FANDOM



Robinzon amerykański

(L’École des Robinsons)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: Léon Benett


'School for Robinsons' by Léon Benett 01



Rozdział I

'School for Robinsons' by Léon Benett 03

W którym czytelnikowi, o ile ma ochotę, nastręcza się sposobność zakupienia wyspy na Oceanie Spokojnym.

Wyspa do sprzedania! Za gotówkę! Koszta osobno! Kupi ten, kto da więcej! – bezustannie, nie pozwalając sobie nawet na złapanie tchu, wywoływał licytator Dean Felporg w lokalu, w którym odbywała się ta osobliwa sprzedaż.

'School for Robinsons' by Léon Benett 04

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – jeszcze głośniej krzyczał wywoływacz Gingras, kroczący tam i napowrót wśród bardzo podnieconego tłumu.

Istotnie, w wielkiej hali licytacyjnej przy ulicy Sacramento 10 tłok był niesłychany. Zgromadził się tam nietylko pokaźny zastęp Amerykanów z Kalifornji, Oregonu i Utah, lecz także wielu Francuzów, stanowiących blisko szóstą część ludności, Meksykanów w krótkich płaszczach, zwanych serapa, Chińczyków w tunikach z szerokiemi rękawami, szpiczastych pantoflach i stożkowatych kapeluszach, Kanaków z Oceanji, a nawet kilku czarnonogich i płaskogłowych, przybyłych z nad brzegów rzeki Trinidad.

'School for Robinsons' by Léon Benett 05

Scena ta rozgrywała się w stolicy Kalifornji San Francisco, jednakowoż nie w latach 1849-1852, kiedy to eksploatacja nowych pól piaskowych zwabiała poszukiwaczy złota obydwóch półkuli. San Francisco nie było już tem, czem było początkowo: serajem dla karawan, miejscem wylądowania, oberżą, w której na jedną noc zatrzymywali się awanturnicy, spieszący na poszukiwanie złota ku wschodnim zboczom Sierra Nevada. Od lat dwudziestu, miejsce starego nieznanego Yerba Buena zajmowało miasto, jedyne w swym rodzaju, liczące 100.000 mieszkańców. Z powodu braku miejsca na płaskiem wybrzeżu, miasto to rozsiadło się na grzbietach dwóch pagórków; wszystko jednak przemawiało za tem, że rychło rozbuduje się aż do najdalszych krańców pogórza. Niebawem też zdetronizowało ono takie miasta jak Lima, Santiago, Valparaiso i wszystkie inne rywalki Zachodu, i przez Amerykanów zostało wyniesione do godności królowej Oceanu Spokojnego, a równocześnie królowej wybrzeża zachodniego.

Owego dnia, a było to 15 maja, panował jeszcze chłód dotkliwy.

W kraju tym, wystawionym na oddziaływanie prądów podbiegunowych, pierwsza połowa maja przypomina aurę drugiej połowy marca w Europie. W publicznej hali licytacyjnej nie odczuwano jednak niskiej temperatury. Nieustające dzwonienie ściągało tłumy publiczności, to też w lokalu panowała atmosfera tak upalna, że czoła obecnych okryły się kroplami potu, które na dworze byłyby odrazu zamarzły.

Nie należy jednak sądzić, że te liczne pożądliwe rzesze, zapełniające halę licytacyjną, przybyły tu w zamiarze kupowania. Śmiem nawet twierdzić, że wszyscy obecni kierowali się jedynie ciekawością. Bo i któż, będąc dość bogatym, byłby tak niemądrym, by kupować wyspę na Oceanie Spokojnym, wskutek dziwacznego pomysłu rządu wystawioną na sprzedaż? Mówiono sobie tedy, że nikt nie wniesie odpowiedniej oferty, bo wogóle nie znajdzie się amator na licytowany objekt. I prawdziwie, nie było w tem winy wywoływacza, który wołaniem, gestykulacją, posługiwaniem się najbardziej wabiącemi przenośniami jarmarcznej reklamy starał się podniecić klijentów.

Odpowiadano śmiechem, ale nikt nie przedkładał oferty.

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – raz po raz wołał Gingras.

– Ktoby się też pozwolił na to złapać! – zawołał jakiś Irlandczyk, w którego kieszeniach nie znalezionoby złamanego szeląga.

– Wyspa, która przy osiągnięciu ceny licytacyjnej, nie kosztowałaby ani po sześć dolarów za mórg! – wołał licytator Dean Felporg.

– I któraby nie przynosiła ani 1/8 procentu! – dorzucił właściciel dużej farmy, doskonale się rozumiejący na rentowności gruntu.

– Wyspa, mająca pełnych 120 kilometrów obwodu i 90.000 hektarów powierzchni.

– A czy jest tam przynajmniej kawałek stałego lądu? – zagadnął pewien Meksykanin, stały gość szynkowniany, który, wnosząc z jego osobistej, bardzo niepewnej pozycji, czuł snać potrzebę silnego gruntu pod nogami.

– Wyspa o młodem zalesieniu – sławił wywoływacz – z łąkami, wzgórzami, wodospadami…

– Zagwarantowane? – zaśmiał się jakiś Francuz, wcale nie kwapiący się, widać, do tego interesu.

– Tak, zagwarantowane! – odrzekł licytator Felporg, mający za sobą zbyt długie doświadczenie, by złośliwe docinki publiczności miały go wyprowadzić z równowagi.

– Na dwa lata?

– Do końca świata!

– A może jeszcze dłużej?

– Wyspa na wyłączną własność! – krzyczał wywoływacz. – Wyspa bez jednego drapieżnego zwierzęcia, bez płazów i gadów jadowitych.

– Czy też bez ptaków? – krzyknął jakiś żartowniś.

– I bez owadów? – dorzucił inny.

– Wyspa temu, kto da najwięcej! – wołał niezrażony Dean Folperg. – Dalej-że obywatele! Trochę odwagi i sięgnąć do trzosa! Kto chce mieć wyspę w dobrym stanie, która dotychczas prawie że nie miała właściciela. Wyspę na Oceanie Spokojnym, tem morzu mórz! Do nabycia za bezcen! Za jeden miljon i sto tysięcy dolarów! Czy ktoś da miljon sto tysięcy dolarów?… Kto tam coś mówi?… Czy pan? Ten pan, co tam w głębi sali kiwa głową, jak mandaryn z porcelany?… Mam wyspę!… Wyspę do sprzedania!… Kto chce kupić wyspę?

– Precz z tem! – krzyknął jakiś głos, jak gdyby chodziło o usunięcie obrazu lub wazy wystawionych na licytację.

Cała sala wybuchnęła śmiechem, lecz wciąż jeszcze nikt nie ofiarowywał ani pół dolara. Jakkolwiek przedmiot licytowany nie mógł przechodzić z ręki do ręki, by go dokładniej obejrzano, to jednak istniał plan wyspy. Amatorzy mogli się w ten sposób dowiedzieć, jak wogóle wyglądał kątek ziemi, wystawiony na licytację. Nie należało się przeto obawiać rozczarowania, czy innej przykrości. Z łatwością można się było poinformować co do położenia, sytuacji, terenu, jakości ziemi, sieci wodnej, warunków klimatycznych i komunikacyjnych. Nie kupowano kota we worku, a oszustwo co do przedmiotu sprzedaży z góry było wykluczone. Zresztą już od szeregu miesięcy, niezliczone czasopisma Stanów Zjednoczonych i Kalifornji, dzienniki, tygodniki, dwutygodniki, miesięczniki, ustawicznie zwracały uwagę na tę wyspę, której sprzedaż postanowiono na mocy uchwały kongresu.

Była to wyspa Spencera, leżąca w południowo-zachodniej części zatoki San Francisco, w odległości mniej więcej 460 mil morskich od wybrzeża Kalifornji, pod 32 stopniem 15 min. północnej szerokości, a 142 st. 18 min. zachodniej długości od południka Greenwich.

Trudno byłoby zaiste wymyśleć miejscowość bardziej samotną. Jakkolwiek wyspa Spencera nie była tak bardzo odległą i znajdowała się w obrębie wód amerykańskich, to jednak leżała poza wszelkim ruchem okrętowym i handlowym. A regularne prądy, przepływające poprzecznie na północ lub na południe, wytworzyły tu rodzaj jeziora w wodach stojących, nazywanego niekiedy „Tournant de Fleurieu”.

W pośrodku tego ogromu spokojnych wód, nie mających określonego kierunku, leży wyspa Spencera. Niewiele tylko okrętów tędy przejeżdża. Wielkie drogi Oceanu Spokojnego, łączące Świat Nowy ze Starym, czy to wiodące do Japonji, czy do Chin, biegną wszystkie w kierunku więcej południowym. Żaglowce byłyby tu narażone na długotrwałe cisze, a parowce, na małej tylko przestrzeni krążące po Pacyfiku, nie miałyby żadnej korzyści, odbywając po nim drogę dalszą. Wobec tego ani jedne, ani drugie, nie zaznajamiają się z wyspą Spencera, wznoszącą się tam niby samotny szczyt góry podwodnej, jakich nie brak na Oceanie Spokojnym.

Dla człowieka, unikającego gwaru świata, pragnącego spokoju i samotności, czyż mogło istnieć coś lepszego od tej wyspy opuszczonej, o jakie 100 mil oddalonej od stałego lądu? Dla dobrowolnego Robinsona byłoby to miejsce pobytu wprost wymarzone. Tylko, że należało za nie uiścić żądaną kwotę.

Dlaczego jednak Stany Zjednoczone pozbywały się tej wyspy? Czyżby przez kaprys? Nie. Wielki naród nie może pozwalać sobie na kaprysy, jak to czynią rozmaite jednostki. Sprawa przedstawiała się tak, że z powodu swego położenia, wyspa Spencera była już od dłuższego czasu stacją zgoła bezużyteczną. Kolonizacja nie dałaby żadnych rezultatów dodatnich. Dla celów wojskowych się nie nadawała, jako dominująca zaledwie nad zupełnie opuszczoną częścią Oceanu. A z punktu widzenia interesów handlowych również nie posiadała znaczenia, gdyż wytwórczość nie pokryłaby żadną miarą kosztów transportu. Kolonji dla przestępców również nie można było tu założyć, ze względu na bliskość wybrzeża. Zużytkowanie jej do jakichkolwiek celów byłoby przeto zabawką zbyt kosztowną. Od niepamiętnych czasów leżała przeto odłogiem, a kongres, złożony z ludzi wybitnie praktycznych, postanowił wystawić ją na licytację, z tem jednem tylko zastrzeżeniem, że nabywca ma być bezwarunkowo obywatelem wolnej Ameryki.

Zadarmo jednakowoż wyspy tej oddać nie chciano. Ustanowiono zatem cenę w wysokości 1.100.000 dolarów. Dla przedsiębiorstwa, któreby obszar ten zakupiło i w jakikolwiek sposób zużytkowało, cena ta byłaby drobnostką, o ile by można było liczyć na pewne korzyści; należy jednak podkreślić raz jeszcze, że interes ten nie przedstawiał żadnych korzyści. Fachowcy nie przywiązywali do tego skrawka Stanów Zjednoczonych większej wagi, niż do jakiejkolwiek nieznanej wysepki w strefie podbiegunowej. A dla jednostki cena była bądź co bądź poważna. Musiałby to już być człowiek bogaty, aby sobie pozwolić na taką fantazję, nie dającą ani centa procentu. Musiałby nawet być ogromnie bogatym, gdyż trzeba było odrazu złożyć całą gotówkę, a nawet w Stanach Zjednoczonych nie łatwo znaleźć obywatela, noszącego przy sobie 1.100.000 dolarów i w dodatku chcącego je niejako wrzucić do wody, bo bez wszelkich widoków odzyskania bodaj części wkładu.

A jednak kongres postanowił nie oddać wyspy poniżej 1.100.000 dolarów. Jeśli się ceny tej nie osiągnie, wyspa Spencera pozostanie własnością Stanów Zjednoczonych.

Należało tedy przypuszczać, że nie znajdzie się kupiec dość niemądry, by złożyć podobną kwotę. Pozatem było też wyraźne zastrzeżenie, że nabywca, o ile się taki znajdzie, nie może nosić tytułu króla wyspy, lecz tylko prezydenta republiki. Nie będzie mu przysługiwać prawo posiadania poddanych, lecz tylko współwłaścicieli, wybierających go co pewien czas, lecz mogących też wybrać go ponownie na czas nieograniczony. W każdym razie nie było mu wolno stać się założycielem dynastji panującej. Stany nie pozwoliłyby przenigdy na powstanie królestwa, chociażby minjaturowego, w obrębie wód amerykańskich.

Zastrzeżenie to miało prawdopodobnie powstrzymać od kupna jakiegoś ambitnego miljonera lub trochę zrujnowanego naboba, pragnących współzawodniczyć z królami dzikich szczepów wysp Sandwich, czy innych, rozrzuconych po Pacyfiku.

Jednem słowem, jakikolwiek mógł być powód, dość, że nie zjawiał się żaden amator. Była godzina dość późna, wywoływacz nie mógł już złapać tchu od ustawicznego wykrzykiwania, licytator ochrypł, zużywszy cały dar swej wymowy, a znikąd nie pojawiło się owo kiwnięcie głową, z niesłychaną bystrością zauważane przez szanownych agentów. Ba, nie zaczęto się nawet targować o cenę.

Należy zresztą przyznać, że podobnie jak młotek niezmordowanie uderzał w stół, tak samo też niezmordowanie wyczekiwała publiczność. Dowcipy padały to z tej, to z owej strony, żarty mniej czy więcej udane, obiegały salę. Jedni ofiarowali za wyspę dwa dolary wraz z kosztami, inni żądali, by im jeszcze coś wydano z tej kwoty.

A wywoływacz wołał ciągle:

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania!

Nikt się nie zgłaszał.

– Czy daje się gwarancję, że są tam złote piaski? – zapytał kupiec towarów tekstylnych z Merchant-Street.

– Nie – odparł licytator. – Gwarancji się nie daje, ale nie jest wykluczone, że istnieją, a państwo odstępuje nabywcy wszystkie prawa do tych kopalń złota.

– To może znajdzie się tam przynajmniej jakiś wulkan? – rzucił sklepikarz z ulicy Montgomery.

– Nie, niema wulkanu! – odparł Dean Felperg. – Z wulkanem kosztowałoby więcej.

Słowa te wywołały głośny śmiech.

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – ryczał Gingras, napróżno zdzierając sobie płuca.

– Ani dolara, ani pół dolara, ani centa poniżej ceny ustanowionej! – zawołał po raz ostatni licytator. – Po raz pierwszy! Po raz drugi!…

Milczenie.

– Jeśli się nikt nie zgłosi, zamykam licytację!… Po raz pierwszy! Po raz drugi!…

– Daję 1,200.000 dolarów!

Słowa te zagrzmiały w sali niby strzał z rewolweru.

Całe zgromadzenie umilkło na chwilę, a wszystkie głowy zwróciły się ku szaleńcowi, który rzucił te słowa.

Był nim William W. Kolderup ze San Francisco.



Rozdział II

Jak William W. Kolderup ze san Francisco i J. R. Taskinar ze Stockton wzajem się przelicytowują.

Był raz człowiek ogromnie bogaty, który liczył miljony dolarów, jak inni liczą tysiące. Nazywał się William W. Kolderup.

Uchodził za bogatszego od księcia Westminster, którego dochody wynoszą 800.000 funtów i który może wydawać dziennie 50.000 franków, a na minutę 38 franków – za bogatszego od senatora Jonesa z Nevady, mającego 35 miljonów renty – za bogatszego nawet od M. Mackay’a, który mając rocznie 2,750.000 lirów procentów, może na godzinę wydawać 7.800 franków, czyli 2 franki i kilka centymów na sekundę.

Nie mówię o mniejszych miljonerach, jak Rotszyld, Vanderbilt, książęta Northumberland lub Stewart, ani też o dyrektorach potężnego banku Kalifornijskiego i innych „dobrze oprocentowanych” figurach Starego i Nowego Świata, którym William W. Kolderup mógłby był dawać jałmużnę. Zgoła się nie krępując, mógłby wydać miljon dolarów, jak ktoś z nas wydaje sto groszy.

Eksploatacją pierwszych kopalń złota w Kalifornji, szanowny ten spekulant położył podwaliny dla swej niezmierzonej fortuny. Był on głównym wspólnikiem szwajcarskiego kapitana Suttera, na którego gruntach natrafiono w r. 1848 na pierwszą żyłę kruszcu. Od tego czasu, przy sprzyjającem szczęściu, w inteligentny sposób bierze udział we wszyskich ekspoatacyjnych przedsiębiorstwach na obu półkulach. Pełen śmiałości rzucał się na wszystkie spekulacje handlowe i przemysłowe. Jego niewyczerpane źródła utrzymywały w ruchu setki hut, jego okręty rozwoziły ich produkty po całym świecie. Bogactwa jego mnożyły się nietylko w stosunku arytmetycznym, lecz także geometrycznym. Mówiono o nim, co się zwykle mówi o takich miljarderach, że nie zna nawet dokładnej sumy swego majątku. W rzeczywistości znał ją najdokładniej, ale się nią nie chełpił.

W chwili przedstawienia czytelnikom Williama W. Kolderupa z całą skrupulatnością, należną człowiekowi tak „pokaźnemu”, posiadał on 2.000 kantorów rozrzuconych po całej kuli ziemskiej; w rozmaitych biurach Ameryki, Australji i Europy pracowało 80.000 jego urzędników, 300.000 korespondentów; rozporządzał flotą, złożoną z 500 okrętów, krążących po wszystkich morzach ku jego korzyści, a na same tylko stemple i znaczki pocztowe wydawał rocznie cały miljon. Jednem słowem, był on chlubą i sławą bogatego Frisco – jak to pieszczotliwie Amerykanie przezwali stolicę Kalifornji.

Oferty Williama W. Kolderupa niepodobna było traktować niepoważnie. Gdy przeto publiczność zgromadzona w hali poznała człowieka, ofiarującego jeszcze 100 tysięcy dolarów ponad żądaną cenę, wszczął się ruch mimowolny, ucichły żarty, a zamiast kiepskich dowcipów ozwały się wykrzyki zdumienia. Zaczęto nawet krzyczeć: hurra!!

Po zgiełku zapadła głęboka cisza. Obecni szeroko otwierali oczy i nadstawiali uszu. Gdybyśmy tam byli, również bylibyśmy powstrzymali oddech, by nie uronić żadnego szczegółu z dramatycznej sceny, jaka by się rozegrała, w razie pojawienia się nowego amatora na wyspę, stającego do współzawodnictwa z Williamem W. Kolderupem.

Czy można się jednak było spodziewać czegoś podobnego? Czyżby to było możliwe? Nie! Wystarczyło się przyjrzeć Williamowi W. Kolderup, by dojść do przekonania, że człowiek ten nigdy się nie cofnie, jeśli w grę wchodzić będzie jego sława finansowa.

Był to rosły, tęgi mężczyzna, o potężnej czaszce, szerokich ramionach, proporcjonalnej budowie ciała, jakby ze spiżu odlany. Oczu dobrodusznych, ale patrzących stanowczo, nie zwykł był spuszczać. Włosy szpakowate, bujne i kędzierzawe okalały mu głowę jak w latach dzieciństwa. Proste linje nosa tworzyły geometrycznie regularny trójkąt równoboczny. Nie nosił wąsów. Broda na sposób amerykański, również szpakowata, gęsta na podbródku, pięła się powyżej warg, dosięgając skroni. Białe zęby w symetrycznych szeregach błyszczały z delikatnie zarysowanych wąskich ust. Prawdziwie, głowa dowódcy, dumnie wzniesiona podczas burzy, stawiająca czoło orkanom. Żaden orkan nie zdołałby jej pochylić, tak silnie rozsiadła się na potężnym karku, służącym jej za główny filar.

Tu nie mogło być mowy o współzawodnictwie.

– Miljon dwieście tysięcy dolarów! Miljon dwieście tysięcy dolarów! – wołał licytator ze specjalną intonacją agenta, mogącego się wreszcie spodziewać zysku ze swej ciężkiej pracy.

– Jest kupiec, ofiarowujący 1.200.000! – powtarzał bez przerwy wywoływacz.

– W takim razie bez obawy można ofiarować więcej! – mruknął sklepikarz Oakhurst. – William Kolderup się nie cofnie!

– Wie doskonale, że nikt nie zaryzykuje! – dodał kupiec towarów tekstylnych z Merchant-Street.

Głośne: „pst!” przyzwało obu czcigodnych sklepikarzy do porządku. Publiczność chciała słyszeć każde słowo. Wszystkie serca biły przyspieszonem tętnem. Czy ośmieli się podnieść jakiś głos, w odpowiedzi na głos Williama W. Kolderupa? Stał niewzruszony, budzący uczucie dumy. Stał tak spokojnie, jak gdyby go ta cała sprawa wcale nie obchodziła. Najbliżej stojący zauważyli jednak, że oczy jego niby dwa dolarami nabite pistolety, lada chwila gotowe wystrzelić.

– Czy nikt się nie odezwie? – spytał Dean Felporg.

Milczenie.

– Po raz pierwszy!… Po raz drugi!…

– Po raz pierwszy!… Po raz drugi!… – powtórzył Gingras, przyzwyczajony do tego małego djalogu z licytatorem.

– Zamykam licytację!

– Zamykam licytację!

– Za 1,200.000 dolarów wyspę Spencera w stanie obecnym!

– Za 1,200.000 dolarów!

– Czy wszyscy zrozumieli? Czy zrozumieli dokładnie?

– Czy nikt nie żałuje?

– Za 1,200.000 dolarów wyspę Spencera!

Pierś każdego ze słuchaczy gorączkowo się podnosiła i opadała. Czy wreszcie w ostatniej sekundzie zaofiaruje ktoś wyższą cenę?

Licytator Felporg w prawej ręce nad stołkiem trzymał młotek ze słoniowej kości. Jedno jedyne uderzenie i kupno byłoby dokonane. Nawet przed samorzutnem wykonaniem sprawiedliwości w formie lynchu, publiczność nie mogła być bardziej zdenerwowana.

Młotek opuszczał się powoli, niemal już dotykał stołu, znów się podnosił, drżał przez chwilę w powietrzu i szybko opadł. Zanim jednak ozwał się suchy dźwięk, w sali padły cztery słowa:

'School for Robinsons' by Léon Benett 06

– Miljon trzysta tysięcy dolarów!

Najpierw przeciągłe: „ach!” oszołomienia, następnie przeciągłe: „ach!” zadowolenia. Znalazł się ktoś podbijający cenę. Dojdzie więc do walki.

Kto jednak był tym zuchwalcem, ośmielającym się wszcząć walkę na dolary z Williamem W. Kolderupem ze San Francisco?

Był nim J. R. Taskinar ze Stocktonu.

J. R. Taskinar odznaczał się nietylko majątkiem, lecz także olbrzymią swą tuszą. Ważył 490 funtów. Że na konkursie tłuściochów w Chicago nie zdobył drugiej nagrody, stało się to dlatego, że nie pozwolono mu spokojnie spożyć obiadu wskutek czego ważył o 10 funtów mniej.

Kolos ten, dla którego musiano sporządzać specjalne siedzenia, na których mógłby ulokować swą olbrzymią osobę, mieszkał w Stocktonie przy San Joachimo. Jest to jedno z najpierwszych miast Kalifornji, jedno z głównych ognisk handlowych dla produktów górniczych Południa, rywalizujące z Sacramento, centrum handlowem kopalń Północy. Stąd wysyłają też statki, wiozące w świat największą ilość zboża kalifornijskiego.

Nietylko eksploatacja kopalń i handel płodami rolnemi dostarczyły J. R. Taskinarowi sposobności do zdobycia olbrzymiego majątku, gdyż także nafta przepływała przez jego kasę, niby owa złotodajna rzeka Paktolos, znana w starożytności. Pozatem był graczem, któremu stale sprzyjało szczęście. „Poker”, będący niejako ruletką Ameryki zachodniej, obdarzał go niezmienną swą łaską. Ale mimo całego majątku, był to człowiek pospolity, którego niechętnie tytułowano „szanownym”, jakkolwiek Amerykanie tak chętnie tytułem tym szafują. Odznaczał się zresztą temperamentem bojowym, co go nieraz narażało na przygody niezbyt miłe. Przeważało też mniemanie, że w razie potrzeby nie wahałby się użyć rewolweru.

W każdym razie J. R. Taskinar żywił specjalną nienawiść do Williama W. Kolderupa. Zazdrościł mu fortuny, stanowiska, szacunku, jakiego zażywał. Gardził nim, jak człowiek opasły gardzi człowiekiem, którego z całą słusznością uważać może za chudego. Nie po raz to pierwszy się zdarzało, że przemysłowiec ze Stocktonu przez rywalizację usiłował podstawić nogę przemysłowcowi ze San Francisco. William W. Kolderup znał go i przenikał nawskróś, przy każdem zetknięciu nie omieszkał mu też okazać pełnej swej pogardy, co tamtego doprowadzało do wściekłości…

Ostatnim sukcesem, którego J. R. Taskinar nie mógł wybaczyć swemu przeciwnikowi był ten, że przy ostatnich wyborach został przez niego całkowicie pobity. Pomimo starań, gróźb, oszczerstw, nie licząc już tysięcy dolarów, napróżno roztrwonionych przez jego agitatorów wyborczych, przepadł był z kretesem, a miejsce jego w Radzie zajął William W. Kolderup.

J. R. Taskinar, niewiadomo jakim sposobem dowiedział się, że William W. Kolderup zamierza nabyć wyspę Spencera. Wyspa ta byłaby dla niego niewątpliwie tak samo bezwartościową jak dla jego współzawodnika. To jednak było kwestją obojętną. Natomiast nastrzęczała mu się nowa sposobność podjęcia z nim walki – może zwycięskiej. Czegoś takiego J. R. Taskinar nie mógł sobie odmówić.

Dlatego J. R. Taskinar przybył do hali licytacyjnej, zmieszawszy się z tłumem ciekawych, nie mogącym się domyślić jego zamiaru. Dlatego to przygotowywał się do walki, dlatego czekał chwili sposobnej, kiedy przeciwnik ofiarował cenę tak bardzo już wygórowaną.

Nareszcie William W. Kolderup wniósł swą ofertę:

– Miljon dwieście tysięcy dolarów!

W chwili, gdy William W. Kolderup liczył z całą pewnością, że wyspa zostanie mu przydzielona, J. R. Taskinar rzucił głosem donośnym:

– Miljon trzysta tysięcy!

Wszyscy się obejrzeli.

– Tłusty Taskinar!

Nazwisko to przechodziło z ust do ust. Tak! Tłusty Taskinar! Wszyscy go znali. Tuszę jego niejednokrotnie omawiała prasa. W tej chwili jednak, nie fizyczna istota J. R. Taskinara skupiała na sobie uwagę publiczności zebranej w hali licytacyjnej. W znacznie wyższym stopniu podniecał fakt, że oto całkiem jawnie wstępuje w szranki przeciw Williamowi W. Kolderup. Zapowiadała się heroiczna walka na dolary. Dwaj śmiertelni wrogowie, tak kolosalnie bogaci! Zachodzi więc tylko pytanie, u którego z nich miłość własna bardziej jest rozwinięta. Po pierwszem wzburzeniu, które rychło minęło, nastała głęboka cisza. Możnaby w niej było słyszeć pająka, snującego swą sieć. Milczenie przerwało głos Deana Felporga:

– Za 1,300.000 dolarów wyspa Spencera! – zawołał i wstał z krzesła, by lepiej móc obserwować kolejność wnoszonych ofert.

William W. Kolderup odwrócił głowę w stronę J. R. Taskinara, a obecni rozstąpili się, by dwom przeciwnikom zrobić miejsce. Człowiek ze San Francisco i człowiek ze Stockton mogli sobie spojrzeć w oczy i oglądać się wzajem dowoli. Prawdę mówiąc, nie omieszkali też z tego korzystać. Nigdy by jeden nie spuścił wzroku przed drugim.

– Miljon czterysta tysięcy! – zawołał William W. Kolderup.

– Miljon pięćset! – odrzucił J. R. Taskinar.

– Miljon sześćset!

– Miljon siedmset!

Czyż to nie przypomina owych dwóch przemysłowców z Glasgowa, co na wyścigi wznosili coraz wyżej kominy swych hut, bez względu na niebezpieczeństwo runięcia? Tu piętrzono tylko stosy złota.

Po ofercie J. R. Taskinara, William W. Kolderup zastanawiał się przez chwilę, zanim się dalej posunął. Natomast J. R. Taskinar, bez sekundy zastanowienia, wybuchał raz po raz jak bomba.

– Miljon siedmset tysięcy dolarów! – zawołał licytator. – Dalej, panowie! To nie jest jeszcze żadna cena! Jak darowane!

Można było przypuszczać, że siłą przyzwyczajenia szanowny licytator doda: – Same ramy obrazu więcej są warte!

– Miljon siedmset tysięcy! – ryczał wywoływacz Gingras.

– Miljon ośmset! – zawołał William W. Kolderup.

– Miljon dziewięćset! – podbił J. R. Taskinar.

– Dwa miljony! – tym razem całkiem bez namysłu odparł William W. Kolderup.

Twarz jego trochę przybladła przy tych słowach, ale całe zachowanie świadczyło, że nie myśli ustąpić z placu.

J. R. Taskinar był cały rozpłomieniony. Olbrzymia jego twarz przypominała czerwono pomalowaną tarczę, którą urzędnik ruchu daje pociągowi sygnał zatrzymania się. Przeciwnik jednak nie zwracał uwagi na ów sygnał, pełną parą biegnąc dalej. J. R. Taskinar czuł to doskonale.

Krew mu uderzała do twarzy, drgającej jak w ataku apopleksji. Grubemi palcami, błyszczącemi od najkosztowniejszych brylantów, przesuwał po ciężkim złotym łańcuchu, na którym nosił zegarek. Przez chwilę przyglądał się swemu przeciwnikowi, poczem przymknął oczy, by je natychmiast otworzyć, gorejące jeszcze większą nienawiścią.

– Dwa miljony pięćset! – krzyknął wreszcie, przekonany, że tą nadmierną wygórowaną ofertą położy koniec dalszej walce.

– Dwa miljony siedmset! – bardzo spokojnie rzucił William W. Kolderup.

– Dwa miljony dziewięćset tysięcy!

– Trzy miljony!

Tak! William W. Kolderup ze San Francisco podbił na trzy miljony!

'School for Robinsons' by Léon Benett 07

Entuzjastyczne oklaski! Ucichły jednak, gdy licytator powtórzył ofertę, a młotek jego wskutek bezwiednego ruchu muszkułów, opuścił się szybko ku stołowi. Zdawało się, że nawet Dean Felporg, jakkolwiek całkowicie znieczulony na niespodzianki publicznych licytacji, nie umiał się już dłużej hamować.

Oczy wszystkich skierowały się na J. R. Taskinara. Okazały osobnik czuł na sobie te wszystkie spojrzenia, ale jeszcze dotkliwiej czuł ciężar trzech miljonów dolarów, pod którym zdawał się uginać. Chciał przemówić, ale nie mógł. Chciał potrząsnąć głowa, ale i tego nie był w stanie wykonać.

Nareszcie wydobył głos z krtani, cichy wprawdzie lecz dostatecznie głośny, by usłyszano ofertę.

– Trzy miljony pięćset tysięcy!

– Cztery miljony! – brzmiała odpowiedź Williama W. Kolderupa.

Było to ostatnie uderzenie maczugą. J. R. Taskinar uległ. Młotek opadł na marmurowy blat stołu. Wyspę Spencera przydzielono Williamowi W. Kolderup ze San Francisco za kwotę czterech miljonów.

– Ja się zemszczę! – mruknął J. R. Taskinar.

Rzuciwszy jeszcze jedno nienawistne spojrzenie na zwycięzcę, wrócił do hotelu.

W uszach Williama W. Kolderupa rozbrzmiewał tymczasem trzykrotny okrzyk: hip! hip! hurra!! Okrzyki te towarzyszyły mu aż do ulicy Montgomery, a entuzjastyczny zachwyt Amerykanów był tak wielki, że całkiem zapomnieli o odśpiewaniu swego Yankee-doodle.



Rozdział III

Rozmowa Finy Hollaney i Godfreya Morgana przy akompanjamencie fortepianu.

William W. Kolderup wrócił do swego pałacu przy ul. Montgomery.

Była to najbardziej ożywiona ulica w San Francisco, gdzie koncentruje się cały ruch, gdyż przecina ona równolegle miasto wraz z jego portami. Niezliczone mnóstwo tramwajów, bryk, zaprzężonych w konie lub muły, gromady spieszących się ludzi, tłumy innych, wystających przed bogatemi i licznie zwiedzanemi magazynami, a jeszcze liczniejsze przed drzwiami restauracyj i szynków, sprzedających napoje, które nawet w Kalifornji uchodzą za pierwszorzędne – oto w przybliżeniu obraz ulicy Montgomery.

Zbytecznem byłoby opisywać pałac naboba z Frisco. Rozporządzając nadmiarem miljonów, rozwijał też w swej siedzibie nadmiar przepychu, przytem większy nacisk kładziono na komfort, niż na stronę estetyczną, a względy praktyczne przeważały nad artystycznemi. Wszystkiego było zresztą poddostatkiem. Wystarczy jednak powiedzieć czytelnikowi, że był tu również wspaniały salon, a w chwili, gdy bogaty Kolderup wchodził, poprzez duszną atmosferę dobiegły go dźwięki fortepianu.

– Dobrze! – rzekł do siebie. – Ona i on są tutaj. Słówko tylko z kasjerem i zaraz będziemy mogli porozmawiać.

Wszedł do swego gabinetu, by załatwić sprawę dotyczącą kupna wyspy i odrazu pozbyć się jej z głowy. Do załatwiena wystarczyło napisać parę czeków, celem pokrycia należytości gotówką. Wystarczyły cztery słowa do kasjera, poczem William W. Kolderup miał się zająć inną „kombinacją” bardzo mu leżącą na sercu.

Tak! Ona i on są w salonie. Ona przy fortepianie, on w pozycji nawpół leżącej na sofie, rozmarzony i zasłuchany w świetne arpeggia, wybiegające z pod palców tej uroczej istoty.

– Czy słuchasz? – spytała.

– Naturalnie!

– Czy mnie jednak rozumiesz?

– Czy ja cię rozumiem? Fino, nigdy jeszcze tak znakomicie nie odegrałaś warjacyj Auld Robin Gray’a.

– Ależ Godfreyu, ja wcale nie gram Auld Robin Gray'a, lecz „Happy moment”.

– Zdawało mi się – odparł Godfrey tonem wyraźnej obojętności.

Młoda dziewczyna podniosła ręce i przez chwilę trzymała palce rozpostarte nad klawjaturą, jak gdyby miała zamiar je opuścić i wydobyć akord. Następnie odwróciła nawpół swój taburet i przez chwilę przyglądała się Godfrey’owi, starającemu się uniknąć jej spojrzenia.

Fina Hollaney była chrzestną córką Williama W. Kolderupa. Wychował ją jako sierotę, darząc prawem uważania się za jego córkę, oraz obowiązkiem kochania go jak ojca. Wywiązywała się z tego należycie. Ryła młodą i miłą, ale też bardzo ładną szesnastoletnią blondyną, mającą też w sobie coś z brunetki, a mianowicie oczy tak czarne, że aż miały odcień fjołkowy. Nie omieszkamy ją porównać z lilją, gdyż w lepszem towarzystwie porównania tego często się używa na określenie piękności amerykańskiej. Była tedy lilją, lecz lilją zaszczepioną na głogu silnym, wytrzymałym. Niewątpliwie młoda ta miss miała dużo serca, ale obok serca miała dużo praktycznego rozumu i samodzielności, to też nie więcej, niż sama chciała, ulegała czarowi złudzeń i marzeń, właściwym jej płci i wiekowi.

– Godfreyu? – rzekła.

– Fino? – brzmiała odpowiedź.

'School for Robinsons' by Léon Benett 08

– Gdzie jesteś w tej chwili?

– Przy tobie… w salonie.

– Nie przy mnie, Godfreyu! Nie w tym salonie… lecz daleko, bardzo daleko… po drugiej stronie Oceanu, nieprawdaż?

Ręka Finy mechanicznie błądząc po klawiaturze, wydobywała szereg akordów septimowych, których melancholijnego brzmienia nie rozumiał może siostrzeniec Williama W. Kolderupa.

W tym bowiem stosunku pokrewieństwa pozostawał młody człowiek do bogatego pana domu. Jako syn siostry nabywcy wyspy, wcześnie osierocony, Godfrey Morgan od szeregu lat wychowywał się tak samo jak Fina w domu wuja, który w ciągłej gorączce interesów, nigdy nie miał czasu pomyśleć o ożenku.

Godfrey liczył teraz 22 lata. Ukończywszy studja, oddawał się zupełnej bezczynności. Mimo dyplomu uniwersyteckiego, nie był ani odrobinę rozsądniejszy. Wszystkie drogi życia stały dlań otworem, mógł się zwrócić na prawo i na lewo, jak mu się żywnie podobało, a ostatecznie zawsze dokądś zajdzie, gdzie mu nie będzie zbywać na szczęściu.

Pozatem prezentował się Godfrey bardzo elegancko i wytwornie. Nigdy nie spinał swego krawatu pierścieniem i nigdy też nie ozdabiał swych palców, mankietów i gorsu koszuli owemi fantastycznemi klejnotami, mającemi takie powodzenie u jego współobywateli.

Nikt się nie zdziwi wiadomością, że Godfrey Morgan i Fina Hollaney mieli się pobrać. Czy mogło być inaczej? Wszystko składało się doskonale. A przedewszystkiem William W. Kolderup życzył sobie tego małżeństwa. W ten sposób zapewniał swój majątek tym dwojgu, których najbardziej kochał na świecie; pomijając już fakt, że Fina podobała się Godfreyowi, a Godfrey nie był Finie niesympatycznym. Zaraz po urodzeniu, młody człowiek i dziewczynka mieli otwarte konto, które należało tylko wyrównać i przenieść na nowe konto pary małżeńskiej. Czcigodny kupiec miał nadzieję, że wszystko to da się ostatecznie przeprowadzić i załatwić, bez żadnego błędu i przeoczenia.

A jednak zdarzyło się przeoczenie, czy może nawet błąd, jak się zaraz okaże.

Błąd ten, że Godfrey nie czuł się jeszcze dojrzałym do małżeństwa, a przeoczenie na tem znów polegało, że nie zawiadomiono go o tym projekcie.

Po ukończeniu studjów, Godfrey uczuł przedwczesny przesyt światem i życiem, w którem mu nic nie miało zbraknąć, w którem nie mógł żywić żadnego pragnienia, w którem wogóle nie miał nic do roboty. Wtedy opanowała go myśl podróżowania po świecie; powiedział sobie, że wszystkiego już zaznał, prócz podróży. Bo istotnie, ze Starego i Nowego Świata znał zaledwie San Francisco, gdzie się urodził i którego nigdy nie opuszczał, chyba we śnie. Co to zresztą za młody człowiek, zwłaszcza Amerykanin, który nie odbył parokrotnej podróży dokoło świata? Czyż nie należało do dobrego wychowania młodego człowieka, by przebył kilka tysięcy mil, by coś zobaczył na świecie i czegoś się nauczył?

Tak doszło do tego, że od roku Godfrey rozczytywał się w tak licznych w naszych czasach opisach podróży, a lektura ta wprawiała go w zachwyt. Zbadał więc państwo środka w towarzystwie Marco Polo, Amerykę z Kolumbem, Ocean Spokojny z Cookiem, Biegun południowy z Dumontem d’Urville. I postanowił udać się tam, gdzie sławni ci podróżnicy byli bez niego. Jego zdaniem warto było podróż kilkuletnią w celu badań opłacić paru napadami malajskich piratów, zatonięciem okrętów na pełnem morzu i wyrzuceniem rozbitków na jakiemś opuszczonem wybrzeżu, gdzie musieliby wieść życie Selkirka lub Robinsona.

Robinzon! Zostać Robinzonem! Któryż młodzieniec nie oddawał się marzeniom, czytając o przygodach, jakich doświadczyć mieli wymarzeni bohaterowie Daniela Defoe.

Taki był stan duszy Godfreya; kiedy wuj jego, William W. Kolderup postanowił mu nałożyć jarzmo małżeńskie. Podróżować z Finą, któraby wtedy nazywała się panią Morgan, było niepodobieństwem. To należało zrobić samemu, lub wcale nie. Czy zresztą po urzeczywistnieniu swej ulubionej myśli, Godfrey nie byłby w najodpowiedniejszym nastroju dla podpisania kontraktu? Czy kobieta może być szczęśliwą z człowiekiem, który nie zwiedził ani Chin, ani Japonji, nie mówiąc już o Europie? Napewno nie!

Dlatego właśnie Godfrey był w towarzystwie Finy roztargniony, obojętny, gdy do niego mówiła, rozdrażniony, gdy mu grała melodje, które go zwykle wprawiały w zachwyt. Fina, będąc dziewczyną poważną i bystrą, odrazu to zauważyła. Gdyby ktoś powiedział, że nie była z tego powodu trochę zgnębiona i zirytowana, oczerniałby ją bezpodstawnie. Będąc jednak przyzwyczajoną do patrzenia na sprawy w sposób pozytywny, powiedziała sobie: – Skoro absolutnie musi odbyć podróż, to lepiej, by to uczynił przed ślubem, niż później.

Dlatego to wyrzekła do Godfreya słowa proste, a tak bardzo trafne: „Nie!… W tej chwili nie jesteś przy mnie, lecz po drugiej stronie Oceanu”.

Godfrey wstał. Zrobił w salonie parę kroków, nie patrząc na Finę, a wskazujący jego palec bezwiednie uderzył w klawisz. Ozwało się wysokie „D”, ton żałosny, odpowiadający jego usposobieniu.

Fina zrozumiała i nie tracąc słów, przyparła niejako swego narzeczonego do muru, chcąc mu pomóc do uczynienia wyłomu, którym mógłby wyfrunąć, dokąd go parła fantazja – gdy w tejże chwili otwarły się drzwi salonu. Wszedł William W. Kolderup, trochę zajęty swemi myślami, jak zwykle. Jako kupiec ukończył był właśnie interes, a teraz zabierał się do drugiego.

– Chodzi już tylko o oznaczenie dnia – oświadczył.

– Dnia? – powtórzył Godfrey z lekkim dreszczem. – Jakiego dnia, wuju, jeśli wolno spytać?

– Dnia waszego ślubu! – odrzekł Willam W. Kolderup. – Bo chyba nie mojego!

– Czy to jednak nie zbyt pospiesznie? – zauważyła Fina.

– Co? Co to ma znaczyć? – spytał wuj. – Wszak to postanowione!

– Kochany chrzestny ojcze – odezwała się dziewczyna – teraz chodzi o ustanowienie nie dnia ślubu, lecz dnia wyjazdu.

– Wyjazdu?

– Tak, wyjazdu Godfreya – potwierdziła miss Fina. – Przed ślubem chciałby trochę podróżować po świecie.

– Ty chcesz podróżować… ty? – wykrzyknął William W. Kolderup, podchodząc do młodego człowieka i chwytając go za ramię, jak gdyby się obawiał, że ten gałgan gotów mu drapnąć z miejsca.

– Tak, wuju! – dzielnie potwierdził Godfrey.

– Na jak długo?

– Na ośmnaście miesięcy, lub na dwa lata, o ile wuj i Fina zechcą na mnie czekać do tego czasu.

– Czekać na ciebie! Patrzcie na tego pana młodego, któremu się zachciewa czmychnąć! – wykrzyknął William W. Kolderup.

– Niech Godrey postąpi według swych chęci – rzekła Fina. – Kochany ojcze chrzestny, ja to już wszystko rozważyłam. Ja jestem młoda, ale w rzeczywistości, to Godfrey jest jeszcze młodszy. W podróży szybko dojrzeje, dlatego myślę, że nie powinniśmy mu przeszkadzać. Skoro chce podróżować, to niech podróżuje. Już on uczuje potrzebę spokoju, a po powrocie zastanie mnie taką, jak dziś…

– Co? – wykrzyknął William W. Kolderup. – Ty się zgadzasz na wypuszczenie tego wartogłowa?

– Tak, na dwa lata, jak tego żąda.

– I będziesz na niego czekać?

– Wuju, gdybym nie mogła na niego czekać, to bym go nie kochała!

To rzekłszy, Fina znów usiadła do fortepianu, a palce jej nawpół bezwiednie zagrały bardzo modną kompozycję: „Pożegnanie narzeczonego” bardzo w tej chwili odpowiednią. Godfrey był pomieszany i nic nie mówił. Wuj ujął jego głowę w obydwie ręce, zwrócił ją do światła i uważnie przyglądał się jego twarzy. W ten sposób, nie potrzebując mówić, zadał mu pytanie, a Godfrey na nie odpowiedział, również nie rzekłszy słowa.

Wciąż jeszcze brzmiały melancholijne dźwięki „Pożegnania narzeczonego”. Nareszcie William W. Kolderup. przebiegający salon tam i z powrotem, zatrzymał się przed Godfreyem, który stał przed nim niby winowajca przed sędzią.

'School for Robinsons' by Léon Benett 09

– Czy żądasz tego całkiem poważnie? – zapytał.

– Całkiem poważnie – odpowiedziała Fina, gdy Godfrey wykonał tylko potakujący ruch głową.

– All right! – rzekł William W. Kolderup, dziwne spojrzeniem rzuciwszy w stronę siostrzeńca. – Chcesz zakosztować życia na obczyźnie, zanim się ożenisz z Finą! – mruknął przez zęby. – Zgoda, będziesz miał tę przyjemność.

Przeszedł się jeszcze trochę po salonie, poczem stanął przed Godfreyem, skrzyżowawszy ręce na piersiach.

– Dokąd chcesz jechać? – spytał.

– W świat!

– A kiedy?

– Kiedy wuj pozwoli.

– Zgoda! Więc możliwie najrychlej.

Przy ostatnich tych słowach Fina nagle przestała grać. Mały palec lewej ręki dotknął właśnie „gis”, a czwarty palec uderzał „g”. Przystanęła na półtonie, jak Raul w „Hugenotach”, kiedy przy końcu duetu z Walentyną, ucieka. Może serce Finy ścisnęło się żalem, mimo to postanowiła nie rzec słowa.

Wtedy William W. Kolderup nie patrząc na Godfreya, zbliżył się do fortepianu.

– Fino, – ozwał się poważnie, – nie można urwać półtonem.

I grube swe palce zbliżywszy do klawiszy, wydobył pełne „a”.



Rozdział IV

W którym T. Artelett, mów Tartelett, najformalniej zostaje czytelnikowi przedstawiony.

Gdyby T. Artelett był Francuzem, ziomkowie jego byliby mu niewątpliwie nadali żartobliwe miano Tartelett. A że to miano jest dla mego bardzo odpowiednie, więc nie wahamy się go tak nazwać. Zresztą, jakkolwiek Tartelett nie był Francuzem, to jednak godzien był nim być.

W swem dziele: „Dziennik podróży z Paryża do Jerozolimy”. Chateaubriand mówi o jakimś człowieku upudrowanym i ufryzowanym podług dawnej mody, w zielonawej kurtce, wełnianej kamizelce, w muszlinowym żabocie i mankietach, który rzempoli na swych skrzypeczkach i mieszkańców Iraku ćwiczy w kunszcie tańców.

