może nawet bawoły i nosorożce. Maks Huber chciałby im towarzyszyć, zarówno dla podziwiania ich zręczności, jak i dla pokazania, co sam potrafi.

Więźniowie myśleli ciągle o ucieczce. Była ona możebna jedynemi tylko schodami, lecz niestety, tuż obok stało na straży dwóch wojaków, których czujność trudno było oszukać.

Maks chciał kilka razy strzelać do ptactwa, bardzo licznego pomiędzy wierzchołkami drzew, lecz codzień dostarczano im zwierzyny, a szczególniej mięsa antylopy. Kolo pamiętał o wszystkiem; odmieniał codzień wodę świeżą do picia, i zapas drzewa suchego na ogień. W dodatku, użycie karabinów byłoby odkryciem ich doniosłości. Lepiej zachować tajemnicę i w danym razie użyć, jako broń zaczepną lub odporną.

Wagdisy żywili się także mięsem, pieczonem na węglach lub gotowanem w garnkach glinianych własnego wyrobu. Soli także używali i to soli kopalnej. Ogień rozniecali, krzesząc iskry z krzemienia. Żywność mięsną przeplatali jarzynami. Były to korzenie roślin jadalnych i wielka ilość owoców. Rzeka, która przepływała pod wsią Ngala, posiadała te same gatunki ryb, jakie Kamis i jego towarzysze łowili w rzece Johansena.

Wagdisy umieli także robić czółna. Były to pnie drzewa wypalonego. Zamiast wiosła używali płaskiej łopatki a podczas wiatru rozpinali na dwóch podporach żagiel z kory.

Jan Kort cały oddał się studyowaniu tych nieznanych światu istot. Codziennie też składał sprawozdanie swym towarzyszom ze spostrzeżeń dokonanych.

— Jestem najmocniej przekonany — rzekł pewnego razu — iż wagdisy rozróżniają, co jest dobre a co złe; mają też pojęcie „mego” i „twego.” Zauważyłem to, gdy jeden z nich ukradł kilka owoców z cudzej lepianki.

— Czy oddali go do policyi poprawczej? — zapytał Maks.

— Śmiej się, kochany Maksie, lecz to, co mówię ma swoje znaczenie. Złodziej został porządnie obity przez okradzionego, a dopomagała w tem znaczna ilość innych mieszkańców tej siedziby. Zresztą mają oni instytucyę, która stanowczo nakazuje zaliczać ich do rzędu ludzi.

— Jakaż to instytucya?

— Rodzina: życie wspólne ojca i matki, staranie o dzieci, ciągłość przywiązania rodzicielskiego i synowskiego. Czy nie zauważyliśmy tego u Lo-Mai?..

— A zatem — zapytał Maks Huber — skoro wagdi posiadają tyle zalet ludzkich, dla czego nie mamy orzec, iż znajdujemy się wśród ludzi?

— Dla tego, iż jak się zdaje, nie mają pojęcia właściwego wszystkim ludziom, pojęcia spotykanego nawet u pokoleń najbardziej dzikich: oto nie widziałem, żeby się modlili... Znaczy to, iż nie znają religii, a bez tego żadne ludzkie zbiorowisko istnieć nie może.

Wieś napowietrzna miała swoją „armię”. Liczyła ona około stu wojowników, zbrojnych w łuki, oszczepy, topory, wybranych z pomiędzy najsilniejszych i najlepiej zbudowanych. Czy to była to tylko straż królewska, czy też siła obronna lub zaczepna, tego Jan zbadać nie mógł. Być może, iż w wielkim lesie znajdowało się więcej wsi podobnych; może pomiędzy wsiami temi toczyły się spory, zatargi a może i wojny formalne, jak się to zdarza wśród dzikich pokoleń w Afryce środkowej.

— Jeżeli wagdi mordują się wzajemnie — odezwał się raz Maks Huber — to już dla tego samego należałoby ich zaliczyć do rasy ludzkiej.

Prawdopodobnie jednak wojownicy wagdyjscy nie oddawali się próżnowaniu i urządzali wyprawy w sąsiedztwa. Po nieobecności kilkudniowej, powracali niektórzy ranni, obładowani różnemi przedmiotami, narzędziami lub bronią pochodzenia wagdyjskiego.

