FANDOM


Rozdział IX Robinzon amerykański
Rozdział X
Juliusz Verne
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1925 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

W którym Godfrey czyni to, co uczyniłby każdy rozbitek w jego położeniu.

Noc minęła bez żadnych niespodzianek: Rozbitki zmęczeni wstrząsającemi przeżyciami i trudami dnia, spali tak spokojnie, jak gdyby się byli ułożyli do spoczynku na swych wygodnych łożach w pałacu Kolderup. Z pierwszym brzaskiem dnia, a było to 27 czerwca, zbudziło ich głośne pianie koguta. Godfrey w okamgnieniu uświadomił sobie całą sytuację, gdy Tartelett długo przecierał oczy i prostował zdrętwiałe członki, zanim zorjentował się w swem położeniu.

– Czy dzisiejsze śniadanie będzie podobne do wczorajszego? – były pierwsze jego słowa.

– Obawiam się, że tak – odparł Godfrey. – Mam jednak nadzieję, że wieczerza dzisiejsza będzie bardziej urozmaicona.,

Profesor nie mógł się wstrzymać od wzgardliwego gestu, wymowniejszego od słów. Gdzież się podziała herbata i kanapki, podawane mu dotychczas tak regularnie, skoro tylko otworzył oczy? Jakże bez tego wstępu czekać na śniadanie, którego się może wcale nie doczeka?

Należało się zdecydować. Godfrey doskonale sobie zdawał sprawę z odpowiedzialności ciążącej wyłącznie na nim, gdyż na żadną pomoc ze strony swego towarzysza liczyć wszak nie mógł! W tej pustej czaszce, mieszczącej mózgownicę profesora, nie zrodzi się ani jedna myśl praktyczna: Godfrey musi przeto myśleć, postanawiać i działać za dwóch.

Pierwsza jego myśl pobiegła ku Finie, której przez bezmyślność nie chciał narazie poślubić. Druga myśl skierowała się do wuja Wila, z którym rozstał się tak lekkomyślnie, a trzecia objęła Tarteletta, do którego zwrócił się z zapytaniem:

– A gdybyśmy się tak zabrali zaraz do jedzenia? Mamy jeszcze trochę mięczaków i kilka jaj, urozmaicenia jadłospisu.

– Ale nie mamy nic do gotowania!

– Nic? – podjął Godfrey. – A co byś tak powiedział, drogi profesorze, gdybyśmy nie mieli ani tych środków pożywienia?

– Powiedziałbym, że niczem nie można się pożywić – sucho odparł Tartelett.

Ostatecznie nie pozostawało nic innego, jak zabrać się do tego niewyszukanego posiłku, co też uczyniono. A wtedy Godfreyowi przyszła myśl zupełnie naturalna, że trzeba podjąć wczorajszą podróż odkrywczą. A przedewszystkiem stwierdzić, i to możliwie najdokładniej, w jakiej części Oceanu „Marzenie” się rozbiło. Bo tylko w ten sposób zdołają dotrzeć do jakiejś zamieszkałej części tego lądu, skąd uda się może odbyć podróż powrotną, a przynajmniej dostać się na któryś z przejeżdżających okrętów.

Godfrey miał nadzieję, że potrafi się może zorjentować z wyniosłości drugiego grzbietu wzgórz, których malownicze kontury wyłaniały się nad lasem. Sądził, że w ciągu paru godzin zdoła przebyć dzielącą go przestrzeń, a ponieważ chodziło o konieczność nieuniknioną, więc postanowił bezzwłocznie ruszyć w drogę. Drób znów się rozprószył wśród wysokich traw, skwapliwie poszukując żywności, a króliki, kozy i capy biegały na skraju lasu.

Tym razem Godfrey nie miał już obawy, by cała ta czworonoga i skrzydlata gromada podążyła jego śladem. Niemniej dla większego bezpieczeństwa, poruczył Tartelettowi, by nad niemi czuwał. A profesor bardzo chętnie wyrzekł się męczącej wędrówki, i wolał przez parę godzin dozorować trzodę i ptactwo. O jedno tylko spytał:

– Czy się jednak nie zabłąkasz, Godfreyu?

