FANDOM



VII Wielki las • Rozdział VIII • Juliusz Verne IX
VII Wielki las
Rozdział VIII
Juliusz Verne
IX
Uwaga! Tekst wydano w 1901 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


VIII.

Dr. Johansen.

Jeżeli Jan Kort, Maks Huber a nawet Kamis nie krzyknęli, słysząc to nazwisko, to dla tego, że zdumienie mowę im odjęło.

Nazwisko Johansen odkrywało rąbek tajemnicy, pokrywającej najbardziej fantastyczne usiłowania nauki tegoczesnej, usiłowania, w których śmieszność szła w parze z powagą, a może i z tragedyą, gdyż wszystko kazało przypuszczać, że usiłowania te miały koniec opłakany.

Któż z osób, czytających gazety, nie słyszał o głośnym przed kilku laty profesorze amerykańskim, nazwiskiem Garner, który po długich i drobiazgowych spostrzeżeniach doszedł do przekonania, że małpy rozmawiają pomiędzy sobą, że się rozumieją, że używają wyrazów na określenie głodu, pragnienia i innych swoich potrzeb.

Wewnątrz ogrodu zoologicznego w Waszyngtonie Garner kazał pozaprowadzać fonografy w celu chwytania owych wyrazów. Zauważył nawet, że małpy, — co głównie odróżnia je od ludzi, — nie mówią nigdy bez potrzeby. Opinię swoją wyraził w słowach następujących: „Znajomość świata zwierzęcego wzbudziła we mnie silną wiarę w to, że wszystkie zwierzęta ssące posiadają zdolność mówienia w stopniu, odpowiadającym ich potrzebom”.

Dawniej już, nim Garner przedstawił światu swoje badania, wiedziano, że zwierzęta ssące, psy, małpy i inne zwierzęta, posiadające przyrząd krtaniczny, taki sam, jakim człowiek posługuje się do wydawania głosu w wyrazach określonych. Lecz wiedziano także, że myśl poprzedza słowo. Ażeby mówić, potrzeba myśleć, a tej zdolności zwierzęta nie mają. Papuga wprawdzie mówi, nie rozumie jednak ani słowa z tego, co mówi. Prawdą jest zatem, że jeżeli zwierzęta nie mówią, to dla tego, że natura nie obdarzyła ich dostateczną inteligencyą; a gdyby nie to, mogłyby mówić, mniej więcej tak, jak ludzie.

Profesor Garner nie chciał uznać tej zasady.

Łatwo domyśleć się można, iż doktryna jego wywołała żywe rozprawy. Wreszcie postanowił zbadać tę rzecz głębiej i na właściwym terenie, to jest w lesie pomiędzy małpami. Powziął tedy zamiar udania się do Afryki podzwrotnikowej. Zapewniał, że nauczy się mowy gorylów i szympansów, i wyda gramatykę i słownik języka małpiego.

Czy dotrzymał obietnicy danej sobie samemu i światu uczonych?...

W roku 1892 Garner wyjechał z Ameryki. Przybył do Libreville 12 października i zamieszkał w faktoryi John Wotland i S-ka aż do lutego 1894 r. W tym czasie dopiero zdecydował się rozpocząć swoją kampanię naukową. Udał się w górę rzeki Ogowe na małym parowcu, wylądował w Lambaréne i 22 kwietnia dotarł do misyi katolickiej nad Fernand-Var.

Ojcowie zakonu Ś-go Ducha przyjęli go bardzo gościnnie, w domu swoim zbudowanym nad wspaniałem jeziorem Fernand-Var. Personel misyi starał się ułatwić doktorowi jego awanturnicze zadanie.

Po za zakładem misyi rozpoczynał się wielki las, obfitujący w małpy. Nie można było wymarzyć sobie warunków więcej sprzyjających do zawarcia z niemi znajomości. Lecz trzeba było koniecznie wejść z małpim rodem w zażyłość i, słowem, dzielić ich życie. Dla tego to Garner kazał zrobić klatkę żelazną rozbieraną i przenieść ją do lasu. Jeżeli można wierzyć, żył w niej przez trzy miesiące; najczęściej sam i mógł w ten sposób studyować goryla w stanie natury.

