FANDOM



Posłannictwo z planety Wenus

Romans fantastyczny z końca XX wieku

(Les Trois Yeux)

Maurice Leblanc

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim

Les Trois Yeux by Maurice Leblanc (book cover, 1935)




WSTĘP.

Pod koniec XX wieku na murze budynku, gdzie znajdowały się laboratoria znanego fizyka Noela Dorgeroux — poczęły się ukazywać niezwykłe ożywione obrazy przedstawiające zarówno sceny z epoki współczesnej jak wypadki z lat minionych. Dziwne te wizje poprzedzało zawsze pojawienie się trojga dziwacznych, niesamowitych oczu, rozmieszczonych z niezmienną, geometryczną dokładnością w trzech kątach trójkąta.

Siostrzeniec starego uczonego Wiktoryn Beaugrand, który dopiero w wiele lat później jął opisywać wypadki jakich był świadkiem w młodości, na próżno usiłował wydobyć od wuja rozwiązanie zapadki. Stary uczony zazdrośnie bronił swego sekretu, a to z dwóch powodów: przede wszystkim pragnął tajemnicę niezwykłych obrazów wyeksploatować dla celów dochodowych, budując olbrzymi amfiteatr, a po wtóre czuł, że nieznani wrogowie szpiegują go i zagrażają jego bezpieczeństwu. Istotnie — przeczucia złe sprawdziły się... Na miesiąc przed otwarciem amfiteatru znaleziono go zamordowanego u stóp cudownego muru...

W tym samym czasie zniknęła w tajemniczy sposób chrześniaczka Noela Dorgeroux — Beranżera Massienac… Wzbudziło to podejrzenie, iż młoda dziewczyna może być wspólniczką morderców, zwłaszcza że jednego z nich niejakiego Velmota widziano w towarzystwie panny Massignac. Wiktoryn Beaugrand, pomimo swej miłości dla pięknej Beranżery, podejrzewa ją o współudział w zbrodni, a bolesne te przypuszczenia nabierają silnych cech prawdopodobieństwa, kiedy okazują się poszlaki, że drugim mordercą jest Teodor Massignac, ojciec Beranżery — kierujący eksploatacją tajemnicy Noela Dorgeroux. To on otwiera amfiteatr! Wiktoryn Beaugrand od tego właśnie momentu zaczyna swój pamiętnik.



Rozdział I.

TŁUM WIDZI...

Teodor Massignac siedział przy kasie. On to jeśli zachodziła jakaś wątpliwość rozstrzyga! On sprawdzał bilety, on wskazywał drogę, rzucając kiedy niekiedy słówko uprzejme, aby po chwili wydać stanowczy rozkaz. A wszystko to czynił ze swoim wiecznym uśmiechem i impertynencją, trochę nonszalancją. Na twarzy jego nie było ni śladu zakłopotania. Nie psuły mu dobrego humoru ani wrogie nieraz uwagi wchodzących widzów, ani ich podejrzliwe spojrzenia, ani mniej lub więcej dyskretna kontrola policyantów, pilnujących każdego jego kroku…

Był nawet na tyle bezczelnym, że u wejścia kazał rozlepić wielkie jaskrawe afisze, na których widniała poważna, piękna głowa Noela Dorgeroux…

Oburzony do żywego widokiem tych afiszów, zbliżyłem się do niego na godzinę przed rozpoczęciem widowiska i wykrztusiłem drwiącym głosem:

— Zdjąć te afisze... Ja zabraniam… Wszystko inne niech będzie… Ale na taką, bezczelność nie pozwolę!…

Udał niesłychane zdumienie:

— Bezczelność?… Pan nazywa to bezczelnością, że ja chciałem uczcić pamięć wuja pańskiego, że zapragnąłem pokazać oczom ludzkim portret genialnego wynalazcy, którego odkrycie wywoła przewrót w świecie? Ależ ja w ten sposób zamierzałem złożyć należny mu hołd!…

Wyprowadzany z równowagi, mruczałem:

— Zabraniam… zabraniam… Nie zgodzę się na popełnienie tej jeszcze podłości!…

— Ależ owszem, owszem — roześmiał się Massignac — zgodzi się pan tak jak na wszystko inne!… To tylko cząstka całości, mój drogi panie!… To mała pigułka, którą musisz przełknąć… Wiem, że jedno słowo z twoich ust może mnie zgubić, ale pan tego słowa nie wypowiesz, bo wówczas wynalazek Noela Dorgeroux byłby na zawsze dla ludzkości stracony!… Wszak ja jedynie jestem posiadaczem jego tajemnicy... Velmot jest tylko maryonetką, narzędziem!… I Beranżera także… Skoro Teodor Massignac znajdzie się pod kluczem, żegnajcie czarodziejskie wizye, które wsławić macie nazwisko Noela Dorgeroux!… Żegnaj sławo!… Żegnaj nieśmiertelności!… Czyżbyś pan sobie tego życzył?

Nie czekając na odpowiedź dorzucił:

— A zresztą jeszcze jedna rzecz… młodzieńcze, wiem ja coś o tobie… Kochasz Beranżerę!… O nie zapieraj się!... Kochasz!... Jeśli mnie zadenuncyujesz — zgubisz zarazem i ją... Cóż, czy mylę się?… Ojciec i córka — to jak dwie głowy w jednej czapce… Trudno uciąć jedną — nie tykając drugiej… Zaczynamy rozumieć się, prawda? Tem lepiej. Wszystko będzie dobrze! będziecie mieli dużo dzieci, a Beranżera dostanie ładny posag! Tak Wiktorynie!

Spoglądał na mnie przez chwilę z szyderstwem. Zacisnąwszy pięści, wyrzekłem z wściekłością:

— Nędzniku!… Łotrze!…

Ludzie zbliżali się do nas. Obrócił się do mnie plecami, przy czym szepnął:

— Cicho Wiktorynie! Nie obrażaj teścia!…

Całą siłą woli zapanowałem nad sobą. To nikczemne indywiduum miało racyę. Potężne motywy zmuszały mnie do milczenia, tak że Teodor Massignac mógł doprowadzić swe dzieło do końca, nie obawiając się przeszkody z mej strony. Noel Dorgeroux i Beranżera bronili go!…

Tymczasem amfiteatr napełniał się. Długim szeregiem nadjeżdżały automobile jeden za drugim, przywożąc uprzywilejowanych, którzy mieli dość pieniędzy, aby sobie kupić miejsce za dwadzieścia ludwików. Finansiści, milionerzy, sławne gwiazdy teatrów, naczelni dyrektorzy pism, najsłynniejsi literaci i artyści, potentaci handlu, sekretarze wielkich syndykatów robotniczych — wszyscy oni spieszyli gnani gorączkową ciekawością, na to niezwykłe widowisko. Żaden program nie ogłaszał szczegółów. Nikt też nie wiedział z pewnością, czy tajemniczy wynalazek Noela Dorgeroux został istotnie w należyty sposób zużytkowany. Zwłaszcza, że krążyły przypuszczenia, iż Teodor Massignac, chcąc wyłudzić pieniądze, dopuścił się mistyfikacji. Wszakże na biletach i afiszach widniały te mało zachęcające słowa:

„W razie niepomyślnej niepogody bilety ważne są na dzień następny. Jeżeli z jakiejkolwiek innej przyczyny przedstawienie nie odbędzie się, dyrekcja pieniędzy nie zwraca.”

Wszystko było już gotowe. Teodor Massignac urządził wszystko i wykończył przy pomocy architektów i tapicerów według planów wypracowanych przez Noela Dorgeroux. O godzinie pół do szóstej wszystkie miejsca były już zajęte. Policya nakazała zamknąć drzwi wejściowe.

Tłum zaczynał się niecierpliwić. Dawało się odczuwać masowe zdenerwowanie.

— Jeżeli to się nie uda — rzekł jeden z moich sąsiadów — to będzie awantura!

— Tak — odparł jeden z dziennikarzy, dobry mój znajomy — będziemy się awanturować. Ale nietylko w tym leży niebezpieczeństwo dla czcigodnego Massignaca. On ryzykuje o wiele więcej.

— Mianowicie? — zapytałem.

— Może dostać się do więzienia! Ratowała go dotychczas ciekawość powszechna!… Jeśli ta nie będzie zaspokojona — to źle! Rozkaz aresztowania już podpisany!

Zadrżałem. Massignac aresztowany! — cóż za niebezpieczeństwo dla Beranżery.

— Bądź pan przekonany — ciągnął dalej dziennikarz — że Massignac wie doskonale, jaki miecz Damoklesa wisi nad nim!… Robi on wprawdzie niesłychanie pewną minę, ja jednak przeświadczony jestem, że w głębi duszy dygoce cały...

Silniejszy pomruk przebiegł przez zgromadzony tłum.

Na dole Teodor Massignac pewnym krokiem wkroczył do orkiestronu, prowadząc za sobą dwunastu wysokich, dobrze zbudowanych drabów, zaangażowanych jako funkcjonaryuszy amfiteatru.. Wskazał im dwie ławki specyalnie dla nich przeznaczone i z najnaturalniejszą miną w świecie wydawał rozporządzenia. A mimika jego tak dobitnie wskazywała, co czynić mają w razie, gdyby ktoś zamierzał zbliżyć się do muru, że wśród publiczności ozwały się krzyki protestu.

Massignac obrócił się w stronę widzów, bynajmniej nie zmieszany i z taką miną wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć:

— Czego chcecie? Muszę przedsięwziąć środki ostrożności… Czy mi nie wolno?… Tłum na chwilę uspokoił się aby po upływie minuty znowu wybuchnąć z tym większym hałasem:

— Podnieść kurtynę!… kurtynę!... wołano.

Massignac spojrzał na zegarek, wstał zwolna, spokojnie, zbliżył się do muru i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna opadła — odsłaniając w pełnym świetle niezwykły ekran. Dreszcz przebiegł przez widownię… Każdy drżał ze wzruszenia na myśl, że będzie mu danem asystować przy niezwykłym, tajemniczym widowisku, o którem tyle dziwacznych, sensacyjnych krążyło wersyi.

Ja sam w tej chwili uroczystej zapomniałem o wszystkich fazach dramatu, o mej nienawiści do Massignaca, nawet o miłości do Beranżery — cała myśl moja skupiła się wokół genialnego wynalazku mego wuja.

Czyż cudowne wizje raz jeszcze pojawią się, aby uczynić nieśmiertelnym imię Noela Dorgeroux? Czy słusznie postąpiłem rezygnując z zemsty na zbrodniarzu za cenę sławy, za cenę nieśmiertelności dla wielkiego wynalazcy? Wszakże ukrywając przed sprawiedliwością ohydną zbrodnię — stawałem się niejako jej wspólnikiem… Zapanowała cisza niezmącona żadnym szelestem. Wszystkie twarze nacechowane były najwyższym natężeniem nerwów. Spojrzenia wbiły się w szary mur.

Wola tysięcy widzów jednoczyła się z wolą Massignaca, którzy stojąc z pochyloną naprzód głową, badał wzrokiem nieprzenikniony mur.

To on był tym, którzy pierwszy zobaczył światło. Krzyk wydarł mu się z piersi, a ręce frenetycznie uderzyły powietrze. Prawie w tejże samej chwili chór krzyków zabrzmiał wśród publiczności.

Tłum zobaczył: Troje Oczu!…

Troje Oczu zakreśliło na ekranie regularny trójkąt. I nagle te oczy bez powiek, złożone z linii suchych symetrycznych napełniły się wyrazem, które je uczynił tak wymownymi, jak oczy człowieka.

Wyraz twardy, dumny z błyskami złośliwości. I zrozumieliśmy, że to jest spojrzenie jakiejś istoty — tym wzrokiem spoglądającej w życie istoty, która miała się nam dać poznać w życiu realnem…

Tłum nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia. Tłum czekał…

I wizja ukazała się jego oczom… Nagle ta cała gromada ludzka — zobaczyła drugą gromadę równie gęsto zbitą, której poruszania mieszały się z jej własnemi… Prawie że słyszała szelest kroków i gwar tego drugiego tłumu odzianego w suknie, świadczące, że ci ludzie — są dziećmi trzynastego lub czternastego wieku.

Postacie w mniszych sutannach czuwały nad pracami robotników, wydając rozkazy i nie uchylając się niekiedy od popychania worków naładowanych lub ociosywania kamieni. Kobiety z ludu sunęły z dzbanami wina, nalewając je do kubków zmęczonym pracownikom. Dwaj śpiewacy śpiewali jakąś pieśń, wtórując sobie na gitarze. Trupa akrobatów w dziwacznych, jaskrawych kostiumach przygotowywała się właśnie do wykonania swych produkcji, kiedy nagle obraz się zmienił…

Był to ten sam gmach zresztą, ale w stadyum daleko późniejszem. Wyraźnie już można było rozróżnić kształty świątyni gotyckiej. Ludzie, którzy pracowali nad jej wykończeniem, murarze, kamieniarze, rzeźbiarze, mnisi mieli już stroje zgoła odmienne. Dwa wieki upłynęły…

Obrazy zmieniały się jeden za drugim w taki sposób, że trudno było określić, kiedy się zaczyna a kiedy kończy wizya… I tak jak w kinematografie serya obrazów reprodukuje rozwój rośliny — tak samo w oczach naszych budowała się, wznosiła wspaniała katedra. Nadeszła wreszcie chwila, kiedy wystrzeliła ku niebu w całym swym nieskazitelnem pięknie i wspaniałości. Była to katedra w Reims, ze swymi trzema portalami, z lasem posągów, ze strzelistymi wieżycami, okolonemi szeregami małych wieżyczek z misterną koronką rzeźby — katedra w Reims, arcydzieło architektury, taka jak ją widywano przez całe wieki, nim ją zburzyła inwazya niemiecka.

Tłum patrzył z zapartym oddechem w piersi, przejęty mistycznym dreszczem. Wszyscy rozumieli i odczuwali, że są świadkami czegoś niezwykłego, nadziemskiego, że to co widzą, nie pozostaje w żadnym związku z fotografowanymi obrazami budującego się gmachu… Niezrozumiały cud jakiś przenosił ich nagle w wieki minione, stawiając im przed oczy rzeczywisty obraz budującej się w średniowieczu świątyni. Tu nie miało się do czynienia ze sztucznie wywołanymi obrazami — to przeszłość sama wynurzała się z otchłani wieków, zwyciężając niepokonaną dotychczas zaporę Czasu!

Katedra w Reims przed naszymi oczyma żyła, oddychała — przez setki lat, nie tracąc nic ze swej piękności. Zaklęta w kształt kamienny śpiewała hymn na cześć Boga królując ponad morzem domostw, które z biegiem czasu zmieniały swój wygląd, konstrukcyę, architekturę…

Niejednokrotnie postacie ludzkie opierały się o poręcz którejś z zawieszonych w powietrzu galeryi, a według szat tych ludzi — można się było oryentować w biegu wieków. Przesunęli się przed nami obywatele z czasów przedrewolucyjnych, potem żołnierze napoleońscy z epoki Cesarstwa, później dzieci 19-go wieku, turyści, pątnicy i robotnicy, zajęci przy robotach nad odnowieniem katedry.

Ostatnie zjawisko ukazało nam grupę oficerów francuskich w mundurach polowych. Zgromadzili się oni w pośpiechu na szczycie wieży, przykładając do oczu lornety… Tu i ówdzie ponad miastem i okolicznymi wsiami snuły się małe okrągłe obłoczki, świadczące o wybuchu pocisków działowych.

Milczenie tłumu stawało się wprost zatrważające. W spojrzeniach malowało się osłupienie i niepokój najwyższy.

Wszyscy już wiedzieli, przeczuwali, co się stanie…

Pierwszy pocisk ugodził w północną część katedry. Uszkodzenia nie mogliśmy skonstatować, bo świątynia zwrócona była ku nam od zachodu. Ale błysnęło światło, jak błyskawica poprzedzająca burzę i słup dymu czarnego wzbił się w powietrze, wystrzelił ku niebu o czystym, jasnym błękicie bez chmur.

I zaraz potem padły jeszcze trzy pociski, powodując trzy eksplozye... Czarne gęste obłoki dymne zawirowały… Padł piąty pocisk — trafił w środek dachu. Buchnął płomień, katedra w Reims paliła się…

Wśród tłumu ozwało się kilka krzyków urwanych… dał się słyszeć jakiś spazmatyczny szloch kobiecy… Szósty pocisk ugodził statuę świętej o przecudnem, pełnym słodyczy i nadziemskiej dobroci obliczu… Arcydzieło natchnienia, piękności i wdzięku spowiło się w krwawe kotary płomieni i czarne zasłony dymu… Potem… ujrzeliśmy zamiast posągu i misternie cyzelowanej niszy ziejący grozą zniszczenia obraz…

W tej chwili uczułem, jak dokoła budzi się poryw gniewu i nienawiści... Zniszczenie posągu świętej wzburzyło tłum, a wizye następne potęgowały jeszcze wzburzenie... Katedra oddaliła się od nas, zmalała, a na pierwszy plan wystąpił pagórek ogrodzony drutami kolczastymi, usiany zwłokami ludzi i trupami koni, pocięty rowami. Szczyt pagórka umocniony był bastyonami i cementowymi fortyfikacjami. Długi szereg armat, wielkich groźnych potworów — kierował swe mordercze paszcze w stronę miasta… żołnierze w niemieckich mundurach uwijali się wokół nich.

To była baterya bombardująca katedrę Reims.

W środku widniała grupa generałów z lornetami w ręku. Przy każdym wystrzale przykładali oni szkła do oczu, poczem kiwali głowami z wyrazem oczywistego zadowolenia na twarzy.

Nagle wśród nich powstał jakiś wielki ruch. Wszyscy ustawili się w szeregu, sztywni, wyprostowali jak automaty — podczas gdy żołnierze nie przerywali obsługi armat.

Ukazał się automobil, eskortowany przez oddział kawalerzystów. Automobil zatrzymał się na platformie. Wysiadł mężczyzna w pikelhaubie, owinięty szeroką peleryną, trzymający rękę na rękojeści szabli.

Bardzo szybko szedł ku nam, aby wkrótce znaleźć się na pierwszym planie.

Poznaliśmy go… Wszak prawie każdy z nas widział jego portrety w starych czasopismach lub podręcznikach historii… To był „kaiser” Wilhelm!…

Podał rękę jednemu z generałów. Inni oddawali mu sztywny ukłon wojskowy, poczem rozsunąwszy się uformowali półkole wokół Wilhelma i tego generała, któremu on podał rękę… Potoczyła się rozmowa. Generał po kilku wyjaśnieniach i wymownych gestach w kierunku bombardowania miasta. Następnie kazał przynieść lunetę, do której „kaiser” przyłożył oko.

Jedna z armat była gotowa do strzału. Rozkaz wydano.

Dwa obrazy przesunęły się przed nami: zobaczyliśmy rzeźbioną kamienną balustradę, walącą się w gruzy i w chwilę później Wilhelma Hohenzollerna prostującego się z miną dumną i tryumfującą!…

Widział! Widział!… i twarz jego zajaśniała wyrazem intenzywnej radości. Zaczął mówić z zadowoleniem. Jego grube wargi, podkręcone wąsy, policzki porysowane zmarszczkami — wszystko to poruszało się jednocześnie…

Drugie działo czekało już gotowe… „Kaiser” przestał mówić i spojrzał w stronę miasta, obracając w ten sposób głowę, żeśmy mogli zaobserwować wyraz jego oczu. Było to spojrzenie twarde, złe, pełne pychy i złośliwości… spojrzenie to samo, co u trojga oczu, poprzedzających pojawienie się wizyi… Rozjaśniły się te oczy, ożywił je błysk złej uciechy. Te oczy widziały to, co i my w tej chwili! morze płomieni i zdruzgotane mury świątyni!…

I wtedy cesarz niemiecki wybuchnął śmiechem!… Zgiął się w pół ze śmiechu i brał się za boki otoczony świtą wtórujących jego chichotowi generałów.

Śmiał się!… śmiał się!… Cieszyło go to, że słynna na cały świat katedra w Reims płonie! Że starodawna Bazylika, w której królowie Francji przyjmowali błogosławieństwo z rąk kapłana stała się pastwą zniszczenia!

Niemieckie działa druzgotały piękno i tradycyę wieków!…

I on to zdziałał Wilhelm Hohenzolern, cesarz niemiecki, król pruski, który pragnął zostać panem świata!…

Tłum uniesiony gniewem zapomniał, że to co widzi — należy już do niepowrotnej przeszłości!… Zahuczał orkan krzyków, zacisnęły się groźnie pięści, zafalowało gwałtownie morze głów ludzkich…

Woźni musieli z wytężeniem całej siły stawiać opór publiczności, która jak oszalała cisnęła się przez orkestrion w stronę muru…

Teodor Massignac odgrodzony od widowni żelaznemi kratami, wstał, nachylił się i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna wzniosła się do góry…



Rozdział II.

