FANDOM


Rozdział VII Robinzon amerykański
Rozdział VIII
Juliusz Verne
Rozdział IX
Uwaga! Tekst wydano w 1925 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

W którym Godfrey dochodzi do smutnych rozważań nad żądzą podróżowania.

Jeszcze trzy godziny należało oczekiwać do wschodu słońca. O godzinach tych można rzec, że zdają się trwać wieki.

Jak na początek, próba to była bardzo ciężka. Ale Godfrey nie wyruszył przecież na wycieczkę. Wsiadając na okręt, mówił sobie w duchu, że oto pozostawia za sobą byt szczęśliwy i spokojny, jakiego nie może się spodziewać od zmiennych losów dalekiej podróży. Trzeba więc umieć stawiać czoło nieszczęściu.

Chwilowo był ocalony. Na tej skale woda go nie dosięgnie, bo tylko piana bałwanów bluzga o kamienne jej ściany. Czy fale uniosą go podczas przypływu? Nie, bo po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że statek rozbił się właśnie w chwili najwyższego przypływu.

Czy jednak jest to skała pojedyncza? Czy wznosi się jako jeden ze szczytów całego szeregu skał? Jakie wybrzeże kapitan Turcotte rozróżnił po ciemku? Do jakiego lądu może ono należeć? To pewne, że podczas kilkudniowej burzy statek został rzucony w niewiadomo jakim kierunku i dlatego nie dało się określić dokładnie jego obecnego położenia. Nie ulega to żadnej wątpliwości, bo wszak dopiero przed dwiema godzinami kapitan Turcotte zapewniał, że na jego mapach niema żadnych raf w tej okolicy. Szkoda, że on sam nie wyjechał, by zbadać, czy istotnie niema raf, sygnalizowanych przez straże.

Więc jednak straż miał słuszność i gdyby kapitan był wyjechał nieco dalej na swej szalupie, nie byłoby doszło do tej katastrofy. Naco się jednak zdadzą spóźnione rozważania?

Znalazłszy się w obliczu faktu dokonanego, Godfrey zrozumiał, że obecnie kwestją życia i śmierci było stwierdzić, czy skała, na której znalazł schronienie, należy do jakiegoś stałego lądu. A w jakiej strefie Oceanu Spokojnego się znajduje nad tem będzie mógł rozmyślać później. Skoro tylko zacznie świtać, musi przedewszystkiem opuścić tę skałę, której szczyt był co najwyżej na 20 stóp długi i taksamo też szeroki. Ale opuścić można jakieś miejsce, jeśli je można zamienić na inne. A jeżeli innego nie będzie? Jeżeli kapitan pomylił się wśród gęstej mgły? Jeśli dokoła tej skały rozpościera się tylko bezmiar Oceanu? Jeśli, jak sięgnąć okiem, niebo i woda zlewają się na skraju horuzontu?

Myśli młodego rozbitka skoncentrowały się na tem pytaniu. Wytężył wzrok, by w nieprzeniknionych ciemnościach rozróżnić, czy jakaś skłębiona masa, jakaś grupa skał czy raf zwiastuje bliskość lądu stałego.

Nic jednak nie zobaczył. Do nosa jego nie dolatywała żadna woń lądu, żadne światełko nie ukazało się jego oczom, żaden dźwięk nie dotarł do uszu, – żaden ptak nie zatrzepotał w mroku. Zdawało się, że wokół niego zieje tylko bezkres Oceanu.

Godfrey wcale się nie łudził, że nie pozostaje mu chyba ani cień nadziei ocalenia. Teraz już nie chodzi o spokojne odbycie podróży naokoło świata, lecz o odważne zmierzenie się ze śmiercią. Tedy myśl jego ze spokojem i odwagą wzbiła się ku owej sile, mogącej zdziałać wszystko dla najnędzniejszego nawet stworzenia, gdy ono samo nic już dla swego ratunku uczynić nie zdoła.