Forloper po kilkakroć próbował wydostać się po za obręb wioski, lecz zawsze bezskutecznie. Wojownicy, pilnujący schodów, nie pozwalali na to. Pewnego razu Kamis omal nie został srodze poturbowany. Na szczęście Lo-Mai przybiegł mu na pomoc. Żywa kłótnia wybuchła pomiędzy nim a silnym zuchem, którego nazywano Raggi. Po ubraniu ze skór, broni wiszącej u pasa i piórach na głowie można było być pewnym, że Raggi jest wodzem wojowników. Dziki wyraz twarzy, ruchy rozkazujące i stanowcze, dowodziły, że urodził się na dowódcę.

W następstwie nieudanych prób Kamisa, dwaj przyjaciele mieli nadzieję, że będą stawieni przed oblicze jego królewskiej mości, i że ujrzą nakoniec tego króla, tak zazdrośnie ukrywanego przez poddanych...

Nic z tego. Prawdopodobnie Raggi dzierżył całą władzę, a lepiej było nie narażać się na gniew jego. Nadzieja ucieczki zmniejszyła się niepomiernie, chyba że wagdi zostaną napadnięci i w zamieszaniu uda się opuścić Ngala... Lecz potem co robić?..

Pomimo, że wagdi żyli ciągle w Ngala, posiadali jednak kilka szałasów nad rzeką, coś nakształt małego portu rzecznego, gdzie była flotylla rybacka, której musieli bronić przeciw napadom hipopotamów, krokodyli, których pełno jest w wodach afrykańskich.

'The Village in the Treetops' by George Roux 33

Wagdi złożyli dowody wielkiej odwagi.

Pewnego dnia, było to 9-go kwietnia wszczął się straszny tumult. Krzyki rozległy się w stronie rzeki. Raggi z kilkudziesięciu wojownikami pobiegli ku schodom i zbiegli po nich z małpią szybkością. Jan Maks i Kamis pod przewodnictwem Lo-Mai, zwrócili się w stronę wsi, z której widać było rzekę.

Stado hipopotamów ukazało się z gęstwiny i burzyło wszystko; a było tego ze sto sztuk na lewem wybrzeżu. Większa część szałasów leżała już w gruzach, kiedy Raggi i wojownicy znaleźli się na ziemi.

Maks miał wielką ochotę wmieszać się do walki, przynieść, karabiny, dać ognia z góry do stada i wywołać zdziwienie wagdich. Jan powstrzymał zapał krewkiego przyjaciela:

— Nie — rzekł — zachowajmy naszą interwencyę na ważniejsze okoliczności... Kiedy rozporządza się piorunem, trzeba grzmieć tylko w chwili stosownej. A ponieważ nie czas jeszcze na grzmoty, schowajmy nasze pioruny!



XVI.

Jego królewska mość Mselo-Tala-Tala.

Przez trzy tygodnie życie we wsi napowietrznej upływało spokojnie, bez zmiany. Dopiero dzień 15 kwietnia przyniósł zmianę niejaką. Pogoda była wspaniała. Gorące słońce oblewało wierzchołki drzew promieniami i światłem.

Jan i Maks utrzymywali ciągłe stosunki z rodziną Li-Mai; nie było dnia żeby się wzajemnie nie odwiedzali. Mały zaś ich synek nie odstępował Langa. Porozumiewano się przeważnie na migi, bo podróżni nasi w żaden sposób nie mogli przyswoić sobie mowy wagdich i zaledwie oddzielne jej dźwięki chwytali.

Z pośród dźwięków tych Jan Kort najczęściej powtarzał wyrazy „Mselo-Tala-Tala,” chcąc w ten sposób dać do zrozumienia, iż chciałby ujrzeć oblicze jego królewskiej mości; za każdem wymówieniem tych wyrazów Lo-Mai pochylał głowę na znak głębokiego uszanowania. Gdy jednak podróżni nasi, spacerując, zbliżali się do lepianki królewskiej, gdy okazywali chęć wejścia do jej wnętrza, Lo-Mai powstrzymywał ich gwałtownie, i ciągnął na prawo lub na lewo, dając im do zrozumienia, że nikt nie miał prawa przestąpić progu mieszkania uświęconego.

'The Village in the Treetops' by George Roux 34

Ngoro, ngora i mały Li-Mai przyszli do Kamisa i jego towarzyszów.

Dnia 15 kwietnia po południu, ngoro, ngora i mały Li-Mai przyszli do Kamisa i jego towarzyszów. Można było zauważyć odrazu, iż przybrani byli świątecznie: ojciec w pióra na głowie, udrapowany w przepaskę na biodrach z trawy i liści, matka w spódniczce z tejże „materyi,” kilka liści zielonych we włosach, na szyi różaniec ze szklanych paciorków i małe kawałki żelaztwa; — dziecko w opończy, przepasane w stanie.

