FANDOM



Rozbitki

(Les Naufragés du Jonathan)

Juliusz Verne i Michel Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Stefan Gębarski
Ilustracje: George Roux



Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 11



CZĘŚĆ PIERWSZA[1].

ROZDZIAŁ I.

Jaguar.

Na horyzoncie niezmiernej równiny, tu i owdzie usianej niewielkiemi wzgórzami i samotnie sterczącemi skałami, ukazało się stado dzikich koni w galopie pędzących na południe, gdzie widać było błyszczące wody jakiejś rzeki.

Dopadłszy podnóża niewielkiego pagórka, konie zatrzymały się, wyciągnęły szyje, nadstawiły uszy i przez chwilę zdawały się patrzeć i nasłuchiwać, czy nie grozi im z którejkolwiek strony jakie niebezpieczeństwo. Widać, że wśród ciszy niczem nie zamąconej nic dla siebie groźnego nie spostrzegły, gdyż wkrótce zaczęły spokojnie skubać i żuć trawę, kiedy niekiedy tylko podnosząc do góry swe zgrabne łby i strzygąc uszami.

Ale niebezpieczeństwo tuż-tuż czyhało na stado wolnych biegunów pustyni.

Ostrożnie wśród wysokich traw, tuż w pobliżu pagórka, czołgał się nawpół nagi Indyanin, trzymając strzelbę w ręku i lasso.

Nagle ze zręcznością węża podsunął się do miejsca, gdzie jeden z najpiękniejszych z całego stada koni skubał soczystą trawę, i uniósłszy się, rzucił z szybkością błyskawiczną lasso, które ze świstem upadło na kark konia.

Indyanin powstał na równe nogi, szarpnął lasso i już był pewnym zdobyczy, gdy naraz ogłuszający ryk dał się słyszeć w pobliżu.

Indyanin zawahał się, odwrócił głowę, i w tejże chwili ujrzał ogromnego jaguara; zwierz jednym susem rzucił się na niego.

Przeraźliwy, bolesny krzyk bólu i rozpaczy wyrwał się z piersi Indyanina, który poczuł w swem ciele szpony i kły okrutnego zwierza.

Napad jaguara był tak błyskawiczny, tak silny, że Indyanin nie miał czasu chwycić za nóż myśliwski, który miał za pasem, ani za kolbę swej strzelby. Jaguar powalił swą ofiarę na ziemię i byłby ją rozszarpał w kawałki, gdyby nie celny strzał, który się nagle rozległ w powietrzu.

W tejże chwili jaguar odskoczył od swej ofiary, zakrwawione szpony wyrwał z piersi Indyanina i nagle runął łbem na ziemię. Widocznie jakimś iście cudownym trafem ktoś był świadkiem tej sceny i celnym strzałem zwalił z nóg okrutne zwierzę.

Białawy obłoczek, który się ukazał w powietrzu o jakie sto kroków od miejsca, gdzie leżał ranny Indyanin, wskazywał, że stamtąd padł strzał i że tam znajdował się wybawca.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 14

Jakoż z za skalistego złomu wychylił się strzelec o wspaniałej postaci z dymiącą jeszcze strzelbą w ręku.

Szybkim krokiem zbliżał on się do jęczącego Indyanina, aby mu dać pomoc.

Szedł krokiem lekkim, pewnym.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 22

Był to mężczyzna w sile wieku, o wyniosłej postaci, twarzy pięknej, zdobnej orlem spojrzeniem, czole białem, myślącem. Z pod szerokiego kapelusza wiły się kędziory ciemnych włosów i jak skrzydło kruka czarna broda dodawała mu powagi i godności.

Nim pochylił się nad rannym, rzucił oczami na rozciągniętego w trawie jaguara, który już nie żył, poczem głośno zawołał, zwracając głowę w stronę rzeki:

— Karro!... hej, Karro!...

Na to wezwanie dał się słyszeć plusk wody poruszanej wiosłami i wśród zarośli nadbrzeżnych ukazała się łódka, a w niej dwóch Indyan.

Jeden z nich mógł mieć około czterdziestu lat, drugi był młodzieńcem szesnastoletnim. Dobrze zbudowani, muskularni, o twarzach miedzianego koloru, włosach czarnych, spadających na ramiona, sprawiali wrażenie posągów z bronzu odlanych. Za całe ubranie służyły im skóry kozie, któremi byli obwiązani dokoła bioder.

Chłopiec był wysmukły, zręczny, o spojrzeniu młodego sępa, w którem przebijała się śmiałość i pewna siebie odwaga.

Z tygrysią zręcznością obaj Indyanie wyskoczyli z łódki, zanurzyli się w zaroślach i w kilka chwil znaleźli się przy nieznajomym, z uległością i oddaniem się spoglądając w jego oczy i oczekując rozkazu.

Nieznajomy śpiesznie wyrzekł do nich słów kilka w narzeczu indyjskiem, obcem dla ucha europejczyka.

Na dźwięk jego mowy obaj Indyanie uklękli przy rannym i unieśli jego skrwawioną głowę.

Nieznajomy znów rzekł słów parę, poczem chłopiec zerwał się, szybko pobiegł do łódki i za chwilę wrócił, niosąc w kamiennem naczyniu wodę i jakieś zawiniątko. Rzeczy te oddał nieznajomemu.

Ten pochylił się i ze zręcznością i wprawą lekarza zaczął opatrywać rany Indyanina.

Po chwili tenże ocucił się i ujrzawszy nad sobą trzech nieznajomych, nagle otworzył ciemne oczy, w których zabłysła radość.

Z ust rannego dał się słyszeć szept dziękczynny i jeden wyraz, którym zdawał się witać dającego mu ratunek:

— Kaw-dyer!...

Ten wyraz w języku Indyan oznacza to samo, co przyjaciel, dobroczyńca, zbawca.

— Kaw-dyer! — powtórzył znowu ranny i usiłował pochwycić rękę nieznajomego, aby ją ucałować, lecz siły nie pozwoliły mu na to.

Rany jego były bardzo niebezpieczne; pomimo szybkiego i umiejętnego ratunku tracił przytomność, głowa jego wnet opadła bezwładnie, oczy przymknęły się, i omdlał.

Wtedy nieznajomy znowu twarz rannego obmył zimną wodą, do ust wlał mu kilka kropel jakiegoś orzeźwiającego płynu z małego flakonika, który wyjął z kieszeni, poczem ranny znów odzyskał przytomność.

Nieznajomy westchnął, czarne jego oczy wyrażały smutek, widać było, że stan poszarpanego przez jaguara Indyanina nie wróżył nic dobrego.

Karro, bacznie wpatrujący się w twarz rannego, dostrzegłszy, że tenże otwiera oczy, nagle zapytał:

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 18

— Gdzie twoje obozowisko?...

— Tam... tam... — wyrzekł z trudem ranny, wskazując wzrokiem w stronę południową. — Tam są moi...

— Obozowisko, o którem ranny mówi — rzekł nieznajomy — leży stąd o jakie trzy mile... Wczoraj widziałem porozpalane ogniska i dymy w tej stronie. Można tam zawieźć rannego łódką, gdyż obozowisko znajdować się musi w pobliżu rzeki...

A później, zwracając się do młodego Indyanina, rzekł:

— Halg, pomóż mnie i ojcu... Musimy rannego przenieść na łódź naszą i odwieść do jego obozu.

Jakoż młody chłopiec chętnie tego rozkazu posłuchał, i gdy ranny leżał już w łodzi, pobiegł wraz z ojcem na miejsce, gdzie leżał powalony celnem strzałem nieznajomego jaguar i szybko zaczął zdejmować z niego skórę, mającą wielką cenę dla Indyan.

Podczas tego nieznajomy troskliwie opatrywał rannego. Ten przecież nie wróżył życia, leżąc w znak, z przymkniętemi oczyma.

Nieznajomy, czekając na swych towarzyszy, kończących swą operacyę z zabitym jaguarem, stanął w końcu łodzi, wyprostował się i iście orlim wzrokiem rozglądał się dookoła.

Daleko hen, na prawo i na lewo, ciągnęła się żółta powierzchnia stepu bezbrzeżnego, poprzerzynanego tu i owdzie strumykami, o brzegach skalistych. Dalej, jeszcze dalej złociła się w promieniach wschodzącego słońca powierzchnia morza, pokryta tysiącem wysp i wysepek, o kształtnych, fantastycznych brzegach skalistych lub gęstą roślinnością okrytych.

Rzekłbyś, że nad tą ogromną pierwszemi promieniami wschodzącego słońca ozłoconą powierzchnią wód i lądu, dotychczas nie spoczęło oko europejczyka, ani oko człowieka cywilizowanego.

Nie było widać nigdzie na szerokim horyzoncie ani wieżyc miejskich, ani kominów wiejskich, ani osad fabrycznych, nigdzie szos, bitych gościńców, dróg żelaznych, słupów telegraficznych, nic z tego, co cywilizacya stworzyła. Przed oczyma nieznajomego ciągnęła się przestrzeń bezmierna lądu i morza, wysp, skał, lasów, łąk i strumieni, ciągnęła bez końca ozłocona wschodzącem słońcem i osłoniona błękitami nieba.

Nieznajomy z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, podobny do posągu, stał nieruchomie i patrzył w dal. Spojrzenie jego było podobne w tej chwili do spojrzenia orła, gdy ze szczytów gór niebotycznych spogląda na niedosięgłe dla żadnej z żyjących istot dziedzictwo swoje.

Niema tu ani pana, ani władcy, niema nikogo prócz niego.

Niczyja myśl, niczyj wzrok, niczyja wola nie dosięgnie tutaj, nie zapanuje, nie zamąci, nie zmieni niczego.

Właśnie promienie wschodzącego słońca przejrzały się i odbiły w ruchliwych falach rzeki, gdy nieznajomy, widać przejęty urokiem tej pierwotnej krainy, którą miał przed oczyma, nagle wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał niemi objąć te wyspy, ten step, te łąki, tę całą ziemię i przycisnąć do serca.

Krzyk jakiś radosny, na poły dziki, na poły stłumiony wyrwał się z piersi nieznajomego. Dźwięczała w tym okrzyku nuta jakaś zwycięska, nuta uniesienia i zachwytu, swobody i tryumfu.

— Nikogo prócz Boga i natury!... Nikogo, jak okiem zasięgnąć... — szeptał w zachwycie nieznajomy. — Jak ziemia długa i szeroka, nigdzie nie znalazłbym podobnego zakątka... Ach, tu żyć i umierać!...

W tej chwili obaj Indyanie wstąpili do łodzi, niosąc skórę z zabitego jaguara, i łódź, wprawnemi poruszona wiosłami, szybko popłynęła w dół rzeki.



ROZDZIAŁ II.

Tajemniczy nieznajomy.

Kto był ten nieznajomy, który czuł się tak szczęśliwym w pierwotnej, niedotkniętej stopą człowieka ucywilizowanego ziemi?... Co zmusiło go do przybycia w ten zdala od światu europejskiego położony zakątek kuli ziemskiej, która nosi nazwę ziemi i wysp Magellana?

Że był europejczykiem, nie ulegało wątpliwości. Cała postać jego świadczyła o tem.

Ale jak żył tutaj?... do czego dążył?... czego chciał?...

Nadaremnie sililibyśmy się teraz to odgadnąć.

Wyspy i ziemie Magellana, położone między oceanami Spokojnym i Atlantyckim, na samym południu lądu amerykańskiego, w roku 1881 rzeczywiście były bezpańskie, żadnemu państwu nie oddane i niepodległe. Ta część lądu i morza Nowego Świata nie należała do nikogo. Ani poblizkie rzeczypospolite Argentyny i Chili, ani Stany Zjednoczone nie rozciągały wówczas w tych stronach swojej władzy.

Kolonie, które mogłyby tutaj się utworzyć, nie miałyby żadnej nad sobą zwierzchności.

Gdy powieść nasza się rozpoczyna, były pierwsze dni kwietnia 1880 roku. Nieznajomy, którego nazwiemy tak, jak go w malowniczem swem narzeczu nazwali Indyanie, to jest Kaw-dierem, co znaczy „Dobroczyńcą“ — nieznajomy, powtarzamy, płynął w dół rzeki, na południe sąsiedniej Ziemi Ognistej, w pobliżu archipelagu wysp Gordona, Hosta i Nadaryna. Więcej jeszcze na południe ciągnął się kapryśną, gzygzakowatą linią archipelag przylądka Horn.

Wśród tego labiryntu wysp i wysepek Magellana i Ziemi ognistej, przed dziesięciu laty zjawił się właśnie Kaw-dier.

Skąd przybył i w jaki sposób, nikt nie wiedział.

Tutaj, w tym pierwotnym zakątku kuli ziemskiej, nikt nie pytał się, kim był i skąd przybył, ani do jakiej należał narodowości. Czy był europejczykiem, czy amerykaninem, trudno było osądzić, dość tylko że dzicy mieszkańcy tych wysp osamotnionych widzieli w nim istotę wyższą, prawie nadziemską, gdyż tylko dobroci, pomocy i opieki doznawali z jego strony.

On zaś poczynał sobie wśród tych przestrzeni łąk, puszcz, wód, skał i strumieni tak jak orzeł w niedościgłych dla nikogo sferach podsłonecznych. Był tutaj panem, nie miał nad sobą nikogo prócz Boga.

Ze strzelbą na ramieniu, sam lub w towarzystwie oddanego sobie Karro i Halga, błądził wśród puszcz i lasów. Od kolonii, zamieszkałych przez białych, najwidoczniej stronił. Nigdy tam się nie zapuszczał.

Życie jego w niczem nie różniło się od sposobu życia krajowców. Polowanie i połów ryb najwięcej zajmowały mu czasu. Indyanie, poznawszy jego dobroć, czcili go i mieli za istotę nadprzyrodzoną, za bożka. Szczególnie umiejętność obchodzenia się z rannymi i leczenia różnych chorób zjednała Kaw-dierowi liczne plemiona dzikich.

Indyanie wszystkich szczepów, którzy go znali, imię jego wymawiali ze czcią, a w razie niebezpieczeństwa osoby jego broniliby jak świętej.

Tajemniczy ten człowiek bez wątpienia musiał studyować niegdyś medycynę, gdyż chorych Indyan leczył wprawnie i biegle. Ci, nie znając się na sztuce leczniczej, każde uzdrowienie chorego brali za cud. Dotychczas nikt ich nie leczył, więc chorzy, pozostawieni swemu losowi, marli.

Co najdziwniejsza, to nadzwyczajna zdolność Kaw-diera do języków. Wszystkie narzecza plemion indyjskich rozumiał, w każdem mógł się rozmówić. Ale nietylko Indyanie, lecz i biali, jak Hollendrzy, Anglicy, Francuzi, Niemcy i Hiszpanie mówili z nim w ich rodowitym języku. Gdy podczas swych wędrówek i łowów wśród puszczy natknął się na białych osadników, każdy z europejczyków, czy to Hiszpan, czy Anglik, czy Niemiec, mógłby go uważać za swego ziomka, gdy się odezwał w jego ojczystym języku.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 28

Co zadziwiało najbardziej, to dobroć w tym człowieku. Wśród dzikiej przyrody wysp Magelanii, wśród dzikich jej mieszkańców, ciemnych i zabobonnych, rad przebywał i o ile umiał i mógł, niósł im pomoc w nieszczęściu.

Czego chciał, do czego dążył, w jakim celu pędził żywot tułaczy w tym nieznanym pierwotnym zakątku kuli ziemskiej?...

Było to tajemnicą.

Jedynie okrzyk radosny, który wyrwał się z jego piersi, gdy patrzył przed siebie na niezmierzone obszary nietkniętej przez cywilizacyę ziemi, okrzyk, który brzmiał: „Ach, nikogo prócz Boga!!!“ okrzyk ten dawał dużo do myślenia, że Kaw-dier nadewszystko ukochał wolność i swobodę, że właśnie tutaj nie miał pana nad sobą, że był wolnym, jak ptak w przestrzeniach powietrznych.

Dobroć Kaw-diera i poświęcenie się dla Indyan z plemienia Jakanasów sprawiły tyle, że biali z chilijskiej osady Punta Arenas, odległej o sto mil od wyspy, na której ów tajemniczy człowiek polował, przybyli doń pewnego razu, prosząc, aby wśród nich się osiedlił. Ani słyszeć o tem nie chciał, wysłańców odprawił słowem krótkiem i stanowczem, tak że odeszli z niczem i już nigdy nie próbowali zapraszać go do siebie. Toż samo było z wysłańcami sąsiednich plemion Patagończyków.

Ci ostatni, prowadzący życie koczownicze, przeważnie zajęci polowaniem na dzikie zwierzęta, pragnęli mieć wśród siebie takiego dzielnego i nigdy w strzale niechybiającego strzelca, jakim był właśnie Kaw-dier.

Całe prawie życie spędzając na koniu, Patagończycy są nieporównanymi jeźdźcami. Silnej budowy ciała, okrutni w walce orężnej, żyli w ciągłych niezgodach granicznych z sąsiadami swymi, to jest z indyjskiemi plemionami rybackiemi, wśród których właśnie lubił przebywać nasz nieznajomy.

Indyanin Karro i syn jego Halg na śmierć i życie oddani mu byli wraz z plemieniem, do którego należeli i któremu Karro przewodniczył. Około dwudziestu rodzin rybackich, prowadzących żywot nędzny, podlegało władzy tego Indyanina.

Skąd się wzięło to ślepe przywiązanie Karra i Halga, ludzi dzikich, do nieznajomego?...

Z wdzięczności, uczucia dostępnego nawet dla istot najpierwotniejszych.

Kaw-dier ocalił życie Halgowi. Było to przed kilku laty.

Wódz jednego z licznych plemion dzikich Patagończyków napadł na Jakanasów, chcąc zabrać ich obóz, uprowadzić do niewoli dzieci i młodzież, aby mieć z nich siłę roboczą.

Lepiej uzbrojeni i liczniejsi Patagończycy pokonali Jakanasów.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 32

Podczas walki część zwyciężonych ukryła się śpiesznie na łodziach i odpłynęła na sąsiednie wyspy. Atoli jedną z tych łodzi zatrzymało kilku ogromnych Patagończyków, rzuciwszy się do wody. W łódce był tylko młody chłopiec indyjski, napróżno usiłujący się bronić. Nieprzyjaciele pochwycili go, unieśli na brzeg i już mieli uprowadzić z sobą, gdy powstrzymał ich jakiś wojownik indyjski, zasypując celnemi strzałami. Napastnicy porzucili chłopca, a rzucili się na Indyanina. Los jego był zdecydowany. W nierównej, rozpaczliwej walce musiałby był uledz, gdyby nie nadspodziewana pomoc. W lekkiej łódce zbliżył się do brzegu jakiś uzbrojony nie łukiem i toporkiem, jak dzicy Jakanasi, lecz bronią palną strzelec i celnemi strzałami odpędził napastników. Oswobodzeni Indyanie, z których młodszy podczas walki został zraniony w ramię strzałą Patagończyków, upadli do nóg swojemu zbawcy.

Byli to Karro i Halg, zaś tym, który ich ocalił, nasz tajemniczy nieznajomy.

Od tego czasu miał w tych dwóch ludziach oddanych sobie na śmierć i życie przyjaciół.

— Mój namiot niechaj będzie twoim — rzekł wówczas Karro — moja broń i zdobycz myśliwska, moja łódź rybacka i ludzie mi podwładni niech należą do ciebie... Niema rzeczy pod słońcem, którejbym nie oddał tobie... Ocaliłeś mi życie i wyrwałeś z rąk okrutnych wrogów mojego syna...

Od tej chwili Kaw-dier udał się wraz z ocalonymi przez siebie Indyanami na wyspy w pobliżu przylądka Horn i stale tutaj przebywał, niekiedy tylko, jak właśnie w chwili rozpoczęcia niniejszego opowiadania, udając się na ląd stały i zapuszczając w puszcze i stepy patagońskie.



ROZDZIAŁ III.

Niespodziewane odwiedziny.

Czółno z ranionym przez jaguara Indyaninem, kierowane wprawną ręką Karra i Halga, szybko płynęło wśród skał nadbrzeżnych.

Kaw-dier, pochylony nad rannym, z niepokojem badał stan jego: małą mając nadzieję, czy uda mu się uratować życie.

Dzień cały upłynął, słońce zniżało się ku zachodowi, gdy nareszcie Karro i Halg zwolnili nieco bieg czółna i skierowali je w stronę niewielkiej piaszczystej wyspy, pokrytej z rzadka karłowatą roślinnością i poprzerzynaną kilku strumieniami o wysokich brzegach.

Wysepka ta, leżąca w pobliżu lądu i posiadłości chilijskich, stanowiła schronienie dla plemienia Indyan, któremu przewodniczył Karro. Plemię to przeważnie trudniło się rybołówstwem i polowaniem w puszczach przyległych do terytoryów chilijskich, prowadząc życie koczownicze. Obecnie na połów ryb przybyło w te strony i na pobyt wybrało sobie tę właśnie wysepkę, do której zdążało czółno naszych znajomych. Tuż w sąsiedztwie leżał archipelag wielkich wysp, odwiedzanych przez chilijczyków, prowadzących handel zamienny z ich nawpół dzikimi mieszkańcami.

Na olbrzymiej wyspie, do której przybiła łódź Karra, z północnej strony wznosiły się fantastyczne, olbrzymie skały, wierzchołkami swemi sięgające nieba. Z daleka patrzącemu na nie zdawało się, że widzi ruiny jakiegoś potężnego grodu, przez niespodziany kataklizm zdruzgotanego, i pożartego przez burzliwe fale morza. Wśród skał tych nie brakowało przejść ciasnych, jakby ręką ludzką wykutych, i grot obszernych, w których łatwo tak człowiek jak zwierz znaleźć mógł schronienie.

W jednej z takich grot, zasłoniętych ze wszystkich stron przez labirynt skał i olbrzymich kamieni, obrał sobie mieszkanie Kaw-dier.

Gdyby tutaj istnieli budowniczowie i za sowitą zapłatę wznieśli pałac na mieszkanie dla naszego bohatera, to z pewnością wnętrze jego nie byłoby tak wspaniałe, jak ta grota o wysokich, ręką natury w dziwaczne łuki, zagłębia i zagięcia rzeźbionem sklepieniu. Tuż w pobliżu, obok tej olbrzymiej, otwierały szerokie wejścia trzy inne mniejsze groty, w których wygodnie mieściło się gospodarstwo Karra i jego rodzina.

Nieznajomy, zamieszkując od dłuższego czasu swoją grotę, urządził się w niej wygodnie. Widać tutaj było, że przybywając do tych miejscowości pierwotnych, przywiózł z sobą to, co jest bodaj najznamienniejszą cechą każdej cywilizacyi — książki.

Obszerna, jak czarodziejska sala królewska wyglądająca grota, pełna była przeróżnych, niezbędnych dla człowieka cywilizowanego przedmiotów.

Nie brakło nawet mandoliny, zawieszonej obok wyborowej broni palnej, nie brakło pudełek blaszanych i waliz, w których mieściły się różne przyrządy, jak naprzykład wyborowe narzędzia chirurgiczne, słoiki, butelki i szklaneczki z lekarstwami.

Wszystkie te przedmioty Karro wraz z Halgiem przenieśli z szalupy, na której nieznajomy przybył w te strony i która zasłonięta od burz i wichrów morskich, stała bezpiecznie wśród skał nadbrzeżnych, ukryta najzupełniej od oczu ludzkich.

Nikt niewtajemniczony nie odgadłby nigdy, że na tej dzikiej skalistej wysepce, na tej wydmie wśród tysiąca wysp i wysepek nabrzeżnych, mieszkać może człowiek cywilizowany.

Cóżby go tutaj trzymało?.. Czegoby szukał w tak dzikich pierwotnych zakątkach ziemi?..

Karro i Halg nie zadawali sobie tych pytań. Dla nich pobyt Kaw-diera był opatrznością, był zstąpieniem bóstwa na ziemskie padoły.

Ot, i teraz, gdy wynieśli z łodzi zranionego Indyanina, nieznajomy ułożył go troskliwie na posłaniu z traw morskich i opatruje jego rany.

— Ciężkie są, bardzo niebezpieczne — mówi Kaw-dier ze smutkiem — jaguar ostremi pazury rozszarpał piersi nieszczęśliwego i uszkodził mu płuca... Idź, Halg, i powiedz niech przyjdą tutaj kobiety i czuwają nad rannym.

Chłopiec, ze zręcznością młodego jelenia, pobiegł w głąb wysepki, kierując się do miejsc pokrytych roślinnością. Wkrótce dało się słyszeć szczekanie psów i ukazały się namioty Jakanasów. Około czterdzieści rodzin mieszkało tutaj, trudniąc się przeważnie połowem ryb i polowaniem.

Halg oznajmił im z czem przybywa, i wkrótce kilka Indyanek, trzymając na ręce nawpół nagie dzieci, udało się w celu pielęgnowania rannego.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 42

Było około południa dnia następnego, gdy przed Kaw-dierem, zajętym przygotowaniem lekarstw, stanął Halg.

— Biali! — zawołał tajemniczo — biali!...

Wyraz ten podziałał na nieznajomego, jak iskra elektryczna; zerwał się z miejsca, na którem siedział, i na spokojnem, męskiem jego obliczu odmalowało się zaniepokojenie.

— Gdzie? — zapytał.

— Na Nowej wyspie, gdzieśmy przed tygodniem polowali.

— Kto ich widział?

— Ludzie nasi ich widzieli.

Kaw-dier wybiegł przed grotę, skinął na Halga, polecając mu, aby zawołał tych, którzy widzieli białych.

Halg wkrótce przyprowadził przed niego dwóch nawpół nagich Jakanasów. Ci, ujrzawszy nieznajomego, upadli przed nim na kolana i pochylili głowy.

Kaw-dier podniósł dzikich z ziemi i w ich narzeczu zaczął wypytywać, co wiedzą o białych.

Opowiadali, że do południowego brzegu tak zwanej Nowej wyspy przypłynął okręt, z którego wysiedli na ląd uzbrojeni majtkowie. Okręt miał flagę rzeczypospolitej chilijskiej.

Majtkowie ci natychmiast zabrali się do ustawiania namiotów, część ich w nich pozostała, część zaś odpłynęła z powrotem.

Jeden z opowiadających zbliżył się do przybyszów i zapytał, czy przybyli w celu zakupna skór dzikich zwierząt, na co otrzymał odpowiedź od dowodzącego białymi, że rząd rzeczypospolitej przysłał ich, aby zajęli w posiadanie wieczyste wszystkie na okół ziemi i wody, które dotychczas nie mają pana.

Indyanin zakończył swe opowiadanie podziwem dla ulepszonej broni, którą widział u chilijczyków.

— Jedna ich strzelba daje raz po razu sto strzałów i wyrzuca jedna po drugiej sto kul! — dodał drugi z przerażeniem.

Wiadomości te podziałały na nieznajomego wielce przygnębiająco.

— Jakto? — pomyślał — miałyżby skończyć się chwile mojej wolności?.. Miałyżby te wolne dotychczas wyspy otrzymać pana, rząd, sądy, policyę?..

Nieznajomy na myśl o tem chwycił się za głowę i zrozpaczony wołał:

— Biali! Chilijczycy!.. biali...

Myśl jego zaczęła pracować, gdzie teraz się podziać?.. gdzie schronić, aby żyć niepodległym?.. nie być podwładnym żadnemu z rządów?..

Dwa dni następne Kaw-dier poświęcił na przekonanie się, czy opowiadaniu o przybyciu marynarzy chilijskich można w zupełności wierzyć.

Niestety, tak było.

Gdy niepostrzeżenie w towarzystwie nieodstępnego Karra i Halga podpłynął do wybrzeży, gdzie niedawno ciągnęły się wolne stepy, aż do pogranicza argentyńskiego i chilijskiego, ujrzał białych marynarzy zajętych budową fortu.

Jakkolwiek znikąd białym przybyszom nie groziło niebezpieczeństwo, ustawili wartę, którą pełnili żołnierze marynarki.

A więc dla Kaw-diera nastąpił koniec jego dotychczasowej wolności.

Niebawem rząd chilijski w porozumieniu z argentyńskim podzieli się władzą nad temi wodami i ziemią, przyśle tutaj swoich dobrze płatnych agentów, zacznie mierzyć i opisywać wszystko, wyznaczać granicę, regestrować, sporządzać mapy zajętych obszarów lądu i morza.

Nic nie ujdzie czujnego oka urzędów przeróżnych, wszystko musi się poddać porządkowi i prawu z góry przepisanemu.

Nadejdzie wreszcie dzień, że panowie urzędnicy chilijscy zjawią się przed Kaw-dierem i zapytają: kto jest zacz, co tu porabia, jak długo tutaj przebywać zamierza?..

Będzie zmuszony odpowiadać na te pytania, zdradzić swoje incognito, poddać się rygorom ich urzędów.

Na myśl o tem, nieznajomy czuł się wzburzonym do głębi duszy.

Po powrocie z wycieczki rzekł krótko do Karra i Halga, troskliwie wpatrujących się w niego i czekających na każde jego skinienie:

— Jutro o świcie szalupa moja niech będzie gotowa!... I Zol popłynie z nami...

Zol był to piękny pies, bardzo przywiązany do nieznajomego.

Jakoż nazajutrz w towarzystwie wiernego Karra i Halga, wsiadłszy na swój statek, Kaw-dier skierował się w stronę przylądka Horna.

— Mamy dziś dzień siódmego marca — rzekł sam do siebie — czas ciepły trwać będzie jeszcze kilka tygodni, co powinno mi wystarczyć do znalezienia sobie kawałka ziemi, na którym czułbym się zupełnie wolnym.



ROZDZIAŁ IV.

Katastrofa.

Szalupa płynęła szybko po niezmierzonem przestworzu morza, omijając zdradliwe skały i rafy podwodne i trzymając się w pobliżu lądu.

Po kilku dniach żeglugi, gdy minęli już wyspę Nawaryna, w oddali ukazały się na widnokręgu wierzchołki skał wyspy Wallaston i Herschell.

Tutaj, przybiwszy do brzegu, zaopatrzyli szalupę w świeże zapasy wody, poczem zaraz popłynęli w kierunku północnym.

Na trzeci dzień obaj Indyanie zaczęli rzucać na Kaw-diera niespokojne spojrzenia.

Dokąd dążył? Toć jeszcze pół dnia żeglugi, a na wątłym swym statku wpłyną na wzburzone wody oceanu, tuż u dzikich wybrzeży przylądka Horna.

— Mamy dziś dzień jedenastego marca — szepnął sam do siebie nieznajomy — żywności wystarczy jeszcze conajmniej na tydzień. Przez ten czas muszę znaleźć dla siebie schronienie w tej dzikiej, pierwotnej krainie.

Mówiąc to, spojrzał w stronę szarzejącej na widnokręgu, olbrzymiej masy skał spiętrzonych ku niebu, tworzących przylądek Horna, hardo stawiający opór wzburzonym, z wściekłością bijącym w jego granitowe podnóże falom oceanu.

Nie mówiąc ani słowa do swoich towarzyszy, pod wieczór dnia tego, Kaw-dier przestał płynąć naprzód, gdzie już groziło niebezpieczeństwo od wzburzonych wód oceanu, lecz skręcił na prawo i wkrótce przybił do brzegu.

— Poczekajcie tutaj na mnie! — rzekł, wysiadając z szalupy, poczem świsnąwszy na Zola, aby szedł za nim, szybko zaczął piąć się w górę po skalistem wybrzeżu.

Szedł długo, z wprawą człowieka przyzwyczajonego do wycieczek w górach.

Przed nim wznosiły się coraz to dziksze urwiska i kamienne zwały, poszarpane przed wiekami przez podziemne wybuchy wulkaniczne.

Z pewnością Kaw-dier zwiedzał już niegdyś te dzikie okolice, gdyż omijał niebezpieczne przejścia po nad przepaściami i szybko dążył ku najwyższemu wierzchołkowi przylądka.

W jakim celu tam dążył?.. Czy na tych niedostępnych dla zwykłego człowieka wyżynach pragnął znaleźć dla siebie schronienie?..

Tymczasem nagle widnokrąg pokryły chmury, wicher zerwał się od strony północnej i z głośnym szumem, z hukiem i rykiem fal wzburzonego oceanu uderzał w skały nadbrzeżne.

Karro i Halg, ze zręcznością właściwą dzikim Indyanom, umieścili szalupę w miejscu zacisznem, pomiędzy skałami.

Czekając na pana, pilnie patrzyli, jak ten piął się coraz to wyżej, pragnąc zapewne dosięgnąć szczytu jednej ze skał, z której szeroki otwierał się widok na ocean.

Po godzinie czasu wicher wzmógł się, chmury ciemne zasnuły horyzont, najwidoczniej zbliżała się burza. Nadchodząca noc, a z nią ciemność pogarszały położenie.

Karro i Halg z trwogą spoglądali ku górze, gdzie na szczycie skał zdawało im się, że dostrzegają ciemną sylwetkę swego dobroczyńcy.

Przez chwilę trwoga ich przejęła. A gdyby tak Kaw-dier zginął, strącony do oceanu wściekłemi podmuchami wiatru?

Ale nie!... To się stać nie może... Tymczasem burza zerwała się z całą właściwą tym stronom gwałtownością, ciemność zaś szybko zapadającej nocy spotęgowała grozę położenia.

Halg, opuściwszy szalupę, ze zręcznością zdumiewającą podążył na szczyty skał, gdzie Kaw-dier znikł wśród ciemności, aby mu w razie potrzeby dać ratunek.

Nagle wśród huku fal morskich i burzy błysnął u podnóża skał nadbrzeżnych ogień i rozległ się grzmot wystrzału armatniego.

Jakieś dalekie przeraźliwe okrzyki i wołania o pomoc wicher przyniósł do uszu Halga, poczem wszystko zagłuszyła szalejąca burza.

Nie było wątpliwości, że jakiś zabłąkany okręt pochwyciła burza w swe potężne wiry i rzuciła na skały podwodne przylądku Horna.

Gdy poraz drugi zagrzmiał huk armatni, Karro wyskoczył z szalupy i pobiegł w ślad za synem.

Wkrótce doścignął go na jednym z wysokich szczytów.

— Gdzie nasz dobroczyńca? — zapytał z zaniepokojeniem w głosie.

— Zszedł ze skał na pomoc tonącym — rzekł Halg, którego wzrok, jak wzrok dzikiego zwierzęcia, przenikał ciemności nocy.

— Jakąż pomoc można dać w taki czas burzliwy? — szepnął Karro.