Przezorny amerykanin umieścił swój dom metalowy o dwadzieścia minut drogi od misyi Ojców duchownych, w pobliżu studni, w miejscu, które nazwał „Fort Goryla”. Pożerany przez moskity, nie mógł dłużej nad trzy miesiące wytrzymać, rozebrał więc klatkę i powrócił do misyi, prosząc o gościnność, którą mu chętnie ofiarowano. Wreszcie, 18 czerwca opuścił ostatecznie misyę, odpłynął do Anglii a ztamtąd powrócił do Ameryki, przywożąc, jako jedyną pamiątkę z podroży, dwa małe szympansy, które... w żaden sposób nie chciały z nim rozmawiać.

Taki był rezultat wyprawy pana Garner.

Profesor utrzymywał stanowczo, iż pochwycił różne dźwięki głosowe małp, mające znaczenie wyraźne, jak: „whouw” pożywienie; „czery” napój; „iegk” strzeż się, i t. p. Później nawet, na skutek doświadczeń, czynionych w ogrodzie zeologicznym w Waszyngtonie, z użyciem fonografu, zapewniał, iż zanotował słowa energiczne, odnoszące do wszystkiego, co się je i pije; inne co do użycia ręki; inne znów dla oznaczenia czasu. Słowem, podług niego język małp składał się z ośmiu lub dziewięciu dźwięków głównych, zamienianych stosownie do potrzeby przy pomocy trzydziestu lub trzydziestu pięciu modulacyj.

Co prawda, ów „język małp”, pochwycony przez Garnera, jest tylko pewną ilością głosów czy dźwięków, jakie niektóre zwierzęta wydają, dla porozumienia się ze stworzeniami sobie podobnemi. Dźwiękami takiemi posługują się psy, konie, barany, gęsi, jaskółki, mrówki, pszczoły i t. d. Porozumiewanie objawia się bądź to krzykiem, bądź też ruchami odpowiedniemi, które wyrażają wrażenia, wzruszenia, jako to radość lub obawę.

W ten sposób wytłómaczył sobie cały świat przyrodników twierdzenie Garnera o „języku małpim”. Po upływie pewnego czasu zapomniano o Garnerze i o jego studyach.

W dwa lata później, pewnemu uczonemu niemieckiemu przyszło do głowy, aby rozpocząć próby na nowo, ale nie w pobliżu siedlisk ludzkich, lecz w głębi lasu, gdzie małpy żyją gromadnie, w stanie najzupełniej dzikim. Uczonym owym, mieszkającym w Kamerunie, w Malimba, był dr. Johansen. Mieszkał tam od lat kilku. Był to lekarz, więcej zamiłowany w zoologii i w botanice, niż w medycynie. Skoro dowiedział się o bezowocnych próbach profesora Garnera, przyszło mu na myśl podjąć je na nowo. Przyjeżdżał kilka razy do Libreville i tam Jan Kort miał sposobność zawrzeć z nim znajomość. Doktor Johansen, choć miał już lat 50 przeszło, ale zdrów był i silny. Mówił po angielsku i po francusku, jak swoim rodzinnym językiem, rozumiał nawet dyalekt miejscowy, którego nauczył się w czasie praktyki lekarskiej. Majątek osobisty pozwalał mu na życie dostatnie. Nie miał rodziny, ani bliższej, ani dalszej, swobodny był w całem znaczeniu tego słowa, nie liczył się z nikim, dla czegóż więc nie miałby robić tego, co mu się podobało?

'The Village in the Treetops' by George Roux 17

Dr Johansen w domku leśnym.

Usługiwał mu młody krajowiec. Poznali się wzajemnie i polubili. Kiedy oznajmił o zamiarze udania się na mieszkanie do lasu, pomiędzy małpy, służący Johansena nie zawahał się przyjąć propozycyi. Zabrali się tedy do przygotowań. Domek, podobny do klatki Garnera, lepiej tylko sporządzony, wygodniejszy, zrobiony w Niemczech, sprowadzony został w sztukach na pokładzie parowca, który zarzucił kotwice w porcie Malimba.

