FANDOM



Tajemnicze krainy/E-book

(The Land of Mist)

Arthur Conan Doyle

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim




Arthur Conan Doyle - Tajemnicze krainy T1 (book cover)


TOM I.

I.
Wywiadowcy nasi ruszają w drogę.

Nazwisko znakomitego profesora Challengera całkiem niewłaściwie wymienione zostało w paru fantastycznych opowieściach[1]. Pewien zbyt śmiały autor[2] pozwolił sobie wplątać profesora w jakieś nieprawdopodobne i romantyczne awantury, chcąc się przekonać, jak on sam na to zareaguje. Jakoż profesor zareagował bardzo energicznie, a kolejnym rezultatem tego wyładowania energji był paszkwil na autora powieści, potem daremna próba konfiskaty owych utworów, dalej kłótnia na ulicy Iloane, dwie osobiste napaści, co wszystko spowodowało utratę posady docenta fizjologji w londyńskiej Akademji Podzwrotnikowej Higjeny. Zresztą całe to nieporozumienie skończyło się bardziej spokojnie niż można było oczekiwać.

Szanowny profesor stracił jednak cokolwiek dawnego ognia. Czarna jego po asyryjsku w kształt łopaty ostrzyżona broda posiwiała, wyraz oczu stał się mniej prowokacyjny, uśmiech nie tak wyzywający, głos, zawsze potężny, coraz rzadziej dawał się słyszeć, by grzmotem swoim zahuczeć wszelką opozycję. Mimo to był jednak niebezpieczny, jak to z troską stwierdziło jego najbliższe otoczenie. Wulkan jeszcze nie wygasł i ustawiczne wrzenia groziły ciągle nowym wybuchem. Życie miało go jeszcze wielu rzeczy nauczyć, on zaś skłonniejszy się stał do przyjęcia tej nauki.

Można ustalić datę tej zmiany, która w nim zaszła. Była to śmierć jego żony. Cicha ta kobieta jak ptaszyna uwiła sobie gniazdko w sercu olbrzyma. On sam posiadał tę rycerskość i łagodność, którą człowiek silny ma zwykle dla słabych. Ustępując mu we wszystkiem, zyskiwała wszystko, co tylko zyskać może pełna słodyczy i taktu kobieta. A gdy zmarła prawie nagle na złośliwe zapalenie płuc po influency, olbrzym ugiął się i zachwiał. Powstał znowu z uśmiechem, jak powalony bokser, gotów do niejednej jeszcze utarczki z losem. Ale nie był to już ten sam człowiek i, gdyby nie pomoc i towarzystwo córki Enidy, możeby już nigdy nie dźwignął się po tym ciosie. Ona to zręcznie i nie bez czysto kobiecej chytrości umiała wyszukać mu i podsunąć kwestje, które podniecały jego zapalczywy, żądny walki temperament i rozgrzewały jego umysł tak, że począł żyć chwilą obecną, a nie pogrążył się w przeszłości. A kiedy spostrzegła, że znów staje się burzliwy w dyskusji, gwałtowny wobec dziennikarzy i zaczepny dla swego otoczenia, wówczas poznała, że ojciec jest na drodze do zupełnego odzyskania zdrowia.

Enid Challenger nie była przeciętną dziewczyną i zasługuje, byśmy się jej przypatrzyli bliżej. Po ojcu odziedziczyła kruczy włos, po matce niebieskie oczy i świeżość cery; była bardzo przystojna, jeżeli nie uderzająco piękna, spokojna lecz bardzo silnej kompleksji. Już w dzieciństwie miała do wyboru albo utrzymać swoją niezależność zdania wobec ojca, lub też stać się automatem i woskiem jego palców. Na szczęście była dość silna, by utrzymać swą niepodległość w sposób łagodny i elastyczny, uginając się jak trzcina przed chwilowemi kaprysami, a prostując, gdy burza minęła. Później, gdy nacisk woli ojca stał się dla niej zbyt uciążliwy, szukała ulgi w zajęciu, które dawało jej pewną niezależność. Dostarczała mianowicie londyńskiej prasie sensacyjnych wiadomości, a czyniła to w sposób tak oryginalny, że imię jej poczynało nabierać rozgłosu w ajencji dziennikarskiej. W znalezieniu tego zajęcia okazał się jej wielce pomocny stary przyjaciel jej ojca, a może i dobry znajomy czytelników — Edward Malone, współpracownik[3] Gazety Codziennej.

Malone był to jeszcze ten sam atletycznie zbudowany Irlandczyk, który niegdyś zdobył sławę w międzynarodowym turnieju w Rugby, jednak życie utemperowało go nieco, zrównoważyło i zmusiło do myślenia. Stracił wiele na żywości od czasu, gdy zdecydował się spakować i wynieść na strych cały swój footbalowy garnitur. Mięśnie jego osłabły nieco, członki zesztywniały, natomiast umysł pogłębił się i ożywił. Zmarł chłopiec, narodził się mężczyzna. Wygląd jego zewnętrzny zmienił się niewiele, zgęstniał wąs, zaokrągliły się ramiona, a w rysach twarzy myśl o nowych powojennych problemach życia wyryła swe charakterystyczne linje. W świecie dziennikarskim zyskiwał sobie coraz lepsze imię, a poniekąd i w literackim. Był dotąd kawalerem, choć wielu jego znajomych twierdziło, że ten wolny stan potrwa niedługo i że niebawem białe paluszki Enidy Challenger ujmą cugle żywota nieokiełznanego niegdyś rumaka. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oboje byli z sobą w bardzo dobrej komitywie.

Był niedzielny wieczór w październiku. Właśnie światła latarni zaczęły błyskać poprzez mgłę, która dzierżyła w spowiciu cały Londyn od wczesnego rana. Mieszkanie profesora Challengera przy ulicy Victoria West Gardens było na trzeciem piętrze. Mgła leżała grubo na oknach. Stłumiony odgłos niedzielnego, mniejszego niż w dni powszednie ruchu ulicznego dochodził z niewidzialnych na dole chodników, naszkicowanych tylko linjami mgłą przyćmionych świateł. Profesor Challenger siedział przy kominku wyciągnąwszy ku ogniowi swe grube i krzywe nieco nogi, z rękami głęboko wsuniętemi w kieszenie od spodni. Ubranie jego nie było nacechowane ekscentrycznością genjusza; miał na sobie koszulę z wolno wykładanym kołnierzem, szeroki wiązany jedwabny krawat, czarny welwetowy żakiet, który wraz z rozwidloną brodą, dawał mu wygląd podstarzałego cygana-artysty. Tuż obok niego gotowa do wyjścia w toczkowym kapeluszu, w krótkim czarnym kostjumie i innemi modnemi częściami ubrania, któremi kobiety usiłują zniekształcić swoje przyrodzone wdzięki, siedziała jego córka. Malone z kapeluszem w ręku czekał przy oknie.

— Już czas, żebyśmy poszli Enid, siódma dochodzi — rzekł Irlandczyk.

Oboje pisali wspólnie artykuły na temat religijnych obrzędów w Londynie i w każdą niedzielę wychodzili razem, by zachwycić coś nowego i przygotować do następnego niedzielnego numeru gazety.

— Dopiero o ósmej Ted — mamy jeszcze sporo czasu.

— Siadaj pan — siadaj — zagrzmiał Challenger, gładząc ręką brodę, jak to miał zwyczaj czynić wówczas, gdy był podniecony.

— Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak gdy kto stoi za mną ztyłu. Szczątek atawizmu, obawa zdradzieckiego sztyletu. Tak, to napewno. Połóż pan u licha ten kapelusz. Pan masz ciągle minę człowieka spieszącego na pociąg.

— Takie też i życie dziennikarza — odparł Malone. — Jeżeli się nie złapie odchodzącego pociągu, zostajemy na lodzie. Już i Enid zaczyna to rozumieć. Ale istotnie mamy jeszcze dosyć czasu.

— Ileście miejsc zwiedzili?...

Enid zajrzała do małego notatnika.

— Już siedem. Opactwo Westminsterskie, kościół Św. Agaty, plac Tudorów, katedrę Westminsterską dla katolików, ulicę Endell dla prezbiterjanów i Gloncester Square dla unitarjuszów. Lecz dziś zamierzamy wprowadzić pewną zmianę w naszym programie, chcemy odwiedzić spirytystów.

Challenger parsknął jak rozjuszony bawół.

— A w następnym tygodniu szpital obłąkanych, zapewne — ryknął — chyba nie wmówisz we mnie Malone, że ci upiorni ludzie mają swe własne kościoły.

— Dowiadywałem się o tem — rzekł Malone. — Ja zwykle zbieram pewne fakty i zasięgam informacji, zanim wezmę się do roboty. Oni mają zgórą 400 zarejestrowanych kościołów w monarchji wielko-brytańskiej.

Challenger zaryczał jak całe stado bawołów.

— Zdaje mi się, że ludzka głupota i łatwowierność nie mają granic. Homo sapiens! Homo idioticus! A do kogóż się oni modlą, ci upiornicy?

— To właśnie mamy zbadać. Musimy porobić na miejscu pewne notatki. Nie potrzebuję powtarzać, profesorze, że w zupełności podzielam pańskie zapatrywania na tę sprawę, lecz niedawno rozmawiałem w tej kwestji z doktorem Atkinsonem ze szpitala Św. Marji. Jest to, jak pan wie, chirurg o coraz bardziej rosnącem wzięciu.

— Słyszałem o nim — specjalista od chorób kręgosłupa.

— Właśnie. To głowa otwarta, uważają go za powagę w psychicznych badaniach, jak zowią teraz nową naukę, zajmującą się temi sprawami.

— Nauka, zaiste!

— Tak ją nazywają. Otóż Atkinson traktuje tych ludzi całkiem poważnie. Pytałem go raz w tej materji, ponieważ on zna na palcach odnośną literaturę. Nazwał ich pionierami rodu ludzkiego.

— Pionierami torującymi ludziom drogę do domu warjatów — zaszydził Challenger. — A literatura? Cóż oni mogą mieć za literaturę?

— Otóż tu mnie właśnie zadziwił. Atkinson ma zgórą pięćset tomów i skarży się, że jego bibljoteka psychiczna jest jeszcze bardzo niekompletna. Są tam dzieła francuskie, niemieckie, włoskie a także i nasze.

— Dzięki Bogu, że to błazeństwo nie ogranicza się do samej biednej starej Anglji. Zaraźliwa głupota!...

— Czyś czytał to wszystko ojcze? — zapytała Enid.

— Czytał? Czyż ja mam czas na to wśród nawału mej pracy naukowej? Chybaś szalona, moja Enid...

— Przepraszam ojca. Ojciec mówił z taką stanowczością... myślałam, że ojciec zna trochę tę literaturę.

Challenger pokręcił swą potężną głową a lwi jego wzrok spoczął na córce.

— Czy ty nie rozumiesz tego, że umysł logiczny, umysł badawczy nie potrzebuje czytać, ani też studjować, by skonstatować fakt, że jest to oczywiste głupstwo. Czyż muszę przechodzić specjalne studja matematyczne, aby odeprzeć twierdzenie człowieka, który dowodzi, że dwa a dwa jest pięć? Czyż trzeba mi na nowo zabrać się do fizyki i odrzucić dawniej poznane prawdy, dlatego, że jakiś oszust czy głupiec utrzymuje, iż stół może sam wznieść się wgórę, wbrew prawu ciążenia? Czyż trzeba na to aż pięciuset tomów, ażeby poinformować nas o kwestji, która sama przez się jest dość jasna i wyświetlona w każdym komisarjacie policji, ilekroć ma się do czynienia z aresztowanym oszustem... Enid, wstydzę się za ciebie.

Dziewczyna roześmiała się głośno i wesoło.

— No już dobrze, dobrze, tatusiu, nie potrzebujesz gniewać się na mnie, składam broń, w gruncie rzeczy jestem tego samego zdania co i ty.

— Niemniej przeto — wtrącił Malone — niektórzy bardzo uczeni ludzie podtrzymują tę teorję. Nie sądzę naprzykład, aby pan mógł śmiać się z takiego Lange’a Crookesa lub innych.

— Nie bądź dzieckiem Malone. Każdy wielki umysł ma swe słabostki. Jest to pewien rodzaj reakcji przeciw rozsądkowi. Trafia się nagle na jakąś żyłkę pozytywnego głupstwa. Tak się ma sprawa i z tymi panami. Nie, Enid, ja nie czytałem ich argumentów i bynajmniej nie myślę ich zgłębiać, są pewne kwestje dostatecznie przez naukę wyświetlone. Gdybyśmy poczęli wracać do starych zagadnień, jakżebyśmy mogli dać sobie radę z nowemi. Ta sprawa jest ustalona zarówno przez zdrowy rozsądek, jak prawo i przez jednomyślną zgodę wszystkich trzeźwych mieszkańców Europy.

— Tak, to prawda — rzekła Enid.

— Chociaż — ciągnął dalej — chociaż muszę przyznać, że zdarzają się pewne wypadki, które mogą być źródłem nieporozumienia na tym punkcie... Zniżył głos i wielkie swe oczy utkwił nieruchomo w przestrzeni.

— Znam wypadki, gdzie najbardziej trzeźwy intelekt — nawet mój własny, może być na chwilę wstrząśnięty.

Malone nadstawił uszu, czując jakiś ciekawy temat do artykułu.

— Cóż to za wypadki? — zapytał. Challenger milczał, zdając się walczyć ze sobą.

Widocznie miał ochotę mówić, lecz wspomnienie sprawiało mu przykrość. Wreszcie uczynił niecierpliwy ruch ręką i począł:

— Nigdym ci o tem nie wspominał, Enid. Było to zbyt przykre, a może zbyt głupie. Wstydziłem się sam przed sobą swego wzruszenia. Jest to dowodem, że nawet najbardziej zrównoważony umysł może być zaskoczony znienacka.

— Cóż takiego?

— Było to bezpośrednio po śmierci mej żony. Znałeś ją pan, wiesz jak bardzo mnie ta śmierć dotknęła. Było to właśnie tej nocy, kiedy jej zwłoki zostały spalone. To straszne, straszne... Widziałem, jak to drogie ciało zsuwało się niżej, coraz niżej, potem błysk płomienia i szczęk żelaznych drzwiczek...

Olbrzym wzdrygnął się i potężną, włochatą ręką przysłonił na chwilę oczy.

— Nie wiem, czemu panu o tem mówię, ot wyszło to jakoś z naszej obecnej rozmowy. Niechaj to będzie ostrzeżeniem dla pana. Otóż tej nocy — właśnie po spaleniu zwłok siedziałem w sali. I ona tam była — dodał, wskazując ruchem głowy Enidę. — Zasnęło biedactwo w fotelu. Pan znasz moje dawne mieszkanie na Rotherfield. Było to w dużej sali. Siedziałem, jak teraz przy kominku. Cały pokój pogrążony był w mroku, jak i mój umysł podówczas. Powinienem był posłać ją do łóżka, lecz ona spała mocno z odchyloną wtył głową, nie chciałem budzić biedaczki. Było to koło pierwszej po północy. Pamiętam, księżyc świecił mglisto przez matowe szyby. Siedziałem pogrążony w myślach. Nagle usłyszałem szelest.

— Co to było?

— Zrazu było to ciche, jak stukanie zegaru, potem wyraźniejsze i prawie głośne — całkiem określone pukanie. A teraz właśnie ten dziwny zbieg okoliczności, rzecz z której powstają legendy, gdy łatwowierny lud pocznie je w swym umyśle kształtować. Musi pan wiedzieć, że moja żona miała swój specjalny sposób stukania do drzwi. Był to w istocie rytm krótkiej melodji wybębnianej palcami. Ja również używałem tego sposobu, tak, żeśmy się poznawali, gdy które z nas do drzwi zastukało. Otóż zdawało mi się — oczywiście zmysły moje były podniecone i nienormalne — że te odgłosy układały się w dobrze mi znany rytm jej stukania. I nie mogłem zlokalizować tego odgłosu, chociaż może pan sobie wyobrazić, jak bardzo się o to starałem. Było to, jakby tuż nade mną, jakby w drewniane obicie ściany. Straciłem rachubę czasu. Lecz śmiało mogę twierdzić, że powtórzyło się to przynajmniej dwanaście razy.

— Oh, ojcze, nic mi o tem nie mówiłeś!

— Nie, lecz wkońcu obudziłem się. Kazałem ci ze mną siedzieć cicho...

— Tak, przypominam sobie.

— Siedzieliśmy dobrą chwilę, lecz nic się nie przytrafiło. Pukanie ustało. Oczywiście było to złudzenie. Może jakiś owad ukryty w drzewie, może bluszcz trącony wiatrem o zewnętrzną ścianę. Mój własny mózg wyroił sobie ten rytm. Tak to my sami robimy się głupcami lub dziećmi. Lecz to zdarzenie pozwoliło mi wejrzeć w siebie. Przekonałem się, jak zdrowy i logicznie myślący człowiek może być oszukany przez własne podniecone zmysły.

— Ale skąd pan wie, że to nie była pańska żona?

— Absurd, Malone, absurd... Wszak ci mówiłem, żem widział, jak jej ciało objęły płomienie. Cóż się zostało z niej...

— Jej duch...

Challenger smutnie potrząsnął głową.

— Kiedy te drogie zwłoki rozłożyły się na swe elementy, gdy gazy uleciały w powietrze, a z ziemskich szczątków pozostała garstka szarego prochu, to już był i koniec wszystkiego. Odegrała swą rolę na ziemi pięknie i szlachetnie. I po wszystkiem. Śmierć wszystko kończy, Malone. To gadanie o duszy jest to animizm dzikich ludów. Mit, przesąd. Jako fizjolog mogę się podjąć wywołać czyn cnotliwy, lub zbrodnię przez opanowanie naczyń krwionośnych, lub podniecenia ośrodków mózgowych. Mogę zamienić Jekyll na Hyde [4] zapomocą chirurgicznej operacji. Inny uczyni to samo dzięki psychologicznej sugestji. Alkohol to uczyni — trucizna. Głupstwo Malone, głupstwo... Gdy drzewo padnie, to leży. Tam niema już jutra... Noc... wieczna noc i długi odpoczynek dla strudzonego robotnika.

— To bardzo smutna filozofja.

— Lepsza smutna niż fałszywa.

— Być może. Jest coś w tem męskiego patrzeć śmiało w oczy smutnej prawdzie. Nie będę się z panem sprzeczał. Owszem, rozsądek mój godzi się na to.

— Lecz mój instynkt protestuje przeciw temu — zawołała Enid. — Nie, nie, nigdy w to nie uwierzę.

Zarzuciła splecione ramiona na potężny kark ojca.

— Nie mów mi, ojcze, że ty z twoją olbrzymią wiedzą, indywidualnością i przedziwnym umysłem staniesz się kiedyś, i już na zawsze, martwą bryłą, jak potrzaskany zegar...

— Cztery wiadra wody i worek soli — rzekł z uśmiechem Challenger, uwalniając się z objęć córki. — Oto jest cały twój ojciec i musisz się z tem pogodzić, moja panienko. No, ale już ósma dochodzi. Jeśli będziesz miał czas, Malone, wróć i ty — może mi opowiesz swe przygody wśród tych obłąkańców.



II.
Wieczór w dziwnem towarzystwie.

Miłosna afera Enidy Challenger i Edwarda Malone nie zainteresuje zbytnio czytelnika, dla tej prostej przyczyny, że nie obchodzi ona wcale autora. Miłość to stara historja... Niedostrzegalny powab mającego przyjść na świat dziecięcia, wspólny jest całej młodej ludzkości, to też będziemy się zajmowali w niniejszej opowieści kwestjami, które jako mniej oklepane, mogą zawsze obudzić zaciekawienie. Napomknęliśmy o miłości dlatego, by wyjaśnić ów serdeczny koleżeński stosunek, łączący dwoje osób, o których będzie mowa w dalszym ciągu opowiadania. Jeśli rasa ludzka przeprowadziła w czemkolwiek jakąś reformę — przynajmniej w krajach anglo-celtyckich — to niewątpliwie w tem, że owe przesadne afektacje miłosne i wzajemne oszustwa zmniejszyły się widocznie i, że młodzi ludzie obojga płci mogą obcować z sobą na podstawie i warunkach czystego i uczciwego koleżeństwa.

Dorożka samochodowa wiozła naszą parę wdół gościńca Edgware, w boczną ulicę Helbecke Terrace. W połowie tej ulicy posępna linja murowanych kamienic przecięta była jakąś jasną luką, skąd latarnia łukowa rzucała strumień światła na całą ulicę. Samochód zatrzymał się, szofer otworzył drzwiczki.

— To jest kościół spirytystów, sir — rzekł. A odbierając zapłatę za jazdę, dodał: — głupota, ot, jak ja to nazywam. — Ulżywszy w ten sposób swemu sumieniu, usadowił się przy kierownicy i wkrótce potem czerwona tylna latarnia dorożki znikła w mroku. Malone zaśmiał się...

— Vox populi, Enid. Do takiego określenia tej sprawy doszła opinja publiczna, jak dotąd przynajmniej.

— Równie, jak i my oboje.

— Tak, ale my właśnie gotujemy się sprawę wyświetlić. Na Jowisza, to będzie ładna sprawa, jeśli się do wnętrza nie dostaniemy.

Tłum ludzi cisnął się do drzwi, a jakiś człowiek stojący na schodach u wejścia wymachiwał rękoma, usiłując wstrzymać natrętów.

— Czekajcie przyjaciele, tak nie można. Bardzo mi przykro, ale nic nie poradzę. Już nam dwukrotnie grożono policyjną karą za przepełnienie.. Nigdym nie słyszał, aby jakiś prawowity kościół miał kłopot z takiego powodu — dorzucił żartobliwie. — Nie można, panie, nie można...

— Przyszłam tu pieszo aż z Ammersmith, skarżyła się jakaś kobieta. Światło padało na zapalczywą, stroskaną twarz malutkiej kobieciny z dzieckiem na ręku.

— Pani przyszła pewnie do jasnowidzącej — rzekł odźwierny ze zrozumieniem. — Podaj mi pani swe nazwisko i adres, ja do pani napiszę i poproszę, by Mrs. Debbs dała pani bezpłatny seans. Tak będzie lepiej, niż czekać w tym tłoku. Będzie ją pani miała dla siebie wyłącznie. Nie, panie, tu łapówka nie pomoże... A to znów co? Prasa?

Uchwycił Malone’a za rękaw.

— Powiada pan, prasa? Prasa nas bojkotuje, sir. Popatrz pan na tygodniową listę nabożeństw w sobotnim numerze Times’a, jeśli mi pan wierzyć nie chce. Nie dowie się pan stamtąd, co to za zwierz ten spirytyzm. Jaki dziennik? „Gazeta Codzienna“. No, no, dobrze. Może pan wejść. I ta pani także? Specjalny artykuł — no proszę... Trzymaj się pan mnie, zobaczę, co się da zrobić. Zamknij drzwi Joe... Nic z tego, panowie. Jak zbierzemy większy kapitał na dobudówkę, będzie trochę luźniej: Tędy — proszę pani.

Dziennikarska para, idąc za przewodnikiem doszła do małych drzwi, nad któremi zawieszona była czerwona lampa.

— Zaprowadzę państwo na platformę — tu niema miejsca wśród zgromadzenia na sali.

— Dziękuję — rzekła Enid.

— Będzie miała pani dobry widok, a może otrzyma pani zlecenie dla siebie, jeśli pani ma szczęście. Zwykle bywa, że ci, co są najbliżsi medjum, moją najlepsze szansę. — Tutaj, pani, proszę wejść.

Pokój, do którego weszli, był mały, brudny, zawieszony kapeluszami i paltami. Szczupła o surowym wyglądzie twarzy kobieta z oczyma błyszczącemi z poza binokli grzała swe chude ręce przy kominku. Tyłem zwrócony do ognia stał tłusty, tęgi mężczyzna o ciemnym wąsie i bezkrwistem obliczu z pełnemi ciekawości bladoniebieskiemi oczyma marynarza. Mały, łysy człowieczek w ogromnych rogowych okularach i piękny, atletycznie zbudowany młodzieniec w niebieskiej świątecznej bluzie, dopełniali grupę obecnych osób.

— Inni poszli na platformę, Mr. Peeble. Tam tylko pięć miejsc dla nas zostało — odezwał się otyły mężczyzna.

— Wiem, wiem — rzekł Mr. Peeble, żylasty, wysuszony jegomość. Ale tu są przedstawiciele prasy, Mr. Bolsovez, „Gazeta Codzienna“ — specjalny artykuł... Nazwisko Malone i Challenger. A to Mr. Bolsovez, nasz przewodniczący... To znowu Mrs. Debbs z Liwerpoolu, słynna jasnowidząca. To jest Mr. James, a ten wysoki młody dżentelmen jest to Mr. Harry Williams, nasz energiczny sekretarz. Mr. Williams jest głównym skarbnikiem naszego funduszu budowlanego. Trzeba dobrze uważać na kieszenie, gdy Mr. Williams jest wpobliżu.

Rozśmieli się wszyscy.

— Zbiórka przyjdzie później — rzeki z uśmiechem Mr. Williams.

— Dobry, reklamowy artykuł, to nasza najlepsza zbiórka — odezwał się gruby przewodniczący — czy był pan kiedy na takim seansie?

— Nie — odparł Malone.

— To pan niewiele wie, jak się to odbywa?

— Istotnie, bardzo niewiele.

— No, no, musimy oczekiwać pięknego sprawozdania. Najpierw patrzą się na naszą sprawę z humorystycznego punktu widzenia. Złoży pan sprawozdanie bardzo komiczne. Ja, coprawda, nie widziałem nigdy nic śmiesznego w ukazującym się duchu czyjejś zmarłej żony, ale to kwestja gustu i zapatrywania, no i znajomości rzeczy. Jeśli oni sprawy nie znają, jakże mogą traktować ją poważnie? Zresztą nie mam do dziennikarzy pretensji. My sami byliśmy z początku niedowiarkami, jak oni. Ja byłem jednym ze zwolenników Bradlangha i zasiadałem obok materjalisty Józefa Mac Cabe’a póki nie zjawił się mój zmarły ojciec i nie przepędził mnie z tego towarzystwa.

— Chwała mu za to — rzekło medjum z Liwerpoolu.

— Po raz pierwszy uczułem wtedy, że mam jakąś moc w sobie. Widziałem go tak, jak pana w tej chwili.

— Czas już — odezwał się Mr. Peeble, patrząc na zegarek. Pani siądzie po prawej stronie prezesa, Mrs. Debbs. Niech pani idzie naprzód. Potem pan, prezesie. Potem państwo dwoje i ja. Mr. Harry Williams, usiądzie po lewej i poprowadzi śpiew. Oni potrzebują podniecić się czemś, a pan potrafi wywołać nastrój. No, proszę...

Platforma była już zapełniona, lecz nowoprzybyli przecisnęli się do środka wśród życzliwego szmeru powitań.

Mr. Peeble usuwał cisnących się, aż wkońcu wyłoniły się dwa miejsca, na których zasiedli Enid i Malone.

— Jakiego pan doznaje wrażenia? — zapytała Enid.

— Żadnego dotąd...

— Ja również — rzekła Enid — w każdym razie jest to bardzo ciekawe.

Ludzie nastrojeni poważnie są zwykle interesujący, bez względu na to, czy się dzieli ich przekonania, czy nie, a było rzeczą niewątpliwą, że wszyscy obecni wyglądali bardzo poważnie.

Sala była wypełniona po brzegi i gdy się spojrzało w dół, widziało się całe rzędy twarzy o typie dziwnie jednakowym. Kobiety przeważały, lecz i mężczyzn było sporo. Typ owych twarzy nie odznaczał się oryginalnością, ani też wysoką inteligencją, był to jednak bezsprzecznie typ ludzi zdrowych, trzeźwych i uczciwych. Właściciele sklepików, wędrowni handlarze i handlarki, rzemieślnicy, kobiety z średniej klasy, na których obliczu wyryte były troski codziennego życia, młodzi ludzie poszukujący silniejszych wrażeń — oto był skład audytorjum, jaki przedstawiał się wprawnym oczom Malone’a.

Otyły prezes powstał i wzniósł dłoń do góry.

— Drodzy moi towarzysze — przemówił. — Musieliśmy oddalić całą gromadę ludzi, którzy pragnęli dzisiaj być z nami. Wszystko to jest kwestją funduszu budowlanego, a siedzący tu po mej stronie Mr. Williams bardzo rad będzie usłyszeć coś od was pozytywnego w tej materji. Byłem zeszłego tygodnia w pewnym przepełnionym hotelu, gdzie w biurze wywieszono ogłoszenie. „Nie przyjmuje się już zaliczek“. Otóż takie lekceważenie zaliczek Mr. Williams bardzo surowo potępia, a kto się o tem chce przekonać niech mu zaproponuje zaliczkę.

Śmiech powstał w zgromadzeniu. Nastrój sali był raczej nastrojem auli wykładowej niż kościoła.

— Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym poruszyć zanim usiądę. Mojem zadaniem nie jest właściwie przemawianie do zgromadzonych, lecz przewodniczenie seansom. Chcę jednak prosić członków spirytystów o jedno, a mianowicie, aby wstrzymali się od przychodzenia tu w niedzielę wieczorem, gdyż przez to zabierają miejsce tym, którzy chcą nas poznać. Dla was wystarczy nabożeństwo poranne. Lepiej będzie dla naszej sprawy, jeśli zostawi się obcym ludziom więcej miejsca. Wy już je macie i Bogu dzięki za to. Dajcie i bliźnim możność poznania prawdy.

Prezes ciężko osunął się w swój fotel, natomiast Mr. Peeble żywo zerwał się na nogi. Był to typ człowieka czynu, który często spotkać można w różnych towarzystwach, a który energją swą opanowuje całe zebranie. — Ze swą szczupłą natchnioną twarzą i żywemi gestami był jakby jednym kłębkiem nerwów. Zdawało się, że elektryczność tryska z końca jego palców.

— Zaczynamy hymn — wykrzyknął.

Odezwały się dźwięki fisharmonji i całe audytorjum powstało. Zabrzmiała wesoła nuta hymnu:


„Niebiański prąd powionął już,
radując ludzkie plemię,
Zwalczywszy śmierć miljony dusz
wracają na swą ziemię.“


W głosach śpiewających osób wyczuć było można dźwięki silnej egzaltacji ilekroć śpiewano refren:


„Stoczony więc zwycięski bój,
radością brzmi nasz głos,
O grobie zły, gdzież triumf twój,
o śmierci, gdzie twój cios?!!...“


Tak, ci ludzie naprawdę wierzyli, że śmierć została zwyciężona. Byli to ludzie, którzy wydawali się mniej rozumni od miljonów swych bliźnich. A jednak zarówno Enid jak Malone patrząc na nich uczuli litość w sercu.

Jak to smutnie być oszukiwanym w rzeczach tak doniosłych, zwodzonym przez oszustów, którzy posługiwali się świętemi uczuciami tych ludzi, a ich najdroższych zmarłych używali za narzędzie swego szalbierstwa. Cóż oni wiedzieli o prawach przyrody, o tych zimnych nieubłaganych argumentach ścisłej nauki. Biedni, uczciwi wyzyskiwani ludziska!...

— A teraz — krzyknął znów Mr. Peeble — poprosimy Mr. Munro z Australji, by wygłosił inwokację.

Człowiek o dzikiem wejrzeniu z gęstą brodą i ogniem drzemiącym w oczach podniósł się z krzesła; stał kilka chwil milcząc z wzrokiem utkwionym w ziemię. Potem zaczął odmawiać modlitwę bardzo prostą i widocznie szczerą. Malone zdążył zanotować pierwsze zdanie: „Ojcze, jesteśmy ludzie nieuczeni, nie wiemy, jak się mamy zbliżyć ku Tobie, lecz będziem się modlić do Ciebie, jak umiemy“. Cała inwokacja wypowiedziana była w tym pokornym tonie. Enid i Malone wymienili z sobą szybkie wejrzenie szczerego uznania.

Nastąpił potem drugi hymn, mniej od pierwszego udatny, zaczem przewodniczący oznajmił:

— Bawi tu dzisiaj u nas Mistress Debbs znana jasnowidzącą z Liwerpoolu. Mrs. Debbs jest, jak to wielu z was o tem słyszało, hojnie wyposażona w te dary ducha, o których mówi Św. Paweł. Jednym z nich jest dar spostrzegania duchów niewidzialnych dla reszty otoczenia. Te rzeczy polegają na niezbadanych prawach, wymykających się, jak dotąd z pod kontroli naszego rozumu, w każdym razie niezbędne jest przytem wytworzenie sympatycznego nastroju, dlatego Mrs. Debbs prosi was o dobrą wolę i modlitwy, ona zaś będzie usiłowała wejść w kontakt z temi świetlanemi istotami, które zaszczycą nas dzisiaj swoją obecnością.

Przewodniczący usiadł, a Mrs. Debbs podniosła się z krzesła wśród dyskretnego uznania. Bardzo wysoka i bardzo blada, szczupła, z orlą twarzą i oczyma mocno błyszczącemi z pod szkieł złotych binokli, stała tak przez chwilę, mierząc wzrokiem całe audytorjum. Głowa jej pochyliła się nieco naprzód.

Zdawała się nasłuchiwać.

— Wibracje! — zawołała wkońcu — proszę o pomocnicze wibracje. Zagrajcie coś na fisharmonji...

Rozległy się poważne dźwięki melodji: „Jezu, kochanku mej duszy“...

Słuchacze siedzieli w milczeniu, nieco przelęknieni. Sala nie była dobrze oświetlona, po kątach czaiły się mroki. Medjum stało ciągle z pochyloną głową, jakby słuch wytężając. — Zaczem podniosło rękę — muzyka ucichła.

— Proszę tu, proszę, wszystko w porządku — poczęła mówić, jakby do jakiejś niewidzialnej osoby. Milczała przez chwilę, poczem zwróciła się do audytorjum.

— Czuję, że warunki nie są dzisiaj zbyt dobre. Zrobię, co będę mogła, one też. Muszę jednak do was przemówić.

Jakoż zaczęła przemowę. To, co mówiła, zdało się naszej znajomej parze najzwyczajniejszą paplaniną. Nie było w tem logicznego sensu, choć od czasu do czasu chwytało się jakieś rozumniejsze zdanie. Malone, który początkowo notował szybko jej słowa, włożył ołówek do kieszeni. Co za pożytek notować bełkot obłąkanej! Jakiś spirytysta, siedzący obok niego spostrzegł ten odruch niechęci i pochylił się do ucha dziennikarza.

— Ona tak sobie tylko nuci i chce wydłużyć wibrujące fale — to wszystko zależy od wibracji... Ach! oto już koniec!...

Urwała nagle w środku zdania. Wyciągnęła chude ramię, a wskazujący palec utkwiła w jakimś określonym punkcie. Oczy wszystkich skierowały się na to miejsce. Wskazywała na jakąś starszą kobietę w drugim rzędzie ławek.

— Pani — tak, pani z czerwonem piórem u kapelusza. Nie, nie pani, ta obok niej, tęga na froncie. Tak, pani... Duch się pojawia koło pani. Coraz wyraźniej... Mężczyzna... Wysoki mężczyzna... sześć stóp być może... Czoło szerokie, oczy ciemne, jakieś rysy na twarzy, czy poznaje go pani?

Otyła jejmość widocznie była przerażona, lecz potrząsnęła przecząco głową.

— Nie poznaje pani?... Jeszcze kilka szczegółów... może sobie pani przypomni. Trzyma dużą książkę — brunatna oprawa... z klamrą. Książka handlowa, jakiej używają w biurach... Coś na niej napisane... Czytam... „Ubezpieczenia kaledońskie“! Czy jeszcze pani mało?

Gruba pani wydęła wargi i potrząsała wciąż głowę przecząco.

— Dam jeszcze więcej szczegółów. Zmarł po długiej chorobie... jakaś piersiowa słabość... tak, prawdopodobnie... astma...

Otyła jejmość ciągle kręciła głową, natomiast siedząca o dwa miejsca dalej mała, zaczerwieniona jakby z gniewu kobiecinka, zerwała się na nogi.

— To mój mąż... Czego on chce ode mnie? Powiedz mu pani, że ja z tym drabem nie chcę mieć nic do czynienia.

Usiadła rozsierdzona widocznie, co wywołało szmer wesołości w zgromadzeniu.

— Tak, to prawda, zbliża się teraz do pani. Przed chwilą stał bliżej tamtej. Chce powiedzieć, że mu żal czegoś... Nie trzeba żywić urazy do zmarłych... pani wie... Proszę przebaczyć i zapomnieć. Wszystko minęło. Mam od niego zlecenie dla pani. Brzmi ono: „uczyń to, a moje błogosławieństwo będzie z tobą“... Czy ma to jakie znaczenie dla pani?

Rozsierdzona kobiecina uspokoiła się widocznie i skinęła głową potakująco.

— Doskonale, tak trzeba...

Jasnowidząca obrzuciła gorejącym wzrokiem całe zgromadzenie, jej wskazujący palec przeniósł się w stronę tłumu, stojącego koło drzwi.

— To dla tego żołnierza.

Jakiś żołnierz, najwidoczniej mocno przebiegiem seansu zdumiony, wyróżniał się swym mundurem khaki z pośród grupy ludzi stojących u wejścia.

— Co niby ma być dla mnie? — zapytał.

— Żołnierz... ma paski kaprala... mężczyzna gruby, szpakowaty. Ma żółtą opaskę na ramieniu. Czytam inicjały J. H. Czy go pan zna?

— Tak, ale on nie żyje — rzekł żołnierz.

Poczciwiec nie wiedział, że dom, do którego wszedł przypadkowo, idąc za tłumem, był to kościół spirytystów, to też całe postępowanie, jakiego był świadkiem, było dlań niezrozumiałe.

Wytłumaczyli mu to sąsiedzi.

— Boże mój! — zakrzyknął żołnierz i wymknął się z ciżby wśród ogólnego chichotu.

W czasie powstałej stąd pauzy Malone słyszał ustawiczny szept medjum, które mówiło do niewidzialych osób:

— Tak, tak, czekajcie swojej kolei... Mówcie, kobieto... No, dobrze, stańcie koło niego... Skąd mogę wiedzieć?... Dobrze, zrobię, jeśli będę mogła...

Robiła wrażenie odźwiernego w teatrze, który wprowadza widzów i rozsadza według numeru biletów.

Następny jej występ nie udał się całkowicie. Jakiś zażywny mężczyzna z krzaczastemi faworytami stanowczo zaprzeczał znajomości z pewnym starszym gentlemanem, który przyznawał się z nim do pokrewieństwa. Medjum traktowało sprawę z zadziwiającą cierpliwością, dorzucając coraz to jakiś nowy szczegół, jednakże bezskutecznie.

— Czy pan jesteś spirytystą? — zapytała wreszcie.

— Tak, od dziesięciu lat.

— Wszak pan wie, że są pewne przeszkody.

— Wiem o tem.

— Niech pan pomyśli dobrze. Może pan sobie później przypomni. Tymczasem zostawmy tę kwestję, żal mi tylko pańskiego przyjaciela.

Nastała znów pauza, w czasie której Enid i Malone wymienili szeptem swoje spostrzeżenia.

— Co o tem myślisz, Enid?

— Nie mogę się zorjentować. Wszystko to takie dziwne.

— Ja sądzę, że połowa z tych szczegółów jest odgadywana, a druga połowa, to pomoc współtowarzyszy. Wszyscy ci ludzie żywią te same przekonania i oczywiście znają się dobrze wzajemnie. O ile kogoś nie znają, mogą o nim zasięgnąć informacji.

— Tak, ale ktoś tu mówił, że Mrs. Debbs jest tu po raz pierwszy.

— Mogli ją łatwo przygotować. Wszystko to jest zręcznem szalbierstwem i blagą. Musi nią być, bo czemże innem możnaby to wytłumaczyć.

— Telepatją, może...

— Może i ten element działa tu również. Lecz słuchaj. Mówi znowu...

Następna próba wypadła znacznie pomyślniej. Pewien smutnie wyglądający jegomość, stojący gdzieś w tyle, łatwo z opisu poznał swą nieboszczkę żonę.

— Słyszę z jej ust słowo Walter.

— Tak, to ja...

— Nazywała pana Wat?

— Nie...

— To teraz tak pana nazywa. „Powiedz, niech Wat uściska moje dzieci!“ Domyślam się, że Wat, to pan. Wyraża troskę o dzieci.

— Ona się zawsze o nie troszczyła.

— Tak, duchy się nie zmieniają... Meble... Coś mówi o meblach... Mówi, że je pan sprzedał... Czy to prawda?

— No tak, przecież miałem prawo...

Wśród audytorjum dały się słyszeć śmiechy. Dziwne to było, jak sprawy najbardziej poważne i uroczyste ciągle mieszały się z komicznemi — dziwne, a jednak naturalne i czysto ludzkie...

— Ma do pana zlecenie: „Ten człowiek zapłaci i wszystko będzie dobrze. Bądź dobrym Wat, a będziem oboje szczęśliwsi niż byliśmy na ziemi.“

Wdowiec zakrył rękami oczy. Jasnowidząca stała chwilę jakby niezdecydowana, a w tejże chwili wysoki, młody sekretarz podniósł się nawpół z miejsca i szepnął jej coś do ucha. Kobieta szybko spojrzała na lewo w kierunku świeżo przybyłych gości.

— Wrócę do tego — rzekła.

Dała jeszcze słuchaczom dwa opisy zjaw, obydwa nieco mgliste i rozpoznane przez dotyczące osoby z pewnemi zastrzeżeniami. Było rzeczą zastanawiającą, że podawała nieraz takie szczegóły, jakie normalnie trudno jest zauważyć, jeśli się na nie patrzy z większej odległości. Tak naprzykład kiedy opisywała zjawę, która miała się rzekomo uformować gdzieś na końcu sali, ona podawała kolor jej oczu, lub jakieś szczególne, lecz bardzo drobne znamiona twarzy. Malone skrzętnie zanotował ten fakt, który obok innych spostrzeżeń, miał mu posłużyć do napisania druzgoczącej krytyki. Był tem właśnie zajęty, gdy głos jasnowidzącej zabrzmiał silniej, podniósł głowę i spostrzegł, że zwróciła się na lewo, a szkła jej binokli błysnęły wprost w jego kierunku.

— Rzadko kiedy zwracam się do osób nowoprzybyłych — rzekła patrząc na niego — lecz dzisiaj mamy tu przyjaciół, których może zainteresować wejście w kontakt z duchami. Oto koło tego pana z wąsami, który siedzi obok młodej lady, dostrzegam kształtującą się postać. Tak, tak panie — rzekła, odpowiadając na pytający wzrok Malone’a, właśnie za panem. Jest to człowiek średniego wzrostu nieco przysadzisty. Stary, poza sześćdziesiątkę, włos prawie biały, nos orli i siwa mała kozia bródka. Nie jest to, o ile się domyślam krewny pański, lecz przyjaciel. Nie zgaduje pan kto?

Malone potrząsnął głową z pewnem lekceważeniem.

— Ten opis może się odnosić prawie do każdego starszego człowieka — szepnął do Enid.

— Popróbuję opisać go ściślej. Ma ostro narysowane linje twarzy. Przypuszczam, że był za życia popędliwy i nerwowy. Nie domyśla się pan?

Malone znowu zaprzeczył.

— Pudło! Kompletne pudło — mruknął.

— Wydaje mi się zaniepokojony, musimy coś zrobić dla niego. — Trzyma książkę. Książka naukowa... Otwiera ją, widzę w niej jakieś wykresy. Może on sam jest jej autorem, a może on uczył tego... Tak, on potakuje... On uczył z niej... był profesorem...

Malone milczał.

— Nie wiem, czy potrafię określić bliżej. Ach jeszcze jedno. Ma bliznę nad prawem okiem.

Malone rzucił się, jak żądłem ukłuty.

— Bliznę? — zawołał.

Wśród audytorjum ruch się uczynił.

— Dwie nawet blizny, jedną większą, drugą małą.

— Boże! — wyszeptał Malone. — To profesor Summerlee.

— Ach, poznał pan nareszcie... Mam zlecenie od niego: „pozdrowienie dla starego“... jakieś dłuższe imię, zaczyna się na Ch... nie mogę powtórzyć wyraźnie. Czy ma to jakie znaczenie?

— Tak.

W tejże chwili jasnowidząca zwróciła się w inną stronę i poczęła opisywać jakąś nową zjawę. Dziennikarz nie słuchał już dalej, gdyż czuł się mocno wstrząśnięty.

Tutaj prawidłowo odbywająca się ceremonja seansu doznała nagłej przerwy, co zdziwiło zebraną publiczność, jak nie mniej i naszą parę znajomych. Wywołało ją niespodziane wystąpienie jakiegoś wysokiego, brodatego człowieka o bladej twarzy. Stał tuż za krzesłem prezesa, ubrany jak dostatni rzemieślnik. Człowiek ten wyciągnął rękę do góry gestem spokojnym, lecz nakazującym, jak człowiek przywykły do budzenia posłuchu, zaczem nachylił się do przewodniczącego i szepnął mu słów kilka. Mr. Bolsover powstał i przemówił.

— To jest Mr. Miromar z Dalston. Mr. Miromar ma do nas polecenie. Zawsze bardzo chętnie słuchamy co nam mówi Mr. Miromar.

Znajomi nasi nie mogli ze swoich miejsc przyjrzeć się dokładnie twarzy nowoprzybyłego, oboje byli jednak uderzeni jego szlachetną postawą i pięknym rysunkiem jego czoła, które znamionowało niepospolitą intelektualną siłę. Głos jego brzmiał czysto i wyraźnie, budząc miłe wrażenie.

— Misją moją jest głosić dobrą nowinę, gdzie tylko są jakie uszy do słuchania. — Są tutaj ludzie gotowi do jej przyjęcia i oto dlaczegom tu przybył. Chcą oni, ażeby ludzkość stopniowo rozumiała obecną sytuację, tak, aby światem przestał wstrząsać strach i wielka groza. Jam jest jednym z wybranych do głoszenia dobrej nowiny.

— Jakiś obłąkaniec — szepnął Malone, gryzmoląc na kolanie początek przemówienia.

Wśród audytorjum widoczna była skłonność do wesołości... A jednak, w ruchach tego człowieka i w głosie jego było coś, co zmuszało ludzi do wytężonej uwagi.

— Sprawy tego świata dosięgły kulminacyjnego punktu. Istota wszelkiego postępu stała się wyłącznie materjalną. Postępem dziś nazywa się szybka komunikacja, szybkie przesyłanie wiadomości, budowa nowych maszyn... To wszystko zabawki!... Jest tylko jeden realny postęp — postęp duchowy. Ludzkość uznaje go wprawdzie i sławi, lecz jedynie wargami, czczem słowem, w gruncie kroczy fałszywą drogą materjalnej wiedzy.

— Najwyższa Istota wie, że wśród ogólnej apatji znalazło się wielu uczciwych sceptyków, których nie zadawalniają stare wierzenia, a przeto mają prawo do nowego świadectwa o prawdzie, do nowej ewangelji. Dlatego tym ludziom uczciwym zesłano nowe świadectwo, nowy dowód, który stwierdza pośmiertny żywot człowieka tak jasno, jako słońce na niebie. Wyszydzili ten dowód ludzie ścisłej nauki, potępiły go kościoły, stał się on celem pośmiewiska dzienników, odrzucono go z pogardą. To jest ostatni i może największy błąd ludzkości.

Słuchacze podnieśli teraz głowy. Wszelkie syntezy i ścisłe uogólnienia przerastały ich poziom inteligencji, lecz to, co mówił ów człowiek, było im całkiem zrozumiałe. Rozległ się szmer uznania i sympatji.

— Sprawa stawała się beznadziejna, nikt jej nie wziął w opiekę. Dlatego trzeba było użyć surowego środka, by dar niebios nie został odrzucony. Cios padł. Dziesięć miljonów młodzieży i mężczyzn w sile wieku padło na pobojowisku. Dwakroć tyle okaleczonych. To było pierwsze ostrzeżenie dane przez Boga ludzkości. Lecz i ono przebrzmiało bez echa. Ten sam posępny materjalizm panoszy się w świecie dziś tak samo, jak i przed wojną światową. Dano ludzkości lata miłosiernej zwłoki, lecz prócz odruchów ducha w kościołach, jak ten oto — nigdzie żadnej zmiany dostrzec nie można. Nowe stosy grzechów do starych zbrodni dodały narody, a grzech musi być zawsze odpokutowany. Rosja stała się kloaką. Niemcy nie okazały skruchy, pogrążone w materjalizmie, który był pierwszą przyczyną światowej wojny. Hiszpanja i Włochy zapadały kolejno w ateizm i zabobon. Francja nie ma żadnego religijnego ideału. Anglja grąży się w gmatwaninie pojęć, pełna drewnianych sekt, krzty życia w sobie nie mających. Ameryka przeoczyła swe chlubne posłannictwo i zamiast stać się kochającą młodszą siostrą ciężko dotkniętej Europie, powstrzymuje wszelką ekonomiczną odbudowę przez swe pieniężne pretensje; zlekceważyła podpis swego własnego prezydenta i odmówiła przystąpienia do Ligi Pokoju, który był jedyną nadzieją lepszej przyszłości. Wszyscy zgrzeszyli, jedni więcej, drudzy mniej, to też kara dotknie wszystkich stosownie do wielkości ich zbrodni.

Kara ta nadejdzie wkrótce, to są ściśle te słowa, które kazano mi wam ogłosić.

Czytam je, bym nie uronił żadnego.

Wyjął z kieszeni skrawek papieru i jął odczytywać.

— Nie mamy zamiaru straszyć ludzi, lecz chcemy, by zaczęli się zmieniać w kierunku bardziej duchowym. Nie chcemy podniecać nerwów, lecz póki jeszcze czas, przygotować ludzi na to, co przyjdzie. Ludzkość nie może kroczyć tą drogą, jaką idzie obecnie. Gdyby nie zawróciła z niej, wytępi się wzajemnie. Przedewszystkiem musimy usunąć ciemną chmurę średniowiecznej teologji, która zawisła między ludzkością a Bogiem.

Złożył papier i wsunął go do kieszeni.

— Oto, co miałem wam powiedzieć. Głoście tę nowinę wszędzie, gdzie tylko dostrzeżecie jakieś okienko w duszy. Mówcie ludziom: czyńcie skruchę, poprawcie się, bo czas już najwyższy...

Zamilkł i zbierał się do wyjścia. Czar prysnął. Słuchacze zaczęli się żywiej poruszać i szeptać. Jakiś głos odezwał się wreszcie.

— Czy to zapowiedź końca świata, panie?

— Nie — odrzekł mówca krótko.

— Czy to Powtórne Przyjście?, — zapytał ktoś inny.

— Tak.

Szybko i lekko przesunął się miedzy krzesłami na tarasie i stanął chwilę koło drzwi. Gdy się Malone za nim obejrzał, już go nie było w sali.

— To jeden z tych fanatycznych proroków powtórnego przyjścia Zbawiciela — szepnął do Enidy. — Jest ich całe mnóstwo: Bracia w Chrystusie, Russelici, Bibliści i licho wie kto jeszcze. Ale przyznać trzeba, ten robi wrażenie.

— O, tak — potwierdziła Enid.

Przewodniczący podniósł się z siedzenia i zabrał głos.

— Wysłuchaliśmy z wielkiem zainteresowaniem słów naszego przyjaciela. Mr. Miromar jakkolwiek do zjednoczenia naszego mi należy, lecz ma dla nas szczerą sympatję i dlatego zawsze chętnie go widzimy wśród nas. Co się tyczy jego przepowiedni, to sądzę, że myśmy niczem nie przyczynili się do nędzy moralnej, w jakiej się ludność obecnie znajduje, niewiele też możemy uczynić, by ten stan poprawić. Możemy tylko pełnić uczciwie swoje zajęcia i oczekiwać wypadków w pełnej nadziei pomocy bożej. Jeśli ów Dzień Sądu nastąpić ma jutro — dodał z uśmiechem — to trzeba mi będzie zajrzeć do mego interesu na Hammersmith dzisiaj. Lecz teraz musimy kończyć nasze nabożeństwo.

Przewodniczący usiadł, młody sekretarz wystąpił z silnym apelem do zebranych o składki na budowę nowego kościoła. — To hańba — mówił — że na ulicy zostaje daleko więcej ludzi, niż ich ta sala pomieścić może. My wszyscy chętnie wam służymy, nie biorąc ani jednego penny; Mrs. Debbs żąda tylko zwrotu kosztów podróży, ale potrzeba nam jeszcze tysiąc funtów, zanim coś rozpoczniemy. Znam tu jednego brata, który zastawił swój dom, aby nam pomóc. Oto duch, który zwycięża. No, zobaczymy, jakie dziś będzie żniwo.

Tuzin talerzy zaczęło krążyć, a dźwięki śpiewanego hymnu łączyły się z brzękiem rzucanych monet. Enid i Malone tymczasem rozmawiali przyciszonym głosem.

— Profesor Summerlee zmarł, jak wiesz, zeszłego roku w Neapolu.

— Tak, pamiętam go dobrze.

— A stary „Ch“, to miał być oczywiście twój ojciec.

— Tak, to w istocie zadziwiające.

— Biedny stary Summerlee. Twierdził zawsze, że życie pośmiertne, to absurd. I oto sam istnieje, lub przynajmniej zdaje się istnieć.

Talerze głębokie wróciły, wypełnione przeważnie miedziakami; złożono je na stole, a baczne oko sekretarza oceniało wartość zbiórki. Mały, brodaty człowiek z Australji udzielił zebranym błogosławieństwa, mniej więcej w takich samych słowach, jakiemi nabożeństwo otwarto. I nie potrzeba było podnoszenia rąk, ni innych kościelnych ceremonij, aby zrozumieć, że słowa mówcy płynąc z głębi szczerego serca mogły popłynąć wprost przed tron Stwórcy. Zaczem całe zgromadzenie stojąc zanuciło pożegnalny hymn ze smutnym słodkim refrenem: „Niech Bóg nas zachowa, póki się znów nie spotkamy w innym świecie“. Enid zauważyła z pewnem zdziwieniem, że oczy jej zachodzą łzami. Ci prości, poważni ludzie i ich niewyszukana ceremonja zrobiła na niej silniejsze wrażenie, niż pełne majestatu nabożeństwo i grzmiąca muzyka westminsterskiej katedry.

Mr. Bolsover wraz z Mrs. Debbs czekali u wyjścia na naszą parę znajomych.

— Zdaje mi się, że pan ma zamiar zbyć nas milczeniem w swej gazecie. No, nic nie szkodzi. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, Mr. Malone. Ale kiedyś pan do nas wróci. Takie rzeczy nie przechodzą całkiem bez wrażenia.

— Mogę pana zapewnić, że potraktuję was poważnie i bezstronnie.

— Dobrze, niczego więcej nie żądamy.

Medjum stało milczące, z ręką wspartą o kominek poważne i zamyślone.

— Pani musi być bardzo zmęczona — rzekła do niej Enid.

— Nie, pani, nie jestem nigdy zmęczona, gdy mam do czynienia z duszami zmarłych — one same dbają o to, bym się nie męczyła.

Malone zwrócił się do medjum.

— Pozwoli pani, że zadam jedno pytanie... Czy pani znała profesora Summerlee?

Medjum potrząsnęło głową.

— Nie, sir, wcale nie znałam. Ludzie zawsze myślą, że już znałam te osoby za życia. Ja żadnej nie widziałam. Ot, poprostu przychodzą, ja na nie patrzę i opisuję.

— A jaką drogą pani powtarza ich zlecenia?

— Drogą jasnosłyszenia. Ja je słyszę. Przez cały czas słyszę. Biedne istoty cisną się do mnie, ocierają się o mnie i wprost są dokuczliwe — ja, teraz ja... Czynię, co mogę, ale oczywiście nie wszystkie potrafię zaspokoić.

Malone zwrócił się do przewodniczącego.

— Co mi pan może powiedzieć o tym proroku, który przemawiał? —

Mr. Bolsover wzruszył ramionami z pobłażliwym uśmiechem.

— To jest Sudependent. Spotykamy się z nim od czasu do czasu. Jest to pewien rodzaj komety, która zjawia się nagle i znika również szybko. Przypominam sobie, że ten dziwak przepowiedział wielką wojnę. Ja jestem człowiek praktyczny. Uważam, że i obecne czasy są bardzo złe. Mamy pełną kasę tego zła, nie robimy rachunków na przyszłość. No, dobranoc. Proszę nas tylko traktować sprawiedliwie.

— Dobranoc — rzekła Enid.

— Dobranoc — odparła Mrs. Debbs. Muszę pani coś jednak powiedzieć, com odrazu spostrzegła, gdym na panią spojrzała. Pani sama także jest medjum. Dobranoc.

I tak para nasza znalazła się znów na ulicy, wchłaniając z lubością świeże nocne powietrze po dusznej atmosferze przepełnionej sali. W kilka chwil później Malone najął auto, które ich miało zawieźć zpowrotem do Victoria Gardens.



III.
Profesor Challenger wygłasza swoje zdanie.

Enid usadowiła się w samochodzie i Malone wchodził już za nią, gdy usłyszał wymówione głośno swoje nazwisko i jakiś człowiek szybko zbliżył się do niego. Był to mężczyzna wysoki w średnim wieku, przystojny, starannie ubrany i gładko ogolony.

— Hola Malone! Stop!

— Ach, doktór... Pozwól Enid, że ci przedstawię. Mr. Atkinson z St. Mary, znany chirurg, o którym wspominałem dziś twojemu ojcu. Może pan wsiądzie z nami, jedziemy w kierunku Victorji.

— Doskonale, jadę!

Chirurg zajął miejsce w dorożce, zaczem zwrócił się do Malone’a.

— Jestem doprawdy zdumiony, widząc państwa wychodzących z meetingu spirytystów.

— Byliśmy tam tylko z obowiązku naszego zawodu. Miss Challenger i ja należymy do prasy.

— Ach, tak... Gazeta Codzienna zapewne... Dostaniecie nowego abonenta, gdyż bardzo jestem ciekaw sprawozdania z dzisiejszego meetingu.

— Musi pan poczekać do następnej niedzieli, sprawozdanie to należy do serji, której ciąg dalszy ukazuje się tylko w niedzielnym numerze.

— Och! nie mam cierpliwości czekać tak długo, wolę teraz zapytać, jakie pan ma o tem zdanie?

— Doprawdy, nie wiem jeszcze. Muszę jutro przeczytać uważnie moje notatki, zastanowić się nad niemi i porównać moje wnioski z wrażeniami obecnej tu koleżanki. Ma ona trafny sąd w kwestjach dotyczących religji.

— A jakiż jest pani sąd?

— Wrażenie odniosłam sympatyczne... Lecz — Boże mój — co za mieszanina...

— Zapewne, ja byłem kilka razy na tych zebraniach i wynoszę z nich prawie zawsze dziwną plątaninę wrażeń i uczuć. Niektóre rzeczy zdają mi się śmiesznie, niektóre szalbierskie, a inne wprost cudowne.

— Tak, ale pan nie jest reporterem, dlaczego pan tam chodzi?

— Ponieważ mnie to bardzo interesuje. Widzi pani, ja studjuję zagadnienia psychiczne, już od kilku lat. Nie jestem przekonany, lecz żywię dla nich sympatję, a mam na tyle poczucie sprawiedliwości, by stwierdzić, że gdy ja zastanawiam się nad tym przedmiotem, by wydać o nim sąd, to właśnie ten przedmiot zastanawia się, jaki sąd wydać o mnie.

Malone skinął głową potakująco.

— To kwestja olbrzymia. Sam pan to skonstatuje, gdy się pan z nią bliżej zetknie. Mieści się w niej pół tuzina innych wielkich kwestyj. I pomyśleć, że spoczywa ona w rękach tych poczciwców ze średnich, lub niższych warstw społeczeństwa, którzy mimo pewnych rozczarowań i osobistych strat, dzierżą ją w rękach zgórą lat siedemdziesiąt. Jest w tem wielkie podobieństwo do pierwszych wieków chrześcijaństwa, które wyznawali i szerzyli początkowo niewolnicy i prostaczkowie, zanim objęło warstwy najwyższe. Przecież upłynęło trzysta lat między niewolnikiem Cezara, a Cezarem, który przyjął światło.

Samochód zatrzymał się przed domem, gdzie mieszkał profesor Challenger. Mr. Atkinson chciał się pożegnać, lecz Malone zatrzymał go.

— Muszę Miss Enid odprowadzić do ojca — rzekł — chodź pan z nami, profesor bardzo rad będzie zobaczyć się z panem.

— O tej porze!? Ależ on mnie zrzuci ze schodów.

— Musiał pan nasłuchać się różnych pięknych historyj o moim ojcu — rzekła z uśmiechem Enid. — W gruncie rzeczy nie jest tak źle. Prawda, że są ludzie, których on znosić nie może, ale pan na pewno do nich nie należy. Proszę się przekonać...

— Ha, jeśli pani każe, idę...

Wszyscy troje weszli przez jasno oświetlony korytarz i zajęli miejsce w windzie.

Challenger ubrany w jasny garnitur niebieski oczekiwał ich z niecierpliwością.

Atkinsona zmierzył oczyma wojowniczego buldoga, który nagle spotka się z jakimś nieznajomym osobnikiem swej rasy, lecz badanie zadowolniło go, gdyż na powitanie zamruczał:

— Słyszałem pańskie nazwisko, które zaczyna być głośne. Pańska szczęśliwa operacja narobiła w zeszłym roku dużo wrzawy.

— Czy pan także był u tych obłąkańców?

— Byłem, ale czemu ich pan tak nazywa? — zapytał śmiejąc się Atkinson.

— Ach, jakże inaczej mam ich nazywać?

— Mój młody przyjaciel obecny tu (Challenger wyrażał się o Malone, jakby on był dziesięcioletnim chłopcem) wspomniał, że pan studjuje poważnie te kwestje.

Zaryczał obrażającym śmiechem.

— Godne ludzkości studjum — strachy! Ha, ha, ha!

— Tatuś w istocie rzeczy nie wie nic o tem bliższego, więc niech się pan nie obraża — rzekła Enid. — Ale zaręczam ci, ojcze, żebyś się sam zainteresował!

Zaczęła zdawać sprawę ze swych wrażeń, nie zważając na złośliwe uwagi ojca, pomrukiwania i szydercze uśmiechy. Gdy jednak doszła do epizodu z profesorem Summerlee, oburzenie Challengera przeszło wszelkie granice. Stary wulkan zadymił i począł wyrzucać na słuchaczów potoki satyrycznych uwag i obelg.

— Łotry przeklęte! — wykrzyknął. — Pomyśleć, że nawet tego biedaka Summerlee wyciągnęli z grobu... Swego czasu sprzeczaliśmy się z nieboszczykiem tak, że byłem zmuszony zmodyfikować nieco swoje pojęcia o jego inteligencji, gdyby jednak wrócił z grobu, to miałby mi pewnie coś lepszego do powiedzenia. To absurd, to chytry, niegodny absurd w całej tej sprawie! I muszę mieć za złe każdemu, kto stał się przedmiotem śmiechu zebrania warjatów. Alboż się oni nie śmieli!... Musieli się śmiać, gdy słyszeli człowieka wykształconego, człowieka, którego ja traktowałem jako równego sobie, mówiącego takie głupstwa. Bo jeszcze raz powiadam, że to było głupstwo. Nie sprzeciwiaj mi się Malone, nie lubię tego. Słowa tego nieboszczyka zwrócone do mnie mogły co najwyżej być postscriptum listu pensjonarki. Czy z takiego źródła może wyjść co mądrego? Chyba się pan zgodzi ze mną, Atkinson. Nie? Spodziewałem się czegoś lepszego od pana.

— Ale ten opis postaci...

— Czyście wy z rozumu obrani? Alboż nazwiska Summerlee i Malone nie były obok mojego wymienione w pewnej fantastycznej opowieści, która nabrała szerokiego rozgłosu? Czy nie jest rzeczą znaną, że wy moje niewiniątka co tydzień piszecie artykuły o kościołach? Czy trudno było przewidzieć, że prędzej, czy później zjawicie się na nabożeństwie spirytystów? Jakaż wyborna sposobność do skaptowania nowych wyznawców. Nasadzili robaczka na wędkę, a poczciwy stary kiełbik, Malone, przypłynął i pochłonął grzecznie przynętę. I oto stoi teraz przed nami jeszcze z haczykiem w pyszczku. Tak, tak, Malone, trzeba ci rąbnąć prawdę prosto w oczy i ja ją rąbię.

Profesor potrząsnął swą lwią grzywą i błyszczącym wzrokiem jął mierzyć kolejno obecnych.

— Dobrze — odparł spokojnie Atkinson. — Nam trzeba poznać wszelkiego rodzaju opinje. Pan, szanowny profesorze, wyraziłeś się o tej sprawie negatywnie. Co do mnie, chciałbym przypomnieć słowa Thackeray’a... Otóż on powiedział do jednego z oponentów: „Wszystko co pan mówi jest rozumne i zgodne z poznanemi dotychczas prawami przyrody, gdybyś pan jednak widział to, co ja widziałem, to pewnie zmieniłbyś pan swe przekonanie.“ Przyjdzie może czas, że pan zechce głębiej wejrzeć w te materje, a wówczas pańskie wysokie stanowisko w świecie uczonym nada tej sprawie wielką wagę.

— Jeśli zajmuję, jak pan powiada, wysokie stanowisko w świecie uczonych, to dlatego, żem wysilił swój umysł na badanie tego, co jest użyteczne, a odrzucił wszystko mgliste i niedorzeczne! Mój umysł nie obrzyna koniuszków materji — tnie prosto przez środek, tak też i teraz przeciął środek i znalazł szalbierstwo i głupstwo.

— Trafi się i oszustwo i głupstwo — rzekł Atkinson — a jednak... No, Malone, mam dość daleko do domu, a godzina późna. Moje uszanowanie panu profesorowi, bardzo mi przyjemnie, że miałem zaszczyt go poznać...

Malone począł się również żegnać i obaj przyjaciele wyszli razem, gawędząc chwilkę, zanim się rozeszli, Atkinson na Wimpole Street, Malone ku Norwood, gdzie mieszkał.

