FANDOM



XIV Testament dziwaka • Część II • Rozdział XV • Juliusz Verne Cały tekst
XIV Testament dziwaka
Część II
Rozdział XV
Juliusz Verne
Cały tekst
Uwaga! Tekst wydano w 1900 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


XV.

Ostatnie dziwactwo dziwaka.

'The Will of an Eccentric' by Georges Roux 96

W jednej chwili, jakby pod działaniem prądu elektrycznego, poruszyli się wszyscy mieszkańcy Chicaga. Wielki i mały, bogaty i ubogi, biegł co mu sił starczyło na cmentarz Oakswoods. Niebawem znane nam mauzoleum zostało znów otoczone przez wielotysięczny tłum tak, jak w ów pamiętny dla wszystkich dzień pogrzebu. Z trudnością przez tę zbitą masę przecisnęli się wybitniejsi obywatele miasta z rejentem Tornbrockiem, przedstawiciele władzy urzędowej i wojskowej, członkowie Klubu Dziwaków, a wreszcie partnerzy gry.

Odgłos dzwonów nie ustawał. Wreszcie wnętrze budynku oświetlonego znów rzęsiście, zapełniło się po brzegi, i uroczysta zaległa cisza. Każdy z obecnych wstrzymywał oddech w oczekiwaniu czegoś niezwykłego. Stojącym bliżej wspaniałego sarkofagu, zdawało się nawet, iż słyszą w nim szmery jakoweś, lecz biorąc na rozum przypisywali to złudzeniu tylko.

'The Will of an Eccentric' by Georges Roux 97

Nagle, wraz z uderzeniem 11-ej, uchyla się wieko, i oczom na wpół zdumionych na wpół przerażonych ukazuje się, nietylko żywy i zdrów, ale świetnie wyglądający, członek Klubu Dziwaków William I. Hypperbone.

Jakże to być może?... Co za cudowne zmartwychwstanie!

O, nie było w tem cudowności żadnej. Po prostu Hypperbone, wbrew opinii lekarzy nie umarł, lecz zapadł tylko w sen letargiczny, z którego się zbudził, gdy jeszcze stróż mauzoleum nie zdążył pogasić świateł w dzień pogrzebu. Z jego też pomocą wydostał się z pod ciężkiego pokrycia, a nakazawszy mu najgłębsze milczenie, jednego tylko Tornbrocka wezwał do siebie i udzielił mu wskazówek co do dalszego postępowania. Przedewszystkiem nie chciał, aby świat wiedział, że żyje — i zgodnie z tem, mimo przedstawień rejenta, życzył utrzymać ważność testamentu. Oryginalność, która się teraz sama wytworzyła, była świetnym dalszym ciągiem dziwactwa, którem członek Klubu Dziwaków chciał wsławić się choćby po swej śmierci. Aby jednak i jemu przypadła jeszcze teraz jakaś rola, uczynił dopisek w testamencie, mocą którego, pod tajemniczemi literami X. K. Z., stanął jako partner ubiegający się o swój własny majątek. Jeżeli wygra, wróci do swych milionów, jeżeli przegra, zostanie bez grosza, ale i to jeszcze będzie oryginalność swego rodzaju... Odtąd, jako siódmy partner żył cicho, nie poznany przez nikogo.

Naturalnie osoby, wybrane losem do wielkiej gry, zaciekawiały go przedewszystkiem — a jeśli ani Urrican, ani Crabbe, ani Titbury nie mogli zyskać jego sympatyi, dla Kymbala miał już więcej życzliwości, a już szczególniej polubił Réala i Helenę Nałęczównę, i jak sobie przypominamy dał nawet tej ostatniej po dwakroć dowody swej życzliwości pod przybranem nazwiskiem Weldona.

'The Will of an Eccentric' by Georges Roux 98

Krótkie to objaśnienie wystarczyło kolegom jego z klubu i wystarczyć musiało wszystkim obecnym teraz w mauzoleum, a gdy każdy pospieszył uścisnąć dłoń jego, Helena z Jowitą wyraziły mu również swe szczere podziękowanie. Że zaś Yankesi łatwi są do uniesień, więc znaleźli się tacy, którzy ujęli go na swe ramiona i wynieśli tryumfalnie z cmentarza Oakswoods, tak jak tryumfalnie został tu wprowadzony, trzy i pół miesiąca temu.

A jeżeli nie wszyscy jeszcze byli zadowoleni z takiego rozwiązania sprawy, którą zajął się cały świat współczesny, cóż to właściwie szkodziło dziwakowi? Wszakże wielka gra jest zawsze ryzykowną, i gdy jeden partner wygrywa, drugi z konieczności przegrać musi. Tylko, aby godnie zakończyć szereg swych dziwactw, miał jeszcze Hypperbone przygotowane dwie niespodzianki, które nie miały przejść niepostrzeżenie. Oto najpierw w wigilią ślubu Maksa Réala z Heleną Nałęczówną, składając im swe życzenia, doręczył jako ślubny upominek akt rejentalny, mocą którego oddawał im dziesiątą część swej sześćdziesięcio milionowej fortuny, do której powrócił szczęśliwym wypadkiem losu.

Gdy zaś po skończonej w kościele ceremonii, której obecny był cały świat finansowy miasta Chicago, grono przyjaciół znalazło się w gościnnych progach zacnej pani Réal, William I. Hypperbone, nie już jako pochylony wiekiem Weldon, lecz jako odmłodzony, rzeźki, pełen jeszcze sił statecznych mężczyzna, przedstawił Jowicie, promieniejącej szczęściem swej przyjaciółki, a prawdziwie uroczej w stroju druchny, swą prośbę, aby zechciała zostać jego żoną. I zapewne nie zadziwi nikogo, że dziewczę zgodziło się na to szczerze i chętnie.

A teraz, jeżeli czytelnik ma jaką wątpliwość co do prawdziwości opisanych tu wypadków, niechże przedewszystkiem przypomni sobie, iż działo się to... w Ameryce.


KONIEC.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.