Na miejscu znaleziono z łatwością suchary, solone mięso, wreszcie amunicyę, potrzebną do zapewnienia sobie obrony a zarazem do zdobycia żywności na długi przeciąg czasu. Sprzęty, pościel, bieliznę, ubranie, różne naczynia kuchenne, zabrano z domu doktora. Wzięto także starą pozytywkę w nadziei, że małpy nie będą nieczułe na urok muzyki.

Jednocześnie kazał wybić pewną liczbę medali niklowych, ze swojem nazwiskiem i portretem, z przeznaczeniem zapewne dla znakomitszych osobistości w kolonii małpiej, którą spodziewał się założyć w Afryce środkowej.

Nakoniec, dnia 13 stycznia 1894 roku dr. Johansen ze służącym wsiedli w Malimba na mały statek i puścili się z biegiem rzeki. Gdzie się udali?... Doktor nie chciał tego powiedzieć i nie powiedział nikomu. Tyle tylko dowiedziano się później, że statek żeglował po rzece Mbam przez sto mil, że zatrzymał się przy wsi Ngila, że wynajęto tam dwudziestu czarnych tragarzy, i że materyały poniesiono w kierunku wschodnim. Od tej chwili nie słyszano nic więcej o doktorze Johansenie. Tragarze, powróciwszy do Ngila, nie potrafili wskazać dokładnie okolicy, gdzie pożegnali się z doktorem. Pomimo zarządzonych poszukiwań, nie osiągnięto najmniejszej wieści o doktorze, ani o jego wiernym służącym.

Co się z nim stało? Jan Kort i Maks Huber starali się obecnie odgadnąć, bodaj w przypuszczeniu. Dr. Johansen ze swoją eskortą dotarł do rzeki na północo-zachód lasu Ubangi; odprawił krajowców, zabrał się do zbudowania tratwy, a po ukończeniu jej, puścił się wraz ze służącym z biegiem tej rzeki nieznanej, zatrzymał się w tem miejscu i ustawił chatę z frontem z kraty żelaznej, pod pierwszemi drzewami na lewem wybrzeżu. Oto co można było uważać za prawdopodobne. Ale co dalej? Dla czego klatka jest pusta?... Dla czego opuścili ją dwaj mieszkańcy?... Czy uczynili to dobrowolnie? To chyba niemożebne. — A więc zostali uprowadzeni. — Przez kogo? Czy przez krajowców?... Lecz las Ubangi uważany był za niezamieszkały. A może był to napad ze strony dzikich zwierząt? Wreszcie pytanie najważniejsze, czy doktor Johansen i jego służący żyją jeszcze?...

Dwaj przyjaciele wzajemnie stawiali sobie pytania. Co prawda, nie mogli dać na nie zadawalających odpowiedzi. Gubili się wciąż w ciemnych i tajemniczych przypuszczeniach.

— Zasiągnijmy rady notatnika... rzekł Jan Kort.

— To nam tylko pozostało. Może w braku objaśnień wyraźnych, choć za pomocą dat, będziemy mogli wpaść na ślad jakiś.

Maks Huber otworzył notatnik. Kilka kartek było spojonych, z powodu wilgoci.

— Nie dużo dowiemy się z notatnika.

— Dlaczego?...

— Dla tego, że wszystkie kartki są czyste z wyjątkiem... pierwszej...

— A na tej pierwszej?...

— Kilka zdań... kilka dat także, które zapewne miały później służyć doktorowi do zredagowania dziennika.

Maks Huber z niejaką trudnością odczytał następujące zdania zapisane ołówkiem:

Dnia 29 lipca 1894 r. — Przybycie z eskortą na granicę lasu Ubangi... Obóz na prawym wybrzeżu rzeki... Budowanie tratwy.

Dnia 3 sierpnia. — Tratwa skończona... Odprawa eskorty do Ngila... Zatarcie śladów obozowiska... Wsiadłem na tratwę ze służącym.

Dnia 9 sierpnia. — Żegluga z biegiem wody przez siedm dni, bez przeszkody... Zatrzymanie się na polance... Liczne małpy w okolicy... Miejsce stosowne...

Dnia 10 sierpnia. — Wyładowanie materyału na ląd... Wybór miejsca na klatkę... Niezliczona ilość szympansów, gorylów.

Dnia 13 sierpnia. — Instalacya... Zamieszkanie w chatce... Okolice puste, żadnego śladu istoty ludzkiej... Zwierzyna wodna obfita... Schronienie podczas szarugi.