Kalifornijczycy nie są wprawdzie Irakami, ale Tartelett był nauczycielem tańców i dobrych manjer w stolicy Kalifornji. Nie płacono mu za lekcje jak jego poprzednikowi, bobrowemi futrami i szynkami niedźwiedzi, ale płacono mu dolarami. Jeżeli o uczniach swych nie mówił: „Ci dzicy panowie i dzikie damy”, to właśnie dlatego, że uczniowie jego byli bardzo cywilizowani, a w pewnej mierze on sam przyczynił się był do tej cywilizacji.

Tartelett, stary kawaler, liczył lat 45 w chwili zapoznania go z naszymi czytelnikami. Jednak przed mniej więcej dziesięciu laty, niewiele tylko brakowało, a byłby się ożenił z dziewicą, będącą właśnie w najlepszych latach.

W owym to czasie i w związku z jego planem matrymonjalnym, pytano go o jego wiek, powierzchowność i pozycję, na co podał odpowiedź wyczerpującą, która zwalnia nas od określenia jego sylwetki duchowej i fizycznej. Ta jego odpowiedź brzmi:

„Urodzony 17 lipca 1835 r. o godzinie pół do czwartej rano. Wzrost 5 stóp, 2 cale. Objętość w biodrach, dokładnie 2 stopy, 3 cale. Waga, która zeszłego roku powiększyła się o 6 funtów, wynosi 151 funtów, 2 gramy. Głowa podłużna. Włosy rzadkie, rozdzielone nad czołem, kasztanowate, lekko przyprószone siwizna. Czoło wysokie, twarz owalna, cera różowa. Oczy, niezwykle wyraziste, szarawe. Brwi i rzęsy kasztanowate. Powieki nieco wgłębione w jamy oczne, pod łukowatemi brwiami. Nos średniej wielkości, na lewem skrzydle przecięty. Skronie i policzki płaskie, bez zarostu. Usta średnie i całkiem wolne od zepsutych zębów. Wargi szpiczaste, wąskie, okryte gęstym zarostem, okrągły podbródek również ocieniony różnokolorową brodą. Mięsistą szyję zdobi brunatna plama. Gdy się kąpię, można widzieć, że mam skórę białą, bardzo słabo owłosioną.

„Tryb życia spokojny i uregulowany. Nie będąc zbyt silnego zdrowia, dzięki wielkiej wstrzemięźliwości, od chwili urodzenia ani razu nie był chory. Ma płuca bardzo wrażliwe, dlatego nie hołduje niemiłemu zwyczajowi palenia. Nie pije też żadnych alkoholi, ani kawy, ani likieru, ani niefałszowanego wina. Jednem słowem, z djety jego wykreślone wszystko, cokolwiek mogłoby ujemnie wpływać na jego system nerwowy. Słabe piwo i limoniada – oto jedyne napoje, których może używać, bez narażenia zdrowia. Dzięki temu systemowi, nigdy jeszcze nie był zmuszony zwracać się o poradę lekarską.

„Postawa zgrabna, chód żywy, zachowanie szczere i swobodne. Jego delikatność nie zna granic i tylko przez obawę unieszczęśliwienia jakiejś kobiety, wahał się wstąpić w święty stan małżeński”.

Tak brzmiał fizyczny i duchowy rysopis Tarteletta, przez niego samego sporządzony; ale jakkolwiek wabiący mógł on być dla dziewicy w pewnym wieku, to jednak planowany związek małżeński nie doszedł do skutku. Tedy profesor został starym kawalerem i w dalszym ciągu udzielał lekcyj tańców i dobrych manjer.

W tym czasie i pod tym swoim tytułem został wprowadzony do pałacu Kolderupów. Gdy z biegiem lat wszyscy uczniowie go porzucili, mistrz tańców został jednym z członków personalu bogatego domu.

Mimo swych śmiesznostek, był człowiekiem uczciwym. Wszyscy go też lubili. Kochał Godfreya i Finę, odwzajemniających zresztą jego uczucia. Jedna go też tylko ożywiała ambicja: wyuczenia ich wszystkich subtelności swego kunsztu i o ile to dotyczy form salonowych, uczynienia z nich istot doskonałych.

Jego, profesora Tartelett, wybrał William W. Kolderup za towarzysza zamierzonej podróży swego siostrzeńca. Tak! Nie bez słuszności uważał on Tarteletta za tego, który po części rozbudził w Godfreyu tę chęć podróżowania, dla gruntowniejszego poznania świata i ludzi. William W. Kolderup postanowił zatem, by obaj wyruszyli w podróż. Dnia 16 kwietnia zawiadomił profesora, że pragnie się z nim rozmówić w swym gabinecie.

Życzenie naboba było dla profesora rozkazem. Opuścił tedy swój pokój, uzbrojony w kieszonkowe skrzypeczki, by na wszelki wypadek być gotowym. Szerokiemi schodami wchodził na piętro, stawiając nogi w sposób klasyczny, jak przystało mistrzowi tańców. Zapukał, wszedł lekko przechylony naprzód, ze zgiętemi kolanami i uśmiechniętą twarzą i czekał w „trzeciej pozycji”, wysunąwszy jedną nogę o pół stopy przed drugą, w ten sposób, że kostki się dotykały, a palce skierowane były na bok. Każdy inny, prócz profesora Tarteletta, musiałby tę balansującą pozycję co rychlej zmienić na siedzącą, on jednak potrafił stać prosto i pewnie.

– Panie Tartelett – ozwał się William W. Kolderup, – poprosiłem pana do siebie, by zakomunikować wiadomość, która pana zapewne zdziwi.

– Do usług – odpowiedział profesor.

– Ślub mego siostrzeńca został odroczony na dwa lata, albo na ośmnaście miesięcy – oświadczył wuj – a na skutek swej prośby Godfrey wyrusza w podróż do rozmaitych krajów starego i nowego świata.

– Panie szanowny – odparł Tartelett – mój uczeń Godfrey przyniesie zaszczyt krajowi, którego jest synem.

– A także profesorowi dobrego tonu, który go obznajomił z wytwornemi formami towarzyskiemi – odpowiedział przemysłowiec tonem, w którym naiwny Tartelett nie pochwycił akcentu ironji.

Uważał, że z „trzeciej pozycji” może już teraz wykonać pierwszy krok taneczny, więc rozsunął nogi na bok, lekko i elegancko zgiął kolano, składając ukłon Williamowi W. Kolderup.

– Sądziłem, że byłoby panu przykro rozstawać się ze swym wychowankiem.

– Tak, byłoby to dla mnie dość wielką przykrością – odparł Tartelett – jeśli jednak być musi…

– Nie musi być! – odparł William W. Kolderup, marszcząc krzaczaste brwi.

– Ach! – wybiegło z ust Tarteletta.

Nieco zaniepokojony, wykonał jeden krok w tył, zamieniając trzecią pozycję na czwartą; następnie rozstawił nogi na szerokość stopy, czyniąc to może całkiem bezwiednie.

– Tak – odrzekł bogacz tonem stanowczym, wykluczającym bodaj cień odpowiedzi – sądziłem, że byłoby to okrutnem rozdzielać profesora i ucznia, tak dobrze się wzajem rozumiejących!

– Oczywista… a podróże… – bąkał Tartelett, zdający się nie rozumieć, o co chodzi.

– Oczywista! – potwierdził William W. Kolderup, – podróż taka pozwoli nietylko memu siostrzeńcowi godnie zużytkować swe zdolności, lecz także profesorowi, któremu zawdzięcza swe poprawne manjery

Temu wielkiemu dziecku nigdy nie przyszło na myśl, że któregoś dnia miałby opuścić San Francisco, Kalifornję i Amerykę, by wyruszyć za Ocean. Myśl taka nigdy nie nawiedziła mózgownicy człowieka, więcej obeznanego ze sztuką tańców, niż podróżowania. Jego znajomość świata nie przekraczała 10 mil poza obrębem stolicy. I teraz oto stawia mu się propozycję… nie! daje mu się wręcz do poznania, że nolens volens ma opuścić swą ojczyznę, by się narażać na wszystkie te trudy i przykrości, nieodłączne od podróży, do której zachęcał był swego wychowanka. To wystarczało do zaniepokojenia umysłu, tak bardzo nieodpornego. Nieszczęśliwy Tartelett po raz pierwszy w życiu uczuł mimowolnie drżenie muszkułów nóg, które dzięki 35-letnim ćwiczeniom stały się tak elastyczne.

– A może – zaczął, usiłując znów przywołać na usta stereotypowy uśmiech tancerza, – może ja się nie nadaję…

– Więc się pan przerób! – przerwał William W. Kolderup tonem, wykluczającym dalszą dyskusję.

'School for Robinsons' by Léon Benett 10

Niepodobna było się sprzeciwiać. Tartelettowi ani to na myśl nie przyszło. Bo i czemże on był w tym domu? Sprzętem, pakietem, który można było wysłać dokądkolwiek się podobało. Ale ten zamiar wysłania mocno go jednak niepokoił.

– A kiedy ma nastąpić wyjazd? – spytał, starając się znów zająć pozycję klasyczną.

– Za miesiąc.

– A na które burzliwe morze ma według postanowienia pana Williama W. Kolderupa wypłynąć okręt, wiozący mego ucznia i mnie?

– Przedewszystkiem na Ocean Spokojny.

– A na którym punkcie kuli ziemskiej stanę znów na stałym lądzie?

– Na Nowej Zelandji – odparł William W. Kolderup. – Zauważyłem, że mieszkańcy Nowej Zelandji nie umieją jeszcze należycie kręcić łokciami. Będziesz pan mógł ich kształcić.

W ten sposób profesor Tartelett został przeznaczony na towarzysza podróży Godfreya Morgana.

Gest przemysłowca dał mu do zrozumienia, że audjencja skończona. Cofnął się przeto mocno poruszony, a odejście i specjalny wdzięk, jaki przy podobnej sposobności zwykł był rozwijać, tym razem pozostawiały wiele do życzenia.

Istotnie, po raz pierwszy w życiu profesor Tartelett przez roztargnienie zapomniał o elementarnej zasadzie swego kunsztu i wyszedł, stawiając nogi równolegle, a nie odchylone od siebie.



Rozdział V

W którym czyni się przygotowania do podróży, a nakoniec się wyjeżdża.

Rzecz była postanowiona. Przed wielką podróżą przez życie we dwoje, zwaną małżeństwem, Godfrey chciał odbyć podróż dokoła świata – co niekiedy bywa bardziej niebezpieczne. Mniemał jednak, że powróci zahartowany i wyrobiony, że wyjeżdżając młodzieńcem, powróci mężczyzną w każdym calu. Zobaczy coś, pozna, będzie miał pewną skalę porównawczą. I zaspokoi swą ciekawość. Wtedy nie będzie go już nęcić żadna nowość, a od spokojnego uregulowanego życia przy domowem ognisku żadna pokusa nie zdoła go już odciągnąć. Miał rację, czy nie? Czy chciał teraz wziąć porządną lekcję życiową, by z niej wyciągnąć korzyść? Odpowiedź tę pozostawiamy jego losom.

Jednem słowem, Godfrey był niezmiernie szczęśliwy.

Fina, nie dając po sobie poznać dręczącej ją troski, zgodziła się na tę próbę.

Natomiast profesor Tartelett, który z przyzwyczajenia doskonale się trzymał na nogach, a przez najrozmaitsze sztuczki balansowania w tańcu zdobył elastyczność członków, utracił dotychczasową pewność postawy i napróżno usiłował ją odzyskać. Nawet na gładkiej posadzce swego pokoju chwiał się i zataczał, jak gdyby już był na pokładzie, lub w kajucie okrętu, kołyszącego się na wzburzonych falach.

William W. Kolderup od chwili postanowienia podróży, stał się małomowny, zwłaszcza wobec swego siostrzeńca. Zaciśnięte usta, oczy nawpół ukryte pod powiekami, świadczyły, że jakaś myśl stale krąży po tej głowie, zajętej zazwyczaj jedynie wielkiemi spekulacjami handlowemi.

– Ach! Podróży ci się zachciewa – mruczał do siebie półgłosem. – Podróżować chce, zamiast się ożenić, zamiast pozostać w domu, zamiast być najszczęśliwszym człowiekiem! Dobrze, będziesz podróżował!

Odrazu zabrano się do przygotowań. Przedewszystkiem należało omówić sprawę marszruty. Czy Godfrey miał wyruszyć na południe, wschód czy zachód? To należało rozstrzygnąć w pierwszym rzędzie. Gdyby miał wyruszyć na południe, to trzebaby się zwrócić do Towarzystwa „Panama-Kalifornja-Kolumbja”, a jeśli do Europy, to musiałby się porozumieć z „Towarzystwem okrętowem Southampton-Rio de Janeiro”. Gdyby jechał na wschód, musiałby wyruszyć koleją Pacyfiku, za kilka dni byłby w Nowym Yorku, by następnie linją Cunard, Inman, White Star, Hamburg-Ameryka, albo transatlantycką dostać się do Starego Świata. Gdyby miał ruszyć drogą zachodnią, to „Steam-Transoceanic Golden-Age” przewiozłaby go do Melbourne, skąd statkami „Peninsular-Oriental-Steam-Compagnie dojechałby do Kanału Suezkiego.

Nie zbywało na rozmaitych kombinacjach podróży, a dzięki dokładnym połączeniom pociągów, taka podróż naokoło świata nie jest niczem innem, jak tylko dalszą przejażdżką.

Nie w taki jednak sposób miał podróżować spadkobierca naboba z Frisco.

Nie! William W. Kolderup posiadał dla swych celów handlowych całą flotę żaglowców i parowców. Postanowił przeto, że jeden z tych statków odda do użytku Godfreya Morgana, jak gdyby chodziło o jakiego księcia krwi, dla swej przyjemności jeżdżącego po świecie, na koszt ojca.

Stosownie do jego zlecenia, solidny parowiec „Marzenie” zaczął się odrazu sposobić do podróży. Komendę miał nad nim objąć kapitan Turcotte, stary marynarz, który żeglował po wszystkich morzach, bez względu na szerokość geograficzną. Dzielny, doświadczony żeglarz, osiwiały w walce z tajfunami, tornadami i cyklonami, licząc pięćdziesiąt lat życia, od lat czterdziestu był na morzu. Zmaganie się z orkanem, było dla tego wilka morskiego dziecinną igraszką, a jedną tylko znał chorobę, zwaną „chorobą lądowa”, której ulegał, ilekroć na dłuższy czas musiał zawijać do portu. Przyzwyczajony do życia na pokładzie, na którym bezustannie chwiał się to w jedną, to w drugą stronę, Turcotte także w domu ciągle się przeginał i kołysał na prawo i na lewo, naprzód i w tył – do tego stopnia chwianie i kołysanie stało się drugą jego naturą.

Porucznik, mechanik, czterech palaczy, dwunastu majtków, razem ośmnastu ludzi miało tworzyć załogę „Marzenia”, któremu nie zbywało na zdolnościach pływackich, jakkolwiek musiał poprzestawać na ośmiu milach drogi na godzinę przy jeździe spokojnej. Nie był wprawdzie dostatecznie ciężki, by podczas burzy móc pruć fale, ale też i fale nie mogły go zalać – korzyść, równoważąca mniejszą szybkość jezdy, zwłaszcza, gdy nie zależy zbytnio na pośpiechu.

Nie trzeba też przypuszczać, że podróż „Marzenia” miała być tylko podróżą dla przyjemności. William W. Kolderup był zbyt praktycznym, by nie skorzystać należycie z podróży na przestrzeni 15.000-16.000 mil po wszystkich morzach świata. Statek jego miał wprawdzie odpłynąć bez ładunku, jednakowoż dla zabezpieczenia sobie spokojniejszej jazdy, zabrać miał znaczny balast wody, by w razie potrzeby mógł się zanurzyć aż do brzegów pokładu. Pozatem „Marzenie” miało po drodze zabierać ładunek, odwiedzając rozmaite kantory bogatego kupca. Kapitan Turcotte potrafi już pokryć koszta podróży. Kaprys Godfreya Morgana ani jednym dolarem nie obciąży kasy jego wuja. Tak się to robi w wielkich domach handlowych.

Wszystko to zostało ułożone i postanowione w długich, tajnych rozmowach Williama W. Kolderupa z kapitanem Turcotte. Widocznie jednak uregulowanie tych spraw nie szło całkiem gładko, gdyż kapitan bardzo często musiał się stawiać w gabinecie swego chlebodawcy. A obserwatorzy bystrzejsi od mieszkańców pałacu Kolderup byliby niechybnie zauważyli, że wychodząc z gabinetu, stary marynarz miał włosy rozwiane, jak gdyby zmierzwione wzburzoną ręką, jednem słowem, cała jego postać gwałtowniej się chwiała i kołysała, niż zwykle. Słychać było zresztą podniesione głosy, które świadczyły, że obrady były dość burzliwe. Tak, kapitan Turcotte, nie krępujący się w swych słowach, umiał się przeciwstawiać Williamowi W. Kolderup, który go zresztą nazbyt cenił i kochał, by mu się sprzeciwiać.

Nakoniec wszystko zdawało się być uporządkowane. Kto też ustąpił – William W. Kolderup, czy kapitan Turcotte? Tego na pewno wiedzieć nie można, gdyż nikt nie wiedział, nad czem dysputowali. Jabym się jednak oświadczył raczej za kapitanem.

Tak, czy owak, po obradach całotygodniowych, kupiec i marynarz doszli do jakiegoś porozumienia. Jakkolwiek Turcotte wciąż jeszcze mruczał do siebie:

– Do stu kroć tysiący djabłów! Kto by mi był powiedział, że mi kiedyś poruczą podobną sprawę!

Wyekwipowanie „Marzenia” postępowało zresztą bardzo szybko, a kapitan robił wszystko, co mógł, by w pierwszej połowie czerwca wyruszyć w drogę. Dokładnie zbadano statek, a jego czerwono pomalowany kadłub ostro się odcinał od czarnych ścian zewnętrznych.

Do portu San Francisco zawija mnóstwo wielkich okrętów rozmaitego rodzaju i z różnych krajów. Dawno by też wybrzeże przeznaczone do wylądowania i ładowania towarów, nie zdołało ich pomieścić, gdyby inżynierzy nie byli stworzyli kilku stucznych platform. Dokonano tego w ten sposób, że zanurzono we wodzie olbrzymie pnie, a na nich z desek potężnych zrobiono olbrzymie place, stale zarzucone skrzyniami i pakunkami. Na tych właśnie placach mogły wygodnie rozkładać swój ładunek okręty, przybywające z dwóch oceanów, parowce z Kalifornji, statki ze wszystkich krajów świata, a także statki, krążące wzdłuż wybrzeży Ameryki.

'School for Robinsons' by Léon Benett 11

Przy jednym z tych sztucznych placów, u wylotu Wharf-Mission-Street, spoczęło na kotwicy „Marzenie”. Nie zaniedbano niczego, by statek, mający służyć Godfreyowi wyposażyć jak najlepiej. Zapasy, urządzenie rezerwowe, wszystko najbardziej szczegółowo zbadano i wypróbowano. Liny, kocioł,, maszynerja, były doskonałe. Dla ułatwienia, na wszelki wypadek, komunikacji z lądem, umieszczono nawet na pokładzie zgrabną, nie mogącą zatonąć szalupę, która w podróży mogła oddać niejedną przysługę.

Jednem słowem, na 10 czerwca wszystko było gotowe. Pozostawało tylko odbić od brzegu. Ludzie wynajęci przez kapitana Turcotte do obsługiwania maszyn i żagli, tworzyli załogę pierwszorzędną i trudno byłoby o lepszą. Załadowano też mnóstwo zwierząt domowych: owiec, kóz, królików, kur i kogutów, a także najrozmaitsze artykuły żywności w konserwach, najprzedniejszych gatunków.

Co do marszruty „Marzenia”, to kwestja ta była niewątpliwie przedmiotem długich obrad między Williamem W. Kolderupem a kapitanem Turcotte. Wiedziano tylko tyle, że piewszą miejscowością, gdzie miano wylądować i spocząć, była stolica Zelandji o ile by nieprzewidziane przedłużenie podróży wskutek nieprzyjaznych wiatrów, nie zmusiło do wcześniejszego przybicia do któregoś z portów chińskich, lub jakiejś wyspy na Oceanie Spokojnym, gdzie możnaby się zaopatrzyć w węgiel.

O wszystkie te szczegóły zgoła nie troszczył się Godfrey, od chwili postanowienia podróży, a taksamo nie obchodziły one Tarteletta, którego wzburzona wyobraźnia ustawicznie zajęta była najrozmaitszymi wypadkami, jakimi zagrażała daleka podróż morska.

Pozostawała do spełnienia drobna tylko formalność: wystaranie się o parę fotografji.

Narzeczony nie mógł wszak wyjeżdżać w daleką podróż naokoło świata, nie zabierając ze sobą fotografji swej ukochanej i nie pozostawiając jej swojej.

Tedy Godfrey w kostjumie turystycznym oddał się w ręce Stephensona & Co., fotografów przy Montgomery-Street, a Fina w kostjumie ulicznym powierzała promieniom słonecznym utrwalenie na płycie zręcznych fotografów swej uroczej, jakkolwiek trochę zatroskanej twarzy.

W ten sposób można było ruszyć w podróż, nie rozłączając się całkowicie. Podobizna Finy miała swe oznaczone miejsce w kajucie Godfreya, a obraz Godfreya w pokoju młodej dziewczyny.

Tartelette nie był wprawdzie zaręczony i nie miał też zamiaru nim zostać, jednakowoż uważano za stosowne także jego rysy uwiecznić na fotografji. Ale jakkolwiek zadanie to powierzono fotografom pierwszorzędnym, niemniej rezultat okazał się bardzo niezadowalający. Na płycie ukazały się tylko jakieś mgliste zarysy, żadną miarą nie dające wyobrażenia o wyglądzie sławnego profesora tańców i dobrego tonu.

Powód był ten, że mistrz ani na sekundę nie potrafił wytrwać spokojnie w jednej pozycji, pomimo że jak we wszystkich zakładach fotograficznych, tak i w tym wyraźnie go o to proszono. Napróżno, Tartelett naprzód już chwiał się i kołysał na wszystkie strony, jakby był kapitanem „Marzenia”. Ostatecznie musiano się wyrzec utrwalenia oblicza tego osobliwego męża. Strata niepowetowana dla potomności, na wypadek – nie oddajmy się jednak tej smutnej myśli – gdyby Tartelett, wyruszający wprawdzie tylko do Starego Świata, miał niespodzianie dostać się do tego, z którego żaden podróżny nie wraca.

Dnia 9 czerwca wszystko było gotowe. „Marzenie” mogło każdej chwili odbić od brzegów. Jego papiery: list przewozowy, polica asekuracyjna, były w największym porządku, a przed dwoma dniami agent Domu handlowego Williama W. Kolderupa nadesłał ostatnie podpisy.

Tego dnia urządzono w pałacu przy Montgomery-Street wielkie śniadanie pożegnalne. Wychylano kieliszki za szczęśliwą podróż i szczęśliwy powrót Godfreya.

'School for Robinsons' by Léon Benett 12

Godfrey był bardzo wzruszony i wcale tego nie ukrywał. Fina okazała się silniejszą od niego. Co do Tarteletta, to niepokój swój topił dzielnie w szklanicach szampana, którego działanie trwało aż do chwili odjazdu. Zapomniał nawet o swych kieszonkowych skrzypcach, które przyniesiono mu w ostatniej chwili, kiedy już podniesiono kotwicę „Marzenia”.

Na pokładzie żegnano się po raz ostatni, ściskając sobie dłonie, poczem maszyna zaczęła warczeć i statek odbił od brzegu.

– Do widzenia Fino!

– Do widzenia, Godfreyu!

– Niech Bóg prowadzi! – zawołał wuj.

– A przedewszystkiem, niech nas szczęśliwie odprowadzi z powrotem! – mruknął Tartelett.

– A nie zapominaj – dodał William W. Kolderup – dewizy, widniejącej na sztandarze „Marzenia”: Confide, recte agens!

– Nigdy jej nie zapomnę, wuju! Do widzenia, Fino!

– Do widzenia, Godfreyu!

Parowiec wypłynął na morze. Dopóki go widać było, z brzegu powiewano chusteczkami.

Niebawem przebył zatokę San Francisco, największą na świecie, poczem „Marzenie” przecięło wąską „Golden Gate” (Złotą Bramę) i dumnie zaczęło pruć fale Pacyfiku.

Zdawało się, jak gdyby się za niem zamknęła owa „Złota Brama”.



Rozdział VI

W którym wzywa się czytelnika do zapoznania się z nową osobistością.

Rozpoczęła się podróż. I każdy przyzna, że bez wszelkich trudności. Profesor Tartelett nie przestawał jednak z żelazną logiką powtarzać:

– Każda podróż musi się zawsze rozpocząć, niewiadomo tylko, jak i gdzie się zakończy.

Z kajuty Godfreya wychodziło się w tylnej części pokładu na czworobok, służący za jadalnię. Młody nasz podróżny miał tu wspaniałe pomieszczenie. Obraz Finy zawiesił na najlepszem miejscu, przeznaczywszy mu najlepiej oświetloną ścianę. Łóżko, umywalnia, kilka szaf na garderobę i bieliznę, stół do pracy, fotel do siedzenia – czegóż więcej potrzeba pasażerowi, liczącemu 22 lata? W takich warunkach mógłby doskonale odbyć 22 razy podróż naokoło ziemi. Czyż nie był w epoce filozofji praktycznej, opierającej się na dobrem zdrowiu i dobrym humorze? O tak, młodzieńcy, podróżujcie, jeśli możecie, a jeśli nie możecie, to mimo to podróżujcie!

Tartelett jednak stracił swój dobry humor.

Jego kabina, mieszcząca się tuż obok kabiny ucznia, wydawała mu się ogromnie ciasną, łóżko twardem, a przestrzeń, wynosząca sześć łokci kwadratowych, nie pozwalała na wykonywanie kroków tanecznych i rytmicznych ruchów. Czy w charakterze podróżującego nie zdoła w sobie pokonać nauczyciela tańców? Nie! to już było w jego krwi. A gdy dla Tarteletta nadejdzie godzina, kiedy się będzie musiał ułożyć do snu wiecznego, to i wtedy jeszcze nogi jego w pozycji poziomej, znajdą się piętą przy pięcie, jak wymaga pierwsza pozycja.

Posiłki spożywano wspólnie, a urządzono to w ten sposób, że Godfrey i Tartelett siedzieli naprzeciw siebie, a kapitan i porucznik zajmowali miejsca skrajne przy kołyszącym się stole. Ta jego chwiejność z góry kazała się domyślać, że miejsce profesora nieraz będzie puste.

Przy odjeździe w pięknym miesiącu czerwcu, powiewał lekki wietrzyk północno-wschodni. Kapitan Turcotte kazał rozpiąć żagle dla zwiększenia szybkości parowca, który dzięki temu nie chybotał się tak bardzo na obie strony. A ponieważ fala parła go z tyłu, więc nie kołysał się też zbytnio naprzód. Nie była to więc jazda, przy której pasażerom krew ucieka z twarzy, oczy się zapadają, a czoła bledną śmiertelnie. Było wcale znośnie. Okręt na spokojnem morzu zmierzał w kierunku południowo-zachodnim, słabo się tylko kołysząc. Szybko zniknęły z oczu wybrzeża Ameryki.

W ciągu dwóch dni nie zdarzyło się nic takiego, coby godnem było wzmianki. „Marzenie” miało podróż pomyślną. Początek był całkiem dobry – mimo to jednak kapitan Turcotte od czasu do czasu zdradzał niepokój, który napróżno kryć usiłował. Każdego dnia, gdy słonce przechodziło przez Południk, konstatował dokładnie położenie statku. Można też było zauważyć, że za każdym razem zabierał do swej kajuty porucznika i obaj prowadzili tam tajne rozmowy, jakby się naradzali nad jakimś ważnym wypadkiem, którego oczekiwali. Godfrey, nie mający wyobrażenia o żegludze, nie zwracał na to uwagi, natomiast sternik i kilku majtków mocno się temu dziwili.

A zdziwienie ich było tem większe, że w ciągu pierwszego tygodnia nocną porą dwa lub trzy razy bez żadnego powodu zmieniono kierunek drogi i dopiero we dnie „Marzenie” znów płynęło w dawnym kierunku. Dało się to wprawdzie wytłumaczyć przy żaglowcu, podlegającemu zmiennym warunkom atmosferycznym, ale przy parowcu było czemś zagadkowem, gdyż w razie niepomyślnego wiatru, zawsze przecie może zwinąć żagle.

Dwunastego czerwca rano zdarzyło się na pokładzie coś nieoczekiwanego.

Kapitan Turcotte, porucznik i Godfrey mieli właśnie zabrać się do śniadania, gdy z pokładu dobiegły krzyki. Niebawem sternik pchnął gwałtownie drzwi i zjawił się w kajucie.

– Panie kapitanie! – zaczął.

– Cóż takiego? – żywo spytał Turcotte, gdyż żeglarz zawsze musi być na wszystko przygotowany.

– Jest tu Chińczyk! – rzekł sternik.

– Chińczyk?

– Tak! Chińczyk, którego przypadkiem odkryliśmy w dolnej części pokładu.

– W dolnej części pokładu! – wykrzyknął kapitan. – Do kroćset piorunów, do wody z nim!

– All right! – odparł sternik.

Wobec głębokiej pogardy, z jaką każdy Kalifornijczyk odnosi się do mieszkańca państwa słońca, poczciwiec ten uznał ów rozkaz za całkiem naturalny i ani przez chwilę nie zawahał się przed jego spełnieniem.

Kapitan Turcotte wstał i w towarzystwie porucznika i Godfreya skierował się ku przedniej części pokładu.

Tam istotnie kilku majtków pochwyciło Chińczyka, nie szczędząc mu kułaków. Był to człowiek, mogący liczyć lat 35 do 40, o twarzy inteligentnej. Dobrze zbudowany, bez zarostu, czynił wrażenie nieco wyczerpanego 60-godzinnym pobytem w źle wietrzonej, ciemnej kryjówce na dnie okrętu, gdzie dostrzeżono go przypadkiem.

Kapitan dał znak, by puścili nieszczęśliwego intruza.

'School for Robinsons' by Léon Benett 13

– Kto jesteś? – spytał.

– Syn słońca.

– Nazwisko?

– Seng-Wu – odparł Chińczyk. W mowie państwa słońca imię to znaczy: „nieżyjący”.

– A co tu robisz na pokładzie?

– Jadę – spokojnie odpowiedział Seng-Wu, – nie przysparzam wam jednak żadnego kłopotu.

– To prawda! Najmniejszego! W chwili odjazdu byłeś ukryty w dolnej części statku?

– Tak, panie kapitanie.

– By bezpłatnie dostać się z Ameryki do Chin, na drugą stronę Pacyfiku?

– Gdyby pan kapitan zechciał być tak dobrym!

– A jeśli nie zechcę być tak dobrym, żółtoskóry złodzieju i poproszę cię, byś sobie sam popłynął do Chin?

– To spróbuję – z uśmiechem odparł Chińczyk – ale wiem, że po drodze utonę.

– Przeklęty Johnie! – krzyknął kapitan. – Ja ci dam nauczkę, jak się to jeździ bezpłatnie. (Johnem nazywają Kalifornijczycy wszystkich Chińczyków, w ten sposób wyrażając im swą pogardę).

Kapitan Turcotte udawał bardziej rozgniewanego, niż tego wymagała sprawa i byłby może wykonał swą groźbę, gdyby w tej chwili nie był się wmieszał Godfrey.

– Kapitanie – rzekł – jeden Chińczyk na pokładzie „Marzenia”, to znaczy o jednego Chińczyka mniej w Kalifornji, gdzie ich przecież tak wielu.

– Gdzie ich za wielu! – odparł kapitan.

– Za wielu, oczywista! – potwierdził Godfrey. – Otóż to, że ten nieborak uznał za stosowne uwolnić Kalifornię od swej osoby, powinno mu zjednać trochę naszego współczucia. Phi! Gdy dojedziemy do brzegów Szanghaju, wyrzucimy go na ląd i obejdzie się bez hałasu.

Zgadzają się na twierdzenie kapitana, że w Kalifornji jest za wielu Chińczyków. Godfrey wyrażał pogląd prawdziwego Kalifornijczyka. To prawda, że emigracja synów państwa słońca – Chiny liczą 333 miljonów mieszkańców, a Stany Zjednoczone 80 miljonów Amerykanów – stanowi poważne niebezpieczeństwo dla prowincyj dalekiego Zachodu. Ustawodawstwo tych państw: Kalifornji, Oregonu, Utahu, Newady, zajmowało się tą nową odmianą epidemji, przez jankesów zwanej „żółtą zarazą”.

Obecnie w samej Kalifornji żyje przeszło 50.000 Chińczyków. Są oni bardzo pracowici przy płukaniu złotego piasku, przytem nadzwyczaj cierpliwi i skromni, gdyż poprzestają na garści ryżu, kilku łykach herbaty i odrobinie opjum. Tem spowodowali obniżenie płac robotników krajowych. Wbrew amerykańskiej konstytucji, zastosowano do nich ustawy wyjątkowe, regulujące ich imigrację i odmawiające im prawa obywatelstwa, gdyż obawiano się, by wkońcu nie zdobyli też większości w kongresie. Obchodzą się tam z nimi tak samo źle, jak z Murzynami, a dla uzasadnienia przydanego im miana „roznosicieli zarazy” zamyka się ich do pewnego rodzaju ghetta, gdzie z całą ścisłością zachowują zwyczaje i obyczaje państwa słońca.

W stolicy Kalifornji odgraniczono ich od ludności tubylczej, wtłaczając ich do ulicy Sacramento, ozdobionej chińskimi napisami i latarniami. Tu widuje się ich tysiącami w kabatach o szerokch rękawach, w stożkowatych kapeluszach i spiczastych butach. Tu żyją jako kramarze, ogrodnicy lub pracze – o ile nie są kucharzami i nie należą do trup aktorskich, we francuskim teatrze grających sztuki chińskie.

Seng-Wu – niema potrzeby robić z tego tajemnicy – należał właśnie do jednej z takich trup, w której zajmował stanowisko pierwszego komika – o ile określenie europejskie da się zastosować do artysty chińskiego. Są oni bowiem zawsze tak poważni, nawet kiedy żartują, że kalifornijski powieściopisarz Bret Harte z całą słusznością mógł był powiedzieć, że nigdy nie widział śmiejącego się chińskiego aktora i nigdy też nie potrafił rozróżnić, czy grana przez nich sztuka była tragedją, czy też farsą.

Jednem słowem, Seng-Wu był komikiem. Po skończonym sezonie, który mu przyniósł więcej sławy, niż brzęczącej monety, zapragnął ojczyznę swą ujrzeć wcześniej, niż jako trup. Z tego powodu na los szczęścia, ukrył się na międzypomoście „Marzenia”.

Mając zapasy żywności, spodziewał się, że incognito uda mu się przebyć tę parotygodniową podróż i niespostrzeżenie umknąć gdzieś na wybrzeżu chińskiem.

Wszystko to wydawało się dość prawdopodobnem. A w każdym razie pomysł był wcale niezły.

Godfrey miał rację, ujmując się za intruzem, a kapitan Turcotte, udający bardziej rozgniewanego, niż był w istocie, bez wielkiego żalu wyrzekł się przyjemności pogrążenia Seng-Wu w odmętach Oceanu Spokojnego.

Seng-Wu nie wrócił już wprawdzie do swej kryjówki na spód okrętu, ale i na pokładzie nie miał nikomu zawadzać. Flegmatyczny, małomowny, unikał zetknięcia z majtkami, chętnie częstujących go kułakami. Żywił się własnemi prowiantami. Był zresztą tak chudy, że jego ciężar, doliczony do wagi ładunku, niezbyt obciążał „Marzenie”. Jakkolwiek więc Seng-Wu podróżował bezpłatnie, to podróż ta nie kosztowała Williama W. Kolderupa ani jednego centa.

Jego obecność na pokładzie skłoniła jednak kapitana do uwagi, której sens mógł być zrozumiałym jedynie dla porucznika.

– Ten przeklęty Chińczyk może się stać dla nas wielką przeszkodą! W takim razie, tem gorzej dla niego!

– Poco się podstępnie wślizgnął na statek! – odparł porucznik.

– Przedewszystkiem pragnie on się dostać do Szangaju – mruknął kapitan. – Bierz licho Johna i wszystkich synów Johna!



Rozdział VII

W którym się okazuje, że William W. Kolderup miał jednak słuszność, ubezpieczając swój statek.

Wciągu dni następnych (13, 14 i 15 czerwca) barometr spadał powoli lecz stale, co wskazywało, że pogoda ma zamiar trzymać się na pograniczu deszczu, wiatru i burzy. Wietrzyk południowo-zachodni wyraźnie zyskiwał na sile. Oznaczało to wiatr nieprzyjazny dla „Marzenia”, które musiało pokonywać dość silny prąd od przodu. Zwinięto tedy żagle, puszczając w ruch śrubę, jednakowoż przy małym nacisku, dla uniknięcia bardzo niemiłego tłuczenia.

Godfrey znosił dobrze następstwa chybotania i huśtania się statku, ani na chwilę nie tracąc dobrego humoru. Widać było, że dzielny ten młodzieniec kocha morze.

'School for Robinsons' by Léon Benett 14

Tartelett natomiast nie kochał morza, a ono mu się też odwzajemniało. Trzeba było widzieć, jak ten profesor, wyuczający eleganckiej postawy, nie mógł wogóle trzymać się na nogach, jak mistrz tańców balansował wbrew wszelkim zasadom swego kunsztu.

Przy gwałtownych uderzeniach bałwanów, do głębi wstrząsających statkiem, Tartelett nie był w stanie wytrzymać w swej kabinie.

– Powietrza! Powietrza! – jęczał.

Nie opuszczał tedy pokładu. Każde chybotnięcie przerzucało nim z jednej strony pokładu na drugi, każdy wstrząs miotał nim to w tył to naprzód. Opierał się o poręcze, chwytał się lin, zajmował najrozmaitsze pozycje, wyklinane przez szyk i dobre manjery. Ach! Czemuż nie może się jak balon wzbić w powietrze, by uniknąć tego strasznego kołysania! Nigdy w życiu nie uda się już w podróż na takim chwiejnym statku, lada chwila mogącym się pogrążyć w głębinach Oceanu!

Że też William W. Kolderup mógł go skazać na podobne męki!

– Jak długo może potrwać to ohydne powietrze? – dwadzieścia razy dziennie zapytywał kapitana.

– Hm! Barometr nie zapowiada nic dobrego! – mruczał Turcotte, posępnie marszcząc brwi.

– Czy rychło będziemy u celu?

– Rychło, profesorze, rychło! Hm! Tylko musi jeszcze minąć trochę czasu.

– I to się nazywa Oceanem Spokojnym! – wykrzyknął nieszczęśliwiec, znów się zataczając, to naprzód, to w tył.

Mistrz Tartelett cierpiał jednak nietylko z powodu choroby morskiej. W równym stopniu męczyło go uczucie lęku na widok spienionych fal, sięgających pokładu, trzask westyli, podnoszonych przez silne uderzenia bałtrzask wentyli, podnoszonych przez silne uderzenia bałciągłego zawrotu, gdy na spiętrzonych falach statek podskakiwał jak korek.

– Nie! To przecież niemożliwe! Wcześniej, czy później musimy się gdzieś rozbić – powtarzał raz po raz, mętnem spojrzeniem obejmując Godfreya.

– Spokojnie, panie Tartelett! – odpowiadał Godfrey. – Statek po to przecież istnieje, by płynął! Cóż w tem u licha, tak okropnego!

– Nie, tego już pojąć nie mogę!

To rzekłszy, profesor umocnił na sobie pas ratowniczy. Nie rozstawał się z nim, ni we dnie, ni w nocy. Nie byłby go oddał za skarby świata. Ilekroć morze się na chwilę uspokoiło, nadymał go ponownie. Ciągle mu się zdawało, że nie jest dostatecznie napełniony para.

Czytelnik pobłażliwie osądzi biednego Tarteletta. Człowiek, nieprzywykły do morza, musi uczuwać lęk na widok wzburzonych bałwanów, a wiadomo przecież, że ten przymusowy pasażer w całem swem życiu nie odważył się nawet wsiąść do łodzi, krążącej po spokojnych wodach zatoki San Francisco. Nie można mu przeto brać za złe, że przy wzburzonem morzu źle się czuł na okręcie, a uderzenia fal przyprawiały go o strach śmiertelny.

Pozatem pogoda pogorszała się z dnia na dzień, grożąc bliską burzą, o której morskie latarnie nadbrzeżne byłyby niewątpliwie ostrzegły „Marzenie”, gdyby było bliżej brzegów.

Aczkolwiek w ciągu dnia okręt chwiał się straszliwie na wszystkie strony i płynął tylko słabą siłą pary, by nie uszkodzić maszyny, to jednak przy silnie wzburzonej powierzchni morza, śruba raz pogrążała się głęboko, to znów widniała ponad wodą. Dlatego skrzydła jej z olbrzymim rozmachem pruły głębiny, to znów ponad linją wód pracowały z naporem, mogącym łatwo uszkodzić maszynerję. Zdawało się, że z pod pomostu „Marzenia” dochodzą dziwne jakieś odgłosy huków, a tłoki funkcjonowały z taką szybkością, że maszynista nie mógł sobie dać rady.

Godfrey uczynił spostrzeżenie, nie mogąc sobie jednak wytłumaczyć przyczyny: że mianowicie w nocy, wstrząśnienia statku były mniej silne, niż we dnie.

Czyżby nocą wiatry były mniej gwałtowne, czyli że po zachodzie nastawała cisza?

Zjawisko to występowało tak wyraźnie, że w nocy z 21 na 22 czerwca postanowił zbadać jego przyczynę. Dzień był bardzo burzliwy, wiatr się wzmagał z godziny na godzinę, a nic na to nie wskazywało, by noc miała przynieść odpoczynek morzu, od tylu godzin smaganemu wichrem rozszalałym.

Godfrey wstał tedy około północy, ubrał się ciepło i wyszedł na pokład.

Na przedzie stały straże, na pomoście kapitan Turcotte.

Wicher absolutnie nie utracił na sile, a jednak bałwany, które trzeba było usuwać łamaczami, uderzały ze znacznie słabszą siłą.

'School for Robinsons' by Léon Benett 15

Podniósłszy wzrok na komin, cały spowity w czarne dymy, Godfrey zauważył, że zamiast ulatywać w tył, dymy pędziły naprzód, czyli w tym samym kierunku, w którym płynął statek.

– Widocznie się wiatr odwrócił! – rzekł do siebie.

Szczęśliw z tej pożądanej zmiany wszedł na mostek komendanta.

– Panie kapitanie! – zawołał.

Otulony w swój płaszcz gumowy, Turcotte nie zauważył był jego przyjścia i w pierwszej chwili nie mógł się powstrzymać od gestu zniecierpliwienia.

– Panie Godfrey, skąd się pan tu bierze?

– Chciałem pana zapytać…

– O co? – szybko podjął kapitan.

– Chciałem pana zapytać, czy wiatr się odwrócił?

– Niestety, panie Godfrey, wcale się nie odwrócił. Obawiam się nawet, czy nie nadciągnie burza.

– Bo teraz mamy przecież wiatr ztyłu.

– Z tyłu?… Tak, istotnie! – odparł kapitan, widocznie zirytowany tą uwagą. – Bardzo to dla mnie niepożądane!

– Co pan przez to chce powiedzieć?

– Że nie chcąc narażać statku, musiałem go odwrócić, a teraz muszę płynąć pod wiatr.

– Ależ to może pociągnąć za sobą bardzo przykre opóźnienie! – zawołał Godfrey.

– Bardzo przykre, istotnie! – odparł kapitan. – Ale jak się tylko rozwidni i morze trochę opadnie, skorzystam zaraz, by się znów skierować ku zachodowi. Teraz jednak pana proszę, by wrócił do kajuty. Spróbuj pan zasnąć, skoro my czuwamy! Tam zresztą nie czuć tak bardzo wstrząśnień.

Godfrey potakująco skinął głową i raz jeszcze rzuciwszy zaniepokojone spojrzenie na chmury, szybujące z niesamowitą szybkością opuścił pomost i wrócił do kajuty, by momentalnie zasnąć.

Nazajutrz razo, dnia 22 czerwca „Marzenie” zwróciło się w poprzednim kierunku, jak to był zapowiedział kapitan, pomimo że wiatr niezbyt się uciszył.

Ta jazda, nocą na wschód, we dnie na zachód, trwała jeszcze 48 godzin. Barometr okazywał jednak tendencję podniesienia się, a wahania jego stawały się coraz rzadsze. Należało przypuszczać, że kiepskie powietrze ustąpi przed wiatrami, zawiewającemi teraz od północy.

I tak się stało.

Gdy dnia 25 czerwca Godfrey o 8 rano wyszedł na pokład, świeży wietrzyk północny rozwiewał ostatnie strzępy chmur. Promienie słońca prześlizgując się między linami, malowały płomienne plamy we wszystkich kątach pokładu. Morze silnie rozfalowane, lśniło dokąd okiem sięgnąć, jakby skąpane w promiennej jaśni. Wiatr słał tylko lekkie podmuchy, wytwarzając białą pianę na grzywie fal, a dolne żagle znów się rozpościerały w słońcu. Właściwie nie były to już fale, lecz podłużne smugi wód, lekko kołyszące statek.

To wszystko było jednak całkiem obojętnem dla profesora Tarteletta, który był ciągle chory, bez względu na to, czy morze było spokojne, czy zburzone. Nawpół leżąc na pokładzie, raz po raz szeroko otwierał usta, chwytając powietrze, jak ryba wyrzucona na piasek.

Porucznik stał na podwyższeniu, przez lunetę patrząc w kierunku północno-wschodnim.

Do niego przystąpił Godfrey.

– I co, panie poruczniku – rzekł wesoło – dziś chyba lepiej, niż wczoraj?

– Tak, panie Godfrey, wjechaliśmy wreszcie na spokojne wody – odparł zagadnięty.

– A czy „Marzenie” płynie już we właściwym kierunku?

– Jeszcze nie!

– Jeszcze nie? Dlaczego?

– Bo podczas ostatniej burzy statek został prawdopodobnie rzucony w kierunku północno-wschodnim i musimy dopiero stwierdzić jego położenie. Słońce tak świeci i horyzont jest całkiem jasny, więc w południe zmierzymy położenie i kapitan określi dalszy kierunek.

– A gdzie kapitan?

– Opuścił okręt.

– Opuścił okręt?

– Tak, nasze straże, zapewne wskutek białawej barwy wody, miały rzekomo zauważyć na wschodzie jakieś rafy, których niema na mapie. W każdym razie kapitan uznał za właściwe to zbadać, więc w towarzystwie sternika i trzech majtków wyruszył w szalupie we wskazanym kierunku.

– Dawno już wyruszył?

– Przed niespełna dwiema godzinami.

– Ach! – zawołał Godfrey. – To mnie irytuje! Dlaczego mnie nie zawiadomiono? Byłbym chętnie mu towarzyszył.

– Pan spał wtedy – rzekł oficer, – a kapitan nie chciał pana budzić.

– Bardzo żałuję; proszę mi jednak powiedzieć, w którym kierunku wyruszył kapitan.

– Na północny wschód, mniej więcej jak wskazuje winduga u steru – odparł oficer.

