FANDOM



Skarby wulkanu

Powieść fantastyczna w 2 częściach

(Le Volcan d’or)

Juliusz Verne i Michel Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Karolina Bobrowska
Ilustracje: George Roux


'The Golden Volcano' by George Roux 01



CZĘŚĆ PIERWSZA.

'The Golden Volcano' by George Roux 03

I.

Wuj z Ameryki.

Siedemnastego marca 1898 r. listonosz obsługujący ulicę Jacques-Cartier w Montrealu, doręczył p. Summy Skim, mieszkającemu w domu pod nr. 29, list treści następującej:

„Notarjusz Snubbin przesyła pozdrowienie panu Summy Skim i prosi go o niezwłoczne pofatygowanie się do kancelarji w sprawie, która go dotyczy”.

Co było powodem tego wezwania? P. Summy Skim, jak zresztą wszyscy w Montrealu, znał notarjusza Snubbin’a jako człowieka prawego, doradcę pewnego i przezornego, który rodem z Kanady objął kancelarję, dziś pierwszą w mieście, po sławnym notarjuszu Nick, poprzednik jego prowadził ją przez lat sześćdziesiąt. Istotnem nazwiskiem Nick’a było Mikołaj Sagamore. Notarjusz ten, pochodzenia hurońskiego, zasłynął w swoim czasie patrjotycznym udziałem w strasznej sprawie Morgaz, tak głośnej w 1837 r.[1]

P. Summy Skim, niemało zdziwiony tem wezwaniem, udał się wnet do notarjusza i w pół godziny później znalazł się w jego gabinecie przy placu Marché-Bon-Secours.

– Witaj, panie Skim – rzekł tenże powstając.

– Witaj – odpowiedział Summy Skim, siadając przy biurku.

– Pan stawił się pierwszy na wezwanie, panie Skim…

– Jakto pierwszy?… Czy podobne wezwanie otrzymał jeszcze kto inny?

– Pański kuzyn, pan Ben Raddle – odpowiedział notarjusz – otrzymał również podobne wezwanie.

– W takim razie nie „otrzymał” go, lecz „otrzyma” – oświadczył Summy Skim. – Niema bowiem w tej chwili Ben Raddle’a w Montrealu.

– Czy prędko powróci?

– Za trzy dni lub cztery.

– Do djaska!

– Sprawa więc jest nagląca?

– Poniekąd tak – odpowiedział notarjusz. – Cóż robić! wtajemniczę pana w jej treść, pan zaś zaznajomi z nią pana Ben Raddle po jego powrocie.

Notarjusz włożył okulary, przerzucił kilka papierów rozrzuconych na stole, wziął do ręki list, wydobyty z koperty i zanim czytać zaczął, spytał:

– Pan Raddle i pan, panie Skim, jesteście siostrzeńcami pana Josias Lacoste’a?

– Istotnie, moja matka i matka Ben Raddle’a były jego siostrami; ale od ich śmierci, to jest od siedmiu czy ośmiu lat zerwaliśmy wszelkie stosunki z wujem. Sprawy majątkowe nas poróżniły; wuj wyjechał z Kanady do Europy… Słowem od tej pory nie dał nam nigdy znać o sobie, nie wiemy więc, co się z nim stało.

– Umarł – oświadczył notarjusz. – Otrzymałem właśnie wiadomość o jego zgonie, który nastąpił 16 lutego.

Pomimo że Josias Lacoste zerwał oddawna wszelkie stosunki z rodziną, Summy Skim przejął się bardzo wiadomością o śmierci wuja.

Jego kuzyn Ben Raddle i on nie mieli już ani ojca, ani matki, a jako jedynacy, ku sobie zwrócili całe rodzinne uczucie, wzmacniając je przyjaźnią braterską. Obecnie Summy Skim uprzytomnił sobie, że z całej rodziny został tylko Ben Raddle i on. Tęskniąc za wujem, kilkakrotnie starali się dowiedzieć, co się z nim stało i mieli, prędzej czy później, nawiązać z nim stosunki, gdy śmierć rozwiała ich złudzenia.

Josias Lacoste, skryty z natury, odznaczał się zawsze niespokojnem usposobieniem. Dwadzieścia lat temu wyjechał z Kanady szukać szczęścia po świecie, spodziewając się powiększyć swą skromną spuściznę, przy pomocy spekulacyj finansowych. Czy ziściły się jego pragnienia? Czy nie zrujnował się raczej doszczętnie, rzucając się w zawrotny wir interesów? Czy zostawił siostrzeńcom, jedynym swoim spadkobiercom, choć niewielką cząstkę majątku?

Summy Skim jednakże o spadku nie myślał nigdy, a tem bardziej w tej chwili, gdy był pod wrażeniem wiadomości o śmierci ostatniego krewnego.

Notarjusz Snubbin, nie przerywając zadumy klienta, oczekiwał cierpliwie na pytania z jego strony.

– Panie Snubbin – spytał Summy Skim – wuj umarł 16 lutego?

– 16 lutego, panie Skim.

– A zatem dwadzieścia dziewięć dni temu?

– Dwadzieścia dziewięć, istotnie. Tyle czasu potrzeba było, aby ta wiadomość doszła do mnie.

– Nasz wuj więc był w Europie… w jednym z odległych jej krajów.

– Bynajmniej – odpowiedział notarjusz.

Przyczem podał mu list, na którym widniały marki kanadyjskie.

– List ten pochodzi od wuja z Ameryki, od prawdziwego wuja z Ameryki, jak mówią w Europie, którego spadkobiercami są pan i pan Ben Raddle. Obecnie chodzi o to, czy ten wuj z Ameryki zasługuje rzeczywiście na to specjalne miano! Ten punkt wyjaśnić należy!

– Jakto, – rzekł Summy Skim – więc był w Kanadzie, a my nic o tem nie wiedzieliśmy?

– Tak, w Kanadzie, lecz w części najbardziej oddalonej Dominion’u[2], na granicy dzielącej nasz kraj od Alaski amerykańskiej, i z którą komunikacja jest bardzo utrudniona i powolna.

– Przypuszczam, że Klondike, panie Snubbin?

– Tak, Klondike. Wuj pański osiedlił się tam około dziesięciu miesięcy temu.

– Dziesięciu miesięcy temu – powtórzył Summy Skim. – I gdy przejeżdżał przez Amerykę nie przyszło mu nawet na myśl, aby udając się do tej krainy kopalni złota wstąpić do Montrealu i uścisnąć swych siostrzeńców!…

– Cóż pan chce? – odrzekł notarjusz. – Być może, p. Josias Lacoste śpieszył się z przybyciem do Klondike, jak tyle tysięcy jego bliźnich… że tak powiem tylu chorych trawionych gorączką złota, która pochłonęła i pochłonie jeszcze niezliczone ofiary! Do tych kopalń złota ciągnie ciżba z wszystkich kątów świata. Po Australji nastąpiła Kalifornja; po Kalifornji – Transwal; po Transwalu – Klondike; po Klondike będą inne złotodajne tereny i tak będzie do ostatecznego sądu… chciałem powiedzieć do ostatecznego wyczerpania złotodajnych pokładów.

Po tych słowach notarjusz udzielił panu Summy Skim wszelkich wiadomości, jakie posiadał, mianowicie, że na początku 1897 r. Josias Lacoste osiedlił się w mieście Dawson, stolicy Klondike z niezbędnym rynsztunkiem poszukiwacza złota, że w lipcu 1896 wykryto złoto w Gold Bottom, dopływie Hunter’u, co zwróciło uwagę wszystkich na ten obwód, że następnego zaraz roku Josias Lacoste przybył tu wraz z innymi, aby za resztę pieniędzy kupić działkę gruntu. W kilka dni po swem przybyciu uskutecznił swój zamiar i stał się posiadaczem działki 129 położonej przy Forty Miles Creek, dopływie Yukonu, głównej arterji kanadyjsko-alaskiej.

Poczem dodał:

– Sądząc z listu przysłanego mi przez gubernatora Klondike, działka ta dotąd nie przyniosła dochodu, jakiego spodziewał się p. Josias Lacoste. Zdaje się wszakże, że nie jest ona zupełnie wyczerpana i gdyby wuj był dłużej żył, może osiągnąłby był z niej większą korzyść.

– A zatem nie nędza była przyczyną śmierci wuja?

– Nie, list nie wspomina wcale o tem. Umarł na tyfus, groźny w tym klimacie i pochłaniający tam tysiące ofiar. P. Lacoste, czując się chorym, opuścił swą działkę i przyjechał do Dawson City, gdzie też zakończył życie. Wiedząc, że pochodzi z Montrealu, gubernator zwrócił się do mnie, abym powiadomił o jego zgonie rodzinę. Pan Ben Raddle i pan, panie Skim, jesteście zanadto znani, a dodam, z najlepszej strony, abym mógł powątpiewać o panach i dlatego wezwałem was dla zawiadomienia panów o waszych prawach spadkowych.

Prawo spadkowe! Na ustach Summy Skim’a zarysował się uśmiech melancholijnie ironiczny. Myślał on o ciężkiem życiu, jakie stało się udziałem wuja od chwili, gdy oddał się trudnemu i żmudnemu poszukiwaniu złota… Może kupił działkę za wygórowaną sumę pieniędzy, wydając wszystko, co posiadał?… Może umarł zadłużony i niewypłacalny… Po chwili namysłu odezwał się Summy Skim do notarjusza:

– Panie Snubbin, być może, że wuj nasz zostawił po sobie długi… Otóż mój kuzyn Ben Raddle, za którego ręczę, i ja staniemy w obronie nazwiska matek naszych. Nie uchylimy się od żadnej wypłaty… Należy więc w jak najkrótszym czasie sporządzić listę…

– Poczekaj pan – przerwał mu notarjusz. – Znając pana, nie dziwię się twemu szlachetnemu porywowi. Ale przypuszczam, że długów żadnych niema. Chociaż prawdopodobnie wuj pański umarł w biedzie, zapominać nie powinniśmy, że był właścicielem działki przy Forty Miles Creek, której wartość będzie dostateczną dla spłacenia wszelkich zobowiązań spadkowych, jeżeli istnieją wogóle. Działka ta zaś stała się niepodzielną własnością pańskiego kuzyna i pana, ponieważ jesteście jedynymi krewnymi i spadkobiercami p. Josias Lacoste’a.

Pan Snubbin dodał, że jednak należy działać z pewną ostrożnością. Spadku przyjąć nie można inaczej jak po zapoznaniu się z jego stanem majątkowym. Ustali się aktywa i pasywa, a wtedy i spadkobiercy będą wiedzieli, czego się mają trzymać.

– Zajmę się tą sprawą, panie Skim – dodał na zakończenie – i zbiorę jak najpewniejsze informacje… Zresztą, kto wie?… Działka ta pozostanie zawsze działką, nawet jeżeli jej wydajność była dotąd prawie żadna… Wystarczy szczęśliwego uderzenia motyką, aby napełnić kieszenie, jak mówią poszukiwacze złota.

– A zatem rzecz skończona, panie Snubbin – odpowiedział Summy Skim – i jeżeli działka wuja posiada jakąkolwiek wartość, postaramy się jej pozbyć na najlepszych warunkach.

– Zapewne – przyznał notarjusz – i mam nadzieję, że kuzyn pański będzie tego samego zdania.

– Liczę na to – odparł Summy Skim. – Nie przypuszczam, ażeby Ben Raddle zechciał zająć się eksploatacją działki na własną rękę…

– Kto wie, panie Skim? P. Ben Raddle jest inżynierem. Umysł to przedsiębiorczy i śmiały. – Może ulec pokusie!… A jeśli się dowie, że działka zawiera złotodajną żyłę…

– Zaręczam panu, panie Snubbin, że nie będzie oglądał jej wcale. Zresztą będzie zpowrotem za trzy dni lub cztery… Naradzimy się w tej sprawie i będziemy pana prosili o zajęcie się sprzedażą działki przy Forty Miles Creek bądź dla własnej korzyści, bądź, co wydaje mi się prawdopodobniejsze, dla spłacenia długów wuja naszego.

'The Golden Volcano' by George Roux 04

Po tym pesymistycznym wniosku Summy Skim opuścił kancelarję notarjusza, i obiecawszy powrócić za parę dni, udał się do swego domu przy ulicy Jacques-Cartier, gdzie mieszkał wspólnie z kuzynem.

Ojciec Summy Skim’a był pochodzenia anglosaskiego, matka zaś była Francuzką z Kanady. Rodzice jego osiedlili się w Dolnej Kanadzie po zwycięstwie 1759 r., stając się właścicielami obszernego dochodowego majątku, składającego się z lasów, ziemi i łąk, a stanowiącego większą część ich fortuny.

'The Golden Volcano' by George Roux 06

...jako zawołany myśliwy mógł z całą swobodą polować na rozległych równinach...

'The Golden Volcano' by George Roux 05

Summy Skim miał wtedy lat trzydzieści dwa, był wzrostu wyżej średniego, powierzchowności miłej, budowy silnej, cechującej ludzi przebywających wiele na świeżem powietrzu, oczy miał ciemnobłękitne, brodę blond, słowem przedstawiał typ swoisty a wielce sympatyczny Franko-Kanadyjczyka, który odziedziczył po matce. Mieszkał w swej posiadłości, pędząc żywot gentleman-farmer’a bez trosk, bez zbytnich pożądań w tej uprzywilejowanej części Dominion’u. Jego majątek, choć niebardzo duży, wystarczał w zupełności dla jego skromnych wymagań, nie odczuwał więc ani chęci, ani potrzeby powiększania go. Jako wielki miłośnik rybołówstwa miał do swego rozporządzenia całą sieć wodną przypływów i dopływów rzeki św. Wawrzyńca, nie mówiąc już o jeziorach tak licznych w północnych stronach Ameryki. A jako zawołany myśliwy mógł z całą swobodą polować na rozległych równinach i lasach obfitujących w zwierzynę, zajmujących lwią część tych okolic Kanady.

Dom, który był własnością obu kuzynów, znajdował się w najspokojniejszej dzielnicy Montrealu, poza dzielnicami przemysłowo-handlowemi. Był urządzony bez zbytku, lecz dostatnio. W nim to obaj spędzali, oczekując z niecierpliwością na nadejście ciepłej pory roku, długie kanadyjskie zimy tak ostre, pomimo że ten kraj leży na tym samym równoleżniku co południowe kraje Europy.

Lecz tu panują straszne wiatry, których nie powstrzymają żadne góry i szaleją z niezwykłą siłą zawieje, niosące z sobą zimne powiewy ze stref podbiegunowych.

Montreal, siedziba rządu od r. 1843, mógł był nastręczyć Summy Skim’owi niejednej sposobności do zajęcia się sprawami publicznemi. Ale Summy Skim, wybitnie niezależnego charakteru, miał pewną pogardę dla świata urzędowego, unikał towarzystwa wysokich urzędników i czuł nieprzezwyciężony wstręt do polityki. Zresztą poddawał się chętnie zwierzchnictwu Wielkiej Brytanji raczej pozornemu niż istotnemu, nie należał nigdy do żadnej partji politycznej. Słowem był to filozof, lubujący się w swobodzie i nie pragnący żadnego rodzaju zaszczytów.

Jego zdaniem wszelka zmiana w jego życiu sprowadziłaby tylko nowe troski, kłopoty i uszczupliłaby dobrobyt.

Nietrudno się domyślić, że nasz filozof nie pomyślał nigdy o małżeństwie, nie myślał o niem również i obecnie, choć trzydzieści dwa lata nosił na swych barkach. Być może, gdyby matka jego żyła – kobiety lubią cieszyć się swemi wnukami – postarałby się może o obdarzenie jej synową. Wtedy, nie ulega wątpliwości, że żona Summy Skim’a podzielałaby jego upodobania. Wśród licznych rodzin Kanady, gdzie liczba dzieci wynosi często dwa tuziny, znalazłby w mieście lub na wsi młodą dziewczynę skromną i zdrową, odpowiadającą mu w zupełności. Ale pani Skim umarła pięć lat za wcześnie, w trzy lata po śmierci męża i od tej chwili możnaby bez obawy iść o zakład, że żadna najlżejsza myśl o małżeństwie nie zawitała w umyśle jej syna.

Wraz z pierwszym łagodniejszym powiewem tego ostrego klimatu, kiedy wcześniejszy wschód słońca był zapowiedzią zmiany pory roku, Summy Skim opuszczał spiesznie dom przy ulicy Jacques-Cartier, udając się do swej fermy Green Valley położonej o dwadzieścia mil na północ od Montrealu na lewym brzegu rzeki św. Wawrzyńca. Tu wracał do życia wiejskiego, które zaniechać musiał z nadejściem ostrej zimy, ścinającej wszystkie wody i pokrywającej pola śnieżnym całunem. Tu było mu dobrze wśród oddanych mu ludzi, od półwieku pełniących służbę w jego rodzinie, którzy byli szczerze przywiązani do tego pana dobrego, spokojnego, uprzejmego, gotowego do wyświadczenia przysługi nawet kosztem swej osoby. To też nie szczędzili mu oznak radosnych na powitanie, jak również wyrazów żalu w chwili jego odjazdu.

Posiadłość Green Valley przynosiła rocznie około trzydziestu tysięcy franków dochodu, któremi obaj krewni dzielili się między sobą, gdyż wiejska posiadłość również jak i dom w Montrealu niepodzielnie do nich należała. Uprawiano tam w wielkiej ilości rośliny pastewne i zboża na gruncie bardzo żyznym, którego wydajność znakomicie powiększały dochody ze wspaniałych lasów ciągnących się na terytorjum Kanady szczególnie w jej wschodniej części. Ferma sama w sobie przedstawiała zespół budynków dobrze zaopatrzonych, jak stajnie, krowiarnie, stodoły, podwórze dla drobiu, szopy i była zaopatrzona w różne narzędzia rolnicze udoskonalone, odpowiadające w zupełności wymaganiom nowoczesnego rolnictwa. U wejścia rozległej zagrody, ozdobionej trawnikami i kępami drzew, wznosił się dom skromny, lecz wygodny.

Taką była posiadłość, w której Summy Skim przepędzał najmilsze chwile swego życia, a do której Ben Raddle wpadał na dni kilka zaledwie podczas lata. Pierwszy przynajmniej nie byłby zamienił swej siedziby na żaden zamek magnacki najbogatszego Amerykanina. Wystarczała mu w zupełności, a choć była skromna, nie myślał wcale o jej powiększeniu ani upiększeniu, zadowalając się pięknem natury. Tu płynęły mu dni na polowaniu, noce zaś na błogim spoczynku.

Contentus sua sorte, jak zaleca prawidło mądrości, Summy Skim ciągnął znaczne dochody ze swej ziemi uprawianej planowo i z rozmysłem. Wszelako, chociaż nie dopuszczał do uszczuplenia majątku, nie myślał nigdy o jego powiększeniu. Za nic na świecie nie byłby się dał wciągnąć w jakikolwiek z tych niezliczonych interesów, których pełno jest w Ameryce, jak spekulacje handlowe i przemysłowe, koleje, banki, kopalnie, towarzystwa żeglugi i inne. Nigdy! Mędrzec ten miał wstręt do wszystkiego, co pociąga za sobą ryzyko lub tylko niepewność. Zmuszać się do obliczania korzyści lub strat, czuć się zależnym od okoliczności, których nie można przewidzieć, ani im zapobiec, budzić się rano z myślą: czy jestem bogatszy czy biedniejszy niż wczoraj?… wydawało mu się to wstrętne i wolałby raczej nie zasypiać wcale, lub nie obudzić się nigdy.

To jego usposobienie stanowiło wybitne przeciwieństwo z usposobieniem jego kuzyna. Nikt wątpić nie mógł, że matki ich były siostrami i że w obu płynęła krew francuska. Lecz ojciec Summy Skim’a należał do narodowości anglo-saskiej, ojciec zaś Ben Raddle’a – do amerykańskiej, a zaprzeczyć się nie da, że między Anglikiem i Jankesem zachodzi wielka różnica, która się pogłębia coraz bardziej. Jeżeli między Jonathan’em a John Bull’em istnieje pokrewieństwo, to jest ono bardzo oddalone i przypuszczać należy, że to pokrewieństwo zczasem zniknie zupełnie.

Zresztą czy różnorodność pochodzenia, czy też inna jaka przyczyna była powodem przeciwieństwa ich charakterów, dość że ci kuzynowie, których łączyła przyjaźń nierozerwalna, jak twierdzili, nie mieli ani jednakowych upodobań ani jednakowych usposobień.

Ben Raddle, wzrostu niższego, o włosach i zaroście ciemnym, o cztery lata młodszy od Skim’a, do życia brał się zgoła inaczej od kuzyna. O ile ten zadowalał się pracą na roli i pilnowaniem swych zbiorów, o tyle Ben Raddle’a pochłaniał ruch przemysłowy. Jako inżynier brał udział w tych licznych obliczonych na wielką skalę przedsiębiorstwach, w których celują Amerykanie wnosząc w nie śmiałość inicjatywy i ryzyko wykonania. Równocześnie marzył o bogactwie, nie o tem umiarkowanem bogactwie zwykłych miljonerów, lecz o potoku złota miljarderów amerykańskich. Fantastyczne fortuny Gould’ów, Astor’ów, Vanderbilt’ów, Rockfeller’ów, Carnegie’ch, Morgan’ów i wielu innych, podniecały jego umysł. Marzył o tych niezwykłych przypadkach, zdolnych w kilka dni zaprowadzić na Kapitol, lub też w kilka godzin strącić ze skały tarpejskiej. To też podczas gdy Summy Skim ograniczał swe podróże do wycieczek do Green Valley, Ben Raddle zwiedził Stany Zjednoczone, przepłynął Atlantyk, poznał część Europy w nadziei, że natrafi na szczęśliwy przypadek, decydujący o jego losie. Dotąd jednak nie napotkał nic osobliwego. Nie zniechęciło go to bynajmniej. Wróciwszy niebawem z dalekiej zamorskiej podróży, nie tracił chwilki czasu, upatrując odpowiedniej sposobności, aby wziąć udział w jakiem niezwykłej miary przedsiębiorstwie.

To przeciwieństwo ich upodobań było dla Summy Skim’a przyczyną wielu zmartwień. Obawiał się ciągle, że Ben Raddle go opuści, lub co najmniej jaki ryzykowny interes pochłonie ich skromny majątek, zapewniający im niezależność i swobodę.

Na ten temat obaj krewni prowadzili nieskończone spory.

– Ależ wkońcu, Ben – mówił Summy – co ci przyjdzie z tego łamania sobie głowy nad tem, co tak uroczyście nazywasz wielkim interesem?

– Przyjdzie to, Summy, że mogę stać się bogatym, bardzo bogatym – odpowiadał Ben Raddle.

– I co ci przyjdzie z tego, bracie, że będziesz bardzo bogaty? Dostatnie przebywanie w Green Valley nie wymaga tak wielkich wysiłków. Co uczyniłbyś z tak wielką ilością pieniędzy?

– Zająłbym się nowemi interesami i to większej miary.

– W jakim celu?

– Ażeby zgromadzić jeszcze większą ilość złota, które obróciłbym na jeszcze poważniejsze interesy.

– I tak dalej?

– I tak dalej.

– Do samej śmierci, zapewne? – dodawał ironicznie Summy Skim.

– Do samej śmierci, Summy – potwierdzał Ben Raddle, nie wzruszając się wcale, podczas gdy kuzyn, nie mogąc znaleźć żadnej odpowiedzi, wznosił ręce do góry ze zniechęceniem.



II.

W którym Summy Skim wbrew swej woli wstępuje na drogę pełną przygód.

Po powrocie od notarjusza Summy Skim zajął się wypełnieniem obowiązków, które wkładała na niego śmierć wuja. Rozesłał zawiadomienia do przyjaciół ich rodziny, pomyślał o żałobie i o zamówieniu nabożeństwa żałobnego w parafjalnym kościele.

Co zaś do przejęcia praw spadkowych po wuju te odłożył do czasu przyjazdu kuzyna, chcąc się z nim najpierw porozumieć. Zresztą należało czekać do chwili, w której stosownie do telegraficznego żądania pana Snubbina, nadejdzie dokładny spis inwentarza spuścizny po nieboszczyku,

Ben Raddle wrócił dopiero po pięciu dniach, 22 marca, z New York’u, gdzie przebywał miesiąc z ramienia potężnego syndykatu, dla którego studjował śmiały projekt rzucenia mostu na Hudsonie między metropolją a New-Jersey.

Ben Raddle oddał się z całem zamiłowaniem pracy tak ciekawej dla inżyniera. Ale budowa tego mostu nie była łatwa do urzeczywistnienia. Chociaż pisano o niej wiele w dziennikach i opracowywano ją na papierze, przed upływem roku, a może nawet i dwu lat nie można było jej rozpocząć. To też Ben Raddle powrócił.

Jego nieobecność wydała się Summy Skim’owi niezmiernie długą. Jakże żałował, że Ben Raddle nie dzieli jego zapatrywań, nie lubuje się w jego życiu bez trosk i niespodzianek! Z ciężkiem sercem myślał, że o ile projekt mostu na Hudsonie przyjdzie do skutku, Ben Raddle będzie musiał pozostać w New-Yorku długo, może lata całe, a w takim razie Summy Skim skazany będzie na osamotnienie we wspólnym domu w mieście i na samotność w Green Valley!

Skoro inżynier dowiedział się od swego kuzyna, że zostali spadkobiercami zmarłego wuja i że przypada im w udziale działka nr. 129 położona na brzegu Forty Miles Creek, na terytorjum Klondike’u, zastanowił się poważnie. Prawdopodobnie nie przyjął on z tak szlachetną obojętnością jak Summy Skim wiadomości o posiadaniu złotodajnego terenu. Wszelako w danej chwili nie ujawnił swej myśli.

Przyzwyczajony do badania rzeczy gruntownie, chciał się wpierw zastanowić przed wypowiedzeniem swego zapatrywania.

Po całodziennem rozważaniu wszystkich dodatnich i ujemnych stron nowego położenia Ben Raddle zaraz nazajutrz przy śniadaniu zagadnął w tej sprawie Summy Skim’a:

– A gdyby tak, kuzynie, pomówić nieco o Klondike?

– Jeżeli tylko nieco…

– To zależy, Summy.

– Jak uważasz, mój drogi Ben’ie.

– Czy notarjusz przedstawił ci tytuł własności działki 129?

– Nie – rzekł Summy Skim – uważałem za rzecz zbędną zajmowanie się nim.

– Jakże to do ciebie podobne, mój dobry Summy – zawołał Ben Raddle śmiejąc się.

– Dlaczego? – odparł Summy. – Uważam, że niema się czem tak kłopotać. Jest to bardzo proste: albo spadek przedstawia jakąkolwiek wartość, a w takim razie postaramy się go zbyć jak najkorzystniej, albo, i to drugie wydaje mi się daleko prawdopodobniejsze, nie przedstawia żadnej wartości, i nie mamy co o nim nawet myśleć.

– Słusznie mówisz – przyznał Ben Raddle. – Lecz nie śpieszmy się… Kopalnia… to rzecz niewiadoma. …Wydaje się niekiedy, że jest wyczerpana, że nic przynieść nie może… a jedno pchnięcie motyką przynosi majątek.

Słowa te zaniepokoiły Summy Skim’a.

– Mój kochany Ben’ie – rzekł z podnieceniem – właśnie o tem powinni wiedzieć ci, co w tej chwili eksploatują te słynne klondyckie pokłady. Jeżeli nasz udział wart jest cośkolwiek, postaramy się go sprzedać na najkorzystniejszych warunkach… lecz jest mało prawdopodobne, nieprawdaż? aby wuj nasz zszedł z tego świata właśnie wtedy, gdy miał zostać miljonerem!…

– To mianowicie należy stwierdzić – rzekł Ben Raddle. – Poszukiwacz złota jest narażony na moc niespodzianek. Jest on zawsze w przededniu znalezienia szczęśliwej żyły, a przez to rozumiem nie szczęśliwy przypadek, lecz żyłę złotego kruszcu, obfitującą w bryłki rodzimego złota. Wszak przyznasz, że niejeden poszukiwacz skarżyć się na swój los nie potrzebuje…

– …Tak – rzekł Summy Skim – jeden na stu, na tysiąc, na sto tysięcy raczej i to kosztem jakich wysiłków, jakiego niepokoju, a nawet dodam, jakich utrapień!…

– Pięknie mówisz, Summy – odparł Ben Raddle – ale są to tylko czcze słowa. Ja opieram swe wnioski nie na pięknych zdaniach, lecz na faktach.

Summy Skim bynajmniej nie zaskoczony tym zwrotem rozmowy, przerzucił się na zwykły temat ich sporów, zaczynając w te słowa:

– Kochany przyjacielu, czy spuścizna, którą zostawili nam rodzice, nam nie wystarcza? Czy nie zapewnia nam niezależności i dobrobytu? Jeżeli mówię w ten sposób, to dlatego że zdaje mi się przykładasz za wiele wagi do tej sprawy, mojem zdaniem, niegodnej uwagi… Powiedz, czy nie jesteśmy dość bogaci?

– Bogatym nie jest się nigdy nadto, jeżeli można być jeszcze bogatszym.

– O ile nie jest się za bogatym, Ben’ie, jak niektórzy z tych miljarderów, którzy mają tyle kłopotów, ile miljonów i którzy muszą ponosić więcej trudów dla zachowania swego majątku, niż gdy się go dorabiali.

– Co też mówisz! – rzekł Raddle – filozofja jest rzeczą piękną, nie należy wszakże jej nadużywać. Zresztą, nie przypisuj mi tego, czego nie powiedziałem. Nie spodziewam się wcale wielkich ilości złota w działce wuja Josias, chcę tylko dokładnych wiadomości, nic więcej.

– Oczywiście, kochany Ben’ie, dowiemy się o wszystkiem, oby tylko powzięte wiadomości nie wykazały nam ciężkiego położenia, któremu podołać będziemy musieli ze względu na honor rodzinny… W tym razie upewniłem notarjusza…

– Dobrze uczyniłeś, Summy – przerwał Ben Raddle. – Lecz uważam za zbyteczne zastanawiać się nad okolicznością, która prawdopodobnie nie ziści się. Gdyby byli dłużnicy, możesz być spokojny, że zgłosiliby się już dotychczas. Mówmy raczej o Klondike. Nie przypuszczasz, ażebym dopiero teraz dowiadywał się o tych kopalniach. Pomimo że zwrócono na nie uwagę od dwu lat dopiero, przeczytałem wszystko o bogactwach tych terenów i mogę ci opowiedzieć rzeczy, które wyprowadzą cię z twej niewzruszonej obojętności. Można było przypuszczać, że po Australji, Kalifornji i Afryce południowej nie znajdzie się więcej kopalń złota na naszej kuli ziemskiej. Tymczasem w tej części Ameryki Północnej, gdzie Dominion graniczy z Alaską, przypadkiem odkryto nowe kopalnie. Co więcej, wydaje się, jak gdyby te strony północne były szczególnie uprzywilejowane pod tym względem. Nietylko w Klondike znajduje się kruszec złoty, lecz i w Ontario, w Michipicoten, w Kolumbji angielskiej, gdzie zawiązały się potężne towarzystwa, jak War Eagle, Standard, Sullivan Grup, Alhabarca, Ferm, Syndicate, Sans Poel, Cariboo, Deer Trail, Georgie Reed i tyle innych, których akcje idą ustawicznie w górę, nie mówiąc już o kopalniach srebra, miedzi, manganu, żelaza, węgla. Wracając do Klondike, należy wziąć pod uwagę jego obszar złotonośny, obejmujący dwieście pięćdziesiąt mil długości a czterdzieści szerokości, i to licząc tylko pokłady, znajdujące się na terytorjum Dominion’u, a pomijając te, które znajdują się w Alasce. Pomyśl, Summy, jakie to rozległe pole dla działalności ludzkiej, może najrozleglejsze na całej powierzchni ziemi! Kto wie, czy skarby tych stron nie będą ocenione zczasem nie na miljony, lecz na miljardy.

Ben Raddle mógłby długo mówić na ten temat, lecz Summy Skim go nie słuchał. Wzruszył tylko ramionami i powiedział:

– Ben, to jest widoczne, masz gorączkę…

– Jakto?… gorączkę?

– Tak, gorączkę złota, jak tylu innych, a tej gorączki chiną wyleczyć nie można, gdyż, niestety, jest ona stała.

– Uspokój się, kochany Summy – odparł Ben Raddle śmiejąc się – tętno mego serca jest normalne. Zresztą, obawiałbym się narazić twego wspaniałego zdrowia, przestając z tobą w stanie gorączkowym.

– O, ja jestem odporny – odrzekł Summy Skim w tym samym tonie – lecz przykro mi, wyznaję, że gubisz się w snach jałowych, które mogą zaprowadzić cię daleko…

– Skąd wnioskujesz o tem? – przerwał mu Ben Raddle. – Chodzi mi tylko w tej chwili o zbadanie sprawy i osiągnięcie z niej jakiejkolwiek korzyści, o ile to możliwe. Przypuszczasz, że wuj nie był szczęśliwy w swych interesach. Być może, że ta działka przy Forty Miles Creek przyniosła mu więcej błota niż złota. Ale może nie miał on dostatecznych środków do eksploatacji. Może zabrał się do pracy bez żadnej metody, jak to byłby mógł uczynić…

– Inżynier, nieprawdaż, Ben?

– Oczywiście, inżynier…

– Ty… naprzykład?

– Dlaczegożby nie? – odparł Ben Raddle. – W każdym razie nie o to chodzi w tej chwili. Musimy wpierw dowiedzieć się o istotnym stanie rzeczy. Dopiero po dowiedzeniu się o wartości działki możemy pomyśleć, co nam wypada czynić.

Na tem rozmowa się urwała. Zresztą trudno było nie przyznać słuszności Ben Raddle’owi. Musiał on poinformować się przed powzięciem decyzji. Nie ulegało wątpliwości, że inżynier jest człowiekiem poważnym, inteligentnym i praktycznym. Summy jednakże nie mógł pohamować swego niepokoju, widząc z jaką pożądliwością kuzyn zajął się sprawą tak niespodziewanie dogadzającą jego ambicji. Czy zdoła go powstrzymać? Wiedział tylko jedno, że brata swego nie opuści nigdy. Cokolwiek się stanie, losy ich pozostaną nierozerwalne. Nie przeszkadzało to jednak Summy Skim’owi przeklinać niefortunnego pomysłu wuja Josias’a szukania szczęścia w Klondike, gdzie w biedzie umarł, i życzyć, aby sprawa ta okazała się niewartą zachodu.

Po południu Ben Raddle udał się do kancelarji notarjusza. Papiery, tyczące się spuścizny, znalazł w porządku, a dokładna mapa dostarczyła mu ścisłych danych o położeniu działki 129. Była ona oddalona o czterdzieści dwa kilometry od Fort Cudahy, miasteczka założonego przez Towarzystwo Zatoki Hudsońskiej na prawym brzegu rzeki Forty Miles Creek, jednego z licznych dopływów Yukon’u, tej wielkiej rzeki przepływającej przez zachodnią część Kanady, następnie zaś przez całą Alaskę, a której górny bieg należy do Anglji, dolny zaś do Ameryki, odkąd Rosja odstąpiła Stanom Zjednoczonym tę rozległą krainę.

'The Golden Volcano' by George Roux 07

– Czy nie zauważył pan, panie Snubbin – rzekł Ben Raddle po rozpatrzeniu mapy – pewnego bardzo ciekawego szczegółu, a mianowicie, że Forty Miles Creek przed złączeniem się z Yukon’em przecina 141 południk, stanowiący linję demarkacyjną między Kanadą a Alaską i że ten południk jest równocześnie granicą zachodnią naszej działki, która tym sposobem znajduje się na granicy tych dwu krajów.

– Istotnie – przyznał notarjusz.

– Doprawdy – ciągnął dalej Ben Raddle wodząc wzrokiem po mapie – położenie to wydaje mi się naogół niezłe. Nie widzę, dlaczego Forty Miles Creek miałby być bardziej upośledzony, niż rzeka Klondike lub jej dopływ Bonanza, lub dopływy tej ostatniej Victoria, Eldorado czy też inne potoki tak wydajne i tak poszukiwane!

Ben Raddle pochłaniał wprost wzrokiem tę cudowną krainę, której sieć wodna zawiera taką obfitość szlachetnego metalu, ocenionego w Dawson City na dwa miljony trzysta czterdzieści dwa tysiące franków za tonnę!

– Wybacz pan, panie Raddle – rzekł notarjusz – że ośmielę się spytać, czy pan ma zamiar osobiście zająć się eksploatacją działki zmarłego Josias Lacoste’a?

Ben Raddle uczynił ruch wymijający.

– Pan Skim bowiem… – wtrącił notarjusz.

– Summy nie mógł nic powiedzieć w tym względzie – oświadczył Ben Raddle – i ja sam nie wypowiem się prędzej, aż zbiorę wszystkie niezbędne wiadomości… a jeżeli zajdzie tego potrzeba, to aż przekonam się sam…

– Czyż pan miałby zamiar przedsięwziąć tę długą podróż do Klondike? – spytał notarjusz, potrząsając głową.

– Dlaczegożby nie? Jakiekolwiek byłoby zdanie Summy’ego w tym względzie, jestem przekonany, że sprawa warta trudu… Dostawszy się do Dawson City, wiedzielibyśmy, czego się trzymać… Przyzna pan, panie Snubbin, że chcąc sprzedać działkę, lub ocenić jej wartość, najlepiej byłoby obejrzeć ją osobiście.

– Czy jest to tak niezbędne? – zauważył p. Snubbin.

– Choćby dla znalezienia nabywcy.

Notarjusz miał odpowiedzieć, gdy w drzwiach ukazał się urzędnik z depeszą w ręku.

– Jeżeli o to tylko chodzi – rzekł notarjusz po przeczytaniu depeszy – oto co może zaoszczędzić panu trudów podróży.

Przy tych słowach p. Snubbin podał Ben Raddle’owi telegram wysłany tydzień temu z Dawson City, przez Vancouver do Montrealu.

Telegram ten głosił, że syndykat amerykański Anglo-American Transportation and TradingCo (Chicago-Dawson) posiadający już ośm działek, które znajdują się pod zarządem kapitana Healey, ofiaruje za nabycie działki 129 Forty Miles Creek, pięć tysięcy dolarów, które wyśle do Montrealu niezwłocznie po otrzymaniu pomyślnej odpowiedzi.

Ben Raddle, wziąwszy depeszę, zaczął ją czytać z tem samem skupieniem, z jakiem przeglądał dowody własności.

– Cóż pan na to, panie Raddle? – spytał notarjusz.

– Nic – odparł inżynier. – Czy zaofiarowana suma wydaje się panu wystarczająca? Pięć tysięcy dolarów za działkę w Klondike!

– Pięć tysięcy dolarów nie są do odrzucenia.

– Tem bardziej dziesięć, panie Snubbin.

– Oczywiście. Przypuszczam jednak, że p. Skim…

– Summy jest zawsze tego samego zdania co ja, jeżeli je poprę słusznem dowodzeniem. Skoro go przekonam, że musimy odbyć tą podróż, odbędzie ją bez wątpienia.

– On? – zawołał p. Snubbin – ten człowiek tak szczęśliwy, tak niezależny, że drugiego podobnego nie spotkałem w ciągu swego zawodu!

– Tak, ten szczęśliwy, ten niezależny człowiek, jeżeli mu wykażą, że może podwoić swe szczęście i swą niezależność. – Zresztą cóż ryzykujemy, skoro będziemy zawsze w możności przyjęcia sumy ofiarowanej nam przez ów syndykat?

Ben Raddle, opuściwszy notarjusza, udał się najkrótszą drogą do domu, rozmyślając, co mu czynić wypada. Gdy stanął przed swą siedzibą przy ulicy Jacques-Cartier, już był zdecydowany. To też niebawem wszedł do pokoju kuzyna.

– A więc widziałeś p. Snubbin? Może jest co nowego? – zagadnął Summy Skim.

– Tak, Summy, są wiadomości.

– Dobre?

– Doskonałe.

– Widziałeś papiery?

– Oczywiście, są w porządku. Jesteśmy właścicielami działki 129.

– Jakże to powiększy nasz majątek! – zauważył śmiejąc się Summy Skim.

– Może więcej niż ci się wydaje – oświadczył poważnie inżynier, podając depeszę.

– Ależ to doskonale – zawołał Summy Skim. – Nie mamy się co wahać. Sprzedajmy temu uprzejmemu towarzystwu swoją działkę i to jak najśpieszniej!

– Dlaczegoż mamy ją odstąpić za pięć tysięcy dolarów, skoro może być warta więcej? – dodał Ben Raddle.

– Ależ, kochany Ben’ie…

– Twój kochany Ben odpowie ci na to, że interesów nie traktuje się w ten sposób. Chcąc działać roztropnie, należy widzieć i przekonać się naocznie.

– Trwasz więc przy swojem…

– Bardziej niż kiedykolwiek. Zastanów się, Summy. Skoro ofiarują nam kupno, to znaczy, że wartość działki jest znana i że wartość ta jest nieskończenie wyższa. Wszak nie brak innych działek na sprzedaż wzdłuż potoków górskich Klondike.

– Skąd wiesz o tem?

– I – ciągnął dalej Ben Raddle, nie zważając na słowa brata – jeżeli towarzystwo posiadające już kilka działek chce nabyć naszą, to musi mieć nie pięć tysięcy powodów, aby nam proponować pięć tysięcy dolarów, lecz dziesięć tysięcy, sto tysięcy…

– Miljon, dziesięć miljonów, sto miljardów – dodał Summy drwiąco. – Doprawdy, Ben’ie, nadużywasz liczb.

– Liczby, to życie, mój kochany, uważam zaś, że za mało się niemi zajmujesz…

– Może dlatego, że ty się niemi zajmujesz za bardzo.

– Zastanów się, kochany Summy, mówię bardzo poważnie. Wahałem się z wyjazdem. Po otrzymaniu jednak depeszy zdecydowałem się odpowiedzieć na nią osobiście.

'The Golden Volcano' by George Roux 08

– Co?!… chcesz jechać do Klondike?

– Co?!… chcesz jechać do Klondike?

– Tak.

– Nie czekając na bliższe wiadomości?

– Dowiem się wszystkiego na miejscu.

– I zostawisz mnie znów samego?

– Nie, ponieważ będziesz mi towarzyszył.

– Ja?…

– Ty.

– Nigdy.

– Tak, gdyż sprawa ta obchodzi nas obu.

– Odstąpię ci swe prawa.

– Nie przyjmę ich, chodzi mi bowiem o twoją osobę.

– Podróż tysiąca pięciuset mil!…

– Wcale nie! tysiąc ośmset zaledwie.

– Boże!… I trwać będzie?

– Tyle ile ma trwać. Być może, istotnie, że zamiast sprzedać działkę, będziemy ją eksploatowali sami.

– Jakto, eksploatowali?! – zawołał zrozpaczony Summy Skim. – A więc cały rok…

– Nawet dwa w razie potrzeby.

– Dwa lata!… dwa lata! – powtarzał Summy Skim.

– Cóż to znaczy! – zawołał Ben Raddle – jeżeli każdy miesiąc, każdy dzień, każda godzina powiększać będzie nasz majątek.

– Nie, nie! – wołał Summy Skim, zagłębiając się coraz bardziej w swym fotelu, jak gdyby trwał w postanowieniu nieopuszczenia go nigdy.

Miał jednak do czynienia z potężnym przeciwnikiem. Ben Raddle nie miał zamiaru ustępować, nie będąc pewny zwycięstwa.

– Ja zaś, Summy – powiedział – jestem zdecydowany na podróż do Dawson City i nie wierzę, abyś ze mną nie pojechał. Zresztą, prowadziłeś dotychczas życie zanadto siedzące!… Musisz zwiedzić trochę świata…

– O! – rzekł Summy – gdybym chciał, miałbym inne miejscowości do zwiedzania w Ameryce czy w Europie. Oczywiście nie zapuszczałbym się w głąb tego wstrętnego Klondike.

– Który wyda ci się uroczy, skoro stwierdzisz sam, że jest usiany złotem.

– Ben, mój drogi Ben – błagał Summy Skim – przerażasz mnie! tak, przerażasz mnie!… Chcesz wdać się w interes, który ci przyniesie same smutki i rozczarowania.

– Zobaczymy to wkrótce!

– Zacząwszy od tej przeklętej działki, która niewarta jest grządki kapusty!…

– Więc dlaczegoż towarzystwo to ofiaruje za nią kilka tysięcy dolarów?…

– A jak pomyślę, Ben, że ta śmieszna działka znajduje się w kraju, w którym temperatura spada na 50 stopni poniżej zera!

– Będziemy palili.

Ben Raddle miał odpowiedź na wszystko. Rozpacz kuzyna nie wzruszała go wcale.

– A co będzie z Green Valley, Ben? – westchnął Summy.

– Jeżeli ci o to chodzi – odparł Ben Raddle – to zwierzyny nie brak na równinach, ani też ryby w potokach Klondike. Będziesz mógł polować, łowić ryby… kraina ta dostarczy ci niejednej niespodzianki.

– Ależ nasi ludzie, ci zacni wieśniacy oczekują nas w Green Valley – skarżył się Summy.

– Nie zaciąży im nasza nieobecność, jeżeli powrócimy o tyle bogaci, abyśmy mogli im zbudować nowe domy i zakupić cały powiat?

Ostatecznie Summy Skim musiał przyznać, że jest zwyciężony… Nie, nie pozwoli, aby kuzyn pojechał sam do Klondike… Musi mu towarzyszyć, choćby dlatego, aby go przynaglić do jak najszybszego powrotu…

Tak więc tego samego dnia wysłana została depesza, oznajmiająca kapitanowi Healey, dyrektorowi Transportation and Trading Compagny, Dawson City, Klondike o rychłym przyjeździe panów Ben Raddle i Summy Skim, właścicieli działki 129.



III.

W drodze.

Turyści, przemysłowcy, emigranci, poszukiwacze złota udający się do Klondike, mogą bez przesiadania, nie opuszczając Kanady, dostać się bezpośrednio koleją żelazną Pacific Canadian Railway z Montrealu do Vancouver. Wysiadłszy w stolicy Kolumbji, mają do wyboru rozmaite środki lokomocji, jak statki, konie, pojazdy, większą jednak część drogi odbyć muszą pieszo.

Summy Skim’a nie obchodziły bynajmniej kłopoty podróży. Wszelkie przygotowania do niej i wybór dróg pozostawił kuzynowi, który jako kierownik całego przedsięwzięcia, ambitny lecz rozumny inżynier, wziął na siebie całą odpowiedzialność swego czynu.

Przedewszystkiem Ben Raddle zauważył bardzo słusznie, że wyjazdu odkładać nie można. Spadkobiercy Josias Lacoste’a muszą być w Klondike z nadejściem lata, trwającego bardzo krótko w tej stronie polarnej, położonej na granicy północnego koła polarnego.

Potwierdzenie swych słów znalazł w kanadyjskiem prawodawstwie kopalnianem, obowiązującem w obwodzie Yukon’u, a mianowicie w artykule 9, brzmiącym, jak następuje:

„Każda działka będzie ponownie uważana za własność państwa, jeżeli nie będzie eksploatowana przez piętnaście dób podczas okresu, nadającego się do eksploatacji (określonego przez komisarza). Nie dotyczy to tylko działek posiadających specjalne pozwolenie komisarza”.

Ponieważ zaś okres ten wypada w drugiej połowie maja, więc, o ile działka 129 byłaby nie eksploatowana więcej niż piętnaście dni, własność Josias Lacoste’a przeszłaby w ręce państwa, gdyż, prawdopodobnie syndykat amerykański nie omieszkałby zwrócić uwagi władz na tę okoliczność.

– Rozumiesz, Summy – oświadczył Ben Raddle – że nie powinniśmy dać się uprzedzić.

– Rozumiem wszystko, co chcesz, abym zrozumiał, mój drogi przyjacielu – odrzekł Summy Skim.

– Tem bardziej, że mam słuszność – dodał inżynier.

– Nie wątpię o tem. Zresztą nie mam nic przeciwko temu, abyśmy opuścili Montreal natychmiast, jeżeli to przyśpieszy nasz powrót.

– Będziemy w Klondike tylko tyle czasu, co potrzeba.

– To dobrze, a kiedy wyjeżdżamy?

– 2 kwietnia, czyli za dziesięć dni.

Summy Skim wysłuchał tego wyroku z głową spuszczoną, skrzyżowanemi rękoma. Byłby chętnie zawołał: „Co?… tak prędko!”… Ale milczał, bo jego skarga pozostałaby bez skutku.

Zresztą Ben Raddle postąpił roztropnie, wyznaczając dzień 2 kwietnia, jako ostateczny dzień wyjazdu.

– Aby dostać się do Klondike – rzekł, spoglądając na swą marszrutę – nie mamy wyboru dróg, ponieważ prowadzi doń tylko jedna dogodna. Być może, że kiedyś można będzie udać się do Yukon’u przez Edmonton, Fort Saint-John i wzdłuż rzeki Peace, płynącej na północo-wschodzie Kolumbji, w obwodzie Cassiar…

– O ile słyszałem, okolica ta obfituje w zwierzynę – przerwał mu Summy Skim, myśląc o ulubionem swem polowaniu. – Istotnie, dlaczegoż nie mielibyśmy udać się tą drogą?

– Musielibyśmy bowiem z Edmontonu iść tysiąc czterysta kilometrów lądem poprzez strony prawie zupełnie niezbadane.

– A zatem jaką drogę obieramy?

– Na Vancouver, bezsprzecznie. Wyliczę ci dokładnie długość drogi: od Montrealu do Vancouver jest cztery tysiące sześćset siedmdziesiąt pięć kilometrów, od Vancouver zaś do Dawson City – dwa tysiące czterysta ośmdziesiąt dziewięć.

– Czyli – rzekł Summy, rachując – siedm tysięcy sto sześćdziesiąt cztery kilometry.

– Właśnie tyle, Summy.

– A jeżeli przywieziemy tyle kilogramów złota, ile przebędziemy kilometrów?

– Wyniesie to razem, licząc wartość obecną kilogram po dwa tysiące trzysta czterdzieści franków, szesnaście miljonów siedmset sześćdziesiąt trzy tysiące siedmset sześćdziesiąt franków.

– Gdybyśmy mogli – mruknął Summy – przywieźć chociaż te siedmset sześćdziesiąt franków!

– Co mówisz, Summy?

– Nic, przyjacielu, zgoła nic.

– Suma ta nie zdziwiłaby mnie bynajmniej – ciągnął dalej Ben Raddle. – Wszak geograf John Minn dowodzi, że Alaska wyprodukuje więcej złota niż Kalifornja, która dostarczyła czterysta pięć miljonów w tysiąc ośmset sześćdziesiątym pierwszym roku. Dlaczegożby Klondike nie miał dorzucić swej hojnej części do dwudziestu pięciu miljardów franków złota, znajdującego się na naszej ziemi?

– Wydaje mi się to zupełnie prawdopodobne – poświadczył Summy przezornie. – Ale, Ben, trzeba pomyśleć o przygotowaniu się do podróży. …Nie możemy wybrać się do tego nieprawdopodobnego kraju z jedną koszulą na zmianę i dwiema parami skarpetek.

– Nie myśl o niczem, Summy, to już do mnie należy. Jedynym twoim trudem będzie wsiąść do pociągu w Montrealu a wysiąść w Vancouver. Co do przygotowań, to nie będą one tak wielkie, jak emigranta wybierającego się na chybił trafił i zmuszonego do zaopatrzenia się w znaczny rynsztunek. My znajdziemy wszystko w działce Josias Lacoste’a. Powinniśmy tylko myśleć o przewiezieniu naszych osób…

– A myślisz, że to mało! – zawołał Summy Skim. – Czyż nie są warte, aby się niemi zająć, szczególniej dla zabezpieczenia ich przeciwko chłodom… …brrrr… już marznę do szpiku kości.

– Cóż znowu, Summy, gdy przyjedziemy do Dawson City, lato będzie w pełni…

– Ale zima nadejdzie.

– Bądź spokojny – rzekł Ben Raddle. – Nawet w zimie nie będzie ci brakowało niczego. Będziesz miał się w co odziać i czem pożywić. Wrócisz pełniejszy niż obecnie.

– O! co to, to nie, nie żądam tyle – zaprzeczył zrezygnowany Summy. – Uprzedzam cię, że jeżeli ma mi przybyć tylko dziesięć funtów wagi, to zostaję!

– Żartuj sobie, ile chcesz, Summy… tylko mi zaufaj.

– Tak… zaufanie jest konieczne. A zatem 2 kwietnia wyruszamy w drogę jako poszukiwacze złota…

– Tak. Będę miał dość czasu na przygotowanie się do tej podróży.

– A ja, korzystając z pozostałych dni, pojadę na wieś.

– Jak chcesz – zgodził się Ben Raddle, nie przypuszczam jednak, żeby pogoda sprzyjała w Green Valley.

Summy Skim mógł był odpowiedzieć, że w każdym razie nie będzie tam gorzej niż w Klondike, wolał jednak pominąć to milczeniem, oświadczając, że rad będzie spędzić dni kilka wśród swoich farmerów, zobaczyć pola, choć pokryte śniegiem, lasy obciążone szronem, potoki opancerzone lodem i krę na rzece świętego Wawrzyńca. A do tego chłody nastręczały myśliwemu sposobność zabicia pięknej sztuki, czy to pokrytej sierścią czy też piórem, nie mówiąc już o dzikich zwierzętach, jak niedźwiedzie, pumy i inne. Summy chciał się pożegnać z wszystkimi mieszkańcami swej posiadłości…

– Powinieneś pojechać ze mną, Ben.

– Jakto? – odrzekł inżynier. – A kto zajmie się przygotowaniami do wyjazdu?

Nazajutrz Summy Skim przybył pociągiem na stację Green Valley, gdzie czekał na niego pojazd z pięknym zaprzęgiem. Po południu był już w swej fermie, wzruszony jak zwykle przywitaniem serdecznem służby. Zacni ci ludzie, dowiedziawszy się o przyczynie wczesnych odwiedzin i o tem, że całe lato będą bez swego pana, nie ukrywali wcale swego zmartwienia.

– Tak, przyjaciele moi – rzekł Summy Skim – Ben Raddle i ja wyruszamy do Klondike, do krainy djabelskiej, djablo dalekiej tak, że potrzeba dwu miesięcy, aby się do niej dostać i tyleż, aby powrócić.

– I to dla zebrania kawałków złota! – rzekł jeden z farmerów wzruszając ramionami.

– O ile się je nazbiera – dodał jeden z obecnych, stary filozof, potrząsając niedowierzająco głową.

– Cóż na to poradzić, przyjaciele moi, jest to gorączka, a raczej epidemja, nawiedzająca od czasu do czasu świat i pociągająca za sobą liczne ofiary!

– Ale dlaczego pan tam jedzie? – spytała najstarsza z obecnych kobiet.

Summy Skim opowiedział im wszystko o odziedziczonej działce po śmierci wuja Josias Lacoste’a i dlaczego Ben Raddle uważa za konieczna ich bytność w Klondike.

– Tak – rzekł jeden ze starszych mężczyzn – słyszeliśmy, co się dzieje na granicy Kanady, a szczególniej o nieszczęściach tylu biednych ludzi, którzy padają ofiarą swego trudu! Ale pan nie zostanie w tym kraju, pan wróci zaraz po sprzedaniu tego błota…

– Oczywiście, drodzy przyjaciele! Tymczasem jednak przejdzie pięć do sześciu miesięcy, ciepła pora minie, stracę jedno lato!

– A lato stracone, to zima smutniejsza! – odezwała się staruszka, żegnając się i mówiąc:

– Niech Bóg pana strzeże, panie!

Po spędzeniu tygodnia w Green Valley Summy Skim pomyślał o powrocie do Montrealu.

'The Golden Volcano' by George Roux 09

Pożegnanie z przyjaciółmi tak mu oddanymi było wzruszające. Opuszczając swą siedzibę z żalem myślał, że za kilka tygodni kwietniowe słońce zajaśnieje na horyzoncie Green Valley, że śnieg zniknie, a ukaże się pierwsza zieleń wiosny, że gdyby nie ta nieszczęsna podróż, powróciłby jak co rok do swego domu, w którym pozostawał do zimy. Podczas swego tygodniowego pobytu łudził się jeszcze nadzieją, że otrzyma list od Ben Raddle’a odwołującego wyjazd. Ale list nie nadszedł. Nic się nie zmieniło… wyjadą w terminie oznaczonym… Tak więc Summy Skim musiał opuścić swoją siedzibę i 31 marca rankiem był już w Montrealu przed obliczem swego nieubłaganego kuzyna.

– Czy niema nic nowego? – spytał, stając przed nim, jak wielki znak zapytania.

– Nic, Summy, oprócz tego że wszystko jest gotowe do wyjazdu.

– Zaopatrzyłeś się przeto…

– We wszystko oprócz żywności, którą znajdziemy w drodze – dokończył Ben Raddle. – Właściwie zająłem się tylko odzieżą. Broń mamy; każdy zabierze swoją strzelbę, używaną zwykle i całkowity rynsztunek myśliwego. Odzieży zaś tam nie znajdziemy, zabieram więc: flanelowe koszule, wełniane kamizelki i kalesony, grube trykotowe koszule, aksamitne kostjumy, spodnie z grubego sukna, spodnie płócienne, kostjumy z granatowego płótna, kurtki skórzane podszyte futrem z kapturami, nieprzemakalne marynarskie ubrania i podobne czapki, gumowe płaszcze, sześć par skarpetek z dokładną miarą i sześć o numer większe, futrzane mitynki i rękawiczki skórzane, buty myśliwskie z gwoździami, buty z cholewami, drewniane rakiety do chodzenia po śniegu, chustki, ręczniki…

– Czy myślisz założyć sklep w stolicy Klondike? – zawołał Summy Skim, wznosząc ręce do nieba. – Wszak to starczy na dziesięć lat!

– Nie, tylko na dwa lata!

– Tylko – powtórzył Summy. – To „tylko” jest wprost przerażające. Przecież chodzi jedynie o udanie się do Dawson City dla odstąpienia działki 129 i o powrót do Montrealu, a do tego nie potrzeba dwu lat, do djaska!

– Zapewne, o ile zapłacą nam za działkę 129 tyle, ile jest ona warta.

– A jeżeli nie dadzą nam tyle?

– Zobaczymy wtedy, co należy przedsięwziąć.

Summy, widząc, że nie otrzyma innej odpowiedzi, nie nalegał więcej.

Drugiego kwietnia obaj krewni byli na dworcu wraz ze swemi bagażami. Ilość ich nie była wielka, nie utrudniały przeto podróży. Dopiero po ich uzupełnieniu w Vancouver miały się stać kłopotliwym balastem w drodze.

Gdyby się byli zwrócili do Towarzystwa Canadian Pacific, mogliby byli dostać bilety na parowiec jadący do Skagway. Ale Ben Raddle nie był jeszcze zdecydowany, jaką drogą wyruszy do Dawson City, czy drogą wodną od ujścia Yukonu, czy drogą lądową poza Skagway’em, prowadzącą przez góry, równiny i jeziora Kolumbji angielskiej.

Wreszcie usiedli, jeden zrezygnowany, drugi pełen nadziei, we wspaniałym, wygodnym pulmanowskim wagonie. Nic dziwnego, że dbali o wygodą, mając przed sobą do przebycia cztery tysiące siedmset kilometrów, to jest sześć dni drogi z Montrealu do Vancouver.

Wyruszywszy z Montrealu pociąg przebiega wschodnią i środkową część Kanady bardziej zaludnioną i urozmaiconą wielkiemi jeziorami, dążąc do stron prawie pustynnych, szczególniej w pobliżu Kolumbji.

Pogoda była piękna, powietrze świeże, niebo lekko zamglone. Termometr wskazywał temperaturę wahającą się przy zerze. Z obu stron pociągu ciągnęły się białe, śnieżne równiny, które za kilka tygodni miały się pokryć zielenią i rwącemi potoki. Liczne gromady ptaków szybowały przed pociągiem, udając się na zachód z rozpiętemi skrzydły. Na warstwie śnieżnej widoczne były ślady zwierząt, ciągnące się od lasów okalających horyzont. Z przyjemnością niejeden podążyłby za tym tropem ze strzelbą na ramieniu!

Ale nie czas myśleć teraz o polowaniu! Jeżeli w tym do Vancouver dążącym pociągu znajdowali się myśliwi, to tylko polujący na bryłki złote, psy zaś, które im towarzyszyły, nie były przeznaczone do tropienia kuropatw lub zajęcy, ani też danieli lub niedźwiedzi, lecz do ciągnienia sanek na lodzie jezior i rzek w części Kolumbji położonej między Skagway i obwodem Klondiku.

Wprawdzie gorączka złota była dopiero w zaczątku, lecz coraz to nowe wiadomości dochodziły o odkryciu licznych pokładów nad Eldorado, Bonanza, Hunter, Bear, Gold Bottom i wszystkiemi dopływami rzeki Klondike. Wspominano o działkach, w których przemywano jednorazowo po tysiąc pięćset franków złota. To też napływ immigrantów zwiększał się ustawicznie. Dążyli oni do Klondike, jak dążyli inni do Australji, Kalifornji, Transwalu, a towarzystwa transportowe zaledwie podołać mogły swej pracy. Zresztą ci pasażerowie nie byli przedstawicielami towarzystw lub syndykatów wspomaganych przez wielkie banki amerykańskie czy europejskie. Ci ostatni zaopatrzeni w odzież i żywność, nie potrzebowali obawiać się o przyszłość. Nie, byli to biedni ludzie zmagający się z trudem istnienia, których nędza gna z kraju, którzy mogą stawiać wszystko na kartę, gdyż nie mają nic do stracenia, i którym nadzieja zdobycia majątku odebrała równowagę umysłu.

Tymczasem pociąg Transcontinentalu pędził całą siłą pary. Summy Skim i Ben Raddle nie mogli się uskarżać na brak komfortu podczas tej długiej podróży. Mieli do rozporządzenia salon podczas dnia, sypialnię podczas nocy, palarnię, gdzie mogli palić, ile się podoba, jak w najpierwszych kawiarniach w Montrealu, jadalnię, w której jakość potraw i służby nie pozostawiały nic do życzenia, łazienkę wreszcie, jeżeliby przyszła im ochota zażycia kąpieli. Wszystko to jednak nie przeszkadzało Summy Skim wzdychać do domu w Green Valley!

'The Golden Volcano' by George Roux 10
'The Golden Volcano' by George Roux 11

Po czterech godzinach pociąg stanął w Ottawie, stolicy Kanady, położonej na wzgórzu, z którego panuje ona nad całą okolicą, mieście wspaniałem, słusznie, czy niesłusznie roszczącem sobie prawo do zajmowania środka świata.

Za Ottawą, przy Carlton Junction, można było dojrzeć jej rywalkę, Toronto, dawniejszą stolicę, dziś zdetronizowaną.

Podążając stale na zachód, pociąg dotarł do stacji Sudbury, gdzie linja kolejowa dzieli się na dwie odnogi. Okolicę tę wzbogaciła eksploatacja kopalń niklu. Następnie pociąg odnogą północną okrążył Górne Jezioro i zatrzymał się w Port-Arthur, przy Fort William. Po drodze odbywał dość długie postoje na stacjach Heron Bay, Schreiber i innych, otaczających to rozległe jezioro tak, że nasi podróżnicy mogli się byli przekonać o znacznych rozmiarach tych portów jeziora, gdyby byli tego pragnęli. Wreszcie poprzez Bonheur, Ignace, Eagle River, bogatą krainę kopalń, dostali się do wielkiego miasta Winnipeg.

'The Golden Volcano' by George Roux 12

Gdyby Summy Skim nie był tak zahipnotyzowany celem swej podróży, niezawodnie byłby poświęcił dzień lub dwa, aby zwiedzić ten gród o czterdziestu tysiącach mieszkańców, jak również sąsiednie miasta zachodniej Kanady. Niestety, Summy Skim nie interesował się temi drobiazgami. To też pociąg zabrał wszystkich swych podróżnych, po większej części żywe pakunki, podróżujące nie dla przyjemności, a dla jak najszybszego spełnienia swych złudnych marzeń.

Napróżno Ben Raddle starał się zwrócić uwagę współwłaściciela Green Valley.

– Czy nie uważasz, Summy, do jakiej doskonałości doprowadzona jest kultura tej okolicy?…

– A… – westchnął Summy Skim.

– Patrz, jakie tu rozległe łąki! Bawołów stada! Co za polowanie urządzićby można!

– Zapewne – przyznał Summy Skim bez najmniejszej uprzejmości – wolałbym tu przepędzić sześć miesięcy, a nawet sześć lat niż sześć tygodni w Klondike.

– Ba! jeżeli niema bawołów w okolicy Dawson City – odparł Ben Raddle śmiejąc się – są tam zato łosie.

Pociąg, dojechawszy do Regina City, skierował się do Crow New Pass w Górach Skalistych, następnie zatrzymawszy się kilka godzin w Calgary City, podążył do granic Kolumbji angielskiej.

Od Calgary City idzie ku Edmonton, gdzie kończy się kolej żelazna, odnoga, którą nieraz zdążają emigranci do Klondike. Droga ta, przechodząc przez Peace River i Fort St. John, następnie przez Dease, Francis i Pelly Rivers, łączy północno-wschodnią część Kolumbji z Yukonem poprzez obwód Cassiar, tak sławny z miejsc na polowania. Jest to droga myśliwych, którą Summy niezawodnie byłby wybrał, gdyby podróżował dla przyjemności. Wprawdzie jest to droga zmudna i długa, zmuszająca podróżnika do częstego odnawiania swych zapasów na przestrzeni przeszło dwu tysięcy kilometrów. Okolica ta obfituje szczególniej w złoto, które znajduje się prawie we wszystkich jej potokach. Natomiast pozbawiona jest wszelkich udogodnień i dlatego można ją eksploatować tylko w razie, jeżeli rząd kanadyjski urządzi tam stacje pocztowe co piętnaście mil angielskich.

Podczas przejazdu przez Góry Skaliste podróżnicy mogli byli przypatrzyć się tym dumnym szczytom wiecznie pokrytym śniegiem. Wśród tych pustyń mroźnych panuje „milczenie śmierci” przerywane jedynie sapaniem lokomotywy.

W miarę jak pociąg zdążał na zachód, oczom podróżnych odkrywały się ziemie bynajmniej nieżyzne i nie zapewniające bogatej wydajności, zdobytej pracą rąk ludzkich. Były to ziemie Kootaway, te Złote pola Cariboo, gdzie złoto znajduje się w obfitości, gdzie cała sieć wodna unosi z sobą cząstki cennego kruszcu. Dziwnem się wydaje, dlaczego poszukiwacze złota nie odwiedzają z większym zapałem kraju, do którego dostać się łatwiej niż do Klondike, wymagającego tak długiej i uciążliwej podróży, nie mówiąc już o nadzwyczajnych wydatkach, jakie wyprawa pociąga.

– Doprawdy, zauważył Summy Skim – wuj Josias powinien był tu szukać szczęścia!.. Bylibyśmy już przyjechali… wiedzielibyśmy, co warta jest nasza działka! Sprzedalibyśmy ją niebawem i nasz wyjazd nie trwałby dłużej jak tydzień.

Summy Skim miał słuszność. Ale widać stało w jego księdze przeznaczenia, aby dotarł do tej strasznej krainy Klondike i brnął w błotach Forty Miles Creek.

Z tego powodu pociąg biegł bez przerwy, unosząc z sobą Summy Skim’a coraz dalej od Montrealu i Green Valley do granicy Kolumbji, aż wreszcie bez żadnego wypadku stanął w Vancouver 8 kwietnia, gdzie też wysiedli kuzynowie.



IV.

Niemiłe sąsiedztwo.

Miasto Vancouver nie znajduje się bynajmniej na wielkiej wyspie tej samej nazwy. Leży ono na wąskim cyplu, wystającym z wybrzeża kolumbijskiego, i ma znaczenie stołecznego grodu. Natomiast stolica Kolumbji angielskiej, o szesnastu tysiącach mieszkańców, wznosi się na południowo-wschodniem wybrzeżu wyspy, gdzie znajduje się również New-Westminster, liczące dziesięć tysięcy ludności.

'The Golden Volcano' by George Roux 13

Vancouver jest położone, na krańcu przystani, wychodzącej na krętą cieśninę Juan-de-la-Fuca, która ciągnie się w kierunku północno-zachodnim. Za przystanią, z pośród gęstego liścienia jodeł i cedrów, któreby mogły zasłonić wysokie wieże katedry, wystaje szczyt dzwonnicy.

Ponieważ cieśnina okala również wschodnie i północne wybrzeże wyspy, przeto do portu Vancouver mają łatwy dostęp okręty, płynące z wybrzeża kanadyjskiego lub ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Niewiadomo o ile się sprawdzą nadzieje założycieli Vancouver’u na rozwój tego miasta. W każdym razie niezaprzeczenie pomieścićby ono mogło stutysięczną ludność, a nawet ta liczba mieszkańców poruszaćby się mogła swobodnie wśród jego ulic, przecinających się ściśle pod kątem prostym. Vancouver ma kościoły, banki, hotele, oświetlenie gazowe i elektryczne, mosty rzucone poprzez ujście portowe False Bay i wspaniały park ciągnący się na przestrzeni trzystu ośmdziesięciu hektarów na półwyspie północno-zachodnim.

Summy Skim i Ben Raddle udali się ze stacji do Hotelu Westminsterskiego, gdzie mieli się zatrzymać aż do wyjazdu do Klondike.

Z trudnością znaleźli tam pokój. Napływ immigrantów był niezwykle liczny. W ciągu doby wysiadało z pociągów i statków do tysiąca dwustu podróżnych. Wyobrazić sobie łatwo, jak wielki to stanowiło dochód dla miasta, a szczególniej dla tej klasy ludzi, którzy jako zawód obrali sobie goszczenie przybyszów, narzucając im ceny nieprawdopodobne wzamian za pożywienie jeszcze nieprawdopodobniejsze. Oczywiście przejezdni zatrzymywali się w Vancouver bardzo krótko, spiesząc się gorączkowo do tych krain złotodajnych, które ich przyciągały, jak magnes przyciąga żelazo. Niezawsze jednak znaleźli pożądane miejsce na parowcach, dążących na północ po postojach w rozmaitych portach Meksyku i Stanów Zjednoczonych.

Do Klondike prowadzą dwie drogi. Jedna, przez ocean Wielki, zdąża do Saint-Michel na zachodniem wybrzeżu Alaski przy ujściu Yukon’u i idzie wzdłuż tej rzeki do Dawson City. Druga, najpierw wodna od Vancouver do Skagway, następnie lądowa od Skagway do stolicy Klondike’u.

Skoro dwaj kuzynowie znaleźli się w zdobytym wreszcie pokoju, Summy Skim zapytał na samym wstępie, ile czasu zabawić mają w Vancouver.

– Kilka dni tylko – odpowiedział Ben Raddle. – Myślę, że „Foot Ball” nadpłynie w tym czasie.

– Niech będzie Foot Ball – zgodził się Summy Skim. – Ale co to jest ten Foot Ball?

– Jest to parowiec, należący do Canadian Pacific; zawiezie nas do Skagway. Dziś jeszcze zamówię dwa miejsca.

– A zatem, Ben, z pośród różnych dróg, prowadzących do Klondike, wybrałeś tę mianowicie?

– Wybór wskazany był zgóry, droga ta bowiem jest najbardziej uczęszczaną. Jadąc wzdłuż wybrzeża Kolumbji pod osłoną wysp, dojedziemy do Skagway bez trudu. W tej porze roku na rzece Yukon gromadzi się kra i nierzadko statki giną pod jej naporem, lub co najmniej opóźniają przybycie do lipca. Foot Ball tymczasem w ciągu tygodnia odbędzie drogę do Skagway, a nawet do Dyea. Wprawdzie dostawszy się do tego miasta będziemy mieli do przebycia pochyłości dość uciążliwe Chilkoot’u, lub White Pass, lecz następnie, w połowie lądem, w połowie jeziorami, dostaniemy się do Yukon’u, którym popłyniemy do Dawson City. Przypuszczam, że będziemy u celu naszej podróży przed czerwcem, to jest z początkiem lata. Nie pozostaje nam narazie nic więcej, jeno cierpliwie oczekiwać na przybycie Foot Ball’u.

– Skąd przybywa ten parowiec o nazwie sportowej? – spytał Summy Skim.

– Właśnie ze Skagway, gdyż kursuje stale między Vancouver i tem miastem. Oczekują go 14-go tego miesiąca najpóźniej.

– Dopiero 14-go! – zawołał Summy.

– Widzę – rzekł Ben Raddle śmiejąc się – że ci śpieszniej niż mnie!

– Zapewne – przyznał Summy – gdyż należy wpierw zajechać na miejsce, aby móc powrócić.

'The Golden Volcano' by George Roux 14

Pobyt w Vancouver nie przysporzył obu krewnym zajęcia. Zaopatrzeni byli we wszystko. Narzędzia zaś potrzebne do eksploatacji czekały na nich w działce wuja Josias’a. Wszelkich wygód, w które opływali w pociągu Transcontinental Pacific, dostarczyć im miał również Foot Ball. W Skagway’u dopiero miały się zacząć kłopoty Ben Raddle’a. Będzie musiał bowiem nabyć łódź składaną dla żeglugi po jeziorach, psy pociągowe do sanek, jedyny środek lokomocji po zamarzłych równinach północy, o ile nie będzie wolał zdać się na łaskę przewodnika, któryby ich zaprowadził do Dawson City. Tak czy inaczej droga ta będzie bardzo kosztowna. Ale czyż jeden lub dwa kawałki złota nie opłacą sowicie tych wydatków?

W Vancouver wszakże dwaj kuzynowie, pomimo swej bezczynności, nudzić się nie mogli. Miasto to jest nadzwyczaj ożywione. Ustawiczny napływ podróżnych przybywających pociągami z Kanady i Stanów Zjednoczonych przedstawia widok niezmiernie ciekawy, nie mówiąc już o parowcach przywożących tysiące pasażerów. Całe rzesze ludzi błądzą po ulicach, czekając na odjazd do Skagway, pomimo że większa ich część skazana jest na mieszkanie w zaułkach portu, lub pod belkami nadbrzeży zalanych światłem elektrycznem.

Policja miała dość zajęcia wśród tego hałaśliwego tłumu przybyszy bez ogniska i dachu nad głową zahipnotyzowanych mocarną zjawą Klondike’u. Co krok spotkać było można policjanta ubranego w ciemny mundur barwy uschłego liścia, gotowego do interwencji w ustawicznych kłótniach grożących rozlewem krwi.

Ludzie ci pełnią swój obowiązek, często narażając swe życie, z całem poświęceniem i odwagą tak potrzebną wśród tego świata emigrantów, złożonego z wszystkich warstw społecznych, przeważnie zaś z warstwy wykolejonych. I podziwiać należy, iż na myśl im nie przyjdzie, że byłoby dla nich daleko korzystniej i bezpieczniej przemywać złoto w błotach Yukonu, i że pięciu ich towarzyszy kanadyjskich, w samym początku odkrycia kopalni złota w Klondike, powróciło do kraju z dwustu tysiącami dolarów zysku. Hart ich duszy przynosi im zaszczyt, strzeże ich bowiem przed zapamiętaniem, jakiemu uległo tylu innych.

Summy Skim z dzienników dowiedział się, że w ciągu zimy temperatura spada w Klondike niekiedy do 60 stopni Celsjusza. Z początku nie wierzył temu, aż zobaczył u pewnego optyka w Vancouver termometry ze skalą do 90 stopni poniżej zera. Wtedy starał się pocieszyć, twierdząc, że jest to tylko objawem miłości własnej Klondajczyków, którzy dumni ze swej wyjątkowo zimnej temperatury mają przyjemność w jej przecenianiu. Swoją drogą zaczął się niepokoić i ostatecznie przestąpił próg sklepu, aby przypatrzyć się bliżej tym niepokojącym termometrom.

Ani jeden termometr, które mu pokazał kupiec, nie był ze skalą Fahrenheit’a używaną w Zjednoczonem Królestwie, lecz ze skalą Celsjusza w użyciu w Kanadzie, jeszcze przesiąkniętej francuskiemi zwyczajami.

Summy Skim musiał przyznać, że te termometry istotnie sporządzone są dla tak niskiej temperatury.

– Czy są dokładne? – spytał Summy Skim, aby powiedzieć cośkolwiek.

– Oczywiście – odpowiedział optyk. – Zdaje mi się, że pan będzie zadowolony.

– W każdym razie nie tego dnia, kiedy będą wskazywały sześćdziesiąt stopni – oświadczył Sum Skim najpoważniej.

– Najważniejszą rzeczą jest – odparł kupiec – aby wskazywały dokładnie.

– To zależy od punktu widzenia. Ale niech pan mi powie – nalegał Summy Skim – czy nie dla prostej reklamy termometry te znajdują się u pana? Nie przypuszczam, aby w praktyce…

– Co?

– …kolumna alkoholu spadała do sześćdziesięciu stopni.

– Bardzo często, proszę pana – odrzekł kupiec żywo – a nawet niżej.

– Niżej!

– Dlaczegożby nie? – rzekł przemysłowiec nie bez widocznej dumy. – A jeżeli pan życzy sobie termometru do stu stopni…

– Dziękuję, dziękuję! – pospiesznie powiedział przerażony Summy Skim. – Sześćdziesiąt stopni wystarczy mi w zupełności!

Do czego zresztą ten nabytek? Gdy oczy pod zaczerwienionemi powiekami wypala ostry wiatr północny, gdy oddech zamienia się w śnieg, gdy krew napoły ścięta zatrzymuje się w żyłach, gdy nie można dotknąć metalowego przedmiotu, nie zostawiwszy na nim skóry z palców, gdy się marznie przed najbardziej rozpalonem ogniskiem, jak gdyby ogień stracił swe ciepło, wtedy zaprawdę nie zależy temu, kogo zimno zabija, czy termometr wskazuje sześćdziesiąt lub sto stopni.

Tymczasem dni upływały, i Ben Raddle się niecierpliwił. Co mogło stać się z Foot Ball’em? Wiedziano, że opuścił Skagway 7 kwietnia: Przejazd nie trwał dłużej nad sześć dni, a zatem powinien być w Vancouver 13 kwietnia.

Wprawdzie statek przeznaczony do przewozu emigrantów i ich bagażu, nie ładujący wcale towarów, na krótko tylko miał się zatrzymać w porcie. Najwyżej półtorej doby zajmie oczyszczenie kotłów, naładowanie węgla i wody, wreszcie zabranie kilkuset pasażerów, którzy zawczasu zamówili miejsca.

Ci zaś, którzy nie byli tyle przewidujący, zmuszeni będą czekać na inne statki, przybywające później. Całe rodziny z powodu braku miejsca w hotelach i zajazdach, zmuszone będą nocować pod gołem niebem. To tylko początek biedy, którą zgotuje im przyszłość!

Większa część tych biedaków znajdzie się w nielepszem położeniu na statkach, wiozących ich z Vancouver do Skagway. Stąd zaś zacznie się dla nich ta nieskończona, straszna podróż, która ma ich doprowadzić do Dawson City. Na statku kajuty przednie i tylne dostaną się najbogatszym podróżnym. Przedział między obu pokładami zajmą rodziny, żyjące przez cały czas jazdy własnym przemysłem. Reszta, najliczniejsza, zgadza się na zamknięcie na dnie statku, na podobieństwo zwierząt lub pakunków. I kto wie, czy wybierając z dwojga, nie jest to lepsze od pozostawania na pokładzie, gdzie jest się narażonym na wszystkie zmiany atmosferyczne, jak wichry mroźne, zawieje śnieżne tak częste w tych okolicach bliskich koła polarnego.

W Vancouver znajdowali się nietylko emigranci przybyli ze wszystkich części Starego i Nowego Świata. Były też tam setki poszukiwaczy złota, którzy zjeżdżali tu na zimę z Dawson City.

W zimie bowiem eksploatacja działek jest rzeczą niemożliwą; wszystkie prace muszą być z konieczności zawieszone, gdyż ziemię pokrywa na dziesięć do dwunastu stóp śnieg, który, przy czterdziestu do pięćdziesięciu stopniach mrozu, staje się twardy jak granit, opierając się kilofowi i motyce.

To też poszukiwacze, którym sprzyja szczęście, wolą spędzać zimowe miesiące w głównych miastach Kolumbji. Mają złota poddostatkiem i rozrzucają je z lekkomyślnością niesłychaną w przekonaniu, że szczęście ich nie opuści i że lato przyniesie im obfite żniwo. Ci zdobywają najlepsze pokoje w hotelach i najlepsze kajuty na statkach.

Summy Skim zauważył wkrótce, że wśród tej kategorji znajdują się ludzie najgwałtowniejsi, najhałaśliwsi, dopuszczający się wybryków w domach gry i kasynach, gdzie odgrywają pierwszą rolę dzięki swemu złotu.

Wprawdzie zacnego Summy mało zajmowała ta hołota. Przypuszczając, być może mylnie, że nie będzie nigdy miał do czynienia z którymkolwiek z tych awanturników, słuchał z roztargnieniem tego, co fama o nich niosła i wkrótce zapomniał o nich.

14 kwietnia w rannych godzinach Ben Raddle i Summy Skim przechadzając się na nadbrzeżu, usłyszeli głos syreny parowca.

– Byłżeby to wreszcie Foot Ball? – zawołał Summy.

– Nie sądzę – odpowiedział Ben Raddle. – Głos ten pochodzi z południowej strony, Foot Ball tymczasem nadpłynie z północy.

W istocie był to statek płynący w górę cieśniny Juan-de-la-Fuca, nie mógł zatem przybywać ze Skagway.

Nie mając nic lepszego do roboty, Ben Raddle i Summy Skim udali się na kraniec mola wraz z licznie zgromadzoną publicznością, z równą zawsze ciekawością oczekującą przybycia statku. Tym razem wylądować miało kilkuset pasażerów, czekających na pierwszą sposobność wyruszenia w dalszą drogę na jednym ze statków zdążających na północ, a widowisko to nie było pozbawione malowniczości.

Parowiec, który zbliżał się przy odgłosie przeraźliwego świstu, był to Smyth, o pojemności 2500 tonn. Zatrzymywał się w każdym porcie wybrzeża, zacząwszy od meksykańskiego portu Acapulco. Przydzielony wyłącznie do obsługi wybrzeża, udać się miał znów na południe, zostawiwszy w Vancouver swych pasażerów.

Zaledwie Smyth podpłynął do pomostu, gdy cały ładunek ludzki zgodnym ruchem znalazł się u wyjścia statku. W jednej chwili tłum się zwarł do tego stopnia, że zdawało się, iż nikt z miejsca się nie ruszy.

Wszakże jeden z pasażerów nie był tego samego zdania, szamotał się bowiem niebywale, chcąc pierwszy wylądować. Oczywiście był to jeden z tych, którzy wiedzieli jak ważną jest rzeczą zapisać się przed innymi w biurze wyjazdu na północ. Człowiek ten rosły, brutalny i silny, o brodzie czarnej, gęstej, cerze opalonej południowca, złem wejrzeniu, miał wygląd antypatyczny. Towarzyszył mu drugi, tej samej co on narodowości, sądząc z wyglądu, i również niecierpliwy i nieprzystępny.

'The Golden Volcano' by George Roux 15

Prawdopodobnie pośpiech innych pasażerów nie był mniejszy od pośpiechu tego hałaśliwego i despotycznego osobnika. Ale niepodobieństwem było wyprzedzić tego zuchwalca, który, nie zwracając uwagi na nawoływania oficerów i kapitana, rozpychał łokciami sąsiadów i wymyślał im ochrypłym głosem, potęgującym grubjaństwo obelg, wypowiadanych napoły po angielsku, napoły po hiszpańsku.

– By God! – zawołał Summy Skim – a to miły towarzysz podróży! Jeżeli ma wsiąść również na Foot Ball…

– Podczas tych kilku dni przejazdu – rzekł Ben Raddle – będziemy się od niego trzymali zdaleka, lub też potrafimy trzymać go w pożądanej odległości.

W tej chwili jeden z ciekawych, stojących w pobliżu, zawołał:

– Wszak to ten przeklęty Hunter. Będzie wieczorem huczno w domach gry, jeżeli nie wyjedzie dziś z Vancouver!

– Widzisz, Ben, nie omyliłem się. Znają go widać dobrze.

– Tak – potwierdził Ben – znają go dobrze…

– I to nie z najlepszej strony!

– Oczywiście – objaśnił Ben Raddle – jest to jeden z tych awanturników, którzy spędzają w Stanach Zjednoczonych zimowe miesiące, wracają zaś do Klondike, gdy nastaje pora eksploatacji.

Hunter istotnie wracał z Teksasu, rodzinnego swego kraju, aby pierwszym nadarzającym się statkiem udać się z towarzyszem na północ. Obydwaj pochodzenia hiszpańsko-amerykańskiego znaleźli w tym różnorodnym świecie poszukiwaczy złota ujście dla swych dzikich instynktów, wstrętnych obyczajów, namiętności brutalnych, dla życia niepodporządkowanego żadnej zasadzie, gdzie wszystko jest jedynie dziełem przypadku.

Hunter, dowiedziawszy się, że Foot Ball nie przybył jeszcze i że prawdopodobnie wyruszy dopiero za dwa dni, kazał się zaprowadzić do Westminster hotelu, gdzie się zatrzymali przed sześciu dniami dwaj kuzynowie. Summy natknął się na niego w hall’u hotelowym.

– Trzeba mieć szczęście – mruknął Summy przez zęby.

Napróżno starał się otrząsnąć z nieprzyjemnego wrażenia, jakie wywołało w nim spotkanie się z tym nieciekawym osobnikiem. Napróżno wmawiał w siebie, że Hunter i on, pogrążeni w olbrzymim tłumie emigrantów, mogli się już nie spotkać więcej; coś narzucało go ustawicznie jego myśli. Prawie bezwiednie, jak gdyby jakieś niewyraźne przeczucie wiodło go dwie godziny później do biura hotelowego, aby się dowiedzieć cośkolwiek o nowym przybyszu.

– Hunter? – odpowiedziano mu – a któż go nie zna?

– Czy jest on właścicielem działki?

– Tak, działki, którą sam eksploatuje.

– A działka ta znajduje się?…

– W Klondike.

– A gdzie?

– Na Forty Miles Creek.

– Forty Miles Creek – powtórzył zdziwiony Summy. – To doprawdy ciekawe. Szkoda, że nie wiem numeru jego działki. Założyłbym się…

– Ależ ten numer – rzekł rozmówca Summy’ego – wszyscy go znają w Vancouver.

– To jest?

– Numer 131.

– A do kroćset! – zawołał oszołomiony Summy. – A nasz – 129. Jesteśmy więc sąsiadami tego rozkosznego gentleman’a. Możemy spodziewać się wiele przyjemności.

Summy Skim nie przypuszczał nawet, jak blisko był prawdy.



V.

Na pokładzie „Foot Ball’a”.

Foot Ball, spóźniony o dwie doby, wyruszył 16 kwietnia, unosząc z sobą tysiąc dwustu pasażerów, to jest liczbę odpowiadającą jego pojemności. Jeżeli nie zabrał więcej podróżnych, to tylko na skutek wyraźnego zakazu inspektora żeglugi.

Zresztą i tak zagłębiał się powyżej przekreślonego zera, wymalowanego na pudle statku dla oznaczenia linji, do której powinien się był zanurzać normalnie.

Potrzeba było dwudziestu czterech godzin, aby żórawie nadbrzeża przeniosły niezliczone pakunki emigrantów, ciężkie narzędzia kopalniane, całe stado wołów, koni, osłów i reniferów, nie mówiąc już o setkach psów rasy bernardzkiej lub eskimoskiej, które ciągnąć miały sanki na jeziorach.

Pasażerowie Foot Ball’a należeli do różnych narodowości. Byli tam Anglicy, Kanadyjczycy, Francuzi, Norwegowie, Szwedzi, Niemcy, Australczycy, Amerykanie północni i południowi wraz z rodzinami lub sami.

'The Golden Volcano' by George Roux 16

Światek ten cały, hałasujący na pokładzie, przedstawiał nieład malowniczy.

W kajutach musiano powiększyć liczbę łóżek. Przedział między pokładami wyglądał jak obszerna sypialnia ze swym szeregiem kozłów postawionych w pewnych od siebie odstępach, pomiędzy któremi zawieszone były hamaki. Na pokładzie trudno było się obrócić, gdyż biedni ludzie, nie mogąc zapłacić za kajutę trzydzieści pięć dolarów, skupiali się wzdłuż budek, pokrywających koła statku, i parapetów. Tam przyrządzali sobie skromne pożywienie i w oczach wszystkich ubierali się i sprzątali.

Ben Raddle’owi udało się zdobyć dwa miejsca w kajucie w tyle okrętu. Trzecie miejsce zajął Norweg, nazwiskiem Royen, właściciel działki na Bonanzy, dopływu Klondike’u. Był to człowiek łagodny, spokojny, odważny i ostrożny równocześnie, z rasy skandynawskiej, która dochodzi do celu wytrwałością w powolnym wysiłku. Wracał on do Dawson City z Chrystjanji, rodzinnego miasta, gdzie spędził ostatnią zimę. Jako towarzysz podróży mało był udzielający się, słowem mało krępujący.

Na szczęście dwaj kuzynowie nie potrzebowali dzielić kajuty z Teksańczykiem Hunterem. Zresztą nawet gdyby chcieli, uskutecznić tego nie byliby mogli, Hunter potęgą swych dolarów zdobył kajutę o czterech miejscach dla swego towarzysza i siebie. Napróżno pasażerowie prosili ich o odstąpienie dwóch miejsc próżnych. Odpowiedziano im grubjańską odmową.

Hunter i Malone – tak bowiem nazywał się towarzysz Teksańczyka – nie liczyli się z pieniędzmi. Cały dochód, osiągnięty z eksploatacji działki, poświęcali na swe szalone wydatki, rzucając garściami złota na grę w baccarat lub pokera. Ulubionem ich miejscem pobytu była sala gry na statku.

Foot Ball wyruszył z portu w Vancouver o szóstej rano, kierując się cieśniną na północny jej kraniec. Stąd pod osłoną wysp Reine Charlotte i Prince de Galles wypłynął wkrótce na wybrzeże amerykańskie.

Pasażerowie, zamieszkujący kajuty w tylnej części statku, nie mogli opuścić pomostu dla nich zarezerwowanego w ciągu całej swej sześciodniowej podróży. Korzystać z pokładu było niepodobieństwem. Utworzone na nim baraki mieściły woły, konie, osły, renifery i sforę psów, które krążyły wyjąc wśród politowania godnych grup ludzkich, złożonych z mężczyzn jeszcze młodych, lecz napiętnowanych stygmatem nędzy, kobiet wyczerpanych, otoczonych dziećmi o wyglądzie chorobliwym. Ludzie ci odbywali tę zmudną podróż nie dla eksploatowania gruntu na własną rękę, lecz aby ofiarować swe usługi syndykatom i walczyć o lepszy zarobek.

– Wreszcie – rzekł Summy Skim do kuzyna – masz to czegoś chciał. Płyniemy do Eldorado, stanowiąc cząstkę tego świata poszukiwaczy złota, który nie wydaje się być wielce zachęcającym.

– Trudno żądać czego innego – odrzekł Ben Raddle. – Musimy go brać takim, jakim jest.

– Wolałbym go nie brać wcale – odparł Summy. – Do djaska, Ben, nie mamy nic wspólnego z tymi ludźmi. Że odziedziczyliśmy działkę, dobrze! Że ta działka jest naszpikowana złotem, zgoda! Ale żebyśmy mieli zamienić się w poszukiwaczy złota, to nie ma racji!

– Oczywiście – odpowiedział Ben Raddle, wzruszając nieznacznie ramionami, co bynajmniej nie uspokoiło Summy Skim’a.

To też nalegał dalej:

– Jedziemy do Klondike, aby sprzedać działkę wuja Josias’a, wszak to już postanowione, nieprawdaż?… Boże! jak sobie pomyślę, że moglibyśmy mieć te same instynkty, namiętności, obyczaje, co ta ciżba awanturników!…

– Uważaj – rzekł Ben Raddle ironicznie – abyś nie wpadł w ton kaznodziejski!

– Dlaczegożby nie? Czuję wstręt do tej obmierzłej żądzy złota, do tej strasznej żądzy wzbogacenia się kosztem tylu nieszczęść. Wszystko to jest wielką loterją, której grubą stawką jest największy kawałek złota!… Jak sobie pomyślę, że zamiast płynąć na tym statku do tej krainy nieprawdopodobieństw, mógłbym być w Montrealu, gotując się do wyjazdu na lato do tego rozkosznego Green Valley!…

– Obiecałeś, Summy, że nie będziesz narzekał.

– Czynię to po raz ostatni. Odtąd będę tylko myślał…

– O przybyciu do Dawson City – dokończył Ben Raddle z odcieniem ironji.