— Stary poczciwiec — rzekł Malone śmiejąc się. — Nie powinien pan obrażać się, mówiąc z nim. Nie ma on zamiaru obrażać, tylko taka już jego natura, a czasem bywa wprost wspaniały.

— Zapewne... Ale jeśli coś może mnie kiedyś zrobić prawdziwym spirytystą, to właśnie tego rodzaju nietolerancja. Jest ona dość powszechna, wyrażana jednak częściej w tonie spokojnego szyderstwa, niż hałaśliwych zaprzeczeń. Wolę to ostatnie. Jeśli chcesz, Malone, wejrzeć nieco głębiej w tę sprawę, mogę ci pomóc. Słyszałeś o Lindenie?

— Linden, to zawodowe medjum? Tak, mówiono mi, że to najsprytniejszy z oszustów.

— Tak o nim często mówią, musisz jednak sam osądzić. Wykręcił sobie zeszłej zimy kolano, a ja mu je nastawiłem i odtąd jesteśmy z sobą w dobrych stosunkach. Nie łatwo go złapać, płaci mu się zwykle gwineę, ale jeśli chcesz mieć z nim seans, mogę zapośredniczyć.

— Sądzisz, że on nie oszukuje?

Atkinson ruszył ramionami.

— Wszyscy oni idą po linji najmniejszego oporu. Tyle jednak mogę o nim powiedzieć, że sam go nigdy na oszustwie nie złapałem. Musisz sam osądzić.

— Dobrze, gdy się ze swemi pracami uporam, napiszę do ciebie i obaj wejrzymy głębiej w tę sprawę...



IV.

Artykuł drukowany przez reporterską spółkę, obudził żywe zaciekawienie i wywołał spory. Poprzedził go pełen zastrzeżeń wstęp wydawcy dziennika, mający na celu uspokojenie wrażliwości prawowiernych czytelników. Sens tej przedmowy był mniej więcej taki: „Te zjawiska miały być dostrzeżone i stwierdzone jako fakty, lecz ty czytelniku i ja widzimy, jak szkodliwe i niedorzeczne jest to wszystko“.

Malone obrzucony został nagle mnóstwem listów za i przeciw spirytyzmowi, co mu dowiodło, jak żywo ta sprawa interesowała czytelników. Wszystkie poprzednie jego artykuły w kwestji różnych kościołów i wyznań, wywoływały czasem jakiś pomruk niechęci ze strony fanatycznych katolików lub ewangelików, lecz teraz jego skrzynka listowa szczelnie zapełniła się korespondencją. Większość odrzucała wszelką myśl istnienia sił psychicznych, niektórzy uznawali ją w zasadzie, lecz nie mieli o niej pojęcia. I spirytyści nie byli zadowoleni, gdyż Malone — nawet w tych wypadkach, gdy stwierdzał prawdziwość swych spostrzeżeń — skorzystał z przywileju feljetonisty, biorąc rzecz przeważnie ze strony humorystycznej.

Pewnego poranku następnego tygodnia Malone ujrzał w drzwiach swego gabinetu okazałą postać mężczyzny. Posługacz redakcyjny, który poprzedził wejście grubasa, położył na stole bilet wizytowy z napisem: „James Bolsover, kupiec spożywczy High Street Hammersmith“, Był to uprzejmy prezes ostatniego niedzielnego seansu. W ręku trzymał gazetę, którą kiwał grożąco Malone’owi, ale jowialna twarz jego promieniała uśmiechem.

— No, co — odezwał się do dziennikarza — czy nie przepowiadałem, że pan nasze posiedzenie ujmie ze strony komicznej.

— Nie podobało się panu sprawozdanie?

— Owszem, panie Malone. Sądzę, że pan i pańska koleżanka oddaliście nam dużą przysługę. Naturalnie oboje mało się na tem znacie i dlatego, wszystko to wydaje się wam dziwne. Proszę jednak pomyśleć, czy nie byłoby to znacznie dziwniejsze, gdyby wszyscy ci zdolni ludzie, obdarzeni częstokroć potężnym rozumem, którzy tę ziemię opuścili, nie znaleźli jakiegoś sposobu porozumienia się z nami?

— Ale, bo też czasami takie głupstwa plotą...

— Zapewne, niemało głupich ludzi umiera. Oni tam rozumu nie nabierają. A zresztą nigdy nie można wiedzieć, jakiego rodzaju zlecenia umarłych są żyjącym potrzebne. Wczoraj przybył do nas pewien pastor i chciał się zobaczyć z Mrs. Debbs. Był on bardzo przygnębiony z powodu śmierci swej córki. Mrs. Debbs powiedziała mu, że córka czuje się zupełnie szczęśliwą... a jedynem jej zmartwieniem to cierpienie ojca. — To nic nie jest — odpowiedział... Każda mogłaby to powiedzieć — to nie moja córka... Nagle jasnowidząca rzekła — i prosi bardzo pańska córka, aby pan nie nosił kolorowych koszul z wykładanym kołnierzem. — Było to dla nas wszystkich całkiem trywialne zlecenie, ale pastor rozpłakał się jak dziecko. — Tak, to ona — mówił szlochając — ona mnie zawsze wypominała te kolorowe koszule. Otóż widzi pan, panie Malone, to są wprawdzie drobne rzeczy, ale takie swojskie, poufne, a z nich składa się życie jednostek.

Malone potrząsnął głową.

— Każdyby zwrócił uwagę, że kolorowa koszula nie jest odpowiednia do kołnierza, jaki noszą duchowni.

Mr. Bolsover roześmiał się.

— Twardy z pana oponent. I ja takim byłem niegdyś, dlatego się nie dziwię. Ale przyszłem tu w pewnym celu, a że pan jest człowiekiem pracy, jak i ja, więc się krótko streszczę. Po pierwsze chciałem panu powiedzieć, że wszyscy światlejsi członkowie naszego stowarzyszenia są całkiem zadowoleni z pańskiego artykułu. Mr. Algernon Mailey pisał mi, że ten artykuł wyjdzie nam na korzyść, a skoro on tak mówi, to już wszyscy jesteśmy zadowoleni.

— Mailey, ten sławny adwokat?

— Mailey, reformator religijny, na tem polu on głównie szuka rozgłosu.

— I co powtóre?

— Powtóre, że chcemy przyjść panu z pomocą, o ile pan i pańska młoda koleżanka pragniecie bliżej zapoznać się z naszą sprawą. Nie dla dalszych artykułów, ale dla dobra obojga państwo, jakkolwiek i przeciw publikacji nic nie mamy. Odbywają się seanse z fizycznemi zjawiskami w mojem mieszkaniu bez współudziału zawodowego medjum i, jeśliby pan zechciał...

— Niczego bardziej nie pragnę...

— Więc niech pan przyjdzie.. oboje państwo... Nie chcę wielu uczestników, a przedewszystkiem nie życzę sobie widzieć u siebie tych urzędowych badaczy zjawisk psychicznych. Czyż mam zmieniać swoje przygotowania i zwyczajny tryb seansu nato jedynie, by mnie obrażano podejrzeniami oszustwa i stawianiem pułapek? Im się zdaje, że ludzie nie mają poczucia godności. To wszystko o co proszę.

— Tak, ale ja w to nie wierzę. Czy to niedowiarstwo nie będzie przeszkodą?

— Bynajmniej. O ile pan myśli uczciwie, zachowa się spokojnie i nie popsuje warunków — wszystko będzie dobrze. Dusze pozbawione ciała nie znoszą ludzi niesympatycznych tak samo zresztą, jak dusze obleczone w ciało. Bądź pan tylko spokojny i uprzejmy, jak dla każdego z obecnych w towarzystwie.

— To mogę panu przyrzec.

— One są czasem pocieszne — te duchy — mówił dalej Mr. Bolsover. — Dobrze jest nie sprzeciwiać im się. Nie wolno im czynić nic złego ludziom, ale my często czynimy rzeczy, których nam nie wolno, a one są bardzo ludzkie. Pamięta pan, jak współpracownik Times’a wyszedł z seansu Braci Davenport z głową rozciętą tamburynem. Smutne to naturalnie, ale się zdarzyło. Żaden człowiek spokojny nie wychodził z seansu pokiereszowany. Był jeszcze inny wypadek na drodze Stepney. Na seans przyszedł jakiś lichwiarz. Jakaś ofiara, którą on doprowadził do samobójstwa weszła w ciało medjum i chwyciła za gardło lichwiarza tak, że ten o mało życia nie postradał. Ale już muszę uciekać, Mr. Malone. Odbywamy posiedzenia raz w tygodniu już od czterech lat bez przerwy. O ósmej godzinie we czwartki. Niech pan nam da znać na dzień przedtem, a ja zaproszę Mr. Mailey’a i zapoznam z nim pana. On pana lepiej ode mnie objaśni w wielu kwestjach. W przyszły czwartek... dobrze?

Z temi słowy Mr. Bolsover wyszedł z gabinetu. Zarówno Malone jak Enid Challenger byli bardziej przejęci wrażeniami ze swej pierwszej bytności w gronie spirytystów, niż przypuszczali, lecz oboje zgadzali się z tem, że wszelka możliwa naturalna przyczyna zjawiska musi być gruntownie zbadana, zanim się dojdzie do rozszerzenia granic tej możliwości. Oboje żywili wysoki szacunek i podziw dla potężnego intelektu Challengera, którego poglądy silnie na nich wpłynęły, lecz Malone zmuszony był w częstych swych dysputach przyznać, że zdanie najzdolniejszego nawet człowieka, który nie przeszedł przez pewne doświadczenia, faktycznie mniej ma wartości od zdania zwyczajnego prostaka z ulicy, który patrzał na rzeczy własnemi oczyma.

Dysputy te prowadził najczęściej Malone z Merwinem, wydawcą poświęconego psychologji pisma „Świt“, który zajmował się wszystkiemi fazami okultyzmu, począwszy od nauki Różokrzyżowców do tajemniczych dziedzin badaczów piramid lub tych, którzy wyprowadzają początki naszej jasnowłosej rasy anglo-saskiej od żydów. Merwin był małego wzrostu, ruchliwy, niepospolitego umysłu, który mógł mu w dziennikarstwie zapewnić wysokie i bardzo zyskowne stanowisko, on jednak zrezygnował z karjery, by całe życie poświęcić szukaniu tego, co nazywał „wielką prawdą“. Zarówno Malone jak Merwin żądni byli wiedzy i wiedli z sobą długie ożywione dysputy, to też lokaje w literackim klubie niemało mieli trudu, by ich wyprosić z kąta salonu, gdzie przy narożnym stoliku pod oknem mieli zwyczaj siadywać do śniadania. Patrząc wdół na długą krętą linję bulwaru nad rzeką wraz z perspektywą licznych mostów, obaj młodzi ludzie siedzieli przy czarnej kawie paląc cygara i roztrząsając przeróżne zagadnienia tej olbrzymiej a tak ciekawej kwestji, która jak sądził Malone otwierała dla ludzkiej myśli nowe horyzonty.

W toku dyskusji udzielił Merwin swemu koledze przestrogi, która wywołała u Malone’a pewne zniecierpliwienie, graniczące z gniewną przekorą. Miał on szczególny, Irlandczykom właściwy wstręt do wszelkiego moralnego przymusu, a taką właśnie podstępną i zniewalającą do przyjęcia cudzych przekonań wydała mu się owa przestroga.

— Idziesz podobno do Bolsovera na poufny seans w zamkniętem gronie rodzinnem — mówił Merwin. — Znane są dobrze te seansy naszemu towarzystwu spirytystów. Bardzo niewielu na nie dopuszczają, tak że możesz się uważać za uprzywilejowanego wybrańca. Widocznie Bolsover ma jakąś słabość do ciebie.

— Wdzięczny mi jest za mój bezstronnie napisany artykuł.

— Może nie tyle za treść ile za formę artykułu; wśród mnóstwa krótkowzrocznych bezsensownych napaści na nas, ten twój artykuł wyróżnił się tonem umiarkowanym i objektywnym.

— Ach, drobnostka...

— Seanse Bolsovera i tem podobne nie mają oczywiście wielkiego znaczenia dla realnej psychologii. Są one grubo ciosanym zrębem gmachu, który wprawdzie podtrzymuje budynek, ale o którym zapominamy z chwilą, gdy dom gotowy i gdy mamy doń wprowadzić się na mieszkanie. Nam chodzi o tę wyższą nadbudowę. Ty może myślisz, że te fizyczne fenomeny to jest już wszystko — te zjawy, te domy zamieszkałe przez duchy — jeśli mamy wierzyć takim , które polują na sensację. Oczywiście i te fizyczne zjawiska nie są bez pozytywnego pożytku, gdyż, one przykuwają uwagę badacza i zachęcają go do dalszych studjów. Co do mnie, widziałem je wszystkie i nie zadam sobie trudu, by je zobaczyć powtórnie. Natomiast dołożę wszelkich starań i wszelkie poniosę mozoły, by móc otrzymać wysokie poselstwo z pozaświata.

— Tak, ja rozumiem różnicę, patrząc z twojego punktu widzenia. Osobiście nie wierzę ani poselstwom z zaświata, ani zjawiskom.

— Niech będzie... Św. Paweł był dobrym psychikiem. On postawił kwestję tak przejrzyście, że nawet mniej biegli interpretatorzy nie byli zdolni fałszywie zrozumieć i przetłumaczyć istotnego tajemnego znaczenia jego słów, jak to w wielu innych wypadkach uczynili.

— Czy możesz te słowa przytoczyć?

— Znam nieźle Nowy Testament, ale nie umiałbym zacytować dosłownie. To jest właśnie ten rozdział, w którym mówi, że zesłany dar języków był, jako rzecz widoczna i sensacyjna, dla prostaczków, a proroctwa, jako poselstwo czysto duchowe, były dla wybrańców. — Innemi słowy, że doświadczony spirytysta nie dba o zjawiska fizyczne.

— Muszę wyszukać ten rozdział.

— Znajdziesz go w listach do Koryntjan, jeśli się nie mylę. Mówiąc nawiasem, te stare chrześcijańskie kongregacje musiały mieć nieprzeciętną kulturę umysłową, jeśli listy Pawła mogły być im odczytywane głośno i były gruntownie rozumiane.

— Tak powszechnie sądzą...

— I słusznie, mamy w tem rozumieniu listów konkretny dowód tej wysokiej kultury. Ale zboczyłem od właściwego tematu. Chciałem ci powiedzieć, żebyś tego spirytystycznego kółka Bolsovera nie traktował zbyt poważnie. Jest ono bezwzględnie szczere i uczciwe, ale ci ludzie patrzą na krótką metę. To polowanie na fenomeny, jest doprawdy chorobliwe. Znam w naszem stowarzyszeniu ludzi, przeważnie kobiety, które bezustanku kręcą się po różnych seansach, wciąż widząc i rozpatrując jedne i te same zjawiska, czasem realne, czasem jak się obawiam fałszywe. Czyż ci ludzie odnoszą stąd jaką korzyść dla duszy, czy stają się lepsi jako obywatele? Nie — ja sądzę, że gdy się już raz twardo postawi nogę na pewnym szczeblu, należy iść do następnego i na nim się utrwalić i tak dalej, coraz wyżej...

— Zupełnie zgadzam się z tobą, ale ja jeszcze stoję na ziemi, na solidnym gruncie.

— Solidnym! — wykrzyknął Merwin. — Przebacz mu, dobry Boże!... Ale dziś wychodzi nasze pismo i muszę sam iść do drukarni. — Bijemy tylko dziesięć tysięcy egzemplarzy, musimy być skromni, nie tak, jak wy plutokraci z prasy codziennej... Ja sam stanowię cały sztab.

— Miałeś mi dać jakąś przestrogę.

— Tak, tak, istotnie...

Chude, ruchome oblicze Merwina przybrało wyraz poważny.

— Jeśli masz religijne czy inne jakieś przesądy, któreby skłoniły cię do zwalczania tej kwestji po jej należytem zbadaniu, to lepiej wcale nie zaczynaj badać, bo to niebezpieczne.

— Czemu niebezpieczne?

— One nie zwracają uwagi na uczciwy krytycyzm — lecz gdy się je źle traktuje, mogą stać się groźne.

— Kto to jest, one?...

— Ach, kto one? Bo ja wiem... Duchy przewodnicze, istoty psychiczne. A kto narzędziem ich zemsty, czy raczej sprawiedliwości, to rzecz uboczna. Dość, że istnieją...

— Och! bajdy, Merwinie!...

— Nie bądź tak pewny...

— Absolutne bajdy! Zjawiają się znów, jak widzę te przestarzałe teologiczne brednie średniowiecza. Dziwię się, że tak rozsądny człowiek jak ty...

Merwin uśmiechnął się — miał jakiś zagadkowy uśmiech — lecz oczy jego z pod krzaczastych płowych brwi spoglądały poważnie, surowo niemal.

— Przyjdzie może czas, że zmienisz zdanie. Ta kwestja ma swe dziwnie ciemne strony... Jako przyjaciel chciałbym cię przestrzec i pouczyć.

— Dobrze, pouczaj, słucham cię.

Zachęcony tem Merwin począł się wynurzać. Naszkicował bieg życia i losy całego szeregu osób, które według jego zdania prowadziły nieuczciwą grę z tajemnemi siłami i same doznały potem wielu ciężkich przykrości. Mówił o sędziach, którzy wydawali niesprawiedliwe wyroki w tej sprawie, o dziennikarzach, którzy rozmyślnie i dla sensacji usiłowali zdyskredytować cały ruch spirytystyczny, o tych, którzy urządzali interwiewy z medjami, aby je potem wyśmiać i wyszydzić, lub o tych, którzy zacząwszy badać, cofnęli się nagle z przestrachem i publicznie zaprzeczali faktom, choć o ich prawdziwości byli w głębi duszy przekonani. Była to potężna lista, długa i dokładna, lecz Malone nie dał się zbić z tropu.

— Jeśli kto spisuje różne wypadki, to nie wątpię, że potrafi sporządzić taką listę dotyczącą nietylko tej, ale każdej innej sprawy. Mr. Jones twierdził, że Rafael to był skończony partacz, no i Mr. Jones zmarł na dusznicę. Dlatego jest niebezpiecznie krytykować Rafaela. Czy to ma być argument?

— Niech będzie, jeśli tak sądzisz.

— Weź stronę odwrotną. Naprzykład Morgate. Był on zawsze waszym wrogiem, ponieważ jest zdeklarowanym materjalistą. No i co? powodzi mu się dobrze, jest wesół, zadowolony, spojrzyj tylko na jego profesorską mość...

— Ach, to jest niedowiarek uczciwy. Zapewne, czemu nie?...

— A Morgan, który swego czasu demaskował medja.

— Jeśli fałszywe medja, oddał tem przysługę spirytyzmowi.

— A Falconer, który tak złośliwie o was pisał?

— Falconer? A cóż ty wiesz o jego prywatnem życiu? Nic? Możesz mi wierzyć, że jest ono bardzo niewesołe. On sam nawet nie wie, jak się to zaczęło. Być może, iż kiedyś ci panowie zaczną porównywać daty i wówczas rozjaśni się im w głowie. Ale złe ich nie minie.

Tu począł opowiadać jakąś straszliwą historję o pewnym człowieku, który wielkich swych zdolności użył na zgnębienie ruchu spirytystycznego, choć był przekonany o jego prawdziwości, gdyż ta walka ze spirytyzmem miała służyć jego osobistym celom. Koniec tego człowieka był tak okropny, że Malone nie chciał słuchać dłużej.

— Daj pokój, Merwinie, daj pokój — zawołał niecierpliwie. Ja będę mówił zawsze to, co myślę, ni mniej, ani więcej, a twoje upiorne historje wcale mnie nie przestraszą i nie skłonią do zmiany przekonań.

Nie mam zamiaru cię skłaniać.

— Tyś się tem przejął za bardzo. To, coś mi opowiadał, wydaje mi się prostym zabobonem. Gdyby to wszystko miało być prawdą, to powinnaby się wami zająć policja.

— Tak, gdybyśmy byli sprawcami tych nieszczęść. Ale to nie my je sprowadzamy. Bądź co bądź, Malone, pamiętaj, że cię ostrzegałem, a ty sobie rób, jak ci się podoba. No, bądź zdrów. Możesz telefonować do mnie każdej chwili do redakcji „Świtu“.

Jeśli kto chce stwierdzić, że w nim jest choć odrobina krwi irlandzkiej, ma na to niezawodny środek. Postawcie Irlandczyka przed frontem bramy kamienicznej, gdzie przy dzwonku jest napis „Przycisnąć“ lub „Pociągnąć“. Anglik ściśle zastosuje się do napisu, jako człowiek rozsądny. Irlandczyk mający mniej rozsądku, a więcej indywidualizmu, nagle i z całą gwałtownością wykona czynność wprost przeciwną. Tak było z Malone’m. Szczera przestroga Merwina podnieciła buntowniczego jego ducha i kiedy przybył do Challengera, by zabrać Enidę na seans do Bolsovera barometr jego sympatycznych uczuć dla spirytystów obniżył się o kilka stopni.

Challenger stał w progu z wysuniętą naprzód brodą, z przymkniętemi oczyma i podniesionemi brwiami, jak zwykle wówczas, gdy chciał być dowcipnym i rzucił odchodząc kilka drwiących uwag na pożegnanie.

— A zabierz ze sobą, Enid, swoje pudełeczko od pudru. Jeśli w ciągu seansu dojrzysz jaki dobry okaz ektoplazmy, to nie zapomnij o mnie... Zamknij do pudełka i przynieś. Ja mam dobre mikroskopy, odczynniki chemiczne i wszystko co potrzeba do analizy. A gdyby ci jaki strach drogę zaszedł, to złap choć parę atomów. Przydałaby mi się odrobina.

Bawoli ryk jego śmiechu odprowadził ich aż do windy.

Szumnie nazwany magazynem spożywczym interes Bolsovera był to raczej staroświecki sklep w najgęściej zaludnionej dzielnicy Hammersmith. — Na pobliskiej wieży kościelnej wydzwonił zegar trzy kwadranse na ósmą, gdy dorożka stanęła przed sklepem, a że pełno w nim jeszcze było kupujących, więc Enid i Malone wysiadłszy przeszli się trochę wdół ulicy. W tej chwili zajechał inny samochód, z którego wysiadł okazały, brodaty, niedbale ubrany jegomość. Zapłacił szoferowi, spojrzał na zegarek, poczem również zaczął się przechadzać po trotuarze. Zobaczywszy naszą parę znajomych zbliżył się ku niej i zapytał:

— Czy to państwo należycie do prasy i macie wziąć udział w dzisiejszym seansie? Ach tak... domyśliłem się... Stary Bolsover jest jeszcze bardzo zajęty, dobrzeście państwo zrobili, że tu czekacie... Szczęść mu Boże, to człowiek, który żyje jak jeden z świętych Pańskich, modli się i pracuje..

— A pan jest pewnie Mr. Algernon Mailey?

— Tak. Ja jestem ten gentleman, którego łatwowierność urasta do rozmiarów, budzących niepokój jego własnego stronnictwa, jak się pewna gazetka swego czasu o nim wyraziła.

Śmiech jego był tak zaraźliwy, że łatwo udzielił się obojgu młodym. Zaiste, człowiek ten ze swą atletyczną budową, o kształtach, które poczęły się już nieco zaokrąglać, ale zawsze jeszcze rzucały się w oczy, ze swoim męskim głosem i wyrazistą, acz dobroduszną twarzą, nie robił wrażenia chwiejności i niestałości.

— Nam wszystkim dano już jakieś charakterystyczne przezwiska — rzekł. — Ciekaw jestem, jaką państwu przylepią etykietę!

— My nie chcemy żeglować pod fałszywą banderą, Mr. Mailey i przyznajemy się panu otwarcie, że dotąd nie należymy jeszcze do wierzących...

— Całkiem słusznie. Na to potrzeba czasu, a ponieważ jest to sprawa najdonioślejsza pod słońcem więc sporo wody upłynie, nim do tego dojdzie. Ja sam potrzebowałem wielu lat. Można mieć ludziom za złe, że naszą sprawę lekceważą, ale nikogo nie wolno potępić za to, że jest w jej badaniu bardzo ostrożny. Dzisiaj oddałem się jej całą duszą, jak o tem państwo wiecie, ponieważ wiem, że jest prawdziwa. Często też miewam wykłady, ale nigdy nie usiłuję słuchaczom narzucać gwałtem swych przekonań. Nie wierzę w zbyt szybkie nawrócenie. Bywa ono zazwyczaj płytkie i powierzchowne. Całem staraniem mojem jest przedstawić ludziom sprawę tak jasno, jak tylko potrafię. Wykładam im prawdę, o której wiem, że jest prawdą. Oto cała moja praca. Słuchacze mogą ją przyjąć, lub odrzucić. O ile są rozsądni, starają się badać, idąc tą drogą, którą im wskazuję. Jeśli nie są rozsądni, tracą tę sposobność. Nie wywieram nacisku, by zrobić z nich prozelitów. To ich rzecz, nie moja.

— Tak, to mi się zdaje jedyną rozumną drogą — rzekła Enid — pociągnięta szczerą otwartością nowego znajomego.

Stali właśnie w pełnem świetle, które padało z okna wystawy sklepu Bolsovera. Mogła mu się przyjrzeć dobrze. Widziała jego szerokie czoło, siwe oczy myślące, pełne blasku, jego płową brodę, poprzez którą widać jednak było ostre zarysy wystającego energicznie podbródka. Człowiek ten sprawiał wrażenie uosobionej stałości charakteru — bynajmniej nie fanatyka, jakim go sobie wyobrażała, znając go tylko ze słyszenia. Nazwisko jego często widniało na szpaltach dzienników, jako bojownika spirytyzmu i przypomniała sobie, że ojciec jej wydawał zawsze krótkie parsknięcie lekceważenia ilekroć spotkał się z tem nazwiskiem w gazetach.

— Wyobrażam sobie — rzekła zwracając się do Malone’a — coby to się działo, gdyby pana Mailey zamknięto w jednym pokoju z moim tatusiem.

Malone zaśmiał się.

— Powstałaby czysto akademicka kwestja, co się stanie, jeśli niepowściągniona siła trafi na niewidzialną silną przeszkodę.

— Ach, pani jest córką profesora Challengera — rzekł Mailey, patrząc z zaciekawieniem na młodą dziewczynę. — To potężna postać w świecie naukowym. Jakiż ten świat stałby się wielki, gdyby mógł osiągnąć swe istotne granice!

— Nie rozumiem dobrze pana.

— Świat naukowy stał się podporą naszego materjalizmu. Zapewnił nam on różne wygody życiowe, jeśli wygodę ciała zechcemy uznać za pożyteczną. Z innych względów stał się on naszą zgubą, ponieważ sam się mianował postępem i dał nam złudzenie, że idziemy wciąż naprzód, gdy w gruncie rzeczy, my się systematycznie cofamy.

— Nie mogę się zgodzić z panem, Mr. Mailey — odezwał się Malone, w którym zaczął się budzić duch przekory, gdy poczuł, że obrońca spirytyzmu, wygłasza swe poglądy zbyt dogmatycznie. — Proszę sobie przypomnieć telegraf bez drutu, a cuda radjowe? Czy to nie dobrodziejstwa dla ludzkości?

— O tak, czasem jest to pożyteczne. Ja bardzo cenię swą lampę elektryczną, przy której pracuję, a to jest produkt wiedzy. Daje nam ona, jak o tem już wspominałem wygodę i pewne bezpieczeństwo.

— Dlaczego więc pan tę wiedzę materjalną poniża?

— Ponieważ przesłania nam ona rzecz bardziej żywotną, cel naszego życia. Nie poto osadzono nas na tej planecie, byśmy robili po pięćdziesiąt mil na godzinę w limuzynie, albo przelatywali Atlantyk w samolotach, albo posyłali sobie błyskawicznie wiadomości drutem lub bez drutu. To są błyskotki, to są frendzelki ludzkiego życia. Ale ci ludzie wielkiej nauki tak przykuli nasz wzrok do tych ornamentów życiowych, żeśmy zapomnieli o głównym naszym celu.

— Jeszcze nie rozumiem pana...

— Iż nie idzie o to, jak prędko pan zmierza do celu, ale o sam cel pańskiej podróży. Nie o to, w jaki sposób pan wysyła swoją depeszę, ale jaka jest wartość depeszy. Na każdym szczeblu, ten tak zwany postęp, stoi nam na przeszkodzie, bo dopóki używamy tego wyrazu, mieszamy go z pojęciem realnego postępu i wyobrażamy sobie, że wypełniamy posłannictwo, które nam Bóg na ziemi wyznaczył.

— A to posłannictwo?

— Jest przygotować się do następnej fazy naszego życia. Jest przygotowanie myśli i przygotowanie ducha, a my zaniedbujemy obydwie te rzeczy. Abyśmy zarówno mężczyźni jak kobiety w miarę posuwania się w lata stawali się mniej samolubni, bardziej natomiast wyrozumiali, światlejsi i lepsi — ot, poco tu istniejemy, chodzi o postęp dusz, nie o zdobycie wygód cielesnych. Ale... — Tu zaśmiał się swym szczerym udzielającym się śmiechem. — Toż ja przecież mam tu wykład na ulicy. Co to znaczy moc przyzwyczajenia! Mój syn powiada, że dość jest nacisnąć trzeci guzik mej kamizelki, abym automatycznie rozpoczął prelekcję. Na szczęście Mr. Bolsover zamierza do państwa na ratunek.

Jakoż istotnie zacny kupiec dojrzał rozmawiających przez okno i śpieszył do nich, odwiązując swój biały fartuch.

— Dobry wieczór państwu — wołał już zdaleka. — Nie chciałbym, żebyśmy czekali długo na zimnie. Prócz tego, godzina naznaczona nadeszła, a czas upływa. Punktualność przedewszystkiem — to moje hasło. Moi chłopcy zamkną sklep. Proszę tędy, a uważajcie państwo na skrzynię z cukrem.

Prowadził ich wśród pak z suszonemi owocami, kręgów sera, wkońcu przecisnął się z trudem między dwiema dużemi beczkami. Wąskie drzwi prowadziły do prywatnego mieszkania.Wszedłszy po wąskich schodach Bolsover otworzył drzwi narozcież i goście znaleźli się w obszernym pokoju, w którym kilka osób siedziało wokół dużego stołu. Była tam Mrs. Bolsover, kobieta słusznego wzrostu, miłej powierzchowności i żwawa podobnie jak jej małżonek. Ten sam sympatyczny typ miały również trzy jej córki. Siedziała tam jakaś starsza kobieta, prawdopodobnie krewna gospodyni i dwie inne dość mizernie wyglądające kobiety, które przedstawiono jako sąsiadki i spirytystki. Jedynym mężczyzną w tem gronie był malutki szpakowaty jegomość o miłej twarzy i żywych oczach, siedział on przy fisharmonji w kącie pokoju.

— Mr. Smiley, nasz muzykant — przedstawił Bolsover. — Doprawdy nie wiem, cobyśmy poczęli bez pana Smiley. Chodzi o wibracje, pan wie, Mr. Mailey mógłby coś o tem powiedzieć. Oto moje panie, Mr. Mailey, dobry nasz przyjaciel. A to dwoje naszych gości Miss Challenger i Mr. Malone.

Rodzina Bolsover uśmiechnęła się mile do gości, natomiast jakaś starsza jejmość wstała i jęła mierzyć przybyłych surowym wzrokiem.

— Witamy chętnie nowych gości — rzekła. — Musimy jednak zapowiedzieć zgóry, że wymagamy spokojnego zachowania się. My mamy głęboki szacunek dla tych świetlanych istot i nie życzymy sobie, by je ktoś drażnił.

— Mogę panią zapewnić — rzekł Malone — że ten spokój będzie przez nas zachowany.

— Myśmy już mieli nauczkę i nie zapomnieliśmy dotąd zachowania się pana Meadow, prawda panie Bolsover?

— Nie, nie, Mrs. Seldon — to się już nie przytrafi.

— Nas to trochę dotknęło — dorzucił Bolsover zwracając się do przybyłych. — Ten pan przyszedł do nas jako gość i kiedy światła pogaszono, on szturchał palcem sąsiadki, aby myślały, że to duch. Potem opisał cały seans w gazecie, piętnując przebieg jako szalbierstwo, gdy faktycznie jedynym szalbierzem w naszem gronie, był on sam.

Malone oburzył się.

— Zapewniam pana, że żadne z nas tego nie zrobi.

Stara jejmość usiadła, lecz co chwila rzucała podejrzliwe spojrzenie w stronę gości. Bolsover kręcił się po pokoju, czyniąc potrzebne przygotowania.

— Pan tu usiądzie, Mr. Mailey. Mr. Malone między moją żoną, a córką. A Miss Challenger?

Enid była trochę wzruszona.

— Wolałabym usiąść około pana Malone’a.

Bolsover zachichotał zcicha i skinął na żonę, by się przesiadła.

— Otóż tak, wszystko dobrze...

Wszyscy zajęli wskazane miejsca. Mr. Bolsover zgasił światło elektryczne, na środku stołu palił się jednak stoczek woskowy. Malone spojrzał wokoło i pomyślał, jak pyszny byłby to obraz dla pendzla Rembrandta.

W głębi czaiły się mroki, lecz żółty płomyczek stoczka migotał wciąż, rzucając słabe światło na postacie siedzące wokoło stołu. Widać było dość wyraźnie dobroduszne oblicze Bolsovera, jego żony i trzech córek, dalej ostre i surowe rysy Miss Seldon, myślące oczy i płową brodę Mr. Mailey, chude i jakby zmęczone twarze dwóch sąsiadek, a tuż obok rysował się profil Miss Challenger o czystych i szlachetnych linjach. Zdawało się, że cały świat zmalał, ograniczył się do tej szczupłej grupy osób, zebranych tu w jednym celu i skupionych w jednej myśli.

Na stole leżały porozrzucane różne dziwne przedmioty dobrze już podniszczone, jak często używane zabawki lub narzędzia. Była tam trąbka mosiężna mocno poczerniała, tamburyno, pudełko grające i kilka drobniejszych przedmiotów.

— Nie możemy przewidzieć, co im będzie potrzebne — rzekł Bolsover, wskazując okrągłym ruchem leżące przedmioty. — Jeśli Maleńka zażąda jakiego przedmiotu, którego niema na stole, zaraz się skarży na nas, a to jest takie przykre.

— O, Maleńka ma swoje kaprysy — zauważyła Mrs. Bolsover.

— Czemużby nie miała mieć? ta kochana istotka — rzekła surowo lady. — Myślę, że ona dosyć się namęczy szukaniem i Bóg wie czem jeszcze. Często się dziwię, że jej się chce tu przychodzić.

— Maleńka, to jest nasza dzieweczka — przewodniczka — rzekł Bolsover — zaraz ją usłyszymy.

— Mam nadzieję, że przyjdzie — rzekła Enid.

— O tak, ona nas nigdy nie zawiodła, z wyjątkiem tego jednego wypadku, gdy ów niegodziwy Meadow odłamał rączkę trąbki i położył ją gdzieś poza kołem.

— Kto jest medjum? — zapytał Malone.

— Kto z pośród nas, tego my sami nie wiemy. Sądzę, że wszyscy potrochu. Może ja także i matka mi w tem pomaga.

— Nasza rodzina jest, jak sklep kooperatywny — rzekła Mrs. Bolsover i wszyscy się roześmiali.

— Sądziłem, że obecność medjum jest konieczna.

— Najczęściej, ale nie zawsze — rzekł Mailey swym niskim, stanowczym głosem. — Crawford wykazał to jasno podczas seansów w Gallagh i udowodnił zapomocą krzeseł będących ścisłemi wagami, że każda z siedzących w kole osób traciła, pół do dwóch funtów wagi, natomiast medjum Mrs. Kathleen dziesięć, a raz nawet dwanaście. Tu dzięki częstym seansom... od jak dawna je odbywacie, Mr. Bolsover?

— Od czterech lat okrągło.

— Otóż te serje posiedzeń rozwinęły w każdym z uczestników pewne zdolności medjumiczne, tak, że zachodzi dość znaczne odciągnięcie od każdego z obecnych, zamiast od jednego medjum.

— Odciągnięcie czego?

— Zwierzęcego magnetyzmu — ektoplazmy, jak to nazywają, w gruncie rzeczy mocy. To jest najbardziej zrozumiała nazwa. Chrystus użył raz tego terminu. „Wiele mocy wyszło ze mnie“. Po grecku brzmi ten wyraz „dynamis“, lecz tłumacze Pisma Św. oddali go niewłaściwie przez wyraz męstwo. Gdyby dobry znawca greczyzny, będący równocześnie wykształconym znawcą okultyzmu zabrał się ponownie do tłumaczenia Nowego Testamentu, to na wiele niejasności, otworzyłyby się nam oczy. Kochany, stary Ellis Powell zrobił coś w tym kierunku; jego śmierć była wielką stratą dla świata.

— To prawda — przytwierdził Bolsover tonem pełnym szacunku. — Teraz Mr. Malone, zanim przystąpimy do działania, chciałbym, aby pan zwrócił uwagę na niektóre przedmioty leżące na stole. Widzi pan te białe punkty na trąbce i na bębenku? Te punkty są świecące, tak, że łatwo po nich poznać w ciemności, gdzie się owe przedmioty znajdują. Stół jest zwyczajnym stołem, przy którym codziennie jadamy, z dobrego angielskiego dębu! Może go pan obejrzeć, jeśli pana zechce. A teraz Mr. Smiley, stoczek już się dopala... poprosimy pana o akompanjament do pieśni: „Opoko stuleci“. — Dały się słyszeć tony fisharmonji. Pieśń brzmiała dźwięcznie i harmonijnie, gdyż dziewczęta miały dobry słuch i świeże głosy. Uroczyste dźwięki hymnu sprawiały tem głębsze wrażenie, że prócz słuchu żaden inny zmysł nie mógł pracować swobodnie. Ręce siedzących, zgodnie z instrukcją, spoczywały na stole, uważano, by nóg nie krzyżować.

Malone dotykał ręką palców Enidy i czuł, jak one drżą zlekka, świadcząc o wysokim napięciu nerwów dziewczyny. Jowialny głos Bolsovera wśród ciszy, wywołał pewne odprężenie.

— Zdaje mi się, że warunki dziś są dobre. Czuję chłodny prąd powietrza. Poproszę teraz, by wszyscy złączyli się ze mną duchem w modlitwie.

Robiła wrażenie ta prosta, lecz szczera wśród ciemności wygłoszona modlitwa:

— Wielki Boże, Ojcze nasz. Ty który jesteś w myślach naszych i przenikasz żywoty nasze, spraw, aby wszelkie zło zdala było od nas dzisiaj i abyśmy mogli choć na jedną godzinę zetknąć się z tymi, którzy przebywają w wyższej sferze. Ty jesteś wspólnym naszym Ojcem. Pozwól nam bodaj na chwilę zejść się z nimi w braterstwie, byśmy mogli otrzymać świadomość wiecznego życia, które nas czeka i resztę dni naszych na tym ziemskim padole przeżyć w spokoju.

Zakończył Modlitwą Pańską, którą wszyscy odmówili chórem. Nastało milczenie. Z zewnątrz dolatywał stłumiony odgłos wrzawy ulicznej, czasem dawał się słyszeć sygnał trąbki samochodowej — wewnątrz panowała zupełna cisza. Enid i Malone patrząc przed siebie w mroki, czuli, że zmysły ich zaostrzyły się i czuwają, a nerwy prężą się, jak napięte struny.

— Nic się nie dzieje, matko — odezwał się po długiej chwili Bolsover. — Dlatego pewnie, że są dziś obcy goście. Trzeba nowych wibracji. Zagraj nam co innego Mr. Smiley.

Zabrzmiała fisharmonja, lecz dźwięki jej nie przebrzmiały jeszcze, gdy nagle jedna z kobiet krzyknęła: — Dosyć, dosyć... ona już jest...

Czekano znów dłuższą chwilę bez rezultatu.

— Tak, tak. Słyszałam Maleńką. Ona jest tu, jestem pewna...

Chwila ciszy, a potem, jak jaki cud dla uszu młodej pary, jak rzecz całkiem zwykła dla reszty towarzystwa, ozwał się głos jakiś:

— Dobry wieczór...

Nastąpiły powitania i śmiech wesoły... wszyscy mówili naraz: Dobry wieczór, Maleńka... Jesteś, najmilsza... Wiedziałam, że przyjdziesz... Dobrze, dobrze, mała przewodniczko.

— Dobry wieczór wszystkim — odparł głos. — Maleńka cieszy się, że widzi Tatusia i Mamę i wszystkich. Oh, jaki gruby pan z brodę. Mailey, Mister Mailey, jużem go spotykała. On wielki, a ja mała dziewczynka... Witam cię panie gruby...

Enid i Malone słuchali ze zdumieniem, było jednak niepodobieństwem denerwować się wobec zupełnego spokoju z jakim reszta towarzystwa przyjmowała to zjawisko. Głosik był bardzo cienki i wysoki, wyższy od sztucznego falsetu. Nie ulegało wątpliwości, że był to głos dziecięcy. A przecież nie było dziecięcia w tem gronie, chyba, że weszło cichaczem, w chwili, gdy światło zagasło. To było możliwe — ale głos zdawał się pochodzić ze środka stołu. Jakże tam dziecko dostać się mogło?

— Łatwo się dostałam, panie... Pan — mówił głos, jakgdyby odpowiadając na niewypowiedziane pytanie Malone'a — Tatuś silny, podnieść Maleńką i posadzić na stole, a teraz ją pokazać, co Tatuś nie potrafi...

— Trąbka się podnosi — zawołał Bolsower. Świetlny punkcik wniósł się cicho w górę i począł migotać nad głowami siedzących.

— Podnieś wyżej i uderz o sufit — krzyknął Bolsover.

Światełko zabłysnęło nieco wyżej i wkrótce usłyszano metaliczny brzęk w górze, a równocześnie rozległ się cienki głos z pod sufitu:

— Tatuś sprytny... Tatuś wziął wędkę, zaczepić haczykiem o trąbkę i podnieść ją do góry. Ale jak Tatuś zrobić mój głos?... Co mówi ładna Missy angielska? Tu jest od Maleńkiej podarek...

Coś miękkiego upadło na kolana Enidy. Dotknęła ręką.

— To kwiat chryzantemy. — Dziękuję, Maleńka.

— Przyniesione z zewnątrz? — zapytał Mailey.

— Nie, nie, Mr. Mailey — rzekł Bolsover. — Są chryzantemy w żardinierce stojącej na fisharmonji. Mów jeszcze do niej Miss Challenger, trzeba utrzymać wibracje.

— Kto jesteś, maleńka? — zapytała Enid wpatrzona w światełko nad swoją głową.

— Ja jestem mała czarna dziewczynka, osiem lat, mała czarna dziewczynka...

— Och, co mówisz kochanie? — rzekła pani domu. — Miałaś lat ośm, gdyś przyszła do nas po raz pierwszy, a to już parę lat temu.

— Para lat dla was. Dla mnie to nie. Ja robić swoją robotę, jak dziewczynka ośm lat. Jak robota skończona, Maleńka będzie odrazu duża. Niema u nas czasu jak wy mieć... Ja zawsze ośm lat.

— Normalnie one rosną zupełnie, jak my tutaj — ozwał się Mailey — ale jeśli mają jakąś specjalną pracę do wykonania, gdzie jest potrzebne dziecko, to przez jakiś czas przestaje ona rosnąć. Jest to, jakby zatrzymanie rozwoju.

— To ja... Trzymanie ozwoju — rzekł głosik z pewną dumą. — Ja się zawsze uczyć angielski, jak ten gruby pan tutaj.

Roześmieli się wszyscy. Było to doskonale dobrane, naturalne i swobodne towarzystwo. Malone usłyszał szept Enidy...

— Uszczypnij mnie czasem w rękę, Edwardzie, abym się upewniła, że nie śnię...

— Ja się sam także szczypię....

— Czemu nam nie zaśpiewasz, Maleńka? — zapytał Bolsover.

— O tak, tak. Maleńka wam śpiewać.

W powietrzu zabrzmiała jakaś prosta piosenka, ale głos brzmiał coraz słabiej, wreszcie skończył się jakimś piskiem, a po chwili trąbka padła z brzękiem na stół.

— Moc uchodzi — zawołał Mailey. — Trzeba znowu muzyki. Zagraj Smiley. „Prowadź światło niebieskie“. Zabrzmiał śpiewany chórem piękny ten hymn, a gdy miał się już ku końcowi, zdarzyła się znów rzecz, która zadziwiła naszą parę, chociaż reszta towarzystwa przyjęła ją dość obojętnie. Trąbka świeciła wprawdzie swym jasnym punkcikiem na stole, ale w powietrzu dały się słyszeć wyraźnie dwa głosy, męski i kobiecy, złączone w duet zgodny ze śpiewaną melodją. Hymn przebrzmiał i zapanowała cisza, znamionująca dalsze wytężone oczekiwanie... Przerwał ją wśród ciemności jakiś głęboki, męski głos. Tym razem forma przemówienia była zupełnie poprawna, modulacja należyta, zdania wygłoszone stylem, na jaki poczciwy Bolsover nigdyby się nie zdobył.

— Dobry wieczór, przyjaciele. Widzę, że moc wasza jest dziś silnie skoncentrowana.

— Dobry wieczór, Luke, dobry wieczór — wołano zewsząd.

— To nasz kierownik, nauczyciel — wyjaśnił Malone’owi Bolsover. — Jest to wysoki duch z szóstej sfery, skąd czerpiemy instrukcje.

— Może się tylko wam zdaję wysokim — odpowiedział głos — czemże ja jestem wobec tych, którzy mnie zkolei pouczają. To nie moja wyłączna mądrość. Nie przypisujcie mi zasługi, tę mądrość ja wam tylko przekazuję.

— Zawsze tak mówi — szepnął Bolsover. — Ta skromność właśnie jest znakiem jego wyższości.

— Widzę dwie nowe osoby, szukające prawdy. Dobry wieczór, młoda lady. Ty jeszcze nic nie wiesz o swojej własnej sile i o swojem przeznaczeniu. Ale odnajdziesz je... Dobry wieczór, sir, jesteś u progu wielkiej wiedzy... Czy masz jaką kwestję, którą mógłbym ci w kilku słowach wyjaśnić? Widzę, że robisz jakieś notatki...

Istotnie Malone uwolnił w ciemności swą rękę od zetknięcia z Bolsoverem i bazgrząc w ciemności zapisywał kolejność wydarzeń.

— O czem mam mówić?

— O miłości i małżeństwie — podała temat Mrs. Bolsover, trącając dyskretnie łokciem swego małżonka.

— Dobrze, będę mówił o tem, lecz krótko, bo inni czekają. Pokój ten jest zapełniony duchami. Wiedzcie, że istnieje jeden tylko mężczyzna dla kobiety i tylko jedna kobieta dla mężczyzny. Gdy się spotkają po długiem szukaniu, tworzą jedność i zawsze są razem z sobą przez nieskończony łańcuch bytu. Zanim się jednak spotkają, wszystkie inne złączenia są jedynie przypadkowe i bez wartości. Prędzej, czy później łączy się taka para. Niekoniecznie na tej ziemi. Może się to stać w następnej, najbliższej sferze, gdzie się płci spotykają tak, jak tu na ziemi. Może być jeszcze później, lecz każda kobieta i każdy mężczyzna ma swą duszę pokrewną i znajduje ją. Z ziemskich małżeństw zaledwie jedno na pięć, będą trwałemi przez wieczność. Inne są chwilowe. Prawdziwe małżeństwo, jest zjednoczeniem duszy i ducha. Czynności płciowe są jedynie zewnętrznym symbolem, nie znaczą nic i są niedorzeczne, a nawet zgubne, jeśli brak istoty rzeczy, której winny być symbolem. Czy wyrażam się jasno?

— Zupełnie jasno — rzekł Mailey.

— Niektórzy mają tu nieodpowiednią towarzyszkę, lub towarzysza. Inni wcale nie mają, co jest lepsze. Lecz prędzej, czy później nastąpi właściwe złączenie. To pewne. Nie sądźcie, że będziecie miały tych samych mężów, gdy pomrzecie.

— Chwała Bogu, dzięki Bogu — zawołał głos jakiś.

— Nie, Mrs. Melder. To jest miłość realna, która łączy ludzi na tej ziemi. On idzie swoją drogą, ty swoją. Stoicie może na różnych szczeblach rozwoju duszy. Przyjdzie czas, że każde z was znajdzie swoją połowę, gdy wróci młodość wieczysta, tam poza światem...

— Mówi pan o miłości... Czy przez to należy rozumieć seksualną miłość?

— Dokąd my zmierzamy? — zamruczała Mrs. Bolsower.

— Dzieci się tam nie rodzą. Dzieje się to tylko na ziemi. Takie zjednoczenie miał na myśli Wielki Nauczyciel, gdy mówił: „Nie będzie tam ani małżeństwa, ani oddawania w małżeństwo“. Nie. — Zjednoczenie dusz jest czystsze, głębsze, bardziej cudowne, zupełne, pogrążenie w niepamięci ziemskich interesów i ziemskiej wiedzy, bez zatraty indywidualności. Najbliższym celem, który tam będziecie mieli do osiągnięcia to jest to wzniosłe uczucie, za piękne, by się dało słowami wyrazić, uczucie, którego doznaje para ludzi o wielkiej duszy, gdy się pierwszy raz spotka ze sobą tu na waszej ziemi. Później obniża się ten poziom staje się bardziej ziemski, lecz oboje w głębi swych serc, zawsze czuć będą, że to pierwsze subtelne zjednoczenie dusz było milsze i wyższe niż późniejsze cielesne. Takiem ono będzie w życiu pozagrobowem. Czy jeszcze jaka wątpliwość?

— A jeśli kobieta kocha jednocześnie dwu mężczyzn? — zapytał Malone.

— To rzadko się zdarza. Kobieta prawie zawsze wie, kto jest jej faktycznie bliższy i wybiera, a jeśli się rzeczywiście coś przeciwnego zdarzy, to dowód, że ani jeden, ani drugi nie był jej duchem pokrewny, gdyż pokrewny duchem powinien stać wyżej ponad wszystkich innych. Oczywiście, jeżeli kobieta... Głos się załamał, trąbka spadła.

— Śpiewajcie „Aniołowie snują się wszędy“ — zakrzyknął Bolsover — Smiley, uderz w klawisze. Wibracje spadły do zera.

Znowu muzyka, chwila ciszy, a potem jakiś głos przeraźliwy. Nigdy Enid nie słyszała podobnie smutnego głosu. Brzmiał jak padanie grud ziemi na trumnę. Zrazu był to jakiś głęboki pomruk, potem modlitwa, widocznie łacińska, gdyż słowo Domine dwukrotnie dało się słyszeć, a raz: peccavimus. W sali zapanował dziwny nastrój przygnębienia.

— Co to jest, na Boga? — zawołał Malone.

Towarzystwo również było zaniepokojone.

— Zdaje się, że to jakiś biedaczysko z niższej sfery — rzekł Bolsover — ortodoksi mówią, żeśmy powinni unikać zetknięcia się z takimi, ale ja sądzę, żeśmy raczej powinni przyjść im z pomocą.

— Doskonale, Bolsover — przytwierdził Mailey z serdecznem uznaniem. — Zatem prędko...

— Co możemy uczynić dla ciebie przyjacielu?

Odpowiedzią było milczenie.

— On pewnie nie wie — nie rozumie swego położenia. Gdzie Luke? Onby nam powiedział, co czynić.

— O co chodzi, przyjaciele? — ozwał się sympatyczny głos przewodnika.

— Mamy przed sobą jakiegoś biedaka. Chcemy mu pomóc.

— Ach, tak: tak, on przybył ze sfery zupełnej ciemności. — Nic nie wie, nic jeszcze nie pojmuje... Oni odchodzą ze świata z jakiemś urobionem przekonaniem, a gdy zobaczą, że rzeczywistość jest odmienna niż ich pouczali za życia duchowni, wtedy są istotnie bezradni. Niektórzy oswajają się z położeniem i powoli idą wyżej, inni nie chcą tego uczynić i błąkają się nieświadomi swego celu i położenia... Ten był klerykiem o ciasnym umyśle i bigotem. To jest owoc jego własnego posiewu na ziemi, posiany w nieświadomości, a zbierany w nieszczęściu.

— Czegóż mu brak?...

— On nie wie, że zmarł. Błądzi we mgle. Wszystko jest dlań jakimś snem okropnym... Trwa to już lata, a jemu się zdaje, że to już cała wieczność.

— Dlaczego mu tego nie powiecie, nie objaśnicie?

— Nam nie wolno. My...

Trąbka zabrzęczała, głos się urwał.

— Muzyka, Smiley, muzyka, teraz powinny być silniejsze wibracje.

— Wyższe duchy nie mogą dosięgnąć tych, co błądzą w przyziemych ciemnościach, gdyż obracają się w innych sferach wibracji. My jesteśmy bliżsi tamtych i prędzej możemy im pomóc.

— Tak, wy, wy... ozwał się głos ducha — kierownika.

— Mr. Mailey, przemów ty do niego, ty to potrafisz najlepiej.

Dał się słyszeć znów stłumiony pomruk monotonny, przykry i nużący.

— Przyjacielu, posłuchaj, chcę ci coś powiedzieć — zaczął Mailey głosem donośnym i stanowczym.

Pomruk ucichł i można było wnosić, że niewidzialna istota słucha z uwagą.

— Przyjacielu, boli nas twoje położenie. Tyś zmarł. Ty widzisz nas i dziwisz się, że my ciebie, widzieć nie możemy. Ty jesteś już w innym świecie. Ale ty sam nie wiesz o tem, boś się tego nie spodziewał. Nie nastąpiło to, coś sobie o życiu pośmiertnem wyobrażał. A dlatego nie nastąpiło, boś sobie wyobrażał błędnie. Zrozum jednak, że wszystko idzie, jak potrzeba, że Bóg jest dobry i że oczekuje cię wielka szczęśliwość, jeśli tylko wzniesiesz swój umysł i prosić będziesz o pomoc. Przedewszystkiem rozmyślaj mniej o swem położeniu własnem, a zajmij się temi biednemi duszami, które są wokół ciebie. —

Panowała wciąż cisza, a Luke znów mówić zaczął.

— On cię słyszał. Chce ci podziękować. Prawda zaczyna mu świtać. Powoli wszystko się rozjaśni. Chce wiedzieć, czy może tu zjawić się jeszcze kiedy. — Tak, o tak — zawołał Bolsover. — My już mamy sporo takich, którzy wracają z doniesieniem, że doznali ulgi. Bóg z tobą, przyjacielu. Przychodź często, jak tylko możesz...

Przykry szept ucichł, zdawało się, że jakiś błogi spokój zapanował w powietrzu. Po krótkiej chwili usłyszano znów cienki głos Maleńkiej.

— Dużo jeszcze mocy... dużo. Czerwony Obłok tutaj. Pokaż, co umiesz, jeśli Tatuś zechce —

— Czerwony Obłok, to nasz indyjski nadzorca. Pojawia się zwykle wtedy, gdy mają być dokonane fizyczne fenomeny. Czy jesteś tu Czerwony Obłoku?

Dały się słyszeć w ciemności trzy głośne uderzenia jakby młotka o drzewo.

— Dobry wieczór, Czerwony Obłoku?

Głos powolny, urywany, jakby z trudem dobywający się z piersi dał się słyszeć ponad głowami siedzących.

— Dobry dzień, naczelniku. Jak miewa się squaw. Jak dzieci?... Obce dziś twarze w tym wigwamie.

— Szukamy oświecenia, Czerwony Obłoku. Czy możesz nam pokazać, co potrafisz.

— Popróbuję. Czekajcie chwilkę. Zrobię, co mogę.

Nastała cisza oczekiwania. Nowi goście zetknęli się znów z cudowością.

W ciemności ukazało się słabe światełko. Był to jakby snop świetlanej pary. Przeleciało to z jednej strony pokoju na drugą, a potem zaczęło krążyć w powietrzu. Stopniowo zmniejszała się objętość tego snopku, który jednak zyskiwał na sile, gęstniał, aż zmienił się w świetlany krążek, wielkości kieszonkowej latarki. Latarka ta nie rzucała jednak promieni wokoło, było to poprostu równe kółko świecące w ciemności. Przybliżyło się raz do twarzy Enid i Malone dostrzegł je wyraźnie z boku.

— Co to jest? Ja widzę rękę trzymającą ten krążek — zakrzyknął, zdjęty nagłem podejrzeniem.

— Tak, to zmaterjalizowana ręka — rzekł Mailey — i ja ją widzę dokładnie.

— Chcesz, by cię dotknęła, Mr. Malone?

— Tak, chcę.

Światełko zniknęło nagle i zaraz potem Malone uczuł dotknięcie na swych palcach. Odwrócił rękę i uczuł znów całkiem wyraźnie trzy palce położone napoprzek swej dłoni. Były to palce gładkie, ciepłe osoby dorosłej. Zamknął dłoń szybko i miał wrażenie, że uchwycona ręka rozpływa się wewnątrz jego zaciśniętej dłoni.

— Zniknęła — szepnął wzruszony.

— Tak, Czerwony Obłok nie jest zbyt dobry w materjalizacji. A może my nie wydzielamy z siebie potrzebnej mocy. Lecz światełka jego są doskonałe.

Pokazało się ich jeszcze kilka różnego typu. Były to jakby wolno przesuwające się białe obłoki, to znów małe iskierki latające wokół jak świętojańskie robaczki. Tejże samej chwili oboje młodzi uczuli dość silny, zimny wiatr wiejący im w twarze. Nie było to złudzenie, gdyż Enid czuła, jak pęki włosów muskają jej skronie.

— Czujecie wiatr? — zapytał Mailey. — Niektóre z tych światełek mogłyby być uważane za języki ogniste Nowego Testamentu. Zesłanie Ducha Świętego nie zdaje się być znowu rzeczą tak bardzo nieprawdopodobną i odległą.

Teraz wzniosło się w powietrze tamburyno a świetlny punkcik na niem wskazywał, że bębenek krąży w powietrzu. Potem zniżył się i kolejno dotykał głów siedzących osób, a wreszcie opadł z brzękiem i drgał przez chwilę na stole.

— Czemu tamburyno? — Zdaje się, że zawsze w tych seansach tamburyno odgrywa najgłówniejszą rolę.

— Bo to jest przedmiot mały i dogodny — wyjaśnił Mailey — wskazuje automatycznie przez swoje dźwięki, gdzie się latając znajduje. Nie wiem, co lepszego możnaby w to miejsce podstawić, chyba pudełko grające.

— Nasze pudełko lata czasem zdumiewająco — rzekła Mr. Bolsover.

— A to jest ciężka skrzynka.

— Dziesięć funtów — dorzucił Bolsover — No, zdaje się, żeśmy doszli do końca naszych doświadczeń. Nic więcej już chyba dziś nie będzie. Seans nasz wcale zły nie był — w każdym razie ponad przeciętna miarę. Musimy poczekać chwilę, zanim odkręcimy światło. No cóż, Mr. Malone, co pan myślisz o tem? Powiesz nam przed odejściem swoje zarzuty. Oto co jest najgorsze u was reporterów. Wy często szczelnie korkujecie wasze myśli przy pożegnaniu się z nami, a potem wylewacie je na papier gazety, podnosząc moc zarzutów, które łatwo byłoby odeprzeć, gdybyśmy je w swym czasie usłyszeli. Jesteście grzeczni dla nas i uprzejmi, póki jesteśmy razem, a potem w sprawozdaniach dziennikarskich stajemy się nagle bandą szalbierzy.

Malone przesunął ręką po rozpalonem czole. Skronie mu pulsowały.

— Nie wiem, co mam myśleć — rzekł — ale wrażenie odebrałem silne. O tak, silne — powtórzył. — Czytałem o tem wszystkiem, ale to co innego czytać, a co innego widzieć własnemi oczyma. Najwięcej uderza mnie fakt, że wszyscy w waszem kółku to ludzie szczerzy i umysłowo zdrowi. Nie może być wątpliwości pod tym względem...

— Niech pan dalej mówi — zachęcił Bolsover.

— Zastanawiam się nad zarzutami, jakie mogą uczynić Ci, którzy tego nie widzieli. Chciałbym im dać odpowiedź. Przedewszystkiem stwierdzam oryginalność tych zjawisk. To com słyszał i widział jest niezmiernie różne od wyobrażeń, jakieśmy sobie urobili o duchach.

— Musimy przystosować teorje nasze do faktów — rzekł Mailey. — Dotychczas było odwrotnie. Musi pan pamiętać, że dziś mieliśmy do czynienia — mówię to z całym szacunkiem dla naszych państwa gospodarstwa — z prymitywnym, ziemskim typem duchów, który ma wprawdzie swe określone właściwości, ale jest typem przeciętnej miary. Czy pierwszego lepszego posłańca, którego pan spotka na ulicy będzie pan uważał za reprezentanta całej Anglji?

— Był przecież Luke — zauważył Bolsover.

— Tak, oczywiście, Lukę jest typem wyższym. Słyszał go pan i może ocenić. Jakie jeszcze zarzuty, Mr. Malone?

— Ta ciemność... Wszystko się dokonywa w ciemności. Dlaczego te doświadczenia medjumiczne muszą być koniecznie związane z mrokiem?

— Ma pan na myśli zjawiska fizyczne. No tak. To jest zresztą jedyna strona przedmiotu, do której konieczna jest ciemność. Ze względów czysto chemicznych, podobnie jak ciemność laboratorjum fotograficznego. Ona chroni tę niezmiernie delikatną, fizyczną substancję wyłonioną z ludzkiego ciała. Ciemnia optyczna służy do kondensacji tej mglistej substancji i pomaga do jej zmaterializowania. Czy się jasno wyrażam?

— Tak, niemniej przeto jest to bardzo szkodliwe dla waszej sprawy, bo nasuwa ciągle okropne podejrzenie, że wszystko jest zwyczajnem oszustwem.

— Od czasu do czasu próbujemy naszych doświadczeń i w świetle, Mr. Malone — rzekł Bolsover. — Może Maleńka jeszcze nie odeszła. Czekajcie chwilę, proszę o zapałki...

Zapalił świecę, której światło po tak długiej absolutnej ciemności wydało się obecnym prawie rażące.

— No, a teraz zobaczymy, czy się uda nam ta próba... Wśród licznych przedmiotów leżących na stole, znajdowała się okrągła drewniana miseczka. Bolsover spojrzał na nią bystro a za jego przykładem wszyscy wlepili wzrok w ten przedmiot, odsunąwszy się nieco od stołu, nie dalej jednak, jak na trzy stopy.

— Prosimy cię, Maleńka, prosimy bardzo! — zawołała głośno Mrs. Bolsover.

Malone ledwo mógł wierzyć swym oczom. Krążek zaczął się poruszać. Drgał i klekotał na stole, podobnie jak pokrywka na garnku z gotującą się wodą.

— Podnieś, Maleńka — podnieś, prosimy — wołali obecni, klaszcząc zlekka w dłonie. Krążek zadrgał silniej i przyjął położenie prostopadłe do stołu, przechylając się to w jedną, to w drugą stronę, jakby chcąc zyskać równowagę.

— Daj znać trzy razy, Maleńka.

Krążek pochylił się trzykrotnie, zaczem upadł napłask i tak już pozostał.

— Ciszę się, że pan to zobaczył — rzekł Mailey. — To jest „telekenesis“ w swej najprostszej, lecz najwyraźniejszej formie.

— Nigdybym nie uwierzyła w coś podobnego — zawołała Enid.

— Ani ja — przytwierdził Malone. — Granice możliwości rozszerzyły się w mojem pojęciu. Mr. Bolsover, pan wzbogacił moją wiedzę.

— Cieszę się z tego, Mr. Malone.

— Co do siły, która te zjawiska wywołuje, nic jeszcze pewnego orzec nie mogę, co do zjawisk samych, nie będę miał odtąd żadnych wątpliwości. Teraz wiem, że są faktami. Życzę państwu dobrej nocy. Ani Miss Challenger, ani ja na pewno nie zapomnimy tego wieczoru, który spędziliśmy w towarzystwie państwa.

Był to jakgdyby całkiem inny świat, gdy nasza para wyszła na świeże, mroźne powietrze i przystanąwszy chwilę patrzyła na ruch dorożek, które odwoziły do domu ludzi wracających z teatru, lub kinematograficznych przedstawień. Obok stał Mailey, czekając na samochód.

— Zgaduję o czem państwo teraz myślicie — rzekł z uśmiechem — patrzycie na ten ruchliwy, zadowolony tłum ludzi i dziwicie się w duchu, że oni tak mało jeszcze wiedzą o możliwościach życia. Czy nie bierze was ochota wstrzymać tych wszystkich poczciwców i opowiedzieć, coście sami przed chwilą widzieli? A oni spojrzą na was ze zdumieniem i będą was mieli za kłamców lub obłąkanych. Zabawna sytuacja, wszak prawda?...

— Straciłem narazie trzeźwą orjentację.

— Wróci ona jutro, wróci... Aż dziw, jak szybko przemijają te wrażenia. Będzie pan wmawiał w siebie, że to był sen tylko. No, do widzenia, a proszę mnie zawiadomić, jeśli państwo zechcecie swe studja kontynuować — może wam co ułatwię.

Para przyjaciół — trudno ich teraz nazywać parą kochanków — wracała do domu nic prawie do siebie nie mówiąc, tak byli oboje pogrążeni w myślach. Gdy dorożka zajechała przed dom profesora Challengera, Malone odprowadził towarzyszkę do drzwi mieszkania ale nie wszedł do pokoju. Czuł, że drwiny Challengera, które niedawno jeszcze wydawały mu się dowcipne i sympatyczne, teraz drażniłyby mu nerwy. Szybko pożegnał się w sieni, lecz zdążył usłyszeć jeszcze głos profesora.

— No cóż, Enid. Gdzie twoje duchy? Wysyp je z woreczka na podłogę, żebym im się trochę przypatrzył.

Malone stwierdził, że jego wieczorna przygoda skończyła się tak, jak się zaczęła — grzmotem śmiechu, który brzmiał mu jeszcze w uszach, gdy siadał do windy.



V.