– Czy nie możnaby ich zobaczyć przez lunetę?

– Och nie, muszą już być bardzo daleko.

– Rychło jednak wrócą?

– Tak, rychło wrócą – odparł oficer. – Bo kapitan chce sam zrobić pomiary, więc musi tu być przed południem.

Usłyszawszy tę odpowiedź, Godfrey usiadł na przedzie okrętu w pobliżu steru i kazał sobie przynieść lunetę, by przez nią obserwować powrót szalupy. Wyjazd kapitana w celu zbadania morza, wydał mu się czemś całkiem naturalnem. Nie podobna przecież narażać się na niebezpieczeństwo, płynąc na oślep, gdy bądź co bądź owe sygnalizowane rafy, istotnie mogły istnieć.

Minęły dwie godziny. Dopiero o pół do jedenastej, na horyzoncie zarysowała się lekka smużka dymu.

Prawdopodobnie wraca szalupa po zbadaniu otoczenia.

Godfrey z przyjemnością obserwował jej nadpływanie. Przez lunetę coraz wyraźniej rozpoznawał kontury, które stawały się coraz większe i wyrazistsze, a smugi unoszących kłębów pary wodnej, odcinały się falisto od gładkiego tła horyzontu. Była to doskonała łódź, a pędząc całą siłą pary, z byskawiczną szybkością zbliżała się do statku. Po kilku chwilach można ją już było dostrzec gołem okiem. Około godziny jedenastej Godfrey dostrzegł białe piany, wyrzucane przez tram, a z tylu długi, biały pas, ciągnący się niby ogon komety.

'School for Robinsons' by Léon Benett 16

O kwadrans na dwunastą kapitan przypłynął do „Marzenia” i wskoczył na pokład.

– Co nowego, kapitanie? – zagadnął Godfrey, potrząsając jego prawicą.

– Ach, dzień dobry, panie Godfrey.

– I cóż te rafy?

– Złudzenie optyczne – odparł kapitan. – Nie dostrzegliśmy nic podejrzanego. Naszym strażom coś się przewidziało. Mnie się to odrazu wydało nieprawdopodobnem.

– Tedy ruszamy dalej! – zawołał Godfrey.

– Tak, popłyniemy znów w poprzednim kierunku, ale wpierw muszę wziąć pomiary.

– Każe pan wziąć szalupę na pokład? – spytał Godfrey.

– Nie, – odparł kapitan. – Może płynąć za nami, jako holownik „Marzenia”.

W trzy kwadranse później kapitan uzbrojony w odpowiednie instrumenty, wziął pomiary położenia, poczem określił dalszy kurs parowca.

Raz jeszcze objąwszy spojrzeniem widnokrąg, na którym nie było już ani jednej chmurki, zawezwał porucznika do swej kajuty, gdzie dość długo nad czemś się naradzali.

Pogoda była prześliczna. „Marzenie” szybko mknęło po lustrzanej tafli wód, nie rozpinając żagli. Bo wiatr był tak słaby, że nie byłby w stanie wzdąć żagli, natomiast maszyna pracowała pełną siłą pary.

Godfrey był w znakomitym humorze. Bo i cóż mogłoby lepiej oddziaływać na ciało i ducha, pobudzać myśli, podniecać wyobraźnię, jak właśnie podróż na wspaniałym Oceanie przy cudnej pogodzie? Mistrza Tartelett jednak nawet tak wspaniały stan pogody nie potrafił rozweselić. Jakkolwiek chwilowo morze nie przejmowało go lękiem, to jednak nie mógł on tak szybko odzyskać swej sprawności fizycznej. Próbował jeść, lecz nie czuł ani smaku, ani apetytu. Godfrey chciał go uwolnić od pasa ratowniczego, który mu ściskał piersi, utrudniając oddychanie, lecz mistrz absolutnie się na to nie zgodził. Czyż ten zlepek z drzewa i żelaza, zwany okrętem, nie może się lada chwila roztrzaskać?

Zapadł wieczór. Gęste mgły snuły się nisko, dotykając niemal statku. Zapowiadała się noc ciemniejsza, niż można się było spodziewać po dniu tak pogodnym.

W tej strefie morza, przez kapitana Turcotte dokładnie oznaczonej na mapie, nie należało się obawiać żadnych skał podwodnych; w ciemności nie było jednak wykluczone zderzenie okrętów, zwłaszcza w noc tak mglistą.

To też po zachodzie słońca, pozapalano wszędzie światła. Białe światło płonęło na szczycie masztu, a po bokach umieszczono z prawej strony światło zielone, z lewej czerwone.

Gdyby przy takiem oświetleniu statek jakiś wjechał na „Marzenie”, to prawdziwie nie byłoby to jego winą. Pociecha coprawda marna, bo zatonięcie bez winy, nie przestaje być zatonięciem. Jeśli ktoś z podróżnych w ten sposób rozumował, to był nim niewątpliwie profesor Tartelett.

Narazie jednak biedaczysko, chwiejąc się i zataczając, położył się w swej kajucie, a Gadfrey również udał się na spoczynek. Pierwszy miał iskrę nadzieji, drugi pewność, że noc minie spokojnie, wobec tego, że „Marzenie” po gładkiej tafli wód płynęło teraz całkiem spokojnie.

Oddawszy komendę porucznikowi, Turcotte również udał się do swej kajuty, by bodaj przez parę godzin zażyć odpoczynku. Statek mógł płynąć całkiem bezpiecznie, bo mgły nie zdawały się zgęszczać, unosząc się w przyzwoitej wysokości ponad statkiem.

Godfrey po dwudziestu minutach spał zdrowym snem młodości, a głębokie miarowe oddychanie Tarteletta, który zgodnie ze swym zwyczajem, w ubraniu rzucił się na łóżko, wskazywały, że i on również zasnął.

Nagle…. mogła być pierwsza po północy… straszliwy łoskot zbudził Godfreya.

Zerwał się natychmiast, włożył spodnie, bluzę i buty nieprzemakalne, gdy w tejże chwili rozległ się na pokładzie okrzyk:

– Toniemy! Toniemy!

W okamgnieniu Godfrey wyskoczył z kajuty i już był na pokładzie. Tu natknął się o jakaś bezwładną masę, w której domyślił się profesora Tarteletta.

Cała załoga była na pokładzie, biegając tam i napowrót, a wśród zgiełku rozbrzmiewały rozkazy kapitana i oficera.

– Zderzenie? – spytał Godfrey.

– Nie wiem… nie wiem… – bąkał oficer. – Nic nie widać przy tej przeklętej mgle, ale statek tonie!

– Tonie? – spytał Godfrey.

'School for Robinsons' by Léon Benett 17

Czuć było coraz wyraźniej, że „Marzenie” uderzywszy widocznie o jakieś skały, coraz głębiej pogrążało się we wodzie, która wpływała już na pokład. Nie ulegało wątpliwości, że ogień pod maszyną dawno musiał być zalany.

– Panie Godfrey! – krzyknął kapitan. – Do morza! Szybko! Niema chwili do stracenia! Statek tonie!

– A Tartelett?

– Ja się nim zajmę! Nie więcej, jak kilkadziesiąt metrów dzieli nas od lądu.

– A pan?

– Moim obowiązkiem wytrwać do ostatniej chwili! Ale pan musi się ratować bezzwłocznie!

Godfrey wahał się jeszcze, gdy woda szeroką fala wpłynęła na pokład.

Kapitan Turcotte wiedząc, że Godfrey pływa jak ryba, chwycił go za ramiona i wrzucił do morza.

Czas był najwyższy. Bo gdyby nie mrok nieprzenikniony, w miejscu, gdzie przed chwilą unosiło się na falach „Marzenie”, możnaby było zobaczyć ziejącą otchłań.

Godfrey odpłynął już jednak o kilka sążni i szybko oddalał się teraz od zawrotnego wiru, spowodowanego tonącym statkiem.

Wszystko to dokonało się w ciągu minuty. W parę chwil później, wśród krzyków rozpaczy, dochodzących ze statku, zgasły też obydwa boczne światła: czerwone i zielone.

Nie ulegało wątpliwości: „Marzenie” zatonęło.

Godfrey dotarł do wysokiej skały, zabezpieczonej przed zalewem bałwanów. W mroku krzyczał co sił, lecz nikt nie dawał odpowiedzi. Nie wiedział, czy znalazł się na samotnej skale, czy też na cyplu jakiegoś łańcucha raf. Może jedyny ocalały z katastrofy, biedny rozbitek oczekiwał nastania dnia.



Rozdział VIII

W którym Godfrey dochodzi do smutnych rozważań nad żądzą podróżowania.

Jeszcze trzy godziny należało oczekiwać do wschodu słońca. O godzinach tych można rzec, że zdają się trwać wieki.

Jak na początek, próba to była bardzo ciężka. Ale Godfrey nie wyruszył przecież na wycieczkę. Wsiadając na okręt, mówił sobie w duchu, że oto pozostawia za sobą byt szczęśliwy i spokojny, jakiego nie może się spodziewać od zmiennych losów dalekiej podróży. Trzeba więc umieć stawiać czoło nieszczęściu.

Chwilowo był ocalony. Na tej skale woda go nie dosięgnie, bo tylko piana bałwanów bluzga o kamienne jej ściany. Czy fale uniosą go podczas przypływu? Nie, bo po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że statek rozbił się właśnie w chwili najwyższego przypływu.

Czy jednak jest to skała pojedyncza? Czy wznosi się jako jeden ze szczytów całego szeregu skał? Jakie wybrzeże kapitan Turcotte rozróżnił po ciemku? Do jakiego lądu może ono należeć? To pewne, że podczas kilkudniowej burzy statek został rzucony w niewiadomo jakim kierunku i dlatego nie dało się określić dokładnie jego obecnego położenia. Nie ulega to żadnej wątpliwości, bo wszak dopiero przed dwiema godzinami kapitan Turcotte zapewniał, że na jego mapach niema żadnych raf w tej okolicy. Szkoda, że on sam nie wyjechał, by zbadać, czy istotnie niema raf, sygnalizowanych przez straże.

Więc jednak straż miał słuszność i gdyby kapitan był wyjechał nieco dalej na swej szalupie, nie byłoby doszło do tej katastrofy. Naco się jednak zdadzą spóźnione rozważania?

Znalazłszy się w obliczu faktu dokonanego, Godfrey zrozumiał, że obecnie kwestją życia i śmierci było stwierdzić, czy skała, na której znalazł schronienie, należy do jakiegoś stałego lądu. A w jakiej strefie Oceanu Spokojnego się znajduje nad tem będzie mógł rozmyślać później. Skoro tylko zacznie świtać, musi przedewszystkiem opuścić tę skałę, której szczyt był co najwyżej na 20 stóp długi i taksamo też szeroki. Ale opuścić można jakieś miejsce, jeśli je można zamienić na inne. A jeżeli innego nie będzie? Jeżeli kapitan pomylił się wśród gęstej mgły? Jeśli dokoła tej skały rozpościera się tylko bezmiar Oceanu? Jeśli, jak sięgnąć okiem, niebo i woda zlewają się na skraju horuzontu?

Myśli młodego rozbitka skoncentrowały się na tem pytaniu. Wytężył wzrok, by w nieprzeniknionych ciemnościach rozróżnić, czy jakaś skłębiona masa, jakaś grupa skał czy raf zwiastuje bliskość lądu stałego.

Nic jednak nie zobaczył. Do nosa jego nie dolatywała żadna woń lądu, żadne światełko nie ukazało się jego oczom, żaden dźwięk nie dotarł do uszu, – żaden ptak nie zatrzepotał w mroku. Zdawało się, że wokół niego zieje tylko bezkres Oceanu.

Godfrey wcale się nie łudził, że nie pozostaje mu chyba ani cień nadziei ocalenia. Teraz już nie chodzi o spokojne odbycie podróży naokoło świata, lecz o odważne zmierzenie się ze śmiercią. Tedy myśl jego ze spokojem i odwagą wzbiła się ku owej sile, mogącej zdziałać wszystko dla najnędzniejszego nawet stworzenia, gdy ono samo nic już dla swego ratunku uczynić nie zdoła.

Godfrey nie mógł narazie uczynić nic innego jak czekać nastania dnia, pogodzenia się z koniecznością, jeśli ratunek okaże się niemożliwym, i zrobienia wszystkiego, co będzie w jego mocy, o ile będzie miał jakieś szanse ratunku.

Przejęty powagą tych rozważań, Godfrey spokojnie usiadł na skale. Złożył część przemokłej odzieży a także ciężkie buty, by w razie potrzeby móc popłynąć dalej.

Czyżby nikt prócz niego, nie był się wyratował? Ani jeden człowiek z załogi „Marzenia” nie dotarł do lądu? Wszystkich porwał wir, jaki powstaje przy zatonięciu statku? Ostatnim człowiekiem, z którym mówił, był kapitan, zdecydowany nie opuścić swego posterunku, dopóki bodaj jeden majtek będzie jeszcze na okręcie. Kapitan wrzucił go też do morza w chwili, gdy „Marzenie” miało się już pogrążyć w otchłani wód.

Ale inni? Nieszczęśliwy Tartelett, biedny Chińczyk, których katastrofa zaskoczyła, gdy jeden leżał gdzieś na pokładzie, a drugi tkwił w swej kajucie – co stało się z nimi? Ze wszystkich pasażerów, czyżby on jeden tylko uniknął śmierci? A przecież za statkiem płynęła szalupa! Czyżby bodaj kilku ludzi ze załogi nie było się schroniło na ten holownik, zanim „Marzenie” zatonęło? Chyba, że tonący statek pociągnął też za sobą szalupę, mogącą obecnie spoczywać na dnie morza, jakie dwadzieścia sążni pod wodą.

Przyszło mu na myśl, że jakkolwiek w tej nieprzebitej ciemności niepodobna cośkolwiek zobaczyć, to jednak może dać znać o sobie wołaniem. Nic mu nie przeszkadzało krzyczeć ze wszystkich sił w tę ciemność ciszę. Może mu jednak odpowie któryś z pasażerów?

Zaczął tedy wołać, wyrzucając krzyki przeciągłe, które niewątpliwie dolatywały bardzo daleko.

Żadnej odpowiedzi.

Znów zaczął wołać, zwracając się to w tę, to w inną stronę.

Milczenie.

– Więc sam, sam jeden! – szepnął do siebie.

Nietylko, że żaden głos nie odpowiedział na jego wołanie, ale nawet żadne echo nie powtórzyło jego głosu. Gdyby był na jakimś cyplu skały, stanowiącej część grupy innych skał, często ciągnących się wzdłuż wybrzeży, to krzyki jego byłyby się odbiły o ich ściany i wróciły echem. Albo więc ciągnęło się tu wybrzeże płaskie, nie mogące wytworzyć echa, albo też, co wydawało się bardziej prawdopodobnem, nie było w pobliżu żadnego lądu. Skały, na których się schronił, były odosobnionemi rafami, sterczącemi wśród morza.

Trzy godziny minęły na trwożnem wyczekiwaniu. Nawpół skostniały, Godfrey chodził tam i napowrót po wierzchu wąskiej skały, w ten sposób próbując się nieco rozgrzać. Nareszcie obłoki w górze zabarwiły się białawo – był to odblask pierwszej purpury rannego brzasku na nieboskłonie.

Godfrey zwrócił się w tym kierunku – jedynym, gdzie mógł być lad – i usiłował dostrzec, czy z cienia nie wyłonią się jakieś zbocza. W pierwszych promieniach słońca, kontury skał musiałyby się wyraźnie zarysować.

Szarawy świt nie pozwolił jednak rozróżnić żadnych kształtów. Lekkie zwoje mgieł, unoszących się nad morzem, przysłoniły najbliższe nawet otoczenie.

Godfrey nie mógł się przeto oddawać złudzeniom. Jeśli istotnie rzucony został na odosobnioną skałę Oceanu Spokojnego, to niezadługo czeka go śmierć. Śmierć z głodu, czy pragnienia, lub też dla skrócenia męki, śmierć szybsza na dnie morza.

Narazie wytężał wzrok, a bystrość jego oczu musiała się spotęgować niesłychanie, gdyż w wysiłku tym skupił całą siłę woli.

Nareszcie mgły ranne się rozwiały. Godfrey stopniowo zaczął rozróżniać poszczególne skały, tworzące całą ścianę. Odcinały się one od morza niby gromada morskich potworów. Była to długa, nieregularna masa ciemnych kamieni, dziwacznie wyzębionych, rozmaitych kształtów i wielkości. Ściana ta biegła od zachodu na wschód. Olbrzymi blok, na którym znajdował się Godfrey, wyłaniał się na skraju zachodniego brzegu skalnej ławicy, w oddaleniu co najmniej 30 sążni od miejsca katastrofy „Marzenia”. W miejscu tem morze musiało być bardzo głębokie, gdyż z zatopionego statku nie było widać nawet wierzchołka masztu.

Jedno uważne spojrzenie przekonało Godfreya, że z tej strony nie może oczekiwać ratunku. Skupił tedy uwagę na przeciwnem zboczu skał, które w miarę rozpraszania się mgieł, coraz wyraźniej przed nim się rysowały. Trzeba dodać, że przy obecnym odpływie, skały występowały w pełnych konturach. Zdawało się, że kamienny ten wał wyrasta wprost z morza, tu i ówdzie przedzielony większą masą wód, to znów małemi tylko sadzawkami. Jeśli skały te łączą się z jakiemś wybrzeżem, to bez większych trudności będzie mógł tam dotrzeć.

Narazie jednak nic nie wskazywało na bliskość wybrzeża. Także po drugiej stronie skalnego grzbietu.

Mgły się teraz rozwiały, a pole widzenia Godfreya, uporczywie wpatrującego się w tajemnicze otoczenie, znacznie się powiększyło. Przestrzeń, jaką teraz ogarniał, mogła już obejmować jakie pół mili. Tu i ówdzie wyłaniały się piaszczyste płaszczyzny, rozścielone między skałami, przystrojonemi w morszczyznę. Czyż piasek ten nie zapowiadał bliskości wybrzeża, a jeśli jest wybrzeże, to nie jest też wykluczone, że należy ono do jakiegoś lądu!

Nareszcie ukazały się na skraju nieboskłonu od strony wschodniej gromadki płaskich wydm, zasianych potężnymi blokami skał.

Słońce wessało mgły poranne, a tarcza jego błyszczała w tej chwili w pełnym blasku.

– Ląd! Ląd! – wykrzyknął Godfrey.

I wyciągnął ręce w tym kierunku, padł na kolana, przejęty gorącą wdzięcznością dla swego Stwórcy.

W istocie był to ląd. Skały tworzyły tu tylko najdalszy jego kraniec, ciągnący się na przestrzeni jakich dwóch mil. W głębi tej niejako zatoki ukazało się płaskie wybrzeże, okolone małemi wydmami. Tu i ówdzie ciągnęły się zielone smugi nisko rosnącej trawy.

Z wyniosłego punktu, zajmowanego w tej chwili przez Godfreya, łatwo było objąć cały obszar wybrzeża. Od północy do południa odgraniczone dwoma nierównemi grzbietami pogórza, mogło obejmować 5-6 mil. Mogło też być częścią jakiegoś stałego lądu. Tak czy owak, chwilowo przynajmniej nie grozi mu niebezpieczeństwo. Teraz mógł już sobie powiedzieć z całą pewnością, że nie został wyrzucony na jakąś odosobnioną skałę i wolno mu było krzepić się nadzieją, że w dalszej części tej nieznanej ziemi znajdzie zaspokojenie pierwszych potrzeb życiowych.

– Na ląd! Na ląd! – rzekł do siebie.

Przed opuszczeniem skały raz jeszcze rozejrzał się, obejmując spojrzeniem morze aż do krańców dalekiego nieboskłonu. Czy nie dostrzeże na fali jakich szczątków „Marzenia”, czy też którego z rozbitków, uniesionego przez prąd?

Nic. Widocznie i szalupę pochłonąć musiała morska głębina. Teraz przyszło mu na myśl, czy któryś z współpasażerów nie znalazł podobnie jak on schronienia na tych rafach i podobnie jak on czekał dnia, by dostać się na wybrzeże. Nikt! Na skale, podobnie jak na morzu, ani żywego ducha.

Jeżeli jednak nikt nie pozostał przy życiu, to może jakieś trupy przypłyną do stóp skały. Może tam znajdzie śmiertelne szczątki któregoś ze swych towarzyszy?

Nie! Na rafach, teraz zupełnie odsłoniętych po odpływie morza, nie znalazł nikogo!

Był sam, całkiem sam! W walce z niebezpieczeństwami, jakie go niechybnie tu czekają, może polegać jedynie na sobie!

'School for Robinsons' by Léon Benett 18

Na jego pochwałę trzeba przyznać, że nie upadł na duchu. Pragnąc jednak przedewszystkiem stwierdzić, na jakim znajduje się lądzie, od którego dzieliła go tylko nieznaczna przestrzeń, opuścił wierzchołek skały i skierował się ku wybrzeżu. Gdy jednak jedna skała od drugiej oddzielona była zbyt szerokim pasem wody, którego nie mógł przeskoczyć, to go przepływał, i tak nawpół pieszo, nawpół płynąc, zdążał ku wybrzeżu. Śliskie kamienie, porosłe klejastą morszczyzną, utrudniały ów pochód. A ciężka ta droga obejmowała niemal ćwierć mili.

Dzięki swej zręczności, Godfrey stanął wreszcie na lądzie, gdzie wprawdzie nie oczekiwała go śmierć natychmiastowa, ale życie tak ciężkie, że śmierć byłaby właściwie wybawieniem. Głód, pragnienie, zimno, niebezpieczeństwa wszelkiego rodzaju, przytem brak wszelkiej broni, którą mógłby polować na zwierzęta, bez bielizny i sukien – oto rozpaczliwy stan, w jakim się znalazł.

Głupiec! Pragnął doświadczyć, czy potrafi sobie dać radę w ciężkich warunkach? Oto nastręczyła mu się próba. Zazdrościł Robinzonowi jego przygód. Może się teraz dowiedzieć, czy los ten godzien był zazdrości. Przypomniał sobie szczęśliwe, wygodne życie w San Francisco, w gronie bogatej, kochającej go rodziny. Rzucił ten byt miły i bezpieczny, by zakosztować przygód. Myśl jego pobiegła do wuja Wila i narzeczonej i wszystkich tych swoich przyjaciół, których już chyba nie zobaczy. Przy tych wspomnieniach, ból gwałtowny ścisnął mu serce, a mimo męstwa, z jakiem znosił swój cios, oczy napełniły mu się łzami.

Gdyby przynajmniej nie był pozostał tak całkiem sam, gdyby bodaj jeszcze jeden człowiek wyszedł był żyw z katastrofy i z nim mógł dotrzeć na to wybrzeże! Chociażby nawet nie kapitan czy oficer, ale bodaj najostatniejszy z załogi, bodaj nawet profesor Tartelett! Od tego nieboraka nie mógłby się wprawdzie spodziewać żadnej pomocy, ale bądź co bądź, nie czułby się tak strasznie samotnym! Na rafach nie znalazł wprawdzie żadnego śladu ludzkiej istoty, ale może na wybrzeżu lepiej mu się poszczęści. Wszak już przed nim mógł był ktoś dostać się na wybrzeże, poszukując towarzysza, jak go on teraz poszukuje.

Tęsknem spojrzeniem przebiegł północną i południową stronę brzegu, lecz nie odkrył żadnej żywej istoty. Widocznie ta część lądu jest zupełnie niezamieszkałą. Nigdzie chaty, nigdzie dymu, wzbijającego się ponad ludzkiemi siedzibami.

– Naprzód! Naprzód! – przynaglał się Godfrey.

Szedł tedy przed siebie, północną stroną wybrzeża, zanim dostał się na piaszczyste wydmy, skąd roztwierał się szerszy widnokrąg. Panowało tu zupełne milczenie. Na piasku żadnego śladu stóp ludzkich, czy zwierzęcych. Trochę ptactwa morskiego, mew i nużyków, przelatywało ze skały na skałę – jedyne żyjące istoty w tej samotni. Godfrey przez jaki kwadrans biegał wśród tej pustki, całkiem niestety bezowocnie. W chwili, gdy przedzierając się przez zarośla i sitowie, zarastające owe wydmy, miał osiągnąć najwyższy ich punkt, nagle przystanął.

Jakiś duży, bezkształtny przedmiot, jakaś wzdęta masa, mogąca być szczątkami martwego morskiego potwora, wyrzuconego tu zapewne przez ostatnią burzę morską, widniała w odległości jakich 50 kroków od skał. Podszedłszy bliżej, Godfrey stanął jak przygwożdżony i wykrzyknął:

'School for Robinsons' by Léon Benett 19

– Tartelett!

Był to istotnie profesor tańca i dobrych manjer.

Godfrey jednym susem stanął przy swym towarzyszu. Może jednak tli w nim jeszcze iskierka życia.

Teraz zrozumiał, że to pas ratowniczy, wzdęty jak bęben, nadawał nieszczęsnemu mistrzowi wygląd morskiego potwora. Tartelett leżał nieruchomy, ale mógł przecież żyć. Widocznie ten pas utrzymał go na powierzchni wody, a fale wyrzuciły go na wybrzeże.

Godfrey zabrał się do cucenia. Ukląkł obok Tarteletta, rozwiązał krawat, zaciskający się koło szyji nieprzytomnego, z całej siły począł go nacierać, aż wreszcie uczuł pierwsze oznaki życia w postaci słabego oddechu, wydobywającego się z nawpół rozwartych ust nieszczęśliwca. Przyłożył mu rękę do serca. Serce biło jeszcze. Wymówił jego imię, a Tartelett na ten dźwięk poruszył głową. Po chwili z ust jego wydobyło się ciche westchnienie i kilka słów bezładnych. Godfrey wstrząsnął nim silnie, a wtedy Tartelett otworzył oczy, lewą ręką przesunął po czole, prawą podniósł i przekonał się, że nie zginęły mu skrzypki i smyczek, które obejmował kurczowo.

– Tartelett! Mój drogi Tartelett! – zawołał Godfrey uradowany, podnosząc głowę leżącego.

Głowa ta, z resztkami zwichrzonych włosów, skinęła potakująco.

– To ja, Godfrey, czy mnie poznajesz?

– Godfrey? – powtórzył profesor.

Odwrócił się na drugi bok, przyklęknął, rozglądnął się i z rozpromienioną twarzą powstał. Uczuł grunt stały pod nogami – nareszcie! Zrozumiał, że nie jest już na chybotliwym, chwiejnym pokładzie, narażony na wszystkie nieprzyjemności i niebezpieczeństwa morskiej jazdy. Nie jest już na morzu. Stopy jego stanęły na stałym lądzie.

W okamgnieniu profesor Tartelett odzyskał swą elegancję, utraconą od chwili wyjazdu. Mimowoli rozstawił nogi, zajął przepisaną pozycję, lewą ręką ujął skrzypce, prawą smyczek i pewnem pociągnięciem wydobywszy z mokrych strun ton głęboko melancholijny, uśmiechniętemi ustami wyrzekł:

– En place, mademoiselle!

Poczciwiec myślał o Finie.



Rozdział IX

W którym mnożą się dowody, że życie Robinzona nie jest usłane różami.

Nauczyciel i uczeń padli sobie wzajem w objęcia.

– Mój kochany Godfrey! – wykrzyknął Tartelett.

– Mój dobry Tartelett! – zawołał Godfrey.

– Więc nareszcie przybiliśmy do bezpiecznej przystani! – wykrzyknął profesor tonem człowieka, znakomicie obeznanego z żeglugą i zmiennemi losami na morzu.

– To on nazywa „bezpieczną przystanią!” – pomyślał Godfrey. Nie chciał go jednak uświadamiać.

– Proszę zdjąć ten pas ratunkowy! – rzekł. – Przecież to pana dusi i utrudnia swobodę ruchów.

– Czy pan sądzi, że mogę uczynić to bez narażenia się na niebezpieczeństwo? – spytał Tartelett.

– Z całym spokojem! – odparł Godfrey. – A teraz proszę sobie przymocować swe skrzypeczki, gdyż ruszamy w podróż, na poszukiwania.

– Więc w drogę! – odparł profesor. – Jeśli to pana jednak nie krępuje, to zatrzymajmy się w pierwszej z brzegu restauracji. Ginę z głodu, a jakiś tuzin kanapek i szklanka porteru przywrócą mi siły.

– Zgoda! Do pierwszej z brzegu restauracji, a ostatecznie też do ostatniej, jeśli nam się w pierwszej nie spodoba! – odparł Godfrey, potrząsając głową.

– A potem – podjął Tartelett – zapytamy kogoś z przechodniów, gdzie jest najbliższy urząd telegraficzny, byśmy mogli zadepeszować do pańskiego wuja. Myślę, że czcigodny pan Kolderup nie będzie się ociągał z przysłaniem nam pieniędzy, byśmy mogli wrócić do pałacu przy Montgomery-Street, bo ja nie mam ani złamanego szeląga.

– Zgoda! Do pierwszego urzędu telegraficznego – odrzekł Godfrey. – A jeśli takiego niema w tym kraju, to zadowolimy się urzędem pocztowym. W drogę więc, panie Tartelett!

Profesor zdjął swój pas, zarzucił go przez ramię, niby trąbkę myśliwską i obaj skierowali się ku wydmom, ciągnącym się wzdłuż wybrzeża.

Od chwili spotkania Tarteletta, najbardziej zajmowała Godfreya myśl, czy tylko oni dwaj przeżyli rozbicie „Marzenia”.

W kwadrans później dwaj nasi badacze wspinali się na wydmę 60-80 stóp wysoką i znaleźli się na szczycie wyniosłości. Tu rozpościerał się widok rozległy, dozwalając im przebiec oczyma widnokrąg od wschodu, dotąd zasłonięty wysokim brzegiem. W odległości dwóch lub trzech mil wznosiła się druga ściana wzgórz, obramiających widnokrąg, poza który wzrok nie sięgał. Na północy wybrzeże zdawało się kończyć wydłużonym wąskim pasem lądu – czy jednak łączyło się tam z dalszą częścią ziemi, niepodobna było stwierdzić. Na południu morze wcinało się głęboko w ląd i tu Ocean zdawał się biec w dal niezmierzoną. Należało więc wnosić, że znajdują się na jakimś półwyspie Oceanu; w tym wypadku należy przesmyku, łączącego go z lądem, szukać tylko na północy, lub północnym wschodzie.

W każdym razie nie była tu ziemia skalista, lecz porosła przyjemną zielenią. Rozległe prerje, przecięte srebrnymi strumyczkami, gęste, wyniosłe lasy, sięgające aż po przeciwległe pasmo wzgórz, ukazały się oczom wędrowców.

Ale o domach, mogących należeć do miasteczka, wsi lub choćby sioła, ani marzyć! Ani grup zabudowań, ani pojedynczych domostw, ani żadnej gospody, ani farmy! Nigdzie nie zdołali się dopatrzeć smużki dymu, któraby im wskazała jakąś ludzką siedzibę, ukrytą wśród drzew! Żadna wieża kościelna nie górowała nad dachem z zielonego listowia, nigdzie młyna na wzgórzu przybrzeżnem! Ani nawet chatki lichej, namiotu, czy wigwamu! Pustka, pustka dokoła! Jeśli tu żyją jakieś istoty ludzkie, to chyba, jak jaskiniowcy, przebywają w norach podziemnych. Nigdzie też gościńca, drogi, lub bodaj ścieżki! Zdawało się, że nigdy jeszcze stopa ludzka nie przewróciła tu kamyczka, nie przydeptała zdziebełka trawy na tych łąkach!

'School for Robinsons' by Léon Benett 20

– Ja wcale nie widzę miasta – rzekł po chwili Tartelett, stając na palcach.

– Może niema miasta w tej części kraju! – odrzekł Godfrey.

– Ani wsi?

– Widocznie!

– Gdzież więc jesteśmy?

– Nie mam wyobrażenia!

– Jakto? Tego pan nie wie? Więc musimy się co rychlej dowiedzieć! – wykrzyknął Tartelett, ruchem rozpacznym wznosząc ręce ku niebu.

– Kto wie, czy nam się to uda!

– Więc co się z nami stanie?

– Może staniemy się Robinzonami!

Na te słowa profesor Tartelett wykonał skok, nieznany żadnemu z klownów. Robinzonami! Oni? On Robinzonem? Następcami tego Selkirka, który długie lata spędził na wyspie Juan-Fernandez! Naśladowcami owych urojonych bohaterów Daniela Defoe, których przygody tak często odczytywali! Rozbitki, odcięci od swych krewnych i przyjaciół, oddaleni od innych ludzi o tysiące mil, skazani może na walki z dzikiemi zwierzętami i ludożercami, którzy gotowi przybić do tych wybrzeży. Nieszczęśliwi, pozbawieni wszelkiej pomocy i środków do życia, narażeni na męki głodu i pragnienia i na zimno, bez dachu nad głową, bez narzędzi, bez ubrania, mogący polegać jedynie na własnych siłach!

Nie, to niepodobna!

– Proszę nie mówić takich rzeczy, panie Godfrey! – wykrzyknął Tartelett. – Nie! Proszę nie robić takich kiepskich dowcipów! Na samą myśl o czemś podobnem, umieram z lęku! Pan chyba żartował, nieprawdaż?

– Ależ oczywista, mój drogi Tartelett! Przedewszystkiem jednak proszę się uspokoić! Chodzi teraz o pośpiech, o możliwie największy pośpiech!

Muszą przecież znaleźć jaką jaskinię, grotę czy norę, gdzie spędzą noc. Gdy to się załatwi, trzeba będzie wyruszyć na poszukiwanie jakichś jadalnych ślimaków, by jako tako zaspokoić głód. Godfrey i Tartelett zaczęli więc zstępować z wydm ku wybrzeżu, gdzie Godfrey z wielką gorliwością zabrał się do poszukiwań, gdy Tartelett wciąż jeszcze nie mógł się oswoić z losem rozbitka. Godfrey bystremi oczyma przebiegał całą przestrzeń, Tartelett nie widział nic na dziesięć kroków przed sobą, nawpół zmartwiały.

– Jeśli ten szmat ziemi nie jest zamieszkały przez ludzi, to może przynajmniej znajdziemy jakieś zwierzęta? – zadawał sobie pytanie Godfrey.

Nie potrzeba dodawać, że myślał jedynie o zwierzętach domowych i o drobiu, nie zaś o drapieżnych, od których roi się w tej strefie podzwrotnikowej, a z któremi człowiek pozbawiony broni, wcale sobie nie życzył spotkania. Jedynie dalsze poszukiwania mogły mu pod tym względem dostarczyć odpowiedzi. Na wybrzeżu ukazywały się roje ptactwa: czapli, mew, bekasów, dzikich gęsi, które niespokojnem trzepotaniem i świegotem i krzykiem i biciem skrzydeł protestowały przeciw intruzom.

W sposób całkiem logiczny Godfrey wnioskował, że skoro jest ptactwo, to będą też i gniazda, a w gniazdach jajka. Te liczne skrzydlate rzesze muszą się chyba gnieździć w dziuplach drzew lub skalnych rozpadlinach. W powietrzu unosiły się stada bekasów i czapli – nieomylna zapowiedź pobliskiego bagna.

Ptactwa więc poddostatkiem; pytanie tylko, jak je zdobyć bez strzelby i wszelkiej innej broni? Zanim się brak ten da usunąć, nie pozostaje nic innego, jak zadowolić się jajami, czyli spożyciem ptaka w jego pierwszej, ale bardziej pożywnej fazie istnienia, czy powstawania.

Mając zapewniony ten artykuł spożywczy, muszą się jeszcze wystarać o mięso i sposób przyrządzenia. Skąd wziąć ognia? Odpowiedź na to bardzo ważne pytanie, należało odłożyć na przyszłość.

Godfrey i Tartelett zawrócili tedy ku skałom, nad któremi unosiły się nieprzejrzane roje ptactwa.

Tu czekała ich miła niespodzianka. Co bowiem ujrzeli pośród ptaków, kroczących wdzięcznie po piaskach, z morszczyzny i z roślin wodnych wydziobując pożywienie? Czyż to nie swojskie kury i kilka kogutów amerykańskich? Nie może to być złudzeniem, gdyż za ich zbliżeniem, pierzasta gromadka przywitała ich głośnem kukuryku! niby grzmiącą fanfarą zapełniającem ciszę dookolną… A nieco dalej… Wszakże to kochane amerykańskie czworonogi, w żywych podskokach pędzące wzdłuż wydm ku zielonym zaroślom, widniejącym w pobliżu, Godfrey nie miał już żadnych wątpliwości; tuzin królików, sześć kóz i sześć capów, z całym spokojem obgryzają młode pędy krzewiny.

– Panie Tartelett! – wykrzyknął. – Proszę spojrzeć!…

Profesor spojrzał we wskazanym kierunku, lez nic nie zobaczył, całkowicie oszołomiony nagłą zmianą sytuacji.

Godfreyowi strzeliła do głowy myśl całkiem uzasadniona: wszystkie te stworzenia, króliki, kozy i capy, należały widocznie do żywego inwentarza „Marzenia”. W chwili rozbicia statku, ptactwo pierwsze dostało się na wybrzeże. A czworonogi również bez większych trudności potrafiły widać przepłynąć przestrzeń, dzielącą je od wybrzeża.

– Co nie udało się żadnemu z naszych nieszczęśliwych towarzyszy – zauważył Godfrey – tego dokonały zwierzęta, wiedzione instynktem! Ze wszystkich istot, jakie znajdowały się na „Marzeniu”, ocalenie przypadło w udziale tylko zwierzętom!…

– No i nam dwom! – naiwnie odparł Tartelett.

Co się zresztą tyczy jego osoby, to istotnie ocalał, podobnie jak owe zwierzęta całkiem bezwiednie, bez współudziału rozumu i woli. Bądź co bądź ocalał.

Dla obydwu rozbitków było okolicznością bardzo szczęśliwą, że pewna liczba tych zwierząt dotarła do brzegu. Będzie je można utrzymać w gromadzie i zamknąć, a w razie przedłużenia się pobytu na tym skrawku ziemi, nie było też wykluczonem, że dzięki wielkiej płodności tych gatunków zwierząt, uda się dojść w posiadanie całego stada czworonogich i wielkiej ilości drobiu.

'School for Robinsons' by Léon Benett 21

Na razie jednak Godfrey zamierzał żywić się tem, co zdobędzie na wybrzeżu, a zatem jajami i mięczakami. Wraz z profesorem zabrał się przeto do uciążliwych poszukiwań pod grubą powłoką morszczyzny, w szczelinach pomiędzy kamieniami. Po pewnej chwili udało się im też nagromadzić sporą porcję muszli i ślimaków, które od biedy można było spożyć na surowo. A w rozpadlinach skał, odgraniczających północny brzeg zatoki, znaleźli bez większego trudu parę tuzinów gęsich jaj, wystarczających do zaspokojenia apetytu większej liczby gości. Ponieważ obaj byli mocno wygłodzeni, więc bez dłuższego namysłu zabrali się do tej pierwszej uczty, która ich dostatecznie nasyciła.

– Skądby wziąć ognia? – zapytał Tartelett.

– No tak! Skądby wziąć ognia? – w zamyśleniu odparł Godfrey.

Narazie było to kwestją najważniejszą, która skłoniła rozbitków do gruntownego przeszukania kieszeni.

Kieszenie profesora były niemal zupełnie puste. Całą ich zawartość stanowiło parę zapasowych strun do skrzypiec i kawałeczek kalafonji do pocierania smyczka. Ani jedno, ani drugie nie nadawało się niestety do skrzesania ogna.

A kieszenie Godfreya były taksamo puste. Ku wielkiej radości znalazł w jednej z nich scyzoryk, który dzięki skórzanemu futerałowi, pozostał nieuszkodzony. Ten nóż o dobrem ostrzu, w dodatku z korkociągiem i piłeczką, był w danych warunkach czemś niezwykle drogocennem. Ale poza tem jednem jedynem narzędziem, obaj mogli rozporządzać tylko własnemi rękoma. W dodatku ręce profesora zajmowały się dotychczas jedynie smyczkiem i zbieraniem datków. To też Godfrey doskonale sobie zdawał sprawę, że będzie skazany jedynie na własne siły.

W każdym razie liczył na to, że ręce profesora dadzą się użyć do skrzesania ognia, przez szybkie tarcie dwóch kawałków drzewa. Gdyby się udało przy ogniu tym upiec kilka jaj, to byłoby to bardzo pożądanem urozmaiceniem drugiego śniadania.

Gdy więc Godfrey przetrząsał gniazda za jajami, nie troszcząc się o prawowitych właścicieli, na wszelkie sposoby protestujących przeciw tej grabieży, profesor zbierał kawałki drwa, w ogromnej ilości rozrzucone na wybrzeżu. Ten materjał palny, Tartelett układał u stóp stromej skały, chroniącej przed silnym wiatrem, poczem wybrał dwa suche kawałki drewna, z których silnem i ustawicznem tarciem miał wydobyć iskrę ognia.

To, co jest na porządku dziennym u nieoświeconych dzikich mieszkańców Polinezji, miałoby być niemożliwem dla profesora, uważającego się wszak za znacznie mądrzejszego? Tą myślą ożywiony, tarł i tarł bez przerwy, że sobie omal nie nadwerężył niewyrobionych muszkułów rąk i ramion. Siedział nieborak na skale, bez wytchnienia, zapamiętale trąc kawałki drewna! Niestety, czy drzewo to nie posiadało potrzebnych właściwości, czy nie dość było suche, czy wreszcie profesor nie umiał trzeć jak należy, dość, że z własnej swej osoby wydobył tak znaczną ilość ciepła, że pot strumieniami spływał mu z czoła, lecz drewienka absolutnie nie pozwoliły się rozgrzać.

Wróciwszy z ładunkiem jaj, Godfrey zastał Tarteletta w stanie godnym pożałowania. Jak pudel po kąpieli, cały ociekał potem, a najuciążliwsze ćwiczenia taneczne nigdy go nie doprowadziły do takiego wyczerpania.

– Nic z tego? – spytał Godfrey.

– Nic z tego, Godfreyu – odparł profesor. – Zaczynam też przypuszczać, że te rzekome odkrycia dzikich są jedynie wytworem fantazji, dla bałamucenia biednych ludzi.

– Tak nie jest! – odparł Godfrey. – Tylko że trzeba się umieć zabrać do rzeczy, jak zresztą we wszystkiem…

– A co będzie z jajami?…

– Ostatecznie możnaby spróbować innego sposobu – rzekł Godfrey. – Gdyby tak zawiesić jajo na końcu sznurka i wprawić je w szybki ruch wirowy, a potem nagle ruch ten przerwać, to ruch ten wytworzyłby dość ciepła…

– Do ugotowania jajka?

– Tak – tłumaczył Godfrey. – Tylko, że ruch musiałby być dość szybki, a przerwanie go dostatecznie nagłe… Ale jak w takim razie zabezpieczyć jajko przed rozbiciem? Kochany Tartelett, czy wiesz, co ja uważam za najprostsze? – To rzekłszy, Godfrey ostrożnie wyjął z plecaka jedno jajko, nadbił je i szybko wysączył jego zawartość.

Tartelett, nie mogąc się zdobyć na wypicie surowego jajka, poprzestać musiał na ponownym posiłku z muszel i ślimaków.

Teraz należało wyszukać jakąś grotę czy wgłębienie skalne, pod których osłoną dałoby się spędzić noc.

– Przecież byłoby czemś bezprzykładnem, by dwaj Robinzonowie nie zdołali wyszukać bodaj jakiejś jaskini, którąby z biegiem czasu dało się przetworzyć na mieszkanie! – zauważył profesor.

– Więc ruszajmy na poszukiwania! – oświadczył Godfrey.

Jeśli jednak dotychczas fakt taki był bezprzykładnym, to w danym wypadku tradycja została w przykry sposób naruszona. Obaj mężczyźni napróżno bowiem przeszukiwali całe skalne wybrzeże, gdzie mogliby się schronić. Należało się wyrzec tej nadzieji. Godfrey postanowił więc zbadać cały teren aż do pierwszych drzew, widniejących w głębi, daleko poza piaskami wybrzeża. Tedy obaj mężczyźni znów zstąpili z pierwszego grzbietu wydm i pomaszerowali w kierunku zielonych łąk, które dostrzegli już przed paru godzinami na skraju nieboskłonu.

Jakże się zdziwili i uradowali, widząc, że wszystkie zwierzęta, które wraz z nimi przeżyły rozbicie okrętu, odrazu się do nich przyłączyły! Widocznie wszystkie te koguty i kury i kozy i króliki parł instynkt gromadny, a może też czuły, że ten piaszczysty teren, ubogi w trawę i robaczki, nie na długo dostarczy im potrzebnego pożywienia.

W trzy kwadranse później, Godfrey i Tartelett, którzy przez cały czas nie zamienili z sobą ani słowa, zbliżyli się do pierwszych grup drzew. Ani śladu zabudowań i mieszkańców! Pustka całkowita! Nasuwało się wręcz pytanie, czy na tym szmacie ziemi wogóle postała kiedykolwiek ludzka stopa!

Na miejscu, do którego dotarli, rosło kilka grup pięknych drzew, a w odległości jakiej ćwierć mili można było rozróżnić bujny las.

Godfrey rozglądał się za jakiem starem wydrążonem drzewem, gdzie mogliby się narazie schronić, ale całodzienne, bo do samego zmroku trwające poszukiwania pozostały bezowocne.

Obaj uczuli po długiem chodzeniu głód dojmujący lecz musieli poprzestać na muszlach i ślimakach, w które zaopatrzyli się wpierw na wybrzeżu. Zmordowani i wyczerpani do cna, osunęli się u stóp rozłożystego drzewa, by wkrótce zapaść w sen, nad którym czuwać mógł jeden tylko Bóg.



Rozdział X

W którym Godfrey czyni to, co uczyniłby każdy rozbitek w jego położeniu.

Noc minęła bez żadnych niespodzianek: Rozbitki zmęczeni wstrząsającemi przeżyciami i trudami dnia, spali tak spokojnie, jak gdyby się byli ułożyli do spoczynku na swych wygodnych łożach w pałacu Kolderup. Z pierwszym brzaskiem dnia, a było to 27 czerwca, zbudziło ich głośne pianie koguta. Godfrey w okamgnieniu uświadomił sobie całą sytuację, gdy Tartelett długo przecierał oczy i prostował zdrętwiałe członki, zanim zorjentował się w swem położeniu.

– Czy dzisiejsze śniadanie będzie podobne do wczorajszego? – były pierwsze jego słowa.

– Obawiam się, że tak – odparł Godfrey. – Mam jednak nadzieję, że wieczerza dzisiejsza będzie bardziej urozmaicona.,

Profesor nie mógł się wstrzymać od wzgardliwego gestu, wymowniejszego od słów. Gdzież się podziała herbata i kanapki, podawane mu dotychczas tak regularnie, skoro tylko otworzył oczy? Jakże bez tego wstępu czekać na śniadanie, którego się może wcale nie doczeka?

Należało się zdecydować. Godfrey doskonale sobie zdawał sprawę z odpowiedzialności ciążącej wyłącznie na nim, gdyż na żadną pomoc ze strony swego towarzysza liczyć wszak nie mógł! W tej pustej czaszce, mieszczącej mózgownicę profesora, nie zrodzi się ani jedna myśl praktyczna: Godfrey musi przeto myśleć, postanawiać i działać za dwóch.