– Co do tego, to proszę nie mieć najmniejszej obawy – uspokoił Godfrey – przejdę tylko w poprzek tego lasu, a ponieważ pan się stąd nie ruszy, więc z łatwością się znajdziemy.

– Proszę nie zapomnieć o depeszy do wuja; musi co rychlej nadesłać kilkaset dolarów!

– Tak, depeszę, albo list! Zgoda! – odparł Godfrey, nie chcąc Tarteletta pozbawiać złudzeń, zanim się nie upewni co do położenia tego kraju.

'School for Robinsons' by Léon Benett 22

Uścisnąwszy rękę profesora, ruszył w kierunku lasu, a niebawem zagłębił się w gęstwinie, poprzez którą z trudem tylko przedzierały się skąpe promienie światła. Kierując się słońcem, młody nasz badacz szedł prosto przed siebie, zmierzając ku wzgórzu, którego grzbiet przysłaniał cały widnokrąg wschodni.

Nie było tu ani śladu ścieżki, jakkolwiek na ziemi widniały ślady zwierząt, które musiały tędy przechodzić. Kilka razy miał wrażenie, że przemykają przed nim łosie lub daniele, ale śladów dzikich zwierząt, jak tygrysy, czy też jaguary, nie dostrzegł nigdzie, mimo pilnych poszukiwań. A prawdziwie nie miał powodu uskarżać się z powodu ich nieobecności!

Wysokopienny las, a mianowicie taras, sięgający od pierwszych gałęzi do najwyższych, służył jako schronienie dla niezliczonych rojów ptactwa: setki dzikich gołębi, orłów morskich, głuszczów, arakarów o dziobach przypominających nożyce morskich raków. A wyżej, ponad polankami zataczało kręgi powietrzne kilka ptaków, należących do rodziny jastrzębi, o oczach, robiących wrażenie kokardek. Jednakowoż żaden z tych ptaków nie należał do gatunku specjalnego, z którego możnaby wnosić o geograficznem położeniu tego skrawka ziemi, na którym znaleźli się rozbitki.

Taksamo drzewa bujnego lasu nie mogły być żadnym wskaźnikiem. Przeważnie były to rozmaite odmiany niemal tych samych drzew, jakie widuje się w Stanach Zjednoczonych, na przestrzeni między Kalifornia, Zatoką Monterey i Nowym Meksykiem. Wiązy, brzozy i dęby, kilka odmian magnolij i topoli, jakie rosną w Południowej Karolinie, na rozleglejszych polanach kasztany i oliwki, a z krzewów tamaryszki i mirty – jednem słowem, flora najbardziej znana w południowej części strefy umiarkowanej. Przeważnie gąszcz leśny nie był tak splątany, by nie można było się przedrzeć bez pomocy siekiery, a wiatr od morza wiejący poruszał listowiem. Tu i ówdzie słońce przedzierało się przez zielony strop liści i odbijało się w wielkich kałużach czy bagienkach.

Godfrey kroczył przed siebie pod tym zielonym stropem lasu i ani na myśl mu nie przyszło przedsięwziąć jakieś środki ostrożności. Jedna go tylko pochłaniała myśl: dotrzeć co rychlej do wzgórz, bramujących pas lasu od strony wschodniej. Poprzez zieleń starał się rozróżnić kierunek promieni słonecznych, by w prostej linji dojść do celu. Nie zwracał nawet uwagi na t. zw. ptaki-przewodniki, które lecą przed wędrowcem, to znów zawracają i lecą dalej, jak gdyby mu wskazywały drogę. Godfrey tak był zamyślony, że wcale nie zauważył tych skrzydlatych przewodników.

Łatwo można zrozumieć ten jego stan duszy. Przed upływem godziny miały się rozstrzygnąć losy rozbitków. Przed upływem godziny może stanąć na ziemi zamieszkałej tego nieznanego kraju!

