FANDOM



X Wielki las • Rozdział XI • Juliusz Verne XII
X Wielki las
Rozdział XI
Juliusz Verne
XII
Uwaga! Tekst wydano w 1901 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


XI.

Dzień 19-ty marca.

Na ostatnim przystanku można było obliczyć przypuszczalnie, iż przebyto już dwieście kilometrów w połowie piechotą, w połowie wodą z biegiem rzeki. Zdaniem forlopera, druga część podróży odbędzie się szybko, o ile jakaś przeszkoda nie zatrzyma tratwy.

Ruszono o świcie, z małym pasażerem dodatkowym, z którym Lango nie chciał się rozstać. Maks i Jan nie wątpili, że to była małpka, nawet nie przypatrzyli się jej bliżej. Zajmowało to ich o tyle, że Lango, ocaliwszy jakieś zwierzę od śmierci, pragnął zatrzymać je, jak zatrzymuje się biednego psa, podjętego z litości. A wreszcie, ponieważ oni adoptowali młodego krajowca, i jemu wolno więc adoptować małą małpkę.

Co prawda, gdyby Lango powiedział, że małpka mówi, że powtórzyła kilka razy słowo „ngora”, być może, obudziłaby ich ciekawość!.. Może byliby zbadali staranniej małe zwierzątko. Może byliby w niem odkryli jaką próbkę rasy dotąd nieznanej, rasy czwororękich obdarzonych mową. Lecz Lango milczał, bał się zawodu. Obiecywał sobie, że gdy słowo „ngora” wyraźniej wyjdzie z ust małej istotki, powie zaraz o tem Janowi i Maksowi.

— Jak się ma twoja małpka?.. zapytał Maks, kiedy Lango w godzinę po puszczeniu się na wodę wyszedł z budki.

— Śpi ciągle.

— I chcesz ją koniecznie zatrzymać?

— Tak... jeżeli pozwolisz...

— Nic w tem złego nie widzę Strzeż się tylko, żeby cię nie podrapała...

— Nie!.. nie podrapie!..

— Nie trzeba ufać!... małpa jest zła jak kot...

— Tylko nie ta... taka młoda.. twarz ma taką łagodną...

— Ale, ale, kiedy chcesz z tego zwierzątka zrobić sobie towarzysza, zajmij się wyszukaniem mu imienia...

— Imienia?.. Jakiego?..

— Naprzykład: „Żoko”... wszystkie małpy nazywają się Żoko.

Prawdopodobnie imię to nie podobało się chłopcu. Nic nie odpowiedział i powrócił do swego pupilka.

Całe popołudnie żegluga szła pomyślnie, upał nie bardzo dokuczał.

Ptactwo wodne latało stadami nad bagnem, lecz zwierzęta czworonożne nie pokazywały się przez całe pół dnia, ku wielkiemu niezadowoleniu Maksa Huber. Musiano zadowolnić się ptactwem na południowe śniadanie.

Tego dnia Kamis napróżno szukał dobrego miejsca na przystanek. Wybrzeża jeżyły się olbrzymiemi krzakami i były niemożebne do przybicia. Podróż na tem zyskała, ponieważ tratwa nie przerywała biegu. Żegluga trwała aż do godziny piątej. Jan i Maks rozmawiali o wypadkach podróży.

— Wielki las sprawił nam zawód — mówił Maks — niema w nim nic tajemniczego. Ot, taki sobie las, jak każdy inny, naprzykład na zachodzie Ameryki. A jednak zrazu podniecił moją ciekawość. . . Pamiętasz ogniki na skraju, pochodnie palące się na gałęziach... Potem nikogo!.. Gdzie u dyabła podzieli się owi dzicy?.. Upatruję ich codzień w konarach baobabów, bombaksów, tamaryndów i innych tym podobnych olbrzymów leśnych... Napróżno... żadnej istoty ludzkiej...

— Maksie... przerwał mu Jan.

— Co takiego?..

— Spójrz no w tamtą stronę, na lewe wybrzeże...

— Co? może krajowiec?

— Tak... lecz na czterech nogach... Tam, po nad krzakami wspaniałe dwa rogi wystają...

Forloper spojrzał także.

— To bawół... rzekł.

— Bawół!.. — krzyknął Maks, chwytając karabin.

Kamis pchnął sterem tratwę ku wybrzeżu.

— Ileż befsztyków w perspektywie!.. — mruknął Maks, trzymając karabin oparty o kolano.

— Strzelaj pierwszy, Maksie — rzekł Jan Kort — ja drugi — jeśli będzie trzeba.

'The Village in the Treetops' by George Roux 24

Bawół nie ruszał się z miejsca.