Pierwsza jego myśl pobiegła ku Finie, której przez bezmyślność nie chciał narazie poślubić. Druga myśl skierowała się do wuja Wila, z którym rozstał się tak lekkomyślnie, a trzecia objęła Tarteletta, do którego zwrócił się z zapytaniem:

– A gdybyśmy się tak zabrali zaraz do jedzenia? Mamy jeszcze trochę mięczaków i kilka jaj, urozmaicenia jadłospisu.

– Ale nie mamy nic do gotowania!

– Nic? – podjął Godfrey. – A co byś tak powiedział, drogi profesorze, gdybyśmy nie mieli ani tych środków pożywienia?

– Powiedziałbym, że niczem nie można się pożywić – sucho odparł Tartelett.

Ostatecznie nie pozostawało nic innego, jak zabrać się do tego niewyszukanego posiłku, co też uczyniono. A wtedy Godfreyowi przyszła myśl zupełnie naturalna, że trzeba podjąć wczorajszą podróż odkrywczą. A przedewszystkiem stwierdzić, i to możliwie najdokładniej, w jakiej części Oceanu „Marzenie” się rozbiło. Bo tylko w ten sposób zdołają dotrzeć do jakiejś zamieszkałej części tego lądu, skąd uda się może odbyć podróż powrotną, a przynajmniej dostać się na któryś z przejeżdżających okrętów.

Godfrey miał nadzieję, że potrafi się może zorjentować z wyniosłości drugiego grzbietu wzgórz, których malownicze kontury wyłaniały się nad lasem. Sądził, że w ciągu paru godzin zdoła przebyć dzielącą go przestrzeń, a ponieważ chodziło o konieczność nieuniknioną, więc postanowił bezzwłocznie ruszyć w drogę. Drób znów się rozprószył wśród wysokich traw, skwapliwie poszukując żywności, a króliki, kozy i capy biegały na skraju lasu.

Tym razem Godfrey nie miał już obawy, by cała ta czworonoga i skrzydlata gromada podążyła jego śladem. Niemniej dla większego bezpieczeństwa, poruczył Tartelettowi, by nad niemi czuwał. A profesor bardzo chętnie wyrzekł się męczącej wędrówki, i wolał przez parę godzin dozorować trzodę i ptactwo. O jedno tylko spytał:

– Czy się jednak nie zabłąkasz, Godfreyu?

– Co do tego, to proszę nie mieć najmniejszej obawy – uspokoił Godfrey – przejdę tylko w poprzek tego lasu, a ponieważ pan się stąd nie ruszy, więc z łatwością się znajdziemy.

– Proszę nie zapomnieć o depeszy do wuja; musi co rychlej nadesłać kilkaset dolarów!

– Tak, depeszę, albo list! Zgoda! – odparł Godfrey, nie chcąc Tarteletta pozbawiać złudzeń, zanim się nie upewni co do położenia tego kraju.

'School for Robinsons' by Léon Benett 22

Uścisnąwszy rękę profesora, ruszył w kierunku lasu, a niebawem zagłębił się w gęstwinie, poprzez którą z trudem tylko przedzierały się skąpe promienie światła. Kierując się słońcem, młody nasz badacz szedł prosto przed siebie, zmierzając ku wzgórzu, którego grzbiet przysłaniał cały widnokrąg wschodni.

Nie było tu ani śladu ścieżki, jakkolwiek na ziemi widniały ślady zwierząt, które musiały tędy przechodzić. Kilka razy miał wrażenie, że przemykają przed nim łosie lub daniele, ale śladów dzikich zwierząt, jak tygrysy, czy też jaguary, nie dostrzegł nigdzie, mimo pilnych poszukiwań. A prawdziwie nie miał powodu uskarżać się z powodu ich nieobecności!

Wysokopienny las, a mianowicie taras, sięgający od pierwszych gałęzi do najwyższych, służył jako schronienie dla niezliczonych rojów ptactwa: setki dzikich gołębi, orłów morskich, głuszczów, arakarów o dziobach przypominających nożyce morskich raków. A wyżej, ponad polankami zataczało kręgi powietrzne kilka ptaków, należących do rodziny jastrzębi, o oczach, robiących wrażenie kokardek. Jednakowoż żaden z tych ptaków nie należał do gatunku specjalnego, z którego możnaby wnosić o geograficznem położeniu tego skrawka ziemi, na którym znaleźli się rozbitki.

Taksamo drzewa bujnego lasu nie mogły być żadnym wskaźnikiem. Przeważnie były to rozmaite odmiany niemal tych samych drzew, jakie widuje się w Stanach Zjednoczonych, na przestrzeni między Kalifornia, Zatoką Monterey i Nowym Meksykiem. Wiązy, brzozy i dęby, kilka odmian magnolij i topoli, jakie rosną w Południowej Karolinie, na rozleglejszych polanach kasztany i oliwki, a z krzewów tamaryszki i mirty – jednem słowem, flora najbardziej znana w południowej części strefy umiarkowanej. Przeważnie gąszcz leśny nie był tak splątany, by nie można było się przedrzeć bez pomocy siekiery, a wiatr od morza wiejący poruszał listowiem. Tu i ówdzie słońce przedzierało się przez zielony strop liści i odbijało się w wielkich kałużach czy bagienkach.

Godfrey kroczył przed siebie pod tym zielonym stropem lasu i ani na myśl mu nie przyszło przedsięwziąć jakieś środki ostrożności. Jedna go tylko pochłaniała myśl: dotrzeć co rychlej do wzgórz, bramujących pas lasu od strony wschodniej. Poprzez zieleń starał się rozróżnić kierunek promieni słonecznych, by w prostej linji dojść do celu. Nie zwracał nawet uwagi na t. zw. ptaki-przewodniki, które lecą przed wędrowcem, to znów zawracają i lecą dalej, jak gdyby mu wskazywały drogę. Godfrey tak był zamyślony, że wcale nie zauważył tych skrzydlatych przewodników.

Łatwo można zrozumieć ten jego stan duszy. Przed upływem godziny miały się rozstrzygnąć losy rozbitków. Przed upływem godziny może stanąć na ziemi zamieszkałej tego nieznanego kraju!

Na podstawie znanej mu marszruty „Marzenia”, Godfrey wnioskował, że po siedmnastu dniach podróży mogli byli przed rozbiciem statku dotrzeć do brzegów Japonji czy Chin. Z położenia słońca, wciąż jeszcze widniejącego przed nim po stronie południowej, miarkował, że istotnie nie przekroczyli półkuli południowej.

Po dwugodzinnym marszu Godfrey obliczył mniej więcej, że przebył przestrzeń pięciomilową – wobec czego drugie pasmo wzgórz nie może już być daleko. Las przerzedzał się też z każdą chwila, tworząc pojedyncze grupy drzew, a promienie słońca coraz łatwiejszy znajdowały przystęp. Także grunt stawał się bardziej kamienisty, każąc się domyślać pobliskich skał.

Jakkolwiek dość znużony, Godfrey siłą woli zmuszał się do dalszego marszu. Niewątpliwie byłby nawet przyspieszył tempo, by co rychlej stanąć u celu, gdyby strome zbocza nie utrudniały mu pochodu. Niebawem jednak znalazł się na takiej wysokości, że mógł z niej objąć przebytą drogę i spojrzeć na zielony strop, nad którego równą linją górowały tu i ówdzie strzeliste korony drzew. Szybko jednak odwracał oczy, gdyż nie chodziło mu o widoki, jakie pozostawił za sobą. Z wytężeniem natomiast wpatrywał się w nagą ścianę grzbietu, wzbijającego się na jakie 4-5000 stóp wysokości. Ściana ta rysując się ostro na tle horyzontu, stanowiła zaporę, która przysłaniała mu upragniony widok na wschód.

Mały stożkowaty wierzchołek wznosił się ponad zębatą linją grzbietu, tworzącego szereg pagórków.

– Tam… tam…! – mamrotał do siebie Godfrey. – Do tego punktu dotrzeć, a odrazu się zorjentuję!… Oby już stanąć na szczycie tego stożka!… Co stamtąd zobaczę?… Miasto… wieś… pustynię?…

Przyciskając ręce do serca, by stłumić gwałtowne jogo bicie, Godfrey wspinał się coraz wyżej. Dech mu zapierało, kolana się pod nim chwiały, lecz wzburzenie jego było zbyt silne, by mógł się w tej chwili zmusić do cierpliwości i bodaj o jedną minutę opóźnić rozstrzygnięcie swych losów. Tedy resztkami sił wspinał się na wierzchołek, od którego dzielić go mogło jakie sto stóp.

Nareszcie – – kilka jeszcze chwil… a stanie u celu! Ten ostatni kawałek drogi nastręczał jednak największe trudności, gdyż był tak stromy, że Godfrey musiał sobie pomagać rękami, czepiając się kępek trawy i wątłych krzewów mirtu, by się wdrapać na szczyt.

Jeszcze jeden wysiłek… i oto wysunął głowę ponad szczyt stożka, ułożył się na brzuchu, by w tej najwygodniejszej pozycji chciwemi oczymi objąć cały horyzont od strony wschodniej…

Nic… nic, prócz morza, olbrzymiej, nieprzejrzanej masy wód, które w dali łączyły się, zlewały z linją nieboskłonu!…

Odwrócił głowę…

Od wschodu i zachodu, północy i południa morze, zewsząd morze… nieskończone morze, zamykające go ze wszystkich stron!

'School for Robinsons' by Léon Benett 23

– Wyspa!

Serce Godfreya zacisnęło się bolesnym skurczem, gdy słowa te wyrwały mu się z gardła. Ani na chwilę nie przyszło mu na myśl, że burza wyrzuciła go na wyspę a jednak tak jest!… Przesmyk, który w jego wyobraźni łączył go z dalszym lądem, zniknął raptownie! Ogarnęło go uczucie, jakiego doznawać musi człowiek, który zasnął w łódce, a po przebudzeniu widzi, że porwał go wir zawrotny i pędzi niewiadomo dokąd, a on nie ma wioseł, ani żagli, by zawrócić ku brzegom.

Szybko jednak się opamiętał. Należy się pogodzić z koniecznością, skoro nic innego uczynić nie można. Z zewnątrz żadnej pomocy oczekiwać teraz nie może, więc sam sobie musi radzić, w miarę sił i możności.

Przedewszystkiem trzeba się zorjentować co do położenia wyspy, którą z tej wyżyny obejmuje w całej jej rozciągłości. Jego zdaniem, nie mogła ona mieć ponad 60 mil w obwodzie, bo o ile na oko można było sądzić, jakie 20 mil długości od południa na północ, a 12 szerokości od wschodu na zachód. Środkowa jej część ginęła całkiem w zielonej gęstwie lasu, ciągnącego się aż po grzbiet górski, zakończony stożkowatym wierzchołkiem. Z tego stożka pochyłe, niezbyt strome zbocze prowadziło na wybrzeże.

Cały dalszy teren pokryty był łąkami, wśród których wznosiły się grupy drzew, albo też skalnem wybrzeżem, kapryśnymi załomami wybiegającymi głęboko w morze, które na niektórych punktach wrzynało się w ląd, tworząc maleńkie przystanie dla łodzi, o ile tu wogóle jakieś zajeżdżały. Tylko zatoka, gdzie rozbiło się „Marzenie”, mogła mieć 7-8 mil obwodu. Szeroko rozwarta, nie mogła żadnemu okrętowi użyczyć bezpiecznego schronienia, chyba przy wietrze wschodnim.

Jaka to jednak wyspa? Do jakiego archipelagu należy? Czy może tylko jest poszczególnym wierzchołkiem jakichś raf podwodnych, często się zdarzających na Oceanie Spokojnym? To pewne, że jak okiem sięgnąć, nie widać żadnej innej, małej czy dużej, wysoko górującej nad powierzchnią morza, czy też niskiej, nieznacznie nad poziom wody wzniesionej.

Godfrey dźwignął się i bystrem okiem obejmował cały horyzont. Nic, nic na całej przestrzeni, aż hen po najdalszą linję, gdzie wody zlewają się z niebem. Jeśli więc jakaś wyspa czy ląd stały leżały poza widnokręgiem, dostępnym oczom Godfreya, to chyba w bardzo znacznej odległości.

Młody człowiek natężał umysł, by sobie przypomnieć cały zasób swych wiadomości geograficznych, by przy ich pomocy zmiarkować, jaka to może być wyspa. Rozmyślania nasunęły mu wniosek następujący: Pomijając nieznaczne zboczenia, „Marzenie” przez 17 dni i nocy płynęło w kierunku zachodnim. Biorąc przeciętnie 150-180 mil na dobę, musieli przepłynąć 50 stopni. Z drugiej strony stwierdził z całą pewnością, że nie przekroczyli jeszcze równika. Wobec tego należy wyspy, na której się znalazł, względnie grupy wysp, do których ona należy, szukać pod 160-170 stopniem północnej szerokości. –

W tej części Oceanu Spokojnego, rozumował Godfrey, nie odnalazłby na mapie innych wysp prócz archipelagu Sandwich; czy jednak oprócz archipelagu niema rozmaitych wysp pojedynczych, których nazw nie pamięta? Tych wysepek drobniutkich, rozsianych aż po wybrzeże Chin?

Niewiele mu zresztą zależało na nazwie wyspy, skoro o środkach i sposobach wydobycia się stąd do jakiejś gościnniejszej krainy, nie mogło nawet być mowy!

– Trudno – pomyślał Godfrey, – skoro nie wiem nawet, jak nazywa się ta wyspa, to nazwę ją Finą, na cześć tej, której nie powinienem był opuszczać, by gonić po świecie. Być może, że imię to jednak przyniesie mi szczęście.

Teraz postanowił zbadać, czy nieznane mu jeszcze okolice wyspy nie są jednak zamieszkałe. Ze szczytu wzgórza nie dostrzegł jednak nic, coby wskazywało na jakieś ślady ludzkich osad. Ani namiotów na rozległych łąkach, ani domów na skraju lasu, ani chat rybackich wzdłuż wybrzeża. Podobnie pustą i martwą jak wyspa była też niezmierzona przestrzeń wód ją otaczających; nigdzie statku, ani łodzi na bezmiarze Oceanu.

Ukończywszy smutne obserwacje, Godfrey nie mógł uczynić nic innego, jak opuścić swą wyniosłą pozycję i skróś lasu powędrować z powrotem do Tarteletta. Zanim jednak zaczął zstępować ze wzgórza, raz jeszcze objął wzrokiem cały widnokrąg, by przez chwilę zatrzymać się spojrzeniem na gąszczu wysokich drzew, stanowiących niejako północną granicę łąk. Była to potężna grupa, górująca nad wszystkiemi innemi.

– Może jednak znajdę tam jakieś miejsce, gdzie da się zamieszkać – mruczał do siebie, – co wydaje się tem prawdopodobniejsze, że srebrzy się tam jakiś strumyk, który wypływa zapewne ze środkowego łańcucha gór i szuka sobie drogi przez łąkę.

Sprawdzenie tego odkrycia odłożył na dzień następny.

Od południa wyspa przedstawiała widok bardziej urozmaicony. Lasy i łąki tworzyły barwne tło dla żółtego kobierca piasków i żwiru, a tu i ówdzie wybrzeże piętrzyło się w malownicze skały. Jakież zdumienie ogarnęło jednak Godfreya, gdy nagle zobaczył lekką smugę dymu, wzbijającą się ponad drugiem zboczem ściany skalnej.

– Czyżby jednak nasi towarzysze? – wykrzyknął. – Nie, niepodobna!… Bo i czemuż byliby się wczoraj oddalili od zatoki i to o kilka mil? A może to jednak jakaś wieś rybacka, lub obóz ludności tubylczej?

Godfrey z zapartym oddechem śledził tę smużkę dymu, czy oparów, przez wiatr pędzoną ku zachodowi. Oczywista, że może też wszystko polegać na złudzeniu optycznem… Jakoż po upływie kilkunastu minut, rzekomy dym, czy opary, rozwiały się bez śladu, pozostawiając gorzkie rozczarowanie. Znów nadzieja okazała się zwodniczą!…

Po raz ostatni Godfrey ogarnął okiem całą przestrzeń. Nie dostrzegłszy jednak niczego, na ziemi ni na morzu, osuwając się i zstępując ze stromej ściany skalnej, znalazł się wreszcie na równym gruncie i przez las podążył z powrotem. Po jakiejś godzinie był znów u skraju wybrzeża.

Tu czekał Tartelett w otoczeniu swych czworonogów i drobiu. Jakiemu zajęciu oddawał się uparty profesor? Ciągle temu samemu! W prawej ręce trzymał jedno drewno, w lewej drugie i tarł a tarł z zapałem godnym lepszego wyniku.

– I co? Stację telegraficzną znalazłeś? – krzyczał z daleka.

– Jeszcze nie otwarta – odparł Godfrey, wciąż jeszcze nie mając odwagi przedstawienia temu nieborakowi prawdziwej sytuacji.

– A poczta?

– Jeszcze zamknięta! – brzmiała odpowiedź. – Zabierzmy się jednak do śniadania, gdyż umieram z głodu. Rozmawiać możemy później!

I tego przedpołudnia Godfrey i Tartelett musieli poprzestać na chudej strawie, bo oprócz ślimaków i surowych jaj nie mieli żadnego innego pożywienia.

– Bardzo zdrowy wikt! – kilkakrotnie powtarzał Godfrey, lecz Tartelett był innego zdania, i prawie że nie tknął tej zachwalanej uczty.



Rozdział XI

W którym, w miarę możności zostaje rozwiązana kwestja mieszkania.

Była już godzina dość późna, wobec czego Godfrey do następnego dnia odłożył szukanie jakiego schronienia. Jednakowoż na natarczywe pytania profesora co do wyników porannej wędrówki, powiedział mu ostatecznie, że znajdują się na wyspie – na wyspie Finy – i że należy się starać, by tu jako tako wyżyć, zanim da się obmyślić sposoby i środki do wydostania się z tego odludzia

– Na wyspie! – wykrzyknął Tartelett.

– Tak!… Na wyspie!

– Dokoła oblanej morzem?

– Nie inaczej!

– Ale jaka to może być wyspa?

– Przecież panu powiedziałem, a chyba pan rozumie, dlaczego ją tak nazwałem.

– Nie!… Wcale tego nie rozumiem – z kwaśnym grymasem odrzekł Tartelett. – Nie widzę też najmniejszego podobieństwa… Panna Fina jest otoczona lądem, a nie morzem; czyż nie?

'School for Robinsons' by Léon Benett 24

Po tej melancholijnej uwadze zabrano się do przygotowania jakiegoś noclegu. Godfrey ruszył jeszcze raz ku skałom, po nowy zapas jaj i mięczaków, na których chcąc nie chcąc, musieli jednak poprzestać. Całodzienne utrudzenie rychło sprowadziło mu sen. Po paru minutach zasnął pod rozłożystem drzewem, gdy Tartelett, którego filozofja nie umiała się dostosować do istniejącego stanu rzeczy, pogrążył się w smutnych rozmyślaniach.

Nazajutrz, dnia 28 czerwca, zerwali się obaj, zanim ich jeszcze zdołał zbudzić kogut. Przedewszystkiem spożyli śniadanie, taksamo wspaniałe jak wieczerza, z tą tylko miłą różnicą, że zamiast wody zaczerpniętej ze strumyka, wypili trochę mleka, udojonego od kozy.

Ach, szanowny profesorze! Gdzież smakowita miętówka, kwaskawy porter, Sherry-Cobbler, Sherry-Cocktail, których wprawdzie nie używał nadmiernie, lecz każdej chwili mógł je sobie był zamówić w eleganckich kawiarniach i barach? Niemal z zawiścią przyglądał się tym kogutom i kurom, królikom, kozom i capom, które tak ochoczo gasiły swe pragnienie wodą, nie pożądając przymieszki cukru ni alkoholu. Te stworzenia nie potrzebują też ognia, dla ugotowania pożywienia; najzupełniej im wystarczają korzenie, trawa, ziarenka, a takie śniadanie zawsze mogą mieć na zielonem łonie przyrody!

– W drogę! – zakomenderował Godfrey i w towarzystwie żywego inwentarza, który absolutnie nie miał zamiaru się odłączyć, rozpoczęli znów wędrówkę.

Godfrey zamierzał zbadać tę północną część wyspy, gdzie z wyniosłości stożkowatego wzgórza odkrył był poprzedniego dnia gąszcz olbrzymich drzew. Sądził, że najlepiej będzie zdążać tam wzdłuż wybrzeża. Może jednak odkryją gdzieś szczątki strzaskanego „Marzenia”? Może fale wyrzuciły nawet zwłoki towarzyszy, których należy pochować po chrześcijańsku? Nadzieję spotkania jeszcze któregoś z pasażerów, ocalałego z katastrofy, porzucił był ostatecznie, jako że od zatonięcia „Marzenia” upłynęło już 36 godzin.

Przekroczono pierwszy łańcuch wydm. Godfrey znalazł się niebawem wraz ze swym orszakiem na temsamem miejscu, gdzie rafy ostrym dzióbem wysuwały się w morze – i znów ujrzał się w obliczu beznadziejnej pustki Oceanu. Przez ostrożność zaopatrzyli się w nowy zapas jaj i mięczaków, nie mając pewności, czy północna część wyspy dostarczy im bodaj takich specjałów.

Pustka i głusza, jak okiem sięgnąć!

Trzeba powiedzieć, że jeśli los złośliwy postanowił tych dwóch rozbitków skazać na ciężką dolę Robinzonów, to stworzył dla nich warunki jeszcze cięższe i twardsze, niż któremukolwiek z ich poprzedników!… Tamtym pozostały przynajmniej jakieś szczątki z rozbitego okrętu! Wyłowiwszy mnóstwo przedmiotów do zaspokojenia pierwszych potrzeb życiowych, mieli jeszcze do zużytkowania szczątki statku. Na pewien czas mieli też zapasy żywności, odzież, narzędzia i broń, dzięki czemu mogli sobie ostatecznie jako tako dawać radę. Oni natomiast pozbawieni zostali wszystkiego! W czarną noc statek zatonął w morskiej otchłani, nie pozostawiwszy na rafach najdrobniejszego bodaj szczątka. Ani jednego drewienka, ani jednej zapałki nie udało się ocalić, a prawdziwie, brak tego ostatniego drobiazgu najdotkliwiej dawał się im odczuwać.

Wiem dobrze, że ludzie siedzący przy ciepłym piecu, w miłym pokoju, patrząc w buchający na kominku płomień, powiedzą: – Ależ nic łatwiejszego, jak rozniecić ogień! Tyle przecież istnieje środków i sposobów! Dwa krzemienie… trochę suchego mchu… kawałek spalone szmatki… Jak jednak spalić tę szmatkę? Jak?… Inni znów powiedzą: – ostrzem noża wykrzesać iskry jak ze stali… albo, jak to robią mieszkańcy Polinezji, trzeć dwa kawałki drzewa, aż buchnie iskra…

No tak, zapewne! Proszę jednak spróbować!

Takie myśli zaprzątały Godfreya w ciągu drogi – a były one aż nadto chyba uzasadnione. Może on sam, siedząc w swej zbytkownej komnacie przed trzaskającym ogniem na kominku i zaczytany w przygody podróżnych, myślał tak samo jak owi szczęśliwcy! Gdy jednak przyszło zdać egzamin z zaradności życiowej, zrozumiał wielką różnicę między teorją a praktyką i z niepokojem stwierdził brak ognia, tego żywiołu nieodzownego, a nie dającego się niczem zastąpić. Przed nim kroczył Tartelett, całkiem pochłonięty przez gromadkę zwierząt, którą krzykami i nawoływaniem starał się utrzymać razem.

Nagle wzrok Godfreya spoczął na barwnych jabłuszkach, w ogromnej ilości zwisających na gałązkach krzewów, które pokrywały cały skraj wybrzeża. Rozpoznał w nich owe manzanille, w niektórych częściach Kalifornji będące ulubionym przysmakiem Indjan.

– Nareszcie! – wykrzyknął. – Będziemy mieć przecież jakieś urozmaicenie naszego jadłospisu!

– Czy to jadalne? – spytał Tartelett, zwyczajem swym wykonując gest pogardliwy.

– Może się pan odrazu przekonać! – odparł Godfrey, chciwie zatapiając zęby w czerwone owoce.

Niestety były to dzikie jabłuszka, tak kwaśne, że nie mogły budzić zbytniego zachwytu. Mimo to, profesor poszedł za przykładem Godfreya i po mięczakach oraz surowych jajach, nie okazał zbytniego niezadowolenia. Godfrey zaś pomyślał, że z owoców tych da się sporządzić napój, który będzie można mieszać z wodą.

Po chwilowej przerwie, spowodowanej odkryciem owoców, znów ruszyli w drogę. Piaszczyste wybrzeże rychło ustąpiło miejsca łące, przeciętej wijącym się w poprzek niej strumykiem. Był to strumień, który Godfrey dostrzegł był ze szczytu skał.

Wyniosłe drzewa jeszcze wciąż znajdowały się w znacznej odległości i dopiero po dość forsownym, bo czterogodzinnym marszu, mężczyźni dotarli tam w godzinie południowej.

Prawdziwie, opłaciło się zobaczyć, odkryć i wziąć w posiadanie tę część wyspy!

'School for Robinsons' by Léon Benett 25

Na skraju łąki, upstrzonej krzewami manzanilla i innemi, wznosiło się ze dwadzieścia olbrzymów, śmiało mogących się mierzyć ze sławnemi olbrzymami lasów kalifornijskich. Tworzyły one duże półkole, a u ich stóp rozścielał się zielony kobierzec traw, obramowany strumykiem. Zaś w odległości jakichś stu kroków od srebrnej wstęgi strumyka, zaczynało się podłużne wybrzeże, wyzębione skałami, zarzucone skałami i morszczyzną, wąską kończyną gubiącą się w dali.

Olbrzymie drzewa należały do gatunku drzew mamutowych, z rodziny szpilkowatych. Anglik nazwałby je niewątpliwie „Wellingtonami”, a Amerykanin „Waszyngtonami”.

Bez względu jednak na nazwę, mającą upamiętniać zwycięzcę z pod Waterloo, czy założyciela republiki amerykańskiej, drzewa te są najwspanialszemi okazami flory Kalifornji i Nevady.

W niektórych częściach tych krajów istnieją całe lasy drzew-olbrzymów, z których niektóre mają 60-80 stóp obwodu, a 300 stóp wysokości. Jedno z tych drzew u wnijścia do doliny Yosemite, miało nawet sto stóp obwodu. Za życia (zostało już bowiem ścięte) wierzchołkami swych gałęzi dosięgało 400 stóp wysokości, czyli mierzyć się mogło z katedrą w Strassburgu. Dotąd jeszcze mówi się o „Matce lasu”, „Królowej boru”, „Chacie pionierów”, „Dwóch strażnicach”, „Trzech gracjach” itd. należących do istnych cudów świata roślinnego. Na pniu takiego olbrzyma zbudowano kiosk, w którym 16-20 osób mogło wygodnie tańczyć kadryla. Najpotężniejszy z tych olbrzymów, zwany „Ojcem lasu”, liczy podobno 4000 lat, a ma 450 stóp wysokości, przewyższając temsamem krzyż na kościele św. Piotra w Rzymie, wielką piramidę Gizeha, wreszcie żelazną dzwonnicę katedry w Rouen.

Otóż grupę takich kolosów w liczbie 20, kaprys natury rzucił był na tę wyspę, może w tych jeszcze czasach, kiedy król Salomon wznosił świątynię jerozolimską, dawno już leżącą w ruinach. Najwyższe z nich sięgały 300 stóp wysokości, najniższe 250. Niektóre, wydrążone od starości, mogły w swem wnętrzu pomieścić cały szwadron jeźdźców.

W obliczu tych cudów przyrody, zdarzających się na wysokości 5-6000 stóp nad powierzchnią morza, Godfrey doznał uczucia zdumienia i podziwu. Zdawało mu się przez chwilę, że już dla tego widoku warto było odbyć podróż, tak fatalnie zakończoną. Bo też trudno sobie wyobrazić coś równie wspaniałego, jak te olbrzymy, o średnicy, nieznacznie się tylko zwężającej, w miarę jak strzelają w górę, i dopiero w wysokości 30-100 stóp ponad ziemią rozszerzających się w las konarów.

Jedno z tych mamutowych drzew, przedewszystkiem ściągnęło na siebie uwagę Godfreya. Wydrążone od spodu, miało otwór na 4-5 stóp szeroki, przez który można było dostać się do wnętrza. Całe jądro olbrzyma zniknęło i rozsypało się w delikatny, białawy pył; niemniej, potężna kora, spoczywająca na olbrzymich korzeniach zapewniała mu jeszcze parę wieków żywota.

– Jaskini ani groty nie mamy! – wykrzyknął Godfrey. – Możemy jednak zamieszkać w tym drewnianym domu czy wieżycy, a podobnem mieszkaniem nie może się chyba poszczycić największy bogacz na świecie. Chodź pan, profesorze, by objąć dom ten w posiadanie!

Wlokąc za sobą poczciwego Tarteletta, Godfrey rozlokował się w wydrążeniu drzewa. Średnica wnętrza mogła wynosić 20 stóp, a wysokości nie można było ustalić z powodu mroku. Ściany z kory nie dopuszczały bowiem światła, lecz zabezpieczały też skutecznie przed deszczem i wiatrem. Podłoga komnaty, zajętej przez naszych rozbitków, zaścielona była grubą warstwą pyłu roślinnego, w którym grzęzło się jak w puchu. Bądź co bądź, nasi dwaj rozbitkowie znaleźli schronienie, bezpieczniejsze i suchsze od jakiejkolwiek groty czy jaskini. W danych warunkach nie można było marzyć o czemś lepszem!

'School for Robinsons' by Léon Benett 26

– I co, panie Tartelett? Jakże się panu podoba to domostwo?

– Tak, ale gdzie jest ognisko? – spytał Tartelett.

– Zanim się zaczniemy trapić o ognisko, trzeba zdobyć ogień! – odparł Godfrey.

Odpowiedź, całkiem chyba logiczna, z której jednak Tartelett nie był wcale zadowolony.

Godfrey zabrał się tymczasem do badania najbliższego otoczenia. Jak wpierw powiedziano, łąka rozścielała się u stóp mamutów drzewnych, a przepływający ją strumyk odświeżał powietrze i utrzymywał wilgoć, sprzyjającą rozwojowi roślinności. To też wzdłuż jego brzegów rozrastały się bujnie mirty i krzewy manzanilli, zapowiadając bogate zbiory dzikich jabłek.

Nieco dalej, na terenie trochę pochyłym, górowały nad trawnikiem dalsze grupy drzew: buków, sykomorów, sosen syberyjskich. Jakkolwiek strzeliste, drzewa te obok tamtych kolosów, których cienie, rzucane rano musiały się chyba wydłużać aż do Oceanu, robiły wrażenie krzewów. W poprzek łąki biegły zygzakowate szeregi kępek roślinności najrozmaitszej wielkości i gatunków, których bliższe zbadanie Godfrey odkładał do dnia następnego.

Nietylko jemu, ale w równej mierze towarzyszącym mu zwierzętom, okolica nowo-odkryta bardzo się podobała. Króliki, kozy i capy szybko się zadomowiły, z zapałem obgryzając liście i trawę, znacznie bujniejszą, niż na wybrzeżu. Drób równie skwapliwie zabrał się do poszukiwania robaczków, które nad strumykiem znajdował w obfitości. Niebawem cały ten szmat ziemi ożywił się jak nigdy przedtem: beczenia, gdakania, skoków, trzepotania było tu jakby na podwórzu dobrze zagospodarowanej farmy.

Godfrey wrócił do grupy drzew-olbrzymów, by dokładnej obejrzeć drzewo, które mu miało odtąd służyć za mieszkanie. Wydało mu się, jeśli nie niemożliwem, to bądź co bądź trudnem zadaniem, wdrapać się po pniu zewnętrznym, całkiem gładkim; natomiast po korze wewnętrznej, tu i ówdzie sfałdowanej, łatwiej dałoby się to uskutecznić, o ile drzewo jest wydrążone aż do pierwszej warstwy konarów.

W każdym razie zbadać należy, czy w razie niebezpieczeństwa, można się będzie schronić wśród gałęzi. Na razie jednak sprawę tę musi odłożyć na chwilę wolniejszą. Godzina było dość późna, jak wskazywało słońce chylące się ku zachodowi, więc tego dnia żadnych już wypraw podejmować niepodobna. Natomiast po posiłku, zakończonym deserem z dzikich jabłek, nie pozostawało nic lepszego do zrobienia, jak ułożyć się do spoczynku na miękkim pyle roślinnym, głęboką warstwą zaścielającym wnętrze drzewa.

Obaj Robinzoni rychło to zrozumieli i poruczywszy się pieczy Opatrzności, rozkwaterowali się w gościnnym olbrzymie, którego Godfrey nie omieszkał nazwać od imienia wuja „drzewem Wilhelma” – zgodnie ze zwyczajem krajowym, nakazującym wszystkie olbrzymie drzewa obdarzać imionami sławnych obywateli Stanów Zjednoczonych.



Rozdział XII

Który w odpowiedniej chwili kończy się wspaniałym i ogromnie pożądanym piorunem.

Trudno! Trzeba się pogodzić z losem. W nowej sytuacji, Godfrey sam stawał się nowym człowiekiem, coraz mniej podobnym do tego pieszczocha losu, któremu na niczem nie zbywało i który też nigdy nie zastanawiał się poważnie nad życiem. Troska żadna nie miała doń dostępu – bo i o cóż miałby się troszczyć? We wspaniałym pałacu wuja brakowało mu chyba ptasiego mleka, a dziesięciogodzinnego snu nie zakłócało nawet przykre senne widzenie, bo i skądby się wzięło, po dniach spędzonych w zbytku i rozkoszy? Nagle wszystko się zmieniło w sposób tak brutalny! Odcięty od reszty świata, skazany na własny tylko rozum i ręce, stanął wobec ciężkiej konieczności zdobywania najpotrzebniejszych środków do życia w warunkach najtrudniejszych. Nawet ludzie obdarzeni zmysłem bardzo praktycznym i oswojeni z walką o chleb codzienny, niełatwo by sobie dali radę, cóż dopiero młody człowiek, który dotąd stąpał był po różach!

Należało przypuszczać, że skoro „Marzenie” zatonęło, to brak wiadomości rychło zaniepokoi wuja i Finę, którzy też uczynią wszystko, co w ludzkiej mocy, by dowiedzieć się o losie pasażerów. Czy w tem jednak można pokładać jakąś nadzieję? Czemże są dwaj rozbitki wśród bezmiaru Oceanu? Tysiąckroć łatwiej odszukać szpilkę we furze siana, lub ziarenko piasku na dnie morza! Niestety, majątek wuja Kolderupa na nic się tu nie przyda!

Nic dziwnego, że zajęty temi myślami, Godfrey nie spędził nocy spokojnej w nowem swem domostwie. Umysł jego pracował z wytężeniem, jak nigdy dotąd. Jedne myśli goniły drugie: przeszłość nasuwała mu wspomnienia czarowne, budzące żal spóźniony, teraźniejszość domagała się rozwiązania piętrzących się przed nim trudności, a przyszłość przejmowała trwogą i niepokojem.

Jednakowoż pod naciskiem ciężkiej konieczności, z mózgu jego, zajętego rojeniami i fantazjami, stopniowo wyłaniał się rozum praktyczny, wspierany przez silną wolę. Godfrey postanowił podjąć walkę z losem i uczynić wszystko, co jest w ludzkiej mocy, by wydostać się z ciężkiej sytuacji. Jeśli mu się to uda, to przykra próba zahartuje go na całe dalsze życie!

Wczesnym rankiem zerwał się z swego legowiska i odrazu zaczął obmyślać sposoby uwygodnienia mieszkania. Najważniejszą i najpilniejszą była sprawa zaopatrzenia się w żywność i zdobycie ognia, następnie trzeba będzie znaleźć jakiś sposób zdobycia narzędzi i broni, oraz sporządzenia sobie odzieży, by nie być zmuszonym do naśladowania dzikich, obchodzących się bez garderoby.

Tartelett tymczasem spał jeszcze snem człowieka sprawiedliwego. Nie można go było wprawdzie widzieć wśród ciemności, panujących wewnątrz drzewa, ale dochodziło wyraźnie jego głębokie oddychanie. Nieborak ten, oszczędzony przez burzę morską, mimo swych 45 lat, nie był ani trochę doświadczeńszym życiowo od swego ucznia, który też nie mógł liczyć na jego pomoc. Raczej był mu przeszkodą, gdyż musiał się starać także o zaspokojenie jego potrzeb życiowych. Niemniej był ludzką istotą, z którą łatwiej się było porozumieć, niż naprzykład z najinteligentniejszym psem. Bądź co bądź człowiek, z którym można się porozumieć w ludzkiej mowie, aczkolwiek poza głupiem narzekaniem i biadaniem nic innego z ust jego nie wyszło. Dzięki jemu Godfrey słyszał jednak ludzkie dźwięki, bardziej mimo wszystko pożądane od paplania papugi, jedynego towarzysza Robinzona Kruzoe! Wprawdzie towarzystwo Tarteletta w zwykłych warunkach nie było wcale pożądane, ale dla rozbitka byłoby ostatecznym ciosem, gdyby był został skazany na zupełną samotność.

– Robinzon przed przybyciem Piętaszka, a po jego przybyciu! Co za różnica kolosalna! – półgłosem mówił do siebie Godfrey.

Ale tego poranka, a było to 28 czerwca, Gadfrey wolał być sam, by spokojnie urzeczywistnić swój plan, dotyczący zbadania okolicy. Może mu się uda odkryć znów jakie owoce lub korzenie jadalne, któremi profesorowi sprawi niespodziankę. Dlatego nie budząc Tarteletta, sam ruszył w drogę.

'School for Robinsons' by Léon Benett 27

Lekkie mgły przysłaniały jeszcze wybrzeże i Ocean, ale od północy i wschodu białawe te opary zaczęły już pierzchać pod wpływem promieni słonecznych. Zapowiadał się dzień prześliczny.

Godfrey odciął gałąź i wystrugał sobie mocny kij. Tak uzbrojony ruszyć ku owej nieznanej mu jeszcze części wybrzeża, którego wydłużony cypl tworzył właśnie wyspę Finy. Po godzinnym marszu spożył śniadanie, złożone z kilkunastu dość mizernych mięczaków i maleńkich, ale smacznych ostryg, których było tu w nadmiarze.

– Bądź co bądź, z głodu nie umrzemy, dopóki nam nie zbraknie tych doskonałych ostryg. Biadania Tarteletta nie będę sobie tak bardzo brał do serca. Zresztą i on się powoli oswoi z tym wiktem!

Wprawdzie ostrygi nie zastąpią chleba i mięsa, ale w każdym razie są bardzo pożywne, o ile można zjadać większą ilość tych mięczaków, tak łatwo strawnych, że nie grożą przeładowaniem żołądka.

Posiliwszy się, Godfrey z laską w ręku skierował się na południowy wschód, wciąż trzymając się prawego brzegu strumienia. Tą drogą musiał dojść do gąszcza drzew, który zauważył dnia poprzedniego, poza zygzakowatą linją krzewów i zarośli.

Miękkim, gęstym jak aksamit lśniącym trawnikiem maszerował Godfrey, raz po raz płosząc roje ptactwa wodnego, które krzykiem i trzepotaniem udzielało sobie wzajem wiadomości o pojawieniu się intruza, nigdy dotąd niewidzianego. Także ryby najrozmaitsze pływały w przejrzystej wodzie strumyka, liczącego w tem miejscu do 3 metrów szerokości.

Złowienie tych ryb nie nastręczałoby chyba zbytnich trudności – należałoby je jednak ugotować, a kwestja ognia dotąd nie została rozwiązana.

Dotarłszy jednak do pierwszych krzewów. Godfrey ku niezmiernej radości odkrył dwa rodzaje korzeni jadalnych, z których jedne można spożywać w stanie surowym, drugie natomiast trzeba gotować. Rośliny te stanowią jeden z głównych pokarmów amerykańskich Indjan.

Jeden z krzewów należał do gatunku kama, rosnącej na gruncie jałowym, gdzie nie znajdzie się już żadnej innej roślinności. Z jej cebulowatych korzeni należycie wysuszonych, robi się mąkę klejastą i bardzo pożywną – o ile nie jada się ich jako kartofli. Należy je jednak piec, czy gotować, gdyż w stanie surowym niepodobna ich spożywać.

Drugi krzew rodzi bulwy podłużne, zwane „jamf”, a jakkolwiek są one mniej pożywne od korzeni kamy, to znów mają tę wyższość, że można je jeść na surowo.

Zadowolony z tego odkrycia, Godfrey odrazu zjadł kilka tych smakowitych bulw, a nie zapominając o Tartelecie, którego pusty żołądek z pewnością już burczał i mruczał, zerwał cały pęk bulw i zawrócił do Wilhelmowego drzewa.

Zbyteczne chyba dodawać, jak radośnie powitał profesor odkrywcę nowej potrawy. W ciągu paru chwil spożył tak pokaźną porcję smacznych bulw, że uczeń był zniewolony odłożyć resztę na później.

– Hm!… zauważył profesor – dziś nam nie zbraknie tych smacznych korzeni, ale co jutro?

– Pod tym względem może pan być spokojny – objaśnił Godfrey. – Bulw tych jest poddostatkiem, trzeba sobie tylko zadać trud zrywania.

– To dobrze! A co będzie z temi korzeniami kama?

– Z nich zrobimy mąkę, a z mąki chleb. Obyśmy go tylko mieli przy czem upiec!

– Ogień! – szepnął profesor, smutnie potrząsając głową. – Jakim sposobem możnaby go zdobyć?

– Tego narazie nie wiem! – odparł Godfrey, – nie wątpię jednak, że wcześniej czy później musimy go posiąść.

– Dałby to Bóg! – westchnął Tartelett. – Gdy pomyślę, że miljony ludzi potrą tylko zapałkę o podeszwę i już mają ogień! Człowiek może oszaleć z irytacji! Nie! Nigdy w życiu nie przyszłoby mi na myśl, ze losy skażą mnie na tak straszne istnienie! Wystarczyło wyjść na ulicę, by na każdym kroku spotkać dżentelmana z cygarem w ustach, który z największą przyjemnością byłby mi udzielił ognia, a tu…

– Tu nie jest San Francisco, kochany profesorze – zauważył Godfrey – i lepiej będzie, jeśli pan przestanie liczyć na uprzejmość przechodniów.

– Ale poco człowiek musi się żywić mięsem i chlebem, które trzeba piec i gotować? Dlaczego natura nie stworzyła nas takimi, byśmy się mogli żywić samem tylko powietrzem?

– Nie jest to jeszcze wykluczone! – z filuternym uśmiechem odparł Godfrey.

– Pan sądzi…?

– Sadzę, że przynajmniej uczeni żywo się tą sprawą zajmują.

– Czyż podobna? W jaki sposób zamierzają zdobyć ten nowy środek odżywczy?

– Opierają się na fakcie, że funkcje trawienia i oddychania pozostają ze sobą w związku i że jedna może ewentualnie zastąpić drugą. Z chwilą więc gdy chemja stwierdzi, że z powietrza dadzą się przez oddychanie wchłonąć środki odżywcze, zagadnienie to będzie rozwiązane. Chodzi tylko o stworzenie pożywnego powietrza. Wtedy zamiast zjadać potrawy, będziemy się odżywiać przez wdychanie pożywek. Oto wszystko.

– Jaka szkoda, jaka straszna szkoda, że nie uczyniono jeszcze tego odkrycia! – wykrzyknął profesor. – Z jaką przyjemnością wchłonąłbym teraz przez oddychanie jakie pół tuzina kanapek i porcję wędzonego rostbefu, by sobie zaostrzyć apetyt!

Poddając się tym zmysłowym marzeniom, wyczarowującym mu lukullusowe uczty, profesor bezwiednie otworzył usta, chciwie wchłaniając powietrze i zapominając na chwilę, że narazie nie ma nawet kawałka chleba.

Godfrey wyrwał go z tych rojeń oświadczając, że trzeba się zabrać do urządzenia nowego domostwa.

Tedy zabrali się obaj do usunięcia grubej warstwy pyłu roślinnego, w którym grzęzło się po kolana. Parę godzin ciężkiej pracy, a „salon” został oczyszczony gruntownie i tylko w powietrzu unosił się jeszcze obłok żółtego pyłu.

Teraz ukazała się twarda „podłoga” z grubych korzeni drzewa, dość wprawdzie nierówna, ale mocna. W dwóch kątach urządzono łoża, zasłane trawą, wpierw wysuszoną na słońcu. Co do dalszego urządzenia, jak stoły i ławy, to przy pomocy swego ostrego noża, a w dodatku piłki i siekaczki, Godfrey spodziewał się, że potrafi wykonać te najniezbędniejsze sprzęty. Bo należało się z tem liczyć, że podczas słoty, będą zmuszeni przebywać we wnętrzu drzewa, tam jeść i spełniać wszystkie konieczne zajęcia. We dnie było dość jasno, gdyż ogromnym otworem słońce wpływało pełną falą, a jeśli dla bezpieczeństwa trzeba będzie otwór ten zamknąć, to Godfrey postanowił wyciąć w korze kilka otworów i w ten sposób urządzić niejako okna.

Bez światła niepodobna było zbadać, jak wysoko sięga wydrążenie drzewa, tyle tylko stwierdził Godfrey, że żerdź, licząca do 12 stóp długości, którą podniósł do góry, wciąż jeszcze nie natrafiła na opór.

Sprawa ta jednak nie była natyle ważną, by się nią miał teraz zajmować.

Dzień minął na porządkowaniu domostwa i dopiero o zachodzie słońca skończyli najpilniejsze roboty. Znużeni praca, do której nie byli przyzwyczajeni, Godfrey i Tartelett ułożyli się z przyjemnością na wiązkach suchej trawy, której nagromadzili sporo w ciągu dnia. Drób również chciał się ulokować obok swych właścicieli we wnętrzu drzewa, wobec czego Godfrey musiał wejcie do „salonu” zasłonić krzewami, postanawiając w innem drzewie ulokować swych pierzastych towarzyszy. Na szczęście czworonogi wcale nie miały zamiaru ni chęci dzielenie sypialni w drzewie Wilhelmowem i spokojnie ułożyły się na swem pastwisku.

Następne dni upłynęły na różnorodnych zajęciach, związanych z urządzaniem mieszkania i gromadzenia zapasów. Zbieranie jaj i mięczaków, wykopywanie korzeni jamf i zrywanie jabłek manzanilla, wreszcie przeszukiwanie wybrzeża w rannych godzinach, kiedy połów ostryg był najobfitszy, wymagały tyle czasu, że godziny mijały szybko, nie pozostawiając chwil wolnych na rozmyślania.

Naczynia kuchenne przedstawiały się narazie w ten sposób, że kilkanaście dużych muszli służyło za talerze i garnuszki. A wikt, na jakim poprzestawać musieli mieszkańcy domu Wilhelmowego, nie wymagał też innego serwisu….

Do obowiązków Tarteletta należało też pranie bielizny, co uskuteczniał przy strumyku w sposób bardzo sumienny. Ostatecznie nie była to praca zbyt wyczerpująca, gdyż cała garderoba rozbitków składała się z dwóch koszul, dwóch chustek do nosa i dwóch par skarpetek.