Na podstawie znanej mu marszruty „Marzenia”, Godfrey wnioskował, że po siedmnastu dniach podróży mogli byli przed rozbiciem statku dotrzeć do brzegów Japonji czy Chin. Z położenia słońca, wciąż jeszcze widniejącego przed nim po stronie południowej, miarkował, że istotnie nie przekroczyli półkuli południowej.

Po dwugodzinnym marszu Godfrey obliczył mniej więcej, że przebył przestrzeń pięciomilową – wobec czego drugie pasmo wzgórz nie może już być daleko. Las przerzedzał się też z każdą chwila, tworząc pojedyncze grupy drzew, a promienie słońca coraz łatwiejszy znajdowały przystęp. Także grunt stawał się bardziej kamienisty, każąc się domyślać pobliskich skał.

Jakkolwiek dość znużony, Godfrey siłą woli zmuszał się do dalszego marszu. Niewątpliwie byłby nawet przyspieszył tempo, by co rychlej stanąć u celu, gdyby strome zbocza nie utrudniały mu pochodu. Niebawem jednak znalazł się na takiej wysokości, że mógł z niej objąć przebytą drogę i spojrzeć na zielony strop, nad którego równą linją górowały tu i ówdzie strzeliste korony drzew. Szybko jednak odwracał oczy, gdyż nie chodziło mu o widoki, jakie pozostawił za sobą. Z wytężeniem natomiast wpatrywał się w nagą ścianę grzbietu, wzbijającego się na jakie 4-5000 stóp wysokości. Ściana ta rysując się ostro na tle horyzontu, stanowiła zaporę, która przysłaniała mu upragniony widok na wschód.

Mały stożkowaty wierzchołek wznosił się ponad zębatą linją grzbietu, tworzącego szereg pagórków.

– Tam… tam…! – mamrotał do siebie Godfrey. – Do tego punktu dotrzeć, a odrazu się zorjentuję!… Oby już stanąć na szczycie tego stożka!… Co stamtąd zobaczę?… Miasto… wieś… pustynię?…

Przyciskając ręce do serca, by stłumić gwałtowne jogo bicie, Godfrey wspinał się coraz wyżej. Dech mu zapierało, kolana się pod nim chwiały, lecz wzburzenie jego było zbyt silne, by mógł się w tej chwili zmusić do cierpliwości i bodaj o jedną minutę opóźnić rozstrzygnięcie swych losów. Tedy resztkami sił wspinał się na wierzchołek, od którego dzielić go mogło jakie sto stóp.

Nareszcie – – kilka jeszcze chwil… a stanie u celu! Ten ostatni kawałek drogi nastręczał jednak największe trudności, gdyż był tak stromy, że Godfrey musiał sobie pomagać rękami, czepiając się kępek trawy i wątłych krzewów mirtu, by się wdrapać na szczyt.

Jeszcze jeden wysiłek… i oto wysunął głowę ponad szczyt stożka, ułożył się na brzuchu, by w tej najwygodniejszej pozycji chciwemi oczymi objąć cały horyzont od strony wschodniej…

Nic… nic, prócz morza, olbrzymiej, nieprzejrzanej masy wód, które w dali łączyły się, zlewały z linją nieboskłonu!…

Odwrócił głowę…

Od wschodu i zachodu, północy i południa morze, zewsząd morze… nieskończone morze, zamykające go ze wszystkich stron!

'School for Robinsons' by Léon Benett 23

– Wyspa!

Serce Godfreya zacisnęło się bolesnym skurczem, gdy słowa te wyrwały mu się z gardła. Ani na chwilę nie przyszło mu na myśl, że burza wyrzuciła go na wyspę a jednak tak jest!… Przesmyk, który w jego wyobraźni łączył go z dalszym lądem, zniknął raptownie! Ogarnęło go uczucie, jakiego doznawać musi człowiek, który zasnął w łódce, a po przebudzeniu widzi, że porwał go wir zawrotny i pędzi niewiadomo dokąd, a on nie ma wioseł, ani żagli, by zawrócić ku brzegom.