– O powrocie stamtąd – dodał Summy Skim

Dopóki Foot Ball żeglował w cieśninie, pasażerowie nie cierpieli na chorobę morską, gdyż kołysanie było nieznaczne. Z chwilą jednak gdy statek znalazł się poza krańcem wyspy Vancouver, kołysanie się wzmogło.

Powietrze było chłodne, wiatr mroźny. Silne fale uderzały o wybrzeże kolumbijskie. Deszcz połączony ze śniegiem smagał nielitościwie. Można sobie wyobrazić, co musieli wycierpieć pasażerowie z pokładu, dotknięci po większej części morską chorobą. Zwierzęta cierpiały również. Świstowi wiatru towarzyszyły ryki wołów i osłów, rżenie koni. Wzdłuż kajut biegały i tarzały się psy, których zamknąć lub przywiązać nie było w ludzkiej mocy. Niektóre z nich rzucały się na ludzi, chciały kąsać tak, że starszy marynarz musiał kilka z nich zastrzelić.

Tymczasem Hunter i Malone spędzali czas w sali gry przy zielonym stoliku, wśród kompanji graczy, którą zdołali zebrać zaraz od samego początku podróży. Zachowywali się z dziką bezwzględnością, krzycząc i przeklinając na głos cały.

Ben Raddle i Summy Skim nie zważali na zły stan pogody. Cały dzień pozostawali na pomoście, wracając do kajuty dopiero wieczorem. Będąc natury spostrzegawczej, lubili się przypatrywać ciekawemu widowisku, na które się składały: tłum różnorodny hałasujący na pokładzie jak również na pomoście typy może mniej malownicze, lecz bardziej wybitne, po większej części złożone z inteligentniejszej warstwy tych awanturników. Od pierwszej chwili pobytu na statku zauważyli dwu pasażerów, a dokładniej mówiąc dwie pasażerki, odcinające się jaskrawo na tle otaczającego je opłakanego zespołu. Były to dwie dwudziesto lub dwudziesto dwuletnie kobiety, a raczej dwie młode panny, z zachowania wyglądające na siostry, jedna brunetka, druga blondynka, obydwie bardzo ładne.

Nie rozłączały się wcale. Blondynka towarzyszyła niezmiennie brunetce, która zdawała się jej przewodzić. Obydwie przechadzały się od rana na pomoście, następnie schodziły na pokład, przeciskały się przez tłum, zatrzymując się przy matkach obarczonych dziećmi i starając się im pomóc z całą delikatnością, na jaką kobieta tylko zdobyć się potrafi.

Nieraz Ben i Summy przypatrywali się z wysokości pomostu tym wdzięcznym postaciom, które wzbudzały w nich coraz większe zainteresowanie. Zachowanie ich, pełne godności i dystynkcji, wzbudzało powszechny szacunek i dotąd nie znalazł się nikt wśród tej nieokrzesanej ciżby, ktoby im ubliżył w czemkolwiek.

Bytność na statku tych dwu młodych i pięknych panien zastanawiała obu kuzynów. Wytłumaczyć jej nie mogli, więc do budzącej się dla nich sympatji dołączyła się zwiększająca się z dniem każdym ciekawość.

A przytem musieli zauważyć, że mają one i cennych wielbicieli, szczególnie zaś dwóch, którymi byli: Teksańczyk Hunter i jego przeklęty towarzysz Malone. Ile razy opuszczali salę gry dla zaczerpnięcia trochę powietrza na pomoście, dawali tego dowody swem nieprzystojnem zachowaniem, mającem na celu zwrócenie uwagi obu sióstr. Ale nie pomogły ani obrażająca wymiana spojrzeń, ani grubjańskie zdania wygłaszane prawie głośno, siostry bowiem nie spostrzegały jakby ich obecności.

Ben Raddle i Summy Skim, patrząc na ich postępowanie, radziby nieraz temu zapobiec. Ale jakiem prawem? Naogół biorąc ani Hunter ani Malone nie przekraczali granic przyjętych w tem środowisku i ich narzucające się zachowanie nie raziło nikogo.

Dwaj kuzynowie zatem musieli poprzestać na pilnowaniu zdaleka przyszłych sąsiadów z Forty Miles Creek, pragnąc coraz usilniej, aby przypadek dopomógł do zawarcia znajomości z młodemi towarzyszkami podróży.

Sposobność ta nadarzyła się dopiero na czwarty dzień ich pobytu na statku. Foot Ball płynął wtedy pod osłoną wyspy Reine Charlotte, a więc spokojnie i równo. Od strony wybrzeża lądu ciągnęły się fjordy, żywo przypominające fjordy norweskie. Otoczone były wysokiemi urwistemi skałami, po większej części pokrytemi lasem, wśród których widniały jeżeli nie wsie, to wioski rybaków, lub gdzie niegdzie domek samotny, zamieszkały przez Indjan, którzy zajmują się rybołóstwem i polowaniem, sprzedając swą zdobycz nadjeżdżającym statkom.

Gdy za temi skałami, w odległości dość znacznej dopiero, wznosiły się góry z zarysowywającemi się we mgle śnieżnemi szczytami, natomiast od strony wyspy Reine Charlotte ciągnęły się długie równiny lub gęste lasy bielejące od szronu. Gdzie niegdzie widniały grupy domków rybackich na brzegach przystani, gdzie stały barki oczekujące pomyślnego wiatru. W chwili gdy Foot Ball dosięgał krańca wyspy Reine Charlotte, dwaj kuzynowie zawarli znajomość z młodemi towarzyszkami podróży. Stało się to w sposób nadzwyczaj prosty przy kweście zbieranej przez młode podróżniczki dla biednej matki, która powiła na pokładzie dziecko, zresztą silne i zdrowe.

Jedna z nich, brunetka, jak zwykle w towarzystwie siostry, zbliżyła się do obu kuzynów tak samo jak do innych pasażerów. Po ofiarowaniu datku Ben Raddle wdał się śmiało w rozmowę, z której się dowiedział niebawem, że podróżniczki nie są siostrami, lecz kuzynkami, że są w tym samym wieku z różnicą kilku dni, że ich nazwisko rodzinne jest Edgerton, a imię jednej Edith, drugiej zaś – Jane.

Wiadomości te podała mu Jane bez żadnego zakłopotania i najmniejszego wahania w krótkich, jasnych słowach; poczem oddaliła się wraz z nierozłączną kuzynką, która nie przemówiła ani słowa.

Ciekawość obu kuzynów nie była bynajmniej zaspokojona. Przeciwnie, pole do domysłów zwiększyło się. Nazwisko Edgerton nosili dwaj bracia cieszący się w swoim czasie rozgłosem w całej Ameryce. Prowadzili oni znaczne interesy, a ich majątek, zdobyty w kilka godzin przez śmiałą spekulację bawełną, był olbrzymi, dopóki odwrotną koleją losu, nie stracili go doszczętnie; wtedy znikli w tłumie, który pochłonął ich jak tyłu innych. Czy była jaka łączność między tymi bajecznymi miljarderami a pasażerkami z Foot Ball?

Nietrudno było o odpowiedź, gdyż pierwsze lody były przełamane i to w okolicy koła polarnego, gdzie kodeks światowy traci bardzo na sile. To też w godzinę po pierwszem spotkaniu Ben Raddle zbliżył się do Jane Edgerton, rozpoczynając nową indagację bez żadnych omówień.

Dowiedział się też niebawem, że Edith i Jane były córkami „królów bawełny”, jak nazywali ongi ich ojców. W dwudziestym drugim roku życia zostały bez majątku, same, bez rodziny, gdyż matki ich zmarły dawno, dwaj zaś bracia zginęli, sześć miesięcy temu, tego samego dnia wskutek nieszczęśliwego wypadku kolejowego.

Podczas gdy Ben i Jane rozmawiali, Summy i Edith zachowywali milczenie. Oboje nieśmiali, a przynajmniej mniej odważni, zdawało się, że są zależni od dwu rozmówców.

– Czy nie będzie niedyskretnie z mojej strony – pytał Ben Raddle w toku rozmowy – jeżeli wyrażę pani, miss Edgerton, zdziwienie, jakiego doznaliśmy, mój kuzyn i ja, na widok pań na tym statku i jeżeli spytam, w jakim celu przedsięwzięły panie tę długą i uciążliwą podróż?

– Bynajmniej – odpowiedziała Jane Edgerton. – Stary lekarz mojego wuja, doktor Pilcox, obecnie dyrektor szpitala w Dawson City, zaproponował siostrze mojej Edith miejsce pielęgniarki, które przyjęła niezwłocznie.

– W Dawson City!

– W Dawson City.

Spojrzenia obu kuzynów, Ben Raddle’a spokojne jak zawsze, Summy Skim’a zaniepokojone zdziwieniem, zwróciły się na jasnowłosą Edith, która z całym spokojem i bez zakłopotania patrzyła im prosto w oczy. Mogli przypatrzyć się dobrze młodej dziewczynie, a w miarę jak ogarniali wzrokiem jej wdzięczną postać, ustępowało powoli zdziwienie wywołane jej śmiałem przedsięwzięciem. Pod delikatnemi rysami wyczuli niezwykłą duszę. Oczywiście Edith różniła się wielce od kuzynki. Nie miała jej śmiałego spojrzenia, jej wymowy, ani postawy pewnej siebie. Lecz uważny obserwator mógł dostrzec z łatwością, że nie brak jej ani spokojnej energji, ani silnej woli. Dwie te istoty, różne wyglądem, posiadały zalety jednakowe. Jeżeli jedna odznaczała się stanowczością i czynem, w drugiej przebijała systematyczność i logika. Patrząc na to czoło równe, proste, na oczy znamionujące pełnię inteligencji, było się pewnym, że wszystkie myśli, wszystkie wrażenia mają swe miejsce w umyśle Edith’y Edgerton, i że w razie potrzeby będzie umiała sięgnąć po nie bez trudu, z całą pewnością systematycznego myślenia. Bezsprzecznie młoda ta panna posiadała w sobie zalety dobrego administratora i mogła oddać wielkie usługi szpitalowi w Dawson City.

– All right! – rzekł Ben Raddle bez najmniejszego zdziwienia. – A pani, miss Jane, czy również poświęci się pani dla cierpiącej ludności?

– O! ja – odpowiedziała Jane z uśmiechem – nie jestem tak uprzywilejowaną przez los jak Edith i nie posiadam narazie żadnego stanowiska społecznego. A ponieważ nic mnie nie zatrzymuje na południu, wolałam przeto szukać szczęścia na północy.

– I cóż pani zamierza robić?

– Ależ to, co wszyscy, poszukiwać złota.

– Co? – zawołał Summy przestraszony.

Nie chcąc minąć się z prawdą, dodać musimy, że Ben Raddle musiał użyć całej swej silnej woli, aby nie iść za przykładem kuzyna i nie sprzeniewierzyć się zasadzie, że człowiek, godny tej nazwy nie powinien się dziwić niczemu. Ta młoda delikatna dziewczyna miałaby być poszukiwaczką złota!

Tymczasem Jane, jak gdyby dotknięta nieszczęsnym wykrzyknikiem Summy Skim’a, zwróciła się do niego i tonem nieco wyzywającym spytała:

– Cóż w tem tak dziwnego?

– Ależ… miss Jane… – jąkał się dobry Summy, który jeszcze nie zdążył ochłonąć z wrażenia – pani nie zdaje sobie sprawy… kobieta…

– Dlaczegoż kobieta nie może robić tego, co pan sam robi? – odparła Jane Edgerton,

– Ja?!… – zaprotestował Summy. – Ja, nie poszukuję złota. Jeżeli jestem właścicielem działki i jeżeli jadę do tego djabelskiego kraju, to wbrew woli, niech mi pani wierzy. Mojem jedynem pragnieniem jest wrócić jak najspieszniej.

– Niech i tak będzie – rzekła Jane z pewną pogardą w głosie. – Ale oprócz pana są tu jeszcze inni. To co przestrasza pana, nie odstręcza ich bynajmniej. Dlaczegoż kobieta nie może iść w ich ślady?

– Bo… zdaje mi się… – jąkał się znów Summy Skim – siła, zdrowie…. a nawet rodzaj ubrania… do djaska!

– Zdrowie? – odparła Jane Edgerton. – Życzę panu takiego zdrowia jak moje. Siła? Siła? Zabawka, jaką mam w kieszeni, da mi jej więcej, niż jej posiada sześciu atletów razem. Co do mego ubrania, nie wiem w czem ma być gorsze od pańskiego. Zresztą może jest więcej kobiet godnych nosić spodnie, niż mężczyzn godnych przywdziać spódnice!

Przy tych słowach Jane Edgerton, najwyraźniej skończona feministka, urwała rozmowę, kłaniając się ruchem głowy zwyciężonemu Summy, i podawszy rękę Ben Raddle’mu, oddaliła się z milczącą kuzynką, która podczas całej rozmowy nie przestała się uśmiechać.

Tymczasem Foot Ball minął północny kraniec wyspy Reine Charlotte i znalazł się znowu na pełnem morzu, przepływając Dixon Entrance zamkniętą z północy wyspą Prince de Galles, lecz kołysanie statku nie było silne, gdyż wiatr dął z północo-wschodu czyli od strony lądu.

Nazwa Prince de Galles przysługuje całemu dość złożonemu archipelagowi, kończącemu się z północnej swej strony wielką liczbą drobnych wysepek.

Poza nim ciągnie się wyspa Baranof, gdzie Rosjanie zbudowali fort Nowy Archangelsk. Główne jej miasto Sitka zostało stolicą tej prowincji od czasu odstąpienia przez rząd moskiewski Alaski Stanom Zjednoczonym.

19 kwietnia wieczorem Foot Ball przejechał mimo Port Simpson, ostatnią kanadyjską placówkę na wybrzeżu. W kilka godzin później dosięgnął wód amerykańskiej Alaski, 20 kwietnia zaś zatrzymał się w porcie Wrangel przy ujściu Stikeen River.

'The Golden Volcano' by George Roux 17

Miasto to liczyło wówczas niespełna czterdzieści domostw, kilka czynnych tartaków, jeden hotel, kasyno i kilka domów gry wielce ożywionych podczas lata.

We Wranglu wylądowali pasażerowie, mający udać się do Klondike drogą Telegraph Creek, zamiast jeziorami poza Skagway’em. Droga ta, długości czterystu trzydziestu kilometrów, jest niezmiernie uciążliwa, lecz mniej kosztowna. To też pomimo ostrzeżeń, że sankami o tej porze droga nie będzie możliwa do przebycia, około pięćdziesięciu emigrantów wysiadło z postanowieniem przezwyciężenia trudów i niebezpieczeństw, które ich czekały na nieskończonych równinach północnej Kolumbji.

Zacząwszy od Wrangla cieśnina staje się coraz węższa, zakręty coraz zawilsze, tak, że Foot Ball lawirować musiał wśród labiryntu wysepek, zanim dostał się do Juneau, wsi, przeobrażającej się w miasteczko, a następnie w miasto, i zawdzięczającej swoją nazwę założycielowi, który jej przekazał nazwisko w r. 1882.

Dwa lata wcześniej ten sam Juneau i jego towarzysz Ryszard Harris odkryli pokłady w Silver Bow Bassin, skąd po kilku miesiącach wywieźli złota wartości sześćdziesiąt tysięcy franków.

Od tego czasu zaczął się napływ emigrantów, przyciągniętych rozgłosem tego odkrycia i eksploatacją terenów złotonośnych w okolicy Cassiar, które wyprzedziło Klondike. Wkrótce w kopalni Tread Ville dwieście czterdzieści tłoków tłukło na miazgę do tysiąca pięciuset tonn kwarcu w ciągu doby, dając dochodu dwa miljony pięćset tysięcy franków.

Summy Skim, dowiedziawszy się o tych świetnych rezultatach od Ben Raddle’go, rzekł:

– Doprawdy szkoda, że wuj Josias nie przejeżdżał tędy, dążąc do swej przyszłej działki przy Forty Miles Creek.

– Dlaczego, Summy?

– Dlatego, że byłby się prawdopodobnie tu zatrzymał, my zaś nie potrzebowalibyśmy jechać dalej.

Summy wiedział, co mówi. Gdyby chodziło tylko o dostanie się do Skagway, nie byłoby się na co uskarżać. Lecz tu dopiero zaczynała się uciążliwa podróż, a szczególniej przeprawa przez Chilkoot, następnie zaś droga przez jeziora, prowadząca do lewego brzegu Yukonu.

A pomimo to jakże gorączkowo śpieszyli się wszyscy pasażerowie do okolicy, przez którą płynęła główna arterja Alaski! Jeżeli myśleli o przyszłości, to nie brali w rachubę trudów, niebezpieczeństw, rozczarowań. Wabił ich miraż złota, coraz wyraźniej zarysowywujący się na horyzoncie!

Z Juneau statek skierował się na północ cieśniny, którą okręty o pewnej pojemności mogą dopłynąć tylko do Skagway, statki zaś nie zanurzające się głęboko, mogą dojechać dalej do miasteczka Dyea. Na północo-zachodzie widniał lodowiec Muir, wysoki na dwieście czterdzieści stóp, którego lawiny niepokoją ustawicznie ocean.

Nazajutrz miano wylądować w Skagway. Ostatni wieczór spędzony na statku upamiętnił się niezwykle hazardowną partją rozegraną w sali gry między zwykłymi jej bywalcami, z których niejeden stracił przy zielonym stoliku cały swój majątek. Oczywiście Hunter i Malone należeli do najbardziej zajadłych graczy. Zresztą inni nie ustępowali im wcale i, zaiste, mało różnili się między sobą ci wszyscy awanturnicy, jakich spotkać było zawsze można w spelunkach Vancouveru, Wrangla, Skagwayu i Dawsonu.

Z hałasu, który dolatywał z sali, można się było domyślać, że musi być ona widownią scen najopłakańszych. Krzyki, grubjańskie wymyślania rozlegały się bez końca; obawiano się, że kapitan statku będzie zmuszony do interwencji. Sami pasażerowie przez ostrożność zamknęli się w kajutach.

Około godziny dziesiątej Summy Skim i Ben Raddle pomyśleli również o udaniu się do swej kajuty. Otworzywszy drzwi salonu, przez który musieli przechodzić, zobaczyli dwie kuzynki, zmierzające z przeciwległej strony do swego pokoju. W chwili gdy mieli się do nich zbliżyć, drzwi od sali gry otworzyły się nagle z hałasem i około dwunastu graczy wpadło do salonu.

Na ich czele szedł Hunter, podniecony i w stanie mocno nietrzeźwym. Wymachując lewą ręką, w której trzymał portfel pełny banknotów, śpiewał wyjąc o swem zwycięstwie przy zielonym stoliku. Tłum towarzyszy wtórował mu hałaśliwie.

– Hip! hip! hip! – skandował Malone.

– Hurrah! – powtarzał Hunter.

Poczem coraz bardziej pijany:

– Kelner! – zawołał głosem grzmiącym – szampana! Dziesięć, dwadzieścia, sto butelek szampana… Zagarnąłem wszystko tego wieczora! …wszystko! wszystko! wszystko!

– Wszystko! wszystko! wszystko! – powtórzył chór z rykiem.

– I zapraszam wszystkich, pasażerów i załogę, od kapitana do chłopca okrętowego!

Przyciągnięci hałasem pasażerowie zapełnili salon.

– Hurrah!… Brawo, Hunter! – wołali gracze, przyklaskując co siła rękami i obcasami.

Ale Hunter już ich nie słyszał. Dostrzegłszy Edithę i Jane Edgerton, które z tłumu wydobyć się nie mogły, rzucił się w ich stronę, chwytając wpół Jane Edgerton.

– Tak, zapraszam wszystkich – wołał znowu – i o tobie nie zapomniałem, piękna panienko…

Wobec tej niespodziewanej napaści Jane nie straciła zimnej krwi. Cofnąwszy pięści w tył, uderzyła niemi nędznika w twarz, według wszelkich prawideł boksu.

Lecz co znaczyły jej słabe ręce wobec tego pijanego człowieka, któremu alkohol przysparzał siły!

– E… e… – drwił Hunter – piękna panienka jest zła!… Czyżby…

Nie dokończył. Potężna ręka schwyciła bandytę za gardło i odepchnęła go tak silnie, iż upadł o dziesięć kroków.

Względna cisza zaległa w salonie. Spoglądano na obu przeciwników; jeden znany był ze swej gwałtowności, drugi wykazał w tej chwili swą siłę. Hunter podniósł się nieco oszołomiony, lecz z wyciągniętym z pochwy nożem, gdy nowy wypadek uśmierzył jego wojownicze zamiary.

Z pomostu ktoś schodził, a odgłos kroków zwiastował, że to nadchodzi kapitan. Hunter nastawił ucha, zrozumiawszy zaś swoją bezsilność, spojrzał na nieprzyjaciela, który zaskoczył go tak nagle, iż dojrzeć go nie mógł.

– A… to pan – rzekł, poznając Summy Skim’a.

I kładąc nóż do pochwy, dodał głosem pełnym groźby:

– Zobaczymy się jeszcze, towarzyszu!

Summy stał nieruchomy, nie słysząc nic. Ben Raddle przyszedł mu z pomocą.

– Kiedy i gdzie pan będzie chciał – rzekł, zbliżając się.

– A zatem przy Forty Miles Creek, panowie z numeru 129 – zawołał Hunter, wybiegając z salonu.

Summy stał wciąż nieruchomy. On, który z zimną krwią nie byłby zgładził muszki, dopuścił się takiego gwałtu!

Jane Edgerton zbliżyła się do niego i podając mu rękę najnaturalniejszym głosem rzekła:

– Thank you, sir.

– O, tak, dziękuję panu – powtórzyła Edith wzruszona, ściskając mu drugą rękę.

Pod wpływem tego podwójnego uścisku Summy Skim zmuszony był ocknąć się. Ale czy zdawał sobie sprawę z tego co zaszło? Z mglistym uśmiechem człowieka, wracającego z księżyca, rzekł tonem najsłodszej uprzejmości:

– Dobranoc paniom.

Niestety, uprzejmość ta była stracona dla obu kuzynek, gdyż zanim Summy przypomniał sobie o ich istnieniu, upłynęło trzydzieści sekund od zniknięcia pięknych panien z salonu.



VI.

Jane Edgerton And Cº

Skagway, jak wszystkie miejsca postoju zabłąkane w okolicy pozbawionej wszelkich środków komunikacyjnych i przewozowych, było z początku tylko obozowiskiem dla poszukiwaczy złota. Zczasem szałasy zamieniono na chaty symetryczniej zbudowane, te zaś na domy wznoszone na terenach, których cena rosła z dnia na dzień. Kto wie jednak, czy miasta te, utworzone dla potrzeby chwilowej, nie opustoszeją wraz z wyczerpaniem się pokładów złota?

Istotnie, miejscowości tych porównać nie można z podobnemi miejscowościami w Australji, Kalifornji i Transwaalu, gdzie wsi przemienione w miasta, mogą istnieć nawet, gdyby w nich nie było kopalni, gdzie grunt jest żyzny, gdzie klimat jest możliwy, gdzie interesy handlowe i przemysłowe mają swoją rację bytu. Ziemia w nich bowiem, wyczerpawszy swój zapas kruszców, podatna jest dla pracy rąk.

Ale tu, w tej części Kanady, na granicy Alaski, prawie na granicy Koła Polarnego, gdzie klimat jest niezwykle ostry, rzecz całkiem inna. Jedyną jej wartość stanowią kopalnie złota. Gdy zostaną one wyczerpane, nie będzie żadnego powodu do zamieszkania w okolicy jałowej, napół wyczerpanej przez handlarzy futer.

To też prawdopodobnie miasta, tak szybko wzniesione w tych okolicach, gdzie obecnie nie brak ani ruchu handlowego ani pasażerskiego, znikną zczasem pomimo że towarzystwa finansowe zajmują się zaprowadzeniem dogodniejszej komunikacji i że nawet zamierzają budować kolej żelazną z Wrangla do Dawson City.

W chwili, gdy Foot Ball dojeżdżał do Skagway, miasto to przepełnione było emigrantami przybyłymi bądź okrętami oceanu Wielkiego, bądź koleją żelazną kanadyjską lub amerykańską, dla udania się do Klondike.

Niektórzy podróżnicy dojeżdżali do Dyea, miasteczka położonego na krańcu cieśniny, nie parowcami, dla których głębokość cieśniny byłaby niedostateczna, lecz statkami o małej pojemności, zbudowanemi wyłącznie dla przejazdu od Skagway’u do Dyea, skracającego ciężką drogę lądową.

Tak czy inaczej, od Skagway zaczyna się uciążliwa część podróży po względnie dogodnym przejeździe statkami obsługującemi wybrzeże…

Dwaj kuzynowie wybrali jeden z hoteli, Skagway bowiem posiadał ich wtedy już kilka. Za pokój płacili drożej niż w Vancouver. To też radzi byli jak najprędzej opuścić to miasto.

W hotelu roiło się od podróżnych, czekających na wyjazd do Klondike. Wszystkie narodowości spotykały się w sali jadalnej, gdzie, niestety, tylko pożywienie było na modłę alaską. Mieliż jednak prawo być wybredniejszymi ci ludzie, skazujący się dobrowolnie przez kilka miesięcy na wszelkie możliwe niespodzianki podróży?

Summy Skim i Ben Raddle nie mieli sposobności podczas pobytu w Skagway spotkać dwu Teksańczyków, gdyż Hunter i Malone wyjechali niezwłocznie do Klondike. Ponieważ wracali tam, skąd sześć miesięcy temu byli wyjechali, wszystko mieli gotowe i mogli puścić się w drogę, nie kłopocząc się o narzędzia, które znajdowały się już w działce przy Forty Miles Creek.

– Doprawdy – rzekł Summy Skim – wielkie to szczęście, że pozbyliśmy się tych gburów jako towarzyszy podróży! Żałuję bardzo tych, którzy z nimi jadą, – o ile nie są tego samego pokroju co oni, co jest bardzo prawdopodobne w tym pięknym świecie poszukiwaczy złota.

– Zapewne – odrzekł Ben Raddle – tylko że te gbury są bardziej uprzywilejowani niż my, mogąc bez zatrzymania się jechać dalej, gdy my…

– I my zajedziemy, bądź spokojny – zawołał Summy Skim – i spotkamy tych dwu łotrów na działce 131. Miłe sąsiedztwo! Rozkoszne towarzystwo! Przyjemna perspektywa w samej rzeczy!… Przypuszczam, że to nas zachęci do sprzedania naszej grządki kamyków za możliwą cenę i przyspieszy nasz powrót!

Summy Skim’a przestało niepokoić towarzystwo Hunter’a i Malone’a, natomiast odnalazł on dwie pasażerki, w których obronie tak mężnie stanął. Zatrzymały się w tym samym hotelu, co oni, musieli przeto spotykać się z niemi często. Przy widzeniu zamieniali z sobą kilka słów dość zresztą przyjaznych, poczem każdy szedł w swoją stronę.

Młode panny zajęte były poszukiwaniem najdogodniejszego sposobu dostania się do Dawson City. Ale nie było to rzeczą łatwą. Wszelkie usiłowania w tym względzie spełzły na niczem, o ile wnioskować było można z wyrazu twarzy Jane Edgerton, na której malował się niepokój zresztą starannie ukrywany.

Ben Raddle i Summy Skim, coraz bardziej zajęci losem swych towarzyszek podróży, z pewnem wzruszeniem myśleli o trudach i niebezpieczeństwach, na jakie się one narażają. Jakiejże bowiem pomocy spodziewać się mogły, w razie potrzeby, od tej ciżby emigrantów, w których żądza złota zagłuszyła wszelkie poczucie honoru i sprawiedliwości?

'The Golden Volcano' by George Roux 18

23 kwietnia wieczorem Summy Skim, nie mogąc dłużej zapanować nad niepokojącą go myślą, zwrócił się do jasnowłosej panny, która, słusznie czy niesłusznie, wydała mu się mniej groźną.

– Co słychać, miss Edith? Nic nowego od czasu przyjazdu do Skagway?

– Nic – odpowiedziała dziewczyna.

Summy po raz pierwszy zwrócił uwagę na piękny głos podróżniczki.

– Zapewne poszukują panie sposobu dostania się do Dawson?

– Istotnie.

– I nie znalazły go panie jeszcze?

– Nie, panie.

Miła była Edith Edgerton, lecz bynajmniej nie przystępna. To też chęć zaofiarowania swych usług rozwiała się narazie, i Summy Skim przerwać musiał rozmowę.

A jednak nie dał za wygraną. Nazajutrz, widząc, że obydwie kuzynki umawiają się z karawaną mającą wyruszyć za kilka dni, złożoną zaś z ludzi prostych i grubjańskich, odważył się zbliżyć do Edith, zachęcony obecnością Ben Raddle’a i Jane Edgerton.

– I znów nic nowego, miss Edith? – powtórzył zacny, lecz mało pomysłowy Summy Skim.

– Nic – oświadczyła znowu Edith.

– To może trwać zbyt długo…

Edith odpowiedziała ruchem wymijającym.

Summy ciągnął dalej:

– Czy nie będę niedyskretny, jeżeli spytam, jak zamierzają panie odbyć podróż do Dawson City?

– Bynajmniej – rzekła Edith. – Chcemy należeć do karawany, złożonej z osób, z któremi dopiero co mówiłyśmy.

– Dobra myśl w zasadzie. Ale – niech pani wybaczy, że mieszam się nie do swoich rzeczy – czy panie zastanowiły się nad tem? Ludzie ci nie wzbudzają we mnie zaufania, i pozwoli pani, że powiem…

– Wybiera się, co można – przerwała Edith Edgerton śmiejąc się. – Stan nasz majątkowy nie pozwala nam na towarzystwo książęce.

– Nie potrzeba być księciem, aby być więcej wartym od przyszłych pani towarzyszy. Będą panie zmuszone rozstać się z nimi przy pierwszym postoju, jestem tego pewien.

– Jeżeli tak będzie, pojedziemy dalej same – rzekła Jane krótko.

Summy wzniósł ręce do nieba.

– Same… co panie myślą… Zginiecie w drodze!

– Dlaczego miałybyśmy być narażone na niebezpieczeństwo bardziej niż panowie? – odezwała się Jane wyniośle. – Co wy możecie zrobić, to i my również.

Nie ulegało wątpliwości, że zaciekła feministka broni nie złoży.

– Zapewne, zapewne – rzekł ustępliwy Summy. – Ale, widzi pani, rzecz w tem, że ani mój kuzyn, ani ja nie myślimy wcale własnemi siłami dostać się do Dawson City. Będziemy mieli przewodnika i to doskonałego, który pomoże nam swem doświadczeniem i dostarczy nam wszelkich niezbędnych przyborów.

Summy zatrzymał się i dodał głosem proszącym:

– Dlaczego nie miałyby panie skorzystać ze sposobności?

– Na jakich prawach?

– Na prawach gości – rzekł Summy z zapałem.

Jane wyciągnęła do niego rękę:

– Moja kuzynka i ja jesteśmy panu niezmiernie wdzięczne za tę szlachetną propozycję, lecz przyjąć jej nie możemy. Nasze środki, choć skromne, wystarczą nam, postanowiłyśmy zatem zadowolić się niemi i nie zaciągać długu wdzięczności względem nikogo, dopóki nie zmusi nas do tego ostateczność.

Słowa te wypowiedziane były głosem tak stanowczym, że o ustępstwie nie mogło być mowy. Jane Edgerton nie przestraszały wcale niebezpieczeństwa podróży, przeciwnie, z dumą myślała, że je zwalczać będzie sama.

Dodała więc, zwracając się do Ben Raddle’a:

– Czy nie mam słuszności, panie Raddle?

– Najzupełniej, miss Jane – oświadczył Ben Raddle, nie zwracając uwagi na zrozpaczone ruchy kuzyna.

Jakoż w istocie zaraz po przybyciu do Skagway Ben Raddle zapewnił sobie możność dostania się do stolicy Klondike. Stosując się do wskazówek danych mu w Montrealu, wynalazł poleconego przewodnika niejakiego Bill Stell’a i z nim zawarł umowę.

Bill Stell, rodem z Kanady, był biegły w swym zawodzie. Pełnił on funkcję wywiadowcy przy wojsku kanadyjskiem przez lat wiele i brał czynny udział w walkach Kanady z Indjanami. Miano go za człowieka niezmiernie odważnego i energicznego.

Obecnie eskortował emigrantów udających się do Klondike na eksploatację. Nie był on jeno przewodnikiem, lecz przywódcą karawany i właścicielem rynsztunku, potrzebnego dla tych uciążliwych podróży. Posiadał łodzie i załogę do przejazdu jezior, sanki i psy do przebycia zamarzniętych równin, ciągnących się poza wąwozami Chilkoot’u. Równocześnie dostarczał pożywienia karawanie, którą prowadził.

Wiedząc o tem wszystkiem Ben Raddle nie czynił większych zapasów w Vancouver. Był spokojny, że Bill Stell dostarczy mu potrzebnych rzeczy i postanowił umówić się z nim co do swej podróży w obie strony.

Ben Raddle, nazajutrz po przybyciu do Skagway, udał się do domu przewodnika, lecz powiedziano mu, że jest nieobecny, gdyż podjął się przeprowadzić pewną karawanę od White Pass aż do krańca jeziora Bennet. Dodano wszakże, że wyruszył dziesięć dni temu, więc o ile nie stanie mu co na przeszkodzie, powinien być rychło zpowrotem.

Tak też było w istocie i 25 kwietnia, rankiem, Ben Raddle i Summy Skim mogli się już widzieć z Bill Stell’em.

Wywiadowca, wzrostu średniego, z twarzą okoloną siwiejącym zarostem i krótko ostrzyżonemi twardemi włosami, spojrzeniem stanowczem i przenikliwem, lat pięćdziesięciu, miał zdrowie żelazne i wygląd niezmiernie uczciwy i sympatyczny.

W ciągu swej długoletniej służby w wojsku kanadyjskiem, przyzwyczaił się do ostrożności czujności i roztropności. Nie możnaby go łatwo oszukać. Równocześnie będąc filozofem na swój sposób, brał życie z pogodnej strony i zadowolony ze swego losu, nie myślał wcale wstępować w ślady tych, którym ułatwiał dostanie się do terenów złotodajnych. Zresztą, czyż długoletnie doświadczenie nie przekonało go, że wielu z nich ginęło wśród trudów, lub wracało biedniejszymi niż przedtem?

Ben Raddle powiedział Bill Stell’owi o swym zamiarze udania się do Dawson City w jak najkrótszym czasie.

– Dobrze, panie – rzekł wywiadowca. – Jestem na usługi pańskie. Mój zawód jest przeprowadzanie podróżnych i jestem do tego stosownie zaopatrzony.

– Wiem o tem – potwierdził Ben Raddle – jak również i o tem, że można liczyć na was.

– Pan zapewne pozostanie w Dawson City tylko kilka tygodni?

– To możliwe.

– A zatem nie o eksploatację działki chodzi?

– Nie wiem. Narazie chcemy sprzedać tę, którą posiadamy, czyli mój kuzyn i ja, a raczej, którą odziedziczyliśmy niedawno. Proponują nam jej nabycie, ale zanim ją odstąpimy, chcielibyśmy się przekonać, ile jest warta.

– To bardzo przezornie. W tego rodzaju sprawach nie brak podstępów. Trzeba się mieć na baczności.

– Dlatego też przedsięwzięliśmy tę podróż.

– A jak panowie sprzedadzą działkę, czy powrócicie do Montrealu?

– Mamy ten zamiar. Mam nadzieję, że jak nas zawieziesz, tak nas będziesz prowadził zpowrotem.

– Porozumiemy się w tym względzie – rzekł Bill Stell. – Nie mam zwyczaju żądać za wiele i zaraz przedstawię panu swoje warunki.

Podróż trwać miała trzydzieści do trzydziestu pięciu dni. Wywiadowca podjął się dostarczyć koni lub mułów, psów i sanek, łodzi i namiotów. Oprócz tego dostarczyć miał pożywienia dla swej karawany, a można było polegać na nim, nikt bowiem nie znał tak dobrze jak on wszystkich potrzeb długiej przeprawy przez tę pustą krainę.

Ponieważ kuzynowie nie mieli z sobą narzędzi do przewozu, więc wywiadowca zażądał ogółem za podróż od Skagway do Dawson City tysiąc osiemset franków i tyleż za powrót.

Ben Raddle zapłacił bez targu, co było rzeczą zbyteczną z tak sumiennym człowiekiem, jakim był Bill Stell. Zresztą w tym czasie koszty przewozu i to tylko do okolicy jezior były dość znaczne z powodu uciążliwych warunków obu dróg istniejących; płaciło się cztery do pięciu centów za funt bagażu przewiezionego jedną drogą; drugą – sześć do siedmiu. Suma więc, którą zażądał Bill Stell, była bardzo umiarkowana.

– A zatem jedziemy – rzekł – ale nie zapomnij, że chcielibyśmy wyruszyć w drogę w jak najkrótszym czasie.

– Za dwie doby będę gotów – odpowiedział wywiadowca.

– Czy musimy przeprawić się statkiem do Dyea? – pytał Ben Raddle.

– Niema potrzeby. Ponieważ panowie nie wiozą z sobą rynsztunku, zdaje mi się, że dogodniej będzie wyruszyć prosto ze Skagway.

Obecnie pozostawało tylko wybrać drogę poprzez część górzystą, która poprzedza okolicę jezior, a jest najtrudniejszą do przebycia.

– Istnieją dwie drogi, a raczej dwa „ślady” – objaśniał Bill Stell. – White Pass i przejście przez Chilkoot. Po ich przebyciu można się dostać albo do jeziora Bennet, albo też do jeziora Lindeman.

– Której drogi będziemy się trzymali?

– Drogi przez Chilkoot. Stamtąd udamy się w prostym kierunku do jeziora Lindeman, zatrzymując się w Sheep Camp, gdzie można znaleźć nocleg i pożywienie i gdzie znajduje się mój tabor. Oszczędza mi to trudu przewożenia go do Skagway przez góry.

– Liczymy na twoje doświadczenie i ufamy ci w zupełności – zakończył Ben Raddle. – Jesteśmy gotowi wyruszyć, skoro nas zawiadomisz.

– Za dwa dni, jak powiedziałem – odparł Bill Stell. – Ruszymy wczesnym rankiem, a z nadejściem nocy będziemy niedaleko szczytu Chilkoot’u.

– Jaka jest wysokość tej góry?

– Trzy tysiące stóp mniej więcej. Nie jest ona tak bardzo wysoka. Tylko przejście jest wąskie, kręte i dostać się niem jest trudno z powodu licznej rzeszy emigrantów ciągnących swe pojazdy i zaprzęgi, nie mówiąc już o śniegach, które tamują dostęp.

Zdawało się, że już wszystko jest załatwione, tymczasem Ben Raddle nie odchodził.

– Jeszcze słówko – rzekł. – Czy mógłbyś mi powiedzieć, o ile powiększyłbyś cenę, gdyby, przypadkiem, towarzyszyć nam miały dwie podróżniczki?

– To zależy ile mają bagażu?

– Bardzo mało.

– W takim razie wyniesie to pięć do siedmiuset franków zależnie od rodzaju i wagi pakunków, licząc w to już utrzymanie.

– Dziękuję, zobaczymy – rzekł Ben Raddle żegnając się z wywiadowcą.

W drodze do hotelu Summy Skim wyraził kuzynowi zdziwienie, jakie wywołało w nim ostatnie pytanie zadane przewodnikowi. Wszak nie mógł myśleć o nikim innym, jak tylko o Edith i Jane Edgerton…

– Tak, w istocie – przyznał Ben.

– Przecież wiesz, że odmówiły stanowczo i to za twem potwierdzeniem.

– To prawda.

– Odmowa była wypowiedziana w tonie tak kategorycznym, że niema co ponawiać propozycji.

– Bo nie umiałeś się wziąć do tego, kuzynie – rzekł Ben spokojnie. – Zostaw mi tę sprawę, a zobaczysz, że pójdzie lepiej.

Po powrocie do hotelu Ben w towarzystwie zaciekawionego Summy’ego poszedł na poszukiwanie kuzynek. Znalazłszy je w reading-room, zagadnął Jane śmiało i bez ogródek:

– Miss Edgerton, chcę zaproponować pani pewien interes.

– Jaki? – spytała Jane, bynajmniej nie zdziwiona tym wstępem.

– Zaraz powiem o co chodzi – rzekł Ben spokojnie. – Mój kuzyn zaproponował paniom wczoraj, abyśmy razem odbyli podróż do Dawson City. Zganiłem go za to, gdyż obecność pań przyczyniłaby się do zwiększenia kosztów o siedmset franków w przybliżeniu, a ponieważ jestem człowiekiem obrotnym, więc uważam że każdy dolar powinien przynieść drugi lub kilka innych. Na szczęście panie od tej propozycji uchyliły się.

– Istotnie – rzekła Jane. – A następnie?

– Musi mi pani jednak przyznać, że narażacie się panie na wielkie niebezpieczeństwa i że propozycja mojego kuzyna byłaby ułatwiła wam podróż.

– Nie zaprzeczam – przyznała Jane. – Lecz…

– A zatem – ciągnął dalej Ben, nie zwracając uwagi na słowa Jane – powtarzam, że nasza pomoc byłaby bardzo pożądana. Umknęłyby panie różnych niepotrzebnych opóźnień i dostałyby się panie w samą porę do kopalni. Jeżeli pani zgodzi się na moją propozycję zwiększą się dla pani szanse powodzenia, a ponieważ ja się do tego przyczynię, sprawiedliwą będzie rzeczą, abym i ja na tem skorzystał. Otóż proponuję pani zajęcie się jej przewozem do Dawson City za udział w jej przyszłych zyskach w stosunku dziesięciu procent.

Jane napozór nie była wcale zdziwiona tą osobliwą propozycją. Wszak interes to rzecz całkiem naturalna. Jeżeli się wahała z odpowiedzią, to tylko dlatego że dziesiąty procent wydał jej się za duży. Ale droga do stolicy Klondike jest długa i bardzo uciążliwa, odwaga zaś nie wyklucza zdrowego rozsądku.

– Zgadzam się – rzekła po chwili. – Jeżeli pan chce, zaraz możemy zawrzeć piśmienną umowę.

– Miałem właśnie zamiar mówić o tem – rzekł Ben z powagą i siadając przy stole, zaczął pisać co następuje pod badawczem spojrzeniem nowej wspólniczki:

„Niżej podpisani:

„1° Panna Jane Edgerton, poszukiwaczka złota zamieszkała…

– Ale gdzie pani zamieszka? – zapytał.

– Niech pan pisze: Dawson City, szpital.

Ben Raddle zaczął znów pisać:

„ …Dawson City, szpital.... i

„2° Pan Ben Raddle, inżynier zamieszkały w Montrealu, 29, przy ulicy Jacques Cartier zawarli umowę następującą:

·· · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Stojący przy stole Edith i Summy zamienili znaczące spojrzenia. Wzrok Summy’ego wyrażał radość, Edith’y – miłe wzruszenie, wdzięczne dziewczę bowiem domyślało się szlachetnego podstępu.



VII.

Chilkoot.

Bill Stell miał słuszność, przekładając przejście przez Chilkoot nad White Pass. Wprawdzie droga przez White Pass zaczyna się tuż za miastem Skagway, podczas gdy droga na Chilkoot prowadzi dopiero od Dyea; ale po przejściu White Pass pozostaje jeszcze blisko ośm mil i to niezmiernie uciążliwych do przebycia, do jeziora Bennet; tymczasem szesnaście kilometrów tylko dzieli Chilkoot od jeziora Lindeman, którym łatwo dostać się można do górnego krańca jeziora Bennet, oddalonego o trzy kilometry.

To zaś, że Chilkoot posiada pochyłość tysiąc stóp liczącą, prawie prostopadłą do przebycia, nie przerażało podróżnych nie mających z sobą żadnego ciężkiego ładunku. Poza Chilkoot’em droga do jeziora Lindeman była dostatecznie wygodną, trudna zatem przeprawa przez górzystą część kraju mogła opłacić im się w zupełności.

'The Golden Volcano' by George Roux 19

Wśród śnieżnych zawiei... rozmaitego rodzaju pojazdy jechały, ślizgały się lub przewracały...

Dwudziestego siódmego kwietnia, o szóstej rano Bill Stell dał hasło wyjazdu. Edith i Jane Edgerton, Summy Skim i Ben Raddle, wywiadowca i sześciu jego ludzi opuścili Skagway, dążąc drogą na Chilkoot. Dwoje sanek ciągnionych mułami, doprowadzić ich miały do południowego krańca jeziora Lindeman, którą Bill Stell wybrał jako miejsce swej głównej kwatery. Przejazd ten przy najlepszych warunkach mógł trwać najmniej trzy do czterech dni.

Na jednych sankach złożono bagaże. Na drugich usadowiono panny, zabezpieczając je od ostrego podmuchu wiatru futrami i kocami. Nie spodziewały się wcale tak wygodnej jazdy, to też Edith kilkakrotnie wychylała zaróżowiony nosek, aby wyrazić swe podziękowanie Summy Skim’owi, który udawał, że nic nie słyszy.

Ben Raddle i on byli aż nadto szczęśliwi, że mogli im oddać tę przysługę. Sami zaś rozkoszowali się ich towarzystwem w tej strasznej podróży. Nawet Bill Stell był niemi zachwycony.

Zresztą wywiadowca nie ukrywał przed Edith’ą, że w Dawson City oczekują na nią niecierpliwie. Szpital był przepełniony, a kilka pielęgniarek zapadło na zdrowiu z powodu grasujących w mieście epidemij.

Przeważnie tyfus zabierał liczne ofiary szczególnie wśród immigrantów, którzy przybywali wyczerpani, o ile nie zmarli w drodze.

– Miły kraj, niema co mówić! – zauważył Summy Skim. – My przynajmniej powrócimy, ale te dwie młode kobiety, narażone na tyle niebezpieczeństw, może nie powrócą!…

Na drogę do Chilkoot nie zabrano pożywienia dla zmniejszenia wagi bagażu. Wywiadowca wiedział, że w „lodgins” czyli w zajazdach w najpierwotniejszem znaczeniu tego słowa, można było się pożywić, a w razie potrzeby nawet przespać. Wprawdzie kosztowało to bardzo drogo. Za łóżko złożone z prostej deski płacono pół dolara, za strawę składającą się niezmiennie ze słoniny i zaledwie wypieczonego chleba – dolara.

Na szczęście z tych bardzo względnych wygód nie miano korzystać zbyt długo, gdyż warunki podróży powinny się były zmienić wraz z dostaniem się do strefy jezior.

Powietrze było zimne, termometr wskazywał stale 10 stopni poniżej zera przy mroźnym wietrze. Przynajmniej sanki mogły sunąć prędko po zmarzniętym śniegu. Zato muły, psy, konie, woły, renifery padały w wielkiej ilości, i przejście Chilkoot’u zasłane było ich trupami.

Ze Skagway’u wywiadowca poprowadził podróżnych do Dyea, trzymając się wybrzeża wschodniego cieśniny. Jego sanki, mniej obciążone niż sanki innych emigrantów, dążących tą samą drogą, mogły były z łatwością je wyprzedzić. Lecz nagromadzenie ich było tak znaczne, że stanowiło ono trudność nie do przezwyciężenia. Wśród śnieżnych zawiei, dochodzących do przeraźliwej mocy w tych wąwozach, rozmaitego rodzaju pojazdy jechały, ślizgały się lub przewracały, zwierzęta nie chciały ruszać z miejsca pomimo razów i krzyków, podróżni zaś przemocą torowali sobie drogę, lub używali wszelkich sił, aby się temu przeciwstawić, bagaże zdejmowano i ładowano zpowrotem. Z tego powodu powstawały kłótnie i utarczki, którym towarzyszyły wymyślania i razy, a często nawet strzały rewolwerowe. Wobec tych przeszkód nie do przezwyciężenia podróżni nasi musieli zwolnić kroku, stosując się do innych. Oprócz tego przewodnicy tracili sporo czasu na doprowadzenie do porządku plączących się zaprzęgów półdzikich psów, które wyły rozpaczliwie.

Odległość Skagway’u od przejścia Chilkoot’u jest mała i pomimo napotykanych trudności przebywa się ją w kilka godzin. To też karawana wywiadowcy zatrzymała się przed dwunastą w Dyea.

Dyea składała się wtedy tylko z kilku chatek zbudowanych na końcu cieśniny. Ale trzy tysiące emigrantów zaległo w tym zaczątku miasta przy wyjściu przejścia Chilkoot’u.

Bill Stell, chcąc skorzystać z mroźnej pogody, wybrał się w drogę jak najwcześniej. O dwunastej wyruszono z Dyea, Ben Raddle i Summy Skim pieszo, panny w sankach. Przed nimi roztaczał się wspaniały widok tej dzikiej przyrody przy każdym zakręcie wąwozu. Trudno było nie podziwiać tych kęp, jodeł i brzóz, pokrytych szronem, wznoszących swe wierzchołki do szczytów górskich, tych rwących potoków, których mróz nie zdołał dotknąć, tak szybko staczały się do przepaści nieprzeniknionych wzrokiem.

'The Golden Volcano' by George Roux 20

Sheep Camp oddalone było tylko o cztery mile. Za kilka godzin mieli tam stanąć, pomimo że droga ostro pięła się w górę i sanki zatrzymywały się często tak, że powożący popędzali je z trudem.

Ben Raddle i Summy Skim, idąc obok wywiadowcy, rozmawiali z nim, zadając mu różne pytania.

– Mam nadzieję – rzekł Bill Stell – że około piątej, a najdalej szóstej będziemy w Sheep Camp. Zatrzymamy się tam do rana.

– Czy zastaniemy tam jaki zajazd, aby nasze towarzyszki mogły odpocząć? – spytał Summy Skim.

– Owszem – odpowiedział wywiadowca – wszak jest to miejsce postoju dla immigrantów.

– Ale czy znajdziemy wolne miejsce?

– Niewiadomo. Zresztą te zajazdy nie są bynajmniej zachęcające. Może lepiej będzie rozłożyć namioty?

– Panowie – odezwała się Edith, słysząc prowadzoną rozmowę – nie chciałybyśmy sprawiać wam kłopotu.

– Kłopotu? – rzekł Summy Skim. – W czemże mogłyby nam panie przysporzyć kłopotu. Mamy dwa namioty. W jednym pomieszczą się panie, w drugim – my.

– Mamy również dwa piecyki – dodał Bill Stell – które ogrzewać będą namioty do rana, więc zimna nie mamy się czego obawiać.

– Doskonale – odezwała się zkolei Jane. – Lecz proszę nas nie oszczędzać. Nie jesteśmy tu gośćmi, ale wspólniczkami, nie zasługującemi ani na mniejsze ani większe względy od innych. Jeżeli trzeba będzie jechać w nocy, pojedziemy. Chcemy być traktowane narówni z mężczyznami, a każde ustępstwo byłoby dla nas obrazą.

– Niech panie będą spokojne – odparł Summy Skim, śmiejąc się – i niech panie będą pewne, że nie oszczędzimy im ani niewygód ani zmęczenia. W razie potrzeby przysporzymy ich nawet!

O szóstej podróżnicy stanęli w Sheep Camp. Zwierzęta pociągowe były zmordowane, zluzowano je tedy i nakarmiono.

'The Golden Volcano' by George Roux 21

Bill Stell nie mylił się, mówiąc, że zajazdy tej wioski były pozbawione wszelkich wygód i że będą przepełnione. Nie zastanawiając się więc długo, wywiadowca rozpiął namioty pod osłoną drzew, w pewnej odległości od Sheep Camp, zdala od hałaśliwej ciżby.

Edith i Jane tym razem odegrały pierwszą rolę. W mgnieniu oka zabrały koce i futra z sanek, zamieniając je w miękkie posłania, na rozpalonych zaś piecykach przyrządziły kawę i herbatę. Gorące te napoje okazały się wielce pożądane przy zimnem mięsiwie. Po posiłku panowie zapalili fajki, i reszta wieczoru przeszła mile, pomimo, że na dworze termometr wskazywał 17 stopni mrozu.

Ale zato ci, którzy nie znaleźli schroniska w Sheep Camp, jakże cierpieć musieli! Ileż kobiet i dzieci, wyczerpanych już w początku podróży, miało nie doczekać jej kresu!

Wywiadowca oświadczył, że wyruszą ze świtem, aby wyprzedzić ciżbę w drodze. Powietrze było pogodne, choć mroźne. Lecz gdyby nawet termometr spadł był jeszcze niżej, było to bardziej pożądane od zawiei śnieżnych lub gwałtownych wichrów, tak groźnych na północy Ameryki.

Namiot Jane i Edith był już zwinięty, gdy dwaj kuzynowie wyszli ze swego. Zabrano się natychmiast do przyrządzania kawy, a po jej wypiciu zwinięto drugi namiot. Poczem cały dobytek bez pomocy męskiej złożono wkrótce na sanki i to w ten sposób, że każdy przedmiot zajmował jak najmniej miejsca i mógł być wyjęty bez naruszenia porządku. Ben Raddle, Summy Skim i sam Bill Stell byli zachwyceni tem mistrzostwem. Ben Raddle nawet widząc ulepszoną metodę „wspólniczek”, zaczął się zastanawiać, czy umowa zawarta w celu szlachetnym, nie zamieni się ostatecznie w doskonały interes.

Summy zaś podziwiał w osłupieniu robotę młodych panien, towarzysząc im krok w krok z rękoma próżnemi, gdyż spóźnionym jego usługom odmawiano ze śmiechem.

Wreszcie wyruszono w drogę, lecz nie posuwano się szybciej aniżeli wczoraj, pochyłość bowiem stawała się coraz uciążliwsza, w miarę jak dosięgali szczytu góry. Silne muły zaledwie zdołały ciągnąć sanki po tym gruncie nierównym, kamienistym, który w razie odwilży jest nie do przebycia.

Po drodze spotykali tę samą ciżbę hałaśliwą, te same przeszkody tak utrudniające przejście Chilkoot’u, to samo nagromadzenie sanek, które zmuszało do bardzo nieraz długiego postoju, a niekiedy nawet do walki na pięście o możność dalszego podróżowania.

Na zboczach ścieżki leżały trupy mułów coraz liczniejsze w miarę, jak posuwano się wyżej. Zwierzęta te padały, jedne po drugich, z zimna, zmęczenia i głodu, a psy w uprzęży, unosząc z sobą sanki, pomimo wysiłków powożących, rzucały się na ten żer niespodziewany z wyciem i zajadłością.

Widowisko jeszcze smutniejsze przedstawiały ciała emigrantów, poległych wskutek zimna i wyczerpania, a porzuconych pod drzewami lub na dnie przepaści. Z pod warstwy śnieżnej wystawały nogi, ręce, czasem jakaś część ubrania, wskazując na ich szczątki, które uniesie pierwszy wiatr wiosenny. Z początku oko przerażone mimowoli spoglądało na te groby opuszczone, powoli jednak przyzwyczajenie brało górę i widok opłakany tracił na swej grozie.

Niekiedy rodziny całe, mężczyźni, kobiety, dzieci, zatrzymywały się, nie mogąc iść dalej, nie wzbudzając w nikim litości. Edith i Jane, jak również ich towarzysze, starali się pomóc tym biedakom, pojąc ich kroplami wódki. Ale cóż to znaczyło dla tych nieszczęśliwych? Wkrótce trzeba było pozostawić ich na pastwę losu, i kroczyć dalej tą ścieżką cmentarną.

Co pięć minut zatrzymywali się to dla wypoczynku mułów, to z powodu nagromadzenia sanek i ludzi. W niektórych miejscach wąwóz stawał się tak wąski, że dobytek niektórych emigrantów nie mógł się w nim pomieścić. Główne części łodzi składanych większe były od szerokości ścieżki. Musiano je zdejmować z sanek i ciągnąć pojedynczo z pomocą mułów. Stąd znaczne opóźnienie dla innych podróżnych.

'The Golden Volcano' by George Roux 22

W innych znów miejscach pochyłość była tak stroma, że kąt jej nachylenia przekraczał czterdzieści pięć stopni. Pomimo okucia zastosowanego do lodu, zwierzęta stawały, nie chcąc ciągnąć dalej; dopiero przy pomocy nawoływań i bicia można je było zniewolić do dalszej drogi, na której żelazne ich podkowy zostawiały głębokie ślady na zmarzniętej warstwie śniegu, zroszonej kroplami krwi.

Około piątej wywiadowca zatrzymał karawanę. Wyczerpane muły nie były już zdolne do dalszej drogi, pomimo że wiozły ciężary względnie mniejsze od wielu innych. Z prawej strony wąwozu ciągnął się niewielki parów, w którym rosły gęsto iglaste drzewa. Pod ich osłoną namioty mogły znaleźć zabezpieczenie przed wichrem gwałtownym, którego należało się spodziewać wskutek podniesienia się temperatury.

Bill Stell nieraz spędzał noc w tym parowie. I obecnie zarządził tam obozowanie.

– Czy przewidujesz burzę? – spytał Ben Raddle.

– Tak, w nocy – odpowiedział wywiadowca; – musimy zabezpieczyć się wszelkim możliwym sposobem przed temi śnieżnemi burzami, które wpadają tu jak w lejek.

– Ale – zauważył Summy Skim – dzięki położeniu tego parowu będziemy tu bezpieczni.

– Dlatego też go wybrałem – rzekł Bill Stell

Wywiadowca się nie mylił. Zawieja, trwająca od siódmej wieczorem do piątej rano, była straszna. Kłęby śniegu nie pozwalały dojrzeć nic na odległość dwu metrów. Z trudnością utrzymywano ogień w piecykach, wiatr bowiem spędzał dym do środka, a zbieranie drzewa wśród tej nawałnicy nie było rzeczą łatwą. Jeżeli namioty wytrzymały siłę wiatru, to tylko dzięki czuwaniu obydwu kuzynów, którzy drżeli na myśl, że namiot dziewcząt może być zerwany.

Taki los spotkał większą część namiotów rozpiętych poza parowem, a gdy dzień nastał, można się było przekonać jak znaczne szkody wyrządziła burza. Porwane zaprzęgi, rozrzucone we wszystkich kierunkach, poprzewracane sanie, niektóre z nich zaniesione na dno przepaści, otaczających drogę, i w których znajdowały się rwące potoki, rodziny we łzach, błagające o pomoc, której dać nie było w mocy niczyjej: oto obraz tej prawdziwej klęski.

– Biedni ludzie… biedni ludzie! – szeptały panny. – Co się z nimi stanie?

– Nie nasza to rzecz – rzekł opryskliwie wywiadowca, ukrywając bezsilność swego wzruszenia pod pozorną nieczułością – a ponieważ jesteśmy bezradni w tym względzie, najlepiej będzie, jak oddalimy się stąd najprędzej.

Nie zwlekając też karawana wyruszyła w drogę.

Po burzy, z nagłością zwykłą w tych stronach północnych, wiatr zmienił kierunek i począł dąć z północo-wschodu, temperatura zaś spadła do 12° poniżej zera. Gruba warstwa śniegu, pokrywająca grunt, zamarzła niebawem.

Wygląd krajobrazu zmienił się. Poza pochyłością zamiast lasów widniały rozległe białe równiny, których blask oślepiał. Podróżni niezaopatrzeni w niebieskie szkła, zmuszeni są do posypywania rzęs i powiek węglem drzewnym.

Ben Raddle i Summy Skim, idąc za radą wywiadowcy, zastosowali ten środek, lecz nie mogli namówić Edith i Jane, aby poszły za ich przykładem.

– W jaki sposób będzie pani poszukiwała złota, miss Jane, jeżeli będzie pani cierpiała na zapalenie oczu? – nalegał Ben.

– A co będzie z pielęgnowaniem chorych, miss Edith – dodał Summy – a choćby tylko z nami, jestem bowiem przekonany, że jakieś nieszczęście nas spotka w tym djabelskim kraju i że pani będzie naszą pielęgniarką prędzej czy później w szpitalu Dawson City.

Wymowa obu kuzynów nie odniosła żadnego skutku. Panny wolały zasłonić się kapturami i zrezygnować chwilowo z użytku swego wzroku, niż oszpecać oczy w ten sposób. Mogło to służyć dowodem, że nawet u najbardziej wojowniczej feministki kokieterja praw swych nie traci.

29 kwietnia, wieczorem, karawana zatrzymała się na szczycie Chilkoot’u, gdzie wywiadowca rozłożył obóz. Nazajutrz miano przygotować się odpowiednio do zejścia z północnego stoku góry.

W tem miejscu odkrytem i narażonem na wszelkie zmiany temperatury, zgromadziło się przeszło trzy tysiące emigrantów. Tu urządzają oni „kryjówki”, w których chowają część swego dobytku. Istotnie, zejście z góry jest tak trudne, że można je uskutecznić bez wypadku, tylko wioząc z sobą małe ciężary. To też wszyscy ci szaleńcy, którym miraż Klondike’u dodaje energji i wytrwałości nadludzkiej, zjeżdżają z góry z jednym pakunkiem, zostawiając go u podnóża góry, wracają po drugi i robią to piętnaście do dwudziestu razy w razie potrzeby, w ciągu nieskończonej ilości dni. W tych wypadkach psy oddają nieocenione usługi, czy to ciągnąc sanki czy też proste wołowe skóry, które łatwiej ślizgają się po śnieżnej zamarzniętej pochyłości.

Większa część emigrantów, nie zważając na wiatr północny, dmący z całą gwałtownością, i narażając się na tysiączne cierpienia przy zejściu ze wzgórza, zatrzymała się na północnym grzebieniu wąwozu.

Stąd nieszczęśliwi ci ludzie widzieli, lub zdawało im się, że widzą, przed sobą równiny Klondike’u. Rozciągała się u ich stóp ta ziemia bajeczna przeobrażona w ich podnieconej wyobraźni w olbrzymie pole złota, gdzie kiełkowało dla nich i tylko dla nich samych bogactwo nieskończone, potęga nadludzka! I cała ich dusza wyrywała się do tej tajemniczej północy, niesiona mocą swej żądzy, siłą snu cudownego, z którego ocknie się większa część pod wpływem strasznego przebudzenia!

Bill Stell i jego karawana należeli do uprzywilejowanych, nie potrzebujących wracać kilkakrotnie, a tem samem urządzać sobie kryjówek na szczycie Chilkoot’u. Dostawszy się na równinę, podążą wprost do krańców jeziora Lindeman, odległego stąd o kilka mil zaledwie.

Tymczasem rozłożyli się obozem jak zwykle. Ale ostatnią noc spędzili w najgorszych warunkach. Niespodziewanie temperatura się podniosła i burza szaleć zaczęła z całą gwałtownością. Namioty, nie mając zasłony parowu, zostały kilkakrotnie uniesione z kołków, tak że trzeba je było zwinąć, aby nie zostały porwane przez śnieżną zawieję. Musiano zawinąć się w koce i czekać nadejścia świtu.

– Doprawdy – myślał Summy Skim – cała filozofja i wszyscy jej przedstawiciele starożytni i nowocześni nie wystarczyliby, aby uzbroić człowieka w cierpliwość wobec okropności podobnej podróży, szczególniej, jeżeli się nie jest do niej zmuszonym!

W rzadkich przerwach burzy rozlegały się krzyki bólu i trwogi, lub najstraszniejsze przekleństwa. Jękom ludzkim wtórowało szczekanie, ryk, rżenie zwierząt, błądzących po płaskowzgórzu.

Wreszcie świt nastał. Bill Stell dał hasło odjazdu. Zamiast mułów psy zostały zaprzężone do sanek, nikt jednak na nich nie jechał. Ruszono niebawem.

'The Golden Volcano' by George Roux 23

Droga, dzięki doświadczeniu wywiadowcy, obyła się bez wypadku, choć nie bez trudu. Dostano się szczęśliwie do równiny, leżącej u wyjścia przełęczy Chilkoot. Pogoda sprzyjała. Wiatr zmienił kierunek na wschód, temperatura się podniosła, choć na szczęście pozostawała poniżej zera, odwilż bowiem utrudniłaby znacznie drogę.

U podnóża góry czekali obozem emigranci na zdążający za nimi ładunek. Miejsca było dość i liczba zebranych była mniejsza niż na płaskowzgórzu. Naokoło ciągnęły się lasy, osłaniające namioty.

Podróżni nasi przepędzili tu noc. Nazajutrz wyruszyli w drogę do południowego krańca jeziora Lindeman, dokąd przybyli bez wielkiego trudu około południa.



VIII.

Ku północy.

Całe popołudnie dnia tego poświęcono na odpoczynek. Zresztą musiano się przygotować do przeprawy przez jeziora, do czego wziął się wywiadowca bezzwłocznie. Bill Stell był nieoceniony i Summy Skim i Ben Raddle mogli sobie powinszować wyboru tak przezornego i doświadczonego przewodnika.

Tabor Bill Stell’a złożony był u krańca jeziora Lindeman w obozowisku, w którem znajdowały się obecnie tysiące emigrantów. Miał on tam mały domek z drzewa, składający się z kilku izb dobrze zaopatrzonych, do którego przylegały składy na sanki i inne przewozowe pojazdy. Wtyle znajdowały się obory i stajnie dla zwierząt pociągowych.

W tym czasie droga przez Chilkoot zaczynała być bardziej uczęszczana niż droga na White Pass, pomimo że White Pass prowadzi prosto do jeziora Benett, omijając jezioro Lindeman. Przejazd przez to jezioro, czy było ono zamarznięte, czy też nie, był łatwiejszy, niż przez rozległe równiny i liczne wzgórza, dzielące White Pass od południowego wybrzeża jeziora Benett. Miejsce zatem wybrane przez wywiadowcę nabierało z dnia na dzień większego znaczenia i przedstawiało interes daleko pewniejszy, niż eksploatacja pokładów Klondike.

Bill Stell zresztą nie był jedynym w swym zawodzie. Nie brakło mu współzawodników, zarówno przy jeziorze Lindeman, jak też przy jeziorze Benett. Można jednak było śmiało twierdzić, że tych przedsiębiorców pochodzenia amerykańskiego czy kanadyjskiego, było jeszcze za mało, zważywszy napływ emigrantów w tej porze roku.

Wprawdzie wielka liczba podróżnych nie udawała się ani do wywiadowcy ani do jego kolegów ze względów oszczędnościowych. Lecz zato musieli sami myśleć o przewozie swego ładunku od Skagway, o naładowywaniu na sanki łodzi składanych z drzewa lub blachy, a widzieliśmy, z jakim trudem przeprawiali się oni przez góry Chilkoot’u wraz ze swym ciężkim balastem. To samo ich miało czekać przez White Pass, i zarówno tu jak tam większa część ładunku ulegnie zapewne zniszczeniu.

Niektórzy jednak, chcąc uniknąć kłopotu lub kosztów przewozu łódek, wolą nabyć je na miejscu lub budować je sami. W tej lesistej okolicy na materjale drzewnym nie zbywa, a nawet kilka warsztatów i tartaków funkcjonuje około obozowiska przy jeziorze Lindeman.

Skoro Bill Stell zjawił się ze swoją karawaną, na jego spotkanie wyszli pomocnicy, kilku ludzi, których używał jako sterników, prowadzących łodzie od jeziora do jeziora aż do samego Yukonu. Można było ufać ich sprawności; obznajmieni byli w zupełności z tą trudną żeglugą.

Temperatura znów się obniżyła, przeto podróżni nasi byli bardzo zadowoleni z izb wygodnych, które były do ich rozporządzenia w domku wywiadowcy.

Po krótkim odpoczynku zebrali się wszyscy we wspólnej izbie, gdzie panowało miłe ciepło.

– Uf! – rzekł Summy, siadając. – Najgorsze jest przebyte!

– Hm. – odezwał się Bill Stell. – Co do trudów… tak, być może… i to jeszcze! Nie przeszkadza jednak, że mamy przed sobą kilkaset mil do przebycia, zanim dostaniemy się do Klondike.

– Wiem o tem, dzielny Bill’u – odrzekł Summy Skim – ale przypuszczam, że ta druga część podróży odbędzie się bez niebezpieczeństw i zmęczenia.

– W czem się pan myli – odparł wywiadowca.

– A przecież będziemy tylko płynęli jeziorami, rzeczkami i rzekami.

– Byłoby tak w istocie, gdyby minęła pora zimowa. Na nieszczęście kra nie ruszyła jeszcze, a jak się pękanie lodów rozpocznie, łódź nasza będzie nieraz w niebezpieczeństwie wśród pływającej kry i nieraz będziemy zmuszeni do uciążliwego przenoszenia łodzi na ląd.

– Stanowczo, niemało tu roboty, aby turyści mieli przejazd wygodny w tym wstrętnym kraju!

– Przyjdzie to zczasem – rzekł Ben Raddle; – już teraz mówią o budowie kolei żelaznej. Podobno dwa tysiące ludzi ma być do tego użytych pod kierunkiem inżyniera Hawkins.

– Niech budują! – zawołał Summy Skim – ale mam nadzieję, że powrócę przedtem. Nie liczmy na tę przypuszczalną kolej, a lepiej zbadajmy, jeżeli chcecie, naszą drogę tak, jak się ona przedstawia obecnie.

Na te słowa wywiadowca rozłożył dość pierwotną mapę okolicy.

– Oto najpierw – mówił – jezioro Lindeman, które leży u podnóża Chilkoot’u i które mamy wzdłuż przepłynąć.

– Czy to długo potrwa? – spytał Summy Skim.

– Nie – odpowiedział wywiadowca – jeżeli jego powierzchnia jest całkiem zamarznięta lub też zupełnie bez lodu.

– A następnie? – spytał Ben Raddle.

– Następnie będziemy musieli ciągnąć łódź i bagaż pół mili do stacji jeziora Benett. Tam również czas trwania podróży zależy od temperatury, panowie zaś przekonali się, o ile może być ona zmienna z dnia na dzień.

– Istotnie – potwierdził Ben Raddle – zmienia się o dwadzieścia lub dwadzieścia pięć stopni, zależnie czy wiatr jest północny czy południowy.

– Słowem – dodał Bill Stell – potrzebna nam jest odwilż, ułatwiająca żeglugę, lub mróz, ścinający śnieg, po którym łódź ślizgałaby się jak sanki.

– Wreszcie – rzekł Summy Skim – dostajemy się do jeziora Benett…

– Ciągnie się – tłumaczył wywiadowca – dwanaście mil. Lecz przebyć go nie można prędzej niż w trzy dni z powodu koniecznych postojów.

– A poza tem czy trzeba ciągnąć jeszcze łódź po ziemi?

– Nie, gdyż potok Caribou, długi na milę, łączy jezioro Benett z jeziorem Tagish, które ciągnie się siedm czy ośm mil i wpada do jeziora Marsh tej samej prawie długości. Przepłynąwszy to jezioro, musimy przebyć rzeką dziewięć do dwunastu mil i podczas tej drogi spotykamy wodospady White Horse, trudne, a nieraz niebezpieczne do przebycia. Następnie dostajemy się do dopływu rzeki Tahkeena na początku jeziora Labarge. W tej części drogi nastąpić mogą największe opóźnienia, gdyż trzeba będzie płynąć wodospadami White Horse. Zdarzało mi się zatrzymać przez cały tydzień w górnej części jeziora Labarge.

– A czy to jezioro zdatne jest do żeglugi?

– Na całej długości swych trzynastu mil – odpowiedział Bill Stell.

– Słowem – zauważył Ben Raddle – wyjąwszy kilku przenoszeń łodzi lądem, zawiezie nas ona do Dawson City.

– Bezpośrednio – odpowiedział Bill Stell – a zważywszy wszystko, podróż wodą jest najłatwiejsza.

– A przez rzekę Lewis i rzekę Yukon – spytał Ben Raddle – jaka odległość dzieli jezioro Labarge od Klondike?

– Sto pięćdziesiąt mil w przybliżeniu, licząc w to zakręty.

– Widzę z tego, że daleko nam jeszcze do celu – zauważył Summy Skim.

– Zapewne – rzekł wywiadowca. – Skoro dostaniemy się do Lewis, przy północnym krańcu jeziora Labarge, będziemy dopiero w połowie drogi.

– A zatem – zakończył Summy Skim – przed tą długą podróżą nabierzmy sił, ponieważ zaś mamy sposobność spędzenia dobrej nocy na stacji przy jeziorze Lindeman, idźmy spać.

Istotnie, była to jedna z najlepszych nocy, którą spędzili kuzynowie od wyjazdu z Vancouver. Dobrze napalone piece utrzymywały miłe ciepło w domku starannie zaopatrzonym.

Nazajutrz 1-o maja o dziewiątej wyruszono w drogę. Wywiadowcy towarzyszyli niektórzy z jego ludzi, odbywający z nim drogę ze Skagway’u. Potrzebni mu byli do przewiezienia łodzi zamienionej w sanki, zanim popłyną jeziorami, a w dalszym ciągu rzekami Lewis i Yukon.

Zabrali sobie również i psy pociągowe rasy kanadyjskiej. Zwierzęta te, doskonale przystosowane do warunków kraju, mają łapy pozbawione sierści co czyni je podatnemi do biegania po śniegu bez obawy ugrzęźnięcia w nim. Nie można ich oswoić, to też przewodnicy musieli je poskramiać biczem.

Do karawany Bill Stell’a przyłączył się sternik, mający kierować przeprawą wodną. Był to Indjanin z Klondike, nazwiskiem Neluto, przydzielony do służby wywiadowcy od lat dziewięciu. Bardzo biegły w swym zawodzie, obznajmiony ze wszystkiemi niebezpieczeństwami żeglugi wzbudzał zupełne zaufanie. Zanim poznał się z wywiadowcą, oddawał liczne usługi Towarzystwu Zatoki Hudsońskiej, prowadząc poszukiwaczów futer przez te rozległe tereny. Znał dokładnie kraj cały, a nawet całą okolicę ciągnącą się poza Dawson City do Koła Polarnego.

Neluto umiał o tyle po angielsku, że z łatwością mógł się porozumieć. Zresztą poza rzeczami zawodowemi nie rozmawiał wcale i trzeba było wydobywać zeń każde słówko. Przyzwyczajony do klimatu klondiskiego, mógł był nieraz służyć swem doświadczeniem. To też Ben Raddle uważał za potrzebne spytać go, co myśli o czasie i czy pękanie lodów na jeziorach jest bliskie.

Neluto oświadczył, że nie przewiduje odwilży, ani pękania lodów przed dwoma tygodniami, o ile nie zajdzie gwałtowna zmiana atmosferyczna, co nie jest wykluczone w tych stronach północnych.

Ben Raddle mógł z tego nieco mglistego powiedzenia wyciągnąć wnioski dowolne. W każdym razie nie starał się już nic więcej dowiedzieć od człowieka, który nie miał zamiaru się kompromitować.

O ile przyszłość była niepewna, o tyle teraźniejszość nie przedstawiała żadnej wątpliwości. Podróż nie miała być żeglugą, lecz przeprawą łodzi po powierzchni jeziora Lindeman, ślizgającej się po lodzie tak, że tylko Jane i Edith mogły w niej usiąść.

Powietrze było spokojne, ostry wiatr północny, dający się we znaki dnia poprzedniego, obrócił się na południe. Chłód jednak był dokuczliwy: 12 stopni poniżej zera, co sprzyjało podróży tak uciążliwej przy zawiei śnieżnej.

'The Golden Volcano' by George Roux 24

Około jedenastej stanęli u przeciwległej krawędzi jeziora Lindeman, a stąd przebyli w godzinę drogę, prowadzącą do południowego krańca jeziora Benett, gdzie znajdowało się miejsce postoju.

Znaleźli tu również liczne zgromadzenie podróżnych, jak w Sheep Camp na górze Chilkoot. Kilka tysięcy emigrantów czekało na sposobność wyruszenia w dalszą drogę. Zewsząd widniały namioty, które zapewne niedługo ustąpią miejsca chatom i domom, o ile pielgrzymka do Klondike potrwa jeszcze lat kilka.

W tym zaczątku wsi, która stanie się może w przyszłości miasteczkiem lub miastem, już obecnie były zajazdy, mogące zamienić się w hotele, w tartaki i warsztaty dla budowy statków, rozrzucone po wybrzeżach jeziora, nie mówiąc już o posterunku policji, narażającej swe życie wśród tego zbiorowiska różnorodnych emigrantów, zalegających okolicę…

Indjanin Neluto roztropnie postąpił, zastrzegając się co do ewentualnej zmiany pogody, gdyż po południu zmiana ta nastąpiła.

Wiatr dął z południa, termometr wskazywał 0° Celsjusza. Były to oznaki oczywiste końca zimy, jak również pękania lodów, a co za tem idzie swobodnej żeglugi po rzekach i jeziorach.

Jezioro Benett już teraz nie było całkiem zamarznięte. Pomiędzy „icefields” lub polami lodowemi płynęły strumienie wodne, podatne do żeglugi łodzią, o ile komu nie zależy na czasie.

Wieczorem temperatura podniosła się jeszcze; odwilż się wzmogła; kra zaczęła się odrywać od brzegów i płynąć na północ. O ileby więc noc nie przyniosła nowej zmiany, podróżni mogliby dosięgnąć północnego krańca jeziora z łatwością.

Temperatura jednak nie spadła podczas nocy i Bill Stell mógł stwierdzić 2 maja o wschodzie słońca, że żegluga odbyć się może w warunkach dość pomyślnych. Wiatr, dmący z południa, o ile nie zmieni kierunku, pozwoli posługiwać się żaglem.

Skoro wywiadowca o świcie chciał się zająć ładowaniem łodzi, z niemałem zdziwieniem stwierdził, że wszystko jest załatwione. Edith i Jane zajęły się tem. Pod ich zarządem wszystkie ciężary załadowane były ze sprawnością, jakiej wywiadowca nie osiągnąłby nigdy. Najmniejszy kącik był wyzyskany, wszystkie pakunki od najmniejszego do największego ułożone były symetrycznie, tak że łatwo było się do nich dostać i przyjemnie na nie patrzyć.

Zobaczywszy obu kuzynów, Bill Stell wyraził im zdziwienie, którego doznał na widok naładowanej łodzi.

– Tak – rzekł Ben Raddle – zadziwiające są obydwie. Żywość, niezmienny humor miss Jane, nieprzejednana a jednak łagodna stanowczość miss Edith, mają w sobie coś nadzwyczajnego, i zaczynam się obawiać, że nie chcąc, zrobiłem dobry interes.

– Jaki interes?

– Nie zrozumiałbyś. Ale powiedz mi – spytał Ben Raddle, odwracając się do wywiadowcy – co myślisz o pogodzie? Czy rokuje ona koniec zimy?

– Nie chciałbym powiedzieć nic stanowczego. Zdaje mi się jednak, że lód staje prędko na jeziorach i rzekach. Zresztą, płynąc pomiędzy lodem, choćbyśmy mieli przedłużyć podróż, łódź nasza…

– Nie opuści swego rodzimego żywiołu – dokończył Summy Skim. – O to właściwie chodzi.

– Co o tem myśli Neluto? – spytał Ben Raddle.

– Neluto myśli – oświadczył poważnie Indjanin – że nie trzeba się obawiać, aby odwilż ustała, o ile temperatura nie spadnie.

– Bardzo dobrze! – rzekł Ben Raddle, śmiejąc się. – Nie skompromitujesz się nigdy, mój chłopcze, lecz czy nie należy obawiać się kry?

– Oh! łódź jest mocna – zapewnił Bill Stell. – Dała zresztą tego dowody, płynąc nieraz wśród lodów.

Ben zwrócił się do Indjanina.

– A co, Neluto, nie chcesz powiedzieć nam jasno swego zdania?

– Dwa dni temu pierwsza kra ruszyła – odpowiedział sternik – jest to dowód, że górna część jeziora jest oswobodzona.

– Tak, to rozumiem – rzekł Ben zadowolony – to przynajmniej jasne. A o wietrze, sterniku, co myślisz?

– Zerwał się na dwie godziny przed świtem, i jest dla nas pomyślny.

– To też jasne, sterniku. Ale czy będzie trwał?

Neluto obrócił się i spojrzał na południową stronę horyzontu, kończącego się górą Chilkoot. Na zboczach góry widniały zaledwie lekkie opary. Wyciągając rękę w tym kierunku, rzekł:

– Zdaje mi się, że wiatr dotrwa do wieczora.

– All right!

– …O ile się nie zmieni za chwilę – zakończył Neluto najpoważniej w świecie.

– Dziękuję, sterniku – odparł Ben urażony. – Teraz wiem, czego się trzymać.

Łódź wywiadowcy była rodzajem szalupy, a raczej barką długą na trzydzieści pięć stóp. W tylnej części znajdowała się budka, gdzie mogły się schronić dwie do trzech osób, czy to w nocy, czy dniem przed zawieją śnieżną lub deszczem. Statek ten o dnie płaskiem był szeroki na sześć stóp, co pozwalało mu utrzymać dość duży żagiel. Skrojony nakształt średniego żagla szalup rybackich, żagiel ten przymocowywany był do krańca przedniej części statku i wznosił się na końcu małego piętnastostopowego masztu. W razie niepogody można było z łatwością wyjąć maszt z osady i położyć go na ławkach.

Łódź tego rodzaju nie mogłaby wytrzymać ostrego kąta wiatru, ale przy ukośnym zyskiwała nawet. Skoro zakręty wody wśród pól lodowych zmuszały sternika do przeciwstawiania się kierunkowi wiatru, zwijano żagiel i brano się do wioseł, które w silnych rękach czterech Kanadyjczyków pomagały do przyśpieszenia żeglugi.

Powierzchnia jeziora Benett nie jest znaczna. Nie możnaby go porównać z rozległemi jeziorami na północy Ameryki, na których szaleją gwałtowne burze. Nie ulega wątpliwości, że dla tej podróży w zupełności wystarczyła ilość żywności zabranej przez wywiadowcę, jak konserwy mięsne, biszkopty, herbata, kawa, beczułka wódki i zapas węgla do piecyka. Zresztą liczono na połów ryb, w które obfitują te wody, jak również na zwierzyną, jak kuropatwy i jarząbki, spotykane na brzegach jeziora.

O ósmej podróżnicy opuścili wybrzeże. Edith i Jane usiadły w budce, Neluto stanął u steru za budką, Summy Skim i Ben Raddle usadowili się przy Bill Stell’u u wejścia budki, czterej zaś ludzie na przodzie łodzi, aby bosakami usuwać krę.

Żegluga była utrudniona z powodu znacznej liczby płynących bark. Korzystając z pomyślnego czasu, kilkaset łodzi wyruszyło z postoju przy jeziorze Benett. Wśród tej licznej flotylli trudno było uniknąć zetknięcia, które wywoływało najprzeróżniejsze przekleństwa, groźby, a nawet bójki.

Po południu spotkano łódź policyjną. Miała ona dość roboty w tym hałaśliwym tłumie.

Przywódca policyjnego oddziału znał wywiadowcę, więc wszczął z nim rozmowę.

– Witaj, Bill Stell’u… Emigranci przybywają wciąż ze Skagway, ciągnąc do Klondike.

– Tak – odrzekł Kanadyjczyk – więcej niż potrzeba.

– I więcej, niż stamtąd powróci…

– To pewna! Iluż przebyło już jezioro Benett?

– Prawie piętnaście tysięcy.

– I to nie wszyscy!

– Daleko do końca.

– Czy kra ruszyła w dole?

– Tak mówią. Możecie więc dostać się do Yukon’u, żeglując.

– Tak, o ile nie będzie mrozu.

– Miejmy nadzieję.

– Tak… Dowidzenia.

– Szczęśliwej podróży!

Powietrze było spokojne, łódź przeto szybko płynąć nie mogła. Po dwu nocnych postojach zatrzymała się dopiero po południu 4 maja na krańcu jeziora Benett, skąd wypływa rzeczka, a raczej kanał Caribou, sięgający na przestrzeni niecałej mili do jeziora Tagish.

Ponieważ wyruszyć mieli dopiero nazajutrz, Summy Skim skorzystał ze sposobności, aby wybrać się na polowanie do sąsiednich równin. Ale jakie było jego zdziwienie, a jeszcze większa przyjemność, kiedy Jane mu oświadczyła gotowość towarzyszenia.

Dzielna ta dziewczyna, tak dobrze przygotowana do życia, wzbudzała podziw swych towarzyszy podróży. Jeżeli Summy Skim był dobrym myśliwym, Jane Edgerton nie ustępowała mu wcale, to też oboje wrócili wkrótce z obfitą zdobyczą, składającą się z trzech par kuropatw sawańskich i czterech jarząbków o opierzeniu blado zielonem. Edith przez ten czas przygotowała na wybrzeżu ognisko z suchego drzewa i zwierzyna upieczona przy odpowiedniem płomieniu okazała się doskonałą.

Jezioro Tagish, długości siedm i pół mili, łączy się z jeziorem Marsh wąskim kanałem, narazie całkowicie krą zatamowanym. Musieli więc ciągnąć łódź po ziemi, nająwszy do tego muły. Dopiero nazajutrz 7 maja mogli płynąć dalej.

Dwie doby zeszły na przepłynięciu całej długości jeziora Marsh, pomimo że nie wynosi więcej nad siedm do ośmiu mil. Wiatr dął z północy, nie można więc było liczyć na szybką przeprawę. Na szczęście statków było mniej niż na jeziorze Benett, gdyż pewna ich liczba została wtyle, dotrzeć więc mogli do krańca jeziora 8 maja przed zachodem słońca.

– O ile się nie mylę – odezwał się Ben Raddle po wieczerzy – pozostaje nam tylko jedno jezioro do przebycia, Bill Stell’u?

– Tak – odrzekł wywiadowca – jezioro Labarge. Ale przedtem musimy przepłynąć rzekę Lewis, a ona właśnie stanowi najuciążliwszą część końca podróży. Musimy przepłynąć wodospady White Horses, w których zginęła niejedna łódź z całym dobytkiem podróżnych.

Te wodne prądy stanowią istotnie najniebezpieczniejszą część podróży między Skagway a Dawson City. Zajmują one trzy i pół kilometra na ośmdziesiąt pięć dzielących jezioro Marsh od jeziora Labarge. Na tej krótkiej przestrzeni różnica poziomu nie jest mniejsza nad trzydzieści dwie stopy i łożysko rzeki pokryte jest skałami, o które rozbić się mogą płynące łodzie.

– Czy nie możnaby iść wybrzeżem? – spytał Summy Skim.

– Nie jest ono dostępne. Ale budują tramwaj, którym będą wieźć naładowane łodzie w dół wodospadów.

– Skoro budują ten tramwaj, więc nie jest on skończony?

– Istotnie, pomimo, że pracują przy nim setki robotników.

– Nie potrzebujemy się więc nim zajmować, zacny Bill’u; jestem pewny, że nie będzie jeszcze skończony, gdy powrócimy.

– O ile nie zostaną panowie dłużej niż przypuszczacie. Wiadomo, kiedy się jedzie do Klondike; niewiadomo, kiedy się wraca…

– Ani nawet, czy wogóle się wróci! – dopowiedział Summy Skim z przekonaniem.

9 maja po południu łódź płynąc rzeką, dostała się do White Horses. Nietylko ona jedna przybyła. Ciągnęły za nią inne łodzie, ale ileż z nich miało zostać w drodze!

Nie można się dziwić, że sternicy żądają w tej miejscowości za przewóz wysokiej zapłaty w sumie stu pięćdziesięciu franków i że nie myślą wcale o porzuceniu tak zyskownego rzemiosła dla tak niepewnego, jakiem jest rzemiosło poszukiwacza złota.

W tem miejscu szybkość prądu wynosi około pięciu mil na godzinę. Możnaby więc przepłynąć prędko te trzy i pół kilometra, gdyby nie zakręty wśród skał bazaltowych, rozrzuconych między obu brzegami, i omijanie kry, której uderzenie roztrzaskałoby najmocniejszą barkę, przedłużając niezmiernie przeprawę.

'The Golden Volcano' by George Roux 25

Łódź z pomocą wioseł musiała kilkakrotnie skręcać pod groźbą spotkania się czy to z krą, czy to z inną barką i tylko dzięki sprawności Neluta wyszła zwycięsko z przeprawy. Ostatni wodospad jest najniebezpieczniejszy i tam właśnie najczęściej zdarzają się wypadki. Trzeba się mocno trzymać ławek, aby nie wpaść w wodę. Lecz Neluto miał pewną rękę, wzrok bystry, zimną krew, i choć nie mógł uniknąć parokrotnego zalewu łodzi, niemniej przeprowadził podróżnych bez szwanku.

– A teraz – zawołał Summy Skim – czy przebyliśmy najtrudniejszą część podróży?

– Nie ulega wątpliwości – odrzekł Ben Raddle.

– Istotnie – oświadczył wywiadowca. – Pozostaje do przebycia tylko jezioro Labarge i rzeka Lewis na przestrzeni stu sześćdziesięciu mil w przybliżeniu…

– Sto sześćdziesiąt mil! – powtórzył Summy Skim ze śmiechem – to tak, jak gdybyśmy już przybyli na miejsce.

Bill Stell zgodnie z Neluto zdecydowali, że należy się zatrzymać na dobę na stacji jeziora Labarge, do którego dopłynęli 10 maja. Wiatr północny dął gwałtownie. Łódź z trudnością wypłynęła na pełną wodę, więc sternik tem mniej był skłonny do dalszej jazdy, że spadek temperatury groził łodzi uwięzieniem wśród lodu…

Stacja jeziora Labarge, utworzona dla tych samych celów, co postoje na jeziorach Lindeman i Benett, składała się z kilkuset chatek i domów. W jednym z nich, uchodzącym za hotel, podróżni dostali kilka wolnych pokoi.

Jezioro Labarge, długości około pięćdziesięciu kilometrów, składa się z dwu części złączonych w miejscu, gdzie wypływa rzeka Lewis.

12 maja podróżni wyruszyli w drogę. Przeprawa przez pierwszą część jeziora trwała półtorej doby, to też dopiero po południu 13 maja dosięgli, wśród nieustającej nawałnicy, rzeki Lewis, płynącej w kierunku północno-wschodnim do Fort Selkirk. Nazajutrz, nie zważając na krę, ruszyli w dalszą drogę.

'The Golden Volcano' by George Roux 26

O piątej godzinie wywiadowca uznał za wskazane zatrzymać się przy prawym brzegu rzeki, gdzie miano przenocować. Jane i Summy wylądowali i wkrótce dały się słyszeć strzały, po których niebawem ukazała się zdobycz pod postacią kilku par kaczek i jarząbków, co pozwoliło zaoszczędzić użycie konserw mięsnych.

Zresztą nocny ten postój nie był tylko udziałem Bill Stell’a i jego karawany. Inne barki poszły za jego przykładem i na brzegu rzeki ukazały się ogniska.

Odtąd odwilż trwała niezmiennie. Pod wpływem wiatrów zachodnich termometr wskazywał stale od pięciu do sześciu stopni ponad zerem. Obawa więc, aby rzeka nie zamarzła, znikła w zupełności.

Noc przeszłaby spokojnie – w okolicach bowiem rzeki Lewis niema niedźwiedzi ku zmartwieniu Skim’a, na któreby z przyjemnością zapolował, gdyby nie mirjady komarów, kąsających dotkliwie. Musiano przeto zamiast wypoczynku zająć się podtrzymywaniem ogni aż do świtu.

15 maja, przepłynąwszy około pięćdziesięciu kilometrów, podróżni zobaczyli rzeczkę Hootalinqua, nazajutrz – Big Salmon, dwa dopływy rzeki Lewis, które odmienną swą barwą odróżniają się od barwy niebieskiej głównej rzeki. Następnego dnia łódź przepłynęła przed ujściem rzeczki Walsh, obecnie opuszczonej przez poszukiwaczy; wreszcie dotarła do Cassiar, mielizny, ukazującej się przy opadzie wód, na której kilku poszukiwaczy zebrało w przeciągu miesiąca na trzydzieści tysięcy franków złota.

Podróży towarzyszyła zmienna pogoda. Łódź prowadziły to wiosła, to żagle, nieraz nawet musiano ją ciągnąć liną w zakrętach bardzo zawiłych.

25 maja, większa część rzeki Lewis, mającej wkrótce zmienić się w rzekę Yukon, była przebyta pomyślnie. Podróżni zatrzymali się przy obozowisku Turenne, rozłożonem na urwistym brzegu, pokrytym w tym czasie pierwszemi letniemi kwiatami, jak anemony, krokusy i jałowce. Musiano się tu zatrzymać dobę całą, łódź bowiem wymagała naprawy. Summy Skim skorzystał z tego postoju, aby oddać się swemu ulubionemu sportowi.

Następnych dwu dni, dzięki prądowi szybkości czterech węzłów na godzinę, łódź mogła płynąć dość szybko. 28 maja po południu, minąwszy labirynt wysp Myersall, podróżni nasi zbliżyli się do lewego brzegu dla zatrzymania łodzi przy Fort Selkirk.

'The Golden Volcano' by George Roux 27

Fort ten, zbudowany w r. 1848 dla Towarzystwa zatoki Hudsońskiej, a zburzony w r. 1852 przez Indjan, obecnie jest tylko bazarem dobrze zaopatrzonym. Otoczony szałasami i namiotami immigrantów, panuje nad tą wielką arterją, która odtąd nosi nazwę Yukon’u. Z prawej strony tej rzeki wpada jej główny dopływ Pelly.

