FANDOM



Skarby w lesie • (The Treasure in the Forest) • Opowiadanie • Herbert George Wells • przeł. Anonim
Skarby w lesie
(The Treasure in the Forest)
Opowiadanie
Herbert George Wellsprzeł. Anonim
Uwaga! Tekst wydano w 1926 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Czółno dobijało do brzegu. Wyłom w białej podwodnej skale zatoki wskazywał na miejsce, gdzie mała rzeczka wpadała do morza. Wysoka gęsta trawa dziewiczego lasu, rosnącego tuż nad brzegiem, znaczyła jej bieg wzdłuż dalekich, stromych pagórków. W oddali wznosiły się góry zamglone, podobne do obłoków, lub do nagle zamarzłych fal. Morze oddychało spokojnie, prawie niepostrzeżenie. Niebo jaśniało.

Evans przestał wiosłować.

— To tu gdzieś blisko — rzekł, opuszczając wiosło na dno, i wyciągając rękę.

Siedzący na przedzie badawczo spojrzał dookoła. Na jego kolanach leżał arkusz żółtego papieru.

— Chodź, spójrz na plan — powiedział.

Oboje mówili pocichu, a wargi ich były suche i spieczone.

Evans, chwiejąc się, podszedł i spojrzał przez ramię mówiącego.

Papier wyglądał, jak ledwo nakreślona mapa, podarta w wielu miejscach przez częste składanie i patrzący na nią przytrzymywał jej rozlatujące się części. Z trudem można było rozpoznać zatarte kontury zatoki.

— Tu jest skała, a tu wyłom — objaśniał Evans, wodząc paznokciem po papierze — Ta krzywa, kręcona linja oznacza rzekę (napiłbym się z rozkoszą), a ta gwiazdka — miejsce zakopanych skarbów.

— Widzisz tę kropkowaną linję — rzekł ten, który trzymał plan — jest ona prosta i ciągnie się aż do grupy palm. Gwiazda stoi w miejscu, gdzie przepływa rzeka. Zauważymy je, gdy będziemy wjeżdżali do laguny.

— Dziwne — odparł Evans po namyśle — Co oznaczają kreski tu na dole? To wygląda, jak plan domu, lub czegoś w tem rodzaju. Nie mogę zrozumieć tych rozrzuconych kreseczek. Po jakiemu to pisane?

— Po chińsku.

— No tak. To był Chińczyk.

— Wszyscy byli Chińczykami.

Przez parę minut obaj uważnie patrzyli przed siebie, podczas gdy czółno kołysało się powoli. Evans wskazał na wiosło.

— Weź się do roboty.

Jego towarzysz spokojnie złożył mapę, wsunął ją do kieszeni, ostrożnie wyminął Evansa i począł wiosłować. Powolne ruchy świadczyły o silnem wyczerpaniu.

Evans siedział z nawpół przymkniętemi oczami. Z nieba bił żar, słońce stało u zenitu. Nie czuł poprzedniego zapału, pomimo że byli tak blisko skarbu. Ogromne podniecenie i długa nocna podróż w niezaopatrzonem czółnie odebrały mu siły. Dodawał sobie otuchy, starając się myśleć o sztabkach złota, o których mówił Chińczyk. Lecz nieposłuszna myśl wciąż wracała do słodkiej wody, szumiącej w rzece i do gorączki, która paliła jego gardło i wargi. Rytmiczne uderzenia morza o podwodną skałę stawały się coraz wyraźniejsze i przyjemnie drażniły jego słuch. Z dwóch stron fale obmywały czółno, a z wioseł ściekała woda między jednem uderzeniem a drugiem. Ogarnęła go senność.

