FANDOM


Rozdział X Robinzon amerykański
Rozdział XI
Juliusz Verne
Rozdział XII
Uwaga! Tekst wydano w 1925 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

W którym, w miarę możności zostaje rozwiązana kwestja mieszkania.

Była już godzina dość późna, wobec czego Godfrey do następnego dnia odłożył szukanie jakiego schronienia. Jednakowoż na natarczywe pytania profesora co do wyników porannej wędrówki, powiedział mu ostatecznie, że znajdują się na wyspie – na wyspie Finy – i że należy się starać, by tu jako tako wyżyć, zanim da się obmyślić sposoby i środki do wydostania się z tego odludzia

– Na wyspie! – wykrzyknął Tartelett.

– Tak!… Na wyspie!

– Dokoła oblanej morzem?

– Nie inaczej!

– Ale jaka to może być wyspa?

– Przecież panu powiedziałem, a chyba pan rozumie, dlaczego ją tak nazwałem.

– Nie!… Wcale tego nie rozumiem – z kwaśnym grymasem odrzekł Tartelett. – Nie widzę też najmniejszego podobieństwa… Panna Fina jest otoczona lądem, a nie morzem; czyż nie?

'School for Robinsons' by Léon Benett 24

Po tej melancholijnej uwadze zabrano się do przygotowania jakiegoś noclegu. Godfrey ruszył jeszcze raz ku skałom, po nowy zapas jaj i mięczaków, na których chcąc nie chcąc, musieli jednak poprzestać. Całodzienne utrudzenie rychło sprowadziło mu sen. Po paru minutach zasnął pod rozłożystem drzewem, gdy Tartelett, którego filozofja nie umiała się dostosować do istniejącego stanu rzeczy, pogrążył się w smutnych rozmyślaniach.

Nazajutrz, dnia 28 czerwca, zerwali się obaj, zanim ich jeszcze zdołał zbudzić kogut. Przedewszystkiem spożyli śniadanie, taksamo wspaniałe jak wieczerza, z tą tylko miłą różnicą, że zamiast wody zaczerpniętej ze strumyka, wypili trochę mleka, udojonego od kozy.

Ach, szanowny profesorze! Gdzież smakowita miętówka, kwaskawy porter, Sherry-Cobbler, Sherry-Cocktail, których wprawdzie nie używał nadmiernie, lecz każdej chwili mógł je sobie był zamówić w eleganckich kawiarniach i barach? Niemal z zawiścią przyglądał się tym kogutom i kurom, królikom, kozom i capom, które tak ochoczo gasiły swe pragnienie wodą, nie pożądając przymieszki cukru ni alkoholu. Te stworzenia nie potrzebują też ognia, dla ugotowania pożywienia; najzupełniej im wystarczają korzenie, trawa, ziarenka, a takie śniadanie zawsze mogą mieć na zielonem łonie przyrody!

– W drogę! – zakomenderował Godfrey i w towarzystwie żywego inwentarza, który absolutnie nie miał zamiaru się odłączyć, rozpoczęli znów wędrówkę.

Godfrey zamierzał zbadać tę północną część wyspy, gdzie z wyniosłości stożkowatego wzgórza odkrył był poprzedniego dnia gąszcz olbrzymich drzew. Sądził, że najlepiej będzie zdążać tam wzdłuż wybrzeża. Może jednak odkryją gdzieś szczątki strzaskanego „Marzenia”? Może fale wyrzuciły nawet zwłoki towarzyszy, których należy pochować po chrześcijańsku? Nadzieję spotkania jeszcze któregoś z pasażerów, ocalałego z katastrofy, porzucił był ostatecznie, jako że od zatonięcia „Marzenia” upłynęło już 36 godzin.

Przekroczono pierwszy łańcuch wydm. Godfrey znalazł się niebawem wraz ze swym orszakiem na temsamem miejscu, gdzie rafy ostrym dzióbem wysuwały się w morze – i znów ujrzał się w obliczu beznadziejnej pustki Oceanu. Przez ostrożność zaopatrzyli się w nowy zapas jaj i mięczaków, nie mając pewności, czy północna część wyspy dostarczy im bodaj takich specjałów.

