FANDOM



Trzy serca

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

¤ ¤ ¤ ¤



Rozdział I

Wszystkie okna pałacu w Prudach jarzyły się od świateł. Z wnętrza płynęły dźwięki orkiestry przez rozległe gazony, przez kwietniki, wśród starych drzew parku, nad nieruchomymi taflami stawów, aż daleko rozsypywały się w rżyskach cichnącymi szmerami.

Od lat wielu po raz pierwszy Prudy wydawały wielki bal. Okazje po temu były dwie: pani Matylda Tyniecka obchodziła swoje sześćdziesiąte urodziny, a obchodziła je tak uroczyście i tak hucznie z racji powrotu syna, który wreszcie zdecydował się na przyjazd do kraju, na ustatkowanie się i objęcie w posiadanie swoich Prudów.

Od sześciu lat nie pokazał się tu ani razu. Włóczył się po całym świecie, wciąż zmieniając uczelnie, hulając, wpadając w różne skandaliki, których echo zbyt często docierało aż do Wielkopolski i budziło w pani Matyldzie z trudem hamowany gniew.

— Wierz mi, Kate — mówiła do swojej siostrzenicy — że dużo w tym musi być przesady. Roger w gruncie rzeczy jest dobrym chłopcem.

A nawet w tej obronie Kate z łatwością wyczuwała gniew ciotki Matyldy. Już to, że jedynaka nazywała Rogerem, nie zaś jak zwykle Gogo, świadczyło o tym dobitnie. Poza tym owo miękkie i w jej głosie pełne ciepła “Keeit" w chwilach wzburzenia zamieniało się w krótkie i ostre “Kejt". A Kate była zbyt inteligentna i zbyt subtelna, by tego nie wyczuć.

Pani Matylda zaś najbardziej obawiała się tego, by jej pupilka nie nabrała złego wyobrażenia o Gogu. Od dawna przeznaczyła ją w duchu na żonę dla syna. I bynajmniej nie dlatego, że nie mógłby on znaleźć lepszej partii. Dzięki swojemu bogactwu, dzięki swoim dziewięciu pałkom w koronie, dzięki wreszcie renomie światowca i nieprzeciętnej urodzie mógł sięgnąć po każdą. Kate Pomianówna nie miała nic. Ale jeżeli stara, doświadczona i mądra pani Matylda ją właśnie wybrała na synową, na przyszłą hrabinę Tyniecką i panią na Prudach, uczyniła to nie bez najgłębiej przemyślanych powodów. Kate bowiem w oczach pani Matyldy była doskonałością. Nie tylko zresztą w jej oczach.

W całym pałacu, w całych Prudach, w całej okolicy nie było nikogo, kto by na nią nie patrzył z zachwytem, kto by o niej nie mówił z uwielbieniem. Zarówno panie, jak i panowie, zarówno oficjaliści, jak i służba, zarówno ci, co znali ją od lat pięciu, odkąd przybyła do Prudów, jak i ci, co ujrzeli ją po raz pierwszy, wszyscy otaczali ją atmosferą nieustannej adoracji i jeżeli dziwili się czasem, to tylko temu, że nie mogą znaleźć żadnej skazy ani na jej piękności, ani w charakterze, ani w umysłowości. Jedna była tylko osoba, która nie uważała jej za doskonałość, lecz tą osobą była sama Kate.

Otóż pani Matylda Tyniecka drżała na myśl, że ten fenomen, ta wymarzona następczyni jej w Prudach, nad której wykształceniem i wychowaniem czuwała przez szereg lat, zostanie przez kogoś innego zdobyta, lub, co jeszcze gorsze, że Gogo, ten lekkomyślny chłopiec, nie pozna się na niej. Do dwudziestego ósmego roku życia, obijając się wśród płytkiej i hulaszczej młodzieży, mógł spaczyć swój gust i teraz przejść obojętnie obok tej cudownej Kate.

Obawy jednak były niepotrzebne. Kate i tym razem zwyciężyła, zwyciężyła od pierwszego spojrzenia. Gdy przed trzema tygodniami Gogo ujrzał ją po raz pierwszy przy stole, po prostu nie umiał ukryć wrażenia. Stał się zażenowany, zabawnie nadrabiał miną, bąkał coś pod nosem, palnął kilka niedorzeczności i nie spuszczał oczu z kuzynki. Po paru dniach odzyskał wprawdzie swobodę, ale przecież zgubił gdzieś bez śladu swój nonszalancki sposób bycia.

A teraz tańczył z nią prawie bez przerwy. Stara pani nie martwiła się, że zwraca to powszechną uwagę, uważała jednak za stosowne przywołać syna do porządku.

— Gogo, wiele panien podpiera ściany. Nie możesz wciąż tańczyć z Kate.

— Mamo — powiedział szeptem — ja... ją kocham.

Stara pani podniosła lorgnon do oczu.

— O?... Czy sądzisz, że jest to twoją wyłączną tajemnicą?...

Roger wzruszył ramionami.

— Nie zamierzam kryć się z tym. Gotów jestem powiedzieć to każdemu.

— Sądzę, że postąpisz rozsądniej mówiąc to jej — z lekką ironią odpowiedziała pani Matylda i odeszła do grupy starszych pań. Po chwili zobaczyła, że Roger wychodzi z Kate na taras, i pomyślała:

— No, nareszcie.

Przez jedno mgnienie ogarnął ją niepokój: czy Kate nie odmówi mu ręki?... Ale już w następnej chwili uspokoiła się. To było zupełnie wykluczone. Taka dziewczyna jak Kate, z jej absolutnym taktem, z jej wysublimowanym obejściem, nie dopuściłaby nigdy do oświadczyn, gdyby nie zamierzała ich przyjąć. Ma już prawie dziewiętnaście lat, a umie rozumieć życie jak kobieta dojrzała.

I nie myliła się stara pani. Kate, wychodząc z Rogerem na taras, dobrze wiedziała, że kuzyn poprosi ją o rękę, i była zdecydowana oddać mu ją. Była zdecydowana, chociaż zespół uczuć, jakie żywiła dlań, nie wydawał się jej czymś dorastającym do miana miłości. Nie, nie była w nim zakochana. Miała dlań wiele życzliwości, sympatii, w ciągu tych trzech tygodni zdążyła polubić go i ocenić w nim te zalety, które miał niewątpliwie: szczerość, bezpośredniość, szerokość gestu i dumę w dobrym stylu. Nie z racji tych zalet jednak gotowa była zostać jego żoną, ale po prostu dlatego, że wyczuwała życzenia ciotki Matyldy, wobec której miała wiele zobowiązań natury moralnej i materialnej. Zresztą rozumiała sama, że małżeństwo z Gogiem będzie dla niej karierą.

Roger stał przy niej i mówił głosem, który drgał pomimo pozornego opanowania:

— .kocham cię, Kate, jak jeszcze nigdy nikogo nie kochałem, jak nie kochałem samego siebie. Bądź moją! Nie będziesz moją żoną, będziesz moją królową... Kate!... Zaklinam cię, nie odmawiaj... To byłaby moja śmierć! Kate! Powiedz... powiedz... Nie odepchniesz mnie?...

— Nie, Gogo — odezwała się cicho.

Szalone szczęście zacisnęło mu krtań. W pierwszej chwili chciał ją porwać w ramiona, lecz zabrakło mu śmiałości. Stała przed nim jasna, wysmukła, z dobrym i rozumnym uśmiechem, w którym była jakby serdeczna łaskawość. Jej włosy koloru złocistej słomy, zaczesane gładko i spadające w długich lokach, nadawały twarzy wyraz dziewczęcy, prawie dziecinny, a szafirowe oczy patrzyły prosto, głęboko i odważnie. I Roger zrozumiał, że nie na próżno powiedział jej, że będzie jego królową.

Sama podała mu obie ręce. Całował je i szeptał porywczo:

— Boże, jaki ja jestem szczęśliwy! Kate! Kasieńko najdroższa! Jedyna... Obsypię cię brylantami, kwiatami... Zadziwię tobą świat, olśnię tobą świat!... Rozsadzi mnie chyba pycha, że mam taką żonę!... Kate!.,. Ubóstwiam cię, uwielbiam...

— Panienko Kasiu — odezwał się za nimi zdyszany głos. — Czy tu jest panienka Kasia?...

Pokojówka Herta wbiegła na taras i zawołała:

— Prędko, panienko, Michalince znowu zrobiło się niedobrze! Ledwie dyszy!

— Dobrze, już idę — skinęła głową Kate. — Przepraszam cię, Gogo. Muszę biednej Michalince zrobić zastrzyk kamfory.

Przeszła prędko przez salę balową, gdzie kilkadziesiąt par tańczyło kujawiaka, przez szereg pokojów, aż do kredensu, gdzie stała apteczka. Ostatnimi dniami często do niej musiała zaglądać. Stara, poczciwa Michalinka, niegdyś mamka i niańka Goga, a od lat klucznica w pałacu, zapadła na ciężką niedomogę serca.

W kredensie panował tłok i rejwach. Raz po raz wpadali lokaje z brzęczącymi od szkła tacami, w wielkie dzbany nalewano kruszon, orszadę, na kryształowych kloszach układano owoce i ciasta. Tu też pan Maciek kalkulował rozmieszczenie gości i przyjezdnej służby po pokojach gościnnych i oficynach, pochylony nad listą gości, raz po raz odrywał się od niej, by wydać dyspozycje, by wydzielić nowe paczki świec.

Pan Maciek był z tytułu pisarzem prowentowym, ale w rzeczywistości sprawował w Prudach tysiące różnych funkcji. Robił wypłaty, posyłano go na ważniejsze zakupy, jeździł do Poznania dla załatwiania rozmaitych spraw w urzędach, nadzorował służbę w pałacu, a podczas większych zjazdów stawał się czymś w rodzaju ochmistrza dworu, jako że pani Matylda miała doń pełne zaufanie. Pan Maciek był synem Michalinki i bratem mlecznym Rogera. Już z tego tytułu miał na całe życie zapewniony chleb w Prudach.

Kate, wyjmując z apteczki strzykawkę, eter i ampułki z kamforą, powiedziała:

— Niech pan Maciek nie zapomni o wstawieniu drugiego łóżka do pokoju czternastego.

— Tak jest, panienko. Pamiętam o tym.

— A teraz może pan Maciek zajrzy do swojej matki. Idę z zastrzykiem. Znowu czuje się, biedactwo, gorzej.

— Dziękuję, panienko. Ale teraz nie mam czasu. Jeżeli panienka pozwoli, to może później.

Zawsze był taki obowiązkowy, grzeczny i służbisty, wyprostowany jak struna w swoich długich butach, zielonkawych spodniach i frenczu.

Wprost z kredensu strome schody prowadziły na drugie piętro, gdzie mieściły się pokoje służbowe. Kate szybko przebiegła długi korytarz i weszła do niewielkiej schludnej izdebki. Niczym nie osłonięta żarówka zapełniała pokój jaskrawym światłem. Na wysokim łóżku w białej pościeli leżała Michalinka. Uśmiechnęła się do Kate, z trudem łapiąc oddech.

Puls przestraszył Kate. Był ledwie wyczuwalny. Z pośpiechem napełniła szprycę i zrobiła zastrzyk.

— Dziękuję, panno Kasiu — wyszeptała chora. — Ale chyba już tym razem nie pomoże... Niech panienka idzie, tam zabawa... bal... ślicznie panience w tej białej sukni...

— Posiedzę przy Michalince — pogłaskała ją po ręku Kate.

Przy sposobności sprawdziła puls. Nie poprawiał się i uznała za konieczne powtórzyć zastrzyk. Minęło kilka minut. Chora leżała z zamkniętymi powiekami i robiła wrażenie nieżywej. Niespodziewanie odezwała się:

— Już umrę...

— Będzie Michalinka żyła. Zaraz to przejdzie.

— Nie, panienko. To już koniec. Czuję, że koniec... Panienko... Panience jednej ośmielę się... w tej godzinie... wyznać... w oczy spojrzeć...

Kate była zdziwiona.

— O czym Michalinka mówi?

Widocznie pod działaniem kamfory umierającej przybyło trochę sił. Jej szept brzmiał teraz wyraźniej, a oczy patrzyły przytomnie.

— O grzechu moim, o strasznym grzechu... panienko... Niech Bóg będzie dla mnie miłosierny... Szatan mnie skusił i głupota moja... Szatan mnie skusił i głupota moja... Byłam wtedy młoda, młoda i głupia... Zawczoraj wyznałam na świętej spowiedzi i ksiądz kanonik kazał mi wyjawić prawdę... Tę moję grzeszną tajemnicę...

Przymknęła powieki, lecz zaraz podniosła je znowu i zapytała:

— Czy panienka wie, że byłam mamką młodego hrabiego?

— Owszem, wiem.

— Było to dwadzieścia osiem lat temu... Pani hrabina nie mogła karmić i zawołano mnie do pałacu... Przed miesiącem właśnie urodziłam mego Maćka... Zdrowa byłam, ładna i pokarmu miałam dość na dwoje. I mój syn zdrów był, a synek hrabiostwa jakiś słabowity... Pomyślałam sobie: a może nie wyżyje?... Co mój ma całe życie być w biedzie i w pracy... Szatan takie myśli podsunął.*. Tylko szatan... I wtedy zamieniłam ich. Tak, zamieniłam...

Kate zbladła i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w twarz umierającej.

— Jak to?... Jak to?... To znaczy?... Co Michalinka mówi?...

— To znaczy, że moim synem jest ten z nich, co teraz uchodzi za hrabiego Rogera Tynieckiego, a prawdziwym Rogerem Tynieckim jest Maciuś Zudra, pisarz prowentowy.

Kate siedziała jak skamieniała. Trudno było nie wierzyć tej kobiecie, a przecież nieprawdopodobieństwo, wręcz nonsens tej rzekomej prawdy, uderzało. Więc Gogo, z jego kulturą, z jego rasą, z jego manierami wielkiego pana, miałby być prostej wiejskiej dziewczyny, chłopki, która zaledwie czytać i pisać umiała?... Nie. To może być tylko maligna konającej!

Kate pochyliła się nad nią.

— Michalinko, proszę zastanowić się. Przecież to, co Michalinka mówi, jest nie do uwierzenia!

Stara kobieta potrząsnęła głową.

— To święta prawda. W obliczu Boga ją panience wyznaję. Zamieniłam te niemowlęta. Szatan podkusił... Całe moje życie od tego czasu było jednym cierpieniem i jednym strachem przed karą Boską! Nie raz, sto razy chciałam wyznać prawdę, ale odwagi nie starczyło. Dlatego i do spowiedzi przez tyle lat nie chodziłam. Bałam się. A co o mnie pani hrabina, panienka albo kto dobre słowo powiedział, to tak jakby mnie nożem w serce. Już nieraz chciałam się przyznać, ale zawsze on, Aleksander, straszył mnie i odmawiał: — Nie bądź głupia, co stało się, tego nie odrobisz, niech już tak zostanie. A to wypędzą cię i twego syna wypędzą, i zdechniesz z głodu, a jeszcze do więzienia pójdziesz...

Kate przetarła czoło.

— Jaki Aleksander?... O jakim Aleksandrze Michalinka mówi?...

— O jakimże, o tym złym duchu, o Zołoniu, co kamerdynerem u nieboszczyka pana hrabiego był.

— O tym starym Aleksandrze, co mieszka za folwarkiem na dożywociu?

— A o nim. On jeden wiedział. Przyłapał mnie, jakem dziecko wynosiła, i on jeden poznał po znaku rodzinnym. Ale młoda wtedy byłam i ładna, a on stary, złakomił się na mnie. To i przysiągł, że pary z gęby nie puści. Niech mi Bóg przebaczy, bo mój grzech większy...

Z całego chaosu i nawału tych okropnych nowin Kate wyłowiła jeden szczegół, który wydał się jej ważny.

— O jakim znaku rodzinnym Michalinka mówi?

— Na prawej nodze nad kostką, panienko, mam taką myszkę brązową i mój syn ją ma... Tak, panno Kasiu, tak. Grzech mój straszny, a dusza moja w ręku Boga. Niech mnie sądzi, niech ukarze, ale ludziom w oczy spojrzeć się nie ośmielę. Pani jednej to wyznałam. A nie wiedząc, czy zdążę przed śmiercią, już zawczoraj po spowiedzi wyznanie moje spisałam. Niech panienka sięgnie pod poduszkę i weźmie... Tam... jest książka do nabożeństwa... Spisałam...

Głos stawał się coraz cichszy... Kate zerwała się, szybko napełniła szpryckę i zanurzyła igłę pod skórę umierającej, której wargi poruszały się bezgłośnie i coraz wolniej. Po trzech minutach trzeba było dać nowy zastrzyk. Puls ustał zupełnie. Nagle ciało kobiety wyprężyło się, drgnęło i znieruchomiało.

Skonała.

Otwarte oczy patrzyły tępo, bezmyślnie, dolna szczęka opadła i język wysunął się aż poza wargi. Był to widok odrażający i Kate, jakby zahipnotyzowana jego potwornością, nie mogła odeń oderwać wzroku.

Po raz pierwszy widziała śmierć. Po raz pierwszy zrozumiała niedorzeczność tego wszystkiego, co ludzie nazywają życiem, a co jest tylko ciałem. Zycie... Zycie to coś nieogarniętego, nieprzeniknionego. Życiem tej kobiety był jej grzech i jej cierpienia moralne...

— Co jest moim życiem? — zastanowiła się Kate.

Ale w korytarzu rozległy się kroki. Szybko sięgnęła pod poduszkę i wydobyła grubą, zniszczoną książkę do nabożeństwa. Między kartkami leżał złożony arkusik papieru zabazgrany niewprawnym pismem.

Drzwi uchyliły się, weszła Herta, rumiana, okrągła, z figlarną miną. Rzuciła okiem na łóżko, zbladła i krzyknęła:

— Jezus Maria!

Kate oprzytomniała.

— Cicho, Herta — powiedziała z naciskiem. — Michalinka umarła przed chwilą, ale nie trzeba o tym nikomu mówić. Dość będzie na to czasu jutro, gdy się goście rozjadą. Panią hrabinę i syna zmarłej zawiadomię sama. Potrafisz utrzymać język za zębami?

— Potrafię, panienko.

— Wierzę ci — skinęła głową Kate. — A teraz trzeba nieboszczkę ułożyć, zamknąć oczy i... to wszystko inne...

Kate wzdrygnęła się mimo woli i zapytała:

— Nie boisz się tego?

— A czegóż się tu bać, panienko... Tylko tak, myślałam, że jeszcze pani Michalinka pożyje.

Mimo woli mówiły szeptem. Po chwili Herta znalazła gdzieś chustkę i podwiązała zmarłej opadającą szczękę, zamykając oczy wyraziła zadowolenie: powieki nie zdradzały skłonności do ponownego otwarcia.

Znacznie gorzej było w zeszłym roku, gdy umarła babka Herty. Wtedy trzeba było na powieki kłaść ciężarki, które leżały poty, aż zwłoki zesztywniały.

Kate stojąc opodal w milczeniu słuchała tej szeptaniny, przyglądając się czynnościom Herty, czynnościom systematycznym i spokojnym, przerywanym od czasu do czasu westchnieniem i jakąś sentencją o wartości życia doczesnego lub apostrofą do zalet zmarłej. Herta wyprostowała poduszki, ciało ułożyła równo, ręce zmarłej splotła na piersiach i między sztywniejące palce wcisnęła jakiś święty obrazek. Gdy już wszystko było gotowe, uklękła i zaczęła odmawiać modlitwy.

Kate machinalnie poszła za jej przykładem, lecz nie mogła się modlić. Przed kwadransem usłyszana tajemnica spadła na nią ciężarem, z którym nie umiała się uporać, który ją przeraził.

Z dołu przytłumione, lecz wyraźne dolatywały dźwięki walca.

— ...Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie... — półgłosem modliła się Herta.

Więc jakże to będzie, jak to jest możliwe — usiłowała skupić myśli Kate. — Wyzuto go z praw, pozbawiono majątku, pozycji społecznej, wykształcenia, strącono do roli trzeciorzędnego oficjalisty... A Gogo?... Przecież teraz będzie się musiał wyrzec wszystkiego. Stanie się od razu nędzarzem, nikim, jakimś panem Maciejem Zudrą... Jak wyjaśnić tę nową rolę?... Czy potrafi z nią się pogodzić, czy zdoła udźwignąć swój nowy los?... Gogo... Niewątpliwie jest dzielnym mężczyzną, ale czy ma dość hartu, dość woli, dość siły? A zwłaszcza czy nie przyjmie tego wszystkiego jako upokorzenia, jako policzka dla swej dumy, która tak często graniczyła z pychą. Syn prostej chłopki i niewiadomego ojca...

Będzie to dlań cios straszny. Kate przypomniała teraz sobie tysiące szczegółów z jego opowiadań. Słuchając ich odnajdywała w nich zawsze nić tego snobizmu, który wydawał się jej niewinną przywarą. Gogo od niechcenia brylował nazwiskami swoich zagranicznych przyjaciół, niby mimochodem rzucał tytułami lordów, markizów i książąt, nazwami ekskluzywnych klubów, nazwiskami Bourbonów, Gonzagów, Habsburgów, uwagami o wykwintnych plażach i luksusowych hotelach.

Oczywiście snobizm ten w połączeniu z nazwiskiem Tynieckich i z dużymi dochodami był tylko nieszkodliwą śmiesznostką, która nawet w oczach Kate zasługiwała na milczące pobłażanie, ale czy nie zajął on w duszy Goga zbyt wiele miejsca, czy w tak radykalnie zmienionych warunkach da się usunąć, czy pustka, co po nim zostanie, da się czymś zapełnić i czym?

A dalej: jak poradzi sobie ze swymi nawykami i przyzwyczajeniami? Wydawał zawsze tak dużo pieniędzy. Nie był może rozrzutnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz nie umiał nigdy powstrzymać się od zaspokajania swych zachcianek, zachcianek bardzo kosztownych i nieraz graniczących z ekstrawagancjami. Pomijając już jednak te rzeczy, czy nie będzie dlań tragedią zrezygnowania z dotychczasowej stopy życiowej, zwężenie swoich wydatków do takich dochodów, jakie będzie mógł osiągnąć własną pracą?...

Herta wstała, obtarła kilka konwencjonalnych łez z policzków i powiedziała:

— Chyba świece trzeba tu zapalić?

— Tak — skinęła głową Kate. — Weź te dwa lichtarze z zielonego gabinetu i przynieś.

Gdy pokojówka wyszła, Kate, opanowując nieprzyjemne uczucie, nachyliła się nad łóżkiem zmarłej i uniosła róg kołdry zakrywającej nogi. Umierająca powiedziała prawdę: nad kostką prawej stopy wyraźnie odznaczało się znamię rodzinne, brązowa plama w kształcie wydłużonego owalu. *

Zakryła kołdrę i po ustawieniu świec, które przyniosła Herta, wyszła z nią razem na korytarz, ściskając w ręku kartkę, na której Michalinka spisała swoje wyznanie.

O jej śmierci najpierw zawiadomić pana Maćka. Oczywiście nie zamierzała bynajmniej ani jemu, ani komukolwiek w pałacu napomknąć bodaj słowem o tej tajemnicy. Należało to wszystko przemyśleć, sprawdzić, rozważyć.

W kredensie już Maćka nie zastała. Powiedziano jej, że jest w kancelarii lub też w garażach. Poszła tedy do swego pokoju, by schować w biurku list Michalinki. Potem zbiegła na dół, gdzie zabawa nabierała coraz żywszego tempa. Sala balowa była jedną masą par podrygujących w fokstrocie, w kilku pokojach grano w brydża, a z tarasu dolatywały śmiechy. W obu salach jadalnych kończono przygotowania do kolacji. Tu Kate zastała panią Matyldę. Odwołała ją na stronę i powiedziała:

— Bardzo przykra rzecz, ciociu. Michalinka umarła.

— Mój Boże! Umarła?

— Tak, zrobiłam cztery zastrzyki. Nic nie pomogło. Przy mnie skonała.

— Biedactwo. Panie, świeć nad jej duszą. Musiała mieć łagodną śmierć, bo to taka poczciwa kobiecina. Doprawdy wielka to dla nas strata. I to akurat teraz! A i ty, Kate, musiałaś być tym wstrząśnięta, moje złotko. Przestraszyłaś się, co?

— Nie, ciociu.

Pani Matylda wpatrywała się w oczy siostrzenicy, lecz nic w nich wyczytać nie mogła. Kate, pomimo tylu lat przestawania z ciotką, pozostawała dla niej nieodgadniona. Zawsze pogodna, zawsze miła i serdeczna, lecz niezmiennie odgrodzona od wszystkich jakąś taflą szklaną, jakąś nieuchwytną, niedotykalną przegrodą, przez którą niepodobna było dotrzeć do jądra jej duszy, odczytać jej myśli, poznać prawdziwe uczucia. Kate dawała tylko to, co dać chciała, a raczej to, co uważała za potrzebne, i komuś mniej przenikliwemu od pani Matyldy mogłoby się zdawać, że szczerość tej uroczej panny można nazwać najbardziej bezpośrednią otwartością. Pani Matylda zdawała jednak sobie sprawę z tego, że całe istotne życie wewnętrzne Kate pozostanie dla wszystkich zawsze niedostępne, że nic tej dziewczyny nie zdoła wytrącić z jej cudownej, wręcz nieludzkiej i przez to przerażającej równowagi.

Bywały chwile, gdy stara pani odczuwała w obcowaniu z siostrzenicą coś w rodzaju lęku, a w duchu zawsze przyznawała jej wyższość nad sobą, gdyż wiedziała, że te szafirowe, łagodne oczy ją samą, ją, starą i doświadczoną kobietę, przenikają do dna. I teraz pełna podziwu dla spokoju siostrzenicy, powiedziała:

— To dobrze, drogie dziecko. Widok śmierci zawsze pozostawia wstrząsające wrażenie. Dobrze, że przyjęłaś to spokojnie... Aha, trzeba się tym zająć, zapalić świece przy zwłokach... I oczy zamknąć...

— Już wszystko zrobione, ciociu.

— Jak to?... Ty, ty sama?...

— Nie, ciociu. Była tam Herta.

— No, chwała Bogu. Ale boję się jednej rzeczy: wiadomość o śmierci rozniesie służba i wystraszy nam gości.

— Nikt nie wie o śmierci Michalinki oprócz Herty, a Herta przyrzekła mi, że nie powie ani słowa. Jej można zaufać. To porządna i obowiązkowa dziewczyna.

— Ze też ty zawsze o wszystkim pomyślisz! Dziękuję ci, Kate!

Tym razem “Keeeit" zabrzmiało w głosie pani Tynieckiej jeszcze

cieplej niż zwykle. Pochyliła ku sobie głowę siostrzenicy i pocałowała ją w czoło.

— Jesteś prawdziwym skarbem.

— Ach, ciociu — wzruszyła ramionami z uśmiechem, który wywołał wdzięczność i zażenowanie. — Ale sądzę, że wypada o śmierci zawiadomić pana Zudrę.

— Kogo? — zdziwiła się pani Matylda.

— No, pana Macieja.

— Ach, Maciusia! Oczywiście. Zapomniałam zupełnie, że na nazwisko mu Zudra. Skąd ci przyszło do głowy tak go nazywać! Pawle! — zwróciła się do jednego ze służących — poszukaj no pana Maciusia i powiedz, że panienka go woła. Już ty to załatwisz, Kate. Biedny chłopak. Nie taki to drobiazg stracić matkę...

Twarz pani Tynieckiej nagle spochmurniała, brwi ściągnęły się i stała chwilę nieruchomo z oczyma wpatrzonymi przed siebie. Tylko palce jej ręki, opartej na lasce, poruszały się ściskając złotą gałkę.

— A przecież Michalinka była młodsza ode mnie — powiedziała. — No... Tak... Idę do gości. Później zajrzę do nieboszczki...

I nie spojrzawszy na nikogo odeszła wyniosła, lekko przygarbiona i czcigodna w swej czerni, i w srebrnej siwiźnie włosów. Kate lubiła ją i szanowała.

Wkrótce zjawił się Maciej. Przyszedł z paczką papierów w ręku i prawie po wojskowemu prostując się przed Kate, zapytał:

— Panienka mnie wzywała?

— Tak — potwierdziła — mam panu do zakomunikowania smutną nowinę. Pan pozwoli tu.

Przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie nie było nikogo, i umyślnie zatrzymała się przed samym żyrandolem, by lepiej przyjrzeć się temu człowiekowi. Stanął przed nią w odległości trzech kroków. Był wysoki, zgrabny, miał regularne rysy, ciemnoblond włosy, zupełnie inteligentny wyraz twarzy i szare oczy. Widywała go od lat po kilka razy dziennie, ale teraz dopiero uświadomiła sobie dokładnie, jak wygląda. Jak wygląda... hrabia Roger Tyniecki...

— Panie Macieju — zaczęła. — Pan wie od doktora, że choroba pańskiej... matki to choroba bardzo niebezpieczna.

— Wiem, proszę panienki. Czy matce się pogorszyło?

— Nie, panie Macieju, pańska matka... umarła.

Młody człowiek nawet nie drgnął, tylko zbladł tak, że jego opalona na brąz twarz stała się szara.

— Umarła przed pół godziną — mówiła łagodnie Kate. — Nie męczyła się. Byłam przy jej śmierci... Proszę mi wierzyć, panie Macieju, że zrobiłam wszystko, co mogłam, by najdłużej utrzymać ją przy życiu...

— Och, ja nie wątpię, panno Kasiu— proszę panienki... Ja wiem... dziękuję...

W wybuchu wzruszenia chwycił jej rękę i pochylając się nisko pocałował końce palców dwa razy. Potem wyprostował się, cofnął się i wybąkał:

— Przepraszam, panienko. Ale już nie wiem, jak wyrazić panience moją wdzięczność... Panienka tak poświęciła się dla mojej matki, tyle serca okazała, tyle trudów...

— Zrobiłby to każdy na moim miejscu i nie ma o czym mówić, panie Macieju. Wszyscyśmy bardzo lubili śp. Michalinkę. Ciocia głęboko odczuła jej śmierć.

— Czy... czy umierając nie chciała mnie widzieć?

— Widzi pan, koniec przyszedł dość nagle. Ale... jeszcze na chwilę przed śmiercią mówiła o panu... Niechże pan teraz zostawi to wszystko i pójdzie tam na górę.

Młody człowiek skinął głową.

— Dziękuję panience. A tu już wszystko załatwione i wina z piwnicy też wydane. Tylko mam jeden kłopot: lokaj pana hrabiego Adlerfelda i lokaj pana Stępińskiego, którzy mieli pomagać przy kolacji, popili się. Więc nie wiem jak...

Kate przerwała mu ruchem ręki.

— Niechże pan już się tym nie kłopocze. Dam sobie radę. I proszę ode mnie przyjąć wyrazy współczucia. Widzę, że pan bardzo kochał zmarłą.

W oczach jego błysnęły łzy.

— O, bardzo — powiedział jakby do siebie. — Tym bardziej, że ona nigdy nie była szczęśliwa... Ja jeden odczuwałem to, że gnębi ją jakiś smutek...

Skłonił się niespodziewanie i szybko odszedł.

Kate długo stała zamyślona. Ten na wpół okrzesany oficjalista dworski o sztywnych manierach służącego, ten pisarczyk wkrótce już będzie właścicielem Prudów, hrabią, wielkim panem. Czy nie zechce wtedy tak, jak większość ludzi, których dzięki zbiegowi okoliczności los wyniósł wysoko, zemścić się na wszystkich tych, którym dotychczas musiał nisko się kłaniać?... Spadnie zeń ten uniform służbistości, ta liberia szacunku i co się ukaże?... Brutalny despotyzm, zarozumiałość, chęć poniżania innych?...

O, Kate nie myślała w tej chwili o sobie. Wiedziała dobrze, że z jego strony nie czeka jej żadna przykrość. Umiała doskonale odczuć sympatię, której nie ośmielał się jej okazywać, i życzliwość, której nie umiał zamaskować. Jeżeli traktował ją zawsze z najgłębszą czcią, wiedziała, że to nie z racji pozycji w pałacu. Lubili ją zresztą wszyscy i Kate byłaby zarówno zdumiona jak nieszczęśliwa, gdyby znalazł się ktokolwiek żywiący wobec niej nieprzyjazne uczucia. Zachwycone spojrzenia, serdeczne uśmiechy, ciepłe słowa wytwarzały wokół niej tę niezmiernie nasłonecznioną atmosferę, bez której nie umiałaby żyć.

Ale jak ten człowiek ustosunkuje się do swojej prawdziwej matki i do Goga? Czy nie zechce zemścić się za jego mimowolne uzurpatorstwo, za to, że zagarnął mu to, co jemu się należało, jemu, prawdziwemu panu Prudów?

Za dawnych lat wprawdzie byli towarzyszami wspólnych zabaw, mówili sobie po imieniu i podobno trwali w wielkiej zażyłości, póki Goga nie wysłano do gimnazjum. Gdy przyjeżdżał na wakacje, jeszcze — według określenia ciotki Matyldy — łobuzowali się razem. Ale z biegiem lat wzrastał między nimi dystans, musiał wzrastać. A teraz, gdy Gogo wrócił i witał go cały personel Prudów, od administratora i dyrektora cukrowni, a kończąc właśnie na Macieju Zudrze, Gogo — Kate widziała to — podał mu końce palców, zaśmiał się, poklepał łaskawie po ramieniu i zawołał:

— Ho, ho, czy to nie Maciej?... Jak się pan masz — Maciek?... i co robisz, jaką masz pan funkcję?...

Tamten skłonił się, poczerwieniał i powiedział:

— Dziękuję panu hrabiemu. Powodzi mi się dobrze, a pełnię funkcję pisarza prowentowego.

Czy za to powitanie nie zachował on nienawiści do Goga, jak i za cały ten ton, który wobec dawnego towarzysza zabaw przybrał od swego powrotu hrabia? Nie był to ton przyjemny. Dźwięczała w nim jakaś kpiąca poufałość. Nieraz przy matce i przy Kate Gogo przypominał Maciejowi dawne czasy, bezceremonialnie wywlekając wspólne psoty, zwierzenia, plany. Żenowało to Macieja, rumienił się, detonował, czuł przecież, iż te wspominki, które na pozór ich obu miały ośmieszać, w rzeczywistości nie dotykały hrabiego, a tylko słabszego partnera wystawiały na pośmiewisko.

Przed tygodniem zdarzył się jeszcze nieprzyjemniejszy wypadek. Gogo, zapoznając się stopniowo z gospodarstwem, zajrzał do tak zwanej “małej kancelarii", domeny rządcy, pana Bartłomiejczaka, i pisarza Zudry. Kate towarzyszyła kuzynowi. Rządca był w polu. Natomiast pisarza zastali w małym, wybielonym pokoiku. Siedział pochylony nad stołem i coś pisał.

— Dzień dobry, Maciek — rzucił Gogo. — Już pan przy robocie?

— Moje uszanowanie panu hrabiemu, moje uszanowanie panience — zerwał się Maciej i pospiesznie zakrył zeszyt.

— A cóż tam pan piszesz? — Gogo końcem steeka wskazał na stół.

— To... proszę pana hrabiego... tak... moje prywatne rzeczy...

Był widocznie zmieszany, a Gogo zaśmiał się.

— Eee?... Chyba wyleczyłeś się pan z dawnego nałogu?... Chyba nie wiersze?... Co?...

Maciej poczerwieniał, a Kate, która organicznie nie znosiła przykrych sytuacji, zapytała:

— Panie Maćku, czy kuropatwy z wczorajszego polowania odesłano już do miasta?

— Tak jest, panienko. Poszły o piątej rano. Zostało tylko dwadzieścia sztuk dla pałacowej kuchni i trzy pan administrator Ziembiński wziął dla siebie. Poszło sto dziewięćdziesiąt sześć sztuk.

Gogo poklepał się po kieszeniach i powiedział:

— Zapomniałem papierosów. Dobrze, że pan tu jest. Skocz no pan do mego gabinetu. Papierośnica musi tam leżeć, albo ją zostawiłem w gorzelni.

— W tej chwili, panie hrabio.

Polecenie było wyraźne i musiał je spełnić, starając się ukryć podejrzenie co do jego pobudek.

I rzeczywiście hrabiemu chodziło tylko o przejrzenie zeszytu. Był pewien, iż znajdzie tam wiersze, i ich lekturą chciał ubawić Kate. Nie mylił się. Gruby zeszyt zapisany był wierszami. Wśród wybuchów śmiechu zaczął czytać. Może te dość niezgrabne liryki nie wydawałyby się tak naiwne i tak komiczne, gdyby Gogo nie akcentował niektórych słów i nie ilustrował niektórych zwrotów patetycznymi gestami.

— Daj spokój, Gogo — poprosiła Kate.

— Czekaj, czekaj, jest tu jeszcze i proza! — zawołał. — O, Prudy, nieświadome własnego szczęścia! Nawet nie przeczuwacie, że będziecie kiedyś sławne, jako kolebka wieszcza! Patrz, tu jest nowela.

— Nie, Gogo — położyła rękę na zeszycie. — To niedelikatne. Zostaw to. Pomyśl, że Maciek może nadejść. Byłoby to dlań dotkliwie przykre...

Uwagę tę wypowiedziała jednak za późno. Maciek wracał właśnie, i przechodząc koło okna, przy którym stali, musiał zobaczyć Goga z otwartym zeszytem w ręku i z rozbawioną miną. Wszedł i nie patrząc na nich zameldował, że papierośnicy nie znalazł.

— Zostawiłem ją prawdopodobnie w sypialni — mruknął Gogo.

Skinął głową i wyszli.

Incydent ten w niczym nie zmienił stosunku pana Maćka do pałacu. Kate czuła jednak, iż w duszę tego człowieka musiała głęboko zapaść uraza do Goga. A może stał się też bardziej nieśmiały. Od tego dnia — jak to zauważyła — nie przychodził już do biblioteki po książki, chociaż bynajmniej nie cofnięto mu pozwolenia, z którego zawsze korzystał.

— Tak — myślała Kate — on musi nie cierpieć Goga. Może nie ma w naturze mściwości, ale w tym wypadku... Z jakąż łatwością będzie mógł go poniżyć. Bez żadnego wysiłku, nawet bez okazania złej woli. Przecie łaską z jego strony będzie, jeżeli pozwoli zabrać uzurpatorowi bodaj osobiste rzeczy...

Z sali balowej znowu płynęły dźwięki walca. W długiej amfiladzie raz po raz przesuwały się nie tańczące i zaabsorbowane flirtem pary.

— O, Kate! Znalazłem cię nareszcie! — usłyszała za sobą głos Goga. — Gdzieś się ukrywała?! Szczęście moje!

Iskrzyły mu się oczy, był lekko zgrzany tańcem i podniecony winem. Było mu dobrze we fraku. Niższy był i szczuplejszy od Macieja, ale w całej sylwetce miał ten wykwint, tę niewymuszoną swobodę, którą spotyka się tylko u ludzi z najlepszego towarzystwa.

Stanął tuż przy niej i mówił:

— Rozsadza mnie szczęście, zatapia! Kate! Czy nie widzisz, że się jarzę, że promienieję szczęściem? Boże, jakaś ty piękna, pani moja, królowo moja!... Gdyby świat zginął, a tyś mi jedna została, moje szczęście zastąpiłoby mi świat. Kasieńko, Kasiu, Kate! Powinienem klęczeć u twych nóżek i tak spędzić życie, i tak umrzeć!...

Mówił, a ona myślała:

— Biedny Gogo, biedny chłopcze, czy ty wiesz, co cię czeka?... Czy wiesz, co na ciebie spadnie?...

Jeszcze nigdy i od nikogo nie słyszała tak płomiennych, tak egzaltowanych słów, tak gwałtownych wyznań miłości. Nie słyszała, gdyż miała ten dar wytwarzania dystansu i zawsze w porę umiała obezwładnić odwagę swoich wielbicieli.

I teraz pragnęłaby wsłuchać się w te wyrazy, wsłuchać się w ich echo we własnej duszy. Poznać, co w niej obudziły, czy zdołały i w niej rozżarzyć silniejsze, gorętsze uczucia, ; zrozumieć, zbadać, wyegzaminować siebie.

Nie była jednak do tego zdolna pod ciężarem tych myśli, tych obaw, tego niepokoju. Przecie i tak z trudem zdobywała się na pogodny wyraz twarzy, na uśmiech, na jasne spojrzenie.

Jednak miłość tego ujmującego chłopca sprawiała jej przyjemność. Przecie nic nie zrobiła, by ją w nim rozbudzić, a przynajmniej nie zrobiła więcej niż w stosunku do każdego innego człowieka, poczynając od starego dziadka generała Niedzieckiego, a kończąc na pokojówce Hercie. Jednak tam, na tarasie, gdy Gogo prosił ją o rękę, odczuwała i rozumiała, że oto dobija do portu, że świadomie i z zadowoleniem wybiera właściwą przyszłość; teraz nie była pewna niczego.

Uderzyło ją też, że Gogo ani razu nie zapytał ją o jej uczucia. Była może nawet temu rada. Wprawdzie zdecydowana była na potwierdzenie, na zdawkowe: “tak, kocham Cię, Gogo", ale wolała, że nie zmuszono jej do powiedzenia czegoś, co jeżeli nie było kłamstwem, nie było też i prawdą. Brzydziła się nieprawdą. Brzydziła się nie z pobudek etycznych, lecz instynktownie, tak jak brzydziła się brudnymi szmatami czy podłością ludzką. Czułaby się poniżoną we własnych oczach.

A jednak dlaczego nie zapytał, czy go kocha? Czyżby był tak pewien siebie, czy też bał się usłyszeć wymijającą lub przeczącą odpowiedź?...

Kate wiedziała, że swoje miłosne sukcesy Gogo liczył na tuziny. Od paru znajomych, którzy się z nim za granicą zetknęli, słyszała, że lubił się również chełpić tymi zwycięstwami. Ale nie mogła się mylić, że ją traktuje zupełnie inaczej. Nie mogła wątpić, że tak płomiennych słów nikomu jeszcze nie ofiarował. Słowem, wiedziała, że jego miłość jest szczera i wielka. Czyżby sądził, że na nią nie można nie odpowiedzieć równie silnym uczuciem?

— Chodź, Gogo, zatańczymy — powiedziała, by przerwać jego wyznanie.

— Boję się — szepnął, gdy znaleźli się wśród tańczących par — że będę się zataczał. Jestem pijany tobą i moim szczęściem.

Nie tańczyli jednak długo, bo właśnie podano do stołu. Orkiestra przeszła w marsza i wszyscy ruszyli do jadalni z arcybiskupem i panią Matyldą na czele.

Kate zdziwiła się, że zmieniono jej miejsce. Sama rozkładała kartki i umieściła swoją między profesorem Ziemowickim a hr. Czapskim. Teraz siedziała w środku stołu obok Goga. Musiała to być jego sprawka. Niefortunna zresztą, gdyż siedząca z drugiej jej strony hr. Chotomska przez całą kolację nie usłyszała od swego sąsiada ani jednego słówka. Wręcz demonstracyjnie zwrócony był wciąż do Kate i z* nią 'tylko mówił.

Gdy podano szampana, pani Matylda Tyniecka nieoczekiwanie dla wszystkich zadzwoniła w kieliszek i wstała. Wśród zupełnej ciszy donośnie rozległ się jej głos:

— Księże arcybiskupie, panie i panowie. Chcę i muszę podzielić się z wami, kochani goście, szczęśliwą dla mnie nowiną. Oto syn mój Roger zaręczył się dziś z panną Katarzyną Pomianówną. Daj im Boże tyle szczęścia, ile ja im życzę, i tyle, na ile oboje zasługują. Niech żyją!

Fala gwaru buchnęła okrzykami i wiwatami. Mężczyźni zerwali się z miejsc, wzniosły się wszystkie kieliszki.

— Wiwat!

— Niech żyją!

Orkiestra z sąsiedniego pokoju, widać uprzedzona, zagrała tusz. Służba z półmiskami w ręku stała jak wryta, wpatrując się z radosnymi uśmiechami w Kate. Wszystkie oczy były zwrócone na nią.

W pierwszej chwili Kate uczuła, że krew jej zbiega do serca. Nie była przygotowana na ten toast, na to publiczne ogłoszenie jej zaręczyn. Zresztą przecie zaręczyn nie było, nie zamienili pierścionków. Okrzyki nie ustawały, orkiestra nie milkła i w tym gwarze Kate stopniowo odzyskała równowagę. Z uśmiechem kłaniała się we wszystkie strony, a nawet rozróżniała już wyraz poszczególnych twarzy. W jednych czytała życzliwość, w innych niezadowolenie, w innych zawiść. Było tu przecie wiele panien, które w swoich projektach małżeńskich liczyły na Rogera, wiele matek i ojców, którzy łakomie spoglądali na Prudy.

Na nich z uśmiechem patrzyła Kate i mówiła im w duchu:

— Nie desperujcie, nie martwcie się. Rychło przekonacie się, że nie było po czym rozpaczać.

Zaczęły się toasty i mowy. Z pierwszą, długą i ozdobną, inkrustowaną łacińskimi cytatami, wystąpił ksiądz arcybiskup. Drugą miał stary książę Zasławski, słynny ze swego staroświeckiego, finezyjnego dowcipu, arcywytwornego, pachnącego trochę pudrem i trochę myszką, trzecią wygłosił generał Niedzicki, później sypały się jedna za drugą.

Kate nie rozumiała z nich ani słowa. Już pierwsze słowa ciotki Matyldy uderzyły niby obuch w jej świadomość: zrozumiała, że los Goga, Goga wyzutego z nazwiska i z majątku, Goga nędzarza, będzie przecie i jej losem.

Tak, przyrzekła mu rękę, obiecała zostać jego żoną wtedy, gdy był bogaty, gdy był hrabią na Prudach. Jakimże czołem można cofnąć swoją zgodę nazajutrz, gdy się okaże, że jest biedakiem, że jest synem chłopki, jakimś jednym z miliona Maciejem Zudrą?...

Dotychczas rozczulała ją myśl o przyszłości, o smutnej i szarej przyszłości Goga. Podświadomie wyłączyła siebie z tej przyszłości. Nie czuła się związana z nim, nie czuła wagi owego “tak", wypowiedzianego na tarasie przed kilku godzinami. Nie przypuszczała, by wymówiwszy je wzięła na siebie jakąś odpowiedzialność. Ot, po prostu żałowała miłego Goga, który będzie musiał porzucić dotychczasowy beztroski tryb życia, porzucić bogactwo, Prudy, panią Matyldę i... i ją, Kate...

Tak, bo chociaż zastanawiała się nad tym, nie przyszło jej na myśl wyłączenie siebie samej z tego świata, który miał przestać istnieć dla Goga. Wydawało się to jej tak naturalne, tak zrozumiałe, że wobec tej oczywistości same oświadczyny Goga stawały się czymś nierealnym, a przyjęcie ich — chwilową pomyłką.

Teraz jednak wszystko zmieniło się od razu. I nie dlatego, że ciotka Matylda ogłosiła ich zaręczyny, lecz dlatego, że Kate pojęła swoją odpowiedzialność, odczuła z całą dokładnością swój obowiązek, zrozumiała, że nie wolno jej porzucić Goga, że sama nie przebaczyłaby sobie takiego samolubstwa, takiego ujawnienia czynem własnej małości.

— Nie, nie, to byłoby ohydne!

I ogarnął ją ogromny smutek. Do uszu dobiegały urywane zdania z przemówień gratulacyjnych, oczy mimo woli łowiły spojrzenia zazdrosne, a oto ona znalazła się na gruzach tego wszystkiego, czego pragnęła, co rozsądnie i celowo przygotowała dla siebie. Nie, nie były to marzenia młodej, egzaltowanej dziewczyny. Kate świadomie i planowo, planowo i uczciwie budowała swoją przyszłość. Świadomie, bo wiedziała, do czego dąży, uczciwie, bo zaczęła od pracy nad sobą, bo zaczęła od budowania w sobie tej przyszłości.

Nie zamierzała osiągnąć szczytów, nie marzyła ani o królewiczu, ani rzeczywistym panującym księciu, chociaż od dziecka jej powtarzano, że urodziła się na królową. Nie. Postawiła swym zamiarom realne granice, chciała dominować w swym środowisku nie tylko swoją piękności? i wrodzonym wdziękiem, lecz także inteligencją, wykształceniem, taktem, charakterem i nieskazitelną etyką.

Kiedyś, będąc jeszcze ledwie opierzonym podlotkiem odkryła, że jest piękna. Była to dla niej rewelacja. Wprawdzie w jej otoczeniu mówiono o tym głośno. Od dziecinnych lat nauczyła się jednak Kate nie przywiązywać wagi do ludzkich sądów: jej śp. matka mówiła nie inaczej jak superlatywami, ojca pamiętała jako skrajnego pesymistę.

Ludzie są zbyt pochopni w swych sądach i zbyt jaskrawo oceniaj? rzeczy — zrozumiała już wtedy.

Jednak pewnego wieczoru, po powrocie z baliku na pensji, gdzie ją samą zdziwiło jej powodzenie, stanęła przed lustrem i poznała niezwykłość, niemal doskonałość swojej urody. Wtedy to jej trzeźwy umysł podsunął myśl:

— Stań się tak doskonała pod każdym względem, a zdobędziesz wszystko, czego zapragniesz.

I Kate zaczęła pracować nad sobą. Obserwując siebie i innych, odkrywała ich wady, ale i własne, a silna wola dopięcia celu ułatwiała jej walkę z sobą. Jeżeli nie zdołała wyzbyć się wszystkich wad, potrafiła tak je ujarzmić, by stały się niedostrzegalne dla otoczenia, by utraciły swą aktywność. Wiedziała, że drzemią w niej niczym poczwarki w swoich kokonach, lecz czuła mimo to w duszy tę antyseptyczną czystość, nie czystość duszy dziecka, lecz czystość wydezynfekowanego wnętrza sanatorium.

I to dawało jej poczucie własnej wartości, dawało świadomą przewagę nad otoczeniem i nie pozwalało ani na chwilę wyzbyć się czujnej straży nad sobą, by ani jeden pyłek nie skaził jej wnętrza.

Z matematyczną dokładnością budowała swoją przyszłość, z niezachwianą wiarą, że nic nie zdoła zaszachować, ubiec, postawić w sytuacji bez wyjścia.

I oto jedno małe słowo, jedno słowo zgody, słowo od dawna drobiazgowo przemyślane przez nią, obliczone, zważone, runęło na jej życie strasznym, nieprzewidzianym ciężarem, druzgocząc całą konstrukcję.

Przez cały czas toastów, a później życzeń Kate była półprzytomna i ostatnim wysiłkiem woli trzymała się, by dotrwać do końca.

— No, przecież i ty nie umiesz wreszcie ukryć wzruszenia — powiedziała ciotka Matylda, gdy przeszli już do sali balowej. — Nie dziwię ci się, drogie dziecko, ważny to dzień w życiu kobiety.

— Tak, ciociu, bardzo ważny — pochyliła się Kate nad jej ręką. Stara pani pocałowała ją w czoło i zauważyła:

— Masz chyba trochę gorączki?

— Nie, ciociu, dziękuję, czuję się doskonale.

Wiele dałaby za to, by móc teraz pójść do siebie, zgasić światło i w ciemni pomyśleć spokojnie, pomyśleć metodycznie o wszystkim. Nie mogło jednak być o tym mowy. Zniknięcie jej wywołałoby niezliczone komentarze, a zresztą pełniąc rolę panny domu i zastępując nadto pana Maćka miała tyle drobnych obowiązków, tyle zajęć, że musiała tu zostać. Tańczyła dużo z Gogiem i z innymi panami, gdyż każdy chciał bodaj przez kilka minut mieć bohaterkę dnia wyłącznie dla siebie. Przyjmowała komplementy, westchnienia, czasami liryczne lub dramatyczne apostrofy młodych mężczyzn z uśmiechem, zdobywała się na dowcipne lub łagodzące odpowiedzi i tańczyła. A w przerwach między tańcami raz po raz odwoływała ją służba. Trzeba było wydawać i zmieniać dyspozycje, a potem, gdy już świt zaglądał w okna, odprowadzać do gościnnych pokojów starsze panie znużone zabawą.

Zabawa jednak nie tylko nie słabła, lecz z każdą godziną stawała się huczniej sza, swobodniejsza, bardziej ochocza. Rozejście się starszyzny i odjazd arcybiskupa przyczyniły się do tym większego ożywienia. O ósmej rano Erazm Bałyński tańczył solo kujawiaka z pełnym kieliszkiem szampana na głowie, potem wąż kotyliona przemknąwszy przez wszystkie pokoje, kredens i kuchnię wśród przepłoszonej służby zatoczył kilka floresów na gazonie i wrócił do pałacu, by przejść w rozhukanego mazura. O dziewiątej Gogo klęcząc na środku sali pił z pantofelka narzeczonej, a panowie przez otwarte okna palili z rewolwerów na wiwat.

Teraz dopiero podano w jadalni barszcz, wódkę i gorące przekąski, przy czym Kate pełniła funkcje pani domu, gdyż ciotka Matylda od dawna udała się na spoczynek. Dopiero około dziesiątej wszyscy się rozeszli.

Gogo, mocno podchmielony, odprowadził Kate do drzwi jej pokoju. Chciał jeszcze z nią pomówić, lecz pożegnała go uśmiechem:

— Dobranoc, Gogo. Jestem bardzo zmęczona.

— Więc śpij, jedyna, śpij słodko, mój skarbie, królowo moja...

Ale Kate nie myślała o śnie. Zdjęła balową suknię, otuliła się szlafroczkiem i wydobyła z biurka złożony we czworo arkusik papieru z wyznaniem Michalinki. Raz i drugi przeczytała je uważnie. Zawierało wszystko to, co powiedziała przed śmiercią. Na dowód prawdy swoich słów odwoływała się do świadectwa starego kamerdynera Aleksandra, do świadectwa księdza kanonika Grudy, któremu na ostatniej spowiedzi prawdę wyznała, oraz wskazywała na znamię rodzime, które po niej syn odziedziczył.

Wszystko to było dość przekonywające, wymagało wszakże sprawdzenia i Kate postanowiła niczego nie ujawniać, zanim nie sprawdzi. W rzeczywistości była pewna, że zmarła zeznała prawdę. W rzeczywistości wiedziała, że oto trzyma w ręku klucz do tajemnicy, której odsłonięcie zniweczy życie Goga...

— Goga i... moje własne.

— I mam dokonać tego właśnie ja? — odezwała się w niej drżąca refleksja. — Ja sama mam pogrzebać swoje szczęście?—

I nagle uświadomiła sobie, że wszystko przecie od niej zależy, że wszystko jest w jej ręku.

Stary Aleksander w obawie przed sądem i przed utratą dożywocia będzie milczał jak grób, znaku rodzimego na ciele zmarłej nikt nie dostrzeże, nikt na to nie zwróci uwagi, nikomu nie przyjdzie na myśl sprawdzać, czy takiegoż znaku nie ma młody hrabia. Pozostaje ksiądz. Lecz ksiądz związany jest tajemnicą spowiedzi i również nie powie jednego słowa.

Nawet ona, Kate, będzie mogła śmiało mu w oczy spojrzeć, bo ksiądz przecie nie wie, że Michalinka przed śmiercią jej wyznała swą tajemnicę i że jej wręczyła tę kartkę...

— A kartka?...

Kartkę wystarczy spalić. Ot, jedna zapałka i nie zostanie z niej nic, szczypta popiołu...

Oczy Kate zatrzymały się na toalecie, gdzie leżało czerwone pudełko z zapałkami.

— Oto rada, oto ratunek — szeptało coś w rytmie pulsu, który coraz gwałtowniej łomotał w skroniach.

Jeden mały płomyk, jedna mała chwila, jedna krótka decyzja i oto zniknie bezpowrotnie, zniknie raz na zawsze zła zmora, groźna chmura rozpłynie się w powietrzu z tą odrobiną dymu...

I nikomu nie stanie się krzywda. Taki Maciek jest pewnie zadowolony ze swego losu. Nigdy mu w głowie nie postało marzyć o innym.

Jedna krótka decyzja... To wystarczy, by zażegnać burzę, by okiełznać huragan, który zdruzgocze szczęście Goga, jej własne szczęście i rozlegnie się szerokim echem skandalu po całej Polsce.

W imię czego miałaby zatrzymać się przed unicestwieniem tego ogromu klęsk?... Czy wolno jej w ogóle wahać się?... W obronie własnej, w obronie człowieka, który ma być jej mężem, nawet powinna tak postąpić!...

— Tak... tak... To konieczność, to mój obowiązek!...

Krótka decyzja, a potem wszystko będzie po dawnemu: cisza i spokój, pogoda i ład codziennego życia. Skała, która mogła zniweczyć cały jej świat, cicho i bezszelestnie zanurzy się w głęboką wodę. I śladu po niej nie zostanie. Nawet kręgi po wodzie nie pójdą. Nikt, przecie nikt nie będzie wiedział...

— Tak, tak... Nikt...

Jak zahipnotyzowana Kate wstała i zbliżyła się do toalety.

Ręka sama wyciągnęła się ku czerwonemu pudełku. Palce zacisnęły się mocno. Wewnątrz cichym klekotem odezwały się zapałki.

Kate podniosła wzrok i w lustrze zobaczyła swoje odbicie. Z bladej jak papier twarzy patrzyły na nią spokojnie jasne oczy, a spojrzeniem zdawały się mówić:

— Nie wiemy, co to grzech, nie wiemy, co to kłamstwo. Patrzymy śmiało i prosto, bo w nas jest tylko dobroć i prawda, bo nic brudnego nie ukrywamy w swojej głębi. Dlatego jesteśmy pięknem.

Oczy były jasne i spokojne, potem drgnęła w nich iskierka współczucia, a później łzy wypełniły je płynnym szkliwem. I Kate, zakrywszy twarz rękami, wybuchła łkaniem.

— O, Boże, Boże, Boże... Dlaczego na mnie, dlaczego na mnie spadł ten ciężar... ciężar odpowiedzialności i decyzji...

Rzuciła się na łóżko i nie mogła opanować płaczu. Naprężone do ostateczności nerwy po raz pierwszy w życiu owładnęły całą jej istotą.

Wokół zalegała cisza. Tylko z dołu ledwie dosłyszalne dobiegało stłumione warczenie odkurzaczów. To służba sprzątała parter.

Stopniowo uspokoiło się łkanie, tylko w głowie szumiało nieznośnie i ręce drżały. Kate wstała. Nogi poruszały się jak ołowiane. Spojrzała na zegarek, była dwunasta. Przeszła do łazienki, wzięła chłodną kąpiel, która orzeźwiła ją znacznie, uczesała się i nałożyła czarną wełnianą sukienkę. Śniadanie miało być podane o drugiej. Zostawała jej godzina wolnego czasu. Kartkę Michalinki zamknęła w biurku i wyszła.

Szybko minęła lewe skrzydło, w którym mieściła się kuchnia, wąską alejką zagłębiła się w park. Furtka do zabudowań folwarcznych była otwarta. Olbrzymi kwadrat podwórza obramiony ciężkimi budynkami gospodarskimi był teraz pusty, skręciła koło kuźni i wyszła na drogę wysadzaną śliwami. Tędy się szło do osady zwanej Dożywociem. Mieszkali to wysłużeni emeryci, którym życie upłynęło na służbie w dobrach Tynieckich. Każdy z nich otrzymywał tu izbę, krowę i ordynarię do końca życia. Niektórzy mieszkali w starych czworakach, inni w dwurodzinnych, specjalnie zbudowanych chatach. W tej, która stała najbliżej, miał swe lokum Aleksander Żołoń, niegdyś kamerdyner nieboszczyka Maurycego Tynieckiego, dziś starzec, liczący sobie siedemdziesiąt kilka lat.

Przed domkiem był ogródek i w nim właśnie Kate zastała staruszka. Postękując grzebał motyką w grządce.

— Dzień dobry, Aleksandrze — powitała go Kate.

— O, a toż panienka Kasia — ucieszył się. — Dzień dobry, panienko, dzień dobry. O, dokądże to tak, panienko? Nie do tej, no jak jej, Marciniakowej?

— Nie. Mam interes do Aleksandra.

— Do mnie? — zdziwił się. — A no, jeżeli do mnie, to służę panieneczce, co tylko panienka rozkaże... Czy może do izby?

— Wejdźmy — skinęła głową.

Izba była czysto utrzymana, a nawet elegancko. Podłogę przykrywało linoleum, na oknach osłoniętych kokieteryjnymi firankami stały doniczki z pelargonią.

Aleksander podsunął Kate krzesło.

— Panienka będzie łaskawa.

Stanął przed nią i nie usiadł, nim Kate dwa razy nie zażądała tego z naciskiem. Wysoki i chudy jak szczapa, siadając robił wrażenie składającego się scyzoryka.

— Aleksandrze — zaczęła Kate. — Wczoraj wieczorem umarła Michalinka.

— Umarła... Boże drogi, taka jeszcze młoda kobieta... — zakiwał głową. — Niezbadane wyroki boskie... A na co umarła, panienko?

— Na serce.

— To pewno nagle?

— Nie tak nagle, by nie zdążyła przed samą śmiercią powiedzieć czegoś, z czym właśnie do Aleksandra przyszłam.

Wygolona twarz starca zadrgała wszystkimi zmarszczkami. W oczach zapalił się krótki błysk. Zaczął żuć bezzębnymi wargami i widocznie ważył sytuację, bo dopiero po chwili zapytał:

— To znaczy, panienko, że Michalinka panience to powiedziała?

— Tak, mnie.

Starzec trochę się uspokoił.

— A cóż ona takiego mogła powiedzieć?... Panie, świeć nad jej duszą, ale za życia często plotła, co ślina na język przyniesie. Hm. A przed śmiercią w malignie różne przywidzenia i fantazje ludziom się zdarzają. O, jeszcze jakie!... Czy to raz bywało!... I cóż ta biedaczka mówiła?

Kate wpatrywała się weń i nie mając wątpliwości, że stary będzie próbował wszystkiemu zaprzeczać, postanowiła zastraszyć go oskarżeniem.

— Mówiła, że dwadzieścia osiem lat temu Aleksander zamienił jej dziecko na dziecko pani hrabiny.

Starzec zerwał się jak podrzucony sprężyną. Na policzki wystąpiły mu dwa czerwone placki, oczy omal nie wyskakiwały z orbit, a głos zabrzmiał skrzecząco i piskliwie.

— Ja?!... Ja?!... Ja zamieniłem?... Łże łajdaczka, łże! Przed Bogiem przysięgam! Ona sama zamieniła, ona, ta piekielnica, odpokutuje za to na tamtym świecie!... Taka potwarz, aa, taka potwarz...

Starzec trząsł się cały i z trudem łapał oddech.

Kate wyczekała kilka minut, aż się uspokoił. Zresztą i sama chciała odzyskać równowagę. Przyszła tu wprawdzie z przeświadczeniem, że Aleksander potwierdzi wyznanie zmarłej, lecz łudziła się jeszcze, chciała się łudzić, że stary służący wszystkiemu zaprzeczy. Pragnęła tego. Wówczas wszystko stanęłoby pod znakiem zapytania, a to sprowadziłoby się przecie do zlekceważenia wymysłu, po prostu wymysłu umierającej, jakiejś przedśmiertnej imaginacji, czy nawet zwykłego kłamstwa.

I ta iskierka nadziei zgasła jednak od razu. Kate spojrzała na Aleksandra surowo i powiedziała:

— Mój Aleksandrze, Michalinka nie utrzymywała, że Aleksander to zrobił...

— Jakże by śmiała!...

— Ale był jej wspólnikiem, bo wiedział o tym i przeszkadzał jej wtedy, gdy chciała się przyznać. To na jedno wychodzi.

— Ja odradzałem?... Przeszkadzałem?...

— Mniejsza o to. Nie przyszłam tu, by Aleksandra sądzić czy karcić. Wystarczy mi, że Aleksander potwierdził wszystko. Nie przede mną będzie Aleksander odpowiadał za swoją winę.

Starzec rozpłakał się. Łzy ciekły mu po obwisłej, pomarszczonej twarzy, cała długa, chuda postać zwijała się w niedołężnych, rozpaczliwych i wstrętnych ruchach. Wreszcie upadł na kolana przed Kate i nieartykułowanym bełkotem, z którego rzadko wyrywały się wyraźniejsze słowa, błagał ją o litość, zaklinał, by oszczędziła go, by darowała mu jego grzech.

— Grzech swój będzie mógł Aleksander odkupić szczerym przyznaniem się, gdy zajdzie tego potrzeba — powiedziała Kate.

Jej słowa od razu uspokoiły starca. Błysnęła mu nadzieja.

— Gdy zajdzie potrzeba? — zapytał, wpatrując się w Kate.

— Niech Aleksander wstanie.

Podniósł się z trudem i dyszał długo, ale gra zmarszczek i fałd na jego bladej i wilgotnej od łez twarzy świadczyła, że uczepił się nowej myśli. Potem zaczął mówić gorączkowo, bezładnie, tajemniczym skrzypiącym szeptem. Usiłował przekonać Kate, że lepiej zamilczeć o wszystkim, że zrobi się tylko awantura i zamieszanie, że wstyd i hańba spadnie na całą rodzinę, że nieszczęście dotknie Prudy.

— Panieneczko Kasiu, panieneczka młoda jest, niedoświadczona, niech panienka usłucha rady starego. Na kolanach błagam! Po co to wszystko, komu to potrzebne! Ot, niech zostanie jak było. Przecie nikt nie wie. Michalina umarła, mnie już niewiele dni na tym świecie zostało. Nikt nie będzie wiedział. Dobrze jest tak, jak jest. Niechże tak i zostanie. Panienko złota, panienko kochana...

Kate lekko skinęła mu głową i wyszła. Ogromny, beznadziejny smutek owładnął nią zupełnie. Prawdopodobnie sama nie wiedziała, że na ukłony spotykanych ludzi odpowiada uśmiechem, ale ta oznaka uprzejmości stała się już u niej automatyzmem.

W pałacu panował ruch. Większość gości powstawała. W hallu, którego ciemne dębowe boazerie zawieszone były niezliczoną ilością tac i półmisków ze starego srebra, panowie w przepisowych żakietach wesoło rozmawiali o swych przygodach myśliwskich, w sali portretowej ciotka Matylda, otoczona rojem młodych panien, rozprawiała z ożywieniem, wspominając różne wielkie bale, w których brała udział jeszcze przed zamążpójściem. W dużym gabinecie obok Gogo zabawiał towarzystwo anegdotami ze swego pobytu w Bonn, w Oxfordzie i Nancy. W bibliotece sino już było od dymu cygar. Tu starsi panowie, rozsiadłszy się w wygodnych fotelach, dyskutowali na tematy gospodarcze i polityczne.

Zjawili się lokaje, obnosząc wielkie tace z cocktailami, wódkami i buszetkami.

Kate witała się, rozmawiała, przechodziła z pokoju do pokoju, od grupy do grupy.

— Promieniuje pani szczęściem — powiedział jej młody Łuczyński. — Mój Boże, co to miłość może!

— A panna Kasia zawsze jasna, jak wiosenny ranek — mówiła pani Tarłowa.

Gogo omijając innych przylawirował do narzeczonej. Wyglądał świeżo i radośnie.

— Okrutna dziewczyna — zaczął. — Gdzie znikłaś od rana? Szukałem cię po całym pałacu. Byłem już zrozpaczony.

— Nie wyglądasz na to — roześmiała się.

— Bo już cię zobaczyłem. Ale przysięgam ci, że była chwila, kiedy obawiałem się, że cię coś złego spotkało, że na przykład ktoś z odjeżdżających gości porwał mój skarb.

— W ładnym świetle wystawiasz swoich znajomych — powiedziała żartobliwie.

— Cóż chcesz — wzruszył ramionami. — Ja sam nie oparłbym się takiej pokusie. W twoim wzroku dostrzegam, że uważasz to za puste słowa, ale wierz mi, że nie ma takiego czynu, którego bym dla ciebie nie popełnił. Aż do zbrodni włącznie. Nie ma!

Spojrzała mu w oczy.

— Życie czasami wystawia ludzi na różne próby — powiedziała lekko.

— Co mam przez to rozumieć?

— Nic. Ogólna uwaga. Chodźmy, śniadanie podane.

Przy śniadaniu znowu siedzieli obok siebie. Nastrój był ożywiony i wesoły.

Już przy końcu śniadania zaczęły zajeżdżać samochody i powozy. Goście opuszczali pałac. Na pociąg o piątej wyjechało najwięcej. Na podwieczorku poza domowymi zostało zaledwie kilka osób z rodziny. I one jednak wkrótce zaczęły się żegnać. Dwudniowe polowanie zakończone wielkim balem, duży zjazd znajomych, wszystko to, co po długoletniej ciszy wytrąciło Prudy z naturalnego stylu spokojnej, wiejskiej egzystencji, minęło. Pani Matylda z nogami owiniętymi pledem zasiadła w wielkim fotelu w buduarze, rezydenci pozaszywali się w swoich pokojach, służba snuła się senna i pomęczona, Kate w kredensie, pochylona nad książką rachunkową przyjmowała raporty od pana Maćka, od kucharza i od Józefowej, zarządzającej gospodarstwem od czasu choroby Michalinki.

Tymczasem Herta i Zosia z kuchni zajęte były myciem i przebieraniem zwłok zmarłej. W stolarni już robiono trumnę, stelmach jednak nie spieszył się, gdyż pogrzeb miał się odbyć dopiero za trzy dni, gdy proboszcz wróci z odpustu w Chełmnie.

Gdy po skończonym rachunku Kate została sam na sam z panem Maćkiem, powiedziała mu:

— Niech się pan położy i wyśpi, panie Macieju. Wygląda pan bardzo źle. Przemęczył się pan przez te kilka dni, a poza tym mówiono mi, że całą noc spędził pan przy zmarłej.

— Tak jest, proszę panienki.

— Kochał ją pan bardzo?

Młody człowiek przygryzł wargi i tylko w milczeniu skinął głową.

— A jednak musi pan wypocząć. Niech pan śpi. A jutrzejszy dzień ma pan wolny. Pani hrabina już uprzedziła o tym rządcę.

— Dziękuję panience, ale wolałbym pracę. Przy pracy myśli nie tak człowieka trapią. Człowiek zapomina o sobie.

— Jak pan chce. Może i ma pan rację. W każdym razie zaraz niech się pan prześpi.

Obiad podano o ósmej, ale do stołu siadło niewiele osób. Kate, Gogo, generał Niedziecki, daleki ich krewny i rezydent w Prudach od czasu przejścia na emeryturę, oraz administrator, pan Ziembiński. Pani Matylda kazała sobie podać na górę sucharki i herbatę, dwie stare panny, ciocia Klosia i ciocia Betsy, jadły w łóżkach, a stryjcio Anzelm pielęgnował swoją wątrobę przy pomocy ziółek i gorących okładów.

Generał jedyny ze starszej generacji przetrzymał zwycięsko trzydniówkę i teraz, popijając burgunda, kpił na funty z “tego piernika Anzelma". Ponieważ zaś, gdy się już do jakiegoś tematu przyczepił, nie umiał się odeń oderwać, cały obiad był poświęcony biednemu stryjkowi Anzelmowi. Rozmowę podtrzymywał z umiarem pan Ziembiński. Gogo wpatrywał się w Kate i od czasu do czasu zamieniał z nią półgłosem kilka słów.

Gdy wstali od stołu, Kate zapytała go, czy nie poszedłby pomodlić się przy zwłokach swojej starej mamki i piastunki.

— Nie, Kate, nie. Lubiłem ją za życia i naprawdę przykro mi, że umarła, ale nie znoszę widoku trupów.

— Wypadałoby jednak... — zaczęła, lecz Gogo nie dał się namówić

— Będę na pogrzebie. To wystarczy.

Nazajutrz wczesnym rankiem Kate zaproponowała narzeczonemu partię tenisa. Grywali niemal codziennie i Gogo nie dopatrywał się w tym niczego nadzwyczajnego. Jej jednak chodziło o rzecz ważną. Mianowicie do tenisa Gogo nakładał białe pantofle i takież skarpetki, które zwijał nad kostką.

Czekając nań w hallu, przysunęła krzesło do szafy i położyła na niej swoją rakietę. Gdy zbiegł ze schodów, powiedziała:

— Czy nie mógłbyś zdjąć z tej szafy mojej rakiety, bądź tak dobry.

— Ależ z przyjemnością.

Z kolei on przysunął krzesło, wszedł na nie, a gdy stanął na palcach, by sięgnąć po rakietę i spodnie uniosły się, odsłaniając część nogi nad kostką, ukazał się górny rąbek brązowej myszki.

Serce Kate zaczęło bić mocno. Teraz już nie zostawało żadnych wątpliwości.

Pomimo największego wysiłku woli grała źle i nieuważnie. Poczciwy Gogo posyłał jej coraz łatwiejsze piłki, a wreszcie zawołał:

— Kate! Co się z tobą stało?!

Uśmiechnęła się z przymusem.

— Nie mogę dziś grać.

— Więc dajmy spokój, ale co ci jest? Źle się czujesz, królowo moja?

W jego głosie było wiele miłości i szczerego zaniepokojenia. Kate milczała, walcząc z myślami.

Tak — powzięła wreszcie postanowienie. — Muszę przede wszystkim jemu o tym powiedzieć. Muszę być lojalna.

— Kasieńko najdroższa — dopytywał. — Ty masz jakieś zmartwienie?

Potrząsnęła głową:

— To nie jest zmartwienie, Gogo. To jest... tragedia.

Bardziej niż tych słów przestraszył się wyrazu jej spojrzenia. Zdawało mu się, iż zna wszystkie wyrazy tych kochanych oczu, ale teraz zobaczył w nich coś zupełnie nowego: jakby ból, jakby rozpacz, jakby litość.

— Przerażasz mnie, Kate — powiedział.

Teraz już był pewien, iż stało się coś okropnego. Wyobraźnia podsuwała najpotworniejsze możliwości. Oto za chwilę ta najdroższa na świecie istota powie, że kocha kogoś innego albo że ktoś ją uwiódł, że spodziewa się dziecka... Może je już ma... gdzieś w ukryciu...

Czuł całą niedorzeczność, całą plugawość tych posądzeń, a jednak czuł również, że dowie się od niej czegoś okropnego, czegoś wstrząsającego.

Kate odłożyła rakietę.

— Chodź — powiedziała. — Pójdziemy do parku. Mam z tobą do pomówienia.

— Dobrze. Ale odpowiedz mi na jedno, bo nie wytrzymam! Czy to, co zakomunikujesz, dotyczy ciebie... twoich uczuć czy projektów?

— Nie, Gogo. Dotyczy ciebie. Mnie tylko pośrednio.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się.

— Chwała Bogu! Więc chodźmy.

Przekonany był, że sprawa cała dotyczy jakichś plotek. Musieli wczoraj głupstw jej nagadać. Pewno o tej kasjerce z Juan-le-Pins. Oczywiście skończy się na wyjaśnieniach. Nie znał wówczas Kate, wobec tamtej dziewczyny był w porządku, płacił jej alimenty, mogła żyć dostatnio, ba, wyjść dobrze za mąż, a za jej histerię on nie odpowiada. Strzeliła do tej Włoszki przez głupotę, przez głupotę też odebrała sobie życie...

Szli szeroką lipową aleją, później skręcili w lewo. Pod starym dębem stała tu ławeczka. Dąb nazywał się od niepamiętnych czasów Marszałkiem Czarnego Stawu, nazywał się zaś tak dlatego, że rzeczywiście zdawał się panować z wysokiego brzegu nad wielkim stawem, który nieruchomą taflą leżał tuż nad nim. Staw był bardzo głęboki, mulisty, pełen starych korzeni i wodorostów. Nie oczyszczano go rozmyślnie, pozostawiając w tym półdzikim stanie, zresztą i nie opłacało się, gdyż dno miał takie, że ryby w nim złapane nie nadawały się do jedzenia. Czuć je było błotem.

Ale z ławki pod Marszałkiem roztaczał się piękny, szeroki widok na kępy starych brzóz i grabów po drugiej stronie, i na strome wzgórze z białą kapliczką. Ławka ta miała jeszcze i tę zaletę, że stała z dala od uczęszczanych części parku i że nikt tu nie mógł zbliżyć się niepostrzeżenie.

Szli w milczeniu i w milczeniu tu usiedli. Po dłuższej dopiero chwili odezwała się Kate:

— Musisz mi obiecać, Gogo, że przyjmiesz spokojnie to, co ci zakomunikuję.

— Możesz być tego pewna, Kate.

— Otóż zacznę od tego, że z nikim jeszcze o tym nie mówiłam. Ty jesteś pierwszy. Mam do ciebie zaufanie, ale w danym wypadku nie ono odgrywa rolę. Po prostu to jest sprawa przede wszystkim twoja.

— Słucham, Kate.

— Wczoraj wieczorem umarła Michalinka Zudrówna i jak wiesz, byłam przy jej śmierci.

— Wiem, Kate.

— Przed śmiercią zrobiła mi wyznanie...

Niski, głęboki głos Kate załamał się i stał się prawie szorstki.

— Wyznała mianowicie, że syn jej, uchodzący za jej syna Maciej Zudra, nie jest Maciejem Zudrą, nie jest jej synem.

Gogo zaciekawił się.

— Tak? Więc kimże jest?

Kate była blada.

— Jest hrabią, Rogerem Tynieckim.

— Nie rozumiem?

— Jest hrabią Rogerem Tynieckim, synem śp. Maurycego Tynieckiego i Matyldy z Pomianów Tynieckiej. Ze jest jedynym ich synem.

Gogo spojrzał na nią z takim wyrazem twarzy, jakby mówił z istotą nieprzytomną.

— Przepraszam cię, Kate — odezwał się łagodnie — czy chcesz przez to powiedzieć, że Maciuś jest synem moich rodziców?

— Tak, Gogo. Jedynym synem.

Zaśmiał się pojednawczo:

— Dobry żart! Kimże ja w takim razie jestem? Czy nie powiedziała ci tego?

Miał minę rozbawioną.

— Owszem, powiedziała. Ty jesteś jej synem, Maciejem Zudrą.

— Ja?... Ja?... — Gogo wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem — Ja Zudra?... Cha... cha... cha... Wybacz, Kate... Cha... cha... cha... Wybacz, ale nie mogę się powstrzymać... Moja cudna, moja kochana Kasieńko... To tym się tak frasowałaś?... Takimi głupstwami! Cha... Cha...

— To nie są głupstwa, Gogo. To prawda.

W jej tonie było takie przeświadczenie, że się aż zdziwił.

— Jak mogłaś uwierzyć w podobne bzdury!

— Ludzie na łożu śmierci nie opowiadają bzdur.

— Więc majaczą — zawołał prawie z gniewem, zły, że taka inteligentna istota, jak Kate, wzięła podobne nonsensy na serio. — Majaczą, miewają halucynacje. Ta poczciwina nagadała ci bajek, a ty...

— Gogo — przerwała Kate. — Nie jestem tak naiwna, jak myślisz. I nie zaczynałabym tej rozmowy, nie podnosiłabym tej sprawy, gdybym nie wiedziała, gdybym nie wiedziała z całą pewnością, że Michalinka wyznała prawdę.

Roger opanował się. Traktowała tę absurdalną historię tak poważnie, że należało równie poważnie udowodnić jej, że została wprowadzona w błąd. Zapytał więc spokojnie:

— Wynikałoby z tego, że mnie i Maciejka zamieniono?

— Tak.

— I któż tego dokonał?

— Ona. Michalinka, twoja prawdziwa matka.

— Nie nazywaj jej, proszę, moją matką... Później będziesz się rumieniła, gdy sobie to przypomnisz. Ale czy nie zastanawiałaś się, w jaki sposób mogła tego dokonać?

— W bardzo prosty. Mając do karmienia dwoje niemowląt w jednym wieku i nie podlegając niczyjej kontroli, zapragnęła swemu synowi zapewnić lepszy los. I zamieniła.

— Jak to? — zirytował się. — I sądzisz, że nikt by tego nie zauważył?

— Mógł nikt nie zauważyć, ale owszem, znalazł się ktoś, kto nie tylko zauważył, lecz przyłapał ją na gorącym uczynku zamiany.

— Któż to był?

— Aleksander, kamerdyner, Aleksander Żołoń.

— A przyłapawszy, on, najwierniejszy sługa mego ojca, nie uważał za stosowne zawiadomić o tym swego pana?... Zastanów się!

— Nie ironizuj, Gogo — smutnie odpowiedziała Kate. — Owszem, wiedział, co jest jego obowiązkiem, ale nie wypełnił go. Michalina liczyła

wówczas sobie lat dwadzieścia dwa czy trzy, a on już był po pięćdziesiątce. Kupił ją za cenę milczenia.

W oczach Rogera po raz pierwszy zamigotał niepokój.

— Bajeczka wcale zgrabnie ułożona, ale na szczęście Aleksander żyje jeszcze i...

— Na nieszczęście wszystko potwierdza — zakończyła Kate.

Rogerowi krew uderzyła do twarzy. Milczał przez chwilę, a później wybuchnął:

— To nieprawda! To niecne kłamstwo! To podła intryga! Oni uknuli to przeciw mnie!

— Uspokój się, Gogo.

— Skąd wiesz, że Aleksander to potwierdza?!

— Rozmawiałam z nim. Przyznał się wśród płaczu i zaklinał mnie, by nie poruszać tej sprawy. Boi się sądu i pozbawienia dożywocia.

— To ostatnie nie minie tego starego łotra! — zacisnął pięści Gogo. — Ach, nędzne gadziny, plugawe gady! I ośmielili się jeszcze ciebie, właśnie ciebie, moje ty kochanie, mój ty aniele biały, wciągnąć w tę błotnistą intrygę. Ale ja z nimi zrobię porządek!... Ha, patrzcie go! On nie tylko wierszyki układa, ale i wcale przemyślne planiki. Taki drobiazg! Ograbić za jednym zamachem mnie z nazwiska, z majątku, z tytułu! Niezły spisek: umierająca matka, stary sługa i ten gagatek. Ręczę ci, że to on wymyślił wszystko, że on jest sprężyną całej tej diabelskiej machinacji. No, już ja z nimi zrobię porządek!

Zbladł i trząsł się cały.

— Ohyda, ohyda, ohyda — powtarzał.

— Nie mów tak, Gogo, bo i ja może nie uwierzyłabym temu wszystkiemu, gdybym nie miała bardziej przekonywającego dowodu, który niestety nie pozostawia żadnych wątpliwości.

— Dowodu?

— Tak.

— Jakiż to dowód?

— Chodź ze mną.

Gogo wziął ją za rękę.

— Zaczekaj. Przecież nie musisz mi pokazywać tego dowodu. Wystarczy, jeżeli powiesz, o co chodzi.

— Więc dobrze. Umierając Michalinka powiedziała mi, że jej syna można rozpoznać po tym, że ma na prawej nodze nad kostką znak rodzimy, znak w tym samym miejscu i taki sam jak u niej. Sprawdziłam. Zmarła ma ten znak rzeczywiście. Zresztą Aleksander, który w owym czasie widocznie bardziej interesował Się nogami Michalinki, właśnie po tym znaku poznał, że was zamieniono. Czy masz na prawej nodze nad kostką brązową myszkę?

Podniosła nań oczy i aż przestraszyła się: był blady jak trup, twarz zastygła mu w jakimś bolesnym grymasie, w oczach miał bezradny, paniczny lęk.

Wzięła jego rękę. Łagodnie wyprostowała kurczowo zaciśnięte palce. Wielka litość ściskała jej gardło.

— Biedny chłopak, biedny chłopak — myślała, ale nie mogła z siebie wydobyć ani słowa. Tylko coraz cieplej, coraz serdeczniej gładziła jego rękę.

Mijały minuty jedna za drugą. Ciszę przerywał tylko szelest liści z rzadka opadających z drzewa lub krótki plusk wody na dole w stawie.

Wreszcie Roger odezwał się ochrypłym i głuchym głosem:

— To straszne... to straszne... Ja synem tej kobiety. Nie mogłem doznać haniebniejszego poniżenia...

Po chwili podniósł rękę Kate do ust i pocałował.

— Jakie to szczęście — powiedział — że to właśnie ty dowiedziałaś się o tym wszystkim.

— Nie uważam tego za szczęście. Wolałabym nigdy o tym się nie dowiedzieć.

— Rozumiem — przyznał — ale pomyśl, że to był tylko przypadek, pomyśl, że przy śmierci tej... kobiety mógł znaleźć się kto inny. Wtedy byłbym zgubiony.

Szeroko otworzyła oczy.

— Co przez to chcesz powiedzieć?

— No, nie byłoby dla mnie ratunku. Ten pisarz prowentowy odebrałby mi wszystko i puścił z torbami. Przecie każdy inny, usłyszawszy takie wyznanie Michalinki, roztrąbiłby je natychmiast. I doprawdy, jestem pełen podziwu dla twej ostrożności i przezorności, Kate, że tylko mnie powiedziałaś o tym.

— Tak, bo uważałam, Gogo, że ty o tym musisz wiedzieć pierwszy.

Na ostatnim wyrazie położyła silny nacisk, lecz on tego nie zauważył.

— Tak, pierwszy. Pierwszy i ostatni. Oczywiście Aleksander w dobrze zrozumiałym własnym interesie nie piśnie ani słówka. Ja też, zapewniam cię, nie zamierzam tym się chwalić.

Zaśmiał się krótko i nerwowo

Kate spojrzała nań z niedowierzaniem.

— Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że chciałbyś już teraz

świadomie przywłaszczyć to, co się należy Maciejowi?

Jej pytanie brzmiało łagodnie, lecz wyczuł w nim jakieś surowe akcenty.

— O, nie. Nie zamierzam go krzywdzić. Dostanie to, czego się nigdy w życiu nie spodziewał, o czym nie marzył. Dam mu jeden z folwarków. Powiedzmy, Skorochy. Co? Dwadzieścia kilka włók pięknej ziemi. Dla niego to fortuna.

— To może być fortuną dla Maciejka, ale nie dla hrabiego Rogera Tynieckiego — powiedziała skandując sylaby.

— Jeżeli uważasz, że to za mało... Nie jestem skąpy. Dodam mu coś jeszcze.

— Jesteś bardzo hojny. Zapominasz tylko o jednym, że hojny jesteś z cudzego. Przecież to wszystko jego własność.

— Zapewniam cię, że nie wiedziałby, co z tym począć — powiedział Gogo z lekkim rozdrażnieniem. — I tak oszaleje chyba z wdzięczności, gdy dostanie Skorochy.

— Wiedząc, że należy mu się wszystko?

— Ba, ale tego nigdy nie będzie wiedział.

Kate wstała i głos jej drgał lekko, gdy zaczęła mówić:

— Rogerze. Wiem, że nie przemyślałeś tego, coś powiedział, i tylko dlatego nie cofam ci swego szacunku. Miałam cię zawsze za człowieka uczciwego, za człowieka honoru. I wierzaj mi, gdybym kiedyś przekonała się, że jest inaczej, byłby to dla mnie cios stokroć boleśniejszy niż odkrycie tego, że nie jesteś hrabią Tynieckim. To ci najmniejszej ujmy nie przynosi, tamto pogrzebałoby cię w oczach wszystkich porządnych ludzi. Chcę wierzyć, że postąpisz uczciwie. Nie wątpię, że postąpisz uczciwie! Zastanów się, czy zaznałbyś przy twoim sumieniu i przy twoim poczuciu własnej godności bodaj jedną godzinę spokoju i zadowolenia wiedząc, że korzystasz z cudzej krzywdy, że okradłeś kogoś z nazwiska i majątku, korzystając z jego nieświadomości.

Spojrzał jej w oczy, spuścił głowę. Zgasło w nim nerwowe podniecenie, mięśnie twarzy rozluźniły się wyrazem jakiejś rezygnacji i wielkiego zmęczenia.

— Masz rację, Kate — odezwał się cichym i matowym głosem — masz rację... Wszystko skończone.

— Nie myśl, Gogo — położyła mu rękę na ramieniu — że chcę wywrzeć jakiś nacisk na twoje sumienie. Wierzę, że to jest niepotrzebne. Ty sam doskonale zdajesz sobie sprawę z jego stanu i z jego wrażliwości. Pragnęłam tylko przyspieszyć w tobie uświadomienie tych rzeczy.

— Tak, tak...

— I widzisz — mówiła siadając znowu przy nim — dlatego nie wspomniałam o całej sprawie nikomu ani słowem. Nawet cioci Matyldzie. Chciałam oddać to w twoje ręce, do twojej decyzji, zależało mi na tym, byś nie pod jakąś presją, lecz z własnej woli, z poczucia własnej godności mógł wielkodusznie postąpić.

Sięgnął po papierośnicę, lecz ręce mu drżały i rozsypał jej zawartość.

— Psia krew! — zaklął przez zęby.

— Opanuj się, Gogo — powiedziała łagodnie — przecież stać cię na to.

— Tak, tak... Ale pozwól mi zastanowić się, pozwól pomyśleć...

Oparł głowę na rękach i siedział tak zgarbiony. Nad czymże miał

się zastanawiać! Wszystko było jasne i zrozumiałe. Zostanie z dnia na dzień wyzuty z wszystkiego, z czym zżył się od dwudziestu ośmiu lat, co stało się, co było od początku aż do dzisiaj treścią jego egzystencji, co było nim samym. Znaczyło to stokroć więcej niż katastrofa majątkowa. Nieraz zastanawia! się nad tym, co począłby w wypadku jakiegoś przewrotu społecznego, jakiejś rewolucji komunistycznej w Polsce. Byłby wówczas nędzarzem, ale i gdzieś na emigracji nie przestałby być hrabią Tynieckim, przed którym otwierały się wszystkie drzwi najlepszych domów, nie przestałby być sobą. Miał prawo oczekiwać pomocy i poparcia od licznych swoich kolegów i przyjaciół, od ludzi swojej sfery. Zresztą nigdy nie zaprzątał sobie głowy zmartwieniami natury finansowej, bo ich nigdy nie doświadczył. Teraz i pod tym względem otwierała się pod nim próżnia. W próżni tej jego wyobraźnia nie umiała znaleźć żadnego punktu oparcia.

Po prostu miał stać się niczym. Jakimś, śmiech powiedzieć, Maciejem Zudrą, ba, czymś mniej zdatnym do życia niż obecny Maciej Zudra...

Oczywiście będzie musiał stąd uciec, będzie musiał zostawić to wszystko, majątek, pałac, znajomych i tę kobietę, którą uważał za matkę, którą kochał, i tę drugą, Kate... Tak, i ją, bo przecie nie mógł się spodziewać po niej, po Pomianównie, że zechce wyjść za mąż za jakiegoś Zudrę... Trzeba będzie wyrzec się i jej.

Serce ścisnęło się gwałtownie.

— Ona mnie nie kocha, ona mnie nigdy nie kochała — myślał. — Gdyby kochała, nie uwierzyłaby tej... tej... Michalince, nie starałaby się zebrać dowodów. A jednak — zjawiła się wątpliwość — dlaczego w takim razie jemu pierwszemu o tym powiedziała?... Czy nie rozumiała, że zabija go? Czy nie rozumiała, że odbiera cały sens jego przyszłemu życiu?... Bo to przecie jasne. Nie zostaje mu nic innego, jak palnąć sobie w łeb.

Byłoby, ach, byłoby inne jeszcze wyjście: błagać Kate, by milczała, przekonać ją...

Ale wiedział doskonale, że było to nad jego siły. Wprost nie miałby odwagi po tym, co z jej ust przed chwilą usłyszał, wydobyć z siebie jakąś prośbę, perswazję czy propozycję. I pomyśleć, że to ona staje się jego katem. Bo tylko ona. Ona jedna wie, w jej ręku losy... Od niej jednej właściwie zależy wszystko.

I nagle gdzieś w głębi mózgu jak palący żużel zatliła się myśl:

— Gdyby Kate umarła... Zanim zdąży komuś powiedzieć... Gdyby umarła teraz, w tej chwili...

Krew napłynęła mu do głowy, serce uderzyło nierównym taktem i skurczyło się w bezruchu.

— Tak... Przecie bywają nagłe zgony... Nieostrożne obchodzenie się z bronią... Albo utonięcie... Tak, utonięcie... Mówiła, że nie umie pływać, a tu brzeg taki wysoki. Jeden nieostrożny krok, jedno przechylenie się... Jedno... pchnięcie... Ludzie daleko, nie dosłyszą krzyku... Nieszczęśliwy wypadek i żadnego posądzenia...

Krew zalewała mózg, szczęki zacisnęły się kurczowo.

— Oto wyjście, oto ratunek. Nie ma innego.

Nie poruszył się, nie drgnął nawet, tylko ostrożnie podniósł oczy i spod czoła uważnie przyglądał się stromemu brzegowi i czarnej tafli stawu w dole.

Czuł, że tętno krwi uspokaja się, stygnie coś w nim i krzepnie. Chłód pod czaszką i suchość w gardle, i twardy dotyk łokci na kolanach, i szmer spadających liści, i lekki zapach perfum Kate. Świat zewnętrzny wracał do jego świadomości wyraziście i dokładnie.

Jednocześnie wszystko wydało mu się obce, wrogie, nienawistne, jakże inne od tego świata, w którym żył, który uważał za stworzony jakby specjalnie dla niego. Wyprostował się i spokojnie zapalił papierosa. Palił w milczeniu, obliczając wzrokiem odległość ścieżki od brzegu urwiska. Nie wynosiła ponad pół metra, zwłaszcza na skręcie. To było najdogodniejsze miejsce. Sama ścieżka zwężała się tu i człowiek idący z tyłu jednym silnym pchnięciem mógł bez obawy jakichkolwiek niespodzianek strącić poprzedzającą go osobę do stawu. W ciągu sekundy rzecz załatwiona zostanie, w ciągu minuty czy dwóch będzie po wszystkim.

Roger nie myślał o tym. Plan działania układał się w nim jakby samoczynnie. Każdej bowiem myśli ludzkiej towarzyszy jej nieodłączny refleks uczuciowy. Uczucia Rogera w tej chwili milczały. Nie czuł ani obawy, ani niepokoju, ani smutku, ani radości. Mózg pracował automatycznie.

Raz rozbudzony potężnym impulsem działał siłą inercji, niezależny od woli i od uczuć, nie napotykając w swej pracy żadnych hamulców, które właśnie z uczuć się rodzą. Umysł skoncentrowany na pracy mechanicznej daleki był teraz od zdolności oceny planowanego czynu, wytężył wszystkie siły w kierunku zamierzonej funkcji, szedł ślepo naprzód, nie dotykając ani przeszłości, ani przyszłości, ani kryteriów etycznych.

Być może, iż podłożem każdej zbrodni jest właśnie taki paraliż duchowy zbrodniarza, paraliż wszystkich jego ludzkich władz psychicznych z wyjątkiem tej części mózgu, która rządzi się niszczącym instynktem walki o byt i temu instynktowi służy.

Roger daleko odrzucił wypalonego papierosa i powiedział:

— Doszedłem do przekonania, że masz słuszność. Trzeba jeszcze dziś zawiadomić osoby zainteresowane.

— Byłam pewna, że poweźmiesz takie postanowienie — odpowiedziała Kate.

— Nie omyliłaś się. A teraz chodźmy. Zaraz podadzą śniadanie.

Wstała. Nie patrząc na nią usunął się przepuszczając ją pierwszą na

ścieżkę. Do zakrętu było nie więcej niż dziesięć kroków. Liczył je spokojnie i uważnie.

Nie przeszli jednak i pięciu, gdy Kate zatrzymała się, odwróciła i wyciągając obie ręce powiedziała:

— Mój drogi, biedny chłopiec...

Usłyszał tylko te cztery słowa, tylko na jedno mgnienie zajaśniały przed nim głębokie, szafirowe oczy, a jednak tego ułamka sekundy starczyło, by zdruzgotać jego decyzję, by jednym ciosem skruszyć twardą skorupę i dotrzeć do serca. Jak w blasku piorunu ujrzał całą potworność swego zamiaru, ujrzał okrutną jego bezcelowość, bo przecie nie potrafiłby dnia przeżyć pod ciężarem tej zbrodnią W tym strasznym olśnieniu zobaczył swoją miłość, miłość szaloną, ważniejszą ponad wszystko...

Zakręciło mu się w głowie, zatoczył się i upadł do nóg Kate. Jakby szukając ratunku, kurczowo chwytał się tych nóg, przyciskał usta do jej stóp, czołem dotykał ziemi.

— Gogo... Gogo... Gogo... — szeptała przestraszona tym wybuchem Kate. — Wstań, Gogo, no proszę cię, uspokój się...

A on szlochając ukląkł przed nią, to tulił głowę do jej nóg, to w łkaniu wyrzucał z siebie jakieś słowa, których nie mogła zrozumieć.

Nie tylko jego, lecz żadnego mężczyzny w ogóle nie widziała nigdy w takim stanie, z twarzą wykrzywioną grymasem płaczu, mokrą od łez, bezradną, śmieszną niemal w tej bezradności. Zrobiło jej się niewymownie przykro. Po prostu wstydziła się swej obecności, swego udziału w tej scenie, w tej brzydkiej scenie. Mimo woli przypomniała sobie wczorajsze zachowanie się Aleksandra. Ale Aleksander był prostakiem i w dodatku starcem. Zawsze sądziła, że dobrze wychowany mężczyzna, że w ogóle mężczyzna w żadnej sytuacji nie powinien aż do tego stopnia tracić panowania nad sobą.

Jeżeli nie lubiła Rosjan, to właśnie dlatego, że w literaturze rosyjskiej były postacie mężczyzn zmieniających się nagle pod wpływem przeżyć z dżentelmenów w jakieś rozhisteryzowane patologiczne typy, urządzające podobnie niesmaczne i niedelikatne widowiska ze swoich spraw wewnętrznych, wylewające przed bliźnimi swoje cierpienia, kajania się i słabość duchową. W pojęciu Kate nie istniała większa nieprzyzwoitość niż wciąganie innych, bodaj najbliższych, w podobnie intymne przeżycia własne. Odczuwała w tym jakby natrętną żebraninę o litość, jakby szantażowanie otoczenia swoim bólem, jakby popisywanie się na ulicy swoimi atakami epilepsji.

Ten nowy rys charakteru Goga przeraził ją i napełnił smutkiem, chociaż brała pod uwagę wyjątkowość i tragizm jego położenia. Stracił tytuł, nazwisko, majątek, nawet matkę. Siedząc tam obok niego na ławce wiedziała, jak ciężko toczy się w nim walka, wiedziała, że przez jego umysł musiała przemknąć tak straszna myśl, jak myśl o samobójstwie. Pomimo to nie znajdywała dlań dostatecznego usprawiedliwienia.

Po wybuchu ogarnęła Goga apatia. Stał oparty plecami o drzewo i wpatrzony przed siebie. Miał zaczerwienione powieki, włosy w nieładzie, a na kolanach ślady wilgotnego piasku. Kate nie znała uczucia litości, a ta wyrozumiałość, to współczucie, które dlań teraz żywiła, bynajmniej nie wykluczały pewnej dozy potępienia. Sprawił jej wielki zawód. Była przekonana, że zachowa się do końca po męsku. Z jakąż ulgą odeszłaby teraz.

— Popraw sobie włosy, Gogo. I na spodniach masz trochę piasku — powiedziała tonem najbardziej naturalnym.

To otrzeźwiło go.

— Przepraszam cię, Kate — bąknął.

— Czy masz przy sobie zegarek? — zapytała.

— Tak... Jest za kwadrans pierwsza.

— Dziękuję ci. Wstąpisz chyba do siebie po marynarkę?

— Oczywiście.

Szli obok, a po chwili Roger odezwał się opanowanym już głosem:

— Nie wiedziałem dotychczas, co to jest szaleństwo... Nigdy nic okropniejszego nie przeżyłem.

Kate milczała.

— O, ja wiem — mówił — żeś ty mnie nie kochała. Zresztą nie zasługuję na twoją miłość. Nie zaprzeczaj, Kate. Doskonale to widzę. Ale przyznam, że bardzo boleśnie odczułem to twoje zadowolenie, że zmieniona sytuacja zwalnia cię od danego słowa.

Kate uśmiechnęła się blado.

— Mylisz się, Gogo. Nie uważam, by jakakolwiek zmiana twojej sytuacji uwalniała mnie od danego słowa. Nie uważam i nie chcę tego. Toteż krzywdzisz mnie, dopatrując się we mnie zadowolenia.

Stanął i schwycił ją za rękę. W jego wzroku było zdumienie i niedowierzanie.

— Coś... coś ty powiedziała?...

— Powiedziałam, że nie mam ani prawa, ani zamiaru, ani ochoty zmieniać swoich postanowień.

Głos mu wibrował, a wargi drgały.

— Czy... czy to znaczy, że pomimo wszystko... że zostaniesz moją żoną?...

— Naturalnie, Gogo.

Powiedziała to z uśmiechem i naciskiem, chociaż jednocześnie całą siłą woli musiała opanować popłoch wszystkich myśli, wszystkich pragnień, wszystkich nadziei. Oto jeszcze raz przezwyciężyła siebie. Oto kilku słowami zniszczyła za sobą wszystkie mosty, oto nie dała się skusić tak wygodnej chwili do wycofania się, do egoistycznej ucieczki przed przyszłością wątpliwą, grożącą niewiadomymi cierpieniami i niedostatkami, oto spełniła swój obowiązek.

Jakże dumna była z siebie. Patrzyła teraz w swoją duszę jak w kryształ bez skazy. I zadawała sobie pytanie: czyż takie osiągnięcie wewnętrznej wartości, czyż ta zdobycz w sobie samej nie jest warta największych wyrzeczeń się?... Czy nie czuje się teraz szczęśliwa?... Czy nie to właśnie jest szczęście?...

I pogrążona w tych myślach, oszołomiona natłokiem pytań, zaabsorbowana bez reszty analizą samej siebie, nie usłyszała prawie słów Rogera, prawie nie czuła na swych rękach jego egzaltowanych pocałunków.

— Tak, Gogo, tak — odpowiadała, nie wiedząc, na co odpowiada.

A on przysięgał jej, że dla niej zdobędzie świat, że w niej znajdzie cel i radość życia, że teraz już śmiało patrzy przed siebie, że zdolny jest do najcięższej walki o byt, bo to dla niej, bo to przez nią...

— I zobaczysz, jak będziemy szczęśliwi, Kate! Kasieńko moja! Zobaczysz, królowo moja, że niczego ci nigdy nie zabraknie... Będę pracował jak wół, jak szaleniec, jak niewolnik... A ciebie otoczę taką miłością, jakiej nigdy na ziemi nie było!... Zobaczysz, zobaczysz! Ja, głupi, myślałem, rozpaczałem, że już mi nic nie zostanie, a zostajesz mi ty, najcenniejszy ze skarbów... Boże! Boże! Kate, szczęście moje!...

Wziął ją teraz pod rękę i szli ku domowi, a on wciąż mówił o swoim szczęściu i o jej szczęściu, które on jej da.

— Czy wierzysz mi, Kate, czy wierzysz? — pytał.

— Tak — odpowiadała z uśmiechem. — Muszę ci wierzyć i chcę.

W hallu generał Niedziecki układał pasjansa. Ciotka Klosia majstrowała przy aparacie radiowym. Stryjcio Anzelm czyścił swoją długą cygarnicę przy pomocy zagiętego drutu.

Gdy młodzi przeszli, generał chrząknął.

— Ci, panie, zakochani, to, panie, zupełnie innego tego i owego...

— Młodość, młodość — zawyrokował pan Anzelm, a ciotka Klosia westchnęła.

Na podeście schodów Gogo powiedział:

— Wiesz, Kate, że najlepiej będzie jeszcze dziś rozmówić się z matką i z... nim.

— Jak chcesz, Gogo.

— Tak. Nie ma powodu do zwłoki, a im prędzej to się załatwi, tym radykalniej skróci się okres nerwów, niepokojów i niepewności.

— Zupełnie się z tobą zgadzam.

— No, to po śniadaniu. Idziesz przebrać się?... Ja także. Za dziesięć minut będę na dole.

Minął jednak kwadrans, pół godziny, a Gogo nie przychodził. Wszyscy, nie wyłączając pani Matyldy, zebrani byli w hallu. Wreszcie pani Matylda kazała podawać i przeszli do jadalni. Jednocześnie posłała lokaja, by zobaczył, dlaczego pan hrabia nie schodzi na śniadanie. Wkrótce służący wrócił i oznajmił, że pan hrabia znajduje się w pokoju zmarłej, przy zwłokach.