Wywiadowca, wprawdzie po cenach wysokich, dostał w Fort Selkirk wszystkiego, co mu było potrzeba. Po dwudziestoczterogodzinnym postoju w tej miejscowości, wyruszyli 30 maja rankiem dalej, przepłynęli koło spływu rzeki Stewart, gdzie już dążyli immigranci i gdzie na przestrzeni trzystu kilometrów ciągnęły się działki, następnie łódź odbyła półdniowy postój w Ogilvie, na prawym brzegu Yukon’u.

Z biegiem rzeka stawała się coraz szersza i łodzie mogły płynąć bez trudu wśród gęstej kry, która płynęła w kierunku północnym.

Wreszcie, 3 czerwca po południu, minąwszy ujście rzeki Indian i Sixty Miles Creek, znajdujące się naprzeciw siebie o czterdzieści ośm kilometrów od Dawson City, podróżni nasi dostali się do stolicy Klondike.

W chwili, gdy wyładowywali, Jane zbliżyła się do Ben Raddle’a, podając mu kartkę, wyrwaną z notesu, na której była napisała słów kilka.

– Pan pozwoli, panie Raddle, że mu wręczę pokwitowanie.

Ben, wziąwszy kartkę, przeczytał co następuje:

„Niniejszem potwierdzam odbycie wygodnej podróży ze Skagway’u do Dawson City, którą, stosownie do umowy, ułatwił mi pan Ben Raddle.

Jane Edgerton”.

– Wszystko w porządku – rzekł Ben Raddle z flegmą, chowając kartkę do kieszeni najpoważniej w świecie.

– Panowie pozwolą – rzekła Jane, zwracając się tym razem do obu kuzynów – że do tego pokwitowania dołączę w imieniu Edithy i swojem podziękowanie za życzliwą pomoc i opiekę podczas podróży, za co, przypuszczam, będę mogła się odwdzięczyć.

Po tych słowach Jane podała rękę Ben Raddle’owi, poczem wyciągnęła ją do Summy Skim’a, który, nie ukrywając wzruszenia, zatrzymał rączkę w swych dłoniach,

– Jakto!… jakto… miss Jane – rzekł Summy, oszołomiony – pani nas istotnie opuści?

– Czy pan może wątpić o tem? – rzekła Jane ze zdziwieniem. – Czy mogło być inaczej?

– Tak, tak – przyznał Summy. – Ale mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze.

– Przypuszczam, ale to nie zależy ode mnie, ale od okoliczności związanych z poszukiwaniem złota.

– Poszukiwanie złota… – zauważył Summy. – Więc pani nie porzuciła tej szalonej myśli!

Jane nagłym ruchem wysunęła rękę z jego dłoni.

– Nie wiem, dlaczego mój zamiar miałby być szalonym – odrzekła tonem urażonym. – Nie przypuszcza pan chyba, że przybyłam do Dawson City, aby zmienić nagle zdanie na podobieństwo chorągiewki na dachu… Tem bardziej, że zaciągnęłam zobowiązania, którym nie chybię – dodała, zwracając się do Ben Raddle’a.

W Summy Skim’ie widocznie strona uczuciowa przeważała, gdyż, nie zastanawiając się nad niczem, odczuwał żal głęboki.

– Zapewne! zapewne! – szeptał bez przekonania, podczas gdy dwie kuzynki oddaliły się krokiem pewnym w kierunku szpitala Dawson City.



IX.

Klondike.

Część Ameryki Północnej, objętej wodami dwu oceanów, Lodowatym i Wielkim, a noszącej nazwę Alaski, jest krainą rozległą. Obejmuje ona nie mniej niż sto pięćdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych. Cesarz rosyjski, zarówno przez sympatję dla Stanów Zjednoczonych, jak przez antypatję dla Wielkiej Brytanji, odstąpił półwysep Stanom Zjednoczonym, które odtąd zrobiły krok naprzód w urzeczywistnieniu sławnej doktryny Monroe’go: Ameryka dla Amerykanów.

Kraina ta, zroszona rzeką Yukon, napoły kanadyjska, napoły alaska, położona poza Kołem Polarnem, posiadająca grunt niezdatny do żadnej uprawy, przedstawia mało warunków do eksploatacji prócz wykorzystania jej pokładów złotodajnych.

Nie należy jednak zapominać, że Alaska, obejmująca zależne od niej wyspy Baranof, Admiralskie, Księcia Walji, jak również archipelag Aleucki, posiada niezmiernie rozległe wybrzeże, na którem znajdują się porty, począwszy od Sitka, stolicy stanu Alaska, aż do St. Michel, przy ujściu Yukon’u, jednej z największych rzek na świecie.

Sto czterdziesty pierwszy południk przyjęty był jako linja demarkacyjna między Alaską i państwem Kanady. Co zaś do granicy południowej, to jest ona wielce zawiła i przez to nie może być dokładna.

Przypatrzywszy się mapie Alaski, zauważymy że kraj ten jest po większej części równiną. Południowa jego strona tylko jest górzysta. Tu ciągnie się łańcuch gór, który ma swe przedłużenie w Kolumbji i Kalifornji pod nazwą Cascade Ranger.

Szczególną uwagę zwraca w Alasce bieg Yukon’u. Rzeka ta, płynąc w Kanadzie w kierunku północnym i zraszając ją siecią wodną swych przypływów, wchodzi do Alaski, zakreśla krzywą linję do Fort Yukon’u, poczem skręca na południo-wschód i wreszcie wpada przy St. Michel do morza Berynga.

Yukon przewyższa rzekę Mississipi, „Ojca wód”. Dostarcza nie mniej niż dwadzieścia trzy tysiące metrów kubicznych na sekundę, a długość jego sięga dwu tysięcy dwustu dziewięćdziesięciu kilometrów na dorzeczu dwa razy większem od terytorjum Francji.

Grunt, po którym płynie ta wielka rzeka, nie jest podatny do uprawy, ale zato jest po większej części zadrzewiony. Ciągną się na nim nieprzebyte lasy żółtych cedrów, które starczyćby mogły dla całego świata, o ile wyczerpałyby się lasy bardziej dostępne. Fauna zaś składa się z niedźwiedzi, łosi, „caribou”, osobliwego gatunku reniferów, „thébai” – owcy górskiej, wielbłądów o długiem białem włosiu, jak również bogatego zbioru pierzastej zwierzyny, jak jarząbki, kszyki, drozdy, kuropatwy śnieżne, kaczki, mnożące się w niezmiernych ilościach.

Wody, które zraszają nieskończony obwód wybrzeży, obfitują w morskie ssaki i wszelkiego rodzaju ryby. Jeden ich gatunek „harlatan” zasługuje na osobną wzmiankę. Ryba ta ma w sobie tyle tłuszczu, że można ją bez żadnych zabiegów zapalać jak pochodnię. Stąd nazwa Candle Fish, nadana jej przez Amerykanów.

Alaska, odkryta przez Rosjan w r. 1730, a zbadana w r. 1741, licząca wtedy nie więcej nad trzydzieści trzy tysiące mieszkańców, przeważnie Indjan, obecnie jest zaludniona wielką liczbą immigrantów i poszukiwaczy, których od kilku lat przyciągają kopalnie złota Klondike’u.

O kopalniach tych po raz pierwszy usłyszano w r. 1864. W tym roku wielebny Mac Donald znalazł wielką obfitość proszku złotego w małej rzece w pobliżu Fort Yukon’u.

W r. 1882, gromadka dawnych poszukiwaczy złota w Kalifornji, a między nimi bracia Boswell zdążają ścieżkami Chilkoot’u dla eksploatowania nowych pokładów.

W r. 1885 zbierający piasek złoty w okolicy Lewis-Yukon’u, odkrywają nowe pokłady przy Forty Miles Creek, nieco poniżej późniejszego Dawson City, prawie w tem samem miejscu, w którem później nabył działkę 129 Josias Lacoste. W dwa lata później, gdy rząd kanadyjski wyznaczył granicę dla tej okolicy, poszukiwacze wydobyli w tej miejscowości złota wartości sześciuset tysięcy franków.

W r. 1892 North American Trading and Transportation Company z Chicago, zakłada miasteczko Cudahy przy zbiegu rzek Forty Miles Creek i Yukon’u. W tym samym czasie trzynastu policeman’ów, czterech podoficerów i trzech oficerów, pilnując robót, zbiera na półtora miljona franków złota w działkach Sixty Miles Creek, nieco powyżej Dawson City.

Impuls był dany; poszukiwacze zaczęli się zbiegać ze wszystkich stron. W r. 1895 tysiąc Kanadyjczyków, przeważnie Francuzów, przeprawia się przez Chilkoot.

Lecz dopiero w r. 1896 sława kopalni dosięga szczytu. Odkryto rzekę o niesłychanem bogactwie. Rzeka ta to Eldorado, jeden z dopływów Bonanzy, będącej znów dopływem rzeki Klondike, która zkolei jest dopływem Yukon’u. Wtedy to zaczął się napływ poszukiwaczy złota. W Dawson City działki sprzedawane za dwadzieścia pięć franków podniosły się niebawem do stu pięćdziesięciu tysięcy.

Okolica, której właściwie przysługuje nazwa Klondike, jest tylko jednym z okręgów Kanady. Sto czterdziesty pierwszy południk, stanowiący linję demarkacyjną między Alaską a posiadłościami Wielkiej Brytanji, jest również zachodnią granicą tego okręgu.

Z północy graniczy on z dopływem Yukon’u, rzeką Klondike, która dopływa do Dawson City, dzieląc je na dwie nierówne części.

Ze wschodu zaś graniczy z tą częścią Kanady, w której zaczynają się pierwsze rozgałęzienia gór Skalistych i gdzie Mackenzie płynie z południa na północ.

Na środku okręgu wznoszą się wysokie wzgórza, z których najgłówniejsze Dôme zostało odkryte w r. 1897. Są to jedyne wyniosłości tego gruntu naogół płaskiego, gdzie się rozwija sieć wodna Yukon’u. Większa część dopływów tej rzeki posiada złoto w drobnych cząstkach i posiada setki działek na swych brzegach. Lecz grunt złotodajny w całem znaczeniu tego słowa, to dorzecze Bonanzy, która wypływa ze wzgórz Cormack’u i jej licznych dopływów, jak Eldorado, Queen, Bulder, American, Pure Gold, Cripple, Tail i t. d.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego do tej miejscowości, obfitującej w rzeki i rzeczułki, niepokryte lodem całe trzy lub cztery miesiące letnie, dalej w pokłady względnie łatwe do eksploatacji, napływają gromadnie poszukiwacze złota i dlaczego ich liczba zwiększa się z roku na rok pomimo trudów, nędzy i rozczarowań podróży.

W miejscu, gdzie rzeka Klondike wpada do Yukon’u, lat temu kilka istniało tylko bagno zalane podczas wylewów. Kilka szałasów Indjan, zbudowanych na modłę izb rosyjskich, gdzie mieszkały rodziny tubylców, ożywiało tę samotną stronę.

'The Golden Volcano' by George Roux 28

Przy zbiegu tych dwu rzek Kanadyjczyk, nazwiskiem Leduc, założył pewnego dnia Dawson City, które w r. 1898 liczyło już więcej niż ośmnaście tysięcy mieszkańców.

Początkowo Leduc podzielił miasto na działki, które sprzedawał po dwadzieścia pięć franków, te same działki, które obecnie znajdują nabywców płacących za nie od pięćdziesięciu do dwustu tysięcy. Jeżeli pokładom Klondike nie grozi rychłe wyczerpanie, jeżeli inne kopalnie odkryte zostaną w dorzeczu wielkiej rzeki, Dawson City może dorówna w znaczeniu miastom Vancouver w Kolumbji angielskiej lub Sacramento w Kalifornji amerykańskiej.

Wkrótce po założeniu Dawson City było zagrożone zupełnem zalaniem, czyli omal nie uległo losowi bagniska, na którem się wznosiło. Trzeba było zbudować mocne tamy, aby się ustrzec przed niebezpieczeństwem, które zresztą groziło tylko w ciągu niedługiego czasu. O ile bowiem w chwili pękania lodów na Yukon’ie ilość wody w rzece jest tak wielka, że spowodować może znaczne szkody, o tyle w lecie poziom wód zmniejsza się tak dalece, że Klondike River można przejść suchą nogą.

Ben Raddle znał wyczerpująco dzieje tego obwodu. Dowiedział się o wszystkich odkryciach, dokonanych od lat kilku. Wiedział o wzrastającej stopniowo wydajności kopalni i o szczęśliwym losie niektórych poszukiwaczy. Należało wierzyć, że wyjeżdżał z Montrealu jedynie z zamiarem wzięcia w posiadanie działki przy Forty Miles Creek i przekonania się o jej wartości, aby ją sprzedać za lepszą cenę, ponieważ sam tak twierdził. Ale Summy Skim czuł, że zainteresowanie kuzyna temi terenami złotodajnemi rosło w miarę, jak się zmniejszała ich odległość, i coraz bardziej obawiał się, aby nie przyszło mu na myśl osiąść w tej krainie złota i nędzy.

W tym czasie okrąg ten liczył nie mniej niż ośm tysięcy działek oznaczonych numerami od ujścia przypływów i dopływów Yukon’u aż do ich źródeł. Powierzchnia działek wynosiła pięćset lub dwieście pięćdziesiąt stóp, zależnie od zmiany, wprowadzonej do ustawy z r. 1896.

Poszukiwacze i syndykaty oddawali pierwszeństwo pokładom Bonanzy, jej dopływom i wzgórzom, znajdującym się na lewym brzegu rzeki Klondike.

Czyż nie tam Mac Cormack sprzedał kilka działek, liczących dwadzieścia cztery stóp długości na czternaście szerokości, z których wydobyto złota wartości ośm tysięcy dolarów, czyli czterdzieści tysięcy franków, w niespełna trzy miesiące?

Czyż bogactwo pokładów Eldorado nie było tak wielkie, że według danych kadastru, sporządzonego przez pana Ogilvie, średnia wartość każdej płóczki wynosiła dwadzieścia pięć do trzydziestu franków? Stąd wniosek logiczny, że jeżeli, jak można przypuszczać, żyła złotodajna ma trzydzieści stóp szerokości, pięćset – długości i pięć – grubości, dostarczyć ona może do dwudziestu miljonów franków złota. To też towarzystwa, syndykaty ubiegały się o nabycie tych działek i płaciły za nie wysokie ceny.

Ben Raddle żałował zapewne, że spuścizną po wuju Josias nie była żadna z działek Bonanzy, a tylko działka przy Forty Miles Creek, z tamtej strony Yukon’u. W razie gdyby chciano ją sprzedać, czy też eksploatować, przedstawiałaby zawsze większą wartość. Przypuszczać nawet należy, że suma ofiarowana za nią, byłaby uczyniła zbyteczną podróż do Klondike! Summy Skim mógłby wtedy spokojnie przepędzić lato w Green Valley, zamiast brodzić w okolicach stolicy, której błoto zawierać może cząstki złota.

Pozostawały wprawdzie propozycje, z któremi się zwróciło Trading and Transportation Company, o ile nie zostały przedawnione na skutek braku odpowiedzi.

Zresztą Ben Raddle przyjechał, aby się rozejrzeć, więc przekona się sam. Pomimo, że działka 129 nie dała nigdy kawałka złota wartości trzech tysięcy franków – największy kawałek znaleziony w Klondike był tej wartości – nie musiała być wyczerpana, jeżeli chciano ją nabyć. Syndykaty amerykańskie czy angielskie nie zajmują się tego rodzaju sprawami z zamkniętemi oczami. Wnioskować więc należało, że nawet w najgorszym razie obaj kuzynowie osiągną ze swej podróży tę korzyść, że wrócą się jej koszta.

Ben Raddle zresztą dowiedział się, że mówią o nowych odkryciach. Summy nasłuchał się do znudzenia o rzece Hunter, dopływie Klondike, płynącej wśród gór wysokości tysiąca pięciuset stóp, obfitujących w złoto czystsze niż złoto Eldorado; o Gold Bottom, gdzie według sprawozdania p. Ogilvie, istnieje żyła kwarcu złotodajnego, dającego na tonnę do tysiąca dolarów złota; – i o innych potokach jeszcze bardziej cudownych.

– Rozumiesz, Summy – mówił Ben Raddle. – W razie niepowodzenia możemy zawsze poszukać szczęścia w tej cudownej krainie.

Summy udawał wtedy, że nie słyszy i wracał do swej piosnki:

– Wszystko to prawda. Pozwól mi jednak, że ci przypomnę, o co nam chodzi. Mówisz o Bonanzy, Eldorado, Bear, Hunter, Gold Bottom, a nie wspominasz wcale o Forty Miles, jak gdyby nie istniał zupełnie.

– Istnieje, bądź spokojny – odparł Ben Raddle. – Będziesz mógł się przekonać niebawem o tem naocznie.

Poczem, wracając do ulubionej swej myśli, ciągnął dalej:

– Ale dlaczego nie interesuje cię bardziej ten niezwykły Klondike? Ulice tutaj wybrukowane są złotem. A Klondike nie jest jedynym gruntem okolicy, obfitującym w żyły złotodajne. Spójrz tylko na mapę, a zobaczysz, ile już jest nowych pokładów zbadanych. Znajdują się na górze Chilkoot, na wzgórzach Cassiar i gdzie indziej. Alaska jest ich pełna, sięgają poza Koło Polarne, aż do wybrzeży oceanu Lodowatego.

Lecz zapał Ben Raddle’a nie udzielał się Summy’emu. Napróżno inżynier blaskiem tych skarbów chciał olśnić kuzyna, Summy, uśmiechając się, odpowiadał:

– Masz słuszność, Ben, zupełną słuszność. Dorzecze Yukon’u jest zaiste krainą błogosławioną od bogów. Ja zaś myślę z rozkoszą, że posiadamy tylko małą jej działkę… bo gdyby była większa, musielibyśmy zapewne stracić więcej czasu, aby móc się jej pozbyć!



X.

Wahania południka.

Zbiór chat, szałasów, namiotów na powierzchni trzęsawiska, coś w rodzaju obozu, zagrożonego ustawicznie wylewami rzek Yukon i River, ulice zarówno niesymetryczne jak błotniste, kałuże na każdym kroku, słowem nie miasto, tylko coś na podobieństwo obszernej psiarni, dobre co najwyżej dla tysiąca psów, których szczekanie spokoju w nocy nie daje, oto jak, opierając się na legendach, wyobrażałeś sobie Dawson City, panie Skim! Ale psiarnia przeistoczyła się w mgnieniu oka dzięki pożarom, które oczyściły plac. Dawson City jest teraz miastem, posiadającem dwa kościoły, katolicki i protestancki, banki, hotele. Niedługo będzie miało dwa teatry, z których jeden będzie operą o dwu tysiącach miejsc, et caetera et caetera. – A pan nie wyobraża sobie, co mieszczą w sobie te moje et caetera!…

W ten sposób wyrażał się doktor Pilcox, Anglo-Kanadyjczyk, człowiek lat czterdziestu, o kształtach zaokrąglonych, silny, czynny, obrotny, zdrów jak wilk, całkowicie odporny na wszelkie choroby. Mianowany rok temu dyrektorem szpitala w Dawson City, przyjechał do tego miasta, gdzie nie brakło mu zajęcia z powodu ustawicznie panujących epidemij, nie mówiąc o lokalnej gorączce złota, przed którą był zabezpieczony niegorzej od Summy Skim’a.

Doktor Pilcox nietylko leczył, lecz był zarazem chirurgiem, aptekarzem, dentystą, a ponieważ zażywał sławy jako lekarz zarówno biegły w swym zawodzie, jak oddany pacjentom, chorzy tłumnie napływali do jego pięknego domu przy Front street, jednej z głównych ulic Dawson City.

Bill Stell znał doktora Pilcox i korzystał z tej znajomości, aby polecać doktorowi rodziny immigrantów, którym przewodniczył od Skagway do Klondike. I tym razem, w parę dni po przybyciu, ułatwił Summy Skim’owi i Ben Raddle’owi poznanie z tym zacnym człowiekiem, cieszącym się ogólnym szacunkiem w mieście. W Klondike zresztą nie było nikogo, ktoby lepiej znał stosunki miejscowe i ktoby potrafił służyć lepszą radą czy poradą.

Pierwszem pytaniem, z którem Summy Skim zwrócił się do doktora, było dowiedzenie się, co się stało z miłemi towarzyszkami podróży, czy doktor Pilcox widział się z niemi?

'The Golden Volcano' by George Roux 29

– Niech mi pan o niej nie mówi. Jest nadzwyczajna! – zawołał doktor z patosem, wyrażając się w liczbie pojedynczej ku prawdziwemu utrapieniu Summy Skim’a. – To jest perła, prawdziwa perła, i szczęśliwy jestem, że ją tu przyciągnąłem. Jest dopiero dwa dni w szpitalu, a już przeobraziła go całkowicie. Dziś rano, otwierając szafę, byłem wprost olśniony porządkiem, do którego, muszę się przyznać, nie byłem przyzwyczajony. Zdziwiony otwieram drugą, trzecią, dziesiątą: wszędzie to samo. Co więcej: narzędzia moje wyczyszczone i ułożone, a sala operacyjna lśni się od czystości dotąd niebywałej. Wreszcie, nie do uwierzenia, zyskała sobie powagę nad całym personelem. Wszystko idzie jak w zegarku. Dozorcy i dozorczynie są na swych stanowiskach. Łóżka posłane starannie, budzą zachwyt. Nawet chorzy, Bogu dzięki, zdaje się, że są zdrowsi!…

Ben Raddle był rad wielce z tego co słyszał.

– Mocno się cieszę – rzekł do doktora – z pochwał, któremi pan darzy swą nową pielęgniarkę. To znaczy, że nie omyliłem się w sądzie o niej; przypuszczam, że przyszłość gotuje panu niejedną miłą niespodziankę.

Summy Skim zato sposępniał, a nawet zaczął się niepokoić.

– Przepraszam, doktorze – rzekł – pan mówi wciąż o jednej… a wszak były dwie, jeżeli mnie pamięć nie myli.

– Tak, to prawda – przyznał doktor ze śmiechem. – Ale, pominąwszy, że dzisiejszą moją pielęgniarkę znałem oddawna, a towarzyszącej jej kuzynki – wcale, nie miałem nawet czasu się jej przypatrzyć. W dziesięć bowiem minut po przybyciu do szpitala wyszła i dopiero o dwunastej była zpowrotem, przebrana jak kopacz, z kilofem na ramieniu i rewolwerem u pasa. Wczoraj zrana, gdy spytałem o nią, powiedziano mi, że wyruszyła, nie powiedziawszy słowa nikomu. Dopiero przez jej kuzynkę dowiedziałem się, że ma zamiar poszukiwać złota jak mężczyzna.

– A zatem wyruszyła? – nalegał Summy.

– Najoczywiściej – rzekł doktor, dodając: – Widziałem niejeden typ osobliwy w swojem życiu, lecz, przyznam się, że podobnego nie spotkałem nigdy!

– Biedaczka! – szepnął Summy. – Jak pan mógł pozwolić na krok tak szalony!

Doktor jednak tych słów nie słyszał, Ben Raddle bowiem zagadnął go o Dawson City, a doktor Pilcox, dumny ze swego miasta, zaczął mówić o niem z ożywieniem.

– Tak – powtarzał – słusznie należy mu się miano stolicy Klondike’u przyznane mu przez rząd kanadyjski.

– Stolicy dopiero w zawiązku – zauważył Ben Raddle.

– Jeżeli nią nie jest w zupełności, to stanie się nią niebawem, zważywszy, że liczba mieszkańców wzrasta z dniem każdym.

– Dziś zaś liczy? – spytał Ben.

– Około dwudziestu tysięcy.

– Niech pan powie około dwudziestu tysięcy przechodniów. W zimie Dawson City musi być puste.

– Przepraszam, dwadzieścia tysięcy stałych mieszkańców, osiadłych tu z rodzinami.

Podczas tej rozmowy Summy siedział osowiały. Myśl jego biegła za Jane Edgerton. Widział, jak kroczy sama, wśród tej okolicy dzikiej, bez żadnej innej obrony, jedynie ze swą wolą niezłomną… Ale, zresztą, co go obchodzić może ta szalona dziewczyna, niech idzie na nędzę i śmierć, jeżeli tego sobie życzy… Summy energicznem poruszeniem ramion zrzucił ciężar z serca i wdał się w rozmowę.

– Jednakże – zauważył, podniecając doktora – Dawson nie posiada żadnej cechy stolicy…

– Jakto? – zawołał doktor Pilcox, nadymając się, co go uczyniło jeszcze okrąglejszym – wszak to rezydencja komisarza generalnego dorzecza Yukon’u, majora James Walch i całej hierarchji urzędników, jakiej pan nie znajdzie w stolicach ani Kolumbji ani Kanady!

– Jacyż to urzędnicy?

– Członek sądu najwyższego sędzia Mac Guire; komisarz kopalni, wielmożny pan Th. Faucett; komisarz dóbr królewskich, wielmożny pan Wade; konsul Stanów Zjednoczonych Amer. Północnej, agent konsularny Francji…

– Wielmożni – zakończył wesoło Summy Skim. – Istotnie, są to wybitne osobistości.

– A co do handlu?

– Posiadamy już dwa banki – rzekł doktor – The Canadian Bank of Commerce z Toronto, którego dyrektorem jest p. H. I. Wills, i The Bank of British North America.

– To wystarczy. A kościoły?

– Dawson City posiada trzy kościoły: katolicki, protestancki i anglikański.

Zbawienie dusz jest więc zabezpieczone. Jeżeli można to samo powiedzieć o zbawieniu ciał…

– A co pan myśli, panie Skim! Mamy dyrektora konnej policji, kapitana Stearns, Kanadyjczyka pochodzenia francuskiego i kapitana Harper, dyrektora poczty i obaj rozporządzają około sześćdziesięciu ludźmi.

'The Golden Volcano' by George Roux 30

– Ja myślę, doktorze – odrzekł Summy Skim – że ten oddział policyjny jest niewystarczający w stosunku do liczby i rodzaju ludności miasta.

– Zwiększą go, o ile okaże się tego potrzeba – upewnił doktor; – rząd kanadyjski nie omieszka uczynić wszystkiego, aby zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom stolicy Klondike’u.

Trzeba było słyszeć, jak doktor Pilcox wymawiał wyrazy: stolica Klondike’u!

– A zatem wszystko idzie jak najlepiej – rzekł Summy Skim. – Zresztą, nie wiem, dlaczego właściwie zadaję panu te pytania. Krótkość mego pobytu nie pozwoli mi, mam nadzieję, ocenić zalet Dawson City. I aby miasto posiadało hotel, nie żądam niczego więcej.

W mieście były ich trzy: Yukon Hotel, Klondike Hotel, Northern Hotel, w którym zatrzymali się obaj kuzynowie.

Właściciele tych hoteli nie powinni byli obawiać się o stan swych dochodów. Pokój kosztował siedm dolarów dziennie, każdy posiłek – trzy dolary; usługa dzienna – dolara; ogolenie – dolara, ostrzyżenie zaś – półtora dolara.

– Na szczęście – zauważył Summy Skim – nie używam brzytwy!… A włosy mogę przywieźć do Montrealu nienaruszone!

Podane liczby mówią same przez się o drożyźnie w stolicy Klondike’u. Kto się nie wzbogaci w krótkim czasie, może być pewny, że go czeka ruina. Łatwo to zresztą wywnioskować z cenników rynku Dawson City: szklanka mleka kosztuje dwa franki pięćdziesiąt; funt masła – pięć franków, tuzin jaj – dwanaście franków, funt soli – franka, dwanaście cytryn – dwadzieścia pięć franków.

Kąpiel zwyczajna kosztuje dwanaście franków pięćdziesiąt, łaźnia zaś – sto sześćdziesiąt!

Summy zadecydował, że zadowoli się zwykłą kąpielą.

Dawson w tym czasie ciągnęło się na dwa kilometry wzdłuż prawego brzegu Yukon’u, odległe zaś było od najbliższych wzgórz na tysiąc dwieście metrów. Zajmowało ono ośmdziesiąt ośm hektarów powierzchni podzielonych na dwie części rzeką Klondike, wpadająca do Yukon’u. Miasto miało siedm alei, pięć ulic przecinających się pod kątem prostym z drewnianemi chodnikami. O ile na tych ulicach nie kursowały sanki podczas nieskończonych zimowych miesięcy, to zjawiały się duże pojazdy, ciężkie wozy, przejeżdżające z hałasem wśród zgrai psów.

Dawson otoczone jest ogrodami warzywnemi, w których rośnie pietruszka, kalarepa, sałata, pasternak, lecz nie w dostatecznej ilości tak, że mieszkańcy muszą sprowadzać jarzyny z Kanady, Kolumbji i Stanów Zjednoczonych. Mięsa zaś dostarczają statki w stanie zamrożonym, wioząc je po ruszeniu kry przez Yukon od St. Michel. W pierwszym tygodniu czerwca zjawiają się w dole rzeki, a świst syren oznajmia o ich przybyciu.

Zimą zato, gdy Yukon pokryty jest powłoką lodową, Dawson City jest odcięte na długie miesiące od reszty świata. Mieszkańcy muszą zadawalać się wtedy mięsnemi konserwami, a z powodu zbyt ostrego zimna nie wychodzą wcale z domów.

To też na wiosnę panują tu wszelkiego rodzaju epidemje. Szkorbut, zapalenie mózgu, tyfus dziesiątkują ludność wyczerpaną długiem zamknięciem.

Ostatnia zima szczególniej była niezwykle ostra, szpitale więc były przepełnione. Służba nie mogła podołać pracy, i doktor Pilcox znalazłby się w położeniu niezmiernie trudnem, gdyby nie cenna pomoc nowej pielęgniarki.

Trud, zmęczenie, zimno, nędza zmogły tych biednych ludzi przybyłych ze stron tak dalekich. Statystyka wykazywała rosnącą z dnia na dzień liczbę zgonów, a karawany ciągnione przez psy ustawicznie wiozły nieszczęśliwych na cmentarz, gdzie czekał na nich grób, wykopany, dla tych biedaków, być może w rudzie złota!

Smutny ten widok nie przeszkadzał jednak mieszkańcom, a przynajmniej przybyszom, zabawiać się na wszelki sposób. Ci, którzy po raz pierwszy tu przybyli, jak również ci, którzy powracali, straciwszy przez kilka miesięcy zarobione pieniądze, zapełniali kasyna i domy gry. Tłum zalegał restauracje i bary, podczas gdy epidemje dziesiątkowały miasto. Patrząc na setki tych pijaków, graczy, awanturników o silnej budowie, nie można było uwierzyć, że tylu nieszczęśliwych, rodziny całe, mężczyźni, kobiety, dzieci giną, wyczerpani nędzą i chorobą.

Cała ta ciżba spragniona nadzwyczajnych wrażeń zbierała się w Folies-Bergères, Monte Carlo, Dominion, Eldorado, nie można powiedzieć od wieczora do rana, najpierw dlatego że w tej porze roku, przy zbliżającem się porównaniu dnia z nocą, nie było ani poranku, ani wieczora, a następnie dlatego, że te przybytki zabawy nie zamykały się ani na chwilę. Panowały tu bez przerwy poker i ruleta. Po zielonym stoliku przesuwały się nie dolary, luidory lub piastry, lecz kawałki złota i piasek złoty wśród krzyków, napaści, zaczepek, a niekiedy nawet strzałów. Odbywały się wstrętne sceny, którym zaradzić policja nie mogła, a w których odgrywali pierwszą rolę tacy jak Hunter, Malone i im podobni.

W Dawson City restauracje są otwarte dniem i nocą. W każdej chwili można w nich dostać kurcząt po dwadzieścia dolarów za sztukę, ananasów po dziesięć dolarów, jajek świeżych po piętnaście dolarów za tuzin; palą w nich cygara po trzy franki pięćdziesiąt; piją wino po dwadzieścia dolarów butelka, wódkę, która kosztuje tyle co dom na wsi.

Trzy lub cztery razy w tygodniu poszukiwacze wracają z działek sąsiednich, aby w restauracjach i domach gry stracić w kilka dni wszystko, co znaleźli w błotach Bonanzy i jej dopływów.

Jest to objaw smutny, w którym uwidoczniają się wszystkie najgorsze przywary natury ludzkiej, a chociaż Summy Skim przypatrzył się tylko małej ich cząstce, niemniej spotęgowały w nim wstręt do tego świata awanturników.

Chcąc się czem prędzej wyrwać z tego niemiłego widowiska, użył wszystkich sprężyn, aby skrócić swój pobyt w Klondike.

W dniu swego przyjazdu po śniadaniu w Northern Hotel zagadnął Summy kuzyna temi słowami:

– Przedewszystkiem nasza sprawa. Ponieważ syndykat chce nabyć naszą działkę, udajmy się do tego syndykatu.

– Jak chcesz – odparł Ben Raddle.

Na nieszczęście w biurze American and Transportation Trading Company powiedziano im, że dyrektor, kapitan Healey, wyjechał i powróci dopiero za kilka dni. Musieli więc z konieczności poskromić swą niecierpliwość.

Nie tracąc jednak czasu udali się do Bill Stell’a, aby dowiedzieć się mniej więcej o położeniu swej własności.

– Czy Forty Miles Creek znajduje się daleko od Dawson City? – spytał go Ben Raddle.

– Nie byłem tam nigdy – odpowiedział wywiadowca. – Lecz mapa wskazuje, że rzeczka ta wpada do Yukon’u przy Fort Cudahy, na północo-zachód od Dawson City.

– Sądząc z numeru, nie zdaje mi się, aby działka była bardzo oddalona – zauważył Summy Skim.

– Nie więcej w każdym razie nad trzydzieści mil – objaśniał wywiadowca – ponieważ na tej odległości granica dzieli Alaskę od Kanady, a działka 129 leży na terytorjum kanadyjskiem.

– Wyruszymy tam zaraz po widzeniu się z kapitanem Healey – oświadczył Summy.

– Dobrze – zgodził się Ben Raddle.

Dni jednak upływały a kapitan Healey nie powracał. Po południu 7 czerwca, kuzynowie po raz dziesiąty udawali się z hotelu do biur syndykatu chicagoskiego.

W dzielnicy było gwarno. Parowiec Yukonu dopiero co przypłynął, przywożąc z sobą znaczną liczbę immigrantów, którzy szukając sposobności dostania się czy to do działek do nich należących, czy też pracy w działkach, uwijali się po ulicach, a szczególniej na Front street, gdzie znajdowały się główne agencje. Do tej ciżby ludzkiej przyłączała się zgraja psów. Plątały się pod nogami, wyjąc przeraźliwie.

– Ależ to istne psie miasto! – zawołał Summy Skim. – Prezydentem powinien być w tem mieście dog, a nazywać się powinno Dog City!

Wreszcie wśród krzyków, potrącań, przekleństw dostali się do biura syndykatu. Kapitana Healey nie było jeszcze, zdecydowali się przeto na porozumienie z wicedyrektorem p. Williamem Broll, który spytał ich zaraz, w jakiej przychodzą sprawie.

Kuzynowie wymienili swoje nazwiska.

– Bardzo mi przyjemnie poznać panów – oświadczył p. Broll.

– Nam również poznać pana – odpowiedział grzecznie Summy Skim.

– Czy panowie są spadkobiercami Josias Lacoste’a, właścicielami działki 129? – spytał p. Broll.

– Właśnie – oświadczył Ben Raddle.

– O ile – dodał Summy – działka ta nie znikła od czasu tej nieskończonej naszej podróży.

– Nie znikła – rzekł William Broll. – Mogą być panowie zupełnie spokojni, że znajduje się na swojem miejscu, czyli na granicy dwu państw… przynajmniej na granicy przypuszczalnej.

Przypuszczalnej?… dlaczego przypuszczalnej? Co znaczył ten przymiotnik niespodziewany?

– Panie – rzekł Ben Raddle, nie pokazując swego zdziwienia co do zastrzeżenia geograficznego p. Broll – dano nam znać w Montreal’u, że wasz syndykat nabyć chce działkę 129 przy Forty Miles Creek…

– Chciał… w istocie, panie Raddle.

– Przyjechaliśmy więc, mój współspadkobierca i ja, aby się przekonać o wartości działki jak również, czy syndykat trwa nadal w swem postanowieniu.

– Tak i nie – rzekł William Broll.

– Tak i nie! – zawołał przestraszony Summy.

– Tak i nie! – powtórzył Ben Raddle. – Niech pan nam to wytłumaczy panie Broll.

– Rzecz bardzo prosta – odrzekł tenże. – Tak, jeżeli działka położona jest w odpowiadających nam warunkach, nie – jeżeli jest przeciwnie. Słowem…

Ale Summy Skim mu przerwał.

– Tak czy inaczej – powiedział z żywością – trzeba liczyć się z faktami. Czy nasz wuj, Josias Lacoste nie był właścicielem działki 129, a my jego prawowitymi spadkobiercami?

Na potwierdzenie tych słów Ben Raddle wyciągnął z portfelu papiery poświadczające prawo własności.

– O! – rzekł wicedyrektor, odsuwając ruchem ręki papiery – nie wątpię, że są w porządku. Nie o to chodzi, panowie.

– A o co? – spytał Summy, którego nieco drwiące zachowanie p. Broll zaczynało drażnić.

– Działka 129 – odpowiedział p. Broll – znajduje się na tym punkcie granicy między Kanadą, która należy do Anglji i Alaską, która należy do Ameryki.

– Tak – potwierdził Ben Raddle – ale po stronie kanadyjskiej…

– To zależy – odparł William Broll. – Działka należy do Kanady, o ile granica między dwoma państwami nie ulegnie zmianie. W przeciwnym razie należeć będzie do Ameryki. Ponieważ zaś syndykat kanadyjski nie ma prawa eksploatować pokładów innych, jak kanadyjskie, udzielić mogę panom tylko warunkowej odpowiedzi.

– A więc – spytał Ben Raddle – granica między obu państwami jest obecnie zakwestjonowana?

– O to właśnie chodzi.

– Zdawało mi się – rzekł Ben Raddle – że wybrano sto czterdziesty pierwszy południk jako linję demarkacyjną.

– Tak, i zupełnie słusznie.

– Nie sądzę przeto, aby południki przenosić się mogły z miejsca na miejsce, nawet na nowym lądzie. Nie przypuszczam, aby mogły się przechadzać z laską w ręku od wschodu na zachód – odezwał się Summy Skim.

– Zapewne – potwierdził William Broll, śmiejąc się z zapału Summy Skim’a – może jednak nie znajduje się dokładnie w miejscu, w którem go wyznaczono. Od dwu miesięcy spór się toczy o to i bardzo możliwe, że granicę przeniosą albo nieco na wschód, albo nieco na zachód.

– O kilka mil? – spytał Ben Raddle.

– Nie, o kilkaset metrów tylko.

– I o to toczy się spór! – zawołał Summy Skim.

– Zupełnie słuszny – odparł wicedyrektor. – Co należy do Amerykanów, powinno należeć do Amerykanów, a co do Kanadyjczyków – do Kanadyjczyków.

– Które z państw zaprotestowało? – spytał Ben Raddle.

– Obydwa – rzekł William Broll. – Ameryka upomina się o pas ziemi na wschodzie, Kanada zaś – na zachodzie.

– Ah! by God! – zawołał Summy – co nas wreszcie ten spór może obchodzić!

– To – odpowiedział wicedyrektor – że jeżeli Ameryka weźmie górę, pewna część działek należeć będzie do Ameryki.

– Czy i działka 129?

– Nie ulega wątpliwości, ponieważ jest pierwszą na obecnej granicy, i w tych warunkach syndykat cofa propozycję jej nabycia.

Tym razem odpowiedź była jasna.

– Czy przynajmniej – spytał Ben Raddle, zajęto się już wyznaczeniem granicy?

– Tak, pomiary są prowadzone z dokładnością godną zaznaczenia.

Jeżeli oba państwa tak żywo zajęły się spornym paskiem ziemi, leżącym wzdłuż wymienionego południka, to dlatego że ten kawałek ziemi był złotodajny. Któż mógł wiedzieć, czy przez ten pasek, ciągnący się od góry Eljasza na południu do oceanu Lodowatego na północ, nie przechodzi jaka złotonośna żyła, którą wykorzystać potrafiłaby rzeczpospolita amerykańska.

– Ostatecznie, panie Broll – spytał się Ben Radle – czy w razie gdyby działka 129 pozostała na wschodzie granicy, syndykat trwałby w zamiarze jej nabycia?

– Oczywiście.

– A w razie przeciwnym czy wyrzekłby się jego?

– Również oczywiście.

– W takim razie – oświadczył Summy Skim – zwrócimy się do kogo innego. O ile działka nasza będzie znajdowała się na ziemi amerykańskiej, zamienimy ją na dolary, zamiast na funty szterlingi. Oto wszystko.

Na tych słowach zakończyła się rozmowa, i kuzynowie powrócili do Northern Hotel, gdzie wywiadowca czekał na nich.

Dowiedziawszy się o wszystkiem, powiedział:

– W każdym razie postąpiliby panowie bardzo roztropnie, udając się w jak najkrótszym czasie do Forty Miles Creek.

– Właśnie mamy ten zamiar – rzekł Ben Raddle. – Wyruszymy jutro. A ty, Bill’u, co zamierzasz?

– Ja – wrócę do Skagway, aby przewodniczyć nowej karawanie do Dawson City.

– Ile czasu to zajmie?

– Około dwu miesięcy.

– Liczymy na ciebie zpowrotem.

– Dobrze, ale niech panowie czasu nie tracą, jeżeli panowie chcą wrócić przed zimą.

– Możesz liczyć na mnie, Billu – zaręczył Summy Skim z zapałem – pomimo że na samym wstępie spotkała nas gruba niespodzianka!

– Znajdziemy nabywców mniej skrupulatnych – rzekł Ben Raddle. – Tymczasem zobaczymy sami…

– Właśnie myślę o tem – przerwał Summy Skim – że spotkamy tam miłego sąsiada…

– Tego Teksańczyka Huntera – dokończył Ben Raddle.

– I pana Malone. Obaj bardzo dystyngowani dżentelmeni.

– Niech pan powie raczej łotrzy, p. Skim. – sprostował Bill Stell. – Znają ich wszyscy w Skagway’u i Dawson City. Są to w istocie sąsiedzi pańscy, działka bowiem 131 graniczy z działką 129, pomimo że znajduje się po drugiej stronie granicy. Sąsiedztwo nie jest przyjemne dla panów.

– Tem bardziej – dodał Ben Raddle – że Summy miał sposobność dania dobrej nauczki jednemu z nich. Nie ułatwi to dobrych stosunków z nimi.

Bill Stell zasępił się.

– Sprawy panów nie są mojemi sprawami – rzekł głosem poważnym. – Ale panowie pozwolą, że będę im służył radą. Nie jedźcie sami do działki 129. Niech towarzyszy panom Neluto, mogą panowie nim rozporządzać. I niech panowie jadą dobrze uzbrojeni.

– A to dopiero kłopot! – zawołał Summy wznosząc ręce do nieba. – Jak pomyślę, że, gdybyśmy siedzieli sobie spokojnie w Montrealu, działka nasza byłaby w obecnej chwili sprzedana, ponieważ dobilibyśmy targu przed rozpoczęciem tego niemądrego sporu o granicę. A ja używałbym wywczasów w Green Valley!

– Przypuszczam, że nie zaczniesz narzekać, Summy. Mam twoją obietnicę. Zresztą, gdybyś był siedział w Montrealu, minęłaby cię ta podróż tak interesująca, tak porywająca, tak nadzwyczajna…

– Która nie wzrusza mnie wcale.

– Nie byłbyś w Dawson City…

– Które chcę jak najspieszniej opuścić.

– Nie byłbyś ułatwił podróży Edith i Jane Edgerton.

Summy uścisnął mocno dłoń kuzyna.

– Wiesz, co ci powiem? Otóż, słowo honoru, są to pierwsze rozsądne słowa, jakie powiedziałeś od dwu miesięcy.

Przy tych słowach na twarzy Summy Skim’a zajaśniał szczery, pogodny uśmiech.



XI.

Z Dawson City do granicy.

Bill Stell miał słuszność, nagląc obu kuzynów do pośpiechu. Nie mieli ani dnia do stracenia. Zima w tych strefach północnych nadchodzi prędko. Czerwiec już się zaczął, a często się zdarza, że w końcu sierpnia mróz ścina powierzchnię jezior i rzek, śnieżne zaś zawieje zaciemniają horyzont. Trzy miesiące wszystkiego trwa lato w Klondike, a nawet dla obu przybyszów pora ta skrócona być musiała o czas powrotu do Skagway ze względu na drogę prowadzącą przez jeziora, lub, o ileby chcieli zmienić marszrutę, przez rzekę Yukon z Dawson City do St. Michel.

Przygotowania Ben Raddle’a i Summy Skim’a do nowej podróży dobiegły końca. Zaopatrzyli się we wszystko, biorąc pod uwagę możliwość przedłużenia swego pobytu w działce 129. Udało im się to tem łatwiej, że nie zabierali z sobą ani narzędzi, ponieważ te były na miejscu, ani pomocników, gdyż nie było mowy o eksploatowaniu działki.

Wszelako przezorność nakazywała wzięcie przewodnika znającego kraj dokładnie. Wywiadowca, znalazłszy w Dawson City innego sternika, odstąpił im Neluta. Ben Raddle podziękował za niego gorąco Bill Stell’owi. O lepszy wybór było trudno. O sprawności Indjanina przekonali się w ciągu podróży do Dawson City, mogli więc liczyć na niego we wszelkich wypadkach, o ile wszakże nie wymagaliby od niego objaśnień zbyt dokładnych.

Jako pojazd Ben Raddle wybrał wózek konny, przekładając go nad sanki, ciągnione przez psy nawet wtedy, gdy znikną lód i śniegi. Zwierzęta te były o tej porze tak drogie, że płacono za nie do dwu tysięcy franków za sztukę.

Wózek ten o dwu miejscach, zaopatrzony w budę skórzaną, mogącą się podnosić i spuszczać dowoli, zbudowany dość mocno, aby wytrzymać wszelkie wstrząśnienia, zaprzężony był w jednego rosłego konia.

Nie potrzebowano zaopatrywać się w paszę, gdyż o tej porze łąki ciągnęły się wzdłuż dróg i koń mógł paść się dowoli, z psami tymczasem byłoby więcej kłopotu.

Na prośbę Ben Raddle’a Neluto starannie obejrzał pojazd. Nie przeoczył niczego. Pudło, drążki, resory, wszystko do ostatniej śruby uległo skrupulatnemu badaniu, Neluto był zadowolony.

– No cóż? – spytał Ben Raddle.

– Jeżeli nie załamie się w drodze – odrzekł Indjanin głosem przekonywającym – myślę, że doprowadzi nas do działki 129.

– Bardzo ci dziękuję, mój chłopcze! – zawołał Ben Raddle, wybuchając śmiechem.

Wszelako zdołał wydobyć od przezornego Neluta cenne wskazówki o przedmiotach, które należało zabrać, i ostatecznie inżynier mógł być pewnym, że niczego nie brakowało do podróży.

Przez ten czas Summy Skim wałęsał się filozoficznie po ulicach Dawson City. Przypatrywał się sklepom, oglądał ceny towarów. Jakże był zadowolony, że sprawunki załatwił w Montrealu!

– Czy wiesz, Ben, ile kosztuje para trzewików w stolicy Klondike’u?

– Nie, Summy.

– Od pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu franków. – A para pończoch?

– Nie wiem również.

– Dziesięć franków. – A skarpetki wełniane?

– Przypuśćmy, że dwadzieścia franków.

– Nie, dwadzieścia pięć. – A szelki?

– Można się bez nich obejść.

– Co się opłaci, gdyż kosztują ośmnaście franków.

– Obejdziemy się bez nich.

– A podwiązki?

– To mi wszystko jedno…

– Czterdzieści franków, a dziewięćset franków suknia dobrze wykończona. Stanowczo, w tym nieprawdopodobnym kraju korzystniej jest być kawalerem.

– Pozostaniemy nimi – rzekł Ben Raddle – o ile nie zechcesz poślubić jakiej bogatej dziedziczki…

– Nie brak ich… a szczególniej takich, które posiadają bogate działki na Bonanza lub Eldorado. Ale, ponieważ wyjechałem z Montrealu kawalerem, kawalerem powrócę.

– Ach! Montreal, Montreal!… jak jesteśmy od niego daleko, Ben!

– Odległość od Dawson City do Montrealu – rzekł Ben Raddle z pewną ironją w głosie – jest taka sama, jak od Montrealu do Dawson City, Summy.

– Wiem o tem – odparł Summy Skim – nie znaczy to jednak, że droga jest krótka!

Dwaj kuzynowie nie chcieli odjechać, nie pożegnawszy się z Edith Edgerton. Udali się w tym celu do szpitala. Edith wyglądała ślicznie w stroju pielęgniarki. Patrząc na jej olśniewającej białości fartuch z bawetem, spadający w równych fałdach na szarą wełnianą suknię, na jej włosy gładko uczesane, symetrycznie rozdzielone, na jej białe ręce starannie utrzymane, nie chciało się wierzyć, że to jest ta niezwykła pracownica, o której wyrażał się doktor Pilcox z takim zachwytem.

– Co słychać, miss Edith – spytał Ben Raddle – czy pani zadowolona ze swej nowej pracy?

– Miły jest zawsze zawód, który zapewnia nam utrzymanie – odpowiedziała Edith z prostotą.

– Hm! Hm! – mruknął nieprzekonany Ben Raddle… – Słowem, pani jest zadowolona. To najważniejsza. Doktor Pilcox nie znajduje słów dla pani.

– Doktor jest zbyt dobry – rzekła pielęgniarka. – Zczasem mam nadzieję, że będę użyteczniejszą.

Summy spytał nagle:

– A pani kuzynka, czy dała znać o sobie?

– Bynajmniej.

– Urzeczywistniła zatem swój zamiar?

– Czyż mogło być inaczej?

– Ale na cóż liczy? – zawołał Summy z nagłem, niewytłumaczonem uniesieniem. – Cóż pocznie, jeżeli jej się nie powiedzie, a co jest więcej jak pewne?

– Przyjmę ją do siebie – odpowiedziała Edith spokojnie. – W najgorszym razie zarabiam tyle, że nam wystarczy do życia.

– Tak więc – odezwał się Summy mocno podniecony – panie myślą osiedlić się na stałe w Klondike i zapuścić tu korzenie…

– Bynajmniej. Jeżeli poszczęści się Jane, w takim razie będę korzystała z jej pomocy.

– Świetna umowa!… Więc zdecydowałyby się panie na opuszczenie Dawson City?

– Dlaczegożby nie? Lubię swój zawód, bo daje mi utrzymanie, ale z chwilą, gdy będę się mogła obyć bez niego, znajdę sobie inny, przyjemniejszy, oczywiście.

Wygłosiła te słowa głosem tak stanowczym, że wykluczały wszelką możność sprzeciwu. Na ten spokojny zrównoważony pogląd na życie Summy odpowiedzi nie znalazł.

Zresztą nawet gdyby był chciał zaoponować, nie miałby już czasu, doktor Pilcox bowiem, dowiedziawszy się o bytności obu gości w szpitalu, nadszedł, winszując im serdecznie nowej interesującej podróży, przyczem nie omieszkał wsiąść na swego ulubionego konika i wychwalać piękna umiłowanego swego Klondike.

Summy wyraził otwarcie swe niezadowolenie. On bo nie lubił Klondike, o, nie!

– Polubi go pan jeszcze – rzekł doktor. – Gdyby go pan mógł widzieć w zimie!

– Mam nadzieję, że ominie mnie to szczęście – odparł Summy z grymasem.

– Kto wie?

Przyszłość pokaże, czy Summy Skim miał słuszność czy nie, nie biorąc odpowiedzi doktora na serjo.

8 czerwca, o piątej rano, wózek stał przed Northern Hotel. Pakunki były ułożone, koń niecierpliwił się w zaprzęgu, Neluto królował na koźle.

– Czy ładunek gotowy, Neluto?

– Gotowy, proszę pana.

– A zatem w drogę – zawołał Ben Raddle.

– …O ile nie zapomniano jakiego pakunku w hotelu – dokończył Indjanin ze swą zwykłą ostrożnością.

Ben Raddle westchnął z rezygnacją.

– Ostatecznie, miejmy nadzieję, że nie zapomnieliśmy niczego – rzekł wchodząc na wózek.

– A przedewszystkiem, że mamy być zpowrotem w Montrealu za dwa miesiące – dodał Summy powtarzając z uporem swą zwykłą zwrotkę.

Odległość między Dawson City a granicą wynosi sto czterdzieści sześć kilometrów, czyli, że chcąc dostać się do działki 129, należało poświęcić na to trzy dni, licząc dwanaście mil na dobę.

Neluto, oszczędzając konia, postanowił odbywać dwa kursy dziennie: jeden od szóstej rano do jedenastej; drugi od pierwszej do szóstej. Pozostały czas poświęcił na postoje i wypoczynek nocny. Zresztą nie możnaby prędzej podróżować po tym kraju pełnym niespodzianek.

Wieczorem miano rozbijać namioty pod drzewami, o ile Ben Raddle i jego kuzyn nie znajdą pokoju w jakim przydrożnym zajeździe.

Pierwszy dzień upłynął pomyślnie. Pogoda była piękna. Lekki powiew pędził kilka chmurek ze wschodu, a temperatura dochodziła do dziesięciu stopni ponad zero. Na falistym gruncie, nie sięgającym wyżej ponad tysiąc stóp, rosły anemony, krokusy, jałowce, zwieszające się w rozkwicie wiosennym na zboczach pagórków. W wąwozach wznosiły się drzewa jak topole, brzozy i sosny, układając się w gęste kępy.

Summy dowiedział się, że w drodze nie zbraknie zwierzyny i że nawet niedźwiedzie pojawiają się w tej części Klondike. To też nie omieszkano zabrać strzelb myśliwskich. Ale nie nadarzyła się sposobność ich zużytkowania.

Co więcej okolica ta nie była samotna. Spotykano kopaczy zajętych przy eksploatacjach górskich, którzy nieraz wydobywali dziennie po tysiąc franków złota każdy.

Po południu wózek dotarł do Fort Reliance, miasteczka bardzo ożywionego o tej porze roku. Reliance, utworzone przez Towarzystwo Zatoki Hudsońskiej dla poszukiwania futer i zabezpieczenia się przed napadami Indjan, jak wiele podobnych miejscowości, straciło obecnie swe znaczenie.

Odkąd odkryto kopalnie złota, stacja straciła swój charakter obronny, przekształciwszy się w skład żywnościowy.

W Fort Reliance kuzynowie spotkali majora Walsh, komisarza generalnego Yukonu, który objeżdżał swój obwód.

Był to człowiek lat pięćdziesięciu, administrator wybitny, osiadły w okręgu dwa lata temu. Gubernator Kanady przysłał go tutaj w chwili, gdy pokłady złotonośne zaczęły przyciągać tysiące immigrantów, których liczba zwiększała się z dnia na dzień.

Trudu mu nie brakło. Umowy, którym należało nadać charakter prawny, dzielenie działek, zobowiązania, o które trzeba się było upominać, przytem obrona ziemi, której Indjanie nie pozwalali zabierać bez gwałtu i oporu, tysiące kwestyj powstających z dnia na dzień – wszystko to nie ułatwiało mu zadania bynajmniej.

Do tych wszystkich kłopotów dołączył się nowy, w postaci sporu o sto czterdziesty pierwszy południk, pociągający za sobą konieczność nowych pomiarów. W tej sprawie przybył major James Walsh do zachodniej strony Klondike.

– Kto pierwszy wszczął spór? – spytał Ben Raddle.

– Amerykanie – odpowiedział komisarz. – Dowodzą, że pomiary dokonane w czasie, gdy Alaska należała do Rosjan, nie są zupełnie dokładne. Południk sto czterdziesty pierwszy, mający stanowić granicę pomiędzy obu państwami, powinien być przeniesiony na wschód, przez co Stany Zjednoczone zyskałyby większą część działek, znajdujących się na dopływach lewego brzegu Yukonu.

– A zatem – dodał Summy Skim, i działkę 129 odziedziczoną po wuju Josias Lacoste?

– Oczywiście, panowie pierwsi będą musieli zmienić narodowość, w razie potrzeby.

– Ale czyż są dane na to, panie Walsh, że pomiary ukończone zostaną w prędkim czasie?

– Mogę powiedzieć panom jedynie, że komisja wyznaczona specjalnie w tym względzie pracuje od kilku tygodni. Spodziewamy się, że kwestja ta rozstrzygnie się przed zimą.

– Czy pańskiem zdaniem, panie Walsh – spytał Ben Raddle – przypuszczać należy, że istotnie zaszła pomyłka w pierwotnem wyznaczeniu granicy?

– Nie, panie. Wnosząc z informacyj, które zebrałem, jest to tylko sprawa wytoczona Kanadzie z umysłu przez kilka syndykatów amerykańskich.

– Niemniej wszakże – rzekł Summy Skim – będziemy zmuszeni przedłużyć pobyt w Klondike pomimo naszych chęci, co nie jest wesołe!

– Zrobię wszystko co będzie w mej mocy, aby przyśpieszyć pracę komisji – przyrzekł komisarz generalny. – Ale przyznać trzeba, że jest utrudniona przez złą wolę kilku właścicieli działek sąsiadujących z granicą. Jak naprzykład działki 131.

– Teksańczyka, nazwiskiem Hunter? – rzekł Ben Raddle.

– Tak. Pan o nim słyszał?

– W przejeździe z Skagway do Dawson City mój kuzyn i ja musieliśmy zawrzeć z nim znajomość… i to nawet w sposób nieco ostry…

– W takim razie pilnujcie się panowie. Jest to osobnik brutalny i gwałtowny. Towarzyszy mu niejaki Malone, niewiele więcej wart od niego.

– Czy Hunter – spytał Ben Raddle – należy do tych, którzy domagali się sprostowania południka, panie Walsh?

– Tak, i to do najzagorzalszych.

– Jakiż ma on w tem interes?

– Chodzi mu o to, aby być bardziej oddalonym od granicy i przez to uniknąć pośredniego nadzoru naszej policji. On to podburzył właścicieli działek między lewym brzegiem Yukonu a obecną granicą. Wszyscy ci przybysze woleliby zależeć od Alaski, podlegającej mniej surowym prawom niż Kanada. Ale, powtarzam, wątpię, czy Amerykanie wygrają, i Hunter nic na tem nie zyska. W każdym razie, radzę wam, panowie, jak najmniej mieć stosunków z sąsiadem, awanturnikiem najgorszego gatunku, który nieraz już przysporzył pracy moim ludziom.

– Może pan być spokojny, panie komisarzu – odpowiedział Summy Skim. – Nie przyjechaliśmy eksploatować działki, lecz ją sprzedać. Po dokonaniu transakcji wracamy niezwłocznie przez Chilkoot do Vancouver i Montreal.

– Życzę panom szczęśliwej podróży – odpowiedział komisarz, żegnając się z interesantami. – Jeżeli mogę być panom użyteczny w czemkolwiek, liczcie na mnie.

Nazajutrz wózek ruszył w dalszą drogę. Niebo było chmurne, wiatr północno-zachodni sprowadził kilkakrotną nawałnicę. Ale pod budą nie dała się zbytnio odczuwać.

'The Golden Volcano' by George Roux 31

Neluto nie mógłby żądać od swego konia szybszego biegu. Droga stawała się coraz bardziej nierówną. Wgłębienia po zniknięciu lodu, wypełniającego je długie miesiące, powodowały wstrząsy, groźne zarówno dla pojazdu jak i dla zaprzęgu.

Okolica była lesista; pełno było sosen, brzóz, topoli i osin. O drzewo kopacze nie potrzebowali się kłopotać, ani dla swego osobistego użytku, ani dla eksploatacji działek. Zresztą grunt w tej części obwodu oprócz złota zawierał w sobie i węgiel. O sześć kilometrów od Fort Cudahy, na Coal Creek, następnie o trzynaście mil stąd, na Cliffe Creek, odkryto pokłady węgla kamiennego, dającego tylko pięć procent popiołu. Znaleziono go również przedtem w dorzeczu Five Fingers. Węgiel ten zastępuje z korzyścią drzewo. Parowce średniej miary spalają go tonnę na godzinę. W razie wyczerpania pokładów złota zapewni on środki utrzymania temu obwodowi.

Wieczorem tegoż dnia po męczącej drodze Neluto i jego towarzysze zatrzymali się w Fort Cudahy na lewym brzegu Yukonu, w zajeździe, który im wskazał przywódca konnego oddziału policji. Dwaj kuzynowie nie omieszkali go spytać, czy nie spotkał w Fort Cudahy przechodzącej w tych dniach kobiety.

– Czy spotkałem przechodzącą kobietę? – zawołał porucznik, śmiejąc się głośno. – Nie, panowie, kobiety nie widziałem, lecz dziesiątki, setki kobiet. Wielu poszukiwaczy ciągną całe ich zastępy za sobą, a panowie rozumieją, że w tej liczbie…

– Oh! – zaprotestował Summy – ta, o której mówię jest tak osobliwa! Jest ona poszukiwaczką, nie sądzę zaś, aby poszukiwaczek było tak wiele.

– Niech pan się nie łudzi – upewnił porucznik. – Nie brak ich. Kobiety są również zapalone jak mężczyźni w poszukiwaniu złota.

– A… w takim razie – rzekł Summy – rozumiem…

– Możemy jednak spróbować – ciągnął dalej porucznik. – O ile będę miał rysopis osoby, która zajmuje pana…

– Jest to bardzo młoda panna – objaśniał Summy. – Zaledwie dwudziestodwuletnia. Jest małego wzrostu, brunetka i bardzo ładna.

– Istotnie – przyznał porucznik – podobna postać nie jest zwykła w tych stronach… Pan mówi… młoda panna… brunetka… małego wzrostu… ładna… miała przechodzić tędy…

Przywódca konnej policji napróżno szukał w swej pamięci.

– Nie, nie przypominam sobie wcale – oświadczył wkońcu.

– Poszła inną drogą, biedactwo – rzekł smutnym głosem. – W każdym razie dziękuję, poruczniku.

Noc przeszła jako tako, nazajutrz zaś, 10 czerwca, wózek ruszył wczesnym rankiem w drogę.

Rzeka Yukon, poza Fort Cudahy płynie w dalszym ciągu na północo-zachód, aż do południka sto czterdziestego pierwszego, Forty Miles Creek zaś, długości czterdziestu mil, jak to wskazuje jej nazwa, skręca wzwyż na południo-zachód i dąży również do granicy, która ją dzieli na dwie części równe.

Neluto miał nadzieję dojechać wieczorem do miejsca, gdzie znajdowała się działka Josias Lacoste’a. Dał obfity obrok koniowi, który pomimo dwudniowego biegu nie wydawał się zbyt zmęczony. Był jeszcze zdolny do dalszych wysiłków, tem bardziej, że oczekiwał go długi wypoczynek w działce 129.

O trzeciej zrana, w chwili gdy Ben Raddle i Summy Skim wyszli z zajazdu, słońce stało dość wysoko. Za dziesięć dni nastąpi porównanie dnia z nocą, i wtedy słońce zaledwie na chwil kilka znikać będzie za horyzontem.

Wózek jechał wzdłuż prawego brzegu Forty Miles Creek, niezmiernie krętego i pokrytego nieraz gęstą siecią pagórków oddzielonych wąwozami.

Strona ta nie była samotna. Zewsząd wrzała praca w działkach. Przy każdym zakręcie brzegu, przy wejściu do wąwozów wznosiły się słupy, oddzielające działki, na których były wypisane wielkiemi cyframi odpowiednie numery. Narzędzi nie było zbyt wiele: gdzie niegdzie widniały maszyny poruszane ręką ludzką, rzadziej jeszcze wprawiane w ruch wodą sąsiedniego potoku. Większa część poszukiwaczy z pomocą niekiedy bardzo małej liczby robotników wydobywała błoto z małych szybów wykopanych na działce. Praca ta odbywała się bez hałasu, tylko od czasu do czasu ciszę przerywał okrzyk radości poszukiwacza, który odkrył kawałek złota większej wartości.

Pierwszy postój nastąpił dopiero o dziesiątej. Po śniadaniu, składającem się z konserw i biszkoptów i zakończonem kawą, Ben Raddle i Summy Skim zapalili fajki, koń zaś pasł się spokojnie na sąsiedniej łące.

Około dwunastej Neluto wyruszył szybkim biegiem tak, że kilka minut przed siódmą znaleźli się w bliskości słupów, należących do działki 129.

Wtedy Summy Skim, wziąwszy z żywością lejce z rąk Neluta, stanął w wózku i zatrzymawszy go, zawołał, wskazując ruchem ręki na długi i głęboki wąwóz, dążący prostopadłem zboczem do łożyska potoku: – Patrz!

Dwaj towarzysze, spojrzawszy w kierunku wskazanym, zobaczyli w dole wąwozu sylwetkę, nieco zamgloną przez odległość, wywołującą wrażenie czegoś „już widzianego”. Był to poszukiwacz małego wzrostu, o ile można było sądzić zdaleka, zajęty przemywaniem piasku z szybu. Obok niego pracował drugi, olbrzymiej postaci. Byli tak zajęci swą pracą, że nie zwrócili uwagi na zatrzymujący się wózek.

– Zdawałoby się doprawdy, że… – szepnął Summy.

– Co? – spytał zniecierpliwiony Ben Raddle.

– Że… dalibóg… to Jane Edgerton, Ben!

Ben Raddle wzruszył ramionami.

– Dlatego że myślisz o niej w tej chwili? Jakże mógłbyś poznać kogokolwiek z tak daleka?… Jane Edgerton nie miała przecież towarzysza, o ile wiem… A zresztą skąd wnosisz, że jeden z poszukiwaczy jest kobietą?

– Nie wiem – odpowiedział Summy z wahaniem. – Zdaje mi się…

– Mnie się zdaje, że to są dwaj poszukiwacze: ojciec i syn. Niema w tym razie żadnej wątpliwości. Zresztą spytaj Neluta.

Indjanin przysłonił oczy ręką.

– To jest kobieta – oświadczył kategorycznie po dłuższem badaniu.

– Widzisz! – zawołał Summy z triumfem.

– Albo mężczyzna – ciągnął dalej Neluto w tym samym tonie.

Summy zniechęcony puścił lejce, i wózek ruszył w dalszą drogę. Neluto zaś dodał jeszcze:

– Nie byłoby nic dziwnego, aby to było dziecko lub dziewczyna – naprzykład.

Wózek pędził dalej. Niebawem, przejechawszy granicę, zatrzymał się na działce 129.

– …albo też chłopiec – zakończył Neluto w swej trosce rzeczowej o niepominięcie żadnej hipotezy.

Ale ani Ben Raddle, ani Summy Skim nie usłyszeli ostatnich słów Neluta. Jeden z jednej, drugi z drugiej strony wózka wyskoczyli równocześnie, aby po dwu miesiącach i dziewięciu dniach stanąć na gruncie działki 129.



XII.

Debjut poszukiwaczki złota.

Edith i Jane Edgerton, przyjechawszy do Dawson City, udały się wprost do szpitala. Edith, przywitana po ojcowsku przez doktora Pilcox, stanęła niezwłocznie na swem stanowisku bez żadnego niepokoju i zakłopotania, jak gdyby opuściła je wczoraj.

Jane tymczasem, dążąc do swego celu, wyrobiła sobie natychmiast pozwolenie w zarządzie na polowanie, rybołówstwo i eksploatację za cenę dziesięciu dolarów, poczem kupiła sobie strój i narzędzia poszukiwacza złota. Do szpitala wróciła przebrana od stóp do głów.

Włosy zgarnęła wysoko na głowie, przykrywając je kapeluszem filcowym, na nogi wdziała grube, podkute trzewiki; przyodziała się w bluzę i spodnie z grubej, trwałej tkaniny. W stroju tym zatraciła swój wygląd kobiecy, stając się podobną do młodego, zwinnego chłopca.

Kuzynki spożyły śniadanie pospołu, poczem, nie pokazując po sobie wzruszenia, które odczuwały obie, pocałowały się jak zwykle, i podczas gdy Edith wracała do swoich chorych, Jane ruszyła w drogę pełną niespodzianek i przygód.

Z informacyj zasięgniętych w mieście przy załatwianiu sprawunków wywnioskowała, że nie ma poco iść na południe, ani też na wschód. W tych bowiem kierunkach znajdowały się okolice najbogatsze, a co za tem idzie najbardziej poszukiwane. Mogłaby je przebiegać długo, zanim znalazłaby zakątek nieeksploatowany, któryby opłacił jej zabiegi.

Na zachodzie tymczasem rzeczki i potoki były mniej znane i konkurencja była mniejsza. Może w tym kierunku natrafi na działkę dotąd nieeksploatowaną i niezbyt oddaloną od miasta.

Jane Edgerton, licząc na swoją szczęśliwa gwiazdę, wyruszyła z Dawson City na zachód i z kilofem i sakwą na plecach szła wzdłuż lewego brzegu Yukonu.

Dokąd dążyła, nie wiedziała sama. Szła prosto przed siebie z postanowieniem zatrzymania się przy pierwszej lepszej rzece, zagradzającej jej drogę, dla zbadania jej brzegów.

Około piątej po południu nie natrafiwszy na żaden potok prócz zwykłych strumieni, zmęczona przysiadła, aby się nieco pożywić. Od czasu wyjścia z miasta do tej chwili nie spotkała żywej duszy. Okolica była cicha i pusta.

Po skończonym skromnym posiłku miała już wyruszyć w dalszą drogę, gdy niespodziewanie odgłos nadjeżdżającego wózka od strony Dawson City zwrócił jej uwagę. Był to prosty wóz chłopski, nakryty płótnem i zaprzężony w jednego rączego konia. Na ławeczce przymocowanej sznurkami ponad osią, siedział rubaszny człowiek o twarzy czerwonej i jowjalnej, klaskając wesoło z bata.

Ponieważ droga zaczęła się wznosić w tem miejscu, wózek musiał zwolnić biegu i Jane usłyszała poza sobą wstrzymany tętent konia i tarcie kół, poczem głos nieco gruby lecz wesoły odezwał się do niej.

– E – malcze, co robisz tutaj?

Na te słowa wymówione w języku angielskim bardzo zrozumiałym, ale z akcentem dla ucha anglosaskiego niezmiernie komicznym, Jane odwróciła się i zmierzyła swego rozmówcę wzrokiem spokojnym.

– A pan? – spytała.

Rubaszny człowiek zaśmiał się.

– Bon Diou! – zawołał, dodając do swej cudzoziemskiej wymowy akcent marsylski – czy nie widzisz, młody trzpiocie! Patrzcie, jak śmiało odzywa się do przechodniów. Może należysz do policji, mój mały?

– A pan? – rzekła znowu Jane Edgerton.

– „A pan” – powtórzył żartobliwie woźnica. – Czy nie umiesz powiedzieć nic innego?… A może należy się panu przedstawić?…

– Dlaczegożby nie? – odparła Jane napoły z uśmiechem.

– Nic prostszego – rzekł wesoły osobnik, podcinając zlekka konia. – Mam honor przedstawić się jako Marius Rouveyre, najznaczniejszy kupiec z Fort Cudahy. Teraz twoja kolej, nieprawdaż?

– Jan Edgerton, poszukiwacz.

Wózek zatrzymał się na dobre, gdyż Marius Rouveyre z wielkiego zdziwienia pociągnął mocno lejce, poczem je wypuścił z rąk, śmiejąc się do rozpuku.

– Poszukiwacz! – wymawiał, jąkając się wśród śmiechu. – Poszukiwacz, pécairé!… Chceszże dać się zjeść przez wilki?… A odkądże jesteś poszukiwaczem, jak mówisz?

– Od trzech godzin – odpowiedziała Jane Edgerton, czerwieniąc się z gniewu. – Jestem jednak już przeszło dwa miesiące w drodze, a przecież wilki mnie nie zjadły, zdaje mi się.

– Prawda – przyznał jowjalny Marius tonem poważnym. – Prawda, że ten mały przyszedł aż tutaj… Nie przeszkadza to, że wybrałeś sobie kiepskie rzemiosło… Biedny!… Wiesz, twoja twarz podoba mi się… pomimo, że zanadto się stawiasz… Potrzeba mi właśnie subjekta i jeżeli chcesz zająć jego miejsce… Lepsze to zajęcie niż poszukiwacza!

– Subjekt? – spytała Jane. – Subjekt od czego?

– Od wszystkiego – rzekł Marius Rouveyre. – Zajmuję się wszelkim handlem. Nie możesz sobie wyobrazić nawet, co jest w tych skrzyniach. Nici, igły, szpilki, sznurki, szynki, papier listowy, kiełbasy, gorsety, konserwy, podwiązki, tytoń, ubrania kobiece i męskie, rondle, obuwie etc. Prawdziwy bazar! W tem pudełku jest cylinder, jedyny, który będzie istniał w Fort Cudahy. Będę go wynajmował na każde wesele i wróci mi tysiąckrotnie jego cenę. Będzie musiał pasować na wszystkie głowy!… W tym innym, suknia… suknia balowa… dekoltowana… ostatniej mody paryskiej, mój kochany!

– Czy rzeczy te mają tu nabywców?

– Czy mają nabywców? – Będą mi wyrywali tę suknię! Kto pierwszy znajdzie duży kawałek złota, ofiaruje go swej małżonce, aby zaćmiła wszystkich na wieczorach tanecznych w Fort Cudahy… Ale to są wszystkie rzeczy błahe. Poważne zaś są w innych pakach… szampan, wódka, etc. Nie mogę nastarczyć z ich dostawą… No, jakże? przyjmujesz moją propozycję? Cztery dolary dziennie z mieszkaniem i strawą.

– Nie, panie – odpowiedziała szczerze Jane Edgerton. – Dziękuję panu, ale pójdę swoją drogą.

– Zła droga, mały, zła droga – mówił Marius Rouveyre z przekonaniem. – Wiem, co to poszukiwanie złota, spraktykowałem je na sobie.

– Pan był poszukiwaczem?

– Przecież! jak wszyscy tutaj. Zaczyna się od tego. Ale na sto jednemu się udaje, dwu nic na tem nie wygrywa, dziesięciu wraca w nędzniejszym stanie niż przedtem, reszta zostawia tu swą skórę… O mało nie należałem do ich liczby!

– Doprawdy? – rzekła Jane, żądna zawsze dowiedzenia się czegoś.

– Jak mnie widzisz żywego, mój mały – ciągnął dalej Marius. – Jestem marynarzem z Marsylji, we Francji. Zarabiałem już w pięciu częściach świata, kiedy pozwoliłem się naciągnąć przez łotra, którego miałem nieszczęście spotkać w Vancouver, gdy byłem tam dla postoju. Słuchając go, zdawało się, że dość się schylić, aby znaleźć kawałek złota wielki jak głowa. Pojechaliśmy oba. Oczywiście zarobek cały poszedł na tę podróż, i również oczywiście znalazłem tu nędzę. Miałem już tylko skórę na kościach i sakiewka moja nie była tłustsza ode mnie, kiedy nicpoń ten opuścił mnie dla nowej ofiary. Zastanowiłem się wtedy nad sobą, a ponieważ Marius nie jest głupszy od innych, więc prędko zrozumiał, że wszystko, co zarabia poszukiwacz w Klondike, pozostaje w Klondike w kabaretach, spelunkach i sklepach, gdzie sprzedają po sto franków, to co warte sto sous. Postanowiłem przeto zostać szynkarzem i kupcem i przyklaskuję swojemu pomysłowi – zakończył Marius Rouveyre, bijąc się po brzuchu z zadowoleniem – bo moja sakiewka i ja zaokrągliły się równocześnie!

Tak rozmawiając dojechali do szczytu wyniosłości. Marius zatrzymał wózek.

– Ostatecznie, nie zgadzasz się?

– Stanowczo nie – rzekła Jane Edgerton.

– Źle robisz – westchnął Marius, który popuścił cugle koniowi.

Ale prawie natychmiast wózek zatrzymał się znowu.

– Nie powiedzą, że zostawiłem cię, abyś nocował pod gołem niebem. Marius jest dość bogaty, ażeby przygarnąć takiego młodego chłopca, jak ty. Dokąd idziesz?

– Powiedziałem panu: przed siebie.

– Przed siebie!… przed siebie!… Możesz iść długo przed siebie. Niema ani jednego większego potoku przed Fort Cudahy. Czy chcesz, abym cię tam zawiózł?

– Wozem?

– Wozem.

– Oczywiście… przyjmuję z wdzięcznością – odpowiedziała Jane zachwycona propozycją.

– Prędko zatem… wsiadaj!… głupi kto odmawia.

Dzięki temu szczęśliwemu zdarzeniu podróż Jane skróciła się o wiele, tem bardziej, że koń biegł przyśpieszonym kłusem. Czwartego czerwca o spóźnionej wprawdzie godzinie, stanęli przed magazynem Mariusa Rouveyre.

Kupiec nie omieszkał ponownie namawiać Jane Edgerton, aby została u niego. W ciągu półtorej doby, z nią spędzonej, sympatja, którą był powziął dla niej od pierwszej chwili, zwiększyła się jeszcze. Naleganie jednak nie odniosło skutku. Jane, trwając w swym zamiarze, wyruszyła nazajutrz rankiem.

Dopływ Yukonu zagrodził jej niebawem drogę. Zawróciła więc na południo-zachód i nie znając nawet nazwy tego dopływu, udała się wzwyż prawego brzegu.

Szła dzień cały w tym kierunku. Droga jednak nie była równa. Ciągnęła się to wzdłuż dopływu, to oddalała się od niego, omijając pagórki, zasłaniające potok, który ukazywał się tylko u krańca wąwozów, staczających się po pochyłości mniej lub więcej prostopadłej.

Jane starannie badała każdy wąwóz, w nadziei, że może natrafi na miejsce szczęśliwe, przeoczone przez tych, którzy ją poprzedzili. Ale dzień dobiegał końca bez żadnego wyniku. Cały grunt był zajęty, lub poznaczony słupami, świadczącemi, że jest czyjąś własnością. Działki następowały po działkach bez przerwy. Pozostały tylko kawałki ziemi jałowe lub niedostępne.

Jane zresztą nie dziwiła się wcale swemu niepowodzeniu, widząc zewsząd pracę rąk ludzkich. Poszukiwacze, którzy zajęli tę okolicę, musieli wykorzystać jej bogactwa i nieprawdopodobną było rzeczą, aby najmniejszy kawałek złota uszedł ich uwagi.

Pozostawało więc tylko iść dalej i to dotąd, dopóki to będzie konieczne.

Nad wieczorem napotkała nowy wąwóz. Zapuściła się weń, jak to była czyniła dotąd, i obejrzała starannie grunt dokoła. Wąwóz ten miał dzikszy wygląd, niż inne mu podobne i dochodził do rzeki licznemi zakrętami. Uszedłszy sto kroków, Jane straciła drogę z oczu i znalazła się na wąskiej ścieżce wśród wysokich ścian skalistych, poprzecinanych szerokiemi i głębokiemi szczelinami.

Stała właśnie nad jedną z nich, chcąc ją przekroczyć, gdy na zakręcie ścieżki, o dwadzieścia metrów od niej, ujrzała człowieka, na którego widok zadrżała. Był to rodzaj olbrzyma, kolos z rozczochranemi włosami, około sześciu stóp wysokości. Włosy te, barwy rudej spadały na czoło grubemi, kręconemi kosmykami, nadawały mu wyraz zwierzęcy, spotęgowany jeszcze resztą postaci. Nos spłaszczony, uszy odstające, wargi mięsiste, ręce pokryte rudym włosem, nogi wystające z podartego obuwia, nad którem wisiały strzępy podartych spodni – wszystko to wskazywało na zwierzę ludzkie i to zwierzę władające niezwykłą siłą.

Jane Edgerton i kolos, spostrzegłszy się wzajemnie, stanęli na swych miejscach. Kolos zdawał się zastanawiać, o ile zastanawiać się umiał. Poczem ruszył w dalszą drogę krokiem ciężkim i twardym. W miarę jak zbliżał się, Jane ogarnął większy lęk.

W ciągu kilku sekund kolos znalazł się na brzegu szczeliny, na krawędzi której zatrzymała się Jane w celu obronnym. Tu stanął ponownie.

'The Golden Volcano' by George Roux 32

Jane oczekiwała spokojnie na przeciwnika, chcąc wystrzelić celnie.

Zamiar jego był widoczny. Dziki wyraz oczu krwią nabrzmiałych, grymas ust odkrywający zęby, pięście zaciśnięte do napaści, wszystko wskazywało na szał zbrodni. Jane nastawiła rewolwer.

Jak gdyby naigrawając się z broni w tej ręce dziecięcej, kolos ruszył ramionami, zaśmiał się, chwycił raptownie kamień i rzucił go z impetem, a chybiwszy, rzucił się ku szczelinie, którą byłby w stanie przeskoczyć w trzech skokach. Jane oczekiwała spokojnie na przeciwnika, chcąc wystrzelić celnie.

Było to jednak zbyteczne. Po pierwszym skoku olbrzym, potknąwszy się o kamień, upadł z jękiem i podnieść się nie mógł.

Jane nie mogła zrozumieć, co się stało. Napastnik żył. Jego pierś wznosiła się nierównomiernie, wydając jęki żałosne. Najprostszą rzeczą było, korzystając z tego ubezwładnienia, zawrócić z drogi i uciec jak najśpieszniej.

Ale jęk, żałośliwszy od innych, zatrzymał Jane na miejscu. Spojrzała na przeciwnika. Leżał niepodobny do siebie. Mięsiste wargi, zaciśnione, nie miały już zwierzęcego wyrazu; oczy, przed chwilą krwią nabiegłe, wyrażały ból straszny; pięść rozwarta wyciągała się ruchem błagalnym. Przeciwnik, dyszący zbrodnią, przemienił się, jak pod wpływem różdżki czarodziejskiej, w biedaka cierpiącego i słabszego od małego dziecka.

– Pozwolisz mi umrzeć tutaj? – rzekł głosem chropowatym w dość poprawnym angielskim języku.

Jane nie zawahała się ani chwili. Serce kobiece zadrgało litością, krokiem pewnym zeszła do szczeliny i zaczęła się zbliżać.

– Albo chcesz mnie zabić? – jęknął nieszczęśliwy, wodząc rozpaczliwym wzrokiem po broni, którą Jane trzymała w ręku.

Jane spokojnie włożyła rewolwer za pas i przysunęła się bliżej.

– Co wam się stało? – spytała.

– Złamałem sobie coś, na pewno. Tu… tu mnie boli – mówił ranny, pokazując na biodra i prawą nogę.

– Dajcie, zobaczę – rzekła Jane, klękając.

Delikatnie, ruchem łagodnym, lecz pewnym, podniosła zatłuszczoną bluzę i dół wystrzępionych spodni.

– Nie złamaliście sobie nic – oświadczyła po chwili badania. – Jest to tylko zwichnięcie spowodowane fałszywem stąpnięciem. Za kwadrans będzie wam lepiej.

I nie zważając na co się naraża zbliżeniem do szerokich dłoni olbrzyma, zaczęła go rozcierać, stosować umiejętny masaż, a nawet położyła mu bańki zapomocą kubka przykręconego do manierki podróżnej, słowem doktór nie byłby się lepiej wywiązał ze swego zadania. To też ranny wrócił prędko do siebie. W przeciągu pół godziny mógł się już podnieść o tyle, że usiadł, opierając się plecami o skałę i zdołał odpowiedzieć na zadane mu pytania.

– Jak się nazywacie? – odezwała się Jane.

Nędznik spojrzał na nią z niesłychanem zdziwieniem. Myśli mu się mąciły na widok tego młodego stworzenia, które chciał zabić a które podążyło mu z pomocą. To też głosem nieśmiałym odpowiedział:

– Patrick Richardson.

– Czy jesteście Anglikiem, czy Amerykaninem?

– Irlandczykiem.

– Poszukiwaczem złota?

– Nie, panie, kowalem.

– Dlaczegoż opuściliście swój kraj i zawód?

– Z braku pracy… Nędza – brak chleba…

– A tu udało się wam lepiej?

– Nie.

– Nie znaleźliście działki?

– Jakże mogłem jej szukać? Nie rozumiem się na tem.

– Więc czego spodziewaliście się?

– Wynająć swoje ręce.

– I cóż?

– Próbowałem. Działki mają już dość robotników.

– Gdzie szliście, gdy was spotkałem?

– Na wschód, może tam powiedzie się lepiej.

– A dlaczegoż chcieliście mnie zabić przed chwilą?

– Dla tej samej przyczyny… Umieram z głodu – rzekł Patrick, spuszczając oczy.

– Ach! – westchnęła Jane i po krótkiem milczeniu wyciągnęła z sakwy posiłek.

– Spożyjcie to.

Ale Patrick siedział nieruchomy. Jego wzrok, spoczywający na Jane, mącił się coraz bardziej. Kolos zapłakał.

– Jedzcie! – powtórzyła Jane.

Tym razem nie potrzeba było nalegać.

Biedak rzucił się chciwie na podaną strawę.

Podczas gdy jadł, Jane spoglądała na niego. Nie ulegało wątpliwości, że był to osobnik niezwykle upośledzony. Jego odstające uszy, wystające nadmiernie szczęki jak u murzyna, wskazywały na zupełny brak inteligencji. Ale pomimo swej chęci zbrodniczej, nie musiał to być zły człowiek. Jane miała przed sobą jednego z tych wydziedziczonych od losu, jedno z tych nędznych stworzeń, ofiar miast wielkich, odrzucanych ustawicznie przez złowrogi los do bagna, z którego wyszły. Przypatrzywszy mu się uważniej, można było dostrzec w jego oczach błękitnych naiwne zdziwienie pełne słodyczy, na ustach zaś malującą się dobroć. Może być, że na twardej drodze życia spotkał on po raz pierwszy trochę litości.

Skoro Patrick posilił się dostatecznie, Jane patrząc na niego odezwała się w te słowa:

– Jeżeli chcecie, wezmę was na służbę.

– Pan!

– Tak, dam wam dziesięć dolarów dziennie; tak tu płacą wszyscy. Ale zapłacę wam wtedy, gdy nazbieram złota tyle, abym to mógł uskutecznić. Tymczasem, jako zaliczkę będę was żywił i przy pierwszej sposobności ubiorę was jak należy. Czy zgadzacie się na te warunki?

Patryk schwycił rękę Jane i przywarł do niej wargami. Nie potrzebował mówić więcej. Jane zyskała w nim nie sługę, lecz niewolnika, lecz psa.

– Teraz – rzekła – prześpijcie się. Zrobię wam posłanie z liści, na którem rozciągniecie się. Jutro nie będzie śladu waszego wypadku.

Nazajutrz, istotnie, po odpowiednim masażu, Patrick mógł wyruszyć w dalszą drogę wczesnym rankiem, pomimo, że ból nie przeszedł zupełnie, szczególnie przy nieostrożnem stąpnięciu. Przy pomocy jednak swego młodego pana, na którego ramieniu wspierał się od czasu do czasu, dostał się bez wielkiej trudności na drogę. Był to doprawdy widok osobliwy ten pochód kolosa, który przypominał postacią rosłego niedźwiedzia, a potrzebował pomocy i opieki młodzieńca o słabych muskułach, lecz silnej niezwykle duszy.

Chód wrócił Patrickowi w niedługim czasie sprężystość członków, to też osobliwa para niebawem przyśpieszyła kroku. Przed południem zatrzymano się, aby się posilić. Jane z troską mierzyła apetyt towarzysza. Czy wystarczy pożywienia dla tego olbrzyma, w którym strawa znika jak w otchłani!

Nad wieczorem zaszli do nowego wąwozu. Jane i Patrick przebywszy go, dostali się do rzeki.

Wąwóz ten był szerszy od wszystkich poprzednich. W miarę jak zbliżał się do rzeki, rozszerzał się coraz bardziej, tak że u wyjścia szerokość jego wynosiła pięćset metrów. W tem miejscu dzielił się na dwa płaskowzgórza, jedno wyższe od drugiego, podzielone barjerą skał prostopadle położonych w stosunku do rzeki i kończącą się na jej wybrzeżu ostrogą wysokości dziesięciu metrów. Jane znalazłszy się na niższem płaskowzgórzu, zwróciła nań szczególniejszą uwagę.

Grunt tego zbocza tworzył wysokość barjery skalnej. Grunt ten był podziurawiony szybami mniej lub więcej zasypanemi, i pokryty szczątkami narzędzi poszukiwaczy. Była to najwidoczniej opuszczona działka.

Że tak było istotnie, dowodziły tego szyby, porzucone narzędzia i brak słupów granicznych. W każdym razie warta była uwagi, szczególnie, że najcięższa część roboty była dokonana. Jane też postanowiła spróbować tu szczęścia.

Nazajutrz rano, zakupiwszy w sąsiedztwie za wysoką cenę potrzebne naczynia, jak wiadra, miski i płóczki, wzięła się do dzieła. Kazała Patrickowi odkopać jeden z szybów, tak że w niespełna dobę przemywał on już błoto, gdy ona tymczasem załatwiała formalności potrzebne do postawienia słupów wskazujących posiadanie działki.

W przeciągu trzech dni wszystko było załatwione, ale w chwili gdy stawiono słupy, znacząc je numerem 127 bis, Jane musiała przyznać, że złoto w działce znajduje się w minimalnej ilości i że o wydobyciu większych kawałków mowy być nie mogło. Pomimo usilnej pracy Patricka nie mogli z powodu braku doświadczenia przemyć co dobę więcej nad sto płóczek, których średnia wydajność nie przewyższała dziesiątej części dolara. Wystarczało to zaledwie na opłacenie pomocnika i na wyżywienie osobiste.

Zdawałoby się, że Jane postąpiła nieopatrznie, nie posunąwszy się dalej, nie przekroczywszy granicy, o której się dowiedziała przy zawieraniu umowy, że leży niedalej nad pięćset do sześciuset metrów.

Jednak Jane dowiedziała się rzeczy ważniejszej jeszcze. Oto, że rzeka, nad którą była działka, nosi nazwę Forty Miles Creek, nad którą znów znajdowała się działka 129, granicząca z jej własną działką, za pagórkiem, zamykającym wąwóz od południo-zachodu.

W każdym razie Jane nie zniechęciła się niepowodzeniem, i czy to dlatego że żywiła jakąś mglistą nadzieję, czy też przez upór w przezwyciężeniu trudności, dość że ponownie wzięła się do pracy z jeszcze większym wysiłkiem.

Po południu 11 czerwca, gdy Patrick zajęty swą pracą zapomniał o tem, co się naokoło niego dzieje, nagle usłyszała głos, którego brzmienie było jej dobrze znane.

– Czy pozwoli pani spytać o zdrowie?

– Pan Skim! – zawołała, zaróżowiona radością, której nie starała się ukryć.

– We własnej osobie – rzekł Summy, ściskając mocno podaną mu rękę.

– Zdrowie moje jest w najlepszem stanie – ciągnęła dalej Jane.

– A pani działka?… Widzę bowiem, że pani również posiada działkę.

– Przyznam się panu – rzekła Jane mniej wesoło – że nie jestem z niej zadowolona bynajmniej. Wydobywam dziesięć do dwunastu centów z płóczki. Zaledwie opłacają się koszta.

– Smutny to rezultat! – rzekł Summy Skim bez przejęcia. – A jakież są pani zamiary nadal?

– Nie wiem – odparła Jane. – Prawdopodobnie iść dalej… opuścić tę nieszczęśliwą działkę, która mnie kosztuje więcej, niż jest warta i do której dostałam się przypadkowo…

– Przypadkowo? – nalegał Summy Skim. – Więc pani nie wiedziała, że jest naszą sąsiadką?

– Dowiedziałam się dopiero kilka dni temu. Ale gdy przybyłam tu po raz pierwszy, nie wiedziałam, że ta rzeka jest Forty Miles Creek i że działka 129 znajduje się po drugiej stronie pagórka.

– Ach! – westchnął Summy Skim rozczarowany.

Po chwili milczenia zaś odezwał się w te słowa:

– Dlaczego nie miałaby pani skorzystać z tego przypadku, jeżeli tu rządzi przypadek? Zdaje mi się, że byłoby wskazane, zanim się pani zapuści w te odległe strony Alaski, poznać dobrze to miejsce, które pani wybrała. Nie mógłbym pani służyć pomocą, nie znając się na tych rzeczach, ale mój kuzyn Ben Raddle jest inżynierem niepoślednim i gdyby pani chciała…

– Dobra rada jest zawsze pożądana i przyjmę ją chętnie od p. Raddle – rzekła Jane. – Skora obejrzy moją działkę, powie mi, czego mogę się po niej spodziewać.

– A więc dobrze… Ale pozwoli pani, że zadam jej pytanie, o ile nie będzie niedyskretne.

– Nie będzie niedyskretne – rzekła Jane zgóry.