Podczas prania obaj mężczyźni nosili tylko spodnie i surduty, co jednak trwało tylko parę godzin, gdyż w słońcu bielizna szybko wysychała. Na takich zajęciach spływał im czas, a pogoda cudna pozwalała przebywać stale na wolnem powietrzu.

Do 3 lipca zagospodarowali się na dobre w swem gościnnem drzewie. Oddając się jednak zajęciom koniecznym, Godfrey ani na chwilę nie przestawał rozmyślać nad sposobem wydobycia się z tego pustkowia. To też codziennie z wyniosłego punktu obserwował całą przestrzeń Oceanu, zali jednak nie ukaże się na nim jakiś statek. Niestety, cały bezmiar wód oglądany w rozmaitych porach dnia, stale był pusty, nie ożywiony ani statkiem, ani łodzią, ani nawet smugą dymu. Można było przypuszczać, że wyspa Finy leży poza wszelkim obrębem ruchu okrętowego, jakby zapomniana, odcięta od reszty świata. Należało więc uzbroić się w wielką cierpliwość i pokładać wiarę w Opatrzności, krzepiącej wszystkich nieszczęśliwych. W chwilach wolnych od zajęć i obserwowania morza, Godfrey ustawicznie pobudzany w tym kierunku przez Tarteletta, podejmował najrozmaitsze próby, celem zdobycia ognia. Najpierw starał się zastąpić hupkę, której tu nie było, jakimś innym materjałem łatwo zapalnym. W tym celu zbierał rozmaite gatunki grzybów rosnących w wydrążeniu starych drzew i suszył je na słońcu.

Uzbierawszy spory zapas takich grzybów i wysuszywszy je tak gruntownie, że rozpadły się na proch, Godfrey zaczął ostrzem noża uderzać o krzemień. Kilka iskier padło na owe rozpylone grzyby, ale napróżno! Nie zapaliły się…

Następną próbę Godfrey urządził z pyłem roślinnym, od setek lat suszącym się w wydrążonych pniach, ale i tym razem mu się nie poszczęściło.

Wyczerpawszy wszystkie środki, bez osiągnięcia rezultatu, Godfrey był bliski rozpaczy. Stale bez ognia się obchodzić, było niepodobieństwem. Owoce, mięczaki i korzenie, dostatecznie się im już sprzykrzyły, a wygłodzone żołądki gwałtem domagały się strawy posilniejszej. Co dnia patrzyli na króliki, capy i kury, wytuczone na bujnych pastwiskach i robaczkach i ślinka im nabiegała do ust, na myśl o smacznej pieczeni, która bez ognia była dla nich marzeniem niedosiężonem.

Nie! Dłużej tak trwać nie może! Co jednak począć, gdy wszystkie próby zawiodły?

W tem wypadek niespodziany, czy też zrządzenie Opatrzności, przyszło im z pomocą.

'School for Robinsons' by Léon Benett 28

W nocy z dnia 3 na 4 lipca, po duszących upałach kilkudniowych, zerwała się szalona burza. Wichura wściekła rozszalała się na wyspie, a po północy Tartelett i Godfrey zerwali się równoczśnie z posłania, zbudzeni kanonadą grzmotów. Błyskawica po błyskawicy, rozdzierały czarny firmament, a chmury płynęły tak nisko, że należało się lada chwila spodziewać ulewnego deszczu. Godfrey wyszedł z wnętrza drzewa, by rozejrzeć się po niebie.

Nad wyniosłymi wierzchołkami drzew istny pożar! Kontury tych liściastych olbrzymów rysowały się niby chińskie cienie na niebie gorejącem od ustawicznych błyskawic, raz w raz rozdzierających mroki nocy.

Nagle, wśród huku grzmotów, oślepiająca błyskawica przeszyła cały przestwór… Potężny łoskot i oto drzewo Wilhelmowe od korzeni do wierzchołków oblała światłość fluidu elektrycznego…

Smagany strugami deszczu, Godfrey, którego grom powalił był na ziemię, dźwignął się z trudem i spojrzał wokoło. Piorun uderzył w jeden z potężnych konarów i zapalił drobniejsze gałęzie. Niby żagwie płonące, jedna po drugiej spadały na ziemię.

Z okrzykiem: ogień! ogień! Godfrey wyciągnął Tarteletta, który ponownie ułożył się był na sianie.

– Ogień! – wykrzyknął Tartelett, zrywając się na równe nogi. – Bogu dzięki! Bogu dzięki za ten dar łaskawy!

Obaj rzucili się na płonące gałęzie, złożyli je na jeden stos, poczem narzucili mnóstwo drzewa, od dawna nagromadzonego na opał. W chwili, gdy pożar, wzniecony w górnych gałęziach drzewa przez piorun, zaczynał już gasnąć, na ziemi zapłonął stos, mający tak bardzo zaważyć na dalszem życiu rozbitków.



Rozdział XIII

W którym Godfrey spostrzega na innym punkcie wyspy smugę dymu.

Błogosławiona burza! Godfrey i Tartelett nie byli zmuszeni, jak ongiś Prometeusz, kraść ogień niebieski, gdyż niebo łaskawe samo im go przesłało za pośrednictwem gromu i błyskawicy. Teraz chodziło już tylko o to, by tego nieocenionego skarbu nie zmarnować, czyli nie pozwolić, by ogień wygasł.

– Nie! Nie pozwolimy mu zgasnąć! – radośnie wykrzyknął Godfrey.

– Tem więcej, że drzewa nam tu nie braknie! – dodał Tartelett, którego zadowolenie wyładowywało się w okrzykach triumfalnych.

– Tak, ale kto będzie nad nim czuwał?

– Ja! – zapewnił Tartelett. – Dniem i nocą będę czuwać nad tym boskim płomieniem! – deklamował, zataczając w powietrzu płonącą gałęzią.

I dotrzymał słowa: odrazu usiadł przy ognisku i podtrzymywał je aż do chwili, gdy wschodzące słońce zapowiedziało po burzliwej nocy dzień pogodny.

Suchego drzewa nie brakowało naszym rozbitkom i nie potrzebowali pod tym względem oszczędzać. To też stos, rozpalony w ową noc burzy, buchał stale wesołym płomieniem, a Tartelett, drżąc na samą myśl, że ogień dobroczynny mógłby zgasnąć, rozdmuchiwał go całą siłą swych płuc, pomimo, że był to trud zgoła zbyteczny. Dla urozmaicenia sobie tego miłego, lecz jednostajnego zajęcia, Tartelett wykonywał najrozmaitsze ruchy i gesty, gdyż goniąc wzrokiem wzbijający się dym, starał się w miarę możności naśladować jego ruchliwą linję.

Jednakowoż nie dla podziwiania płomienia i słupa dymu, Tartelett tak gorąco pragnął był tego ognia. A letnią porą nie miał też potrzeby się przy nim ogrzewać. Chodziło o cel praktyczny i bardzo ważny. Teraz będzie można położyć kres skąpym posiłkom z mięczaków i korzeni, spożywanych na surowo, gdy najpożywniejsze składniki nie dały się zużytkować, w braku wrzącej wody do zgotowania ich na miękko, lub węgli, na których możnaby je upiec jak kartofle.

Tego dnia Tartelett i Godfrey spędzili część przedpołudnia na przygotowaniu obiadu gotowanego.

– Pozwolimy sobie chyba na kilka kurcząt! – zawołał Tartelett, a szczęka dzwoniła mu ze wzruszenia, intonując niejako uwerturę triumfalną. – Oczywista, że dodamy też do nich comber z królika, polędwicę baranią, może też coś z dziczyzny, biegającej po skałach! O rybach rzecznych i morskich niema co wspominać, bo to całkiem zrozumiałe u wyspiarzy!

– Nie tak gwałtownie! Nie tak gwałtownie! – miarkował go Godfrey, słuchając tego długiego jadłospisu. – Po długim poście nie można się narażać na przeładowanie żołądka, kochany profesorze! Musimy też gospodarować oszczędnie! Godzę się ostatecznie na dwa kurczęta; każdy z nas zje jedno, ale na tem koniec. Przydałoby się trochę chleba, to też nasze korzenie kamy muszą go nam zastąpić.

Dwa niewinne kurczaki musiały się rozstać z życiem. Profesor je obskubał, wypatroszył i na długiej żerdce obracał na ogniu, z góry rozkoszując się wspaniałą pieczenią. Godfrey tymczasem przygotowywał korzenie kamy, by pierwszy prawdziwy obiad na wyspie Finy wypadł należycie.

'School for Robinsons' by Léon Benett 29

Godfrey trzymał się metody Indjan amerykańskich, u których potrawa ta jest ogromnie rozpowszechnioną. Nazbierał tedy na wybrzeżu mnóstwo płaskich kamieni i wrzucił je do płonącego ogniska. Tartelett kręcił wprawdzie głową, bo żal mu było marnować ten wspaniały ogień na pieczenie kamieni, jednakowoż pochłonięty całkowicie swemi kurczętami, nie miał wiele czasu na wywodzenie gorzkich żalów.

Gdy kamienie prażyły się w ogniu, Godfrey wybrał sobie tymczasem równy kawałek ziemi, oczyścił go z trawy i posługując się dużemi muszlami zamiast rydla, wykopał dół o średnicy półmetrowej, na 10–15 cali głęboki. W tem wydrążeniu ułożył drwa, rozpalił, następnie równomierną warstwą rozpłomienionych ogarów rozgrzał owo wgłębienie, niby piec, do pieczenia chleba. Nakoniec wygarnął węgle i na gorącej powierzchni tego na prędce skonstruowanego pieca ułożył korzenie kamy. W ten sposób otrzymał potrawę, smakiem zbliżoną do kartofli, przytem bardzo pożywną.

Zdaje się, że czytelnik bez wytężenia fantazji wyobrazi sobie, z jakim apetytem rozbitki spożyli tłuste kurczaki, jak ochoczo zmiatali gorące korzenie smacznej kamy, których nie potrzebowali sobie odmawiać, bo wystarczyło się schylić, by zbierać je w ilościach nieograniczonych.

Po tej królewskiej uczcie, Godfrey zabrał się odrazu do sporządzenia z kamy znacznych zapasów mąki, by z niej upiec chleba.

Wśród tych zajęć szybko upłynął dzień. Ognisko podtrzymywał Tartelett, a przed ułożeniem się na spoczynek, narzucił na stos taką masę paliwa, że starczyłoby na całą dobę. Mimo to, drżąc ustawicznie, by nie utracić drogocennego ognia, profesor kilka razy w ciągu nocy zrywał się ze snu, by zgarnąć węgle płonące i ponownie dołożyć paliwa. Nawet we śnie, ogień nie przestawał zajmować jego myśli, w samych rojeniach buchając wysokim płomieniem, to znów gasnąc, lub pryskając wokół iskrami. Do samego rana, zarówno we śnie, jak na jawie, Tartelett zajęty był ukochanym ogniem.

Poza tem nie wydarzyło się w ciągu nocy nic niezwykłego. Wczesnym rankiem mężczyźni zbudzili się równocześnie, gdyż pienie kogutów i trzaskanie ognia tworzyły muzykę zbyt głośną, by przy niej można spać. Godfrey, otworzywszy oczy, natychmiast zauważył, że we wnętrzu drzewa daje się odczuwać silny wiew, z czego wywnioskował, że aż do samych gałęzi, drzewo jest wydrążone i że dla zabezpieczenia się przed deszczem i wichurą, trzeba będzie jakimś sposobem załatać dziurę w „suficie” sypialni.

– To jednak dziwne – rozmyślał – że dopiero dziś uczułem ten przewiew. Czyżby piorun był uderzył w drzewo i wydrążył ów otwór w miejscu rozwidlenia konarów?

Odpowiedź na te wątpliwości mogło mu dać dokładne zbadanie drzewa z zewnątrz. Jakoż obchodząc dokoła olbrzymie drzewo, Godfrey dostrzegł szeroki pas kory, odłupanej wzdłuż drzewa od gałęzi po same korzenie. Nie ulegało więc wątpliwości, że piorun ześlizgnął się po korze drzewa, nie przedarłszy się do wnętrza. Teraz dopiero uprzytomnił sobie Godfrey, jakie niebezpieczeństwo zagrażało ich życiu w tę samą noc, która obdarzyła ich ogniem. Gdyby bowiem piorun przedarł się był przez korę do wnętrza drzewa, ani on, ani Tartelett nie byliby już mogli skorzystać z dobrodziejstwa ognia.

– Oczywista, że podczas burzy nie należy szukać schronienia pod wysokiemi drzewami, w które najczęściej uderza piorun – pomyślał Godfrey. – Tego mogą się jednak trzymać ludzie, mogący wybierać miejsce schronienia. Gdzie natomiast schronić się mają podczas burzy biedni rozbitki, gdy drzewo jest właśnie ich domem? Ano, zobaczmy, jakie ślady pozostawiły te nocne odwiedziny piorunu!

Pobiegł spojrzeniem wzdłuż pasa odartej kory i odtworzył sobie stan rzeczy. Rozumie się, że piorun uderzył w drzewo w miejscu rozwidlania się gałęzi i zrobił u góry otwór, którym powietrze zawiewało do ich mieszkania. Z tego wynika, że całe drzewo jest wewnątrz puste, a żyje tylko kora! Okoliczność, dająca bądź co bądź do myślenia!

To też nie zwlekając ze sprawdzeniem tego szczegółu, Godfrey wyszukał sobie smolną gałąź, mającą mu służyć za pochodnię i zapaliwszy ją u góry, wszedł do domostwa. Przy jasnem tem oświetleniu, dokładnie mógł zbadać wygląd drzewa Wilhelma. Otóż w wysokości jakich 15 stóp nad ziemią, widniało łukowate sklepienie, niby w katedrze. Podniósłszy pochodnię jak tylko mógł wysoko, Godfrey zobaczył otwór jakby wąskiego korytarza, którego dalsza część ginęła w mroku. Widocznie drzewo wydrążone było aż do gałęzi, jakkolwiek mogło też było zachować tu i ówdzie cząstki miąższu. Jeśli tak jest istotnie, to po tych wypukłościach będzie się niezbyt trudno wspiąć do rozwidlenia gałęzi, co też bezwłocznie postanowił wykonać.

Miał w tem cel podwójny: przedewszystkiem musi zatkać otwór, by wiatr i deszcz nie miały wolnego dostępu do ich mieszkania, a następnie chciał się przekonać, czy w razie niebezpieczeństwa, naprzykład napaści dzikich zwierząt lub ludzi, można się będzie schronić na gałęzie.

W każdym razie nie zaszkodzi sprawę tę zbadać. Jeśli wydrążenie będzie zbyt wąskie i uniemożliwi dalsze wspinanie się w górę, to każdej chwili będzie wszak mógł zawrócić.

Umocniwszy swą pochodnię na ziemi, przyczem za lichtarz służyły dwa potwornie rozsochate korzenie, Godfrey odrazu zaczął się wspinać, od czasu do czasu chwytając się wewnętrznych wygięć kory, tworzącej jakby załomy skalne. Był zręczny, zwinny, silny, jednem słowem znakomity gimnastyk, jak wszyscy młodzi Amerykanie. Cała ta wyprawa była dlań zabawką. Niebawem korytarz stał się tak wąski, że opierając się plecyma o jedną ścianę, drugiej czepiał się Godfrey kolanami i w ten sposób, jak to czynią kominiarze, odbywał dalszy swój pochód. Obawiał się tylko, że jeśli otwór ten jeszcze bardziej się zwęzi, to nie będzie mógł osiągnąć celu zamierzonego.

Tymczasem jednak piął się coraz wyżej i wyżej, odpoczywając na załomkach, gdyż w każdym razie był to pochód męczący.

Po upływie kilkunastu minut mógł przebyć jakie 60 stóp, czyli, że od gałęzi mogło go dzielić nie więcej, jak 20 stóp. Czuł też, że zawiewa go świeższe powietrze, które wdychał chciwie, gdyż w wąskim korytarzu stawało się coraz duszniej.

Zaczerpnąwszy tchu, strzepnął z odzieży pył, którym osypane były ściany i znów się zaczął wspinać w coraz to zwężającym się otworze. W tejże chwili zwrócił jego uwagę dziwny szmer, który nie bez podstawy wydał mu się podejrzanym. Jak gdyby ktoś drapał korę drzewa. Równocześnie rozległ się chrapliwy świst.

Godfrey zatrzymał się w swej wędrówce.

– Co to może być? – zadał sobie pytanie. – Czyżby jakie zwierzę ukryło się wśród gałęzi, czyhając na łup!… A może wąż?… Ach nie!… Dotąd nie spotkał wszak na wyspie żadnego drapieżca, ani gada… Może raczej ptak, przez niego spłoszony?

Miał słuszność, bo kiedy ponownie zaczął się wspinać, trzepot skrzydeł nad głową i głośniejsze krakanie przekonały go, że może to być tylko ptak, którego spokój on właśnie zakłócił.

Na całe gardło wrzasnął tedy: frrr! frrr! – a w tejże chwili czarna ogromna kawka śpiesznie wyfrunęła otworem i usadowiła się widocznie w wyższych gałęziach.

W parę chwil później, także głowa Godfreya wysunęła się z otworu i niebawem on sam usiadł wygodnie na potężnym konarze, wzniesionym jakie 80 stóp ponad ziemię. Konar ten w swych rozgałęzieniach robił wrażenie całego lasu. Kto nie widział lasów dziewiczych, nie tkniętych przez topór, nie zdoła sobie nawet wyobrazić tego gąszcza gałęzi, z których każda mogłaby stanowić olbrzymie drzewo.

'School for Robinsons' by Léon Benett 30

Nie bez trudu udało się Godfreyowi przebyć cały ten gąszcz i dostać się na wyższą gałąź, z tej znów na wyższą, aż wreszcie stanął na ostatnim tarasie tego nadzwyczajnego okazu światła roślinnego.

Niezliczone roje ptaków ogłuszającym krzykiem przyjęły intruza, szukając schronienia na sąsiedniem drzewie, nad którem jednak drzewo Wilhelmowe górowało o cały wierzchołek.

Godfrey wspinał się coraz wyżej i wyżej, aż dotarł do gałęzi, uginających się już pod jego ciężarem.

Olbrzymi widnokrąg, na którego krawędziach woda zlewała się z niebem, roztoczył się przed jego oczyma. Wyspa Finy na tle tego bezmiaru wyglądała jak drobny ciemny punkcik… Oczy Godfreya pobiegły w dal, bystre, szukające. Niestety, pustka rozpaczliwa, jak zawsze…

Znów mu się nasunęła myśl okropna, że wyspa Finy leży poza wszelką komunikacją, odcięta, odgrodzona od reszty świata. Z piersi jego wydobyło się głębokie westchnienie, a oczy skierowały się na drobny szmat ziemi, gdzie fatalnem zrządzeniem losów przyjdzie mu spędzić kto wie ile lat, a może nawet całe życie!

Jakże się jednak zdumiał, gdy tym razem od północy znów zobaczył wzbijający się słup dymu, podobny do tego, jaki widział był przed paru dniami od południa. Natężył wszystkie władze umysłu, siłą woli wyostrzył bystrość wzroku i począł czynić obserwacje.

Wąska smuga dymu, u wierzchu błękitna, wzbijała się prościuteńko w przejrzystem powietrzu.

– Nie! Tym razem się nie mylę! – wykrzyknął Godfrey. – Wyraźnie widzę słup dymu, a gdzie jest dym, tam musi być też ogień!… Kto jednak rozniecił ten ogień – kto?

Z możliwie największą dokładnością Godfrey zanotował sobie w pamięci położenie miejsca, nad którem wzbijała się wstęga dymu. Miejsce to leżało na północny wschód od wyspy… pomiędzy wysokiemi skałami, obramiającemi wybrzeże… Tak, pomyłka wykluczona… Dym wzbija się w odległości mniej więcej 5 mil mil od drzewa Wilhelmowego.

Idąc w kierunku północno-wschodnim, na przełaj łąki, a następnie wzdłuż wybrzeża, musi dojść do owych skał, których szczyty błękitnawy dym obsnuwa lekkim zawojem. Drżąc ze wzruszenia, Godfrey spuszczał się po gałęziach, aż stanął znów u otworu, wiodącego w głąb wydrążonego drzewa. Tu zatrzymał się na chwilę, by zerwać kilka garści mchu i pęk gałęzi, następnie osunął się do otworu, zatkał go gałęźmi i mchem, poczem co śpieszniej spuścił się na ziemię.

Rzucił Tartelettowi parę słów, by się nie niepokoił jego nieobecnością i niemal pędem pomknął w kierunku północno-wschodnim.

Przez dwie godziny maszerował bez wytchnienia, miękkim trawnikiem łąki, tu i ówdzie urozmaiconej grupami drzew lub kępami zarośli, następnie począł biec wybrzeżem… Wreszcie dotarł do ostatniego łańcucha skał.

Przebywszy go, począł się rozglądać za słupem dymu, widzianym ze szczytu drzewa. Niestety, wszystko zniknęło, pierzchło bez śladu… Zapamiętawszy sobie dokładnie położenie miejsca, nad którem wznosił się dym, mógł tam dojść i z bezpośredniej bliskości prowadzić dalsze obserwacje. Ruszył więc w dalszą drogę, a stanąwszy u celu, najdokładniej, najskrupulatniej zbadał całe otoczenie, zaglądając do dziupli i rozpadlin… Następnie zaczął wołać, jak tylko mógł najgłośniej… Nikt mu nie odpowiedział i żadna ludzka istota nie pojawiła się na wybrzeżu. Nigdzie też nie znalazł śladu niedawnego ogniska, które w braku innego w tem miejscu paliwa, mogło być podsycane morską trawą, wysuszoną na słońcu.

– A przecież się nie myliłem! – raz po raz powtarzał Godfrey. – Najdokładniej widziałem dym… A jednak…

Uważając pomyłkę za wykluczoną, Godfrey pomyślał, że jakkolwiek dym przezeń widziany, nie był złudzeniem, to jednak mógł pochodzić nie z ogniska, ręką ludzką podtrzymywanego, lecz może z jakiego gorącego źródła, od czasu do czasu wyrzucającego z siebie kłęby pary.

Nic nie przemawiało przeciw, istnieniu takich gorących źródeł na wyspie, której pokładu geologicznego przecież nie znał.

Wracając ze swej nieudanej wyprawy, Godfrey uważniej, niż przedtem, obserwował otoczenie. Zauważył tedy kilka jeleni, które jednak za jego zbliżeniem zemknęły co szybciej, nie pozwalając się obejrzeć z bliska.

Około godziny czwartej Godfrey wrócił do drzewa Wilhelma. Już z odległości kilkudziesięciu kroków dochodziły go piskliwe dźwięki skrzypiec, a podszedłszy bliżej, ujrzał profesora Tarteletta, który w skromnej pozycji westalki, strzegącej świętego ognia, zbożnem spojrzeniem obejmował buchający płomień.



Rozdział XIV

W którym Godfrey znajduje nieocenione skarby.

Filozoficzna zasada, która każe znosić, czego nie można uniknąć, nie jest może twórczynią wielkich czynów, ale z pewnością posiada duże znaczenie praktyczne. Godfrey postanowił ją stosować w całej rozciągłości. Skoro jest skazany na pobyt wśród tej pustki, to uczyni najrozsądniej, urządzając sobie życie możliwie znośne, w oczekiwaniu jakiejś sposobności wydobycia się z tej wyspy.

Nie zwlekając dłużej, zabrano się tedy do urządzania domostwa w wydrążonem drzewie. Najważniejszem było utrzymanie czystości, gdyż o jakiejkolwiek wygodzie nie było można myśleć w danych warunkach. Często przeto zmieniali siano, służące im za posłanie. Narzędzia i naczynie składały się wyłącznie z muszli rozmaitego kształtu i rozmiarów; należy jednak przyznać, że w żadnej kuchni nie mogła panować większa czystość. Było to wyłączną zasługą profesora, który najskrupulatniej obmywał naczynie i wysuszał je następnie na słońcu. Przy pomocy noża Godfrey sporządził z kory drzewa wcale niezły stół, który oparł na czterech pniach i ustawił na środku pokoju. Kilka potężnych pni doskonale zastępowało stołki, wobec czego dwaj rozbitki nie byli zmuszeni trzymać swego posiłku na kolanach, gdy brzydka pogoda nie pozwalała im przebywać na powietrzu.

'School for Robinsons' by Léon Benett 31

Kwestja garderoby nie została jeszcze rozwiązaną i stanowiła teraz przedmiot najczęstszych rozmyślań Godfreya. Przedewszystkiem oszczędzano ogromnie szczupły zapas bielizny i odzieży, co przy panujących upałach nie było rzeczą trudną, mogli bowiem chodzić nawpół nago. Ostatecznie jednak ta odrobina odzieży i bielizny musi się zużyć, a co będzie potem? Czy będą zmuszeni ubierać się w koźle skórki, jak dzicy? Niewątpliwie do tego dojdzie, bo i skąd-że dostaną inną garderobę? Tymczasem Godfrey dbał o to, by wszystko utrzymywać w największej czystości, a że pranie należało również do obowiązków profesora, więc poczciwy Tartelett rychło przedzierżgnął się w praczkę, zachowującą jednak ruchy salonowe.

Godfrey zajmował się przedewszystkiem dostarczaniem zapasów żywności i upiększaniem mieszkania. Kilka godzin dziennie spędzał na wykopywaniu korzeni i zbieraniu jabłek manzanilla, a dużo czasu wymagało też łowienie ryb. Sporządził sobie z łoziny rodzaj sieci, które zarzucał na wartkie wody strumyka lub na cieśninki między skałami, które po odpływie były całkiem płytkie. Oczywista, że nie rozporządzając odpowiedniemi przyborami, musiał poprzestawać na drobniejszych rybach, niemniej zdarzał się także połów obfity, a wtedy stół biesiadny w wydrążeniu drzewa, przedstawiał się imponująco.

Najdotkliwiej ze wszystkich braków dał się jednak odczuwać brak naczynia najzwyklejszego a najniezbędniejszego: garnka. Godfrey niejednokrotnie łamał sobie głowę, jakby dojść w posiadanie tego koniecznego przedmiotu, lecz bezowocnie. Wskutek tego mieli wikt bardzo jednostajny, ograniczający się do pieczonych mięs czy ryb, wreszcie owoców lub korzeni. O gotowanej rybie, czy zupie jakiejkolwiek, lub jarzynie, nie można było marzyć, bo i w czemże je zgotować? Tartelett, który sądził, że mając ogień, nie będzie już tak dotkliwie odczuwał braku pożywienia smaczniejszego od mięczaków i surowych jaj, znów zaczął biadać i wyrzekać.

Godfrey był na szczęście zbyt zajęty, by sobie brać do serca te jego gorżkie żale. Podczas swych wędrówek odkrył w pobliżu inne olbrzymie drzewo, również wydrążone – postanowił więc, w jego wnętrzu urządzić kurnik i pomieścić w nim drób, który nie przestawał dobywać się co wieczora do ich mieszkania. Jakoż kury i koguty rychło się przyzwyczaiły do urządzonej dla nich siedziby, tem pożądańszej, że z jaj prażonych słońcem, rychło wylęgły się roje kurcząt, którym nocą byłoby za chłodno na wolnem powietrzu. Kurnik zabezpieczał je też od drapieżnych ptaków, które usadowione na wysokich gałęziach czatowały na łup i rychło byłyby sobie dały rady z tem drobnem ptactwem, nie umiejącem fruwać.

Dla królików, capów i kóz stajnia była na razie nie potrzebna. Czas będzie o niej pomyśleć z nastaniem brzydkiej pory. Tymczasem rozwijały się znakomicie na bujnych pastwiskach, zarosłych pewną odmianą koniczyny, ulubionym pokarmem tych zwierząt. Kilka kóz miało już małe, więc stado pokaźnie się rozmnożyło. Natomiast uszczupliła się porcja mleka, gdyż należało znaczną jego część zostawiać młodym koźlątkom.

Dokoła drzewa Wilhelmowego coraz większy panował ruch i ożywienie. Doskonale odżywione stado w godzinach południowych wracało z pastwiska, w cieniu drzew chroniąc się przed spiekotą słońca. Nie zachodziła obawa, że które ze zwierząt się zabłąka, gdyż wszystkie instynktownie trzymały się w pobliżu ludzi, a tak samo nie groziło niebezpieczeństwo innego rodzaju, albowiem na całej wyspie Godfrey nie zauważył ani jednego drapieżnego zwierzęcia.

Taki był stan rzeczy: nie najgorszy na razie, lecz całkiem niezadawalniający na czas dłuższy, gdy zdarzył się wypadek, który miał sprowadzić znaczne polepszenie losu rozbitków!

Było to 29 lipca. Godfrey przez całe przedpołudnie wałęsał się na wybrzeżu owej zatoki, koło której zatonęło „Marzenie”, z tego też powodu nazwanej przez niego „Zatoką Marzenia”. Chciał się przekonać, czy na tej części wybrzeża nie odkryje innego gatunku mięczaków, więc badał je bardzo dokładnie. A może też w głębi duszy żywił nadzieję znalezienia jakich szczątków rozbitego okrętu, gdyż żadną miarą nie mógł się pogodzić z myślą, że fala nie wyrzuciła na brzeg bodaj najdrobniejszej cząstki czy przedmiotu.

'School for Robinsons' by Léon Benett 32

Doszedł do północnego cypla wyspy, całkiem piaszczystego, pozbawionego wszelkiej roślinności, gdy uwagę jego zwróciła skała całkiem dziwacznego kształtu, wyrastająca tuż u brzegu wśród kęp morszczyzny.

Jakby przeczuciem wiedziony, przyśpieszył kroku i można sobie wyobrazić jego radosne wzruszenie, gdy rzekoma skała okazała się kufrem, wkopanym głęboko w piasek przybrzeżny.

Czyżby przedmiot ten pochodził z „Marzenia”? I leży tu od chwili rozbicia? Czy też z późniejszej jakiejś katastrofy, jaka mogła się była wydarzyć u tych raf zdradzieckich? Trudno rozstrzygnąć. Bez względu jednak na pochodzenie, a nawet zawartość kufra, Godfrey z wielką radością przyjął ten dar niespodziany.

Przedewszystkiem oglądał go z zewnątrz, spodziewając się znaleść na nim jakiś adres. Ani śladu napisu, ani nawet płyty metalowej, na której Amerykanie ryją zwykle początkowe litery imienia i nazwiska właściciela. Trochę rozczarowany, Godfrey pomyślał jednak, że we wnętrzu kufra znajdzie papiery, z których się dowie, skąd przesyłka pochodzi, z jakiego kraju i kto jej właścicielem! Tak czy owak, kufer zamknięty był hermetycznie, więc zawartość jego nie mogła chyba ucierpieć od wody morskiej. Był to kufer drewniany, obwleczony skórą i obity po wszystkich rogach mosiądzem, przytem umocniony szerokiemi pasami.

Mimo ogromnej ciekawości, Godfrey ani na chwilę nie pomyślał o wyrąbaniu wieka, postanawiając możliwie najostrożniej oderwać zamek. O przeniesieniu kufra do drzewa Wilhelmowego nie było nawet mowy, ze względu na jego ogromny ciężar!

– Wyładujemy go na miejscu – pomyślał Godfrey – i częściowo znosić będziemy zawartość do naszego domostwa. Zatoka oddalona była wprawdzie od drzewa Wilhelmowego o dobre cztery mile, ale trudno! Transport zajmie sporo czasu, którego mają wszak dosyć, a co do trudu, to należy przypuszczać, że się im opłaci.

Co zawierał ów kufer? Przed odejściem, Godfrey chciał chciał przynajmniej spróbować, czy bez większych trudności potrafi oderwać zamek. Rozluźnił przeto pasy, poczem z największą ostrożnością usunął skórzane okrycie. Jak jednak oderwać zamek, bez odpowiednich narzędzi?

Tu tkwiła największa trudność. Jak zabrać się do roboty bez narzędzi? Noża, będącego dlań skarbem nieocenionym, nie mógł użyć z obawy złamania go lub wyszczerbienia. Wyszuka chyba na wybrzeżu ciężki kamień, mający mu służyć za młot.

Na wybrzeżu było dość twardych krzemieni, najrozmaitszego kształtu, więc Godfrey niezadługo wybrał jeden z nich i silnie uderzył nim w mosiężną płytę…

Ku ogromnemu jego zdumieniu, płytka odskoczyła w okamgnieniu, a zamek sprężynowy również się osunął, wcale nieuszkodzony.

Jakże gwałtownie biło serce Godfreya przy podnoszeniu wieka! Teraz dopiero przekonał się, że niełatwą byłoby rzeczą rozbić kufer, gdyby nawet był spróbował to uczynić!

Był to bowiem wspaniały kufer ogniotrwały, wewnątrz wybity cyną, nie dopuszczającą wody ni powietrza! To też należało się spodziewać, że zawartość jego nie uległa uszkodzeniu, bez względu na jakość przedmiotów!

Cóż to były za przedmioty! Godfrey, wydobywając je po kolei, nie mógł się powstrzymać od okrzyków radości. Nie ulega wątpliwości, że kufer ten był własnością jakiegoś podróżnika-badacza, wybierającego się w okolice nieznane, przeto przygotowanego na wszelkie ewentualności! Więc przedewszystkiem była w nim bielizna: koszule, prześcieradła, poszewki, ręczniki, obrusy i serwety, następnie odzież: wełniane bluzy, pończochy cienkie i grube, obuwie skórzane, płócienne i aksamitne, trykoty, zarzutki, wreszcie trzy pary wysokich butów nieprzemakalnych, filcowe kapelusze i ubrania myśliwskie.

W głębszych pokładach olbrzymiego kufra natrafił na miednicę i dzbanek, a jeszcze głębiej – o radości! – przedmiot ich marzeń: garnek! Za nim wyłoniły się dalsze naczynia kuchenne, rondle, patelnie, czajnik do herbaty, maszynka do kawy, łyżki, noże, widelce.

Jeszcze głębiej spoczywały pakiety kawy, herbaty, oraz trzy blaszanki, napełnione spirytusem i rumem. Nie brakło też przyborów toaletowych, najrozmaitszych narzędzi stolarskich, kowalskich, ciesielskich itd.

Na samem dnie kufra znalazł Godfrey dwa noże myśliwskie w skórzanych futerałach, strzelbę, rewolwer, znaczne zapasy kul i prochu, wreszcie apteczkę domową, lornetę, kompas i chronometr.

Inwentarza nieocenionych tych skarbów dopełniało kilka książek angielskich, przyborów do pisania, biblja, wydana w Nowym Jorku i „Znakomity kucharz”, przy pomocy którego Tartelett mógł się stać mistrzem na polu sztuki kulinarnej.

Nic dziwnego, że Godfrey nie posiadał się z radości, opróżniając wnętrze kufra! Gdyby sam był uczynił wybór, puszczając się w podróż, nie byłby na pewno dokonał go z takiem znawstwem i przezornością! Istotnie, kufer ten, to skarb niezrównany, nieoceniony dla biednych rozbitków… Było za co dziękować Opatrzności, to też Godfrey wzniósł ku niebu bezsłowną modlitwę dziękczynną.

Z dziecinną radością rozstawiał na wybrzeżu całą zawartość kufra. Oglądał każdy przedmiot z osobna, lecz nigdzie nie znalazł bodaj strzępka papieru, z którego mógłby wywnioskować o pochodzeniu kufra, a przynajmniej okrętu, na którym się znajdował.

Poza tem, na całem wybrzeżu nie było najdrobniejszego szczątka, któryby świadczył o niedawnej katastrofie na morzu. Poza owym kufrem fale nic innego nie wyrzuciły na brzeg. Widocznie kufer musiał już od dłuższego czasu pływać po morzu, a tylko dzięki znakomitej konstrukcji, pozostał nieuszkodzony. Objętość jego w stosunku do wagi, ułatwiała mu unoszenie się na falach.

Tak więc o materjalne warunki życia na dłuższy czas nie potrzebowali się troszczyć dwaj mieszkańcy wyspy Finy, wobec tego, że łaskawe losy zaopatrzyły ich hojnie w narzędzia, broń, odzież i inne najpotrzebniejsze artykuły.

Oczywista, że o natychmiastowem zabraniu wszystkich tych rzeczy do drzewa Wilhelma, Godfrey nie mógł nawet myśleć. Transport wymagał kilkurazowej wędrówki, a zbytnio z nim zwlekać nie byłoby bezpiecznie, bo wszak każdej chwili mógł lunąć deszcz. Załadowawszy większą część rzeczy napowrót do kufra, Godfrey zabrał tylko strzelbę, rewolwer, trochę prochu i kul, lunetę i tak bardzo upragniony garnek. Następnie przymknął wieko kufra i szybkim krokiem ruszył ku domostwu.

Z jakąż radością witał go w godzinę później Tartelett! Jakiem szczęściem promieniało oblicze profesora, z zapartym oddechem słuchającego opowiadania swego ucznia! Godfrey po kolei wyliczał mu zawartość kufra, a poczciwiec, nie posiadając się ze szczęścia, które dosięgło szczytu na widok garnka, zaczął wykonywać taniec trjumfalny.

Do południa było jeszcze daleko. Wobec tego Godfrey po spożyciu jakiegoś posiłku postanowił ruszyć z powrotem do zatoki, celem przeniesienia dalszych skarbów z kufra. Tartelett nie sprzeciwił się temu zamiarowi i odrazu wyraził gotowość pomagania mu przy transporcie. Wszak nie potrzebuje już teraz czuwać nad ogniem, bo posiadając proch, mogą go każdej chwili rozniecić. Natomiast pomyślał profesor, ze skoro doszli wreszcie do posiadania tego tak bardzo upragnionego garnka, to mogą przecież nastawić w nim mięso i jarzynę na obiad. W okamgnieniu ściągnął skórkę z królika, a poćwiartowawszy tłusty udziec, włożył go do garka z woda, posolił, zadrobił kilku korzeniami jamfu i ustawiwszy na ogniu, z góry się już rozkoszował smakiem rosołu.

– Szumowiny same już zbiegną podczas gotowania – uspokajał się Tartelett, gotów do wymarszu.

'School for Robinsons' by Léon Benett 33

W poprzek łąki ruszyli tedy obydwaj w kierunku zatoki. Kufer stał oczywista nietknięty, a Godfrey odrazu go otworzył, chcąc uradować oczy Tarteletta bogactwem jego wnętrza. Raz po raz wydając okrzyki radosne, Tartelett zabrał się do sortowania przedmiotów. Obładowani jak wielbłądy, dwaj mężczyźni zabrali część odzieży, broni i amunicji. Złożywszy to wszystko w swem domostwie, usiedli zmęczeni do dymiącej zupy, która pod ich nieobecność zdążyła się ugotować. Zdaniem profesora, nie mogło istnieć nic smaczniejszego nad ten rosół. Prawdziwie, po głodówce podniebienie przestaje być wybrednem!

Nazajutrz wczesnym rankiem Godfrey i Tartelett znów ruszyli nad zatokę. W ciągu dnia trzykrotnie maszerowali tam i napowrót, obładowani zawartością kufra, a przed zachodem słońca wszystko zostało już przeniesione do domostwa.

Dla uwieńczenia dzieła wyruszyli na trzeci dzień, a było to pierwszego sierpnia, po pusty kufer, który odtąd miał figurować w drzewie Wilhelma jako komoda.

Tartelett, niezmiernie wrażliwy zarówno na dobre, jak na przykre strony bytu, czuł się teraz tak szczęśliwym, że snuł najpiękniejsza rojenia o przyszłości. Nie zdziwi się też czytelnik, jeśli powiem, że nazajutrz po ulokowaniu kufra i jego zawartości, szanowny profesor, odświeżony i ogolony, trzymając w ręku skrzypce, z wdzięcznym ukłonem, jak ongiś w salonach pałacu Kolderup, zwrócił się do Godfreya z propozycją:

– Czy nie sądzi szanowny pan, że należałoby powtórzyć kurs tańców?



Rozdział XV

W którym wydarza się coś, co każdemu prawdziwemu lub udanemu Robinzonowi wydarza się przynajmniej raz w życiu.

Przyszłość przedstawiała się zatem w barwach mniej posępnych. Jeśli jednak Tartelett uważał wszystkie te narzędzia i broń i najrozmaitsze przyrządy za środki do uprzyjemnienia samotnego życia, to Godfrey rozmyślał już nad sposobami wydostania się z wyspy Finy. Czy nie udałoby mu się teraz, przy pomocy znakomitych narzędzi sporządzić łódź dostatecznie silną, któraby ich zaniosła do brzegów jakiegoś kraju zamieszkałego, a przynajmniej w inne strony Oceanu, gdzie mogliby natrafić na jakiś okręt przejeżdżający? Na razie jednak myśli i plany Tarteletta, odnoszące się do chwili obecnej, górowały nad innemi, a ich urzeczywistnienie pochłaniało cały wolny czas dwóch rozbitków.

Rychło ułożono garderobę, zabraną z kufra, policzono ją i uporządkowano. Było jej sporo, niemniej licząc się z niepewnem jutrem, Godfrey postanowił, by w dalszym ciągu ograniczać się w miarę możności. Zasada jego brzmiała: Jedynie w razie koniecznej potrzeby, dyktowanej warunkami klimatycznemi, używać odzieży, która szczęśliwym trafem stała się ich własnością.

Profesor, niezadowolony z tego zarządzenia, dąsał się, pytając:

– Ależ poco takie oszczędności, graniczące już ze skąpstwem? Dlaczego mamy sobie odmawiać przyjemności ubierania się jak ludzie cywilizowani? Przecież nie jesteśmy dzikimi!

– Wybaczy pan – odparł Godfrey – ale mojem zdaniem jesteśmy na razie w położeniu ludzi dzikich, więc musimy też żyć odpowiednio.

– Jak pan uważa, panie Godfrey; przekona się pan jednak, że zanim zużyjemy tę garderobę, skończy się nasz pobyt tutejszy.

– Na to nie mogę panu odpowiedzieć, gdyż nie bawię się w proroka. W każdym razie będzie rozsądniej i bezpieczniej mieć odzież niezużytą, niż odczuwać jej brak.

– Ale chyba w niedzielę zgodzi się pan na włożenie odświętnego ubrania?

– Zgoda! – przyzwolił Godfrey, nie chcąc zbytnio zasępiać eleganckiego swego towarzysza. – Będziemy się więc stroić w niedzielę i święta, ale dziś dopiero poniedziałek, więc jeszcze cały tydzień musi pan wzdychać do pięknego stroju.

Rozumie się, że od przybycia na wyspę, Godfrey zaznaczał sobie w pamięci każdy dzień, wobec czego przy pomocy kalendarza, znalezionego w kufrze, łatwo mógł stwierdzić, że był poniedziałek.

Z biegiem czasu mężczyźni, stosownie do swego uzdolnienia, przeprowadzili dokładny podział pracy. Czuwanie nad ogniem dniem i nocą, stało się teraz zbytecznem, gdyż oprócz prochu, znaleźli w kufrze mnóstwo innych środków do rozniecania ognia. Tartelett mógł się więc wyrzec tego zajęcia, co jednak nie było mu zbyt pożądanem, gdyż zamiast wpatrywać się w trzaskający płomień i gonić smugi dymu, musiał teraz spełniać zadanie mniej przyjemne, polegające na zbieraniu korzeni jamf i kama. Zwłaszcza te ostatnie były bardzo pożądane, gdyż zastępowały równocześnie chleb i jarzynę. Dzień po dniu wędrował więc profesor wzdłuż wybrzeża, obramionego krzewami, ale niebawem przyzwyczaił się do tych dalszych spacerów. W zakres jego prac wchodziło również zbieranie ostryg i innych mięczaków, spożywanych w ogromnych ilościach.

'School for Robinsons' by Léon Benett 34

Godfrey natomiast miał czuwać nad zwierzętami domowemi i drobiem. Jedynie obowiązek rzeźnika pełnił bardzo niechętnie, ale konieczność kazała przezwyciężyć wstręt wrodzony. Tak więc niemal każdego dnia jadali mięso, a często też ryby i dziczyzna pojawiały się na stole, urozmaicając jadłospis rozbitków. Dziczyzny było w gąszczach wyspy Finy podostatkiem, a Godfrey nie miał zamiaru skazywać swej broni na rdzewienie i postanawiał zabrać się do polowania, skoro tylko pozbędzie się zajęć pilniejszych. Nie, ani strzelby u niego nie rdzewieją, ani naboje nie zapleśnieją – wpierw jednak musi urządzić domostwo możliwie najwygodniej.

Mając teraz narzędzia, sporządził kilka ław, które ustawił nietylko we wnętrzu drzewa, lecz także dokoła niego, na powietrzu. Heblem wygładził stół, by niezbyt od niego odbijały pięknym swym wyglądem talerze i nakrycia, z lubością ustawiane przez profesora. Niebawem stanęły też w mieszkaniu dwa drewniane łóżka wyrobu Godfreya, które wyłożone sianem i nakryte kocami, robiły wrażenie całkiem przyzwoite. Naczynia kuchenne umieszczono na półkach z desek, przytwierdzonych do ścian, a w nyżach, wydrążonych w potwornie grubej korze drzewa, zawieszono odzież. Nyże zamknięto na drzwi, które nadawały im wygląd szaf. Słupy, przyozdobione rozmaitą bronią, przypominały małą zbrojownię i wielce się przyczyniały do upiększenia domostwa.

Załatwiwszy się z urządzeniem mieszkania, Godfrey pomyślał też o zabezpieczeniu go przed nocnemi odwiedzinami zwierząt dzikich. Ludzkich istot przestał się już spodziewać. Zarówno wejście do wnętrza drzewa, jak otwór u góry, zrobiony owej pamiętnej nocy przez piorun, zasłonił teraz deskami, wyciętemi z kory. Wyciął też z dwóch przeciwległych stron po dwa okna, w ten sposób wprowadzając do mieszkania światło i powietrze. Na noc zapuszczał na te okna okiennice z kory, a na dzień je usuwał, by promienie słońca wpływać mogły bez przeszkody. Pomysł wycięcia okien w korze drzewa, okazał się nader szczęśliwym, gdyż odtąd nie potrzeba było palić smolnych gałęzi, które wprawdzie rozwidniały mieszkanie, lecz napełniały je też dymem gryzącym.

Jak w dnie zimowe załatwi się z oświetleniem wnętrza, gdy owe okna bez szyb trzeba będzie zamykać, na to pytanie Godfrey nie znalazł jeszcze jasnej odpowiedzi. Może mu się uda z łoju baraniego i sznurków sporządzić świece, może wymyśli lepsze pochodnie ze smolnych gałęzi, które nie będą wydzielały tyle dymu. Musi spróbować jednego i drugiego!

Dalszą troską Godfreya było urządzenie kuchni we wnętrzu drzewa, co wymagało przedewszystkiem sporządzenia komina. Dopóki ciepło, można gotować przy ognisku, rozpalanem na wolnem powietrzu, ale z chwilą nastania słot jesiennych okaże się to niemożliwem. Przytem należało przypuszczać, że z nastaniem zimnej pory trzeba też będzie opalać domostwo, a do tego konieczny był komin, którym by odchodził dym. Godfrey często rozmyślał, jak zadanie to rozwiąże i układał plany, podług których zamierzał się zabrać do roboty.

Tymczasem dokonał pracy bardzo użytecznej: połączył mianowicie obydwa brzegi strumienia mostkami, co mu zaoszczędzało dwumilowej drogi okrężnej, wiodącej na wybrzeże północne. Była to praca ciężka, gdyż najpierw musiał z grubych pali urządzić tamy, zwalniające wartki bieg wody, a na nich dopiero umieścił belki, które służyły zamiast kładek.