— A zameldowałeś, że śniadanie jest na stole?

— Tak jest, proszę pani hrabiny, ale pan hrabia rozgniewał się, powiedział, że sam wie, i kazał mi wyjść.

— To ładnie z jego strony — odezwała się pani Matylda po angielsku — że uważał za stosowne pomodlić się przy nieboszczce, ale mógłby wybrać odpowiedniejszą porę.

Kate od razu domyśliła się, po co tam poszedł. Chodziło mu o sprawdzenie, czy zmarła ma na nodze takie znamię, jak on. Chwytał się ostatniej nadziei.

Zjawił się w jadalni dopiero w środku śniadania. Twarz miał ponurą, sine plamy pod oczami, ruchy nerwowe. Bąknął kilka niechętnych słów na usprawiedliwienie swego spóźnienia, do końca milczał i prawie nic nie jadł. Nie zostało ani śladu z jego niedawnego nastroju. Kate nie wierzyła własnym oczom i zaczynała ją dręczyć obawa, że zmienił znowu swoje zamiary. Obawa jednak była nieuzasadniona. Zaraz po śniadaniu Roger zwrócił się do pani Matyldy:

— Kate i ja chcielibyśmy z mamą pomówić w ważnej sprawie.

Stara pani zmierzyła oboje zaniepokojonym wzrokiem, lecz nie pytała o nic.

— Dobrze, drogie dzieci. W takim razie chodźcie do mnie na górę. Janie, Jan tam poda nam kawę.

Reszta towarzystwa, jak zwykle, piła kawę w dużym gabinecie, skąd przez szeroko otwarte drzwi widać było hall. Gdy tylko służba odeszła, pan Anzelm dał wyraz ogólnemu nastrojowi:

— Czuję, że coś niedobrego się święci.

— Tak, tak, mówię wam — przytaknęła ciotka Betsy, potrząsając z przekonaniem swoją stożkowatą głową, nad którą sterczał siwy koczek, kokieteryjnie ozdobiony koronkowym fanszonikiem.

— A ja wam powiadam, że głupstwo — machnął ręką generał. — To, panie, młodzi, tego, poprztykali się, ot i wszystko.

Ciotka Klosia nie chciała w to uwierzyć. Przecie tak niedawno, gdy wracali z parku, byli zapatrzeni w siebie i roześmiani.

Krzyżowały się domysły, przypuszczenia, przypomniano, co kiedy Gogo powiedział, co kiedy Kate. Nieraz dochodziło do utarczek słownych i przycinków, do rozbieżności zdań. Nie mieli wszak innych zainteresowań, jak życie cudze. Każde z nich żeglowało kiedyś ku własnym celom, borykało się z uczuciami swoich uczuć i przeżyć, aż wylądowali na tej zacisznej mieliźnie, w bezpiecznej przystani, by już tylko wegetować, by już nigdy nie wyjrzeć poza codzienny horyzont drobnych zdarzeń pałacu w Prudach.

Lecz tym razem zdarzenia mogły wydawać się ważniejsze niż zwykle, a przede wszystkim dziwniejsze.

Oto po pewnym czasie Jan zbiegł z góry i telefonował z hallu do księdza kanonika Grudy.

— Pani hrabina bardzo prosi księdza kanonika, by ksiądz kanonik natychmiast był łaskaw przyjść do pałacu... Nie, pani hrabina jest zdrowa, ale prosi żeby natychmiast.

Nie upłynęło dziesięć minut, a kanonik zasapany i czerwony, ocierając po drodze kark chusteczką, przeszedł szybko przez hall i poszedł na górę.

W kwadrans później Jan znowu przebiegł, zdążywszy tylko wyjaśnić, że sam nic nie wie i że go posłano, by przyprowadził dawniejszego kamerdynera, Aleksandra. Wkrótce zjawił się Aleksander, wystraszony i zgarbiony we dwoje.

— Tam do licha! — zaklął generał. — Cóż to się stało?!

Nikt z obecnych nie umiał mu wszakże na to odpowiedzieć. Zrezygnowali ze swej drzemki, pełni ciekawości siedzieli tu już od dwu godzin i nic. Nawet Kate, która musiała być au courant całej tej niezwykłej awantury, odmówiła jakichkolwiek wiadomości.

— Idę po krople do apteczki i bardzo przepraszam, że nic więcej powiedzieć nie mogę. Muszę się spieszyć.

— Ale dla kogo krople, złotko? — starała się przytrzymać ją ciotka Klosia.

— Dla Aleksandra.

Dowiedzieli się jeszcze od Jana, że pani hrabina wraz z kanonikiem chodzili po pokoju zmarłej, ale i to niczego nie wyjaśniało, na odwrót, gmatwało wszystkie domysły.

A potem wszystko ucichło. Ksiądz śpiesznie wrócił do plebanii, Aleksandra musiano odwieźć bryczką, bo nie trzymał się na nogach. Gogo zamknął się u siebie, a Kate nie wychodziła od pani Matyldy.

Wieczorem do pani Matyldy wezwano lekarza. Obie ciotki rezydentki, które do jego wyjścia na posterunku wytrwały, dowiedziały się, że pani hrabinie nic nie grozi. Lekka niedyspozycja na tle niedomogi sercowej. Oto wszystko. Dwa dni odpoczynku w łóżku wystarczy.

Jednak stara pani nie zamierzała stosować się do zarządzeń lekarza. Już o ósmej rano była na nogach, wypiła szklankę mocnej herbaty i kazała wezwać do siebie pisarza prowentowego, Macieja Zudrę.

Wszedł i skłoniwszy się stanął wyprostowany przed jej fotelem. Pani Matylda przyglądała mu się uważnie z jakimś groźnym wyrazem twarzy. Lubiła go zawsze, uważała za zdolnego oficjalistę i za oddanego sobie człowieka. Miała doń nieograniczone zaufanie. Teraz jednak, gdy wiedziała, że jest jej synem, wydał się jej nieprawdopodobnie obcy, daleki, nieokrzesany, niemal prostacki. Wszystko buntowało się w niej przeciw świadomości, że jego właśnie na świat wydała, że ten sztywny, służbisty młodzieniec może być jej synem, jej, wielkiej damy, którą drażniły pewne niedociągnięcia w wychowaniu nawet Goga.

I druga rzecz: co się kryje pod maską tego człowieka, pod maską posłusznego i sumiennego pracownika? Jaki umysł, jakie serce, jakie wartości? Obowiązek i poczucie zależności wytresowały go. Jaki będzie, gdy usłyszy prawdę, gdy pozna ją, gdy zrozumie, gdy przejmie należną mu pozycję?... Czy dorośnie wówczas do roli hrabiego Tynieckiego?...

Stara pani nie umiała sobie na to odpowiedzieć. Więcej, bo mimo woli dawała sobie odpowiedź zaprzeczającą. Niemal gardziła tym młodzieńcem, niemal buntowała się przeciw oczywistej prawdzie, że ten... służący może być jej synem. A z drugiej strony drżało jej serce. Z drugiej strony przenikał ją ból, że oto w zbrodniczy sposób wydarto jej dziecko, że jej dziecko skazano na gminne wychowanie, podstępnie zamieniono w parobka niemal.

I pragnęła, całą duszą pragnęła ekspiacji za nie swoje winy, wynagrodzenia mu tej wielkiej długoletniej krzywdy, krzywdy, która już do końca jego życia zapewne nie da się wyrównać.

W takiej rozterce przyglądała się mu, gniewna i wzruszona, pełna rozpaczy i odruchowej niechęci, wyrozumowanej miłości i odczuwanej nienawiści.

— Została odkryta rzecz ważna — zaczęła głuchym głosem. — Rzecz ważna dotycząca ciebie i mnie. Ciebie, mnie i rodziny Tynieckich. Dlatego cię wezwałam. Usiądź.

Wskazała mu krzesło, lecz on skłonił się.

— Dziękuję pani hrabinie. Postoję.

— Usiądź — powtórzyła surowo, a gdy spełnił jej rozkaz, ciągnęła: — Umarła Michalina Zudra. Umierając złożyła wyznanie. Wyznanie to złożyła jeszcze przed paru dniami na spowiedzi. Sprawdziłam je. Jest zgodne z prawdą. Masz i przeczytaj to.

Sięgnęła ręką do stolika i podała mu kartkę, którą zmarła zostawiła pod poduszką w książce do nabożeństwa.

— Poznajesz jej charakter pisma? — zapytała.

— Tak jest, pani hrabino, to jest charakter pisma mojej matki.

— Ona nie była twoją matką. Przeczytaj.

Przyglądała się mu, nieśmiało siedzącemu na brzeżku krzesła, przyglądała się jego rysom, które w miarę czytania ściągały się i zdawały się tężeć. Nie chciała spotkać jego wzroku i gdy skończył czytać, odwróciła głowę.

— Tak — powiedziała. — To, co napisała, jest prawdą. Popełniła zbrodnię odbierając mi ciebie, podrzucając mi swoje dziecko. Niech jej Bóg przebaczy, jeżeli Jego miłosierdzie tak daleko sięga. Ja jej nigdy tego nie przebaczę. Zbadałam wszystko dokładnie i nie ma żadnych wątpliwości. Ty jesteś moim synem, ty jesteś Rogerem Tynieckim. Nie sądź, bym od razu dała wiarę przedśmiertnemu zeznaniu tej kobiety. Wezwałam księdza, który zmarłą spowiadał, i ten przeczytawszy to wyznanie, które masz w ręku, powiedział, że trzeba mu wierzyć. Znak rodzinny, o którym pisze zmarła, dopełnia miary dowodów. Ten, który dotychczas uchodził za mego syna, jest Maciejem Zudrą, ty jesteś moim synem, Rogerem Tynieckim.

Zapanowało milczenie. Po dłuższej chwili pani Matylda odwróciła głowę. On siedział nieruchomy, wyprostowany i sztywny, trzymając w ręku arkusz papieru. Oczy miał zamknięte i tylko niezwykła bladość jego twarzy świadczyła, że przeżywa moment tak ważny.

— Oznacza to dla ciebie... mój synu, zupełną zmianę w twoim dotychczasowym życiu — mówiła dalej pani Matylda. — Nie wiem, jak się do tego ustosunkujesz. Znam cię zbyt mało i zbyt powierzchownie. Nie wiem też, czy już w tej chwili jesteś zdolny do zdania sobie w całej rozciągłości sprawy z ogromnej wagi tej zmiany. Odzyskujesz należne ci nazwisko jednej z najpierwszych rodzin w kraju, tytuł i wielki majątek. Nadto odzyskujesz matkę, mnie. Wiesz dobrze, że przez całe twoje życie, nie mając pojęcia, żeś jest moim synem, odnosiłam się do ciebie z całą życzliwością. Mam wrażenie, że nigdy z mojej strony nie odczułeś niesprawiedliwości, niechęci czy krzywdy.

— Nigdy, pani hrabino — powiedział cicho.

— Powinieneś wiedzieć, że to odkrycie prawdy, że to odkrycie podłego oszustwa niecnej kobiety, wstrząsa nie tylko twoim życiem, lecz i całej rodziny. Znam cię jako człowieka rozsądnego i przyzwoicie ułożonego. Dlatego chcę, byś zastanowił się nad przyszłymi twoimi krokami, zanim poweźmiesz jakie decyzje. Trzeba to przemyśleć. A ja proszę cię tylko o jedno: nie zrób niczego, co mogłoby całej sprawie nadać posmak publicznego skandalu, co stałoby się sensacją dla gawiedzi. Czy rozumiesz mnie?

— Tak jest.

— W twoim, w moim, , w interesie całej naszej rodziny leży dyskretne zlikwidowanie tej sprawy, by, uchowaj Boże, nie dostała się do gazet.

— Rozumiem to, pani hrabino.

— Nie nazywaj mnie tak. Jestem twoją macką...

Stara pani utkwiła wzrok w przestrzeń przed sobą i po długim milczeniu dodała:

— Oboje będziemy musieli przyzwyczaić się do tego. I... obojgu nam nie przyjdzie to zbyt łatwo. Chcę być szczerą z tobą, więc powiem ci, że przez dwadzieścia osiem lat darzyłam pełnią macierzyńskiej miłości tego, którego uważałam za swego syna, twego mlecznego brata. Przywiązałam się doń i przywykłam do moich uczuć. Należały się one tobie i zrobię wszystko, co leży w mojej mocy, by je ci zwrócić. A teraz bądź tak dobry i zostaw mnie samą. Namyśl się nad tym, zastanów się głębiej i gdy dojdziesz do jakichś wniosków, porozmawiamy.

Młody człowiek wstał.

— Oczywiście — ciągnęła pani Matylda — nie krępuję cię w czasie i zawsze masz dostęp do mnie. Zdaj swoje funkcje Macieszakowi i powiedz mu, a także rządcy, że... na przykład masz urlop. Jutro przyjedzie tu do nas radca prawny, mecenas Himler, i omówimy stronę formalną całej sprawy. Jeżeli zechcesz porozmawiać dziś jeszcze z... ze swoim bratem mlecznym, nic nie mam przeciw temu.

Młody człowiek zrobił nieznaczny gest ręką.

— Ja nie mam do niego żadnych interesów.

— Jak chcesz. A teraz cię pożegnam.

Pani Matylda wyciągnęła doń rękę, a gdy pochylił się, by złożyć na niej pocałunek, objęła jego głowę i przytuliła do piersi, i pocałowała w czoło.

W tym geście, podyktowanym niejako przez konieczność, odniosła wrażenie nienaturalności i sztywności, obustronnego przymusu.

Gdy drzwi za nim się zamknęły, szepnęła do siebie z jakimś smutkiem i niedowierzaniem:

— To jest mój syn...

On tymczasem jeszcze półprzytomny szedł w kierunku oficyny, gdzie zajmował narożny pokoik obok kancelarii. Wiadomość usłyszana od hrabiny Tynieckiej uderzyła weń z taką mocą, że wciąż nie mógł zebrać myśli, że wciąż rozstawał się z wrażeniem, iż popadł w jakąś halucynację, w jakiś niedorzeczny sen czy w obłąkanie.

W pokoju pachniało wapnem od świeżo bielonych ścian, na małych szybach okna roiło się od much. Położył się na łóżku. Dużo czasu minęło, zanim zdołał uprzytomnić sobie, co zaszło, zanim zdołał zrozumieć sens tego, co usłyszał od hrabiny Tynieckiej, i teraz już wiedział, że jest przytomny, że nie były to przywidzenia. Natomiast zrodziła się w nim inna wątpliwość. Mianowicie nasunęła mu się myśl, czy aby sama hrabina była przy zdrowych zmysłach?... Lecz nie, chociaż to może przyniosłoby mu ulgę, rozumiał, że ona mówiła poważnie, że mówiła prawdę... Przecie własnymi oczyma czytał list matki, widział jej charakter pisma, te tak dobrze znane i takie drogie koślawe literki, które odczytywał co tydzień przy spisywaniu rachunków...

Matka... Kobieta, która uchodziła za jego matkę... Jakże to tak być mogło?... Więc cóż znaczy instynkt?! Przecież kochał ją szczerze i głęboko, kochał tę prostą, zapracowaną, nieinteligentną kobiecinę nie za coś innego, tylko z tej przyczyny, że była jego matką, że był jej synem, że czuł się jej synem. Przecie nie dzielił się z nią ani myślami, ani zwierzeniami, przecie nic ich nie łączyło i nie mogło łączyć, przecie żadnej więzi między nimi nie było poza więzią tą właśnie, więzią rodzinną. Kochali się, bo i matka go kochała. Widział tę miłość w troskliwości, w czułej opiece, w drobiazgowej dbałości, w spojrzeniach serdecznych, czasami w łzach...

W łzach... Tak, zastanawiały go nieraz, nieraz zjawiały się w jej dobrych oczach bez powodu... Czyż bez powodu?... Czasami padały i słowa, które wydawały mu się nic nie znaczące. Mówiła: — Czy ty mi to kiedy wybaczysz... — Albo: — Oj, znienawidzisz mnie jeszcze...

Wspomnienie to poderwało go. Usiadł na łóżku. Tak, teraz rozumie: ona o tym wtedy myślała.

— Więc jednak...

A jednak myliła się. Nie czuł do niej nienawiści. Przeciwnie, gdy teraz zastanawiał się nad jej życiem, które musiało być pasmem wyrzutów sumienia i głodu miłości macierzyńskiej, które przez jej błąd pozbawiło ją rodzonego syna i oddaliło go od niej na zawsze — ogarniało go uczucie smutnej litości.

Stary zegar w kancelarii obok wybił jakąś godzinę i ledwie bić skończył, odezwały się dzwony kościelne.

Z początku nie zrozumiał ich dźwięku, lecz już po chwili zdał sobie sprawę: to przecież na pogrzeb matki. Wstał, wcisnął czapkę na głowę i wyszedł.

Koło kuchennego skrzydła pałacu zebrała się już gromada ludzi. Służba pałacowa, sporo folwarcznej, rządca pan Bartłomiejczyk, młynarz Kuhnke, gorzelany Szelda i poważny Macieszak w komży z krzyżem w ręku. Baby kiwały głowami i popłakiwały.

Wbiegł na górę. Trumna już była zabita. Czterej fornale i kościelny zabierali się do jej znoszenia. Nim zeszli, na dole zebrało się więcej ludzi. Przyszły obie panny rezydentki i panna Kasia. Nim kondukt skręcił w aleję, przyłączył się doń generał Niedziecki i hrabia Roger.

Idąc tuż za trumną, Maciej nie od razu go dostrzegł. W przelotnym spojrzeniu zdążył zauważyć, że hrabia ma wielkie sińce pod oczami i ze gryzie nerwowo wargi.

Do kościoła nie było daleko. Zatrzymali się u wejścia. Wyszedł ksiądz kanonik w czarnej kapie, pokropił trumnę, odmówił łacińskie pacierze i stanąwszy za krzyżem zaintonował pieśń żałobną.

Szli teraz wolniej. Przez groblę między stawami i przez wieś. We wsi ludzie stawali, zdejmowali czapki i przyłączali się do konduktu. Tuż za wsią był cmentarz. Przy wykopanym dole czekali grabarze.

Maciej stanął opodal. Słyszał modlitwy, słyszał rozdzierającą melodię “Requiem", hurkot sznurów na trumnie, a później dudnienie ziemi na jej wierzchu. Grabarze wzięli się do łopat. Dół się wypełnił, stopniowo wyrastał nad nim mały wzgórek. Mogiła. Mogiła jedynej bliskiej mu istoty. Nie, teraz trudniej niż przedtem było mu uwierzyć, że ona nie była jego matką...

Ktoś potrącił go w łokieć. Nawet nie odwrócił się. Ludzie się rozchodzili. Gdy rozejrzał się, nikogo wokoło nie było. Ukląkł na świeżym żółtym piasku i wpatrywał się w niewielki czarny krzyż, w przybitą doń tabliczkę blaszaną, głoszącą, że tu spoczywa śp. Michalina Zudra... Dalej były daty urodzenia i śmierci, ale już ich odczytać nie mógł. Łzy napłynęły do oczu, coraz ich było więcej, łasko tli wie i szybko zbiegały po policzkach.

— Matko, mateczko kochana...

Nie mógł wydobyć z siebie nawet szeptu, nawet wargi jego nie poruszały się, ale wiedział, że ona go słyszy. Myśli urywane kłębiły się pod czaszką, myśli czułe, myśli serdeczne. A potem i myśli rozpłynęły się w łzach i tylko w skroniach rósł ból coraz większy, i w uszach szum jakiś.

Wstał z trudem, zatoczył się. Gdy doszedł do bramy, zauważył, że zapomniał czapki. Wrócił po nią, z jakimś otępieniem, prawie z obojętnością spojrzał na mogiłę, starannie otrzepał czapkę z piasku i niespodziewanie poczuł głód. Od śniadania nic w ustach nie miał. Pomyślał, że pani Bartłomiejczykowa, u której się stołował, zapowiadała dziś na obiad peklowaną wieprzowinę. Musieli dlań zostawić. Tłusty, dobrze okraszony śmietaną żur i gotowaną wieprzowinę. Przyśpieszył kroku. Tuż przy wejściu do parku zobaczył hrabiego. Siedział na ławce, paląc papierosa. Maciejowi przyszło do głowy, że czeka tu umyślnie na jego powrót z cmentarza, i pożałował teraz, że nie wybrał okrężnej drogi przez folwark.

Cofać się jednak było za późno. Hrabia wstał i wyciągnął doń rękę. Uśmiechnął się z widocznym przymusem.

— Chciałem z panem pomówić — zaczął. — Wie pan niewątpliwie, o czym.

Maciej nieznacznie wzruszył ramionami i z nieukrywaną nieżyczliwością spojrzał mu w oczy.

— O czymże my możemy ze sobą mówić?

— Po prostu porozmawiać. Pomijając już sprawy interesów... które... o których...

— Proszę pana, pani hrabina zapowiedziała na jutro przyjazd adwokata. O interesach będziemy mówili z adwokatem.

Hrabia pojednawczo kiwnął głową.

— Oczywiście.

— Więc?...

— O, niech pan nie sądzi, że nie zdaję sobie sprawy z tych rzeczy. Jestem pańskim dłużnikiem. To jasne. Ale przecie nie ja tu zawiniłem w tej potwornej sprawie. Chyba obiektywnie przyzna pan, że mojej winy tu nie było?

— Chętnie przyznaję.

— Właśnie, a odnoszę wrażenie, że ma pan do mnie żal, niechęć. Sprawia mi to tym większą przykrość, żeśmy przecie przed laty byli przyjaciółmi. Uczyliśmy się razem. Byliśmy nawet, o ile pamiętam, po imieniu.

Maciej uśmiechnął się zjadliwie.

— Ach, przypomniał pan to sobie?...

— Nie zapomniałem o tym nigdy — zapewniał Gogo, udając, że nie dostrzega ironii. — Wprawdzie to dawne czasy, i takie dziecinne czy chłopięce przyjaźnie z natury rzeczy muszą mijać, zanikać, zmieniać się. Ale nie widzę powodu, by w jakichkolwiek, nawet w całkowicie odwróconych sytuacjach po przyjaźni miała zostawać antypatia czy wzajemna niechęć.

— Toteż — spokojnie odpowiedział Maciej — między nami nie ma mowy o niechęci wzajemnej.

— Jak to mam rozumieć? Przecie ja daję panu dowód, że nie żywię doń niechęci.

— O, pan nawet objawia wyraźną chęć. Ale ja mam do pana niechęć.

Powiedział to głośniej i z nienawiścią spojrzał mu w oczy. Gogo zaczerwienił się. Jeszcze nigdy nie czuł się tak poniżony, tak upokorzony. Czekał tu nań w parku w niejasnej nadziei, że zdoła z tym człowiekiem nawiązać jakiś kontakt, że dzięki wymowie i swemu talentowi towarzyskiemu potrafi odzyskać sympatię tego prostaka. Umyślnie wybrał moment po pogrzebie, licząc na to, że przeciwnik pod wpływem wzruszenia będzie podatniejszy. I zawiódł się. Widział teraz swoją przegraną na całej linii.

— Stawia pan sprawę naszych stosunków aż nazbyt ostro.

— Ja ją tak stawiam?... — zaśmiał się Maciej. — O, nie, proszę pana! Pan ją tak postawił. Może mi pan wierzyć, że czekałem pańskiego przyjazdu z większą niecierpliwością niż inni. Chce pan szczerości, to będę szczery. Tak, czekałem. Bo to ja pamiętałem o tym, że byliśmy towarzyszami, dobrymi towarzyszami w dzieciństwie i nawet później. Co tam, nie spodziewałem się, że wrócimy do dawnej zażyłości. Gdzie mnie, marnemu oficjaliście, do hrabiego, mnie, samoukowi i prostakowi, do pana. Ale myślałem sobie: ot, będę miał kogoś, z kim można pogadać, zwierzyć się ze swych myśli, kogoś znacznie mądrzejszego a życzliwego... Kto będzie wiedział, że ma we mnie uczciwego i całym sercem oddanego pracownika... Tylko niech pan nie sądzi, że liczyłem na jaki awans. Uchowaj Boże. Ja tam nie zgodziłbym się nawet rządcą zostać. Nie miałem ani takich ambicji, ani nie interesowało mnie to. Marzyłem o tym, że w dawnym towarzyszu znajdę życzliwego przewodnika, światłego opiekuna... Bo przecie tu nikogo nie miałem, komu bym mógł chociażby to moje wierszoklectwo pokazać, zapytać, poradzić się... No i przyjechał pan. I z miejsca jak psa, kopniakiem! I drwinki, i śmieszki... Nich pan nie mówi, że nie wiedział pan, jak to mnie boli. Bo pan wiedział. A ja zrozumieć nie mogłem, o co panu chodzi, za co to...

Machnął ręką i dodał:

— Pewno mścił się pan za to, że kiedyś ośmieliłem się być pańskim przyjacielem. Może chciał się pan odgrodzić od sługusa, by nie odważył się na poufałość. Nie wiem. I to już mnie nie obchodzi. Dość, że to pan rak między nami postawił sprawę. I niepotrzebnie to wszystko mówię, bo pan sam doskonale wie.

Gogo słuchał zagryzając wargi. Coraz wyraźniej rozumiał, że na żadne ustępstwa ze strony tego człowieka liczyć nie może.

— Wiem inną rzecz — powiedział z pewną wyniosłością. — Wiem, że to pan teraz będzie mścił się na mnie.

Maciej zdziwił się.

— Ja? Na panu... Ani zamiaru nie mam, ani możliwości. Cóż ja panu mogę zrobić?... Przecie jest pan człowiekiem ode mnie niezależnym... Ale zapewniam pana, że gdyby pan nawet zamierzał — Maciej zaśmiał się — zostać w Prudach na moim miejscu, jako pisarz prowentowy, nie robiłbym panu żadnych szykan. Mógłby pan śmiało pisać wiersze. Nie zaglądałbym panu do zeszytów. I nie wyśmiewałbym tych wierszy przed panną Katarzyną... Przed moją kuzynką panną Katarzyną!

Gogo dostrzegł w jego oczach wyraz pogardy i nienawiści. Był na siebie wściekły, że sprowokował rozmowę. Z godnością skinął głową.

— Dziękuję panu za wyjaśnienia, które mi w zupełności wystarczą, i za propozycję, z której niestety nie skorzystam. A teraz muszę pana już pożegnać.

Odwrócił się i starając się iść jak najwolniej, skierował się do pałacu.

Tegoż wieczora pani Matylda wezwała Macieja. Gdy zjawił się, oświadczyła mu, że firma “Plon Wielkopolski" telefonowała przed chwilą z zapytaniem, czy z Prudów nie mogłaby nabyć trzech wagonów pszenicy z natychmiastową dostawą. Cenę dają dobrą, o półtora złotego na metrze wyższą od notowań giełdy zbożowej. Administrator, pan Ziembiński, jest zdania, że należy sprzedać, sama zaś pani Matylda uważała, że lepiej poczekać, bo ceny jej zdaniem pójdą w górę.

— Ponieważ ty jesteś właścicielem Prudów — zakończyła — więc do ciebie należy decyzja.

Był tym zaskoczony i zmieszany. Dotychczas całą zmianę swojej sytuacji ujmował jakby teoretycznie, abstrakcyjnie. Teraz po raz pierwszy odczuł jej realny dotyk. Nie był do tego przygotowany. Zresztą cała sprawa była dlań tak obojętna dlatego, że nie miał o niej żadnego zdania. Toteż zupełnie szczerze zrzekł się decyzji.

— Będziesz jednak musiał, mój synu — powiedziała pani Matylda — stopniowo zapoznawać się z tymi rzeczami.

I pożegnała go pocałunkiem w czoło.

Nazajutrz z rana przyjechał mecenas Himler. Był to gruby, stary jegomość o astmatycznym głosie. Rogowe okulary i mocno kraciaste babranie nadawały mu wygląd amerykańskiego businessmana, co jeszcze bardziej podkreślone było żywymi ruchami i głośnym śmiechem.

Swoją powierzchownością, hałaśliwym sposobem bycia i przebiegłymi, świdrującymi oczkami działał pani Matyldzie na nerwy, ale ceniła go jako świetnego prawnika i jako uczciwego człowieka, któremu można było wybaczyć tę amerykańską stylizację. Zresztą miała ona i dobrą stronę. Dzięki niej mecenas Himler zaliczyć się mógł śmiało do tego gatunku adwokatów, którzy nie wdają się w długie a niepotrzebne rozmowy, orientują się od razu i szybko badają każdą sprawę, nie ociągając się z wnioskami.

Tak było i w tym wypadku. Po godzinnej konferencji z panią Matyldą i po rzuceniu krótkiej uwagi ogólnej, w której wypadek scharakteryzował jako fenomenalny i zadziwiający, adwokat orzekł, że pod względem prawnym sprawa nie grozi nadmiarem formalności, skoro obie strony, to jest autentyczny Tyniecki i ten, który dotychczas za Tynieckiego uchodził, nie kwestionują prawdziwości zeznań zmarłej i innych świadków.

Co do uniknięcia skandalu, rzecz zdaniem mecenasa Himlera przedstawiała większe trudności. Przede wszystkim władze administracyjne i wojskowe w związku z zamianą dokumentów. Oczywiście przy stosunkach, jakimi rozporządza pani Tyniecka, a i on jako adwokat, da się zapobiec przedostaniu się tych urzędowych wiadomości do prasy. Jednakże poczty pantoflowej nic powstrzymać nie zdoła. A to tym bardziej, że przecie w samych Prudach natychmiast, a w okolicy wkrótce sprawa musi nabrać dużego rozgłosu. Toteż mecenas sądzi, że byłoby wskazane, dla uniknięcia “bomby", wyekspediowanie obu zainteresowanych na czas możliwie długi z Wielkopolski. Wówczas pogłoski, nie znajdując potwierdzenia, będą słabły stopniowo, a gdy prawy właściciel Prudów powróci, nie będzie to już ani nowością, ani zbyt groźną sensacją.

W trzeciej kwestii mecenas Himler nie mógł dać żadnych rad. Oczywiście rozumiał dobrze, że pani Matylda chciałaby w jakiś sposób zabezpieczyć finansowo przyszłość młodego człowieka, którego uważała przez lat dwadzieścia osiem za swego syna. Uznał to za naturalne. Prawo jednak w niczym tu jej pomóc nie zdoła. Wszystko tu zależy od dobrej woli i chęci prawdziwego Rogera Tynieckiego.

— Mówiąc krócej — rozłożył adwokat ręce — od jego łaski.

— Rozumiem — powiedziała pani Matylda. — Wolałabym jednak, bym nie musiała osobiście tej rzeczy z nim poruszać. Mam powody do mniemania, że on Goga nie lubi. Sądzę tedy, że postąpimy najlepiej, jeżeli pan mecenas w mojej obecności przedstawiając całą sprawę im obu, na zakończenie zwróci się do mojego syna z zapytaniem, jakie zabezpieczenie zechce ofiarować dla Goga.

— Orientuję się, o co pani hrabinie chodzi. Mam pytanie to postawie w ten sposób, by brzmiało jako jeden z warunków prawnych przejęcia własności.

— Nie myli się pan. Chociaż Gogo nie jest moim synem, zżyłam się z moimi uczuciami dla niego. I nieznośna jest dla mnie myśl, że mógłby się znaleźć w nędzy. Jak zaś pan wie, osobistego majątku nie posiadam.

— Postaram się załatwić to według życzeń pani hrabiny.

— Dobrze — skinęła głową i zadzwoniła.

Służący otrzymał polecenie i po kilku minutach zjawił się Gogo, a niedługo po nim nadszedł Maciej. Ucałował rękę p. Matyldy, przywitał się z adwokatem i sztywno uścisnął dłoń Goga.

Mecenas Himler chrząknął bardzo głęboko, poprawił rzeczowym ruchem okulary i zaczął swój referat. Mówił płynnie, okrągło i dobitnie. Obaj młodzi ludzie słuchali w milczeniu, raz tylko Gogo zadał jakieś pytanie, a gdy adwokat wystąpił z doradzeniem wyjazdu, bąknął: — To słuszne. — Wreszcie strona prawna zagadnienia została wyczerpana i adwokat, zwracając się do Macieja, powiedział:

— W zakończeniu muszę dodać, że istnieje uzus, iż w podobnych wypadkach osoba przejmująca majątek udziela osobie zrzekającej się go pewnego proporcjonalnego odszkodowania, czy to w formie części tego majątku, czy też dożywotniej renty. Uzus ten zwłaszcza ma zastosowanie w tych wypadkach, gdy zrzekający się czyni to dobrowolnie, a już koniecznie wtedy, gdy ma zasługę wykrycia i ujawnienia okoliczności, które wyzuwają go z majątku. Toteż ponieważ obecnie mówimy o prawnej stronie sprawy, chciałbym usłyszeć z ust pana hrabiego — skłonił się tu Maciejowi — jaką wybiera formę odszkodowania dla swego mlecznego brata i w jakich rozmiarach, które to rozmiary możemy zaraz wspólnie ustalić.

Maciej przybladł lekko i zapytał:

— A co to, panie mecenasie, jest uzus?

Adwokat łypnął nań oczkami i zrobił ręką gest, jakby usiłował zręcznie złapać coś spadającego z sufitu.

— No uzus... Uzus to zwyczaj, utarty zwyczaj, zwyczajowe prawo.

— Ale tylko zwyczajowe?

— No tak, lecz zwyczajowe prawa we wszystkich kulturalnych społeczeństwach są szanowane bardziej jeszcze niż prawa państwowe.

— A czy może mi pan mecenas wytłumaczyć, jaką szkodę ja zrobiłem memu... mlecznemu bratu?

Adwokat zaśmiał się głośno i prawie szczerze.

— Widzę, że z pana hrabiego tęgi prawnik.

— Mniejsza o to, ale skoro mam dawać odszkodowanie, muszę wiedzieć, za co.

— Za zrzeczenie się majątku, który mógł przecie zatrzymać i zataić przed panem wszystko.

— Ja nie potrzebuję wchodzić w to: mógł czy nie mógł. I powiem otwarcie, że jeżeli istnieje owo prawo zwyczajowe, to ja nie będę się do tego zwyczajowego prawa stosował, bo jest niesprawiedliwe.

— Jednakże... — zaczął adwokat, lecz Maciej mu przerwał:

— Ja nie zmienię swojego zdania.

W jego głosie i w wyrazie twarzy była taka zaciętość, że mecenas bezradnie odwołał się wzrokiem do pani Matyldy.

— Widzisz, mamo, nie mówiłem? — z ironicznym uśmiechem odezwał się Gogo.

— Nie przeszkadzaj — zgromiła go pani Matylda i zwróciła się do Macieja: — Mój synu. Nie stawiasz sprawy ładnie. Bo to nie jest ładnie zyskać niespodziewanie bogactwo i zacząć od skąpstwa.

— Wcale nie jestem skąpy — zimno odpowiedział Maciej. — Nie zabiegałem o bogactwo, ale skoro ono mnie się należy, nie widzę racji, by rozdarowywać je na wszystkie strony.

— To nie jest na wszystkie strony, mój synu. Chyba przyznasz, że Gogo ma większe prawa niż kto inny...

— Ma mniejsze niż pierwszy lepszy człowiek. Każdy żebrak ma większe prawo niż on wyciągnąć do mnie rękę po pieniądze. Przez dwadzieścia osiem lat z nich korzystał, szastał nimi na prawo i na lewo. Brał, ile chciał. Kupował samochody i brylanty, studiował w najdroższych uniwersytetach, nauczył się parlować obcymi językami. Miał możność, nieograniczoną możność nauczenia się jakiegoś zawodu. Wszystko za moje pieniądze. Czy to jeszcze mało?... I to wszystko moim kosztem, bo ja dlatego właśnie, że on miał nieograniczone możliwości, nie miałem żadnych. Podwójnie moim kosztem. Czy to jeszcze mało?...

Na twarz Macieja występowały rumieńce. Starał się mówić spokojnie, lecz głos mu drżał. Skończył i powiódł wyzywającym wzrokiem po obecnych I

— Czy to mało? — powtórzył.

Zapanowało milczenie. Po dłuższej chwili odezwała się pani Matylda:

— Ale chyba nie zechcesz, mój synu, skazać Goga, twego brata, na nędzę.

— Dlaczego na nędzę? — wzruszył Maciej ramionami. — Jest młody, zdrowy, nie ciążą na nim żadne obowiązki. Może zarobić na siebie, może pracować.

— Nie tak łatwo dziś o odpowiednią pracę — wtrącił adwokat.

— A cóż to znaczy odpowiednia praca? Każda jest odpowiednia, jeżeli nie ma innej. Jeżeli hrabia Tyniecki przez długi szereg lat mógł być pisarzem prowentowym we własnych dobrach... Zresztą proszę bardzo. W każdej chwili pan... pan... Zudra może zająć tę posadę.

— Żartujesz, mój synu.

— Dlaczego? Wcale nie żartuję. Chyba pani hrabina... chyba mama nie sądzi, że zajęcie, które nie ubliżało jej synowi, będzie ubliżało panu Zudrze?

— Ujmujesz kwestię demagogicznie, mój chłopcze. Nic ubliżającego w żadnej pracy nie ma. Mówisz w rozdrażnieniu i sam, jeżeli zechcesz spojrzeć na to obiektywnie, przyznasz, że dla człowieka z takim wykształceniem jak Goga nie jest odpowiednia posada pisarza.

Maciej rozłożył ręce.

— Niestety, innej w Prudach dla pana... Zudry nie ma. Nie jest chemikiem, więc nie może być dyrektorem cukrowni, nie jest ani prawnikiem, ani handlowcem, by został administratorem. Nawet rządcą nie mógłbym go zrobić, bo nie jest wykształconym rolnikiem.

— Więc też nie proszę cię o posadę dla Goga. Daj mu jeden z folwarków albo jakąś rentę. Jeżeli nie dożywotnią, to przynajmniej na lat kilka, póki nie zdoła stworzyć sobie jakiejś egzystencji.

Maciej uśmiechnął się.

— Gdybym nawet zgodził się na to, czego zresztą nigdy nie zrobię, sądzę, że ambicja pana Zudry nie pozwoliłaby mu przyjąć ode mnie takiej jałmużny.

— Ma pan słuszność — sucho odpowiedział Gogo. — Niczego od tego pana nie chcę i nie przyjmę. Nie mamy o czym mówić.

— Nie mamy — z naciskiem powtórzył Maciej.

Pani Matylda siedziała w swoim fotelu wyprostowana, ale jej twarz i miała wyraz zmęczenia i rezygnacji. Gogo, odwrócony plecami do pokoju, stał przy oknie. Maciej spod przymkniętych powiek wpatrywał się w końce błyszczących butów adwokata, czujny i gotowy do odparcia nowego ataku. Ten jednak nie nastąpił. Widocznie i mecenas Himler uznał rzecz za przegraną, gdyż po chwili wrócił do omawiania poprzednio wyłożonych formalności urzędowych.

Stanęło na tym, że w najbliższych dniach obaj zainteresowani w towarzystwie adwokata załatwią te sprawy w Poznaniu, po czym Gogo wyjedzie. Następnego dnia po nim miał również wyjechać Maciej, i to na czas dłuższy.

Wychodząc z tej narady nie wiedział jeszcze, dokąd wyjedzie, nie zastanawiał się nad tym. Wszystkie jego myśli zajęte były dopiero co stoczoną walką. Nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia. Postąpił bezwzględnie, ale słusznie. Goga uważał za człowieka nie zasługującego na szacunek ani na jakąkolwiek pomoc. Przykro mu było, że swą decyzją oziębił może raz na zawsze swoje stosunki z hrabiną Matyldą, do której szczerze był przywiązany, a która odtąd przecie stawała się jego matką.

W tym wszakże wypadku niezdolny był do najmniejszych ustępstw nawet za cenę zjednania sobie jej przychylności. Zresztą to trzeba zostawić czasowi. Wyjedzie na kilka miesięcy, a gdy wróci, pani Matylda odzwyczajona już będzie trochę od myśli, że Gogo jest jej synem. Wróci i wtedy zamieszka już w pałacu. Stopniowo zżyje się z matką i z domownikami, i z panną Kasią, z Kasią... Będzie miał prawo mówić jej po imieniu, będzie z nią prowadził długie rozmowy... Minie rok czy dwa i o Gogu wszyscy zapomną...

Z hallu skręcił do jadalni, by przez kredens przejść do bocznego wyjścia. W kredensie jednak zobaczył pannę Kasię. Stała przy stoliku i segregowała rachunki.

— O, pani sama się trudzi — powiedział. — Proszę mi pozwolić, to już ja...

— Nie, nie, dziękuję panu — potrząsnęła głową. — Muszę sama to zrobić, by wszystko doprowadzić do porządku. Nie chcę po sobie zostawić nieładu.

Spojrzał na nią zdziwiony.

— Jak to zostawić? To już pani nie będzie zajmowała się domem?

— Przecie opuszczam Prudy.

— Pani? Dlaczego? — Przestraszył się. Przemknęło mu przez głowę, że to z jego powodu, że może ona nie chce tu zostać, odkąd on będzie panem Prudów, albo obawiała się, że on nie jest zadowolony z jej pobytu.

Kate spojrzała nań z uśmiechem.

— Czy pan nie wie?

— Nic nie rozumiem, proszę pani!

— Przecie Gogo w najbliższych dniach wyjeżdża.

— No tak, ale pani?

— Jestem jego narzeczoną. Pan wie o tym.

— Jak to?... Pani była jego narzeczoną, ale przecież pani nie wyjdzie za mąż za... Przecie pani zaręczyła się, nie wiedząc, że on...

— Myli się pan — zaprzeczyła. — Wiedziałam o wszystkim. Ja wiedziałam.

— Więc... więc pani go... kocha?...

Kate nie odpowiedziała i Maciej zmieszał się.

— Ja najmocniej przepraszam, że ośmieliłem się zapytać. Bardzo przepraszam, ale myślałem...

Nie dokończył. Powstrzymał się w porę, by nie powiedzieć jej, co sądzi o Gogu, by nie wyrazić zdumienia, że ona mogła nie poznać się na tym człowieku. Nagle przyszła mu zbawcza, jak mu się zdawało, myśl.

— Więc pani zostanie jego żoną, tak?

— Oczywiście.

— A czy pani wie... że on pani nie będzie mógł zapewnić nie tylko dostatku, ale nawet zwykłych wygód? Nie ma nic. Absolutnie nic. Z Prudów nie dostanie złamanego szeląga.

Skinęła głową.

— Owszem, przewidywałam to. Byłam na to zupełnie przygotowana.

— I czy pani sądzi, że on potrafi zarobić na życie dla pani i dla siebie?... Może dostanie jakąś posadkę, ale takie grosze...

Kate spojrzała mu w oczy.

— Ja też mogę pracować... Dawać lekcje, pisać na maszynie...

— Pani? — zawołał z oburzeniem.

— A czy pan uważa mnie za próżniaka? Lubię pracować. Zresztą po co mam przedwcześnie zaprzątać sobie tym głowę.

— Pani popełnia...

Chciał powiedzieć “szaleństwo", lecz opamiętał się i bąknął:

— Proszę mi wybaczyć...

Skłonił się i prędko wyszedł.

Cały dzień spędził w swoim pokoiku leżąc bezczynnie.

Wieczorem wstał i poszedł na koniec parku do pawilonu, gdzie mieszkał administrator, pan Ziembiński. Nie zastał go w domu i czekał na ganku prawie godzinę. Było już ciemnawo, gdy zjawił się.

— A któż tam? — zapytał. — A, to pan Maciek? Czegóż tam?

— Dobry wieczór panu administratorowi.

— Dobry wieczór, dobry wieczór, no co tam? O co tam chodzi?

— Ja w prywatnej sprawie.

— W prywatnej, w prywatnej, no to gadaj, z czym tam!

— Chciałem pana administratora zapytać, bo nie znam się na tym: ile trzeba miesięcznie pieniędzy, żeby żyć w dużym mieście, ale żyć zamożnie, żeby niczego nie brakowało. Tak na przykład jak pan administrator.

— Co? Co?... Na loterii pan wygrałeś?

— Nie — zaśmiał się Maciej. — To nie o mnie chodzi.

— Pytasz ile?... Hm... To zależy, jak tam... Hm... No, powiedzmy, półtora tysiąca miesięcznie.

— A jeżeli małżeństwo?

— Jakie małżeństwo?... Czym pan sobie głowę zawracasz! Co to jest? Żenisz się? Z kim tam?

— Nie, mówiłem panu administratorowi, że tylko tak przez ciekawość pytam.

— Przez ciekawość, przez ciekawość. Wszyscyście zanadto ciekawi. Nabijacie sobie głowy takimi tam rzeczami, a później bunty tam, rewolucje... Małżeństwo?... Odczep się tam ode mnie. Skąd ja mogę wiedzieć? No, dwa tysiące.

— Dziękuję panu administratorowi. Chciałem tylko jeszcze zapytać: ile może kosztować urządzenie eleganckiego mieszkania?

— Zwariował! Jak Boga kocham! Po co panu to?... Mieszkanie będzie urządzał! I jeszcze eleganckie! Może pałac, co?

— Nie, panie administratorze. Takie nieduże, ale eleganckie mieszkanie — nie zrażał się Maciej.

— Jak tu z takim gadać? No przecież on nic nie rozumie. Różne mogą być mieszkania. Z antykami czy z tandetą?

— A takie jak pana administratora w Poznaniu?

— Takie? Nie zawracaj sobie pan łepetyny. Do takiego się nigdy nie dochrapiesz! Musiałbyś mieć najmniej... hm... najmniej dwadzieścia tysięcy.

— Dziękuję panu administratorowi. Dziękuję bardzo i życzę dobrej nocy.

— Poszaleli tam... Jak Boga kocham, poszaleli — mruczał administrator, spoglądając ze zgrozą za oddalającym się Maciejem.

Maciej uśmiechnął się do siebie.

— Może i naprawdę oszalałem — pomyślał.

Ale już nie wyrzekł się tej myśli i nazajutrz z rana poszedł do pani Matyldy. Przywitała go oschle i nie pocałowała w czoło.

— Z czym do mnie przychodzisz, mój chłopcze? — zapytała krótko.

— Przychodzę oświadczyć, że zmieniłem zdanie.

— Jakie zdanie?

— Co do tych pieniędzy dla pana Goga. Otóż zgadzam się wypłacać mu dwa tysiące miesięcznie, póki nie będzie mógł zarabiać. Oprócz tego na urządzenie się otrzyma dwadzieścia tysięcy. Ale co do tej miesięcznej pensji zaznaczam, że nie zobowiązuję się do tego. W każdej chwili mam prawo ją cofnąć.

Pani Matylda wstała, położyła mu obie ręce na ramionach i powiedziała:

— Jesteś szlachetnym chłopcem, mój synu;

W oczach miała łzy.

— Nie, mamo — potrząsnął głową. — To nie ma nic wspólnego z szlachetnością.

W godzinę później do drzwi jego pokoiku w oficynie zapukał Gogo. Wszedł i wyciągnął do Macieja rękę.

— Przepraszam, że źle sądziłem pana. Myliłem się. Pan jest prawdziwym dżentelmenem.

Maciej uścisnął jego rękę i nic nie odpowiedział.



Rozdział II

Jesienią Zakopane pustoszeje. Większość pensjonatów stoi zamknięta, w tych zaś, które pomimo martwego sezonu są czynne, z rzadka zamieszka ktoś szukający ciszy i prawdziwego odpoczynku. Adam Polaski dlatego właśnie co roku w tej porze przyjeżdżał do Zakopanego i zatrzymywał się w “Roksolanie". Świetnie mu się tu pracowało. Pisał systematycznie: codziennie po sześć lub siedem godzin, i po dwóch miesiącach wracał do Warszawy z gotową powieścią.

Toteż tym razem, gdy zaraz po przyjeździe dowiedział się, że oprócz niego mieszkają w “Roksolanie" jacyś państwo, był tym tak niemile zaskoczony, że już zaczął zastanawiać się, czy nie poszukać sobie innego pensjonatu.

— Niech się pan nie obawia, mistrzu — uspokajała go właścicielka “Roksolany", pani Zbędzka. — To są bardzo mili i kulturalni ludzie.

Polaski skrzywił się:

— Właśnie uciekam z Warszawy od miłych i kulturalnych ludzi. Odrywają mnie od pracy. To pech. No, trudno. Wobec tego będę jadał u siebie. Może im pani powiedzieć, że jestem dziwakiem, czy co się pani podoba, ale żadnych znajomości...

— Może pan być spokojny. To młode małżeństwo. Są zakochani w sobie i tylko sobą żyją. Przyjechali tu na miodowe miesiące. Od sześciu i tygodni tu mieszkają, a nie wiem, czy zamienili ze mną dziesięć zdań.

— Całe szczęście — mruknął i już zaczął wchodzić na górę, gdy odwrócił się i zapytał: — A czy ona ładna?

— Bardzo, o, bardzo ładna. Po prostu prześliczna — z przekonaniem powiedziała pani Zbędzka.

— Tym gorzej — skrzywił się Polaski. Nie miał wprawdzie żadnego zaufania do gustu staruszki, jednak myśl o tym, że tu gdzieś obok znajduje się jakaś młoda i ładna kobieta, nie dawała mu spokoju.

Gdy wieczorem służąca zjawiła się z zapytaniem, czy ma podać kolację do pokoju, ofuknął ją:

— Po co? Co za pomysł?... Żeby mi tu przez całą noc pachniało kuchnią?

W pół godziny później był już na dole. W jadalni nakryte były trzy stoliki. Jeden dla p. Zbędzkiej i jej syna pod oknem, drugi dla owego małżeństwa z jednej strony drzwi i trzeci dla niego, z drugiej. Ledwie zdążył usiąść, gdy weszli. Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by upewnić się, że w zachwytach pani Zbędzkiej nie było cienia przesady.

Wstał i dość niezgrabnie ukłonił się. Odpowiedzieli mu skinięciem głowy i zdawali się nie zwracać nań żadnej uwagi, zajęci rozmową.

— Ona jest skończoną pięknością — myślał zerkając od czasu do czasu w stronę ich stołu. — Ciekaw jestem, czy wiedzą, jak się nazywam i czy znają moje książki...

Pomimo swoich zaledwie trzydziestu siedmiu lat cieszył się już dużą popularnością i mógł się tego spodziewać. Jeżeli to są ludzie inteligentni, a takie robią wrażenie, musieli nieraz widzieć jego podobiznę w pismach. Przed pół rokiem otrzymał nagrodę państwową za swoje Ugory i prasa była dosłownie zawalona jego fotografiami.

Pomimo to odniósł wrażenie, że go nie poznają, nabrał też cierpkiej pewności, że nie czytali żadnej jego powieści i w ogóle nazwisko “Polaski" nic im nie powie. Wyglądali na ludzi z wyższej sfery, a ci wciąż ignorują literaturę polską. Taki na przykład Ali Baba... Gdy się poznali przed sześciu laty, nie wiedział o istnieniu Reymonta!... A u siebie w Horaniu miał przecie z piętnaście tysięcy tomów: francuskie, niemieckie, angielskie. Z polskich zaś tylko trójka wieszczów i Sienkiewicz... I tego też zresztą nie czytał.

Polaski uśmiechnął się pobłażliwie na myśl o nim. Dlaczego właściwie zaprzyjaźnił się ten poczciwy Ali Baba z nim i z Kuczymińskim, i z Chochlą, i całą ich bandą? Niektórym z nich imponował swoją mitrą książęcą, innym pieniędzmi i pijackimi eskapadami, lubili go zresztą jako miłego kompana i uczynnego przyjaciela. Ale jaką przyjemność on znajdował w tej małpiarni intelektualistów, których, mówiąc po prostu, nie mógł zrozumieć?... Czy pociągała go egzotyka ich rozmów?...

Polaski podniósł wzrok i zatrzymał spojrzenie na twarzy pani przy sąsiednim stole.

— Na pewno arystokratka — pomyślał. — Może jakaś kuzynka Ali Baby. Co za wspaniały okaz przerasowania. Filigran. Czy raczej Benvenuto Cellini. Ale nie jego “Nimfa". Coś znacznie bardziej precyzyjnego i wysubtelnionego. I na pewno jest inteligentna.

Przypomniał sobie informację pani Zbędzkiej: są zakochani i tylko sobą zajęci.

Takie robili wrażenie. Rozmawiali półgłosem, ale z ożywieniem. Od czasu do czasu do uszu Polaskiego dolatywały poszczególne słowa. Mówili zdaje się o podróżach morskich. Ona nazywała go Gogo, a on ją Kate. On też prezentował się bardzo dobrze. Był świetnie ubrany. (Polaski pomyślał, że należało przebrać się do kolacji w ciemne ubranie). Maniery ten Gogo miał wytworne: typ kulturalnego Francuza, ale nie paryżanina, lecz raczej południowca. Ona natomiast to typ wybitnie nordycki, przypominała Szwedkę czy Norweżkę, w każdym razie Skandynawkę. Fred Irwing oszalałby, gdyby ją zobaczył. No i miałby rację.

Polaski spotkał jej spojrzenie i nieco zmieszany opuścił oczy.

— Muszę ją poznać — postanowił sobie. — I to jeszcze dziś.

Toteż umyślnie wstał jednocześnie z nimi i w przejściu powiedział:

— Czy państwo pozwolą, że się przedstawię? Nazywam się Polaski.

— Bardzo mi miło. Jestem brum-brum — niewyraźnie bąknął młody człowiek.

Jego żona wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się.

— Cieszę się, że pana poznałam.

— Swoim przyjazdem zakłóciłem państwu samotność — zaczął Polaski. — Ale proszę się nie obawiać. Będę się starał nie być natrętem. Lękam się tylko, że hałas mego warsztatu pracy będzie państwu przeszkadzał. Mamy pokoje na tym samym korytarzu.

— Nie myślałam, że pan swoje rzeczy pisze na maszynie — powiedziała z wyraźną intencją podtrzymania rozmowy.

— Tak, proszę pani, najczęściej na maszynie i dlatego mają styl tak suchy. Widzę, że nie udałoby mi się zachować incognito.

— O tak, poznaliśmy pana od razu — skinęła głową. — Chociaż na fotografiach wygląda pan nieco inaczej.

— Młodziej! — poprawił. — Nie widać na nich mojej siwizny.

— Nie sądzę, by siwizna na skroniach postarzała mężczyznę. Mój mąż na przykład marzy o niej. A co dotyczy stylu pańskich dzieł, wydaje mi się, iż raczej wyróżnia się nadmiarem soczystości.

— Boję się tylko — zaśmiał się — że w tej soczystości widzi pani nadmiar... wody.

— O nie. Są pełne krwi. Ich soki są nasycone masą jakichś ostrych soli i stężonych trucizn. Są bardzo esencjonalne, jeżeli można tak powiedzieć.

— Dziękuję pani za pochwałę, jeżeli miało to być pochwałą.

Zawahała się i odpowiedziała uprzejmie:

— Bardzo wysoko cenię wartość pańskich dzieł i ich poziom.

— Wyciągnąłbym rękę po tę wiązankę kwiatów, ale przeczuwam, ze natrafiłbym na ciernie.

Zaśmiała się.

— Zgadł pan. Chociaż wątpię, czy mogłyby pana zranić.

— Każdą krytykę przyjmuję z wdzięcznością.

— Tu nie może być mowy o krytyce — zaoponowała. — Nigdy nie ośmieliłabym się. Chodzi o rzecz tak błahą, jak moje osobiste upodobania. Ale nie chcę pana do siebie zrażać, od samego początku. Przypuszczam, że będziemy jeszcze mieli sposobność pomówienia o tym obszerniej.

— Uprzedzam panią, że okres zawieszenia broni wyzyskam na wzmocnienie fortyfikacji obronnych.

— Nie mam nadziei zdobycia ich, ani w ogóle zamiarów napastniczych — powiedziała z uśmiechem.

Jej mąż odezwał się po raz pierwszy:

— Ja niestety skazany jestem na neutralność. Nie znam zupełnie nowszej literatury polskiej.

— Nie lubi pan jej?

— Nie mam o niej żadnego zdania. Od wielu lat nie byłem w kraju, a jak pan zapewne wie, za granicą trudno o polskie książki. Teraz dopiero Kate zajmie się dokształcaniem mnie.

Zamienili jeszcze kilka konwencjonalnych zdań i rozstali się.

Polaski znalazłszy się w swoim pokoju, przez kilka minut stał w zamyśleniu, póki w lustrze nie zobaczył wyrazu własnej twarzy i nie skonstatował, że uśmiecha się głupio. Stwierdził jednocześnie, iż ma źle zawiązany krawat i że mógłby być lepiej ogolony.

Potem usiadł na kanapie i zapalił papierosa. Tak, musiał przyznać, że nie spotkał jeszcze w życiu tak interesującej kobiety. Zapewne Jola Horoszczańska w swoim typie może uchodzić za fenomen, ale ta po prostu zdumiewa. I co za głos! Skoncentrował myśli, by znaleźć trafną definicję. Głos o pełnym brzmieniu, nie, to nic nie wyraża. Głos harmonijny, lub raczej symfoniczny, brzmienie orkiestry instrumentów... W ogóle ta kobieta łączy w sobie z zadziwiającą harmonią najskrajniejsze kontrasty. Jest dziewczęca, niemal dziecinna, a jednocześnie emanuje dojrzałością, zdaje się nie dotykać życia, a w jej spojrzeniu jest doświadczenie i rozum. A i sam rodzaj jej piękności to przecie zbiór kontrastów, ale zbiór, dzięki jakiemuś niesłychanie rzadkiemu przypadkowi, wprost wyjątkowo szczęśliwy.

Zadzwonił i kazał przynieść sobie herbaty. Przy sposobności wypytał pokojówkę o tryb życia sąsiadów. O której wstają, czy wychodzą na spacery i kiedy, czy werandują itd. Dowiedział się też, że zajmują dwa pokoje i że nazwisko ich brzmi dość dziwacznie: Zudra.

Do łóżka wziął powieść Kuczymińskiego, świeżo wydaną, a szczególniej interesującą go z tego względu, że vox populi dopatrywał się w niej epokowego zdarzenia w literaturze. Polaski lubił go wprawdzie, nawet przyznawał mu talent i dużą inteligencję, ale z góry wiedział, że w tym pochwalnym hałasie musi być dużo przesady. I zabierał się do czytania z nadzieją, że znajdzie w tej powieści potwierdzenie swego sądu.

Jednak po kwadransie odłożył książkę. Nie był w stanie skupić myśli i przedzieranie się przez dżunglę stylu autora zaczęło go męczyć. Zgasił światło, ale zasnąć nie mógł, co zresztą przewidywał. Od wielu miesięcy po raz pierwszy nie pił przy kolacji. W Zakopanem zawsze przestawał pić i tylko dzięki temu mógł tu pracować intensywnie. Nie bez melancholii pomyślał o Warszawie. Te szatany zaczynają już schodzić się “Pod Lutnią". Tukałło pewno od obiadu stamtąd nie wychodził, a Zbyszek Chochla przyjdzie już zalany, bo celebruje swoją ostrą trzydniówkę...

— To sobie użyją — uśmiechnął się. — Już przeczuwam, że wszystkie psy na mnie powieszą.

Zasnął dopiero przed świtem, ale obudził się wcześnie, wypoczęty i uszczęśliwiony stwierdzeniem, że nie ma “kaca". Ręce nie trzęsły się, język nie był obłożony, ani śladu bólu głowy i tylko względnie krótki paroksyzm kaszlu pijackiego, warszawska pozostałość. Śniadanie zjadł z apetytem i punktualnie o dziewiątej był już na dole. Nie czekał długo. Pan Zudra z żoną zjawili się ubrani do wyjścia. Ona w dziennym świetle była jeszcze ładniejsza. Przywitali się i sami zaproponowali mu wspólną przechadzkę.

Tegoż wieczoru Polaski pisał do Irwinga:

“...rozmowa z nią jest po prostu nieustannym elektryzowaniem wyobraźni, słuchanie jej głosu utrzymuje wszystkie nerwy w wibracji, patrzenie na nią wręcz uszlachetnia. Cała jest dziełem Sztuki. Nie wierzysz?... Nie dziwię Ci się. Ja też nie wyobrażałem sobie, że taka doskonałość może istnieć. Posłuchaj: włosy to len przyprószony złotem, oczy to szafiry, w których ukryto dwa słońca, nozdrza to sewrska porcelana, usta, owal twarzy, ręce, nogi, wszystko jest jakimś nieprawdopodobnym cudem. Gdyby ktoś namalował wierny jej portret, powiedziano by, że przesadził, gdyby ktoś ją opisał, powiedziano by, że kłamie. Przysięgam Ci, Fredziu, że nie widziałeś nigdy takiej skończonej doskonałości. Niestety kocha innego. Ma męża, młody człowiek zupełnie comme il faut. Oczywiście widzę, że z mojej pracy nic nie będzie. Trzy razy na próżno siadałem do maszyny. Zdaje się, że zwariowałem. Nazywa się Kate. Możesz szatanom opowiedzieć o niej. Niech mi zazdroszczą. Tylko nie wspominaj, że ma męża. Przyślij mi expressem Macphersona Fragments of ancient poetry. Ona tego nie zna. Znajdziesz to u mnie w gabinecie na drugiej albo na trzeciej półce w zielonej oprawie. Jeżeli będziesz mógł przyjechać, ucieszę się szczerze. Uściskaj wszystkich. — Twój Adam".

Obawy Polaskiego sprawdziły się. O pracy nie było mowy. Nie mógł usiedzieć w swoim pokoju. Całe dni spędzał na rozmowach z panią Kate lub z Gogiem o niej. Gdy dowiedział się, że zamierzają osiedlić się w Warszawie, wprost nie posiadał się z radości.

Po tygodniu przyjechał Fred Irwing. Przyjechał własnym samochodem i przywiózł Sewera Tukałłę.

Polaski, Kate i Gogo kończyli właśnie obiad. Polaski zobaczył ich przez okno i wybiegł na powitanie.

— Pan Irwing — powiedziała Kate — może być dla ciebie bardzo pożyteczną znajomością. Wspominał mi pan Adam, że jest to syn tego barona Irwinga.

— Więc cóż z tego wynika? — zaciekawił się Gogo.

— Jego ojciec jest wielkim przemysłowcem i ma ogromne stosunki. Jeżeli zechciałby udzielić ci poparcia, sądzę, że łatwo mógłbyś znaleźć jakieś odpowiednie stanowisko.

— Nie chcę teraz myśleć o tym — skrzywił się lekko. — Za dziesięć dni kończymy przecie nasze wakacje. Na kłopoty i starania dość będzie czasu w Warszawie. Swoją drogą to naprawdę szczęśliwy traf, żeśmy poznali tego Polaskiego. Jak się zdaje, ma on rozległe znajomości, i to w towarzystwie. Nie będziemy się czuli w Warszawie jak na bezludnej wyspie. Mam wrażenie, że on nas szczerze polubił.

— Odnosi się do nas z nieukrywaną życzliwością — potwierdziła Kate.

Gogo zaśmiał się.

— Nie do nas, tylko do mnie, bo w tobie się kocha.

— To przesada. Może mu się podobam...

— Och, Kate! Chyba udajesz, że tego nie widzisz!

— Bynajmniej. Widzę, ale nie jestem zwolenniczką pochopnych sądów.

— Tylko nie przypuszczaj, że jestem o ciebie zazdrosny — wziął ją za rękę Gogo. — Wprost przeciwnie. Cieszę się, że zachwycają się tobą. Zresztą, czyż można tobą się nie zachwycać?... Żebyś wiedziała, jak często myślę o tym, jak wielkie szczęście mnie spotkało, żeś została moją żoną. Nie uważam siebie za pozbawionego wszelkich zalet czy wartości, ale iluż znalazłabyś dystansujących mnie na każdym polu. Nie mówiąc już o tym, że mogłem ci ofiarować tylko takie nazwisko, które... zawstydza mnie samego.

Spochmurniał i opuścił głowę. Ile razy dotknął tego tematu, stawał się ponury, a chociaż względnie łatwo wracał do równowagi, Kate nie cierpiała tych chwil.

— Mówiłam ci, Gogo, że nie przywiązuję do tego żadnej wagi. Naprawdę powinieneś przestać myśleć o tych sprawach.

— To jest kwestia złamanej ambicji — westchnął.

— Nie, to powinno być kwestią charakteru — poprawiła. — Umiejętność pogodzenia się z rzeczywistością, której nie możemy zmienić, jest kwestią charakteru.

— Masz rację, masz rację, ale nawet nie możesz sobie wyobrazić, jak to jest trudne.

— Im trudniejsze — zauważyła — tym godniejsze wysiłku.

Rozmowy takie odbywały się między nimi nieraz i stanowiły jedyne

ciemne plamy na ich pożyciu. Kate przed ślubem nawet nie pozwalała sobie na nadzieję, że ułoży się ono tak dobrze i tak miło. Gogo otaczał ją nieustającą serdecznością, był delikatny i uważny, pamiętał o drobiazgach nawet, nigdy nie narzucał jej swoich pieszczot, gdy tego nie chciała. Wystarczyło jedno spojrzenie, by odczuł, że czegoś sobie nie życzy. W jego postępowaniu nie było nic, z czego mogłaby zrobić zarzut przeciw niemu.

Jeżeli zaś nie udało się jej dotychczas doszukać się w nim szczegółniejszych, wyróżniających zalet, rozumiała, że nie ma prawa ich wymagać.

I w innej dziedzinie ze strony Goga spotkało ją miłe rozczarowanie. Wychodząc za mąż, oczywiście, wiedziała dokładnie wszystko, co dotyczy fizycznej strony współżycia małżonków. Traktowała to w teorii jako rzecz naturalną i konieczną. Obawiała się jednak, że w praktyce nie zdoła opanować wstrętu do tego wszystkiego, co w miłości jest zwierzęcego, wulgarnego, nieetycznego. Pomimo ukończenia lat dziewiętnastu nie miała rozbudzonych zmysłów. I właśnie żywiła wdzięczność dla Goga za to, że potrafił w sposób subtelny i łagodny nauczyć ją pieszczoty, zmusić bez brutalności jej krew do szybszego krążenia, a jej usta do tęsknoty za pocałunkiem.

Ta nowa dziedzina życia, przed którą uczuwała instynktowny lęk, otwarła się dla niej pełna nieznanych dotąd wzruszeń i powabów. W tym była zasługa Goga.

Doznała i tu może pewnego zawodu. Skoro już odkryła w sobie nową dozę wrażliwości, zdolność do nowych podniet i nowych przeżyć, z dnia na dzień oczekiwała doznania jakiegoś apogeum rozkoszy, o którym tak przekonywająco opowiadały różne kobiety i z taką emfazą pisały książki. Nie było tu jednak ani szału, ani zapomnienia, ani płomiennych wybuchów, ani rozżarzeń, w których poza świadomością rozkoszy nie istnieje nic.

Nie. Ich noce były pełne ciepła, pełne słodyczy i łakomego zaspokajania zmysłów. Wystarczyło to zresztą Kate i nawet zaczynała myśleć, że tamte, tak reklamowane huragany i samumy namiętności są jedynie wytworem fantazji erotomanów lub udziałem kobiet seksualnie nienormalnych.

W tych warunkach, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie kocha Goga, miała prawo wierzyć, że będzie z nim szczęśliwa. W myśl swoich przekonań umiała pogodzić się z rzeczywistością. Widziała przed sobą jeden tylko cel: wydźwignięcie męża do takiego poziomu egzystencji, na którym przestanie wstydzić się swego pochodzenia i zacznie cenić siebie. O ten cel gotowa była walczyć, dla tego celu zmobilizowała wszystkie swe siły i możliwości, by pomóc mu najskuteczniej.

A ponieważ wiedziała, że wydźwignięcie się Goga jest niepodobieństwem póty, póki nie nabierze wiary w siebie i nowej ambicji, pragnęła jak najbardziej skrócić okres pobierania renty z Prudów, tej renty, która nie była przecież niczym innym, jak zgubnym upokorzeniem, paraliżującym w Gogu właśnie ambicję.

Dlatego też Kate nie pomijała żadnej sposobności, by przygotować teren dla przyszłości męża. Z tej głównie przyczyny ułatwiła Polaskiemu zbliżenie się do Goga i do siebie. Wprawdzie ceniła go jako pisarza, a poznawszy polubiła jako człowieka, ani przez chwilę jednak nie zapomniała, iż człowiek ten jest w Warszawie popularną osobistością, że rozporządza licznymi stosunkami i że jako przyjaciel Goga może i na pewno zechce udzielić mu poparcia.

Z drugiej strony adoracja, jaką otaczał ją Polaski, sprawiała jej żywą przyjemność. Miała też wadę, że nie umiała istnieć w innej atmosferze niż w atmosferze hołdów i zachwytów. Był to niewątpliwie rodzaj próżności i Kate wiedziała o tym, lecz nie potrafiłaby wyrzec się jej. Musiała być podziwiana przez każde otoczenie i gdy nie dostrzegała objawów tego podziwu, nie zaniedbywała żadnego wysiłku, by je wzbudzić, uciekając się nieraz do kokieterii, dość nawet jaskrawej. Wstydziła się zwłaszcza tych wypadków, lecz wolała przecierpieć wstyd niż wyrzec się zachwyconych spojrzeń.

Stało się to dla niej niemal koniecznością i dlatego nie znosiła tłumu, zwłaszcza tłumu czymś zaabsorbowanego. Czuła się wręcz nieszczęśliwa na dworcach kolejowych, na wielkich zebraniach, a nawet na pensji, gdzie koleżanki odkryły jej słaby punkt, a zazdroszcząc jej urody, robiły wszystko, by udać, że nie dostrzegają Kate.

Nie zależało jej jednak na wzniecaniu w podziwiających ją ludziach uczuć głębszych. Może nawet nie sądziła, by była zdolna do wzbudzania w mężczyznach miłości i nie pragnęła jej zresztą. Toteż słowa Goga nie tylko nie sprawiły jej przyjemności, lecz myśl o zakochaniu się Polaskiego wydała się jej przykra. W każdym razie postanowiła na przyszłość unikać w stosunku do niego wszelkich zalotności.

Irwinga poznała tego wieczora. Wydał się jej dość miłym chłopcem. Był nadspodziewanie młody. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat i jego przyjaźń ze znacznie starszym Polaskim była czymś niezupełnie normalnym. Wysoki, bardzo szczupły, o ciemnych oczach i rudawych włosach, robił wrażenie chorowitego. Mówił mało i cicho, nie wymawiając “r". Poza tym jego wysiłki zdawały się zmierzać ku temu, by swoją osobą zajmować jak najmniej miejsca w przestrzeni i w uwadze obecnych.

Gdy Polaski przedstawił go Kate, Irwing powiedział:

— Właściwie znam panią od dawna z fotografii.

— Z fotografii? — zdziwiła się Kate.

— Tak. Moja cioteczna siostra była koleżanką pani na pensji w Poznaniu. Zostało po niej grupowe zdjęcie klasy piątej. Na zdjęciu tym jest i pani.

— Jak się nazywała pańska kuzynka?

— Małgorzata Lubicka.

— Ach, Greta! Cóż się z nią dzieje? Zdaje się, że już do szóstej klasy nie przyjechała?

— Umarła.

— Ach, mój Boże!

Polaski powiedział:

— I rzeczywiście pani Kate tak mało się zmieniła, 'że poznałbyś ją nawet nie wiedząc, jak się nazywa.

— O tak — lekko zarumienił się Irwing. — Nie znałem przecież nazwiska tej panienki z fotografii i nie znam panieńskiego nazwiska pani. Z podpisów pod zdjęciem wnioskowałem, że pani nazywała się albo Z. Potocka, albo K. Pomianówna.

— To drugie było trafne.

Irwing chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko chrząknął i niepewnym półkrokiem wycofał się za ramię Polaskiego, który zaczął wyjaśniać niezjawienie się Tukałły.

— Twierdzi, że bolą go wszystkie kości i przysięga, że nigdy w życiu nie zrobi już tak dużej trasy samochodem. Położył się do łóżka i zdążył już przerazić pokojówkę żądaniem, by zrobiła mu masaż. Zobaczy pani, co to za wspaniały typ!

— Czy jest też pisarzem?

— Nie — zaśmiał się Polaski. — Nigdy, jak sam zapewnia, nie napisał nawet listu. On jest, proszę pani, myślicielem.

— A co robi?

— Myśli. Upewnia nas, że myśli, chociaż nie wiem, kiedy znajdzie na to czas, bo ustawicznie gada. Jeden z naszych przyjaciół, Duś Kuczymiński, przysięga, że Sewer nawet przez sen nie przestaje mówić. Fred przez drogę musiał też nasłuchiwać się jego tyrad.

Irwing lekko się uśmiechnął.

— To był jeden ośmiogodzinny monolog.

— Pan Tukałło wobec tego — powiedziała Kate — powinien sobie wziąć sekretarkę, która by towarzyszyła mu nieodłącznie i stenografowała te monologi. »

— To jest pomysł! Chociaż Sewer twierdzi, że i tak jego myśli nie przepadają, bo użyźnia nimi jałowe gleby naszych mózgów.

— Widzę, że nie grozi mu mikromania — zauważył Gogo.

— Nie ma najmniejszego niebezpieczeństwa. Świetny przy tym chłop. Ma niesłychane poczucie humoru i nawet w tej jego bufonadzie jest jakaś dystynkcja czy dostojność. Ktoś ochrzcił go kiedyś angielskim lordem, który urodził się w Gaskonii i zgaskonizował się zupełnie.

— Nie, Adamie, odwrotnie: Gaskończyk, który urodził się w Anglii — z poważną miną poprawił Irwing.

— Słyszała pani? — z politowaniem zapytał Polaski.

— To przecie nie jest identyczne — bronił się Fred.

— Jesteś najnudniejszym człowiekiem na świecie — z przekonaniem powiedział Polaski. — I muszę wyrazić pani moje najgłębsze ubolewanie z powodu jego przyjazdu. To smutne, że się tak powoli rozwija, ale nie tracę nadziei, że kiedyś coś z niego będzie.

Już wcześniej Kate zauważyła, że Polaski ostrzy sobie dowcip na przyjacielu, jakby popisując się jakąś ironiczną pobłażliwością kosztem Irwinga. Był to zdaniem Kate tani i brzydki rys charakteru u człowieka bądź co bądź nieprzeciętnego. Potulność czy bierność, z jaką to przyjmował Irwing, wprawdzie stwarzała wrażenie niezaradności, lecz w Kate wywoływała rodzaj współczucia i sympatii.

Toteż gdy wieczorem Gogo mówiąc o Irwingu nazwał go “takim sobie bubkiem", stanęła w jego obronie.

— Nie znasz go prawie wcale, a już pozwalasz sobie na lekceważący sąd o nim.

— Wystarczy porównać go chociażby z Polaskim — wzruszył ramionami.

— Nie, bo trzeba jeszcze przypomnieć, że są przyjaciółmi.

— Właśnie. Wydaje mi się to nieuzasadnione.

— Bo za mało znasz pana Irwinga. Widocznie pan Polaski, który zna go dobrze, odkrył w nim walory godne uczucia przyjaźni.

Gogo nic nie odpowiedział. Po paru minutach odezwał się jednak:

— Oglądałem ten jego samochód. Sześciocylindrówka całej parady i w dodatku model sprzed trzech lat. Nie rozumiem, czy to skąpstwo, czy abnegacja... Z tym baronostwem też nie najlepiej. Tytuł otrzymał dopiero jego dziad. Jak to określił Polaski, za usługi na polu przemysłowym.

— Czyż to ważne? — odpowiedziała. — Ale nie rozumiem, dlaczego odnosisz się doń niechętnie. Takie uprzedzenia utrudnią ci zbliżenie się do niego. A to przecież leży w twoim interesie.

Uśmiechnął się z odcieniem niezadowolenia.

— Ach, Kate, jak to nie pasuje do ciebie ta... zapobiegliwość, to mówienie o interesie, o oszczędzaniu, o wszystkich tych materialnych sprawach.

— Dlaczego uważasz, że nie pasuje? — zdziwiła się szczerze.

— Boś ty powinna myśleć o kwiatach, o miłości, o gwiazdach, czy ja wiem... Nie powinnaś w ogóle wiedzieć o istnieniu pieniędzy. Czy zdaje ci się, że nie zauważyłem twego niezadowolenia wtedy, gdy sprowadziłem z Krakowa te róże?

— Przyznaję, że chociaż byłam ci wdzięczna, nie ucieszył mnie twój postępek.

— A dlaczego? — podchwycił. — Oczywiście tylko dlatego, że to dużo kosztowało.

— Tak — przyznała. — Nie chcę, byś dla mnie robił wydatki, które przekraczają nasze możliwości finansowe.

I pomyślała jednocześnie, że Gogo zdaje się zupełnie nie rozumie tak prostego faktu, że robi prezenty właściwie z cudzej kieszeni, z pieniędzy, które dają mu z łaski, i że w tych warunkach tego rodzaju gesty po prostu ją zawstydzają.

On jednak myślał widocznie o czymś innym, bo nagle rozweselił się.

— Ach, ty moja buchalterko najcudniejsza! — zawołał. — Nie kłopocz się tymi rzeczami. To już wyłącznie moja dziedzina.

— A jaką dziedzinę mi zostawiasz?

— Jaką? Kochaj mnie! To wszystko. Kochaj mnie i bądź moją. Zapewniam cię, że to mi wystarczy. Będę zupełnie szczęśliwy.

— Nie sądzę — odpowiedziała po chwili wahania. — I żałuję, że nie zastanowiłeś się nad drugą stroną kwestii: czy ja byłabym szczęśliwa, gdybym ograniczyła swoje życie do roli hurysy haremowej.

— Kate! — oburzył się niezupełnie szczerze. — Czyż ja tego od ciebie żądam?!

— A jednak tak powiedziałeś — uśmiechnęła się doń, by zmiękczyć wrażenie poprzednich słów.

— Więc niezręcznie się wyraziłem. Chodzi mi tylko o to, byś nie martwiła się sprawami finansowymi. Te troski należą do mnie. Ja jestem ministrem skarbu... — przytulił ją do siebie — twoim ministrem, bo ty jesteś moim skarbem, najdroższym, bezcennym, jedynym...

Nazajutrz lało od samego rana i wszyscy wstali później niż zwykle. Gdy jednak zeszli około jedenastej do salonu, zastali już tam Irwinga, Polaskiego i nareszcie pana Tukałłę.

Od pierwszego wejrzenia dziwne wywoływał wrażenie. Wyglądał imponująco i jednocześnie groteskowo. Był trzydziestokilkuletni, wysoki, barczysty, niemal atletycznie zbudowany, z zarysowującą się tendencją do tycia, trzymał wysoko i dumnie swoją wypomadowaną głowę. Ubrany był z pedantyczną, nawet przesadną elegancją i tylko jaskrawy krawat pretensjonalnie zawiązany był w tym stroju jakimś niespodziewanym, ekscentrycznym wybrykiem. W klapie miał oznakę legii honorowej, w na wpół przymkniętych oczach wyniosłą obojętność, w zaciśniętych ustach wyraz bezgranicznej pogardy. Wyglądał jak prowincjonalny aktor-komik, któremu kazano grać rolę dostojnika, mającego za chwilę przeciąć wstęgę jakiejś wystawy czy przyjąć delegację krnąbrnych obywateli. Wydawał się groźny i śmieszny zarazem.

Przedstawił się groźnie i dobitnie:

— Seweryn Maria Tukałło.

Mówił trochę przez nos, a przywitał się wyprostowany, nie pochylając głowy i nie całując ręki Kate.

— Maria! — podkreślił takim tonem, jakby chodziło o rzecz niezmiernej wagi.

— Nigdy tego nie zapomnę — uśmiechnęła się Kate.

— Nie wątpię — zapewnił. — Kto raz jeden zetknął się ze mną, pamiętać mnie będzie przez całe życie. Pewien blondyn, którego widziałem jedyny raz przed dwunastu laty, nie dłużej niż przez kwadrans, odtąd regularnie dwa razy do roku pisuje do mnie listy, bym odesłał mu jakieś pieniądze, które wtedy od niego pożyczyłem. Wnukom kiedyś będzie opowiadał, że ze mną korespondował aż do śmierci.

— Więc mu jednak odpisujesz? — zapytał Polaski.

— Nie. Wolę, by ta korespondencja zachowała swój szlachetny, jednostronny charakter. Nie uznaję symetrii w działaniu ani ekwiwalentów moralnych. Zresztą, wyobraźcie sobie to państwo, co to byłaby za ohyda, gdybym musiał się trudzić z tej jedynie racji, że jakiemuś kretynowi kontynentalnemu podobało się zaszczycić mnie listem. Już w latach młodzieńczych wyrobiłem sobie zasady, których trzymać się będę póty, aż nie zechcę ich zmienić. W owym właśnie czasie miałem wywieszoną nad drzwiami wielką tablicę z napisem: “Długów nie oddaję, książek nie pożyczam, na listy nie odpowiadam, uprasza się o niewydzielanie łez". To ostatnie odnosiło się do kobiet. Niestety, napis wisiał krótko, gdyż uczyniony był na klapie z pianina, a właścicielka mieszkania uparła się, by tę deskę zwrócić instrumentowi. Cierpiała na kompleks kompletów. Chciałem udusić babinę, ale wśród innych zajęć odłożyłem to do środy. Nieszczęsne roztargnienie. Gdy sobie przypomniałem swój zamiar w piątek, babina już nie żyła. Struła się grzybami.

— Grzybom więc pan zawdzięcza, że nie stał się pan mordercą — zauważył Gogo, ubawiony gadaniną Tukałły i jego niewzruszoną powagą.

— Tak — przyznał Tukałło — w ogóle grzybom wiele zawdzięczam w życiu. Stosunek grzybów do mnie był zawsze życzliwy, nie powiem że: przyjazny. Lubię te ciche stworzenia. Na pewnym zgniłym maślaku poślizgnął się podczas polowania mój stryj. Oczywiście cały ładunek śrutu znalazł się w jego głowie. Był to zresztą jedyny ładunek, jaki znalazł sobie siedlisko pod jego czaszką podczas całego dłogoletniego życia.

— A ty dostałeś spadek? — zaśmiał się Irwing.

— Nieduży. Wystarczył zaledwie na urządzenie pogrzebu. Ale ja nie jestem chciwy na dobra materialne. Wystarczyła mi satysfakcja moralna. Przepadam za pogrzebami, a poza tym lubię, gdy się w rodzinie coś dzieje. Pogrzeby, śluby i rozbijanie talerzy na głowach, to są te nieliczne, niestety, zdarzenia, które urozmaicają ohydę życia rodzinnego. Państwo, jak słyszałem, od niedawna są po ślubie — zwrócił się do Kate.

— Tak. Ale mamy nadzieję, że dalsze atrakcje przyjdą nieprędko.

— Rozumiem. Mówi pani o drożyźnie talerzy. Istotnie, kryzys ekonomiczny i w tej dziedzinie spowodował rodzaj zastoju. Nie należę do optymistów, ale mam nadzieję, że czasy się poprawią. W każdym razie małżeństwo jest pożyteczną instytucją, jest niewątpliwie najdogodniejszym i wypróbowanym sposobem obrzydzenia sobie życia przez dwoje ludzi. Nic tak nie skłania człowieka do wzniesienia się w wyższe regiony abstrakcji, jak zniechęcenie się do pospolitej rzeczywistości. Miałem przyjaciela, zezowatego zresztą, który po trzyletnim pożyciu z żoną uwierzył w istnienie Boga, a nawet skłonny był do mniemania, że balsam kapucyński pomaga w wypadkach cięższego zatrucia alkoholem. To go zgubiło. Zaczął pić w ten sposób, że do każdego kieliszka wódki dolewał trochę balsamu. Mieszanina istotnie była tak wyborna, iż stał się pijakiem.

— Rzeczywiście taka wyborna? — zainteresował się Polaski.

— Bezkonkurencyjna.

— A pan nie jest żonaty? — zapytała Kate.

Tukałło żachnął się.

— Zupełnie nie jestem żonaty, proszę pani.

— Aleś raz jeden omal się nie ożenił — zauważył Polaski.

— To prawda — przyznał z powagą. — Było to w czasach, gdy jeszcze używałem alkoholu w nadmiernych ilościach.

Polaski i Irwing zaśmieli się.

— Otóż razu pewnego poznałem w knajpie jakiegoś staruszka i piłem z nim, jak to później ustalono, około trzech tygodni. W pewnej chwili

ocknąłem się, a ocknąłem się dlatego, że ktoś mi natarczywie zadawał jakieś pytania. Trzeba zaś państwu wiedzieć, że nie znoszę natarczywych pytań, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczą moich spraw osobistych, powiedziałbym intymnych. Mianowicie domagał się odpowiedzi, czy chcę pojąć Genowefę za małżonkę. Niemile tym dotknięty, dla zyskania na czasie przecieram okulary...

— Przecież nie nosisz okularów? — odezwał się Irwing.

— Nie noszę, ale wówczas miałem jakieś okulary na twarzy. Otóż przecieram je, rozglądam się i stwierdzam, że pytającym jest ksiądz w szatach liturgicznych, że znajduję się w kościele i że obok mnie stoi jakaś biało ubrana dama z pryszczykiem pod lewym okiem, a otacza nas liczny orszak ślubny. Zorientowałem się od razu, że to ja jestem głównym bohaterem tego dramatu. Zawsze miałem łatwą i szybką orientację.

— No i cóż pan zrobił? — zapytał Gogo.

— Cóż miałem zrobić... Powiedziałem: Przepraszam państwa na chwilę, mam niesłychanie pilny interes do załatwienia. Odwróciłem się i wyszedłem, przewracając po drodze owego staruszka. Resztę dnia spędziłem w barze naprzeciwko. Opowiadał mi tamtejszy portier, że orszak ślubny czekał na mój powrót pięć godzin, po czym wsiedli do karet i samochodów i rozjechali się. Pannę młodą odwiozło pogotowie. Tak, był to piękny dzień w moim życiu. Jego wspomnienie psuje mi tylko historia z frakiem.

— Byłeś we fraku?

— Niestety, nie w moim. Był to potworny frak, uszyty na pewno przez obłąkanego krawca. Jedno jest pewne, że zrobiony był na miarę szczupłego i lekko garbatego jegomościa, którego Stwórca obdarzył lewą ręką krótszą o dwadzieścia centymetrów od prawej i zamiłowaniem do sosów, których bogata kolekcja upiększała klapy. Nie wiedząc, co zrobić z tym stosunkowo mało przydatnym strojem, a nie mogąc tego trzymać w domu, odesłałem frak Towarzystwu Dobroczynności “Misericordia". Do dziś dnia przechowuję entuzjastyczny list dziękczynny, zapewniający hojnego ofiarodawcę, że cały zarząd zachowa dla mnie dozgonną wdzięczność. Niestety, obietnica ta nie została dotrzymana wskutek dalszych wypadków. Mianowicie po kilku dniach zjawił się u mnie Izraelita nazwiskiem Trąbka...

— ...Garbaty i z jedną krótszą ręką — podpowiedział Gogo.

— Bynajmniej. Był gruby i miał obie ręce krótsze. Ale za to był właścicielem wypożyczalni ubrań na ulicy Świętokrzyskiej. Domagał się zwrócenia fraka. Oczywiście skierowałem go do “Misericordii". Przyszedł tam jednak za późno. Okazało się, że “Misericordia,, urządziła tymczasem loterię fantową i ów frak, jako jedna z cenniejszych wygranych, legalną drogą losowania stał się własnością pewnej wdowy w Milanówku. Wdowa ta, na nieszczęście pana Trąbki, miała narzeczonego w osobie dróżnika kolejowego. Ten zaś fraka oddać nie chciał, powziąwszy niezłomne postanowienie stanięcia na kobiercu ślubnym z tą wdową i w tymże fraku. W czasie wymiany poglądów na tę sprawę między obu panami doszło do pewnych nieporozumień, w których wyniku pana Trąbkę odwieziono do Instytutu Chirurgii Urazowej, zaś dróżnika do aresztu policyjnego. W rezultacie jego małżeństwo z wdową nie doszło do skutku, ja zaś jedenaście razy wzywany byłem do różnych sądów w charakterze świadka. Zwracam państwu uwagę na znamienny szczegół, że frak ten rozbił dwa małżeństwa i wprowadził w ruch dwie karetki pogotowia i jedną więzienną. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że są przedmioty przynoszące nieszczęście.

Kate była szczerze ubawiona i powiedziała:

— Jeżeli to historia prawdziwa, istotnie jest fenomenalna.

— Wybaczy pani — zaoponował Tukałło — ale nie widzę, by szczegół ten miał jakiekolwiek znaczenie. Prawda jako taka, prawda obiektywna, nie istnieje. Natomiast każda rzecz staje się prawdą, jeżeli w nią wierzymy, lub wtedy, gdy nabierzemy przeświadczenia, że jest prawdą. W rozpoznawaniu zaś posługujemy się zmysłami i mózgiem, czyli instrumentami nie dającymi żadnej gwarancji precyzyjności. Większość naszych prawd to kłamstwo. I tylko dzięki temu człowiek inteligentny może egzystować. Czuje się wciąż huśtany przez fale wątpliwości i domysłów. Jakież potworne byłoby życie istoty myślącej, gdyby świat był najeżony niewzruszalnymi prawdami, o które obijalibyśmy sobie boki. Pejzaż jak na księżycu, martwota wygasłych kraterów, z których wydymiło życie. Bezpowietrzna pustka, której najlżejszy wiaterek nie odkurza z pyłu kosmicznego... Szanujmy kłamstwo, bo nie wiadomo, czy nie ono właśnie daje kwiatom zapach, zieleń drzewom, słodycz owocom, a nam poczucie piękna i zadowolenie z naszej planety. Szanujmy kłamstwo lepsze i milsze od prawdy. Przed prawdą można tylko klęczeć, kłamstwem oddychać. Uczeni powiadają, że tajemnicę wszechświata, gdy ją poznają, potrafią zamknąć w jednej krótkiej formule matematycznej. Potworne! Jakimże trzeby być otumanionym i tępym ślepcem, by do tego dążyć, by różnorodność i bogactwo zamieniać na jakieś ordynarne równania algebraiczne. Wyrzekać się golkondy pojęć i odczuć dla suchej i nikomu niepotrzebnej prawdy.

Mówił to tym samym tonem i tak samo przez nos w sposób afektowany, gdy jednak skończył, zapanowało poważne milczenie. Dopiero po chwili odezwał się Irwing:

— Przed paru miesiącami, gdym chorował na grypę, dowodziłeś czegoś wręcz przeciwnego. Twierdziłeś...

Tukałło przerwał mu ruchem ręki.

— Zupełnie możliwe. Nie rejestruję swoich poglądów. Stać mnie na to. Nie należę do tych istot ciemnych i ograniczonych, których uboga duchowość zdobyć się może na jeden tylko komplet poglądów na całe życie. We mnie one rodzą się i dojrzewają nieustannie. Garściami rozrzucam je na prawo i lewo.

Kate była trochę zaskoczona. Gogo niepewnie się uśmiechał, a Polaski powiedział:

— Przerażasz biednego Freda. Przekonałeś go wówczas, a teraz...

— A teraz też go przekonam. Nie widzę powodu, dlaczego moje rozumowanie dzisiejsze miałoby być mniej przekonywające od ówczesnego.

— Choćby dlatego, że jest z tamtym sprzeczne — zauważył Irwing.

— A cóż to szkodzi? Skoro jest nieodparte, musisz je równie dobrze przyjąć, jak i tamto.

— A pan przy którym obstaje? — zapytała Kate.

— Oczywiście przy żadnym.

— Czyli tę żonglerkę traktuje pan po prostu jako rozrywkę intelektualną?

— O nie, proszę pani. Traktuję ją z największą powagą.

— Więc jako gimnastykę?

— Dlaczego? Proszę zastanowić się: jakiś profesor poświęca całe życie na udowodnienie jakiejś jednej tezy. Wówczas wszyscy szanują jego pracę, chociażby nawet w kilkadziesiąt lat po nim przyszedł drugi facet i poświęcił całe życie, by w końcu obalić tezę pierwszego. To się nazywa poważna i twórcza praca. A ja, który przerabiam to wszystko w sobie w zawrotnym tempie, ja mam uchodzić za żonglera czy poszukiwacza rozrywek intelektualnych. To jest krzycząca niesprawiedliwość. Czy chodzi o czas? Nie. A jeżeli tak, argument ten przemawia na moją korzyść. Jakiś badacz będzie trzy dni przyglądał się jakiemuś kawałkowi, będzie go obmacywał, wąchał, lizał, badał pod mikroskopem, kruszył, moczył, polewał kwasami, by w końcu orzec, że ma przed sobą kawałek starego pantofla. Ja przychodzę, rzucam okiem i od razu mówię: to jest kawałek starego pantofla. Proszę mi wyjaśnić, na czym polega śmieszność mego orzeczenia? Obojętna jest ilość zużytego czasu, a jeżeli przemawia na czyjąś korzyść, to właśnie na moją. To są zresztą jedyne korzyści, jakie ciągnę ze sprawności mego umysłu.

— Zapewniam cię, Sewerze, że mógłbyś osiągnąć znacznie intratniejsze korzyści, gdybyś zaczął pisać — powiedział Polaski.

— Nie mogę. Handlowanie własnym duchem, powielonym w dodatku do iluś tam egzemplarzy przy pomocy maszyny drukarskiej, to haniebne poniżenie. Nie zapominaj, że wszyscy naprawdę wielcy myśliciele i twórcy nowych dróg ludzkości nie zapisali razem ani ćwiartki papieru. Budda, Sokrates, Chrystus, Zoroastra. Nauczali. Nauczali! A dopiero ich uczniowie skwapliwie łapali strzępy wielkich myśli i zapisywali. Już samo troszczenie się o to, by moje myśli zachowały się dla przyszłych pokoleń, czyli dla tej hołoty antropoidalnej, która zrodzi się z dzisiejszej hołoty antropoidalnej, już sama dbałość o to obniża lot intelektu, przykuwa go do spraweczek ludzkich, deprecjonuje. A jeszcze druga strona medalu. Wstrętem napełnia mnie myśl, że moja książka, cząstka mego ducha, dostępna byłaby dla byle gemaina, że każdy głuptak mógłby ją nabyć i za cenę kilku złotych ocierać swoją niedorozwiniętą korę mózgową o moje myśli, obcować ze mną, jak równy z równym, ba, jak wyższy z niższym, bo przecie uważałby się za uprawnionego do krytyki.

— Na to nie ma rady — wtrącił Gogo.

— Owszem, jest. Nie pisać, nie oddawać na pastwę karzełkom i skunksom swojego ducha. Nie dawać. Pod groźbą wyjałowienia swej myśli i upodlenia intelektu!

— A jednak — odezwała się Kate — czyta pan przecież drugich: na przykład pana Polaskiego, i nie może pan tam znaleźć ani upodlenia, ani wyjałowienia.

— Nie czytałem jego książek, proszę pani — odpowiedział z obrażoną miną.

— Chyba pan żartuje!

— Mówię serio. Nie czytałem, bo jestem jego przyjacielem. Dogadza mi ta przyjaźń i nie chciałbym jej niszczyć dla jakichś głupich paru powieści.

— Nie są głupie.

— Muszą być. A skoro muszą, tedy są. To jasne. O ile zaś zdolny jestem do znoszenia głupoty w żywym słowie, o tyle w druku wywołuje we mnie gniew i smutek. Wolę tedy z nim przestawać niż czytać jego książki.

Polaski zaśmiał się nieszczerze.

— Niech tylko pani nie bierze serio tego, co gada Sewer. Upewniam panią, że zna wszystkie moje książki.

— Z okładek! Z okładek! — podniósł wskazujący palec Tukałło. — Raz jeden omal nie uległem pokusie. Było to po przepiciu. Ogarnęła mnie niechęć do przyjaciół i wówczas wziąłem do ręki jego książkę pod tytułem... pod tytułem Koralowe dno> Koraliki na dnie czy coś w tym guście.

— Kolorowe noce — podpowiedziała Kate.

— Możliwe.

— W dodatku muszę pani powiedzieć — zaśmiał się Polaski — że ta powieść jest dedykowana właśnie Sewerowi.

— Będę ci zawsze za to wdzięczny, Adamie — lekko skłonił głowę Tukałło. — Otóż biorę te Kolorowe dna do rąk i zaczynam czytać. Już z początkowych kilku zdań orientuję się, że rzecz odbywa się w Wiedniu, którego nie cierpię, i to za czasów Sobieskiego. Gdy na dole strony mignęło mi imię Kara Mustafy, jęknąłem i bezwładnie opadłem na krzesło, którego niestety za mną nie było.

— Gogo zaśmiał się, a Tukałło mówił dalej:

— Zarówno skutki moralne, jak i fizyczne tego eksperymentu raz na zawsze odstraszyły mnie od zaglądania do książek moich przyjaciół. Nie chcę nimi gardzić i odbierać sobie wiarę, że rozumieją to, o czym do nich mówię. Wolę najryzykowniejsze złudzenia od smutnej rzeczywistości. Najniebezpieczniejsi są ci, którzy nic nie tworzą, chociaż też są ofiarami przymusu szkolnego. Powiedzmy taki Ali Baba lub Fred. Objuczeni złotem oddali się sztuce pozbywania się tego ciężaru.

— Są i tacy — lekko dorzucił Polaski — którzy nie tworzą, bo cierpią na impotencję twórczą.

— Dobrze czynią — zgodził się Tukałło — lepiej od tych, co pomimo impotencji twórczej piszą. Ale proszę cię, Adamie, nie bierz tej apostrofy do siebie.

— Nie obawiaj się, drogi Sewerze. Nie otwieram listów nie do mnie adresowanych. Nie jestem też tak zarozumiały, by sądzić, iż raczyłbyś aż tak długo mówić o mnie.

— Masz rację. Na zarozumiałość mogą sobie pozwolić tylko ci, co mają z czego być dumni. Zaraz... zaraz... jakże brzmi... Aha, już mam:

“Skromnością podbite są płaszcze wielkich królów i mędrców, ludzie mali okrywają się nią z zewnątrz, by ukryć nieprzyzwoitość swej pychy".

Polaski wybuchnął śmiechem:

— Widzi pani, widzi pani! Nie czytał moich książek, a na pamięć cytuje aforyzm z moich Ugorów.

— Jeżeli tak, to rzecz jest dziwna, bo twych Ugorów nie znam, natomiast zacytowane zdanie przeczytałem u Emmanuela Liboriusa w jego dziele Prudentia magnorum, wydanym w połowie siedemnastego wieku.

Polaski z lekka poczerwieniał.

— To jakieś grube nieporozumienie.

— Możemy je łatwo wyjaśnić — skinął głową Tukałło. — Mam tę książkę tutaj. W swoim pokoju. Zresztą nie robię ci zarzutu, że korzystasz z perełek myślowych tak znakomitego pisarza dawnych czasów. Jeżeliś w dodatku dał odnośnik, skąd to czerpiesz, jesteś w zupełnym porządku.

— Nie dawałem żadnego odnośnika, bo aforyzm jest mój własny. Daję na to słowo. Zresztą, proszę pani, ja wcale nie znam łaciny i przyznam się, że Liboriusa w ogóle nie czytałem.

— Nie będziesz chyba utrzymywał, żeś nie wiedział o istnieniu Emmanuela Liboriusa i jego dziełach?

— Oczywiście wiedziałem, co za pytanie, ale nie znając łaciny, nawet nie miałem owej...

— Prudentia magnorum.

— ...owej Prudentia magnorum w ręku.

— Widzisz, a zawsze mówiłem, że wykształcenie klasyczne jest dla pisarza koniecznością. Gdybyś znał łacinę, mógłbyś z niej garściami czerpać mądre maksymy, a tak jesteś skazany na wyławianie tych rzeczy z trzeciej ręki i w rezultacie sam nie wiesz, komu zawdzięczasz.

Oczy Polaskiego błysnęły gniewem.

— Aforyzm jest mój własny — powiedział z naciskiem — i pozwolisz, że zaraz wezmę Liboriusa, by się na własne oczy przekonać.

— Proszę cię bardzo. Leży na nocnej szafce, a miejsce, o które ci chodzi, odszukasz łatwo: założone jest nożem do przecinania kartek.

Polaski wstał i wyszedł.

— To nieprzyjemna historia — odezwała się Kate. — Szkoda, że poruszał pan tę sprawę.

— A ja tu czuję jakiś nowy kawał Sewera — powiedział Irwing. — Jestem przekonany, że Adam tej książki nie znajdzie w jego pokoju.

Kate spojrzała na Tukałłę pytająco, on zaś poważnie kiwnął głową.

— Na pewno nie znajdzie, bo jej tam nie ma.

— Więc po co go pan posłał na górę? — zdziwił się Gogo.

— Zdradzał pewne podniecenie. Przechadzka po schodach uspokoi go. Trudno jest dyskutować z kimś rozdrażnionym.

W tej chwili ze schodów zbiegł Polaski. Ze śmiechem wyciągnął przed Kate książkę założoną nożem do papieru. Były to jego Ugory.

— Ty łotrze! — zwrócił się do Tukałły. — Przeszukałem cały twój pokój i nie ma tam żadnej książki prócz mojej. Ale zdemaskowałeś się. Czytasz mnie i wiesz doskonale, że nigdy w życiu nie popełniłbym plagiatu.

Trochę mu było przykro, gdy Sewer wobec Kate, choćby żartami, wyrażał się z lekceważeniem o jego twórczości, a gdy zarzucił mu plagiat, czuł się wprost skompromitowany.

— A wiesz — powiedział — że przez kilka minut naprawdę byłem w strachu. Nie o to, że znajdę w Liboriusie dosłownie moje zdanie, bo sumienie miałem czyste, ale bałem się, że może tam być ta sama myśl podobnie wyrażona.

— Niepotrzebnie się obawiałeś.

— Dlaczego? Podobne rzeczy się zdarzają. Coś z dawnej lektury zapada nam w pamięć, zapominamy o źródle i z biegiem czasu uważamy to za własną, oryginalną myśl. Ale jeszcze raz cię zapewniam, że łaciny nie znam, że Liboriusa czytać nie mogłem — zakończył z ożywieniem.

— Wierzę ci, przyjacielu Adamie. Wierzę zaś tym łatwiej, że gdybyś nawet znał łacinę, również nie mógłbyś czytać Emmanuela Liboriusa z tej nieskomplikowanej przyczyny, że taki w ogóle nigdy nie istniał!

Powiódł triumfującym wzrokiem po obecnych i z dumą dodał:

— To ja go stworzyłem! Ja go wymyśliłem! Tu, w waszej obecności, na poczekaniu! Wraz z jego wiekopomnym dziełem! Toteż możecie państwo wyobrazić sobie, jak byłem zaskoczony, gdy Adam zapewniał nas, że już dawniej wiedział o jego istnieniu.

Polaski zmieszał się i bąknął:

— Musiałem pomieszać to nazwisko z jakimś podobnym.

— Nie, druhu! Uwalniam cię wspaniałomyślnie od zarzutu plagiatu, natomiast z bólem muszę stwierdzić, żeś popełnił blagiat. Strzeż się walki z Sewerynem Marią Tukałło! Jego miecz jest obosieczny i wtedy, gdy jedno ostrze brzeszczotu rozmyślnie się wyszczerbi i wydaje się już niegroźne, drugie zadaje cios śmiertelny. No, Adamie, nie miej do mnie żalu. Każdemu zdarzy się zblagować. Czasami ja sam, przyznaję się, nie blaguję może, lecz poniekąd rozminę się z prawdą. Z prawdą, którą wielbię ponad wszystko, kocham ponad własne szczęście i w dążeniu do której w miarę moich sił nie ustaję. Podajmy sobie ręce do wspólnej walki z kłamstwem, Adamie, do szukania jej w tajemnicy wszechświata, a może dożyjemy tego pięknego dnia, gdy nagle objawi się nam ona w prostej i krystalicznej formule matematycznej, zamykającej w sobie kosmiczny patos odkrytego bóstwa.

Tyrada ta rozśmieszyła nawet Polaskiego. Rozmowa przeszła na inne tematy, a wkrótce poproszono wszystkich do obiadu. Po obiedzie wobec fatalnej pogody postanowiono zagrać w brydża. Tukałło, Polaski, Gogo i pani Zbędzka zasiedli do stolika, Irwing, który nie umiał grać, towarzyszył Kate.