Dnia 25 sierpnia. — Dwadzieścia siedem dni upłynęło... Hipopotamy na powierzchni rzeki... Zabite łosie i antylopy... Wielkie małpy w nocy w pobliżu chatki... Nie można poznać gatunku... Ogień o kilkaset kroków, w gęstwinie... Ciekawy fakt do sprawdzenia: zdaje się, że te małpy mówią, że zamieniają pomiędzy sobą kilka zdań... Jedna mała woła: „Ngora!... Ngora!...” słowo, które u krajowców znaczy „matka”.

Lango słuchał dotychczas uważnie. Nagle wykrzyknął:

— Tak... tak... ngora.. matka... ngora... ngora!..

Jan Kort przypomniał sobie teraz, że nocy poprzedniej, kiedy był na warcie, słowo to obiło się o jego uszy. Sądząc, że to złudzenie, dotychczas nic nie mówił towarzyszom.

— I ja także słyszałem to słowo, — rzekł obecnie i opowiedział, w jakiej okoliczności poznał się po raz pierwszy z tym dźwiękiem.

— Widzisz, widzisz — zawołał Maks Huber — oto nareszcie coś „nadzwyczajnego”...

— Czyż nie tego pragnąłeś? — odpowiedział Jan Kort.

Kamis słuchał, milcząc. Prawdopodobnie to, co interesowało francuza i amerykanina, dla niego było obojętnem. Szczegóły, odnoszące się do doktora Johansena, przyjmował zimno. Najważniejszem było dlań to, że doktor zbudował tratwę, której można było użyć, i że zostawił różne przedmioty w opuszczonej klatce. Co się stało z doktorem i jego sługą, nad tem forloper nie zastanawiał się wcale. Zresztą po co? Puścić się w las dla odnalezienia śladów, narażać się na niebezpieczeństwa — to nie ma sensu. Jedyną rzeczą możliwą do zrobienia: — popłynąć dalej z biegiem wody aż do Ubangi, i czemprędzej dotrzeć do ludzkich siedzib.

Wreszcie, sam rozum dyktował, że wszelkie kroki w tym celu nie miały widoków powodzenia. W którąż stronę skierować się, żeby odnaleźć doktora?... Gdyby była jaka wskazówka, może Jan Kort byłby uważał za obowiązek pośpieszyć mu z pomocą; lecz nic, nic!... Kilka zdań urywkowych w notatniku, z których ostatnie figurowało pod datą 25 sierpnia, a dalej tylko białe kartki.

— Nie podlega wątpliwości, że doktor przybył w to miejsce dnia 9-go sierpnia i że jego notatki zatrzymują się na dniu 25-tym tego samego miesiąca — zauważył Jan Kort po chwili milczenia. — Jeżeli nie pisał od tej daty, to widocznie dlatego, gdyż opuścił swoją chatę, w której przebywał tylko 13 dni...

— I — dodał Kamis — niepodobna odgadnąć, co się z nim stało.

— Wszystko jedno — rzekł Maks — nie jestem ciekawy...

— Oh! kochany przyjacielu, co to, to nieprawda.

— Masz racyę, Janie, i, ażeby znaleźć rozwiązanie tej zagadki....

— Siadajmy na tratwę i w drogę... odpowiedział forloper.

Rzeczywiście nie było czasu do stracenia. Rozsądek nakazywał naprawić tratwę i jak najprędzej puścić się z biegiem rzeki. Później będzie można pomyśleć o zorganizowaniu umyślnej wyprawy, celem odszukania doktora Johansena. Ale wyprawa taka musi być podjętą w innych warunkach i zaopatrzoną w lepsze środki.

Przed wyjściem z klatki należało przeszukać wszystkie kąty. Może się znajdzie coś użytecznego. Po dwóch latach nieobecności, czy można przypuścić, że właściciel powróci i zażąda zwrotu?

Klatka, mocno zbudowana, zapewniała doskonałe schronienie. Dach blaszany, pokryty na wierzchu liśćmi, trzymał się doskonale i chronił wnętrze. Front z żelaznej kraty, obrócony na północ, mniej wystawiony na burze, ostał się zniszczeniu czasu. Sprzęty, pościel, stół, krzesła, kufer, byłyby na miejscu, gdyby pozostały w klatce. — Otóż, zabrano je, wyniesiono, ale kiedy, gdzie, dokąd?...