— Co to znaczy? — zawołał Maks. — Czy przyszło im do głowy zrobić nam wizytę ceremonialną?

— Zapewne dziś jest dzień świąteczny — odpowiedział Jan Kort. Czy będą czcić jakie bóstwo?.. Byłoby to ciekawem poznać ich pojęcia religijne...

Zanim dokończył mówić, Lo-Mai odezwał się, jakby w odpowiedzi.

— Mselo-Tala-Tala...

— Ojciec Zwierciadło! — zawołał Maks Huber i wyszedł z szałasu, myśląc, że król wagdisów przechodzi w tej chwili.

Próżne złudzenie, Maks nie ujrzał nawet cienia jego królewskiej mości! A jednak w Ngala panował ruch niezwykły. Ze wszystkich stron napływały tłumy wesołe i strojne, i szły procesyonalnie ulicami na zachód wsi, trzymając się za ręce, lub przewracając koziołki, jak małpy.

— Jest w tem coś nowego — oświadczył Jan Kort, stając na progu lepianki.

— Zobaczmy — odparł Maks Huber.

A zwracając się do Lo-Mai:

— Mselo-Tala-Tala? — powtórzył.

— Mselo-Tala-Tala! — odpowiedział Lo-Mai, krzyżując ręce na piersiach i pochylając głowę.

Jan Kort i Maks Huber wywnioskowali, że ludność wagdyjska powita swego władcę, który niebawem ukaże się w całym swoim majestacie. Lo-Mai dał znak swym znajomym, aby szli za nim. Jan i Maks chętnie skorzystali z tego zaproszenia, Kamis nie miał ochoty mieszać się z „niższymi” ludźmi, więc został sam w lepiance. Zajął się uporządkowaniem narzędzi, przygotowaniem posiłku, czyszczeniem broni.

Jan i Maks, prowadzeni przez rodzinę Lo-Mai, szli przez wieś pełną ruchu. Tłum był dość zbity. Najmniej tysiąc wagdich kierowało się w stronę, gdzie wznosiło się mieszkanie królewskie.

— Czyż to nie przypomina tłumu zwykłych ludzi? — zauważył Jan. Te same ruchy, ten sam sposób okazywania radości gestami i okrzykami!

Po długim spacerze przyszli na główny plac Ngala, otoczony wierzchołkami drzew, których gałęzie spadały dokoła królewskiego pałacu. Na przodzie stali szeregiem wojownicy, w pełnej zbroi, ubrani w skóry antylopy, pozszywane lianami; na głowach mieli łby zwierząt rogatych. „Pułkownik” Raggi, ustrojony w łeb bawołu, z łukiem na ramieniu, toporem za pasem, oszczepem w ręce, paradował przed frontem armii wagdyjskiej.

— Prawdopodobnie — rzekł Jan — władca zrobi przegląd wojsk swoich...

— A jeżeli się nie pokaże — odparł Maks — to będzie dowód, że wierni jego poddani nigdy go nie widują!..

Zwrócił się do Lo-Mai i gestem takim, aby go zrozumiał:

— Mselo-Tala-Tala ukaże się? — zapytał.

Gest odpowiedzi zdawał się wyrażać: „Później... później...”

— Wszystko jedno, byle tylko dane nam było ujrzeć jego dostojne oblicze...

— A tymczasem — rzekł Jan — korzystajmy i nie traćmy nic z tego widoku.

Środek placu był pusty na przestrzeni mniej więcej jednej morgi; dookoła zaś stał tłum skupiony, rozmawiając głośno, śmiejąc się, krzycząc.

Dzięki rodzinie Lo-Mai, Jan i Lango mogli się umieścić w ten sposób, aby wszystko widzieć.

Na dany znak przez jednego ze starszych, młodzież obojga płci zaczęła tańczyć, a starsi pić, zupełnie jak bohaterowie zwykłego jarmarku. Leśni mieszkańcy zapijali napój sfermentowany z ziarn tamarynd. Musiał on być nadzwyczaj mocny, głowy bowiem zaczęły się kiwać a nogi chwiać, jak u pijanych.