MASSIGNAC PORWANY!…

Następnego dnia obudziłem się rano z silnym bólem głowy. Noc miałem bardzo przykrą, bo trapiły mnie sny gorączkowe. Kilkakrotnie zdawało mi się, że słyszę odgłosy detonacyi…

Zmory senne — pomyślałem. To wizye wczorajsze wstrząsnęły moim umysłem, i dlatego śnią mi się wybuchy pocisków działowych…

Kiedy jednak wszedłem do jadalni zobaczyłem Massignaca, który już czekał na mnie pomimo wczesnej godziny. Ten łotr miał głowę obandażowaną!… Czyżby był raniony!…

Może te strzały, które niepokoiły mnie w nocy, nie były li tylko majaczeniem zgorączkowanego mózgu?

— Co panu się stało! — zapytałem.

— Ach! nic… głupstwo!… Proszę nie zwracać na to uwagi!… Zadrasnąłem się tylko! nic groźnego!… — zapewniał mnie z taką miną, jakby przypuszczał, że się istotnie o jego cenne zdrowie niepokoję!…

Podając mi poranne dzienniki, rzekł.

— Raczej przeczytaj pan to. Nasz mistrz tryumfuje…

Nie protestowałem. Tryumf mistrza jak to określił Massignac — i wzgląd na dobro Beranżery zamykały mi usta. Wiedział o tym nikczemnik i w domu Noela Dorgeroux zachowywał się, jakby u siebie akcentując potęgę swoich praw i moją wobec niego bezsilność. Jednakowoż poprzez jego aroganckie i bezczelne zachowanie się przebijało widoczne zakłopotanie i roztargnienie.

— Tak — rzekł, prostując się — Zwycięstwo! zwycięstwo zupełne uznane przez wszystkich! Ani jednego zgrzytu niema w sprawozdaniach, ani jednej fałszywej nuty! Podziw jedynie i entuzyazm! Ci ludzie są oszołomieni, zahypnotyzowani!…

Stanął przedemną i milcząc przez długą chwilę, spoglądał mi w oczy:

— No i cóż? Teraz kpię sobie ze wszystkiego! Formuła, która zabiera rozwiązanie zagadki, jest moją wyłączną własnością!… Kryje się w głębi mego mózgu… Nikt nie zna jej oprócz mnie!… I Velmot jej nie zna!… Stalowa tabliczka Noela Dorgeroux? Stopiona!… Instrukcye spisane na odwrotnej stronie portretu d’Alemberta? Spalone!… konkurencyi żadnej!… A ponieważ ludzie dobijają się o bilety do amfiteatru, za dwa tygodnie będę miał milion w kieszeni!… za miesiąc dwa miliony!… a potem do widzenia!… moi szanowni państwo!…

Pochwycił mnie za poły surduta i przybliżywszy twarz swoją do mojej twarzy, mówił przyciszonym głosem:

— Jedna rzecz trochę mnie „peszy”… Szkoda byłoby, aby te piękne obrazy zniknęły nazawsze, kiedy mnie nie będzie!… Odkrycie Noela Dorgeroux nie powinno zaginąć! Nieprawdaż?... I wtedy pomyślałem o tobie, Beaugrand. Jesteś przecie jego siostrzeńcem... I kochasz moją drogą Beranżerę... Prędzej lub później pobierzcie się!… A przecież ja pracuję i zbieram dla niej, czyż nie wszystko jedno więc — za czyjem pośrednictwem — mojem lub twojem — dostaną się jej te pieniądze!… Słuchaj więc uważnie tego co powiem!… Zapisz sobie w pamięci każde słowo!… Tam u dołu ekranu-muru po lewej stronie znajduje się skrytka a w niej kilka kociołków miedzianych z różnymi substancyami, do których dolewa się płynu z małej fiolki. Płyn ten według przepisów formuły, twego wuja sporządza się w dzień seansu… Na godzinę lub dwie przed zachodem słońca tak spreparowaną substancyą smaruje się przy pomocy pędzla całą powierzchnię ekranu... Inaczej obrazy nigdy nie będą wyraźne. Przytem trzeba uważać, aby chmury nie zakrywały słońca… Tylko w dnie bezwzględnie pogodne, może się udać widowisko… Co zaś do samej formuły — to nie jest ona bynajmniej długą. Wszystkiego piętnaście liter i dwanaście cyfr...

Massignac powtórzył wolno, tonem niezdecydowanym:

— Piętnaście liter i dwanaście cyfr…

Skoro nauczysz się jej na pamięć, będziesz już mógł być spokojny!… I ja także… Zresztą nie ryzykuję przecież nic zdradzając ci to. Przysięgniesz, że dochowasz tajemnicy?… A przy tym Beranżera… to cię powstrzyma — nieprawdaż?… A, zatem, te piętnaście liter…

Wahał się widocznie. Słowa z coraz większym trudem dobywały mu się z ust. Nagle odepchnął mnie i w wybuchu wściekłego gniewu grzmotnął pięścią w stół:

— Nie! po stokroć, po tysiąckroć nie!… To byłoby nadto głupie!… Zachowam sekret dla siebie!… Niech się dzieje co chce!… Mam wypuścić z rąk interes za dwa miliony? ani nawet za dziesięć!… ani za dwadzieścia!… Będę pilnował muru w Enclos ze strzelbą na ramieniu — tak jak to już robiłem tej nocy… A ktokolwiek ośmieli się wejść, zabiję go jak psa!… Mur należy do mnie, do Teodora Massignaca!… Wara komu zbliżać się do niego!… To moja tajemnica!… moja formuła!… moja własność!... kupiłem ją za cenę krwi i będę jej bronił do ostatniego tchnienia!… A jeżeli… jeżeli dyabli mnie wezmą — to tem gorzej!… — sekret uniosę z sobą do grobu!…

Zacisnął pięść, wygrażając jakimś niewidzialnym wrogom. Poczem zaczął znowu:

— Tak, jeżeli mnie diabli wezmą… A na to zanosi się… Aresztowanie… żandarmi… policya… kpię sobie z tego!... Nie ośmielą się mnie tknąć…. Ale ten wróg kryjący się w mroku… ten morderca, który strzelał do mnie dzisiaj w nocy… Słyszałeś strzały Wiktorynie Beaugrand?… Och! nic mi nie zrobił… Drasnął mnie tylko… ale i ja także chybiłem… No! może za drugim razem uda mi się lepiej… Aaa! nikczemnik!… łotr!…

Chwycił mnie za ramiona i jął gwałtownie mną potrząsać:

— I twój, Wiktorynie, i twój to także wróg… Ten człowiek w monoklu!… Pan Velmot! on chce mi ukraść sekret Noela Dorgeroux, a tobie kobietę, którą kochasz!… Pewnego pięknego poranku zechce on i z tobą porachować się!… A gdybym ci powiedział, że Beranżera go kocha? Aha! podskoczyłeś! Tak! kocha go!… Jest posłuszną niewolnicą Velmota… On ci ją zabrał! Rozbij mu czaszkę, jeżeliś mężczyzną a nie kurą zmokłą!... On tutaj jest… krąży po mieście… poznałem go tej nocy!… Och! Boże! wielki Boże!… gdybym mu mógł wpakować kulę w łeb!…

Massignac rzucił jeszcze kilka przekleństw pod adresem zarówno moim, jak i Velmota. Córkę nazwał zdrajczynią i niebezpieczną waryatką, zagroził mi, że mnie uśmierci — w razie najmniejszej niedyskrecyi, a wreszcie i pianą na ustach i zaciśniętemi groźnie pięściami wyszedł z pokoju — w pozie człowieka, który za chwilę gotów borykać się ze silnym przeciwnikiem.

Złorzeczenia Massignaca nie wzruszyły mnie. Jedynie zabolało mnie brutalne stwierdzenie faktu, iż Beranżera kocha Velmota… Ona ta słodka, cudna moja dziewczyna — miałaby oddać serce swoje nikczemnikowi?… Czy podobna?… Jakąż niezgłębioną zagadka jest kobieta!… Targała mną zazdrość, łagodzona wszakże przez ogromną litość, jaką czułem biednej dziewczyny, wplątanej w ponury dramat... Teodor Massignac stawał do walki ze swym wspólnikiem, ona stała pośród nich…


. . . . . . . . . . . . . .


Oczywiście, że entuzyastyczne sprawozdania w dziennikach spowodowały silniejszy jeszcze niż poprzedniego dnia napływ publiczności… Przy kasie toczono formalną bitwę o bilety, tak, że policya musiała interweniować, bo w powietrzu zaczęły fruwać laski, damskie i męskie kapelusze i fałszywe włosy…

Każdy chciał zobaczyć wizję Trojga Oczu.

Tłum zapełnił szczelnie widownię… Ale spektakl nie rozpoczynał się… Niebo zaczęły przesłaniać chmury… Publiczność zawiedziona w swoich oczekiwaniach, zdenerwowana burzyła się i wyrażana swe niezadowolenie, rzucając pod adresem Massignaca we wrogim tonie:

— Massignac! Massignac! — skandowano.

Wyprostowany — stał w swojej klatce ze wzrokiem wlepionym w ekran … I on czekał na zjawisko poprzedzające pojawienie się obrazów…

Nagle Massignac podniósł rękę… Lekkie chmury jęły przybierać jakieś określone kształty… Obrazy pojawiły się, ale zamglone… Zobaczyliśmy ulice prawie zupełnie puste z pozamykanymi sklepami… Ani jego człowieka we drzwiach lub przy oknie.

Niekiedy ukazywał się wózek, w którym jechało dwóch żandarmów w mundurach z czasów Rewolucji. Z tyłu widać było księdza i mężczyznę w ciemnych pantalonach i białych pończochach.

Odosobniony obraz ukazał nam twarz i tors tego człowieka. Poznałem go… wszyscy widzowie, zgromadzeni w amfiteatrze poznali nalaną ciężką fizyognomię króla Ludwika XVI. Spoglądał on wzrokiem twardym i jakby osłupiałym. Ujrzeliśmy go, za chwilę na wielkim placu, otoczonym wieńcem armat i murem postaci w mundurach żołnierskich… Wstępował na stopnie szafotu. Nie miał na sobie szat zwierzchnich ani żabotu. Ksiądz podtrzymywał go, a czterech katów wyciągało ku niemu ręce, by go pochwycić…

Obrazy te nie wywołały takiego wrażenia, jakiego można by się spodziewać… Były zbył krótkie, niewyraźne, mgliste, niepowiązane ze sobą…

Publiczność straciła już nadzieję pięknego widowiska, co wywołało u wielu osób irytacyę. Nastrój mistyczny, naprężony — prysnął — bez śladu… Niektórzy śmiali się, śpiewali, hałasowali. Rzucano obelżywe słowa pod adresem Massignaca. Gniew publiczności wzmógł się jeszcze, kiedy jeden z katów pokazał odłączoną od tułowia głowę królewską, a potem wszystko rozpłynęło się we mgle…

Jakieś jeszcze obrazy coraz bardziej niewyraźne, poplątane przesunęły się… Byli tacy, którzy twierdzili, że poznają królową Maryę Antonię i ci nakłaniali resztę widzów do cierpliwego wytrwania do końca tak drogo opłaconego spektaklu. Ale wzburzenie było tak silne, że nie podobna było zahamować jego wybuch….

Kto pierwszy rozpętał burzę?.. Kto rzucił się pierwszy, wywołując bezład i panikę? To już nazawsze pozostanie tajemnicą… Bezwątpienia jednak, że tłum cały był posłuszny wewnętrznemu głosowi, nakazującemu ujawnienie niezadowolenia. Napastnicy rzucili się jedni w kierunku Teodora Massignaca, inni zaś usiłowali dotrzeć do cudownego ekranu… Te próby ataku załamały się z powodu nieprzezwyciężonego oporu drabów w mundurach portyerów, którzy uzbrojeni wszyscy w amerykańskie boksery odpychali rozszalały tłum, na ślepo wymierzając ciosy… Ozwały się jęki, co nie wpłynęło to bynajmniej na uspokojenie tłumu. Massignac popełnił tę nieostrożność, że zasłoniwszy mur kurtyną, wyszedł ze swej żelaznej klatki. Pochwycono go i wciągnięto przemocą w środek gromady rozwścieklonych manifestantów.

Niektórzy chcieli przywracać porządek, ale usiłowania ich tem większy powodowały zamęt. Puszczono w ruch pięści, laski i parasolki… Pociekła tu i ówdzie krew…

Ja starałem się wydostać z tego skłębionego rojowiska ludzkiego i na szczęście udało mi się to bez poważniejszego szwanku…

Odetchnąłem, znalazłszy się na ulicy:

— Miejsce dla rannego! — ryczał jakiś wysoki drab z wygolony twarzą.

Dwóch mężczyzn spieszyło za nim, niosąc na rękach człowieka, któremu twarz przysłonięto paltem.

Ludzie ci wsiedli do automobilu, który zaraz odjechał.

W tej chwili poznałem twarz wygolonego draba i zrozumiałem, co znaczy ta cała scena… Domyśliłem się, kto był tym rannym, uwiezionym w samochodzie… Tan wysoki mężczyzna — to był Velmot — tylko bez brody i bez monokla!…

Wróciłem od razu do Enclos i uwiadomiłem o tem co się stało komisarza policyi, prowadzącego śledztwo w sprawie morderstwa Noela Dorgeroux.

Natychmiast zagwizdał na swych ludzi, którzy wskoczyli do auta. Było jednak już za późno. Drogę zatarasowała tak wielka ilość wehikułów, że samochód komisarza policyi musiał się zatrzymać...

W ten sposób wśród białego dnia, w obliczu zgromadzonych tłumów, w obecności całej kohorty policyantów i żandarmów — Velmot porwał wspólnika swej zbrodni a zarazem najzaciętszego wroga — Teodora Massigniaca!…



Rozdział III.

HALLO! HALLO!

Tego samego dnia wieczorem, kiedy podniecony, zdenerwowany, rozmyślałem w moim mieszkaniu nad śmiałem porwaniom Massignaca, zadzwonił telefon.

Zdjąłem z widełek słuchawkę.

— Hallo!… kto mówi?…

Posłyszałem głos dziwnie drżący…

— Panie… panie… ja znalazłem…

Nie zrozumiałem i powtórzyłem zapytanie:

— Kto mówi?

— Moje nazwisko nic panu nie powie… Jestem Benjamin Prevotelle inżynier…

Przerwałem mu.

— Chwilę, szanowny panie, chwilę… Hallo. Benjamin Prevotelle?… Nazwisko pańskie nie jest mi obcem… Tak… przypominam sobie… widywałem je w papierach mojego wuja…

— Co pan mówi?! Moje nazwisko w papierach Noela Dorgeroux?!

— Tak jest, wypisane bez żadnego komentarza…

W głosie Prevotella czuć było coraz większe zmieszanie.

— O! — zawołał — czyż to możliwe? Jeżeli Noel Dorgeroux zanotował moje nazwisko, to dowodziłoby, że czytał moją broszurę i że zainteresował się moją hypotezą…

— Jaką hypotezą?

— Zrozumie pan to, czytając mój pamiętnik…

— Pański pamiętnik?

— Pamiętnik, który napiszę tej nocy. Byłem obecny na obu seansach w Enclos i znalazłem…

— Ależ co, do licha!…

— Rozwiązanie zagadki!…

— Co?! pan znalazł?!…

— Tak, panie. Jest to rozwiązanie proste zresztą, tak proste, że boję się, aby mnie ktoś nie uprzedził… Niech pan pomyśli, gdyby, tak ktoś inny wpadł również na to!… Zatelefonowałem więc na chybił trafił do Meudon, chciałem bowiem rozmówić się z panem… Och! proszę pana, niech mnie pan wysłucha… musi mi pan wierzyć…

— Ależ oczywiście… tylko nie rozumiem, czym mógłbym…

— Może pan może!…, — drgał błagalną prośbą głos w telefonie. — Wystarczyłoby mi kilka krótkich informacyi…

— Jeśli te informacye mogą się panu na coś przydać, to…

— Jedna jest mi koniecznie potrzebna… Mur, służący obecnie za ekran, został zrekonstruowany przez pańskiego wuja w ten sposób, że u podstawy tworzy pewien kąt nachylenia.

— Tak jest.

— Z drugiej strony wedle pańskiego mniemania Noel Dorgeroux miał zamiar zbudować drugi amfiteatr w swoim ogrodzie, przyczem za ekran miała mu służyć odwrotna strona tego samego muru. Nie prawdaż?

— Istotnie.

— Oto właśnie mi chodziło. Czy zauważył pan, że i po drugiej stronie był ten sam kąt nachylenia?

— Tak jest, zauważyłem…

— A zatem — rzekł Benjamin Prevotelle — mamy dowód jasny. Noel Dorgeroux i ja rozumujemy jednakowo... Źródłem ukazywania się obrazów nie jest bynajmniej sam mur. Przyczyna leży gdzieindziej… I ja wykażę, jaka to przyczyna. Gdyby pan Massignac chciał mi iść trochę na rękę…

— Pan Massignac został dzisiejszego wieczoru porwany — oświadczyłem.

— Porwany?! Jakto? co pan mówi?

— Tak porwany! I sądzę, że amfiteatr zostanie zamknięty aż do nowego rozporządzenia.

— Ależ to straszne!… to okropne!… Jakto zatem nie mógłbym stwierdzić prawdziwości mej hypotezy?!.. Cudowne wizye nie ukazałyby się już więcej?! Nie! to niemożliwe! Przecież… przecież nikt prócz Massignaca nie zna zawierającej rozwiązanie formuły!… — Nie! nie! trzeba za wszelką cenę… Hallo! Hallo!.. proszę pani, niech pani nie przerywa!… jeszcze chwilę… Powiem panu całą prawdę... Cztery słowa, wystarczą... Hallo… hallo…

Głos Benjamina Prevotelle ucichł nagle — właśnie w tej chwili, kiedy w najwyższem naprężeniu nerwów oczekiwałem magicznych słów.

Przez kilka minut czekałem jeszcze na ponowne połączenie. Napróżno. Postanowiłem więc wyjść z domu. Znalazłem się już w bramie, kiedy mnie spiesznie odwołano na górę. Ktoś znowu wzywał mnie do telefonu.

— Któżby to mógł być? — pomyślałem — z pewnością on znowu…

I ująwszy słuchawkę spytałem:

— Hallo. To pan Prevotelle?

W odpowiedzi posłyszałem moje imię, wymówione głosem kobiecym, słabym, jakby mdlejącym:

— Wiktorynie… Wiktorynie…

— Hallo! — wyrwał mi się z piersi, drżący wzruszeniem okrzyk. Nie dowierzałem jeszcze własnemu słuchowi. — Tak, to ja Wiktoryn Beaugrand!… Kto mówi?…

Zaczęły padać urywane słowa:

— Na pomoc Wiktorynie… ratuj… mojemu ojcu śmierć grozi… Na pomoc… Błękitna oberża… Bougival…

Nie było już wątpliwości! To głos Beranżery!

— Beranżera… — wyszeptałem — wzywa mnie… prosi o ratunek…

Nie namyślając się dłużej pobiegłem pędem na dworzec kolei i wsiadłem do pociągu, jadącego do Saint-Cloud. Kiedy przybyłem do Bougival — padał ulewny deszcz. Zmoczony do nitki, brnąc po kostki w błocie, błąkałem się w ciemnościach… Wreszcie znalazłem się u wrót Błękitnej Oberży, która była już zamknięta. Ale mały chłopak, drzemiący na schodkach ganku, obudził się i zapytał, czy to ja jestem Wiktoryn Beaugrand?

— Tak jest — odparłem.

Wówczas chłopiec oznajmił mi, że panna Beranżera kazała mu czekać tutaj na mnie.

— Mam pana zaprowadzić natychmiast do niej…

W milczeniu postępowałem w ślad za moim małym przewodnikiem poprzez puste małomiejskie ulice, w nocnej pogrążone ciszy, aż do bulwarów nad Sekwaną. Deszcz przestał padać, lecz ciemności nieprzeniknionych żadna nie rozjaśniała gwiazda.

— Łódź jest tutaj — rzekł chłopiec.

— A! przeprawiamy się na drugi brzeg!

— Tak. Panienka ukryła się po tamtej stronie rzeki. Niech pan tylko zachowuje się cicho.

Wkrótce przybiliśmy do brzegu. Potem kamienista ścieżka poprowadziła nas ku małemu piętrowemu domkowi. Malec zapukał do drzwi trzy razy.