Pustka i głusza, jak okiem sięgnąć!

Trzeba powiedzieć, że jeśli los złośliwy postanowił tych dwóch rozbitków skazać na ciężką dolę Robinzonów, to stworzył dla nich warunki jeszcze cięższe i twardsze, niż któremukolwiek z ich poprzedników!… Tamtym pozostały przynajmniej jakieś szczątki z rozbitego okrętu! Wyłowiwszy mnóstwo przedmiotów do zaspokojenia pierwszych potrzeb życiowych, mieli jeszcze do zużytkowania szczątki statku. Na pewien czas mieli też zapasy żywności, odzież, narzędzia i broń, dzięki czemu mogli sobie ostatecznie jako tako dawać radę. Oni natomiast pozbawieni zostali wszystkiego! W czarną noc statek zatonął w morskiej otchłani, nie pozostawiwszy na rafach najdrobniejszego bodaj szczątka. Ani jednego drewienka, ani jednej zapałki nie udało się ocalić, a prawdziwie, brak tego ostatniego drobiazgu najdotkliwiej dawał się im odczuwać.

Wiem dobrze, że ludzie siedzący przy ciepłym piecu, w miłym pokoju, patrząc w buchający na kominku płomień, powiedzą: – Ależ nic łatwiejszego, jak rozniecić ogień! Tyle przecież istnieje środków i sposobów! Dwa krzemienie… trochę suchego mchu… kawałek spalone szmatki… Jak jednak spalić tę szmatkę? Jak?… Inni znów powiedzą: – ostrzem noża wykrzesać iskry jak ze stali… albo, jak to robią mieszkańcy Polinezji, trzeć dwa kawałki drzewa, aż buchnie iskra…

No tak, zapewne! Proszę jednak spróbować!

Takie myśli zaprzątały Godfreya w ciągu drogi – a były one aż nadto chyba uzasadnione. Może on sam, siedząc w swej zbytkownej komnacie przed trzaskającym ogniem na kominku i zaczytany w przygody podróżnych, myślał tak samo jak owi szczęśliwcy! Gdy jednak przyszło zdać egzamin z zaradności życiowej, zrozumiał wielką różnicę między teorją a praktyką i z niepokojem stwierdził brak ognia, tego żywiołu nieodzownego, a nie dającego się niczem zastąpić. Przed nim kroczył Tartelett, całkiem pochłonięty przez gromadkę zwierząt, którą krzykami i nawoływaniem starał się utrzymać razem.

Nagle wzrok Godfreya spoczął na barwnych jabłuszkach, w ogromnej ilości zwisających na gałązkach krzewów, które pokrywały cały skraj wybrzeża. Rozpoznał w nich owe manzanille, w niektórych częściach Kalifornji będące ulubionym przysmakiem Indjan.

– Nareszcie! – wykrzyknął. – Będziemy mieć przecież jakieś urozmaicenie naszego jadłospisu!

– Czy to jadalne? – spytał Tartelett, zwyczajem swym wykonując gest pogardliwy.

– Może się pan odrazu przekonać! – odparł Godfrey, chciwie zatapiając zęby w czerwone owoce.

Niestety były to dzikie jabłuszka, tak kwaśne, że nie mogły budzić zbytniego zachwytu. Mimo to, profesor poszedł za przykładem Godfreya i po mięczakach oraz surowych jajach, nie okazał zbytniego niezadowolenia. Godfrey zaś pomyślał, że z owoców tych da się sporządzić napój, który będzie można mieszać z wodą.

Po chwilowej przerwie, spowodowanej odkryciem owoców, znów ruszyli w drogę. Piaszczyste wybrzeże rychło ustąpiło miejsca łące, przeciętej wijącym się w poprzek niej strumykiem. Był to strumień, który Godfrey dostrzegł był ze szczytu skał.

Wyniosłe drzewa jeszcze wciąż znajdowały się w znacznej odległości i dopiero po dość forsownym, bo czterogodzinnym marszu, mężczyźni dotarli tam w godzinie południowej.

Prawdziwie, opłaciło się zobaczyć, odkryć i wziąć w posiadanie tę część wyspy!