W jego gasnącej świadomości wyłaniały się dziwne sny. Znów była noc, kiedy to on i Hooker podsłuchali tajemnicy Chińczyka. Widział drzewa w białem świetle księżyca, rozpalony ogień i trzy czarne postacie Chińczyków, na których padały z jednej strony srebrny blask księżyca, a z drugiej czerwone światło ogniska. Słyszał, jak mówili ze sobą dziwnie mieszaną angielszczyzną, gdyż widocznie pochodzili z różnych prowincyj. Hooker pierwszy uchwycił wątek ich rozmowy i kazał mu słuchać. Niektóre urywki były niedosłyszalne, inne niezrozumiałe. Lecz główna treść rozmowy dotyczyła hiszpańskiej galjoty, która naładowana skarbami przybyła z Filipinów i beznadziejnie osiadła na mieliźnie. Załoga zdemoralizowana chorobą, kłótnią, lub brakiem dyscypliny rozbiegła się i więcej o niej nie słyszano. Dopiero przed rokiem Chang-hi, wędrując po brzegu, natrafił na sztaby złota, które spoczywały tu od dwustu lat. Wylądował i z wielkim trudem zakopał je własnemi rękami w nadzwyczaj niebezpiecznem miejscu. Na bezpieczeństwo kryjówki kładł szczególny nacisk. Była to jego tajemnica. Teraz zaś szukał pomocy, by te skarby odkopać i sprowadzić. Plan wypadł mu z ręki i głosy ucichły. Świetna historja dla dwóch angielskich hołyszów! We śnie Evans widział znów chwilę, kiedy trzymał warkocz Chińczyka, podobny do świńskiego ogonka. Życie Chińczyka nie jest święte, jak życie Europejczyka! Widział jego twarz, z początku wściekłą i gwałtowną, potem przestraszoną, zdradziecką, wzbudzającą litość. Wreszcie Chang-hi wyszczerzył zęby w sposób niezrozumiały i przeraźliwy. Nagle zaczęły dziać się rzeczy przykre, jak to zwykle bywa w snach. Chang-hi coś szwargotał i dusił go. Przed nim wyrosły góry złota, lecz Chang-hi nie dopuszczał go do skarbów. Wówczas złapał Chińczyka za świński ogonek (jakie wielkie było to żółte bydlę, a jak walczyło i szczerzyło zęby), a ten rósł coraz większy, coraz potężniejszy. Następnie góry złota zamieniły się w dymiący piec i olbrzymi djabeł, dziwnie podobny do Chany-hi, ale z ogromnym, czarnym ogonem począł karmić go węglem, od czego strasznie paliły go usta. Inny djabeł wrzasnął na niego:

— Evans, Evans, ty śpiochu jeden!

A może to był Hooker.

Obudził się. Byli przy końcu laguny.

— Są te trzy palmy. To musi być na jednej linji z temi krzakami — mówił Hooker — uważaj. Jeżeli dopłyniemy do zarośli, a potem pójdziemy pod krzakami, to będziemy u celu.

Przed nimi otwierało się ujście rzeki. Na jej widok Evans odżył.

— Spiesz się, człowieku, bo będę chyba pił morską wodę! — zawołał, gryząc palce i wlepił wzrok w srebrną wstęgę, wijącą się między skałami a zieloną morską trawą.

— Daj wiosło! — dodał z gniewem.

Dotarli do ujścia. Hooker dłońmi zaczerpnął wody, skosztował i wyplunął. Popłynęli dalej i znów spróbował.

— Ta jest dobra — rzekł.

Oboje pili skwapliwie,

— Tam do djabła! — zniecierpliwił się Evans — To mi za wolno!

I nie bacząc na niebezpieczeństwo, przechylił się przez przód czółna i zaczął chwytać wodę ustami. Ugasili pragnienie i pomyśleli o wylądowaniu. Gęsta roślinność zwieszała się nad wodą.

— Będziemy musieli wdrapywać się tędy, by dotrzeć do naszych krzaków — rzekł Evans.

— Popłyńmy lepiej dookoła — radził Hooker.

Odepchnęli czółno i znów popłynęli wzdłuż rzeki ku morzu. Wreszcie wylądowali i poszli brzegiem zarośli, aż ujrzeli skałę, i równą linję krzaków. Evans zabrał ze sobą narzędzie o formie L, zakończone szlifowanym kamieniem. Hooker niósł wiosło.

— To w tym kierunku — rzekł — Musimy iść prosto, aż do miejsca, gdzie rzeka przecina krzaki.