Natychmiast otwarto. Wstąpiłem na kilka stopni, poczem, przez sionkę oświetloną mdłym blaskiem świecy dostałem się do ciemnego pokoju, gdzie jakaś postać niewyraźnie rysowała się w mroku.

Nagle zabłysnęło światło elektryczne i ujrzałem lufę rewolweru wymierzony w moja pierś.

Twardy męski głos rzekł:

— Pan zachowasz się zupełnie cicho! Najmniejszy hałas, najlżejsza próba ucieczki — a los twój przesądzony!... Jeżeli pan będziesz spokojny to nie obawiaj się niczego. A teraz możesz pan spać…

Drzwi zatrzaśnięto. Rygle zazgrzytały.

Wpadłem w pułapkę!.. Velmot — to był bez wątpienia on — wciągnął mnie w sieci, rozsunięte przy pomocy Beranżery…

Ta przygoda równie niezrozumiała, jak wszystkie inne, łączące się z imieniem i osobą Beranżery Massignac, więcej mnie zdumiała niż przeraziła.

Pytania, na które niepodobna było znaleźć odpowiedzi cisnęły mi się rojem do głowy: Dlaczego ona zdradziła mnie? Czego chce ode mnie pan Velmot? Poco mnie zamyka tutaj, jeżeli nie żywi, jak mi oświadczył, wrogich wobec mnie zamiarów?

Po omacku usiłowałem zoryentować się w ciemnym pokoju. Skonstatowawszy, że znajduje się tam łóżko, a raczej tapczan przykryty kołdrą, zdjąłem obuwie, zrzuciłem zwierzchnie ubranie i położyłem się spać. Byłem tak zmęczony i wyczerpany, że po kilku minutach spałem już w najlepsze. Obudziłem się nazajutrz dość późno — mniej więcej koło południa. Spojrzenie rzucone na stół przekonało mnie od razu, że w czasie mego snu do pokoju ktoś wchodził, albowiem na stole leżał kawałek świeżego chleba i stała karafka z napełnioną wodą.

Cela moja więzienna była bardzo szczupła. Światło dzienne wdzierało się poprzez spory otwór, wykrojony w drewnianej okiennicy. Otwór ten był na tyle duży, że mogłem stwierdzić, iż moje więzienie znajduje się na pagórku, u stóp którego szemrzą łagodne fale rzeki.

Większa część dnia upłynęła w ciszy i milczeniu. Nudziłem się straszliwie, nie wiedząc, co począć z sobą i głowiąc się nad tem bezskutecznie w jakim celu zwabiono mnie do tej dziury… Dopiero koło godz. 5-ej posłyszałem jakieś głosy, dochodzące do mnie z pod podłogi a zatem z piwnicy. Nastawiałem pilnie uszu i zdało mi się kilkakrotnie, że poznaję głos Massignaca. Rozmowa ta ciągnęła się przeszło gadzinę. Następnie ktoś zatrzymał się przed mojem oknem, wołając:

— Hej! wy tam! chodźcie tutaj i przygotujcie się!… To jest uparta bestya, która nie zechce nic powiedzieć, jeżeli się go nie zmusi!…

Był to ten sam elegancko ubrany drab, który wczoraj rozpychał tłum w Enclos, żądając, aby zrobiono miejsce dla rannego… To był we własnej osobie Velmot, wychudły, wygolony, — bez monokla — Velmot nikczemnik i brutal, kochany przez Beranżerę.

Dwaj mężczyźni, dwaj wspólnicy o posępnych, niesympatycznych fizyognomiach pospieszyli ku niemu.

Velmot mówił dalej:

— Zmuszę go! zmuszę to bydlę wstrętne!... Jakto? mam go w ręku, mogę z nim zrobić, co zechcę, a on zachowałby swój sekret?! Z gardła mu wyrwę!… Ale trzeba się spieszyć. Musimy z tem skończyć zanim noc zapadnie… Czyście przygotowani na wszystko?

Dwa potakujące pomruki dały się słyszeć. Velmot zachichotał. Po chwili wsiadł do uwiązanej u pala łodzi. Jeden z jego wspólników odepchnął ją od brzegu. Velmot przywiązał do dwóch nadbrzeżnych trzcin gruby sznur, w środku którego przymocował żelazny haczyk!

— Zrobione — rzekł, powróciwszy na brzeg — już mi was nie potrzeba. Wsiądźcie do drugiej łodzi i oczekujcie mnie w remizie. Zjawię się tam za trzy lub cztery godziny, kiedy załatwię sprawę z Massignacem i rozmówię się — bardzo stanowczo — z naszym drugim więźniem… A potem w nogi!…

Odszedł ze swymi towarzyszami. Zobaczyłem go w dwadzieścia minut później. Usiadł przy małym stoliku trzcinowym ustawionym tuż przed oknem mego więzienia. Trzymał płachtę dziennika w ręku.

Położy gametę na stoliku i zapaliwszy cygaro, usiadł obrócony do mnie plecami. W chwili, kiedy się nieco przechylił na bok, zobaczyłem „Journal de Soir”. Wielkiemi literami wydrukowano sensacyjny tytuł:


Prawdziwa przyczyna zjawisk w Enclos jest już znaną.


Zadrżałem cały. A więc jednak!… Benjamin Prevotelle zdołał znaleźć rozwiązanie zagadki i rozwiązanie to podał do wiadomości publicznej.

Z najwyższym wysiłkiem przyklejony do okiennicy usiłowałem odczytywać pierwsze wiersze artykułu!… Co za wzruszenie przy każdem, z trudem odcyfrowanem słowie.

Ten pamiątkowy numer „Journal de Soir” zachowałem aż po dzień dzisiejszy. Oto co zawierał ów sensacyjny artykuł:

„Tak! najfantastyczniejszy ze wszystkich problemów został rozwiązany. Jeden z naszych kolegów ogłosił dzisiaj rano pod postacią „Listu otwartego do Akademii umiejętności” — pamiętnik najbardziej przejrzysty, najbardziej frapujący, jaki tylko sobie można wyobrazić. Nie wiemy, czy oficyalna wiedza zechce zgodzić na wysnute tam jasno i logiczne wnioski, sądzimy jednak, że skierowane przeciwko wywodom Benjamina Prevotelle’a kontrargumenty — nie wytrzymają krytyki wobec przedziwnie solidnej architektury gmachu hypotezy, jaka nam została podana. Argumenty, przez niego wytoczone, należą do rzędu tych, których obalić niepodobna. Dowody są tak jasne, że im się wierzyć musi. Ta zdumiewająca hypoteza nietylko wydaje się niewzruszoną w swoich podstawach, ale otwiera przed nami nieogarnione dotychczas przez naukę horyzonty. Odkrycie Noela Dorgeroux pociąga za sobą skutki, tak daleko idące, że na razie trudno a nawet niepodobna określić ostatecznie granicy. To wiekopomne odkrycie wali w gruzy całą naszą wiedzę o przeszłości ludzkości i zmienia z gruntu koncepcye przyszłości. Od początku świata nie było wypadku o równie bezkonkurencyjnej doniosłości. To jest wypadek napozór jak najbardziej niezrozumiały, a w istocie jak najnaturalniejszy, najwięcej skomplikowany i zarazem jak najprostszy. Wielki uczony — siłą rozumowania mógł dojść do tych samych wyników, jakie młodzieniec, prawie dziecko jeszcze, osiągnął kierowany genialną intuicyą. Oto kilka informacyi, jakich zechciał nam udzielić Benjamin Prevotelle. Przepraszamy szanownych czytelników za to, że nie możemy podać więcej szczegółów o tym, który dotarł do jądra tajemnicy Noela Dorgeroux, ale pan Prevotelle liczy dopiero lat dwadzieścia trzy… Postaramy się dać…”

Musiałem przerwać czytanie, nie mogąc dojrzeć dalszych słów. Zdenerwowanie moje potęgowało się… Czyż nie dowiem się dalszego ciągu?...

Velmot wstał i trzymając ręce w kieszeniach jął przechadzać się tam i z powrotem.

Na chwilę zniknął mi z oczu, poczem powrócił z butelką wódki w ręku. Pociągnął dobry haust i odstawił butelkę. Następnie rozłożył gazetę i zaczął czytać. Bezwątpienia czytał to już po raz wtóry. Krzesło, na którem siedział Velmot, dotykało okiennicy. Mogłem więc i ja czytać z nim razem — wprawdzie nie koniec artykułu redakcyjnego, ale sam pamiętnik Prevotelle’a.


List otwarty do Akademii umiejętności.


„Proszę was, czcigodni panowie, abyście ten mój pamiętnik traktowali jako krótki wstęp do dzieła o większej doniosłości, do całego szeregu dzieł, jakie bezwątpienia ukażą się we wszystkich krajach osnute na podstawie tej skromnej przedmowy.”

Redaguję to w pośpiechu — i w gorączce improwizacyi. Bezwątpienia więc nie brakuje tu luk i niedomówień, spowodowanych małą stosunkowo ilością obserwacyi i zaciętym uporem pana Teodora Massignaca, który stanowczo odmawiał wszelkich dodatkowych wyjaśnień.

Ale doniesie znaczenie cudownych wizyi skłoniło mnie do ogłoszenia rezultatów badań — wielce jeszcze niekompletnych. Sądzę, że podając je do wiadomości publicznej przyczynię się do odkrycia prawdy i uspokojenia wzburzonych umysłów.

Wysiłki moje zaczęły się od chwili ogłoszenie pierwszych rewelacyi pana Wiktoryna Beaugrand. Zebrałem starannie wszystkie jego słowa, zanalizowałem wszystkie jego wrażenia. Postarałem się zapoznać z całym materyałem doświadczalnym Noela Dorgeroux. Dokładne zbadanie i przemyślenie tych rzeczy doprowadziło mnie do tego, że na pierwszy seans w Enclos przybyłem nie jako jeden z tysięcy gapiów, żądnych emocyi i sensacyi, ale z planem gotowym i dojrzałym, z kilku precyzyjnemi narzędziami pracy, które ukryłem starannie pod ubraniem.

Więc przedewszystkiem aparat fotograficzny. To nie było łatwem do przeprowadzenia. Teodor Massignac był ostrożny i nieufny i zabronił wstępu najmniejszym nawet aparacikom. Udało mi się jednak. Chciałem otrzymać definitywna odpowiedź na pytanie: czy może obrazy w Enclos są wynikiem suggestyi indywidualnej lub zbiorowej, po za którą niema żadnej zewnętrznej realnej przyczyny. A może też ta przyczyna istnieje? Tę odpowiedź po części można było uzależnić od identyczności wzrokowych wrażeń obecnych. Ponieważ jednak i to kryteryum nie przedstawiało mi się dość pewnie, więc tylko aparat fotograficzny mógł mi dostarczyć niechybnego dowodu. Kamera fotograficzna to nie mózg ludzki, nie ulega złudzeniom ni hallucynacyom. To świadek, który nie kłamie i oszukać nie może. I świadek ten najwiarygodniejszy przemówił... Czuła klisza potwierdziła realność fenomenów.

Mam do rozporządzenia Akademii Umiejętności siedem zdjęć, z których dwa, przedstawiające pożar katedry w Reims są bardzo wyraźne.

Jedno ustaliłem: ekran stanowi ognisko wysyłające promienie świetlne. Stwierdziwszy to usiłowałem prowadzić dalsze doświadczenia, w których napotykałem na bardzo ważne przeszkody jak np.: zbyt wielka odległość, dzieląca mnie od muru, konstrukcya amfiteatru, niewystarczające natężenie światła promieniującego z ekranu. Niemniej przy pomocy spektroskopu i polarymetru, zdołałem skonstatować, że światło to nie różni się zasadniczo w niczym od światła naturalnego.

Poważniejszych rezultatów dostarczyło mi badanie ekranu za pośrednictwem lusterka obrotowego. Wiadomo, że gdy ogląda się w szybko obracanem lustrze obrazy kinematograficzne, to zdjęcia rozszczepiają się niejako, dając oddzielne obrazy. Teorya ta znalazła swoje zastosowanie odnośnie do obrazów w Enclos… Nasuwała się wiec siłą rzeczy hypoteza może wszystko, co widzimy, to są zdjęcia fotograficzne, zwykłe filmy? Ależ w takim razie gdzie się znajduje projektor? w jaki sposób pracuje operator kinematograficzny? Wszak nigdzie ani śladu projektora…

Czyżby należało przypuszczać, tak jak i ja przez chwilę przypuszczałem, że obrazy rzucone są na ekran przy pomocy jakiegoś ukrytego podziemnego aparatu, co przecież nie jest rzeczą nie możliwą do pomyślenia. Ta ostatnia hypoteza sprowadzałaby cudowne zjawisko do zwyczajnego oszustwa.

Jednak nie bez słuszności naprzód p. Wiktoryn Beaugrand a za nim wszyscy widzowie odrzucili to przypuszczenie. Wizye noszą zbyt wybitne znamię autentyczności i zjawiają się tak niespodzianie tak spontanicznie, że uderzyć to musi najsceptyczniejszego widza. Zresztą wszyscy specyaliści filmowi zapytywani o zdanie oświadczyli, że to co dzieje się w Enclos nie pozostaje w żadnym związku ze sztuką kinematograficzną… Impresaryo sam nie wie bowiem czy i jakie obrazy ukażą się na ekranie… Nadto zauważyć trzeba, że fabrykacya takich filmów byłaby bardzo skomplikowana i trwałaby długo, więc jest to wielce nieprawdopodobnem, aby w tym wypadku udało się zachować absolutną tajemnicę.

Na tym punkcie stanąłem przedwczoraj wieczorem — po pierwszym seansie. Nie powiem, abym wiele więcej wiedział o zasadniczych podstawach problemu, niż każdy inny widz. Ale już za drugim razem uczułem, że stoję na pewnym gruncie… Spokojnie… bez gorączki, bez emocyi obserwowałem… Obrazy były niewyraźne… niepowiązane… słabe… znikały chwilami zupełnie. Dlaczego? Dlaczego spektakl technicznie nie udał się?! Dlaczego machina dotychczas funkcjonująca bez zarzutu zaczęła wykazywać poważne niedokładności? Gdzie leży przyczyna?

Wszak znajdowaliśmy się w obliczu obrazów kinematograficznych, które nie pochodziły ani z muru samego ani z żadnego innego miejsca amfiteatru?… A zatem kto i skąd je wyświetla? Co przeszkadza ich wyświetlaniu?

Instynktownie wykonałem ruch, który zapewne wykonałoby każde dziecko w tej sytuacyi i podniosłem głowę ku niebu. Niebo było bezwzględnie jasne i czyste… Przynajmniej tak mi się wydało w pierwszej chwili. Potem, gdy wzrok mój przyzwyczaił się do widoku lazuru, spostrzegłem, że coś się tam dzieje na niebie, coś niezwykłego…

Serce uderzyło mi w piersi jak młotem… Nagły błysk poznania rozświetlił moje splątane myśli…

A tam wysoko… na zachodzie sunęły lekkie obłoki…



Rozdział IV.

DWAJ WSPÓLNICY — DWAJ WROGOWIE.

„Sunęły lekkie obroki… sunęły lekkie obłoki...”

To były ostatnie słowa, które zdołałem przeczytać. Zaczęło się nagle robić ciemno. Oczy moje wyczerpane lekturą w tak niewygodnych warunkach napróżno usiłowały walczyć z zapadającym zmrokiem…

Zresztą Velmot wkrótce wstał i odszedł w stronę rzeki. Wybiła godzina czynu. Jakiego czynu? Było mi to dziwnie obojętne. Pomimo tak niewyjaśnionej sytuacyi nie obawiałem się zupełnie o siebie, chociaż Velmot zapowiadał, że pogada ze mną „ostro”.

Wielka tajemnica wizyi w Enclos do tego stopnia absorbowała moją myśl, że wypadki zachodzące obecnie interesowały mnie o tyle, o ile mogły służyć lub zaszkodzić sprawie genialnego wynalazku Noela Dorgeroux.

Wszak był już ktoś, kto znając prawdę, rozgłosił ją czy zamierzał rozgłosić całemu światu! Czyż mogłem w takiej chwili myśleć o czem innem? interesować się sprawami, nie dotyczącemi bezpośrednio logicznych rozumowań Benjamina Prevotella i niesłychanie ważnych rezultatów, do których on dojść zdołał!…

Ach! jakżebym pragnął i ja wiedzieć wszystko! Co stanowi podstawę istotną nowej hypotezy? Czy godzi się ona z realnemi wskazaniami eksperymentalnemi? Wiele rzeczy w wywodach Benjamina Prevotella było dla mnie niejasnych? Co chciał on właściwie powiedzieć? Co znaczyły te lekkie obłoki, które dojrzał na niebie? Jaki wpływ mogły wywierać na obrazy, pojawiające się na ekranie? Dlaczego Prevotelle zapytywał mnie czy druga strona zwrócona jest ku wschodowi słońca? I dlaczego odpowiedź moją uznał za potwierdzenie swej hypotezy?

Głos Velmota wyrwał mnie z zadumy. Zbliżyłem się do okna, zajmując stanowisko, które porzuciłem na kilka minut.

Velmot pochylił się nad okienkiem piwnicy.

— I cóż? Massignac? czy gotów jesteś? Wyciągniemy cię tędy, to ci oszczędzi trudu drapania się po schodach.

Potem jednak zszedł po schodach na dół. Posłyszałem wkrótce odgłosy burzliwej wymiany zdań, potem jakiś ryk, — wreszcie zaparowała nagła cisza, więcej wstrząsająca niż wszystko to, co się przedtem działo. Mogłem sobie już wyrobić pojęcie o ohydnej scenie zainscenizowanej przez Velmota. Dla mordercy mego wuja nie czułem litości, ale przyznaję, że zadygotałem na myśl o chwili, w której i na mnie przyjdzie kolej.

Odbyło się to tak, jak zapowiedział Velmot: Massignac skrępowany sznurami z zakneblowanymi ustami ukazał się wyciągnięty z lochu na linie. Następnie Velmot ujął go za ramiona. zaciągnął nad rzekę i przemocą usadowił w łódce, poczem rzekł:

— Massignac, po raz trzeci przemawiam do twojego zdrowego rozsądku a za chwilę przemówię po raz czwarty energiczniej, jeżeli mnie do tego zmusisz. Ale ty ustąpisz, nieprawdaż? No namyśl że się! Zastanów się, cobyś zrobił, gdybyś był na mojem miejscu? Postąpiłbyś tak samo, jak i ja, przyznaj! Więc na co ty czekasz!? Knebel nie pozwoli ci mówić? Jedno skinienie zgody, a zdejmę ci go. Zgadzasz się? Nie? W takim razie zmuszasz mnie do innego sposobu prowadzenia konwereacyi… Żałuję mocno, jeżeli ten sposób nie wyda ci się zbyt przyjemnym...

Usadowiwszy się koło swojej ofiary, uchwycił ją w pół i dźwignął… Dał się słyszeć plusk i za chwilę Massignac zawisł po piersi zanurzony w wodzie — pomiędzy dwoma palami, zaczepiony o żelazny hak. Księżyc wypłynął z za chmar, mogłem więc jak najdokładniej obserwować tę scenę… Widziałem twarz Massignaca śmiertelnie bladą i fale rzeki wysrebrzone światłem księżycowym.

— Nie irytuj się Massignac.. nic ci to nie pomoże… No, a teraz pogadamy jeszcze, tylko szybko, bo mamy mało czasu… Za godzinę mniej więcej naleję ci się trochę wody do ust, a to przeszkadza swobodnej rozmowie.

Velmot zaśmiał się jakimś dyabelskim chichotem:

— Zostawiłam ci pięćdziesiąt minut czasu do namysłu…

Umilkł na kilkanaście sekund, poczem ciągnął dalej swój monolog:

— Zdajesz sobie chyba jasne sprawy z tego w jakiej znajdujesz się sytuacyi? Ten powróz, na którym jesteś uwiązany, jak bydlę w rzeźni — ugina się pod twoim ciężarem coraz bardziej… Z każdą chwilą zanurzasz się głębiej… nic cię nie uratuje, jeżeli nie przemówisz… No, powiesz?!

Księżyc, to chował się poza chmury, to znowu wypływał, oblewając cały ponury obraz migotliwym światłem. Ciemna sylwetka Massignaca rysowała się w półmroku…

Woda podchodziła mu coraz wyżej — sięgając już po ramiona…

— Słuchaj stary, jeżeli masz odrobinę logiki we łbie to powinieneś gadać… Razem obmyśliliśmy ten interes, doprowadzilibyśmy go do skutku wspólnemi siłami, ale ty bezczelnie chciałeś zagarnąć wszystkie zyski. Żądam, byś mi oddał moją część, oto wszystko!… Wystarczy, byś mnie zapoznał z formułą Noela Dorgeroux i umożliwił mi pierwszy eksperyment. Wtedy wypuszczę cię na wolność, bo będę miał pewność, iż obawiając się konkurencyi, uczciwie oddasz mi połowę dochodów… Zgadzasz się czy nie — do stu tysięcy piorunów!…

Teodor Massignac musiał wykonać jakiś gest negacji czy protestu, bo ciszę nocną przeciął suchy trzask policzka silną dłonią wymierzonego.