'School for Robinsons' by Léon Benett 25

Na skraju łąki, upstrzonej krzewami manzanilla i innemi, wznosiło się ze dwadzieścia olbrzymów, śmiało mogących się mierzyć ze sławnemi olbrzymami lasów kalifornijskich. Tworzyły one duże półkole, a u ich stóp rozścielał się zielony kobierzec traw, obramowany strumykiem. Zaś w odległości jakichś stu kroków od srebrnej wstęgi strumyka, zaczynało się podłużne wybrzeże, wyzębione skałami, zarzucone skałami i morszczyzną, wąską kończyną gubiącą się w dali.

Olbrzymie drzewa należały do gatunku drzew mamutowych, z rodziny szpilkowatych. Anglik nazwałby je niewątpliwie „Wellingtonami”, a Amerykanin „Waszyngtonami”.

Bez względu jednak na nazwę, mającą upamiętniać zwycięzcę z pod Waterloo, czy założyciela republiki amerykańskiej, drzewa te są najwspanialszemi okazami flory Kalifornji i Nevady.

W niektórych częściach tych krajów istnieją całe lasy drzew-olbrzymów, z których niektóre mają 60-80 stóp obwodu, a 300 stóp wysokości. Jedno z tych drzew u wnijścia do doliny Yosemite, miało nawet sto stóp obwodu. Za życia (zostało już bowiem ścięte) wierzchołkami swych gałęzi dosięgało 400 stóp wysokości, czyli mierzyć się mogło z katedrą w Strassburgu. Dotąd jeszcze mówi się o „Matce lasu”, „Królowej boru”, „Chacie pionierów”, „Dwóch strażnicach”, „Trzech gracjach” itd. należących do istnych cudów świata roślinnego. Na pniu takiego olbrzyma zbudowano kiosk, w którym 16-20 osób mogło wygodnie tańczyć kadryla. Najpotężniejszy z tych olbrzymów, zwany „Ojcem lasu”, liczy podobno 4000 lat, a ma 450 stóp wysokości, przewyższając temsamem krzyż na kościele św. Piotra w Rzymie, wielką piramidę Gizeha, wreszcie żelazną dzwonnicę katedry w Rouen.

Otóż grupę takich kolosów w liczbie 20, kaprys natury rzucił był na tę wyspę, może w tych jeszcze czasach, kiedy król Salomon wznosił świątynię jerozolimską, dawno już leżącą w ruinach. Najwyższe z nich sięgały 300 stóp wysokości, najniższe 250. Niektóre, wydrążone od starości, mogły w swem wnętrzu pomieścić cały szwadron jeźdźców.

W obliczu tych cudów przyrody, zdarzających się na wysokości 5-6000 stóp nad powierzchnią morza, Godfrey doznał uczucia zdumienia i podziwu. Zdawało mu się przez chwilę, że już dla tego widoku warto było odbyć podróż, tak fatalnie zakończoną. Bo też trudno sobie wyobrazić coś równie wspaniałego, jak te olbrzymy, o średnicy, nieznacznie się tylko zwężającej, w miarę jak strzelają w górę, i dopiero w wysokości 30-100 stóp ponad ziemią rozszerzających się w las konarów.

Jedno z tych mamutowych drzew, przedewszystkiem ściągnęło na siebie uwagę Godfreya. Wydrążone od spodu, miało otwór na 4-5 stóp szeroki, przez który można było dostać się do wnętrza. Całe jądro olbrzyma zniknęło i rozsypało się w delikatny, białawy pył; niemniej, potężna kora, spoczywająca na olbrzymich korzeniach zapewniała mu jeszcze parę wieków żywota.

– Jaskini ani groty nie mamy! – wykrzyknął Godfrey. – Możemy jednak zamieszkać w tym drewnianym domu czy wieżycy, a podobnem mieszkaniem nie może się chyba poszczycić największy bogacz na świecie. Chodź pan, profesorze, by objąć dom ten w posiadanie!