W tej chwili zbliżył się do nich Kaw-dier.

— Halg! Karro! — zawołał — rozpalcie zaraz ogień!.. Na tonącym okręcie wśród burzy nie domyślają się, że ląd mają tak blizko...

Obaj Indyanie wydobyli z za pasa swe krótkie toporki, z szybkością i wprawą niesłychaną nacięli gałęzi drzew i krzewów przyziemistych, ułożyli je wysoko w górę i podpalili. Tak szybko i wprawnie rozniecić ognisko umieją tylko dzicy synowie stepu. Niebawem słup ognia strzelił wysoko w górę ze szczytu skał przylądkowych.

Tonący okręt mógł teraz oryentować się, gdzie szukać ratunku.

Czerwony słup ognia wskazywał mu, gdzie ląd.

Ale czy kapitan tego okrętu będzie mógł i będzie umiał skorzystać z pomocy, którą mu okazano?.

— Czy okręt już uległ całkowitemu rozbiciu?

— Czy można jeszcze nim sterować i dosięgnąć lądu, kierując się w stronę rozpalonego ogniska?..

Te pytania nasuwały się Kaw-dierowi, gdy nagle trzask, huk i okrzyki rozpaczy dały się słyszeć u stóp skał, na których stali nasi znajomi.

— Zgubieni! — rzekł Karro — okręt się rozbił!..

— Na wybrzeże!... do szalupy!... — rozkazał Kaw-dier. — Rozbitkom trzeba dać pomoc!...

Nie zważając na wicher, dmący od morza, na ciemność i burzę, trzej śmiałkowie dotarli szczęśliwie do szalupy, wsiedli do niej i popłynęli w stronę, skąd dolatywały z poświstami wichru rozpaczliwe głosy wzywające ratunku.

Halg stanął przy sterze, Karro nastawił żagle, szalupa pomknęła szybko naprzód.

Trzeba było tak zręcznych żeglarzy, jakimi byli obaj Indyanie, aby nie zginąć w głębinach wzburzonego morza.

W pół godziny później z szalupy dostrzeżono przy blaskach płonącego na skałach ogniska ogromny kadłub okrętu, przechylonego na bok i rzuconego przez bałwany morskie na nadbrzeżne skały.

Kaw-dier rzucił doświadczonem okiem na rozbity okręt i zdziwiony zawołał:

— A gdzież ludzie?... Dlaczego nie widać rozbitków?... Gdybyśmy nie byli słyszeli niedawno głosów rozpaczy, to możnaby pomyśleć, że ten okręt bez żadnej załogi płynął po morzu.

Atoli im więcej zbliżali się do okrętu, tem wyraźniej znowu słyszeć się dały głosy wzywające pomocy i ratunku,

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 50

Wreszcie szalupa dotarła do skał, na których spoczywał rozbity okręt. W jednej chwili znajomi nasi znaleźli się na pokładzie statku.

Kaw-dier spostrzegł wtedy tłum zbity podróżnych, w rozpaczy szukających dla siebie ratunku i wzywających pomocy.

Jakiś majtek zatrzymał się tuż przed Halgiem. Chłopiec pochwycił go i przyprowadził do Kaw-diera.

— Gdzie twój kapitan? — zapytał tenże, chwytając go za ramię.

Majtek, jak gdyby nie spostrzegł, że mówi do niego człowiek obcy, wzruszył ramionami i odrzekł:

— Nie wiem!

Widać było, że umysł tego człowieka, wstrząśniony przebytemi niebezpieczeństwami, postradał równowagę.

Burza tymczasem przycichła, morze się nieco uspokoiło.

Na pokładzie okrętu tłum podróżnych tłoczył się i miotał bezładnie Nikt nie usiłował zapalić światła, wszyscy najwidoczniej stracili przytomność w chwili, gdy zdawało im się, że okręt już tonie.

Po pewnej chwili jakiś człowiek zbliżył się do Kaw-diera.

— Kto pan jesteś? — zapytał w języku angielskim.

— Żeglarz — odparł Kaw-dier. — A pan?

— Jestem właścicielem tego okrętu.

— Jego nazwa?

— „Jonatan...“ płyniemy z San-Francisko...

— Dlaczego nie ratujecie okrętu?... Burza ucichła... Kto wie, czy nie będzie można na nim płynąć dalej?... Gdzie pańscy pomocnicy?...

— Zginęli...

— Wszyscy?...

— Wszyscy. Ja sam, uderzony odłamkiem masztu w głowę, padłem jak martwy, przed chwilą dopiero wróciłem do przytomności.

— Uspokój się pan, masz przed sobą przyjaciół. Pragniemy dać ci pomoc. Przedewszystkiem musimy zaprowadzić ład jakiś na okręcie.

— Rozkazuj pan... mnie siły opuszczają... Jestem wyczerpany... Ratuj nas!...

Kaw-dier z właściwą sobie energią objął rządy nad pozbawionym dowództwa okrętem.

Zarządzenia jego sprawiły tyle, że maszt główny rozpięto przeciw wichrowi, ster naprawiono i przy pomocy zręcznych poruszeń „Jonatan“ nagle wypłynął z pomiędzy skał, wśród których ugrzązł.

Część załogi stała przy pompach, aby wypompować wodę, która wdzierała się do uszkodzonej części przedniej okrętu, grożąc mu niebezpieczeństwem.

Kaw-dier mimo to miał nadzieję, że uda mu się przeprowadzić „Jonatana“ przez cieśninę Magiellana do Punta-Arenas, gdzie załoga jego będzie mogła wylądować i wśród białych kolonistów znaleźć ocalenie i wypoczynek.

Ale aby dopłynąć do tego miejsca, należało opłynąć archipelag wysp Hermitte, pełen mnóstwa niebezpiecznych skał podwodnych. Jak je ominąć, gdy ciemność nocy i szalejąca burza utrudniały żeglugę?..

Po godzinie błądzenia wśród wzburzonego morza okręt opłynął skały przylądkowe i pędzony siłą wichru skierował się w stronę archipelagu.

Była może godzina jedenasta w nocy, gdy niespodziewanie runął maszt główny, łamiąc się we troje. Krzyki rannych rozdarły powietrze.

— Jesteśmy zgubieni! — rozlegało się wśród przerażonej rzeszy podróżnych.

— Ratujmy się!.. tam płynie szalupa!..

I tłum z dzikim krzykiem rzucił się na tył okrętu, aby zająć szalupę.

— Stać!.. ani kroku dalej! — rozległ się nagle rozkazujący głos Kaw-diera.

Tłum stanął w miejscu.

Właściciel okrętu chwiejnym krokiem postąpił ku zrozpaczonym, tłómacząc, że szalupa nie pomieści wszystkich, że przepełniona, zginie w falach oceanu.

I słowa swoje popierając czynem, ustawił dwudziestu majtków, aby nie dopuszczali oszalałego tłumu na tył okrętu.

Pomimo strzaskanego głównego masztu, okręt unoszony prądem oceanu, płynął teraz szybko w kierunku wyspy Hoste. Można powiedzieć, że był na łasce wichru i burzy, uciszającej się nieco.

Około godziny pierwszej po północy rozległ się ogłuszający trzask, okręt zatrząsł się w swych posadach i nagle stanął jak wryty, osiadając na skałach podwodnych, przy wschodnim brzegu wyspy Hoste.

Teraz już nie mogła go poruszyć żadna siła.



ROZDZIAŁ V.

Rozbitki.

Na dwa tygodnie przed tą katastrofą, której ofiarą padł „Jonatan,“ San-Francisko w Kalifornii żegnało go uroczyście. Miał na czele załogi swojej właściciela, p. Hartlepoola i doświadczonego kapitana Leccar.

Nie prowadził Leccar okrętu ze względu na swój wiek podeszły, lecz powierzył kierownictwo pomocnikowi swemu, kapitanowi Musgrowe, i oficerowi Maddisonowi. „Jonatan,“ jakkolwiek był okrętem handlowym, nie wiózł tym razem towarów, lecz około tysiąca ludzi różnego wieku i stanu. Byli to wychodźcy, których portugalskie towarzystwo emigracyjne zobowiązało się przewieźć do jednego z portów wschodniej Afryki. Właśnie Hartlepool podjął się tego. Wychodźcy ci otrzymali koncesyę od rządu portugalskiego na kolonizacyę afrykańskiej prowincyi Lagoa.

Oprócz ludzi „Jonatan“ wiózł wszystko co potrzebne osadnikom w pierwszych chwilach założenia kolonii, a przedewszystkiem olbrzymie zapasy żywności: mąki, konserw mięsnych, piwa, wódki, chleba i t. p . Pewną liczbę zwierząt domowych niezbędnych przy rozpoczęciu gospodarstwa rolnego pomieszczono również na „Jonatanie.“ Wychodźcy byli jak najlepsze myśli. Każdy z nich marzył o polepszeniu swej doli, o wytworzeniu sobie nowych warunków bytu, lepszych, niż w ojczystej ziemi, którą zmuszeni byli opuścić.

Podróż z początku zapowiadała się pomyślna, nikt nie przewidywał katastrofy, która w dwa tygodnie po opuszczeniu portu San-Francisco spotkała „Jonatana“ u brzegów przylądka Horna.

Kapitan Leccar, zaskoczony niespodziewanie przez burzę, równającą się huraganowi, porwany przez wir oceanu, zmylił drogę, przyczem nie przypuszczał, że ma tak blizko przed sobą skały podwodne archipelagu przylądkowego, oraz wyspy Hoste i Walanston.

Wśród nieprzejrzanej ciemności i huku wzburzonego morza, dał zły kierunek okrętowi, który wpadł między skały i przechylił się, tracąc jeden z masztów strzaskany przez wicher. Leccar, Musgrawe i oficer Maddison pośpieszyli na ratunek głównego masztu i zagrożonego steru. W chwili, gdy z kilku ludźmi załogi usiłowali rozpiąć płótna środkowego żaglu i nastawić go przeciw wichrowi, olbrzymie bałwany morskie, podobne do gór, uderzyły o bok okrętu i zmiotły z pokładu Leccara, Musgrawa i Maddisona z jego ludźmi. Okrzyk rozpaczy wyrwał się wtedy z piersi pozostałej załogi.

Wystrzały działowe dano na trwogę.

Właśnie huk tych wystrzałów posłyszał Kaw-dier, znajdując się na skałach przylądkowych.

Reszta wiadoma.

„Jonatan“ rozbity, pozbawiony głównych masztów i steru, leżał bezwładny u skalistych wybrzeży wyspy Hoste.

Nawpół obłąkani, zrozpaczeni niektórzy wychodźcy, sądząc w pierwszej chwili, że okręt już tonie, rzucili się, jak szaleni, w morze. Wszyscy oni zginęli, porwani przez bałwany wzburzonego morza.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 58

Widząc to, inni posłuchali głosu Kaw-diera, który ich nawoływał do pozostania na okręcie. Niebawem tłum wychodźców, złożony z mężczyzn, kobiet i dzieci poddał się rozkazowi Kaw-diera i schronił się do wnętrza okrętu, zabezpieczając się w ten sposób przed wściekłością bałwanów morskich i istnego potopu, albowiem zaczęła się ulewa tak straszliwa, jakiej nikt w życiu nie widział.

W godzinę później burza wzmogła się jeszcze, nie było mowy o jakimkolwiek ratunku dla „Jonatana.“ Pozostali przy życiu wychodźcy, znużeni i wyczerpani, zrezygnowani na wszystko, pozajmowali kajuty wewnątrz okrętu i nawpół przytomni, siedzieli, leżeli lub stali, oczekując rana. Dzieci drzemały na rękach matek.

Kaw-dier, Karro i Halg czuwali wszędzie, aby ten tłum zrozpaczonych nie naraził się na jakie nowe niebezpieczeństwo. Upłynęła jeszcze godzina, a wychodźcy, zapewnieni przez Kaw-diera, że na razie nie grozi im nic niebezpiecznego, uciszyli się nieco i uspokoili. Pomiędzy nimi byli przedstawiciele wszystkich prawie narodowości: Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi, Irlandczycy, Polacy, Szwedzi, a nawet Chińczycy i Japończycy. Większość wśród nich stanowili rzemieślnicy, choć nie brakowało i rolników, zwłaszcza wychodźców z Ameryki Północnej. Wielu też było, którzy do żadnego zajęcia ochoty nie mieli, łudząc się, że poza granicami ojczyzny spotka ich jakiś świetny los, że w sposób nieoczekiwany wzbogacą się i dojdą do stanowiska i znaczenia w świecie.

Tłum ten, gnany żądzą poprawy sobie bytu i nadzieją lepszego jutra, tłum, niezdający sobie sprawy, co traci, gdy opuszcza ojczyste niebo, nagle znalazł się wyrzucony na bezludne, dzikie wybrzeża nieznanych, skalistych wysepek, zdala od świata cywilizacyi i bez sposobu powrotu do gniazd rodzinnych.

Jak sobie radzić będzie, jak wywalczy sobie i zapewni egzystencyę ten tłum rozbitków?..



ROZDZIAŁ VI.

Na lądzie.

Hoste jest jedną z większych wysp archipelagu Magiellana, szerokości około pięćdziesięciu a długości około stu kilometrów. U południowych brzegów tej wyspy wznoszą się olbrzymie granitowe skały, o fantastycznych kształtach i tysięcznych wierzchołkach. Właśnie w pobliżu tych skał nadbrzeżnych rozbił się „Jonatan.“

Wschód słońca zaróżowił z lekka niebo; burza przycichła; chmury znikały z widnokręgu. Okręt, z olbrzymią siłą rzucony na skały leżał nieruchomy z połamanemi masztami i strzaskanym sterem.

Słońce wschodziło. Na pokładzie wszczął się ruch. Rozbitki uwijali się na wszystkie strony, pragnąc opuścić rozbity okręt. Wzburzona powierzchnia morza opadła, olbrzymie podobne do gór bałwany zniknęły, cofnęły się gdzieś w dal nieprzejrzaną. Między skałami, wśród których ugrzązł „Jonatan,“ a wyspą Hoste ukazała się powierzchnia kamienistego lądu.

Przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca, ujrzano z „Jonatana“ nową dla siebie sytuacyę i możliwość osiągnięcia lądu. Co śmielsi z rozbitków przy pomocy Karra i Halga wnet opuścili statek i podążyli na ląd. Innych zabrała szalupa Kaw-diera.

W niespełna godzinę wszyscy opuścili okręt i znaleźli się na lądzie wyspy Hoste. Część natychmiast rozłożyła się szerokiem półkolem u południowego brzegu rzeki przerzynającej wyspę, część zaś udała się w głąb, szukając miejsca dogodniejszego.

Kilka osób tylko pozostało przy Kaw-dierze, który stojąc na pokładzie rozbitego statku, słuchał żalów wygłaszanych przez p. Hartlepoola.

— Trudno mi rzucać „Jonatana“ — mówił. — Nieszczęsna godzina, w której wypłynąłem na nim w tę drogę i zabłąkałem się wśród tych wysp szatańskich... Nie Pan Bóg, lecz z pewnością zły duch rozrzucił je tu jak maku wśród oceanu na zgubę okrętów i żeglarzy!..

— Uspokój się pan i dziękuj Bogu, żeś ocalił życie! — pocieszał go Kaw-dier.

W tej chwili z grupy kilku stojących opodal rozbitków zbliżył się jeden do Kaw-diera.

— Panie — rzekł — pozwól sobie podziękować, gdyż twojej tylko energii zawdzięczamy, że śmierci uniknęliśmy. Dzięki wam i waszym dzielnym towarzyszom oglądamy to słońce, które wschodząc, nowe nadzieje budzi w naszych sercach.

Mówiący był człowiekiem, około pięćdziesiąt lat mieć mogącym, o powierzchowności sympatycznej. Widać było, że to był człowiek dobrze wychowany, należący do sfery lepszej, daleki od gburowatości i prostactwa.

Z wdzięcznością podał Kaw-dierowi rękę i jeszcze raz w gorących słowach dziękował mu za pomoc.

— Dziesiątki dziatek, dziesiątki kobiet winny ci dzisiejsze ocalenie!..

— Dziękuję Bogu, żem mógł to uczynić wraz z moimi towarzyszami — odparł Kaw-dier — w przeciwnym razie katastrofa byłaby tem okropniejszą..

— Pozwól więc pan, że ci się przedstawię — mówił dalej rozbitek — jestem Harry Rhodes. Podróżuję z żoną, córką i synem, którzy dzięki twojej dzielności równie jak ja ocaleli. Z wdzięcznością zachowamy w sercu twoje nazwisko.

— Jestem przyjacielem Indyan tutejszych — odrzekł wymijająco Kaw-dier — w barwnem swem narzeczu dali mi nazwę dobroczyńcy i z tej jestem szczęśliwy. Innego nazwiska nie pragnę.

Harry Rhodes, nieco zdziwiony, spojrzał na mówiącego, poczem zapytał:

— Jakież zdanie pańskie co do rozbitego okrętu?... Czy można mieć nadzieję, że uszkodzone części dadzą się naprawić?...

— Wątpię.

— Czy znajdujemy się w pobliżu cieśniny Magellana?

— O, nie!... Cieśnina pozostała daleko za nami...

— To nie dobrze! — zawołał Harry.

— Ale pójdźmy się przekonać, czy istotnie okręt na nic się już nie zda — rzekł Kaw-dier, zwracając się do pana Hartlepool.

— Tak, to rzecz najważniejsza — odrzekł tenże — przekonajmy się w jakim stanie jest nasz okręt.

Niestety, okazało się, że był dla żeglugi bezpowrotnie stracony. Boki i spód były podziurawione, najgłówniejsze części połamane. Nie wypadało nic innego, jak zostawić go na pastwę oceanu; pochłonie on swą ofiarę, gdy burza znów poruszy wód odmęty.

— Obecnie jedynem naszem zadaniem — mówił Kaw-dier — jest przenieść ładunek okrętu w bezpieczne miejsce. Szalupa moja nie będzie mogła wyruszyć w podróż, gdyż burza ją uszkodziła poważnie. Gdy ją naprawię, wtedy poślemy Karra i jednego z emigrantów do Punta Arenas z prośbą, aby gubernator zajął się losem emigrantów i dał im pomoc.

— Bardzo trafnie pan radzi — rzekł Harry.

— Myślę przytem, że trzeba o tem zawiadomić wszystkich, aby wzbudzić w nich otuchę i nadzieję!

— Tak — zgodził się Harry — to wyborna myśl... Pójdźmy na wybrzeże i oznajmijmy o tem wszystkim.

Około godziny dziewiątej, gdy słońce wzbiło się już w górę, na wybrzeżu wyspy zgromadzili się prawie wszyscy emigranci, słuchając Kaw-diera, który w języku angielskim wyjaśniał im położenie okrętu oraz konieczność wyładowania go i przeniesienia zeń na ląd wszystkich zapasów żywności.

Gdy skończył, dał się słyszeć głos z tłumu:

— Pozwólcie i ja chcę wypowiedzieć swoje zdanie w tej kwestyi.

— Mów pan!... — odrzekł krótko Harry.

Wysunął się człowiek młody jeszcze, o jasnem spojrzeniu, długich blond włosach i takiejże brodzie, którą gładził co chwila to jedną, to drugą ręką.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 64

— Towarzysze — zaczął ten człowiek — pozwólcie, że kwestyę oświetlę z innego punktu widzenia. Według mnie, jakie prawo mamy do bagażu okrętowego, kiedy nie wszyscy ocaleliśmy?.. A dalej, dla czego mamy wysyłać jednego z nas do gubernatora i czekać na powrót wysłańca, kiedy możemy zużytkować szalupę w ten sposób, że odrazu po kilku ludzi zacznie przewozić z tej pustyni do Punta Arenas lub innego miasta.

— Ma słuszność!..

— Dobrze mówi...

— Trzeba tak zrobić!.. — dały się słyszeć głosy wśród tłumu,

— Niech nas zaraz przewiozą do Punta Arenas! —wołał jakiś głos tubalny. — Gdzie szalupa?.. Hejże, dawać ją!..

— Szalupa jest uszkodzona — odrzekł Kaw-dier, starając się tłum uspokoić. — A przytem zwróćcie uwagę na to, że więcej nad kilku ludzi podróżować nią nie może. Przewozić was więc chyba będzie przez lat dziesięć, aby przewieźć wszystkich.

— A więc dobrze! — zawołał orator z długą brodą — zostańmy tutaj i wyczekujmy pomocy z Punta-Arenas, ale bagażów okrętowych nie dotykajmy się!... To własność Towarzystwa emigracyjnego... Nie mamy prawa nią się rozporządzać...

A po chwili, pogładziwszy nerwowo brodę, mówił znowu:

— Niech towarzystwo wie, że postąpiło niegodnie, wysyłając ludzi na okręcie niepewnym... Ale co może obchodzić panów w zarządzie towarzystwa los nas biedaków, nas wydziedziczonych, proletaryuszów bez chleba i dachu, wyzyskiwanych wszędzie i zawsze.

— Brawo! — dał się słyszeć głos jakiś z tłumu — brawo!..

— Ależ tu nie może być mowy o żadnym wyzysku, ani o lekceważeniu życia ludzkiego ze strony zarządu Towarzystwa emigracyjnego — rzekł niecierpliwie Kaw-dier — burza rozbiła okręt, a ona nie wybiera między bogaczem a nędzarzem!.. Nie o słowa nam teraz chodzi i budzenie nienawiści pracowników do chlebodawców, lecz o ratunek, o sposób uniknięcia głodowej śmierci. Okręt trzeba wyładować, szalupę trochę naprawić, bo bez tego narazimy życie ludzkie na głód i niewygody! Kto jednego ze mną zdania, niech podniesie ręce do góry.

Prawie wszyscy wśród zebranych wyciągnęli ręce, wołając:

— Zgoda!... tak zrobimy, jak pan radzi!... zgoda!...

Po chwili Kaw-dier zapytał pana Hartlepool, czy wśród emigrantów są stolarze.

— Jest ich kilku — odparł. — Jeśli chodzi o szalupę, chętnie ją zreparują.

— To dobrze — rzekł Kaw-dier. — A czy pan nie zna tego mówcy, który tyle gadał na zarząd towarzystwa emigracyjnego?...

— Znam go... to Francuz Beauval. Sam mi opowiadał różne epizody ze swego życia. We Francyi nie mógł znaleźć dla siebie zajęcia, któreby go zadowoliło. Zajmował się adwokaturą, lecz nie miał powodzenia. Postanowił szukać szczęścia w Ameryce. Ale pozbawiony siły woli, przejęty nienawiścią do klas zamożniejszych, i w Ameryce cierpiał niedostatek. Nie wiedząc, jak wybrnąć z trudnego położenia, przybył do San-Francisko i przyłączył się do wychodźców, którzy na „Jonatanie“ udawali się do Lagoa. Podczas podróży zyskał sobie uznanie wśród emigrantów, którzy zaczęli patrzeć na niego, jak na człowieka niezwykłego rozumu. Jego przekonania polityczne i społeczne zaczęła podzielać pewna część emigrantów. Znalazł on atoli w osobie innego emigranta, Lewisa Doricka przeciwnika nieprzejednanego. Miał Lewis swoich stronników, którzy wręcz inaczej, niż Beauval myśleli. O spojrzeniu zimnem i ostrem, o głosie surowym, słowach, które kłuły jak szydła, Lewis nieraz dał się we znaki swemu przeciwnikowi. Obaj oni nienawidzili ludzi, którzy coś posiadali, lub którzy się czemś odznaczali, obaj chciwi byli władzy, chcieli, aby ich słuchano, ale jeden nie znosił drugiego, każdy pragnął wyłącznej władzy.

Pan Hartlepool umilkł, zamyślił się, poczem rzekł:

— Ci dwaj ludzie będą nam tylko przeszkadzali przy pracy, która nas czeka, to jest przy wyładowywaniu zawartości z „Jonatana.“ Jedyna moja nadzieja w panu.

Mówiąc to, Hartlepool z otwartością spojrzał w oczy Kaw-diera.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 74

— I nietylko w tej sprawie — mówił dalej — ale w ogóle nie widzę nikogo wśród nas, ktoby jak pan potrafił dać nam radę dobrą i kierować naszemi krokami na tej bezludnej wyspie.

— Jeśli tak — rzekł Kaw-dier — tedy nie tracąc ani chwili czasu, bierzmy się do pracy. Okręt musimy jak najprędzej opróżnić. Wszystko cokolwiek może mieć jakąkolwiek wartość, należy zaraz przenieść na ląd.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 106

Jakoż dwa dni prawie bez odpoczynku, kto tylko zdolny był do pracy, nawet dzieci, wszyscy zajęci byli pracą około wyładowania zawartości rozbitego okrętu.

Jak ten pośpiech był konieczny i rada Kaw-diera trafna, przekonano się niebawem, gdy na trzeci dzień, to jest wtedy, kiedy już znaczna część bagażów znajdowała się na lądzie, niebo pokryło się ciemnemi chmurami.

— Nowa burza się zbliża! — rzekł pan Hartlepool.

— A z nią deszcz, który przeszkodzi nam w pracy przy zakładaniu naszej kolonii.

— Chwała Bogu — mówił dalej pan Hartlepool — że choć część namiotów i domków, dzięki pańskiej energii, mamy ustawionych. Choć z trudem i bez wygód, ale mogą w nich znaleźć schronienie nasi towarzysze. Na lądzie afrykańskim nie czekałoby ich nic lepszego. Gdyby nie pańska energia, nie byłoby tego... Mielibyśmy tylko sprzeczki dwóch przywódców i ich zwolenników, Lewis dowodziłby, że świat jest czarny, a Beauval, że biały. Nikt nie wziąłby się był do pracy, i wszyscy na „Jonatanie“ rozpaczaliby teraz, gdy burza i ulewa grozić nam znowu zaczyna.

Kaw-dier podniósł wzrok na zachmurzony widnokręg, poczem rzekł:

— Burza wielka się zbliża, a i ulewa grozi nam nie mniejsza.

Słowa jego niebawem sprawdziły się.

Przez trzy doby szalał w okolicy wyspy Hoste i archipelagu istny huragan. Ulewa trwała bez przerwy dni kilka. Jednej nocy usłyszano wśród ryku wzburzonych bałwanów morskich jakiś trzask przeciągły.

— Burza do reszty rozbija nam nasz statek — rzekł Hartlepool, napróżno usiłując przeniknąć wzrokiem nieprzejrzane ciemności.

— Tak — potwierdził Kaw-dier — możemy stracić statek zupełnie. Bałwany morskie zmiotą go ze skał jak wątłą łupinę...

Złowrogi trzask znowu powtórzył się, a gdy nastąpił ranek i burza zaczęła przycichać, napróżno oczyma szukano „Jonatana.“

Znikł bez śladu ze skał, na których spoczywał. Morze pochłonęło go wraz z resztkami ładunku.

Nie zważając na ulewę, wszyscy prawie emigranci wylegli na brzeg wyspy, głośno ubolewając nad nowem nieszczęściem.

Jakkolwiek „Jonatan“ na nicby się już nie przydał, to jednak wielu z rozbitków żywiło w sercu nadzieję, że będzie go można z czasem naprawić i na nim dalej podróżować.

Teraz stracili tę nadzieję. Pozostawali zupełnie odcięci od świata na łasce losu.

Jak zbawiennemi były rady Kaw-diera, przekonano się teraz dopiero. Lewis radził był, aby nie opuszczać kajut okrętowych, mieszkać na „Jonatanie, “ dopóki ratunek nie nadejdzie. Jak zgubną była ta rada, okazało się teraz.

Kilku ludzi, którzy wbrew radom Kaw-diera pozostali w kajutach, zginęło wraz z okrętem w falach morskich.

— Teraz już nazawsze pożegnałem się z moim „Jonatanem“ — mówił na drugi dzień po tym wypadku pan Hartlepool.

— To było do przewidzenia — rzekł Kaw-dier — wcześniej czy później czekał go ten los. Szkoda tylko tych nieopatrznych ludzi, którzy się na nim z taką ufnością schronili.

— Sami są winni temu, co się stało.

Po kilku dniach burza przeszła, ulewa ustała, widnokrąg się rozpogodził.

— Musimy teraz pomyśleć o przyszłości — rzekł Kaw-dier. — Przedewszystkiem trzeba będzie zwiedzić tę część wyspy, gdzie zmuszeni jesteśmy pozostać na czas dłuższy i przekonać się, czy jesteśmy tutaj bezpieczni.

Przedewszystkiem należało skorzystać z pogodnego czasu, który nastał po ostatniej burzy i udać się w głąb wyspy Hoste, aby ją zwiedzić i zapewnić się, czy nie grozi wychodźcom tutaj jakie niebezpieczeństwo.

Kaw-dier w towarzystwie Halga, i pana Hartlepoola, Harrego i trzech innych wychodźców przygotował się do tej wycieczki, gdy nagle uwagę jego zwróciło dwóch małych chłopców, dzieci prawie jeszcze, trzymających się za ręce i nieśmiało zbliżających się do niego.

— Ekscelencyo! — zaczął jeden z nich, podnosząc swe jasne oczy na Kaw-diera.

Ten mimowolnie uśmiechnął się.

— A tobie skąd przyszło do głowy tytułowanie mnie ekscelencyą? — zapytał, głaszcząc po głowie chłopczyka.

— Bo tak trzeba mówić do króla, do biskupa, i do ministra — odrzekł chłopczyk, spuszczając oczy i widocznie zmieszany.

— A więc dla tego i do mnie w ten sposób przemawiasz? A powiedz-że mi, mój drogi, gdzie-żeś to słyszał, że tak tytułowano króla, biskupa i ministra?..

— W gazetach... w różnych książkach — tłómaczył się chłopczyk już śmielej — tam czytałem, że tak się ich powinno tytułować...

— A więc ty umiesz czytać... A powiedz-że mi jak ci na imię?

— Piotruś...

— Gdzie masz rodziców?

— Nie mam, jestem sierotą.

— Sierotka — powtórzył Kaw-dier ze współczuciem. A twój towarzysz? czy to może brat twój?

— Nie, to Pawełek, syn moich opiekunów.

— Bardzobym rad poznać twoich opiekunów.

— A czy ja z Pawełkiem nie mógłbym z ekscelencyą pójść w głąb wyspy?... Tam pewnie są dzicy ludzie, słonie i krokodyle...

— A tybyś się nie bał słoni i krokodyli?

— Ja i Pawełek jesteśmy odważni, ekscelencyo!... Chcielibyśmy złapać słonia, oswoić i jeździć na nim.

— Wybornie, mój chłopcze, ale dokonacie tego innym razem, tembardziej, że na tej wyspie, na której się znajdujemy, niema tych zwierząt.

— To szkoda... A myśmy się tak cieszyli z Pawełkiem, że na tej wyspie są słonie!..

I mały Piotruś ze smutkiem westchnął, odwrócił się i raźno pobiegł do jednego z poblizkich namiotów, w którym mieścili się jego opiekunowie.

Za nim w podskokach podążał i Pawełek.

— Miłe dzieciaki! — rzekł Ka-wdier — w przyszłości zaznajomię się z nimi bliżej.

W godzinę później Kaw-dier i jego towarzysze byli już w głębi wyspy.

Łatwo przekonali się, że była ona dotychczas niezamieszkałą, choć posiadała wszystkie warunki, aby ludzie na niej osiedli. Strumienie, lasy, łąki ciągnęły się dokoła, wzgórza pokryte krzewami mile ku sobie pociągały oczy.

Z dzikich zwierząt nie napotkano żadnego.

— Wyborne miejsce na założenie kolonii — rzekł pan Hartlepool.

— Pod tym względem rozbitki z „Jonatana“ mają szczęście — dodał Kaw-dier.

Gdy wracali z tej pierwszej w głąb wyspy wycieczki, był już wieczór. Dokoła panowała cisza, przerywana jedynie echem dalekiego huku i szumu morza oraz krzykiem ptactwa wodnego.

Nagle dały się słyszeć na szczycie jednej z urwistych skał tony skrzypiec. Któż mógł tutaj grać skoczną jakąś melodyę?

— To Fryc Gross... to ten pijak... to on — rzekł pan Hartlepool. — Upił się, wszedł na niedostępną skałę i wygrywa. Zdaje mu się, że jest w Berlinie, w jednej z restauracyi, w której był niegdyś grajkiem.

— Więc ten człowiek pije?

— Tak... pije także i jego towarzysz Hans Kennedy.

— Szkoda, wielka szkoda! — mówił Kaw-dier. — Ale skąd wziął wódki?

— Zapewne dostał się do beczek z okowitą, arakiem i piwem, których spory zapas wieźliśmy na „Jonatanie.“

— To źle — szepnął Kaw-dier — alkohol powinien być zamknięty.

Gdy zbliżyli się do skały, na którą wdrapał się Frycek muzykus — ujrzeli tłum zwarty wychodźców, z radością przysłuchujących się muzyce pijanego grajka.

Łatwo było poznać, że niektórzy z tych ludzi również byli pijani.

Nagle w jednym z poblizkich namiotów rozległ się krzyk i wołanie o ratunek.

Kaw-dier w jednej chwili poskoczył w tę stronę.

Był to namiot Włocha Lazaro, w którym mieszkał wraz z żoną i córką.

Przeraźliwe krzyki kobiece dały się znowu słyszeć. To żona Włocha Lazaro wzywała ratunku.

Gdy Kaw-dier wpadł do namiotu, ujrzał scenę wstrętną.

Pijany Włoch bił żonę i córkę, kopał nogami i krzyczał. Nieszczęśliwe kobiety, nawpół omdlałe, nie mogły powstrzymać szaleńca. Lazaro chwycił za toporek, aby nim uderzyć po głowie swoje ofiary, gdy nagle Kaw-dier stanął przed nim. Błyskawicznem uderzeniem wytrącił pijanemu z ręki toporek, poczem wypchnął go z namiotu.

Lazaro, nie spodziewając się takiego przeciwnika, przerażony jego siłą, padł na ziemię, a następnie na czworakach poczołgał się w zarośla, gdzie się ukrył.

Rodes Hartlepool i Halg przyglądali się tej scenie, przejęci uwielbieniem dla Kaw-diera.

— Należy zabronić wychodźcom używania wódki! — rzekł tenże głosem rozkazującym. — Pod wpływem alkoholu mogą ci ludzie popełniać nawet zbrodnie. Na to pozwolić nie można...

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 94

Tymczasem Tulia, żona Włocha, przyszła do przytomności i zrozumiawszy co się stało, w słowach serdecznych zaczęła dziękować swemu wybawcy. To samo uczyniła i córka jej Graciella, dziewczę miłe i widać, że dobre.