Tańce nie przypominały ani kadryla ani menueta, były to raczej ruchy dzikie, gwałtowne, mające wielkie podobieństwo do ruchów małpich. Tańczono przy dźwięku instrumentów, jak można najpierwotniejszych: wysuszone tykwy, obciągnięte skórą, w którą bito pałeczkami; łodygi wydrążone, w które dęło bez litości dwunastu silnych wykonawców. Tak strasznie ogłuszająca kocia muzyka nie darła jeszcze uszów przedstawicieli rasy białej!

— Zdaje się, że nie mają poczucia taktu... zauważył Jan Kort.

— Ani poczucia dźwięków — dodał Maks Huber.

— A jednak, wrażliwi są na muzykę...

— Zwierzęta także są wrażliwe, przynajmniej niektóre. Mojem zdaniem muzyka jest sztuką niższą, i zrozumianą być może przez istoty niższe. Przeciwnie, jeżeli idzie o malarstwo, rzeźbę, literaturę, żadne zwierzę nie odczuje ich uroku. Nie widziano, żeby nawet najinteligentniejsze zwierzę okazało wzruszenie przed pięknym obrazem lub przy czytaniu wzniosłego poematu!

— Być może, iż zwierzęta odczuwają muzykę, ale tylko ludzie ją tworzą — rzekł Jan w odpowiedzi na uwagi swego przyjaciela.

Tańce ciągnęły się ze dwie godziny, Maks zaczął się już niecierpliwić. Najbardziej gniewało go to, że jego królewska mość Mselo-Tala-Tala nie raczył się pofatygować, aby przyjąć hołdy swoich poddanych. Uroczystość jednak trwała w dalszym ciągu z coraz bardziej zwiększającą się siłą krzyków i tańców. Mocne napoje wywierały skutek — można było obawiać się scen gwałtownych.

Na raz, jakby na znak dany, wrzask ustał i cisza zupełna zaległa; wszyscy uspokoili się, poprzysiadali, znieruchomieli prawie. W tej właśnie chwili rozwarły się drzwi mieszkania królewskiego, a wojownicy uszykowali się we dwa szeregi.

— Nakoniec! — rzekł Maks Huber — zobaczymy tego monarchę leśnego!

Nie monarcha jednak wyszedł z lepianki. Wyniesiono z niej coś nakształt sprzętu, nakrytego tkaniną z liści, i ustawiono na środku placu. Można wyobrazić sobie zdziwienie dwóch przyjaciół, kiedy w tym sprzęcie poznali najzwyczajniejszą w świecie katarynkę... Prawdopodobnie instrument ten figurował tylko podczas wielkich ceremonij a wagdi słuchali zapewne z upojeniem dźwięków zachwycających.

— Ależ to jest katarynka doktora Johansena... rzekł Jan Kort.

— Teraz dopiero rozumiem, dla czego owej nocy, kiedyśmy przybyli pod wieś Ngala, zdawało mi się, że słyszę walca z „Wolnego strzelca,” granego nad moją głową.

— Nic o tem nie mówiłeś...

— Myślałem, że mi się śniło.

— Co do tej katarynki, napewno wagdi zabrali ją z klatki doktora, poturbowawszy wpierw biednego uczonego.

Wspaniały wagdi, — zapewne dyrektor orkiestry miejscowej, — stanął przy instrumencie i zaczął kręcić korbą. Zaraz też walc, o którym mowa, a któremu brakowało kilku tonów, zaczął rozbrzmiewać ku prawdziwej uciesze słuchaczy. Był to koncert, następujący po popisach choreograficznych. Słuchacze kiwali głowami — mijając się z taktem, co prawda.

'The Village in the Treetops' by George Roux 35

Wagdi, przejęty ważnością swej czynności kręcił korbą z wielką powagą i namaszczeniem.

Wagdi, przejęty ważnością swej czynności, kręcił korbą z wielką powagą i namaszczeniem.

Po upływie pół godziny poświęconej walcowi z „Wolnego strzelca” wykonawca posunął guzik na sprężynie, tak samo, jakby to był zrobił grajek uliczny, z przewieszonym przez plecy instrumentem.

— Ah! — zawołał Maks Huber — tego się nie spodziewałem!..

I znów korba w ruch została puszczona. Dzicy wrzeszczeli, wołając, „Mai-ngala”!.. Wyrazem tym osadę swoją zwykle nazywali.

Po skończonym koncercie, tańce znów rozpoczęły się w najlepsze, napoje lały się obficie w gardła wagdich. Słońce zapadło za wierzchołki drzew; kilkanaście pochodni zajaśniało pomiędzy gałęziami i oświeciło plac dosyć jasno.