Malone siedział przy bocznym stoliku w palarni Literackiego Klubu. Przed nim leżały kartki papieru, na których Enid spisała swoje wrażenia z seansu. Wrażenia te były ujęte subtelnie i bystro i Malone porównywał je ze swojemi. Grupa młodych ludzi siedziała obok niego przy kominku, głośno rozprawiając i paląc. Nie przeszkadzało to naszemu dziennikarzowi, który czuł, że jego mózg i pióro lepiej nawet pracują, gdy są podniecone świadomością, że on sam jest cząstką tego wiecznie ruchliwego literackiego świata. Ponieważ jednak któryś z gości, zauważywszy jego obecność, skierował rozmowę na temat kwestji psychicznej, dlatego trudno mu było nie zwrócić uwagi na przedmiot toczącej się dyskusji. Oparł się o poręcz fotelu i słuchał.

Wśród rozmawiających był głośny nowelista Polter, człowiek o bystrym umyśle i niezaprzeczonych zdolnościach literackich, których używał może zbyt często w kampanji przeciw oczywistej prawdzie, krusząc kopje w obronie jakiejś wątpliwej tezy, poprostu dla czczej dialektycznej polemiki. W danej chwili przemawiał do grona słuchaczy, którzy byli wielbicielami jego talentu, jakkolwiek niezupełnie podzielali jego przekonania.

— Nauka — mówił on — zwolna oczyszcza świat ze starych pajęczyn zabobonów. Świat był, jak stary zakurzony przedsionek, w który słoneczny promień wnika, zalewając go światłem. Widzimy, jak ten kurz wiruje w powietrzu i zwolna opada na podłogę.

— Przez mężów nauki — rzekł ktoś złośliwie — rozumie pan pewnie takich ludzi jak Sir William Crokes, Sir Oliver Lodge, Sir William Barnet, Lombroso, Richet i inni...

Polter nie był przyzwyczajony do tego, żeby mu ktoś kontrował. W takich wypadkach stawał się zwykle szorstki i opryskliwy.

— Nie, panie, nie miałem tak niedorzecznych myśli — odpowiedział z błyskiem w oczach. — Żaden człowiek, choćby miał znane w świecie nazwisko, nie może być uważany za męża prawdziwej nauki, jeśli jest członkiem nieznacznej mniejszości.

— Taki staje się wówczas inwalidą nauki — rzekł artysta Pollifex, który był ślepym wielbicielem Poltera.

Lecz oponent, niejaki Millworthy, dziennikarz o niezależnych poglądach, nie tak łatwo dawał się zbić z tropu.

— W takim razie inwalidą był w swoim czasie Galileo Galilei — zauważył szyderczo. — I Harvey był też inwalidą, kiedy go wyśmiano za dzieło cyrkulacji krwi.

— Tu głównie chodzi o dobrą cyrkulację Gazety Codziennej — rzekł Marrible, humorysta Klubu.

— Nie mogę pojąć — zaczął znów Polter — dlaczego te rzeczy mają być wogóle badane, oczywiście poza komisarjatem policji. Toż to jest marnowanie energji, sprowadzanie ludzkiej myśli na błędne drogi, które Bóg wie dokąd prowadzą. Przecież my mamy moc oczywistych materjalnych kwestyj do zbadania. Niechże nam pozwolą realnie pracować.

Chirurg Atkinson był milczącym dotąd słuchaczem w gronie, teraz zabrał głos.

— Ja sądzę, że ludzie nauki powinni znaleźć więcej czasu na zajęcie się kwestją psychiczną.

— Raczej mniej — rzekł Polter.

— Mniej, to byłoby trudno, bo tego zajęcia wcale niema. Oni te kwestje kompletnie ignorują. Niedawno zaobserwowałem całą serję ciekawych zjawisk telepatycznych. Chciałem wygłosić o tem odczyt w Królewskiem Towarzystwie Nauk. Kolega mój Wilson, zoolog, przedłożył również pracę, którą zamierzał odczytać. Podania nasze przybyły jednocześnie. Jego propozycję przyjęto, moją odrzucono. Tytuł odczytu Wilsona brzmiał: „O sposobie rozmnażania się żuków gnojnych“.

Słuchacze roześmieli się.

— Całkiem racjonalnie — rzekł Polter. — Mizerny żuczek jest bądź co bądź faktem, istnieje rzeczywiście, a cała ta psychiczna kwestja jest nierealna.

— Ma pan bezwątpienia dobre podstawy do wygłaszania swych poglądów — zapytał Millworthy, miły i układny, lecz nieco złośliwy młodzieniec. Ja mam za mało czasu na czytanie dzieł naukowych, chciałbym zapytać, które z trzech dzieł doktora Crawforda uważa pan za najlepsze?

— Nigdym o tym autorze nie słyszał.

Millworthy udał wielkie zdziwienie.

— Dobry Boże! — Człowieku, przecież to powaga na tym punkcie! Jeśli pan chce dowiedzieć się czegoś o laboratoryjnych wynikach badań, to się pan nie obejdzie bez dzieł Cawforda. Równie dobrze mógłby pan obalać prawa historji naturalnej i jednocześnie twierdzić, że pan nie słyszał o Darwinie.

— Tamto nie jest godne człowieka nauki — rzekł pogardliwie Polter.

— Jeśli co nie jest godne człowieka nauki — odezwał się z ożywieniem Atkinson — to obalanie pewnych twierdzeń w kwestjach, których się nie studjowało. Czy pan wie, co mnie przywiodło do studjowania spirytyzmu? Oto porównanie takiej właśnie dogmatycznej ignorancji, z gorliwem poszukiwaniem prawdy przez uczonych spirytystów. Niektórzy z nich po dwadzieścia lat strawili nad poważnemi studjami zanim sformowali swoje wnioski.

— Lecz wnioski te są bezwartościowe, gdyż opierają się na uformowanych a priori mniemaniach.

— Każdy z nich długą toczył walkę, zanim ostatecznie uformował te mniemania.

Polter ruszył ramionami.

— Niechże sobie wierzą w swoje duchy, jeśli ich to uszczęśliwia, ja tam zawsze opierać będę stopy na trwałym gruncie.

— Lub utkwić je w błocie.

— Wolę tkwić w błocie z ludźmi rozumnymi, niż bujać po obłokach z warjatami. Ja także znam kilku tych spirytystów i sądzę, że ich można podzielić na oszustów i oszukiwanych.

Malone przysłuchiwał się rozmowie z ciekawością, lecz z rosnącem oburzeniem. Ostatnia uwaga Poltera wyprowadziła go z równowagi.

— Słuchaj, Polter — rzekł przysuwając swój fotel do rozmawiających — to tylko tacy zaślepieńcy, jak ty, wstrzymują postęp świata. Ty sam przyznajesz, żeś nic nie czytał, a ja przysięgnę, żeś ty i nic nie widział. Mimo to stanowiska swego i sławy jakąś zdobył, używasz nato, by wyszydzić i zgnębić ludzi, którzy, bez względu na fałsz, czy prawdziwość ich teorji, są uczciwi i myślą poważnie.

— Oh — bąknął Polter — nie miałem pojęcia że zaszedłeś aż tak daleko. W swoich artykułach nie odważyłeś się na takie twierdzenia. Więc ty jesteś spirytystą?... To trochę obniża wartość twoich zarzutów.

— Nie jestem spirytystą, lecz tylko sumiennym badaczem tego kierunku, znam więc te rzeczy nierównie lepiej od ciebie. Ty ich nazywasz oszustami lub obłąkanymi, a ja, choć znam ich niewielu, jestem pewien, że są wśród nich ludzie, którym ty nie jesteś wart czyścić butów.

— Och, cóż znowu Malone, daj pokój — poczęto wołać ze wszech stron.

Polter zerwał się na nogi.

— Oto ludzie, którzy ten klub rozbijają. Noga moja nie postanie tu więcej. Nie potrzebuję, aby mnie tu obrażano... — Z temi słowy Polter podążył szybko do drzwi.

— Cy ty wyprawiasz, Malone? On wyszedł naprawdę obrażony.

— Miałem ochotę pomóc mu kopnięciem. Dlaczego on ludzi kopie i obraża ich uczucia. Jemu się zdaje, że jest człowiekiem postępu, a my zacofańcy, uważa, że przebywanie wśród nas poniża jego godność.

— Stary, poczciwy Irlandczyk — rzekł Atkinson, klepiąc Malone’a po ramieniu. — Uspokój się pan, uspokój... Ale... chciałem panu kilka słów powiedzieć. Umyślnie dla tego przyszedłem, nie chciałem tylko przeszkadzać panu, widząc, że coś piszesz.

— Nic nie napisałem — zawołał Malone — jak można pracować, kiedy taki osioł ryczy na cały głos...

— Parę słów tylko... Otrzymałem zaproszenie na seans z Lindenem, tem sławnem medjum, o którem wspominałem panu.. W kolegjum Psychicznem, dzisiaj. Czy zechce pan przyjść?

— Czy zechcę... ależ naturalnie.

— Mam jeszcze jeden bilet. Byłbym go oddał Polterowi, gdyby nie był taki zapalczywy. Lindenowi nią przeszkadzają sceptycy, nie znosi tylko szyderców. Komu mam dać ten bilet?

— Miss Enid Challenger chętnieby poszła. Pracujemy razem, jak pan wie...

— Ależ doskonale, jeśli tylko zechce. Da jej pan znać?...

— Z pewnością

— Dzisiaj o siódmej godzinie. Kolegjum Psychiczne... Wie pan, ten plac niedaleko Parku Holenderskiego.

— Dobrze, wiem. Miss Challenger i ja stawimy się na pewno...


.........................


Miss Enid i Malone spotkali się z Atkinsonem na Wimpole Street i wsiadłszy we trójkę do samochodu, jechali wzdłuż pełnej ruchu dzielnicy olbrzymiego miasta; przez Oxford Street i Bayswater do Notting Hall w kierunku okazałych domów przy Parku Holenderskim. Przed jedną z tych kamienic zatrzymała się dorożka. Był to imponujący swym ogromem budynek, stojący nieco zdala od ulicy. Żwawa i wesoła pokojówka wpuściła gości do wnętrza. Łagodne światło wielkiej kolorowej lampy, padało na błyszczące linoleum, na ściany, gładkiem drzewem wykładane i rzeźby z białego marmuru w rogach salonu.

Enid czysto kobiecym instynktem wiedziona, odgadła, że całem tem gustownem urządzeniem musiała kierować osoba, posiadająca wykwintny smak. Osobą tą była szkocka lady, która uprzejmie powitała przybyłych gości, zwracając się do Atkinsona, jak do dawnego i dobrego znajomego. Atkinson, wymieniwszy nazwiska wprowadzonych gości, przedstawił dziennikarskiej parze panią domu, jako Mrs. Ogilvy. Malone wiedział już dawniej, że pani ta wraz ze swym mężem ufundowała i urządziła wielkim nakładem kosztów i pracy ten godny uwagi instytut, który jest dziś centrem psychicznych zebrań w Londynie.

— Linden wraz z żoną są już na górze — rzekła Mrs. Ogilvy. — Powiada, że się czuje dobrze usposobiony. Inni goście siedzą w salonie. Zechcecie może państwo tam przejść...

Zebrała się już na seans spora liczba osób. Byli tu starsi studenci psychiki, już otrzaskani ze zjawiskami, inni początkujący dopiero rozglądali się wokół z ciekawością i lekkim niepokojem, czekając, co nastąpi. Koło drzwi stał jakiś wysoki jegomość, w którym, gdy się odwrócił frontem i pokazał swą rozwichrzoną jasną brodę, nasza para poznała odrazu Mr. Algernona Mailey. Przystąpił żywo i przywitał się serdecznie.

— Nowe doświadczenie, Mr. Malone? Doskonale... Dał pan bardzo sumienne sprawozdanie z naszego seansu w ostatnim artykule. Jest pan jeszcze neofitą, ale już minął pan bramy naszej świątyni. Czy pani się trochę lęka, Miss Challenger?

— Sądzę, że nie mam powodu lękać się, gdy pan jest obecny.

Zaśmiał się.

— Oczywiście, seans materjalizacyjny jest nieco inny, bardziej efektowny poniekąd. Przekona się pan, że jest także bardzo pouczający, gdyż wspiera go fotografja zjawisk psychicznych. Mówiąc nawiasem, powinien pan przejrzeć te fotografje i rysunki. Słynny Hope pracuje tam na górze.

— Ja zawsze myślałem, że te fotografje i rysunki są pospolitem oszustwem.

— Przeciwnie, seans materjalizacyjny ma tę wyższość nad innemi, że pozostawia oczywisty i trwały dowód. Ja byłem kilkanaście razy na takich seansach, wśród najrozmaitszych warunków. Prawdziwą naszą troską jest nie to, że łatwo jest fotogrofje te fabrykować, lecz, że są one wyzyskiwane przez tych obrzydłych dziennikarzy, którzy dbają jedynie o sensację. Czy państwo znacie tu kogo?

— Nie, nie znamy.

— Ta piękna wysoka lady, to księżna Rossland. Dolej ta para w średnim wieku obok kominka, to lord i lady Montnoir. Bardzo dobrzy ludzie i nieliczni z arystokracji, którzy okazali moralną odwagę i gorliwe zajęcie się naszemi zagadnieniami. Ta gadatliwa jejmość to Miss Badley, która, jak sama powiada, żyje tylko dla seansów, niezmordowana w poszukiwaniu coraz to nowych sensacyj — wszędzie ją można widzieć, wszędzie słyszeć. Gada dużo i zawsze nie do rzeczy. Tamtych dwóch panów nie znam. Ktoś mówił, że są to rzeczoznawcy psychiczni i delegaci z uniwersytetu. Ten tęgi mężczyzna z panią w żałobie, to Sir James Smith z żoną. Stracili oni dwóch synów w ostatniej wielkiej wojnie. Ten wysoki, śniady pan, to wielki oryginał. Nazywa się Barclay, mieszka podobno w jednym pokoiku i nigdy zeń nie wychodzi, chyba na seanse.

— A ten pan w rogowych okularach?

— To osioł nadęty; nazywa się Weatherby. Jest on zwolennikiem wolnomularstwa, mówi szeptem, z jakąś czcią o tajemnicach tam, gdzie żadnych tajemnic niema. Spirytyzm ze swemi realnemi, często strasznemi tajemnicami jest dla niego rzeczą prostacką i gminną, gdyż przynosi pociechę tylko ludziom niższej sfery. Lubi on czytać artykuły o kulcie Pallady, o starych obyczajach, rytuałach szkockich i bafometycznych figurach. Prorokiem jego jest Eliphas Levi.

— To brzmi bardzo uczenie — rzekła Enid.

— Albo też bardzo niedorzecznie. Ale... oto nasi wspólni znajomi.

Przybyli państwo Bolsover, oboje niezbyt schludnie odziani, lecz weseli! Niema takiego wyrównywacza warstw społecznych jak spirytyzm. Posługaczka, obdarzona mocą psychiczną jest lepsza i bardziej szanowana, od miljonerki, która tej mocy nie posiada. Kupiec i kupcowa witali się bardzo serdecznie z arystokracją. Księżna Rossland prosiła właśnie o dopuszczenie siebie do ich kółka domowego, gdy weszła szybko Mrs. Ogilvy.

— Zdaje mi się, że jesteśmy w komplecie — odezwała się. — Czas, byśmy poszli na górę.

Pokój do seansów, była to wielka sala na pierwszem piętrze z kołem wygodnych krzeseł i dywanem, zawieszonym w rogu jak firanka, który służył za gabinet. Czekali tam medjum i jego żona. Mr. Linden był to mężczyzna w średnim wieku, z łagodną twarzą, krępy, o piersi szerokiej, gładko ogolony, z marzącemi niebieskiemi oczyma i kręconym włosem, który na czubku głowy tworzył jakby piramidę. Żona jego wyglądała młodziej, z ostrym, nieco zrzędnym wyrazem zmęczonej gospodyni i żywemi oczyma, których wyraz zmieniał się w pewien rodzaj ubóstwienia, ilekroć spojrzała na swego męża. Jej rolą było tłumaczyć zebranym pewne okoliczności i czuwać nad mężem, gdy był w transie.

— Niech państwo raczą zająć miejsca — rzekło medjum. — Dobrze jest przeplatać płeć. Nóg proszę nie krzyżować, gdyż to przerywa prąd. Jeśli zjawi się jaka materializacja, proszę nie dotykać jej. O ile to państwo zrobicie, możecie mnie skaleczyć.

Dwaj delegaci z Towarzystwa Badań Psychicznych spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Mailey dostrzegł to.

— Medjum ma zupełną słuszność — rzekł. — Widziałem dwa razy u medjum wypadki niebezpiecznego krwotoku, wywołanego z tej właśnie przyczyny.

— Jak się to dzieje? — zapytał Malone.

— Ektoplazma wydziela się z ciała medjum, a w pewnych wypadkach wraca nagle jak urwana wstążka gumy elastycznej. Jeśli przejdzie przez skórę, może spowodować zadraśnięcie, a gdy przechodzi przez błonę śluzową wywołuje krwotok.

— A jeśli nie przechodzi przez nic, to niema nic — dodał ironicznie jeden z delegatów.

— Ja wyjaśnię całą procedurę w kilku słowach — rzekła Mrs. Ogilvy, gdy wszyscy już zajęli miejsca w kole. — Mr. Linden nie wejdzie do gabinetu, lecz będzie siedział nazewnątrz, a ponieważ on znosi światło czerwone, więc każdy będzie w możności skontrolować, czy medjum opuściło swe miejsce. Mrs. Linden siedzi po drugiej stronie gabinetu. Zadaniem jej jest udzielanie wyjaśnień. Jeden z panów niech zamknie drzwi wewnątrz i klucz schowa przy sobie.

Gabinet przedstawiał rodzaj namiotu z dywanów; nie dotykał ściany i postawiony był na osobnem podwyższeniu. Delegaci szperali po kątach zaglądali do wnętrza namiotu, pukali w ściany i deski. Wszystko okazało się solidne.

— Pocóż ten namiot — zapytał szeptem Malone siedzącego obok Mailey’a.

— Służy jako rezerwuar dla substancji ektoplazmicznej wydzielającej się, jak mgła, z ciała medjum, inaczej rozlałaby się ona na cały pokój.

— Wiadomo także, że służy i do innych celów — rzekł drwiąco jeden z delegatów, który dosłyszał tę rozmowę.

— Tak, to prawda — odparł z całym spokojem Mailey. — Ja też chętnie godzę się na kontrolę i rewizję.

— W danym wypadku kontrola jest łatwiejsza, bo medjum siedzi nazewnątrz — przyznali obaj badacze.

Medjum siedziało po jednej stronie małego namiotu, żona jego po drugiej. Zgaszono światła elektryczne, pozostała mała lampka czerwona u sufitu, której światło pozwalało dostatecznie widzieć zarysy przedmiotów, a gdy wzrok się oswoił z jej światłem, można było nawet dostrzec niektóre szczegóły.

— Mr. Linden zacznie od jasnowidzenia — rzekła Mrs. Linden.

Postawa kobiety siedzącej w wejściu do namiotu z rękoma złożonemi na kolanach i miną pełną godności, wywołała uśmiech na twarzy Enid, której przypomniał się gabinet figur woskowych i właścicielka jego, zapraszająca gości do wejścia.

Linden, który nie wpadł jeszcze w pełny trans, zaczął tymczasem od jasnowidzenia. Być może, iż rozpraszał jego myśli zmieszany wpływ tylu osób o różnych typach, siedzących tuż obok niego. Tak sobie sam tłumaczył, gdy kilku jego opisów nikt nie mógł poznać... Lecz Malone’owi nie podobały się bardziej te właśnie opisy, które były poznane, gdyż przekonał się, że imiona czy nazwiska opisywanych zjaw były przez gości poprostu kładzione w usta medjum. Działo się to skutkiem łatwowierności słuchaczów, bez jakiejkolwiek winy medjum, niemniej przeto wydało się to niesmaczne i banalne. Tak naprzykład, ledwie medjum wyrzekło:

— Widzę młodego człowieka z ciemnemi oczyma i obwisłemi nieco wąsami — już odezwał się głos Miss Badley.

— Och, kochanku mój drogi, znowu przyszedłeś. Czy masz do mnie jakie zlecenie?

— Przesyła zapewnienie miłości i prosi, by o nim nie zapomnieć.

— Jakież to przekonywujące! Nic innego nie mógłby mi powiedzieć. Mój pierwszy kochanek — dodała wdzięczącym się głosem, wzruszona stara panna.

— A oto znowu na lewo formuje się postać młodego chłopca. Widzę jakiś symbol nad jego głową. Nie wiem, co to jest. Wygląda jak krzyż prawosławny.

— Jim, to na pewno Jim — zawołała z miejsca lady Smith.

— Tak, on potakuje.

— A ten krzyż tu pewnie propeller — rzekł Sir James — on służył w lotnictwie.

Malone i Enid doznali przykrego uczucia niesmaku, nawet Mailey był niemile zdziwiony.

— To niedobrze — szepnął do Enidy. — Ale poczekajcie, zobaczym coś lepszego.

Nastąpiło kilka dobrych rozpoznań, a potem opisało medjum dla Malone’a kogoś podobnego do profesora Summerlee. Malone nie uznał tego za rzecz nadzwyczajną, gdyż Linden mógł być obecnym na poprzednim seansie, gdzie zresztą Mrs. Debbs naszkicowała dokładniejszy portret zmarłego profesora.

— Czekaj pan jeszcze — powtórzył Mailey.

— Medjum popróbuje teraz materjalizacji — rzekła Mrs. Linden. — Jeśli się postacie ukażą, wolno będzie do nich przemawiać, ale broń Boże dotykać. Wiktor powie, kiedy będzie wolno odezwać się. Wiktor to jest duch-kierownik naszego medjum.

Mr. Linden zasiadł teraz głębiej w swym fotelu i począł wciągać powietrze równym silnym oddechem. Trwało to czas pewien, aż wreszcie głowa opadła mu na piersi, widocznie zapadł w sen głęboki.

Nagle przemówił głosem, który wydał się teraz lepiej modulowany i jakiś inny niż poprzednio.

— Dobry wieczór wszystkim.

Rozległ się chóralny szmer głosów. — Dobry wieczór, Wiktorze.

— Widzę, że wibracje nie są dziś harmonijne. Jest silny pierwiastek sceptyczny, chociaż, jak sadzę, nie przeważający, tak, że jest nadzieja osiągnięcia pewnych rezultatów. Marcin Lightford zrobi, co będzie mógł.

— To jest kierownik indjanin — szepnął Mailey.

— Sądzę, że należy zacząć od gramofonu, to się nam okaże pomocnem. Hymn działa zawsze najskuteczniej, choć nie mam nic przeciw świeckiej muzyce. Mrs. Ogilvy, daj nam, co uważasz za stosowne.

W ciemności rozległ się charakterystyczny szmer igiełki, która nie weszła dobrze w rowki płyty, poczem dał się słyszeć dźwięk hymnu „Prowadź światło niebieskie“. Słuchacze połączyli swe głosy z dźwiękiem gramofonu. Gdy śpiew przebrzmiał Mrs. Ogilvy zmieniła płytkę. Tym razem była to kościelna pieśń: „O Boże, nasza ochrono“.

— One czasem same zmieniają płyty — rzekła Mrs. Ogilvy — ale dzisiaj jest za mało mocy.

— Przeciwnie — odparł głos — dzisiaj jest dosyć mocy, Mrs. Ogilvy, lecz nie można jej całej obrócić na materjalizację. Marcin mówi, że się postacie formują bardzo dobrze.

W tej chwili obydwie połowy zasłony namiotu zaczęły się poruszać i wydymać się tak, jakgdyby podnosił je silny wiatr. Wszyscy siedzący w kole uczuli jego zimne tchnienie.

— Robi się całkiem chłodno — szepnęła Enid z dreszczem wzruszenia.

— I nie jest to uczucie subjektywne — odparł Mailey. — Mr. Harry Price stwierdził to zapomocą termometru. Tak samo profesor Crawford.

— Boże mój — zawołał nagle jakiś przerażony głos. — Wydał go ów pompatyczny poszukiwacz urojonych tajemnic, który niespodzianie spotkał się oko w oko z prawdziwą tajemnicą. Zasłony namiotu rozdzieliły się i ludzka jakaś postać zaczęła się bezszelestnie posuwać naprzód. Jednocześnie widzieć można było wyraźnie z jednej strony namiotu sylwetkę medjum śpiącego w fotelu, a z drugiej Mrs. Linden, która podniosła się z miejsca. A między obojgiem stała nieduża, ciemna postać wahająca się, jakby sama swem zjawieniem się przerażona. Mrs. Linden poczęła ją zachęcać łagodnie.

— Nie lękaj się, kochanie... Wszystko dobrze... Nikt ci krzywdy nie uczyni... To ktoś, co nigdy jeszcze tu nie był — dodała po chwili, zwracając się do towarzystwa. — Wydaje się to jej dziwne... Tak, jakby zdawało się każdemu z nas, gdybyśmy znaleźli się niespodzianie w innym świecie. Wszystko dobrze, kochanko, widzę, że nabierasz mocy, to dobrze...

Postać posunęła się nieco naprzód. Wszyscy obecni siedzieli jak przykuci do miejsca, ze wzrokiem w ten jeden punkt wlepionym. Mrs. Badley poczęła się śmiać histerycznie... Weatherby dyszał z przerażenia. Ani Malone, ani Enid nie czuli trwogi, pożerała ich jednak ciekawość. Jakie to dziwne doprawdy łowić uchem szmery uliczne, dochodzące z zewnątrz, a jednocześnie twarzą w twarz patrzeć na podobne zjawisko.

Zwolna, cichutko postać przysunęła się bliżej. Teraz stała przy Enidzie, pomiędzy nią a czerwonem światłem. Nachyliwszy się nieco młoda dziewczyna mogła widzieć bardzo dokładnie zarysowaną sylwetkę jej twarzy.

Była to kobieta starsza, średniego wzrostu o rysach ostrych, jakby dłutem głęboko wyrzeźbionych.

— To Zuzanna — zawołała Mrs. Bolsover. — Och, Zuziu poznajesz mnie?

Postać zwróciła się w kierunku mówiącej i skinęła głową.

— Tak, tak, to nasza kochana siostra Zuzia — odezwał się kupiec spożywczy. — Zawsze ubierała się czarno. Zuziu, powiedz co do nas.

Przeczące potrząśnienie głową.

— One prawie nigdy nie mówią, gdy pierwszy raz się ukazują — rzekła Mrs. Linden, której obojętna, urzędowa mina, stanowiła dziwny kontrast z wyrazem niepokoju malującym się na twarzach siedzących w kole osób. — Obawiam się, że zjawa nie utrzyma się długo... O, już się rozpływa... odchodzi...

Postać zniknęła. Zrobiła parę kroków wstecz ku gabinetowi, lecz patrzącym się zdało, że zapadła się w ziemię zanim do zasłony doszła. W każdym razie już jej nie było.

— Proszę o muzykę — zawołała Mrs. Linden. Każda z obecnych osób wydała teraz głębokie westchnienie ulgi, dźwięki gramofonu podziałały kojąco.

Lecz nie przebrzmiały jeszcze, gdy zasłona uchyliła się ponownie i ukazała się druga zjawa.

Była to młodziutka dziewczynka z rozpuszcznemi włosami. Zbliżyła się szybko i z widoczną pewnością siebie.

Mrs. Linden roześmiała się z zadowolenia.

— Teraz macie państwo coś dobrego. To jest Lucylla.

— Dobry wieczór, Lucy — zawołała księżna Rossland.

— Widziałam cię w zeszłym miesiącu, gdy twoje medjum przybyło do Maltraver Towers, pamiętasz?

— Tak, pamiętam cię, lady. Jest wśród nas twój mały chłopczyk Tommy... Nie, nie, nie mów, że umarł, lady!... My więcej od was mamy życia. Radość i rozkosz jest z nami!...

Mówiła jasnym wysokim głosem, wyborną angielszczyzną.

— Mam wam pokazać co teraz robimy?

Zaczęła jakiś pełen wdzięku taniec, gwiżdżąc przytem melodyjnie jak ptaszek.

— Biedna Zuzia tego nie potrafi, nie ma jeszcze praktyki. Lucylla wie jak skorzystać z utworzonego ciała.

— Pamiętasz mnie, Lucyllo — zapytał Mailey.

— Pamiętam, Mr. Mailey. Duży pan z żółtą brodą.

Po raz drugi w życiu musiała Enid szczypać się i przygryzać wargi, aby się upewnić, że nie śni. Czy ta wdzięczna postać stojąca teraz w samym środku koła była istotnie materjalizacją ektoplazmy, którą jedna z dusz użyła chwilowo jako cielesnej powłoki, czy też złudzeniem, czy wreszcie pospolitem oszustwem? Tylko trzy możliwości były do przyjęcia. Złudzenie było niepodobieństwem, przeczyły temu zmysły wzroku i słuchu, zmysły wszystkich bez wyjątku osób siedzących w kole. Byłoż to oszustwo? Ależ ta młoda dziewczynka nie mogła być starszą, małego wzrostu osobą, która się zjawiła przedtem. Była o kilka cali wyższą, blondynką, gdy tamta miała włosy ciemne. Zresztą gabinet był przeszukany jak najdokładniej, wprost drobiazgowo. A więc to prawda? Ale jeśli prawda, to jakież olbrzymie horyzonty otwierają się przed ludzkością, jakie możliwości!!.. Czyż nie jest to najdziwaczniejszy z cudów, większy od tych, które stworzyła ludzka materjalna wiedza, cud, godny uwagi całego świata?...

Tymczasem Lucylla zachowała się tak naturalnie i sytuacja stawała się tak normalną, że nawet najbardziej nerwowe osoby doznały ulgi. Dziewczyna odpowiadała na każde pytanie, a pytania te gradem sypały się zewsząd.

— Gdzieś ty mieszkała, Lucyllo?

— Może ja na to pytanie odpowiem — wtrąciła Mrs. Linden. — To oszczędzi mocy. Lucylla wychowała się w południowej części Dakotah, w Stanach Zjednoczonych, a umarła mając lat czternaście. Myśmy te fakty sprawdzili.

— Czy ci nie żal, żeś ten świat opuściła, Lucyllo?

— Nie żal mi świata, żal mamy.

— Czyś swoją mamę widziała potem?

— Nie, biedna mamusia jest jak zamknięte pudełko, Lucylla nie może podnieść wieka.

— Czy jesteś szczęśliwa?

— O tak, bardzo szczęśliwa.

— Czy to jest dozwolone przychodzić na ziemię?

— A czy byłoby można, gdyby Bóg tego nie chciał? Cóż za przewrotny człowiek zadał mi to pytanie.

— Jakiego byłaś wyznania?

— Rzymsko-katolickiego.

— Czy to jest religja prawdziwa?

— Wszystkie wyznania są prawdziwe, jeśli ulepszają człowieka.

— A więc sprawa wyznania to rzecz obojętna?

— Zważa się na to co ludzie czynią w życiu, nie na to w co wierzą.

— Powiedz nam co jeszcze, Lucyllo?

— Lucylla nie ma czasu. Są i inni, którzy chcą przyjść. Jeśli Lucylla zużyje za dużo mocy, nie zostanie jej dla innych. O, Bóg jest bardzo łaskawy i dobry. Wy biedni ludzie na ziemi nie wiecie, jaki jest łaskawy i dobry, bo tu na ziemi jest czasem tak smutno. Jeśli jest smutno, to dla waszego dobra, abyście mieli możność zbierać później szczęśliwość, która tam na was czeka. Ale poznać Jego wielkość i dobroć możecie dopiero tam poza światem.

— Czyś Go widziała?

— Widzieć? Jakże można widzieć Boga? Nie, nie. On jest wszędzie wokoło nas i w nas i w każdej rzeczy, tylko go nie widzimy. Lecz Chrystusa widziałam. Och, jest cudownie wspaniały, cudownie!... Do widzenia wam, bywajcie zdrowi...

Cofnęła się do gabinetu, znikła w pomroku.

Teraz ukazało się zjawisko, które wstrząsnęło całą istotą Malone’a. Mała, ciemna, dość krępa postać kobiety wychyliła się dość wolno z gabinetu. Mrs. Linden zachęciła ją, jak zwykle, a potem zwróciła się do dziennikarza.

— To do pana. Wolno panu powstać i zbliżyć się trochę...

Malone postąpił parę kroków i zdjęty jakąś niepojętą trwogą wpatrywał się w stojącą postać. Był ledwie od niej o parę stóp: Ta duża głowa, kształt ramion, zarys całej postaci nie były mu obce. Przysunął się jeszcze bliżej, nieledwie dotykając zjawiska i wytężył wzrok, by przebić panującą ciemność. Zdawało mu się, że rysy napół płynne formują się w bardziej określone linje, jakby jakaś niewidzialna ręka modelowała je w plastelinie.

— Matko — zawołał. — Matko!

Zjawisko podniosło ręce czyniąc gest nieopisanej radości, lecz nagły ten ruch zdawał się rozbijać symetrję całej postaci, która też zaczęła szybko tracić kształty człowiecze, rozpływać się, aż znikła.

— Ona tu jeszcze nie była... nie mogła mówić — objaśniła Mrs. Linden swym urzędowym głosem. — To była pańska matka.

Malone cofnął się na swe miejsce i upadł ciężko na fotel, jak ogłuszony. Całą potęgę takich zjaw odczuwamy wówczas dopiero, gdy są skierowane pod naszym własnym adresem?... Matka... od dziesięciu lat w grobie, a oto stała przed nim jak żywa. Czy mógłby przysiąc, że to była jego matka? Nie, przysięgaćby nie mógł. Za mało było światła. Ale miał pewność moralną, był też do głębi duszy wzruszony i wstrząśnięty.

Nowe zjawiska odwróciły bieg jego myśli w inną stronę. Z gabinetu żwawym krokiem wyszedł młody mężczyzna i zbliżył się do Mailey'a, przed którym się zatrzymał.

— Ho, Jock... Kochany Jock! — rzekł Małley. — Mój siostrzeniec! Przychodzi zawsze, gdy jestem z Lindenem.

— Moc uchodzi — rzekł chłopiec dość czystym głosem. — Nie mogę utrzymać się długo. Cieszę się, że cię oglądam, wuju... Widzę cię dobrze w tem świetle, choć dla was ono za słabe.

— Wiem, że możesz widzieć. Mówiłem twej matce, że cię już parokrotnie spotkałem, lecz odpowiedziała mi, że to niezgodne z nauką kościoła.

— Wiem, myślała, żem ci się ukazał jak straszna jaka zmora. Oh, jak ta nauka błędna, błędna... a co błędne, musi kiedyś runąć.

Głos się załamał jakby w łkaniu.

— Nie potępiaj matki, Jock, ona tak wierzy...

— Nie, nie, ja jej nie potępiam. Ona kiedyś przejrzy. Przyjść musi czas, kiedy prawda jasno się wszystkim ukaże i kiedy te wszystkie zepsute kościoły zniesione będą z powierzchni ziemi wraz ze swą okrutną doktryną, ze swemi karykaturami Boga.

— Cóż to, Jock, mówisz jak heretyk?

— Miłość, wuju, miłość... ta tylko coś znaczy... Co kogo wiara bliźnich obchodzi, jeśli ci bliźni postępują uczciwie, szlachetnie i niesamolubnie, jak Chrystus postępował...

— Czyś widział Chrystusa?

— Nie jeszcze... Może kiedyś zobaczę.

— Więc nie jest On w niebie?

— Są różne sfery niebieskie. Ja przebywam w jednej z niższych sfer. Ale i tam jest mi dobrze.

W czasie tej rozmowy Enid wysunęła głowę naprzód. Oczy jej oswoiły się na tyle z niedostatecznem światłem, że mogła widzieć wyraźniej niż z początku seansu. Postać mężczyzny, który stał od niej o kilka kroków zaledwie nie była postacią ludzką. O tem trudno było wątpić, jakkolwiek wszystkie linje rysowały się bardzo subtelnie. Było coś dziwnego w żółtawo białym kolorze jego twarzy, coś, co odrzynało się widocznym kontrastem od cery twarzy siedzących w kole osób. Było też coś odmiennego w dziwnie sztywnem trzymaniu się korpusu, jak u człowieka sparaliżowanego.

— Może zechcesz, Jock — mówił dalej Mailey — przemówić kilka słów do naszego zebrania. Powiedz im co o swojem życiu.

Postać zwiesiła głowę jakby w zawstydzeniu.

— Nie mogę, wuju...

— Powiedz, Jock, my gorąco pragniemy dowiedzieć się czegoś nowego.

— Pouczyć ludzi, czem jest śmierć?... Tak, Bóg chce, aby się dowiedzieli. Dlatego pozwala nam wracać na ziemię. Śmierć to nic... Śmierć, to wyjście do drugiego pokoju... Tyle też człowiek się zmienia, co przez takie wyjście. Wprost wierzyć nie sposób, że się jest nieboszczykiem. I ja nie wierzyłem zrazu. Stało się to wówczas dopiero, gdym spotkał starego Sama, o którym na pewno wiedziałem, że nie żyje. Potem przyszedłem do matki. I... — tu się załamał głos — nie chciała mnie widzieć...

— Nie martw się, Jock — ona pozna prawdę.

— Ucz jej prawdy, wuju... Daj im poznać prawdę! To stokroć ważniejsza rzecz, niż wszystko, o czem ludzie mówią... Gdyby dzienniki przez jeden tydzień zwróciły uwagę na kwestje psychiczne, gdyby pisały przynajmniej tyle, ile piszą o piłce toby wszyscy tę prawdę poznali i zaczęli się zastanawiać. To ta nieświadomość...

Tu wszyscy zebrani zauważyli jakiś błysk w kierunku gabinetu — młodzian zniknął.

— Moc spadła zupełnie — rzekł Mailey. — Biedny chłopak trzymał się dzielnie do ostatka. Zawsze był taki za życia, tak też i zmarł...

Nastała dłuższa przerwa. Gramofon ozwał się znowu. Portjery namiotu zadrgały, znów coś się ukazało, lecz Mrs. Linden zerwała się z miejsca i zamiast zapraszać, jak to dotąd czyniła, poczęła gestem rąk odpędzać zjawisko. Medjum po raz pierwszy od początku seansu poruszyło się na fotelu niespokojnie i wydało jęk.

— Co się stało, Mrs. Linden?

— Napół sformowany — odpowiedziała. — Dolna część twarzy nie była zmaterjalizowana — wyglądał potwornie, niektórzy byliby się przestraszyli. Widzę już, że trzeba dziś na tem poprzestać. Moc uszła, prawie zupełnie.

Tak też i było. Goście powstali z miejsc, rozkręcono światła. Medjum siedziało na fotelu pół leżąc na poręczy blade i spocone. Żona uwijała się koło niego, odpinając kołnierzyk, skrapiając twarz wodą z karafki. Towarzystwo podzieliło się na grupy i rozmawiało o doznanych wrażeniach.

— Och, to było nadzwyczajne — wołała Miss Badley. — To było istotnie denerwujące... Ala jaka szkoda, żeśmy nie widzieli tego ducha z półzmaterjalizowaną twarzą...

— Dziękuję pani, ja już dosyć widziałem — rzekł pompatyczny mistyk z całkiem niepompatyczną miną. — Przyznać muszę, że to za bardzo podziałało na moje nerwy.

Mr. Atkinson zbliżył się do delegatów.

— No, jakież panowie odnieśli wrażenie? — zapytał.

— Widziałem te rzeczy daleko lepiej fabrykowane w kabarecie Maskelyne’a — rzekł jeden.

— Och, co mówisz, Scott! — zawołał drugi. — Nie masz prawa tak się odzywać. Przecież sam stwierdziłeś, że gabinet był najzupełniej pewny i wykluczone jest oszustwo.

— I u Maskelyne'a komisje na seansie stwierdziły to samo...

— Tak, ale Maskeline ma własną scenę z całą potrzebną maszynerją, a to przecież nie jest mieszkanie Lindena, on tu nie sprowadzał swej maszynerji...

— Populus vult decipi — odpowiedział drugi pan ruszając ramionami. — Ja mam swe własne zdanie, którego nie zmienię. — Zaczem oddalił się z godnością człowieka, który się nie pozwoli oszukiwać. Jego towarzysz bardziej widać sprawiedliwy wyszedł z nim razem usiłując przekonać go po drodze.

— Czyś pan to słyszał? — rzekł Atkinson. — Jest pewien gatunek tych psychicznych badaczy, który się absolutnie przekonać nie da. Oni wysilają swój mózg nato, by znaleźć drogę okólną, gdy ta droga jasna i prosta leży przed nimi. Gdy ludzkość wejdzie kiedyś w bramy swego nowego królestwa, to ci ludzie rzekomo najinteligentniejsi, stanowić będą arjergardę.

— No, no — rzekł Mailey, śmiejąc się. — Najbardziej wtyle pozostaną biskupi. Już widzę ich, jak maszerują krokiem poważnym i solidnym w swych kamaszach i sutannach. Oni będą ostatni w świecie, choć cały świat uzna prawdę spirytyzmu.

— Cóż znowu — zaprzeczyła Enid. — To nadto surowy sąd. To są bardzo dobrzy ludzie.

— Nie przeczę, że dobrzy. Ale to zupełnie fizjologiczne. To są ludzie już w podeszłym wieku, a podstarzały mózg jest zawsze cokolwiek sklerotyczny i nie jest zdolny do przyjęcia nowych idei.

— Jest pan jakiś bardzo milczący, Mr. Malone... — Lecz Malone myślał o tej małej, krępej, ciemnej postaci, która tak radośnie podniosła ręce do góry, gdy do niej przemówił. Z tym obrazem w duszy wyszedł z tego pokoju tajemnie i zwolna jął się kierować ku domowi.



VI.
W którym czytelnik poznaje życie domowe jawnego złoczyńcy.

Opuścimy teraz małą grupę osób, którym towarzyszyliśmy w pierwszych ich próbach badania owych ciemnych i nieokreślonych, lecz niezmiernie doniosłych dziedzin ludzkiej myśli.

Od badaczy przejdziemy do przedmiotu badania. Złożymy wizytę Mr. Lindenowi w jego własnem mieszkaniu i przypatrzymy się tym światłom i cieniom, z jakich się składa życie zawodowego medjum. By się dostać do niego musimy przejść ludny przejazd na Fottenham Court, gdzie po bokach drogi stoją olbrzymie składy towarów i skierować się w ulicę, która, prowadzi do British Muzeum. Jest to ulica Tullis № 40. Kamieniczka to jednopiętrowa, niepokaźna, ciemno malowana, schody z poręczami wiodą do wypłowiałych drzwi. Otwieramy je kluczem wyobraźni i wchodzimy przez ciemny przedsionek do pokoju. Już blisko dziesiąta rano, a nasz słynny sprawca tylu cudów spoczywa jeszcze w łóżku. Poprzedniego wieczoru odbył wyczerpujący seans, którego byliśmy świadkami i musi zbierać siły przez dłuższy ranny wypoczynek.

W chwili naszej niewczesnej, lecz dyskretnej wizyty, sławne medjum siedzi w łóżku podparte poduszkami, mając na kolanach tacę ze śniadaniem. Widok, jaki przedstawia, ubawiłby zapewne tych, którzy z nim razem wznosili modły w skromnych spirytystycznych świątyniach lub tajemną grozą zdjęci siedzieli na seansach, podziwiając jego nadprzyrodzony dar jasnowidzenia. Teraz w mrocznem świetle poranku wyglądał bardzo blado i mizernie; kręcone włosy tworzyły jakąś zwichrzoną piramidę nad szerokiem inteligentem czołem. Rozpięty kołnierz nocnej koszuli pozwalał ujrzeć gruby, bawoli kark; szerokość piersi i ramion znamionowała niepospolitą siłę fizyczną. Jadł chciwie śniadanie, rozmawiając z małą swą żoną, ruchliwą brunetką, która siedziała na krawędzi łóżka.

— Sądzisz, że seans był dobry, Mary?

— Z początku nie bardzo, Tomie. Było tam dwóch szperaczy, którzy kręcili się po wszystkich kątach, zaglądali wszędzie i psuli wszystko. Czy ty myślisz, że ci prorocy, o których mówi biblja robiliby swoje cuda, gdyby mieli dwóch takich policjantów nad karkiem.

— To święta prawda — zawołał z przekonaniem Linden. — A księżna była zadowolona?

— O tak, bardzo nawet... Tak samo Mr. Atkinson, ten chirurg, co cię wyleczył. Także i ten nowy gość nazwiskiem Malone z prasy. Dalej Lord i Lady Montnoir mieli zjawiska i Sir James Smith i Mr. Mailey.

— Nie byłem zadowolony ze swego jasnowidzenia — rzekło medjum — ci idjoci wciąż uprzedzają moje opisy i podsuwają szczegóły, których faktycznie nie widzę... Ledwie usta otworzę, już wołają: „To jest z pewnością wuj Sam, to musi być babka Zuzanna...“ i tak dalej. Te sugestje mącą mój wzrok, nie mogę dojrzeć jasno...

— Naturalnie, a oni myślą, że ci tem pomagają. Pomagają, lecz tylko do wprowadzenia w błąd ciebie i oszukania siebie samych. Znam ten gatunek ludzi...

— No, ale jakoś poszło. Cieszę się zwłaszcza, że było, jak mówisz kilka dobrych materjalizacji. Ale to mnie doprawdy osłabiło. Czuję się dzisiaj zdarty, jak łachman.

— Oni za długo każą ci męczyć się, kochanie. Zawiozę cię do Morgate, tam się podleczysz trochę.

— Może do Easter pojedziemy na jaki tydzień. Toby się dobrze złożyło. Nie mam na myśli odczytów ani jasnowidzenia, ale możnaby popróbować fizycznych seansów. To mnie tak nie wyczerpuje, jak Hullowsa. Powiadają, że on po takich seansach leży na ziemi blady i ledwie dyszy.

— Tak — rzekła kobieta z goryczą. — Wtedy leją w niego whisky i przyzwyczają do butelki, a potem się opowiada wszędzie, że medjum było pijane. Ja to znam, strzeż się tego, Tom...

— Masz rację, w naszym zawodzie nie można używać napojów wyskokowych. Na szczęście on może jeść dużo jarzyn i wtedy się czuje lepiej, ja znowu nie mogę, ja muszę mieć szynkę i jaja. Tam do licha, Mary! Już jest po dziesiątej, a ja mam dziś rano przyjąć kilku klijentów. Myślę dziś trochę zarobić...

— A wydać jeszcze prędzej niż zarobić...

— Prawda, mamy duże wydatki. Ale to bagatela, póki się wiąże koniec z końcem, to czegóż więcej trzeba... Nie możem się zbyt afiszować, już ja myślę, że oni mają mnie dobrze na oku...

— Policja? A tak...

— Oni już spławili kilku biedaków, którzy byli doskonałemi medjami w swoim czasie i dużo dobrego robili.

— To przedewszystkiem wina bogaczy, a nie ubogich spirytystów — rzekł z gniewem Tom. — Aż się coś we mnie przewraca, gdy sobie ich przypomnę... Taka lady X. czy hrabina Y. oświadczają się z wdzięcznością, zapewniają, że po odbytym seansie odzyskały spokój i doznały pociechy, a potem dopuszczają, żeby ci, co tę pociechę przynieśli, marli gdzieś w rynsztoku, albo gnili w przytułku, czy nawet w więzieniu za niedozwolony proceder. Taki stary Tweedy, Soames i inni żyją z zapomóg dla starców, a dzienniki głoszą, że medja robią majątki... Pierwszy lepszy szarlatan, co dobiera sobie do pomocy dwie tonny różnych djabelskich maszyn zarabia więcej niż my wszyscy razem wzięci...

— Nie irytuj się, kochanie — mówiła żona — głaszcząc pieszczotliwie chudą swą ręką rozwichrzone włosy męża. — To wszystko wkońcu wyjdzie najaw i każdy otrzyma, co mu się należy...

Linden zaśmiał się głośno.

— To ta moja półwłoska krew tak nawierzch wyłazi, gdy mnie co poirytuje. Niechże sobie oszuści trzymają swoje brudne banknoty, niechże bogacze zawiązują swe pękate worki!... Nie wiem doprawdy, na jaki użytek oni chowają to złoto. Gdybym ja miał ich pieniądze...

Zapukano do drzwi.

— Proszę pana, brat pański Silas czeka na dole.

Małżeństwo spojrzało na siebie z przerażeniem.

— Jeszcze jedno zmartwienie — rzekła smutnie Mrs. Linden. — Mąż ruszył ramionami.

— Co robić!... Zuzanno — krzyknął — powiedz mu, że zaraz schodzę na dół, a ty, kochanie, zejdź tymczasem i zatrzymaj go, za kwadrans przyjdę do was.

Wcześniej niż zapowiadał zszedł na dół do pokoju frontowego, który był jego kancelarją. Mrs. Linden tymczasem z widocznym trudem usiłowała zabawić gościa. Był to tęgi i ciężki mężczyzna, z postawy podobny trochę do starszego brata, miał nawet taki sam kosmyk kręconych włosów na głowie, lecz wyraz twarzy był nieprzyjemny, brutalny prawie. Siedział pod oknem, olbrzymie piegowate ręce wsparłszy na kolanach. Wielka część wartości Mr. Silasa Linden spoczywała w tych potężnych pięściach, był to bowiem groźny zawodowy bokser, który swego czasu roił sobie zostać jednym z szampjonów Anglji ciężkiej wagi. Teraz poplamione ubranie i wytarte buty wskazywały, że przyszła nań zła dola, którą usiłował poprawić przez naciąganie starszego brata.

— Dzień dobry, Tomie — rzekł ochrypłym głosem, a gdy żona medjum wyszła — nie masz tam trochę „mocnej“? Jakoś mi głowa dziś cięży. Wczoraj spotkałem kilku dawnych towarzyszy, zaszliśmy oczywiście do knajpy... Co to było za zebranie!... Powiadam ci chłopy, jakich nie spotkałem od czasu mych najlepszych dni bokserskiej chwały.

— Przykro mi, Silasie — rzekł Tom siadając przy biurku. — Nie mam takich trunków w domu.

— Spirytyzm jest, tylko spirytusu niema, to smutne — rzekł Silas. — No, nic nie szkodzi, wystarczy cena spirytusu. Jeśli masz przy sobie większą sumkę, toby mi się bardzo przydała, bo jakoś nic mi się nie trafia.

Tom Linden wyjął z biurka banknot jedno-funtowy.

— Weź, Silasie. Dopóki sam coś posiadam, dzielę się z tobą. Ale, dałem ci przecie dwa funty w ubiegłym tygodniu. Czy już wszystko poszło?

— A poszło, ma się rozumieć.

Schował obojętnie banknot do kieszeni.

— A teraz posłuchaj, Tom... Chciałbym poważnie rozmówić się z tobą, jak brat z bratem.

— Cóż takiego? Słucham cię.

— Widzisz ty to?

Wyciągnął dłoń i pokazał sporą narośl na ręce.

— Widzisz, to kość, co wyskoczyła z zawiasów. To się już nie da nastawić. Było to wtedy, kiedym tego kudłatego Jenkinsa powalił w trzeciej rundzie. Ale i mnie się, ot co, za to dostało... Odtąd mogę być instruktorem, ale do walki jużem nanic. Mój zarobek licho wzięło!

— Tak, to był przykry wypadek, Silasie.

— Djabelnie przykry. Ani tak, ani siak. Taki niedołęga nigdzie miejsca nie znajdzie. Chciałbym więc zarabiać, jak ty, jako medjum...

— Medjum?

— Cóż u djabła, tak na mnie oczy wytrzeszczasz! Jeśli to dobre dla ciebie, to może być i dla mnie.

— Ależ ty nie jesteś medjum.

— Ech, cóż znowu! Schowaj sobie takie gadanie dla dzienników. A ja się pytam tak, po bratersku... Jak ty to robisz?...

— Ja tego nie robię... Ja nic nie robię...

— Paradny!... Nic nie robi i zgarnia cztery, pięć funtów co tydzień do kieszeni. Nie rób ze mnie głupca, Tom. Ja nie taki dudek, jak tamci, co ci grubo płacą za jedną godzinę pociemku. Jesteśmy bracia rodzeni, powiedz jak ty to robisz.

— Co robię?

— No, te duchy naprzykład... Ja to widziałem, ty sobie siedzisz przy biurku, a one stają tam koło tej półki z książkami i odpowiadają na różne pytania. To jest djabelnie sprytne. Wywalam ślipia za każdym razem... Skąd je ty bierzesz?

— Powiadam ci, że ich nie biorę, one są we mnie.

— Brednie! Naprawdę, możesz mi powiedzieć, Tom. Ja jestem człowiek pewny. Toby mi dało chleb, gdybym umiał...

Po raz wtóry tego dnia, gorąca włoska krew Toma wzięła górę nad zimną angielską.

— Jesteś bezwstydny, bluźnierczy łotr, Silassi. To właśnie tobie podobni ludzie gubią nasz ruch i hańbią nasze dobre imię. Nie znasz mnie wcale, jeśli sądzisz, że jestem oszust. Wynoś się z mego domu — niewdzięczny łajdaku...!

— No, no, tylko nie za bardzo — zamruczał brutal.

— Wynoś się, bo cię wyrzucę... brat nie brat...

Silas zacisnął pięści i rzucał groźne spojrzenia zpodełba. Lecz obawa stracenia zapomóg przemogła.

— Już dobrze, dobrze, nie chciałem cię obrażać — mruczał, zabierając się do wyjścia. — Dam sobie rady i bez ciebie...

Lecz wzbierający w nim szybko gniew przyćmił obawę i rozsądek, gdy już chwytał za klamkę.

— Ty przeklęty obłudny hipokryto, ty kuglarzu! — krzyknął wychodząc. — Porachuję się jeszcze z tobą...

Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za niewdzięcznikiem. Mrs. Linder przybiegła do męża.

— Ten kloc obrzydły, wyzyskiwacz — wołała — słyszałam go. Czego on chciał od ciebie?

— Chciał, żebym go nauczył medjumizmu. Myśli, że to jakaś sztuczka, której się można wyuczyć.

— Głupiec! Ale to może i dobre, bo się już tu więcej nie pokaże,

— Tak myślisz?

— Jeśli zechce przyjść, zamknę mu drzwi przed nosem. Pomyśleć, że taki gałgan cię denerwuje... Przecież ty się trzęsiesz cały...

— Nie mógłbym być medjum, gdybym nie miał wrażliwych nerwów. Ktoś nazwał nas wieszczami, czy też czemś więcej nawet. Ale bądź co bądź, to niedobrze się tak rozstrajać przed pracą.

— Czekaj, ja cię uspokoję.

Położyła swą małą, spracowaną rękę na szerokiem czole męża i chwilkę trzymała w milczeniu.

— Już lepiej, — rzekł z uśmiechem. — To dobrze robi, Mary. Pójdę teraz na papierosa do kuchni, to mnie już całkiem uspokoi.

— Ale tam już ktoś idzie do ciebie.

Wyjrzała przez okno.

— Jakaś kobieta, czy możesz ją przyjąć?

— Tak, tak. Już przyszedłem do siebie zupełnie. Wprowadź ją.

W kilka chwil potem weszła do pokoju kobieta w czerni, blada, o tragicznym wyrazie twarzy, której sam wygląd zdradzał troskę i rozpacz. Linden uprzejmym ruchem ręki pokazał jej krzesło, stojące w ciemnym kącie pokoju, a gdy usiadła, począł przeglądać swój notes.

— Pani jest Mrs. Blount? Czy tak? Miała pani zamówioną godzinę.

— Tak, chciałam pana zapytać...

— Proszę mnie o nic nie pytać, to mi przeszkadza.

Wlepił w nią spojrzenie przenikliwe, długie... Zdawało się, że te błyszczące szare oczy patrzą raczej wokół i wskroś niż na sam przedmiot patrzenia.

— Mądrze pani zrobiła, że przyszła, bardzo mądrze. Widzę koło pani osobę, która ma do pani zlecenie pilne, nie cierpiące zwłoki... Słyszę imię... Frań... Francis... tak, Francis...

Kobieta klasnęła w dłonie.

— O tak, to jest jego imię.

— Mężczyzna śniady, bardzo smutny, poważny o tak, bardzo poważny... chce coś mówić... Musi mówić... Rzecz pilna... Mówi... „Dzwonku“... Kto to jest „Dzwonek“?

— Tak, tak... On tak nazywał mnie... och, Frank, Frank mów do mnie, mów...

— Zaczyna mówić... Ręka jego dotyka głowy pani... Powiada: „Dzwonku, jeśli zrobisz to, co zamierzasz zrobić, to wykopie między nami przepaść, która dopiero po wielu, wielu latach może być wypełniona...“ Czy to ma jakie znaczenie dla pani?

Zerwała się z krzesła.

— Czy ma znaczenie?... To jest wszystko, wszystko, czego się chciałam dowiedzieć. Och, Mr. Linden, to miała być moja ostatnia nadzieja... Gdyby ona zawiodła, gdybym się przekonała, że straciłam go na wieki, to... Zamierzałam pójść za nim i szukać go... chciałam dziś wieczór wziąć truciznę.

— Dzięki Bogu, że do tego nie dojdzie... Straszna to rzecz, droga pani odbierać życie, wszystko jedno, bliźnim czy sobie... To jest złamanie praw natury, a prawa natury nie można łamać bezkarnie. Cieszę się, żem panią ocalił. On nie ma już nic do powiedzenia. Jego zlecenie brzmi:

— Jeśli żyć będziesz i pełnić swe obowiązki, będę zawsze przy tobie i bliżej ciebie niż byłem kiedykolwiek w życiu. Moja obecność otoczy cię zewsząd i będzie strzegła zarówno ciebie, jak i troje naszych dzieci.

Jakaż zadziwiająca zmiana! Wybladła zmizerowana kobieta, która przed chwilą ledwie żywa weszła do pokoju, stała teraz przed medjum z półuśmiechem i płonącemi policzkami. Po twarzy jej spływały łzy, ale to były łzy szczęścia i radości. Klaskała w dłonie, jak dziecko, czyniła jakieś konwulsyjne ruchy, jakby chciała zatańczyć.

— On nie jest martwy!... Nie martwy!... Jakżeby nim mógł być, jeśli mówi do mnie i przyrzeka być przy mnie jak dawniej. Och, to cudowne!... Mr. Linden, czem ja się panu odwdzięczę? Odwiodłeś mnie od hańbiącej śmierci, wróciłeś mi męża!.. Jakąż ty boską masz siłę!...

Mr. Linden był bardzo uczuciowy i jemu łzy zwilżyły policzki.

— Droga lady, nie mów już nic... To nie ja... Ja nic nie robię... Podziękuj raczej Bogu, który w swej nieprzebranej łasce pozwala niektórym śmiertelnikom rozróżnić zjawę dla innych niewidzialną i usłyszeć jej zlecenia... Dziękuję... Tak, biorę gwineję jako honorarjum, oczywiście, jeśli pani tyle dać może... Proszę przyjść do mnie, gdy panią spotka jakie zmartwienie.

— Już jestem spokojna — rzekła ocierając łzy — będę czekała na wyrok boży i pełniła swoje obowiązki, aż przyjdzie czas, kiedy się może połączymy.

Wdowa wyszła, promieniejąc z radości. Tom Linden uczuł, że chmury, jakie sprowadziło przybycie brata, już się rozpierzchły dzięki temu zdarzeniu, gdyż najwyższą radością jest uszczęśliwiać innych i widzieć dobroczynne skutki własnego działania. Zaledwie jednak usiadł w swym fotelu, gdy służąca wprowadziła nowego klijenta. Przybysz ubrany był wedle ostatniej mody, miał minę światowca, lecz zarazem człowieka energicznego i ruchliwego, dla którego każda minuta jest droga.

— Mr. Linden, jak sądzę?... Słyszałem, że pan posiada nieoceniony dar jasnowidzenia. Między innemi opowiadano mi, że pan trzymając w ręku jakiś przedmiot, może dać pewne wskazówki co do osoby, której ta rzecz jest własnością.

— Czasem potrafię, ale faktycznie to nie zależy ode mnie.

— Radbym to sprawdzić. Oto list, który otrzymałem dziś rano. Zechce pan popróbować na nim swej oryginalnej władzy?

Linden wziął list złożony w czworo, przechylił się wtył na fotelu i przyłożył papier do czoła. Tak siedział z przymkniętemi oczyma dobrą minutę zaczem zwrócił papier gościowi.

— Nie podoba mi się ten adresat — rzekł. — Przeczuwam coś niedobrego. Widzę człowieka ubranego całkiem biało. Ma śniadą twarz. Pisze przy stoliku bambusowym. Mam wrażenie gorąca. Ten list pochodzi zapewne z ciepłych krajów...

— Tak, z Ameryki środkowej.

— Więcej nic panu powiedzieć nie mogę.

— Czy duchy są tak ograniczone? Ja sądziłem że one wszystko wiedzą...

— Nie, nie wiedzą wszystkiego. Ich wiedza jest wprawdzie większa od naszej, ale ma również ścisłe granice. To, com przed chwilą uczynił, była to psychometrja, która, jak wiadomo, jest władzą ludzkiej duszy.

— Dobrze, dotąd odgadł pan trafnie. Ten człowiek, to mój korespondent, pisze mi, abym wziął połowę udziału kopalni nafty. Czy mam to uczynić?

Tom Linden potrząsnął głową.

— Ten dar jest dany nam dla przynoszenia pociechy cierpiącym oraz dla jawnego stwierdzenia nieśmiertelności duszy. Świeckim interesom on nie służy. Z zastosowania tego daru do celów świeckich mogłyby wyniknąć przykrości zarówno dla klijenta jak i dla medjum. Dlatego nie mogę zająć się tą sprawą.

— Na honorarjum mnie nie zależy — rzekł przybysz, dobywając portfel z kieszeni.

— Nie, panie, to mnie nie skusi. Jestem biedny, ale nie nadużyłem nigdy swego daru.

— Mała pociecha z takiego daru — rzekł gość wstając z siedzenia. — To duchowieństwu wolno robić użytek z daru bożego i brać pieniądze za pewne usługi religijne, a panu nie?... Oto pańska gwineja, ale prawdę mówiąc nie dowiedziałem się nic za te pieniądze.

— Bardzo mi przykro, sir, ale nie mogę naruszać prawidła... Stoi koło pana jakaś pani... po lewej ręce.. osoba starsza...

— Ach, zawracanie głowy! — zawołał finansista, kierując się ku drzwiom.

— Ma wielki brelok na piersiach z krzyżem ze szmaragdów.

Gość stanął, zwrócił się do medjum i spojrzał widocznie zdziwiony.

— Skąd pan wziął te szczegóły?

— Widzę tę postać przed sobą.

— Człowieku, taki krzyż nosiła moja matka. I pan mówi, że ją widzi?

— Już teraz nie... zniknęła.

— Jak wyglądała? Co robiła?

— To była pańska matka. Powiedziała mi to... płakała...

— Płakała? Moja matka? Jeśli kto zasłużył na wieczną szczęśliwość, to niewątpliwie ona. — Czyż w niebie płaczą?

— W urojonem nie, w realnem tak. Ale tam tylko my dajemy im powód do płaczu. Ma zlecenie dla pana.

— Proszę powiedzieć.

— Brzmi ono: „Oh, Jack, Jack, coraz dalej odsuwasz się ode mnie.

Bogacz machnął pogardliwie ręką.

— Byłem głupi, żem zamawiając u pana seans podał swoje nazwisko. Zasięgał pan o mnie informacji. Nie weźmie mnie pan na takie sztuczki. Mam dosyć tego, więcej niż dosyć!

Po raz drugi tego dnia zatrzasnęły się drzwi za rozgniewanym gościem.

— Nie do smaku było mu zlecenie — tłumaczył Linden swej żonie owo trzaśniecie drzwiami. — Była to jego biedna matka. — Ona martwi się, widząc jego postępowanie. Boże, gdyby ludzie znali te rzeczy, toby ich prędzej poprawiło niż wszystkie obrządki i ceremonje...

— Cóż, Tomie, to nie nasza wina, jeśli nie chcą wiedzieć — rzekła Mrs. Linden. — Tam dwie jakieś panie chcą się zobaczyć z tobą. Nie zamawiały wprawdzie seansu, ale zdają się być mocno stroskane.

— Trochę mnie głowa rozbolała. Źle spędziłem dzisiejszą noc... Silas i ja mamy tę samą naturę; po nieprzespanej nocy, jesteśmy do niczego. Przyjmę jeszcze te panie, bo to niedobrze odprawiać z niczem cierpiących, jeśli można im pomóc, ale już nikogo więcej nie wprowadzaj.

Weszły dwie kobiety, obie poważne i w czarnych sukniach. Jedna z nich miała około pięćdziesiątki, druga wyglądała znacznie młodziej.

— Zdaje się, że pańskie honorarjum jest jedna gwineja — rzekła starsza, kładąc pieniądze na stole.

— Dla tych, którzy tę sumę mogą zapłacić — odparł Linden.

W istocie czasem się zdarzało, że gwineja wędrowała z kieszeni medjum do ubogiego klijenta.

— O, tak, mogę zapłacić — rzekła starsza. — Jestem bardzo zmartwiona, a mówiono mi, że pan może mi dobrze poradzić.

— O ile będę mógł, od tego jestem.

— Straciłam męża w ostatniej wojnie, zabity był pod Ypres. Może mnie pan z nim skomunikować?

— Dziwna rzecz... Nie wywiera pani na mnie dobrego wpływu. Nie doznaję żadnych wrażeń. Przykro mi, ale nie ode mnie zależą te rzeczy... Słyszę, jakby imię Edmund... Czy to jego imię?...

— Nie.

— Albert.

— Nie.

— Przykro mi, ale tak się jakoś zlewa wszystko razem... Może niedostateczne wibracje... I zlecenia krzyżują się, jak telegraficzne druty.

— Może co panu nasunie imię Pedro.

— Pedro, Pedro... Nie, nic się nie kształtuje... Czy ten Pedro to był starszy mężczyzna?

— Nie, wcale nie stary.

— Nie odbieram żadnych wrażeń.

— To dla mojej córki, chciałam od pana porady. Mój mąż byłby mi powiedział, co mam uczynić. Jest ona zaręczona z pewnym młodzieńcem, ale są okoliczności, które przemawiają przeciw temu małżeństwu i chciałam wiedzieć, co począć w tym wypadku.