Szli przez gęste zarośla trzcinowe i splątane gałęzie młodych drzew. Początkowo było to męczące, lecz wkrótce drzewa stały się rzadsze i droga wolniejsza. Chłodny cień zastąpił słoneczny żar. Drzewa były podobne do wysokich filarów, podtrzymujących zielone baldachimy. Białe kwiaty zwieszały się na długich łodygach, a pnące rośliny kołysały się między drzewami. Cień był coraz głębszy. Gdzieniegdzie rosły grzyby pokrywając ziemię brunatno czerwonemi wzorami.

Evans wstrząsnął się.

— W porównaniu z poprzednim upałem tu jest prawie zimno.

— Mam nadzieję, że idziemy w dobrym kierunku — odpowiedział Hooker.

Przy blasku słońca, które, przebijając gęstwinę drzew, rzucało słupy promieni, ujrzeli wyłom również gęsto zarośnięty zielenią, następnie usłyszeli plusk wody.

— Tu jest rzeka. Jesteśmy blisko — odezwał się Hooker.

Soczyste wysokie rośliny o nieznanych nazwach rozkłady pomiędzy korzeniami wybujałych drzew szerokie wachlarze. Kwiaty i powoje owijały pnie. Na wodzie spokojnego stawu, którego poszukiwacze skarbów dotąd nie zauważyli, płynęły duże owalne liście i białe różowe kwiaty podobne do wodnych lilij. Dalej, gdy rzeka nieco oddaliła się od nich, woda zaczynała nagle pienić się i szumieć.

— Cóż to? — zapytał Evans.

— Zboczyliśmy trochę z drogi, to było do przewidzenia — odparł Hooker i odwróciwszy się, zatopił wzrok w chłodny cień milczącego lasu. — Pójdziemy tam wzdłuż rzeki, może natrafimy na coś.

— Powiedziałeś, że...

— „On“ powiedział — poprawił Hooker — że tam leży stos kamieni.

Mężczyźni spojrzeli po sobie.

— Spróbujmy pójść wzdłuż rzeki — zgodził się Evans.

Posuwali się powoli, ciekawie spozierając dookoła.

— Cóż to, u licha? — zawołał Evans, nagle przystając i wskazując ręką.

— Coś błękitnego — zauważył Hooker i szybkim krokiem podszedł do masy leżącej obok małego pagórka. Jego oczom przedstawił się okropny widok. Mimowoli mocniej ścisnął narzędzie. Przed nim leżał Chińczyk z twarzą odwróconą do ziemi.

Mężczyźni przylgnęli do siebie i milcząc patrzyli na ohydnego trupa. Leżał na otwartem miejscu, między drzewami, obok niego rydel, jakiego używają Chińczycy, a nieco dalej stos kamieni rozsypany dookoła świeżo rozkopanego dołu.

— Ktoś nas wyprzedził — wykrztusił Hooker.

Evans zaczął przeraźliwie kląć.

Hooker zbladł i nic nie mówiąc, zbliżył się do trupa. Szyja była nadęta i czerwona, ręce i nogi spuchnięte. Nagle odwrócił się z obrzydzeniem i podszedł do rozkopanego dołu. Wtem wydał okrzyk zdumienia.

— W porządku, to tu!

I znów patrzył to na martwego Chińczyka, to na wykopane miejsce.

Evans podbiegł do niego. Nachylił się i gorączkowo odgarniając ziemię rękami, zaczął podnosić jedną sztabę. Jakiś drobny kolec ukłuł go w rękę. Wyjął go palcami i wyciągnął ciężką sztabę.

— Tylko złoto, lub ołów mogą ważyć tyle —powiedział triumfująco.

Hooker zmieszany wciąż patrzył na martwe ciało.

— Wyprzedził swych przyjaciół — rzekł wreszcie — Przyszedł tu sam i jakaś jadowita żmija zabiła go... Dziwię się w jaki sposób znalazł to miejsce.

Evans stał ze sztabą w ręku. Co go obchodził martwy Chińczyk?

— Będziemy musieli zabrać to złoto na ląd częściowo i tymczasem tam gdzieś zakopać. Ale jak dostać się z tem do czółna?

Zdjął marynarkę, rozłożył na ziemi i rzucił na nią kilka sztab. I znów poczuł ukłucie podobne do poprzedniego.

— Więcej nie udźwigniemy — rzekł i nagle dodał zirytowany — Czego się gapisz?

Hooker wskazał na ciało.