– Nie widzę tu wcale szałasu… Gdzie pani spoczywa w nocy?

– Na świeżem powietrzu – odpowiedziała Jane ze śmiechem. – Posłanie z liści, poduszka z piasku. Sen na tem znakomity.

Summy Skim otworzył oczy szeroko.

– Na świeżem powietrzu! – zawołał z oburzeniem. – Pani nie wie, co pani robi. Wszak to nieostrożność!

– Wcale nie. Mam dwu stróży.

– Dwu stróży?

– Oto jeden – tłumaczyła Jane, pokazując rewolwer u pasa – a oto drugi – dodała, wskazując na Patricka Richardson’a, który z pewnej odległości przypatrywał się ze zdziwieniem przybyłemu.

Summy spoglądał niedowierzająco.

– Ten dziki człowiek? – odezwał się. – Zapewne, olbrzym ten może panią obronić, ale wszystko jedno!… daleko lepiej będzie, jeżeli pani po skończonej pracy przejdzie na drugą stronę pagórka i przyjmie gościnę, którą służyć bylibyśmy tak radzi!

Jane potrząsnęła przecząco głową.

– Nie ma pani słuszności, nie ma – nalegał Summy. – Niech pani wierzy, byłoby to bezpieczniej… a gdyby nie bezpieczniej, byłoby przynajmniej…

– Przynajmniej?

– Przystojniej – dokończył Summy zapamiętale.

Jane Edgerton zmarszczyła brwi.

Nie do swoich rzeczy zaczął się mieszać ten pan Skim. Chciała odpowiedzieć mu ostro i osadzić niedyskretnego doradcę jednym z jej zwykłych argumentów o równości płci… Lecz odwagi jej zabrakło… Summy, straciwszy po swem powiedzeniu całą pewność, miał wygląd tak osobliwy, zarazem gniewny i zawstydzony, że Jane uśmiechnąwszy się nieznacznie, wyciągnęła do niego rękę i rzekła poważnie:

– Pan ma słuszność, panie Skim. Przyjmuję gościnę, którą zechciał pan mi służyć.

– Brawo! – zawołał Summy. – W takim razie niech pani będzie dobra do końca i niech pani skończy dziś pracę wcześniej, przyjmując naszą gościnę natychmiast. Opowie nam pani swoje przygody podczas podróży, a zaraz jutro Ben Raddle obejrzy pani działkę.

– Jak pan sobie życzy – odrzekła Jane, poczem zawołała: – Patrick!

– Słucham, panie Janie.

– Dość roboty na dzisiaj. Pójdziemy do działki 129.

– Dobrze, panie Janie.

– Zbierz narzędzia i idź naprzód.

– Dobrze, panie Janie – rzekł posłuszny Patrick, który obładowany miskami, płóczkami, kilofami i motykami, puścił się ciężko po zboczu pagórka w przyzwoitej odległości od Jane i Summy.

– Pan Jan? – spytał Summy. – Bierze więc panią za mężczyznę?

– Jak pan widzi – dzięki memu strojowi.

Summy spojrzał na szerokie barki olbrzyma idącego przed nimi.

– To jest bydlę! – wymówił to z takiem przekonaniem, że Jane Edgerton nie wiedząc sama dlaczego, wybuchnęła głośnym śmiechem.



XIII.

Działka 129.

Działka 129, położona na prawym brzegu Forty Miles Creek, była, jak to już powiedzieliśmy, ostatnią działką Klondike, słupy zaś, oznaczające jej zachodnią granicę, wskazywały również granicę alasko-kanadyjską.

Poza działką, ku południu, wśród dwu pagórków niewielkich, ciągnęła się łąka zielona, na której z obu stron rosły kępy brzóz i osin.

Na północ od działki płynęła wartko rzeka, o średnim wtedy poziomie, wśród brzegów lekko pochylonych w górnej jej części. Ale łańcuch wzgórz, ciągnący się od północy z lewego brzegu i zniżający się ku dolnej części, wznosił je nagle prawie przed grzbietem pagórków jeszcze niższych, które na prawym brzegu, ciągnąc się prostopadle ku rzece, tworzyły wschodnią granicę własności Josias Lacoste’a. Za ostatnim pagórkiem u podnóża tamtych wzgórz była działka Jane Edgerton, w której od tygodnia pracowała z taką zaciętością w chwili, gdy 10 czerwca dwaj kuzynowie stanęli u kresu podróży.

W różnych miejscach widniały domki, chaty lub szałasy właścicieli działek. Na przestrzeni dwu do trzech kilometrów pracowało kilkuset robotników.

Na przeciwległej stronie granicy, na terytorjum Ameryki znajdowały się podobne zabudowania, a na samym wstępie najbliżej działka 131, własność Teksańczyka Huntera, który eksploatował ją od roku i rozpoczynał obecnie drugą kampanję.

Nie było można wątpić, że Hunter musiał szukać zaczepki z Josias Lacoste’m. Ale również było pewnem, że nie znalazł do niej powodu. Działka 129 była dobrze zagwarantowana. Podanie o jej odkryciu było przyjęte przez państwo i wciągnięte w odpowiednim czasie do biura komisarza kopalni w Kanadzie za cenę trzydziestu pięciu dolarów… Co więcej, nie zapominał o prawie królewskiem do dziesiątej części wydobytego złota pod groźbą wywłaszczenia w razie nadużycia. Wypłacał podatek regularnie i tem samem prawo o wywłaszczenie w razie nieeksploatowania przez dwa tygodnie w okresie letnim, nie mogło być stosowane względem niego. Praca w działce Josias Lacoste’a przerwana została dopiero z jego śmiercią i jej podjęcie spadało obecnie na spadkobierców.

Josias Lacoste zajmował się eksploatacją półtora roku. Narazie nie miał z niej prawie żadnej korzyści z powodu kosztów instalacyjnych dość znacznych. Przyczem niespodziewany wylew Forty Miles Creek zburzył pierwszą pracę i spowodował wielkie szkody. Słowem, właściciel działki 129 zaledwie mógł pokryć wydatki, gdy śmierć go zaskoczyła.

Ależ który poszukiwacz traci kiedykolwiek nadzieję i nie łudzi się zawsze, że jest w przededniu odkrycia złotodajnej żyły, lub kilku kawałków złota niepośledniej wartości?

…Zresztą dlaczegożby Josias Lacoste nie miał tego osiągnąć pomimo szczupłych środków eksploatacji?

O wszystkich szczegółach dotyczących działki 129 dwaj kuzynowie dowiedzieli się od dawnego nadzorcy Josias Lacoste’a. Oddaliwszy całą służbę, objął nadzór nad opustoszałą działką, czekając na wznowienie pracy czy to przez spadkobierców, czy przez nowego nabywcę.

Nadzorca nazywał się Lorique. Był Kanadyjczykiem z pochodzenia, lat czterdziestu, bardzo biegły w swym zawodzie i z praktyką dłuższą w kopalniach Kalifornji i Kolumbji angielskiej, zanim przybył do Alaski. Nikt nie mógłby dostarczyć Ben Raddle’owi danych dokładniejszych o stanie obecnym działki 129, o jej istotnej wartości, o zyskach obecnych i przyszłych.

Przedewszystkiem Lorique zajął się mieszkaniem dla Ben Raddle’a i Summy Skim’a, mających zabawić tu czas dłuższy. Zamiast obozować pod namiotem woleli oni zamieszkać w skromnej ale czystej izbie w domku, który zbudował Josias Lacoste dla siebie i swego nadzorcy. Domek położony u podnóża pagórka na południu, wśród kęp brzóz i osin, był schroniskiem dostatecznem w letniej porze roku.

O dostawę pożywienia nie potrzebowali się wcale kłopotać. W tych stronach, jak zresztą w całem Klondike istnieją towarzystwa spożywcze ze swą główną siedzibą w Dawson City, gdzie otrzymują żywność od statków, kursujących po Yukonie.

Ciągną one olbrzymie zyski ze swego przedsiębiorstwa tak z powodu wysokich cen jak i wielkiej liczby pracowników zajętych przy kopalniach.

Nazajutrz po przyjeździe do Forty Miles Creek, Ben Raddle i Summy Skim pod przewodnictwem Lorique’a zwiedzili działkę.

– P. Josias Lacoste – mówił Lorique – nie zajął odrazu swych pięćdziesięciu robotników wierceniem szybów na brzegu rzeki. Zadowolił się powierzchownem poszukiwaniem i dopiero przy końcu pierwszej kampanji zdecydował się na pogłębienie warstwy złotodajnej.

– Ile szybów mieliście w tym czasie? – spytał Ben Raddle.

– Czternaście – odpowiedział nadzorca. – Każdy otwór ma dziewięć stóp kwadratowych, jak to mogą panowie zobaczyć sami. Są one nienaruszone i gotowe do pracy.

– Ale zanim te szyby zostały wywiercone, ile dochodu dawało poszukiwanie powierzchowne? Czy pokrywało wydatki?

– Oczywiście że nie – rzekł Lorique. – Zwykle tak bywa w działkach, na których ograniczają się do przemywania żwiru złotodajnego.

– Pracowaliście więc tylko w ten sposób? – spytał Ben Raddle.

– Jedynie w ten sposób, to też rzadko płóczka osiągnęła cenę trzech dolarów.

– Gdy w działkach Bonanzy – zawołał Summy Skim – dosięgała pięć do sześciuset.

– Niech pan mi wierzy, że to tylko wyjątek – rzekł nadzorca – i że jeżeli kto średnio dochodzi do dwudziestu dolarów, może być bardzo zadowolonym. Działka zaś 129 nie przewyższyła średnio jednego dolara.

– Marnie! marnie! – mruknął Summy przez zęby.

Ben Raddle szybko odwrócił temat rozmowy.

– Jakiej głębokości są szyby?

– Od dziesięciu stóp do piętnastu. Głębokość ta jest dostateczna, aby dostać się do warstwy, w której znajduje się proszek złoty.

– Jaka jest zwykle grubość tej warstwy?

– Około sześciu stóp.

– A ile stopa sześcienna tej warstwy daje płóczek?

– Około dziesięciu, a dobry robotnik potrafi ich przemyć około stu dziennie.

– Ale wasze szyby jeszcze nie były czynne? – spytał Ben Raddle.

– Wszystko było gotowe, w chwili kiedy p. Josias Lacoste umarł. Praca więc została w zawieszeniu.

Nietylko Ben Raddle’a zajmowały szczegóły o działce 129. Summy Skim również chciał zdać sobie sprawę z jej wartości. To też zwrócił się do nadzorcy z odpowiedniem pytaniem.

– Wydobyliśmy złota za trzydzieści tysięcy franków – odpowiedział nadzorca – ale wydatki pochłonęły całą sumę. Nie wątpię jednak, że żyła Forty Miles Creek jest wydajna. W sąsiednich działkach po przewierceniu szybów wydajność okazała się znaczna.

– Wiecie, zapewne, Lorique – rzekł Ben Raddle – że syndykat z Chicago zwracał się do nas z chęcią nabycia działki?

– Wiem, z jego polecenia oglądano ją niedawno.

– Syndykat proponował nam za nią pięć tysięcy dolarów. Czy suma ta odpowiada wartości działki?

– Suma ta jest śmieszna – odrzekł stanowczo Lorique. – Opierając się na rezultatach otrzymanych w innych działkach przy Forty Miles Creek, oceniam pańską przynajmniej na czterdzieści tysięcy dolarów.

– Piękna cyfra – rzekł Summy Skim – i doprawdy nie żałowałbym podróży, gdybyśmy mogli otrzymać tę sumę. Na nieszczęście sprzedaż działki będzie rzeczą trudną, dopóki spór o granicę nie zostanie rozstrzygnięty.

– Wszystko jedno! – zaprzeczył nadzorca. – Czy działka będzie należała do Kanady, czy do Alaski, wartość jej nie ulegnie zmianie.

– Zupełnie słusznie – rzekł Ben Raddle. – Nie przeszkadza to jednak, że syndykat zaniechał nabycia działki pomimo niskiej ceny.

– Lorique, jak myślicie, czy sprostowanie granic nastąpi wkrótce?

– Wiem tylko jedno – oświadczył nadzorca – że komisja zaczęła swe prace. A kiedy je skończy?… Przypuszczam, że nikt z komisarzy nie mógłby na to odpowiedzieć. W każdym razie pomaga im jeden z najsławniejszych geometrów Klondike, człowiek bardzo biegły w tych sprawach, p. Ogilvie, który sporządził dokładny kadaster obwodu.

– Jakiż przewidują wynik? – spytał Ben Raddle.

– Że Amerykanie przegrają – odpowiedział nadzorca – i że jeżeli granica nie jest na swojem miejscu, trzeba ją będzie przenieść na zachód.

– To znaczy, że działka 129 pozostałaby ostatecznie własnością Kanady – wywnioskował Summy Skim.

Wtedy Ben Raddle zaczął się dopytywać nadzorcy, jakie stosunki łączyły Josias Lacoste’a z właścicielem działki 131.

– Z Teksańczykiem i jego towarzyszem? – rzekł Lorique – Hunter i Malone?

– Właśnie o nich chodzi.

– O, co do tego, to mogę oświadczyć kategorycznie, że byli bardzo nieprzyjemni.. Przy każdej sposobności szukali zaczepki, w ostatnich zaś czasach nie mogliśmy pracować bez rewolweru za pasem. Niejednokrotnie policja musiała ich uspokajać.

– To samo powiedział nam dowódca oddziału policyjnego, którego spotkaliśmy w Fort Cudahy – oświadczył Ben Raddle.

– Obawiam się – dodał Lorique – że będzie miał jeszcze do czynienia z nimi. Nie będziemy mieli spokoju, dopóki tych łotrów nie wyrzucą.

– Jakżeby się to stać mogło?

– Będzie to rzeczą bardzo łatwą, o ile granicę przeniosą na zachód. Działka 131 będzie wtedy należała do Kanady, i Hunter będzie musiał się poddać prawom kanadyjskim.

– Oczywiście głosuje on za przeniesieniem południka sto czterdziestego pierwszego na wschód?

– Oczywiście – odrzekł nadzorca. – On to podburzył pogranicznych Amerykanów, zarówno z Forty Miles Creek jak i z Sixty Miles. Nieraz grozili nam, że opanują nasze terytorjum i zabiorą działki. Władze Ottawy zaniosły skargę do Waszyngtonu, ale zdaje się, że tam nie śpieszą z rozpatrzeniem sprawy.

– Oczekują zapewne na rozstrzygnięcie sporu – rzekł Ben Raddle.

– Być może. Ale dotąd strzec się musimy. Skoro Hunter dowie się o przyjeździe nowych właścicieli do Forty Miles Creek, może nam urządzić jaką niespodziankę.

– Będzie wiedział z kim ma do czynienia – oświadczył Summy Skim – bo mieliśmy zaszczyt przedstawić mu się.

Obchodząc działkę, obaj kuzynowie i nadzorca zatrzymali się przy słupie, odgraniczającym działkę 129 od działki 131. O ile 129 była martwa, o tyle 131 była pełna życia i działalności. Robotnicy Huntera zajęci byli pracą przy szybach przewierconych w górnej części rzeki. Błoto, przemyte, spływało z pomocą wody z koryt do rzeki.

Ben Raddle i Summy Skim napróżno jednak wypatrywali Huntera i Malona wśród robotników. Lorique przypuszczał, że po kilku dniach spędzonych w działce, musieli wyjechać na zachód do tej części Alaski, gdzie miano odkryć nowe pokłady złotodajne.

Po obejrzeniu działki dwaj kuzynowie i nadzorca powrócili do domku, gdzie czekał na nich Neluto ze śniadaniem.

– I cóż, pilocie – spytał Ben Raddle wesoło – będziemy mieli dobre śniadanie?

– Doskonałe, panie Raddle!… o ile się udało – odparł Indjanin, dodając jak zwykle skromne zastrzeżenie do swego pewnego twierdzenia.

Po śniadaniu Summy Skim zagadnął kuzyna o przyszłe jego zamiary.

– Dowiedziałeś się – rzekł – o wartości działki 129. Pozostając tu, przypuszczam, że nie dowiesz się niczego więcej.

– Nie jestem tego samego zdania. Nie wyczerpałem jeszcze rozmowy z nadzorcą, przytem muszę się rozejrzeć w rachunkach wuja Josias’a. Nie sądzę, abym mógł to załatwić prędzej niż w dwie doby.

– Niech będzie dwie doby – rzekł Summy Skim – z warunkiem, że będę mógł polować w okolicy.

– Poluj, bracie, poluj. To cię rozerwie podczas tych kilku dni, jakie tu spędzimy.

– O! – zauważył Summy z uśmiechem – dwie doby przeszły na kilka dni!

– Oczywiście – rzekł Ben Raddle. – Nawet gdybym mógł zobaczyć pracę robotników – przemywać piasek…

– Oho! – odparł Summy Skim – widzę, że dni przechodzą w tygodnie… Ostrożnie, Ben, ostrożnie! nie zapominaj, że nie jesteśmy poszukiwaczami…

– To prawda. Tylko, ponieważ nie możemy obecnie myśleć o sprzedaży działki, dopóki granica nie będzie ustalona, nie widzę dlaczego nie miałbym zacząć…

– A zatem – przerwał mu Summy Skim – jesteśmy skazani na przebywanie tutaj, dopóki ten przeklęty południk nie będzie na swojem miejscu…

– Tu czy tam. Gdzieżbyśmy poszli?

– Do Dawson City, naprzykład.

– Czyż byłoby nam tam lepiej?

Summy nie odpowiedział. Czując, że gniew w nim wzbiera, wziął strzelbę, zawołał Neluta, i obaj wąwozem podążyli w południowym kierunku.

Summy Skim nie nadarmo się gniewał. Ben Raddle był istotnie zdecydowany zająć się eksploatacją swej działki. Skoro niespodziewana okoliczność zmuszała go do przedłużenia pobytu w Forty Miles Creek do kilku tygodni, jakże oprzeć się pokusie wykorzystania gotowych szybów i sprawdzenia ich wydajności?… Czy wuj Josias wyczerpał wszystkie środki, aby dojść do dobrych rezultatów?… Czyż nie zadowolił się starą metodą poszukiwaczy złota, oczywiście zanadto pierwotną, podczas gdy inżynier zastosować może inne sposoby daleko szybsze i wydajniejsze? A wreszcie, jeżeli mógłby z wnętrza tego gruntu wydobywać setki tysięcy franków, miljony może, czy słusznie byłoby sprzedawać go za śmieszną cenę?

Tak, w ten sposób rozmyślał Ben Raddle. Słowem, wcale się nie gniewał na spór o granicę, który mu służył mocnym argumentem wobec kuzyna, a jako optymista, doszedł nawet do wniosku, że Summy upodoba sobie wkońcu to, do czego zapalał się sam tak bardzo.

To też, gdy obejrzał rachunki wuja Josias’a i zdobył od nadzorcy potrzebne wiadomości, spytał go bez ogródki:

– Gdybyście teraz mieli zebrać robotników, moglibyście to uczynić?

– Nie ulega wątpliwości – rzekł nadzorca. – Tysiące emigrantów nadaremnie szuka pracy. Co dzień przybywają do działek przy Forty Miles Creek. Sądzę nawet, że z powodu wielkiej ich ilości nie wymagaliby zbyt wysokiej płacy.

– Nie potrzeba byłoby więcej niż pięćdziesięciu robotników?

– Najwyżej. P. Josias Lacoste nie używał nigdy więcej.

– Ile czasu potrzeba, aby zebrać robotników? – spytał Ben Raddle.

– Dwadzieścia cztery godziny.

Poczem po chwili nadzorca dodał:

– Czy miałby pan zamiar eksploatować na swoją rękę?

– Być może, przynajmniej dotąd, dopóki nie sprzedamy działki 129 stosownie do jej wartości.

– Istotnie, będzie pan mógł lepiej ją ocenić.

– Zresztą – zauważył Ben Raddle – cóżbym tu robił, dopóki spór o granicę nie będzie rozstrzygnięty?

– Słusznie – przyznał nadzorca. – Ale, tak czy inaczej, działka nie straci swej wartości. Ja zaś jestem zawsze tego zdania, że działki, znajdujące się przy dopływach lewego brzegu Yukonu, nie ustępują wcale położonym na prawym brzegu. Niech mi pan wierzy, można również dobrze zrobić majątek na Sixty Miles lub Forty Miles, jak na Bonanza lub Eldorado.

– Przyjmuję to do wiadomości – rzekł Ben Raddle, bardzo zadowolony z tych odpowiedzi, tak dogadzających jego własnym pragnieniom.

Pozostawał obecnie tylko Summy Skim. Czy pigułka nie będzie mu się wydawała zbyt gorzka? Ben Raddle niepokoił się bardziej, niż chciał to przyznać przed sobą.

'The Golden Volcano' by George Roux 33

Ale stanowczo świeciła nad nim szczęśliwa gwiazda. Groźna rozprawa go ominęła. Gdy Summy powrócił około piątej, nie był sam. Zjawił się on na szczycie pagórka z idącym za nim robotnikiem olbrzymich rozmiarów i z towarzyszem małego wzrostu kroczącym u jego boku. Zdaleka już Summy dawał znak ręką, wołając:

– Przybywaj, Ben. Niech ci przedstawię sąsiadkę.

– Miss Jane! – wykrzyknął Ben Raddle poznając rzekomego towarzysza.

– We własnej osobie! – wołał Summy – i właścicielka działki 127 bis do tego!

Zbyteczną rzeczą byłoby nadmieniać, jak gorąco ją witał Ben Raddle. Dowiedziawszy się o przygodach swej wspólniczki, winszował jej z zapałem zimnej krwi i wyraził serdeczne ubolewanie nad jej względnem niepowodzeniem. Summy skorzystał ze sposobności, aby wysunąć się ze swą prośbą.

– Zapewniłem sąsiadkę, że nie odmówisz jej rady. Wszak mi nie zaprzeczysz?

– Chyba żartujesz? – oburzył się Ben Raddle.

– A zatem obejrzysz jej działkę?

– Bez wątpienia.

– Obejrzysz ją starannie?

– Oczywiście.

– I powiesz jej, czego się ma trzymać?

– Zaraz jutro. W razie potrzeby zawezwę nadzorcę, który zna lepiej te strony ode mnie.

– Bardzo to ładnie z twojej strony, jesteś dobrym chłopcem. A pani, miss Jane, ma zapewniony majątek – oświadczył Summy z przekonaniem.

Ben Raddle uważał, że chwila jest stosowna, aby oznajmić kuzynowi o swem postanowieniu.

– I my również – zaczął, nie patrząc Summy Skim’owi w oczy.

– I my?

– Tak. Ponieważ jesteśmy zmuszeni czekać na zakończenie sporu o granicę, postanowiłem wznowić eksploatację i prowadzić ją aż do rozstrzygnięcia sporu. Jutro Lorique zajmie się zebraniem robotników.

Ben Raddle spodziewał się wybuchu. Jakież było jego zdziwienie, gdy Summy rzekł dobrodusznie:

– Jest to doskonały pomysł… doprawdy, doskonały!

Poczem, nie wracając do przedmiotu, jak gdyby nie posiadał żadnego znaczenia, dodał:

– Słuchaj Ben, pozwoliłem sobie ofiarować gościnę miss Jane w naszym domku, gdyż jest zmuszona nocować pod gołem niebem. Wszak nie masz nic przeciwko temu?

– Cóż za pytanie! Nasz domek jest do dyspozycji miss Edgerton, to oczywista.

– Wszystko więc dobrze się składa – rzekł Summy. – I w tych warunkach jestem zdania…

– Że?

– Żebyśmy oprowadzili miss Jane po swojej własności – dokończył wesoło Summy, który nie czekając odpowiedzi, wyruszył, prowadząc z sobą Jane Edgerton. Ben Raddle szedł za nimi oszołomiony zgodą kuzyna.

Tymczasem Summy Skim mówił do swej towarzyszki tonem najpoważniejszym w świecie:

– Bądź co bądź, miejscowości złotodajne mają też swoje dobre strony. Miejscowości te, miss Jane…

Nie mogąc rozumieć tej zadziwiającej metamorfozy, Ben Raddle zapalił papierosa i wzruszył ramionami.



XIV.

Eksploatacja.

Optymizm Summy Skim’a nie trwał długo. Obudziwszy się nazajutrz, powrócił do swych zwykłych zapatrywań, którym pod wpływem niewytłumaczonej przyczyny sprzeniewierzył się przez chwilę. Skoro stwierdził, że jego przewidywania się sprawdziły, wpadł w zły humor, o ile mogło się nań zdobyć jego łagodne z natury usposobienie.

Tak więc Ben Raddle do chwili kiedy będzie mógł sprzedać działkę, będzie ją eksploatował. Kto wie nawet, czy ją odstąpi kiedykolwiek!…

– Nieszczęśliwa godzina – powtarzał sobie rozważny Summy Skim. – Ach! wuju Josias!… Jeżeli staliśmy się kopaczami, zbieraczami złota, poszukiwaczami złota, czy, mojem zdaniem, poszukiwaczami nędzy, to tobie, wuju, zawdzięczamy… Dość zbliżyć rękę do tej maszyny, aby porwała całego człowieka… zima nadejdzie i nie powrócimy do Montrealu!… Zima w Klondike!… z mrozami, dla których trzeba było fabrykować rozkoszne termometry o skali wskazującej poniżej zera tyle stopni, ile nie wskazuje ich powyżej zera żaden inny termometr! Co za perspektywa! O, wuju Josias, wuju Josias!

Takim myślom oddawał się Summy Skim. Ale czy to pod wpływem filozoficznego swego usposobienia, czy też z innej jakiej przyczyny, dość że jego przekonania straciły już moc dawną. Czyż Summy Skim miałby się zmienić i spokojny obywatel z Green Valley miałby znaleźć upodobanie w życiu koczowniczem?

Pora dla eksploatacji na Yukonie dopiero się zaczęła. Od dwu zaledwie tygodni pod wpływem odwilży grunt rozmiękł i na rzekach znikła powłoka lodowa. Jeżeli ziemia, stwardniała od wielkich mrozów, stawiała gdzie niegdzie pewien opór, kilof i motyka mogły mu podołać. Do warstwy złotodajnej można się było dostać bez obawy, że ściany szybu, zamarznięte przez zimę, zapadną się niebawem.

Nie mając narzędzi udoskonalonych, gdyż na działce nie było odpowiednich maszyn, Ben Raddle musiał zadowolić się miską i płóczką, tak zwaną pan w języku kopaczy. Wszelako pierwotny ten sposób eksploatacji był poniekąd wystarczający dla działek sąsiadujących z Forty Miles Creek.

Zato kopalnie złota górskie potrzebują narzędzi bardziej udoskonalonych. Maszyny tłokowe, służące do miażdżenia kwarcu, były już w użyciu w pokładach górzystych Klondike z równem powodzeniem, jak i w innych kopalniach Kanady i Kolumbji angielskiej.

Ben Raddle, dla urzeczywistnienia swoich zamiarów, nie mógł znaleźć cenniejszego pomocnika od nadzorcy Lorique’a. Człowiek ten, niezwykle biegły w swym zawodzie, stosować mógł z korzyścią ulepszenia, które inżynier chciał wprowadzić.

W każdym razie należało się spieszyć. Za długa przerwa w eksploatacji działki 129 mogłaby zwrócić uwagę władz, żądnych jak największego zysku z podatków pobieranych od właścicieli działek.

Nadzorca nie mógł tak łatwo, jak przypuszczał, zebrać żądanej liczby robotników. Nowe pokłady odkryte w górzystej części obwodu ściągnęły tam górników, gdyż zarobek w tych stronach przedstawiał się ponętnie. Zapewne, karawany nie przestawały przybywać do Dawson City, lecz zapotrzebowanie rąk ludzkich było wielkie wobec małego rozpowszechnienia maszyn.

Kiedy nadzorca zajęty był zbieraniem robotników, Ben Raddle, dotrzymując obietnicy danej Jane Edgerton, udał się wraz z Summy Skim’em do jej działki.

Osobliwy podział działki na dwa piętra, jedno wyższe wzwyż rzeki, drugie niższe w dolnej jej części, zwróciło natychmiast uwagę inżyniera. Po zbadaniu położenia brzegów rzeki, wypowiedział Jane Edgerton swoje zdanie:

– Nie mógłby nikt ocenić wartości pani działki – mówił. – Pewną jednak jest rzeczą, że pani się omyliła, wybierając piętro niższe.

– Dlaczego? – spytała Jane. – Wszak w moim wyborze kierowałam się śladami szybów, które tam znalazłam.

– Właśnie obecność szybów powinna była panią zniechęcić. Czyż nie jest rzeczą oczywistą, że szyby te, wiercone, a następnie opuszczone, w okolicy, gdzie obraca się tylu kopaczy, nie przynosiły żadnego dochodu? Dlaczegoż pani miałaby być szczęśliwszą od innych?

– To prawda – przyznała Jane uderzona trafnością uwagi.

– Mogę przytoczyć jeszcze jeden argument, ale aby pani mogła zrozumieć całą jego doniosłość, musi pani wiedzieć, jak utworzyła się warstwa złotodajna, którą eksploatujemy oboje. Warstwa ta jest jeno pozostałością wód Forty Miles Creek, w epoce bardzo oddalonej, kiedy rzeka ta, rozlana szeroko, pokrywała swemi wodami działkę 129 i inne okoliczne, jak również miejsce, w którem obecnie stoimy, jako też i wąwóz do niego przylegający, tworzący rodzaj zatoki, do której prąd, napotkawszy wzgórek, dzielący nasze posiadłości, wpadał z pewnym naporem. Oczywiście woda musiała najpierw przepłynąć przez piętro wyższe, poczem z wysokości skalistej zapory spadała kaskadą na piętro niższe, aby znów wrócić do pierwotnego kierunku. Skalista ta zapora siłą rzeczy zagradzała drogę prądowi, który załamywał się i wirował. Jest więc rzeczą bardzo prawdopodobną, że koło tej zapory zostawił całą swą cięższą zawartość, a mianowicie cząsteczki złota, które z sobą uniósł. Wgłębienie utworzone przez zaporę skalistą zapełniało się stopniowo cząsteczkami złota i mogłoby pewnego dnia dojść do piętra niższego, gdyby jak można przypuszczać, właśnie w tym samym czasie trzęsienie ziemi nie było spowodowało usunięcia się kamieni obecnie przykrywających warstwę piaszczystą, jak się domyślam, i nie było wpłynęło na bieg rzeki, która musiała się cofnąć na północ i skierować się do łożyska, którem płynie obecnie.

Summy Skim nie ukrywał swego zachwytu.

– Wspaniale! – zawołał. – Jesteś wielkim uczonym Ben!

– Nie zachwycaj się zbytnio – rzekł Ben Raddle. – W każdym razie są to tylko hipotezy. Zdaje mi się jednak, że nie mylę się, twierdząc, że jeżeli w działce 127 bis jest złoto, to znajduje się ono pod kamieniami, które pokrywają część jej górną…

– Chodźmy zobaczyć – odezwała się Jane ze zwykłą stanowczością.

Nie zwlekając, wszyscy troje wyruszyli w drogę wąwozem, ciągnącym się około dwustu metrów, poczem, doszedłszy do miejsca, gdzie skalista zapora wychodzi z wąwozu, podążyli na wyższą płaszczyznę, przybliżając się do rzeki. Droga wśród zawalonych kamieni, niekiedy olbrzymich, była niezmiernie uciążliwa i podróżnicy potrzebowali około godziny, aby dostać się do rzeki.

Pomimo cierpliwych poszukiwań Ben Raddle nie mógł znaleźć ani cząsteczki piasku. Była to płaszczyzna pokryta kamieniem i skałą, a w ich odstępach dostrzec było można inne skały głęboko wryte w ziemię.

– Będzie rzeczą trudną dowieść eksperymentalnie mojej teorji – zauważył Ben Raddle, dochodząc do prostopadłej skały, stanowiącej krawędź płaszczyzny.

– Nie tak trudną, jak myślisz – rzekł Summy Skim, który oddaliwszy się na kilka metrów dostrzegł był małą przestrzeń piasku między skałami. – Zobacz piasek!

Ben Raddle zbliżył się do kuzyna. Kwadratowy kawałek piasku, wielki jak chustka od nosa, widniał między dwoma kamieniami.

– I to piasek wspaniały! – zawołał Ben, przypatrując mu się. – Jest to cud, że nikt go nie odkrył przed nami. Spójrz na jego zabarwienie, Summy; niech pani patrzy, miss Jane, Założę się sto przeciw jednemu, że piasek ten zawiera do pięćdziesięciu dolarów złota na szalę.

Trudno było to sprawdzić na miejscu. Napełniono przeto kapelusze i kieszenie cennym nabytkiem i ruszono drogą odwrotną.

Doszedłszy do rzeki przemyto w niej kruszec, oswobadzając go z piasku i Ben Raddle mógł stwierdzić z zadowoleniem, że ocena jego była za skromną o połowę. Wydajność złota nie mogła być mniejszą niż sto dolarów z szali.

– Sto dolarów! – zawołali Jane i Summy z zachwytem.

– I to najmniej – oświadczył kategorycznie Ben Raddle.

– A zatem – majątek mój zapewniony! – szepnęła Jane z odcieniem wzruszenia pomimo swej niezmiennej zimnej krwi.

– Nie unośmy się – rzekł Ben Raddle – nie unośmy. Zapewne, jestem przekonany, że ta część pani działki zawiera kawałki złota znacznej wartości, lecz nie mówiąc już, że odkrycie tego kawałka może być dziełem czystego przypadku, musimy się liczyć z olbrzymiemi kosztami, które pociągnie za sobą oczyszczenie gruntu. Wymaga to wielu robotników, narzędzi… nawet dynamit będzie potrzebny.

– Zaraz dziś wezmę się do dzieła – rzekła Jane energicznie. – Postaramy się z Patrickiem oczyścić kawałek tego gruntu bez niczyjej pomocy. To co z niego wydobędziemy, pozwoli nam kupić narzędzia i nająć robotników…

– Doskonale pani obmyśliła – przyznał Ben Raddle – i nie pozostaje nam nic innego jak życzyć pani powodzenia…

– I przyjąć podziękowania, gorące moje podziękowania – dodała Jane. – Bez panów byłabym przekroczyła granicę, puściła się w głąb Alaski, i nikt wiedziećby nie mógł…

– Ponieważ jestem pani wspólnikiem – rzekł nieco chłodno Ben Raddle – w moim interesie leżało pomóc pani, aby zmniejszyć o ile można ryzyko, na które narażony jest kapitał uosobiony w pani.

– Prawda – przyznała Jane z zadowoleniem.

Summy Skim przerwał tę rozmowę działającą mu widocznie na nerwy.

– Zadziwiacie mnie, słowo daję. Traktujecie wszystko po kupiecku… Ja choć nie jestem „wspólnikiem”, cieszę się niezmiernie z tak pomyślnego obrotu sprawy!

Pozostawiwszy Jane Edgerton na jej nowej placówce, kuzynowie wrócili do działki 129, gdzie znaleźli już kilkunastu robotników. Nadzorca zdołał zgodzić ich około trzydziestu za cenę przeszło dziesięciu dolarów dziennie.

Zresztą była to cena przyjęta w okolicy Bonanzy. Większa część robotników zarabiała od siedmdziesięciu do ośmdziesięciu franków dziennie, wielu też z nich wzbogacało się szybko, nie wydając pieniędzy z taką łatwością, z jaką je zarabiali.

Wysokość płacy nie powinna jednak nas dziwić. W pokładach Sookum naprzykład robotnik zbierał złota wartości sto dolarów na godzinę, otrzymywał zaś zaledwie setną część zarobku.

Jak już mówiliśmy, sposób eksploatowania w działce 129 był dość pierwotny. Narzędzia jednak, które wystarczały wujowi Josias, nie zadowoliły siostrzeńca. Zajął się też natychmiast ich udoskonaleniem, sprowadzając za pośrednictwem nadzorcy dwa „rockers” za wysoką cenę.

„Rocker” – udoskonalona płóczka – jest poprostu pudełkiem długości trzech, szerokości dwu stóp, rodzaj trumny przytwierdzonej do ruchomej belki. Wewnątrz znajduje się rodzaj sita zaopatrzonego w kwadratowy kawałek wełny, które zatrzymuje ziarnka złote, przepuszczając piasek. Na niższej krawędzi sita, poruszanego ruchomą belką, znajduje się nieco rtęci służącej do złączenia się z metalem, o ile on jest za nikły, aby można go zebrać ręką.

Ben Raddle wolałby zamiast „rockera” sprowadzić t. zwany „sluice”, ale ponieważ sprowadzić go sobie nie mógł, więc postanowił go zbudować. Jest to rodzaj kanału z drzewa poprzegradzanego w odstępach sześciocalowych rowkami poprzecznemi. Skoro wrzuci się weń rozwodnione błoto, ziemia i kwarc spływa, a w rowkach zatrzymuje się złoto wskutek swego ciężaru gatunkowego.

Dwie te maszyny są bardzo pomocne w wydobywaniu złota, lecz wymagają urządzenia pompy, któraby doprowadziła wodę do górnej ich krawędzi, co znacznie powiększa ich koszt. O ile chodzi o działki górskie, niekiedy można zużytkować naturalny spadek wody, ale w działkach rzecznych z konieczności należy uciec się do środków mechanicznych pociągających za sobą wielkie koszta.

Tak więc eksploatacja działki 129 rozpoczęła się w pomyślniejszych warunkach.

Summy Skim, filozofując na swój sposób, nie przestawał zwracać uwagi na zapał, z jakim Ben Raddle brał się do pracy.

– Stanowczo – mówił do siebie – Ben’owi udzieliła się panująca tu epidemja i dałby Bóg, aby na mnie nie przyszła kolej! Obawiam się bardzo, żeby jej wyleczyć nie było można nawet po zrobieniu majątku i aby posiadana ilość złota nie okazała się znów niewystarczająca…

Wszelako właściciele działki 129 byli daleko od tego. Może jej ziemia posiadała bogactwa, jak to twierdził nadzorca, w każdym razie dzieliła się niemi skąpo. Dostanie się do warstwy złotodajnej, ciągnącej się w gruncie, wzdłuż Forty Miles Creek, przedstawiało wielkie trudności. Ben Raddle musiał przyznać, że szyby są za mało głębokie i że należy wiercić je dalej. Był to trud niemały w porze roku, w której ściany szybów nie były zmarznięte.

Ale wogóle czy warto było rozpoczynać tę kosztowną pracę i czy nie lepiej byłoby ją zostawić dla syndykatów lub osób prywatnych pragnących nabyć działkę 129? Czy Ben Raddle nie powinien był poprzestać na dotychczasowych swych przyborach?

Wprawdzie przemywanie na miskach przynosiło mu tylko ćwierć dolara. Wobec płacy robotników dochód to był żaden i można było zwątpić o przewidywaniach nadzorcy.

Cały czerwiec był pogodny. Kilka burz, chociaż gwałtownych, przeszło niepostrzeżenie. Praca więc wrzała wzdłuż Forty Miles Creek.

W pierwszych dniach lipca właściciele działki 129 mogli przesłać zaledwie trzy tysiące dolarów do Dawson City, złożonych na ich rachunek w kasach American Trading and Transportation Company.

– Dołożyłbym ze swojej kieszeni, gdyby nie była pusta – mówił Summy Skim – aby żałowali nabycia działki 129. Ale trzy tysiące dolarów!… Będą się z nas śmiali!

– Cierpliwości, Summy, cierpliwości! – odpowiadał Ben Raddle. – Jeszcze się zmieni.

W każdym razie, aby „się zmieniło”, należało działać szybko. Z nadejściem lipca zostały tylko dwa letnie miesiące. Słońce, zachodzące o pół do jedenastej, ukazuje się na horyzoncie o pierwszej zrana. Między wschodem słońca a zachodem wszakże panuje zmrok tak słaby, że gwiazdy podbiegunowe zaledwie są widzialne. W tych warunkach praca mogłaby iść nieprzerwanie przy dwu zmianach robotników. W ten sposób się urządzano po drugiej stronie granicy, na terytorjum Alaski, gdzie Amerykanie rozwijali niesłychaną działalność.

Ku wielkiemu zmartwieniu Ben Raddle’a nie można było wstąpić w ich ślady. Nadzorcy bowiem pomimo usilnych starań udało się zebrać zaledwie czterdziestu robotników.

To samo było na działce 127 bis. Jane Edgerton mogła zebrać zaledwie dziesięciu pracowników, pomimo że nie liczyła się z płacą.

Co wieczór zdawała sprawę Summy Skim’owi i Ben Raddle’owi z rezultatu swych usiłowań. Nie dosięgał on wyniku pierwszej próby, lecz wydajność płóczek nie była mniejsza nad cztery dolary na płóczkę, a nierzadko dochodziła do dziesięciu. W tych warunkach dziesięciu robotników wystarczyłoby do osiągnięcia kilkuset tysięcy franków do końca sezonu.

Ale, niestety, byli oni zajęci oczyszczaniem terenu, a pomimo siły i oddania Patrick’a praca ta posuwała się zwolna. W każdym razie obszar piasku zwiększał się powoli, w miarę jak wyrzucano kamienie na niższą płaszczyznę, i można było przewidywać, że w połowie lipca działka 127 bis dawać będzie swej właścicielce poważne dochody.

Na działce 129 tymczasem horoskopy były mniej pomyślne pomimo usilnej działalności Ben Raddle’a.

Czytelnik się nie zdziwi, zważywszy usposobienie Ben Raddle’a, że inżynier brał nieraz czynny udział w pracy. Nie wzdragał się pomagać swym robotnikom, pilnując ich. Z płóczką w ręku przemywał błoto, a często nawet wprawiał w ruch rocker, podczas gdy Summy Skim oczywiście nie stracił swego spokoju i napróżno Ben Raddle chciał mu udzielić części swego zapału.

'The Golden Volcano' by George Roux 34

– I cóż, Summy, nie spróbujesz?...

– I cóż, Summy, nie spróbujesz? – pytał.

– Nie – odpowiadał Summy niezmiennie – nie mam do tego powołania.

– Nie jest jednak rzeczą trudną poruszać płóczką rozrabiając żwir, od którego oddzielają się cząsteczki złote, pozostające na dnie.

– Prawda, Ben. Ale cóż chcesz? Nie mam upodobania do tego zawodu. Nie, nawet gdyby mi płacono dwa dolary za godzinę.

– Jestem przekonany, że miałbyś szczęśliwą rękę! – rzekł Ben z odcieniem żalu.

Pewnego dnia jednak Summy dał się namówić. Posłusznie wziął płóczkę, położył na nią ziemię wydobytą z jednego z szybów i po zmieszaniu jej z wodą – zaczął ją sączyć powoli.

Ale na płóczce nie było ani śladu kruszcu.

– Ani odrobiny! – rzekł. – Nawet tyle, abym mógł zapłacić tytoń do fajki!

Summy zato był szczęśliwy w polowaniu. Pomimo, że przypadek przyprowadzał go prawie zawsze – jak gdyby starał się o to – do działki 127 bis, gdzie tracił wiele cennego czasu, wyczekując aż Jane Edgerton skończy pracę, zawsze wracał z obfitą zdobyczą. Że powodzenie zawdzięczał niezaprzeczonej swej sprawności myśliwskiej, o tem wątpić nie było można. Ale obfitość zwierzyny pokrytej sierścią i pierzem w równinach i wąwozach sąsiednich odgrywała tu również niepoślednią rolę. Łosiów kanadyjskich nie spotykał wcale, zato nieraz w lasach upolował niejednego caribou, zwierzę podobne do renifera. Co do kszyków, kuropatew śnieżnych, kaczek, to było ich tysiące na bagnach obu brzegów Forty Miles Creek. Polowaniem na nie pocieszał się Summy Skim podczas przedłużonego swego pobytu w Klondike, niemniej jednak tęsknił za pełną zwierza okolicą Green Valley.

W pierwszej połowie lipca przemywanie dało lepsze wyniki. Nadzorca natrafił wreszcie na żyłę kruszcową, coraz obfitszą w złoto w miarę jak zbliżała się do granicy. Płóczki rockers wydobywały znaczną liczbę ziarn złota. Pomimo, że nie znaleziono ani jednego większego kawałka, wydajność dwu tygodni sięgała do trzydziestu siedmiu tysięcy dolarów. Przewidywania nadzorcy zaczęły się sprawdzać, pragnienia zaś Ben Raddle’a rosły.

Z rozmów robotników dowiedziano się, że w działce 131 Teksańczyka Huntera nastąpił również zwrot pomyślny, w miarę jak zbliżano się do granicy wschodniej. Nie ulegało wątpliwości, sądząc z coraz bogatszej wydajności warstwy złotodajnej, że w bliskości granicy a może na samej granicy znajduje się jedna tylko bonanza czyli jedno miejsce złotodajne.

Podnieceni tą perspektywą robotnicy obu działek zbliżali się ku sobie. Niebawem musieli się spotkać na granicy państw obu.

Robotnicy Teksańczyka w liczbie trzydziestu ludzi wszyscy byli pochodzenia amerykańskiego. Trudno było o bardziej opłakany zespół. Brutalni, gwałtowni i kłótliwi, o wyglądzie odstręczającym, odpowiadali w zupełności swym panom znanym z najgorszej strony w okolicach Klondike.

Naogół zachodzi różnica między Amerykanami i Kanadyjczykami pracującymi w kopalniach. Ci są zwykle daleko posłuszniejsi, spokojniejsi i bardziej karni. Towarzystwa jednak amerykańskie poszukują chętniej swych ziomków, pomimo ich gwałtowności, pochopności do buntu, codziennych utarczek spowodowanych nadmiarem trunków wyskokowych. Rzadką jest rzeczą, aby dzień jeden upłynął bez interwencji policji na jednej lub drugiej działce. Nierzadko zdarzają się strzały lub pchnięcia sztyletem, nieraz zaś ciosy śmiertelne. Rannych trzeba odsyłać do szpitala w Dawson City i tak już przepełnionego ofiarami nieustających epidemij.

W trzecim tygodniu lipca eksploatacja okazała się jeszcze pomyślniejsza, pomimo że większych kawałków złota nie znaleziono. Ale wreszcie dochód przewyższał rozchody i 20 lipca nowa suma wysokości dwunastu tysięcy dolarów wysłana została na imię pp. Summy Skim i Ben Raddle do kas American Trading and Transportation Company.

Summy Skim zacierał ręce.

– A to się zdziwi p. William Broll!

Nie ulegało już teraz wątpliwości, że dochód całej kampanji dosięgnie stu tysięcy franków. Wartość więc działki wzrosła znacznie, wskutek czego z nabywcami można się było podrożyć.

Działce 127 bis sprzyjały również okoliczności. Po oczyszczeniu niewielkiej części terenu Jane Edgerton zaczęła zbierać owoce swej pracy. Do domku obu kuzynów zaniesiono proszku złotego za trzy tysiące dolarów, skąd miały być wysłane do Dawson City. Według wszelkiego prawdopodobieństwa będzie ona mogła osiągnąć przy końcu eksploatacji sumę pięćdziesięciu tysięcy franków pomimo trudnych i powolnych początków.

W ostatnich dniach lipca Summy Skim wystąpił z propozycją niepozbawioną pozorów słuszności:

– Nie wiem, dlaczego – rzekł – mielibyśmy tu pozostać i dlaczego miss Jane i my nie mielibyśmy sprzedać działek?

– Dlatego, że nie moglibyśmy dokonać transakcji na wygodnych dla nas warunkach przed sprostowaniem granicy.

– Ech! niech djabli porwą sto czterdziesty pierwszy południk! Sprzedaż może również dobrze odbyć się za listownem pośrednictwem w Montrealu w kancelarji notarjusza Snubbin, jak i w Dawson City.

– Lecz nie przy tak sprzyjających warunkach – odparł Ben Raddle.

– Dlaczego? jeżeli miss Jane i my znamy dokładną wartość działki?

– Za miesiąc lub sześć tygodni będzie jeszcze większa – oświadczył inżynier – a wtedy dadzą nam za działkę nie czterdzieści tysięcy dolarów, lecz ośmdziesiąt tysięcy, sto tysięcy!

– Co zrobimy z tem wszystkiem?

– Dobry użytek, bądź pewny – rzekł Ben Raddle. – Czy nie widzisz, że warstwa złotodajna staje się coraz obfitsza, w miarę jak zbliża się ku zachodowi?

– Tak, ale w miarę zbliżania się dojdziemy do działki 131 – zauważył Summy Skim – a skoro robotnicy nasi zetkną się z robotnikami tego rozkosznego Huntera, nie wiem, co zajść może.

Istotnie należało spodziewać się, że przy tem spotkaniu wywiąże się walka niechybnie pomiędzy obu stronami. Już zaczęto grozić sobie wzajemnie, Lorique przemówił się z nadzorcą amerykańskim, rodzajem atlety brutalnego i nieokrzesanego, i należało się obawiać, że groźby zamienią się w czyny wraz z powrotem Huntera i Malone’a. Niejeden kamień został rzucony z tej i drugiej strony… wszelako nie prędzej, aż się przekonano, że nie zawiera ani odrobiny złota…

Lorique wraz z Ben Raddle’m czynili wszystko, aby hamować robotników. Przeciwnie, nadzorca amerykański podburzał ciągle swych robotników i nie opuścił żadnej sposobności, aby szukać zaczepki z nadzorcą kanadyjskim.

Eksploatacja zresztą odbywała się mniej pomyślnie na terenie amerykańskim i narazie działka 129 warta była więcej niż działka 131; zdawało się nawet, że warstwa złotodajna zaczyna się kierować ku południowej stronie, oddalając się od brzegu Forty Miles Creek i były wszelkie dane, że poszukiwania bonanza znajduje się na terytorjum kanadyjskiem.

27 lipca obydwie strony były oddalone od siebie na dziesięć metrów. Przed upływem dwu tygodni dojdą do granicy, Summy Skim z pewną słusznością obawiał się zajścia.

Istotnie w dniu 27 lipca zaszedł wypadek, który osobliwie przyczynił się do pogorszenia sytuacji.

Hunter i Malone zjawili się w działce 131.



XV.

Noc z 5 na 6 sierpnia.

Na północno-zachodnim obszarze Ameryki, między oceanem Lodowatym a Wielkim, oprócz terytorjum Klondike znajdują się jeszcze inne złotodajne okolice i prawdopodobnie w niedługim czasie nowe pokłady będą odkryte. Przyroda, poskąpiwszy tym stronom bogactw rolnych, obdarzyła je wzamian cennym kruszcem.

Pokłady złotodajne, należące do terytorjum Alaski, są mianowicie położone nawewnątrz krzywej, którą zakreśla Yukon między Klondike i St. Michel, sięgając nią do koła polarnego.

Jedna ich część graniczy z Circle City, miasteczkiem położonem o trzysta siedmdziesiąt kilometrów poniżej Dawson City. Tam bierze początek Birch Creek, dopływ, który wpada do Yukonu w niedalekiej odległości od Fortu tej samej nazwy, znajdującego się na kole polarnem na krańcu południowym zakrętu wielkiej rzeki.

Już ostatnia kampanja dobiegała końca, kiedy rozeszła się pogłoska, że pokłady Circle City równają się pokładom Bonanzy. Wystarczyło to, aby tłum kopaczy podążył w tamtą stronę.

Hunter i Malone byli w tej liczbie. Puściwszy w ruch eksploatację działki 131, wsiedli na parowiec stojący w porcie Yukonu, i podążyli do Circle City, aby zwiedzić okolicę Birch Creek’u. Nie odpowiedziała widać ich oczekiwaniom, powrócili bowiem do działki 131 z postanowieniem zatrzymania się w niej do końca kampanji. Nie omieszkaliby w przeciwnym razie podążyć do Dawson City, aby znalezione złoto zostawić w kasynach i domach gry tego miasta.

– Obecność Huntera nie przyczyni się do spokoju w działkach a szczególnie tych, które znajdują się na Forty Miles – rzekł Lorique do obu kuzynów, dowiedziawszy się o przybyciu Teksańczyka.

– Będziemy mieli się na baczności – odparł Ben Raddle.

– Dobrze panowie zrobią – oświadczył nadzorca – ja ze swej strony robotnikom nakażę ostrożność.

– Czy nie byłoby wskazane zawiadomić policję o przybyciu tych łotrów? – spytał Ben Raddle.

– Musi ona wiedzieć już o nich – rzekł Lorique. – W każdym razie możemy wysłać umyślnego do Fort Cudahy, aby uprzedzić wypadki.

– By God! – zawołał Summy Skim z niezwykłą u niego żywością – pozwólcie, że powiem, iż jesteście zbyt mało pewni siebie. Gdyby osobnik ten okazał się za gwałtowny, potrafimy odpowiedzieć mu jak należy.

– Niech i tak będzie, Summy – rzekł Ben Raddle. – Ale pocóż masz się spotykać z tym człowiekiem?

– Mamy dawne porachunki do załatwienia.

– Zdaje mi się, że nie pozostałeś mu dłużnym – zaprzeczył Ben Raddle, nie chcąc, aby kuzyn narażał się na przykrości. – Stanąłeś w obronie kobiety, i to jest rzecz całkiem naturalna; osadziłeś Huntera jak należy, i ja postąpiłbym tak jak ty; ale tu, gdy idzie o bezpieczeństwo całej działki, pozostawmy to policji.

– A jeśli jej nie będzie? – rzekł Summy nieustępliwie.

– Jeśli jej nie będzie – odezwał się nadzorca – potrafimy obronić się sami, może pan być pewny.

– Ostatecznie – rzekł Ben Raddle – nie jesteśmy tu poto, aby zajmować się oswobodzeniem Forty Miles od tych nędzników, lecz…

– Aby sprzedać działkę – odpowiedział Summy Skim z pewnem podnieceniem, wracając zawsze do swej ulubionej zwrotki.

– Powiedzcie mi, Lorique, czy wiadomo, co słychać z komisją nadgraniczną?

– Mówią, że jest dopiero na południu – rzekł nadzorca – u podnóża góry Elie.

– To za daleko, aby udać się do niej.

– Zbyt daleko. Trzeba wracać do Skagway…

– Przeklęty kraj! – zawołał Summy Skim.

– Słuchaj, Summy – odezwał się Ben Raddle, kładąc rękę na ramieniu kuzyna. – Musisz uspokoić się trochę. Idź na polowanie, zabierz Neluta i przynieś nam dzisiaj dobrej zwierzyny. Przez ten czas będziemy poruszali rocker’em, starając się zebrać plon obfity.

– Kto wie? – wtrącił nadzorca. – Dlaczegoż nie miałoby się nam zdarzyć to, co zdarzyło się w październiku 1897 r. pułkownikowi Earvay w Cripple Creek?

– A co zdarzyło się temu pułkownikowi? – spytał Summy Skim.

– Znalazł on w swej działce na głębokości siedmiu stóp tylko sztabę złota wartości sto tysięcy dolarów.

– Peuh! – odezwał się Summy tonem pogardliwym.

– Bierz strzelbę, Summy – rzekł Ben Raddle. – Poluj do wieczora i strzeż się niedźwiedzi!

Summy Skim nie miał nic lepszego do roboty, niż iść za radą kuzyna. Neluto i on podążyli wąwozem, a w kwadrans później rozlegał się odgłos ich strzałów.

Ben Raddle zaś wrócił do swej pracy, nakazawszy robotnikom nie zwracać uwagi na zaczepki działki 131. Tego dnia wszakże nie zaszło nic szczególnego w obu działkach.

Podczas nieobecności Summy Skim’a Ben Raddle miał sposobność ujrzenia Huntera i Malone’a. Linja graniczna, ciągnąca się dotychczas na swem dawnem miejscu, przechodziła koło wąwozu, dążąc na południe. Domek Teksańczyków stał naprzeciwko domku Lorique’a na przeciwległej stronie. Ben Raddle przeto mógł widzieć ze swego pokoju Huntera i jego towarzysza przechadzających się po działce 131. Nie starając się zwrócić ich uwagi na siebie, ani również kryć się przed nimi, stał oparty o krawędź okna parterowego domku.

Hunter i Malone zbliżyli się do granicznego słupa, rozmawiając z ożywieniem. Rzuciwszy spojrzenie na rzekę i sąsiadujące z nią działki, zbliżyli się do wąwozu. Że byli w złych humorach, o tem wątpić nie było można, gdyż wydajność działki 131 od początku kampanji była jedną z najgorszych, gdy działka graniczna dawała znaczny dochód.

Hunter i Malone szli wzdłuż wąwozu, tak że niebawem znaleźli się prawie na wysokości domku. Stąd spostrzegli Ben Raddle’a który udawał, że nie zwraca wcale na nich uwagi, pomimo że widział doskonale, iż szukali z nim zaczepki, wymachując groźnie rękami i podnosząc głos nadmiernie. Skoro się oddalili, zbliżył się do nadzorcy poruszającego płóczką.

– Widział ich pan? – zagadnął Lorique.

– Widziałem, ale nie myślę zwracać uwagi na ich zaczepki.

– Pan Skim wydaje mi się mniej cierpliwy…

– Będzie musiał jednak uspokoić się – oświadczył Ben Raddle. – Powinniśmy udawać, iż nie znamy tych ludzi wcale.

Dni następne upłynęły bez wypadku, Summy Skim, zachęcany przez kuzyna, wyruszał wczesnym rankiem na polowanie wraz z Indjaninem, wracając dopiero po południu. Robotników jednak było coraz trudniej utrzymać w pewnej od siebie odległości, gdyż z postępem pracy zbliżali się coraz bardziej do słupów granicznych. Już niebawem miała nadejść chwila, w której, jak mówił nadzorca, mieli się spotkać „kilof z kilofem, motyka z motyką”. Najmniejszy sprzeciw wywołać mógł spór, a od sporu do utarczki, od utarczki do bójki był krok tylko. Któż zdolny byłby ich powstrzymać? A przytem czy Hunter i Malone nie postarają się wywołać zamieszek i w innych działkach amerykańskich? Można było spodziewać się wszystkiego po tych łotrach, a w takim razie policja z Fort Cudahy byłaby zupełnie bezsilna.

Dwie doby upłynęły spokojnie. Teksańczycy nie pokazywali się zupełnie. Może zwiedzali pokłady Forty Miles Creek położone na terytorjum Alaski, dość że pomimo kilku przemówień między robotnikami nie zaszło nic godniejszego zaznaczenia. Przez następnych trzy dni Summy nie mógł chodzić na polowanie z powodu niesprzyjającej pogody. Deszcz lał chwilami potokiem i z konieczności musiano siedzieć w domku. Przemywanie piasku stawało się wtedy bardzo trudne; szyby pełne były wody, która rozlewając się po powierzchni działki, tworzyła grubą warstwę błota, sięgającego po kolana.

Dwaj kuzynowie skorzystali z tych wolnych chwil, aby zważyć wydobyte złoto i ułożyć je w workach. W przeciągu ostatnich dwu tygodni wydajność działki 129 zmniejszyła się nieco. Posyłka jednak do Dawson City nie wynosiła mniej niż dziesięć tysięcy dolarów.

Przeciwnie eksploatacja Jane Edgerton przynosiła coraz większe dochody tak, że w krótkim czasie mogła ona dołączyć do posyłki swych sąsiadów sumę dwunastu tysięcy dolarów.

Pracę podjęto dopiero 3 sierpnia po południu. Po dżdżystym ranku niebo wyjaśniło się pod wpływem południowo-wschodniego wiatru. Ale należało się spodziewać burz, które w tym miesiącu bywają straszne, sprawiając wielkie szkody.

Tego dnia Teksańczycy powrócili z wycieczki. Zamknęli się natychmiast w swym domku, ukazując się dopiero 4 sierpnia.

Summy Skim, korzystając z pogody, wybrał się na polowanie. Doniesiono mu, że kilka niedźwiedzi pokazało się w dole, Summy zaś marzył o podobnem spotkaniu. Nie byłoby ono zresztą pierwszem dla niego; niejedno z tych zwierząt padło od jego kuli w Green Valley.

Tego dnia Lorique miał szczęście. Kopiąc dołek prawie u granicy działki, natrafił na kawałek złota wartości co najmniej czterystu dolarów, czyli dwu tysięcy franków francuskich. Nadzorca nie mógł powstrzymać swej radości i z całych sił zaczął zwoływać towarzyszy.

Robotnicy i Ben Raddle przybiegli, a zobaczywszy kawałek złota, wielkości orzecha, tkwiący w odłamku kwarcu, krzyknęli z podziwu.

W działce 131 zrozumiano o co chodzi. Zawrzał tam gniew, zresztą całkiem zrozumiały, gdyż od jakiegoś czasu robotnicy amerykańscy nie mogli natrafić na miejsce złotodajne i praca ich stawała się coraz bardziej jałową i kosztowną.

Wśród zgiełku dał się słyszeć zjadliwy głos Huntera:

– Czy tylko te psy z łąk Far West’u mają być szczęśliwi!

W ten sposób wyrażał się o Kanadyjczykach.

Ben Raddle usłyszał obelgę.

Zdobywszy się na milczenie, odwrócił się od grubjańskiego osobnika, ruszając ramionami na znak pogardy.

– He, tam – wołał Teksańczyk – muszę z panem pomówić, panie z Montrealu.

Ben Raddle milczał.

– Cóż ma mnie wstrzymywać! – wołał dalej Hunter.

'The Golden Volcano' by George Roux 35

I z temi słowy chciał się rzucić w stronę Ben Raddle’a, lecz Malone go powstrzymał. Nie przeszkodziło to jednak, że robotnicy dwu działek grozili sobie ruchami i głosem, z czego można było rokować, iż walka rozpocznie się niebawem.

Tego wieczora Summy Skim powrócił z polowania w najlepszym nastroju, gdyż udało mu się zabić niedźwiedzia, wprawdzie nie bez przygody, o której ze szczegółami opowiedział Ben Raddle’owi Inżynier przemilczał zajście z Hunterem, więc po wieczerzy położyli się niebawem i Summy zasnął twardym snem myśliwego.

Nazajutrz robotnicy mieli się spotkać u granicy działek. Co z tego miało wyniknąć? Czy Hunter i Malone będą znów szukali zaczepki i podburzą swoich pracowników? Było to wielce prawdopodobne.

A tu ku wielkiemu zmartwieniu Ben Raddle’a Summy nie wybierał się na polowanie. Pogoda była niepewna; gęste chmury nadciągały z południo-wschodu. Burza wisiała w powietrzu.

Cały ranek część robotników zajęta była przemywaniem, druga zaś pod kierownictwem Lorique’a kopała ziemię prawie na granicy dwu posiadłości.

Do południa szło wszystko w porządku. Oprócz kilku złorzeczeń obustronnych, na które nadzorcy nie zwracali uwagi, nie doszło do żadnego poważniejszego starcia.

Niestety, po południu rzeczy wzięły inny obrót. Hunter i Malone przechadzali się po swojej działce, dwaj zaś kuzynowie – po swojej.

– Co? ci łotrzy już są zpowrotem? – odezwał się Summy Skim. – Nie widziałem ich jeszcze… A ty, Ben?

– Owszem… wczoraj – odpowiedział wymijająco Ben Raddle. – Zrób tak jak ja. Nie zajmuj się nimi.

– Ależ spoglądają na nas w sposób, który mi się wcale nie podoba…

– Nie zwracaj na nich uwagi.

Teksańczycy zbliżyli się. Ale ponieważ zaczepnym ich spojrzeniom nie towarzyszyły obelżywe słowa, więc Summy Skim mógł udawać, że ich nie dostrzega.

Tymczasem robotnicy nie przestawali pracować po obu stronach granicy, oczyszczając grunt, zbierając błoto, aby je zanieść do przemywania. Byli już tak blisko, że dotykali się motyką i kilofem.

O godzinie piątej, zanim się opatrzono, dały się słyszeć gwałtowne krzyki. Ben i Summy z jednej, Hunter i Malone z drugiej strony przybiegli, spotykając się wzajemnie.

Robotnicy obu działek przerwali pracę, głosząc zwycięstwo. Bonanza była odkryta. Już przy ostatniem przemywania piasku wydajność złota przewyższała wartość stu dolarów, kiedy na dnie wgłębienia odkryto bryłę złota wartości co najmniej dwu tysięcy dolarów, na którą położyli nogę obaj dozorcy równocześnie.

– Do nas należy! – wołał Hunter zasapany.

– Nie, nie! – zaprzeczał Lorique, nie puszczając sztaby.

– Do ciebie, psie?… Spójrz na słup. Zobaczysz czy nie na moim stoisz gruncie!

Spojrzawszy na linję demarkacyjną, oznaczoną dwoma sąsiedniemi słupami, Lorique stwierdzić musiał, że w przystępie gorliwości, przekroczył granicą i westchnąwszy, chciał już ustąpić, gdy Ben Raddle wmieszał się w rozmowę:

– Jeżeli przekroczyliście granicę, Lorique’u, – rzekł głosem spokojnym – to dlatego że została przesunięta tej nocy. Wszyscy mogą się przekonać, że słupy nie stoją na swoich miejscach, ale o metr na wschód.

Istotnie. Szereg słupów tworzył linję łamaną, zakreślając ku wschodowi kąt na wysokości obu działek.

– Złodzieju! – zawył w twarz Hunterowi nadzorca.

– Złodzieju, ty sam! – krzyknął Hunter, rzucając się na Kanadyjczyka, który upadł zaskoczony znienacka.

Summy Skim podbiegł ku nadzorcy przytrzymywanego przez Huntera. Ben Raddle wślad za kuzynem chwycił za gardło nadbiegającego Malone. W mgnieniu oka Lorique był oswobodzony, a Hunter zkolei powalony został na ziemię.

Wtedy powstał chaos niesłychany. Motyki i kilofy, zamieniwszy się w silnych rękach na straszną broń, groziły wylewem krwi, gdyby straż policyjna, obchodząca w tej chwili Forty Miles, nie była się zjawiła w porę.

Dzięki tem u oddziałowi, złożonemu z pięćdziesięciu ludzi odważnych, utarczka została przerwana.

Ben Raddle zagadnął pierwszy Huntera, któremu złość odebrała mowę.

– Jakiem prawem chciał pan przywłaszczyć sobie nasze dobro?

– Twoje dobro – zawył grubjańsko Hunter – schowaj sobie twoje dobro… Nie będziesz się niem cieszył długo!

– Spróbuj mi je odebrać – pogroził Summy, zaciskając pieści.

– O! z tobą – wrzeszczał Hunter pieniąc się – mamy jeszcze porachunki do załatwienia.

– Kiedy zechcesz – rzekł Summy Skim.

– Kiedy zechcę!… A zatem!…

Hunter przerwał nagle. Jane Edgerton poprzedzona przez Patricka, wracała z całodziennej pracy do działki 129. Usłyszawszy niezwykły hałas, zbliżała się szybkim krokiem do miejsca zgiełku, Hunter poznał ją natychmiast.

– A – rzekł, drwiąc – wszystko się tłumaczy. Dzielny obrońca kobiet bronił własnej sprawy.

– Nędzny tchórzu! – zawołał oburzony Summy.

– Tchórzu!

– Tak, tchórzu – powtarzał Summy Skim, tracąc panowanie nad sobą – i to zbyt podły, aby przyjąć wyzwanie.

– Zobaczysz! – zawył Hunter. – Znajdę cię!

– Kiedy będziesz chciał – odparł Summy Skim. – Choćby jutro.

– Tak, jutro! – rzekł Hunter.

Skoro policja przeniosła słupy na dawne miejsce, robotnicy musieli wrócić do swych dawnych stanowisk. Lorique zaś zabrał z triumfem wspaniałą zdobycz, która wywołała całą kłótnię.

– Summy – rzekł Ben Raddle – nie możesz się bić z tym łotrem.

– A jednak będę.

– Nie, Summy, nie będziesz.

– Będę, mówię ci, a jeżeli uda mi się wpakować mu kule w łeb, będzie to najpiękniejszy czyn myśliwski mego życia. Polowanie na wstrętną bestję.

Pomimo wszelkich wysiłków Ben Raddle nie mógł wpłynąć na postanowienie kuzyna. Zniechęcony zwrócił się do Jane Edgerton o pomoc.

– Miss Jane! – zawołał Summy. – Właśnie dla niej pojedynek ten jest potrzebny, Hunter ją poznał i będzie ją prześladował.

– Ależ ja nie potrzebuję, aby się mną opiekowano – odezwała się Jane prostując swą wątłą postać.

– Dajcie mi pokój – zawołał zrozpaczony Summy. – Chyba jestem o tyle dorosły, abym wiedział, co mam robić. A w tej chwili mam…

– Co?

– Jeść obiad tylko – oświadczył Summy Skim, siadając z taką energją, że stołek rozleciał się na trzy części.

Nieprzewidziana klęska miała przeszkodzić, a przynajmniej opóźnić rozwiązanie palącej tej sprawy.

Powietrze tego dnia stawało się z godziny na godzinę cięższe. Około siódmej, w atmosferze, przesiąkniętej elektrycznością, zaczęły się pojawiać błyskawice, a odgłos gromu dał się słyszeć na południo-wschodzie. Pomimo że słońce było wysoko, ciemności zasłoniły horyzont.

Po południu zauważono w niektórych działkach zjawiska niepokojące, jak głuche drgania podziemne, którym towarzyszyły przeciągłe odgłosy i wytryski gazów siarkowych z niektórych szybów. Nie ulegało wątpliwości, że żywioły podziemne dały znać o sobie.

O godzinie pół do jedenastej w chwili gdy w domku działki 129 miano się układać do snu, dało się odczuć silne wstrząśnienie.

– Trzęsienie ziemi! – zawołał Lorique.

Zaledwie wymówił te słowa, gdy domek przewrócił się, jak gdyby zabrakło mu fundamentów.

Wielkie szczęście, że mieszkańcy zdołali zeń wybiec.

Natomiast co za widok ukazał się ich oczom!

Grunt działki znikał pod gwałtowną powodzią. Wody rzeki, wystąpiwszy z brzegów płynęły poprzez pokłady, torując sobie nowe łożysko.

Zewsząd słychać było krzyki bólu i rozpaczy. Robotnicy, zaskoczeni w swych szałasach, ratowali się ucieczką przed ogarniającą ich powodzią. Drzewa wyrwane z korzeniami, lub złamane, płynęły z szybkością pociągu.

Powódź zbliżała się do zwalonego domku. Jeszcze sekunda, a woda go zaleje.

– Uciekajmy! – zawołał Summy Skim i, porywając Jane Edgerton w ramiona, rzucił się z nią ku pochyłości.

W tej chwili pień brzozy uderzył Ben Raddle’a, łamiąc mu nogę poniżej kolana. Lorique i Neluto, spieszący mu z pomocą, przewróceni zostali zkolei. Wszyscy trzej byliby zginęli, gdyby nie Patrick. Podczas gdy powracający Summy unosił na swych plecach kuzyna, olbrzym schwycił nadzorcę i sternika i pewny siebie, jak skała wśród rozszalałych wód, prowadził ich zdala od fali.

Po chwili wszyscy byli ocaleni. Przy odblasku błyskawic klęska występowała w całej swej grozie.

Domek znikł, a z nim skarby dwu kuzynów i Jane Edgerton. Pagórek, przez który przechodziła rano i wieczór, zmienił swoje zarysy. Obijała się o niego cała masa wód, pokrywająca na kilometr długości prawy brzeg Forty Miles Creek.

Wraz z dwudziestu innemi działkami przykryta została własność dwu kuzynów i Jane Edgerton warstwą wody wysokości dziesięciu metrów.

Napróżno spadkobiercy Josias Lacoste’a przebyli tysiące kilometrów, aby wyzyskać jak najkorzystniej działkę 129; spuścizna znikła na zawsze. Działka 129 już nie istniała.





CZĘŚĆ DRUGA.

'The Golden Volcano' by George Roux 36

I.

Zima w Klondike.

Trzęsienie ziemi, zresztą bardzo umiejscowione, wstrząsnęło tą stroną Klondike, która ciągnie się od granicy do rzeki Yukon i przez którą przepływa średni bieg Forty Miles Creek.

W Klondike trzęsienie ziemi nie jest częstem zjawiskiem. Grunt wszakże tej krainy przeważnie złożony z agregatów kwarcu i skał wulkanicznych, wskazuje, że powstał wskutek sił podziemnych od czasu do czasu odzywających się z niezwykłą mocą. Zresztą, w okolicy Gór Skalistych, zaczynających się od koła polarnego, wznosi się kilka wulkanów jeszcze niezupełnie wygasłych.

O ile trzęsienia ziemi lub wybuchy wulkanów naogół są rzeczą rzadką w tej okolicy, o tyle powodzie, spowodowane nagłym wylewem rzek, zdarzają się często.

Nie oszczędzały one również Dawson City. Niejednokrotnie most łączący miasto z przedmieściem Klondike City bywał zrywany siłą wylewu.

Tym razem okolica Forty Miles Creek poniosła podwójną klęskę. Wstrząśnienie gruntu zburzyło działki na rozległej przestrzeni po obu stronach granicy, następująca zaś za niemi powódź zalała miejsce dawnych pokładów, uniemożliwiając dalszą eksploatację.

W pierwszej chwili trudno było ocenić wielkość szkód poniesionych. Głęboka ciemność panowała w całej okolicy. O zburzonych domkach, chatach i szałasach, o liczbie pozostałych przy życiu pracowników, o rannych, o zasypanych zwaliskami lub zatopionych, można się było dowiedzieć dopiero nazajutrz i stwierdzić, czy wielkość katastrofy nie zmusi zamieszkałych emigrantów do opuszczenia tych stron.

Narazie można było być pewnym jedynie, iż powódź zniszczyła niepowrotnie pokłady, znajdujące się na prawym brzegu Forty Miles Creek. Pod wpływem podziemnego żywiołu łożysko rzeki podniosło się do poziomu jej brzegów, co świadczyło, że wylew rzeki nie był tylko przejściowy. Pokłady znajdowały się pod warstwą wody wysokości pięciu do sześciu stóp, więc dostanie się do nich było niepodobieństwem.

W jakich cierpieniach i trwodze spędzić musieli noc biedni ludzie zaskoczeni tą nagłą klęską! Schronienia żadnego nie mieli, burza zaś trwała do piątej zrana. Piorun niejednokrotnie uderzał w brzozy i osiny, pod któremi skryły się liczne rodziny.

Jednocześnie deszcz ulewny nie przestawał padać. Gdyby Lorique nie był znalazł wzwyż wąwozu małej groty, do której złożył Ben Raddle’a, ranny nie miałby gdzie spocząć.

Łatwo sobie wyobrazić, co się działo w duszy Summy i Bena. Dlatego więc przedsięwzięli długą i męczącą podróż, aby paść ofiarą takiego wypadku! Wszelkie ich wysiłki były zniweczone. Nie pozostawało nic z ich spuścizny, nawet plon ostatnich tygodni. Złoto, zebrane przez nich i przez ich nieszczęśliwą towarzyszkę, znikło bezpowrotnie wraz z domkiem i całym ich dobytkiem. Pochłonęły je fale rozszalałej rzeki.

Skoro burza ucichła, Summy Skim i nadzorca opuścili grotę, pozostawiając Ben Raddle’a na opiece Jane Edgerton. Powrócili jednak niebawem z wiadomością, że działka 127 bis i 131 znikły równie jak działka 129. Tem samem spór o granicę został rozstrzygnięty. Czy sto czterdziesty pierwszy południk przeniesiony miał być na wschód, czy też na zachód, to było wszystko jedno; czy ziemia, na której się obie działki znajdowały, należała do Kanady czy do Ameryki, było rzeczą obojętną. Rozlew rzeki ogarniał je całkowicie.

O liczbie ofiar klęski dowiedziano się dopiero po przeprowadzeniu śledztwa. Prawdopodobnie niektóre rodziny musiały być zaskoczone w swych chatach lub szałasach i nie mając czasu uciec przed powodzią zginęły niechybnie.

Ben Raddle, Summy Skim, Lorique i Jane Edgerton ocaleli cudem, chociaż inżynier nie wyszedł z tego bez szwanku. Obecnie jedyną ich troską było przeniesienie w jak najprędszym czasie chorego Ben Raddle’a do szpitala w Dawson City.

O sprawie Hunter-Skim zapomniano zupełnie. Inne troski zajmowały współzawodników, którzy może już nigdy nie mieli się spotkać.

Zresztą po ustąpieniu ciemności na polu klęski oświetlonej promieniami słońca nie widziano dwu Teksańczyków. Z ich domku położonego u wejścia wąwozu, poprzez który płynęły obecnie wody Forty Miles Creek, nie pozostało śladu. Znikły również maszyny i inne narzędzia wraz z powierzchnią działki. Prąd bowiem płynął z tem większą szybkością, że burza wzmagała jego siłę i rozlew wód nie wpływał na obniżenie ich poziomu.

Niewiadomo było, czy Teksańczycy wyszli cało z tej strasznej przygody. Summy Skim’a wprawdzie nie obchodził ich los wcale. Wyłączną jego troską było móc sprowadzić Ben Raddle’a do szpitala w Dawson City, gdzie znalazłby odpowiednią opiekę, a po jego wyzdrowieniu, o ile nie będzie już za późno wyruszyć zpowrotem przez Skagway i Vancouver do Montrealu. Nie mieli żadnego powodu pozostawania dłużej w Klondike. Działka 129 bowiem straciła już swą wartość pod głęboką warstwa wody, która ją pokrywała. Najlepszą więc rzeczą było opuścić jak najprędzej ten kraj przeklęty, w którym, jak nie bez słuszności mówił Summy Skim, żaden człowiek zdrów na ciele i umyśle nie powinien był nigdy nogi postawić…

Ale czy rychły powrót był możliwy? Czy rekonwalescencja Ben Raddle’a nie potrwa tygodni, miesięcy całych?

Tymczasem pierwsza połowa sierpnia dobiegała końca. U schyłku zaś drugiej rozpoczynała się zima, tak wczesna w tych stronach polarnych, i pociągająca za sobą niemożliwość przebycia jezior i góry Chilkoot, jak również rzeki Yukon, na której przestaną kursować parowce, zanim Ben Raddle powróci do zdrowia.

W takim razie pobyt na zimę w Dawson City był nieunikniony. Perspektywa zaś zakopania się siedmio lub ośmiomiesięcznego w śniegach Klondike miłą być nie mogła.

Aby uniknąć takiego nieszczęścia, należało czem prędzej dostać się do Dawson City i prosić doktora Pilcox o jak najszybsze wyleczenie chorego.

Na szczęście – gdyż sposób przejazdu stawał się sprawą palącą – Neluto odnalazł swój wózek w całości w miejscu wyniosłem, na którem był go pozostawił. Koń zaś, pasąc się na swobodzie, zbiegł z chwilą nadchodzącego niebezpieczeństwa i powrócił obecnie do swych panów.

– Jedźmy! – zawołał Summy Skim. – Jedźmy natychmiast!

Ben Raddle schwycił go za rękę.

– Czy przebaczysz mi, Summy? Gdybyś mógł wiedzieć, jak mocno żałuję, że wciągnąłem cię do tej smutnej sprawy.

– Nie o mnie tu chodzi – rzekł Summy opryskliwie – ale o ciebie… Bądź uległy, inaczej!… Miss Jane zabandażuje ci nogę jak można najlepiej, poczem Patrick i ja rozciągniemy cię na wózku, na dobrem posłaniu z suchych liści. Miss Jane, Neluto i ja wsiądziemy na wózek, a Patrick i Lorique dostaną się do Dawson City swym własnym przemysłem. Będziemy jechali prędko… to jest wolno, aby uniknąć wstrząśnień. Skoro dostaniemy się do szpitala jestem przekonany, że doktor Pilcox uzdrowi twą nogę jednem spojrzeniem… o ile tylko nie będzie spoglądał na nią zbyt długo, abyśmy mogli jeszcze powrócić przed zimą.

– Ależ, kochany Summy – rzeki Ben Raddle – możliwą jest rzeczą, że leczenie moje potrwa długo, rozumiem zaś z jaką niecierpliwością oczekujesz powrotu do Montrealu. Dlaczegoż nie miałbyś jechać sam?

– Bez ciebie, Ben?… przypuszczam, że mówisz w gorączce. Ależ, mój stary Ben’ie, prędzejbym dał sobie sam złamać nogę!

'The Golden Volcano' by George Roux 37

Poprzez drogi, na których sunęły rzesze ludzi, udające się na poszukiwanie pracy na innych pokładach, dostał się wózek, unoszący Ben Raddle’a, do gościńca wiodącego do Fort Cudahy wzdłuż prawego brzegu Forty Miles Creek, gdzie czynnemi były działki nie dosięgnięte powodzią. Niektóre z nich jednak pomimo że ocalały, narazie niezdatne były do eksploatacji. Uszkodzone trzęsieniem ziemi, które udzieliło się również okolicom oddalonym od granicy, zasypując szyby, niszcząc maszyny i pompy, burząc domki mieszkalne, przedstawiały one widok opłakany. Nie była to wszakże ruina ostateczna, któraby nie pozwoliła wrócić do pracy na rok przyszły.

Wózek posuwał się zwolna, gdyż wyboista droga powiększała cierpienia chorego. Stanęli więc dopiero na trzeci dzień w Fort Cudahy.

Summy Skim nie szczędził starań choremu, ale trzeba przyznać, że czynił to tak niezdarnie, że Ben Raddle byłby pożałowania godnym, gdyby nie pomoc Jane Edgerton. Wynajdywała ona różne sposoby, aby podtrzymać złamaną nogę, aby zmieniać jej położenie na coraz wygodniejsze, a przedewszystkiem umiała trafić do duszy chorego krzepiącemi słowy.

Niestety, ani ona, ani Summy Skim nie potrafili złożyć chorej nogi. Do tego potrzebny był lekarz, a tymczasem ani w Fort Cudahy, ani w Fort Reliance, gdzie przybyli w dwie doby później, nie znaleźli doktora.

Summy miał się czem niepokoić. Stan chorego mógł się znacznie pogorszyć z powodu braku umiejętnej pomocy. Ben Raddle wprawdzie znosił ból cierpliwie, niewątpliwie bardzo dotkliwy, ale dlatego tylko, że nie chciał zatrważać Summy Skim’a, w przystępie jednak gorączki mimowolne jęki inżyniera świadczyły o jego cierpieniu.

Należało zatem pomimo wszystko śpieszyć się z przybyciem do stolicy Klondike’u. Tam dopiero Ben Raddle mógł doznać ulgi. To też z jaką radością westchnął Summy Skim, skoro 16 sierpnia po południu wózek zatrzymał się przed szpitalem w Dawson City.

Wypadek zrządził, że w tej samej chwili Edith Edgerton znajdowała się u wejścia gmachu. W mgnieniu oka poznała chorego, na którego widok musiała doznać silnego wzruszenia, gdyż pokryła się tak niezwykłą bladością, iż zwróciło to uwagę jej otoczenia. Nie zdradziła jednak swego wzruszenia żadną inną zewnętrzną oznaką, chyba tem, że zapomniała uścisnąć swą kuzynkę. Bez słowa szybko zajęła się sprowadzeniem chorego, którego pod jej kierunkiem przeniesiono do szpitala tak zręcznie, że nie wydał najmniejszego jęku. W dziesięć minut później leżał on w osobnym pokoju, zasypiając na posłaniu śnieżnej białości.

– Widzi pani, miss Edith, że miałem słuszność twierdząc, iż w osobistym naszym interesie zabieramy panią do Dawson City – rzekł Summy tonem żałosnym.

– Co się stało z p. Raddle? – spytała Edith jakby nie słysząc tych słów.

Jane opowiedziała jej koleje, które przechodzili na działkach, aż do chwili obecnej. Nie skończyła jeszcze mówić, gdy nadszedł doktor Pilcox wezwany natychmiast przez Edith.

O trzęsieniu ziemi, które nawiedziło okolice Forty Miles Creek, wiedziano już w Dawson City od kilku dni, jak również, że ofiarą klęski padło ze trzydzieści osób. Ale doktor Pilcox nie przypuszczał, że jedną z nich będzie Ben Raddle.

– Jakto! – zawołał ze swą zwykłą jowjalnością – to pan Raddle… i to ze złamaną nogą!

– Tak, doktorze, on sam – rzekł Summy Skim. – Mój biedny Ben cierpi bardzo.

– Dobrze… dobrze, nic mu nie będzie – ciągnął doktor dalej. – Złożymy nogę!… Nic wielkiego… jest to zwykłe złamanie.

Doktor bardzo zręcznie nastawił chorą nogę, poczem kazał ją włożyć w przyrząd, który unieruchomił ją zupełnie. Zajęcie jak zwykle, nie przeszkadzało mu w rozmowie.

– Kochany pacjencie – mówił – możesz się pochwalić, że masz szczęście! Aksjomat głosi: złamać członki, aby były mocne. Będzie pan miał nogi jak jeleń lub łoś kanadyjski… a raczej jedną nogę, o ile nie zechce pan, abym złamał drugą!

– Dziękuję bardzo! – szepnął Ben Raddle z lekkim uśmiechem, wróciwszy zupełnie do przytomności.

– Nie krępuj się! – ciągnął dalej jowjalny doktor. – Jestem do dyspozycji… Nie? Pan się nie decyduje?… Poprzestaniemy więc na wyleczeniu jednej.

– Ile czasu potrwa leczenie? – spytał Summy.

– Euh… Miesiąc, sześć tygodni… Kości, panie Skim, nie można złączyć tak łatwo jak dwa kawałki żelaza rozpalone do białości. Trzeba czasu w braku młotka i kuźni.

– Czas!… czas! – mruknął Summy Skim.

– Cóż robić! – odparł doktor Pilcox – natura tu działa, a, jak panu wiadomo, natura nie śpieszy się nigdy. Dlatego nawet wymyślono cierpliwość.

Mieć cierpliwość – to jedno pozostało Summy Skim’owi. Cierpliwie czekać na nadejście zimy, zanim Ben Raddle powróci do zdrowia! Ale czy ma kto pojęcie o kraju, w którym zima zaczyna się w pierwszych dniach września, a nagromadzenie śniegu i lodów przerywa wszelką komunikację? Jakżeby zaś Ben Raddle, o ile nie byłby zdrów zupełnie, mógł podołać powrotowi tak uciążliwemu przez górę Chilkoot, aby dostać się do Skagway i wsiąść na parowiec idący do Vancouver? Gdyby zaś mieli płynąć rzeką Yukon do St. Michel, musieliby to uskutecznić za dwa tygodnie, gdyż później rzeka zamarza!

20 sierpnia wywiadowca wrócił do Dawson City.

Pierwszem staraniem Bill Stell’a było dowiedzieć się, czy panowie Ben Raddle i Summy Skim zakończyli sprawę działki 129 i czy gotują się do odjazdu. W tym celu poszedł do doktora Pilcox.

Jakże się zdziwił, dowiedziawszy się, że Ben Raddle jest chory i że wyzdrowieje dopiero za sześć tygodni.

– Tak, Bill’u – oświadczył mu Summy – oto czego doczekaliśmy się! Nietylko, że nie sprzedaliśmy działki 129, ale tej działki niema już wcale! A nietylko niema działki 129, lecz również niepodobną rzeczą jest opuścić wstrętny Klondike i wrócić do krainy nadającej się bardziej do zamieszkiwania.

Po tych słowach opowiedział wywiadowcy o klęsce, która nawiedziła Forty Miles Creek, i o wypadku Ben Raddle’a.

– Ten wypadek jest najgorszy – zakończył Summy Skim – bo co do działki 129 to pogodziliśmy się z jej stratą. Nie chodziło mi o nią bynajmniej. Co za niemądrą miał myśl wuj Josias, nabywając działkę 129, a nadomiar złego pozostawiając nam to nieszczęsne 129!

Sto dwadzieścia dziewięć!… Z jaką pogardą wymawiał Summy Skim tę przeklętą liczbę!

– Ach! Bill Stell’u, jakże błogosławiłbym to trzęsienie ziemi, gdyby Ben Raddle nie był padł jego ofiarą! Byłoby nas ono wyzwoliło z tej spuścizny nieszczęsnej. Niema już działki! Niema eksploatacji! Jest to największe dobrodziejstwo, jakie osiągnąć mogliśmy.

– A więc panowie będą zmuszeni – wtrącił wywiadowca – przepędzić zimę w Dawson City?

– Powiedz na biegunie północnym – poprawił go Summy Skim.

– Tak że ja – ciągnął dalej Bill Stell – który przyjechałem po panów…

– Odjedziesz bez nas, Bill’u – odpowiedział Summy Skim głosem pełnym rezygnacji graniczącej z rozpaczą.

Istotnie w kilka dni po tej rozmowie wywiadowca pożegnał się z obu Kanadyjczykami, obiecując, że wróci po nich na wiosnę.

– Za ośm miesięcy! – westchnął Summy Skim.

Tymczasem zdrowie Ben Raddle’a poprawiało się z dniem każdym. Doktor Pilcox był zadowolony niezmiernie. Noga pacjenta, twierdził, wyjdzie z przygody mocniejsza i służyć będzie właścicielowi za dwie.

– To znaczy, że posiadać ich będzie trzy, o ile dobrze liczę – mawiał.

Ben Raddle nie skarżył się na swoje kalectwo. Doglądany starannie przez Edith, przyzwyczajał się jakby do pobytu w szpitalu. Można mu było jeno zarzucić, że był nieco za wymagający względem swej usłużnej pielęgniarki. Zatrzymywał ją ustawicznie przy swem łóżku, a nawet nie pozwalał odstępować się zgoła, robiąc jej wymówki, gdy się oddalała. Trzeba jednak przyznać, że ofiara tej tyranji nie gniewała się o to bynajmniej. Chętnie prowadziła z nim długie rozmowy, korzystając zaś ze snu inżyniera, zdwajała swą troskliwość przy chorych, aby poświęcenie się jednemu z nich nie przynosiło uszczerbku innym.

W ciągu długiego sam na sam młodzi ludzie nie myśleli o nawiązaniu żadnego serdeczniejszego stosunku. Podczas gdy Summy Skim zajmował się polowaniem ze swym wiernym Neluto, Ben Raddle interesował się wiadomościami z rynków Dawson City i nowemi odkryciami w okolicach złotodajnych. Edith była jego żywą gazetą. Czytała mu dzienniki miejscowe, jak Słońce Yukonu, Słońce Północy, Złoto Klondike i wiele innych jeszcze. Czyż poza działką 129 nie istniało już nic więcej w kraju? Czyż nie można było nabyć innej działki? Inżynier stanowczo upodobał sobie pracę w Forty Miles Creek.

O ile nie mówił nigdy o swych nowych zamiarach Summy Skim’owi, o tyle nie ukrywał ich wcale, gdy był sam z Edith’ą, która, niezrażona niepowodzeniem kuzynki, patrzyła z wiarą w przyszłość. Rozpatrywali oboje wartość każdej części okręgu, snując najpoważniej w świecie nowe plany. Jak z tego widać, o ile gorączka spowodowana wypadkiem opuściła Ben Raddle’a, o tyle trawiąca go gorączka złota nurtowała wciąż jego duszę i nie zapowiadała rychłego ustąpienia. Czynnik ten moralny zresztą nie opierał się na żądzy posiadania cennego kruszcu, lecz na pragnieniu dokonania odkryć i urzeczywistnienia śmiałych marzeń kiełkujących w jego umyśle.

Czyż jego wyobraźnia nie mogła być podniecona wiadomościami o górzystych działkach Bonanzy, Eldorado i Little Skookum?

Tu przemywano do stu dolarów na robotnika i na godzinę. Tam wydobywano ośm tysięcy dolarów z szybu długości dwudziestu czterech stóp, a szerokości – czternastu!

Syndykat londyński zakupił dwie działki na Bear i Dominion za cenę miljona siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy franków. Działka 26 na Eldorado była do nabycia za dwa miljony. Każdy robotnik wydobywał w niej dziennie do sześćdziesięciu tysięcy franków. Dôme zaś, na pograniczu wód między Klondike River i Indian River, według trafnych obliczeń p. Ogilvie, powinno było dostarczyć ogółem złota wartości stu pięćdziesięciu miljonów franków.

A jednak dla przeciwstawienia się tej złotej złudzie, Ben Raddle powinien był mieć w pamięci słowa pastora z Dawson City, wypowiedziane do p. Amès Semiré, Francuza, jednego z podróżników, którzy najlepiej zbadali te okolice złotodajne:

– Zanim pan pojedzie, należy zapewnić sobie łóżko w moim szpitalu. Jeżeli gorączka złota owładnie panem w ciągu pańskiej wycieczki, nie pożałuje pan tego. Przypuśćmy nawet, że znajdzie pan cząstki złota – tych nie brak w kraju – w każdym razie nie uniknie pan zmęczenia. A wtedy łatwo nabawić się szkorbutu lub innej choroby. Otóż ja wydzierżawiam łóżko za dwieście pięćdziesiąt franków rocznie wraz z bezpłatną poradą lekarską. Wszyscy biorą ode mnie bilety.

Oto pański.

O staranności szpitala w Dawson City Ben Raddle wątpić obecnie nie mógł. Ale czyż nieprzeparta jego chęć do przygód nie pociągnie go zdala od Dawson City, do tych okolic niezbadanych jeszcze, gdzie odkrywają coraz to nowe pokłady?