— Daj nam pan radę jaką — rzekła młodsza, patrząc uporczywie na medjum.

— Chciałbym dać, droga pani. Czy kocha pani tego człowieka?

— O tak, jest bardzo przystojny.

— Jeśli pani tylko tą zaletę w nim widzi, to radziłbym mu odmówić. Takie małżeństwa są najczęściej nieszczęśliwe.

— Więc pan przewiduje nieszczęście?

— Przewiduję wielkie szansę nieszczęścia i radzę, aby się pani miała na ostrożności.

— Czy pan nie widzi kogo innego, bardziej odpowiedniego dla mej córki?

— Każdy człowiek, mężczyzna czy kobieta spotka prędzej lub później odpowiednią towarzyszkę, czy towarzysza.

— Więc ona wyjdzie zamąż?

— Bardzo prawdopodobne, że wyjdzie.

— Ciekawa jestem, czy ja będę miała kiedyś swoją rodzinę?

— Ta kwestja przekracza już granice mej kompetencji.

— A majątek, czy będzie miała majątek? Pan jest jakiś przygnębiony, Mr. Linden, a mybyśmy chciały...

W tejże chwili nastąpiła niespodziana przerwa seansu. Drzwi się otwarły gwałtownie i mała Mrs. Linden wbiegła do pokoju blada i z pałającemi oczyma.

— To są ajentki z policji, Tom. W tej chwili miałam ostrzeżenie, w tej właśnie chwili. Wynoście się stąd, hipokrytki... Ach, jakaż ja głupia! Jaka głupia, żem nie poznała odrazu, kto wy jesteście.

Kobiety powstały.

— Przyszła pani za późno, Mrs. Linden — rzekła starsza chłodno. — Pieniądze zostały wręczone.

— Weź je pani sobie, weź, leżą przecież na stole.

— Nie, przepraszam... pieniądze były przyjęte. Usłyszy pan jeszcze o nas, Mr. Linden.

— Wy oszustki! Mówicie dużo o szalbierstwie, a to wy same ciągle podstępów używacie. Onby was wcale nie przyjął, gdyby nie litował się nad waszem udanem zmartwieniem.

— Nic pani nie przyjdzie z ubliżania nam. My pełnimy swój obowiązek. Nie my układałyśmy prawa. A dopóki te prawa są w księdze ustaw, naszym obowiązkiem jest ich wykonywania pilnować. Teraz musimy złożyć raport w komisarjacie.

Tom Linden był zgnębiony tym ciosem, kiedy jednak ajentki odeszły ujął w ramiona płaczącą swą żonę i tulił i pocieszał, jak umiał.

— Drukarz z komisarjatu przysłał mi ostrzeżenie — łkała — czemu nie półgodziny wcześniej! — O, Tom, to już drugi raz... To ci grozi więzieniem i ciężkiemi robotami.

— Moja droga, jeśli mamy przeświadczenie, żeśmy nic złego nie robili, lecz pełnili bożą służbę wedle naszych sił, to już przyjmijmy ze spokojem, to co się stać może.

— Ale gdzież one były? Twoje pomocnicze duchy, jakże mogły pozwolić na takie poniżenie twoje? Gdzież był twój przewodnik?

— Tak, Wiktor — rzekł Tomasz, czyniąc głową ruch ku górze — gdzież ty byłeś? Czemu mnie nie ostrzegłeś, mam żal do ciebie...

Zwrócił się do żony. — Ty wiesz, kochanie, że jak doktór nie umie leczyć własnej choroby, tak medjum jest bezsilne ilekroć zachodzą sprawy dotyczące go bezpośrednio. Takie jest prawo. A jednak powinienem był zgadnąć. Błądziłem jak w ciemności, nie czułem natchnienia. To ta niedorzeczna litość i współczucie dla cierpiących, kierowały mną, gdym je pocieszał, nie mając faktycznie żadnego zlecenia. No, Mary, cokolwiek wypadnie, musisz to mężnie przyjąć. Może oni nie mają dość dowodów, a może sędzia nie będzie takim ignorantem, jak większość z nich miejmy nadzieję.

Wbrew tym pełnym otuchy słowom medjum było do głębi wzruszone i drżało nerwowo. Żona ścisnęła mu skroń obu dłońmi i usiłowała uspokoić męża, gdy służąca Zuzanna, która nic nie wiedziała o całem zajściu, oznajmiła, że nowy gość czeka w przedpokoju.

Był to Edward Malone.

— Mąż nie może przyjąć pana — rzekła Mrs. Linden. — Jest chory, nikogo dziś nie przyjmuje.

Lecz Linden poznał gościa.

— To jest pan Malone, z Gazety Codziennej, był z nami wczoraj wieczór. Mieliśmy niezły seans, prawda, sir?...

— Cudowny — rzekł Malone — ale co się stało?

Małżonkowie opowiedzieli swoje zmartwienie.

— Co za brudna historja! — zawołał Malone. Jestem pewien, że nasze społeczeństwo nie wie, jak to prawo jest wykonywane, gdyż inaczej zaprotestowałoby przeciw karom. Ta prokuratorska czynność policji jest zupełnie obca sprawiedliwości brytyjskiej. W każdym razie pan jest medjum prawdziwem, p. Linden. Prawo ściga tylko oszustów.

— Niestety, prawo brytyjskie nie zna prawdziwych medjów — rzekł Linden z żalem — Jestem przekonany, że im prawdziwsze jest medjum, tem większe jego przewinienie. Jeśli kto jest wogóle medjum i bierze za to pieniądze, już tem samem podlega karze. Ale z czego ma żyć medjum, jeśliby nie brało honorarjów? To jest przecież zajęcie, które absorbuje czas i wszystkie siły człowieka. Nie można być przecież cały dzień cieślą, a wieczorem dobrem medjum.

— Co za przewrotne prawo! Zdaje się, jakby tu chodziło o rozmyślne zniszczenie wszystkich dowodów mocy duchowej.

— A tak, właśnie o to chodzi. Gdyby szatan układał prawa, to w danym wypadku takieby właśnie ułożył. Ono niby bierze w opiekę społeczeństwo przed wyzyskiem, a przecież żaden członek społeczeństwa nie zanosił jeszcze skargi na ten wyzysk. Każdy poszczególny wypadek, ilekroć pociągano medjum do odpowiedzialności, to była pułapka policji. A jednak policja wie doskonale, podobnie jak my wszyscy, że żadna zabawa ogrodowa, jaką towarzystwa do różnych należące wyznań urządzają na cel dobroczynny nie obejdzie się bez udziału jasnowidza, wróżbiarza lub kabalarki.

— Tak, to doprawdy nielogiczne. Cóż będzie teraz?

— Spodziewam się pozwu lada dzień. Potem rozprawa w policji. Potem kara pieniężna lub więzienie. To już drugi raz mnie łapią, widzi pan...

— No, niema obawy. Pańscy przyjaciele staną jako świadkowie i wyszukają dobrego obrońcę.

Linden ruszył ramionami.

— Nigdy na przyjaciół liczyć nie można, chowają się gdzieś, gdy człowiek w kłopocie.

— Ja przynajmniej takim nie będę — rzekł Malone serdecznie. — Proszę mi donieść, jeśli co niedobrego pana spotka... Tymczasem przyszedłem, by się o coś pana zapytać.

— Przykro mi, ale nie jestem dziś usposobiony... — rzekł Linden, wyciągając na usprawiedliwienie drżącą nerwowo rękę.

— Nie, nie, nic psychicznego... Chciałem poprostu zapytać, czy obecność zupełnego sceptyka wpłynęłaby na zatrzymanie wywoływanych przez pana fenomenów?

— Niekoniecznie. Oczywiście, sprawa jest wtedy trudniejsza. Jeżeli jednak sceptycy zachowają się spokojnie i rozsądnie, to można osiągnąć pewne rezultaty. Lecz to bieda, że oni nie usiedzą nigdy spokojnie i prawie zawsze psują nasze seanse. Kiedyś przybył stary Sherbank, doktór medycyny. Kiedy się pokazało zjawisko, on zerwał się z miejsca, oparł rękę o ścianę, rzekł: Teraz proszę mi tego ducha posadzić na dłoni choćby na pięć sekund — a ponieważ nie można było tego zrobić, ogłosił wszystko za humbug i wyszedł natychmiast. Ci ludzie nie chcą zrozumieć, że i tutaj podobnie, jak w każdej dziedzinie wiedzy, są pewne niewzruszone prawa.

— Muszę wyznać, że człowiek, którego mam na myśli, może istotnie zachować się bardzo niespokojnie. Jest to znakomity profesor Challenger.

— O tak, słyszałem, że to znany materjalista i człowiek gwałtowny.

— Czy mógłby pan odbyć seans w jego obecności?

— Jeśli pan sobie tego życzy...

— Onby nie przyszedł do pana, ani też do mieszkania, które pan wskaże. Wyobraża sobie, że wszędzie są jakieś druty i mechaniczne wymysły. Trzebaby przyjść do jego własnego mieszkania.

— Nie odmówię, jeśliby to miało go przekonać.

— A kiedy?

— Teraz nic nie mogę przyrzekać, póki się nie załatwi ta historja z policją. Może za miesiąc lub dwa...

— Dobrze, będę ciągle się dowiadywał o losach pana. Gdy wszystko minie szczęśliwie, ułożymy wspólnie cały plan i postaramy się pokazać mu wszystkie fakty tak, jak ja widziałem. Tymczasem proszę przyjąć ode mnie wyrazy poważania i szczerej sympatji. Utworzymy komitet z pańskich przyjaciół i zrobimy co tylko będzie można dla uniewinnienia pana.



VII.
W którym złoczyńca otrzymuje zasłużoną karę.

Zanim pójdziemy śladem dalszych psychicznych doświadczeń naszej znajomej pary, zobaczmy, jak prawo brytyjskie obeszło się z tym niegodziwym szarlatanem Tomem Linden.

Obie ajentki policyjne wróciły w triumfie na Bardsley Square, gdzie inspektor Murphy, który je wysiał, oczekiwał ich raportu. Murphy był to człowiek dobrze wyglądający, z rumianą twarzą, o czarnym wąsie, człowiek, który miał zwyczaj traktować kobiety wyrozumiale, po ojcowsku, choć takiego postępowania stosunkowo młody jego wiek bynajmniej nie usprawiedliwiał. Siedział właśnie przy swem urzędowem biurku, przeglądając akta.

— No cóż, moje dzieweczki? — zapytał, gdy weszły obie kobiety. — Jakże się wam powiodło?

— Zdaje mi się, że całkiem dobrze, panie inspektorze — odparła starsza. — Mamy dowody, których pan potrzebował.

Inspektor wziął z biurka spis pytań, które sam przedtem ułożył.

— Czyście trzymały się wskazówek, jakie wam dałem?

— Tak. Powiedziałam, że mąż mój był zabity pod Ypres.

— Cóż on na to?

— Wydawał się zmartwiony.

— Oczywiście współczucie dla nieszczęścia, to jego rola. Teraz będzie się martwił o siebie samego. Jednak czy powiedział: — Pani jest niezamężna...?

— Nie.

— To już pierwszy dowód przeciw duchom. To zrobi wrażenie na sędziach. Co więcej?

— Próbował różnych imion, ale oczywiście wszystkie były fałszywe.

— Dobrze.

— Uwierzył, gdym powiedziała, że Miss Bellinger to moja córka.

— Bardzo dobrze. Podsunęła mu pani imię Pedro?

— Tak, zastanawiał się nad niem, ale nic nie powiedział.

— Szkoda... Ale w każdym razie nie wiedział, że Pedro to nie człowiek, tylko piesek pani. Zastanawiał się nad tem, powiada pani, to także dobre, sąd będzie się śmiał i wyda wyrok. No, a te wróżby... czy pani mówiła, jak radziłem?

— Tak, zapytałam go o narzeczonego Amy. Nie dał żadnej definitywnej odpowiedzi.

— Chytra sztuka! Zna swoje rzemiosło.

— Ale powiedział, że będzie nieszczęśliwa, jeśli go poślubi.

— Ach, powiedział?... Jeśli to nieco rozszerzymy, to będziemy mieli wszystko czego nam potrzeba. Teraz proszę usiąść i napisać raport, póki świeżo w pamięci.

Potem go odczytamy i zobaczymy co dalej... Ama musi osobno napisać.

— Dobrze, panie inspektorze.

— Musimy też uzyskać pełnomocnictwo na uwięzienie. To wszystko, widzi pani, zależy od urzędnika, który tę sprawę weźmie w rękę. Jest Mr. Dalleret, który w ubiegłym miesiącu uwolnił medjum, ten oczywiście do niczego. Mr. Lancing podobno sam jest spirytystą, natomiast Mr. Melrose jest prawym materjalistą. Możemy na nim polegać i upatrzyć stosowną porę do aresztowania. Przekonywujących dowodów nam nie braknie.

— Czy nie byłoby dobrze znaleźć kogoś z poza policji, aby wzmocnić te dowody.

Inspektor zaśmiał się.

— Naszym obowiązkiem jest ochraniać społeczeństwo, ale mówiąc między nami, dotąd jeszcze nikt z publiczności nie zwrócił się do nas z prośbą o ochronę.

Skarg nie było. Dlatego my jedynie sami musimy podtrzymywać prawo wedle naszych sił i zdolności. Jak długo prawo istnieje, mamy obowiązek popierać je. Do widzenia, moje panienki... Proszę mieć raport gotowy na godzinę czwartą.

— Czy my nic nie otrzymamy? — zapytała starsza ajentka z przymilającym się uśmiechem.

— Czekajcie, moje dziewczątka. Jeśli będzie nałożone 25 funtów kary pieniężnej, to gdzieś się te pieniążki ulokuje. Żelazny fundusz policji przedewszystkiem, ale coś się i wam oczywiście okroi.

Tymczasem proszę przygotować raport, a potem zobaczymy.

Następnego dnia przestraszona Zuzanna wbiegła do skromnego pokoju Lindena.

— Proszę pana, urzędnik...

Tuż za służącą wkroczył policjant w niebieskim mundurze.

— Linden? Oto wezwanie — rzekł doręczając papier.

Drżącą ręką pokwitował Linden odbiór pisma, poczem urzędnik oddalił się.

Nieszczęsna para małżonków, która życie swe spędziła na pocieszaniu strapionych, musiała teraz sama krzepić się wzajemnie na duchu. Mrs. Linden oplotła ramieniem szyję męża, poczem oboje jęli odczytywać ów niewesoły dokument.


Do Tomasza Linden, Tullis-Street № 40.

Doszło do wiadomości inspektora policji Patricka Murphy, że pan, wyżej nazwany Tomasz Linden dnia 10 listopada b. r. w swem własnem mieszkaniu wobec Henrietty Dresser i Amy Bellinger, oświadczył chęć wróżenia, a tem samem nadużywania wiary poddanych J. K. Mości, w danym wypadku wspomnianych wyżej osób Henrietty Dresser i Amy Bellinger. Wzywa się przeto pana do stawienia się przed Urzędem Policji w Bradsley Square w najbliższą środę dnia 17 b. m. o godzinie 11 przed południem, celem złożenia odpowiedzi na rzeczone oskarżenie.

Data 10 miesiąca listopada.
(podpisano)J. B. Withers


Tegoż dnia po południu zjawił się Mailey u Malone’a i obaj zasiedli dla naradzenia się nad tym dokumentem, poczem udali się do Jonesa, który był zdolnym adwokatem i gorliwym badaczem kwestji spirytystycznej. Był on przytem zapalonym miłośnikiem polowania z chartami i dobrym bokserem, słowem, człowiekiem, który w spleśniałe izby prawnicze, wnosił przyjemny powiew świeżego, zdrowego powietrza. Przeczytawszy pozew, zmarszczył brwi.

— Ten biedaczysko ma szczęście do wezwań nietylko z poza świata, ale i czysto ziemskich. Oni, wysyłając pozew mają zwykle w zapasie rozkaz uwięzienia. Oskarżonego zamyka się w celi na całą noc i nazajutrz przesłuchuje. Policja jest na tyle przebiegła, że wybiera do tej czynności urzędnika katolika lub znanego materjalistę.

Zawód medjum, czy też cudotwórcy jest sam w sobie przestępstwem, bez względu czy oskarżony jest istotnem medjum, czy nie, tak że obrona na podstawie osiągniętych dobrych rezultatów nie ma znaczenia. Jest to połączenie religijnego prześladowania z wymuszeniem pieniędzy przez policję. A co do opinji publicznej, tej się nie lękają. Czemużby mieli się lękać? Jeśli kto nie chce wróżby, to nie idzie do wróżbiarza. Cała ustawa jest absolutnie przestarzała i przynosi ujmę naszemu prawodawstwu.

— Będę pisał o tem — rzekł Malone ze swym celtyckim ogniem. — Jakaż to właściwie ustawa?

— Są dwie ustawy, jedna bardziej przestarzała od drugiej, a obie były wydane na długi czas przed pojawieniem się prądu spirytystycznego. Jedna, to akt o czarnoksięstwie, datujący się z czasów Jerzego II. Ta ustawa stała się już dziś absurdem, to też powołują się na nią tylko ubocznie. Dalej mamy prawo o włóczęgach wydane w r. 1824. Było ono ogłoszone celem wykonywania policyjnego nadzoru nad włóczącymi się po kraju cyganami i oczywiście nie miało na myśli takich wypadków jak dzisiejszy.

Poszukał między książkami na półkach.

— Ot macie, tu jest ta idjotyczna ustawa: „Każda osoba przekonana o wróżbiarstwie lub też używająca podstępnych sposobów celem oszukania i nadużycia dobrej wiary któregokolwiek z poddanych J. K. Mości, ma być sądzona narówni ze złoczyńcą i t. d....“ Obydwie te ustawy razem wzięte posłużyłyby do gnębienia pierwszych chrześcijan niegorzej od praw rzymskich.

— Na szczęście lwów teraz nie mamy — rzekł Malone.

— Są zato szakale — rzekł Mailey. — Ale co my mamy czynić?

— Doprawdy, że nie wiem — rzekł adwokat skrobiąc się w głowę. Sprawa jest zupełnie beznadziejna.

— Niech to licho porwie! — krzyknął Malone — lecz my nie możemy poddać się tak łatwo. Przecież wiemy, że to człowiek bardzo uczciwy.

Mailey zwrócił się nagle i ujął dziennikarza za rękę.

— Nie wiem — rzekł — czy pan jest już spirytystą, ale w każdym razie jest pan człowiekiem, jakiego nam potrzeba. Jest wśród naszego zespołu moc ludzi chwiejnych, którzy będą darzyli przyjaźnią medjum póki wszystko idzie dobrze, ale opuszczą je, gdy znajdzie się ono przed kratkami sądowemi. Lecz, Bogu dzięki, mamy też ludzi silnych. Takim jest Brookes i Rodwin i Sir James Smith. Możemy takich ze dwie setki naliczyć.

— Doskonale — rzekł adwokat wesoło. — Dajcie mi tę sprawę, poprowadzę ją nie gorzej od innych, gdyż miałem już sporo podobnych. Oszczędzi to zresztą kosztów.

— Zgoda. Ze swej strony postaramy się pana poprzeć.

— Gdybyśmy nic nie wskórali, to przynajmniej wrzawa się zrobi — rzekł Malone. — Ja wierzę w społeczeństwo brytyjskie. Powolne ono i naiwne ale zdrowe w gruncie rzeczy. Nie będzie ono za niesprawiedliwością, jeśli tylko potrafimy wbić prawdę w ich ciasne mózgi.

— Obawiam się, że dla przelania tej prawdy w mózgi trzebaby posunąć się do trepanacji czaszek. No, róbcie wy swoje, a ja będę robił swoje, zobaczymy co z tego wypadnie.

Decydujący dzień nadszedł i Linden znalazł się przed kratkami. Sędzią jego był Mr. Melrose, człowiek w średnim wieku, ubrany bardzo starannie. Mr. Melrose, jako urzędnik policji miał sławę surowego sędziego w sprawach wróżbiarstwa i kabalarstwa. Wolne od zajęcia chwile w swym zawodzie poświęcał czytaniu pism sportowych, ponieważ był zapalonym zwolennikiem wyścigów konnych, a jego elegancki jasny żakiet i fantazyjny kapelusz, dobrze były znane na torze wyścigowym. Tego dnia nie był w dobrym humorze. Mrs. Linden udało się zająć miejsce tuż za ławą oskarżonych, to też wyciągała czasem rękę ku mężowi, by tem dotknięciem wyrazić mu swoje współczucie i dodać otuchy. Sala sądowa była zapełniona, przybyło bowiem wielu klijentów oskarżonego, żeby mu okazać swą sympatję.

— Czy ta sprawa ma obrońcę? — zapytał Mr. Merlose.

— Tak, ekscelencjo — rzekł Jones. — Czy wolno mi przed jej rozpoczęciem wnieść pewien zarzut?

— Jeśli pan sądzi, że to się na co przyda Mr. Jones...

— Prosiłbym uprzejmie o łaskawe przejrzenie odnośnej ustawy, na zasadzie której klijent mój został postawiony w stan oskarżenia. Mr. Linden nie jest włóczęgą, lecz szanowanym człowiekiem społeczeństwa, mającym swe własne mieszkanie i pełniącym wszystkie obowiązki obywatela. Obecnie jest oskarżony na zasadzie czwartego artykułu ustawy o włóczęgach z r. 1824, której tytuł brzmi: kary na próżniaków, awanturników, złoczyńców i włóczęgów.

Odnośna ustawa, jak powyższy tytuł wskazuje, skierowana była przeciw cyganom i innym bandom bez zajęcia, które w owym czasie włóczyły się po kraju i były jego plagą. Zwracam się przeto do ekscelencji z prośbą, aby był łaskaw zwrócić przedewszystkiem uwagę na to, że klijent mój nie może być osobą traktowaną narówni z tymi, o których artykuł czwarty danego aktu powiada, a więc tem samem nie może podlegać karom w tym artykule wyszczególnionym.

Urzędnik potrząsnął głową.

— Muszę odpowiedzieć na to, Mr. Jones, że mieliśmy już zbyt wiele podobnych spraw w sądzie, aby dziś można było czynić wyjątek i ścieśniać ramy odnośnej ustawy. Dlatego proszę pana komisarza policji, aby przystąpił do sprawy i przedłożył nam dowody winy oskarżonego.

Mały, krępy człowieczek z siwemi faworytami powstał żywo i ochrypłym głosem zawołał:

— Wzywam Henriettę Dresser.

Starsza ajentka wysunęła się spiesznie naprzód z notesem w ręku.

— Pani jest urzędniczką policji?

— Tak, sir.

— Przypuszczam, że pani obserwowała dłużej dom, gdzie mieszkał oskarżony, zanim pani złożyła mu wizytę.

— Tak, sir.

— Ilu tam ludzi weszło?

— Czternaście osób, sir...

— Czternaście osób... A o ile mi wiadomo, przeciętne honorarjum oskarżonego wynosi dziesięć szylingów i sześć pensów.

— Tak.

— Siedem funtów w jednym dniu! Piękny zarobek, podczas, gdy uczciwie pracujący człowiek jest rad, jeśli zarobi pięć szylingów.

— To byli biedni rzemieślnicy — zawołał Linden.

— Proszę nie przerywać. Ma pan swego obrońcę — rzekł surowo sędzia.

— Teraz Henrietto Dresser — ciągnął dalej oskarżyciel, bawiąc się swojem pince-nez — opowiedz nam, co się zdarzyło, gdyście z Amy Bellinger odwiedziły Lindena.

Ajentka zdała swój raport zasadniczo zgodny z prawdą, czytając z notesu. Nie była nigdy kobietą zamężną, lecz medjum uznało za prawdę jej oświadczenie, że jest wdową. Linden wymienił na chybił trafił kilka imion rzekomego nieboszczyka i był najwidoczniej zmieszany. Podsunięto mu imię Pedro, lecz on nie odgadł, że tak się wabi pies. Wkońcu odpowiadał na pytania, dotyczące przyszłości jej rzekomej córki, która w istocie nie była wcale krewną i przepowiadał, że będzie nieszczęśliwą w przyszłem małżeństwie.

— Chce pan zadać jakie pytanie Mr. Jones? — zapytał urzędnik.

— Czy pani przyszła do oskarżonego, jako osoba szukająca pociechy w zmartwieniu i czy on nie usiłował pani dodać otuchy?

— Zdaje się, że tak.

— Pani mówiła, że ma wielkie zmartwienie.

— Tak.

— Czy pani nie sądzi, że to była obłuda?

— Pełniłam swój obowiązek.

— Nie spostrzegła pani żadnych śladów psychicznej siły lub czegoś nadnaturalnego?

— Nie, zdawał mi się grzecznym, ale zupełnie zwykłym człowiekiem.

Następnym świadkiem była Amy Bellinger. Zjawiła się również z notesem w ręku.

— Pozwól, ekscelencjo, że zapytam, czy to jest dozwolone, ażeby świadkowie czytali swoje zeznania, a nie składali ustnie? — zapytał Mr. Jones.

— Czemu nie — odparł urzędnik. — My żądamy ścisłych faktów, czy nie tak ekscelencjo?

— Tak i my... Może właśnie obrońcy nie zależy na ścisłości — rzekł przewodniczący.

— Ja patrzę na to inaczej! — rzekł Jones. — Ja tu widzę system, który ma na celu uzgodnienie zeznań obu świadków i przypuszczam, że te sprawozdania były przedtem starannie przygotowane i ze sobą porównywane.

— Oczywiście, że policja przygotowała swoje oskarżenie — rzekł komisarz. — Nie wiem, co w tem złego widzi pan obrońca... Proszę świadka dalej prowadzić swe zeznania.

Zeznania drugiego świadka nie różniły się w niczem od poprzedniego.

— Pani zadała oskarżonemu kilka pytań dotyczących narzeczonego. Pani nie ma narzeczonego, czy tak? — zapytał Mr. Jones.

— Nie mam.

— Konstatuję fakt, że obydwie panie mówiłyście cały szereg kłamstw.

— Mając na względzie znalezienie prawdy.

— Pani sądzi, że cel uświęca środki?

— Pełniłam instrukcje.

— A więc były instrukcje?

— Tak, mówiono nam o co mamy pytać.

— Ja myślę, — rzekł sędzia — że ajentki spełniły swój obowiązek dobrze i dowody złożyły jasne. Czy ma pan jakich świadków dla obrony, Mr. Jones?

— Jest ich tu w tej sali znaczna liczba, tych mianowicie, którzy doznali ze strony oskarżonego wielu dobrodziejstw, dzięki jego niepospolitemu darowi. Wezwałem na świadka kobietę, którą, jak sama zezna — oskarżony uchronił od samobójstwa, a było to tego samego dnia, kiedy przyszły do niego panie z policji. Jest tu obecny inny człowiek, który był ateuszem i stracił wszelką wiarę w życie przyszłe. Zjawiska, wywołane przez oskarżonego nawróciły go zupełnie. Mogę przedstawić sądowi ludzi bardzo wybitnych zarówno na polu nauki jak literatury, którzy dadzą świadectwo o faktycznym wyjątkowym darze i mocy duchowej Mr. Lindena.

Sędzia potrząsnął głową.

— Musi pan wiedzieć, Mr. Jones, że wszelkie świadectwa tego rodzaju będą zupełnie bezcelowe. Były już całkiem wyraźne rozporządzenia ministerstwo sprawiedliwości, wyjaśniające, że prawa naszego państwa nie uznają żadnych sił nadnaturalnych i że jeśli ktoś twierdzi coś podobnego i ciągnie przytem zyski z ludzi łatwowiernych, ten już winien jest przestępstwa i podlega karze. Dlatego pańska propozycja stawienia świadków, mających stwierdzić rzekomą władzę nadnaturalną oskarżonego, nic temuż oskarżonemu nie pomoże i będzie dla nas wszystkich próżną stratą czasu. Natomiast gotów jestem posłuchać dalszej pańskiej obrony, oczywiście, udzieliwszy teraz głosu prokuratorowi.

— Ekscelencja pozwoli zauważyć — rzekł Mr. Jones — że takie rozporządzenie ministra sprawiedliwości potępia jednocześnie tych świętych mężów, o których jako o cudotwórcach mówi Pismo Święte, gdyż ludzie chociażby najświętsi muszą przecież z czegoś żyć, a więc brać pieniądze.

— Jeśli pan czyni aluzję do czasów apostołów, Mr. Jones — rzekł surowo sędzia — to muszę panu przypomnieć, że czasy apostolskie dawno już minęły. Taki argument nie przynosi zaszczytu pańskim zdolnościom, jako obrońcy, Mr. Jones. Czy ma pan jeszcze co do nadmienienia?

Ostatnie słowa przewodniczącego były wyraźnie zachętą dla prokuratora. Uczynił kilka wymownych ruchów trzymanemi w ręku binoklami, jakby przecinając niemi powietrze, chciał równocześnie przeciąć czyjekolwiek pretensje do władzy nad duchami. Zaczem bardzo wymownie i barwnie odmalował nędzę klas pracujących, wyzyskiwanych przez chytrych oszustów, którzy na łatwowierności ludzkiej budują sobie gmachy materjalnego dobrobytu. Czy posiadają oni jaką istotną władzę nadnaturalną, jest to, jak już pan przewodniczący zaznaczył, kwestją uboczną, lecz nawet i ten argument, na który obrońca kładzie szczególny nacisk, został mocno zachwiany wobec faktu stwierdzonego przez ajentki. Spełniły one swój przykry obowiązek w sposób godny pochwały, lecz wzamian za swe pieniądze nie otrzymały od oskarżonego nic więcej ponad kilka banalnych rad lub nonsensów. Jakież są dane, że inni kljenci otrzymali coś lepszego? Ci wydrwi-grosze mnożą się ciągle, opierając swój zarobek na uczuciach osieroconych dzieci, zbolałych wdów, strapionych rodziców. Już czas najwyższy położyć kres temu wyzyskowi i przykładnie ukarać oszustów, którzy, przynagleni koniecznością, będą musieli chwycić się jakiegoś uczciwszego rzemiosła.

Mr. Jones, replikował, jak mógł najlepiej. Zaczął od przypomnienia, że obydwie ustawy na zasadzie których grozi oskarżonemu kara, były wymierzone przeciw zwyczajnym włóczęgom i cyganom. Całe oskarżenie ma wiele słabych stron. Dowody winy zostały złożone przez ajentki prowokatorki, które — jeśli istotnie jest jakieś przestępstwo — były tego przestępstwa inicjatorkami, a przeto i współwinnemi. Z kar pieniężnych korzystają różne instytucje dobroczynne, ale i policja często z nich korzysta.

— Chyba nie myśli pan, Mr. Jones, rzucać cień na uczciwość policji?...

— Policja jest instytucją ludzką i umie chodzić koło swych interesów. Wszystkie tego rodzaju sprawy wywoływane są sztucznie. Nie słyszałem, ażeby inicjatywą była jakaś skarga ze strony publiczności i zwrócenie się do policji o ochronę. Oszustwa zdarzają się wszędzie i jeśli jakiś człowiek stracił gwineję na fałszywe medjum, to chyba nie więcej ma prawa do opieki policji aniżeli ten, który ulokował swe oszczędności w jakiemś towarzystwie akcyjnem lub na giełdzie. I wówczas, kiedy policja traci czas na tego rodzaju sprawy i kiedy jej ajentki wylewają krokodyle łzy, występując w fałszywej roli zasmuconych wdów na inne rzeczywiste zbrodnie zwraca się nierównie mniej uwagi. Zresztą i w ocenie tej sprawy dziwna jest niekonsekwencja. Każda większa zabawa ogrodowa, nawet wtedy, gdy ją sama policja urządza, ma w swoim programie wróżbiarki i kabalarki, jako jedną z głównych atrakcyj. Kilka lat temu dziennik Daily Mail powstał ostro przeciw wróżbiarstwu. S. p. Lord Northcliffe, człowiek bezwątpienia wielki, był pociągnięty przed kratki sądowe. Okazało się, że jeden z jego dzienników stale prowadził osobny dział poświęcony wróżbiarstwu i że pieniądze, płynące z tego źródła szły do podziału między wróżbiarza, a właścicieli dziennika. Obrońca przytacza ten fakt nie dla ubliżenia pamięci wielkiego człowieka, lecz poprostu jako przykład niedorzeczności prawa w jego obecnem zastosowaniu. Jakiekolwiek mogą być osobiste przekonania członków tego sądu, jest rzeczą niezaprzeczalną, że wielka liczba inteligentnych i pożytecznych obywateli uważa siłę medjumiczną za potężny objaw mocy ducha, która niemało może się przyczynić do poprawy ludzkości. Czyż w tych dniach materjalizmu nie jest to wielkim błędem tłumić całą potęgą prawa to, co w swym dalszym rozwoju może być zbawczem dla ludzkości? Faktem jest, że informacje, jakie otrzymały ajentki były nierealne i że kłamliwość ich opowiadania nie została przez medjum odkryta, ale to jest prawo psychiczne, że dla otrzymania rezultatów prawdziwych niezbędna jest harmonja warunków, czyli, że oszustwo ze strony klijentów wywołuje zamęt i mąci jasność widzenia medjum. Gdyby prześwietny sąd raczył bodaj na chwilę spojrzeć na sprawę z punktu widzenia spirytystów, toby zrozumiał, że jest absurdem żądać, aby niebiańscy goście zstępowali na ziemię z zaświatów celem udzieleń odpowiedzi na pytania dwóch podstępnych obłudnic.

Taka w krótkim zarysie była obrona Mr. Jonesa, która wywołała obfite łzy u Mrs. Linden i pogrążyła w głęboki sen sekretarza pana prezesa. Pan prezes natomiast szybko doprowadził sprawę do końca.

— Pańskie zarzuty, Mr. Jones, skierowane są, jak widać z całej obrony, przeciw samemu prawu, a to przekracza granice mojej kompetencji. Ja jestem tylko wykonawcą tego prawa, jakkolwiek, jeśli chodzi o moje osobiste przekonanie, zupełnie słuszność tego prawa uznaję. Ludzie tacy, jak pański obecny klijent, są jak owe grzyby, które wyrastają na zepsutym, spleśniałym gruncie społeczeństwa, a próba porównania ich prostactwa ze świętością mężów biblijnych, lub przypisywanie im podobnej mocy, musi być odrzucona przez wszystkich zdrowo myślących ludzi. Co zaś do pana, panie Linden — dodał mierząc surowem okiem nieszczęsne medjum — to sądzę, że jest pan zatwardziałym grzesznikiem, jeśli poprzedni wyrok sądowy nie wpłynął na zmianę pańskiego postępowania. Dlatego zasądziłem pana obecnie na dwa miesiące ciężkich robót bez prawa zamiany na grzywnę pieniężną.

Odpowiedzią był głośny wybuch płaczu Mrs. Linden.

— Bądź zdrowa, kochanko, nie martw się — rzekł skazany, żegnając skinieniem głowy stroskaną małżonkę. W kilka chwil potem odprowadzono go do celi.

Jones, Mailey i Malone spotkali się w sieni, a Mailey ofiarował się odprowadzić biedną kobietę do domu.

— Czy on kiedy zrobił komu co złego? — jęczała. — A ilu pocieszył, uspokoił. W całem tem wielkiem mieście niema chyba lepszego człowieka...

— I równie użytecznego — dodał Mailey. — Ośmielam się twierdzić, że całe dyrektorjum Crockfordzkie ze swymi arcybiskupami na czele nie potrafi złożyć tyle dowodów realnych na życie pozagrobowe ile ich złożył Linden i nawrócić tylu niedowiarków, ilu on nawrócił.

— To wstyd doprawdy, to hańba — oburzał się Malone.

— Zarzut prostactwa był śmieszny — rzekł Jones. — Widocznie pan prezes wyobraża sobie, że pierwsi apostołowie to byli ludzie bardzo kulturalni. No cóż, robiłem, co mogłem. Nie miałem nadziei, że wygram sprawę od samego początku. Moja obrona, to była strata czasu.

— Nie ze wszystkiem — odparł Malone. — Trochę przewietrzył pan atmosferę. Zauważyłem w sali sądowej kilku reporterów. Przecież są między nimi ludzie trzeźwi i bezstronni. Ci muszą zwrócić uwagę na niesprawiedliwość prawa i krzywdę tego człowieka.

— Nie sądzę — rzekł Mailey. — Prasa jest beznadziejna. Mój Boże, ci ludzie nawet nie wiedzą, jaką biorą na siebie odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń. Rozmawiałem z nimi i wiem, co o tej sprawie myśleć.

— To ja przynajmniej zabiorę głos — zawołał gorąco Malone. — I wierzę w to, że inni uczynią to samo. Prasa jest bardziej inteligentna i bardziej niezależna niż pan myśli.

Okazało się jednak, że Mailey miał zupełną słuszność. Gdy odprowadzono Mrs. Linden do jej opustoszałego mieszkania, Malone kupił świeży numer „Planety“. Nagłówek jednego artykułu brzmiał:


OSZUST PRZED SĄDEM.

PIES WZIĘTY ZA CZŁOWIEKA.

KTO BYŁ PEDRO?

PRZYKŁADNY WYROK.


Malone zmiął w ręku gazetę i rzucił ją do kosza.

— Nie dziw, że spirytyści są rozżaleni — pomyślał — mają całkiem słuszne pretensje.

Istotnie, biedny Tom Linden nie miał szczęścia do prasy. Potępiono go zupełnie. „Planeta“, gazeta wieczorna, która powodzenie swe zawdzięczała sportowym przepowiedniom, nazwała wszelkie przepowiednie przyszłości niedorzecznością. Tygodnik „Hones John“, zamieszany w brzydki proces o jakieś olbrzymie nadużycia, nazwał sprawę Lindena publicznym skandalem. Pewien bogaty pastor z prowincji w korespondencji do Times’a wyraził swe oburzenie, że znalazł się ktoś, co chce kupczyć darami ducha. „Gazeta Kościelna“, zwróciła uwagę na wielki wzrost niedowiarstwa, jako na źródło podobnych wypadków, „Wolnomyśliciel“ widział w nich powrót do zabobonów średniowiecza. Wkońcu Mr. Maskelyne pokazał publiczności, ku wielkiej reklamie swego kabaretu w jaki sposób urządza się podobne szwindle z duchami. Tak w ciągu kilku dni Tom Linden, odniósł zupełny sukces, który Francuzi zowią „un succés d’exécration“! Zaczem świat zwrócił uwagę na inne skandaliki, a o sprawie Lindena całkiem zapomniano.



VIII.
Trzej poszukiwacze przygód spotykają się ze złą duszą.

Lord Roxton polował przez długi czas w Afryce środkowej na grubego zwierza, następnie wdzierał się w Alpach na najwyższe szczyty.

Wyprawy te budziły ogólny podziw, rozstawiając jego nazwisko, nie zadowolniły jednak jego samego.

— Szczyty Alp stają się dziś podobne do dziecinnego ogródka — mówił z lekceważeniem — byle kto może się na nie wedrzeć, pełno tam też amatorów. Z wyjątkiem Everestu niema dziś na świecie przyzwoitego zacisza.

Powrót do Londynu lorda Roxton, członkowie Towarzystwa Myśliwskiego upamiętnili wspaniałą ucztą, wydaną na cześć głośnego podróżnika. Zebranie było ściśle prywatne, a więc bez udziału reporterów, lecz przemowa lorda Roxton, głęboko wryła się w pamięć słuchaczów. Przez dwadzieścia minut musiał wysłuchać kwiecistej tyrady prezesa Towarzystwa, zaczem wstał sam zmieszany i nieco gniewny, jak każdy prawdziwy Anglik, gdy słyszy jak go publicznie wysławiają.

— Co, cóż znowu, ależ na Jowisza — oto była treść jego przemówienia, po którem usiadł na fotelu spocony i wyczerpany.

Malone dowiedział się o przybyciu lorda Roxton od Mac Ardle’a, starego, rudego i wiecznie zrzędzącego wydawcy nowości. Miał ów jegomość szczególny węch przy polowaniu na wszelkiego rodzaju nowinki i ten właśnie zmysł sprawił, iż pewnego zimowego poranku Malone wezwany został przed oblicze zwierzchnika. Mr. Ardle wyjął z ust szklaną rurkę, która mu zastępowała cygarniczkę i z pod grubych okularów spojrzał bystro na swego podwładnego.

— Czy pan wie, że lord Roxton wrócił do Londynu?

— Nie słyszałem o tem.

— Tak, tak, wrócił. Wie pan zapewne, że był on ranny w czasie wojny. Dowodził małym oddziałem we wschodniej Afryce i prowadził wojnę na własną rękę, póki go kula w same piersi nie powaliła. Musiał się dobrze potem leczyć, inaczej nie mógłby przecież tak wspinać się po górach. To djabel nie człowiek i zawsze szukający nowych wrażeń.

— Jakichże teraz szuka? — zapytał Malone, patrząc na gazetę, którą bawił się Mr. Ardle.

— Otóż na tym właśnie punkcie on zgadza się z panem. Zaraz pomyślałem sobie: będziecie szukać we dwóch, a ja zyskam kilka ciekawych artykułów w dzienniku. Tu jest wzmianka w Evening Standard.

Wręczył gazetę Malone’owi, który czytał: „Interesujące ogłoszenia w kilku dziennikach wskazują, że słynny lord John Roxton, trzeci syn księcia Pomfret szuka nowych światów, by je podbić. Przebiegł on już całą kulę ziemską wśród licznych przygód awanturniczych, obecnie zwraca się ku owym ciemnym i mglistym dziedzinom badań psychicznych. Drogą ogłoszeń poszukuje on domu, któryby nawiedzony był przez tak zwane popularnie strachy i gotów jest po otrzymaniu informacyj wyruszyć na zbadanie przyczyn tych zjawisk. Ponieważ lord Roxton jest człowiekiem niesłychanie śmiałym, a nadto znakomicie strzela z rewolweru, przeto radzimy figlarzom lubiącym straszyć innych, ażeby tym razem zaniechali swej zabawy, pozostawiając ją tym, których nie przebije kula podobnie, jak zdrowy rozsądek nie przebije mózgów ludzi wierzących w upiory“.

Czytając ostatnie słowa Mr. Ardle zachichotał.

— Mam wrażenie, że się obaj panowie na te strachy wybierzecie, bo choć pan nie jest zdeklarowanym spirytystą, ale zdaje mi się, że już pan wchodzi na tę drogę. Jak pan sądzi, czy nie byłoby dobrze, gdyby pan do spółki z tym obieżyświatem upolował jakiego upiora, a potem kropnął o tej wyprawie parę sensacyjnych artykulików w naszym dzienniku?

— Dobrze, chętnie zobaczę się z lordem Roxtonem — odparł Malone. — Sądzę, że dotąd mieszka w swym pałacu w Albany.

I tak stało się, że przed wieczorem, kiedy mrok dobrze już zgęstniał na ulicach Londynu, nasz dziennikarz przewędrował ulicę Vigo i stanął przed ciemną bramą pałacu, gdzie powitał go portjer. Tak, lord Roxton jest w domu, ale bawi u niego jakiś gentleman. Malone wręczył swój bilet wizytowy odźwiernemu, który powrócił z oznajmieniem, że lord przyjmie gościa. W kilka chwil, wchodził Malone do wspaniałego salonu, którego wszystkie ściany udekorowane były trofeami wojny i licznych polowań. Gospodarz stał już w progu z wyciągniętą kordjalnie ręką na przywitanie gościa. Malone poznał go odrazu. Była to ta sama długa a smukła postać o wychudłej ruchliwej twarzy Don Quichota. Poza tem Malone nie zauważył zmiany w tej twarzy, prócz tego, że orli nos wydłużył się nieco i brwi zgęstniały ponad bystremi zuchwałemi oczyma.

— Hola, młodzieńcze — wykrzyknął. — Byłem pewien, że zajrzysz kiedy do mego starego gniazda. Ja także wybierałem się do twego biura, aleś mnie uprzedził. Proszę wejść. Pozwól, że cię przedstawię wielebnemu ojcu Karolowi Mason.

Wysoki, szczupły mężczyzna, który siedział skulony w ogromnym trzcinowym fotelu wymotał się zwolna z głębin swego siedzenia i wyciągnął kościstą rękę do gościa. Malone dostrzegł parę siwych, poważnych oczu, które przenikliwie utkwiły w jego źrenicach, a także szczery dobroduszny uśmiech, odkrywający dwa rzędy doskonałych zębów. Twarz pastora była poorana zmarszczkami i jakby przygasła. Była to zmęczona twarz bojownika w walce o uszlachetnianie dusz, poważna, lecz zarazem łagodna i dobrotliwa. Malone słyszał wiele o tym duchownym, który opuścił swą wzorową parafję i kościół przez siebie wybudowany, by głosić swobodnie zasady chrystjanizmu z dołączeniem wiedzy zaczerpniętej z nowych psychicznych badań. Dziennikarz, zdziwiony tem spotkaniem zawołał:

— Szczególna rzecz, gdziekolwiek się ruszę, wszędzie trafiam na spirytystów i nie mogę się od nich odczepić!

— Nigdy się pan nie odczepi, panie Malone — rzekł chudy ksiądz z uśmiechem. — I świat się nie odczepi, dopóki nie pozna tej nowej wiedzy, którą Bóg nam zesłał. Pan jej też nie porzuci... za wielka ona, za potężna... W całem tem olbrzymiem mieście nie znajdzie pan liczniejszego zebrania obu płci, gdzieby ziarna tej nauki nie zakiełkowały. A jednak nie szerzy się ona przez prasę i nic się pan o niej nie dowie z dzienników.

— Nie może pan skierować tego zarzutu przeciw Gazecie Codziennej — rzekł Malone. — Prawdopodobnie czytał pan moje artykuły...

— Tak, czytałem. Są one nierównie mądrzejsze niż te okropnie sensacyjne niedorzeczności, które londyńska prasa podaje, o ile oczywiście nie zignoruje tej sprawy całkowicie. Jeśli kto czyta Times’a, to nawet nie dowie się z tej gazety, że taki ruch wogóle istnieje. Raz tylko jeden była tam wzmianka, jaką zapamiętałem, w artykule wstępnym, gdy ta wielka gazeta oświadczyła się z chęcią uwierzenia w spirytyzm, gdyby zapomocą niego można było osiągnąć więcej wygranych w totalizatora, niż zapomocą innych środków.

— Toby było naprawdę użyteczne — rzekł lord Roxton — jabym się z tem zdaniem najzupełniej zgodził.

Pastor spoważniał i począł kręcić głową.

— To mi przypomina cel moich odwiedzin — rzekł, zwracając się do Malone’a. — Pozwoliłem sobie złożyć wizytę lordowi Roxton po przeczytaniu jego ogłoszeń w dziennikach, aby mu powiedzieć, że jeśli wyprawia się na poszukiwanie przygody w dobrej intencji, to istotnie czyni bardzo pięknie, ale jeśli wyprawia się jedynie z zamiłowania do sportu i chce zbliżyć się do biednej błąkającej się duszy w takiem usposobieniu jak podchodził nosorożców w Afryce, to ostrzegam, że może igrać z ogniem.

— O to mi właśnie chodzi, drogi ojcze. Ja całe życie igrałem z ogniem i niema w tem nic dla mnie nowego. Jeśli pan chce, abym patrzał na kwestje duchów z religijnego punktu widzenia, to oczywiście nie mam nic do powiedzenia, gdyż nauka kościoła tego wyznania, w którem byłem wychowany, zadawalnia mnie w zupełności. Ale, jeżeli tak, jak mi pan powiada, mieści się w tem istotne jakieś niebezpieczeństwo, dla mnie rzecz ta zaczyna być interesującą i warta bliższego zbadania. Ot, co jest...

Wielebny Karol Mason uśmiechnął się pobłażliwie.

— Niepoprawny, wszak prawda? — rzekł do Malone’a. — W takim razie, życzę panu bliższego zbadania i zrozumienia tej kwestji.

Powstał i począł się żegnać.

— Zaczekaj chwilkę, ojcze — zawołał żywo lord Roxton. — Gdy wyruszam na badanie nowych krain, mam zwyczaj brać ze sobą znającego teren krajowca. Myślę, że pan jest właśnie takim tubylcem w krainie duchów. — Czy zechce pan wybrać się ze mną?

— Dokąd?

— Proszę tymczasem usiąść, zaraz panu powiem.

Podszedł do biurka i począł przewracać stos papierów.

— Ładna kolekcja domów, gdzie coś straszy — rzekł. — Już pierwsza poczta, przyniosła mi ze dwadzieścia ofert. Ta jednak jest najciekawsza, proszę przeczytać. Dom samotny, ktoś tam ze strachu nawet zwarjował, mieszkańcy w przerażeniu uciekają stamtąd w nocy... okropne widmo... To brzmi nieźle, co?

Duchowny przeczytał list z brwią namarszczoną.

— To niedobra sprawa — rzekł.

— Więc może pan pastor pójdzie... pomoże mi pan wyświetlić tę niedobrą sprawę.

Wielebny Mason wyjął z kieszeni notes i zajrzał do niego.

— We środę mam nabożeństwo dla emerytów i tegoż wieczoru odczyt.

— Przecież my już dziś możemy wyruszyć!

— Daleka droga.

— Niebardzo, tylko do Dorsetshire — trzy godziny koleją.

— I co pan zamierza?

— Sądzę, że jedna noc spędzona w tym domu wystarczy.

— Jeśli tam pokutuje jaka biedna dusza, to jest i obowiązek tam jechać. Dobrze. Jadę.

— Może i dla mnie znajdzie się miejsce — zapytał Malone.

— Ależ oczywiście, młodzieńcze... Ja myślę, że ten stary, półrudy i półłysy pański sęp z redakcji rozmyślnie cię tu przysłał. Aha, widzi pan, jak trafnie zgadłem. No, doskonale, napisze pan potem ciekawy artykuł. Pociąg ze stacji Victoria odchodzi o ósmej, Spotkamy się tam we trójkę, a ja jeszcze po drodze wstąpię do starego poczciwca Challengera.

W kilka godzin potem trzej nasi znajomi jedli kolację w wagonie restauracyjnym, a potem usadowili się w przedziale pierwszej klasy. Roxton, paląc ogromne cygaro opowiadał o swej wizycie u Challengera.

— Nic się ten poczciwiec nie zmienił. Nagadał mi moc bardzo niepochlebnych rzeczy. Powiedział, że mam już niebezpieczne rozmiękczenie mózgu, jeśli wierzę w jakieś strachy. Jak człowiek umarł, to jest martwy, powiada. Wymieranie mówił, jest to djabelnie dobra rzecz, to jedyna nadzieja świata. Wyobrazić sobie, jakiby to był okropny widok, gdyby wszyscy ożyli. Chciał mi dać butelkę chloru, żebym tem cisnął na upiora. Odpowiedziałem, że jeśli mój automatyczny rewolwer nie zatrzyma ducha, to już nic innego nie pomoże. Powiedz mi ojcze, czy to pierwszy raz w życiu jedziesz na spotkanie z duchami?

— Traktuje pan tę sprawę zbyt lekko, sir John — rzekł pastor Mason bardzo poważnie. — Widocznie nigdy nie miałeś z tem do czynienia. Jeśli pan chce wiedzieć, to już kilkakrotnie próbowałem przynieść ulgę tym nieszczęśnikom.

— I traktuje pan tę sprawę całkiem serjo? — zapytał Malone, myśląc o swym przyszłym artykule.

— Bardzo, bardzo poważnie.

— Czem są wywoływane te zjawiska?

— Nie umiem ująć syntetycznie tej kwestji. Pan zna zapewne adwokata Mailey. On mógłby podać panu sporo faktów i objaśnić je. Ja traktuję tę sprawę raczej uczuciowo. Pamiętam, że Mailey cytował kiedyś przykłady z książki profesora Borrano o duchach, gdzie podanych jest zgórą pięćset wypadków zupełnie autentycznych. Ma pan dalej Flammariona, przecież niesposób wyśmiewać dowody podane przez takie powagi naukowe.

— Czytałem Borrana i Flammariona — rzekł Malone — chciałbym jednak dowiedzieć się czegoś z osobistych doświadczeń pana pastora i usłyszeć wnioski, jakie z tych doświadczeń wyprowadził.

— Proszę pamiętać, że nie mam się bynajmniej za powagę w tej kwestji. Tęższe umysły, niż mój zastanawiały się nad tem i doszły do innych konkluzji.

Ja urobiłem swoją na podstawie tego, com sam widział. Ja przypuszczam, że w teozoficznej teorji o powłokach dusz kryje się wiele prawdy.

— Cóż to za teorja?

— Twierdzi ona, że wszystkie materjalne duchy, krążące w pobliżu ziemi są to jakgdyby puste skorupy, czy łuski, z których wewnętrzna realna treść uleciała. My oczywiście zdajemy sobie sprawę, że wszelka generalizacja, wszelkie uogólnienie tego poglądu jest niedorzecznością, gdyż inaczej nie moglibyśmy otrzymywać tych świetnych komunikatów z zaświata, których udzielać mogą tylko bardzo inteligentne istoty. Musimy tedy wystrzegać się uogólnień. Nie wszystkie jednak duchy obdarzone są wysokiem uświadomieniem. Niektóre stoją na tak niskim poziomie, że są czemś czysto zewnętrznem, raczej zjawą, niż rzeczywistością.

— Ale czemu błąkają się jeszcze po ziemi?

— To kwestja niewyjaśniona. Przyjmuje się ogólnie, że jest ciało fizyczne, naturalne, jak je Paweł Święty nazwał, które staje się zwyczajną bryłą w chwili śmierci i eteryczne, duchowe ciało, które żyje nadal i działa, przebywając w jakiejś eterycznej przestrzeni. To są rzeczy zasadnicze. Lecz my możemy mieć tyle zewnętrznych szat, co cebula, i może istnieć pewna eteryczna substancja, która pozostanie na tem miejscu, gdzie za życia danej jednostki dokonał się jakiś czyn wymagający potężnego wysiłku woli lub uczucia. Będzie to jakiś posępny automat, który jednak ma coś z naszego przedśmiertnego wyglądu, coś z naszych myśli i nałogów.

— No, to już przechodzi wszelkie granice ludzkiego rozsądku, bo nigdy nie mógłbym uwierzyć, żeby morderca lub jego ofiara, spędzali całe wieki w jednem miejscu, odgrywając nieustannie scenę raz w życiu popełnionej zbrodni. Cóż byłby za sens?...

— Masz rację młodzieńcze — rzekł lord Roxton. — Miałem kolegę, nazywał się Archie Soames, który posiadał stary dom w Berkshire. Mieszkała tam niegdyś słynna Nell Gwynne i on gotów był przysiąc, że spotkał ją ze dwanaście razy w ciemnym korytarzu.

Archie był to dzielny i śmiały chłop, który nie cofał się przed żadną awanturą lub niebezpieczeństwem, a jednak starannie unikał tego korytarza, gdy noc zapadła.

— Oczywiście trudno uwierzyć — mówił dalej pastor — ażeby istotna dusza tak wybitnej osobistości jak Nell spędzała całe wieki na spacerach po tym korytarzu. Jeśli jednak przypuścimy, że ona poprostu zagryzała się w tym domu, że tam rozmyślała, tam się dręczyła i powoli gasła, to możnaby również przypuścić, że tam właśnie pozostał jakiś jej cień, jakiś obraz duchowy, jakaś zewnętrzna łuska.

— Miał pastor jakieś osobiste przejścia?

— Miałem, jeszcze zanim cośkolwiek wiedziałem o spirytyzmie. Może nie uwierzycie w to co opowiem, ale ja ręczę, że to prawda. Byłem wtedy bardzo młody, otrzymałem świeżo probostwo na północy Anglji. Był tam we wsi dom, gdzie pokutował jakiś złośliwy duch. Postanowiłem egzorcyzmować go. Nasz kościół ma gotową formułę egzorcyzmu, więc sądziłem, że jestem dobrze uzbrojony. Stanąłem na środku bawialnego pokoju, gdzie najczęściej słychać było hałasy. Cała rodzina uklękła koło mnie, a ja rozpocząłem czytać modlitwę. Nie zgadniecie, co się zdarzyło...

Chuda twarz pastora rozjaśniła się pełnym humoru uśmiechem.

— Właśnie mówiłem Amen, przekonany, że po tym egzorcyzmie duch natychmiast wyniesie się jak niepyszny, gdy naraz ogromna skóra niedźwiedzia leżąca przy kominku podniosła się z ziemi i przykryła mi głowę. Wstyd mi się przyznać, ale w dwóch skokach wybiegłem z tego domu. Poznałem wówczas, że religijne ceremonje są w takich wypadkach zupełnie bezskuteczne.

— A co jest skuteczne?

— Łagodne i rozumne słowa mogą najprędzej coś zdziałać. Różne są zresztą owe duchy. Niektóre z tych przywiązanych do ziemi istot, zachowują się obojętnie, inne są łagodne i dobrotliwe, jak naprzykład duchy zakonników z Glastonbury, które w ostatnich czasach tak się cudownie objawiły, o czem wspomina Bligh Bond. Trzymają się one ziemi przez jakąś nabożną pamięć pewnych miejsc. Niektóre zachowują się, jak swawolne dzieci. Inne wreszcie, co na szczęście zdarza się najrzadziej, są to istoty silne, bardzo złośliwe, za ciężkie, by mogły się wznieść ponad powierzchnię ziemi i tak przesycone materją, że ich wibracje mogą oddziaływać na naszą siatkówkę, przez co te istoty stają się widzialne dla naszego oka. Jeśli to były za życia istoty okrutne, podstępne, to są okrutne i chytre po śmierci, a posiadają dość siły, by ludziom krzywdę wyrządzić. Potwory te powstają głównie dzięki naszemu systemowi karania śmiercią zbrodniarzy, gdyż umierają oni w pełni sił, z niezużytą energją, która im potem służy jako narzędzie zemsty na ludzkości.

— Ten pokutnik z Dryfont, dokąd właśnie jedziemy, ma podobno bardzo złą opinję — rzekł lord Roxton.

— Dlatego właśnie ostrzegam przed zbyt lekkomyślnem traktowaniem tej sprawy. Należy on prawdopodobnie do tych najzłośliwszych istot, o jakich dopiero co wspominałem. Jak ośmiornica ma swą jaskinię, gdzieś na dnie oceanu, skąd wyłazi nakształt milczącego obrazu grozy, by rzucić się na pływaka, tak ja wyobrażam sobie tego ducha, który czyha w ciemnościach przeklętego domu i gotów jest rzucić się na wszystkich, kogo tylko może dosięgnąć.

— No proszę! — zawołał Malone — i niema żadnej obrony?

— Owszem, sądzę, że jest. Gdybyśmy jej nie mieli, to takie potwory mogłyby zrujnować ludzki spokój na ziemi. Naszą obroną są białe, dobre duchy. Nazwijmy je aniołami stróżami, jak wierzą katolicy, przewodnikami lub kierownikami, jak chcą spirytyści, lecz jakąkolwiek damy im nazwę, one istnieją i chronią nas od złego.

— Czemu nie ochroniły tego człowieka, który zwarjował ze strachu, co, ojcze?... A gdzież byli twoi przewodnicy, gdy ci ten złośliwy duch okręcał głowę skórą niedźwiedzią, co?...

— Siła naszych przewodników może zależeć od naszej wartości moralnej. Zło zawsze zwycięża do czasu, dobro odnosi jednak triumf ostateczny. Tego ja sam w życiu doświadczyłem.

Lord Roxton potrząsnął głową.

— Jeśli dobro zwycięża, to musi to być djabelnie długa meta wyścigowa i wielu z nas nie doczeka się finiszu. Ot, tacy handlarze i rabusie gumy, z którymi miałem utarczkę nad rzeką Putomayo, gdzież oni są? Większość mieszka w Paryżu i dobrze się im powodzi. A moi biedni negrowie pomordowani. I cóż powiesz na to, ojcze wielebny?

— Trzeba mieć wiarę. Przedewszystkiem powinniśmy pamiętać, że nigdy nie wiemy gdzie, kiedy i jak się co kończy. Rezultat historji życia ziemskiego może się okazać dopiero w przyszłem życiu. Tem większego znaczenia nabierają wiadomości, jakie o tem życiu możemy otrzymać z zaświata dzięki stosunkom z duszami zmarłych. Dają nam one jakby dalszy rozdział historji zaczętej na ziemi.

— Gdzież mogę te rozdziały przeczytać? — zapytał Malone.

— Jest wiele cudownych książek, choć świat nie docenia ich wartości, wiele dokumentów o życiu pozagrobowem. Przypominam sobie jeden taki wypadek. — Możecie go panowie uważać za zwykłą przypowieść — ale ja widzę w tem coś więcej niż zwyczajną porabolę. Zmarły bogacz zatrzymuje się przed jakimś uroczym domkiem, lecz zasmucony przewodnik jego odciąga bogacza: „To nie dla ciebie, to jest dla twego ogrodnika“. Pokazuje mu jakąś mizerną budę. „Nie dałeś nam tyle, by nawet to wybudować, oto wszystko cośmy mogli uzyskać dla ciebie“. — To może być dalszy rozdział do historji pańskich rabusiów gumowych.

Roxton zaśmiał się ironicznie.

— Jabym im dał budę na sześć łokci długą i na dwa głęboką — rzekł. — Nie kręć tak głową, padre. Ja nie kocham bliźniego, jak siebie samego i nigdy nie będę, a niektórych bliźnich nienawidzę z całej duszy.

— Zapewne, powinniśmy nienawidzieć grzech i ja osobiście nigdym się nie czuł na tyle silny, by oddzielić grzech od grzesznika. Jakżeż mógłbym wygłaszać kazania, gdy sam jestem tak słaby i grzeszny, jak każdy z moich bliźnich.

— Doskonale. To jest jedyne kazanie, którego mógłbym słuchać — rzekł lord Roxton. — Taki jegomość na ambonie stoi zbyt wysoko nad moją głową. Gdyby się zniżył do mnie, możebym z jego kazania odniósł jakiś pożytek... Ale zdaje mi się, że my nie będziemy dużo spali tej nocy. Mamy jeszcze godzinę drogi do Dryfont, trzeba się trochę zdrzemnąć.

Było już po godzinie jedenastej, kiedy nasi znajomi wśród mroźnej nocy przybyli na miejsce. Stacja niewielkiego zakładu kąpielowego w Dryfont była prawie pusta, lecz fakiś mały, otyły jegomość w futrze przysunął się ku nim i przywitał ich serdecznie.

— Jestem Belchamber, właściciel owego domu. Jak się macie panowie? Otrzymałem depeszę od pana, lordzie Roxton i wszystko jest przygotowane. Bardzo to pięknie, że pan przybył. Jeśli pan może co uczynić dla wybawienia mnie z ciężkiego kłopotu, będę naprawdę bardzo wdzięczny.

Mr. Belchamber zaprowadził gości do małego hotelu kolejowego, gdzie wszyscy pokrzepili się trochę przygotowaną zakąską, a gdy jedli, właściciel domu opowiadał im swoje strapienia.

— Nie jestem wcale bogaty, panowie. Handlowałem wołami, cały mój zysk oszczędzony to są trzy domy. Jednym z nich jest właśnie ten, Villa Maggiore. Kupiłem go bardzo tanio, to prawda. Ale skądże mogłem wiedzieć, że historja o tym warjacie doktorze jest prawdziwa.

— Opowiedz nam pan — rzekł lord Roxton, jedząc z apetytem bułkę z szynką.

— Mieszkał on tu za czasów królowej Wiktorji, ja go sam dość często widywałem. Wysoki, żylasty, śniady, trzymał się nieco pochyło i gdy szedł, powłóczył trochę nogami. Powiadają, że całe życie spędził w Indjach, a niektórzy sądzili, że krył się tutaj z powodu jakiejś popełnionej zbrodni, gdyż nigdy nie pokazywał się we wsi i rzadko kiedy wychodził z domu przed zachodem słońca. Raz złamał psu nogę, rzuciwszy kamieniem, mówiono, że możnaby go o to podać do sądu, ale naogół ludzie bali się go i nikt nie odważył się zaskarżyć dziwaka. Mali chłopcy ze wsi nawet szybko przechodzili koło tego domu, gdyż często siadywał w oknie posępny i jakby wiecznie zagniewany. Lecz pewnego razu nie wyszedł z pokoju po mleko, które mu rano przynosiła kobieta, to samo i na drugi dzień. Wyważono drzwi i znaleziono go martwym w wannie, ale to była kąpiel z jego własnej krwi, bo poprzecinał sobie wszystkie żyły na ręku. Nazywał się Tremayne. Wszysgy starsi ludzie go pamiętają.

— I pan kupił ten dom?

— Tak, kazałem go otynkować, wymalować z zewnątrz, wywietrzyć, wytapetować, wyglądał zupełnie jak nowy, potem wynająłem go panu Jenkins. Trzy dni tylko w nim mieszkał. Zniżyłem czynsz i wziął go Mr. Beale, były kupiec korzenny.

I to właśnie on zwarjował, literalnie zwarjował, moi panowie, pomieszkawszy zaledwie tydzień. Nikt od tej pory nająć tego domu nie chce, a ja tracę rocznie sześćdziesiąt funtów, nie mówiąc już nic o różnych podatkach i świadczeniach, które płacę jako właściciel. Jeśli wy, panowie, możecie coś uczynić, to proszę was o to na miłość boską. Inaczej chyba go spalę, bo poco mam dokładać...

Willa Magglore stała o pół mili od miasteczka u stoku niewielkiego pagórka. Mr. Belchamber odprowadził gości do samych drzwi domu. Budynek nie robił sympatycznego wrażenia, olbrzymi okap wystawał ponad górne części okna, zasłaniając je prawie w połowie. Księżyc świecił dość jasno, można więc było objąć wzrokiem cały ogród z pozarastanemi ścieżkami w stanie zupełnego opuszczenia. Było bardzo cicho, posępnie, niemal złowróżbnie.

— Drzwi nie są zamknięte — rzekł właściciel. — Znajdą panowie kilka krzeseł i stół w bawialnym pokoju po lewej stronie sieni. Kazałem tam zapalić kosz węgla. Powinno być wygodnie, ale nie miejcie mi panowie za złe, że sam nie wchodzę, moje nerwy nie są już takie jak dawniej...

Rzuciwszy jeszcze kilka słów usprawiedliwienia, właściciel wymknął się dość szybko. Nasi znajomi pozostali sami.

