FANDOM



VI Przerwana blokada • VII • Juliusz Verne VIII
VI Przerwana blokada
VII
Juliusz Verne
VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1866 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


VII.

Charlestown.

Na widok Delfina wpływającego do portu, tłum przypatrujący się mu z wybrzeża, wydał głośny okrzyk. Mieszkańcy Charlestownu, ściśle blokowani od morza, wcale nie byli przyzwyczajeni do odwiedzin statków europejskich i nie bez zdumienia zapytywali po co przybył na ich wody wielki parowiec pod angielską banderą. Ale gdy się dowiedziano w jakim celu odważył się przerwać blokadę, i że cały naładowany jest wojenną kontrabandą, okrzyki i oklaski jeszcze były huczniejsze.

James Playfair bezwłocznie porozumiał się z jenerałem Beauregard, komendantem miasta, który przyjął go jak najuprzejmiéj; młody kapitan przywoził mu ubiory dla żołnierzy i amunicyę, dwie rzeczy bardzo potrzebne. Przenoszenie ładunku parowca na ląd, rozpoczęło się natychmiast.

Przed opuszczeniem pokładu miss Jenny gorąco poleciła Jamesowi swego ojca.

— Spuść się pani na mnie, odrzekł on jéj na to; uczynię co tylko będzie w mojej mocy dla uratowania pana Halliburtt; spodziewam się że nie spotkam w tém wielkich trudności; dziś jeszcze pomówię z jenerałem.

Wierny swemu przyrzeczeniu James Playfair, ukończywszy handlowe interesa, tojest sprzedawszy ładunek Delfina i zakupiwszy za nadzwyczaj niską cenę całą partyę bawełny, widząc się z jenerałem Beauregard zwrócił rozmowę na spółczesne wypadki.

— Więc jesteś pan zdania, rzekł do jenerała, że ostatecznie południowcy zwyciężą?

— Ani na chwilę niewątpię o tém. Charlestown potrafię utrzymać dopóki jenerał Lee nie przybędzie mu na odsiecz.

— A czyś pan pewny swych żołnierzy, zapytał znowu James Playfair, czy nie znuży ich długie oblężenie?

— Nie! zdrady nie obawiam się. Zresztą ze zdrajcami postąpiłbym sobie bez żadnej litości; gdybym dostrzegł najmniejszy ruch unionistowski, całe miasto wysadziłbym w powietrze bez wahania.

— Czy masz pan więźniów unionistów?

— Mam, odrzekł jenerał. W Charlestown wybuchły pierwsze niesnaski. Unioniści, znajdujący się tu, chcieli stawić opór, a gdy ich pokonano zostali uwięzieni.

— Masz ich pan wielu?

— Około stu.

— Czy wolno im chodzić po mieście?

— Dawniéj wolno było, dopóki nie odkryłem pomiędzy niemi spisku. Naczelnik ich zdołał zawiązać stosunki z oblegającymi, którzy byli uwiadamiani o tém co się w mieście dzieje. Kazałem więc uwięzić tych niebezpiecznych gości; wielu z nich wyjdzie z więzienia już tylko na stok twierdzy; a tam dziesięć kul wyleczy ich ostatecznie od unionistowskich zachcianek.

— Jakto? będą rozstrzelani? zapytał młody kapitan, mimowolnie zadrżawszy.

— Tak; a naprzód ich naczelnik, człowiek bardzo stanowczego charakteru i niebezpieczny. Przejęte listy jego posłałem do Richmond; za ośm dni los jego zostanie stanowczo rozstrzygnięty.

— Któż jest tym niebezpiecznym przywódcą?

— Pewien dziennikarz z Bostonu, zapalony abolicyonista, niejaki Jonathan Halliburtt.

— Biedny człowiek, rzekł na to James Playfair, tamując swe wzruszenie. Zresztą to do mnie nie należy... gdy ta egzekucya będzie się dokonywać, będę już daleko na morzu.

— Jakto? myślisz pan już odpłynąć?

— Tak jest, jenerale; przedewszystkiem jestem kupcem. Oddalę się stąd jak tylko naładuję bawełną statek.

— Rób pan co mu się podoba, odrzekł jenerał niemam prawa mięszać się w jego interesa; na jego miejscu sam bym postąpił nieinaczéj. Zresztą pobyt w Charlestown niemożna nazwać przyjemnym, a port gdzie gradem sypią się kule, nie jest dogodném miejscem dla kupieckiego statku.

Rozstano się tedy w najlepszéj komitywie. Ale James Playfair powracał na swój pokład bardzo markotny.

Uszedłszy zaledwie pięćdziesiąt kroków od domu jenerała, spotkał się z Crockstonem.

— Co słychać, kapitanie? zapytał amerykanin; widziałeś się pan z jenerałem?

James Playfair, smutno kiwnął głową.

— Mówiłeś mu o panu Halliburtt?

— Nie! sam jenerał mówił mi o nim.

— I cóż?

— Powiedział że za ośm dni twój pan będzie rozstrzelany.

Na taką wiadomość kto inny skoczył by z przerażenia, lub rozpłynął się w żalu; tymczasem nasz amerykanin nie zmieszał się nawet bynajmniéj; owszem jakby lekki uśmiech przeleciał mu po twarzy i powiedział:

— Ba! to jeszcze nie wielkie nieszczęście!

— Jakto? zawołał James Playfair, oznajmiam ci iż Halliburtt będzie rozstrzelany za ośm dni, a ty nazywasz to niewielkiém nieszczęściem?!

— A tak! Bo za sześć dni pan Halliburtt będzie na pokładzie Delfina, a za siedm Delfin na otwarłem morzu.

— Tak! rozumiem cię teraz, mój zacny Crockstonie! rzekł na to kapitan, ściskając mu rękę. Dzielny z ciebie człowiek! Co do mnie, niezważając na stryja Wincentego i ładunek mego parowca, gotów jestem wysadzić go w powietrze dla miss Jenny.

— Nic nie trzeba wysadzać w powietrze, odparł amerykanin; na tém skorzystałyby tylko ryby... główna rzecz: wyswobodzić pana Halliburtt.

— W tém cała trudność.

— E!

— Trzeba porozumieć się z więźniem pilnie strzeżonym i dopomódz mu do ucieczki... na to trzeba cudu chyba!

— Na co tu cud? odpowiedział Crockston. Wierz mi pan że więzień więcéj myśli o ucieczce aniżeli strażnik o dopilnowaniu go. Otóż pan Halliburtt ucieknie.

— Jakim sposobom?

— Pomyślimy o tém.

— Ale gdy miss Jenny dowie się, że ojciec jéj jest skazany na śmierć.

— Niedowie się i basta! Gdzie jest uwięziony pan Halliburtt?

— W twierdzy odpowiedział James Playfair.

— Doskonale! teraz płyńmy do ‘’Delfina’’.

— Płyńmy.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.