Tymczasem Summy Skim dowiadywał się od policji o Teksańczykach, Hunterze i Malone, – ale policja nie miała o nich informacyj. Nie powrócili do Dawson City, gdyż obecność ich niechybnie byłaby wiadoma. Nie omieszkaliby bowiem zjawić się w kasynach, w domach gry i we wszelkich miejscach zabawy, gdzie odgrywali pierwszorzędną rolę. Przypuszczano więc, że zginęli podczas trzęsienia ziemi w Forty Miles Creek, którego następstwem była klęska powodzi. W każdym razie, ponieważ żadnego z Amerykanów pracujących w działce 131 nie odnaleziono, a niepodobieństwem było, aby wszyscy padli ofiarą powodzi, możliwą było rzeczą, że Hunter i Malone wraz z robotnikami udali się do pokładów Circle City i Birch Creek, gdzie może ponowną zaczęli kampanję.

Na początku października Ben Raddle podniósł się ze swego posłania. Doktor Pilcox mógł być dumny ze skutków swego leczenia, do którego przyczyniły się niemało starania Edith Edgerton.

O powrocie jednak do Montrealu mowy być nie mogło. Ben Raddle musiał się oszczędzać i nie mógłby jeszcze przedsięwziąć podróży z Dawson City do Skagway’u. Zresztą było za późno. Pierwsze śniegi zaczęły padać obficie, wody zamarzły, żegluga była wstrzymana na rzece i jeziorach. Temperatura spadła do piętnastu stopni poniżej zera, a nie było wykluczone, że dosięgnie pięćdziesięciu do sześćdziesięciu.

Dwaj kuzynowie zamieszkali w hotelu przy Front Street, w French Royal Restaurant zaś spożywali obiady i kolacje, przeważnie w smutnym nastroju. Mówili z sobą mało. Ale nawet w tym smutnym nastroju zarysowywała się różnica ich usposobień.

Gdy Summy Skim mówił, potrząsając głową:

– Najgorszą rzeczą w tej całej sprawie jest to, że nie mogliśmy opuścić Dawson City przed zimą.

Ben Raddle odpowiadał niezmiennie:

– Najgorsze jest to może, że nie sprzedaliśmy działki przed katastrofą, a na pewno to, że nie możemy nadal jej eksploatować.

Na te słowa Summy Skim, nie chcąc prowadzić gołosłownego sporu, brał strzelbę i szedł z Nelutem na polowanie w okolicach miasta.

Miesiąc upłynął. Termometr zadziwiał swą zmiennością. To wskazywał trzydzieści do czterdziestu stopni poniżej zera, to znów dziesięć do piętnastu zależnie od kierunku wiatru.

W ciągu tego miesiąca rekonwalescencja Ben Raddle’a postępowała szybko. Wkrótce towarzyszyć mógł Summy Skim’owi w jego wycieczkach, z dnia na dzień dłuższych, do których przyłączała się zwykle Jane Edgerton. Trójka wędrowców z prawdziwą przyjemnością odbywała te spacery pieszo, o ile czas był spokojny, lub ciepło odziani w sankach sunąc po zamarzniętym śniegu.

Pewnego dnia, 17 listopada, udali się pieszo o milę od Dawson City na północ. Summy Skim’owi powiodło się polowanie, i miano już powracać, gdy Jane Edgerton zatrzymawszy się nagle, zawołała, wskazując na drzewo oddalone o pięćdziesiąt kroków.

'The Golden Volcano' by George Roux 38

– Człowiek!… tam!

– Człowiek!… tam!

– Człowiek? – powtórzył Summy Skim.

Istotnie, pod brzozą leżał człowiek rozciągnięty na śniegu nieruchomo. Zapewne zamarzł, temperatura bowiem była wtedy niezwykle niska.

Trzej wędrowcy podbiegli ku niemu. Nieznajomy mógł liczyć czterdzieści lat wieku. Oczy miał zamknięte, a na twarzy malowało się bezmierne cierpienie. Oddychał jeszcze, lecz tak słabo, że był na progu śmierci.

Niewiele myśląc Ben Raddle ujął ster władzy.

– Ty, Summy – rzekł tonem rozkazującym – pójdziesz na poszukiwanie jakiegokolwiek wehikułu. Ja lecę do najbliższego domu po rozgrzewający napój, a miss Jane będzie rozcierała przez ten czas chorego śniegiem, starając przywrócić mu przytomność.

Rozkaz został spełniony natychmiast. Podczas gdy Ben Raddle biegł w swoją stronę, Summy Skim zdążał wielkiemi krokami do Dawson City.

Jane pozostała sama z chorym. Z całą odwagą zaczęła mu nacierać twarz śniegiem, poczem rozpiąwszy gruby kaftan dostała się do piersi i ramion.

Z jednej z kieszeni wysunął się skórzany portfel, z którego wypadła plika papierów. Jeden z nich osobliwym swym wyglądem zwrócił uwagę Jane. Był to pergamin złożony we czworo o brzegach zniszczonych ciągłem tarciem. Jane, rozłożywszy go, ujrzała przed sobą mapę wybrzeża morskiego, na której widniał tylko jeden równoleżnik, jeden południk i duży krzyż czerwony w jednym punkcie tego nieznanego kraju.

Jane starannie złożyła pergamin i wsunąwszy go machinalnie do kieszeni, zebrała inne kartki i położyła zpowrotem do portfelu, poczem wróciła do swego zajęcia. Skutki nacierania okazały się niebawem. Człowiek poruszył się. Powieki zadrgały, a usta sine zaczęły wymawiać niewyraźne słowa, ręka zaś wyciągnęła się najpierw do piersi, następnie do dłoni Jane Edgerton, obejmując ją lekkim uściskiem. Nachyliwszy się, Jane mogła uchwycić kilka słów bez związku:

– Tam – szeptał umierający. – Portfel… Daję go… Wulkan złotodajny… Dziękuję… tobie …matko…

W tej chwili nadszedł Ben Raddle, a na drodze dał się słyszeć odgłos szybko zdążającego pojazdu.

– Oto co znalazłam – rzekła Jane, wręczając inżynierowi portfel.

Portfel ten zawierał tylko listy z tym samym adresem: P. Jacques Ledun, wysłane z Nantes lub Paryża.

– Francuz! – zawołał Ben Raddle.

Po chwili, człowiek zapadł ponownie w stan zupełnego odrętwienia, leżał na wózku, który szybkim kłusem zdążał do szpitala w Dawson City.



II.

Wulkan złotodajny.

W kilka minut wózek był przed szpitalem. Chorego przeniesiono do tego samego pokoju, który zajmował Ben Raddle podczas swej choroby. Nie miał więc sąsiedztwa innych chorych.

Wyróżnienie to zawdzięczał Summy Skim’owi.

– Jest to Francuz, prawie ziomek! – mówił do Edith Edgerton, chcąc zaskarbić jej łaski. – To co pani uczyniła dla Ben’a, niech pani to uczyni obecnie dla niego; a mam nadzieję, że doktor Pilcox leczyć go będzie również skutecznie jak mojego kuzyna.

Doktor nie omieszkał podążyć do swego nowego pacjenta. Francuz leżał nieprzytomny z zamkniętemi oczyma. Puls miał bardzo słaby, oddech zaledwie wyczuwalny. Na ciele ran nie było wcale; był on tylko wynędzniały i wyczerpany nędzą i trudem… Nie ulegało wątpliwości, że nieszczęśliwy ten człowiek padł z wyczerpania i że byłby zmarł w nocy, gdyby pozostawiono go bez ratunku.

– Człowiek ten jest napół zmarznięty – rzekł doktor Pilcox.

Okryto go kołdrami i obstawiono butelkami z wrzącą wodą; wlewano w niego gorące napoje i rozcierano ciało, aby pobudzić obieg krwi. Co tylko było w mocy ludzkiej, zastosowano. Próżne jednak były te wysiłki.

Chory pozostawał nadal w stanie bezwładu.

Wobec tego doktor Pilcox nie mógł zapewnić, czy pacjent utrzyma się przy życiu.

Z listów znalezionych w jego portfelu dowiedziano się, że nazywa się Jacques Ledun i że listy noszą podpis jego matki. Ostatni, z Nantes, pisany był pięć miesięcy temu pod adresem: Dawson City, Klondike. Matka błagała o odpowiedź, której prawdopodobnie nie otrzymała od syna.

Ben i Summy, następnie zaś Jane i Edith Edgerton, odczytali wszystkie te listy z niezmiernem wzruszeniem, ukrywanem przez obu kuzynów pod niejednokrotnym skurczem twarzy, a objawiającem się u obu kuzynek łzami, których pomimo całego hartu duszy ukryć nie mogły. Każdy wiersz w tych listach zawierał całą moc macierzyńskiego uczucia. Był to szereg nieprzerwany rad, pieszczot i nawoływań, aby Jacques dbał o swe zdrowie, a przedewszystkiem, aby powrócił i zaniechał pogoni za szczęściem. Matka nie obawiała się biedy, byleby ją znosiła z nim razem.

Listy te były cenną wskazówką dla otoczenia. W razie gdyby Jacques Ledun życie zakończył, można było donieść matce o nieszczęściu, jakie ją spotkało.

Z listów tych dowiedziano się, że Francuz opuścił Europę przed dwoma laty, jak również, że nie odrazu podążył do Klondike w zamiarze poszukiwania złota. Z nadpisów niektórych listów wnioskować było można, że udał się wpierw do złotodajnych pokładów Ontario i Kolumbji, skąd przyciągnięty niezwykłemi wiadomościami dzienników Dawson City, skierował się wraz z liczną rzeszą poszukiwaczy w te strony. Nie musiał jednak być właścicielem działki, gdyż w jego portfelu nie znaleziono żadnego dokumentu, świadczącego o jego prawie własności, ani zresztą żadnego innego dokumentu oprócz listów.

Jedyny dokument, który istniał, nie znajdował się w portfelu. Jane Edgerton bowiem nie przyszło nawet na myśl pokazać go towarzyszom i kuzynce. Dopiero wieczorem udając się na spoczynek przypomniała sobie o nim. Wtedy rozłożyła osobliwy ten kawałek pergaminu i przy świetle lampy przyjrzała mu się uważnie.

Była to istotnie mapa. Linje dość nieregularnie nakreślone ołówkiem tworzyły wybrzeże oceanu, do którego wpadała rzeka wraz z kilku dopływami. Sądząc z położenia mapy, rzeka ta płynęła na północo-zachód. Byłażby to rzeka Yukon czy jej dopływ Klondike? Przypuszczenie takie należało odrzucić. Mapa wskazywała wyraźnie, że wybrzeże i strona przylegająca do niego musiały znajdować się ponad kołem polarnem. Przy skrzyżowaniu południka 136° 15’ i równoleżnika nieoznaczonego cyframi, widniał krzyż czerwony, który najpierw zwrócił uwagę Jane Edgerton. Napróżno mozoliła się nad rozwiązaniem zagadki. Bez dokładnego oznaczenia równoleżnika nie można było się domyślić, w jakiej części Ameryki Północnej znajduje się nakreślone wybrzeże i jakie miejsce lądu wskazuje tajemniczy krzyż czerwony.

O ile więc Jacques Ledun nie odzyska przytomności, nikt się nigdy nie dowie, czy nieznajomy kierował się dopiero do tej krainy, czy też z niej powracał.

Nie ulegało wątpliwości, że Jacques Ledun należał do rodziny zajmującej pewne stanowisko społeczne. Nie był to prosty robotnik. Świadczyły o tem listy matki pisane stylem poprawnym. Przez jakie niepowodzenia, przez jakie nieszczęścia przejść musiał, aby doczekać się tak opłakanego końca na łóżku szpitalnem?

Kilka dni upłynęło, a stan Jakóba Ledun nie polepszał się bynajmniej. Zaledwie wymówić mógł kilka słów niewyraźnych. Nie można było nawet przekonać się, czy nie stracił pełni swych władz umysłowych.

– Przypuszczać należy – oświadczył doktor Pilcox – że umysł chorego doznał silnego wstrząśnienia. Skoro oczy otwiera, uważam, iż spojrzenie jego jest błędne.

– A stan fizyczny nie polepsza się? – spytał Summy Skim.

– Wydaje mi się jeszcze poważniejszy niż stan psychiczny – wyraźnie oświadczył doktor.

Z tych słów można było wnioskować, że pomimo swego zwykłego optymizmu lekarz stracił wszelką nadzieję.

Ale Ben Raddle i Summy Skim opierali się tym smutnym przeczuciom. Wmawiali w siebie, że zczasem polepszenie nastąpi. Gdyby nawet nie przyszedł zupełnie do zdrowia, może odzyska pełnię władz umysłowych i odpowie na zadane mu pytania.

W kilka dni po orzeczeniu doktora zdawało się, że przewidywania obu kuzynów sprawdzają się i że doktor Pilcox zbytnio wątpił o skuteczności swego leczenia. Reakcja w stanie chorego była widoczna. Bezwład zaczął się zmniejszać. Wzrok jego bardziej stanowczy i jak gdyby pytający błądził po nieznajomym mu pokoju i spoczywał na otaczających go osobach.

Czyżby nieszczęśliwy ten człowiek miał być uratowany?

Doktor potrząsał głową z powątpiewaniem. Lekarza pozory zwieść nie mogły. Jeżeli umysł odzyskał przytomność, to poto, by ją stracić na zawsze. Jeżeli oczy otworzyły się, to poto, by zamknąć się na wieki. Był to ostatni wysiłek życia przed bliskiem zgaśnięciem.

Edith pochyliła się, wsłuchując się w słowa, które chory wymawiał cichym i przerywanym głosem. I domyślając się raczej niż rozumiejąc, odpowiedziała:

– Pan jest w pokoju szpitalnym.

– Gdzie? – spytał Jakób Ledun, usiłując podnieść się.

– W Dawson City. – Sześć dni temu znaleziono pana omdlałego na drodze. …Przyniesiono pana tutaj.

Powieki Jakóba Ledun zamknęły się na chwilę. Zdawało się, że wysiłek go wyczerpał. Doktor kazał mu dać kilka wzmacniających kropel, po których chory ocknął się znowu.

– Kim jesteście? – spytał.

– Kanadyjczykami – odpowiedział Summy Skim – prawie że Francuzami, możesz pan nam zaufać. Uratujemy cię.

Chory uśmiechnął się lekko i upadł na poduszki. Zapewne czuł, że umiera, gdyż łzy spływały po jego wychudłej twarzy. Za radą doktora zostawiono go w spokoju, czekano u wezgłowia, aż chory odzyska dość siły, aby mógł przemówić.

Dwa dni następne nie przyniosły ani pogorszenia, ani polepszenia w stanie zdrowia Jakóba Ledun. Osłabienie było tak wielkie, że zdawało się, iż mówić już nie będzie. Tymczasem z długiemi przerwami chory zaczął mówić znowu z wielkim wysiłkiem, jakby zachęcając, aby go pytano. Widoczne było, że pragnął mówić o sobie.

W ten sposób stopniowo dowiedziano się kolei jego życia. Pewne okoliczności pozostały jednak niewyjaśnione. Co robił w Klondike? Skąd powracał lub gdzie szedł, kiedy padł zemdlony na drodze?

Jakób Ledun, lat czterdziestu, budowy silnej, którą mógł zniszczyć tylko ostateczny brak najniezbędniejszych potrzeb, był Bretończykiem z Nantes.

Matka, żona bankiera zrujnowanego przez spekulacje, przebywała stale w tem mieście, walcząc z coraz to większą biedą.

Od dzieciństwa Ledun miał pociąg do morza. Ciężka choroba, która zaskoczyła go w chwili, gdy miał zdawać egzaminy w szkole morskiej, zachwiała na wstępie jego karjerą. Przekroczywszy wiek przepisowy, musiał przyjąć miejsce sternika na okręcie handlowym, a po odbyciu kilku podróży do Melbourne, do Indyj i do San Francisco został kapitanem. Z tym tytułem wstąpił jako miczman do marynarki wojskowej.

Na tej służbie pozostawał trzy lata. Nie mając jednak żadnych widoków na przyszłość, gdyż awans zależny był od wyjątkowych okoliczności, podał się do dymisji i wrócił do marynarki handlowej.

O dowództwo statku było trudno, musiał więc zadowolić się rolą zastępcy kapitana na żaglowcu objeżdżającym morza południowe.

W ten sposób upłynęło mu cztery lata. Miał dwadzieścia dziewięć lat, kiedy umarł ojciec, pozostawiwszy wdowę prawie w nędzy. Napróżno Jakób Ledun starał się o miejsce kapitana. Brak pieniędzy, jak to zwykle bywa, stanął temu na przeszkodzie, poprzestał więc na roli zastępcy. Ale przyszłość zamknęła się przed nim, nie dając mu możności zapewnienia nawet średniego bytu ukochanej swej matce.

Podczas swych podróży dotarł do Australji i Kalifornji, gdzie znajdowały się pokłady złotodajne przyciągające wielu emigrantów. Jak zwykle mała ich część wzbogaca się, reszta kończy ruiną i nędzą. Jakób Ledun, olśniony powodzeniem niektórych, postanowił również szukać szczęścia w poszukiwaniu złota.

W tym czasie uwaga wszystkich była zwrócona na Kanadę nawet przed odkryciem nowych pokładów w Klondike. W innych swych częściach mniej na północ położonych Dominion posiadało również pokłady złotodajne daleko przystępniejsze do eksploatacji, gdyż praca w nich nie była przerywana straszną porą zimową, jak w okolicach yukońskich. Jedna z tych kopalni, najgłówniejsza prawdopodobnie, le Roi dała wtedy w ciągu dwu lat cztery miljony pięćset tysięcy franków dywidendy. Jakób Ledun ofiarował swoje usługi temu przedsiębiorstwu.

Ale ten kto sprzedaje pracę swych rąk lub mózgu, nie wzbogaca się zwykle. To o czem marzył odważny lecz nieostrożny Francuz, było równie nie do urzeczywistnienia na ziemi jak na morzu. Czy jako robotnik, czy jako urzędnik, skazany był na wegetowanie całe swoje życie.

Zaczęto wtedy mówić o pokładach w okolicach rzeki Yukon. Nazwa Klondike olśniewała, jak dawniej nazwa Kalifornji, Australji i Transvaalu. Tłum emigrantów podążył na północ, Jakób Ledun podążył za nimi.

Pracując w pokładach Ontario zawarł znajomość z niejakim Harry Brown, Kanadyjczykiem pochodzenia angielskiego. Obaj byli pochłonięci ambicją i żądzą powodzenia. Harry Brown namówił Jakóba Ledun, aby opuścił swe miejsce i podążył w strony nieznane. Obaj też z niewielką sumą pieniędzy udali się wkrótce do Dawson City.

Postanowiwszy pracować na swoją rękę, rozumieli dobrze, że kopalnie w obwodach Bonanzy, Eldorado i Sixty Miles są dla nich zamknięte. Gdyby bowiem cena działek w tych stronach nie była nawet zbyt wygórowaną, to w każdym razie miejsca wolnego nie znaleźliby w tej okolicy. Dobijano się o nie za cenę miljonów dolarów. Zmuszeni więc byli wyruszyć na północ Alaski lub Dominionu, zdała od Wielkiej Rzeki do tych stref prawie jeszcze dziewiczych, gdzie kilku poszukiwaczy złota natrafiło dopiero na pokłady złotodajne. Należało udać się tam, gdzie nikt nie był jeszcze, i odkryć jaki nowy pokład, który stałby się własnością pierwszego przybysza.

W ten sposób rozumowali Jakób Ledun i Harry Brown.

'The Golden Volcano' by George Roux 39

Bez przyrządów, bez robotnika, z zapasem pieniędzy na półtora roku, opuścili Dawson City. Żywiąc się w drodze upolowaną zwierzyną, udali się na północ Yukonu do krainy nieznanej, położonej poza kołem polarnem.

Jakób Ledun wyruszył w drogę na początku lata to jest na sześć miesięcy przed dniem, w którym był znaleziony w okolicy Dawson City. Gdzie zatrzymał się z Harry Brown? Czy dotarli do wybrzeży oceanu Lodowatego? Czy nagrodą ich wysiłków było jakie nowe odkrycie? Przypuszczenie to wydawało się rzeczą nieprawdopodobną wobec opłakanego stanu jednego z nich. A do tego Jakób Ledun pozostał sam. W drodze powrotnej na dwu towarzyszy napadli tubylcy i tylko Jakób Ledun ocalał, pozostawiając całe swe mienie napastnikom. Harry Brown zginął i kości jego bielały obecnie w tych stronach pustynnych.

Oto wszystko czego się można było dowiedzieć od chorego i to z wielką trudnością, gdyż Jakób Ledun, którego osłabienie wzrastało z dnia na dzień, mówił dorywczo.

Sama eksploatacja, jak również miejscowość, z której powracali Harry Brown i Jakób Ledun w chwili napadu Indjan, pozostaną na zawsze pokryte mgłą tajemnicy, o ile chory zakończy życie.

A jednak istniał dokument, chociaż niedokładny, zapewne w związku z dziejami nieszczęśliwych towarzyszy. O tym dokumencie nie wiedział nikt inny prócz Jane Edgerton. Myślała o nim często, chcąc go zużytkować zależnie od okoliczności. Zapewne, gdyby Jakób Ledun powrócił do zdrowia, oddałaby mu go niechybnie. Ale w razie przeciwnym?…

Tymczasem Jane mozoliła się nad rozwiązaniem tajemniczej zagadki. Nie ulegało wątpliwości, że na tej mapie widniała okolica, w której przebywali w ostatnich czasach Francuz z Kanadyjczykiem. Ale gdzież znajdowała się ta okolica?… Gdzie płynęła rzeka, której kręta linja zarysowywała się z południo-wschodu na północo-zachód? Czy był to dopływ Yukon’u, czy Koyukuk’u czy też Porcupine River?

Pewnego dnia, będąc sam na sam z chorym, Jane położyła mu mapę przed oczy. Spojrzenie Jakóba Ledun ożywiło się i zatrzymało przez chwilę na krzyżu czerwonym tak intrygującym dziewczynę. Była przekonana, że ten krzyż oznacza miejsce jakiegoś nowego odkrycia… Lecz wkrótce chory odsunął ręką mapę i zamknął oczy, nie wymówiwszy ani słowa.

Czy nie miał siły mówić, czy też zatrzymać chciał dla siebie tajemnicę? Czyżby w głębinach tej duszy, mającej niedługo opuścić wyczerpane ciało, tkwiła jeszcze nadzieja powrotu do życia? Może biedak chciał dla siebie zachować nagrodę tylu wysiłków? Może pocieszał się, że zobaczy swoją matkę i u jej stóp złoży majątek dla niej zdobyty.

Tymczasem dni upływały szybko. Zima sta wała się coraz ostrzejsza. Temperatura dochodziła do pięćdziesięciu Celsjusza poniżej zera. Niepodobna było wychodzić. Obaj kuzynowie, o ile nie byli w szpitalu, spędzali czas w swym pokoju. Niekiedy wszakże, odziani w futra aż ponad głowę, szli do jednego z kasyn, mało zresztą uczęszczanych, gdyż większa część poszukiwaczy powróciła przed zimą do Dyea, Skagway lub Vancouver.

Możliwa, że podążyli tam Hunter i Malone. W każdym razie było rzeczą pewną, iż od czasu wylewu Forty Miles Creek nikt ich nie widział, nie było ich również na liście ofiar trzęsienia ziemi, których tożsamość była sprawdzona.

Podczas tych dni mroźnych i nawiedzanych często śnieżycami Summy Skim musiał wyrzec się polowania na niedźwiedzie, podchodzące nieraz do bram miasta. Był zmuszony jak wszyscy do zamknięcia się zupełnego w mieszkaniu, co wraz z nadmiernem obniżeniem się temperatury, było przyczyną najróżnorodniejszych chorób, dziesiątkujących ludność.

Szpital nie mógł nastarczyć z przyjmowaniem chorych, a miejsce, które miało być wkrótce opuszczone przez Jakóba Ledun, nie pozostało później wolne ani na chwilę.

Doktor Pilcox wyczerpał wszystkie środki, aby powrócić choremu siły. Lekarstwa nie działały, żołądek nie znosił wcale pożywienia. Życie widocznie uchodziło z dnia na dzień, z godziny na godzinę z tego wyczerpanego organizmu.

30 listopada zrana Jakób Ledun uległ ciężkiemu atakowi, z którego zdawało się, że nie wyjdzie. Rzucał się gwałtownie i pomimo że był osłabiony, nie można go było utrzymać na łóżku. W tem podnieceniu powtarzał wciąż te same słowa:

– Tam… wulkan… wybuch… złoto… lawa złota…

Poczem z rozpaczliwem nawoływaniem wołał:

– Matko… matko… dla ciebie!

Stopniowo podniecenie ustępowało a wraz z niem powracał stan ostatecznej niemocy. Zaledwie dostrzegalny oddech świadczył tylko o życiu chorego. Doktor orzekł, że nie przetrzyma drugiego ataku.

Po południu Jane Edgerton, przyszedłszy czuwać nad chorym, zauważyła, że jest spokojniejszy, a nawet że odzyskał zupełną przytomność. Istotnie polepszenie nastąpiło, jak to często bywa przed śmiercią.

Jakób Ledun otworzył oczy. Wzrok jego dziwnie nieruchomy spoczął na młodej pielęgniarce. Widoczną było rzeczą, że chciał coś powiedzieć. Jane pochyliła się, starając się zrozumieć słowa, które szeptał umierający.

– Mapa – mówił Jakób Ledun.

– Oto jest – rzekła Jane z żywością, podając dokument właścicielowi.

Jak za pierwszym razem chory odepchnął ją ruchem ręki.

– Daję ją – szepnął. – Tam… krzyż czerwony… wulkan złotodajny.

– Pan oddaje mapę?… komu?…

– Pani…

– Mnie?

– Tak… pod warunkiem… żeby pani myślała… o mojej matce.

– Pana matce?… Pan chce mi polecić pańską matkę?

– Tak.

– Niech pan liczy na mnie. Ale co mam zrobić z pańską mapą? Nie rozumiem jej znaczenia.

Umierający jakby myślał przez chwilę, poczem rzekł:

– Ben Raddle.

– Chce pan widzieć p. Raddle?

– Tak.

Skoro inżynier przyszedł, chory dał znać ręką Jane Edgerton, że chce pozostać z nim sam na sam.

Poczem, szukając poomacku ręki Ben Raddle’a, rzekł.

– Umieram… życie moje ucieka… czuję to..

– Nie, przyjacielu – zaprzeczył Ben Raddle – uratujemy cię.

– Umieram – powtórzył Jakób Ledun. – Zbliż się pan… Obiecałeś mi… że nie zapomnisz o mojej matce… Ufam ci… Słuchaj i zapamiętaj dobrze co ci powiem.

I głosem słabnącym, lecz wyraźnym, głosem człowieka świadomego tego co mówi, powierzył Ben Raddle’owi następującą tajemnicę:

Gdy mnie znaleźliście… wracałem z bardzo daleka… z północy… Tam znajdują się najbogatsze pokłady w świecie… Nie potrzeba kopać ziemi… Ziemia sama wyrzuca złoto ze swych wnętrzności! Tak… tam… odkryłem górę… wulkan wyrzucający ogromną ilość złota… wulkan złotodajny… Golden Mount.

– Wulkan złotodajny? – powtórzył Ben Raddle głosem wątpiącym.

– Musi mi pan wierzyć – zawołał Jakób Ledun z pewną gwałtownością, starając się podnieść na swem posłaniu. – Musi mi pan wierzyć. Jeżeli nie dla pana, to dla mojej matki… niech to będzie spuścizna po mnie dla niej… Dostałem się na szczyt tej góry… zaszedłem do jej zgasłego krateru… Pełno w nim złotonośnego kwarcu… kawałków złota… trzeba tylko zebrać…

Po tym wysiłku chory wpadł w stan omdlenia, po kilku minutach jednak przyszedł do siebie i spojrzał na inżyniera.

– Dobrze – szepnął – jest pan tu… przy mnie… pan mi wierzy… pójdzie tam… do Golden Mount..

Głos jego słabł coraz bardziej, Ben Raddle, którego przyciągał ręką, nachylił się nad nim.

– Przy 68°37’ szerokości… długość jest oznaczona na mapie…

– Na mapie? – spytał Ben Raddle.

– Spyta się pan… Jane Edgerton…

– Miss Edgerton posiada mapę tej okolicy? – pytał Ben Raddle niezmiernie zdziwiony.

– Tak… ja dałem… tam… w punkcie gdzie stoi krzyż czerwony… przy rzece… na północy Klondike… wulkan… którego bliski wybuch wyrzuci złoto… piasek złoty… tam… tam…

Jakób Ledun, oparty na ramieniu Ben Raddle’a, wyciągał drżącą rękę w kierunku północy…

Ostatnie słowa, które wyszeptały jego sine usta były:

– Matko… matko…

Poczem z największą słodyczą:

– Matuchno!

Ostatni śmiertelny dreszcz nim wstrząsnął.

Skonał.



III.

W którym Summy Skim niekoniecznie jedzie do Montrealu.

Pogrzeb biednego Francuza odbył się nazajutrz. Jane i Edith Edgerton, jak również Ben Raddle i Summy Skim odprowadzili go na cmentarz. Na grobie postawiono krzyż drewniany z nazwiskiem nieboszczyka. Wkrótce jednak wszelki ślad zniknął pod wpływem zmiennej tamtejszej pogody. Po powrocie z cmentarza Ben Raddle, spełniając daną obietnicę, napisał do jego matki.

Poczem zajął się rozważaniem położenia wytworzonego powierzeniem mu niespodziewanej tajemnicy.

Nikt dziwić się nie będzie, że tajemnica złotej góry mogła zająć uwagę Ben Raddle’a. Ale że inżynier, czyli z samego tytułu człowiek pozytywny i rozsądny, mógł przyjąć tę tajemnicę za prawdę dowiedzioną – było to rzeczą nieco osobliwą. Tymczasem tak było w istocie. Ani na chwilę nie przeszło przez myśl Ben Raddle’a, że zwierzenie Jakóba Ledun nie opiera się na pewnej podstawie. Nie wątpił wcale, że na północy Klondike znajduje się cudowna góra, która dziś czy jutro wyrzuci z siebie jak z olbrzymiej kieszeni, całe stosy złota.

Miljony cząstek złotych zostaną wyrzucone w powietrze, o ile nie będzie można ich zbierać w ostatecznie wygasłym kraterze.

Zresztą wszystko przemawiało za tem, że bogate pokłady złotodajne istnieć powinny w okolicach rzeki Mackensie i jej dopływów. Według słów Indjan, odwiedzających często te strony przyległe do oceanu Arktycznego, rzeki tamtejsze obfitowały w złoto. To też syndykaty niebawem miały pomyśleć o rozszerzeniu swych poszukiwań aż do części Kanady znajdującej się między oceanem Lodowatym a kołem Polarnem; poszukiwacze zaś złota mieli się tam przenieść na przyszłe lato, gdyż kto pierwej przybędzie, ten ma więcej szans powodzenia. Kto wie, myślał sobie Ben Raddle, czy nie odkryją wulkanu, o którego istnieniu, dzięki Jakóbowi Ledun, wie on jeden dotychczas?

Jeżeli chciał skorzystać z tego przywileju, działać musiał szybko. Przedewszystkiem jednak należało uzupełnić swoje wiadomości w tym względzie, a najpierw zobaczyć tę mapę, którą zmarły Francuz wręczył Jane Edgerton.

Ben Raddle bez zwłoki udał się do szpitala z postanowieniem załatwienia natychmiast tej sprawy.

– Z tego co mi Jakób Ledun mówił przed śmiercią – rzekł do Jane – ma pani podobno u siebie mapę do niego należącą.

– Istotnie posiadam mapę – zaczęła Jane.

Ben Raddle westchnął z zadowoleniem. Sprawa pójdzie łatwo, skoro Jane potwierdza słowa Francuza.

– Ale ta mapa należy wyłącznie do mnie – zakończyła.

– Do pani?

– Do mnie, dla tej prostej przyczyny, że Jakób Ledun mi ją dobrowolnie podarował.

– A – rzekł Ben Raddle wahająco.

Po chwili milczenia odezwał się:

– Mniejsza o to, zresztą, gdyż nie przypuszczam, żeby pani nie chciała mi jej udzielić.

– To zależy – odpowiedziała Jane z największym spokojem.

– Ba? – zawołał zaskoczony Ben Raddle. – To zależy?… a od czego?… Niech mi to pani wytłumaczy, proszę bardzo.

– Jest to rzecz bardzo prosta – rzekła Jane. – Mapa, o której mowa i którą wręczył mi jej prawny właściciel, wskazuje, jak mogę przypuszczać, miejsce dokładne kopalni bajecznie bogatej. Jeżeli Jakób Ledun oddał mi mapę, to ja wzamian obiecałam mu, że będę pomagała jego matce, a obietnicę tę będę musiała i mogła spełnić tylko w takim razie, jeżeli zużytkuję powierzony mi dokument. Otóż wskazówki, znajdujące się na tej mapie, nie są dokładne.

– A zatem?

– A zatem, ponieważ pan zwraca się do mnie, więc przypuszczam, że Jakób Ledun udzielił panu wskazówek, których mi brak, prawdopodobnie obowiązując pana w ten sam sposób co i mnie, lecz nie wyjawiając panu tych, które ja posiadam. Jeżeli tak jest istotnie, nie odmawiam panu wręczenia dokumentu, lecz pod warunkiem, że będę pana wspólniczką. Słowem, pan posiada jedną połowę tajemnicy, ja – drugą. Czy pan chce, abyśmy złączyli obydwie połowy i abyśmy się podzielili tem, co nam przyniesie całość?

Narazie Ben Raddle był jak porażony tą odpowiedzią. Jej treść była dla niego niespodzianką. Stanowczo, Jane Edgerton była bardzo sprytna. Ale rozsądek i sprawiedliwość wzięły górę… Zresztą propozycja młodej poszukiwaczki była wcale dobra. Nie ulegało wątpliwości, że Jakób Ledun chciał zdwoić możność polepszenia bytu matki i dlatego odniósł się do dwu różnych osób, żądając od nich tego samego zobowiązania. Przytem cóż przeszkadzało mu przyjąć propozycję Jane Edgerton i podzielić się z nią dochodem z eksploatacji wulkanu złotodajnego? Albo wulkan złotodajny był jedynie mitem, a w takim razie tajemnica jego nie posiadała żadnej wartości, a tem bardziej jej połowa. Albo wulkan złotodajny istnieje, a wtedy podział jego bogactw z Jane Edgerton nie ma znaczenia, gdyż wulkan ten dostarczy nieskończoną ilość cennego kruszcu.

Rozmyślania te trwały zaledwie sekund kilka, gdyż Ben Raddle zdecydował się odrazu.

– A więc dobrze – zgodził się.

– Oto mapa – rzekła Jane, podając mu rozwinięty pergamin.

Ben Raddle, ogarnąwszy mapę jednem spojrzeniem, nakreślił na niej równoleżnik w miejscu przecięcia krzyża i zaznaczył go cyfrą 68 37’.

– Współrzędne są teraz dokładne – oświadczył z zadowoleniem. – Można iść z zamkniętemi oczyma do wulkanu złotodajnego.

– Wulkanu złotodajnego? – powtórzyła Jane. – Jakób Ledun wymawiał kilkakrotnie tę nazwę.

– Jest to nazwa góry osobliwej, do której się wybieram…

– Do której wybieramy się – sprostowała Jane.

– Do której wybierzemy się na wiosnę – potwierdził inżynier.

Poczem zaczął opowiadać Jane Edgerton o tem, co mu powierzył Jakób Ledun. Zapewnił ją o istnieniu prawdziwej góry złotej, Golden Mount, nieznanej dotąd nikomu, a którą odkrył Jakób Ledun i jego towarzysz Harry Brown. Mówił, jak zmuszeni do powrotu z powodu braku przyrządów, zostali napadnięci przez bandę tubylców, mając przy sobie wspaniałe dowody swego odkrycia, i jak jeden z nich został zabity, a drugi, obrabowany doszczętnie, zginął z braku środków do życia.

– I pan nie zwątpił o prawdziwości tej bajecznej historji? – spytała Jane Edgerton, gdy Ben Raddle dobiegł końca.

– Z początku byłem względem niej usposobiony sceptycznie – przyznał. – Ale szczerość Jakóba Ledun mnie przekonała. Historja to prawdziwa, może pani być pewna. To nie znaczy wszakże, żebyśmy z niej osiągnąć mieli jaką korzyść. W tych sprawach grozi zawsze możliwość, że inni nas wyprzedzą. Jeżeli Golden Mount nie jest znany w znaczeniu właściwem tego słowa, w każdym razie wiedzą o jego istnieniu z legend podawanych sobie z ust do ust. Wystarczy, aby jaki poszukiwacz bardziej łatwowierny i bardziej odważny od innych zechciał się przekonać, czy legenda nie jest piękną i dobrą rzeczywistością. To jest niebezpieczeństwo, które nam grozi i przeciw któremu możemy się uzbroić pod dwoma warunkami: pośpiechu i milczenia.

Nie można się dziwić, że inżynier od tej chwili śledził uważnie wszystkie wiadomości dotyczące poszukiwaczy złota. Jane nie ustępowała mu w tem wcale, najczęściej zaś oboje razem zajmowali się bliską im sprawą, jak również oboje trwali w postanowieniu niewyjawienia nikomu swej tajemnicy aż do ostatniej chwili. Ben Raddle nie mówił nawet o tem Summy Skim’owi. Nic zresztą nie nagliło, ponieważ upłynęły trzy miesiące dopiero z ośmiu miesięcy zimy w Klondike.

Tymczasem komisja graniczna ogłosiła rezultat swych badań i orzekła, że obustronne pretensje upadają. Nie znaleziono bowiem żadnej pomyłki. Granica między Alaską i Kanadą nie może być cofnięta ani na zachód na korzyść Kanadyjczyków, ani na wschód z ich szkodą, a co za tem idzie, działki graniczne nie zmieniają przynależności pań stwowej.

– Dużo nam z tego przyjdzie! – zawołał Summy Skim, dowiedziawszy się o tem orzeczeniu. – Bardzo dobrze, że działka 129 pozostaje własnością Kanady. Szkoda tylko, że ją ochrzczono po śmierci.

– Działka żyje pod wodami Forty Miles Creek – odpowiedział nadzorca, który nie chciał tracić nadziei.

– Bardzo słusznie, Lorique. Zacznijcie więc ją eksploatować pod głębokością pięciu do sześciu stóp wody! Chyba że pod wpływem ponownego trzęsienia ziemi rzeczy wrócą do dawnego stanu…

I wzruszając ramionami Summy dodał:

– Zresztą, jeżeli Pluton i Neptun zechcą mieszać się nadal w sprawy Klondike, to mam nadzieję, że dlatego, aby skończyć raz z tą straszną krainą, aby ją zniszczyć i zalać tak doszczętnie, że nie pozostanie w niej ani kawałka złota.

– O, panie Skim! – zawołał nadzorca szczerze oburzony.

– A zresztą? – odezwał się Ben Raddle jak człowiek nie wypowiadający wszystkich swych myśli – czy sądzisz, że tylko Klondike posiada pokłady złota?

– Nie wykluczam ze swojej przepowiedni innych krain – odparł Summy Skim – jak Alaska, Dominion, Transvaal… a będąc szczery, dodam: krain całego świata.

– Ależ, panie Skim – oburzył się nadzorca, złoto, to złoto!

– Nie wiecie, co mówicie, Lorique. Chcecie wiedzieć, co to jest złoto? A więc, mojem zdaniem złoto – to blaga. I nie zechciejcie mi przeczyć.

Rozmowa mogłaby się była długo przeciągnąć bez żadnej korzyści dla rozmówców, gdyby Summy nie był jej zakończył słowami:

– Zresztą niech Pluton i Neptun robią, co im się podoba. Nie moja to rzecz. Zajmuję się tylko rzeczami, które mnie obchodzą. Wystarcza mi to, że działki 129 niema i że to nas zmusi do powrotu do Montrealu.

Niestety w ustach Summy Skim’a słowa te brzmiały jak figura retoryczna. Rzeczywistość przeczyła im w zupełności. Rok dobiegał dopiero do końca, przekazując swemu następcy długie zimowe miesiące, a o powrocie mowy być nie mogło.

Ostatni tydzień roku, a z nim święta Bożego Narodzenia, wraziły się w pamięć Skim’a na zawsze. Wprawdzie temperatura nie spadała poniżej dwudziestu stopni niżej zera, ale czas był okropny. Pożądańszą było rzeczą, aby nastąpił spadek temperatury wraz z północnym wiatrem suchym i orzeźwiającym.

W ciągu ostatniego tygodnia roku ulice Dawson City opustoszały z powodu braku oświetlenia. Żadna lampa nie wytrzymałaby naporu śnieżnego, zresztą nie można byłoby się do niej dostać. Zwały śnieżne pokrywały ulice na pięć do sześciu stóp, tamując ruch pieszy i kołowy. Jeżeli pod wpływem większego mrozu masy te śnieżne stwardnieją, żaden kilof ani motyka im nie poradzą. Trzebaby je wysadzać dynamitem. W niektórych dzielnicach, w pobliżu rzek Yukonu i Klondike, wiele domów było zasypanych do pierwszego piętra tak, że dostęp do nich był tylko możliwy przez okna. Na szczęście hotel przy Front Street wolny był od tej barykady, i kuzynowie mogli byli wychodzić, gdyby ulice były dostępne. Ale przy pierwszym kroku wpadało się w śnieg po szyję.

W tej porze roku dzień jest nader krótki. Słońce ukazuje się zaledwie nad pagórkami otaczającemi miasto. Śnieg pada tak gęstemi i dużemi płatkami, że światło elektryczne przedostać się przezeń nie może i miasto nurza się w ciemności dwadzieścia godzin na dobę.

'The Golden Volcano' by George Roux 40

Summy Skim... o mało nie został zasypany śniegiem...

Z musu więc Ben Raddle i Summy Skim nie opuszczali swego pokoju. Nadzorca i Neluto, którzy wraz z Patrickiem mieszkali w skromnym zajeździe w dalszej dzielnicy, nie mogli odwiedzić swych panów, jak to czynili zwykle, a wszelkie stosunki z Jane i Edith Edgerton musiały być przerwane, Summy Skim próbował raz jeden udać się do szpitala, ale o mało nie został zasypany śniegiem, gdyby nie pomoc usilna służby hotelowej.

Nie potrzebujemy dodawać, że wszelkie instytucje publiczne zawiesiły swe czynności. Listy nie przychodziły, dzienników nie było. Gdyby nie nagromadzenie zapasów w hotelach i domach prywatnych, ludność wymarłaby z głodu. Nigdy miasto nie znajdowało się w podobnie groźnem położeniu. Śnieg nie pozwolił dostąpić do rezydencji gubernatora i zarówno poddani amerykańscy jak kanadyjscy znaleźli się bez opieki. A co mówić o ofiarach epidemij tak licznych w tej porze roku, których nie można było nawet odwieźć na miejsce wiecznego ich spoczynku. Gdyby w tych okolicznościach wybuchła zaraza, wkrótce nie pozostałoby w mieście ani jednego mieszkańca przy życiu.

Pierwszy dzień 1899 roku był straszny. Całą noc i cały dzień śnieg padał bez przestanku, zasypując całkowicie pokaźną liczbę domów. Na prawym brzegu Klondike River widniały tylko dachy domów. Przypuszczać było można, że niebawem całe miasto zniknie pod śnieżną warstwą, jak znikła Pompeja pod popiołem Wezuwjusza. Gdyby temperatura spadła w tym czasie do czterdziestu lub pięćdziesięciu stopni, cała ludność zginęłaby pod tą masą stwardniałą.

2 stycznia niespodziewanie zaszła zmiana. Wiatr obrócił się nagle i temperatura podniosła się powyżej zera. Niebezpieczeństwo zatem usunięte zostało. Śnieg stopniał w kilka godzin, wywołując prawdziwą powódź. Wynikły stąd wielkie szkody; ulice zamieniły się w potoki, których wody, zabierając z sobą wszelkiego rodzaju odpadki, potoczyły się z hałasem na zmarzniętą powierzchnię rzeki Yukon i jej dopływu.

Powódź ta rozprzestrzeniła się na cały obwód. Między innemi Forty Miles Creek, wezbrawszy nadmiernie, zalała działki wzniż jej leżące. Była to klęska równająca się klęsce sierpniowej.

Jeżeli Ben Raddle żywił jakąkolwiek bądź nadzieję powrotu do działki 129, teraz musiał się wyrzec jej ostatecznie.

Skoro tylko ruch na ulicach miasta wznowiono, Lorique i Neluto podążyli do hotelu Northern. Ben Raddle zaś i Summy Skim pośpieszyli do szpitala, witani przez swe towarzyszki z radością zdwojoną przez długie zamknięcie. Co do doktora Pilcox ten nie stracił nic na humorze.

– I cóż, doktorze – spytał go Summy Skim – trwa pan zawsze w swym zachwycie dla przybranego kraju?

– Cóż pan chce? – odpowiedział doktor. – Czyż Klondike nie jest podziwu godzien? Nie wiem, czy za pamięci ludzkiej spadła kiedykolwiek podobna ilość śniegu?… Ciekawy to przyczynek do wspomnień z pańskiej podróży, panie Skim.

– Może pan być pewny, doktorze!

– Naprzykład, gdyby powrót wielkich mrozów nie był poprzedzony kilkoma dniami odwilży, bylibyśmy wszyscy zmumifikowani. To dopiero gratka dla dzienników starego i nowego lądu! Sposobność ta już się nie zdarzy i należy żałować, że wiatr obrócił się na południe!

– Z tej strony pan to bierze, doktorze?

– Z tej strony należy to brać. To nazywa się filozofją, panie Skim.

– Filozofja przy pięćdziesięciu stopniach poniżej zera, nie ja jej hołdować będę – zaprzeczył nieprzekonany Summy.

W styczniu, jak wiadomo, daleko do końca zimy. W drugiej połowie tego miesiąca spadek temperatury był nadmierny; ale, zachowując wszelką ostrożność, można było wychodzić bezkarnie. Koniec stycznia okazał się łaskawszy niż jego początek w tem znaczeniu, że śnieżyce były rzadsze i nie tak gwałtowne. Istotnie o ile powietrze jest spokojne, zimno znieść można; dopiero gdy wiatr północny, idący od bieguna północnego, dąć zacznie gwałtownie, ścinając twarze ludzi i zamieniając ich oddech na parę śnieżną, niebezpiecznie jest wychodzić z mieszkania. Summy Skim mógł więc uprawiać sport ulubiony w towarzystwie wiernego Neluto, a niekiedy i Jane Edgerton. Zresztą niktby nie był w stanie powstrzymać go od tych wycieczek pomimo niespodzianych zmian temperatury. Nie nęciły go wzruszenia gry, ani przyjemności w kasynach, a czas dłużył mu się bezmiernie. Pewnego dnia gdy przedstawiano mu, na co się naraża, polując tak zawzięcie, odpowiedział najpoważniej w świecie:

– Dobrze, nie będę polował, obiecuję, jeżeli…

– Jeżeli? – nalegał doktor Pilcox.

– Jeżeli zimno będzie tak wielkie, że proch nie będzie mógł się zapalić.

O ile Jane Edgerton nie towarzyszyła Summy Skim’owi, spotykała się wtedy zwykle z Ben Raddlem albo w szpitalu, albo w Northern hotelu. Zresztą nie minął dzień, aby się nie widzieli. Edith była zawsze obecna ich rozmowom, choć obecność ta nie była konieczna. Lecz inżynier był innego zdania. Dopuściwszy dziewczynę do tajemnicy, zwracał się o zdanie w najmniejszym szczególe tyczącym się przyszłej wyprawy. Być może, iż cenił jej zdanie tak wysoko, dlatego że go nie wypowiadała i że przyjmowała wszystko z zamkniętemi oczyma, tak jak przyjęła wiadomość o nowym projekcie, godząc się na wszystko, co wyszło z ust inżyniera, trzymając niezmiennie jego stronę przeciwko kuzynce, a nawet w razie potrzeby, przeciw Lorique’owi, który, choć nieświadomy celu wyprawy, zwykle uczestniczył w tych naradach. Wszystko co Ben Raddle mówił, powiedziane było dobrze. Wszystko co Ben Raddle robił, było dobrze zrobione. Inżynier oceniał wielce tę pochlebną opinję tak naiwnie wygłaszaną.

Lorique’a zaś inżynier rozpytywał o Klondike, a przedewszystkiem o strony północne obwodu, dobrze znane nadzorcy. Summy Skim’a, który wracając z polowania, zastawał ich zawsze razem, zaczęły niepokoić te tajne narady.

– O czem mogą tak rozprawiać we czworo? – powtarzał w myśli. – Czy Ben nie ma dosyć, a nawet za wiele tej wstrętnej krainy? Czy znów chce próbować szczęścia za namową Lorique’a.

O… o… ale ja tu jestem, i gdybym nawet miał użyć siły!… Jeżeli będę w maju w tem okropnem mieście, to chyba tylko wówczas gdyby zacny doktor Pilcox zamputował mi obydwie nogi… i to niema pewności, czy nie powlókłbym się jako kaleka!

Summy w dalszym ciągu nie wiedział nic o zwierzeniach Jakóba Ledun. Ben Raddle i Jane Edgerton – według umowy dotrzymywali tajemnicy, Lorique zaś wiedział tyle, co Summy Skim. Nie przeszkadzało to jednak nadzorcy pochwalać zamiarów Ben Raddle’a, jak zwykle to był czynił, i podniecać go w poszukiwaniu szczęścia. Czyż, zadawszy sobie tyle trudu, aby przyjechać do Klondike, miałby się zrazić pierwszem niepowodzeniem, szczególnie, gdy to niepowodzenie zależne było od okoliczności zupełnie wyjątkowych, jeżeli nie powiedzieć jedynych w swoim rodzaju? Zapewne, zniknięcie działki 129 jest wypadkiem bardzo nieprzyjemnym, ale czyż nie może nabyć innej działki? Udając się więcej na północ, można natrafić na pokłady równoznaczne ze straconemi…

Wszak Bonanza i Eldorado w dalszym ciągu dają wspaniałe rezultaty…

Od strony Dômes ciągnie się rozległa okolica złotodajna, prawie że jeszcze nieznana. – Kto odkryje pierwszy nowe pokłady, do tego będą one należały. – Nadzorca zajmie się wyszukaniem robotników… Zresztą, dlaczego Ben Raddle’owi nie miałoby się powieść, gdy innym się powiodło? Zdawałoby się przeciwnie, że umiejętność inżyniera w tej grze hazardowej odgrywa rolę szczęśliwego atutu.

Nietrudno sobie wyobrazić, jak po myśli były Ben Raddle’owi podobne rozmowy. Istnienie Golden Mount w jego umyśle z legendowego stawało się rzeczywistem. I zaczął o nim marzyć na jawie!… Golden Mount! to działka, więcej niż działka, to góra, której wnętrze zawiera miljony cząstek złota… to wulkan wyrzucający własną siłą swe skarby!… Tak, należy przedsięwziąć tę cudowną wyprawę. Wyruszywszy na początku wiosny, wystarczy trzy do czterech tygodni, aby znaleźć się u celu podróży. A tam w ciągu kilku dni można zebrać tyle złota, ile go nie dostarczyły dopływy Yukonu w ciągu dwu lat, poczem powrócić przed zimą wraz z bajeczną mocą kruszcu, przed którą zblednie potęga królów.

Ben Raddle i Jane poświęcali godziny całe na studjowanie szkicu, nakreślonego ręką Francuza. Przenieśli szkic na mapę Klondike i doszli do wniosku na mocy wyznaczonych współrzędnych, że krzyż czerwony należy umieścić na lewym brzegu rzeki Rubber, odnogi Mackenzie, i że odległość dzieląca wulkan złotodajny od Dawson City nie przewyższa dwustu ośmdziesięciu mil, to jest około pięciuset kilometrów.

– Dobrym wózkiem i dobrym koniem – mówił zapytany Lorique, można przejechać pięćset kilometrów w dwadzieścia dni i to wyruszywszy w pierwszej połowie maja.

Tymczasem Summy Skim nie przestawał powtarzać sobie:

– Cóż, u djaska, spiskują we czworo?

Pomimo że nie wiedział o co chodzi, przypuszczał, że treścią tych częstych rozmów musi być projekt nowej jakiejś wyprawy i postanowił sprzeciwić się temu wszelkiemi siłami.

– Bawcie się, moje dzieci! – mruczał – bawcie się na swoją rękę, a ja na swoją, zobaczymy kto będzie górą!

Nadszedł marzec, a z nim nagła zmiana w temperaturze, która spadła do sześćdziesięciu stopni poniżej zera. Summy Skim zwrócił na to uwagę Ben Raddle’a, dodając, że o ile dalej tak potrwa, zabraknie stopni na termometrze.

Inżynier, wyczuwając niezadowolenie kuzyna, starał się go nie drażnić.

– Istotnie mrozy są niezwykłe – rzekł tonem dobrodusznym – ale ponieważ niema wiatru, znosi się je lepiej, niż myślałem.

– Tak, Ben… tak – przyznał Summy powściągliwie – powietrze to jest bardzo zdrowe, zabija mikroby w olbrzymich ilościach.

– Dodaję – odezwał się Ben Raddle – że według zdania mieszkańców tego kraju, mróz nie powinien trwać długo. Spodziewają się nawet, że zima nie przedłuży się w tym roku i że będzie można powrócić do pracy z początkiem maja.

– Do pracy?… O ile pozwalasz mi na to silne wyrażenie, ośmielam się mówić, że kpię z niej! – zawołał Summy Skim nieco podniesionym głosem. – Nie wątpię, że skorzystamy z wczesnej wiosny, aby wyruszyć w drogę powrotną, skoro nadejdzie wywiadowca.

– Myślę – zauważył inżynier, czując, że zbliża się godzina zwierzeń – że dobrze będzie przed wyjazdem odwiedzić działkę 129.

– Działka 129 podobna jest w tej chwili do kadłuba okrętu dawno zatopionego na dnie morza. Może dostać się do niej jedynie nurek. A ponieważ nie mamy odpowiedniego stroju…

– Wszak tkwią tam zaginione miljony!…

– Nawet miljardy, jeżeli chcesz. Nie przeczę temu bynajmniej. Lecz w każdym razie są one stracone na zawsze. Nie widzę potrzeby powracania do Forty Miles Creek, który nasunie ci tylko niemiłe wspomnienie.

– O, jestem zupełnie wyleczony.

– Może nie tak zupełnie, jak myślisz. Zdaje mi się, że gorączka… ta sławna gorączka… wiesz… gorączka złota…

Ben Raddle spojrzał kuzynowi prosto w oczy, i jak człowiek zdążający śmiało do celu, postanowił odkryć mu swoje zamiary.

– Muszę z tobą pomówić, Summy – rzekł – lecz nie unoś się przy pierwszych słowach.

– Przeciwnie, uniosę się! – zawołał Summy Skim. – Nic mnie od tego nie powstrzyma, oświadczam ci zgóry, jeżeli napomkniesz mi tylko o możliwości opóźnienia naszego powrotu.

– Słuchaj, mam ci powierzyć tajemnicę.

– Tajemnicę? a z czyjego polecenia?

– Z polecenia tego Francuza, którego przywiozłeś napół umarłego do Dawson City.

– Jakób Ledun powierzył ci tajemnicę?

– Tak.

– I dotąd nie mówiłeś mi o tem?

– Nie, bo poddał mi myśl projektu, nad którym trzeba się było zastanowić.

Summy Skim zerwał się.

– Projekt! – zawołał. – Jaki projekt?

– Nie, Summy – odparł Ben Raddle – wpierw spytaj: jaka tajemnica. O projekcie później. Trzymajmy się porządku rzeczy, i uspokój się.

Po tych słowach Ben Raddle opowiedział kuzynowi o istnieniu Golden Mount, góry, którą odkrył Jakób Ledun przy ujściu rzeki Mackenzie, na samem wybrzeżu oceanu Lodowatego, pokazał mu szkic ze znakiem czerwonym, następnie mapę, na której inżynier odszukał wspomnianą górę.

Odległość między nią a Dawson City była na niej dokładnie oznaczona w kierunku północ-północ-wschód, mniej więcej na sto trzydziestym szóstym południku. Wreszcie powiedział mu, że ta góra… to wulkan, którego krater zawierał ogromną ilość złotodajnego kwarcu, a wnętrze… miljardy cząstek złota.

– I ty wierzysz w ten wulkan z Tysiąca i jednej Nocy? – spytał Summy Skim tonem drwiącym.

– Wierzę, Summy – odpowiedział Ben Raddle z takim naciskiem, że wszelka dyskusja w tym względzie stawała się gołosłowną.

– Dobrze – potwierdził Summy. – A potem?

– Jakto potem? – odezwał się Ben Raddle z przejęciem. – Co? więc będąc w posiadaniu takiej tajemnicy, nie mielibyśmy z niej skorzystać? Więc inni mieliby to zrobić?

Summy Skim, panując nad sobą, odparł spokojnie:

– Jakób Ledun chciał również szukać tam szczęścia, a wiesz, co z tego wynikło. Miljardy złota w Golden Mount nie przeszkodziły, że umarł w szpitalu.

– Bo został napadnięty.

– My zaś – odezwał się Skim – nie potrzebujemy się obawiać napaści, oczywiście… W każdym razie, chcąc eksploatować tę górę, należałoby przebyć ze sto mil w kierunku północnym, przypuszczam.

– Istotnie, ze sto mil, a może i więcej.

– Tymczasem nasz odjazd do Montrealu nastąpić ma w pierwszych dniach maja.

– Opóźnimy go o kilka miesięcy, oto wszystko.

– Oto wszystko! – powtórzył Summy Skim ironicznie. – Tylko że wtedy za późno będzie, aby wyruszyć w drogę.

– Jeżeli będzie za późno, przebędziemy jeszcze jedną zimę w Dawson City.

– Nigdy! – zawołał Summy Skim z taką stanowczością – że Ben Raddle uważał za stosowne przerwać tę zbyt zajmującą rozmowę.

Ben Raddle zresztą miał zamiar do niej powrócić, co się też stało pomimo niechęci kuzyna. Tłumaczył mu, że podróż odbędzie się bez żadnych trudności, gdy nastanie odwilż. W przeciągu dwu miesięcy można dostać się na Golden Mount, zabrać kilka miljonów i powrócić do Dawson City. Jeszcze wystarczy czasu, aby powrócić do Montreal, a przynajmniej wyprawa do Klondike nie spełznie na niczem.

Ben Raddle nie wyczerpał jednak wszystkich argumentów. Najsilniejszy pozostawił na zakończenie. Jeżeli Jakób Ledun powierzył mu tajemnicę, to miał ku temu ważny powód. Chodziło mu o matkę, biedną nieszczęśliwą kobietę, dla której zdobywał majątek i której starość byłaby zapewniona, gdyby syn był urzeczywistnił swoje zamiary. Czy Summy Skim chciał, aby jego kuzyn nie dotrzymał obietnicy danej umierającemu?

Summy Skim wysłuchał bez przerwy dowodzenia Ben Raddle’a. Pytał siebie, kto z nich dwóch oszalał, czy Ben, mówiący te nadzwyczajne rzeczy, czy on, słuchający ich cierpliwie. Skoro Ben Raddle skończył, dał folgę swemu oburzeniu.

– Mogę ci odpowiedzieć tylko jedno – rzekł głosem drżącym od gniewu – że będę żałował, iż podałem rękę temu nieszczęśliwemu Francuzowi, a tem samem przeszkodziłem, żeby jego tajemnica znikła wraz z jego śmiercią. Jeżeli przyjąłeś względem niego pewne zobowiązania, możesz się z nich wywiązać innym sposobem. Będzie można wyznaczyć matce roczną rentę i ja podejmuję się osobiście tem zająć. Co zaś do twego projektu, mam dość żartu, który udał się nam tak wspaniale, nie powrócę doń więcej, nie. Dałeś mi słowo, że powrócimy do Montrealu. Nie zwrócę ci go nigdy. Oto wszystko.

Napróżno Ben Raddle starał się go przekonać. Summy był niewzruszony, a nawet widocznie miał urazę do niego za to naleganie, tak że inżynier zaczął się niepokoić, czy nastrój kuzyna nie wpłynie na oziębienie wzajemnego ich stosunku.

Summy Skim zaś walczył ze sobą. Myślał wciąż o tem, co się stanie, jeżeli Ben Raddle nie da się przekonać? Czy mógłby go zostawić samego? Summy nie miał pod tym względem żadnych wątpliwości. Wiedział dobrze, że nie zniósłby niepokoju co do jego losu i że w ostatniej chwili ustąpi. Lecz gniew wzbierał w nim na samą myśl o tem. To też ukrywał swoją troskę pod szorstką powłoką, na jaką zdobyć się mogło jego łagodne usposobienie.

Ben Raddle, sądząc z tego nieprzystępnego pozoru, zwątpił zupełnie o przekonaniu kuzyna. Pomimo że nie był wrażliwy z natury, odczuł jednak głęboko nieporozumienie, które się wkradło do ich braterskiej przyjaźni. Czas upływał, a trwało ono ciągle. Wreszcie pewnego dnia Ben Raddle zwierzył się Jane Edgerton ze swej troski i nieprzejednanego stanowiska Summy Skim’a. Zdziwiła się wielce. Nie zastanawiała się nigdy nad poglądem Summy Skim’a w tej sprawie. Zdawało się jej rzeczą zupełnie naturalną, że jego pogląd musi być zgodny z jej poglądem, chociaż byłaby w wielkim kłopocie, gdyby kto zażądał od niej wytłumaczenia przyczyny tego optymizmu. Tak czy inaczej w tym nastroju ducha, zdziwienie przeszło w gniew, jak gdyby biedny Summy Skim obraził ją był osobiście. Ze swoją zwykłą stanowczością udała się natychmiast do hotelu z zamiarem zrobienia mu wymówek za jego niegodne postępowanie.

– Podobno pan się przeciwstawia naszej wyprawie do Golden Mount – odezwała się do niego bez żadnego wstępu i z pewną oschłością w głosie.

– Naszej? – powtórzył Summy zaskoczony.

– Pytam się pana, co panu zależy na tem, aby przeciwstawiać się wyprawie, którą uskuteczniać zamierzamy, pański kuzyn i ja.

Summy Skim’owi zdawało się, że śni.

– Jakto – rzekł cichym głosem – więc i pani wybiera się w tę podróż?

– Nie udawaj pan nieświadomego – odezwała się surowo. – Powinien pan być lepszym towarzyszem i wybrać się z nami bez wahania, aby wziąć udział w naszej zdobyczy. Golden Mount wystarczy na nas troje.

Summy Skim zaczerwienił się po uszy. Westchnąwszy tak silnie, że zdawało się, iż wchłania w siebie całe otaczające go powietrze – wykrzyknął zuchwale:

– Ależ ja niczego innego nie pragnę.

Tym razem Jane zdziwiła się.

– A zatem, co mówił mi p. Raddle?

– Ben nie wie, co mówi – rzekł Summy z bezczelnością zatwardziałego kłamcy. – Wprawdzie nie zgadzałem się z nim w niektórych szczegółach, ale szczegóły te dotyczyły tylko planu wyprawy. Ale treść nie podlega żadnej dyskusji.

– Chwała Bogu! – zawołała Jane.

– Miss Jane, niech pani osądzi, jak mógłbym wyrzec się takiej podróży? Wprawdzie nie złoto mnie nęci, ale…

Summy urwał na tem słowie, wielce zakłopotany, co ma dalej powiedzieć.

– Ale co? – nalegała Jane.

– Polowanie… zresztą sama podróż, odkrycie… przygody…

Summy stawał się romantykiem.

– Każdy ma swój cel – rzekła Jane odchodząc, aby podzielić się z Ben Raddle’m nową wiadomością.

Inżynier jednym skokiem znalazł się w hotelu.

– Czy to prawda, Summy? Decydujesz się jechać z nami?

– Czyż mówiłem ci kiedykolwiek co innego? – odpowiedział Summy z tak zdumiewającą bezczelnością, że Ben Raddle stropiony zapytywał siebie, czy nie snem tylko były ich długie dysputy na temat podróży.



IV.

Circle City.

Jak wiadomo, bogactwa Kanady północnej i Alaski nie ograniczają się tylko do bogactw Klondike’u. Jest to niezmiernie szczęśliwa okoliczność dla ludzi szukających silnych wrażeń, działki bowiem Klondike, choć dalekie jeszcze od wyczerpania, wzrastają w cenie z dnia na dzień tak, że w krótkim czasie oprócz potężnych syndykatów nikt nie będzie w możności ich nabycia. To też poszukiwacze złota, gromadnie lub pojedynczo, dążą w kierunku północy, trzymając się brzegów Mackenzie a następnie Porcupine River.

Należy zaznaczyć, że różnego rodzaju pogłoski zwracały wtedy uwagę poszukiwaczy na te dalekie strony, o których wiedziano daleko mniej, niż o Australji, Kalifornji i Transvaalu w początkach ich eksploatacji. Wiadomości te napływały niewiadomo skąd i przez kogo. Najwięcej jednak do ich rozprzestrzenienia przyczyniły się plemiona indyjskie, koczujące w rozległych pustyniach północy, graniczących z oceanem Lodowatym. Nie mogąc sami eksploatować pokładów, Indjanie chcieli do nich przyciągnąć emigrantów. Opowiadali, że poza kołem Polarnem znajduje się wielka liczba rzek złotonośnych. Pokazywali oni nieraz kawałki złota zebrane w okolicach Dawson City jako pochodzące z pod sześćdziesiątego czwartego równoleżnika. Żądza szczęścia musiała być wielka u poszukiwaczy złota, jeżeli im wierzyli na słowo.

Ben Raddle wiedział o tem, że w Klondike podają sobie z ust do ust legendę o złotodajnym wulkanie. Być może że ona to pobudziła Francuza Jakóba Ledun do wyprawy na północ. Dotąd jednak nie wstąpił nikt w jego ślady. Lecz legenda o wulkanie złotodajnym miała coraz więcej zwolenników, a ponieważ niektórzy z poszukiwaczy wybierali się na północ, więc mogło być rzeczą prawdopodobną, że możliwość stanie się rzeczywistością.

Zarówno na wschodzie, jak zachodzie poszukiwanie prowadzone było bardzo czynnie. Już okolica pagórków Dômes była podzielona na równe działki, a w kierunku przeciwnym cały szereg motyk kopało ziemię w okolicach Circle City.

Tam w swoim czasie udali się Hunter i Malone próbować nowej eksploatacji. Nie osiągnąwszy jednak żądanych rezultatów, powrócili do swej działki 131, gdzie ich zaskoczyła katastrofa 5 sierpnia.

Ani Hunter, ani Malone, ani żaden z ich robotników nie padli ofiarą katastrofy. Jeżeli z początku przypuszczano, że zginęli, to dlatego iż natychmiast opuścili działkę, przenosząc się do Circle City.

W tych okolicznościach Hunter nie myślał wcale o zamierzonem spotkaniu z Summy Skim’em zarówno jak Summy Skim ze swej strony zapomniał o niem. Sprawa została rozwiązana siłą rzeczy.

W chwili gdy Hunter i Malone przybyli do Circle City pozostawało jeszcze dwa miesiące lata, więc mogli wznowić swą eksploatację. Ale stanowczo szczęście im nie sprzyjało. Dochody opłacały zaledwie wydatki i gdyby Hunter nie był posiadał nieco dawniejszych zapasów, jego towarzysze i on nie mieliby z czego utrzymać się przez zimę.

Niespodziewane zdarzenie zresztą miało ich wy bawić z kłopotu w tym względzie.

Ludzie takiego pokroju jak Hunter i Malone nie mogą żyć bez niesnasek i kłótni. Z zuchwałem roszczeniem sobie praw do naginania wszystkich do swej woli, do nieuszanowania praw innych, do zachowywania się wszędzie jak w kraju zdobytym, zakłócali oni spokój wszystkim. Mieliśmy już dowód tego przy Forty Miles Creek. To samo działo się przy Birch Creek. Tym razem jednak nie cudzoziemcy, lecz ziomkowie padali ofiarą ich niepohamowanej gwałtowności.

Ostatecznie rząd Alaski wdać się w to musiał. Na skutek starcia z policją cała banda Huntera została zaaresztowana i skazana na dziesięciomiesięczne zamknięcie w więzieniu Circle City.

Tym sposobem sprawa mieszkania i pożywienia podczas zimy dla Teksańczyków pomyślnie była załatwiona.

Natomiast musieli wyrzec się przyjemności wielkomiastowych i tem samem pozbawić swej obecności kasyna i domy gry Skagway’u, Dawson lub Vancouver’u.

W więzieniu Hunter i Malone przemyśliwali o przyszłości. Co mają przedsięwziąć, gdy na wiosnę opuszczą swą celę? Działka 131 nie istniała, pokłady w Circle City nie dawały dostatecznych dochodów. Gdy się wyczerpie resztka zapasu, czeka ich nędza, o ile nie zdarzy się jaki dobry interes. Na swych towarzyszy, zebranych z różnych okolic, mogli liczyć w zupełności. Rozkazom ich będą oni posłuszni. Ale trzeba było wydać ten rozkaz, czyli mieć plan i cel działania. O ten cel mianowicie chodziło. Czy nastręczy się sposobność wyjścia z trudnego położenia, w którem się znajdowali?

Sposobność ta zjawiła się wskutek następujących okoliczności.

Wśród więźniów Hunter zauważył niejakiego Indjanina nazwiskiem Krarak, który ze swej strony zwracał szczególną uwagę na Huntera. Wzajemna ta sympatja była rzeczą naturalną. Podłożem tego rodzaju uczuć jest zawsze zgodność usposobienia i zapatrywań szczególniej w ujemnem znaczeniu tego słowa. To też dwa osobniki porozumieli się prędko i nawiązali bliższe stosunki.

Krarak miał lat czterdzieści. Krępy, silny, o wejrzeniu złowrogiem, musiał podobać się Hunterowi i Malone.

Pochodził z Alaski a, przebywając od młodości w tej krainie, znał ją dokładnie. Mógłby być doskonałym przewodnikiem, gdyby wygląd jego nie był tak odstręczający. Zresztą nieufność, którą wzbudzał, była całkiem usprawiedliwiona. Poszukiwaczom, z którymi miał do czynienia, dał się dobrze we znaki. Obecnie siedział w więzieniu za znaczną kradzież popełnioną przy eksploatacji w okolicach Birch Creek.

W pierwszym miesiącu pobytu ich w więzieniu Hunter i Krarak trzymali się zdala od siebie. Hunter bowiem zauważył, że Krarak chce mu powierzyć jakąś tajemnicę, czekał więc, aż przemówi.

Nie omylił się zresztą. Pewnego dnia istotnie Indjanin zaczął mu opowiadać o swych wycieczkach po Ameryce północnej wtedy, gdy był przewodnikiem przedstawicieli Towarzystwa Zatoki Hudsońskiej, zwiedzających okolice rzeki Porcupine, położone między Fort Yukon, Fort Mac Pherson i oceanem Lodowatym.

Z początku Krarak mówił ogólnikowo, lecz stopniowo przeszedł do szczegółów, mogących pobudzić żądze Huntera.

– Na północy, w pobliżu oceanu Lodowatego – odezwał się pewnego dnia – znajduje się złoto w obfitości. W niedługim czasie przybędą tam tysiące poszukiwaczy.

– Nie pozostaje więc nic innego, jak ich wyprzedzić.

– Zapewne – odparł Krarak. – Ale trzeba znać położenie pokładów.

– A ty je znasz?

– Znam ich kilka. Lecz dostać się do nich trudno… można błądzić kilka miesięcy i przejść koło nich nie zauważywszy ich wcale… Jeden szczególnie… co za pokład!… Ach! gdybym był wolny!

Hunter spojrzał mu prosto w oczy.

'The Golden Volcano' by George Roux 41

– Cobyś zrobił, gdybyś był wolny?

– Poszedłbym tam, dokąd dążyłem, gdy mnie zaaresztowali – odpowiedział Krarak.

– Dokąd zatem?

– Tam, gdzie złoto zbiera się taczkami! – oświadczył Indjanin szumnie.

Napróżno Hunter chciał się czegoś więcej dowiedzieć, Krarak milczał. Zresztą powiedział dostatecznie, aby pobudzić chciwość rozmówcy.

Hunter i Malone przekonani, że Krarak znał dokładnie miejsce, gdzie znajdują się pokłady złota na wybrzeżu morskiem, postanowili obaj wydobyć od niego tajemnicę dla jej wykorzystania podczas przyszłej kampanji. Lecz Indjanin nie odpowiadał na ich pytania, zadowalając się twierdzeniem, że pokłady istnieją niechybnie.

Wraz z końcem kwietnia nadszedł kres zimy, która w Circle City była również tak ciężka jak w Dawson. Więźniowie cierpieli bardzo. Hunter i jego towarzysze oczekiwali z niecierpliwością odzyskania wolności, aby wyruszyć do górnych okolic amerykańskiego lądu.

W tym względzie pomoc Kraraka była niezbędna. Zresztą Indjanin jej nie odmawiał. Ale władze amerykańskie niestety nie spieszyły się z ułatwieniem tej podróży. Jeżeli Hunter i jego towarzysze mieli być wypuszczeni niebawem z więzienia, to Krarak skazany był na kilkoletnie zamknięcie z powodu licznych występków.

Pozostawała zatem tylko możność ucieczki. Wydostać się z więzienia można było jedynie pod częścią muru, stanowiącego z jednej strony równocześnie granicę więzienia i miasta. Przebicie otworu pod murem od wewnątrz było niepodobieństwem z powodu czujności straży. Lecz od zewnątrz i nocą można było to uskutecznić bez wielkich trudności, zachowując odpowiednią ostrożność.

Zkolei pomoc Huntera okazała się niezbędną. Łotrzy porozumieli się z łatwością. Zawarto umowę tego rodzaju, że Hunter po wyjściu z więzienia ułatwi ucieczkę Indjaninowi, ten zaś wzamian zaprowadzi Teksańczyka do pokładów na północ Klondike, o których on tylko wiedział.

Trzynastego maja upłynął termin uwięzienia Huntera i jego towarzyszy. Indjanin więc pozostał sam, czekając chwili sposobnej do ucieczki. Ponieważ nie był zamknięty w osobnej celi, łatwo przeto mógł wydostać się z ogólnej sypialni i wysunąć bez zwrócenia na siebie uwagi.

Następnej też nocy, dotarłszy do muru, czekał tam w leżącej pozycji aż do świtu.

Lecz cierpliwość jego wystawiona była na ciężką próbę. Nie usłyszał przez całą noc najmniejszego szelestu.

Hunter i Malone bowiem nie mogli wziąć się natychmiast do dzieła, obawiając się zwrócenia uwagi policji, która mogła być zdziwiona, że nie opuszczają bezzwłocznie Circle City.

Po upływie jednak dwudziestu czterech godzin, zaopatrzywszy się w kilofy i motyki złożone w zajeździe, w którym się zatrzymali przed udaniem do więzienia, a w którym zamieszkali po jego opuszczeniu, skierowali się w stronę muru.

W miasteczku panowało już pewne ożywienie. Poszukiwacze złota, zachęceni wczesnem latem, przybywali z okolic dolnej części Yukonu. Była to okoliczność sprzyjająca Teksańczykom, gdyż w tłumie mniejszą na siebie zwracali uwagę.

Następnej nocy, o godzinie dziesiątej Krarak znów zajął miejsce przy murze.

Mrok był zupełny, silny wiatr dął z północy.

O jedenastej, Indjanin, przyłożywszy ucho do ziemi, usłyszał pewne szmery.

Nie mylił się. Hunter i Malone pracowali nad jego oswobodzeniem. Motyką kopali rów pod murem w ten sposób, aby nie naruszyć kamieni.

Ze swej strony Krarak zaczął odgarniać ziemię palcami.

Na szczęście nikt mu nie przerwał roboty. Wiatr i zimno zatrzymały straż wewnątrz budynku, nie zauważono więc nieobecności Indjanina.

'The Golden Volcano' by George Roux 42

O północy wreszcie otwór był gotów.

– Chodź – wymówił Hunter.

– Niema nikogo z zewnątrz? – spytał Krarak.

– Nikogo.

Po upływie kilku chwil Indjanin był wolny.

Poza Yukonem, na którego lewym brzegu było Circle City, ciągnęła się rozległa równina pokryta jeszcze ostatkami śniegu. Na rzece lód popękał i kra po niej płynęła. Barka nie byłaby się jeszcze utrzymała na wodzie, przypuściwszy, że Hunter mógł ją był zdobyć bez zwrócenia uwagi policji.

Indjanin jednak potrafił poradzić sobie. Skacząc z kry na krę będzie mógł dostać się na prawy brzeg, a zanim spostrzegą jego nieobecność, będzie już daleko.

Należało się jednak śpieszyć, aby przed wschodem słońca mógł być już bezpieczny.

Nie było chwili do stracenia.

– Wszystko omówione?

– Wszystko.

– Gdzie się spotkamy?

– Jak było powiedziane: o dziesięć mil od Port Yukon, na lewym brzegu Porcupine.

Istotnie taka była umowa. Za dwa lub trzy dni Hunter i jego towarzysze mieli opuścić Circle City, kierując się ku Fort Yukon, położonemu wzniż rzeki na północo-zachodzie. Stąd mieli się udać wzwyż biegu Porcupine na północo-wschód. Indjanin zaś miał, po przebyciu Wielkiej Rzeki, podążyć na północ w prostej linji, do jej dopływu.

W chwili rozstania Hunter powtórzył:

– Wszystko omówione?

– Wszystko.

– I zaprowadzisz nas? – spytał Malone.

– Wprost do pokładów.

Hunter jednak niedowierzał mu jeszcze w zupełności.

– Idź więc – rzekł. – A jeżeli oszukałeś nas, nie sądź, że się nam wymkniesz. Trzydziestu ludzi szukać cię będzie i znaleźć musi.

– Nie oszukałem was – odparł Krarak spokojnie.

A wyciągając rękę na północ dodał:

– Majątek, olbrzymi majątek tam czeka nas wszystkich.

Indjanin zbliżył się do brzegu.

– Miejsce, do którego was zaprowadzę – rzekł z pewną uroczystością w głosie – nie jest pokładem złota. Jest to zbiornik złota, a raczej góra złota. Bez trudności napełnicie niem wozy. Gdyby was było stu, gdyby was było tysiąc, możecie mi zostawić moją część bez uszczerbku dla swojej.

I jednym skokiem znalazł się na krze, która go uniosła z biegiem rzeki. Poczem Hunter i Malone zobaczyli, jak skoczył na drugą, oddalając się prędko od brzegu. Po upływie kilku minut znikł w ciemności.

Teksańczycy wrócili do zajazdu i nazajutrz zaczęli się przygotowywać do odjazdu.

Oczywiście o wschodzie słońca spostrzeżono ucieczkę Indjanina, lecz śledztwo nie dało żadnego wyniku, wspólnictwo więc Huntera pozostało tajemnicą.

W trzy dni Hunter i jego towarzysze, ogółem trzydziestu ludzi wyruszyło wraz ze szczupłym zapasem narządzi galarem w dół rzeki do Fort Yukon.

22 maja, porobiwszy w tem miasteczku zapasy i przeniósłszy się na sanki zaprzężone w silne psy, karawana wyruszyła na północo-wschód wzdłuż lewego brzegu Porcupine. O ile Indjanin dotrzyma słowa, spotkają się z nim dziś wieczorem.

– Oby tylko był! – rzekł Malone.

– Będzie – odpowiedział Hunter. – Jeżeli skłamał, obawa go trzyma, jeżeli powiedział prawdę – interes.

Istotnie Indjanin czekał na nich i pod jego przewodnictwem banda w dalszym ciągu posuwała się wzdłuż lewego brzegu Porcupine ku lodowym pustyniom skrajnej północy.



V.

Lekcja boksu.

W księdze przeznaczenia było widać napisane, że Summy Skim po odbyciu podróży z Ben Raddle’m do Klondike, towarzyszyć również mu będzie do najbardziej oddalonych okolic Ameryki północnej. Opierał się temu dzielnie. Wyczerpał całą moc swych argumentów. A ostatecznie wystarczyło kilka słów dziewczęcych, aby w przeciągu dziesięciu sekund runęło jego niezłomne postanowienie.

Czy jednak nie pragnął on sam tej porażki? Czy miałby odwagę wracać do Montrealu bez kuzyna, lub też cierpliwość oczekiwać jego powrotu w Dawson City? Ośmielamy się wątpić o tem.

W każdym razie pytania te pozostaną na zawsze bez odpowiedzi, skoro Summy Skim wybierał się stanowczo z kuzynem na zdobycie Golden Mount.

– Ustąpić za pierwszym razem – powtarzał sobie – to narazić się na dalsze ustępstwa. Mogę winić tylko siebie samego!… Ach! Green Valley! Green Valley, jakżeś daleko!

Czyż należy wyznać, że więcej dla formy i dla niezaprzeczania sobie samemu, Summy wylewał przed sobą te żale? Zapewne tęsknił on do Green Valley. Ale coś, czego określićby nie mógł, napełniało radością jego duszę. Czuł się wesoły i szczęśliwy jak dziecko, a perspektywa bądź co bądź uciążliwej podróży nie sprawiała mu żadnej przykrości. Zapewne polowanie obudziło w nim upodobanie do przygód.

Dzięki wczesnemu latu wywiadowca powrócił do Dawson City w pierwszych dniach maja. Przejście przez Chilkoot i żegluga przez jeziora i rzekę Lewis mogły być uskutecznione wcześniej niż zwykle i przy warunkach bardziej pomyślnych. Bill Stell, jak to było umówione ośm miesięcy temu, miał się stawić, aby przeprowadzić dwu kuzynów do Skagway, skąd mieli wyruszyć parowcem do Vancouver’u.

Wywiadowca nie zdziwił się zbytnio, gdy się dowiedział, że zamiary Ben Raddle’a uległy tak zasadniczej zmianie. Wiedział dobrze, że kto raz dostanie się do Klondike, ten niełatwo się z niem rozstaje. W każdym razie jeżeli inżynier nie przywiązał się był do Klondike, niemniej nie myślał o powrocie do Montrealu.

– A więc? – spytał wywiadowca.

– Tak będzie, zacny Billu.

Oto wszystko co odpowiedział Summy Skim.

Dowiedziawszy się jednak, że Bill weźmie udział w ich wyprawie, Summy Skim stał się wymowniejszy, nie ukrywając wcale radości, jaką mu sprawiła ta wiadomość.

Dobry to był pomysł istotnie. Ben Raddle miał słuszność, wybierając go za przewodnika, ażeby zaś go zachęcić do tego, wyjawił mu prawdziwy cel wyprawy. Tajemnicy Francuza Jakóba Ledun, której strzegł tak zazdrośnie, nie zawahał się powierzyć Bill Stell’owi, jako że ufał mu w zupełności.

'The Golden Volcano' by George Roux 43

Z początku wywiadowca nie chciał wierzyć w istnienie Golden Mount. Słyszał już był o tej legendzie, lecz nie dawał jej wiary. Dopiero gdy Ben Raddle opowiedział mu dzieje Jakóba Ledun, gdy mu pokazał mapę, na której oznaczony był wulkan złotodajny, wywiadowca otrząsnął się ze swej nieufności i stopniowo doszedł do tego samego przekonania, co Ben Raddle.

– Słuchaj, Billu – zakończył inżynier – są tam bogactwa niezmierne, nie można o tem wątpić. Jeżeli zdołałem cię przekonać, dlaczego nie miałbyś i ty z nich skorzystać?

– Pan chce, abym towarzyszył panom na Golden Mount?

– Więcej nawet. Żebyś był naszym przewodnikiem. Wszak byłeś już w tych stronach. O ile wyprawa się nie uda, hojnie zapłacę za twoje usługi; jeżeli zaś będzie przeciwnie, dlaczego nie miałbyś i ty sięgnąć do tej kasy wulkanicznej?

Pomimo całej swej filozofji dzielny wywiadowca zawahał się. Podobna sposobność nie zdarzyła mu się nigdy.

Jedna rzecz przestraszała go jeno, to jest długość podróży. Najdogodniejsza droga idąca po linji łamanej przez Fort Mac Pherson, który zwiedził był ongi, wynosiła sześćset kilometrów.

– Prawie tyle co od Skagway do Dawson City – zauważył inżynier – a przecież nie obawiasz się jej wcale.

– Zapewne, panie Raddle, i dodam jeszcze, że droga między Dawson City a Fort Mac Pherson nie jest uciążliwa. Ale zato dalej do ujścia rzeki Mackenzie może być inna sprawa.

– Dlaczego przypuszczać najgorsze? – odparł Ben Raddle. – Bądź co bądź sześćset kilometrów można przebyć w ciągu miesiąca.

Było to rzeczą możliwą z warunkiem wszakże, że nie zajdzie nieszczęśliwy wypadek, o jaki nietrudno w tych oddalonych stronach.

Bili Stell wahał się jeszcze, lecz niedługo.

Do nalegań Ben Raddle’a dołączyły się prośby Neluta uszczęśliwionego z powrotu swego przywódcy, Summy Skim’a, który przekonywał go wymownie, wreszcie Jane Edgerton przemawiającej całą mocą swej wymowy. Wszyscy mieli słuszność: odkąd wyprawa miała przyjść do skutku, pomoc wywiadowcy stawała się bardzo cenną i powiększała szanse powodzenia.

Neluto zaś pomimo że nie był świadomy celu podróży, miał chęć ją odbyć. Jakież piękne pole dla myśliwego przedstawiała ta kraina nieznana!

– Pytanie, kto będzie miał to pole do popisu – zauważył Summy Skim.

– Ależ.. my – odpowiedział Neluto nieco zdziwiony tą uwagą.

– O ile my nie staniemy się zwierzyną dla innych! – odparł Summy, chcąc dowieść tem Indjaninowi, że niefortunnie wybrał porę dla swej wyjątkowej stanowczości.

Istotnie w tych północnych stronach podczas lata koczują bandy Indjan, od których spodziewać się nie można niczego dobrego i przeciw którym nieraz musieli się bronić agenci Towarzystwa Zatoki Hudsońskiej.

Przygotowania do podróży odbyły się szybko. Wywiadowca, zawsze gotów do wyjazdu na północ czy południe, dostarczył wszystkiego: wozów, łodzi przenośnych, namiotów, mułów, którym pożywienia brak nie będzie na zielonych równinach, a tem samem wygodniejszych do podróży, niż psy. Co do żywności, nie mówiąc o produktach zdobytych polowaniem i rybołówstwem, tę łatwo było dostać w Dawson City, gdyż dowiozły ją do tego miasta towarzystwa zajmujące się dostawą wszelkich zapasów do kopalni w Klondike. Broni też było niemało, a w razie gdyby trzeba było użyć karabinów, nie pozostałyby bezczynne.

Karawana, prowadzona przez wywiadowcę składała się z obu kuzynów, Jane Edgerton, Neluta ze swoim wózkiem i koniem, Patricka Richardson, dziewięciu Kanadyjczyków byłych robotników działki 129, sześciu ludzi pozostających w służbie u Bill Stell’a, czyli ogółem ze dwudziestu przeszło osób. Niewielka ta liczba pracowników była zupełnie wystarczająca dla eksploatacji Golden Mount, której jedyną czynnością było, zdaniem Jakóba Ledun, zbieranie cząstek złota znajdujących się w kraterze zgasłego wulkanu.

Dołożono tyle starań do szybkiego przygotowania tej wyprawy, że wyjazd nastąpił 6 maja.

Nie można się dziwić, że Ben Raddle przed opuszczeniem Dawson City chciał się dowiedzieć ostatecznie, co się stało z działką 129. Z jego polecenia nadzorca i Neluto udali się na miejsce, lecz nie znaleźli nic nowego. Działka 129, jak również działka 131 i wiele innych po obu stronach granicy, były całkowicie zalane. Rzeka, powiększona trzęsieniem ziemi, płynęła nowem łożyskiem. O tem, aby ją można było sprowadzić do dawnego koryta, mowy być nie mogło, a w każdym razie byłoby przedsięwzięciem tak kosztownem, że niktby się go nie podjął. Lorique zatem powrócił z upewnieniem, że działka jest stracona na zawsze.

5 maja podróżni gotowi byli do odjazdu. Po południu Summy Skim i Ben Raddle udali się do szpitala, aby pożegnać się z Edithą i doktorem.

Na wstępie spotkali obie kuzynki, które razem przepędzić chciały ostatni dzień przed wyjazdem Jane. Edith była jak zawsze spokojna i pogodna. Co zaś myślała o tej podróży, tego nikt nie mógłby powiedzieć.

Zagadnięta w tym względzie przez Ben Raddle’a odpowiedziała:

– Nie myślę wcale o niej. Każdy urządza sobie życie według upodobania. Najważniejszą rzeczą jest, aby to, co ma być dokonane, spełnione było dobrze.

Rozmowa przeciągnęła się przeszło przez dwie godziny. Zaznaczyć należy, że Summy i Jane prawie wyłącznie brali w niej udział. W miarę jak chwila rozstania zbliżała się, Ben Raddle i Edith zachowywali tem uporczywsze milczenie, jak gdyby jakaś ciężka troska zawisła w ich umyśle.

Wreszcie Summy wstał i zaczął żegnać się wesoło:

– W programie leży: bez żółci! – zakończył głosem donośnym. – A zatem, bądźmy dobrej myśli. Przed zimą będziemy zpowrotem, uginając się pod ciężarem złota!

– Niech Bóg cię wysłucha – wyszeptał Ben Raddle przeciągle, podając Edith rękę, którą dziewczę uścisnęło w milczeniu.

Skoro drzwi zamknęły się za nimi, i obaj kuzynowie podążyli do doktora, Summy zagadnął Ben Raddle’a z pewną żywością:

– Co się tobie stało? Masz minę grobową, a miss Edith wtóruje ci w zupełności. Bardzo to zachęcające! Czyż podróż straciła dla ciebie swój urok?

Ben Raddle z widocznym wysiłkiem chciał przyjść do równowagi.

– Żartujesz, Summy – odparł krótko.

Co zaś do doktora Pilcox, ten jasno sformułował swój sąd o ich wyjeździe:

– Będziecie mieli piękną podróż – rzekł – kraina bowiem, do której jedziecie, musi być piękniejsza jeszcze, niż Klondike, pomimo że tu nie brak ładnych miejscowości! Zresztą, gdyby droga wasza wypadła była na południe, powrócilibyście do Montrealu a wtedy nie zobaczylibyśmy was więcej. A tak, musicie powrócić do Dawson City, gdzie radzi witać was będziemy.

Reszta dnia upłynęła Ben Raddle’owi na naradzaniu się z nadzorcą. Co Ben Raddle mówił, o tem Summy na szczęście nie wiedział, byłby bowiem poważnie zatrwożony stanem duszy kuzyna.

Inżyniera istotnie od czasu znajomości z nadzorcą stanowczo opanowała gorączka złota. Lorique, którego całe życie przeszło na poszukiwaniu złota, udzielił był stopniowo Ben Raddle’owi swej żądzy wzbogacenia się. Namiętność ta jak zarazek trujący powoli organizm oddziaływała na Ben Raddle’a z taką mocą, że wkońcu wyłącznym celem inżyniera stało się zdobycie piasku złotodajnego. Powrót do Montrealu zniknął w mgłach przyszłości. Cały interes życiowy skupił on w Klondike, który mocą swej złotonośnej gleby obudził drzemiącą w nim namiętność gracza.

Ben Raddle postanowił, że Lorique nie weźmie udziału w wyprawie, a pozostawszy w Dawson City, będzie śledził bieg wypadków. O ile zdarzyłoby się coś pomyślnego, wyzyskać miał sposobność na miejscu.

Nazajutrz, o godzinie piątej zrana karawana wyruszyła z Dawson City, wzdłuż prawego brzegu rzeki Klondike na północo-wschód.

Pogoda sprzyjała podróżnym: niebo było czyste, podmuch wiatru – słaby, temperatura wskazywała pięć do sześciu stopni ciepła. Śnieg znikł prawie zupełnie, pozostawiając na zieleniejącej ziemi gdzie niegdzie tylko płaty olśniewającej białości.

O drogę od Dawson City do Mac Pherson byli spokojni. Wywiadowca znał ją dobrze, mogli polegać na nim w zupełności.

Okolica zresztą była dość równa. Przecinało ją tylko kilka rzeczek, z początku przypływów i dopływów Yukonu i Klondike, następnie, poza kołem polarnem, przypływów i dopływów Peel River płynącej wzdłuż Gór Skalistych do rzeki Makkenzie.

Tak więc pierwsza część podróży od Dawson City do Mac Pherson nie przedstawiała żadnych trudności. Po zniknięciu śniegu poziom rzek był niski, przeprawa przez nie będzie przeto łatwą. Od Peel River zaś droga ułoży się zależnie do okoliczności.