Wypytywała go, co robi, i dowiedziała się, że chodzi na politechnikę, lecz tylko przez wzgląd na ojca, który chce, by syn uzyskał dyplom inżyniera. Lecz Fred sam nie traktuje swojej nauki poważnie, rzadko bywa na wykładach i wcale mu na dyplomie nie zależy. W przyszłości, gdy odziedziczy majątek ojca, nie zamierza zajmować się interesami. Nic go te rzeczy nie obchodzą. Przepada za towarzystwem ludzi wysokiej kultury umysłowej, ma pasję zbierania sztychów, których posiada już kilkaset, uprawia też sport automobilowy. W Warszawie ma dwa wyścigowe wozy, a na jednym z nich zajął pierwsze miejsce w wyścigu tatrzańskim.

— Nie przypuszczałam — zdziwiła się. — Nie wygląda pan na demona szybkości.

— Ja na nic nie wyglądam i... niczym nie jestem — uśmiechnął się melancholijnie.

— Jest pan wyjątkowo miłym człowiekiem — powiedziała. — I gdy będę już w Warszawie... planuję na pana zamach!

Fredowi krew nagłą falą uderzyła do głowy. Jakaś wariacka nadzieja przemknęła mu przez mózg, lecz już w sekundę minęła. Czuł tylko, że jest czerwony, nie, wręcz purpurowy, i zauważył, że ona udaje, iż tego nie spostrzega.

— Widzi pan — mówiła. — Przepadam za wielkimi szybkościami, a dotychczas nie znałam nikogo, kto miałby wyścigowe auto. Chcę pana prosić, by zabrał mnie pan kiedy na taką prawdziwą jazdę. Czy dobrze?

— Ale proszę pani, to będzie dla mnie... Ja zaraz zatelefonuję do szofera. Na rano wóz będzie już tu.

— Nie, nie. Dziękuję. Przecież to nic pilnego. Zresztą przy takim deszczu... Drogi muszą być bardzo śliskie.

Z sąsiedniego pokoju doleciał nosowy baryton Tukałły:

— Wybaczy szanowna pani, ale zawsze w pierwszej rozgrywce po partii licytuję szlemika. To moja zasada i nie widzę powodu do jej zmiany tylko dlatego, że dzięki głupiemu trafowi nie mam dobrej karty. Czy robiąc mi wyrzuty, żeśmy leżeli bez siedmiu, chce pani dać mi do zrozumienia, że ja, Seweryn Maria Tukałło, mam uzależnić swoje myśli, słowa i działanie od zwykłych skrawków papieru? Bo jeżeli nawet...

— Zawsze jest taki — powiedział z uśmiechem rozczulenia Fred. — Ma tyleż lat co Adam, a od Ali Baby jest znacznie młodszy, lecz dzięki swemu sposobowi bycia stał się w naszej paczce nie kwestionowanym leaderem.

— Ali Baba? Czy to czyjś pseudonim literacki?

— O nie, tak nazywamy Julka Załuckiego, księcia Załuckiego z Horynia. Jest jeszcze Zbyszek Chochla, świetny malarz i chyba największy megaloman na świecie, Arkadiusz Drozd, kompozytor, poeta Strąckowski i inni. Pozna ich pani w Warszawie.

— Będzie mi naprawdę miło. A poza tym mam do pana jeszcze jedną prośbę. Chciałabym zobaczyć to grupowe zdjęcie, o którym pan wspominał. Ciekawa jestem... Musiałam wtedy zabawnie wyglądać jako podlotek.

— Zabawnie?! Ależ pani tam jest piękna!...

— To już za duża przesada — zaśmiała się.

— Więc zaraz panią przekonam. Przepraszam na jedną chwilę.

Pobiegł na górę i zaraz wrócił. W ręku trzymał płaski, skórzany portfel.

— Nie mam tu ze sobą fotografii grupowej, ale mam zdjęcie powiększone pani.

— Moje? — zdziwiła się.

— Tak. Proszę mi tego nie brać za złe.

Otworzyła portfel. Wewnątrz za celuloidową płytką była duża, gabinetowa fotografia. Jej fotografia w szkolnym mundurku z marynarskim kołnierzem i z dwoma warkoczami.

— Że też to się dało tak bardzo powiększyć — powiedziała.

— O, to przy dzisiejszej technice jest dość łatwe. Mam jeszcze jedno powiększenie. Prawie naturalnej wielkości. Ale to było robione w Ameryce. Tam sztuka ta stoi wyżej.

Kate podniosła nań oczy i spojrzała surowo. Namyślała się, co mu ma powiedzieć. Czuła się wzruszona, a jednocześnie zmartwiona. Wiedziała, że powinna mu raz na zawsze odebrać wszystkie nadzieje.

Fred stał zażenowany. Wysoki, chudy i brzydki, nie mężczyzna jeszcze, lecz niemal młodzieniaszek.

— Ja wiedziałem — odezwał się cicho — ja byłem pewny, że panią kiedyś w życiu spotkam.

Zmarszczyła brwi.

— Panie Fredzie — zaczęła. — To, że pan pozwolił sobie na robienie tych powiększeń, nie było poprawne w stosunku do nieznajomej panny. Ale nie chcę w to wchodzić i nie mam o to do pana żalu. Traf zrządził, żeśmy się spotkali, ale dziwi mnie bardzo, że pan zdaje się uważać za coś innego niż traf. Traf ani zły, ani pomyślny sprawił, że pan mnie poznał. Będę zupełnie szczera dla uniknięcia wszelkich nieporozumień. Myślałam, że będę mogła uważać pana za miłego znajomego. Jeżeli pan ma jakieś inne zamiary, pragnienia czy nadzieje, mówię panu otwarcie, że z podtrzymywania naszej znajomości będę musiała zrezygnować. Nie tylko dlatego, że mam męża, nie tylko dlatego, że gatunek mojej etyki wyklucza najdrobniejsze odstępstwa od godności i obowiązku, ale i dlatego, że gdybym nawet była wolna...

Stał blady i lekko potakiwał głową po każdym jej zdaniu. Teraz przerwał jej:

— Niech pani nie kończy. Wiem, wiedziałem już od bardzo dawna, że pani jest taka. Wyczytałem to z pani rysów, ze spojrzenia pani oczu. Niczego nie spodziewałem się. Nigdy! Słyszy pani? Nigdy nie miałem najmniejszej nadziei. Pogodziłem się z tym. I o nic panią nie proszę. Jeżeli wolno mi będzie widywać panią, przyjmę to od losu jako szczyt szczęścia. Jeżeli nie, będę i tak wdzięczny pani za samo to, że pani istnieje. Przyrzekam też pani, że nigdy nie zakłócę pani spokoju żadnymi wyznaniami, że nigdy nie powrócę do tematu tej rozmowy. Proszę pani, ja sobie zdaję sprawę z tego, że czasem tragedia staje się komedią, a dzieje się to wtedy, gdy człowiek, który ją przeżywa, jest śmieszny. Dziękuję pani, że się pani nie śmieje. Ale ja dlatego tylko odważyłem się to wszystko powiedzieć, że wiedziałem, że nie spotka mnie śmiech. Bo ja wiedziałem, jaka pani jest. Wiedziałem od dawna, że pani naprawdę jest taka, jaką ja od lat...

Nie dokończył. Głos mu się załamał, szczęki zacisnęły się kurczowo. Skłonił się bardzo nisko i prędko wyszedł z pokoju.

Kate długo siedziała zamyślona.

— Biedny chłopiec — szepnęła do siebie.

Z sąsiedniego pokoju dudnił głos pana Tukałły:

— ...licytacja twoja przypomina mi zeznania kombinatora, który ukradł sześć wagonów mąki i tłumaczył się, że zrobił to, bo był głodny...

Przy kolacji wszyscy mieli miny nie wiadomo dlaczego zwarzone. Kate pierwsza odezwała się do Irwinga, dając w ten sposób do zrozumienia, że przyjęła jego poobiednie przyrzeczenie do wiadomości. Rozchmurzył się, ale milczał uparcie, narażając się na częste przycinki Tukałły. On jeden był w swoim sosie. Polaski odzywał się rzadko. Gogo zaś nie umiał ukryć swego niezadowolenia z przegranej. Uważał siebie za wybitnego brydżystę i irytowało go to, że został pobity przez znacznie słabszych partnerów.

Przy końcu kolacji Tukałło zauważył:

— Założę się o trzy pierniki przeciw staremu sznurowadłu do butów, że i Fred, i Adam myślą teraz o tym samym.

Irwing nieznacznie wzruszył ramionami. Polaski zaś zaśmiał się.

— Jeżeli tak, to i ty myślisz o “Lutni".

— Podziwiam twoją przenikliwość i sądzę, że do licha, i w tej podłej dziurze musi być przecież jakaś knajpa, której nie zdążył deszcz zmyć z powierzchni ziemi... I gdyby pan baron był łaskaw wyprowadzić swój samojazd z garażu, a szanowna pani zgodziła się na ten projekt, sądzę, że doznalibyśmy poważnej ulgi.

Irwing ożywił się. Polaski chrząknął i odstawił szklankę piwa, którą podnosił do ust, a Gogo powiedział:

— Wie pan, że to wcale niezły pomysł. Wcale niezły, nieprawdaż Kate?

— Ależ proszę cię — odpowiedziała szczerze. — Nic nie mam przeciw temu. Obawiam się tylko, że nie będziecie się i tam dobrze bawili. W rastauracji będzie na pewno pusto.

— Jak to, chcesz zostać w domu? — zdziwił się Gogo.

— Nie odmówi nam pani chyba swego towarzystwa? — zapytał Polaski.

— Zostanę — odpowiedziała. — Nie lubię atmosfery restauracyjnej, nie piję.

— W takim razie zostanę z panią — oświadczył Polaski.

— O, dziękuję panu, ale to nie ma celu. Czuję się trochę zmęczona i zaraz położę się do łóżka. Mnie taka pogoda usposabia do snu.

— Może nie chcesz, bym jechał? — półgłosem zapytał Gogo.

— Ależ proszę cię — odpowiedziała szczerze. — Nic nie mam przeciw temu.

— No to idę po wóz — zerwał się Irwing.

Wszyscy wstali, nagle ożywieni, szukając swoich palt i parasoli. Fred zajechał. Zegnali się z Kate, obiecując szybki powrót. Przebiegli po jednemu do otwartych drzwiczek auta, brnąc w wodzie po kostki. W świetle reflektorów zalane deszczem ulice wyglądały martwo i ponuro.

Kate wzdrygnęła się i poszła do swego pokoju. Było tu cicho, jasno i ciepło. Po raz pierwszy napalono w piecu i przechodząc obok niego czuło się falę nagrzanego powietrza. Tutaj plusk wody za zasłoniętymi oknami dawał wrażenie miłe, wrażenie bezpieczeństwa i niezależności od złych sił przyrody czy ludzi. Pojąć nie mogła tych panów, którym się chciało iść w taką noc, którzy z jakąś niezrozumiałą dla niej gorączkowością spieszyli do nieciekawej i podłej oczywiście restauracji. Po raz pierwszy od dnia ślubu była sama, lecz nie uczuwała z tego powodu przykrości. Przeciwnie. Znajdowała w tym pewien urok. Sprawdziła, że w pokoju Goga jest wszystko w porządku przygotowane na noc, potem rozebrała się, wzięła prysznic i położyła się do łóżka. Usnęła prawie natychmiast po zgaszeniu światła.

Obudził ją głośny hałas wywróconego krzesła. Odruchowo wyciągnęła w ciemności rękę i przekręciła kontakt elektryczny. W świetle lampy zobaczyła Goga. Stał na środku pokoju w kapeluszu i w nieprzemakalnym płaszczu, ociekając wodą, w ręku trzymał przemokniętą bombonierkę, oczy miał szklane i uśmiechał się niewyraźnie.

Spojrzała na zegarek. Było kilka minut po drugiej.

— Już druga, na miły Bóg, coście tam przez pięć godzin robili? — powiedziała zdumiona.

— Królowo moja! Taka śliczna, tak zaspana — rozczulił się. — Patrz, przyniosłem ci czekoladki.

Pochylił się nad nią, obryzgując jej twarz, włosy i ręce deszczem kropel z kapelusza, i zaczął ją całować. Nieznośny zapach alkoholu uderzył w jej nozdrza. Starała się jak najdłużej wstrzymać oddech, potem lekko, lecz stanowczo odsunęła Goga od siebie.

— Królowo moja, szczęście moje — bełkotał.

— Mógłbyś przedtem zdjąć płaszcz i kapelusz. Jestem cała mokra — powiedziała zwykłym tonem. — Za dużo piłeś, Gogo.

— Tak, masz rację. To ten likier mnie dobił. Brr... Nie znoszę likieru. Ale ty nie masz pojęcia, jacy to mili ludzie. A ten Irwing! No, mówię ci, nie poznałabyś go. Nadzwyczajny. Myślałem, że mruk, że tego... A on, powiadam ci, najlepszy kompan na świecie! I dowcipniś, bestia! Co to on takiego powiedział?... Zaraz, bo nie mogę sobie przypomnieć... Umyślnie zapamiętałem, by ci powtórzyć. Bo innych rzeczy to nie... Chacha... cha... Zupełnie nieprzyzwoite, po prostu świństwa gadaliśmy, ale to nie dla ciebie, mój skarbie, moje jasności...

— Gogo, rozbierz się i idź spać. Opowiesz mi jutro.

— Dobrze, dobrze, kochana, tylko jeszcze... Co to ja chciałem?...

— Idź spać, Gogo. Proszę cię — powiedziała prawie żałośnie.

Trochę otrzeźwiał pod wpływem jej tonu.

— Już idę. Przepraszam cię, to brzydko z mojej strony. Obudziłem moją panią i jestem pijany... Przepraszam cię.

Ostrożnie wziął jej rękę i pocałował końce palców, po czym skierował się do swego pokoju, po drodze z hurkotem wpadł na wywrócone krzesło, przez kilka minut krzątał się jeszcze u siebie. Wreszcie zapanowała cisza.

Kate leżała oparta na łokciu, starając się uporządkować swoje wrażenia. Nie widziała go nigdy dotąd w takim stanie. Trudno jej było pozbyć się niedorzecznej myśli, że to nie był w ogóle Gogo, lecz ktoś zupełnie inny. Świadomość tego, że tam pod drzwiami leży przewrócone krzesło, nie dawała jej spokoju. Wreszcie wstała i podniosła krzesło. Wracając do łóżka trafiła bosą stopą w kałużę wody na dywanie.

Nazajutrz o zwykłej porze zadzwoniła na służącą. Przyniesiono śniadanie, odsłonięto okna. Na dworze jasno świeciło słońce, niebo było intensywnie niebieskie. Na jego tle poszarpane kontury Giewontu wyglądały dostojnie, lecz niegroźnie. Pod oknami ktoś rąbał drzewo. Nastrój wczorajszy już minął. Gdy już była ubrana, stanęła tuż przy drzwiach pokoju męża i zawołała półgłosem:

— Gogo! Czy jeszcze śpisz?

Odpowiedziała jej cisza.

— Prześpi się — pomyślała. — Nie ma powodu go budzić.

Na dole zastała tylko Irwinga. Siedział przy oknie pochylony nad jakimiś metalowymi rurkami i książkami. Zerwał się na jej widok i ukłonił się.

— Dzień dobry pani. Przepraszam, ale mam brudne ręce. Zatkał mi się karburator i musiałem przeczyścić żychlery.

— Niech pan sobie nie przeszkadza — powiedziała, siadając obok — a gdzież jest reszta towarzystwa?

— Śpią jeszcze. Małżonek pani również?

— Tak.

— Bardzo miły towarzysz.

— Sądząc ze stanu, w jakim wrócił, nie był chyba miły aż do końca?

Irwing zdziwił się.

— Ależ nie, co znowu. Byliśmy wszyscy lekko zagazowani, ale w zupełnym porządku.

— Gogo mówił, że bawiliście się panowie wesoło.

— O tak, dość wesoło. Byliśmy sami na sali, ale to nam wystarczało. O, już skończyłem. Jeżeli pani pozwoli, umyję teraz ręce, a karburator zmontuję sobie później.

— Nie, już lepiej za jednym zachodem. Pójdę z panem do garażu.

— Trudziłaby się pani? Zresztą wóz stoi tutaj na ulicy, o kilkadziesiąt kroków od domu. Nie mogłem wczoraj dojechać przez ten właśnie karburator.

— Ach, to dlatego Gogo był mokry od stóp do głów.

— Najzabawniejszy był Sewer — uśmiechnął się Irwing. — Czy może go pani wyobrazić sobie w przyśpieszonych ruchach?...

— To trudne — przyznała. *

— Otóż biegł wspaniałym kłusem. Spod jego nóg tryskały fontanny wody, a on klął we wszystkich znanych sobie i nieznanych językach, nie zmieniając jednak zwykłego tonu i timbru głosu.

Doszli do wozu. Irwing majstrował pod maską i mówił:

— Nie sądzę, by wcześnie powstawali. Tukałło lubi wylegiwać się, a Adam miał wczoraj “vin triste", po którym nazajutrz miewa zwykle katzenjammer. Ja wstałem wcześniej ze względu na pogodę. Myślałem, że może pani zechce przejechać się.

— Pan jest bardzo uprzejmy. Rzeczywiście, przejażdżka dziś może być miła. Z przyjemnością skorzystam z tej propozycji, jeżeli to uszkodzenie da się naprawić.

— Już jest w porządku. Umyję tylko ręce. Za trzy minuty wrócę.

Wrócił ze skórzanym płaszczem na ręku.

— Zabrałem to na wszelki wypadek — powiedział. — Może pani każe podnieść budę? Wtedy przyda się, bo jednak na otwarte auto jest pani za lekko ubrana.

— Dziękuję panu, wolałabym otworzyć budę — uśmiechnęła się doń i pomyślała, że Irwing jest wyjątkowo uważnym i sympatycznym chłopcem.

Skórzane palto Freda na Kate sięgało aż do ziemi. Siedli i wóz ruszył.

— W skrzyneczce przed sobą znajdzie pani okulary — odezwał się, gdy mijali ostatnie wille Zakopanego. — Ponieważ lubi pani wrażenie szybkości, podniosę szybę, jeżeli pani pozwoli.

A po chwili dodał:

— Nie zwiększę szybkości poza bezpieczeństwo. Wprawdzie szosa jest śliska, ale ten wóz świetnie trzyma się drogi.

— Nie ma żadnych obaw, ufam panu jako kierowcy.

— Postaram się zdobyć pani zaufanie i pod każdym innym względem.

Nic na to nie odpowiedziała i rozmowa się urwała, gdyż dodał gazu, a pęd powietrza uderzał ze zbyt wielką siłą. Wbrew temu, co mówił Gogo, wóz wydał się Kate wręcz fenomenalny. Na prostych odcinkach szosy wyciągał ponad sto dwadzieścia, na wirażach nie zwalniał poniżej dziewięćdziesięciu, dość poważne wzniesienia brał bez najmniejszego wysiłku.

Miewała czasami chwilę emocji, gdy na ostrych zakrętach nad przepaściami tył wozu zarzucał.

— Jednak nie trzyma się drogi zbyt dobrze — odezwała się po jednym z takich momentów.

— Przeciwnie, świetnie — uśmiechnął się Irwing. — Te zarzucania powoduję umyślnie, by nie zwalniać i móc od razu wziąć wiraż.

— A ja myślałam, że jesteśmy o krok od wypadku.

— Uchowaj Boże. Każdy dobry automobilista, szczególniej górski, musi tę umiejętność posiadać. Nie jest to zresztą nic trudnego. Nauczyłem się tej sztuki w przeciągu godziny w bawarskich Alpach.

— Pan dużo podróżował?

— Nie, proszę pani. Byłem kilka tygodni w Niemczech, coś miesiąc w Szwecji, dokąd jeździłem odwiedzić moją dalszą rodzinę, i sześć dni w New Yorku.

— Tylko sześć dni.

— Tak, proszę pani.

— Czy warto było dla sześciodniowego pobytu w Ameryce dwa razy przepływać przez Atlantyk?

— Warto było — odpowiedział krótko, bez żadnych wyjaśnień.

Kate przypomniała sobie owe niedorzeczne powiększenia swojej fotografii i zamilkła.

Piękna droga do Morskiego Oka miała się ku końcowi. Na miejscu wypili gorącą herbatę i poszli nad jezioro. Zbliżała się już dwunasta i trzeba było wracać.

Z powrotem jechali nieco wolniej.

Irwing pokazywał Kate różne szczyty, doliny i zbocza, wymieniając ich nazwy, nadmieniając o rozmaitych szczegółach z ich historii itp.

— Mógłby pan być przewodnikiem w tych górach — zauważyła.

— Znam je od dzieciństwa. Już w wieku szkolnym uprawiałem taternictwo. A tę trasę jako automobilista znam tak, że o ile mi się zdaje, mógłbym ją zrobić po ciemku.

— Nie wygląda pan na sportowca.

— Tak — przyznał. — Wyglądam na cherlaka, ale jestem dość silny. Kiedyś dzięki tej mojej powierzchowności stałem się mimowolnym zabójcą.

— Zabił pan człowieka?

— Tak. Napadło mnie trzech opryszków. Napadli zbyt śmiało, przypuszczając widocznie, że łatwo dadzą sobie ze mną radę. Broniąc się, uderzyłem jednego z nich pięścią w kark. Niestety, zbyt mocno.

— Umarł?

— Na miejscu.

— A pozostali?

— Jeden zbiegł, a drugiego ujęła policja. Miał złamany obojczyk.

— Straszny z pana człowiek.

Potrząsnął głową.

— Nie, proszę pani. Nigdy nikogo rozmyślnie nie skrzywdziłem. Nie mam wcale wrogów.

Po chwili dodał:

— To najlepszy dowód, że jestem zerem.

— Panie Fredzie, czy naprawdę pan w to wierzy?

— Ja to wiem.

— No dobrze, powiedział to ktoś panu?

— Nie. Z wyjątkiem ojca, który w ten sposób stara się mnie zdopingować do zrobienia dyplomu. Ale ja sam wiem.

— Zaraz, panie Fredzie. Nie przypuszcza pan chyba, że należę do tych ludzi, którzy zbyt łatwo dopatrują się w bliźnich zalet, którzy szafują komplementami?

— O nie. Pani na pewno sądzi ludzi surowo.

— Cieszę się, że pan tak myśli, bo to jest zgodne z prawdą. Otóż chcę panu powiedzieć, że uważam go za człowieka bezwzględnie wartościowego.

Zaczerwienił się i bąknął:

— Wie pani o mnie tak mało...

— To, co wiem, zupełnie mi wystarcza.

— Mam wady, mam wady, które zmieniłyby pani pogląd na mnie, gdyby pani o nich wiedziała.

— Nie sądzę.

— Owszem.

— Więc niech pan je wymieni.

— Zależy pani na tym, by pozbyć się czym prędzej dobrego mniemania o mnie? — uśmiechnął się.

— Przeciwnie, mam nadzieję je wzmocnić.

Milczał dłuższą chwilę i powiedział:

— Sewer twierdzi, że kobiety kochają mężczyzn za ich wady. Jeżeli nawet ma rację, w co wątpię, to pani na pewno do tego typu kobiet nie należy.

Ponieważ nie odpowiedziała, dodał:

— Jestem na przykład... pijakiem.

— Pan? — zdziwiła się.

— Tak, pijakiem. Czyż to nie godne potępienia w oczach pani?

— Znowu muszę powtórzyć: nie wygląda pan na pijaka.

— To ironia mojej powierzchowności: jestem wszystkim tym, na co nie wyglądam, i odwrotnie, wyglądam na wszystko to, czym nie jestem.

— Więc pije pan dużo?

— Bardzo dużo.

— A jak często? — szukała dlań usprawiedliwienia.

— Co dzień.

— To przecież okropne. I po co pan to robi?

Wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Jestem za głupi, by wiedzieć. Piję, bo tylko wtedy, gdy jestem pijany, bywa mi dobrze. Jest mi lepiej — poprawił. — Zresztą mam też inne wady.

— Ale nie może pan przestać pić? Czy brak panu dość silnej woli?

— Może. A może nie chcę przestać. Nie lubię nad tym się zastanawiać — powiedział i z miejsca zwiększył szybkość, by przy pomocy pędu powietrza uniemożliwić dalszą rozmowę na ten temat.

W pensjonacie na dole zastali Polaskiego i Tukałłę. Obaj mieli kwaśne miny.

— Struli nas wczoraj tą ohydną śliwowicą — tłumaczył Tukałło. — Śliwowica ma w sobie jakieś olejki. Powinno się je stosować przed zgonem. A państwo gdzie byli?

— Jeździliśmy do Morskiego Oka — odpowiedziała Kate. — W tym słońcu góry wyglądają przepięknie.

— Tak?... Nie widziałem nigdy Tatr.

— Nigdy pan nie był w Zakopanem?

— Owszem, wiele razy. Spędzałem tu nieraz po kilka tygodni, ale tak się jakoś złożyło, że nie wychodziłem z domu, póki było jasno. Tylko pod tym warunkiem mogę strawić Zakopane. Ohydna dziura. Bóg zniszczył Sodomę i Gomorę za założenie tam pierwszego w świecie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, czyli za przewinienie stosunkowo drobne. Dlaczego tedy nie spali piorunami tych potwornych psich bud, które tu nazywają willami? Dlaczego deszczem ognistym nie wytępi przyjezdnych, którzy ściągają tu z całej ojczyzny na rykowiska i pijaństwo, i autochtonów, którzy z tego żyją, a w dodatku wmawiają w uczciwych ludzi śliwowicę! Ohydna dziura. Błoto po kolana. Nic to jeszcze.

Czy państwo wiecie, że są pory roku, kiedy bywa tu... śnieg? Straszne! Wszystko oblepione śniegiem, tą substancją nikomu nie potrzebną i dziwaczną. Raz bezsensownie rozpuszcza się między palcami, raz znowu zasypuje całe stada kretynów, którzy przyczepiają sobie do nóg jakieś deski, by łatwiej kark skręcić. Śnieg, śnieg! Kto mi wyjaśni, po co jest śnieg? Zupełnie głupi pomysł. Woda ma tysiąc zastosowań, para — ditto, ogień też, ale czemu służą śnieg i śliwowica?

Weszła pani Zbędzka, niosąc szklankę wody i proszek od bólu głowy dla Polaskiego. Tukałło zaatakował ją natychmiast:

— O, może pani da mi na to odpowiedź: po co jest śnieg?

— Śnieg? — zdziwiła się staruszka.

— A no śnieg, juści śnieg, a nie faszerowane pomidory. O to panią pytam. Po co jest śnieg? Węgiel jest potrzebny na opał, drzewo poza tym do wyrobu różnych rzeczy, sok truskawkowy do legumin, mydło do prania, ser do jedzenia, ludzie do wynajmowania pokojów w “Roksolanie", mały palec do dłubania w uchu, śliwowica do trucia ludzi, prześcieradła do nakrywania stołów, kaparki do szczupaka, słońce do ogrzewania ziemi, nawet lód jest potrzebny do mrożenia alkoholu, ale po co jest śnieg?

Staruszka słuchała z napięciem, wreszcie oburzyła się:

— Proszę pana, co pan do mnie takie rzeczy... Po pierwsze, to nikt prześcieradłami stołów nie nakrywa, chyba w żydowskich pensjonatach. Bo nie u mnie. A po drugie, skąd ja mam wiedzieć, po co jest śnieg?... Dziwne pan rzeczy mówi. Pada i już.

Polaski omal nie zakrztusił się połykając proszek, a Tukałło wzniósł rękę nad głowę hieratycznym gestem i powiedział:

— Jeżeli pani nie wie, pani, mieszkanka Zakopanego, figurująca w księgach ludności stałej zimowej stolicy naszego Państwa, kto ma wiedzieć!... Biada ci, Delirium, miasto starego Tremensa!

Staruszka spojrzała po uśmiechniętych twarzach Kate i Irwinga, machnęła ręką i podreptała do gospodarstwa.

— Patrzcie państwo — mówił dalej Tukałło. — Jak wiele się gada o celowości matki natury. Tymczasem taki śnieg. Patrzymy na śnieg po kilka miesięcy co roku i nikt z nas nie zastanawiał się nigdy nad tym, że jest on absolutnie nieprzydatny.

Kate zaśmiała się.

— Myli się pan. Jest bardzo potrzebny. I ręczę panu, że siedemdziesiąt procent ludzi w Polsce dałoby panu na to pytanie natychmiastową odpowiedź.

— Niepodobieństwo. Bo zastrzegam się, że chodzi o użyteczność, nie o fintifluszki w rodzaju lepienia bałwanów czy jazdy na nartach.

— Oczywiście o użyteczność.

— Więc słucham.

— Każdy rolnik powie panu, że gdyby nie było śniegu, wymarzłyby oziminy. Nie tylko zresztą oziminy. Różne gatunki traw też nie wytrzymują silniejszych mrozów.

— Macte — bąknął z zadowoleniem Polaski.

— Hm — zmarszczył brwi Tukałło. — To jasne. Wszystkiemu winna śliwowica. Umysł zacieśnia się w ograniczonych horyzontach. Tylko ten młodzianek znosi jej działanie. Nie rozbił tam gdzie wozu na którejś serpentynie?

— Prowadził doskonale — zapewniła Kate.

— A mąż pani jak się miewa?

— Właśnie pójdę zobaczyć.

Goga zastała kończącego toaletę. Stał przed lustrem i pieczołowicie zawiązywał krawat. Wyglądał zdrowo i dobrze. Odwrócił się i w jego oczach dostrzegła niepokój.

— Kate! — powiedział. — Czy gniewasz się na mnie?...

— Nie, Gogo.

— Jesteś aniołem.

Wyciągnął do niej ręce, a gdy podała mu swoje, przybliżył ją do siebie i objął z miłością.

— Byłem wczoraj obrzydliwy. Wybacz. Gdy dziś to sobie przypomniałem, czułem, że się rumienię. Wybacz, Kasieńko. To się już nigdy nie powtórzy.

Pochylił się, by ją pocałować. Nie cofnęła ust, ale instynktownie wstrzymała oddech, jak w nocy. Nie spostrzegł tego.

— Widzisz, Kate, ja wiem, że nie powinienem był upijać się, a tym bardziej niepokoić cię w nocy i pokazywać ci się w takim stanie, ale przypomniały mi się moje studenckie czasy za granicą i koleżeńskie biby... A później Paryż... Nie znasz tych rzeczy, więc nie wiesz, jak takie wspomnienia ciągną. Zwłaszcza że się wtedy nie znało żadnych ograniczeń pieniężnych... To były czasy!... Ale dajmy temu spokój. Nie gniewaj się na mnie, Kate. I nie miej do mnie żalu.

— Nie mam do ciebie żalu. Było mi przykro, przyznaję, ale nie chcę o tym pamiętać.

— Jesteś aniołem — powtórzył.

— A teraz jak się czujesz?

— Dziękuję ci. Nie świetnie wprawdzie, ale wyspałem się i to mi dobrze zrobiło. A ty pewno byłaś na spacerze.

— Tak, jeździłam z panem Irwingiem do Morskiego Oka.

— O?! Więc on już od dawna musi być na nogach?... Ma mocną głowę. Był najtrzeźwiejszy bodaj z nas czterech, i to zdaje się on płacił. Muszę mu zwrócić.

Po obiedzie całym towarzystwem wyszli na pieszy spacer, podczas którego Tukałło udawał, że po raz pierwszy w życiu widzi Tatry, i opowiadał niestworzone historie o orle, który pewnej góralce porwał prosiaka i świnkę, by na niedostępnym wierchu założyć hodowlę nierogacizny. Gdy w trzy lata później pewien alpinista zdołał tam się wdrapać, znalazł już sześć par starych świń i mnóstwo młodych. Tak zmyślny król ptaków zapewnił stałą i wygodną dostawę świeżego mięsa dla siebie i dla rodziny. Gdy chciał urozmaicić swój jadłospis, wymieniał u innych orłów prosiaki na zające, kury lub gęsi.

Podczas przechadzki odzyskał również humor i Polaski, dość że przy kolacji wyłonił się znowu projekt pójścia do restauracji. Nie doszedł jednak do skutku wobec opozycji Kate.

— Mój mąż nie chce pójść — powiedziała. — Pan Fred, myślę, będzie tak dobry i dotrzyma nam towarzystwa, jeżeli go o to poproszę, pan Adam po to przyjechał do Zakopanego, by pracować i nie pić... a...

— A ja z konieczności poddaję się dyktaturze pani Kate — zakończył Tukałło.

Następne dni upływały spokojnie. Nie zostało ich zresztą wiele. Kate i Gogo musieli wkrótce zabrać się do pakowania kufrów. Większość rzeczy mieli już zresztą od dawna w Warszawie, w pensjonacie, w którym postanowili zamieszkać do czasu wynajęcia i umeblowania własnego mieszkania.

W przeddzień ich wyjazdu Polaski oświadczył, że też wraca do Warszawy.

— I tak praca mi nie idzie, nie mam po co tu siedzieć.

— Powiedz raczej — poprawił go Tukałło — że masz po co tam jechać.

Polaski zamyślił się i powiedział:

— Oby sprawdziły się twoje złote słowa.

— Nie sprawdzą się, bądź spokojny — sucho uśmiechnął się Irwing.

Byli sami i mogli swobodnie mówić.

— O ile znam się na kobietach — zaczął Tukałło, wygodnie sadowiąc się na kanapie — o ile znam się, a wiecie, że jestem jednym z najlepszych ornitologów na świecie, muszę w danym wypadku przyznać rację Fredowi. Ta dziewczyna nie trafi do cudzych drzwi i wątpię, byś kiedykolwiek ośmielił się ją o to prosić.

— Nie mam tego zamiaru i...

— I to jest dowód twego rozsądku — podchwycił Tukałło. — Przyznam się wam, mili bracia, że nie podejrzewałem obecności na naszym globie podobnie precyzyjnych tworów przyrody. Materiał, gatunek gliny wyśmienity, a już wykończenie iście Flaubertowskie. Gdy mi Fred twój list przeczytał, martwiłem się, że przyjechawszy tu będę musiał drwić z ciebie. Spodziewałem się zastać gęś, kurę, kaczkę, sikorkę, makolągwę, sowę, sójkę, turkawkę, no niech nawet rajskiego ptaka, a tu nie znajduję żadnego porównania. Zdumiewa mnie to i oburza.

— Dlaczego oburza? — zaprotestował Polaski.

— Bo oburzają wszelkie anomalia, wszelkie wybryki natury.

— Ale ona nie jest wybrykiem, tylko arcydziełem — odezwał się Irwing.

— Wszelkie ekstremy są wybrykami, w naturze natury leży przeciętność... Jednak zdarzają się na przykład zwyrodnienia. Urodzi się czasem człowiek o krótkich, pałąkowatych i cienkich nogach, o małpich rękach, garbaty, ze wzdętą klatką piersiową, o wyłupiastych oczach, wyszczerzonych zębach, obdarzony etyką mandryla, charakterem Chochli i umysłem twoim, drogi Adamie, słowem potwór pod każdym względem, to możemy w teorii przyjąć, że i odwrotnie, może powstać arcydzieło, godne uwielbienia również pod każdym względem.

— Zupełnie słusznie — zgodził się Irwing.

— Dotychczas ja, a i wy również znaliście tylko jeden tego rodzaju egzemplarz. Nie potrzebuję chyba dodawać, że mówię o sobie...

— To oczywiste — skinął głową Polaski.

— Ale arcydzieł męskich historia zarejestrowała wiele. Natomiast kobiecych niewiele. Beatrice, Laura czy Maryla skompromitowały się haniebnie. Joanna d'Arc? W atmosferze kultów religijnych krytycyzm niechętnie funkcjonuje. Timeo Danaos et dona ferentes. Królowa Jadwiga?... Tu znowuż mgiełki patriotyczne, a gdyby tak zbadać, czy rzeczywiście były narzeczony nie składał wizyt na Wawelu, to mogłoby się okazać, że Niemcy uzyskali, choć po paru wiekach, rewanż za Wandę, co wprawdzie nie chciała Niemca, lecz mogła być mniej oporna wobec rodaków. Gioconda? Wiemy, co o niej sądzić, ale już sama twarz nadaje się do określenia. Więc cóż? Mamy twierdzić, iż dopiero nam, szczęściarzom, udało się odkryć pierwszy taki fenomen kobiecy, fenomen bez precedensów w historii ludzkości?... Nonsens. Oczywiście, były, żyły, istniały, a nie pozostawiły śladu na ziemi z dwóch przyczyn: po pierwsze, doskonałość do niczego nie dąży, bo jest już doskonałością, więc nie dąży także do odegrania jakiejś wybitnej roli, po drugie, żaden wielki człowiek nie szuka uzupełnienia w doskonałej kobiecie. Wodzowie, królowie, wielcy twórcy nie tęsknili do kobiet doskonałych. Ich żony, ich kochanki były najczęściej czymś arcyprzeciętnym. Doskonałe kobiety zaś znajdowały przystań w ramionach przeciętnych mężczyzn. Powiedzmy takich jak ten pan Zudra. I niczego więcej nie pragnęły!

Zamyślił się i dodał innym tonem:

— Kto wie, może doskonałość polega właśnie na szukaniu przeciętności.

— Nigdy się z tym nie zgodzę — zaoponował Polaski. — Skala wymagań człowieka może być oparta tylko na własnych sprawdzianach, a zatem im wyżej stoimy, tym więcej musimy wymagać od innych.

— Albo — wtrącił Irwing — tym bardziej stajemy się wyrozumiali.

— Ze też żaden z was nigdy nic rozsądnego powiedzieć nie umie — machnął ręką Tukałło. — A swoją drogą, cieszę się, że będzie teraz w Warszawie dom, gdzie będzie można odetchnąć niefajdańską atmosferą.

— Nie zmieniaj tematu — przerwał mu Polaski. — Wszystko, co mówiłeś, zmierzało do tego, by usprawiedliwić się przed sobą z tych swoich gęsi, kur i indyczek. Otóż mylisz się. Ani siebie, ani mnie nie przekonasz, że to twoje poprzestawanie na kurniku wynika z twojej rzekomej doskonałości. Po prostu z lenistwa. Tak, jesteś leniwy i dlatego unikasz inteligentnych, bardziej skomplikowanych kobiet. To nie jest wyłącznie moja opinia. Tego samego zdania jest i Arkadiusz, i Jaś Strąkowski, i Moniek. Nawet taka Tina Dabermanowa już za wiele ma dla ciebie indywidualności. Stąd te szwaczki, ekspedientki czy manikiurzystki, albo jako szczyt wysiłku jedna z Trzech Świnek.

Tukałło wydął wargi.

— I cóż stąd wynika?

— Wynika to, że boisz się, by romans z naprawdę ciekawą i głęboką kobietą nie wytrącił cię z tego jałowego far niente, by nie zmusił cię do rozstania się z abstrakcyjną ekwilibrystyką, którą się rozkoszujesz, i do wypróbowania sił twego wielkiego ducha w starciu z rzeczywistością. Mówiąc krócej, rezygnujesz z prawdziwych uroków życia, bo się boisz, że im nie podołasz, że im ulegniesz, że staniesz się od nich zależny. Oto podszewka twojej doskonałości.

— Bardzo sprytna teoryjka, ale nie trafia we mnie — spokojnie odpowiedział Tukałło. — Przyznaję, że jestem leniwy, przyznaję, że cenię swoją niezależność i unikam komplikacji. Stąd jednak nie wypływa bynajmniej racja, że się ich boję. Są mi potrzebne. Nie znajduję w nich żadnych uroków. Kobiety potrzebne mi są wyłącznie do zaspokajania moich potrzeb ściśle fizjologicznych. Nie potrzebuję, tak jak wy, dokarmiać się przy nich, odżywiać swego ducha ich emanacjami, podniecać swoją wyobraźnię w konfliktach psychicznych, w gierkach uczuciowych, w zazdrościach i tęsknotach, w ekstazach i kłamstwach. Czy rozumiesz? Nie potrzebuję!

Polaski zaśmiał się.

— Aha! Dziwię się tylko, dlaczego w swojej wspaniałej samowystarczalności nie idziesz dalej.

— Jak to dalej?

— No tak, powinieneś być konsekwentny. Po cóż szukasz naszego towarzystwa? Dlaczego potrzebni ci są intelektualiści i ludzie skomplikowani? Oburzysz się, gdy ci powiem, że dokarmiasz się przy nich. To dlaczego zbliżasz się do nas, a nie na przykład do konduktorów tramwajowych czy członków klubu sportowego “Achilles'?

— To zupełnie inne rzeczy i to trzeba rozróżnić, mój drogi Adamie — potrząsnął głową Tukałło. — A ponieważ tego i tak nie zrozumiesz, dajmy lepiej spokój tej dyskusji.

— O nie, o nie! Nie wykręcaj się!

— Więc dobrze. Powiem ci. Otóż ja was również nie potrzebuję. Nie chciałem stawiać kropki nad “i" po prostu przez delikatność. Skoro mnie jednak zmuszasz...

— Proszę cię bardzo.

— Otóż to wy mnie potrzebujecie. Tak, wy. A ja poświęcam się i karmię was mlekiem mej piersi. Po prostu z litości.

— Tak mówisz? No dobrze. Zgadzam się przyjąć to jako podstawę sporu. Wyjaśnij mi tylko, dlaczego wybrałeś nas, a nie członków kółka sportowego “Achilles"!

— Bo nie lubię się trudzić. Wyłożenie tych samych myśli ludziom o niskim poziomie umysłu kosztowałoby mnie więcej wysiłku. Chociaż jak widzę z tej rozmowy, nie o wiele więcej.

— Poświęć się i odpowiedz mi jeszcze na jedno. Dlaczego zdobywasz się na cięższy trud, jeżeli chodzi o kobiety? Przypuszczam, że mniej wysiłku kosztowałaby cię edukacja takiej Luty Woroniczówny niż twoich Zosiek, Maniek i Helek.

Tukałło wzruszył ramionami.

— Nie robię w stosunku do nich żadnych wysiłków. Zwracam je światu w idealnie tym samym stanie duchowym, w jakim świat mnie nimi obdarzył. W ogóle nie rozmawiam z nimi. Rozbierz się, najdroższa, ubierz się, najdroższa, przyjdź w piątek. To jest wszystko, co opłaca się mówić kobietom. Reszta to strata czasu i słów.

— Sam w to nie wierzysz — odezwał się Irwing.

— Wierzę. Kiedy byłem młodszy i mniej doświadczony, zadawałem jeszcze pytanie: — Cóż u ciebie słychać, najdroższa? — Później przekonałem się, że to niebezpiecznie. Niepodobna sobie wyobrazić, ile w odpowiedzi na takie retoryczne pytanie kobieta może naćwierkać. Straszne. O krewnych, o znajomych, o maszynce do kawy, o pękniętej pończosze, o narzeczonym, a co ona powiedziała, a co on powiedział, a co ona na to. Straszne.

— Zgadzam się, jeżeli chodzi o kobiety tego poziomu — przytaknął Polaski.

— A jeżeli chodzi o wyższy poziom, to proszę cię, porozmawiaj chociażby z tą Woroniczówną. Zakwasi cię swoimi chybotami jaźni, antlnomiami instynktownymi, Marcelem Proustem i mistyką flagellantów. Czy nie na jedno wychodzi?

Polaski zaprotestował:

— Nie na jedno. A zresztą po co ją bierzesz jako przykład. Mówiliśmy przecie o pani Kate.

— Pani Kate, pani Kate. Cóż pani Kate? Za mało ją jeszcze znam. Za mało o niej wiem. Zobaczymy jeszcze, jak będzie wyglądała w konfrontacji z życiem.

Na progu stanął Gogo.

— Ha, złapałem panów — zawołał wesoło — oczerniacie tu moją żonę?!

— Staramy się — potwierdził Tukałło.

— Jak dotąd bez skutku — dodał Polaski. — A gdzież jest pani Kate?

— Zostawiłem ją na pastwę kufrom. Nie wiem, czy zdoła się im obronić. Czyhają na nią ze wszystkich stron jak smoki z otwartymi paszczami. Brrr... Nie znoszę pakowania się. Nie ma to jak służba angielska. Tam człowiek nie potrzebuje ruszyć palcem. Wszystko rozpakowane, później wszystko zapakowane. Odwiezione na dworzec, nadane na bagaż, ułożone w przedziale. Przepadam za Anglią. Trudno mi jakoś przyzwyczaić się do Polski.

— Ja znowu odwrotnie — powiedział Polaski. — Wystarczy mi rok

spędzić za granicą, a nie tylko dostaję ostrej nostalgii, ale zaczynaj mnie mierzić wszystkie tamtejsze zwyczaje, kuchnia, pory posiłków, ludzie.

— Może ja poszedłbym pomóc pani Kate w pakowaniu? — odezwał się Irwing.

— Alei, panie Fredzie, po co ma się pan trudzić — miękko zaoponował Gogo.

— Naprawdę bardzo to lubię — uśmiechnął się wstając. — Byłby ze mnie dobry numerowy angielski.

— A uważaj, znosząc kufry, byś się nie wywrócił — krzyknął za nim Tukałło i zwrócił się do Goga: — Właśnie mówiłem tu im, jak się cieszę, że zamieszkacie w Warszawie. Wiedzcie, że będę do was stale przychodził!

— Nie groź im, bo gotowi zrezygnować z Warszawy — powiedział Polaski.

— Przeciwnie, będę szczęśliwy. Ogromnie się cieszę, że was poznałem. Moja żona również będzie bardzo zadowolona i nawet juz mówiliśmy o tym, że musimy mieć tak zwany swój dzień w tygodniu.

Po obiedzie Irwing pożegnał się. Dowiedział się z gazet, że ojciec bawi w Krakowie. Chciał się z nim zobaczyć i spędzić razem wieczór, a na noc wyruszyć do Warszawy. Pomimo namów i próśb Irwinga, Tukałło tym razem nie chciał mu towarzyszyć.

— Nie, mój drogi. Mam tylko jeden komplet kości i nie mam zamiaru ich obtłukiwać. Pojadę pociągiem razem z nimi.

— Szkoda, ale cóż na to poradzę — rozłożył ręce Irwing. — Więc państwo nieodwołalnie wyjeżdżają jutro rannym pośpiesznym?

— Nieodwołalnie, niestety — westchnął Gogo.

— Wobec tego będę państwa oczekiwał na dworcu w Warszawie.

Ukłonił się jeszcze raz, zbiegł do samochodu i ruszył.

W Krakowie nie zastał ojca w hotelu. Miał jakąś konferencję, która się skończyła dopiero o jedenastej. Stary pan Irwing przyszedł na kolację do Grandu z jakimś jeszcze grubszym od niego jegomościem, z którym nie tylko robił interesy, lecz widocznie był zaprzyjaźniony... Mówili ze sobą na ty i pan Irwing nie krępował się przy nim w robieniu synowi wymówek z powodu jego rozrzutności.

— Pojęcia nie mam, na co ty tyle pieniędzy wydajesz. O ile wiem, nie sprawiłeś sobie w ostatnich czasach nic kosztowniejszego. Rozumiem jeszcze, gdybyś wydawał na prezenty dla kobiet, ale żeby takie sumy wyrzucać na hulanki tych hultajów i darmozjadów, to mi się po prostu w głowie nie mieści.

Precyzyjnie oddzielił mięso sielawy od ości i zwrócił się do przyjaciela:

— Jesteś, Karolu, świadkiem, że nigdy nie byłem sknerą. Za naszych kawalerskich czasów w mojej garsonierze bywały piękne przyjęcia. Ale do licha, nie była to garkuchnia dla ubogich inteligentów. Wczoraj mi sekretarz mówił, że znowu podniosłeś ze swego rachunku pięć tysięcy.

— Przykro mi, że tatuś w ten sposób tę kwestię porusza — bąknął Fred.

— Nie żałuję ci pieniędzy. Owszem, wydawaj. Nawet na zabawy, ale na jakieś sensowne zabawy. A tak tylko się rozpijasz i żywisz Całą tę nieciekawą bandę pieczeniarzy. Skądże się tu znalazłeś w Krakowie, wracasz z Wiednia?

— Nie, byłem w Zakopanem.

— W Zakopanem? — zdziwił się ojciec. — A cóż ty tam robiłeś o tej porze roku? Przecie tam teraz psa z kulawą nogą nie znajdziesz.

— Znalazłem. I wie tatuś kogo?... Tę dziewczynę, której fotografię tatuś u mnie widział.

Szczęka Irwinga seniora zatrzymała się w ruchu. Odłożył nóż i widelec i pochylił się nad stołem.

— Tę panieneczkę?... Tę z tych powiększeń?

— Tak, tylko to już nie panieneczka. Ma dwudziesty rok i...

I w naturze nie jest gorsza niż na zdjęciu?

— Jest piękna... nie umiem wyrazić jak piękna — mówił Fred przerywanym głosem — jest uosobieniem wdzięku... taktu, uczciwości, inteligencji...

Stary pan poczerwieniał i zawołał:

— No, chwała Bogu! Nareszcie! Nareszcie, drogi Fredzie, ożenisz się! Chodźże, chłopcze, niech cię uściskam!

Był tak uradowany, że nie zauważył posępnej miny Freda.

— A to szczęśliwy traf! No, skończyły się twoje hulanki. Może teraz będzie z ciebie człowiek. Przywiozłeś ją tu z sobą?

— Nie mogłem jej przywieźć i nigdy nie będzie moją żoną — cicho powiedział Fred.

— Dlaczego? — prawie krzyknął pan Irwing i poczerwieniał mocno.

— Bo nie jest wolna. Ma męża.

— Psiakrew! — zaklął przyjaciel ojca.

— Właśnie spędzili w Zakopanem miodowe miesiące — mówił Fred. — Może ojciec zrozumieć... co się ze mną dzieje.

I zagryzł wargi.

Stary Irwing zmarszczył brwi.

— Mój drogi — zaczął. — Jesteś jeszcze bardzo młody i niedoświadczony. Oczywiście to, że jest zamężna, stanowi niejaką przeszkodę. Ale rozpaczać nie ma powodu. Ostatecznie istnieją na świecie rozwody. Nie jestem ich zwolennikiem, ale...

— Ona się nie rozejdzie z mężem — przerwał Fred.

— Kocha go?

— Nie pytałem, ale takie odniosłem wrażenie.

— Co tam wrażenie! — zirytował się stary pan.

— A zresztą, gdyby go nawet nie kochała, nie porzuciłaby go dla mnie.

— To też twoje wrażenie? — parsknął pan Irwing.

— Nie. Powiedziała mi to wręcz.

— Poczekaj. Czy ona wie, kim jesteś?

— Byłem jej przedstawiony.

— Nie o to chodzi. Czy wie, że jesteś moim synem, że jesteś jedną z najlepszych partii w kraju?

— Owszem, wie.

Pan Irwing myślał przez chwilę, wreszcie zapytał:

— A kim jest jej mąż?

Fred wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Zdaje mi się, że jest człowiekiem średnio zamożnym. Nie zajmuje się na razie niczym. Studiował za granicą, robi wrażenie gentlemana. Zdaje się, że zamierza założyć w Warszawie jakieś przedsiębiorstwo czy szukać jakiegoś stanowiska. Nie interesowałem się tymi rzeczami. Wiem, że pochodzi z Wielkopolski. Nazywa się dość dziwnie: Zudra, ale jest na pewno człowiekiem z dobrego towarzystwa.

— Jak się nazywa? — zapytał pan Karol.

— Zudra, Maciej Zudra.

— Zudra? Ależ czekaj pan! Słyszałem o jednym Zudrze, no oczywiście. W całej Wielkopolsce o niczym innym się nie mówi. To niezwykła historia! Zaraz, zaraz, jak ona nazywa się z domu?

— Pomianówna.

Stary przemysłowiec uderzył się po kolanach.

— Ci sami. Teraz już wiem z całą pewnością. To jest ten skandal w rodzinie Tynieckich. Nie słyszeliście o tym?

— Nie.

— Więc było to właśnie przed paru miesiącami. W dobrach Prudy, pod Poznaniem, umarła stara kucharka i przed śmiercią przyznała się, że jej syn, który tam służył jako lokaj, jest prawdziwym Tynieckim, a jedynak Tynieckich, Ryszard czy Robert, bo już nie pamiętam, jest jej synem. Za młodu była ona mamką we dworze i korzystając ze sposobności zamieniła niemowlęta. Otóż przyjechał prokurator, przeprowadził śledztwo i wszystko się potwierdziło.

— Zdumiewające — odezwał się pan Irwing.

— Oczywiście — ciągnął jego przyjaciel. — Dotychczasowy panicz fora ze dwora, a dotychczasowy lokaj wszedł w posiadanie ogromnego majątku. Okazał się jednak wielkoduszny, bo tamtemu dał nawet jakąś rentę, by umożliwić mu małżeństwo ze swoją kuzynką, właśnie Pomianówną.

— Nieprawdopodobne — powiedział pan Irwing. — Wszystko to wydaje mi się jakąś plotką.

— Za autentyczność i ścisłość tych wiadomości ręczyć nie mogę. Ale opowiadano mi to w Poznaniu przed miesiącem. Kto mi to opowiadał?... Zaraz, zaraz... Wolinowski. Mówi nawet, że umyślnie jego żona jeździła do Prudów, by na własne oczy zobaczyć, jak wygląda nowy Tyniecki. Nie zastała jednak ani dawnego, ani nowego. Obaj dokądś wyjechali, zaś pytać nie wypadało. Zudra! No oczywiście. Właśnie dlatego zapamiętałem to nazwisko, że jest takie dziwaczne.

Stary pan Irwing poprawił się na krześle.

— Poczekaj. Wynikałoby więc stąd, że jeżeli to nie jest plotkarski wymysł, ten jegomość, którego Fred widział w Zakopanem, jest synem kucharki, który był wychowany jako Tyniecki?

— Oczywiście.

— W takim razie dlaczego Tynieccy wydali za niego swoją kuzynkę?

— Tego nie wiem. Może już po ich ślubie rzecz wyszła na jaw. A może i cała rzecz jest zmyślona lub przeinaczona. Kto to w takich sprawach może wiedzieć?

Stary pan Irwing wpatrywał się w talerz, na którym leżał nietknięty kawałek combra zajęczego i bębnił palcami po stole. Po długim milczeniu podniósł głowę i spojrzał na syna.

— W każdym razie, mój Fredzie — powiedział z namysłem — gdy spotkasz ich, nie zdradź się, że słyszałeś tę historię. Sprawdzę to i jeżeli uzyskam potwierdzenie, postaram się znaleźć jakieś sposoby dla pomyślnego przeprowadzenia sprawy.

Fred nieznacznie wzruszył ramionami. Po pierwsze, nie wierzył, by opowiadanie przyjaciela ojca opierało się na prawdzie, a po wtóre, jego osobistej sytuacji w niczym to nie zmieniało.

— Nie mam zamiaru — powiedział — powtarzać im tych rzeczy. I bardzo dziękuję tatusiowi, ale uważam, że nic tu zrobić nie można.

— Mówiłem, synu, bardzo trudne sprawy i wiele z nich udało mi się dobrze przeprowadzić. Niczego ci nie obiecuję, ale zrobię wszystko, co będę w stanie zrobić.

— Dzięki — bąknął Fred zdawkowo.

— Nie wezmę się do tego od razu, bo muszę teraz jechać do Budapesztu i do Paryża, ale za miesiąc wrócę. Wiesz co?... Jedź ze mną. Dobrze ci podróż zrobi i poznasz Budapeszt. To piękne i bardzo wesołe miasto.

— Nie, dziękuję tatusiowi. Nie mam ochoty.

— A ja ci radzę: jedź. Nie obawiaj się, że będę cię obcęgami trzymał wciąż przy sobie. Ja tam mam interesy, a ty tymczasem możesz zwiedzić Węgry, a później Francję. Przecie nie możesz wciąż siedzieć w kraju.

— Dziękuję tatusiowi, ale teraz nie mogę. Muszę jutro po południu być w Warszawie.

— Umówiłeś się z... nią?

— Z nimi — poprawił Fred.

— Nocujesz tu, w hotelu?

— Nie, wyjeżdżam na noc. Jestem tu swoim wozem.

— Bez szofera?

— Sam prowadzę.

— No więc, chłopcze drogi, nie pijże na miły Bóg więcej! Jeszcze mi się zabijesz.

I stary pan odsunął kieliszek syna.

Pożegnali się czulej niż zwykle. Fred odchodząc słyszał jeszcze słowa ojca:

— Nie masz pojęcia, Karolu, jak on w niej się kocha.

Przechodząc przez hall Fred kazał służącemu:

— Proszę mi do numeru podać rachunek i butelkę koniaku. Zaraz wyjeżdżam.

— Sługa pana barona, w tej chwili wszystko się załatwi — nisko ukłonił się służący.



Rozdział III

— Więc jeżeli Marysia dostanie rzodkiewki po siedemdziesiąt groszy pęczek — kończyła Kate dyspozycje — proszę wziąć dwa. Jeżeli będą droższe, zrobimy zimową sałatkę. Zdaje się, że jeszcze kilka rydzów zostało w słoiku. I proszę pamiętać. Marysiu, do sztufady nie dodawać ani jednego ziarnka pieprzu, bo to panu szkodzi, a do kremu o dwie łyżki więcej cukru niż ostatnim razem. Pan mówił wtedy, że za mało słodki.

— Dobrze, proszę pani, ja mogę, ale wtedy i tak był przesłodzony.

— Skoro pan tak lubi, nie ma o czym mówić. A rzeźnikowi niech Marysia powie, że zapłaci się zaraz po pierwszym.

Wzięła kulfonami zapisaną karteczkę z rachunkiem i wyszła z buduaru. Zgasiła światło w jadalni i w pokoju Goga. Nigdy za sobą światła nie gasił, a za elektryczność z każdym miesiącem płaciło się więcej. W pokoju Goga było jak na noc za gorąco. Otworzyła okno. Luty tego roku był wyjątkowo wiosenny, temperatura nie spadała poniżej zera i śniegu w mieście nie było wcale. Zajrzała do gabinetu, który służył im jednocześnie jako pokój do przyjęć. Gogo siedział przy biurku w szlafroku. A więc dotrzymał obietnicy — uśmiechnęła się do siebie — rozebrał się i już dziś nie wyjdzie. Nawet do kolacji nie wypił ani kieliszka wódki.

Teraz siedział i opracowywał plan organizacyjny tego projektowanego tygodnika, w który Kate zresztą nie wierzyła, jak w żaden pomysł Kuczymińskiego. Gogo jednak zapalił się do tego i nawet obliczeniami dowiódł, że po roku tygodnik będzie dawał przeszło osiemdziesiąt tysięcy zysku, z czego przypadnie na Goga, jako na administratora i jednego z głównych udziałowców, przeszło trzydzieści tysięcy rocznie.

Przede wszystkim zwątpiła ostatecznie w zdolność Goga do samodzielnej pracy, a patrząc na rzeczy realnie, stokroć wolała, by otrzymał jakąś dobrą posadę. Tu jednak trzeba było walczyć z jego wstrętem do zależności od zwierzchników. Na początku stycznia, dzięki poparciu księcia Załuckiego, został zastępcą dyrektora zarządu interesów jego kuzyna. Po czterech dniach zrezygnował z tego, ku rozpaczy Kate. Baron Irwing już dwa razy proponował mu stanowisko zupełnie dobre. Raz w przemyśle śląskim i raz w Borysławiu. Nie przyjął tego, bo nie chciało mu się wyjeżdżać z Warszawy.

Dziś znowu baron przysłał list, zapraszając Goga na rozmowę jutro o dziewiątej rano. Dlatego głównie tak prosiła go, by nie szedł dziś “Pod

Lutnię". Stamtąd zawsze wracał nad ranem i spał później aż do obiadu, by przez resztę dnia pić syfonami wodę sodową i zjadać po kilka cytryn. Drżała o jutrzejszą konferencję, przeczuwając, że pan Irwing już więcej swoich propozycji nie ponowi. I tak okazał niebywałą, jak na obecne czasy, uprzejmość dla Goga. Dla Kate nie ulegało wątpliwości, że robił to jedynie na prośby syna. Żywiła za to dla Freda wiele wdzięczności, za to i za jego delikatność. Nigdy go przecie o nic nie prosiła. Był taki subtelny, że ani razu nie wspomniał o swoich staraniach u ojca. Przeciwnie, udawał, że o niczym nie wie.

Zamknęła okno, zaciągnęła story i weszła do gabinetu. Gogo podniósł głowę znad papierów.

— Jeżeli się da trójbarwne okładki — powiedział — podniesie to kosztorys o piętnaście procent. Jak sądzisz?

— Myślę, że cenę sprzedażną egzemplarza należy obniżyć do granic możliwości. Ludzie nie mają dużo pieniędzy. W tych warunkach trzeba unikać wszelkich luksusów.

— Bo ty zawsze boisz się ryzyka.

— Nie widzę tu nawet ryzyka, ale...

Zadzwonił telefon. Sięgnęła po słuchawkę i usłyszała ochrypły, gruby głos księcia Załuckiego:

— Czy można prosić pana Zudrę? Tu mówi Załucki.

Gdy dzwonił wieczorem, zawsze udawał, że nie poznaje jej przez telefon. Wiedziała dobrze, o co chodzi: chcieli wyciągnąć Goga do restauracji. Najprościej byłoby odpowiedzieć, że pana Zudry nie ma lub że już śpi. Nie umiała się jednak na to zdobyć.

— Zaraz poproszę — powiedziała i podała mężowi słuchawkę, mówiąc: — Dzwoni Załucki. Nie pójdziesz?

— Mowy nie ma. Nie obawiaj się.

— Dziękuję ci — pocałowała go w czoło. — Idę się rozebrać. Pójdziemy już spać, prawda?

— Tak, kochana, tak.

I odezwał się do słuchawki:

— Halo, jak się masz, Ali Baba.

— Słuchaj Gogo, posłałem po ciebie samochód. Za pięć minut tam będzie. Przyjeżdżaj natychmiast.

— Nie, nie mogę. Dzisiaj nie mogę. Bo co się stało?

— Nic się nie stało, ale jest bardzo wesoło. Zaraz przyjeżdżaj.

— Widzisz, mam moc roboty, to jedno, a po wtóre jestem już rozebrany. Siedzę w szlafroku.

— Więc się ubierz.

— Nie, nie. Jutro rano mam konferencję ze starym Irwingiem. A to, jak zwykle, zaciągnie się...

— Więc obiecuję ci, że o pierwszej wszyscy pojedziemy do domu. Z “Pod Lutni" już nigdzie nie pójdziemy. Poczekaj, bo Zbyszek wyrywa mi słuchawkę.

— Gogo, jeżeli zaraz nie przyjedziesz — rozległ się w słuchawce bełkot Chochli — to będziesz świnia.

Był już mocno zalany. Ktoś tam musiał otworzyć drzwi kabiny telefonicznej, bo w słuchawce rozległ się gwar i dźwięki muzyki. Gogo spojrzał na zegarek. Było dziesięć po dziesiątej.

— Naprawdę nie mogę, Zbyszku — powiedział mniej pewnie.

— Ach, ty pantoflarzu!

— Mam robotę.

— Słuchaj, jest Adam, Tukałło, Jaś, Moniek, Drozd, no wszyscy. Jeżeli nie przyjedziesz, to zobaczysz, że sprzedam portret pani Kate temu parchowi i będziesz miał figę. A zresztą cóż ja cię będę prosił! Łaskę mi robisz czy co?

Słuchawka przeszła znowu w ręce Ali Baby.

— Nie bądźże fajdanem i przyjeżdżaj.

— Zrozum, że obiecałem żonie — zniżył głos Gogo.

— Więc wymyśl coś. Powiedz, że jestem z moją siostrą w “Europie", albo co ci się podoba.

— Zastanowię się jeszcze i jeżeli będę mógł...

— No dobrze. W każdym razie jeżeli nie, to poślij służącego na dół, żeby kazał szoferowi wracać pod “Lutnię".

— Dobrze.

— No to serwus, czekamy.

Gogo odłożył słuchawkę i wstał.

— Posłać służącego — pomyślał ze smutkiem. — Nawet tej kuchty posłać nie mogę, bo już pewno śpi. Jemu się zdaje, że ja mam służącego...

Tu przypomniał sobie, że niedawno sam powiedział Załuckiemu w rozmowie, niby od niechcenia, że coś tam załatwił mu służący. Dlatego właśnie zwlekał z zaproszeniem Załuckiego na obiad. Wszystko w tym mieszkaniu wyglądało tak tanio, tak nie po pańsku.

Odsunął szufladę biurka, z przyzwyczajenia sprawdził zawartość portfelu, chociaż wiedział, że nie ma tam ani grosza. Obok leżała kupka drobnych. Przeliczył. Niewiele ponad pięć złotych.

— Zejdę na dół i dam szoferowi trzy — pomyślał.

Zaczął szybko się ubierać. Zapukał do sypialni Kate. Nikt się nie odezwał, więc odszedł. Była w łazience.

— Kate — zastukał. — Muszę na chwilę zejść na dół. Ali Baba przysłał po mnie samochód.

— Przecież dałeś mi słowo, że zostaniesz w domu.

— No tak — pstryknął niecierpliwie palcami. — Toteż ja tylko odprawię szofera... Chociaż tam mają jakąś ważną sprawę w związku z tygodnikiem...

— Gogo... — zaczęła, lecz przerwał jej.

— Ależ mówię ci, Kate, że nie pojadę. Tylko nie mam drobnych na napiwek dla szofera. Czy tobie już nic nie zostało?

— Nic, może kilkadziesiąt groszy. Leżą w szufladzie. Tylko nie weź tych dwudziestu siedmiu złotych, bo to jest na opłacenie telefonu.

— Dobrze.

— I nie jedź, Gogo.

— Nie, nie, najwyżej... No, na dziesięć minut tam wpadnę.

— Gogo! — zawołała, ale on już udał, że nie słyszy.

W szufladzie Kate leżało na rachunku telefonicznym kilka monet. Po sekundzie wahania wziął dziesięć złotych. I tak ich nie wyda, ale na wszelki wypadek trzeba mieć przy sobie, chociażby na napiwki czy papierosy.

Gdy znalazł się na schodach, zatrzymał się.

— Daję sobie słowo, że przed północą wrócę — postanowił.

Nim jednak doszedł do parteru, opadły go refleksje. Co tam teraz dzieje się z Kate? Co pomyśli sobie, gdy zobaczy, że wziął dziesięć złotych, że włożył ciemne ubranie? Gdy nie wróci po upływie kilku minut?... Czy ona, której nigdy nie umiał przeniknąć, nie zacznie nim pogardzać?...

Zatrzymał się, bo uderzyła go jak obuchem najstraszniejsza myśl:

— Czy nie przyjdzie jej do głowy, że niczego innego po mnie nie mogła się spodziewać, że moje słowo honoru dlatego nic nie znaczy, że pochodzę od... chamów?...

Czuł się tak, jakby wymierzono mu policzek.

— Nie, nie, byle nie to — zgrzytnął zębami.

Sięgnął do kieszeni, odliczył trzy złote dla szofera. Da mu to i każe jechać z powrotem ,,Pod Lutnię".

Przeszedł sień, bramę. Tuż przy chodniku połyskiwała w świetle latarń długa czarna limuzyna. Obok stał szofer w granatowej liberii z mitrą na czapce. Gdy tylko zobaczył Goga, służbiście zdjął czapkę i szeroko otworzył drzwiczki auta, mówiąc:

— Moje uszanowanie, jaśnie panu.

— A, dzień dobry, Józefie... — niepewnie odpowiedział Gogo.

Wahanie trwało jednak sekundę. Wsiadł, drzwiczki się zatrzasnęły

i auto bezgłośnie ruszyło z miejsca.

Kate po wyjściu z łazienki rzeczywiście zajrzała do szufladki w toalecie, potem powoli ją zamknęła, przechodząc przez sypialnię Goga rzuciła okiem na jego jasne ubranie, które zdjął po kolacji, zgasiła światło w przedpokoju, dłuższą chwilę stała w ciemności bez ruchu, sprawdziła, czy drzwi są dobrze zatrzaśnięte, i wróciwszy do gabinetu, usiadła przy biurku. Wzrok jej przesunął się po własnej fotografii i zatrzymał się na rozrzuconych papierach. Między tabelami, notatkami i wykazami pstrzyły się odruchowe rysuneczki. W rogu, odgrodzone ramką, było jakieś zestawienie: Fredowi — 300, Ali Babie — 450, Adamowi — 100. Przy tej ostatniej cyfrze dodał: “Pilne". Na innej kartce notatek margines zapisany był obliczeniami: Auto 20.000, Willa rocznie 8.000. Lokaj i szofer łącznie 3.600, sezon na Riwierze — 6.000...

Zadzwonił telefon. Mówił Polaski. Mówił zupełnie poprawnie, ale poznała od razu, że nie jest trzeźwy.

— Pani Kate! Jeszcze pani nie śpi?... Niech się pani nie przejmuje Gogiem. Nie chcę w stosunku do niego być nielojalny. Daleki jestem od tego. Siedzimy tu razem i pojąć nie mogę, jak on zdobywa się na to, by zostawiać panią. Panią! Ja wiem, że pani tam nie płacze ani nie rozpacza. To nie byłoby w pani stylu. I nie o panią tu mi chodzi, lecz o niego. Robi na mnie wrażenie człowieka, który goni za liczmanami, gubiąc po drodze złoto.

— Złoto, panie Adamie, też ma wartość względną — powiedziała. — A zresztą nie widzę nic złego w tym, że mój mąż ma jakąś rozrywkę.

— Więc dlaczego pani nie przychodzi z nim, jeżeli uważa to pani za rozrywkę?

— Kwestia gustu. Nie lubię restauracji ani dancingów.

— O, ja rozumiem panią. Też nie cierpię tego.

— Niezły żart — spróbowała zaśmiać się.

— Wcale nie żart. Po prostu nie mam domu. Gdybym był na miejscu Goga! Boże!... Klęczałbym...

— ... u pani stóp — ironicznie zakończyła Kate.

— Dlaczego pani ze mnie drwi? Czy zasługuję na to? Chciałem powiedzieć, że na klęczkach co dzień dziękowałbym Opatrzności.

— Niech pan nie wysila się na banalności, których sam nazajutrz będzie się pan wstydził. A teraz niech pan wraca do swego towarzystwa, bo tam tęsknią za panem.

— Pani Kate!... Mam pani tyle do powiedzenia... Niech mi pani pozwoli przyjechać! Na godzinkę!... na pół!...

— Dobranoc, panie Adamie.

— Jedna sekunda! Błagam. Przecież przed kilku dniami był u pani Tukałło i siedział do pierwszej. A teraz zaledwie kilka minut po jedenastej.

— Pan Tukałło to zupełnie co innego.

— Czy... czy mam to przyjąć jako komplement?

— Jeżeli panu z tym dogodnie.

— Pani Kate. Przecie pani wie, że z mojej strony nie grozi pani nie tylko jakieś słowo, które mogłoby panią obrazić, ale nawet spojrzenie, które zawierałoby coś innego niż uwielbienie, pełne czci uwielbienie. Przecie pani mnie zna!

Zaśmiała się.

— Owszem. Znam również siebie.

— No właśnie. Nie wyobrażam sobie, by od kogokolwiek mogła panią spotkać obraza, by ktokolwiek mógł pani uchybić czy przekroczyć dystans, który mu pani wyznaczy.

— Niestety, przecenia pan moje właściwości w tym kierunku. I zaraz panu dam dowód: przed kilku minutami powiedziałam panu dobranoc.

— Ma pani rację — zmieszał się. — Jestem natrętem. Proszę mi wybaczyć. Dobranoc pani. Może trochę za dużo wypiłem. Ale dlatego. Ale chcę pani jeszcze tylko jedno zdanie powiedzieć. Jeżeli miałbym do wyboru, czy stać się Sewerem, którego pani może przyjąć o każdej porze, czy zostać sobą i kochać panią, nawet jej nie widując, zawsze wolałbym zostać sobą. Niech pani mi nie odpowiada, bo wiem, że pani na to nic odpowiedzieć nie chce i nie może. A teraz dobranoc. Dobranoc, pani Kate.

— Dobranoc, panie Adamie.

Nie zdążyła się jeszcze położyć, gdy znowu odezwał się telefon. Dzwonił Gogo. Jak zwykle, tłumaczył się, że jest wesoło, że nie chcą go puścić, że prawie nic nie piją. Język mu się plątał. Zapewniał, że za godzinkę wróci. Prosił, by nie gniewała się, przysięgał, że ją kocha, wyrażał nadzieję, że będzie dobrze spała.

Odpowiedziała:

— Dobrze, Gogo. Wesołej zabawy.

— Dziękuję, Kate. Jesteś aniołem.

Wyłączyła aparat, by jej nie budzono. Wiedziała, że będzie dzwonił jeszcze nieraz w ciągu nocy. Gogo, Polaski, nad ranem czasem Tukałło lub Chochla ze swymi impertynenckimi duserami.

Położyła się i wzięła list ciotki Matyldy. Chciała go jeszcze raz przejrzeć. Nadszedł przed samym obiadem i czytała go w pośpiechu.

Pani Tyniecka pisywała rzadko. Listy jej, chociaż nacechowane szczerą serdecznością dla siostrzenicy i dla Goga, miały cierpki, pesymistyczny posmak. Narzekała na starość i na osamotnienie. W poprzednich wyrażała przypuszczenie, że może się zmieni w Prudach na lepsze, gdy przyjedzie Roger, nadmieniała mimochodem, że bawi obecnie w Wiedniu, potem w Lipsku.

Teraz w liście była o nim tylko krótka wzmianka:

,,... Mój syn przyjechał na kilka dni do Prudów wraz ze swoim przyjacielem, jakimś zdeklasowanym baronkiem austriackim, który o ile mogłam wywnioskować z ich stosunku, jest czymś w rodzaju guwernera czy instruktora. Wkrótce wyjeżdżają do Ameryki".

Ten dziwny ton pani Matyldy kazał się domyślać, że między nią i synem nie doszło do takiego zbliżenia i wzajemnego zrozumienia, jakiego się spodziewała.

W zakończeniu stara pani pisała:

“Mówił mi mecenas Himler, że pisał doń Twój mąż, zapytując, czy nie może otrzymać trzech tysięcy awansem ze swej renty. Przykro mu było odmówić, ale niestety, co i ja muszę potwierdzić, wydano mu pod tym względem tak ścisłe dyspozycje, że przekroczyć ich nie może bez narażenia się na utratę swego stanowiska radcy prawnego mego syna, którego zainteresowanie w stosunku do gospodarki Prudów ograniczyło się jedynie do przejrzenia rachunków tej właśnie renty".

Kate zgasiła światło i próbowała zasnąć. Długo jednak uporczywe myśli nie dały jej zmrużyć oczu. Pamięć wróciła do owych szczęśliwych i pogodnych lat, spędzonych przy ciotce w Prudach. Z jakimż spokojem patrzyła wówczas w przyszłość, jak mocno wierzyła, że los jej przeznaczył to, co sama sobie wybrała, i że nic nie zdoła zaburzyć jej życia. Wychodząc za Goga nie spodziewała się znaleźć w małżeństwie szczęścia. To, co znalazła, nie było nawet jego namiastką, a chwilami zdawało się zupełnym bankructwem wszelkich nadziei. Zdarzały się dni, gdy popadała wręcz w rozpacz. Zawstydzały ją zarówno ujemne cechy męża, jak i wybuchy jego czułości, w których z dniem każdym widziała coraz lepiej płytkie dno jego natury. Zawstydzały. Nie był ani zły, ani głupi, ale brakowało mu jakiejkolwiek treści, brakowało charakteru, brakowało dążeń ku czemuś wyższemu ponad życie, ponad sytość, ponad tani snobizm. A nawet i w tych dążeniach nie umiał zdobyć się na wytrwałość. Był zdolny do takich samoponiżeń, jak zwrócenie się do Himlera o pieniądze, i do takich nielojalności, jak robienie tego poza jej plecami.

Nie pokazała mu listu pani Matyldy. Chciała mu oszczędzić nowego upokorzenia. Jeszcze łudziła się, że stanąwszy na twardym gruncie, że zająwszy jakieś stanowisko, odzyska i dumę dawną, i te wartości, których się w nim dopatrywała, a o które wciąż nie przestawała walczyć. Nie mniej wysiłków wkładała w to, by przed nim, by tym bardziej przed ludźmi ukryć swoje rozczarowanie i smutki. Dlatego bolały ją bardzo takie rozmowy jak dzisiejsza z Polaskim, takie spojrzenia, jak spojrzenia Freda, w których było i zrozumienie, i współczucie, i nieledwie litość.

Zasnęła na kilka zaledwie godzin i wstała o ósmej. Goga jeszcze nie było. Ostatnimi czasy zdarzało się, że wracał bardzo późno. O tej porze jednak zawsze już był w domu. Zaniepokojona postanowiła zadzwonić do Freda. Ledwie jednak włączyła telefon, zjawił się Gogo. Wyglądał strasznie w pogniecionym meloniku, w palcie umazanym błotem, z twarzą obrzmiałą i z wielkim sińcem pod prawym okiem. Był zupełnie nieprzytomny. Zataczając się upadł. Nie miała dość sił, by go podnieść. Bełkotał jakieś niezrozumiałe wyrazy. Wreszcie udało mu się wstać i dobrnąć do łazienki. Kate cofnęła się od progu i zamknęła drzwi. Uciekła do najdalszego pokoju, zatykając uszy, by nie słyszeć ohydnych odgłosów wymiotowania.

To już było ponad jej siły. Stała blada i drżąca, kurczowo zaciskając dłonie, bliska omdlenia. Na szczęście zadzwonił telefon. Oprzytomniała i podniosła słuchawkę. Dzwonił Fred Irwing. Pytał, czy Gogo wrócił.

— Odprowadzałem go do domu, ale uparł się i po drodze wsiadł do taksówki. Kazał jechać do Moulin Rouge. Pojechałem za nim, ale tam go nie znalazłem. Szukałem i w innych lokalach, ale na próżno.

— Owszem, dziękuję panie Fredzie, wrócił — odpowiedziała, usiłując nadać głosowi swobodny ton. — Nie widziałam go, bo jeszcze spałam. Zdaje się, że wrócił pod dobrą datą. Musieliście bawić się wesoło. Ale mam do pana pewną prośbę. Chodzi o to, że Gogo miał dziś rano być u pańskiego ojca. Niestety, tak twardo śpi, że nie mam serca go budzić. Czy nie byłby pan tak dobry przeprosić ojca i usprawiedliwić w jakiś sposób niezjawienie się mego męża?

— Dobrze, proszę pani. Załatwię to. Czy pani nic nie trzeba, może jakieś sprawunki czy coś w tym rodzaju?...

— Nie, dziękuję panu — przygryzła wargi, by nie wybuchnąć płaczem.

— Bo ja jestem na mieście. Zdaje się, że miała pani dzisiaj być w Urzędzie Skarbowym. Chętnie panią zastąpię, bo i ja tam...

— Nie, nie, dziękuję, panie Fredzie. To nic pilnego.

— Więc całuję pani ręce i do widzenia.

— Do widzenia, panie Fredzie.

Marynia podała śniadanie. Kate wypiła filiżankę herbaty, lecz nic jeść nie mogła. Po dłuższym czasie wyszedł z łazienki Gogo. Był znacznie przytomniejszy i zielonoblady. Krwawy siniec pod okiem nabrzmiał jeszcze bardziej i wyglądał niesamowicie przy wymuszonym krzywym uśmiechu.

— Jesteś aniołem... — zaczął ochryple. — Wybacz mi... Skandalicznie się zalałem... Tak, ale to już ostatni raz. Daję ci słowo honoru. Ostatni raz... Zaraz się przebiorę i idę do tego starego idioty... Która to godzina?

— Nie możesz iść w takim stanie — odpowiedziała spokojnie. — Zresztą telefonował Fred i prosiłam go, by cię wytłumaczył przed ojcem.

— Jesteś aniołem — rozczulił się. — A ja jestem świnią. A Fred wcale nie jest taki poczciwy, jak sądzisz. To wszystko dlatego, że durzy się w tobie. Myślisz, że ja tego nie rozumiem? Aha... zaraź, zaraz...

Zaczął niezdarnie wyjmować wszystko z różnych kieszeni. Wreszcie znalazł to, czego szukał, kilka banknotów stuzłotowych, wymiętych i wilgotnych, widocznie zalanych winem.

— Służę ci, widzisz, że zawsze o tobie pamiętam — położył je przed nią.

— Skąd masz te pieniądze?

— Skąd? — zaśmiał się. — Bądź pewna, że ich nie ukradłem.

— Mam nadzieję, ale wolałabym wiedzieć, od kogo je pożyczyłeś. Nie jesteś zupełnie trzeźwy i możesz zapomnieć, a nie sądzę, byś chciał się narazić na zarzut, że nie oddajesz długów.

— A ja ci mówię, że jesteś aniołem. Skarb mój najdroższy! Ona o wszystkim myśli. Dawno palnąłbym sobie w łeb, gdyby nie to, że mam ciebie.

— Pożyczyłeś to od Freda?

— Tak, pięćset złotych. Łeb mi trzaska. Pójdę spać. Tylko każ mi postawić przy łóżku wodę sodową i cytrynę...

— Już tam stoi.

— Szczęście ty moje — wyciągnął do niej ręce.

Udała, że tego nie widzi, i powiedziała:

— Połóż się teraz. Obudzę cię o trzeciej. Na obiedzie ma być pan Tukałło.

— Dobrze — odpowiedział pokornie. — Muszę wyglądać obrzydliwie. Dobranoc, Kate. Łeb mi pęka.

— Dobranoc.

— Ale pamiętaj, że dałem ci słowo honoru. Jeżeli nie dotrzymam, masz prawo dać mi w pysk.

— Nie używaj takich słów, Gogo.

— Ale wierzysz mi?

— Wierzę, wierzę. Dobranoc, Gogo.

Gdy zamknął za sobą drzwi, ścisnęła rękami skronie i tak długo siedziała w bezruchu. Potem podniosła się ciężko i zabrała się do swoich codziennych zajęć. Trzeba było przeliczyć brudną bieliznę do prania, sprzątnąć w dwóch pokojach, wyczyścić srebra, no i doprowadzić do porządku łazienkę. Kręciło się jej w głowie, gdy zabrała się do tego, wolała jednak rozchorować się niż kazać Maryni zająć się tą robotą. Już i tego wstydziła się przed nią, że służąca nie mogła nie słyszeć późnych powrotów Goga i jego bełkotów.

Około pierwszej w przedpokoju rozległ się dzwonek. Kate, ścierająca kurze w gabinecie, słyszała, jak Marynia otworzyła drzwi, i później odgłosy rozmowy.

Po chwili Marynia weszła i powiedziała szeptem, podając bilet wizytowy:

— Przyszedł jakiś młody pan. Pytał o naszego pana, a kiedy powiedziałam, że pan śpi, zapytał, czy jest pani.

Kate spojrzała na bilet i drgnęła. Na bilecie było tylko imię i nazwisko: Roger Tyniecki.

— Czego on może chcieć? — przemknęło jej przez głowę.

I ogarnął ją wielki niepokój. Była niemal pewna, że przyjechał, by zawiadomić Goga, że obniża rentę lub nawet cofa ją zupełnie.

— Po co Marynia powiedziała temu panu, że pan śpi? — odezwała się karcąco. — Mówiłam już Maryni nie raz, że trzeba zawsze najpierw mnie spytać. Niech Marysia prosi tego pana tutaj.

Prędko zdjęła fartuch i odłożyła ściereczkę. Wszedł i zatrzymał się przy drzwiach. Zmienił się bardzo, prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie widziała go tak ubranego. Miał na sobie dobrze skrojone brązowe ubranie i ciemnoczerwony krawat. Poza tym nosił teraz krótki, przystrzyżony wąs. Jego spojrzenie wydało się Kate krytyczne, ostre i przenikliwe.

— Najmocniej panią przepraszam za moje najście — powiedział. — Właściwie miałem interes do męża pani. Skoro jednak nie mogę go zobaczyć, musiałem trudzić panią. Zatrzymałem się w Warszawie dosłownie na kilka godzin.

— Ależ bardzo miło mi pana widzieć — odpowiedziała konwencjonalnie, podając mu rękę. — Proszę, niech pan siada.

— Dziękuję pani.

Usiadł i dość niedyskretnie rozejrzał się po pokoju.

— Pisała mi ciocia — zaczęła Kate — że wybiera się pan w podróż.

— Tak, proszę pani. Właśnie dziś wyjeżdżam do Londynu, a stamtąd do Ameryki.

— Nie zabawił pan długo w Prudach.

— Skróciłem mój pobyt w Prudach rozmyślnie. Z dwóch powodów, których się pani z łatwością domyśli.

— Niestety, nie jest to tak łatwe.

— Owszem. Nie lubię się nikomu narzucać, a spostrzegłem, że matka nie jest bynajmniej z mego przyjazdu zadowolona. To jedno, a drugie jest to, że nie dziwię się jej wcale. Jestem jeszcze za mało okrzesany, chociaż nie żałowałem wysiłków, by nabrać ogłady.

— Nie wywnioskowałam tego z listu cioci, by była niezadowolona z pańskiego przyjazdu, ani też by zarzucała panu brak obycia.

— W takim razie w liście była łaskawsza dla mnie niż w osobistym zetknięciu. Powiedziała mi tylko, że nabrałem pewności siebie, co należało rozumieć: tupetu.

Uśmiechnął się gorzko i dodał:

— Miała zresztą rację, co i pani niewątpliwie zdążyła już stwierdzić.

— Myli się pan — potrząsnęła głową. — Nic ujemnego o panu nie pomyślałam.

Chrząknął i zmarszczył brwi.

— Przejdźmy jednak do sprawy, która mnie tu sprowadziła. Czy pani interesuje się sprawami męża?... To jest, czy pani wie coś o nich?

— Sądzę, że tak.

— Otóż mąż pani otrzymuje z Prudów rentę...

— Wiem o tym.

— Renta jest wysyłana przez mecenasa Himlera, jak to sprawdziłem, bez uchybienia terminów, każdego pierwszego. Pan Himler przedstawił mi jednak list pana Zudry z prośbą o trzy tysiące awansu. Przyznam się, że nie wiem, co o tym żądaniu sądzić, i przyszedłem, by rozmówić się osobiście z panem Zudrą. Skoro jednak pani taka łaskawa, pozwolę sobie zapytać: co to ma znaczyć?

Kate zaczerwieniła się.

— Tak dalece nie jestem poinformowana.

— A mogę panią prosić o szczerą odpowiedź?

— Słucham pana.

— Czy renta, którą pan Zudra otrzymuje, może wystarczyć państwu na dostatni, przyzwoity tryb życia?

Zawahała się. Nie wiedziała, do czego zmierza jego pytanie. Postanowiła też odpowiedzieć zgodnie z własnym przekonaniem. Skinęła głową:

— Myślę, że tak.

— Więc skąd ta prośba o awans?

— Nie wiem. Mąż miał może jakieś wydatki. Może zamierzał wziąć udział w jakimś przedsiębiorstwie. Nie umiem panu tego wyjaśnić.

Roger przygryzł wargi.

— I ja będę szczery, proszę pani. Otóż otrzymałem informacje, że pan Zudra prowadzi życie rozrzutne. Mniejsza o to, w jaki sposób uzyskałem te wiadomości i od kogo. Wystarczają mi w każdym razie do wyrobienia sobie opinii, że udzielanie panu Zudrze jakichś awansów czy zapomóg byłoby wyrzucaniem pieniędzy za okno. Wchodzi tu w grę jednak i druga strona sprawy. Pan Zudra jest moim powinowatym, gdyż został mężem pani, mojej kuzynki.

Lekko zarumienił się i dodał:

— Proszę mi wybaczyć, że ośmielam się przypominać to pokrewieństwo, ale to też kwestia tupetu.

— Wcale tak nie myślę — usiłowała uśmiechnąć się.

— Otóż — przełknął ślinę — chciałbym z tego względu potraktować prośbę pana Zudry przychylnie. Chodzi oczywiście o długi. Wiem, że komornego państwo nie zapłacili za dwa miesiące. Czy dużo jest takich zaległości?

— Takich domowych — odpowiedziała Kate patrząc w ziemię — coś około dziewięciuset złotych. Ściśle dziewięćset czterdzieści.

— A ile wynoszą inne długi?

— Koło dwóch tysięcy, sądzę.

Skinął głową.

— Otóż, proszę pani, zostawiam tu tysiąc złotych na pokrycie długów domowych do wyłącznej dyspozycji pani. Jestem przekonany, że jeżeli poproszę, by te pieniądze na nic innego nie były użyte — podkreślił z naciskiem — a pani łaskawie mi to obieca, mogę tego być pewien.

— Może pan być pewien — odpowiedziała cicho.

Sięgnął do kieszeni i położył kilka banknotów na stole. Po dłuższym milczeniu zaczął znów mówić:

— Natomiast co do osobistych długów pana Zudry, gotów jestem je pokryć, pod warunkiem wszakże, a raczej pod dwoma. Mianowicie pan Zudra nie dostanie tych pieniędzy do ręki. Prześlę panu Himlerowi wykaz długów wraz z adresami wierzycieli, a pan Himler odeśle im pieniądze, zaznaczając, że czyni to na polecenie pana Zudry. Zrobi to jednak tylko w tym wypadku, jeżeli pan Zudra dołączy do wykazu zobowiązanie pod słowem honoru, że więcej żadnych pożyczek nie będzie zaciągał. Pragnę dodać, że w wypadku niedotrzymania tego zobowiązania renta automatycznie zostanie wstrzymana. Niezmiernie mi przykro, proszę pani, że muszę tak stawiać tę sprawę, i to w dodatku wobec pani. Ale już wydałem odpowiednie instrukcje adwokatowi, a jak zaznaczyłem, wyjeżdżam zaraz i na obudzenie się pana Zudry czekać nie mogę.

— Rozumiem pana — odezwała się ledwie dosłyszalnie.

— Proszę mi wierzyć, że te nieprzyjemne warunki stawiam bynajmniej nie dlatego, że do pana Zudry nie żywię szczególniejszej sympatii i że chcę mu dokuczyć. Uchowaj Boże. Po prostu mam przeświadczenie, że działam z korzyścią państwa obojga. Nie jestem skąpy i mam więcej niż mogę wydać. Nie bawi mnie, proszę pani, wydawanie pieniędzy. Nikomu nimi nie chcę imponować, a wymagania i potrzeby mam skromne. Ale dlatego właśnie nie widzę racji, dla której ktoś inny miałby te pieniądze marnować.

— Rozumiem pana — powtórzyła Kate, nie podnosząc oczu.

Jego oschły ton i te sztywne mentorskie słowa sprawiły jej niemal fizyczną przykrość. Oto nie z własnej winy musiała znosić te upokorzenia, musiała wysłuchiwać jakby strofowania, jakby nagany. Jakże bardzo zmienił się ten człowiek. Lubiła go dawniej, gdy był nic nie znaczącym panem Maćkiem. Pod jego służbistością i poprawnością oficjalisty wyczuwała wówczas naturę, jak się zdawało, wrażliwą, zdolną do wzruszeń i ofiarności! Był w domu czymś miłym, dyskretnym sprzętem, który się zna i do którego ma się zaufanie, oparte nie tylko na znajomości, ale i na przeświadczeniu, że wewnętrzna jego wartość wyklucza jakikolwiek zawód.

I jakże się zmienił. Osiągnięte bogactwo zrobiło zeń pewnego siebie, oschłego i szorstkiego człowieka, który w poczuciu swej przewagi matérialnej dyktował, zapewne słusznie i sprawiedliwie, ale jakże poniżające warunki, potrafił być obojętny, bezwzględny i tak tanim kosztem wspaniałomyślny.

— Nie wiem, kiedy wrócę do kraju — mówił nie zmieniając tonu — zamierzam odbyć większą podróż i prawdopodobnie zatrzymam się na dłużej w kilku miastach zachodniej Europy. Obecnie nie jestem w stanie podać swoich przyszłych adresów. Jeżeli tedy pani będzie chciała porozumieć się ze mną, proszę kierować listy do mecenasa Himlera, który mi je prześle.

Zrobił pauzę i mówił dalej w taki sposób, jakby nauczył się tego na pamięć:

— Gdyby zaszły jakieś okoliczności, że wolałaby pani nie mieszkać w Warszawie, proszę panią najuprzejmiej nie zapominać, że jestem pani krewnym i że dla pani Prudy zawsze stoją otworem. Może je pani zawsze uważać za swój dom, tak jak było dawniej.

Chciała odpowiedzieć, że nie przewiduje takich okoliczności, że w żadnym wypadku nie skorzysta z łaskawego chleba ofiarowanego jej z tak wyraźnie podkreślonym lekceważeniem jej męża, opanowała się jednak i powiedziała tylko:

— Dziękuję panu.

Zapanowało milczenie. Czuła, że wypada jej z tytułu uprzejmości pani domu wobec gościa podjąć rozmowę, rozumiała, że rozsądek nakazuje pozyskanie sobie sympatii tego człowieka, że leży to w interesie Goga, ale nie umiała zmusić się do wypowiedzenia chociażby jednego słowa.

Po chwili i on widocznie to odczuł, gdyż wstał i skłonił się.

— Pani pozwoli, że ją pożegnam.

Podała mu rękę.

— Życzę panu miłej podróży.

— Bardzo pani dziękuję.

Pocałował ją w rękę i skierował się ku drzwiom, przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił, jakby chcąc jeszcze coś powiedzieć, lecz tylko skłonił się sztywno i wyszedł.

Gdy zatrzasnęły się drzwi, Kate spojrzała na zostawione przez Tynieckiego pieniądze i wzdrygnęła się. Po raz pierwszy w życiu miała poczucie własnej małości, bezsilności, niemal nicości. I rzecz dziwna, nie miała o to żalu do bezpośredniego sprawcy tego upokorzenia, lecz do męża. On ją na to naraził, on wytworzył taką sytuację, w której z pokorą musiała wysłuchać tylu przykrych słów. Było coś oburzającego już w tym, że spał po pijatyce wówczas, gdy ona musiała świecić oczami za jego postępki i samym milczeniem, samą uległością wypraszać względy dla niego.

Jakkolwiek doznała dotkliwej przykrości, wolała, że się tak stało, że Gogo nie zetknął się z Tynieckim. Mogło to doprowadzić do jakiegoś nieobliczalnego wybuchu ze strony Goga i do katastrofalnych następstw z cofnięciem renty włącznie. Kiedyś, na początku pożycia małżeńskiego, może by nawet tego pragnęła. Wówczas wierzyła jeszcze, że Gogo zdolny jest do aktywności życiowej, do zdobycia własnymi siłami niezależnego bytu, że trzeba mu dać jakiś impuls, a właśnie zamknięcie dopływu darowanych pieniędzy byłoby takim impulsem. Dzisiaj nie miała już żadnych złudzeń. Mogła liczyć jedynie na szczęśliwy zbieg okoliczności, na przypadek czy protekcję i na własne wysiłki. Zbyt późno, niestety, zdała sobie sprawę z tego, że ten człowiek wychowany w zbytku, przyzwyczajony do niemal nieograniczonych możliwości finansowych, bez najmniejszej troski o nic, nie jest przystosowany psychicznie do walki o byt, nie ma żadnych ambicji uniezależnienia się od czyjejś łaski ani zajęcia jakiejś pozycji w społeczeństwie.

Teraz po wizycie Tynieckiego i po liście ciotki Matyldy przyszło jej na myśl, że widocznie bogactwo na każdego może działać demoralizująco, destruktywnie, osłabiająco. Bo i ten człowiek z chwilą uzyskania bogactwa czymże się stał?... Kiedyś na swoim skromnym stanowisku oficjalisty dworskiego był doskonałym pracownikiem, jednostką nie wybitną wprawdzie, ale pożyteczną, niemal niezastąpioną. Teraz stał się czymś dziwnie niepotrzebnym, nawet śmiesznym. Wziął sobie jakiegoś zdeklasowanego — jak pisała pani Matylda — barona, który oczywiście pasożytuje przy nim, w zamian za uczenie go dobrych manier. I podróżuje. Zamiast zająć się Prudami, podróżuje. Jakiż jest sens tego rodzaju egzystencji? Bo nawet nie chęć użycia. Sam podkreślił, że wydaje mało, a zresztą z jego sztywnością i oschłością trudno w wyobraźni połączyć jakąkolwiek radość życia.

Nie mogła pozbyć się sugestii, że Tyniecki, wychowany jako prostak, rozmyślnie i naiwnie przybrał ten sposób bycia, uważając, że przez to zyskuje na pańskości. Nie mogła nie przyznać w duchu racji pani Matyldzie, gdy ta skarżyła się na obcość, jaką czuje w stosunkach między nią i synem.

Spojrzała na zegar i zapukała do sypialni Goga. Nie spał już. Powietrze w pokoju miało wstrętny odór przetrawionego alkoholu. Stanęła z daleka od łóżka, by nie dolatywał do niej oddech nasycony tym obrzyd-

liwym zapachem. Gogo, jak zwykle po pijaństwie, był przygnębiony i zrezygnowany. Nie zdziwił się zbytnio, usłyszawszy o wizycie Tynieckiego, bez sprzeciwu zgodził się na jego warunki.

— To nawet ładnie z jego strony — zauważył — że on chce zapłacić moje długi, a z tego, że nie wspomniał o potrąceniu tej kwoty z renty, wnioskuję, że nie myśli o tym. Zresztą to nawet będzie dość elegancko wyglądało, gdy adwokat w moim imieniu odeśle im pieniądze.

— Nie wiem, czy elegancko — odpowiedziała Kate — ale w każdym razie nie zaszczytnie dla ciebie.

— Dlaczego?

— Bo dowodzi, że on nie chce ci dać tych pieniędzy do ręki. Widocznie obawia się, że nie popłacisz długów.

— Ach — skrzywił się Gogo — oczywiście, że to jest chamstwo, ale o tym przecie nikt nie będzie wiedział.

— Ty wiesz.

— Oj, Kate! Nie męcz mnie. No wiem, wiem, że los zepchnął mnie do roli ściganego zwierzęcia. Cóż ja na to poradzę?

Wzruszyła ramionami.

— Mówisz, wybacz, bez sensu. Jesteś młody, zdrowy, masz wszystkie warunki do osiągnięcia niezależności. I tylko samochcąc doprowadzasz do tego, że...

— Zlituj się, Kate — przerwał. — Jestem zupełnie chory, a ty mi prawisz morały.

Spojrzała na rozrzucone w nieładzie ubranie i powiedziała:

— Wstawaj już. Tu trzeba sprzątnąć.

— Dobrze. A jest piwo do obiadu? Szalenie chce mi się piwa.

— Owszem, będzie — powiedziała Kate i wyszła.

— Czekaj! — zawołał za nią. — Czy ja ci mówiłem, że na obiedzie będzie Jola Horoszczańska?

— Kto? — zapytała zdumiona.

— Jola Horoszczańska. Zaprosiłem ją wczoraj.

— Któż to taki?

— Świetna kobieta. Malarka. Ona jest w przyjaźni z wszystkimi szatanami. Umyślnie chciałem, byś ją poznała. Nudzisz się sama, a to czarująca kobieta. Wróciła teraz z Paryża. Wysokiej klasy kobieta. No i śliczna jak marzenie.

Kate powiedziała spokojnie:

— Nie mam nic przeciw zaproszeniu na obiad kogokolwiek. Prosiłam cię jednak już nieraz, byś zawiadamiał mnie o tym wcześniej. Sam powinieneś rozumieć, że...

— Rozumiem — przerwał — ale zaprosiłem ją po pijanemu. A zresztą możesz posłać Marysię po jakieś dodatki do restauracji. Jeżeli nie wszystko będzie w porządku, to upewniam cię, że ona nie weźmie ci za złe. To cygańska natura, chociaż jest damą z towarzystwa.

— Jeżeli jest damą z towarzystwa — odpowiedziała Kate — jestem przekonana, że potraktuje twoje zaproszenie jako nietakt i nie przyjdzie.

— Może i nietakt — zniecierpliwił się — ale przyjdzie na pewno. Przyjdą razem z Sewerem. Nie znasz jej. Mówię ci, że coś zupełnie nadzwyczajnego.

— Dlaczego mówisz o niej tak poufale?

— Wypiliśmy brudzia.

Nic nie odpowiedziała i poszła do kuchni, by wydać nowe dyspozycje. Teraz dopiero przypomniała sobie, że o tej pani mówił jej kiedyś Kuczymiński, czy też Chochla, jako o osobie ekscentrycznej i prowadzącej się nader swobodnie. Dotychczas z towarzystwa tych panów poznała tylko zdolną skrzypaczkę, pannę Lulu Brzeską, zwaną Pupsem, dość miłą i naturalną panienkę o zupełnie średniej inteligencji. Gdy wypowiadała o czymś swoje zdanie, Chochla mówił, wzdychając:

— Pups, a możebyś nam lepiej co zagrała?

Punktualnie o czwartej obiad był gotów, na gości jednak wypadło czekać prawie pół godziny. Tukałło w przedpokoju rozpoczął tyradę z przeprosinami, zwalając całą winę na towarzyszkę.

— Serce mi się krajało na myśl, że spóźniam się na obiad i że wszystko będzie wysuszone. Ale ta lekkomyślna kobieta przebierała się tak powoli, jakby mnie chciała sprowokować do pomocy. Jej jest wszystko jedno, co je i w jakim stanie. Nie ryzykuje zębami, bo ma sztuczne, ani żołądkiem, bo ma strusi...

— Przestań paplać, nudziarzu — przerwała mu — pozwól mi się przyjrzeć pani Kate. Nadzwyczajne! Oni nic nie przesadzali! Cóż za wspaniała uroda! Pozwoli pani, że ją uściskam?...

I nie czekając na zgodę Kate objęła ją i pocałowała w policzek.

— Miło mi panią poznać — zdawkowo powiedziała Kate.

— A ja jestem wręcz zachwycona! — wypaliła pani Jolanta. — Przez całą noc wszyscy mi opisywali panią. Ten cymbał Chochla rysował mi panią na serwetkach. No spójrz, Gogo, jaką ty masz żonę!

— Co dzień patrzę i co dzień oczom nie wierzę — zapewnił Gogo.

— Kocham panią! — zawołała pani Jolanta.

— Proszę państwa — uśmiechnęła się Kate — obiad jest na stole.

— Co widzę! — zawołał Tukałło — szpik na tostach! O Boże, czy aby nie zastygł?!

Gogo nalewał kieliszki. Kate siedząc naprzeciw pani Jolanty przyglądała się dyskretnie. Nie robiła miłego wrażenia. Bardzo czarne włosy, gładko rozczesane na środku głowy, uwypuklały czoło zbyt duże, skośnie przekreślone dwiema wąskimi liniami brwi. Wydatny orli nos, jarzące się oczy i małe, lecz grube, zmysłowe usta przy niezwykle białej, porcelanowej cerze nadawały tej twarzy wyraz zmysłowości, agresywności i przebiegłości. Szczupła i wysoka, miała zbyt szerokie biodra i — co już w przedpokoju zauważyła Kate — kształtne, lecz może zbyt grube łydki. Cały dół jej postaci od pasa wydawał się znacznie cięższy i masywniejszy od góry, przypominając odwłok owadzi i nadając całej figurze wyraz jakiejś samiczności. Do swego wzrostu miała nieproporcjonalnie małe stopy i ręce, i na pierwszy rzut oka mogła uchodzić nawet za nieładną. Natomiast niepodobna było odmówić jej dużego wdzięku z tymi ruchami żywymi i leniwymi zarazem, i z głosem dźwięcznym i drażniącym.

Tukałło w swój zwykły sposób omawiał ubiegłą noc, nie żałując złośliwych przytyków nikomu.

— Powiadam pani — mówił, zwracając się do Kate — że już w trzeciej knajpie wszyscy wyglądali jak stado małp, wypuszczonych ze zwierzyńca na wilegiaturę. Strąkowski wył swoje wiersze o jakichś fioletach, Ali Baba dął w saksofon, Chochla tłumaczył jakiejś nieznajomej damie przy sąsiednim stoliku, że jest geniuszem. Pups obficie polana cocktailami płakała rzewnie, Jolanta pomadką do ust narysowała Polaskiemu zawiesiste wąsy i hiszpańską bródkę, Gogo siedział pod stołem, badając główniejsze mięśnie jej łydek, Drozd robił fordanserowi scenę zazdrości o jakiegoś rudzielca, a ja rozglądałem się zdumiony i dotknięty w mojej godności człowieczej po tej menażerii, szukając na próżno odpowiedzi na pytanie: skąd ja się znalazłem w arce Noego?