Maks Huber i Jan Kort mieli już tego dosyć, zamierzali wrócić do swej lepianki, gdy na raz Lo-Mai wyrzekł:

— Mselo-Tala-Tala.

Znaczyło to mniej więcej, że władca wagdich przyjdzie odebrać hołd swego ludu. Dwaj przyjaciele postanowili zostać.

W pobliżu mieszkania królewskiego zawrzało jak w mrowisku, wśród tłumu szmer się rozszedł. Drzwi się rozwarły, utworzyła się eskorta z wojowników, na których czele stanął Raggi.

Prawie zaraz ukazał się tron, — stara sofa, udrapowana trawą i liściami — niesiony przez czterech tragarzy. Władca wagdich siedział na tym tronie. Był to człowiek sześćdziesięcioletni, z zielonym wieńcem na głowie; włosy i brodę miał białe.

Orszak pomaszerował dokoła placu. Tłum pochylał się do ziemi, milczący, jak gdyby zahypnotyzowany dostojną obecnością Mselo-Tala-Tala.

Władca wydawał się najzupełniej obojętny na oddawane mu hołdy, do których prawdopodobnie był przyzwyczajony. Zaledwie raczył kiwnąć głową na znak zadowolenia. Nie ruszał się prawie i tylko kilka razy podrapał się w nos, — długi nos, nad którym sterczały okulary, — usprawiedliwiające nadane mu przezwisko.

Dwaj przyjaciele przypatrywali mu się z wielką uwagą, kiedy przenoszono go przed nimi.

— Ależ... to jest człowiek!.. zawołał Jan Kort.

— Człowiek?..

— Tak... i co więcej... biały.

— Biały?..

— A jednak nasza obecność nie wywiera na nim żadnego wrażenia — rzekł Maks Huber, — zdaje się, że nas nawet nie spostrzega. Co u dyabła! niepodobni przecież jesteśmy do tych pół-małp z Ngala, a mieszkając pomiędzy nimi przez trzy tygodnie, spodziewam się, nie straciliśmy wyglądu ludzkiego!

W tej chwili Jan Kort schwycił Maksa za rękę i głosem, wyrażającym zdumienie, zawołał.

— Poznaję go... Tak!.. To jest doktor Johansen!



XVII.

Znowu dr. Johansen.

Jan Kort widział kilka razy Johansena w Libreville, nie mógł się zatem omylić. Historyę jego łatwo było odtworzyć od początku do końca. Przed trzema laty niemiec ten opuścił Malinba z eskortą czarnych, zabrawszy potrzebne materyały, amunicyę i żywność na czas dość długi. Podjął on projekt zamieszkania pomiędzy małpami, dla zbadania ich mowy. W którą stronę zamierzał kroki swe skierować, z tem nikomu się nie zwierzył, był bowiem wielkim oryginałem, maniakiem. Prawdopodobnie, odesławszy eskortę, zbudował tratwę i popłynął na niej aż do bagnisk, gdzie wzniósł swoją chatkę ażurową, pod osłoną drzew, na prawem wybrzeżu.

A dalej? Notatki doktora, kreślone ołówkiem w różnych datach zaczynały się od 19 czerwca 1894 r. aż do 24 sierpnia t. r. Widocznie zatem doktor wysiadł na ląd 19 czerwca, dokończył instalacyi 13 sierpnia i mieszkał w swojej klatce do 25 tegoż miesiąca, razem przez dni trzynaście.

Dlaczego opuścił klatkę?... Czy z własnej woli?.. Wagdi odbywali niekiedy dalekie wycieczki. Ognie na krańcu lasu, podczas nadejścia karawany, były prawdopodobnie śladem ich bytności w owych stronach. W jednej z wycieczek odkryli chatkę profesora, porwali go wraz z jego majątkiem i przenieśli do wsi napowietrznej.

Uderzeni jego wyższością umysłową, zrobili z niego swojego króla, — co mogło zdarzyć się także Janowi lub Maksowi, gdyby to zaszczytne stanowisko nie było zajęte. A zatem, doktor Johansen, „Ojciec Zwierciadło,” — (on to musiał nauczyć tego wyrażenia swoich poddanych) — zasiadł na tronie wagdyjskim od trzech lat, pod imieniem Mselo-Tala-Tala. Do takich wniosków doszli dwaj przyjaciele, kiedy po skończonej uroczystości znaleźli się w swojej lepiance.