Po dwóch latach opuszczenia klatka domagała się naprawy. Deski na podłodze zaczynały się paczyć, nogi zapadały w wilgotną ziemię, ślady zniszczenia widniały pod festonami z lianów i zieloności. Tej roboty Kamis i jego towarzysze nie chcieli się podjąć. Niepodobna, aby chatka miała kiedyś jeszcze służyć za schronienie innemu amatorowi badania małpiego społeczeństwa.

Imbryczek, filiżanka, futerał od okularów, toporek i pudełko z notatnikiem — oto wszystko, co znaleziono. Kamis szukał starannie. Ani broni, ani narzędzi, nic!... Bez wątpienia wszystko zabrano. Forloper już miał wyjść z próżnemi rękami, kiedy w kącie, ziemia, w którą uderzył nogą, wydała dźwięk metaliczny.

— Tu coś jest... rzekł.

— Może klucz!..

— Jaki klucz?

— E! mój drogi, klucz od tajemnicy!

Nie był to klucz, lecz pudełko blaszane, zakopane w tem miejscu. Kamis je wyjął. Nie ucierpiało od wilgoci. Z nadzwyczajnem zadowoleniem sprawdzono, że zawierało sto nabojów nienaruszonych!

— Dzięki ci, zacny doktorze — wykrzyknął Maks — obyśmy mogli odwdzięczyć ci się kiedyś!..

Naboje doskonale nadawały się do karabinów forlopera i jego towarzysza.

— A teraz — wracajmy nad rzekę, naprawmy tratwę i... dalej w drogę — rzekł Kamis.

— Zobaczmy najpierw, czy niema w okolicy jakiego śladu doktora Johansena i jego sługi. Może krajowcy na nich napadli i zawlekli w głąb lasu; może zginęli, broniąc się, a kości ich leżą gdzie w pobliżu...

Uznano słuszność tych przypuszczeń. Ale poszukiwania w obrębie co najmniej stu metrów nie dały żadnego rezultatu. Można było z tego wnosić, że nieszczęśliwego Johansena uprowadzono, a może i zabito?...

— W każdym razie — zauważył Jan Kort — wnioskować z tego można, że las Ubangi nawiedzany bywa przez plemiona koczownicze, powinniśmy mieć się więc na ostrożności...

— Słuszna uwaga — odparł Kamis. — A teraz, na tratwę...

'The Village in the Treetops' by George Roux 18

Dzień cały pracowano przy naprawie tratwy. Skończono robotę, kiedy słońce schowało się za drzewa, po prawej stronie rzeki. Puszczać się po nocy rzeką nieznaną — rzecz niebezpieczna, odłożono więc odjazd na dzień następny. Lepiej było spędzić noc w grocie, tembardziej, że koło godziny ósmej rzęsisty deszcz zaczął padać.

Maks ani na chwilę nie przestał myśleć o losie, jaki spotkał dra Johansena. Jan mało się tem zajmował, dla forlopera zaś była to rzecz najzupełniej obojętna.

Na tle przygód Johansena Maks tworzył w wyobraźni swojej najdziwaczniejsze obrazy.

Wielki las ukazywał się w jego myśli najeżony niezbadanemi tajemnicami, ludźmi nowymi, nieznanych typów, wioskami, ukrytemi pod konarami drzew olbrzymich. Zanim położył się spać, rzekł do swych towarzyszów.

— Słuchajcie; a gdybyśmy tak bodaj cośkolwiek dobrego uczynili dla tego biednego Johansena!...

— Co? Może chcesz udać się na jego poszukiwanie?... wykrzyknął forloper.

— Nie. Ale dajmy jego nazwisko rzece, która, jak mniemam, niema żadnego...

I oto dla czego rzeka Johansena będzie figurowała na mapach nowoczesnych.

Noc przeszła spokojnie. Ani Jan Kort, ani Maks Huber, ani Kamis, czuwając kolejno, nie słyszeli ani jednego słowa wymówionego koło siebie.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.