Gogo zmieszał się i powiedział:

— Zmyślasz, Sewer. A zresztą byłem rzeczywiście zalany i nic nie pamiętam.

— Doszczętnie zalany — zaśmiała się pani Jolanta.

— Jeżeli zachowałem się wobec ciebie nieprzyzwoicie — zwrócił się do niej Gogo — najmocniej cię przepraszam.

— Ach, byłeś bardzo zabawny. Czy wie pani, czym mnie przez cały czas bawił?

Kate uśmiechnęła się prawie swobodnie.

— Trudno mi się domyślić.

— Zachwytami nad panią!

— Czy i tam, pod... stołem?

— Nie myli się pani — wybuchnęła długim śmiechem. — To właśnie było najnikczemniejsze. Sewer, co ja mu wtedy powiedziałam?... Aha, że powinien zostać masażystą, ale dla panów. Żadna kobieta nie miałaby dość cierpliwości, by wysłuchać przy tym zabiegu tylu komplementów pod adresem innej. A pamiętacie, jak Polaski pokłócił się z Fredem, gdy Fred Goga chciał wyciągnąć spod stołu?

Kate powiedziała spokojnie:

— Wie pani, że dlatego właśnie wolę nie towarzyszyć mężowi w tych eskapadach, by nie patrzeć na podobne sceny. Mnie na pewno nie zabawiłyby i wolę sobie wyobrażać, że podczas tych przyjacielskich wędrówek po restauracjach i dancingach moi znajomi zachowują się kulturalnie. Nie mówię tego przez pruderię. Nic nie mam przeciw temu, by każdy wybierał sobie takie rozrywki, jakie go pociągają. Ale wolałabym nie dowiadywać się o rzeczach, które przekraczają granice mego zmysłu humoru, a nie zaspokajają mego zmysłu estetycznego.

Tukałło skinął głową.

— Widzisz, Jolu? Nie mówiłem?

— Sam zacząłeś — wzruszyła ramionami.

— Kate ma rację — dodał Gogo, starając się zapanować nad zażenowaniem. — Dajmy spokój tym tematom.

— Zazdroszczę pani tego usposobienia i tych upodobań — powiedziała Jolanta. — Ja bez knajpy żyć nie potrafię.

— Mam męża, dom i to mi wystarcza — odpowiedziała Kate.

— Ona też miała — odezwał się Tukałło. — Ale jej dom przypominał knajpę, do której się idzie, gdy wszystkie inne pozamykają, a mąż maître d'hôtel, którego się odprawia, gdy się gościom sprzykrzy. Gdy rozwiodła się, błagała mnie, bym się z nią ożenił. Odmówiłem kategorycznie. Jolanto — powiedziałem — miłuję spokój i ciche domowe życie. Wiem, że zadaję bolesny cios twemu sercu, że może łamię ci życie, ale mężem twoim nie zostanę. Nie jesteś stworzona na żonę, ani ja na rogacza! Nie potrzebuję dodawać, że płakała jak bóbr i nosiła się długo z myślą o samobójstwie. Pomimo to pozostałem niewzruszony.

Gogo z niedowierzaniem spojrzał na panią Jolantę.

— W tej historii, w tej smutnej historii — zaśmiała się — jest jedna pocieszająca rzecz. Mianowicie to, że nie ma w niej ani słowa prawdy. Jeżeli...

— To nie ma żadnego znaczenia — przerwał jej Tukałło. — Mogło tak być i to mi wystarcza. Ty, Jolanto, nie powinnaś wychodzić za mąż. Należysz do typu kobiet-myśliwych.

— Jakiego typu?

— Typu łowczyń. Są dwa rodzaje kobiet. Jedne nigdy nie zaznają spokoju, wciąż węszą za nową zdobyczą. Polują na upatrzonego, a gdy go przytroczą do swego pasa, natychmiast tropią następnego. Drugi rodzaj to kobiety-potrzaski. Nie rzucają się na zdobycz, lecz starannie ukryte czatują na nią cierpliwie i spokojnie. Gdy niebaczna ofiara zbliży się do nich, chwytają go jak w kleszcze i same nie puszczą nigdy. Do takich należy pani, Kate.

— Ja?! — zgorszyła się Kate.

— Pani i wszystkie kobiety, które urodziły się po to, by być żonami.

— A jakież są szczęśliwsze? — zapytał Gogo.

— To trudno określić. Kobieta-potrzask zdawałoby się jest w gorszej sytuacji. Nie ma wyboru. Zdana jest na wybór losu, na jego kaprys, na przypadek. Siedzi w domu i czeka na zwierzynę, przy czym równie dobrze może trafić na sobola, jak i na królika. Natomiast łowczyni zdana jest na swój gust. A przysięgam na te rydze marynowane, że ponieważ kobiety na ogół miewają fatalny gust, płata on im częściej przykre sztuczki niż tamtym przypadek.

— Wolę dużo małych i krótkich pomyłek — wzruszyła ramionami pani Jolanta — niż jedną beznadziejną i ostateczną.

— Ba — odpowiedział Tukałło. — Właśnie dlatego, że wolisz, jesteś łowczynią.

— Dianą! — wtrącił szarmancko Gogo.

— Uważaj na jej psy, Akteonie — rzucił mu Tukałło.

— Nie boję się, mój Sewerze. Nie grozi mi ewentualność zostania jeleniem.

— To nie twoja zasługa. Gdybyś był mężem Jolanty, zapewniam cię, wyglądałbyś jak piętnastak. A pani Kate?... — zamyślił się. — Pani Kate jest za leniwa, by cię zdradzać.

— Za uczciwa — poprawił Gogo.

— To na jedno wychodzi. Uczciwość jest klasyczną formą lenistwa. Nie znam leniów nieuczciwych. Nie chce się im ponosić trudów wyłamywania się z reguł, z konwencji, przyjętych obyczajów. A poza tym pani Kate jest typową la femme d'interieur...

— Czy to znaczy mniej więcej to samo co kura domestica? — zaśmiała się Kate.

— Niewątpliwie, ale w najlepszym gatunku. Podczas gdy Jolanta jest i pozostanie do śmierci demonem dancingowym. Już widzę ją oczami duszy jako podtatusiałą jejmość przy kasie barowej. Przeszasta swoją forsę, latka młode miną, a nie potrafi oderwać się od dancingu. Skończy, oczywiście, jako siwa staruszka, strzegąca ubikacji w jakimś Moulin Rouge czy w “Narcyzie",

— Dziękuję ci za wróżbę — skrzywiła się pani Jolanta.

— To nie wróżba, to proroctwo — poprawił Tukałło.

— A cóż wyprorokujesz pani Kate?

— Będzie miała kilka tuzinów dzieci i niezachwianą opinię czcigodnej matrony. Gogo utyje i do reszty sfilistrzeje, a ja doczekam się srebrnej siwizny otoczony liczną rzeszą moich uczniów. Za sto lat przechodząc Krakowskim Przedmieściem będziecie mogli podziwiać piękny pomnik Seweryna Marii Tukałły. Nad malowniczą grupą zasłuchanych artystów i uczonych wznosić się będzie moja wyniosła i natchniona postać z pucharem w ręku i z wyrazem mądrości na obliczu.

W dni świąt narodowych zatrzymywać się tam będą pochody, by w hołdzie pochylić przede mną sztandary. Prezydent miasta uroczyście będzie napełniał puchar szampanem i wówczas na oczach dygnitarzy i pospólstwa stanie się cud. Pomnik drgnie i uniesie puchar ku spiżowym wargom, wychylając jednym haustem jego zawartość. Czy możecie bowiem sobie wyobrazić, by Seweryn Maria Tukałło, bodajby uczyniony ze spiżu, stał jak idiota z pełnym kieliszkiem w ręku?

— To wykluczone — przyznała rozbawiona pani Jolanta. — Nie powiedziałeś tylko, jaki napis będzie na cokole. Ja sądzę, że mniej więcej taki: “Sewerynowi Marii Tukalle Polski Monopol Spirytusowy".

— Najwytrwalszemu konsumentowi — dorzucił Gogo.

— Który pijąc przez całe życie — poprawił Tukałło — nigdy nie siedział pod stołem.

Kate wstała i zaprosiła ich na kawę do gabinetu. Po kwadransie przyszedł Fred Irwing, a wkrótce Polaski i Chochla. Na jego widok pani Jolanta zaśmiała się.

— No, teraz skończyła się dobra passa Sewera. Chochla nie dopuści, by mówiono o czymś innym niż o jego obrazach i o nim samym.

— Szliśmy razem — powiedział Polaski. — Przez ten czas zdążyłem dowiedzieć się, że Prezydent błaga go o portret, że Muzeum Narodowe kupuje za dwadzieścia tysięcy trzy jego płótna i że jego “Domy na plaży zostały zakupione do Louvru, gdzie będą powieszone na miejscu Giocondy, którą się wyrzuci na strych.

— Po co łżesz?! zirytował się Chochla. Wcale nie mówiłem o Giocondzie.

— Ale założę się, żeś taką zamianę uważał w duchu za słuszną! — zawołała pani Jolanta.

— Więc cóż z tego? “Domy na plaży" to świetne płótno. Nie czytaliście, co o nim napisał Botecki?

— Jeżeli ma przy sobie wycinek — jęknął Tukałło — zamorduję go.

— Dobrze. Dajcie mi kozik. Albo, Gogo, czy nie masz flinty i ładunków z zajęczym śrutem?

— Głupcy — zaśmiał się Chochla. — Zabilibyście najlepszego malarza swojej epoki. No, niech ktokolwiek z was zaprzeczy, że nie jestem najlepszym malarzem!... Co?...

— Jesteś przede wszystkim z każdym dniem nudniejszy. Cóż z tego, że masz talent? Przyznaję, że lubię twoje obrazy. Są doskonałe. Ale lubię też wieprzowinę. Stąd jednak nie wynika, by bawiło mnie towarzystwo świń.

— Jesteś ordynarny — skrzywił się Chochla. — I wcale nie możecie

mnie dotknąć w mojej...

— Megalomanii — podpowiedział Fred.

— Czy ja zaprzeczam? Jestem megalomanem. Byłoby śmieszne, gdybym nim nie był.

A nie mówiłam — odezwała się pani Jolanta — że Chochla nie

dopuści do rozmowy nie na swój temat? On woli, by mu wymyślano, by go niszczono i tępiono, niż by mówiono o czymś innym.

Tak, bo jestem najbardziej interesującym tematem.

— Sewer, strzelaj do zająca! — zawołał Polaski.

Chochla rzeczywiście przypominał zająca. Jego ciemne, wyłupiaste oczy, zajęcza głowa, rzadkie wąsiki, wzdęta klatka piersiowa i ostre uszy nieodparcie narzucały to porównanie. Był to tłusty, spasiony zając, ociężały i leniwy, o krótkiej szyi i spiczastych zębach. Gdy nie mówiono

0 nim, popadał w kataleptyczne zobojętnienie, gdy mówiono, stawał się hałaśliwy, apodyktyczny, impertynencki. Nie lubiono go, lecz przyznawano mu nie tylko talent, lecz dowcip, inteligencję i styl.

Kate nie znosiła jego towarzystwa, jego infantylnego egocentryzmu i nawet gatunku jego dowcipów, zachwycał ją jednak jako malarz o potężnym indywidualnym talencie. Nigdy nie umiała wytłumaczyć sobie tego procesu chemicznego, który sprawiał, że z tej antypatycznej istoty mogły wydzielać się tak imponujące prądy twórcze.

Wszyscy inni z tej paczki tłumaczyli się przez swoją twórczość, byli z nią w zgodzie. Powieści Polaskiego stały może nieco wyżej od niego, powieści Kuczymińskiego miały niższy poziom od autora. Doktor Muszkat takie właśnie musiał pisać krytyki, Jaś Strąkowski takie wiersze, Drozd takie komponować kantyleny i symfonie. Gdyby Chochla na swoją miarę malował obrazy, byłyby to rzeczy chore, o mieszaninie brudnych i krzykliwych barw, o zwyrodniałych kształtach i wstrętnej tematyce.

Pani Jolanta chciała obejrzeć mieszkanie i Kate musiała oprowadzić ją po pozostałych pokojach. Tymczasem rozmowa w gabinecie zeszła na tematy polityczne. Polaski entuzjazmował się reformami prezydenta Roosevelta. Irwing był zdania, że New Deal nie wytrzyma próby życia.

— Runie wszystko i wtedy dopiero zobaczycie krach ekonomiczny, jakiego na świecie jeszcze nie było.

— Mniejsza o to — upierał się Polaski. — Nie chodzi mi o rezultat. Chodzi o fakt, że znalazł się człowiek, który podjął to herkulesowe zadanie. Pomyślcie: odwrócić psychikę całego narodu! Wystąpić już nie przeciw prądowi, lecz przeciw temu, co się stało dogmatem, co wrosło w duszę, co od tylu lat było głównym walorem postępu Ameryki! Przeprowadzić -granicę potęgi pieniądza w rękach jednostki!

— Mój drogi Adamie— wziął go za rękę Irwing. — Przecież było wielu takich. I co się z nimi stało? Właśnie chodzi o rezultat, a ten będzie katastrofalny. Roosevelt według mnie jest nierealnym marzycielem.

— Nie o to też chodzi — odezwał się Tukałło. — Chodzi o to, że jest wielkim marzycielem. Rozumiesz? Wielkim! Chodzi o skalę człowieka. A skala wszystkich epokowych wodzów, reformatorów, królów zależna jest od jednej litery.

— Nie rozumiem — wzruszył ramionami Polaski — o jakiej literze mówisz?

— O literze “l".

— Cóż to ma do rzeczy?

— Bardzo dużo. Czyż nie zauważył z was żaden, że wszyscy wielcy, historyczni ludzie, których myśl i czyn ugniatały glob ziemski, mieli w swoich imionach lub nazwiskach literę “l"? Za dawnych czy za dzisiejszych czasów. Mogę ich wyliczyć pół kopy. Aleksander Macedoński, Alcybiades, Juliusz Cezar, Hannibal, Napoleon, Hitler, Attyla, Kemal Pasza, Karol Wielki, Lenin, Wellington, Wilson, Clemenceau, Cromwell, Mussolini, Jagiełło, Salazar, Piłsudski, Roosevelt.

— Rzeczywiście ciekawe — zdziwił się Chochla.

— Ale są i wyjątki — zastrzegł się Polaski. — Masz na przykład bez litery “l" Dżyngis-chana, Scypiona Afrykańskiego, Washingtona, dalej Sobieskiego, Batorego...

— Nie przeczę, że są wyjątki — zgodził się Tukałło — ale w olbrzymiej większości wypadków spotykamy “l" lub “ł". Znowuż dla twórców religii charakterystyczna jest litera “u". Budda, Konfucjusz, Zaratustra, Jezus Chrystus, Luter. A teraz zauważcie, że w moim nazwisku jest aż dwa “ł" oraz jedno “u", i wyciągnijcie z tego wniosek. Sam nic nie powiem.

W sypialni pani Jolanta wzięła Kate pod rękę miękko i pieszczotliwie.

— Wiele sobie obiecuję po znajomości z panią — powiedziała. — Nie lubię ukrywać uczuć i muszę pani powiedzieć, że mam dla pani więcej niż sympatię.

— O, pani jest naprawdę zbyt dobra — nie bez zdziwienia odpowiedziała Kate.

Pani Jolanta uśmiechnęła się.

— Byłam przygotowana na takie ostrożne i nakazujące dystans słowa. Dlatego też nie zraziły mnie bynajmniej.

— Ale źle mnie pani zrozumiała.

— Zrozumiałam dobrze. I nie obrażam się. Pani w ogóle unika zbliżania z ludźmi. Więcej, bo pani jest przeświadczona, że wypływa to z jej natury. Prawda?

— Być może.

— Na pewno. Ale ja patrzę na panią oczami malarza i widzę, mam wrażenie, pani treść lepiej niż pani sama.

Kate uśmiechnęła się.

— Jak się maluje próżnię?

— O nie — zaprotestowała pani Jolanta — tu o próżni nie może być mowy. Pani jest po prostu jeszcze niedojrzała.

— Ja? — szczerze zdziwiła się Kate i pomyślała, że malarski wzrok pani Jolanty nie da się wysoko skwalifikować.

— Proszę mnie źle nie rozumieć — zastrzegła się pani Jolanta — miałam na myśli dojrzałość kobiecą. Oczywiście pani jest pewna, że się grubo mylę. Uważa pani siebie za zupełnie dojrzałą, sformowaną duchowo, z charakterem skrystalizowanym, z zasobem pojęć i poglądów unormowanym. Zapewne. I nie zamierzam spierać się o to z panią. Więcej, bo sądzę, że taką była już pani za swoich dziewczęcych lat.

— Więc cóż pani nazywa dojrzałością? — szczerze zaciekawiła się Kate.

— Dla kobiety?... Dla kobiety — odpowiedziała po namyśle pani

Jolanta — zupełnie coś innego niż dla mężczyzny. Kobieta, by osiągnąć prawdziwą dojrzałość, musi wiedzieć, nie rozumieć, lecz wiedzieć, co to jest miłość. O, nie mam najmniejszej wątpliwości, że w pani kochano się nieraz. Dziwiłabym się, gdyby było inaczej. I teraz przecie widzę, że kocha panią mąż, że wzdycha do pani Adam, a może i Fred Irwing. Ale tu nie o to chodzi. Chodzi o panią. Pani nie kocha się nigdy.

Kate uśmiechnęła się i spróbowała nadać tej rozmowie ton żartobliwy:

— Czy to nie zbyt ryzykowne wygłaszać takie domniemania wobec mężatki w kilka zaledwie miesięcy po jej ślubie?

— A jednak pani Goga nie kocha.

— Jeżeli pani tak dobrze zna duszę kobiecą — powiedziała Kate — nie mogę pojąć, czym pani wobec tego wytłumaczy fakt, że wyszłam za Goga.

— Czy ja wiem... Małżeństwo z rozsądku.

Kate chciała roześmiać się na to, lecz zapanowała nad sobą.

— Nie, proszę pani. Zapewniam panią, że pani z gruntu się myli.

— Być może — przyznała pani Jolanta — że mylę się, jeśli chodzi o powody, jakimi kierowała się pani, wychodząc za Goga. Ale upieram się, że go pani nie kocha. Pani nigdy nikogo nie kochała. I ten idiota Tukałło, skoro już prorokował pani, powinien był przepowiedzieć pani wielką miłość. Tak, wielką miłość. Bo panią to czeka nieuchronnie. Niech się pani nie uśmiecha, pani Kate. Nic pani przeciw niej nie zaasekuruje. Pani będzie kochała i wtedy dopiero pani dojrzeje. A dojrzeć to znaczy poznać smak życia, dojrzeć to znaczy oddychać pełną piersią, to znaczy mieć uczucia napięte jak anteny, którymi wyławia się z eteru najlżejsze drgnienia. To znaczy w ogóle żyć. Świadome i pełne życie kobiety zaczyna się od dnia, gdy pokochała. Widziałam u Chochli pani portret, a teraz widzę panią. Czy zauważyła pani tę wielką różnicę, jaka istnieje, pomimo świetnie uchwyconego podobieństwa, pomiędzy panią i tym portretem?

— Nie jestem nim zachwycona — powiedziała Kate.

— Ach, to zrozumiałe. Nie czuje pani siebie taką, jaką przeczuł w pani Chochla. To geniusz. Oto proroctwo dla pani! Będzie pani kiedyś taką, gdy się pani zakocha. Jest pani piękna i teraz, bardzo piękna. Ale, jakby to wyrazić... pięknością bierną, potencjalną, a gdy pozna pani miłość, piękność pani stanie się aktywna. Tak jak na portrecie Chochli. Aktywna, promieniująca, twórcza. Czy pani mnie rozumie?

— Rozumiem, ale nie mogę sobie wyobrazić takich zmian w moim wyglądzie.

— Ach, bo to nie chodzi o wygląd. Treść w pani się zmieni, tworzywo!

— Nie pragnęłabym tego — lekko wzruszyła ramionami Kate. — Zresztą wydaje mi się, że pani zasugestionowała się portretem pana Chochli i tylko na tej podstawie wyrobiła sobie cały komplet mylnych pojęć o mnie. A właśnie w portrecie zwykłą nieprawdą jest wyraz, wyraz jakiejś agresywności, zalotności, namiętności, słowem cech, które zawsze były mi obce.

Pani Jolanta zamyśliła się.

— Być może — odezwała się niepewnie — być może.

— Na pewno tak jest.

— Ale wobec tego mam prośbę do pani. Pani Kate, czy zgodzi się pani pozować mi?

— Nie wiem, czy teraz będę miała dość czasu — zaczęła Kate.

— Niech mi pani nie odmawia, błagam! Ja muszę malować panią, muszę. Zresztą nie będzie to portret. Ja mam zupełnie inny rodzaj niż Chochla i proszę mi wierzyć, że w swoim rodzaju nie jestem najgorsza. Widzi pani, muszę dać coś imponującego do wiosennego salonu. A właśnie panią tak świetnie czuję. Po prostu wiem, że zrobię rzecz wielkiej klasy. Mieszkam bardzo blisko i godziny nie robią mi żadnej różnicy, bo zawsze pracuję przy sztucznym świetle. Niechże pani nie odmawia.

W jej głosie brzmiała szczera prośba. Widoczne było, że bardzo jej na tym zależy.

— Wiem — mówiła — że pani nie wydaję się sympatyczna, ale jestem przekonana, że zmieni pani zdanie i że będziemy przyjaciółkami. Razi panią moja swoboda, bezceremonialność, natarczywość, ale przekona się pani, że umiem się zdobyć i na dyskrecję, i na delikatność uczuć. Zwłaszcza w stosunku do pani. Ach, jak ja panią czuję! Nie tylko jako malarka. Wydaje mi się, że znam panią od lat, że czekałam na panią. To jest niepodobieństwo, bym mogła się mylić. Nie odmówi mi pani, Kate?...

Jej oczy jarzyły się i Kate odniosła dziwne wrażenie, że coś ją pociąga do tej kobiety i jednocześnie odpycha od niej, że czyha na nią w tych płonących oczach niebezpieczeństwo, którego nie umiałaby określić, niebezpieczeństwo wabiące, kuszące, hipnotyzujące, jak przepaść.

— Więc dobrze, proszę pani — skinęła głową. — Któregoś dnia umówimy się.

— Dziękuję — powiedziała pani Jolanta i zanim Kate zdążyła spostrzec się, pocałowała ją w usta.

Pocałunek trwał jedno mgnienie zaledwie, lecz dotyk pełnych, gorących i pachnących warg pani Jolanty wzniecił w Kate jakiś niepokój czy obawę, której długo nie mogła zapomnieć.

Gdy wróciły do gabinetu, zastały Goga przy telefonie. Mówił z księciem Załuckim. Tukałło siedząc naprzeciw Polaskiego perorował o wpływie kultury etruskiej na mitologię rzymską. Irwing stał przy oknie paląc papierosa.

— ... ależ nie byliśmy wcale w “Nituche", musiałeś zostawić papierośnicę albo “Pod Lutnią", albo w “Negresco" — mówił Gogo.

— ... weź jako przykład kult Westy. Gdzież znajdziesz w mitologii helleńskiej jego źródła... — perorował Tukałło.

Chochla siedział osowiały, bezmyślnie patrząc w ścianę. Irwing zbliżył się do Kate.

— Rozmawiałem z ojcem — powiedział. — Niestety nie dało się tego przełożyć, bo ojciec dziś po południu wyjechał do Katowic i nie wiedział, kiedy wróci. Przypuszczam, że nie zabawi tam dłużej niż kilka dni.

— Dziękuję Fred. Pan jest bardzo dobry...

— Gdy wróci, zaraz się z nim skomunikuję i zawiadomię państwa...

Kate uśmiechnęła się smutno.

— Nie wiem, czy warto trudzić pana i zaprzątać tą sprawą głowę pańskiego ojca. Gogo, niestety, nie myśli poważnie o tym.

Irwing nic nie odpowiedział.

— Ale — zmieniła ton Kate — jestem też trochę zła na pana.

— Na mnie? — zdziwił się.

— Tak. Pan znowu pożyczył memu mężowi pieniądze. Przecie prosiłam pana...

— Ja pożyczyłem?

— No tak, pięćset złotych. Zaraz je panu zresztą oddam. Gogo, gdy nietrzeźwy, ma manię pożyczania.

— Ale czy się pani nie myli? Ja nie przypominam sobie, doprawdy nie przypominam, bym pożyczał mu jakieś pieniądze.

— Czy to ładnie tak wykręcać się?...

— Wcale się nie wykręcam, zapewniam panią. Dałbym głowę, że to jakieś nieporozumienie.

— Widocznie obaj byliście niezupełnie przytomni — uśmiechnęła się Kate. — Zaraz panu przyniosę te pieniądze.

— ... bo kult ognia jest wybitną cechą starych, przedaryjskich religii europejów — grzmiał nosowym saksofonowym barytonem Tukałło. — Swastyka! Swastyka! Znak ognia!...

— Ja już pożegnam panią — powiedział Irwing — muszę już iść.

— Szkoda. Chciałam właśnie dać wam herbaty.

— Jeżeli mam być szczery, to przyznam się, że jestem głodny. Nie jadłem dziś obiadu.

— Czemuż pan mi od razu tego nie powiedział?! — oburzyła się. —

Chodźmy do jadalni. Dam panu coś do przegryzienia.

— Do przegryzienia, po czym? — zapytał.

— No naturalnie! — westchnęła. — Już dobrze, dobrze, dostanie pan i wódki.

— ...a w każdym razie każ szoferowi przeszukać auto — mówił Gogo do słuchawki. — Może wpadła gdzieś za poduszki.

W jadalni Kate znalazła dla Freda trochę szynki, dwie kanapki z czerwonym kawiorem i resztę marynowanych rydzów od obiadu. Nie chciał usiąść i jadł stojąc przy kredensie. Wypił dwie szklaneczki wódki i jadł z apetytem. Gdy przyniosła mu pieniądze, schował je do kieszeni po krót kim wahaniu.

Przypomniał sobie dokładnie, że w nocy nie miał przy sobie pieniędzy. I Rachunki płacił częściowo Ali Baba, częściowo Polaski, a w “Negresco" Chochla. Zachodziła tylko jedna możliwość. Mianowicie Gogo mógł go prosić o pożyczkę, a on nie mając pieniędzy, wziął je od dyrektora “Lutni". Miał ochotę zaraz doń zadzwonić, nie chciał jednak robić tego przy wszystkich.

Podano podwieczorek, na którym już pani Jolanta nie została. Miała i zamówioną godzinę u fryzjera. Razem z nią wyszedł Polaski, oświadczając, że będzie dziś pracował do późnej nocy i że nie ruszy się z domu.

— Masz rację, masz rację — z obrzydzeniem skrzywił się Chochla. — Trzeba raz skończyć z tym piciem. Obrzydliwość. Dziś tak mi się ręce I trzęsły, że nie mogłem pracować.

— Ohyda — z przekonaniem potwierdził Tukałło. — Najwyższy czas na jakąś dłuższą pauzę. Dziś idę na kameralną kolację, kilka kieliszków, kubełek piwska i spać.

— Pójdę z tobą — oświadczył Chochla.

— Ale nie “Pod Lutnię", bo tam kogoś zawsze diabli przyniosą.

— Najlepiej do Baru Kresowego — wtrącił Gogo.

— O właśnie — przyznał Chochla.

Tukałło zawołał do przedpokoju, gdzie ubierali się do wyjścia Polaski i Jolanta.

— Będziemy w Kresowym na kameralnej wódce.

— Nie przyjdę — odpowiedział opryskliwie Polaski.

— Pal was sześć — mruknął Chochla.

— Czy oni razem? — cicho zapytał Gogo, ruchem głowy wskazując drzwi.

Tukałło wzruszył ramionami.

— Ale skądże. Tempi passati. Jolanta nigdy nie wraca. A ty pójdziesz?

Gogo znowu zerknął w stronę przedpokoju, gdzie Kate odprowadzała gości.

— Czy ja wiem, na pół godzinki może.

— Ja też nie zamierzam siedzieć dłużej.

Irwing, który przeglądał nuty na pianinie, powiedział bezosobowo:

— Nigdy dla drobnych przyjemności nie warto sprawiać komuś dużych przykrości.

Gogo skrzywił się, a Chochla zaśmiał się ironicznie.

— Zaangażuj go na niańkę.

— Fred ma rację — niespodziewanie stanął po stronie Irwinga Tukałło. — Gdybym miał dom i żonę, na pewno nie włóczyłbym się z wami.

— Więc zostańcie u nas na kolacji — wpadł na szczęśliwy pomysł Gogo.

— Ja nie będę mógł — odpowiedział Irwing.

Wyjściowe drzwi zatrzasnęły się. Na progu gabinetu stanęła Kate.

— Rzeczywiście może panowie zostaną. Będzie nam bardzo miło.

— Nie, nie — stanowczo zaoponował Chochla — tak się dłużej przeciągnie.

Miał nadzieję, że we dwójkę pójdą z Sewerem. W takich wypadkach Sewer chętnie i dużo mówił o jego obrazach.

Tukałło też podziękował za zaproszenie.

— Nie możemy u pani być na utrzymaniu. Zresztą nie znoszę butelkowego piwa. Piwo jest piwem, gdy się nalewa z beczki. W dodatku dziś jest czwartek i w Kresowym będą flaki. Mam diabelną ochotę na flaki od samego rana. Czy zdarza się wam to, że jeszcze w ciemnym pokoju, nie otwierając oczu, nagle dostajecie nostalgii do golonki z grochem lub do flaków?... Rodzaj natchnienia fizjologicznego, gastrycznej wizji, żołądkowego objawienia — nic, tylko flaki! Powołanie flakowe! Rozumiecie?... Narządy trawienia doprowadzone przez noc alkoholem do stanu ekstazy narkotycznej. Wyzwolenie podświadomych pożądań, i oto przed oczyma żołądka, że się tak wyrażę, roztacza się wspaniały pejzaż: biały kwadrat stołu, na nim talerz parujących flaków i wielkie, gigantyczne jezioro piwska drzemiące cicho pod kożuchem tłustej piany!... Ach, wyrastają mi wówczas skrzydła u ramion. Zdaje mi się, że natychmiast potrafię zerwać się i śmigłym lotem frunąć ku pierwszej lepszej knajpie... Cudowne złudzenie...

— Złudzenie bardzo łatwe do zrealizowania — zaśmiała się Kate.

— Niestety — jęknął Tukałło. — Wystarczy otworzyć oczy i wydobyć się z łóżka, aby przekonać się, że to jedynie duch mocny jest w człowieku, ale ciało mdłe.

— Znika czarodziejski krajobraz, a na jego miejscu w lustrze ukazuje się rzeczywistość: obrzękła fraca, zapuchnięte powieki, czerwone białka, zmierzwione uwłosienie i język przypominający zastygłą lawę lub zdartą podeszwę napoleońskiego grenadiera, ciągnącego mach Frankreich... Gorącej herbaty! — skomli żołądek. Jama ustna domaga się dezynfekcji, a pod czaszką chlupie i bulgoce rozrzedzona substancja mózgowa, którą chętnie by się wyskrobało warząchwią, by uwolnić się od zwierzęcego zamroczenia. Człowiek w takich chwilach ma pełnię przeświadczenia, że jest skończonym bydlęciem, snadź zapomnianym przez Boga śmiertelnikiem, a śmierć poczciwą babiną, z którą właściwie mówiąc jest się na poufałej stopie. Może wejść bez pukania niczym totumfacka kuchta i zabrać człowiekowi życie, jak zabiera brudną bieliznę do prania.

Kate wstrząsnęła się.

— Nie rozumiem, zupełnie nie rozumiem, jak można po takich odczuciach swego stanu upijać się znowu.

— Dusza ludzka jest zdolna do szybkich regeneracji, proszę pani, a ciało od lat zaprawione w treningu, już po niewielu godzinach wraca do jakiej takiej formy. Wystarczy zirytować się przy czytaniu książki któregoś z przyjaciół, wystarczy wściec się na wycie radia, które bluzga ze wszystkich szpar i zakamarków kamienicy, wystarczy przypomnieć sobie, że w takimże stanie człowiek był wczoraj, przedwczoraj, i tak dalej, i tak dalej aż od początku świata, a oto z mgławic zamroczenia, z chaosu dyluwium, z oparów infernalnych wyłania się z wolna świetlana wizja: pulchna i jędrna zarazem, niebiańsko pachnąca, matową czerwień ukrywająca w matowej bieli — golonka. Tak, to ona uśmiecha się do ciebie w złocistej aureoli puree grochowego, ona wyciąga do ciebie dłoń pomocną i mówi: — Wstań, Łazarzu i zabierz łoże swoje — wołam cię do życia, gdzie obrusy jak śnieg białe, gdzie panieńskim rumieńcem cielęcina pała, gdzie roztruchan z lazuru nektar piwska kryje, a nad tym wszystkim brzęk sztućców... I wizja rośnie, potężnieje, uplastycznia się. Oto znajome, srogie a pijackie twarze, oto długie nocne rodaków rozmowy. Śpi miasto zamarłe w śnie poczciwych fajdanów, miasto skamieniałe, pejzaż księżycowy, a domy jak skalne ściany, a ulice jak puste kaniony, jak dzikie wąwozy, a knajpy jak pieczary i jaskinie. Raz po raz z jednej, z drugiej, trzeciej wychynie jakaś postać. To szatany. Pędzą auta zamarłymi kanionami z pieczary do pieczary. Sezamie, otwórz się! i oto bucha ze środka wrzask pijacki, wycie orkiestr, bulgot szlachetnych płynów. To Ali Baba ucztuje wraz z czterdziestu rozbójnikami. W smugach dymu, w oparach alkoholu przesuwa się kalejdoskop knajp. Rozróżniamy twarze: oto centkowany pysk Drozda, oto pan Irwing, którego poznajemy tylko po białym pasie i po czekaniku, oto Chochla misternie udający zająca zarzynanego przez psy, kawalkator niezrównany, oto Tukałło posępny i Gogo towarzysz jego nieodstępny. Aż wreszcie o świcie, gdzieś na ulicy nieznanej, gdzie trzeźwi trafić już nie mogą, żegluje nocą szynk pijany ze śpiewającą w nim załogą...

Tukałło rozłożył ręce szeroko i trwał chwilę w bezruchu z zamkniętymi oczyma.

— Pod wpływem takiej wizji — zaczął po chwili — budzi się w człowieku energia, wzbiera potężną falą nienasyconych pragnień. Chwyta drżącą ręką brzytwę, grzeszne ciało zanurza się w wannie, szaty je okrywają i oto już jest wśród gwaru miasta, wiedziony jedynym nieodpartym łaknięciem golonki z grochem, respective flaków z pulpetami. A pytam was, gdzie mają być lepsze flaki z pulpetami niż w Barze Kresowym, gdzie nad oszklonym bufetem wypina się popiersie wszechwładnej Andromedy, a nad jej głową srebrzy się niby Mane Tekel Fares groźny napis: “Zapamiętaj cztery słówka: Jutro kredyt, dziś gotówka", i drugi, brzmiący jak “Lasciate ogni speranca": “Za rzeczy zaginione zakład nie odpowiada". Kelner w zzieleniałym fraku niby pasikonik, i Laura z zezem w oczach i z przepaską modrą stawiają przed gościem względnie gościową płyn, co się nie skrzy barwy tęczowymi, i piwo złociste, i talerz ofiarny pełen wnętrzności zabitych na cześć bogom zwierząt, wnętrzności, z których my, kapłani, wróżyć będziemy miastu i światu przyszłe losy. Chylą się ku sobie podchmielone głowy rozkoszy pełne i dosytu, i fermentuje myśl, i rodzą się słowa, i z najtępszego łba wylatują eskadry Minerw wężowych, połyskliwych, centkowanych, krętych... I nagle stop! Hora canonica. Proszę państwa, zamykamy! Wódka była kameralna. I pogodnym wieczorem, gdy śnieg lekko prószy, wracamy niczym prawidłowe fajdany do naszych domów z sercami pełnymi radości, z głowami pełnymi myśli, z brzuchami pełnymi flaków własnych i cudzych. Oto noc zdrowo przespana, a o ciemnej szóstej, w mroźny poranek, budzi nas ze snu jazgot blaszanek. Ciepło tulimy głowy do betów, a w dwie godziny później wstajemy wypoczęci, odrodzeni, wolni od spleenu, szczęśliwi. A dlaczego? Bo wódka była kameralna, rozsądna, umiarkowana w ilości i w czasie. Obywatele! Oto moje credo, oto mój program, jot moja idea. Kto nie ze mną, ten przeciw mnie. Dixi.

Kate proponowała, że pośle służącą po owe wymarzone przez Tukałłę flaki, lecz nie zgodził się. Ponieważ zaś w tym czasie zatelefonował Jaś Strąkowski i obiecał przyjść do Kresowego, panowie zaczęli się żegnać.

Gogo zapytał niepewnym głosem:

— Co sądzisz, Kate, może poszedłbym z nimi na pół godzinki?

— Z rana mówiłeś... — zaczęła, lecz jej przerwał.

— To przecie żadne pijaństwo. Trochę się pogada i wrócę.

Odwróciła głowę.

— Jak chcesz — powiedziała bez żadnej intonacji.

Przygryzł wargi.

— No więc dobrze, zostanę.

Nic na to nie odpowiedziała.

— Ja nie pójdę — głośno powiedział Gogo. — Mam trochę roboty i chcę jutro naprawdę wcześnie wstać.

Minę miał nienaturalnie skrzywioną, że Tukałło już szykował się do jakiejś uszczypliwości pod jego adresem, gdy Irwing zawołał:

— No to serwus! Panowie, prędzej chodźmy, bo mógł mi motor zamarznąć. Na śmierć zapomniałem.

Po chwili już wszyscy byli na schodach. Kate położyła mężowi rękę na ramieniu.

— Wiedziałam, że potrafisz zdobyć się na trochę silnej woli — powiedziała.

— Raczej na poświęcenie — poprawił sucho.

— Jak to poświęcenie? Dla kogo?

— No przecież dla ciebie.

Odwrócił się, udając że nie spostrzega, iż dzięki temu ręka Kate zsuwa się z jego ramienia.

— Niech i tak będzie — uśmiechnęła się smutnie. — Jeśli tak tę rzecz ujmujesz, dziękuję ci za poświęcenie.

Spojrzał na nią prawie z gniewem.

— Bardzo mi miło, ale wolałbym, moja droga, bym w podobnych sytuacjach nie był narażony na ośmieszenie wobec moich przyjaciół.

— Nie sądzę, bym cię naraziła na ośmieszenie.

— Naturalnie — zaśmiał się ironicznie. — Nie sądzisz. Ale wybacz, w danym wypadku nie chodzi o to, co ty sądzisz, lecz co oni sądzą. A oni sądzą, że jestem u ciebie pod pantoflem! Tak, pod pantoflem. Jak zwykły fajdan.

— Już kiedyś cię prosiłam, byś nie używał tego wulgarnego słowa — odpowiedziała spokojnie. — Razi mnie ono również i w ustach pana Tukałły, ale jemu wiele można wybaczyć.

— Tylko mnie nie. Każdemu, tylko nie mnie.

— Nie każdemu. Podobne wyrażenia leżą w jego stylu. Ty zaś masz i chciałbyś mieć styl zupełnie inny. Co zaś dotyczy kpin, których tak się obawiasz z ich strony, bądź przekonany, że gdybyś naprawdę i szczerze wolał zostać w domu, nikt nie kpiłby z tego.

— Ale co by ci szkodziło, gdybym poszedł z nimi na te pół godziny! — wybuchnął, podnosząc głos.

Chciała odwrócić się i wyjść z pokoju. Jego gburowaty ton i nasilenie głosu odczuła jak obelgę. Zapanowała jednak nad sobą.

— Bądź tak dobry — odezwała się prosząco — i nie unoś się. Wiesz dobrze, że nie trwałoby to pół godziny, lecz znowu całą noc.

— Więc cóż z tego! — żachnął się. — Chociażby całą noc?! Każdemu z nich wolno rozporządzać sobą, a ja mam być więźniem, czy co u licha?!

— Każdy z nich ma dość woli, by nie pić co dzień. Przecież Chochla maluje, Kuczymiński pisze, Polaski wydał teraz powieść, Strąkowski tom wierszy, Drozd wystawił komedię muzyczną. Wszyscy oni pracują, a zabawie poświęcają tylko czas wolny od pracy.

— Ach, wypominasz mi to, że dotychczas nie udało mi się znaleźć nic stosownego.

— Nie szukałeś wcale — poprawiła go. — Ale nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że dla każdego z nich te pijatyki nie są treścią życia, lecz jakimś dodatkiem, zależnym, powtarzam, od ich woli.

— Więc mylisz się! Nigdy nie byłaś na tych “pijatykach" i zdaje ci się, że to zalewanie się alkoholem. To nie żaden dodatek, lecz potrzebny, wręcz niezbędny składnik życia. Piją, prawda. Ale gdybyś słyszała te nasze rozmowy, tę wymianę myśli, inwencji twórczych, wrażeń, spostrzeżeń, te dyskusje! Każdy faj... każdy tępy mieszczuch nazwałby to pijatykami, a to są sympozjony! To są uczty intelektualne! To zbiorowa skarbnica, do której każdy coś wnosi i z której każdy czerpie!

Kate skinęła głową.

— Tak, zgodzę się z tym. Toteż nie robię im z tego zarzutu, chociaż przypuszczam, że również dobrze można by to zrobić bez alkoholu i nie po całych nocach. Mówisz: wspólna skarbnica. Oczywiście, wnoszą do niej coś literaci, poeci, plastycy czy muzycy, słowem: artyści, czy taki

Tukałło, który — powiedzmy — jest artystą bez teki. Ale co ty wnosisz, Gogo?

— Uważasz mnie za głupca? — oburzył się.

— Bynajmniej. Ale sam przyznasz, że nie jesteś intelektualistą, że również nie znasz się specjalnie na sztuce. Więc co ty wnosisz?

Wzruszył ramionami.

— Akurat tyle, co Załucki czy Irwing.

— Nie, Gogo, bo oni chociaż opłacają materialną stronę tych alkoholowych sympozjonów. Wnoszą pieniądze.

— Ja też w porównaniu z innymi dość często płacę.

— Ale ich stać na to, a ciebie nie. Książę Załucki czy Fred nie potrzebują robić długów. A teraz druga strona sprawy. Mówisz, że wszyscy czerpią z tej wspólnej skarbnicy. Wierzę. Czerpią nowe myśli, nowe koncepcje twórcze, nowe pomysły artystyczne, czy chociażby wrażenia, które zużytkowują w swoich dziełach. Kontakt z umysłami własnej kategorii jest dla nich rodzajem gimnastyki intelektualnej, warunkiem utrzymania sprawności myślenia i precyzji odczuwania. Czerpią, to prawda. Ale co ty czerpiesz?... Przecież nie zechcesz okłamywać samego siebie. Czerpiesz jedynie alkohol i satysfakcję z udziału w rozmowach, które interesują cię nie swoją treścią, lecz błyskotliwością. Wybacz, że ci to wszystko mówię, ale uważałam to za swój obowiązek. I za swoje prawo. Nie mam nic przeciw podtrzymywaniu stosunków i nawet bliskiej znajomości z tymi ludźmi. Owszem, uważam ich za miłych, kulturalnych i zajmujących. Nie mam nic przeciw twemu bywaniu “Pod Lutnią" od czasu do czasu, ale mam prawo oczekiwać od ciebie zrozumienia, że nie jest to twoją potrzebą, lecz tylko rozrywką, która nie powinna stać się nałogiem, bo nie możesz sobie na ten nałóg pozwolić.

Słuchał ponuro nie patrząc na nią. Nie przyznawał jej słuszności. Miał dar prześlizgiwania się nad argumentami, nieprzyjmowania ich do wiadomości, wyłączania z biegu myśli. Rozumiał tylko jedno: pozbawiono go przyjemności pójścia z przyjaciółmi do knajpy, zmuszono do zostania w domu. Czuł się tym pokrzywdzony i upokorzony. Nie wiedział, po co to wszystko mówiła. Czy po to, by okazać mu, że niżej go ceni od tamtych, czy chodzi jej wyłącznie o pieniądze, czy też ma jakieś ukryte cele?...

Podniósł na nią oczy. Stała wyprostowana z ręką opartą na biurku, z lekkimi rumieńcami na policzkach i z poważnym wyrazem oczu, śliczna w swojej szafirowej sukni o kwadratowym małym dekolcie, opływającej tak ślisko jej piersi, biodra i uda.

Wydała mu się znacznie piękniejsza niż zwykle i znacznie bardziej pociągająca. Gwałtownie ocknęła się w nim świadomość posiadania. Ta cudowna istota należy przecież do niego. W każdej chwili może objąć ją, przeciągnąć rękami po jej ciele, wcałować w jej usta, w te same usta, które dumnie i karcąco przemawiały doń tonem kazania. Tak, objąć i posiąść... Zwyczajnie, prawem męża. Zgnieść ją w uścisku, pieszczotami zagłuszyć, rozbić, obrócić wniwecz, pozbawić sensu i znaczenia wszystkie jej wywody.

Myśli te rozbudziły w nim zmysły. Zbliżył się do Kate i wziął jej rękę.

— Biedna moja, kochana żoneczka — powiedział zniżonym głosem. — Bardzo się gniewa na swego Goga?... Bardzo?...

— Nie gniewam się wcale.

— Tylko co, tylko co? — pytał półszeptem, zupełnie nie słysząc jej słów i nie oczekując odpowiedzi.

— Tylko chcę, byś zastanowił się nad tym.

— Dobrze, dobrze, moje cudne kochanie... Moja jedyna, moja najdroższa...

Przytulił ją do siebie i błądził ustami po jej skroni, po czole, po włosach. Doskonale odczuwał oporność i sztywność, z jaką przyjmowała tę pieszczotę, lecz to jeszcze bardziej go podniecało. Świadomość, że Kate mimo, wbrew woli będzie poddawała się jego dotykom, że stopniowo ockną się zmysły i w niej, napawała go poczuciem przewagi.

— Jak pachną twoje włosy — mówił cicho — jak drażniący jest ich dotyk...

— Pozwól, Gogo — powiedziała — muszę nakryć stół do kolacji.

— Nie, nie, jedyna moja... Tak cię pragnę... Moja biedna opuszczona dziewczynka... Niedobry jestem dla ciebie... Wiem, za co się na mnie gniewasz... Zaniedbuję cię, spędzam noce z przyjaciółmi, a moje biedactwo tu tęskni, sama, bez pieszczot, bez pocałunków...

Kate nagle stanowczym ruchem wyswobodziła się z jego objęć. Przez chwilę usta jej drgały, jakby miała wybuchnąć śmiechem, potem w oczach błysnął wyraz ironii czy pogardy, powoli odwróciła się i wyszła z pokoju.

— Cóż to jest, do diabła — mruknął Gogo do siebie i czuł, że krew mu napływa do twarzy.

Restauracja “Pod Lutnią" mieściła się w jednym z najstarszych gmachów Krakowskiego Przedmieścia. Niegdyś trzy sklepione i obszerne sale, które zajmowała, służyły jako stajnie i wozownia różnym magna-

tom, którzy kolejno gmach ten posiadali, czy to drogą kupna, czy dziedziczenia. Za czasów Księstwa Warszawskiego stajnie przerobiono na lokale sklepowe, przy czym frontową zajmowała apteka pana KocimowKskiego, której godłem była Lutnia, pięknie na frontonie rzeźbą wyobra żona. Od owych czasów gmach popularnie nazywano “Pod Lutnią", chociaż po śmierci pana Kocimowskiego aptekę sukcesorowie zlikwidowali, chociaż dawne stajnie wciąż zmieniały lokatorów, gmach nazwę utrzymywał. Po powstaniu sześćdziesiątego trzeciego roku powstała tu winiarnia, oczywiście “Winiarnią Pod Lutnią" zwana, która czasu wojny światowej została zamknięta, i dopiero po odparciu najazdu bolszewickiego odnowiona i otwarta już przez nowych właścicieli, jako “Restauracja i bar Pod Lutnią".

Bar mieścił się w pierwszej sali, której staroświeckie sklepienia o do stojnych liniach nie mogły pogodzić się z krzykliwymi barwami kafelkowych ścian, z amerykańskimi wysokimi stołkami, z jaskrawą nowoczesnością rurowych lamp, z zimnym połyskiem niklowanego bufetu ogromnej długości, ani z tłumem przelewającej się ustawicznie publiczności, z tłumem hałaśliwym, spieszącym, napełniającym swe żołądki byle czym i byle jak, w odorze potraw, piwa i dymu z papierosów, w brzęku naczyń, w pokrzykiwaniach kelnerów i w nieustającym warkocie wentylatorów.

W drugiej, największej sali była właściwa restauracja, a wieczorami w środku dancing. Tu pomimo brzydkich jesionowych boazerii, secesyjnych żyrandoli i złoconych tapet, zachowało się więcej charakteru. Publiczność tutaj też była lepsza, stateczniejsza, zasobniejsza w czas i w gotówkę. “Lutnia" słynęła z dobrej kuchni, a umiarkowane ceny ściągały nie tylko liczących się z konieczności z groszem oficerów i urzędników, ale także kupców, przemysłowców, adwokatów, lekarzy, przyjezdnych ziemian i często cudzoziemców. W soboty i niedziele stoliki obsiadały całe rodziny, według mieszczańskiego obyczaju świętujące w ten sposób. Wówczas tłok tu panował nieopisany, dyrekcja podwajała liczbę stolików, a półprzytomni kelnerzy zrywali nogi, by jakoś nadążyć.

Trzecia, najmniejsza sala, o znacznie niższym sklepieniu, pozostała prawie nietknięta od popowstaniowych czasów. Z góry zwieszał się na grubym łańcuchu piękny świecznik ferro batuto, również z misternie kutego żelaza kinkiety zdobiły ściany pokryte boazerią ze sczerniałego dębu. Niskie, ciężkie stoły i renesansowe fotele o bardzo wysokich oparciach, stary zegar gdański, gruby dywan i przyćmione światło stwarzały tu nastrój ciszy, wygody i dosytu.

Tej salki unikali przeciętni bywalcy “Lutni". Za to zbierali się tu wytrawni smakosze, do których często zaglądał szef kuchni, by odbywać z nimi długie narady, przychodzili wytworni, szpakowaci uwodziciele, którym reumatyzm, zadyszka i dobry gust kazały unikać dancingów i tu przyprowadzać obiekty wspaniałych resztek swojej ofensywności. Nie pijano tu nigdy szampana, za to wypróżniano w tej sali niezliczone ilości starych burgundów, węgierskich i reńskich, na wagę złota cenionych starek i koniaków z czcigodnych, omszałych butelek.

Wyjątek stanowił duży, okrągły stół w rogu, gdzie obok tych drogich płynów nie pogardzano i zwykłą czystą wódką, gdzie nie odbywano długich medytacji nad kartą win, gdzie nie studiowano z nabożeństwem jadłospisu. Był to stół otaczany przez dyrekcję szczególniejszą pieczołowitością, przez służbę szczególniejszą uwagą, przez gości szczególniejszym zainteresowaniem. Stanowił niejako chlubę lokalu. Siadywało przy nim niemal wszystko to, co w stołecznej literaturze, muzyce czy plastyce nadawało ton, grało jakąkolwiek poważniejszą rolę. Oprócz stałych bowiem bywalców tego stołu dorywczo zaglądali tu wszyscy ci, którzy chcieli z nimi się spotkać, porozumieć, pomówić, czy po prostu pogadać. Więc wydawcy, reżyserzy, dyrektorzy teatrów, koledzy, redaktorzy, architekci, rzeźbiarze, a także i tacy, których pociągał ten świat, a znajdowali doń przystęp przez pokrewieństwo czy przyjaźń z księciem Załuckim lub z baronem Irwingiem.

Schodzono się wcześnie, bo już około ósmej zjawiali się pierwsi, koło dziesiątej stół był już gęsto obsadzony, a po jedenastej, czyli w porze zakończenia przedstawień teatralnych, robił się przy nim tłok.

Jako jeden z pierwszych zjawiał się zwykle Załucki, znudzony poobiednim brydżem w swoim klubie lub konferencją z administratorem. Ogromny i ciężki, chociaż nie otyły, pomimo swoich czterdziestu pięciu lat mocno posiwiały, o szerokiej, wielkiej, czerwonej twarzy ze zwisającymi płowymi wąsami, wywierał wrażenie wspaniałości i siły. Trudno było wyobrazić sobie kogoś wyglądającego bardziej po pańsku, bardziej po sarmacku, bardziej po hetmańsku. Gdy się odezwał, niski, chropowaty bas jeszcze bardziej utwierdzał to wrażenie. Od pierwszego rzutu oka każdy byłby pewien, że człowiek ten jest stworzony do wielkich przeznaczeń, do władania, do rządzenia, do dowodzenia armiami, że mieszkać w nim musi magnacka pycha, żelazna wola i nienasycone ambicje, potężny charakter. I każdy, kto by tak go ocenił, myliłby się całkowicie.

Książę był w istocie najłagodniejszym i najprzeciętniejszym człowiekiem na świecie. Bynajmniej siebie nie cenił wysoko, ambicji zaś nie miał żadnych. Gdy przed kilku laty wskutek jakichś kombinacji politycznych usiłowano wetknąć mu tekę ministra rolnictwa, po kryjomu wyjechał za granicę i siedział tam, póki niebezpieczeństwo nie minęło. Delikatność swą w stosunku do służby we własnych dobrach posuwał tak daleko, że gdy w nocy przywoził kompanię do Horania, wolał własnymi rękami wyłamać zamek od piwnicy niż budzić kogokolwiek w po szukiwaniu klucza. Wydanie kelnerowi zwykłego polecenia już sprawiało mu trudność i zwykle zaczynał je od słów:

— Czy pan nie byłby tak łaskaw...

Co do namiętności, miał ich dwie: kobiety i libacje “Pod Lutnią". Co do pierwszych słynął z galanterii, szerokiego gestu i niewierności, co do drugich z pedantycznej i entuzjastycznej stałości, z mocnej głowy, serdecznej prostoty i niezmiennej gotowości do płacenia rachunków, byle tylko możliwie przedłużyć wspólne sjesty.

Gdy wchodził “Pod Lutnię", wszyscy, zaczynając od portiera, a kończąc na pikolakach, witali go ukłonami, pełnymi szacunku i przyjaźni, i usłużnym meldunkiem:

— Jeszcze nikogo nie ma, proszę księcia pana.

Albo też:

— Już jest pan Tukałło i pan baron, proszę księcia pana.

Podobnymi meldunkami witano zresztą i pozostałych “kacerzy okrągłego stołu", dyrektor zaś lokalu, pan Dolmacz, okrągły, czy raczej owalny jegomość w złotych binoklach, mógł udzielić znacznie obszerniejszych informacji. Wiedział dokładnie, co kto robił w ciągu dnia, gdzie jest obecnie, czy przyjdzie, czy nie, gdzie ubiegłej nocy zakończył kulig, z kim był w kinie, czy skończył obraz, czy podpisał umowę na książkę, czy wyjechał, dokąd i na jak długo, słowem wszystko to, czego się od rana zdążył dowiedzieć. Był jakby centralą wiadomości, gdyż każdy, kto w ciągu dnia tu wstąpił lub zatelefonował z pytaniem o jednego z przyjaciół, nie omieszkał jednocześnie powiedzieć paru zdań o innych i o sobie.

Toteż gdy Gogo zadzwonił doń, zapytując kto jest, pan Dolmacz oświadczył:

— Jest już, proszę pana, tylko książę i dr Muszkat, ale zaraz przyjdą panowie Chochla i Tukałło.

— Jak to przyjdą?! Przecież mieli być gdzie indziej!

— Tak jest, proszę pana, siedzą jeszcze w Kresowym, ale tam flaki dziś niedobre i pan Tukałło się obraził. Pan baron Irwing będzie po dziesiątej, bo jego wóz stoi przed kinem “Ateny", a pan Kuczymiński właśnie wchodzi. Czy szanownego pana prędko się możemy spodziewać?

— Nie wiem. Pewno dziś nie przyjdę. Dziękuję panu.

— Moje uszanowanie panu.

I pan Dolmacz odłożył słuchawkę, okrągłym ruchem strzepnął nieistniejący pyłek z klapy fraka i ruszył do ostatniej sali w poczuciu dobrze i godnie spełnionego obowiązku.

Kuczymiński witał się właśnie z księciem i z Muszkatem, niewyraźnie uśmiechnięty, blady, o niecierpliwych, nerwowych ruchach. Gorzej znosił alkohol od innych i był jeszcze zupełnie roztrzęsiony. Nigdy nie wyróżniał się dobrym zdrowiem. Był mały, szczupły, o zapadniętej klatce piersiowej, już łysiejący mimo niespełna trzydziestki. Mówiąc, gestykulował rękami o długich, pięknych palcach, zdradzających powołanie pianisty. Istotnie, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu, studiował w konserwatorium i rokowano mu nawet dobrą przyszłość. W jego gestykulacji było coś oryginalnego i rzucającego się w oczy. Żaden ruch nie był wykończony, każdy ulegał w środku jakby nagłemu zahamowaniu. Był to jakby projekt, szkic gestu. Mówił zresztą i pisał podobnie. Jego utwory nie zdobyły jeszcze pewnej marki ani dostatecznej popularności. Miał już jednak swoich zdecydowanych zwolenników i takich, którzy odmawiali mu nawet talentu.

Do największych entuzjastów twórczości Kuczymińskiego należał dr Mieczysław Muszkat, “Pod Lutnią" zwany Mońkiem, krytyk literacki jednego z wielkich dzienników stołecznych. Był nawet niejako odkrywcą Kuczymińskiego, gdyż po pierwszej jego książce napisał aż cztery — rzecz niebywała — felietony o niej. To postawiło Kuczymińskiego na nogi. Wprawdzie bowiem krytyki Muszkata nie wpływały na poczytność, ale często wzniecały dyskusje prasowe, co zawsze wychodziło książce na korzyść.

Muszkat pisał zawile, mętnie, obficie. Lubował się metaforami, przepadał za tworzeniem słów nowych, nowych terminów i określeń, wyławianych skwapliwie z całej najnowszej literatury światowej, żonglowaniem synonimami, wycieczkami po argumenty do psychiatrii, socjologii, filozofii, historii i innych nauk. Przy jego fenomenalnej erudycji i sumienności, ostrożności w sądach posuniętej aż do relatywizmu, którego zresztą był czcicielem, jego krytyki były nie do strawienia dla normalnego, inteligentnego czytelnika. Jak przez dżunglę trzeba było przegryzać się i przedzierać przez powikłane myśli, przez twierdzenia i przeczucia, przez analizy w poszukiwaniu opinii, zdania, przekonania krytyka.

Niektórym się zdawało, że je wreszcie wyłowili, inni klęli bezpłodną przemądrzałość, sięganie lewą ręką do prawej kieszeni, umyślne niezrozumialstwo i szafowanie “izmami".

Muszkat wiedział o tym i martwił się szczerze z tego powodu, lecz inaczej pisać nie umiał. W mowie za to odznaczał się jasnością, przejrzystością i doskonałą soczystą polszczyzną, dziwnie nie licującą z jego supersemickim wyglądem, z grubymi wargami, mięsistym nosem, kara kułowo wijącymi się czarnymi włosami i z oleistymi oczami w czerwo nych obwódkach, spoglądającymi trzeźwo spoza grubych szkieł w rogo wej oprawie. Bardzo zamożny, prowadził podobno świetnie swoje interesy i odznaczał *«ę wybitnym skąpstwem. Nikt nigdy nie widział go płacącego rachunek “Pod Lutnią11 czy w innej knajpie. Słynął za to z usłużności i uczynności, posuniętej aż do granic żenujących.

— Szumnie wczoraj zafajdaniliśmy się — nerwowo mówił Kuczy miński — to już doprawdy!...

Przyniesiono mu duży kufel piwa. Chciwie przypiął się doń i odstawił do połowy wypróżniony.

— Zaraz ci będzie lepiej — zauważył dobrotliwie Załucki.

— Kto wczoraj Pupsa odwiózł do domu?... Zalana była w pestkę.

— Zdaje się Drozd, w każdym razie coś tam...

— Nie pracowałeś?

— Skądże — żachnął się Kuczymiński. — Przed godziną wygramoliłem się z łóżka. Cały dzień czytałem gazety. Nie cierpię gazet w łóżku. Papier, płótno, szeleści. Suche takie. Wyrzucam, wyrzucam, naokoło sterty. Widok przeraźliwy. I ta demagogia. Aż wstyd. Czy wiecie, że ja się brzydzę prasą? Boję się. Muszę wiedzieć, fakty, fakty, fakty. Świat pełen faktów. Zaraz, miałem myśl... Aha. Nie ma rzeczywistości, została zasypana faktami, fakcikami, zdarzeniami, sypkimi, oderwanymi... Panie, jeszcze piwo!

— Czas przetoczy się po faktach, ubije je, zwiąże w całość i oto masz rzeczywistość. Warstwa na warstwie. Rzeczywistość dni, lat, epok — powiedział Muszkat. — Rzeczywistość doraźna, złapana na migawkę musi być zawsze ruchliwa, gdyż właśnie się tworzy.

Kuczymiński spojrzał nań z niechęcią.

— Czytałem twój dzisiejszy felieton.

— Nie podobał ci się?

— To żadne określenie. Zirytował! Czy cię zmusili w redakcji? Ty tego czuć nie możesz. Nie jestem za Ładą-Czerskim, ale ta jego powieść ma grunt! Rozumiesz, grunt w optymizmie. A ty z pesymizmem jedziesz i jedziesz.

— Smutna książka. Nie lubię takich — zauważył Załucki.

— I to porównanie z Zolą! Rozłupujesz włos na cztery części, a nie widzisz, że tam jest drugi nurt podskórny, nieświadomy. Sam autor pewno o tym nie wie, ale twój obowiązek. To są krytycy, psiakrew. Jedni w kolumnadach dogmatów, owinięci w togi i w końskich okularach, ani w prawo, ani w lewo i łaskawie rozdają stopnie, przymierzając wszystko do starych kopyt. Niech nie pasuje, rozdzierają szaty. Drudzy, jak Moniek, po wertepach mozolnie łażą, zbierając etykietki niczym kwiatki do wianuszka. O, znalazł surrealizm, przymierza. O, zerwał irracjonalizm, czy pasuje? Tu znalazł krawat George'a, tu guzik od portek Szołochowa, tu skarpetkę Hamsuna, tu gacie Prousta — i oto Jeremi Kuczymiński ubrany. Jeszcze mu przypiąć piórko wyrwane z lewego skrzydła ekspresjonistów i cacy, cacy tralla lalla... Skaczą zadowoleni. Facet gotów. Teraz już wiadomo co, i chociażby nie wiem co i jak później, już żadną siłą nie pozbędzie się tych gaci, piórek, wianuszków, skarpetek. Przylepili, psia ich mać.

— Jeszcze nie mogę pojąć, o co ci chodzi — spokojnie odezwał się Muszkat.

— O Ładę-Czerskiego.

— Że Zamknięta ulica nie jest podobna do jego dawniejszych utworów?

— Oczywiście.

— Więc przeczytałeś mnie nieuważnie.

— Najuważniej. Wypisałeś same bzdury. Bo już masz swoje szufladki. Otrzymujesz do recenzji książkę Łady. Aha, mam tu jego szufladkę, a na szufladce etykietka. Cóż za fajdaństwo.

— Więc uważasz, że za mało pochwaliłem Zamkniętą ulicę?

— Uważam, żeś nie o niej napisał.

— Na to się nie zgodzę — po chwili wahania odpowiedział Muszkat.

— Napisałeś o autorze. O autorze takim, jakiego sobie urobiłeś w swej wyobraźni. A ta zafajdana ulica tak się ma do tego obrazu jak pies do wiązki siana.

— Mówmy ściśle. Podoba ci się?

— Ani tak, ani nie. Ale jest ciekawa. Dla Łady w każdym razie nowa. Zaskakująca. Po jubileuszu! Cóż u licha, nie rozumiesz tego?

— Być może masz rację. Zresztą napomknąłem o tym, a jeżeli chodzi o prawdę, książka napisana jest niechlujnie. Kompozycja przeciążona, niektóre fragmenty rozrosły się tak, że zaciemniają całość. Istne nowotwory. Na przykład ta wizyta w krochmalni.

Kuczymiński zamachał rękami. -

— Człowieku! Nie bronię Łady, tylko napadam na ciebie!

Dyskusję przerwało nadejście Strąkowskiego. Najmłodszy w tym gronie, bo zaledwie pełnoletni, był tu ulubieńcem wszystkich bez wyjątku. Duży wdzięk i niemal dziecięca uroda przyczyniały się do tego na równi z jego dużym talentem poetyckim. Po wczorajszym wyglądał żałośnie. Okazało się, że nie spał wcale. Pisał.

— Napisałem bardzo dobrą rzecz. Wiem, że dobrą, bo tak płakałem,.. Dajcie mi piwa, bo umrę.

— A możebyś lepiej wermutu się napił? — troskliwie zapytał Załucki.

— Nie wiem, jak chcesz.

— Wiersz? — zainteresował się Muszkat.

— Tak, cudo. Rozumiecie, łzy przesłaniały mi klawiaturę maszyny. Zrywam się po chustkę i nim doszedłem do szafy, rodzi się nowe słowo, nowy zwrot. No, odkrycie! A we łbie karuzele i te nudności. Brr... Czemu macie takie posępne gęby?...

— Jeszcze nie piliśmy — wyjaśnił Kuczymiński. — Masz to przy sobie?

— Mam — sięgnął do kieszeni.

Kuczymiński zawołał:

— Nie, nie! Później. Teraz szkoda.

— Masz rację — przyznał Muszkat. — Niech już dadzą tej wódki.

Podczas gdy Załucki konferował z kelnerem, Strąkowski mówił półgłosem:

— ... i psalm blaszanym szelestem szeptały liście palm... Nic nie pracowałem nad tym. Samo tryskało, płynęło. Płakało ze mnie. Słowa jak łzy... Śmierdzi ten wermut, psia krew! Dajcie wódki. Patrzcie, idzie Drozd i prowadzi Trzy Świnki. Co za pomysł!

— Ostatecznie to nic nie szkodzi — zauważył pojednawczo Załucki.

— Nie, trzeba je spławić. Zafajdanią nam cały wieczór — skrzywił się Kuczymiński.

— Cały kurnik — mruknął Muszkat.

Okazało się, że niebezpieczeństwo było niegroźne, a w każdym razie szybko przemijające. Trzy Świnki oświadczyły, że wpadły tylko na chwilę, gdyż idą na jakieś prywatne przyjęcie. Były to trzy siostry, panny Wieloryskie, niebrzydkie i zalotne. Najstarsza była już skończoną architektką,

dwie młodsze studiowały w Akademii Sztuk Pięknych, jedna rzeźbę, druga malarstwo. Przezwisko swe zawdzięczały w równej bodaj mierze popularnej piosence o trzech świnkach, jak i trybowi swego życia. Córki dobrej ziemiańskiej rodziny, zubożałej wprawdzie, lecz zaszczyconej dziewięciopałkową koroną w herbie, na warszawskim gruncie prowadziły się aż nazbyt swobodnie, nie licząc się wcale z opinią. Brawurowały nawet cynizmem i z humorem powtarzały dowcip Polaskiego, że opracowują wielką “Monografię garsonier warszawskich". Ci, co bliżej je znali, a nie było ich mało, mieli podstawę twierdzić, że chociaż zebrały już bardzo dużo materiałów do tego dzieła, gorliwość ich w dalszych poszukiwaniach bynajmniej nie osłabła.

W gruncie rzeczy nie były to złe dziewczyny i w innych warunkach na pewno nie zarobiłyby na swoje przezwisko. Wychowane jednak w klasztornym rygorze, który usuwając wszelkie pokusy, nie pozwala rozwinąć się hamulcom moralnym, z chwilą gdy znalazły się bez opieki i nadzoru, zanurzały się aż po uszy w tym, co zdawało się im życiem bujnym, barwnym i nieskrępowanym. Zycie to nie przekraczało wprawdzie odcinka między nocnym dancingiem a garsonierą, ale dla Trzech Świnek było wszystkim. O ile bowiem po trzeźwemu lubiły dużo mówić, każda o swojej sztuce, o tyle nad ranem stawały się obojętne dla wszelkich sztuk z wyjątkiem sztuki życia.

Stanowiły przy tym rodzaj spółdzielni, cedując sobie wzajemnie przyjaciół krótkoterminowych, o których nie kłóciły się nigdy.

Z wszystkimi prawie bez wyjątku kacerzami okrągłego stołu, czyli z szatanami, były na stopie zupełnej poufałości i miały do tego dostateczne podstawy.

— Trzy Świnki! — komplementował je Tukałło. — Jesteście najwygodniejszymi bydlątkami w naszej szerokości geograficznej.

Nie lubiono tylko, gdy przychodziły “Pod Lutnię". Tu kobiety nie były życzliwie widziane, z wyjątkiem Jolanty Horoszczańskiej, którą tolerowano od czasu do czasu.

Napełniły salkę śmiechem, swoją żywotnością i kobiecością, opowiedziały kilka plotek, kilka dowcipów zebranych w ciągu dnia po kawiarniach i wyniosły się, zapowiadając, że przyjdą do Moulin Rouge.

W drzwiach rozminęły się z Chochlą i Tukałłą.

— Noga moja nie postanie więcej w tym kresowym kuble od pomyj — grzmiał Tukałło na powitanie. — Takie flaki dać człowiekowi, który od rana o niczym innym nie marzył. Nakarmili mnie goryczą. Jadł kto

z was gorzkie flaki?... Rzecz na pozór nie do uwierzenia. I w dodatku spotkaliśmy tam Tinę Dabermann.

— Była z jakimś okropnym typem — zachichotał z zadowoleniem Chochla. — Speszyła się strasznie. A on, wiecie, z taką kurzą szyjką. W kąciku siedzą, jak dwa szczurki. Cha, cha, cha...

Byli już obaj ożywieni, oskrobani z rdzy wczorajszej pijatyki.

— Aleście tam siedzieli — z wyrzutem powiedział Załucki.

— Wypiliśmy po mierzawcu — przyznał się Tukałło. — Wyszlibyśmy też wcześniej, ale Tina była tak nieszczęśliwa z powodu naszej obecności, że baliśmy się wyjść, by nagłe szczęście jej nie zabiło. Hej, panie Dolmacz! Jest tu gdzie dyrektor, to jajko wielkanocne ichtiozaura?

Ostatnie słowa wypowiedział wprost do dyrektora Dolmacza, który stał nad nim z jadłospisem w ręku i z całą powagą powiedział teraz:

— Jestem, proszę szanownego pana.

— Ach, co za miłe spotkanie — wyciągnął doń rękę Tukałło. — Przede wszystkim muszę pana w imieniu doktora Muszkata zapytać, czy determinizm paliatywny w kategoriach absolutu antycypuje w apercepcji aspektów retrospektywnych, respective przekrojów horyzontalnych introspekcji formikularnej antynomii fekalnych, i jeżeli tak, to dlaczego?

— Bo tak już jest, proszę szanownego pana — z rezygnacją rozłożył tłuste rączki dyrektor, jakby ubolewając nad tym, że nic tu poradzić nie może.

— Bardzo pan to subtelnie zdefiniował — poważnie przyznał Tukałło. — A teraz, czy może pan zamówić dla mnie w kuchni większą porcję fantasmagorii efemerydalnej z kartoflami a la Pumpernickel?

— Oczywiście, proszę pana — odpowiedział niewzruszenie Dolmacz i zwracając się półgłosem do stojącego za nim kelnera, wydał dyspozycję: — Panu Tukalle bamba jasnego w cienkim szkle i kotleciki baranie średnio wysmażone, albo czekaj pan... Lepiej będzie dać szaszłyk z wątróbek gęsich z ryżem. Jazda.

Przy stole, pod wpływem humoru Tukałły i wypitych pierwszych kieliszków wódki, nastrój zaczął się poprawiać. Ustawało skrzypienie głosów, ręce poruszały się sprawniej, urywane zdania zaokrąglały się, wpadały w rytm, stawały się rozmową. Drozd, który świeżo wrócił z Londynu, gdzie miał swój autorecital, zachwycał się limerykami, czyli typem pięciowierszowych fraszek bardzo popularnych w Anglii. Z obecnych, jak się okazało, tylko Muszkat znał się na tym i natychmiast wyrecytował kilka limeryków, opartych na grze słów, nieoczekiwanych rymach i na czystym nonsensie tak charakterystycznym dla humoru angielskiego.

Zainteresowali się tym wszyscy i Kuczymiński spróbował zacząć limeryk polski:

— “Raz ras rasowych pełen kras...

— “Za szynkwas po kwas kwaśny wlazł — dodał Chochla. Strąkowski dorzucił:

— “A pewne Tukałło

— “Ogromnie się zdumiałło...

— Piąty wiersz — wyjaśnił Drozd — musi rymować z pierwszymi.

— Więc dajmy na to — zakończył Tukałło: — “Że ktoś dla kwasu znalazł czas".

— Lepiej będzie — zaproponował Muszkat: — “Tout passe, tout casse, tout lasse".

— Albo — poprawił Drozd: — “O, Donnerwetter! Was ist das?!"...

— Czekajcie, wykombinowałem coś naśladującego angielski! — zawołał Strąkowski.

— Słuchamy!

“Żdziś Chochla wodą struty był I twarz w kolczaste druty wbił A pewien lord rabin Rzekł do kilku hrabin But he is always beautiful".

— Dlaczego wymawiasz “fył", kiedy po angielsku mówi się “fuł"? — zaoponował Drozd.

— To nie ja wymawiam, tylko lord rabin. Wyobraźmy sobie, że jako lord mówi po angielsku, a jako rabin źle wymawia.

Zabawa się podobała. Natychmiast złożono nowy limeryk na Muszkata:

“W Warszawie mieszkał pewien Muszkat

Pisarzy i poetów dusz kat

A jego ciotka hurysa

Tak pokochała tygrysa,

Że co dzień brała go do łóżka".

Posypały się dalsze limeryki. Kelnerzy napełniali wypróżnione kieliszki. Humory poprawiły się znacznie, umysły pracowały sprawniej. Raz po raz strzelały dowcipy, aforyzmy, trafne uwagi, cięte określenia. Rozmowa zeszła na temat przekładów na języki obce. Ali Baba był zdania, że Kuczymiński, a zwłaszcza Polaski przez niedbalstwo nie starają się o tłumaczenie swych książek na francuski, angielski i niemiecki. Muszkat szeregiem przykładów udowodnił, że ich powieści mogłyby liczyć za granicą na powodzenie, gdyż tamtejsi pisarze zyskują je, bynajmniej nie dystansując polskich pisarzy poziomem ani tematyką, ani artyzmem.

— Chodzi o coś innego — powiedział Drozd. — Tamtejsi wydawcy i krytycy są zrażeni do literatury polskiej. Polską książkę biorą do rąk z nieufnością. A to zasługa naszej propagandy. Ludzie na zachodzie nie znoszą patosu, nie znoszą skomplikowanego stylu. Umieją już myśleć w sposób prosty i w takiż sposób wyrażać swoje myśli. A czym ich czę towano?... Pakowano setki tysięcy w beznadziejny pomysł nauczenia ich czytania Wyspiańskiego, Żeromskiego, Króla Ducha, Dziadów, literatury popowstaniowej, która już przez samo swoje cierpiętnictwo była ich duchowi obca. ,

— Obcość nie przeszkadza — zauważył Muszkat. — Cóż może być na Zachodzie bardziej obce niż Tołstoj czy Dostojewski, a przecie obaj przeszli przez Europę potężnymi falami.

— Przeszli! — podkreślił Kuczymiński. — Nie zostali. A poza tym to już była kompletna egzotyka.

Rozpaliła się namiętna dyskusja, która stopniowo przeszła znów na temat krytyki literackiej. Roztrząsano właśnie zagadnienie, komu jest potrzebna krytyka: czytelnikowi — jako przewodnik po utworze, czy twórcy — jako lekcja, gdy do stolika przysiadł się Łada-Czerski. Przyszedł umyślnie, by spotkać Muszkata i podziękować mu za obszerną recenzję. Mały, siwy i korpulentny, przypominał zewnętrznie Jerzego Clemenceau. Z przykrótkich rękawów marynarki wystawały postrzępione mankiety koszuli... Krzywo zawiązany krawat i zniszczone ubranie nadawały mu zaniedbany, nieświeży wygląd. “Pod Lutnią" nie bywał częstym gościem, a chociaż z niektórymi pozostawał w dobrych stosunkach, różnice wieku i trybu życia nie sprzyjały zbliżeniu. Łada-Czerski był żonaty, miał kilkoro dorastających dzieci i przy umiarkowanym powodzeniu swoich powieści musiał dużo pisać, by nastarczyć pieniędzy na domowe wydatki. W kołach literackich traktowano go z pobłażliwym lekceważeniem, chociaż nie odmawiano mu talentu.

Przyszedł już trochę zawiany, wielomówny i skłonny do zwierzeń. Krytykę Muszkata brał za dobrą monetę, a może tylko udawał, w chęci zapewnienia sobie następnej nie gorszej. O swej książce wyrażał się z rezygnacją.

— Zdaję sobie sprawę z jej braków — mówił nerwowo, spoglądając niepewnie po twarzach obecnych. — Są tam duże niedociągnięcia, łatwizny, rzeczy puszczone. Ale, moi drodzy, nie pretenduję do doskonałości. Od dawna pożegnałem się z myślą o niej.

Uśmiechnął się ze smutkiem.

— Kiedyś, przed dwudziestu paru laty, ambicje, marzenia, wiara w siebie!... W dalekiej perspektywie Nagroda Nobla, ba, czego tam nie było. Ale życie, życie...

— Podobała mi się twoja książka — sucho odezwał się Kuczymiński. — To jest dobra książka.

— Czytałeś?

— Tak. Uważam ją za najlepszą z twoich.

Łada zaśmiał się mile dotknięty.

— To jeszcze nie komplement. Ale cieszę się, bo jednak chcę pisać coraz lepiej i wiem, że piszę coraz lepiej. Doświadczenie, rutyna, chociażby to. Może potrafiłbym dać coś naprawdę dobrego, gdybym żył w waszych warunkach. Ale nie wtedy, gdy człowiekowi dudni od rana w uszach od kłótni w kuchni, gdy musi oddychać odorami prania czy znosić ustawiczny smród gotowanych kalafiorów lub przysmażonej cebuli. To jest życie rodzinne. Was nic nie zmusza do przyglądania się krostowatej kuchcie, do słuchania przez drzwi gderliwych tyrad zapracowanej kobiety i do człapania jej pantofli. Wam nie zabierają przygotowanych korekt do zapakowania narciarskich butów. W niedzielne popołudnie nikt was nie zmusza do wysłuchiwania dowcipów kochanych gości o nagniotkach i o brudnych skarpetkach.

Wstrząsnął się i wypił duszkiem kieliszek.

— Nie wolno artyście dotknąć tej grząskiej małomieszczańskości — mówił ponuro. — Wystarczy raz jej dotknąć stopą, a wciągnie człowieka, pochłonie, i nie ma żadnej nadziei i ratunku. Nie, nie tylko obowiązki, ale i uczucia... Kiedy przed laty żeniłem się, nieboszczyk Wilhelm Rudzki, który darzył mnie, smarkacza podówczas, przyjaźnią i poparciem, mówił: — Unikaj intelektualistek! Nic groźniejszego dla artysty, jak kobieta wtrącająca się do jego twórczości. Wpływ jej zawsze będzie fatalny. Szukaj gęsi, szukaj mieszczki, szukaj kury domowej. Będzie gąbką na szarzyznę i codzienność, a zostawi cię samego w świecie ducha. Pamiętaj, że artysta musi być samotny. Gdy do regionów Sztuki wpuści swoją kobietę, zamieni je w kojec.

Zaśmiał się ironicznie.

— Nie brał pod uwagę jednej rzeczy ten mądry Rudzki. Nie przewidział tego, że z ojca trudno jest wzlecieć do regionów Sztuki.

— Wilhelm Rudzki! — wydął wargi Tukałło. — Cóż Wilhelm Rudzki?... Była to beczka truizmów. Stragan z dewocjonaliami, detaliczna wyprzedaż katechizmów na wszystkie okoliczności życia, sennik egipski, podręcznik dobrego tonu dla wstydzących się żebrać, tuba dydaktyczna i w ogóle śmierdziel.

— Norwid pisał i malował w najfatalniejszych warunkach materialnych — zauważył Strąkowski.

— Ale nie w moralnych, nie w moralnych — podchwycił Łada.

— Owszem — zaprzeczył rzeczowo Muszkat. — Jakże można nie brać pod uwagę tych okoliczności...

— Boże, teraz ten z Norwidem. On nas przepiłuje — jęknął Tukałło.

Zresztą w ogóle nastrój zepsuł się. Przykre wyznania Łady zepsuły wszystkim humor.

Siedzieli skwaszeni.

Wreszcie Załucki wpadł na szczęśliwy pomysł.

— No, Jasiu — zwrócił się do Strąkowskiego — miałeś przeczytać nam ten nowy wiersz.

— A tak, tak — ożywił się Strąkowski. — Jeżeli tylko chcecie...

Spojrzał pytająco po twarzach przyjaciół. Wszyscy chcieli. Tylko Chochla powiedział:

— Świetny sposób spędzenia czasu. Najpierw ty przeczytasz swój wiersz, potem Moniek kilka swoich recenzji, potem Jeremi i pan Łada-Czerski na zmianę swoje powieści i tak spędzimy czas miło i pożytecznie.

— Dajże spokój, niech czyta — odezwał się Drozd.

Łada śmiał się cichutko i dyskretnie, a Strąkowski wzruszył ramionami.

— Wcale się nie narzucam.

— No już czytaj, czytaj — łaskawie zgodził się Chochla.

Strąkowski wyjął rękopis i zaczął czytać. Przysunęli się, pochylone głowy znieruchomiały. Miał głos cichy, melodyjny, o przejrzystym, szklanym brzmieniu. Wiersz istotnie był piękny. Już pierwsza strofa wzięła słuchających niespodziewaną plastyką obrazu i oryginalnością skojarzeń. Dziewczyna kąpiąca się w jeziorze o wschodzie słońca, kąpiąca się w błękicie wody i w purpurowej zorzy, jasna, prześwietlana, bezgrzeszna i nieziemska, nawet od marzeń wolna. I młody rybak, zakochany, wpatrzony, rozkoszujący się nieosiągalnością swych pragnień...

Nie o treść zresztą chodziło. Trudno ją było ze słów wyłowić. Wiersz ledwie dotykał konturów rzeczywistości. Był cały różową mgłą, zgęszczającą się miejscami w jakieś półrealne kształty, muzyką smug i nawrotów, ciepłych prądów wzbierających aż do żaru, pogodnych dźwięków przechodzących w burzę namiętnych słów.

Słuchali w skupieniu, zasugestionowani, opanowani wzruszeniem, po. konani pięknem. Tukałło wysunął dolną wargę, Załucki zastygł w półuśmiechu. Kuczymiński miał w oczach łzy.

Strąkowski skończył i drżącymi rękoma składał arkusiki papieru.

— Genialne — cicho powiedział Drozd.

— Co za talent — szepnął Łada.

— Nie napisałeś jeszcze nic równie dobrego — z przekonaniem odezwał się Muszkat. — Winszuję ci, Janku.

Strąkowski stopniowo odzyskiwał równowagę. Jego chłopięca twarz rozjaśniła się szczerą radością.

— Naprawdę to takie dobre? Powiedzcie, naprawdę? — pytał.

— Świetne — zapewnił Muszkat. — Daj mi to od razu. Pójdzie do niedzielnego numeru.

Wyciągnął rękę po manuskrypt, ale Strąkowski potrząsnął głową.

— Nie, nie będę tego drukował.

— Oszalałeś? Dlaczego? — zawołał Chochla.

Strąkowski przymknął oczy.

— Może kiedyś... Ale nie pisałem tego do druku. To jest dla kogoś...

— Do sztambucha? — zapytał Łada.

— Mniej więcej.

— Strasznieś nas zaintrygował! — z udanym zaciekawieniem powiedział Tukałło. — Gubimy się w domysłach. Hej, bracia! Któż odgadnąć może, komu ten młody poeta w hołdzie u stóp złoży wytwór swego ducha?

Strąkowski zaczerwienił się.

— Przestań, Sewer.

— Przeczytaj to jej przez telefon — zaśmiał się Chochla. — Jeżeli już śpi, to Gogo powtórzy jej to jutro przy śniadaniu.

— Jesteś świnią — skrzywił się Strąkowski.

— A ty jesteś tym rybakiem z twego wiersza. Kate się kąpie, a Jas z wędką w ręku podgląda. Cha... cha... Tylko żeś nie widział jej nigdy w jeziorze. Najwyżej w wannie, i to przez dziurkę od klucza.

— Uspokójcie to tłuste zwierzę, bo je zabiję — warknął Strąkowski.

— Czy wiecie, co to jest wędka? — zapytał Tukałło.

— No? — zaciekawił się Ali Baba.

— Wędka to na jednym końcu robaczek, a na drugim głuptaczek. No, ale sądzę, że ten wiersz należy oblać czymś szlachetniejszym, jak myślisz, Ali Baba?

— Naturalnie — ze zwykłą gotowością zgodził się Załucki. — Może koniak?

— Dla Strąkowskiego nie radzę — powiedział Chochla. — Ze względu na jego wiek i na adresatkę jego westchnień raczej dać mu “Liebfraumilch".

— Bardzo dowcipne — żachnął się Strąkowski.

Łada rozbawiony zapytał:

— Niechże się i ja dowiem, kto jest ową adresatką! Widzę, że jest to tajemnica publiczna.

— Może pan zapytać nawet tutejszego portiera albo gazeciarza na rogu — zapewnił go Chochla. — Każdy panu powie, do kogo cholewki Imali ten młodzieniec.

— Cóż za wyrażenie! — zgorszył się estetyczny Muszkat. — Cholewki!

— Chodzi o panią Kate — wyjaśnił Załucki.

— Ach, o tę piękną blondynkę? To zdaje się żona pana Zudry? — Tak.

— Wspaniała. Widziałem ją z wami na wernisażu. Ma szczęście ten Zudra. Czym on się właściwie zajmuje?

— Nie wiem — potrząsnął głową Załucki.

— Jest zamożny. Ma jakieś dochody i z tego żyją — wyjaśnił Kuczymiński.

— Słyszałem, że zakłada jakiś tygodnik. Nawet wspominał mi o tym.

Muszkat machnął ręką.

— Nic on nie założy.

— Dlaczego?

— Bo to słomiany ogień.

— Po prostu Gogo to leń — oświadczył Drozd. — Lubię go, jest miły, ale leń, psia krew.

— Od dawna — odezwał się Tukałło — z oburzeniem patrzę na to, że Gogo nic nie robi.

Przyjęto to ogólnym śmiechem.

— Cóż was tak ubawiło? — udał oburzenie Tukałło. — Co za niestosowne śmieszki?

— Bo sam przecież jesteś największym, monstrualnym, frenetycznym, stuprocentowym leniem — zawołał Chochla.

Tukałło zmierzył go karcącym spojrzeniem.

— O ile się nie mylę, robisz jakieś aluzje, a nawet z lekka podajesz w wątpliwość moją pracowitość.

— Zgadłeś.

— Więc jesteś osłem. Przykro mi podać ci to do wiadomości, ale jesteś osłem. Ja należę do najpracowitszych ludzi w Polsce. Tak, najpracowitszych. Czy ty możesz sobie w ogóle wyobrazić, ile codziennego twardego i żmudnego wysiłku kosztuje mnie to, żeby nic nie robić?... To najcięższa praca. Zmaganie się z własną naturą, która pcha mnie do czynu. Ale gdzież jest ten koniak?...

— Już niosą.

— Otóż między Gogiem i mną jest olbrzymia różnica. Olbrzymia. Gogo wierzy w to, jak i wy, jak i wszystkie fajdany na świecie, że praca jest potrzebna, że stanowić powinna treść, a nawet cel życia. Gdyby ludzkości odebrano pracę, w tydzień wszyscy powiesiliby się, czego zresztą im życzę z całego serca.

— Tylko nie ja — zastrzegł się Łada.

— Każdemu się tak zdaje — odpowiedział Tukałło. — Chcesz odpocząć, ale to co innego, by odpocząć po pracy. Właśnie po pracy. Ludzie skazani przez majątek na nieróbstwo wynajdują sobie tysiące zajęć, które bezwiednie podnoszą do rangi pracy. Czyż myślicie, że dla takich osób wizyty, przyjęcia, polowania, bale, tenis czy golf nie są pracą?... Uważają celebrowanie tego wszystkiego za swój obowiązek, a zatem to jest praca. I nie widzą głębszej różnicy między, powiedzmy, froterowaniem podłóg a tańczeniem.

— Owszem — wtrącił Kuczymiński. — Czynnik zadowolenia!

— Względny. Froter równie dobrze może kochać swoją pracę jak balujący jegomość nienawidzić tańczenia. Pracujesz przecie, piszesz i daje ci to zadowolenie. A snob literacki, który całymi latami leży na kanapie do góry brzuchem i czyta, bo uważa za swój obowiązek czytać wszystko, ziewa z nudów nad twoimi utworami i klnie słowo drukowane. Rzecz względna.

— No dobrze — zgodził się Załucki — ale z tego, co mówisz, wynika tylko to, że praca czy namiastki pracy są dla człowieka koniecznością.

— Aldous Huxley — zauważył Muszkat — nie bez słuszności nazywa pracę najpowszechniejszym narkotykiem.

— Zapewne — przyznał Tukałło. — To narkotyk lub przynajmniej środek zapobiegawczy. Człowiek, który by nic nie robił, musiałby myśleć! Nic, tylko myśleć. A myślenie nie jest łatwym zajęciem ani bezpiecznym. Najmniej wytrzymali szybko uciekają od pracy spisywania swych myśli. Daje im to ulgę już przez to, że ograniczyć muszą ich zasięg do pewnych tematów. To filozofowie, pisarze, uczeni. Nieco mocniejsi gardzą podobnymi zabiegami i palą sobie w łeb lub wieszają się na własnych szelkach. Najwytrwalsi kończą pogodnie w domach wariatów.

— I cóż wybrałeś dla siebie: Tworki czy Kulparków? — poważnie zapytał Chochla.

— Coś w tym guście — skinął głową Tukałło — bo wasze towarzystwo...

Do stołu przysiadł się cioteczny brat Załuckiego, hrabia Rokieński,

który nie pomijał żadnej okazji spędzenia wieczoru z nimi, ilekroć wpadał do Warszawy. Czarne, płonące oczy i łopaciasta, również czarna broda, gęsto przetykana srebrnymi nitkami, wysokie czoło i ręce o karykaturalnie długich palcach składały się na powierzchowność dziwną i niesamowitą. Rokieński pasjonował się okultyzmem. Wydał nawet pod pseudonimem jakąś broszurę o upiorach, urządzał seansy spirystyczne, prowadził tak zwaną korespondencję telepatyczną z jakimś Grekiem w Salonikach i od czasu do czasu wysyłał mu pieniądze, ku zmartwieniu żony nie drogą telepatyczną, lecz pocztą.

Tukałło, Polaski, Chochla i inni opowiadali Rokieńskiemu nieprawdopodobne bzdury z rzekomych przeżyć własnych w interesującej go dziedzinie. Wszystko brał za dobrą monetę, a niektóre zdarzenia skrupulatnie zapisywał w notesie. Na jawne kpiny jednak w stosunku do niego nie można sobie było pozwolić. Wprost emanował szlachetną powagą i był zupełnie pozbawiony zmysłu humoru. Natomiast namiętnie lubił dyskusję. Miał pasję nawracania i każdy sprzeciw cieszył go bardzo, dając pole do szerokiego omawiania ulubionych tematów.

I teraz, zaraz po powitaniach, powiedział:

— Umyślnie przyjechałem do Warszawy, by zaprotokółować fenomenalne zdarzenie, którego prawie byłem świadkiem.

— Cóż to za zdarzenie?

— Objaw niesłychanie interesujący, a tym ciekawszy, że wywołany przez człowieka, który moim zdaniem, przynajmniej dotychczas, nie ujawniał żadnych właściwości mediumicznych. Mówię o moim szwagrze, Dodenhoffie.

— Słuchamy, słuchamy.

— Otóż Dodenhoff przyjechał do mnie przed tygodniem. Gościnne pokoje są w lewym skrzydle i tam zamieszkał, a trzeba panom wiedzieć, że lewe skrzydło pałacu wybudowane zostało na miejscu, gdzie w końcu siedemnastego wieku zamordowany został przez swego stajennego Maciej Rokieński. Otóż nie ulega wątpliwości, że duch zamordowanego ukazywał się kilkakrotnie różnym osobom. Sam, niestety, nie widziałem go, ale i ja słyszałem kroki na korytarzu i trzaskanie drzwiami. Mój szwagier, jak większość ludzi o nerwach niewrażliwych, człowiek zresztą dość powierzchowny, nie chciał wierzyć.

— I duch go nastraszył? — zapytał Chochla.

— Tak, ale nie o to chodzi. To było do przewidzenia. Otóż mój szwagier położył się o dziesiątej dwadzieścia. Pamięta to doskonale, bo przekręcając kontakt spojrzał na zegarek. Po chwili zasnął. Obudził go nagły hałas. Otworzył oczy i wprawdzie nic nie zobaczył, bo w pokoju panowała zupełna ciemność, ale wyczuł przesuwający się środkiem jakiś kształt. Ogarnęło go wręcz paraliżujące przerażenie. Nie mógł dosłownie poruszyć się. Zrozumiał, że jeżeli nie wyciągnie ręki do kontaktu i nie zapali światła, stanie się coś strasznego, a tu zdrętwiałe ręce nie były zdolne do najmniejszego ruchu. Wówczas nieludzki lęk, jak sądzę, właśnie lęk doprowadzony do szczytowego napięcia, stokrotnie wzmocnił jego wolę, skoncentrował pragnienie, a jedynym jego pragnieniem było: niech zapali się światło!

— I co?

— No i wyobraźcie sobie panowie — triumfalnie zakończył Rokieński — żarówka zapaliła się sama!

Powiódł wzrokiem po obecnych. Wszyscy milczeli.

— Siłą pragnienia zapalił lampę! — dodał, gotując się do ataku, gdyby spotkał się z niedowierzaniem. Nikt jednak nie powiedział ani słowa.

Po dłuższej pauzie Tukałło skinął głową.

— Tak, to najlepszy sposób. Ja sam nigdy inaczej elektryczności nie zapalam.

Pierwszy parsknął śmiechem Załucki, za nim poszli inni. Drozd aż położył się na stole, wywracając kieliszek.

Rokieński przeczekał burzę śmiechu. Nie był bynajmniej speszony, tylko urażony.

— Panowie już zdaje się za wiele pili — powiedział karcąco. — Wybaczcie, że nie dotrzymam wam dłużej towarzystwa.

Pożegnał się z ostentacyjnym chłodem i wyszedł.

— Doskonale wiem, dlaczego Dodenhoff mu to zmyślił — odezwał się Załucki. — Cały sekret na tym polega, że gościnne pokoje w Rokieni są piekielnie zimne. Po prostu chciał się przenieść na piętro.

— Szkoda, że poszedł — westchnął Tukałło. — Przewiduję dalszy ciąg tego niesamowitego zdarzenia. Mianowicie duch, niemile zaskoczony nagłym oświetleniem, rzucił się na kontakt i zgasił lampę, na to Dodenhoff znowu koncentruje wolę, na to duch znowu gasi i znów obaj jeszcze go raz! Widząc, że niewiele wskóra, upiór wreszcie niknie z piekielnym jękiem, a Dodenhoff wysiłkiem woli zwycięsko gasi sam lampę.

Wywiązała się krótka dyskusja na temat spirytyzmu. Rokieński nie miał racji podejrzewając ich o podchmielenie. Przeciwnie, umysły się rozjaśniły, określenia nabrały ścisłości, definicje ciętej trafności. Ze spirytyzmu rozmowa przeszła na Conan Doyle'a i jego zainteresowania w tej dziedzinie, na korelacje tych zainteresowań ze stworzeniem typu literatury detektywistycznej, a wreszcie wywołała długą tyradę Kuczymińskiego w związku z tym, że Conan Doyle, znany masom i lekceważony przez krytykę jako twórca Sherlocka Holmesa, przede wszystkim był autorem dobrych i gruntownych powieści historycznych.

— Ach, ten popęd do szufladkowania! — mówił. — Ta potrzeba wyszukiwania najprymitywniejszych etykietek. Sprawia to, że jedna postać z powieści zabija autora, wytwarza i utrwala o nim najbłędniejsze sądy. Zapytajcie pierwszego lepszego bubka o Wellsa, a usłyszycie: — Wells?... To Człowiek niewidzialny. Oto powiew działalności Mońka i jego fakultetu.

— Albo dowód, że popularność zyskują te utwory i te postacie, które autor obdarzył największą sugestywnością — odpowiedział Muszkat.

— Oczywiście — przyznał Strąkowski. — Najsugestywniejszą posta cią będzie ta, z którą autor się utożsamia.

Przytaczano przykłady. Rozmowa rozbijała się raz po raz, by znowu stać się ogólną. Po jedenastej przyszedł Irwing. W pierwszej sali spotkał dyrektora Dolmacza i zapytał go:

— Czy ja wczoraj od pana nie brałem pieniędzy?

— Pan baron? Wczoraj?... Nie, panie baronie, ale jeżeli mogę słu żyć, to zaraz każę...,

— Nie, nie. Tylko nie pamiętam i chciałem sprawdzić. Dziękuję panu.

Sprawa wydała mu się dziwna i niezrozumiała. Dlaczego Gogo skłamał, dlaczego powiedział pani Kate, że od niego pożyczył pieniądze?... Irwing nie umiał sobie tego wytłumaczyć i siadłszy przy stole, gdy rozmowa stała się głośniejsza, cicho zapytał Załuckiego:

— Słuchaj, Ali Baba, nie pożyczałeś wczoraj nikomu kilkuset złotych?

— Nie, nikomu, a o co chodzi? — zdziwił się Załucki.

— Ach, to drobiazg, bez znaczenia.

— A czy zwracał się ktoś do mnie?

— Nie, cóż znowu.

— Bo nie pamiętam. W ogóle źle jest z moją pamięcią. To wpływ alkoholu. Na przykład przed paru tygodniami po pijanemu zaprosiłem na wieś dwóch młodych Weberów na polowanie i na śmierć o tym zapomniałem. Oczywiście przyjechali, nie zastali mnie i możesz sobie wyobrazić... Wczoraj znowu zgubiłem papierośnicę. Mniejsza o to, że była to rzecz cenna, ale przywiązany byłem do niej. To pamiątka po mojej pierwszej miłości.

Irwing spojrzał nań, lecz nic nie powiedział. Przyszła mu do głowy niedorzeczna myśl: — Czy zgubienie papierośnicy Ali Baby nie łączy się w jaki sposób z kłamstwem Goga? A ile jednak w pierwszej chwili sam skarcił siebie za to brzydkie i nieprawdopodobne posądzenie, o tyle w następnej przypomniał sobie, że kiedyś w Moulin Rouge Gogo w nocy zastawił u szatniarza, trudniącego się pokątnie tymi transakcjami, swój pierścionek z brylantem.

Myśl była tak dokuczliwa, że postanowił zaraz ją sprawdzić. Zmyśliwszy jakiś pozór wyszedł i pojechał do Moulin Rouge. Lokal był dopiero co otwarty i jeszcze pusty. W szatni wisiało zaledwie kilka palt. Szatniarz przywitał go z jowialnym uśmiechem na pucołowatej twarzy. Odstawił wazkę, z której jadł właśnie łyżką bigos, wytarł usta wierzchem dłoni i powiedział:

— O, pan baron dziś do nas wcześnie.

— Mam interes do pana — odpowiedział Irwing.

— Do mnie? Służę panu baronowi.

Irwing zawahał się.

— Chodzi o rzecz bardzo poufną.

— Może pan baron na mnie liczyć — zapewnił szatniarz. — Ze mną to jak kamień w wodę.

— Chodzi mi... Czy nie zastawił kto wczoraj u pana... złotej papierośnicy?

Oczy szatniarza zmrużyły się podejrzliwie.

— Nie, panie baronie. Skądże. Czy to u mnie lombard?

Irwing odetchnął z ulgą. Już swobodnie powiedział:

— To szkoda. Jeden z moich przyjaciół gdzieś po pijanemu zastawił swoją papierośnicę i nie może sobie przypomnieć, gdzie. A właśnie prosił mnie, bym ją wykupił. Zdawało mi się, że to u pana.

— Przepraszam pana barona. Jeżeli tak, jeżeli pan Zudra wtajemniczył pana barona, to już mnie dyskrecja nie obowiązuje. Rzeczywiście pan Zudra wczoraj potrzebował gotówki. Tylko że nie żaden zastaw, panie baronie. Pan Zudra sprzedał mi swoją papierośnicę.

Irwing oniemiał. Zrobiło mu się tak przykro, że wstydził się spojrzeć szatniarzowi w oczy. Po dłuższej chwili zebrał myśli i powiedział:

— Ach, mniejsza o to, zastawił czy sprzedał. W każdym razie zrobił to po pijanemu i teraz chce ją mieć z powrotem. Pan musi mi ją oddać. Musi pan.

— Ależ panie baronie, ja przecież nic złego. Każdemu wolno kupować. Czy to grzech? Mogę zwrócić, ale nie mogę być stratny. Zapłaciłem osiemset złotych, panie baronie.

— Więc dam panu tysiąc.

Szatniarz rozpłynął się w uśmiechu.

— Doprawdy byłbym stratny, panie baronie.

— Więc ile pan chce?

— To droga rzecz. Wstąpiłem dziś do jubilera. Warta co najmniej półtora tysiąca.

— Ale pan zapłacił osiemset.

— Nie znam się na tym. Ryzykowałem. Gdyby okazało się, że mniej jest warta, nie miałbym i tak prawa upomnieć się u pana Zudry o zwrot.

— Dam panu tysiąc sto.

Szatniarz skłonił się nisko.

— Jakby pan baron był łaskaw tysiąc dwieście, to już nie byłoby mojej krzywdy.

— Dobrze — przygryzł wargi Irwing. — Niech pan da.

— W tej chwili, panie baronie.

Otworzył komórkę przy szatni i znikł w niej. Po paru minutach wrócił, kładąc przed Irwingiem papierośnicę. Była to papierośnica Załuckiego. Irwing odliczył dwanaście banknotów stuzłotowych i powiedział:

— Oczywiście proszę o całej sprawie nikomu nie wspominać.

— Tak jest, panie baronie. Dziękuję panu baronowi. Moje uszanowanie panu baronowi.

Irwing skinął głową i wyszedł. Na ulicy wsiadł do samochodu, lecz długo nie ruszał z miejsca. Zastanawiał się, jak teraz należy postąpić. Najprościej i najsprawiedliwiej byłoby pójść do Goga, powiedzieć mu w oczy wszystko i żądać, by nie ośmielał się więcej pokazywać “Pod Lutnią". Popełnił przecież zwyczajną kradzież. Wszystkim można by nie mówić o tym. Wystarczy dać do zrozumienia, że z Gogiem trzeba zerwać stosunki i w ogóle znajomość.

Równałoby się to jednak niemożności widywania pani Kate. Na to zaś Irwing nie poszedłby w żadnym wypadku. A może...

Tu błysnęła mu myśl: czy ona, gdyby dowiedziała się, że Gogo popełnił kradzież, mogłaby nadal być jego żoną, mieszkać z nim pod jednym dachem?... Czy nie zażądałaby rozwodu?... Kobieta kochająca wprawdzie umie wybaczać mężczyźnie nawet zbrodnie, ale Irwing, przyglądając się z bliska ich małżeństwu, od dawno mimo jej zapewnień przestał wierzyć, że Kate kocha męża.

Na policzki Irwinga wystąpiły rumieńce.

— Będzie wolna, będzie wolna — pomyślał i ścisnął w kieszeni papierośnicę, ten nieduży przedmiot, który był w jego mocy, przedmiot, który otwierał mu perspektywy największego szczęścia...