Wtajemniczono we wszystko Kamisa.

— Jednej rzeczy nie mogę pojąć — dodał Maks — że doktora Johansena nie obeszła obecność cudzoziemców w jego stolicy... Dla czego nie kazał nam stawić się przed sobą.

— Może nie wie, że poddani jego pojmali jeńców w lesie?.. — zauważył forloper.

— Nie wątpię — rzekł Maks Huber — i teraz mamy wytkniętą drogę... Możebne, że obecność naszą ukryto przed tym doktorem-królem...

— A może nie zauważył nas wśród tłumu... Bądź co bądź, trzeba koniecznie dostać się do szałasu królewskiego.

— Kiedy?

— Dziś wieczorem. Nie wątpię, że Johansen wróci nam wolność i każe odprowadzić nas aż do granicy, z honorami, należnymi takim samym ludziom, jak jego królewska mość wagdyjska...

Propozycya została przyjętą, tem bardziej, że sposobność była dobra. Choćby uroczystość skończyła się przed nocą, to pijatyka przeciągnie się bezwątpienia do późnej nocy. Pijani będą spać w lepiankach, lub rozpierzchną się po głębiach lasu... Mieszkanie królewskie nie będzie tak srogo strzeżone i łatwiej będzie można się dostać do rezydencyi Mselo-Tala-Tala. Projekt ten zyskał aprobatę Kamisa, czekano tylko, żeby noc zapadła.

Około godziny dziewiątej Maks, Jan, Lango i forloper wyszli z szałasu. Noc była ciemna, ostatnie pochodnie pogasły. W dali rozlegały się hałasy, w przeciwnej strony mieszkania doktora Johansena. Jan, Maks i Kamis w przewidywaniu, że będą mogli uciekać tego samego wieczora, za zgodą lub bez zgody jego królewskiej mości, zabrali karabiny, i wypełnili nabojami kieszenie.

Szli we czterech pomiędzy lepiankami, z których większa część stała pustkami. Na głównym placu pusto było i ciemno. Jedyne światło błyszczało w oknie lepianki królewskiej.

— Niema nikogo, — zauważył Jan.

Rzeczywiście, nikogo nie było nawet przed lepianką Mselo-Tala-Tala. Raggi i jego podwładni opuścili stanowisko, władca pozostał niestrzeżony.

'The Village in the Treetops' by George Roux 36

Skradając się pod gałęziami, Lango podsunął się aż do drzwi i przekonał się, że wystarczało pchnąć je, aby wejść do środka. Jan, Maks i Kamis przez parę chwil nasłuchiwali, gotowi do odwrotu na wszelki wypadek. Żaden szmer jednak nie dochodził ani z wewnątrz ani z zewnątrz.

Maks pierwszy próg przestąpił, towarzysze weszli za nim i drzwi za sobą zamknęli.

Mieszkanie składało się z dwóch izb przyległych, składających cały apartament Johansena. W pierwszej ciemno było zupełnie. Kamis zajrzał przez drzwi do drugiej izby. Johansen był tam; leżał na sofie w głębi. Widocznie sprzęt ten i kilka innych pochodziły z klatki w lesie, i zostały przeniesione do Ngala razem z ich właścicielem.

— Wejdźmy.

Na szmer wchodzących dr. Johansen odwrócił głowę i uniósł się do połowy... Może się przebudził... W każdym razie nie zdawało się, żeby odwiedzający zrobili na nim wrażenie.

— Doktorze, ja i moi towarzysze, przyszliśmy złożyć uszanowanie waszej królewskiej mości!.. przemówił Jan po niemiecku.

Doktór nic nie odpowiedział... Czy nie zrozumiał?.. Czy zapomniał swego języka po trzyletnim pobycie u wagdich?..

— Czy słyszysz, doktorze? jesteśmy cudzoziemcy, których przyprowadzono do Ngala...

Żadnej odpowiedzi.

Król wagdich patrzał, lecz chyba nie widział tych cudzoziemców. Słuchał, lecz nie słyszał ich wcale. Nie ruszył się, nie drgnął, jakby zupełnie był bez życia.

'The Village in the Treetops' by George Roux 37

Maks podszedł i bez najmniejszego szacunku dla monarchy afrykańskiego wziął go za ramiona i potrząsał nim silnie. Jego królewska mość wykrzywił się i zrobił taką minę, żeby się jej nie powstydził najprawdziwszy mandryl z lasu Ubangi. Maks Huber potrząsnął nim powtórnie. Jego królewska mość pokazał mu język.