— Lazaro jest dobrym człowiekiem — mówiła Tulia — tylko dziś ta przeklęta wódka, której wypił dużo, odebrała mu rozum.

W przykrych pogrążony myślach, Kaw-dier ze schyloną głową szedł zwolna ku wybrzeżu, gdzie miał namiot przygotowany tuż obok namiotu rodziny Harrego Rodesa.

— Jakto? — myślał — więc można na coś podobnego pozwolić, aby ludzie rozpijali się i krzywdzili pod wpływem trucizny alkoholowej niewinne istoty?... Czegóż możemy się spodziewać, jeżeli nie położymy tamy podobnej wolności i nie wrzucimy do morza wszystkich beczek i kuf z alkoholem?..

A po chwili, obejmując wzrokiem horyzont morski, szepnął z westchnieniem:

— Jakże niedawno mówiłem z rozkoszą:

— Nikogo oprócz Boga!.. Żadnego pana, żadnej władzy!.. Jakże niedawno cieszyłem się bezgraniczną swobodą wśród tych bezpańskich, nikomu niepodległych wysp i obszarów morskich?.. Dziś, gdy los sprawił, że zmuszony jestem przebywać wśród rozbitków „Jonatana,“ widzę, że wszystko zmieniło się. Potrzebna władza, potrzebne prawo... Niechaj nie będzie hamulca, naprzykład przeciw takiemu pijaństwu, a zbrodnia zapanuje na tej dotychczas wolnej od niej wyspie, na tym lądzie, który nie znał żadnego prawa i żadnej władzy. Ironia losu sprawiła, że właśnie ja, bezwględny wyznawca zasad zupełnej wolności, zmuszony jestem wystąpić z żądaniem ustanowienia pewnego rygoru, pewnych praw wśród rozbitków. Za najpilniejsze zaś uważam wzbronienie użycia alkoholu. Ale czy nie lepiejby było rzucić rozbitków i uciec od nich?.. Wśród setek wysp i wysepek łatwo znajdzie wraz z Karrym i Halgiem taką, na której mógłby żyć jak ptak — swobodny i wolny.

A więc lepiej uciec!.. rzucić tych rozbitków, zostawić ich własnemu losowi.

— Czyby to jednak było sumiennie?.. Czyby to mógł zrobić on, który pragnął wszędzie i zawsze szczęścia dla cierpiących, opuszczonych i prześladowanych?...

Nie! na to nie pozwalało mu sumienie, wrodzona uczciwość i szlachetność serca.

Naraz otrząsnął się z tych myśli niemiłych, paraliżujących jego wrodzoną energię i pragnienie czynienia bliźnim dobrze.

— Czy pan możesz liczyć na pozostałych przy życiu majtków okrętowych? — zapytał naraz, zwracając się do pana Hartlepoola.

— Oprócz Hansa Kenedy i drugiego nazwiskiem Lardey mogę ufać innym najzupełniej.

— Ilu więc majtkom możesz pan rozkazywać?

— Piętnastu... a właściwie, licząc i mnie, szesnastu.

— No, pana liczyć nie można... Pan jesteś tutaj władzą, zwierzchnikiem.

— Daruj pan — odrzekł żywo były właściciel „Jonatana“ ale od tej chwili dowódcą jesteś pan i możesz rozkazywać szesnastu posłusznym ci ludziom

— Jakiem prawem?

— Prawem słuszności. Dowództwo składam w pańskie ręce ja, dotychczasowo dzierżący władzę. Gdybym tę władzę zatrzymywał obecnie, postąpiłbym nieuczciwie, gdyż nie znam warunków tej ziemi, na którą nas los rzucił. Pan zaś od chwili, gdy burza rozbiła „Jonatana,“ faktycznie jesteś wodzem naszym i dzięki twoim zarządzeniom większa część załogi okrętowej ocalała. Gdy myśmy potracili głowy, gdy burza miotała okrętem, gdy ciemność nocy zasłoniła nam drogę, twoje zjawienie się wtedy było dla nas ocaleniem od niechybnej śmierci. Od tej chwili my widzimy w tobie jedynego człowieka, który nam rozkazywać może i którego rozkazy w obecnych warunkach zapewniają nam bezpieczeństwo życia.

Kaw-dier przez chwilę się wahał, poczem rzekł głosem silnym:

— Zgoda!... Przyjmuję to dowództwo, gdyż sumienie inaczej postąpić mi nie pozwala.

— Dzięki ci za to, panie! — rzekli prawie jednogłośnie Harry Rodes i ucieszony Hartlepool.

— Pierwszym zaś rozkazem moim będzie: Precz z alkoholem! Niewolno od tej chwili zbliżać się komukolwiek do zapasów z napojami alkoholowemi!

— Wybornie! rozkaz ten natychmiast będzie wykonany — rzekł pan Hartlepool. — W tej chwili przy beczkach straż postawię, aby czuwała dniem i nocą.

— Nie wolno pić alkoholu — oto pierwsze moje prawo — rzekł Kaw-dier.

Jakoż w pięć minut później dwóch uzbrojonych w karabiny marynarzy stanęło na warcie przy beczkach z alkoholem, grożąc kulą każdemu, ktoby nie zważał na pierwszy rozkaz i na pierwsze prawo wydane przez nowego dowódcę.



ROZDZIAŁ VII.

Podróż i powrót Karra.

Nazajutrz Kaw-dier wezwał wiernego Karra i zapytał go, czy szalupę naprawiono, aby mogła odbyć dłuższą podróż, poczem wydał mu następujące polecenie:

— Natychmiast popłyniesz do Punta-Arenas i zażądasz od gubernatora tamtejszego pomocy dla rozbitków. Opowiesz, co się stało, jak „Jonatan“ uległ rozbiciu na skałach tutejszych. Niechaj rząd chilijski przyśle jaknajśpieszniej okręt, aby się mogli nań zabrać ci ludzie.

Karro, zabrawszy na pokład szalupy jednego z emigrantów, natychmiast wyruszył w podróż, ażeby spełnić polecenie Kaw-diera.

Po tygodniu nieobecności, dzielny Indyanin, powrócił z Punta-Arenas.

— Jakie przywoził wiadomości? Dlaczego rząd chilijski nie przysłał natychmiast okrętu? — zapytywali się wszyscy, ujrzawszy powracającą do brzegów wyspy Hoste szalupę.

Karro lekko wyskoczył na brzeg i rzucił się w stronę, gdzie stał Kaw-dier i Halg.

Indyanin z szczerą radością witał obydwóch, tak syna, jak swego dobroczyńcę.

— Gdzie okręt?... Dlaczego nie przysyłają z Punta Arenas okrętu? — ozwały się liczne głosy wśród zebranego na wybrzeżu tłumu.

Odpowiedział na to Karro i jego towarzysz:

— Gubernator z Punta Arenas przyjął nas bardzo przychylnie. Na razie nie ma on żadnego większego statku, któryby mógł wysłać po rozbitków, lecz ma nadzieję, że po złożeniu raportu do władz stołecznych, te wyślą jakiś większy statek w te strony, aby mógł zabrać rozbitków. Ponieważ obecnie nastaje czas zimowy, nader niebezpieczny dla żeglugi, więc wcześniej, jak z nastaniem dogodnej po temu pory na pomoc liczyć nie można.

— To jest wcześniej jak na wiosnę nie wydostaniemy się stąd — rzekł Kaw-dier — wiedzieć bowiem należy, że już obecnie żegluga przez ocean jest wielce niebezpieczna.

— A kiedyż na tej wyspie doczekamy się wiosny? — zapytał pan Hartlepool.

— Wcześniej niż za pół roku nikomu nie radzę puszczać się w tych stronach na morze.

— Aż za pół roku?...

— Tak, jeśli nie chcemy, aby statek spotkał los taki, jak „Jonatana.“ Straszliwe burze i huragany, powstające w jednej chwili i szalejące z siłą tytaniczną właśnie o tej porze nawiedzają wody archipelagu tutejszego, czyniąc je niebezpiecznemi, prawie niemożliwemi do przebycia.

— A więc jesteśmy na tej nieznanej wyspie uwięzieni na czas sześciu miesięcy? — pytał pan Hartlepool.

— Niestety — odparł Kaw-dier — doświadczenie moje i sumienie nie pozwalają mi zaprzeczyć temu. Musimy przezimować na tej wyspie. Innego wyjścia niema. Każdego ktoby się w obecnej porze roku puścił na morze, czeka niechybna zguba. Zima na wyspach tutejszych trwa krócej, niż w Islandyi lub Kanadzie, jest też mniej surowa. O opuszczeniu wyspy Hoste mowy obecnie być nie może. Musimy zimę tutaj przepędzić.

Słowa te, wypowiedziane głosem pewnym, podziałały na tłum zebranych rozbitków wielce przygnębiająco.

— A więc niema sposobu? — pytał ten i ów — więc chcemy, czy nie chcemy, musimy pozostać na tej wyspie?

Po odbytej naradzie, wszyscy zgodzili się, aby słuchać doświadczonego głosu Kaw-diera. Nikt jak on nie znał tego zakątka kuli ziemskiej. Postanowiono we wszystkiem wypełniać jego rozkazy.

Ponieważ nastały nagle dni chłodne i mgliste, wychodźcy skwapliwie zabrali się do przygotowania sobie mieszkań zimowych. Materyały gotowe, dzięki przezorności Kaw-diera, przeniesiono zawczasu na ląd z „Jonatana,“ nim ten nieszczęsny statek zginął w odmętach morskich.

Cieśle, mularze, ślusarze i inni rzemieślnicy, których było mnóstwo wśród wychodźców, od świtu do nocy zajęci byli składaniem i budową domków. Pomagali im wszyscy, tak, że po dwóch tygodniach pracy stanęła obszerna kolonia u podnóża wzgórz skalistych, które zasłoniły ją od morza, zabezpieczając od wichrów i nawałnic.

— Co to za szczęście dla nas — mówił p. Hartlepool — że na „Jonatanie“ znajdowało się wszystko, co do założenia kolonii jest niezbędne. Towarzystwo emigracyjne w San-Francisko wybornie wyekwipowało emigrantów. Nic nie brakuje, aby mogli sobie życie uczynić nietylko znośnem, ale nawet wygodnem. Nie brakuje kuchni, pieców, mebli, o wszystkiem pomyślano, wszystkie potrzeby wychodźców, mających zakładać sobie osadę wśród obszarów bezludnych przewidziano i postarano się naprzód brakom zapobiedz.

— Tak — potwierdził Kaw-dier jestto bez zaprzeczenia wielkie szczęście dla rozbitków, że cały ekwipaż „Jonatana“ udało nam się ocalić.

Niektórzy wśród rozbitków, a na ich czele kucharz nazwiskiem Sirdey, majtek Kennedy i dwaj krawcy Furster i Jackson, niechętnem okiem spoglądali na Kaw-diera i jego zarządzenia. Sirdey utrzymywał, że można było część wychodźców przewieźć do Punta-Arenas, gdzie znaleźć mogli większe wygody, lepszy klimat i opiekę rządu chilijskiego.

Nie bacząc na przestrogi Kaw-diera, Sirdey w tajemnicy dostał się pewnego ranka do miejsca, gdzie wśród skał nadmorskich stała szalupa, z częścią wychodźców wsiadł do niej i oddając ster Kennedemu, niezwłocznie odpłynął od brzegu w kierunku Punta-Arenas.

— Jeśli ten dziki i głupi Indyanin mógł się dostać na tej szalupie do Puntu-Arenas i wrócić do nas — mówił Sirdey do Kennedego — to dlaczegóż mybyśmy mieli tegoż nie dokonać? Odwagi tylko!... Czyż wszystko mamy robić, co rozkaże ten nieznajomy?...

Kennedy sterował wprawnie, ale nie znał wód, po których żeglował, nie dziw więc, że nie upłynęła godzina czasu, jak nagle szalupa uderzyła o skały podwodne, przechyliła się na bok i pogrążyła się głęboko w wodzie.

— Dno przebite — krzyknął Kennedy.

— Woda zalewa szalupę! — zawołał z rozpaczą Sirdey.

— Uciekajmy! ratujmy się! — rozległy się głosy Furstera i Jacksona.

Przerażeni tym nagłym wypadkiem, wykrzykiwali nieopatrzni żeglarze bezradnie, nie widząc dla siebie znikąd żadnego ratunku. Zguba zdawała się być nieuchronną.

I gdy gwałtownie wnętrze szalupy przez przedziurawione dno zaczęła napełniać woda morska, wszyscy niefortunni żeglarze rzucili się do ucieczki na poblizkie skały. Sirdey i Kennedy byli wybornymi pływakami, więc szczęśliwie, choć z ogromnemi wysiłkami, dopłynęli do skał sterczących nad powierzchnią wzburzonego morza, towarzysze ich nie umieli tak pływać i nie mieli dość sił do walki z morzem, wkrótce więc, po rozpaczliwej walce z zalewającemi ich co chwila falami, poszli na dno.

Sirdey i Kennedy, nawpół żywi z przerażenia, przez noc całą przebyli na urwisku skalistem, mając dokoła siebie jedynie wzburzone, gniewne morze.

Dopiero nad ranem Karro i Halg, zaniepokojeni o szalupę, która w tak tajemniczy sposób zniknęła, na lekkim pirogu, robiąc przeszukiwania dokoła brzegów wyspy, usłyszeli rozpaczliwe wołania o pomoc.

Obaj dzicy, ze zwinnością mew, okrążyli kilka razy skały, na których trzymali się jeszcze ostatkiem sił Sirdey i Kennedy, poczem widząc co się stało, pośpieszył na ratunek rozbitkom.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 112

Kaw-dier i pan Hartlepool surowo zganili postępek Sirdeya.

— Jesteście przyczyną śmierci kilku ludzi i pozbawiliście mnie szalupy, za której pomocą mogliśmy porozumiewać się z Punta-Arenas. Teraz jesteśmy zupełnie odcięci od świata — mówił Kaw-dier, i czoło jego chmurzyło się, a głos brzmiał wyrzutem.

— Oto do czego prowadzi brak doświadczenia i samowola.

Strata towarzyszy uczyniła na wszystkich przykre i bolesne wrażenie. Od tej chwili ogół wychodźców baczniej zwracał uwagę na każde słowo i radę Kaw-diera, tembardziej, że rozpoczął się czas gwałtownych zamieci i burz śnieżnych.



ROZDZIAŁ VIII.

Zima na wyspie Hoste.

Jak były trafne wszelkie zarządzenia Kaw-diera, zwłaszcza pod względem zabezpieczenia rozbitków od chłodów i śniegów zimowych, przekonano się niebawem, gdy zaczęły się zawieje i śnieżne huragany. Na prędce wzniesione domki okazały się prawdziwem dobrodziejstwem dla wychodźców.

Halg i Karro, przeczuwając długą i surową zimę, zawczasu zbudowali zaciszny szałas u stóp skał mało dostępnych; w szałasie tym, wybornie przez Indyan zabezpieczonym od zimna, chętnie przebywał Kaw-dier.

Wraz z nastaniem zimy, wśród rozbitków zaczęły szerzyć się choroby z przeziębienia.

Kaw-dier śpieszył wszędzie z pomocą, gdyż sztukę leczenia posiadał, jak najwytrawniejszy lekarz.

Wielce pomocną w tych razach była pani Rodes i jej córka Klara. Z poświęceniem się bezgranicznem, jakby siostry miłosierdzia, odwiedzały one liczne domki, w których leżeli chorzy.

Pewnego razu, gdy Kaw-dier wraz z temi paniami wracał od ciężką chorobą tyfusu dotkniętego pewnego emigranta, rzekł doń pan Rodes:

— Przysłowie powiada, że niema tego złego, coby na dobre nie wyszło. Obecnie gotów jestem przyznać mu słuszność. Gdyby nie rozbicie szalupy przez Syrday’a i Kennedego, kto wie, czy nie wzięłaby pana ochota uciec od nas?... Odpłynąłbyś z wiernym swym Halgiem i niemniej oddanym sobie Karrym, a nas zostawił na pastwę losu.

— Tegobym nigdy nie uczynił, gdyż jestem przekonany, że bez mej pomocy i rady czekałaby was zguba na tej wyspie. Ale gdy stanę się tutaj niepotrzebny, gdy rząd chilijski zajmie się wami, wtedy puszczę się na morze.

— Aby wrócić do miejsc dawniej przez pana zamieszkiwanych? — pytał pan Rodes.

Kaw-dier skinieniem głowy odpowiedział na to pytanie, poczem dodał:

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 120

— Boję się tylko, czy Halg, którego pokochałem jak syna, towarzyszyć mi zechce. Od pewnego czasu przywiązał się do rodziny Ceroni; tam tylko przebywa, zachwycony nauką czytania i pisania, której mu udziela młoda Graziella, córka tych Włochów.

— A czy stary Ceroni nie ulega już wstrętnemu nałogowi pijaństwa? — pytała pani Rodes.

— Choćby chciał pić wódkę, nie może, gdyż dla wszystkich używanie alkoholu zostało surowo wzbronione. Zapomniała pani chyba, że to było pierwsze prawo na tej wyspie.

— I najpotrzebniejsze. Alkohol jest zgubą nietylko pojedyńczych ludzi, lecz i całych narodów — rzekła pani Rodes.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 124

W chwilach wolnych od zajęć przy chorych, Kaw-dier w towarzystwie Karra i wiernego psa Zola wyruszał w góry na polowanie. Często przez dzień cały nie było go w osadzie. Wtedy wśród rozbitków powstawała obawa, czy nie porzucił ich, czy nie uprzykrzył sobie przebywania wśród nich?

Czuli się bez niego jak bez głowy. Nie mogli sobie wyobrazić życia na tej wyspie, gdyby jego brakło.

Pewnego razu, gdy długo nie wracał, pan Hartlepool wyszedł naprzeciw niego zaniepokojony.

Już wieczór zapadał, gdy nareszcie ujrzał go na skraju karłowatego lasku. Wracał z strzelbą na ramieniu, z wiernym Zolem i Karrym, dźwigającym upolowaną zwierzynę.

Pan Hartlepool z widoczną radością witał nadchodzącego.

— Zrobiłem ważne odkrycie — rzekł Kaw-dier — ogromne przestrzenie w południowej stronie tej wyspy mają ziemię urodzajną, góry zaś obfitują w kruszce. Proszę wierzyć mojemu doświadczeniu. Przyszła mi więc taka myśl do głowy...

— Już wiem, jaka — przerwał pan Hartlepool — czy nie lepiejby zrobili rozbitki z „Jonatana,“ gdyby zamiast pustyń afrykańskich wybrali tę wyspę i założyli na niej kolonię. Ziemi, wody, zwierzyny i ryb mają na początek, ile tylko kto zechce. Czy nie to chciałeś mi pan powiedzieć?

— Tak, zgadłeś pan. Trzeba doradzić tym ludziom, że los ich na tej wyspie bynajmniej nie jest tak zły, jak sobie przedstawiają. Kto wie, czy nie lepszy, niż tam, gdzie zamierzali osiedlić się, w skwarnej i dzikiej krainie afrykańskiej, zamieszkałej przez ludożercze plemiona murzynów, z któremi wiecznie walczyćby musieli. Natomiast tutaj, gdy zaczną umiejętnie pracować, mogą znaleźć wszystko, co człowiekowi do życia jest potrzebne.

Myśl to była nader trafna, nic więc dziwnego, że wkrótce kilkuset osadników przyjęło ją z zadowoleniem i zaczęło zabiegać około wybrania sobie co najlepszej pod uprawę ziemi.

Około czerwca i lipca zima w tych stronach trwa jeszcze w całej pełni.

Od pięciu do dwunastu stopni zimna prawie bez przerwy termometr wskazywał.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 138

Bogactwa naturalne wyspy zdawały się być niewyczerpane. Ryb i zwierzyny wszelakiej miano poddostatkiem.

Ale znalazła się dość znaczna część rozbitków, którzy nie chcieli nawet myśleć o osiedleniu się na wyspie. Pragnęli oni za wszelką cenę powrotu do Ameryki. Na czele tych ludzi stał Niemiec Peterson, sknera i pieniacz.

Ten Peterson w tajemnicy przed Kaw-dierem sprzedawał po wysokiej cenie butelki araku i wódki.

W jaki sposób i skąd je otrzymywał, daremnie ten i ów zadawał sobie pytanie.

Śmiałość też Petersona była niezwykła, gdyż zakaz sprzedaży trunku był surowo przestrzegany.

Pewnego sierpniowego dnia, gdy Kaw-dier wraz z Halgiem i Karrym zajęty był wypróbowaniem na morzu świeżo naprawionej szalupy, nagle rozległ się okrzyk:

— Okręt! okręt widać!

Istotnie od strony południowej w promieniach zniżającego się do zachodu słońca widać było na horyzoncie niewielki kilkomasztowy statek, szybko zbliżający się do brzegów wyspy.

— Ocaleni!.. jesteśmy ocaleni!.. Okręt... okręt przybywa! — słychać było radosny okrzyk na całem wybrzeżu.

Kto tylko mógł z pośród emigrantów, wybiegał nad morze i cieszył się widokiem przybywającego okrętu.

Nigdy może żaden okrzyk nie sprawił takiej radości, jak ten jeden wyraz „Okręt.“

A więc skończą się chwile niepewności i pobytu na nieznanej wyspie!... Wkrótce wychodźcy znowu będą połączeni ze światem. Przybywający okręt zabierze ich na swój pokład i zawiezie, gdzie sobie życzyć będą. Ten okręt, to dla nich wybawienie.

Harry Rhodes i pan Hartlepool z ciekawością spoglądali w stronę południową horyzontu, gdzie widać było przybywający statek, z wywieszoną banderą rzeczypospolitej chilijskiej.

Szukając bezpiecznego do wylądowania miejsca, statek szerokiem półkolem opłynął wyspę Hoste. Wreszcie pod wieczór już było, gdy zbliżył się do brzegu na taką odległość, że można było wylądować i można było mu się dobrze przyjrzeć.

Był mały, bardzo mały.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 158

Niebawem wysiadł z niego kapitan, otoczony kilku ludźmi załogi. Naprzeciw niemu poruszył się olbrzymi tłum wychodźców.

Rozległy się tysiączne zapytania, dlaczego kapitan przypłynął na tak małym statku, na który nawet dziesiąta część emigrantów zabraćby się nie mogła?

— Czyż rząd chilijski nie chce nas stąd wydobyć?... Czy chce nas na tej wyspie umorzyć głodem?...

Kapitan przybyłego statku ze spokojem wysłuchał tego huraganu zapytań, skierowanego w jego stronę, poczem poprosił, aby się uciszono.

— Rząd rzeczypospolitej — zaczął kapitan głosem donośnym — przesyła bratnie pozdrowienie rozbitkom „Jonatana.“ Rząd bardzo ubolewa nad ich losem i pragnie wszelkiemi siłami przyjść nieszczęśliwym z pomocą. W tym celu przysyła przedstawiciela swego z zapytaniem, czy rozbitki nie zgodzą się na propozycyę rządu i nie zechcieli pozostać na wyspie Hoste w celu założenia na niej kolonii? Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to rząd chilijski chętnie odda rozbitkom wyspę w posiadanie, zapewni im opiekę swoją i pozwoli urządzić się w nowozałożonych koloniach według ich woli.

Gdy kapitan skończył swą przemowę, w tłumie zapanowało głuche milczenie. Propozycya była nieoczekiwana, więc nikt z obecnych na nią na razie nie umiał dać odpowiedzi.

Wychodźcy spoglądali na siebie w milczeniu, nie wiedząc co i jak odpowiedzieć. Jedno tylko wiedzieli, że okręt chilijski nie po to przypłynął, aby ich zabrać z tej bezludnej wyspy.

Instynktownie ten i ów zwracał oczy na morze, gdzie stał przybyły okręt.

— Czyż rzeczywiście na tym statku nie będą się mogli pomieścić wszyscy wychodźcy?... Czy rzeczywiście przybył po to tylko, aby im oznajmić, że najlepiej by było, gdyby pozostali na tej wyspie bezludnej?

Odpowiedzi wypadały, że tak. Cóż robić w tym wypadku?...

Urzędnik rzeczypospolitej Chilijskiej, kapitan przybyłego do brzegów wyspy Hoste okrętu, czekał na odpowiedź!

Panowie Hartlepool i Rodhes mimowoli szukali wzrokiem Kaw-diera. On da dobrą radę, bez niego nikt nie będzie wiedział co i jak odpowiedzieć.

Ale gdzież się podział ten dobroczyńca rozbitków?... Nigdzie na wybrzeżu, ani wśród tłumu nie było go widać.

Może udał się do swej szalupy?

Może nie chciał spotkać się z wysłańcem rządu chilijskiego?...

Pan Hartlepool w milczeniu, lecz z niepokojem w sercu szukał wzrokiem tego niezwykłego człowieka, który wydał mu się w obecnem położeniu niezbędnym. Harry Rhodes szybko podążył na wzgórek, skąd widać było zwykle szalupę Kaw-diera, kołyszącą się na falach morskich.

Obecnie morze było puste, szalupa zniknęła. Widocznie Kaw-dier odpłynął na niej, nie chcąc się widzieć z kapitanem statku chilijskiego, albo też może obecność swoją uznał już za zbyteczną wśród wychodźców, w chwili, gdy nadeszła im pomoc?

Cokolwiek bądź jednak spowodowało jego nieobecność, emigranci uczuli się zagrożeni wobec tego niespodziewanego faktu.

Nie wiedzieli jak, nie umieli odpowiedzieć: „tak“ lub „nie!“

Wszystko, co tylko dotychczas byli przedsięwzięli wbrew radom Kaw-diera, wyszło im było na złe.

Czuli dobrze wszyscy, że gdyby nie jego energia, nie jego głos, nie jego zabiegi i rozkazy, nie wielu z nich byłoby dotychczas pozostało przy życiu.

Widząc niezdecydowanie się wychodźców, kapitan chilijski zabrał głos znowu i oznajmił, że cofa się na swój okręt, gdzie na wiadomą odpowiedź oczekiwać będzie przez dni piętnaście, to jest do połowy grudnia.

Gdy w ciągu tego czasu wychodźcy nie zdecydują się na pozostanie na wyspie, odpłynie do Punta-Arenas i zawiadomi biuro towarzystwa emigracyjnego, w San Francisko, aby wysłało nowy okręt transportowy i przewiozło wychodźców do afrykańskiej zatoki de Lagoa.

Upłynęło dni kilka, wreszcie tydzień, termin na danie odpowiedzi zbliżał się, a wychodźcy nie wiedzieli, na co się mają zdecydować.

Wreszcie kwestya ta zaczęła wszystkich przygniatać, jak kamień, należało coś postanowić.

Panowie Rhodes i Hartlepool, nagleni przez kapitana, postanowili wreszcie zebrać wielką naradę, na którą powinni przybyć wszyscy wychodźcy i przez głosowanie rozstrzygnąć pytanie: zostać czy nie na wyspie Hoste.

Czemuż w tej chwili nie mieli przy sobie Kaw-diera?... Jakże pragnęliby usłyszeć jego zdanie?...

Niestety, niezwykły ten człowiek zniknął gdzieś bez śladu. Nadaremnie wyczekiwano go z dnia na dzień.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 166

Na dwa dni przed 15 grudnia zebranie odbyło się, wychodźcy większością głosów postanowili pozostać na wyspie. Podróż do brzegów Afryki i założenie kolonii w de Lagoa wydały im się teraz przedsięwzięciem mniej korzystnem i bezpiecznem, niż pozostanie na wyspie Hoste, której warunki klimatyczne i glebę mniej więcej już poznali.

Ferdynand Beauval pierwszy głosował, aby przyjęto warunki, które zaofiarował rząd chilijski.

A więc na jeden dzień przed terminem pan Hartlepool, Rhodes i Beauval zanieśli na statek, chilijski odpowiedź, że na wszystkie warunki postawione przez rzeczypospolitą zgadzają się. W zamian za tę odpowiedź, przedstawiciel rządu chilijskiego ofiarował obywatelom nowej niezależnej kolonii, przyłączającej się do Chili, dwukolorową flagę w połowie białą, w połowie czerwoną.

A w chwili, gdy upoważnieni przez ogólne zebranie przedstawiciele rozbitków „Jonatana“ podpisali umowę, że odtąd uważać będą ofiarowaną im przez rząd Chili wyspę Hoste na swą nową ojczyzną, rozległo się jeden po drugim dwadzieścia jeden wystrzałów działowych.

W ten sposób okręt chilijski witał powstanie nowej kolonii i przyłączenie do posiadłości rzeczypospolitej wyspy dotychczas do nikogo nie należącej i niezamieszkanej.

W tej chwili na wybrzeżu wzniesiono i rozwinięto czerwono-białą flagę, godło nowej kolonii. Tak widok flagi, jak huk wystrzałów armatnich wzbudził wśród wychodźców radosne uczucia.

Poczuli się na własnym gruncie, mogli się urządzić wedle własnej woli, od ich energii i rozumu zależała teraz ich przyszłość, ich szczęście lub nieszczęście.



ROZDZIAŁ IX.

Nowe państewko.

Nazajutrz około godziny pierwszej w południe okręt chilijski odpłynął z powrotem, zabierając piętnastu majtków z byłej załogi „Jonatana.“ Ludzie ci nie chcieli zostać na wyspie, ofiarując swe usługi rzeczypospolitej chilijskiej.

Pan Hartlepool nie mógł nic złego powiedzieć o nich, więc kapitan odebrał od nich przysięgę na wierność rzeczypospolitej. Pięciu innych majtków wraz z Kennedym i kucharzem Syrdeyem pozostali na wyspie. Jak Syrdey tak Kennedy spodziewali się, że wygodniejsze będzie ich życie na wyspie, gdzie nie obowiązywały żadne prawa, niż w Chili, gdzie musieliby się poddać pod rozkazy zwierzchności.

Gdy okręt chilijski zginął z oczu zebranych na wybrzeżu kolonistów i lekki wiaterek zakołysał dwubarwną flagą nowej kolonii, zapał i radość ogarnęły wszystkich. Niedawne przygnębienie i smutek zniknęły w jednej chwili. Rozbitki uczuli się panami na wyspie Hoste. Magiczne słowa — wolność, swoboda, niepodległość — słychać było wśród zebranych. Ten i ów marzył już o bogactwach, które miał nadzieję zdobyć na nowej wyspie.

Niebawem oddano się ogólnej wesołości; śmiech, żarty, śpiewy i głośne rozmowy zajęły wszystkich. Jak dzieci, tak cieszyli się nowi obywatele wolnej wyspy z otrzymanej ziemi i wolności. Nikomu na myśl nie przyszło, że prawdziwa wolność i pomyślność każdego społeczeństwa polega na usilnej rozumnej pracy, na umiejętnej organizacyi, oświacie w jak najszerszem tego słowa znaczeniu i poświęceniu się jednostki dla dobra ogólnego, nie dla swych egoistycznych celów. Nie pomyślał nikt z tych ludzi, że do prawdziwej wolności każdy naród dążyć musi przez czas długi, że musi się długo uczyć, aby ją zrozumieć i aby jej rozumnie i z korzyścią używać.

Nikt w tej chwili o tem nie myślał. Wszyscy prawie zrozumieli wolność, jako prawo do lenistwa. To też przez trzy dni z rzędu od czasu ogłoszenia niezależności nowej kolonii, nikt nie pomyślał o pracy, o nowych obowiązkach, jakie czekały każdego z nowych obywateli wolnej wyspy.

Tylko panowie Hartlepool i Rhodes ze smutkiem spoglądali na rozbawionych swych towarzyszy.

— Na czem to się skończy? — pytał pan Hartlepool.

— Na niczem dobrem! — odrzekł pan Rhodes — bo widzę, że Peterson wraz z Włochem Ceronim i kilku innymi, nie cieszącymi się dobrą opinią wychodźcami, podążyli do składów z alkoholem. O, patrz pan, za nimi pociągnęli prawie wszyscy inni...

— Trzeba było nie zdejmować straży, którą tam postawił Kaw-dier.

— Z chwilą ogłoszenia nowego stanu rzeczy na wyspie, straż ta przestała działać. Jak panu wiadomo piętnastu majtków odpłynęło do Chili...

— Ach, gdzież Kaw-dier?... gdzież ten wyjątkowy człowiek, którego energii zawdzięczamy tyle dobrego? Gdyby tu był z nami, niepozwoliłby z pewnością, aby rabowano skład z wódką, piwem, okowitą i arakiem... Pamiętasz, jak tyranizował Włoch Ceroni najbliższych swoich, gdy mógł bezkarnie używać alkoholu, ile mu się spodobało?... Przemieniał się wtedy w rozjuszone, dzikie zwierzę...

— Prawda!... drżę na myśl, co teraz będzie, gdy nikt nie zabroni wychodźcom pić alkoholu, ile zechcą...

— Gdyby przybył Kaw-dier!... Gdzie się podział w chwili tak ważnej dla nas?

— Tak, gdzie się podział ten dziwny człowiek?.. Dlaczego zniknął bez śladu wraz ze swą szalupą, Karrym i Halgiem, gdy na horyzoncie ukazał się okręt chilijski, przybywając do lądu wyspy Hoste?

Na to pytanie nie umiał odpowiedzieć ani pan Hartlepool, ani Rhodes.

— Jest w tem jakaś tajemnica — pomyśleli obaj i cofnęli się do swych domków, nie chcąc być świadkami pijackiej biesiady, jaką wyprawili sobie ich towarzysze, zabrawszy za podszeptem Petersona i Ceroniego wszystkie zapasy z piwem, winem, wódką, arakiem i okowitą, jakie znaleźli w składach.

Pod wpływem tych napojów niebawem dały się słyszeć wśród ucztujących sprzeczki, głośne przekleństwa, krzyki i hałasy.

Przycichło dotychczas sympatye i antypatye osobiste i narodowe odezwały się z całą siłą. Kłócili się Niemcy z Francuzami, Japończycy, których było pięciu z Chińczykami, których było trzech, Hiszpanie z Holendrami, Belgijczycy z Włochami, słowem zapanowała iście piekielna wrzawa.

Spłoszone ptaki morskie, jakby dziwiąc się tej nigdy nie słyszanej w tych stronach wrzawie, przelatywały w powietrzu, dążąc w głąb wyspy, zwierz dziki mknął przez gęstwiny, uciekając od tych miejsc, w których niedawno jeszcze panowała uroczysta niczem prócz wichru i burzy niezamącona cisza i spokój.