Bawół nie ruszał się z miejsca. Wciągał nozdrzami powietrze, nie domyślając się niebezpieczeństwa.

Nie mogąc mierzyć w serce, Maks Huber zmierzył w piękną głowę zwierzęcia.

Strzał padł. Bolesny ryk rozdarł powietrze.

— Mamy go! — krzyknął Maks Huber.

Rzeczywiście, Jan Kort nie potrzebował strzelać po raz drugi, co oszczędziło naboju. Zwierzę upadło i z pomiędzy krzaków zsunęło się na brzeg, farbując krwią przejrzyste wody rzeki. Ażeby nie stracić tej wspanialej zdobyczy, tratwa przybiła pod sam brzeg, a forloper zajął się zaraz oprawieniem zwierza i wybraniem najlepszych części.

Lango dotychczas tak ciekawy, tym razem nie pobiegł zobaczyć, co się stało. Na huk strzału z karabina, mała istotka obudziła się i zaczęła poruszać rękami, a z ust wyszło jedyne słowo, jakie dotąd Lango pochwycił: „Ngora! ngora!..”

Tym razem Lango nie mógł się mylić. Słowo wyraźnie doszło jego uszu. Wzruszony jękiem bolesnym biednej istoty, ujął jej rękę gorącą. Nabrał świeżej wody w filiżankę i próbował wlać w usta małpki, lecz bez skutku. Szczęki o świetnej białości zębach nie chciały się rozchylić. Lango umoczył tedy troszkę trawy i odwilżył lekko jej usta. Zdawało się, że to robi maleństwu przyjemność. Małpka uścisnęła lekko rękę chłopca i znów wymówiła „ngora”!

Nie trzeba zapominać, że to słowo u krajowców znaczy matka... Czyżby ta mała istotka matki przyzywała? Rozpacz Langa nie miała granic, gdy pomyślał, że słowo to może ujść z ostatniem tchnieniem!

Siedział tak godzinę, to głaszcząc biedne stworzenie, widocznie pogrążone w gorączce, to odwilżając mu usta wodą. Odszedł dopiero wówczas, gdy małpka zasnęła. Postanowił powiedzieć wszystko, stanął więc obok swoich przyjaciół, kiedy tratwa wypływała na środek rzeki.

— No cóż — zapytał Maks Huber, — jakże tam zdrowie twojej małpki?..

Lango spojrzał, jak gdyby wahał się z odpowiedzią. Potem położył rękę na ramieniu Maksa i rzekł:

— To nie małpka...

— Nie małpka?.. powtórzył Jan Kort.

— Uparty jest nasz Lango!.. — podjął Maks. Wbiłeś sobie w głowę, że to jest dziecko, takie jak ty...

— Dziecko... nie takie jak ja... ale dziecko... mówiło... dziś w nocy...

— Mówiło?

— Mówiło także w tej chwili...

— Cóż więc mówiło?

— Powiedziało „ngora”...

— Jakto!.. to słowo, które ja słyszałem?.. — wykrzyknął Jan Kort, nie ukrywając zdziwienia.

— Tak — „ngora”, potwierdził chłopiec.

Dwa przedstawiały się przypuszczenia: albo Lango padł ofiarą złudzenia, albo dostał pomieszania zmysłów.

— Sprawdźmy to — rzekł Jan Kort — może to i prawda; a w takim razie, kochany Maksie, znajdziesz to, czego tak poszukujesz: coś niezwykłego.

Weszli obydwa do budki i badali śpiące stworzenie. Na pierwsze wejrzenie istotka ta wydawała się małpą. Jedno tylko uderzyło Jana, że miała dwie ręce, kiedy wszystkie małpy mają cztery, a nogi kształtu nóg ludzkich. Jan Kort zwrócił na to uwagę Maksa:

— Ciekawe... bardzo ciekawe...

Wzrost tej istotki nie przenosił siedmdziesiąt pięć centymetrów. Co prawda wydawała się starszą nad lat pięć. Skórę miała bez włosów, tylko na piersiach, łydkach i nogach lekki puch rudawy. Ręce nie były zbyt długie. Ogona nie posiadała wcale, głowę miała okrągłą, nos płaski, czoło trochę w tył podane. Włosy były gęste i kędzierzawe, jak u krajowców Afryki środkowej. Stanowczo był to typ więcej ludzki, niż małpi. W dodatku Lango zapewniał, że mówi...

Dwaj przyjaciele siedzieli w milczeniu w nadziei, że małe usta otworzą się, podczas gdy Lango zwilżał jej czoło i skronie. Oddech wreszcie miała wolniejszy a gorączka widocznie przechodziła.