Szybko jednak się opamiętał. Należy się pogodzić z koniecznością, skoro nic innego uczynić nie można. Z zewnątrz żadnej pomocy oczekiwać teraz nie może, więc sam sobie musi radzić, w miarę sił i możności.

Przedewszystkiem trzeba się zorjentować co do położenia wyspy, którą z tej wyżyny obejmuje w całej jej rozciągłości. Jego zdaniem, nie mogła ona mieć ponad 60 mil w obwodzie, bo o ile na oko można było sądzić, jakie 20 mil długości od południa na północ, a 12 szerokości od wschodu na zachód. Środkowa jej część ginęła całkiem w zielonej gęstwie lasu, ciągnącego się aż po grzbiet górski, zakończony stożkowatym wierzchołkiem. Z tego stożka pochyłe, niezbyt strome zbocze prowadziło na wybrzeże.

Cały dalszy teren pokryty był łąkami, wśród których wznosiły się grupy drzew, albo też skalnem wybrzeżem, kapryśnymi załomami wybiegającymi głęboko w morze, które na niektórych punktach wrzynało się w ląd, tworząc maleńkie przystanie dla łodzi, o ile tu wogóle jakieś zajeżdżały. Tylko zatoka, gdzie rozbiło się „Marzenie”, mogła mieć 7-8 mil obwodu. Szeroko rozwarta, nie mogła żadnemu okrętowi użyczyć bezpiecznego schronienia, chyba przy wietrze wschodnim.

Jaka to jednak wyspa? Do jakiego archipelagu należy? Czy może tylko jest poszczególnym wierzchołkiem jakichś raf podwodnych, często się zdarzających na Oceanie Spokojnym? To pewne, że jak okiem sięgnąć, nie widać żadnej innej, małej czy dużej, wysoko górującej nad powierzchnią morza, czy też niskiej, nieznacznie nad poziom wody wzniesionej.

Godfrey dźwignął się i bystrem okiem obejmował cały horyzont. Nic, nic na całej przestrzeni, aż hen po najdalszą linję, gdzie wody zlewają się z niebem. Jeśli więc jakaś wyspa czy ląd stały leżały poza widnokręgiem, dostępnym oczom Godfreya, to chyba w bardzo znacznej odległości.

Młody człowiek natężał umysł, by sobie przypomnieć cały zasób swych wiadomości geograficznych, by przy ich pomocy zmiarkować, jaka to może być wyspa. Rozmyślania nasunęły mu wniosek następujący: Pomijając nieznaczne zboczenia, „Marzenie” przez 17 dni i nocy płynęło w kierunku zachodnim. Biorąc przeciętnie 150-180 mil na dobę, musieli przepłynąć 50 stopni. Z drugiej strony stwierdził z całą pewnością, że nie przekroczyli jeszcze równika. Wobec tego należy wyspy, na której się znalazł, względnie grupy wysp, do których ona należy, szukać pod 160-170 stopniem północnej szerokości. –

W tej części Oceanu Spokojnego, rozumował Godfrey, nie odnalazłby na mapie innych wysp prócz archipelagu Sandwich; czy jednak oprócz archipelagu niema rozmaitych wysp pojedynczych, których nazw nie pamięta? Tych wysepek drobniutkich, rozsianych aż po wybrzeże Chin?

Niewiele mu zresztą zależało na nazwie wyspy, skoro o środkach i sposobach wydobycia się stąd do jakiejś gościnniejszej krainy, nie mogło nawet być mowy!

– Trudno – pomyślał Godfrey, – skoro nie wiem nawet, jak nazywa się ta wyspa, to nazwę ją Finą, na cześć tej, której nie powinienem był opuszczać, by gonić po świecie. Być może, że imię to jednak przyniesie mi szczęście.