Znając panią Kate miał pewność, że nie umiałaby mężowi przebaczyć tego uczynku. Nie należała do osób, które idą na kompromisy moralne. Porzuciłaby Goga, a Gogo musiałby zgodzić się na rozwód. Wtedy zaś, może nie od razu, może za lat kilka...

Serce biło przyśpieszonym rytmem. Ręce drżały, gdy zapalał papierosa. Zaciągnął się raz, drugi, zdecydowanym ruchem wyrzucił papieros przez okno i nacisnął starter.

Tymczasem w restauracji “Pod Lutnią" zwiększyło się towarzystwo. Przyszedł reżyser filmowy Młociński, znany podróżnik Bojnarowicz, młody hrabia Czumski i wreszcie powitany hałaśliwą owacją i śmiechami Gogo. Posypały się żarty na temat jego ucieczki z domu.

— Zapewniam was — grzmiał Tukałło — że on złaził po drabince sznurowej przez okno. Wymykał się cichcem. To się robi bardzo prosto: Najpierw się dyskretnie ziewa, później mówi się: Pa, żoneczko, pa... Potem godzinka zaczajonego czekania, a następnie bierze się buty w zęby i na czworakach do drzwi lub do okna. Smoczek Feliński przez trzydzieści lat inaczej z domu nie wychodził. Gdy wreszcie owdowiał, no i mógł wychodzić normalnie, przyzwyczajenie wciąż zwyciężało. Małżeństwo to cudowny wynalazek. Tylko trzeba lubić wychodzić na czworakach.

Gogo śmiał się z innymi.

— Mam lepszy system — zapewniał. — Wychodzę na rękach.

— Pytanie: co lepiej, wychodzić na czworakach czy na czworakach wracać? — zawołał Czumski.

— Pierwsze jest koniecznością, drugie przyjemnością — powiedział Strąkowski.

— Ach! Wracać! Nikt już tak nie będzie wracał jak nieboszczyk profesor Chrobacki — machnął ręką Tukałło. — Był to najwytworniejszy po mnie człowiek w Warszawie. On jeden nie splamił się nigdy włożeniem do fraka lakierowanych trzewików. Ubierał się wyłącznie w Londynie i sypiał z monoklem w oku. Gdy jadł, był oszałamiający. Ba, on trupy w prosektorium rozbierał z takim wdziękiem jak pieczoną kaczkę.

— Ale jak wracał?

— Ach, do dziś dnia oczyma duszy widzę jego wspaniałą postać. Oto nad ranem otwierają się drzwi knajpy i wychodzi on, w cylindrze na bakier, połyskujący monoklem, z papierosem w kącie ust, smukły i chwiejny podąża do dorożki dwustronnie podparty kelnerami!

— Przypominasz to? — zapytał Drozd i zagwizdał łagodną melodię.

— Oczywiście, to jego pastorałka.

— Gdy komponował po pijanemu, umiał robić rzeczy nadzwyczajne. Czy ty wiesz, że mój balet “Cavadonga" w drugiej części to jego koncepcja?

— A w pierwszej Gounoda — wtrącił Chochla.

— Za to trzecia jest własna Brahmsa — zakończył Tukałło.

— Co za absurdy! — wzruszył ramionami Drozd.

— Nikt tak nie okrada się wzajemnie jak muzycy — powiedział Strąkowski. — Nie mam zbyt dobrze wyrobionego słuchu, ale ileż razy odnajduję podobieństwa. Po prostu plagiaty!

— A cóż się dzieje z Irwingiem? — zapytał Bojnarowicz.

— Jest tu. Tylko na chwilę wyszedł — wyjaśnił Załucki.

Niemal w tejże chwili na progu ukazał się Irwing.

— Właśnie mówiliśmy o tobie. Gdzie byłeś?

— W domu — odpowiedział spokojnie Irwing, witając się z Młocińskim, z Gogiem i z Bojnarowiczem. — Gdy powiedziałeś, żeś zgubił papierośnicę, przypomniałem sobie mętnie, że zostawiłeś ją na stoliku i że ja ją zabrałem. Pojechałem do domu sprawdzić.

— No i oczywiście nie ma?

Irwing zrobił krótką pauzę.

— No i oczywiście jest — powiedział.

— Serio?

— Służę ci i przepraszam, żem tego wcześniej nie zauważył.

Wyjął z kieszeni papierośnicę i położył ją przed Załuckim. Nie spojrzał przy tym na Goga. Wiedział, jak wstrząsające wrażenie musiało to wywrzeć na nim. I nie mylił się.

Gogo już przy pierwszych słowach o papierośnicy zaczerwienił się aż po uszy i schylił się niby po upuszczoną serwetkę. Gdy podniósł głowę, papierośnica leżała już na stole. W jednej chwili pojął wszystko. Irwing musiał domyślić się, kto wziął papierośnicę. Pewno Kate mówiła z nim o rzekomo pożyczonych pieniądzach, a wczoraj prawdopodobnie Szułowski wspomniał mu, że spotkał nad ranem Goga w Moulin Rouge.

— Jestem zgubiony — pomyślał Gogo.

Nie wiedział, jak ma postąpić. Gdyby teraz był tu tylko Irwing i Ali Baba, przyznałby się im otwarcie. Powiedziałby, że był pijany, że dziś miał papierośnicę wykupić, że wziął ją przypadkowo do kieszeni... Cokolwiek. Ale przy nich wszystkich niepodobna było mówić. Tym bardziej, że trudno było przewidzieć, czy Irwing nie zechce go skompromitować. Przecie w każdej chwili mógł głośno zażądać wyjaśnień.

— Wtedy nie zostanie nic innego, jak palnąć sobie w łeb.

Irwing jednak niczym nie zdradzał takich zamiarów. Swobodnie rozmawiał o rzeczach obojętnych, pił i nawet nie spoglądał w stronę Goga.

— Ani razu na mnie nie spojrzał — skonstatował Gogo. — Czy przy pożegnaniu poda mi rękę? Nie chciał może robić demonstracji przy wszystkich, ale na osobności zażąda ode mnie, bym usunął się raz na zawsze z ich towarzystwa.

Siedział jak struty i tylko raz po raz wychylał kieliszek.

— Co ci jest, Gogo? — serdecznie spytał go Załucki.

— Ogarnęły go smętne myśli na temat powrotu do domu — zaśmiał się Kuczymiński.

— Nic — bąknął Gogo — nie najlepiej się czuję. Głowa rozbolała.

Irwing sięgnął do kieszeni.

— Mam proszek. Może połkniesz. Po kwadransie będziesz się czuł znakomicie.

Spotkały się ich oczy i Gogo nie dojrzał w spojrzeniu Irwinga nic groźnego.

— Nie, dziękuję ci, Fredziu. Samo przejdzie.

Bojnarowicz zaczął opowiadać o swoim pobycie na Grenlandii i o życiu erotycznym Eskimosów. Okazało się, że Kuczymiński, który urodził się na Syberii, znalazł dużo analogii w obyczajach Eskimosów grenlandzkich i mieszkańców sybaryjskiej tundry. Muszkat zauważył, że wszystko to wywodzi się z epoki matriarchatu. Młociński był odmiennego zdania i znów rozpaliła się dyskusja. Teraz już wszyscy byli bardziej podnieceni alkoholem. Zdania padały krótsze, głośniejsze, raz po raz odbiegające od przedmiotu. Tematy pączkowały nowymi tematami, te znowu nowymi. I tak kiedy Bojnarowicz wciąż jeszcze mówił o Eskimosach, Muszkat o nowych prądach w antropologii, Drozd o genezie hinduskiej, Czumski o jakimś wypadku kazirodztwa na Suwalszczyźnie, Młociński o medycynie wschodniej, Kuczymiński już o relatywizmie Konfucjusza, który jest przeciwieństwem dogmatyzmu wszelkich innych etyk, Tukałło grzmiał paradoksami na temat moralności zwierząt, Strąkowski dowodził, że między językiem Basków a litewskim są bardzo wyraźne podobieństwa.

Wreszcie wszyscy mówili jednocześnie, usiłując się wzajemnie przekrzyczeć. Ktoś obserwujący ich z boku nie umiałby pojąć, jakim cudem wszyscy jednak, pomimo tego chaosu wieży Babel, słyszą się wzajemnie i rozumieją.

Rozmowa stopniowo zamieniała się w jakieś szczekanie. Pochyleni nad stołem, wymachując rękami, wyrzucali z siebie potoki słów, wodospady słów, kaskady słów. Po kwadransie Muszkat już mówił o wojnie boerskiej, Strąkowski o swoim dzieciństwie, Bojnarowicz o Eskimosach grenlandzkich, Tukałło o astrologii, Kuczymiński o firmie wydawniczej “Powalewski i Synowie", Młociński o Stasi Tumirównie z Teatru Nowości, Czumski o polowaniu na dziki, Irwing o wierszach Strąkowskiego, Drozd o knedlach ze śliwkami, Chochla o sobie, Załucki o tym, jak nie należy tańczyć oberka.

Chcąc pokazać jakąś figurę wstał i wówczas większość towarzystwa oprzytomniała.

— Chodźmy do innego Żyda! — zawołał Tukałło.

Wśród rumoru odsuwanych krzeseł zaczęli wychodzić. Przy stole najdłużej zostali zacietrzewieni: Drozd, który tłumaczył Muszkatowi, że muzyka jest bliższa matematyce niż nawet poezji, i Muszkat, który przekonywał Drozda, że antysemityzm nie ma żadnych podstaw biologicznych.

Noc była jasna i mroźna. Świecił księżyc i śnieg skrzypiał pod nogami. Świeże, ostre powietrze otrzeźwiło znacznie wszystkich. Niektórzy zaczęli się żegnać, niektórzy sprzeczać się przy wyborze następnej knajpy.

Gogo postanowił iść do domu. Nie był pijany. W naprężeniu nerwowym, w jakim się znajdował, alkohol nie przynosił mu ulgi. Pierwszy też raz naprawdę nie miał najmniejszej ochoty iść z nimi. Jeżeli wahał się, to tylko w niejasnej obawie, że gdy ich zostawi, zaczną mówić, a wówczas Irwing powie, gdzie znalazł papierośnicę.

Irwing jednak zachowywał się normalnie. Z jego sposobu bycia raczej można było wnioskować, że zdecydował się rzecz zatrzymać przy sobie. Kiedy Gogo zaczął się żegnać, Irwing ofiarował się:

— Odwieziemy cię do domu.

Nie zatrzymywał go wprawdzie, ale sama oferta dawała do zrozumienia, że nie zamierza robić użytku z posiadanych wiadomości. Przez chwilę Gogo nie mógł zrozumieć, co skłoniło Freda do zajęcia takiego stanowiska. Nic go przecież nie zmuszało do wykupienia papierośnicy. Jeżeli chciał wobec całej sprawy zachować się neutralnie i obojętnie, mógł nie przedsiębrać żadnych kroków, lub też w rozmowie z Gogiem dać mimochodem do zrozumienia, że wie o jego postępku i że daje mu jakiś termin do zwrotu papierośnicy.

Gogo zbyt dobrze znał Freda, by posądzać go o jakiekolwiek plany szantażu moralnego.

Irwing zatrzymał auto przed domem Goga i wyciągnął doń rękę.

— Sleep well!

Gogo mocno ścisnął jego dłoń.

— Dziękuję ci, bardzo ci dziękuję — powiedział z tak dwuznacznym akcentem, że mogło to odnosić się zarówno do kwestii papierośnicy, jak i do uprzejmości odwiezienia.

— Och, taki drobiazg, mała przejażdżka — lekko odrzucił Irwing.

Gogo zadzwonił do bramy i patrząc na oddalające się czerwone światło samochodu, poczuł łzy w oczach.

— To jest prawdziwie szlachetny człowiek... To przyjaciel — szepnął do siebie.

Tymczasem w “Negresco" przyjaciół spotkała niespodzianka: pierwszą osobą, którą spotkali, był Adam Polaski.

— To taką miałeś robotę — oburzył się Chochla.

— Pracowałem do pierwszej — bronił się Polaski. — No i musiałem wyjść coś przegryźć.

— Migdały! — zaśmiał się Strąkowski, wskazując na owinięte w serwetkę palone migdały obok wielkiego kieliszka cocktailu.

Służba do stolika Polaskiego dostawiła jeszcze dwa, by wszyscy mogli się pomieścić. Po chwili z drugiego końca sali nadciągnęła ekipa Trzech Świnek. Były już pod gazem i bez ceremonii porzuciły swoje towarzystwo, by przysiąść się do szatanów. Kuczymiński, który przed “Lutnią" pożegnał się, zjawił się po kwadransie z panią Tiną Dabermanową, którą gdzieś spotkał po drodze. Obecność kobiet, jak zwykle, wpłynęła na zupełną zmianę tematów i tonu rozmowy. Zaczęły się plotki i anegdoty.

— To zastanawiające — odezwał się Polaski do siedzącego obok Tukałły. — Wystarczy kilka, wystarczy jedna kobieta wśród dziesięciu intelektualistów, a stają się natychmiast fajdanami.

— Zrozumiałe. Kobietom nie jest potrzebny intelekt. Wystarczy im świadomość, że obcuję z ludźmi, którzy mają opinię intelektualistów. To łechce ambicję. Taka Tina później dopieka mężowi naszymi nazwiskami. Nastawia nań karabin maszynowy i kropi nazwiskami, powiedzonkami, aforyzmami. Biedny fajdan skręca się jak wąż boa pod tą torturą.

Czuje całą swą przyziemność, całą niższość wobec żony, która szwenda się po wierzchołkach Olimpu i Parnasu, podczas gdy on jest zwykłym fabrykantem, pospolitą maszyną do robienia pieniędzy. Oto po co jesteśmy potrzebni tym kobieciątkom. Nie licząc takich, które Gombrowicz nazywa “ciotkami kulturalnymi". Te paniusie, nie mając bogatych mężów, a za to sprycik babin po czterdziestce, traktują nas jak hale targowe. Przychodzą po produkty, z których później pitraszą swoje zakalcowate klopsy na śmierdzącym maśle. Ponieważ jednak od nich uciekamy, kontentują się książkami. Trudno przecież na książce dać opaskę: “Zabrania się sprzedawać «ciotkom kulturalnym»".

A te istotki zanudziłyby się na śmierć, gdybyśmy je spróbowali częstować naszym intelektem. Chcą, byśmy byli mężczyznami, byśmy je łechtali błyskotliwością, drażnili zaskoczeniami i takie fintifluszki. No i dostosowujemy się.

— Nie zawsze — po namyśle bąknął Polaski.

— Zawsze.

— A pani Kate?

Tukałło wzruszył ramionami.

— Ach, to zupełnie co innego.

— Nie, nie — upierał się Polaski. — Chcę, abyś się wypowiedział. Przecież u niej w domu nasze rozmowy bynajmniej nie schodzą z poziomu. A nie nazwiesz jej chyba “ciotką kulturalną". Więc do jakiej kategorii kobiet ją zaliczysz?

Tukałło zamyślił się.

— Do żadnej — powiedział, pociągając wino drobnymi łykami. — Do żadnej. Po prostu dlatego, że ona w ogóle nie jest kobietą.

— Absurd — skrzywił się Polaski. — Szczyt kobiecości.

— Otóż mylisz się. Zewnętrzność, wdzięk, sposób bycia to jeszcze nie wszystko. Ona nie jest kobietą w znaczeniu psychicznym.

— Więc kim jest?

— Istotą.

— To nic nie wyjaśnia.

— Owszem. Weź dziecko, jakiegoś chłopca czy dziewczynkę. Czasami oczywiście płeć zaznacza się w psychice bardzo wcześnie, ale zdarza się częściej, że jej jeszcze nie ma. Ani mężczyzna, ani kobieta. Zatem istota.

Polaski potrząsnął głową.

— Nie zgodzę się z tobą. Jeżeli chodzi o panią Kate, przy jej dojrzałości, kompletnej dojrzałości...

— Otóż nie. To nie jest dojrzałość — przerwał Tukałło. — Dojrzałość polega na zdeklarowaniu się płci. Nie tylko pod względem fizycznym, ale i duchowym. Gdy stanie się dojrzałą kobietą, z miejsca przestaną ją interesować te zagadnienia, które nas zajmują. Zdobędzie do razu gotowiuteńki komplecik zainteresowań “dla pań".

— Albo musisz przyjąć i drugą ewentualność, że jest jeszcze jedna kategoria kobiet, której nie chcesz widzieć.

— Jakich kobiet Sewer nie chce widzieć? — przechyliła się przez stół Tina Dabermanowa.

— Brzydkich i starych, mój aniele — odpowiedział Tukałło.

Jedna z Trzech Świnek, panna Tuta Wieloryska, zawołała:

— Ale chciałabym się kiedyś dowiedzieć, jakie kobiety chce widzieć Fred?

Na twarzy Irwinga odbiło się niezadowolenie.

— Dobrze wychowane — odpowiedział cicho.

— Cóż za niemądre pytanie — odezwał się Chochla. — Przecież on kocha się w pani Kate.

— Ba, kocha się — złośliwie nie ustępowała Tuta. — Cóż z tego, że się kocha?... Ale przecież nie przysięgał jej celibatu.

Strąkowski spojrzał na nią gniewnie.

— Odczep się, Tuto.

Panna jednak z uporem nalegała:

— Dlaczego mam się odczepić? Właśnie zastanawialiśmy się nad tym, że Freda nie widuje się z żadną kobietą. Więc dobrze, teraz jest zadurzony, ale zanim ją poznał! No powiedzcie, czy kto z was widział kiedy Freda z jakąś babą?

— Rzeczywiście — zaśmiał się Załucki i odkrycie to wyraziło się na jego twarzy zdumieniem.

— Sądzę, że to moja osobista sprawa — zaczerwienił się Irwing.

Ale ja jestem ciekawa! W zeszłym roku wstąpiłam do niego, bo miałam jakiś interes...

— Uhum — mruknął Tukałło.

— Żadne “uhum"! Po prostu — mogę wam powiedzieć dokładnie. — Po prostu chodziło o protekcję do jego ojca dla jednej z moich szkolnych koleżanek. Więc żadne “uhum". Przychodzę, a jego służący patrzy na mnie zdziwiony i zgorszony. Ponieważ Freda nie było w domu, a miał wkrótce wrócić, powiadam, że zaczekam. Nie macie pojęcia, jak był zakłopotany. Nie wiedział, czy ma mnie wpuścić, czy nie.

— Ale wpuścił cię w końcu do kuchni? — zaśmiał się Chochla.

— Nie, do saloniku. Widząc jego minę, pytam: — Cóż mi się pan tak przygląda jak jakiejś nadzwyczajności? Czy u pana Irwinga nie bywają kobiety?... — A on mi na to z godnością: — Nie, proszę pani, pan baron jest kawalerem... — Myślałam, że pęknę ze śmiechu.

Irwing siedział czerwony jak burak. Tina zawołała:

— A to zabawne! Czyżby on był zwolennikiem klanu Drozda?

— Nie — pisnęła druga z Trzech świnek. — Bo przecież szaleje za żoną Goga.

— Przyznaj się, Fred — nacierała Tina. — Jak załatwiasz te sprawy?

— Postaraj się go uwieść — poradził Tukałło.

— Może i warto — powiedziała zalotnie.

— Nie trudź się — uśmiechnął się z gniewem Irwing.

— Nie mam szans?

— Niestety żadnych — skłonił lekko głową.

Świnki zaśmiały się głośno.

— Uprzejmością nie grzeszysz — obraziła się Tina.

— A czym grzeszy? — parsknął śmiechem Chochla.

— On jest dziewicą — z przekonaniem orzekł Tukałło.

— Albo półdziewicą — poprawiła Tina.

Irwing nie ukrywał złego humoru. Odcinał się jak umiał. Najchętniej obraziłby się i wyszedł, lecz wiedział, że to naraziłoby go na jeszcze większą śmieszność.

Rozmowa zresztą przeszła wkrótce na inne tematy. Chochla poszedł do baru, Polaski tańczył z Tiną, do stolika przysiadł się jakiś znajomy Świnek, Drozd przeniósł się do obcego stołu, gdzie siedzieli jacyś jego krewni. Jak zwykle o tej porze, towarzystwo zaczęło się rozłazić. Ali Baba w kącie atakował kwiaciarkę, Kuczymiński flirtował z nieznajomą z sąsiedniego stolika, zupełnie już zawiany Muszkat włóczył się bez celu po całym lokalu, zataczając się tak jak i Czumski. Tukalle nie zamykały się usta. Orkiestra grzmiała. W kolorowym i przyćmionym oświetleniu rzeczywistość rozpływała się w nierealnych kształtach.

Irwing demonstracyjnie zaprosił jedną z fordanserek do osobnego stolika. Tańczył z nią dużo, kazał podać szampana, a po godzinie ostentacyjnie wyszedł z nią razem.

Gdy wsiedli do wozu, powiedział:

— Słuchaj, mała. Jestem dziś zmęczony. Odwiozę cię do domu. Przynajmniej raz wyśpisz się, a tu masz na pończoszki.

I wsunął jej do torebki banknot.

Po odwiezieniu dziewczyny nie wrócił jednak do domu. Czuł się jeszcze zanadto trzeźwy. Po namyśle wybrał małą nocną knajpkę w dzielnicy żydowskiej. Tam nie spodziewał się spotkać nikogo z pożegnanych przed chwilą przyjaciół. Omylił się jednak. Swoim zwyczajem nad ranem rozpełzli się po całym mieście pojedynczo, po kilku lub w towarzystwie jakichś obcych, których nazajutrz sami nie zdołaliby poznać. Około siódmej do knajpki Irwinga wsypało się towarzystwo jakichś panów i kobiet, a wśród nich Chochla i Tukałło. Na szczęście byli już wszyscy tak pijani, że obecność Irwinga nie wydała się im niczym nadzwyczajnym. Mieli pociemniałe od alkoholu twarze, szkliste i zaczerwienione oczy, mówili bardzo głośno i chaotycznie.

Nie lepiej wyglądali i pozostali szatani z “Pod Lutni", rozproszeni teraz po nocnych dancingach, w “Moulin Rouge" Drozd dyrygował orkiestrą, Trzy Świnki tańczyły z jakimiś podejrzanymi typkami, a Muszkat spał na kanapce. W “Nitouche" Załucki poił szampanem Tinę i dwie fordanserki, w “Colombo" Bojnarowicz tańczył solo “trepaka", a hrabia Rokiński pił z kelnerami. W “Argentynie" Polaski i Drozd siedzieli w towarzystwie aktorów, kończąc noc jajecznicą na boczku i czystą wódką. Strąkowski pożegnał ich po ósmej i wyszedł na poszukiwanie otwartej kwiaciarni. Znalazł ją wreszcie na Marszałkowskiej. Wybrał dziesięć róż, swój wiersz włożył do koperty i zaadresował do Kate. Niestety nie miał czym zapłacić. W kieszeni zostało zaledwie kilkadziesiąt groszy. Na szczęście zgodzono się jako zastaw przyjąć zegarek.

— Kwiaty proszę z listem wysłać zaraz — powiedział — a zegarek proszę mi odesłać wieczorem pod tym adresem. Posłańcowi wręczę należność za kwiaty.

Na bibule napisał swój adres i wyszedł. Ponieważ jednak panienka ekspediująca kwiaty tego ranka była zajęta swoimi prywatnymi myślami, Kate przed dziesiątą otrzymała dziwną przesyłkę: róże, wiersz i niklowy męski zegarek oraz żądanie wypłacenia kilkunastu złotych.

Podobne rzeczy zdarzały się już nieraz i nie była tym zaskoczona. Strąkowskiego lubiła bardzo, ceniąc jego wielki talent i szczerze martwiąc się trybem życia tego młodego chłopca, ale którego miała uczucia opiekuńcze. Z przyjaciół męża najczęściej i najchętniej widywała właśnie Irwinga i Strąkowskiego. Zdawała też sobie sprawę, że nie tylko oni dwaj, ale i inni, jak Tukałło, Polaski czy Chochla zbliżyli się do Goga tylko przez wzgląd na nią. Lubili z nią mówić, godzinami z nią przesiadywali.

Kuczymiński powiedział kiedyś:

— Pani jest stworzona do wskrzeszenia instytucji tak zwanego salonu literackiego w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Pochlebiało jej to, zresztą w ich towarzystwie znajdowała dużą przyjemność. Dlatego może mniej usilnie starała się wpływać na męża, by nie brał udziału w libacjach. Po wczorajszym jednak doszła do przekonania, że Gogo zupełnie przestał się z nią liczyć. Nie widziała już celu dalszej walki.

Po śniadaniu wyszła załatwić sprawunki. Gdy wróciła, zastała Goga już ubranego. Przywitał ją prawie niegrzecznie, czego nigdy dawniej nie robił. Widocznie postanowił sobie zastosować w stosunku do niej jakiś “system".

Wskazując na zegarek Strąkowskiego, leżący na jej toalecie, powiedział:

— Jeżeli pozwalasz komuś rozbierać się w swojej sypialni, mogłabyś dbać o to, by nie zostawiał po sobie tak wymownych śladów.

Spojrzała nań zdziwiona.

— Wybacz, ale na podobne uwagi nie umiem odpowiadać.

— To nie żadna uwaga. To pytanie: skąd w twoim pokoju znalazł się męski zegarek? — zapytał ostro.

— Używasz tonu — powiedziała — który nie przynosi ci zaszczytu.

— Do diabła z zaszczytem — wybuchnął. — Pytam: skąd ten zegarek?

Opanowała się i odpowiedziała spokojnie:

— Przyniesiono go dziś rano razem z kwiatami. Widocznie zaszła pomyłka.

— Pomyłka! Dobry wykręt. Czy powiesz może, że nie wiesz w dodatku, od kogo?

— Owszem, wiem. Kwiaty przysłał Strąkowski.

— Ten smarkacz za wiele sobie pozwala. Cóż to za moda ni z tego ni z owego przesyłać kwiaty mężatce, u której zostawiło się zegarek.

Kate milczała.

Gogo wziął zegarek do ręki i zaśmiał się.

— Jak na amanta, stanowczo za tani obiekt. Cóż za świństwo! Tandeta.

Rzucił zegarek tak, że szkiełko rozprysnęło się w drobne kawałki.

— Ja to bydlę nauczę, jak zostawiać swoje... części garderoby u mnie w domu.

— Gogo! Ty jesteś pijany.

— A chociażby?! Czy mi nie wolno?

— Zupełnie cię nie rozumiem.

— Tak?... Tak?... Nie rozumiesz?... To pyszne! Znajduję to świństwo w twojej sypialni, a ty nie rozumiesz! Jutro znajdę tu na przykład czyjś krawat albo spodnie!

Kate bez słowa wyszła z pokoju.

Gogo jednak wybiegł za nią rozdrażniony do najwyższego stopnia.

— Ja go nauczę!... — wołał. — Ja go nauczę!

Miał pełne poczucie bezsensowności swego wybuchu, zdawał sobie sprawę z tego, że zachowuje się jak gbur, lecz spędziwszy noc bezsenną na gorzkich rozmyślaniach, opanowany pogardą dla siebie i nienawiścią do świata, nie był w stanie przywołać się do porządku. Przeciwnie, znajdował w wyładowaniu złego humoru i w swojej brutalności jakby jakąś dziką satysfakcję. Chciał awantury i świadomie dążył do jej wywołania. Ponieważ zaś Kate zamilkła, wpadł na myśl zwymyślania Strąkowskiego.

— Ja mu pokażę te kwiaty i zegarki!... — wyrzucał przez zęby syczące słowa, rozrzucając na biurku papiery w poszukiwaniu notatnika telefonicznego.

Wreszcie znalazł numer i zakręcił tarczą aparatu.

— Proszę poprosić pana Strąkowskiego.

— Pan Strąkowski jeszcze śpi — odpowiedziała gospodyni.

— Więc niech pani go obudzi. To ważna sprawa.

Po chwili w słuchawce odezwał się głos zaspany i skrzypiący:

— Co do licha! Kto mówi?

— Tu Gogo, słuchaj...

— A, jak się masz? Wstałeś?

— Mniejsza o to. Chciałem cię zapytać, jak śmiesz przysyłać mojej żonie jakieś idiotyczne kwiaty! Cóż ty sobie wyobrażasz?

— Nie rozumiem cię — zdziwił się Strąkowski.

— To ja nie rozumiem! — krzyknął Gogo.

— Zwariowałeś? Cóż jest w tym złego! Każdy przecie może...

— Każdy, ale nie ty! Wypraszam sobie!

— Ależ Gogo! Co ci się stało?

— To się stało, że nie życzę! Moja żona nie potrzebuje twoich głupich kwiatów, a ja tego, byś w moim domu zostawiał swoje zegarki, czy inne części garderoby. Wypraszam sobie!

Strąkowski wytrzeźwiał ze snu.

— Wybacz, ale chyba nie chcesz mnie obrazić? Pozwalasz sobie na wyrażenia, które...

— Tak, pozwalam sobie — przerwał Gogo, podniecając się tym, że Kate z sąsiedniego pokoju słyszy każde słowo. — Pozwalam sobie, a nie pozwalam tobie. A twoje parszywe kwiaty wyrzuciłem do śmieci!

Strąkowski odpowiedział zimno:

— Proszę, byś w każdym razie wyrażał się powściągliwiej. Możesz nie życzyć sobie, bym przysyłał pani Kate kwiaty i zastosuję się do tego życzenia. Natomiast nie będę tolerował podobnego tonu. Wyrażasz się jak gbur.

— Wyrażam się jak mi się podoba, smarkaczu!

— To już za wiele chamstwa. Zegnam.

— Mydłek! — krzyknął jeszcze Gogo i rzucił słuchawkę na widełki.

Strąkowski odszedł od aparatu zdenerwowany i nie wiedzący, co począć. Awantura, którą zrobił mu Gogo, wydała mu się czymś niezrozumiałym i upokarzającym. Przez dobrą godzinę siedział nieruchomo na łóżku, po czym zapukał do pokoju brata. Zastał go nad papierami i opowiedział całą historię.

— No cóż — powiedział Zygmunt po wysłuchaniu wszystkiego. — Musisz mu posłać sekundantów.

— Tak myślisz?

— Nie widzę innego wyjścia. Zadzwoń do swoich przyjaciół.

Strąkowski potrząsnął głową.

— Tego bym nie chciał. Widzisz, oni znają panią Kate, a ja pragnąłbym uniknąć wmieszania jej w te sprawy. Wolałbym kogoś innego.

. — Więc zadzwoń do Wacka.

— To lepsza myśl — przyznał Strąkowski.

Tymczasem Gogo zamknął się w swoim pokoju i żuł niechęć i obrzydzenie do siebie. Zachował się rzeczywiście głupio i po chamsku. Obraził niepotrzebnie Strąkowskiego, którego w gruncie rzeczy lubił, a najgorsze to, że w oczach Kate cała ta sprawa musiała zdyskredytować go ostatecznie.

— Ona mi nigdy tego nie wybaczy, nigdy — myślał ponuro.

I ogarniała go rozpacz. Był niemal przekonany, że Kate już wyszła z domu, że nie zechce go więcej widzieć, że porzuci go, że już nigdy jej nie zobaczy.

Posępne te rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

— Kto tam? — zapytał.

Za drzwiami odezwał się głos Maryni:

— Proszę pana, obiad podany i pani prosi do stołu.

Zerwał się.

— Jest pani?

— Tak, proszę pana, pani prosi na obiad.

W jadalni Kate siedziała już przy stole. Spojrzała nań swoim zwykłym spokojnym wzrokiem. Z wyrazu jej twarzy nie można było wywnioskować, czy czuje się dotknięta, czy też przebaczyła już mu awanturę.

— Kate! — odezwał się od drzwi.

— Proszę cię, siadaj, bo zupa nie jest zbyt gorąca.

— Kate!... Kate!... — powtórzył i rzucił się jej do nóg. — Przebacz mi, ja nie wiem, co się ze mną dzieje... Przecie ja cię uwielbiam, ja ani przez chwilę nie wierzyłem w nic złego o tobie, ja tak strasznie cię kocham, nie gniewaj się na mnie... Ja nie jestem taki zły, tylko nieszczęśliwy... Żebyś mogła wiedzieć, jaki ja jestem nieszczęśliwy.

Szlochając oparł głowę na jej kolanach. Po chwili wahania Kate położyła ręce na jego włosach.

— Uspokój się, Gogo, i wstań. Nie gniewam się na ciebie. Wstań. Marynia wejdzie. Wstań.

Chwycił jej ręce i całował w uniesieniu.

— Jakaś ty dobra, jaka szlachetna... Jestem nędznikiem, bydlęciem. Ale tak cię kocham!

— Wstań, Gogo — powtórzyła łagodnie.

— Nie jestem ciebie wart, ja wiem — mówił gorączkowo... — Ale pomimo to nie pogardzaj mną... Ja się zmienię... Przysięgam ci. I ze Strąkowskim się pogodzę. Daję ci słowo, że mi to wcale nie przeszkadza, że ci przysyła kwiaty. Jakieś szaleństwo mnie opanowało. Sam nie wiem, co się ze mną dzieje. Przebacz Kate, miej dla mnie trochę litości.

— Ależ ja się nie gniewam, Gogo.

— Na pewno nie? — patrzył jej w oczy z niepokojem i nadzieją.

— Na pewno. Wstań. Marynia idzie.

Podniósł się ciężko i zajął swoje miejsce przy stole. W obecności służącej rozmawiali o jakichś obojętnych domowych drobiazgach. Gogo jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że w Kate coś się zmieniło. Pozornie była taka jak zawsze, nawet się uśmiechała, ale w jej wzroku wyczuwał jakby obcość.

Po obiedzie wyszła załatwić sprawunki. Usiadł do biurka z zamiarem wykończenia projektu tygodnika.

— Trzeba wziąć się do pracy — myślał — koniecznie do pracy. To nic nierobienie rujnuje mi nerwy.

Po chwili jednak w przedpokoju rozległ się dzwonek i na progu stanęła Marynia.

— Jacyś dwaj panowie do pana.

— Pan Tukałło?

— Nie, nieznajomi. Jeden oficer i jeden cywilny. To ich bilety wizytowe.

Gogo przeczytał dwa nazwiska. Nie znał ich.

— Czego oni chcą? — zdziwił się. — No dobrze, niech Marynia prosi. Do pokoju wszedł wysoki młody człowiek w czarnym ubraniu, a za nim porucznik z odznakami jednego z pułków kawalerii.

— Czym mogę panom służyć? — uprzejmie zapytał Gogo idąc ku nim. Oficer odpowiedział:

— Przychodzimy jako zastępcy pana Jana Strąkowskiego. Nasz mocodawca został przez pana obrażony dziś rano. Wobec tego prosimy pana o wyznaczenie swoich zastępców i oświadczamy, że będziemy oczekiwali jutro do godziny piątej pod moim adresem.

Gogo opanował zdumienie.

— Ależ panowie, ja wcale nie miałem zamiaru obrazić Janka Strąkowskiego!

— Na te tematy możemy już mówić tylko z pańskimi zastępcami — odpowiedział oficer.

— A zatem dobrze — po chwili namysłu odrzekł Gogo. — Moi zastępcy zjawią się u panów jutro przed piątą.

— Do widzenia panu.

— Do widzenia panom.

Skłonili się i wyszli. Gogo wzruszył ramionami i zaśmiał się. Sytuacja wydała mu się paradoksalna przez zestawienie oficjalności wyzwania z osobą Jasia, miłego blondaska, którego traktował zawsze poufale. Było coś groteskowego w wyobrażeniu sobie Jasia podczas pojedynku. Na pewno nigdy w życiu nie miał w ręku ani szpady, ani pistoletu. Gogo, który uchodził za najlepszego fechtmistrza w Oxfordzie, który z pistoletu trafiał do wróbla, tu naprawdę miałby pole do popisu. Oczywiście jednak o pojedynku w danym wypadku nie mogło być mowy, i Gogo ani przez chwilę sprawy nie brał poważnie. Z przyjemnością przeprosi. Strąkowskiego i na tym się skończy.

— Najzabawniejsze jest to — pomyślał — że muszę jednak wysłać sekundantów. Poproszę Polaskiego albo Kuczymińskiego i Freda. Pękną ze śmiechu, gdy posłyszą, z kim mam zatarg honorowy.

Zadzwonił do Polaskiego, lecz nie zastał go w domu. Nakręcał właśnie numer Irwinga, gdy usłyszał jego głos w przedpokoju.

— Ach, Fred, świetnie, żeś przyszedł — zawołał. — Właśnie do ciebie dzwoniłem.

— Jak się masz — przywitał się Irwing. — Nie ma pani Kate?

— Zaraz wróci. Wyszła do sklepu. Wyobraź sobie, że będę miał pojedynek!

— Co takiego? — zdziwił się Fred.

— Rzecz przekomiczna.

— Z kim?

— Z... ale nie spadnij z krzesła! Z Jasiem.

— Z Jasiem Strąkowskim? Chyba żartujesz!

— Oczywiście żartuję, że pojedynek. Ale smarkacz obraził się na mnie i przysłał zastępców.

— O co się obraził?

— Przemówiliśmy się przez telefon, Byłem rozdrażniony różnymi swoimi sprawami i, przyznaję, że bez racji zwymyślałem go trochę.

— Ale o co poszło?

— Ach, o głupstwo — przysyła kwiaty. To ostatecznie nic złego, ale mówię ci, byłem poirytowany czymś innym i rzeczywiście potraktowałem go zbyt surowo. Nawet nie pamiętam, co mu powiedziałem. Zdaje się nazwałem go smarkaczem i coś tam jeszcze.

— To bardzo przykre — zdawkowo zauważył Irwing.

— Nawet nie tak przykre, bo przecie uważam go za przyjaciela i nie miałem intencji obrażania. Bardzo chętnie go przeproszę i sądzę, że po dawnemu będziemy w zgodzie. Najgłupsze jest to, że przysłał mi sekundantów, wmieszał w to jakichś obcych ludzi i teraz nie mogę już przeprosić go prywatnie, tylko muszę również posłać zastępców.

— Tak, to przykre, ale Jaś nie miał innego wyjścia. Czy pani Kate nie mówiła, o której wróci?

— Wkrótce. Właśnie dzwoniłem do ciebie w tej sprawie. Chciałem prosić Adama i ciebie, byście byli moimi zastępcami. Umówiłem się z tamtymi panami, że będziecie u nich jutro przed piątą.

Wstał, wziął z biurka bilet wizytowy i powiedział, podając go Irwingowi:

— To jest ich adres. Nie zabierze wam to wiele czasu, bo przecie zgadzam się z góry na wszelkie warunki. Sądzę, że za jednym posiedzeniem załatwicie wszystko. Całkowicie przyjmuję każdą formę przeprosin, jakiej oni zażądają. Później porządnie oblejemy zgodę. Ot, będziemy mieli świetną okazję.

Zaśmiał się i spojrzał na Irwinga.

— Masz, to jest ten adres.

Irwing jednak nie wyciągnął ręki. Siedział nieruchomo. Na policzki wystąpił mu lekki rumieniec.

— Wolałbym — odezwał się cicho — byś zwrócił się z tym do kogoś innego.

— No, nie odmówisz mi chyba?

Irwing milczał.

— Serio nie chcesz? — zdziwił się Gogo.

— Jeżeli nie zrobi ci to różnicy,

— Ależ dlaczego?

Fred spojrzał mu w oczy i nic nie powiedział. Nagle Gogo zrozumiał wszystko od razu. Krew uderzyła mu do twarzy. Jakże mógł popełnić taką straszną gafę. Historia z papierośnicą, wobec wczorajszego zachowania się Irwinga, wyleciała mu zupełnie z głowy. Domyślił się, że Irwing postanowił całą rzecz zatuszować, puścić w niepamięć. Ale w żadnym razie nie należało wystawiać jego wielkoduszności na taką próbę.

Fred był jedynym człowiekiem na świecie, którego Gogo nie miał prawa prosić o honorowe zastępstwo.

Spuścił wzrok, a twarz tak go paliła, jakby dostał dwa tęgie policzki. Sytuacja była nieznośna. Czuł, że należy powiedzieć coś maskującego tę hańbę, lecz nie mógł zdobyć się na żadne słowa. Przez mózg przebiegały myśli ostre, dojmujące, bolesne. Oto zaraz Irwing nazwie go złodziejem, zażąda odeń, by nie ważył się prosić o zastępstwo żadnego z jego przyjaciół, by odmówił satysfakcji Strąkowskiemu i naraził się na dyskwalifikację honorową...

Gogo potarł czoło i wykrztusił z trudem:

— Wcale nie nalegam... Jeżeli nie chcesz... To nie należy do rzeczy przyjemnych...

— Wolałbym, byś zwrócił się z tym do kogoś innego — powtórzył Irwing.

— Naturalnie, naturalnie — powoli odzyskiwał równowagę Gogo. — Nie chcę cię trudzić.

Przygryzł wargi i po chwili dodał:

— I tak dałeś mi więcej dowodów życzliwości i... dobroci, niż miałbym... prawo oczekiwać.

— Nie wiem, o czym mówisz — z lekkim naciskiem odpowiedział Irwing. — Ale w każdym razie nie chciałbym, byś mylił się w ocenie mego stosunku do ciebie. Byś przeceniał ten stosunek. Dlatego powiem ci szczerze, że moje postępowanie często, bardzo często wynika z pobudek egoistycznych.

Mówił z pewnym wysiłkiem, ważąc i selekcjonując słowa. Gogo nie zrozumiał, o co mu chodzi. Wolał jednak oddalić się od niebezpiecznego tematu i dlatego zapytał:

— Czy sądzisz, że mógłbym poprosić o zastępstwo Polaskiego i Kuczymińskiego?

— Przypuszczam, że tak — bez namysłu odpowiedział Irwing.

— Więc jeżeli pozwolisz, zaraz do nich zadzwonię.

Atmosfera dla obu była tak nieznośna, że obaj odetchnęli, gdy Gogo zaczął rozmawiać przez telefon. Zarówno Kuczymiński, jak i Polaski zgodzili się i obiecali wkrótce przyjść.

Po paru minutach wróciła Kate z panią Jolantą Horoszczańską. Spotkały się na ulicy i zaprosiła ją na kolację. Po nich nadszedł Tukałło, który dość bezceremonialnie przyprowadził swego znajomego, poetę gruzińskiego, pana Solinadze. Gdy już nakrywano w jadalni, zjawili się Kuczymiński, Polaski i Chochla.

Przy stole wypito dużo alkoholu. Humory rozkręciły się. Większość towarzystwa po kolacji przeniosła się do gabinetu na kawę.

Pani Jolanta chciała poprawić sobie uczesanie i Gogo zaprowadził ją do pokoju Kate.

— Zostawiłem drzwi uchylone — powiedział żartobliwie. — Czy nie oceniasz mego wyrzeczenia się wszelkich nadziei dla twojej dobrej sławy?

— Dla mojej?... Ach, nie jest warta wysiłków — odpowiedziała. — A zresztą z twojej strony nic jej nie grozi.

— Czy mam to rozumieć jako wyraz zaufania?

— Jako wyraz przeświadczenia, że nikt z tamtych osób — ruchem głowy wskazała drzwi do gabinetu — nie pomyśli ani przez chwilę, że...

— Ze grozi ci z mej strony atak? — podpowiedział Gogo.

— Nie. Ze taki atak mógłby liczyć na powodzenie.

— Wydaję ci się aż tak wstrętny? — zapytał wesoło.

Zmierzyła go kwaśnym i badawczym spojrzeniem, jakby oglądała jakiś mebel, o którym ma wydać opinię.

— Nie, nie jesteś wstrętny — powiedziała tonem rzeczowym. — Jesteś po prostu żaden. Neutralny, klasycznie przeciętny.

— To i tak, Jolanto, zaszczyt dla mojej powierzchowności, zaszczyt i pochlebstwo, za które dziękuję — udał dobrą minę.

Jolanta potrząsnęła głową.

— Tu nie chodzi o powierzchowność. Ty cały, z farszem, jesteś przeciętny.

— A może za mało się znamy, byś mogła to twierdzić tak kategorycznie? — uśmiechnął się z przymusem.

— Może — przyznała.

— Pociesza mnie to, że widocznie nie wszyscy są tego zdania. Cieszę się przecie przyjaźnią ludzi, którzy dalecy są od poszukiwania przeciętności.

— Mówisz o nich?...

— Tak, o nich.

— Boże, jacy ci mężczyźni bywają łatwowierni w swojej zarozumiałości! — zaśmiała się Jolanta.

— Nie rozumiem, gdzie tu jest łatwowierność i gdzie zarozumiałość.

— Bo nie zauważasz Kate.

— A cóż Kate ma z tym wspólnego? — zdziwił się szczerze.

— Wiele, jeżeli nie wszystko. Mój drogi, przecież oni za nią przepadają. Za nią — podkreśliła. — Czy ty sobie zdajesz w ogóle sprawę z tego, jaką masz żonę?...

— Przypuszczam — uśmiechnął się ironicznie.

— Ona jest nadzwyczajna.

— Właśnie dlatego z nią się ożeniłem.

— To zrozumiałe — przyznała Jolanta, pudrując podbródek z wielką uwagą. — To zupełnie zrozumiałe. Natomiast pojąć nie mogę, jakie motywy kierowały Kate, gdy wychodziła za ciebie.

— Widzę, że jesteś dziś bardzo zjadliwie usposobiona — zauważył Gogo.

— Bynajmniej. Po prostu otwarcie.

— Więc dlaczego nie pomyślisz — powiedział poirytowanym tonem — że Kate widocznie znalazła we mnie coś wybijającego się ponad przeciętność.

— Oczywiście. Mogła mieć złudzenia.

— Ach, złudzenia!

— Właśnie. Zresztą nie myśl, że chcę ci zrobić przykrość. Przeciętność nie przynosi przecież hańby. Ja na przykład uważam, że mam przeciętny talent malarski. No, ale chodźmy już do nich.

W gabinecie wrzała zawzięta dyskusja. Wszyscy z Tukałłą na czele atakowali Kate i Kuczymińskiego, którzy bronili nowej muzyki przed zarzutami efekciarstwa i pozy.

Gogo siedział milczący i zgaszony. Słowa Jolanty przygnębiły go bardziej niż inne przeciwności, które go w ostatnich dniach spotkały. Nienawidził Jolanty. Nienawidził tym silniej, że ośmieliła się odsłonić przed nim to, co sam czuł od dawna, na co jednak zamykał oczy. Lubili go, przyjaźnili się z nim przez Kate i dla Kate. I nie tylko Polaski, Irwing czy Strąkowski, który się w niej podkochiwał, ale i Drozd, który na kobiety patrzył obojętnie, i Tukałło, który traktował ją na równi z sobą, i Chochla, i inni.

Gogo zawsze wysoko cenił inteligencję Kate i to, co nazywał w niej “oczytaniem". Teraz jednak dopiero przyszło mu na myśl porównanie pod tym względem jej i siebie.

— Przeciętność, tak, Jolanta miała słuszność — myślał. — Jestem przeciętny.

I zaraz zjawiło się pytanie:

— A ona, co Kate o mnie sądzi?

Pytanie to nie narzucało pocieszających odpowiedzi i od tego dnia z dniem każdym bardziej zaczęło dręczyć Goga. Nie umiał zdobyć się na to, by nawiązać z nią o tym rozmowę, by jasno i otwarcie zażądać od niej szczerych wyjaśnień. Bał się. Bał się, że łatwiej, niż chciałby tego, Kate da się skłonić do szczerości i że to, co od niej usłyszy, raz na zawsze rozwieje wszystkie wątpliwości, wątpliwości, z którymi można było żyć, bez których życie stałoby się torturą.

Kochał ją. Kochał taką miłością, na jaką go było stać, lecz od owej rozmowy z Jolantą z każdym dniem, z każdym tygodniem, z każdym miesiącem, gdzieś na dnie zbierał się gorzki osad zawiści. Coraz lepiej, coraz dokładniej wyczuwał, że wszyscy, z którymi się stykał, interesowali się wyłącznie jego żoną. W stosunku do niego natomiast byli jakby pobłażliwi. Strąkowski, z którym po przeprosinach zaprzyjaźnili się po dawnemu, powiedział mu pewnego dnia:

— Pani Kate, im dłużej ją znam, staje się dla mnie coraz większą tajemnicą. Jestem pewien, że i ty nic o niej nie wiesz.

— Nie obawiaj się — uśmiechnął się Gogo. — Ja znam ją na wskroś.

Ale kłamał. Właśnie nie znał Kate. Była dlań nie mniejszą tajemnicą niż dla Strąkowskiego, a może jeszcze większą. Nigdy nie wiedział, co myśli, nigdy nie wiedział, co czuje. Ich kontakt, chociaż codzienny i pozornie najbliższy, był właściwie kontaktem ściśle zewnętrznym.

Intuicja mówiła mu, że jest przez nią potępiony, w jej zachowaniu się jednak nie mógł znaleźć nic, co by to potwierdzało. Była dlań niezmiennie uprzejma, troszczyła się o jego wygody, witała go uśmiechem, zawsze równie pogodna. Jeżeli zmieniła się, to tylko pod tym względem, że już nigdy nie robiła mu najmniejszych wymówek z powodu alkoholowych eskapad, że nie powracała do prób zmuszenia go do jakiejkolwiek pracy, co dawniej tak go dręczyło.

Ale to, że milczała, stawało się coraz gorszą dlań udręką. Gogo kilkakrotnie usiłował skłonić ją albo bodaj sprowokować do krytyki, do wymówek, do potępienia. Zawsze na próżno. Ilekroć pod wpływem nagłych porywów zabierał się do jakichś interesów i starał się wciągnąć Kate w omawianie swoich projektów, odpowiadała:

— Nie znam się na tym. To są męskie sprawy.

Wiedział przecież, że nie wierzyła. Wiedział, że nie brała już ani przez moment poważnie jego zamierzeń.

— Jesteś okrutna — powiedział jej kiedyś, a ona zaśmiała się, udając, że jego słowa bierze za żart.

Nadeszło lato i na zaproszenie księcia Załuckiego wyjechali do jego Horania. Bawił tu również Tukałło, a Irwing przyjeżdżał prawie co dzień. Pomimo to Gogo nudził się na wsi i robił często wypady do Warszawy. Pod koniec sierpnia nie wrócił z jednego z takich wypadów, natomiast Kate otrzymała od Polaskiego depeszę z wezwaniem do najśpieszniejszego przyjazdu.

Goga znalazła w łóżku z obandażowaną głową i w gorączce. Okazało się, że po pijanemu wypadł z dorożki i doznał pęknięcia czaszki oraz jakichś obrażeń wewnętrznych. Lekarz zapewniał, że nie grozi to jego życiu, ale przewidywał, że pacjent co najmniej przez dwa miesiące nie będzie mógł wstać.

Kate stała się teraz pielęgniarką. Przez pierwsze dwa tygodnie niemal nie wychodziła z pokoju chorego, a i później spędzała tam całe dnie, gdyż Gogo chciał ją mieć wciąż przy sobie. Zasypywał ją słowami wdzięczności i czułościami, przysięgał, że już nigdy alkoholu do ust nie weźmie, że natychmiast po wyzdrowieniu przyjmie posadę, jakąkolwiek posadę, byle pracować.

Kate przyjmowała to wszystko z miłym uśmiechem, lecz nie łudził się, by mu się udało wzbudzić w niej wiarę. Wtedy przychodziły nań chwile rozpaczy.

— Nie wierzysz! — wołał. — Nie wierzysz mi! Ty mnie zabijesz tą niewiarą.

— Ależ wierzę ci — odpowiadała spokojnie.

— Tylko tak mówisz, aby zbyć, aby zbyć.

— Jakże mam cię, Gogo, przekonać?

— Bądź inna!

— Inna?... Ale jaka?

— Och, nie wiem, nie wiem. Tylko nie taka bezlitosna!

Wybuchnęła śmiechem.

— Co ten człowiek wygaduje, i to o własnej pielęgniarce.

Z jakąż konsekwencją, z jaką zawziętością zamykała się przed nim, z jakim okrucieństwem utrzymywała ten nieubłagany dystans między nim a sobą.

— Ty mną gardzisz — powiedział jej kiedyś. — Ty patrzysz na mnie jak na nędzną kreaturę ze szczytu swojej doskonałości. Uważasz siebie za istotę nieskończenie wyższą ode mnie. O, nie zapieraj się, wiem, że tak jest. Ale mylisz się, nie jesteś doskonała, bo nie jesteś ludzka. Jesteś automatem zrobionym z cnót i zalet, ale automatem. Wiesz, czego ci brak?... Brak ci serca!

— Brak mi jeszcze czegoś — odpowiedziała wesoło — brak mi rozsądnego męża, który by nie plótł takich niestworzonych andronów.

— Tylko tyle masz mi na to do powiedzenia? — zapytał z goryczą.

— A cóż więcej można tu dodać? Chyba tyle, że wraz z wyzdrowieniem miną ci te niedorzeczne myśli.

Myśli jednak nie minęły. Gogo wyzdrowiał i zaczął wstawać. W dniu rocznicy ślubu pierwszy raz wyszedł z domu.

Na wieczór zaprosili kilkanaście osób i Gogo chciał sam wybrać wina. Przedtem musiał jeszcze wstąpić do lombardu, by zastawić perły Kate. W ciągu lata wydał za dużo pieniędzy, a później choroba pociągnęła za sobą ogromne koszty. Nie bez zażenowania zwrócił się do Kate o te perły. Znając jej przywiązanie do biżuterii spodziewał się nawet odmowy. Zgodziła się jednak po krótkim wahaniu i sama przyniosła mu pudełko z naszyjnikiem.

Gdy wrócił, poprosiła go o kwit lombardowy.

— Zatrzymam go u siebie — odpowiedział. — To moja rzecz wykupić te perły.

— Nie, nie — uparła się — chcę mieć ten kwit.

Powiedziała to z wyjątkową stanowczością. Bez słowa spełnił jej żądanie, ale już miał cały dzień zepsuty i wieczorem upił się na złość Kate, jak sobie to tłumaczył, a właściwie dlatego, że nie miał dość silnej woli, by dotrzymać przyrzeczenia.

Około północy goście zaczęli się rozchodzić. Oczywiście było jasne, że wszyscy pójdą starym zwyczajem do nocnych knajp i Gogo patrzył na nich z zazdrością. O pierwszej, jako ostatni, wyszli Fred i Ali Baba.

Gogo nalał sobie kieliszek reńskiego i powiedział:

— Widzisz, że zostałem. Sama rozumiesz, że po tak długiej przerwie przyjemnie by mi było pójść gdzieś. Ale zostałem. Niestety, ty nigdy nie raczysz zauważyć moich poświęceń.

Kate zajęta sprzątaniem odpowiedziała:

— Nie mogę ich nie zauważać. Zbyt wiele o nich mówisz.

— Ach, i to już ci przeszkadza?

— Nie, bynajmniej — wzruszyła ramionami. — Tylko to, co nazywasz poświęceniem, w żadnym wypadku nie jest poświęceniem dla mnie.

— Więc dla kogo?

— Nie wiem, ale nie dla mnie. Czyż proszę cię kiedy, byś się wyrzekał swoich przyjemności?

— Nie prosisz — przyznał i dodał z sarkazmem: — Nie raczysz prosić. Nie chcesz się zniżać do prośby.

W jej oczach mignął wyraz gniewu, lecz odpowiedziała ze swoim zwykłym opanowaniem:

— Nie proszę cię dlatego, że nie zależy mi na tym.

— Naturalnie. Cóż cię może obchodzić postępowanie twego męża! Phi!

Kate milczała.

— Nie masz serca. Jesteś zimna jak lód. Oto cała sprawa. Mógłbym umrzeć, a ty byś nawet jednej łzy nie uroniła.

Spojrzała nań i powiedziała poważnie:

— Każdy człowiek, przypuszczam, ma określony zasób łez. Jeżeli zużyje je przy innych okolicznościach, nie trzeba się dziwić, że później mu ich zabraknie.

— Aha! — żachnął się Gogo. — Mam przez to rozumieć, że to ja ci wycisnąłem wszystkie łzy?... Wiesz, że to już zakrawa na kpiny. Więc jestem takim złym człowiekiem, takim złym mężem, łotrem, już najgorszym?... Co?... Krzywdzę cię, poniewieram, przynoszę ci wstyd?... Co?... Odpowiedz!... Proszę cię, odpowiedz!...

— Nigdy tego nie mówiłam.

— Ale tak myślisz.

— To jest tylko twoje przypuszczenie.

— Przeświadczenie! — poprawił.

— Dowolne.

— Ale prawdziwe. O, moja droga. Jakże nie znasz życia, jakże nie znasz ludzi! Ileż kobiet zazdrościłoby ci takiego męża jak ja, męża z wszystkimi moimi brakami i wadami. Zapewniam cię, że tylko w twoich oczach jestem godny pogardy. Dużo ludzi jest znacznie gorszych ode mnie.

— Nie kwestionuję tego i nigdy nie pogardzałam tobą.

— Czy sądzisz, że jestem tak gruboskórny, że tego nie czuję?

— Przeciwnie, myślę, że odznaczasz się nadmierną drażliwością i skłonnością do wmawiania sobie rzeczy nie istniejących. Nie daję ci najmniejszych powodów do takich domysłów. Jeżeli jednak uważasz, że popełniłam jakieś uchybienie, że nie spełniam dobrze obowiązków, które wzięłam na siebie zostając twoją żoną, proszę cię, zwróć mi uwagę, i możesz mi wierzyć, że...

— O, nie, nie — przerwał jej. — Nie mam żadnych uwag, żadnych zarzutów. I ty doskonale wiesz o tym. Nie chodzi o szczegóły, nie chodzi o rzeczy konkretne. Jesteś w nich diabelnie czujna, precyzyjna, doskonała. Ba, potrafiłaś z nich zrobić maszynę do tortur. Tak, tak, bo ty mnie torturujesz, ty znęcasz się nade mną tą swoją doskonałością, ty z wyrafinowaniem spełniasz swoj-je o-bo-wiąz-ki... Obowiązki. Dla ciebie nawet pocałunki są obowiązkiem! O, byłbym ślepy, gdybym tego nie widział. Obowiązki!

Potrząsnęła głową.

— Nie rozumiem, o co ci chodzi, i przyczepiasz się do słowa, którego użyłam.

— Do słowa, którym żyjesz, którym wypełniasz nasz dom, którym zatrułaś nasze powietrze. Obowiązki! Cóż za przemyślne okrucieństwo. Powiadasz, że nie dajesz mi najmniejszych powodów do niezadowolenia. To prawda. O niezadowoleniu nie może tu być mowy. Tylko o rozpaczy. Ach, gdybym ciebie nie kochał! Wówczas cieszyłbym się taką sytuacją. Czegóż więcej mógłbym pragnąć?... Ale ja cię kocham, czy ty nie rozumiesz, że kocham cię, że dla ciebie wyrzekłbym się wszystkiego?

— Czego się wyrzekłeś? — zapytała chłodno.

— Majątku, tytułu, nazwiska, pozycji. Dla ciebie i tylko dla ciebie.

— Musiałeś.

— Nie, nie musiałem! — uderzył pięścią w stół. — Wiedz o tym, że nie musiałem. Miałem inne wyjście. I boję się, że wreszcie doprowadzisz mnie do tego, że będę żałował, że nie wybrałem tego innego. Gardzisz mną, przejmuję cię odrazą, że nie pracuję i nie zarabiam. Ale ja nie umiem pracować i nie chcę pracować! Nie nauczono mnie tego. Nauczono mnie być panem. Rozumiesz?... Panem... Bogatym panem. I teraz, gdy jestem biedny, gdy dla ciebie i przez ciebie stałem się biedny, nie umiem sam sobie poradzić. Nie wiem, kim jestem i kim mam być. Więc jestem niczym. Dla ciebie to jest rzecz obojętna, ale dla mnie to tragedia. Być niczym!

Kate wzruszyła ramionami.

— Miliony ludzi znajdują się w znacznie gorszej sytuacji i znajdują

w sobie dość rozsądku i dość woli, by się do niej przystosować, by zdobyć własnymi siłami pozycję.

— Ale ja nie mam ani rozsądku, ani woli! Więc co? Każesz mi się powiesić?

— Poradzę ci, byś teraz poszedł spać. Wypiłeś za dużo i mówisz zbyt głośno.

— Wolno mi u siebie mówić tak, jak mi się podoba!

— Wolno, ale nie trzeba.

— Ach ty! Ty! Wiecznie trzeźwa doskonałość!... — zawołał z obrzydzeniem i z całym rozmachem rzucił o ziemię trzymanym w ręku kieliszkiem.

Szkło rozprysło się na wszystkie strony, bryzgi wina zostawiły ciemne plamy na tapecie.

Po chwili milczenia Kate powiedziała takim tonem, jakby nic nie zaszło.

— Zmęczona jestem. Już dochodzi druga. Dobranoc ci, Gogo.

Zbliżyła się doń i nadstawiła policzek do pocałowania. On przyglądał

się jej z nienawistnym wyrazem oczu, niespodziewanie ujął ją oburącz za ramiona i z całej siły zacisnął palce.

Zbladła z bólu, ale nawet nie syknęła.

— Dobranoc ci — powtórzyła.

Odepchnął ją dość silnie od siebie, tak że się zatoczyła, i wyrzucił przez zęby:

— Nienawidzę cię, nienawidzę!

I wybiegł z pokoju.

Kate oparła się o ścianę. Trzęsła się cała, nogi uginały się w kolanach. Usiadła na krześle, które stało obok, i tak długo przesiedziała bez ruchu. Stopniowo opanowała drganie warg. Wstała, pogasiła światła i poszła do swojej sypialni. Ledwie ułożyła się do snu, gdy przyszedł Gogo. Rzucił się na kolana przed łóżkiem, całował jej ręce, stopy, włosy. Szlochał i czuła na ustach słony smak jego łez... a w nozdrzach ohydny zapach przetrawionego alkoholu.

Wreszcie znużony zasnął na jej łóżku. Ostrożnie wstała i wyszła z pokoju. W gabinecie przysunęła sobie fotel do kaloryfera. Spędziła tak resztę nocy bezsennie.

Ubierając się w łazience wczesnym rankiem zobaczyła w lustrze swoje ramiona: wystąpiły na nich duże, granatowe sińce.



Rozdział IV

W sam dzień imienin Kate, dwudziestego piątego listopada, między innymi kwiatami przyniesiono nieduży kosz z kartką wypełnioną drobnym, czytelnym pismem.

— A to od kogo? — zapytał Gogo, zaglądając żonie przez ramię.

Podała mu bilet. Przeczytał:

“Korzystając z mego pobytu w Warszawie, ośmielam się przesłać Szanownej Pani najlepsze życzenia imieninowe. Pragnąc powtórzyć je osobiście i przy sposobności złożyć Państwu uszanowanie, pozwolę sobie przyjść o godzinie piątej — Roger Tyniecki".

— Nie jest to w najlepszej formie, ale jednak wyrobił się — powiedział Gogo. — Ciekaw jestem, jak wygląda. Spodziewam się, że nie pluje na podłogę i że używa chusteczki do nosa.

Punktualnie o piątej odezwał się dzwonek. Gdy Tyniecki wszedł do gabinetu, Gogo w pierwszej chwili go nie poznał. Nie, ten człowiek nie wyglądał na kogoś, kto świeżo nauczył się dobrych manier. Trudno było pod świetnie skrojonym ubraniem domyślić się dawnego pisarza prowentowego. Nawet pewna nieśmiałość czy powściągliwość w ruchach, pewien brak swobody w sposobie bycia nie robiły ujemnego wrażenia.

— Wszystko można mieć za pieniądze — pomyślał Gogo. Wskazując gościowi fotel, powiedział: — Miło mi pana widzieć. Zona w tej chwili nadejdzie. Czy dawno pan wrócił do kraju?

Tyniecki odpowiedział jakby z roztargnieniem:

— O nie, przed tygodniem. Wpadłem na kilka dni do Prudów, a teraz przyjechałem do Warszawy.

— Długo pan tu zabawi?

— Jeszcze nie wiem. Mam kilka spraw do załatwienia i od nich zależy termin mego wyjazdu. Jakże się państwo miewają?

— O, dziękuję panu. Zona jest zdrowa. Ja chorowałem dłuższy czas, ale teraz już czuję się dobrze. Bawił pan zdaje się w Ameryce?

— Tak, ale niezbyt długo. Najdłużej siedziałem w Paryżu i Londynie.

Weszła Kate. Wstał i pocałowawszy jej rękę, powiedział:

— Cieszę się, że mogę pani złożyć życzenia i że widzę panią zdrową.

— Dziękuję panu za pamięć i za śliczne kwiaty — odpowiedziała.

Rozejrzał się po pokoju, zastawionym koszami i wazonami pełnymi kwiatów.

— Widzę, że utonęły w istnej powodzi.

Gogo chrząknął.

— Mamy tu sporo przyjaciół. Ten duży kosz jest od Julka Załuckiego, tego z Horania, to od barona Irwinga, to od Józefa Czumskiego z Białocic, to od tego sławnego powieściopisarza Adama Polaskiego, te róże od znanego poety Strąkowskiego, a tamte w kącie od Kuczymińskiego, czy od Chochli? Kate, bo już nie pamiętam?

— Nie, to od Maryni — odpowiedziała i dodała wyjaśniająco dla Ty nieckiego: — Marynia to nasza służąca.

Przez twarz Tynieckiego przebiegł ledwie dostrzegalny uśmiech.

— A czy pamięta pani te laurki, które co roku w dniu pani imienin składały pani dzieci ze szkółki w Prudach? — zapytał.

— Ach, oczywiście — ożywiła się Kate. — To było takie wzruszające. Mam je wszystkie. Coś sześć sztuk.

Tyniecki zarumienił się z lekka.

— Tylko pięć, proszę pani — sprostował.

— Być może, ale skąd pan wie?

— Bo w części były moimi arcydziełami. Nauczycielka, panna Kobalska, zajmowała się ich stroną malarską, ja zaś poetycką.

Zaśmiał się i dodał:

— Były to okropne wierszyki.

— Ależ przeciwnie, bardzo miłe. Więc to pan?... Mój Boże! Nie do myślałam się wcale. Sądziłam, że komponowała je również panna Kobalska. Pamiętam, że ciocia Matylda winszowała jej tych wierszy, zapewniając ją, że ma zdolności poetyckie. To coś nadzwyczajnego. Panna Kobalska łykała te komplementy jak sobie przynależne. Teraz się dopiero wykryło! To nie było najładniej z jej strony.

— Muszę stanąć w jej obronie — zaśmiał się Tyniecki. — Spełniała tylko moją prośbę. Nie chciałem za żadne skarby ujawnić mego incognito.

— A to odkrycie! Czy i dla cioci Matyldy, i dla proboszcza, i dla generała też pan pisał wiersze?

— O nie. Tamte dzieci przepisywały z podręcznika. Ale mam do pani jedną prośbę: proszę nie czytać nigdy tych wierszyków.

— Dlaczego?

— Bo są straszne. W ich świetle wyglądałbym tak, jak fotografia kobiety sprzed lat dwudziestu w starodawnym kapeluszu.

— Nie sądzę. I nie wiem, czy mogę panu przyrzec, że nie zajrzę do tych laurek. Pańskie zastrzeżenia zbytnio podnieciły moją ciekawość. Kobietom nie wolno stawiać takich zakazów. Żadna nie wytrzyma.

— Wierzę, że i ta reguła ma swoje zaszczytne wyjątki — odpowiedział z ukłonem.

— Zbyt wielkie ryzyko — zaśmiała się i pomyślała, że Tyniecki bardzo zmienił się na korzyść. Historie laurek przypomniały jej dziewczęce lata spędzone w Prudach. Ze wspomnień wionęło łagodnym ciepłem.

— Czy tam teraz, kiedy mnie nie ma, dba ktoś o poczciwą Ślepunię? — zapytała.

— O jaką Ślepunię? — zaciekawił się Gogo.

— To klacz, proszę pana — wyjaśnił Tyniecki. — Pani Katarzyna opiekowała się tą staruszką i uratowała ją przed śmiercią, gdy pan Bartłomiejczyk chciał ją sprzedać na skórę. Owszem, Ślepunia żyje i spasła się nawet. Wałek otrzymał co do niej wyraźne polecenia i dba o nią więcej niż o inne konie. I nie mam co do tego wątpliwości, bo chwyciłem się pewnego sposobu, który strzeże sumienności Walka. Mianowicie dostał maleńką podwyżkę, ale tylko na czas, póki Ślepunia żyje. Pan Bartłomiejczyk pomrukuje, że dzięki temu Wałek dociągnie ją do stu lat.

— Życzę jej tego z całego serca — uśmiechnęła się Kate. — A czy pan do Warszawy przyjechał na długo?

— Właśnie mówiłem panu, że jestem zależny od różnych spraw. Przypuszczalnie uporam się z nimi w kilka tygodni.

— Jeżeli moje tutejsze stosunki mogą się panu na coś przydać — odezwał się Gogo — z przyjemnością służę.

— Ach nie, dziękuję panu bardzo. To nic ważnego.

Spojrzał na zegarek i wstał z zamiarem pożegnania się, lecz Gogo zaoponował:

— Dlaczego pan tak śpieszy?... Doprawdy miło nam będzie, jeżeli pan jeszcze zostanie.

Tyniecki spojrzał na Kate.

— Nie wiem, czy nie przeszkadzam... — zaczął.

— Ależ przeciwnie, jeżeli pan tylko może...

— Naturalnie. Niech pan zostanie — nalegał Gogo. — Pozna pan kilka interesujących osób, literatów, malarzy...

Zależało mu na tym. Chciał zaimponować Tynieckiemu, a jeszcze bardziej pragnął, by przyjaciele przekonali się naocznie, że hrabia i milioner jest kuzynem jego żony.

— Niech pan zostanie — namawiał szczerze.

— Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia — zgodził się wreszcie Tyniecki. — Tym bardziej, że rzeczywiście chciałbym poznać takiego znakomitego poetę, jak Strąkowski. To jeszcze, zdaje się, bardzo młody człowiek?

— O tak. Ma niewiele ponad dwadzieścia — powiedział Gogo. — Ale dziwi mnie, że pan o nim słyszał, przebywając za granicą.

— Nie tylko słyszałem. Znam jego wiersze. W Paryżu jest przecież polska księgarnia. Polaskiego również czytałem. To wysoce utalentowany pisarz. Nie podzielam jednak jego poglądów. Oczywiście zbyt mało znam się na literaturze, bym miał prawo wypowiadać o niej zdanie. Kieruję się wyłącznie zwykłymi upodobaniami. I dlatego na przykład wolę książki Kuczymińskiego.

— Ja też — powiedziała Kate.

— A ja przeciwnie — zaoponował Gogo. — Kuczymiński jest zimny. Patrzy na życie z odległości księżyca. Albo przez mikroskop. Wiem, że jest uznawany, i sam go uznaję, ale wolę Polaskiego.

— Różnica między nimi polega na tym — zauważyła Kate —że Kuczymiński jest analitykiem.

— Czy i w życiu są tacy?

— O, tak.

— Bardzo chciałbym ich poznać. Przyznam się państwu, że zawsze pociągał mnie świat artystyczny. Od najmłodszych lat, czytając książki, marzyłem o zobaczeniu ich autorów, o krótkiej bodaj rozmowie z nimi. Miałem zresztą, jak państwo wiedzą, sam jeżeli nie ambicje, to upodobania literackie, mówiąc po prostu grafomańskie.

Gogo zaśmiał się.

— No, teraz chyba już pan wierszy nie pisze?

— Nie, wierszy nie piszę.

— Mój Boże, jestem przekonany, że gdyby wszyscy poeci byli bogaci, woleliby podpisywać czeki niż poezje.

— Bardzo mylny sąd — powiedziała Kate.

— Było przecież wielu takich, którzy mimo posiadania dużego majątku pisali, i to tak pięknie jak Byron czy Krasiński — dodał Tyniecki.

— Dziwię się, że im się chciało — wzruszył ramionami Gogo.

— Nie wiem, proszę pana — po namyśle powiedział Tyniecki — czy gra tu rolę chęć, czy przymus wewnętrzny.

— Trafnie to pan określił — skinęła głową Kate. — Talent bodaj na tym przymusie wewnętrznym polega, na potrzebie tworzenia.

— Wcale nie — zaoponował Gogo. — Różne grafomany zapisują wagony papieru. Też mają potrzebę tworzenia. Nawet w większym stopniu. A na przykład taki Sewer Tukałło, który mógłby najświetniejsze rzeczy pisać, nie ma potrzeby tworzenia, a z nakazu wewnętrznego nic sobie nie robi.

— Jeśli o niego chodzi, to też kwestia do dyskusji — nie zgodziła się Kate. — On również tworzy. Mówi przecie bez przerwy. Tylko nie utrwala swojej twórczości. Co zaś dotyczy grafomanów, bynajmniej mnie nie przekonałeś. To jest przecie choroba psychiczna. Są różni maniacy, u których motorem działania jest właśnie ich mania. Jeżeli dwaj ludzie skaczą w ogień, nie znaczy to, że mieli identyczne pobudki. Jeden chce uratować kogoś z płonącego domu, a drugi może być wariatem i chce, dajmy na to, ogrzać się.

W przedpokoju rozległ się dźwięk dzwonka. Pierwsza przyszła Jolanta, po niej wkrótce Drozd i Kuczymiński, w niespełna godzinę Polaski, Załucki i Tukałło, po nich Czumski, Dabulewicz, Chodźko, Lula Brzeska, zwana Pupsem, Strąkowski, panna Woroniczówna, Bojanowicz i Duksza.

Całe mieszkanie napełniło się ruchem i gwarem. Drozd siadł do fortepianu, Strąkowski imitował Chaplina. Ali Baba przygotowywał cocktaile. Tukałło, znalazłszy nową ofiarę swego krasomówstwa w osobie Rogera Tynieckiego, gadał z najlepszą swadą.

— Tak — mówił — lubię ziemian, nie mogę im jednak przebaczyć tego, iż stali się domokrążcami i nie dają mi spać. Przez całą wiosnę o wczesnym ranku budzi mnie ich rozpaczliwy krzyk na podwórzu. Krzyczą: ziemia do sprzedania, ziemia do kwiatów!... To okropne. Spotkałem Jurka Odolańskiego, który jest teraz ministrem rolnictwa, i zaprotestowałem. Do czego to doprowadzi, na Boga, ta pasja parcelacyjna! To rozdrabnianie gospodarstw już nie na włóki, nie na hektary, lecz na doniczki. Jeszcze rok, dwa, a mieszczuchy wykupią naszą ziemię ojczystą po parę kilogramów na łebek.

Tyniecki śmiał się, zaś Tukałło ciągnął:

— Protestuję! Sam urodziłem się na ziemi i nie pozwolę, by mi ją garściami spode mnie rozdrapywano!

— Wyobraźcie sobie Sewera jako szlagona! — zawołał Chochla. — Sewer, osiądź na roli!

— Nie chcę. Na roli można siedzieć, ale w końcu zawsze się leży. Tylko stać, dobrze stać na roli nie można. Miałem stryja, któremu w swoim czasie powodziło się nieźle. Zwrócę waszą uwagę na fakt, że stryjom powodzi się zawsze w swoim czasie. Dziwne, ale prawdziwe. Otóż ten stryj był fantastycznym gospodarzem. W styczniu do wódki dawał rzodkiewki, które wylęgały się świetnie, bo po długich badaniach zastosował nowy system. Mianowicie nie sadzał na rzodkiewkach kur, tylko gęsi.

Skutek fenomenalny i natychmiastowy. Byście mnie nie posądzili o przesadę, gdy nazywam go genialnym rolnikiem, przytoczę jeszcze jeden przykład. Oto udało mu się wyhodować cielę, które miało piętnaście lat.

— Więc już krowę! — zawołał od fortepianu Drozd.

— Pozornie, ale tylko pozornie. Zewnętrznie do złudzenia to cielę przypominało krowę. Ryczało, dawało mleko, ser, masło, a w dni uroczyste nawet śmietanę. Ale naprawdę nie przestało ani na moment być cielęciem. Stryj zapewniał mnie, że tak jest. I cóż to mu pomogło?... Nie cielęciu, tylko stryjowi! Przyszła seria lat suszy. Stryj kupił pięć tysięcy konewek. Nazajutrz oczywiście lunął deszcz, rozpoczynając serię lat mokrych. W piątym czy szóstym roku stryj zrozpaczony kupił dwadzieścia cztery tysiące parasoli. Powtykane w ziemię istotnie chroniły ją od deszczu, ale zakrywały też światło. Wówczas stryj kazał porobić w parasolach dziury, by chociaż odrobinę światła dopuścić. Nie przewidział, że przez te otwory oprócz światła przejdzie i deszcz. Trzeba było na gwałt dziury cerować. Czyż muszę dodawać, że umarł w nędzy o suchym chlebie, on, który słynął z gargantuowskiego apetytu, który nie wychodził z restauracji, póki nie zjadł systematycznie wszystkiego, co było w karcie! Siadając przy stoliku, mówił kelnerowi: — Proszę kolejno podawać stąd dotąd!... Nie, boję się rolnictwa.

Załucki powiedział:

— W każdej dziedzinie można robić głupstwa i zbankrutować.

— Na przykład — ciągnął Tukałło — znałem fabrykanta trumien, który dla zachęcenia klienteli umieszczał w trumnach aparaty radiowe, nastawione na Warszawę. Antena była na pomniku, z uziemieniem oczywiście nie miał żadnego kłopotu, bo zwłoki były uziemione. Powiadam wam, że nieboszczycy przepadali za tymi trumnami. O innych słyszeć nie chcieli. Zdawało się, że fabrykant dojdzie do milionów. I cóż się stało?... Oto do radia zaangażowano Piankowskiego na serię odczytów o nowych prądach w literaturze. To wystarczyło. Żaden uczciwy, lepszy trup nie chciał położyć się do trumny z aparatem radiowym. Gdy rodzina wpychała go tam przemocą, wykrzywiał się i robił straszne miny, że przenoszono go ze strachu do innej. Stare nieboszczyki pod wpływem Piankowskiego dostały spazmatycznego ziewania. Wrażliwsze egzemplarze zgrzytały zębami. Wystarczyło na Powązkach ucho przyłożyć do ziemi, by usłyszeć grzechot wysypujących się zębów.

— O jej, takie obrzydliwości opowiadasz — jęknęła Pups.

— Cóż w tym obrzydliwego — oburzył się Tukałło.

— Zmarli, te zęby. Brrr...

— Pups boi się trupów — orzekł Chochla.

— Nie — zaprzeczył Strąkowski. — Widziałem ją wczoraj w kinie. Była z Boszkowskim i nie okazywała żadnego lęku.

— W dodatku on też nie ma zębów — zauważył Tukałło.

— Bardzo miły pan — nastroszyła się Pups.

— Miły, ale nieboszczyk. Samobójca. Zawinął się raz na zawsze. I dziwię się, że z tą marną marą możesz nie tylko chodzić, ale pokazywać się publicznie — powiedział Polaski.

— Dlaczego panowie nazywają pana Boszkowskiego nieboszczykiem i samobójcą? — zaciekawił się Tyniecki.

— To historia głośnego plagiatu — wyjaśnił Kuczymiński. — Boszkowski przed paru miesiącami wydał książkę, w której całe ustępy były dosłownie przepisane z pracy pewnego brazylijskiego pisarza. Poczciwinę złapano na gorącym uczynku i został skompromitowany. Musiał biedak zupełnie wycofać się z życia. Tak, to było najbardziej lekkomyślne samobójstwo.

— A jednak — podniósł palec Tukałło — to właśnie była jego najlepsza książka. Ostatecznie nie widzę powodów, dla których nie ma się robić plagiatów. To też jest rodzaj literacki. Kompilacje, plagiaty. Jeżeli miał coś głupiego powiedzieć od siebie, wolę, by świsnął komuś dobrą myśl czy dobry rozdział. Konsumentowi w gruncie jest obojętne, czy autorem jest pan Boszkowski, czy Cervera. Chodzi mu o jakość towaru, nie zaś o markę fabryczną.

Polaski zaoponował. Jego zdaniem opinia Tukałły może się odnosić wyłącznie do najgorszego gatunku konsumentów literatury. Prawdziwy miłośnik nie tylko interesuje się dziełem, lecz i indywidualnością autora. A indywidualność tę może zrekonstruować tylko wtedy, gdy zna wszystkie utwory danego pisarza.

Na ten temat rozpaliła się dyskusja.

Tymczasem Gogo z Czumskim zorganizowali stolik brydża, którego grywano tu bardzo rzadko. Reszta towarzystwa podzieliła się na grupki. Przed kolacją przyszło jeszcze kilka osób.

Tyniecki czuł się nieco skrępowany w tym środowisku, którego dotychczas nie znał. Przy stoliku siedział między Załuckim i panią Jolantą, lecz pochłonięty był sporem, który toczył się między Tukałłą i Kuczymińskim o wartość Ibsena. Tukałło twierdził, że na Ibsenie zasypia, i przyznawał mu jedynie pozycję historyczną, martwą, Kuczymiński przeciwnie, znajdował w nim cechy aktualne, wyrażał natomiast przekonanie, że autora tego nie można dziś grać dawnym stylem.

Pani Jolanta zwróciła się do Tynieckiego:

— Pan jest kuzynem Kate?

— Tak, proszę pani.

— Jest zachwycająca. Kończę właśnie jej portret i wróżę sobie na wiosennym wernisażu wielkie zwycięstwo. Pan rzadko bywa w Warszawie?

— Mieszkam w Wielkopolsce, a ostatnio dużo podróżowałem.

— Pan jest bogaty?

Tyniecki uśmiechnął się.

— Nie mam prawa uskarżać się na materialne braki. Dlaczego to panią zainteresowało?

— Jako malarkę. Przyglądam się panu i nie mogę uchwycić pańskiego typu. Pan jest trudny.

— Z malarskiego punktu widzenia?

— Nie, w ogóle. Jedno zawsze idzie w parze z drugim.

— Jeżeli będę miał możność poznania pani bliżej, postaram się pani dowieść, że należę do natur bardzo prymitywnych, nieskomplikowanych i właśnie łatwych do poznania.

— Wątpię — potrząsnęła głową. — Mam dobrą intuicję. W panu wyczuwam naturę wysoce skomplikowaną. Jest w panu kilka istot zupełnie różnych, a wszystkie razem ukrywa pan jak w futerale w swojej powierzchowności.

— Intryguje mnie pani sąd. I jakież to istoty dojrzała pani przez futerał?

— Przede wszystkim kogoś trzymanego na uwięzi — mówiła z przymkniętymi oczami — kogoś bardzo namiętnego, istną burzę, huragan namiętności. Kogoś, kto dla jej zaspokojenia gotów by zginąć, mordować, świat rozsadzić...

— O kim pani mówi? — z zaciekawieniem pochyliła się ku niej siedząca w pobliżu Kate.

— O jednej z ukrytych osobowości pani kuzyna.

— Tak dalece ukrytych — zaśmiał się Tyniecki — że nic o jej istnieniu nie wiem. Odwrotnie, zawsze uważałem siebie za wyjątkowo umiarkowanego, jeżeli chodzi o zmysłowość.

— Ależ wcale nie chodzi o zmysłowość, tylko o namiętność. Natury namiętne nigdy nic bywają zmysłowe. Nie wolno tych rzeczy mieszać. Mówiłam o namiętności, która jest siłą pchającą człowieka do upragnionego celu. Celem tym może być równie dobrze osiągnięcie władzy, jak zdobycie kochanej kobiety lub wygranie wyścigu. Otóż pan niewątpliwie ukrywa w sobie szalone namiętności. I proszę mi wybaczyć szczerość, ale mówi pan nieprawdę twierdząc, że nic o nich nie wie.

— Jeżeli tak mam to rozumieć — poważnie przyznał Tyniecki — to nie zamierzam przeczyć.

— A widzi pan!

— Nie sądziłem jednak, że robię jakiekolwiek widoczne dla ludzi wy. siłki, by to ukryć.

— Otóż robi to w panu druga istota. Bardzo dziwna istota.

— Uosobienie skromności? — zażartował.

— O nie, przeciwnie. Pycha.

— Tu się chyba pani myli — powiedziała Kate.

— Nawet na pewno — dodał Tyniecki.

Jolanta zamyśliła się:

— Możliwe, że źle ujmuję to, co wyczuwam w panu. Ale to na pewno jest pycha, nie zarozumiałość, lecz pycha. I właśnie skromność, o której pan mówił, jest funkcją tej pychy. Pan musi zachować incognito, znosić to, że ludzie nie przyznają panu tych wartości, które pan widzi w sobie. Ale wierzy pan, że nadejdzie dzień, gdy stanie pan w pełnej chwale i wspaniałości. Tak, pan tyle ma tej pychy, że bezboleśnie znosić może wszystkie przeciwności. Pycha pana narkotyzuje, znieczula.

— To niesprawiedliwy osąd — odpowiedział wesoło. — Wszyscy, którzy dawniej mnie znają, mogą przyświadczyć, że jeżeli mam jakąś cnotę, cnotą tą jest właśnie przeciwieństwo pychy, czyli pokora.

— Mogą tak mówić dlatego, że od dawna pana znają, że są zasugestionowani pańską zewnętrznością. Ale ja jestem kobietą, ja nawet wbrew oczywistości, wbrew dowodom, wbrew logice i faktom wierzę swojej intuicji.

— Wobec tego odwołuję się do drugiej kobiecej intuicji. Niech pani Kate powie, czy bliższy jestem pokory, czy pychy?

— Nigdy pana o pychę nie posądzałam — przyznała Kate.

— A jednak zapewniam panią — upierała się Jolanta — że się nie mylę. Kate nie jest malarką. Patrzyła na pana w dodatku zawsze oczyma kuzynki. Z biegiem lat przyzwyczaiła się przyjmować pana takim, jakim się pan sam podaje. Oto dlaczego mniej może wiedzieć o panu niż ja, która go znam od kilku godzin. Och, pan jest bardzo skomplikowany...

— ... Co mówisz, że on jest skomplikowany?! — zawołał Tukałło.

Tyniecki spojrzał zdumiony na drugi koniec stołu. Okazało się jednak, że słowa te odnosiły się do Marcela Prousta, o którym Tukałło dyskutował z Polaskim.

— On skomplikowany?... A owszem, przyznaję ci, że składa się z niezliczonych warstw. Zdejmujesz jedną i poznajesz nową, i tak bez końca. Prousta można tak rozbierać jak główkę kapusty. Zdejmujemy liść po liściu, docieramy wreszcie do sedna i gdy z drżeniem usuwamy ostatni liść — nie znajdujemy nic. Zupełnie nic. Sedna nie ma.

— Bardzo słusznie! — zawołał Strąkowski.

— Owszem — krzyknął Chochla. — W kapuście znajdujemy głąb!

Drozd skrzywił się.

— Niepodobna prowadzić dyskusji na poziomie Chochli.

Tyniecki uśmiechnął się do pani Jolanty.

— Czy jestem skomplikowany też tak bardzo, by ukryć w sobie takie tajemnice jak główka kapusty?... Zdaje się, że ci panowie wyręczyli panią w dokończeniu myśli.

— Wiem, że pan nie podejrzewa mnie o to — potrząsnęła głową. — I nie miałam takich intencji. Pańska kuzynka, która lepiej mnie zna, wie, że nie potrafię zainteresować się kimś, w kim nie spodziewam się znaleźć czegoś o ponad przeciętnej wartości.

Tyniecki zarumienił się lekko.

— Wobec tego muszę unikać pani, by oszczędzić jej rozczarowania.

— Znowu ta dymna zasłona skromności — zaśmiała się. — A w duchu kpi pan sobie ze mnie i “duch pański ziewa". Na pewno słyszał to pan od niejednej kobiety.

— Zapewniam panią, że od żadnej. Tak mało stykam się z kobietami.

— Pan? — zdziwiła się szczerze. — To niemożliwe. Kate, niech pani powie, czy to prawda?

Kate spojrzała z zakłopotaniem na Tynieckiego, później na Jolantę i znowu na Tynieckiego. W jego oczach dostrzegła wyraz powagi i zamyślenia. Miał ładne, rozumne i uczciwe oczy. Cóż poza tym mogła o nim powiedzieć?

— Pan nigdy mi się nie zwierzał — powiedziała. — Ostatnio zresztą widywaliśmy się bardzo rzadko. Zdana więc jestem na intuicję, tak jak i pani.

— A co intuicja pani mówi? — zapytał poważnie.

— Chyba to, że można wierzyć pańskim słowom.

— Dziękuję pani — lekko pochylił głowę.

Wstano od stołu. Brydżyści wrócili do stolika, reszta towarzystwa do rozmowy. Tyniecki po godzinie zaczął się żegnać.

— Niech pan nie zapomina o naszym domu — konwencjonalnie powiedziała Kate.

— Spędziłem niezwykle miły wieczór. Jestem pani bardzo wdzięczny. Cieszę się też, że poznałem tyle zajmujących osób.

— Większość z nich odwiedza nas niemal codziennie. Przychodzą około piątej na filiżankę herbaty i pogawędkę. Jeżeli czas panu pozwoli...

— Dziękuję pani. Z przyjemnością któregoś dnia skorzystam z łaskawego zaproszenia.

Przy drzwiach gabinetu zatrzymała go Jolanta.

— Chciałabym dokończyć naszą rozmowę. Ale pan już wychodzi?

— Tak, proszę pani.

— Szkoda. Ale może pan wpadnie do mojej pracowni. Powiedzmy jutro?... Pomówimy przy dobrym koniaku. Koniak jest naprawdę dobry. Widzi pan, starzejące się kobiety muszą już takimi smakołykami ściągać do siebie młodych mężczyzn, jeżeli mają ochotę z nimi porozmawiać.

— Wobec tego jestem pewien, że koniak będzie fatalny — zaśmiał się szczerze. — Ale u pani to nie jest dymna zasłona skromności, tylko poławianie komplementów.

— Czyż żałuje pan kobietom tych tanich błyskotek, które tak lubią?

— Nie daję ich nigdy kobietom, którym należą się prawdziwe klejnoty.

— Widzę, że zdolny jest pan do nadmiernej hojności.

— Przede wszystkim do bezinteresownej — podkreślił.

Przyjęła ten akcent wybuchem śmiechu.

— Ależ może pan być spokojny! Nie zamierzam pana uwodzić!

— Byłbym śmiałkiem, gdybym na to liczył.

— Świetnie się z panem rozmawia. Ma pan wrodzone wyczucie dialogu.

Spojrzał na nią z zaciekawieniem.

— Serio pani jest tego zdania?

— Znowu dymna zasłona? — odpowiedziała pytaniem.

— Ależ bynajmniej. To szczera wdzięczność.

— No więc niech jej pan da wyraz odwiedzinami samotnej malarki. Jeżeli pan obawia się samotności, proszę przyjść o pierwszej. O tej godzinie spotka pan u mnie swoją kuzynkę, która mi pozuje.

— Będę na pewno.

— Mój adres znajdzie pan w katologu telefonicznym. Do widzenia.

— Do widzenia pani.

Kate przychodziła na pozowanie o wpół do dwunastej i o pierwszej seans już bywał skończony. Gdy Roger Tyniecki zastukał do drzwi pracowni, Kate właśnie ubierała się w sąsiednim pokoju.

— Zdaje się, że jestem punktualny — powiedział rozglądając się po pracowni.

— Najzupełniej. Niech pan siada — odpowiedziała Jolanta, podając mu rękę i wskazując szeroki tapczan.

— Chciałbym najpierw obejrzeć pani dzieła.

— Dobrze, niech się pan tym zajmie, a ja przyrządzę tymczasem kawę. W oczekiwaniu na kawę każde zajęcie jest dobre.

— Przyglądając się pani dziełom można zapomnieć nawet, że się czeka na śmierć.

— Kawa nie będzie zatruta — zapewniła. — A wstydziłby się pan mówić takie pochlebstwa nie znając wcale moich prac.

— Znam je tylko z pierwszego rzutu oka. Zapewniam jednak panią, że niewiele więcej będę o nich wiedział, gdy się im przyjrzę dokładnie. Niestety jestem w plastyce zupełnym laikiem.

— Laikiem?... Wobec tego niech pan obejrzy obrazy na tamtej ścianie. Coś dla laików. To są rzeczy, które kupują za grube pieniądze starsi panowi. Same świnoderie.

Tyniecki stał chwilę przed kilku płótnami i powiedział:

— Wydaje mi się to świetne pod względem malarskim. Ale z ostateczną oceną poczekam, aż będę starszym panem.

— W tym znaczeniu, sądzę, nigdy pan nim nie będzie. To nie w pana typie.

— Dziękuję. A czy moja kuzynka była u pani?

— Była i jest. Ubiera się w pokoju obok. Tymczasem może ją pan podziwiać na sztalugach... No, jak się to panu podoba?...

Nie odpowiedział. Po prostu nie dosłyszał pytania. Stał przed dużym kwadratowym płótnem. Był to portret Kate, nie portret, lecz jakaś niesamowita, przejmująca kompozycja. Kate siedziała, półleżąc na ogromnym czarnym fotelu, owinięta jakąś szmatą czy szalem z ciężkiego, jedwabnego materiału koloru spłowiałej purpury, z sutą złotą frędzlą. Wyraz jej twarzy, o stosunkowo niedużym podobieństwie, zastanawiał i niepokoił. Było w nim coś z obawy i z radości, z przestrachu i ze szczęścia, oporu i poddania się. Im dłużej Tyniecki wpatrywał się w nią, tym bardziej zdawała mu się znana i podobna, a jednocześnie nowa, nieoczekiwana, prześwietlona jakąś rodzącą się tajemnicą. Zresztą to samo było w całej postaci, w której pozornym bezruchu i bezwładzie czaiła się gotowość do nagłego zrywu, niepokój nadciągającej grozy czy szczęścia. Trzy jedyne i ostro na plan pierwszy występujące jasne plamy: twarz okolona rozplecionymi warkoczami, ramię i ręka wyłaniające się spod spłowiałej purpury i noga zwisająca ukośnie, również naga i odsłonięta do kolana, trzy jasne plamy przykuwały wzrok. Resztę widziało się jakby przypadkowo, zamgloną i nierealną. Kolory mieszały się w jakimś burym chaosie, stopniowo ku krańcom nabierając zieleni malachitu i wreszcie kształtując się w jakieś wizje, nierozpoznawalne, wyłaniające się rudawymi smugami z zielonej piany.

Pani Jolanta zapaliła gaz i zapytała:

— No, jakże się to panu podoba?

— To jest niezwykłe — powiedział, nie znajdując innego określenia.

— Nazwę to “Oczekiwanie" lub “Przebudzenie".

— Niezwykłe — powtórzył, nie mogąc oczu oderwać od obrazu. — Oczekiwanie... tak... ale czego?

— Życia, miłości, pełni swojej kobiecości...

— Bardzo ciekawe... A dlaczego przyszło pani na myśl brać panią Kate jako model do tej postaci?

— Ach, odwrotnie. To właśnie gdy ją zobaczyłam, przyszła mi koncepcja obrazu.

— Ale dlaczego?

— Panie! Bo ta kobieta oczekuje tego wszystkiego.

Po chwili milczenia zapytał:

— Czy się pani nie myli?... Przecie ma męża. Wyszła za mąż z miłości.

— Absurd — krótko rzuciła Jolanta.

— Upewniam panią, że żadnych innych racji nie było.

Pani Jolanta wzruszyła ramionami.

— Więc może była pomyłka. Często jakieś bezwartościowe namiastki oceniamy mylnie jako prawdziwe uczucia.

— I pani jest taka tego pewna?

— Wy, mężczyźni, jesteście przerażająco ślepi. Ale my umiemy te rzeczy wyławiać. Panie, czy pan może sobie wyobrazić, by kobieta tego gatunku, tego poziomu co Kate, mogła kochać takiego Goga?

— Owszem — odpowiedział niepewnie. — Jest młody, przystojny, doskonale wychowany. Nic istotnego nie można mu zarzucić.

— Można rzecz najistotniejszą: on jest zerem. Bodajby był łotrem, bandytą, sutenerem... Czy ja wiem kim?... Wtedy zakochanie się w nim Kate byłoby mało prawdopodobne, ale możliwe. A tak wykluczone. Może kiedyś wmawiała w siebie, że go kocha, dziś już z tego zrezygnowała.

— Czy... czy mówiła pani o tym?

— Ach, broń Boże! Czyż pan jej nie zna?... Ale ją widuję prawie codziennie i wiem, co się z nią dzieje.

— Pani jest jej przyjaciółką?...

Zaśmiała się krótkim, urywanym śmiechem.

— Nie, panie.

Odpowiedź miała taki ton, że nie zapytał już o nic więcej. Stał obok ogromnego fotela obitego ciemnozielonym, prawie czarnym welurem. Przez oparcie przerzucony był szal, w którym pozowała Kate. Przesunął palcami po śliskim, mięsistym jedwabiu i po szerokiej, zimnej, złotej frędzli.

Drzwi otworzyły się i weszła Kate. Była w obcisłym brązowym kostiumie angielskim, w takim samym, w jakim najczęściej widywał ją w Prudach. Na widok Tynieckiego okazała lekkie zdziwienie.

— Wydawało mi się, że słyszę znajomy głos — powiedziała — ale nie spodziewałam się, że pana tu spotkam.

— Pani Jolanta życzyła sobie zrobić wiwisekcję mojej powierzchowności przy pomocy ołówka — odpowiedział, witając się.

— Węgla — poprawiła Jolanta.

— A przy sposobności dzięki łaskawemu pozwoleniu mistrzyni podziwiałem portret pani.

— Podziwiał pan?... Jestem szczera z panią Jolantą i mówię przy niej otwarcie, że nie podzielam pańskiego podziwu.

— Jak to? nie podoba się pani?

— Nie. Oczywiście jest doskonały pod względem artystycznym, technicznym, kompozycyjnym, ale model był źle wybrany.

— Czyli...?

— Nietrafnie. Raczej każda inna mogłaby do tego pozować, nie ja.

— Tylko pani — odpowiedziała Jolanta.

Tyniecki zapytał:

— Więc to nie jest rzecz robiona dla pani?

— Nie, skądże.

— A zatem — zwrócił się do Jolanty — obraz ten będzie do nabycia?

— Nie, panie — potrząsnęła głową. — Zatrzymam go dla siebie.

— Szkoda. Mnie się on bardzo podoba. Zapłaciłbym zań każdą cenę.

Na słowie ,,każdą" położył nacisk, lecz pani Jolanta potrząsnęła przecząco głową.

— Nie. Mnie się on też podoba. Pan zaś dostanie w zamian filiżankę kawy i łyk koniaku. Siadajcie. Siadajcie, proszę. W każdym razie dziękuję panu za uznanie.

— O, chyba pod tym względem nie jest pani wygłodzona?

— Nie, ale pańskie zdanie cenię.

— Nie wiem, czy zawsze na to zasłużę.

— Sądzę. Lubię ludzi pańskiego typu — mówiła, nalewając kawę do filiżanek. — Budzą we mnie zaufanie. Nigdy nie zawiodłam się na człowieku z taką linią szczęki.

— Zabawny sposób kwalifikowania — zaśmiała się Kate.

— Niezawodny. Frenologia, fizjognomika to najlepsze sprawdziany.

Wzięła blok i zaczęła kilkoma kreskami rysować głowy poszczególnych znajomych, a więc Irwinga, Tukałły, Polaskiego, Drozda, wreszcie Goga, dając przy tym krótkie charakterystyki i podkreślając te rysy, które ujawniają dane cechy typu.

Przy podobiźnie Goga zatrzymała się dłużej, mówiąc:

— Ludzie o takich skroniach muszą odznaczać się płytkością. A ta szczęka...? Wybitny brak woli. Ten kształt ucha znaczy dla mnie tyle, co patent na snobizm. Takie wycięcie nozdrzy świadczy o zmysłowości jeszcze bardziej niż kształt ust.

— A jednak powierzchowność często zawodzi — zaoponowała Kate, by skierować rozmowę na kogoś innego. — Zna pani przecie Leona Zurkowskiego?

— Znam.

— Jest garbaty i ma małpi wyraz twarzy, wygląda na kretyna, złośliwego i stępiałego. A jest jednym z najpogodniejszych i najinteligentniejszych ludzi na świecie.

Pani Jolanta uśmiechnęła się.

— Malowałam jego portret. Zaraz pani pokażę reprodukcję.

Wstała i przyniosła album.

— Niech pani sprawdzi, jak go widziałam.

— To jest wcale przystojny pan — zauważył Tyniecki.

— Nie o to chodzi, że przystojny. Nie zależało mi na upiększeniu jego urody, tylko na wydobyciu z niej tego, co mnie jako malarkę uderzyło. Widzi pan tę dobroć i inteligencję?

— Tak. Dziwnie umie pani patrzeć na ludzi — przyznała Kate.

— Nie dziwnie, ale trafnie. Dlatego wiem, że jestem dobrą malarką.

Po kwadransie Kate spojrzała na zegarek.

— Muszę już państwa pożegnać. Mam jeszcze kilka sprawunków do załatwienia przed obiadem.

— Jeżeli wolno, będę pani towarzyszył — wstał Tyniecki.

— Będzie mi bardzo miło, ale zdaje się miał pan pozować?

— Już może odłożymy to na inny raz. Pani Jolanta będzie taka dobra i zostawi mi ten pretekst do ponownych odwiedzin.

— Och, mnie może pan odwiedzać bez pretekstów — podała mu rękę Jolanta. — Ale proszę pamiętać, że od pozowania pan się nie wykręci.

Zapewnił ją, że nie ma najmniejszego zamiaru, i wyszli razem z Kate. I Gdy tylko znaleźli się sami, od razu stracił tę swobodę, którą miał przy l innych. Szli obok siebie w milczeniu.

— Narażę pana na długi spacer —pierwsza odezwała się Kate. — i Muszę iść aż na Plac Teatralny.

— Może woli pani pojechać taksówką?

— O nie. Mamy świetną pogodę i ja lubię chodzić. Czy pan przyje chał do Warszawy autem?

— Nie, proszę pani, pociągiem. Bardzo rzadko używam samochodu. Sam nie umiem prowadzić, a myśl, że szofer godzinami na mnie czeka, sprawia mi przykrość. Zresztą doskonale obywam się bez auta. I również lubię chodzić.

— Pan ma zdaje się w ogóle wymagania skromne.

— Wynika to z moich skromnych upodobań, a te z kolei są następstwem przyzwyczajenia. Tyle lat żyłem jako biedak. I nie żałuję tego. Zdobyłem dzięki temu wiele doświadczeń, nauczyłem się cenić sprawy istotne, patrzeć na siebie trzeźwo i krytycznie... Na siebie i na innych.

— Czy pieniądze, zdaniem pańskim, zmniejszają te możliwości?

— Ograniczają. Sprzyjają mianowicie utrwaleniu się w człowieku przeświadczenia, że jakkolwiek by postępował, one przyczynią się do stłumienia sądów ludzkich. Wytwarzają rodzaj lenistwa duchowego, rodzaj abnegacji moralnej.

— Ciekawe ma pan poglądy i kto wie, czy nie słuszne.

Znowu milczeli. Kate zastanawiała się nad tym, czy pogląd Tynieckiego w swoim negatywie nie może służyć jako wytłumaczenie postępowania Goga. Jakże bardzo różnili się ci dwaj ludzie. W Tynieckim, który w sposób niespodziewany doszedł do bogactwa i wysokiej pozycji socjalnej, nie było nic parweniuszowskiego. Zachował dawną prostotę, dawne upodobania, a jak się obecnie okazuje, i dawne poglądy. Tylko dawniej nie wypowiadał ich, bo nie miał przed kim. Kate zawsze miała go za myślącego człowieka. Nieraz nawet, gdy zamieniała mu książki w bibliotece w Prudach, miewała ochotę pomówić z nim o tej lekturze. Ciekawa była, czy ten samouk rozumie, a jeżeli rozumie, to czy nie wytworzył sobie pojęć opacznych przy czytaniu dzieł, które przecież wymagały gruntownego przygotowania i wykształcenia.

Jeżeli nie wdawała się z nim wówczas w tego rodzaju rozmowy, robiła to nie tylko przez dystans, który utrzymywała w stosunku do służby i oficjalistów, lecz w obawie, czy nie wprawi ,,Maciejka" w zakłopotanie.

Przed rokiem, gdy był w Warszawie, wydał się jej zupełnie inny.

Zimny, zamknięty w sobie, ostry. Mówił tonem jakby urzędowym, poruszał się sztywno.

— Bardzo pan się zmienił — powiedziała.