— Łotrze jeden! — ryknął Velmot — świętego wyprowadziłbyś z cierpliwości!… Więc wolisz zdychać?!… A może masz nadzieję, że ja stchórzę! albo spodziewasz się pomocy skądkolwiek? Idyoto!… Przecież to ty sam wyszukałeś to miejsce zeszłego roku w zimie… Żaden statek tędy nie jedzie… Wokół puste pola .. Znikąd możliwości ratunku!… ani litości!… Do kroćset szatanów! czy ty sobie nie zdajesz sprawy?… Czytałem ci przecież ten artykuł w „Journal de Soir”… Wyjąwszy formułę, cały sekret Noela Dorgeroux jest tam już zdemaskowany!… I kto wie, czy ten młodzik nie wpadnie sam na nią!… może za kilkanaście dni, cała rzecz stanie się własnością ogółu, a ja stracę miliony, które mógłbym tymczasem zarobić!… Aa! Doprawdy, że to się wściec można!...

Długa chwila ciszy.

Księżyc oświetlił jasno postać Massignaca. Woda sięgała mu już po szyję.

— Nie mam ci więcej nic do powiedzenia! — rzekł Velmot — kończmy! Odmawiasz?

Przeczekał chwilę:

— Jeżeli odmawiasz, przestaję nalegać!… Po co? Sam postanowiłeś o swoim losie, sam wybrałeś śmierć!… Bywaj, stary! Idę wypić kubek za twoje zdrowie! Ha! ha! ha!…

Pochylił się nad swoją ofiarą i dorzucił:

— Trzeba jednak być przezornym, trzeba przewidzieć każdą możliwość… Gdybyś się przypadkiem namyślił (kto wie? natchnienie przychodzi w każdej chwili) — to zawołaj tylko a przyjdę… Rozluźniam trochę twój knebel… Do widzenia Teodorze!…

Velmot popchnął swą łódkę i przybił do brzegu, mrucząc gniewnie:

— Co za psia robota!… I czego to bydlę jest takie głupie?!…

Stosownie do swego programu usiadł znowu przy stole, nalał sobie koniaku do kieliszka i zapalił fajkę.

— W twoje ręce, Massignac!… Za dwadzieścia minut i ty napijesz się… ale wody!… A może wolisz ten doskonały koniaczek? Więc wołaj!... Słucham, stary towarzyszu!...

Chmury zasłoniły księżyc, chmury tak gęste, że w ciemności zatarły się sylwetki obu moich wrogów. W głębi duszy żywiłem przypuszczenie, że albo Velmot ustąpi, albo Massignac przemówi. Minuty mijały… dziesięć… piętnaście być może… Zdawało mi się, że to niesamowite milczenie nigdy się nie skończy…

Velmot palił spokojnie swoją fajkę, a Massignac jęczał z cicha… Nie zawołał jednak…

Upłynęło jeszcze pięć minut… Nagle Velmot wstał, dysząc wściekłością:

— Dosyć mam już twoich jęków, kretynie jeden! Rozwiążę ci się język czy nie? Nie?! No, to zdychaj, bydlę podłe!

Posłyszałem, jak mruknął przez zęby:

— Może prędzej dam sobie radę z tamtym?

Co chciał przez to powiedzieć. Czy tamten — to ja? Istotnie Velmot skierował kroki w stronę wejścia, prowadzącego w głąb domku…

Dał się słyszeć krótki, urwany krzyk… A potem zapanowała cisza. Co się stało? Może Velmot w mroku uderzył się o mur lub drzwi? Nie mogłem oczywiście tego sprawdzić!… Stół i krzesło rysowały się niewyraźnie w ciemnościach… Od strony rzeki dobiegały słabnące z każdą chwilą jękliwe skargi Massignaca.

— Velmot idzie do mnie — myślałem — za kilka sekund będzie tutaj…

Nie miałem pojęcia, czego właściwie ten człowiek żąda ode mnie, jak również nie mogłem domyślić motywów mego uwięzienia. Czyżby Velmot przypuszczał, że ja znam formułę i że dlatego nie zdradziłem Massignaca, ponieważ podzielił się ze mną sekretem Noela Dorgeroux?… W takim razie będzie mnie może chciał zmusić do mówienia, używając tych samych metod, które stosował do swego dawnego wspólnika? A może też chodzi o Beranżerę, o tę dziewczynę, kochaną przez nas obu, a o której rzecz dziwna Velmot ani słowem nie wspomniał przed Massignacem. Na te wszystkie pytania miał mi Velmot odpowiedzieć… Ale dlaczego nie przychodzi?

Nikt się nie zjawiał i nie było słychać żadnego szelestu. Gdzież on się podział? Przez długą chwilę trwałem nieruchomo, przyłożywszy ucho do drzwi, gotowy stawić opór, chociaż nie miałem żadnej broni przy sobie. Nie przyszedł. Powróciłem do okna. I tam zupełnie cicho… Straszne wrażenie robiła ta cisza, której nie mąciły już teraz nawet słabe jęki Massignaca. Napróżno wytężyłem wzrok. Nie mogłem dostrzec nic… Fale rzeki i przestrzeń nadbrzeżna wszystko zlewało się w jedną czarną nieprzeniknioną masę.

Nie widziałem i nie słyszałem już Teodora Massignaca!… Fakt przejmujący grozą… Czyż woda nalała mu się do ust i nosa, dusząc go? Silnie trzasnąłem kułakiem w okiennicę. Myśl o ewentualnej śmierci Massignaca wstrząsnęła mną, budząc dreszcz przerażenia… Śmierć Massignaca — to zagłada genialnego wynalazku, to zniweczenie wiekopomnego dzieła… Przez śmierć Massignaca — Noel Dorgeroux umierał po raz drugi.

Spotęgowałem moje wysiłki. Przestałem troszczyć się o to, że lada chwila Velmot może wpaść i rzucić się na mnie… Jedna tylko myśl opanowała mój umysł: wydostać się z tej dziury, pospieszyć na pomoc nie Massignacowi ale Noelowi Dorgeroux, którego pracy groziło unicestwienie!… Jeśli milczałem dotychczas, jeśli nie oddałem sprawiedliwości zbrodniarza, to w imię tego samego hasła — winienem był ratować od śmierci człowieka, który sam jeden znał niezbędną formułę.

Pięści moje okazały się zbyt słabemi, więc zacząłem pomagać sobie krzesłem i prętem żelaznym wyłamanym z łóżka. Okiennica w jednym miejscu była pęknięta… Podważyłem silniej… Dał się słyszeć głuchy trzask… Nareszcie udało mi się zwyciężyć zaporę. Wskoczyłem na okno, otwarłem je, jednym susem znalazłem się na ziemi, aby potem pędem pobiedz w stronę rzeki. Kierując się instynktem, szybko odnalazłem łódź:

— Jestem tutaj — krzyknąłem — spieszę ci na pomoc, trzymaj się!…

Wyciągnąłem ręce, aby uchwycić sznur, ale dłonie moje trafiły w próżnię…

Sznur zerwał się, pale były pod wodą, haka ani śladu… Ciało musiało już popłynąć z prądem rzeki… Na chybił trafił zanurzyłem ramię o ile się dało najgłębiej… Ale huk wystrzału pozbawił mnie na krótką chwilę przytomności umysłu… Kula świsnęła mi koło uszu. Jednocześnie posłyszałem zdławiony głos Velmota:

— A!… hultaju jeden!… skorzystałeś już?!… Chcesz uratować tego wisielca Massignaca!… Poczekaj, niegodziwcze!…

Strzelił jeszcze dwa razy naoślep, bo ja oddalałem się szybko. Żaden strzał nie ranił mnie. W łódce okrążyłem wyspę i kierując się światłami, które migotały w oddali przybiłem do głównej przystani. Tramwaj mknął po szynach.. Restauracye i kawiarnie były otwarte. Znajdowałem się pomiędzy Bougival i Port-Marly.

O godzinie dziesiątej wieczorem byłem już w pokoju hotelowym w Paryżu i czytałem „Journal de Soir”. Poprzednio już w tramwaju przebiegłem oczyma artykuł. Jedno słowo powiedziało mi wszystko. Zrozumiałem i ja! Zrozumiałem cudowną hypotezę Benjamina Prevotella!… Nietylko zrozumiałem, ale i uwierzyłem w nią!…

Przerwałem moją niewygodną lekturę w tem miejscu, kiedy Prevotelle przeprowadzał dowód, iż wizye w Enclos są obrazami kinematograficznymi, których wszakże źródło znajduje się gdzieś poza amfiteatrem. Wreszcie ostatnie projekcye nie udały się… Co przeszkodziło widowisku i co zobaczył Benjamin Prevotelle na niebie?

Niebo było czyste, ale na horyzoncie snuły się lekkie obłoczki…

Benjamin Prevotelle opowiadał dalej:

„W miarę jak obłoki rysowały się wyraźniej, obrazy na ekranie zacierały się lub nawet znikały zupełnie… Skoro obłoki się rozpraszały — obraz występował czysto i wyraźnie… Trzy razy stwierdziłem ten fakt… Mógłżeby to być prosty wypadek… Intuicya podszepnęła mi, że pomiędzy temi zjawiskami zachodzi ścisły, nierozerwalny związek… A zatem wpływy pozaziemskie albo przynajmniej z górnych regionów pochodzące. Znalazłem się na progu nowej tajemnicy, nowej zagadki…

W pierwszej chwili przemknęła mi przez mózg myśl, że obrazy mogą być rzucane przez projektor, umieszczany w samolocie… Lecz w tym wypadku musiałoby się zauważyć obecność powietrznego statku, a przy tym odległość ewentualna, czyniła przy obecnym stanie nauki tego rodzaju rozwiązanie kwestyi absolutnie nierealnem.

A zatem? a zatem czyż sięgnąć myślą i wzrokiem dalej, przebyć jednym skokiem niezmierzoną przestrzeń i przyjąć hypotezę, że wyświetlane obrazy są pochodzenia nietylko pozaziemskiego, ale poza ludzkiego?

Rzuciłem wielkie słowo!… Hypoteza przestała być moją wyłączną własnością… Jakże przyjmą ją te szerokie rzesze, które ten pamiętnik mój czytać będą? Z dreszczem mistycznej trwogi, z ogniem zapału czy z chłodnym uśmiechem niedowierzania?

Zachowajmy zimną krew moi państwo!... Trzeba poddać wniosek, do którego przywiodło nas ścisłe rzeczowe badanie fenomenów bezstronnej analizie mózgowej, trzeba ją przefiltrować przez lejek naszej myśli krytycznej?... Obrazy pozaludzkie… co to ma znaczyć? Określenie to właściwie przekracza granicę naszego pojmowania, myśl ludzka cofa się przed niem… A jednak to jest tak bardzo proste…

Ustalmy granice naszych badań — granice systemu słonecznego i w tym kole olbrzymiem skoncentrujmy wzrok na punktach najbliższych a przez to najwięcej dostępnych… Jeśli to bowiem są istotnie obrazy świetlne, to bez względu na pochodzenie projekcyi ludzkie czy pozaludzkie — muszą one promieniować w jakichś punktach stałych, rozmieszczonych w przestrzeni z gwiazd sąsiadujących z ziemią!.. A mam pewne podstawy po temu, by mniemać, że stamtąd właśnie, z tych światów nieznanych, przybywają do nas owe wizye zdumiewające!

Mam na myśli pięć punktów: księżyc, słońce, Jowisza, Marsa i Wenus.

Jeżeli z drugiej strony przyjmiemy hypotezę, że projekcye padają po linii prostej, to gwiazda nieznana wysyłająca ku nam owe czarodziejskie wizye winna odpowiadać dwom warunkom: musi znajdować się w położeniu, któreby umożliwiało robienie zdjęć, oraz musi zdobyć możność przesyłania nam tych obrazów. Jako przykład weźmy wypadek, który pozwala, ściśle określić miejsce i datę. Balon Mongolfierich wzniósł się w powietrze 5 czerwca 1783 r. o g. 4 po południu w okolicy d’Annonay. Należy więc uświadomić sobie, jakie gwiazdy znajdowały się wówczas na horyzoncie i na jakiej wysokości. Zatem konstatujemy kompletny zachód Marsa, Jowisza i Księżyca, podczas gdy Słońce i Wenus znajdowały się po stronie zachodniej horyzontu Annonay. Tylko te gwiazdy mogły obserwować doświadczenia braci Montgolfierich. Ale nie widziały one ich pod tym samym kątem: zdjęcie z Słońca pokazywałoby rzeczy w dalszej perspektywie, natomiast Wenus w tym samym czasie mogła je obserwować pod kątem horyzontalnego nachylenia.

Oto pierwsza wskazówka. Czy możemy ją skontrolować. Tak jest, należy tylko porównać datę, kiedy obraz ten ukazał się oczom pana Wiktoryna Beaugrand z ówczesną konstellacyą gwiezdną… Należy sprawdzić, czy i która gwiazda mogła wysyłać promienie na ekran w Enclos. Wiktoryn Beaugrand, stwierdził, że w owym czasie Mars i księżyc już zaszły, Jowisz znajdował się po stronie Wschodu, Słońce zbliżało się tuż do horyzontu, a Wenus zajęła punkt nieco wyżej położony. Zatem tylko z tej planety mogły emanować promienie, na ekran zwrócony jak wiadomo ku zachodowi.

Ten przykład wykazuje, że choć krucha wydaje się na pozór moja hypoteza, można ją poddać ścisłej, precyzyjnej kontroli. Nie omieszkałem skorzystać z tej samej metody odnośnie do innych obrazów i w swoim czasie wydam specyalną listę weryfikacyjną z najdokładniejszymi szczegółami. Otóż po rzeczowym zbadaniu wszystkich wizyi, po określeniu warunków, w jakich się one na murze w Enclos pojawiły — doszedłem drogą logicznych wniosków do niezłomnego przekonania, że obrazy pozostają w związku z planetą Wenus — tylko z planetą Wenus.

Dwa obrazy, które unaoczniły Noelowi Dorgeroux i jego siostrzeńcowi egzekucyę miss Edyty Cavell musiały być robione rano, ponieważ egzekucya ofiary niemieckiego okrucieństwa miała miejsce rano. Obraz, odtwarzający bombardowanie Reims zdejmowany był od strony wschodu, ponieważ pocisk ugodził statuę, znajdującą się na wschodniej fasadzie katedry.

Stanowi to dowód, że zdjęcia mogły być robione zarówno rano jak wieczorem, od wschodu i od zachodu. — Jest to poważny argument na poparcie mej hypotezy, ponieważ Wenus, gwiazda wieczoru i gwiazda poranka spogląda na ziemię o świcie od strony Lewantu, a wieczorem od zachodu, a Noel Dorgeroux (otrzymałem telefonicznie potwierdzenie od pana Wiktoryna Beaugrand) — otóż Noel Dorgeroux, wielki genialny umysł, kazał wybudować mur, którego obie powierzchnie były pod identycznym kątem nachylenia zwrócone jedna ku tej stronie, gdzie słońce wschodzi, druga ku tej, kędy zachodzi… Kolejno zatem przyjmowały promienie wysyłane przez Wenus gwiazdę wieczoru lub przez Wenus gwiazdę wstającego dnia.

Takie są dowody, które na razie mogłem zdobyć. Zostanę one wzmocnione przez głębokie badania i racyonalną obserwację obrazów, które przesuwały się lub przesuną przed naszym wzrokiem na ekranie w Enclos. Ale kwestya pochodzenia obrazów nie wyjaśnia jeszcze zasadniczo kwestyi. Obrazy przybywają z Wenus — oto twierdzenie moje, które wiem, że wywoła protesty wśród oficyalnych przedstawicieli naszej nauki, wśród członków Akademii… Ale teraz nasuwa się pytanie — jaką drogą za pośrednictwem jakich środków i aparatów otrzymujemy to posłannictwo z planety Wenus?!

Sądzę, że nie ulega to dyskusyi, iż działanie promieni świetlnych jest wykluczone w tym wypadku. Sprzeciwiają się temu zasadnicze prawa optyki geometrycznej: pod tym względem Nauka stawia formalne i stanowcze veto!

Skłonny jestem wierzyć, że istoty zamieszkujące planetę Wenus próbowały już porozumiewać się z nami przy pomocy sygnałów świetlnych. Zaniechały jednak bezskutecznych wysiłków, ponieważ niedoskonałość naszej wiedzy ludzkiej uniemożliwiała to porozumienie. Wiadomo, że Lowell i Schiaparelli zaobserwowali na powierzchni Wenus jakieś błyszczące punkty, które uznali za objawy erupcyi wulkanicznych. Jabym raczej sądził, iż to były próby porozumienia.

Nauka jednakowoż nie może nam zabronić zastanawiać się nad kwestyą, czy mieszkańcy Wenus nie maję innego sposobu przesyłania nam swych pozdrowień… Czemuż np. nie pomyśleć o promieniach X, które odbywając drogę ściśle w linii prostej — umożliwiałyby powstawanie obrazów czystych i wyraźnych. Nie jest to bynajmniej rzeczą niemożliwą, aby władnie promienie X były używane przy wysyłaniu obrazów rzucanych na ekran w Enclos. Ale jak, przy pomocy promieni X wyjaśnić kinematograficzne zdjęcia rzeczy ziemskich: zdjęcia robione z innej planety? Wiemy przecież, jeżeli powołać się na przykład konkretny, że ani bracia Mongolfieri, ani otaczający ich ludzie nie emanowali promieni. A zatem mieszkańcy Wenus nie mogli się posługiwać tymi promieniami przy chwytaniu obrazów?

Oto są wszystkie możliwości, jakie oprzeć się dadzą na podstawach współczesnej nauki. Przyznaję otwarcie, że nie ośmieliłbym się zapuścić na teren hypotez, przewidujących rozwiązanie kwestyi zgoła nowe, gdyby mnie Noel Dorgeroux sam poniekąd do tego nie upoważnił. Rok temu wydałem broszurę zatytułowaną „Nowe przyczynki do prawa grawitacyi powszechnej”. Broszura ta nie wywołała żadnego echa w świecie naukowym, zwróciła jednakowoż uwagę Noela Dorgeroux, ponieważ siostrzeniec jego Wiktoryn Beaugrand znalazł moje nazwisko zanotowane w papierach wuja. Noel Dorgeroux nie mógł skądinąd znać mojego nazwiska, jak tylko z owej broszury. I czyżby mu przyszło do głowy zainteresować się moją skromną osobą, gdyby nie to, że moja teorya o promieniach grawitacyi, którą rozwijam w tej broszurze — zgadzała się z problemem jego wielkiego wynalazku? Muszę się na tę pracę moją powołać. Zawarte są w niej rezultaty nie we wszystkich punktach ściśle ustalone — mimo tego godne uwagi. Ogłosiłem tam wyniki mych doświadczeń łączących się z tem promieniowaniem. Szkicuję tam teoryę promieni, odbywających drogę po linia prostej z szybkością trzy rany większą niż szybkość światła. (W przeciągu czterdziestu sześciu sekund mogą one dostać na Wenus, wtedy, gdy jest ona najbardziej do Ziemi zbliżoną). Można się przekonać, że chociaż istnienie tych promieni dzięki którym przyciąganie powszechne dało się ująć w prawa Newtona nie zostało jeszcze stwierdzone — i że nie udało mi się ich jeszcze uwidocznić za pomocą odpowiednio skonstruowanych aparatów — to jednak przytaczam na poparcie mej teoryi dowody, które nie powinny być zlekceważone: Aprobata Noela Dorgeroux — umacnia mnie w moim przekonaniu!

Z drugiej strony wolno mniemać, że jeśli nasza biedna ziemska nauka w pierwotnym jeszcze rudymentarnym stanie pozostająca nie miała pojęcia o istotnym czynniku równowagi Wszechświata — to uczeni z Wenus mają już to stadyum niższe poznania dawno poza sobą i posiadają aparaty fotograficzne, pozwalające na robienie zdjęć filmowych przy pomocy promieni grawitacyjnych i to według idealnie doskonałej metody.

Czekali wszakże. Pochyleni nad naszą skromną planetą, poinformowani o wszystkiem co się tutaj dzieje, świadkowie naszej bezsilności — czekali na możność zaprowadzenia komunikacyi pomiędzy nami a ich własną planetą i za pośrednictwem jedynego możliwego w tym wypadku czynnika. Czekali cierpliwie, spokojnie, uzbrojeni w aparaty, niedostępne dla ziemskich uczonych, obrzucając ziemię wiązkami niewidzialnych promieni, skoncentrowanych w ich projektorach i aparatach odbierających, badając pilnie rezultaty swych usiłowań.