Nazajutrz po tej nocy, przepędzonej na pijatyce, panowie Rhodes i Hartlepool sądzili, że koloniści wezmą się do zajęć i pracy, lecz omylili się.

Spali wszyscy prawie do południa, poczem rozpoczęli nowe zabawy, gry i śpiewy. Kieliszki i szklanki krążyły z rąk do rąk. Co najlepsze zapasy żywności, które uratowane z „Jonatana“ pozostały jeszcze, teraz rozpakowano i rozdano wszystkim. Rozpoczęła się znowu uczta, która trwała do późnej nocy, zakończona znowu kłótnią, nawet bijatyką.

I tak było co dzień od czasu ogłoszenia wyspy Hoste za ogólną własność rozbitków „Jonatana.“ Po kilku dniach zapasy napojów alkoholowych w znacznej części się wyczerpały, żywności zaczęło brakować, ten i ów zaczął z niepokojem spoglądać w przyszłość. Lepsi i uczciwsi zaczęli myśleć o pracy, gorsi i nie obawiający się praw, ani kary, które na wyspie jeszcze nie istniały, zaczęli okradać tych, którzy coś więcej od nich posiadali. Anarchia miała niebawem zapanować ogólna, a na myśl o tem panowie Rhodes i Hartlepool drżeli z przerażenia, nie wiedząc jak złemu zapobiedz.

To też można sobie wyobrazić ich radość, gdy pewnego dnia ujrzeli przypływającą do brzegu wyspy szalupę i wychodzącego z niej na ląd Kaw-diera.

Za nim postępowali Halg i Karry.

Kaw-dier ze zdumieniem spoglądał dokoła, nie mogąc na razie zrozumieć, co było przyczyną ogólnej wesołości i pochopności do ucztowania przygnębionych do niedawna rozbitków.

Harry Rhodes i Hartlepool opowiedzieli mu w słowach krótkich o tem, co się stało na wyspie podczas jego nieobecności.

W miarę ich opowiadania Kaw-dier ze wzruszeniem powtarzał:

— A więc to się stało!... A więc niema już wolnej ziemi w tej części świata?... Wszystko dziś uległo władzy silniejszego...

Na zapytanie pana Hartlepoola, gdzie przebywał przez dwa blizko tygodnie, Kaw-dier nic nie odpowiedział, zwracając zręcznie rozmowę na inne tory.

Panowie Rhodes i Hartlepool tak byli ucieszeni z przybycia Kaw-diera, że zadowolili się jego wymijającą odpowiedzią.

— Nasi emigranci — mówił pan Rhodes — a właściwie nowi obywatele nowego państewka, nad którem protektorat objęła rzeczypospolita chilijska, w dziwny sposób zużytkowują niespodzianie otrzymaną swobodę i dobrodziejstwa...

— Tak — potwierdził Kaw-dier — nikt z nich nie myśli o obowiązkach, jakie nowe okoliczności wytworzyły. Uczty i pijatyki, marnowanie czasu na czcze obchody i uroczystości, wszystko to nie na długo starczy człowiekowi rozumnemu... Tymczasem widzę, że nowi obywatele wyspy Hoste ani pomyślą o pracy i obowiązku, o prawie i własności, na których jedynie prawdziwa wolność rozwinąć się może.

— Z przerażeniem też patrzymy — rzekł pan Hartlepool — na to, co się tu dzieje od czasu oddania wyspy na własność niedawnym rozbitkom „Jonatana.“

— Trzeba koniecznie, abyś pan znowu objął tutaj rządy! — rzekł pan Rhodes, zwracając wzrok na Kaw-diera.

— W przeciwnym razie maluczko, a rozgoszczą się tutaj najwięksi nieprzyjaciele ludzkości: lenistwo i niezgoda, a z nich wynikną wszelkie złe czyny...

— Tak — obstawał przy swojem zdaniu pan Rhodes — tylko człowiek z pańską energią, bezinteresownością i znajomością tutejszych warunków życia może ująć władzę w swe ręce i ustanowić prawa, które zabezpieczyłyby spokój i szczęście jednostki...

— Ależ, moi przyjaciele — przerwał Kaw-dier — nie macie potrzeby namawiać mnie do objęcia władzy i do ustalenia tutaj jakiegokolwiek porządku... Zobaczycie, że konieczność i różne okoliczności życiowe same wysuną na czoło tego, kto będzie umiał władzę utrzymać w ręku.

Pan Hartlepool nie podzielał zdania Kaw-diera. Według niego należało jak najśpieszniej ująć władzę nad wyspą w silne ręce, gdyż niebezpieczeństwo anarchii było blizkie.

— Oto poprzedniej nocy — mówił — jacyś złoczyńcy dostali się do magazynów z bronią i amunicyą i część strzelb, kul i prochu zrabowali. Bojąc się, aby na drugą noc nie powtórzyła się podobna kradzież, obaj z panem Rhodes przy pomocy dwóch oddanych nam ludzi przenieśliśmy co lepszą broń i wszystką prawie amunicyę w bezpieczne miejsce...

— Gdzie? — zapytał Kaw-dier.

— Do groty obszernej, ukrytej wśród skał nadbrzeżnych.

— Wybornie, bardzo dobrze zrobiliście! — chwalił ich Kaw-dier.

— Szkoda tylko, że zamiast sześćdziesięciu karabinów i tyluż rewolwerów, znaleźliśmy w magazynie tylko 48 karabinów i tyleż rewolwerów. Pytanie więc, kto zabrał resztę broni, której brakuje? Jeśli ta broń znajduje się w ręku trzeźwych i porządnych ludzi, mniejsza o to!... nic złego z tego powodu nam nie grozi. Ale jeśli broń skradziona znajdzie się w ręku takich pijaków, jak naprzykład Włoch Ceroni, to za niczyje bezpieczeństwo nie ręczę.

— Istotnie, broń w ręku pijaka — to rzecz okropna!... Ach, ten niegodziwy Ceroni!...

Na drugi dzień po tej rozmowie, Kaw-dier zebrał część emigrantów, wśród których przeważali ludzie trzeźwi i rozumni i radził im, aby natychmiast rozpoczęli pracę na roli i w warsztacie.

— Ziemi i wody — mówił — zwierzyny, ptactwa i ryb będziecie mieli, ile kto tylko zechce. Trzeba, abyście skorzystali z dobrodziejstwa, jakiem was los obdarzył, i natychmiast zabrali się do usilnej pracy. Niech ranny świt słońca zastaje was w polu i wśród zagrody przy zajęciach gospodarskich.

Pamiętajcie, że jeśli nie skorzystacie z przyjaznych okoliczności i nie zagospodarujecie się na wyspie, nie wymierzycie pól, łąk i lasów, to rządy bądź Stanów Zjednoczonych, bądź Argentyny skorzystają z waszej opieszałości, nadeślą swoich kolonistów i utracicie, nader szybko to wszystko, coście tak niespodzianie uzyskali.

Słuszność tych rad uznali wychodźcy, i co rozumniejsi natychmiast zaczęli zbierać się w gromady i tworzyć oddzielnie kolonie. Jedni wyruszali daleko w głąb wyspy, gdzie ogromne obszary łąk nęciły ich, jako wyborne pastwiska dla różnych gatunków bydła i trzody.

Inni udawali się w górę rzek i strumieni, gdzie znajdywali ziemię nadzwyczaj podatną do uprawy pod zboża i warzywa. Inni jeszcze dążyli, aby osiąść na szerokich wybrzeżach wyspy okrytych nieprzebytemi pierwotnemi lasami i postanowili zająć się myślistwem i rybołówstwem.

Wszystkim tym ludziom Kaw-dier i panowie Rhodes i Hartlepool nie szczędzili rad dobrych, wszystkim wydawali ze składów przyrządy i zapasy żywności, aby mieli czem się zagospodarować i na początek jako tako wygodnie życie sobie urządzić.

Bogactwa naturalne wyspy okazywały się z dniem każdym coraz to większe.

Wychodźcy nie wątpili, że z czasem we wnętrzu gór znajdą dyamenty, złoto i srebro, a obok nich i mniej cenne, ale pożyteczne produkty kopalne, jak żelazo, ołów, sól, siarka i t. p.

Nie upłynęło miesiąca czasu, a w miejscu, gdzie dawniej nad niewielką zatoką morską skupiały się setki emigrantów, pozostało ich tylko około osiemdziesięciu.

Wśród nich znajdowali się także panowie Rhodes i Hartlepool, Beauval, Dorick, Ceroni, Kaw-dier i jego dwaj nieodstępni towarzysze — Karry i Halg.

Od czasu, gdy na wyspie Hoste zapanowało nowe życie, Kaw-dier rozpoczął ulubione swe wycieczki z strzelbą na ramieniu. W towarzystwie swego wiernego psa zapuszczał się w niedotknięte jeszcze nogą europejczyka lasy i łąki nad brzegami szerokiej rzeki i burzliwego morza położone. Błądząc wśród tych obszarów, odwiedzał kolonistów, którzy na dobre, korzystając z nadchodzącego lata, rozgospodarowali się na wyspie.

Karry i Halg tymczasem z zapałem pomagali europejczykom: malarzom i cieślom, którzy gorączkowo zajęci byli przy budowie domu dla Kaw-diera.

Gdy po trzech tygodniach dom pokryto dachem, Halg i Karry wsiedli na szalupę i przy jej pomocy przewieźli rzeczy swego pana, które pozostawały w dawnem schronieniu, w skalistej grocie nadmorskiej do nowego mieszkania.

Dom urządzono wygodnie, z widokiem na morze. Halg od świtu do nocy zajęty był porządkowaniem rzeczy swego pana, Karry zaś polowaniem i rybołówstwem.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 182

Pewnego razu Kaw-dier przybył do osady kolonistów, w której były kupiec francuski, nazwiskiem Germain, zajmował najpiękniejszy dom, zbudowany na wyniosłem wzgórzu.

Francuz, ujrzawszy Kaw-diera, z wielką radością go powitał.

— Dawno pragnąłem pomówić z panem — rzekł, ściskając rękę przybyłego — chodzi mi bowiem o rzecz bardzo ważną... Mianowicie o to, że tak dalej na wyspie naszej, jak dotychczas trwać nie może.

— Pod jakim względem?.. o co panu chodzi?..

— Oto, drogi, panie, że musimy pomyśleć o jakichś prawach, o jakimś porządku, rządzie... Wyobraź pan sobie, że w kolonii naszej na dobre zaczęło grasować złodziejstwo, rozpanoszyło się pijaństwo, a co za niem idzie, awantury, kłótnie, bijatyki i lenistwo... Trzeba tu koniecznie silnej ręki, któraby ujęła w karby burzliwe i zbrodnicze osobniki, zagroziła im, że złe ich czyny spotka kara.. W przeciwnym razie możemy się spodziewać, że pewnej nocy co porządniejszych kolonistów napadną pijani sąsiedzi, zrabują, a w razie oporu nawet zamordują... Przyznasz pan, że obawy moje są słuszne i że jakieś prawo i władzę trzeba tutaj ustanowić.

— Pomyśli o tem rząd rzeczypospolitej chilijskiej — rzekł oschle Kaw-dier.

— Nim to jednakże nastąpi, pijacy, próżniacy i łotrzykowie mogą spokojnym i pracowitym ludziom wyrządzić wielkie szkody... Należy wcześniej złemu zaradzić. Umieliśmy zabezpieczyć się od zimna i głodu, zabezpieczmyż się i od złych łudzi...

Kaw-dier westchnął. Na twarzy jego odmalował się smutek...

— Uznaję słuszność słów pańskich — odrzekł, spoglądając na pana Germain — lecz jednocześnie wyznam panu, że ze wstrętem myślę o wszelkich zarządzeniach krępujących wolność ludzką...

A później, pochylając głowę, głosem cichym dodał:

— Jam tyle poświęcił, aby nie być krępowanym na starym lądzie tysiącem przeróżnych rygorów, zakazów, ograniczeń...

— Tak — przerwał mu pan Germain — ale co dla pana, człowieka wyjątkowej dobroci i szlachetności serca, wyjątkowej siły charakteru i rozumu, stało się ciężarem, to dla łotrzyków i ludzi o słabej głowie jest koniecznością... Chyba pan nie chciałbyś na to patrzeć, aby dziś lub jutro zapanowała wśród kolonistów zupełna anarchia, zupełne bezprawie?..

Kaw-dier westchnął smutnie.

— Tak — rzekł — na zbrodnie nie chciałbym patrzeć...

— A więc musisz mi pan być pomocnym i wspólnie musimy dążyć do ustanowienia tutaj jakiejkolwiek władzy, jakiegokolwiek rządu...

— Choć ze smutkiem, ale staję po pańskiej stronie, panie Germain! — odparł Kaw-dier.

Po tej rozmowie, gdy Kaw-dier wracał do domu, spotkali go Karry i Halg, głośno wyrzekając na Sirdey’a i Kennedego.

— Co złego wam zrobili?

— Łowiliśmy ryby... Połów powiódł nam się wybornie... Szalupa nasza uginała się pod ciężarem połowu... Nagle gdyśmy wyładowywali ryby na brzeg, zbliżają się do nas Sirdey i Kennedy... Z oczu ich i zachowania się, widać było, że nie są trzeźwi. — „Hej, ty czerwona małpo! — krzyknął Kennedy, przyskakując do mnie — cóż ty sobie myślisz, że ryby są w morzu tylko dla ciebie?.. Dalejże... usuńcie się!.. Tych rybek i my musimy skosztować“... Mówiąc to, z groźnemi minami, odpychając mnie i ojca mojego, zaczęli zabierać ryby nasze do worków, które mieli z sobą...

— „Dlaczego zabieracie ryby, które do nas należą, gdyż myśmy je złowili?.. Dlaczego bez pracy chcecie posiąść to, na cośmy ciężko pracowali?.. Czyn to brzydki, bezprawny!...“ — „Milcz, głupcze!“ krzyknął Kennedy — bo gdy nie przestaniesz gadać, to ja ci pokażę pięścią, co znaczą twoje prawa...“

Halg umilkł, Kaw-dier zaś zamyślił się głęboko nad niegodziwością ludzką.

— Pan Germain miał słuszność — pomyślał — złemu trzeba tamę położyć... zbyt szybko się krzewi i nazbyt rozzuchwala.

— Dorick i Beauval — mówił innym razem Germain — pragnęliby na tej wyspie urządzić rzeczypospolitą na wzór ich ojczystej Francyi. Lecz co dobre w społeczeństwie wysoce ucywilizowanem, o starej kulturze, to wydaje się niepraktycznem, a nawet poprostu niewykonalnem tutaj, gdzie trzeba na tej pierwotnej wyspie wszystko dopiero budować i stwarzać od fundamentów, walczyć z tysiącznemi prawie przeszkodami, które na każdym kroku stawia dzika, nieokiełzana dotychczas natura tej wyspy i morza, które ją oblewa.

Tymczasem Dorick usiłował na swoją rękę działać i zaczął szerzyć wśród wychodźców zasady komunistyczne. Nauka jego była bardzo prosta: „Wszystko jest wspólne.“ Rzecz jasna, że szybko znalazł zwolenników, ale jedynie wśród tych, który nic nie posiadali. Większość emigrantów, która zdążyła już jako tako zagospodarować się na wyspie, naukę tę i jej wyznawców przyjmowała wrogo. — „Na innych nie chcę pracować, gdyż zaledwie na siebie samego sił mi do pracy starczy!“ — mówili jedni. — „Niech najpierw każdy o sobie myśli i na siebie zapracuje“ — dodawali inni. — „Ja swojego nikomu nie oddam — mówił otyły Hans Miller — niema głupich pracować na próżniaków...“ Co ja zrobię w godzinę, tego inny w ciągu dnia nie zrobi! „Swojej własności, na którą w pocie czoła musiałem pracować, bronić będę choćbym miał zginąć!“ — odgrażał się szewc Migdał, rodem ze Szląska.

Tak więc Dorick, ku wielkiemu swemu strapieniu, niewielu widział około siebie zwolenników swej teoryi. Wkrótce jednak rzeczy inny obrót wzięły, gdy przyłączył się do niego Beauval. Obaj porozumieli się z sobą i postanowili ująć zwierzchnią władzę w swoje ręce.

W tym celu zwołali swoich stronników na naradę i ci po krótkiem głosowaniu uznali Beauvala i Doricka za prezydenta i wice-prezydenta wyspy. O wyborze tym wiedzieli tylko najbliżsi zwolennicy obu uzurpatorów, gdyż większość nowych mieszkańców wyspy Hoste nie chciałaby słuchać o powierzeniu władzy w ręce dwóch ludzi, nie odznaczających się ani zaletami serca, ani charakteru, ludzi, którzy niczem dodatniem nie zyskali sobie uznania wśród rzeszy emigrantów.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 192

W tydzień po tem mianowaniu się prezydentem wyspy, Beauval zjawił się przed Kaw-dierem, żądając chwili z nim rozmowy.

Kaw-dier, głaszcząc wiernego swego psa Zola, siedział właśnie na ganku.

— Czego pan sobie życzy? — zapytał głośno i oschle, gdyż nie lubił tego człowieka, którego sprytem i bezczelnością pogardzał.

— Jedno słowo, panie Kaw-dier — rzekł przybyły — przyszedłem zawiadomić pana, że na tej wyspie ja sprawuję rządy w imieniu wszystkich...

— Wybornie, ale cóż to mnie może obchodzić?..

— Sądzę, bardzo wiele, gdyż większość dotychczas kierowała się pańskimi wskazówkami i słuchała rad pańskich... Dziś tak już być nie może.

— A więc niech nie będzie — odrzekł obojętnie Kaw-dier.

— Tak, to pana w istocie mało obchodzi... Ale jest inna sprawa... Oto pan masz wyborną szalupę i strzelbę... Według nowych ustaw prawa, które wraz z Dorickiem zaprowadzamy na wyspie, szalupa ta i broń nie może należeć do pana, gdyż wszelka własność znosi się... Szalupę i broń pańską racz nam oddać... Od tej chwili przestają one należeć do pana...

— A więc do kogóż będą należały?

— Do ogółu, a przedewszystkiem do użytku prezydenta i jego zastępcy...

— A cóż ja w zamian otrzymam za rzeczy, które jako pamiątkowe są dla mnie wielkiej ceny?...

— Nic!... pan przestałeś być ich właścicielem.

Kaw-dier, słysząc te słowa Beauvala, porwał się z ławki, na której siedział.

— Precz! — krzyknął groźnie — precz z moich oczu!... Rozpoczynaj swoją władzę od czegoś pożytecznego, ale nie od rozboju i rabunku, słyszysz?...

Tyle było siły w głosie Kaw-diera, że Beauval cofnął się, zmieszany i przestraszony.

Zol, słysząc gniewny głos pana, zawarczał groźnie i gotów był rzucić się na Beauvala.

— Precz! — zawołał jeszcze gniewniej Kaw-dier — wiedz pan, że ja porzuciłem wiele, bardzo wiele i przybyłem tutaj, na kraj świata, po to tylko, ażeby jak ptak w powietrzu, być wolnym i niezależnym. Wolność jest największym skarbem dla mnie... I ty, panie Beauval, chciałbyś mnie jej pozbawić?... Nigdy!... o, przenigdy!..

Beauval ostatnich słów Kaw-diera już nie słyszał, gdyż będąc z natury tchórzem, umknął pośpiesznie do Doricka, który czekał na niego wraz z innymi za rzeką.

— Nie uląkł się! — rzekł do swych zwolenników — będzie z nim trudna sprawa... Jeśli szalupę i broni nie chce oddać, tembardziej złota nam nie odda. A z pewnością nie należy do biedaków... Dzicy z pewnością naznosili mu srebrnej i złotej rudy co nie miara. Nie darmo z nimi się tak przyjaźni...

Poczem długo wieczorem naradzali się w tajemnicy, jakby najłatwiej było pozbyć się Kaw-diera.

— Bo póki on tutaj będzie, plany nasze nie dadzą się przeprowadzić — bełkotał gniewnie Beauval. Przytem wiedzcie, że ten Kaw-dier, kiedy się do mnie zbliżył i gniewem zapałał, przypomniał mi jedną znakomitość europejską, której portrety w tysiącach egzemplarzy rozrzucano na starym lądzie... Czyżby tylko podobieństwo było tak wielkiem, czy też może to jest ów wybitny człowiek?... Ale nie!... to cudby był chyba?... Tu, na tej wyspie, zdała od świata?... on?... Ależ to szaleństwo!... Gdyby to jednak był on, którego portrety przed kilkunasty laty rozrzucano po wszystkich miastach i miasteczkach starego i nowego świata, musielibyśmy go wszyscy słuchać... On byłby tu panem...


Koniec części pierwszej.




CZĘŚĆ DRUGA[2].

ROZDZIAŁ I.

Głód i krew.

Pogodny ranek zajaśniał na niebie, gdy Kaw-dier z bronią na ramieniu i z wiernym Zolem u nogi wyszedł ze swego domu i udał się w głąb lasu, w celu poszukania zwierzyny.

Kaw-dier idąc, objął wzrokiem domki kolonistów i smutnie westchnął, gdy wzrok jego zatrzymał się na jednym z domów, przed którym powiewała flaga wyspy.

— Dom Beauvala — szepnął — dom uzurpatora władzy, człowieka, który w panowaniu nad innymi ma jedynie własne korzyści na celu i zadowolenie uczucia pychy i próżnej czczej wielkości.

— Karroly, gdzie Halg? — zapytał nagle, zwracając się w stronę rzeki, gdzie stał Indyanin, zajęty przygotowaniami do połowu ryb. Zapytany szybko zbliżył się do swego pana i patrząc nań pełnym przywiązania wzrokiem, odrzekł:

— Halg poszedł do puszczy, aby zanieść lekarstwo i nieco żywności dla rodziny Grazyelli.

Kaw-dier uśmiechnął się i szepnął do siebie z zadowoleniem:

— Ziarno rzucone przezemnie w duszę Halga, widzę, że piękny plon wydało... Ten dziki chłopak poczyna sobie już, jak na młodzieńca szlachetnego i rozumnego przystało...

A później dodał głośniej:

— Pięknie, mój Karroly, dzień rozpoczął twój Halg... Wierzaj mi, łatwiej tak jak Beauval panować nad tą wyspą, niż dać pomoc głodnym i chorym, jak to właśnie twój Halg uczynił.

— Ogromna nędza zapanowała wśród kolonistów, którym Beauval przepisał prawa wolności, równości i wspólności majątkowej — rzekł Indyanin.

— Choroby, nędza i zbrodnie — dokończył z goryczą Kaw-dier — Nikt z tych ludzi nie chciał pracować dla wszystkich, w mniemaniu, że będzie pracował nadaremnie, dla cudzej korzyści, bo nie dla siebie samego... Szumne myśli Beauvala smutne wydały rezultaty...

— Głównie winien temu sam Beauval, czyli sam samozwańczy gubernator naszej wyspy — mówił Karroly. — Toć słowa bez czynów są martwe, a właśnie Beauval, który głosi wolność, równość i wspólność własności, sam prowadzi życie hulaszcze, próżniacze, sam jest rabusiem cudzej własności... Ot, nie dawniej, jak wczoraj, spotkawszy mnie na skraju lasu, gdy wracałem z upolowaną kozą dziką, zastąpił mi drogę i mając za sobą pomoc dwóch pijanych zauszników, odebrał mi moją zdobycz myśliwską.

„Ty nie umiałbyś jeść takiej pieczeni“ — rzekł szyderczo, a gdym go prosił, żeby mi dał choć połowę zwierzyny, zawołał groźnie: „Hej, ludzie, wrzućcie mi do rzeki tego dzikiego, który się opiera mojej władzy... Zapomniał widać, że psy jadają pieczeń tylko wtedy, kiedy im ją pan z łaski rzuci... Precz z nim!“ Odszedłem spokojnie, choć ręce mnie świerzbiały, żeby przetrzepać skórę takiemu łotrzykowi w skórze wielkorządcy, odszedłem powtarzam w milczeniu, pragnąc jedynie uniknąć awantur, które krwawo mogłyby się skończyć...

— I dobrześ zrobił, mój wierny druhu!.. Taki nędznik sam się ukarze, bo złe czyny, krzywdzące drugich, same ściągają karę na głowy tych, którzy je popełniają.

Karroly chciał coś odpowiedzieć, gdy wtem w głębi lasu dało się słyszeć głośne szczekanie wiernego Zolla.

Zaniepokojony Kaw-dier zwrócił oczy w tę stronę, poczem rzekł:

— Zoll natrafił na coś niezwykłego. Znam głos tego wiernego psa.. Nie szczeka on tak na wytropioną zwierzynę...

Indyanin nasłuchiwał chwilę z uwagą, poczem dokładnie określił miejscowość, gdzie pies mógł się znajdować.

— Karroly — mówił Kaw-dier ze wzruszeniem w głosie — może to Halgowi co złego się przytrafiło?.. Rzuć twoje sieci i pójdź ze mną... Musimy się przekonać, co się tam stało...

Indyanin nie dał sobie dwa razy powtórzyć tego polecenia swego dobroczyńcy, natychmiast zebrał sieci, ukrył je w nadbrzeżnej trzcinie i szybko stanął u boku Kaw-diera.

Wkrótce obaj śpiesznie weszli w głąb puszczy, gdzie z oddali wciąż rozlegało się niespokojne naszczekiwanie Zolla.

— Tam się stało coś niedobrego! — szeptał Kaw-dier, ściskając broń i śpiesznie dążąc w głąb lasu.

Kaw-dier, biegnąc szybko w głąb puszczy, nagle zatrzymał się na chwilę, gdyż zdawało mu się, że usłyszał głos Halga.

Czyżby mu się tylko zdawało?

— Nie może być — szepnął sam do siebie— aby mnie słuch tak mylił...

A gdy w głębi puszczy krzyk się powtórzył, nie wątpił już, że to był glos Halga.

Teraz dopiero zrozumiał, dlaczego Zol z taką niecierpliwością i szybkością puścił się w głąb puszczy. Poczciwe i wierne zwierzę instynktownie odgadło, że jakieś niebezpieczeństwo grozi Halgowi i pobiegło mu na pomoc.

Kaw-dier podwoił kroki, dążąc w stronę lasu, skąd teraz dały się słyszeć rozpaczliwe wołania Karolego.

Nie ulegało już wątpliwości, że stało się z Halgiem coś bardzo niedobrego.

Przebiegłszy jeszcze kilkanaście kroków, Kaw-dier nagle wśród zarośli ujrzał Karrolego pochylonego nad leżącym, jakby bez życia, Halgiem, przy którym wierny Zol żałośnie naszczekiwał.

— Co się stało?... On ranny?... — zapytał Kaw-dier z wielkiem wzruszeniem, albowiem kochał Halga, jak własnego syna.

— Ranny... ciężko ranny! — wołał Karroly — ratuj go, panie!...

Kaw-dier ukląkł przy Halgu i widząc, że leży w znak nieruchomie, z oczami zamkniętemi, z krwawą raną w piersi, szybko odepchnął Karrolego, który bezradnie rozpaczał, zasłaniając sobą rannego, poczem z wprawą doświadczonego lekarza ranę opatrzył i upływ krwi zatamował.

— Nie mamy czasu rozpaczać i skarżyć się, mój Karroli — rzekł z siłą w głosie — teraz obowiązkiem naszym działać, dać szybką pomoc rannemu...

Mówiąc to, Kaw-dier z przerażeniem badał wzrokiem ranę, która należała do bardzo niebezpiecznych.

Nóż jakiegoś złoczyńcy szeroko przeszył pierś i ramię nieszczęsnego Halga. Leżał on teraz bez czucia, bez ruchu.

— Biegnij co sił, mój Karroli, sprowadź ludzi, przynieś nosze... Musimy rannego natychmiast przenieść do domu.

Dziki z szybkością jelenia poskoczył, aby spełnić polecenie swego pana.

Tymczasem Zol gniewnie zaczął warczeć i rzucać się w gęstwinę, jakby w jej głębi zwietrzył wroga, sprawcę nieszczęścia.

— Kto to mógł uczynić? — zadał sobie pytanie Kaw-dier, poprawiając bandaże, które naprędce zrobił ze swojej płóciennej bluzy, rozdzierając ją na drobne szmaty.

W tejże chwili dało się słyszeć zajadłe szczekanie Zola, zatrzeszczały w głębi puszczy gałęzie, jakby je ktoś łamał; głos Zola stawał się tak groźnym, że Kaw-dier mimowolnie powstał z nad rannego i spojrzał w tę stronę, gdzie trzask gałęzi, szamotanie się jakieś, wreszcie rozpaczliwy krzyk ludzki dał się słyszeć.

Nie ulegało już wątpliwości, że olbrzymi Zol schwycił w swe szpony zbrodniarza, który zadał tak straszliwą ranę Halgowi.

Kaw-dier pragnął przekonać się, co tam stało się w pobliżu, wśród gęstwiny leśnej, z kim Zol stoczył taką zajadłą walkę, lecz powstrzymał się, nie chcąc ani na chwilę opuścić ukochanego przez siebie Halga.

Najróżnorodniejsze myśli, jak błyskawice, krzyżowały się w głowie Kaw-diera, jedna atoli niezmierną goryczą przepełniała jego szlachetne serce.

— Największym skarbem, zupełną wolnością — szeptał — opatrzność obdarzyła ludzi na tej wyspie, uposażonej od natury we wszystko, co szczęście człowiekowi zapewnić może... I jakże to człowiek korzysta z tego najdroższego dlań skarbu?... Zamiast wznosić się przez rozumną pracę, przez dzieła swego geniuszu ku niebu, stworzyć królestwo szczęścia na ziemi, plami swe ręce krwią bratnią, hańbi duszę najnikczemniejszymi czynami... Wolności!... słońce ludów... promienna przyszłości i nadziejo wszystkich serc szlachetnych, czemuż dotychczas jesteś tak poniewieraną, tak brukaną, tak hańbioną przez tych, którzy cię kochać i cenić winni ponad życie, ponad wszystko...

Wtem zaszeleściły zarośla, Zol przypadł do nóg swego pana. Jedną łapę miał zranioną, paszczę podrapaną, nie lada walkę widocznie stoczył z jakimś wrogiem przed chwilą.

Olbrzymie zwierzę ze skomleniem łasiło się, to liżąc nogi Halga, to Kaw-diera.

Jednocześnie prawie dały się słyszeć śpieszne kroki wracającego z noszami Karrolego i pomieszane głosy pana Hartlepoola i Rodhesa.

— Co za ohydna zbrodnia! — mówił pan Hartlepool, pochylając się nad rannym.

— Nieszczęsny chłopiec! — zawołał pan Rodhes.

Natychmiast ułożono na noszach leżącego wciąż nieruchomie Halga, poczem wszyscy ruszyli szybko do domu.

Kaw-dier w krótkich słowach opowiedział panu Hartlepool o tem, że w pobliżu Zol stoczył z jakimś tajemniczym przeciwnikiem śmiertelną walkę, że należy tam śpiesznie podążyć, bo może właśnie ktoś potrzebuje pilnie pomocy.

— Niechaj pan Rodhes i Karroli niosą Halga co prędzej do domu, my zaś szybko zobaczymy, co się tam w tych zaroślach stać mogło.

Tymczasem w gęstwinie leśnej rozegrał się jeden z tych wstrząsających dramatów, które mimowolnie myśl zwracają ku górze i każą wierzyć w palec sprawiedliwości Bożej.

Zaledwie Kaw-dier uszedł kilka kroków po zakrwawionych śladach, które Zoll biegnąc, pozostawił na zaroślach i trawach, gdy między gęstymi krzakami ujrzał leżącego bez życia jakiegoś człowieka.

Kaw-dier spojrzał i twarz zasłonił rękoma z przerażenia.

Na ziemi leżał Sirk, z raną szeroką na piersiach, już nieżywy.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 240

Nie ulegało wątpliwości, że Zoll, w obronie Halga, stoczył walkę zaciętą z Sirkiem, że Sirk właśnie napadł na Halga.

Ten ostatni z pewnością miał wspólnika zbrodni, gdyż widać było po śladach, że ktoś jeszcze uciekł z miejsca walki, nie czekając jej końca.

Wskazywało to także zachowanie się Zolla. Olbrzymie zwierzę wciąż niespokojnie zwracało się w stronę gąszczów leśnych.

Kaw-dier, przekonawszy się, że Sirkowi żadna już pomoc ludzka życia nie wróci, szybko podążył za rannym Halgiem.

Do głębi duszy wzruszony i przerażony tem, na co przed chwilą patrzył, śpiesznie zbliżył się do noszy, na których nieszczęsny Halg leżał.

Chłopiec ten był dlań tak, jakby synem. Kochał go gorąco. Widział w nim uosobienie wszystkich zalet i cnót młodzieńczych, wielką szczerość, odwagę, dzielność, pragnienie nauki i umiłowanie prawdy.

I ten Halg, ten wychowanek jego ukochany leżał teraz z ciężką raną, leżał, jak bez życia...

I komu zależało na zgładzeniu ze świata takiego dzielnego i szlachetnego, jak Halg chłopca?..

Z czyjej namowy Sirk napadł na niego?.. Kto był sprężyną tej zbrodni?.. Komu mógł stać Halg na przeszkodzie, komu zawadzał, komu szkodził?

Na wszystkie te pytanie Kaw-dier nie mógł znaleźć w tej chwili odpowiedzi.

— Ratuj Halga, panie! — wołał z rozpaczą Karroli.

Na głos ten Kaw-dier drgnął, otrząsnął się z zadumy i o niczem już nie myślał, jak o uratowaniu życia nieszczęsnemu chłopcu.

Zaraz po przyniesieniu rannego do domu, Kaw-dier opatrzył go troskliwie i z radością dla siebie przekonał się, że jest nadzieja uratowania mu życia.

— Halg żyć będzie! — zawołał, podnosząc głowę z nad piersi rannego, potrzeba będzie tylko długiej kuracyi... Ale na szczęście, rany jego nie są śmiertelne, są tylko bardzo niebezpieczne. Bezwzględny spokój potrzebny teraz rannemu...

W tej chwili Halg pod wpływem orzeźwiających środków leczniczych poruszył się, powieki jego drgnęły, zdawało się, że z bezgraniczną wdzięcznością spojrzał w oczy Kaw-diera i Karrolego, poczem znowu opadł na siłach i przymknął powieki...

— Dzięki Bogu — rzekł pan Hartlepool — życie Halga będzie uratowane.