— Nie, proszę pani — zrobił przeczący ruch głową. — Nie zmieniłem się wcale. Po prostu nie zwracała pani uwagi na mnie. Patrzyła pani na mnie jak na mniej lub więcej użyteczny sprzęt w pałacu.

— Krzywdzi mnie pan takim określeniem.

— Bynajmniej, proszę pani. Nie mam o to najmniejszego żalu. Przeciwnie, zawsze byłem pani wdzięczny za uprzejmość, za zaufanie, za życzliwość. Nigdy nie dawała mi pani odczuć mojej niższości. Ale rozumiem dobrze, że nie mogła mnie pani traktować jak równego. Wyrozumiałość nie tylko wielkim jest potrzebna. Jeszcze bardziej potrzebna jest małym. Mnie jej nie brakowało. Zapewniam panią, iż zostałem takim, jakim byłem.

— Ja nie o tym myślałam. Gdy mówiłam, że się pan zmienił, porównywałam pana sprzed roku z dzisiejszym.

Uśmiechnął się.

— Ach, to pani miała na myśli. To są rzeczy zupełnie zewnętrzne. Nabyłem trochę ogłady, obycia w towarzystwie. Wyzbyłem się tej nieśmiałości, która była ściśle związana z poczuciem braków wychowania i z obawą popełniania nietaktów. Rok to bardzo mało nawet dla kogoś, kto pragnie nadrobić stracony czas tak intensywnie jak ja. Zdaję sobie z tego sprawę. Zapewne wiele jeszcze lat minie, nim dojdę do zupełnej swobody w obcowaniu z ludźmi. Na razie trwam w stanie czujności i ustawicznego pogotowia. Proszę mi wierzyć, że to jest dość wyczerpujące. Po każdym wypowiedzianym zdaniu patrzę z niepokojem w oczy obecnych, by sprawdzić, czy nie powiedziałem czegoś niestosownego. Przy każdej nowej potrawie, której dotychczas nie jadłem, bacznie uważam, w jaki sposób zabierają się do niej inni. I nie chodzi mi o strach przed oblamowaniem się. Po prostu przykre jest uczucie, że się innych razi.

Kate spojrzała nań ze współczuciem.

— Zapewniam pana, że nie razi pan wcale.

— Dziękuję pani, ale jeżeli tak jest, to tylko dzięki owej czujności. Przed rokiem, gdy panią widziałem, czujność ta była znacznie większa, a co za tym idzie, i skrępowanie większe.

— Więc muszę panu powiedzieć, że na wszystkich moich znajomych wywarł pan nader dodatnie wrażenie. Niech pan będzie przekonany, że ludzie ci nie należą do pobłażliwych i zazwyczaj niechętnie widzą wśród siebie nowe twarze. Toteż raczej skłonni są do niesprawiedliwej nawet

krytyki i ironii niż do przychylnego ustosunkowania się do osób świeżo poznanych. O panu wszyscy bez wyjątku wyrażali się nader sympatycznie.

Tyniecki zaczerwienił się.

— Doprawdy... Jestem głęboko wzruszony... Tym bardziej, że tak bardzo zależało mi na tym.

— Pan Polaski -mówił mi, że powinnam pana częściej ściągać do Warszawy... Oczywiście, jako kuzyna. No, a pani Jolanta nie ukrywa tego, że się pan jej bardzo podoba. Nie mógł pan tego nie zauważyć.

— I to również jest miłe — powiedział twardym tonem — ale na tym mniej mi zależy.

— Dlaczego? Pani Jolanta jest bardzo piękna i cieszy się ogromnym powodzeniem.

— Nie przeczę i życzę jej jeszcze większego.

— Nie podoba się panu?

— To nie mój typ — odpowiedział krótko.

— Mówiła mi dość dużo o panu i wypytywała o pańskie usposobienie.

Kate zaśmiała się.

— Pytała też, czy pan nie jest żonaty. Ach, te kobiety. Ani talent, ani wyjątkowa duchowość czy umysł nie chroni ich od kobiecości, od skierowania głównego zainteresowania na życie, życie i jeszcze raz życie. Sprawy małżeństw, dzieci, miłości, rozwodów.

— Czy... czy pani pod tym względem uważa siebie za wyjątek? — zapytał po chwili wahania.

Zamyśliła się.

— Jeżeli mam być szczera, w pewnym stopniu tak.

— Nie zajmuje to pani wcale?

— W każdym razie mniej niż inne kobiety.

— Nie rozumiem... — zaczął, lecz urwał.

— Co pan chciał powiedzieć?

— Ach nic, nic ważnego, a w każdym razie nic przemyślanego i dlatego proszę mi pozwolić nie mówić o tym.

— Ależ proszę — zaśmiała się — nie uprawiam terroru ani wymuszeń.

— Nie wątpię, proszę pani.

Weszli do dużego sklepu, gdzie Kate załatwiła kilka sprawunków.

— Może pana dziwić — powiedziała, gdy znaleźli się znowu na ulicy — że aż tu szłam po te drobiazgi, ale dzięki temu zaoszczędziłam prawie dwa złote.

— Więc naprawdę tak trudno pani z tym... budżetem? — zapytał, usiłując przybrać ton obojętny.

— Nie, bynajmniej — zaprzeczyła żywo. — Jest co najmniej wystarczający.

Dotknięcie drażliwego tematu obojgu sprawiło przykrość. Kate jednak powiedziała:

— Niech pan przypomni sobie, że zawsze miałam silnie rozwinięty zmysł oszczędzania. Proszę i to wziąć pod uwagę, że nigdy nie byłam zamożna. Przyzwyczaiłam się potrzeby swoje ograniczać do niezbędnego minimum nie gorzej od pana. I na pewno nie jest to dla mnie tragedia.

— Wiem. Znam panią — powiedział jakby do siebie.

— Skoro już o tych sprawach mówimy — podjęła przełamując sytuację — obowiązana jestem poinformować w związku z naszą rozmową sprzed roku, że powtórzyłam ją memu mężowi i że o ile wiem, stosuje się do pańskich warunków.

Świadomie mówiła nieprawdę. Wiedziała przecie, że znowu pozaciągał długi. Wiedziała, a raczej miała prawo domyślać się. Ponieważ jednak przypuszczała, że długi te nie przekraczają drobnych kwot i ponieważ nie posiadała żadnych dowodów, iż Gogo je robi, uważała za możliwe zdobyć się na to półkłamstwo.

Ponieważ milczał, dorzuciła na wpół pytająco:

— Sądzę, iż i pan miał jakieś relacje od swoich informatorów...

— Przykro mi — powiedział Tyniecki — że pani w ten sposób tę kwestię ujmuje. Proszę mi wierzyć, że ci moi, a raczej informatorzy mecenasa Himlera, to nie żadni szpiedzy czy detektywi, lecz jego koledzy po fachu, z którymi pozostaje w stosunkach. Państwo... mąż pani prowadzi dość eksponowany tryb życia i nic dziwnego, że mówi się o tym w Warszawie. Tą drogą wiadomości docierają do mnie. Czy pani posądza mnie, że kazałem śledzić męża pani?

Kate zarumieniła się.

— Nie posądzam pana wcale.

— Ale posądzała pani — uśmiechnął się gorzko. — Może na to zasłużyłem. Ale, da Bóg, przekona się pani kiedyś, że gdyby nawet tak było, nie plami to ani mego honoru, ani mojej... lojalności.

— Wierzę panu — powiedziała po prostu.

— Nie wiem, jak pani za to wyrazić wdzięczność.

— Ach, to chyba dla pana żadna niespodzianka. O ile wiem, zawsze wszyscy panu wierzyli.

— To inna sprawa. Tamto mi się należało. A to, co pani mi daje, jest kredytem... Kredytem, który może nigdy nie zostanie pokryty...

Ostatnie zdanie wypowiedział z takim smutkiem, że spojrzała nań zdziwiona. Szedł z podniesioną głową na pozór taki sam, ale rysy mu się ścięły w ostre linie i skamieniały. Nagle przypomniała sobie słowa Jolanty:

— Gdy stoję przy tym człowieku, czuję się tak, jakbym stała przed zamkniętymi drzwiami, za którymi panuje zupełna cisza. Lecz wiem, iż dzieją się tam jakieś sprawy gwałtowne, potężne, tragiczne, jakieś walki olbrzymów. Wyłamałabym te drzwi, ale do tego nie starczy mi siły.

Jeszcze dziś w południe słowa te wydały się Kate prawie komiczne w swym patosie, który w zestawieniu z utrwaloną w pamięci postacią Maciejka służbiście wyprostowanego w swoim frenczu i w butach z cholewami, Maciejka załatwiającego drobne polecenia w pałacu, musiał nabierać akcentów karykatury.

I oto po raz pierwszy Kate zapytała siebie:

— Co się w nim dzieje?...

A następnie:

— Kim jest ten człowiek?...

I od razu zrozumiała, że nie zna go wcale, że dla niej też te drzwi są hermetycznie zamknięte, że za tymi drzwiami istotnie odbywa się coś wstrząsającego, że działają tam siły o wyjątkowym, nieludzkim napięciu. Mimo woli pamięć przesunęła przed jej wyobraźnią całą galerię znajomych twarzy w poszukiwaniu porównań. Nie, w żadnej nie znalazła ani wyjaśnienia, ani chociażby wskazówki do odcyfrowania tajemnicy tego człowieka. Wiedziała tylko, iż nie jest on ani Maciejkiem z oficyny, ani dziedzicem Prudów, ani oschłym, kanciastym panem, który dyktował jej warunki łaskawego chleba wówczas, gdy Gogo leżał u siebie pijany, ani ogładzonym kuzynem, który tak podobał się jej znajomym, ani nikim ze znanych, poznanych, pojmowanych ludzi.

I oto wydało się jej, że musi, że powinna dotknąć ręką tych drzwi, a same się otworzą, i jednocześnie ogarnął ją lęk przed tym, co za nimi znajdzie, przed czymś nieokreślonym, tajemniczym, obezwładniającym, a niebezpiecznym jak pożar, jak wodospad, jak sploty lian w dżungli...

Usiłowała sobie uświadomić, jakie jego słowa, jaki ton wywołał w niej te dziwne, a tak silne wrażenia, lecz nie mogła. Może nie były to słowa, może nie były to dźwięki, może po prostu jakieś niczym nie dające się wytłumaczyć prądy, jakieś objawienia, nierzeczywiste i zamglone; a przecie wstrząsające.

I spełniło się coś dziwnego: oto stopiło się w niej uczucie obawy przed czymś tajemniczym i gwałtownym, z uczuciem bezpieczeństwa, bezgranicznego bezpieczeństwa w tej groźnej, porywającej i niezrozumiałej atmosferze. Stopiło się i kroplą rozpalonego metalu spadło w głąb świadomości, by wyżarzyć w niej ślad niezatarty.

O wielka tajemnico przyrody, o tajna formułko alchemii wrażliwych dusz ludzkich, co w swoich niewidzialnych tyglach stapiasz w jedno najskrajniejsze przeciwieństwa, lęk i pożądanie, niepokój i słodycz bezpieczeństwa, pragnienie pozostania i chęć ucieczki. O przekorna, nienazwana tajemnico serc kobiecych...

Nie myślała o tym Kate. Daleka jest droga od zarodków zdarzeń wewnętrznych do myśli, do świadomości, do kontroli... Myślała z niezadowoleniem o sobie. Myślała o tym, że oto poddała się jakimś przywidzeniom, jakiejś niedorzecznej halucynacji, która i podstaw żadnych nie ma, i żadnego znaczenia, i żadnych konsekwencji. Ot, wytrącona została z normalnej równowagi fantastycznymi domniemaniami pobudliwej pani Jolanty, czy też złym stanem własnych nerwów po niedospanej nocy i po nowej awanturze, którą urządził jej nad ranem Gogo.

Nie mogła zgodzić się na to, by przyjął tak cenny prezent od Freda Irwinga. Zresztą wiedziała dobrze, iż to prezent dla niej. Doskonale pamiętała, że przed paru miesiącami oglądając z Fredem album wystawy malarzy angielskich zachwycała się tym właśnie pejzażem szkockim Mc. Boutle'a. I przed kilku dniami Fred przysłał to niby dla Goga. Musiał wydać bardzo dużo pieniędzy i widocznie spodziewał się, że Kate zmusi go do zabrania obrazu, bo pokazał się dopiero późnym wieczorem na imieninach, kiedy już Gogo zawiesił obraz w gabinecie.

Widziała doskonale dyskretne uśmieszki wszystkich, którym objaśniał, iż otrzymał to w prezencie od Irwinga. Gdy po wyjściu gości postawiła sprawę jasno, spotkała się z wybuchem gniewu. Nie chciał uwierzyć, że to dla niej, i kłamał, bo wiedział równie dobrze jak ona. Nie był gruboskórny, lecz po prostu nędzny. Powiedziała mu:

— Jak nazwałbyś męża, który osiąga jakieś korzyści materialne z tego, że jego żona komuś się podoba?

Wtedy kopnął krzesło i zaczął krzyczeć, że jest zarozumiała, że zdaje się jej, iż wszyscy dla niej tracą głowy, że nie rozumie, co to jest przyjaźń, że właśnie Irwing jest jego najlepszym przyjacielem, że obraz bynajmniej nie jest taki cenny, że on sam, Gogo, za dawnych czasów nie takie podarunki przyjaciołom robił, a tylko Kate, która jest skąpa i merkantylna, zazdrosna o swoje powodzenie nawet w stosunku do przyjaciół własnego męża, może go mieszać z błotem itd... itd...

Była to jedna z owych dręczących, beznadziejnych nocy, która zakończyła się jak zwykle wybuchami płytkiej skruchy i jeszcze bardziej nieznośnych czułości.

Stąd to rozhuśtanie nerwów i różne dysproporcje w ocenie własnych odczuć. Spojrzała jeszcze raz na idącego obok Tynieckiego. Oczywiście wywiera miłe wrażenie i na pewno nie jest człowiekiem ani pustym, ani nieciekawym. Ale pani Jolanta stanowczo uroiła coś sobie na jego temat.

— Jakże się pan czuje w Warszawie? — zapytała Kate.

— Słucham? — ocknął się.

— Jak się pan czuje w Warszawie? — powtórzyła. — Czy po wielkich miastach Zachodu nie wydaje się panu tu bezbarwnie?

— O nie, proszę pani. Wszystkie wielkie miasta, które poznałem, były dla mnie zajmującą egzotyką, tęskniłem do kraju.

— Do Prudów?

— Może — uśmiechnął się do niej — ale do tych Prudów, do których już mam dostęp zamknięty, do Prudów, z którymi się zżyłem: do folwarku, do oficyny, do pokoju kredensowego, do bryczki służbowej... Do ludzi, do tych samych ludzi, którzy i dzisiaj tam są, lecz już nie potrafią

mówić ze mną tak jak dawniej i patrzą inaczej... Nie ma już dawnych moich Prudów.

— Czyż te nowe nie dały panu dostatecznego ekwiwalentu uczucio wego?

— Nie — odpowiedział krótko i zamilkł.

Znowu długo milczał i Kate przyszło do głowy, że ten człowiek tak zajmująco umie milczeć. Odnosiło się wrażenie, że w tym milczeniu jego myśli pracują intensywnie, rytmicznie, że układają się jak piramida w konsekwentną całość, której skutkiem musi być jakieś nowe odkrycie czegoś w sobie lub w tym, z kim w danej chwili przebywa. Właśnie wyczuwało się z nim ten dziwny kontakt podczas jego milczenia. Tylko Fred Irwing z jej znajomych umiał przez dłuższy czas nie odezwać się ani słowem.

Ale w milczeniu Freda wyczuwało się jakiś chaos, bezradność, bezpłod ność. Milczenie jego przełożone na słowa ograniczałoby się do kilku wy razów powtarzanych bez końca.

— A pani — odezwał się Tyniecki — brak pani Prudów?

— Nie wiem — odpowiedziała niepewnie. — Mam dużą zdolność przystosowania się do każdych zmienionych warunków.

— O, wiem o tym. Ale przecież zostaje miejsce na jakieś tęsknoty, na jakieś marzenia?...

— Nie powinno zostawać — powiedziała z twardym akcentem.

— Odbiera pani ludziom to, co w życiu jest najpiękniejsze.

— Nie ludziom, nie wszystkim. Tylko tym, którzy w jakiś wyraźny sposób ustalili swoje życie, zamknęli je w jakieś ostateczne formy.

— To nie wydaje mi się prawdą — powiedział po pauzie.

— Co mianowicie?

— Że życie zna jakieś formy ostateczne. Forma ostateczna to śmierć. Życie nie zna form ostatecznych. Nie może znać, bo nie byłoby życiem, nie byłoby ustawiczną przemianą, pełną niespodzianek uzależnionych od czynników wewnętrznych i zewnętrznych. Zycie ma nieograniczone możliwości.

W jego głosie było jakby podniecenie.

— Nie każde życie jest życiem — z uśmiechem odpowiedziała Kate.

Zmarszczył brwi.

— Chyba pani w to nie wierzy... — zaczął.

Przerwała mu:

— Oto już mój dom. Będziemy mieli sposobność nieraz jeszcze o tym pomówić, jeżeli o takich rzeczach mówić warto. Do widzenia panu.

Schylił się nisko, całując jej rękę.

— Do widzenia pani.

Do rozmowy tej jednak nie wrócili, chociaż widywali się co kilka dni. Kate doszła do przekonania, że i tak jej uwaga była zbyt przejrzysta, że Tyniecki mógł domyślać się, iż nie jest szczęśliwa. Toteż w ciągu nowych spotkań, czy to u siebie w domu, czy w pracowni pani Jolanty, nie unikała żadnej okazji, by podnieść pogodę swego małżeństwa, by dać do zrozumienia, że z Gogiem jest zupełnie szczęśliwa.

Trudno było stwierdzić, o ile Tyniecki temu zechciał uwierzyć. Zachowywał poprawny dystans, pełny życzliwości, lecz nie skracający się do rozmowy o sprawach osobistych. Przesiadywał często u pani Jolanty, zaczął też bywać “Pod Lutnią". Jego stosunek do Goga pozornie nie różnił się niczym od stosunku do wszystkich jego przyjaciół. Ilekroć nadawała się sposobność, rozmawiali dużo, przeważnie o zagranicy, którą Gogo znał znacznie lepiej od Tynieckiego, a zatem mógł się tym popisywać.

— Zupełnie przyjemny z niego człowiek — mówił Gogo o Tynieckim. — Kto by się to spodziewał?

Co sądził Tyniecki o Gogu, wiedziała może jedna pani Jolanta, lecz do Kate to nie docierało.

Tymczasem pobyt jego w stolicy przedłużał się. Mijały tygodnie. Przed świętami Bożego Narodzenia Kate otrzymała od ciotki Matyldy list.

Stara pani uskarżała się na coraz gorszy stan zdrowia. Pisała, że przed paru dniami miała niebezpieczny atak serca i że w związku z tym musiała na stałe sprowadzić do Prudów lekarza, który nie ukrywa niepokoju i radzi wezwać specjalistę. Narzekała też na samotność.

“Mój syn — pisała — nie uważa za konieczne osiedlenie się w Prudach. Swoje synowskie uczucia zaspokaja jednym listem na dwa tygodnie. Otrzymuję je punktualnie co drugi czwartek z wieczorną pocztą. Mogłabym ich nie czytać. Są do siebie podobne i tak dalekie. Nie wiem, czy go widujesz, bo jest w Warszawie. Uszczęśliwiłabyś swoją starą ciotkę, gdybyś bodaj na kilka dni wpadła do Prudów".

Tegoż popołudnia na herbatce u Polaskiego Kate powiedziała Tynieckiemu:

— Miałam list od ciotki Matyldy. Pytała, czy widuję pana, i skarżyła się na zły stan serca.

— Wiem o tym, że tam nie jest zupełnie dobrze. Dziś byłem u specjalisty, profesora Nierensa, i wysłałem go do Prudów. Upoważniłem go również do wezwania z Berlina lub Wiednia tego z jego kolegów, którego uzna za potrzebnego. Zrobiłem wszystko, co mogłem.

— Powiedział pan to takim tonem — odezwała się po pauzie Kate — jakbym robiła panu jakieś wyrzuty.

— Ależ bynajmniej. Ponieważ jednak moja matka, jak przypuszczam, uważa moją nieobecność w Prudach za brak troskliwości, chciałem, by pani wiedziała, że tak nie jest.

— Jednak ciotce nie tyle chodzi o troskliwość, ile o pańską obecność.

— Na razie nie mogę wyjechać z Warszawy.

— Może napisze pan to ciotce?

— Pisuję regularnie. O ile zaś będzie groziło bezpośrednie niebezpieczeństwo, zostanę o tym zawiadomiony przez profesora Nierensa telegraficznie. Wtedy oczywiście natychmiast pojadę.

W pół godziny potem sam powrócił do tego tematu.

— Wyczułem w naszej rozmowie pewien ton, który zrobił na mnie wrażenie, jakby pani mnie potępiała za brak czułości w stosunku do matki.

— W żadnym razie nie można tego nazwać potępieniem. To zbyt silne i w ogóle nietrafne słowo — zaprotestowała.

— Więc po prostu razi to panią, czy chociaż martwi.

— Nie, prószę pana, żywię wiele serdecznych uczuć dla ciotki i najzwyczajniej w świecie smucą mnie jej smutki. A mam wrażenie, że nie dotykam pana, gdy o tym mówię.

— O, nie — zaprzeczył gorąco — przeciwnie. Wielką przyjemność sprawia mi możność mówienia z panią o tych sprawach, które nas łączą... Do zajmowania się którymi — poprawił się — oboje z panią mamy prawo.

— Bardzo to miłe z pańskiej strony — odpowiedziała konwencjonalnie i dodała: — Sądzę, że ciotka Matylda ucieszyłaby się, gdyby pan bodaj na krótko ją odwiedził.

Ktoś zbliżył się do nich i rozmowa przeszła na inne kwestie.

Nazajutrz rano Gogo zapukał do sypialni Kate.

— Przed chwilą telefonował Tyniecki, by nas pożegnać. Wyjeżdża na dwa dni do Prudów. Był tak uprzejmy, że pytał, czy nie mamy jakichś poleceń. Oczywiście powiedziałem, że poza serdecznymi pozdrowieniami żadnych. Wiesz, że on mi się coraz więcej podoba. To wcale niezły chłop. Czy zauważyłaś, że zachowuje się tak, jakby chciał nawiązać z nami bliskie stosunki?

— Zachowuje się normalnie.

— W każdym razie już teraz nie mam obawy, że zrobi mi świństwo i cofnie rentę. Przyznam ci się, że wciąż żyłem pod strachem. Nie mówiłem ci tego, ale po takim typie spodziewałem się najgorszych szykan.

— Po takim typie? — zapytała z naciskiem.

— No po takim, jakim się okazał zaraz po tym twoim nieszczęsnym odkryciu. Takim go pamiętam. To straszne zależeć od kaprysu podobnego człowieka.

— Nie sądzę, by należał do ludzi kierujących się kaprysami — zauważyła obojętnie.

— Jak to nie?... Więc dlaczego najpierw kategorycznie odmówił mi jakiejkolwiek renty, a później nagle okazał się hojny?... Kaprys. Ale mniejsza o to. Tak czy owak, staraj się dlań być uprzejma. Garnie się do nas, jest zupełnie comme il faut, więc nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy go zrażać i ryzykować zmianę jego humorów.

Zatarł ręce i wyszedł.

Słowa Goga przeraziły Kate. Istotnie w ostatnich czasach nie zadawała sobie trudu, by ukryć sympatię, jaką żywiła do Tynieckiego. Pociągała ją jego indywidualność, której nie umiała określić, odpowiadała jej jego powściągliwość i to, że żadnym słowem, żadnym ruchem, żadnym sądem nie raził. Właśnie nie raził. Tukałło z całą swoją gaskońską wspaniałością, a nawet z tą przesadną elegancją po paru godzinach zaczynał nużyć. Polaski po dłuższym czasie stawał się banalny, nawet Irwing potrafił być męczący. Z Tynieckim można było przestawać zawsze z tym przeświadczeniem, że nie wywoła ani nudy, ani rozdrażnienia. Wszystko

odbywało się w nim, a na zewnątrz ujawniało się już w gotowych, umiarkowanych i harmonijnych formach.

Kate okazywała mu to, że go wyróżnia i teraz ogarnęła ją obawa, jak Tyniecki to zrozumie. Czy nie przyjdzie mu na myśl, że chce go sobie zjednać z najniższych pobudek, dla zapewnienia sobie i mężowi tych pieniędzy, które dawał im z łaski?

— W każdym razie — pomyślała — muszę wrócić do dawnego dy stansu.

Tego dnia miała po raz ostatni pozować pani Jolancie, która chciała zrobić jeszcze jakieś poprawki. Przy tej sposobności Kate postanowiła wybadać ją. Tak inteligentna i tak bystra w obserwacji kobieta, jak pani Jolanta, na pewno zauważyłaby najdrobniejsze objawy wyróżnienia okazywanego przez Kate Tynieckiemu i potrafiłaby ocenić rodzaj jego opinii

0 o tym wyróżnieniu. Kate o tym nie wątpiła z dwóch względów. Po pierwsze wiedziała, że Tyniecki cieszy się dużym zainteresowaniem u pani Jolanty, a po drugie pani Jolanta i ją otaczała szczególniejszą adoracją. W jej stosunku do siebie Kate wyczuwała coś jakby przesadnego, jakby żenującego przez napięcie serdeczności, dbałości i usłużności.

— Ty się kochasz w pani Kate — powiedział jej kiedyś Tukałło.

— Zawsze kochałam się w Pięknie — odpowiedziała pani Jolanta i wziąwszy Kate pod rękę musnęła wargami jej włosy.

Dawniej całowała ją zawsze w usta, czego Kate nie lubiła. Te pocałunki wydawały się jej dziwne i jakby nieprzyzwoite. Gdy pewnego dnia pocałunek trwał zbyt długo, Kate powiedziała:

— Wie pani, że nie lubię całowania się w usta.

— Sprawia pani to przykrość?

— Tak.

— Pani się mną brzydzi?

— Ależ bynajmniej. Po prostu nie lubię.

I dla zatarcia przykrego wrażenia swoich słów serdecznie pocałowała panią Jolantę w oba policzki.

Od tego dnia witały się i żegnały zawsze w ten sposób. Tym jednak razem Jolanta przyjęła Kate po dawnemu. Nie wypuściła jej od razu i objęć i zapytała:

— Czy gniewa się pani?

— Nie, ale nie trzeba tego — uśmiechnęła się Kate i szybko zapytała, by zmienić temat: — Czy dzisiaj wystarczy pani twarz, czy muszę się przebrać?

— Ależ tak, kochanie. Chodzi mi o korektę linii biodra. Czy tu jednak nie za zimno?... Może wypije pani kieliszek wina. Grzanego, czerwonego wina?... Zaraz przyrządzę.

— Nie, nie. Dziękuję.

Kate zaczęła się rozbierać, a pani Jolanta jak zwykle asystowała przy tym obsypując ją zachwytami. Później drapowała na niej purpurowy szal z frędzlą i upozowała w ogromnym fotelu. Nie miała na sobie zwykłego kitla. Była w czarnym jedwabnym szlafroku z rozciętymi rękawami, odsłaniającymi ręce okrągłe, smagłe i jędrne. Wzięła paletę i stanęła przy sztalugach.

— Wie pani, że Tyniecki wyjechał do siebie na wieś — odezwała się Kate. — Nie przeszkadza pani to, że mówię?

— Ależ proszę, mów, kochanie. Więc wyjechał?... To dziwne.

— Dlaczego dziwne?

— Bo wydawało mi się, że żadna ludzka siła nie wyprawi go z Warszawy. Czyście mieli jakąś rozmowę?

— Owszem. Mówiliśmy o jego matce, która jest niebezpiecznie chora.

— Ach tak! Więc dlatego wyjechał.

— Tak sądzę.

Kate była przekonana, że wyjechał właśnie na skutek tej rozmowy. Było to jak wszystko, co robił. Przemówiła mu do przekonania i po namyśle zdecydował się. Było to bardzo ładne z jego strony.

— Kuzyn pani, Kate — odezwała się zza płótna Jolanta — to jest pierwszy niebezpieczny dla pani mężczyzna, jakiego spotkała pani w życiu.

— To chyba żart — zaśmiała się niezupełnie szczerze Kate. — Nie czuję żadnego niebezpieczeństwa.

— Czuje pani.

— Ależ znam go od lat.

— I od lat wie pani, że on się w pani kocha?

Kate oniemiała. Co za oburzający nonsens! Kocha się! Oczywiście wiedziała, że ją lubił zawsze. I teraz, i wtedy, gdy była dlań “jaśnie panienką". Ale stąd do miłości jeszcze daleko.

— Nie oświadczał się nigdy. Prawda? — ciągnęła Jolanta. — To jego genre. Może nawet drużbował na waszym ślubie? I to w jego rodzaju. Ale macie to szczęście czy nieszczęście, że oboje jesteście ślepi.

Kate wzruszyła ramionami.

— Doprawdy pani ma dziwaczne przypuszczenie. Dopatruje się pani rzeczy nie istniejących. O żadnych uczuciach między nami nie było mowy, nie mogło być mowy poza zwykłą sympatią, którą...

— Którą — podchwyciła Jolanta — pani go darzy. Ale on kocha się w pani.

— Nonsens — z przekonaniem powiedziała Kate. — Przypuszczenie takie mogło powstać tylko u pani, bo pani wszędzie szuka jakichś nadzwyczajnych uczuć, ukrytych namiętności, tajemniczych pobudek.

Po chwili milczenia Jolanta zauważyła:

— Jeszcze nigdy nie widziałam pani, droga Kate, protestującej z takim ożywieniem. Nie sądziłam, że samo podejrzenie pana Tynieckiego o głębsze uczucie dla pani oburzy ją aż w tym stopniu.

— Myli się pani. Bynajmniej nie jestem oburzona. Tylko posądzenie pani uderzyło mnie swoją dowolnością. Równie dobrze mogłabym twierdzić, że na przykład Drozd kocha się w pani.

Jolanta zaśmiała się.

— No nie. To już przesada. Nie mogę rywalizować z młodym Strąkowskim. Zresztą, moja złota, dajmy temu spokój, skoro panią to tak irytuje. Czy nie zimno pani?

— Nie, zupełnie ciepło — z satysfakcją przyjęła Kate możność zmiany tematu. — Zauważyłam, że łatwiej znoszę niską temperaturę niż inni.

Jolanta kiwnęła głową.

— To prawda. Pani wierzy w to, że jest stworzona do niskich tempetatur. Ale pozna pani jeszcze upał, żar... I wtedy...

Nie dokończyła. Przez kilka minut malowała w milczeniu.

Nagle odłożyła pędzle.

— Muszę na chwilę przerwać — powiedziała — zaczynam psuć. Muszę trochę odpocząć.

Zapaliła papierosa i przysunęła sobie do fotela Kate niziutki stołeczek. Oparłszy się ramieniem o poręcz fotela, przesunęła dłonie wzdłuż obnażonej nogi Kate i zatrzymała rękę na stopie.

— Jednak zziębła pani — odezwała się z nutką nagany w głosie. — Proszę oprzeć nogę tu, na moich kolanach... Co za stopa! Specjalizuję się w kobiecej stopie. Malowałam ich setki. Widywałam może ładniejsze, klasyczniejsze, ale takiego wyrazu nie spotykałam. Biedna, śliczna, zmarznięta stopka...

Niespodziewanie pochyliła się i pocałowała. Kate poruszyła się, by wyswobodzić nogę z jej gorących dłoni.

— Co pani robi! — powiedziała zgorszona i zażenowana.

— Całuję, kochanie. Czyż to nie ludzkie? Instynkt nasz każe całować to, co nas zachwyca. Freud tłumaczy to jako wysublimowaną chęć pożarcia. Być może. Widziałam dzieci całujące owoce i kwiaty, ale widziałam też pewnego starszego pana, który całował swoją sewrską porcelanę... Kate, czy ja się wcale nie podobam pani?...

Oparła podbródek na kolanie Kate i patrzyła jej prosto w oczy.

Kate uśmiechnęła się zażenowana.

— Myślę, że pani musi podobać się każdemu.

— Ale pani?

— Bardzo.

— A jednak czasami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wywołuję w pani odrazę, obrzydzenie.

— Cóż znowu — zaprotestowała Kate.

— Na przykład przed chwilą, gdy dotknęłam ustami pani stopy. Albo gdy całuję panią w usta...

— To zupełnie coś innego, proszę pani. Jeżeli mam być szczera, wydaje mi się to nienaturalne i dlatego przykre.

— Nienaturalne? A cóż może być naturalniejszego niż pociąg do piękna?... Najdroższa Kate, niech mi pani powie szczerze, czy pani nigdy nie miała ochoty pocałować mnie?... Pocałować tak jak mężczyznę?...

Kate zarumieniła się.

— Nigdy — powiedziała stanowczo.

— To szkoda, wielka szkoda, Kate — głos pani Jolanty brzmiał smutkiem. — Pani nie jest stworzona dla nich, dla mężczyzn. Oni nigdy nie potrafią ocenić pani ani zrozumieć, ani odczuć... Znam ich, znam ich tak dobrze... Ja również miałam męża. Ludzie pojąć nie mogli, dlaczego się z nim rozeszłam. Gdy im mówiłam: — Poznałam go — szeroko otwierali oczy. Ludzie nie wiedzą, że dla nas, dla kobiet, poznać mężczyznę, poznać go do gruntu, to znaczy to samo co zobojętnieć. A pani zna Goga. I nigdy nie wierzyłam w to kłamstwo, gdy mówiła pani, że go kocha... Iluż ich ja znam... Miałam wielu kochanków i po żadnym nie zostało mi nic. Często wstyd przed samą sobą, częściej zniechęcenie, w najlepszym wypadku obojętność. I spotkałam panią, Kate... Mój Boże, przecież pani musiała domyślać się, dlaczego tak długo pracuję nad tym portretem... Poznawałam panią. A im bardziej panią poznawałam, tym dokładniej wiedziałam, że tylko w pani mogę znaleźć to, czego od kilku lat tak gorączkowo szukałam. O, Kate! Proszę nie sądzić, że nie widzę pani wad. Zbyt pilnie przypatrywałam się pani, bym ich nie odkryła. Pani jest próżna, bardzo próżna. Pani jest chciwa na hołdy. Tak, na moje hołdy również. Ilekroć dla próby udawałam, że oddalam się od pani, że obojętnieję, robiła pani wszystko, bym wznowiła swoją adorację. Och, niech pani nie przeczy.

— Doprawdy... — zaczęła Kate, lecz Jolanta jej przerwała:

— Niech pani nie przeczy. Wymowniejsze od słów jest to zaróżowienie. Tak, pani jest próżna i zazdrosna. Nie znosi pani, by w jej obecności ktokolwiek interesował się inną kobietą... Stara się pani to ukryć i być może udaje się to pani wobec mężczyzn. Ale mnie zwieść trudno. Jest w pani jeszcze rzecz gorsza: okrucieństwo. Zimne, beznamiętne okrucieństwo. Gdyby pani była na którymś z tronów średniowiecza, drżeliby przed panią poddani. Z uśmiechem posyłałaby pani setki ludzi na śmierć lub zadawała tortury moralne, żonglując swoją łaskawością i niełaską.

Kate próbowała uśmiechnąć się.

— To już dziedzina prawdziwie artystycznej fantazji.

— Nie, nie — upierała się Jolanta — to pani.

— Iw czymże pani znalazła to moje rzekome okrucieństwo?

— Ach, w tysiącu drobiazgów.

— Więc proszę chociażby o jeden. Widziała mnie pani bijącą kogoś lub obrywającą muchom skrzydełka?

— Widziałam rzeczy gorsze, bo zakryte pozorami dobroci czy wielkoduszności. Na przykład stosunek pani do męża.

— Do Goga? — uśmiechnęła się boleśnie i ironicznie.

Jolanta zrobiła przeczący ruch głową.

— O, niech pani nie sądzi, że zamierzam stawać w jego obronie. Wiem, jak mało jest wart. Mogę przypuszczać, że nie zawsze bywa wobec pani poprawny. Ale przecież nie wątpi pani, że on panią kocha?

— Nie wątpię — powiedziała krótko.

— A pani znęca się nad nim. Znęca się. Widzę to bardzo dobrze.

Kate poruszyła się i usiłowała wstać, lecz Jolanta ją przytrzymała.

— Niech się pani nie obraża na mnie. Wie pani, dlaczego to mówię.

— Nie wiem — zimno odpowiedziała Kate. — I nie obraża mnie pani. Ale to, co pani mówi, jest czymś tak dla mnie krzywdzącym, tak niesprawiedliwym... ą

— Kate, najdroższa Kate — przerwała Jolanta. — Nie przeczę, że pani sama może nie zdawać sobie z tego sprawy, ale w naturze pani leży okrucieństwo. Niekoniecznie trzeba zdzierać komuś skórę żywcem czy wbijać drzazgi pod paznokcie. Czasami wystarczy milczeć. To też może być okrutne. Więc Gogo. Jestem ostatnia z tych, którzy mogliby stanąć w jego obronie, czy którzy mieliby najmniejsze chęci w tym kierunku. Osobiście nigdy nie zwróciłabym nań uwagi i pojąć nie mogę, dlaczego wybrała go pani na męża. Ale Kate, niechże mi pani przyzna, czy potrafi mu pani wybaczać?... Jestem pewna, że nie. Jestem pewna, że w stosunku do niego nie umie pani zdobyć się na cień bodaj wyrozumiałości.

— Jeżeli nawet byłoby tak, jak pani mówi — odpowiedziała Kate — czy to w stosunku do mego męża, czy do kogokolwiek innego, okrucieństwem można by nazwać tylko okazywanie tego braku pobłażliwości, tego potępienia, a ja nigdy...

— O, na pewno — przerwała pani Jolanta — pani nigdy nie okazuje swojej dezaprobaty. Ale ten ktoś ją czuje. I właśnie w nieokazywaniu jej widzi najdotkliwszą obrazę, najokrutniejszą torturę. Kate, moja złota. Przecie pani wie, że nie chcę pani dotknąć, ale po zastanowieniu się przyzna mi pani sama rację.

Długo jeszcze mówiła o tym, lecz Kate nie dała się przekonać. Pomimo gorącej serdeczności okazywanej jej przez Jolantę, czuła do niej po tej wizycie rodzaj niechęci. Przez cały następny dzień nie mogła się pozbyć myśli o tych sprawach, myśli gorzkich i natrętnych. Gogo, który nigdy nie umiał poznać się na jej stanach psychicznych, zanudzał ją pytaniami, czy nie jest chora, czy się na niego nie gniewa, czy może doszły jej uszu jakieś płotki o nim. Odetchnęła z ulgą, gdy poszedł “Pod Lutnię .

Nazajutrz rano przyszła depesza z Prudów. Tyniecki donosił, iż lekarze postanowili wyprawić panią Matyldą do jednego z austriackich sanatoriów. Depesza kończyła się słowami:

“Stan chorej jest poważny. Chciałaby koniecznie widzieć panią przed odjazdem, który nastąpi za dwa dni".

Gdy Gogo wstał około drugiej, pokazała mu depeszę. Jak zwykle po przepitej nocy, miał “kaca", podpuchnięte policzki i czerwone białka, jak zwykle był skłonny do rozrzewnień i usposobiony zgodliwie. Najpierw rozpłakał się z powodu pani Matyldy, później nad sobą, iż on, który ją tak kocha, nie może teraz być przy niej, potem orzekł, że Kate musi jechać i zawiezie list od niego. Siadł też zaraz po obiedzie do pisania owego listu* lecz nie szło mu, i zdecydował, że będzie lepiej, gdy Kate ustnie powtórzy pani Matyldzie, jak on jest przejęty jej chorobą.

Na wieczorny pociąg, którym odjeżdżała do Poznania, odprowadził ją wraz z Irwingiem i Strąkowskim. Na dworcu kupił dużą wiązankę czerwonych róż i był szczerze wzruszony, gdy żegnał ją w przedziale.

— Wracaj jak najprędzej, mój skarbie — mówił ze łzami w oczach. — Chyba tu oszaleję bez ciebie. Zamknę się w domu, wyłączę telefon i będę myślał tylko o tobie... Kasieńko, nigdy chyba tak bardzo cię nie kochałem, jak teraz... Wierzysz mi, powiedz, że mi wierzysz?!...

— Wierzę, Gogo, ale już wysiądź. Za minutę pociąg rusza.

— Pa, kochanie, pa...

— Do widzenia.

Przez na wpół zamarzniętą szybę widziała, jak powiewali z oddalającego się peronu kapeluszami.

Około trzeciej po północy pociąg zatrzymał się na małej, zaśnieżonej stacyjce. Czekał już tu wielki, czarny samochód z Prudów. Lokaj i szofer przywitali ją serdecznymi uśmiechami. Odrobinę zdziwiła się, że Tyniecki sam nie przyjechał na stację. Oczywiście przypuszczenia pani Jolanty co do jego rzekomej miłości były nonsensem. Zresztą od najbardziej szarmanckiego mężczyzny trudno wymagać, by w środku nocy jechał po swoją daleką kuzynkę, chociażby nawet podobała mu się trochę. Perswadowała sobie, by się pozbyć tego uczucia zawodu, które było zupełnie nie uzasadnione.

Prudy spały. Wachlarz reflektorów oświetlił na mgnienie fronton pałacu, kontury klombów drzew na gazonie i aleje parku milczącego w ciężkiej okiści. Jakże to wszystko było jej bliskie i jak — dawne...

Wóz zatrzymał się i jednocześnie otworzyły się drzwi. Widocznie ktoś jednak czuwał. W hallu było prawie ciemno. Tylko na kominku palił się ogień. W jego blasku poznała Tynieckiego.

Przywitali się w milczeniu. Pomógł jej zdjąć futro, boty i wtedy dopiero zapytał:

— Mam nadzieję, że podróż nie zmęczyła pani zbytnio... Czy nie zziębła pani w aucie?

Spojrzała nań przelotnie. Był poprawnie konwencjonalny i nic poza tym.

— Dziękuję panu. Mróz jest dziś duży, ale ogrzeję się przy kominku.

— Może napije się pani grzanego wina?...

— O nie. Służba już śpi. Nie warto sobie robić kłopotu.

— Wino jest już zagrzane — odpowiedział, i gdy siadła przed kominkiem, nalał jej nieduży pucharek.

— Jak się ma ciotka Matylda? — zapytała Kate.

— Bardzo niedobrze. Jest poważne osłabienie mięśnia sercowego i złe funkcjonowanie zastawek. Nie znam się na tym, ale zastałem matkę bardzo zmienioną. Pojutrze rano mają ją zabrać do Wiednia. Zachodzi podejrzenie jakiejś intoksykacji wewnętrznej.

— A czy taka długa podróż niczym nie grozi?

— Lekarze za nic nie ręczą. Znajdują, że są szanse pomyślnego dowiezienia do Wiednia, gdzie trzeba przeprowadzić cały szereg analiz, zdjęć rentgenowskich itp. Utrzymują, że bez tego koniec musi nastąpić za kilka tygodni, bo stan chorej stale się pogarsza.

— To bardzo smutne. A jaki jest jej stan psychiczny?

— Zmęczenie. Czasami bywają przypływy zdenerwowania.

— Biedna ciocia Matylda. Dużo czasu pan z nią spędza?

— Nie, proszę pani. Zabroniono jej rozmawiać. Kilka minut w ciągu doby wyczerpuje matkę tak, że później konieczne są zastrzyki pobudzające działalność serca. Na szczęście stosuje się do wskazówek lekarzy. Ile razy z nią rozmawiałem, tyle razy powtarzała życzenie, by panią sprowadzić do Prudów. Moja matka nie wierzy, o ile mogę sądzić, w swoje wyzdrowienie. Może pani pozwoli, że doleję gorącego wina. Tamto, zdaje się, wystygło.

Dziękuję panu — podała swój kieliszek. Teraz dopiero zauważyła, że Tyniecki stoi przy jej fotelu. Zapytała tonem wymówki: — Czemu pan nie siada?

Milczał przez moment, a później powiedział:

— To takie ładne wspomnienie. Przed tym kominkiem pani tak często siadywała wieczorami z notatnikiem na kolanach. Wydawała pani dyspozycje na jutrzejszy dzień, a ja stałem tak jak teraz i usiłowałem zapamiętać wszystko... Czy pani zachował się w pamięci bodaj jeden taki wieczór?

Rzuciła spojrzenie na niego, na stare angielskie fotele, na przytłumione kolory dywanów, wyłonione z mroku jaskrawymi płomieniami w kominku, na szerokie dębowe schody, znikające wysoko w ciepłej ciemności.

— Pamiętam te wieczory — uśmiechnęła się.

— Tylko pani wtedy inaczej się czesała — mówił jakby w zamyśleniu. — Nosiła pani długie warkocze. Później, w ostatnich latach, upinała je pani jak wieniec na głowie. I miała pani pierścionek z niebieskimi kamykami. Ten sam, który zgubiła pani przy zbieraniu malin.

— Tak. Lubiłam go bardzo.

— Och, pamiętam. Nawet pani płakała... Przez wiele dni szukałem go w malinach. Niestety na próżno. Do dziś dnia nie rozumiem, gdzie mógł się podziać. Proszę mi wierzyć, że przeszukałem cały teren najskrupulatniej.

— Pan był bardzo dobry — powiedziała z zażenowaniem. — Wówczas tę zgubę tak wzięłam do serca, bo przecie nie miałam jeszcze 17 lat. Byłam strasznie dziecinna.

Zapanowało milczenie. Na kominku ogień dogasał. Kate wstała.

— Późno już. Czas spać. Pan każe mnie jutro obudzić wcześnie. Chciałabym jak najprędzej zobaczyć ciocię. Może o 8-ej?

— Dobrze, proszę pani.

— A gdzie mój pokój?

— Pani dawny pokój, jeżeli pani nic nie ma przeciw temu. Czy pozwoli pani, że ją odprowadzę?

— Dziękuję — uśmiechnęła się — trafię sama. Myślę, że nie zapomniałam drogi. Dobranoc panu.

Nacisnął kontakt elektryczny i patrzał na nią, gdy wstępowała na schody. Gdy już jej kroki ucichły, dorzucił kilka polan do ognia i zagłębił się w fotelu. Nad ranem obudził go chłód. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się ósma, za oknami wstawał mglisty świt. Z kredensu dobiegały odgłosy rannej krzątaniny. Poszedł do siebie, wziął bardzo gorącą kąpiel, nałożył krótki kożuszek i wyszedł do parku. Świeży śnieg pokrył wszystkie wczorajsze ślady. Tu i ówdzie były nowe tropy zajęcze. Na wschodzie niebo z szarzyzny przechodziło w kolor bury i zawiesisty jak zabielany barszcz. Zobaczył z daleka dwóch parobków, idących w stronę zabudowań gospodarczych. Umyślnie przystanął. Ilekroć bawił teraz w Prudach, robił wszystko, by jak najmniej stykać się ze służbą. Nie lubił tych zaciekawionych spojrzeń, drażniły go uniżone ukłony. Swój kontakt z podwładnymi ograniczał do najkonieczniejszego minimum. W pałacu też zawsze starał się urządzić, by bezpośrednio nie mieć styczności ze służbą.

Czuł się tu jak obcy. Każdy rezydent, oficjalista czy lokaj miał się tu bardzo swojsko. Zajmował jakieś określone miejsce, do którego miał prawo, do którego przywykł. On jeden wciąż nie przestawał tu być nowością i sensacją. Uciekał do biblioteki i przesiadywał tam godzinami, często nie zaglądając nawet do trzymanej w ręku książki.

Teraz, gdy przyjechała pani Kate, cały ten wielki i obcy dom nabrał dlań jakiejś nowej, a raczej dawnej treści, lecz swoją teraźniejszością stał się jeszcze bardziej cudzy.

Po godzinnym spacerze wrócił i dowiedział się od lekarza, który w ciągu nocy dyżurował przy matce, a teraz jadł na dole śniadanie, że chora spędziła noc względnie dobrze.

— Nie robię panu hrabiemu wielkich nadziei — mówił — ale jeżeli uda się pomyślnie dojechać do Wiednia, pani hrabina może jeszcze pożyć długo.

Powtarzali mu to wszyscy, powtarzali mu to z tą przesadną ostrożnością i delikatnością, która była dlań tym boleśniejszą, że nie umiał w sobie znaleźć równie istotnego oddźwięku uczuciowego na te wiadomości, jak te, których spodziewali się i mieli prawo spodziewać się w synu śmiertelnie chorej matki ludzie postronni.

Sam się oskarżał w duchu o obojętność, o oschłość, ale nic na to nie mógł poradzić. Oboje z matką robili wiele wysiłków, by zbliżyć się do siebie, by się pokochać. Na próżno. Słowo “matka" zawsze automatycznie kierowało jego myśli do owej małej mogiłki na cmentarzu i przypuszczał, że matce słowo “syn" musi raczej przypominać Goga. Pomimo to lubił tę starą panią, starał się zdobyć na największą dla niej wyrozumiałość i na takie namiastki uczuć synowskich, na jakie go tylko było stać.

— Przyjechała moja kuzynka, panie doktorze — zaczął — czy będzie mogła wkrótce odwiedzić moją matkę?

— Sądzę, że tak. Przy pani hrabinie jest teraz profesor. Może jednak lepiej jego zapytać.

Tyniecki wszedł na górę. Drzwi z buduaru do sypialni były otwarte. W buduarze pielęgniarka bezgłośnie przygotowywała jakieś lekarstwa. W sypialni na fotelu przy łóżku siedział profesor. W świetle lamp jego łysina połyskiwała przy każdym ruchu głowy. Pani Matylda siedziała w łóżku oparta o poduszki. Wyglądała zupełnie dobrze.

Wszedł, ucałował jej rękę, przywitał się z lekarzem i powiedział:

— Przyjechała Kate, mamo. Czy mama zaraz chciałaby ją widzieć?

— Przyjechała? — ożywiła się pani Matylda. — Ależ oczywiście, zaraz. Profesor pozwoli?

— Nie mam nic przeciw temu. Tylko proszę mówić jak najmniej. I nie dłużej niż dziesięć minut. I żadnych wzruszeń.

Tyniecki skinął głową i wyszedł. Kate już była gotowa.

— Matka chce zaraz panią widzieć — powiedział, witając się. — Lekarz przypomina, że nie wolno jej dużo mówić. Prosi też panią o unikanie tego wszystkiego, co mogłoby chorą wzruszyć.

— To zrozumiałe. Więc chodźmy.

— Matka nieźle spędziła noc i znajduję, że bynajmniej nie wygląda na ciężko chorą.

— Może Bóg da, że wszystko dobrze się skończy.

Pani Matylda przyjęła Kate rozpromienionym uśmiechem. Kilkakrotnie pogłaskała ją ręką po policzku.

— Dziecko drogie. Jak się cieszę — mówiła. — Trochę zmieniłaś się, ale niewiele. Widzisz, jaka jesteś niedobra. Muszę aż umierać, byś chciała mnie odwiedzić.

— Ależ ciociu kochana — całowała jej ręce Kate. — Ciocia świetnie wygląda. To grzech mówić o śmierci wtedy, gdy się przechodzi jakąś niedużą chorobę, która za parę tygodni minie bez śladu.

Stara pani potrząsnęła głową.

— Nie, dziecko. Nie wysilaj się. Znam swój stan i wiem, że koniec może nastąpić lada chwila. Ale mniejsza o to. Usiądź proszę. Rogerze, przysuń jej krzesło.

— Już jest, mamo.

— Zmieniłaś uczesanie — uśmiechnęła się chora.

— Tak ciociu. Mój mąż woli takie.

— Czy we wszystkim stosujesz się do woli męża?

— Oczywiście, ciociu — zaśmiała się — jestem przykładną żoną.

— A on? — oczy pani Matyldy wpatrywały się w nią bystro.

— O, nic nie mam mu do zarzucenia.

— Na pewno?

— Ależ na pewno, ciociu. Jesteśmy najprzykładniejszym małżeństwem. Pan Tyniecki, który często u nas bywał i widywał nas razem, może zaświadczyć. Prawda, proszę pana?

— Pani Kate mówi ścisłą prawdę — potwierdził cicho Tyniecki.

— No widzisz, ciociu!

Pani Matylda westchnęła.

— No, to dzięki Bogu. Pomimo twoich listów zawsze niepokoiłam się o wasze szczęście... Ale dlaczego wy z Rogerem jesteście tak oficjalnie? Powinniście sobie mówić po imieniu.

— Tak się jakoś złożyło — powiedziała Kate.

— To do niczego niepodobne. Jesteście skuzynowani i wypada, byście byli po imieniu. Powiedzże mi teraz, czy zaaklimatyzowaliście się w Warszawie?

Kate zaczęła opowiadać o warszawskich znajomych, o ludziach, z którymi się zbliżyli, o planach na przyszłość Goga, któremu na razie nie udało się znaleźć żadnego odpowiedniego stanowiska. Mówiła pogodnie i beztrosko, często wpadając w ton wesoły. Pani Matylda wszystkim interesowała się żywo. Rozmowę przerwał jednak lekarz. Przyszedł z zegarkiem w ręku.

— No, dobrze — zgodziła się pani Matylda. — Jeszcze tylko minutka. Zostawcie panowie mnie sam na sam z nią.

Gdy profesor i Tyniecki wyszli, pani Matylda powiedziała:

— Droga Kate. Mam prośbę do ciebie. Chcę cię obarczyć pewnym obowiązkiem, obowiązkiem rodzinnym. Przedtem jednak muszę wiedzieć, czy nie będzie on dla ciebie zbyt przykry. Powiedz szczerze, zupełnie szczerze: czy lubisz Rogera?... Czy wydaje ci się sympatyczny?...

— Bardzo — bez namysłu odpowiedziała Kate.

— To chwała Bogu. Widzisz, mam w stosunku do niego wyrzuty sumienia. To jest dobry i wartościowy chłopak. Ale nie umiałam, nie zdołałam, może nie zdążyłam stać się dlań matką. Ze zrozumiałych przyczyn on unikał zbliżenia do dalszej rodziny. I teraz, kiedy umrę, zostanie przeraźliwie samotny.

— Po pierwsze, ciocia będzie żyła jeszcze długo — przerwała Kate, lecz pani Matylda niecierpliwie potrząsnęła ręką.

— Nie przeszkadzaj, bo trudno mi mówić. Umrę nie dziś, to za tydzień czy za miesiąc. Wiem, że on cię ceni i lubi. Zajmij się nim. Postaraj się zaprzyjaźnić go z twoim mężem, z jego przyjaciółmi. Roger może bardziej od innych robi wrażenie człowieka, który sam sobie wystarcza i nie potrzebuje żadnego uczuciowego oparcia. Ale to tylko pozory. Takich ludzi nie ma. Jesteś jeszcze bardzo młoda. Wierz mi, że nie ma. Bądź dla niego dobra. Tak chciałabym, by znalazł w twoim domu atmosferę ciepłą, rodzinną, tę, której ja mu nie potrafiłam dać. Gdy w listopadzie wyjeżdżał do Warszawy, sama podsunęłam mu myśl zbliżenia się do was. I Bóg mi świadkiem, że nie robiłam tego dla korzyści, jakie mogłyby z zacieśnienia stosunków wyniknąć dla Goga. Myślałam tylko o Rogerze. Dlatego przykro mi było, że nie jesteś z nim po imieniu.

— Dobrze, ciociu — pocałowała ją w rękę Kate. — Postaram się postępować tak, by ciocia była ze mnie zadowolona.

— No, to dziękuję ci, drogie dziecko. Wiem, że na twoich obietnicach zawsze można polegać.

Rozmowa z panią Matyldą i jej prośba napełniły Kate uczuciem jakiegoś zadowolenia, którego przyczyn nie umiała i nie chciała analizować. Miała takie wrażenie jak człowiek, który nareszcie przypomniał sobie coś istotnego, nad czym przez dłuższy czas na próżno wysilał pamięć. Poczuła wyraźną ulgę. Ależ naturalnie, trzeba się doń zbliżyć, trzeba się z nim zaprzyjaźnić. Niedawne obiekcje, obawy o niesłuszne posądzenia z jego strony, postanowienia utrzymywania z nim oficjalnego dystansu — wszystko to znikło bez śladu. Ostatecznie jest jej krewnym i poza matką nikogo bliższego nie ma na świecie. Byłoby rzeczą niezrozumiałą i niepotrzebną, a nawet niemiłą traktować go jak obcego. I niedelikatną. Mógłby w tym dopatrywać się niechęci z racji jego przeszłości.

Po wizycie u chorej, którą znowu wzięli pod swoją opiekę lekarze, Kate musiała spędzić kilka godzin na powitaniach z domownikami, na wysłuchaniu ploteczek cioci Kłosi i cioci Betsy, ploteczek dotyczących spraw dziwnie błahych, żalów stryjcia Anzelma na dolegliwości żołądkowe i prostodus mych kpinek poczciwego generała Niedzieckiego. Potem przychodzili baczyć ją rządca Bartłomiejczak, gorzelany Szelda, stary młynarz Kuhnke i inni oficjaliści, przyjechał nawet gospodarujący w Skorochach staruszek Biernacki, przywożąc dwie swoje dorastające siostrzenice, które też koniecznie chciały ją zobaczyć. Wieść o jej przyjeździe dotarła oczywiście i do służby folwarcznej, i gdziekolwiek Kate się ruszyła, wszędzie witano ją tymi serdecznymi uśmiechami, do jakich tu dawniej przywykła.

Po wczesnym wiejskim obiedzie Kate zaproponowała Tynieckiemu przejażdżkę.

— Pogoda była ładna i sanna chyba będzie znakomita. Czy nie miałby pan ochoty?

— Z prawdziwą przyjemnością. Zaraz wydam polecenie, by zaprzęgano.

Po kwadransie stangret podprowadził małe, wysokie sanki, zaprzężone w parę ognistych kasztanów, usadowił państwa, okrywając im nogi futrzanym fartuchem, i podał Tynieckiemu lejce. Konie ruszyły ostrym, niecierpliwym kłusem.

— Jeżeli pani nic nie ma przeciw temu, pojedziemy przez Komierczyce i Skorochy, a wrócimy przez las i Krasy.

— Doskonale — odpowiedziała wesoło. — Lubię drogę na Komierczyce, nad tymi urwiskami jest bardzo ładnie. A mam nadzieję, iż nie wysypie mnie pan na którymś zakręcie.

— Może pani być pewna. Niewiele rzeczy umiem, ale powożę nieźle. Wioząc panią, będę bardzo uważny.

Potrząsnął lejcami i tuż za bramą parku skręcił sprawnie ostrym wirażem w polną drogę.

— Od roku nie jeździłam saniami — mówiła Kate. — Bardzo to lubię, ale w Warszawie nigdy nie ma śniegu. Gdy tylko spadnie, uprzątają go w przeciągu paru godzin... Cieszę się, że przyjechałam do Prudów.

— Pani woli wieś niż miasto?

— Nie wiem, ale raczej nie. Miasto daje więcej różnorodności wrażeń.

— I bliższy kontakt ze światem — dopowiedział. — Z rozmaitymi ludźmi, z kulturą. Największą zaletą miasta dla mnie jest kino i teatr. Podczas mego ostatniego pobytu w Warszawie nie było niemal dnia, bym nie był w kinie lub teatrze.

— To chyba na niektóre rzeczy musiał pan chodzić po kilka razy?

Zaśmiał się.

— Zgadła pani. Na Kupcu weneckim byłem na przykład siedem razy.

— Na premierze byliśmy razem — o ile przypominam sobie, nie był pan specjalnie zachwycony?

— To prawda — przyznał — nie podobała mi się reżyseria i obsada niektórych ról. Ale sama sztuka? Cóż to za arcydzieło! Przepadam za Szekspirem.

— Powinien pan wobec tego założyć sobie teatr w Prudach. W osiemnastym wieku Tynieccy nieraz sprowadzali tu wędrowne trupy włoskie i francuskie.

— Mam zamiar sprawę tę rozwiązać prościej — uśmiechnął się. — Prościej, taniej i nowocześniej. Chcę zamieszkać na stałe w Warszawie.

— Pan?... Ależ to byłoby świetne! — zawołała.

Spojrzał na nią badawczo i umilkł.

Kate zmieszała się z lekka. Karciła siebie w myśli za ten niewczesny entuzjazm, który mógł być przezeń rozmaicie rozumiany. W najlepszym wypadku zdziwił go. Jego milczenie mogło oznaczać, że bynajmniej, nawet w wypadku realizacji swego zamiaru, nie przewiduje podtrzymywania z nią i z Gogiem bliższych stosunków. Należało zatrzeć to wrażenie.

— To na prawo, to kolonia Rządki? — zapytała.

— Nie, proszę pani, Rządki już minęliśmy. To Cegielnice.

— Ach, prawda. Jakże mogłam zapomnieć. To tu przed dwu laty piorun zabił dwóch braci Kołaczków.

— Tak. Zabił ich w chwili, gdy kradli jabłka z sadu starej Marciniakowej.

— A później rozeszła się legenda, że Marciniakowa jest czarownicą. Ona wciąż leczy swoimi ziołami?

— Nie, proszę pani. Umarła już rok temu.

Znowu zapanowało milczenie. Wjeżdżali teraz na dość strome wzgórze; konie szły stępa.

Niespodziewanie Tyniecki odezwał się:

— Dlaczego pani powiedziała, że byłoby świetnie, gdybym zamieszkał w Warszawie?

Już chciała odpowiedzieć jakimś konwencjonalnym frazesem, lecz zmieniła zamiar.

— Bo... widywałabym pana częściej.

— Czy... — zapytał po pauzie — czy mogę w to wierzyć, że zależałoby pani na tym bodaj w najmniejszym stopniu?

— Powinien pan wierzyć. Lubię pana i pańskie towarzystwo.

Nic nie odpowiedział. Zauważyła tylko, że jego ręka trzymająca lejce zacisnęła się.

— Zresztą — ciągnęła już swobodniej — jesteśmy kuzynami. Tynieckich z Małopolski Wschodniej prawie nie znam, a Pomianów z Wołynia wcale. Pan zdaje się także?

— Nie znam.

— No, właśnie — uśmiechnęła się i dodała półżartobliwie: — Musimy tedy w szczuplejszym gronie kultywować węzły rodzinne.

— Przez pewien czas nie mogłem pozbyć się myśli, że pani sprawia to przykrość... to, że jestem pani kuzynem.

— Ach, cóż znowu! — oburzyła się szczerze. — Przeciwnie, cenię pana. Cenię pana bardzo.

— Czy można cenić kogoś, kto jest... śmieszny? — zapytał stłumionym głosem.

— Śmieszny?... Ależ pan nigdy dla mnie nie był śmieszny!

— Nigdy?

— Daję panu słowo.

— Więc nie byłem śmieszny i wtedy, gdy... obecny mąż pani przyłapał mnie w jej obecności na pisaniu wierszy? Nie zapomnę, jak bardzo był tym ubawiony.

— Ale jeżeli pan tak dobrze to zdarzenie pamięta — powiedziała z naciskiem — to musi pan pamiętać również, że ja wcale nie byłam ubawiona. Ani pańskimi wierszami, ani niedyskrecją Goga, ani jego wesołością. Było mi, przeciwnie, bardzo przykro.

— To kwestia litości czy współczucia.

— Nie, panie Rogerze, to kwestia szacunku dla tych uczuć, dla tych stron duszy, które stanowią jej istotną wartość. Nie znałam tych wierszy, nie czytałam. Nie wiem, czy były złe, czy dobre. I to w danym wypadku nie ma znaczenia. Ale wiedziałam, że w pańskim ówczesnym położeniu były one czymś bardzo osobistym, że były nadto wyrazem pańskiego dążenia do piękna. Gdzież tu miejsce na litość? Czyż można się litować nad tym, co się szanuje?...

Bez słowa podniósł jej rękę do ust i pocałował. Wyraz twarzy miał skupiony i poważny.

Wjechali na wzgórze. Roztaczał się stąd wspaniały widok na pofalowane pola, na pagórki porośnięte gęsto drzewami, na krętą linię olch porastających oba brzegi niewielkiej rzeczułki. Słońce zaczerwienione już i senne tkwiło nisko nad czarną pręgą lasu, barwiąc biel śnieżnego bezmiaru długimi, fioletowymi cieniami.

Kasztany bez przynaglenia przeszły w kłus, wpadając niekiedy w galop. Droga ta była lepiej przetarta i pędzili tak wśród grud śniegu, wyrywających się spod kopyt, sanie zataczały gwałtowne łuki na zakrętach, płozy wydawały ostry świst. Tyniecki z całej siły musiał trzymać lejce, by konie podniecone biegiem nie zaczęły ponosić.

W takim pędzie minęli Skorochy, z ich dymiącą krochmalnią, zabudowania tartaku, kapliczkę świętego Antoniego i za kapliczką skręcili w szeroką leśną drogę. Tu Tyniecki wstrzymał konie wciąż rwące się do pędu i jechali znowu stępa.

— Co za wspaniała jazda — powiedziała Kate. — Przyznam się panu, że nie odważyłabym się powozić na tamtej drodze w takim tempie.

Zaśmiał się swobodnie i wesoło.

— Znam ją jak swoją kieszeń. Ileż to razy jeździłem do Skorochów nieraz i po nocy z jakimiś pilnymi poleceniami. Ale pani przecie zupełnie dobrze powozi.

— Owszem. Tu na przykład... Wie pan co?... Da mi pan lejce?

— Służę. Tylko uprzedzam, że trzeba je trzymać mocno. To młoda parka i ma za dużo temperamentu.

Kate skinęła głową.

— Właśnie takie konie najprzyjemniej prowadzić.

Jakiś kilometr jechali stępa, rozmawiając i żartując, potem Kate potrząsnęła lejcami i kasztany zerwały się do kłusu.

— Jaki on jest inny — myślała Kate — gdy czuje się swobodnie.

I zastanowiła się nad tym, czy pani Jolanta nie miała racji, dopatrując się w nim jakichś poważniejszych uczuć. Kate nie wątpiła, że Tyniecki żywił do niej jeszcze za dawnych czasów rodzaj sentymentu, takiego samego sentymentu, jakim otaczali ją wszyscy w Prudach. Wyrazem tego były chociażby owe wierszyki na laurkach. Ale teraz wyraźnie szukał jej towarzystwa. Czy to można nazwać miłością?... Wiedziała, że kocha ją Gogo, że durzy się w niej Strąkowski, że Polaski wiele dałby za to, by ją zdobyć, że Fred Irwing żyje swoją seleniczną miłością do niej. W oczach każdego z nich umiała odnaleźć i odróżnić te uczucia i ich gatunki. Tylko w oczach Tynieckiego nie znajdowała żadnej pewności. Raz patrzyły ciepło i serdecznie, to znów ostro, niepokojąco i przenikliwie, czasami wzrok jego był czujny lub gasł, nikł, stawał się nieobecny.

Nic pewnego nie mogła wyczytać z tych oczu. I drażniło ją to. Drażniło tym bardziej, że w porównaniu z panią Jolantą musiała jej przyznać wrażliwszą intuicję niż sobie. Z faktów zaś niewiele można było wywnioskować. Roger wprawdzie liczył się z jej zdaniem, wierzył jej, zachowywał się wobec niej z największym szacunkiem, mogła sądzić, że ocenia jej urodę, ale w tym wszystkim nie różnił się od wielu innych mężczyzn.

Wczoraj ujął ją bardzo tymi wspomnieniami przy kominku i tym, że jednak czekał na nią. Nic nie wiedziała, że wtedy tak szukał tego pierścionka. Dziś znowu, gdy w saniach pocałował ją bez słowa w rękę, musiał być bardzo wzruszony i zrobił to tak ładnie. Miała ochotę przytrzymać jego rękę lub pogładzić ją drugą dłonią.

A teraz milczał i czuła na sobie jego wzrok.

Słońce już musiało zajść. Szeroki szlak nieba nad drogą mienił się różem i seledynem. Po obu stronach gęstniał mrok w wysokopiennym, podszytym jałowcami lesie. Jaśniej się robiło, gdy mijali głębokie dukty. Konie szły równym, wyciągniętym kłusem.

— Teraz będzie zakręt — przypomniała sobie Kate — a później Krasy i stamtąd już tylko półtora kilometra do Prudów.

Zakręt był nawet dość łagodny i to, co się stało, mogłoby stać się również na prostej drodze, gdyby tuż przy niej rosły krzaki tak, jak tutaj.

W chwili, gdy sanki skręcały, zza krzaków z boku wyszedł jakiś człowiek. Konie nagle jak oszalałe szarpnęły w bok, skotłowały się, spięły i już nieprzytomnie rzuciły się przed siebie. Sanie wykonały niemal w powietrzu gwałtowny łuk, podskoczyły na jakimś kamieniu i zatoczywszy się, uderzyły o słupek przydrożny. Na szczęście wytrzymały ten cios. Trwało to wszystko ułamek sekundy. Przerażona Kate uczuła, że Roger wyrywa jej lejce, trzymała się kurczowo sanek, a konie wpadły w pierwszy dukt i niosły na oślep przez wykroty, przez wyboje, przez krzaki wprost ku sągom ustawionym wzdłuż duktu.

Kate nie widziała twarzy Rogera. Stał w sankach zdzierając z całej siły lejce, które wpiły mu się w ręce. Był bez czapki. Musiał głową zawadzić o jakąś gałąź, bo ze skroni sączyła się krew.

Nagle sanie całym rozpędem uderzyły o pierwszy sąg. Kate przez chwilę zawisła w powietrzu, opisała szeroki łuk i spadła w głęboki śnieg. Niemal w tejże chwili poderwała się, w sam czas, by zobaczyć jeszcze konie zdziczałe ze strachu, ponoszące wzdłuż sągów i obijające o nie resztki sanek. W sankach nikogo nie było.

— Jezus, Maria — wyszeptała Kate i grzęznąc po kolana w śniegu dobrnęła do drogi.

Nie musiała daleko szukać. Leżał tuż przy drugim sągu. Leżał na wznak z rozkrzyżowanymi rękami, śmiertelnie blady i nieruchomy. Oczy miał zamknięte.

— Nie żyje — przemknęło jej przez głowę i uczuła nagle, że mącą się jej myśli, że jeszcze chwila, a straci przytomność. Opanowała się najwyższym wysiłkiem woli. Przede wszystkim trzeba ratować, może jeszcze nie późno...

Uklękła w śniegu i podniosła bezwładną głową Tynieckiego. Ze skroni sączyła się krew. Wzięła garść śniegu i ostrożnie obmyła ranę. Odetchnęła z ulgą. Nie, to było zwykłe zadraśnięcie skóry. Pewno od tamtej gałęzi, która zerwała mu czapkę. Ale w takim razie dlaczego?...

Gorączkowo starała się znaleźć puls. Potem zaczęła dotknięciami palców badać czaszkę. W tej chwili usłyszała za sobą tupot kroków. Obejrzała się. To biegł ten człowiek, który spłoszył konie. Teraz go poznała. Był to gajowy Suhak.

— Boże miłosierny — wołał zdyszanym głosem — co za nieszczęście... Co panu hrabiemu, jaśnie panienko?... Czy aby nie pokaleczył się?...

— Nie wiem — odpowiedziała. — Nie daje znaku życia.

Dobiegł i pochylił się nad leżącym.

— W imię Ojca i Syna... — Przyłożył ucho do piersi Tynieckiego, po chwili wyprostował się i powiedział: — Dycha, dzięki Bogu. Pewnikiem od wstrząsu go zamroczyło.

— Oddycha? — I Kate z kolei pochyliła się nad leżącym. Oddychał istotnie i serce biło. Wprawdzie ledwie dosłyszalnie, lecz równo.

— A konie tam ponieśli? — zapytał gajowy wskazując dukt.

— Tam.

— To ja zaraz ich znajdę. Daleko nie uszli, bo tam zaraz dukt się kończy i gąszcz. Najsampierw pana hrabiego niech panienka cuci, ot, po rękach bić, po twarzy, za przeproszeniem, i śniegiem nacierać. Pewno nic mu nie jest. Może i połamał co sobie, nie daj Boże. Aby do pałacu. Tam już doktór będzie wiedział. Już lecę po konie.

I nie czekając na odpowiedź ruszył biegiem.

Kate ułożyła głowę Rogera na swoich kolanach i zaczęła czoło nacierać śniegiem, później ręce. Był wciąż nieruchomy i bezwładny. Opanowały ją znowu wątpliwości i musiała sprawdzić, czy oddycha. Teraz już była spokojniejsza. Przypuszczenie gajowego było bardzo prawdopodobne. Wypadając mógł doznać wstrząsu i zemdleć. Kate miała szczęście, że wyrzuciło ją w bok do głębokiego śniegu.

Szczęście... Stokroć wolałaby, by to ją spotkało niebezpieczeństwo. Przecież to wszystko było z jej winy. Ona zaproponowała przejażdżkę, ona prosiła go o lejce, ona w decydującym momencie nie umiała utrzymać

i uspokoić koni. Wprawne i silne ręce potrafiłyby to z pewnością. I była za mało uważna.

— Nigdy sobie nie daruję — myślała — jeżeli coś mu się stało.

Uniosła wyżej głowę Rogera i jeszcze wyżej. Zdawało się jej, że tak mu łatwiej oddychać. Dotknęła palcami powieki i przesunęła nimi wzdłuż twarzy aż do podbródka. I pomyślała:

— Nie jest ładny, ale ma tak bardzo męskie rysy... Mój Boże, żeby już odzyskał przytomność...

Przysunęła policzek do jego twarzy, na policzku odczuła lekkie ciepło jego oddechu. Nie zastanawiając się, co robi, z rozczulenia czy wdzięczności za to, że on żyje, lekko dotknęła ustami jego warg, raz i drugi, drugi mocniej i dłużej.

— Co mi się stało! — Opamiętała się, czując, że krew jej napływa do twarzy, i rozejrzała się dokoła. Nikogo jednak nie było w pobliżu. Zaczęło już się ściemniać. Znowu energicznie zabrała się do cucenia Rogera. Nacierała go śniegiem, potrząsała, próbowała stosować sztuczne oddychanie. Zmęczyła się bardzo i wcale nie czuła zimna. Wreszcie po kwadransie tych wysiłków otworzył oczy.

Nie umiała opanować okrzyku radości.

Zamknął znowu powieki, lecz po chwili podniósł je znowu, uśmiechnął się, wpatrując się w jej twarz pochyloną nad nim, i wyszeptał:

— Kate...

— Och, panie Rogerze — powiedziała — jak się cieszę, jak się strasznie cieszę, że pan odzyskał przytomność.

Powieki załopotały i widocznie wróciła pełna świadomość, bo poderwał się i zapytał:

— Konie ponosiły?... Nic pani nie jest?

— Mnie nic, wypadłam do śniegu, ale pan! Czy się panu co nie stało?... Nie boli pana nic?...

Usiadł, otarł ręką twarz mokrą od śniegu, którym go cuciła. Powoli odzyskiwał siły. Pomogła mu wstać. Zatoczył się, lecz nie upadł.

— Nic mi nie jest — powiedział.

Zrobił kilka kroków, pochylił się, by podnieść rękawiczki Kate, i powtórzył z uśmiechem:

— Nic mi nie jest.

— Tak przeraziłam się. Ze dwadzieścia minut nie mogłam docucić się pana.

— Pani... Pani Kate, to szczęście dla mnie, że straciłem przytomność, inaczej chyba zwariowałbym z obawy o panią. Czy pani naprawdę czuje się dobrze?... Czy nic pani nie dolega?...

— Żałuję, że nic — zmarszczyła brwi — należałoby mi się. Przecie to wszystko moja wina. Nie wolno mi było powozić tymi końmi.

— Ależ to zwykły przypadek. Każdemu mógł się zdarzyć. Naprawdę niesłusznie pani sądzi siebie. Ten człowiek tak nagle wynurzył się z krzaków...

— To był Suhak, gajowy — wyjaśniła. — Przybiegł tu wkrótce po wypadku i poszedł szukać koni. Pewno zabiły się w lesie.

— Wątpię. Najwyżej pokaleczyły się trochę. Ale nie będziemy czekali. Chodźmy. Stąd o kilometr mamy koniec lasu i wieś, gdzie znajdziemy kogoś, kto nas odwiezie do Prudów.

Ruszyli do drogi, ale już po kilkudziesięciu krokach Roger przekonał się, że jest zbyt zmęczony i że za mało ma sił, by iść dalej.

— Wstyd mi, że jestem takim niedołęgą — powiedział, opierając się plecami o sosnę i dysząc ciężko.

— Niedobrze panu? — zapytała troskliwie.

— Zmęczenie, ale to minie. Może zaczekamy jednak na Suhaka?... Albo znajdzie konie i przyprowadzi je tu, albo sam będzie wracał tędy.

Nie czekali długo. Gajowy po kilku minutach nadszedł, prowadząc oba kasztany. Porwaną uprząż niósł w ręku. Okazało się, że zgodnie z jego przewidywaniami konie ugrzęzły o niecały kilometr od miejsca wypadku w gęstych zaroślach. Z sanek zostały tylko drzazgi. Natomiast koniom nic poważniejszego nie groziło. Kilka odbić i niegłębokie skaleczenia — to wszystko.

Suhak otrzymał polecenie sprowadzenia ze wsi furmanki i poszedł. Musieli czekać na skraju drogi dość długo, ponieważ zaś Roger stopniowo odzyskiwał siły, z wolna ruszyli na spotkanie oczekiwanej pomocy.

— Szkoda — żartował Roger — że człowiek budzący się z omdlenia nie może zdobyć się na tyle przytomności, by jeszcze przez pewien czas udawać nieprzytomnego.

— Udawać? Po co?

— Och, pani Kate, czy może sobie pani wyobrazić, co to za niezapomniane byłoby dla mnie wrażenie, widzieć jak pani mnie ratuje, pani niepokój i troskliwość, czuć pani zabiegi nad przywróceniem mnie do życia...

Zaśmiała się wesoło.

— Jeżeli pan tego tak pragnie, służę w każdej chwili powtórzeniem.

Wie pan, jakie to były zabiegi?... Potrząsałam panem i rozcierałam śnieg na pańskiej twarzy.

— A chociażby, chociażby to — upierał się. — Jaka szkoda, że nie mogłem tego widzieć i czuć.

Kate powiedziała po pauzie:

— To całe szczęście, że pan nie mógł.

W jej głosie zabrzmiała jakaś dziwna nuta.

— Dlaczego? — zapytał.

— Dlaczego? — uśmiechnęła się. — Nie powiem panu, dlaczego.

— Nigdy pani nie powie?

— Nigdy. Chyba wtedy, gdy będę już staruszką, a pan będzie miał wnuków... No, jak się pan czuje?

— Coraz lepiej. Wciąż się tylko obawiam, czy pani ten wypadek nie zaszkodzi. Bądź co bądź to był wstrząs nerwowy.

— To prawda — kiwnęła głową — ale ja lubię wstrząsy. Lubię sensacyjne wrażenia.

— Pani? — zdziwił się szczerze.

— Pasjami. Oczywiście nie na co dzień. Ale od czasu do czasu to działa na psychikę, jak, dajmy na to, zimny prysznic. Odświeża i pobudza.

— Pobudza do czego?

— Do życia. Daje jakiś sens szarym dniom.

— Dni pani wydawały mi się barwne, kolorowe...

— Są różne barwy, panie Rogerze. Ich nadmiar i złe rozmieszczenie, na przykład zmieszanie, daje szarość — powiedziała, by zaciemnić poprzednie swoje słowa, które mogły wyglądać na uskarżanie się. — Nikt nie chce wierzyć, że lubię silne wrażenia.

— Bo to nie pasuje do pani. Pani wydaje się rośliną* która potrafi żyć tylko w równomiernej i łagodnej temperaturze.

— Ale i takim roślinom przyda się nagły poryw wiatru czy ulewa. Chociażby po to, by je odkurzyć.

— Nie wierzę w to, by na pani mógł jakiś kurz osiadać. Są ludzie, których nie ima się żaden brud.

— Jest pan optymistą — odpowiedziała ze smutkiem, myśląc o sobie.

— Bynajmniej. To moje przekonanie, oparte na obserwacji, nie na fantazji. Sam siebie uważam za takiego.

— Pan... może.

— I panią również — dodał z naciskiem.

— Myli się pan. Bywa brud, którego nie można zmyć nawet... — chciała powiedzieć “łzami", ale pohamowała się i zakończyła przekornie — nawet benzyną.

— Nie jest pani usposobiona do poważnej rozmowy — zauważył z odcieniem zawodu.

— Nie. Właśnie do wesołej, żartobliwej, niemądrej. Cieszę się, głupiutko, dziecinnie się cieszę.

— Że wypadek minął bez złych następstw?

— I że minął, i że się zdarzył, i że bez następstw, i że idziemy sobie po ciemku przez las, i że dobrze mi z panem, i że w ogóle!

Nic nie odpowiedział. W mroku nie mogła dostrzec nawet wyrazu jego twarzy, lecz znowu odczuła tę treściwość, tę intensywność jego milczenia, która, zdawało się, promieniuje jakimiś Magnetycznymi falami, nie ustaje w nadawaniu jakichś emanacji, słów i dźwięków, których niepodobna dosłyszeć, ale pod których wpływem antena intuicji drga we wzmożonym rytmie. Tylko znaleźć szyfr, tylko odcyfrować... Nie umiała, ale przecież już tym razem wiedziała jedno: to wszystko, co się w nim teraz dzieje, dzieje się dla niej, tylko dla niej.

Ogarnęło ją gwałtowne pragnienie, by zatrzymać go, by spojrzeć mu z bliska w oczy i zażądać:

— Powiedz, powiedz wszystko. Chcę wiedzieć, mam prawo wiedzieć, muszę wiedzieć!... Powiedz, czy mnie kochasz i jaka jest twoja miłość? Przeczuwam ją, ale chcę być pewna. Mów!...

Przygryzła wargi, by się nie odezwać. Byłoby to szaleństwo. Bo gdyby nawet usłyszała to, czego się spodziewała, cóż mogłaby na to odpowiedzieć!... Co mu wzamian da? Nawet żadnych nadziei, nawet żadnych uczuć, żadnych słów. Nie należały do niej, nie miała prawa nimi rozporządzać. A gdyby miała, czyż chciałaby mu naprawdę ofiarować coś więcej ponad życzliwość, ponad przyjaźń, ponad sympatię? Bynajmniej nie była tego pewna. Nawet zdziwiła się, skąd nagle przyszły jej te myśli, co popchnęło ją do tych niepotrzebnych i bezcelowych rozważań.

Lecz niemal jednocześnie przyszło drugie zdziwienie, które odezwało się jak wyrzut:

— Dlaczego nie poznałam go wcześniej, tu, w Prudach! Jak mogło się zdarzyć, że patrząc nań co dzień nie dostrzegałam go wcale!

Na drodze przed nimi rozległ się tupot końskich kopyt i pokrzykiwanie woźnicy.

— Hola, stójcie! — krzyknął Roger.

Chłop zatrzymał konie, zawrócił i ruszyli ku Prudom.

— Zdążymy jeszcze przed podwieczorkiem — powiedział Tyniecki — i mam nadzieję, że przyjedziemy wcześniej niż wiadomość o naszym wypadku do pałacu,

— Spodziewam się, że chociażby dotarła, nie powtórzą jej ciotce Matyldzie — odpowiedziała Kate.

— Na pewno nie.

— Biedna ciocia, O ile wywnioskowałam z dzisiejszej rozmowy, nie ma nadziei wyleczenia się,

— Nigdy nie lubiła złudzeń, proszę pani. I tym razem kazała lakarzom powiedzieć sobie ścisłą prawdę.

— Ale przecie lekarze nie są tak złej myśli?

— Mówili mi, że muszę być przygotowany na najgorsze ewentualności. Jadąc do Prudów nie przypuszczałem, że może być tak źle.

Po chwili dodał:

— To, że przyjechałem, zawdzięczam pani.

— Niech pan nie przypisuje mi tyłu zasług, bo stanę się zarozumiała.

— Zawdzięczam pani znacznie więcej, niż pani sama sądzi.

— Nie sądzę, by pan mi cokolwiek w ogóle zawdzięczał.

— Powiem tylko o jednym, o najważniejszym dla mnie — zaczął.

Przepuszczając, że Roger będzie mówił o odkryciu jego prawdziwego pochodzenia, przerwała:

— Nie warto o tym wspominać.

— Przeciwnie... To dzięki pani udało mi się nie zdziczeć, nie schamieć,. rozwijać swój umysł.

Spojrzała nań zdziwiona.

— Ach, o tym pan myślał! O tych książkach?

— Tak, o tych książkach, które otworzyły mi świat, które rozbudziły we mnie nowe zainteresowania.

— Przecie i przed moim zamieszkaniem w Prudach brał pan książki z biblioteki.

— O tak, dawano mi różne... Dla młodzieży, dydaktyczne, powiastki dla ludu, stare romanse, słowem wszystko dostosowywane do poziomu pisarza prowentowego, wszystko, co utrzymywało go w tym poziomie* Pani pierwsza nauczyła mnie czytać poezje. Boże, cóż to było dla mnie za odkrycie!... Pani wybierała dla mnie zupełnie inne książki, książki, których istnienia w ogóle nie domyślałem się, książki, w których każdo zdanie pełne było treści, zmuszało do długich rozmyślań» Pani dawała mi do czytania to, co sama czytała i lubiła, czym się zachwycała. Nie obawiała się pani, że biedny Maciuś do reszty zgłupieje, że mu się przewróci w głowie. Zdaję sobie dobrze sprawę ze swoich ogromnych braków w wykształceniu i w wiadomościach, ale to, co wiem, i to, że wciąż chcę wiedzieć więcej, zawdzięczam tylko pani.

— Przede wszystkim sobie — zaoponowała. — Żadna siła nie zdołałaby rozwinąć w panu tych zainteresowań, gdyby ich w panu nie było.

Z uśmiechem potrząsnął głową.

— Nie, nie. Nie wszystko bywa tak proste. Zna pani starego młynarza Kuhnkego?

— Owszem.

— Otóż opowiadał mi kiedyś, co go skłoniło do wybrania sobie tego zawodu, chociaż jego ojciec, dziad, a zdaje się i pradziad byli niejako dziedzicznie stelmachami. Poszedł na praktykę do młyna jedynie dlatego, że ówczesny młynarz hodował oswojonego żurawia, do którego obcym chłopakom zabraniał dostępu.

— To zabawne — przyznała. — Więc cóż było z pańskim żurawiem?

Nie odpowiedział od razu.

— Czy nie tajemnica? — zapytała.

— Nie. Szukam tylko takiej formy wyjaśnienia, jaka nie ośmieszyłaby mnie w pani oczach.

— Już raz zapewniłam pana, że pan nie należy do ludzi, którzy w jakiejkolwiek sytuacji mogliby się ośmieszyć.

— Więc dobrze. Zobaczymy, czy ta zbyt łaskawa opinia pani wytrzyma tę próbę. Marzeniem moim było rozmawianie z panią. Tak. Nie o zakupach, dyspozycjach czy rachunkach, ale o tym, o czym pani myślała. Oczywiście, skądże mogłem wiedzieć, o czym pani myśli?... Ilekroć zdarzyło mi się słyszeć panią rozmawiającą czy to z panią hrabiną, czy z domownikami, wiedziałem, że te tematy nie interesują pani. Z jednym może proboszczem rozmawiała pani o kwestiach istotnie zajmujących panią.

— To prawda — przyznała Kate z uśmiechem. — Był pan dobrym obserwatorem.

— Jedyną wskazówką była dla mnie właściwie pani lektura. Prawie zawsze wiedziałem, co pani czyta. Odrywając się do różnych zajęć, zostawiała pani często książkę. Po paru dniach prosiłem o nią, nadmieniając, że słyszałem dużo o niej. Wówczas pani wypowiadała o książce kilka zdań. Po przeczytaniu i ja miałem wielką ochotę zakomunikować pani moją opinię, ale brakło mi odwagi. W ten sposób nasza wymiana myśli nie polegała na wymianie słów, lecz ściśle i wyłącznie myśli. Czytałem każde zdanie, zastanawiałem się, jak pani je przyjęła. Do jakich wniosków doszła i — wydawało mi się, że prowadzimy rozmowę.

— Ale dlaczego zależało panu na rozmowie właśnie ze mną? — prowokacyjnie zapytała Kate.

— Przede wszystkim dlatego — po chwili wahania odpowiedział Roger — że spośród osób, z którymi stykałem się w Prudach, pani była jedyną, od której mogłem się czegoś nauczyć. Wydawała mi się pani głębszą i inteligentniejszą od innych... Otóż w tej wymianie myśli była jedna wielka przeszkoda. Pani czytywała najczęściej książki angielskie. To była moja rozpacz. Za lat dziecinnych, gdy dla towarzystwa Goga dopuszczano mnie na jego lekcje, liznąłem trochę francuskiego i niemieckiego. O angielskim nie miałem najmniejszego pojęcia. Postanowiłem tedy nauczyć się tego języka.

— W jaki sposób? — zaciekawiła się Kate.

— Kupiłem sobie w Poznaniu podręcznik dla samouków.

— I można było z tego się nauczyć?

— O tak. Po pięciu miesiącach czytałem już dobrze angielskie książki, korzystając wprawdzie z pomocy słownika, ale po roku do słownika zaglądałem bardzo rzadko i pisałem zupełnie swobodnie.

— Naprawdę zdumiewające — powiedziała Kate.

— Czy pamięta pani, jak się pani zdziwiła, gdy poprosiłem o Szekspira w oryginale?...

— Tak, wyjaśnił mi pan, że chodzi panu o obejrzenie drzeworytów.

— Otóż przeczytałem Szekspira sumiennie i zrozumiałem prawie wszystko. Natomiast w mojej angielszczyźnie była jedna tragiczna luka. Mianowicie, gdy pani z kimś mówiła po angielsku, nie rozumiałem ani jednego zdania.

— Ach tak!

— W moim samouku nie było podane, jak się wymawia poszczególne litery i słowa. To zabawne, prawda?... Gdy przed rokiem przyjechałem po raz pierwszy do Anglii, służba w hotelach i kupcy w sklepach brali mnie za niemego lub za dziwaka, gdyż zamiast mówić, pisałem wszystko na kartkach i prosiłem również o pisemne odpowiedzi. Mówić nauczyłem się jednak w stosunkowo krótkim czasie.

Umilkł i dodał po chwili:

— Widzi więc pani, że niemało jej zawdzięczam.

Była silnie wzruszona i nie odezwała się, gdyż w żaden sposób nie mogła się zdobyć na coś konwencjonalnego, zdawkowego, a nie chciała mu okazać wzruszenia.

W pałacu wiedziano już o wypadku i powitano ich jak cudownie ocalonych. Roztrząsanie tej sprawy nie zajęło zbyt wiele czasu. Zainteresowania wszystkich skupiały się koło jutrzejszego wyjazdu pani Matyldy. Ciotki Betsy i Klosia wiodły zacięty spór przy pakowaniu kufrów, wszyscy zastanawiali się, komu pani Matylda powierzy zarząd domu. Pokoje pełne były intryg, szeptów i swarów. Były nawet domysły, że Kate umyślnie w tym celu przyjechała, i dopiero jej oświadczenie przy kolacji, że zaraz wraca do Warszawy, położyło kres sporom na ten temat.

W stanie zdrowia pani Matyldy nie zaszły żadne zmiany i za zgodą lekarzy przed snem mogła spędzić kwadrans na rozmowie z synem i z Kate. Była usposobiona bardziej optymistycznie niż rano i życząc im dobrej nocy, powiedziała:

— Jeżeli mi ten Wiedeń pomoże, chciałabym na okres rekonwalescencji pojechać na Capri. Nie byłam tam od wielu, wielu lat. Na Capri zimy prawie nie ma, a wiosna jest taka piękna.

Gdy Roger i Kate zeszli na dół, było tu już pusto. Domownicy rozeszli się do swoich pokojów, służba skończyła sprzątanie. W hallu na kominku wesoło palił się ogień. Obok stała przygotowana butelka starego burgunda i taca z przyborami do grzania wina.

Kate zajęta myślami o ciotce machinalnie zajęła swój wczorajszy fotel i dopiero wtedy spostrzegła się, że zrobione tu przygotowania przyjęła jak coś zupełnie naturalnego, że plan Rogera nie był dla niej niespodzianką, chociaż nie wspominał jej o nim. On wydał zarządzenia, jakby był pewien, że Kate przyjmie je jako coś zupełnie zrozumiałego, jak własny pomysł.

Uśmiechnęła się.

— Czy to ma się stać tradycją? — zapytała.

— Daj Boże — odpowiedział spokojnie bez żadnego akcentu.

— Jaki on miły — pomyślała Kate.

Zabrał się do grzania wina. W miedzianym rondelku o bardzo długiej rączce zmieszał trochę goździków i cynamonu z cukrem, zalał to burgundem i odgarnąwszy warstwę rozżarzonych węgli ustawił to na nich. Przyklęknął przed kominkiem i pełzanie odblasków ognia na jego twarzy uczyniły ją jeszcze bardziej wyrazistą, skupioną, tajemniczą i męską.

— Średniowieczny alchemik z tyglem — powiedziała — albo czarodziej warzący zioła.

— Na pewno nie trujące — odpowiedział nie odwracając się do niej. — Czarodzieje w średniowieczu warzyli różne napoje.

Po pauzie dodał:

— Zamiłowania do tego nauczył mnie mój niedawny “guwerner". To bodaj jedyny napój, który lubię.

— Pan jest jednak wielkim egoistą — zauważyła.

— Ja? — zdziwił się.

— Oczywiście. Nawet nie zapytał pan, czy ja to lubię. Cóż to, ja muszę pić to, co panu przypada do gustu?

Odwrócił się do niej i zaśmiał się szczerze i ciepło.

— To byłoby zbyt piękne — powiedział. — Niestety tak nie jest. Wiem, że pani smakuje ten dekokt. Wczoraj piła pani z takim apetytem. Dwa pucharki wysączyła pani do dna.

— No, wie pan — udała oburzenie — liczył pan?

— Cieszyłem się, że pani smakuje.

— Byłam trochę zziębnięta.

— O nie. Z pani w ogóle łakomczuch.

— Ja? Jestem łakoma? — zawołała takim tonem, jakby spotkała ją największa niesprawiedliwość.

Zaśmiał się i skinął głową.

— Bardzo.

— Nie spodziewałam się tego po panu. Tyle mi pan opowiada o moich rzekomych wartościach duchowych i nagle łakomstwo. Coś tak obrzydliwego jak łakomstwo!

— O, bynajmniej. Jedno nie przeszkadza drugiemu. Żarłoczność nie jest pociągająca, natomiast łakomstwo może być pełne wdzięku.

— Nie osłodzi mi pan tej pigułki — zrobiła zaciętą minę.

— Łakomstwo bywa bardzo, że tak powiem, apetyczne. Zawsze z prawdziwą przyjemnością przyglądam się pani przy stole. Przy daniach, które pani szczególniej lubi, jest pani tak zaabsorbowana jedzeniem, tak... oszołomiona wrażeniami podniebienia, że kosztuje panią sporo wysiłku udział w ogólnej rozmowie.

— Jest pan okropnym potwarcą i pokpiwa pan ze mnie — powiedziała rumieniąc się, lecz trochę już rozbawiona.

— Ależ nie, to jest zachwycające!

— Co za perfidia! Teraz rozumiem! Kazał pan umyślnie na obiad i na kolację dać to, co najbardziej lubię, by sobie urządzić widowisko z mego apetytu.

— Ach, więc zauważyła pani?

— Zauważyłam i wiem teraz, co o tym sądzić. A tego wina nie tknę.

— Na pewno?

— Muszę pana jakoś ukarać.

Potrząsnął głową.

— Ta kara byłaby za ciężka... dla pani. Czuje pani, jak to znakomicie pachnie?

Kate poruszyła nozdrzami. Istotnie, para kłębiąca się nad rondelkiem napełniła powietrze nader zachęcającym aromatem. Zaśmieli się oboje, a Kate powiedziała:

— Z pana prawdziwie niebezpieczny obserwator. Muszę się pana strzec.

— Nie potrzebuje pani. Niczego złego i tak w pani nie znajdę.

— Dlaczego? Czy uważa mnie pan za kobietę wolną od wad?

— Nie. Ale dlatego, że i wady można lubić. Wady są taką samą charakterystyczną cechą danej jednostki, jak i zalety. Jedne i drugie składają się na indywidualność. Nie wierzę w istnienie na ziemi aniołów i diabłów. Właściwości niebiańskie i piekielne pomieszane są w każdym człowieku. Otóż wszystko zależy od miksera. Jeden cocktail będzie smaczny, drugi nieznośny. Nie wiem, czy umiem dość jasno się wyrazić...

— Rozumiem pana.

— Otóż i pani bez swoich wad byłaby zupełnie kimś innym. A ja nie pragnąłbym tego wcale.

Kate zamyśliła się.

— To ciekawe ujęcie.

— Weźmy jako przykład jakąś postać z historii, albo jeszcze lepiej z literatury. Chociażby takiego Zagłobę. Przyzna pani, że to postać bardzo sympatyczna. A teraz zanalizujemy go. Cóż znajdziemy? Jest pijakiem, tchórzem, łgarzem, awanturnikiem, pieczeniarzem, krętaczem, warchołem. Coś okropnego! Zdawałoby się, iż nic go nie uratuje przed naszym potępieniem i wstrętem. A tymczasem autor dodał mu, i to wcale nie w nadmiarze, kilka zaledwie, lecz trafnie wybranych zalet i oto przepadamy za panem Zagłobą. Ba, nie pozwolilibyśmy mu wyzbyć się ani jednej wady. Czyż nie straciłby dla nas na wartości, gdyby przestał pić, blagować, warcholić, czyżby też gdyby stał się bohaterski jak sama Joanna d'Arc?...

— Przyznaję panu słuszność jeżeli chodzi o postacie powieściowe, czy nawet historyczne, ale mam poważne wątpliwości, czy da się to zastosować do osób żywych, z którymi musimy często się stykać.

— Jestem tego najpewniejszy.

— Chcę pana o coś zapytać. Mianowicie ktoś niedawno zapewniał mnie, że w moim charakterze leży okrucieństwo. To powiedzenie, a raczej ten zarzut nie daje mi spokoju. Jestem bardzo ciekawa, czy pan przy swoim zmyśle obserwacyjnym potwierdzi ten zarzut?

Tyniecki przygryzł wargi i nalewając wino do pucharów zaczął mowie:

— W pewnym sensie tak. Nie wyobrażam sobie pani bijącej dzieci

czy znęcającej się nad zwierzętami. Do tego typu okrucieństwa pani chyba nie jest zdolna. Natomiast nie wykluczam okrucieństwa moralnego. Myślę, że są sytuacje, w których bywa pani bezwzględna, i że ta bezwzględność daje pani rodzaj zadowolenia.

— Wynikałoby stąd, że jestem egoistką? — zapytała poważnie.

— Raczej... egotystką — poprawił. Uśmiechnęła się blado.

— Muszę o tym wszystkim pomyśleć. A teraz wypiję to wino, by dać dowód, że nie jestem bezwzględna.

— Gdybym mógł wiedzieć — westchnął — czy to zasługa wina, czy moja.

— Zasługa?

— Tak, zasługa zdobycia pani przychylności.

Zaśmiała się i skierowała rozmowę na inne sprawy. Biła już pierwsza, gdy powiedzieli sobie “dobranoc".

Nazajutrz od rana przed pałacem czekała karetka pogotowia, sprowadzona z Poznania, by przewieźć panią Matyldę na dworzec. Stara pani była w dobrym humorze. Czuła się nieźle. Przed samym wyjazdem wezwała do siebie ochmistrzynię Józefową i jej zleciła zarządzanie domem, ku wielkiemu zawodowi obu ciotek.

Oprócz Rogera i lekarza pani Matyldzie do Wiednia miała towarzyszyć pielęgniarka i pokojówka.

— Jadę całym dworem — żartowała stara pani, gdy ją przenoszono do karetki.

Roger, żegnając się z Kate, powiedział:

— Po zainstalowaniu matki w sanatorium nie będę miał nic w Wiedniu do roboty i mam nadzieję, iż za kilka dni zobaczę panią w Warszawie.

W godzinę po odjeździe karetki zajechał samochód i po Kate. W drodze do Warszawy starała się uporządkować swoje wrażenia z pobytu w Prudach. Niecałe dwie doby, które tam spędziła, zbliżyły ją bardzo do Rogera. Odkryła w nim mnóstwo nieznanych dotychczas cech, a te wydały się jej niezwykle miłe i pociągające. Zadziwiała przy tym rzecz jedna: umiał swemu stosunkowi do niej nadać ton bliskości i serdeczności, a jednocześnie nie pozwolił sobie na najmniejszą poufałość, na żadne wyznania. Zachowywał się tak, że bez żadnych obiekcji mogła z nim przebywać, mówić szczerzej i otwarciej niż z innymi. Zostawił jej wszystko do wyboru i niczego od niej nie żądał.

Czy była to wyrafinowana taktyka?... O to nie mogła go posądzać. Nie tylko dlatego, że nie leżało to w jego charakterze, ale i z tej przyczyny, że życie nie mogło go nauczyć tych tajemnic gry, które poznają Judzie spędzający lata całe na próżnowaniu i tak zwanym obracaniu się w towarzystwie. Nie, nie była to strategia, obliczona z precyzją, a zmierzająca do jakiegoś określonego celu.

A jednak, jednak obcując z Rogerem Kate ani na moment nie mogła pozbyć się wrażenia, że ukrywa on w sobie jakieś postanowienie, jakieś od dawna przesądzone zamiary, jakieś pragnienia, o których nigdy nie mówi.

Pociąg dojeżdżał do Warszawy.

— Tak, znowu Warszawa — szepnęła do siebie Kate i teraz dopiero uprzytomniła sobie, że ani razu nie pomyślała o swoim domu, o Gogu, o tym, że trzeba będzie wrócić do swojej codzienności, do swojej beznadziejnej codzienności.

— Znowu Warszawa — powtórzyła.

Gogo czekał na dworcu. Przywitał ją wybuchem takich czułości, jakby nie widział jej co najmniej kilka miesięcy. W domu też przygotował dla niej niespodziankę. Mieszkanie literalnie tonęło w mimozie, którą tak lubiła. We wszystkich wazonach tkwiły ogromne bukiety, w sypialni cała podłoga zasypana była żółtymi, puszystymi gałązkami. Pachniało miodem.

— Bardzo ci dziękuję za ten potop kwiatów — powiedziała — ale musiałeś moc pieniędzy na to wydać.

— Cóż znaczą pieniądze, gdy mogę sprawić ci przyjemność, Kasieńko, cóż znaczą pieniądze! — odpowiedział.

Kate w myśli dodała: — Cudze!

Nazajutrz odkryła zresztą drugą niespodziankę. Zajrzawszy do szufladki, gdzie zostawiła biżuterię, stwierdziła brak brylantowej broszki. Zamiast niej leżał w pudełku kwit lombardowy. Uśmiechnęła się gorzko. Zamknęła szufladkę na klucz, a klucz ukryła w szafie między toaletowymi drobiazgami. Po namyśle jednak wyjęła go i z powrotem otworzyła szufladę.

— Muszę być wyższa ponad to — pomyślała — muszę, bo zacznę gardzić sobą.

O swoim odkryciu nie wspomniała mężowi ani słowem. Dała mu jednak poznać, że wie o zastawieniu broszki, bo włożyła pierścionek, który znajdował się w tym samym pudełku.

Gogo zauważył to, kilka razy próbował przystąpić do wyjaśnień, lecz nie mógł się na nie zdobyć. Przez cały dzień chodził ponury, wieczorem zaś poszedł “Pod Lutnię". Wrócił nad ranem zupełnie pijany.

Zasnął w gabinecie na fotelu w futrze i w kapeluszu. Porzucony papieros wypalił w dywanie ogromną dziurę. Tegoż dnia Marynia zapytała Kate co zrobić z kieliszkami. Okazało się, że podczas nieobecności Kate, Gogo urządził w mieszkaniu libację. Goście, panowie i panie, wznosili wiwaty i wytłukli całe szkło.

— Ach, prawda — powiedziała Kate — pan wspominał o tym. To się kupi w najbliższych dniach. W sobotę mamy gości? Prawda?