Godfrey nie mógł narazie uczynić nic innego jak czekać nastania dnia, pogodzenia się z koniecznością, jeśli ratunek okaże się niemożliwym, i zrobienia wszystkiego, co będzie w jego mocy, o ile będzie miał jakieś szanse ratunku.

Przejęty powagą tych rozważań, Godfrey spokojnie usiadł na skale. Złożył część przemokłej odzieży a także ciężkie buty, by w razie potrzeby móc popłynąć dalej.

Czyżby nikt prócz niego, nie był się wyratował? Ani jeden człowiek z załogi „Marzenia” nie dotarł do lądu? Wszystkich porwał wir, jaki powstaje przy zatonięciu statku? Ostatnim człowiekiem, z którym mówił, był kapitan, zdecydowany nie opuścić swego posterunku, dopóki bodaj jeden majtek będzie jeszcze na okręcie. Kapitan wrzucił go też do morza w chwili, gdy „Marzenie” miało się już pogrążyć w otchłani wód.

Ale inni? Nieszczęśliwy Tartelett, biedny Chińczyk, których katastrofa zaskoczyła, gdy jeden leżał gdzieś na pokładzie, a drugi tkwił w swej kajucie – co stało się z nimi? Ze wszystkich pasażerów, czyżby on jeden tylko uniknął śmierci? A przecież za statkiem płynęła szalupa! Czyżby bodaj kilku ludzi ze załogi nie było się schroniło na ten holownik, zanim „Marzenie” zatonęło? Chyba, że tonący statek pociągnął też za sobą szalupę, mogącą obecnie spoczywać na dnie morza, jakie dwadzieścia sążni pod wodą.

Przyszło mu na myśl, że jakkolwiek w tej nieprzebitej ciemności niepodobna cośkolwiek zobaczyć, to jednak może dać znać o sobie wołaniem. Nic mu nie przeszkadzało krzyczeć ze wszystkich sił w tę ciemność ciszę. Może mu jednak odpowie któryś z pasażerów?

Zaczął tedy wołać, wyrzucając krzyki przeciągłe, które niewątpliwie dolatywały bardzo daleko.

Żadnej odpowiedzi.

Znów zaczął wołać, zwracając się to w tę, to w inną stronę.

Milczenie.

– Więc sam, sam jeden! – szepnął do siebie.

Nietylko, że żaden głos nie odpowiedział na jego wołanie, ale nawet żadne echo nie powtórzyło jego głosu. Gdyby był na jakimś cyplu skały, stanowiącej część grupy innych skał, często ciągnących się wzdłuż wybrzeży, to krzyki jego byłyby się odbiły o ich ściany i wróciły echem. Albo więc ciągnęło się tu wybrzeże płaskie, nie mogące wytworzyć echa, albo też, co wydawało się bardziej prawdopodobnem, nie było w pobliżu żadnego lądu. Skały, na których się schronił, były odosobnionemi rafami, sterczącemi wśród morza.

Trzy godziny minęły na trwożnem wyczekiwaniu. Nawpół skostniały, Godfrey chodził tam i napowrót po wierzchu wąskiej skały, w ten sposób próbując się nieco rozgrzać. Nareszcie obłoki w górze zabarwiły się białawo – był to odblask pierwszej purpury rannego brzasku na nieboskłonie.

Godfrey zwrócił się w tym kierunku – jedynym, gdzie mógł być lad – i usiłował dostrzec, czy z cienia nie wyłonią się jakieś zbocza. W pierwszych promieniach słońca, kontury skał musiałyby się wyraźnie zarysować.

Szarawy świt nie pozwolił jednak rozróżnić żadnych kształtów. Lekkie zwoje mgieł, unoszących się nad morzem, przysłoniły najbliższe nawet otoczenie.

Godfrey nie mógł się przeto oddawać złudzeniom. Jeśli istotnie rzucony został na odosobnioną skałę Oceanu Spokojnego, to niezadługo czeka go śmierć. Śmierć z głodu, czy pragnienia, lub też dla skrócenia męki, śmierć szybsza na dnie morza.