I pewnego dnia stała się rzecz cudowna,. Pewnego dnia wiązka promieni padła na ekran, powleczony substancyami umożliwiającemi żywiołowy rozkład chemiczny i natychmiastową rekonstrukcyę. Tego to dnia dzięki Noelowi Dorgeroux — mieszkańcy Wenus mogli się po raz pierwszy porozumieć z Ziemią!… Największy wypadek w historyi naszej planety stał się rzeczywistością!…

Mamy na to dowód, że mieszkańcom Wenery nie obce były pierwsze eksperymenty Noela Dorgeroux, że rozumieli ich doniosłość, interesowali się rozwojem prac jego i śledzili wypadki życiowe, skoro sfotografowali scenę śmierci tragicznej syna starego uczonego D. Dorgeroux. Nie będę przechodził szczegółowo wszystkich filmów, jakie się przesunęły na ekranie w Enclos. Tę analizę może sobie teraz przeprowadzić każdy w świetle hypotezy, która rozwijam. Zwracam jedynie uwagę, że owe istoty z Wenus starały się nadać rzucanym przez się obrazom piętno pewnej jednolitości. Nasuwa się siłą faktu przypuszczenie, że owe tajemnicze „troje oczu” — to po prostu marka fabryczna, analogiczna do emblematów ziemskich wytworni filmowych. Tym oczom jednak, nie mającym nic wspólnego z oczyma Ziemian mieszkańcy Wenus umieją nadać wyraz ludzkiego spojrzenia, co więcej upodobniają je do oczu tej osobistości, która będzie odgrywać główną rolę w filmie.

Skądże jednak wybór tej a nie innej marki? Dlaczego właśnie oczy i to troje oczu? Nie wiem jednak czy obecnie warto się zastanawiać nad odpowiedzią na to pytanie? Być może, iż tamci chcieli nam w ten sposób dać wyobrażenie o formach życia na ich planecie? Może jest to zdjęcie robione przez nich i u nich, odsłaniające nam tajniki bytowania na Wenus. Możebne, że w związku ze śmiercią Ludwika XVI — chcieli nam pokazać jeden epizod ze swej historyi, przedstawiający scenę egzekucyi jakiejś wybitnej ich osobistości... Może to kat ucina głowę, opatrzoną trojgiem oczu?!… Trzy ręce — troje oczu!… Czyż ośmielę się na tej kruchej podstawie zbudować teoryę, że mieszkańcy Wenus są trójsymetryczni, tak jak człowiek ze swojemi dwojgiem oczu. dwiema rękami, dwiema nogami, dwojgiem uszu jest dwusymetryczne? Czyż spróbuję opisać, tak jak to sobie wyobrażam, iż posiadają oni organy takich zmysłów jak zmysł magnetyczny, zmysł przestrzeni, zmysł elektryczności itd.? Nie, nie będę się zapuszczał w te dociekania. To są szczegóły, których dostarczą nam uczeni z Wenus, jeżeli uda się im udoskonalić komunikacyę z Ziemią. A mam to niezłomne przekonanie, iż im się uda! Silą się na to już od wieków. „Porozmawiajmy” — powiedzą nam wkrótce, tak jak zapewne powiedzieli to Noelowi Dorgeroux. On wiedział i w chwili gdy rażony ciosem mordercy walczył ze śmiercią, pragnął jeszcze na dole ekranu nakreślić formułę decydującą…

Promienie B… B. e. r. g. e.

Promienie B.!… Noel Dorgeroux określił wyraźnie te promienie grawitacyjne, o których istnieniu dowiedział się z mojej broszury a może też ze swej międzyplanetarnej korespondencyi z istotami, zamieszkującemi Wenus. A tam na Wenus nauczono się tak zużytkowywać te promienie, jak u nas każdy fotograf posługuje się promieniami świetlnymi.

A te pięć liter Berge nie stanowią bynajmniej początku imienia Bergeronette. Była to fatalna omyłka, której ofiarą padła Beranżera Massignac.

To ma być słowo „Berger” (pasterz) Noel Dorgeroux w chwili agonii, kiedy mózg jego przesłoniły już ciemności, nie znalazł innego określenia dla planety Wenus jak Gwiazda Pasterska (Etoile du Berger)… Osłabła jego ręka zaledwie kilka zdołała nakreślić liter. Dla mnie jasnem jest, że on, który wiedział, chciał przed śmiercią stwierdzić, że za pośrednictwem promieni grawitacyjnych Gwiazda „du Berger” przesyła ziemi żywe obrazy, odgrywające rolę znaków porozumiewawczych.

Jeżeli przyjmie się wszystkie wnioski, wynikające logicznie z zawartego w tym krótkim szkicu materyału dowodowego — to jednak powstaje jeszcze wiele punktów niewyjaśnionych. Jak skonstruowane są aparaty obserwacyjne i projekcyjne, którymi posługują się mieszkańcy Wenus. A następnie kwestya jeszcze ważniejsza: na czem poleca tajemnica ekranu w Enclos? Jaki jest skład chemiczny substancyi, które umożliwiają widzialność obrazów?… Jak się te substancje rozkładają i znowu rekonstruują? Nauka ludzka w obecnym stadyum swego rozwoju nie może odpowiedzieć na te pytania, niema jednak ogłosić swego bezwzględnego veto! Może powiedzieć: nie wiem, ale niech nie mówi, to niedorzeczność! Raczej obowiązkiem jej jest użycie wszystkich rozporządzalnych środków na wyjaśnienie tej kwestyi ważniejszej niż wszystkie zagadnienia, które dotychczas zajmowały umysły uczonych. Podobno pan Massignac zniknął bez śladu. Trzeba skorzystać z tej sposobności. Należy amfiteatr w Enclos ogłosić za własność narodową. Jest to niedopuszczalnem przecie, aby jakaś jednostka z wykluczeniem całego społeczeństwa posiadała na wyłączną własność tak niesłychanie doniosłą tajemnicę i mogła ją w każdej chwili unicestwić, odbierając ludzkości rezultaty wysiłków genialnego badacza. To nie powinno mieć miejsca!… Musimy się postarać o to, aby w jak najkrótszym czasie zdobyć sposób stałego porozumiewania się z mieszkańcami Wenus!… Oni nam opowiedzą historyę naszej przeszłości od tysięcy wieków i wtajemniczą nas w istotną treść zagadek wszechświata, które wyprzedzając nas zdołali już dawno rozwiązać, umożliwią nam być może korzystanie z dobrodziejstw cywilizacyi tak wysokiej, że nasza ziemska zdaje się przy niej szczytem ignorancyi, dzikością, marnymi wysiłkami pierwotnych istot.



Rozdział V.

WARGI W POCAŁUNKU ZŁĄCZONE.

Wystarczy przeczytać dzienniki z owego czasu, aby sobie zdać sprawę, jakie wzburzenia wywołały rewelacye Benjamina Prevotelle’a. Leżą przede mną na stole 4 numery dzienników z datą dnia następnego. Na ośmiu stronach każdego z nich nie było ani jednego artykułu, ani jednej notatki, w których by nie poruszano kwestyi wspaniałe hypotezy.

Na ogół panowała jednomyślność, rzeczowa aprobata lub burzliwy entuzyazm. Zaledwie kilka głosów protestu ze strony oficyalnych przedstawicieli nauki, przerażonych śmiałością rozumowania młodego studenta. Dla olbrzymiej wszakże części publiczności kwestia straciła charakter hypotetyczny… Teoryę Benjamina Prevotelle’a uznano za niewzruszoną prawdę.

Każdy dodawał swój własny dowód — jako cegłę do budującego się gmachu. Zarzuty, wszelkie wydawały się prowizorycznymi, a obalić je miało dalsze rzeczowe badanie fenomenalnych zjawisk. To była ostateczna konkluzyja ze wszystkich artykułów, wywiadów i listów otwartych. Publiczność domagała się energicznie urządzenia seryi eksperymentalnych seansów w Enclos. Wśród tego gorączkowego rozentuzyazmowania — porwanie Massignaca zeszło na plan drugi… Pan Massignac zniknął? Niewiadomo, kto go porwał i kto go więzi? Niech będzie. Rzecz małej wagi, Okazya była zbyt dobra, aby z niej skorzystać. Opinia publiczna nagliła, aby rozpocząć próby.

Co do mnie, to nie zdradziłem ni jednem słowem mej awantury w Bougival, obawiając się kompromitacyi dla Beranżery, wplątanej tak bezpośrednio w tę zbrodniczą aferę. Postanowiłem jednakże zbadać teren działania Velmota i udałem się na wyspę na Sekwanie. Wypytując mieszkańców nieznacznie, dowiedziałem się, że Massignac i Velmot mieszkali tam jakiś czas w zimie, w towarzystwie jakiegoś kilkunastoletniego chłopca. Zwiedziłem dom, w którym jeden z nich pod przybranem nazwiskiem wynajął mieszkanie. Dom był pusty. Trochę sprzętów, trochę naczyń kuchennych — oto wszystko.

Na czwarty dzień po artykule Prevotella zebrała się w Enclos komisya obserwacyjna. Ponieważ niebo było zachmurzone, więc ograniczono się tyko do zbadania muru i szarej substancyi, którą ekran był powleczony. Analiza nie dała żadnych specjalnych rezultatów. Stwierdzono, że ta substancya stanowi amalgamat materyi organicznych i kwasów. Te połączenia chemiczne, z jakiejkolwiek strony rozpatrywane nie mogły przyczynić się w niczem do wyjaśnienia czarodziejskich obrazów. Szóstego dnia niebo się wypogodziło, zajaśniało czystym, niezamąconym żadną chmurką błękitem. Komisya powróciła, wraz z nią przedstawiciele władz i gromadka ciekawych, którzy zdołali się wkręcić do świty. Scena, która rozegrała się przed ekranem — miała w sobie coś tragikomicznego. Ci wszyscy ludzie czekali z zapartym w piersi tchem, z oczyma wlepionymi w pusty, szary mur… Nic się nie pojawiło!… Przygnębienie obecnych było tem większe, że obawiano się odrazu takiego wyniku… Czyżby jedynie nieznana nikomu formułka Noela Dorgeroux mogła wyczarowywać wizye?

Ja byłem o tym najmocniej przekonany, a komisya i publiczność dochodziła do tego samego przeświadczenia. Oprócz zanalizowanej szarej substancyi istniał jeszcze płyn, płyn, przyrządzany przez Massignaca ściśle według formuły. Płyn ten zarówno wuj mój jak i Massignac przechowywali we fiolkach i błękitnych flakonach.

Wszelkie poszukiwania były daremne. Nigdzie żadnych fiolek. Ani śladu błękitnych flakonów.

Zaczynano już żałować zniknięcia i ewentualnej śmierci Massignaca. Czyżby wielka tajemnica miała być straconą dla ludzkości w chwili, kiedy Benjamin Prevotelle wykazał całą jej doniosłość?

11 dnia od ogłoszenia rewelacji Benjamina Prevotelle’a — dzienniki zamieściły wiadomość, że trzeci seans w amfiteatrze w Enclos odbędzie się pod kierownictwem samego pana Massignaca.

Istotnie koło południa Massignac zjawił się… Drzwi, były zamknięte i obstawione policyą, więc nie mógł wejść!… Ale o trzeciej godzinie przybył urzędnik Prefektury, zaopatrzony w pełnomocnictwo do rokowań…

Massignac postawił swe warunki. Zażądał stanowczo oddania w jego bezwzględne władanie amfiteatru, który miałby być strzeżony przez agentów policyjnych i w przerwach pomiędzy seansami zamknięty dla wszystkich prócz niego samego. Żaden z widzów nie może przynieść ze sobą ani aparatu fotograficznego ani jakiegokolwiek optycznego instrumentu.

Przyjęto jego żądania bez zastrzeżeń. Władza państwowa i opinia publiczna skapitulowały przed bezczelnością człowieka, który sam jeden miał moc wywołania cudownych wizyi i nawiązania stosunków z planetą Wenus. Tego rodzaju postępowanie wskazuje na to jak poważnie traktowano hypotezę Benjamina Prevotella.

W głębi serca jednak każdy żywił nadzieję, że nadejdzie chwila odwetu, kiedy cudowna tajemnica stanie się powszechną własnością a Massignac niepotrzebnym.

Czuł on to dobrze, to też z całym cynizmem wydał następujący cyrkularz: ,,Ostrzega się publiczność, że w razie jakiegokolwiek zamachu na dyrekcyę amfiteatru, ekran będzie natychmiast zniszczony i wynalazek Noela Dorgeroux raz na zawsze unicestwiony.

— Co do mnie — to nie zdziwił mnie zbytnio powrót Massignaca, bo już poprzednio mówiło mi przeczucie, że łotr, który wisieć powinien nie utonął!… Natomiast uderzyła mnie kolosalna zmiana w rysach jego twarzy i w całej postaci. Postarzał się najmniej o dziesięć lat, pochylił, przygarbił. Wieczysty uśmiech, który dawniej zdawał się być przyrośniętym do jego fizyognomii nie rozjaśniał twarzy wychudzonej, żółtej, niespokojnej. Skoro mnie zobaczył, chwycił za ramię i odciągnął na bok.

— A to mnie urządził!… Bandyta przeklęty!… Naprzód zbił mnie jak psa w ciemnym wilgotnym lochu!… Potem wrzucił mnie do wody, ażeby mi rozwiązać język!… Dziesięć dni musiałem leżeć w łóżku, żeby przyjść do siebie!… To nie jego zasługa z pewnością, że żyję jeszcze! A! nędznik! Zresztą ma i on za swoje… może nawet lepiej mu się dostało aniżeli mnie!… Ręka, która go ugodziła, nie drżała!…

O jakiej ręce mówił, i jaki dramat rozegrał się w ciemnościach? Nie pytałem go o to. Jedna tylko rzecz mnie specyalnie interesowała:

— Massignac, czytałeś pan pamiętnik Benjamina Prevotelle? Czy jego przypuszczenia są zgodne z prawdą? czy zgadzają się z rozprawą mego wuja, którą pan czytałeś?

Wzruszył ramionami:

— Wszystko jedno. Czy ja chowam obrazy dla siebie? Nie robię tego. Przeciwnie. Staram się pokazać wszystkim i zarobić w ten sposób uczciwie pieniądze… Czego oni mogą chcieć jeszcze odemnie…

— Chcą zabezpieczyć odkrycie, które…

— Nigdy! Nigdy! — wykrzyknął gniewnie. Dajcie mi święty spokój. Kupiłem, tak jest, kupiłem! sekret Noela Dorgeroux i zachowam go jako moją wyłączną własność, pomimo wszystko i wbrew wszystkim!… Nie zlęknę się żadnych gróźb. Nie powiem ani słowa, tak jak nie powiedziałem wtedy, gdym się wił w pazurach Velmota!… Wiktorynie Beaugrand, mówię ci, że sekret Noela Dorgeroux we mnie żyje i razem ze mną umrze!… Przysięgam na to.

Kiedy kilkanaście minut później Massignac szedł na swoje miejsce, nie miał już miny pogromcy dzikich bestyi ale sam wyglądał na wystraszone zwierzę, które płoszy się najlżejszym hałasem.

Woźni uzbrojeni w pałki, towarzyszyli mu jak poprzednio. Dowiedziałem się, że im wypłacono podwójną gażę.

Ostrożności były najzupełniej zbyteczne tym razem. Massignacowi nie groziło ze strony tłumu żadne niebezpieczeństwo. Publiczność zachowywała niezmącone niczem milczenie, jak gdyby uczestniczyła w jakimś uroczystym obrzędzie religijnym. Nie słychać było ani oklasków ani obelżywych wykrzykników. Z całą powagą oczekiwano tego, co ma nastąpić, przyczem nikt nie wątpił, że to nastąpi. Widzowie, zajmujący wyższe miejsca (wśród nich i ja się znalazłem) podnosili często wzrok ku górze. Na niebie czystem, bez chmur, błyszczała Wenus. Gwiazda wieczoru.

Co za wrażenie! Poraz pierwszy ludzie mieli pewność, że patrzą na nich oczy, które nie są ich własnemi i że czuwają nad nimi umysły, różniące się od umysłów mieszkańców ziemi. Poraz pierwszy odczuwali w dotykalny sposób bezpośrednią łączność z ogromem przestrzeni międzygwiezdnych, zaludnionych dotychczas przez fantastyczne marzenia i nieokreślone nadzieje. Stamtąd, od tych gwiazd dalekich biegło ku nam posłannictwo... To już nie legendy, nie widma, ale żywe istoty przemawiały do nas żywym i zrozumiałym językiem plastycznych obrazów i usiłowały utorować sobie drogę do stałego porozumienia się z nami.

Wreszcie po chwili oczekiwania ukazały się Oczy — Troje Oczu… Tego dnia miały one wyraz niezwykłej łagodności i słodyczy, płonęły zda się miłością i budziły w sercach naszych silny oddźwięk sympatyi. Co oznaczały te oczy kobiece pełne uśmiechów i obietnic rozkosznych.

W miłem podnieceniu oczekiwaliśmy uroczych rozkosznych scen, jakie miały przesunąć się po ekranie.

Obserwowałem moich sąsiadów. Wszyscy — tak samo jak i ja powyciągali szyje w stronę ekranu. Zauważyłem dwóch młodzieńców pobladłych jak płótno. Jakaś kobieta, której twarz zakrywał welon żałobny podniosła chusteczkę do oczu, gotowa wybuchnąć płaczem.

Ukazał się nam naprzód krajobraz w pełnym słońcu, krajobraz włoski o gorącym kolorycie… Po zapylonej drodze pędzili na koniach jeźdźcy w mundurach, noszonych przez żołnierzy w epoce Rewolucyi. Jeźdźcy ci towarzyszyli kolasie zaprzężonej w cztery konie.

Potem ujrzeliśmy dom w cienistym ogrodzie na końcu długiej cyprysowej alei. Okiennice były zamknięte, a na szerokim, płaskim tarasie kwitły różnokolorowe kwiaty. Kolasa zatrzymała się przed tym domem i odjechała następnie, gdy wyskoczył z niej oficer, który rękojeścią szabli zapukał do drzwi. Otwarły się natychmiast podwoje. Na progu stanęła młoda wysoka kobieta, wyciągając ramiona ku oficerowi. W chwili jednak kiedy mieli się złączyć uściskiem — cofnęli się, jakby chcąc odwlec jeszcze na moment szczęście, aby się nim potem upoić rozkoszniej.

Zobaczyliśmy dokładnie twarz tej kobiety, jaśniejącą nieopisaną ekstazą radości i kochania… Ten wyraz prześwietlający jej oblicz czynił je pięknem i młodem, choć w istocie rysy były niezbyt regularne a przywiędła nieco cera wskazywany, że kobieta ma już wiosnę młodości poza sobą.

Kochankowie rzucili się sobie w objęcia, ramiona ich splotły się gorącym mocnym uściskiem, a wargi złączyły się w długim pocałunku.

Oficer francuski i jego kochanka Włoszka zniknęli nam z przed oczu. Ujrzeliśmy ruiny jakiegoś fortu, otoczone wieńcem drzew i oświetlone łagodnym blaskiem księżyca. Z pośród drzew wysunęła się młoda dziewczyna w luźnej powłóczystej sukni. Przystanęła z rozchylonymi usty i wyciągniętymi rękami. Dostrzegła coś, czego my nie mogliśmy widzieć. Urodziwa jej twarzyczka rozjaśniła się czarującym uśmiechem. Powiekami przysłoniła oczy i trwała, jakby oczekując.. Czekała istotnie na młodzieńca, który podszedłszy ku niej przylgnął do jej warg chciwymi ustami. Ona położyła głowę na jego ramieniu.

Scena miłosna której byliśmy świadkami, wyruszyła nas głęboko, skoro uświadomiliśmy sobie, że mamy przed sobą nie aktorów, ale żywych ludzi z piętnastego stulecia. Oni nie grali dla nas, upajali się pierwszym pocałunkiem miłości. To właśnie wprowadzało nas w nastrój prawie ekstatyczny. Było to wrażenie, które się nie da w żadne ująć słowa. Widzieć przeszłość — nie ukostyumowaną, nie ucharakteryzowaną po aktorsku, ale prawdziwą, rzeczywistą!