— Potrzebny mu tylko obecnie spokój bezwarunkowy! Karroli — rzekł Kaw-dier, zwracając się do ojca Halga, uszczęśliwionego nadzieją utrzymania syna przy życiu — słuchaj, Karroli, ty zostaniesz w domu i czuwać będziesz nad chorym... Pamiętaj, że teraz żadne leki mu nie są potrzebne, ani posiłek, tylko spokój, najzupełniejszy spokój...

— Pilnować będę mojego Halga, jak źrenicy w oku — odrzekł Indyanin i usiadł zaraz przy łóżku rannego syna.

Przez otwarte okno nagle doleciał jakiś pogwar tłumu, jakieś dalekie echa kłótni, krzyków i walki.

— Co to może znaczyć? — zapytał zaniepokojony Kaw-dier.

Szybko pochwycił za strzelbę, włożył kapelusz, i wraz z panami Hartlepoolem i Rodhesem wybiegł na drogę, prowadzącą nad łąki nadrzeczne, skąd właśnie owe krzyki słyszeć się dały.

Nie ulegało wątpliwości, że tam wrzała walka.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 248

Zaledwie znaleźli się na niewielkiem wzgórzu, które dotychczas zasłaniało im widok na rzekę i wybrzeże morskie, wnet ujrzeli przed sobą przerażającą scenę. Walczyli z sobą wychodźcy, a właściwie dziś wolni obywatele wyspy, podzieleni na dwie części.

Z jednej strony zachęcał do walki swoich stronników samozwańczy gubernator wyspy Beauval, z drugiej strony Levis Dorick, który pragnął zagarnąć władzę nad wyspą w swoje ręce.

Obaj trzymali w ręku topory, krzyczeli głośno i rzucali się, jak szaleni, ostrożnie jednak unikając bezpośredniego niebezpieczeństwa walki oko w oko z przeciwnikiem.

— Wszystko, co się na tej wyspie znajduje, jest wspólną własnością! — krzyczał Beauval. — Bracia! walczcie w imię równości posiadania wszystkiego, przez wszystkich! Śmierć opornym!

— I zarzynajcie się w imię wszystkiego dla wszystkich! — dodał gorzko pan Rodhes — bo tak wam każe was przywódca, który sobie wybrał na mieszkanie dla siebie najwspanialszy dom i każe wam oddawać sobie co najlepsze kąski, które do ust niesiecie...

— Bracia! przedtem podział wszystkiego, co się znajduje na wyspie między wszystkich! — wrzeszczał Levis, wymachując toporem — najpierw sprawiedliwość!...

— Niech każdy otrzyma, czego obecnie nie ma, a czego innym nie brakuje... Pieniądze, broń, żywność, ziemię najpierw podzielić między obywatelami nowej rzeczypospolitej Hoste na równe części!... Niech zapanuje sprawiedliwość!... Śmierć opornym!

— Sprawiedliwości! — zaryczał tlum — niech żyje Levis!... Śmierć opornym!

— Niech żyje Beauval! — odpowiedziano z drugiej strony.

I znowu zawrzała walka.

Już pięciu, już sześciu, już siedmiu z pośród walczących z nożami i toporkami w ręku zwaliło się na ziemię, brocząc krwią, już rozpaczliwy krzyk kobiet i dzieci, które przybiegły na pole walki, zagłuszył jęki rannych, gdy Kaw-dier pochwycił za strzelbę i dał kilka wystrzałów w górę.

Niespodziewany huk broni palnej zmieszał na chwilę walczących. Beauval i Lewis, nie wiedząc, skąd i kto strzela, pierwsi umknęli z pola walki.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 258

Stronnicy ich przez chwilę jeszcze miotali się i rzucali jedni na drugich, lecz wkrótce, nie widząc między sobą swych wodzów, rozpierzchli się też na wszystkie strony.

Na polu walki pozostali tylko ranni, których otoczyły kobiety i dzieci.

Kaw-dier natychmiast zszedł w dolinę i troskliwie zaczął udzielać pomocy rannym.

Na szczęście nikomu nie groziło niebezpieczeństwo utraty życia.

Przez cały dzień Kaw-dier, z sercem przejętem żalem i oburzeniem, opatrywał chorych, czyniąc to z wprawą doświadczonego lekarza.

Przy Halgu siedział Karroli, czujny na każde poruszenie się chorego.

Kaw-dier obawiał się, aby ranny nie dostał gorączki, lecz na szczęście wieczór zapadł, a Halg nie majaczył, spał spokojnie, puls tylko miał przyśpieszony.

— Bóg go nam ocalił — szepnął Kaw-dier — gdyż rana, jaką otrzymał, jest bardzo niebezpieczną. W pierwszej chwili sądziłem, że pożegnać się musimy z Halgiem na wieki... Obecnie widzę, że Bóg nie chciał jego zguby...

— Wielki Duch! — zawołał Karroli, pochylając się nagle do ziemi i uderzając o nią czołem — Wielki Duch, który dźwiga ziemię, który łąki okrywa trawą, drzewa liśćmi, a w człowieka tchnął życie, ten Duch Indyan nie chciał śmierci Halga, ostatniego z rodu królewskiego plemienia Oronów, które w bohaterskiej walce z wrogiem wyginęło...

Kaw-dier w milczeniu pochylił głowę, mówiąc:

— Halga ocalił Bóg, który cały świat i nas ludzi stworzył z niczego...

Karroli uderzył znowu głową o ziemię.

— Dzięki temu Bogu, dzięki wieczne!.. On to kieruje ręką Kaw-diera i przez jego usta zsyła dla mnie pociechę...

Karroli przypadł nagle do nóg Kaw-diera i objął je z dziękczynieniem.

— Co czynisz?.. Wiedz, że niczego takiego nie uczyniłem dla ciebie, czegobym nie był obowiązany uczynić dla innych — mówił Kaw-dier, podnosząc z ziemi Indyanina.

W tej chwili dało się słyszeć lekkie pukanie do drzwi i głosy pana Hartlepoola i Rodhesa.

Kaw-dier wybiegi naprzeciw przybyłym, nie chcąc przyjmować ich w pokoju, w którym leżał chory.

— Panie — rzekł Hartlepool — nadeszła chwila, że musisz znowu stanąć na czele tych, którzy pragną utrzymać równe prawo życia i mienia dla wszystkich na tej wyspie!

— Dlaczego ja? — zapytał Kaw-dier, chmurząc czoło.

— Gdyż tyś nam uratował życie w okropnej chwili rozbicia się na morzu „Jonatana.“

— Gdyż bez twej pomocy, bez twojej rady nikt dotychczas na tej wyspie nie pozostałby przy życiu...

— Któż więc wobec tego miałby odwagę ze spokojnem sumieniem wziąć na siebie odpowiedzialność za życie i dalsze losy nieszczęsnych rozbitków?.. Ci, którzy to uczynili, jak Beauval i Levis Dorick, są pozbawieni ducha ofiarności i potęgi umysłowej, niezbędnej do zapewnienia szczęścia bliźnim... Rządy ich doprowadziły do jednej z najstraszliwszych plag społecznych: rozlewu krwi bratniej... W ślady za niezgodą przyjdzie głód... Dziś już nikt prawie z wychodźców, pozostających pod wpływem Beauvala i Levisa, nie myśli o pracy, o tym koniecznym, kardynalnym warunku, bez którego nie może mieć szczęścia ani pojedyńczy człowiek, ani naród.

— Głód i krew — oto wrogowie, którzy już zaczynają szerzyć zniszczenie wśród naszych rozbitków — mówił pan Rodhes.

— Mamyż czekać, aż pewnego dnia padniemy z ręki skrytobójców, jak padł dziś Halg? — dodał pan Hartlepool.

— W tych warunkach, kiedy oprócz tego wódka deprawuje tłumy, zbrodnią byłoby pozwolić, aby władza spoczywała dłużej w ręku ludzi złych, przewrotnych i nikczemnych...

— Życie naszych żon, dzieci, naszych rodzin, wreszcie obowiązek ludzkości wzywa nas, aby złemu położyć tamę...

Kaw-dier chmurzył czoło, wahał się, wreszcie odrzekł:

— Słowa wasze potwierdzają tylko to, na co sam patrzę oddawna... Istotnie złe przybiera rozmiary przerażające... Dopóki rząd chilijski, argentyński lub wreszcie jakikolwiek inny nie zaprowadzi na tej wyspie praw i nie ustanowi rządu, któryby ich strzegł, muszę znowu ująć władzę w ręce i ocalić od zguby tę rzeszę nieszczęsnych rozbitków „Jonatana.“

Szeptem zaś dodał sam do siebie:

— A tak unikałem władzy... tyle poświęciłem, żeby być zdala od wszelkich nakazów i zakazów... Nikt z ludzi nie poświęciłby tyle, nikt nie ukochał tak, jak ja swobody i wolności... Dziś los sprawił, że właśnie muszę ująć silną ręką rządy nad ludźmi, którzy nie umieją korzystać z wolności...

Umilkł, poczem rzekł głosem przyjaznym, zwracając się do przybyłych:

— Macie panowie zupełną słuszność... Obowiązkiem jest naszym ratować bliźnich, których w przeciwnym razie czeka zguba...

— Moralna i fizyczna! — dokończył z siłą pan Hartlepool.

— Śmierć pewna! — dodał Rodhes.

Wtem łuna pożaru nagle krwawo oświetliła horyzont.

Znajomi nasi szybko wybiegli przed ganek.

Palił się za rzeką dom, w którym mieszkał Beauval.

Kaw-dier, nie czekając ani chwili, pobiegł do kolonii, gdzie pan Hartlepool i Rodhes mieli najwięcej oddanych sobie przyjaciół, zebrał kilkunastu ludzi i udał się z nimi na ratunek zagrożonych pożarem poblizkich osad.

Gdy przybiegł na miejsce pożaru, ujrzał, że kilku ludzi, jak ciemne duchy, biega z pochodniami w ręku i usiłuje wzniecić pożar w części kolonii, którą zamieszkiwali stronnicy Beauvala.

Ludzi tych Kaw-dier kazał pochwycić, skrępować i zamknąć w jednem z domostw.

Nie stawiali oni wielkiego oporu, widząc przewieszoną strzelbę na ramieniu Kaw-diera i karabinki w ręku ludzi, którym on rozkazywał.

Przytem podpalający byli pijani i zapytani, kto im kazał spełnić czyn tak zbrodniczy, odpowiadali, że robią to z własnej woli, pragnąc dobra uciśnionego ogółu...

— Głupi i nikczemni! — szepnął Kaw-dier.

— Pijani! — rzekł pan Rodhes.

Zaledwie obezwładniono tych szaleńców i uczyniono ich nieszkodliwymi, gdy wśród ciemności na skraju kolonii rozległy się dzikie jakieś krzyki i wrzawa.

To Beauval, opuściwszy podpalone domostwo swoje, rzucił się na przeciwników, dysząc zemstą odwetu.

Szaleniec ten i zarozumialec mógł wiele złego uczynić.

— Należy obezwładnić tego człowieka, gorszego niż wilk i tygrys! — rzekł Kaw-dier i głosem silnym kazał pięciu ludziom, aby zajęli się gaszeniem pożaru, sam zaś na czele dziesięciu ludzi szybko podążył na miejsce nowej walki tłumu obałamuconego przez złych przywódców.

— Nieszczęśni! — zawołał głosem silnym — złóżcie broń, w przeciwnym razie każę strzelać!...

Słowa te poparł nagłym rozkazem, aby ludzie jego dali ognia w powietrze.

Huknęło jak grom kilkanaście wystrzałów, co tak przeraziło walczącą nawpół pijaną tłuszczę, że pierzchnęła w popłochu na wszystkie strony.

Ugasiwszy pożar i rozstawiwszy straże, Kaw-dier kazał pozbierać rannych i poumieszczać w bezpiecznem miejscu.

Beauval i Lewis ukryli się. Nadaremnie szukano ich wszędzie.

Noc zeszła Kaw-dierowi na czuwaniu i zbieraniu ludzi, którzyby chcieli stanąć przy nim w obronie praw życia i mienia ogółu.

Gdy ranek zaświtał na niebie, Kaw-dier rozesłał wszędzie swych ludzi z rozkazem, aby nikt z emigrantów nie słuchał Beauvala i Levisa. Najmniejsze nieposłuszeństwo będzie karane surowo.

Wszystkich, którzy włóczyli się bez zajęcia lub pijani byli, ludzie Kaw-diera chwytali i umieszczali w namiotach. Straż, zorganizowana pośpiesznie przez pana Rodhesa, dniem i nocą czuwała nad bezpieczeństwem publicznem. Broń odbierano wszystkim, którzy nie należeli do straży zbrojnej, utworzonej przez Kaw-diera i pod jego dowództwem pozostającej.

Upłynęło dni kilka, podczas których Kaw-dier nie spoczął ani na chwilę, nie jadł, nie spał, przebiegając wyspę i wszędzie zaprowadzając ład i porządek.

Każdy, kto zdrów, od dziecka do starca, musiał pracować. Na opuszczonych polach, łąkach i ogrodach wnet zawrzała praca, obudziło się życie. Zdawało się, że wszystko i wszyscy do koła odetchnęli radośnie, z ufnością spojrzeli w przyszłość.

Przy chorym Halgu czuwała Tulia i Gracyella Ceroni, którym Kaw-dier oddał zarząd swego gospodarstwa domowego.

Obie kobiety, matka i córka, błogosławiły imię Kaw-diera, który wyrwał je ze szponów nędzy, w jaką wpadły po śmierci pijaka Ceroni.

— Beauval przeznaczył nam chlew na mieszkanie... Kazał nam sypiać wraz z trzodą w zamian za całodzienną pracę w polu i w oborze — mówiła Tulia.

— A niegodziwy opasły Sirk — uskarżała się Gracyella — bił nas, zakazując z kimkolwiek rozmawiać i wyrzekać na los opłakany. Właśnie Halg zgromił raz tego niegodziwca, gdy zamierzył się na mnie kijem za to, że dźwigając drzewo z lasu, nie dość szybko ustąpiłam mu ze ścieżki, gdy wracał z pola. Gbur ten i zły człowiek zacisnął wtedy pięści, błysnął złowrogo oczami i poprzysiągł zemstę Halgowi.

Kaw-dier ze smutkiem westchnął.

— I dotrzymał swego zbrodniczego przyrzeczenia.

— Ale Bóg już go ukarał za wszystkie jego złe czyny! — dodała Tulia. — Oby tylko Halg szybko wrócił do zdrowia!..

Kaw-dier z przyjemnością patrzył na tkliwe starania, jakiemi ukochanego przezeń Halga otaczały obie kobiety.

Gracyella z siostrzaną miłością pielęgnowała chorego, gdy matka zmuszona była zająć się gospodarstwem. Obie naprzemian czuwały, aby ranny niczem nie pogorszył swego stanu, aby jak najprędzej wrócił do zdrowia.

Kaw-dier za tę dobroć polubił obie kobiety i spokojny o los chorego Halga, mógł swobodnie i całkowicie oddać się pracy około zapewnienia szczęścia i dobrobytu mieszkańcom wyspy.

Zdawało się, że z każdą chwilą coraz to większy zapał do pracy ogarniał wychodźców. Biorąc przykład z Kaw-diera, który od świtu do nocy ani minuty czasu nie zmarnował, który w polu, w domu, w lesie, wszędzie, gdziekolwiek się zwrócił, własnym czynem i słowem dawał przykład poświęcenia się dla innych i nieustannej pracy dla własnego i ogólnego dobra i szczęścia, widząc jego zapobiegliwość i szlachetność uczuć, wychodźcy poszli za jego przykładem, słuchali jego rad i nabierali odrazy do złego, do warcholstwa, do lenistwa, do niezgody.

Nie znajdując przeszkód ze strony pijanych i rozbałamuconych towarzyszy, co zdolniejsi rzemieślnicy z pośród wychodźców zajęli się pracą w warsztatach.

I ci błogosławili przezorność Kaw-diera. Gdyby nie on, to różne machiny, przyrządy, naczynia i urządzenia, tak tkackie, ślusarskie, stolarskie, kotlarskie, kowalskie, powroźnicze i inne, byłyby wraz z rozbitym „Jonatanem“ poszły na dno morskie.

Toć tylko wielkiej energii i stanowczości Kaw-diera oraz zrozumienia jego szlachetnych zamiarów przez panów Hartlepoola i Rodhesa, część rozbitków przeniosła na ląd wyspy Hoste te przyrządy.

Energii też i przezorności Kaw-diera zawdzięczać należało, że obecnie ożywiły się i zawrzały pracą warsztaty, że cieśle i mularze zaczęli zakładać fundamenta pod nowe budowle, że zaczęto myśleć o wzniesieniu takich gmachów, jak kościół, szpital, szkoła, teatr, ratusz i t. p.

— Wolność naszą i swobodę zwrócimy w kierunku zapewnienia szczęścia ogółowi. Rabunki, napady, rozlew krwi, wszelkie bezprawia — oto najzawziętsi wrogowie prawdziwej wolności — mówił pan Hartlepool.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 232

— Musimy coś stanowczego przedsięwziąć przeciw Pattersonowi — rzekł pan Rodhes. — Zamknął on się w domu Lewisa Doricka i zrabowane przez tego nikczemnika prowianty i towary z magazynów „Jonatana,“ sprzedaje potrzebującym po nader wysokich cenach. Daje też Dorick u siebie schronienie wszystkim próżniakom, pijakom i włóczęgom. Nocą wychodzą oni i szerzą popłoch wśród kolonistów. Przed kilku dniami okradli dom Chińczyka Li-o-ku. Ślady wskazywały, że schronili się do domu Lewisa. Skradzione rzeczy nazajutrz Patterson sprzedał włoskim kolonistom...

— Niebawem — rzekł pan Hartlepool — wszystkie pieniądze, jakie posiadają emigranci, znajdą się w ręku Pattersona. Urządził on w jednem skrzydle obszernego domostwa rodzaj gorzelni. Z żyta, które przy pomocy Levisa i jego popleczników zrabował z magazynów, pędzi swobodnie wódkę. Truciznę tę następnie sprzedaje amatorom, których niestety, nigdy nie brakuje, i z tego źródła ciągnie wielkie zyski. Niektórzy lekkomyślni emigranci, oddani zgubnemu nałogowi pijaństwa, w rodzaju nieszczęsnego Włocha Ceroni, przepijają u niego nietylko pieniądze, lecz wszystko, co posiadają. Patterson urządził też rodzaj szynku w swojem mieszkaniu, a zarazem dom gry. Przedwczoraj w nocy, Hiszpana Lenioleza znaleziono leżącego w zaroślach, w pobliżu domu Levisa. Leniolez najzupełniej był pijany, pozbawiony przytomności...

Pan Rodhes zaś dodał:

— Hiszpan ów wszystko, co miał, przepił i przegrał w gościnie u Pattersona i Levisa. Żona i dzieci łzy rozpaczy wylewały, gdy wrócił do domu.

— Trzeba i temu złemu tamę stanowczą położyć — rzekł, chmurząc czoło Kaw-dier.

W duchu zaś pomyślał z goryczą:

— Oto na co swobodę i wolność obracają, jak z niej korzystają tacy, jak Patterson ludzie!..

Zwracając się zaś do pana Rodhesa, rzekł nagłe:

— Musimy pomówić na osobności w pewnej ważnej sprawie, w czem i pan Hartlepool będzie nam pomocnym.

— Z całą gotowością służymy panu! — rzekł Henry Rodhes i Hartlepool.

Zwrócili się w stronę domostwa Kaw-diera, gdzie niespodziewanie ujrzeli ogromny tłum kolonistów, wśród których byli także i starcy, kobiety i dzieci.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 244

Tłum ten na widok zbliżającego się Kaw-diera, rozstąpił się, poczem kilku kolonistów wystąpiło naprzód i kłaniając się, najstarszy z nich mówił:

— Przyszliśmy, przezacny panie, którego znamy pod nazwiskiem Kaw-diera, czyli dobroczyńcy, podziękować ci za twą opiekę i pracę, za twe starania i troskę o dobro słabych, uciśnionych przez silniejszych, tyranizowanych przez bandę ludzi jedynie własne egoistyczne cele mających na widoku!

— Dziękujemy! dziękujemy! — zawołał tłum. — Niech żyje Kaw-dier! Niech żyje nasz dobroczyńca!..

Na twarzy Kaw-diera odbiło się wzruszenie.

— Przyszliśmy ci, panie, oznajmić, że rozporządzać nami możesz dowolnie, gdyż to, co robisz, ma jedynie szczęście nasze, dobro ogółu na celu. Dzięki ci za to, że dłoń twoja ran nie nadaje, lecz je uzdrawia i goi... Ale nie ustaj w pracy, zacny mężu, dostojny nasz panie, prowadź dzieło wyzwolenia nas z objęć nędzy i bezprawia dalej... Nie pozwól, aby Beauval, Levis i Patterson, wraz ze swymi poplecznikami znowu się rozpanoszyli na naszej wolnej wyspie...

— Nie pozwól! — błagał tłum jednogłośnie. — Pomagaj nam!.. nie opuszczaj nas!.. Nędza, rozlew krwi, i różne zbrodnie zapanowały tutaj, gdyby ciebie brakło. Dopóki rządy Argentyny lub Chili nie zaopiekują się nami, nie ustanowią tutaj praw równych dla wszystkich, nie opuszczaj nas, nie opuszczaj!..

Kaw-dier w krótkich słowach uspokoił zebranych, zapewnił, że ich nie opuści i prosił, aby o tem w jego imieniu oświadczyli innym.

Tegoż dnia długo wieczorem Kaw-dier, Henry Rodhes i Hartlepool naradzali się w tajemnicy.

Rano zaś o świcie dnia następnego, Henry Rodhes wraz z Karollim wsiadł do szalupy Kaw-diera i szybko odpłynął na pełne morze.



ROZDZIAŁ II.

Gród Kaw-diera.

Po odpłynięciu na pełne morze pana Rodhesa wraz z Karrolim, w nieznanym dla ogółu kierunku i w niewiadomym celu, Kaw-dier gorliwie zajął się dalszym rozwojem kolonii. Przedewszystkiem zobowiązał wszystkich do pracy. Energia jego zadziwiała, budziła cześć i uwielbienie dla niego.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 274

Od świtu do nocy, wraz z panem Hartlepool, Kaw-dier z budowniczymi, mularzami i cieślami wyznaczał miejsca pod nowe gmachy publiczne. Założono fundamenta, zaczęto wznosić mury i niebawem nadrzeczna kolonia ozdobiła się kilkunastu gmachami, które jej nadały pozór miasta. Wyznaczono i przeprowadzono nowe ulice, rozpoczęto budowę wodociągów, sporządzano plany kanalizacyjne, rozmawiano o potrzebie wybudowania wielkiego gmachu, w którym możnaby było wygłaszać mowy, odczyty, urządzać przedstawienia teatralne i t. p .

Kaw-dier przy pomocy pana Hartlepoola gorliwie zajął się budową kilku gmachów szkolnych. Tymczasem zaś wydał polecenie, ażeby wszystkie dzieci we wszystkich koloniach zajęte były nauką czytania i pisania. W tych usiłowaniach wielce też pomocnemi były żony i córki poważniejszych emigrantów.

Wszystkie one nie posiadały się z radości, że czasy krwawych zamieszek i zaburzeń minęły, że ustanowiona przez Kaw-diera straż zbrojna czuwała dniem i nocą, aby rozkazy, mające na względzie dobro ogólne, jak najściślej były wykonywane.

Jak w mrowisku pracowite mrówki, jak w ulu skrzętne i zabiegliwe pszczoły robotnice, tak w głównej osadzie kolonistów zawrzała praca. Od świtu do nocy zwijano się i krzątano w pocie czoła. Każda chwila, każda godzina, każdy dzień przynosił coraz to nowe owoce tej dobroczynnej, w celu zapewnienia szczęścia i dobrobytu wszystkich przedsięwziętej pracy.

Gród Kaw-diera, jak zaczęto nazywać nowopowstające miasto, rósł jak na drożdżach.

Pewnego popołudnia, po miesiącu nieobecności, szalupa Kaw-diera z siedzącym u jej steru Karrolim powróciła z wycieczki na morze.

Indyanin wracał sam, pozostawiwszy pana Rodhesa w Punta Arenas.

Na zapytanie pani Rodhes, niespokojnej o męża, gdzie tenże pozostał i w jakim interesie, odpowiedział to tylko, że zostawił go w dobrem zdrowiu.

Kaw-dier zaś dodał, że nieobecność pana Rodhesa potrwa jeszcze czas dłuższy.

Karroli po długiej nieobecności swojej zastał takie zmiany w kolonii, że nie mógł wyjść z podziwu.

Zdawało mu się, że śni, że patrzy na złudę a nie rzeczywistość.

W kilka dni po przybyciu Karrolego, który był uszczęśliwiony, że zdrowie Halga z dniem każdym się poprawia, przypłynęły dwa okręta z Buenos-Ayres, przywożąc najrozmaitsze towary, wiktuały oraz nasiona zbóż, jarzyn i różnych ogrodowizn.

Prócz tego dwustu ludzi, przeważnie rzemieślników, wysiadło na ląd, powiększając ludność wyspy i stronników Kaw-diera.

Byli to wychodźcy, których rząd argentyński skierował w te strony.

Około 30 stycznia przybył drugi okręt z Argentyny, przywożąc wielkie zapasy towarów, począwszy od piór do pisania, do łóżek żelaznych, pościeli, zapałek, ubiorów i t. p. Przytem nowy zastęp wychodźców wysiadł na ląd wyspy i zajął się budową nowej dzielnicy miejskiej w pobliżu ujścia rzeki do morza.

Ludzie ci, jakby ulegając jakimś z góry danym sobie wskazówkom, posłuszni byli najzupełniej rozkazom Kaw-diera.

Praca zawrzała na całej ogromnej wyspie.

Przy ujściu zaś rzeki Kaw-dier z kilku oznajmionymi z robotami ziemnemi ludźmi zakreślał granice i snuł plany budowy przyszłego portu, do którego bezpiecznie mogłyby przypływać i znajdować schronienie okręty z całego świata.

I tak pod okiem Kaw-diera, dzięki rozumnej, twórczej pracy, powstawał gród obszerny, piękny, położony w miejscowości zdrowej, nadmorskiej, gród, który w niedalekiej przyszłości mógł zapewnić szczęście i dobrobyt licznej ludności i stać się chlubą wyspy przed niedawnym jeszcze czasem nieznanej i dzikiej.

Głód i rozlew krwi, które groziły wychodźcom, teraz przestały ich trwożyć. Z ufnością patrzyli w przyszłość.



ROZDZIAŁ III.

Niebezpieczeństwo.

— Tak dalej być nie może! — rzekł z gniewem Lewis Dorick do swych towarzyszy.

Słowa powyższe poparł energicznym ruchem ręki, skierowanym z pogróżką w stronę nowopowstającego miasta i rozpoczętych prac około budowy portu i mostu przez rzekę, nazwaną przez Kaw-diera Liberyą.

— Nie możemy pozwolić na to — powtórzył z siłą i wzrastającym gniewem — aby rządy w dalszym ciągu spoczywały w ręku nawpół dzikich włóczęgów!... Ten Kaw-dier, człowiek, którego nazwiska, ani narodowości nikt nie zna; ten Karroli, ten Halg, toż to ludzie dzicy, których słuchać i którym ulegać dłużej nie podobna... Kres temu stanowczo położyć trzeba!..

Towarzysze Lewisa, dwaj bracia Moor i Sirdey, słuchali tych słów, zgrzytając zębami i zaciskając pięści.

Lubili się oni upijać, próżnować i o byle co kłótnie i bójki wszczynać.

Kaw-diera nienawidzili, gdyż wiedzieli, że nie pozwoliłby im na prowadzenie życia hulaszczego i próżniaczego.

— Dla czego jakiś Kaw-dier ma tutaj panować? — mówił Sirdey. — Jeśli komu, to tylko Lewisowi, jako prezydentowi wyspy, rządy się należą.

— A Beauval? — zapytał jeden z braci Moor.

— Beauval — to nikczennik, który zginął już z pewnością gdzieś w głębi wyspy...

— Nie wiadomo! — odrzekł z powątpiewaniem Moor — to człowiek bardzo zręczny i przebiegły...

— Ale co nam do niego w tej chwili?! — krzyknął Lewis. — Nam chodzi o Kaw-diera... Ten nikczemny bandyta ośmiela się rozkazywać wolnym obywatelom naszej wyspy, jak stadu baranów... Od rana do nocy rozlega się jego głos rozkazujący:

— „Ty zrób to!“ — „Ty buduj to!“ — „Ty ucz dzieci!“ — „Ty idź uprawiać rolę, siać zboże!“ Do pioruna! co to jest?.. Jakiem prawem ma on tu rozkazywać?.. Jakiem prawem zabijać wolność?..

— Nędznik! — zawołał groźnie Sirdey — nędznik, który siłą brutalną zawładnął większością tchórzliwych wychodźców i rządzi nimi, jak bydłem roboczem...

Dokoła Lewisa zgromadziło się więcej jeszcze niezadowolonych z rządów Kaw-diera próżniaków i doradzało mu, ażeby przemocą usunąć Kaw-diera z wyspy.

— Dość słów i pogróżek, które w niczem nie szkodzą życiu Kaw-diera! — rzekł Lewis.

— A więc cóż robić mamy? — zapytali obecni prawie jednogłośnie.

— Choćby wraz z życiem pozbawić władzy tego przybłędę!

Straszliwe te słowa wyrzekł Lewis Dorick z taką wściekłością, że towarzysze jego mimowolnie odsunęli się od niego.

— Nie tak to łatwo! — szepnął Sirdey. — Kaw-dier silniejszym jest nietylko od każdego z nas pojedynczo, lecz od wszystkich razem...

— Dopóki tu rządzi, dopóty go słuchają... Niech jednak władza przejdzie do rąk moich, a natychmiast wszyscy odwrócą się od niego... Nic nie pomogą mu nawet jego dwaj dzicy towarzysze... Ach, z jaką rozkoszą zobaczę go powalonego do nóg moich!.. Z jaką rozkoszą każę go, jak psa rozstrzelać...

Lewis ledwie dyszał z gniewu. Wyjął z kieszeni butelkę z wódką, odkorkował, przyłożył do ust i pić zaczął.

— Dosyć! — zawołał Sirdey — daj i nam!..

— Daj i nam się napić! — wołali dwaj bracia Moor, a wraz z nimi Johan Rame, Niemiec, chłop rosły jak dąb, o złośliwym wyrazie czerwono brunatnej twarzy.

— Macie, pijcie! — zawołał Lewis, oddając im butelkę z wódką.

Zaczęli pić kolejno, zaś Lewis mówił zniżonym chrapliwym głosem:

— Słuchajcie... z nim trzeba skończyć... On, albo my!.. rozumiecie?.. Dotychczas jest nas pięciu, gotowych do walki na śmierć i życie...

— Pięciu, to mało! — rzekł Sirdey.

— Ale znajdą się i inni... Możemy liczyć, że w chwili napadu na Kaw-diera pójdzie z nami Jakson, pójdzie Miroff, Blimfeldman, Reed, pójdzie Chińczyk olbrzym...

— Sun?

— Tak, Sun, który drzewa łamie!..

— Będzie więc już dziesięciu...

— I to nielada zuchów...

— Ale wierzcie, znajdzie się przy nas dwa razy, trzy razy tyle, niech tylko braknie tego przeklętego włóczęgi... Do pioruna! czas działać!.. Nie słowa teraz, lecz czyny dadzą znać światu, żeśmy nie stado baranów, nad którem taki Kaw-dier przewodzić może!.. Precz z nim!

— Niech ginie! — powtórzyli z wściekłością wszyscy jednogłośnie.

Ucichli na chwilę, spojrzeli uważnie dookoła, a widząc, że sami są na skraju lasu, dalej zaczęli się naradzać i snuć plany zguby dla Kaw-diera i nowopowstającego grodu.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 298

Przed oczyma spiskujących roztaczała się wspaniała panorama nadmorska. Ale oni nie zwracali uwagi na otaczające ich pola uprawne, łąki z pasącymi się na nich trzodami, na wznoszące się ku niebu szczyty licznych gmachów nowego miasta, miejsca pracy i pomyślności tysiąca wychodźców. Na to wszystko w chwili tej nie patrzyli ci ludzie, nie podziwiali, co może w krótkim czasie zdziałać rozumna praca i silna wola.

Ludzi tych w tej chwili ogarnęło całkowicie jedno z najstraszliwszych uczuć — nienawiść.

Jeżeli teraz nie przetną nici dobroczynnej działalności Kaw-diera, to z dniem każdym będzie to trudniej uczynić.

Już teraz prawie wszyscy szanowali i kochali tego wyjątkowego człowieka, który więcej dbał o szczęście i dobro bliźnich, niż własne.

Postanowili więc działać niezwłocznie.

W czasie tym wrócił Henry i Rodhes, przywożąc na pokładzie statku argentyńskiego kilkanaście rodzin kupieckich z Buenos-Ayres. Kupcy ci natychmiast założyli w kilku punktach nowego grodu okazałe sklepy i przyczynili się wielce do jego ożywienia. W jednym z tych sklepów Tulia i Gracyella Ceroni znalazły zajęcie, jako sklepowe, z czego niezmiernie były ucieszone. Halg zwolna przychodził do zdrowia.

Już teraz nie było wątpliwości, że dzięki umiejętności lekarskiej Kaw-diera niebawem odzyska je całkowicie.

Stała komunikacya między miastami Chilii, Argentyny a wyspą Hoste, dzięki energii p. Hartlepoola, została zaprowadzona. Pierwszy okręt, który przybył do grodu Kaw-diera z Valparaiso przywiózł lekarza i aptekarza. Było to wielkiem dobrodziejstwem dla wychodźców, wśród których nie brakowało chorych i cierpiących.

Pewnego wieczoru, może w tydzień po pierwszej rozmowie ze spiskowcami, rzekł Lewis do Sirdey’a:

— Ilu już mamy ludzi, na których możemy liczyć?..

— Mniej więcej około stu dziesięciu...

— Stu przeciw tysiąca... to zbyt mało!.. Czy nie udało ci się więcej niechętnych dzisiejszym rządom przeciągnąć na naszą stronę?..

— Szło bardzo opornie i z tymi, którzy ostatecznie zgodzili się iść z nami przeciw tyranowi... Dopiero przeważyła obietnica, że każdy otrzyma sutą nagrodę w złocie i towarach, obficie teraz w mieście nagromadzonych.