W najbliższych dniach jednak stało się coś, co uniemożliwiło wszelkie przyjęcia: pani Matylda Tyniecka umarła. Roger doniósł o tym lakoniczną depeszą. Nekrologi w pismach podały, iż pogrzeb odbędzie się w poniedziałek w Prudach. “Osobne zawiadomienia rozsyłane nie będą".

Gogo, który po powrocie Kate dość obojętnie wypytywał ją o stan zdrowia pani Matyldy, teraz niespodziewanie popadł niemal w rozpacz. Siedział zapłakany, wciąż zaczynał mówić o tym, że już teraz nikogo nie ma na świecie i nie kończył, bo wybuchał łkaniem.

— Mamo, mamo — szlochał — wyparłaś się mnie, odtrąciłaś, wyrzuciłaś jak psa, ale ja ciebie tak kochałem, tak kochałem...

Uparł się, że musi być na pogrzebie. Ponieważ dawniej zaklinał się, że jego noga nie tylko w Prudach, ale w całej Wielkopolsce nie postanie, Kate spróbowała perswazji, która jednak nie odniosła skutku. Twierdził, że woli znosić wszystkie upokorzenia, że woli narazić się na wszystkie plotki i na rozdmuchanie zapomnianej już sensacji niż wyrzec się obowiązku odprowadzenia na ostateczny spoczynek zwłok tej, która była mu matką.

Słuchając tych patetycznych wypowiedzi Goga, Kate widziała w nich obok niewątpliwego komedianctwa równie niewątpliwe i szczere uczucie żalu.

Na pogrzeb wyjechali nocnym pociągiem, tak by przybyć na miejsce rano i móc nie nocować w Prudach. Gogo ubrał się w najstarsze i najbardziej zniszczone swoje ubranie. Mimo dość silnego mrozu wziął zamiast futra swoje stare jesienne palto, na którego rękawie ostentacyjnie czerniła się żałobna opaska. Na stacji czekały samochody i konie z Prudów.

Gdy zajechali przed pałac, formował się właśnie kondukt. W niewielkiej sali duchowieństwo kończyło modły przy katafalku. Wszędzie był tłok. Poza miejscowymi i poza sąsiedztwem przyjechało około stu pięćdziesięciu osób bliższej i dalszej rodziny z wszystkich dzielnic Polski i zza granicy.

Groby rodzinne Tynieckich nie były odległe i sama ceremonia pogrzebu trwała krótko. Mróz i silny wiatr północny skrócił mowy żałobne do minimum. Po skończonym obrzędzie do Goga i Kate zbliżył się Roger. Przywitał się i prosił, by zostali na noc.

— Naprawdę dziękuję panu serdecznie — odpowiedział Gogo — ale sam pan rozumie, że psychicznie nie jestem zdolny teraz do kontaktu z ludźmi, a narażanie się na ciekawe spojrzenia tych wszystkich moich byłych krewnych — uśmiechnął się gorzko — nie należy do przyjemności.

— Nie potrzebują państwo stykać się z nimi — zapewniał Roger. — Przygotowano dla państwa pokoje w lewym skrzydle, gdzie nikogo nie będzie. Ja również nie biorę w przyjęciu żadnego udziału. Zastąpi mnie generał, który jakoś już nas wytłumaczy. Zresztą prawie wszyscy wieczorem się rozjadą.

Zdecydowali się zostać. Przewidywania Tynieckiego spełniły się w zupełności. Nawet ci z towarzystwa, którzy początkowo zamierzali przy sposobności spędzić parę dni w Prudach i z młodym gospodarzem nawiązać kuzynowskie stosunki, zrażeni jego wymowną nieobecnością, powyjeżdżali. Został tylko głuchawy książę biskup Lichnowski, który zaziębił się na pogrzebie, i dwie panny Sołohubówny z Nowogródzkiego, łagodne staruszki, których nie wypuszczały od siebie ciotki Betsy i Klosia.

Gogo przez cały następny dzień był niezwykle podniecony. Oswoił się ze swoją rolą i chodził wszędzie. Służba z przyzwyczajenia tytułowała go panem hrabią. Miał wciąż wypieki na twarzy, ruchy nienaturalne, głos sztuczny.

Wieczorem powiedział Kate:

— I pomyśleć, że to wszystko było moje. Ach, Kate, jaka ty byłaś jeszcze wtedy lekkomyślna, jaka naiwna...

Nic nie odpowiedziała.

— Gdybyś miała dzisiejszy rozum i dzisiejsze doświadczenie — dodał — na pewno postąpiłabyś inaczej.

— Wątpię — wzruszyła ramionami.

— Ty wątpisz, ale ja jestem pewien — mówił przez zaciśnięte zęby.

W nocy przyszedł do jej pokoju, by zapytać:

— Jak sądzisz, czy on pod wpływem tej śmierci nie zechce być... nie da mi chociażby części majątku?... Albo nie podwyższy renty?

— Nie widzę tytułu.

— Ach, tytułu, tytułu. Tu nie chodzi o rzeczy formalne. Kwestia, czy ja wiem, uczuć, sumienia... Jednak zatrzymał nas. To musi cos znaczyć. Zmienił się w stosunku do mnie. Wyraźnie mnie polubił.

Kate była odmiennego zdania, lecz nie chciała roztrząsać tej kwestii.

Nazajutrz, gdy Gogo przed wyjazdem poszedł na grób pani Matyldy,

Tyniecki poprosił Kate do buduaru zmarłej, otworzył szafę, wyjął z niej pancerną kasetkę i powiedział:

— To jest biżuteria zmarłej. Było jej życzeniem, by odziedziczyła ją pani.

Kate spojrzała nań zdziwiona.

— Czy... czy zapisała mi to?

— Nie, ale życzyła sobie tego.

Kate zamyśliła się. Dobrze przypominała sobie chwilę, gdy wychodziła za mąż. Wówczas pani Matylda ofiarowała jej sporo klejnotów z tej właśnie kasetki, mówiąc:

— Resztą nie mogę rozporządzać. Są to albo rodowe pamiątki Tynieckich, albo rzeczy otrzymane od mego śp. męża. Dostanie je przyszła żona Rogera po mojej śmierci.

Kate spojrzała na Rogera poważnie.

— Dziękuję panu. Nie mogę tego przyjąć.

— Ależ dlaczego?

— Powiem panu otwarcie. Wiem, że ciocia przeznaczała to nie dla mnie, lecz dla przyszłej pańskiej żony. Powiedziała mi to sama przed moim ślubem tu, w tymże pokoju.

— Ach, wtedy. To było dawno. Czy pani uwierzy mi, jeżeli dam pani słowo honoru, że przeznaczyła je właśnie dla pani?

Jego oczy patrzyły surowo.

— Uwierzę — skinęła głową.

— Więc daję pani słowo. Tylko dla pani. Jeżeli pani tego nie przyjmie, nie będę mógł bez złamania woli zmarłej oddać tej biżuterii żadnej kobiecie ani zatrzymać dla siebie. Oddam ją na jakiś cel dobroczynny. Ale ze swej strony bardzo panią proszę nie odrzucać tego legatu.

Kate teraz już była przekonana, że pani Matylda widocznie na krótko przed śmiercią zmieniła zdanie. Jednak ewentualność przyjęcia takiego daru wydała się Kate przerażającą. Klejnoty przedstawiały wartość kilkuset tysięcy złotych, a Kate miała jeszcze przed oczami kwity lombardowe, w które stopniowo, ale stale zamieniała się jej biżuteria.

— Widzi pan — powiedziała — naprawdę mi to nie jest potrzebne. Nie wiedziałabym, co z tym robić. No i po prostu nie chciałabym trzymać w domu, gdzie zawsze mogą dostać się złodzieje, rzeczy aż tak cennych. Niech pan zatrzyma to, naprawdę.

— Nie, na to, pani Kate, zgodzić się nie mogę. Jeżeli biżuteria teraz pani nie jest potrzebna, a nie chce jej pani trzymać w domu, wynajmę w jednym z banków na pani imię safes i klucz wręczę pani. Przynajmniej będę miał pretekst, by panią prędko zobaczyć — uśmiechnął się. — Wkrótce będę w Warszawie. Spodziewam się, że państwa zastanę.

— Nie wybieramy się nigdzie. Najwyżej na kilka dni do Horania. A pan nie zostanie w Prudach?

— Nie. Po co?... — posmutniał. — Nie jestem tu potrzebny. A i mnie... lepiej będzie w Warszawie.

W pół godziny później Gogo i Kate odjechali. Gogo miał oczy zapuchnięte i był w posępnym humorze, nie żałując gorzkich uwag o chciwości Tynieckiego. Kate oczywiście nie wspomniała mężowi ani słowem o odziedziczonej biżuterii.

Dni w Warszawie wróciły do dawnej monotonii. Wieczorami Gogo najczęściej przesiadywał “Pod Lutnią" lub w “Claridge^", gdzie zbierało się najwięcej szalejącej młodzieży ziemiańskiej, z którą ostatnio zawiązał bliższe stosunki. Na popołudnia do Kate po dawnemu przychodzili “kacerze okrągłego stołu", zwani także “szatanami". Najczęściej Tukałło, Polaski, Irwing, Strąkowski i Kuczymiński. Prawie codziennie bywała też Jolanta.

Po dwóch tygodniach zjawił się Tyniecki i od razu wszedł w niedawny tryb życia. Tak się składało, iż przynajmniej dwa razy na tydzień spotykał ją na wpół przypadkowo przed południem i wówczas załatwiali razem sprawunki, natomiast zupełnie oficjalnie przychodził o piątej na herbatkę. Podczas tych herbatek zaprzyjaźnił się z ich uczestnikami, którzy zresztą polubili go również i często wyciągali “Pod Lutnię". Któregoś dnia, wychodząc od Gogów razem z Polaskim, Tyniecki zapytał:

— Panie Adamie, czy bardzo pogniewałby się pan na mnie, gdybym go poprosił o przeczytanie pewnego mego grafomaństwa?

— Pan pisze? — zdziwił się Polaski.

Tyniecki zaśmiał się.

— W pańskim głosie usłyszałem nutę oburzenia.

— Kaczej zaciekawienia — poprawił Polaski. — Mogę sobie pozwolić wobec pana na dość brutalną szczerość. Wiem, że nie dotknie ona pana. Otóż z przyjemnością przeczytam to, co pan pisze. To pomoże mi do rozgryzienia pana. Przeczytam ze względów egoistycznych, z praktycznych. Po prostu może mi się to przydać.

— “To" to znaczy ja?

— Oczywiście. Wprawdzie nigdy do swoich powieści nie przenoszę znajomych żywcem, ale korzystam z ich, że tak powiem, schematu psychicznego.

— Rozumiem pana. Więc kiedy będzie miał pan trochę czasu na przeczytanie moich płodów?

— W tym tygodniu jestem bardzo zajęty, więc po niedzieli. Powiedzmy, na wtorek. Przyśle mi pan?

— Nigdy bym nie pozwolił sobie na to, mistrzu. Przyniosę i zarumieniony, jąkając się z emocji, powierzę panu...

— Niechże pan nie żartuje. Przede mną nie uda się panu zamaskować tego niepokoju, który każdy z nas odczuwa, gdy swoje pierwociny zostawia do oceny komuś, uważanemu przezeń za autorytet... Pamiętam, omal nie rzuciłem się do nóg Stefanowi Żeromskiemu, gdy zwracając mój rękopis, powiedział: — Powinien pan pisać... — Boże! Cóż to była za chwila!

Po tej rozmowie Polaski bynajmniej nie przypuszczał, że będzie mógł zachęcić Tynieckiego do pisania. Lubował się jednak trochę swym tak wcześnie zdobytym autorytetem, pochlebiało mu to, że zwracano się doń o opinię, no i rzeczywiście chciał “rozgryźć" tego człowieka, w którym wyczuwał jakąś nieprzeciętność.

W umówiony wtorek przyjął go filiżanką kawy, kieliszkiem koniaku i dość obszernym wykładem na temat dyscypliny pisarskiej. Po wyjściu Tynieckiego, który rzeczywiście z trudem udawał humor i swobodę, Polaski odłożył paczkę z jego rękopisem i dopiero nazajutrz rano, leżąc w łóżku, rozwiązał ją. Na pierwszej kartce w górze widniało nazwisko autora, niżej tytuł: Dzień siódmy, a pod spodem objaśnienie: Nowela.

Zajrzał na koniec. Strona sto czwarta. Ostatnie słowa:

“Otworzyła kopertę. Koperta była pusta".

Polaski przebiegł oczyma, by dowiedzieć się, kto otworzył kopertę i po co, później przerzucił kilkanaście kartek, przejrzał kilka ustępów i zaczął oglądać od początku. Przy śniadaniu, które mu podano, nie przerwał czytania, coś po trzydziestu stronach sięgnął po słuchawkę telefoniczną, nie mógł jednak sobie przypomnieć numeru Tynieckiego, zrezygnował więc, wracając do lektury.

W kwadrans później zadzwonił doń dr Muszkat, by opowiedzieć o zabawnych okolicznościach nagrody literackiej, którą uzyskała Salomea Kozicka. Poplotkowali trochę o wczorajszych libacyjkach, po czym Polaski powiedział:

— Posłuchaj no, Moniek. Przeczytam ci kawałek dialogu. Jak ci się to podoba?

Muszkat wysłuchał uważnie i zapytał:

— Cóż to, komedię piszesz?

— Mniejsza o to. Powiedz mi, czy to dobre?

— Jest tu pewien wpływ Pirandella, ale w tej krótkiej partii, wiesz, tego monosylabowego przerzucania się kwestii, czuje się Flersa.

— Jesteś kretynem — zirytował się Polaski. — Powiedz mi, czy dobre!

— No, znakomite. Ale nic nie wspomniałeś, że piszesz sztukę. Jaki tytuł?

— Tytuł?... Znajdziesz w nim wpływ Dostojewskiego: “Zakichani i zasmarkani".

— Kpisz ze mnie. Ale powiedz serio. Dam do kroniki literackiej, że piszesz dla sceny.

— Ani mi się waż. No, serwus. Nie mam czasu.

Nazajutrz Polaski przyszedł do Kate wcześniej niż zwykle. Nikogo jeszcze nie było. Małżeństwo kończyło obiad. Gogo jeszcze nie zupełnie wytrzeźwiał po wczorajszym, ręce mu się trzęsły i białka miał zaczerwienione. Polaski dał się namówić na krem czekoladowy i jedząc powiedział:

— Pozwolę sobie dziś znowu zrobić u pani seans literacki. Przyniosłem coś i chciałbym przeczytać.

— Napisał pan pierwszy rozdział nowej powieści?

— Nie, pani Kate. To coś innego.

— Tajemnica? — zainteresował się Gogo.

— Prawie.

Podali kawę, gdy przyszedł Chochla. Od progu już zaczął mówić o swoim tryptyku dla ratusza w Gdyni i o tym, że dostanie zań order. Minister Parkowski zachwycał się nim przez dwie godziny.

— Przydzielamy ci taką samą porcję — zastrzegł się Polaski — możesz o tym gadać dwie godziny, ale ani minuty dłużej.

Czas ten skrócił się jednak do dwudziestu minut, gdyż zjawił się Tukałło z Jolantą, wkrótce po nich Kuczymiński, potem Drozd i Strąkowski.

Drozd zaczął tłumaczyć technikę plagiatu w muzyce, wyjaśniając, że cały dowcip polega na zastępowaniu jednych dźwięków drugimi. Tukałło, który odznaczał się dużą muzykalnością, nie cierpiał jednak, gdy o muzyce mówiono, i dlatego przerwał Drozdowi:

— Znałem jednego człowieka nudniejszego od ciebie. Nazywał się Koticzka. Przychodził do pewnej kawiarenki w Krakowie, gdzie zbierali się dość ciekawi ludzie. W ciągu tygodnia wszystkich wypłoszył. Czy wiesz, w jaki sposób?

— Domyślam się. Zachęcał cię do mówienia.

— Nonsens — niedbałym ruchem poprawił swój wspaniały krawat

Tukałło — nonsens! Mnie nigdy nie trzeba zachęcać do mówienia. Ów Koticzka był chemikiem w fabryce perfum i usiłował nam wytłumaczyć, jak pachną perfumy dziś właśnie przezeń skomponowane. Myślę, że to nie było mniej trudne niż twoja mania paplania o muzyce. Stawiam trzy puste butelki przeciw willi na Rivierze, że któregoś dnia opowiesz nam swoją Trzecią symfonię, która poczynając od tej daty będzie się w historii muzyki nazywała Ostatnią symfonią Drozda, gdyż cię w trakcie opowiadania zamorduję i wyrzucę za drzwi twego trupa, dającego słabe oznaki życia.

— Mylisz się — rzeczowo zaprzeczył Drozd — muzykę można określić słowami.

— Radzę ci, rób odwrotnie. Wszyscy dobrze na tym wyjdziemy. Jeżeli zaś upierasz się przy swoim, weź u mnie kilka lekcji wymowy.

— Jaka szkoda — westchnął Chochla — że Cicero nie żyje w naszych czasach. Zamiast chodzić z kamieniami w gębie na brzeg morza i wrzeszczeć na fale, wstępowałby dwa razy w tygodniu na Mokotowską do Tukałły i...

— ... stałby się Demostenesem — podchwycił Tukałło. — U ciebie natomiast nie mógłby brać lekcji historii. Na Boga, Chochlo, jesteś chochlą pełną grochu z kapustą, więcej niż pełną, bo z czubkiem. Czubkiem tym jest właśnie kapusta, kapuściana głowa, stercząca ponad resztę twej wzdętej pychą i grochem cirkumferencji, zaczerpniętej od czubków przy pomocy chochli.

— Macte! — zawołał Strąkowski.

— A jeżeli sądzisz, że nie potrafiłbym każdego nauczyć wymowy, to możesz mi przysłać twoją Stellę, a po miesiącu odbierzesz ją już nie mówiącą leweracja i liputut.

— Macte! — powtórzył Strąkowski.

— Jesteś idiota — mruknął Chochla.

Kuczymiński potrząsnął głową.

— To niemożliwe. Jego Stelli nikt tego nie oduczy. Z jakimż charakterem mówi zawsze, że na śniadanie pije tylko szklankę kakała!

— Wypraszam to sobie — zirytował się Chochla — możecie o mnie mówić co się wam podoba, ale Stelli nie ruszajcie.

— O nie — zaśmiał się Polaski. — Widzicie jak podstępem chce nas skłonić, byśmy o nim mówili.

— Cóż to za pozory? Sam o Stelli najgorsze świństwa opowiada.

— Bo ceni prawdę — zapewnił Tukałło. — Ale to nic. Podejmuję się nauki. Kiedyś chciałem nawet założyć szkołę krasomówstwa. Gdy tylko taka pogłoska rozeszła się po kraju, otrzymałem moc zgłoszeń kandydackich. Samych adwokatów zgłosiło się czterdzieści dwa tysiące. Ponieważ jednak nie mogłem znaleźć dość obszernej sali, porzuciłem swój zamiar i ograniczyłem się do lekcji prywatnych. Wówczas to zgłosili się do mnie trzej bracia Piskorscy: Jan, Jan Kanty i Jan Nepomucen. Wszyscy trzej byli adwokatami i nie mogli osiągnąć żadnego powodzenia w swym zawodzie z powodu wad w wymowie. Jan nie wymawiał liter ą, ę i r. Jan Kanty b, p i k, Jan Nepomucen d, t i c. Nie potrzebuję dodawać, że bliscy byli samobójstwa.

— I ty ich wyleczyłeś?

— Wyleczyć? Nie, to było nieuleczalne, ale znalazłem dla nich znakomity sposób, kazałem im przemawiać chórem.

Zakończył i powiódł triumfującym spojrzeniem po rozbawionych twarzach.

— Tak, moi drodzy — ciągnął. — Nauczyli się tego i viribus unitis zdobyli sławę i majątek. Wszystko zależy na świecie od genialności pomysłu. Wy, ludzie pozbawieni tej iskry prometejskiej, przechodzicie obojętnie obok jakiegoś zjawiska, ja natomiast z byle drobiazgu wysnuwam kapitalne wnioski. Codziennie czytacie na przykład gazety i niejednemu musiała wpaść w oczy powtarzająca się wzmianka, że ten czy ów zamiast życzeń świątecznych składa złotych sto czy dwieście na jakiś społeczny czy filantropijny cel. I cóż?... Rodzi się w waszych czaszkach jakaś myśl?... Nie, oczywiście nie. A ja już oczyma duszy widzę dalsze rozwinięte jej idee. Jeżeli kosztem ofiary na zbożny cel można się pozbyć uciążliwej funkcji składania życzeń znajomym, dlaczego kosztem dalszego datku nie uwolnić się od nudnego, a w dni słotne lub mroźne przykrego obowiązku kłaniania się?... “Zamiast ukłonów i witania się ze znajomymi Seweryn Maria Tukałło na ociemniałych składa zł sto!" Brzmi zupełnie dobrze. Albo: “Zamiast odpowiadania na pytania «co słychać», «jakże tam?», «co nowego?» Iks Igrek na niedokarmione matki składa pięćset złotych". Można pójść dalej. Dać setkę zamiast ustępowania damom miejsca w tramwaju, drugą zamiast ukrywania ziewania, trzecią zamiast przeproszeń, gdy się kogoś potrąci, czwartą zamiast hamowania czkawki i innych odgłosów, świadczących o wadliwym funkcjonowaniu narządów trawiennych, i tak dalej, i tak dalej. Jakież będą skutki?... Oto wkrótce tylko ludzie najubożsi, których nie stać na datki, będą dobrze wychowani. W ten sposób kultura stanie się udziałem proletariatu. Musicie przyznać, że żaden socjolog dotychczas tak prosto tego zagadnienia nie rozwiązał.

Zapanował gwar. Prześcigano się w pomysłach wykupienia się od rozmaitych obowiązków i zwyczajów.

Polaski zwrócił się do Kate:

— Czy kuzyn pani dziś nie przyjdzie?

— Nie. Wyjechał na trzy dni z Warszawy — odpowiedziała.

— Hm... Więc może teraz zacząłbym tę lekturę, jeżeli pani pozwoli?

— Doskonale — skinęła głową Kate i powiedziała głośno:

— Proszę państwa! Pan Polaski na moją prośbę chce nam coś przeczytać.

Posypały się nieuniknione żarciki, ten i ów skrzywił się dla zasady, ale w końcu zapanowała cisza. Polaski z rękopisem w ręku usiadł w kąciku pod lampą i objaśnił:

— Moi drodzy. Poproszę was o trochę uwagi, bo zależy mi na waszym sądzie. Jest to nowela. Tytuł: Dzień siódmy.

— Czyja? — zapytał Strąkowski. — Twoja?...

Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Polaski chrząknął i zaczął czytać. Nie miał zdolności recytatora, ale czytał w dobrym tempie, równo i dostatecznie akcentując. Już po pierwszych paru stronach w pokoju zapanowała atmosfera zaciekawienia i skupionej uwagi. Gdy dojechawszy do połowy zrobił pauzę, by zapalić papierosa, nastrój już był taki, że nikt się nie odezwał ani słowem.

Zresztą sam czytający był podniecony, gorączkowo przewracał kartki, zapomniał o odłożonym papierosie i czytał coraz prędzej. Jolanta wstała i słuchała oparta o pianino. Kate miała lekkie rumieńce. Kuczymiński siedział skulony z zamkniętymi oczyma. Chochla robił takie minki, jakby go torturowano.

Polaski skończył. Nie patrząc na obecnych złożył rękopis, wsunął do teczki i teczkę zamknął.

— Doskonałe! — odezwała się pierwsza Jolanta.

Tukałło wyciągnął przed siebie palec ruchem prokuratora.

— Nie, Adamie. Ty tego nie napisałeś. To nie twój rodzaj.

— Cóż za siła wyrazu! Co za wyobraźnia! — zawołał zrywając się z krzesła Strąkowski. — Ależ to jest najlepsza nowela, jaką znam.

— Robi wrażenie wstrząsające — odezwał się Gogo.

Drozd wstał i wyciągnął do Polaskiego rękę.

— Winszuję ci. I ta forma. Zupełnie nowa u ciebie. No, niezrównana!

Kuczymiński milczał i Polaski zwrócił się doń:

— A co ty o tym powiesz?

— Nie zgodzę się z Drozdem. Właśnie jedyną rzeczą złą w tej noweli jest jej forma. Forma noweli. Nie rozumiem, Adamie, jak mogłeś nie zauważyć, że to jest sztuka teatralna.

— Oczywiście! — potwierdził Tukałło. — Jedyną formą właściwą dla tego tematu jest teatr. Zresztą cała budowa jest wybitnie sceniczna. Ale upieram się, że to nie jest twoje.

Polaski uśmiechnął się.

— Masz rację. To nie jest moje. Napisał to ktoś zupełnie początkujący. Nie drukował jeszcze nic.

— Kto to? — odezwało się kilka głosów.

— Tego nie mogę powiedzieć bez jego wiedzy.

— Ależ to talent! Talent czystej wody! — zawołał Strąkowski.

— Zupełnie dojrzały talent, i to w najszlachetniejszym gatunku — dodała pani Jolanta.

— No, niezupełnie dojrzały — zastrzegł się Kuczymiński. — Są tam rzeczy, które wymagają głębokiego opracowania. No i sam wybór rodzaju literackiego nie świadczy o dojrzałości ostatecznej. To jest sztuka. Musi to przerobić na sztukę. Ale przyznaję, że odkryłeś nie byle jaką gwiazdę.

Polaski podniósł głowę.

— Myślę, proszę państwa — powiedział nieco patetycznym tonem — że odkryłem wielkiego dramaturga. I nie waham się oświadczyć, że w takiej skali nie mieliśmy dramaturga od śmierci Wyspiańskiego. To jest jedyny jego utwór, jaki znam, ale jestem pewien, że spod tego pióra mogą, ba, muszą wyjść jeszcze rzeczy wspaniałe.

— Podzielam twoje nadzieje — przytaknął Tukałło. — Przede wszystkim uderzyło mnie jedno. Ten autor nie boi się osnuwania utworu na elementarnych uczuciach ludzkich. Miłość, nienawiść, dobroć. Do licha! Ta odwaga! To szekspirowska wiara w potęgę własnego pióra. Tylko najlepsi, z Szekspirem na czele, nie wahali się podawać namiętności ludzkie w stanie klasycznym, czystym, bez żadnych doi nadbudówek, ozdóbek, zawijasów psychologicznych, sztucznej głębi i tej całej galanterii literackiej, tej norymberszczyzny, którą miernoty tak skrupulatnie, tak umiejętnie i fachowo cerują, łatają i sztopują dziury w szlafroku swego ducha. Otóż tu widzę przede wszystkim ten gest twórczy, śmiały i zdecydowany w swej prostocie. To zapowiedź najszczęśliwsza, zadatek dużej klasy.

— A jaka prawda bije z tych postaci — odezwała się Jolanta. — Co za plastyka choćby w tej Marcie!

Wszyscy dorzucali swoje uwagi. Wymieniano i wady utworu: pewną szorstkość stylu, prowincjonalizmy i nieproporcjonalność fragmentów.

Tylko Kate nie brała udziału w rozmowie. Odpowiedziała monosylabami na kilka bezpośrednio do niej skierowanych pytań i milczała. Była całkowicie pod wrażeniem “Dnia siódmego" i przejęta swoim przeczu ciem, niemal pewnością, że autorem tej noweli jest Roger. Przecie to był jego sposób rozwijania myśli, jego genre zaskakiwania w dialogu, nawet kilka wyrażeń, które już odeń słyszała. Utworem była zachwycona, a teraz, gdy wokół niej ci ludzie, tak zwykle wymagający, tak krytyczni, tak złośliwi, swymi pochwałami uzasadniali i podtrzymywali jej zachwyt, ogarniała ją jakaś nieprawdopodobna radość, radość taka, jakiej dotychczas nigdy nie odczuwała.

Była zbyt oszołomiona, by zastanowić się nad pobudkami tej radości, wzruszenia czy dumy, bo już nie wiedziała, co w niej bierze górę nad innymi uczuciami w tej chwili. Do końca wieczoru trwał w niej ten nastrój. Gdy po kolacji wychodzili, zapytała Polaskiego:

— Nie może mi pan powiedzieć, kto jest autorem tej noweli?

Uśmiechnął się znacząco.

— To tortura dla mnie odmówić pani, ale muszę. Sama pani rozumie zechce wybaczyć. Bez jego zgody nie mogę.

— Szkoda, ale przyznaję panu słuszność i przepraszam za napieranie się — podała mu rękę na pożegnanie.

Polaski zawahał się i dodał:

— Jedno mogę powiedzieć: pani zna autora i będzie pani miło, że odkryłem w nim niepospolity talent.

Gdy się już drzwi za nim zamknęły, Kate zaczęła się śmiać. Będzie mi miło!... Jakiż zabawny jest ten Polaski! Będzie jej miło!... Zaciskała nerwowo palce i chodziła bez celu po wszystkich pokojach, nie mogąc zebrać rozpierzchłych w jakimś niespokojnym i radosnym tańcu myśli.

— Jak to dobrze, że on poszedł — pomyślała o Gogu.

Nagle przypomniała sobie owe wierszyki na laurkach. Wprawdzie Tyniecki prosił ją, by ich nie czytała, ale nie mogła się teraz powstrzymać. Te wszystkie pamiątki były w kufrze na szafie w korytarzu. Niepodobna było o tej porze budzić Marynię. Z niemałym wysiłkiem wysunęła na korytarz stół, na stole postawiła krzesło i postawiła kufer. Na szczęście laurki nie były schowane zbyt głęboko i po kwadransie je znalazła.

Teraz usiadła na łóżku i zaczęła czytać. Były to istotnie naiwne i nie zawsze prawidłowo zbudowane, ale poprawne na ogół wierszyki. W każdym jednak można było znaleźć myśl głębszą i dość oryginalne jej ujęcie. Przeczytała wierszyki kilka razy i zastanowiła się:

— Właściwie dlaczego tak się cieszę?...

Lecz była już tak zmęczona wrażeniami, że pytanie to pozostało w niej bez odpowiedzi. Podziałało jedynie jako hamulec wewnętrzny, wprowadziło nutkę dysonansu do jej nastroju.

Zasnęła bardzo późno i spała tak mocno, że nawet nie słyszała dość, jak zwykle, hałaśliwego powrotu męża. Wstała w doskonałym usposobieniu i zaraz po śniadaniu zatelefonowała do hotelu. Dowiedziała się, że pan hrabia jeszcze nie przyjechał. Ledwie jednak zdążyła odłożyć słuchawkę, gdy telefon zadzwonił.

Poznała głos Tynieckiego. Przepraszał, że tak wcześnie ją niepokoi.

— Pan wrócił? — zdziwiła się. — Przed sekundą oświadczono mi w hotelu, że jeszcze pana nie ma.

— Tak?... A bo ja dzwonię wprost z dworca. Przywiozłem ten portret naszej wspólnej prababki, który wisiał w pani pokoju w Prudach. I właśnie zastanawiałem się, że nie ma sensu zabierać go do hotelu. Mógłbym po drodze przynieść go wprost do pani, jeżeli naturalnie nie przeszkodzę o tak niewłaściwej dla wizyt porze.

— Ten portret?... Pan jest naprawdę zbyt dobry. Proszę mi wierzyć, iż nie po to mówiłam panu, że przywiązana jestem do tego portretu, by się doń przymówić.

— Jakże można posądzać mnie, pani Kate, o podobne myśli. Po prostu dla mnie przedstawia on chyba tylko tę wartość, że mogę nim zrobić pani chociażby małą przyjemność.

— Bardzo wielką. Niechże pan przyjedzie. Dostanie pan śniadanie.

W dziesięć minut później był już na miejscu. Nie mogła ukryć tej emocji, z jaką go przyjęła. Gdy już odpakowali portret i Roger zasiadł do śniadania, zapytała:

— Nie widział się pan jeszcze z nikim ze znajomych po przyjeździe?

— Nie. Zdążyłem tylko być u fryzjera na dworcu i zatelefonowałem do pani.

— Więc nie rozmawiał pan też z nikim przez telefon?

— Nie! — zdziwił się. — Dlaczego pani pyta?

Przysunęła jego filiżankę i nalewając kawę, powiedziała:

— Woli pan zdaje się mało mleka.

— Jak najmniej, proszę pani. Dziękuję.

Zamieszał cukier i zauważył:

— Jest pani czymś podniecona. Musiało panią spotkać coś bardzo pomyślnego.

— Tak — przyznała, patrząc mu w oczy — chociaż niczego nie dokonałam, niczego nie stworzyłam, cieszę się jak Stwórca, patrzący z radości na swe dzieło w dniu siódmym.

Ręka Tynieckiego wraz z filiżanką zatrzymała się w powietrzu.

— Skąd... skąd pani na myśl przyszło takie porównanie? — zapytał po pauzie.

— Ach, to z wczorajszego wieczoru — siląc się na obojętny ton odpowiedziała Kate. Teraz już miała pewność, że to on jest autorem. — Było tu zwykłe towarzystwo i Polaski czytał nowelę, której autora nie chciał zdradzić. Nowela zawierała właśnie to porównanie i nazywała się “Dzień siódmy".

Twarz Rogera bladła coraz bardziej, głos mu lekko drżał, gdy się odezwał:

— Po cóż pan Polaski to czytał?... Czy chodziło o zabawienie towarzystwa?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— Nie, panie Rogerze. Chciał się pochwalić, pochwalić się odkryciem nowego, wielkiego talentu.

Powtórzyła:

— Nowego, wielkiego talentu.

Roger siedział nieruchomo, z zamkniętymi powiekami, z jakimś stężeniem rysów twarzy, i jeszcze bardziej robił wrażenie rzeźby niż wówczas, po wypadku w lesie.

— Pani nie żartuje? — wyszeptał wreszcie.

Wtedy wzięła jego rękę i zaczęła gorączkowo mówić. Nie, nie żartuje. Nowela była wspaniała. Wywarła ogromne wrażenie nie tylko na niej, ale na wszystkich. Strąkowski, Kuczymiński, Polaski, Drozd, Chochla, Jolanta, ba, nawet Tukałło, wszyscy nie szczędzili słów zachwytu. I powtarzała wszystkie zdania, i cytowała opinie, i opowiadała, jak wszyscy doszli do wniosku, że autor będzie świetnym dramaturgiem.

— A ja, ja panie Rogerze, ja od razu odgadłam, że to pan napisał. Nie odgadłam, odczułam, poznałam, wiedziałam. I taka byłam szczęśliwa, taka szczęśliwa.

Nie panowała zupełnie nad sobą. Nie myślała o sobie.

Nie myślała o sobie ani o tym, co mówi, ani o tym, że mówi w ogóle. Owładnęło ją wzruszenie, dojmujące, całkowite, upajające wzruszenie, jakiego nigdy dotychczas nie znała i któremu teraz poddawała się tak jak działaniu jakiegoś narkotyku.

Widziała przed sobą tylko jego oczy, mieniące się całą gamą uczuć i tak głębokie, i coraz głębsze, że niepodobna w nich było dojrzeć dna, niepodobna było poznać je do końca. A jednak zanurzając się w nich spojrzeniem nie odczuwała najmniejszego strachu, wiedziała, że nie spotkają jej tam żadne niebezpieczeństwa, że w tej nieznanej głębi otoczy ją ciepło i siła, tak obezwładniające jak sen i tak bliskie, opiekuńcze, konieczne jak jego obecność.

Ostry dzwonek telefonu w sąsiednim pokoju otrzeźwił ją z tego nastroju. Dzwonił Irwing, by pod pretekstem jakimś zamienić z nią kilka słów. Gdy wróciła, zastała Rogera stojącego przy oknie.

— Jak to dobrze — zaczął bez wstępu — że pani odczuła, ile do tego przywiązuję wagi. Nie mówiłem nikomu o swoich nadziejach ani aspiracjach. Nie mówiłem i pani. Ale pani nie mówiłem dlatego, że równie obawiałem się klęski, jak pragnąłem zwycięstwa, a czyż miałem prawo wyzyskiwać pani życzliwość dla mnie i narażać ją na niepokój?...

— Miał pan prawo — powiedziała cicho.

— Ach, ileż razy tak bardzo była mi potrzebna pani rada, ile razy chciałem dać pani do oceny ten czy inny mój utwór. Jakże często umyślnie w rozmowie z panią rozwijałem te kwestie, które miały stanowić osnowę jakiejś mojej noweli. I sąd pani był dla mnie sprawdzianem. Dzięki pani zbliżyłem się do tego środowiska, w którym jak w lustrze mogłem się przejrzeć i porównać swój umysł i swoje poczucie Sztuki z poziomem duchowym i artystycznym tych ludzi. Nie dało mi to żadnej odpowiedzi, żadnej pewności. Ośmieliło mnie jednak do zrobienia decydującego kroku, do zapytania swego przeznaczenia: czy jestem kimś, czy kimś będę?... Czy od lat pielęgnowane marzenia spełnią się choć w drobnej części? Czy ja, prawdziwy ja, dworski pisarz prowentowy, który w szaleńczej megalomanii dopatrzył się w sobie iskry bożej i potajemnie, i uparcie, latami usiłował rozżarzyć ją w płomień, jestem, mogę być artystą, twórcą, czy mam zostać nędznym i śmiesznym grafomanem, zerem, którego wartości nie zmieni kaprys losu, co z Kopciuszka zrobił pana?... Bo muszę i to pani powiedzieć: nie czuję się Rogerem Tynieckim. Czy pani mnie rozumie?

— Nie — potrząsnęła głową — w każdym razie niezupełnie.

— Więc wyjaśnię to. Nie potrafię już być Tynieckim. Przemiana zastała mnie wtedy, gdy miałem lat dwadzieścia osiem. To znaczy wtedy, gdy byłem już dojrzałym człowiekiem, człowiekiem, który ma swoje wyrobione poglądy, przekonania, wierzenia. Więcej, bo upodobania, pragnienia, tęsknoty, nadzieje, aspiracje, uczucia. Słowem, swoją indywidualność. A przecie indywidualności nie zmieni to, że nagle zmieni się stan materialny i pozycja społeczna człowieka. Należałoby wyprzeć się siebie, wyrzec się wszystkiego, czym się było, a zatem wyrzec się siebie i stać się kimś zupełnie nowym. Sądzę, że to jest ponad ludzkie siły, ponad siły moje przynajmniej. Równałoby się to po prostu śmierci duchowej. Nieraz, marząc o tym, co mogłoby stać się ze mną za sprawą czarów jakichś wróżek, zastanawiałem się, czy chciałbym nazajutrz obudzić się na przykład jako indyjski maharadża, amerykański milioner, jako jakiś sławny pisarz czy król. I dochodziłem zawsze do przekonania, że nie pragnąłbym takiego cudu. Bo przecież wówczas nie byłbym już sobą. Byłbym jakimś innym, obcym człowiekiem, który nic nie obchodzi mnie. Maciusia z Prudów. Otóż wbrew przekonaniom wielu, a może i przypuszczeniom pani, wielka przemiana w moim życiu bynajmniej nie dała mi szczęścia. Sprawiła wiele, gdyż dzięki niej otworzyła się przede mną znacznie prostsza i łatwiejsza droga do urzeczywistnienia moich pragnień, do zaspokojenia moich aspiracji. Moich, drobnego oficjalisty dworskiego, który nocami pisywał naiwne wiersze i z zasłyszanych zdarzeń układał opowiadania w nadziei, że kiedyś, kiedyś ukażą się w druku... Czy teraz rozumie mnie pani?...

— Tak. Doskonale pana rozumiem i nie umiem wyrazić, jak bardzo się cieszę, że osiągnął pan cel swego życia.

Spojrzał na nią, w jego oczach na jedno mgnienie rozpalił się jakiś ostry błysk, czekała, że powie coś bardzo ważnego, lecz on widocznie zmienił zamiar. Ożywienie znikło z jego twarzy. Patrzał przed siebie w zamyśleniu i po chwili uśmiechnął się.

— To jest tylko jeden z etapów do tego, co jest celem mego życia — powiedział, usiłując swemu głosowi dać ton lekki i swobodny.

— A cóż jest tym celem? — zapytała.

Spojrzał jej prosto w oczy i odpowiedział poważnie:

— Szczęście.

Chciała zbliżyć się doń, położyć mu ręce na ramionach i zapewnić, że jest pełna wiary w to, że zasługuje na szczęście, że je zdobędzie, bo chyba nikt nie jest bardziej wart szczęścia niż on. Opanowała się jednak i odezwała się rzeczowo:

— Więc przystąpi pan do przerobienia tego Dnia siódmego na scenę?

— Kiedyś tak. Ale przede wszystkim wykończę sztukę, nad którą pracuję obecnie.

— Sztukę? — zdziwiła się. — Więc pan zamierza pisać dla teatru?

— O tak. Od dawna. Pomysł tej sztuki przyszedł mi do głowy tego dnia, gdy pani po raz pierwszy przyjechała do Prudów na wakacje. Może

pani pamięta, że wówczas w całej okolicy mówiono tylko o panu Laniewskim z Sieńczyc, który usiłował zabić swego syna?...

— Tak, tak — potwierdziła — coś sobie przypominam.

— Otóż zdarzenie to posłużyło mi jako tło najpierw do wiersza, a później do sztuki. Będzie ona nosiła tytuł: Głogi. Oczywiście zanim odważę się złożyć ją w teatrze, poproszę panią i pani przyjaciół o przeczytanie i o uwagi. Już teraz wydaje mi się lepsza niż Dzień siódmy, ale może to być zdanie mylne.

Zdanie nie było mylne. W kilka dni później Kate przeczytała Głogi i zgodnie z życzeniem Rogera dała rękopis Polaskiemu. Powiedziała przy tym:

— Za mało znam się na teatrze, by ferować wyroki. Ale jestem pewna, że i na panu wywrze to wrażenie wstrząsające.

W dwa tygodnie później ukazały się w prasie wzmianki, że Teatr Narodowy wystawi jeszcze przy końcu bieżącego sezonu sztukę pt. Głogi.

“Będzie to debiut nowego talentu dramatopisarskiego — zapowiadał komunikat — talentu o dużej skali. Autorem Głogów jest młody pisarz dotychczas nieznany, Roger Tyniecki".

Przez cały ten czas, jak i później, kiedy sztuka weszła w okres prób, Kate głównie zajęta była jej losami. Obsada, dekoracje, skróty, przeróbki, wszystko to zajmowało ją tak, że znacznie łatwiej i obojętniej znosiła tę atmosferę, którą wytwarzał w domu Gogo, coraz bardziej nierówny, coraz częściej pozwalający sobie na histeryczne wybuchy.

W tym czasie Tyniecki kupił sobie willę na Saskiej Kępie. Była to nieduża, lecz wygodna i ładna willa, którą wybrał za radą Kate z kilkudziesięciu proponowanych mu przez pośredników. Właśnie po tym kupnie Gogo popadł w nowy okres niezadowolenia. Przede wszystkim nie podobało mu się, że willa jest zbyt skromna.

— To jest ze strony Rogera brudne skąpstwo — irytował się. — Rozporządzając takim olbrzymim majątkiem kupować jakąś chałupinkę. Mógł pokazać klasę i zafundować sobie jakiś pałacyk w Alejach Ujazdowskich, jeżeli nie cały pałac. Każdy urzędniczyna może sobie na taką willę pozwolić.

I dodał ironicznie:

— Pieniądze dostają się w ręce ludzi, którzy mają upodobania pisarczyka prowentowego, a potrzeby nędzarza.

Kate nic nie odpowiedziała. Już od dawna stosowała wobec Goga ten system, zbywając milczeniem jego objawy niezadowolenia z losu. W ostatnich czasach były one coraz częstsze. Nietrudno domyślić się było przyczyn złego humoru Goga. Ustawicznie brakowało mu pieniędzy. Nie płacił od roku już rachunków krawca, szewca i sklepu konfekcyjnego. Doprowadził do tego, że nie tylko zamknięto mu kredyt, lecz komornik zajął meble. W mieszkaniu coraz częstszymi gośćmi stawali się natarczywi wierzyciele. Pomimo to Gogo nie zmieniał swego trybu życia i prawie co dzień przesiadywał “Pod Lutnią", a bardzo cząsto spędzał noce na dancingach.

W chwilach przygnębienia narzekał:

— Duszę się, dosłownie duszę się w tych warunkach. Nie jestem stworzony do takiego życia.

Razu pewnego, po wyjściu lichwiarki, która przyszła z awanturą o zaległe procenty, popadł w zupełną rozpacz.

— Nie zostaje mi nic innego, jak palnąć sobie w łeb — mówił. — I ty odetchniesz z ulgą, gdy się mnie pozbędziesz. I ja już nie będę się męczył.

— Tysiące ludzi żyją w stokroć skromniejszych warunkach — odpowiedziała obojętnie Kate.

— Ach, tysiące. Ale ja nie umiem. Ja nie chcę tak żyć. To nie dla mnie.

— Każdy tak może powiedzieć.

— Nie każdy, ale właśnie ja. Przed innymi ludźmi są zawsze jakieś nadzieje. Ja nie mam żadnych. Przeciwnie, ja wiem, że nic na korzyść zmienić się nie może w moim życiu. Spadek żaden mnie nie czeka. Może się tylko pogorszyć.

Kate wzruszyła ramionami.

— Zapominasz o jednej rzeczy: można pracować.

— Nonsens. Nie jestem stworzony do pracy.

Kate umilkła. Wiedziała, że wszelkie namowy były rzucaniem grochu o ścianę. Minął już dawno ten okres, gdy nawiedzały go porywy słomianej energii.

Po pierwszej wizycie komornika Kate natomiast sama postanowiła wziąć jakąś pracę. Dzięki uprzejmości Kuczymińskiego zwrócił się do niej jeden z domów wydawniczych z propozycją załatwiania korespondencji w językach obcych. Pracy miało być stosunkowo niewiele. Trzy razy w tygodniu miała po kilka godzin przesiadywać w biurze, pobierając za to sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie.

Gdy wróciła do domu z gotową umową i zakomunikowała mężowi, że od pierwszego obejmuje posadę, oburzył się:

— Posadę?... Moja żona posadę?!... Tego jeszcze brakowało. Nigdy się na to nie zgodzę.

— Nie rozumiem, dlaczego. Zawsze narzekasz na brak pieniędzy.

— Ale nie chcę ich mieć kosztem deklasowania się ostatecznego. Stać mnie na to, by moja żona nie pracowała.

Uśmiechnęła się smutno.

— Stać cię?

— Tak! — krzyknął. — I zabraniam ci w ogóle myśleć o jakimś biurze.

— Używasz zbyt jaskrawych słów, mój drogi.

— Są jeszcze za blade — irytował się. — Oczywiście, możesz mego zakazu nie usłuchać, ale wiedz, że znajdę sposób, by ci tej posady nie dano.

— To już za późno — odpowiedziała spokojnie. — Właśnie przed godziną podpisałam umowę.

— Jak to? Podpisałaś?... Bez mojej wiedzy?... Wiesz, że tego się po tobie nie spodziewałem. W tajemnicy przede mną!

— Nie było żadnej tajemnicy. Po prostu nie mówiłam o tym, póki rzecz nie została sfinalizowana. Sama nie wiedziałam, czy uda mi się uzyskać tę posadę. A zresztą nie spodziewałam się twego sprzeciwu, którego i teraz zrozumieć nie mogę.

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju.

— Ładna historia. Już wyobrażam sobie, co ludzie będą gadali. Naturalnie! Mąż utracjusz, rozbija się po knajpach, a żonę zmusza do pracy, by zarabiała nań pieniądze. Piękna sytuacja. Gotowi jeszcze stwierdzić, że jestem na twoim utrzymaniu. O nie, moja droga! Nie.

— Gdybyś zwracał uwagę na to, co ludzie mówią, sądzę, że postarałbyś się przede wszystkim zmienić tryb swego życia.

Gogo krzyknął:

— Nie zagaduj! Nie zagaduj! Wiesz doskonale, że to zupełnie inna kwestia. A teraz już zaczynam podejrzewać, żeś po prostu mnie na złość wymyśliła tę posadę. Po to, by właśnie ludzie mówili o mnie jak najgorzej.

Kate uśmiechnęła się.

— Jesteś nader uprzejmy.

— W każdym razie, nic z tego nie będzie. Umowa czy nie umowa, a pracować nie możesz.

— Jednak zobowiązałam się — oponowała Kate.

— Powiesz, żeś zrobiła to bez porozumienia się ze mną. Albo jeszcze lepiej. Sam do nich zadzwonię.

— Radziłabym ci najpierw zastanowić się.

— Nie mam nad czym. Tego jeszcze brakowało, byśmy dla kilku złotych obniżali naszą pozycję społeczną.

— A ja znajduję. Bardzo wiele pań pracuje. Jeżeli jesteś tak czuły na kwestie prestiżowe, przypomnij sobie, że pracują i panie z najlepszego towarzystwa. Cioteczna siostra księcia Załuckiego ma posadę w banku, panna Czeńska jest kasjerką w sklepie.

— Niech sobie będą. Mogą sobie na to pozwolić, bo ich sytuacja towarzyska jest wyraźna i nie może nasuwać żadnych wątpliwości.

Kate wzruszyła ramionami.

— Przypuszczam, że moja sytuacja towarzyska również.

Gogo zaczerwienił się.

— Bardzoś wytwornie zaaplikowała mi tę szpileczkę. Cóż, uzasadnione rozróżnienie twojej sytuacji i mojej. Naturalnie.

— Drażliwość zupełnie nieuzasadniona. Nie myślałam o żadnym rozróżnieniu.

— Tak czy owak — zmarszczył brwi Gogo — będę ci bardzo zobowiązany, jeżeli na przyszłość zechcesz się liczyć z faktem mego istnienia i zdobędziesz się na tyle lojalności, by uprzedzać mnie o takich twoich zamiarach, które muszą i mnie dotyczyć, jako twego męża. A do tego wydawcy jeszcze dzisiaj zadzwonię i wyjaśnię mu, że był to tylko twój kaprys, że nudziłaś się, czy coś w tym rodzaju.

— Wolałabym dotrzymać umowy.

— Nie, Kate. To jest niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Jeżeli oni zechcą odszkodowania, to zapłacę, ale nie możesz pracować.

Kate już więcej nie wracała do tego tematu.

Pewnego popołudnia, gdy Kate była z wizytą u siostry Załuckiego, a Tyniecki wybierał się na Saską Kępę, zabrał się z nim i Gogo, by obejrzeć urządzenie willi.

— Dlaczego właściwie nie sprowadza pan samochodu do Warszawy? — zapytał Gogo, gdy wsiedli do taksówki.

— Nie jest mi potrzebny — powiedział Tyniecki. — Lubię chodzić, prowadzić wozu nie umiem. Zresztą w nabytej przeze mnie willi nie ma garażu.

Nie byli ze sobą tak blisko, by Gogo mógł sobie pozwolić na wyrażenie szczerej opinii o postępowaniu Rogera. Zaryzykował jednak zdanie:

— Jest pan chyba najoszczędniejszym człowiekiem w Polsce.

— Nie zabiegam o ten zaszczyt.

— Przy pańskich dochodach i przy pańskich wydatkach odłoży pan miliony.

Tyniecki uśmiechnął się.

— Nie zależy mi na tym.

— Wierzę, ale w takim razie nie mogę pojąć celu tych wyrzeczeń się.

— To proste. Nie ma ich. Niczego się nie wyrzekam.

— Podziwiam pana — uciął Gogo.

Bytność na Saskiej Kępie i rozmowa z Tynieckim do reszty wyprowadziły Goga z równowagi. Z całą jaskrawością uprzytomnił sobie nonsens tego wybryku losu, który skazał go na nędzne bytowanie, na oddanie majątku temu parweniuszowi, nie umiejącemu nawet używać tego szczęścia, które daje bogactwo. Zamiast siedzieć za granicą, obracać się w wesołym i beztroskim świecie, podróżować, przestawać z ludźmi z najwyższych sfer, z wielką międzynarodową arystokracją, ugrzązł ten osioł w Warszawie, kupił sobie mizerny domek i spędzi tu szaro, bezbarwnie, głupio i jałowo całe życie.

Tu przyszła refleksja: ostatecznie Tyniecki ma swoje inne cele, tego mu niepodobna odmówić. Pisze swoje sztuki i wszyscy znający się na tym przepowiadają mu duże powodzenie.

Myśl ta nie uspokoiła jednak Goga. Przeciwnie, pociągnęła za sobą cały szereg dalszych, jeszcze bardziej gorzkich. Oto Tyniecki, którego los obdarzył tytułem i bogactwem, zdobędzie jeszcze sławę. Ludzie będą się z nim liczyli nie tylko jako z milionerem i spadkobiercą jednego z najświetniejszych nazwisk w Polsce, ale też z jego talentem. Już teraz całe towarzystwo spod “Lutni" mówi o nim jak o przyszłej znakomitości, już teraz traktują go z większym zainteresowaniem i uznaniem niż Goga, z którym przecież od tak dawna są w przyjaźni.

— Nie mam co się łudzić — myślał Gogo. — Może i lubią mnie trochę, ale lekceważą. Trzeba mieć odwagę powiedzenia tego sobie bez obsłonek. Lekceważą, a szukają mego towarzystwa nie dla mnie, lecz dla Kate... Tak, rozpływają się nad jej inteligencją, smakiem, intuicją artystyczną. Liczą się z jej zdaniem... Liczą się też z tym, co mówi Tyniecki. I on, i Kate są dla nich kimś, tylko ja jestem niczym...

Ogarnął go ohydny nastrój wstrętu do siebie i pogardy. Nie, nie mógł teraz iść do domu.

Wstąpił do podrzędnej restauracji, gdzie nie spodziewał się spotkać nikogo ze znajomych. Usiadł przy stoliku w kącie i kazał podać sobie wódki. W miarę działania alkoholu jednak nastrój nie poprawiał się. Odwrotnie, poczucie własnej niższości pogłębiało się.

— Jestem zerem — myślał. — Gorzej niż zerem, bo darmozjadem, który w najpodlejszy sposób przypochlebia się wrogowi, by nie cofnął swojej pańskiej łaski, swojej jałmużny... No tak, bo gdybym nie był odeń zależny, po prostu wyrzuciłbym go za drzwi. Przecie nienawidzę go. I tylko sam siebie starałem okłamywać, że jego obecność sprawia mi przyjemność. Jestem nędznym padalcem.

A po chwili przyszła myśl inna:

— Może to wszystko dlatego, że w moich żyłach płynie chamska krew jakiegoś fornala i jakiejś parszywej mamki?... Ohyda, ohyda...

I zaraz później przyszła pewność, że jeżeli tak nie jest, jeżeli nawet tak nie jest, to Kate niewątpliwie tak go osądza. Uważa go za chama, za głupca, za pospolite bydlę, za pasożyta, a siebie oczywiście za bóstwo skazane na życie pod jednym dachem z istotą nieskończenie od niej niższą, nie zasługującą nawet na litość.

Tak, czytał to przecież nieraz w jej oczach, brzmiało to nieraz w jej szatańsko na pozór obojętnym głosie.

Gorycz zalewała mu mózg.

— I co najgorsze, jestem bezsilny. Nic na to nie mogę poradzić, nic w tym zmienić.

Knajpka opustoszała. Gogo wstał, uregulował rachunek i wyszedł. Nie miał zamiaru iść do domu. Zapadł już wieczór, ulice pełne były publiczności, spacerującej, rozgadanej, wesołej. Ciepło pierwszych dni wiosny wywabiło wszystkie żyjątka gnieżdżące się w ciasnych kamienicach, wstrętny tłum...

Gogo skręcił w boczną uliczkę, gdzie ruch był mniejszy, i szedł przed siebie. Po godzinie czy dwóch zdecydował się przerwać swoją bezcelową wędrówkę i zawrócił w nadziei, że “Pod Lutnią" zastanie dobre humory i że jakoś wśród nich otrząśnie się ze swych ponurych myśli.

“Pod Lutnią" rzeczywiście było wesoło. Sewer Tukałło w świetnym usposobieniu grzmiał dowcipami, jak kartaczownica, Polaski, który świeżo wrócił z Krakowa, opowiadał złośliwe plotki o tamtejszym światku literackim. Wszyscy już porządnie mieli w czubach.

Nastrój jednak nie udzielił się wszystkim. Gogo na próżno usiłował zamaskować swój stan psychiczny konwencjonalnymi uśmiechami.

— Co ci jest? — zapytał go obojętnie Drozd.

— Nic mi nie jest. Tak jakoś nie czuję się dziś w sosie.

— Więc się urżnij — poradził przez stół hrabia Czumski.

— Staram się — odpowiedział Gogo, wypróżniając nowy kieliszek.

Lecz i upić się nie mógł, chociaż pił bez umiaru. Dopiero w “Moulin

Rouge", dokąd przenieśli się po północy, zaczął odczuwać skutki alkoholu. Zatoczył się i omal nie wywrócił stolika. Mózg jednak pozostał trzeźwy przynajmniej o tyle, że nie mógł pozbyć się huczących w nim myśli. I tak już było do rana. Zmienili jeszcze trzy lokale, a na zakończenie Irwing, Załucki i Gogo pojechali do karczmy za miasto.

Gdy wracał do domu, zegarek wskazywał dziewiątą. Mieszkanie było posprzątane, wszystkie okna otwarte, pokoje pełne słońca. Kate w swojej sypialni siedziała przy sekretarzyku i coś rysowała.

Stanął w progu i zapytał:

— Czy jest piwo w domu?

— Owszem — odwróciła się doń — czy kazać ci podać?

Miała na sobie czarną wełnianą sukienkę z białym wąskim kołnierzykiem, osłaniającym szyję. Wyglądała czysto, schludnie i zimno, jak zakonnica.

— Cóż to tak charakteryzujesz się na klasztor? — uśmiechnął się sarkastycznie. — Czy po to, by pognębić moralnie męża, który nie godzien jest rozwiązać rzemyka?... Co?...

— Zaraz przyniosę ci piwo — wstała Kate.

— Poczekaj. Nic pilnego. Cóż to rysujesz?

— To jest projekt rozplanowania ogródka.

— Jakiego ogródka?

— Przy willi pana Tynieckiego — odpowiedziała i chciała schować rysunek, lecz Gogo wyrwał go jej z ręki.

— Nie będziesz projektowała żadnych ogródków! — krzyknął. — Nie życzę sobie tego! Rozumiesz?

— Rozumiem — skinęła obojętnie głową.

— Myślisz, że jestem pijany, co?

— Nie sądzę, byś był trzeźwy — zauważyła spokojnie.

— Otóż jestem trzeźwy! Dość trzeźwy na to, by ci powiedzieć, co myślę o tobie i o twojej anielskiej wyniosłości.

Kate powiedziała pojednawczo:

— Zapewne, Gogo, możesz poczęstować mnie porcją zwykłych nieuprzejmości, ale zastanów się, czy to jest potrzebne... Wiesz, że mnie nie dotkną, wiesz, że nie mogę poważnie przyjąć tego, co mówisz w takim stanie, i że tylko psujesz sobie nerwy. Więc po co?

— Po co?... Po co?... — zaśmiał się głośno. — Jesteś nadzwyczajna!... Po to, że mnie już to dławi.

— Co cię dławi?

— Ta twoja zarozumiałość, to twoje wynoszenie się, ta twoja idiotyczna pewność siebie, która może do pasji doprowadzić!

Tupnął nogą i rzucił kapelusz na podłogę.

— Posłuchaj, Gogo — odpowiedziała spokojnie. — Zawsze gotowa jestem przyjąć twoje uwagi i zgodnie z obowiązkiem żony postarać się zastosować je na przyszłość. Proszę cię jednak, byś nie zmuszał mnie do wysłuchiwania tych uwag wtedy, gdy podajesz je w sposób trywialny i gdy zachowujesz się tak jak w tej chwili.

— Jestem chamem?... Co?...

— Jesteś usposobiony do sprzeczki. Chcesz wywołać scenę, która skończy się jak wszystkie inne. Zapewniam cię, że przyzwyczaiłam się do nich. I nie siebie, lecz ciebie chcę przed nią ochronić.

— Radzę ci, dbaj więcej o siebie.

— Nie mam powodu, Gogo, bo nie mnie takie rzeczy obrażają i poniżają.

Wykrzywił się ironicznie.

— Naturalnie! Ciebie nic z twoich podniebnych szczytów nie zdoła ściągnąć do mego poziomu. Do trywialnego poziomu!... Mam tylko leżeć przed tobą plackiem, bić hołdownicze pokłony i śpiewać: Hosanna!...

— Uspokój się, Gogo. Połóż się teraz, pomówimy później.

— Do diabła z pomówieniem! — krzyknął uderzając pięścią w stół. — Ja nie mam o czym z tobą “pomówić". Ja chcę ci powiedzieć, że mam tego dość! Rozumiesz? Dość! Nie myślę dłużej znosić twoich fum!

Z kuchni dolatywał trzask zamykanych drzwi, służąca wróciła z miasta.

Kate powiedziała:

— Proszę cię, Gogo, nie podnoś głosu.

— Niby dlaczego, jeżeli mi się to podoba?... Chcę krzyczeć i będę krzyczał!

— Czy zależy ci na tym, by Marynia i wszyscy sąsiedzi...

— Mam gdzieś wszystkich sąsiadów! — przerwał jej jeszcze głośniej. — Boisz się, by nie dowiedzieli się, że zamiast modlić się przed twoją doskonałością, mogę krzyczeć na ciebie?...

Potrząsnęła głową.

— Nie krzyczysz na mnie. Krzyczysz przy mnie.

— Na ciebie krzyczę! Właśnie na ciebie, ty... ty... pusta lalko... Ty komediantko, świętoszko!...

— Postaraj się opanować — odezwała się z nutą błagania w głosie.

— Opanować?... Jeszcze nigdy tak świetnie nie panowałem nad sobą, jak w tej chwili. Chcę, byś to zrozumiała. Jestem zupełnie trzeźwy. Ale postanowiłem wreszcie z tym skończyć. Z tym twoim zadzieraniem nosa! Z tymi fumami! Z tą bezczelną nadziemskością!... To przecie można pęknąć ze śmiechu, gdy się patrzy na ciebie!... Ubrdała sobie, że jest czymś nadziemskim, anielskim, jakimś cudem!... że kilku durniów do niej się mizdrzy, wyimaginowała sobie, że wszyscy są od niej niżsi, niegodni jej spojrzenia!... Że powinni mdleć ze szczęścia, gdy się raczy do nich uśmiechnąć!...

Z rozmachem kopnął leżący na ziemi kapelusz i zawołał:

— Czyż to nie bezczelność! Największa bezczelność!... Megalomania dochodząca do kretynizmu!... Wynosisz się nade mnie, pogardzasz mną, a czymże jesteś sama! Jesteś zwykłą kobietą, jak milion innych. Masz te same ręce, ten sam brzuch, tę samą pustą głowę, w której ni* czym gwóźdź tkwi mania wielkości, te same nogi i te same części ciała, które służą do rozpłodu wszystkim innym samicom: kobietom, klaczom, sukom... Tak, sukom! Żresz tak samo jak inna i tak samo chodzisz do klozetu. Cha... cha... cha... Czemuż to nie łaska na Olimp?... Na Parnas! A może ci do tej funkcji cokół wystawić w środku miasta?... Ty wszystko robisz w rozmiarach piedestału!... Cha... cha... cha... By cię podziwiano, by cię uwielbiano... Ach, ty głuptasie! Myślisz, że tylko ty jedna jesteś taka?... Miliony jest takich gęsi! Tak, gęsi, a tyś od nich gorsza, bo napuszona, bo napęczniała od swojej ubrdanej doskonałości, która pozwala ci pomiatać, deptać, gardzić, ty anielico!

Kate stała milcząca przed nim i nie próbowała mu przerwać. Jeszcze nigdy dotychczas nie pozwolił sobie na taką furię, na takie obelgi, na takie karczemne słowa wobec niej. Był niewątpliwie pod działaniem alkoholu, ale nie był pijany. Kate przemknęło przez głowę, że może dostał pomieszania zmysłów. Nie umiała sobie wytłumaczyć tego brutalnego wybuchu, tej wulgarnej napaści. Czuła się jakby zahipnotyzowana pod gradem wykrzykiwanych przezeń szyderstw i obelg. Nie mogła ruszyć się z miejsca ani oderwać oczu od jego twarzy, czerwonej, błyszczącej, wykrzywionej wściekłością.

Nienawistne spojrzenia przekrwionych oczu Goga zdawały się ją paraliżować. Nie bała się, nawet nie była zdziwiona ani zaskoczona. Widziała dokładnie jego zmierzwione włosy, gwałtowne ruchy rąk i pianę w kącikach ust. Był wstrętny, wstrętny ponad wszystko, co mogła sobie wyobrazić, ale skonstatowała to w myśli obiektywnie i na zimno.

Gogo tymczasem krzyczał coraz głośniej, podniecając się własnym podnieceniem. Wyrzucał z siebie cały gniew, całą rozpacz, całe piekło, które wrzało w nim od miesięcy, by rozżarzyć się do białości i przelać przez brzegi.

Do furii doprowadzała go bierność Kate, jej milczenie, jej niezmącony wzrok, spokój jej rysów. Dręczyło go wrażenie, że skądś z boku przygląda się jej i sobie, jej, niewzruszonej, dumnej i pięknej, i sobie, pieniącemu się zwierzęciu. Jeżeli zawsze widział w niej istotę nadzwyczajną, teraz wydała mu się czymś wręcz niedosięgalnym. Jeżeli kochał ją, w tej chwili wbrew własnym słowom mógłby modlić się do niej, jeżeli zawsze zachwycał się jej pięknością, teraz była najpiękniejsza, nieprawdopodobnie piękna w tym swoim strasznym, obojętnym spokoju królowej, przed którą on miota się jak zbuntowany niewolnik. Jak bluźnierca, znieważający bóstwo, które czci odeń nie pragnie, a które tym większej jest godne.

Bluźnierca, tak, bo każdym słowem bluźnił świadomie przeciw niej i przeciw swojej miłości, bo tym bluźnierstwem chciał zniweczyć ją, upokorzyć, zrównać, bo tylko w zniszczeniu jej wyższości mogła być dlań jakaś nadzieja. Oto wyzwala się spod jej władzy, oto odczuwa już rozkosz przewagi. Oto musi ją zobaczyć zalaną łzami, małą, słabą, błagającą go o litość, poniżoną, upokorzoną.

Krew zalewała mózg i już sam nie wiedział, co jest rozumowaniem, co egzaltacją, a co żądzą popełnienia świętokradztwa. Nie słyszał już nawet własnego krzyku:

— Cóż tak stoisz, jak posąg urojonej bogini! — wołał. — Cóż to za głupia mina! Odpowiadaj, kiedy cię pytam! Bo ja cię tu zaraz nauczę pokory, ty zarozumiała dziwko! Mów, bo zmuszę cię do mówienia! No!... Mów!...

Kate ani drgnęła. Wówczas on przyskoczył do niej i krzyknąwszy:

— A masz, a masz — z całej siły uderzył ją z góry pięścią w twarz.

Zachwiała się pod uderzeniami, ale nie upadła. Gogo cofnął się pod

ścianę i opierając się o nią plecami, patrzał na Kate. Stała jak poprzednio, nieruchoma na środku pokoju, w swojej czarnej sukience, zapiętej białym kołnierzykiem, spokojna i obca, a jej wzrok niezmącony i pogodny nie wyrażał ani gniewu, ani nienawiści, ani bólu, ani pogardy. Nie wyrażał nic. W szafirowych oczach była jakaś zabójcza nieobecność, jakaś obojętność.

I nagle Gogo zrozumiał, że oto wszystko jest stracone, że już nic nie zdoła odbudować tego, co zburzył. I zrozumiał też, że te nędzne pozory szczęścia, że to, co mu dawała zamiast miłości, “spełnianie obowiązków żony", które gnębiło go tak bardzo, które wydawało mu się torturą i krzywdą, posiadało jednak olbrzymią, nie dającą się ogarnąć wartość. To, że mógł jej mówić o swoich uczuciach, że przyjmowała jego pocałunki i pieszczoty, że dotykał jej jasnych włosów i słuchał jej głosu, i miał ją przy sobie, i mógł ją uwielbiać... Boże, przecie to były skarby, których niczym zastąpić nie zdoła, którym nie ma wprost ceny.

I teraz koniec. Nie ma powrotu. Rozumiał to, czuł, wiedział. Nie łudził się, że może to odzyskać, że bodaj część zdoła wybłagać.

I jeżeli teraz rzucił się przed nią na kolana, jeżeli wśród łez i łkania zaklinał ją najczulszymi słowami, by mu przebaczyła, nie robił tego w nadziei wyproszenia łaski, lecz z nieodpartej potrzeby wydobycia z siebie swego ogromu skruchy, bólu i pragnienia pokuty.

Nie przerywała mu i stała wciąż milcząca. Gdy jednak chciał objąć jej kolana, cofnęła się i powiedziała cicho:

— Wolę, byś mnie bił, niż żebyś mnie dotykał.

Gogo umilkł i po chwili ciężko się podniósł. Stał jeszcze kilka minut przy drzwiach, a potem wyszedł bez słowa. Słyszała jego kroki w jadalni, potem w gabinecie, znowu w jadalni i w łazience, dokąd wszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Kate przesunęła ręką po twarzy i odczuła ból. Przejrzała się w lustrze, pod okiem wystąpiło zaczerwienione obrzmienie. Górna warga była rozcięta i również opuchnięta. Przemyła rankę wodą kolońską i przypudrowała obrzmienia. Teraz usiadła i zaczęła myśleć, jak należy postąpić. Najprościej byłoby zaraz spakować swoje rzeczy i wyjechać. Wyjechać dokądkolwiek. Do Krakowa, do Torunia czy do Lwowa. Bo wyprowadzić się do hotelu znaczyłoby to samo, co ujawnić skandal, narazić się na wypytywania, na komentarze i plotki.

Na wyjazd jednak potrzebna była pokaźniejsza kwota, której Kate nie miała. Rozporządzała tylko kwitami lombardowymi. No i biżuterią po ciotce Matyldzie. Ta jednak była złożona w bankowym sejfie i spieniężenie jej części zajęłoby kilka dni co najmniej. Zresztą wyjazd nie pociągał Kate i z drugiej jeszcze przyczyny. Obiecała Tynieckiemu pomoc przy urządzaniu willi i ogródka i chciała obietnicy dotrzymać.

Gdy zastanawiała się nad tym, poczuła w powietrzu jakiś nieprzyjemny zapach. Nie zwróciłaby na to może uwagi, gdyby nie to, że zapach stawał się coraz intensywniejszy. Nagle poznała: gaz. Z łazienki ulatniał się gaz.

— Tego by jeszcze brakowało — pomyślała z obrzydzeniem.

Wyszła na korytarz i zapukała do drzwi. Nie było żadnej odpowiedzi.

— Proszę cię, otwórz — odezwała się stanowczym tonem, lecz w łazience wciąż panowała cisza.

Przysunęła krzesło, weszła na nie i wstrzymując oddech otworzyła okienko nad drzwiami. Gogo leżał w ubraniu i w palcie w pustej wannie. Minęło zaledwie kilka minut od chwili, gdy tu wszedł i otworzył kurek.

Jeszcze nie mógł być zatruty przy tak znacznym ulatnianiu się gazu przez nieszczelne drzwi. Po prostu spał.

Kate otworzyła drzwi do jadalni i w jadalni okna, po czym weszła do kuchni.

— Maryniu — powiedziała — jestem w kłopocie, bo pan zasnął w łazience, a zapomniał widocznie zamknąć gaz. Nie mogę tam dostać się i myślę, czy nie sprowadzić ślusarza.

Marynia spojrzała na nią i wzruszyła ramionami.

— Ja bym tam na pani miejscu nie sprowadzała.

— Więc jak otworzyć? Może Marynia przecisnęłaby się przez okienko?...

— A po co, proszę pani?

— No, bo mówię Maryni, że pan się może zatruć.

Służąca wybuchła:

— No to mała strata, krótki żal.

— Maryniu!

— A bo pewno! Aż się bebechy w człowieku przewracają, jak patrzę na panine cierpienia. Pijak, łajdus, całymi nocami go w domu nie ma, a później przychodzi i drze się. Co pani po nim?... Stu lepszych pani znajdzie.

Kate zmarszczyła brwi.

— Ja nie pytam Maryni o to, co Marynia sobie myśli, tylko o to, czy można jakoś dostać się do łazienki?

— A po co? Sam chciał, sam miał.

— Maryniu. To grzech, co Marynia mówi!

— A niech będzie i grzech. Czasem przyjemniej jest zgrzeszyć, jak na takie rzeczy patrzeć. Ja bym tam na pani miejscu palcem nie ruszyła.

— Niech Marynia zaraz idzie po ślusarza.

Służąca zawahała się i powiedziała:

— Jak pani koniecznie chce, to nie ma po co drzwi wyłamywać. Wystarczy przy gazomierzu, tu w korytarzu, rączkę przekręcić, to się gaz na całe mieszkanie zamknie. Tylko że na czym ja będę obiad gotować?

Kate nie słuchała już jej.

— Że też nie przyszło to mi do głowy! — myślała zamykając gaz.

Jeszcze raz zajrzała do łazienki. Gogo spał.

Po kwadransie wywietrzały resztki gazu i Kate znowu stanęła przed lustrem. Ślady uderzeń stały się jeszcze wyraźniejsze.

Namyślała się długo i wreszcie doszła do przekonania, że nic ją nie zmusza do pośpiechu w powzięciu decyzji. Najważniejsze było jedno, że należy za wszelką cenę uniknąć skandalu.

Po kilku dniach trzeba będzie rozmówić się z Gogiem co do ułożenia rozstania. W każdym razie zrobi się to bez hałasu, najdyskretniej i najmniej zwracając uwagę.

Przed dwunastą obudził się Gogo. Przeszedł z łazienki do swego pokoju, stamtąd też zadzwonił na służącą.

— Marynia powie pani, że na obiedzie dziś nie będę. Mam interesy na mieście.

Potem przebrał się i wyszedł. Nie mógł teraz odważyć się na mówienie z Kate. Nie wiedział, co postanowiła, ani czy zechce w ogóle zamienić z nim kilka słów. Całe popołudnie przesiedział w małej kawiarence. Przed piątą zadzwonił do domu.

Odezwała się Kate.

— To ja dzwonię — powiedział. — Bądź szczera. Czy moja obecność w domu nie będzie dla ciebie zbyt przykra?

— Bardzo dobrze, że telefonujesz — usłyszał głos Kate. — Właśnie jest tu pan Polaski, pan Tukałło, a ma niedługo przyjść książę Załucki i mają wielką ochotę na brydża.

Zrozumiał i odpowiedział:

— Oczywiście zaraz wracam. Ponieważ jednak nie będę mógł przy nich, chciałbym teraz zapewnić cię, Kate, że...

— Więc czekamy — przerwała mu i położyła słuchawkę.

Gogo powiesił swoją, zapłacił rachunek i wyszedł. Tak, reszta złudzeń, jeśli wbrew zdrowemu sensowi mógł je jeszcze żywić, musiała rozwiać się doszczętnie. Tak wyraźnie zakreśliła mu granicę ich wzajemnego stosunku, który tylko dla ludzi miał zostać poprawny.

— I ona mi nigdy, nigdy tego nie przebaczy — myślał.

Dobrze wiedział, że żadną pokutą, że żadnym poświęceniem, żadną ofiarą nie zdoła zdobyć już nie jej, lecz bodaj przebaczenia formalnego. Znał ją zbyt dobrze i wiedział, że w jej naturze na litość nie ma miejsca. Było to równie pewne jak i to, że Kate zrobi wszystko, że zdolna będzie nawet do wielkich ustępstw, by tylko przed światem zachować pozory. Dlatego też sam fakt, że w obecności obcych swobodnym i życzliwym tonem zapraszała go do domu, nie był dlań czymś niespodziewanym.

Zresztą i Gogo ze swej strony starał się zachować tak, jakby między nim a żoną nic nie zaszło. Przychodziło mu to jednak znacznie trudniej niż Kate.

Od chwili wejścia wytrącił go z równowagi jej wygląd: na policzku miała wyraźny i duży siniak, górna warga była obrzęknięta.

— Jestem zbrodniarzem, jestem najgorszym bydlęciem — myślał, witając się z przyjaciółmi i usiłując nadać swemu uśmiechowi naturalny wygląd.

Nie udawało mu się to jednak zbyt dobrze, gdyż już po paru minutach Tukałło powiedział:

— Cóż jesteś dziś taki skwaszony?

— Ja?... Nie, bynajmniej. Trochę mi... ząb dokucza. Wypadła plomba. Byłem właśnie u lekarza... u dentysty.. A to nikomu chyba nie sprawia przyjemności.

Tukałło podniósł brwi.

— To zastanawiające, Adamie — zwrócił się z poważną miną do Polaskiego.

— Co mianowicie?

— Zestawmy fakty: Gogo pije całą noc, co nie musi zachwycać jego małżonki. To raz. Przyjaciele przychodzą do nich i zastają ją posiniaczoną. Jego nie zastają, bo musiał lecieć do dentysty dla ratowania swoich zębów. To dwa. Jakież stąd wnioski?... Hę?... Potrząśnij swoją wyobraźnią autorską! Wprawdzie mamy informacje, że pani Kate spadła i potłukła się oraz że Gogo zjadł swoją plombę, ale czy nie widzisz prostego rozwiązania?... Co?... A więc scena wyobraża tenże gabinet zalany łagodnym światłem wiosennego ranka. Widzimy Goga, który wraca do domowego ogniska, wzdychając do jego westalki i nie wiedząc, że przemieniła się duchowo w groźnego Hefajstosa. I oto, gdy lekceważąc matematyczne zasady linii prostej i fizyczne prawo grawitacji, Gogo spiralnym ruchem frywolnego bolidu wnika do pokoju, spotyka go w drzwiach ten oto piękny brąz, wyobrażający żółwia, w następstwie czego Gogo traci dwa siekacze, jeden kieł i trzy zęby trzonowe. Pragnąc się uchronić przed dalszymi pociskami, dąży do zwarcia. Pierwsza runda zaznacza się prawym sierpowym na twarzyczce małżonki, w drugiej Gogo idzie na deski. Kuchta, pełniąca podwójną rolę sędziego i sekundanta, zlewa go kubłem wody i liczy do dziesięciu. Przy dziewiątce Gogo się porywa. W następnych rundach traci resztę uzębienia i pogodny nastrój. Ostatnim wysiłkiem zwycięża żonę przez k.o. w szczękę, pozostawiając na niej drugi ślad, i wprost z ringu pędzi do najbliższego dentysty po sztuczną szczękę, by zdążyć na przyjęcie miłych przyjaciół i móc ich czarować pełnym wdzięku uśmiechem.

Śmiali się wszyscy, a Polaski powiedział:

— Nie, Sewer, mimo dość rozwiniętej fantazji nie mogę sobie takiej sceny wyobrazić. Pani Kate i bójka. To czysty nonsens. I Gogo... Nie, wybacz mi, ale dałbym głowę, że nie potrafi na żadną kobietę podnieść ręki, a już na panią Kate z pewnością nie.

Gogo, który przybladł podczas opowiadania Tukałły i uśmiechał się tak, że podobniejsze to było do skrzywienia z bólu niż do uśmiechu, drżał na myśl, że zdradzi się swoim wyglądem. Widocznie jednak absurdalność domysłów Tukałły, dla wszystkich, nie wyłączając samego autora, była tak oczywista, że nikt ich nie brał na serio.

Rozmowa też gładko przeszła na inne tematy, po chwili zaś panowie zasiedli do brydża. Przed samą kolacją przyszła Jolanta wraz z Tynieckim.

— Wpadliśmy tylko po drodze i na kilka minut — wyjaśniła. — Idziemy do pracowni tego pacykarza Poduńskiego, który swoimi dekoracjami ma zapaskudzić sztukę pana Rogera. Ale Kate!... Co się pani stało?

— Ach, to drobiazg — wesoło odpowiedziała Kate.

— Miała pani katastrofę samochodową?

— Firankową — poprawiła z uśmiechem. — Przyszywałam firankę i straciłam równowagę. Jeżeli ktoś jest niezgrabny, musi ponosić konsekwencje.

— I o podłogę pani się tak uderzyła? — z niedowierzaniem zapytała Jolanta.

— O wywrócone krzesło, z którego spadłam. Więc idą państwo oglądać dekoracje? Już są gotowe?

— Projekty, proszę pani — powiedział Tyniecki. — Ale dlaczego pani sama zajmuje się takimi niebezpiecznymi rzeczami, przecie mogła się pani okaleczyć. To i tak pewno bardzo bolesne.

— Nie martwcie się o panią Kate! — krzyknął od stolika Tukałło. — Wzięła swój rewanż. Nie wierzycie, to zażądajcie od Goga, by wam pokazał swoją sztuczną szczękę i wyjaśnił, co się stało z jego własnymi zębami.

Jolanta zbliżyła się do stolika.

— Nie rozumiem — powiedziała.

— Ach — zaśmiał się Polaski. — Sewer zmyślił zabawną historyjkę, że się małżeństwo pobiło.

— To istotnie bardzo zabawne — zauważyła Jolanta nie spuszczając oczu z Goga.

Zabawili jeszcze kwadrans i wyszli. Gdy znaleźli się na ulicy, Jolanta powiedziała:

— Bydlę, och, bydlę!

— O kim pani mówi? — szczerze zdziwił się Tyniecki.

— O Gogu.

— Dlaczego?

— No, wie pan! Posądzałam pana o większą przenikliwość.

Tyniecki zastanowił się i potrząsnął głową.

— Wybaczy pani, ale w dalszym ciągu nic nie rozumiem.

— Jak to — oburzyła się — czy pan uwierzył w tę bajeczkę z firankami?

— Czy to znaczy, że... — zaczął zmienionym głosem.

— Znaczy, że to bydlę, Gogo, ją bił.

Zapanowało milczenie. Po dłuższej pauzie Roger odezwał się głucho:

— Nie mogę uwierzyć. To byłoby zbyt potworne.

— Więc zapewniam pana. Widziałam jego oczy, gdy o tym mówiono.

— Ale przecie są w najlepszej zgodzie.

Zaśmiała się.

— Ach, ci mężczyźni! Wasz zmysł spostrzegawczy i zdolność wyczuwania nastroju!...

— Rozmawiali ze sobą — usprawiedliwiał się Tyniecki. — Uśmiechali się do siebie.

— Tak, ale jak?... O, mnie nie tak łatwo wyprowadzić w pole. Przysięgnę, że ją bił.

— To niemożliwe, to zupełnie niemożliwe — głos mu drżał. — Niech się pani zastanowi, jak ją można uderzyć?... I za co?... Dlaczego?... W jakich okolicznościach?...

— Ach, mój Boże — wzruszyła ramionami. — Nie jestem wszechwiedząca. Przypuszczam, że po prostu wrócił pijany i chciał, by mu się oddała, a ona widocznie broniła się. Kobieta może siebie zmusić do uległości nawet wobec wstrętnego dla siebie mężczyzny. Jestem przekonana, że Gogo od dawna wywołuje w niej wstręt. Ale tym razem, jak myślę, było to już zbyt obrzydliwe. I wtedy ją zbił.

Szli dłuższy czas w milczeniu. Nagle Tyniecki zatrzymał się.

— Bardzo panią przepraszam, ale... czy nie zgodziłaby się pani odłożyć te dekoracje na jutro lub na inny dzień?

— Dobrze, panie Rogerze. Nie robi mi to żadnej różnicy. A przyznam się panu, że i ja nie jestem usposobiona teraz do oglądania arcydzieł tego nieszczęsnego pacykarza.

Zdjął kapelusz. Podała mu rękę.

— Do widzenia.

— Jeszcze raz przepraszam panią.

— Nie ma za co — przytrzymała jego dłoń. — Ale mam pewien projekt. Niech pan odprowadzi mnie i zostanie u mnie na herbacie. Nie zmuszam i nawet nie namawiam, jeżeli nie leży to w pańskim nastroju... Ale zdaje mi się, że nie zmęczy pana moja obecność. Porozmawiamy...

— Bardzo pani dziękuję — zaczął — ale nie sądzę, bym potrafił być zabawny.

— Zawsze lubię pana towarzystwo. Przecież oboje nic nie mamy do roboty. Chodźmy.

Zawrócili w stronę domu Jolanty. Nie mówili wiele. Gdy znaleźli się w pracowni, odezwała się:

— Mam dla pana zajęcie. Niech pan rozpali ogień na kominku, a ja tymczasem przygotuję herbatę.

Krzątała się w sąsiednim pokoju. Wkrótce przysunęła do kominka niski stolik i ustawiła na nim dwa nakrycia.

— Będziemy mieli prawie małżeńską kolację — zażartowała. — Skromnie i w złych humorach. Wie pan co?... Napijemy się czegoś mocniejszego. Obojgu nam dobrze to zrobi.

— Z przyjemnością, proszę pani.

Przy czwartym czy piątym kieliszku Jolanta powiedziała:

— Niech pan ją ratuje.

Drgnął i zmarszczył brwi.

— Ja?... Dlaczego ja?...

— Bo pan ją kocha.

Zrobił ręką taki ruch, jakby chciał zaprzeczyć, lecz nie powiedział ani słowa. Odezwał się po dłuższym dopiero milczeniu:

— Czy pani pozwoliłaby wtrącać się do swego życia każdemu, kto w pani się kocha?

— Źle pan stawia kwestię.

— Nie. Stawiam ją zupełnie trzeźwo. Jednostronne uczucia nie dają żadnego tytułu, żadnego prawa do jakiejkolwiek interwencji.

— Jeżeli są tylko jednostronne — podkreśliła.

Spojrzał na nią i odwrócił głowę.

— A właśnie są takie.

— Nie podzielam pańskiego zdania. Widuję Kate w towarzystwie wielu mężczyzn i zapewniam pana, że żadnym z nich nie jest tak zajęta jak panem.

— To jeszcze za mało. ?

— Jeszcze, ale czas pracuje dla pana.

Zaczerwienił się.

— Poza tym jesteście spokrewnieni. Oto, bądź co bądź, pańskie prawo.

— Też niewystarczające. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mógłbym zwrócić się do mojej kuzynki.

— Zdawało mi się, że nie brakuje panu silnej woli.

Uśmiechnął się.

— Brakuje mi podstawy.

— Niech ją pan po prostu rozwiedzie. Trzeba zastanowić się nad sytuacją Kate. O ile wiem, nie posiada żadnego majątku. Wystarczyłaby pomoc finansowa, którą od pana, jako od kuzyna, może przyjąć. Niepodobna przecież skazywać ją na mieszkanie pod jednym dachem z człowiekiem, który ją bije. Powinien pan zaproponować jej, by wniosła sprawę rozwodową. Może pan wystąpić z taką propozycją nie składając oferty. Po prostu jako kuzyn.

Potrząsnął głową.

— Od razu zamknie mi usta słowami: — Wcale nie mam zamiaru się rozwodzić. Skąd to panu przyszło do głowy?

— Powie pan, że nie tylko pan sam, lecz i inni są przekonani o jej złym pożyciu z Gogiem.

— To ją może tylko oburzyć.

— Więc jeżeli pan nie chce, mogę ja z nią się rozmówić. Zdaje mi się, że wierzy w moją życzliwość.

Zamyślił się.

— W każdym razie, pani Jolanto, wątpię, by zechciała mówić nie tylko z panią, lecz z kimkolwiek w ogóle o tych sprawach. Wydaje mi się, że stokroć wolałaby znosić najokropniejsze warunki niż narazić swoje sprawy prywatne na rozgłos i plotki.

— Ma pan rację — przyznała. — Kate jest taka.

— Więc widzi pani.

— Ale można postarać się wpłynąć na nią.

— Ja w to nie wierzę.

Milczał paląc papierosa.

— Jeżeli chodzi o sprawę rozgłosu — odezwała się Jolanta — to rozgłos powstałby wtedy, gdyby rozwód odbywał się wbrew woli Goga.

— Oczywiście.

— A czy nie można skłonić go do dobrowolnego ustępstwa?

— Nie sądzę.

— To jest człowiek słaby i bez charakteru — zauważyła Jolanta.

— Tak, ale zapomina pani o tym, że on ją kocha.

Jolanta zniecierpliwiła się.

— Miłość takiego bubka nie ma żadnego znaczenia.

— Dla niego ma.

— Jest pan zdania, że nie uda się skłonić go do przyzwoitego załatwienia sprawy?

— Nie wiem. Pomyślę o tym. W każdym razie tu widzę jedyną drogę wyjścia.

— Przesadza pan. Rozmówię się z Kate i zobaczy pan, że jakoś doświdrujemy się do jej wnętrza.

— Proszę panią tylko o jedno — zaczął.

— O co?

— O wyeliminowanie z tej rozmowy mojej osoby. Nie chciałbym, by wiedziała, by mogła się domyślać, że roztrząsaliśmy tę kwestię z panią.

— Mogę to panu obiecać.

— Dziękuję pani.

Wstał i pożegnał się. Po jego wyjściu Jolanta natychmiast zatelefonowała do Kate i umówiła się z nią na ranek.

— Mam do pani mnóstwo interesów — zakończyła rozmowę — przyjdę punktualnie o jedenastej.

Gdy nazajutrz przyszła, zastała Kate w łóżku. Domyśliła się od razu dlaczego: sińce na twarzy stały się tak wyraźne, że Kate nie chciała się nikomu pokazywać. Okna w sypialni były do połowy zasłonięte.

— Boli mnie głowa — wyjaśniła Kate.

— Czy to też skutek wczorajszych zdarzeń? — zapytała pani Jolanta.

— O jakich zdarzeniach pani mówi?

— No, o tym wypadku z firanką. Biedactwo, jest pani strasznie pokiereszowana.

Usiadła na brzegu łóżka i dodała:

— Ciekawa jestem, jak sprawy będą rozwijały się dalej. Należy przypuszczać, że pójdą konsekwentnie. Za tydzień będzie pani miała złamaną rękę, później przyjdzie kolej na zgruchotanie żeber, na rozłupanie czaszki. Czy ja wiem, na co dalej...

Kate przymknęła oczy pod wrażeniem tych słów, lecz zaraz uśmiechnęła się.

— Czy przypuszcza pani, że wciąż będę spadała z krzeseł?

— Nie, Kate, przypuszczam, że swoją biernością doprowadzi pani do tego, że krzesła będą na panią spadały. Takie rzeczy idą crescendo.

Wiem, że sprawiam pani przykrość, wtrącając się do pani spraw domowych, które chciałaby pani ukryć przed oczyma obcych. Ale ja, niezależnie od tego, czy pani mnie uważa za obcą, czy nie, czuję się bliską pani. Widzę i nie mogę milczeć. Moim zdaniem popełnia pani szalony błąd, pozwalając rozwydrzeniu Goga zajść aż tak daleko. To zwierzę ośmieliło się uderzyć panią! Uderzyć!... Czy długo pani będzie to znosiła?... Czy pozwoli mu pani rozzuchwalić się do tego stopnia, że będzie wchodził do pani łóżka i pięściami wymuszał na pani pieszczoty?... Mam dużo doświadczenia i proszę mi wierzyć, Kate, że takie rzeczy idą crescendo. Jak sutener prostytutkę, bije panią już dziś. Gdzież gwarancja, że gdy zabraknie mu pieniędzy, nie będzie wypędzał panią na ich zdobywanie?!...

— Dość, dość, niech pani przestanie — szepnęła Kate.

Lecz Jolanta trzęsła się z oburzenia i podniecona własnymi słowami mówiła z coraz większym naciskiem:

— Jeżeli pięściami zdobywa sobie pani ciało dla siebie, na pewno nie zawaha się w tenże sposób zdobywać je dla innych. To jest skończone bydlę. Istota gorsza nawet od sutenera, bo taki chociaż ma jakiś charakter, jakąś wolę, jakieś męskie cechy, a ten Gogo... Pojąć nie mogę, jak pani, która się tak dobrze zna na ludziach, mogła wybrać go za męża. Przecie znajdzie pani stu innych, tysiąc innych, z których każdy będzie wart nieporównanie więcej.

Kate z wolna opanowała się i odezwała się spokojnie:

— Nie wiem, skąd pani przyszło domniemanie, że mój mąż mnie uderzył...

— To nie domniemanie, to pewność — przerwała Jolanta.

— Więc to dowolna pewność. Ale sądzę, że powstała z pani uprzedzenia do mego męża.

— Uprzedzenia!

— Wybaczy pani, ale nie lubię słów jaskrawych. Że zaś rodzaj opinii o nim nazywam uprzedzeniem, to nie bez racji. Bo tylko uprzedzeniem można tłumaczyć dostrzeganie wyłącznie cech ujemnych w człowieku. Zapewniam panią, że jak i każdy inny, mój mąż ma dużo zalet. Sama pani kiedyś przyznała, że jest doskonale wychowany, że umie być taktowny, że jego inteligencji nic nie można zarzucić.

— Zaledwie przeciętna — zastrzegła się Jolanta.

— A oprócz tego — ciągnęła Kate — Gogo ma bardzo dobre serce. Nie, niech się pani nie śmieje. Zapewniam panią, że ma złote serce, że jest wrażliwy, czuły i że nigdy ani przez jeden moment nie przestał mnie kochać. Widzi więc pani, jak paradoksalnie w świetle tych pewników brzmi przypuszczenie pani, że mógł mnie uderzyć, czy w ogóle użyć przemocy dla zdobycia tego, czego mu nigdy nie zamierzałam odmawiać.

Mówiła to wszystko tak spokojnie i tak przekonywająco, że panią Jolantę opanowało zdumienie.

— Czyżbym istotnie nie znała jej zupełnie? — myślała pani Jolanta. — Czyżby Kate rzeczywiście była ślepa i najgłupiej w świecie zakochana w tym idiocie?... Zakochana do tego stopnia, że gotowa w pokorze znosić nawet bicie?...

Bo co do tego Jolanta nie miała w dalszym ciągu najmniejszych wątpliwości. Znała Goga na wylot, a wczoraj wręcz zdemaskowała go.

Zapaliła powoli papierosa i powiedziała:

— Istotnie, przyznaję, że w pani zestawieniu, droga Kate, wygląda to na paradoks. I przyznaję rzecz drugą, że nie umiem w tym zorientować się. Bo wiem, że pani nie należy do osób kłamliwych. Wydaje mi się, że i tym razem nie kłamie pani, jeżeli chodzi o stronę formalną. Ale za tą formalną stroną ukrywa pani tym staranniej treść. A treścią jest to, że pani jest nieszczęśliwa, bardzo nieszczęśliwa, i że sprawcą tego nieszczęścia jest Gogo... Nie, nie, pani nie może go kochać! To absurd. Pani go nienawidzi. Przysięgłabym na to, jak i na to, że te ślady na pani twarzy to ślady jego uderzeń... Bił panią, panią, której można tylko stopy całować, którą trzeba otoczyć ciepłem i adoracją, którą trzeba osłonić przed wszystkim, co jest brutalne, co szorstkie i głośne... Och, Kate, Kate... Kate...

Jej głos załamał się i tylko wpatrywała się w Kate, kurczowo ściskając jej rękę.

— Czego pani chce ode mnie? — cicho zapytała Kate.

— Chcę panią ratować!

— Nie potrzebuję ratunku...

— Potrzebuje pani, ale dlaczego pani go nie chce?

Kate uśmiechnęła się smutno.

— Gdyby nawet tak... było. Jakiż jest dla mnie ratunek?

— Och, Kate! Cóż prostszego! Rozwiedź się z nim.

— Zapomina pani, że on się nigdy na to nie zgodzi.

Jolanta rozgniewała się.

— Więc niech się nie zgadza. Każdy sąd przyzna pani rozwód wbrew woli męża, który bije swoją żonę.

Kate potrząsnęła głową.

— Wolałabym umrzeć niż publicznie powiedzieć, że mąż mój... że mnie uderzył... Gdyby nawet tak było.

— Więc dobrze — zmarszczyła brwi niecierpliwie Jolanta. — Jeżeli wydaje się to pani czymś hańbiącym, że jakiś cham, jakiś dorożkarz, czy nawet koń dorożkarski może panią uderzyć...

— Tu chodzi o mego męża — podkreśliła Kate.

— Więc dobrze — powtórzyła Jolanta. — Sprawę rozwodu można odłożyć. Sam czas to załatwi. Ale nie może pani być narażona na dalsze napaści tego zwierzęcia. Niech pani po prostu wyniesie się stąd. Niech pani wyjedzie. Ma pani do tego i prawo, i możliwości. Ma pani przecież krewnych, znajomych, przyjaciół. Ale nawet wyjazd z Warszawy nie jest konieczny. Byłabym na przykład szczęśliwa, gdyby pani przeniosła się do mnie.

Kate słuchała jej z na wpół przymkniętymi powiekami.

— No jakże — nalegała Jolanta — Kate, kochanie, niech mi pani nie odmawia!

— Pani Jolanto — zaczęła Kate. — Jestem pani niezmiernie wdzięczna za okazaną życzliwość. Proszę mi wierzyć, że jestem wzruszona pani dobrocią. Ale mówi pani o tym wszystkim w ten sposób, jakby rzecz była przesądzona.

— Bo powinna być przesądzona — wtrąciła Jolanta.

— Jednak nie jest. Przyznam się pani, że różne miewałam myśli po niektórych zajściach, które, jak sądzę, zdarzają się w wielu małżeństwach. Nie doszłam jednak do konkretnych wniosków. Owszem, zastanowię się nad pani radą i nad pani propozycją. Z góry jednak muszę panią uprzedzić, iż nie wydaje mi się ani możliwe, ani celowe skorzystanie z obu. W każdym razie mam pewność, że rozmowa nasza nie znajdzie* żadnego zewnętrznego echa.

— Może pani polegać na mojej dyskrecji — zapewniła Jolanta. — I gorąco proszę: niech się pani namyśli.

I bez prośby Jolanty Kate o niczym innym myśleć nie mogła. Nie powiedziała jej prawdy. Mianowicie doszła już do jednego wniosku, do najmocniejszego postanowienia: musi rozstać się z Gogiem. W jakiej jednak formie ma to nastąpić i w jakim czasie — na to jeszcze nie znalazła odpowiedzi. Koncepcja przeniesienia się do Jolanty wydawała się jej najmniej celowa i najmniej praktyczna. Znając usposobienie Goga, wiedziała, że byłaby narażona na ustawiczne zabiegi z jego strony, by zobaczyć się z nią czy rozmówić. Nachodziłby ją, wystawał przed bramą, nękał telefonami, listami i kwiatami albo podobnym terrorem aranżowanego samobójstwa, jak wczoraj w łazience.

Kate miała mocne nerwy, ale w ostatnich czasach zbytnio już były naciągnięte i zdawała sobie sprawę, że po prostu nie będzie w stanie znosić tego wszystkiego. Nie, należało rzecz rozstrzygnąć radykalnie i ostatecznie. Takim rozstrzygnięciem byłby wyjazd, i to wyjazd w nieznanym dla Goga kierunku. Z drugiej jednak strony natychmiastowego wyjazdu Kate wcale nie brała pod uwagę. Nie mogła wyjechać z Warszawy przed premierą sztuki Tynieckiego, no i chciała dotrzymać mu obietnicy doprowadzenia do końca urządzenia jego willi. Obie te rzeczy były zbyt ważne, by nie miały decydująco zaważyć na jej postanowieniu.

Zastanawiała się też nad tym, czego może spodziewać się po Gogu, jeżeli zostanie przez te dwa, trzy tygodnie z nim pod jednym dachem. Dotychczas zachowywał się poprawnie. Nie starał się jej widzieć, nie narzucał jej swego towarzystwa. Oczywiście Kate ani na chwilę nie brała pod uwagę obaw Jolanty. Ponownej napaści ze strony Goga nie mogła się spodziewać. Natomiast należało liczyć się z ewentualnością, iż którejś nocy, wróciwszy po pijanemu do domu, zechce wejść do jej sypialni. Zamykała wprawdzie drzwi na klucz, lecz sama myśl o tym, że mógłby się ośmielić i pozwolić sobie już nie na dobijanie się do nich, lecz na zwykłe zapukanie, napełniała ją obrzydzeniem i wydawała się najgorszą zniewagą.

Dlatego postanowiła rozmówić się z Gogiem i postawić mu pewne warunki.

Nazajutrz weszła do gabinetu. Pisał coś przy biurku i wstał bez słowa, gdy usłyszał jej kroki. Wyglądał jak zbity pies.

— Musimy omówić sprawę naszej przyszłości — powiedziała bez wstępu. — Te kilka dni, któreśmy oboje mieli do namysłu, jak sądzę, wystarczyły, byśmy mogli mówić o tym spokojnie i trzeźwo.

— Tak, Kate — szepnął.

— Otóż sam to doskonale rozumiesz, że nic nas już łączyć nie może. Chciałabym jednak uniknąć skandalu. Jak zauważyłeś, nasi znajomi domyślają się, a niektórzy z pewnością, że to, co zaszło między tobą i mną... Zresztą nie to jest najważniejsze. Najważniejszą rzeczą wydaje się zachowanie pozorów przyzwoitości i niewywoływanie sensacji naszym rozstaniem.

— Rozstaniem?... Więc postanowiłaś... rozstać się ze mną?...

Spojrzała nań zdziwiona.

— A cóż innego mogłam postanowić?

Gogo potrząsnął głową.

— Nie wiem. Ale wiem jedno: ja tego nie przeżyję.

Ściągnęła brwi.

— Wybacz, ale to jest twoja prywatna sprawa. Sprawa dla mnie osobiście najzupełniej obojętna.

— Wiem o tym — odpowiedział ponuro. — Ale nie miej do mnie żalu i musisz to zrozumieć, iż na rozwód nigdy się nie zgodzę.

— Jakąż z tego będziesz miał korzyść? — zapytała.

— To rzecz względna.

— Nie przypuszczasz chyba, że ten wstręt, który do ciebie czuję, może kiedykolwiek minąć?

Gogo milczał.

— Więc cóż sobie obiecujesz po swoim uporze?

— Bodaj to, że będę mógł cię widywać, że będę miał świadomość twojej bliskości. O ile wiem, i tobie na rozwodzie nie zależy z osobistych względów. Nie masz zamiaru szukać sobie innego męża. Więc cóż ci szkodzi, że zostaniemy pod jednym dachem?... Czy twój wstręt do mnie jest aż tak wielki, że sam fakt mieszkania ze mną wydaje ci się okropnością?... Przecie nie wymagam od ciebie niczego, nie spodziewam się niczego. Jeżeli życzysz sobie tego, możesz w ogóle nie odzywać się do mnie, nie dostrzegać mnie. Zapewniam cię, że nie będziesz z mojej strony narażona na najmniejszą próbę jakiegokolwiek zbliżenia.

— Póki jesteś trzeźwy — podkreśliła.

— Zawsze będę trzeźwy. Przysięgłem sobie nie wziąć do ust kropli żadnego alkoholu.

— Nie wierzę w twoje przysięgi.

— Masz do tego prawo. Ale przekonasz się, że tym razem dotrzymam. Dotrzymam też święcie obietnicy, którą dałem ci przed chwilą.

Kate zamyśliła się.

— Po cóż mamy się rozstawać — mówił dalej Gogo. — Pociągnęłoby to dla nas obojga wiele następstw niepożądanych. Przede wszystkim skandal, którego chcę uniknąć na równi z tobą, po drugie różne trudności materialne, towarzyskie, no i po prostu nie stać nas na to. Uważałbym za swój obowiązek w wypadku rozstania oddać ci połowę renty. A połowa nie wystarczyłaby ani mnie, ani tobie. Zresztą nie wiążemy się przecie tym układem w sposób ostateczny. Jeżeli po pewnym czasie przekonasz się, że takie życie jest dla ciebie nie do zniesienia, poszukamy innego wyjścia. Długo myślałem nad naszą sytuacją i na razie przynajmniej nie znalazłem rozsądniejszego rozwiązania. Nie rozumiem też, dlaczego miałabyś mojej propozycji nie przyjąć.

— Więc dobrze — odezwała się Kate. — Przyjmuję ją pod dwoma warunkami.

— Słucham cię.

— Pierwszym jest warunek, że układ ten będzie tymczasowy. Drugie, że jeżeli nie dotrzymasz go, wyjadę natychmiast.

— Zgadzam się — skinął głową.

Kate nie powiedziała więcej nic i wyszła.

W gruncie rzeczy była zadowolona z takiego obrotu sprawy i z tego, że Gogo sam wystąpił z projektem, który najbardziej jej dogadzał.