— Waryat!.. — zawołał Jan Kort.

Tak!.. dr. Johansen zwaryował!.. Już w Libreville uważano go za bzika; w lesie oszalał do reszty. Kto wie, może obłąkanie właśnie przyczyniło się, że obwołano go królem?.. Wszak u Indyan Ameryki, u dzikich Oceanii, obłąkany uchodzi za istotę świętą, nawiedzoną przez istotę najwyższą...

Smutna prawda, lecz biedny doktór stracił rozum zupełnie, i dla tego właśnie nie obchodziła go obecność cudzoziemców, i nie poznał dwóch z nich, jako osobników takiej samej jak on rasy.

— Na tego waryata niema co liczyć — rzekł Kamis.

— Ma się rozumieć!..

— A te bydlęta, nie puszczą nas nigdy. Więc kiedy zdarza się sposobność ucieczki, uciekajmy, korzystajmy z nocy...

— Dobrze — odparł Maks — lecz... doktor...

— Doktor? — powtórzył Kamis.

— Nie możemy go tak zostawić... trzeba go uwolnić...

— A jak nie będzie chciał iść z nami?

— Spróbujmy! Uchwycili we trzech doktora pod plecy, chcąc go podnieść, lecz on, widocznie dosyć jeszcze silny, odepchnął ich, wyciągnął się jak długi i machał nogami, jak owad, na grzbiet, przewrócony.

— Do licha! — odezwał się Maks Huber — ciężki, jak kłoda..

— Doktorze!.. krzyknął po raz ostatni Jan Kort.

Jego królewska mość Mselo-Tala-Tala, zamiast odpowiedzi podrapał się w najzupełniej małpi sposób.

Nie było czasu do stracenia, tem bardziej, że Johansen, wykrzywiając się i broniąc, zaczął tak głośno wrzeszczeć, że mógł zaalarmować wieś całą. Nie czekając na zbiegowisko, podróżni nasi zostawili Johansena jego losowi, otworzyli drzwi i... uciekli.



XVIII.

Pomyślny koniec.

Szczęście sprzyjało zbiegom. Hałas nikogo nie sprowadził. Plac był pusty, puste też były ulice. Byle tylko zoryentować się w ciemnym labiryncie i znaleźć schody. Nagle z cienia wystąpił wagdi.

Był to Lo-Mai, ze swojem dzieckiem. Mały snać widział podróżnych kiedy udawali się do lepianki królewskiej, i zawiadomił o tem ojca. Rzecz dziwna!.. Lo-Mai, nie stawiał przeszkód cudzoziemcom, lecz gestami, dawał im do zrozumienia, aby szli za nim. Gorączkowe jego ruchy najwidoczniej nakazywały pośpiech. Za chwilę wszyscy znaleźli się przy schodach. Kiedy tam przybyli, z przerażeniem dostrzegli, że wejścia strzegł Raggi i kilku wojowników.

Maks zrozumiał, że nadeszła chwila zrobienia użytku z karabinu. Raggi z dwoma wojownikami, rzucili się na niego. Maks cofnął się kilka kroków i dał ognia do napastników. Raggi trafiony w piersi, padł na miejscu.

Wystrzał i upadek wodza przeraził innych. W mgnieniu oka rozpierzchli się wszyscy: jedni wrócili do wsi, drudzy zsunęli się ze schodów z małpią szybkością. Droga była wolna.

— Na dół!... krzyknął Kamis.

Lo-Mai z małym pobiegli naprzód, Jan, Maks, forloper, Lango zsunęli się za nimi. Wśród gęstych zarośli niemal instynktownie szli za przewodnikiem i niebawem znaleźli się na brzegu rzeki, odwiązali łódź i wsiedli w nią razem z ojcem i z dzieckiem.

W tejże samej chwili ze wszystkich stron zabłysły pochodnie. Tłum wagdich wyrósł jakby z pod ziemi. Rozległy się krzyki wściekłości i groźby, poparte chmurą strzał. Życie uciekających poważnie było zagrożone.

— Ha, skoro nie można inaczej, brońmy się — zawołał Kamis. Maks i Jan pochwycili karabiny, Kamis podawał naboje na zmianę.

'The Village in the Treetops' by George Roux 38

Rozległy się dwa strzały równocześnie.