Widzieć tak jak ujrzeliśmy w chwilę później — wzgórze greckie! widzieć Akropol pod niebem z przed dwóch tysięcy lat z jego ogrodami, domami, placami, ulicami, świątyniami... Oglądać Panteon nie w gruzach — ale w całej wspaniałości, otoczony tłumem posągów... Mężczyźni i kobiety wstępują na marmurowe stopnie. To są Ateńczycy i Atenki z czasów Peryklesa lub Demostenesa.

Chodzą. Mijają się. Rozmawiają. Potem znikają. Mała ulica zupełnie pusta ściele się w obramowaniu dwóch białych murów. Gromadka ludzi przesunęła się przez tę uliczkę, pozostawiając poza sobą mężczyznę i kobietę. Tych dwoje zatrzymało się nagle, obejrzeli się wokół poczem ucałowali się gorąco. Z pod welonu przesłaniającego czoło kobiety spoglądały duże czarne oczy o długich rzęsach trzepoczących się jak skrzydła spłoszonego ptaka.

Zrozumieliśmy o co chodziło tamtym z Wenus. Chcieli nam pokazać w różnych epokach naszej przeszłości ten sam gest wiecznie młody, chcieli powiedzieć, że równie jak i my są niewolnikami wszechpotężnego uczucia miłości. Inne pary przesunęły się, inne epoki zmartwychwstawały, inne objawiły się nam cywilizacye. Zobaczyliśmy pocałunek Egipcyanki i młodego fellaha… W wiszącym ogrodzie całowali się: księżniczka assyryjska i mag. We wnętrzu jaskini dwie istoty ludzkie, wyglądem swym mało różniące się od zwierząt przylgnęły do siebie wargami… I inne… inne jeszcze. Wizye krótkie, niektóre mało wyraźne, zatarte nieco jak barwy na starożytnym fresku wszystkie jednak tchnące zarówno poezyą jak brutalną rzeczywistością, uderzające siłą namiętności i wiecznotrwałem pięknem.

I zawsze oczy kobiece stanowiły punkt, skupiający wszystkie promienie, zawsze one czarne lub błękitne gwiazdy zamykały w sobie tajemnicę niezgłębionej rozkoszy. W tych oczach lśniły łzy, jaśniały uśmiechy, migotała wesołość, przezierała rozpacz, płakała melancholia, wabił szał upojeń… Tyle tam było słodyczy, wdzięku, miłości, rozkosznej perfidyi, tyle niebezpiecznych czarów i ponęt kuszących… Z jakimż przecudnym pełnym nie wysłowionej gracyi gestem podawały swoje wargi do pocałunku…

Ostatnich obrazów nie widziałem już, bo fala ludzka pchnęła mnie ku owej kobiecie w żałobie, której oblicze zakrywały krepowe welony.

Odrzuciła teraz w tył czarne zasłony. Zobaczyłem. Beranżerę!

— Ty! ty!

Podniosła ku mnie swe promienne źrenice, otoczyła mi szyję ramionami i szepcząc słowa miłości podała mi usta.

Nie śmiałem jej pocałować, ale ona zaszemrała:

— Proszę cię… błagam…

Usta nasze spoiły się. Bez słów, bez wyjaśnień zrozumiałem, że to co mówił Massignac o swej córce, to były podłe insynuacye… Beranżera była sterroryzowaną ofiarą dwóch bandytów, ale nie przestała mnie nigdy kochać….



Rozdział VI.

WIZYE MĘKI ZBAWICIELA.

Następny seans poprzedziły dwie ważne notatki w dziennikach wieczornych. Pewna grupa finansistów zaproponowała Teodorowi Massignacowi za sekret Noela Dorgeroux i prawo eksploatacyi amfiteatru dziesięć milionów. Nazajutrz Massignac miał dać decydującą odpowiedź.

Druga wiadomość zawierała sensacyjną rewelacyę. Służąca, która pielęgnowała Massignaca kilka tygodni temu w jego domu w Tuluzie — złożyła zeznanie, że choroba jej pana była udaną, że wydalał się on kilka razy z domu potajemnie, starając się ukryć swą nieobecność przed sąsiadami. Jedna z tych potajemnych wycieczek schodziła się z datą śmierci Noela Dorgeroux. Doniesienie to zmuszało organa władzy bezpieczeństwa do wdrożenia śledztwa przeciwko Massignacowi. Z tych dwóch wiadomości wynikało, że sekret Noela Dorgeroux może być w drodze kupna uratowany dla ludzkości lub też w razie aresztowania Massignaca bezpowrotnie stracony.

Taka alternatywa przyprawiała widzów o tym silniejsze zdenerwowanie. Mieli bowiem powód obawiać się, że ostatni raz uczestniczą w seansie w Enclos. Komentowano z zajęciem artykuły dziennikarskie, podnoszono wszystkie za i przeciw hypotezie. Zapewniano, że Prevotelle, któremu Massignac zabronił chodzić do amfiteatru, przygotowuje seryę doświadczeń, mających wykazać słuszność jego teoryi.

Nawet ja, który od wczoraj myślałem tylko o Beranżerze, tej dziwnej dziewczynie, co połączywszy się ze mną pocałunkiem miłosnym, zniknęła potem, zgubiła się w tłumie — zapomniałem teraz o niej. Ekran jedynie zajmował moje myśli…

Problem mojego osobistego życia gubił się w wielkiej tajemnicy wszechświata.

Troje oczu spojrzało na nas tym razem wzrokiem, pełnym niewysłowionego bólu i nieskończonej bezkresnej dobroci. Obrazy, które się potem pojawiły były stwierdzeniem słuszności słów proroczych Noela Dorgeroux: „Przyjdą tutaj tłumy pielgrzymów i padną na kolana, płacząc jak dzieci”.

Droga uciążliwa, kamieniami usiana wiodła na łyse wzgórze, w spiekocie słońca stojące, pozbawione ożywczej ochłody, cienia. Ziemia wyschnięta, spękana! Tłum ludzi podnieconych rozgadanych piął się po tej spadzistej drodze. Porozwiewane, gdzieniegdzie podarte tuniki na ich grzbietach, gwałtowna gestykulacya i wyraz twarzy nadają im wygląd żebraków lub biednych rzemieślników rasy wschodniej. Droga znika, aby znów ukazać się na wyższym poziomie. Widzimy, że cała ta masa ludzka towarzyszy oddziałowi żołnierzy, których strój i uzbrojenie wskazują, że to legioniści rzymscy. Żołnierzy tych jest kilkudziesięciu. Kroczą powoli, nie w ordynku wojskowym, lecz rozsypani bezładnie. Na ramionach mają włócznie, a niektórzy niosą hełmy w ręku. Niekiedy zatrzymują się i piją. Po jakimś czasie można sobie zdać sprawę z tego, że legioniści tworzą eskorty dla grupy środkowej złożonej z kilku wodzów i kilku osobistości w szatach kapłańskich. Nieco opodal idą cztery niewiasty kryjące swe oblicza pod zasłonami. Nagle w chwili, gdy tłum rozsunął się nieco — spostrzegamy wielki, ciężki krzyż, pod którego ciężarem ugina się człowiek, niosący go na miejsce swej kaźni. Chwieje się On co krok prawie, zbiera znowu siły, podnosi się, pada, wlecze się, potyka się o ostre przydrożne kamienie… Upadł raz jeszcze i leży bez ruchu. Razy batami wymierzane przez jednego z żołnierzy nie wywierają żadnego skutku. Wyczerpały się Jego siły.

Dwa razy jeszcze widziany w dwóch dalszych stadiach — drogę krzyżową… Dwa razy zwraca się ku nam oblicze Skazanego na śmierć… Inne ono jest niż wizerunki, któreśmy oglądać nawykli, a jednak poznajemy… To On, Ten, który umarł dla nas na krzyżu… żyje w naszych oczach. Cierpi. Zobaczymy Jego mękę i śmierć!

Żołnierze przybyli już na miejsce Męki. Widzimy wznoszący się krzyż, a pod nim pochylone w ciężkiej boleści niewiasty. Agonia się zaczyna…

Nigdy chyba żadne zbiorowisko ludzkie nie było wstrząsane tak gwałtownem i głębokiem wyruszeniem… Oglądać własnemi oczyma to, co dotychczas odtwarzano według niepewnych dokumentów… Wiara nasza stawała się ciałem… On umierał na krzyżu, a cztery niewiasty zmywały Jego stopy łzami… Na wierzchołkach dwóch sąsiednich pagórków — wznosiły się dwa krzyże, z przygwożdżonymi do nich postaciami ludzkiemi.

Kiedy ostatnia wizya ukazała nam Jego umęczone Ciało, słodką Głowę pochyloną na piersi w niezmiernym bólu, — tłum jakby jedną myślą, jednem czuciem przeniknięty — padł na kolana… kobiety i mężczyźni — wszyscy wyciągali ramiona ku Człowiekowi-Bogu, który umierał…

Kto tego nie widział, ten pojąć nie może; słowa moje nie są zdolne odtworzyć rzeczywistości. Wszak nietylko oglądaliśmy prawdziwą Mękę Zbawiciela, ale nasi bracia z dalekiej planety, przesyłając nam ten obraz — dawali do zrozumienie, że i oni ożywieni są tą samą religijną wiarą i idealnemi aspiracyami. Przecież poprzednio oznajmili nam, że i oni przechodzili analogicznie, jak ziemianie, przewroty polityczne i że oni tak samo jak ludzie znają potęgę i rozkosz miłości!… A zatem te same etapy cywilizacyi, te same wierzenia, te same instynkty — nawet identyczne uczucia!

Posłannictwo tak wyraźne, tak oczywiste musiało wywołać u widzów gorące pragnienia nawiązania bliższych stosunków z tamtym… Ileż to zagadek mogłoby być rozwiązanych, ile problemów wyjaśnionych, problemów przeszłości, problemów cywilizacyi i przeznaczenia…

A niepewność wstrząsała wszystkimi silnej niż dnia poprzedniego… Co stanie się z tajemnicą Noela Dorgeroux? Sytuacya tak się przedstawiała: Massignac zgodził się przyjąć ofiarowane mu dziesięć milionów — pod warunkiem wszakże, że pieniądze dostanie zaraz po seansie wraz z glejtem bezpieczeństwa do Ameryki. Śledztwo prowadzone w Tuluzie potwierdzało oskarżenie służącej, mimo tego sprawiedliwość państwowa gotowa była dla wynalazku Noela Dorgeroux uczynić ustępstwo. Rząd sadził, że pod grozą natychmiastowego aresztowania Massignac skłonnym okaże się do sprzedania tajemnicy. Uzbrojeni ludzie mieli pilnować każdego jego kroku i w razie próby ucieczki chwycić go od razu za kołnierz. Kiedy żelazna kurtyna odsłoniła ekran — miejsce woźnych amfiteatru zajmowali agenci policyjni.

W ten sposób rozpoczął się seans, któremu towarzyszące okoliczności szczególnie doniosłe nadawały znaczenie.

Wyjątkowo Troje Oczu nie ukazało się wcale tym razem. Odrazu wprowadzono nas w rzeczywistość. W cienistym ogrodzie siedziała wśród kwitnących drzew młoda, piękna kobieta, ubrana według mody 1830 r. Haftowała ona pilnie, podnosząc niekiedy oczy jaśniejące wyrazem serdecznej tkliwości na malutką dziewczynkę, igrającą koło niej wesoło. Dziecko bawiło się babkami z piasku, niekiedy zaś przerywając sobie zabawę, podbiegało ku młodej kobiecie, wskakiwało na kolana, zarzucało jej rączęta ma szyję i twarz okrywało gorącymi pocałunkami. Przez kilka minut — ten obraz jasny, pogodny. Potem gałęzie gęstych drzew rozsunęły się za plecami matki... Wyszedł stamtąd mężczyzna młody także i elegancki.

Twarz jego jest twarda, surowa, usta zaciśnięte. W ręku trzyma nóż. Postępuje ostrożnie naprzód kilka kroków. Kobieta nie może słyszeć odgłosu jego stąpania, a i dziecię go nie widzi. Mężczyzna idzie dalej, zachowując jak największą ostrożność. Obawia się widocznie, aby piasek nie zaskrzypiał mu pod nogami, aby nie zdradził go chrzęst odłamanej gałęzi. Zbliża się ku kobiecie, oblicze jego nacechowane jest wyrazem okrutnego, niezłomnego postanowienia. A kobieta ciągle uśmiecha się promiennie, nie przeczuwając niczego złego. Ramię mężczyzny podnosi się nagle i gwałtownie opada, wymierzając cios nożem w samo serce. Kobieta runęła na ziemię. Wąska struga krwi czerwieni się. Mężczyzna pochyla się przez chwilę nad nieruchomym ciałem, potem cofa i znika w gęstwinie, unosząc ze sobą nóż krwią zbroczony.

Dziecko nie przestało się bawić. Śmieje się i szczebiocze. Obraz znika.

Widzimy teraz dwóch mężczyzn, spacerujących po pustej drodze, przez którą przepływa wąska rzeczka. Rozmawiają oni ze sobą — tak swobodnie, niefrasobliwie, jak się mówi o zeszłorocznym śniegu lub o pięknej pogodzie. Nagle spostrzegamy, że jeden z mężczyzn trzyma w ręku rewolwer, kryjąc go za plecami. Obaj zatrzymują się i kontynuują rozmowę. Ale twarz uzbrojonego zmienia się, nabiera tego samego wyrazu okrucieństwa, jaki cechował oblicze pierwszego mordercy. Szybko jak błyskawica ruch napastniczy, strzał, tamten pada, a morderca rzuca się na niego i wydziera mu z kieszeni portfel. Przesunęły się przed nami jeszcze cztery obrazy zbrodni, w których występowały nieznane nam zgoła osobistości. Były to wypadki różne, mające wszakże jedną wspólną cechę: naprzód scena spokojna, pogodna, potem napad morderczy w całej swej grozie i bestyalstwie…

Był to widok okropny. Szczególnie denerwowało nas ufne spojrzenie ofiary, za którą czaiło się już widmo śmierci... Oczekiwanie ciosu, którego nie mogliśmy odwrócić, wprawiało nas w nastrój przykrego przygnębienia.

I ukazał się nam obraz ostatni, wywołując głuchy pomruk na widowni amfiteatru. Ujrzeliśmy dobrze znaną twarz… Noela Dorgeroux!



Rozdział VII.

ŚWIADECTWO ZBRODNI.

Odrazu gdy na ekranie pojawiło się to oblicze znane jednym osobiście, innym z licznych wizerunków — jedna myśl przebiegła wszystkie mózgi. Zrozumieliśmy. Wszak dzisiaj mieliśmy przed sobą serię obrazów zbrodniczych. Sześć ofiar padło pod ciosami morderców — mój wuj miał być siódmą. Tamci chcieli mam pokazać śmierć jego, skonfrontować z nami mordercę!

Pierwszy obraz przedstawiał scenę z rodzinnego życia Noela Dorgeroux. Syn jego Dominik w mundurze wojskowym żegnał czule ojca, który patrzył na niego z bezgranicznym smutkiem, jakby przeczuwając, że go już więcej nie zobaczy. Potem widzimy go w ogrodzie w Enclos — wśród budynków mieszczących pracownie. Pomiędzy drzewami przemyka zgrabna, wiotka postać niedorosłej dziewczynki. To Beranżera w wieku trzynastu lub najwyżej czternastu lat.

Nastąpił potem cały szereg obrazów, wykazujących dowodnie, jak tam interesowano się życiem i pracami Noela Dorgeroux. On garbi się i starzeje. Beranżera rośnie, co jednak nie przeszkadza jej śpiewać, biegać i skakać.

W tym samym dniu, kiedy ją zobaczyliśmy rozkwitłą, uroczą dziewczyną — ujrzeliśmy jednocześnie, jak Noel Dorgeroux, stojąc na drabinie smarował mur długim pendzlem, maczanym w jakimś roztworze. Stary uczony cofa się na chwilę, spogląda uważnie, bada mur, ten sam mur, na którym teraz przesuwają się czarodziejskie wizye... Zdaje się, że Noel Dorgeroux czeka na coś i szuka czegoś…

Obraz znika — następuje zmiana. Na ekranie ukazuje się amfiteatr niewykończony jeszcze — taki, jakim był wtedy, gdy znalazłem zwłoki mego wuja. Noel Dorgeroux otwiera skrytkę wydrążoną w murze i coś tam porządkuje. Nagle poza amfiteatrem zaczynają się rysować drzewa i kobierzec zielony łąki. Mężczyzna jakiś idzie tamtędy. Ja odrazu poznałem tę sylwetkę. To morderca. Owinął się w szary, od pyłu chroniący płaszcz i podniósł tak wysoko kołnierz, że styka się on z brzegami szerokiego, na oczy naciśniętego kapelusza. Chód tego człowieka jest dziwnie nerwowy i niespokojny. Krokiem szybkim, skradającym się — przenika do Enclos. Noel Dorgeroux stoi ciągle przed ekranem. Zamknął skrytkę i zapisuje coś w notatniku. Ofiara nie przeczuwa podstępnego napadu. Przybyły mężczyzna zrzuca płaszcz i kapelusz, zwracając jednocześnie twarz w naszą stronę. To Massignac!..

Wszyscy byli z góry tak pewni tego, że to będzie właśnie on, a nikt inny, że nawet nie wyrażano zdumienia.

Scena zabójstwa trwała krótko. Biedny mój wuj ani przez sekundę nie przypuszczał, że tuż koło niego czai się śmierć… Nie było też żadnej walki — aż do chwili, gdy ogarnięty wściekłym szałem zbrodniarz, rzucił się na leżącego na ziemi, śmiertelnie zranionego i chciał go ugodzić raz jeszcze… Ten bestyalski gest rozpętał gniew zebranego tłumu, gniew hamowany dotychczas przez jakąś nieumotywowaną, nie racyonalną nadzieję… Przecięły powietrze krzyki, dobywające się z tysięcy piersi, zafalowało rojowisko ludzkie i popłynęło zbitą masą w stronę żelaznej klatki, gdzie jak dziki, ścigany zwierz Massignac usiłował ratować się…

Nie wiem, jak się to wszystko stało. Massignac, widząc, na co się zanosi, chciał uciekać, ale natrafił na nieprzełamaną zaporę w postaci dwunastu agentów policyjnych, którzy mu ze wszech stron zagradzali drogę. Ci agenci usiłowali też powstrzymać napór tłumu, który w obłędzie wściekłego gniewu, jął wyłamywać żelazne pręty. Jednak siła tych dwunastu barczystych ludzi okazała się znikomo niewystarczającą wobec przeważających liczebnie napastników.

Tłum wdarł się do klatki. Zobaczyłem Massignaca z rewolwerem w każdej ręce. Huknęło kilka strzałów. Ozwały się jęki. Massignac skorzystał z chwilowego wahania, aby nacisnąć z błyskawiczną szybkością jeden z guzików elektrycznych. I oto u góry ekranu otwarta się nieznana nikomu skrytka, z której trysnęły strugi niebieskawego płynu, zlewając obficie całą powierzchnię muru.

Przypomniałem sobie złowieszcze słowa Massignaca:

— Jeżeli umrę, to sekret Noela Dorgeroux zginie razem ze mną…

W obliczu strasznego niebezpieczeństwa, przeniknięty śmiertelną trwogą miał jednak na tyle przytomności umysłu i zaciętości, że wykonał swą groźbę. Dzieło Noela Dorgeroux było zniszczone! A jednak próbowałem rzucić się na ratunek temu łotrowi, bo błysnęło we mnie światełko nadziei, że może… może razem z jego życiem uda się ocalić formułę… Ale tłum chwycił swoją ofiarę i póty pastwił się nad nią, dopóki ociekając krwią konająca nie osunęła się na ziemię… Po wybuchu wściekłego gniewu nastąpiła reakcya… Coś jakby przestrach czy politowanie odmalowało się na wszystkich twarzach… ktoś mnie zawołał:

— Prędko! prędko chodź pan. On wymawia pańskie imię.

Kiedy rzuciłem okiem na tę krwawą masę ciała ludzkiego rzuconą pomiędzy dwa fotele — zrozumiałem, że niema już żadnego ratunku. Cud to był zaiste, że ten trup oddychał jeszcze. A jednak zbielałe wargi wymawiały moje imię. Usłyszałem to wyraźnie, gdy pochyliłem się nad nim mówiąc:

— To ja — Wiktoryn Beaugrand. — Co mi masz do powiedzenia?

Udało mu się podnieść powieki. Spojrzał na mnie zmąconym, umierającym wzrokiem i wybełkotał:

— List... list… zaszyty w podszewce… Przetrząsnąłem strzępy materyi, które pozostały z jego żakietu i istotnie znalazłem list. Na kopercie widniało moje nazwisko…

— Otwórz… otwórz… — zaszemrał ostatnim wysiłkiem.