Podróżni nasi, z wyjątkiem może Summy Skim i Patricka Richardson, pobudzeni łatwo zrozumiałą autosuggestją, jechali z przeświadczeniem o swem powodzeniu. Zresztą Summy Skim właściwie nie zastanawiał się ani chwili nad celem podróży. Wrogie jego usposobienie minęło niepowrotnie. W ciągu całej drogi był wesół, choć nie zdawał sobie sprawy właściwie, dlaczego, i rozweselał wszystkich swym dobrym humorem…

Patrick zaś nie miał żadnego zdania w tym względzie, przypuściwszy, że mógł się zdobyć na jakikolwiek pogląd. W przeddzień wyjazdu Jane powiedziała mu:

– Patrick, jedziemy jutro.

– Dobrze, panie Janie – odpowiedział wierny olbrzym, który jakby nie zauważył zmiany płci swego młodego pana.

Inni, a raczej ci co byli w posiadaniu tajemnicy, więc Ben Raddle, Jane Edgerton i Bill Stell, wierzyli święcie w istnienie Golden Mount i jego skarbów. Reszta zaś karawany, wiedząc tylko, że celem wyprawy jest poszukiwanie złota, jechała z przeświadczeniem, że i ona coś na tem skorzysta. Co więcej stanowisko Ben Raddle’a wzbudzało tem większe zaufanie. Opowiadano sobie pocichu, że wywiadowca dał mu cenną wskazówkę i że wiedzie ich niechybnie do źródła nadzwyczajnych bogactw, które inżynier mocą swej wiedzy potrafi wykorzystać natychmiast.

W tak pogodnym nastroju opuszczono Dawson City. Wózek, w którym siedzieli obaj kuzynowie i Jane Edgerton, posuwał się z początku dość pośpiesznie; lecz wkrótce musiał zwolnić biegu, gdyż reszta karawany nie mogła nadążyć. Natomiast nie potrzebowali odbywać częstych postojów, droga bowiem przez gładką równinę nie była męcząca. Od czasu do czasu, jadący mężczyźni, chcąc ulżyć zwierzętom, szli pieszo. Wtedy Ben Raddle i wywiadowca rozmawiali o tem, co zajmowało wyłącznie ich umysł. Summy Skim zaś i Neluto polowali na prawo i lewo, przynosząc niemało zwierzyny, w którą obfitowała okolica. Poczem, nie czekając nocy, dość późnej pod tą szerokością o tej porze roku, rozkładali się obozem do rana.

16 maja, w dziesięć dni po wyjeździe karawana minęła koło polarne, nieco poza sześćdziesiątym szóstym równoleżnikiem. Dotąd nic osobliwego nie zaszło. Nawet nie spotkali bandy, którą ustawicznie tropią agenci zatoki Hudsońskiej dla wyparcia Indjan bardziej na zachód.

Pogoda sprzyjała, zdrowie podróżnym służyło. Ludzie ci silni, zahartowani w trudach, nie poddawali się zmęczeniu. Zwierzęta miały paszy poddostatkiem na zieleniejących równinach. Obozowisko nietrudno było urządzić nad brzegiem rzeki, lub na skraju lasu pełnego brzóz, osin i sosen, które ciągną się w nieskończoność w kierunku północno-wschodnim.

Okolica wszakże stopniowo zmieniała swój wygląd. Od wschodu ukazał się obecnie łańcuch Gór Skalistych. W tej części bowiem Ameryki północnej grunt zaczyna być falistym, a wznosząc się coraz bardziej przechodzi w łańcuch gór, ciągnących się wzdłuż całego nowego lądu.

Przebywszy kilka kilometrów za kołem polarnem, podróżni musieli przejść w bród rzekę niedaleko jej źródła, płynącą w kierunku północno-zachodnim ku Porcupine River.

Z powodu całej sieci rzeczek i nierówności gruntu droga prowadząca na północ od tej rzeki stała się uciążliwa i gdyby nie nadzwyczajna uwaga powożącego Neluta, oś i koła wózka mogłyby nieraz ulec złamaniu.

Nikogo zresztą nie dziwiły te drobne przeszkody, nikt bowiem nie spodziewał się znaleźć w tych stronach pustynnych dróg starannie wybrukowanych i oświetlonych gazem. Jeden Bill tylko, który znał dawniej tę drogę, okazał nieco zdziwienia.

– Lat temu dwadzieścia – rzekł – skoro karawana przechodziła przez jeden z wąwozów, droga wydała mi się lepszą.

– Nie mogła jednak zmienić się od tego czasu – odezwał się Summy Skim.

– Ale ostatnia ciężka zima mogła ją popsuć – zauważył inżynier.

– To samo i ja przypuszczam – rzekł wywiadowca. – Mróz był niezwykły, więc ziemia potrzaskała. To też musimy strzec się bacznie lawin.

Istotnie kilka razy ogromne kawały kwarcu i granitu, podmyte topniejącym śniegiem, stoczyły się po pochyłości, łamiąc lub miażdżąc drzewa na swej drodze. O mało jeden z wózków nie padł ich ofiarą.

W ciągu dwu dni droga była ciężka i odległość przebyta mniejsza niż zwykle. Ben Raddle przeklinał to spóźnienie, Summy zaś przyjmował je ze spokojem filozofa.

Nie złoto bowiem go ciągnęło. Ponieważ nie mógł wrócić do kraju cywilizowanego, wszystko mu było jedno, czy podróżuje, czy przepędza czas w inny sposób. A zresztą przyznać musiał przed sobą, że jest zupełnie szczęśliwy.

– Zadziwiający jest ten Ben – mówił niekiedy do Jane Edgerton. – Jest to człowiek szalony.

– Bynajmniej – odpowiadała – tylko mu pilno, nic więcej.

– Pilno mu, dlaczego mu pilno? Psuje zawsze teraźniejszość swą troską o jutro. Ja płynę z prądem i przyjmuję kolej rzeczy.

– Pan Raddle ma cel wytknięty. Dąży prosto do Golden Mount, a droga, która tam prowadzi, jest dla niego środkiem całkiem obojętnym.

– Golden Mount – o ile istnieje – będzie na swojem miejscu tak samo za dwa tygodnie jak i za tydzień. Przypuszczam zresztą, że w Fort Mac Pherson zatrzymamy się dłużej. Po tej ciągłej wędrówce, zdaje się, że zasłużyliśmy na wygodne łóżko.

– O ile będą zajazdy w Fort Mac Pherson.

Zapytany o to wywiadowca odpowiedział przecząco.

– Fort Mac Pherson jest tylko posterunkiem obronnym agentów Towarzystwa Zatoki Hudsońskiej. Są tam wszakże pokoje.

– Skoro są pokoje, muszą być i łóżka – odezwał się Summy Skim – nie gniewałbym się zaś wcale, gdybym mógł wyciągnąć wygodnie nogi przez dwie lub trzy noce.

– Trzeba dotrzeć tam pierwej – przerwał Ben Raddle – a dlatego nie zatrzymujemy się po drodze zbyt długo.

Karawana przyśpieszała kroku, o ile to było możliwe w tych krętych wyboistych wąwozach; lecz pomimo nawoływań Ben Raddle’a nie można było wydostać się prędzej niż za dzień z górzystej okolicy prowadzącej do Peel River.

21 maja po południu dotarli dopiero do niej i bezzwłocznie przedostali się przez ten ważny dopływ rzeki Mackenzie przy pomocy kry, która znajdowała się jeszcze na niej. Przed nocą cała karawana przeniosła się na prawy brzeg i rozłożyła się obozem na brzegu wody pod cieniem wielkich sosen morskich, poczem zajęto się przygotowaniem do wieczerzy, zawsze z niecierpliwością oczekiwanej.

Ale sądzone było, aby dzień nie przeszedł bez wypadku. Zaledwie zasiedli do posiłku, gdy jeden z Kanadyjczyków, oddaliwszy się niedawno w dół rzeki, przybiegł zpowrotem, wołając przestraszony:

– Baczność!… Baczność!

Wstano w popłochu. Jeden tylko Summy Skim jako myśliwy z zawodu miał przytomność schwycić karabin. W jednej chwili uzbrojony, był gotów do strzału.

– Indjanie? – spytał.

– Nie – odrzekł Bill Stell – niedźwiedzie.

W istocie śladem biegnącego Kanadyjczyka posuwały się trzy niedźwiedzie o potężnym wyglądzie z rodzaju „grizzli” przebywające zwykle w wąwozach Gór Skalistych.

Niedźwiedzie, przynaglone prawdopodobnie głodem, sądząc z ich straszliwego poryku, przywędrowały tu po żer.

Zanim się opatrzono, trzy niedźwiedzie znalazły się w obozowisku tuż przy Jane Edgerton, która nie miała już czasu uciec. Jednym skokiem Summy Skim znalazł się przed nią i podniósłszy karabin wystrzelił dwukrotnie.

Summy nie chybiał celu nigdy, przynajmniej tak twierdził. Fakt obecny był tego dowodem. Dwa niedźwiedzie padły, aby nie powstać. Lecz został trzeci. Obojętny na porażkę swych towarzyszy, biegł z całą szybkością. Jeszcze chwila, a Summy bezbronny byłby schwytany w kleszcze groźnych pazurów zwierzęcia. Chcąc sprzedać drogo swe życie, Summy schwycił za lufę karabinu i trzymając ją jak maczugę, oczekiwał swego losu.

Nagle niedźwiedź zachwiał się. Uderzony w bok, musiał się zwrócić ku drugiemu wrogowi, którym był nie kto inny, jeno Patrick Richardson. Bez żadnej innej broni prócz swych żylastych pięści Irlandczyk przybiegł z odsieczą i według wszelkich prawideł boksu wymierzył w prawy bok niedźwiedzia tak potężne pchnięcie nogą, że rozpęd zwierzęcia został wstrzymany.

Niedźwiedź cofnął się na miejscu w stronę napastnika i ze straszliwym porykiem rzucił się ku niemu. Widzowie tej strasznej sceny wydali okrzyk trwogi. Patrick tylko, skupiony w sobie, nie okazywał najlżejszego wzruszenia.

Widok zaiste był niezwykły: z jednej strony zwierzę olbrzymie uniesione niebywałą wściekłością, rzucające się na przeciwnika z wyprężonemi pazury i połyskującemi zęby; z drugiej – wspaniały okaz fizycznej siły ludzkiej, równie olbrzymi, równie władny, jak jego przeciwnik, wprawdzie nie tak dobrze jak on uzbrojony, lecz jakkolwiek zajmujący najniższy szczebel skali umysłowej, rozporządzający w braku broni naturalnej, tym ognikiem inteligencji, który jest wyłącznym przywilejem rodzaju ludzkiego.

Zdawało się, że powtarza się karta dziejów zamierzchłych, kiedy to przodkowie nasi musieli z jedyną pomocą siły swych muskułów zdobywać ziemię nieznaną im i wrogą.

Tym razem również inteligencja zwyciężyła. W chwili gdy niedźwiedź zdusić miał Patricka w swych kosmatych łapach, ramiona Irlandczyka rozwarły się szybko i jego pięść z gwałtownością pocisku, uderzyła go w samą paszczę.

Cios był potężny. Niedźwiedź zachwiał się na swych tylnych łapach i przewrócił się w tył. Patrick zaśmiał się zcicha i przygotowywał się do drugiego ataku.

Niedługo czekał. Niedźwiedź zerwał się z zakrwawioną paszczą i pijany wściekłością rzucił się naoślep na przeciwnika.

Patrick nie stracił zimnej krwi. W chwili odpowiedniej, znakomicie wybranej, rzucił się z obu pięściami na przeciwnika. Lewa dosięgła oka, prawa zmiażdżyła paszczę z taką siłą, że słychać było trzask łamiących się zębów.

Znów niedźwiedź przewrócił się i znów Patrick czekał wspaniałomyślnie, aby przeciwnik podniósł się do walki. Godniej nie można było się zachować nawet w walce rzymskiej.

'The Golden Volcano' by George Roux 44

Niedźwiedź zresztą podnosił się z trudnością. Wreszcie powstał, lecz aby zawisnąć ociężale na swym zadzie bez ruchu i jęku. Nieprzytomnie tarł zranione oko, podczas gdy język mięsisty lizał wargi zakrwawione.

Zniecierpliwiony Patrick, z pięścią zaciśniętą postąpił krok naprzód; wtedy niedźwiedź cofnął się natychmiast wtył. Irlandczyk niebawem powtórzył ten sam ruch, niedźwiedź szedł za jego przykładem. Podczas trzech minut ścigali się zwolna dwaj przeciwnicy ku zdumieniu widzów.

Patrick w najwyższem zniecierpliwieniu przerwał ten osobliwy taniec. Nie mogąc dosięgnąć cofającego się wroga, schylił się, porywając duży kamień, który jako zaczepne wyzwanie powinien był zachęcić przeciwnika do walki.

Próżny był jego wysiłek. Niedźwiedź, zobaczywszy ruch Irlandczyka, poddał się. Lekcja była widocznie skuteczna. Opadłszy na cztery łapy, cofał się wolno i trwożliwie, ze ściśniętym zadem, rzucając błagalne spojrzenie jedynem okiem na swego zwycięzcę.

W kilka minut później zniknął wśród drzew lasu.

Śmiech homeryczny połączony z burzą oklasków towarzyszył temu nieoczekiwanemu odwrotowi. Otoczono Patricka i winszowano mu zwycięstwa.

– Dziękuję ci, Patricku – rzekł Summy Skim z zapałem, ściskając silnie dłoń swego zbawcy.

– Tak, dziękuję – powtarzała Jane, zwracając się do olbrzyma. – Dziękuję i brawo!

Patrick, zdawało się, że nie widział obecności Summy Skim’a. Dla niego na ziemi istniała tylko jego młoda pani.

– Niema za co – rzekł do niej skromnie. – To zwierzę, panie Janie, nie zna wcale boksu.



VI.

Blisko celu.

Port Mac Pherson, położony mniej więcej przy 135° długości zachodniej i 67° szerokości, był wtedy najbardziej na północ wysuniętą placówką Towarzystwa Zatoki Hudsońskiej w Ameryce północnej. Panował on nad całą okolicą pokrytą siecią odnóg, tworzących ujście Mackenzie do oceanu Lodowatego. Tam myśliwi futer mieli schronisko i obronę przed bandami Indjan, błądzących po równinach górnej Kanady.

Fort ten, wzniesiony na prawym brzegu Peel River, porozumiewał się najczęściej z Fort Good Hope, zbudowanym wzwyż rzeki Mackenzie. Zapas futer przenosił się od jednego fortu do drugiego, czekając na wysłanie do głównego składu Towarzystwa.

Fort Mac Pherson posiada rozległy magazyn, nad którym zbudowany jest pokój dla głównego agenta, pokoje dla innych agentów i wielka sala zaopatrzona w łóżka polowe na dwadzieścia osób. W dole są stajnie dla koni i mułów. Lasy sąsiednie dostarczają opału koniecznego do zabezpieczenia się przed silnemi mrozami zimy polarnej.

Drzewa wystarczy na wiele lat jeszcze. Pożywienia zaś dostarczają dostawy Towarzystwa, nie mówiąc już o zdobyczach rybaków i myśliwych.

Fortem Mac Pherson zarządza główny agent, mając do swego rozporządzenia ze dwudziestu ludzi rodem z Kanady i Kolumbji angielskiej, prawdziwych żołnierzy poddanych surowej dyscyplinie. Ciężkie było życie tych ludzi wystawionych na ostrość północnego klimatu i na niebezpieczeństwo, które im groziło od band włóczących się ustawicznie w tych stronach pustynnych. To też broń mieli zawsze w pogotowiu, a Towarzystwo baczyło pilnie, aby zapas amunicji nie wyczerpał się nigdy.

W chwili gdy Ben Raddle i jego towarzysze stanęli w Fort Mac Pherson, załoga tegoż była po utarczce z niewiadomymi napastnikami.

Kilka dni temu 25 maja zrana strażnik dał znać o zbliżaniu się bandy złożonej z trzydziestu do czterdziestu ludzi, z których kilku Indjan, idącej wzdłuż prawego brzegu Peel River.

Na tę wiadomość, jak było we zwyczaju, brama Fort Mac Pherson najpierw szczelnie została zamknięta. Do wnętrza więc nie można się było dostać inaczej jak przez wdrapanie na mur.

– Skoro banda stanęła przed bramą, wysunął się jeden ze składających ją ludzi, o ile można było sądzić jej przywódca, i zażądał, aby im otworzono wrota. Główny agent wszedł na wierzchołek muru i pilnie przyjrzał się przybyszom. Banda wydała mu się widocznie podejrzana, gdyż odmówił im wejścia.

Dalsze wypadki wykazały, jak roztropna była ta decyzja. Przekleństwa i groźby rozległy się niebawem. Z akcentu wymowy agent poznał, że w bandzie oprócz Indjan znajdowali się również Amerykanie z Ameryki południowej, zawsze pochopni do gwałtu.

Napastnicy nie poprzestali na słowach. Od słów przeszli do czynów. Czy to dla zaopatrzenia się na dalszą drogę, czy dla zawładnięcia fortem, dość że usiłowali wysadzić bramę. Lecz napróżno. Napastnicy zostali odparci, przyczem kilku z nich odniosło rany od strzałów broniącej się załogi. Odeszli wreszcie w kierunku północno-zachodnim, wymierzywszy kilka wystrzałów w stronę fortu, które na szczęście chybiły.

Od tego czasu, bojąc się powrotu niebezpiecznej szajki, załoga Fort Mac Pherson trzymała się ciągle na baczności. I nie nadarmo. W pięć dni później 30 maja dano znać o zbliżaniu się nowej bandy, która również szła w stronę fortu od prawego brzegu rzeki.

Niemałą było niespodzianką dla wywiadowcy i jego karawany – gdyż ona to była – skoro spostrzegli, że na murze stoi z dwudziestu uzbrojonych ludzi, żądających, aby się oddaliła natychmiast.

Porozumienie okazało się konieczne.

Wreszcie główny agent, poznawszy w przybyłych Kanadyjczyków, a w Bill Stell’u dawną znajomość z czasów, gdy obaj służyli w policji kanadyjskiej, kazał otworzyć wrota, przez które wjechała cała karawana, witana uprzejmie.

Wtedy dowódca załogi uważał za wskazane wytłumaczyć się ze swego postępowania. Opowiedział, jak banda Amerykanów i Indjan wrogo zachowała się względem załogi, jak wtargnąć chciała przemocą i dlaczego musieli użyć broni. Czego właściwie chcieli ci włóczędzy, niewiadomo. W każdym razie nieufność załogi została całkowicie usprawiedliwiona późniejszą utarczką.

– A co się stało z tą bandą? – spytał wywiadowca.

– Po swem niepowodzeniu odeszła.

– W którą stronę?

– Na północo-zachód.

– Ponieważ idziemy na północ, nie spotkamy jej prawdopodobnie – zauważył Ben Raddle.

– Życzę tego panom gorąco – odezwał się główny agent – wydała mi się bowiem zbiorowiskiem ludzi najgorszego gatunku.

– W jakim celu mogli wędrować? – pytał Summy Skim.

– Zapewne dla odkrycia nowych pokładów, mieli bowiem z sobą przyrządy do tego potrzebne.

– Czy pan słyszał o pokładach w tych stronach Kanady? – spytał Ben Raddle.

– Niezawodnie istnieją – odpowiedział dowódca – należy je tylko znaleźć.

Nie wiedział nic więcej. Nie uczynił najlżejszej wzmianki o Golden Mount, pomimo że ta góra nie mogła być zbyt oddalona od Fort Mac Pherson.

Ben Raddle’owi było to na rękę. Wolał, aby tajemnica Jakóba Ledun nie była znana nikomu. Przeciwnie, nieświadomość ta niemile podziałała na Summy Skim’a, który nie przestał powątpiewać o istnieniu Góry Złotej. Aby się upewnić, spytał głównego agenta, czy znajdują się wulkany na północy. Urzędnik oświadczył, że nigdy o tem nie słyszał, co zwiększyło jeszcze troskę Summy’ego.

Wywiadowca zadowolił się powiedzeniem swemu dawnemu koledze, że karawana udaje się właśnie na poszukiwanie złotodajnej gleby przy ujściu Mackenzie. Dodał, że po miesięcznej drodze radziby odpocząć dwa lub trzy dni w Fort Mac Pherson, o ile nie odmówią im gościnności.

Prośba wywiadowcy nie doznała żadnych trudności. W tej zresztą chwili tylko część załogi znajdowała się na miejscu. Myśliwi powrócić mieli dopiero za miesiąc. Nie brak było miejsca i karawana mogła rozgościć się swobodnie.

Ben Raddle podziękował gorąco głównemu agentowi za uprzejme przyjęcie, i w godzinę później zmęczeni podróżni używali pożądanego wywczasu.

Trzy dni upłynęło spokojnie, żaden wypadek nie zamącił pobytu karawany w Fort Mac Pherson. Skoro nadeszła godzina odjazdu, podróżni zupełnie wypoczęci gotowi byli do wyruszenia z lekkiem sercem w dalszą drogę.

2 czerwca zrana po należytem podziękowaniu dowódcy i jego towarzyszom za gościnę, karawana opuściła Fort Mac Pherson, udając się w drogę wzdłuż prawego brzegu Peel River.

Ben Raddle, Summy Skim i Jane Edgerton zajęli miejsce na wózku powożonym przez Neluta. Inne wózki szły pod kierunkiem wywiadowcy, który musiał się zrzec swej roli przewodnika wyprawy, nie znał bowiem wcale drogi ciągnącej się poza Fort Mac Pherson.

Inżynier więc objął ster podróży. Według mapy skreślonej na mocy wskazówek Jakóba Ledun, do Golden Mount prowadziła droga zbaczająca nieco na lewo od Peel River.

W południe zatrzymano się przy rzeczce, na skraju świerkowego lasu. Zwierzęta pasły się na sąsiedniej polance. Lekki podmuch wiatru północno-wschodniego odświeżył powietrze, na niebie pokazały się chmurki.

Okolica była równa, tylko od strony wschodniej zarysowywały się pierwsze pagórki Gór Skalistych. Odległość dzieląca podróżnych od Golden Mount nie przewyższała dwustu kilometrów, w tych warunkach zatem przebyć ją było można w ciągu pięciu do sześciu dni, o ile coś nadzwyczajnego nie zajdzie.

W rozmowie z Summy Skim’em wywiadowca powiedział:

– W każdym razie jesteśmy u kresu podróży. Niedługo będziemy myśleli o powrocie.

– Kochany Bill’u – odrzekł Summy – każda podróż kończy się dopiero z chwilą powrotu do domu, a co się tyczy mianowicie tej naszej podróży, to uwierzę, że nadszedł jej koniec, dopiero wtedy, gdy drzwi naszego domu przy ulicy Jacques-Cartier zamkną się po mojem doń wejściu.

Bill Stell zamilkł, Ben Raddle zaś spojrzał wymownie na Jane Edgerton. Niepoprawny stanowczo był ten Summy!

Zanim karawana dotarła do miejsca, gdzie Peel River wpada do Mackenzie, upłynęło trzy dni. Przybyła tam dopiero 5 czerwca po południu.

Podróż przeszła spokojnie. O postoje nie było trudno na równym brzegu rzeki. Kraj był pustynny. Od czasu do czasu tylko przeciągały grupki Indjan, zajmujących się rybołówstwem na delcie Wielkiej Rzeki. Wzmiankowanej wyżej bandy nie spotkano nigdzie, zadowolenie więc było zupełne.

– Gdybyśmy mogli dojść do Golden Mount sami i powrócić stamtąd również sami, nie potrzebowalibyśmy życzyć niczego więcej – powtarzał Bill Stell kilkakrotnie.

Karawana jednak miała się na baczności. Trzech ludzi było ustawicznie na wywiadzie, reszta zaś naprzemian pilnowała podczas postoju obozowiska, aby nie zaskoczyła ich jaka niespodzianka.

Ostrożności te okazały się zbyteczne, karawana bowiem bez wypadku dotarła do ujścia Makkenzie.

Ujście to przedstawia ważną sieć wodną, jakiej niema gdziekolwiek indziej.

Na sto pięćdziesiąt kilometrów od oceanu Mackenzie dzieli się, tworząc wielki wachlarz, na wiele odnóg złączonych licznemi kanałami, ścinającemi się tylko na powierzchni wody podczas zimy. O tej porze roku kra znikła w przestworzach oceanu Arktycznego, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu na Peel River.

Patrząc na to zawikłane rozgałęzienie Mackenzie można nawet przypuszczać, że zachodnią odnogę tworzy sama Peel River złączona z główną odnogą wschodnią przez sieć wodną znajdującą się między niemi.

Tak lub inaczej, czy odnoga zachodnia jest przedłużeniem Peel River czy też stanowi odnogę samej rzeki Mackenzie, dość, że karawana musiała przejść na brzeg lewy, ponieważ Golden Mount, jak to wskazywały jego współrzędne geograficzne, znajdował się w pobliżu tego brzegu na wybrzeżu oceanu Lodowatego.

'The Golden Volcano' by George Roux 45

Na szczęście poziom wód nie był wysoki, więc wywiadowcy udało się znaleźć bród odpowiedni, przez który przeszli tego samego dnia z pewną trudnością.

Przejście samo zajęło całe popołudnie, ale wieczorem wszyscy byli na przeciwległym brzegu rzeki.

Nazajutrz 6 czerwca o godzinie trzeciej zrana Bill Stell dał hasło odjazdu. Sądził, że trzy dni wystarczą, aby dosięgnąć wybrzeża. Karawana przeto zobaczyłaby Golden Mount w krótkim czasie, o ile wskazówki mapy były dokładne. Gdyby nawet długość i szerokość wskazane przez Jakóba Ledun okazały się niezupełnie ścisłe, górę zawsze spostrzec będą w stanie, gdyż musi panować nad okolicą.

Droga wzdłuż odnogi zachodniej Wielkiej Rzeki odbyła się bez większych przeszkód. Wszelako pogoda była mniej sprzyjająca. Chmury nadciągające z północy mknęły szybko, a deszcz gwałtowny upadł kilkakrotnie. Z tego powodu podróż opóźniła się nieco, postoje zaś nieraz były bardzo uciążliwe. Znoszono jednak wesoło te wszystkie niedogodności pocieszając się bliskością celu.

Sprzyjającą dla karawany okolicznością było to, że nie potrzebowała przebywać całej sieci wodnej. Należałoby przeprawiać się przez pokaźną liczbę rzeczek, a niewiadomo czy wszystkie bród posiadały. Kłopotu byłoby niemało, gdyż przeprawa musiałaby się częściowo tylko odbywać.

8 czerwca wieczorem do wybrzeża nie pozostawało więcej nad siedm do ośmiu mil, nazajutrz zatem dosięgnąć je miano.

Ben Raddle uważał, że nadeszła chwila stosowna do wyjawienia towarzyszom prawdziwego celu ich wyprawy. Opowiedział więc otaczającej go grupie poszukiwaczy zwierzenia, które w swoim czasie uczynił mu był nieszczęśliwy Francuz.

Na te słowa radość ogarnęła wszystkich. Spojrzenia zwracały się ku północy w nadziei zobaczenia szczytu Golden Mount, gdyby bowiem nawet nie posiadał więcej nad pięćset do sześciuset stóp wysokości, powinien był być widoczny z tej odległości.

Słońce było jeszcze dość wysoko na niebie. Niestety, jednak mgła zasłaniała horyzont. To też niecierpliwe ich oczy nie mogły dojrzeć upragnionego szczytu.

Można sobie wyobrazić, do jakiego naprężenia nerwów doszli teraz podróżni, a szczególniej Ben Raddle, żyjący od tak dawna wyłącznie tą myślą, która za kilka godzin miała stać się rzeczywistością lub też złudą.

Jane Edgerton była niemniej podniecona. Oboje nie mogli sobie znaleźć miejsca. Gdyby nie wywiadowca i Summy, byliby wyruszyli w dalszą drogę wśród ciemności.

– Ależ, do stokroć! uspokój się Ben, niech się pani uspokoi, Miss Jane – powtarzał Summy Skim. – Cierpliwości, do jutra. Jeżeli Golden Mount istnieje, znajdziecie go na miejscu. Nie ucieknie, do djaska! Niema potrzeby zwijać obozowiska w nocy, aby dostać się doń o kilka godzin wcześniej.

Bill Stell popierał rozsądne uwagi Summy Skim’a. Istotnie w nocy napotkać było można jaką zdradliwą bandę czy to Indjan czy też awanturników wszelkiego rodzaju jak naprzykład ta, która napadła na Fort Mac Pherson.

Przy takich okolicznościach zeszła noc. Z ukazaniem się dnia mgły się nie rozwiały. Golden Mount nie mógł być widzialny nawet o dwa kilometry.

Ben Raddle z zaciśniętemi usty, z czołem zasępionem, zaledwie wstrzymać mógł swój gniew. Summy Skim pomimo wrodzonej dobroci odczuwał złośliwą przyjemność na widok rozgniewanego tyrana, który zaciągnął go tak daleko od Green Valley.

– Irytuj się, irytuj się, stary – mruczał do siebie. – Jeżeli Golden Mount nie istnieje, nie ujrzysz go, to pewna.

Uwagę tę zupełnie słuszną, świadczącą jednak o nieuleczalnym sceptycyzmie Summy Skim’a, usłyszała Jane Edgerton, stojąca niestety zbyt blisko niego. Spojrzała na swego towarzysza wzrokiem podrażnionym tak, że biedny rezoner zaczerwienił się po uszy. Chcąc naprawić swój błąd dodał pospiesznie:

– Ale ponieważ istnieje, ujrzymy go, gdy się rozjaśni, to pewna.

I powtórzył głośno z przejęciem:

– To pewna!

Poczem, chcąc się przekonać, czy otrzymał przebaczenie, podniósł wzrok na młodą podróżniczkę, lecz stwierdzić musiał z upokorzeniem, że nie zwracała wcale na niego uwagi.

O czwartej rano zwinięto obóz. Dzień był już w pełni, słońce wznosiło się o kilka stopni nad horyzontem. Obecność jego odczuwać się dawała pomimo że promienie nie mogły przeniknąć przez gęstość mgły.

Karawana wyruszyła w drogę. O godzinie jedenastej wybrzeże nie musiało być chyba oddalone bardziej niż o trzy mile. Golden Mount jednakże był niewidzialny.

Summy Skim zaczął się obawiać, że kuzyn dostanie obłędu. Tyle trudów, tyle niebezpieczeństw przebytych miałyżby się skończyć rozczarowaniem?

Wreszcie nieco przed południem powietrze rozjaśniło się. Czerwona kula słoneczna zarysowała się niewyraźnie w mgle nieco przejrzystej. Wtem zabrzmiał głos Neluta:

– Tam!… tam!… Dym! – zawołał.

Ale, jak gdyby żałując swego śmiałego twierdzenia, dodał:

– Albo obłok.

Zastanowiwszy się zaś chwilkę:

– Albo ptak! – dodał jeszcze.

I znów wpadł w zadumę. Dym, obłok, ptak… Czy to już wszystko?… Czy Indjanin wyczerpał szereg swych przypuszczeń? Nie, możliwe były jeszcze inne rzeczy.

– Albo nic zgoła! – mruknął ku wielkiemu swemu zadowoleniu, a w każdym razie ku zadowoleniu swego sumienia.

Gdyby nawet mówił głośniej, niktby go nie był słyszał. Karawana bowiem jakby skamieniała, zawisła duszą i spojrzeniem nad stroną północną horyzontu.

Ben Raddle także patrzył na północ, zdjęty głuchym, nurtującym niepokojem.

– Dym?… – szeptał. – Ależ nie! To niepodobna… ponieważ, według słów Jakóba Ledun, Golden Mount jest wygasłym wulkanem!

A jednak Neluto niepotrzebnie się wahał. Jego pierwsze przypuszczenie było słuszne.

Mgła rozwiewała się coraz bardziej. Niebawem słońce zajaśniało swobodnie na bladym błękicie nieba, ukazując wśród powitalnych okrzyków poszukiwaczy, wyłaniającą się z horyzontu cudowną górę, złotodajny wulkan z pióropuszem z dymu powiewającym na szczycie…



VII.

Niespodziewana przeszkoda.

Pomimo uciążliwej drogi, Ben Raddle i jego towarzysze potrzebowali tylko dwu godzin, aby przebyć odległość dzielącą ich od Golden Mount. Szli w milczeniu, zatopieni w swych myślach biegnących ku celowi ich marzeń, przyśpieszając kroku o ile na to pozwalała nierówność gruntu. Zdawało się, że ciągnie ich siła olbrzymiego magnesu tkwiącego we wznoszącej się przed nimi górze.

Około godziny trzeciej stanęli u podnóża wulkanu. U jego stóp na wschodzie płynęła rzeczka Rubber, a z północy ocean Lodowaty podmywał swemi falami kamieniste jego podłoże.

Okolica była zupełnie niezamieszkała. Ani poza górą na zachód, ani od strony ujścia Mackenzie, nie widniała żadna wioska, ani też dostrzec nie było można Indjan wędrujących wzdłuż wybrzeża. Na morzu nie widać było ani statku, ani żaglowca zajmującego się połowem wielorybów, ani dymu żadnego parowca.

A jednak była to pora, w której na morzach północnych zjawiają się poławiacze wielorybów lub myśliwi polujący na foki.

Czyż należało stąd wnioskować, że nikt w tych stronach nie wyprzedził Ben Raddle’a i jego towarzyszy i że Jakób Ledun był jedynym, który dosięgnął ujścia Mackenzie, jedynym przeto, który wiedział o istnieniu złotodajnego wulkanu?

Pokład złota, jeżeli znajdował się wogóle, to w każdym razie należał do Ben Raddle’a, jako do pierwszego odkrywcy. Nikt przed nim nie wziął w posiadanie Golden Mount, ponieważ nie było granicznego słupa, któryby wskazywał na właściciela, nikt zatem nie będzie miał prawa upominać się o zajętą ziemię, ani władze kanadyjskie nie będą mogły żądać od niego żadnej zapłaty.

U podnóża wschodniego zbocza góry, oddzielonego od Rio Rubber lasem brzóz i osin, wywiadowca rozłożył swój obóz o niespełna pół mili od wybrzeża. Wody zatem i drzewa miano poddostatkiem.

Poza górą ku zachodowi i południu ciągnęły się zieleniejące równiny, na których rosły kępy drzew i które zdaniem Summy Skim’a musiały obfitować w zwierzynę.

Obóz pod kierunkiem Bill Stell’a wzniósł się szybko. Namioty postawiono na skraju lasu. Wózek i wozy stanęły na polance, a muły poszły się paść na sąsiednich łąkach. W odpowiednich miejscach rozstawiono posterunki strażnicze, aby przystęp do obozowiska był strzeżony dzień i noc, po mimo że narazie nie groziło żadne niebezpieczeństwo, wyjąwszy możliwość ukazania się niedźwiedzi, stale przebywających na terytorjum Kanady.

Nikt zresztą nie wątpił, że eksploatacja Golden Mount nie potrwa długo, o ile tylko można się będzie dostać do krateru, wydobyć zeń złoto i naładować wozy, gdyż w takim razie nie trzeba będzie tracić czasu ani na kopanie, ani rozbijanie kilofem, lub przemywaniu piasku. Złoto, według słów Jakóba Ledun, powinno się w nim znajdować w formie proszku lub wolnych cząstek, pracę bowiem przygotowawczą dokonali oddawna robotnicy Plutona.

Ben Raddle jednakże nic stanowczego nie mógł orzec, dopóki nie wszedł na górę i nie rozpatrzył położenia krateru, do którego, jak mówił Jakób Ledun, dostęp był łatwy.

Bill Stell przy tej sposobności zrobił dość trafną uwagę:

– Panie Ben, Francuz wyjawiając swą tajemnicę, wspomniał, zdaje mi się, o wulkanie wygasłym?

– Istotnie.

– Dosięgnął, o ile wiem, jego szczytu.

– Tak, a nawet zwiedził krater. Ale od tego czasu siły wulkaniczne zaczęły działać.

– Nie ulega wątpliwości – odpowiedział wywiadowca – skoro kłęby dymu unoszą się nad górą. Zadaję sobie pytanie, czy w tych okolicznościach dostęp do krateru będzie możliwy.

Ben Raddle’a ze swej strony zastanawiała ta okoliczność. Nie mieli do czynienia z wulkanem wygasłym, lecz z wulkanem chwilowo nie działającym, skoro obecnie zaczyna działać.

– To możliwe – odpowiedział – lecz ten objaw może mieć również dobrą stronę. Dlaczegoż wybuch wulkanu nie miałby oszczędzić nam trudu, wyrzucając z siebie złoto, które się w nim kryje? Moglibyśmy je zbierać u podnórza góry. Jutro po obejrzeniu krateru będziemy wiedzieli, czego się mamy trzymać.

Noc przeszła spokojnie, tylko od czasu do czasu odzywał się pomruk niedźwiedzi, które jednak nie zbliżyły się do Golden Mount.

O piątej zrana wszyscy byli na nogach.

Summy Skim, pomimo swej obojętności, przypatrywał się z pewnem zainteresowaniem sławnemu wulkanowi.

– Wiesz, o czem myślę, Ben? – spytał kuzyna.

– Nie, Summy – odparł Ben Raddle. – Lecz będę wiedział, gdy mi powiesz.

– Naturalnie. A zatem myślę, że gdyby wujowi Josias przypadło w udziale zrobić podobne odkrycie, byłby powrócił do kraju, powiększając liczbę miljarderów Nowego Świata, zamiast umrzeć w Klondike – a my uniknęlibyśmy potrzeby tej podróży.

– Ale widać przeznaczenie inaczej zrządziło, pozostawiając możność odkrycia wulkanu siostrzeńcom.

– Z których przynajmniej jeden nie sięgał nigdy tak daleko – nawet w marzeniu!…

– Wiem o tem, Summy. Ponieważ jednak poświęciliśmy tyle, ażeby dostać się do wybrzeży morza Polarnego, nie będziesz uważał za rzecz zdrożną, abyśmy powrócili z pełnemi kieszeniami, co znaczy, że powinniśmy naładować wozy i wózki złotem aż do zbytku.

– Niech i tak się stanie! – rzekł Summy. – Wiesz jednak co ci powiem? napróżno oglądam tę górę ze wszech stron i powtarzam sobie, że byłaby w stanie zakasować Australję, Kalifornję i Afrykę wzięte razem, nie budzi we mnie zaufania. Mojem zdaniem, nie wygląda ona na kasę ogniotrwałą.

– Tym sposobem, byłbyś dopiero zadowolony, gdyby Golden Mount był podobny do kas bankowych.

– Nie miałbym nic przeciwko temu, szczególnie gdyby kasjer, pełniący swe funkcje, gotów był otworzyć mi drzwiczki.

– Obejdziemy się bez niego – oświadczył Ben Raddle – i potrafimy sami podważyć zamek.

– Hm!.. – mruknął Summy z powątpiewaniem, spoglądając na dym wydobywający się z wulkanu.

Choć nie zgadzało się to z pragnieniem Summy Skim’a, przyznać jednak trzeba, że Golden Mount był sobie zwyczajną górą, nie różniącą się bynajmniej od innych. Wysoka na tysiąc stóp górowała nad wybrzeżem, rozciągając swe podłoże na dwa kilometry obwodu i wznosząc swe zbocza prawie prostopadłą linją do płaskowzgórza szczytowego. Przypominała więc swym wyglądem stożek a raczej stożek ścięty.

Ostra spadzistość zboczy nie zachęcała do ich przebycia. Lecz nie była ona niemożliwą, skoro Jakób Ledun dosięgnął krateru.

Najbardziej prostopadłe zbocze zwrócone było w stronę morza i dostać się tędy nie było można, gdyż fale obijały się o nie bezpośrednio. Była to czarna prostopadła ściana złożona ze skał wulkanicznych. Należało więc przedewszystkiem wybrać zbocze odpowiednie do dostania się na szczyt góry. Jakób Ledun nie udzielił żadnych wskazówek w tym względzie, Ben Raddle więc i Bill Stell zmuszeni byli obejść górę dookoła dla zbadania położenia.

Okazało się, że inne zbocza pokryte są niską trawą, na której wznosiły się kępy krzewów, mogące służyć za punkt oparcia dla podróżnych. Ale trawa pokrywała tylko niższą część zbocza, ustępując miejsca w górnej jego części warstwie ciemnej, złożonej być może z popiołu i żużli. Śladu jednak świeżego wybuchu nie było wcale.

Wróciwszy do obozowiska Ben Raddle i wywiadowca oznajmili, że zbocze zachodnie, najmniej prostopadłe, najbardziej nadaje się do wejścia.

Po śniadaniu, naprędce spożytem, zaczęto się przygotowywać do podróży. Idąc za rada Bill Stell’a zabrano nieco żywności, parę tykiew napełnionych wódką zmieszaną z wodą w odpowiednim stosunku. Wzięto również motykę, kołki i sznury, potrzebne do wspinania się na zbyt pochyłych miejscach.

Pogoda sprzyjała, zapowiadając dzień piękny. Parę obłoków pędzonych lekkim podmuchem północnego wiatru łagodziło działanie promieni słonecznych.

Neluto pozostał, aby strzec obozowiska wraz z pozostałymi ludźmi, gdyż pomimo że okolica była niezamieszkała, należało się mieć na baczności.

Ben Raddle, Summy Skim i wywiadowca wyruszyli w drogę o godzinie ósmej wraz z Jane Edgerton, która chciała im towarzyszyć, i wszyscy czworo podążyli w kierunku południowego podłoża góry, aby dostać się do zachodniego zbocza.

Niewiadomo było, kiedy nastąpił ostatni wybuch, dość, że po drodze nie natrafili na ślad wulkanicznej substancji, która miała według słów Jakóba Ledun zawierać złoto w tak wielkiej ilości. Można było tylko wnioskować, że ciała wyrzucone przez wulkan wpadły w morze i leżały na jego dnie.

– Co nas to obchodzi? – odezwał się Ben Raddle do Bill Stell’a, który zrobił tę uwagę. – Przekonaliśmy się niezbicie, że od czasu jak Jakób Ledun odwiedzał te strony, wybuchu nie było. A to najważniejsza. Ponieważ zaś znalazł tu cząstki złota, my znajdziemy je również.

Było około dziewiątej, gdy czterej wędrowcy stanęli u stóp zachodniego zbocza.

Z wywiadowcą na czele zaczęli się natychmiast wspinać na górę. Z początku pochyłość była względnie łagodna, trawy zaś służyły doskonałem dla nóg oparciem. Tymczasem więc sznury były niepotrzebne. Bill Stell zresztą umiał chodzić po górach.

Instynkt go wiódł, a szedł tak sprawnie, że reszta towarzyszy nie mogła nadążyć.

– Oto co znaczy przejść dwadzieścia razy Chilkoot! – odezwał się nieco zasapany Summy Skim. – Taka wycieczka hartuje nogi, zamieniając je na nogi kozic i nadając im moc stali.

W każdym razie po odbyciu trzeciej części drogi, może i kozica byłaby w kłopocie. Skrzydła sępie lub orle nie okazałyby się zbyteczne.

'The Golden Volcano' by George Roux 46

Pochyłość bowiem stała się tak spadzistą, że trzeba było pomagać sobie nogami i rękoma, czepiając się krzewów. Wkrótce kołki i sznury użyte zostały do pomocy. Wywiadowca szedł przodem, wbijał kołek pomiędzy trawę i rozwijał sznur, zapomocą którego inni wdrapywali się ku niemu. Należało się mieć na baczności, gdyż wszelkie poślizgnięcie groziło upadkiem śmiertelnym.

Około godziny jedenastej wędrowcy dotarli do połowy zbocza. Zatrzymano się, aby odpocząć i pokrzepić odżywczym płynem, poczem zaczęto wspinać się dalej.

Pomimo że wydobywający się dym z wulkanu świadczył o wznowionem jego działaniu, zbocze nie uległo wstrząśnieniu, a nawet nie było słychać żadnego odgłosu. Zapewne z tej strony grubość zbocza była za wielka i należało przypuszczać, że komin wulkanu toruje sobie drogę do krateru w północnej części góry, w pobliżu wybrzeża morskiego.

Wędrowcy nie przestawali wspinać się w górę, chociaż szło im to coraz trudniej. Dlaczegóż nie mieliby dokonać tego, czego dokonał Jakób Ledun?

Zegarek Ben Raddle’a wskazywał trzynaście minut po dwunastej, gdy wędrowcy znaleźli się na płaskowzgórzu okalającem otwór krateru.

Każdy z nich mniej lub więcej zmęczony, zajął miejsce na skałach kwarcowych znajdujących się na płaskowzgórzu, którego obwód dosięgał trzystu lub czterystu stóp. Prawie na środku widniał otwór krateru, skąd wydobywały się dymy żółtawe.

Zanim skierowano się do krateru, Ben Raddle i jego towarzysze, siedząc na skałach, przypatrywali się rozległej panoramie, ukazującej się ich oczom.

Na południu ciągnęły się zieleniejące równiny, w dali zaś widniały pagórki, poza któremi Fort Mac Pherson panował nad sąsiednią okolicą.

Na zachodzie wybrzeże oceanu Lodowatego zarysowywało się w kształcie płaszczyzn piaszczystych, a w głębi na ziemi ukazywał się ciemny gąszcz lasu odległego około półtorej mili.

Na wschodzie, u podnóża Golden Mount wikłała się sieć wodna ujścia Mackenzie, której liczne odnogi wpadały do rozległej zatoki odgrodzonej archipelagiem wysepek jałowych i skał czarniawych. Poza niemi wybrzeże skręcało prosto ku północy, kończąc się wyniosłym przylądkiem, zasłaniającym horyzont z tej strony.

Na północy Golden Mount, zacząwszy od prostopadłego zbocza, którego podnóże znikało pod wodą, morze ciągnęło się nieskończenie, znikając w przestworzach horyzontu.

Powietrze, odświeżone podmuchem wiatru, było niezmiernie czyste. Morze połyskiwało w promieniach słonecznych.

Wybrzeże było puste. Ani rybaka, ani żadnego innego nieznajomego nie było widać na niem, pomimo że ujście Mackenzie obfituje w rzeki morskie i ryby różnego rodzaju.

Natomiast od strony morza wywiadowca dostrzegł przez lunetę kilka żagli i dymów widniejących na północnym horyzoncie.

– Są to statki poławiaczy wielorybów – rzekł. – Płyną z cieśniny Berynga. Za trzy miesiące wrócą tą samą drogą. Jedni dążą do St. Michel do ujścia Yukonu, drudzy do Petropawłowska do Kamczatki, na wybrzeżu Azji, poczem udają się do portów oceanu Wielkiego, aby sprzedać swą zdobycz.

– Czy niektórzy z nich nie zatrzymają się w Vancouver? – spytał Skim.

– Z pewnością – odparł Bill Stell – ale czyniąc to błądzą i to bardzo, gdyż większa część załogi, przyciągnięta sławą Klondike’u, opuszcza swe stanowiska, aby się udać do tej krainy.

Bill mówił prawdę. Bliskość kopalni złota wpływa podniecająco na marynarzy, pomimo, że powracają zmęczeni trudnym połowem wielorybów. To też kapitanowie okrętów unikają, o ile to możliwa, portów Kolumbji angielskiej, dążąc do portów azjatyckich.

Po półgodzinnym spoczynku Ben Raddle i jego towarzysze rozpoczęli zwiedzanie płaskowzgórza Golden Mount. Krater znajdował się nie pośrodku, jak to mniemali, lecz w części południowo-wschodniej. Otwór krateru miał siedmdziesiąt pięć do ośmdziesięciu stóp obwodu. Trzymając się od strony wiatru, aby uniknąć gryzącego dymu, mogli byli przybliżyć się do krańca krateru i zajrzeć do jego wnętrza.

Wszystko co dotąd widzieli, zgadzało się w zupełności ze słowami Jakóba Ledun. Pochyłość zboczy krateru była dość łagodna i możnaby z łatwością doń zejść, gdyby nie duszące gazy obficie się wydobywające z jego wnętrza. Ziemia usiana była proszkiem złotym, co jeszcze bardziej potwierdzało słowa Francuza. Ale proszek nieuchwytny, który tam zastali, zmieszany z ziemią i resztkami wybuchu, przedstawiał wartość minimalną wobec skarbów, po które przyjechali z tak daleka.

– Oczywistą jest rzeczą – rzekł Ben Raddle – że Jakób Ledun nie miał przed sobą przeszkody, utrudniającej nam dostęp. Wtedy wulkan był nieczynny, mógł więc zejść do wnętrza krateru. Musimy poczekać, aż siły podziemne przestaną działać, a gdy dymu nie będzie, my również zejdziemy do krateru i czerpać będziemy, jak on wówczas, złoto pełnemi rękami.

– A jeżeli dym wydobywać się ciągle będzie – spytał Summy – i dostanie się do krateru będzie niepodobieństwem?…

– Będziemy czekali.

– Będziemy czekali… na co?

– Na to, aby wybuch dokonał tego, czego my zrobić nie możemy, czyli, aby wyrzucił z wnętrza Golden Mount kruszec w nim zawarty.

Istotnie innego wyjścia nie było. Miało ono jednak swoje złe strony, które podróżnicy musieli wziąć pod uwagę. Dla ludzi nie potrzebujących liczyć się z czasem, którym było wszystko jedno czy przepędzą zimę przy ujściu Mackenzie czy też w Dawson City, wyjście to byłoby wskazane. O ile jednak okoliczności się nie zmienią, czyli, o ile w przeciągu dwu i pół miesięcy wulkan działać nie przestanie albo nie wyrzuci z siebie pożądanego złota, czy nie będą zmuszeni opuścić Golden Mount, dążąc na południe, gdzie ich zatrzyma nadeszła już zima?

Wszyscy czworo zadawali sobie to pytanie, ale każdy odpowiadał na nie na swój sposób.

Bill Stell uśmiechał się do siebie nieco drwiąco. Dostał dobrą nauczkę. On, który dotąd chronił się od gorączki złota, zaraził się narówni z innymi i oto czego się doczekał! Wyleczenie jednak nastąpiło prędko. Wróciwszy do swej dawnej filozofji, przyjmował niepowodzenie z pogodą, pocieszając się, że niczego innego spodziewać się nie można po zawodzie poszukiwacza złota.

'The Golden Volcano' by George Roux 47

Jane Edgerton stała nieruchomo, ze ściągniętemi brwiami nad brzegiem krateru, patrząc uporczywie na unoszące się kłęby dymu. Stwierdzała, że są wypadki, w których energja i stanowczość nie wystarczają, i gniewała się na te moce przyrodzone, przed któremi wola jej ugiąć się musi.

Summy Skim był najnieszczęśliwszy. Znów zimę spędzić w Klondike! Na samą tę myśl drżał cały.

On to odpowiedział na wniosek Ben Raddle’a.

– Bardzo dobrze rozumujesz, lecz pod warunkiem, iż wybuch nastąpi. W tem tkwi rzecz cała. Czy nie uważasz, że ten wulkan jest bardzo spokojny? nie wyrzuca z siebie ani popiołu, ani nawet kamyczka. Nie słychać najlżejszego odgłosu. Dym unosi się z niego, lecz dym dziwnie spokojny! Czy nie sądzisz, że to rzecz osobliwa?

Ben Raddle odpowiedział wymijająco:

– Zobaczymy.

Po dwugodzinnym pobycie na płaskowzgórzu, wędrowcy zaczęli schodzić z góry. Zajęło im to godzinę. Przed trzecią po południu Ben Raddle i jego towarzysze dość zmęczeni, lecz cali i zdrowi, byli zpowrotem w obozowisku.

Zostawszy sam na sam z kuzynem, Summy, opanowany swą myślą, zwrócił się do niego z temi słowy:

– Słuchaj, Ben, mówię poważnie. Cóż poczniemy, jeżeli wybuch się opóźni… jeżeli nastąpi dopiero zimą?

Ben Raddle za całą odpowiedź odwrócił głowę, Summy zaś nie miał odwagi nalegać więcej.



VIII.

Interwencja Ben Raddle’a.

W chwili gdy Ben Raddle powziął zamiar nowej wyprawy, nie wątpił, opierając się na dokładnych wskazówkach Jakóba Ledun, że wystarczy sięgnąć jeno po leżące w kraterze złoto, naładować niem wozy i powrócić do Dawson City. Zajęcie to nie miało zająć więcej nad ośm dni tak, że cała podróż miała trwać najwyżej trzy miesiące. To też z czystem sumieniem przyrzekł Summy Skim’owi, że będą zpowrotem w połowie sierpnia, a zatem w samą porę, aby móc wyruszyć przed zimą do Skagway, a następnie do Vancouver, skąd pociągiem dostaną się do Montrealu.

– A jakiegoż to pociągu trzeba będzie? – odpowiedział mu wtedy Summy żartobliwie – ażeby przewieźć nas i miljony z Golden Mount!

Otóż, jeżeli miljony leżały na miejscu wskazanem w kraterze, to niemniej wydobyć ich stamtąd nie było można.

Niespodziewana ta przeszkoda zmusiła podróżnych do pozostania dłużej, może nawet kilka tygodni nad wybrzeżem morza Polarnego. Wywiadowca więc zajął się zapewnieniem żywności dla ludzi i zwierząt aż do dnia, w którym będzie rzeczą konieczną powracać na południe. Przepędzać bowiem zimę pod namiotem byłoby szaleństwem. Tak czy inaczej, należało przejść koło polarne najpóźniej w połowie sierpnia. Po upływie tego terminu droga będzie przed nimi zamknięta wskutek nawałnic i zawiei śnieżnych, które nawiedzają te mroźne okolice.

Do tego pobytu, będącego jednem pasmem oczekiwań, należało uzbroić się w niezwykłą cierpliwość. W każdym razie działanie wulkanu wymagało bacznej uwagi i kilkakrotne odwiedzenie krateru było rzeczą nieodzowną. Ani Ben Raddle, ani wywiadowca, ani tem bardziej Jane Edgerton nie oszczędzą sobie trudu śledzenia tego zjawiska.

Summy Skim zaś i Neluto nie omieszkają skracać sobie czasu polowaniem, czy to na równinach ciągnących się na południe i zachód od góry, czy też na bagnach delty rzeki Mackenzie. Zwierzyny było poddostatkiem w tych stronach, więc zawołanym tym myśliwym nie brak będzie rozrywki. Wywiadowca wszakże radził im, aby się zbytnio nie oddalali, gdyż o tej porze roku wybrzeże oceanu Lodowatego nawiedzają plemiona indyjskie, których unikać nakazuje ostrożność.

Służba zaś będzie miała sposobność zabawiania się rybołówstwem. Ryb bowiem nie brak w labiryncie rzecznym ujścia Mackenzie, a z tego powodu i żywności dla całej karawany aż do nadejścia zimy.

Dni mijały bez zmiany w położeniu. Działalność wulkanu nie wzmagała się wcale. Jak to przypuszczał Ben Raddle, wnosząc z miejsca, w którem znajdował się krater, dym przedostawał się w kierunku północno-wschodniego zbocza góry, na co zresztą wskazywała pochyłość zachodniego stoku jedynie dostępnego do wspinania się po nim. Z obozowiska znajdującego się u podnóża Golden Mount od wschodniej strony słychać było wyraźnie głuchy pomruk pracy podziemnej. Inżynier wnioskował z tego, że grubość tego zbocza urwistego nie jest bardzo znaczna i Bill Stell podzielał jego zdanie.

Jane Edgerton, Ben Raddle i wywiadowca odwiedzali prawie codziennie krater, a niestrudzony Summy wraz ze swym wiernym Neluto polował zawzięcie. Pewnego dnia jednak zapragnął towarzyszyć przyjaciołom na górę. Nie w porę się wybrał, gdyż o mało nie przypłacił swej zachcianki życiem.

W niewielkiej odległości od szczytu szli wszyscy czworo połączeni sznurem w ten sposób, że wywiadowca był na czele, Ben Raddle w końcu, Summy zaś i Jane Edgerton między nimi, tak że Summy wyprzedzał dziewczę. Gdy przechodzili przez stożek miałkiego popiołu, nagromadzonego wskutek dawnych wybuchów na niższym stopniu wulkanu, sznur przerwał się przy samym słupku. Summy, który właśnie wtedy postąpił kroku, straciwszy równowagę, upadł i zaczął się staczać po pochyłości z przyśpieszoną szybkością, jak tego wymaga prawo ciążenia. Napróżno starał się zatrzymać! Grunt usuwał się pod palcami.

Towarzysze wydali okrzyk trwogi. Summy nie byłby dostał się żywy do podnóża góry i byłby za sobą pociągnął towarzyszy złączonych z nim jednym sznurem, czyli Ben Raddle’a, a przed Ben Raddle’m Jane Edgerton.

'The Golden Volcano' by George Roux 48

Na szczęście dziewczę nie straciło przytomności. Niezwykłym zbiegiem okoliczności Jane w chwili gdy sznur pękł, znalazła pod ręką kępę karłowatych krzewów, o które się oparła silnie.

Skoro Summy, zmuszony do zastosowania się do prawa ciążenia, zsunął się koło niej, schwyciła go za ubranie i nadludzkim wysiłkiem zatrzymała w pędzie.

Summy stanął na równe nogi, oszołomiony może, lecz zdrów i cały.

– Nic złamanego? – spytał z dołu Ben Raddle.

– Nic – odpowiedział Summy. – Parę zadraśnięć, które obejdą się bez pomocy doktora Pilcox!

– A zatem w drogę! – zawołał uspokojony Ben Raddle.

Summy zaprotestował.

– Pozwól przynajmniej, żebym podziękował miss Jane; ocaliła mi wprost życie.

Jane Edgerton przybrała minkę złośliwą.

– Niepotrzebnie – rzekła. – Spłaciłam dług tylko. Jesteśmy skwitowani. W każdym razie pozwoli pan, że zwrócę mu uwagę, choćby to miało zmienić zapatrywanie pana, że i kobiety zdadzą się na coś czasami.

Summy byłby niewdzięczny, gdyby temu zaprzeczył. To też przyznał rację z całym zapałem, poczem wędrowcy zaczęli schodzić w dalszym ciągu i dotarli szczęśliwie do obozowiska.

I znów dni mijały bez zmiany w działalności wulkanu. Najmniejszy płomień nie ukazał się w czeluści krateru.

Nadszedł dzień 20 czerwca.

Łatwo sobie wyobrazić, w jakiem podnieceniu żyli Ben Raddle i jego towarzysze. Bezsilność czynu, bierność oczekiwania drażniły ich do najwyższego stopnia. Wszystko co było potrzebne do zaopatrzenia się na dłuższy pobyt było zrobione, nuda więc ogarnęła całe obozowisko.

Jednej tylko osobie nie brak było zajęcia: Jane Edgerton.

Objąwszy ster wydziału kuchennego miała dość pracy, aby zaspokoić apetyty dwudziestu jeden podróżników.

Pewnego razu jednak wierna intendentka zdradziła swój urząd. Było to wtedy, gdy na szczycie wulkanu zaskoczyła ją wraz z towarzyszami gęsta mgła, zagradzając drogę do powrotu. Musiano pozostać na szczycie kilka godzin ku wielkiemu żalowi Jane, kłopoczącej się o śniadanie dla swej gromadki.

Gdyby była przewidziała co się dzieje w obozowisku, byłaby mniej strapiona. Znalazł się w niem zastępca, a tym zastępcą był nie kto inny, jeno Summy. Dla tego samego powodu, który zatrzymał wędrowców na szczycie góry, Summy Skim nie poszedł na polowanie. Chcąc więc zająć się czemkolwiek, wszedł wyjątkowo w prawa intendentki. Okręcony fartuchem, plączącym się między nogami, wywijał nożem i widelcem, przygotowywając posiłek, który byłby wyśmienity, gdyby kucharz miał tyle talentu co zapału.

Jakież było zdziwienie Jane, gdy po zniknięciu mgły powróciwszy do obozowiska, zastała stół nakryty i śniadanie gotowe. Nietrudno było się domyślić, kto był tego sprawcą. Zresztą Summy nie ukrywał się bynajmniej. Przeciwnie, z pewną chełpliwością pokazywał się przepasany fartuchem, uzbrojony w narzędzia kulinarne z twarzą zarumienioną od ognia.

– Do stołu! – zawołał wesoło, gdy tylko Jane i jej towarzysze mogli usłyszeć jego głos.

Gdy wszyscy zasiedli do stołu, Summy zaczął usługiwać młodej towarzyszce. Z ruchem wytrawnego lokaja podał jej półmisek, z którego zaczerpnęła obficie.

– Niech się pani nie obawia spróbować – zachęcał Summy. – Powie mi pani, jak smakuje.

Ale w chwili, gdy Jane miała się zabrać do jedzenia, Summy przerwał jej, mówiąc:

– Słówko przedtem, miss Jane, chcę zwrócić pani uwagę, choćby to zmienić miało jej zapatrywanie, że i mężczyźni zdadzą się na coś czasami!

Jane, nie odpowiedziawszy, spróbowała podanej potrawy.

– Nie podzielam pańskiego zdania – rzekła zimno.

Pieczeń była niemożliwa w istocie. Summy upokorzony, musiał to przyznać, spróbowawszy zkolei.

Dobre czy złe – śniadanie spożyte zostało z apetytem. Zęby nie próżnowały, języki tem bardziej.

A o czemżeby mówili, jeśli nie o swej trosce? Rozmawiano o Golden Mount, o bogactwach zawartych w jego wnętrzu i o przeszkodzie w ich wydostaniu. W ciągu rozmowy jeden z obecnych zaproponował, jako rzecz zupełnie prostą, aby wysadzono górę prochem.

– Cały nasz zapas prochu nie wystarczyłby na wybicie szczerby – odpowiedział Bill Stell – a zresztą nawet gdyby było możliwe, cóżby z niej wyszło?

– Może potok złota – rzekł Kanadyjczyk.

– Nie – odparł wywiadowca – tylko dym. Przedostałby się przez szczerbę zamiast przez czeluść krateru, i nie zyskalibyśmy nic na tem.

– Cóż począć zatem?

– Czekać.

– Czekać! – zawołał jeden z dawnych robotników działki 129. – Wkrótce stanie się to niepodobieństwem. Za dwa miesiące najdalej będziemy musieli wyjechać, jeżeli nie chcemy tu zimować.

– To pojedziemy – oświadczył Ben Raddle odzywając się zkolei. – Wrócimy do Dawson City i będziemy tu zpowrotem na początku lata.

– Co? – zawołał Summy, zrywając się nagle – przepędzić jeszcze jedną zimę w Klondike!

– Tak – oświadczył krótko Ben Raddle. – Wolno ci wracać do Montrealu. Ja zostanę w Dawson. Wybuch nastąpi wcześniej czy później. Chcę być przy tem.

Jane Edgerton wmieszała się do rozmowy, któraby mogła wziąć niepomyślny obrót, pytając:

– Czy niema żadnego środka, aby wywołać wybuch?

– Żadnego – rzekł Ben Raddle – nie możemy…

I jak gdyby nowa myśl mu zabłysła, inżynier przerwał sobie, patrząc na Jane Edgerton uporczywie. Napróżno nalegała. Potrząsając głową, odmówił wypowiedzenia swej myśli.

Dni następnych pogoda uległa zmianie. Gwałtowne burze ciągnęły z południa. Zmniejszenie ciśnienia atmosferycznego, zdawało się, że powiększa działalność wulkanu. Wśród dymu pokazały się płomienie.

Po tych burzach nastąpiły deszcze ulewne, a po nich – częściowy wylew ujścia Mackenzie. Wody zalały przestrzeń dzielącą dwie główne odnogi.

Nie potrzebujemy dodawać, że Summy musiał zaniechać polowania i że z powodu bezczynności, czas mu się dłużył.

23 czerwca jednakże zaszła rzecz ważna.

Po południu Ben Raddle zaprosił wywiadowcę, Summy Skim’a i Jane Edgerton do swego namiotu.

– Chciałbym z wami pomówić, drodzy przyjaciele – rzekł, gdy zajęli wszyscy miejsca – i proszę was, abyście baczną zwrócili uwagę na to, co wam przedłożę.

Rysy jego twarzy wyrażały powagę. Zmarszczone czoło świadczyło o trosce, która nurtowała jego duszę. Summy Skim, szczerze mu oddany, zaniepokoił się wielce. Czyżby Ben Raddle chciał zaniechać swego zamiaru? Czyżby zdecydował się powrócić do Montrealu o ileby nie zaszła jaka zmiana przed końcem lata? Nie potrzebujemy dodawać, że Summy Skim byłby bardzo zadowolony z tego rozwiązania.

– Drodzy przyjaciele – zaczął Ben Raddle – nie możemy wątpić o istnieniu Golden Mount i skarbach w nim zawartych. Że Jakób Ledun nie mylił się, stwierdzić to mogliśmy naocznie. Pierwsze objawy mającego nastąpić wybuchu nie pozwalają nam, niestety, dostać się do wnętrza krateru. Gdyby to było możliwe, bylibyśmy już w tej chwili w drodze powrotnej do Klondike.

– Wybuch ten nastąpi – oświadczył Bill Stell.

– Ale wulkan wybuchnąć musi przed upływem sześciu tygodni – mruknął Summy.

Zaległo milczenie. Obecni wpadli w zadumę. Ben Raddle po chwili skupienia jak gdyby ważąc następstwa długo przemyślanego projektu, odezwał się znowu:

– Kilka dni temu miss Jane Edgerton poddała mi myśl, której nie wypowiedziałem odrazu. Być może, że uczyniła to w chwili zniechęcenia po stwierdzeniu naszej bezsilności wobec nieprzewidzianych wypadków, być może, że do swego powiedzenia nie przywiązywała żadnej wagi… Ale mnie myśl ta uderzyła, zastanawiałem się nad nią głęboko, szukałem środków, aby ją urzeczywistnić, i zdaje mi się, że je znalazłem. Na pytanie, czy nie możnaby wywołać jakim sposobem wybuchu? odpowiadam: dlaczegożby nie?

Jane Edgerton oczy zabłysły. „Tak mówić to rozumiem! Działać, panować nad stworzeniem i rzeczą, ugiąć swoją wolą nawet naturę, to się nazywa żyć dopiero!” Usta jej drgały, nozdrza się rozszerzyły, cała postawa wyrażała niecierpliwość, z jaką oczekiwała tego podniecającego projektu.

Summy Skim i wywiadowca spoglądali na siebie z niemem pytaniem, czy inżynier jest przy zdrowych zmysłach, czy tyle rozczarowań i trosk nie wpłynęło ujemnie na jego rozum. Ben Raddle, jak gdyby zaprzeczając tym myślom, odezwał się z całą przytomnością człowieka zdającego sobie całkowicie sprawę ze swych postępków:

– Wulkany, jak wiecie, są położone zwykle nad morzem: Wezuwjusz, Etna, Hekla, Chimborazo i tyle innych na starym i nowym lądzie. Z tego wynika, że woda ma związek z niemi. Zresztą nowoczesna teorja dowodzi, że wulkany są w podziemnem połączeniu z oceanem. Wody dochodzą do nich stopniowo lub nagle, zależnie od budowy gruntu, i przy zetknięciu się z ogniem wewnętrznym zmieniają się w parę. Skoro ta para pozostaje długo zamknięta we wnętrzu ziemi, wtedy mocą swego ciśnienia powoduje wstrząśnienia, starając się wydobyć nazewnątrz, a gdy to uskuteczni, porywa z sobą resztki żużli, popiół, skały i wyrzuca je wśród kłębów dymu i płomieni. W tem, nie ulega wątpliwości, leży przyczyna wybuchów wulkanicznych i trzęsienia ziemi, przynajmniej poczęści… A zatem, dlaczegożby ludzie nie mogli spróbować tego, co spełnia natura?

Obecni pochłaniali inżyniera wzrokiem. Jeżeli ta teorja o zjawiskach wulkanicznych nie posiada jeszcze bezwzględnej pewności, w każdym razie uważana jest za najprawdopodobniejszą. Co zaś tyczy się Golden Mount, to wszystko wskazywało na jego połączenie z oceanem Lodowatym. Przez czas mniej lub więcej długi połączenie to zostało przerwane, dziś jednak musi być inaczej, skoro z wulkanu wydobywa się para. Czy nie możnaby więc uczynić dostępniejszym napływ wody morskiej do centralnego ogniska? Czyżby inżynier nosił się ze śmiałą myślą dokonania tego niesłychanego dzieła?

– Zauważyliście, jak i ja – ciągnął dalej Ben Raddle – że krater jest położony przy północno-wschodniem zboczu góry. Zresztą odgłos pracy podziemnej daje się słyszeć z tej strony, a nawet w tej chwili odgłosy te stają się donioślejsze.

Istotnie, jak gdyby na potwierdzenie słów inżyniera głuche pomruki rozlegały się nazewnątrz z osobliwem natężeniem.

– Musimy uważać za pewnik, że komin wulkanu przechodzi w pobliżu naszego obozowiska. Pozostaje nam więc wyszczerbić otwór z tej strony góry i wykopać kanał, przez który wody przedostałyby się w ilości nieograniczonej.

– Jakie wody? – spytał Bill. – Morskie?

– Nie – odpowiedział inżynier. – Nie potrzebujemy sięgać tak daleko. Czyż nie mamy w pobliżu Rio Rubber? Oddzielony od rzeki Mackenzie, znajdzie ujście we wnętrzu Golden Mount.

Ben Raddle mówił o tem, jak gdyby kanał wykopany już przepuszczał wody Rio Rubber. W miarę przedstawiania swego projektu umocnił się w swem postanowieniu i uważał projekt za rzecz nieodmienną.

Pomimo całej śmiałości pomysłu nikt z obecnych nie przeciwstawiał mu się. Jeżeli Ben Raddle’owi nie uda się, nie pozostanie już nic jak tylko myśleć o drodze powrotnej. Jeżeli zaś mu się powiedzie, jeżeli wulkan istotnie odda swe bogactwa, to wynik będzie podobny z tą różnicą, że nie z pustemi, lecz naładowanemi wozami wrócą do Klondike.

Wprawdzie pomysł Ben Raddle’a pociągnąć mógł poważne niebezpieczeństwo. Czy przemiana tak wielkiej ilości wody w parę nie mogła dokonać się zbyt gwałtownie? Czy nie wywoła ona katastrofy? Czy nie wywoła nietylko wybuchu, lecz i trzęsienia ziemi, grożącego zniszczeniem obozowiska i całej okolicy?

Ale o tem niebezpieczeństwie nikt myśleć nie chciał i nazajutrz 24 czerwca wzięto się do pracy.

Z polecenia inżyniera zaczęto od wyszczerbienia zbocza góry. Oczywiście, jeżeli skała okaże się za twardą, aby ją skruszyć, jeżeli nie można będzie dostać się do komina krateru, to próżnym byłby trud kopania kanału dla odprowadzenia wód rzeki.

Otwór korytarza mającego prowadzić do krateru, ustanowiono na dwadzieścia stóp poniżej poziomu rzeki, aby spadek wody był szybki. Na szczęście nie natrafiono na twardą skałę przynajmniej w pierwszej połowie pracy. Natrafiono najpierw na kruszącą się ziemię, następnie na kamieniste szczątki i odłamki lawy oddawna tkwiące w masie góry, wreszcie kawałki kwarcu, skruszone poprzedniemi wstrząśnieniami.

Praca nie ustawała ani dniem, ani nocą Nie było godziny do stracenia. Nie wiedziano, jaka jest grubość ściany, Ben Raddle bowiem nie miał na czem oprzeć swych wyliczeń i być może była ona większa niż sądził. Im dalej posuwano się z robotą, tem głośniejsze stawały się odgłosy. W każdym razie zbliżenie do komina nie oznaczało jeszcze, że miano doń dotrzeć.

Summy Skim i Neluto zapomnieli o polowaniu. Brali udział w robocie, jak zresztą sam inżynier, to też otwór posuwał się codziennie na pięć do sześciu stóp.

Po pięciu dniach jednak natrafiono niestety na warstwę kwarcu, o którą stępiły się kilof i motyka. Ileż czasu trzeba byłoby poświęcić, aby przebić tę niezmiernie twardą powłokę, która sięgała zapewne do samego wnętrza góry? Ben Raddle postanowił wysadzić skałę zapomocą prochu i użyć do tego ku zmartwieniu Summy Skim’a część jego nabojów. Proch ten wprawdzie nie był tylko używany w celach myśliwskich. W razie potrzeby mógł również służyć jako środek obrony. Nie przewidywano jednak żadnego niebezpieczeństwa, okolica była pustynna i żaden tubylec nie zawitał w te strony.

Użycie miny okazało się skuteczne. Jeżeli praca szła powolniej, w każdym razie nie ustała zupełnie.

8 lipca, po dwutygodniowej pracy, długość korytarza wydała się dostateczną. Zajmował on przestrzeń trzydziestu stóp kwadratowych, głębokość zaś jego sięgała czternastu sążni. Mógł więc pomieścić znaczną ilość wody. Odgłosy wulkanu dochodziły z taką siłą, że grubość ściany chyba nie wynosiła więcej nad jedną do dwu stóp. Wystarczy więc kilku min, aby zakończyć wydrążanie korytarza.

Projekt zatem Ben Raddle’a nie napotkał na żadną nieprzezwyciężoną przeszkodę. Kanał na ziemi odkrytej, którym płynąć miały wody Rio Rubber, nie przedstawiał żadnej trudności, a chociaż miał się ciągnąć na przestrzeni trzystu stóp, wykonanie jego nie potrwałoby dłużej nad dziesięć dni.

– Najtrudniejszą rzecz spełniliśmy – rzekł Bill Stell.

– I najdłuższą – dodał Ben Raddle. – Jutro zaczniemy kopać kanał w odległości sześciu stóp od lewego brzegu Rio Rubber.

– A zatem – odezwał się Summy – ponieważ mamy popołudnie wolne, użyjmy go na…

– Na polowanie, nieprawdaż panie Summy? – rzekła Jane wesoło.

– Nie, miss Jane – odpowiedział Summy Skim – na odwiedzenie po raz ostatni krateru, aby się przekonać, co się tam dzieje.

Summy miał słuszność, wyruszono więc natychmiast. Nabywszy wprawy przez częste wycieczki, podróżnicy, do których dołączył się i Neluto, w półtorej godziny byli już u szczytu góry.

Do krateru jednak zbliżyć się nie mogli tak blisko, jak pierwszym razem. Para bowiem, która się z niego wydobywała, była nadzwyczaj gęsta i poprzerzynana długiemi płomieniami, a gorąco przy kraterze było nie do zniesienia. Ale wulkan nie wyrzucał ani lawy, ani kamieni.

– Stanowczo – zauważył Summy Skim, wulkan nie jest hojny, a jeżeli posiada złoto, to ukrywa je zazdrośnie.

– Weźmiemy siłą to, czego nie chce nam oddać dobrowolnie – rzekła Jane Edgerton.

Musieli jednak przyznać, że działanie wulkanu obecnie było daleko silniejsze. Jego pomruk przypominał odgłos wody gotującej się w kotle o wysokiem ciśnieniu, którego ściany syczą pod wpływem ognia. Wybuch przygotowywał się niechybnie. Ale może upłynie kilka tygodni, może kilka miesięcy, zanim wulkan zechce z siebie wyrzucić płomienną zawartość.

To też Ben Raddle po obejrzeniu krateru nie myślał wcale przerwać swych prac, lecz przeciwnie postanowił przyśpieszyć ich wykonanie.

Wędrowcy, opuszczając szczyt góry, po raz ostatni ogarnęli wzrokiem okolicę. Wydała im się zupełnie pusta. Ani na równinie ani na morzu nie dostrzegli nic osobliwego. Przynajmniej pod tym względem Ben Raddle i jego towarzysze mogli być zupełnie zadowoleni. Zdawało się, że tajemnica Golden Mount była ich wyłączną własnością.

Obróceni tyłem do krateru zawiśli spojrzeniem na rozległym horyzoncie. Summy szczególnie był cały zatopiony w myślach. Z oczyma utkwionemi na południo-wschód stał nieruchomy i jak gdyby zapomniał o towarzyszach.

– Co tak zajmującego pan widzi w tej stronie? – spytała go Jane Edgerton.

Summy odpowiedział głosem zdławionym.

– Montreal, miss Jane, Montreal i Green Valley.

– Green Valley – powtórzyła Jane. – Miejscowość ta leży panu bardzo na sercu.

– Czyż może być inaczej? – odparł Summy, nie odrywając wzroku od kierunku, który go tak przyciągał jak biegun przyciąga igłę magnesu. Czy nie tam żyłem? W Green Valley znam tych, co przyszli na świat po mnie, a mnie znają ci, co przyszli na świat przede mną. Tam, znany i mile witany przez wszystkich od najstarszego wiekiem do najmłodszego dziecka, jestem przyjacielem wszystkich domów, i jeżeli wyłączę z tego kochanego mojego Bena, który niestety stworzony jest do przyjmowania uczucia, lecz nie odwrotnie, tam tylko znajduję ciepło rodzinne. Miłuję Green Valley i Green Valley mnie miłuje, miss Jane.

Summy umilkł, Jane zkolei zamyśliła się głęboko. Kilka słów wymówionych przez towarzysza podróży obudziły w jej sercu uśpione uczucia.

Może mówiła sobie, że największe wysiłki energji i jej powodzenie nie wystarczają dla życia, że jeżeli dobrze zastosowana i świadoma siebie wola może napełnić dumą umysł, tkwią w nas inne instynkty domagające się swych praw, a których zadowolić nie są w stanie triumfy naszej woli. Może pod wpływem tych słów zauważyła osobliwość swego położenia? Może zobaczyła się słabą i samotną, na szczycie tej góry oddalonej od stref zamieszkałych, otoczona po większej części ludźmi nieokrzesanymi, dla których była tylko znajomością przelotną? Może mówiła sobie, że ona również nie ma rodziny, i że mniej szczęśliwa od Summy Skim’a nie ma podobnego jak on Green Valley, w którymby ją witał kto z otwartemi ramiony?

– Co to? – zawołał nagle Neluto, obdarzony najlepszym ze wszystkich wzrokiem – zdawałoby się, że…

– Że co? – spytał Ben Raddle.

– Nic – odrzekł Neluto. – A jednak zdawało mi się, że widziałem…

– Cóż, nakoniec? – nalegał Ben Raddle.

– Nie wiem – mówił wahający się Indjanin. – Zdawało mi się… Dym może…

– Dym?… – zawołał inżynier. – W jakim kierunku?

– Tam – objaśniał Neluto, wskazując na las, który o trzy tysiące mil od wulkanu zarysowywał się na zachodzie.

– W lesie? czy na skraju?

– Nie.

– Wewnątrz, pod drzewami zatem?

– Tak.

– W jakiej odległości?

– Dwie, lub trzy mile wśród drzew… może mniej…

– A może więcej – dokończył Ben Raddle zniecierpliwiony. – Znam twoją zwrotkę, Neluto W każdym razie nic nie widzę.

– Ja również nie widzę nic – rzekł Neluto. – A nawet nie jestem pewny, czy widziałem… To taka mała rzecz… Mogłem się omylić.

Pierwszy raz odkąd dotarli do oceanu Lodowatego, dała się zauważyć obecność ludzi w tych stronach. Dym nad drzewami świadczył, że rozłożono pod drzewami obozowisko, i ktokolwiek bądź to uczynił, niczego dobrego spodziewać się po nim nie należało.

Ale któż to mógł być? Czy myśliwi, czy prędzej poszukiwacze złota, którzy dowiedzieli się o istnieniu Golden Mount.

Być może, że przybysze nie widzieli jeszcze wulkanu złotodajnego za zasłoną drzew olbrzymich. Ale gdy staną na skraju lasu, ukaże im się w całej pełni, a wtedy niewiadomo, co wyniknie z tego odkrycia.

W każdym razie była to poważna okoliczność, nie dająca spokoju Ben Raddle’owi i jego towarzyszom.

Wszyscy z wyjątkiem Jane Edgerton, która trwała w swem zamyśleniu, zwrócili spojrzenia w kierunku zachodnim. Nic osobliwego nie spostrzeżono. Żaden obłok dymu nie pokazał się nad drzewami, tworzącemi ciemną linję na horyzoncie.

Przekonany o omyłce Neluta Ben Raddle dał hasło odwrotu.

W tej chwili Jane zbliżyła się do Summy Skim’a.

– Jestem zmęczona, panie Skim – rzekła słabym głosem.

Summy stanął ze zdziwienia. I miał się czego dziwić. Niesłychane, żeby Jane przyznawała się do zmęczenia. Musiała w niej zajść jakaś niespodziewana zmiana.

Tak, zmiana zaszła, panie Skim. Jane była bardzo zmęczona. Sprężyna, która ją podtrzymywała, gdy spełniała niestrudzenie czyny ponad jej siły, ugięła się, jeżeli nie została zupełnie złamana. Przez chwilę ujrzała życie w innem świetle niż w blasku walk i wysiłków nieprzerwanych. Zrozumiała całą słodycz uczucia. Chciała być kochana, otoczona opieką; zrozumiała, że tylko w gniazdku rodzinnem spełniłoby się to pragnienie, i ciało jej osłabło pod brzemieniem tej samotności. Ach! jakże bardzo była zmęczona Jane Edgerton!

Nie myślał nad tem wszystkiem zacny Summy; nie poddawał analizie odezwania się Jane. Patrzył na nią tylko i zaskoczony złamanym głosem, którym wypowiedziała swe słowa, zaczął się dziwić, że odkrył to, czego nie spostrzegł dotąd. Jakże delikatne, jak wątłe, jak ładne było to dziewczę, jak znikome wobec przestrzeni, która je otaczała. Co za nieszczęście, że znajduje się tu, w tej oddalonej stronie, narażona na tyle trudów, cierpień i niebezpieczeństw! I serce Summy Skim’a ogarnęła wielka braterska litość.

– Niech się pani nie obawia – rzekł do niej z grubym śmiechem, aby pokryć wzruszenie – jestem przy pani. Niech się pani oprze mocno na mnie. Jestem silny i wytrwały.

Zaczęli schodzić. Summy wybierał drogę i podtrzymywał swoją towarzyszkę z pieczołowitością starszego brata, z troskliwością amatora, w którego ręce dostało się kosztowne a delikatne cacko.

Jane, nieświadoma, dała sobą powodować. Szła jak gdyby ogarnięta snem dziwnym z oczyma utkwionemi wdal. Na co patrzała? Czy tam wdali przyciągał ją świat nieznany, czy tajemnica bardziej jeszcze nieprzenikniona strwożonego jej serca?



IX.

Polowanie na łosia.

Prawy brzeg Rio Rubber tworzył wyraźnie zarysowane kolano oddalone o blisko pięćdziesiąt sążni od miejsca, gdzie zaczynał się korytarz prowadzący do komina krateru. Odpływ wody miał być uskuteczniony w kącie samym kolana. Należało więc wykopać kanał długości trzystu stóp.

9 lipca zrana zaczęto nową pracę. Pierwsze uderzenie łopatą stwierdziło, że obejdzie się bez wielkich wysiłków. Grunt na głębokość siedmiu do ośmiu stóp był dość podatny. Głębokość ta wraz z podobną szerokością miały wystarczyć do utworzenia kanału, a co najważniejsza, nie trzeba było używać prochu, którego zapas i tak się zmniejszył.

Uczestnicy karawany wzięli się do dzieła z zapałem. Bliskość celu dodawała im sił. Wszyscy wiedzieli o planach Ben Raddle’a, a chociaż większa część nie rozumiała teorji, na jakiej się opierał, nikt nie wątpił, że Golden Mount wyrzuci z siebie wkrótce cały zapas złota.

Patrick szczególnie dokazywał cudów. Dzięki swej sile pracował za dziesięciu.

W tych warunkach robota kanału postępowała szybko. Zmieniając się i korzystając z długiego zmroku pracowano częściowo i w nocy. Ben Raddle pilnował wykonania roboty i zwracał ciągłą uwagę, aby brzegi kanału nie obsuwały się, przyczem przypatrywał się bacznie, czy nie natrafi na jaką żyłę złotodajną. Nie znalazł jednak nic.

– Rio Rubber – zauważył wywiadowca – niewart jest Bonanzy. Wreszcie co nas obchodzi, że ta rzeka nie dostarcza nam złota, skoro przyczyni się do wydobycia go z Golden Mount.

Upłynął tydzień. Szesnastego lipca kanał był prawie skończony. Jeszcze kilka metrów zostało do wykopania, a następnie wystarczy rozkopać brzeg rzeki na długość pięciu do sześciu stóp i przebić ścianę odgradzającą korytarz od komina. Reszty dokonają wody rzeki, wpadając przez kanał do wnętrza wulkanu.

Ile czasu trzeba będzie, aby wybuch spowodowany nagromadzeniem się pary nastąpił? Na to nikt nie mógł odpowiedzieć. Wszelako inżynier zauważył, że działalność wulkanu zwiększała się z dnia na dzień. Wśród kłębów dymu unosiły się coraz to większe płomienie, oświetlając podczas krótkich godzin nocnych sąsiednią okolicę na rozległą przestrzeń. Można więc było sądzić, że gdy wody dostaną się do głównego ogniska, przemieniając się natychmiastowo w parę, wywołają pożądane zjawisko.

Tegoż dnia przed zmrokiem Neluto, cały zasapany po długiej drodze, zbliżył się pospiesznie do Summy Skim’a.

– Ach… panie Skim!… panie Skim!…

– Cóż się stało?

– Łosie… panie Skim… łosie!

– Łosie! – zawołał Summy.

– Tak… całe stado… może pół tuzina… może więcej… może…

– Mniej – dokończył Summy. – Znam twoją zwrotkę, mój chłopcze. W jakim kierunku zjawiły się?

– Tam…

I Indjanin wskazywał na zachód od Golden Mount.

– Daleko?

– O, może mila… może pół mili…

– Może dwieście kilometrów – dokończył Summy ze śmiechem.

Jednem z najżywszych pragnień zawołanego myśliwego było upolować choć parę łosi. Odkąd przyjechał do Klondike, sposobność ta go omijała. Zaledwie słyszał o zjawieniu się dwojga czy trojga tych zwierząt w okolicy Dawson City lub na terytorjum Forty Miles Creek. Wiadomość przeto przyniesiona przez Neluta podnieciła niezwykle jego żyłkę myśliwską.

– Chodź! – rzekł do Indjanina.

Obaj opuścili obozowisko, dążąc najpierw podnóżem góry, następnie skręcając na południe. Summy wtedy mógł własnemi oczyma zobaczyć stado łosi, idących spokojnie na północo-zachód przez rozległą równinę.

Pomimo gwałtownej chęci rozpoczęcia polowania natychmiast, Summy, wiedziony rozsądkiem, odłożył je do następnego dnia. Pora bowiem była spóźniona. Zresztą najważniejszą rzeczą było zjawienie się tych zwierząt w okolicy.

Powróciwszy do obozowiska, Summy zwierzył się ze swoim zamiarem Ben Raddle’owi. Ponieważ nie brakowało rąk do pracy, inżynier mógł obejść się jeden dzień bez Neluta. Postanowiono więc, że dwaj myśliwi wyruszą o piątej rano na poszukiwanie łosiów.

– Ale – rzekł Ben Raddle – obiecujesz mi, Summy, że nie zapuścisz się zbyt daleko…

– Powinieneś to powiedzieć łosiom – odparł Summy ze śmiechem.

– Nie, Summy, do ciebie mówię. Należy strzec się bardzo jakiegoś niepożądanego spotkania w tych stronach pustynnych.

– Właśnie dlatego, że są pustynne, są pewne – odparł Summy.

– Niech i tak będzie. Obiecaj mi jednak, że wrócisz po południu.

– Po południu… albo wieczorem.

– Wieczory, które trwają do połowy nocy. To nie zobowiązuje cię do niczego – zauważył inżynier. – Nie, Summy, powiedzmy o godzinie szóstej, a jeżeli nie wrócisz o tej porze, będę niespokojny.

– Dobrze – rzekł Summy. – Niech będzie szósta… i kwadrans dodatku!

– Zgadzam się na ten dodatek z warunkiem, że nie potrwa dłużej nad piętnaście minut!

Ben Raddle obawiał się zawsze, że jego kuzyn w zapale polowania oddali się bardziej, niż należało. Dotąd żaden Indjanin nie pokazał się przy ujściu Mackenzie. Lecz nie było wykluczone, że może się to zdarzyć, tem bardziej, że Ben Raddle nie przestawał myśleć o dymie, który Neluto spostrzec miał nad drzewami lasu. Pomimo że dwa tygodnie minęły od tego wypadku, inżynier wciąż się niepokoił i wzdychał do chwili, gdy osiągnąwszy swój cel, będzie mógł powrócić do Dawson.

Nazajutrz o piątej zrana Summy Skim i Neluto opuścili obozowisko, uzbrojeni w karabiny dalekonośne, zaopatrzeni w odpowiednią ilość żywności oraz prowadząc z sobą przywiezionego psa. Zwierzę to, wabiące się Stop, było raczej psem podwórzowym niż myśliwskim. Ale Summy zauważywszy w nim czujny węch i pewne zalety towarzyskie, zajął się jego wychowaniem, przywiązując go tem do siebie. Był nawet dość dumny z rezultatu swej nauki.

Powietrze było nieco świeże, pomimo że słońce stało już dość wysoko nad horyzontem. Dwaj myśliwi oddalili się szybko, podczas gdy pies uwijał się przy nich szczekając.

Summy Skim, w swych wycieczkach do okolic Dawson City i Forty Miles Creek nie miał sposobności, wyjąwszy pamiętną przygodę z trzema niedźwiedziami, pochwalić się większą zdobyczą. To też radował się na myśl, że wkrótce upoluje większą zwierzynę.

Łoś kanadyjski [orignal] jest zwierzęciem o wspaniałych rogach. Niegdyś bardzo pospolity w stronach, przez które przepływa Yukon i jego dopływy, i ongi nawpół oswojony, od czasu odkrycia kopalni złota na Klondike, usunął się bardziej na północ, wracając powoli do stanu dzikiego.

Trudno go podejść, gdyż daje się upolować tylko w bardzo pomyślnych okolicznościach. Szkoda to wielka, gdyż skóra jego jest bardzo cenna, a mięso nie ustępuje wcale wołowemu.

Summy Skim wiedział, do jakiego stopnia to zwierzę jest czujne. Obdarzone niezwykłym słuchem i węchem i nadzwyczajną rączością, przy najmniejszem niebezpieczeństwie wbrew swej wadze, która dochodzi nieraz do pięciuset kilo, ucieka tak szybko, że dogonić go niesposób. Obaj myśliwi przeto musieli przedsięwziąć wszelką ostrożność, aby podejść je na odległość strzału.

Stado łosiów, które Neluto spostrzegł na krańcu lasu musiało obecnie znajdować się w oddaleniu półtorej mili.

Na równinie rosły kępy drzew, można więc było przesunąć się niepostrzeżenie wśród nich, aby dostać się do końca lasu. Ale dostawszy się tu, myśliwi nie mogli postąpić ani kroku, aby nie dać znać o swej obecności. Łosie wtedy mogły zemknąć i trzebaby było wyrzec się nadziei natrafienia na ich ślady.

Naradziwszy się, Summy Skim i Neluto postanowili wejść do lasu bardziej na południe. Stamtąd, idąc od drzewa do drzewa, będą mogli okrążyć stado i zajść je ztyłu.

Po trzech kwadransach Summy Skim i Indjanin dostali się do lasu o dwa prawie kilometry od miejsca, w którem pasły się łosie. Neluto trzymał za obrożę Stopa drżącego z niecierpliwości.

– Idźmy teraz krańcem lasu, ale od wewnątrz – rzekł Summy Skim. – Tylko, na Boga, nie puszczaj psa!

– Tak, panie Skim, ale ze swej strony niech pan mnie trzyma, nie będzie to zbyteczne!

Summy uśmiechnął się. Stanowczo miał on dość trudu z utrzymaniem samego siebie!

Pochód ich pod osłoną drzew nie był łatwy. Osiny, brzozy i sosny splatały się z sobą, a gęste krzaki tamowały drogę. Należało z całą ostrożnością omijać suche gałęzie, któremi zasłana była ziemia. Ich szelest byłby zwrócił uwagę łosi, tem bardziej, że niezmącona najlżejszym powiewem cisza panowała w powietrzu. Słońce, podniósłszy się wyżej, zalewało swemi promieniami nieruchome gałęzie. Świergot ptasząt ustał; las stał jak skamieniały.

Było już po dziewiątej, gdy myśliwi zatrzymali się dla odpoczynku w odległości trzystu stóp od miejsca, w którem przebywały łosie. Stado nie wyrażało wcale niepokoju. Nie można było jednak wątpić, że za najmniejszym szelestem zerwie się do ucieczki i to prawdopodobnie w kierunku południowym ku źródłom Porcupine River.

Summy Skim i Neluto nie myśleli o spoczynku, pomimo że byli zmęczeni. Czasu tracić nie było można wobec nadarzającej się sposobności upolowania tak pożądanej zdobyczy.