Wlokąc za sobą poczciwego Tarteletta, Godfrey rozlokował się w wydrążeniu drzewa. Średnica wnętrza mogła wynosić 20 stóp, a wysokości nie można było ustalić z powodu mroku. Ściany z kory nie dopuszczały bowiem światła, lecz zabezpieczały też skutecznie przed deszczem i wiatrem. Podłoga komnaty, zajętej przez naszych rozbitków, zaścielona była grubą warstwą pyłu roślinnego, w którym grzęzło się jak w puchu. Bądź co bądź, nasi dwaj rozbitkowie znaleźli schronienie, bezpieczniejsze i suchsze od jakiejkolwiek groty czy jaskini. W danych warunkach nie można było marzyć o czemś lepszem!

'School for Robinsons' by Léon Benett 26

– I co, panie Tartelett? Jakże się panu podoba to domostwo?

– Tak, ale gdzie jest ognisko? – spytał Tartelett.

– Zanim się zaczniemy trapić o ognisko, trzeba zdobyć ogień! – odparł Godfrey.

Odpowiedź, całkiem chyba logiczna, z której jednak Tartelett nie był wcale zadowolony.

Godfrey zabrał się tymczasem do badania najbliższego otoczenia. Jak wpierw powiedziano, łąka rozścielała się u stóp mamutów drzewnych, a przepływający ją strumyk odświeżał powietrze i utrzymywał wilgoć, sprzyjającą rozwojowi roślinności. To też wzdłuż jego brzegów rozrastały się bujnie mirty i krzewy manzanilli, zapowiadając bogate zbiory dzikich jabłek.

Nieco dalej, na terenie trochę pochyłym, górowały nad trawnikiem dalsze grupy drzew: buków, sykomorów, sosen syberyjskich. Jakkolwiek strzeliste, drzewa te obok tamtych kolosów, których cienie, rzucane rano musiały się chyba wydłużać aż do Oceanu, robiły wrażenie krzewów. W poprzek łąki biegły zygzakowate szeregi kępek roślinności najrozmaitszej wielkości i gatunków, których bliższe zbadanie Godfrey odkładał do dnia następnego.

Nietylko jemu, ale w równej mierze towarzyszącym mu zwierzętom, okolica nowo-odkryta bardzo się podobała. Króliki, kozy i capy szybko się zadomowiły, z zapałem obgryzając liście i trawę, znacznie bujniejszą, niż na wybrzeżu. Drób równie skwapliwie zabrał się do poszukiwania robaczków, które nad strumykiem znajdował w obfitości. Niebawem cały ten szmat ziemi ożywił się jak nigdy przedtem: beczenia, gdakania, skoków, trzepotania było tu jakby na podwórzu dobrze zagospodarowanej farmy.

Godfrey wrócił do grupy drzew-olbrzymów, by dokładnej obejrzeć drzewo, które mu miało odtąd służyć za mieszkanie. Wydało mu się, jeśli nie niemożliwem, to bądź co bądź trudnem zadaniem, wdrapać się po pniu zewnętrznym, całkiem gładkim; natomiast po korze wewnętrznej, tu i ówdzie sfałdowanej, łatwiej dałoby się to uskutecznić, o ile drzewo jest wydrążone aż do pierwszej warstwy konarów.

W każdym razie zbadać należy, czy w razie niebezpieczeństwa, można się będzie schronić wśród gałęzi. Na razie jednak sprawę tę musi odłożyć na chwilę wolniejszą. Godzina było dość późna, jak wskazywało słońce chylące się ku zachodowi, więc tego dnia żadnych już wypraw podejmować niepodobna. Natomiast po posiłku, zakończonym deserem z dzikich jabłek, nie pozostawało nic lepszego do zrobienia, jak ułożyć się do spoczynku na miękkim pyle roślinnym, głęboką warstwą zaścielającym wnętrze drzewa.

Obaj Robinzoni rychło to zrozumieli i poruczywszy się pieczy Opatrzności, rozkwaterowali się w gościnnym olbrzymie, którego Godfrey nie omieszkał nazwać od imienia wuja „drzewem Wilhelma” – zgodnie ze zwyczajem krajowym, nakazującym wszystkie olbrzymie drzewa obdarzać imionami sławnych obywateli Stanów Zjednoczonych.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.