Narazie wytężał wzrok, a bystrość jego oczu musiała się spotęgować niesłychanie, gdyż w wysiłku tym skupił całą siłę woli.

Nareszcie mgły ranne się rozwiały. Godfrey stopniowo zaczął rozróżniać poszczególne skały, tworzące całą ścianę. Odcinały się one od morza niby gromada morskich potworów. Była to długa, nieregularna masa ciemnych kamieni, dziwacznie wyzębionych, rozmaitych kształtów i wielkości. Ściana ta biegła od zachodu na wschód. Olbrzymi blok, na którym znajdował się Godfrey, wyłaniał się na skraju zachodniego brzegu skalnej ławicy, w oddaleniu co najmniej 30 sążni od miejsca katastrofy „Marzenia”. W miejscu tem morze musiało być bardzo głębokie, gdyż z zatopionego statku nie było widać nawet wierzchołka masztu.

Jedno uważne spojrzenie przekonało Godfreya, że z tej strony nie może oczekiwać ratunku. Skupił tedy uwagę na przeciwnem zboczu skał, które w miarę rozpraszania się mgieł, coraz wyraźniej przed nim się rysowały. Trzeba dodać, że przy obecnym odpływie, skały występowały w pełnych konturach. Zdawało się, że kamienny ten wał wyrasta wprost z morza, tu i ówdzie przedzielony większą masą wód, to znów małemi tylko sadzawkami. Jeśli skały te łączą się z jakiemś wybrzeżem, to bez większych trudności będzie mógł tam dotrzeć.

Narazie jednak nic nie wskazywało na bliskość wybrzeża. Także po drugiej stronie skalnego grzbietu.

Mgły się teraz rozwiały, a pole widzenia Godfreya, uporczywie wpatrującego się w tajemnicze otoczenie, znacznie się powiększyło. Przestrzeń, jaką teraz ogarniał, mogła już obejmować jakie pół mili. Tu i ówdzie wyłaniały się piaszczyste płaszczyzny, rozścielone między skałami, przystrojonemi w morszczyznę. Czyż piasek ten nie zapowiadał bliskości wybrzeża, a jeśli jest wybrzeże, to nie jest też wykluczone, że należy ono do jakiegoś lądu!

Nareszcie ukazały się na skraju nieboskłonu od strony wschodniej gromadki płaskich wydm, zasianych potężnymi blokami skał.

Słońce wessało mgły poranne, a tarcza jego błyszczała w tej chwili w pełnym blasku.

– Ląd! Ląd! – wykrzyknął Godfrey.

I wyciągnął ręce w tym kierunku, padł na kolana, przejęty gorącą wdzięcznością dla swego Stwórcy.

W istocie był to ląd. Skały tworzyły tu tylko najdalszy jego kraniec, ciągnący się na przestrzeni jakich dwóch mil. W głębi tej niejako zatoki ukazało się płaskie wybrzeże, okolone małemi wydmami. Tu i ówdzie ciągnęły się zielone smugi nisko rosnącej trawy.

Z wyniosłego punktu, zajmowanego w tej chwili przez Godfreya, łatwo było objąć cały obszar wybrzeża. Od północy do południa odgraniczone dwoma nierównemi grzbietami pogórza, mogło obejmować 5-6 mil. Mogło też być częścią jakiegoś stałego lądu. Tak czy owak, chwilowo przynajmniej nie grozi mu niebezpieczeństwo. Teraz mógł już sobie powiedzieć z całą pewnością, że nie został wyrzucony na jakąś odosobnioną skałę i wolno mu było krzepić się nadzieją, że w dalszej części tej nieznanej ziemi znajdzie zaspokojenie pierwszych potrzeb życiowych.

– Na ląd! Na ląd! – rzekł do siebie.