Lord Roxton przywiózł ze sobą silną latarkę elektryczną. Otworzywszy wilgotne, pleśnią pokryte drzwi puścił strumień światła w pusty korytarz, w którego końcu widać było szerokie drewniane schody, prowadzące na pierwsze piętro. Po obu stronach korytarza były drzwi. Pokój na prawo był duży, pusty, w jednym tylko kącie leżała zardzewiała kosa, obok zaś stos książek i starych dzienników. Przeciwległy pokój był nierównie milszy. Na kominku płonął ogień i trzaskał wesoło, tuż przy nim stały wygodne fotele, sosnowy stół z karafką wody, kosz z węglami i kilka drobiazgów. Duża naftowa lampa oświetlała wszystkie te przedmioty. Pastor i Malone zbliżyli się do ognia, gdyż było istotnie zimno, a tymczasem lord Roxton uzupełniał swoje przygotowania. Z małej skórzanej pochewki wyciągnął swój automatyczny rewolwer, obejrzał go starannie i położył na kominku. Wkońcu wydobył kłębek wełnianych nici, pociął na dłuższe kawałki i przymocował je do ścian wpoprzek korytarza oraz przeciwległych drzwi.

— Teraz rozejrzyjmy się trochę po tym lokalu — rzekł, pokończywszy przygotowania — potem usadowimy się tutaj i będziemy czekali, co nastąpi...

Weszli w korytarz i dalej w głąb po schodach do górnego pasażu, który rozdzielał się na prawo i lewo pod kątem prostym od klatki schodowej. Na prawo były dwa duże, puste, zakurzone pokoje z poodrywanemi tapetami, które w długich pasach zwieszały się ze ścian. Podłoga zasypana była gruzem odpadłego tynku. Po lewej stronie był jeden tylko pokój obszerny, również w stanie zupełnego opuszczenia. Łączył się on z tragicznej pamięci łazienką, w której stała jeszcze wysoka cynkowa wanna. Na jej dnie widniały dwie szerokie plamy, a choć to już była tylko rdza, przecież budziły straszliwe wspomnienia przeszłości. Malone spostrzegł ze zdumieniem, że pastor zachwiał się na nogach i oparł ręką o ścianę, by nie upaść. Twarz jego była trupio blada, na czoło wystąpiły gęste krople potu. Był tak osłabiony, że obaj towarzysze musieli sprowadzić go ze schodów i usadowić koło kominka w fotelu. Zdawał się być zupełnie wyczerpany i dłuższa chwila minęła, zanim usta otworzył.

— Czyście nic nie uczuli? — zapytał. — Jestem sam trochę medjum i bardzo wrażliwy na wszelkie psychiczne impresje. To, czego tam doznałem, było wprost okropne.

— Co czułeś, ojcze?

— Trudno opisać te wrażenia. Serce ustało mi bić w piersich, doznałem nagle uczucia straszliwego osamotnienia. Wszystkie zmysły moje zaatakowane były jednocześnie, w oczach zaczęło się ćmić, uczułem odrażającą woń zgnilizny, zdawało się, że coś, czy ktoś wysysa ze mnie wszystkie siły żywotne. — Wierzaj mi, lordzie Roxton, to nie będzie rzecz łatwa przetrzymać te okropności, jakie nas tej nocy czekają.

Nieustraszony poszukiwacz przygód nagle spoważniał.

— I ja tak zaczynam myśleć — rzekł. — Czy sądzisz, ojcze, że nie będziesz zdolny do przeniesienia tych wrażeń?

— Przykro mi, żem się okazał tak słabym — odparł Mr. Mason. — Moim obowiązkiem jest przenieść to wszystko. Im gorszy wypadek, tem większa potrzeba mojej pomocy... Już przyszedłem do siebie zupełnie — dodał ze swym dziwnie miłym uśmiechem, wyjmując z kieszeni starą, opaloną wiśniową fajeczkę.

— To najlepsze lekarstwo na rozigrane nerwy. Będę tu sobie siedział i palił, dopóki nie będę wezwany.

— W jakiej postaci się to ukaże, jak pan sądzi? — zapytał Malone.

— Będzie to coś widzialnego, to zdaje się nie ulega wątpliwości.

— Otóż tego w żaden sposób nie mogę zrozumieć, chociaż czytałem dość dużo — rzekł Malone. — Wszystkie spirytystyczne powagi jednozgodnie głoszą, że musi być do tego jakaś podstawa materjalna i że ta materja odciągnięta jest z ludzkiego ciała. Nazwijmy ją ektoplazmą, czy też inaczej, w każdym razie jej źródło jest w żywem ludzkiem ciele, czy nie tak?

— Całkiem trafnie — odparł Mason.

— Dobrze, więc mamy przypuszczać, że ten doktor Tremayne tworzy sobie postać, biorąc ektoplazmę z nasz trzech?

— Sądzę, że w większości wypadków tak właśnie duch postępuje. Jestem przekonany, że kiedy widz odczuwa zimny powiew wiatru, kiedy włosy podnoszą się mu na głowie, a serce ustaje bić, wtedy jest on zupełnie świadom tego wysysania ze swego ciała ciepła i żywotności, to zaś może spowodować zemdlenie, a nawet śmierć. Prawdopodobnie wypijał on ze mnie tę żywotność.

Czekano. Czekanie to było ogromnie nużące. Na drewnianym o wypłowiałych barwach kominku, umieszczono zegar powozowy i spoglądano nań często, patrząc jak wskazówki jego posuwały się nieznacznie i zwolna, od pierwszej do drugiej i od drugiej do trzeciej po północy. Z zewnątrz dolatywało smętne hukanie sowy. Willa leżała na uboczu, żaden dźwięk ludzki z zewnątrz nie przypominał ruchu i życia. Pastor drzemał w fotelu, Malone palił papierosa za papierosem, lord Roxton przerzucał karty ilustrowanego pisma. Wśród nocnej ciszy dawały się czasem słyszeć jakieś dziwne pukania i skrzypienie, cichły jednak dość szybko. Słowem nic się nie zdarzyło okropnego, aż...

Kto schodził z górnego korytarza.

Nie mogło być żadnej wątpliwości. Był to ukradkowy, a jednak zupełnie wyraźny odgłos kroków. Cup, cup, cup... Teraz na korytarzu... Coraz bliżej... tuż przy drzwiach pokoju. Trzej mężczyźni siedzieli wyprostowani w fotelach z wzrokiem wlepionym w uchylone drzwi, Roxton pochwycił za rewolwer. Czy to weszło do pokoju? Drzwi były napół otwarte, lecz nie otwierały się szerzej. A jednak wszyscy trzej mieli wrażenie, że nie byli sami w pokoju, że ktoś na nich patrzy. Zrobiło się nagle całkiem chłodno. Malone począł się trząść. W kilka chwil potem usłyszano znów kroki odwrotu. Były one ciche i szybkie, nierównie szybsze niż przedtem. Można było mniemać, że zjawił się posłaniec, który zbadawszy stan rzeczy śpieszył z relacją do pana, czającego się w mrokach na górze.

Znajomi nasi spojrzeli po sobie.

— Na Jowisza! — wykrzyknął po chwili lord Roxton. — Był blady, ale zdecydowany, Malone zapisywał w notesie czas, pastor modlił się.

— Pójdziemy naprzeciw — rzekł Roxton. — Nie możemy poprzestać na tem cośmy słyszeli, musimy tę rzecz zbadać, wyświetlić... Muszę ci wyznać, padre, żem raz szedł w gęstwę dżungli wślad za zranionym tygrysem, ale nie czułem tego naprężenia nerwów co dzisiaj. Wyprawiłem się na szukanie silnych wrażeń i mam je... Trudno, trzeba być konsekwentnym, idę na górę.

— My razem z panem — zawołali towarzysze lorda, zrywając się z foteli.

— Zostań, młodzieńcze!... I ty także, ojcze. Zadużo byłoby hałasu, gdybyśmy poszli w trójkę. Jeśli będę potrzebował pomocy, zawołam was. Mam zamiar podsunąć się cichutko i zaczekać na schodach. Jeśli ta istota wróci, musi przejść koło mnie.

Wszyscy trzej wyszli na korytarz. Dwie świece rzucały niewielkie kręgi światła, widać było słabo oświetlone schody z gęstą ciemnością u szczytu. Roxton podszedł cicho i usiadł w połowie schodów z rewolwerem w ręku. Położył palce na ustach, zaczem niecierpliwym gestem — nakazał towarzyszom wrócić do pokoju. Usłuchali go i zasiedli przy kominku, czekając.

Półgodziny, trzy kwadranse... a potem... Przyszło to nagle. Szelest szybkich kroków, huk wystrzału, szamotanie się krótkie, odgłos ciężkiego upadku i głośny krzyk o ratunek. Drżąc z przerażenia pośpieszyli obaj na korytarz. Lord Roxton leżał twarzą do ziemi na kupie gruzów i śmieci. Gdy go podnieśli, był jakby olśniony i krwawił w miejscach, gdzie zdarta była skóra na rękach i policzkach. Spoglądając w górę zauważyli, że cienie u szczytu schodów są jakby grubsze i gęstsze.

— Nic mi nie jest — rzekł Roxton — gdy go usadowiono w fotelu. — Dajcie mi odetchnąć minutę, a zaraz idę na nową rundę z djabłem, bo jeśli to nie był djabeł, to chyba wcale niema djabłów na ziemi.

— Tym razem nie puścimy pana samego — rzekł Malone.

— Naturalnie, że nie — dorzucił pastor. — Ale powiedz nam pan, co się stało?

— Ja sam dobrze nie wiem. Siedziałem, jak widzieliście na schodach, tyłem zwrócony do szczytu. Naraz usłyszałem kroki i zobaczyłem coś czarnego nad sobą. Zrobiłem pół obrotu wstecz i dałem ognia. W tej samej chwili zostałem ze schodów zepchnięty jak dziecko. Cały ten gruz posypał się na mnie.

— To wszystko, co mam do opowiedzenia.

— Dlaczego mamy dalej badać tą sprawę — zapytał Malone. — Jest pan przecież pewny, że to była siła więcej niż ludzka, czy tak?

— Nie mam pod tym względem najmniejszej wątpliwości.

— Ja idę sam — krzyknął wreszcie Malone kierując się spiesznie ku drzwiom.

— Nie, tak być nie może, idę z panem...

Pastor podążył za dziennikarzem.

— Czekajcie, nie chodźcie bezemnie! — krzykną] lord Roxton, chromając ztyłu za towarzyszami.

Stanęli razem u wejścia na schody wiodące do górnego pasażu. Malone oparł się ręką o poręcz i postawił nogę na pierwszym stopniu, gdy się zdarzyło...

Co to było? Sami nie mogli się zorjentować. Widzieli tylko, że cienie u szczytu schodów zgęstniały, poczęły się skupiać i rysować w bardziej określony kształt, jakby ogromnego nietoperza. Wielki Boże! Te kształty zaczynały się poruszać cicho, lecz szybko, coraz szybciej wdół. Czarne to było, czarne jak symbol nocy, olbrzymie, nieforemne, napoły ludzkie, a w całości swej okropne, złe i niszczące. Z krzykiem przestrachu wszyscy trzej zawrócili i biegli wzdłuż korytarza ku drzwiom wyjściowym. Lord Roxton pierwszy dopadł klamki i drzwi się otwarły.

Ale już było za późno. — Owo coś dopadło uciekających. Mieli wrażenie zetknięcia się z czemś ciepłem, śliskiem, nozdrza ich uderzył cuchnący trupi odór, ujrzeli jakąś twarz napół sformowaną, ohydną i długie, jak macki meduzy ramiona, które ich obejmowały. W parę chwil potem wszyscy trzej leżeli rzuceni z nieludzką siłą na żwir. Drzwi domu zamknęły się z trzaskiem.

Malone stękał, lord Roxton klął siarczyście, jeden tylko pastor milczał, gdy dźwigali się z ziemi, ogłuszeni upadkiem i pokaleczeni. Nieopisana groza nakazywała im zapomnieć o bólu fizycznym. Zeszli się razem i stali dłuższą chwilę w świetle chylącego się ku zachodowi księżyca, z oczyma wlepionemi w ciemny prostokąt drzwi wejściowych.

— To już chyba dosyć — odezwał się wreszcie Roxton.

— Więcej niż dosyć — rzekł Malone. — Nie wszedłbym do tego domu, choćby mi redaktor złote góry obiecał.

— Czyś pan skaleczony?

— Splugawiony, spodlony... oh, to było wstrętne!..

— Ohydne, zgniłe — rzekł Roxton. — Zgniłe! Czyś pan czuł te smrodliwe wyziewy? A to ciepło ropiące..?

Malone wstrząsnął się z obrzydzeniem. — Bez rysów twarzy, tylko te oczy straszliwe! Napół zmaterjalizowany, okropny!...

— Zostawiliśmy świece...

— Bierz licho świece, niech się palą! Ja już tam nie wejdę.

— Belchamber może przyjść rano. Może już czeka na nas w restauracji.

— Tak, chodźmy do restauracji, wróćmy do ludzi.

Malone i Roxton zwrócili się ku bramie, lecz pastor stał, nie ruszając się z miejsca i wyciągnął tylko krucyfiks z kieszeni.

— Możecie panowie iść — rzekł spokojnie — ja wracam.

— Co? Do tego domu?

— Tak, do tego domu.

— Ojcze, to szaleństwo. On ci kark skręci... My jesteśmy jak wypchane lalki w tych okropnych mackach.

— Dobrze, niech mi skręci, ja wracam.

— My nie puścimy, Malone, trzymaj go...

Było jednak za późno! W kilku susach Mr. Mason dopadł drzwi, otworzył je szybko, wszedł i zamknął za sobą. Gdy towarzysze chcieli wejść za nim, usłyszeli po drugiej stronie szczęk żelaza. To padre ryglował drzwi, by nikogo nie wpuścić. We drzwiach była wąska pozioma szpara, za którą ze strony wewnętrznej była niegdyś skrzynka do listów. Przyłożywszy do tego otworu usta lord Roxton usiłował nakłonić pastora do powrotu.

— Proszę tam pozostać lub wracać — odparł surowy głos duchownego. — Ja mam tu swój obowiązek do spełnienia, przyjdę, gdy pracy dokonam.

W chwilę potem znów usłyszano jego głos. Tym razem brzmiał on słodko, łagodnie, serdecznie. Słuchający przed domem towarzysze chwytali tylko dźwięki, od czasu do czasu jakieś wyraźniejsze słowo modlitwy, czasem upomnienia, lub uprzejme powitania. Patrząc przez szparę Malone widział w świetle świec wysoką, ciemną postać pastora, plecami zwróconą do drzwi, a twarzą ku schodom z krucyfiksem podniesionym do góry.

Głos umilkł, a potem obaj towarzysze byli świadkami jeszcze jednego cudu w owej przygód pełnej nocy. Ktoś pastorowi odpowiadał. Dźwięk tego głosu był taki, jakiego nigdy przedtem nie słyszeli; gardłowy, chrypliwy, skrzeczący i niewymownie groźny. Brzmiał zwykle krótko, lecz niezwłocznie potem następowała odpowiedź pastora, wymówiona głosem łagodnym, w którym drgało jednak silne wzruszenie. Z brzmienia głosu pastora można było wnosić, że treścią jego przemówienia była życzliwa szczera porada. Rozmowa przeciągała się, odpowiedzi były to krótkie, to bardzo długie, zmieniał się ton głosu, przechodząc raz w prośbę gorącą, to w ojcowskie upomnienia. Głos ten koił, uśmierzał, zaklinał — była w nim cała gama uczuć, wszystko, prócz wymówek i groźby. Zmrożeni do szpiku kości Roxton i Malone tulili się do drzwi, łowiąc urywki z tego niepojętego dla nich dialogu. Po pewnym czasie, który słuchającym wydał się niezmiernie długim i nużącym, chociaż nie upłynęła nawet godzina, rozległ się ponownie głos Mr. Masona, tym razem niezwykle silny, brzmiący jakąś upojną radością. Słychać było wyraźnie każde słowo Modlitwy Pańskiej... Ojcze nasz, który jesteś w niebie... Czy to złudzenie, czy też istotnie obaj towarzysze słyszeli, że z głosem pastora łączy się ów drugi nieznajomy głos, pozbawiony jednak odcienia groźby i nienawiści. Wkrótce potem światło zgasło, dał się słyszeć szczęk odsuwanego rygla i z mrocznej sieni wychylił się pastor, niosąc w ręku torbę podróżną Roxtona. W świetle zachodzącego księżyca wyglądał bardzo blado, lecz oczy świeciły mu żywym blaskiem szczęścia.

— Sądzę, że są tu wszystkie pańskie rzeczy — odezwał się, wręczając torbę lordowi.

Roxton i Malone chwycili pastora z obu stron pod ramiona i wiedli go szybko ku gościńcowi.

— Na Jowisza! — Już się nam teraz nie wydrzesz — wołał szlachcic. — Padre, tyś zasłużył na order Podwiązki i Złotego Runa.

— Nie, nie, dajcie pokój. Spełniłem tylko obowiązek. Biedaczysko, on bardzo potrzebował pomocy. Jestem sam grzesznikiem, ale na szczęście potrafiłem mu jej udzielić.

— Wyświadczyłeś mu, ojcze, przysługę?

— Myślę pokornie, że tak. Byłem tylko narzędziem sił wyższych. Dom ten już nie będzie nawiedzony przez strachy. Obiecał mi to. Lecz nie mogę mówić o tem teraz. Może później przyjdzie mi to łatwiej.

Właściciel hotelu i dziewki służebne patrzyli ze zdumieniem na trzech podróżnych, gdy się znów pojawili w chłodnem świetle zimowego poranku. Zdawało się, że każdy z nich postarzał o kilka lat w ciągu jednej nocy. Mr. Mason, ulegając wewnętrznej reakcji rzucił się na sofę w małym pokoiku hotelowym i zasnął w okamgnieniu.

Zdążyli na wczesny pociąg do Londynu i zajęli cały przedział. Mason mówił mało, był zatopiony w rozmyślaniach. Naraz zwrócił się do towarzyszy:

— Panowie — rzekł — złączcie się ze mną w modlitwie.

Lord Roxton wykrzywił się kapryśnie.

— Ostrzegam cię, padre, że wyszedłem trochę z praktyki.

— Proszę, uklęknij pan koło mnie. Potrzebuję waszej pomocy.

Uklękli tuż obok siebie, pastor pośrodku. Malone zanotował sobie w pamięci treść modlitwy.

— Ojcze niebieski, my wszyscy jesteśmy Twoje dzieci, biedne, słabe, bezradne stworzenia, gnębione losem i pokusami. Błagamy Cię, byś raczył spojrzeć miłościwie na duszę Ruperta Tremayne, który odszedł daleko od Twojej świetlanej drogi i błądzi teraz w ciemnościach. Upadł on nisko, bardzo nisko, bo miał dumne serce, którego nic zmiękczyć nie mogło, a umysł okrutny, nienawiści pełen. Lecz teraz nawraca się ku światłu, więc proszę pomocy dla niego i dla kobiety Emmy, która z miłości dla niego również stoczyła się w ciemność. Niechże go ona podniesie, jak to starała się czynić za życia. Niechże oboje zerwą pęta nienawiści do ludzi, które ich wiążą przy ziemi.

Niechże od dzisiejszej nocy, płyną oboje ku światłu niebieskiemu, co prędzej czy później zaświeci najlichszym nawet istotom.

Powstali z kolan.

— Tak będzie lepiej! — zawołał wesoło padre, uderzając się w pierś kościstą ręką.

— Cóż to była za noc! Dobry Boże!... Co za noc!...


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





Arthur Conan Doyle - Tajemnicze krainy T2 (book cover)


IX.
W którym jest mowa o zjawiskach całkiem realnych.

Zdawało się, że przeznaczenie jakieś związało Malone’a z losem rodziny Lindena, zaledwie bowiem pożegnał nieszczęsnego Toma, gdy przypadek wplątał go w przykrą awanturę z niecnym bratem uwięzionego.

Historja ta zaczęła się rano dzwonkiem telefonu. Malone przyłożywszy słuchawkę, poznał głos Algernona Mailey.

— Ma pan wolny czas po obiedzie?

— Mogę być do pańskich usług.

— Pan jest dzielnym sportowcem. Był pan na międzynarodowych igrzyskach jednym z przedstawicieli Irlandji, prawda? Tak, doskonale....

— Gdyby zaszła potrzeba wzięcia się z kimś za bary, nie odmówiłby pan swego udziału, co?

Malone uśmiechnął się do telefonu.

— Czemu nie, jeśliby trzeba było koniecznie...

— Ale przeciwnik jest groźny... Przyjdzie nam obezwładnić zawodowego atletę.

— Wybornie — rzekł wesoło Malone.

— Przydałby się nam jeszcze jeden pomocnik. Czy zna pan jakiego sportowca, któryby mógł przyjść dla samej chęci doznania awantury? Gdyby się znał cokolwiek na psychicznych sprawach, byłoby jeszcze lepiej....

Malone pomyślał chwilkę, poczem jakby dobrą myślą natchniony, rzekł:

— Znam takiego... Lord Roxton. Chłop nie ułomek, znakomicie wytrenowany, może być bardzo pomocny w ręcznem spotkaniu. Może go przyprowadzę. A co do zainteresowania w spirytyźmie, to sądzę, że nabrał do tych spraw gustu od czasu naszej niedawnej przygody w Dorsetshire.

— Doskonale, proszę go przyprowadzić. Gdyby nie przyszedł, będziemy musieli załatwić się sami. Belshaw Gardens 41, wpobliżu stacji Earl’bourt. Trzecia po południu. Dobrze?...

Malone zadzwonił zkolei do lorda Roxtona i wkrótce usłyszał znany dobrze głos.

— Co ma być znowu, młodzieńcze? Bitka? Czy tylko napewno, co? Mam na dziś zamówioną partję golfa w zwierzyńcu w Richmond, ale pańska propozycja brzmi bardziej ponętnie... bo?... a tak... Doskonale... przyjdę z pewnością.

I tak około trzeciej po południu Mailey, lord Roxton i Malone zasiedli koło kominka w gustownie urządzonym salonie adwokata. Żona jego, przystojna i miła kobietka, która była dzielną towarzyszką męża, zarówno w jego duchowych, jak i materjalnych sprawach — powitała gości serdecznie.

— Ty, moja droga nie weźmiesz udziału w naszym... seansie — rzekł Mailey — wycofasz się planowo na przygotowaną zgóry tylną pozycję. I nie martw się, jeśli usłyszysz wrzawę bitwy.

— Ależ ja się bardzo martwię, może was pokaleczyć...

Mailey zaśmiał się.

— Ja myślę, że co najwyżej meble mogą być pokaleczone. Nie masz się czego lękać, kochanie. To wszystko dla dobra sprawy... Ten argument działa zwykle najskuteczniej — zwrócił się Mailey do gości, gdy małżonka ociągając się nieco, wyszła z pokoju. — Mam wrażenie, że ona sama gotowaby stanąć do walki „dla dobra sprawy“. Jej zacne, kochające serce wie, jak wielką osłodą byłaby dla ludzi świadomość wpajana nie gołemi słowy, ale stwierdzona faktami, że człowiek wymyka się z objęć śmierci i żyje dalej, osiągając coraz doskonalszą szczęśliwość. Zaprawdę, ona mi dodaje podniety, jest mojem natchnieniem. Lecz dajmy temu pokój, mamy dziś inną sprawę do załatwienia z człowiekiem tak wstrętnym i niegodziwym, jak ona jest piękną i dobrą. Chcę mówić o bracie Toma Lindena.

— Słyszałem o tym człowieku — rzekł Malone. — Uczyłem się niegdyś pięściarstwa i do dziś dnia jestem członkiem Towarzystwa bokserskiego. Silas Linden o mały włos nie został championem Anglji.

— Tak, właśnie ten sam. Lecz dziś porzucił swoje rzemiosło i myśli zarabiać jako medjum. Początkowo ja i inni spirytyści braliśmy tę rzecz poważnie, gdyż szanujemy jego brata i wiemy, że dar jasnowidzenia, acz bardzo rzadki naogół, bywa czasem udziałem członków jednej rodziny, dlatego propozycja Silasa wydała się nam dość racjonalna i poprosiliśmy go wczoraj na seans.

— I cóż się stało?

— Podejrzewałem tego draba od samego początku, gdy tylko przybył na seans. Panowie rozumiecie, że trudno jest fałszywemu medjum wprowadzić w błąd doświadczonego spirytystę, a jeśli wykryje się oszustwo, sprawa nasza ogromnie na tem cierpi. Dlatego obserwowałem go pilnie i usadowiłem się blisko gabinetu. Naraz pojawił się ubrany biało. Zerwałem kontakt, puściwszy rękę żony, która siedziała koło mnie. Miałem przy sobie nożyczki i kiedy przesuwał się koło mnie, odciąłem kawałek jego białej koszuli.

Mailey dobył z kieszeni trójkątny kawałek płótna.

— Oto jest, jak panowie widzą. Całkiem ordynarne płótno. Jestem przekonany, że nicpoń włożył swoją nocną koszulę.

— Czemu go pan odrazu nie zdemaskował — zapytał lord Roxton.

— Łotr jest silny i brutal, na zebraniu było kilka pań, a ja jeden byłem jako tako zdolny do walki.

— A co pan dzisiaj zamierza uczynić?

— Zamówiłem go tu na wpół do czwartej, przyjdzie na pewno, chyba, że zauważył odcięty kawałek swej bielizny, sądzę jednak, że nie podejrzewa, poco go wezwałem...

— Co pan chce zrobić?

— To zależy od niego, ja go za wszelką cenę muszę unieszkodliwić, gdyż sprawa nasza traci na tem ogromnie. Taki niegodziwiec nie ma o niej pojęcia, poluje tylko na gwineje i w ten sposób kompromituje uczciwe medjum, gdyż publiczność mierzy ich wszystkich jednakową miarą. Z pomocą panów, będę się mógł z tym drabem rozmówić na równych warunkach, czegobym nie mógł uczynić, będąc sam jeden. Ale zdaje mi się, że idzie.

Na schodach dały się słyszeć ciężkie kroki, a po chwili otworzyły się drzwi i w progu ukazał się Silas Linden, były pięściarz zawodowy, obecnie zawodowe medjum. Małe jego szare oczki patrzyły niespokojnie i podejrzliwie na trzech mężczyzn. Skłonił się jednak przed adwokatem i twarz ustroił w przyjemny uśmiech.

— Dzień dobry, Mr. Mailey. Mieliśmy wczoraj wieczorem piękny seans, wszak prawda?

— Proszę siadać, panie Linden — rzekł Mailey, wskazując olbrzymowi krzesło. — Właśnie w sprawie wczorajszego wieczoru pozwoliłem sobie zaprosić pana i pogadać z nim trochę. Pan nas oszukiwał.

Obwisłe policzki Lindena pokryły się rumieńcem gniewu.

— Co pan powiada? — zapytał ostro.

— Pan nas oszukiwał. Odziany w białe płótno udawał pan ducha.

— Kłamie pan bezczelnie — krzyknął Linden. — Nic podobnego nie zrobiłem.

Mailey wyciągnął z kieszeni kawałek płótna i rozprostował go na kolanie.

— A to co? — zapytał.

— No, co to? chcę wiedzieć...

— To było odcięte z pańskiej białej koszuli, którą pan włożył na surdut. Odciąłem sam, gdyś pan stał koło mnie. Jeśli się pan przyjrzy swej nocnej koszuli, spostrzeże pan brak tego kawałka. Proszę się nie zapierać panie Linden, to panu nic nie pomoże. Dowód jest zbyt oczywisty.

Przez chwilę olbrzym zdawał się być całkiem zmieszany, potem jednak wybuchnął potokiem grubjaństw.

— Co pan sobie myśli — krzyczał, wodząc dokoła wściekłemi oczyma. — Pan myśli, że ze mną taka łatwa sprawa, że mnie można nabrać jak smarkacza?! Co znaczą te bajdy? Pan się źle wybrał ze swemi żartami...

— Na nic się nie zda pański krzyk, panie Linden — odparł spokojnie Mailey. — Mógłbym oddać pana w ręce policji, ale nie chcę publicznego skandalu, przez pamięć na pańskiego brata. Lecz nie opuści pan tego pokoju, póki nie podpisze zobowiązania które tu leży na mojem biurku.

— Nie opuszczę, tak? Nie opuszczę? A kto mnie zatrzyma?

— My zatrzymamy...

Trzej mężczyźni zastąpili Lindenowi drogę do drzwi.

— Ach wy... No dobrze, popróbujcie!...

Stał przed nimi z wściekłością w oczach, zaciskając swe olbrzymie pięści.

— Pójdziecie mi precz z drogi, czy nie?..

Zamiast odpowiedzi wszyscy trzej stanęli w odpornej pozycji, wydając ów pomruk bojowy, który jest może najstarszą ekspresją myśli człowieczej. W jednej chwili Linden wpadł na nich, młynkując pięściami ze straszliwą siłą i wprawą. Mailey, który za swych młodszych lat uczył się bokserki odparował jedno uderzenie, lecz drugie, wymierzone w piersi, odrzuciło go wstecz z taką siłą, że padł uderzywszy z łoskotem o drzwi. Wkrótce potem runął lord Roxton, lecz Malone, footballowym instynktem wiedziony, uchylił szybko głowę i objął atletę za nogi. Zwalił się Linden, druzgocąc w upadku stylowy fotel. Podniósł się wprawdzie na jedno kolano i zdążył wymierzyć Malone’owi silny cios w szczękę, lecz niezrażony tem dziennikarz przewrócił atletę ponownie, a kościste palce lorda Roxtona zacisnęły się koło jego gardła. Silas Linden uczuł, że oczy mgłą mu zachodzą i przeraził się.

— Puszczaj! — krzyknął — dosyć!...

Leżał teraz nawznak, Malone i Roxton przytrzymywali go silnie. Mailey powstał blady jeszcze i ogłuszony nieco po upadku.

— Zdrów jestem i cały — krzyknął w odpowiedzi na głos kobiety z drugiego pokoju. — Nie, jeszcze nie, kochanie, ale już zaraz będziemy gotowi. — Pan, panie Linden nie potrzebuje wstawać, może pan doskonale rozmówić się z nami z tego miejsca, gdzie pan jest. Musi pan podpisać deklarację zanim stąd pana wypuścimy.

— Co za deklaracja? — zaskrzeczał Linden, gdy Roxton zwolnił nieco ucisk swych palców.

— Przeczytam panu.

Mailey wziął z biurka przygotowaną deklarację i czytał głośno:

„Ja, Silas Linden, zeznaję niniejszem, że działałem jak oszust, udając w czasie seansu ducha i przysięgam, że nigdy odtąd nie będę podawać się za medjum, którem faktycznie nie jestem. Gdybym kiedykolwiek złamał przysięgę, niechaj to podpisane przeze mnie własnoręcznie zeznanie służy przeciwko mnie jako dowód w sądzie i w policji.“

— Czy pan to podpisze?

— Nie, do stu djabłów, nie!...

— Czy mam ścisnąć znowu gardziołko? — zapytał lord Roxton. — Może mu wycisnę tę żyłkę medjumiczną — co?

— Nie trzeba — rzekł Mailey. — Ja sądzę, że ta cała historja będzie nam na rękę w policji, gdy publiczność się dowie, że sami wymiatamy śmiecie z naszego domu. Daję panu minutę do namysłu, poczem telefonuję do policji...

Nie upłynęła jednak minuta, gdy oszust zmienił swe zdanie.

— Dobrze — zacharczał ponuro — podpiszę. — Pozwolono mu wstać, po udzieleniu ostrzeżenia, że spotka go coś gorszego, gdyby chciał ponownie swych zdolności bokserskich popróbować. Lecz olbrzym nie myślał o nowej próbie, ujął w milczeniu podane mu pióro i podpisał koślawo swe nazwisko.

Trzej panowie złożyli swe podpisy jako świadkowie.

— Teraz może pan wyjść — rzekł Mailey surowo. — Poszukaj pan sobie uczciwego rzemiosła, a świętych spraw nie tykaj.

— Schowaj pan dla siebie swoje obłudne kazanie — zawołał Linden, zaczem wyszedł, klnąc i pomrukując. Zaledwie drzwi się zamknęły za oszustem Mrs. Mailey wbiegła żywo do salonu, chcąc się upewnić, czy istotnie mężowi nic się nie stało. Uspokoiwszy się na tym punkcie, poczęła wywodzić żale nad połamanym fotelem.

— To bagatela, kochanko... Bardzo tanio zapłaciliśmy za pozbycie się tego łotra, który kompromitował naszą sprawę. — A wy, panowie, nie uciekajcie jeszcze, radbym pogawędzić z wami.

— Herbata zaraz będzie.

— Może lepiej coś mocniejszego — — zaproponował Mailey.

Istotnie wszyscy trzej byli trochę zmęczeni, gdyż walka, choć krótka, była bardzo zacięta. Roxton, którego cała ta historja niepomiernie ubawiła, był bardzo wesoły i pełen życia, lecz Malone nie przyszedł jeszcze do siebie, a Mailey cudem uniknął poważniejszego uszkodzenia od potężnego ciosu atlety.

— Słyszałem — rzekł Mailey, gdy wszyscy zasiedli koło kominka — że ten szubrawiec przez całe lata wyłudzał pieniądze od biednego Toma Linden. Był to rodzaj wyzysku, gdyż ten łotr wciąż groził bratu, denuncjacją. Ależ na Boga — krzyknął, jakby nagle nową myślą tknięty — teraz rozumiem niespodzianą wizytę ajenta u Tomasza. Dlaczegóżby miała policja z pomiędzy tylu medjów w Londynie aresztować jednego Toma? Tom opowiadał mi, że ten łobuz prosił o nauczenie go sztuki jasnowidzenia, lecz on stanowczo odmówił.

— A czy takich rzeczy można nauczyć?

Mailey pomyślał chwilkę, nim dał odpowiedź.

— Zdaje mi się, że można — rzekł wreszcie. — Lecz Silas Linden jako fałszywe medjum, byłby daleko mniej niebezpieczny, niż jako prawdziwe.

— Nie rozumiem pana.

— Zdolności medjumiczne mogą być rozwijane — Mrs. Mailey. — Możnaby prawie powiedzieć, że udzielają się, jak bakterje.

— Da się to porównać z składaniem rąk na głowę w pierwszych czasach chrześcijaństwa — wyjaśnił Mailey — Apostołowie przelewali tym sposobem na uczniów moc czynienia cudów. Dziś, oczywiście nie idzie to tak prędko. Ale jeśli mężczyzna, lub kobieta w czasie seansu gorąco pożądają tej siły, zwłaszcza wtedy, gdy ten seans odbywa się w obecności prawdziwego i potężną mocą obdarzonego medjum, to są szansę, że siły te przyjść mogą.

— A dlaczego pan twierdzi, że Silas byłby niebezpieczniejszy jako prawdziwe medjum?

— Ponieważ mocy swojej, użyłby na zło... Zapewniam pana, że to, co się opowiada o czarnej magji i o złośliwych duchach, nie jest czczym wymysłem. Takie stworzenia istnieją i grupują się około przewrotnego i nieuczciwego medjum. Wierząc w to, wracamy poniekąd do pojęć, mających pewne podobieństwo do średniowiecznej wiary w czarnoksięstwo. Byłoby rzeczą nieuczciwą zaprzeczać temu.

— Rzeczy podobne przyciągają się wzajemnie — dorzuciła Mrs. Mailey, która niegorzej od swego małżonka znała tajniki spirytyzmu. — Jeśli kto sam jest przewrotny i złośliwy, tego trzymają się przewrotni i złośliwi goście.

— Jest to więc niebezpieczna strona medjumizmu?

— Czy pan może wymienić jakąkolwiek rzecz na ziemi, któraby nie kryła w sobie niebezpieczeństwa, jeśli będzie źle traktowana i przesadzona. To niebezpieczeństwo istnieje niezależnie od prawdziwego spirytyzmu, a nasza świadomość, że istnieje, pomaga do zwalczania tego niebezpieczeństwa. Ja wierzę, że czarnoksięstwo w średniowieczu istniało rzeczywiście, że najlepszym sposobem walki przeciw tym praktykom jest pielęgnowanie wyższych sił duchowych. Lekceważenie tych spraw, równałoby się ustąpieniu pola złym mocom.

Dalsze wyjaśnienia Mailey’a przerwał niespodzianie lord Roxton.

— Kiedym był w zeszłym roku w Paryżu — odezwał się — spotkałem tam człowieka nazwiskiem La Paix, który grzebał się w czarnej magji, zbierał kółka miłośników, odbywał posiedzenia i t. p. Ale ja sądzę, że nic tam bardzo niebezpiecznego nie było, chociaż trudno jest nazwać te seanse spirytystycznemi w tym sensie, jak panowie tę sprawę pojmujecie.

— Jest to kwestja, którą jako dziennikarz bardzo rad będę poznać, o ile mam być bezstronnym sprawozdawcą.

— Całkiem słusznie — zgodził się Mailey. — My prowadzimy grę otwartą i karty wykładamy na stół.

— Jeśli mi pan poświęci tydzień swego czasu i pojedzie ze mną do Paryża, to mogę wprowadzić pana do La Paix — rzekł Roxton.

— A to się doskonale składa, bo ja także zamierzałem zaprosić naszego przyjaciela na wspólną wycieczkę do Paryża — rzekł Mailey. — Wezwał mnie Dr. Maupuis z Instytutu Metapsychicznego, bym przyjechał zobaczyć doświadczenia, które on przeprowadza z pewnem galicyjskiem medjum. Mnie interesuje religijna strona kwestji spirytystycznej, a tą stronę uczeni kontynentu zupełnie ignorują, lecz jeśli chodzi o ścisłość i staranność w badaniu faktów psychicznych, to oni stoją wyżej może z wyjątkiem naszego Crawforda z Belfastu, który sam jeden stanowi szkołę. Obiecałem d-rowi Maupuis, że przyjadę; on bezwątpienia doszedł do cudownych rezultatów.

— Epokowych?

— Jego materjalizacje dokonane w ostatnich czasach wcale nie były ludzkie. Rzecz ta została stwierdzona przez fotografów. Nie chcę mówić o tem dłużej, gdyż najlepiej będzie, jeśli pan sam pozna te rzeczy bez uprzedzeń z mej strony.

— Pojadę na pewno — rzekł Malone. — Mój szef będzie nawet bardzo zadowolony.

Dalszą rozmowę przerwało wejście służącej z filiżankami herbaty i przekąską. Zagadnienia duchowe ustąpiły miejsca potrzebom cielesnym, lecz Malone przy pierwszej sposobności podjął niedokończoną kwestję.

— Mówił pan o złych siłach; czy pan spotkał się kiedy z niemi?

Mailey spojrzał na żonę, która uśmiechała się.

— Ciągle się spotykamy, jest to nawet część naszej pracy spirytystycznej, specjalizujemy się w niej.

— Ja sądziłem, że jeśli się ukaże zjawisko podobnego rodzaju, to się je czem prędzej odpędza.

— Niekoniecznie. Jeśli możemy przynieść pomoc jakiemuś niższemu duchowi, czynimy to chętnie, ale pomóc możemy oczywiście tylko wtedy, gdy znamy jego troski. Niektóre z tych istot nie są wcale przewrotne. Są to biedne nieświadome dusze, które cierpią z powodu fałszywych pojęć o życiu pozagrobowem, jakie im wpajano za życia.

Usiłujemy pomóc im i pomagamy istotnie.

— Skąd pan wie, że istotnie?

— Ponieważ one same nam to przyznają i stwierdzają poprawę swego losu. Nasi współwyznawcy często używają tej metody. Zowiemy je kołami wyzwolenia.

— Słyszałem o takich kołach. Gdzie mógłbym być świadkiem tych seansów? Ta kwestja pociąga mnie coraz silniej. Mam wrażenie, że otwierają się przede mną nowe horyzonty. Byłbym bardzo wdzięczny panu, gdyby mi pan pomógł do zbadania tej nowej strony spirytyzmu.

Mailey zamyślił się.

— My niechętnie wystawiamy przed obcymi napokaz te nieszczęsne istoty. Z drugiej strony, jakkolwiek nie możemy jeszcze uważać pana za spirytystę, to jednak przyznać musimy, że pan naszą sprawę traktuje ze zrozumieniem rzeczy, a nawet z pewną sympatją.

Tu spojrzał adwokat porozumiewawczo na żonę, która uśmiechnęła się i skinęła głową.

— No, ma pan pozwolenie... Bo trzeba panu wiedzieć, że u nas jest takie „koło wyzwolenia“ i, że o 5-ej godzinie właśnie dzisiaj, odbędzie się tygodniowe nasze zebranie. Medjum naszem jest Mr. Terbane. Nie prosimy zwykle nikogo obcego z wyjątkiem pastora Mr. Masona. Ale jeśli obaj panowie macie szczerą chęć zrobić jeszcze jedno doświadczenie, to będziemy radzi, jeśli panowie u nas zostaniecie. Terbane przyjdzie niedługo. Jest to portjer kolejowy, a jako taki nie rozporządza swym czasem. Tak, moc psychiczna w swych najrozmaitszych przejawach gnieździ się w niższych warstwach społeczeństwa. Ale to było jej charakterystyczną cechą odpoczynku.

Rybacy, cieśle, rozbijacze namiotów, poganiacze wielbłądów byli prorokami przeszłości. W dzisiejszych czasach najwyższe dary psychiczne w Anglji posiadają: górnik, robotnik z przędzalni, portjer hotelowy, przewodnik i posługaczka. Tak to historja często się powtarza, a ten nadęty bałwan, przed którym Tom Linden stawał jako oskarżony, mocno przypomina biblijnego Feliksa, który sądził ściętego Pawła. Stare koło dziejów świata obraca się wciąż jednakowo...



X.
De profundis.

Goście pili jeszcze herbatę, gdy wszedł pastor Mason. Nic tak ludzi nie łączy w ścisłe pokrewieństwo dusz, jak badanie psychiczne i dlatego Roxton i Malone chociaż widzieli pastora tylko raz i tylko w jednym momencie życia, czuli się z nim silniej związani, niż z wielu innymi, których znali od całego szeregu lat. Ta ścisła życiowa drużba jest jednym z wybitnych rysów duchowego obcowania. Gdy spostrzegli tę smutną postać o chudej, wymizerowanej twarzy, opromienionej jednak dziwnie słodkim uśmiechem, a budzącej szacunek głębokiem spojrzeniem przenikliwych poważnych oczu, doznali obaj wrażenia, jakgdyby wszedł do sali jakiś ich stary, dobry przyjaciel. I jego powitanie było bardzo serdeczne.

— Ciągle w poszukiwaniu prawdy? — zawołał, ściskając im ręce. — Spodziewam się, że te nowe doświadczenia nie będą tak denerwujące jak nasze ostatnie.

— Na Jowisza, padre — rzekł Roxton — zniszczyłbym rondo swego kapelusza, zdejmując go przed tobą.

— No, co to było takiego? — zapytała ciekawie Mrs. Mailey.

— Nic, nic — odparł żywo Mason. — Ot poprostu próbowałem na swój sposób sprowadzić na prosta drogę jedną błądzącą duszę.

— Dajmy temu pokój... Poto także dzisiaj się tu zbieramy. Co ja uczyniłem raz, to ci kochani państwo czynią w każdym tygodniu. To właśnie od państwa Mailey nauczyłem się sposobu udzielania pomocy nieszczęśliwym duszom.

— Dosyć już w życiu mieliśmy podobnych wypadków, więc nic dziwnego, że nabyliśmy trochę praktyki — rzekł Mailey.

— Ale ja jeszcze nie orjentuję się dobrze w tem wszystkiem — zawołał Malone — i bardzo państwa proszę o dalsze wyjaśnienia. Przyjmuję na chwilę waszą hipotezę, że jesteśmy otoczeni materjalnemi, niejako do ziemi przykutemi duchami, które się znalazły wśród obcych a niepojętych dla siebie warunków i potrzebują naszej rady i przewodnictwa. Czy dobrze się wyraziłem?

Państwo Mailey skinęli potakująco głowami.

— No dobrze... Ale chyba nie wszystkie dusze są w tak opłakanym stanie. Muszą być przecież wśród tych nieszczęśników jacyś ich krewni czy przyjaciele, którzy orjentują się w swem położeniu i znają prawdę. Dlaczegoż oni nie zwrócą się do tych biedaków z radą i pomocą? Wszak mogliby to uczynić nierównie lepiej od nas, ludzi żyjących...

— Pytanie zupełnie logiczne — odparł Mailey. — Otóż my niejednokrotnie z tem samem pytaniem zwracaliśmy się do owych błędnych dusz. One zdają się być niejako przygwożdżone do powierzchni ziemi, są za ciężkie, by się mogły wznieść. Inne znajdują się przypuszczalnie na jakiejś wyższej eterycznej płaszczyźnie, dalekiej od ziemi. Te przyziemne duchy wyznają same, że są nierównie bliższe nas i że poznają nas doskonale, natomiast nie widzą nic wyżej ponad sobą. Dlatego my możemy się z niemi porozumieć nierównie łatwiej niż duchy wyższe.

— Była raz jeden taka biedna, kochana, ciemna dusza...

— Moja żona kocha wszystko i wszystkich — objaśnił Mailey — ona zdolna jest powiedzieć: ten biedny, kochany djabeł...

— Pewnie, że trzeba kochać i litować się nad niemi — zawołała lady. — Otóż ten jeden biedaczysko przychodził do nas co tydzień na wszystkie seanse. Przychodził z głębin największych ciemności. Aż pewnego razu zawołał nagle: „Matka, moja matka przyszła, matka moja jest tutaj!“ Myśmy oczywiście zapytali. „Czemu ona wcześniej nie przyszła?“ Na to on: „Jakże mogła mnie dojrzeć, kiedy ja byłem w tak okropnie ciemnem miejscu.“

— No, dobrze — indagował dalej Malone. — O ile poznałem wasze metody, to zawsze jest jakiś przewodnik czy kierownik, czy też duch wyższego rzędu, który reguluje tę całą sprawę i przyprowadza cierpiące dusze do was. Otóż, jeśli on te dusze poznaje, to chyba inne wyższe duchy również je poznawać muszą.

— Nie, ponieważ przewodnicy mają swą specjalną, wyjątkową misję. Aby pokazać, jak wyraźny jest ten rozdział, opowiem panu jeden taki fakt. Mieliśmy tu raz jedną ciemną duszę. Nasi znajomi przychodzili na seans i nie wiedzieli, że ona tu była, pókiśmy im nie powiedzieli. A gdyśmy zwrócili się do tej ciemnej duszy z pytaniem, czy nie widzi koło siebie naszych przyjaciół, odpowiedziała: „Widzę światło, nic więcej.“

Dalsza, rozmowę przerwało wejście Johna Terbane ze stacji Wiktorji, gdzie pełnił obowiązki kolejowego portjera. Teraz przebrany był po cywilnemu. Był to mężczyzna blady, smutny, ogolony gładko o rysach twarzy dość pospolitych. Prócz oczu marzących, jakgdyby zapatrzonych wdal, nic nie znamionowało w nim tego niezwykłego daru, który go czynił wybitną i poszukiwaną w licznych kołach osobistością.

— Czy macie państwo sprawozdanie? — zapytał na wstępie.

Mrs. Mailey z uśmiechem wręczyła mu kopertę.

— Przygotowaliśmy je już dawno, będzie pan miał co do czytania w domu. Widzi pan — wyjaśniała, zwracając się do dziennikarza — gdy biedny Mr. Terbane jest w transie, to nic a nic nie wie o tych cudownych fenomenach, których jest bezwiednem narzędziem i dlatego po każdym seansie oboje z mężem piszemy dla niego sprawozdanie z tego, co się działo w czasie seansu.

— Które mnie ogromnie dziwi, gdy czytam — wyznał Terbane.

— I czyni dumnym zapewne — dodał Mason.

— Nie, panie pastorze — odpowiedział Terbane skromnie. — Nie sądzę, żeby narzędzie miało prawo pysznić się tem, że je wielki mistrz używa. Oczywiście, jest to pewne wyróżnienie, łaska...

— Poczciwy, stary Terbane! — rzekł Mailey kładąc poufale rękę na ramieniu kolejarza. — Im lepsze medjum, tem skromniejsze. Zauważyłem to dawno. Istotnem zadaniem medjum jest to, że się oddaje zupełnie na usługi bliźnich, a już to samo wyklucza egoizm. Ale zabierzemy się do roboty, bo Mr. Czang gotów wyłajać nas.

— Kto to jest? — zapytał Malone.

— Zaraz się pan z nim pozna... Nie potrzeba siadać wokoło stołu. Wystarczy utworzyć półkole około kominka. Światła przyćmimy. Tak, bardzo dobrze... A pan, Mr. Terbane, niech zasiądzie wygodnie na sofie i oprze się o poduszki.

Medjum usiadło na otomanie i prawie natychmiast zapadło w sen głęboki. Mailey i Malone dobyli notesy z kieszeni i położywszy je na kolanach czekali na fenomeny.

Czekali bardzo niedługo. Terbane wyprostował się nagle, senne jego oczy nabrały żywego blasku, pewna subtelna zmiana zaszła w rysach jego twarzy. Na ustach zaigrał jakiś zagadkowy uśmiech. Zdawało się, że linje brwi odchyliły się ukośnie, zmrużyły się powieki, a kości licowe zarysowały się wydatniej. Obie dłonie wsunął w obszerne rękawy swej niebieskiej bluzy.

— Dobry wieczór — przemówił. — Widzę nowe twarze. — Kto to?...

Głos był nieco szorstki o cudzoziemskim akcencie, zdania krótkie, wymawiane staccato.

— Dobry wieczór, Czangu — rzekł gospodarz domu. — To Mr. Mason, którego znasz. To Mr. Malone, który studjuje nasze metody. To lord Roxton, który oddał mi dziś pewną przysługę.

Przy wymienianiu każdego nazwiska Terbane czynił orjentalny gest powitania, posuwając otwartą dłoń od czoła ku piersiom.

Cała jego postawa była pełna godności i różniła się ogromnie od postaci skromnego człowieczka, który siadał na otomanie kilka minut przedtem.

— Lord Roxton — powtórzył — angielski milord! Ja znałem jednego lorda... lord Mac... Macart... nie, nie mogę sobie przypomnieć. Niestety... Nazywałem go wtedy cudzoziemskim djabłem... Niestety... Chang też musi się jeszcze dużo nauczyć.

— Mówi o lordzie Macartney’u. To już zgórą sto lat temu. Czang był za życia wielkim filozofem — objaśnił Mailey.

— Nie tracić czasu — krzyknął kierownik. — Wiele dziś roboty. Cały tłum czeka. Starzy znajomi, inni nowi. Zgarniam obcych do swych sieci... Teraz odchodzę...

Medjum opadło na poduszki, lecz po minucie podniosło się znowu.

— Przyszedłem podziękować wam — przemówiło wyborną angielszczyzną. — Byłem tu przed dwoma tygodniami. Przez ten czas myślałem dużo nad tem, coście mi tutaj powiedzieli. Droga przede mną teraz jaśniejsza.

— Czyś to ty był duchem, który przeczył istnieniu Boga?

— Tak, tak... Mówiłem to w gniewie. Byłem tak znużony, tak strasznie znużony! Och, ten czas nieskończony, ta szara mgła, ten ogromny ciężar wyrzutów sumienia! Bez nadziei, bez nadziei. Czy może być coś straszniejszego! A wyście mi przynieśli pociechę, wy i ten wielki duch, ten Chińczyk... Od czasu, gdy umarłem, wy pierwsi zwróciliście się do mnie ze słowem pociechy!

— Jak dawno umarłeś?

— Zdaje mi się, że to już wieki upłynęły. My tak nie mierzymy czasu, jak wy... To jest jakiś długi, straszliwy sen bez przerwy i zmiany.

— Kto wtedy panował w Anglji?

— Królowa Wiktorja. Byłem materjalistą z przekonań, w życie przyszłe nie wierzyłem. Dziś widzę, że błądziłem strasznie, ale nie mogę dotąd przystosować się do warunków, w jakich istnieję obecnie.

— Czy tam tak źle?

— Wszystko jest szare, takie szare!... To najgorsza strona tego życia. I otoczenie takie straszne...

— Ale tam więcej takich jak pan... Pan nie jest przecież sam?

— Tak, lecz oni nie wiedzą więcej ode mnie. Oni też narzekają, wątpią i czują się nieszczęśliwi.

— Pan wyjdzie stamtąd niedługo.

— Na miłość boską, pomóżcie mi!

— Biedna duszo! — odezwała się Mrs. Mailey swym słodkim pieszczotliwym głosem, któryby przywiódł do jej stóp najdziksze zwierzę. — Cierpiałaś tyle, ale przestań myśleć tylko o sobie. Pomyśl o tych innych. Staraj się oświecić i podnieść wyżej choć jedną z tych dusz, a tym sposobem najlepiej sobie pomożesz.

— Dziękuję ci, lady... Zrobię to. Oto właśnie jeden, którego tu przywiodłem. On was słyszał, będziemy odtąd przychodzili razem, a może którego dnia znajdziemy światło.

— Czy chcecie, by się modlić za was?

— O tak, tak, uczyńcie to.

— Będę się modlił za was — rzekł Mason. — Możecie zmówić ze mną Ojcze nasz?

Rozpoczął głośno tę starą piękną modlitwę, lecz zanim skończył, Terbane opadł bezwładnie na poduszki. Po chwili siedział znów jako Czang.

— Już czuje się dobrze — rzekł kierownik. — Zrzekł się swego czasu na rzecz innych, którzy czekają. To bardzo dobrze. Ale teraz będzie ciężka praca, oj!...

Wydał komiczny okrzyk strapienia i opadł na poduszki, lecz wnet podniósł się znowu. Twarz mu się jakby wydłużyła, przybierając jakiś uroczysty wyraz, obie dłonie się splotły.

— A to co takiego? — zapytał tonem pedantycznym i przesadnym. — Dziwię się doprawdy, jakiem prawem ta chińska osoba wezwała mnie tutaj. Może mnie wy objaśnicie?

— Może będziemy mogli pomóc co panu?

— Gdybybym potrzebował pomocy, sir, tobym o nią sam prosił. Obecnie jej nie potrzebuję. Całe to postępowanie zdaje mi się wielkiem zuchwalstwem... O ile dobrze zrozumiałem tego Chińczyka, to jestem teraz mimowolnym świadkiem jakiegoś religijnego obrządku...

— Jest pan wśród spirytystów.

— To bardzo szkodliwa i bluźniercza sekta. Jako skromny kapłan protestuję przeciw temu świętokradztwu.

— Zostałeś wtyle, przyjacielu, dzięki tak ciasnym poglądom. To ty właśnie cierpisz, my chcemy ci ulżyć.

— Cierpieć? Co przez to rozumiesz, sir?...

— Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, żeś pan zmarł?

— Gadasz pan głupstwa.

— Więc nie wiesz pan nawet, że jesteś nieboszczykiem.

— Jakże być mogę nieboszczykiem, gdy oto mówię teraz do was?

— Mówisz, bo korzystasz z ciała żyjącego człowieka.

— Widocznie zaszedłem do szpitala warjatów.

— Do szpitala, gdzie się leczą mocno chorzy, a lękam się, że pan jesteś jednym z nich. Czy pan się czuje szczęśliwy?

— Szczęśliwy? Nie, sir. Wszystko, co mnie otacza jest mi wprost niepojęte.

— Czy przypomina pan sobie, że pan był chory?

— Byłem nawet ciężko chory.

— Tak dalece, że pan umarł.

— Pan niewątpliwie stracił zmysły.

— Skąd pan wie, że pan nie umarł?

— Sir, muszę ci dać religijną naukę. Gdy człowiek umrze, a wiódł uczciwe życie, wówczas przyjmuje nieśmiertelne, promienne ciało i łączy się z aniołami. Ja zaś jestem w tem samem ciele, w którem byłem od urodzenia, tylko, że mieszkam w jakiemś ciemnem i posępnem miejscu. Towarzysze, jakich mam, są zgoła różni od tych jakich zwykle miewałem i trudnoby nazwać ich aniołami. A przeto muszę odrzucić przypuszczenie pańskie, jako absurd.

— Niech pan nie zwodzi siebie samego. My chcemy panu pomóc. Nigdy nie postąpi pan naprzód na drodze swego szczęścia jeśli przedewszystkiem nie uprzytomni pan sobie swego obecnego położenia.

— Doprawdy nadużywacie panowie mej cierpliwości. Czyż nie mówiłem...

Medjum opadło znów na poduszki. Wkrótce potem chiński kierownik ze swym dziwnym uśmiechem i rękoma schowanemi w rękawy przemówił do zebranych.

— On niezły człowiek, głupi... nauczy się jednak rozumu. Przyprowadzę go jeszcze. Nie trwońcie teraz czasu... O mój Boże! Mój Boże! Ratunku! Litości! Ratunku!

Opadł całą długością na otomanę, twarzą do góry, a krzyki jego były tak straszne, że małe nasze grono zerwało się na nogi.

— Piły! Piły!... Przynieście piłę! — krzyczało medjum. — Głos przybierał coraz wyższe tony, aż wreszcie przeszedł w jęk.

Nawet Mailey był wzruszony, wszyscy inni wprost przerażeni.

— Ktoś go opętał... Nie rozumiem tego... Bardzo być może, że to jakaś złośliwa, a silna istota...

— Czy mam przemówić do niego?

— Poczekajmy chwilę... niech się jaśniej wypowie... Zaraz usłyszymy.

Medjum wiło się w agonji.

— Och, mój Boże! Czemu nie przynosicie piły? — krzyczał. — Tu mi padło na piersi... Trzeszczy, pęka... ja czuję... Hawkin! Hawkin! Wyciągnij mnie z pod tego. Hawkin! Usuń tę belkę... Nie, nie, tak jeszcze gorzej... A teraz ogień! Duszę się... o straszne... straszne...

Te krzyki i jęki ścięły krew w żyłach słuchaczy.

Dreszcz przenikał ich członki... Lecz w jednej chwili medjum się zerwało i oto Chińczyk spojrzał na nich swemi skośnemi oczyma.

— Co myślisz o tem, Mr. Meiley?

— To było okropne, Czang... co to było?

— To było dla tego pana — odparł kierownik, wskazując głową Malone’a. — Chciał do gazety nowości, dałem mu nowość... On to zrozumie, ale nie czas teraz tłumaczyć, za wiele dusz czeka... Teraz marynarz. Już jest...

Chińczyk ustąpił, a na twarzy medjum ukazał się jowialny, głupkowaty uśmiech.

— Do djabła — rzekł, skrobiąc się w głowę — Nigdym nie myślał, że mi jakaś żółta małpa będzie rozkazywać. No, ale usłuchałem i jestem tu. Czego panowie chcecie?

— My nic nie chcemy...

— A Chińczyk mówił, że tak i wepchnął mnie tutaj.

— To ty przyjacielu czegoś chcesz,.. A wiesz czego?... Pouczenia.

— Tak, to prawda, ja straciłem trochę orjentację, przyznaję. Ja wiem, że ja zmarłem, bom widział porucznika artylerji, którego w moich oczach na kawałki rozerwało. Jeśli on nie żyje, to ja także muszę być martwy i wszyscy, którzy stali koło mnie, bośmy się trzymali do ostatka.

— Jak się nazywał wasz okręt?

— Monmouth.

— Zatonął w morskiej bitwie z Niemcami.

— To bardzo możebne, na wodach Południowej Ameryki. To było piekło prawdziwe! To było piekło! — Czuć było wielkie wzruszenie w jego głosie. — No — dodał trochę weselej — alem słyszał, że potem nasi towarzysze odpłacili się za to. Czy tak, sir?

— Tak, Niemcy wszyscy także potonęli.

— Nie spotkaliśmy się z nimi po śmierci. Ale to może i dobrze, bo my im to pamiętamy...

— Musicie zapomnieć — rzekł Mailey. — Ta chęć zemsty szkodzi wam ogromnie i dlatego Chińczyk was do nas przyprowadził, jako przewodnik wasz. Myśmy się tu zebrali, aby was pouczyć. Zanieś, przyjacielu, tę wieść swoim towarzyszom.

— Dziękuję, sir — oni tu wszyscy stoją za mną. — Więc mówię tobie i towarzyszom twoim, że minął dla was czas nienawistnych myśli i światowych kłótni... Wasze oblicza powinny być zwrócone naprzód, a nie wstecz. Porzućcie tę ziemię, która jeszcze trzyma was więzami myśli i całe wasze pragnienie, wszystkie siły wasze obróćcie na to, by zrzucić z siebie samolubstwo i stać się godnymi wyższego, spokojniejszego, piękniejszego życia.

Czyście zrozumieli?

— Słyszę cię, panie i oni słyszą... Nam trzeba sternika, sir, bośmy zły obrali kierunek drogi i nigdyśmy się nie spodziewali, że będziem porzuceni tak samotnie, jak dzisiaj. Mówiono nam o niebie i piekle, ale to, co jest teraz, nie jest ni jednem, ni drugiem. Ten Chińczyk powiada jednak, że czas naszego wyzwolenia nadszedł i że możemy się zjawić za tydzień, by dać znać o sobie. Dziękuję, sir, za siebie i moich towarzyszy. Powrócę jeszcze.

Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.

— Co za niewiarogodna rozmowa! — szepnął przejęty do żywego Malone. — Gdybym ja wydrukował przemówienie tego marynarza, jako emanację ze świata duchów, coby to wówczas społeczeństwo nasze powiedziało?!...

Mailey ruszył ramionami.

— Cóż nas to obchodzi, co tam publika powie? Zrazu sam byłem bardzo wrażliwy na ludzkie gadanie, a teraz tyle dbam o nie, ile słoń na strzały ptasim śrutem. Prawdę mówiąc, nawet mnie to nie interesuje. Staramy się, jak można najbliżej dotrzeć do prawdy, a o resztę nie dbamy,

— Ja przyznaję, że niewiele rozumiem się na tych sprawach — rzekł Roxton. — Uderza mnie jednak to, że ci wszyscy marynarze, to ludzie prości, ale bardzo uczciwi. Dlaczego więc błądzą w ciemności i popychani są przez owego Chińczyka, skoro faktycznie nikomu w życiu zła nie wyrządzili,

— W każdym z tych wypadków główną rolę grają te silne ziemskie węzły i zupełny brak duchowego pierwiastka w życiu — wyjaśnił Mailey. — Mieliśmy oto duchownego, którego umysł skrępowany był czczemi formułami i rytuałami, dalej materjalistę, który wzgardził sprawami ducha, dalej marynarza, przejętego myślami o zemście nad Niemcami. I tego rodzaju dusz są tysiące miljonów...

— Gdzie?

— Tutaj, na powierzchni ziemi — odparł Mailey. — Panowie, o ile słyszałem, widzieliście jednego z takich w Dovsetshire. Ja wiem, że cała kula ziemska jest zapełniona temi istotami i że gdy przyjdzie wielka chwila oczyszczenia, jak to prorokują, to będzie ona miała ogromne znaczenie zarówno dla tych biednych dusz, jak dla żyjących.

Malone przypomniał sobie dziwną wizję Miromara i jego przepowiednię, którą słyszał wraz z Enid w czasie swego pierwszego zetknięcia się ze spirytystami.

— Więc pan wierzy także w jakiś bliski epokowy wypadek? — zapytał.

Mailey uśmiechnął się.

— Jest to kwestja bardzo szeroka i długa, byśmy ją mogli teraz rozpatrywać. Co do mnie to wierzę, że... Ale słuchajcie... Oto zjawia się znów Mr. Czang.

Kierownik wtrącił się do rozmowy.

— Słyszałem panów, siedzę i słucham — rzekł. — Mówiliście o tem, co będzie, gdy godzina wybije. Lecz pamiętajcie o tem. Wszystko jest dobrze. Cokolwiek się zdarzy, będzie dobrze. Bóg nie robi omyłek. No, a teraz odchodzę, są inni, którzy chcą pomocy.

Kilka dusz jeszcze przyszło w krótkich odstępach czasu, jedna za drugą. Przemawiał jakiś dawny architekt z Bristolu, człowiek niezły, lecz nic niedbający o przyszłość pośmiertną. Teraz błądził w ciemności i potrzebował przewodnika. Inny mieszkał za życia w Birmingham. Był to człowiek wykształcony, lecz zbyt wielki materjalista. Odrzucił zapewnienia Mailey’a i nie dał się przekonać, że był nieboszczykiem. Po nim zjawił się jakiś hałaśliwy i gwałtowny mężczyzna o ciasnych nietoleranckich poglądach, który nieustannie coś mówiło „krwi“.

— Cóż to za idjotyczne zebranie? — pytał kilkakrotnie.

— Nie idjotyczne, my jesteśmy tutaj, by nieść pomoc stroskanym duszom — odpowiadał spokojnie Mailey.

— A któżby żądał pomocy od djabła?

— Nie od djabła; czyż djabeł śpieszyłby z pomocą?

— To postęp ze strony djabła. Ja wam powiadam, że cała ta sprawa jest djabelska. Bądźcie ostrożni, ja przynajmniej nie chcę mieć z tem nic do czynienia...

Spokojny Chińczyk wcielił się znów błyskawicznie w medjum.

— Dobry człowiek, głupi człowiek — powtórzył jeszcze raz. — Ma dużo jeszcze czasu przed sobą. Kiedyś nauczy się... A teraz przyprowadzam złą duszę, o złą... On!...

Medjum ukryło twarz w poduszkach i nie podnosiło głowy, lecz z ust jego wybiegło kobiecym głosem wymienione imię:

— Anna, Anna!

Chwila ciszy.

— Anka! Gdzie moja herbata? Anka!... A to nieznośna dziewczyna. Wołam i wołam bez skutku.... Anka!...

Medjum wstało, mrugając i przecierając powieki.

— Co to jest?... Kto wy jesteście? Jakim prawem weszliście tutaj? Nie wiecie, że to mój dom?...

— Nie, droga przyjaciółko, to jest moje mieszkanie.

— Pańskie mieszkanie? Czy się panu śni? Przecież to mój pokój sypialny. Proszę się stąd wynosić!...

— Nie, droga pani... Pani nie zdaje sobie sprawy ze swego położenia.