Rozerwałem kopertę. Było tam tylko kilka wierszy, skreślonych wyraźnem, wielkiem pismem. Przeczytałem tylko pierwsze słowa:

Beranżera zna formułę…

— Beranżera! — zawołałem — Beranżera!… Ależ gdzie ona jest?! powiedz mi, na miłość Boską, gdzie jest?!

Zrozumiałem natychmiast, że popełniam nieostrożność, wykrzykując tak głośne imię córki Massignaca. Pochyliłem się więc nad leżącym i natężyłem słuch by uchwycić ostatnie słowa Massignaca. Powtórzył on kilkakrotnie:

— Beranżera… Beranżera… zamek… zamek w Pre-Bony…

Ustrój nasz psychiczny jest tego rodzaju, że podlega wrażeniom zewnętrznym nawet w tym wypadku, gdy umysł jest zaabsorbowany jedną wyłącznie myślą. I tak w tej chwili gdy powtarzałem sobie, wbijając w pamięć: Zamek w Pre-Bony… Zamek w Pte-Bony, — coś mnie tknęło, że to nie ja sam jeden słyszałem ten adres… I jednocześnie uświadomiłem sobie, że tamten ktoś mógł także przeczytać początek listu Teodora Massignaca… Ten ktoś to nie był nikt inny, jak tylko Velmot!… Jakieś indywiduum oddzieliło się od grupy, otaczającej mnie i umierającego Massignaca i zaczęło biedz ku drzwiom wyjściowym. Krzyknąłem… zawołałem: Velmot!… Poznałem agentów w pościgu za nim… zapóźno!…

Sytuacya była straszna!… Ten bezwzględny człowiek, który nie zawahał się torturować Massignaca, aby mu wydrzeć sekret Noela Dorgeroux — wiedział teraz, że Beranżera zna formułę i co więcej, wiedział, gdzie się ona teraz ukrywa…

Zamek w Pre-Bony... Gdzież to mógł być ten zamek? W jakimże zakątku Francyi ukryła się Beranżera? Domyślałem się, że musi znajdować się gdzieś niedaleko od Paryża, skoro dwa dni temu przybyła na scenę do Enclos… choćby jednak to było najbliżej — to w jakiej szukać stronie?… Wszak w okolicach Paryża istnieje tysiące zamków.

— Jednak — mówiłem sobie — rozwiązanie dramatu kryje się właśnie w tym zamku... Wszystko stracone, ale też wszystko może być uratowane, jeżeli zdołam przybyć tam na czas… Ekran zniszczony, ale formuła Noela Dorgeroux, którą zna Beranżera, pozwoli mi go zrekonstruować… Trzeba się spieszyć… Jeżeli nie znajdę zamku w Pre-Bony przed wschodem słońca, to Velmot niechybnie porwie Beranżerę.

Przez cały wieczór zbierałem informacye. Radziłem się atlasów, przewodników podróżnych, rozkładów jazdy, map. Pytałem, telefonowałem… Ale znikąd, nie mogłem otrzymać żadnej wskazówki co do zamku w Pre-Bony. Dopiero rano po nieprzespanej nocy przyszła mi myśl, aby rozpocząć poszukiwania tam, gdzie przez jakiś czas z pewnością przebywała Beranżera. Automobilem wyjechałem w stronę Bourgival. Nadzieje moje były bardzo słabe… Lecz obawa, aby Velmot nie odnalazł wcześniej schronienia mojej drogiej dziewczyny skłaniała mnie, że usiłowałem wmawiać w siebie:

— Otóż właśnie, że jestem na właściwym tropie… Z pewnością odnajdę Beranżerę… ten bandyta nie zobaczy jej nawet…

Miłość moja, jaką czułem dla Beranżery wyswobodziła się nagle z wątpliwości i podejrzeń, które dotychczas zatruwały mi serce… Nie rozmyślałem teraz zresztą nad niezrozumiałymi dla mnie szczegółami, nie usiłowałem sobie tłumaczyć jej postępowania… choćby jej pocałunek gorący nie był zatarł złego wspomnienia, to niebezpieczeństwo grożące podsycało żywy płomień mego uczucia.

Pierwsze moje badania w Ville d‘Avray, w Marnes w Vaucresson nie dały żadnego rezultatu. Nikt nie mógł mi udzielić informacyi o zamku w Pre-Bony. Nie znano nawet tej nazwy. W Saint-Cloud nowe fiasko! Ale w jednej oberży trafiłem na ślady Velmota. Powiedziano mi, że kręcił się tu dzisiaj rano wysoki, blady pan, który dawniej nieraz jechał automobilem w kierunku Bougival. Zadałem kilka pytań odnośnie do powierzchowności tego pana i doszedłem szybko do przekonania, że Velmot mnie wyprzedził!… O całe cztery godziny! A on wiedział dokąd się udać! I pożądał Beranżery!… Cztery godziny dla bandyty silnego, zuchwałego, nie mającego już nic do stracenia, wygrywającego swój ostatni atut!… Co mogło powstrzymać?… Skrupuły?… tych nie znał!… Jakże mu łatwo było teraz zawładnąć Beranżerą, przymusić ją do zdradzenia sekretu… Wszak jej pożądał!…

Przypominam sobie, że grzmotnąłem pięścią w stół w oberży i zawołałem z gniewem:

— Nie… nie!… to niemożliwe! Zamek, o który pytam, musi być gdzieś blisko!… Żądam, żeby mi wskazano drogę!…

Zacząłem krzyczeć tak głośno, że ludzie zbiegli się z całej oberży i skupili wokół mnie. Rozgorączkowany zadawałem znowu pytania, które pozostawały wszakże bez odpowiedzi. Wreszcie ktoś przypomniał sobie, że w lasach koło Saint-Cucufa o cztery kilometry od Saint-Cloud istnieje rozdroże, zwane przez niektórych Pre-Bony… Jedna z krzyżujących się tam dróg wiodła do nowej, dosyć skromnie wyglądającej willi, zamieszkałej przez młodą parę małżeńską, hrabiego i hrabinę de Roncherolles.

Postanowiłem nie zwlekając udać się do tej willi, gdzie też znalazłem się wkrótce. W chwali, kiedy miałem wejść do ogrodu okalającego willę ujrzałem młodego człowieka miłej powierzchowności, który zsiadał z konia.

— Czy to jest zamek w Pre-Bony?

Oddał cugle swego wierzchowca stajennemu — po czym odparł z uśmiechem:

— Przynajmniej tak pompatycznie nazywają ten skromny dom w Bougival…

— O!… — szepnąłem wzruszony — więc to tutaj…

Młody człowiek przedstawił mi się. Był to hrabia de Roncherolles.

— Czy mogę wiedzieć — zapytał — z kim mam przyjemność?…

— Jestem Wiktoryn Beaugrand — i bez żadnych wstępów i omówień przystąpiłem do rzeczy bo twarz tego człowieka szczera i sympatyczna budziła we mnie zaufanie.

— Chodziło tutaj o Beranżerę Massignac? Ona znajduje się pod tym dachem nieprawdaż?

Hrabia de Roncherolles zaczerwienił się zlekka i popatrzył na mnie uważnie. Chwyciłem go za rękę.

— Panie! błagam pana!… Sytuacja jest groźna… Beranżerę ściga niebezpieczny łotr…

— Któż to taki?

— Velmot!

— Velmot?

Hrabia, odrzucając maskę obojętności, rzekł:

— Velmot! Velmot! ten wróg, przed którym biedna dziewczyna taką uczuwa trwogę!… Tak, to człowiek zdolny do najgorszych rzeczy!… Na szczęście nie ma pojęcia, gdzie się Beranżera ukrywa.

— Od wczoraj niestety wie już!..

— W każdym razie trzeba mu czasu na obmyślenie jakiegoś sposobu działania!…

— Dzisiaj rano, wieśniacy widzieli go krążącego niedaleko stąd…

Pokrótce wtajemniczyłem go we wszystko. Hrabia, zaniepokojony do najwyższego stopnia, pociągnął mnie w głąb domu. Udaliśmy się wprost do pokoju Beranżery. Pokój był pusty. Hrabia nie zdawał się być tym wcale zdziwiony:

— Ona często wychodzi tak wcześnie…

— Może jest gdzieś w samym domu?

— Przy mojej żonie? Nie! moja żona jest trochę cierpiąca i nie wstała jeszcze…

— A zatem?

— Zatem przypuszczam, że udała się na swoją zwykłą przechadzkę do ruin starego zamku… Beranżera lubi bardzo to miejsce — górujące nad cała okolicą.

— Czy to daleko?

— Nie. Na końcu parku.

Park był dość rozległy i trzeba nam dobrych kilka minut czasu, aby się dostać na polankę, gdzie stała kamienna ławeczka.

— O! widzi pan — rzekł hrabia — Beranżera siedziała na tej ławce… Zostawiła tu nawet książkę…

— I wstążkę… — dorzuciłem, ogarnięty nagłą trwogą — panie!… ta wstążka jest zmięta… i trawa koło ławki dziwnie zdeptana… Czy tylko jej się nie przydarzyło coś złego?!

Jeszcze nie zdążyłem dokończyć, kiedyśmy posłyszeli krzyk od strony ruin… Co tchu pobiegliśmy wążką ścieżyną, wiodąca w zakosy na szczyt lesistego wzgórza. Krzyki powtórzyły się, a jednocześnie wśród gruzów starego zamczyska zamajaczyła nam sylwetka kobieca.

— Beranżera!

Nie widziała nas wcale! Uciekała z rozwianemi włosami, szukając widocznie schronienia wśród ruin. Po chwili ukazał się naszym oczom mężczyzna z rewolwerem w ręku:

— Velmot! — wyrwał mi się okrzyk przerażenia z piersi — to Velmot!

Każda sekunda zdawała mi się wiecznością. Nieprzytomny prawie z trwogi dopadłem zakrętu murów, gdzie schroniła się Beranżera. W chwili kiedy się tam znalazłem — huknął strzał, a potem ozwały się jęki… Pomimo wysiłków zmuszeni byliśmy zatrzymać się, bo gęste cierniowe zarośla zagrodziły nam drogę... Zrozpaczeni usiłowaliśmy przebić się przez tę zaporę, kaleczącą nam twarz i ręce. Nareszcie zdołaliśmy się uwolnić i wydostać na swobodne miejsce, gdzie wśród zmurszałych kamieni wybujała wysoko trawa rosła.

Na razie nie zobaczyliśmy nikogo. Czyżby ten strzał był złudzeniem słuchowem?… i te jęki?… I gdzież podzieli się Beranżera i Velmot?

Dopiero hrabia, który oddalił się o kilkadziesiąt kroków odemnie — zawołał nagle:

— Oto ona!… Beranżera!… Biedne dziecko: czyś pani zraniona?!

Poskoczyłem ku niemu… Beranżera leżała wśród dzikich ziół i puszystych traw. Była tak sino-blada, żem w pierwszej chwili sądził, iż umarłą widzę… Uczułem, że dla mnie wszystko się skończyło, że ja jej nie przeżyję!…

Wypowiedziałem nawet głośno moją myśl.

— Pomszczę ją naprzód! Morderca umrze z mej ręki!... Przysięgam!…

Ale hrabia, który ujął dziewczę za puls, zawołał:

— Ona żyje! oddycha!…

Istotnie po kilkunastu sekundach Beranżera otworzyła oczy. Padłem obok niej na kolana i unosząc prześliczną zbolałą główkę zapytałem:

— Jaką otrzymałaś ranę?... Co cię boli najdroższa?…

Cichutko szepnęła:

— Nie jestem wcale raniona… To wyczerpanie… wzruszenie…

Nalegałem dalej:

— A jednak strzelał do ciebie…

— Nie… nie… to ja strzeliłam…

— Jakto? ty?!...

— Tak! ja — z jego rewolweru…

— Ale chybiłaś... Uciekł…

— Nie chybiłam… Widziałam, że padał… niedaleko stąd…

Hrabia rozpoczął poszukiwania, i po chwili zawołał mnie, aby mi pokazać mężczyznę z twarzą zbroczoną krwią, leżącego na ziemi nieruchomo. Zbliżywszy się, poznałem Velmota. Nie żył już.



Rozdział VIII.

FORMUŁA NOELA DORGEROUX.

Velmot zabity — Beranżera żyje!… Co za szczęście!… jaka błogość w poczuciu pewności i bezpieczeństwa!… Czarne chmury pierzchnęły!… Beranżera kocha mnie i będzie moją!... Jednak ekstaza miłosnego szczęścia nie mogła wygnać z mego mózgu myśli o formule Noela Dorgeroux!.. Nowa radość!.. Formuła była uratowana! przy pomocy zawartych w niej wskazówek uda się zrekonstruować ekran i dzieło międzyplanetarnego porozumienia będzie mogło być prowadzone dalej...

Beranżera przyzwała mnie ku sobie:

— On nie żyje… nieprawdaż?…

Intuicyjnie odczułem, że nie powinienem jej wyznać całej prawdy, więc rzekłem tylko:

— Nie wiem… nie znaleźliśmy go… widocznie zdołał umknąć…

Odpowiedź moja widocznie przyniosła jej ulgę… Biedactwo nie chciało mieć na swem sumieniu śmierci — nawet zbrodniarza!…

— W każdym razie jest ranny… Trafiłam go napewno…

— Odpocznij kochanie moje, i nie kłopocz się już o nic…

Posłusznie pochyliła głowę na moje ramię… Była tak wyczerpana, że po minucie już zasnęła.

W godzinę później Beranżera, leżąc na swem łóżku, blada jeszcze bardzo, lecz uśmiechnięta — podawała mi dłoń, którą okrywałem pocałunkami. Byliśmy sami — żaden wróg już nam nie zagrażał, żadne widmo ponure nie czaiło się wśród ciemności. Nie było już nikogo, kto by mógł zniszczyć nasze szczęście.

— Zły sen prześniony… — wyrzekłem — niema już przeszkód pomiędzy nami!… Nie zechcesz przecie uciekać ode mnie, najdroższa?…

Spoglądałem na nią z głębokiem wzruszeniem nie wolnem od niepokoju. Moja droga dziewczyna stanowiła dla mnie jeszcze mimo wszystko tajemniczą zagadkę… Duszy jej nie mogłem przeniknąć i zrozumieć… Powiedziałem jej otwarcie. Teraz z kolei Beranżera popatrzyła na mnie swemi pięknemi oczyma, pełnemi smutku, szepnęła cicho:

— Tajemnica? zagadka?… Nie. Jeden tylko jest sekret…

— Możesz mi go powierzyć, Beranżero…

— Kocham cię…

Zadrżałem z nadmiaru szczęścia.

— Kochasz mnie… kochasz… Czemuś tego nie powiedziała wcześniej?… Iluż nieszczęść moglibyśmy byli uniknąć?… Czemuś mi tego nie powiedziała?

— Nie mogłam.

— A teraz zdecydowałaś się, bo nie dzieli nas nic…

— Owszem — to samo, co nas dzieliło dawniej — dzieli i teraz.

— Co takiego?

— Mój ojciec!

Cichym głosem zapytałem:

— Czy wiesz, że ojciec twój nie żyje?

— Wiem.

— A zatem…

— Jestem córką Teodora Massignaca!

Wykrzyknąłem żywo:

— Beranżero! muszę ci wyznać jedną rzecz i zaznaczam odrazu, że…

Nie pozwoliła mi dokończyć:

— Nie mów nic więcej, błagam cię! To nas dzieli… Przepaść nie zapełnimy słowami…

Wydawała mi się tak osłabioną, tak wyczerpaną, że chciałem przerwać rozmowę, ale Beranżera sama nie pozwoliła mi odejść…

— Nie… nie — rzekła — nic mi nie jest… nie czuję się chorą… to tylko chwilowe osłabienie… A chcę, aby pomiędzy nami nie było żadnych nieporozumień, żadnych niewyjaśnionych faktów… Słuchaj, Wiktorynie…

— Może mi jutro opowiesz, Beranżero.

— Nie! nie jutro, tylko dzisiaj zaraz — oświadczyła nakazującym prawie tonem. — Pragnę otworzyć przed tobą duszę z całym zaufaniem. To jedynie może mnie uspokoić. Słuchaj:

Nie mogłem sprzeciwiać się dłużej jej wyraźnej woli. Wszak sam pragnąłem wyjaśnienia tego, co było dla mnie dotychczas niezrozumiałe, a przytem co za rozkosz patrzyć na nią i słuchać jej melodyjnego głosu…

Beranżera oplotła mą szyję ramieniem. Czułem tchnienie jej ust na mej twarzy…

— Pamiętasz… pamiętasz… wtedy w Enclos — po raz pierwszy… Od tego dnia zaczęłam cię nienawidzić i… uwielbiać jednocześnie… Tak: moja natura niezależna, trochę uparta buntowała się przeciw niemożliwości wyzwolenia się z pod uroku, który był powodem mych cierpień… i szczęścia zarazem… Poskromioną byłam, ale nie chciałam przyznać się do tego nawet sama przed sobą… Unikałam cię, aby zmożona miłością wrócić znowu… i byłabym wróciła zupełnie, gdyby nie tamten straszny człowiek…

— Velmot! Czego on chciał od ciebie?

— Występował w roli zaufanego przyjaciela mego ojca… Czego chciał?.. domyśliłam się tego dopiero po pewnym czasie… Zamierzał wedrzeć się w życie Noela Dorgeroux, aby ukrajać mu tajemnicę wielkiego wynalazku.

— Dlaczegoś mnie o tym wszystkim nie powiadomiła odrazu?

— Velmot kazał mi milczeć!…

— Któż cię mógł zmusić do posłuszeństwa?

— Zagroził mi, że w razie najmniejszej niedyskrecyi z mej stromy — zabije cię!… A ja ciebie kochałam, Wiktorynie i bałam się o twe życie. Tem silniej się lękałam, że Velmot prześladował mnie swą miłością, która we mnie budziła tylko wstręt i nienawiść… Znałam go… wiedziałam, że jest zdolny do zbrodni, że w razie potrzeby spełni swoje groźby… Milcząc plątałam się przez to w kłamstwie i zwolna stawałam się wspólniczką Velmota… a raczej wspólniczką ich obydwóch, bo w ciągu zimy zjawił się mój ojciec!.. Och! jakież ja męki przechodziłam… Ten łotr, który ośmielał się mówić mi o swej miłości… i ten ojciec niegodny! Żyłam w ciągłej trwodze i wstyd mnie palił… podtrzymywała mnie jedynie nadzieja, że oni zaprzestaną swych podłych machinacyi, kiedy się przekonają, że nie prowadzą one do celu…

— O… zbrodni nie wiedziałaś nic?…

— Nie!… nie!… na Boga nie!… tego nie przy puszczałam!… Gdybym była przewidziała!… kradzieży nie mogłam przeszkodzić, choć wyznaję — wiedziałam o niej… Ale zbrodnia!… morderstwo!… Nie! córka nie mogła o to podejrzywać najgorszego nawet ojca!…

— A co się stało wtedy w niedzielę, kiedy Velmot przybył do Enclos w czasie nieobecności Noela Dorgeroux?

— Tej niedzieli powiedział mi, że mój ojciec, zrezygnowawszy ze swego projektu, chce mnie pożegnać i czeka na mnie przy kaplicy na starym cmentarzu… Uwierzyłam mu i udałam się z nim razem na cmentarz… Po drodze przekonałam się, że Velmot skorzystał z nieobecności wuja pańskiego i porwał jeden z flakonów napełnionych błękitnym płynem… Wyrwałam mu flakon i rzuciłam do studni. Wówczas schwycił mnie za gardło i ogłuszywszy uderzeniem pięści w głowę, zawlókł do automobilu… Obudziłam się z omdlenia blizko garażu w Batignolles. Był to wieczór. Velmot kierował automobilem i nie zwracał na mnie uwagi. Po cichutku przysunęłam się do drzwiczek, otwarłam je i wyskoczyłam na ulicę… Automobil pomknął dalej… Hrabia i hrabina de Roncherolles, którzy przechodzili w tej chwili ulicą — podnieśli mnie i zabrali tutaj — do siebie. Nazajutrz z dzienników dowiedziałam się o zamordowaniu Noela Dorgeroux.

Beranżera ukryła twarz w dłoniach:

— Jakże ja wówczas cierpiałam… Uważałam, że jestem za tę śmierć odpowiedzialna. Oddałabym się sama w ręce policyi, jako winowajczyni, gdyby mi hrabiostwo w tym nie przeszkodzili… Wytłomaczyli, że obwinić siebie — to znaczy zgubić ojca, a tym samem unicestwić sekret wynalazku Noela Dorgeroux… Ten ostatni wzgląd zadecydował o mojem postanowieniu… Trzeba było naprawić złe, którego pomimo mej woli stałam się przyczyną, należało walczyć z tymi, którym służyłam za narzędzie… Wiedziałam, że za portretem d‘Alemberta mój ojciec chrzestny ukrył piśmienne instrukcye wyjaśniające istotę wielkiego wynalazku. Skoro tylko powróciłam nieco do sił, udałam się zaraz do Enclos, dokąd udało mi się przybyć w przeddzień otwarcia amfiteatru. Chciałam się wówczas widzieć z tobą, wyznać ci wszystko! Okazało się jednak, że tylne wejście jest otwarte i że mogę dostać się do mieszkania ojca chrzestnego, nie zwracając niczyjej uwagi. I wówczas to spotkaliśmy się niespodzianie w gabinecie Noela Dorgeroux.