Przed opuszczeniem skały raz jeszcze rozejrzał się, obejmując spojrzeniem morze aż do krańców dalekiego nieboskłonu. Czy nie dostrzeże na fali jakich szczątków „Marzenia”, czy też którego z rozbitków, uniesionego przez prąd?

Nic. Widocznie i szalupę pochłonąć musiała morska głębina. Teraz przyszło mu na myśl, czy któryś z współpasażerów nie znalazł podobnie jak on schronienia na tych rafach i podobnie jak on czekał dnia, by dostać się na wybrzeże. Nikt! Na skale, podobnie jak na morzu, ani żywego ducha.

Jeżeli jednak nikt nie pozostał przy życiu, to może jakieś trupy przypłyną do stóp skały. Może tam znajdzie śmiertelne szczątki któregoś ze swych towarzyszy?

Nie! Na rafach, teraz zupełnie odsłoniętych po odpływie morza, nie znalazł nikogo!

Był sam, całkiem sam! W walce z niebezpieczeństwami, jakie go niechybnie tu czekają, może polegać jedynie na sobie!

'School for Robinsons' by Léon Benett 18

Na jego pochwałę trzeba przyznać, że nie upadł na duchu. Pragnąc jednak przedewszystkiem stwierdzić, na jakim znajduje się lądzie, od którego dzieliła go tylko nieznaczna przestrzeń, opuścił wierzchołek skały i skierował się ku wybrzeżu. Gdy jednak jedna skała od drugiej oddzielona była zbyt szerokim pasem wody, którego nie mógł przeskoczyć, to go przepływał, i tak nawpół pieszo, nawpół płynąc, zdążał ku wybrzeżu. Śliskie kamienie, porosłe klejastą morszczyzną, utrudniały ów pochód. A ciężka ta droga obejmowała niemal ćwierć mili.

Dzięki swej zręczności, Godfrey stanął wreszcie na lądzie, gdzie wprawdzie nie oczekiwała go śmierć natychmiastowa, ale życie tak ciężkie, że śmierć byłaby właściwie wybawieniem. Głód, pragnienie, zimno, niebezpieczeństwa wszelkiego rodzaju, przytem brak wszelkiej broni, którą mógłby polować na zwierzęta, bez bielizny i sukien – oto rozpaczliwy stan, w jakim się znalazł.

Głupiec! Pragnął doświadczyć, czy potrafi sobie dać radę w ciężkich warunkach? Oto nastręczyła mu się próba. Zazdrościł Robinzonowi jego przygód. Może się teraz dowiedzieć, czy los ten godzien był zazdrości. Przypomniał sobie szczęśliwe, wygodne życie w San Francisco, w gronie bogatej, kochającej go rodziny. Rzucił ten byt miły i bezpieczny, by zakosztować przygód. Myśl jego pobiegła do wuja Wila i narzeczonej i wszystkich tych swoich przyjaciół, których już chyba nie zobaczy. Przy tych wspomnieniach, ból gwałtowny ścisnął mu serce, a mimo męstwa, z jakiem znosił swój cios, oczy napełniły mu się łzami.

Gdyby przynajmniej nie był pozostał tak całkiem sam, gdyby bodaj jeszcze jeden człowiek wyszedł był żyw z katastrofy i z nim mógł dotrzeć na to wybrzeże! Chociażby nawet nie kapitan czy oficer, ale bodaj najostatniejszy z załogi, bodaj nawet profesor Tartelett! Od tego nieboraka nie mógłby się wprawdzie spodziewać żadnej pomocy, ale bądź co bądź, nie czułby się tak strasznie samotnym! Na rafach nie znalazł wprawdzie żadnego śladu ludzkiej istoty, ale może na wybrzeżu lepiej mu się poszczęści. Wszak już przed nim mógł był ktoś dostać się na wybrzeże, poszukując towarzysza, jak go on teraz poszukuje.