Najbliższe dni nie przyniosły nic nowego. Gogo dotrzymywał przyrzeczenia, nie narzucał się Kate, nie usiłował nawiązać z nią rozmowy. Zresztą nie widywali się prawie wcale. Jedynie przy stole i wtedy, gdy przychodzili goście. Ku zdumieniu wszystkich, nie wyłączając Kate, Gogo istotnie przestał pić. Nie bywał “Pod Lutnią", a wieczory i noce spędzał w domu. Gdy wypytywano go, czym należy tłumaczyć tę zmianę w zwyczajach i upodobaniach, wyjaśniał:

— Lekarz mi zabronił pić. Znalazł w moim sercu jakieś niepokojące objawy.

— Przecież w twoim sercu coś można było znaleźć — złośliwie zauważyła Jolanta.

Spojrzał na nią ze smutkiem.

— Co ty możesz wiedzieć o moim sercu...

— Nie zamierzam go kurować.

— Ty i kurowanie? Och, Jolanto, nigdy nie mógłbym wyobrazić sobie ciebie jako lekarki czy sanitariuszki. Ty jesteś stworzona do dobijania rannych.

Nie wiedział wprawdzie, że Jolanta rozmawiała z Kate o nim i że nakłaniała ją do zerwania.« Przeczuwał jednak, że ma w niej najzawziętszego wroga. Jednocześnie zaczął się też i u innych dopatrywać nieżyczliwego lub obojętnego do siebie stosunku. Teraz, gdy pod wpływem nieszczęścia przewrażliwił mu się naskórek, każdy objaw krytyki czy bodaj braku zainteresowania wydawał mu się bolesnym ciosem.

Był zbyt dobrze wychowany i miał tyle dyscypliny towarzyskiej, że umiał pomimo to nadrabiać miną, udawał swobodę i dobry humor. Przychodziło mu to jednak z coraz większym trudem, w miarę jak utrwalał się w przekonaniu o swoim zupełnym osamotnieniu.

— Nikogo nie mam, nikogo — myślał. — I kogóż może mieć bękart po jakiejś chłopce...

I myślał:

— Gdybym tak któregoś dnia umarł, nie sprawiłoby to nikomu nie tylko smutku, ale żadnej w ogóle różnicy. Nie zajmuję w życiu, w niczyim życiu najmniejszego miejsca. Nawet nie zauważono by, że mnie nie ma.

I w chwilach takich rozmyślań popadał w głuchą apatię. Leżał nieruchomo godzinami lub po prostu płakał. Przychodziły jednak i inne momenty, momenty uporu i postanowień. Wtedy gorączkowo chodził po pokoju zagryzając wargi i ślubując sobie:

— Zdobędę ją znowu. Wszystko jedno, czy to będzie trwało miesiące, czy lata. Muszę ją odzyskać. Zrobię wszystko. Dowiodłem już i jej, i sobie, że potrafię zdobyć się na silną wolę. Przestałem pić. Teraz muszę oszczędzać, pospłacać długi, wykupić z lombardu jej biżuterię, pracować, zarabiać, dużo zarabiać, zrzec się tej renty, którą mi tyle razy wypominała. Nie słowami, nie obietnicami, lecz cichą a nieustanną wymową faktów będę ją zdobywał na nowo i muszę zdobyć.

W myśl tych postanowień zaczął szukać posady. Niestety, te, które mógł otrzymać w Warszawie, były śmiesznie nisko płatne i nie dawały perspektywy awansu. Stary baron Irwing proponował mu do wyboru trzy stanowiska, ale wszystkie na odległej prowincji. Na razie obliczył swoje długi. Było tego około czterdziestu tysięcy. Ponieważ postanowił na siebie nic, ale to absolutnie nic nie wydać, obliczył, że nawet bez posady w ciągu trzech lat zdoła wszystko spłacić.

Po takich zrywach energii wystarczyło jednak spotkać w przejściu Kate, zobaczyć jej zimne, nieubłagane spojrzenie, wyminąć ją nie usłyszawszy nawet zdawkowego “dzień dobry" — a ręce mu opadały, wszystkie wysiłki zdawały się bezcelowym szaleństwem, utopią, mrzonkami nie do ziszczenia.

I znowu nastawał okres rozpaczy.

Któregoś dnia Marynia, podając Kate śniadanie, powiedziała:

— Co to nasz pan tak wyporządniał?... Wódka mu zbrzydła, czy jak? Cięgiem siedzi w domu, jak Bóg przykazał, a od dwu dni to od rana do nocy pisze i pisze.

Kate nie odpowiedziała. Nie obchodziło ją wcale, co robi Gogo. Po tygodniu jednak dowiedziała się o tym najniespodziewaniej od Kuczymińskiego.

Kuczymiński przyszedł przed innymi i powiedział Kate:

— Wie pani, że muszę uciec się do pani pomocy. Przykra i żenująca sprawa. Chodzi o Goga.

— O Goga?

— Tak. Chcę zasięgnąć pani rady.

— Cóż się stało?

— Otóż Gogo postanowił spróbować swoich sił na polu literatury. Zobowiązał mnie wprawdzie do zachowania tego w tajemnicy, ale muszę powiedzieć o tym pani. Szkoda mi go. Po prostu nie umiem się zdobyć na to, by szczerze i otwarcie zaopiniować o wartości jego prób.

Kate uśmiechnęła się blado.

— Są nieudane?

— Nie. Są potworne, okropne, straszne. Lubię Goga i uważam go za kulturalnego, porządnego chłopca, ale to, co napisał... Boże! Włosy dęba stają. Grafomania najgroźniejszego gatunku. I jak ja mu to mam powiedzieć?

— Po prostu. Tak jak mnie w tej chwili.

Potrząsnął głową.

— Nie zdołam. Niech pani weźmie pod uwagę okoliczności. Przychodzi do mnie podniecony, oczy mu się świecą i powiada, że odkrył nareszcie swoje powołanie. Uważa pani? Ni mniej ni więcej jak powołanie! Tłumaczy mi, że przeszedł jakieś wielkie wstrząsy duchowe, które pustosząc jego jestestwo w niektórych dziedzinach, w innych odsłoniły mu głębię jaźni itd.! Gdy posłyszałem takie słowa w jego ustach, struchlałem. Wiedziałem od razu, że będzie źle. Jakoż wyciąga plik papierów i oświadcza, że są to trzy pierwsze rozdziały powieści, którą zaczął pisać. Łapy mu się, biedakowi, z emocji trzęsą i już chce mi czytać. Ledwie zdołałem mu to wyperswadować. W rezultacie zostawił mi manuskrypt. Już pierwszy rzut oka na tytuł przyprawił mnie o dreszcze zgrozy: “ Złamane życie". Reszta okazała się jeszcze okropniejsza. Niech się pani na mnie nie gniewa, wiem, że pani jest zbyt wyrozumiała, by wziąć mi to za złe, ale po prostu wyłem ze śmiechu.

— To było do przewidzenia — wzruszyła ramionami Kate — i dziwię się, skąd mu przyszło na myśl zabieranie się do literatury.

— Ja domyślam się — powiedział Kuczymiński. — Pociągnął go sukces Tynieckiego.

— Bardzo możliwe — przyznała Kate.

— Na pewno. No i niechże mi pani powie, jak mam postąpić. Gdyby nie ten jego entuzjazm, gdyby nie to przeświadczenie, że ma talent (ja miałem tylko określić czy to talent, czy geniusz!), gdyby nie jego wiara w siebie, przyszedłbym doń i powiedziałbym uczciwie: — Daj, bracie spokój. Niczego gorszego w życiu nie czytałem.

Kate skinęła głową.

— I teraz powinien pan tak powiedzieć.

— Droga pani Kate!... A może pani zdjęłaby ten krzyż z moich pleców?... Na panią się nie obrazi, a mnie uzna za wroga, co gorsza, posądzi jeszcze o to, że chcę w zalążku zabić jego talent, bo obawiam się konkurencji.

Kate jednak nie zgodziła się, pokrywając odmowę żartem:

— Ach, jakże to nieładnie ze strony pana. Boi się pan wystawić na próbę swoje stosunki przyjazne, a chce pan ryzykować moim szczęściem małżeńskim.

Wiadomość o literackich aspiracjach Goga rozbawiła Kate i nasunęła jej wiele ironicznych myśli, nie zajęła jednak jej uwagi na długo. Kate była całkowicie pochłonięta przygotowaniami do premiery. Nie opuszczała teraz żadnej próby w teatrze i dzieliła się z Tynieckim swymi poglądami na poszczególne sceny sztuki. Pod wpływem jej uwag Roger przerobił w ostatniej chwili niektóre dialogi i całe zakończenie aktu drugiego.

Dyrektor Zasiecki, reżyserujący sztukę, powiedział kiedyś:

— Powinna pani wziąć część tantiemy autorskiej.

— Największą dla mnie tantiemą — odpowiedziała — będzie powodzenie sztuki.

A powodzenie przepowiadali wszyscy: aktorzy, recenzenci teatralni, którzy czasami wpadali na próby, nawet personel techniczny.

Pewnego razu świeżo przedstawiony Kate aktor, który widywał ją codziennie w towarzystwie Tynieckiego na sali, a nie wiedział, kim dlań jest Kate, powiedział jej:

— To prawdziwe szczęście dla autora mieć taką żonę, jak pani...

— Myli się pan — chciała sprostować Kate, lecz jej przerwał:

— Ach, proszę pani, ja bynajmniej nie mówię o pani urodzie, która uszczęśliwiłaby każdego męża, ale o pani znawstwie teatru. Od szeregu dni już zauważyłem, że każda pani poprawka podnosi wartość sztuki.

— Bardzo dziękuję panu za uznanie — uśmiechnęła się Kate. — Ale nie jestem żoną pana Tynieckiego.

— Och, najmocniej przepraszam — skłonił się aktor. — Proszę mi wybaczyć, ale sądziłem...

Uśmiechnął się z galanterią i dodał:

— O ile jednak mnie mój zmysł spostrzegawczy nie myli, popełniłem tylko ten błąd, że wyprzedziłem fakty.

Zarumieniła się i czując to, zaśmiała się głośno, by pokryć to niedorzeczne zmieszanie.

— Zupełna pomyłka, proszę pana. Jestem kuzynką pana Tynieckiego.

Zbliżyło się do nich kilka osób i korzystając z tego Kate wycofała się.

To drobne zdarzenie wstrząsnęło jednak jej wyobraźnią. Ten aktor mówił o swoim zmyśle spostrzegawczym. Znaczyłoby to, że zaobserwował w stosunku Rogera do niej i odwrotnie coś, co pozwoliło mu sądzić, że są małżeństwem. Jak on to powiedział... Wyprzedziłem fakty...

I nagle ogarnęło ją jakieś niezrozumiałe zadowolenie z siebie, z życia, z biegu wypadków. Nawet ta zniewaga, której doznała od Goga, wydała się jej teraz zdarzeniem pomyślnym.

— Wyprzedziłem fakty...

A dlaczegóż by nie, dlaczego nie mogłaby zostać żoną Rogera?... Moralnie jest wolna i może dysponować sobą, prawnie będzie wolna.

Stała w cieniu nie oświetlonej sali. Przed rampą dwie aktorki i reżyser spierali się o coś z Rogerem. Jego profil i wysoka, szczupła sylwetka wydały się jej tak zrozumiale bliskie, tak niezastąpione, tak jedyne...

— Czy to uczucie — zapytała siebie — czy to uczucie to właśnie miłość?...

A jeżeli tak, to kiedy powstała?

Moment po momencie cofała się wstecz. Oto Polaski czyta głośno jego nowelę. Nie, już wtedy poczuwała się jakby do solidarności z Rogerem, już wtedy była szczęśliwa z powodu jego sukcesu. Więc to jeszcze dawniej. Może wówczas w sankach, wówczas gdy konie poniosły?... Też nie. Drżała o jego życie i pocałowała go. Przypomnienie nasunęło obraz przyjazdu do Prudów i Rogera czekającego na nią przy kominku... Ach, prawda, jeszcze na stacji doznała zawodu, że po nią nie przyjechał...

Tak... Niepodobna odnaleźć początku tego łańcucha faktów... Gdy po raz pierwszy zjawił się w jej mieszkaniu taki oschły i oficjalny, czy już wtedy coś się w niej niedostrzegalnie zaczęło, a może dopiero za drugiej jego bytności? Przysłał wówczas kwiaty, przyszedł i mówił o tych laurkach... A później Jolanta zachwycała się nim i nazajutrz byli na Placu Teatralnym. Tak, w powrotnej drodze... O, wtedy już wiedziała, że się nim interesuje.

Rozmyślania przerwało zakończenie próby. Jak zwykle wyszli razem. Mieli tego dnia być w kilku sklepach i później pojechać na Saską Kępę, gdzie kończono już roboty tapicerskie.

— Więc decyzja zapadła — powiedział, gdy znaleźli się na ulicy — pojutrze próba generalna, a we wtorek premiera.

— Pan jest szczęśliwszy ode mnie — westchnęła Kate. — Pan będzie za kulisami, a ja na widowni dostanę chyba z tremy gęsiej skórki albo zemdleję.

— Ja jestem dobrej myśli, a pani jednak obawia się?

— Och, nie. Trema to nie brak ufności w wartość utworu. To coś całkiem nierozumnego, fizjologicznego, niezależnego od władz umysłowych.

— Wobec tego poradzę pani coś. Niech pani zrobi tak jak ja i wcale na premierę nie idzie.

— Serio zamierza pan... — oburzyła się.

— Dlaczego to panią dziwi?

— Nie dziwi, oburza.

— Przecie zobaczymy i tak próbę generalną, a premiera to tylko kwestia reagowania publiczności. I przyznam się pani, że nie zależy mi na obserwowaniu tego zjawiska, na wsłuchiwaniu się w nasilenie braw czy na liczeniu oklasków.

— I dlatego nie chce pan iść?

— Nie dlatego. Nie chcę narazić się na mówienie o sztuce i o przedstawieniu ze znajomymi, nie chcę poza tym być wypychany na scenę, jeżeli publiczności podoba się wywołać autora. Nie jestem aktorem, którego wyrazem jest jego powierzchowność, lecz autorem, który przemawia do publiczności nie swoją zewnętrznością. Czyż pani mnie nie rozumie?

— Owszem, ale — uśmiechnęła się — publiczność dozna zawodu i... ja też. Tak cieszyłam się na tę chwilę...

— Jeżeli tak — odpowiedział wesoło — rzecz załatwiona. Oczywiście będę w teatrze.

— Nie, nie — zaprotestowała, a serce zabiło jej żywiej — nie jestem taką egoistką, by dla swojej przyjemności żądać od pana poświęceń.

— O, pani Kate. Czyż pani nie wie, że to, co może pani sprawić przyjemność, nie jest dla mnie poświęceniem, lecz radością?!

— Wiem, że pan jest dla mnie zbyt dobry. Ale proszę mi pozwolić na maleńki rewanż. Ja też chcę panu okazać, że pewne wyrzeczenia się są dla mnie radością. Przemówił mi pan do przekonania. Więc nie pójdziemy na premierę.

Tyniecki uśmiechnął się i powiedział:

— Cóż to za dziwny stwór ten człowiek. Osiąga to, czego pragnie, i zamiast dziękować bogom, już, natychmiast myśli, czego by tu jeszcze zapragnąć.

— Jakież są pana dalsze pragnienia? — zapytała wesoło.

— Są tak śmiałe, że aż boję się z nimi wystąpić.

— Czasami odwaga popłaca — zauważyła.

— Zaryzykuję tedy. Pani Kate, marzyłem o tym, by ten wieczór spędzić z panią.

Powiedział to tonem lekkim, prawie żartobliwym i po pauzie dodał:

— ... z panią we dwójkę. Czy to nie za wiele?

— Nie, nie za wiele — uśmiechnęła się. — Z przyjemnością spędzę ten wieczór z panem.

— Ba, ale pani nie bierze na pewno pod uwagę tego, co powiedziałem przed chwilą o naturze ludzkiej.

— Ma to znaczyć, że już pan ma nowe pragnienia? — zapytała rozbawiona.

— Właśnie — westchnął. — Jak pani widzi, jestem nienasycony.

— Rzeczywiście — przyznała. — Kiedyż wreszcie spełnią się pańskie życzenia?

— Ach, o spełnieniu wszystkich na razie nie śmiem marzyć.

— A jakiż jest ich komplet doraźny?

— Program minimalny dotyczy tylko omawianego wieczoru.

— Zatem?

— Więc tak: pani nie lubi restauracji. Ja również. Gdzie tedy spędzimy ten wieczór?

— Przyjdzie pan do mnie.

— Więc nie będziemy sami.

— Owszem. Na pewno wszyscy będą na premierze. Mój mąż również.

Westchnął znowu.

— Myślałem o czymś innym. Ale nie pogniewa się pani?

— Jestem przekonana, że pan nigdy nie wystąpi z takim projektem, za który mogłabym się pogniewać.

— Żywię dla pani ogromną wdzięczność za to zaufanie — skłonił głowę. — Ale tym bardziej muszę pilnować się, by go nie zachwiać.

Spojrzała mu w oczy.

— Sądzę, że nie uda się to panu nawet w tym wypadku, gdyby pan chciał.

— A jednak... Co powiedziałaby pani, gdybym na przykład zaproponował: spędzimy ten wieczór u mnie na Saskiej Kępie.

Kate zamyśliła się.

— Widzi pani — zaniepokoił się jej milczeniem — przeholowałem, ale muszę pan; wyjaśnić moje motywy. Więc przede wszystkim, jeżeli chodzi o zachowanie form dla ludzi, to nikt o naszym wieczorze nie będzie wiedział. Gdybym przyszedł natomiast do pani, wyglądałoby w ten sposób, że chcę wyzyskać nieobecność pani męża. Czy tak?... Poza tym ostatecznie jesteśmy kuzynami i pani w dodatku nie wątpi o charakterze moich intencji. Prawda?... I wreszcie jeszcze jeden argument: wie czór premiery mojej pierwszej sztuki to dla mnie tak wielkie święto.

Pragnąłbym więc podzielić się nim z panią.

— Dobrze — skinęła głową. — Zapewniam pana, że i dla mnie nie będzie to dzień powszedni,

— Bardzo, bardzo pani dziękuję — powiedział wzruszony.

Zaśmiała się, by zmienić nastrój.

— Ale teraz musi mi pan przyznać się do wybiegu.

Zrobił zdumioną minę.

— Do jakiego wybiegu?

— To nieprawda, że rodziły się w panu coraz nowe pragnienia. O nie, miał pan gotowiuteńki plan od początku.

— Przyznaję się ze skruchą i biję się w piersi.

— Gotowa jestem założyć się, że już od dawna wszystko to pan uplanował.

— Nic nie ostoi się przed pani przenikliwością — przyznał.

— I dlatego tak pan śpieszył, by do wtorku urządzić willę.

— Zgadza się — wybuchnął śmiechem. — Jestem zdemaskowany.

Istotnie od kilku tygodni ułożył sobie ten projekt. W projekcie tym był jeszcze jeden i w dodatku najważniejszy punkt, ale tego już Kate nie domyślała się.

We wtorek po południu na herbatę przyszli jak zwykle Tukałło i Polaski, a później Strąkowski i Jolanta. Głównym tematem rozmów była oczywiście premiera Tynieckiego, na którą wybierali się wszyscy.

Gdy przed ósmą zabierali się do wyjścia, Gogo, widząc że Kate zostaje, zapytał:

— Czy nie idziesz do teatru?

— Nie — odpowiedziała krótko.

— Sądzę, że Tynieckiemu będzie przykro — zauważył nieśmiało.

— Dlaczego nie chce pani być na premierze? — zaniepokoiła się Jolanta.

— Widziałam próbę generalną — wymijająco powiedziała Kate.

— Ależ Tynieckiemu oczywiście będzie przykro.

— Ach, czyż obecność lub nieobecność jednej osoby wśród tysiąca innych można zauważyć? — wzruszyła lekko ramionami.

— W tym się musi kryć jakaś tajemnica — orzekła Jolanta. — Niech pani powie, Kate, dlaczego nie idzie pani?

— Przecie pani sama mówi — zareplikowała Kate — że to tajemnica.

Jolanta jednak jeszcze nie dała za wygraną i żegnając się z Kate zapytała półgłosem:

— Pokłóciliście się?

— Z kim?

— No z Tynieckim.

Kate zaśmiała się.

— Nie umiem się kłócić.

— Jest pani bardzo tajemnicza. Ale proszę panią, niech pani chociaż po drugim akcie przyjedzie do teatru. Tynieckiemu naprawdę będzie przykro.

— Upewniam panią, że nie.

— Nie rozumiem pani — zaniepokoiła się Jolanta.

Gogo również nie pochwalał w duchu postanowienia Kate. Jej nieobecność w teatrze na premierze kuzyna oczywiście zwróci jego uwagę i uwagę wszystkich znajomych. Tego Gogo był pewien. I nie omylił się, gdyż wszyscy znajomi witali go pytaniem:

— A gdzie jest pani Kate?

— Nie czuje się dobrze i została w domu — odpowiedział.

Po drugim jednak akcie, gdy widownia trzęsła się od oklasków i od długotrwałych wywoływań autora, i gdy okazało się, że autor w teatrze jest nieobecny, Gogo nagle opanowany został niedorzeczną na pozór myślą:

— Kate dlatego nie przyszła. Wiedziała, że go nie będzie. Została w domu... I on jest tam z nią...

Krew uderzyła mu do głowy. Półprzytomny zaczął przepychać się między rzędami krzeseł ku wyjściu, potrącając ludzi i depcząc im po nogach. W przejściu złapał go za łokieć młody Czumski. Mówił coś o talencie, o Fredrze, o arystokracji, która... i tak dalej.

Gogo nic z tego nie rozumiał. Uśmiechnął się potakująco, a w głowie mu huczało.

— Ach, jakim byłem głupcem... Jakim głupcem...

Wreszcie uwolnił się od Czumskiego. W szatni długo przeszukiwał kieszenie, zanim znalazł numerek. Wybiegł na ulicę i wskoczył do pierw-

szej napotkanej taksówki. Po pięciu minutach był przed domem. Spojrzał w okna. Tylko w sypialni Kate świeciło się.

— Ach, głupcze, naiwny głupcze — mówił do siebie, wbiegając na schody:

Na pierwszym piętrze jednak zatrzymał się. Zastanie ich razem, zastanie, być może, w sytuacji nie pozostawiającej żadnych wątpliwości. I co wówczas?...

Oczywiście, pomimo całego nieporozumienia z Kate ma wobec niej prawa męża. Jaki użytek z tego prawa należy robić? Pierwszą myślą było: zabić oboje. Zemścić się za to, że go tak haniebnie oszukali... Przyszła jednak refleksja: i co potem? Skandal, więzienie, nędza...

Otarł spocone czoło i przygryzł wargi. Namyślał się jeszcze chwilę. Nie, nie może tak postąpić, ale powinien wyzyskać ten atut, który zdobędzie, ten dowód winy Kate, i przy jego pomocy ujarzmić ją, zmusić do zejścia z koturnów.

Otworzył drzwi, szybko przeszedł przedpokój, gabinet i wszedł do sypialni. Przed toaletą siedziała w szlafroku Marynia i zajęta była wyskubywaniem brwi.

— O Jezu! — zerwała się na jego widok.

— Gdzie jest pani? — zapytał ostro.

— Tak się przestraszyłam — odetchnęła służąca. — Pani nie ma.

— Jak to nie ma?!

— A no wyszła.

— Sama?

— A no sama. Przecież wszyscy państwo wyszli razem do teatru.

— Nie mówiła pani, dokąd idzie?

— A nie mówiła. Może do kina, albo co.

— I nikt nie przychodził po moim wyjściu?

— A nikt.

— Cóż u licha Marynia każde zdanie zaczyna od a! — zirytował się. — I nie telefonował nikt?

— A skądże ja mogę wiedzieć? W kuchni telefonu nie słychać.

— Marynia nie w kuchni siedzi, tylko tu mizdrzy się przed lustrem! — krzyknął i wyszedł zły z pokoju.

Po chwili wahania włożył kapelusz. Wiedział, że Kate czasami bywała w cukierni na Polnej. Należało tam pojechać.



Rozdział V

W pokoju, do którego przeszli po kolacji, światło było przyćmione. Kate przyrządzała kawę w elektrycznej maszynce, a Roger mówił dalej:

— Mózg i wola stają się natomiast narzędziami zupełnie zbędnymi, gdy nie służą uczuciom. Obracają się wówczas i pracują w jałowej pustce. Tak przynajmniej ja to rozumiem. I widzi pani, tylko z uczuć czerpałem energię do pracy nad sobą, do uporu, do wytrwania. Powiedziała pani, że znalazła moją rzekomą wartość w tym, że otrzymane nagle bogactwo nie wznieciło we mnie chęci użycia. Otóż to nie moja zasługa. Po prostu tak silnie, tak wyłącznie pragnąłem zostać pisarzem, tworzyć, móc dzielić się z ludźmi swymi myślami, spostrzeżeniami, odczuciami, że inne pragnienia nie miały do mnie dostępu. Chciałem być człowiekiem. A czyż to, że niespodziewanie stałem się z ubogiego oficjalisty bogatym hrabią Tynieckim, zrobiło mnie już człowiekiem?... Można być królem i nie być człowiekiem. Człowieczeństwo to twórczość. Niekoniecznie artystyczna. Jakakolwiek twórczość. Przerabianie rzeczywistości swoją myślą, swoją pracą, swoim wpływem. A twórczość rodzi się tylko z uczuć. One są jej źródłem, pożywką, ogniskiem energii. U dna każdego dzieła znajdujemy uczucia. Takie lub inne. Może to być miłość do kraju lub nienawiść, ukochanie kobiety czy rozpacz po jej stracie, ekstaza religijna, fanatyzm polityczny lub chęć zemsty.

Zrobił pauzę i dodał:

— Oto dlaczego, pani Kate, uważam, że pani dobrowolnie zubożała, wyjałowiła swoje życie, zamykając się hermetycznie, jak to pani wyraziła, przed groźbą uczuć, które mogłyby zakłócić pani spokój.

— Nie odmawiam słuszności pańskiej krytyce — odpowiedziała Kate. — Z punktu widzenia pańskiego, oczywiście ma pan rację.

— To nie krytyka — zastrzegł się — to raczej diagnoza.

— Krytyczna.

— Nie. Bo nie dotyczy ustroju pani. Raczej, że tak powiem, diety, którą pani stosuje dla swej duchowej strony. Dieta ta wyklucza możność pełnego życia, pełnego szczęścia.

— Tak — przyznała — ale wyklucza też groźbę nieszczęścia.

— Czy zawsze?

— Zawsze. Nieszczęście powstaje tylko wtedy, gdy jesteśmy w czymś silnie zaangażowani właśnie uczuciowo. Wszystko to, co traktujemy mniej więcej obojętnie, możemy utracić bez przeżywania tragedii. Niech pan mi wierzy, panie Rogerze, że niejednokrotnie błogosławiłam ten mój punkt widzenia.

Po chwili milczenia powiedział ponuro:

— To znaczy, że spotykały panią same nieszczęścia.

— ... które — podchwyciła — właśnie dzięki mojej filozofii były dla mnie zaledwie przykrościami.

Pochylił się ku niej.

— O, pani Kate, pani Kate!... Czy jeżeli spotka panią szczęście, czy jeżeli zacznie dobijać się do pani serca, tego umyślnie uśpionego, tego obojętnego serca, czy i wtedy pani będzie nieubłagana?... Nieubłagana dla siebie i dla niego?... Pani Kate, czy i wtedy zamknie się pani hermetycznie, odizoluje się od wszystkich uczuć?... Czy powie pani: — Nie budźcie mego serca. Wiem, że obudzenie się byłoby dlań jakby narodzi: nami, że rozpłomieniłoby się jak słońce, ale boję się... Niech śpi dalej... O, pani Kate, rozpłomieniłoby się jak słońce, ogrzało panią i wszystko, co panią otacza i wszystkich...

Mówił głosem przyciszonym, niezwykle sugestywnym. W jego oczach widziała to właśnie rozpłomienienie, które chciał przelać w jej serce. Jeszcze nigdy nie doświadczała takiego wrażenia, jakie przeżywała w tej chwili. Oto zdawało się jej, że odkryła coś niezwykle, niewiarygodnie cennego w tym mężczyźnie, że utrata tego byłaby nieogarnionym, tragicznym nieszczęściem.

— Więc, pani Kate — mówił dalej — czy i wtedy pani nie zmieni swych poglądów, czy i wtedy...

Ostry dzwonek przerwał jego słowa.

Drgnęli oboje. Dzwonił telefon.

— To na pewno z teatru — powiedziała Kate.

Nie myliła się: istotnie telefonował dyrektor Madziar. Zasypywał Rogera gratulacjami i określeniami pełnymi entuzjazmu. Publiczność po zapadnięciu kurtyny dobrych pięć minut biła brawo. Nikt nie ruszał się do szatni. Ponownie wywoływano autora. Powodzenie olbrzymie. Wszyscy bez wyjątku krytycy przyjęli tę sztukę jako rewelację.

Tyniecki słuchał przybladły i głos mu drżał, gdy zapytał:

— Tedy duży sukces?

— Ach panie, to nie sukces, to zwycięstwo! — zawołał dyrektor. — Zwycięstwo na całej linii.

Roger odkładając słuchawkę powtórzył jego słowa:

— Zwycięstwo na całej linii...

Stojąca obok Kate wyciągnęła doń odruchowo ręce, mówiąc w podnieceniu:

— O, ja wiedziałam, że tak będzie, że tak być musi... Jestem taka szczęśliwa, taka szalenie szczęśliwa...

Iskrzyły się jej oczy, a na policzki wystąpiły rumieńce, promieniowała radością, a jej piękność wydała się Rogerowi czymś wręcz nieprawdopodobnym.

Wziął jej ręce i bez słowa przyciągnął ku sobie. Nie opierała się. Wówczas objął ją ramieniem i pochylił się nad jej twarzą.

Kate nie cofnęła ust i zwarli się w długim pocałunku. Teraz dopiero, w tej półprzytomności zrozumiała, jak bardzo i od jak dawna pragnęła tego. Ogarnęło ją przemożne uczucie zaspokojenia, osiągnięcia, spełnienia się... Uczucie słodkie, obezwładniające, a jednocześnie budzące w piersi pragnienie krzyku, głośnego wołania o swoim szczęściu i pragnienie drugie: biec przed siebie, na oślep, przez łąki, przez szerokie, bezkresne łąki w słońcu, w radosnym, pijanym pogodą szczęściu, którego ani objąć, ani pojąć niepodobna, które rozsadza nadmiarem oddechu płuca... I tak rozkosznie, tak oszałamiająco mąci myśli...

— Więc to jest miłość... to jest miłość — pełne zachwytu i zdumienia poznanie. — Ja kocham... Ja kocham...

I mocniej, coraz mocniej zaciskała ramiona na jego szyi.

Wziął ją na ręce, tulił, obsypywał pocałunkami jej oczy, usta, policzki, włosy.

— Kate... Kate... Kate... — powtarzał i nic więcej powiedzieć nie umiał.

Lecz w tym jednym słowie, w tym jednym imieniu zamykało się dlań przecie wszystko. I bezmiar szczęścia, i całe życie, i świat cały.

Oto trzymał ją w objęciach, oto całował te usta, których pragnął latami, dla których żył od wczesnej młodości, dla zdobycia których walczył z sobą i losem, którym zawdzięczał wszystko, dla których wydźwignął się z nizin, wykształcił swój umysł, wzbogacił swoją duchowość...

Cała przeszłość, noce i dni, noce marzeń i dni twardej, zawziętej pracy samouka, który zawziął się, który pazurami wpił się w mrzonkę osiągnięcia szalonego celu, zdobycia jej, niedosięgalnej, pięknej, dumnej, niedotykalnej jak świętość... jak królewna z bajek dla dzieci.

Oto Prudy. Przed czterema laty. W jasnej sukience stoi panna Kate, prawie jeszcze dziecko, podlotek. I mówi. Wydaje dyspozycje. Jaśnie panienka... Jakże trudno skupić jednocześnie uwagę na jej słowach, służbiście zapamiętać polecenia i nie uronić nic z dźwięku jej głosu, z połysku jej włosów, szafiru jej oczu, z poruszeń jej ust, z każdego szczegółu jej urody... Jakże trudno utrzymać na wodzy swój wzrok, by nie ośmielił się jej wyznać prawdy uczuć, a jednocześnie powtarzać sobie przysięgę: Zdobędę ją, stanę się jej godny.

I później, i codziennie, i zawsze tak. Pisarz prowentowy Maciejek, zwykły Maciuś, najmniejsze kółko w administracji Prudów, porywający się na zuchwalstwo nadziei.

I oto spełniło się. Spełniło się, bo to przecież on, to przecież ten sam Maciuś zdobył ją, trzyma ją w ramionach, a ona tuli się doń i oddaje mu pocałunki. Maciuś, bo nie czuje się nikim innym, bo nie zdobył jej ani uzyskanym tytułem, ani majątkiem, tylko sobą, tym umysłem, który dla niej rozwijał, tym charakterem, który dla niej kształcił, tym pragnieniem doskonalenia się, które ona rozbudziła w jego duszy, w duszy podrzędnego oficjalisty...

Był pewien tego tak, jak pewien był, że się sam nie zmienił, że nie zmienił się w najmniejszym stopniu. I gdyby mu kto teraz tę pewność zachwiał, tym samym zachwiałby jego szczęście.

Zdyszani od pocałunków siedzieli obok siebie przytuleni, ściskając się za ręce.

Nic nie mówili. Tak mijały sekundy, minuty, może godziny, może lata, bo przecież wspomnienia mierzą czas i lepiej, i mądrzej, i głębiej niż zegary. Mierzą istotniej.

Lecz właśnie ocucił ich głos zegara. Formalna, zewnętrzna rzeczywistość przemówiła. Zegar wybił dwunastą.

Kate spojrzała w oczy Rogerowi i wstała. Milczeli w dalszym ciągu, jakby bojąc się, że słowa, że każde wypowiedziane słowo będzie za głośne, że brutalne, że zabrzmieć musi nutką dysonansu w tym nastroju, gdzie tylko uczucia same tajemnymi sposobami rozmawiają ze sobą, a serca swoim tętnem wystukują według sobie tylko znanego klucza nie kończące się depesze.

Podał jej kapelusz i wziął swój. Na ulicy wziął ją pod rękę. Szli długo, zanim znaleźli taksówkę. W aucie jeszcze raz spotkały się ich usta.

Przy pożegnaniu Roger przytrzymał jej rękę.

— Kate! — powiedział cicho.

— Kocham — odpowiedziała i szybko weszła do bramy.

Wchodziła na schody zagryzając wargi, by nie śmiać się głośno, by nie krzyczeć. Nie zastanawiała się nad tym, że wraca do domu, że w domu tym jest człowiek, który jest jej mężem, że nie jest wolna i nie może rozporządzać swoim losem.

Była szczęśliwa, bezbrzeżnie szczęśliwa.

Machinalnie otworzyła drzwi i nie zapalając w przedpokoju ani w jadalni światła, po omacku przeszła do swego pokoju.

Na jej wejście z fotela wstał Gogo. Jego widok tak ją zaskoczył, że aż cofnęła się. Prawie natychmiast jednak opanowała się i zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.

— Proszę mnie zostawić samą — powiedziała takim tonem, jakim się mówi do służby.

Gogo nie ruszył się. Jego twarz nabrzmiała od krwi.

— Skąd wracasz? — zapytał ochrypniętym i groźnym głosem.

Kate nie patrząc nań zdejmowała kapelusz i rękawiczki.

— Nie może cię to obchodzić, skąd wracam — powiedziała obojętnie.

— Widocznie jednak obchodzi, skoro pytam.

— Zapominasz o naszym układzie — zauważyła spokojnie. — Nie zamierzam z tobą rozmawiać i proszę, byś zostawił mnie samą.

— Nasz układ nie obejmował takich... takich eskapad — wybuchnął.

— Zawierał twoje zobowiązanie, że nie będziesz się mi narzucał. Powinnam już zresztą przyzwyczaić się do tego, że nigdy nie dotrzymujesz swoich zobowiązań.

— To jest bezczelność! — krzyknął.

— Ponieważ zaś nie dotrzymałeś, wyciągnę z tego odpowiednie konsekwencje.

Zaśmiał się.

— O, nie tak łatwo! Nie tak łatwo! Moja pani, nie tak łatwo! Raczej zamknę cię na klucz, niż pozwolę szastać moim nazwiskiem po hotelach czy garsonierach! Nie udawaj świętoszki. Doskonale wiem, coś robiła i z kim! Tak, wiem, wiem, z kim się...

Zrobił pauzę i wyskandował ostatnie słowo, słowo, którym zadręczał się tu od godziny:

— ... łaj-da-czy-łaś!

Kate bez słowa wzięła odłożony kapelusz i zaczęła wkładać go przed lustrem.

— Nie wyobrażaj sobie, że cię puszczę! — zawołał. — Mam chyba prawo nie pozwolić mojej żonie włóczyć się po nocy.

— Nie masz do mnie absolutnie żadnych praw — powiedziała. — Zdawało mi się, żeś to już zrozumiał.

— Nie zrozumiałem i nie zrozumiem. Mogę nie korzystać z twojego łóżka, mogę zgodzić się na to, byś traktowała mnie jak powietrze, byś uważała mnie za co ci się podoba, ale nie będziesz chyba obłudna do tego stopnia, by twierdzić, że nasz układ dawał ci prawo mnie zdradzać!

— Nie twierdzę tego — wzruszyła ramionami.

— Więc gdzie byłaś do pierwszej w nocy?!

Spojrzała nań z niezmąconym spokojem.

— Nie chcę ci na to odpowiedzieć.

— Aha! H

— Możesz mnie tylko zapytać o to, czy cię zdradziłam, czy nie. Jeżeli zadasz mi takie pytanie, otrzymasz odpowiedź: nie. To wszystko.

— I chcesz, bym ci wierzył?

Kate uśmiechnęła się szczerze ubawiona.

— O nie, bynajmniej. Nie sądzę, by istniało na świecie coś, na czym mniej by mi zależało, jak na tym, czy mi wierzysz. Jest to mi najdoskonalej obojętne.

— A mnie nie jest obojętne! — krzyknął. — Ja muszę mieć dowody!

— Jesteś zabawny. Jeżeli ci są potrzebne dowody, to ich szukaj.

— Mam je! Mam! Podstępem wyprawiasz mnie do teatru i zaraz po moim wyjściu wychodzisz. Dokąd?... Oczywiście na umówione spotkanie z mężczyzną. Wracasz po północy. I jaka wracasz! Podniecona, rozpalona, rozpromieniona!... Może zaprzeczysz?

— Nie. Z przyjemnością potwierdzę.

— Więc?... Czy to nie są dowody, dowody niezbite? I w dodatku wiem, z kim byłaś. Czy mam powiedzieć?

— Nie interesuje mnie to — wzruszyła ramionami.

— Byłaś z Tynieckim! — krzyknął, wyciągając w jej stronę wskazujący palec ruchem oskarżycielskim.

— Prosiłabym cię o niepodnoszenie głosu — westchnęła — gdybym nie wiedziała, że nic nie zdoła przypomnieć ci potrzeby zachowania przyzwoitych form.

— Gwiżdżę na formy! Tu chodzi o mój honor!

— Twego honoru nic bardziej nie niszczy, jak twój własny sposób bycia.

— Odpowiedz mi na jedno: byłaś z mężczyzną?

— Mniejsza o to. Powiem ci tylko, że nie naraziłam twego nazwiska i że nie zdradziłam cię. Jeżeli ci to nie wystarcza, nic już na to poradzić nie mogę i po raz trzeci proszę cię, zostaw mnie samą.

Chwycił się oburącz za włosy i zajęczał:

— Ach, żebym mógł ci wierzyć, żebym mógł!...

— To już tylko twoja sprawa — powiedziała obojętnie.

— Nie, nie, byłbym naiwnym głupcem, jednym z tego legionu śmiesznych mężów, którym przyprawiono rogi. Nie mogę ci wierzyć.

Ponuro się w nią wpatrywał. Nie dość, że go zdradza, ale wyzyskuje teraz swoją przewagę nad nim. Z zimnym okrucieństwem, umyślnie, chce go utrzymać w udręce podejrzeń.

— Jakaż ona jest zła, jak bardzo zła, mściwa i okrutna — myślał.

Spojrzał na nią znowu i nie panując nad sobą powiedział:

— Ja cię zabiję.

Spodziewał się dojrzeć w jej oczach strach, spodziewał się, że Kate zwróci się przynajmniej do drzwi z zamiarem ucieczki, ona jednak spokojnie usiadła przed toaletą i poprawiając grzebieniem włosy odezwała się niezmąconym głosem:

— Wierzaj mi, Gogo, że byłoby mi to na pewno łatwiej znieść niż twoje krzyki i wszystkie te wulgarności, na które jestem skazana, mieszkając z tobą pod jednym dachem.

— Kate! — jęknął. — Dlaczego mnie nienawidzisz?!

— Mylisz się, to nie jest nienawiść! Gardzę tobą i brzydzę się tobą.

Milczał przez dłuższą chwilę, a potem zapytał posępnie:

— A jego... jego kochasz?

— Wybacz, ale zadajesz pytania, do jakich mógłby być upoważniony w wyjątkowych wypadkach ktoś bardzo bliski, ktoś najbliższy, nie zaś ty, który jesteś i pozostaniesz dla mnie najdalszym człowiekiem na ziemi.

— Czy dobrze przemyślałaś swoje słowa?

— Niewątpliwie.

— Oznacza to, że nie może być mowy o naprawieniu naszego życia?

— Naszego?... Nasze już dawno umarło.

Gogo przygryzł wargi i umilkł. Umarło... Po cóż w takim razie ma żyć on i po co ona?...

Widział przed sobą jej smukłe plecy, jej włosy, złocistoblond włosy zaczesane pod wieńcem warkocza.

— Po co mamy żyć... — myślał.

Kate odwróciła się i powiedziała:

— Chcę zostać sama i położyć się spać. Czy naprawdę nie stać cię na tyle delikatności, by to zrozumieć?

Przetarł dłonią czoło i uśmiechnął się ironicznie:

— Delikatności... Ach, Kate, Kate... Żądasz ode mnie delikatności wtedy, gdy sama depczesz mi po sercu. Depczesz. Chciałbym, byś kiedyś doznała takiego bólu jak ja teraz, by i ciebie spotkało kiedyś takie bezlitosne okrucieństwo, byś i ty skamlała bodaj o strzępek uczucia, a odpowiedziano ci wzgardą i obojętnością.

Kate zbladła. Po raz pierwszy w życiu przyszło jej na myśl, że mogłoby jej na kimś tak bardzo zależeć, że mogłaby kogoś błagać o taki właśnie strzępek uczucia... Słowa Goga zabrzmiały w jej uszach jak groźna wróżba, jak ostrzeżenie. Na progu tego szczęścia, do którego szła na oślep, nie obawiając się niczego, ufna i bezpieczna, ujrzała nagle przepaść. Oto dobrowolnie chciała sprzeniewierzyć się sobie, swoim poglądom, swoim przekonaniom, swemu programowi i regulaminowi życia. Cóż za szaleństwo!

Dreszcz nią wstrząsnął, gdy uświadomiła sobie teraz, że kiedyś może tak poniżyć się, tak unicestwić jak Gogo, błagać o strzępek uczucia. Zawsze rozumiała, że miłość jest niewolą, najgorszą niewolą, bo skazującą na wszystkie upokorzenia, na hańbę strachu o każdy uśmiech kochanego człowieka, na głupią zazdrość, na wieczny niepokój. I pozwoliła się opanować temu uczuciu, oddała się tej miłości, skoro ją tylko spotkała, bez oporu, bez walki. Jak zahipnotyzowana szła ku tej miłości, nie oglądając się za siebie. Szaleństwo!

Spaść do rzędu tych ludzi, którzy uzależniają swój spokój, swoje życie, swoje ciało i duszę od czyjegoś złego lub dobrego humoru, kaprysu czy łaski!... Szaleństwo!...

— Jeszcze pora — myślała gorączkowo. — Jeszcze czas. Zgnieść to w sobie, zapanować rozsądkiem i wolą nad tym zaczadzeniem.

Wiedziała, że będzie to ją kosztowało wiele wysiłku, ogromnego wysiłku. Ale wiedziała również, że później stałoby się to już niepodobieństwem.

— Jeszcze czas, jeszcze pora — myślała, a w sercu czuła ostry, przenikliwy ból, ból taki, jakby własnymi rękami wydzierała zeń żywe mięso.

Lecz ból ten jeszcze groźniejszą był przestrogą.

— Już tak źle jest ze mną — konstatowała — już teraz mąci mi się w głowie i omal nie krzyczę z rozpaczy, a cóż będzie później. Nie, trzeba z tym skończyć, każdym kosztem, za wszelką cenę. Póki jeszcze mogę.

— Jeżeli jest sprawiedliwość na ziemi — mówił Gogo — Bóg cię kiedyś jeszcze ukarze tą samą karą. Będziesz tak poniewierana, jak mną poniewierasz, będziesz znosiła takie męki, jakie mnie zadajesz. Tak samo wstrętem ci odpowiedzą na twoje łzy, tak samo pogardą na twoją miłość, tak samo... tak samo... Pamiętaj moje słowa! Pamiętaj! Niczego już innego nie pragnę. Tylko tego, tylko tego, byś odczuła kiedyś te tortury, które mi zadajesz! By ci człowiek, którego kochasz, wtedy, gdy będziesz się czołgała u jego nóg, powiedział: — Chcę zostać sam, czy nie możesz zdobyć się na tyle delikatności, by mnie nie nudzić swoją miłością, którą się brzydzę!... Spotka cię to! Zobaczysz! Zobaczysz!...

Twarz zalewały mu łzy, obie ręce podniósł nad głową i potrząsał zaciśniętymi pięściami, jakby w jakiejś proroczej ekstazie.

Po raz pierwszy nie wydał się jej ani płasko patetyczny, ani śmieszny. Każde jego słowo wrzynało się głęboko w jej świadomość.

Gdy umilkł, powiedziała cicho:

— Uspokój się, Gogo. Nie gardzę twoimi uczuciami i nie znajduję przyjemności w ich poniżaniu. Po prostu moja natura nie nadaje się do miłości. Nie chcę i nie potrafię kochać, nikogo...

— Kate!

— Poczekaj. Więc to jedno. Co dotyczy ciebie i mnie, sam zrobiłeś wszystko, by nasze wspólne życie uczynić czymś potwornym, niemożliwym. Dziś brutalnie złamałeś swoje zobowiązania. Powinnam wyciągnąć z tego konsekwencje i wyprowadzić się. Teraz jednak nie jestem zdolna do powzięcia decyzji... Takiej czy innej... Zastanowię się. Proszę cię, zostaw mnie samą.

— Dobrze, Kate — odpowiedział drżącym głosem. — I miej dla mnie odrobinę litości.

Gdy wyszedł, rzuciła się na łóżko i wybuchła łkaniem.

Tak się skończyło jej krótkie marzenie o szczęściu. Zanurzyła się w nim po to, by przekonać się, że wpadła w wir, w beznadziejny, cudowny, oszałamiający wir, z którego już później nic jej uratować nie zdoła. Ostatkiem sił, ostatkiem woli wydobywała się na brzeg.

— Przełamię w sobie, przełamię w sobie — powtarzała wśród łkania.

Świtało już na niebie, gdy zupełnie wyczerpana podniosła się i stanęła przy oknie.

Miała już postanowienie gotowe: zerwać, z miejsca i ostatecznie zerwać wszystko. Nie może go też widywać. To byłoby ponad jej siły. Dlatego też porzucenie Goga należy odłożyć na pewien czas.

— Wrócę do normalnych zajęć — myślała — do codziennych spraw. Czas zrobi swoje.

Zgasiła lampę i otworzyła okno. Chłód poranka otrzeźwił ją. Po krótkim namyśle wyjęła z biurka papier listowy i siadła do pisania. Zaczęła po prostu tak:

“Drogi Panie Rogerze.

Piszę ten list po głębokim zastanowieniu się, w poczuciu świadomej i ostatecznej decyzji, którą powzięłam. Zapewniam pana, że sprawia mi wielką przykrość ten obowiązek powiedzenia panu prawdy. Wczoraj znajdowałam się pod wpływem nastroju i różnych okoliczności, które sprawiły, że mój sposób bycia nie odpowiadał temu, co czuję, ani temu, co myślę. Zdaję sobie sprawę z tego, że wyrządziłam panu krzywdę, dając nadzieje, które teraz na trzeźwo muszę cofnąć.

Nie kocham Pana. Nie jestem zdolna do uczuć tego rodzaju. Wielki i niezmienny szacunek, który żywię dla Pana, oraz prawdziwa sympatia nakazują mi podkreślić, że nigdy sobie nie wybaczę karygodnego mego zachowania się wczoraj wobec Pana. Była to niegodna lekkomyślność. Niech mi ją Pan wybaczy, jeżeli może, i niech Pan o mnie zapomni. Proszę jeszcze o jedno, apelując do Pańskiej szlachetności: niech pan nie stara się mnie widywać. Życzę Panu, drogi Panie Rogerze, wszystkiego, co dobre i piękne, a czego Pan jest więcej wart niż każdy inny człowiek".

Odłożyła pióro i przeczytała list. Łzy znowu zaczęły spływać z oczu.

— Skończone... skończone... — szeptała.

Powoli składała arkusik papieru, arkusik, którym zrzekła się szczęścia, którym wydawała wyrok na swoje uczucia, wyrok śmierci.

— Tak trzeba, tak trzeba — przekonywała siebie, a łzy spadały jej na palce.

Zaadresowała kopertę, umieściła w niej list, zakleiła i zapieczętowała lakiem.

Była siódma. Marynia zaraz wyjdzie po zakupy. Kate, trzymając list w ręku, weszła do Kuchni.

— Dzień dobry, Maryniu.

— Dzień dobry pani. O Boże, jak pani wygląda! — zawołała służąca. — Czy pani nie chora?

— Nie, Maryniu. Marynia odda ten list posłańcowi, by zaniósł na Saską Kępę do pana hrabiego Tynieckiego.

— Dobrze, proszę pani.

Kate przetarła czoło.

— Aha, więc dziś mamy na obiad zrazy... Lepiej do zrazów dać gryczaną kaszę i do garnka kilka skórek razowego chleba. Niech Marynia nie zapomni też o cynamonie do kremu. Czy kawa jeszcze jest?

— Owszem, proszę pani, na dzisiaj starczy.

Służąca stała trzymając list.

— Jeszcze czas — przemknęło Kate przez głowę. — Odbiorę list i zniszczę.

Serce zatłukło się gwałtownie.

— Pani jest słabo — powiedziała Marynia.

— Nie, nie. Może już Marynia iść do miasta.

— A może pani napiłaby się gorącej herbaty?

— Dziękuję Maryni — potrząsnęła głową Kate.

Służąca westchnęła, zarzuciła szalik na szyję, wzięła koszyk do sprawunków, list i wyszła. Kate słyszała jej kroki na schodach coraz niżej, coraz dalej...

Zakryła twarz rękami i z piersi wydobył się jęk:

— Rogerze... Rogerze... Rogerze...

Zataczając się przeszła do sypialni i rzuciła się na łóżko.

Zdawało się jej, że widzi każdy krok Maryni. Oto dochodzi do placu, oto znajduje posłańca, wręcza mu list. Posłaniec ogląda adres, chowa list do torby i rusza w drogę. List. Czyż on przeczuwa, jaki to list? Czyż on może wiedzieć, że czasem w liście może być tragedia, wydarty kawałek serca, wyrok śmierci... Dla niego to jeden z tysiąca listów, taki sam jak zaproszenie na bridża czy prośba o pożyczenie książki...

Istotnie, posłaniec nr 9 nie zastanawiał się nad zawartością koperty. Miał wiele ważniejszych rzeczy na głowie. Szedł swoim równym, starczym krokiem prosto pod wskazany adres. Odszukał willę i zadzwonił.

Tyniecki właśnie podnosił się z łóżka, gdy weszła Janowa i podając mu list powiedziała:

— Posłaniec przyniósł i pyta, czy ma czekać na odpowiedź.

Od razu poznał charakter pisma Kate i zawołał wesoło:

— List?... No, Janowo, pięknie się nam dzień zaczyna. Posłaniec niech chwilę zaczeka.

Otworzyć kopertę.

Już sam nagłówek listu przeraził go: “Drogi panie Rogerze"... Cóż to mogło znaczyć...

Przeczytał list uważnie, zastanawiając się nad każdym słowem, i zamyślił się.

Po kwadransie Janowa znowu zapukała do drzwi.

— Czy już jest odpowiedź, proszę pana?

— Odpowiedzi nie będzie — rzucił, nie odwracając się.

Cóż mógł odpowiedzieć na ten list?... To chyba, że nie uwierzył mu ani na chwilę, ani przez jeden moment. Nie wiedział i nie domyślał się, jakimi pobudkami kierowała się Kate, gdy go wysyłała.

Początkowo przyszło mu na myśl, że wróciwszy do domu Kate oświadczyła mężowi prawdę. Powiedziała, że kocha innego i że żąda rozwodu.

Możliwe było, że właśnie pod presją Goga ustąpiła i pod jego dyktando napisała ten list.

Z drugiej jednak strony nie mógł przypuścić, by Kate zwykłymi sposobami, zaklęciami czy groźbami dała komukolwiek wymusić na sobie takie zaparcie się samej siebie.

Bo kłamała pisząc, że znajdowała się wieczorem pod wpływem chwilowego nastroju. Kate nie należała do typu istot poddających się nastrojom i Roger dobrze o tym wiedział.

— Dlaczego tedy skłamała?

Najfantastyczniejsze przypuszczenia przebiegały mu przez głowę.

W końcu doszedł do wniosku, że musiało się coś stać niezwykłego, lub też że Gogo szantażuje ją jakąś jemu tylko znaną tajemnicą.

W każdym razie Roger bynajmniej nie myślał o zastosowaniu się do żądania Kate. Musiał ją widzieć, musiał rozmówić się z nią i nie wątpił, że zdoła ją przekonać.

Około południa zatelefonował. W słuchawce odezwał się głos Maryni.

— Tu mówi Tyniecki — powiedział — czy mogę prosić panią?

— Zaraz zobaczę, proszę pana.

Po chwili wróciła do aparatu, by oświadczyć:

— Pani kazała powiedzieć, że czuje się niezdrowa i leży w łóżku.

— Czy broń Boże coś poważnego? — zaniepokoił się.

— Nie, chyba nie. Rano pani nawet wstała. Ale tak jakoś blado wygląda i zmęczona.

— Niech Marynia zapyta panią, czy pozwoli się odwiedzić i o której — zdecydował się Roger.

— Pani dziękuje — zakomunikowała służąca po chwili. — Ale stanowczo prosi, by pan się nie trudził. Pani nikogo nie przyjmuje.

— Proszę pani życzyć zdrowia. Zadzwonię jutro — oświadczył po krótkim wahaniu.

Nie upłynęła jednak godzina, gdy zatelefonował ponownie.

— Czy pan jest w domu? — zapytał.

— Owszem, jest.

— Poproszę. Tu Tyniecki.

Głos Goga zabrzmiał cicho i posępnie:

— Dzień dobry panu.

— Mam do pana prośbę. Czy rozporządzałby pan godziną czasu? Chciałem z panem pomówić o sprawach ważnych dla nas obu.

Gogo odpowiedział nie od razu.

— Oczywiście służę panu. Byłbym mu jednak wdzięczny, gdyby tę rozmowę można było odłożyć na inny dzień.

— Jeżeli jednak może pan spotkać się ze mną dzisiaj, byłbym bardzo zobowiązany — nastawał Tyniecki.

— Niezmiernie mi przykro... — zawahał się Gogo. — Ale ostatecznie, jeżeli to jest konieczne...

— Dziękuję panu. Zatem o której i gdzie?

Gogo podał godzinę siódmą i adres małej cukierenki na Wilczej.

Umyślnie wyznaczył odległą godzinę, gdyż miał jeszcze nadzieję porozumienia się przedtem z Kate. Domyślił się naturalnie, o czym Tyniecki chce z nim mówić. Przewidywał, że usłyszy propozycję rozwodu jako warunek dalszego wypłacania renty. Przygotowany był na to: odrzuci propozycję z całą stanowczością. Układał już sobie w myśli odpowiedzi:

— Nie, panie hrabio. Omylił się pan, posądzając mnie o podłość. Nie chcę dać moralnej kwalifikacji dla określenia takiego postawienia sprawy. Jakiekolwiek pobudki panem kierują, nie usprawiedliwia to, moim zdaniem, próby osiągnięcia celu przy pomocy tego rodzaju gróźb.

Albo jeszcze ostrzej i jeszcze szlachetniej:

— Pańskie ultimatum, panie hrabio, przekracza granice moich pojęć moralnych. Czyż naprawdę nie uważa mnie pan za dżentelmena, skoro mógł pan przypuścić, że groźbą odebrania mi pieniędzy zmusi mnie pan do wyrzeczenia się kobiety, którą kocham?

Albo całkiem z góry:

— Pańskie ultimatum jest szantażem. Odpowiedzieć na nie mogę tylko pożegnaniem pana i prośbą, by chciał pan uważać naszą znajomość za skończoną.

Po dłuższym namyśle Gogo uznał jednak, że tak kategorycznie sprawy nie należy stawiać, wtedy bowiem nie byłoby już żadnej nadziei na utrzymanie renty. Raczej trzeba było w słowach oględnych wytłumaczyć Tynieckiemu, że propozycja jego jest brzydka i niehonorowa, nakłonić go do dobrowolnego wycofania się z ultymatywnego stanowiska i tym samym wzmocnić wobec niego swoją pozycję.

Wprawdzie Gogo nie wiedział, co postanowiła Kate, wprawdzie mógł spodziewać się, że będzie dążyła do rozwodu i że nie zgodzi się nadal z nim mieszkać, w każdym jednak razie wyrzekanie się renty byłoby bezsensowną lekkomyślnością.

Gdy siadając do obiadu zobaczył jedno tylko nakrycie, zapytał:

— Pani je u siebie?

— Pani źle się czuje — odpowiedziała Marynia — i nie chce jeść wcale.

— Niech Marynia zapyta panią, czy mogę wejść.

Służąca ruszyła ramionami.

— I pytać nie ma o co. Pani powiedziała, żeby nikt nie wchodził.

Po namyśle Gogo zdecydował się na napisanie kartki:

“Telefonował do mnie Tyniecki. Prosił o rozmowę. Mamy spotkać

się o siódmej. Ponieważ nietrudno domyślić się, jakie sprawy chce on ze mną poruszyć, a nie wiem, czy będzie mówił we własnym imieniu, czy też ma w tym kierunku i Twoje upoważnienie, proszę, byś pozwoliła mi zobaczyć się na kilka minut. — Gogo".

Włożył kartkę do koperty i posłał Marynię do Kate.

Czekał na jej powrót dość długo i już zaczął się niecierpliwić, gdy służąca wróciła — również z listem.

Kate pisała:

“Ani p. Tynieckiego, ani nikogo innego nie upoważniałam do przeprowadzenia rozmów w moim imieniu i dotyczących moich spraw osobistych. Jeżeli ktokolwiek będzie utrzymywał, że ma jakieś prawa w tym kierunku, świadomie będzie mówił nieprawdę. — Kate".

Ton tej kartki wprawił Goga w zdumienie. Wynikało z tego jasno, że Kate bynajmniej nie łączy z Tynieckim żadne uczucie. Jeżeli rozmyślnie napisała po jego nazwisku “ani nikogo innego", chciała w ten sposób podkreślić, że nie wyróżnia go spośród innych. Tedy wczorajsze podejrzenia nie miałyby żadnych podstaw?... Tedy Kate nie była z Tynieckim, bo Gogo ani przez moment nie dopuszczał myśli, by Kate mogła zbliżyć się do jakiegokolwiek mężczyzny, nie żywiąc dlań poważnych uczuć względnie nie mając zamiaru zostania jego żoną. Kate i przelotny romans, nawet Kate i flirt były to jaskrawe przeciwieństwa, nie dające się pogodzić.

Więc jeżeli nie Tyniecki?...

Gogo przypomniał sobie wszystkich po kolei tych, którzy mogli wchodzić w orbitę jego podejrzeń. Więc Fred?... Polaski?... Strąkowski? Nie, na pewno żaden z nich. — Czyżbym w ogóle się pomylił i całkiem niesprawiedliwie ją posądził?

A dlaczego w takim razie wróciła tak zmieniona, taka rozpromieniona?...

W każdym razie idąc na spotkanie z Tynieckim Gogo gruntownie zmienił swoje przewidywania co do propozycji, którą mu przedstawi ten człowiek. Może po prostu, jako kuzyn Kate, zacznie go namawiać do wysłania jej na odpoczynek za granicę lub do Prudów?... Może chce zmniejszyć rentę, albo też uregulować długi, o których się w jakiś sposób dowiedział?... Po kartce napisanej przez Kate należało sądzić, że rozmowa w żadnym wypadku nie będzie dotyczyła jej. Gogo zaliczał Tynieckiego do ludzi taktownych i powściągliwych, nie wątpił też, że taki człowiek bez upoważnienia nigdy nie próbowałby występować w imieniu Kate, chociażby nawet kochał się w niej.

Zresztą i to przypuszczenie, jak teraz widział Gogo, było całkiem dowolne. Wprawdzie Tyniecki nie ukrywał wyjątkowej sympatii do Kate, wprawdzie lubił z nią przebywać i spędzać z nią wiele czasu, wprawdzie nie widywało się go z innymi kobietami, ale to jeszcze nie dowodziło, że się w Kate kocha, ani tym bardziej, że jest jej kochankiem lub zamierza być mężem.

W wyniku tych rozmyślań Gogo przywitał się z oczekującym już Tynieckim znacznie cieplej, niż to sobie początkowo ułożył.

— Bardzo przepraszam, ale zdaje mi się, że się nie spóźniłem.

— O, nie. Jest punkt siódma. To ja przyszedłem za wcześnie.

Usiedli przy stoliku w kącie drugiego pokoju, gdzie nie było nikogo.

Kelner podstawił przed nimi dwie szklanki czarnej kawy i zniknął.

— Przede wszystkim — zaczął Gogo — muszę powinszować panu sukcesu. Byłem oczywiście na wczorajszej premierze, świetne, wręcz świetne. To zresztą ogólna opinia. Publiczność szalała. Dzisiejsze gazety piszą, że podobnych owacji nie było w Warszawie od wielu lat, serdecznie gratuluję.

— Dziękuję panu...

— Wszyscy wróżą panu świetne powodzenie. W połowie drugiego aktu połowa sali miała łzy w oczach, a i ja sam, co tu gadać, byłem wzruszony. Muszkat mówił mi, a on się przecie na tym zna, że to pójdzie na całą Europę.

Umilkł i zapalił papierosa. Po dłuższej pauzie odezwał się Tyniecki. Głosem cichym i spokojnym powiedział po prostu:

— Kocham pańską żonę.

Zapanowało milczenie. Obaj nie patrzyli na siebie. Wreszcie Gogo bąknął:

— Pan wybaczy... ale podobne... zwierzenia...

— Uważałem za potrzebne od tego zacząć — powiedział Tyniecki. — Chociaż to, że kocham pańską żonę, nie ma bezpośredniego związku ze sprawą, o której chcę mówić. Wolałem nie ukrywać przed panem motywów, jakimi się kieruję.

— Daruje pan — odpowiedział Gogo — ale w jakim celu wspomniał pan o swoich uczuciach, skoro, jak pan twierdzi, nie ma to związku ze sprawą?... Jeżeli mógłbym pana prosić o to, wyeliminujemy z naszej rozmowy osobę mojej żony.

— Niestety, to jest niemożliwe, gdyż właśnie o przyszłości pani Kate chcę z panem mówić — twardo zareplikował Tyniecki. — Mógłbym wobec pana wystąpić jako jej krewny, wolę jednak sprawę postawić otwarcie. Kocham ją i pragnę jej szczęścia. Kocham od dawna, odkąd pierwszy raz zobaczyłem ją w Prudach. Przypomina pan sobie zapewne dzień konferencji z mecenasem Himlerem, gdy kategorycznie odmówiłem udzielenia panu bodaj najmniejszej renty?

— Pamiętam.

— Pamięta pan również, że nazajutrz dla wszystkich nieoczekiwanie zmieniłem swoje stanowisko i zgodziłem się na wypłacanie panu tej renty?

Gogo uśmiechnął się blado.

— A teraz pan ponownie zmienił zdanie?

— Bynajmniej. Czy wie pan jednak, dlaczego zmieniłem je wówczas?

— Nie wiem.

— Oto dlatego, że dowiedziałem się o postanowieniu panny Kate zostania pańską żoną. Nie wierzyłem wprawdzie w to, że może być z panem szczęśliwa, chciałem jednak zapewnić jej dobrobyt i odsunąć od niej troski materialne. Mówię o tym dlatego, by dać panu świadectwo, że nie od dziś datuje się moja dbałość o jej los.

Gogo ściągnął brwi.

— Jestem panu za to wdzięczny, ale moja żona na pewno nigdy pana

0 to nie prosiła.

— Oczywiście, że nie — przyznał Tyniecki. — Tym niemniej wolno mi widzieć to, że w ostatnich czasach przeżywa nader ciężkie chwile. Mówiąc krótko, jest nieszczęśliwa. Nieszczęśliwa w pożyciu z panem i z winy pana.

Gogo nerwowo odsunął swoją szklankę.

— Czy po to chciał mnie pan widzieć, by mi zakomunikować ten swój pogląd?

— Nie, proszę pana. Po to, by pomówić z panem o przyszłości pani Kate.

— Niestety, wybaczy pan, ale nie widzę podstawy, na jakiej miałbym mówić z panem. Przeciwnie. Mam dowód, że żona moja wyraźnie sobie tego nie życzy. Jeżeli miał pan jakiekolwiek złudzenia w tym względzie, sądzę, że te kilka słów napisanych jej ręką rozwieją je do reszty.

Wyjął z kieszeni kartkę Kate i podał Tynieckiemu. Z ukrywanym zadowoleniem przyglądał się jego rysom, które ściągnęły się w jakiś grymas.

Tyniecki zwracając kartkę powiedział:

— Podziwiam pańską zapobiegliwość, która kazała panu zaopatrzyć się aż w tego rodzaju... dokument. Myli się pan jednak sądząc, że może to mieć jakikolwiek wpływ na naszą rozmowę i na sprawę, którą chcę poruszyć. Nie chodzi mi o zgodę pani Kate ani o upoważnienie do zajmowania się jej losem, lecz o nią samą.

— Jednak... — zaczął Gogo.

— Niech pan pozwoli mi skończyć. Otóż abstrahując od tego, czy kiedyś pani Kate będzie upoważniała mnie do występowania w jej imieniu, czy z obecnego mego kroku wyciągnę jakieś korzyści, czy nie, chcę zaproponować układ, który mam wrażenie zainteresuje pana. Proszę mi darować, że będę zupełnie szczery. Uważam, że szczerość w danym wypadku jest konieczna.

— Pan będzie łaskaw — mruknął Gogo.

— Wiem o tym, że z powodu pana pani Kate jest nieszczęśliwa. Największym dla niej dobrem byłoby uwolnienie się od pana. Nie wiem, czy kochała pana, kiedy wychodziła za pana za mąż, ale wiem, że teraz pana nie kocha i pan zresztą wie to również.

— Przypuśćmy. Ale wspomniał pan o jakimś układzie.

Tyniecki skinął głową.

— Owszem. Nie chcę jednak być źle zrozumiany. Nie stawiam sprawy na gruncie, że tak powiem, handlowym, lecz na gruncie, powiedzmy, rekompensaty.

— Nie rozumiem — zainteresował się Gogo.

— Narzeka pan stale na brak pieniędzy. Robi pan długi, utrzymuje pan, że nie może przyzwyczaić się do ograniczeń materialnych, których nie znał pan do dwudziestego ósmego roku życia, póki był pan właścicielem Prudów. Pragnie pan podróżować i mieszkać za granicą.

— I cóż z tego?...

— Otóż chciałem pana zapytać, co odpowiedziałby pan jakiemuś czarodziejowi, który stanąłby przed panem i zaproponował: zwrócę panu Prudy, cukrownię, kapitały, słowem wszystko, co pan posiadał kiedyś?...

Gogo uśmiechnął się nerwowo.

— Niestety, nie ma takiego czarodzieja.

— Owszem.

— Pan żartuje — wyszeptał Gogo.

— Mówię poważnie.

— Chciałby mi pan oddać Prudy?...

— Tak. Prudy, cukrownię, kapitały. Wszystko. Sobie zostawiałbym tę willę, którą nazwał pan chałupką, i jakieś dwieście tysięcy. Pan rozporządzałby wielomilionową fortuną. Będzie pan mógł garściami rozrzucać pieniądze, używać życia jak się panu podoba, zaspokajać wszystkie swoje przyzwyczajenia i zachcianki.

— Nie mogę uwierzyć — powiedział Gogo znękanym głosem.

— Niech pan uwierzy.

— A czego pan w zamian żąda?

Tyniecki wyrecytował powoli:

— Zwróci pan wolność swojej żonie. To jedno. Drugi warunek: wyjedzie pan natychmiast po załatwieniu formalności rozwodowych, i trzeci: nie będzie pan nigdy napastował pani Kate.

Zapanowało długie milczenie. Gogo był zupełnie oszołomiony nieoczekiwaną propozycją Tynieckiego. Odezwały się w nim setki sprzecznych uczuć. Nie umiał określić, czy spotkało go szczęście, czy zniewaga, czy ma oburącz chwycić się tej propozycji, czy odrzucić ją z godnością. Perspektywa roztoczona przed nim przez Tynieckiego obudziła w nim te wszystkie tęsknoty i pragnienia, które twarda rzeczywistość kazała mu w sobie tłumić. Zbudziły się z tym większą siłą.

Być bogatym, nie krępować się w wydatkach, zadziwiać ludzi swoją pomysłowością w doborze rozrywek, hojnością, wykwintem upodobań... Powrócić do starych znajomych, obracać się w najwyższych sferach międzynarodowej magnaterii, żyć wesoło, beztrosko, po pańsku.

Znaleźć się w tym świecie, gdzie będzie ceniony, pożądany i poszukiwany, i zapomnieć o obecnym, który go zaledwie toleruje i lekceważy, dla którego jakiś malarzyk Chochla czy wierszorób Strąkowski jest stokroć ważniejszy i godniejszy szacunku niż on.

Rozbudzona wyobraźnia przesuwała przed oczyma Goga fascynujące obrazy przyszłości: wytworne bale w ambasadach, garden party w rezydencjach lordów angielskich, luksusowe hotele, kluby, plaże, wyprawy myśliwskie do Indii i Afryki. Epsom i Ascot, Brighton i Riwiera, Miami i Lido, roje służby, lśniące samochody, wycieczki jachtami...

Zgorączkowane myśli tłoczyły się i wirowały w niecierpliwej radości. Gdzieś na peryferiach świadomości zaczynały rodzić się plany: zameczek w Szkocji, willa w Nicei, podróż do Australii.

Z drugiej jednak strony nieprzezwyciężonym ciężarem przygniatały warunki Tynieckiego. Rozstać się z Kate. Rozstać się na zawsze. Wyrzec się jej. Czyż nie to samo, co skazać siebie na dożywotnią rozpacz, na wieczną tęsknotę, na beznadziejną pustkę?... Wyrzec się Kate... Wyrzec się dla bogactwa, dla radosnego życia. A skądże może wiedzieć, czy bogactwo cieszyć go będzie, że zamiast radości nie czeka go cierpienie?

— Przecie nigdy nie przestanę jej kochać — myślał. — Nigdy nie zapomnę o niej.

Wprawdzie jego życie w ostatnich czasach było pasmem męczarni, wprawdzie każdy dzień, każda godzina groziła mu odejściem Kate, wprawdzie zdawał sobie sprawę z tego, że odzyskanie jej uczuć było prawie niepodobieństwem, ale przecie zostawała iskierka nadziei i tą nadzieją można było żyć, ale przecie mógł walczyć o nią, mógł ją widywać. Gdyby go porzuciła, gdyby nawet, to i tak nie byłoby to równoznaczne z jego dobrowolnym wyrzeczeniem się jej.

A i wówczas nie byłby skazany na wyjazd. Przez wzgląd na chociażby opinię ludzką pozwoliłaby na widywanie siebie od czasu do czasu.

Przyjmując natomiast propozycję Tynieckiego nie tylko wyrzekał się Kate, lecz i w jej oczach jakże będzie wyglądał?...

Myśl tę odczuł jak policzek. Bo oczywiście Kate miałaby wówczas prawo gardzić nim jak najgorszym łotrem.

Miałaby prawo powiedzieć, że ją po prostu sprzedał Tynieckiemu. Najhaniebniej w świecie!

Na twarz Goga wystąpił rumieniec. Ona tak powie, Tyniecki, wszyscy.

— Wyjadę i nie będę ich słyszał, ale wyjadę z piętnem hańby, z opinią łotra, a kto wie, czy opinia ta nie powlecze się za mną, czy nie dotrze do mnie i do moich cudzoziemskich przyjaciół.

Przygryzł wargi i pomyślał stanowczo:

— Nie, nie. Nie mogę tego przyjąć.

Lecz z chwilą tej decyzji uczuł dotkliwy żal: oto rozwiały się wszystkie sny o pełnym, jasnym i wspaniałym życiu, sny, których realizacja leżała w jego własnej mocy. I cóż zostanie... Szare, ciężkie lata liczenia się z każdym groszem, pozostawanie w oczach ludzi zerem, niczym... Kate, Kate, nienawidząca go Kate, która lada dzień może go porzucić.

Na czole wystąpiły kropelki potu.

— A jednak — myślał — nie mogę, nie mogę...

Podniósł głowę i spojrzał w oczy Tynieckiemu. Nienawidził tego człowieka z całej duszy. Przez niego został nędzarzem, przez niego zmuszony był żyć na łaskawym chlebie i upodlić się aż do przymilania się mu, by nie cofnął swej łaski, pogardliwej i wyniosłej łaski. A teraz ten człowiek, wyzyskując swoją przewagę materialną, chce go ostatecznie poniżyć, zepchnąć do roli bydlęcia, pohańbić, zdeptać...

Przez głowę Goga przebiegła nawet myśl, iż Tyniecki bynajmniej nie traktuje serio swojej propozycji, że podstępnie chce wydobyć zeń zgodę po to, by go skompromitować i ostatecznie zdyskredytować w oczach Kate.

Podejrzenie to nie wydawało się jednak uzasadnione. W każdym razie Gogo rozumiał, że nie może przyjąć propozycji Tynieckiego.

— Proszę pana — odezwał się wreszcie. — Nie wiem, co pan o mnie sądzi, nie wiem, jak pan ocenia moją etykę i honor, ale nie dałem panu nigdy powodu, by mógł pan uważać mnie za łajdaka.

Tyniecki wzruszył ramionami.

— Nie uważam pana za łajdaka.

— Więc jakże mam pojmować ten układ, który mi pan proponuje?... Przecie, przełożywszy to na język zwykły, oznacza on: sprzedaj mi swoją żonę.

Tyniecki potrząsnął głową.

— Bardzo się pan myli.

— Nie mylę się — podniecał się Gogo — proponuje mi pan za oddanie panu Kate wprawdzie bardzo wysoką cenę, ale przez to nie zmienia się fakt, że chce pan moją żonę po prostu kupić. Nie, panie hrabio. To pan się pomylił, i to pomylił się grubo. Nie należę do ludzi zawierających podobne transakcje. Nie należę...

— Przepraszam pana — przerwał Tyniecki. — Źle pan zrozumiał mój projekt. Ja bynajmniej nie chcę, by pan mi sprzedał panią Kate. Już pomijając mój honor czy pański, ja ją za wysoko cenię i za bardzo kocham, bym zamierzał znieważać ją przez czynienie jej obiektem handlu. Nie, proszę pana. Ja jej nie nabywam. Pan sam przed chwilą pokazał mi kartkę pisaną jej ręką, która świadczy, że nie mogę mieć żadnej pewności.

— Nie rozumiem pana. W takim razie nie rozumiem, o co panu chodzi — powiedział Gogo.

— Chodzi mi wyłącznie o jedno: o uwolnienie jej od pana. I za to płacę panu tę wysoką cenę. To jest okup. Ma pan pewne prawa formalne. Za zrzeczenie się tych praw płacę. Nie jest to bynajmniej równoznaczne z odstąpieniem tych praw mnie. Czyż to nie jasne?

— Najzupełniej.

— Zapewniam pana, że nie mam najmniejszej pewności, czy pani Kate zgodzi się kiedyś zostać moją żoną. Może był moment, gdy żywiłem w tym kierunku duże nadzieje. Obecnie jednak zostało mi tyle szans, że nasz układ w żadnym wypadku nie przynosi bezpośrednich korzyści.

— W takim razie tym mniej rozumiem motywy pańskiej propozycji — powiedział Gogo. — Wyrzeka się pan olbrzymiego majątku, decyduje się pan na wegetację, nie otrzymując w zamian dosłownie nic.

Tyniecki potrząsnął głową.

— I znowu pan się myli. W zamian otrzymuję bardzo wiele. Spokój kobiety, którą kocham.

Gogo skrzywił się.

— Czy naprawdę sądzi pan, że pożycie ze mną musi być aż taką torturą?

Tyniecki zrobił pauzę.

— Nie poruszajmy tych spraw. Nie do mnie należy ich roztrząsanie.

— Jeżeli tak, dlaczego oddaje mi pan majątek?

— Widzi pan — po namyśle odpowiedział Tyniecki — wartość wszystkich rzeczy na świecie jest względna. Zbieracze znaczków pocztowych płacą tysiące dla zdobycia małego skrawka papieru zupełnie bezużytecznego. Poszukiwacz złota odda wszystko, co wykopał, za szklankę wody w pustyni. Ja nie przywiązuję do pieniędzy takiej wagi jak inni, ani do pieniędzy, ani do rzeczy, które przy pomocy pieniędzy zdobyć można. Wydaje się panu czymś niezwykłym, że wyzbywam się majątku dla ułatwienia życia istocie, którą kocham, a iluż jest takich, co trwonią majątki w tak błahym celu, jak zaimponowanie hołocie?... Iluż jest takich, którzy rozdają je instytucjom naukowym lub filantropijnym, potrzebnym i cenionym przez nich, lecz uczuciowo im obcych?

Gogo zamyślił się.

— Czy mogę zadać panu jedno pytanie?

— Słucham.

— Czy i wówczas wystąpiłby pan z projektem takiego układu, gdyby wiedział, że osoba, o którą panu chodzi, uwolniona przez pana, wyjdzie za mąż za kogoś innego?...

Tyniecki zmarszczył brwi.

— Nie zastanawiałem się nad tym.

— A jednak — nalegał Gogo.

— Nie wiem... Jestem tylko człowiekiem.

Gogo zaśmiał się sucho.

— Bardzo dziwne, bardzo! Więc jednak człowiekiem?... W ostatnich czasach mogło mi się zdawać, że mam do czynienia wyłącznie z aniołami, z istotami nadziemskimi... Przy których nie zostawało mi nic innego, jak wstydzić się swego nieszczęsnego człowieczeństwa.

Tyniecki zmierzył go chłodnym spojrzeniem. Chciałby mu powiedzieć, co sądzi o jego człowieczeństwie, lecz powstrzymał się i zapytał:

— Więc jakże? Przyjmuje pan moją propozycję?

Gogo zasępił się znowu.

— Nie mogę... Nie, nie mogę — wyrzucił z siebie.

— Nie może pan? — bez zdziwienia skonstatował Tyniecki. — Ha, to trudno.

Zadzwonił na kelnera.

Gogo zrobił niecierpliwy ruch ręką.

— Nie mogę od razu zdecydować — poprawił. — Przecież pan sam rozumie, że w sprawach tak ważnych... A pan wymaga ode mnie natychmiastowej odpowiedzi.

— Ile chce pan mieć czasu do namysłu?

— No, nie wiem. W każdym razie muszę spokojnie wszystko rozważyć, muszę zastanowić się nad wszystkimi okolicznościami... Chociażby taka rzecz: co o tym ludzie powiedzą?... Ludzie lubią wszystko symplifikować. Gotowi orzec, że po prostu sprzedałem żonę!

Tyniecki zaprzeczył ruchem głowy.

— Nic nie orzekną, bo o niczym się nie dowiedzą.

— Gwarantuje mi pan dyskrecję?

— Absolutną.

— To znaczy, że również nie dowie się o tym i... Kate.

— Oczywiście.

Gogo ożywił się.

— Da mi pan na to słowo honoru?

Tyniecki uśmiechnął się blado.

— Nie, panie. Słowa honoru nie dam panu. Musi panu wystarczyć moje zwykłe zapewnienie.

— Czy mam to uważać za obrazę? — poczerwieniał Gogo.

— Bynajmniej. Załatwiamy, jak pan to określił, transakcję handlową i na obrazę miejsca tu nie ma.

Gogo przygryzł wargi, a Tyniecki ciągnął:

— Obiecuję panu, iż nikt o naszej umowie nie będzie wiedział. To powinno panu wystarczyć.

— Tak, ale jakże ukryć ten fakt, iż pan przestaje być właścicielem Prudów, a ja nim się staję! Nie znam się na prawnej stronie tej kwestii, ale sądzę, że niepodobna będzie zachować w tajemnicy tej zmiany.

— Owszem. Radziłem się już pewnego wybitnego adwokata i ten znalazł sposób, a raczej dwa sposoby. Pierwszy polegałby na tym, że sprzedaję wszystko i gotówkę wręczam panu.

— A drugi?

— Że wydaję panu całkowitą plenipotencję. Umożliwi to panu rozporządzanie majątkiem według swojej woli. Będzie pan nawet miał prawo sprzedać wszystko.

— Ale pan przecie będzie mógł cofnąć plenipotencję?

— Nie — zaprzeczył Tyniecki. — Nie, gdyż obiecuję, że jej nie cofnę.

— Będą to mogli zrobić, pan wybaczy, pańscy spadkobiercy.

— I przed tą ewentualnością ustrzegę pana. Wydam panu mianowicie gwarancję na piśmie, stwierdzającą, że pan jest wyłącznym właścicielem Prudów. Zresztą osobiście wybrałbym pierwszy sposób, jako prostszy. Jeżeli adwokat głowił się nad drugim, to tylko dlatego, że sprzedaż tak dużych obiektów w krótkim terminie musiałaby pociągnąć za sobą poważne straty. Zatem ma pan wolny wybór.

Gogo zamyślił się.

— Jeszcze nie wiem, czy w ogóle pańską propozycję przyjmę.

— Kiedyż da mi pan odpowiedź?

— Niech mi pan zostawi dobę czasu do namysłu — odpowiedział Gogo.

— Dobrze. Tedy nazajutrz o siódmej tutaj.

— Będę punktualnie — skinął głową Gogo.

Wyszli na ulicę i pożegnali się.

Gogo nie wrócił do domu. Trawiony gorączkowymi myślami, przeszło dwie godziny chodził bez celu ulicami, aż wreszcie znużony usiadł na jednej z ławek w Alejach Ujazdowskich. Fizyczne zmęczenie nic zmniejszyło jednak jego stanu podniecenia, którego nie mógł opanować. Raz po raz z gmatwaniny rozważań wyrywały się decyzje, decyzje pozornie ostateczne, zdawało się, niezłomne. Lecz zjawiały się tylko po to, by po chwili roztopić się w żrących kwasach nowych wątpliwości, w nieprzejrzystej emulsji wahań, żalów, nadziei, rezygnacji, pożądań i rozpaczy.

Było już po północy, gdy wrócił do domu. W pokoju Kate było ciemno. Wszedł na palcach do przyległego gabinetu. Nie zapalił światła. Stanął już przy drzwiach, jakby w nadziei, że dosłyszy przez nie jakieś jej poruszenie czy oddech. Za drzwiami jednak panowała zupełna cisza.

— Czy się zamknęła na klucz? — pomyślał.

I w tejże chwili uświadomił sobie, że to nie gra żadnej roli, że gdyby tu zamiast drzwi była muślinowa zasłona, i tak stanowiłaby przeszkodę nie do przezwyciężenia, zaporę silniejszą niż mur z żelaza i betonu. Mur można jakimś potężnym wysiłkiem rozkruszyć, a tu żadna siła ludzka niczego nie dokona. Dzieli go od Kate jej wola, której ani przełamać,

ani ugiąć on nie potrafi. Oto kocha ją, oto jest tak blisko, oto jest jej mężem, a przecież nikt na świecie nie czuje się dalszym jej niż on.

— Ach, Kate... Kate... — drgnęły mu wargi i spod powiek spłynęły łzy.

Tak, Tyniecki miał rację, gdy mówił, że Gogo ma do niej tylko prawa formalne. Bo jakież zostały mu rzeczywiste? Do każdej, nawet do nieznajomej kobiety mógł się uśmiechnąć, mógł przemówić, mógł okazać każdej, że mu się podoba, czy że jest nią zachwycony. Ona jedna, ona jedyna była dlań niedostępna.

— Żądają ode mnie, bym się zrzekł tego, czego nie mam — myślał. — Czego nigdy już nie będę miał... I czego naprawdę nigdy nie miałem.

I znowu zjawiło się przed nim pytanie: — Dlaczego?... Dlaczego Kate go nie kochała, dlaczego znienawidziła?...

Po raz pierwszy nie w jej charakterze, nie w jej umyśle i nie w jej sercu szukał winy, lecz w sobie. Czyż istotnie był takim potworem, takim nędznikiem?... Czyż byłby tak ślepy, by nie dostrzec tego, że jest złym człowiekiem, godnym jedynie pogardy i wstrętu?...

Nie, niczego nie chciał ukrywać przed sobą, chciał właśnie najtrzeźwiej, najkrytyczniej przyjrzeć się sobie, chciał znaleźć to, co wytłumaczyłoby mu postępowanie Kate w stosunku do niego. Uczciwie szukał win swoich, lecz nie mógł ich znaleźć. Zapewne miał wiele wad i bezstronnie je teraz widział i oceniał. Nie były to jednak wady tak straszne, by zasługiwały na aż tak bezlitosne potępienie. Największa z nich była słabość. Tak, jest słaby, tylko słaby. I może to jeszcze, co mówiła kiedyś Jolanta: jest przeciętny, jest pospolity, jest żaden.

Powlókł się ciężko do swego pokoju, lecz nawet nie próbował zasnąć.

Właściwie mówiąc, wiedział już, co odpowie Tynieckiemu. Przyjmie jego propozycję. Przyjmie z pełną świadomością, że otrzymuje zapłatę za nic, bo przecie i tak wcześniej czy później musiałby zwrócić Kate wolność, dobrowolnie lub nie. Rozsądek nakazywał tedy po prostu skorzystać z sytuacji.

— Właściwie nie mam wyboru — przekonywał siebie — nie mam wyboru. Gdybym mógł mieć chociaż iskierkę nadziei, że Kate zmieni się dla mnie, że zrezygnuje bodaj po kilku latach z postanowienia rozstania się, ach, wówczas nie wahałbym się ani chwili. Bez namysłu odrzuciłbym propozycję Tynieckiego.

Ale nadziei nie było żadnej.

Wiedział o tym. Postanowił jednak rozmówić się z Kate i dlatego nad ranem napisał do niej kartkę, którą zamierzał wysłać przez służącą.

Prosił o rozmowę, która “jeżeli będziesz sobie tego życzyła, będzie ostatnią naszą rozmową".

Spodziewał się, że Kate i tego dnia nie wyjdzie ze swej sypialni, toteż gdy o ósmej posłyszał jej kroki w jadalnym pokoju, poderwał się z krzesła. Serce zatłukło mu szybciej.

— Co to może znaczyć?...

Na prędce przyczesywał włosy, wytarł twarz i ręce wodą kolońską, poprawił krawat i wszedł.

Gdy odwróciła się doń, nie mógł powstrzymać okrzyku:

— Kate! Co ci jest?

Nie widział jej jeszcze nigdy tak mizernej. Policzki miała przezroczyste, usta blade, oczy podkrążone, a powieki obrzękłe i zaczerwienione od płaczu.

— Nic — odpowiedziała krótko.

— Jesteś chora!

— Nie.

Umilkł i przyglądał się jej poruszeniom, jakby zwolnionym. Trzymając w ręku ściereczkę, wycierała kurze z mebli. Widocznie jego obecność czy utkwiony w niej wzrok zniecierpliwiły ją, gdyż nie kończąc, skierowała się do drzwi.

— Zaczekaj, Kate — powiedział. — Muszę z tobą pomówić.

Odpowiedziała cicho:

— Nie mam ani sił, ani ochoty... A zresztą my nie mamy już o czym mówić ze sobą. Zostaw mnie w spokoju.

— Dobrze, Kate. To ostatni raz — odezwał się łagodnie. — Nie będę cię męczył, nie zrobię ci sceny, nie podniosę głosu. Jeżeli zechcesz, będzie to ostatnia nasza rozmowa.

Zatrzymała się.

— Więc słucham.

— Proszę cię o chwilę uwagi i o szczerą odpowiedź. Czy mogę na nią liczyć?

— Dobrze.

— Powiedz mi tedy, czy mogłabyś mi kiedyś przebaczyć, czy mogłabyś z powrotem być moją, gdybym radykalnie się zmienił, gdybym stał się takim, jakim chciałaś mnie widzieć? Powiedz jedno krótkie “tak", a dziś jeszcze zrzeknę się renty, natychmiast przyjmę posadę, którą daje mi na prowincji Irwing. Nie będę pił. Zabiorę się do pracy. Zaraz wyjadę, by nie dręczyć cię swoją obecnością. Przyjedziesz do mnie lub pozwolisz mi wrócić, gdy zechcesz.

Kate potrząsnęła głową.

— Nie. To już za późno.

Powiedziała to z takim spokojem, z taką stanowczością, że dalsze słowa zastygły mu na ustach. Skłonił się tylko i wyszedł.

Gdy o godzinie siódmej zjawił się w cukierni, był już zupełnie spokojny i zdolny do rzeczowej rozmowy. Po krótkiej wymianie zdań obaj z Tynieckim pojechali do adwokata, gdzie spisano plenipotencję dla Goga, który wybrał ten właśnie sposób załatwienia sprawy. Na mocy plenipotencji mógł dowolnie rozporządzać majątkiem Rogera Tynieckiego, z wyjątkiem jego willi w Warszawie i dwustu tysięcy złożonych na rachunku w jednym z banków warszawskich. Reszta de facto stawała się własnością Goga, gdyż miał prawo cukrownię, Prudy i wszystkie folwarki nawet sprzedać, nie potrzebując nikomu zdawać z tego rachunku.

Nazajutrz zjawił się u Kate inny adwokat, wyjaśniając, iż jej mąż upoważnił go do załatwienia rozwodu, na którym jej zależy.

— Mąż pani winę bierze na siebie, mam jego zobowiązanie na piśmie, że na rozwód się zgadza, żadnych przeszkód stawiać nie będzie. Wobec tego chodzi tylko o pani podpis,

Kate wprawdzie była zdziwiona nagłą zmianą stanowiska Goga w tej sprawie, lecz podpisując się odetchnęła z ulgą. Kategorycznie odmówiła natomiast przyjęcia alimentów w kwocie dwóch tysięcy miesięcznie. Nie mogła przyjąć tych pieniędzy z dwóch względów: po pierwsze — stanowiły one jedyny dochód Goga, który po prostu umarłby bez nich z głodu, po drugie — pochodziły od Tynieckiego, od którego etyka nie pozwalała jej przyjąć ani grosza.

Zresztą nie potrzebowała pieniędzy. Posiadała przecie bardzo cenną biżuterię po ciotce Matyldzie. Już od paru tygodni uplanowała sobie, że część tego spienięży, za co urządzi małe mieszkanko, a potem dostanie pracę i będzie zarabiała dość na swoje utrzymanie. Nie robiła jeszcze dalszych planów, starała się nie myśleć o dalszej przyszłości, gdyż była jeszcze zbyt bolesna ta konieczność wymazania z niej Tynieckiego. Przypuszczała jednak, że kiedyś spotka przyzwoitego i godnego szacunku mężczyznę, który ją pokocha, a któremu ona odwzajemni się lojalnością i życzliwością, bez obawy takiego zaangażowania się uczuciowego, jakie mogłoby ją doprowadzić do utraty własnej godności, do poniżeń i do takich cierpień, jakich próbkę przeżywała obecnie.

Od chwili postanowienia niezbliżania się do Rogera, z każdym dniem umacniała w sobie to przekonanie, że postąpiła słusznie. Przekonywała też siebie, że z wolna odzyskuje równowagę duchową, i jednej tylko dręczącej myśli ulegała wciąż z jednakową rozpaczą: wiedziała, że on również cierpi i że ona jest winna temu. Winna tym bardziej, że owego cudownego wieczoru lekkomyślnie i karygodnie rozbudziła w nim nadzieje, więcej, bo powiedziała mu przecie, że go kocha... Powiedziała prawdę. Boże, prawdę tak istotną, tak całkowitą, jakiej może nikt jeszcze na świecie nie odkrył przed innym człowiekiem.

A jednak należało być silną, należało trzymać w ręku swoje uczucia i odruchy.

— Czy on mi kiedyś przebaczy? — myślała i na samo przypuszczenie, że ją potępia, że przestał ją kochać, boleśnie się ściskało serce, tak samo jak na myśl, że kocha ją po dawnemu.

Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Nie odzywał się wcale. Odkąd Gogo wyjechał do księcia Załuckiego, by nie mieszkać w domu, a być w pobliżu Warszawy, do Kate na popołudniowe herbatki nie przestawali przychodzić wszyscy znajomi: Tukałło i Fred, Strąkowski i Polaski, Chochla i Kuczymiński, Czumski i Jolanta. Za każdym razem, gdy rozlegał się dzwonek w przedpokoju, Kate drżała myśląc, że któryś z nich przyprowadzi Rogera. Widywali się z nim przecie i utrzymywali bliskie stosunki. Jednak nie przychodził, nie telefonował, nie pisał nawet. Dręczyła się tym, lecz była mu za to wdzięczna.

Tymczasem zabiegliwi prawnicy, widocznie przynaglani przez Goga, wynaleźli sposób przyśpieszenia sprawy — nie rozwód, lecz unieważnienie małżeństwa. W ciągu miesiąca rzecz została załatwiona merytorycznie. Zostały już tylko formalności, które nie wymagały dłuższego pozostawania Goga w kraju. Przed wyjazdem napisał do Kate list, długi list o zagmatwanej i mglistej treści, pełen tragicznych zwrotów i cynicznych uwag o sobie. Konkretnie w nim brzmiało tylko oświadczenie, że na zawsze wyjeżdża za granicę, że nie wróci nigdy i że postara się o niej zapomnieć.

Kate przeczytała list i wkrótce o nim zapomniała. Zajęta teraz była szukaniem mniejszego i tańszego mieszkania. Szukała też posady.

Pewnego dnia właśnie w związku z tą sprawą zadzwoniła do niej Jolanta. Powiedziała, że bodaj znalazła dla niej posadę lepszą niż wszystkie te, które jej dotychczas proponowano.

— Niech pani, droga Kate, wpadnie do mnie o piątej. Ale koniecznie.

Kilka minut po piątej Kate zadzwoniła do jej mieszkania. Otworzyła

Jolanta i przywitała ją słowami:

— Proszę, niech pani wejdzie do pracowni. Ja przygotuję herbatę.

— Pomogę pani — ofiarowała się Kate, ale Jolanta nie chciała.

Kate odsłoniła kotarę oddzielającą przedpokój i weszła do pracowni. Najpierw rzucił się jej w oczy nie wykończony obraz na sztalugach, później unoszący się w powietrzu dym papierosa, a później zobaczyła Rogera.

Nie mogła pohamować okrzyku i odruchowo cofnęła się o pół kroku.

Stał przy oknie blady i nieruchomy.

— Przepraszam panią — odezwał się cichym głosem. — To moja wina. Ja prosiłem o to panią Jolantę. . .

Oparła się o krzesło, gdyż kręciło się jej w głowie i zdawało się, że zaraz upadnie.

— Po co pan to zrobił? — wyszeptała.

— Po to, by z panią pomówić.

— Przecież prosiłam pana!...

— I czy mogła pani na jeden moment przypuścić, że potrafię spełnić tę prośbę?... Że uwierzę w pani list?... Że dam sobie wydrzeć to szczęście, o które walczyłem całe życie? które zdobyłem?...

Głos jego stawał się coraz silniejszy, coraz pewniejszy.

— Bo zdobyłem je! Bo pani jest moja! Moja i tylko moja! Nie ma takiej potęgi na ziemi ani w niebie, ani w piekle, która zdołałaby wydrzeć z mojej pamięci to słowo, które mi pani powiedziała. Kocha mnie pani. Wiem o tym.

Głos jego wibrował w jej nerwach. Nie mogła oderwać oczu od jego twarzy skupionej, ostrej, gniewnej i spokojnej zarazem, a zdającej się promieniować jakąś gwałtowną siłą.

— Niechże pani zaprzeczy — mówił. — Niech pani w oczy mi powtórzy to kłamstwo, które napisała pani w liście! Nich pani pogardzi swoim uczuciem, niech pani zaprze się miłości!... Niech pani powie, że mnie pani nie kocha!

Poruszyła wargami, lecz przez zaciśnięte gardło nie wydobył się ani jeden dźwięk. Tylko serce waliło w piersi, dudniąc przyśpieszonym, coraz szybszym rytmem.

— Milczy pani! — zawołał. — Kocha mnie pani!

— Tak — szepnęła. — Ale nie chcę pana kochać.

— Nie chce pani?...

Gdybyż idąc tu wiedziała, że go spotka. Przygotowałaby swoje nerwy na ten wstrząs. Potrafiłaby od razu wytworzyć między Rogerem i sobą taki dystans, który uniemożliwiłby mu ten wybuch, tę agresywność i w ogóle poruszenie spraw intymnych, a zmusił do utrzymania rozmowy na tematach konwencjonalnych. Niestety, teraz już było za późno.

— Nie chce pani? — powtórzył z oburzeniem. — Dlaczego? Dlaczego?

Zaczęła mówić. Chaotycznie, szybko, urywając zdania. Nie jest stworzona do miłości. Powinien to zrozumieć. Boi się uczuć, które człowieka zmieniają w niewolnika. Boi się takiego szczęścia, które znikając może ją poniżyć, pozbawić ambicji, zostawić po sobie pustkę gorszą od śmierci. On musi to zrozumieć, nie powinien jej utrudniać sytuacji, która i tak dla niej jest nad wyraz ciężka...

Mówiąc drżała z uniesienia. Patrzyła w podłogę, by nie widzieć go, by móc skupić myśli i opanować tę przemożną czułość, która dyktowała jej zupełnie inne słowa, zupełnie inne myśli.

Roger zbliżył się do niej i stojąc tuż obok powiedział:

— Nie oddam cię za nic, nawet za twoje własne szczęście... Słyszysz, Kate, nie oddam!... Nie wierzysz moim uczuciom, boisz się, że wygasną? Więc na miły Bóg! Spójrz mi w oczy! Przecież to całe moje życie! Przecie to cały mój świat! Ty i tylko ty! I wszystko dla ciebie i tylko dla ciebie! Kate! Gdybym przestał cię kochać, nie zostałoby nic dla mnie i nic ze mnie! Kate! Kate!... Chciałaś popełnić szaleństwo! Zabić siebie i mnie. Bo nasza miłość to my. Jakże oddzielisz od siebie to, co jest tobą?... O, Kate, i ty mi nie wierzysz!

Czy jego słowa, czy timbr jego głosu, czy jego bliskość, czy wreszcie jej własne serce sprawiło, że nagle zrozumiała. Zrozumiała, jak beznadziejną walkę podjęła z sobą, jaką zbrodnię chciała popełnić wyrzekając się tego, co stanowiło dla niej cel i sens, i urodę życia.

— Wierzę, wierzę, wierzę i kocham, tak strasznie cię kocham — mówiła wśród łkania, tuląc się doń z całej siły.

— Kate!

Zwarli się w uścisku, oboje nieprzytomni ze szczęścia, oboje do reszty wyczerpani niepokojem i męką wielu dni.

Później usiedli obok siebie, jak wtedy. Mówili to, co ich tęsknota powtarzała sobie tygodniami, czego się już dawno nauczyli na pamięć. I mówili jeszcze, że już nic ich nie rozdzieli i że są tacy szczęśliwi. Mówili wszystko to, co jest takie banalne i szablonowe poty, póki nie rozpłomieni się prawdą, a któraż prawda rozjarza się bardziej niż prawda miłości...

Zmierzch już z wolna zapadał na dworze, gdy Roger zapytał:

— Widzisz, Kate, teraz już nie boisz się swego uczucia i tego, że może ci odebrać twoją niezależność duchową?

Przytuliła się doń jeszcze mocniej.

— Przeciwnie. Boję się jeszcze bardziej. Ale wolę wszystko stracić, niż ciebie. Gdybym nawet wiedziała, że mnie kiedyś przestaniesz kochać,

że mnie porzucisz, że kiedyś umierać będę z rozpaczy... To niech, niech sobie, byle móc na krótko bodaj być tak szczęśliwą jak teraz...

Hałas otwieranych drzwi wejściowych uprzytomnił im, że są w mieszkaniu Jolanty. Ona sama też stanęła na progu i chociaż zdążyli wstać i zająć pozycje dość od siebie odległe, powiedziała:

— No, zostawiłam wam, zdaje się, dostateczną ilość czasu!... Porozumienie osiągnięte i sojusz zawarty?... Kiedy ślub?

Śmieli się we trójkę, a pani Jolanta dodała:

— Zakochani to tak jak tlen z wodorem: wystarczy zostawić ich razem, a muszą się połączyć. Ta tylko różnica, że bez detonacji. Ach — westchnęła — wolałabym może coś dla siebie, ale widocznie starzeję się, skoro swatanie daje mi już namiastkę satysfakcji.

W trzy miesiące później odbył się ich ślub w ścisłym gronie przyjaciół. Zamieszkali w willi na Saskiej Kępie.

— Widzisz, jaki byłem przewidujący i przebiegły — żartował Roger. — I jaki pewny siebie. Umyślnie prosiłem cię, byś urządziła ten dom według własnego gustu, bo wiedziałem, że w nim będziesz mieszkała. A teraz muszę ci się przyznać do jednego półkłamstwa, jedynego, jakie popełniłem wobec ciebie. Mam to na sumieniu i muszę się przed tobą wyspowiadać. Pamiętasz historię biżuterii po mojej matce?... Otóż nie wyraziła przed śmiercią woli, by tobie ją oddać.

— Więc jakże mogłeś! — zawstydziła się. — Tak mi przykro.

— Nie powinno być ci przykro. Matka bowiem biżuterię przeznaczyła dla mojej przyszłej żony, a ja wiedziałem, że ty nią będziesz. W każdym razie, że nie będzie nią żadna inna kobieta.

— Kocham cię — odpowiedziała Kate. — I ja coś utaiłam przed tobą. I strasznie chciałabym ci to powiedzieć, ale nie mogę. Powiem ci to, gdy oboje będziemy staruszkami. Tak jak obiecałam ci wtedy, gdyśmy wracali do Prudów po wypadku w lesie.

Nalegał na próżno. Zanadto wstydziła się owego pocałunku, by mogła się przyznać.

O przeszłości zresztą rzadko wspominali. Ich teraźniejszość miała tyle intensywnej i bogatej treści, że to, co minęło, stało się blade, nieważne, zapomniane.

Nie mówili również o Gogu. Roger otrzymał od mecenasa Himlera alarmujące listy, namawiające do odebrania plenipotencji człowiekowi, który zrujnuje Prudy swoją rozrzutnością, lecz odpisywał na nie, że dzieje się to za jego wiedzą i zgodą.

Kate jednak o tym wszystkim nie wiedziała, nie wiedziała również, że po roku Himler zawiadomił Tynieckiego o ustatkowaniu się Goga, który, siedząc gdzieś w południowej Ameryce, każe sobie nadsyłać tylko nieduże sumy.

W pół roku później nadszedł do Rogera list opatrzony jakimiś egzotycznymi znaczkami pocztowymi. W kopercie była tylko plenipotencja wystawiona na imię Goga przez hr. Rogera Tynieckiego. Plenipotencja była przedarta na kilka części.

Roger rzucił ją do płonącego kominka.


KONIEC



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.