Z nabitym karabinem, z palcem na cynglu prześlizgiwali się wśród krzewów pełzając wzdłuż krawędzi lasu. Pomimo że niebezpieczeństwo im nie groziło, jak to bywa przy polowaniu na dzikie zwierzęta, Summy przyznał później, że nie odczuwał jeszcze nigdy takiego wzruszenia. Serce mu biło gwałtownie, ręka mu drżała, obawiał się, że chybi celu. Zaiste, gdyby nie dosięgnął swym strzałem tak upragnionego zwierzęcia, byłby umarł ze wstydu!

Summy Skim i Neluto zbliżali się milcząco poprzez trawy, jeden za drugim. Po kilku minutach tego cichego czołgania zbliżyli się do łosi na sześćdziesiąt kroków. Byli na stanowisku. Stop, przytrzymywany przez Neluta, ziajał, lecz nie szczekał.

Zdawało się, że łosie nie przeczuwały niebezpieczeństwa. Jedne leżały spokojnie na trawie, inne pasły się w dalszym ciągu.

Jednakże, jeden z nich, wspaniały okaz o rogach wznoszących się nakształt gałęzi drzewa, podniósł głowę w tej chwili. Uszy mu zadrgały, wyciągnął szyję w stronę lasu, jak gdyby wciągnąć chciał powietrze idące stamtąd.

Czyżby zwęszył niebezpieczeństwo i zamierzał ratować się ucieczką, pociągając za sobą resztę?

Summy Skim’owi na tę myśl krew nabiegła do serca. Ale, hamując się, szepnął do Neluta:

'The Golden Volcano' by George Roux 49

– Ognia!… i obaj na jednego, aby nie chybić!

W tej chwili dało się słyszeć gwałtowne szczekanie i Stop, uwolniony przez Neluta, który musiał go puścić, aby podnieść strzelbę, rzucił się w stronę stada.

Nie potrzeba było więcej. Stadko kuropatw nie uleciałoby prędzej, niż pasące się łosie. Ani Summy ani Neluto nie mieli czasu wystrzelić.

– Przeklęty pies! – zawołał Summy z gniewem.

– Powinienem był go trzymać za gardło! – rzekł Indjanin.

– A nawet go udusić! – dodał Summy wściekły.

Oczywiście, gdyby pies był na miejscu, zapłaciłby drogo za swe szczekanie. Ale Stop był już o dwieście metrów od myśliwych, gdy ci przekroczyli krawędź lasu. Rzucił się w pogoń za łosiami i napróżno silono się, aby go przywołać.

Stado biegło w kierunku północnym z taką szybkością, że pies pomimo swej siły i chyżości dogonić go nie mógł. Czy zawróci ono do lasu, czy też podąży równiną od strony wschodniej? Byłoby to bardzo szczęśliwie, gdyż tym sposobem zbliżyłoby się do Golden Mount, którego dymy unosiły się o półtorej mili od lasu. Ale mogło również podążyć w kierunku ukośnym na południo-wschód, w stroną Peel River i skryć się w wąwozach Gór Skalistych, a w tym razie należałoby się wyrzec zdobyczy na zawsze.

– Idź za mną! – zawołał Summy Skim do Indjanina – i starajmy się nie stracić ich z oczu.

Obydwaj, biegnąc wzdłuż krawędzi lasu, puścili się w pogoń za stadem, które było od nich oddalone niespełna o kilometr. Ta sama nieprzezwyciężona żądza, która popychała psa do biegu, podniecała ich również, nie pozwalając się zastanowić.

Po kwadransie Summy Skim’owi zadrżało serce gwałtownie. Łosie stanęły, jak gdyby wahając się, którędy iść mają. Nie mogły uciekać dalej w kierunku północnym, do wybrzeża, gdyż musiałyby się tam zatrzymać. Jeżeli zaś zawrócą na południo-wschód, Summy Skim i Neluto musieliby wyrzec się pogoni.

Po chwili wahania łosie skręciły do lasu, znikając w gęstwinie drzew. Przywódca stada dał pierwszy skok, a za nim podążyła reszta.

– Nic lepszego stać się nie mogło – zawołał Summy Skim. – Na równinie nie moglibyśmy podejść do nich. W lesie nie będą mogły zmykać tak szybko; może uda się nam je dogonić, a tym razem…

Czy to rozumowanie było słuszne czy nie, w każdym razie pociągnęło za sobą ten skutek, że myśliwi zapuścili się w głąb lasu, o którego rozległości nic nie wiedzieli.

Stop ich wyprzedzał. Wkrótce jednak zniknął zupełnie i tylko szczekanie oznajmiało o jego obecności.

Teraz pies wziął górę nad łosiami. Wspaniałe rogi zwierząt przeszkadzały im w torowaniu sobie drogi poprzez gęste krzaki, gdy Stop przedostawał się przez nie ze zwinnością. W tych warunkach myśliwi mogli dotrzeć do celu.

Szli oni dwie godziny, przedostając się przez gęstwinę, kierując się jedynie głosem szczekającego psa. Porwani niesamowitą żądzą biegli przed siebie, zapuszczając się coraz bardziej na zachód, i nie myśleli o tem, że mogą zbłądzić, nie znając drogi.

Im bardziej oddalali się od krawędzi, tem bardziej las rzedniał. Spotykali te same osiny, brzozy i sosny, lecz nie tak skupione i rosnące na glebie wolnej od krzewów i krzaków.

Myśliwi nie widzieli jeszcze łosiów, zato Stop biegł ich tropem, dając znać szczekaniem, że nie jest od nich daleko.

Summy Skim i Neluto zagłębiali się w las coraz więcej, gdy nagle nieco po dwunastej szczekanie psa ustało.

Znajdowali się wtedy w miejscu przestronnem, gdzie dochodziły swobodnie promienie słońca. W jakiej odległości byli od krawędzi lasu? Summy Skim, biorąc pod uwagę upływ czasu, wywnioskował, że przebyli ośm do dziesięciu kilometrów. Mogli więc jeszcze wrócić do obozu po krótkim odpoczynku, którego byli spragnieni.

Wyczerpani, zgłodniali usiedli pod drzewem przygotowywając się do posiłku. Apetytu im nie brakło w spożywaniu zapasów, żałowali tylko, że nie mogli do nich dodać smacznej pieczeni z mięsa łosiowego.

Gdy zjedli dosyta, zaczęli się zastanawiać, w jakim kierunku mają się udać. Napróżno rozsądek nakazywał wracać do obozu. Summy ani myślał o tem. Jeżeli wracać z niczem jest rzeczą upokarzającą dla myśliwego, to ostatecznym wstydem jest wracać bez psa. Tymczasem Stop nie wracał.

– Gdzie być może? – spytał Summy Skim.

– W pogoni za łosiem – odpowiedział Indjanin.

– To jasne, Neluto. Ale w takim razie gdzież są łosie?

Jak gdyby na odpowiedź Stop zaszczekał o jakie trzysta sążni. Nie przemówiwszy słowa, myśliwi zerwali się i pobiegli w stronę, gdzie odzywało się szczekanie psa.

Cały ich rozsądek i przezorność przepadły. Summy Skim i Neluto biegli bez tchu.

Mogli obecnie biec bez końca. Kierunek bowiem, w którym dążyli, nie był to już kierunek północno-zachodni. Łosie skręciły na południo-zachód, za niemi zaś zajadły w pogoni Stop, za nim bardziej zajadli jego panowie. Pozostawili więc wtyle Golden Mount i obozowisko.

W każdym razie słońce dopiero zaczęło się zniżać na horyzoncie; jeżeli myśliwi nie zdążą na godzinę szóstą według danej obietnicy, mogą się stawić na siódmą lub ósmą czyli dość wcześnie przed zachodem słońca.

Summy Skim zresztą i Neluto nie zastanawiali się wcale nad tem. Biegli ile im sił starczyło, nie myśląc o niczem, nie starając się nawet przywołać psa.

Stracili zupełnie rachubę czasu. Zmęczenia nie czuli wcale. Summy Skim zapomniał, gdzie się znajduje. Polował na krańcach północy, jak gdyby był polował w okolicach Montrealu.

Parę razy Neluto i on myśleli, że uda im się wystrzelić, gdyż łosie ukazały się w odległości niespełna pięciuset kroków. Ale zwinne zwierzęta nagle znikły i ostatnia z niemi sposobność posłania im strzału.

Znów minęło parę godzin na próżnej pogoni, gdyż słabnące szczekanie psa świadczyło, że łosie zdołały go wyprzedzić.

Wreszcie szczekania umilkły, czy to że pies był daleko, czy też że się zmęczył.

Summy Skim i Neluto upadli na ziemię bez sił jak bezwładne masy. Była czwarta po południu.

– Skończone! – rzekł Summy, gdy wreszcie zdołał przemówić.

Neluto kiwnął głową, przytakując.

– Gdzie jesteśmy? – odezwał się Skim.

Indjanin wyraził ruchem swą niewiadomość i spojrzał dokoła siebie.

Myśliwi znajdowali się w pobliżu polanki, przez którą przepływa rzeczka, dążąc zapewne na południo-zachód do jednego z dopływów Porcupine River. Słońce oświetlało polankę jasno. Poza nią ciągnęła się gęstwina drzew, jak gdyby broniąc przejścia.

– Musimy wyruszyć – rzekł Summy Skim.

– Do obozowiska, przypuszczam – odpowiedział Neluto.

– A cóż robić! – zawołał Summy, wzruszając ramionami.

– W drogę więc – rzekł Indjanin, wstając ciężko i kierując się wzdłuż polanki.

Nie uszedł dziesięciu kroków, gdy nagle zatrzymał się, patrząc badawczo na ziemię.

– Niech pan spojrzy – rzekł.

– Cóż widzisz?

– Ogień.

– Ogień?

– Przynajmniej był.

Summy Skim, zbliżywszy się, dostrzegł mały stos popiołu, na który patrzył Indjanin z zamyśleniem.

– Czyżby myśliwi byli w lesie? – spytał Summy.

– Myśliwi… lub co innego – odpowiedział Neluto.

Summy nachylił się. Patrzył badawczo na popiół.

– Nie jest świeży w każdym razie – rzekł, wstając.

W istocie popiół biały, jakby zaskrzepły wskutek wilgoci, musiał znajdować się tu już dawno.

– Zdawałoby się – przyznał Neluto. – Ale oto co nam będzie służyło za wskazówkę.

O kilka kroków od wygasłego ogniska bystry wzrok Indjanina dojrzał błyszczący przedmiot wśród trawy. Zbliżył się szybko, podniósł przedmiot wydając okrzyk zdziwienia.

Był to sztylet o płaskiem ostrzu tkwiącem w skórzanej rękojeści.

Obejrzawszy go Neluto oświadczył:

– Jeżeli nie można określić, jak dawno znajduje się tu popiół, natomiast można przypuszczać, że sztylet został zgubiony nie dawniej niż dziesięć dni temu.

– Tak – odrzekł Summy Skim. – Ostrze jest jeszcze błyszczące, i zaledwie pokryte rdzą.

Neluto po starannem obejrzeniu broni orzekł, że jest to wyrób hiszpański. Na rękojeści wyryta była litera M, a na ostrzu – nazwa Austin, stolicy Texas.

– A zatem – odezwał się Summy Skim – kilka dni temu zapewne, jacyś nieznajomi obozowali na polance!…

– I to nie Indjanie – zauważył Neluto – gdyż Indjanie nie mają tego rodzaju broni.

Summy oglądał się niespokojnie.

– Kto wie – dodał – czy nie dążyli do Golden Mount?

Przypuszczenie to było możliwe. A jeżeli człowiek, którego własnością był ten sztylet, należał do licznej bandy, wielkie niebezpieczeństwo groziło Ben Raddle’owi i jego towarzyszom. Kto wie, czy ta banda nie znajduje się obecnie w okolicach ujścia Mackenzie!

– Idźmy – rzekł Summy Skim.

– Natychmiast – odpowiedział Neluto.

– A pies! – zawołał Summy.

Indjanin zaczął go nawoływać silnym głosem. Napróżno. Pies się nie zjawił,

O polowaniu zapomniano zupełnie. Jedyną myślą obecnie było dostać się do obozowiska, aby przestrzec karawanę przed niebezpieczeństwem.

– W drogę i to bez chwili zwłoki – zawołał żywo Summy Skim.

W tej samej chwili rozległ się wystrzał o trzysta kroków od polanki.



X.

Pustynia zaludnia się więcej niż to było pożądane.

Po wyruszeniu Summy Skim’a i Neluta na polowanie, Ben Raddle starannie obejrzał rozpoczętą pracę. O ile nie zajdzie jaka przeszkoda, kanał będzie skończony wieczorem. Pozostanie wtedy tylko wybić otwór w ścianie krateru, wyżłobić wejście do kanału, aby wody Rio Rubber miały wolne przejście do kanału, a stąd do wnętrza Golden Mount.

Olbrzymia masa wody, zamieniona w parę w ognisku krateru, wywoła wybuch, wyrzucając substancje wulkaniczne. Zapewne będą w nich żużle, popiół, a wraz z niemi kawałki złota i kwarc złotodajny, które wpadną do rąk bez trudu.

Tymczasem odgłosy wewnątrz wulkanu stawały się coraz donioślejsze do tego stopnia, że zaczęto się wahać, czy wywołanie sztucznego wybuchu będzie potrzebne.

– Zobaczymy – odpowiedział Ben Raddle wywiadowcy, gdy ten zwrócił mu na to uwagę. – Nie możemy zapominać, że zostaje nam mało czasu do powrotu. Jesteśmy już w drugiej połowie lipca.

– I byłoby nieostrożnością spóźniać się – rzekł Bill Stell. – Za miesiąc musimy myśleć o odwrocie, gdyż trzeba liczyć trzy tygodnie na podróż do Klondike, szczególnie jeżeli nasze wozy będą ciężko naładowane…

– Będą, nie wątpię o tem.

– W takim razie, panie Raddle, zima będzie w pełni, gdy wrócimy do Dawson City. O ile zechce zaskoczyć nas w drodze, możemy mieć niejedną trudność w przeprawie jeziorami, aby dostać się do Skagway.

– Złote są twoje słowa, Bill Stell’u – odpowiedział inżynier żartując – i nic w tem dziwnego, gdy jesteśmy pod złotą górą! Lecz bądź spokojny. Byłbym zdziwiony, gdybyśmy za tydzień nie byli w drodze do Klondike.

Dzień upłynął jak zwykle, a wieczorem kanał był wykopany do końca.

O piątej po południu nie dano znać o powrocie myśliwych. Ben Raddle nie niepokoił się, wiedząc, że Summy Skim’owi przysługuje jeszcze godzina do spełnienia obietnicy. Wywiadowca jednak nie omieszkał kilkakrotnie udać się na wywiad, aby się przekonać, czy nie wracają. Lecz nikt się nie ukazał w oddali.

O szóstej Ben Raddle zaczął się niecierpliwić, obiecując sobie nie szczędzić wymówek kuzynowi. Niewiele to jednak pomogło, gdyż myśliwi nie zjawili się bynajmniej.

O siódmej niezadowolenie Ben Raddle’a przeszło w niepokój, a w godzinę później niepokój się zdwoił.

– Naturalnie zapomnieli o wszystkiem – powtarzał sobie. – Z tym zapalonym Skim’em nie można liczyć na nic, skoro ma zwierzę przed sobą i strzelbę w ręku. Pędzi! pędzi jak szalony!… niema sposobu go zatrzymać… Nie powinienem był pozwolić na to polowanie.

– Noc nie zajdzie przed dziesiątą – rzekł Bill Stell, chcąc uspokoić inżyniera – a niema obawy, aby pan Skim zbłądził. Golden Mount ukazuje się zdaleka, wśród ciemności zaś jego płomienie będą służyły za drogowskaz.

Uwaga była słuszna. Gdziekolwiekby znajdowali się myśliwi, zawsze go muszą zobaczyć. Gdyby jednak padli ofiarą jakiego wypadku? Gdyby nie mogli powrócić?

Upłynęły dwie godziny. Ben Raddle nie mógł usiedzieć na miejscu z niecierpliwości. Słońce niebawem miało zniknąć za horyzontem.

Nieco po dziesiątej Ben Raddle i wywiadowca, coraz bardziej zaniepokojeni, opuścili obozowisko, przechadzając się wzdłuż podnóża góry, w chwili, gdy słońce znikało za horyzontem. Rzuciwszy wzrokiem na równinę, stwierdzili, że jest pusta. Nieruchomi nasłuchiwali z wytężonym słuchem. Noc tymczasem nadeszła. Żaden odgłos nie dochodził z równiny.

– Co mamy przypuszczać, panie Raddle? – rzekł wywiadowca. – Polowanie na łosie nie jest niebezpieczne i jeżeli p. Skim i Neluto nie spotkali niedźwiedzi…

– Niedźwiedzi… lub rabusiów, Bill’u. Tak! mam przeczucie, że spotkało ich nieszczęście!

Bill Stell schwycił nagle rękę inżyniera.

– Niech pan słucha! – rzekł.

Wśród nocy dały się słyszeć szczekania psa.

– Stop! – zawołał Ben Raddle.

– Nie są daleko! – dodał wywiadowca…

Szczekanie stawało się coraz donośniejsze. Przerwało je skomlenie, jak gdyby pies był ranny.

Ben Raddle i wywiadowca wybiegli naprzeciw psa, którego spotkali o dwieście kroków od siebie.

Stop wracał sam, ciągnąc za sobą łapę, cały pokrwawiony. Zdawało się, że dobywa resztek sił.

– Ranny!… ranny!… i sam! – zawołał Ben Raddle, hamując gwałtowne bicie serca.

Bill Stell jednak zauważył:

– Być może, Stop został raniony niechcący przez swego pana, albo przez Neluta. Albo go trafiła chybiona kula…

– Dlaczegożby nie został przy swoim panu, gdyby ten mógł przyjść mu z pomocą? – zauważył Ben Raddle.

– W każdym razie – rzekł Bill Stell, odnieśmy psa do obozowiska i opatrzmy mu ranę. Jeżeli jest lekka, może zaprowadzi nas na trop swego pana.

– Tak – odrzekł inżynier – wyruszymy gromadnie i zbrojno, nie czekając dnia.

Wywiadowca wziął psa na ręce. W dziesięć minut później byli w obozowisku.

Rana psa nie była ciężka. Dochodziła tylko do muskułów, nie zadrasnąwszy żadnego organu.

W ranie tkwiła kula, którą zręcznie wyjął wywiadowca.

Ben Raddle obejrzał kulę starannie.

– To nie jest kula Summy’ego – rzekł. – Ta jest większa i nie pochodzi z karabinu.

– Rzeczywiście – potwierdził Bill. – Kula ta pochodzi ze zwykłej strzelby.

– W takim razie mieli do czynienia ze złoczyńcami! – zawołał inżynier. – Musieli się bronić… Podczas walki Stop został ranny… a jeżeli nie został przy swoim panu, to znaczy, że jego pana zabrali… albo że zginął wraz z Nelutem!… Biedny Summy, biedny Summy!

Cóżby na to mógł odpowiedzieć Bill Stell? Kula, nie pochodząca od myśliwych, pies wracający sam, czyż to wszystko nie usprawiedliwiało obaw Ben Raddle’a? Czyż można było wątpić o nieszczęściu? Albo Summy Skim i jego towarzysz zginęli, broniąc się, albo znajdowali się w rękach napastników, skoro ich niema.

O jedenastej Ben Raddle i wywiadowca oznajmili towarzyszom o smutnem położeniu. Obudzono służbę, którą w krótkich słowach powiadomiono o wypadku. Jane Edgerton głosem drżącym wyraziła myśl wszystkich.

– Trzeba wyruszyć, wyruszyć natychmiast.

Przygotowano się prędko. Zapasów nie brano z sobą, ponieważ nie było narazie mowy o zbytniem oddaleniu się od Golden Mount. Lecz wszyscy byli uzbrojeni, czy to, żeby się bronić w razie napadu, czy to, aby wydrzeć siłą dwu więźniów.

Stop opatrzony, a przedewszystkiem nakarmiony i napojony, gdyż był wyczerpany głównie z głodu, objawiał chęć towarzyszenia wycieczce.

– Zabierzemy go – odezwała się Jane Edgerton – będziemy go nieśli w razie potrzeby. Może ułatwi nam odnalezienie p. Skim’a.

O ileby poszukiwania okazały się płonne, zdecydowani byli nazajutrz przetrząsnąć całą okolicę między oceanem a porzeczem Porcupine River. O Golden Mount nie było mowy, dopóki nie odszukają Summy Skim’a i Neluta i nie dowiedzą się o ich losie.

Wyruszono więc.

Jane Edgerton, Ben Raddle i Stell niosący psa, szli wzdłuż góry, której głuche odgłosy wstrząsały ziemią. Ze szczytu unosiła się para przecinana coraz to wyraźniejszemi płomieniami, które rzucały jaskrawy blask dokoła.

Doszedłszy do zachodniego zakrętu zatrzymali się, aby się naradzić, w którym kierunku iść dalej. Najpraktyczniejszą rzeczą było spuścić się na instynkt psa. Wywiadowca postawił go na ziemię. Rozumne zwierzę zdawało się, że odczuwa, czego od niego żądają. Schyliwszy głowę Stop zaczął węszyć ze wszystkich stron, skowycząc głucho.

Po chwili Stop skierował się na północo-zachód.

– Pan Skim wyruszył tego rana w kierunku bardziej południowym – rzekł wywiadowca.

– Idźmy za wskazówką psa – odezwała się Jane Edgerton. – Wie lepiej od nas czego się trzymać.

W przeciągu godziny podróżni, przebywszy polankę, znaleźli się na krańcu lasu o milę od tego miejsca, skąd myśliwi udali się w dalszą drogę. Lecz tu nie wiedzieli co począć z sobą.

– Na cóż czekamy? – spytała Jane nerwowo.

– Dnia – odpowiedział Bill Stell. – Nie widzielibyśmy nic pod drzewami. Stop sam się waha.

Tymczasem pies nie wahał się. Skoczył nagle i zniknął za drzewami, szczekając głośno.

– Idźmy za nim! – zawołała Jane Edgerton.

– Nie! Czekajcie – rzekł Bill głosem stanowczym – i trzymajcie broń w pogotowiu.

Ale prawie w tej samej chwili dwaj ludzie, prowadzeni przez psa, ukazali się wśród drzew i Summy Skim niebawem znalazł się w objęciach kuzyna.

Pierwszem jego słowem było:

– Do obozowiska!… do obozowiska!

'The Golden Volcano' by George Roux 50

– Co się stało? – spytał Ben Raddle.

– Dowiesz się – odrzekł Summy Skim – ale tam, w obozowisku!

Po tych słowach wyruszyli spiesznie w powrotną drogę oświetloną płomieniami Golden Mount.

Była pierwsza po północy, gdy dotarli do obozowiska. Świt się zapowiadał. Zorza ukazała się na północo-wschodzie. Zanim weszli do namiotu, starannie obejrzeli okolicę. Nic osobliwego nie ukazało się ich oczom.

Wtedy Summy Skim opowiedział pokrótce co zaszło pomiędzy godziną szóstą zrana i piątą po południu. Mówił o bezowocnej pogoni za łosiami, trwającej do południa, o zniknięciu psa i jego szczekaniu, i wreszcie o niespodziewanem znalezieniu na krawędzi polanki stosu popiołu po wygasłem ognisku.

– Jest to niechybna wskazówka, że jacyś nieznajomi obozowali w tem miejscu, co zresztą nie jest dziwne.

– Istotnie – rzekł wywiadowca. – Nieraz się zdarza, że poławiacze wielorybów lądują na wybrzeżu, nie mówiąc o Indjanach, którzy nieraz przebywają tu wśród lata.

– Tylko, że w chwili, gdy zbieraliśmy się do odwrotu – rzekł Summy Skim – Neluto zauważył w trawie oto tę broń.

Ben Raddle i wywiadowca obejrzeli uważnie sztylet i jak Neluto oświadczyli że jest on wyrobem hiszpańskim.

– Z wyglądu sztyletu – ciągnął dalej Summy – zdawało się nam, że był porzucony niedawno. Co do litery M wyrytej na rękojeści…

– Nie mogła służyć żadną wskazówką – przerwał wywiadowca.

– Żadną, to prawda, a jednak wiem jakiego nazwiska jest ona inicjałem…

– A to nazwisko? – spytał Ben Raddle.

– Teksańczyka Malone.

– Malone!

– Tak, Ben.

– Towarzysza Huntera? – nalegał Bill Stell.

– Jego samego.

– Więc to oni byliby tam kilka dni temu? – spytał inżynier.

– Są tam i obecnie – odparł Summy Skim.

– Pan ich widział? – spytała Jane Edgerton.

– Niech pani posłucha końca mojego opowiadania. Przekona się pani o tem.

I Summy opowiedział, co następuje:

„Mieliśmy iść dalej, gdyż odkrycie sztyletu zaniepokoiło nas wielce, gdy rozległ się wystrzał w niewielkiej od nas odległości.

„Mogli to być myśliwi i prawdopodobnie cudzoziemcy, gdyż Indjanie nie posługują się bronią palną. Ale w każdym razie ostrożność nie wadziła.

„Byłem pewny, że celem wystrzału były łosie, dopóki nie dowiedziałem się o ranie, którą odniósł Stop. Nie ulega wątpliwości, że mierzono do niego.

– A pomyśl – przerwał Ben Raddle – co się ze mną stało, gdy zobaczyłem psa powracającego bez ciebie… Straszny niepokój mnie ogarnął… …Cóż mogłem myśleć innego, nad to, że ty i Neluto zostaliście napadnięci i że podczas walki pies odniósł ranę… Ach, Summy, Summy! nie mogę zapomnieć, że to ja ciebie wciągnąłem w to wszystko.

Ben Raddle był niezwykle wzruszony. Summy Skim odczuwał, co się dzieje w duszy kuzyna, zdającego sobie sprawę z odpowiedzialności ciążącej na nim.

– Ben, drogi Ben – rzekł, ściskając serdecznie jego rękę – co się stało, to się stało. Nie wyrzucaj sobie nic. Jeżeli położenie jest groźne, nie jest jeszcze bez wyjścia. W każdym razie mam nadzieję, ze damy sobie radę. Zresztą, sam osądzisz.

„Usłyszawszy wystrzał, który doszedł nas ze wschodu, czyli od strony, dokąd wyruszyć mieliśmy do obozowiska, śpiesznie opuściliśmy polankę, aby nie być na widoku i skryliśmy się w gęstwinie.

„Wkrótce usłyszeliśmy liczne głosy. Jacyś ludzie zbliżali się wśród drzew. Co to byli za ludzie? Jaka była ich liczba? Co właściwie robią w tak bliskiej odległości od Golden Mount? Czy wiedzą o istnieniu wulkanu? Myśli te trapiły nas niemało i chcieliśmy mieć na nie odpowiedź.

„Będąc przekonani, że nieznajomi podążą w stronę polanki, wybraliśmy miejsce wśród krzaków, gdzie mogliśmy ją ogarnąć całą. Ukryci w trawie i krzakach nie byliśmy narażeni, aby nas dostrzeżono, my zaś, co najważniejsza, mogliśmy ich widzieć i słyszeć zarazem.

„Nie czekaliśmy długo. Banda pokazała się niebawem. Składała się z czterdziestu ludzi, z których dwudziestu było Amerykanów, dwudziestu zaś tubylców. Nie omyliliśmy się. Mieli widocznie zamiar przepędzenia nocy na polance, gdyż rozłożyli się obozem i rozpalili ognisko, przygotowywając się do wieczerzy.

„Z ludzi tych, ani Neluto, ani ja nie znaliśmy żadnego. Byli uzbrojeni w strzelby i rewolwery, lecz złożyli je pod drzewami. Nie odzywali się wcale, lub mówili cichym głosem tak, że głos ich do nas nie dochodził.

– A Hunter… Malone? – spytał Ben Raddle.

– Przybyli w kwadrans później – odrzekł Summy Skim – w towarzystwie Indjanina i nadzorcy działki 131.

– O, poznaliśmy ich natychmiast. Tak, łotrzy ci znajdują się w sąsiedztwie Golden Mount wraz z całą bandą awanturników im podobnych.

– Ale czego mogą chcieć oni w tych stronach? – spytał wywiadowca. – Czy wiedzą o istnieniu Golden Mount? O tem, że przybyła tu karawana poszukiwaczy?

– Zadawałem sobie te same pytania, mój zacny Billu – odrzekł Summy Skim. – I otrzymałem na nie odpowiedź…

'The Golden Volcano' by George Roux 51

...wywiadowca... wybiegł z namiotu przekonać się, co wywołało ów szelest.

W tej chwili wywiadowca dał znak Summy Skim’owi, aby przestał mówić. Zdawało mu się, że słyszy szelest nadchodzący z zewnątrz, wybiegł więc natychmiast z namiotu przekonać się, co go wywołało.

Równina była pusta. Banda nie zbliżała się do góry, której jedynie głuche odgłosy przerywały ciszę nocną.

Gdy wywiadowca powrócił, Summy Skim ciągnął dalej swe opowiadanie w te słowa:

„Dwaj Teksańczycy usiedli na krawędzi polanki o dziesięć kroków od krzaku, za którym byliśmy ukryci. Z początku mówili o psie spotkanym na drodze. Domyśliłem się, że to był Stop.

„– Osobliwe to spotkanie wśród tego lasu – mówił Hunter. – Niepodobna, aby zabłądził sam w tych stronach oddalonych od wszelkiego zamieszkałego środowiska. – Nie ulega wątpliwości, że muszą tu być myśliwi – odrzekł Malone. – Lecz gdzież się znajdują?… Pies uciekał w tym kierunku. – Przy tych słowach Malone wyciągnął rękę w stronę wschodu. – Ech! – zawołał Hunter, kto mi mówi, że to są myśliwi? Nikt nie zapędza się tak daleko za zwierzyną.

„– Prawdę mówisz Hunter – przyznał Malone – muszą tu być poszukiwacze nowych pokładów złota. – Niechno tylko weźmiemy się do tego – odparł Hunter – zobaczą co się im zostanie.

„– Nie napełnią ani jednej płóczki, ani też jednej miski – dodał Malone, brzydko klnąc wśród śmiechów.

„Po chwili milczenia bandyci zaczęli znów rozmawiać i w ten sposób dowiedziałem się o wszystkiem, co nas obchodzi.

„Hunter i Malone obozowali po raz wtóry na tej polance. Wyruszywszy dwa i pół miesiąca temu z Circle City, błądzili jakiś czas pod przewodnictwem tubylca Kraraka, który słyszał o legendzie Golden Mount, lecz nie wiedział dokładnie, gdzie się ta góra znajduje. Banda, niepotrzebnie obszedłszy duży kawał drogi na wschód, dotarła przed nami do Peel River i prawdopodobnie przed nią broniła się załoga Fort Mac Pherson. Stąd musiała się wrócić na zachód, docierając tylko bardziej na południe, do lasu, w którym znajduje się jeszcze i w którym zabłądziła. Tym sposobem była już raz na tej polance dziesięć dni temu, zagaszone ognisko było rozpalone przez nią, i dym, który był spostrzegł Neluto nad drzewami ze szczytu góry, unosił się właśnie z tego ogniska.

„Po pierwszej bytności na polance Hunter i Malone, słuchając niefortunnych rad Indjanina Kraraka, udali się w kierunku zachodnim. Oczywiście, nie odkrywszy nic w tej stronie, powrócili na dawne miejsce, aby szukać szczęścia na wschodzie, a w razie potrzeby obejść całe wybrzeże dla odnalezienia Golden Mount.

„Nie wiedzą jeszcze obecnie, gdzie wulkan się znajduje, ale obawiam się, że to już tylko kwestja godzin i dlatego odpowiednio musimy być przygotowani”.

Tyle powiedział Summy Skim.

Ben Raddle, słuchający go uważnie, zamyślił się. To czego obawiał się ustawicznie, sprawdziło się. Jakób Ledun nie był jedynym posiadaczem tajemnicy Golden Mount. Jakiś Indjanin wiedział o jego istnieniu i powiedział o tem Teksańczykom. Niebawem odkryją miejsce, gdzie znajduje się wulkan. Nie potrzebują wcale przetrząsać wybrzeża, dość im będzie wyjrzeć za las, a zobaczą dym i płomienie unoszące się nad kraterem. Po upływie godziny dotrą do podnóża góry, a w kilka minut później spotkają się oko w oko z dawnymi sąsiadami z Forty Miles Creek. A wtedy co się stanie?

– Powiedziałeś, że ilu ich jest? – spytał Ben Raddle Summy’ego.

– Ze czterdziestu uzbrojonych ludzi.

– Dwu na jednego! – rzekł Ben Raddle pochmurnie.

Jane Edgerton odezwała się ze zwykłą żywością:

– Cóż z tego! Położenie jest poważne, nie jest jednak beznadziejne, jak to powiedział przed chwilą pan Skim. Jeżeli oni mają liczbę, to my zato – przewagę położenia. Wyrównywają się zatem szanse.

Ben Raddle i Summy Skim spojrzeli z zadowoleniem na młodą wojowniczkę.

– Prawdę pani mówi – potwierdził Ben Raddle. – Będziemy się bronili, jeżeli się tego okaże potrzeba. Ale przedtem postaramy się, aby nas nie spostrzegli.

Wywiadowca potrząsnął głową z powątpiewaniem.

– Wydaje mi się to rzeczą trudną – rzekł.

– Spróbujemy w każdym razie – odparł Summy.

– Niech i tak będzie! – zgodził się Bill Stell. – Lecz nie zawadzi być przewidującym. Cóż bowiem uczynimy, jeżeli nas odkryją, jeżeli będziemy musieli walczyć?

Inżynier uspokoił go ruchem ręki.

– Zobaczymy – rzekł.



XI.

Przed bitwą.

Czy pozostawała jakakolwiek nadzieja, aby Hunter i Malone nie odszukali Golden Mount? Nie, ponieważ zobaczą go z chwilą, gdy przekroczą granicę lasu. A przytem czy Krarak, Indjanin, nie był ich przewodnikiem?

Skoro zaś odkryją Golden Mount, czyż można przypuszczać, że nie spostrzegą Ben Raddle’a i jego towarzyszy? Również nie. Oczywiście było to możliwe, lecz tysiąc danych przeciw jednej świadczyły, że zdradzi ich praca koło kanału mającego sprowadzić wody Rio Rubber do wnętrza wulkanu.

Walka zatem była nieunikniona.

Tymczasem banda Huntera liczyła czterdziestu ludzi, a karawana Ben Raddle’a składała się tylko z dwudziestu jeden.

Przewaga liczebna była tak wielka, że odwaga nie mogła jej zastąpić.

Narazie jednak nie pozostawało nic innego, jak czekać co będzie dalej. Najwyżej za dwie doby Hunter ujrzy Golden Mount.

O tem, aby opuścić obozowisko i powrócić do Klondike mowy być nie mogło. Wywiadowca nie zaproponowałby nigdy tego odwrotu, zresztą nie zgodzonoby się na to w żadnym razie. Czyż nie oni byli właścicielami tego złotodajnego wulkanu, skoro go odkryli pierwsi? I czyż mogli go odstąpić bez walki?

Summy Skim nawet, rozsądny Summy nie cofnął się.

Cofnąć się przed Hunterem, mając w pamięci jego grubjańskie zachowanie przed przyjazdem do Skagway, lub jego bezczelność przy eksploatacji działek 129 i 131!… Przeciwnie, doznawał pewnej przyjemności na myśl, że oko w oko stanie z przeciwnikiem, z którym się zetknąć nie mógł z powodu katastrofy Forty Miles Creek. Miał do załatwienia z nim sprawę, ponieważ zaś nadarzała się sposobność, nie opuści jej bynajmniej.

– Wyobrażam sobie – mówił nazajutrz Bill Stell do Ben Raddle’a – że za kilka godzin banda będzie ciągnęła ku Golden Mount. Ciekaw jestem, czy Hunter dotarłszy do góry, zechce rozłożyć obozowisko w pobliżu, czy też będzie wolał rozbić namioty na brzegu Mackenzie tak, jak to uczyniliśmy sami?

– Przypuszczam – odrzekł inżynier – że Teksańczycy zechcą wejść przedewszystkiem na szczyt Golden Mount, aby się przekonać, czy nie odkryją tam złotodajnego kwarcu i kawałków złota. To jasne.

– Bez wątpienia – przyznał wywiadowca. – Ale gdy się przekonają, że dostać się do krateru nic można, zejdą niebawem. A wtedy nie opuszczą wulkanu ani przed jego wybuchem, ani przed tegoż końcem. Tak czy inaczej będą musieli rozbić tu namioty.

– O ile nie pójdą sobie, skąd przyszli – zawołał Summy Skim. – Postanowienie to z ich strony byłoby rzeczą bardzo roztropną.

– Możesz być pewny, że go nie powezmą – odezwał się Ben Raddle.

– Zresztą – dodał wywiadowca – obecność psa w lesie musiała ich zastanowić. Będą starali się przekonać, czy inni poszukiwacze ich nie wyprzedzili.

– W takim razie – odpowiedział Summy Skim – odkryją nas wkrótce i spróbują nas stąd wyrzucić. A zatem spotkam się z Hunterem!… Ach, gdyby pojedynek na modłę francuską lub amerykańską – zostawię mu to do wyboru – mógł zakończyć nareszcie tę sprawę!…

Rozwiązanie tego rodzaju mogło powstać tylko w zapalonym umyśle Summy Skim’a. Teksańczycy, rozporządzając znaczną siłą zbrojną, spróbują niewątpliwie zawładnąć Golden Mount. Należało więc być w pogotowiu, co też uczyniono niezwłocznie.

Bill Stell zwinął namioty, a karawana przeniosła się za kanał. Wozy i namioty ukryto w gęstwinie drzew, na kawałku ziemi, odgraniczonym z jednej strony kanałem, a z trzech innych stron rzeką Rio Rubber, wulkanem i wybrzeżem. Grunt pokryty był trawą dość rzadką, lecz dostateczną, aby wyżywić zwierzęta przez dni kilka. Tym sposobem karawana znalazła się jak gdyby w warownym obozie, prawie niedostępnym z zachodu, północy i wschodu, gdy zaś z południa kanał tworzył linję obronną, którą napastnicy przekroczyć mogli tylko pod ogniem karabinów, skoro kanał zostanie napełniony wodą.

Broń była gotowa do walki. Wszyscy byli uzbrojeni w strzelby, rewolwery i noże, nie mówiąc o niezawodzącej nigdy strzelbie Summy Skim’a.

Zbyteczne dodawać, że od tej chwili myśliwi musieli zaniechać polowania, rybołówcy zaś zajmowali się rybołówstwem o tyle, o ile potrzebną było rzeczą zaoszczędzić zapasów na przyszłość…

Wraz z nadejściem świtu Ben Raddle polecił zbudować zaporę przy wejściu do galerji podziemnej, aby woda jej nie zalała, skoro dostęp od strony rzeki będzie otwarty. Tak więc inżynier, utworzywszy linję obronną, odłożył do odpowiedniej chwili wywołanie wybuchu. Równocześnie polecił przewiercić otwory w ścianie komina wulkanu na dnie galerji podziemnej, w otworach zaś ułożył naboje z całem staraniem, aby gotowe były do wybuchu.

Po skończonych przygotowaniach oczekiwano ataku, mając się ustawicznie na baczności. Załoga umieściła się w najbardziej oddalonej stronie obozowiska. Dostrzec ją było można tylko przy zbliżeniu się do lewego brzegu Rio Rubber.

Od czasu do czasu jednak Ben Raddle, Summy Skim i wywiadowca przekraczali kanał, aby ogarnąć wzrokiem równinę na większej przestrzeni. Okrążyli nawet podnóże góry, stąd bowiem wzrok obejmował całą przestrzeń do lasu, oddalonego na półtorej mili.

Na równinie nie widać było nikogo, jak również na wybrzeżu.

– Nie ulega wątpliwości – rzekł wywiadowca – że Teksańczycy nie opuścili jeszcze lasu.

– Nie jest im pilno widać – odezwał się Summy.

– Może chcą najpierw zaznajomić się z położeniem – odpowiedział Ben Raddle – a nocy następnej zbliżą się do Golden Mount.

– To bardzo prawdopodobne – przyznał wywiadowca – będziemy się mieli na baczności…

Dzień przeszedł spokojnie i wbrew przewidywaniom Ben Raddle’a również noc następna. Summy Skim jak zwykle spał bez przebudzenia, zato Ben Raddle zaledwie drzemał. Niepokój i gniew nurtowały jego duszę.

W chwili gdy miał dosięgnąć celu, niepowodzenie zaszło mu drogę! A co za odpowiedzialność ciążyć na nim będzie, jeżeli nie potrafi oprzeć się bandzie Hunter’a! Czyż nie z jego woli urządzono tę wyprawę? Czy nie on namawiał do niej? Czy nie przez niego Summy zmuszony jest przepędzić drugą zimę w tych oddalonych stronach Kanady?

O piątej zrana Ben Raddle i wywiadowca wyszli znów na wywiady. Ale powrócili bez żadnego rezultatu.

Czas był piękny, barometr zapowiadał stałą pogodę. Lekkie podmuchy wiatru od strony morza oświeżały powietrze nasycone promieniami słońca, spędzając na południe dym krateru, który wydał się inżynierowi i wywiadowcy mniej gęsty i mniej płomienisty niż wczoraj.

– Czyżby działalność wulkanu miała się zmniejszyć? – spytał Ben Raddle.

– Gdyby wulkan zgasł, ułatwiłby nam robotę – odpowiedział wywiadowca.

– Jak również i Hunterowi – odparł inżynier.

Po południu Neluto zkolei wyruszył, aby zbadać położenie. Stop mu towarzyszył. Gdyby ktoś ze strony Hunter’a podszedł był do podnóża góry, rozumne zwierzę dałoby znać o tem.

Około trzeciej, Ben Raddle, Summy Skim i wywiadowca, stojąc nad brzegiem rzeki w miejscu, gdzie przerwa miała być dokonana, usłyszeli nagle szczekanie, dochodzące od strony równiny, dokąd podążył był Indjanin z psem.

– Co się stało? – spytał wywiadowca.

– Zapewne Stop płoszy jaką zwierzynę – odpowiedział Ben Raddle…

– Nie – zaprzeczył Summy Skim – szczekałby inaczej.

– Chodźmy! – rzekł inżynier.

Nie uszli stu kroków, gdy spostrzegli Neluta biegnącego co tchu. Przyśpieszyli kroku.

– Cóż tam, Neluto? – spytał Ben Raddle.

– Zjawili się – odrzekł Indjanin. – Zbliżają się.

– Wszyscy?

– Wszyscy.

– W jakiej odległości są od nas? – pytał inżynier.

– Mniej więcej na tysiąc pięćset metrów.

– Nie zauważyli ciebie?

– Nie – rzekł Neluto. – Lecz ja widziałem ich dobrze. Ciągną całym taborem.

– W którą stronę?

– Ku rzece.

– Czy słyszeli szczekanie psa? – spytał Summy Skim.

– Nie myślę – rzekł Neluto. – Byli zbyt oddaleni.

– Do obozowiska zatem! – zakomenderował Ben Raddle.

W kilka minut później, przekroczywszy kanał przez zaporę rzeki, złączyli się z towarzyszami pod osłoną drzew.

Hunter, Malone i cała ich banda mogła się zatrzymać albo u podnóża Golden Mount, albo też iść dalej ku ujściu Mackenzie.

To ostatnie przypuszczenie było prawdopodobniejsze. Ponieważ oni również zmuszeni byli urządzić kilkodniowy postój, wygodniej im będzie rozbić namioty w miejscu, gdzie jest w bliskości woda rzeczna. Tymczasem na zachód od Golden Mount nie było wcale przystani, Hunter zaś musiał wiedzieć, że Wielka Rzeka wpada do oceanu w niedalekiej odległości. Należało więc oczekiwać go od strony ujścia, a wtedy czyż wykopany kanał mógł był nie zwrócić jego uwagi i czy można było się spodziewać, że nie odkryje on obozowiska?

Popołudnie jednak minęło spokojnie. Ani Teksańczycy, ani nikt z ich otoczenia nie pokazał się w okolicy Rio Rubber.

– Być może – odezwała się Jane Edgerton – że Hunter, jak to przypuszczaliśmy, zechce wpierw dostać się na szczyt wulkanu.

– Jest to bardzo prawdopodobne – odpowiedział Summy Skim. – Wszak muszą przekonać się, czy w kraterze rzeczywiście jest złoto.

Na te słowa całkiem słuszne Ben Raddle kiwnął głową twierdząco.

Bądź co bądź dzień upłynął, a Teksańczycy nie zjawili się.

Na wszelki wypadek wywiadowca i jego towarzysze postanowili czuwać noc całą. Pokolei udawali się do podnóża góry, aby móc ogarnąć wzrokiem całą równinę.

Zmrok, trwający do godziny jedenastej, pozwoliłby im dostrzec zbliżających się ludzi, a w trzy godziny później świt oświetlał okolicę. Ale krótka noc polarna przeszła bez wypadku. Wschodzące słońce nie przyniosło nic nowego.

To opóźnienie przeciwników jakby potwierdzało mniemanie Ben Raddle’a. Ponieważ Teksańczycy nie zjawili się, niezawodnie postanowili udać się na szczyt wulkanu.

Najważniejszą teraz rzeczą było dowiedzieć się, kiedy zamierzają to uczynić? Lecz jakim sposobem można było dowiedzieć się o tem bez dania znać o sobie? Od strony południowej nie było wcale osłony, od wschodniej zaś przy głównej odnodze Mackenzie również nie można było ujść przed wzrokiem Hunter’a i Malone’a, jeżeli dostaną się na szczyt Golden Mount.

Pozostawało tylko jedno stanowisko, skąd można było ich widzieć z ukrycia. Na lewym brzegu rzeki, poniżej kanału, stała grupa brzóz, oddalona o dwieście kroków od lasu, chwilowego schroniska Ben Raddle’a i jego towarzyszy. Pomiędzy obozowiskiem a brzozami ciągnął się jak gdyby żywopłot, pozwalający przedostać się niewidzialnie do lasu.

Wczesnym rankiem Ben Raddle i Bill Stell udali się tam, aby się przekonać, czy z tego miejsca można będzie widzieć brzeg płaskowzgórza. Płaskowzgórze, okalające szczyt góry, składało się, jak to sprawdzili sami, z bloków kwarcu i ze stwardniałej lawy. Pod niem zaś zbocze góry zwisało prostopadle jak mur, tworząc od strony morza podobną spadzistość.

– Doskonałe miejsce – rzekł wywiadowca. – Możemy tu przyjść i odejść bez zwrócenia na siebie uwagi. Jeżeli Hunter wejdzie na płaskowzgórze, niezawodnie zechce obejrzeć stamtąd ujście Mackenzie…

– W istocie – przyznał Ben Raddle. – To też ktoś z naszych musi być tam ustawicznie na stanowisku.

– Dodam, panie Ben, że z góry obozowisko nasze nie powinno być widoczne. Drzewa osłaniają je dostatecznie. Trzeba będzie uważać, aby ognisko było szybko gaszone, tak, aby nie dymiło. W tych warunkach ujdzie wzrokowi Hunter’a.

– Byłoby to bardzo pożądane – rzekł inżynier. – W takim razie, powtarzam życzenie, aby Teksańczycy, przekonawszy się o niepodobieństwie dosięgnięcia krateru, porzucili swoje zamiary i pomyśleli o odwrocie.

– I niech djabli ich prowadzą! – zawołał wywiadowca, poczem dodał: – Jeżeli pan chce, panie Ben, mogę pozostać tu sam, pan zaś niech wróci do obozowiska.

– Nie, Billu, wolę pozostać tutaj. A ty idź do obozu i sprawdź, czy wszystko jest w porządku i czy zwierzęta są przywiązane.

– Dobrze, a panu Skim powiem, aby przyszedł pana zastąpić za dwie godziny.

– Tak, za dwie godziny – potwierdził Ben Raddle, wyciągając się pod brzozą, skąd widać było dobrze szczyt wulkanu.

Tak więc Bill powrócił sam do lasku, a około dziewiątej Summy Skim stosownie do umowy ze strzelbą na ramieniu, jak gdyby szedł na polowanie, poszedł zastąpić kuzyna.

– Nic nowego, Ben? – spytał Summy.

– Nic.

– Żaden z tych bałwanów z Teksasu nie zjawił się na skałach?

– Żaden.

– Z jaką przyjemnością wziąłbym na cel jednego lub dwóch! – odezwał się Summy, pokazując na karabin nabity.

– Z tej odległości, Summy? – zauważył inżynier.

– Prawda… trochę za wysoko!

– Zresztą, Summy, nie o zręczność tu chodzi, ale o ostrożność. Zgładzenie jednego człowieka niewieleby pomogło. Tymczasem, jeżeli nas nie odkryją, mam jeszcze nadzieję, że Hunter i jego towarzysze oswobodzą nas ze swej obecności, przekonawszy się, że nie mają tu nic do roboty.

Ben Raddle wstał, udając się do obozowiska.

– Czuwaj dobrze, Summy – dodał – a jeżeli spostrzeżesz Teksańczyków na płaskowzgórzu, natychmiast przybiegnij do obozu, tylko ostrożnie, aby cię nie zobaczono.

– Dobrze.

– Wywiadowca przyjdzie zastąpić cię po upływie dwu godzin.

– On czy Neluto – rzekł Summy Skim. – Możemy polegać na obu. Neluto ma wzrok Indjanina, więcej nie trzeba mówić.

Ben Raddle miał odejść, gdy Summy Skim schwycił go za ramię.

– Czekaj – rzekł.

– Co takiego?

– Patrz… tam w górze!

Inżynier spojrzał na Golden Mount.

– Na szczycie zjawił się jeden osobnik, następnie drugi.

– To oni – rzekł Summy Skim.

– Tak, Hunter i Malone! – odpowiedział Ben Raddle, chowając się za drzewami.

Byli to istotnie Teksańczycy, a prawdopodobnie i inni za nimi. Obchodzili krater dokoła, przypatrując się okolicy. W tej chwili przypatrywali się rozległej sieci wodnej ujścia Mackenzie.

'The Golden Volcano' by George Roux 52

– Ach – szeptał Summy – ci dwaj łotrzy! Pomyśleć, że mam dla nich dwie kule, a nie mogę ich dosięgnąć!

Ben Raddle milczał. Patrzał badawczo na ludzi, którzy staną z nim do walki o Golden Mount.

Teksańczycy prawie pół godziny spędzili na płaskowzgórzu. Przenikali wzrokiem całą okolicę, przechylając się niekiedy, aby dojrzeć podnóże wulkanu od strony ujścia.

Czyżby odkryli obozowisko? Czyżby wiedzieli, że jakaś karawana wyprzedziła ich w tych stronach? W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że Hunter i Malone wpatrywali się uparcie w Rio Rubber, gdzie najdogodniej zatrzymać się mogli na postój kilkotygodniowy.

Dwu ludzi zbliżyło się do nich. Jednego z nich poznali Ben Raddle i Summy Skim natychmiast. Był to nadzorca działki 131. Drugim był Indjanin.

– Czyżby to był przewodnik, który ich tu przyprowadził? – spytał inżynier.

– Tego widziałem na polance – odpowiedział Summy Skim.

I w tej chwili przyszło mu na myśl, że gdyby ci czterej awanturnicy, straciwszy równowagę, spadli z wysokości ośmiuset do dziewięciuset stóp, ułatwiłoby to niezmiernie położenie, a może rozwiązałoby je w zupełności. Po śmierci przywódców banda prawdopodobnie opuściłaby swe stanowisko.

Tymczasem stało się inaczej. Nie Teksańczycy spadli ze szczytu płaskowzgórza, lecz ogromny blok kwarcu oderwał się od niego.

Odłam ten skały, napotkawszy na wypukłość, rozleciał się na kawałki, które lecąc, dosięgły drzew zasłaniających obozowisko.

Summy Skim wydał okrzyk zatamowany szybko ruchem ręki Ben Raddle’a.

Może kto z obozowiska został raniony? W każdym razie z obozowiska nie dolatywał żaden odgłos.

Natomiast upadek skały przestraszył jednego z koni. Zwierzę zerwawszy więzy, wybiegło z lasku, przeskoczyło jednym skokiem kanał i uciekło na równinę.

Krzyki, stłumione odległością, rozległy się na szczycie Golden Mount, Hunter i Malone wołali na swych towarzyszy.

Pięciu ich czy sześciu przybiegło na płaskowzgórze, poczem zaczęła się ożywiona rozmowa. Z ruchów łatwo było wywnioskować, że Hunter wie obecnie o karawanie u ujścia Mackenzie: koń mógł zbiec tylko z obozowiska, obozowisko zaś jest tu, u stóp góry.

– Przeklęte zwierzę! – zawołał Summy.

– Tak – rzekł Ben Raddle, – przez nie przegraliśmy grę… przynajmniej pierwszą partję.

Summy, pieszcząc ręką i okiem karabin, wyszeptał między zębami:

– A teraz zagramy drugą.



XII.

Oblężeni.

Towarzysze Ben Raddle’a i Summy Skim’a nie wiedzieli, że obozowisko zostało odkryte. W miejscu, w którem znajdował się obóz, nie widać było zgoła brzegu płaskowzgórza. Nie wiedzieli nawet, że Hunter i kilku z jego załogi weszli na górę, nie mogli więc przypuszczać, że ktokolwiek widział zbiegłego konia, zresztą wkrótce przyprowadzonego przez Neluta.

Dopiero gdy kuzynowie powrócili do obozu, rzecz cała się wyjaśniła. Nikt nie wątpił, że walka nastąpi niebawem.

– Będziemy się bronili – oświadczył wywiadowca. – Nie ustąpimy placu tym nędznikom!

Słowa te przyjęto hucznym oklaskiem.

Prawdopodobnie Hunter przyśpieszy bieg wypadków. W każdym razie, nie wiedząc jaką liczbą zbrojną rozporządza nieprzyjaciel, niechybnie przedsięweźmie środki ostrożności. Będzie starał się zbadać położenie, zanim rozpocznie walkę. Być może nawet, że dowiedziawszy się o swej przewadze liczebnej, będzie próbował porozumieć się i otrzymać pokojowo ustępstwo. Należało jednak wziąć pod uwagę fakt, iż dotąd nie wiedział, że ma do czynienia z sąsiadami z Forty Miles Creek. Gdy zobaczy swego przeciwnika, zaniecha zapewne wszelkiej chęci układu.

Przywódcy karawany zebrali się na naradę, aby zadecydować ostatecznie o sposobie najodpowiedniejszym do obrony.

Ben Raddle odezwał się w te słowa:

– Nasze obozowisko jest w doskonałem położeniu: z jednej strony chroni je Golden Mount, z drugiej Rio Rubber, które przekroczyć Hunter mógłby tylko pod naszym ogniem karabinowym.

– Istotnie, panie Raddle – odpowiedział wywiadowca. – Niestety przed sobą mamy tylko kanał, ciągnący się od rzeki do góry; rów ten, wynoszący zaledwie do ośmiu stóp szerokości, nie nastraszy przeciwników.

– To prawda, ale o tyle tylko, o ile nie będzie napełniony wodą – odparł inżynier.

– Trzeba zaraz napełnić go wodą – zawołała Jane Edgerton.

– Jestem również tego zdania.

– I zrobić to należy natychmiast – dodał wywiadowca. – Zanim banda się tu dostanie, upłynie kilka godzin… A zatem do roboty!

Bill Stell zebrał swych ludzi. Zaopatrzeni w narzędzia udali się na miejsce, w którem kanał przylega do rzeki. Nie upłynęło kilku minut, gdy woda zaczęła się wdzierać do rowu.

Droga do obozowiska była zagrodzona.

Podczas tej pracy Summy Skim, Jane Edgerton i Neluto zajęci byli przygotowywaniem broni. Prochu i kul nie brakło, jak również gotowych nabojów.

– Mamy się czem bronić przed tymi łotrami – rzekł Summy Skim – oszczędzać też ich nie będziemy.

– Mnie się zdaje – odezwał się Neluto – że jeżeli przyjmiemy ich odpowiednią strzelaniną, to odejdą jak przyszli.

– To możliwe. Ale nawet gdyby przyszło do walki, to nie mamy czego się obawiać ich przewagi liczebnej, gdyż jesteśmy pod osłoną drzew, tymczasem oni walczyć będą na otwartem polu. To też odpowiedniejszą sposobność do celnego wystrzału byłoby trudno znaleźć!… Nie zapomnij o tem, Neluto.

– Może pan liczyć na mnie – zapewnił Indjanin.

Gdy wszystko było gotowe do walki, nie pozostało nic innego, jak tylko czuwać nad dostępem do obozowiska. Przed kanałem postawiono straż, mającą dawać pilne baczenie na całą południową stronę Golden Mount.

Istotnie, trzeba było przyznać, że karawana znajduje się w wyjątkowo dobrem położeniu. Przestrzeń ziemi, na której rozłożono obozowisko, nie miała innego wyjścia prócz grobli przed otworem kanału o tyle szerokiej, że wozem można przez nią przejechać. Gdyby trzeba było uciekać przed Teksańczykami, wąskiem tem przejściem mogli się dostać do równiny i do lewego brzegu Rio Rubber. Jeżeli zaś, przeciwnie, trzeba byłoby dać wodzie dostęp do wulkanu, aby przyśpieszyć wybuch, dość byłoby zapalić naboje, znajdujące się w ziemi, a połączone wspólnym lontem z temi, które już dawniej osadzono na dnie galerji. Narazie zabarykadowano to przejście, pozostawiając w niem tylko wąski otwór, który miał być usunięty w chwili rozpoczęcia walki.

Podczas gdy część załogi pilnowała obozowiska, druga zasiadła do śniadania, Ben Raddle, Summy Skim i Jane Edgerton należeli do tych ostatnich. Połów przyniósł zdobycz obfitą, nie napoczynali więc prawie konserw. Zapalono ognisko bez obawy, gdyż obozowisko było już odkryte, dym przeto unosił się swobodnie nad drzewami.

Śniadanie spożyto spokojnie. Bandy nie było widać.

– Być może – rzekł Summy Skim – ci łotrzy wolą nas zajść w nocy?

– Noc trwa zaledwie parę godzin – odparł Ben Raddle. – Nie mogą więc liczyć, że nas zaskoczą.

– Dlaczego nie? Nie przypuszczają, że mamy się na baczności i że wiemy o ich bytności na Golden Mount.

– Być może – przyznał wywiadowca – ale widzieli biegnącego konia. Nie ulega wątpliwości, że, zobaczywszy najpierw psa w lesie, a następnie konia na równinie, są przekonani o obecności karawany w tej samej okolicy. A zatem dziś po południu lub z nadejściem nocy, możemy się ich spodziewać.

Około godziny pierwszej Bill Stell podążył do czuwającej straży.

Podczas jego nieobecności Ben Raddle i Summy powrócili do lasku, z którego dostrzegli Hunter’a i Malone’a na szczycie płaskowzgórza. Dym unosił się na jakie pięćdziesiąt stóp nad kraterem, a wraz z nim wydobywały się ogniste języki. Działalność wulkanu wzmogła się widocznie. Czyż miało to być oznaką zbliżającego się wybuchu?

Przypuszczenie to pokrzyżowałoby zamiary inżyniera. Wulkan wyrzuciłby wraz z lawą i kamieniami substancje złotodajne, i Teksańczycy mieliby zdobycz gotową. Jakże inżynier mógł walczyć z nimi o nie? W obozowisku karawana mogła walczyć skutecznie. Lecz na otwartem polu o zwycięstwie mowy być nie mogło. O ile wybuch nastąpi, gra będzie ostatecznie przegrana, Hunter bowiem ma siłę za sobą.

Inżynier zaniepokoił się tem bardziej, że na to nie było rady, wrócił więc do obozowiska niezmiernie stroskany.

W tej samej chwili Summy Skim wskazał mu na biegnącego wywiadowcę. Pospieszyli natychmiast ku niemu.

– Nadchodzą! – zawołał Bill Stell.

– Czy są jeszcze daleko? – spytał inżynier.

– Około pół mili stąd – odpowiedział wywiadowca.

– Czy mamy czas iść na wywiad?

– Owszem – rzekł Bill Stell.

Wszyscy trzej przeszli kanał, dochodząc do miejsca, gdzie straż stała.

Łatwo było z ukrycia ogarnąć wzrokiem równinę.

Wzdłuż podnóża wulkanu ciągnęła zwarta banda, wśród której błyszczały lufy karabinów. Ani wozów, ani koni widać nie było. Zostały zapewne wtyle.

Hunter, Malone i nadzorca szli na czele bandy. Posuwali się z niejaką ostrożnością, zatrzymując się lub zbaczając o kilkaset kroków na równinie, aby móc dostrzec szczyt Golden Mount.

– Za godzinę będą tutaj.

– Widoczną jest rzeczą, że wiedzą o obozowisku – odezwał się Summy Skim.

– I że przychodzą z zamiarem walki – dodał wywiadowca.

– A gdybym poczekał, aż Hunter zbliży się na tyle, abym go mógł wziąć na cel – zawołał Summy Skim – przywitałbym go celnym strzałem i jestem pewny, że dosięgnąłbym go jak kaczkę.

– Poco? – sprzeciwił się Ben Raddle. Nie, powróćmy do obozowiska i trzymajmy się prawa do ostatka.

Rada była rozumna. Śmierć Teksańczyka wywołałaby niewątpliwie napad, który dotąd nie był jeszcze rzeczą pewną.

'The Golden Volcano' by George Roux 53

Ben Raddle, Summy Skim i wywiadowca powrócili więc do obozu. Po przejściu jeden po drugim wąskiego otworu barykady, został on natychmiast zagrodzony kamieniami przygotowanemi w tym celu. Odtąd wszelka komunikacja została przerwana.

Wtedy wszyscy odeszli na sześćdziesiąt kroków od brzegu kanału, ukrywając się pod drzewami z bronią w ręku.

Istotnie lepiej było wytrzymać do końca cierpliwie, aż zbliży się banda i użyć broni wtedy, gdy zechce przekroczyć kanał.

W pół godziny później zjawili się Hunter, Malone i towarzysze przy zakręcie góry. Jedni podążyli wolnym krokiem wzdłuż podnóża góry, drudzy udali się ku lewemu brzegowi rzeki.

Połowa tych ludzi składała się z pracowników działki 131. Resztę stanowiło z dwudziestu Indjan najętych przez Hunter’a w Circle City i Fort Yukon dla swej wyprawy do oceanu Lodowatego.

Wkrótce banda połączyła się nad brzegiem kanału, nad którym zatrzymali się Hunter i Malone.

Z rozmowy wszczętej z nadzorcą, wielce ożywionej i popieranej ruchami rąk można było wnioskować, że o istnieniu obozowiska nie wątpią wcale, ale że prawdziwym kłopotem był dla nich kanał, gdyż przekroczyć go nie mogli bez narażenia się na wystrzały.

Poznali od pierwszego rzutu oka, że kanał wykopany był niedawno, nie mogli się tylko domyślić w jakim celu to uczyniono, ponieważ otwór jego był ukryty pod stosem chróstu. Zresztą czyż mogli przypuszczać, że kanał ten przeznaczony jest do przeprowadzenia wody z rzeki do wnętrza Golden Mount?

Hunter i Malone, nie dając za wygrane, upatrywali sposobu, aby nim się przedostać. Musieli koniecznie zbliżyć się do lasku, czy to dla starcia się z jego mieszkańcami, lub też, aby się upewnić, czy nie opuszczono obozowiska, co też było możliwe.

Po upływie kilku minut nadzorca, wróciwszy z wywiadu, pokazał im ruchem ręki groblę, którą mogli przejść suchą nogą przez kanał.

Wszyscy trzej zwrócili się w tę stronę. Widząc barykadę, zagradzającą im drogę, byli już pewni, że lasek nie opustoszał i że tem samem znajduje się w nim załoga.

Ben Raddle i towarzysze śledząc z poza drzew zamiary przeciwników, nie wątpili, że Hunter utoruje sobie drogę odrzucając nagromadzone kamienie. Nadeszła chwila czynnego wystąpienia.

– Nie wiem, co mnie powstrzymuje od rozbicia mu głowy!… Strzelba moja gotowa do wystrzału…

– Nie… Summy, nie strzelaj – rzekł Ben Raddle, spuszczając strzelbę kuzyna. – Skoro zabijesz dowódcę, zostaną żołnierze… Może lepiej będzie spróbować naprzód porozumieć się z nimi. Co o tem myślisz, Billu?

– Spróbować zawsze można – odrzekł wywiadowca – chociaż nie łudzę się bynajmniej. Jeżeli to nie pomoże, w każdym razie nie zaszkodzi.

– Bądź co bądź – odezwała się Jane Edgerton – nie pokazujmy się wszyscy. Hunter nie powinien wiedzieć, ilu nas jest.

– Zupełnie słusznie – przyznał inżynier – to też ja sam…

– I ja – dodał Summy Skim, który nie byłby się zgodził nigdy na ukrywanie się przed Hunterem.

Właśnie w chwili, gdy na dany znak przez Huntera kilku ludzi miało zburzyć barykadę, Ben Raddle i Summy Skim stanęli na krańcu lasku.

Zobaczywszy ich Hunter skinął na stojących przy barykadzie ludzi, aby cofnęli się, i cała banda w postawie obronnej skupiła się o dziesięć kroków od kanału.

Tylko Hunter i Malone z bronią w ręku zbliżyli się do samego brzegu.

Ben Raddle i Summy Skim oparli swe karabiny o ziemię. Dwaj Teksańczycy poszli za ich przykładem.

– O! – zawołał Hunter tonem wielkiego zdziwienia – niech mnie djabli porwą, wszak to panowie z działki 129!

– My sami – odparł Summy Skim.

– Nie spodziewałem się zastać panów przy ujściu Mackenzie…

– Nie mniej niż my, widząc was przybywających tutaj – odezwał się Summy.

– To tylko znaczy, że moja pamięć warta więcej od pańskiej. Czyż nie mamy sprawy do załatwienia z sobą?

– Można ją załatwić zarówno dobrze tu jak i na Forty Miles Creek – odparł Summy Skim.

– Jak się panu podoba!

Hunter, u którego gniew zajął miejsce zdziwienia, podniósł żywo strzelbę. Summy Skim uczynił to samo.

Banda chciała się zbliżyć, lecz Hunter powstrzymał ich ruchem ręki. Zanim stanie do walki, chciał się przekonać o sile przeciwnika. Napróżno jednak przenikał wzrokiem lasek, nikt się nie ukazywał.

Ben Raddle uważał, że pośrednictwo jego jest konieczne… Zbliżył się do brzegu, stanąwszy nawprost Hunter’a. Malone i Summy cofnęli się nieco.

– Czego pan chce? – spytał inżynier spokojnie.

– Chcemy się dowiedzieć, co panów sprowadziło do Golden Mount?

– Jakiem prawem?

– Oto moje prawo! – odpowiedział brutalnie Hunter, uderzając kolbą o ziemię.

– A oto moje! – odparł Ben Raddle, czyniąc to samo.

'The Golden Volcano' by George Roux 54

Nastała chwila ciszy.

Nastała chwila ciszy.

– Jeszcze raz pytam, co sprowadziło panów do Golden Mount?

– To co i was – odpowiedział Ben Raddle.

– Czy macie zamiar eksploatowania pokładu?

– Tak, pokładu, który do nas należy.

– Golden Mount nie należy do nikogo – zaprzeczył Hunter. – Jest własnością wszystkich.

– Nie – odparł Ben Raddle. – Jest własnością tych, którzy go pierwsi zajęli.

– Nie chodzi o to, kto zajął pierwszy! – zawołał Hunter.

– Doprawdy? O cóż więc chodzi?

– Kto będzie umiał się bronić.

– Jesteśmy gotowi – oświadczył inżynier z całym spokojem.

– Jeszcze raz pytam – rzekł Hunter, tracąc powoli równowagę – czy chcecie odstąpić nam swoje miejsce?

– Zdobądźcie je – rzekł Ben Raddle.

Na dane przez Malone’a hasło padły strzały, Ben Raddle i Summy Skim skryli się za drzewa. Summy Skim jednak obrócił się żywo przedtem i wycelował do Hunter’a.

Teksańczyk uchylił się w porę, lecz kula trafiła zato śmiertelnie jednego z jego ludzi.

Z obu stron zawrzało. Strzały padały za strzałami. Lecz towarzysze Ben Raddle’a, ukryci za drzewami, nie byli na nie tak bardzo narażeni, jak ich przeciwnicy. Jeżeli wśród pierwszych znalazło się kilku rannych, wśród drugich byli zabici.

Hunter zrozumiał, że o ile nie przekroczy kanału, poniesie znaczne straty w ludziach. Rozkazał więc swej załodze położyć się. Ziemia z wykopanego kanału tworzyła rodzaj nasypu, za którym można się było skryć w pozycji leżącej. W tej postawie można było bezkarnie posyłać strzały ku laskowi, skąd nikt wtedy wyjść nie mógł bez narażenia życia.

Zabezpieczywszy się w ten sposób, Malone i towarzysze dostali się pełzając do barykady, i ukryci za skałami, zaczęli powoli wyrzucać kamienie, które staczały się w kanał.

Na tej barykadzie skupiła się cała uwaga broniących się. Jeżeli będzie zburzona, jeżeli banda wtargnie do lasku i zawładnie obozowiskiem, wszelka nadzieja oporu zawiedzie i przeciwnicy wezmą górę.

Żaden strzał wysłany z lasku nie dosięgnął Malone’a i jego dwu towarzyszy. Bill Stell, chcąc za wszelką cenę przeszkodzić zburzeniu barykady, zaczął namawiać, aby wystąpiono do otwartej walki.

Ben Raddle oparł się temu. Niebezpieczeństwo groziło każdemu, kto dosięgnie grobli. Lepiej było, ażeby naraził się na nie Hunter i jego towarzysze, zburzywszy przeszkodę. Do tej chwili nie pozostawało nic, jak ostrzeliwać bezustanku barykadę, odpowiadając równocześnie na wielokrotne wystrzały wymierzane z poza nasypu.

Kilkanaście minut trwała tego rodzaju walka. Nikt z osaczających barykadę nie został ranny. Ale gdy otwór zwiększył się, kule zaczęły dosięgać przeciwników.

Jeden z Indjan był zabity. Drugiego, który zajął jego miejsce, spotkał ten sam los. W tej chwili Neluto posłał celną kulę w samą pierś Malone’a. Teksańczyk upadł, a na ten widok cała banda zawyła z przerażenia.

– Doskonale, doskonale! – rzekł Summy Skim do Neluta. – Wspaniały strzał!… Ale zostaw mi Hunter’a, mój chłopcze!

Hunter po upadku Malone’a zdawało się, że zaniecha walki, z której nie mógł wyjść zwycięsko. W tych warunkach bowiem napastnicy byliby zginęli wszyscy jeden po drugim. Nie chcąc narażać więcej swych ludzi, dał hasło odwrotu, poczem banda, żegnana strzelaniną, zabrawszy rannych, skierowała się ku równinie i wreszcie zniknęła za zakrętem Golden Mount.



XIII.

Puklerz Patrick’a.

W ten sposób zakończył się pierwszy napad. W bandzie Hunter’a było kilku rannych i czterech zabitych, a wśród nich jego alter ego Malone. Strata ta była niepowetowanym ciosem dla bandytów. Ze strony oblężonych kilku ludzi było lekko rannych przez zabłąkane kule.

Wszelako należało przypuszczać, że napaść powtórzy się i to może przy bardziej sprzyjających dla przeciwników warunkach. Hunter, mściwy i pałający dziką żądzą zawładnięcia Golden Mount, nie będzie oczywiście uważał się za zwyciężonego po pierwszej porażce.

– W każdym razie, łotrzy ci oddalili się – rzekł wywiadowca. – Dziś więc nie powrócą.

– Nie… ale w nocy może – odrzekł Summy Skim.

– Będziemy się mieli na baczności – oświadczył Ben Raddle. – Zresztą podczas dwu lub trzech godzin nocy Hunter’owi będzie równie trudno przekroczyć kanał jak i w dzień. Jestem pewny, że się na to nie odważy, wiedząc, że będziemy czuwali.

– Czy nie trzebaby naprawić barykady? – spytała Jane Edgerton.

– Właśnie mamy to zrobić – odezwał się Bill Stell, wołając kilku ludzi do pomocy.

– Przedtem jednak zobaczmy, czy banda wraca do swego obozowiska.

O szóstej, wśród białego dnia Ben Raddle, Summy Skim, Jane Edgerton, Bill Stell i Neluto ze strzelbami w ręku, przeszedłszy groblę ruszyli ku równinie, zagłębiając się w niej na kilkaset metrów. Stąd mogli sięgnąć wzrokiem aż do obozowiska Teksańczyków.

Hunter i towarzysze oddalali się zwolna pomimo obawy, że mogą być ścigani, tak że Ben Raddle i wywiadowca wahali się, czy nie podążyć za nimi, lecz po chwili zastanowienia uważali za wskazane wstrzymać się od tego. Lepiej było, aby Teksańczycy nie wiedzieli, jaką siłą rozporządzają przeciwnicy.

Banda zaś oddalała się powoli z powodu rannych i zabitych. Niektórzy z rannych nie mogli iść, co znacznie opóźniało odwrót.

Przeszło godzinę Kanadyjczycy śledzili ruchy bandy. Hunter minąwszy podnóże Golden Mount, skrył się za występem górskim, pod którego osłoną rozłożył się obozem.

Około ósmej barykada była naprawiona. Dwu ludzi zostało na straży, reszta zaś poszła do lasku na posiłek wieczorny.

Rozmawiano o wypadkach dnia. Porażka Hunter’a nie rokowała nic dobrego. Spokój wrócić może dopiero wraz z opuszczeniem przez bandę okolic Golden Mount. Dopóki banda znajduje się w sąsiedztwie, trzeba być przygotowanym na wszystko. Jeżeli nastąpi samorzutny wybuch wulkanu, wywiąże się walka na ostrze o wyrzucone przez niego cząstki złota.

Wieczór przeszedł spokojnie. Wszelako pomyślano o spoczynku dopiero po zabezpieczeniu się należytem. Ben Raddle, Summy Skim, wywiadowca i Neluto postanowili na zmianę pełnić straż przy naprawionej barykadzie. Można było polegać na ich czujności.

Kilka nocnych godzin przeszło bez wypadku, jak również dzień następny. Napróżno wywiadowca przekraczał kilkakrotnie kanał. Czyżby Hunter zrzekł się był swych zamiarów?

I znów noc przeszła spokojnie, i pierwsze zorze ukazały się na wschodzie, gdy kilka wystrzałów dało się słyszeć od strony kanału. Pozostawiwszy dwu ludzi przy namiotach, karawana wyszła na kraniec lasku gotowa do walki.

Przy barykadzie znajdował się w tej chwili wywiadowca i Neluto. Można było być pewnym, że żaden z napastników nie zdołał przejść barykady. Obaj istotnie, ukryci za skałami, strzelali przez otwory, broniąc tym sposobem całego południowego brzegu kanału.

Strzały ich jednak nie odnosiły żadnego skutku. Napastnicy, przypełzawszy podczas mroku nocnego, korzystając z ochrony nasypu, rozciągnęli się na ziemi i tym sposobem ustrzegli się kul. Dowodziło tego nieustanne ich strzelanie.

Na rozkaz Ben Raddle’a, który, widząc, że strzelanie nie osiąga celu, uważał za zbyteczne marnować zapas prochu, przestano strzelać i załoga oczekiwała spokojnie dalszych wypadków pod osłoną drzew.

Upłynęła godzina. Od strony kanału strzelanina nie ustawała o tyle gwałtowna, o ile bezskuteczna, gdyż kule przepadały w zieleni, nie przynosząc żadnej szkody oblężonym.

Nagle – dzień już zawitał na dobre – rozległy się krzyki za linją obronną, podczas gdy strzelanina zmniejszyła się znacznie.

Wywiadowca skorzystał z tego, aby opuścić wraz z Nelutem swe stanowisko przy barykadzie, dążąc ku towarzyszom kłusem poprzez niebezpieczną groblę. Oddano mu natychmiast dowództwo, jako wytrawnemu znawcy walki partyzanckiej.

Podzielił on szybko załogę na dwie części. Jedna połowa, składająca się z Kanadyjczyków, zajęła cały kraniec lasku, aby bronić obozowiska od południa, druga zaś, złożona przeważnie z ludzi oddanych na usługi wywiadowcy, zajęła tyły, dążąc w stronę, skąd dochodziły krzyki. Do tej części dołączył się wywiadowca, Ben Raddle zaś, Summy Skim i Jane Edgerton zostali z częścią, broniącą kanału.

Wywiadowca i towarzysze nie uszli stu metrów na północ, gdy zobaczyli w niedalekiej odległości siedmiu jeźdźców, jadących o tyle szybko, o ile pozwalał im na to rodzaj terenu, z widocznym zamiarem zajechania Kanadyjczyków z tyłu.

Bill Stell zrozumiał odrazu co zaszło. Oczywiście podczas tej półtorej doby odpoczynku Teksańczycy szukali brodu na Rio Rubber, a znalazłszy go, przeprawili się konno, korzystając z mroku nocnego. Dostali się do obozu od strony północno-wschodniej podczas gdy część bandy odciągała uwagę oblężonych swą nieustanną strzelaniną.

Rachuba ta, dobra w teorji, w praktyce chybiła. Nie znając liczby przeciwników, Hunter popełnił błąd, że wybrał się na tę zasadzkę ze zbyt małą liczbą załogi. Jakże mogło tych kilku jeźdźców oprzeć się kilkunastu strzelbom nie tracącym czasu?

Zresztą nie przewidział jednego. Zamiast bowiem natrafić na obozowisko opuszczone, któreby zniszczył w jednej chwili i podążyć dalej na tyły zaskoczonych przeciwników, Hunter został zauważony, nie wiedząc, przez straż kanadyjską. Z drugiej zaś strony konie, plącząc się w krzakach i krzewach, opóźniły wykonanie jego planu, zamiast go przyśpieszyć, jak był sądził. Nie mógł więc wyprzedzić wypadków i ostatecznie on to został zaskoczony przez odwrót obronny wywiadowcy i jego towarzyszy.

Musiał przeto zaniechać swych zamiarów. Drogę z południa miał zamkniętą, nie pozostawało mu więc nic innego, jak przepłynąć konno Rio Rubber.

Ale czasu mu zabrakło. Kanadyjczycy dali ognia wśród drzew trafiając celnie, gdyż napastnicy nie byli oddaleni. Po kilku minutach sześciu jeźdźców, śmiertelnie rannych, spadło z koni, trzy konie były zabite, reszta zaś jeźdźców ratowała się ucieczką. Nie była to porażka, ale klęska dla Huntera.

Cudownym wypadkiem on jeden wyszedł cały z tego zdarzenia. Nie zastanawiał się długo. Widząc, że uciec przed kulami było niepodobieństwem, rzucił się w stronę przeciwników zmuszonych do przerwania ognia z obawy, aby kule nie dosięgnęły ich samych i, narażając się na rozbicie o pnie drzew, wpadł jak pocisk wśród nich.

W jednej chwili zniknął w zaroślach, wyprzedzając bez trudu oddział wywiadowcy, który puścił się w pogoń za nim. Lecz mógł być pewnym ocalenia dopiero po przebyciu linji obronnej nad kanałem, a następnie przestrzeni dzielącej kraniec lasku od równiny.

Pierwsza przeszkoda nie zaniepokoiła Huntera. Straż, jego mniemaniem, musiała być tak rozproszona, że łatwo będzie mógł przesunąć się przez nią. Natomiast druga była groźna, musiał bowiem przyznać, że wysunąwszy się z lasku na przestrzeń otwartą, narażony jest na wystrzały karabinów liczniejszych, niż przypuszczał.

Jego umysł, tak podatny do wybiegów, napróżno szukał wyjścia z trudnego położenia, gdy nagle błysnął mu promień nadziei.

Dojechał był właśnie do krańca lasku. Światło przebijało się pomiędzy drzewami, oświetlając przestrzeń poza niemi. Pod osłoną jednego z nich, jeden ze strzelców załogi kanadyjskiej przygotowywał się do obrony. Z kolanem opartem na ziemi kładł ładunek do strzelby, celował i znów ją nabijał bez chwili przerwy, a tak był zajęty swą czynnością, że nie zwrócił uwagi na nadjeżdżającego Hunter’a.

Napastnik stłumił okrzyk radości, poznając, że ten zapalony strzelec był kobietą i że tą kobietą była znajoma pasażerka z parowca Foot Ball.

Ścisnął konia, zapuszczając ostrogi w jego boki, podniósł go z najwyższym wysiłkiem, zsunął się z siodła i z ciałem zwieszonem zaczął przesuwać ręką po trawie na modłę cow - boy’ów Far-West’u.

Był już w pobliżu Jane Edgerton, która nie przeczuwała grożącego jej niebezpieczeństwa. Pędząc koło niej, objął ją ramieniem i jak piórko przerzucił na siodło. Poczem pędził dalej, zabezpieczony od kul zakładniczką, którą unosił z sobą.

Jane Edgerton, czując się porwaną, krzyknęła głośno. Na ten okrzyk wystrzały ustały z obu stron. Przerażone twarze wychyliły się z za drzew, podczas gdy Hunter w zdwojonym galopie wypadł z lasku, dążąc w przestrzeń otwartą tak groźną dla niego.

Nikt z obecnych po obu stronach walki nie mógł sobie zdać sprawy z tego, co się stało. Amerykanie wychylili się w połowę ciała nad nasypem. Zobaczywszy przywódcę pędzącego z popuszczonemi cuglami sądzili, że grozi im niebezpieczeństwo, niewiele więc myśląc zerwali się, szukając schronienia za pierwszym występem Golden Mount. Kanadyjczycy zaś ze swej strony wyszli z lasu tak mocno zdziwieni, że z pamięci im wyszło ścigać wystrzałem zbiega.

Hunter skorzystał z tego osłupienia. W kilkunastu skokach znalazł się nad brzegiem kanału i przeskoczywszy go z nadludzkim wysiłkiem, pędził jak szalony po równinie.

Kanadyjczycy, oprzytomniawszy, rzucili się tłumnie ku kanałowi. Ale czy podobieństwem było dogonić konia w szalonym biegu, który przez oddalenie miał tak wielką przewagę nad nimi?

Jeden z nich tylko nie opuścił krańca lasku, uważając tę pogoń za całkiem bezowocną. Jak gdyby w ziemię wrośnięty stał na miejscu, zupełnie spokojny, pewny siebie, tylko podniósłszy strzelbę do ramienia dał strzał z szybkością błyskawicy.

Odważnym tym strzelcem nie mógł być kto inny tylko Summy Skim. Czyż ufał tak dalece swej sprawności, że nie obawiał się dosięgnąć Jane Edgerton, celując w przeciwnika? Nie umiałby na to odpowiedzieć. Wystrzelił, nie celując, z samorzutnością odruchu.

Ale Summy Skim nie chybiał nigdy. Tym razem dał tego nowy dowód, bardziej zdumiewający niż wszelkie inne. Zaledwie rozległ się wystrzał, gdy koń Huntera zachwiał się ciężko, i czy dla równowagi, czy dla innej jakiej przyczyny, Hunter wypuścił z rąk Jane Edgerton, która zsunęła się bez ruchu na ziemię. Zwierzę zaś po kilku skokach opadło jak masa bezwładna podczas gdy Hunter stoczył się z niego i leżał nieruchomo na ziemi.

Kanadyjczycy osłupieli. Zapanowała chwila głębokiego milczenia. Summy Skim, niepewny rezultatu swego czynu, stał nieruchomo, wpatrując się uporczywie w przestrzeń. O jakich pięćdziesiąt kroków od kanału leżał Hunter. Żywy czy zabity? Nikt nie wiedział. Nieco bliżej koń wił się w ostatnich konwulsjach agonji. Oddychał ciężko, z nozdrzy krew spływała. Jeszcze bliżej w odległości dwudziestu metrów od barykady widniała plama, mała plama na rozległej przestrzeni. Była to Jane Edgerton, Jane Edgerton, którą być może zabił Summy Skim!

Tymczasem banda, widząc upadek przywódcy, rzuciła się w rozsypkę ku równinie. Tego tylko było potrzeba, aby wróciła przytomność Kanadyjczykom. Deszcz kul zagrodził bandytom drogę. Równina dla nich była zamknięta.

Niestety, to samo niebezpieczeństwo groziła i Kanadyjczykom. Jeżeli strzelcy Ben Raddle’a i nadbiegły oddział wywiadowcy mogli zabronić Teksańczykom odwrotu, ci również mogli ze swej strony zabronić im wyjścia z barykady. Równina więc była niedostępna dla obu stron walczących.

Zdawało się, że położenie było bez wyjścia. Kanadyjczycy nie mogli się zbliżyć do występu, aby nie być narażonymi na pociski przeciwników. Zaczęto się niecierpliwić i Ben Raddle obawiał się jakiego niepożądanego zajścia. Summy Skim szczególniej, tak spokojny przed chwilą, objawiał niezwykłe podniecenie. Szalał z bólu na myśl, że Jane Edgerton leży, jak gdyby bez życia, o dwadzieścia metrów od niego, a on nie mógł biec na jej ratunek. Trzeba było go zatrzymać siłą i walczyć z nim, aby nie rzucił się na barykadę, nie odwalił kamieni i nie naraził się na niechybną śmierć, która go tam czekała.

– Więc damy jej umrzeć?… Jesteśmy podli! – wołał nieprzytomny.

– Nie, nie jesteśmy tylko szaleńcami – odparł surowo Ben Raddle. – Uspokój się, Summy i pozwól nam zastanowić się nad położeniem.

Ale napróżno inżynier szukał w swym twórczym umyśle wyjścia z tego położenia – zdawało się ono beznadziejne.

To wyjście znalazł Patrick.

Już kwadrans trwało to nużące oczekiwanie, gdy Patrick, który jakiemś cudownem zrządzeniem okoliczności mógł wrócić do lasku bez zwrócenia na siebie uwagi Teksańczyków, wyszedł z gęstwiny. Szedł on wolno, najpierw dlatego, że szedł tyłem, następnie dlatego, że ciągnął na ziemi przedmiot niezmiernie ciężki i utrudzający, to jest trupa jednego z koni zabitych kilka minut przedtem licznemi wystrzałami zastępu wywiadowcy.

Co zamierzał zrobić Patrick i co chciał uczynić z koniem? Nikt nie mógł się tego domyślić.

Z drugiej strony kanału ukryci za występem góry Teksańczycy widzieli również zbliżającego się olbrzyma.

Zjawienie się jego było przyjęte przez nich dzikiemi okrzykami i gradem kul skierowanych w jego stronę. Patrick jakby nie zwracał uwagi ani na krzyki, ani na kule. Z równym wysiłkiem ciągnął dalej swój ciężar aż do barykady, do której dotarł szczęśliwym przypadkiem bez szwanku.

W przeciągu kilku minut odrzucił kamienie z barykady o tyle, aby móc przejść swobodnie, poczem schwyciwszy konia za przednie nogi, postawił go na tylnych nogach i jednym zamachem zarzucił go na ramiona.

Pomimo powagi chwili towarzysze Irlandczyka, zachwyceni tym bajecznym dowodem siły, przyjęli jego czyn burzą oklasków, koń wprawdzie był małego wzrostu, niemniej jednak przedstawiał wagę znaczną, wobec czego wysiłek Patrick’a miał w sobie coś nadludzkiego.

Nikt jednak nie mógł zrozumieć o co mu chodziło. Nikt z wyjątkiem jednego wszakże.

– Brawo, Patrick! – zawołał Summy Skim i, wyrywając się gwałtownie z rąk swej straży, pobiegł do olbrzyma, przygotowywającego się do przejścia barykady.

Widowisko było osobliwe.

'The Golden Volcano' by George Roux 55

Szli spokojnie pod osłoną niezwykłego puklerza.

Zgięty we dwoje, z trupem konia, którego tylne nogi włóczyły się po ziemi, na ramionach – Patrick krokiem wolnym i pewnym przeszedł barykadę, a pod jego osłoną Summy uczynił to samo.

Zaledwie jednak postąpili kilka kroków w stronę równiny, gęste strzały posypały się z szańca, za którym schronili się byli Teksańczycy. Ale ani Patrick, ani Summy nie wzruszali się tem bynajmniej. Szli spokojnie pod osłoną niezwykłego puklerza.

Po kilku minutach dostali się do miejsca, gdzie leżała Jane Edgerton. Tu Patrick zatrzymał się, Summy Skim tymczasem schylił się i uniósł dziewczę w swych ramionach.

Powrót nie poszedł tak łatwo. Ponieważ musieli iść w odwrotnym kierunku, więc puklerz Patrick’a tracił swą moc skuteczną. Trzeba było zbaczać, lawirować, wkońcu jednak Patrick i Summy Skim, każdy ze swoim ciężarem, zdołali przejść barykadę, podczas gdy Teksańczycy miotali się wyjąc w bezsilnym gniewie.

Dwu Kanadyjczyków, przypełznąwszy do nasypu, oczekiwało ich powrotu, a po ich przejściu przez barykadę, zajęli się jej naprawieniem. Summy zaś i Patrick udali się na kraniec lasku, dokąd przybyli bez szwanku.

Wtedy Patrick zdjął z siebie osobliwy puklerz. Dwadzieścia kul tkwiło w ciele zwierzęcia. Tarcza przeto okazała się przedniego gatunku, miała tylko tę ujemną stronę, że nie każdy mógł się nią posługiwać.

Summy Skim zajął się Jane Edgerton. Dziewczyna nie odniosła rany, tylko gwałtowny upadek spowodował omdlenie, z którego ocknęła się po kilkakrotnem zwilżeniu skroni wodą. Gdy przyszła do siebie, Summy zaniósł ją do namiotu, aby mogła wypocząć.

Tymczasem przeciwnicy nie ruszali się ze swych stanowisk. Kanadyjczycy, pilnując kanału, bronili Teksańczykom wejścia na równinę. Napastnicy zaś, pozostając za występem wulkanu, trzymali ich w zawieszeniu. Położenie było więc w dalszym ciągu bez wyjścia.

W ten sposób upłynął dzień, nadszedł zmrok, a wreszcie – noc.

Ciemność wróciła swobodę ruchów stronom wojującym. Ben Raddle i towarzysze oddalili się od kanału. Trzech tylko ludzi pozostało na straży przy kanale, jeden – przy północnym krańcu lasku, reszta zaś powróciła do obozowiska, aby po wieczornym posiłku odpocząć kilka godzin.

O świcie wszyscy byli na nogach, nieco znużeni ale cali i zdrowi. Pierwszą ich myślą było spojrzeć na południe.

Czy Teksańczycy skorzystali z mroku nocnego, aby odszukać przywódcę? Czy położenie uległo jakiejkolwiek zmianie?

Żaden odgłos nie dolatywał z poza występu Golden Mount. Kilku ludzi, okrążywszy Rio Rubber, odważyło się zapuścić na kilkaset metrów w równinę, aby ogarnąć wzrokiem całe podnóże wulkanu. Przeciwników nie było na stanowisku.

Nie mąciło nic ciszy równiny. Zmrok pokrył swym cieniem dwa ciała na niej rozciągnięte. Świt zastał już tylko jedno. Koń, leżący sam w niedalekiej odległości od kanału, stanowił ciemną plamę na jasnem tle zieleni. Ptaki drapieżne snuły się nad trupem.

Hunter zaś znikł.



XIV.

Wybuch wulkanu.

Drugi atak został przeto odparty z większem powodzeniem. Ze strony Kanadyjczyków nie brak było nikogo, tymczasem nieprzyjaciel stracił czwartą część swej załogi.

W każdym razie, jeżeli położenie uległo zmianie na lepsze, to nie było jeszcze świetne. Pozostałe siły przeciwników miały zawsze przewagę, a zresztą o zwycięstwie mogła być mowa tylko z chwilą usunięcia z okolicy ostatniego bandyty. Dotąd cała uwaga karawany musiała być zwrócona na obronę zagrożonego obozowiska, o żadnej więc pracy eksploatacyjnej myśleć nie było można.

Czy zdołają oczyścić okolicę od niecnych przybyszów we wskazanym czasie? Czy przeciwnie walka przeciągnie się do zimy, gdy zwycięstwo byłoby bezowocne? Za trzy tygodnie najdalej wyruszyć będzie trzeba zpowrotem, o ile zechcą uniknąć śnieżnych zawiei i ostrych wiatrów w tej polarnej stronie, o ile zechcą, wyszedłszy zwycięsko z walki z ludźmi, uniknąć zetknięcia się z okrutniejszą jeszcze mocą żywiołów natury.

A skądinąd, czy Ben Raddle, chcąc przyśpieszyć bieg wypadków, może wywołać wybuch, gdy Teksańczycy są na miejscu? Czyż Hunter, zawładnąwszy wulkanem, nie zbierze sam owoców kupionych drogą takiego trudu i takich wysiłków?

Ben Raddle zajęty był temi myślami przez cały dzień 22 lipca, który upłynął bez żadnego wypadku.