— Ja pana każę wyrzucić. Co za bezczelność! Anka, Anka! Czy nikt dzisiaj do mnie nie przyjdzie?...

— Spojrzyj, droga lady, wokoło siebie — odezwała się Mr. Mailey. — Czy to jest twój pokój sypialny?

Terbane powiódł dokoła zdumionym wzrokiem.

— To pokój, którego nigdy w życiu nie widziałam. Gdzież ja jestem? Co to wszystko znaczy? O, pani ma takie dobre oczy... Na miłość boską, niechże mi pani powie, co znaczy to wszystko? Ja się tak boję, tak się czegoś boję. Gdzie John, gdzie Anna?...

— Jakie jest ostatnie wspomnienie pani?

— Pamiętam, że wyłajałam o coś Ankę... pani wie, to moja pokojówka... Ona się tak zaniedbuje od dłuższego czasu. Zgniewałam się tak bardzo, że mi się zrobiło niedobrze. Poszłam do łóżka i czułam się bardzo słabą. Lekarze nieraz mnie upominali, żebym się nie irytowała. Jak można się nie irytować, gdy się ma do czynienia z takim niedbaluchem! Pamiętam, że mi tchu zabrakło, zrobiło mi się jakoś ciemno w oczach, chciałam wołać Anki. Musiałam widocznie zemdleć... Ale dlaczego mnie przeniesiono do jakiegoś obcego mieszkania?

— Pani zgasła tej nocy.

— Zgasła... zgasła...? Pani przecież nie myśli, że ja umarłam?

— Tak, droga pani... Pani umarła.

Znów dłuższa chwila ciszy. A potem krzyk, przeraźliwy krzyk. — Nie, nie, nie!... To jakiś sen straszliwy!... To zmora nocna... Obudźcie mnie, obudźcie!... Jakże ja mogę być umarła? Ja nie byłam gotowa na śmierć... Ja nigdy o tem nawet nie pomyślałam. Jeślim ja naprawdę umarła; to czemu nie jestem w niebie lub w piekle? Co to za salon? Przecież to prawdziwy ludzki salon?

— Tak, droga pani. Duszę pani przyprowadzono tu i pozwolono skorzystać z ciała tego człowieka.

— Człowieka mężczyzny?...

Konwulsyjnym ruchem przesunęła ręką po bluzie męskiej i po twarzy.

— Tak, to mężczyzna... O, więc ja naprawdę umarłam! Ja umarłam... Boże, co ja mam począć?

— Jesteśmy tu, by panią uświadomić, objaśnić, pomóc wreszcie. Była pani, jak się domyślam, kobietą światową, szukającą rozrywek, żyła pani wyłącznie dla spraw materjalnych.

— Lecz ja chodziłam na mszę... Co niedziela byłam w kościele Św. Zbawiciela.

— To nic nie jest. Bierze się w rachubę codzienne wewnętrzne życie. Pani była materjalistką. I teraz jeszcze całą siłą swych myśli dąży pani do świata, do jego wygód i rozkoszy. Gdy dusza pani opuści ciało tego mężczyzny, wróci znów myślą do swego dawnego ciała i dawnego otoczenia. Ale nikt z żywych nie zobaczy pani, nie będzie pani zdolną ukazać się komukolwiek. Ciało będzie pochowane, lecz dusza pozostanie bez zmiany...

— Więc co mam czynić, co ja mogę uczynić?

— Trzeba się zgodzić z obecnem położeniem, nie wyrzekać, zrozumieć, że to, co się z panią dzieje, dzieje się dla jej oczyszczenia. Oczyścić możemy się przez cierpienie. Wszystko będzie dobrze.

Będziemy się modlić za panią...

— O tak, ja potrzebuję tego, proszę. O mój Boże... Głos się załamał i urwał.

— Zła sprawa — rzekł znowu Chińczyk przez usta medjum. — Egoistka... zła kobieta... Życie dla rozkoszy... niedobra dla otoczenia... Musi dużo przecierpieć. Ale wy wskazaliście jej właściwą drogę... No, moje medjum zmęczone. Dużo jeszcze czeka, ale już dość na dziś...

— Czyśmy zrobili co dobrego dzisiaj, Czang?

— Dużo dobrego. Dużo dobrego.

— Gdzie są te wszystkie dusze Czang?

— Ja to mówiłem przedtem.

— Tak, ale jabym chciał, żeby słyszeli ci panowie, co są u nas pierwszy raz.

— Siedem sfer naokoło świata, najcięższa u dołu, najświatlejsza u szczytu. Pierwsza sfera jest na samej ziemi. Ci ludzie, co dzisiaj byli, do niej należą. Każda sfera oddzielona od drugiej. Wam łatwiej mówić z tymi, co dziś byli, niż duchom z innej sfery.

— Czy im także łatwiej mówić do nas?

— Tak. Dlatego bądźcie ostrożni, gdyż nie wiecie do kogo przemawiacie. Trzeba najpierw wybadać...

— A ty Czang, do jakiej sfery należysz?

— Ja przychodzę z czwartej.

— Od której sfery zaczyna się szczęśliwość?

— Od trzeciej... Kraj letni... Biblja nazywa go trzecie niebo. Dużo mądrości w biblji, ale ludzie nie rozumieją.

— A siódme niebo?

— To jest to, gdzie są chrześcijanie. Wszyscy tam wejdą, pan, ja, każdy...

— A potem?

— Za dużo pytań, Mr. Mailey. Biedny stary Czang nie wie tak dużo. Bądźcie zdrowi. Niech was Bóg błogosławi. Idę...

Tak się zakończył seans „koła wyzwolenia“.

W kilka minut potem Terbane siedział na otomanie już ocknięty, dość rzeźwy uśmiechnięty, widocznie bez najmniejszego wspomnienia tego, co się działo. Czas miał wyliczony, a mieszkał daleko, więc począł się żegnać i odszedł, nie wziąwszy żadnej zapłaty, prócz serdecznych podziękowań tych, którym pomógł w pełnieniu dobrego dzieła. Skromny, niełakomy, na zysk materjalny, gdzież kiedyś stanie ten człowiek, gdy my wszyscy zajmiemy należne nam miejsca tam po drugiej stronie grobu?...

Goście nie rozchodzili się jeszcze. Pragnęli pogawędzić, a państwo Mailey chętnie udzielali objaśnień!

— Jestem zdania — rzekł Roxton — że to jest djabelnie interesujące, ale to zakrawa czasem na jakieś przedstawienie w teatrze Rozmaitości. Ot co. Trudno się zorjentować, czy to jest rzeczywiście prawdziwe... Ot, co ja myślę.

— Ja mam to samo wrażenie — przytwierdził Malone. — Biorąc rzecz ze strony zewnętrznej, to jest poprostu nie do określenia słowami. To jest rzecz tak wielka, że przy niej maleją wszelkie powszednie czynności i sprawy ludzkie. Za to można ręczyć. Ale umysł ludzki jest bardzo dziwny. Czytałem o tem zdarzeniu, które badał Moreton Prince i Miss Beauchamp i inni, także o wynikach doświadczeń czynionych w owej wielkiej szkole hipnotycznej w Nancy.

Można tam było przez suggestję wszystko wmówić w człowieka. Umysł ludzki wydaje się być sznurem, który można rozkręcać i podzielić na pojedyncze włókna. Każda nić nie jest osobistością odrębną, która może jak autor w dramacie mówić i działać odrębnie. Ten człowiek jest najwidoczniej uczciwy i zdaje mi się, że nie potrafiłby wywołać tych wszystkich efektów. Lecz skąd możemy wiedzieć, czy on nie jest autohipnotyzerem i czy w takim stanie hipnotycznego transu, jedna nić jego umysłowego sznura nie staje się Czangiem, a inna marynarzem, inna światową damą i tak dalej...

Mailey uśmiechnął się.

— Tak, jest to rozsądny zarzut i należałoby go odeprzeć.

— My nie przyjmujemy tak łatwowiernie tego, co słyszymy — wtrąciła Mrs. Mailey. — My badamy i sprawdzamy te fakty, imiona i adresy, słowem wszystko. Prawdziwość tych faktów nie ulega wątpliwości.

— Dobrze, zgoda na to, ale jest jeszcze jedna kwestja. Nie mamy przecież pewności, jak rozległą jest moralna wiedza Terbane’a. Skąd państwo wiedzą, czego on się uczył, co czytał, o czem się od ludzi dowiadywał? Ja sądzę, że portjer kolejowy, który się z mnóstwem ludzi styka, ma szczególną łatwość zbierania różnych wiadomości i zasięgania informacyj.

— Pan widział jeden tylko nasz seans — odparł Mailey. — Gdyby pan był na tylu, jak my i ujął w syntentyczną całość całą masę podobnych niezmiernie różnorodnych typów, jakieśmy za pośrednictwem naszego medjum poznali, toby pan przestał wątpić.

— Bardzo możliwe — odpowiedział Malone. — Ja rozumiem, że moje sceptyczne uwagi sprawiają państwu przykrość. A jednak trzeba być poniekąd brutalnym inkwirentem w sprawie tak niesłychanie ważnej, jak ta właśnie. Bądź co bądź, jakiekolwiek jest źródło tych fenomenów, przyznać muszę, że mało w życiu spędziłem godzin podobnie wstrząsających nerwami, jak ta u państwa. Na Boga! Jeśli to wszystko jest prawdą i jeśli zamiast jednego waszego koła, powstanie tysiące podobnych kół wyzwolenia, to jakież odrodzenie ludzkości mogłoby nastąpić...

— I niewątpliwie nastąpi — rzekł Mailey swym spokojnym stanowczym głosem. — Nasze pokolenie dożyje jeszcze tego. Przykro mi, że pan ma jeszcze za mało dowodów, ale niech pan nas odwiedzi na przyszły tydzień.

Zdarzyło się jednak, że nie potrzeba było czekać przyszłego tygodnia. Dowód przyszedł nagle, dowód oczywisty, niezbity, tego samego jeszcze wieczoru. Malone wrócił do swego biura i siedział właśnie nad redagowaniem artykułu na podstawie swych notatek, gdy wpadł do jego gabinetu Mailey podniecony, z rozwichrzoną żółtą brodą. W ręku trzymał świeży numer „Wieczornych Nowości“. Nie przemówiwszy słowa, usiadł obok dziennikarza l wyszukawszy odpowiedni artykuł w kronice dnia, począł czytać głośno.


Tragiczny wypadek.

Dzisiejszego popołudnia około godziny piątej runął nagle stary dom, budowany, jak nam donoszą, w XV wieku. Stał on między ulicą Colman a skwerem Elliota, tuż obok siedziby głównego zarządu Towarzystwa Weterynaryjnego. Charakterystyczny, kilkakrotny głuchy trzask poprzedził ten wypadek i ostrzegł wporę mieszkańców, tak, że mieli czas ujść spiesznie z zagrożonego domu. Jednakże troje ludzi, a mianowicie James Beale, William Moorson i jakaś kobieta, której nazwiska nie zdołano dotąd ustalić, zostało zasypanych gruzami. Dwoje i nich zginęło na miejscu, a trzeci James Beale przygnieciony został ogromną belką i począł głośno wołać o pomoc. Przyniesiono natychmiast piłę i jeden z mieszkańców domu, nazwiskiem Samuel Hawkirt z narażeniem własnego życia usiłował oswobodzić nieszczęśliwego. Gdy jednak piłował belkę wzmógł się pożar, który powstał zaraz po runięciu domu i choć Hawkin trwał mężnie w niesieniu pomocy przygniecionemu i wycofał się dopiero wtedy, gdy sam został dotkliwie poparzony, nie udało się uratować Beala, który zmarł, prawdopodobnie z uduszenia. Hawkina odwieziono do Szpitala miejskiego. W chwili gdy to piszemy donoszą nam telefonicznie, że życiu dzielnego człowieka nie grozi bezpośrednio niebezpieczeństwo.


— Oto pan masz — rzekł Mailey wręczając gazetę osłupiałemu dziennikarzowi. — A teraz, niewierny Tomaszu, zostawiam cię twoim rozmyślaniom i wnioskom.

Z temi słowy entuzjastyczny wyznawca spirytyzmu wybiegł z redakcji tak szybko, jak się w niej pojawił.



XI.
Silas Linden wraca do domu.

Silas Linden, były zawodowy pięściarz, a niedoszłe medjum, miał w swem życiu dni wielkie — nadzwyczajnych triumfów i kompletnych niepowodzeń. Był dzień, kiedy postawiwszy w totalizatorze na Rosalindę wygrał sto za jeden, zaczem spędził całą dobę na najstraszliwszej rozpuście. Był inny dzień, kiedy jego olbrzymia pięść, wykonawszy mistrzowski górny cios, weszła nader harmonijnie w bezpośredni kontakt z wysuniętą nieostrożnie szczęką Mr. Wardella, zwanego Bykiem Whitechapel, dzięki czemu Silas otworzył sobie drogę do champjonatu Anglji. Ale nigdy jeszcze w swej zmiennej karjerze nie miał dnia tak fatalnego, jak właśnie ten, w którym zmuszono go do wyrzeczenia się łatwych zarobków z odgrywania roli duchów. Fanatyczni wyznawcy spirytyzmu utrzymują, że niebezpiecznie jest wchodzić w drogę zaświatowym istotom, jeśli się ma zamiary nieczyste.

Do tej listy osób ukaranych rzekomo przez duchy, zaliczyćby można Silasa Lindena, ale też czara jego grzechów była rzeczywiście pełna, a nawet przepełniona, gdy wyrok zapadł.

Z pokoju adwokata Mailey wyszedł Silas z przeświadczeniem, że uścisk lorda Roxtona był za bardzo serdeczny. W zapale walki nie zdawał sobie sprawy ze swych okaleczeń, gdy jednak teraz, stojąc za progiem Mailey’a, dotykał ręką spuchniętego gardła, z ust jego wypłynął cały potok przekleństw. Żebra bolały go w miejscu, gdzie Malone ulokował swe zwycięskie kolano, a nawet szczęśliwy cios, którym Silas obalił Mailey’a, okazał się w skutkach fatalny, gdyż nadwerężył uszkodzoną rękę, którą w swoim czasie pokazywał bratu, skarżąc się na kalectwo.

— Ja was jeszcze dostanę! — mruczał, patrząc na drzwi mieszkania Mailey’a. — Czekajcie moi panicze!... Zobaczycie!...

Postał chwilę, poczem nagle zdecydowany skierował się wdół ulicy i szedł spiesznie póki nie znalazł się w komisarjacie policji na Bardsley Square.

Jowialny, z rumianą twarzą i czarnym wąsem inspektor Murphy siedział przy swojem biurku.

— A pan czego tu chce? — zapytał przybyłego wcale niezachęcającym głosem.

— Słyszałem, że panowie przyłapaliście łatwo to medjum.

— Tak, złapaliśmy, to był podobno pański rodzony brat?

— Cóż to ma do rzeczy, ja na to nie zwracam uwagi. Ale dostaliście panowie dowody. No, a co z tego dla mnie?

— Ani grosza.

— Co? Czy wam nie dostarczyłem wskazówek? Cóżbyście zrobili, gdybym ja nie dostarczył informacji?

— Gdyby była kara pieniężna, to może dostałbyś pan co z tego, jak również i my. Ale Mr. Melrose zasądził go na więzienie. Wobec tego nikt nic nie dostanie.

— To tak pan śpiewa? Ja tam dobrze wiem, że pan i te dwie panienki z policji wzięliście swoją część. Po jakiego djabła ja zdradzałem własnego brata? Dla waszej korzyści? Będziecie sami łapali ptaszki na drugi raz.

Murphy miał temperament sangwiniczny, a przytem wysoko cenił swoją urzędową godność. Nie był przyzwyczajony do słuchania podobnych przemówień w swojem własnem biurze. Zerwał się szybko z miejsca, a twarz, zwykle rumiana, okryła się pąsem gniewu.

— Powiadam wam, Linden, że ptaszka dostałbym sam, nie ruszając się z tego miejsca. A wy zabierajcie się stąd prędzej, bo inaczej moglibyście tu dłużej pozostać niż sobie życzycie. Zanoszono nam skargi na wasze obchodzenie się z własnemi dziećmi, już sąsiedzi zwrócili na to uwagę, baczcie więc, żeby policja również nie zainteresowała się tą sprawą.

Silas Linden wyszedł z gabinetu inspektora jeszcze bardziej podrażniony, niż wchodził, a wypicie paru szklanek grogu w drodze do domu bynajmniej go nie uspokoiło. Przeciwnie, podniecony alkoholem stawał się zwykle niebezpieczny dla otoczenia. Wiedzieli o tem jego dawni koledzy i unikali jego towarzystwa w restauracji.

Silas mieszkał w jednym z małych, murowanych domków na Bolton’s Court, leżących przy bocznej drodze do Tottenham. Domek jego stał na samym końcu, przyparty tylną ścianą do olbrzymiego browaru. Budynki te były nadzwyczaj małe i stąd większość mieszkańców częściej przebywała na ulicy niż w domu. l teraz kilkanaście osób stało tu w grupkach, a kiedy Silas przechodził koło jedynej na całej ulicy latarni, patrzono z widoczną niechęcią na jego bryłowatą postać, bo jakkolwiek moralność tej dzielnicy nie była zbyt wysoką, to jednak i tutaj uwzględniano pewne stopniowanie, a Silas uchodził za skończonego łotra. Najbliższą sąsiadką pięściarza była Rebeka Lewi, wysoka żydówka, szczupła, z długim haczykowatym nosem i żywemi czarnemi oczyma. Stała właśnie przed domem z małym chłopczykiem, który trzymał się jej fartucha.

— Mr. Linden — rzekła do przechodzącego — pańskie dzieci potrzebują lepszej opieki, niż mają.

Małgosia dziś przychodziła do mnie, dzieciak był bardzo głodny.

— Pilnuj pani swego nosa, do ciężkiej cholery! — warknął Silas. — Jużem pani dawno zapowiadał, żebyś swego bocianiego dzioba nie wtykała w moje sprawy. Żebyś pani była mężczyzną, tobym się inaczej z panią rozprawił.

— Gdybym była mężczyzną, tobyś pan nie ośmielił się mówić do mnie w ten sposób. To wstyd, panie Linden tak postępować z dziećmi. Jak przyjdzie kiedy do sprawy w policji, to będę wiedziała, co mam mówić.

— A idź pani, do samego djabła — rzekł Silas, otwierając niedomknięte drzwi swego mieszkania potężnem kopnięciem nogi.

Gruba, brudna kobieta, z ufarbowanemi na żółto włosami i resztką przekwitłej piękności na twarzy, wyjrzała z drugiego pokoju.

— Ach, to ty?...

— A cóżeś myślała, że kto? Książę Wellington?

— Ja myślałam, że to wściekły byk zerwał się z łańcucha i wali rogami w drzwi.

— Masz bzika, czy co?

— Może l mam, istotnie można zwarjować. W domu ani szylinga, ani kropli piwa, a te twoje smarkate dzieciska jeszcze mi dokuczają.

— Cóż ci zrobiły?

Kiedy godna para była ze sobą na stopie wojennej, zawarcie pokoju następowało zwykle na zasadzie wspólnego przymierza przeciw dzieciom.

Silas wszedł do pokoju i usiadł ciężko na krześle.

— Znów podobno widziały tę twoją... numer pierwszy.

— Skąd wiesz o tem?

— Słyszałam, jak chłopiec mówił do małej: „matka tu była“, a potem znowu ogarnęła go ta śpiączka.

— To już w naszej rodzinie.

— Tak, to prawda, żebyś ty nie miał wiecznej śpiączki, tobyś może zabrał się wreszcie do jakiej roboty, jak wszyscy ludzie.

— Stul gębę, kobieto! Ja mówię, że mój brat Tom ma takie napady śpiączki, a powiadają, że ten mój smarkacz, to wykapany portret stryja. Więc on był w transie, co? Cóżeś ty zrobiła?

Kobieta uśmiechnęła się złośliwie.

— Zrobiłam, co mi się podobało...

— Eksperyment z lakiem?

— Parę kropelek kapnęłam, tyle tylko, żeby go zbudzić. To jedyny sposób przerwania tej głupiej śpiączki.

Silas ruszył ramionami.

— Kobieto, strzeż się. Już i tak gadają w policji, a jak ludzie zobaczą te czerwone znaki i bąble, możemy oboje dostać się za kratki.

— Głupi jesteś Silasie!... Cóż to, nie wolno rodzicom karać własnych dzieci dla ich poprawy?

— Tak, ale to nie są twoje dzieci, a macochy nie mają zbyt dobrej opinji. Tam jest ta przeklęta żydówica. Ona widziała, jakeś raz obrabiała trzepaczką. Małgosię. Mówiła mi o tem, a dziś znowu, żeś ją głodziła.

— Co u licha z tem głodzeniem! To żarłoczny bękart! Kiedym jadła śniadanie, dałam każdemu po kawałku chleba. Trochę diety im zresztą nie zaszkodzi i ja będę, miała większy spokój.

— Czy Willie ci co nagadał?

— O tak, jak tylko się obudził,

— Kiedyś go pokąpała gorącym lakiem?

— Ja to robię dla jego dobra, chcę go odzwyczaić od głupich nawyczek.

— Cóż on ci mówił?

— Opowiedział, że się jego matka zemści na mnie. Mam już dość ciągłych wspomnień o tej suchotnicy.

— No, no, daj pokój zmarłej Amy. To było dobre kobiecisko.

— Tak teraz mówisz, Silasie, ale póki żyła, miałeś dziwny sposób okazywania jej swej sympatji.

— Stul pysk, babo. Miałem dziś zmartwienia, a ty mi jeszcze dogadujesz. Jesteś zazdrosna nawet o nieboszczkę i w tem cała historja.

— A jej bębny mogą mi ubliżać, ile im się podoba, mnie, która troskam się o ciebie już piąty rok.

— Jeżeli ci ubliżyły, to ja się z niemi zaraz rozprawię. Gdzie jest ten smyk? Przyprowadź go.

Kobieta podeszła do męża i poczęła go całować.

— Ja mam tylko ciebie jednego, Silasie.

— Eh, do djabła, nie cmoktaj mnie po gębie, nie mam dziś humoru... Idź i przyprowadź Willie. Możesz i Małgosię, ją także trzeba trochę połaskotać.

Kobieta wyszła, lecz wróciła natychmiast.

— Znowu śpi — rzekła. — Poprostu patrzeć na to nie mogę.

Chodź Silas, zobacz sam.

Weszli oboje do kuchni. Na kominie żarzył się ogień, a przy nim siedział na krześle jasnowłosy chłopiec łat dziesięciu. Delikatna i wychudła jego twarz zwrócona była ku sufitowi, oczy napół przymknięte, z pod powiek widać było tylko białka. Regularne, uduchowione jego rysy wyrażały jakiś wielki spokój. W kącie obok śpiącego siedziała na małym stołeczku drobna i szczupła dziewczynka o rok lub dwa młodsza, ze smutnemi oczyma, które teraz z wyrazem przerażenia zwrócone były na brata.

— Prawda, jak potwornie wygląda — rzekła kobieta — zdaje się, jakby nie z tego świata. Mógłby się całkiem na tamten świat wyprowadzić, bo na tym nic z niego nie będzie.

— Hej! zbudź się — krzyknął Silas. — Nie rób komedji. Wstawaj, czy słyszysz?...

Potrząsnął silnie za ramię chłopca, lecz ten spał bezustanku. Ręce, które złożył na kolanach, pokryte były dużemi czerwonemi plamami.

— No widzę, żeś nie żałowała laku. To aż tyle trzeba było nakapać, żeby go zbudzić?

— No, może ze dwie kropelki były ekstra. On mnie tak ciągle znieważa, że nie mogłam sobie odmówić tej satysfakcji. Ale ty nie masz pojęcia, jak on jest mało wrażliwy na ból, kiedy tak śpi jak teraz. Możesz mu z całych sił krzyczeć do uszu. Wszystko na nic. O, patrz...

Pochwyciła chłopca za włosy i zatargała gwałtownie. Jęknął i wzdrygnął się, lecz zaraz potem zapadł w swój pogodny sen.

— No, no — rzekł Silas, trąc w zamyśleniu podbródek. — Ja myślę, że możnaby mieć ładny dochód z tego, gdyby się umiejętnie zabrać do rzeczy. A żeby go tak naprzykład zaprowadzić do kabaretu? Dobry byłby numer: „cudowny chłopiec“. Albo do spirytystów. Tam znają jego stryja, to łatwoby uwierzyli.

— Ja myślałam, żeś ty sam zabrał się do tego interesu.

— Przestań mówić o tem — mruknął niechętnie Silas. — To już skończone.

— Złapali cię?

— Mówiłem przestań gadać o tem, kobieto! — krzyknął.

Zbliżył się do chłopca i z całej siły uszczypnął go w ramię.

— Ani się ruszył, doprawdy, to bardzo dziwne. Ciekaw jestem, do jakiego stopnia jest nieczuły...

Odwrócił się do komina i wyjąwszy szczypcami żarzący się węgiel umieścił go na głowie syna. Rozeszła się niemiła woń spalonych włosów i swąd prażonego ciała, a po chwili zerwał się chłopiec z głośnym krzykiem bólu.

— Mamo, mamo! — zawołał żałośnie. Okrzykowi temu zawtórzył głośny płacz siedzącej w kącie dziewczyny. Biedne dzieci kwiliły, jak dwa pisklęta za nieobecną matką.

— Do djabła z waszą mamą! — wrzasnęła kobieta, chwytając Małgosię za kołnierz wątłej sukienki i trzęsąc dzieckiem. — Przestań się raz mazać, śmierdzielu.

Z temi słowy otwartą dłonią wymierzyła tęgi raz w bladą twarz dziewczyny. Mały Willie przyskoczył ztyłu i począł w obronie siostry kopać macochę, dopóki potężny cios pięści Silasa nie rozciągnął chłopca na ziemi. Brutal pochwycił pręt i począł nim okładać dzieci, które prosiły go o litość, zasłaniając się rękami od okrutnych razów.

— Przestań pan nareszcie! — odezwał się jakiś głos z progu.

— To ta przeklęta żydówica — krzyknęła kobieta, śpiesząc do kuchni. — Co u djabła ma pani do roboty w naszym domu? Wynoś się stąd, bo może być gorzej z tobą.

— Jeśli jeszcze raz usłyszę, że dzieci płaczą, zawołam policjanta.

— Wynoś się, powiadam, słyszysz?

Z temi słowy zajadła kobieta podbiegła do żydówki, ta jednak nie myślała ustąpić. Chwilę stały naprzeciw siebie, mierząc się nienawistnemi oczyma, wreszcie Silasowa rzuciła się na przybyłą.

Utarczka trwała krótko, bo wnet napastniczka cofnęła się z krzykiem, ociekając krwią, płynącą z ran od czterech ostrych jak szpilki paznogci żydówki. Silas z przekleństwem na ustach, odsunął żonę, a schwyciwszy żydówkę za ramiona, całą siłą pchnął ją przez drzwi na ulicę. Upadła i leżała na bruku ze swemi długiemi chudemi członkami, rozciągnięta, jak postrzelona kuropatwa. Nie podnosząc się z ziemi jęła wygrażać zaciśniętemi pięściami i miotać klątwy na Silasa, który tymczasem zatrzasnął drzwi, nie troszcząc się o los żydówki. Około leżącej zaczął gromadzić się tłum, ciekawy powodu kłótni i przebiegu walki. Mrs. Linden niespokojna trochę wyglądała przez okno i dostrzegła z pewną ulgą, że jej nieprzyjaciółka podniosła się wreszcie z ziemi i poszła kulejąc ku swoim drzwiom. Tutaj przenikliwym głosem rozpowiadała sąsiadom o swej krzywdzie. A krzywdy żyd nie zapomina łatwo, rasa ta umie kochać i nienawidzić gorąco.

— Nic jej nie będzie, Silasie, w pierwszej chwili myślałam, żeś ją zabił.

— Toby się słusznie należało tej przeklętej obłudnicy, bo choć nie odważy się na drugi raz zajrzeć do mego mieszkania, to zawsze kręcić się będzie wpobliżu. A przyczyną tego wszystkiego, to ten smarkaty Willie. Ja go ze skóry obłupię... gdzie on?

— Poszli oboje do swego pokoju na górze. Słyszałam, jak zamykał drzwi.

— To im niewiele pomoże.

— Lepiej ich teraz nie tykać. Pełno ludzi z sąsiedztwa, mogłaby być awantura.

— Masz słuszność — zamruczał — trzeba zaczekać aż wrócę.

— A gdzie ty znowu idziesz?

— Do restauracji pod „Admirała Vernon“. Mogę dostać robotę, jako rezerwowy partner Davisa; on idzie w poniedziałek na trening i potrzebuje człowieka ciężkiej wagi.

— To cię już nieprędko zobaczę. Dużo ja mam z tej twojej roboty! Już ja wiem, co to znaczy, „Admirał Vernon“.

— To znaczy dla mnie jedyne miejsce na świecie, gdzie mam trochę wypoczynku i spokoju.

— A czy ja mam spokój, odkąd wyszłam za ciebie?

— Pyskuj dalej... Gdyby takie mielenie gębą mogło uszczęśliwić człowieka, to ty mogłabyś wziąść rekord.

Pochwycił kapelusz i powlókł się wdół ulicy, a ciężkie jego kroki rozlegały się głucho, gdy szedł po wielkiej drewnianej klapie, pokrywającej wejście do piwnic browaru.

∗             ∗

W małym brudnym pokoiku, na strychu dwie skulone postaci dziecięce siedziały na brzegu łóżka, tuląc się do siebie i łzy wylewając. Płakały cicho, aby nie obudzić czujności wiedźmy siedzącej na dole. Od czasu do czasu któreś z nich załkało głośniej, wówczas drugie napominało: cicho, cicho, och cicho. Nagle usłyszeli oboje trzaśniecie drzwiami, a wkrótce potem odgłos kroków po drewnianej pokrywie piwnicy. Dzieci ścisnęły się za ręce z nieopisaną radością. Być może, że ich zabije, gdy wróci, lecz przynajmniej kilka godzin będą bezpieczne. Co do macochy, to ta była mściwa i chytra, lecz nie zapamiętywała się w gniewie, jak ojciec. Dzieci wiedziały, że człowiek ten wpędził do grobu ich matkę i że każdej chwili, gdy wróci pijany, mogą się z jego ręki spodziewać śmierci.

Pokoik był ciemny. Przez jedyne zabrudzone okienko wpadało słabe światło, tworząc jaśniejszy prostokąt na podłodze, poza tem wszystko dokoła tonęło w mroku. Nagle chłopiec zesztywniał, przyciągnał siostrę silniej do siebie i wlepił rozszerzone źrenice w ciemny kąt pokoju.

— Idzie — wyszeptał — idzie.

Małgosia przytuliła się do brata.

— Och, Willie, czy to mama?

— Nie, tylko światło, jakie piękne, złote światło, widzisz je tam?

Lecz dziewczynka daremnie rozglądała się po pokoju. Dla niej wszystko było ciemnością.

— Mów mi, Willie — szepnęła uroczystym głosem. Nie lękała się, gdyż nieraz już zmarła matka przybywała w nocy, by pocieszyć dręczone dzieci.

— Tak, tak, przychodzi... O mamo, mamo!

— Co ona mówi, Willie?

— Teraz ją widzę... Jaka piękna. Wcale nie płacze jak kiedyś, uśmiecha się... Jest szczęśliwa... Droga, kochana mamusia... A teraz mówi; „Już zło minęło, wszystko minęło“... Teraz kiwa na nas ręką... Musimy iść za nią.

...Idzie ku drzwiom.

— Och, Willie, ja się boję,

— Tak, tak, kiwa głową, mówi żebyśmy się nie bali niczego. Teraz przeszła przez drzwi. Chodź, chodź prędko, bo ją stracimy.

Dzieciaki przeszły przez pokój, Willie otworzył drzwi. Matka stała u szczytu schodów i zachęcała je skinieniem głowy. Szły za nią krok za krokiem na dół do pustej kuchni. Macocha gdzieś wyszła... W całym domu było bardzo cicho. Zjawisko wciąż dawało ręką znaki.

— Musimy wyjść na ulicę.

— Och, Willie, nie mamy kapeluszy.

— Musimy iść za nią, ona się uśmiecha.

— Ojciec nas zabije.

— Nie, ona potrząsa głową, że nie, zachęca nas. Chodź...

Otworzyli drzwi i wyszli na ulicę, idąc za świetlanem zjawiskiem przez opustoszałe podwórze, a potem dalej przez sieć małych uliczek aż do ruchliwej i ludnej drogi Tottenham Court. Zdarzyło się raz, czy dwa razy, że wśród tej fali ludzkiej, jakiś mężczyzna, to znów kobieta, obdarzeni błogosławionym darem jasnowidzenia, zatrzymywali się, patrząc ze zdumieniem, jakgdyby dostrzegali jasnego anioła, za którym szło dwoje bladych dzieci, chłopiec z utkwionym w przestrzeni, uduchowionym wzrokiem, dziewczynka, jakby strwożona, co chwila oglądając się poza siebie. Tak przewędrowali całą długą ulicę, minęli wspaniałe gmachy i doszli do grupy niskich budynków z czerwonej cegły. Przed jednym z nich zatrzymało się zjawisko.

— Musimy tu zapukać — rzekł Willie.

— Ale co my powiemy, przecież nie znamy tych ludzi?

— Mamy zapukać — powtórzył chłopiec z uporem. — Ja pukam, o tak... Wszystko dobrze, Małgosiu. Ona potakuje, klaszcze w dłonie i uśmiecha się.

I tak stało się, że Mrs. Linden, siedząc samotnie w swem mieszkaniu i rozmyślając o nieszczęśliwym mężu w więzieniu, usłyszawszy pukanie, podeszła do drzwi i zobaczyła dwoje dzieci stojących za progiem. Kilka szybko wymienionych słów, błysk kobiecego instynktu i nagle dwoje ramion oplotło szyje dzieciaków. Tak dwa małe czółenka, które w dziwnie smutnych warunkach rozpoczęły swą życiową podróż, znalazły cichą przystań, gdzie żadna już burza dosięgnąć ich nie mogła.

∗             ∗

Tejże samej nocy w Bolton Court zaszły szczególne i zagadkowe wypadki. Sądzono powszechnie, że nie stoją one z sobą w żadnym pragmatycznym związku, było jednak parę osób, które dopatrywały się pewnej konsekwencji. Władze brytyjskie nie dostrzegły w nich nic nadzwyczajnego i nikogo do odpowiedzialności nie pociągnęły. W przedostatnim z domów, ukryta poza firanką patrzyła w mroczną dal ulicy jakaś twarz kobieca. Była to sucha, jastrzębia twarz o rysach ostrych, ciemna jak grób, nieubłagana jak śmierć. Za Rebeką Lewi stał jakiś młody człowiek, którego rysy zdradzały wyraźnie to samo wschodnie pochodzenie. Godzinę jedną, potem drugą siedziała kobieta za firankę bez ruchu, bez słowa, patrząc i patrząc przenikliwie. U wejścia do sieni wisiała lampa nocna, rzucająca na podwórze żółty krąg światła. Na tę to oświetloną przestrzeń zwrócony był uporczywy wzrok żydówki.

Nagle dostrzegła to, na co czekała. Drgnęła, oczy jej błysnęły, z ust wypadło jakieś prędkie słowo. Stojący za nią młodzieniec wyszedł szybko z pokoju, przebiegł ulicę i zniknął w drzwiach bocznego wejścia do browaru.

Silas Linden wracał do domu pijany. Był w stanie dzikiego, ponurego omroczenia. Nurtowało w nim uczucie jakiejś wielkiej świeżo doznanej krzywdy. Nie otrzymał spodziewanego zamówienia, przeszkodziło mu w tem kalectwo jego ręki. Kilka godzin przesiedział przy bufecie, żądając coraz to nowych kieliszków. Dano mu na kredyt, lecz nie tyle ile się domagał. Teraz stał się niebezpieczny. Biada temu, ktoby mu drogę zastąpił. Myślał z nienawiścią o żydówce, która tu mieszkała i o sąsiadach, którzy jej stronę trzymali. Czy znowu zechce stawać między nim a jego własnemi dziećmi? On im pokaże! Zaraz jutro rano wyprowadzi smarkaczów na ulicę, aby wszyscy ludzie widzieli i zbije oboje na kwaśne jabłko. Przekonają się ludzie, że Silas Linden nie dba o ich opinję... A zresztą, czemużby tego nie miał uczynić zaraz? Jeśli krzyki pędraków zbudzą śpiących sąsiadów, to będzie to dla nich nauką, że nikt bezkarnie nie może obrażać jego, Silasa Linden. Ta myśl podobała mu się ogromnie i pod jej wpływem przyśpieszył kroku. Dochodził prawie do swoich drzwi gdy wtem...

Nigdy nie wyświetlono, jak się to stało, że tej właśnie nocy drewniana klapa, przykrywająca wejście do piwnic browaru nie była należycie zaryglowana. Sąd miał wprawdzie pociągnąć do odpowiedzialności zarząd browaru, ale koroner zwrócił uwagę, że Linden był niezwykle ciężkim mężczyzną, że mógł po pijanemu runąć całym ciężarem na klapę i tak przyszło do upadku. A był to upadek z wysokości osiemnastu stóp na kamienną posadzkę piwnicy. Cóż dziwnego, że stos pacierzowy uległ złamaniu. Znaleziono Silasa dopiero nad ranem, ponieważ szczególnym trafem najbliższa sąsiadka Rebeka Lewi spała niezwykle mocno i nie słyszała łoskotu upadku. Badanie lekarza sądowego stwierdziło, że śmierć nie była natychmiastowa. Znaleziono niezbite ślady, że przez kilka godzin męczył się straszliwie. Wśród zupełnej ciemności, womitując piwo, krew i cierpiąc okropnie nędzny ten człowiek, nędznie żywota dokonał.

Nie będziemy roztkliwiali się nad losem kobiety, którą owdowił. Uwolniona od brutalnego małżonka, wróciła na deski sali koncertowej, skąd dała się niegdyś uwieść męskości i niedźwiedziej sile atlety. Usiłowała teraz odzyskać straconą sławę, refrenem, który niegdyś zyskiwał jej huczne oklaski.


„Hi, Hi, Hi... Jam jest dernier cri
Dziewczynka w dużym kapeluszu...“


Lecz ku wielkiemu swemu zmartwieniu przekonała się, że piosenka jej zamiast entuzjazmu wywołuje ironiczne uśmiechy i że jej „dernier cri“ należy do niepowrotnej przeszłości. Spadała zwolna z desek większych kabaretów na mniejsze, z kabaretowych na jarmarczne i tak zanurzała się głębiej, coraz głębiej w ów lotny, chłonący piasek życia po pas, po szyję, aż wreszcie i wyróżowana twarz znikła w przepastnej otchłani.



XII.
Wyżyny i przepaści.

Instytut Metapsychiczny na placu Wagram był to potężny kamienny budynek, mający drzwi wejściowe wielkie, jak brama średniowiecznego zamku. Tutaj właśnie trzej nasi znajomi zadzwonili pewnego dnia późnym wieczorem. Lokaj wprowadził ich do salonu przyjęć, gdzie powitał ich doktor Maupuis. Sławny ten badacz zjawisk psychicznych, był to mężczyzna barczysty z dużą głową, gładko wygolony, o twarzy, której wyraz świadczył zarówno o głębokiej wiedzy, jak i dobrotliwym altruizmie. Z Mailey’em i Roxtonem rozmawiał po francusku, ponieważ obaj ci panowie doskonale znali ten język, łamaną zaś angielszczyzną z Malone’m, który odpowiadał jeszcze bardziej połamanym językiem francuskim. Wyraził swą radość z przybycia gości w sposób tak uprzejmy, jak tylko Francuz potrafi, powiedział kilka słów o zadziwiających zdolnościach Panbeka, galicyjskiego medjum, a wreszcie poprowadził przybyłych na dół do pokoju, gdzie miało się odbyć posiedzenie. Żywa inteligencja i bystrość umysłu Francuza dały poznać angielskim gościom, jak niedorzeczne były zarzuty osób, które cudowne rezultaty osiągnięte przez doktora Maupuis przypisywały jego ogromnej łatwowierności i zręczności oszustów.

Zeszedłszy wdół po kręconych schodach, znaleźli się w dużym pokoju, który na pierwszy rzut oka robił wrażenie chemicznego laboratorjum, ponieważ wszystkie ściany ozdobione były półkami, na których stały butelki, retorty, probówki, wagi i t. p. Pokój był jednak umeblowany bardziej elegancko niż zwykła chemiczna pracownia. Na środku stał duży masywny stół dębowy z całym szeregiem wygodnych foteli dokoła. W końcu jednej ściany wisiał duży portret profesora Crookesa, w drugim końcu Lombrosa, a w środku obraz, przedstawiający jeden z seansów z Eusapią Paladino. Wokół stołu siedziała grupa osób rozmawiających z sobą szeptem i tak zajętych rozmową, że nie dostrzeżono przybyłych gości.

— Ci trzej panowie są to wyróżnieni przeze mnie goście, podobnie jak i panowie. Ci dwaj, to moi asystenci: doktór Sauvage i doktór Buison. Prasę reprezentują dziś Mr. Fortè, współwydawca Matin’a. Tego wysokiego śniadego pana, który wygląda jak dymisjonowany generał, pewnie znacie panowie? Nie? To jest profesor Charles Richet, nasz czcigodny mistrz, który dał dowód wielkiej energji i wytrwałości w badaniach psychicznych, jakkolwiek nie doszedł do tych samych wniosków, co pan, panie Mailey. Ale i to zapewne nastąpi. Musi pan mieć na uwadze, że policja bardzo się nami opiekuje i że im mniej mieszamy się w sprawy religijne, tem mniej mamy kłopotu z Kościołem, który jest bardzo potężny w tym kraju. Ten pan z Wysokiem czołem, to hrabia de Grammont, a ten z głową Jowisza i białą brodą, to Flammarion, światowej sławy astronom. A teraz, panowie — dodał głośniej — proszę zająć miejsca, gdyż zaczynamy seans.

Usiedli wszyscy wokół długiego stołu. Trzej Anglicy obok siebie. W kącie pokoju ustawiony był duży aparat fotograficzny. Na bocznym stoliku stały dwa naczynia cynkowe. Drzwi zamknięto, a klucz wręczono profesorowi Richet. Doktór Maupuis siedział na jednym końcu stołu obok małego łysego mężczyzny w średnim wieku.

— Niektórzy panowie nie znają jeszcze pana Panbeka — rzekł doktór. Pozwólcie, że go przedstawię. Monsieur Panbek oddał swe znakomite siły psychiczne na nasze usługi, a przeto zaciągnęliśmy wobec niego wielki dług wdzięczności. Ma obecnie lat czterdzieści siedem, i jest normalnie zdrowy o nerwowo-artretycznem usposobieniu. Jego system nerwowy jest przeczulony, lecz ciśnienie krwi normalne. Puls jego wskazuje siedemdziesiąt dwa uderzenia, lecz podnosi się do stu w chwili transu. Są okolice hiperestrezji[5] na jego członkach. Jego pole widzenia i reakcja źrenicy na światło, normalne. Nie wiem, czy potrzebuję jeszcze dodać więcej...

— Jabym dodał — rzekł profesor Richet — że przeczulenie jest w danym wypadku stanem normalnym. Panbek jest wrażliwy i czuły z temperamentem poety i słabostkami — jeśli je tak nazwać można — któremi poeta płaci zawsze za swe wielkie dary. Wielkie medjum jest wielkim artystą i należy je mierzyć tą samą miarą.

— Zdaje mi się, że profesor chce panów przygotować na najgorsze wyniki dzisiejszego seansu — rzekło medjum z uśmiechem, a ta uwaga wywołała wesołość wśród zebranych.

— Zebraliśmy się w nadziei, że niektóre materjalizacje, jakieśmy już kilkakrotnie widzieli, będzie dziś można powtórzyć i to w taki sposób, byśmy mogli otrzymać trwały dokument ich istnienia — mówił doktor Maupuis swym spokojnym, suchym głosem. — Te materjalizacje przybrały w ostatnich czasach całkiem nieoczekiwane formy i dlatego proszę obecnych o zachowanie niezbędnego spokoju, bez względu na to, w jakich kształtach zjawiska się ukażą. Teraz gaszę światła białe, a zapalam narazie najsłabszą lampkę czerwoną, dopóki warunki nie pozwolą nam na silniejsze oświetlenie.

Lampy gasił i zapalał doktór Maupuis, nie wstając z krzesła, gdyż kontakty były przy stole.

W jednej chwili sala pogrążyła się w ciemnościach, a wkrótce potem zamajaczyło w końcu pokoju czerwone światło na tyle silne, że pozwalało ujrzeć sylwetki siedzących osób. Nie było muzyki, ani modlitw lub śpiewów religijnych. Towarzystwo rozmawiało szeptem.

— Postępowanie odmienne niż u was w Anglji — rzekł Malone.

— Zupełnie — odparł Mailey. — Zdaje mi się, że jesteśmy całkiem bezbronni wobec tego, co przyjść może.

Wszystko nie tak, jak być powinno. Oni nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

— Jakież tu może być niebezpieczeństwo?

— Z mego punktu widzenia to jest tak, jakbyśmy siedzieli nad brzegiem jeziora, z którego mogą równie dobrze wyskoczyć małe żabki jak ludożercze krokodyle. Nie można wiedzieć, co się pokaże.

Profesor Richet, który doskonale mówił po angielsku, dosłyszał te słowa.

— Ja znam pański punkt widzenia, Mr. Mailey — rzekł. — Niech pan nie sądzi, że my lekceważymy to niebezpieczeństwo. Zjawiska, które widziałem, mogą istotnie usprawiedliwić pańską przenośnię, o żabkach i krokodylach. W tym samym pokoju widziałem stworzenia, które o ileby były podrażnione mogłyby uczynić każdy nasz seans dosyć ryzykownym. Równie jak pan sądzę, że złe medja mogą wywołać złe zjawiska.

— Cieszę się, że pan przychyla się do naszych zapatrywań — odparł Mailey, który jak zresztą wszyscy uważał Richet’a za jednego z wielkich tego świata.

— Przychylam się w niejednej kwestji, ale nie powiem, abym w całości podzielał wasze przekonania. Ukryte siły ludzkiego wcielonego ducha są tak cudowne, że mogą sięgać w dziedziny, które obecnie wydają się całkowicie niedostępne. Jako stary materjalista walczę o każdą piędź ziemi, chociaż — przyznaję — straciłem już parę linij rowów strzeleckich. Mój znakomity kolega Challenger, nie cofnął się dotąd ani kroku, jak słyszałem.

— Tak, sir — rzekł Malone — a jednak mam nadzieję, że...

— Cicho — szepnął żywo Maupuis.

Nastała chwila grobowej ciszy, aż nagle dał się słyszeć szelest, a potem, jakby łopot skrzydeł.

— Ptak, ptaki — szeptano z widocznym lękiem. Znowu milczenie, szelest i ponowny łopot.

— Ma pan wszystko gotowe, René? — zapytał doktor.

— Gotowe.

— Więc, pal!...

Olśniewający błysk magnezji rozjaśnił całą salę, a jednocześnie dał się słyszeć trzask zamykanej kamery fotograficznej. W nagłem świetle, które zajaśniało jak błyskawica przedstawił się gościom dziwny widok. Medjum leżało z głową opartą na dłoniach w widocznem znieczuleniu. Na ramionach jego siedział olbrzymi ptak drapieżny — ogromny sokół, czy orzeł. Przez króciutką chwilę dziwny ten obraz zarysował się na siatkówkach gości, podobnie, jak na kliszy fotograficznej. Potem ciemność objęła wszystko. Światła dostarczały tylko dwie czerwone lampki, które połyskiwały w mroku, jak oczy złośliwego demona, czającego się w kącie.

— Czyś pan to widział — szepnął Malone, nachylając się do Mailey’a.

— Krokodyl z głębiny — odparł tenże.

— Ale nieszkodliwy — dodał profesor Richet. — Ptaka widzieliśmy już kilka razy. Rusza skrzydłami, jak to panowie słyszeli, poza tem jednak jest spokojny. Możemy mieć innego, niebezpieczniejszego gościa.

Błysk światła rozprószył zupełnie ektoplazmę. Trzeba ją było wytwarzać na nowo. Towarzystwo siedziało przez kwadrans w milczeniu, gdy naraz Richet trącił Mailey’a w ramię.

— Nie czuje pan jakiegoś zapachu? — monsieur Mailey?

Mailey wciągnął nosem powietrze.

— Tak, tak, mam wrażenie, jakbym się znajdował w londyńskim ogrodzie zoologicznym.

— Ja mam ściślejsze porównanie. Jest to niemiła woń, jaką wydziela mokry wyżeł, gdy wejdzie do ciepłego pokoju.

— Tak, tak — potwierdził Mailey — bardzo trafne porównanie. Ale gdzie ten pies?

— To nie pies... Czekajcie trochę, czekajcie.

Odór wilgotnej sierści psa dawał się wyczuć coraz silniej. Bił poprostu w nozdrza. Nagle dostrzegł Malone, że coś rusza się około stołu. W niepewnem świetle czerwonych lampek dostrzec było można jakąś niekształtną, źle sformowaną postać, mającą pewne podobieństwo do człowieka. Potem sylwetka ta zarysowała się wyraźniej. Była to postać gruba, szeroka, z krągłą głową, krótkim karkiem, o ciężkich niezgrabnych ramionach. Posuwała się zwolna wzdłuż koła, następnie zatrzymała się, a wtedy z ust siedzących wydarł się okrzyk zdumienia i przestrachu.

— Ma długie pazury, drapnęło mnie niemi po karku — zawołał jakiś głos.

— To nic, to są zwykłe jego karesy.

— Mogę panu odstąpić swój udział w tych karesach — odezwał się ktoś drżącym głosem.

— Nie odpędzajcie go, bo może się rozzłościć... teraz jest spokojny, ale ma swoje kaprysy, tak jak każdy z nas.

Potwór począł znów się cicho posuwać. Zbliżył się właśnie do końca stołu, gdzie siedzieli nasi trzej znajomi. Oddychał prędko, a tchnienie jego czuli na swych karkach.

Nagle lord Roxton wydał głośny okrzyk niesmaku.

— Spokojnie, spokojnie — zawołał doktor Maupuis.

— Liże mi rękę — krzyknął Roxton.

W chwilę potem Malone dostrzegł między sobą a lordem Roxtonem kudłaty łeb zwierzęcia. Lewą ręką mógł nawet dotknąć jego szorstkiej długiej sierści. Teraz zwróciło się ku niemu i dziennikarz użyć musiał całej siły woli, by nie cofnąć z obrzydzeniem ręki, gdy długi miękki język począł ją lizać. Potem stworzenie ruszyło dalej i znikło.

— Na miłość boską, co to było? — zapytał Malone.

— Proszono nas, by tego nie fotografować. Może światło rozwściekliłoby tę bestję. Medjum prosiło wyraźnie o to. Tyle tylko możemy powiedzieć, że jest to albo małpa o kształtach człowieka, albo człowiek-małpa. Myśmy go już widzieli dawniej, dokładniej nawet niż dzisiaj. Pysk jest małpy, czoło jest proste, ramiona długie, ręce, czy łapy olbrzymie, ciało pokryte gęstym włosem.

— Tom Linden dawał nam lepsze rzeczy — szepnął Mailey.

Mówił bardzo cicho, jednak Richet dosłyszał te słowa.

— Cała przyroda jest przedmiotem naszego badania — odparł. — Nie naszą rzeczą jest czynić wybór. Czy mamy dzielić na gatunki tylko kwiaty, a zaniedbać klasyfikację grzybów?

— Ależ pan sam przyznaje, że to niebezpieczne.

— Promienie X także są niebezpieczne. Iluż to męczenników nauki straciło władzę w rękach, zanim skonstatowano niebezpieczeństwa tych doświadczeń. A jednak to było konieczne. My oczywiście nie zdajemy sobie sprawy z tego do jakich jeszcze możemy dojść rezultatów. Gdybyśmy jednak mogli udowodnić wszystkim, że ten pithecanthropos przybywa do nas z zaświata i odchodzi tak tajemniczo, jak się zjawił, to ta zdobycz naukowa miałaby olbrzymią doniosłość... l gdyby nawet zachodziła obawa, że nas na kawałki poszarpie temi potężnemi pazurami, to nie zaniechalibyśmy dalszych doświadczeń, uważając je za swój święty obowiązek.

— Pionierowie nauki muszą być bohaterami — rzekł Mailey — nie myślę temu przeczyć. A jednak ci właśnie mężowie nauki utrzymują, że my wystawiamy na hazard nasz rozum, usiłując wejść w kontakt z siłami duchowemi. Z całą radością poświęcilibyśmy rozum i życie nasze, gdybyśmy tem mogli pomóc ludzkości. Czyż mamy mniej uczynić dla duchowego postępu niż oni dla materjalnego?

Zapalono światła i zrobiono przerwę dla wypoczynku przed rozpoczęciem nowego eksperymentu.

Panowie podzielili się na małe grupy, rozmawiając przyciszonym głosem o świeżych doświadczeniach. Gdy się patrzyło na obszerną salę i jej wspaniałe urządzenie doznawało się wrażenia, że dziwny ów ptak i tajemniczy małpo-człowiek, były tylko sennemi widziadłami. A jednak realny dowód pozostał. Z przyległego ciemnego pokoiku wybiegł mocno wzruszony fotograf i pokazywał obecnym kliszę, którą właśnie wywołał i utrwalił. Trzymał ją pod światło i oto całkiem wyraźnie widać było łysą głowę medjum wtuloną w ramiona, a tuż nad niemi rysowała się sylwetka olbrzymiego ptaka. Doktór Maupuis zacierał ręce z radością. Jak wszyscy pionierowie nauki tak i on wiele znieść musiał przycinków od paryskiej prasy; każdy udatny eksperyment był przeto nową w jego ręku bronią przeciw atakom niedowiarków.

— No cóż? Idziemy... idziemy naprzód — powtarzał radośnie.

Richet, zatopiony w myślach, odpowiadał mechanicznie:

— Tak, przyjacielu, idziecie, idziecie...

Mały Galicjanin siedział tymczasem spokojnie i chrupał biszkopt, zakrapiając go czerwonem winem. Malone podszedł do niego i dowiedział się, że ów mieszkał przez dłuższy czas w Ameryce i znał nieco język angielski.

— Czy pan zmęczony? Nie wyczerpuje to pana?

— Bardzo mało... dwa seanse na tydzień... trzymam się przepisu doktora, który mi nie pozwala na częstsze posiedzenia.

— Czy pan co pamięta?

— Coś tak jak przez sen, troszeczkę...

— Czy oddawna ma pan tę siłę?

— O tak, tak, od dziecka. Miał ją mój ojciec i wuj... Ciągle mieli jakieś wizje. Ja nieraz siadywałem w lesie i różne dziwne zwierzęta snuły się koło mnie. Dziwiłem się bardzo, gdym się przekonał, że inne dzieci całkiem ich nie widziały.

— Już pan gotów? — zapytał doktor Moupuis.

— Najzupełniej — odparło medjum, strzepując z kolan okruszynki ciastek.

Doktór zapalił spirytusową lampkę pod jedną z cynkowych retort.

— A teraz panowie, chciałbym wykonać eksperyment, który powinien raz na zawsze przekonać świat o istnieniu ektoplazmicznych zjawisk. Odtąd będzie można kwestjonować ich naturę, lecz ich egzystencję nikt nie będzie mógł zaprzeczyć, chyba, że mi się to obecne doświadczenie nie uda. Muszę panom objaśnić, co znaczą te dwa cynkowe słoje. Ten, który w tej chwili ogrzewam, zawiera parafinę, która się topi, jak panowie widzicie. W tym drugim jest woda. Panów, którzy po raz pierwszy zaszczycają nas swą obecnością, muszę objaśnić, że fenomeny Panbeka odbywają się zwykle w niezmiennym porządku i że w obecnej fazie naszego seansu możemy oczekiwać ukazania się postaci starca. I dziś prawdopodobnie ujrzymy go, a wtedy, mam nadzieję, dzięki memu pomysłowi całkiem realnie stwierdzić jego istnienie i niejako unieśmiertelnić go w historji badań psychicznych. Teraz proszę panów zająć miejsca — jak przedtem. Ja siadam również, światła białe gaszę, a zapalam czerwoną lampkę numer trzeci o silniejszem nieco świetle, co pozwoli na lepsze rozeznanie konturów zjawiska.

Jakoż istotnie całe koło można było objąć doskonale wzrokiem. Głowa medjum opadła na piersi, głęboki, chrypliwy oddech świadczył, że zapadło w trans. Obecni skierowali swój wzrok z natężeniem i ciekawością na śpiącego, gdyż cały proces materjalizacji miał się odbyć w ich oczach. Najpierw był to jakiś opar mglisty, fosforyczny, którzy okolił głowę medjum. Potem sformowała się poza nią jakby przejrzysta, biała draperja. Zwolna poczęła ona gęstnieć, czernieć, przybierać coraz bardziej określone kształty. Wyłoniła się głowa, barki, ramiona, tułów. Tak, nie mogło już być wątpliwości... Za krzesłem śpiącego medjum stał jakiś stary człowiek. Poruszał zwolna głową, chyląc ją kolejno na obie strony, jakby usiłował przypatrywać się towarzystwu. Patrzącym zdawało się, że pyta: „Gdzie jestem i poco tu jestem?“

— Mówić on nie będzie, lecz słyszy i rozumie, co mówimy — rzekł doktór Maupuis, patrząc poprzez ramię na zjawisko. — Jesteśmy tu, panie, w nadziei, że pomoże nam pan stwierdzić realnie pewien bardzo ważny eksperyment. Czy możemy liczyć na pańskie łaskawe zezwolenie?

Postać skinęła potakująco głową.

— Dziękujemy. O ile pan uzyska pełną siłę, potrafi pan oddzielić się od medjum? Wszak prawda?

Zjawisko ponownie skinęło głową, lecz nie ruszyło się z miejsca. Malone’owi zdało się jednak, że kształty jego zarysowały się wyraźniej, dostrzegł linje oblicza. Niewątpliwie był to człowiek stary, o smutnej twarzy, wydłużonym nosie, z ciekawie wystającą dolną wargą. Nagle raptownym ruchem oderwał się od medjum i podszedł ku środkowi pokoju.

— A teraz — ciągnął dalej Maupuis swym pedantycznym tonem — proszę, aby pan był łaskaw zbliżyć się jeszcze i zanurzyć swą prawą rękę w ten dzbanek.

Postać zbliżyła się rzeczywiście i poczęła przypatrywać się dzbankowi z widocznem zainteresowaniem, zaczem stosując się do prośby doktora, zanurzyła rękę w naczynie.

— Znakomicie — wykrzyknął Maupuis głosem, w którym drgał radosny zachwyt. — A teraz, sir, proszę cię, byś raczył tą samą dłoń zanurzyć w drugiem naczyniu z zimną wodą.

Zjawisko usłuchało prośby.

— A teraz, drogi panie, dasz nam dowód wielkiej łaski i uwieńczysz zupełnem powodzeniem nasz eksperyment, jeżeli położysz tę samą rękę na stole, o tak, wybornie. A teraz, nie cofając ręki, proszę zdematerjalizować się i powrócić do swego medjum.

Postać skłoniła się, wyrażając tym ruchem zrozumienie prośby i zgodę. Wolnym krokiem podeszła ku środkowi stołu, położyła na nim rękę i prawie natychmiast znikła.

Medjum przestało dyszeć l poruszyło się niespokojnie jak człowiek, który się budzi z ciężkiego snu. Maupuis zapalił białe światła i wydał głośny okrzyk zachwytu. Zawtórowały mu radosne głosy wszystkich gości.

Na politurowanym, gładkim stole, leżała delikatna żółto-różowa rękawiczka z parafiny, szeroka w zagięciu palcowi wąska przy kostce. Dwa palce zgięte były ku wnętrzu dłoni.

Maupuis nie posiadał się z radości. Odłamał drobny kawałek wosku od rękawiczki przy kostce i wręczył go asystentowi, który wybiegł szybko z pokoju.

— To już korona wszystkiego! — wykrzykną doktór Maupuis. — Co teraz oni na to? Panowie, do was się zwracam z apelem. Wyście byli świadkami tego. Czy może z was który znaleźć jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie tego tu oto woskowego modelu rękawiczki, poza dematerjalizacją ręki, która tkwiła wewnątrz tego kruchego modelu?...

— Ja innego tłumaczenia nie widzę — odparł Richet. — Ale co pan zrobi z tymi upartymi i zaślepionymi ludźmi?... Jeśli nie potrafią faktowi zaprzeczyć, to go na pewno zignorują.

— Przecież mamy tu przedstawicieli prasy, a prasa to publiczność — rzekł Maupuis. — Jeśli chodzi o prasę angielską... Panie Malone, jaką inną odpowiedź może pan dać na powstanie tej oto rękawiczki?

— Żadnej innej — odparł szczerze Malone.

— A pan — pytał dalej doktór, zwracając się do przedstawiciela Matin'a.

Francuz ruszył ramionami.

— Dla nas, którzyśmy to widzieli na własne oczy, jest to istotnie dowód wystarczający — rzekł — a jednak na pewno spotkacie się panowie z zarzutami. Oni pominą fakt, że ten model jest nadzwyczajnie delikatny i kruchy. Powiedzą, że medjum przyniosło go z sobą i położyło na stole.

Maupuis aż klasnął w ręce z triumfu. Właśnie z drugiego pokoju przyniósł mu asystent skrawek papieru.

— Mam na to gotową odpowiedź — zawołał Maupuis, podnosząc do góry mały płatek papieru. — Ja przewidziałem ten zarzut i nasypałem do parafiny kilka kryształków cholesteryny. Panowie widzieliście, żem odłamał kawałek wosku z tej rękawiczki. Zrobiłem to w celu dokonania analizy chemicznej. Analiza zrobiona i proszę patrzeć, oto na tym kawałku papieru są widoczne ślady cholesteryny.

— Doskonale — rzekł dziennikarz francuski. — Tym ostatnim dowodem zamyka pan usta wszystkim niedowiarkom. Ale co dalej?

— Dalej? — mówił z niekłamanym zapałem Maupuis. Cośmy raz wykonali, to możemy wielekroć jeszcze razy powtórzyć. Przygotuję cały szereg tych modeli! Będę miał palce, ręce i pięści... Potem otrzymam z nich odlewy gipsowe. Choć to jest rzecz niesłychanie delikatna i krucha, to jednak przy zastosowaniu pewnych środków da się to Otrzymam całe tuziny tych modeli, a setki i tysiące odlewów, roześlę je do wszystkich stolic świata, aby je ludzie oglądali. Czy to ich wkońcu nie przekona o prawdzie i rzeczywistości naszych doświadczeń?

— Nie spodziewaj się wcale, mój biedny przyjacielu — rzekł Richet, opierając dłoń na ramieniu entuzjasty. — Nie bierz pan w rachubę siły bezwładności ludzkiej... Ale... uznaję to, co pan powiedział, idziecie naprzód... tak, codzień idziecie naprzód...

— I ten pochód nasz ma swój wytknięty kierunek — dodał Mailey. — Zwolna, lecz nieustannie będziem zmierzali do podniesienia moralnego i uszlachetnienia ludzkości.

Richet uśmiechnął się i pokiwał głową.

— Pan zawsze ma na myśli kierunek transcedentalny, panie Mailey... Zawsze pan patrzy dalej, niż sięgnąć może wzrok ludzki i wiedzę realną zmienia pan w filozofję. Obawiam się, że pan jest niepoprawny. Czy pańskie wnioski są racjonalne?

— Panie profesorze — odparł Mailey z całą powagą. — Chciałbym zadać panu to samo pytanie. Mam głęboki szacunek dla pańskiej wiedzy i zdolności, żywię także prawdziwą sympatję dla pańskiej ostrożności w konkluzjach, ale... czy pan nie widzi dalszej konsekwencji tych badań? Czy pan nie dostrzega, że tu się wyraźnie rozdziela droga na wiedzę ścisłą i na filozofję?... Dzisiaj pan stwierdził, a musiał pan stwierdzić, że zjawa w postaci ludzkiej, zjawa inteligentna, utworzona z substancji, którą pan sam nazwał ektoplazmą, może chodzić po pokoju i spełniać pewne zlecenia, gdy medjum leży bezwładne i nieświadome przed pańskiemi oczyma... I stwierdziwszy to, jeszcze pan nie chce przyznać, że duch ma swój byt całkowicie od ciała niezależny... Pytam; czy takie zapieranie rzeczywistości jest racjonalne?

Richet potrząsnął głową z uśmiechem, zaczem nie dawszy odpowiedzi, począł żegnać się z doktorem Maupuis i składać mu gratulacje. W kilka minut potem rozeszło się towarzystwo i znajomi nasi pędzili samochodem do hotelu.

Malone był głęboko przejęty tem, co widział, to też do późna w noc siedział nad sprawozdaniem, które miał wysłać do „Nowości“. Wymieniał nazwiska ludzi, którzy byli świadkami seansu i mogli ręczyć za prawdziwość zjawisk. Były to nazwiska szanowne, znane w naukowym świecie, których niepodobna było skojarzyć z brakiem zdrowego sądu, nieuctwem lub oszustwem. Będzie to epokowy, zwrotny punkt w dziejach ludzkości. Tak mówił sobie w duchu, przekonany o nadzwyczajnej doniosłości tych odkryć. W parę dni potem przeglądał dzienniki londyńskie, biorąc gazetę jedną po drugiej. Całe szpalty o footballu, długie artykuły o golfie, obszerne sprawozdania z giełdy. W Times’ie bardzo długa i poważnie traktowana rozprawa o życiu i rozmnażaniu się czajek. O rezultacie badań paryskich ani słóweczka!...

Mailey zaśmiał się serdecznie, widząc rozczarowanie dziennikarza.

— Głupi, szalony ten świat! — rzekł z przekonaniem. — Ale... ale to nie koniec naszej sprawy...