Czyniąc jednak wszystko, co było w jego mocy celem uprzyjemnienia pobytu na wyspie, mogącego się ciągnąć przez długie lata, a może nawet przez całe życie, Godfrey nie zaniedbywał też niczego, co przedstawiało jakiekolwiek widoki wydostania się z tego pustkowia.

Wyspa Fina leżała poza linją ruchu okrętowego – było to rzeczą jasną, nie ulegającą żadnej wątpliwości. Bo i pocóż miałyby tu okręty zarzucać kotwicę? Wyspa nie była portem, a tak samo nie mogła też dostarczać żadnej aprowizacji. Nie było jednak wykluczonem, że w pewnej odległości mogą przejeżdżać okręty handlowe czy wojenne. Chodziło więc Godfreyowi o wymyślenie sposobu, któryby mu umożliwił zwrócenie uwagi takiego okrętu, że na wyspie tej są ludzie.

W tym celu Godfrey ustawił na najwyższym wierzchołku skał wysoki maszt, na którym zatknął chorągiew. Zużył na nią połowę prześcieradła, ale uznał, że ofiara ta jest konieczną. Słusznie się obawiał, że biały kolor może ujść uwadze, robiąc z daleka wrażenie mgieł. Zadał sobie zatem jeszcze trud zabarwienia go na czerwono sokiem dzikich jagód. Oczywista, że barwik ten rychło zblaknie na słońcu i na wietrze, ale Godfrey był zdecydowany często farbować płótno ponownie, by tylko płomiennym swym kolorem zwracało uwagę okrętów.

Do 15. sierpnia zajęty był najrozmaitszemi temi robotami. Przez cały czas pogoda stale sprzyjała rozbitkom, pomijając kilka gwałtownych burz, które odświeżyły tylko powietrze i ziemię, okrywającą się coraz to nową zielenią.

Teraz Godfrey zabrał się do polowania. Nie był wprawdzie pierwszorzędnym myśliwym, ale od biedy mógł zaopatrzać spiżarnię dostateczną ilością dziczyzny. Na swego towarzysza nie mógł pod tym względem liczyć w najmniejszej mierze, gdyż szanowny mistrz dobrych form nigdy w życiu nie miał w ręku żadnej broni.

Kilka dni tygodnia poświęcał tedy Godfrey polowaniu na drobną zwierzynę i ptactwo, a Tartelett z niezmierną radością witał zawsze młodego strzelca, niosącego kilka ubitych bekasów, dzikich gołębi czy kuropatw. Z niemniejszym też apetytem spożywał czcigodny profesor combry i uda antylop, starając się możliwie najlepiej przyrządzić tak ptaki, jak zwierzynę, które nie z jego winy postradały życie.

Polowania ułatwiły Godfreyowi jeszcze dokładniejsze zbadanie wyspy. Nieraz za umykającą zwierzyną musiał się zapuszczać w głąb lasów, pokrywających środkową część wyspy. Często też brzegiem strumienia maszerował wzdłuż zachodniego wybrzeża aż do jego źródeł u zbocza wzgórz. Pewnego dnia ponownie się wdrapał na stożkowaty wierzchołek wzgórza i spuścił się stroną przeciwną na wschodnie wybrzeże, które dotąd oglądał był tylko z wysokości skał.

– Z tych moich wędrówek tę jedną na razie odniosłem korzyść – mówił sobie – że utwierdzam się w przekonaniu, iż na całej wyspie niema ani jednego dzikiego zwierzęcia, ani jadowitego gada. Dotąd nie spotkałem tych stworzeń, a gdyby tu żyły, to strzały moje byłyby je niewątpliwie wypłoszyły z ich kryjówek. Prawdziwe to szczęście, bo trudno prawdziwie byłoby zabezpieczyć nasze domostwo przed wielkim drapieżcą, jak tygrys lub lew!

A idąc za naturalnym biegiem myśli, doszedł do wniosku, że wyspa musi być całkiem bezludna. Gdyby bowiem żyli na niej jacyś tubylcy, czy rozbitki, podobnie jak on i Tartelett, wyrzuceni na wybrzeże, to również byłyby ich zwabiły częste strzały! Tylko dym, dwukrotnie już widziany, nasuwał mu wątpliwości, których żadną miarą nie potrafił sobie wyjaśnić!

To pewna, że Godfrey nie odkrył nigdzie śladu ogniska, z którego mógłby się był wzbijać ów dym tajemniczy. A także istnienie gorących źródeł, któremi tłómaczył sobie początkowo owe słupy dymu, stawało się Finy nie wykazywała żadnych cech wulkanicznych. Nic więc innego, tylko to, że dwukrotnie uległ złudzeniu optycznemu, biorąc za dym jakieś opary mgieł.

Coraz bardziej utwierdzał się w tem przekonaniu, tem więcej, że to zjawisko nigdy się już nie powtórzyło. Wspiąwszy się po raz drugi na stożkowaty wierzchołek, nie dostrzegł z niego nic, coby w jakikolwiek sposób zająć mogło jego uwagę. Tak samo bezowocnie spełzły obserwacje, czynione ze szczytu drzewa Wilhelma.

Na urządzaniu domu i polowaniach upłynęło dalszych kilka tygodni. Każdy dzień przynosił jakąś zmianę na lepsze w trybie życia rozbitków, łagodząc nieco ich coraz mniej prawdopodobnem, wobec tego, że wyspa ciężką dolę.

Każdej niedzieli Tartelett, trzymając się układu, wyjmował z nyży najpiękniejszy garnitur i robił wielką toaletę. W owe dni świąteczne nie myślał o niczem innem, poza przechadzką, którą odbywał krokiem tanecznym, przy akompanjamencie skrzypiec. Wobec stanowczej odmowy Godfreya, który nie chciał nawet słyszeć o powtórzeniu kursu tańców, biedny profesor sam sobie udzielał lekcyj.

– Poco to wszystko? – odpowiadał Godfrey na ustawiczne propozycje swego mistrza. – Czy słyszał pan kiedyś o Robinzonie, biorącym lekcje salonowych ruchów i pięknych form towarzyskich? Trzeba się umieć stosować do warunków!

– Ale proszę mi wyjaśnić, dlaczego Robinzon ma być zwolniony od pięknych form? – patetycznie bronił się profesor. – Człowiek powinien dbać o dobre maniery, nie ze względu na drugich, lecz dla własnej satysfakcji.

Na to twierdzenie Godfrey nie wiedział, jaką dać odpowiedź. Gdy jednak stanowczo odmówił propozycji, Tartelett nieborak był zmuszony wykładać zasady pięknych form stadu pasących się czworonogów.

Dnia 13 września Godfrey miał przeżyć jedno z najboleśniejszych rozczarowań, jakie kiedykolwiek były udziałem nieszczęsnych rozbitków.

Od dłuższego czasu nie widział był smugi dymu, którą przyzwyczaił się już był uważać za dwukrotne złudzenie optyczne. Aż tu owego dnia, około godziny trzeciej popołudniu, znów ujrzał wznoszący się słup dymu, którego pochodzenie miał niebawem poznać. Doszedłszy do „Wzgórza sztandarowego”, które tak był nazwał od zatkniętej na jego szczycie chorągwi, co szybciej wdrapał się na wierzchołek i z lunetą w ręku rozglądał się po morzu. Niebawem ujrzał na nieboskłonie smugę dymu, którą wiatr pędził w kierunku wyspy.

Serce Godfreya waliło jak młot.

– Statek! – wyrwało mu się z gardła.

Czy jednak statek ten podpłynie ku wyspie, czy dostrzeże sygnały z wybrzeża, czy też oddali się w kierunku północno- lub południowo-zachodnim?

Przez dwie godziny był łupem najsprzeczniejszych uczuć, od nadziei, graniczącej ze zwycięską pewnością, przechodząc do najczarniejszego zwątpienia.

Nie! Dym staje się coraz wyraźniejszy i widocznem jest, że statek podpływa ku wyspie. W pewnej chwili, kadłub jego wyraźnie się zarysował na linji nieboskłonu.

Był to wielki parowiec, zmierzający w kierunku północno-wschodnim. Jeśli nie zmieni kursu, to w niedługim czasie musi przepłynąć w pobliżu wyspy.

W pierwszej chwili Godfrey chciał biec do domostwa i zawiadomić o tem Tarteletta. Na co się to jednak przyda? Czy jeden, czy dwóch ludzi daje sygnały, to chyba nie stanowi żadnej różnicy! To też po chwili namysłu, porzucił pierwotny plan i z lunetą przy oczach śledził z natężoną uwagą sylwetę okrętu.

Parowiec wciąż jeszcze podpływał ku wyspie, aczkolwiek widać było, że nie ona jest celem jego podróży. Po godzinie piątej można już było wyraźnie rozróżnić trzy maszty, a niebawem też ujrzał Godfrey przez lunetę, że nad statkiem powiewa sztandar o barwach amerykańskich.

Serce łopotało mu w piersiach, jak ptak schwytany.

– Skoro ja widzę stąd flagę statku, to niepodobna przecież, by oni nie widzieli mojej, zatkniętej tak wysoko! – rozumował. – Wiatr rozwiewa ją tak szeroko, że muszą ją zauważyć. Czy może lepiej będzie, gdy zacznę nią dawać sygnały, spuszczając ją i podnosząc na-przemian? Powinni się wszak domyśleć, że w ten sposób daję im znać, iż pragnę się z nimi porozumieć. Tak! Stanowczo, tak będzie najlepiej! Niema chwili czasu do stracenia!

'School for Robinsons' by Léon Benett 35

Należy przyznać, że pomysł był dobry. Wspiąwszy się na sam wierzchołek, Godfrey zaczął chorągiew pochylać, to znów podnosić, jak to się zwykle czyni, gdy statek pragnie się porozumieć z drugim. Następnie trzymał ją na wietrze w kierunku poziomym, co oznacza prośbę o pomoc.

Parowiec podpłynął bliżej, że najwyżej trzy mile dzieliły go od wyspy, ale flaga jego, zatknięta u masztu, nie odpowiadała na sygnały z wyspy… Godfrey czuł, że serce kurczy mu się z bolu. Oczywista, nie zauważono jego sygnałów, dawanych od półtorej godziny!… Za chwilę zapadnie mrok, a z nim zniknie też wszelka nadzieja porozumienia się z parowcem! Już tylko co najwyżej dwie mile dzielić go mogły od wybrzeża… W tejże chwili kula słoneczna stoczyła się w morze. Jeszcze chwila, a cienie nocy przesłonią horyzont… Pierzchnie nadzieja ratunku, pierzchnie raz na zawsze!…

Coraz szybciej, coraz gwałtowniej pochylał teraz i podnosił chorągiew… Napróżno! Nikt ze statku nie odpowiedział…

Wydobył z za pasa rewolwer i kilkakrotnie wystrzelił, jakkolwiek zdawał sobie sprawę, że zbyt wielka jest odległość, by strzał mógł być słyszanym ze statku, zwłaszcza, że wiatr wiał w stronę przeciwną… Cienie nocy szybko zaczęły się osuwać na ziemię i morze… Kadłub okrętu stał się niewidzialnym… Jeszcze parę chwil, a rozpłynie się całkiem w mrocznej oponie…

Nawpół nieprzytomny z rozpaczy, nie wiedząc co uczynić, Godfrey przy pomocy hubki podpalił stos suchych gałęzi, które buchnęły olbrzymim płomieniem… Nie ulega wątpliwości, że ogień ten musiano zauważyć na statku, a mimo to nikt nie odpowiedział na ten sygnał alarmowy… Smutniejszy i bardziej zgnębiony, niż kiedykolwiek, Godfrey ruszył z powrotem do drzewa Wilhelma.



Rozdział XVI

W którym wydarza się wypadek, któremu czytelnik nie może się dość nadziwić.

Zawód doznany był ciężkim ciosem dla Godfreya. Czy może liczyć na drugą podobną sposobność ocalenia, które wydawało się tak bliskiem, tak łatwem do ziszczenia? Czy po tak ciężkim zawodzie może jeszcze żywić nadzieję? Nie! Bo skoro ten statek na tyle sygnałów nie zwrócił żadnej uwagi, to dlaczegoż by inne okręty miały się zachować inaczej! Dlaczegoż miałyby przybijać do tego brzegu, najeżonego rafami, a nie dającego w zamian niczego?

Godfrey spędził noc niespokojną. Co parę chwil zrywał się na równe nogi, przekonany, że od morza dolatują jakieś wystrzały… A może jednak statek zwrócił wreszcie uwagę na płomień, który z daleka wygląda zapewne na ogromną pochodnię i dobija do brzegów, sygnalizując swe przybycie wystrzałami?

Godfrey począł nadsłuchiwać… Niestety, wszystko było złudzeniem jego przedrażnionych nerwów. Po nocy fatalnie spędzonej starał się zapomnieć o wczorajszym zawodzie, powtarzając sobie raz po raz, że ów rzekomy okręt był tylko wytworem jego rozognionej wyobraźni!

A jednak nie! Z całą pewnością widział był okręt w odległości 2–3 mil od wyspy i z całą też pewnością wie, że okręt ten nie przybił do brzegów.

O tym swoim gorżkim zawodzie nie wspomniał ani słówkiem przed Tartelettem. Bo i poco? Myśl tego lekkoducha nie wybiegała nawet na 24 godzin w przyszłość, nie zajmując się nawet możliwością opuszczenia wyspy. Nigdy mu też nie przyszło na myśl, że los może mu jeszcze gotować jakieś niespodzianki. Nawet San Francisco zaczęło się zwolna zacierać w jego pamięci. Ostatecznie nie pozostawił tam narzeczonej, za którą trawiła go tęsknota, ani wuja Wila, którego pragnąłby zobaczyć. Gdyby na tem odludziu mógł był udzielać lekcyj tańców, bodaj jednemu tylko uczniowi, byłby już zadowolony.

Okaże się jednak, że profesor mylił się bardzo, sądząc, że na tej wyspie, wolnej od dzikich zwierząt i gadów, nic nie zagraża jego bezpieczeństwu. Optymizm jego jeszcze tego samego dnia został narażony na ciężką próbę!

Około godziny czwartej popołudniu, Tartelett, zgodnie ze swym zwyczajem, ruszył na wybrzeże, w kierunku „Wzgórza sztandarowego” dla poszukiwania ostryg, gdy wtem Godfrey ujrzał go biegnącego z powrotem, jak tylko umiał najszybciej. Rzadkie włosy dębem mu stały na głowie, a w oczach widniało przerażenie.

– Co się stało? – krzyknął Godfrey, zaniepokojony jego wyglądem.

– Tam! Tam! – wyksztusił Tartelett, palcem wskazując ku morzu, którego drobny tylko skrawek widniał poprzez gąszcz drzew.

– Cóż tam jest takiego? – spytał Godfrey i odruchowo począł już biec ku morzu.

– Łódź! Cała flotyla…

– Łódź? Flotyla?…

– Tak, wielka łódź!… Z dzikimi!… Może z ludożercami!

Godfrey wytężył wzrok. Nigdzie nie dostrzegł flotyli, jaką oczom Tarteletta podsunął był strach, ale w rzeczywistości nieborak pomylił się tylko co do liczby. Naprawdę bowiem łódź jakaś płynęła po Oceanie, zmierzając najwyraźniej w kierunku „Wzgórza sztandarowego”.

– Dlaczego mieli by to być ludożercy? – zwrócił się do profesora.

– Bo na wszystkich wyspach Robinzonów, wcześniej czy później ukazują się ludożercy – oświadczył profesor.

– A czy łódź ta nie może należeć do jakiego okrętu handlowego?

– Do okrętu?

– Oczywista! Naprzykład do tego parowca, który wczoraj przejeżdżał w niewielkiej odległości od wyspy.

– I pan mi o tem nie wspomniał! – wykrzyknął Tartelett, rozpacznie wznosząc ręce ku niebu.

– Poco miałem panu mówić, skoro sądziłem, że okręt odjechał. Nie jest jednak wykluczonem, że łódź ta do niego należy. Chodźmy to sprawdzić!

'School for Robinsons' by Léon Benett 36

Godfrey uzbroił się w lunetę i zajął stanowisko na skraju grupy drzew. Stąd mógł dokładnie obserwować łódź, z której niewątpliwie zauważono wczorajsze jego sygnały. Nagle luneta wypadła mu z rąk.

– Dzicy! Przebóg!… To naprawdę dzicy! – wykrzyknął.

Pod Tartelettem ugięły się kolana, a dreszcz strachu przebiegł go od stóp do głowy. Do wyspy podpływała łódź z dzikimi. Miała ona kształt łodzi, znanej na wyspach polinezyjskich, o żaglach z plecionki bambusowej. Godfrey doskonale rozróżniał jej kontury. Był to t. zw. prao, z czego należało wnioskować, że wyspa Finy leży w pobliżu archipelagu Malajskiego. Z łodzi wysiedli jednak nie Malajczycy, lecz kilku nawpół nagich Murzynów.

Groziło teraz niebezpieczeństwo, że bystremi swemi oczyma, dzicy dostrzegą rozbitków. Godfrey począł żałować, że zatknął na „Wzgórzu sztandarowem” ową czerwoną flagę, której nie zauważono z okrętu, lecz która niewątpliwie ściągnęła na siebie uwagę dzikich. Teraz zapóźno ją usuwać.

Sytuacja była naprawdę bardzo przykra. Jeśli ci dzicy opuścili którąś z wysp sąsiednich, by zamieszkać na wyspie Finy, to uważali ją najpewniej za bezludną, jaką też była aż do chwili rozbicia się „Marzenia”. Czerwona chorągiew wskazywała obecnie na obecność ludzi. Jak uciec, jak schronić się przed dzikimi?

Godfrey był całkiem bezradny. Najważniejszą teraz rzeczą stwierdzić, czy dzicy wysiądą na ląd, czy jednak ruszą dalej. To musi się rozstrzygnąć w najbliższej chwili.

Podjąwszy lunetę, znów zaczął obserwować łódź. Płynęła w kierunku wzgórz, minęła je, przez pewien czas posuwała się wzdłuż wybrzeża, poczem przybiła do lądu, u ujścia owego strumienia, które o dwie mile od drzewa Wilhelma łączył się z Oceanem.

Jeśli dzikim wpadnie na myśl płynąć dalej wzdłuż brzegu strumienia, to z całą pewnością w ciągu kilku chwil znajdą się naprzeciwko ich domostwa. Godfrey i Tartelett co śpieszniej tedy wrócili do drzewa Wilhelma, by się na wszelki wypadek przygotować do obrony. Myślał o niej tylko Godfrey, gdyż profesor roił w tej chwili o czem innem.

– Więc jednak istnieje przeznaczenie! – mruczał do siebie. – Co komu pisano, to go nie minie! Nie można zatem być Robinzonem i nie przeżyć strasznych jego losów! Wcześniej czy później musi do brzegu przybić łódź z ludożercami. Jesteśmy tu dopiero trzy miesiące i już ich mamy u siebie. Teraz widzę, że ani Defoe, ani Wys nie dopuścili się przesady! I niech tu człowiek marzy o karjerze Robinzona!

Czcigodny Tartelett zupełnie zapomniał, że nie on to marzył o losach Robinzona, lecz losy narzuciły mu tę rolę wbrew jego woli. Zapomniał też, że jego położenie jest o stokroć lepsze od tego, w jakiem znaleźli się jego poprzednicy.

Godfrey zabrał się natychmiast do roboty. Przedewszystkiem ugasił ogień, rozprószył popiół i zatarł wszelkie ślady, wskazujące na obecność ludzi. Drób był jeszcze w kurniku, więc tylko gałęźmi zasłonił wejście do drzewa, by go nie zauważono. Teraz żałował, że nie urządził też stajni dla czworonogich, które teraz musiano wypędzić na łąkę, by beczeniem w pobliżu domu nie zdradziły ich obecności. Wszystkie narzędzia i przyrządy, któremi posługiwał się na dworze przy sporządzaniu rozmaitych sprzętów, usunął do wnętrza drzewa, którego drzwi szczelnie zamknął, ulokowawszy się w niem wraz z Tartelettem. Te drzwi z kory przylegały tak doskonale, że może nie zauważą ich dzicy, o ile nie podejdą tuż do drzewa. Tak samo okna, zasłonięte w tej chwili okiennicami z kory, zlewały się zupełnie z barwą i kształtem reszty kory.

W domostwie zapanował mrok nieprzebity i cisza Godfrey i Tartelett łowili każdy dźwięk, dolatujący z zewnątrz, a każdy szelest, każdy podmuch wietrzyka, przejmowały ich trwogą. Chwilami wydawało się im, że słyszą stąpanie pod drzewami, że ludzie jacyś obchodzą ich domostwo. Godfrey wspiął się na jedno z okien, ostrożnie uchylił okienicę i wyjrzał w mrok.

Nie dostrzegł jednak nikogo i niczego. A jednak całkiem wyraźnie słyszy kroki. Słuch go chyba nie myli. Przyzwyczaiwszy wzrok do ciemności, Godfrey rozpoznał, że to kozy szukają schronienia pod drzewami.

Po chwili namysłu powziął plan następujący: gdyby który z dzikich odkrył mimo wszystko mieszkanie w wydrążeniu drzewa, to ciągnąc za sobą Tarteletta, nie umiejącego się wspinać, umknie z nim na gałęzie, a stamtąd będzie się bronić. Ostatecznie, mając broń i amunicję, powinien sobie dać radę z kilkunastu dzikimi, nie posiadającymi żadnej broni. W najlepszym wypadku mogą mieć łuki i strzały, ale niełatwo to mierzyć w gąszcz gałęzi, gdy on ze swej wyżyny będzie mógł doskonale celować w napastników. Jeśli zaś zechcą wewnętrznem wydrążeniem wspinać się ku niemu na gałęzie, to ułatwią mu tylko obronę, gdyż w wąskim otworze tem łatwiej zdoła kłaść trupem jednego po drugim.

O całym tym planie nie rzekł ani słowa do Tarteletta, który od ukazania się dzikich, był niemal bezprzytomny ze strachu. Zapowiedz, że będzie może zmuszonym uciekać na wierzchołek drzewa, jak ptak, chroniący się przed prześladowcą, nie nadawała się do uspokojenia nieszczęśnika. Jeśli ucieczka taka okaże się konieczną, to Godfrey wciągnie go poprostu, nie pozostawiając mu czasu do zastanowienia.

Noc minęła wśród obaw i nadziei. Dzicy nie dotarli jeszcze do grupy drzew-olbrzymów i nie przystąpili na razie do ataku. Może czekali wschodu słońca i wtedy dopiero wtargną na wyspę.

– Najprawdopodobniej mają zamiar to uczynić – rzekł Godfrey – bo chorągiew nasza mówi im, że wyspa jest zaludniona. Ale jest ich nie więcej jak tuzin, więc się zapewne obawiają. Bo i skądże by im przyszło do głowy, że cała ludność wyspy ogranicza się do dwóch rozbitków? Tak! Oni napewno czekają dnia, by się lepiej zorjentować, a może też osiądą tu spokojnie i wcale nas nie zaczepią?

– Albo też z nastaniem dnia puszczą się w dalszą podróż – dodał Tartelett, z natury słonny do odsuwania przykrych myśli.

– Więc poco byliby tu przyjeżdżali? Aby na wyspie spędzić noc?

– Tego nie wiem! – odparł Tartelett, zbity z tropu. – Czy pan sądzi, że to ludożercy? – pytał, trzęsąc się, jak osika.

– Tego znów ja nie wiem – rzekł Godfrey. – Jeśli jednak dzicy nie przyjdą do drzewa Wilhelma, to my się stąd wyprowadzimy.

– My? Czy ja także?

– To się rozumie. Czyżby pan chciał tu sam pozostać? Mojem zdaniem, należy bodaj na parę dni ukryć się w lasach i tam przeczekać, aż dzicy, przekonawszy się, że to wyspa bezludna, znów stąd odjadą.

– Pst! – szepnął Tartelett, nadsłuchując. – Zdaje mi się, że słyszę…

– Nie! To nasze stado wraca z lasu – uspokoił go Godfrey.

– A może je kto goni, że tak pędzą?

– Przeciwnie! Idą bardzo powoli, najpewniej chcą się schronić pod drzewami przed chłodem rannym.

– Ach, Boże! Boże! – biadał Tartelett, a twarz jego miała wyraz tak komicznie żałosny, że Godfrey byłby parsknął śmiechem, gdyby sytuacja nie była istotnie bardzo groźna.

– Tak, tak – mamrotał profesor, szczękając zębami – coś podobnego nie byłoby nam się przydarzyło w pałacu Kolderup przy ulicy Montgomery.

– Wnet nastanie dzień – przerwał Godfrey te niedorzeczne biadania. – Za pół godziny, o ile dzicy wpierw nie przyjdą do drzewa Wilhelma, wyruszamy na północ, by się przekonać o obecnym stanie rzeczy. Czy potrafi pan nosić broń?

– Nosić potrafię, ale też nic więcej!

– A wystrzelić w pewnym kierunku pan nie potrafi?

– Nigdy nie próbowałem. Jestem jednak przekonany, że moja broń nie wystrzeli!

– Bo ja sądzę, że sam huk wystrzału skłoni dzikich do ucieczki!

W godzinę później było już dość jasno do czynienia obserwacyj. Godfrey powoli odsunął okienice i wyjrzał. Po stronie południowej nie dostrzegł nic nowego. Czworonogi biegały na pastwisku, niczem nie zdradzając lęku czy niepokoju. Przebiegłszy oczyma całą przestrzeń, Godfrey znów skrupulatnie zasunął okienicę. Przez okno, wychodzące na północ, mógł sięgnąć wzrokiem aż do wybrzeża. Widział nawet „Wzgórze sztandarowe”, ale ujścia strumienia, gdzie wylądowali dzicy, stąd widzieć nie mógł.

Zanim przyłożył do oczu lunetę, Godfrey rozejrzał się po najbliższem otoczeniu, lecz nie zauważył tu nic nowego. Wtedy przez lunetę zaczął badać cały pas wybrzeża, aż do wierzchołka skały, na którym zatknął był chorągiew. Wszędzie było pusto i Godfrey zaczął już przypuszczać, że może jednak miał słuszność profesor, wyrażając mniemanie, że z nastaniem dnia dzicy ruszą w dalszą podróż.



Rozdział XVII

W którym flinta Tarteletta dokonuje prawdziwych cudów.

Nagle z gardła Godfreya wyrwał się okrzyk, który Tarteletta w okamgnieniu postawił na nogi. Nie ulega już wątpliwości, że dzicy wiedzą o pobycie ludzi na wyspie, gdyż na „Wzgórzu sztandarowem” nie powiewa już czerwona chorągiew. Widocznie ją zabrali, zwabieni jej jaskrawym kolorem.

Nadszedł moment działania: zwlekać dłużej niepodobna! Bezwłocznie trzeba ruszyć w drogę i sprawdzić, czy dzicy są jeszcze na wyspie, co robią i czego można się po nich spodziewać.

– W drogę! – zakomenderował Godfrey.

– Pan chce istotnie wyruszyć? – mamrotał profesor.

– A pan woli tu zostać?

– Tak, ale z panem!

– Nie, może pan zostać sam, jeśli woli!

– Sam?… Za nic na świecie…

– Więc chodź pan ze mną, ale zaraz! ,

Tartelett, zmiarkowawszy, że postanowienie Godfreya jest niewzruszone, chcąc nie chcąc, zdecydował się mu towarzyszyć, gdyż nie miał odwagi pozostać sam w drzewie Wilhelma. Przed wyjściem z domu, Godfrey przekonał się, że strzelby są nabite. Jedną z nich dał profesorowi, który nie lepiej umiał ją trzymać od któregokolwiek dzikiego. Godfrey w dodatku włożył mu pas, ze zwisającym nożem strzeleckim i nabojami, nieszczęsny Tartelett pochwycił skrzypce, by je również zabrać na wyprawę przeciw dzikim. Może sobie wyobrażał, że dźwiękami muzyki zdoła uśmierzyć ludożerców i dopiero po długiej przemowie Godfreya, wykazującego mu śmieszność i bezużyteczność tego projektu, zdecydował się je odłożyć.

Mogła być godzina szósta rano. Gałęzie drzewa kąpały się w pierwszych promieniach słońca. Godfrey otworzył drzwi, wyszedł i bystro wpatrywał się w grupę drzew.

Cisza i pustka wokoło.

Zwierzęta powróciły na łąkę i w odległości ćwierć mili spokojnie się pasły. Nic nie wskazywało, by były czemkolwiek zaniepokojone. Godfrey dał profesorowi znak, by się do niego zbliżył, a Tartelett, chylący się pod ciężarem swego uzbrojenia, bez szemrania spełnił rozkaz. Godfrey zamknął drzwi, przekonawszy się, że szczelnie przylegają, zlewając się z korą drzewa.

Obaj mężczyźni ruszyli teraz w kierunku strumyka i rychło się przekonali, że jakkolwiek wybrzeże było w tej chwili puste, to jednak można było rozpoznać na niem świeże odciski nóg ludzkich. Nie omylił się też Godfrey co do masztu, zatkniętego na „Wzgórzu sztandarowem”. Żerdź stała jak wpierw na wierzchołku skały, lecz zniknęła z niej chorągiew. Niewątpliwie zabrali ją dzicy i z łupem tym wrócili do łodzi.

Godfrey odwrócił się teraz, by zbadać całe wybrzeże zachodnie. Od masztu, pozbawionego chorągwi, aż do „Zatoki Marzenia”, rozścielała się pusta przestrzeń. Na morzu również nie dojrzał nigdzie łodzi. Jeśli dzicy znów na niej odpłynęli, to muszą się posuwać wzdłuż skalnego brzegu, by ich nie widziano. Godfrey jednak nie chciał i nie mógł pozostawać w niepewności. Zależało mu na stwierdzeniu, czy łódź istotnie opuściła brzegi wyspy. Aby się co do tego upewnić, należało wrócić na to samo miejsce, gdzie poprzedniego dnia dzicy przybili do brzegu, czyli dotrzeć do ujścia strumienia.

'School for Robinsons' by Léon Benett 37

Odrazu postanowiono to uczynić. Brzegi strumienia, porosłe były krzewami, a tu i ówdzie ocienione grupami drzew, co pozwalało przesuwać się niepostrzeżenie. Nie było wszakże wykluczonem, że dzicy odbili już dość daleko od brzegów, a stamtąd mogliby łatwo zobaczyć ludzi, kroczących wysokiem urwiskiem. Wskazaną więc była największa ostrożność.

Po chwili rozwagi Godfrey doszedł jednak do przekonania, że znużeni wczorajszą podróżą, dzicy nie mieliby powodu wstawać tak wcześnie i najpewniej jeszcze śpią w swej łodzi, lub na lądzie. Gdyby przypuszczenia jego okazały się słuszne, to może się uda napaść ich znienacka.

Szybko postanowił to uczynić, rozumując słusznie, że w podobnych wypadkach lepiej jest uprzedzić atak, niż czekać napaści. Jeszcze raz zbadano broń, poczem obaj mężczyźni zaczęli zstępować ze wzgórza, wciąż trzymając się lewego brzegu strumienia. Wokół spokój i cisza. Roje ptaków przelatywały z jednego brzegu na drugi i siadały na gałęziach drzew, nie okazując żadnego niepokoju. Godfrey szedł pierwszy, a towarzysz jego z biedą dotrzymywał mu kroku. Chyłkiem przesuwając się pod drzewami, doszli do brzegu niepostrzeżenie.

Z przeciwległego brzegu niepodobna ich było zobaczyć, tak dobrze chroniły ich zarośla. A niebawem zanurzyli się w wysokiej trawie, pod której osłoną posuwali się dalej. Jeśli jednak z silnego falowania traw dzicy zmiarkują, że przesuwają się tam ludzie, to każdej chwili mogli wymierzyć z łuku, lub rzucić kamieniem.

Największa ostrożność była tedy wskazaną, a Godfrey zaczął już żałować, że zabrał z sobą takiego półgłówka jak Tartelett, który mimo ostrzeżeń, raz po raz potrącał drzewa, czy kamienie, zakłócając ciszę dokolną. Prawdziwie, lepiej byłby zrobił, zostawiając tego niedołęgę w drzewie Wilhelma, bo na pomoc jego liczyć nie może, a ciągłem potykaniem się gotów zdradzić ich obecność. Teraz jednak zapóźno myśleć o naprawieniu błędu. Szli już całą godzinę, a zaledwie o jedną milę oddalili się od swego domostwa, tak trudny był pochód wśród wysokich traw i zarośli. Na razie nie zauważyli jeszcze nic podejrzanego. A teraz kończyły się zarośla i na przestrzeni jakich stu sążni brzegi stłumienia były całkiem odsłonięte.

Godfrey przystanął. Dokładnie rozejrzał się po rozległej łące, ciągnącej się po prawym i lewym brzegu strumienia. Nic nie zdradzało obecności dzikich, nic nie wskazywało na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Bardzo być może, że wnosząc z chorągwi, iż na wyspie żyją ludzie, wahali się, czy mają zaatakować. Prawdopodobnie posuwają się ku źródłom strumienia z taką samą ostrożnością, z jaką nasi rozbitkowie zmierzali ku jego ujściu. Godfrey przypuszczał, że podobnie jak oni, tak samo też i dzicy przemykają się chyłkiem pod osłoną drzew i krzewów.

W miarę jednak jak posuwali się naprzód, nie napotykając na żadne niebezpieczeństwo, Tartelett zaczął odzyskiwać pewność siebie i z pewną pogardą mówić o tchórzliwych ludożercach. Godfrey natomiast niepokoił się ich tajemniczem, nagłem zniknięciem i podwoił ostrożność. Minąwszy odsłonięty brzeg, znów posuwali się pod osłoną drzew, a po dwugodzinnym marszu doszli do miejsca, gdzie brzeg, mało tylko zarośnięty, zapowiadał bliskość morza. Teraz niepodobna już było posuwać się inaczej, jak chyba czołgając się na brzuchu. To też uczynił Godfrey, a Tartelett rad nie rad, poszedł za jego przykładem.

– Ani znaku z dzikich! Przestraszyli się ludożercy i odjechali! – szepnął profesor, chcąc uspokoić Godfreya i skłonić go do zmiany niewygodnej pozycji.

– Nie odpłynęli! – stanowczo, aczkolwiek przyciszonym głosem rzekł Godfrey. – Są tu napewno! Wyciągnąć się na brzuchu, panie Tartelett i spokojnie! Trzymaj pan broń w pogotowiu, ale proszę nie strzelać, zanim dam znak.

Wypowiedział te słowa tonem rozkazującym, a ponieważ profesorowi kolana uginały się ze strachu, więc bez oporu padł na brzuch.

I uczynił słusznie, gdyż z tego miejsca nie można było wprawdzie widzieć wybrzeża z powodu wyniosłego brzegu strumienia, zasłaniającego dalszy widok, jednakowoż na horyzoncie wyraźnie się rysowała smuga dymu.

Wyciągnięty na trawie, z palcem przy odwiedzionym kurku, Godfrey gonił wzrokiem ów dym. Tak samo, jak dwa razy poprzednio… Czyżby stąd należało wnosić, że dzicy wysiedli na ląd od strony północnej i południowej, a dym ten pochodzi z ich ognisk? A jednak tak nie jest! Wszak nigdzie nie znalazłem popiołu, ani śladów ognisk. Tym razem muszę się dowiedzieć, skąd dym ów pochodzi!

Ostrożnie czołgając się na brzuchu, w czem Tartelett naśladował go w miarę możności, dotarł aż do zakrętu strumienia, ani raz nie podniósłszy głowy. Z tego punktu mógł doskonale objąć spojrzeniem całe wybrzeże, przecięte strumieniem.

Omal nie krzyknął na widok, jaki mu się przedstawił. Ciężko położył rękę na ramieniu profesora, by mu w ten sposób udaremnić wszelki ruch. Dalsze posuwanie się było już zbyteczne, bo wreszcie jak na dłoni ujrzał to, czego się dowiedzieć postanowił.

'School for Robinsons' by Léon Benett 38

W pośród płaskich kamieni gorzało ognisko, z którego wzbijały się słupy dymu. Wokół tego ogniska biegali dzicy, dorzucając naręcza drzewa, zbieranego na wybrzeżu. Łódź, przywiązana do ciężkiego głazu przybrzeżnego, chwiała się i chybotała na falach. Godfrey widział to wszystko gołem okiem, gdyż od ogniska dzieliło go niespełna dwieście kroków. Zdawało mu się chwilami, że słyszy nawet trzask drzew płonących – tak niewielka odległość dzieliła go od dzikich. W okamgnieniu zrozumiał, że nie potrzebuje się obawiać napaści z tyłu, gdyż wszyscy dzicy, których wczoraj przeliczył był przy pomocy lunety, zgromadzeni byli koło ogniska.

Dziesięciu z nich podtrzymywało ogień i wbijało pale, zamierzając widocznie zwyczajem Polinezyjczyków urządzić rożen do pieczenia mięsa. Jedenasty, wyglądający na wodza, przechadzał się wzdłuż wybrzeża, od czasu do czasu badawczem spojrzeniem ogarniając wyspę, jakby się obawiał napaści. Godfrey poznał czerwoną flagę, zdobiącą teraz ramiona dzikusa.

Dwunasty leżał na ziemi, przywiązany do pala.

Łatwo było się domyśleć, jaki los czeka tego nieszczęśnika. Miano go upiec na rożnie! W tym celu rozłożono ten olbrzymi ogień. Więc jednak miał rację Tartelett, gdy wczoraj nazwał ich był ludożercami.

I miał też słuszność, twierdząc, że przygody wszystkich Robinzonów, prawdziwych czy wymyślonych, są do siebie podobne, jak jedna kropla wody do drugiej. Wszak Godfrey i on przeżywają obecnie to samo, co bohater Defoego, kiedy dzicy wylądowali na jego wyspie. Obaj mieli być oto świadkami ludożerstwa, a Godfrey był zdecydowany postąpić tak samo, jak jego poprzednik. Nie, on nie pozwoli zamordować tego jeńca, którego ciałem radowały się już z góry żołądki tych wstrętnych ludożerców! Jest doskonale uzbrojony i ma nadzieję, że dwa strzały ze strzelb, a dwanaście z rewolwerów wystarczą, by łotrów tych rozpędzić. Powziąwszy to postanowienie, z zimną krwią wyczekiwał chwili, kiedy będzie zmuszonym do użycia broni.

Niedługo miał czekać, bo już po upływie jakiego kwadransa, dowódca przystąpił do ognia i wskazał podwładnym, by ujęli jeńca. W tejże chwili Godfrey zerwał się na nogi, a Tartelett mechanicznie uczynił to samo. Nie wiedział wprawdzie, co Godfrey zamierza uczynić, lecz sądził, że należy go we wszystkiem naśladować.

Godfrey był przekonany, że na jego widok, dzicy albo umkną do łodzi, albo się nań rzucą. Nie nastąpiło ani jedno, ani drugie, gdyż dzicy wcale go widać nie zauważyli. W tej samej bowiem chwili dowódca wykonał ruch wymowny, a trzech dzikich, spełniając ów niemy rozkaz, pochwyciło jeńca i przywlekło go do ogniska.

Był to jeszcze młody człowiek, nie mający ochoty rozstawać się z życiem. Próbował więc stawiać opór i odepchnąć swych zbirów. Ci go jednak obalili na ziemię, a dowódca z kamienną maczugą w ręce przyskoczył do nieszczęsnego, by mu roztrzaskać głowę. Zanim jednak zdołał zamiar ten wykonać, Godfrey wydał okrzyk grozy i odwiódł kurek. Kula świsnęła, a dowódca osunął się na ziemię, śmiertelnie widać ugodzony.

'School for Robinsons' by Léon Benett 39

Na odgłos strzału dzicy znieruchomieli, a ujrzawszy Godfreya, zapomnieli o swym jeńcu, który skorzystał z zamięszania i pędem puścił się ku swemu wybawcy. W tejże chwili padł drugi strzał. To Tartelett, wcale nie celując, z mocno przymkniętemi oczyma, wystrzelił na chybił trafił, przyczem kolba strzelby wymierzyła sążnisty policzek wytwornemu mistrzowi pięknych form. Trzeba jednak mieć szczęście: oto Tartelett, nie mierząc, powalił jednego z dzikich, który potoczył się na wybrzeże, obok swego dowódcy.

'School for Robinsons' by Léon Benett 40

Teraz dzicy przerażeni rzucili się do ucieczki. Najpewniej przypuszczali, że mają do czynienia z całym oddziałem zbrojnych mężów, a może poprostu przeraził ich widok białych, miotających gromy. Szybko pochwycili swych dwóch rannych, rzucili się ku łodzi i rozpiąwszy wszystkie żagle, co rychlej się ulotnili.

Godfrey nie miał zamiaru ich gonić. Pragnął jedynie wyrwać z ich rąk ofiarę, a tego dokonał. Wszystko to odbyło się tak szybko i sprawnie, że ludożercom nie przyjdzie już chyba chętka ponowienia napadu. Miał więc powód do radowania się swem zwycięstwem, którem słusznie czy niesłusznie, chełpił się też Tartelett.

Tymczasem jeniec, wyrwany z rąk ludożerców, przybiegł do swego zbawcy. Na chwilę przystanął, jakby nadprzyrodzone te istoty przejmowały go lękiem. Rychło jednak się uspokoił i podszedłszy do białych, pochylił się do samej ziemi, poczem nogę Godfreya postawił na swej głowie, na znak poddaństwa.

Możnaby przypuszczać, że ten dziki mieszkaniec Polinezji również czytał był Robinzona, gdyż w tej chwili zachowywał się tak samo jak Piętaszek.



Rozdział XVIII

Traktujący o fizycznem i umysłowem wychowaniu zwykłego mieszkańca Oceanu Spokojnego.

Godfrey podniósł biedaka i uważnie mu się przyjrzał. Był to człowiek, mogący liczyć lat 35, noszący tylko opaskę koło bioder. Rysy i kształt głowy świadczyły, że jest Murzynem afrykańskim. Niepodobna go było utożsamiać ze zwyrodniałymi mieszkańcami wysp polinezyjskich, których spłaszczone czaszki i długie ramiona raczej upodabniają do małp, niż do ludzi. Jakim sposobem Murzyn ze Sudanu lub Abisynji wpadł w ręce tubylców z jakiegoś archipelagu na Oceanie Spokojnym, tego możnaby się było dowiedzieć tylko od niego samego. Niestety, okazało się, że nieszczęśliwiec zna tylko jakieś narzecze dzikich, a nie rozumie żadnego z trzech języków, w których Godfrey kolejno zadawał mu pytania.

Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Godfrey na znaki dał mu do zrozumienia, że chce wiedzieć, jak się nazywa.

Po kilku bezowocnych próbach, Murzyn, mający twarz bardzo inteligentną i uczciwą, zrozumiał o co chodzi i rzekł:

– Karefinotu.

– Karefinotu! – wykrzyknął Tartelett. – Coś podobnego! Czy kto kiedy słyszał o takiem imieniu! Ja proponuję, by go nazwać Środaszkiem, bo dziś przecież środa. Nie rozumiem istotnie, jak można się nazywać Karefinotu!

– Skoro się jednak tak nazywa, to dlaczegoż nie miałby zachować swego imienia? – odparł Godfrey.

W tej chwili uczuł, że jakaś ręka dotyka jego piersi, a twarz Murzyna żywą mimiką wyraża zapytanie, jak on się nazywa.

– Godfrey – brzmiała odpowiedź.

Murzyn spróbował powtórzyć to słowo, lecz dobre chęci spotkały się z oporem nieprzezwyciężonym jego języka. Tedy zwrócił się do Tarteletta, dając do poznania, że pragnie poznać jego imię.

– Tartelett – nie bez dumy rzekł profesor.

– Tartelett – powtórzył odrazu Karefinotu.

To połączenie głosek nie sprawiało mu żadnej trudności, gdyż powtórzył imię profesora bardzo wyraźnie, z czego Tartelett był wielce zadowolony.

Godfrey chciał odrazu skorzystać z inteligencji Murzyna i dał mu do zrozumienia, że radby się dowiedzieć nazwy wyspy. Zataczał ręką dokoła, obejmując niejako widnokrąg: morze, wzgórze, wybrzeże, poczem pytające spojrzenie utkwił w dzikim.

Karefinotu nie odrazu się domyślił, o co chodzi. Następnie, naśladując gest Godfreya, powiódł spojrzeniem po całem otoczeniu i rzekł:

– Arneka.

– Arneka? – powtórzył Godfrey, nogą uderzając o ziemię dla dokładniejszego wyrażenia swego pytania.

– Arneka – powtórzył Murzyn.

Nazwa ta nic nie wyjaśniła Godfreyowi, bo nie mógł z niej wymiarkować nawet położenia geograficznego. Widocznie dzicy mają inne nazwy wysp, nieznane geografom. Karefinotu tymczasem uporczywie przyglądał się białym ludziom, podchodząc to do jednego, to do drugiego, jak gdyby w ten sposób chciał poznać ich cechy wspólne i przeciwieństwa. Przy tej obserwacji usta jego rozszerzyły się śmiechem, odsłaniając dwa rzędy lśniących silnych zębów, które w Tartelecie wzbudziły pewne obawy.

– Jeśli te zęby nie szarpały już ludzkiego ciała, to niech mi się moje skrzypce rozlecą na sto kawałków!

– W każdym razie towarzysz nasz nie nadaje się na pieczeń na rożnie – oświadczył Godfrey – a o to mi przecież chodziło, by go od losu tego uchronić.

Największe zainteresowanie budziła w dzikim broń, co Godfrey zauważył z przyjemnością. Widocznem było, że ten dziki nigdy jeszcze nie widział broni. Czy rozumie, że ta żelazna rura uratowała mu życie? Chyba nie!

Godfrey, nie bez powodu, chciał go uświadomić co do wielkiej potęgi białych. Nabił przeto strzelbę, wskazał dzikiemu przelatującą o pięćdziesiąt kroków kuropatwę i wymierzył. Ptak zatrzepotał skrzydłami i padł.

Na odgłos strzału dziki wykonał skok, który profesorowi tańców wyrwał okrzyk szczerego podziwu. Następnie przezwyciężając swój strach, niby pies gończy skoczył ku miejscu, na którem leżał martwy już ptak i przyniósł go swemu panu, nawpół uradowany, nawpół pomięszany.

Tartelett zapragnął dowieść dzikiemu, że on również posiada władzę miotania gromów. Zobaczywszy przeto kaczkę, spokojnie pływającą po bagnie, zaczął do niej mierzyć.

Godfrey chwycił go jednak za rękę i rzekł:

– Proszę nie strzelać!

– Dlaczego?

– Bo gdyby pan nie trafił, to w oczach tego dzikiego stracilibyśmy bardzo wiele.

– Dlaczegoż miałbym nie trafić? – rzekł Tartelett tonem urażonym. – Czyż na polu bitwy, po raz pierwszy w życiu nosząc broń, nie ugodziłem tego dzikiego w samo serce?

– Niewątpliwie go pan ugodził, skoro upadł – odparł Godfrey. – Niemniej pana proszę, by dla wspólnego naszego dobra, nie próbował szczęścia po raz drugi.

Trochę podrażniony, Tartelett dał się jednak przekonać i z miną doświadczonego żołnierza powiesiwszy znów strzelbę przez ramię, w towarzystwie Godfreya i Karefinota wrócił do drzewa Wilhelma.