Tęsknem spojrzeniem przebiegł północną i południową stronę brzegu, lecz nie odkrył żadnej żywej istoty. Widocznie ta część lądu jest zupełnie niezamieszkałą. Nigdzie chaty, nigdzie dymu, wzbijającego się ponad ludzkiemi siedzibami.

– Naprzód! Naprzód! – przynaglał się Godfrey.

Szedł tedy przed siebie, północną stroną wybrzeża, zanim dostał się na piaszczyste wydmy, skąd roztwierał się szerszy widnokrąg. Panowało tu zupełne milczenie. Na piasku żadnego śladu stóp ludzkich, czy zwierzęcych. Trochę ptactwa morskiego, mew i nużyków, przelatywało ze skały na skałę – jedyne żyjące istoty w tej samotni. Godfrey przez jaki kwadrans biegał wśród tej pustki, całkiem niestety bezowocnie. W chwili, gdy przedzierając się przez zarośla i sitowie, zarastające owe wydmy, miał osiągnąć najwyższy ich punkt, nagle przystanął.

Jakiś duży, bezkształtny przedmiot, jakaś wzdęta masa, mogąca być szczątkami martwego morskiego potwora, wyrzuconego tu zapewne przez ostatnią burzę morską, widniała w odległości jakich 50 kroków od skał. Podszedłszy bliżej, Godfrey stanął jak przygwożdżony i wykrzyknął:

'School for Robinsons' by Léon Benett 19

– Tartelett!

Był to istotnie profesor tańca i dobrych manjer.

Godfrey jednym susem stanął przy swym towarzyszu. Może jednak tli w nim jeszcze iskierka życia.

Teraz zrozumiał, że to pas ratowniczy, wzdęty jak bęben, nadawał nieszczęsnemu mistrzowi wygląd morskiego potwora. Tartelett leżał nieruchomy, ale mógł przecież żyć. Widocznie ten pas utrzymał go na powierzchni wody, a fale wyrzuciły go na wybrzeże.

Godfrey zabrał się do cucenia. Ukląkł obok Tarteletta, rozwiązał krawat, zaciskający się koło szyji nieprzytomnego, z całej siły począł go nacierać, aż wreszcie uczuł pierwsze oznaki życia w postaci słabego oddechu, wydobywającego się z nawpół rozwartych ust nieszczęśliwca. Przyłożył mu rękę do serca. Serce biło jeszcze. Wymówił jego imię, a Tartelett na ten dźwięk poruszył głową. Po chwili z ust jego wydobyło się ciche westchnienie i kilka słów bezładnych. Godfrey wstrząsnął nim silnie, a wtedy Tartelett otworzył oczy, lewą ręką przesunął po czole, prawą podniósł i przekonał się, że nie zginęły mu skrzypki i smyczek, które obejmował kurczowo.

– Tartelett! Mój drogi Tartelett! – zawołał Godfrey uradowany, podnosząc głowę leżącego.

Głowa ta, z resztkami zwichrzonych włosów, skinęła potakująco.

– To ja, Godfrey, czy mnie poznajesz?

– Godfrey? – powtórzył profesor.

Odwrócił się na drugi bok, przyklęknął, rozglądnął się i z rozpromienioną twarzą powstał. Uczuł grunt stały pod nogami – nareszcie! Zrozumiał, że nie jest już na chybotliwym, chwiejnym pokładzie, narażony na wszystkie nieprzyjemności i niebezpieczeństwa morskiej jazdy. Nie jest już na morzu. Stopy jego stanęły na stałym lądzie.

W okamgnieniu profesor Tartelett odzyskał swą elegancję, utraconą od chwili wyjazdu. Mimowoli rozstawił nogi, zajął przepisaną pozycję, lewą ręką ujął skrzypce, prawą smyczek i pewnem pociągnięciem wydobywszy z mokrych strun ton głęboko melancholijny, uśmiechniętemi ustami wyrzekł:

– En place, mademoiselle!

Poczciwiec myślał o Finie.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.