Rozległy się dwa strzały równocześnie. Dwóch dzikich padło, reszta, wyjąc, rozpierzchła się niebawem. W tej chwili łódkę porwał prąd rzeki; znikła na zakręcie pod osłoną szeregu drzew rozłożystych.


. . . . . . . . . . . . . . . .


Szczegóły żeglugi w stronę południowo-zachodnią lasu nie przedstawiały już nic osobliwszego. Nie brakowało amunicyi, pożywienie zatem było zapewnione, dzięki wielkiej ilości rozmaitych zwierząt w okolicach Ubangi. Na drugi dzień wieczorem Kamis uwiązał czółno u drzewa na nocleg. Podróż zacieśniła węzeł sympatyi między podróżnymi a dzikim i jego dzieckiem, chociaż porozumiewano się tylko giestami. Jan i Maks mieli nadzieję, że namówią Lo-Mai, aby towarzyszył im do Libreville.

Było to 16 kwietnia. Łódka zatrzymała się po dwudziestogodzinnej żegludze. Kamis utrzymywał, że od wczoraj przebyli około sto kilometrów. Postanowiono spędzić noc w tem miejscu. Po urządzeniu posłania i po dorywczym posiłku, Li-Mai stanął na straży, reszta zasnęła snem pokrzepiającym. Rano, po przebudzeniu, Kamis przygotował wszystko do dalszej podróży. Lo-Mai, trzymając swoje dziecko za rękę, stał na brzegu. Jan i Maks wsiedli do łodzi i ruchami rąk przywoływali dzikich. Lo-Mai kręcił głową, wskazał jedną ręką rzekę, a drugą głębię lasu, Lango obsypywał malca pieszczotami, całował go, ciągnął do łodzi... Li-Mai wymówił tylko jedno słowo:

— Ngora!

Tak... jego matka została w Ngala i do niej ojciec i on chcieli powrócić... Była to rodzina, której nic rozłączyć nie było w stanie.

Pożegnano się ostatecznie. Jan Kort i Maks Huber nie ukrywali wzruszenia na myśl, iż nie ujrzą nigdy tych dwóch istot przyjaznych i dobrych, pomimo niższości ich rasy.

'The Village in the Treetops' by George Roux 39

Łódź popłynęła z biegiem rzeki.

Lango nie mógł się wstrzymać od płaczu, Li-Mai płakali także. Łódź popłynęła z biegiem rzeki. Na zakręcie Kamis i jego towarzysze mogli jeszcze przesłać ostatnie pożegnanie tym dwóm poczciwym istotom.

Po upływie trzech dni, podróżni dopłynęli do Ubangi i natrafili na znane im z opisu katarakty Songo. Po przeciwnej stronie znajduje się wieś murzyńska, tegoż nazwiska, a dalej poniżej katarakt, Ubangi jest rzeką spławną aż do połączenia się z Kongo. Nie rzadko można tam już spotkać statki, prowadząc handel w tych okolicach.

Istotnie pod Songo napotkali mały statek holowniczy, który z biegiem Ubangi przewiózł ich do Molumby, osady znanej już Kamisowi z dawniejszych jego wypraw. Ztąd mieli już tylko 900 kilometrów do Libreville. Forloper zorganizował zaraz karawanę; puścili się prosto na zachód i po dwudziestu czterech dniach marszu, przebyli wszerz płaszczyznę Kongo francuskiego.

Dnia 20 maja Jan, Maks, Kamis i Lango przybyli do faktoryi. Przyjaciele i znajomi, niespokojni z powodu sześciomiesięcznej ich nieobecności, urządzili im przyjęcie owacyjne.

Od tego czasu trzej przyjaciele i mały Lango nie rozłączali się wcale.

A dr. Johansen?.. A wieś napowietrzna, Ngala, w głębi nieznanego wielkiego lasu?.. Prędzej, czy później wyruszy napewno jaka wyprawa i zawrze bliższe stosunki z wagdimi, choćby celem dokonania badań antropologicznych.

A może niemcy z sąsiedniego Kamerunu, powołując się na pierwszeństwo swego ziomka, d-ra Johansena, ogłoszą protektorat nad ludnością wsi napowietrznych; — może zamienią nazwę „Mai-ngala” na „Nowy Berlin”, tak samo, jak holendrzy przezwali „Nową Antwerpią” osadę Ba-ngala, leżącą nad Kongo, z drugiej strony Wielkiego lasu!..


Koniec.


'The Village in the Treetops' by George Roux 02
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.