— Przytem nie zapominajmy — rzekł starszy z braci Moor — że przeciw stu naszym zuchom Kaw-dier wśród swoich tysiąca baranów, bo tak nazwać muszę jego ludzi, nie znajdzie nawet połowy zdolnych do walki na śmierć i życie...

— Słuszna uwaga! — rzekł Lewis. — Ludzi zdolnych i gotowych do krwawej rozprawy po stronie Kaw-diera na palcachby policzyć można...

— Tak — mruknął Sirdey — ale zechcijcie nie zapominać o tem, że sam Kaw-dier za stu starczy...

— O ile nóż nie obezwładni go na zawsze — mruknął groźnie drugi z braci Moor.

— Ach, gdybyśmy mieli broń palną! — westchnął Moor starszy.

— Gdyby choć jedną strzelbę!.. jeden pistolet!.. dokończył Sirdey.

— I nóż dobry!.. Nóż nie zawiedzie nigdy!.. — rzekł, szczerząc zęby olbrzymi Sun.

— Wierzaj mi — przerwał mu Lewis — nożem nie wiele zrobisz Kaw-dierowi... Człowiek to tak silny i zręczny, że podejść go i ugodzić znienacka będzie rzeczą prawie że niepodobną!..

Nastąpiła chwila milczenia, które przerwał Sirdey:

— Nie sztylet przetnie pasmo dni tyrana Kaw-diera, lecz proch...

— Proch? — zapytali naraz wszyscy spiskujący.

— Tak!.. Dom jego podminujemy!..

— Ale w jaki sposób?..

— I kto tego dokona? — dały się słyszeć szybkie pytania.

— Ja! — odrzekł na pozór spokojnie Lewis Dorick. — Ja podłożę bombę pod dom Kaw-diera, a uczynię to wtedy, kiedy odbywać będzie swe zwykłe z zaufanymi tylko przyjaciółmi narady... W ten sposób nie tylko Kaw-dier, ale i jego główni doradcy pójdą w powietrze... Tak, w powietrze! — dodał z mocą — ani z domu, ani z Kaw-diera, ani z jego przyjaciół śladu nie zostanie!

Wszyscy z podziwem patrzyli na straszliwego przywódcę.

— Do licha! — oburknął z gorzkim uśmiechem Sirdey, tak mówimy o tem, jakbyśmy choć szczyptę małą prochu posiadali...

Zapanowało znowu głuche milczenie... Wśród krzewów poblizkich leciał ptak jakiś, zaszeleścił liśćmi i trawami powiew wiatru.

— To prawda, że dziś nie posiadamy — rzekł Lewis — ale jutro możemy go mieć, ile będzie potrzeba.

— A skąd?..

— Z magazynów, których strzeże straż Kaw-diera.

— Będzie to trudno!... To sprawa nie łatwa!...

— Ale się powiedzie — odrzekł tajemniczo Lewis. Wśród tych, którzy pilnują magazynu z bronią i prochem, znalazł się ktoś, kto nam sprzyja... Za dobrą zapłatę wyda nam prochu tyle, ile go będzie potrzeba do wysadzenia na księżyc Kaw-diera i jego druhów...

— Któż to taki?

— Nazwiska jego nie pozwolił wymieniać Kennedy, który tą sprawą kieruje — odparł Lewis.

— A więc wybornie się wszystko składa!.. — zawołał Sirdey.

— Zatem do widzenia!.. Czas się rozejść!.. Jutro o tej samej porze czekam na was tutaj! Niechaj wszyscy będą w pogotowiu do walki!.. — nakazywał Lewis.

W kwadrans potem spiskowcy, jeden za drugim, skradali się do miasta i rozchodzili w różne strony, aby nie budząc podejrzenia, przygotować wszystko do nieuniknionej zguby Kaw-diera.

Wieczorem na drugi dzień pięciu spiskowych, z Lewisem Dorickiem na czele, skradało się wśród ciemności do miasta. Postanowili działać stanowczo i jak najszybciej. Wśród zarośli nadrzecznych czas jakiś się zatrzymali, pragnąc, aby noc ciemna zupełnie ukryła ich pod oczyma mieszkańców miasta.

Gdy wreszcie przekonali się, że w mieście zapanowała cisza, że wszyscy udali się na spoczynek, szybko opuścili swoją kryjówkę, i ostrożnie się skradając, weszli niespostrzeżeni do miasta.

Najpierw zatrzymali się przed nowowzniesionym gmachem zarządu miejskiego, czyli ratuszem. Na placu i na sąsiedujących z nim ulicach nie było nikogo.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 308

Kennedy dał znak i znanemi sobie dobrze bocznemi drzwiami, przy których stał tej nocy na straży jeden z przekupionych marynarzy, wszedł z towarzyszami na niewielki dziedziniec, skąd łatwo się było dostać do magazynów z bronią i prochem. Stojący na straży marynarz dał klucz Kennedemu, mówiąc:

— Bierzcie proch z beczką... A śpieszcie się, bo ten zły duch Kaw-dier lubi niespodziewanie sprawdzać wśród nocy, czy straże czuwają nad magazynami...

— Nie bój się! — szepnął złowrogo Lewis, — gdyby się zjawił Kaw-dier, zginie z mojej ręki.

Mówiąc to, wyjął nóż z za pasa i mocno ścisnął jego rękojeść.

— Niech się tu zjawi — mówił z wściekłością — a zginie w jednej chwili...

Tymczasem dwaj bracia Moor i Chińczyk Sun już pochwycili jedną baryłkę z prochem i wynieśli na zewnątrz.

— Wybornie! — rzekł Lewis — to jedna... Teraz przynieście drugą...

— A to poco? — zapytał Sirdey — toć i tej wystarczy, ażeby całe miasto wysadzić w powietrze?..

— Tak, tej jednej wystarczy, ale ta druga potrzebna nam będzie na przyszłość... Już mam bezpieczne miejsce, w którem ją ukryjemy.

W milczeniu spełniono żądanie Lewisa i drugą beczkę wytoczono.

Nagle wszyscy obejrzeli się trwożnie, gdyż wiatr powiał i poruszył otwartemi drzwiami, przy których stał przekupiony strażnik.

— To wiatr... nie bójcie się! — uspokoił towarzyszy Lewis, spoglądając na niebo, które zasnuło się ciemnemi mglistemi chmurami.

— Wybornie! — szepnął z radością — los nam sprzyja, bo noc dzisiejsza jest wyjątkowo ciemna.

I na dany znak rozpoczęli wszyscy pracę, która polegała na zabraniu jednej z beczek prochu, a na zatoczeniu drugiej do sali posiedzeń w gmachu ratusza i ukryciu jej pod jednym z olbrzymich stołów, gdzie zwykle odbywały się narady starszyzny miejskiej z Kaw-dierem na czele. Pod beczkę tę, do otworu w niej zrobionego, Lewis zbrodniczo położył lont, który przekupiony strażnik miał zapalić przed samem rozpoczęciem posiedzenia i uciec. Lont był tak urządzony, że potrzeba było kilkanaście minut czasu od chwili zapalenia go, aby proch w baryłce zapalił się i aby nastąpił straszliwy wybuch, od którego gmach do fundamentów miał być zburzony, a wszyscy, którzyby się w tej chwili w nim znajdowali, zabici.

Zapewniwszy strażnika, aby wszystko wypełnił, jak należy, za co otrzyma sowite wynagrodzenie, Lewis rzekł jemu:

— Nie będziesz potrzebował pracować, choćbyś żył dwieście lat... Postaramy się, abyś miał wszystkiego do woli, czego tylko zapragniesz... Pamiętaj, że nikt się nie domyśli, że pod stołem, przykrytym ciężkiem do ziemi spływającym suknem, znajduje się proch. Kiedy nastąpi wybuch, ty będziesz już za miastem, wśród nas... i zdala będziesz mógł podziwiać, jak Kaw-dier i jego ludzie bez pomocy balonów zaczną fruwać w powietrzu...

Lewis zaśmiał się złowrogo i nachylając się do ucha strażnika, dodał:

— A gdybyś tego nie uczynił, o czem ci mówię, to wiedz, że czeka cię zguba, bo klucze od magazynu z bronią i prochem ja zabieram z sobą .. Wydałaby się więc twoja zdrada i zostałbyś ukarany śmiercią...

— Wszystko to zbyteczne, co mówisz — rzekł do Lewisa Kennedy — on zrobi, czego się podjął... Uciekajmy, bo czas nagli... Korzystajmy z ciemności nocy i zbliżającej się burzy.

Jakoż istotnie dał się słyszeć daleki grzmot, wicher wzmógł się, i deszcz ulewny zaczął padać.

Spiskowcy zawinęli się w swoje płaszcze i pojedyńczo, mając przed sobą olbrzymiego Suna, który dźwigał zabraną beczułkę z prochem, wymknęli się, uchodząc jak złe duchy, z gmachu ratusza, a następnie z miasta.

Plan ich obmyślony z szatańską przebiegłością i śmiałością niebawem miał pozbawić życia tego, kto wielokroć narażał swoje w obronie słabszych i uciśnionych.



ROZDZIAŁ IV.

Opatrzność czuwa.

Dopiero nad ranem ucichła burza i przestał padać deszcz. Pierwsze promienie wschodzącego słońca zbudziły Kaw-diera, który wstał i, jak to było jego zwyczajem, natychmiast wyszedł na miasto, aby zobaczyć, czy nic złego nie zagraża jego mieszkańcom, i czy roboty przy budowie gmachów szkolnych i portu postępują naprzód.

Najsamprzód jednak dnia tego skierował swe kroki do gmachu ratuszowego, aby się przekonać, czy burza nocna nie wyrządziła tam szkód jakich.

Wchodząc do przedsionka, Kaw-dier zauważył, że stojący na straży marynarz drgnął i cofnął się przed nim o kilka kroków, jak przed widmem.

— Co mu się stało? — pomyślał, przechodząc zwolna przez korytarz do jednej z sal, gdzie złożone były plany budowy nowego kościoła.

Kaw-dier przejrzał te plany, gdyż pragnął, aby świątynia wyglądała okazale i była ozdobą nowego miasta, aby zdaleka wieżycami swemi wskazywała, że ci, którzy ją wznieśli, nie zapomnieli o Bogu.

Kaw-dier przez chwilę przeglądał plany, dając pierwszeństwo stylowi gotyckiemu.

W wyobraźni swej widział już pośrodku nowego grodu, na głównym placu, wspaniały dom Boży, a w około rzesze ludu, śpieszącego na modlitwę, dla oddania hołdu Stwórcy świata.

Naraz z zadumy wyrwał go odgłos szybkich kroków. Odwrócił się i spostrzegł, że człowiek przeznaczony do trzymania straży, śpiesznie uchodził z gmachu. Biegł on, jakby go kto gonił, trzymając broń przy sobie.

Kaw-diera zdziwiło to bardzo.

— Co się stało temu człowiekowi? — pomyślał. — Gdym wchodził, zmieszał się na mój widok, a teraz wraz z bronią ucieka co sił za miasto, zamiast czekać aż o godzinie ósmej przyjdzie zmienić go inny wartownik. Chyba oszalał?..

Naraz przyszła mu inna myśl do głowy.

— Ten człowiek uciekł, jakby coś bardzo złego zrobił — rzekł sam do siebie. — Trzeba się przekonać, dokąd on pobiegł.

I Kaw-dier zbliżył się do okna, ażeby lepiej mógł widzieć uciekającego wartownika.

Miasto złociło się w promieniach porannego słońca, krople rosy po burzliwej nocy błyszczały jak brylanty na gałązkach drzew i krzewach ogrodowych. Przepiękny poranek napełniał wszystko co żywe radością i weselem.

W ulicy, która prowadziła za miasto, do podnóża skalistych wzgórz okrytych lasami, biegł wartownik co sił, jakby go sfora psów gończych goniła. Niebawem zniknął on w zaroślach zamiejskich z przed oczu Kaw-diera.

— To dziwna rzecz! — mówił tenże sam do siebie. — O co mu chodziło?.. Dlaczego uciekł?.. Coś się złego w tem kryje!..

I Kaw-dier nagle odwrócił się od okna i zwolna skierował się do wyjścia z gmachu.

Właśnie przechodził przez główną salę, gdzie stały olbrzymie stoły sesyjne, pokryte ciężkiem suknem zielonem, gdy powonienie jego uderzył niemiły swąd jakiś.

Coś się tliło, paliło. Ale co i gdzie?..

Kaw-dier uważnie obejrzał się na wszystkie strony, lecz nic podejrzanego nie spostrzegł.

A jednak niemiły swąd coraz mocniej drażnił jego powonienie, przywykłe do czystego, wonnego powietrza stepów i lasów.

Nagle wzrok jego padł na podłogę przy największym stole, gdzie spostrzegł koniec leżącego, zwęglonego sznura.

Straszliwa myśl zabłysła w głowie Kaw-diera.

— Lont!.. sznur zapalony!.. — wyszeptał, zdzierając błyskawicznym ruchem ręki sukno ze stołu.

Bystry wzrok jego ujrzał tam beczkę, a przy niej w połowie spalony sznur.

— Co za szatański zamach! — zawołał Kaw-dier. — Gdyby lont nie zagasł, cały gmach leżałby teraz w gruzach...

O sobie nic nie mówił, lecz jasnem było, że cudem ocalał.

Po chwili Kaw-dier odzyskał zimną krew i zaczął badać przyczynę, dla której lont nie spalił się w całości.

Oto na podłodze w tem miejscu, gdzie druga połowa sznura leżała, widać było rozlaną wodę.

Skąd się wzięła wtem miejscu?.. Kto ją rozlał?..

Jeden rzut oka rozjaśnił tajemnicę. Oto jedno z górnych okien sali nie było na noc szczelnie zamknięte. Woda deszczowa, uderzając w szyby, łatwo przez otwór dostawała się do wnętrza sali i ściekając, spływała po ścianie na podłogę, a z podłogi pod stół.

Widocznie zbrodniarze, ustawiając beczkę z prochem i rzucając lont, nie zwrócili na to uwagi, a może wtedy jeszcze, gdy to robili, nie było wody na podłodze.

— Opatrzność czuwa! — rzekł Kaw-dier. — Gdyby nie burza i ulewa wśród nocy, nie żyłbym już, a wraz ze mną najpiękniejsza część miasta byłaby w gruzach wraz z nieszczęsnymi mieszkańcami...

Upewniwszy się, że sznur zupełnie został zgaszony i wysunąwszy beczkę z prochem z pod stołu, Kaw-dier niezwłocznie udał się do pana Hartlepoola, który mieszkał w pobliżu ratusza.

Pan Hartlepool spał jeszcze, więc Kaw-dier chwilę czekał, aż wstał i ubrał się.

— Dłużej wczoraj niż zwykle — rzekł, witając rannego gościa — siedzieliśmy z dziećmi, więc zaspałem nieco...

— Jest jeszcze bardzo wcześnie! — rzekł, hamując swe wzburzenie Kaw-dier, przyszło mu bowiem na myśl, co były winne zbrodniarzom te małe dzieci państwa Hartlepool, które w razie udania się zamachu, teraz leżałyby bez życia wśród gruzów zburzonego domostwa.

— To, co panu opowiem, niech będzie wspólną naszą tajemnicą — rzekł do pana Hartlepoola — bo po co trwożyć i przerażać Bogu ducha winnych mieszkańców naszego miasta...

Pan Hartlepool przyrzekł, że do nikogo nie wspomni o tem, co usłyszy od Kaw-diera.

— O szlachetności serca pańskiego — rzekł tenże — i o zdrowym, trzeźwym rozumie jestem przekonany jak najlepiej...

I zniżając głos, aby w przyległym pokoju żona i dzieci pana Hartlepoola nie usłyszały słów jego, opowiedział, co za straszliwe niebezpieczeństwo groziło przed chwilą miastu.

— Co najsmutniejsza — zakończył — to wiarołomstwo i nikczemność wartownika... Człowiek ten dał się użyć nędznikom za narzędzie zbrodni...

— Nędznikom — powtórzył przerażony opowieścią przyjaciela pan Hartlepool — lecz na Boga, któż oni są?..

— Nie wiem — odrzekł głucho Kaw-dier — w każdym razie obowiązkiem naszym podwoić teraz czujność i dozór nad bezpieczeństwem miasta i jego mieszkańców...

— A zarazem schwytać zbrodniarzy i uczynić ich nieszkodliwymi na przyszłość...

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 316

Pan Hartlepool i Kaw-dier własnemi rękoma zanieśli beczułkę z prochem z powrotem do magazynu, przyczem spostrzegli brak jeszcze jednej.

— Niebezpieczeństwo więc nie zostało usunięte, kiedy skradziono tyle prochu. Bez wątpienia uczynili to ci sami zbrodniarze, którzy chcieli wysadzić ratusz w powietrze — pomyślał Kaw-dier. — Prochu, który skradli, zapewne użyją na nowy jakiś zbrodniczy zamach... Rzeczy przybierają charakter bardzo poważny... Należałoby zaprowadzić czujną i sprawną policyę, któraby czuwała nad udaremnieniem podobnych zachcianek ludzi, którzy bezwarunkowo zasługują na nazwę wyrzutków społeczeństwa...

Na razie nie można było nic innego przedsięwziąć nad podwojenie straży przy magazynie z prochem i bronią oraz przy niektórych gmachach publicznych.

Poszukiwania, przedsięwzięte w celu pochwycenia wartownika, który zapalił lont i chciał spowodować wybuch prochu, nie odniosły żadnego skutku. Tak samo na nic się nie zdało najskrupulatniejsze śledztwo, w celu wykrycia miejsca przechowywania skradzionej baryłki prochu.

W czasie tym Kaw-dier nieustannie dniem i nocą sam wglądał we wszystko, interesował się wszystkiem, a przedewszystkiem zajął się obmyślaniem planu budowy wielkiej elektrowni, aby można było zużytkować jej siłę dla oświetlenia miasta, dla urządzenia latarni morskiej, zaprowadzenia kolejki miejskiej i podmiejskiej.

Te plany całkowicie pochłaniały każdą wolną chwilę Kaw-diera...

— Cóżby to za szczęście było — mówił sam do siebie — gdyby mi się udało na skałach przylądku Horn zbudować olbrzymią latarnię morską, której światło zdała już oświetlałoby drogę morską, tak niebezpieczną w tych miejscach, tak pełną zdradliwych skał podwodnych i licznych wysepek... Czyż w ową burzliwą noc, gdy rozbił się „Jonathan,“ nie uratowała reszty załogi tego okrętu jedynie przytomność moja, jedynie to, żem rozpalił wtedy ogień na najwyższym wierzchołku przylądka Horn?...

Latarnia morska w tem miejscu byłaby prawdziwem dobrodziejstwem dla żeglarzy.



ROZDZIAŁ V.

W grocie.

Oprócz Halga Kaw-dier przywiązał się serdecznie do Pawełka i Piotrusia, ośmioletnich chłopców, zupełnych sierotek, którymi po rozbiciu się „Jonatana“ zaopiekował się i polecił ich dobroci serca żony pana Rodhes’a.

Chłopcy, którzy stracili rodziców tak wcześnie, poprostu ubóstwiali swego szlachetnego opiekuna.

Najulubieńszą dla nich rozrywką po zajęciach w szkole były wycieczki nad morze. Towarzyszył im wtedy nieodstępnie olbrzymi Zoll, wierny pies Kaw-diera, przepadający za zabawami z obu chłopcami.

Zoll zdawał się być najszczęśliwszym, gdy z swymi małymi przyjaciółmi mógł się wyrwać za miasto, na wybrzeże.

Pewnego przedwieczerza Piotruś i Pawełek wybiegli, jak zwykle za miasto. Zoll biegł za nimi, radośnie skomląc, chłopcy zaś wołali:

— Zoll, dobry piesek!..

— Zoll, zuch piesek!..

Zwierzę nie posiadało się z radości i co chwila ogromny swój łeb z radością zwracało w stronę chłopców.

Ci zaś biegli u stóp skalistych wzgórz, wśród których, tuż nad brzegiem morza, czerniły się wejścia do grot, gdzie niedawno jeszcze złożona była i przechowywana broń z „Jonatana“ i pewna część ekwipażu.

Obecnie groty były puste, stanowiąc dla Pawełka i Piotrusia pełne tajemnic podziemia, które z pewną obawą, ale i z ciekawością zwiedzali.

Zoll zwykle biegł pierwszy do wnętrza groty i węsząc na wszystkie strony, zaglądał do wszystkich jej zakątków.

Tym razem jednak pies stanął nagle, jak wryty, najeżył szerść i do groty się nie kwapił, warcząc groźnie. Widocznie grota tym razem nie była pusta.

— Ktoś jest tam w grocie! — rzekł szeptem Pawełek.

— Może słoń? — odrzekł Piotruś, któremu w dziecinnej jego wyobraźni roiło się, że koniecznie na wyspie muszą być dzikie słonie, tylko się przed ludźmi ukrywają.

— Może zbójcy? — rzekł Pawełek.

— Uciekajmy! — radził Piotruś, obejmując rękami za szyję wciąż warczącego Zola.

I chłopcy przez chwilę stali w milczeniu, nie wiedząc, co z sobą robić. Wnet atoli odważniejszy od Piotrusia Pawełek rzekł:

— Ty trzymaj Zola, a ja podejdę po cichu i przekonam się, kto tam w grocie siedzi...

I dzielny chłopczyk żwawo poskoczył i wkrótce zniknął w głębi groty.

Olbrzymia grota, podzielona na kilka pięter, dobrze znana była obu chłopcom. Pawełek nieraz po kilka godzin przebywał w niej z Piotrusiem, poszukując urojonych słoni, lwów i tygrysów.

Teraz najwyraźniej słyszał, jak w dolnej pieczarze rozmawiało kilku ludzi.

Kto oni?... Czego tu chcieli?...

Pawełek z przerażeniem pomyślał, że może to zbójcy.

— Towarzysze! — mówił ktoś w pieczarze — godzina czynu wybiła!...

Był to głos Doricka Lewisa.

— Zamach nasz nie udał się!... Kaw-dier żyje!... gmach ratusza stoi nienaruszony... Trzeba działać w inny, bardziej stanowczy sposób!...

— W jaki?

— Mamy proch w tej grocie ukryty... Dwie bomby mam już z niego przygotowane...

— Tak — mruknął Fred Moor — bomby są, ale kto je w Kaw-diera rzuci?...

— Ja! — odrzekł z zawziętością Dorick.

— Kiedy?

— Dziś w nocy...

Nastała cisza. Rozmowę dalszą prowadzono już szeptem.

Pawełek zdrętwiał z przerażenia, serce jego ścisnął ból i gniew.

— Jakto, więc jego ukochany opiekun ma zginąć tego wieczoru?... Mają go zabić złoczyńcy?...

Pawełek uczuł gwałtowne pragnienie ratowania Kaw-diera, uprzedzenia go o grożącem mu niebezpieczeństwie.

Chłopczyk zerwał się na równe nogi i szybko chciał opuścić grotę. W tej chwili atoli zawadził nogą o kamień jakiś, który z hałasem potoczył się do dolnej groty. Pawełek potknął się i upadł na ziemię.

Dał się słyszeć wtedy głos Freda Moora:

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 320

— Niebezpieczeństwo!... Jesteśmy zdradzeni!...

I nim chłopiec zdążył się podnieść, już Moor pochwycił go w swe ręce.

— Co tu robisz? — zapytał groźnie.

— Bawię się! — odrzekł Pawełek.

— Kłamiesz! — krzyknął zbrodniarz.

Pochwycił chłopca i przyprowadził przed Doricka i jego towarzyszy.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 336

— Co z nim zrobić? — zapytał. — Najlepiej byłoby o, tak!...

Nie dokończył, tylko ręką ścisnął za gardło chłopczynę.

— Nie!... nie trzeba!... Nie duś go!... — rzekł Dorick. — On o niczem nie wie... Rozmowy naszej nie słyszał...

— A jeśli słyszał?

— W takim razie dla bezpieczeństwa naszego i spokoju uwiąż go i zaknebluj mu usta... Do jutra może tak przeleżeć w tej grocie... A jeśli nikt mu nie da pomocy, to mniejsza o niego...

Moor uczynił zaraz, co kazał Dorick, i w chwilę później Pawełek leżał już na skalistem dnie groty z rękoma związanemi, z ustami zakneblowanemi.

Złoczyńcy natychmiast potem rozpoczęli swą niecną robotę. Rozdzielali pomiędzy siebie proch i bomby.

Piotruś, zdziwiony długą nieobecnością Pawełka, przytrzymując z całych sił warczącego gniewnie i wyrywającego się do groty Zola, nie wiedział, co to znaczy, że towarzysz jego tak długo nie wraca.

Ale myśląc, że Pawełek chce mu jakąś niespodziankę zrobić, stał jeszcze i czekał.

Zol tymczasem zaczął wyrywać się coraz gwałtowniej, aż uwolniwszy się z rąk wstrzymującego go chłopca, pobiegł jak szalony w głąb groty.

Za nim podążył Piotruś.

Zol, skomląc żałośnie, szybko wbiegł do dolnej groty i tam zatrzymał się w jednym z najciemniejszych jej zakątków. Wierne zwierzę odnalazło skrępowanego chłopczynę i zaczęło lizać mu ręce, coraz głośniej skomląc.

Wtem gwałtowny krzyk i głuche uderzenia wstrzymało w miejscu Piotrusia.

Ktoś uderzył nożem tak silnie Zola, że poczciwy pies legł jak nieżywy u stóp Pawełka.

Wtedy Piotruś poznał, że coś bardzo złego dzieje się w grocie i czemprędzej wybiegł na zewnątrz i popędził w stronę miasta.

Właśnie spotkał Kaw-diera, który w towarzystwie pana Hartlepoola oglądał prace przy budowie portu. Na widok przerażonego, jakby z tamtego świata powracającego chłopczyny, Kaw-dier zatrzymał się.

— Co ci się stało? — zapytał.

— Pawełek... Zol... zabici! — krzyczał Piotruś — tam... w grocie... nad rzeką... Ratunku dla Zola i Pawełka!... Jacyś zbójcy są tam... tam... w grocie!...

Chłopiec drżał, wzywając ratunku w niebogłosy.

Kaw-dier zwrócił się do pana Hartlepoola, mówiąc:

— Tam istotnie musiało się stać coś nadzwyczajnego... Weź pan kilku ludzi i podążaj za mną. Ja idę przodem...

Zwracając się zaś do zrozpaczonego chłopca, rzekł uspokajająco:

— No, ucisz się, mały, bo zbójcy umkną, nim ich pochwycimy... Trzeba ich złapać na gorącym uczynku...

— Ale Pawełek... Ach, on pewnie już nie żyje!

— Niebawem przekonamy się, co się z nim stało. Wątpię, aby go zbójcy zabili, bo cóż zawinił taki mały chłopczyna...

Piotruś płakał, idąc obok Kaw-diera, który podwoił kroku, aby czemprędzej znaleźć się w grocie. Jakoż niebawem zatrzymali się przed wejściem do niej. Kaw-dier spostrzegł, że jakiś człowiek ostrożnie cofnął się do głębi podziemia. Zapewne stał on na czatach i posłyszawszy kroki zbliżających się osób obcych, pobiegł ostrzedz o tem swych towarzyszy.

Kaw-dier obejrzał się za siebie, a widząc, że pan Hartlepool i jego ludzie są już w pobliżu, wszedł do groty.

W tej atoli chwili błysnął oślepiający ogień i dał się słyszeć huk, jakby piorun uderzył w grotę.

To Lewis Dorick, który w tej chwili wraz ze swymi towarzyszami chciał opuścić podziemie, ujrzawszy niespodziewanie przed sobą Kaw-diera, wściekły z gniewu i przerażenia, rzucił bombę przed siebie i ta eksplodowała.

Ale zbrodniarz przerażony niespodzianem zjawieniem się Kaw-diera i w ciemności nie widząc, że przed nim stał Fred Moor i olbrzymi Sun, w pośpiechu rzucił niezręcznie bombę, Ta nie trafiła pod nogi Kaw-diera, lecz uderzyła w plecy Suna i dopiero upadła na skaliste dno jaskini, powodując straszliwy wybuch.

Kaw-dier stał u wejściu do groty, jak posąg, mając u kolan obejmującego go rękoma Piotrusia.

W tej chwili nadbiegł ze swymi ludźmi pan Hartlepool.

— Co to?... wybuch?... — pytał zaniepokojony. Co za szczęście, żeś pan ocalał!..

— Światła! — rozkazał Kaw-dier, zachowując zdumiewający spokój.

Zapalono pochodnie i oświetlono wnętrze groty.

Okropny widok uderzył oczy patrzących.

Skaliste wnętrze olbrzymiej jaskini zalane było krwią, wśród której leżały rozszarpane ciała Lewisa Doricka, Suna, Freda Moora. Kennedy omdlał i ogłuszony wybuchem leżał na ziemi jak bez życia. Sirdey przepadł gdzieś, zapewne ocalał i umknął z groty.

Z zadziwiającym spokojem, jakby się znajdował na pobojowisku, Kaw-dier pochylał się nad ciałami zabitych i badał, czy nie kryje się w nich jeszcze jaka iskierka życia.

Tymczasem pan Hartlepool ze swymi ludźmi związał Kennedego, który przyszedł do przytomności, lecz zapytywany przez Kaw-diera, co było przyczyną wybuchu, milczał jak zaklęty. Zdawało się, że człowiek ten zmysły utracił.

Zaczęły się jak najskrupulatniejsze poszukiwanie po wszystkich zakątków i galeryach olbrzymiej groty, tak w dolnych, jak w górnych jej piętrach.

Pan Hartlepool naraz krzyknął:

— Oto nasz proch skradziony!..

W istocie znalazł w zagłębieniu groty ukrytą beczułkę z prochem.

— Zbrodniarze długą gospodarkę obiecywali sobie, kiedy taki zapas prochu tutaj ukryli... — mówił do Kaw-diera.

Ten dopiero teraz widział, jak groźne niebezpieczeństwo groziło jemu i miastu.

Naraz uczuł, że czyjeś delikatne ręce chwytają jego rękę i czyjeś usta ją całują.

— Panie, ratuj Pawełka!.. Gdzie Pawełek, panie? — dał się słyszeć głos drżący Piotrusia.

Chłopczyna miał słuszność, że zatroszczył się o tego, który szczególnym zbiegiem okoliczności pierwszy natrafił na kryjówkę zbrodniarzy.

— A Zol?... gdzie Zol? — zaczął znowu chłopiec.

— Wierny mój Zol! — zawołał Kaw-dier — gdzie jesteś, dobre psisko?

Ciche, niewyraźne skomlenie dało się słyszeć w głębi ciemnej szyi groty.

— To Zol skomli — rzekł Kaw-dier — a przy nim zapewne znajdziemy Pawełka.

Świecąc sobie zapaloną pochodnią, Kaw-dier i pan Hartlepool wkrótce natrafili na miejsce, gdzie leżał skrępowany, z zakneblowanemi ustami Pawełek, a przy nim w kałuży krwi wierny Zol.

Kaw-dier w jednej chwili uwolnił z więzów nawpół omdlałego chłopczynę, poczem opatrzył ranę ulubionego swego Zola. Pies otrzymał pchnięcie nożem w szyję.

Przy starannem leczeniu i opiece była nadzieja, że można będzie utrzymać przy życiu to dobre psisko.

Tymczasem Pawełek odzyskał przytomność i ujrzawszy około siebie życzliwe i przyjazne osoby, mówił gorączkowo:

— Dorick mnie kazał związać Moorowi... Zol chciał mnie ratować, ale Fred Moor uderzył go nożem... Dziś w nocy Dorick miał rzucić bombę w pana Kaw-diera...

— Doricka już dotknęła ręka odwiecznej sprawiedliwości, ręka Tego, który nakazał, aby czyny nasze były dobre i szlachetne, aby słońce prawdy przyświecało ludzkości — rzekł poważnie pan Hartlepool.

Następnego dnia Kaw-dier udał się do więzienia, w którym zamknięto Kennedego okutego w kajdany. W drodze w smutnych pogrążył się myślach.

— Nic złego nie uczyniłem tym ludziom... Dlaczegóż chcieli mnie pozbawić życia?... Dlaczego powzięli szatańską myśl wysadzenia w powietrze ratusza?

Z pięciu spiskowców, którzy uknuli tę straszliwą zbrodnię, trzech zginęło wskutek nieostrożności i porywczości Lewisa Doricka. Pozostał Sirdey i Kennedy. Jeśli o ich każdym kroku Kaw-dier nie będzie wiedział, bezpieczeństwo miasta nie będzie zapewnione. Sirdey uciekł i trudno go będzie wytropić.

Kaw-dier, przejęty temi myślami, szybko wszedł na dziedziniec gmachu, w którym chwilowo Kennedy siedział zamknięty.

Na widok wchodzącego zbrodniarz zerwał się na równe nogi i zadrżał.

— Za chwilę usłyszę wyrok śmierci na siebie — pomyślał.

Brzęcząc kajdanami, opuścił głowę na piersi i zdawało się, że upadnie na ziemię, tak się chwiał na nogach.

Milczał, bo cóż mógł powiedzieć na swą obronę?

— Rany twoje — rzekł Kaw-dier — to zaledwie małe skaleczenie skóry... Szczęśliwie uniknąłeś śmierci...

— Pastwi się nade mną — pomyślał Kennedy — drwi, mówiąc, że uniknąłem śmierci w podziemiu... I cóż z tego?... Toć teraz zawisnę na szubienicy...

Jakież było jednak jego zdziwienie, gdy Kaw-dier, wskazując nań oczami pełnemi smutku, rzekł do pana Hartlepoola, który właśnie wszedł w tej chwili do izby więziennej:

— Każ pan zdjąć kajdany z rąk tego więźnia?

A zwracając się do Kennedego, rzekł tylko słowo:

— Precz!

Pan Hartlepool chciał zatrzymać Kennedego, chciał coś tłómaczyć Kaw-dierowi, lecz ten głosem stanowczym raz jeszcze powtórzył swoją wolę, aby więźnia uwolnić.

Stało się więc jak rozkazał.

Kennedy, nie dowierzając swoim uszom do ostatniej chwili z trwogą wielką spoglądał w spokojne, jakby z marmuru wykute, lica Kaw-diera, wreszcie przekonawszy się, że istotnie jest wolnym, pochylił się, jakby chciał do samej ziemi pokłonić się swemu wybawcy, poczem odwrócił się szybko i jak szalony wybiegł z więzienia.



ROZDZIAŁ VI.

Najazd.