Mieszkanie w wydrążeniu drzewa przejęło dzikiego najwyższym podziwem dla mieszkańców wyspy Finy. Przedewszystkiem pokazano mu, do czego służą rozmaite narzędzia i przyrządy. Karefinotu należał widocznie do dzikich, pozostających na najniższym stopniu kultury, gdyż nie znał nawet żelaza. Nie mógł pojąć, że garnek ustawiony na rozżarzonych węglach, nie spala się wraz z niemi. Chciał go też wyrwać z płomieni, ku najwyższemu niezadowoleniu Tarteletta, sprawującego urząd kuchmistrza. Gdy mu pokazano zwierciadło, stanął całkiem oszołomiony, a po chwili odwrócił je, szukając za niem swej własnej osoby.

– Toż to poprostu małpa, a nie człowiek! – wykrzyknął Tartelett tonem pogardy.

– Wcale tak nie jest – odparł Godfrey. – Już to jedno, że odwrócił zwierciadło, szukając przyczyny odbicia swej postaci, świadczy, że umie się zastanawiać, czego nie czyni żadna małpa.

– Być może, że nie jest małpą – zgodził się Tartelett, aczkolwiek ton jego świadczył, że nie jest tego pewnym. – Nie sądzę jednak, by takie stworzenie mogło nam się na coś przydać.

– A ja jestem przekonany, że odda nam niejedną przysługę! – rzekł Godfrey.

Karefinotu nie był wcale wybredny w jedzeniu. Najpierw powąchał potrawy, następnie skosztował, a po chwili talerze jego były jak wymyte: zupa z królika, kuropatwa, zastrzelona przez Godfreya i udziec barani, po części tylko zaspokoiły jego głód.

– Ma biedak apetyt niezgorszy – zauważył Godfrey.

– Tak – potwierdził Tartelett – to też sądzę, że należy się mieć na baczności przed jego popędami ludożerczemi.

– Bądź pan spokojny! Już my go od nich oduczymy.

– Jabym nie był tak bardzo pewny – melancholijnie odparł profesor. – Tygrys, który raz żłopał świeżą krew…

Karefinotu z największem zainteresowaniem przysłuchiwał się tej ich rozmowie, a oczy jego błyszczały inteligencją. Widać było, że pragnie rozumieć, co mówią w jego obecności. Następnie on sam zaczął mówić szybko i z wielkiem ożywieniem, ale był to tylko szereg dźwięków bez sensu, wykrzyków, w których przeważały głoski: a, u, jak przeważnie w narzeczach polinezyjskich.

Tak czy owak, ten cudownym sposobem ocalony Murzyn, stał się trzecim mieszkańcem wyspy, a dla naszych rozbitków był oddanym sługą, prawdziwym niewolnikiem. Bardzo zręczny, silny i pojętny, nie cofał się przed żadną pracą. Z największą łatwością przyswajał sobie rozmaite wiadomości i skrupulatnie naśladował swych towarzyszy. Godfrey zajął się jego wychowaniem, poruczając mu pieczę nad zwierzętami, zbieranie korzeni i owoców, zarzynanie królików, owiec czy drobiu, wreszcie sporządzanie wina z jabłek manzanilli. Wszystkie te obowiązki Murzyn spełniał najskrupulatniej.

Ku zdumieniu Tarteletta, Godfrey nie czuł żadnego wstrętu czy niechęci do tego dzikiego, darząc go nawet zaufaniem. Niepokoiło go tylko jedno: że ludożercy, znając drogę na wyspę, lada dzień mogą tu powrócić.

Murzynowi wyznaczono we wnętrzu drzewa osobny kąt na łoże, jednakowoż w noce pogodne wolał on sypiać na wolnem powietrzu, gdyż był do tego przyzwyczajony. – W ciągu pierwszych dwóch tygodni pobytu na wyspie, Karefinotu stale towarzyszył Godfreyowi podczas jego wypraw myśliwskich, wydając okrzyki podziwu, ilekroć jakieś zwierzę czy ptak, padały w pewnej odległości, przeszyte strzałą. Wtedy, niby pies wytresowany biegł po łup, nie bacząc na żadne przeszkody, jak kolczaste krzewy, strumień, czy skalne rozpadliny. Godfrey przyzwyczaił się tak bardzo do jego towarzystwa, że nie mógł się bez niego obchodzić. Tylko pod jednym względem Murzyn okazał się dziwnie niepojętnym; żadną miarą nie potrafił sobie przyswoić najprostszych nawet słów angielskich, mimo trudu, jaki sobie z nim zadawano.

Tak upływał czas. A jakkolwiek dzięki rozmaitym okolicznościom, pobyt na wyspie ułożył się lepiej, niż w pierwszej chwili można się było spodziewać, to jednak Godfrey nie przestawał rozmyślać nad sposobami wydobycia się z tego odludzia. Nie minął jeden dzień, aby nie rozmyślał o powrocie do ojczyzny, o zobaczeniu wuja i narzeczonej. Nie bez trwogi tajemnej myślał o nadchodzącej brzydkiej porze roku, która utrudni jego powrót i wzniesie nieprzebyte szranki między nim, a resztą świata.

Dnia 27 września zdarzyło się coś niezwykłego, przysparzając Godfreyowi i jego towarzyszom sporo roboty, lecz równocześnie darząc ich wielką obfitością pożywienia.

Godfrey zajęty był wraz z Murzynem zbieraniem mięczaków na wybrzeżu „Zatoki Marzenia”, gdy zauważyli na morzu mnóstwo drobnych wysepek, przez wiatr pędzonych ku brzegom. Zdawało się, że jakiś archipelag ruchomy płynie po falach, a na nim skaczą czy podlatują roje ptactwa morskiego.

'School for Robinsons' by Léon Benett 41

Co to za masy dziwne nadpływają na grzbiecie fal, wraz z niemi podnosząc się i opadając? Godfrey zdumiony wpatrywał się w to zjawisko, nie wiedząc, jak je sobie wytłómaczyć, gdy Karefinotu, rzuciwszy się na brzuch, wciągnął głowę między ramiona, ręce i nogi wsunął pod kadłub ciała, poczem zaczął wykonywać leniwe ruchy zwierzęcia, łażącego po ziemi.

Ze zdumieniem przyglądał się Godfrey tym gimnastycznym ćwiczeniom, nie rozumiejąc ich znaczenia. Nagle uderzył się w czoło, wołając:

– To żółwie! Żółwie!

Karefinotu się nie pomylił. Na przestrzeni mniej więcej jednej mili kwadratowej płynęły mirjady żółwi. W odległości może stu sążni od wybrzeża, największa ich część zniknęła pod wodą, a ptactwo, pozbawione oparcia, zakreślając kręgi, wzbiło się w powietrze. Na szczęście kilkadziesiąt żółwi płynęło w dalszym ciągu ku wybrzeżu.

Wtedy Godfrey i Murzyn rzucili się śpiesznie ku brzegom, by odciąć żółwiom odwrót, a można to było uskutecznić przez przewracanie ich na grzbiet. Robota bardzo uciążliwa, ale plon opłacił trudy, gdyż każdy żółw miał 3–4 stóp średnicy, a mięso zakonserwowane, należy do najlepszych smakołyków.

Przez cały dzień następny znoszono ten łup do drzewa Wilhelma, a Godfrey, przygotowany na to, że w zimie trudniejszą będzie aprowizacja, największą część mocno osoloną, zachował na cięższe czasy. Z żółwi, przeznaczonych na spożycie w świeżym stanie, codziennie gotowano teraz rosół, a nietylko Tartelett rozkoszował się wyśmienitym jego smakiem.

Poza tem jednem zdarzeniem, nic nie urozmaicało jednostajnego trybu życia. Codziennie w tych samych godzinach spełniano te same zajęcia, a Godfrey nie bez lęku myślał, o ile jeszcze nudniej będzie w zimie, gdy większą część czasu muszą spędzać w domostwie. Co jednak począć?

W dalszym ciągu odbywał wycieczki po wyspie, niemal zawsze w towarzystwie Karefinota, gdyż Tartelett wolał siedzieć w domu. Nie miał w sobie żyłki myśliwskiej, pomimo, że pierwszy jego i jedyny strzał był arcydziełem, którem nie przestawał się chełpić. Podczas jednej z takich wycieczek zdarzył się wypadek, który poważnie zaniepokoił mieszkańców wyspy, nie liczących się z możliwością podobnego niebezpieczeństwa!

Godfrey od rana polował w lesie, ciągnącym się u stóp pagórka, ale oprócz kilku antylop, które przemknęły w zbyt wielkiej odległości, by mógł do nich wymierzyć, nie udało mu się jakoś napotkać zwierzyny. Postanowił przeto wrócić tym razem bez łupu, zwłaszcza, że miał w domu znaczne zapasy mięsa, a chodziło mu raczej o skóry zwierząt, ze względu na zbliżającą się zimę.

'School for Robinsons' by Léon Benett 42

Była już trzecia popołudniu, więc należało pomyśleć o powrocie, by stawić się tam w zwykłej porze obiadowej. Wtem na samym skraju lasu, Karefinotu wykonał gwałtowny skok i zanim Godfrey miał czas się opamiętać, dziki pochwycił go za ramiona i z całej siły pociągnął za sobą. O oporze nie mogło być mowy, gdyż Murzyn z wytężeniem wszystkich sił ciągnął go naprzód i dopiero po kilku minutach przystanął, dysząc z nadmiernego wysiłku. Wtedy Godfrey, zwróciwszy na dzikiego pytające spojrzenie, potrząsnął jego ramieniem, domagając się wyjaśnienia.

Karefinotu, nieprzytomny ze strachu, wyciągnął rękę i wskazał zwierzę, stojące nieruchomo w odległości może 50 kroków. Był to szary niedźwiedź, który potężnemi łapami obejmując pień drzewa, potrząsał strasznym łbem, jak gdyby rozważał zamiar rzucenia się na dwóch myśliwych.

W okamgnieniu, nie tracąc czasu na zastanawianie się, Godfrey podniósł strzelbę i wymierzył, zanim Karefinotu zdołał go od tego powstrzymać.

Czy potworny zwierz został zraniony? Prawdopodobnie! Czy strzał był śmiertelny? Niewiadomo! To tylko pewne, że łapy jego, któremi obejmował drzewo, osunęły się, a niedźwiedź przewrócił się pod drzewem.

Nie było chwili czasu do stracenia! Walka z niedźwiedziem groziła niebezpieczeństwem, bo nawet najwprawniejsi myśliwi unikają starcia się bezpośredniego z tym zwierzem, o czem wie każdy, ktokolwiek polował w lasach Kalifornji. To też Murzyn chwycił Gofreya za ramię i zaczął co sił biec z nim ku domostwu, a Godfrey uznając, że w danym wypadku jest to rzeczą najrozsądniejszą, nie stawiał mu oporu.



Rozdział XIX

W którym sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza.

Każdy przyzna, że pojawienie się strasznego drapieżca na wyspie Finy musiało w najwyższym stopniu zaniepokoić nieszczęsnych ludzi, których srogi los rzucił na to wybrzeże. Godfrey uznał, w czem może nie miał słuszności, że o wypadku tym należy zawiadomić Tarteletta.

– Niedźwiedź! – wykrzyknął profesor, rozglądając się trwożnie, jak gdyby drzewo Wilhelma było już otoczone całą gromadą tych drapieżców. – Skąd znowu niedźwiedź? Wszak dotąd nie było na naszej wyspie niedźwiedzi! a skoro pojawił się jeden, to jest ich też więcej… Kto wie, może nawet całe gromady innych zwierząt drapieżnych, lwów, jaguarów, panter, hyien!…

Profesor bujną swą wyobraźnią widział już na wyspie całą menażerję, lecz Godfrey go uspokoił, że niema powodu do przesadnych obaw. To pewna, że na własne oczy widział niedźwiedzia, z czego jednak nie wynika, by żyły tu także inne drapieżne zwierzęta. Wogóle zastanawiał się nad dziwnym faktem, że w ciągu tak długiego już pobytu na wyspie, nie napotkał dotychczas żadnego dzikiego zwierzęcia. Na pytanie to nie znajdował odpowiedzi i trudno zaiste było na nie odpowiedzieć. Stąd jednak wysnuwać wniosek, że teraz roi się od drapieżców na łąkach i po lasach, byłoby niedorzecznością. Inna rzecz, że należy odtąd być ostrożnym i nie wychodzić na dalsze wędrówki bez broni.

Nieszczęsny Tartelett! Od tego dnia rozpoczęło się dla niego życie pełne lęku i trwogi i niepokoju i wstrząśnień, nie dających mu chwili spokoju i budzących w nim tęsknotę bezgraniczną za utraconą ojczyzną.

– Nie! – powtarzał do siebie raz po raz. – Nie! Jeśli w dodatku są tu takie dzikie bestje, to ja już dłużej nie wytrzymam… Żądam stanowczo, by mnie stąd zabrano!… Nie chcę tu dłużej przebywać i koniec!…

Ba, od chęci do wykonania było tym razem bardzo daleko!

Godfrey i dwaj jego towarzysze musieli się jednak mieć odtąd na baczności. Nietylko w lesie i na łące, lecz nawet w obrębie grupy drzew-olbrzymów mogli być narażeni na niebezpieczeństwo. Przedsięwzięto przeto wszelkie środki ostrożności, celem zabezpieczenia się na wypadek napaści ze strony dzikich zwierząt. Drzwi domostwa umocniono, by mogły się oprzeć naporowi potężnych łap, a Godfrey suszył sobie głowę, jakby także dla zwierząt zdobyć bezpieczne schronienie. Nie było to rzeczą łatwą znaleźć pomieszczenie dla tak dużego stada, więc na razie poprzestano na zamykaniu ich na noc za ogrodzeniem, nie dość jednak silnem i wysokiem, by do niego nie mógł wtargnąć niedźwiedź czy hyjena.

Wobec tego, że mimo sprzeciwiania się Godfreya. Karefinotu uparł się spędzać noce na dworze i pełnić straż, można było mieć nadzieję, że nie zostaną napadnięci znienacka. Oczywista, że Karefinotu narażał się na niebezpieczeństwo, ale dziki, pojąwszy, że w ten sposób wyświadcza swym wybawcom przysługę, absolutnie nie dał się odwieść od swego postanowienia.

Minął tydzień, a w pobliżu domostwa nie pojawił się żaden z niebezpiecznych gości, którzy tak fatalnie zakłócili ciężki wprawdzie, lecz spokojny żywot rozbitków. Mimo to Godfrey tylko w koniecznych wypadkach oddalał się od domostwa, bacząc na stadko zwierząt, pasących się na łące. Najczęściej obowiązki strażnika pełnił jednak Karefinotu. Nigdy nie zabierał ze sobą strzelby, z którą zdaje się nie mógł się jakoś zaprzyjaźnić, natomiast przy pasie jego zwisał nóż myśliwski i ciężki topór.

Tak uzbrojony, Murzyn mógł od biedy zmierzyć się nawet z tygrysem, czy innym drapieżcą. Gdy jednak ani niedźwiedź, ani inny jego pobratymiec nie pokazał się od owego spotkania w lesie, Godfrey stopniowo odzyskiwał spokój i poczucie bezpieczeństwa. Znów zaczął wychodzić na polowania, aczkolwiek nie zapuszczając się tak daleko, jak poprzednio, w głąb wyspy. Jeśli Karefinotu mu towarzyszył, nieszczęsny Tartelett nie byłby się odważył wyjść z domostwa, gdyby nawet chodziło o rzecz tak ważną, jak udzielanie lekcyj tańców! O ile Godfrey sam wychodził na polowanie, profesor miał towarzysza, nad którego wykształceniem usilnie pracował.

Tak! Tartelett postanowił wyuczyć Murzyna bodaj najpotrzebniejszych słów angielskich, lecz przekonawszy się, że jego narzędzia mowy absolutnie zadaniu temu nie podołają, zmienił swój plan pierwotny.

– Skoro nie mogę być jego profesorem – oświadczył nie bez żalu Godfreyowi – to muszę zostać jego uczniem!

Jakoż istotnie profesor tańców i pięknych manier postanowił wyuczyć się narzecza dzikiego człowieka.

Mimo perswazyj Godfreya, że znajomość tej mowy na nic mu się nie przyda, Tartelett nie pozwolił się odwieść od swego postanowienia. Posługując się wszelkiemi sposobami, dał wreszcie Murzynowi do zrozumienia, że chce się dowiedzieć, jak w jego języku nazywają się rozmaite przedmioty. Okazało się, że uczeń Karefinota posiada wybitne zdolności, gdyż po upływie dwóch tygodni wyuczył się aż 15 słów! Wiedział, że ogień w języku dzikiego zwie się birti, niebo gradu, morze mewina, drzewo dura itd. Z tej swojej uczoności był Tartelett niemniej dumny, jak gdyby na konkursie międzynarodowym dostał był pierwszą nagrodę za znajomość narzeczy polinezyjskich. Przez wdzięczność dla swego mistrza, Tartelett postanowił wyuczyć go pięknych form salonowych, oraz prawdziwych zasad tańców świata cywilizowanego.

Godfrey pokładał się od śmiechu, asystując przy tych lekcjach. Ostatecznie był to sposób spędzenia czasu, nie gorszy od innego, więc w niedzielę, nie mając nic innego do roboty, podziwiał zdolności pedagogiczne sławnego mistrza tańców, profesora Tarteletta.

Prawdziwie, warto się było przyglądać! Nieszczęsny Karefinotu pocił się i mordował, by swe potężne członki poruszać zgodnie z wymogami estetyki. Był wcale pojętny i pełen dobrej woli, czyż jednak mógł zmienić budowę swego ciała? Jak wszyscy Murzyni, miał zapadłe ramiona, wystający brzuch, pałąkowate nogi i stopy zwrócone ku sobie. Przy takich warunkach zewnętrznych, nawet mistrz Tartelett nie mógł się spodziewać wielkich wyników.

Mimo to zacny profesor nie pozwolił się zniechęcić i z prawdziwą zaciekłością spełniał swój obowiązek pedagoga. Karefinotu znów, nie bacząc na męki, jakie musiał znosić, okazywał dobre chęci, a nawet pewien zapał do nauki. Należy to podnieść z uznaniem, gdyż trudno sobie wyobrazić, ile go trudu kosztowało ustawienie nóg w pierwszej pozycji, a cóż dopiero zmiany pierwszej na drugą, a drugiej na trzecią!

– Ależ, ośle, jakiś, spojrz tylko, jak ja to robię! – zachęcał mistrz Tartelett, popisując się przed Murzynem gibkością swych ruchów. – Nogi rozstawić! Koniec prawej stopy do pięty lewej! A rozsuń-no trochę kolana, bałwanie jakiś! Ramiona wyprostować, głowa do góry… Cóż to za niezdara, wielki Boże!

– Ależ pan wymaga niemożliwości! – wmięszał się Godfrey.

– Dla człowieka inteligentnego nic nie jest niemożliwem! – raz po raz tłómaczył Tartelett.

– Budowa jego ciała nie nadaje się do tego rodzaju gimnastyki! – dowodził Godfrey, szczerze współczując Murzynowi, który w pocie czoła zdobywał ruchy salonowca.

– Na co mu ruchy salonowe, gdy nie będzie przecież miał sposobności przebywania w salonach!

– Czy pan może twierdzić tak stanowczo? – odrzucił Tartelett. – Nikt nie wie, co go czeka w przyszłości! Czyż my mogliśmy przypuszczać, że z salonów pałacu Kolderup dostaniemy się na odludną wyspę i zostaniemy Robinzonami?

'School for Robinsons' by Léon Benett 43

Tą głęboką uwagą Tartelett zakończył dyskusję, poczem ze swych skrzypiec zaczął wydobywać krótkie, przeszywające dźwięki, w szał zachwytu wprawiając dzikiego. Teraz nie czekał już na zachętę ze strony profesora! Nie troszcząc się o zasady sztuki tańców, Karefinotu skakał, wyginał sobie członki, krygował się i wykonywał łamańce, że Tartelett nie mógł od niego oderwać oczu, w których malował się szczery podziw. Przyglądając się tym naturalnym ruchom dzikiego mieszkańca Polinezji, zacny profesor zadawał sobie w duszy pytanie, czy nie są one naturalniejsze, a przeto i ładniejsze od sztucznych kroków tanecznych!

Pozostawmy jednak profesora wraz z jego filozoficznemi rozmyślaniami, a wróćmy do spraw praktyczniejszych i chwilowo ważniejszych!

Otóż na dalszych swych wędrówkach, czy to samotnych, czy w towarzystwie Karefinota, Godfrey ani raz nie spotkał żadnego dzikiego zwierzęcia. Ani nawet śladów żadnego drapieżca nie zdołali odkryć, pomimo, że bardzo uważnie zbadali obydwaj brzegi strumienia, w którym zwierzęta te musiałyby przecież gasić pragnienie! Nigdy też porą nocną nie doszło do ich uszu żadne podejrzane wycie, ani ryki! Tak samo zwierzęta domowe nie zdradzały lęku ni zaniepokojenia, jakie w nich budzi sąsiedztwo niebezpieczne!

– Dziwne! Dziwne! – powtarzał nieraz Godfrey. – A jednak się nie pomyliłem! Ani Karefinotu, który bystrym wzrokiem dzikiego pierwszy wszak dostrzegł niedźwiedzia! I strzeliłem przecież do niedźwiedzia! Przypuśćmy nawet, że ugodziłem go śmiertelnie, to niepodobna przypuszczać, by na całej wyspie żył tylko jeden zwierz drapieżny…

Jeśli zresztą zastrzelił niedźwiedzia, to musiałby leżeć pod drzewem! Tymczasem, ani pod drzewem, ani w sąsiedztwie, nie znaleźli żadnego śladu zwierzęcia, pomimo, że obaj z Murzynem niemało sobie zadawali trudu! Czyżby zwierzę, śmiertelnie ranione, dowlokło się było do jakiejś kniei, by tam skończyć? Ale w takim razie zarówno pod drzewem, gdzie zostało ugodzone, jak i po drodze, widniałyby ślady krwi… A tu ani krwi, ani żadnych śladów zwierzęcia!

– Tak czy owak – rozumował Godfrey – na razie nie zdaje się nam grozić żadne niebezpieczeństwo… Inna rzecz, że trzeba się mieć na ostrożności!

W pierwszych dniach listopada rozpoczęła się słota. Całemi godzinami zimny deszcz strugami lał z szarego nieba, a niezadługo miały się rozpocząć ulewy, trwające przez cały szereg tygodni i będące nieodłączną cechą tamtejszej zimy.

Godfrey musiał się tedy pod naciskiem konieczności zabrać do urządzenia pieca we wnętrzu drzewa. Był on zarówno potrzebny do ogrzewania domostwa, jak do gotowania, gdyż trudno było gotować na wolnem powietrzu z nastaniem pory dżdżystej.

W jednym z kątów domostwa można było z olbrzymich kamieni, układanych płasko, to znów pionowo, urządzić piec kuchenny. Chodziło tylko o odprowadzenie dymu, który na razie gromadził się w wydrążeniu drzewa, zatruwając powietrze.

Po długich rozważaniach Godfrey wpadł na pomysł sporządzenia długiej rury z bambusu, którego można było w dowolnych ilościach naciąć w zaroślach nadbrzeżnych. Jakoż przy pomocy Karefinota zaopatrzył się w dostateczną ilość bambusu i wydrążywszy najgrubsze pnie, spoił je w długą rurę, sięgającą od ogniska aż do otworu w drzewie, którym miał uchodzić dym. Na razie komin ten funkcjonował doskonale, należało tylko uważać, by on sam się nie zajął od gorącego dymu.

Okazało się, że najwyższy był czas urządzić kuchnię wewnątrz drzewa, bo deszcz zrazu drobny, przeistoczył się w ulewę i trwał bez przerwy do 10 listopada. Palić na dworze byłoby niepodobieństwem, bo w ciągu paru minut deszcz byłby zalał największe ognisko. Przez cały tydzień nie mogli wychodzić z mieszkania. To też opuszczali je jedynie dla nakarmienia czworonogów i drobiu.

Nic dziwnego, że po kilku dniach okazał się brak korzeni kamy, które im zastępowały chleb. Wszystkich innych zapasów mieli na razie dosyć. Wieczorem 10 listopada Godfrey zakomunikował profesorowi, że skoro tylko trochę się wypogodzi, wyruszą z Karefinotem po nowy zapas kamy. Tartelett był bardzo zadowolony, że obejdzie się bez jego pomocy, gdyż parogodzinne marsze, zwłaszcza przy takiej niepogodzie, wcale go nie nęciły. Chętnie więc objął rolę strażnika, mającego czuwać nad domostwem i inwentarzem. Wieczorem zaczęły się chmury rozpraszać i nawet kilka błękitnych smug ukazało się wśród ciężkiej ołowianej płachty, szarpanej przez silny wiatr jesienny. Na dzień następny należało się spodziewać pogody, z której Godfrey postanowił skorzystać.

Zaraz rano wyruszam z Karefinotem po kamę – oświadczył.

– Zgoda – odparł Tartelett.

Wieczór ukazało się nawet trochę gwiazd na niebie, coraz bardziej wyzwalającem się z opony chmur, wobec czego Murzyn znów uparł się spędzić noc na dworze. Godfrey tłómaczył mu, że jest to ostrożność zbyteczna, gdyż niema powodu obawiać się dzikich zwierząt, gdy nigdzie nie odkrywali najmniejszego śladu ich istnienia, jednakowoż Karefinotu nie dał się nakłonić do pozostania w mieszkaniu.

Gdy o siódmej rano Godfrey wyszedł z mieszkania, przywitały go nieśmiałe promienie słońca, od 10 dni po raz pierwszy wyzłacające listkowie drzew.

Karefinotu był na swem stanowisku, gdzie spędził noc. Obaj mężczyźni, należycie uzbrojeni, z dużemi worami na ramionach, ruszyli w kierunku strumienia, gdyż na lewym jego brzegu rosły krzewy kamy.

Po godzinnym marszu stanęli u celu, bez żadnej przygody. Żwawo zabrali się do wyrywania korzeni i w ciągu trzech godzin napełnili niemi dwa wory. Mogła być godzina jedenasta, gdy ruszyli z powrotem do drzewa Wilhelma. Szli w milczeniu, gdyż ciężar, jaki musieli dźwigać, nie usposabiał do rozmowy, tem więcej, że cała ich uwaga koncentrowała się na badaniu otoczenia. Tak doszli do zakrętu strumienia, ocienionego w tem miejscu przez grupę drzew, gdy nagle Godfrey przystanął.

Tym razem on wskazał Murzynowi potężne zwierzę, nieruchomo stojące pod jednem z drzew. Oczy zwierza płonęły blaskiem niesamowitym.

– Tygrys! – krzyknął.

I nie mylił się. Był to istotnie ogromny tygrys, który stanąwszy na tylnych łapach, pazurami zrywał korę drzewa, gotując się do skoku.

Błyskawicznie zrzucił Godfrey z pleców worek z korzeniami, chwycił strzelbę, wycelował i strzelił. Wszystko to było dziełem pięciu sekund.

– Hurra! Hurra! – wykrzyknął radośnie.

Tym razem nie miał najmniejszych wątpliwości. Tygrys, trafiony kulą, potoczył się w tył i runął. Niewiadomo, czy strzał był śmiertelny; potwór może się zerwać i rozwścieczony bólem, rzucić się na nich!

Godfrey naładował strzelbę powtórnie, gotów dać drugi strzał. Zanim jednak zdołał to wykonać, Karefinotu z nożem myśliwskim w ręku, pędem pobiegł ku drzewu i rzucił się na zwierza… Godfrey krzyczał na całe gardło, chcąc go powstrzymać, lecz było już zapóźno… Murzyn, postanowiwszy widać z narażeniem życia zmierzyć się z potworem, stał już pod drzewem…

Godfrey rzucił się za nim…

Dobiegłszy na miejsce, zobaczył Karefinota, zmagającego się z tygrysem; Murzyn, pochwyciwszy potwora za krtań, walczył z nim ze wszech sił, zanim mu się wreszcie udało wepchnąć mu w serce nóż myśliwski.

Tygrys potoczył się do strumienia, który wezbrany po ostatnich ulewach, porwał go i uniósł. Zwłoki olbrzymiego zwierzęcia kilka razy podskoczyły na fali, by rychło zniknąć w morskich odmętach.

Niedźwiedź! Tygrys! Teraz już nie ulega wątpliwości, że na wyspie żyją najstraszniejsze drapieżce! Godfrey zbliżył się do Murzyna, by stwierdzić, że oprócz paru draśnięć, wyszedł z śmiertelnych zapasów bez szwanku… W najwyższym stopniu zaniepokojony tym wypadkiem, będącym niejako zapowiedzią dalszych niebezpieczeństw, zagrażających nieszczęsnym rozbitkom. Godfrey ociężałym krokiem wracał do domu obok swego milczącego towarzysza.



Rozdział XX

W którym Tartelett ciągle powtarza, że chce odjechać.

Dowiedziawszy się, że na wyspie Finy są nietylko niedźwiedzie, ale także tygrysy, Tartelett wpadł w rozpacz. Odtąd nie odważy się już nawet wyjść na świeże powietrze! A te potwory wcześniej czy później trafią też do ich domostwa! Ani na jedną sekundę człowiek nie może już być pewnym życia! Wobec tego profesor Tartelett żąda ni mniej ni więcej, jak wzniesienia wałów obronnych, palisad i murów, zabezpieczających drzewo Wilhelma przed dzikiemi zwierzętami. Jeśli się tego nie zrobi, to on oświadcza stanowczo, że dłużej tu pozostać nie może i bezwłocznie pragnie wyspę tę opuścić.

– Ja również! – krótko odparł Godfrey.

Istotnie, warunki, wśród których żyli dotąd mieszkańcy wyspy Finy, straszliwie się pogorszyły. Walczyć o schronienie i żywność było już dostatecznie ciężko dla ludzi, zgoła do tego nieprzyzwyczajonych; dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności wyszli z tej walki zwycięsko. Dostatecznie się też przygotowali, by stawić czoło zimie i innym przeciwnościom, ale do walki z dzikiemi zwierzętami nie posiadali środków i w razie napaści będą niemal bezbronni.

Łatwo więc zrozumieć, że położenie ich, wpierw już dostatecznie ciężkie i przykre, obecnie pogorszyło się wręcz fatalnie.

– Nie umiem sobie jednak wytłómaczyć – raz po raz powtarzał Godfrey – że przez cztery miesiące nie spotkaliśmy na wyspie ani jednego drapieżca, a w ciągu ostatnich dwóch tygodni pojawił się niedźwiedź i tygrys… Co to wszystko ma znaczyć?

Oczywista, że trudno było znaleźć wyjaśnienie dla tego faktu, co jednak nie usuwało samego faktu.

Mimo wszystko, Godfrey nie tracił odwagi. Przeciwnie, w miarę mnożenia się przeciwności, potęgowały się jego siły i zimna krew. Wobec tego, że dzikie bestje zagrażały obecnie ich bezpieczeństwu, odrazu zaczął się zastanawiać nad zabezpieczeniem małej kolonji przed niepożądanemi odwiedzinami.

Co jednak zrobić należy?

Przedewszystkiem postanowiono ograniczyć wycieczki na wybrzeże do najkonieczniejszych, a wogóle nie opuszczać domostwa bez broni.

– Z dwóch tych przygód wyszliśmy nieźle – mówił Godfrey – kto nam jednak zaręczy, że i za trzecim razem uda nam się tak samo? Bez koniecznej potrzeby niema tedy powodu narażać się na niebezpieczeństwo!

Jednakowoż ograniczenie wycieczek nie było wystarczającem zabezpieczeniem; należało pomyśleć o ufortyfikowaniu w ten, czy inny sposób, nietylko domostwa, lecz także kurnika, oraz zagrodzonego miejsca, gdzie skupiały się zwierzęta domowe. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że drapieżce nie będą zwlekać z napaścią, a wtedy zapóźno byłoby myśleć o środkach obronnych.

Wzniesienie wałów i fortec podług planu Tarteletta, było niepodobieństwem. To też Godfrey zastanawiał się, jakby w miarę możności zabezpieczyć kolonję i doszedł do przekonania, że najłatwiej będzie wznieść bardzo wysoki parkan dokoła grupy drzew-olbrzymów i w tym obrębie pomieścić także zwierzęta domowe.

Wzniesienie takiej palisady na przestrzeni co najmniej 300 stóp kwadratowych, wymagało wprawdzie olbrzymiego nakładu pracy, ale ostatecznie nie było wykonalnem. Trzeba będzie ściąć ogromną ilość drzew, przytransportować je i z nich zrobić silny, wysoki parkan, który dzikie zwierzęta nie potrafią ani obalić, ani przeskoczyć.

Godfrey nie cofał się przed żadnym trudem, a Tartelett, wysłuchawszy jego projektu, nie tylko go uznał, lecz nawet przyrzekł czynną pomoc, która, prawdę mówiąc, na niewiele się mogła przydać. Ważniejszem było, że Karefinotu, zawsze chętny do pracy, dość szybko pojął, o co się rozchodzi.

Bezwłocznie zabrano się do roboty.

W odległości jakiej mili od drzewa Wilhelma, nad brzegiem strumienia, wznosiła się grupa jodeł, średnio wysokich, których pnie, wbijane jeden obok drugiego, mogły utworzyć silną palisadę.

Tam w dniu 12 listopada, wczesnym rankiem, wyruszył Godfrey ze swymi towarzyszami, uzbrojonymi po zęby. Mimo to posuwali się naprzód z największą ostrożnością.

'School for Robinsons' by Léon Benett 44

– Nie mogę powiedzieć, by takie wyprawy należały do bardzo przyjemnych – mruczał Tartelett. – Gdyby odemnie zależało, to uciekłbym stąd odrazu, choćby na koniec świata!

Godfrey nie zadał sobie nawet trudu odpowiadania na tego rodzaju niedorzeczną gadaninę. Tym razem nikt się nie troszczył o upodobania pana Tarteletta, a żądano jedynie pomocy jego muszkułów, które niezbyt się nadawały do ciężkiej pracy.

Bez żadnej przygody odbyli marsz jednomilowy, dzielący drzewo Wilhelma od owej grupy jodeł, a jakkolwiek rozglądali się po całem otoczeniu, to jednak, ani w zaroślach, ani na łące, nie odkryli nic podejrzanego. Tak samo zwierzęta, pozostawione na pastwisku, nie zdradzały żadnego zaniepokojenia.

Nie tracąc czasu, zabrano się do pracy. Godfrey postanowił przedewszystkiem ściąć potrzebną ilość drzew i odstawić je na miejsce przeznaczenia, rozumując całkiem słusznie, że bezpieczniej będzie je obrabiać w pobliżu domostwa.

Najcięższą część pracy spełniał Karefinotu, doskonale umiejący się obchodzić z toporem i piłą. Ogromna jego siła fizyczna pozwalała mu pracować bez wytchnienia, gdy Godfrey musiał od czasu do czasu odsapnąć, a Tartelett cały oblany potem, w podrapanych rękach miał zaledwie tyle sił, by od biedy utrzymać w nich skrzypce.

Nieszczęsnemu mistrzowi tańców i salonowych ruchów, który oto stał się drwalem, Godfrey poruczył pracę najlżejszą: karczowanie małych drzewek, ale nawet z tą lekką robotą nie bardzo sobie biedny Tartelett dawał radę.

Przez sześć dni, od 12–17 listopada pracowano niemal bez wytchnienia. Przystępowano do roboty wczesnym rankiem, a po krótkiej przerwie dla spożycia posiłku znów się zabierano do pracy, która ustawała dopiero wieczorem, gdy trzeba było wracać na wieczerzę do domostwa. Pogoda wcale im nie sprzyjała. Niebo było przeważnie pochmurne i często mżył zimny drobny deszcz; chwilami lało też jak z cebra, a wtedy nasi drwale zmuszeni byli chronić się pod drzewa, by z chwilą zmniejszenia się deszczu, znów podjąć pracę.

Ośmnastego listopada jodły poobcinane z gałęzi leżały na ziemi i należało je teraz przetransportować do drzewa Wilhelma. Przez cały ten czas, ani nad strumieniem, ani na skraju lasu, nie pojawiło się żadne dzikie zwierzę. Niepodobna wszak przypuszczać, by ów niedźwiedź, a następnie tygrys, były jedynymi i ostatnimi przedstawicielami swego gatunku i że obecnie wyspa Finy jest już całkiem wolna od drapieżców!

Tak, czy owak, Godfrey ani na chwilę nie miał zamiaru poniechania pracy rozpoczętej. Palisada będzie jednak pewnem zabezpieczeniem zarówno przed ludożercami, jak również przed łapami niedźwiedzi lub tygrysów. Przytem najcięższa praca była już dokonaną – teraz chodzi tylko o przetransportowanie drzewa, które będą już mogli obrabiać w pobliżu domostwa.

Co prawda, to transport drzew był niemniej uciążliwym od ścinania. Na szczęście Godfrey wpadł na pomysł, mający im zaoszczędzić bardzo wiele pracy i znacznie przyśpieszyć jej wykonanie. Wskutek długotrwałych deszczów, strumień wezbrał i wartkim prądem płynął ku morzu. Otóż sporządziwszy z Karefinotem małe promy, mężczyźni naładowali na nie pnie sosen i skierowali je ku grupie drzew-olbrzymów. Tu, w odległości jakich 25 kroków od drzewa Wilhelma sporządzili tamy, które zatrzymywały dalszy bieg owych galarów.

To ogromne uproszczenie pracy najbardziej uradowało zacnego profesora, potwierdzając jego poglądy o wyższości człowieka inteligentnego, no i zaoszczędzając mu ciężkiej pracy.

Ośmnastego listopada sporządzono pierwsze promy, które bez żadnej przeszkody dopłynęły do tam. W ciągu trzech dni wszystkie sosny wyładowano i przywleczono na miejsce ich przeznaczenia. Zaraz nazajutrz zaczęto wbijać pale, które połączone silną plecionką z gibkich gałęzi utworzyć miały rodzaj palisady dokoła całej grupy drzew olbrzymów.

Z ogromnem zadowoleniem śledził Godfrey postępy pracy, dbając o jej najszybsze ukończenie.

– Niech tylko palisada będzie gotowa, a możemy się czuć jak w domu – rzekł do Tarteletta.

– Co to, to nie – odparł profesor. – W domu będziemy się dopiero czuć po powrocie do pałacu Kolderup!

Pod tym względem zacny profesor miał rację i nikt mu jej też nie odmawiał.

Dnia 26 listopada palisada była w trzech czwartych gotowa. Łącząc kilka drzew-olbrzymów, obejmowała także to, w którem mieścił się kurnik. Godfrey zamierzył go przeobrazić w stajnię, a dla drobiu inne znaleźć pomieszczenie.

W ciągu trzech najbliższych dni ukończą palisadę, a wtedy pozostanie już tylko zamknąć ją na silną bramę, by czuć się bezpiecznym.

Nazajutrz jednakowoż musiano przerwać pracę z powodu zdarzenia, które trzeba opowiedzieć szczegółowo, gdyż należy ono do liczby tych dziwnych wypadków na wyspie Finy, których niepodobna było wytłómaczyć.

O godzinie ósmej rano Karefinotu wdrapał się w wewnętrznem wydrążeniu drzewa do rozwidlenia gałęzi, by szczelniej zatkać otwór, przez który przeciekało i wiało. Nagle, dotarłszy już do owego otworu, wydał dziwny okrzyk. Godfrey podniósł głowę i z gestów dzikiego poznał, że go przyzywa do siebie. Przekonany, że Karefinotu nie odrywałby go od pracy bez ważnego powodu, co śpieszniej wdrapał się wąskim jakoby korytarzem na gałęzie i niebawem siedział okrakiem na grubym konarze.

Karefinotu wskazał ręką w kierunku zatoki… Niby długi szary ogon, smuga dymu wzbijała się w powietrze.

– Znowu! – wykrzyknął Godfrey, skierowując lunetę na ów punkt. Tym razem ani przez chwilę nie mógł wątpić, że jest to dym, pochodzący najpewniej z jakiegoś ogniska, mniej więcej w odległości pięciu mil.

Godfrey odwrócił się do Murzyna, który miną, wykrzykami, całem swem zachowaniem, dawał wyraz najwyższemu zdumieniu. Widocznie zjawisko to wprawiło go w niemniejsze wzburzenie, jak Godfreya.

Na morzu nie było jednak widać ani statku, ani łodzi, któreby wskazywały, że jacyś ludzie wylądowali na wyspie.

– Tym razem muszę się absolutnie dowiedzieć, skąd pochodzi ten dym! – wykrzyknął Godfrey, wymownemi gestami dając Murzynowi do poznania, że bezzwłocznie uda się na miejsce, skąd wzbijał się słup dymu.

Karefinotu odrazu zrozumiał, potakując głową na znak, że zamiar ten pochwala.

– Tak – mówił Godfrey do siebie – jeśli tam przebywa jakaś ludzka istota, to trzeba się dowiedzieć, skąd przybyła, dlaczego się ukrywa i jakie względem nas żywi zamiary!

W parę minut później, Godfrey i Karefinotu wrócili do domostwa, Godfrey uwiadomił Tarteletta, że rusza w drogę, by sprawdzić, skąd pochodzi dym tajemniczy i zaproponował mu, by się przyłączył do wyprawy.

Marsz dwunastomilowy wcale jednak nie pociągał człowieka, uważającego, że nogi jego przeznaczone są do szlachetniejszych zajęć. To też profesor oświadczył bez namysłu, że woli zostać w domu.

– Jak pan uważa – odrzekł Godfrey. – Idę więc z Karefinotem, ale uprzedzam, że nie wrócimy przed wieczorem.

Zabrali trochę żywności i pożegnawszy profesora, który z góry uważał trud ich za bezowocny, ruszyli w drogę.

Godfrey zabrał strzelbę i rewolwer. Murzyn topór i nóż myśliwski, który stał się ulubioną jego bronią. Przeszli mostkiem na prawy brzeg strumienia, następnie w poprzek łąki ku owemu punktowi wybrzeża, ponad którym między skałami wznosił się dym.

Szybkim krokiem, uważnie jednak rozglądając się po otoczeniu, czy wśród zarośli nie zaczaiło się jakie dzikie zwierzę, obaj mężczyźni szli w zamierzonym kierunku.

Nie wydarzyło się im niebezpiecznego.

Około południa, posiliwszy się idąc, gdyż ani o jedną minutę nie chcieli opóźnić zbadania przyczyny dymu, doszli do pierwszych skalnych krawędzi. Wciąż jeszcze smuga dymu wzbijała się w powietrze – tym razem zaledwie w odległości kilkuset metrów. Szli prosto przed siebie, przyśpieszając kroku, gdyż uważali, że zawsze bezpieczniej napaść kogoś znienacka, niż zostać napadniętym.

Nagle dym się rozprószył, jak gdyby ktoś szybko ugasił był ognisko. Godfrey jednak zapamiętał, że dym wzbijał się nad wierzchołkiem skały, wyzębionej dziwacznie w kształcie ściętej stożkowato piramidy i prosto ku niej podążał.

Śpiesznie przebyli niedużą odległość, dzielącą ich od owej skały i niebawem stanęli na jej szczycie… Nigdzie żywej duszy… Tym razem jednak Godfrey odkrył gorące jeszcze ognisko z niedopalonemi głowniami drzewa, co wymownie świadczyło, że przed chwilą jeszcze ktoś ogień ten podsycał!

– Ktoś tu był przed chwilą! – krzyknął Godfrey. – Musimy się dowiedzieć, kto rozniecił ten ogień!

Zaczął wołać we wszystkich kierunkach… nikt nie dawał odpowiedzi… Karefinotu wydał okrzyk przenikliwy – nikt się nie pokazał!

Stali tedy obydwaj, niby wół przed malowanemi wrotami, poczem zaczęli przetrząsać wszystkie jaskinie i załomki, czy nie ukrył się tam jakiś rozbitek lub mieszkaniec wyspy.

Wszystko napróżno! Nigdzie nie odkryli najmniejszego śladu istoty ludzkiej, ani resztek posłania, na którem mógł był spoczywać, ani nawet odcisków stóp…

'School for Robinsons' by Léon Benett 45

– A jednak – powtórzył Godfrey – tym razem nie może być mowy o jakiejkolwiek pomyłce. I nie były to opary z gorącego źródła, jak wpierw przypuszczałem, lecz dym z ogniska! Zresztą widzieliśmy przecież dogasający ogień, a sam on się nie rozniecił!

Na nic zdały się szukania! Na nic wszelkie badania! Około godziny drugiej popołudniu, zmordowani bezowocnem szukaniem i rozdrażnieni tajemniczością wypadku, ruszyli z powrotem do domostwa. Zbytecznem chyba dodawać, że Godfrey wracał nietylko wzburzony, lecz w najwyższym stopniu zaniepokojony całem zajściem.

Wyglądało to tak, jak gdyby wyspa pozostawała pod władzą jakichś tajemniczych sił, których odkryć niepodobna. Trzykrotne ukazanie się dymu, którego przyczyny niepodobna zbadać, nagłe pojawienie się dzikich zwierząt – czyż wszystko to nie mogło wytrącić z równowagi człowieka myślącego? A prawdziwie, nie mogły też uspokajająco podziałać dziwne szelesty, które go nagle wyrwały z głębokiego zamyślenia… Karefinotu gwałtownym ruchem usunął go na bok w chwili, gdy zwinięty w trawie grzechotnik podniósł łeb potworny, by się nań rzucić!

Wąż! Więc także węże jadowite są na wyspie! Niedźwiedzie, tygrysy i węże! Niema co mówić, jak miłych mają współmieszkańców!

Tak! Łatwo było rozpoznać owego gada po szmerze, przypominającym dźwięki grzechotki… Jeden z najbardziej jadowitych gadów również ma siedzibę na wyspie Finy!

Karefinotu rzucił się pomiędzy Godfreya a gada, który w okamgnieniu zniknął wśród zarośli. Murzyn poskoczył jednak za nim i jednem cięciem topora odciął łeb od kadłuba. Gdy Godfrey podszedł, dwie krwawe części podskakiwały na trawie.

Trochę dalej na łące zobaczyli całe gromady innych gadów, mniej niebezpiecznych, które pełzały na przestrzeni pomiędzy strumieniem a drzewem Wilhelma.

Czyżby wszystkie gady wyemigrowały nagle na wyspę Finy? Godfrey nie wiedział poprostu, co o tem myśleć, raz po raz zadając sobie pytanie, dlaczego przez szereg miesięcy nie widywał na wyspie ani dzikich zwierząt, ani gadów.

– Naprzód! Naprzód! – krzyknął Godfrey, przynaglając Murzyna do pośpiechu.

Gnany niepokojem, pełen najgorszych przeczuć, zmierzał ku domowi. Doszedłszy do mostku, którym połączył był obydwa brzegi strumienia, usłyszał rozdzierające krzyki: ratunku! ratunku!

– To Tartelett! – zawołał Godfrey. – Biedaczysko został chyba napadnięty! Śpieszmy! Śpieszmy!

'School for Robinsons' by Léon Benett 46

W paru susach przebyli przestrzeń dzielącą ich od grupy drzew-olbrzymów i w odległości 20 kroków ujrzeli nieszczęsnego tancmistrza, z całą zwinnością swych gibkich nóg zmykającego przed ogromnym krokodylem.