XIII.
Profesor Challenger wyrusza na bój.

Profesor Challenger był w złym humorze, a ilekroć się to zdarzyło, całe jego otoczenie musiało odczuć ten humor. Lecz nietylko otoczenie. Od czasu do czasu pojawiały się w londyńskich dziennikach groźne jego artykuły, któremi druzgotał nieszczęśliwych oponentów. Padały one jak gromy obrażonego w swym majestacie Jowisza, rezydującego na niebotycznych wyżynach przy ulicy Wiktorji. Służba nie śmiała zbliżyć się do legowiska, gdzie posępny i groźny, z rozwichrzoną brodą, wśród stosu książek i papierów, siedział, jak lew nad powaloną antylopą. Jedna tylko Enid zdobywała się na odwagę zaglądać do ojca, lecz i ona czyniła to ze ściśnionem sercem, doznając lęku, jaki odczuwa najśmielszy nawet poskromiciel, gdy odsuwa kratę lwiej klatki. Nigdy nie była pewną, czy nie spotka ją złośliwy jakiś docinek, lecz przynajmniej nie potrzebowała lękać się fizycznej krzywdy, jaka groziła obcym osobom.

Nieraz gwałtowne napaści profesora wynikały z przyczyn materjalnych. — Wątroba sir, moja wątroba! — mawiał później do gościa, jakby na usprawiedliwienie dzikich wybuchów swego temperamentu. Istniała jednak oprócz nadwerężonej wątroby inna całkiem określona przyczyna owych napadów złego humoru. Był nią spirytyzm.

Zdawało się, że nieszczęsny profesor nigdy nie oderwie się od zetknięcia z tym wstrętnym zabobonem, który stawał wpoprzek jego filozofji, jego pracy, i trudów całego życia. Próbował go zrazu lekceważyć, potem wyśmiewać, potem zbywać pogardliwem milczeniem i kompletnie ignorować, lecz żaden z tych sposobów nie był dość skutecznym, przeklęta zmora wracała uporczywie, natrętnie. Czasem zdawało mu się, że ją zwalczył i zdeptał, lecz w niespełna tydzień już znowu miał ją na karku. A przecież to była rzecz tak potwornie głupia, tak idjotyczna! Miał wrażenie, że ona odciągała jego potężny umysł od palących kwestyj realnych, od zagadnień wszechludzkich, by go sprowadzić do poziomu dziecinnych baśni Grimma, lub upiornych opowiadań rozmiłowanego w sensacjach nowelisty.

Położenie stawało się coraz bardziej nieznośne. Najpierw Malone, umysł wprawdzie przeciętny, ale ale bądź co bądź normalny i zdrowy, dał się opętać tym szaleńcom i począł skłaniać się ku ich zgubnym poglądom. Następnie Enid, jego ukochane jagniątko, jego jedyny realny łącznik ze społeczeństwem, uległa również obłędowi i coraz żarliwiej poczęła bronić nietylko zapatrywań Malone’a, lecz nawet na własną rękę czynić zabiegi celem uzyskania nowego dowodu na prawdziwość spirytystycznych teoryj. Daremnie on sam, zbadawszy gruntownie dany wypadek udowodnił niezbicie, że medjum było skończonym łotrem, który zlecenia od nieboszczyka męża przynosił wdowie, by wyzyskiwać łatwowierną kobietę. Profesor wykrył oszustwo i udowodnił je niezbicie, tak, że Enid musiała uznać słuszność argumentów ojca, lecz ani ona, ani Malone nie godzili się na wyciąganie ogólnych konkluzyj z poszczególnego faktu. W każdej gałęzi życia trafiają się oszuści — odpowiadali oboje, bynajmniej nie przekonani — wszelkie nowe idee powinniśmy oceniać, biorąc pod uwagę myśli i czyny ich najlepszych, a nie najgorszych przedstawicieli.

Wszystko to było bardzo bolesne i przykre, lecz niebawem miał spaść na profesora cios najdotkliwszy. Doznał on mianowicie porażki od spirytystów i to od człowieka, który sam przyznawał, że nie odebrał wyższego wykształcenia i że w każdej innej sprawie mógłby się uważać za pokornego ucznia szanownego profesora. A jednak w publicznej dyskusji...

Musimy szerzej rozpatrzeć to zajście.

Trzeba wiedzieć, że Challenger, nienawidzący wszelkiej opozycji, a nie mający pojęcia o istotnej sile sprawy, oświadczył, że zejdzie z wyżyn Olimpu i gotów jest zmierzyć się w dyskusji z przedstawicielem, którego strona przeciwna sama sobie obierze. „Wiem dobrze — pisał — że przez podobne zniżenie się zarówno ja sam, jak każdy człowiek równy mi nauką, nadajemy tym niedorzecznym i śmiesznym aberacjom ludzkiego umysłu pewną wartość, której one faktycznie nie posiadają. Lecz winniśmy spełnić ten obowiązek względem społeczeństwa i porzuciwszy narazie poważne prace, poświęcić kilka chwil wymieceniu tych efemerycznych pajęczyn, które mnożąc się mogłyby stać się szkodliwemi dla ludzkości, o ileby ich wporę nie starła w proch miotła rzetelnej nauki“. Tak to z niesłychaną pewnością siebie wyszedł Goliat na spotkanie swego mizernego przeciwnika, którym był pewien wydawca pisma, poświęconego sprawom spirytystycznym.

Szczegóły dyskusji są powszechnie wiadome i dlatego nie uważamy za potrzebne nudzić czytelników zbyt drobiazgowem sprawozdaniem z przebiegu tego przykrego zajścia. Należy przypomnieć, że wielki człowiek nauki przybył do Hali Królowej, w towarzystwie wielu zwolenników racjonalizmu, którzy chcieli być świadkami ostatecznego pogromu wizjonerów. Przybyły też tłumnie owe biedne, obałamucone istoty, spodziewając się wbrew wszelkiej nadziei, że ich szampjon może niezupełnie będzie pobity i spalony na ołtarzu obrażonej Nauki. Oba stronnictwa wypełniły doszczętnie ogromną salę odczytowa i patrzyły na siebie z taką zaciętością, jak przed tysiącem lat Niebiescy i Zieloni w bizantyjskim cyrku. Na podniesieniu po lewej stronie stołu prezydjalnego widać było zwarte szeregi nieugiętych racjonalistów, starych prenumeratorów „Wolnomyśliciela“ i „Gazety literackiej“. Był wśród nich doktor Józef Baumer, słynny prelegent na temat niedorzeczności religijnych, był także doktor Edward Mould, który z przedziwnem krasomówstwem dowodził ostatecznego sproszkowania się ciała i całkowitej zagłady tak zwanych dusz. Po prawej znów stronie żółta broda Mailey’a jaśniała, jak bojowy sztandar. Tuż obok siedziała jego żona, dalej Mervin dziennikarz, a dalej gęste szeregi mężczyzn i kobiet ze Związku Spirytystów, z Kolegjum Psychicznego, oraz innych podobnych stowarzyszeń. Wszyscy oni zebrali się tu, by obecnością swoją dodać otuchy swemu szampjonowi w jego nierównej walce z racjonalizmem. Wśród nich dostrzec było można dobroduszne oblicze Bolsovera i jego przyjaciół z Hammersmith; był tam Terbane, portjer kolejowy i wielebny Karol Mason ze swą ascetyczną twarzą, Tom Linden, szczęśliwie wypuszczony z celi więziennej po odbyciu kary, Mrs. Linden, dr. Atkinson, Lord Roxton, Malone i wiele innych, znanych nam osób. Pomiędzy dwoma partjami zasiadł z uroczystą miną tłusty sędzia Gaverson, który łaskawie zgodził się przewodniczyć zebraniu. Uderzał w oczy fakt znamienny, że w tej dyskusji, której osią i głównym przedmiotem walki były sprawy i wierzenia religijne, przedstawiciele istniejących w Anglji kościołów różnych wyznań wcale nie brali udziału, trzymając się całkiem na uboczu. Senni i obojętni nie mogli zrozumieć, że wiecznie ruchliwy intelekt narodu bacznie śledzi ich zachowanie, by ostatecznie zawyrokować, czy mają być przeznaczeni na wygaśnięcie i upadek, do którego sami przez obojętność swoją zmierzali, czy też mają odrodzić się i żyć po dokonaniu niezbędnych, gruntownych reform.

Na froncie po lewej stronie zasiadł wraz ze swymi uczniami groźny profesor Challenger. Czarna asyryjska jego broda była wyzywająco podniesiona, na ustach półuśmiech, powieki wzgardliwie przymrużone osłaniały blask zuchwałych, nietoleranckich oczu. Po przeciwnej stronie siedział skromny i bezpretensjonalnie ubrany mężczyzna o płowych włosach, na którego głowie umieszczony kapelusz Challengera zapadłby się napewno aż na ramiona. Był blady, jakby zalękniony. Od czasu do czasu rzucał w stronę swego lwiego przeciwnika spojrzenia pełne pokory, jakgdyby prosił go o przebaczenie za zbytnią śmiałość podjęcia rzuconej w twarz rękawicy. A jednak ci, którzy znali bliżej Jamesa Smitha nie czuli zbytniego niepokoju, ponieważ wiedzieli, że pod tą niepozorną powierzchownością, kryje się doskonała teoretyczna i praktyczna znajomość przedmiotu, bardzo obszerna i gruntowna, jaką niewielu z pośród współczesnych poszczycić się mogło. Uczeni z Towarzystwa Badań Psychicznych byli na punkcie tych badań dziećmi w porównaniu z Jamesem Smithem, któremu całe życie zbiegło na praktykach i ciągłem obcowaniu z niewidzialnemi siłami. Ludzie tego pokroju, tracą często związek ze światem, w którym żyją i stają się niezdolni do rozwiązywania najprostszych zagadnień życiowych, lecz Smith, dzięki pracy wydawniczej i administracyjnej, zarządzał bowiem rozległą gminą spirytystów, nie zerwał kontaktu z ludźmi, a przyrodzone jego wybitne zdolności, nieobciążone balastem bezużytecznych dlań nauk ścisłych, umożliwiły mu skoncentrować wszystkie władze ducha w dziedzinie tej wiedzy, która sama przez się stanowi dostatecznie rozległe pole dla najpotężniejszego ludzkiego umysłu. Challenger nie zdawał sobie sprawy, że w danym wypadku, gdy chodziło o kwestję spirytystyczną walka będzie się faktycznie toczyła między świetnym dialektykiem amatorem, a skoncentrowanym i wyszkolonym zawodowcem.

Obie strony zgodnie przyznały, że półgodzinne zagajenie profesora Challengera było wspaniałe pod względem formy i siły argumentacji. Potężny organ jego głosu — takiego głosu, jaki dobyć się może tylko z głębin piersi o pięćdziesięciu calach obwodu — wznosił się i opadał w przedziwnej modulacji, która zachwycała słuchaczów. To był człowiek urodzony na to, by władać zgromadzeniem, wódz duchowy ludzkości. Ton jego przemówienia zastosowany był do treści i zmieniał się co chwila. Był naprzemian obrazowy i pełen przenośni, to znowu skrzył się dowcipem, to grzmiał i walił taranem argumentów. Odmalował dziejowy rozwój animizmu, sięgnąwszy do pierwotnych półdzikich ludów, żyjących pod gołem niebem, niezdolnych wytłumaczyć zjawisk przyrody, szmeru padającego deszczu, błyskawic, ryku piorunów, w których te ludy widziały dobroczynny lub złośliwy wpływ nadziemskich istot, a które to zjawiska nauka dziś rozklasyfikowała i wyświetliła.

Tak to, na fałszywych przesłankach oparta, wytworzyła się wiara w duchy i niewidzialne istoty, wiara, która przez jakiś dziwny atawizm wyłania się dziś ponownie i szerzy wśród mniej wykształconych warstw ludzkości. Rzeczą nauki jest przeciwstawić się tym wstecznym dążeniom i właśnie to poczucie obowiązku wyciągnęło prelegenta z jego domowego zacisza, oderwało od poważnych badań naukowych i sprowadziło do tej sali, w której przemawia obecnie do szanownej publiczności. Tu scharakteryzował mówca cały ruch spirystyczny w taki mniej więcej sposób, jak określili go najzłośliwsi jego przeciwnicy. Była to w jego ustach bardzo niesmaczna historja o trzaskających palcach u nogi, o fosforycznych rysunkach, o muślinowych duchach, o zleceniach umarłych małżonków, dawanych zapłakanym wdowom. Ludzie, którzy tak postępują, wyzyskując łatwowierność bliźnich, to są hieny, tuczące się na grobach (oklaski racjonalistów, ironiczne uśmiechy na ławach spirytystów). Oczywiście nie wszyscy są oszustami. („Dzięki ci, profesorze“, stentorowy głos jakiegoś spirytysty). Tak, nie wszyscy są oszustami, inni są warjatami (śmiechy). Czy to przesada, jeśli się warjatem nazwie człowieka, który wierzy, że jego prababka wypuka mu swe głupie zlecenia stołową nogą. Czy który dziki lud zniżył się do tak śmiesznego przesądu? Ci ludzie odzierają śmierć z jej majestatu i wnoszą swoje prostactwo aż hen w pogodne i ciche wnętrze grobowca... To są wstrętne zabobony. Prelegentowi niewymownie jest przykro, że używa tak silnych wyrażeń, lecz doprawdy — tylko nóż operatora lub wypalenie usunąć może raka, toczącego dzisiejsze społeczeństwo. Człowiek nie powinien łamać sobie głowy śmiesznem odgadywaniem natury pozagrobowego życia. Ma dość do roboty na tym tu realnym i widzialnym świecie. A życie, to cudownie piękna rzecz. Człowiek, który rozumie obowiązki, jakie ono nakłada, który ocenia jego piękno, znajdzie moc zajęcia tutaj na ziemi i nie potrzebuje grzebać w pseudo-naukowych piśmidłach i szukać pseudo-wiedzy, zbudowanej na kłamstwie i szalbierstwie. A choć te oszustwa stokrotnie już wykryto, przecież znajdują się nowe tłumy fanatycznych wyznawców, zakutych w tak twardy i gruby pancerz łatwowierności, że go żaden grot rozumnego argumentu nie przebije.

Takie w głównych zarysach było to potężne przemówienie. Koniec przyjęli racjonaliści grzmiącemi oklaskami, na twarzach spirytystów malował się widoczny niepokój i przygnębienie. W kilka chwil potem wstał ich obrońca, blady lecz zdecydowany, by odeprzeć potężny atak.

Wygląd jego, a zwłaszcza głos nie miał w sobie tych zalet, któremi Challenger hipnotyzował słuchaczy, lecz mówił głośno i wyraźnie, a przedmiot traktował umiejętnie, jak rzemieślnik obeznany z narzędziem swej pracy. Zrazu był tak grzeczny i tak starał się usprawiedliwić swój występ, że robił wrażenie człowieka zastraszonego i nadto ustępliwego. Wie on, że jest poniekąd zuchwalstwem dla człowieka z tak skromnem wykształceniem wystąpić przeciw wielkiemu uczonemu, którego mówca przywykł oddawna szanować. Zdaje mu się jednak, że wśród licznych wiadomości naukowych zdobytych przez szanownego profesora, które zjednały mu sławę wszechświatową, brak jest jednak i na szczęście tej właśnie, którą szanowny profesor obrał za temat dzisiejszej dyskusji. Mówca przysłuchiwał się preopinantowi z uwagą, z podziwem nawet, o ile chodzi o wymowę, lecz ogarnęło go zdumienie, graniczące nieledwie z pogardą, gdy słyszał, jak dziwne wnioski wysnuwał profesor ze swych założeń. Zdaje się rzeczą jasną, że profesor przygotował swe zagajenie, przeczytawszy całą antispirystyczną literaturę, mówiąc nawiasem bardzo mętne źródło informacyjne — zaniedbał natomiast wziąć do ręki te dzieła, które przedmiot ów traktują źródłowo, a sądy swe opierają na doświadczeniach.

Całe to opowiadanie o trzaskających palcach i innych szalbierskich sztuczkach świadczy o dużej nieznajomości przedmiotu, a co się tyczy prababki — wypukującej zlecenie stołową nogą, to mówca nie sądzi, aby to było ścisłe i wyczerpujące określenie spirytystycznych fenomenów. Tego rodzaju porównania przypominają niewczesne żarty o nieżywych tańczących żabach, żarty, któremi ludzie złośliwi starali się obniżyć doniosłość znakomitego odkrycia Volty i wyśmiewali jego pierwsze doświadczenia z dziedziny galwanizmu. Takie żarty nie są godne człowieka nauki. Bo chyba wie szanowny profesor, że fałszywe medja to najwięksi wrogowie spirytyzmu, że dzienniki psychiczne piętnują takich oszustów i one to pierwsze dały im nazwę hien ludzkich, traktując ich z taką pogardą, jak to przed chwilą uczynił preopinant. Przecież nie można potępiać instytucyj bankowych, dlatego jedynie, że znajdzie się czasem oszust, który fałszując podpisy, narazi kogoś na stratę materjalną. Szkoda czasu zniżać się do takich argumentów przed tak doborową publicznością. Gdyby profesor Challenger gromił mieszanie się spirytystów do spraw religijnych i zaprzeczył im prawa do tego, ale równocześnie uznał prawdziwość fenomenów, walka z nim byłaby nierównie trudniejsza, lecz gdy zaprzeczył wszystkiemu, to stworzył dla siebie sytuację bez wyjścia. Gdyż trudno jest uwierzyć, aby szanowny profesor nie czytał świeżo ogłoszonego dzieła profesora Richeta, znakomitego fizjologa. Dzieło to obejmuje trzydziestoletni okres czasu i stwierdza niezbicie prawdziwość mnóstwa spirytystycznych fenomenów.

Może profesor Challenger poinformuje słuchaczów, jakie on sam poczynił doświadczenia, któreby dały mu prawo dzieła Richeta, Lombrosa, albo Crookesa stawiać narówni z zabobonami Papuasów? Może preopinant istotnie wykonał w tajemnicy przed światem cały szereg własnych doświadczeń. W takim razie winien je ogłosić jak najprędzej. Lecz dopóki tego nie uczyni, nie ma prawa wyśmiewać ludzi równie jak on sławnych i uczonych, którzy te doświadczenia wykonali i ogłosili drukiem.

Co się tyczy samostarczalności tego świata, to dobrze o niej mówić znakomitemu profesorowi, który ma sławę, dostatki i zdrowie, ale, gdyby się tak znalazł z rakiem w żołądku gdzieś na londyńskiem poddaszu, to możeby zakwestjonował doktrynę, która nie pozwala tęsknić za jakimś lepszym światem, a każe poprzestać na tym, gdzie obecnie żyjemy.

Tu nastąpiło rzeczowe wyliczenie szeregu ciekawych wypadków, doświadczeń i rezultatów badań psychicznych z dokładnem określeniem czasu i miejsca oraz podaniem nazwisk. Jakkolwiek ta część mowy była ściśle rzeczowa i nie stała na wyżynie oracji preopinanta pod względem stylu, dykcji i potęgi głosu, to jednak zawierała takie kwestje, na które koniecznie trzeba było dać odpowiedź. I oto zaszedł smutny fakt, że Challenger nie był w możności odpowiedzieć. Znał doskonale rzecz z punktu widzenia materjalistów, lecz zaniedbał poznać dzieła przeciwnego obozu, zbyt łatwo przyjmując za prawdę pozornie słuszne dowodzenia niekompetentnych pisarzy, którzy również traktowali sprawę, nie zbadawszy jej osobiście. Profesor uczuł, że traci grunt pod nogami. Opanowała go nagle złość. Lew począł się budzić. Potrząsnął czarną swą grzywą, oczy cisnęły błyskawice gniewu, a głęboki stenorowy głos jego zagrzmiał nagle na sali. Kto są ci ludzie, którzy kryją się za parawanem kilku szanownych, lecz niestety błądzących uczonych? Są rzeczy same przez się dość przejrzyste, nie trzeba na nie dowodów. Ciężar szukania dowodów spada na tych, którzy je głoszą, nie na tych, którzy im przeczą na zasadzie nauki i zdrowego rozsądku. Jeżeli ten gentleman o nieznanem nazwisku utrzymuje, że potrafi wywołać duchy, to niechże je teraz wywoła przed tą tu obecną, trzeźwą i nieuprzedzoną publicznością. Jeśli twierdzi, że odbiera jakieś zlecenia z zaświata, to niechże nam powie jakąś nowość, zanim ją rozgłoszą telegraficzne ajencje. („To już często bywało“, głosy z ław spirytystów). Tak wy twierdzicie, a ja temu zaprzeczam. Dość nasłuchałem się tu różnych bajek, bym je mógł traktować poważnie! (Wrzawa — sędzia Gaverson dzwoni). Jeśli utrzymuje, że ma jakieś wyższe inspiracje, to niech rozwiąże tajemnicę zbrodni na Peckham Rye. Jeśli ma stosunki z aniołami, to niech nam da jakąś nową filozofję, wyższą niż może ją stworzyć umysł śmiertelników. Ten pozór nauki, ten stek ignorancji, to bajdurzenie o ektoplazmie i innych mitycznych produktach imaginacji — to wszystko razem jest obskurantyzm, nieprawe dziecię zabobonu i ciemnoty. Ile razy zrewidowano rzecz gruntownie, zawsze wykryto szalbierstwo ze strony tych, co te rzeczy urządzali, a próchno umysłowe tych, co na to patrzyli. Każde medjum, to chytry oszust. („To nieprawda, pan kłamie“, kobiecy głos w sąsiedztwie Lindenów). Rzekome głosy umarłych, to dziecięca paplanina. Szpitale dla obłąkanych roją się od wyznawców tego kultu, a byłyby jeszcze pełniejsze, gdyby każdy miał to, na co zasługuje.

Mowa była gwałtowna, lecz nie zrobiła efektu. Wielki człowiek był najwidoczniej załapany. On sam czuł, że przybył na salę nieuzbrojony należycie w potrzebny do polemiki materiał, zasłaniał się przeto gniewnemi słowy i mocnemi frazesami, które wtedy tylko wygłaszać można swobodnie, jeśli niema antagonisty czyhającego na każdą omyłkę przeciwnika. Spirytyści byli raczej rozbawieni, niż gniewni. Materjaliści kręcili się niespokojnie w fotelach. Zaczem wstał James Smith z ironicznym na ustach uśmiechem. Był spokojny, lecz w całej postawie jego wyczuć było można jakąś cichą groźbę. Zmuszony jest zwrócić się do swego znakomitego oponenta z prośbą o bardziej przedmiotowe traktowanie sprawy. Rzecz dziwna, że niektórzy ludzie nauki, gdy się zbyt uniosą, okazują zabawne lekceważenie swych własnych zasad. Taką podstawową, niewzruszoną zasadą nauki jest wstrzymanie się od wszelkich konkluzyj, dopóki przedmiot nie jest wszechstronnie i gruntownie zbadany. Widzieliśmy w ciągu ostatnich lat po zaprowadzeniu telegrafu bez drutu, skonstruowaniu samolotów cięższych od powietrza i po wielu innych dziwach, że mogą być urzeczywistnione najbardziej nieprawdopodobne fantastyczne pomysły. Jest wielce niebezpieczną rzeczą twierdzić a priori, że jakaś rzecz jest niemożliwa. I oto błąd, który popełnił profesor Challenger. Zdobył on sławę, zasłużoną sławę przez doniosłe odkrycia w dziedzinie, którą całkowicie opanował, lecz sławy tej używa dziś na to, by zdyskredytować dziedzinę, której nawet w drobnej części nie zgłębił.

Jeśli ktoś jest wielkim fizykiem i fizjologiem, to nie wypływa stąd, że tem samem musi być powagą w kwestjach psychicznych.

Jest rzeczą całkiem jasną dla wszystkich obecnych, że profesor Challenger nie czytał sztandarowych dzieł, dotyczących przedmiotu, w którym chce uchodzić za autorytet. Czy może nam powiedzieć szanowny profesor, jak nazywało się medjum Notzinga? Zaczekał chwilę na odpowiedź. A medjum d-ra Crawforda?... Nie?... A kto był przedmiotem eksperymentów profesora Zollnera w Lipsku?... Jeszcze milczenie...

Przecież to są zasadnicze punkty w dyskusji. Mówca unikał dotąd subjektywnych wycieczek, ale gwałtowny atak preopinanta domaga się podobnego traktowania sprawy. Czy pan profesor wie, że ta ektoplazma, którą wyśmiewał, była w ostatnich czasach badana przez dwudziestu profesorów niemieckich — tu mówca wyliczył nazwiska — i że wszyscy zgodnie stwierdzili jej istnienie. Jak może profesor Challenger przeczyć temu, co tamci stwierdzili? Czy będzie utrzymywał, że także oni są zbrodniarzami, lub obłąkanymi?

Mówca konstatuje fakt, że profesor przybył do tej sali nic a nic o tych faktach nie wiedząc i słyszy o nich teraz po raz pierwszy. Nic także nie wie, że nauka psychiczna ma też swoje prawa, jak fizyka lub chemja, inaczej nie zwracałby się do nas z żądaniem, byśmy pokazali ektoplazmiczną postać w pełnem świetle, gdy każdy laik wie, że ektoplazma jest rozpuszczalna w świetle. Co się tyczy wykrycia morderstwa w Peckham Rye, to nigdy nie żądano od anioła, by robił konkurencję ajentom policji. Takie rzucanie piaskiem w oczy słuchaczów przez ludzi nauki, jakim jest profesor Challenger...

W tym właśnie miejscu nastąpił wybuch. Od pewnego czasu Challenger poprostu wił się w swym fotelu. Targał brodę. Ciskał błyskawice gniewu na mówcę. Lecz teraz skoczył nagle ku przewodniczącemu susem ranionego żbika. Gentleman ten, mocno senny, siedział z przechyloną wtył głową, tłuste swe ręce złożywszy bogobojnie na wydatnym brzuszku. Teraz trwogą zdjęty zerwał się z fotelu jak oparzony i dał bohaterski skok w stronę orkiestry.

— Siadaj pan, siadaj! — krzyczał przerażony.

— Nie będę siedział — wrzasnął Challenger. — Sir, zwracam się do pana, jako przewodniczącego. Czym poto przyszedł, aby mnie obrażano? Takie postępowanie jest nie do zniesienia i ja go nie ścierpię. Jeśli mój honor osobisty jest zagrożony, to mam prawo sam się bronić.

Jak wielu ludzi narzucających innym swe przekonania Challenger był niesłychanie wrażliwy, gdy kto pozwolił sobie zadrasnąć jego ambicję.

Każde zwrócone do niego zdanie oponenta działało nań jak na rozjuszonego byka ukłucie chorągiewką. Teraz w nieopisanej furji zaciskał swe olbrzymie włochate pięści nad głową przewodniczącego, grożąc niemi przeciwnikowi, którego ironiczny uśmiech podniecał go do coraz gwałtowniejszych ataków. Rzucił się naprzód, pędząc przed sobą grubego prezesa wzdłuż sceny. Zgromadzenie w jednej chwili zmieniło się w dom warjatów. Część racjonalistów cofała się ze zgorszeniem, inni krzyczeli: hańba, hańba! dając tem dowód sympatji dla swego szampjona. Spirytyści śmieli się szyderczo, inni biegli na ratunek swemu przedstawicielowi.

— Musimy wyprowadzić stąd starego poczciwca — rzekł lord Roxton do Malone’a — bo gotów tu kogo zamordować. Przecież on niepoczytalny — udusi jakiego spirytystę i zaaresztują go.

Audytorjum zachowało się dość spokojnie, lecz na scenie kotłowało się wciąż. Przepychając się łokciami Malone i Roxton torowali sobie drogę i dotarli wreszcie do Challengera. Drogą perswazji a trochę przez ciągnienie za poły i popychanie, wyprowadzili miotającego się wciąż profesora poza obręb gmachu.

Tak zakończył się ów pamiętny meeting. „Całe to zajście — donosił nazajutrz Times — było godne pożałowania i wymownie dowodzi, jak niebezpieczne jest odbywanie publicznych dyskusyj na tematy drastyczne, mogące roznamiętnić mówców lub audytorium“. Takie wyrażenie, skierowane do oponenta jak: „Bezmózgi idjota“, albo „małpi przeżytek“, których profesor o światowej sławie zmuszony był użyć do swego oponenta, świadczą, do jakich granic posunąć się może zuchwalstwo i bezczelność fantastycznych zacofańców.

Po tym obszernie streszczonym przez nas epizodzie wracamy do naszego opowiadania, które zaczęliśmy od stwierdzenia złego humoru profesora. Siedział właśnie z numerem Timesa w ręku, gniewny i namarszczony. I zdarzyło się, że tę właśnie nieodpowiednią chwilę wybrał Malone, by zwrócić się do profesora z wielce poufną kwestją...

Świadczyć to może niekorzystnie o dyplomacji naszego bohatera, jeśli mówimy, że tę chwilę „wybrał“. Przybył faktycznie dlatego, by się przekonać, czy ten człowiek, którego mimo jego dziwactw szanował i kochał, nie ucierpiał zbytnio skutkiem wydarzeń dnia ubiegłego. Na tym punkcie uspokoił się prędko.

— Nie do zniesienia! — ryknął profesor tym samym niezmienionym tonem, którym przed dwudziestu czterema godzinami gromił swoich przeciwników. — Byłeś tam przecież Malone. Mimo pańskich niczem nieusprawiedliwionych sympatyj dla idjotycznych poglądów tych ludzi, musisz pan przyznać, że cały przebieg tej dyskusji był nie do zniesienia, że mój protest był całkiem słuszny. Jest bardzo możliwe, że gdybym cisnął fotelem przewodniczącego w pana prezesa Psychicznego Kolegjum, to byłbym trochę przekroczył granice przyzwoitości, ale prowokacja była ponad wszelką miarę. Pan sobie przypomina, że ten Smith, czy Brown, czy jak się on tam nazywa, ośmielił się zarzucić mi ignorancję i powiedział, że miotam piasek w oczy słuchaczom.

— No tak — rzekł Malone tonem łagodnym. — Nic nie szkodzi, profesorze. Pan także parę razy dociął im porządnie.

Zasępione oblicze Challengera wypogodziło się, zatarł ręce z radością.

— Tak, tak, mam wrażenie, że kilka moich grotów dobrze utknęło, myślę, że nieprędko o tem zapomną. Gdy im powiedziałem, że szpitale warjatów wypełniłyby się doszczętnie, gdyby każdy z nich otrzymał takie pomieszczenie, jakie się mu należy, tom widział jak ich to obruszyło. Skomleli jak szczeniaki. Ja byłem całkiem spokojny, tylko kiedy mnie wezwali, żebym czytał ich kretynowatą literaturę, wtedy się troszeczkę uniosłem. Cóż, mój chłopcze, przyszedłeś mi pewnie powiedzieć, że moja wczorajsza przemowa zrobiła na tobie wrażenie i żeś przyjął moje poglądy, inaczej byłaby kwita z naszej przyjaźni...

Malone mężnie wytrzymał atak i wprost przystąpił do rzeczy.

— Miałem inny zamiar, przychodząc dziś tutaj — rzekł odważnie. — Musiał pan zauważyć, że pańska córka i ja oddawna mamy się ku sobie. Jest to jedyna w świecie kobieta, z którą mógłbym być szczęśliwy. Nie jestem bogaty, ale ofiarowano mi właśnie dobrą posadę współwydawcy tak, że mogę pomyśleć o małżeństwie. Zna mnie pan nie od dzisiaj i sądzę, że nic mi pan nie ma do zarzucenia. Mogę więc liczyć na pańskie zezwolenie?

Challenger pogłaskał brodę i zmrużył oczy w sposób niezbyt obiecujący.

— Moje władze umysłowe nie są tak przyćmione, abym nie spostrzegł jaki stosunek łączy pana z moją córką. Jednakże ta kwestja wiąże się nierozdzielnie z inną, o której rozmawialiśmy przed chwilą. Obawiam się, żeście oboje przejęli się zbytnio temi trującemi sofizmatami, których wytępieniu postanowiłem całe swe życie poświęcić. Już choćby ze względu na moralne zdrowie waszego potomstwa nie mógłbym zezwolić na podobny związek. Muszę tedy poprosić pana o definitywne zapewnienie, że poglądy pańskie są już całkiem zdrowe. Tego samego i od niej zażądam.

Tak to Malone ujrzał się nagle na liście szlachetnych męczenników wyznania. Dylemat był trudny, lecz młody człowiek nie ugiął się pod despotyczną wolą profesora.

— Jestem przekonany, sir, że nie powziąłby pan o mnie lepszego mniemania, gdybym poglądy swoje, bez względu na to czy są prawdziwe czy nie, uzależnił od materjalnych warunków. Przekonań swoich zmienić nie mogę nawet za cenę pozyskania Enidy. Jestem pewien, że ona podzieli moje zdanie.

— Więc pan sądzi, że nie ja byłem górą na wczorajszem posiedzeniu?

— Przyznaję, że pańskie zagajenie było arcydziełem wymowy.

— I nie przekonało pana?

— Nie przekonało moich własnych zmysłów, które widziały i słyszały co innego.

— Każdy szarlatan potrafi oszukać zmysły ludzkie.

— Lękam się, sir, że moje przekonania są niewzruszone na tym punkcie.

— Takie są też i moje! — ryknął Challenger z nagłym błyskiem w oczach. — Opuścisz pan ten dom, sir, i powrócisz wtedy, gdy odzyskasz rozum.

— Chwileczkę jeszcze — rzekł spokojnie Malone. — Proszę cię, sir, byś nie był zbyt skwapliwy. Zanadto cenię pańską przyjaźń, bym miał narażać się na jej utratę, to też będę się starał tej ostateczności uniknąć. Być może, że gdybym miał pana przy sobie, jako światłego przewodnika, zrozumiałbym lepiej te rzeczy, które mnie zdumiewają. Czyby nie można tak urządzić, aby pan bodaj raz poszedł ze mną na te demonstracje? Pańskie doświadczenie, pański jasny, wytrawny umysł mógłby rzucić światło na te rzeczy, których ja za pośrednictwem znanych mi praw natury w żaden sposób wytłumaczyć sobie nie umiem.

Challenger był niezmiernie czuły na zręczne pochlebstwo. Począł nadymać się i puszyć, jak olbrzymia sowa.

— Gdybym mógł, kochany Malone, pomóc ci w jaki sposób i wykorzenić z twego organizmu ten — jakby go tu nazwać — microbus spiritualensis, to chętnie ci służę. Będę szczęśliwy, jeśli poświęciwszy trochę czasu wolnego od zajęć realnych, zdemaskuję te wstrętne szalbierstwa, których ofiarą padłeś pan z tak dziwną łatwością. Zresztą nie twierdzę, abyś już doszczętnie obrany był z rozumu. Winna jest twoja poczciwa, łatwowierna natura, że się tak prędko dałeś nabrać oszustom. Lecz ostrzegam pana, że ja będę bardzo surowym rewidentem i że w przeprowadzeniu śledztwa posłużę się temi metodami, w których użyciu jestem, jak mi to ogólnie przyznają, prawdziwym mistrzem.

— O to właśnie bardzo proszę.

— Niech więc pan przygotuje wszystko i da mi znać, a ja się stawię. Tymczasem jednak, drogi panie, muszę położyć nacisk na pańskie przyrzeczenie, że wszelkie stosunki towarzyskie z moją córką będą zerwane.

Malone zawahał się.

— Daję to przyrzeczenie, lecz tylko na okres sześciu miesięcy — rzekł wkońcu.

— A co pan myśli zrobić po upływie tego terminu?

— Zastanowię się nad tem w swoim czasie — odparł Malone dyplomatycznie.

Był zadowolony z siebie, że potrafił wywikłać się z trudnej sytuacji, ocaliwszy swój honor i bynajmniej nie rezygnując z małżeństwa.

Zdarzyło się, że gdy stał na klatce schodowej czekając na windę, wyszła z windy Enid, która wracała do domu po załatwieniu rannych sprawunków. Irlandzkie dość elastyczne sumienie Malone’a uznało za słuszne, że sześciomiesięczny post niekoniecznie musi zacząć się od dnia złożenia obietnicy, skłonił więc Enidę, że wsiadła z nim ponownie do windy. Była to winda, którą mogła wprawić w ruch lub zatrzymywać osoba korzystająca z niej, zdarzyło się więc, że jakimś cudem, który jedynie Malone mógłby wytłumaczyć ugrzęzła ona w przestrzeni międzypiętrowej i mimo niecierpliwych sygnałów tkwiła tak dobry kwadrans. Gdy wreszcie maszyna odzyskała sprawność funkcjonowania i wyniosła Enidę na korytarz trzeciego piętra, Malone’a zaś sprowadziła nadół, nasza znajoma para miała już gotowy plan działania. Oboje uchwalili cierpliwie czekać pół roku w nadziei, że w tym czasie sytuacja stanowczo zmieni się na ich korzyść.



∗             ∗


XIV.
W którym Challenger spotyka oryginalnego kolegę.

Profesor Challenger niełatwo zawierał stosunki przyjaźni. Kto chciał zostać jego przyjacielem, musiał rezygnować z własnej niepodległej woli. Równości w stosunkach profesor nie znosił, natomiast był wspaniały, jako patron. Ze swą jowiszową miną, olimpijską pobłażliwością, dobrotliwym uśmiechem — boga, raczącego łaskawie zbliżyć się do śmiertelnych, zniewalał i wprost podbijał serca ludzkie. Wzamian żądał jednak pewnych zalet od przyjaciół. Tępość umysłu budziła w nim niesmak, fizyczna brzydota raziła go, niezależność charakteru już wprost go odpychała. Pragnął przyjaźni z człowiekiem, którego cały świat podziwiał, lecz pod warunkiem, że zkolei ów będzie go czcił jako nadczłowieka. Takie właśnie zalety posiadał doktor Ross Scotton i dlatego był największym ulubieńcem profesora.

Teraz młody ten człowiek był bardzo ciężko chory. Leczył go doktór Atkinson, którego spotkaliśmy już parokrotnie w naszem opowiadaniu. Lecz biuletyny o zdrowiu Scottona brzmiały coraz smutniej. Była to bowiem straszna choroba, ta rozsiana skleroza. Challenger wiedział, że Atkinson nie jest lekarzem alarmistą i, że nie ma zamiaru straszyć, gdy powiada, że kuracja potrwa bardzo długo i prawdopodobnie pomyślnego rezultatu nie będzie. Doktor Ross Scotton, choć jeszcze bardzo młody, był autorem dwu świetnych rozpraw lekarskich, garnął się do życia, do wiedzy i rokował znakomitą przyszłość. Jakaż to straszliwa niekonsekwencja natury, żeby tak dzielny człowiek, przeszedłszy wielomiesięczne męki, miał wkońcu rozłożyć się na swe chemiczne pierwiastki i zniknąć na zawsze, bez śladu, że istniał kiedykolwiek. A jednak profesor ruszał swemi olbrzymiemi ramionami, potrząsał głową, rozkładał bezradnie ręce i godził się z nieuniknioną rzeczywistością. Każda nowa wieść o stanie zdrowia była gorsza od poprzedniej, wreszcie zapanowała złowróżbna cisza. Challenger udał się raz do swego młodego przyjaciela na Gower Street. Wizyta zdenerwowała go ogromnie i odtąd już jej nie powtórzył. Kurcze mięśniowe, tak charakterystyczne w tej chorobie, skręcały biedaka w kłębek; gryzł wargi, by stłumić jęki i znosić po męsku straszliwe cierpienia. W jednym z takich ataków schwycił swego mentora za rękę, jak tonący chwyta deskę ratunku.

— Czy to istotnie prawda, co pan zawsze powtarza? Czy po tych sześciu miesiącach tortury, jaka mnie czeka na tej ziemi, żadnej już nadziei dalszego życia dla mnie nie będzie. Mamże z całą swą wiedzą, z gorącą chęcią pracy dla społeczeństwa już nigdy nie ujrzeć światła życia i rozpłynąć się w wiecznym mroku nirwany?

— Odwagi, chłopcze odwagi!... — rzekł Challenger. — Lepiej po męsku spojrzeć w oczy rzeczywistości, niż pocieszać się dziecinnemi bredniami.

Rozchyliły się wargi chorego i długo wstrzymywany jęk wydarł się z jego piersi. Challenger wstał i spiesznie wyszedł z pokoju.

Zdarzyła się jednak rzecz zdumiewająca. Zaczęło się to od wizyty miss Delicji Freeman.

Pewnego dnia zastukał ktoś do mieszkania profesora przy ulicy Wiktorji. Wysoki i poważny Austin, lokaj profesora, patrząc przez małą szybkę w drzwiach na wysokości swych oczu nie dostrzegł narazie nikogo. Skoro otworzył drzwi, zobaczył malutką lady, której drobna postać, delikatna twarz i oczy, ruchliwe jak u ptaszka, wzniesione były do poziomu jego twarzy.

— Chciałam widzieć się z panem profesorem — rzekła, szukając w torebce biletu wizytowego.

— Nie może pani przyjąć — rzekł krótko Austin.

— Ależ może, ja wiem, że może — odparła mała lady z całą pogodą.

Mówiła to z doświadczenia, gdyż istotnie czy to w biurze redakcyjnem czy w kancelarji urzędnika, czy w gabinecie ministra, nie było dość silnej zapory, któraby mogła zatrzymać malutką lady, zwłaszcza wówczas, gdy była przekonaną, że może spełnić jakiś czyn dobry.

— Nie przyjmuje — powtórzył Austin.

— Ale, ale ja naprawdę muszę — rzekła miss Freeman, dając nurka popod ramię lokaja. Wiedziona jakimś dziwnym instynktem skierowała się ku drzwiom sanktuarjum profesora, zapukała i nie czekając na zaproszenie szybko weszła.

Lwia głowa podniosła się z nad biurka zawalonego stosem papierów. Lwie oczy błysnęły gniewnie.

— Co znaczy ta napaść? — zaryczał lew.

Malutka osoba nie zmieszała się tem ani odrobinę. Uśmiechnęła się bardzo słodko do płonącej gniewem twarzy.

— Bardzo się cieszę, że mogę poznać pana profesora. Nazywam się Delicja Freeman.

— Austin! — krzyknął profesor.

Wystraszona twarz lokaja ukazała się w drzwiach.

— Co to znaczy, Austin? Jak ta pani tu weszła?

— Nie mogłem jej zatrzymać — jęknął służący. — Chodź, miss — tak nie można...

— Niech się pan nie gniewa, naprawdę, pan się nie powinien gniewać — rzekła lady słodko. — Mówiono mi, że pan jest okropny człowiek, ale ja wcale tego nie widzę, owszem, pan ma bardzo milą fizjognomję.

— Kto pani jest? Czego pani chce? Czy pani wie, że ja jestem najbardziej zapracowanym człowiekiem w Londynie?

Miss Freeman pogrzebała we wnętrzu swej wielkiej torby. Miała tam cały magazyn i wyławiała stosownie do potrzeby to broszurkę o Armenji, to artykuł o misjach chrześcijańskich, to jakąś odezwę spirytystów. W danym wypadku wydobyła kawałek zapisanego papieru.

— To od doktora Scottona — rzekła.

List był widocznie pisany w pośpiechu, raczej bazgrany, prawie nieczytelny. Challenger pochylił się nad nim i począł odcyfrowywać.


„Drogi Mistrzu i przyjacielu! Bądź pan łaskaw posłuchać co oddawczyni tego listu powie. Wiem, że to przeciwne Pańskim poglądom, ale ja muszę Pana o to prosić. Pan mówił, że niema dla mnie nadziei ni za życia ni po śmierci. Ja myślę, że jakakolwiek nadzieja jest lepsza niż beznadziejność. Gdyby pan był na mojem miejscu, uczyniłby to samo, co ja teraz. Czy nie zechciałby Pan przyjść do mnie i przekonać się osobiście. Doktor Felkin przyjdzie o 3-ciej.“

J. Ross Scotton.


Challenger odczytał dwukrotnie list i westchnął.

— Pisze, że mam wysłuchać, co pani powie. Co to takiego? Proszę się streszczać jak tylko można. Kto to jest doktor Felkin?

— To jest duch doktora.

Challenger podskoczył na krześle.

— Boże mój! Czy ja nigdy nie uwolnię się od tych bredni?... — zakrzyknął. — Więc oni nie mogli zostawić tego biedaka w spokoju, lecz jeszcze z umierającym będą robili jakieś głupie eksperymenty!...

Miss Delicja klasnęła w dłonie, a jej małe żywe oczka błysnęły radośnie.

— Doktór Scotton nie jest umierający. Jest mu lepiej.

— Kto tak powiedział?

— Doktór Felkin, a on się nigdy nie myli.

Challenger począł parskać jak hipopotam.

— Czy go pan profesor widział w tych dniach? — zapytała lady.

— Kilka tygodni temu.

— Toby go pan nie poznał, on już prawie wyleczony.

— Wyleczony?! Wyleczony z rozsianej sklerozy? Wyleczony w paru tygodniach?

— Niech pan profesor przyjdzie i zobaczy.

— Potrzebujecie widać mojej pomocy, chcecie mnie wplątać w jakieś piekielne szalbierstwo. Potem zobaczę swe nazwisko, figurujące w jakichś szelmowskich świadectwach. Znam takich lekarzy szarlatanów. Gdybym istotnie przyszedł, to chyba poto, żebym go wziął za kołnierz i rzucił na łeb ze schodów.

Lady poczęła śmiać się serdecznie.

— A onby powiedział, jak Arystydes: Bij mnie, lecz wysłuchaj. Ale ja jestem pewna, że pan go wysłucha zanim bić zacznie. Pański wychowanek, to jakby odbicie pańskie. On się ogromnie wstydził, na samą myśl, że mógłby odzyskać zdrowie, w sposób niezupełnie zgodny z prawidłami medycyny. Sprowadziłam doktora Felkina wbrew jego woli.

— Ach, więc to pani, pani?... Bierze pani na siebie ogromną odpowiedzialność.

— Jak najchętniej, gdyż wiem, że mam słuszność. Mówiłam z doktorem Atkinsonem. On się trochę zna na tych sprawach psychicznych. Jest nierównie mniej uprzedzony do tych spraw, niż większość panów uczonych. Wyszedł z tego założenia, że jeśli kto jest umierający, to rzecz obojętna, jakich się jeszcze środków popróbuje. No i doktór Felkin przyszedł.

— Proszę mi powiedzieć, jak ten cudowny lekarz zabrał się do kuracji?

— Właśnie to chciałby panu doktór Scotton pokazać.

Spojrzała na zegarek, który wyłowiła z wnętrza swej torby.

— Za godzinę już tam doktór będzie. Biegnę powiedzieć pańskiemu przyjacielowi, że pan zaraz przyjdzie. Jestem pewna, że pan nie zawiedzie...

Dłoń jej znów dała nurka w głąb torby.

— Tu jest świeża broszurka o kwestji besarabskiej. Rzecz nierównie poważniejsza, niż ludzie sądzą. Zdąży pan jeszcze przeczytać zanim pan wyjdzie. Do miłego widzenia, kochany profesorze. Au revoir!...

Przesłała promienny uśmiech pomrukującemu lwu i wyszła.

Misja powiodła się jej, jak zawsze. Było coś zniewalającego w tym absolutnie bezinteresownym entuzjazmie małej osóbki, w jej dziecięcej prostocie, słodyczy i wyrozumiałości dla wszystkich, nawet dla zbrodniarzy, w których widziała ludzi, bolejąc nad występkiem. I Challenger uległ temu czarowi. W kilka minut po trzeciej szanowny profesor człapał po wąskich schodach wiodących do mieszkania ukochanego pupila. Ross Scotton leżał na łóżku ubrany w czerwony szlafrok, a mistrz na pierwszy rzut oka dostrzegł z podziwem i nietajoną radością, że lica chorego wypełniły się, a promień życia i nadziei połyskiwał w jego oczach.

— Tak, tak, zmagam powoli to choróbsko — zawołał. — Od pierwszego konsyljum, jakie Felkin odbył z Atkinsonem, czułem, że życie zaczyna wracać powoli. Och, mistrzu, to straszna rzecz tak leżeć dniem i nocą i czuć jak te przeklęte mikroby wgryzają się w same korzenie życia. Prawie się je słyszy... A te kurcze, co tak skręcają wszystkie członki, jakby je chciały połamać na drobne kawałki. Lecz teraz prócz lekkiej niestrawności, swędzenia i wysypki na rękach, żadnych dolegliwości nie odczuwam, A to wszystko dzięki temu tu kochanemu doktorowi, który mnie ratuje.

Zrobił ruch ręką, jakby wskazując osobę, o której mówił. Challenger rozejrzał się po pokoju, spodziewając się dostrzec sprytnego szarlatana. Lekarza jednak nie było. Natomiast w kącie przy łóżku drzemała tylko jakaś skromnie ubrana i niepozorna dziewczyna o bujnych ciemnych włosach, prawdopodobnie pielęgniarka...

Miss Delicja uśmiechnięta jak zawsze, stała pod oknem.

— Cieszę się bardzo, że ci lepiej, drogi chłopcze — rzekł Challenger. — Ale nie wdawaj się w układy z własnym rozumem, nie staraj się wyprowadzić go w pole. Takie przewlekłe cierpienie ma swe przypływy i odpływy.

— Przemów do niego, Felkin. Wytłumacz mu, jak to jest — rzekł chory.

Challenger obejrzał się powtórnie, wiodąc wzrokiem po wszystkich kątach pokoju. Wychowanek jego zwracał się najwidoczniej do jakiegoś doktora, którego jednak nie było. Zboczenie umysłowe chorego polegało prawdopodobnie na tem, że mu się zdawało, jakoby jakieś unoszące się w powietrzu niewidzialne siły, podjęły się kuracji.

— Istotnie, rzecz wymaga objaśnienia — odezwał się jakiś głęboki męski głos, gdzieś w okolicy łóżka. Profesor skoczył na krześle i obejrzał się po raz trzeci.

Słowa te wygłosiła siedząca w kącie dziewczyna.

— Pozwól, panie profesorze, że ci przedstawię doktora Felkina — odezwała się miss Delicja, z figlarnym uśmiechem.

— Cóż to znów za kuglarstwo? — krzyknął Challenger.

Młoda kobieta wstała i poczęła czegoś szukać po kieszeniach swej sukni. Potem zrobiła niecierpliwy ruch ręką.

— Był czas, drogi kolego, że tabakierka stanowiła tak dobrze część mego wyekwipowania, jak moja skrzynka z narzędziami do puszczania krwi.

Żyłem przed urodzeniem słynnego Laenneca, więc nie nosiliśmy przy sobie stetoskopu, ale zawsze byliśmy zaopatrzeni w małą baterję chirurgiczną. Tabaką częstowaliśmy się wzajemnie i była zgoda między nami. Właśnie miałem zamiar poczęstować pana, ale niestety skończyły się dobre czasy.

W czasie tego przemówienia Challenger wpatrywał się w dziewczynę szeroko otwartemi oczyma i rozdymając nozdrza, zaczem zwrócił się do chorego.

— Czy to ma być ten twój doktór, o którym wspominałeś? I słuchasz jego porady?

Dziewczyna wyprostowała się, a z ust jej wybiegły słowa.

— Sir, nie będę tracić czasu na słowną polemikę z panem. Należy pan, jak widzę, do tych ludzi, którzy tak zabrnęli w tajniki wiedzy materjalnej, że brakło im czasu na badanie spraw ducha i możliwości psychicznych.

— Pewnie, że nie mam czasu na takie bzdurstwa — rzekł Challenger.

— Mój mistrzu — odezwał się chory. — Racz zastanowić się nad tem, ile dobrego doznałem od doktora Felkina. Widział pan, jak wyglądałem przed miesiącem, a obecnie. Przecież nie myśli pan obrażać mego największego dobroczyńcę.

— Tak i ja myślę, że powinien pan przeprosić kochanego doktora Felkina, panie profesorze — wtrąciła miss Delicja.

— Prywatny zakład dla obłąkanych! — parsknął Challenger. Następnie, jakby dostosowując się do położenia, które zdawało mu się jakąś niewczesną komedją, postanowił sam zagrać w niej rolę i nagle chwycił się zjadliwej ironji, którą smagał nieraz z powodzeniem swych opieszałych studentów.

— Młoda i piękna lady, czy też czcigodny profesorze, jestem biedny student, który tyle zaledwie posiada wiedzy, ile ten mizerny świat dać może. Dlatego pozwól mi usiąść kornie w kąciku i przysłuchać się trochę twoim wyższym metodom, abym coś niecoś skorzystał...

Przemówienie to wygłosił profesor ze spuszczonemi skromnie oczyma, wtuliwszy głowę w ramiona, dłonie zaś podniósł do wysokości swych uszu. W takiej postawie przedstawiał uosobiony wyraz sarkazmu. Dziewczyna tymczasem spacerowała po pokoju, mało zwracając uwagi na zjadliwe słowa.

— Tak, tak — rzekła wreszcie niedbale. — Może pan iść do kąta i tam już zostać, lecz nadewszystko proszę pana nie przeszkadzać mi próżnem gadaniem, gdyż ta choroba wymaga całej mojej uwagi.

Zwróciła się do pacjenta, mierząc go bacznem okiem.

— No, no, widzę, że dzieje się nam coraz lepiej. Za dwa miesiące będziemy już mogli siedzieć sobie w laboratorjum.

— Och, to chyba niemożliwe — wykrzyknął pacjent tłumiąc szloch radosny.

— Mogę zaręczyć za to. Ja nie mam zwyczaju robić fałszywych obietnic.

— A jabym przysięgła na to, tak bezgranicznie wierzę panu doktorowi — rzekła miss Delicja. — Drogi panie doktorze, powiedz nam co o sobie z tych czasów, kiedy żyłeś na tym świecie.

— Sza, sza!... Nic się te kobiety nie zmieniają. Ciekawe i gadatliwe, jak za dawnych czasów. Pokażno puls, przyjacielu. Tak, znacznie już równiejszy... to dobrze... Temperatura, jak się zdaje, normalna. Ciśnienie krwi trochę wyższe niżbym sobie życzył... Żołądek jeszcze nie w porządku. Dieta konieczna, a nawet głodówka, jak to dziś nazywają. No... Ogólne warunki znośne. Zobaczymy siedlisko choroby. Zdejmij koszulę, sir. Połóż się twarzą na poduszki. Tak...

Silnie i z widoczną wprawą jęła przesuwać ręką wzdłuż pleców chorego, następnie zgięła palce i kostkami poczęła naciskać ciało w różnych miejscach pleców tak, że chory nie mógł się wstrzymać od jęków.

— Nic, nic... Lepiej, znacznie lepiej. Zachodzą tu, jak już wspominałem pewne nieprawidłowości w wertebrze, a czego następstwem jest zwężenie porów, z których rozchodzą się korzenie nerwów. Pan to rozumie. Foramina muszą być dostatecznie wielkie. To zwężenie foraminów powoduje ucisk nerwów, a że te nerwy są faktycznie konduktorami siły życiowej, więc ich stan nienormalny sprowadził zaburzenia w tych wszystkich częściach organizmu, którym one dostarczają pożywienia.

Moje oczy przenikają skórę i mięśnie lepiej trochę niż wasze niezdarne promienie X, dlatego mogę stwierdzić, że obecnie linja kręgosłupa wróciła do po łożenia normalnego i fatalny ucisk prawie ustąpił. Spodziewam się, sir — nagły zwrot do Challengera — żem wytłumaczył panu zrozumiale patologję tego interesującego wypadku?...

Challenger burknął kilka niezrozumiałych słów, na które dziewczyna nie zwróciła uwagi, zająwszy się pacjentem, poczem przemówiła.

— Cieszę się, że jesteś na dobrej drodze do rekonwalescencji, drogi chłopcze. Proszę załączyć wyrazy pozdrowienia dla mego ziemskiego kolegi, doktora Atkinsona i powiedzieć, że moja rola już prawie skończona. Medjum jest znużone... Biedna dzieweczka... nie mogę jej wyczerpywać.

— Ale pan obiecał nam coś powiedzieć o sobie.

— Niema tu wiele do powiedzenia. Byłem za życia dość miernym lekarzem. W młodości mej słuchałem wykładów wielkiego Abernethy[6] i przyswoiłem sobie coś niecoś z jego metody. Gdym zmarł w sile męskiego wieku, kontynuowałem dalej swe studja medyczne, otrzymawszy pozwolenie — jeśli tak się wyrazić wolno — na udzielenie pomocy cierpiącym ludziom. Państwo wiedzcie, że tylko przez samozaparcie i poświęcenie dla innych można się doskonalić w tym wyższym od waszego świecie.

Taką więc pełnię służbę, dziękując Opatrzności, że pozwoliła mi w tej dziewczynie znaleźć istotę, której wibracje tak są zbliżone do moich, iż mogę z łatwością korzystać z jej sił żywotnych.

— A gdzie jej dusza? — zapytał pacjent.

— Czeka tu, obok mnie i wejdzie za chwilę w swoje ciało. — A pan — ponowny zwrot do Challengera — jest człowiekiem silnego charakteru i wielkiej nauki, lecz pogrążył się pan duszą i ciałem w materjaliźmie, który jest przekleństwem tego stulecia. Zawód lekarski, najszczytniejszy może z ziemskich zawodów nadto poddał się dogmatyzmowi takich ludzi, jak pan i nieopatrznie zarzucił rozwój duchowych pierwiastków, co jest nierównie ważniejsze i wielokroć skuteczniejsze niż wasze zioła i minerały. Jest przedewszystkiem siła życia i w umiejętnem kierowaniu tą siłą leży przyszłość medycyny. Jeśli na to zamkniemy oczy, to zaufanie społeczeństwa zwróci się do tych, którzy gotowi są stosować wszelkie środki i sposoby leczenia bez względu na to, czy one znajdą aprobatę waszych uczonych powag, czy nie.

Nigdy młody Ross Scotton nie zapomni tej sceny.

Profesor, mistrz, człowiek o światowej sławie, do którego studenci zbliżali się z bijącem sercem, siedział teraz pochylony naprzód, z półotwartemi usty i z widocznem zdumieniem w oczach, gdy stojąca tuż przed nim młoda szczupła kobieta, potrząsając falą swych ciemnych włosów i kiwając upominające palcem, mówiła doń surowo, jak ojciec do krnąbrnego dziecka. Sugestywna moc jej słów była tak wielka, że przez dobrą chwilę Challenger gotów był poddać się nienaturalnej sytuacji. Dyszał, chrząkał, lecz nie był w stanie wymówić ni słowa. Dziewczyna odwróciła się od niego i usiadła.

— Odchodzi już — szepnęła miss Delicja.

— Nie odszedłem jeszcze — odparła z uśmiechem dziewczyna. — Lecz odejść muszę, bo wiele, wiele mam dziś do roboty. Nie ona jedna jest mojem medjum. Za kilka minut będę w Edynburgu. Bądź dobrej myśli, młodzieńcze. Przyślę tu jeszcze swego asystenta, by wzmocnił twe siły żywotne środkami, na które twój organizm pozwoli. Co do pana — do Challengera — radziłbym panu wystrzegać się mózgowego egotyzmu i zbytniej koncentracji umysłu. Trzeba gromadzić zasób wiadomości materjalnych, ale równocześnie mieć zmysły otwarte na sprawy psychiczne i nie sądzić ich tak, jakby się je oceniać chciało, lecz tak jak je Bóg oceniać nakazał.

Westchnęła głęboko i opadła ciężko na oparcie krzesła. Leżała cicho, z głową opuszczoną na piersi i przymkniętemi oczyma blisko minutę, poczem wzdrygnęła się i otworzyła niebieskie zdumione oczy.

— Czy był? — zapytała, kobiecym, łagodnym głosem.

— Tak, był — zawołał pacjent. — Ach, on doprawdy jest wielki. Mówi, że za dwa miesiące będę mógł wrócić do swej pracy.

— Doskonale. Czy zostawił jakie zlecenia dla mnie.

— Te same co przedtem. Obiecał przysłać asystenta.

— Ja sądzę, że niedługo znów się zjawi.

Dziewczyna dostrzegła nagle Challengera i urwała zdanie, widocznie zakłopotana.

— To pielęgniarka, Urszulo, pozwól, że ci przedstawię znakomitego profesora Challengera.

Profesor był czasem bardzo uprzejmy dla kobiet, zwłaszcza gdy były młode i ładne. Powstał i zbliżył się do pielęgniarki jak niegdyś Salomon do królowej Saby, ujął ją za rękę, a lewą dłonią pogładził jej bujne włosy, w sposób wysoce patrjarchalny.

— Moje dziecko, za młoda i za urocza jesteś, by się puszczać na kuglarstwa. Zaniechaj tego. Bądź zadowolona, że jesteś czarującą pielęgniarką, a daj pokój odgrywaniu roli doktora. Odzie u licha wyuczyłaś się tych medycznych terminów o wertebrach i foraminach?...

Pielęgniarka rozejrzała się wokoło bezradnie, jak osoba, która nagle znajdzie się w szponach goryla. — Ona ani słówka nie rozumie z tego, co jej pan mówi — krzyknął chory. — Och mistrzu, musisz raz spojrzeć w oczy rzeczywistym faktom. Ja wiem dobrze, jak trudno to pojąć i z tem się pogodzić i oswoić. Wszak ja sam przechodziłem ten proces umysłowy. Proszę mi wierzyć, pan patrzy na sprawy świata przez pryzmat nauki materjalnej, a tu trzeba użyć zwyczajnego szkła i wtedy spostrzeże pan czynnik duchowy.

Challenger pominął milczeniem tę uwagę i w dalszym ciągu prowadził po ojcowsku swą indagację, choć przestraszona dziewczyna zaczęła się odsuwać od niego.

— Proszę mi powiedzieć, kto to był ten sprytny doktór, u którego była pani pielęgniarką, który nauczył panią tych wszystkich terminów technicznych. Niech pani zrozumie, że to rzecz bezcelowa starać się mnie oszukać. Będziesz się czuć szczęśliwszą, drogie dziecko, jeśli otwarcie wyznasz wszystko, a wtedy będziemy śmiali się oboje z tej prelekcji, którąś pod moim adresem wygłosiła.

Tu nastąpiła przerwa w inkwizycji, prowadzonej przez Challengera. Chory się podniósł i z rumieńcem gniewu jął mówić głosem podniesionym, pełnym energji, świadczącym najlepiej o powracającej sile żywotnej.

— Panie profesorze Challenger! Obraża pan moją najlepszą przyjaciółkę. Przynajmniej pod moim dachem niech będzie wolna od szyderstw ludzi nauki, która też ma swe uprzedzenia i przesądy. Proszę opuścić ten pokój, jeśli pan nie potrafi zdobyć się na słowa głębszego szacunku dla panny Urszuli.

Challenger błysnął oczyma, lecz w tejże chwili miss Delicja pośpieszyła z interwencją.

— Pan jest gwałtowny, kochany doktorze! — zawołała. — Profesor Challenger nie miał czasu ani sposobności zastanawiać się nad tą sprawą. Niech pan sobie przypomni, jakim pan sam był początkowo niedowiarkiem. Jakże więc można winić pana profesora...

— Tak, to prawda — rzekł młody doktór. — Zdawało mi się, że przyjęcie tych wierzeń otworzyłoby narozcież drzwi szarlatanom całego świata. A jednak fakt pozostał faktem.

— Jedno wiem, że tam gdzie miałam przed oczyma ciemność, dziś widzę jasno — rzekła miss Delicja. — Ach, panie profesorze, może pan podnosić brwi i ruszać ramionami, ale ja wiem, żeśmy jednak dzisiaj wsączyli jakąś drobinę w pański potężny umysł, a ta drobina będzie rosnąć, rosnąć, aż Bóg wie, jakie przybierze rozmiary.

Zanurzyła rękę w swej torbie.

— Ot, mam tu malutką rozprawkę „Mózg a dusza“. Mam nadzieję, drogi panie profesorze, że ją pan przeczyta, zanim rzuci do kąta. Dobrze?...



∗             ∗


XV.
Pułapka na grubą zwierzynę.

Malone dał słowo honoru, że nie będzie mówił Enidzie o swej miłości, mówić jednak mogą spojrzenia i dzięki temu stosunek ich bynajmniej nie został zerwany. Pod każdym innym względem dotrzymywał swego przyrzeczenia, choć mu to przychodziło z trudnością, tem większą, że nie przestał być częstym gościem profesora, dość mile nawet widzianym. Głównym celem zabiegów Malone’a stało się zwrócić uwagę wielkiego człowieka na te psychiczne sprawy, które i jego samego niezmiernie zainteresowały. Do tego celu szedł wytrwale i bardzo ostrożnie, ponieważ wiedział, że pokład lawy na starym wulkanie był bardzo cienki i wybuch mógł każdej chwili nastąpić. Parę razy nawet istotnie nastąpił, skutkiem czego nieszczęsny Malone musiał porzucić zamiar na dłuższy czas i poczekać dopóki znów grunt się nie wzmocni.

W postępowaniu z Challengerem rozwinął Malone zadziwiającą chytrość. Ulubionym jego fortelem było zaczepić profesora o jakąś kwestję naukową i prowadzić dalej rzecz umiejętnie, póki Challenger w toku logicznej rozmowy nie wspominał, że takie a takie odkrycia zawdzięcza nauka Alfredowi Wallace. Aha, ten Wallace spirytysta? — pytał Malone z najniewinniejszą miną, na co Challenger błyskał oczyma i zmieniał przedmiot rozmowy.

Czasem Lodge bywał użyty jako pułapka.

— Jakie jest pańskie zdanie o tym uczonym?

— Jeden z najtęższych umysłów w Europie.

— Zdaje mi się, że on jest największą powagą w kwestjach dotyczących powietrza, wszak prawda?

— Niewątpliwie.

— Muszę kiedy przeczytać to jego dzieło, dotychczas znam tylko jego rozprawy psychiczne...

Challenger zamilkł odrazu. W kilka dni potem w toku jakiejś rozprawy astronomicznej Malone pyta niewinnie:

— Czy pan profesor spotkał się kiedy z Lombroso?

— O tak, na kongresie w Medjolanie.

— Czytam właśnie jego dzieło.

— Zapewne Kryminologię?

— Nie, tytuł brzmi „Po śmierci — co?“

— Nie słyszałem o takiem dziele.

— Rozpatruje on tam kwestję psychiczną.

— Człowiek tak potężnego umysłu pewnie krótko załatwiał się z teorjami tych szarlatanów.