Teraz postanowił zbadać, czy nieznane mu jeszcze okolice wyspy nie są jednak zamieszkałe. Ze szczytu wzgórza nie dostrzegł jednak nic, coby wskazywało na jakieś ślady ludzkich osad. Ani namiotów na rozległych łąkach, ani domów na skraju lasu, ani chat rybackich wzdłuż wybrzeża. Podobnie pustą i martwą jak wyspa była też niezmierzona przestrzeń wód ją otaczających; nigdzie statku, ani łodzi na bezmiarze Oceanu.

Ukończywszy smutne obserwacje, Godfrey nie mógł uczynić nic innego, jak opuścić swą wyniosłą pozycję i skróś lasu powędrować z powrotem do Tarteletta. Zanim jednak zaczął zstępować ze wzgórza, raz jeszcze objął wzrokiem cały widnokrąg, by przez chwilę zatrzymać się spojrzeniem na gąszczu wysokich drzew, stanowiących niejako północną granicę łąk. Była to potężna grupa, górująca nad wszystkiemi innemi.

– Może jednak znajdę tam jakieś miejsce, gdzie da się zamieszkać – mruczał do siebie, – co wydaje się tem prawdopodobniejsze, że srebrzy się tam jakiś strumyk, który wypływa zapewne ze środkowego łańcucha gór i szuka sobie drogi przez łąkę.

Sprawdzenie tego odkrycia odłożył na dzień następny.

Od południa wyspa przedstawiała widok bardziej urozmaicony. Lasy i łąki tworzyły barwne tło dla żółtego kobierca piasków i żwiru, a tu i ówdzie wybrzeże piętrzyło się w malownicze skały. Jakież zdumienie ogarnęło jednak Godfreya, gdy nagle zobaczył lekką smugę dymu, wzbijającą się ponad drugiem zboczem ściany skalnej.

– Czyżby jednak nasi towarzysze? – wykrzyknął. – Nie, niepodobna!… Bo i czemuż byliby się wczoraj oddalili od zatoki i to o kilka mil? A może to jednak jakaś wieś rybacka, lub obóz ludności tubylczej?

Godfrey z zapartym oddechem śledził tę smużkę dymu, czy oparów, przez wiatr pędzoną ku zachodowi. Oczywista, że może też wszystko polegać na złudzeniu optycznem… Jakoż po upływie kilkunastu minut, rzekomy dym, czy opary, rozwiały się bez śladu, pozostawiając gorzkie rozczarowanie. Znów nadzieja okazała się zwodniczą!…

Po raz ostatni Godfrey ogarnął okiem całą przestrzeń. Nie dostrzegłszy jednak niczego, na ziemi ni na morzu, osuwając się i zstępując ze stromej ściany skalnej, znalazł się wreszcie na równym gruncie i przez las podążył z powrotem. Po jakiejś godzinie był znów u skraju wybrzeża.

Tu czekał Tartelett w otoczeniu swych czworonogów i drobiu. Jakiemu zajęciu oddawał się uparty profesor? Ciągle temu samemu! W prawej ręce trzymał jedno drewno, w lewej drugie i tarł a tarł z zapałem godnym lepszego wyniku.

– I co? Stację telegraficzną znalazłeś? – krzyczał z daleka.

– Jeszcze nie otwarta – odparł Godfrey, wciąż jeszcze nie mając odwagi przedstawienia temu nieborakowi prawdziwej sytuacji.

– A poczta?

– Jeszcze zamknięta! – brzmiała odpowiedź. – Zabierzmy się jednak do śniadania, gdyż umieram z głodu. Rozmawiać możemy później!

I tego przedpołudnia Godfrey i Tartelett musieli poprzestać na chudej strawie, bo oprócz ślimaków i surowych jaj nie mieli żadnego innego pożywienia.

– Bardzo zdrowy wikt! – kilkakrotnie powtarzał Godfrey, lecz Tartelett był innego zdania, i prawie że nie tknął tej zachwalanej uczty.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.