Kaw-dier z iście ojcowską troskliwością zajął się losem Pawełka i Piotrusia, gdy po straszliwym wybuchu bomby w grocie, obaj chłopcy przyszli do zdrowia. Marzeniem Kaw-diera było założenie szkoły średniej technicznej i handlowej, a następnie uniwersytetu.

— Tacy dzielni chłopcy, jak Piotruś i Pawełek, w uczelniach tych powinni znaleźć światło wiedzy i stać się podporami przyszłej rzeczypospolitej na wyspie Hoste.

Po wypuszczeniu na wolność Kennedego żaden szczególny wypadek nie zamącił pracowitego życia codziennego mieszkańców wyspy.

Kaw-dier przewidywał jednak, że złe żywioły nie uspokoją się raz na zawsze. Beauval, Sirdey i Kennedy z ukrycia intrygować i knuć będą rozmaite zamachy. Ażeby zabezpieczyć ludność wyspy od wszelkich niespodzianek ze strony nieprzebierających w środkach awanturników, Kaw-dier za pośrednictwem pana Rodhesa, który bawił w Buenos-Ayres, sprowadził nowe zapasy prochu, kul i broni szybkostrzelnej.

Pod osobistem kierownictwem pana Hartlepoola, ćwiczono ludzi zaufanych we władaniu szablą i karabinem, Kaw-dier zaś wybrał kilkadziesiąt co najdzielniejszych koni i przeznaczył je pod wierzch dla oddziału kawaleryi przyszłej rzeczypospolitej. Nad oddziałem tym sam objął dowództwo.

Wielką radością dla Kaw-diera był ślub Halga z Gracyellą Ceroni.

Syn Indyanina Karro, zwanego także Karrolim, ze łzami wdzięczności dziękował swemu dobroczyńcy za staranne wychowanie, które dzięki jego wspaniałomyślności otrzymał. Wydobyło go ono z pośród tłumu nawpół dzikich jego współbraci i pozwoliło starać się o rękę Gracyelli i otrzymać za żonę tę dobrą, szlachetną dziewczynę. Halg z młodą swoją żoną postanowił pracować dla dobra swych rodaków, budząc wśród nich zamiłowanie do oświaty. Nawpół dzikich Indyan postanowił nauczyć pracy na roli, w warsztacie i w sklepie.

— Powinni i oni iść z postępem czasu — mówił do swej młodej żony, szczerze odczuwającej niedolę koczowniczego, napoły do zwierzęcego zbliżonego życia Indyan.

Kaw-dier bardzo był rad z tego usposobienia swego wychowańca, gdyż kilka plemion indyjskich, które dawniej znał i wśród których przebywał, osiedliło się obecnie w pobliżu Liberyi, to jest w nowym grodzie na wyspie Hoste, z taką gorliwością wznoszony przez rozbitków „Jonatana“.

Z Pattersonem tylko miał Kaw-dier wielce nieprzyjemne zajście, zmuszony będąc zagrozić temu człowiekowi zupełnem wydaleniem z wyspy.

Rozpożyczał on bowiem na wszystkie strony to mniejsze, to większe sumy pieniędzy, odbierając je później z tak wielką lichwą od nieopatrznych dłużników, że ci ostatni musieli zwrócić się o pomoc do Kaw-diera.

Zawezwany do wytłómaczenia się z takiego zdzierstwa, Patterson hardo odpowiadał i utrzymywał, że nikt nie ma prawa mieszać się do tego, co on robi ze swymi pieniędzmi.

Innego zdania był Kaw-dier, gromiąc ostro lichwiarza i ustanawiając prawny procent od pożyczonych przezeń dłużnikowi pieniędzy. Gdyby pobierał więcej, groziło mu wygnanie.

Patterson wracał i odgrażał się, lecz na razie musiał się poddać woli Kaw-diera.

W listopadzie 1885 roku, to jest w porze, gdy na wyspie zapanowały pierwsze cieplejsze dnie wiosenne, Kaw-dier, oglądający na wybrzeżu morskiem kilka nowych łodzi, zbudowanych pod jego kierunkiem i zwierzchnictwem w nowych warsztatach okrętowych, nagle spostrzegł na północnym skraju horyzontu w pełnym galopie pędzącego jeźdźca.

Koń jego pokryty był pianą, zdawał się nie dotykać kopytami stepu, kierując się wprost ku miejscu, gdzie stał Kaw-dier.

Tknięty jakiemś złem przeczuciem, Kaw-dier postąpił kilka kroków naprzód, gdy tymczasem jeździec osadził konia i zawołał:

— Niebezpieczeństwo grozi mieszkańcom wyspy!..

Co rzekłszy, szybko zeskoczył z konia, zbliżył się do Kaw-diera i coś szeptem doń mówił, gestykulując żywo rękoma i wskazując na północ, w stronę stepów i lasów.

W miarę, jak przybyły udzielał swych wieści Kaw-dierowi, ten z niepokojem spoglądał na północ i na miasto, poczem natychmiast udał się do gmachu zarządu miejskiego, wydał rozkaz, aby trzydziestu kawalerzystów dosiadło koni i sam wskoczywszy lekko na ulubionego swego siwego wierzchowca, dał znak i w pełnym galopie, na czele tego oddziału, popędził na północ, w stronę stepów.

W tej też chwili w mieście zaczęto głośno mówić, że na wyspę Hoste napadły w ogromnej sile hordy dzikich patagończyków, że nieprzyjaciel wylądował niespodziewanie, widocznie przez jakiegoś zdrajcę mając miejsca najmniej strzeżone wskazane.

Ledwie jednak zdążył zawiadomić o tem Kaw-diera ów jeździec na spienionym koniu przybyły, a ten już na czele swego wybornego oddziału kawaleryi podążył śmiało spojrzeć grożącemu w oczy niebezpieczeństwu i osobiście przekonać się, o ile wiadomość była prawdziwą i jak należy działać, aby odeprzyć zbrojne najście nieprzyjaciela.



ROZDZIAŁ VII.

Napad Patagończyków.

Gdy Kaw-dier, pędząc co koń wyskoczy na czele swego oddziału, dosięgnął wyniosłego wzgórza, po prawej stronie rzeki, nagle ujrzał w oddali, na skraju widnokręgu liczne oddziały jeźdźców, wywijających w górze włóczniami i wydających wojenne okrzyki.

Byli to nawpół dzicy Indyanie patagończycy.

Na niewielkich, lecz zwinnych koniach harcowali oni po równinie, tworząc coraz to większe oddziały.

Olbrzymi, pierwotny las zasłaniał wybornie miejsce, w którem wylądowali.

Kaw-dier podziwiał zręczny wybór przez Indyan tego miejsca do napadu na wyspę.

Wśród skalistego wybrzeża, osłonionego puszczą leśną, dzikie plemiona Indyan patagońskich z łatwością, niepostrzeżone przez nikogo wylądowały.

Z każdą chwilą przybywało coraz to więcej dzikich, coraz to wyraźniej słyszeć się dawały groźne okrzyki zapowiadające śmierć mieszkańcom nowo powstałego grodu.

Orlim swym wzrokiem Kaw-dier objął i policzył wrogów. Mogło ich być w tej chwili na równinie około pięciuset. Niektórzy uzbrojeni byli w karabiny starego systemu, jakie do niedawna były w użyciu w armii argentyńskiej.

Siła to była poważna, wobec której należało natychmiast zarządzić odpowiednie środki obrony.

Noc się zbliżała burzliwa. Indyanie łatwo mogli skorzystać z ciemności i napaść na miasto, wzniecić w niem pożar i wszcząć rabunek.

Najwidoczniej bowiem to było celem ich wylądowania na wyspie, wolnej dotychczas od wszelkich z zewnątrz napadów.

Sądząc po piórach kogucich i sępich, któremi przyozdobione były głowy indyjskich wojowników, należeli oni do plemion, które nader licznie zamieszkują archipelag sąsiedni i stepy Patagonii.

Skąd im jednak przyszła ochota do wyprawy na wyspę Hoste i jej gród stołeczny?.. Kto ich do tego podburzył?..

Nadaremnie w tej chwili Kaw-dier usiłował na to pytanie, które sam sobie zadał, znaleźć odpowiedź.

— Przedewszystkiem — pomyślał — należy dzikich powstrzymać w ich krwawych zamiarach... Wpadłszy do miasta, rozpoczną rzeź i rabunek, zniszczą wszystko, co z wielkim wysiłkiem i pracą powstało dla dobra ogólnego.

Działać należało szybko i bez najmniejszego wahania się.

Oto już pierwszy, czołowy oddział Indyan wypuścił konie galopem i z włóczniami wzniesionemi do góry, z dzikiem wyciem i gwizdaniem, popędził w stronę miasta, trzymając się prawego brzegu rzeki.

Kaw-dier, który wybornie rozumiał narzecza plemion indyjskich, słyszał jak przywódca oddziału zachęcał swych wojowników, aby wpadłszy do miasta, natychmiast wzniecili w niem pożar, wszystkich zaś, którzyby chcieli bronić swego mienia, zabijali, innych zaś brali do niewoli.

— Niewola u dzikich gorsza od śmierci — powiadał Kaw-dier i natychmiast zabrał się do czynu.

Z właściwą sobie stanowczością i bystrością umysłu, dał rozkaz, aby oddział jego zsiadł z koni, naszykował broń i gotów był do walki.

Uformowawszy następnie ze swych ludzi czworobok, najeżony ze wszystkich stron bagnetami nabitych karabinów, wychylił się z za wzgórza i śmiało zastąpił drogę pędzącym co koń wyskoczy napastnikom.

Jakkolwiek Kaw-dier miał w tej chwili tylko kilku zbrojnych żołnierzy, dawniejszych majtków z załogi „Jonatana“, odważnie jednak stawił ciało napastnikom.

Ci w pierwszej chwili zmieszali się, nie spodziewając się widać ujrzeć tak nagle, jakby z pod ziemi wyrosłego przeciwnika. Trwało to atoli zaledwie chwilę, poczem z ogłuszającym wrzaskiem dali ognia z swych strzelb i rzucili się na oślep, w szalonym pędzie na czworobok Kaw-diera.

Było ich około piąćdziesięciu. Stepowe ich, silne konie, choć niewielkiego wzrostu, jak wicher wpadły na oddział Kaw-diera.

Dał się słyszeć huk wystrzałów, głośna komenda, aby powtórnie dano ognia, poczem czworobok Kaw-diera nagle cofnął się w tył, pozostawiając przed sobą kilku zabitych Indyan i ich koni, kilku zaś dzikich rannych czołgało się w pobliżu; konie ich jak szalone, pobiegły z powrotem, szerząc popłoch i przerażenie w ostatnich szeregach napastników.

Czworobok Kaw-diera wykonał ruch udany i nowa salwa celnych strzałów powstrzymała dzikich i ostudziła ich zapał wojenny.

Przywódca ich pierwszy zawrócił i co koń wyskoczy, popędził do głównych sił Indyan, którzy w coraz to większej liczbie, opuszczając swe łodzie, zajmowali skraj lasu i wybrzeże morskie.

Kaw-dier nie ścigał uciekających, przeciwnie zabrawszy jeńców, cofnął się pod samo miasto.

Tu już pan Hartlepool i przybyły właśnie przed kilku dniami z Chili pan Rodhes szykowali z mieszkańców miasta zbrojny zastęp obrońców.

— Niebezpieczeństwo wielkie zagraża miastu — rzekł Kaw-dier, witając tych ludzi — należy natychmiast, korzystając z zapadającej ciemności nocy, zacząć sypać szańce i kopać fosę. Kto tylko żyje, niech do tej pracy pośpieszy!... Starzy i dzieci, mężczyźni i kobiety, wszyscy niech chwycą za rydle i motyki!.. Należy bronić się przed napadem dzikich barbarzyńców...

Rozkaz ten objął wnet całe miasło. Kto tylko żył, śpieszył do sypania szańców i kopania rowów i fosy, gdy tymczasem Kaw-dier, na czele co najdzielniejszych ludzi z bronią, gotową do strzału czuwał, aby odeprzeć natychmiast każdy nowy atak dzikich.

Przez całą jednak noc, która była wietrzna i słotna, Indyanie, paląc ognie w swym obozie, rozbitym pod lasem, ani razu nie napadli na obrońców miasta. Widocznie wypoczywali, sposobiąc się do walnej, w biały dzień bitwy, a może oczekiwali na nowe siły lub głównego wodza.

Dało to możność, że w ciągu tej nocy miasto Liberya, położone przy ujściu rzeki nad morzem, ogrodziło się od strony lądu od napadu Indyan wysokiemi szańcami i głęboką fosą.

O świcie Kaw-dier, pełniący wciąż straż na zewnątrz tak na prędce zaimprowizowanych fortyfikacyi, cofnął się po za nie i tutaj objął główne dowództwo nad wszystkiemi zebranemi zbrojnemi siłami Liberyi.

Jeszcze słońce nie weszło na niebo, gdy dzikie okrzyki Indyan dały znać, że szykują oni szturm do pozycyi oszańcowanych w celu zdobycia ich i wtargnięcia do miasta.

Atak hordy najeźdźców był tak gwałtowny, zastępy jej tak liczne, że tylko dzięki doskonałej broni szybkostrzelnej oblężonych zawdzięczali ci ostatni, że po wielkich stratach w zabitych i rannych, atak został odparty.

Dzicz patagońska, wydając wściekłe okrzyki, cofnęła się do swych namiotów na skraju puszczy szeroko rozłożonych.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 366

Zaledwie jednak oblężeni zdążyli zebrać z pobojowiska poległych i rannych, gdy nowa horda Indyan rzuciła się z większą jeszcze niż pierwsza zaciekłością na szańce oblężonych.

Trzeba było nadzwyczajnych wysiłków Kaw-diera, aby odeprzeć ten szturm z szaloną furyą przez dzikich wykonany.

Dopiero noc burzliwa położyła kres walce. Indyanie rozpalili ognie na skraju puszczy i przy nich gotowali sobie strawę. Liczne zaś ich oddziały bez wytchnienia harcowały wzdłuż i wszerz szerokiego stepu przed ufortyfikowaniami Liberyi.

Nocy tej dzicy zachowywali się spokojnie, widocznie odpoczywali. Pozwoliło to Kaw-dierowi i panu Hartlepoolowi pozakładać miny i przekopać nowe rowy przed głównym szańcem.

— Zguba nasza wobec liczebnej przewagi nieprzyjaciół jest pewna — rzekł Kaw-dier ze smutkiem do swych przyjaciół — tylko umiejętna obrona, prowadzona z odwagą i poświęceniem się zupełnem każdego z nas, może nam zapewnić zwycięstwo, a przynajmniej skuteczną obronę naszych kolonii i miasta. Miny, które przygotowaliśmy, powinny jutro skutecznie przeszkodzić dzikim w szturmach do naszych pozycyi.

Jakoż o świcie, dnia trzeciego od czasu napadu patagończyków, podczas nowego ich szturmu, Kaw-dier kazał podpalić miny. Nastąpił ogłuszający wybuch; bryły ziemi i oderwanych skał ze świstem i szumem rozpruły powietrze i dziesiątki dzikich legło pokotem wraz z końmi na miejscu podminowanem.

Poniósłszy tak wielką stratę, dzicy dnia tego nie przypuszczali już nowego szturmu.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 376

Korzystając z tego, Kaw-dier wydał niezbędne zarządzenia, co do zorganizowania służby szpitalnej i opieki nad rannymi. Otoczył też opieką dość znaczną liczbę jeńców nieprzyjacielskich, którzy dotychczas zamknięci byli w jednej z piwnic ratuszowych i cierpieli tam wszelkiego rodzaju udręczenia.

Ustanowiwszy nad nimi dozór, Kaw-dier umieścił ich w obszernym domu i wyznaczył pracę przy sypaniu nowych szańców od strony morza.

— Który z was rozumie po hiszpańsku? — zapytał jednego z jeńców.

— Ja — odrzekł jeden z dzikich, podnosząc się z ziemi i prostując swą silną, posągową postać.

— Jak się nazywasz? — zapytał Kaw-dier.

— Athinata, wódz i król potężnego niegdyś plemienia „Synów puszczy.“

— Dlaczego z bronią w ręku uderzyłeś na nas?... Nie byliśmy przecież twoimi nieprzyjaciółmi? — pytał dalej Kaw-dier, mierząc dzikiego swym smutnym, lecz poważnym i silnym wzrokiem.

— Bo tak kazał potężny nasz władca... Słuchać jego rozkazów jest moim obowiązkiem.

— W jakim celu więc napadliście na nas i nasze miasto?

— Aby zdobyć złoto i srebro, które tam się znajduje, zabrać do niewoli zdrową ludność i zrównać z ziemią miasto, które stało się przyczyną śmierci tylu naszych wojowników.

— Miasta nie zdobędziecie, bo ma ono sposoby obrony, wobec których w niwecz się obrócą wszelkie wasze wysiłki...

— Wojownicy patagońscy są tak liczni, jak gwiazdy na niebie — odrzekł Athinata. — Na miejsce dziesięciu poległych bracia ich sprowadzą stu nowych, i miasto uledz musi...

Kaw-dier z niecierpliwością wzruszył ramionami.

— Będzie to tylko niepotrzebny rozlew krwi, gdyż miasta nigdy wam nie poddam...

Dziki pochylił głowę, poczem spojrzał bystro w twarz Kaw-diera i rzekł głosem pewnym:

— Biały człowiek mówi, że miasto nie będzie nasze, a drugi biały człowiek zapewnił naszego wielkiego wodza, że miasto musi być nasze, wraz z wszystkiem złotem i wszystką ludnością... Biały człowiek nam to obiecał...

— Biały człowiek? — zapytał Kaw-dier zdziwiony. — Co za biały człowiek?

Ale Indyanin nic już więcej nie umiał, czy też nie chciał odpowiedzieć. Milczał już, posępny jak noc i głuchy na wszelkie pytania.

Najrozmaitsze przypuszczenia i podejrzenia powstały w myśli szlachetnego obrońcy Liberyi.

— Czy to czasami nie Beauval?... Czy nie Sirdey? — zadawał sobie pytania. — Nikczemnicy ci zdolni byli i do tej zbrodni. Tak, nikt, tylko oni sprowadzili hordy dziczy pod mury Liberyi, obiecując im obfite łupy w złocie i ludziach...



ROZDZIAŁ VIII.

Zdrajca.

W kilka dni od chwili wylądowania dzikich najeźdźców miasto Liberya napełniło się po brzegi szukającymi w niem schronienia kolonistami, mieszkającymi w głębi wyspy pod ochroną zbrojnych szańców i fos.

Niektórzy z nich przynosili okropne wiadomości o okrucieństwach, których się dopuścili Patagończycy na tych z pośród kolonistów, którzy nie zdołali schronić się do miasta. Mienie ich dzicy rabowali, domy niszczyli lub palili, jeńców pochwyconych zabijali lub poddawali okrutnym torturom. Biada temu, kto się dostał w ręce tych dzikich najeźdźców.

Ufni w swe siły i zgodnie z odwiecznym swym zwyczajem wojennym, mordowali bez litości starców i dzieci, małych i dużych. Przebaczenia nie znali i nie darzyli niem nikogo.

Widząc, jaki los ich czeka w razie zwycięstwa dzikich, mieszkańcy Liberyi z wielką gotowością i męstwem, od najmłodszego do najstarszego, pełnili służbę wojenną na szańcach i okopach, słuchali rozkazów Kaw-diera bez szemrania. Wykonywali oni ciężkie roboty przy kopaniu nowych rowów i dołów oraz sypaniu wałów z wielką gotowością i poświęceniem.

Dzięki temu miasto z każdą chwilą stawało się bezpieczniejszem, mniej narażonem na łup dzikich.

Umiejętnie pozakładane miny na przednich posterunkach oszańcowań i wśród nocy podpalane, nieciły przestrach i popłoch wśród oblegającej miasto hordy.

Gdyby jeszcze można było położyć tamę przypływowi dzikich na wyspę od strony morza, ciągłemu napływowi do ich obozu coraz to nowych oddziałów z głębi archipelagu, to z tymi, którzy oblegali Liberyę, Kaw-dier dałby sobie radę.

Niestety, przeszkodzić temu nie można było. Kaw-dier nie posiadał wcale zbrojnych okrętów. A tylko przy ich pomocy mógłby przeszkodzić wysiadaniu na ląd dzikich, zatamować przypływ ich na wyspę.

Czego jednak niemożna było zrobić w tej chwili, należało uczynić w przyszłości.

Niestrudzony Kaw-dier wysłał Karra wraz z Halgiem do Buenos Ayres, aby stamtąd wezwali na pomoc kilka okrętów wojennych. Wszelkie stąd wynikłe koszta Liberya gotowa zapłacić rządowi argentyńskiemu lub chilijskiemu.

— Może uda nam się utrzymać miasto do nadejścia tej pomocy. Ty Karro i ty Halg, najlepiej i najszybciej spełnicie to poselstwo. Nikt też tak, jak wy nie będzie umiał przepłynąć na czółnie wśród niebezpiecznych skał i raf nadbrzeżnych...

Tak mówił Kaw-dier, żegnając się ze swymi przyjaciółmi, którzy ochoczo tej jeszcze nocy udali się w niebezpieczną podróż morską.

Tejże nocy Kaw-dier prawie że nie zmrużył oczu, czuwając, czy straże spełniają należycie swe obowiązki.

A noc to była wietrzna i pochmurna.

Na jednem z najdalej ku północy wysuniętym szańcu z bronią w ręku, owinięty w płaszcz ciepły pełnił straż skąpiec Patterson, żywiący w głębi serca nienawiść do Kaw-diera, że nie pozwalał mu gnębić dłużników nazbyt wielkim, lichwiarskim procentem.

— Gdyby nie ten przeklęty Kaw-dier — mruczał Paterson, osłaniając swą tłustą twarz kapturem — majątek mój wynosiłby dziś trzy razy tyle, ile posiadam...

— Baczność! — dał się słyszeć głos Kaw-diera. — Czy straż czuwa?..

— Czuwa! — odrzekł niechętnie skąpiec.

— To dobrze, bo odpowiedzialność za utratę tego posterunku wielka... Gdyby przez opieszałość lub niedbalstwo twoje, panie Paterson, wróg tędy znalazł sobie drogę do następnego szańca, odpowiadałbyś za to głową... Uwaga więc i czujność aż do rana!..

Patterson odrzekł coś, że czuwać będzie niezmordowanie, że na najmniejszy ruch podejrzany ze strony nieprzyjaciół, nie omieszka natychmiast zaalarmować załogi.

— To twoim obowiązkiem — odrzekł Kaw-dier, oddalając się. — Biada temu, któryby go nie spełnił.

— Jedno słowo prośby — rzekł lichwiarz.

— Jakie?

— Dam trzy sztuki złota temu, kto za mnie pełnić będzie tą służbę na szańcach. Dam nawet więcej... Uwolnij mnie pan...

— To niemożliwe — odrzekł surowo Kaw-dier. — Każdy z obywateli Liberyi w chwili niebezpieczeństwa winien stawać w jej obronie z narażeniem życia. Okupywać się złotem byłoby czynem wielce brzydkim...

Patterson zaklął z cicha.

Gdy kroki odchodzącego Kaw-diera ucichły w oddaleniu, lichwiarz zazgrzytał zębami.

— Ach, nienawidzę tego człowieka, dla którego złoto zdaje się nie mieć żadnej wartości!...

Przez kilka godzin przeznaczonych na pełnienie straży, lichwiarz wyrzekał na los swój, przeklinał Kaw-diera, miotał obelgi na świat cały.

Nad ranem, gdy za godzinę miał się kończyć czas jego służby na okopach, lichwiarz usłyszał w głębi fosy jakiś podejrzany szelest.

Tak się przestraszył, że zaczął się trząść jak w febrze, zamiast natychmiast dać strzał na alarm.

— Patterson! — usłyszał nagle stłumione wołania stamtąd, przed chwilą coś zaszeleściło.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 384

Skąpiec zdumiony nachylił się i spojrzał w głąb fosy.

— Nie poznajesz mnie? — dał się słyszeć jakiś szept tajemniczy.

— Sirdey! — mimowolnie odrzekł Patterson, przestając trząść się ze strachu.

A po chwili szybko zapytał:

— Co tu robisz?... Uciekaj, nieszczęsny, gdyż Kaw-dier podejrzewa cię, że to ty sprowadziłeś dzikich pod mury Liberyi...

— Uspokój się, kochany przyjacielu!.. Kaw-dier nic złego uczynić mi nie może... Bodaj go piekło pochłonęło, nim przybył w te strony... Nie o tem chcę z tobą, drogi Pattersonie, pomówić... Ale powiedz, sam tu jesteś?.. Nie słucha nas kto w pobliżu?..

— Nikogo niema, mów śmiało, czego chcesz?...

— Zaraz ci powiem, ale pod jednym warunkiem: nie zbliżaj się do mnie, stój tam, gdzie stoisz obecnie...

Skąpiec zastosował się do żądania przyjaciela, i po chwili z głębi fosy wychyliła się głowa Sirdey’a, a następnie cała jego postać.

Wyglądał dziwnie. Od stóp do głowy był okryty skórami zwierząt, na głowie miał kilka piór kogucich, jak to jest we zwyczaju u wojowników indyjskich.

— Skąd się tu wziąłeś? — zapytał Patterson.

— Z obozu Patagończyków — odrzekł głucho Sirdey.

— Z obozu wrogów?.. — zdziwił się skąpiec.

— Od czasu opuszczenia wyspy Hoste przebywam wśród dzikich. Pragnąłem uciec morzem do Punta-Arenas, tymczasem zaraz w drugim dniu ucieczki mojej wpadłem w ręce dzikich...

— I co u nich robisz?

— Jestem ich jeńcem... Niewolnikiem...

— Co? — zdziwił się skąpiec.

— Patrz! — odrzekł Sirdey.

Mówiąc to, podniósł obie ręce do góry. Były okute w żelazne kajdanki, od których zwieszały się ku ziemi dwa długie mocne rzemienie.

— Oto widzisz jakiem jest moje życie wśród dzikich!... I teraz, gdy tu z tobą rozmawiam, za końce tych dwóch do głębi fosy zwieszonych rzemieni, trzymają mnie dzicy... Jestem jak pies na smyczy... Oto moja wolność...

Patterson cofnął się, słysząc, że dzicy są tak blizko niego.

Na tłustej jego twarzy odmalował się przestrach, zaczął drżeć znowu i coś niezrozumiale bełkotać.

— Czego się tak boisz? — pytał Sirdey.

— Dzikich — odparł skąpiec.

— Nie masz się czego lękać... Nic ci złego nie zrobią... Przeciwnie, możesz im być bardzo użytecznym.

— Ja?..

— Tak, ty!.. Słuchaj tylko!.. Dla mnie jest to kwestyą życia lub śmierci... Jednem słowem możesz mnie zgubić lub wrócić mi wolność. Posłuchaj tylko!... Od chwili napadu dzikich na Liberyę, posługują się oni mną, obiecują mi wolność, jeśli miasto łatwo wpadnie w ich ręce. Tymczasem, jak wiesz, przeklęty Kaw-dier broni miasta zapamiętale, dzicy giną, nadaremnie przypuszczając szturm po szturmie. Straty ich są wielkie... Reszty się domyślasz... Zagrozili mi śmiercią, jeśli nie spełnię obietnicy, którą nieopatrznie im dałem, że miasto łatwo wydam w ich ręce... Wiesz, kiedy spostrzegłem cię na szańcu, zadrżałem z radości... „Druh... druh! — pomyślałem — ten mnie ocali!“

— W jaki sposób?

— Wpuszczając nas wśród nocy bez wystrzału przez fosę za ten szaniec...

Patterson uczuł w piersi dziką radość.

— Byłaby to godna mojej nienawiści zemsta nad tym pyszałkiem Kaw-dierem — pomyślał — nad wszystkimi, którzy mną poniewierali, pogardzali... I za co?.. Za to, że za wypożyczanie swoich pieniędzy żądałem takiego procentu, jaki dla mnie był pożądany...

— Więc wpuścisz nas bez alarmu?

— To jest kogo?

— Mnie i pięciuset Indyan.

— Pięciuset?..

— Ci utorują drogę innym.

— Cicho! — zawołał Paterson, gdyż nagle usłyszał czyjeś kroki.

Sirdey zniknął w głębi fosy, jakby się w niej zapadł.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 388

— Co słychać? — dał się słyszeć w tej chwili głos pana Hartlepoole, który na czele kilku żołnierzy odbywał przegląd ranny straży nocnej przed zmianą jej na dzienną.

— Nic nowego! — odrzekł niedbale Patterson.

— Wszystko w porządku?.. W pobliżu nie zauważyłeś pan czegoś podejrzanego?...

— Bynajmniej...

— Chwała Bogu! — odrzekł pan Hartlepool i oddalił się szybko, idąc sprawdzać następne straże.

— Sirdey! — zawołał z cicha Patterson — jesteśmy znów sami.

— To dobrze!.. Pomówmy więc otwarcie. Czy nie wpuściłbyś nas dziś w nocy?...

— Ja? — odrzekł z udanem zdziwieniem Patterson. — Skąd ci przychodzą do głowy podobne myśli?.. Jakto, ja miałbym ci pomagać wpuścić dzikich do miasta, aby w niem rzeź okrutną sprawili?.. Chybaś oszalał!..

— A gdy dzicy i bez twojej pomocy, mój przyjacielu, zdobędą miasto?.. Z każdym dniem przybywa ich od strony morza coraz więcej... Miasto wkrótce uledz musi... Na nic się nie zda wszelka obrona... Pomyśl wtedy, mój miły Patterson, co się stanie z tobą?.. Kto zaręczy, czy to nie twoja szanowna głowa zostanie najpierw oskalpowana?.. Czy dzicy nie ciebie najpierw, jak zająca słoninką, naszpikują zatrutemi strzałami?... Pomyśl dobrze!.. zastanów się i dopiero decyduj!..

— Hm!.. — mruknął Patterson — co ty wygadujesz?

— Ostrzegam cię tylko!.. Pamiętaj, że miasto tak czy owak, wcześniej czy później, zdobyte będzie... Czy nie lepiej, że los ci sprzyja?.. Zgódź się i daj słowo, że nas dziś w nocy wpuścisz za szańce...

— To być nie może! — rzekł Patterson.

— To będzie bardzo łatwo! — upierał się Sirdey. Wiedz, że pierwszy oddział, złożony z pięćdziesięciu dzikich, gdy zajmie ten szaniec, będziesz wśród nich jak u siebie w domu...

— Nie... nie mogę tego zrobić!.. Chyba... chyba, że dzicy zapłacą mi...

Sirdey z radością podchwycił te ostatnie słowa.

— Dzicy zapłacą... tak zapłacą ci dobrze za tę przysługę...

— Ile? — zapytał krótko skąpiec.

— Tysiąc piastrów[3]!

— Tylko tyle?.. A czy prawdę mówisz, drogi Sirdey?— pytał Patterson.

— Prawdę szczerą...

W oczach skąpca zabłysnął złowrogi ogień oburzenia.

— Dodajcie jeszcze dwieście piastrów...

— To niemożliwe... Ani grosza więcej! — odrzekł stanowczo Sirdey.

— Chociaż sto dodajcie...

— Tysiąc... ani grosza mniej, ani więcej...

— To cała sprawa na nic!.. Szukajcie sobie kogo innego! — upierał się lichwiarz, pragnąc koniecznie coś jeszcze wytargować za swą haniebną przysługę.

Sirdey zniecierpliwił się.

— Zgoda więc... dostaniesz zatem tysiąc sto piastrów, tylko skończmy już tę sprawę...

— A więc skończyliśmy — odrzekł Patterson.

— Wiedz tylko, drogi przyjacielu, że jeśli to robię za tak śmiesznie drobną sumę, to tylko dla ciebie... tylko przez przyjaźń dla ciebie...

— Dziękuję ci!.. — odparł szyderczo Sirdey. — Mam jednak pewne wątpliwości, czybyś ty, nietylko mnie, ale i samego siebie za złoto nie sprzedał!

— Nie żartuj!.. To do rzeczy nie należy!.. przytem czas nie po temu!.. Lepiej mów, kto i gdzie mi pieniądze zapłaci?..

— Ja sam ci wypłacę... jutro o północy... Czuwaj!..

— Wybornie... Sprawa więc umówiona... Od ciebie Sirdey zależy teraz, no, i od twoich dzikich, abym całą sumę w całości otrzymał.

— W całości nie — odparł Sirdey — otrzymasz przed wpuszczeniem nas do miasta osiemset piastrów, a po zdobyciu go resztę...

Patterson namyślał się chwilę, potem odrzekł:

— Niech i tak będzie...

— A więc układ skończony?

— Skończony — odrzekł zdrajca głosem stłumionym.

I po chwili zarośla zaszeleściły, Sirdey zniknął z oczu Pattersona.

Gdy ranek zajaśniał na niebie, straże sąsiednie ujrzały Pattersona nad fosą z rydlem w ręku, zajętego umacnianiem nadbrzeżnej palisady.

Robił to z chwalebną na pierwszy rzut oka gorliwością, jakby chciał w oczach obrońców miasta okazać, że również, jak i oni, pracuje.

Ktoby jednak uważnie był przyjrzał się tej jego gorliwej pracy, przekonałby się, że Patterson zamiast wzmacniać podkopywał palisady, czyniąc je łatwemi do obalenia.

Pod wieczór Patterson ostatnie palisady popodkopywał, poczem zaczął się spokojnie przechadzać po szańcu.

Wiedział on, że gdy północ wybije, Sirdey przyniesie mu umówioną sumę. Wszystko składało się jak najlepiej. Nikomu z obrońców Liberyi ani na myśl nie przyszło, że zdrajca jest tuż-tuż i że życiu każdego z nich i mieniu grozi zguba.

A tymczasem tak było, gdyż Sirdey wśród głuchej nocy nagle wychylił się z głębi fosy i zawołał stłumionym głosem:

— Patterson!

— Czuwam! — brzmiała krótko odpowiedź.

— Spełniłeś, coś przyrzekł?

— Tak, ale tylko w połowie. Palisadę na pewnej przestrzeni macie podkopaną. Dzieckoby ją przewróciło...

— Wybornie! Jutro więc kończ, coś przyrzekł, my zaś nocą wpadniemy tędy do miasta.

— A piastry masz? — zapytał skąpiec.

— Mam... Oto są!

Paterson uczuł, że u stóp jego Sirdey złożył worek skórzany, którego zawartość nie była lekką.

Ucieszony pochwycił złoto z workiem pod pachę i zaczął uciekać ze stanowiska.