— Przeciwnie, dzieło to silnie podtrzymuje teorję spirytystyczną.

— Ha, nawet największy umysł ma czasem jakąś trudną do pojęcia słabostkę...

Tak to z podziwu godną cierpliwością, powoli a chytrze, sącząc swe argumenty kroplą po kropli, starał się Malone przebić twardą powłokę wstrętu profesora do spraw psychicznych. Narazie jednak skutku nie było. Należało użyć silniejszych środków i Malone zdecydował się na urządzenie demonstracji psychicznej. Lecz gdzie, jak i kiedy? Te zasadnicze kwestje postanowił omówić z Algernonem Mailey. Pewnego dnia wiosennego po obiedzie przybył do adwokata, który wprowadził go do owego pamiętnego pokoju, gdzie swego czasu odbyła się na dywanie zacięta walka z Silasem. Byli tu już wielebny Charles Mason i Smith, znany nam z polemicznej dyskusji w Królewskiej Hali. Rozmawiano żywo o sprawie, która naszym potomkom wyda się o całe niebo ważniejszą niż wszystkie tematy, którym dzisiaj poświęca się długie szpalty we wszystkich dziennikach. Była to zasadnicza kwestja, jaki charakter i kierunek ma przybrać ruch psychiczny w królestwie Wielkiej Brytanji, unitarjański czy trynitarjański. Smith chciał rozstrzygnąć sprawę na korzyść pierwszego, idąc w myśl dawnych przywódców tego ruchu i obecnych zorganizowanych kościołów spirytystycznych.

Z drugiej strony Charles Mason był wiernym synem kościoła anglikańskiego i stawał w obronie zwolenników trynitaryzmu, którego wyznawcami byli tacy potentaci jak Lodge i Barret z pomiędzy osób świeckich lub Wilberforce Haweis i Chambers z grona duchowieństwa. Wszyscy oni uznawali fakt obcowania z duszami zmarłych, nie chcieli jednak zrywać ze starą nauką kościoła. Mailey stał na gruncie neutralnym, lecz jak zapalony pośrednik w matchu bokserskim, zbierał guzy od obu stron walczących. Malone był rad, że może się przysłuchać dyskusji, gdyż interesował się żywo tym ruchem, widząc w nim jedno z najważniejszych zagadnień przyszłości. Gdy dziennikarz wchodził do salonu adwokata, przemawiał Mason właściwym sobie poważnym i swobodnym tonem.

— Lud nie jest usposobiony do przyjęcia radykalnej zmiany. Nie jest ona zresztą konieczna. Trzeba nam tylko dodać nasze żywe, świeżo nabyte doświadczenie i otrzymane z zaświata wskazówki do tej wspaniałej liturgji i tradycji naszego kościoła, a otrzymamy nowe potężne źródło, które ożywi i nowych sił doda całej religji. Niepodobna wyrwać dawnej wiary z korzeniem, jak wy to uczynić chcecie. Nawet pierwsi chrześcijanie przyszli do przekonania, że nie sposób jest zniszczyć odrazu wszystkie dawniejsze wierzenia, to też nawet oni robili ciągłe ustępstwa na rzecz różnych wyznań.

— I to ich właśnie zgubiło — rzekł Smith. Zaczął się faktyczny zmierzch kościoła Chrystusowego, utrata jego pierwotnej siły i czystości.

— Przetrwał jednak całe stulecia.

— Lecz przestał być tem, czem był w trzech pierwszych wiekach, a stało się to od chwili, gdy ten zbrodniarz Konstantyn wziął sprawę chrześcijaństwa w swe ręce.

— Och, cóż znowu — zaprotestował Mailey. — Nie powinien pan nazywać zbrodniarzem pierwszego chrześcijańskiego cesarza.

Lecz Smith był upartym antagonistą, który kompromisów nie uznawał.

— Jakże inaczej mogę nazwać człowieka, który wymordował połowę swej rodziny.

— Jego prywatne życie nic mnie nie obchodzi. Mówiliśmy o organizacji kościoła chrześcijańskiego.

— Nie gniewasz się za moją otwartość Mr. Mason?

Mason uśmiechnął się dobrotliwie.

— Dopóki pan nie narusza Nowego Testamentu, mało mnie obchodzi przeciw czemu pan walczy. Gdyby pan nawet dowodził, że Zbawiciel nasz był mitem, jak to chciał wykazać Niemiec Drews to i takbym się nie obruszył. Oczywiście pod warunkiem, że pan nie tknie Jego wzniosłej nauki. A ponieważ tę naukę musiał ktoś przekazać światu, więc ja jestem spokojny i uznając Chrystusa powiadam — oto jest moja wiara.

— Na tym punkcie niema różnic między nami — rzeki Smith. — Nie sądzę, aby była jakaś lepsza nauka na świecie. Trzeba jednak odrzucić z niej wszystkie frendzelki i niepotrzebne późniejsze dodatki. Skąd się to wszystko wzięło? To były właśnie te kompromisy i ustępstwa na rzecz różnych religijnych wierzeń, gdyż ten kochany Konstantyn chciał wprowadzić pewną jednolitość wyznania w całem swem olbrzymiem imperjum. Z czystej, przepięknej nauki Chrystusa zrobił łataninę. Wziął rytuał egipski, odzież, mitrę, pastorał, tonzurę, ślubny pierścionek — wszystko z Egiptu. Ceremonje wschodnie są pogańskie i odnoszą się do wiosennego porównania dnia z nocą. Bierzmowanie jest wzięte z mitraizmu, tak i chrzest, tylko tam była krew zamiast wody. Co zaś do sakramentu Ołtarza...

Mason zatkał uszy palcami.

— To jeden z pańskich dawnych odczytów — zaśmiał się. — Najmij pan salę odczytową, ale nie popisuj się tem w prywatnym domu. Mówiąc poważnie, panie Smith, to wszystko nic niema do rzeczy. Choćby to była prawda, co mówisz, to nie zmieni ona moich przekonań, a mianowicie tego faktu, że mamy wielką naukę, która działa cudownie i na którą patrzą ze czcią miljony ludzi, włączając w nich pańskiego pokornego sługę. Byłoby więc rzeczą złą i szaloną chcieć ją obalić. Musi się pan z tem zgodzić.

— Nie, wcale się nie zgadzam — odpowiedział Smith, wysuwając naprzód swą charakterystyczną przekorną szczękę. — Pastor zanadto lękasz się o sentymenty swych owieczek, które chodzą do kościoła. Ale trzeba pomyśleć o tych dziewięciu dziesiątych, którzy nigdy w kościele nie bywają. Ludzi tych — włączając pokornego sługę pana pastora — odstręcza to, co w kościelnych ceremonjach uważają za nieracjonalne i fantastyczne. Jakże pan myśli tych ludzi pozyskać, jeśli będzie się im nadal ofiarowało te same stare rzeczy, choćby nawet z dodatkiem naszej spirytystycznej nauki?... Jeśli pan jednak zbliży się do tych obojętnych i niedowiarków i powie im: „Zgadzam się z wami, że to wszystko jest nierealne i skażone przez reakcję, lecz tu macie coś czystego i nowego, chodźcie i przekonajcie się“. W ten sposób możnaby nawrócić ich do wiary w Boga i w główne zasady religji chrześcijańskiej, nie czyniąc gwałtu ich rozumowi przez zmuszanie do wierzenia w wasze przestarzałe teologiczne dogmaty.

Mailey przysłuchiwał się tej beznamiętnej polemice, skubiąc swą jasną brodę. Znając obu rozmawiających, wiedział, że faktycznie nie wiele się różnili między sobą, ponieważ Smith czcił Chrystusa jako Bogu podobnego człowieka, a Mason jako Boga w postaci człowieczej, wynik tej czci był jednakowy. Lecz Mailey wiedział również, że poza tymi dwoma rozumnymi ludźmi są po obu stronach całe rzesze skrajnych fanatyków, oddzielonych od siebie taką przepaścią pojęć, że myśl o jakimkolwiek kompromisie zdawała się niemożliwa.

— Nie mogę zrozumieć — wtrącił się do rozmowy Malone — dlaczego panowie nie przedłożycie tej kwestji wywoływanym duchom, by ją rozstrzygnęły i ustaliły.

— Nie tak to łatwo, jak pan myśli — odparł Mailey. — My zatrzymujemy nasze ziemskie uprzedzenia i po śmierci. W ten sposób po śmierci każdy jest z początku echem tego, czem był za życia. Zczasem duch potężnieje, coraz szersze ogarniając kręgi, aż wszystko kończy się powszechną wiarą, która się streszcza w braterskiem uczuciu wobec ludzi, a w synowskiem wobec Boga. Ale na to potrzeba czasu. Słyszałem nieraz zmarłych bigotów, wygłaszających niemniej fantastyczne poglądy, jak za życia.

— Ja również — dodał Malone — i to w tym samym pokoju, gdzie siedzimy. Ale jak z materjalistami? Zdaje się, że ci nie mogą pozostać bez zmiany.

— Ja przypuszczam, że umysł ich góruje nad położeniem i że leżą oni bezwładnie czasem przez wieki, wmawiając w siebie, że nic się z nimi nie dzieje.

Wkońcu budzą się, konstatują stratę czasu i w wielu wypadkach stają nawet na czele korowodu dusz, gdyż są to zwykle charaktery silne, działające pod wpływem wzniosłych motywów, choć błądzące za życia.

— Tak, oni często są solą tej ziemi — rzekł pastor z przekonaniem.

— I oni dostarczają najlepszych rekrutów dla naszej armji spirytystycznej. Przychodzi na nich ta reakcja, gdy własne ich zmysły przekonają ich, że poza ich umysłowością istnieją, jeszcze inteligentne siły. Pod wpływem tego przekonania zapalają się do czynu i stają się idealnymi apostołami spirytyzmu. Wy, ludzie wiary, nie możecie sobie wyobrazić, jakie to szczęście dla człowieka, który przez długi czas miał próżnię w sercu i naraz uczuł, że mu się ta próżnia wypełnia.

W tem miejscu rozmowy ukazała się Mrs. Mailey, a za nią weszła służąca z herbatą. Lecz rozmowa nie doznała przerwy. Jest rzeczą charakterystyczną dla badaczy psychicznych, że gdy się zejdą razem, rozpoczynają natychmiast rozmowy na temat swych poglądów i doświadczeń. Dlatego z pewną trudnością przyszło Malone’owi skierować konwersację na temat, który był głównym celem jego wizyty. Zgodzono się na to, że pozyskanie człowieka tej miary, co Challenger, mogłoby być niesłychanie pożyteczne dla sprawy.

Gdzie ma się odbyć zebranie?

Pod tym względem panowała zupełna zgoda. Ogromna sala do seansów w Kolegjum Psychicznem była najodpowiedniejszą, wygodną i najlepiej urządzoną w całym Londynie. Jaki termin posiedzenia? Im wcześniej, tem lepiej. Każdy spirytysta i każde medjum odłoży wszystko na bok, by przyjść z pomocą w tak doniosłem przedsięwzięciu.

Kto ma być medjum? W tem cały sęk!...

Kółko Bolsovera byłoby idealne jako grono prywatne i bezinteresowne... Ale Bolsover miał żywy temperament, a Challenger był gwałtowny, wyzywający i przykry dla otoczenia. Meeting mógłby się skończyć kłótnią i sprawa przygotowana mozolnie zrobiłaby fiasko. Tego należało za wszelką cenę uniknąć. A może opłaciłoby się zabrać profesora na seans do Paryża. Lecz kto weźmie na siebie odpowiedzialność za wpuszczenie buhaja do składu z porcelaną doktora Maupuis?

— Gotów złapać za gardło pithecantropusa i narazić na wielkie niebezpieczeństwo wszystkich obecnych — zauważył Mailey.

— Nie, Paryż także nie jest odpowiedni.

— Nie ulega wątpliwości, że najlepszem medjum do zjawisk fizycznych w całej Anglji jest Banderby — rzekł Smith. — Ale my dobrze znamy jego charakter. Czy można polegać na takiem medjum?

— A jakąż on ma wadę? — zapytał Malone.

Smith uczynił ręką ruch podnoszenia kieliszka do ust.

— Niestety, wstąpił na drogę, która już niejedno medjum zgubiła.

— Istotnie — zauważył Malone. — Byłby to bardzo silny argument przeciw spirytyzmowi wogóle, bo jak może być dobrą i wzniosłą sprawa, jeśli prowadzi do takich rezultatów, jak nałóg pijaństwa.

— A czy poezję uważa pan za rzecz wzniosłą?

— Bezwątpienia.

— No, a Poe był nałogowym pijakiem, Colevidge również, Byron był rozpustnikiem, Verlaine degeneratem. Trzeba człowieka oddzielić od rzeczy. Genjusz drogo nieraz płaci za to, że jest genjuszem. Wielkie medjum jest jeszcze wrażliwsze, niż genjusz. Niektórzy prowadzą się bardzo przyzwoicie, inni mają słabostki. Można wiele powiedzieć na ich usprawiedliwienie. Zawód, któremu się poświęcili, wyczerpuje ich ogromnie, środki podniecające są często potrzebne. Sporadyczne użycie trunków staje się powoli nałogiem. Lecz ich medjumiczne zdolności nic przez to na sile nie tracą.

— To mi przypomina jedną przygodę, jaką miał Banderby — rzekł Mailey. — Pan go może nie zna, panie Malone... Zabawna postać. Malutki, tłuściutki człeczyna, z takim brzuszkiem, że od szeregu lat nie widział swych kolan — chyba w lustrze. Gdy pijany, jest jeszcze bardziej pocieszny. Parę tygodni temu doniesiono mi, że siedzi w pewnej restauracji i tak się ululał, że nie może sam wrócić do domu. Jeden z moich przyjaciół i ja pośpieszyliśmy na ratunek. Po kilku niesmacznych awanturach przyprowadziliśmy go wreszcie do domu. I co państwo powiecie? Uparł się, żebyśmy zostali na seans. Daremnie tłumaczyliśmy mu, żeby dał spokój. Trąbka leżała na stole, a on nagle zgasił światło. Prawie w tej samej chwili zaczęły się zjawiska i nie pamiętam, żeby kiedy były tak liczne i silne, jak wówczas. Lecz przerwał je Princeps, duch kierownik Benderby’a, chwycił bowiem trąbkę i począł nią zapamiętale okładać swoje medjum. „Ty łotrze — wołał — ty pijaku, jak ty śmiesz, jak śmiesz!...“ Cała trąbka była powyginana od tych razów. Banderby wybiegł rycząc do drugiego pokoju, a my zabraliśmy się do domu.

— Trudno przypuścić, żeby medjum samo siebie tak obrabiało — rzekł Mason. — Ale jeśli chodzi o profesora Challengera, to nie powinniśmy ryzykować, biorąc Banderby’a.

— A co myślicie o Lindenie? — zapytała Mrs. Mailey.

Adwokat potrząsnął głową,

— Linden nie jest już tem, czem był przed swojem uwięzieniem. Ci głupcy nietylko prześladują nasze medja, ale niszczą ich siły medjumiczne. To tak, jakby kto trzymał przez dłuższy czas w wilgoci brzytwę, a potem dziwił się, że się ostrze stępiło...

— Co? Czyżby stracił swą siłę?

— Tego nie mogę powiedzieć. Ale to już nie ta siła, co dawniej. W każdym z uczestników seansu widzi policjanta, a to go denerwuje i osłabia. Ostatecznie można jeszcze na nim polegać. Tak, z tych wszystkich, Tom będzie może najlepszy.

— A uczestnicy?

— Ja myślę, że profesor przyprowadzi z sobą jednego lub dwu swych przyjaciół.

— Takich samych, jak on. To ogromnie przeszkodzi wibracjom. Musimy przyprowadzić kilka osób z naszego towarzystwa dla zrównoważenia wpływów.

— Jedną z nich może być Delicja Freeman. Ta przyjdzie na pewno. Potem ja. A pan, pastorze Mason?

— Oczywiście, przyjdę.

— A pan, panie Smith?

— O, ja stanowczo nie mogę. Przedewszystkiem muszę pilnować swego dziennika, a poza tem mam w przyszłym tygodniu trzy nabożeństwa, dwa pogrzeby, jeden ślub i pięć meetingów.

— No, to istotnie trudno... Możemy jednak przyprowadzić jeszcze parę pewnych osób. Ósemka to ulubiona liczba Lindena. To już chyba wszystko. Pozostaje tylko, aby pan Malone postarał się o zgodę tego wielkiego człowieka i ustalił termin.

— A jak będzie z umocnieniem ducha, z przygotowaniem nastroju? — zapytał poważnie Mason. — Musimy naradzić się z naszymi przyjaciółmi.

— To się rozumie, padre. Odpowiedni nastrój, to rzecz niesłychanie ważna. No, tośmy sprawę obrobili, panie Malone. Teraz czekajmy wyniku...

Zdarzyło się jednak, że inny zgoła wynik oczekiwał Malone’a tegoż samego wieczoru. Znajomy nasz całkiem niespodzianie ujrzał przed sobą przepaść, jaka często się otwiera znienacka w drodze naszego życia. Gdy nazajutrz, o normalnej godzinie przybył do redakcji Gazety, powiedziano mu, że ma się niezwłocznie stawić przed oblicze pana Beaumont. Bezpośrednim zwierzchnikiem Malone’a, był stary Szkot Mac Ardle, bardzo rzadko zdarzało się, że główny wydawca raczył zaszczycić wezwaniem, którego ze swych pokornych współpracowników. Wielki ten człowiek siedział z wyrazem błogiego zadowolenia na gładko ogolonej twarzy w swem sanktuarjum, wśród bogatego doboru dębowych mebli, obitych czerwoną skórą. Gdy Malone wszedł, nie przestał pisać listu, dopiero po kilku minutach podniósł na podwładnego swe bystre szare oczy.

— Ach, Mr. Malone, dobry wieczór. Chciałem kilka słów pomówić z panem. Proszę usiąść. To w sprawie tych artykułów spirytystycznych, które pan pisuje. Zaczął je pan pisać w tonie zdrowego sceptycyzmu, okraszał je pan humorem, to się podobało mnie i naszym czytelnikom. Spostrzegam jednak z przykrością, że zmieniał pan stopniowo swoje poglądy, aż wkońcu zajął pan takie stanowisko, jakgdyby pan chciał propagować te niezdrowe prądy. Nie jest to polityka wskazana dla Gazety i byłbym dawno skasował ten dział w naszem piśmie, gdyby nie to, żeśmy w programie zapowiedzieli całą serję artykułów redagowanych przez bezstronnego obserwatora. Dlatego mam zamiar prowadzić go w dalszym ciągu, jednakże pod warunkiem, że pan zasadniczo zmieni ich tendencję.

— Więc czego pan żąda ode mnie?

— Musi pan ujmować je ze strony komicznej i pisać dowcipnie, cięto, bo to jest sposób, który się naszym czytelnikom najlepiej podoba. W żarty obracać wszystko. Niech pan wywoła ducha jakiej podstarzałej dziewicy i każe jej zwierzać się z miłosnych afektów. Będą się ludzie pokładali ze śmiechu. Pan mnie rozumie?

— Sprawy te przestały być dla mnie śmieszne, sir, owszem mam zamiar traktować je coraz poważniej.

Beaumont potrząsnął swą majestatyczną głową.

— Tak też je traktują nasi abonenci. Coraz poważniej.

Wskazał ręką leżący na biurku pakiecik listów i wziął jeden z nich.

— Słuchaj pan, co pisze jeden z prenumeratorów: „Uważałem dotąd pański dziennik za wydawnictwo poważne i bogobojne. Muszę zwrócić uwagę, że praktyki, w których bierze udział korespondent pańskiej gazety są najwyraźniej przez Pismo Święte zabronione. Popełniłbym ciężki grzech, gdybym w dalszym ciągu pański dziennik prenumerował.“

— Bigot, fanatyk, osioł! — mruknął Malone.

— Być może, ale grosz fanatyka jest tak dobry, jak każdy inny grosz. Ma pan tu inny list: „Zdaje się, że w tym wieku postępu i oświecenia żaden poważny dziennik nie powinien propagować wstecznego ruchu, który cofa nas w ciemne czasy średniowiecza, kiedy wierzono w aniołów i djabłów, snujących się po ziemi. Ponieważ niestety dziennik pański wszedł na tę drogę wstecznictwa i zabobonów, jestem zmuszony prosić o wykreślenie mnie z listy abonentów.“

— Byłoby nadzwyczaj zabawne, sir, gdyby poprosić tych obu gorszących się głupców na posiedzenie, zamknąć ich w jednym pokoju i kazać im dysputować na powyższy temat.

— I to być może, panie Malone, ale nas powinna obchodzić renoma gazety i liczba jej prenumeratorów.

— Pan nie docenia inteligencji naszego społeczeństwa, sir... Oprócz tych ludzi o biegunowo sprzecznych zapatrywaniach, potępiających moje artykuły z najrozmaitszych względów, jest przecież potężna grupa ludzi, na których fakty przeze mnie podane, a stwierdzone przez wielkich uczonych i godnych szacunku świadków, musiały wywrzeć silne wrażenie. Czy nie jest naszym obowiązkiem tę właśnie grupę ludzi informować stale o coraz to innych rzeczywistych faktach, zamiast je wyśmiewać gwoli przypodobania się fanatykom?

Mr. Beaumont ruszył ramionami.

— Niechże spirytyści sami kruszą kopje w obronie swoich przekonań. Nas o to głowa nie boli. Gazeta nasza nie jest dziennikiem propagandowym i nie mamy najmniejszej pretensji do kierowania wierzeniami religijnemi naszych prenumeratorów.

— I je nie roszczę sobie do tego pretensji. Ja mam na myśli tylko sprawozdanie z realnych faktów. Niech pan będzie łaskaw zwrócić uwagę na to, jak starannie są te fakty przez wszystkie dzienniki pomijane, lub oświetlane z fałszywego punktu widzenia.

Czy pan naprzykład czytał choć jeden rozsądny artykuł o ektoplazmie w którymkolwiek londyńskim dzienniku? Są tylko same głupstwa, lub niewczesne żarty. Kto z tych niedowarzonych artykułów dowie się co o istnieniu tej niesłychanie ważkiej substancji, którą badali, stwierdzili i opisali ludzie nauki zapomocą fotografji i mnóstwa innych środków.

— Dobrze już, dobrze — zawołał niecierpliwie Beaumont. — Jestem zbyt zajęty, by mieć czas na dysputę z panem w tej materji. Cała rzecz w tem, że otrzymałem list od pana Corneliusa, który wprost żąda zmiany kierunku naszego pisma właśnie w tej kwestji.

Mr. Cornelius był właścicielem Gazety nie przez własny pełen trudu dorobek, lecz, że część odziedziczonych po ojcu miljonów wydał na zakupienie tego pisma, W biurze redakcyjnem pokazywał się rzadko i tylko od czasu do czasu ukazywała się w kronice Gazety wzmianka, że jego jacht zatrzymał się w porcie Mentony, że on sam przebywa w Monte-Carlo, lub że się go spodziewają na okres letnich miesięcy w Leicestershire. Nie był to człowiek wielkiej nauki, ani potężnego umysłu, chociaż niekiedy próbował kierować opinją publiczną w artykułach, które drukowano zazwyczaj grubemi czcionkami i umieszczano na czele gazety. Nie był on typowym rozpustnikiem, lecz kochał się w przepychu i nie lubił sobie odmawiać niczego, co niejednokrotnie wprowadzało go w kolizję z moralnością i etyką. Gorąca krew Malone’a zawrzała, gdy sobie pomyślał, że ten wygodniś, sybaryta, ten robak, staje dziś między społeczeństwem a tym wzniosłym ruchem, który ma przynieść ludzkości spokój i pociechę. Czyżby te dziecinne, wypieszczone palce miały zamknąć śluzy i powstrzymać ów boski, zbawczy prąd?...

— Tak, że ten list kończy wszelkie dyskusje, panie Malone — dokończył pan Beaumont z gestem, który przecinał dalszą rozmowę.

— Istotnie, zupełnie kończy — odparł Malone — nietylko tę sprawę, ale cały mój związek z pańską gazetą. Mam w kontrakcie sześciomiesięczny termin wypowiedzenia posady. Gdy ten czas ten upłynie pożegnam panów.

— Jak się panu podoba, panie Malone — rzekł sucho pan Beaumont, zabierając się do pisania.

Z wypiekami na twarzy opuścił Malone biuro głównego wydawcy i wszedł do gabinetu Mac Ardle’a, któremu opowiedział całe zajście.

Stary Szkot zafrasował się ogromnie.

— To ta pańska irlandzka krew temu winna. Kropelka szkockiej nigdy nie zawadzi, zarówno w żyłach jak w kieliszku. Wróć się przyjacielu i powiedz, żeś się rozmyślił.

— Nigdy!... Ja mam się poddać kaprysowi takiego człowieka, jak Cornelius, ten brzuchacz o czerwonym nosie?! Pan zna przecież jego prywatne życie... I taki człowiek ma rozstrzygać, w co powinien wierzyć lud angielski, każe mi wyśmiewać rzeczy najświętsze na ziemi.

— Człowieku, ale ty się rujnujesz samochcąc...

— Lepsi ode mnie ludnie rujnowali się z tej samej przyczyny. Dostanę inną posadę.

— Tak, o ile Cornelius nie będzie panu chciał szkodzić. Ale jeśli rozgłosi, że pan ma zbyt buntowniczego ducha, to nie znajdzie pan miejsca w żadnej redakcji.

— Czyż to nie hańba?! — krzyknął Malone. — Sposób traktowania tej sprawy, to przecież policzek dla całego dziennikarstwa. I to nietylko u nas, w Ameryce jest podobno jeszcze gorzej. I nikt na to nie zareaguje. Oburza mnie ta uległość ludzi żyjących z prasy. Dobre, serdeczne chłopy, ale bez duszy, bez woli i temperamentu! To ma być materjał na ludzi z charakterem. To mają być kierownicy opinji ludu. To straszne!

Mac Ardle po ojcowsku oparł rękę na ramieniu młodego człowieka.

— No, no, chłopcze, musimy godzić się z losem. Nie my tworzyliśmy te stosunki i nie my jesteśmy za nie odpowiedzialni. Trzeba poczekać cierpliwie. Mamy czas. Idź pan teraz do domu, rozważ całą sprawę, wspomnij na swoją przyszłość, na tę swoją młodą panienkę, a potem wróć i pij dalej te gorzkie ziółka, które my wszyscy musimy codziennie spijać, jeśli chcemy utrzymać w świecie jakie takie stanowiska.



∗             ∗


XVI.

Sieci rozpięto, dół wykopano i myśliwi stali gotowi, czekając na grubą zwierzynę. Zachodziło tylko pytanie, czy lew pozwoli się zapędzić w odpowiednim kierunku. Gdyby kto bowiem przyznał się Challengerowi, że zebranie miało na celu przedłożyć mu dowody obcowania żywych z duchami i zmusić go do złożenia broni, to niewątpliwie rozsierdziłby się ogromnie i wyszydził całe przedsięwzięcie. Ale chytry Malone przy pomocy Enidy utrzymywał go w myśli, że obecność profesora na posiedzeniu miała jedynie tylko zapobiec ewentualnemu szalbierstwu i pomóc do wykrycia sposobu oszustwa. W tem przekonaniu Challenger raczył wreszcie wyrazić zgodę na swój udział w przedsięwzięciu, kwalifikującem się, jak powiadał, raczej do kamiennej groty neolitycznego dzikusa, niż do salonu, w którym miał znaleźć się mąż nauki, reprezentant wielowiekowej kultury i wiedzy zdobytej przez ludzkość.

Enid towarzyszyła ojcu, który przyprowadził z sobą jakiegoś młodzieńca nieznanego nikomu. Był to ogromny, kościsty Szkot, z twarzą okrytą piegami, małomówny i tajemniczy. Nikt z obecnych nie mógł wybadać, dlaczego pragnie wziąć udział w seansie, jedyną pozytywną wiadomością, jaką od niego otrzymano, było, że nazywał się Nicholl. Malone i Mailey przybyli razem na miejsce zebrania w Holenderskim Parku, gdzie czekali już Delicja Freeman, wielebny pastor Mason, Mr. i Mrs. Ogilvy z Psychicznego Kolegjum, Mr. Bolsover z Hammersmith i lord Roxton, który zapamiętale uczęszczać począł na wszystkie seanse i robił widoczne postępy w psychicznej wiedzy. Zebrało się razem dziewięć osób tworzących mieszane i mało zgodne towarzystwo, od którego doświadczony spirytysta nie mógł się wielkich rezultatów spodziewać. Gdy goście weszli do pokoju w którym seans miał się odbyć, zastali Lindena siedzącego w fotelu, obok niego siedziała jego żona. Gdy oboje przedstawiono towarzystwu, Challenger zatrzymał się przed Lindenem z miną człowieka, który nie pozwoli się oszukać.

— To ten jegomość jest medjum? — zapytał, mierząc Lindena niełaskawem spojrzeniem.

— Tak.

— Czy był zrewidowany?

— Nie jeszcze.

— Kto go będzie obszukiwał?

— Wybrano dwie osoby z towarzystwa.

Challenger począł sapać.

— Kogo? — zapytał podejrzliwie.

— Pan i pański przyjaciel Mr. Nicholl mają tego dokonać. Tamte drzwi prowadzą do pokoju sypialnego.

Biedny Linden pomaszerował do drugiego pokoju w towarzystwie obu rewidentów, co przypomniało mu niedawne przejścia w więzieniu. Już przedtem zdradzał pewną nerwowość, a obecna inkwizycja i widoczna nieżyczliwość Challengera spotęgowały przykre uczucia, jakich tego dnia doznawał. Gdy w jakiś czas po dokonaniu rewizji powrócił do towarzystwa, potrząsał smutnie głową.

— Wątpię, czy dzisiaj będę zdolny do czego — odezwał się do Mailey’a. — Jestem zupełnie nieusposobiony. Możeby lepiej odłożyć seans?

Mailey poklepał go po ramieniu, a żona serdecznie ścisnęła mu rękę.

— Wszystko pójdzie dobrze, kochany Tomie — szepnął Mailey. — Pamiętaj, że masz tu życzliwych przyjaciół, którzy nie pozwolą, by cię jaka krzywda spotkała.

Tu zwrócił się Mailey do Challengera i rzekł tonem bardzo poważnym.

— Racz pamiętać, sir, że medjum, to narzędzie bardziej subtelne niż wszelkie instrumenty w pańskiem laboratorjum, nie można traktować go zbyt niedelikatnie. Przypuszczam, że nie znalazł pan nic przy nim kompromitującego.

— Nie, sir, nie znalazłem. A jako rezultat tego ma pan już zapowiedź, że dzisiaj żadnych fenomenów nie będzie.

— On tak mówi, ponieważ pański sposób obejścia się z nim był mu przykry. Trzeba z nim bardziej delikatnie...

Challenger zrobił minę, która nie obiecywała żadnej zmiany z postępowaniu. Wzrok jego padł na Mrs. Linden.

— Domyślam się, że ta pani, to żona medjum. Ją także należałoby zrewidować,

— Oczywiście — rzekł Mr. Ogilvy. — Dokonają tego moja żona i pańska córka. Proszę cię jednak bardzo, panie profesorze, byś zechciał być cierpliwym i spokojnym. Przecież my wszyscy jesteśmy równie jak pan zainteresowani w prawidłowym przebiegu seansu, całe towarzystwo doznałoby zawodu, gdyby pan popsuł warunki, w jakich seans musi się odbywać.

Lecz Mr. Bolsover, kupiec korzenny, powstał z taką godnością, jak wówczas, gdy przewodniczył zebraniom swej ulubionej świątyni.

— Ja się domagam — rzekł z energją — ażeby profesor Challenger również był obszukany.

— Rewidować mnie?... Co pan sobie myśli?

Bolsover nie dał się jednak zastraszyć.

— Przybywa pan do nas nie jak sprzymierzeniec, lecz jak wróg. Gdyby panu powiodło się dowieść nam szalbierstwa, byłby to dla pana wielki triumf osobisty. Mamy takie samo prawo niedowierzać panu, jak pan nam. Dlatego ja ze swej strony stawiam wniosek, ażeby i pan był zrewidowany.

— Czy przez to chcesz powiedzieć, sir, że ja jestem zdolny do oszustwa? — zagrzmiał Challenger.

— Profesorze, my wszyscy byliśmy o to przez ciebie oskarżeni — rzekł Mailey z uśmiechem. — Zrazu oburzaliśmy się na to, jak pan teraz, lecz wkońcu postawił pan na swojem. Ja byłem nazwany kłamcą, obłąkańcem, Bóg wie czem jeszcze. Więc niema się o co gniewać...

— Ale to jest potworne żądanie — huczał dalej Challenger, wodząc dokoła srogiemi oczyma.

— Jak pan chce — powiedział Ogilvy, szczególnie uparty Szkot. — Wolno panu przecież każdej chwili opuścić nasze zebranie, lecz jeśli pan chce zostać to musi pan poddać się tym warunkom, które my uważamy za konieczne ze względu na naszą obronę. Pan znany jest jako zacięty wróg spirytyzmu i najgorętszem życzeniem pańskiem jest ten ruch zdyskredytować. Jakże możemy zgodzić się na siedzenie razem z panem pociemku, gdy nie wiemy, co pan może ukrywać w swoich kieszeniach.

— Dajcież pokój panowie — zawołał Malone. — Przecież możemy zaufać honorowi pana profesora.

— Bardzo pięknie — odparł Bolsover — lecz ja nie uważałem, aby pan profesor ufał honorowi państwa Linden.

— Mamy swoje przyczyny, które nam nakazują ostrożność — dodał Ogilvy. — Wiemy z doświadczenia, że oszukiwano nieraz medja, tak samo jak medja oszukiwały zebranych gości. Mógłbym wiele takich faktów przytoczyć. Tak, panie profesorze, pan musi poddać się rewizji.

— Nie potrwa to ani minuty — dorzucił pojednawczo lord Roxton. — Pójdę ja z panem Malone i w mig sprawę załatwimy.

— O tak, niech już pan nie protestuje panie profesorze — rzekł Malone.

I tak Challenger, gniewny, z rozdętemi nozdrzami, błyszczącemi oczyma wyprowadzony został do drugiego pokoju. W kilka minut później skończono wszystkie czynności przygotowawcze, utworzono zwarte koło i seans się rozpoczął.

Lecz warunki już były popsute. Ci drobiazgowi badacze, którzy żądają krępowania medjum sznurem tak, że nieszczęsne stworzenie wygląda, jak pularda przed wsadzeniem na rożen lub ci, którzy mierzą je oczyma pełnemi podejrzeń zanim się światło pogasi, nie rozumieją, że są podobni do ludzi, co leją wodę na proch strzelniczy, a potem dziwią się, że niema wybuchu. Radziby doczekać się fenomenów, a gdy te się nie pokazują, przypisują to nie głupocie, lecz swojej rzekomej przebiegłości. Dlatego wszędzie na małych zebraniach, w atmosferze pełnej ufności i sympatji otrzymuje się takie rezultaty, jakich przezorny i podejrzliwy mąż nauki nigdy widzieć nie będzie.

Wszyscy uczestnicy seansu czuli się zgnębieni przedwstępnemi sprzeczkami, o ileż bardziej odczuwało je subtelne medjum!... Biedny Tom miał wrażenie, że pokój zapełnia się walczącemi z sobą prądami, że następuje raz przypływ, to znów odpływ psychicznej mocy, czasem znów powstawał taki chaos, że sterowanie w tym wirze wydało się trudniejsze niż na wzburzonych falach Niagary. Jęczał w rozpaczy, gdy widział, że wszystko kłębi mu się przed oczyma. Zaczął jak zwykle od jasnowidzenia, ale imiona słyszał bardzo niewyraźnie, zgadywał je raczej. Imię Johu zdawało się przeważać, więc je powiedział i zapytał, czy ono ma jakieś znaczenie dla którego z obecnych. Jedyną odpowiedzią był homeryczny śmiech Challengera. Wygłosił potem nazwisko Chapman. Tak, Mailey stracił przyjaciela, który się tak nazywał, ale to było przed kilku laty; prócz tego obecność tego nieboszczyka na tem zebraniu nie zdawała się racjonalna. Nie mógł też podać imienia owego Chapmana. „Budworth?“ Nie — nikt nie znał człowieka, któryby się nazywał Budworth. Dawał ów duch jakieś dosyć określone zlecenia, lecz nikt z obecnych nie mógł zastosować ich do siebie.

Słowem początek był fatalny i Malone miał wrażenie, że jego akcje spadły do zera. Challenger sapał z zadowolenia tak głośno, że Ogilvy zwrócił mu uwagę.

— Pan pogarsza sytuację, objawiając tak jaskrawo swoje uczucia — rzekł. — Mogę panu dać słowo, że w ciągu dziesięciu lat mych ciągłych doświadczeń nie miałem zdarzenia, ażeby medjum było tak niepewne i zmieszane. Przypisuję to wyłącznie pańskiej obecności.

— I ja ta sądzę — odparł Challenger z nietajoną radością.

— Zdaje się, że nic z tego nie będzie — rzekła do męża Mrs. Linden. — Jak się czujesz, kochanie? Może już dosyć na dzisiaj?

Lecz Tom, acz bardzo uległy z pozoru, był w gruncie zaciętym bojownikiem. Miał on, w innej oczywiście formie, te same właściwości zapaśnicze, które bratu jego Silasowi o mały włos nie zjednały szampjonatu Anglji.

— Nie, zdaje mi się, że to moje umysłowe siły nie są w porządku, ale gdy wpadnę w trans, może pójść lepiej. W każdym razie popróbuję.

Przyćmiono jeszcze bardziej światła, tak że pozostawał tylko słabo żarzący się szkarłatny płomyk. Obszyte dzwonkami zasłony gabinetu zesunięto. Z zewnątrz po jednej stronie namiotu widać było niewyraźną sylwetkę Toma, jak leżał w fotelu, z przechyloną wtył głową, oddychając głęboko w swym transie. Żona jego siedziała po drugiej stronie namiotu.

Nic się jednak nie pojawiało.

Upłynął kwandrans, potem drugi. Towarzystwo czekało cierpliwie, Challenger począł się już kręcić na krześle. Nietylko nic się nie działo, lecz każdy tracił nadzieję, że się cokolwiek dziać zacznie.

— Na nic! — zawołał wkońcu Mailey.

— Nie, jeszcze chwilę — rzekł Malone.

Medjum poruszyło się i poczęło jęczeć, budziło się widocznie, Challenger ziewał głośno ostentacyjnie.

— Czy to nie strata czasu? — zapytał.

Mrs. Linden przesunęła ręką po głowie męża. Tom otworzył oczy.

— Były jakie rezultaty? — zapytał.

— Nie, nie, to nanic, Tomie. Trzeba odroczyć seans.

— Ja również tak myślę — rzekł Mailey.

— To straszny wysiłek dla medjum pracować w tak wrogich warunkach — zauważył Ogilvy, patrząc gniewnie na Challengera.

— Wiedziałem, że tak będzie — odparł profesor, uśmiechając się z zadowoleniem.

Lecz Linden nie dał jeszcze za wygraną.

— Warunki są niedobre — powiedział. — Wibracje krzyżują się nieustannie. Ale popróbuję jeszcze w gabinecie, to koncentruje siły psychiczne.

— Tak, to już ostatnia szansa — rzekł Mailey. — Możemy spróbować.

Wniesiono krzesło do wnętrza gabinetu, dokąd również weszło medjum. Obie połowy portjer zasunięto.

— To zgęszcza emanację ektoplazmy — wyjaśnił Ogilvy.

— Niewątpliwie — odparł ironicznie Challenger. Jednakże w interesie prawdy muszę zaznaczyć, że zniknięcie medjum z przed naszych oczu jest okolicznością wielce pożałowania godną...

— Na miłość Boską, przestań pan się sprzeczać — zawołał Mailey niecierpliwie. — Czekajmy na rezultaty, a jeśli się ukażą, będzie pan miał dosyć czasu na kwestjonowanie ich wartości.

Nastała znowu długa nużąca chwila.

Z głębi gabinetu poczęły dochodzić głuche jęki.

Spirytyści odzyskali nadzieję.

— To ektoplazma — rzekł Ogilvy. — Wydzielanie się jej sprawia zawsze ból medjum.

Ledwie skończył te słowa, gdy obie połowy zasłony rozchyliły się gwałtownie, przyczem dał się słyszeć brzęk dzwonków. W ciemnem wejściu do gabinetu zarysowała się mglista biała postać. Zbliżała się powoli i z pewnem wahaniem ku środkowi pokoju. W czerwonem półświetle trudno było narazie rozróżnić kontury postaci. Przedstawiała się w mroku jak biała podłużna plama. Jakby z namysłem i trwogą krok za krokiem posuwała się coraz dalej, aż zatrzymała się przed profesorem.

— Bierz! — ryknął tenże potężnym głosem.

Rozległ się krzyk, jęk i łoskot upadku.

— Mam go, wrzasnął jakiś głos.

— Zapalić światła — krzyknął drugi.

— Możecie zabić medjum — wołał trzeci.

Zerwano krąg. Challenger pośpieszył do kontaktu i odkręcił światło, którego strumienie zalały całą salę tak nagle, że przez kilka sekund oślepieni goście nic dostrzec nie mogli.

Gdy odzyskali zdolność patrzenia ujrzeli widok, który ścisnął serca spirytystów niewymownym żalem. Na podłodze siedział Tom Linden, olśniony, blady i widocznie osłabiony. Nad nim stał wysoki młody Szkot, który go na ziemię obalił, koło niego klęczała Mrs. Linden, patrząc z oburzeniem na napastnika.

Ciszę, która nagle zapanowała, przerwał głos profesora.

— Tak, panowie, sądzę, że nie mam tu już nic do wyjaśnienia. Wasze medjum zostało zdemaskowane, jak na to w pełni zasłużyło. Możecie przypatrzeć się waszemu duchowi. Ja zaś składam dzięki panu Nicholl, który jest słynnym footbalistą za błyskawicznie szybkie wykonanie moich poleceń.

— Podbiłem mu nogi — rzekł wysoki młodzian. — Przewrócił się łatwo.

— Zrobił pan to wyśmienicie i oddał pan nam wszystkim wielką przysługę, demaskując oszusta. Rzecz jasna, że nie omieszkam oddać tę sprawę policji.

Lecz Mailey wystąpił z interwencją tak energiczną, że Challenger zmuszony był narazie zamilknąć.

— Pańska omyłka, profesorze, nie jest pozbawiona pozornej słuszności — rzekł — chociaż sposób, jakiego pan użył w swej nieświadomości, mógł być zabójczy dla medjum.

— Moja nieświadomość, doprawdy?!...

Jeżeli pan z tego tonu zaczyna, to przestanę panów uważać za oszukanych, a zacznę ich traktować jako współwinnych oszustwa.

— Chwileczkę, panie profesorze! Zadaję panu krótkie pytanie wprost i proszę o taką samą odpowiedź...

— Czy ta postać, którą widzieliśmy wszyscy przed chwilą nie była postacią w bieli?...

— Tak, była biała...

— Czy pan nie widzi, że medjum ma na sobie garnitur całkiem czarny? gdzież jest jego biały strój?

— Dla mnie to rzecz podrzędna, gdzie on jest.

Nie wątpię, że jego żona i on sam byli przygotowani na pewne ewentualności. Mają oni środki na schowanie prześcieradła, czy nocnej koszuli. Te szczegóły mogą być wyświetlone w procesie policyjnym.

— Badaj pan teraz i przeszukaj cały pokój, czy znajdzie pan coś białego.

— Nie znam tego pokoju i nie chcę słyszeć o szukaniu. Nam swoje zdrowe zmysły. Człowiek ten został zdemaskowany, jako rzekomy duch. A w jaki kąt, czy w jaką dziurę cisnął swoje białe przebranie, to sprawa całkiem podrzędna.

— Przeciwnie, ja sądzę, że jest zasadniczo ważna. To, co pan widział przed zapaleniem światła nie było oszustwem, lecz zupełnie realnem zjawiskiem psychicznem.

Challenger zaśmiał się szyderczo.

— Tak, sir, całkiem realnym fenomenem — powtórzył z naciskiem Mailey. — Widział pan postać w stanie półmaterjalizacji. Zechce pan łaskawie zrozumieć, że duch przewodnik, który prowadzi te sprawy nic nie dba o pańskie wątpliwości i podejrzenia. Dąży do tego, by mogły być osiągnięte pewne rezultaty, a gdy ich z powodu niedostatecznych warunków, panujących w kółku osiągnąć w zwykły sposób nie może, szuka innego sposobu, nie zwracając uwagi na czyjeś pozwolenie lub zakaz. W danym wypadku, nie mogąc skutkiem złych, przez pana stworzonych warunków, uformować samodzielnej ektoplazmicznej postaci, owinął poprostu całkiem nieświadome swoje medjum w mgłę ektoplazmy i wysłał je z gabinetu na środek pokoju. Medjum jest tak nie winne, jak i pan.

— Przysięgam na Boga — rzekł Linden — że od czasu kiedym wszedł do gabinetu, aż do chwili gdym się znalazł na podłodze, nic a nic nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.

Tom zachwiał się na nogach i począł się trząść cały ze wzruszenia, tak że nie mógł utrzymać szklanki z wodą, którą mu podała żona.

Challenger ruszył ramionami.

— Pańskie tłumaczenie — rzekł — otwiera przede mną tylko nowe głębie waszej fanatycznej łatwowierności. Mój obowiązek jest całkiem dla mnie wyraźny i spełnię go do ostatnich granic konsekwencji. Cokolwiek jeszcze miałby mi pan w tej kwestji do powiedzenia, to będzie rozważane, jak na to zasługuje, w trybunale...

Z temi słowy profesor Challenger odwrócił się ku drzwiom z miną człowieka, który szczęśliwie udowodnił to, co miał do udowodnienia.

— Chodź Enid — rzekł do córki.

Zaszedł jednak wypadek tak nagły, tak nieoczekiwany i dramatyczny, że każdy, kto był jego świadkiem, nie zapomni go pewnie do śmierci.

Wezwanie profesora do córki zostało bez odpowiedzi.

Wszyscy już od kilku chwil rozmawiali stojąc, jedna tylko Enid pozostała w krześle. Siedziała z głową przechyloną na ramię, z zamkniętemi oczyma i włosem częściowo rozpuszczonym — istny model dla rzeźbiarza.

— Zasnęła — rzekł Challenger. — Obudź się, Enid, idziemy do domu — odezwał się głośniej.

Dziewczyna nie odpowiedziała, Mailey pochylił się nad nią.

— Cicho, proszę jej nie dotykać!... Wpadła w trans....

Challenger zbliżył się do córki.

— Coście jej zrobili? Wasze djabelskie sztuczki przestraszyły ją. Ona zemdlała.

Mailey ostrożnie uchylił powieki śpiącej. — Nie, nie... Jej źrenice uciekły gdzieś w głąb. Jest w transie. Profesorze, córka pańska jest znakomitem medjum.

— Medjum? Czyście poszaleli? Obudź się, dziecko... Zbudź się...

— Na miłość boską, niech jej pan nie dotyka. Będzie pan całe życie tego żałował... To bardzo niebezpiecznie budzić nagle ze snu medjumicznego.

Challenger zawahał się. Po raz pierwszy w życiu opuściła go pewność siebie. Czyżby to było możliwe, aby jego własne dziecko stało nad brzegiem jakiejś tajemniczej otchłani, w którą on, ojciec, mógłby ją wtrącić przez nagłe obudzenie?...

— Co mam zrobić? — pytał zakłopotany.

— Proszę się nie lękać. Wszystko będzie dobrze. Proszę siadać, niech wszyscy usiądą... Ach, zaczyna mówić.

Dziewczyna drgnęła. Wyprostowała się w krześle. Wargi jej poruszyły się. Wyciągnęła rękę...

— Dla niego — rzekła wyraźnie i głośno — na Challengera. — Nie powinien krzywdzić mego medium. Mam zlecenie do niego...

Zapanowała grobowa cisza.

— Kto mówi? — zapytał Mailey.

— Wiktor mówi, Wiktor. Niewolno krzywdzić mego medjum. Mam posłanie... Dla niego...

— Tak, tak... Jakie posłanie?

— Jego żona jest tutaj...

— Tak?...

— Mówi, że raz już była u niego. Przyszła dzięki tej dziewczynie, swej córce. Było to wkrótce potem, gdy jej zwłoki spalono w krematorjum. Pukała do niego i on słyszał to pukanie, ale nie rozumiał, nie domyślił się.

— Czy to ma jakie znaczenie dla pana, profesorze Challenger?

Gęste brwi profesora ściągnęły się groźnie ponad badawczemi, pełnemi podejrzliwości oczyma. Patrzył dziko jak zwierz drapieżny, zaskoczony w legowisku przez myśliwych. Wzrok jego błyszczący przenosił się z twarzy na twarz, coraz groźniejszy i dzikszy.

To był podstęp, niegodny podstęp, nowe, chytre oszustwo!.. Podmówiono przeciw niemu własną jego córkę. Przeklęcie!... Ale on ich zdemaskuje, wszystkich, do jednego... Pytają go, czy chce się czego dowiedzieć od ducha?... Nie, on żadnych głupich pytań zadawać nie będzie. Przejrzał nawskroś ten cały niecny spisek. Przeciągnęli ją na swoją stronę! Jego własną córkę. Nigdyby się po niej tego nie spodziewał, a jednak to prawda. Zrobiła to dla Malone’a. Kobieta wiele może poświęcić, gdy kocha. Tak, ale to rzecz godna kary i potępienia. Przebaczyć tego nie można. Opanowała go mściwość. Jego twarz rozpalona, urywane słowa, dały wyraz miotającej nim wściekłości...

Lecz ręka dziewczyny podniosła się znowu i wyciągnęła wprost ku niemu.

— Drugie zlecenie.

— Dla kogo?

— Dla niego. Dla tego, co znieważył moje medjum.

Nie wolno mu krzywdzić mego medjum. Mężczyzna tu... dwóch mężczyzn... mają dla niego wiadomość.

— Tak, Wiktorze, powiedz nam.

— Nazwisko pierwszego jest...

Głowa dziewczyny pochyliła się. Nadstawiła ucho, jakby chcąc lepiej usłyszeć...

— Tak, tak, mam je.... Nazywa się Al... Al... Aldridge...

— Ma to jakie znaczenie dla pana?

Challenger cofnął się o krok. Wyraz najwyższego zdumienia odbił się na jego twarzy.

— A nazwisko drugiego? — zapytał.

— Jest Ware... tak, tak... Ware.

Challenger zachwiał się na nogach i padł na krzesło. Przesunął ręką po czole. Był śmiertelnie blady. Na twarz wystąpiły gęste krople potu.

— Czy pan znał tych ludzi?

— Znałem dwóch ludzi o tych nazwiskach.

— Mają zlecenie dla pana.

Challenger wyciągnął ramię, jakby się chciał zasłonić przed spodziewanym ciosem.

— Jakie?...

— Zbyt poufne. Nie powiem przy wszystkich.

— Poczekamy w drugim pokoju — rzekł Mailey. — Chodźcie panowie, niech profesor usłyszy swoje zlecenie.

Uczestnicy seansu powstali z miejsc i wyszli do przedsionka, pozostawiając profesora samego z córką. Opanowała go dziwna nerwowość, jakiej nigdy przedtem nie doznał.

— Malone, zostań ze mną — rzekł do dziennikarza. Drzwi się zamknęły za odchodzącymi. W pokoju pozostało troje osób.

— Jakie zlecenie?

— To o tych proszkach...

— Tak, tak, wiem...

— Szare proszki.

— Tak...

— Wiadomość, której chcą panu udzielić brzmi... „Nie otrułeś nas“...

— Zapytaj ich... zapytaj ich... na co umarli?... Głos profesora, zwykle tak potężny i stanowczy był drżący teraz i dziwnie słaby. Trząsł się cały, opanowany nieopisanem wzruszeniem.

— To była choroba.

— Jaka choroba?

— Neu, neu... ach tak... Pneumonja...

Challenger opadł na poręcz krzesła. Z ust jego wyrwało się westchnienie ogromnej ulgi.

— Boże mój! Boże — powtarzał, ocierając spocone czoło.

Nagle zerwał się z krzesła.

— Zawołaj tu wszystkich, Malone.

Nasi znajomi oczekiwali w przedsionku, rozmawiając żywo z sobą, lecz teraz wezwani przez Malone, tłumnie pośpieszyli do pokoju. Challenger wyszedł na ich spotkanie i zwrócił się do Toma Lindena. Począł mówić jak człowiek, którego duma została złamana.

— Co do ciebie, sir, nie chcę sądzić pana. Zdarzyła się rzecz tak dziwna, tak niepojęta, a zarazem tak oczywista, skoro stwierdziły ją moje własne wytrenowane zmysły, że muszę przyjąć wyjaśnienie, którem usprawiedliwiano pańskie zachowanie się w czasie seansu. Proszę mi darować krzywdzące wyrażenia, jakich użyłem zwracając się do pana.

Tom Linden był prawdziwym chrześcijaninem. Przebaczył z miejsca i szczerze.

— Nie ulega wątpliwości — mówił dalej profesor — że córka moja obdarzona jest jakąś niepojętą mocą, zawierającą pewne charakterystyczne cechy, o jakich pan mówił przed chwilą, panie Mailey. Ze stanowiska ścisłej nauki jestem całkiem usprawiedliwiony, ale pan przedstawił mi dzisiaj dowód, którego w żaden sposób obalić nie można.

— Myśmy tę samą drogę przeszli, panie profesorze. Długo nie możemy uwierzyć, a potem zkolei, nam wierzyć nie chcą.

— Nawet nie przypuszczam, ażeby mojemu słowu nie uwierzono — rzekł Challenger z dawną swą dumą. — Mogę śmiało i z czystem sumieniem powiedzieć, żem dzisiaj otrzymał informację, której żaden człowiek żyjący nie byłby w stanie mi udzielić. Ten fakt jest murowany i nie podlega żadnej wątpliwości.

— Młoda lady już przychodzi do siebie — rzekła Mrs. Linden.

Enid wyprostowała się w krześle i powiodła zdumionym wzrokiem dokoła.

— Co się stało ojcze? Zdaje mi się, że zasnęłam...

— Dobrze, dobrze, najdroższe dziecko! Pomówimy o tem później. Chodź teraz do domu, kochanko. Mam wiele, wiele do przemyślenia. Chodź i ty z nami, Malone. Muszę wam obojgu niejedno wyjaśnić.

Gdy profesor Challenger wszedł do swego mieszkania


W tym miejscu brakuje tekstu ze stron nr 131-134 tej książki.


otrzymanych na wynalazki patentów. Były to różne pomysły, owoce trudów całego życia profesora, doniosłe wynalazki, które mogły przynieść olbrzymie dochody, gdyby były umiejętnie wyzyskane. Jego automatyczny przyrząd ostrzegawczy dla okrętów przy zbliżaniu się do mielizny, drugi przyrząd chroniący okręty przed torpedą przez odchylenie jej kierunku, dalej nowy ekonomiczny sposób dobywania azotu z powietrza, radykalne ulepszenia w dziedzinie telegrafu bez drutu i t. p., wszystko to były wynalazki niezmiernie dochodowe. Rozgniewany despotyczną postawą Corneliusa w stosunku do Malone’a, profesor powierzył przyszłemu zięciowi zarząd wszystkich swych interesów, ów zaś kierował niemi umiejętnie i sumiennie.

Challenger zmienił się bardzo. Zmianę te spostrzegli jego koledzy, zgoła nie podejrzywając przyczyny. Stał się delikatniejszy w postępowaniu z ludźmi, mniej wyniosły, bardziej uduchowiony. Głęboko bolał w duszy, że on, szampjon naukowych metod i pozytywnych zdobyczy wiedzy przez cały szereg lat był w jednej dziedzinie zupełnym obskurantem i potężną tamą dla ludzkiej duszy w jej pochodzie przez dżungle psychicznych tajemnic. I właśnie ten wyrzut, jaki sam sobie czynił, dokonał owej zmiany. Lecz nie był to człowiek, któryby, stwierdziwszy błąd, zwlekał z jego naprawą. Z właściwą sobie energją zagłębił się w studja psychiczne i bez uprzedzeń, które dawniej zaciemniały jego umysł, jął czytać dzieła Hare’a, Morgana, Crookesa, Lombrosa, Barreta, Lodge’a i tylu innych uczonych, dziwiąc się zarazem, jak mógł bodaj na chwilę sądzić, że jednomyślna opinja tylu wielkich ludzi oparta była na błędzie. Żywy jego temperament sprawił, że z tą samą gwałtownością, a czasem z tą samą nietolerancją, jaką ujawniał w zwalczaniu spirytyzmu, zaczął teraz bronić tego prądu. Stary lew potrząsał grzywą, szczerzył zęby i ryczał na tych, którzy do niedawna byli jego sprzymierzeńcami. Pamiętny jego artykuł w Spektatorze, zaczynał się od słów: „Tępe nieuctwo i koźli upór prałatów, którzy niegdyś bali się spojrzeć przez teleskop Galileusza, by obserwować księżyce Jowisza, niczem jest w porównaniu z obskurantyzmem dzisiejszych zacofańców, hałaśliwie wygłaszających skrajne sądy o kwestji psychicznej, której zgłębić nie mieli czasu ani ochoty...“ W zakończeniu wyraził profesor przekonanie, że oponenci jego nie są bynajmniej przedstawicielami umysłowego ruchu dwudziestego stulecia, jak im się naiwnie zdaje, że należałoby ich raczej traktować, jak wykopaliska z wczesnej epoki pliocenicznej. Krytycy grozą przejęci wznosili do góry ręce, dziwiąc się mocnemu językowi artykułu profesora, choć przez szereg lat przyzwyczajeni byli do gwałtownych jego ataków przeciw sprawie, za którą obecnie ujmował się tak gorąco.

Czarna grzywa profesora srebrzyła się coraz silniej, lecz wielki jego umysł potężniał, zagłębiając się w problemy przyszłości, pozwalające niezachwianie wierzyć, że śmierć nie kończy wszystkiego, lecz, że dusza rozwijać się może i doskonalić, nie tracąc nic ze swoich zalet i właściwości.

Ślub naszej pary odbył się cicho, lecz żaden prorok nie mógłby na pół roku przedtem przepowiedzieć, jakich to gości zgromadził ojciec Enidy w salonach Whitehallu. Było to szczęśliwe grono osób, zjednoczone wspólną wiarą a objęte wspólnem szyderstwem i lekceważeniem reszty świata. Był tam wielebny Karol Mason, który dokonał ślubnej ceremonji, a jeśli kiedykolwiek jaki święty Pański błogosławił parę młodą na dalszą drogę życia, to niewątpliwie stało się to w ów dzień ślubu panny Challenger i Malone’a. Po dokonaniu obrzędu snuł się wśród gości w swym skromnym czarnym stroju, roznosząc wszędzie błogi uśmiech pokoju i radości. Żółtobrody Mailey, niestrudzony rycerz i obrońca sprawy, chlubnemi okryty bliznami i nowych żądny zapasów, stał obok swej małżonki, która, jak wierny giermek na krok nie odstępowała wojownika, tarczę herbową za nim nosząc i ramię walczące wspierając. Był tam doktor Maupuis z Paryża; który przez kwadrans usiłował w języku Szekspira wytłumaczyć lokajowi, by przyniósł mu filiżankę czarnej kawy. Przysłuchiwał się temu wykładowi z cynicznym uśmiechem lord Roxton i był niezmiernie zadowolony, gdy lokaj kiwnąwszy głową na znak zrozumienia, przyniósł Francuzowi... wykałaczki do zębów. Byli tam także poczciwy kupiec Bolsover z żoną i Smith, wytrwały szermierz spirytyzmu, Tom Linden z żoną, doktór Atkinson, Mervin, wydawca psychicznego pisma, z miłą swą małżonką, dalej oboje państwo Ogilvy, dalej miss Delicja z nieodłączną torebką wypchaną całkowicie rozprawami, doktór Scotton, zupełnie już wyleczony i doktor Felkin w ziemskiej powłoce siostry Urszuli. Zmysłami ducha naszego dostrzegliśmy te wszystkie osoby, a ile jeszcze prócz wyliczonych mogłoby uczestniczyć w tym obrzędzie weselnym i dodać swe błogosławieństwo dla młodej pary, któż umiałby powiedzieć?

Ostatnia jeszcze scena przed końcem tego opowiadania.

Było to w salonie hotelu Imperial w Falkestone, skąd rozciągał się daleki widok na morze.

Przy stoliku pod oknem siedzieli państwo Malone, patrząc w kierunku zachodnim na gniewnie zachmurzone niebo. Ciemno-krwawe zwały chmur, niby groźne zwiastuny jakieś niewidzialnej, tajemniczej potęgi czającej się gdzieś za horyzontem, ciągnęły zwolna ku zenitowi. Poniżej mały statek z Dieppe umykał do portu całą siłą pary. Wdali wielkie okręty podpływały ku środkowi kanału, jakby w przeczuciu niebezpieczeństwa.

Nieokreślona groźba, kryjąca się w głębi tego ciemnego nieba podziałała mimowoli na młodą parę.

— Powiedz mi, Enid — zapytał Malone — które z naszych psychicznych doświadczeń najsilniej utkwiło ci w pamięci?

— To szczególne, że mnie o to pytasz, Ned, właściwie o tem samem myślałam w tej chwili. Zapewne widok tego czarnego nieba natchnął nas jednakową myślą. Przypomniał mi się Miromar, ów tajemniczy prorok i jego przepowiednia.

— Mnie także.

— Czy spotkałeś go kiedy potem?

— Raz tylko. Było to w niedzielę rano w Hyde Parku. — Przemawiał do małej grupki osób. Zbliżyłem się do nich i słuchałem. Wygłaszał tę samą przepowiednię.

— Jak ją przyjęto? Śmiechem?

— Słyszałaś go przecież. Czy można się śmiać z tego człowieka?

— Stanowczo nie. Ale nie bierz tego tak tragicznie, Ned. Patrz na tę starą solidną ziemię angielską. Patrz na ten olbrzymi gwarny hotel, na tych ludzi snujących się po wybrzeżu, na ten ład i porządek cywilizowanego państwa.

Czy istotnie sądzisz, że może nastąpić coś takiego, co w gruzy obróci to wszystko?

— Kto to wie? Nietylko Miromar tak przepowiada.

— Czy on mówi, że to będzie koniec świata?

— Nie, nie, to ma być odrodzenie świata, świata uczciwego, takiego świata, jakim go Bóg widzieć pragnie.

— To straszna jednak przepowiednia. Lecz co tak złego dzieje się na świecie? Czemuż ma zapaść taki okropny wyrok?

— Materjalizm, drewniana formalistyka kościołów, zupełny brak duchowego pierwiastka, niewiara w świat niewidzialny, wyśmiewanie tych nowych cudownych rewelacji — oto przyczyny, które sprowadzić mogą kataklizm.

— Czyż nigdy przedtem świat nie był tak zepsuty jak dzisiaj?

— Może i był, lecz nigdy w takich jak obecnie warunkach, nigdy z tym ogromem nauki, z tą wiedza i z tą tak zwaną kulturą, która przecież powinna wieść nas do wyższych celów. Patrz, jak owa kultura wszystko obraca na zgubę bliźnich. Samolotami opanowaliśmy powietrze. I cóż? Ciskamy z nich granaty, by druzgotać miasta. Łodziami podwodnemi wdarliśmy się w głąb morza. Używamy ich na to, by zatapiać statki i mordować marynarzy. Poznaliśmy tajemnice chemji. Obracamy je na to, by fabrykować gazy trujące i wybuchowe. I dzieje się coraz gorzej. Spojrzyj na państwa dzisiejszego świata. Każdy naród w tajemnicy przed drugim wytęża wszystkie siły, wszystkie zdolności, by jak najłatwiej i doszczętnie wytruć sąsiadów. Czyż na to Bóg stworzył tę planetę? Czy to rzecz możliwa, by mógł pozwolić na dalsze gwałty, bezprawia i mordy.

— Czy to Miromar tak przepowiadał, czy też ty sam głosisz to proroctwo?

— Myślałem dużo o tej sprawie i zdaje mi się, że wszystko usprawiedliwia moje wnioski. Czytał mi także pastor Mason wieść dostarczoną z zaświata. Brzmiała ona: „Najgroźniejszy to moment dla człowieka, lub całego narodu, gdy intelektualna jego strona rozwinie się bardziej niż duchowa“. Czyż nie w takim właśnie momencie świat się dzisiaj znajduje?

— A w jaki sposób ta częściowa zagłada ma nastąpić?

— Tu mogę powtórzyć tylko słowa Miromara. On mówi o nagłym wybuchu wszystkich retort z trującemi gazami i pocisków. Poza tem jest wojna, głód, zaraza, trzęsienie ziemi, potop, fale przypływu. — Wszystko jednak ma zakończyć trwały pokój i niewysłowiona glorja.

Olbrzymie purpurowe zwały chmur ogarnęły cały niemal horyzont. Krwawy, posępny blask roztaczał się coraz szerzej na zachodzie. Enid wzdrygnęła się nerwowo.

— Lecz jedną przynajmniej poznaliśmy prawdę — rzekł Malone po chwili milczenia. — A tą jest, że dwie dusze, które prawdziwa miłość połączy, idą razem i płyną nierozdzielnie przez wszystkie sfery i przez cały bezmiar zaświata. Czemuż więc lękać się śmierci, czemu drżeć przed tem, co dalsze życie przynieść nam może?...

Uśmiechnęła się i dłoń swą złożyła w jego dłoni.

— Tak, czemu? — szepnęła.


KONIEC.





Przypisy

  1. The world lost (Świat zaginiony); The poison belt (Zatruta sfera).
  2. Conan Doyle, autor powyżej wymienionych powieści (przyp. tłum.).
  3. Obok Challengera bohater fantastycznych powieści Conan Doyle’a.
  4. Bohater powieści Wellsa.
  5. Hiperestezja, nadczułość — stan nadmiernej wrażliwości nerwów. (przyp. tłum.)
  6. Abernethy, chirurg angielski (1763 — 1831), profesor w kolegjum chirurgicznem w Londynie. Był autorem licznych dzieł z zakresu chirurgji i filozofji. (Przyp. tłum.)
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.