— Nie mogę znieść tego... Wygląda, jak... tamten...

— Też mi coś! — przerwał Evans — wszyscy Chińczycy wyglądają jednakowo.

— Jednak zanim ci pomogę, muszę „to“ pochować.

— Nie bądź że warjatem! — krzyknął Evans — Zostaw tę zgniliznę!

Hooker stał niezdecydowany i rozglądał się dookoła.

— A jednak coś mnie niepokoi.

— Głównie chodzi o to, co zrobić z tem złotem — niecierpliwił się Evans — Czy zakopać je tu, czy też zanieść do czółna?

Hooker wodził zamyślonym wzrokiem po drzewach aż do ich słońcem oświetlonych szczytów. Potem spojrzał na Chińczyka i drgnął. I znów patrzył dookoła, jakgdyby czegoś szukał.

— Co ci jest, Hooker? czyś zwarjował?

— W każdym razie zabierzmy stąd złoto — powiedział zagadnięty.

Ujął marynarkę za kołnierz, zaś Evans za dwa drugie końce i dźwignęli ją z ziemi.

— Dokąd? do łódki? — zapytał Evans.

— To dziwne — dodał, gdy zaledwo uszli parę kroków — Od wiosłowania jeszcze bolą mnie ręce.

Po chwili stanął.

— A, do licha! — zaklął — Bolą! muszę odpocząć...

Opuścili ciężar na ziemię.

Evans był zupełnie biały, a na czoło wystąpiły mu drobne krople potu.

— Duszno w tym lesie.

I nagie krzyknął, wybuchając gniewem:

— Co za sens sterczeć tu cały dzień! Pracuj, powiadam ci! od czasu, jak zobaczyłeś Chińczyka, gapisz się i nic nie robisz!

Towarzysz spojrzał na niego badawczo. Podnieśli złoto i szli w głębokiem milczeniu.

— Czemu nic nie mówisz? — odezwał się Evans oddychając ciężko.

— Co ci jest? — zaniepokoił się Hooker, gdy tamten, potknąwszy się nagle zaklął i odrzucił marynarkę. Przez chwilę błędnym wzrokiem patrzył na Hookera i jęcząc schwycił się za gardło.

— Nie podchodź do mnie — rzekł zduszonym głosem i oparł się o drzewo. Potem dodał spokojnie — To zaraz przejdzie.

Ręka, którą obejmował pień, upadła i jak bezsilna masa, ześlizgnął się na ziemię. Konwulsyjnie zaciskał pięści, a twarz wykrzywiła mu się z bólu.

— Nie rusz, nie rusz mnie... — jęczał stłumionym głosem — Zbierz złoto, złóż je na marynarkę...

Hooker nachylił się, by spełnić jego życzenie. Wtem coś ukłuło go w rękę. Obejrzał ją i zauważył, iż mały, może dwucalowy cierń tkwił w jego palcu.

Evans wił się na ziemi.

Hooker otworzył usta i przerażonemi oczyma patrzył na rankę, potem na wijącego się w spazmatycznych kurczach towarzysza, to znów przez gęstwinę drzew i pnączy w stronę martwego Chińczyka. Przypomniał sobie kreseczki rozrzucone na planie i nagle zrozumiał.

— Boże, dopomóż mi! — westchnął, gdyż kolec był podobny do zatrutych pocisków, których używają Dajakowie. Teraz zrozumiał, dlaczego Chińczyk mówił z takim naciskiem, że skarby są dobrze ukryte i strzeżone...

— Evans! — zawołał.

Ale ten milczał, tylko jego członki wciąż drgały spazmatycznie.

Las tonął w głębokiem milczeniu.

Hooker począł zawzięcie ssać czerwoną plamę na palcu. Ręce i ramiona bolały go, a palce nie chciały się zginać. Nagle pomyślał, że ssanie pogarsza sprawę i przestał. Usiadł, oparł głowę na dłoniach i patrzył na skurczone, lecz jeszcze drgające ciało towarzysza.

I znów przypomniał sobie grymas Chińczyka. Tępy ból ogarniał go całego i ściskał za gardło. Wysoko nad nim poruszały się zielone korony drzew, a białe płatki nieznanych kwiatów unosiły się na wodzie wśród zapadającego mroku.



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.