Po chwili zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Podobnym był wtedy do Judasza, który za srebrniki sprzedał ukochanego Mistrza.



ROZDZIAŁ IX.

Kara.

Nazajutrz Patterson w dalszym ciągu pracował niby nad umocowaniami palisady na szańcu. Widząc tę jego gorliwość w pracy, pan Hartlepool uczuł doń sympatyę.

— Niesłusznie — rzekł do Kaw-diera — podejrzewaliśmy Pattersona o brak uczuć lepszych, o obojętność dla spraw ogółu... Pracuje on na szańcu od świtu do nocy.

— A jednak ja nie ufam temu człowiekowi — odrzekł Kaw-dier, do którego w tej chwili z tajemniczą miną zbliżył się Pawełek.

Chłopak od chwili przygody w grocie, gdzie dzięki tylko Kaw-dierowi wraz z Piotrusiem uniknął niebezpieczeństwa śmierci, poprostu ubóstwiał swego dobroczyńcę.

— Ekscelencyo! — rzekł Pawełek, całując w rękę Kaw-diera.

— Nie mów mi ekscelencyo! — rzekł surowo tenże — prosiłem cię już o to, mój synu!

— Kiedy ja nie mogę nie uczcić, nie oddać panu hołdu, jak księciu, jak królowi, jako jednem słowem władcy!.. Gdyby nie pańska energia i władza, dzicy do tej chwili spaliliby już nasze piękne miasto... Ach, nie gniewaj się na mnie, panie!.. I w tej chwili przychodzę do ciebie z nader ważną sprawą... Ekscelencyo, tylko ty ocenisz, co za nowe niebezpieczeństwo grozi miastu.

— Jakie? — zapytał mimowolnie Kaw-dier.

— Zdrada! — odparł żywo Pawełek, który nad wiek swój miał umysł bystry, a serce gotowe do poświęcenia i ofiary.

— Zdrada? — zapytał Kaw-dier. — Czyś się zastanowił, coś powiedział?

— Tak. Od dwóch dni czatuję w trawach, w pobliżu szańca, na którym straż powierzyłeś, panie, Patersonowi. Wczoraj wśród traw tych usłyszałem szmer i jakieś głosy... Jeden był Patersona, drugi Sirdeya...

— Sirdeya? — zapytał zdumiony Kaw-dier. — Chyba cię słuch omylił?..

— Nie... Ani słuch, ani wzrok mnie nie omylił, gdyż dziś z rana, o świcie, widziałem wśród traw, jak wraz z kilku dzikimi Patagończykami oddalał się od stanowiska Patersona Sirdey, mając ręce związane rzemiennemi sznurami, których końce trzymali dzicy.

— Sirdey wśród Patagończyków! — powtarzał zdumiony Kaw-dier.— A więc jest to pewnie ten sam biały człowiek, o którym wspominał czerwonoskóry jeniec Athinata... Czyś tylko pewny, że to był Sirdey?

— Jak pewny jestem, że was teraz widzę, panie!

— Sirdey... Patterson... — powtarzał Kaw-dier. — Ależ to cud, że wpadłeś na trop takich zbrodniarzy, mój chłopcze!.. Bóg nam cię zesłał...

— To jeszcze nie wszystko, panie! Sirdey rzucił pod nogi Pattersonowi jakiś worek, który podali mu z głębi fosy dwaj dzicy...

— Ależ to wiadomość pierwszorzędnej wagi!.. — Mój Pawełku, zaklinam cię, nie mów o tem ani słowa do nikogo... Słyszysz, nie mów!.. Nie mów ani do pana Rodhesa, ani do Hartlepoola... A teraz idź do mojego mieszkania i odpocznij, mój dzielny chłopcze!..

Paweł odszedł.

— Przedewszystkiem nietrzeba rzucać popłochu, że znajdują się zdrajcy wśród obrońców Liberyi — mówił do siebie Kaw-dier. — Działałoby to w sposób bardzo ujemny... Na szańcu, strzeżonym przez Patersona, rozstrzygną się wkrótce losy moje i Liberyi...

— Co słychać nowego? — zapytał po chwili Kaw-dier pana Hartlepoola.

— Wszędzie spokój... Straże czuwają.

— A gdzie Patterson? Nie widzę go na posterunku...

— Prosił, aby mu na godzinę pozwolić pójść do domu. Niebawem wróci. Był tak pilnym w ciągu dwóch ostatnich dni, że chętnie zwolniłem go na tak krótki odpoczynek.

— To dobrze.

Nigdy może Kaw-dier nie był tak czynnym, jak dnia tego, gdy Pawełek wyjawił mu tak ważną tajemnicę. Wszystkich ludzi, wolnych od pełnienia straży na szańcach, zebrał na wielkim placu miejskim, rozdzielił tę wcale pokaźną siłę zbrojną na dwa oddziały, nad którymi główne dowództwo sam objął, poczem dał rozkaz surowy, aby w jaknajwiększej ciszy zajęły stanowiska w pobliżu rzeki, tuż przy pierwszych szańcach obronnych Liberyi.

Gdy noc zapadła, Kaw-dier nagle kazał strażom stojącym na drugim szańcu obronnym opuścić swe stanowiska. Uczyniono to w ciszy tak wielkiej, że Patterson, pan Hartlepool i inne straże, pełniące swą służbę na pierwszym czołowym szańcu, wcale nie spostrzegły tego.

— A teraz podminować to miejsce! — rozkazał głosem stłumionym.

W myśli zaś dodał sam do siebie:

— Jeśli Liberya dziś nie da należytej odprawy dzikim najeźdźcom, w takim razie uledz musi i wpadnie w ich ręce. Los jednak zrządził, że jestem panem tajemnicy, kiedy i którędy główny atak nieprzyjaciel przypuści. Zdrada Pattersona nie będzie teraz tryumfem dla najeźdźców, lecz ich pogromem. Dzicy wpadną w pułapkę, w której główne ich siły zmarnieją... Gdybym jednak nie był wiedział o zdradzie Pattersona i o przygotowanym dziś w nocy napadzie dzikich, z pewnością Liberya padłaby pod ciosami wrogów.

Kaw-dier, oparty na rękojeści swej szpady, owinięty w płaszcz żołnierski, podniósł smutne oczy ku niebu, na którem z po za chmur ukazywać się zaczęły blade gwiazdy.

— O, wy miłe światła niebieskie! — zawołał wzruszony — będziecie świadkami, że nie ja jestem przyczyną tego rozlewu krwi i tej zguby wielu istnień ludzkich. Wstrętną mi jest wszelka brutalna walka, w której ginie życie ludzkie, ten najcenniejszy dar niebios. Poświęcając wiele, może tyle, ileby nikt z ludzi poświęcić nie mógł, aby mieć możność żyć zdała od tego wszystkiego, co tchnie niewolą, przymusem, krwawą wojną i koniecznością rozkazywania innym, dziś muszę sam zakładać miny, stawać na czele zbrojnych szyków, prowadzić je w bój krwawy. Czy mogę się od tego usunąć?... Nie!... gdyż przez to śmiercią wielu niewinnych, będzie zagładą cywilizacyi, tryumfem barbarzyństwa! Nie, honor cofnąć się nie pozwala... Tak, honor i sumienie... Gdybym to uczynił, na miejscu kwitnącego dziś miasta Liberyi byłyby jutro ruiny i zgliszcza...

Umilkł i objął wzrokiem szeroko w dolinie rozpostarte miasto, jego gmachy i domy, w których błyszczały tysiączne światła i powtórzył wzruszony:

— Tak, honor i sumienie każą mi cię bronić z narażeniem własnego swego życia!...

Rzekłszy to, Kaw-dier udał się do oczekujących nań zbrojnych szeregów, wśród których pozostał do samej północy, rozstawiając rozmaite oddziały w różnych miejscach, w ten sposób, aby dzikim nie udało się zdobycie miasta szturmem przy pomocy zdrady Pattersona.

Było już dobrze po północy, gdy wśród ciszy i ciemności Sirdey poprowadził ku szańcowi Liberyi pierwsze, co najsprawniejsze w rzemiośle wojennem szeregi Patagończyków.

Wiedząc o zamiarach wrogów, Kaw-dier wyzyskał tę ważną dla siebie okoliczność i postanowił dać dzikim stanowczą odprawę.

Ukrywszy się wraz z kilku zbrojnymi w fosie, Kaw-dier około północy usłyszał szelest wśród traw i ciche stąpanie dość licznego oddziału jeźdźców.

To pierwszy, czołowy oddział Patagończyków, osłonięty ciemnością nocy, pewny łatwego zwycięstwa, zbliżał się do placówki zdrajcy Pattersona.

W tej chwili księżyc wysunął się z za chmur i Kaw-dier ujrzał, jak Patterson ręką dawał dzikim jakieś znaki, jak później wskazywał im, gdzie palisada była najsłabszą.

— Nikczemnik! — szepnął z gniewem.

Korzystając ze wskazówek zdrajcy, czołowy oddział dzikich wkrótce przebył fosę, wdarł się na szaniec, przewrócił z łatwością palisadę i jak wezbrany potok wdarł się do wnętrza obwarowań Liberyi. Pędził śmiało naprzód, gdyż za nim skradał się drugi, trzeci, czwarty i piąty oddział, a za nimi cała horda, z wodzami na czele, gotowała się do opanowania grodu.

— Za godzinę najdalej Liberya przestanie istnieć! — szepnął Patterson, i z iście szatańską radością przyciskał rękoma do piersi skórzany worek z resztą pieniędzy, które otrzymał za swą zdradę.

— Tędy... tędy... śpieszcie się! — wołał, wskazując nieprzyjaciołom drogę do miasta. — Nim się opamiętają zaspani Liberyjczycy, będziecie tutaj panami!

Oddziały dzikich w ciszy, ze strzelbami, z łukami, z siekierkami, w pogotowiu do srogiej, krwawej walki, skradały się w mroku nocnym, zajmując coraz to większą część szańca. Wydawało się, że to stado tygrysów czołga się, aby zadać cios śmiertelny przeciwnikowi.

Nagle Pattersonowi przyszło do głowy, czy nie został podstępnie oszukany, czy nie zamało otrzymał pieniędzy, gorączkowo więc zaczął rozwiązywać worek.

Wtem ogłuszający huk, jak grom, zahuczał w powietrzu.

Na zbitą masę Patagończyków spadł nagle grad kul, dał się słyszeć gromki głos Kaw-diera:

— Ognia!

Zagrzmiały wystrzały, zaświstały złowrogo kule, dał się słyszeć bojowy okrzyk Patagończyków.

Zaskoczeni niespodziewanie ogniem Kaw-diera, dzicy zatrzymali się i zawahali.

— Zdrada! — zawołał jeden z ich dowódców.

— Biały człowiek nas zdradził!...

W jednej chwili ku Pattersonowi pochyliły się lufy strzelb patagońskich, zagrzmiała salwa i skąpiec padł na ziemię, jak martwy.

Po chwili, gdy Patagończycy rzucili się do boju, poruszył się, chciał powstać, uciekać, wnet jednak runął znowu na ziemię. Był ranny, omdlał.

Tymczasem Kaw-dier, na czele głównego oddziału obrońców Liberyi, zaatakował dzikich z boku, gdy inny oddział otworzył na nich silny ogień karabinowy z przeciwnej strony.

Jednocześnie zapalono miny na przednich stanowiskach oszańcowań, które wybuchnęły z ogłuszającym hukiem, stokrotnie powtórzonym przez sąsiednie skały i lasy. Zdawało się, że ziemia rozstąpiła się, aby pochłonąć barbarzyńskich najeźdźców.

Główna horda, gotująca się do szturmu, widząc zgubę swoich, którzy znaleźli się na miejscach podminowanych w chwili wybuchu, cofnęła się nagle, zamiast dążyć swoim wcześniej wysłanym, wyborowym oddziałom na pomoc.

Oddziały te, odcięte w ten sposób od głównych swych sił, ginęły wśród morderczego ognia krzyżowego obrońców miasta, ale ginęły, walcząc z całą zawziętością i zaciekłością, właściwą dzikim synom puszczy. Widząc, że wpadli w pułapkę, wodzowie tych oddziałów parli się naprzód, mając jeszcze nadzieję, że szaloną swą odwagą otworzą drogę głównym siłom do przypuszczenia ogólnego szturmu i zdobycia miasta.

Ale Kaw-dier zrozumiał, że nadeszła decydująca chwila, że jeśli teraz nie da stanowczej odprawy dzikim, to sprawa może nagle wziąć bardzo zły obrót dla oblężonych. Dzicy uderzą wszystkiemi siłami i korzystając z swej wielkiej przewagi liczebnej, zdobędą Liberyę.

Staje więc na czele swego oddziału, wzywa pana Rodhesa i niepostrzeżenie wśród ciemności otwiera ogień karabinowy na główne siły Patagończyków, oszołomione wybuchem min i rozpaczliwą walką swej awangardy.

Miarowy ogień karabinowy ukrytych wśród fosy, zabezpieczonej od strony stepów minami, razi jeźdźców patagońskich, spłoszone ich konie rzucają się wśród ciemności jak szalone.

Wodzowie dzikich, nie widząc wroga, który sieje wśród nich zniszczenie, w wściekłym gniewie rzucają się naprzód, lecz nowy wybuch min rzuca w ich szeregi popłoch. Straciwszy znaczną część co najdzielniejszych wojowników, wydają przeraźliwe okrzyki, nakazujące odwrót. Niestety, pięć przednich oddziałów, które przekroczyły szaniec, na którym straż trzymał Patterson, już nie może wrócić do swoich. Część ich poległa, część poszła w niewolę.

Kaw-dier w tej bitwie, korzystając ze zdradzonej tajemnicy wroga, wykazał zalety pierwszorzędnego wodza. Liberya tylko jego zimnej krwi, jego przytomności umysłu, jego odwadze i dzielności zawdzięczała, że nie została zdobyta tej pamiętnej nocy. Gdy świt zajaśniał na niebie, na pobojowisku zapanowała cisza. Zbierano rannych, grzebano zabitych. Kaw-dier troskliwie ratował rannych, urządzał szpital polowy.

Wśród rannych spostrzegł Pattersona.

Wstrząsnął się oburzony na widok nikczemnego zdrajcy, lecz w imię miłości bliźniego sam opatrzył jego rany, które nie były śmiertelne i dał rozkaz, aby rannego umieszczono w szpitalu.

— Odpowie przed sądem za swój haniebny postępek — rzekł do otaczających go osób. — Pieniądze, które przy nim znaleziono, niech będą obrócone na zasiłek dla wdów i dzieci po poległych obrońcach Liberyi.

O wschodzie słońca wśród obozowiska Patagończyków nagle powstał ruch i bieganina. Obozowisko zwijano, dzicy wojownicy zabierali się do odpłynięcia z wyspy.

Lotne ich czółna już szykowano do żeglugi. Dzicy dosiadali koni, zwoływali się, formowali w szeregi i zwolna, oddział za oddziałem, z bronią opuszczoną ku ziemi, dążyli nad brzeg morski.

Stojąc na jednym z szańców, Kaw-dier z radością przyglądał się temu odwrotowi dzikich. Kto tylko żył w Liberyi, podążył w tej chwili na szańce. Radosne okrzyki rozlegały się wszędzie:

— Wróg odparty!... Wróg ustępuje!...

Okrzyki ogólnej radości wśród zebranej na szańcach całej niemal ludności Liberyi towarzyszyły przez kilka dni opuszczającym wyspę Patagończykom. Gdy ostatnie ich szeregi zbliżyły się czwartego dnia do brzegu morza, aby wsiąść na łodzie, Kaw-dier dostrzegł, że jeden z Indyan trzyma na wysokiej tyce zatknięty jakiś okrągły przedmiot, owinięty w szare płótno. Przedmiot ten Patagończycy pozostawili na wyspie, zatknąwszy ową tykę głęboko w piasku.

Gdy wreszcie ostatnie łodzie dzikich najeźdźców zniknęły w dali morskiej, gdy wyspa Hoste była zupełnie wolna od wrogów, kilku ludzi z Halgiem na czele udało się na wybrzeże, aby się przekonać, czem był właściwie ów dziwny okrągły przedmiot, pozostawiony przez dzikich na wybrzeżu.

Gdy Halg zbliżył się do tyki i silnem pchnięciem ręki przewrócił ją, ów przedmiot okrągły nagle potoczył się po żółtym piasku wybrzeża, a poza opadłych z niego szmat ukazała się ucięta głowa ludzka.

Halg krzyknął przerażony, zasłaniając sobie oczy.

— To głowa Sirdey’a! — zawołał jeden z jego towarzyszy.

— Skądże Sirdey wziął się wśród dzikich? — pytał Halg.

Nie wiedział on bowiem, że to właśnie Sirdey był owym białym człowiekiem, który obietnicami łatwej zdobyczy naprowadził dziką hordę Patagończyków na wyspę Hoste i miasto Liberyę.

Straszliwa kara spotkała zdrajcę z ręki barbarzyńców, których chciał użyć za narzędzie swej zemsty nad współbraćmi.

Kaw-dier kazał pogrzebać te krwawe ohydnego zdrajcy szczątki, na wybrzeżu zaś poustawiał liczne straże.

— Należy się mieć jeszcze na ostrożności, gdyż dzicy mogą powrócić, w nadziei, że upojeni radością zwycięstwa, nie przedsięwzięliśmy już żadnych środków obrony.

Ale upłynęło kilka dni w zupełnej ciszy od strony morza. Najwidoczniej Patagończycy już nie mieli zamiaru ponawiać swego najazdu.

Wojnę z nimi uważać należało za skończoną.

Pewnego dnia z rana Kaw-dier udał się do więzienia, gdzie przebywali jeńcy patagońscy.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 404

Athinata z przerażeniem podniósł się z ziemi, spodziewając się usłyszeć wyrok śmierci na siebie.

— Nie lękaj się — rzekł Kaw-dier — jesteś wolnym!

— Wolnym?.. — wykrzyknął z radością, a zarazem niedowierzająco dziki.

— Tak, wolnymi są także twoi towarzysze. Wiedz, że twoi współbracia, dzicy wojownicy patagońscy, przegrali bitwę pod murami Liberyi: opuścili wyspę. Idź do nich wraz z uwolnionymi twymi towarzyszami i powiedz, że gnębić bliźnich niewolą jest rzeczą wstrętną, którą się brzydzę...

Athinata patrzył przez chwilę osłupiały na Kaw-diera, poczem upadł mu do nóg i dziękował ze łzami za otrzymaną wolność.

— Athinata pójdzie do swoich i powie im, że niema potężniejszego wodza i mężniejszego człowieka nad Kaw-diera! — wołał, opuszczając więzienie.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 408

W miesiąc później, gdy Patterson mógł już opuścić szpital, wyleczony z ran, które otrzymał na szańcach Liberyi w chwili wpuszczania na nie wroga, Kaw-dier oddał go sądowi.

Najpoważniejsi wiekiem koloniści, z p. Rhodesem i Hartlepoolem na czele, wydali nań wyrok śmierci.

— Judaszem byłeś... niech cię spotka los Judasza, który się sam obwiesił...

Kaw-dier wyrok ten zamienił, skazując Pattersona na wieczne z wyspy Hoste wygnanie; na zmianę tę, po krótkiej naradzie, zgodzili się wszyscy sędziowie.

Pattersona natychmiast odprowadzono na wybrzeże, wsadzono do łodzi, która odpływała do Chili i przeczytano wyrok.

Nie wolno mu było nigdy wrócić na wyspę pod grozą wiecznego więzienia.



ROZDZIAŁ X.

Złoto.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 464

— Moje złoto, gdzie moje złoto?... — wołał z rozpaczą skąpiec.

Patterson, przyprowadzony na brzeg morski, głośno wyrzekał, starając się przekonać odprowadzających go, że po raz drugi nie dopuści się już podobnej zbrodni. Nie słuchano go. Wtedy zaczął wołać ten nawpół oszalały skąpiec:

— Moje złoto!... gdzie moje złoto?... ja oszaleję, gdy mi nie oddacie mojego złota!...

— Twoje złoto — to judaszowe srebrniki — odpowiedział mu pan Rhodes. — Zaprowadziłoby cię na szubienicę... Opamiętaj się, podziękuj Bogu, że pozwala ci odpokutować za twoje ciężkie zbrodnie, za wyzysk ubogich, za zdradę swoich... Uciekaj z tych miejsc i nie wracaj tu nigdy... Pamiętaj, że odtąd masz w pracy szukać ocalenia. W przeciwnym razie czeka cię los Judasza...

Patterson już nie opierał się, zaczął tylko coś bełkotać niezrozumiale, przyczem nie chciał wsiąść do oczekującej nań łodzi. Przemocą go więc do niej wsadzono i odwieziono do oczekującego w przystani parowca, który miał odpłynąć do Chili. Kapitan tego statku otrzymał polecenie, aby skazanego wysadził na ląd w jednym z portów chilijskich.


......................................


Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 426

Po uwolnieniu wyspy od wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, Kaw-dier, przy pomocy pana Rhodesa i Hartlepoola, z właściwą sobie energią zabrał się do pracy nad urządzeniem kolonii w ten sposób, aby wszyscy czuli się na wyspie bezpieczni i swobodnie mogli pracować dla własnego szczęścia.

Od świtu do nocy niepospolity ten człowiek odbywał narady z inżynierami, lekarzami, budowniczymi i kupcami, którzy przybyli do Liberyi z Argentyny i Chili, postanawiając tutaj się osiedlić.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 444

Piękna, obszerna, równająca się Francyi wyspa, posiadająca port i miasto przedstawiała się ponętnie dla emigrantów całego świata. To też zaczęli przybywać tłumnie. Nie było miesiąca, aby okręty amerykańskie i europejskie nie wysadzały w porcie Liberyi kilkuset wychodźców. Wszystkich witano chętnie, wyznaczając im wolne obszary ziemi w głębi wyspy.

Upłynęło lat kilka w pokoju i pracy, i niktby nie poznał wyspy Hoste, tak się wszystko na niej zmieniło. Gdy po raz pierwszy stanęli na niej rozbitki z „Jonatana,“ była dziką i pustą, dziś wrzało na niej życie, liczne wioski i miasteczka powstały nad brzegami jej rzek, a Liberya, jako stolica, niczem się już nie różniła od miast świata cywilizowanego. Posiadała gmachy i instytucye społeczne, jak kościoły, szkoły, szpitale i t. p.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 416

Kawdier, Hartlepool i Rhodes podziwiają światło latarni morskiej w porcie Liberyi.

Spełniło się też jedno z najgorętszych marzeń Kaw-diera — w porcie liberyjskim zajaśniało światło latarni morskiej.

Była to wielce uroczysta chwila, gdy Kaw-dier, pan Hartlepool i Rhodes ujrzeli wśród nocy oświetlone najniebezpieczniejsze dla żeglugi wybrzeża skaliste, w których pobliżu niegdyś rozbił się „Jonatan.“

Teraz każdy okręt bądź wśród ciemnej nocy, bądź podczas burzy, będzie miał przed sobą zbawcze światło olbrzymiej latarni morskiej w porcie Liberyi. Tutaj się skieruje, tutaj podąży, tutaj znajdzie ocalenie.

Dziesiątki, setki, tysiące podróżnych, zaskoczonych burzą, zawdzięczać będzie odtąd swe życie temu zbawczemu światłu latarni, której dotychczas brakło w tych niebezpiecznych dla żeglugi miejscach.

Ale w chwili najpomyślniejszej dla nowego społeczeństwa na wyspie Hoste, gdy wszystko zapowiadało najpiękniejszy jej rozwój, gdy Kaw-dier blizki był urzeczywistnienia drugiego swego gorącego marzenia, to jest miał założyć fundamenta pod uniwersytet i politechnikę, stało się nagłe nieprzewidziane nieszczęście.

Kilku wychodźców niemieckich, osiedlonych wgłębi wschodniej, górzystej części wyspy, łowiąc ryby nad brzegiem jednej z licznych rzeczek, które tu płynęły, znalazło piasek złoty.

Odkrycie to wywołało wielki przewrót i zamęt na wyspie.

Zapanował chaos, rozległ się okrzyk:

— Złoto!... znaleziono złoto!

I dziesiątki, setki kolonistów rzuciło się do gorączkowego poszukiwania złota.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 434

Wkrótce brzegi rzeki złotodajnej pokryły się mrowiem ludzkiem. Piasek złoty, choć skąpo, lecz znajdowano w różnych miejscach tej części wyspy. Ci i owi z poszukiwaczy wydobywali go w początkach nawet znaczne ilości, innym szczęście wcale nie dopisywało.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 456

Rozgłos jednak, że znaleziono złoto, wkrótce sprowadził na wyspę setki różnego rodzaju awanturników, myślących tylko o nagłem, a łatwem i bez pracy wzbogaceniu się. Ludzie ci, zawiedzeni w swych nadziejach, miesiące całe, grzebiąc nadaremnie w piasku rzecznym, wkrótce stali się okropną plagą wyspy.

I stała się rzecz dziwna: mieszkańcom Liberyi zagroził głód. Żądza zdobycia w łatwy sposób majątku tak zaślepiła znaczną część kolonistów, że zapomnieli o uprawie roli, o hodowli zwierząt domowych, o najpilniejszych sprawach życia codziennego.

— Źle się dziać znowu zaczyna — rzekł pewnego razu pan Hartlepool do Kaw-diera. — Wczoraj wśród tłumu awanturników, zebranych nad brzegiem złotodajnej rzeki, wybuchła krwawa walka. Ci, którzy nie posiadali zapasów żywności, rzucili się na tych, którzy je posiadali. Rzecz jasna, że wynikła bójka, która się zakończyła poranieniem kilkunastu ludzi.

Kaw-dier z chmurą smutku na czole słuchał tego, co opowiedział pan Hartlepool.

— Trzeba będzie na brzegach rzeki, gdzie znaleziono złoto, postawić straż zbrojną, albo poprostu oddział milicyi, jeśli się krwawe bójki jeszcze powtórzą.

— I miejscowość, gdzie znajduje się złoty piasek, oddać na własność miasta Liberyi — dokończył pan Hartlepool. — Niechaj będzie wspólną własnością wszystkich mieszkańców wyspy Hoste. W przeciwnym razie musimy się spodziewać następstw jak najgorszych.

Kaw-dier uznał słuszność słów swego przyjaciela.

— Tak — potwierdził — te bandy poszukiwaczy złota, złożone z ludzi jak najgorszych, przybyłych na wyspę naszą niewiadomo skąd, nie wróżą nic dobrego...

— Staną się jej plagą — dokończył pan Hartlepool.

Rozeszli się, wieczorem zaś tego dnia okryły niebo krwawe łuny.

To jedna z band podpaliła wioskę, leżącą w pobliżu rzeki złotodajnej. Płonące domy zrabowano, zabierając spokojnym kolonistom ich żywność i mienie. Rabusie ukryli się w górach, gdzie zaczęli się zbierać i prowadzić jakieś tajemnicze narady.

Rej wśród nich wodził Beauval, który nagle opuścił swoją kryjówkę, aby teraz wśród awanturniczego otoczenia knuć wrogie zamiary przeciw Kaw-dierowi.

Nie upłynęło pięciu dni, gdy nocą pod murami Liberyi zebrał się ogromny tłum ludzi, złowrogie przeciw miastu zionąc przekleństwa.

W jednej chwili, z bólem w sercu, przekonał się Kaw-dier, że około tysiąca włóczęgów i awanturników z pośród poszukiwaczy złota zebrało się, zamierzając zrabować miasto, podpalić je, mieszkańców pozbawić mienia i życia.

Podobni do stada wściekłych wilków, skradali się do Liberyi z oskardami, strzelbami, dynamitem i najrozmaitszą bronią w ręku.

Panowie Rodhes i Hartlepool odczuli całą grozę położenia, w rozpaczy nie wiedzieli, co robić, jak piękne miasto od niechybnej ruiny ocalić.

Jeden Kaw-dier nie stracił zwykłej sobie przytomności umysłu.

Z pobladłą twarzą, z ogromnym smutkiem w oczach, stanął na czele oddziału milicyi, tego samego, przy którego pomocy niegdyś odparł pierwszy atak patagończyków na miasto i zakomenderował:

— Baczność!.. Broń do ataku!...

Kilkaset karabinów skierowało swe błyszczące lufy w stronę napastników.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 476

— Pozostawiam wam do rozejścia się pięć minut czasu — dał się słyszeć donośny głos Kaw-diera. — W przeciwnym razie każę dać ognia.

Tłum nie usłuchał. Przeciwnie złowrogie dały się słyszeć okrzyki, huknęły strzały, kilka kul z świstem przeleciało około głowy Kaw-diera i zabiło kilku ludzi.

— Ognia! — krzyknął Kaw-dier.

Wszczęła się bitwa, ale trwała krótko. Wyćwiczone szeregi milicyi, mając Kaw-diera na czele, wnet odparły tłum zbrodniczy.

Była to ostatnia przysługa, jaką oddał Liberyi.

Postanowił usunąć się na jedną z wysp archipelagu i prowadzić życie, jak poprzednio, przed ocaleniem rozbitków „Jonatana.“

Ciemne włosy Kaw-diera posiwiały wkrótce, gdy po ostatniej krwawej rozprawie pod murami Liberyi, zapytywał sam siebie:

— Czyż nie można żyć inaczej?.. Czyż usta moje mają ciągle rozkazywać innym?.. Nie!... dość już tego!.. Marzeniem, celem mojego życia była zawsze: sprawiedliwość... Jedną tylko żywiłem w sercu nienawiść — niewolnictwa... I jedyna miłość przepełniała serce moje — miłość wolności. Te trzy ideały czynią mi życie drogiem i świętem. Pozostawiam te ideały w sercach moich najbliższych przyjaciół, sam zaś usuwam się w ustronie.



∗             ∗


Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 488
Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 494

— Dziękuję panu w imieniu cywilizacyi i ludzkości!...

I odszedł — odpłynął na starej swej szalupie na jedną z wysp archipelagu. Przedtem atoli najniespodziewaniej zjawiły się w porcie Liberyi dwa wojenne statki rzeczypospolitej chilijskiej. Komendant ich oświadczył, że w imieniu swego rządu obejmuje protektorat nad wyspą Hoste i miastem Liberyą.

Od kilku miesięcy już było to postanowione w kancelaryach dyplomatycznych Europy i Ameryki.

Wobec tego niezależność wyspy skończyła się, od tej chwili stawała się ona częścią Chili.

— Dziękuję panu w imieniu cywilizacyi i ludzkości za wszystko, coś czynił dla tego zakątka ziemi — mówił przedstawiciel rzeczypospolitej do Kaw-diera, który w milczeniu przyjął to podziękowanie.

W towarzystwie wiernego Karro i Halga odpłynął na morze, zostawiając przyjaciołom swoim umiłowane przez siebie przykazanie:

— Kochajcie wolność i sprawiedliwość!... Nienawidźcie niewolnictwa...

Od tego czasu nikt tego szlachetnego i tajemniczego człowieka nie widział, ani nic o nim nie słyszał.

Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 506


Verne - Les Naufragés du Jonathan, Hetzel, 1909, Ill. page 12




Przypisy

  1. Pisma francuskie rozpoczęły druk nowej a pięknej powieści Juliusza Verne’a, którą znaleziono w papierach po śmierci jego pozostałych. Ostatni ten utwór wielkiego pisarza skwapliwie podajemy naszym Czytelnikom w nadziei, że równie gorące obudzi zajęcie, jakie już znalazł wśród młodzieży całego świata. (informacja pochodząca z czasopisma "Przyjaciel Dzieci" nr 33, 1909)
  2. Dla prenumeratorów naszego pisma, którzy nie czytali części pierwszej tej zajmującej powieści jednego z najsławniejszych pisarzy na świecie, a zarazem jednego z najulubieńszych dla młodzieży, podajemy krótką treść części pierwszej niniejszego opowiadania: „Kto są ci rozbitcy, o których głosi tytuł opowiadania Verne'a?... Są to wychodźcy ze wszystkich prawie krajów świata, pragnący szukać szczęścia z dala od ojczyzny, w której dla siebie znaleźć miejsca nie mogli, albo nie umieli. Nieszczęśliwi ci, płynąc z jednego z portów amerykańskich, na statku, zwanym „Jonatan,“ do brzegów Afryki, w pobliżu cieśniny Magellana, zaskoczeni przez huragan morski, cudem prawie że uniknęli śmierci. „Jonatan“ rzucony na nabrzeżne skały, rozbity jak wątła łupina, zginął w falach rozszalałego oceanu. Zginęła też znaczna część załogi, reszta, dzięki pomocy bohaterskiego europejczyka, który oddawna przebywał na tych mało znanych wyspach archipelagu, wraz z właścicielem rozbitego statku p. Hartlepool ocalała. Kto był ten bohaterski europejczyk, który sprowadził na wpół obłąkanych rozbitków „Jonatana“ na jedną z niezamieszkanych i nieznanych wysp archipelagu?... Pytanie to wychodźcy daremnie zadawali sobie, gdyż nieznajomy ich wybawca, świadczący im na każdym kroku nieocenione usługi i służący im zbawiennemi radami, to tylko o sobie powiedział, że tubylcy, dzicy Indyanie, nazywają go „Kaw-dier,“ co znaczy w ich języku „Dobroczyńca.“ Dzięki temu opatrznościowemu człowiekowi nieszczęśliwi wychodźcy, wśród których znajdowały się rodziny z dziatwą, zagospodarowali się jako tako na bezludnej wyspie i uniknęli śmierci głodowej. „Kaw-dier“ pragnął, aby ta gromada rozbitków nie zginęła marnie na osamotnionej wyspie. Przy pomocy Halga i Karolego, dwóch oddanych sobie na śmierć i życie dzikich Indyan, starał się przeszkodzić wszystkiemu, co mogłoby być zgubą dla wychodźców, wśród których wszczęły się niezgody, kłótnie, a nawet zbrodnie. Czy ich ocali ten tajemniczy człowiek, którego prawdziwe nazwisko przed kilkunastu laty podobno głośne było w Europie i na całym świecie? Czy bezludna wyspa stanie się dla nich rajem ziemskim, czy też znajdą na niej grób z dala od stron ojczystych?... I kto jest ten wyjątkowej energii i dobroci człowiek, mówiący wszystkimi językami cywilizowanego świata? Ciekawi czytelnicy nasi znajdą na to odpowiedź, czytając część drugą „Rozbitków,“ którą właśnie rozpoczynamy. (informacja pochodząca z czasopisma "Przyjaciel Dzieci" nr 16, 1910)
  3. Piastr, moneta hiszpańska, około dwóch rubli.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.