— Nareszcie wargi rozchyliły się lekko:

— Ngora... ngora!.. powiedziała głosem słabym.

— To przechodzi wszelkie pojęcie! — rzekł Maks Huber.

Obydwa nie chcieli jeszcze wierzyć własnym uszom. Jakto! ta istota posiadała dar mowy! Wprawdzie dotąd wymówiła jeden tylko wyraz z języka krajowców, ale można było przypuszczać, że używa innych, że myśli i umie słowami tłómaczyć te myśli?.. Szkoda tylko, że oczu nie otwierała, że nie można było zobaczyć, czy myśl w tych oczach się odbija.

Jan Kort pochylony nad tem dziwnem stworzeniem, śledził słów lub krzyku jakiego. Jakież było jego zdziwienie, gdy dostrzegł sznurek około małej szyi. Dotknąwszy sznurka, przesunął go i nagle krzyknął:

— Medalionik!...

— Medalionik? powtórzył Maks Huber.

Jan Kort odwiązał sznurek.

Tak, medalionik niklowy, niewielki, na jednej stronie wyryte nazwisko, na drugiej profil. Nazwisko i profil doktora Johansena.

— Znowu on!... wykrzyknął Maks Huber.

Że te medaliony zostały rozrzucone w okolicach Kamerunu, w tem nie było nic zadziwiającego, ponieważ doktór rozdawał je krajowcom, lecz medalion uwieszony na szyi tego dziwnego mieszkańca lasu Ubangi... — to rzecz istotnie niezwykła.

— Dziwne!... — oświadczył Maks Huber — chyba, że małpy ukradły medalion ze szkatułki doktora...

W tej chwili dał się słyszeć głos forlopera:

— Panie Maksie!... panie Janie!...

Dwaj przyjaciele wyszli z budki i zbliżyli się do niego.

— Posłuchajcie — rzekł Kamis.

O pięćset metrów z biegiem wody rzeka skręcała gwałtownie na prawo pod gęstemi drzewami. Dochodził ztamtąd szum głuchy, podobny do ryku zwierząt. Był to rodzaj stłumionego grzmotu, który zwiększał się w miarę zbliżania się tratwy...

— Szum podejrzany... — rzekł Jan Kort.

— Którego pochodzenia nie mogę rozpoznać — dodał Maks Huber.

— Może tam jest spadek lub wir?... rzekł forloper. Wiatr ciągnie z południa i czuję, że jest wilgotny!

Kamis się nie mylił. Na powierzchni rzeki kłębiła się mgła gęsta, która mogła pochodzić tylko z gwałtownego wzburzenia wody. Jeżeli rzeka była zawalona jaką przeszkodą, jeżeli żegluga zostanie przerwaną, byłby to wypadek poważny. Tratwa płynęła z gwałtowną szybkością. Po wyminięciu zakrętu, obawy forlopera okazały się aż nadto usprawiedliwionemi. O jakie sto sążni nagromadzenie skał ciemnych, tworzyło zaporę od jednego do drugiego wybrzeża; środkiem tylko wody wpadały wściekle, okrywając skały pianą.

'The Village in the Treetops' by George Roux 25

Gwałtowny bałwan wody wtrącił ich w odmęt.

Z dwóch stron woda rozbijała się o tamę naturalną, a w niektórych miejscach przelatywała przez wierzch. Jeżeli tratwa nie dosięgnie jednego z wybrzeży, jeżeli nie uda się uczepić jej mocno, roztrzaska się o zaporę, albo zakręci się i w wir wpadnie. Wszyscy zachowali krew zimną. Nie było chwili do stracenia, gdyż szybkość pędu coraz bardziej się zwiększała.

— Do brzegu... do brzegu!... krzyknął Kamis.

Godzina była w pół do siódmej. Dzień chmurny, zmrok zapadał.

Kamis ostatnich sił dobywał, Maks mu pomagał. We dwóch udałoby im się dobić do brzegu, gdy nagle ster pękł, a tratwa poszła z biegiem wody.

— Bądźmy gotowi do wyskoczenia na skały, zanim wir nas porwie... zarządził Kamis.

Lango słysząc hałas, wyszedł z budki. Spojrzał i pojął niebezpieczeństwo. Zamiast myśleć o sobie, myślał o swojem wychowańcu. Wziął go na ręce i ukląkł na tyle tratwy.

Tratwa pędziła prosto na wir. Jeszcze chwila i uderzyła gwałtownie w skały po lewej stronie. Napróżno Kamis i jego towarzysze próbowali uczepić się steru. Gwałtowny bałwan wody wtrącił ich w odmęt.

Tratwa roztrzaskała się w kawałki, które spłynęły na falach wzburzonych.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.