Niezwykły ten spokój nie przestawał go dziwić. Czyż Hunter odkładał na czas nieokreślony swoje zamiary? W takim razie będą zmuszeni, licząc się z nadejściem zimy, sami poszukać swych przeciwników i za wszelką cenę położyć kres walce, która nie może przeciągać się w nieskończoność.

Nazajutrz wczesnym rankiem wywiadowca i Ben Raddle, przekroczywszy kanał, udali się na równinę. Była pusta. Czyżby Hunter zdecydował się opuścić te strony?

– Żałować należy – rzekł Bill Stell – że nie można wejść na górę od strony obozowiska. Moglibyśmy ich spostrzec ze szczytu.

– Istotnie, jest to godne pożałowania – odpowiedział Ben Raddle.

– Przypuszczam, że nic nam nie grozi, jeżeli oddalimy się o jakie kilkaset kroków od góry?

– Nic zupełnie, ponieważ nie widać nikogo. Wszak wczoraj byli tu nasi ludzie. Czego oni mogli dokonać wczoraj, my dokonamy dzisiaj. Zresztą, gdyby nas dostrzeżono, zawsze mamy czas powrócić do kanału i zamknąć barykadę.

– Chodźmy więc, panie Raddle. Zobaczymy przynajmniej szczyt wulkanu. Może dym jest gęstszy, może nawet z krateru wydobywa się lawa.

Oddalili się więc na ćwierć mili w kierunku południowym.

Ale w otworze krateru nie zaszła żadna zmiana; dym jak dawniej unosił się wraz z ognistemi płomyki, gnany wiatrem w stronę morza.

– Wybuch nie nastąpi dzisiaj – zauważył wywiadowca.

– Ani jutro – dodał inżynier. – Zresztą nie żałuję tego a nawet życzę, aby wybuch nastąpił dopiero po wyjeździe Huntera… o ile wyjedzie!

– Nie wyjedzie – rzekł Bill Stell, pokazując na dym, unoszący się nad ostatnim występem Golden Mount.

– Tak – rzekł Ben Raddle, są tu… jak u siebie!… A ponieważ nie śpieszymy się z wypędzeniem ich ze stanowiska, słusznie mogą wnioskować, że nie mamy potemu dostatecznej siły.

Po tych słowach rzuciwszy jeszcze raz wzrokiem na równinę, powrócili zwykłą drogą do obozowiska.

Nadszedł dwudziesty trzeci lipca. Ben Raddle z ubolewaniem myślał o dniach upływających bezowocnie.

Za trzy tygodnie, jak mówił wywiadowca, będzie już za późno, aby wyruszyć do Klondike, gdzie karawana stanęłaby dopiero 15 września. W tym terminie, poszukiwacze, którzy spędzają zimę w Vancouver, opuszczają Dawson City, a parowce kończą swą żeglugę na rzece Yukon.

Często Summy Skim rozmawiał o tem z wywiadowcą i właśnie o tem mówili, gdy Ben Raddle przechadzał się nad brzegiem kanału.

Zbliżywszy się do grobli, usunął chróst zakrywający otwór kanału i posunął się do ściany, odgradzającej tenże od komina wulkanu.

Jeszcze raz przekonał się o położeniu otworów wydrążonych w sześciu miejscach ściany i w które sam włożył naboje. Stwierdził, że sześć innych nabojów znajduje się na swojem miejscu w grobli i że lont jest w dobrym stanie. Dość zapalić jedną zapałkę, a wody wpadną gwałtownym potokiem.

Gdyby nie Teksańczycy, dziś jeszcze próbowałby szczęścia. Pocóż miałby dłużej czekać, skoro czas nagli, skoro wulkan nie zapowiada wybuchu?

Wystarczyłoby zapalić lont, któryby palił się minut kilka, a później za pół dnia, za dwie godziny, za godzinę może, zebrana para wydobyłaby się z całą gwałtownością przez otwór krateru.

Ben Raddle stał zamyślony przed tą ścianą, przeklinając swoją bezsilność i niemożność natychmiastowego uskutecznienia swego śmiałego pomysłu.

Rozmyślając wsłuchiwał się zarazem w odgłosy coraz wyraźniej dochodzące z wnętrza wulkanu. Wydało mu się nawet, że słyszy tarcie ścierających się odłamów skały jak gdyby pod wpływem pary unosiły się i pogrążały równocześnie. Czyż odgłosy te miały być zwiastunami wybuchu?

W tej chwili do jego uszu doleciały wołania. Głos wywiadowcy przeniknął przez otwór kanału.

– Panie Raddle… panie Raddle!

– Co się stało? – spytał inżynier.

– Niech pan przyjdzie!… niech pan przyjdzie! – wołał Bill Stell.

Ben Raddle myślał, że banda ponawia atak po raz trzeci, wrócił więc szybko na groblę, na której stali Summy Skim, Jane Edgerton i Bill Stell.

– Czy Teksańczycy znów nas zaczepiają? – spytał.

– Tak! – nędznicy! – zawołał wywiadowca, ale ani z przodu, ani z tyłu tylko z góry!

Przy tych słowach wyciągnął rękę w stronę Golden Mount.

– Niech pan patrzy – dodał.

Istotnie, nie mogąc dostać się ani od południa, ani od północy, Hunter i towarzysze zaniechali bezpośredniej walki dla wykonania planu, którego wynik zmusiłby karawanę co najmniej do opuszczenia obozowiska.

Wszedłszy na szczyt wulkanu, obeszli płaskowzgórze, zatrzymując się tam, gdzie górowało ono nad namiotami Kanadyjczyków. Zapomocą kilofów i drągów podważyli olbrzymie kamienie i odłamy skał, znajdujące się tam setkami. Wkrótce ciężkie te masy, wysunięte na brzeg płaskowzgórza, zaczęły spadać jak lawiny, łamiąc, przewracając drzewa, niszcząc wszystko po drodze. Kilka pocisków wpadło nawet do kanału tak, że woda wystąpiła z brzegów. Ben Raddle i jego towarzysze stanęli przy zboczu góry, aby uniknąć tego zabójczego gradu.

W lasku pozostać nie było można. Obozowisko znikało pod stosami kamieni rzucanych ze szczytu góry, załoga zaś szukała schronienia nad brzegiem rzeki, będącej zbyt daleko, aby odłamki skał mogły ją dosięgnąć.

'The Golden Volcano' by George Roux 56

Z całego obozu pozostały tylko szczątki. Dwa wozy zostały zupełnie rozbite, namioty przewrócone i podarte, narzędzia – zniszczone. Trzy muły leżały zabite na ziemi. Inne oszalałe ze strachu przebiegły jednym skokiem kanał, rozpraszając się po równinie. Była to prawdziwa klęska.

Tymczasem z góry dochodziły dzikie wycia i okrzyki zadowolenia. Banda nie posiadała się z radości na widok tej ostatecznej zagłady. A kamienie padały wciąż, trącając się niekiedy po drodze i rozpryskując w drobne odłamy jak kartacze.

– Ależ oni nam rzucą całą górę na głowę! – zawołał Summy Skim.

– Co robić? – spytał wywiadowca.

– Co trzeba robić, nie wiem – odpowiedział Summy Skim – ale co trzeba było zrobić, to wiem dobrze! Należało posłać kulę Hunter’owi, zamiast porozumiewać się z nim!

Jane Edgerton podniecona wzruszyła ramionami.

– Są to czcze słowa, a tymczasem z dobytku naszego pozostają tylko szczątki. Ocalmy chociaż wozy, ciągnąc je natychmiast do rzeki, gdzie będą zabezpieczone od pocisków.

– Dobrze – przyznał wywiadowca. – A potem?

– Potem? – powtórzyła Jane Edgerton – pójdziemy do obozowiska tych bandytów i tam będziemy ich oczekiwali. Będziemy do nich strzelać, gdy będą schodzili, a ich wozy zastąpią te, które nam zniszczyli…

Summy Skim rzucił spojrzenie pełne zachwytu na pomysłową towarzyszkę. Projekt był śmiały, lecz mógł się udać. Hunter i towarzysze nie będą mieli min wesołych, gdy schodzić będą ze zbocza Golden Mount pod ogniem dwudziestu karabinów.

Oczywiście opuszczą go dopiero z chwilą gdy zabraknie im kamieni. Będzie więc dość czasu, aby przejść podnóżem góry na drugą stronę. Jeżeli kilku z bandy pozostało w obozowisku, łatwo będzie dać sobie z nimi radę. Co do Huntera i reszty bandytów, to czatując, można ich będzie powystrzelać jak kozice lub daniele.

– Doskonale! – zawołał Summy Skim. – Wołajmy ludzi i przejdźmy groblę. Za pół godziny będziemy na miejscu, gdy ci łotrzy będą potrzebowali przynajmniej dwu godzin, aby zejść.

Ben Raddle, chociaż nie brał udziału w rozmowie, słyszał wszystko, co Jane Edgerton mówiła i przyznawał, że był to jedyny sposób wyjścia z przykrego położenia.

W chwili jednak gdy Summy Skim ruszył w drogę, kuzyn zatrzymał go ruchem ręki.

– Mam lepszy pomysł – rzekł.

– Cóż takiego? – spytał Summy Skim.

– Oddać bandzie to co jej się należy. Mamy gotową straszną broń.

– Broń? – powtórzył wywiadowca.

– Wulkan. Wywołajmy jego wybuch i zgładźmy ich co do jednego.

Po krótkiem milczeniu inżynier dodał:

– Idźcie do naszych ludzi, trzymając się podnóża góry i wybrzeża morskiego. Tymczasem ja zapalę lont, poczem powrócę do was szybko.

– Zostanę z tobą, Ben! – powiedział Summy Skim, ściskając rękę inżyniera.

– To zbyteczne – odrzekł ten głosem stanowczym. – Najmniejsze niebezpieczeństwo mi nie grozi. Lont gotów, jak wiesz, zapalę go w jednej chwili.

Nie można było nalegać. Summy Skim, Jane Edgerton i wywiadowca oddalili się, aby złączyć się z ludźmi pozostającymi na brzegu Rio Rubber. Ben Raddle zaś zniknął niebawem przez otwór, kryjący się pod chróstem. Pełzając dosięgnął połowy podziemia, poczem zapaliwszy lont z jednej strony od grobli, z drugiej od ściany, wybiegł szybko w kierunku morza.

W kwadrans później miny wybuchły z głuchym odgłosem. Wydało się, że góra zatrzęsła się w posadach. Grobla, roztrzaskana, rozprysła się w tysiączne kawałki i woda wpadła gwałtownie do otwartego podziemia. Czy na drugim jego końcu ściana wysadzona została przez wybuch? Odpowiedziała na to gęsta para ognista, unosząca się nad kraterem, zanim kto miał czas postawić sobie to pytanie. Tak, ściana znikła, skoro wulkan wyrzucał z siebie swój oddech zatruty.

Równocześnie głuchy łoskot wydobywał się z podziemia. Wrzenie, wycie, świst wody walczącej z lawą i za zetknięciem się z nią ulatniającej się w kształcie pary.

Ogień i woda! Któryż z tych żywiołów wyjdzie zwycięsko z tej walki tytanicznej? Czy ogień, który gasnąc spowoduje zakrzepnięcie jakiej przeszkody, a tem samem nie pozwoli wodzie dostać się do wnętrza, czy też woda, która dopiero wtedy ulegnie działaniu ognia, gdy dosięgnie go zwycięsko?

Ostatnia to była zagadka do rozstrzygnięcia, rozwiązanie zaś tej zagadki nastąpić miało niebawem.

Pół godziny, godzina minęła. Woda płynęła potokiem, znikając w podziemiu. Kłęby dymu unosiły się nad wulkanem.

Grupa Kanadyjczyków w całym swym składzie czekała uzbrojona zdała od Rio Rubber nad wybrzeżem oceanu. Nieruchomi, milczący, niespokojnym wzrokiem śledzili działalność wulkanu.

Nagle ziemia zadrżała, straszny pomruk doszedł z jej wnętrza. Poczem stała się rzecz osobliwa. Równina zdawała się falować w nieskończoność w kierunku południowym, a gęsty obłok kurzu, wznosząc się, zakrywał tarczę słoneczną.

Kanadyjczyków ogarnęła trwoga. Nawet najśmielsi uczuwali lęk na myśl, że słabe ich ręce rozpętały tę niezwyciężoną moc natury.

Lecz gniew wulkanu nie trwał długo. Obłok kurzu opadał, ukazując słońce w całej pełni.

Westchnienie ulgi wydobyło się z piersi wszystkich, strwożone tętno serca zwolniło biegu. Nawet uśmiech rozjaśnił oblicza, a wzrok zaczął się rozglądać dokoła.

W naturze nic się nie zmieniło. Fale rzeki ginęły w otchłani oceanu, a fale oceanu rozbijały się o wybrzeże. Golden Mount, niby olbrzym dotknięty w swej podstawie nieznaczną, lecz śmiertelną ranką, wznosił swe dumne czoło ozdobione pióropuszem z dymu i płomieni, obojętny na potok wody, który zalewał jego rozległe wnętrze.

I znów kwadrans upłynął. Nagle, bez przygotowania nastąpił straszny wybuch.

Część góry runęła, wpadając w morze. Olbrzymia fala zasłoniła horyzont. Z krateru unosiły się kawałki zakrzepłej lawy, popiół, kamienie, a dym i płomienie wirując z hałasem wznosiły się ku niebu na pięćset metrów.

Od tej chwili huk za hukiem przerywał ciszę powietrzną. Wulkan z coraz większą wściekłością wyrzucał z siebie ogniste pociski. Jedne z nich wracały do krateru, inne dążąc w kierunku prostym, opadały ze świstem w fale oceanu.

– Ależ… niech Bóg mi wybaczy! – wyszeptał Summy Skim, oprzytomniawszy – nasze złoto idzie do morza.

Ta sama uwaga nasunęła się Ben Raddle’owi i wywiadowcy, nie mogąc jednak przemówić słowa, zachowali ją dla siebie. Ich rozczarowanie i rozpacz nie miały granic.

Tak więc przedsięwzięto tę podróż, walczono z mocami natury, zużyto tyle wysiłków, tyle trudu, aby doczekać się takiego końca!

Ben Raddle nie mylił się. Wprowadzając wodę do wnętrza wulkanu, wywołał wybuch. Ale na tem kończyła się jego władza. Wybuch nastąpił w warunkach od niego niezależnych, więc cała wyprawa spełzła na niczem.

Potwór, którego działalność przyśpieszał, wymykał się odtąd z pod jego woli. Wstrzymać wybuchu nikt nie był w stanie. Ziemia drżała, jak gdyby miała się rozpaść. Syczenie płomieni, świst pary przenikał powietrze. Szczyt znikł za obłokiem ognistego dymu i gazów duszących. Niektóre odłamy, wyrzucone w powietrze jak pociski, rozpryskiwały się na proszek złoty.

– To złoto nasze pęka! – skarżył się Summy Skim.

'The Golden Volcano' by George Roux 57

Na widowisko to wszyscy spoglądali z trwogą.

Nie myśleli w tej chwili o Teksańczykach, lecz o tych najbogatszych pokładach złota, które w tej chwili znikają bezpowrotnie w oceanie Lodowatym.

Wprawdzie karawana nie potrzebowała się już obawiać Hunter’a i jego bandy. Zaskoczeni wybuchem, nie mieli czasu schronić się przed nim. Być może płaskowzgórze runęło wraz z nimi… Może pochłonięci byli przez krater?… Może wyrzuceni w powietrze, spoczywali w tej chwili na dnie oceanu…

Ben Raddle pierwszy odzyskał zimną krew.

– Chodźcie!… Chodźcie! – zawołał.

Za jego przykładem udano się prawym brzegiem rzeki, którą przeszli w bród poza kanałem, na równinę wzdłuż podnóża Golden Mount. W dwadzieścia minut dosięgnięto obozowiska Teksańczyków.

Kilku ludzi w niem pozostałych, widząc, że są osaczeni, uciekli do lasu, podczas gdy konie, przestraszone łoskotem wybuchu i wystrzałami z karabinów, rozproszyły się po łące.

Kanadyjczycy zawładnęli opuszczonem obozowiskiem, poczem spojrzeli na urwiste zbocza góry.

Wybuch wulkanu dokonał swego dzieła zniszczenia. Z bandy złoczyńców pozostało przy życiu zaledwie kilku, którzy w szalonej trwodze, zresztą całkiem zrozumiałej, uciekali z Golden Mount, narażając się na złamanie rąk i nóg.

Między nimi zauważono Hunter’a, rannego poważnie, o jakie sto metrów od równiny. Bandaż na jego głowie świadczył o śladach przedwczorajszego upadku, który go przyprawił o tak głębokie omdlenie.

Nieszczęśliwi, widząc, że ich obozowisko jest zajęte, wydali okrzyk rozpaczy, a nie mając nic do stracenia, skręcili na północ, starając się dostać wybrzeżem do lasu.

Dwu z nich jednak nie miało go dosięgnąć.

W chwili gdy Hunter, podtrzymywany przez dwu towarzyszy, miał udać się w tym kierunku, ogromny odłam skały wzniósł się nad wyjącym kraterem. I wtedy stała się rzecz osobliwa. Gdy inne pociski padały jednostajnie w ocean, ten jeden odłam, zbaczający z przyczyn nieznanych, zakreślił na południe parabolę i z matematyczną dokładnością runął na trzech uciekających Teksańczyków. Jeden z nich, szczęśliwy, że uniknął wypadku, uciekł, krzycząc. Drugi został na miejscu zmiażdżony zupełnie.

Hunter zaś, przewracając się z miejsca na miejsce, ze skały na skałę, upadł bez życia u podnóża góry.

Przez ten czas, odłam skały, wyprzedziwszy swą ofiarę, staczał się po zboczu, aż wreszcie zwolniwszy rozmachu, zatrzymał się powoli u stóp Ben Raddle’a.

Inżynier nachylił się. Pod szczerbami spowodowanemi przez ciągłe uderzenia zabłysł kruszec żółty o blasku metalicznym. Inżynier silnie wzruszony, poznał, że odłam, spełniający wyrok sprawiedliwości, był bryłą szczerego złota.



XV.

W którym Jane Edgerton, Summy Skim i Ben Raddle stoją wobec zagadki.

Tak więc to złoto gorąco pożądane przez Hunter’a przypadło mu w udziale wraz ze śmiercią. Jakże pragnął tego cennego a tak szkodliwego kruszcu! Ile zbrodni popełnił, ile jeszcze miał popełnić, aby zdobyć jego cząstkę! I, jak gdyby ironją losu, to samo złoto roztrzaskało mu czaszkę, pod którą tkwiły jego zbrodnicze zamiary!

Ben Raddle odruchowo zmierzył okiem wartość zadziwiającego pocisku i ocenił go na sumę nie mniejszą niż sto tysięcy franków. Masa ta złota, będąca jego niezaprzeczoną własnością, wystarczy sowicie na pokrycie kosztów nieszczęśliwej wyprawy i pozwoli nawet wynagrodzić skromnie każdego jej uczestnika.

Co za opłakany rezultat wobec olbrzymich zysków, na jakie liczyli! Z nieprzeliczonych skarbów wulkanu dostał im się ten oto jeden, jedyny okaz!

Bez wątpienia zjawienie się Teksańczyków pokrzyżowało plany Ben Raddle’a. Chcąc obronić karawanę, musiał przyśpieszyć działanie wulkanu. Ale skądinąd, gdyby nawet mógł swobodnie rozporządzać swym czasem, złoto niemniej byłoby stracone dla niego, skoro Golden Mount wyrzucał substancje wulkaniczne od strony morza.

– Największem nieszczęściem było – rzekł wywiadowca, gdy uspokojono się nieco – że krater wulkanu był nieprzystępny, gdy doń przybyliśmy.

– Istotnie – przyznał Summy Skim. – Jakób Ledun sądził, że wulkan przerwał ostatecznie swą działalność, tymczasem on wypoczywał tylko. Szkoda, że nie wziął się do pracy kilka tygodni później.

Ta niefortunna okoliczność przyczyniła się do niepowodzenia Ben Raddle’a. Pozostanie on już na zawsze niepocieszony.

– Mój biedny Benie – mówił Summy Skim – trzeba mieć nieco odwagi i filozoficznie patrzeć na rzeczy!… Wyrzeknij się swych marzeń i zadowolnij szczęśliwym pobytem w naszym drogim kraju, niewidzianym od ośmnastu miesięcy.

Ben Raddle uścisnął dłoń kuzyna, i zapanowawszy nad swym smutkiem, zajął się urządzeniem nowego obozowiska.

Należało je rozłożyć w miejscu zabezpieczonem od działania wulkanu nawet w razie, gdyby wylew lawy zmienił kierunek. Zresztą postój ten miał być krótki, nie było bowiem celu przebywać dłużej w tych stronach podbiegunowych.

Miejsce dla postoju wybrano na dwa kilometry wzwyż brzegu Rio Rubber, poczem wysłano dziesiątek ludzi, aby zebrali wszystko co pozostało z dawnego obozowiska. Inni zaś, wyruszywszy do obozu wrogów, zabrali zeń cały dobytek, ładując go na ich własne wozy. Reszta zaś karawany rozbiegła się po równinie, aby złapać zbiegłe konie.

Przed wieczorem nowe obozowisko urządzone zostało dość wygodnie.

Noc przeszła spokojnie. Czuwano przez ostrożność, obawiano się bowiem powrotu zostałych przy życiu bandytów, ale ciszę nocną przerywał tylko groźny głos wulkanu.

Na tle mroku nocnego wybuch przedstawiał widok wspaniały! Proszek złoty rozpalony do białości i wyrzucany mocą potężną zaokrąglał się w kształcie sklepienia nad kraterem. Nad tem sklepieniem zaś płomienie dosięgały obłoków i oświetlały ponurem światłem całą okolicę aż do granic horyzontu.

Woda kanału znikała wciąż we wnętrzu góry. Jeżeli przypadek nie zabliźni rany zadanej jej zboczu, ileż tygodni i miesięcy wody rozległego ujścia płynąć będą w otchłań podziemia?

– Kto wie nawet – rzekł wywiadowca Summy Skim’owi – czy ta powódź nie zdoła wkońcu zagasić ognia wulkanu?

– To bardzo prawdopodobne, ale, na miłość Boga, nie mów tego Ben’owi! Gotów czekać!… A przecież nie mamy co zbierać obecnie w kraterze!

Próżna była obawa Summy Skim’a. Ben Raddle wiedział, czego się ma trzymać i trzymał się tego z całą konsekwencją swego umysłu. Jeszcze raz poddał się sile rzeczy. Działka 129 znikła pod powodzią, Golden Mount wyrzucił swe skarby do morza, były to fakty, którym nie mógł przeciwdziałać, postanowił więc nie zaprzątać niemi swych myśli. Dla niego te dwa rozczarowania były przeszłością, zwrócił się więc z całą energją ku przyszłości.

Przyszłość, przynajmniej przyszłość najbliższa, było to Dawson City. I Bóg tylko wiedział, dlaczego miasto, do którego dążył, zespalało się dla niego z pewnym pokojem w szpitalu, w którym złotowłose dziewczę mówiło mu rzeczy kojące i rozumne. Być może działał tu jedynie czynnik kontrastu. Wśród chaosu, który go otaczał, wywoływał mimowoli, jakby dla równowagi, obraz tego pogodnego spokoju.

Nazajutrz o piątej zrana oświadczył swym towarzyszom, że dziś jeszcze chciałby zebrać się do odwrotu. Spodziewał się sprzeciwu. Tymczasem nikt się temu nie oparł. Nadzieja, a z nią odwaga opuściły obecnych. Wszyscy wydali westchnienie ulgi na wieść o rychłym powrocie.

Przed wyruszeniem w drogę Ben Raddle i wywiadowca obeszli po raz ostatni podnóże wulkanu. Może wybuch wyrzucił z tej strony kilka odłamków złotodajnego kwarcu?

Bynajmniej. Odłam skały, który po zgładzeniu Hunter’a zatoczył się aż do nóg inżyniera, był jedyną pamiątką, która wraz z nimi dotrze do Kanady.

Wybuch nie zmienił kierunku. Wszystkie substancje: kamienie, żużle, lawa, popiół, bez przerwy wpadały od strony północnej do morza, niekiedy nawet o dwa kilometry od wybrzeża. Wybuch nie stracił na sile tak, że niepodobieństwem było dosięgnąć szczytu Golden Mount.

W tym samym czasie gdy Ben Raddle i wywiadowca zwiedzali wulkan, Jane Edgerton zbliżyła się do Summy Skim’a, który spokojnie palił fajkę. Jak wówczas, gdy po raz ostatni schodzili ze szczytu góry, dziewczę uczuło się zmęczone, jakby złamane, co dodawało jej jeszcze wdzięku.

– Niech mi pan wybaczy – rzekła z pewnem zmieszaniem – że nie podziękowałam panu jak należy, ale dopiero dziś rano dowiedziałam się, jaki nowy dług wdzięczności zaciągnęłam względem pana.

– Któż był tym gadułą? – zaczął Summy Skim podrażnionym głosem.

– Patrick powiedział mi wszystko – przerwała Jane łagodnie. – Wiem, że jeżeli żyję, zawdzięczam to pańskiej przytomności i pańskiej odwadze… Kiedyś – dodała z nieśmiałym i wzruszającym uśmiechem – miałam śmiałość powiedzieć panu, że spłaciłam swój dług wdzięczności. Przyznaję dzisiaj, że nie potrafię spłacić go nigdy.

– To Patrick zawrócił pani głowę niepotrzebnie – odpowiedział wymijająco Summy. – Jest on skromny w takim razie, gdyż właściwie to tylko jego zasługa.

– Nie, panie Skim – odezwała się z większym zapałem. – Wiem, jaką rolę odegrał w tem Patrick i zachowam w swem sercu miejsce dla niego, do którego ma prawo. Ale wiem również, jaki pan wziął w tem udział.

– Mój udział? – zaprzeczył Summy. – Ja odegrałem tylko rolę myśliwego i nic więcej. Myśliwy widzi przed sobą uciekającą zdobycz i celuje do niej. To bardzo proste…

Summy zatrzymał się nagle, i, udając gniew, zawołał:

– A zresztą, dość już tego. Nie chcę, aby mi wspominano o tej sprawie.

– Niech i tak będzie – zgodziła się Jane Edgerton. – Mówić o niej nie będę, ale myśleć – zawsze.

Karawana ruszyła w drogę o godzinie ósmej. Inżynier i Summy Skim szli na czele, a za nimi Jane Edgerton w wózku, powożonym przez Neluta. Wozy, naładowane całym dobytkiem ciągnęły pod przewodnictwem wywiadowcy.

Zapasy żywności były obfite, gdyż polowanie i połów ryby pozwoliły zaoszczędzić konserw. Zresztą po drodze nie brak będzie kaczek, kuropatw i grubszej zwierzyny. Gdyby Summy Skim’owi udało się upolować łosia, śmiało możnaby powiedzieć, że nie żałowałby swej podróży.

Pogoda trwała niepewna, co zresztą nie było dziwne wobec spóźnionej pory roku. Należało jednak mieć nadzieję, że w końcu sierpnia dotrą do stolicy Klondike’u, jak również, że zbytni chłód nie będzie dokuczał na postojach nocnych.

'The Golden Volcano' by George Roux 58

Gdy karawana zatrzymała się dla spożycia rannego posiłku, Golden Mount był jeszcze widoczny na horyzoncie. Ben Raddle wpatrywał się w jego zarys, nie mogąc oczu oderwać od dymu, unoszącego się z szczytu wulkanu.

– Zostaw już, zostaw, Ben – rzekł mu Summy Skim – złoto zamienia się w dym jak wiele innych rzeczy na tym padole. Nie myślmy już o tem. Musimy teraz spoglądać nie w tę stronę, lecz w tamtą.

Przy tych słowach Summy wyciągnął rękę na południo-wschód, mniej więcej w kierunku jego drogiego Montrealu.

Za wspólną zgodą Ben Raddle i wywiadowca obrali nową drogę powrotu. Zamiast zbaczać na wschód, a tem samem przejść mimo fortu Mac Pherson, miano się udać w prostej linji na południe. Tym sposobem droga będzie o wiele krótsza. Wody zaś nie zabraknie w tej okolicy zroszonej rzeczkami, szczególnie przy źródłach Porcupine River.

Gdy dzień się miał ku końcowi, podróżni zwrócili uwagę na liczne szczeliny w ziemi, które trzeba było nieustannie omijać, a które wpływały na znaczne opóźnienie podróży. Gdyby przeszkoda ta trwała dłużej, trzebaby było zboczyć na prawo, czy na lewo, dopóki nie natrafiłoby się na grunt odpowiedniejszy do jazdy kołowej.

Na szczęście po przejściu kilku kilometrów położenie zmieniło się na lepsze. Szczeliny coraz głębsze, stawały się wzamian coraz rzadsze. Stopniowo zbliżały się do siebie, aż wreszcie spotykano tylko szerokie wyrwy ziemi, jak gdyby utworzone z kilku mniejszych, które dały im początek.

Zjawisko to powtarzało się z dokładnością matematyczną. W odległości sześćdziesięciu kilometrów od Golden Mount, była już tylko jedna, ale tak wielka, że należałoby ją nazwać wąwozem. Pęknięcie to, głębokie na piętnaście metrów, a szerokie na sześćdziesiąt, z wyszczerbionemi brzegami, jak gdyby pod nagłem wstrząśnięciem, ciągnęło się z północy na południe z lekkiem zboczeniem na zachód. Szło jakby prawie w prostej linji do Dawson City, karawana przeto trzymając się jego wschodniego krańca, nie potrzebowała się obawiać, że zboczy z linji prostej.

Osobliwa ta okoliczność dostarczyła obfitego tematu do rozmowy. Olbrzymi rów ciągnął się w nieskończoność nie zmieniając swego prostego kierunku. Z jego zboczy, na których nie rosła najmniejsza kępka trawy, z cząstek humusu, którego nie zmył jeszcze żaden deszcz, wnioskować było można, że powstał on niedawno. Jakaż siła mogła dokonać tego olbrzymiego dzieła w przeciągu jednej chwili?

– To Golden Mount – odpowiedział Summy Skim’owi Ben Raddle, gdy go o to zapytał. – Jest to wtórny wpływ działania wulkanu. Przed wybuchem, o ile sobie przypominasz, odczuliśmy gwałtowne wstrząśnienie ziemi, a z południa horyzont przez czas jakiś cały był zasłonięty obłokiem kurzu. Wiesz teraz, skąd pochodził ten obłok kurzu.

– W takiej odległości od góry?! – zawołał niedowierzająco Summy Skim.

– Nie jest to wcale rzeczą dziwną – odrzekł inżynier. – Bardzo często wulkany przed wybuchem są przyczyną takiego rodzaju niespodzianek i to na przestrzeni daleko większej. Lecz wszystko się uspokaja, gdy tylko wewnętrzne ciśnienie zdoła znaleźć dostateczne ujście przez krater, co właśnie zaszło w tym wypadku.

12 sierpnia dopiero przebyto koło polarne. Droga, choć krótka, była zato gorsza i nie można było przebyć więcej niż dwanaście do piętnastu kilometrów dziennie. Wywiadowca żałował mocno, że nie trzymał się dawnej drogi na Fort Mac Pherson.

Na szczęście zdrowie dopisywało wszystkim. Silni ci Kanadyjczycy, przyzwyczajeni do trudów, nic odczuwali jakby wcale najcięższego zmęczenia…

Szeroka szczelina, powstała przez wysiłek wulkanu, towarzyszyła podróżnym w ich powrocie na południe. Wszelako na sto kilometrów poza kołem polarnem straciła na znaczeniu. Brzegi jej się zbliżały, a dno podnosiło się wyżej. Zmiana ta jednak następowała powoli tak, że wierną swą towarzyszkę podróży stracili dopiero z oczu o pięćdziesiąt kilometrów dalej, gdy zboczyła bardziej na zachód i z otchłani zmieniwszy się w prostą skazę, znikła na zachodnim horyzoncie.

Wyniosłości, okalające stolicę Klondike’u ukazały się dopiero 3 września. Było kilka minut po południu, gdy zatrzymano się przed Northern Hotel.

Przed drzwiami hotelu nastąpiło rozstanie, Patrick i Neluto udali się do domu na przedmieściu, gdzie spodziewali się zastać ich przyjaciela Lorique’a. Wywiadowca zaprowadził towarzyszy i dobytek zwiększony dobytkiem Hunter’a do swego składu w Dawson. Dawni zaś pracownicy działki 129 rozproszyli się po mieście, szukając dla siebie pomieszczenia.

Tymczasem Jane Edgerton, Summy Skim i Ben Raddle, którzy pomimo swych ciężkich przygód nie zapomnieli o wymaganiach cywilizacji, oddali się z rozkoszą zabiegom toaletowym. Nie zważając na wygórowane ceny, użyli kąpieli, odwiedzili fryzjera, krawca i krawcową, jak również sklepy z bielizną. Około trzeciej wypoczęci, wyświeżeni, wszyscy troje spotkali się w hall’u Northern Hotelu.

Jane, spragniona powitania kuzynki, podążyła do szpitala, Ben i Summy zaś udali się do biura Anglo - American Transportation and Trading Company, aby odebrać złożone tam pieniądze. Bryła bowiem złota, przywieziona przez nich z Golden Mount, nie mogła zastąpić brzęczącej monety, która była im narazie potrzebna.

Skoro Summy podał przez okienko czek urzędnikowi, ten, z początku obojętny, rzuciwszy okiem na podpis zamknął z miną wystraszoną okienko, poczem za kratą powstał jakiś ruch niezwykły, który zwrócił uwagę kuzynów.

Wiedząc, że sporo czasu upłynie, zanim, zdala od oczu niepowołanych, załatwione zostaną wszelkie formalności związane z wypłatą czeku, obaj kuzynowie odeszli do drugiego okienka, aby złożyć bryłę złota zdobytą w tak tragicznych warunkach. Urzędnik o wyszukanej postawie, widząc tę niezwykłą bryłę, zachował się inaczej, niż jego kolega od bieżących rachunków. Ruchem rąk i zdumieniem na twarzy wyrażał zachwyt nad tym wspaniałym okazem. Istotnie było na co patrzeć. Oczyszczona z warstwy kwarcu bryła świeciła żółtawym połyskiem, odbijając jaskrawo na swej powierzchni promienie światła dziennego.

Przedstawiciel Trading Company po chwilach zachwytu zajął się jej ważeniem. Ocena nie trwała długo.

– Dwadzieścia tysięcy sześćset trzydzieści dwa dolary, pięćdziesiąt centów – oznajmił niebawem.

Ben Raddle potwierdził ruchem głowy.

– Na imię panów? – spytał urzędnik, trzymając pióro w zawieszeniu.

– Summy Skim i Ben Raddle – dokończył inżynier.

Jak w pierwszym przypadku okienko zamknięto szybko i znów powstał za kratą ten ruch niezwykły, który zaciekawił już był obu kuzynów.

Upłynęło kilka minut. Ben Raddle, mało cierpliwy z natury, zaczął głośno wyrażać swe niezadowolenie, gdy urzędnik, na wyższem niż poprzedni stanowisku, zbliżył się do Summy Skim’a i Ben Raddle’a, prosząc, aby byli łaskawi mu towarzyszyć, gdyż p. William Broll chciałby z nimi pomówić.

Obaj kuzynowie niemało zdziwieni tem uprzejmem zaproszeniem, podążyli za urzędnikiem do wicedyrektora i wkrótce stanęli przed nim.

– Wybaczą panowie – rzekł – że ich niepokoję. Ale dałem zlecenie, aby przy pierwszem zjawieniu się którego z panów u nas, dano mi znać o tem. Miło mi, że mogę powitać obu panów równocześnie.

Summy Skim i Ben Raddle skłonili się grzecznie, lecz obojętnie.

– Nie mogłem, pojmą to panowie łatwo – ciągnął dalej wicedyrektor – pozwolić panom odejść, nie przywitawszy najważniejszych klientów naszej firmy.

Obaj kuzynowie równocześnie spojrzeli na rozmówcę. Czyżby p. William Broll nagle oszalał? Lub też Anglo - American Transportation and Trading Company doszła do takiej nędzy, że ich marny kredyt miał tak wielkie znaczenie w jej bilansie?

– Ach! – mówił tymczasem wice-dyrektor – musieli panowie nieraz śmiać się z nas i mieli panowie do tego zupełne prawo. Ależ nie mieliśmy węchu! Jak sobie pomyślę, że nas wstrzymała ta marna sprawa o granicę! Jak sobie pomyślę, że ocenialiśmy na pięć tysięcy dolarów – tak pięć tysięcy dolarów! – własność panów!… Zresztą, nie potrzebuję się obawiać, żeby panowie nam robili wymówki za nasze zaślepienie, skoro nam panowie zawdzięczają, że jesteście szczęśliwymi posiadaczami działki 129.

– Działki 129? – powtórzyli jednocześnie Summy Skim i Ben Raddle wprost oszołomieni.

– Cudownej, niezwykłej, nadzwyczajnej działki 129!…

Jeżeli zaś wice-dyrektor zatrzymał potok swej mowy na tych trzech przymiotnikach, to dlatego, że narazie słów mu zabrakło!

– Przepraszam pana, ale – zaczął Summy Skim głosem zdławionym.

Ben Raddle, który we wszystkich okolicznościach życiowych odzyskiwał szybko równowagę, przerwał mu.

– Cóż robić, panie wicedyrektorze, w interesach wszystko zależy od przypadku – rzekł zwykłym głosem. – Panowie powetują to sobie przy innej sposobności.

– Podobnej nie znajdziemy nigdy – odezwał się z przekonaniem William Broll. – Ani w Klondike, ani gdzie indziej nie istnieje kopalnia, którąby porównać można z działką 129. Zapewne, przyznaję, że panowie mieli dużo kłopotów. Musieli panowie walczyć na wszystkie strony, i ku wielkiemu naszemu żalowi przysyłali nam panowie zaledwie od czasu do czasu jakiś wkład niewielki. Ale obecnie jesteście wynagrodzeni po królewsku, jak o tem świadczą wkłady, które nam przysyłacie panowie codziennie od miesiąca.

– Codziennie? – zauważył Summy Skim.

– Albo prawie codziennie, co najmniej.

– Pan mówi od miesiąca? – nalegał Ben Raddle głosem coraz pewniejszym.

Wicedyrektor zastanowił się chwilę szukając w pamięci.

– Ależ tak – rzekł – prawie miesiąc temu otrzymaliśmy pierwszą posyłkę.

– Doprawdy! – rzekł Ben Raddle dobrodusznie.

– Zresztą, jeżeli panowie życzą sobie bliższych szczegółów, sprawdzimy je w księgach rachunkowych.

Przy tych słowach nacisnął dzwonek. Urzędnik zjawił się prawie natychmiast.

– Niech pan mi przyśle – rzekł wicedyrektor, zwracając się do niego – rachunek bieżący pp. Summy Skim i Ben Raddle, właścicieli działki 129.

Urzędnik oddalił się.

– Przy tej sposobności będę mógł panom powiedzieć dokładną sumę, która się im należy. Jest to dość zajmujące! – zawołał p. William, śmiejąc się głośno.

Przyniesiono księgę. Wicedyrektor rozłożył ją przed sobą.

– Mogą panowie przekonać się sami – odezwał się. – Mamy dziś 3 września, a pierwsza posyłka przyszła 5 sierpnia…

– 5 sierpnia! – pomyślał Summy Skim.

W rok po zalaniu działki 129 i w tym samym dniu!

– Co zaś do sumy wciągniętej – ciągnął dalej wicedyrektor, wodząc wzrokiem po długiej kolumnie cyfr – gdzież ona… o… znalazłem. Może panowie zechcą ją zapisać?

Ben Raddle, wziąwszy ołówek do ręki, notował co następuje:

– Trzy miljony trzysta osiem tysięcy czterysta trzydzieści jeden dolarów dziewięćdziesiąt centów… I to bez dzisiejszego wkładu, który podnosi ogólną sumę do trzech miljonów trzystu dwudziestu dziewięciu tysięcy sześćdziesięciu czterech dolarów czterdziestu centów.

Inżynier zapisywał te zawrotne sumy pewną ręką. Jeżeli Summy Skim, obawiając się o zdrowie swego umysłu, postanowił nie myśleć o tem wcale, Ben Raddle zastanawiał się nad niemi, pozwalając panu William Broll ciągnąć dalej swą kwiecistą mowę.

– Ach! a ten wkład dzisiejszy!… Przewyższa wspaniałością wszystkie inne, nie wartością, oczywiście, lecz osobliwem pięknem!… Co za bryła, by God!… Przypuszczam, że jest ona jedyną w świecie i tylko działka 129 może się poszczycić takim okazem!…

Ben Raddle zakończył swe rozmyślania. Nie ulegało wątpliwości, że dyrektor oszalał i to na dobre. Zresztą można się było przekonać o tem w tej chwili. Odezwał się więc głosem obojętnym:

– Przyszliśmy tu w zamiarze podniesienia małego czeku na tysiąc dolarów; ale, ponieważ jesteśmy tylko przejazdem w Dawson City, zastanowiłem się, że podniesienie większej sumy będzie dla nas rzeczą wskazaną.

– Na pańskie usługi – odpowiedział p. Broll. – Jakiej sumy życzą panowie?

– Sto tysięcy dolarów – odrzekł Ben Raddle chłodno.

Nareszcie prawda wyjdzie na wierzch. Jeżeli wicedyrektor oszalał, nie można było stąd wnioskować, ażeby wszyscy urzędnicy biurowi ulegli również obłędowi. Żart wreszcie skończy się z chwilą, gdy trzeba będzie wypłacić tę olbrzymią sumę pieniędzy.

– Na pańskie usługi – powtórzył p. Broll, odpowiadając na żądanie inżyniera. – Ponieważ upłynie dość czasu na wyliczenie tych stu tysięcy dolarów, odeślemy je więc panom do hotelu za pokwitowaniem.

„Będziemy długo czekali na to” myślał Ben Raddle, żegnając się z wicedyrektorem, który odprowadził gości aż do drzwi z największą uprzejmością.

Summy wychodził z powolnością małego dziecka.

– Co myślisz o tem wszystkiem, Ben? – wyjąkał, znalazłszy się na ulicy.

– Nic – odpowiedział Ben Raddle bardziej wzruszony, niż się wydawało.

Nie mówiąc nic więcej, kuzynowie doszli do Northern Hotel.

Wchodząc do hall’u, zastali w nim Jane Edgerton, która oczekiwała ich z niecierpliwością. Oblicze młodej dziewczyny całe we łzach wyrażało niezwykłe wzruszenie. Malował się na niem straszny niepokój.

Na ten widok Summy Skim zapomniał o swem fantastycznem zajściu z wicedyrektorem Anglo - American Transportation and Trading Company. Podbiegł do Jane Edgerton i ściskając serdecznie jej ręce zapytał:

– Co się stało, miss Jane? Co pani?

'The Golden Volcano' by George Roux 59

– Kuzynka moja znikła – odpowiedziała, tłumiąc łzy napróżno.

Tym razem Ben Raddle zaniepokoił się.

– Miss Edith znikła? – rzekł drżącym głosem. – To niepodobna!

– Nic pewniejszego jednakże – odparła Jane Edgerton. – Wiem o tem od doktora Pilcox.

– Czy doktor dał pani jakie szczegóły?

– Powiedział mi, że Edith opuściła go nagle, bez uprzedzenia, 25 lipca.

– Nie mówiąc nic o powodzie swego wyjazdu?

– Nie.

– Nie mówiąc, dokąd zdąża?

– Bynajmniej. Dodała tylko, że myśli wrócić z początkiem zimy.

– I doktor nie wie, dokąd się udała?

– Nie wie.

– A to wypadek! – zawołał inżynier pod wpływem głębokiego wzruszenia.

W tej chwili wszedł służący z oznajmieniem, że jakiś pan chce widzieć pana Summy Skim’a i Ben Raddle’a.

– Proś go tutaj – odpowiedział machinalnie inżynier.

Przybyły trzymał w ręku torbę dość wielkiej objętości.

– Przynoszę panom z polecenia p. William’a Broll żądane sto tysięcy dolarów i proszę o pokwitowanie – rzekł urzędnik.

Przy tych słowach zaczął wyjmować z torby paczki banknotów, które stopniowo rozkładał na stole.

– Może panowie zechcą sprawdzić?

Ben Raddle, opanowawszy wzruszenie, przeliczył systematycznie pieniądze.

– Są wszystkie – rzekł.

– Panowie zechcą pokwitowanie podpisać?

– Ben Raddle uczynił to z całą pewnością, ale Summy Skim’owi kuzyn musiał wskazać miejsce do podpisu, prawie prowadzić jego rękę. Summy był jak we śnie i jak gdyby nie z tego świata.

Ben Raddle odprowadził urzędnika do drzwi, poczem wrócił do Jane Edgerton i kuzyna, którzy stali naprzeciwko siebie, wpatrując się w stos banknotów.

Summy Skim był wciąż nieprzytomny, Jane Edgerton wciąż płakała, ale z poza łez spojrzała na inżyniera pytająco.

Ben Raddle nie był w usposobieniu wdawania się w rozmowę i objaśniania tego, czego sam nie rozumiał. Dotąd panował nad sobą, lecz reakcja nastąpiła. Czując się ostatecznie wyczerpanym, ruchem ręki dał znać, że będzie mówił później.

Chwilę stali tak nieruchomi w pośrodku hall’u. Poczem prawie jednocześnie usunęli się na stojące w pobliżu fotele, opierając zmęczone głowy o ich wysokie i wygodne oparcia. Długo pozostawali w tej postawie z umysłem naprężonym, niby Edypowie bezsilni wobec zagadek Sfinksa, podczas gdy nazewnątrz gwar miasta ustawał, a cienie zmroku spływały na okolicę.



XVI.

Ex abysso resurgit.

Niewiadomo, czy stan przygnębienia, w którym znajdował się Ben Raddle, trwałby długo. Było to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego usposobienie energiczne. W każdym razie wypadki nie ułożyły się w ten sposób, aby reakcja przyszła sama przez się.

W chwili gdy zapalono światło na ulicach Dawson City, służący oznajmił po raz drugi przybycie jakiegoś nieznajomego, który chciał się widzieć z panem Summy Skim.

Był nim Neluto. Nie przychodził z żadną nadzwyczajną wieścią. Chciał tylko zawiadomić, że Patrick i on nie mogą zamieszkać w domu na przedmieściu dla tej prostej przyczyny, że Lorique, wyjechawszy od miesiąca, zamknął go na dobre.

Wyjazd Lorique’a nie zdziwił bynajmniej Ben Raddle’a. Przypuszczał bowiem, że nadzorca znalazł odpowiednią pracę. Być może, że zajął się eksploatacją na rzecz dawnego swego pana.

Ale zjawienie Neluta wystarczyło, aby pobudzić do czynu Ben Raddle’a. W jednej chwili otrząsnął się ze swego przygnębienia i powziąwszy szybko decyzję, odezwał się do Neluta:

– Neluto! – rzekł zatrzymując wychodzącego Indjanina.

– Słucham, panie Raddle.

– Neluto, jedziemy jutro do działki 129.

– Do działki 129! – powtórzył zdziwiony Neluto.

– Tak. Wobec tego zamknięcie domu nie ma żadnego znaczenia, musisz bowiem wyrzec się snu dzisiejszej nocy.

Ben Raddle wziął ze stołu paczkę banknotów.

– Masz dwa tysiące dolarów. Dam ci więcej jeżeli będzie potrzeba. Nie oszczędzaj pieniędzy, byle tylko jutro o świcie stał przed bramą wózek, w którym moglibyśmy się zmieścić wszyscy.

– Jutro rano! – zawołał Neluto. – Wszak to już noc, panie Raddle.

– Nalegaj, proś, groź, a przedewszystkiem syp dolary pełnemi rękoma. Jest to najlepsza droga. Zresztą, rób, co chcesz, aby wózek był gotów na jutro rano.

Neluto westchnął.

– Spróbuję – rzekł, wybiegając szybko.

Po wyjściu Indjanina zjawił się doktor Pilcox, zawsze uprzejmy, jowjalny, aby powitać przybyłych podróżnych.

Jako lekarz spytał najpierw o zdrowie.

– Jakże się panowie miewają? – spytał.

– Jak pan widzi – odpowiedział Summy Skim.

– A zadowoleni jesteście z podróży?

– Jak pan myśli?

– Przypuszczam… Taka piękna podróż!

– Nie zgadł pan. Jesteśmy zadowoleni, że… powróciliśmy!

Poczem Summy Skim opowiedział o przygodach wyprawy, o Teksańczykach, ich napaściach, o wybuchu wulkanu wywołanym sztucznie, wreszcie o bezowocności wysiłków, skoro wszystkie złote bryły oprócz jednej leżą obecnie na dnie oceanu Arktycznego.

– A cóż to za wulkan – rzekł doktor, który nie potrafił nawet zwymiotować w dobrą stronę… Doprawdy czyż warto było zadać mu emetyku?

A przez to lekarstwo doktor rozumiał potok wody, który skierowano do żołądka wulkanu.

Na pociechę powtarzał tylko z pewną odmianą czysto lekarską, to co Summy Skim powiedział już był Ben Raddle’owi:

– Bądźcie filozofami! Filozofja jest najhigjeniczniejszą rzeczą pod słońcem. Higjena zaś, to zdrowie, a zdrowie to najcudowniejsza z brył złotych!

Ben Raddle nie pozwolił odejść doktorowi nie spytawszy o Edith. Nie dowiedział się żadnych nowych szczegółów.

Pewnego dnia Edith wyjechała nagle, obiecując, że powróci przed zimą. Doktor musiał zadowolić się tem zapewnieniem, a Ben Raddle był zmuszony iść za jego przykładem wzdychając ciężko.

Nazajutrz przed świtem wózek stał przed bramą hotelu. Neluto przeszedł sam siebie. Zapasy żywności, broń, rzeczy niezbędnego użytku, niczego nie brakowało, nie mówiąc już o wygodnym wózku zaprzężonym w dwa rosłe konie. Wyruszono więc o świcie.

Ale jeżeli pieniądze sypane hojną ręką mogły zabezpieczyć wygodną jazdę, nie miały one żadnego wpływu na zmniejszenie ilości kilometrów. Aby je przejechać, trzeba było w roku zeszłym poświęcić trzy dni; ten sam czas był potrzebny obecnie, aby dostać się do działki 129, nie mówiąc, że odległość zwiększyła się nieco.

Istotnie w Fort Cudahy należało minąć Forty Miles Creek przy jej dopływie. Według objaśnień danych przez krajowców prawy jej brzeg przeszło już od miesiąca był nie do przebycia w pobliżu granicy. Stosując się do tego, czterej podróżni postanowili przejechać rzekę i trzymać się jej lewego brzegu.

Wzdłuż całej drogi, a szczególnie w Fort Cudahy mówiono powszechnie o działkach położonych na górnym brzegu Forty Miles Creek. Sądząc z tych rozmów można było wnioskować, że dokonano jakichś nadzwyczajnych odkryć w tej okolicy i że znajdują się tam kopalnie o niesłychanej wartości.

Napróżno jednak Ben Raddle wrzał z niecierpliwości, aby dojechać do celu: konie, obojętne na jego zapał, nie zwiększyły ilości swych kroków, dopiero więc 6 września, o pierwszej po południu, zbliżono się do granicy.

Kraj zmienił się do niepoznania.

Przez większą część drogi podróżni nie zauważyli zmian znaczniejszych. Okolica, którą podziwiali z prawego brzegu, a na którą spoglądali z lewego obecnie, nie wydawała się inną jak przedtem, z tą tylko różnicą, że punkt widzenia się zmienił. Wszystko było na swojem miejscu jak przed katastrofą z 5 sierpnia.

Ale, gdy wózek wjechał na wysokość działki 127 bis, eklploatowanej niegdyś przez Jane Edgerton, a stąd przebył szczyt wyniosłości, których łańcuch z północo-zachodu dążył poprzez tę działkę do dolnego biegu rzeki, tworząc jej brzeg lewy, krajobraz zmienił się nagle. Zamiast rozlewu rzeki, pod której wodami znikła działka 129, ujrzeli rozległą równinę, ciągnącą się z jednej i drugiej strony granicy na długość kilometra, a na niej pracujące mrowisko ludzkie.

Rzeka zaczynała się dopiero na południe od tej równiny i płynęła w granicach północnej i południowej dawnej działki 129, ponad którą zbaczała nagle. Pagórek, dawniej dzielący własność dwu kuzynów od własności Jane Edgerton, nie stanowił już przeszkody dla jej prądu. Szczytu pagórka nie było widać wcale. Nad nim płynęła rzeka, a trafiwszy na skalistą zaporę, rozdzielającą dawniej na dwie części działkę 127 bis, spadała kaskadą z wyższego piętra na niższe, aby o sto metrów dalej skierować swój bieg na dawne łożysko, którego już nie opuszczała, aż do swego ujścia do Yukonu.

Zmiana zatem dotyczyła strefy bardzo niewielkiej, ciągnącej się z obu stron granicy, strefy, której środkiem płynęła część rzeki Forty Miles Creek, ciągnącej się ongi na krańcu działki wuja Josias Lacoste’a.

'The Golden Volcano' by George Roux 60

Wózek posuwał się dalej w podskokach, a siedzący w nim podróżnicy podziwiali osobliwy widok, nęcący ich oczy. Czyż była to działka 129? Ależ jej powierzchnia przechodziła znacznie granice przyjęte dla obszaru działek. Skądinąd, jeżeli to była rzeczywiście działka 129, o której dochodach przekonali się z liczb im wskazanych, do kogóż należała obecnie, i jakim sposobem jej wyniki zapisane są na dobro Summy Skim’a i Ben Raddle’a? Przez kogo i dla czego było to uskutecznione? Kto wynajął, kto zarządzał tym ludem roboczym? Pytania te, nasuwające się jedne po drugich, nie dawały im spokoju.

W miarę jak zbliżali się do równiny, przedmioty się uwypuklały. Ben Raddle poznał cztery „rockers” ustawione w dwu grupach oddalonych od siebie na odległość około trzystu metrów, poniżej zaś zaopatrującą je pompę parową. Przy tych maszynach pracowało około dwustu pięćdziesięciu robotników, czy to kopiąc, czy przemywając piasek złoty z takiem zajęciem, że nie zwrócili uwagi na przybyłych.

Jeden z nich wszakże, spostrzegłszy wózek, zajeżdżający na teren eksploatacji, przerwał swą pracę, pytając grzecznie czego sobie życzą?

– Chcemy mówić z waszym panem – odpowiedział Ben Raddle w imieniu wszystkich.

– W takim razie panowie zechcą iść za mną – rzekł robotnik.

Summy Skim, Ben Raddle i Jane Edgerton zeszli z wózka, poczem pod przewodnictwem robotnika zaczęli iść po pochyłości nowego brzegu Forty Miles Creek.

Przeszedłszy pięćset kroków, przewodnik stanął przed domkiem zbudowanym na zachodnim stoku wyniosłości, którą dopiero co przejeżdżali podróżni, i pięścią uderzył w drzwi.

Na ich progu stanęła niebawem młoda kobieta, przywitana przez przybyłych okrzykami zdziwienia.

– Edith! – zawołała Jane, rzucając się w jej objęcia.

Wśród pocałunków wzrok Edith Edgerton wybiegł ku zbliżającemu się Ben Raddle’owi.

– Miss Edith! – wykrzyknął inżynier z największem zdziwieniem.

– Panie Raddle! – odpowiedziała mu w tym samym tonie Edith.

Ktoby w tej chwili był zwrócił uwagę na młodą dziewczynę, byłby dostrzegł odcień zmieszania w jasnem jej spojrzeniu i lekkie – o! bardzo lekkie zaróżowienie się jej oblicza. Było to jednak tak nieuchwytne, że przeszło niepostrzeżenie.

Skoro się nacieszono wzajemnie i przywitano dowoli wśród niewyraźnego gwaru, gdyż wszyscy mówili razem, Ben Raddle odezwał się wreszcie:

– Czy pani zechce nam wytłumaczyć?…

– W tej chwili – przerwała Edith. – Zechciejcie wejść jednak najpierw. Zdaje mi się, że znajdę dość siedzeń, aby was przyjąć.

Umeblowanie domku odznaczało się taką nadzwyczajną prostotą, że zasługiwało w pełni na miano spartańskiej. Kufer zastępował miejsce szafy, materac z suchych traw służył za posłanie, jeżeli zaś dodamy do tego stół i kilka krzeseł, wyczerpiemy całą zawartość tego skromnego schroniska. Natomiast wzorowy porządek, który w niem panował, nadawał całości cechę prawie wytworną.

– Tłumaczenie się moje będzie bardzo proste – rzekła Edith, gdy wszyscy zajęli miejsca. – Wieczorem 24 lipca Lorique dowiedział się zrządzeniem najcudowniejszego chyba wypadku w świecie, że okolica Forty Miles Creek była widownią przewrotu jeszcze osobliwszego od zeszłorocznego. Mówiono mianowicie, że większa część zalanych działek ukazała się znowu. Jakim sposobem wiadomość ta doszła tak szybko do Dawson City? Jakim sposobem mogła przebiec w dwadzieścia cztery godzin odległość, której przebyć nie można prędzej niż w trzy dni i to przy najszybszych warunkach lokomocji, tego nie wiem. Biegła ona z ust do ust, rozprzestrzeniając się jak oliwa na morzu. W kilka godzin po Lorique’u całe miasto wiedziało o tem.

– Cóż wtedy uczynił Lorique? – spytał Ben Raddle.

– Przyszedł najpierw powiadomić mnie o tem. Zdecydowałam się w jednej chwili. Ponieważ p. Raddle i p. Skim byli nieobecni, należało ich zastąpić i uczynić to, co uczyniliby sami. Mogłam spełnić to tem łatwiej, że podczas lata niema prawie chorych w szpitalu.

Zaopatrzywszy się w pieniądze, dzięki pełnomocnictwu, jakie p. Raddle zostawił Lorique’owi, wyruszyliśmy oboje nazajutrz rano, nie wyjawiając nikomu, przez ostrożność, celu naszej podróży.

– I jesteście tu od tej chwili?

– Tak, od 27 lipca. Zastaliśmy to, na co patrzyliście przed chwilą. To co mówiono było prawdą, tylko nieco przeinaczone. Działki, jak mogliście się przekonać sami, nie ukazały się na swych dawnych miejscach. Przeciwnie, zalane pierwszym razem wskutek wstrząśnienia łożyska Forty Miles Creek, zalane zostały powtórnie nowem wzniesieniem się gruntu. Dziś pracujemy w samem łożysku Forty Miles Creek, która, ostatecznie wyrzucona z swych dawnych brzegów, płynie obecnie na miejscu, gdzie znajdowały się działki dawniej.

– W takim razie – zauważył Ben Raddle – coraz mniej rozumiem…

– Niech pan poczeka – odrzekła Edith. – Zrozumie pan za chwilę. Gdy przyjechaliśmy tutaj, nikt nas nie wyprzedził jeszcze. Jak panu wiadomo, prawo działkowe orzeka, że eksploatacja pewnej działki rozciąga się na prąd wodny, do którego przylega. Część więc łożyska, przylegająca do działki, należy do jej właścicieli. Prawny ten przepis, znany zresztą ogólnie, był przyczyną ociągania się wszystkich. Lorique i ja byliśmy mniej skrupulatni i pierwszem naszem staraniem było postawić słupy, obejmujące równocześnie części, będące w związku z działkami 127 bis i 129, z działką 127 na wschodzie, na zachodzie zaś, z tamtej strony granicy z działką 131. Spełniwszy to, rozpoczęliśmy poszukiwania na tym nienaruszonym jeszcze ręką ludzką kawałku ziemi.

– Wiem już o rezultacie tych poszukiwań – przerwał Ben Raddle. – Może on przyprawić o zawrót głowy.

– Zwalniam pana od szczegółów – ciągnęła dalej Edith Edgerton – i przechodzę odrazu do wniosków, jakie wysnuliśmy wtedy z tej pierwszej próby. Mianowicie doszliśmy do przekonania, że cała powierzchnia, jeszcze wczoraj zalana wodą, obfitowała w niesłychane bogactwa, chociaż nierównomiernie rozdzielone. Jeżeli od wieków znajdowało się tu złoto w znacznej ilości, zawartość ta jednak nie była równomiernie rozłożona. Otóż łatwo było stwierdzić, o czem przekonała nas wkrótce eksploatacja, że zawartość, zresztą bardzo znaczna, złotodajnego piasku, zmniejszała się od środka ku granicy przez nas wyznaczonej. W samym środku, to znaczy naprzeciwko działki 129, byliśmy wprost olśnieni naszą pierwszą próbą. Co się stało w tem miejscu? Nie jestem uczoną, aby orzekać o tem. Może jakieś wstrząśnienie gruntu wywołało w prądzie rzecznym wiry sprzyjające złożeniu złota dotąd znajdującego się w zawieszeniu? Nie wiem. Jest tylko rzeczą pewną, że w tem właśnie miejscu natrafiliśmy na nagromadzenie proszku złotego prawie bez obcych naleciałości, nagromadzenie tworzące elipsę trzydziestu pięciu yardów na dwadzieścia jeden w przybliżeniu, której głębokość jest nam zupełnie nieznana, choć musi być wielka.

Wobec opowiadania Edith słuchaczom zdawało się, że pogrążeni są w jakimś śnie z bajki, że nie rzeczywistość do nich przemawia, lecz jakaś niezwykła opowieść, której słuchają jak w oszołomieniu. Nie mogliby byli powiedzieć, czy zadziwia ich bardziej kaprys przyrody, czy zdrowy sąd i energja tej, która umiała z niego tak umiejętnie skorzystać. Ale nie było to jeszcze wszystko.

– Odkrycie to – ciągnęła dalej Edith – nakazywało, aby bez chwili zwłoki zdobyć potwierdzenie prawa do eksploatacji. Jedna działka została zapisana na nazwisko p. Raddle, inna – na nazwisko p. Skim, jeszcze inna na nazwisko Lorique’a, kuzynki i moje. Muszę się przyznać, że przy zdobywaniu tych praw, po większej części dla nieobecnych, zmuszona byłam do popełnienia pewnych… wybiegów. Ale w tego rodzaju sprawach najważniejszą jest rzeczą, aby się udały.

– Z pewnością! – przyznał Ben Raddle.

– Nie potrzebuję dodawać, że na chwilę nie straciłam z oczu rzeczywistego położenia. Gdyby nie kapitały pp. Ben Raddle’a i Summy Skim’a, działki te powstaćby nigdy nie mogły. Do nich więc one należą: Ja uważałam się tylko za ich pełnomocniczkę i działałam stosownie do okoliczności. Dziś wszystko jest w porządku. Otrzymałam na działkę, położoną na terytorjum amerykańskiem, ostatni dokument należycie wystawiony.

Przy tych słowach Edith zbliżyła się do kufra stojącego pod ścianą i wydobyła zeń plikę papierów.

– Oto tytuły własności, a oto są dokumenty wystawione przez Lorique’a i przeze mnie, zabezpieczające rzeczywistych właścicieli przed wszelkiemi pretensjami z naszej strony. Brak tylko dokumentu Jane, ale mogę ręczyć, że nie odmówi go również.

Za całą odpowiedź Jane ucałowała kuzynkę.

Ben Raddle był wprost porażony z zachwytu wobec takiego mistrzostwa.

– Nadzwyczajne! nadzwyczajne! – powtarzał do siebie.

Edith wstała.

– Jeżeli teraz chcecie obejrzeć swoją własność, mogę wam służyć za przewodnika, a przy tej sposobności p. Raddle zobaczy się z Lorique’m.

Z domku więc udano się do miejsca eksploatacji. Panował tu wzorowy ład i porządek, jeszcze bardziej imponujący inżynierowi, niż świetne czyny dyplomatyczne, których opowiadania słuchał z takim zachwytem.

'The Golden Volcano' by George Roux 61

Wszystko szło z dokładnością chronometru. Na każdym krańcu posiadłości, zarówno na terytorjum amerykańskiem jak kanadyjskiem dwa „rockers” stały, zaopatrywane przez małą pompę parową położoną przy nowym brzegu rzeki prawie naprzeciwko środkowej części, na której przeważnie pracowali robotnicy przy przemywaniu złotodajnego piasku.

– Pompa ta nie kosztowała mnie wcale – objaśniała Edith. – Znalazłam ją po opadnięciu wód w dawnem łożysku rzeki. Przypuszczam, że pochodzi z działki położonej wzwyż tej rzeki. Cudownym trafem okazała się nienaruszona. Oczyściliśmy ją więc i postawiliśmy w odpowiedniem miejscu. Najtrudniej było zdobyć dla niej węgla.

Ben Raddle nie mógł już wytrzymać dłużej.

– Ależ wreszcie – zawołał – niech pani mi powie, kto pokierował tem wszystkiem, kto zorganizował pracę, kto urządził to wszystko?

– Ja, panie Raddle, z pomocą Lorique’a – odpowiedziała Edith bez cienia zarozumiałości, lecz również bez przesadnej skromności.

– Pani! – wykrzyknął inżynier i od tej chwili zatopił się w swych myślach.

Edith oprowadzała w dalszym ciągu swych towarzyszy, dając im odpowiednie objaśnienia. Pokazała im działkę Lorique’a, położoną na terytorjum Alaski. Na tej działce, której Lorique był urzędowym właścicielem, spotkano nadzorcę. Był on niezmiernie wzruszony, witając się ze swym panem. Ale Ben Raddle był tak zajęty swemi myślami, że nie odczuł odpowiednio serdecznych wynurzeń wiernego sługi.

Powrócono niebawem w towarzystwie nadzorcy do ośrodka eksploatacji.

– To jest właśnie część najbogatsza – objaśniała Edith.

– W której znajdujemy obecnie płóczki wartości tysiąca dolarów – dodał nadzorca z dumą.

Przy tych słowach nadzorca pokazał kilka takich wyników, poczem towarzystwo powróciło do domku.

Gdy przestępowano próg, Ben Raddle, uderzony nagłą myślą, zatrzymał Edith ruchem ręki.

– Czy pani nie mówiła mi przed chwilą, że wyjazd jej z Dawson City nastąpił 25 lipca?

– Istotnie.

– Kiedyż więc podniosło się łożysko Forty Miles Creek?

– 23 lipca.

– Byłem tego pewny! – zawołał Ben Raddle. – Naszemu wulkanowi zatem zawdzięczamy obecne powodzenie.

– Jakiemu wulkanowi? – spytała Edith.

Wtedy Ben Raddle opowiedział jej wszystkie przygody, które im się zdarzyły podczas wyprawy na Golden Mount. Gdy skończył swe opowiadanie, nikt już wątpić nie mógł, że wybuch tak śmiało wywołany był pierwszą przyczyną wstrząśnienia, którego widownią była ta okolica Klondike. Zrozumieli wszyscy, że trzęsienie ziemi, udzielając się stronie najbliższej, rozszerzało się stopniowo, powodując szereg zmian, objawiających się w podnoszeniu lub opadaniu gruntu.

Długa szczelina, ciągnąca się na setki kilometrów, wskazywała, w jakim kierunku szła siła tego wstrząśnienia, która tu dopiero straciła swą moc. W tem miejscu, osłabionem już przez wstrząs poprzedni, uniosła glebę na parę metrów zaledwie, a tem samem wywołała odpowiednie opadnięcie ziemi na przestrzeni dawnych działek z prawego brzegu ciągnącej się na szerokości pięćdziesięciu metrów i długości jednego kilometra.

Jane Edgerton zachwyciły szczególnie te wnioski tak odpowiadające jej zapatrywaniu na życie. Nie, czyn nie jest nigdy bezużyteczny. Ich podróż na Golden Mount była tego oczywistym dowodem. Wtedy gdy im się zdawało, że walczą napróżno, że ich energja jest płonna, wtedy energja ta wywołała na kilkaset kilometrów wstrząśnienia niespodziewane, gotując im powrót zwycięski.

Edith odpowiedziała spokojnym uśmiechem na zapał swej kuzynki, zwracając uwagę, że wpierw obejrzeć należy bilans eksploatacji.

Skoro weszli do domku, rozłożyła książki rachunkowe, budząc zachwyt w Ben Raddle’u doskonałem ich tłumaczeniem. Aby ułatwić sobie pozycje przychodu i rozchodu, kontrolę wydobywania złota i jego oczyszczania, aby zabezpieczyć się przed kradzieżą tak częstą w tym rodzaju przemysłu, wymyśliła dzięki swemu rozsądkowi i systematyczności metodę łatwą lecz tak ścisłą, że nie było w niej miejsca ani dla pomyłek, ani dla nadużyć.

– Dziś rano skończyłam pracę – rzekła w formie zakończenia. – Miałam, o ileby was tu nie było, wrócić do Dawson z duplikatem tych książek, Lorique pozostanie tu do zimy i prowadzić będzie w dalszym ciągu eksploatację nad którą, jak przekonaliście się, można czuwać zdaleka.

Na te słowa Ben Raddle opuścił domek. Duszno mu było. Dziewczę to dało mu naukę. Nie pozostawiło mu nic do roboty. Urządziło wszystko lepiej, niż sam byłby to uczynił.

Zaniepokojony Summy podążył za kuzynem. Dlaczego Ben Raddle wyszedł tak śpiesznie? Czy nie był przypadkiem chory?

Nie, Ben Raddle nie był chory. Wpatrzony wdal oddychał pełną piersią, jak gdyby po jakiemś głębokiem wstrząśnieniu.

– A zatem, Ben – przemówił do niego Summy Skim – zamiary twoje urzeczywistniły się. Przypuszczam, że jesteś zadowolony. Będziesz mógł obracać miljonami! Tem bardziej, że oddaję ci moje, o które tak dbam jak o to!…

I Summy uderzył paznogciem o swe mocne zęby.

Ben Raddle położył rękę na ramieniu kuzyna.

– Co myślisz o miss Edith, Summy? – spytał go poufnie.

– Ależ jest ona zachwycająca, nad wyraz zachwycająca! – odpowiedział Summy z zapałem.

– Nieprawdaż?… Ale niedość powiedzieć: zachwycająca. To dziewczę – to zjawisko nadzwyczajne, cudowne zjawisko! – dodał Ben Raddle rozmarzonym głosem.



XVII.

Załatwienie rachunków.

Po krótkim pobycie w nowej działce 129 panie i kuzynowie powrócili do Dawson City, pozostawiając Lorique’owi pieczę nad ich własnością. Miał on objąć kierownictwo nad eksploatacją aż do zupełnego jej wyczerpania, o ile to było możliwe, i posyłać tygodniowe rachunki do Montrealu, dokąd Summy Skim i Ben Raddle powrócić mieli w jak najkrótszym czasie.

Nadzorca zresztą będzie miał udział w dochodach. Był o to zupełnie spokojny, znając prawość i uczciwość swych panów. Wyczerpanie eksploatacji nie zapowiadało się prędko, więc Lorique mógł dorobić się majątku i przedsięwziąć eksploatację na własną rękę, albo też szukać spoczynku, tak zasłużonego w łagodniejszym klimacie.

Oczywiście czterem podróżnym było nieco ciasno w wózku, do którego wsiedli, ale nie myślano o tem wcale. Pod wrażeniem ostatnich wypadków wszyscy byli w nader wesołem usposobieniu, nawet Edith pozbyła się swego zwykłego nieco obojętnego spokoju.

Kuzynowie, zainteresowani dalszym losem swych towarzyszek, dowiedzieli się, że ponieważ wysiłki Jane spełzły na niczem, ma ona zamiar próbować szczęścia i nadal na drodze eksploatacji, Edith zaś powróci do swych chorych.

Ben Raddle i Summy Skim bez zbytniego oburzenia się na to powiedzenie ograniczyli się tylko do zapytania, czy uważają ich za potwornych niewdzięczników, i na tem przerwano rozmowę.

Należało jednak załatwić rachunki. Na wezwanie Ben Raddle’a wszyscy czworo stawili się w salonie, oddanym na wyłączny użytek obu kuzynów.

Inżynier odrazu przystąpił do rzeczy.

– Na porządku dziennym jest przedewszystkiem sprawa załatwienia naszych rachunków – rzekł, otwierając posiedzenie.

Summy ziewnął.

– To dopiero będzie nudne! – zauważył. – Zresztą, jak mówiłem, napisz w mojej rubryce zero, i zatrzymaj sobie wszystko.

– Jeżeli zaczniemy od żartów tego rodzaju – odparł Ben Raddle surowo – nie skończymy nigdy. Proszę cię, Summy, bądź poważny.

– Bądźmy zatem poważni! – zgodził się Summy, wzdychając. – Ale, ile czasu straconego, który możnaby obrócić na lepszy użytek!

Ben Raddle ciągnął dalej.

– Pierwszym punktem, z którym się liczyć trzeba, jest fakt, że eksploatacja dzisiejsza Forty Miles Creek stanowi następstwo, wprawdzie nie bezpośrednie, zawsze jednak następstwo odkrycia Golden Mount.

– Słusznie! – przyznali trzej słuchacze.

– A zatem zobowiązania powzięte na skutek tej podróży zachowują całą swą wartość, a na pierwszem miejscu stawiam zobowiązanie względem matki Jakóba Ledun. Czy możecie mi wskazać, jaka część jej przypada?

– Czwarta – odezwała się Jane Edgerton.

– A nawet cztery czwarte – dodał Summy. – Nie widzę w tem żadnej przeszkody.

Ben Raddle wzruszył ramionami.

– Mnie się zdaje – poddała Edith swym głosem spokojnym – że renta byłaby bardziej pożądana.

– Miss Edith ma słuszność jak zawsze – rzekł inżynier. – Przyjmiemy więc w zasadzie rentę, zostawiając określenie należnej sumy na później, w każdym razie będzie ona hojnie obliczona, to się rozumie.

Jednogłośnie wniosek przyjęto.

– Trzeba będzie oprócz tego – ciągnął dalej Ben Raddle – wynagrodzić hojnie Lorique’a, wywiadowcę i resztę ludzi, którzy brali udział w wyprawie.

– Oczywiście! – odezwały się kuzynki jednocześnie.

– To co zostanie, stosownie do umowy z miss Jane, będzie podzielone na dwie równe części między nią a mną. Nie przypuszczam, ażeby miss Jane nie zechciała podzielić się ze swoją kuzynką, której zawdzięczamy działkę 129, ja zaś, ze swej strony podzielę się z Summy pomimo jego pogardliwej miny.

– Rachunek pana nie jest dokładny – zaoponowała Jane. – Ponieważ pan chce, nie będąc do tego przymuszony, podzielić się z nami, powinien pan trzymać się ściśle umowy. Zapomniał pan bowiem, że na mocy poprzedniej umowy pan ma prawo do dziesiątej części moich dochodów z Klondike.

– Prawda – rzekł Ben Raddle poważnie.

Przyczem wziął papier i ołówek.

– Obliczmy zaraz. Pani mówi, że mam prawo do dziesiątej części jej połowy, czyli do dwudziestej całości, co ryczałtem stanowi jedenaście dwudziestych dla mnie, a dziewięć dwudziestych dla pani.

– Jeżeli się nie mylę – przerwał Summy z najpoważniejszą miną – z tego obliczenia wypada, że część miss Edith wynosić będzie siedm piątych z trzech czwartych z trzydziestu ośmiu ośmdziesiątych dziewiątych… Co zaś do mojej, to znajdziemy ją, dzieląc wysokość Golden Mount przez promień koła polarnego i mnożąc otrzymaną z tego cyfrę przez wiek wywiadowcy. W ten sposób otrzymamy równanie wykładnicze, z którego wyciągniemy pierwiastek, który, zkolei poddany zostanie analizie algebraicznej i rachunkowi różniczkowemu lub całkowemu stosownie do wyboru…

– Te żarty są niesmaczne – odparł sucho Ben Raddle, podczas gdy obie kuzynki wybuchły śmiechem.

– Co za galimatjas! – westchnął Summy Skim, siadając w najdalszym kącie z największą obojętnością.

Ben Raddle powiódł za nim rozgniewanym wzrokiem, poczem wzruszywszy ramionami, ciągnął dalej:

– Otóż, ponieważ nasz kredyt w Transportation and Trading Company wynosi…

Jane Edgerton przerwała mu:

– Zresztą – rzekła najnaturalniej w świecie – poco te wszystkie obliczania?

– Jakto?

– Tak, poco?… Skoro najoczywiściej się pobierzemy.

– Na te słowa Summy Skim, wygodnie dotąd rozciągnięty w fotelu, zerwał się na równe nogi, wydając okrzyk złowrogi.

– Z kim? – zawołał głosem zduszonym.

Skupiony w sobie, z twarzą wykrzywioną, zaciśniętemi pięściami, podobny był do mającego się rzucić dzikiego zwierza.

Widok był tak komiczny, że towarzysze wybuchnęli homerycznym śmiechem.

Ale Summy Skim nie śmiał się. Zrozumiał, co tkwiło w jego sercu i załamał się. Zrozumiał, że on, zapamiętały stary kawaler, tak szczęśliwy ze swego bezżeństwa, kochał oddawna, zawsze, kochał do ubóstwienia, od pierwszej chwili, gdy ujrzał ją na pokładzie Foot Ball’u, tę małą dziewczynkę, która obecnie śmiała się tak głośno. Przez nią i dla niej znosił tak wesoło to straszne wygnanie w tych stronach dziwacznych. Nie mogąc jej namówić, aby opuściła Klondike, skazał się na pozostanie tu, aby z nią pozostać. A ona teraz najspokojniej mówi o małżeństwie. Naturalnie, że z Ben Raddle’m, młodszym od niego i bardziej pociągającym. Zapewne, jeżeli to stać się musi, będzie umiał zapanować nad sobą… ale co za ból, co za ból!

– Z kim? – powtórzył głosem tak pełnym łez, że Jane śmiać się przestała.

– Ależ z panem, panie Skim – rzekła. – Przecież to jasne. Nacóż więc…

Nie miała czasu dokończyć.

Summy ją porwał w swe olbrzymie ramiona jak piórko i biegnąc po pokoju, jak szalony, całował ją namiętnie. Napróżno Jane się broniła. Summy nie odczuwał nic prócz radości rozpierającej jego serce. Dopiero, gdy tchu mu zabrakło, rzucił się na fotel, wypuszczając z rąk miły swój ciężar.

– Szalony! – odezwała się Jane bez gniewu, ale również bez śmiechu, poprawiając roztargane włosy.

Udając, że nie widzi Ben Raddle’a, patrzącego na Edithę w milczeniu, ani również kuzynki ze spuszczonemi uparcie oczyma, Jane wróciła do rozpoczętego zdania, tak niespodziewanie przerwanego przez szał Summy Skim’a.

– Naco pytać o to, o czem się wie zgóry? Zarówno jasną jest rzeczą, że wychodzę za pana, jak to że p. Raddle żeni się z moją kuzynką.

Powieki Edithy zadrgały zlekka.

– Czy pani potwierdza słowa kuzynki? – spytał Ben Raddle głosem nieco drżącym.

Za całą odpowiedź dziewczę podniosło na pytającego czyste swe oczy i wyciągnęło do niego serdecznie rękę.

Uniesienie Summy Skim’a nie miało granic. Śmiał się, potrącał wszystkich, przewracał meble, biegając jak szalony po pokoju.

– Naco czekamy tutaj? – zawołał. – Skoro doszliśmy do zgody, poco marnować czas tak cenny! Działajmy, do djaska! działajmy!

Napróżno tłumaczono mu, że ślub, a tem bardziej dwa śluby nie mogą się odbyć na poczekaniu, uspokoił się dopiero wtedy, gdy mu obiecano, że potrzebne formalności załatwione zostaną w jak najkrótszym czasie.

Dotrzymano słowa i, istotnie, w kilka dni później obydwa śluby odbyły się w świątyni w Dawson City. Uroczystość była niezwykła. Przygody dwu par, przechodząc z ust do ust, nabrały cechy legendy. Cała ludność, nieco przerzedzona wprawdzie pracą koło eksploatacji, ustawiła się w szeregi przy idącym orszaku. Władcza piękność Jane, dumny wdzięk Edyty, energiczny wygląd Ben Raddle’a i wspaniała postawa Summy Skim’a wzbudzały zachwyt ogólny.

Nie brakło nikogo. Wszyscy towarzysze niedoli i radości, Lorique, wywiadowca i cały zastęp robotników, biorących udział w wyprawie na Golden Mount, byli obecni. Edith prowadził doktor Pilcox, weselszy i pulchniejszy niż zwykle, Jane zaś – Patrick, rozpromieniony jak słońce w aureoli swego nowego ubrania. Jane życzyła sobie tego, a Irlandczyk dumny z zaszczytu, który go spotkał, nie przestawał wszakże nazywać swej młodej pani „panem Janem”, nie zważając na jej białą suknię i kwiat pomarańczowy.

– Podaj mi rękę, Patricku.

– Tak, panie Janie.

– Uważaj, Patricku. Depcesz tren mej sukni.

– Tak, panie Janie.

Jane śmiała się serdecznie.

Państwo młodzi opuścili Dawson tego samego wieczora na statku płynącym na Yukonie. Lorique i wywiadowca żegnali ich, dopóki im nie znikli z oczu. Lorique miał nazajutrz wyruszyć, do swego zajęcia. Wywiadowca zaś powracał do Skagway przez strefę jezior, zabierając pomocników; ale odtąd, jeżeli zajmował się swą pracą trudną i ciężką, to tylko z amatorstwa. Był bowiem bogaty i musiał przyznać, że poszukiwanie ma niekiedy i dobre strony.

'The Golden Volcano' by George Roux 62

Natomiast dwie osobistości, które brały żywy udział w tem opowiadaniu, towarzyszyły młodym parom w ich podróży do Montrealu. Byli nimi Neluto i Patrick. Pierwszy w ostatniej dopiero chwili zdobył się na powzięcie stanowczej decyzji, mianowicie, że nie może opuścić tak zawołanego myśliwego jakim był Summy Skim. Drugiego zaś mogła tylko śmierć oderwać od „pana Jana”.

'The Golden Volcano' by George Roux 63

...światła Dawson City malały w przestrzeni...

Stopniowo okrzyki, żegnające odjazd parowca, ginęły w oddali, światła Dawson City malały w przestrzeni, aż wreszcie znikły, pogrążając w mroku nocy wielki statek, dyszący parą i ogniem. Pogoda była piękna. Gwiazdy świeciły na czystem niebie, a powietrze było niezwykle łagodne pomimo pory spóźnionej.

W tyle statku siedzieli wszyscy czworo na fotelach, które przyniósł Summy Skim.

Wkrótce jednak Ben Raddle przerwał rozkoszną ciszę. Nie będąc w stanie zapanować nad swym żywym umysłem, układał już nowe plany. Wielki majątek, jakim rozporządzał, otwierał przed nim szerokie horyzonty. To też dał się unieść marzeniom, którym dawał ujście w mowie. Działać, tworzyć… Przekształcić ten stos złota w rozległe przedsiębiorstwa, i znów je zmieniać na złoto, by zkolei to złoto zmienić na przedsiębiorstwa jeszcze rozleglejsze… I tak dalej… i tak zawsze!…

Jane słuchała go z natężeniem i odpowiadała przyjaźnie na śmiałe zamiary marzyciela. Powoli zbliżyli się do siebie, aż wreszcie, wiedzeni potrzebą ruchu, prawie jednocześnie powstawszy z foteli, udali się na brzeg pomostu, zapominając jeden o żonie, druga o mężu.

Summy westchnął.

– Już poszli oboje! – rzekł, zwracając się do Edith.

– Należy – odrzekła młoda małżonka, brać ludzi i kochać ich takimi, jakimi są.

– Masz słuszność, Edith – przyznał Summy z westchnieniem.

Ale smutek ciążył mu na sercu. Głębsze westchnienie wydobyło się z jego piersi.

– Tak – odezwał się znowu – poszli. Dokąd będą tak dążyli?

Edith podniosła rękę i opuściła ją nagle, jakgdyby tym ruchem wyrazić chciała, że przyjmuje przyszłość, jakąkolwiek ona będzie.

– Znam mego Ben’a – ciągnął dalej – już w ośm dni po przybyciu do Montreal zatęskni do przygód i znów zechce puścić się w podróż, i obawiam się, aby nie pociągnął za sobą twej kuzynki i tak już mało usposobionej do spędzania życia w zaciszu domowem.

– Jeżeli pojadą – rzekła – to wkońcu powrócą. Oczekiwać ich będziemy w domu.

– Nie jest to wesołe, Edith.

– Ale użyteczne. Podczas ich nieobecności będziemy pilnowali ich domu.

Summy westchnął po raz ostatni.

– I będziemy wychowywali ich dzieci – rzekł nie zdając sobie być może sprawy, ile jego odpowiedź zawierała głębokiego komizmu i wzruszającej rezygnacji.



XVIII.

Rozkosze Green Valley.

Pora letnia. Ani chmurki na błękicie nieba. Słońce rzuca gorące promienie na okolicę.

Summy Skim, w skórzanych sztylpach po powrocie z polowania z Nelutem, siedzi, paląc fajkę w cieniu jednego z wielkich drzew, stojących przed domem Green Valley. O kilka metrów od niego, nieledwie u jego stóp, troje małych dzieci – trzy, pięć i sześć lat liczących – bawi się pod nadzorem wychowawczyni o wyglądzie budzącym zaufanie. Wychowawczyni ta liczy nie mniej niż sześć stóp wysokości, a siwiejącej jej brody nie powstydziłby się nawet saper. Nazywa się, zresztą, Patrick Richardson. Z biegiem czasu młoda jego pani, ufając mu zupełnie, nadała mu ten urząd zaszczytny.

Patrick, chociaż się zestarzał, nie stracił bynajmniej swej potężnej siły; tylko siły tej nie używa na boksowanie niedźwiedzi; jest ona bowiem wyłączną własnością synów Jane i Summy. Olbrzyma spotyka się obecnie tylko z dziećmi, z których jedno siedzi mu na ramieniu, drugie na dłoni jak w fotelu, z wielkim palcem, służącym za oparcie, trzecie – w kieszeni, Patrick bowiem przyszył do swej kurtki własną ręką kieszenie gwoli temu użytkowi. Mogą wdrapywać się na niego, jak na górę, kopać go, ciągnąć za brodę i za włosy lub kłaść mu palce w oczy. Patrick jest wszystkiem zachwycony. Niezwykła to zabawka ten Patrick Richardson dla małych dzieci.

Zegar wskazuje godzinę dwunastą. Słychać przyśpieszony tętent konia i niebawem ukazuje się młoda amazonka. Summy wstaje biegnąc na jej spotkanie i po chwili trzyma ją w swych objęciach jak ongi w Northern Hotel. Jeszcze trochę, a Summy porwałby ją w szalonym tańcu, jak wtedy. Ale Summy Skim zaniechał tańca, odkąd, powiedzmy to pocichu, postać jego zaczęła nabierać okrąglejszej tuszy. Ale Jane Skim nie ustępuje wcale dawnej Jane Edgerton. Jest to zawsze ta sama drobna, delikatna, urocza kobietka.

– Do stołu! – woła Summy głosem radosnym.

Na to hasło dzieci się zrywają, wskakując na Patricka. Najstarsze wdrapuje się na jego ramię, młodsze siada na dłoni, najmłodsze wsuwa się do kieszeni.

– Czy dzieci były grzeczne, Patricku?

– Bardzo grzeczne, panie Janie – odpowiada Irlandczyk.

W chwili gdy miano wchodzić do domu, ukazała się na progu młoda złotowłosa kobieta. Oczywiście Edith Raddle musiała być blondynką, ponieważ taką była Edith Edgerton. Trzyma jeszcze w swem ręku pióro, z którem tak zręcznie umie się obchodzić.

– Czy Ben nie przyjechał? – spytała Jane.

– Nie – odrzekła Edith. – Przyjedzie dopiero około trzeciej.

Wchodzą. Siadają do stołu. Nic się nie zmieniło wewnątrz i nazewnątrz domu. Ta sama prostota w nim panuje. Tylko przybudowano nowe skrzydło, aby nowoprzybyli mogli się pomieścić.

Przy śniadaniu rozmowa się toczy. Nastrój jest serdeczny i wesoły. Dzień ten nie przedstawia nic osobliwego. Stanowi on ogniwo całego pasma dni szczęśliwych i podobnych, które snują się w nieskończoność.

'The Golden Volcano' by George Roux 64

Szczęście czuwa nad spokojnym domem.

Lata całe upłynęły od czasu wyprawy na Golden Mount i powrotu do Montrealu, nie zmniejszywszy siły uczucia zrodzonego pod mroźnem niebem Klondike. Jane i Summy, Edith i Ben – to jedna dusza, a każde z nich czuje w swej piersi odzew trzech innych serc w swem własnem sercu.

Obawy Summy’ego nie sprawdziły się. Z pomocą Edith potrafił znaleźć ujście dla czynnego usposobienia swej żony. Obecnie pewny jest trwałości tak drogiego mu związku, wzmocnionego zresztą tem bardziej przyjściem na świat dzieci.

Mając dość pieniędzy do swego rozporządzenia, powiększył obszar swych posiadłości. Jest obecnie właścicielem całej okolicy. Jane więc znalazła obszerne pole dla swej działalności. Zapaliła się do uprawy gruntu na tej rozległej przestrzeni przy pomocy udoskonalonych maszyn rolniczych, które jej przedsiębiorczy umysł ulepsza ustawicznie.

Edith jest administratorką całej posiadłości, a równocześnie rachmistrzynią. Do niej należy ostatnie słowo, gdyż każdy skłania się przed jej nieomylnym rozsądkiem. Gdy Jane daje zbytnią folgę swej wyobraźni, Edith powstrzymuje ją, mówiąc „ostrożnie”, i rzeczy powracają do równowagi.

Jeden tylko Summy uchyla się nieraz z pod jej władzy. Nieznośny ten właściciel pod pozorem, że jest zbyt bogaty, pozwala sobie pokryjomu zwracać czynsz, który mu wnoszą farmerzy. Edith gniewa się dla formy, prawdą jest bowiem, że są zbyt bogaci.

Istotnie Summy Skim nie jest w stanie wydać pieniędzy tak prędko, jak je szybko zarabia Ben Raddle.

Zanim działki przy Forty Miles zostały wyczerpane, dały one dwudziestokrotną wydajność, a z tego złota Ben Raddle nie zostawił ani cząstki w bankach… Rozrzucił je po całym świecie, skąd powraca wraz z dziesięciokrotnym zarobkiem, aby znów wyruszyć w krainy nieznane.

Inżynier, rozporządzając olbrzymim kapitałem, mógł wreszcie urzeczywistnić swe śmiałe marzenia. Próbował wszystkiego, gdyż wszystko go zajmowało, poświęcając dobrowolnie całe swe życie pracy nieustannej. Niedaleki jest dzień, gdy powiększy liczbę miljarderów, co mu da nowy pochop do pracy. Szczęście go nie opuszcza. Próbował go z równem powodzeniem handlując bawełną, wełną, cukrem i skórami, zarobione zaś pieniądze obracał na przedsiębiorstwa najróżnorodniejsze. Obecnie posiada kopalnie węgla i miedzi, linje kolei żelaznej w Ameryce Południowej i na Bałkanach, szyby naftowe w Teksas i Rumunji, stacje elektryczne i wiele innych rzeczy. Wczoraj założył trust cynowy, jutro założy trust niklowy.

Wśród tych licznych interesów Ben Raddle nie mógłby się połapać, gdyby nie genjusz administracyjny Edith. Nie potrzebował się troszczyć o nie. Dzień po dniu, godzina po godzinie Edith zdawała mu sprawę z ich przebiegu, pozostawiając mu tylko twórczą część pracy.

Szczęśliwy człowiek ten Ben Raddle!

Lecz szczęśliwego tego człowieka w domu niema nigdy, co jest jedyną troską w życiu Summy’ego. Zawsze za górami i dolinami, zjawia się w domu jak błyskawica. W przelocie ściska swą żonę serdecznie, ona zaś wita go zawsze z równym uśmiechem, nie robiąc mu przy odjeździe żadnego wyrzutu. Edith ze swym zwykłym spokojem oczekuje, aż nadejdzie godzina, którą, wnioskując z pewnych danych, uważa obecnie za bliską.

Summy Skim, nie posiadając jej cierpliwości, nie szczędzi Ben Raddle’owi najżywszych wymówek. Inżynier słucha z początku cierpliwie, wkońcu gniewać się zaczyna, przecinając potok słów kuzyna.

Zresztą, gdy Ben Raddle już jest w drodze, Summy pierwszy go usprawiedliwia.

– Nie trzeba żywić urazy do mojego biednego Ben’a – mówi wtedy jak zwykle do Edith – iż gotów jest zawsze do wybuchu. Zresztą ten w którego życiu wulkan odegrał tak ważną rolę, zachowuje na zawsze coś z wulkanicznego niepokoju.


KONIEC.




Przypisy

  1. Dramat ten stanowi treść powieści „Famille sans nom” (Rodzina bez nazwiska), wydanej w serji „Voyages Extraordinaires” (Niezwykłe podróże).
  2. Dominion jest urzędową nazwą Kanady.


'The Golden Volcano' by George Roux 02

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.