Krokodyl wyszedł widocznie ze strumienia i z rozwartą paszczą gonił za tancmistrzem, który w swem ogłupieniu zamiast uciekać zygzakowato, biegł ciągle przed siebie, co krokodylowi ułatwiało pościg. Lada chwila, a ostre zęby potwora pochwycą nieszczęśnika… Och… teraz się potknął… upadł… Stracony!…

Godfrey przystanął. W obliczu niebezpieczeństwa, ani na chwilę nie utracił panowania nad sobą. Zdjął strzelbę, odwiódł kurek i wymierzył prosto w oczy potwora.

Kula zmiażdżyła mu łeb, krokodyl osunął się na bok i pozostał bez ruchu.

Karefinotu poskoczył do Tarteletta. Tancmistrz dźwignął się przy pomocy Murzyna, trzęsąc się cały jak osika, lecz zdrów i cały.

Dochodziła szósta wieczorem… W parę minut później, Godfrey z dwoma towarzyszami był znów w wydrążeniu drzewa.

Jakże posępne myśli musiały ich trapić tego wieczora! Jakże straszne, bezsenne godziny czekały tej nocy nieszczęsnych mieszkańców wyspy Finy, przeciw którym zwróciły się teraz losy w całej swej srogości!

Nieszczęśliwy mistrz Tartelett, w najwyższej trwodze i lęku, powtarzał raz po raz:

– Ja chcę wyjechać! Ja chcę wyjechać! W tem jednem pragnieniu skoncentrowało się całe jego myślenie. Niestety, pragnienie to było niewykonalnem.



Rozdział XXI

Kończący się nader niespodziewanem oświadczeniem murzyna Karefinotu.

Nadeszła zima, bardzo ostra w tej szerokości geograficznej. Dały się już odczuwać pierwsze zimna, zwiastujące potężne mrozy. Godfrey winszował sobie w duszy, że w domostwie urządził był piec, służący już nietylko do gotowania strawy, lecz także do ogrzewania mieszkania. Palisada dawno już była gotowa, a mocna brama stanowiła uzupełnienie warowni.

W ciągu najbliższych sześciu tygodni, więc do połowy grudnia, przeważnie były dni słotne i często niepodobna było wyjść z domu. Jako pierwsze zwiastuny ostrej zimy zjawiły się straszne wichry, wstrząsające potężnemi konarami drzew i zaścielające całe otoczenie mnóstwem połamanych konarów, w łatwy sposób zaopatrując mieszkańców wyspy Finy w nowe zapasy opału.

Lokatorzy drzewa Wilhelma ubierali się w miarę możności jak najcieplej. Wyruszając na wyprawy celem zdobycia zapasów żywności, wkładali wełnianą odzież, znalezioną w kufrze, ale rychło i ona przestała wystarczać wobec potęgującego się z dnia na dzień zimna.

Zaprzestano tedy polowań, wymagających kilkugodzinnego przebywania na polu, a rychło spadły śniegi tak obfite, że Godfrey zapytywał się w duchu, czy przypadkiem nie dostał się w okolice Oceanu Lodowatego.

Wiadomo, że Ameryka Północna z powodu wichrów północnych, szalejących po nieosłoniętej płaszczyźnie, należy do najzimniejszych krajów na świecie. Zima ciągnie się tam niemal do maja i trzeba wielu środków zapobiegawczych, by jej skutecznie stawić czoło. Godfrey nie wiedział, że wyspa Finy leży w innej szerokości geograficznej, niż mógł był wnosić z czasu trwania podróży.

'School for Robinsons' by Léon Benett 47

Wprawdzie wnętrze drzewa urządzono, o ile się dało wygodnie, zabezpieczając je przed deszczem i wichrem, lecz mimo to mrozy dawały się im potężnie we znaki. Naczyń kuchennych było zamało, a słone mięso żółwia również się wyczerpywało. To też od czasu do czasu zmuszeni byli poświęcić ze swego stada jakiegoś królika, czy kozę, zmniejszając w ten sposób swój dobytek.

W takich warunkach było całkiem zrozumiałem, że myśli Godfreya przybierały coraz posępniejsze zabarwienie.

Na domiar złego dostał ciężkiej febry, która przez dwa tygodnie męczyła go bezlitośnie. Gdyby nie domowa apteczka, którą zawdzięczał zawartości nieocenionego kufra, niewiadomo, czy byłby wogóle odzyskał zdrowie. Przytem Tartelett wcale się nie nadawał do pielęgnowania chorego. Jedynie Karefinotu umiał mu oddawać przysługi niezbędne i jemu też zawdzięczał, że zwolna wracać zaczął do sił.

W czasie choroby miał więcej, niż kiedykolwiek czasu do rozmyślań i robienia sobie gorżkich wyrzutów. Wszak on sam, a nie kto inny, był sprawcą tej ciężkiej sytuacji, z której na razie żadnego nie widział ratunku. Ileż to razy w gorączkowych majaczeniach przyzywał do siebie Finę, swą uroczą narzeczonę, której zapewne już nigdy nie zobaczy! Ileż razy gorącą tęsknotą myślał o wuju, od którego dzieli go bezmiar Oceanu! Jakże inaczej przedstawia się w rzeczywistości ów żywot Robinzona, o którym marzył był jako o najwyższym ideale! Teraz przekonał się, jak bardzo rzeczywistość odbiega od mrzonek młodocianych! I niestety, z każdym dniem, spędzonym na bezludnej wyspie słabła nadzieja powrotu kiedykolwiek do rodzinnego ogniska!

Tak minął cały grudzień, a dopiero pod koniec tego miesiąca Godfrey zaczął odzyskiwać siły.

Tartelett natomiast, dzięki widocznie specjalnej łasce nieba, był całkiem zdrów i krzepki. Mimo to nie przestawał się skarżyć i wygłaszać gorżkich żalów! Podobnie, jak w grocie Kalipso, po odjeździe Ulissesa nie rozbrzmiewały śpiewy, tak w drzewie Wilhelma zmilkły na zawsze dźwięki skrzypiec, gdyż wszystkie struny popękały od zimna!

Wśród najrozmaitszych obaw, jakie w tych czasach trapiły Godfreya, obok lęku przed napaścią dzikich zwierząt była też troska, że dzicy, znający położenie wyspy, gotowi którego dnia powrócić tu z większemi siłami. Przed tym wrogiem palisada nie mogłaby ich obronić!

Po dojrzałym namyśle Godfrey doszedł do przekonania, że w razie niebezpieczeństwa najpewniej będzie się schronić na gałęzie drzew. Należy się tylko postarać o łatwiejszy dostęp. Wąski otwór u rozwidlenia gałęzi ogromnie ułatwi obronę z góry!

Przy pomocy Karefinota udało mu się w wydrążeniu drzewa zrobić w korze schodki, po których z łatwością można było wbiegać na gałęzie.

Po ukończeniu tej dość żmudnej roboty, Godfrey rzekł z uśmiechem zadowolenia:

– Prawdziwie, teraz już możemy mówić, że na parterze mamy mieszkanie miejskie, a na piętrze letnią willę!

– Wolałbym piwnicę przy ulicy Montgomery! – westchnął Tartelett.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, tak uroczyście święcone w Stanach Zjednoczonych! A w parę dni później Nowy Rok, przywodzący na myśl tyle wspomnień rozkosznych! Tym razem Nowy Rok przyniósł jedynie w darze wichurę i śnieżną zawieję i trzaskające mrozy.

Już od pół roku rozbitki z „Marzenia” odcięci byli od świata. Nowy Rok nie zapowiadał się pomyślnie, nasuwając mieszkańcom wyspy Finy przykre myśli, że teraz dopiero zaczną się dla nich najgorsze utrapienia.

Do 18 stycznia szalały śnieżne zawieje. Zwierzęta domowe w braku paszy, musiano wypuścić na łąkę, gdzie tu i ówdzie mogły się pożywić gałązkami krzewów lub mchem. Tegoż dnia wieczorem powietrze nagle się zmieniło: nastąpiła odwilż i spadł obfity zimny deszcz. Cała wyspa zasnuła się w mokre płachty mgieł, nie pozwalające widzieć o trzy kroki przed siebie, a w drzewie Wilhelma ciemno było jak w grobie.

Godfrey i Karefinotu, wyciągnięci na swych posłaniach z siana, napróżno starali się zasnąć, a Tartelett przy mdłem świetle łuczywa czytał biblję.

Około godziny 10 od północnej części wyspy dobiegł głuchy ryk, z każdą chwilą głośniejszy i wyraźniejszy.

Niepodobna się było mylić. Najdokładniej mogli rozbitki rozróżnić ryki dzikich zwierząt, wałęsających się gdzieś w pobliżu, a sytuacja przedstawiała się tem groźniej, że obok wycia tygrysa i hyjeny, w strasznym tym koncercie słychać też było ryk lwa i pantery.

Godfrey, Karefinotu i Tartelett równocześnie się zerwali, zdjęci trwogą śmiertelną. O ile jednak Karefinotu dzielił zrozumiałe przerażenie swych białych towarzyszy, to obok tego uczucia, na twarzy jego odbiło się też najwyższe zdumienie.

Przez nieskończenie długie dwie godziny, trzej mężczyźni znosili najokropniejszą mękę wyczekiwania i niepewności. Od czasu do czasu doleciał ich ryk zwierzęcia z bardzo nieznacznej odległości, to znów milkło wszystko raptownie, jak gdyby gromada drapieżców nie znając drogi, błąkała się bezradnie. To pozwoliło im żywić nadzieję, że może jednak drzewo Wilhelma uniknie niebezpieczeństwa napadu!

– Niech się stanie, co się stać musi! – rozmyślał Godfrey. – Jeśli nam się nie uda wytępić tych dzikich bestyj, to i tak wcześniej czy później padniemy ich ofiarą!

Zaraz po północy wycie i ryki ponowiły się ze wzmożoną siłą. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że gromada drapieżców zbliża się do ich domostwa. Tak! Z całą pewnością drapieżce biegną ku grupie drzew-olbrzymów.

I znów po głowie Godfreya przemknęła myśl: Skąd te drapieżne zwierzęta? Wszak nie mogły tu wylądować w ostatnich czasach! Musiały żyć na wyspie przed rozbiciem „Marzenia”! Jakim więc sposobem mogły się ukrywać przez tak długi czas, że nigdy nie odkrył najmniejszego śladu ich pobytu, pomimo, że polując, czy też bez określonego celu wędrując po wyspie, po niezliczone razy przebył ją wzdłuż i wszerz! W jakiej tajemniczej kniei mogły się ukrywać te drapieżne zwierzęta, których ryki tak wyraźnie teraz rozróżnia? Tak, lwy, hyjeny, pantery i tygrysy widocznie sobie dały schadzkę w pobliżu ich domostwa! Ze wszystkich dotychczasowych zdarzeń niewyjaśnionych, niezrozumiałych, ten gromadny pochód zwierząt rozmaitych gatunków, wydał mu się najbardziej zagadkowym!

Karefinotu uważał to wszystko za nieprawdopodobne! Twarz jego wyrażała zdumienie, graniczące z ogłupieniem. Przy migotliwym blasku ogniska, rozświetlającym wnętrze drzewa, czarna jego twarz wykrzywiała się i mieniła błyskawicznie.

Tartelett ani na sekundę nie przestawał biadać i jęczeć i wyrzekać. Kilka razy chciał zapytać, co to wszystko ma znaczyć, ale wygląd Godfreya świadczył wymownie, że w tej chwili nie jest skłonny do udzielania wyjaśnień. Mistrz tańców i pięknych form przeczuwał jakieś niebezpieczeństwo i suszył sobie głowę, jakby się ocalić. Parę razy odważył się wyjść z Karefinotem, by zbadać, czy w razie napaści, brama palisady wytrzyma napór silnych łap… Nagle czworonożna lawina w strasznym popłochu runęła ku drzewu Wilhelma… Na razie były to tylko króliki, kozy i capy… Przerażone wyciem i rykami, biedne stworzenia uciekły z pastwiska, szukając ochrony za palisadą.

– Musimy otworzyć bramę i wpuścić te biedactwa! – rzekł Godfrey.

Karefinotu energicznie potakiwał głową.

On bez słów rozumiał Godfreya.

'School for Robinsons' by Léon Benett 48

Rozwarto tedy bramę, a całe przerażone stado wpadło do zagrody… W tejże chwili, w rozwartej jeszcze bramie, zabłysły dzikie ślepia, tem straszliwsze w posępnym mroku nocy.

Nie było już czasu na zamknięcie bramy. W okamgnieniu, nie zważając na opór, Murzyn pochwycił Godfreya i wciągnął go do wnętrza drzewa, zatrzaskując za sobą drzwi domostwa.

Ponowne ryki tuż w pobliżu świadczyły, że trzy lub cztery dzikie bestje znajdują się w obrębie palisady. Do tego potwornego koncertu przyłączyło się teraz trwożne beczenie i pomruki, Godfrey i Karefinotu wspięli się na okna, wycięte w korze drzewa i poprzez mroki usiłowali rozróżnić, co się dzieje na dworze. Stadko zwierząt domowych wpadło jak w sidła, wydane na łup drapieżców – niewiadome jeszcze, lwów, czy tygrysów, panter, albo hyjen – które się też zabrały do krwawego swego dzieła.

Wtedy Tartelett pod wpływem bezprzytomnego strachu, nie wiedząc, co czyni, pochwycił jedną ze strzelb, wiszących na ścianie, by na ślepo strzelić przez okienko.

Godfrey pochwycił go jednak za rękę:

– W takiej ciemności niepodobna celować, a na ślepą strzelaninę szkoda nabojów. Musimy czekać, aż się rozwidni!

Miał rację. Strzały mogły tak samo dosięgnąć zwierzęta dzikie, jak domowe, a większe było prawdopodobieństwo, że kula trafi któreś ze zwierząt domowych, gdyż było ich więcej. O ich ratunku niepodobna już było myśleć. Jeśli zresztą zginą, to można się spodziewać, że dzikie bestje nasycone, przed nastaniem dnia pomkną dalej, a wtedy będzie dość czasu się zastanawiać nad dalszemi środkami zabezpieczenia domostwa.

W ciemną noc jednak rozum nakazywał ukrywać przed drapieżcami obecność istot ludzkich. W ten sposób uda się może uniknąć ich napadu na domostwo!

Ponieważ Tartelett niezdolny był do rozumowania, więc nie pozostało nic innego, jak odebrać mu broń, co zresztą było rzeczą łatwą. Rozbrojony tancmistrz padł na swe posłanie, wyrzekając na podróże i podróżujących, psiocząc na warjatów, którym zachciewa się uganiać po świecie, zamiast żyć spokojnie i zażywać wszelkich wygód i rozkoszy.

Dwaj jego towarzysze znów zajęli stanowiska przy oknach, by być biernymi świadkami krwawej rzezi, której nie mogli przeszkodzić. Po pewnej chwili ścichło beczenie kóz i capów, może dlatego, że część została pożarta, a część uciekła poza palisadę, gdzie czekała je śmierć niezawodna. Dla mieszkańców wyspy będzie to strata niepowetowana, ale w tej chwili Godfrey zbyt był zajęty grozą chwili bieżącej, by się kłopotać o przyszłość.

Nie miał zresztą żadnego sposobu przeszkodzenia dziełu zniszczenia, dokonywanemu niemal w jego oczach.

Po jakiej godzinie ustały wściekłe wycia i ryki. Godfrey i Karefinotu wciąż jeszcze stali na czatach. Zdawało im się, że olbrzymie jakieś cienie przesuwają się wzdłuż palisady, a równocześnie odgłos innych kroków dobiegł ich uszu. Prawdopodobnie nowe stado drapieżców, zwietrzywszy krew, biegnie ku osadzie, by wziąć udział w obfitej uczcie. Wokoło drzewa Wilhelma rozpoczęło się bieganie, przy akompanjamencie głuchych ryków i gniewnych pomruków. Mężczyźni, oswoiwszy wzrok z ciemnością, rozróżniali cienie olbrzymich drapieżców, okrążających drzewo w dzikich podskokach. Więc całe stado zwierząt domowych nie starczyło do zaspokojenia ich głodu, czy żądzy krwi!

Godfrey i jego towarzysze stali bez ruchu. Jeśli będą się zachowywać całkiem spokojnie, to może się im przecież uda zmylić czujność dzikich bestyj i uniknąć napadu na domostwo.

Nieszczęśliwy przypadek zdradził jednak ich obecność, narażając na większe jeszcze niebezpieczeństwo.

Tartelett mianowicie, ulegając jakiejś halucynacji, przekonany, że tygrys wdrapuje się na okno, porwał rewolwer i nie wiedząc, co czyni, zanim Godfrey i Karefinotu zdołali mu wyrwać broń, wystrzelił w mrok… Kula przebita drzwi domostwa, spowodowując huk straszliwy.

– Nieszczęsny głupcze! – krzyknął Godfrey, rzucając się ku profesorowi pięknych form, któremu Karefinotu wyrwał już broń.

Zapóźno… Dzikie bestje, zaalarmowane wystrzałem, znów zaczęty ryczeć i wyć… Słychać było, jak potężne ich łapy z wściekłością szarpią korę drzew-olbrzymów… Uderzenia ich wstrząsały drzwiami domostwa, które nie były dość silne, by się oprzeć takim atakom.

– Brońmy się! – krzyknął Godfrey i ze strzelbą na ramieniu, wsypawszy do kieszeni pasa garść nabojów, znów zajął poprzednie stanowisko przy oknie.

Ku najwyższemu jego zdumieniu, Karefinotu uczynił to samo. Tak! Murzyn, który nigdy dotąd nie tknął był tej broni, zdjął ze ściany drugą strzelbę, naładował kieszeń nabojami i stanął przy drugiem oknie.

Zaczęła się strzelanina nie na żarty! Z obu okien padał jeden strzał po drugim! Przy błysku zapalonego prochu, obaj mężczyźni mogli rozróżnić swych napastników.

W obrębie palisady, z wściekłem wyciem, rozdrażnione strzałami, miotały się lwy, tygrysy, hyjeny i pantery, których mogło być ze dwadzieścia. Niektóre padały, ugodzone kulami, lecz potworne ich ryki, wywołane bólem zwabią najprawdopodobniej innych drapieżców… Słychać już nawet było ryki i wycia w pewnej odległości, z każdą chwilą bliższe i bliższe. Jak gdyby całą menażerję wypuszczono nagle na spokojną wyspę!

'School for Robinsons' by Léon Benett 49

Nie oglądając się na Tarteletta, który i tak nie mógł się na nic przydać, obaj mężczyźni, którzy nie stracili zimnej krwi i rozwagi, starali się mierzyć celnie, by nie marnować nabojów strzelaniem na ślepo. Czekali przeto, aż jakiś dziki zwierz wyłoni się z mroku, a wtedy padał trafny strzał, jak miarkowali z wycia ugodzonego zwierzęcia…

Po upływie dalszego kwadransa zdawało się uciszać. Drapieżce postanowiły widać zaprzestać dalszego ataku, który tylu ich towarzyszy przypłaciło życie, a może czekały świtu, by wśród warunków bardziej sprzyjających ponowić szturm.

Na wszelki wypadek obaj mężczyźni trwali na swych stanowiskach. Murzyn posługiwał się bronią z taką samą zręcznością, jak Godfrey. Jeśli to był tylko zmysł naśladowczy, to prawdziwie godzien był najwyższego podziwu.

O drugiej po północy rozpoczął się nowy atak do drzewa, zacieklejszy, niż poprzednio. Niebezpieczeństwo się spotęgowało: pozycję we wnętrzu drzewa należało uważać za straconą. Ryki z pewnej oddali i tupot licznych łap zapowiadały zbliżanie się nowej gromady dzikich bestyj.

Teraz zaczęły się dobijać do drzwi domostwa, zwęszywszy ludzi. Nie mogło ulegać żadnej wątpliwości, że lada chwila, a drzwi runą pod naporem potężnych łap.

Godfrey i Murzyn zeskoczyli z okien. Już drzwi chwiały się bardzo silnie, a gorący oddech zawiewał przez ich szczeliny…

Godfrey przy pomocy Karefinota starał się je umocnić palami, na których wsparte były ich prycze, lecz okazało się, że na niewiele się to przyda. Za chwilę drzwi runą niewątpliwie, zwłaszcza, że drapieżce, zabezpieczone teraz przed strzałami, które nie mogły ich dosięgnąć w tej pozycji, ze zdwojoną siłą dobijały się do nich.

Godfrey stał przez chwilę bezradny. Jeśli drapieżce wtargną do wnętrza, to wszystka broń nie starczy do obrony przed rozjuszoną gromadą. Ze skrzyżowanemi rękoma stał nieruchomy. Widział, że drzwi coraz bardziej chwieją się w zawiasach i nic nie mógł uczynić! W chwili słabości przesunął ręką po czole, jakby pod wpływem rozpaczy. Ale momentalnie odzyskał panowanie nad sobą i krzyknął:

– Na gałęzie!… Chrońmy się na gałęzie!

Ręką wskazał wąskie wydrążenie, którem należało się dostać do rozwidlenia drzewa. Karefinotu, naśladując każdy jego ruch, chwycił także strzelbę i rewolwer i naładował sobie kieszenie nabojami. Teraz należy jeszcze skłonić Tarteletta, by wraz z nimi podążył na wyżyny, czego nigdy nie miał odwagi zrobić.

Rozglądnęli się po domostwie, lecz nigdzie nie było Tarteletta. Spojrzeli do góry i oto Godfrey dostrzegł parę gibkich nóżek, znikających właśnie w gąszczu gałęzi… Tartelett pierwszy pomyślał o ucieczce, gdy oni zajęci byli obroną domostwa.

– Na gałęzie! – zakomenderował Godfrey.

Był to jedyny sposób ratunku, bo tam zwierzęta za nimi nie podążą. A gdyby która z bestyj odważyła się wspinać za nimi, to przez wąski otwór najłatwiej będzie strzelać celnie.

Nie wspięli się ponad trzydzieści stóp, gdy we wnętrzu drzewa rozległy się wycia.

Gdyby się byli opóźnili o kilka sekund, byliby straceni. W paru susach dostali się na gałęzie, przywitani krzykiem przerażenia. Pochodził on z ust Tarteletta, który był przekonany, że pędzi za nim tygrys lub pantera! Utraciwszy ze strachu równowagę, nieborak zawisł na gałęzi, kurczowo trzymając się jej teraz rękami i nogami, by nie runąć.

Karefinotu pobiegł mu z pomocą, usadowił na mocnym konarze i na wszelki wypadek przywiązał go do niego pasem. Gdy Godfrey usiadł na konarze, tuż obok otworu, którym w razie potrzeby zamierzał posyłać strzały drapieżcom, Karefinotu zajął miejsce naprzeciw, również sposobiąc się do obrony.

I czekali.

Dzięki swej pozycji oblężeni mogli przypuszczać, że na razie nie grozi im niebezpieczeństwo.

Godfrey starał się zobaczyć, co dzieje się w domostwie, lecz zbyt było ciemno, by mógł widzieć na taką odległość. Z dochodzących go ryków wywnioskował jednak, że napastnicy wcale nie mają zamiaru się cofać.

Nagle, mogła być godzina czwarta, wokół drzewa stało się jasno, jak we dnie. Ta powódź światła pochodziła z wnętrza ich domostwa, a niebawem ostry gryzący dym zaczął się wzbijać otworem drzewa, dochodząc do gałęzi, na których się usadowili.

– Co się znów stać mogło? – wykrzyknął Godfrey.

Niedługo miał czekać na wyjaśnienie. Dzikie bestje, drepcąc po domostwie, rozrzuciły też ogień, płonący na ognisku i w okamgnieniu pożar objął sprzęty. Niebawem zaczęła się palić kora drzewa, wskutek czego drzewo Wilhelma stanęło w płomieniach.

'School for Robinsons' by Léon Benett 50

Sytuacja była tak straszna, jak nigdy!

W świetle buchających płomieni wyraźnie rysowały się teraz sylwetki drapieżców, skaczących u stóp płonącego drzewa-olbrzyma.

Niemal równocześnie nastąpiła straszliwa eksplozja, wstrząsając drzewem od korzeni do samego wierzchołka.

W domostwie nastąpił wybuch prochu, na który padły iskry, a powietrze wypierane gwałtownie, niby gazy prochu strzelniczego ze strzelby, buchnęły w górę przez wydrążenie drzewa… Niewiele brakowało, a silny ten prąd byłby strącił Godfreya i Karefinota, a gdyby Tartelett nie był przymocowany pasem, to napewno byłby już leżał na ziemi z pogruchotanemi kośćmi.

Przerażone straszną eksplozją drapieżce, przeważnie ranne, co szybciej zaczęły zmykać.

Pożar tymczasem, wskutek wybuchu prochu, szerzył się z niesłychaną szybkością. Wydrążonem wnętrzem drzewa płomień buchał niby kominem, a niebawem począł też lizać gałęzie u rozwidlenia drzewa. Sucha kora trzaskała, jakby strzelano z kilku rewolwerów, a gryzący dym potężnym słupem wzbijał się ku górze. Olbrzymi płomień rozświetlał teraz nietylko całe otoczenie grupy drzew-olbrzymów, lecz także wybrzeże wyspy od Sztandarowego wzgórza do Zatoki Marzenia.

Niebawem płomień objął gałęzie w pobliżu miejsca, gdzie schronił się Godfrey z towarzyszami. Czyżby po uniknięciu tylu niebezpieczeństw mieli teraz paść pastwą pożaru, czy też jedynie ważąc się na skok śmiertelny z drzewa, ujdą otaczającym ich już zewsząd płomieniom?

W obydwu wypadkach śmierć ich czeka niechybna!

Godfrey natężał myśl, szukając jednak środka ocalenia, sposobu uniknięcia śmierci, zaglądającej im już w oczy. Niestety, żadnego nie widział już ratunku! Gałęzie płonęły, trzaskając przeraźliwie, a gęsty dławiący dym przyćmiewał pierwsze brzaski wschodzącego dnia.

W tej strasznej chwili nagle dał się słyszeć trzask, łoskot, huk… Drzewo, przepalone u korzeni, przełamało się u dołu i z okropnym łomotem runęło… Padając jednak, zatrzymało się na pniach sąsiednich drzew olbrzymów, gałęzie zaczepiły się wzajem i oplotły, powstrzymując dalszy upadek drzewa, które oto zawisło w powietrzu, podtrzymywane przez swych towarzyszy.

W chwili, gdy drzewo Wilhelma zachwiało się i runęło, Godfrey i jego towarzysze uważali się za straconych.

– Dziewiętnasty styczeń! – krzyknął nagle głos, który Godfrey natychmiast poznał, mimo całej grozy chwili…

To Karefinotu wykrzyknął te dwa słowa… Tak! Karefinotu wydał ten okrzyk w języku angielskim… którego dotychczas zdawał się nie znać i nie rozumieć…

– Co powiedziałeś? –zawołał Godfrey, osuwając się ku niemu po gałęziach.

– Co powiedziałem? – powtórzył Karefinotu. – Powiedziałem, że dziś musi przybyć pański wuj Kolderup, a jeśli nie przybędzie, to jesteśmy straceni.



Rozdział XXII

W którym wszystko, co dotychczas było niewyjaśnionem, wreszcie się wyjaśnia.

Wtejże chwili, zanim Godfrey mógł jeszcze znaleść jakąkolwiek na te słowa odpowiedź, w niewielkiej odległości od drzewa Wilhelma rozległy się strzały. A równocześnie jakby na zamówienie lunął deszcz tak ulewny, że w ciągu paru minut ugasił płomienie, przerzucające się już na gałęzie drzew, na których wsparł się padający olbrzym…

Godfrey był oszołomiony tem błyskawicznem następstwem wypadków niesłychanych. Zwłaszcza tym ostatnim. Karefinotu, Murzyn Karefinotu mówi po angielsku jak rodowity Anglik i w dodatku zapowiada mu bliskie przybycie wuja Willa… I te nagłe odgłosy broni palnej, tuż w ich pobliżu… Co to wszystko znaczy? Czy może oszalał? Niewiele mu jednak pozostało czasu na roztrząsania.

Bo oto może w pięć minut po odgłosie strzałów, pod grupą drzew-olbrzymów wyłoniły się postacie majtków. W okamgnieniu Godfrey i Karefinotu zaczęli się osuwać po pniu drzewa, w którego wnętrzu jeszcze się srożył pożar. Zaledwie Godfrey dotknął stopą ziemi, gdy usłyszał, że go wołają po imieniu i to dwa głosy, z których każdy byłby poznał nawet w chwili najstraszniejszego lęku i niepokoju.

'School for Robinsons' by Léon Benett 51

– Siostrzeńcze Godfreyu! Witaj mi!

– Godfreyu! Mój najdroższy!

– Wuj Wil!… Fina!… Wy tu! – wykrzyknął Godfrey, nawpół nieprzytomny…

W najbliższej sekundzie znalazł się w objęciach wuja i przyciskał do piersi narzeczoną… Tymczasem na rozkaz kapitana Turcotte, dwóch majtków wdrapało się na drzewo, by wyzwolić Tarteletta, którego z całym szacunkiem, należnym jego osobie, odwiązano od gałęzi.

Teraz zaczęły się pytania, odpowiedzi, wyjaśnienia, rzucane jak z procy.

– Wuj Wil! Skąd się wuj tu bierze?

– Tak, to ja! Przyjechaliśmy poprostu!

– Ale jakim sposobem odkryliście wyspę Finy?

– Co za wyspa Finy? Chcesz powiedzieć: wyspa Spencera – spokojnie odparł William W. Kolderup. – Cóż w tem trudnego? Wszak kupiłem ją przed rokiem!

– Wyspa Spencera!

– Której ty nadałeś moje imię, najdroższy? – spytała Fina.

– To nowe imię bardzo mi się podoba, niech-że więc odtąd będzie wyspa Finy – rzekł wuj. – Niemniej dla geografów musi nadal pozostać wyspą Spencera, odległą o trzy doby od San Francisco, na której umożliwiłem ci przeżycie losów Robinzona. Sądzę, że wyjdzie ci to na korzyść, mój siostrzeńcze!

– Ach, drogi wuju! Wuju Wilu, czy wuj mówi serjo? Jeśli tak, to tyle tylko mogę odpowiedzieć, że nie zasłużyłem wcale na taką karę! Ale w takim razie, co mam myśleć o rozbiciu „Marzenia”? Proszę mi to wyjaśnić…

– Zwykła komedja! – odparł William W. Kolderup, który nigdy w życiu nie był w tak znakomitym humorze. – „Marzenie” zanurzyło się pod wodą, zgodnie z rozkazem, jaki wydałem kapitanowi Turcotte. Oto cała tajemnica! Powiedziano ci, że okręt tonie, ale gdy wraz z Tartelettem znalazłeś się szczęśliwie na wybrzeżu, Turcotte kontr-parą zawrócił i w trzy dni później wylądował w zatoce San Francisco. A dziś, w dniu umówionym „Marzenie” znów nas przywiozło na wyspę Spencera. Oto wszystko!

– Więc nikt nie zginął wówczas? – spytał Godfrey.

– A łódź z dzikimi?…

– Komedja! Humbug zwyczajny! Zbudowano ją w moich warsztatach!

– A dzicy ludzie…?

– Przebrani, których na szczęście strzały twe nie trafiły!

– To się rozumie, że nikt! Chyba może ten nieszczęsny Chińczyk, który ukrył się na pokładzie i którego nie znaleziono…

– Ale Karefinotu?

– Mój wierny Jup Bras, polakierowany na czarno. Widzę, że znakomicie odegrał swą rolę Piętaszka!

– Tak! – potwierdził Godfrey. – Dwukrotnie mi ocalił życie przy spotkaniu z niedźwiedziem i tygrysem.

– Tygrys i niedźwiedź, to również postacie komedjowe! – zawołał William W. Kolderup, trzymając się za brzuch, trzęsący mu się od śmiechu. – Obydwa drapieżce, ślicznie opakowane w słomę, przybyły na wyspę równocześnie z Jup Brasem i jego towarzyszami!

– Ależ sam widziałem, że poruszały głową i łapami!

– Mechanizm! Jup Bras w nocy nakręcał sprężyny, na parę godzin przed wyjściem z tobą na polowanie!

– Co?! Więc… to… tak? – rzekł Godfrey nawpół do siebie, mocno upokorzony, że w ten sposób pozwolił się wywieść w pole.

– No tak! Inaczej byłoby ci zbyt dobrze na twojej wyspie i nie byłbyś się wcale czuł Robinzonem. Musiałem się więc postarać o jakieś wypadki wstrząsające!

– Skoro jednak wuj chciał nas wystawić na taką ciężką próbę, to proszę mi wytłómaczyć, poco mi przysłał ten nieoceniony kufer? – spytał Godfrey, odzyskawszy już dobry humor. Jak pogodzić jedno z drugiem?

– Kufer? Jaki kufer? – wykrzyknął William W. Kolderup. – Ja nigdy nie przysyłałem ci żadnego kufra!… Czyżby…? – Wuj Wil zwrócił się do Finy, która spuściła oczy.

– Więc tak!… Kufer ci posłała… W takim razie musiała mieć wspólnika – rozumował wuj Wil, odwracając się do kapitana Turcotte, który wybuchnął głośnym śmiechem.

– A jakże pan myśli, panie Kolderup? – jowialnie odparł stary marynarz. – Panu odmówić, to co innego, ale pannie Finie… Nie, ja tego nie potrafię! To też przed czterema miesiącami, kiedy mnie tu pan wysłał na inspekcję, zabrałem tę skrzynię dla pana Godfreya.

– Fino, moja najdroższa! – wykrzyknął Godfrey, a głos jego drżał wzruszeniem.

– Panie kapitanie! – ozwała się Fina tonem wyrzutu. – Wszak mi pan przyrzekł, że pan to zachowa w tajemnicy.

William W. Kolderup, potrząsając swą potężną głową, napróżno starał się ukryć głębokie wzruszenie. Gdy jednak Godfrey nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słuchając wyjaśnień wuja, to Tartelett przeciwnie, czuł się głęboko urażony. Tak, jego duma osobista była bardzo dotknięta! On, profesor dobrego tonu i pięknych manier, mistrz Tartelett padł ofiarą podobnej mistyfikacji. Jego poczucie godności zostało w najwyższym stopniu obrażone. Majestatycznym krokiem podszedł do wuja Wila i rzekł:

– Mam nadzieję, że pan William Kolderup nie zechce twierdzić, jakoby olbrzymi krokodyl, który omal mnie nie pozbawił życia, był również z tektury, a poruszał się dzięki kunsztownemu mechanizmowi?

– Krokodyl? – powtórzył wuj.

– Tak jest, proszę pana – potwierdził Karefinotu, którego za jego zgodą znów będziemy nazywać Jup Brasem. – Tak jest, prawdziwy krokodyl rzucił się na pana Tarteletta, a w mojej menażerji, którą odstawiłem na wyspę, nie było przecież tego jegomościa!

Teraz Godfrey opowiedział, jak to w ostatnich czasach pojawiły się nagle na wyspie najrozmaitsze drapieżce: lwy, tygrysy, hjeny i pantery, a także mnóstwo wężów jadowitych, gdy przez całe cztery miesiące nie było ani śladu dzikich zwierząt, ni gadów…

Teraz znów William W. Kolderup był całkiem zaskoczony, gdyż żadną miarą nie mógł zagadki tej rozwiązać. Od dawna było wiadomem, że wyspa Spencera zupełnie jest wolna od dzikich zwierząt, co zresztą potwierdził kontrakt kupna.

Tak samo nie wiedział, co myśleć o owym przez Godfreya widzianym tajemniczym dymie, wznoszącym się w rozmaitych punktach wyspy, a którego przyczyny nie mógł żadną miarą stwierdzić. Nic też dziwnego, że dowiedziawszy się, iż nie wszystko działo się na wyspie podług jego instrukcyj, uczuł pewne wzburzenie, o którem świadczył wyraz jego twarzy.

Co się tyczy Tarteletta, to nie należał on do ludzi, pozwalających wmawiać w siebie rozmaite rzeczy. Wierzył święcie w rozbicie okrętu i napad ludożerców i dzikich zwierząt, a przedewszystkiem za nic na świecie nie pozwoliłby umniejszyć swej sławy, że pierwszym strzałem położył był trupem przywódcę szczepu polinezyjskiego. Był nim wprawdzie jeden ze służących z pałacu Kolderup, który nie uczuwszy nawet muśnięcia kuli, doskonale odegrał rolę rannego, lecz Tartelett święcie wierzył, że na drugi świat wysłał ludożercę.

Wszystko się tedy wyjaśniło i wytłómaczyło aż do ważnej kwestji, skąd wzięły się na wyspie dzikie zwierzęta i skąd pochodził trzykrotnie widziany dym. Nawet William W. Kolderup, wcale nie skłonny do marnowania czasu i suszenia sobie głowy nad sprawami niepotrzebnemi, musiał się jednak nad tem zastanawiać. Niemniej, będąc człowiekiem praktycznym, odłożył rozwiązanie tej zagadki na później, a teraz zabrał się do spraw bliższych. Przeto zwracając się do Godfreya, rzekł:

– Kochany Godfreyu, ponieważ zawsze marzyłeś o wyspach, przeto sądzę, że nie zrobię ci przykrości, oddając wyspę Finy na wyłączną twą własność. Tak, ofiaruję ci ją z tem, że możesz tu rządzić, jak ci się żywnie podoba. Nie mam też zamiaru gwałtem cię stąd wyrywać. Możesz pozostać na wyspie przez całe życie i w dalszym ciągu być Robinzonem…

– Co? Ja miałbym tu zostać na całe życie? – wykrzyknął Godfrey.

W tej chwili podeszła doń Fina, pytając:

– Godfreyu, czy chcesz pozostać na swej wyspie?

– Raczej umrzeć! – zawołał tonem szczerości, wykluczającej wszelką wątpliwość. Po chwili jednak dodał:

– Tak! Zostanę na mojej wyspie, ale stawiam trzy warunki. Ujął rękę dziewczyny i wyrzekł dobitnie:

1. Ty, ukochana, musisz tu ze mną pozostać.

2. Wuj Wil musi się przenieść na naszą wyspę.

3. Pastor z „Marzenia” dziś nam jeszcze da ślub.

– Dobrze wiesz, że na okręcie niema pastora! – odparł wuj Wil. – Mam jednak nadzieję, że w San Francisco znajdziemy już duchownego, który nam odda tę drobną przysługę. Zdaje się zatem, że nie postąpię wbrew twym chęciom, jeśli wydam polecenie, by zaraz rano odbić od brzegów.

Wpierw jednak wuj i Fina pragnęli obejrzeć wyspę. Rychło też podążyli wszyscy na przechadzkę, kierując się przedewszystkiem ku strumieniu, wzdłuż grupy drzew-olbrzymów.

Niestety, z mieszkania w wydrążeniu drzewa nie pozostało ani śladu! Pożar zniszczył wszystko doszczętnie! Gdyby więc William W. Kolderup nie był się zjawił w samą porę, to nasi Robinzoni, pozbawieni dachu nad głową i sprzętów i naczyń i zapasów żywności, a przedewszystkiem otoczeni gromadami drapieżnych zwierząt, rychło byliby się rozstali z życiem!

– Kochany wuju – ozwał się Godfrey – pozwól sobie powiedzieć, że nietylko wyspie nadałem imię Finy, gdyż to olbrzymie drzewo, które nam przez szereg miesięcy użyczało schronienia, nosiło znów twoje imię.

– Wiec utniemy z niego gałązkę i zaszczepimy ją w naszym ogrodzie w San Francisco – odrzekł wuj.

Podczas spaceru po wyspie, parę razy przemknęło w oddali któreś z dzikich zwierząt, nie mając jednak odwagi rzucić się na cały oddział majtków.

Następnie podążyli wszyscy na pokład, a Tartelett zwrócił się do pana Williama W. Kolderup z prośbą, by mu pozwolił zabrać „jego krokodyla”, na co się zgodzono. Wszak Tartelett musi również mieć jakąś pamiątkę z okresu swego bohaterstwa.

Wieczorem siedziało całe towarzystwo w dużej kajucie „Marzenia”, wspaniałą ucztą święcąc powrót Godfreya z wyspy i jego zaręczyny z Finą.

Nazajutrz, dnia 20 stycznia, „Marzenie” pod komendą kapitana Turcotte odbiło od brzegów. Nie bez pewnego wzruszenia wpatrywał się Godfrey w znikające wybrzeże wyspy, na której przebył pięciomiesięczny okres ciężkich prób, których wspomnienie towarzyszyć mu miało przez całe życie.

Podróż odbywała się szybko. Morze było przecudne. Przy sprzyjającym wietrze nie trzeba było nawet rozpinać żagli. A tym razem Turcotte zmierzał prosto do celu, nie będąc zmuszonym do nakładania drogi, zmieniania kierunku, celem wystrychnięcia kogoś na dudka. Nie musiał też nocą wracać na to samo miejsce, z którego wypłynął rano, by tak krążyć w kółko, zamiast się posuwać naprzód.

Dnia 23 stycznia, około południa, „Marzenie” wjechało Złotą Bramą do Zatoki San Francisco i zarzuciło kotwicę naprzeciw Merchant Street.

I co się wtedy ujawniło?

Z dolnego pokładu okrętu wyszedł człowiek, któremu po raz wtóry udało się odbyć bezpłatną podróż „Marzeniem”. Nocą, kiedy statek stał na kotwicy, człowiek ten podpłynął niepostrzeżenie i ukrył się na spodzie okrętu.

– Kto był tym pasażerem?

– Nie kto inny, jak nasz znajomy, Chińczyk Seng-Wu.

Teraz przystąpił do Williama W. Kolderup i tonem ugrzecznionym rzekł:

– Najuprzejmiej proszę o wybaczenie. Wsiadając na okręt, sądziłem, że zawiezie mnie do Szanghaju, dokąd pragnąłbym wrócić. Wobec tego, że znów wróciliśmy do San Francisco, opuszczam statek.

Zjawienie się Chińczyka wprawiło wszystkich w najwyższe zdumienie. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć intruzowi, patrzącemu na nich z uśmiechem.

– Chyba nie spędziłeś całych sześciu miesięcy na dnie statku? – wykrzyknął nareszcie William W. Kolderup.

– Nie! – odparł Seng-Wu.

– Więc gdzie tkwiłeś przez ten czas?

– Na wyspie.

– Ty? – wykrzyknął z kolei Godfrey.

– Tak! Ja!

– Więc ten dym…?

– To się rozumie. Musiałem przecież palić!

– Czemu nie spróbowałeś się do nas zbliżyć?

– Chińczyk lubi żyć samotnie – odparł Seng-Wu. – Sam sobie wystarcza i nie potrzebuje niczyjego towarzystwa.

Po tych słowach dziwaczny ten człowiek skłonił się przed Williamem W. Kolderup, skoczył na ląd i zniknął.

– Oto materjał na prawdziwego Robinzona! – zawołał wuj Wil. – Przyznasz, że nie jesteś do niego podobny – dodał, zwracając się do Godfreya. – Inna rzecz, że rasa anglo-saska niełatwo przełknie ludzi tego pokroju!

– Oto rozwiązanie jednej zagadki! – wykrzyknął Godfrey. – Dym pochodził z ognisk tego Chińczyka. Ale dzikie zwierzęta…?

– A mój krokodyl? – zagadnął Tartelett. – Mam nadzieję, że otrzymam jakieś wyjaśnienie!

Wuj William W. Kolderup przesunął ręką po czole, jak gdyby chciał odpędzić myśl irytującą. Bo prawdziwie był to powód dostateczny do irytacji, że ktoś odważał się krzyżować jego plany!

– I to się wyjaśni! – rzekł stanowczo. – Wszystko się odsłania temu, kto umie szukać.

W parę dni później odbyło się ogromnie wystawne wesele siostrzeńca i wychowanki Williama W. Kolderupa. Nietrudno się domyśleć, że młoda para była przedmiotem zachwytu i podziwu przyjaciół ogólnie znanego i szanowanego bogacza.

Przy tej sposobności profesor Tartelett prezentował cały swój szyk i wytworność i dobre maniery, a uczeń jego nie przynosił mu wstydu, mimo półrocznego pobytu na odludnej wyspie.

Tartelett wpadł na pewien pomysł. Wobec tego, że ku wielkiej jego rozpaczy, nie można było krokodyla wbić na szpilkę, jak motyla, postanowił go wypchać. Taki okaz, pięknie spreparowany, z rozwartą paszczą, przytwierdzony do sufitu, będzie piękną ozdobą pokoju i świadectwem bohaterstwa zacnego profesora, który dzięki odwadze Karefinota nie został pożarty.

Oddano więc krokodyla do preparatora, który po paru dniach przyniósł wypchanego potwora do pałacu Kolderup.

Wszyscy z zainteresowaniem oglądali potwora, który właśnie Tarteletta wybrał był sobie na befsztyk.

– Wszak panu wiadomo, panie Kolderup, skąd potwór ten pochodzi? – zwrócił się preparator do pana domu, prezentując mu rachunek.

– Nie! – odparł wuj Wil.

– Przecież pod pancerzem była etykieta.

– Etykieta? – wykrzyknął Godfrey.

– Proszę, oto jest! – rzekł preparator, wręczając Godfreyowi kawał skóry, na której było wypisane:


Nadawca: Hagenbeck z Hamburga…
Do pana J. R. Taskinar w Stockton
Stany Zjednoczone


William W. Kolderup, odczytawszy te słowa, wybuchnął hucznym śmiechem.

Teraz zrozumiał… W jednej chwili zrozumiał wszystko!

Jego przeciwnik J. R. Taskinar, nieszczęśliwy współzawodnik o kupno wyspy, przez zemstę sprowadził był od największego dostawcy menażeryj na obu półkulach cały ładunek dzikich zwierząt i gadów jadowitych, które nocą odstawił na wyspę Finy. Niewątpliwie wydał na to spory majątek, lecz udało mu się zrobić swemu znienawidzonemu rywalowi to, co podobno uczynili Anglicy z wyspą Martyniką, zanim ją oddali Francuzom.

W ten sposób wyjaśniła się ostatnia zagadka, związana z pobytem na wyspie Finy.

– Pomysł doskonały! – wykrzyknął William W. Kolderup. Ja sam nie byłbym wymyślił lepszego. Och, ten stary łotr Taskinar…

– Skoro jednak takie straszne drapieżce żyją na wyspie Spencera – poczęła Fina – to jakże…

– Na wyspie Finy! – poprawił Godfrey.

– Niechże będzie na wyspie Finy – z uśmiechem zgodziła się młoda małżonka. – Tak czy owak się będzie nazywać, to jednak mieszkać na niej niepodobna z powodu tych dzikich zwierząt.

– Phi! – zaśmiał się wuj Wil – więc zaczekamy z przesiedleniem się tam do czasu, aż ostatni lew zagryzie ostatniego tygrysa!

– Ale wtedy, najdroższa, nie będziesz się już obawiać spędzić tam ze mną paru tygodni? – zapytał Godfrey.

– Z tobą, kochany, nie obawiałabym się nigdzie! – odparła. – A wobec tego, że nie odbyłeś swej podróży dokoła świata…

– Więc odbędziemy ją teraz razem! – wykrzyknął Godfrey. – A gdyby złe losy zrobiły ze mnie kiedy prawdziwego Robinzona…

– To w każdym razie będzie ci towarzyszyć najwierniejsza z Robinzonek!


KONIEC.

'School for Robinsons' by Léon Benett 02

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.