— Ależ dlaczego uciekłaś wtedy Beranżero — bez słowa wyjaśnienia?…

— Oddałam ci dokument… To wystarczało...

— Powinnaś była zostać, wytłomaczyć!...

— Nie chciałam, żebyś mi mówił o miłości… Nie można kochać córki Massignaca…

— A skutek twego postąpienia, najdroższa, był taki, że Teodor Massignac, który miał drugi klucz od tego pokoju, podsłuchał naszą krótka rozmowę, wyrwał mi dokument, stając się w ten sposób niepodzielnym posiadaczem tajemnicy mego wuja… Bałem się tak samo, jak i ty, że wynalazek może być unicestwiony, więc ustąpiłem… Nie mogłem dopuścić do walki, która niechybnie dla jednego z nas zakończyłaby się śmiercią…

Beranżera pochyliła głowę na piersi:

— Mój ojciec nie byłby ciebie zabił… Skądinąd groziło ci niebezpieczeństwo. To Velmot był groźnym naprawdę wrogiem, a tego ja pilnowałam…

— W jaki sposób?

— Przyjęłam gościnność w Pre-Bony, ponieważ wiedziałam, że mój ojciec i Velmot mieszkał ubiegłej zimy w tej okolicy… istotnie poznałam pewnego dnia automobil Velmota, pędzący od strony Bougival… Wkrótce wykryłam garaż, do którego ten łotr ze swem autem zajeżdżał. Schowałam się za węgłem i postanowiłam go śledzić… Umieściwszy w garażu automobil odszedł, ale powrócił wkrótce w towarzystwie dwóch nieznanych mi mężczyzn… Z kilku zdań ich rozmowy wywnioskowałam, że po skończonem przedstawieniu porwali mego ojca, że więżą go na sąsiedniej wysepce na Sekwanie i że Velmot użyje wszelkich środków, aby go zmusić do mówienia. Cóż miałam robić? Zawiadomić władze o zbrodniczem postępowaniu Velmota, to znaczyło — dostarczyć przeciwko własnemu ojcu nieodpartych dowodów winy, to znaczyło — obrócić w niwecz dzieło Noela Dorgeroux… Przytem hrabiego i jego żony nie było w domu… Nie miałam się kogo poradzić… Błysnęła mi wtedy myśl… Pobiegłam do Błękitnej Gospody i zatelefonowałam do ciebie, prosząc o przybycie...

— Stawiłem się wówczas, Beranżero!…

— Jakto? byłeś wtedy w nocy w Bougival? — zapytała zdziwiona.

— Ależ tak! naturalnie, że pospieszyłem odrazu na twoje wezwanie. Chłopiec wysłany przez ciebie czekał przed oberżą i zawiózł mnie na wyspę do domu Velmota, gdzie Velmot zamknął mnie w ciemnym pokoju… Stamtąd miałem możność obserwowania sceny rozgrywającej się pomiędzy Velmotem i twoim ojcem… Ledwie że mi się udało ujść cało… Doprawdy, Beranżero, że nie okazałaś zbyt wielkiej zręczności…

Zdumienie odmalowało się na jej twarzy:

— Ja nie posyłałam żadnego chłopca… Nie wydalałam się wcale z Błękitnej Oberży. Czekałam całą noc i całe rano!... Ktoś widocznie podsłuchał naszą rozmowę telefoniczną. Ale kto?

— To zagadka! — odparłem, śmiejąc się — Velmot najpewniej miał wspólników w tej oberży i dowiedziawszy się, że mam przybyć wysłał tego chłopaka...

— Nie rozumiem jednak — czemu ciebie a nie mnie chciał wciągnąć w pułapkę?

— Prawdopodobnie uplanował sobie, że nazajutrz i ciebie pochwyci. Być może, iż uważał mnie za groźniejszego wroga i pragnął przetrzymać mnie pod kluczem, dopóki Massignac nie przemówi… A zresztą jakiekolwiek były pobudki i motywy jego postępowania, pozostaną one dla nas na zawsze nieznane… W każdym razie następnego dnia…

— Następnego dnia — przerwała mu — udało mi się znaleźć łódź, w której popłynęłam do wyspy… Znalazłam ojca dogorywającego, ale mogłam go jeszcze uratować...

Teraz z kolei ja się zdumiałem:

— Jakto, to tyś go uratowała?! Zdołałaś przybić do brzegu, dopaść w ciemnościach Velmota i ugodzić go w chwili, kiedy miał wejść do mego więzienia?! To tyś go zatrzymała?!.. tyś uwolniła Massignaca?!….

Pochwyciłem tę małą, drobną, jakby dziecinną rączkę i ze wzruszeniem okryłem ją pocałunkami. Drogie, kochane stworzonko!… Więc i ona uczyniła wszystko, co było w jej mocy, aby obronić wynalazek Noela Dorgeroux…

— Opowiesz mi to szczegółowo, Beranżero... Mów dalej… Coś zrobiła z ojcem?…

— Zabrałam go do łodzi, a potem odwiozłam automobilem do Pre-Bony, gdzie starałam przy wrócić mu siły…

— A Velmot?

Biedaczka! zadrżała…

— Nie widziałam go już później. Zobaczyłam go znowu dzisiaj rano… siedziałam w parku na ławce i czytałam… Wtem nagle on stanął przedemną. Chciałam uciec, ale zagrodził mi drogę i rzekł:

— Twój ojciec nie żyje. Przybywam, aby cię zawiadomić o jego ostatniej woli. Wysłuchaj mnie…

— Nie wierzyłam mu. Widząc moją nieufność dorzucił zaraz:

— Przysięgam, że przybywam jako wysłannik twego ojca. Jako dowód niech ci służy fakt, że przed śmiercią powiedział mi, kto zna oprócz niego formułę Noela Dorgeroux… Powierzył ci tę tajemnicę w czasie swej choroby.

— To co mówił było zgodne z prawdą — ciągnęła dalej Beranżera — ojciec mój wtedy, gdym go pielęgnowała — tutaj w tym pawilonie powiedział do mnie: „Beranżero, nie wiem co będzie… Możebne, iż uniesiony pragnieniem zemsty zniszczę ekran w Enclos… Postąpiłbym bardzo źle... Z góry wiec chcę zapobiedz skutkom tego obłudnego czynu.” I kazał mi się nauczyć formuły na pamięć… Nikt o tem nie mógł wiedzieć prócz mnie i ojca, bo przecież byliśmy wówczas sami. Uwierzyłam więc, że Velmot mówi prawdę…

— A zatem? — zapytałam go.

— Ostatniem jego życzeniem było, abyś się podzieliła ze mną tą tajemnicą!…

— Nigdy! — wykrzyknęłam. — Pan kłamiesz! Mój ojciec kazał mi przysiądz, że nikomu nie powiem o tej formule… Nikomu!… z wyjątkiem jednego tylko człowieka na świecie…

Wzruszył ramionami i rzekł:

— A tym człowiekiem jest Wiktoryn Beaugrand. Nieprawdaż?

— Tak — przyznałam bez wahania.

— Wiktoryn Beaugrand słyszał ostatnie słowa Teodora Massignaca i porozumiał się ze mną, a w każdym razie bliskim jest porozumienia.

— To niemożliwe!

— Proszę zapytaj go pani sama. Jest tam na górze — w starem zamczysku!

I śmiejąc się dodał:

— Tak! wśród ruin przywiązany do drzewa. Życie jego w twoim ręku!… Ofiaruję ci jego życie w zamian za formułę!… Jeżeli odmówisz — Wiktoryn Beaugrand zginie!..

— I ja głupia uwierzyłam! nie przeczułam podstępu… Jak szalona pobiegłam do ruin… A o to właśnie chodziło temu niegodziwcowi. Opustoszałe stare zamczysko — przedstawiało najpewniejszy do ataku teren. Skoro się tylko tam znalazłam — Velmot rzucił mi od razu w twarz całą prawdę:

— Aha! — zawołał, obalając mnie na ziemię - wpadłaś w nastawione sieci, przepióreczko!… Wiedziałem, że się na to złapiesz!... Przecież myślałaś, że to chodzi o twego gagatka cacanego… wszak kochasz go co!?…

Pierwotnym jego i jedynym celem było wydobycie ode mnie formuły przy pomocy gróźb lub choćby i uderzeń… Ale nienawiść, jaką czuł ku tobie, gniew wściekły na mnie sprawiły to, że na chwilę stracił głowę… Przedewszystkiem chciał się zemścić!… Och! nędznik!…

Przysłoniła znowu twarz rękami. Dygotała całem ciałem jak w febrze:

— Nędznik!.. nędznik!… — szeptała — ostatkiem sił walczyłam z nim… Udało mi się ugryźć go tak boleśnie, że musiał na chwilę wypuścić mnie z ramion… Zerwałam się i zaczęłam uciekać… Gonił mnie z rewolwerem w ręku... W chwili, kiedy mnie miał już pochwycić, zawadził nogą o kamień i przewrócił się… Wypadł mu wtedy z ręki rewolwer, który ja zaraz podniosłam… Skoro chciał znowu rzucić się na mnie — strzeliłam do niego…

Umilkła. To opowiadanie wyczerpało jej siły. Na twarzy malował się wyraz obłędnego przerażenia:

— Biedna Beranżero — rzekłem — zawiniłem wobec ciebie… Ileż to razy oskarżałem cię w duchu, nie domyślając się, jak zacną, dzielną jesteś dziewczyną.

— Nie mogłeś mnie zrozumieć…

— Dlaczego?

Z bolesnym półuśmiechem wyszeptała:

— Jestem córką Massignaca…

— Nie mów już o tem! Poświęcałaś się zawsze i narażałaś na niebezpieczeństwa. Kocham cię… i ty mi duszę twą oddałaś w tym pocałunku wtedy w Enclos… Pamiętasz przecie? nie zapomniałaś?

— Nie zapomniałam niczego i nie zapomnę…

— A zatem zgadzasz się?…

— Jestem córką Teodora Massignaca — powtórzyła.

— Czy to jedyny powód twej odmowy?

— Wątpisz o tem, Wikiorynie?

Po chwili namysłu podjąłem znowu:

— A więc gdyby los nie był uczynił cię córką Massignaca — to zgodziłabyś się zostać moją żoną?

— Tak!

Teraz wybiła godzina wyznania! Jakże szczęśliwym czułem się, że mogę jej to wyznanie uczynić!…

— Więc gdybyś nie była córką Massignaca… Beranżero — czy nie przychodziło ci nigdy na myśl — jak to możliwe, iż do Massignaca odnosiłaś się zawsze z taką obojętnością, a i on nie spełniał swych obowiązków ojcowskich?... Kiedy byłaś młodziutką dziewczynką — to sama myśl o powrocie do niego — napełniała cię przestrachem? Całe życie twoje, cała dusza koncentrowały się w Enclos… Serce twoje zwracało się ku Noelowi Dorgeroux… Czy nie sądzisz, że warto się nad tym zastanowić?… Wszak instynkt najsilniej przemawia w dziecku!…

Beranżera zatrzymała na mnie zdziwiona wejrzenie swych cudnych oczu:

— Nie rozumiem.

— Nie rozumiesz, boś nigdy o tych rzeczach nie myślała… Zastanów się jednak, czy naturalnem jest to poczucie ulgi, jakie cię ogarnęło, kiedyś się dowiedziała o śmierci twego rzekomego ojca…

— Dlaczego mówisz — rzekomego ojca?!

— Dlatego — odparłem z uśmiechem — że nie widziałaś nigdy swej metryki urodzenia, a fakty, o których wspomniałem nie stanowią bynajmniej dowodu, żeś istotnie córką Massignaca…

— Nie masz jednak żadnego dowodu na to, że tak nie jest?!

— Kto wie? może i mam ten dowód…

— Co?!… masz dowód?!

— Nie inaczej!…

Policzki Beranżery zabarwiły się różową falą krwi, oczy jej płonęły podnieceniem:

— Wiktorynie! błagam cię! nie męcz mnie dłużej!… Jeżeli coś wiesz, to nie pozostawiaj mnie w tej dręczącej niepewności...

— Czy znasz pismo Massignaca?

Skinęła potwierdzająco głową. Wyjąłem z kieszeni list i podałem go jej.

— Czytaj, najdroższa, To jest list pisany przez Massignaca do mnie. Oddał mi go w chwili śmierci… Z początku przeczytałem tylko pierwsze słowa i odrazu zacząłem szukać Cię, Beranżero… Czytaj teraz, ty i nie wątp o prawdzie tych słów… Wszak to wyznanie zza grobu...

Wzięła z moich rąk list i przeczytała głośno: „Beranżera zna formułę i nie zdradzi jej nikomu innemu tylko tobie, Wiktorynie. Ożenisz się z nią, nieprawdaż? Ona nie jest moją córką — to córka Noela Dorgeroux. Urodziła się pięć miesięcy po moim ślubie, o czem możesz się przekonać z aktów stanu cywilnego… Przebaczcie mi oboje i módlcie się za mnie…”

Zapanowała długa chwila milczenia. Beranżera płakała ze wzruszenia i uciechy. Ciężar wstydu i rozpaczy, który przygniatał jej życie — spadł nagle z jej ramion. Mogła odetchnąć swobodnie, podnieść głowę śmiało do góry i sięgnąć po swoją cząstkę szczęścia i miłości.

Cichutko szepnęła:

— Czy możliwe?… Jestem córką Noela Dorgeroux… Czy możliwe…

— Nietylko możliwe, ale pewne. Po swej walce straszliwej z Velmotem Massignac, widząc z jakiem poświęceniem i anielską dobrocią ratowałaś go — zaczął odczuwać wyrzuty sumienia… Chciał snać okupić swe zbrodnie napisaniem tego listu, który ze stanowiska prawnego nie ma żadnego znaczenia, ale dla nas obojga stanowi wystarczający dowód prawdy... Jesteś córką Noela Dorgeroux, Beranżero! córką tego szlachetnego, genialnego człowieka, którego kochałaś zawsze i który pragnął, abyśmy się pobrali… Nie będziesz się chciała chyba opierać jego życzeniu? Czyż nie jest to naszym obowiązkiem połączyć się i doprowadzić do końca jego przedsięwzięcie? Ty znasz niezbędną formułę. Podając ją do publicznej wiadomości utrwalimy nazawsze genialny wynalazek Noela Dorgeroux!… Czy pragniesz tego, Beranżero?...

Pozwoliła mi dość długo czekać na odpowiedź. Usiłowałem ją w dalszym ciągu przekonywać… Uderzył mnie wyraz dziwnego roztargnienia i szczególnego niepokoju z jakim słów moich słuchała:

— Co ci jest, kochanie? Zgadzasz się, nieprawdaż?

— Tak, tak — rzekła — ale przedewszystkiem muszę zaapelować do mej pamięci… Co za nieostrożność z mej strony, żem sobie tej formuły od razu nie zapisała.. Ale ja ją przecież umiem na pamięć… Chociaż…

Czoło jej pofałdowało się, rysy twarzy drgały nerwowo… Nagle wykrzyknęła:

— Kartkę papieru!… i ołówek — prędko!… prędko…

Dałem jej to, czego żądała. Drżącą ręką nakreśliła na kartce mego notesu kilka cyfr… Potem urwała i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym bezgranicznego lęku.

Zrozumiałem jej wysiłek mózgowy i starałem się ją uspokoić:

— Nie męcz się teraz… Przypomnisz sobie później…. Teraz trzeba ci wypoczynku.. uśnij, droga moja…

— Muszę sobie przypomnieć!… za wszelką cenę — muszę!…

— Przypomnisz sobie na pewno… Teraz przeszkadza ci nadmierne zmęczenie i zdenerwowanie.

Usłuchała i przymknąwszy powieki, starała się zasnąć. Po upływie godziny, zbudziła się już i zażądała znowu papieru i ołówka… Po chwili wyszeptała z przerażeniem:

— To okropne!… mój mózg nie chce pracować!… O! jakże mnie boli głowa!…

Noc upłynęła wśród daremnych wysiłków. Gorączka trawiąca Beranżerę, wzmogła się. Nad ranem narzeczona moja straciła przytomność… W majaczeniach gorączkowych szeptała ciągle spalonymi wargami jakieś cyfry i litery. Choroba trwała tydzień. Przez tydzień obawialiśmy się o życie Beranżery, która cierpiała na straszliwe bóle głowy i usiłowała wychudłymi palcami kreślić na kołdrze jakieś znaki.

Skoro wreszcie odzyskała świadomość i zaczęła powracać do zdrowia unikaliśmy przez pewien czas drażliwego tematu rozmowy. Czułem wszakże, że ona nie przestaje myśleć o tem, że szuka w mózgu poszczególnych części formuły…

Nakoniec rzekła do mnie ze łzami w oczach:

— Straciłam nadzieję, Wiktorynie. Przynajmniej ze sto razy powtarzałam sobie tę formułę i zdawało mi się, że mogę polegać na mojej pamięci… Ale teraz zatarło się wszystko… Jakby mi ktoś wyrwał z mózgu... Wprawdzie plączą mi się pojedyncze cyfry i litery, ale niepowiązana ze sobą, nie mogące żadnego dać rezultatu… Coś się w mojej biednej głowie zepsuło... Musiało się to stać wtedy, kiedy Velmot dławił mnie za gardło… Umysł mój powlekła jakaś dziwna mgła!… Niestety!... ja sobie już nigdy nie przypomnę…

I nie przypomniała sobie. W Enclos nie ponawiano już cudownych seansów. Obrazy nie pojawiły się na ekranie. Ekran Noela Dorgeroux pozostał szarym, zimnym, martwym murem… A jednak ileż w tym kierunku czyniono wysiłków… ile stworzono towarzystw naukowych, mających na celu jedynie odtworzenie formuły i eksploatacyę wynalazku zagubionego.

Na próżno!

Ekran, na którym mieliśmy sposobność oglądać przedziwne wizye — nie odbijał żadnych promieni — podobny oku ślepca.

Byłoby to dla mnie i dla Beranżery męką ustawiczną, gdyby nasza wzajemna miłość nie łagodziła przykrych wspomnień.

Nie pobraliśmy się jeszcze zaraz, bo obawiałem się zwrócenia publicznej uwagi na tę, która legalnie nosiła nazwisko Massignac… Skoro mnie wysłano w misyi politycznej na Wschód — sprowadziłem Beranżerę i tam w dalekiej ziemi połączył nas na całe życie ślub.

Często rozmawiamy o wielkim sekrecie Noela Dorgeroux. Smutek zawsze wówczas przesłania mgłą piękne oczy Beranżery.

— Zapewne — perswaduję jej — że zaginął cudowny wynalazek. Nie znałem w życiu nic bardziej wzruszającego od obrazów w Enclos… Mogły one tworzyć przed ludnością nowe horyzonty, których obecnie wyobrazić sobie nawet nie możemy… Kto wie jednak, czy należy tego tak bardzo żałować? Dokładna znajomość przyszłości — jest li ona istotnie warunkiem szczęścia ludzkiego? Może właśnie przeciwnie w równowadze umysłu utrzymuje nas fakt, iż zmuszeni jesteśmy obracać się w ciasnych granicach ziemskiego poznania! Nasza wiedza dostosowana jest do naszych sił umysłowych... Nie jest bynajmniej wskazanem odcyfrowanie praw, do których nie jesteśmy jeszcze przygotowani…

Benjamin Prevotelle nie ukrywa swego żalu i wzdycha ciągle za rozwiązaniem zagadki. Koresponduję często z tym człowiekiem wielkiej nauki, którego prace zdobyły sobie ogromny i zasłużony rozgłos. Między wierszami każdego listu odgaduję trwożne pytanie: „Czy ona sobie przypomina? czy możemy się spodziewać?…” Niestety — moje odpowiedzi nie pozostawiają mu cienia iluzyi: „Beranżera nie przypomina sobie niczego. Nie łudźcie się próżną nadzieją.”

Prevotelle pociesza cię prowadzeniem ostrej kampanii przeciwko tym, którzy podają w wątpliwość wartość jego hypotezy. Stwierdzić należy, że od czasu gdy ekran został zniszczony i nie można popierać teoryi materyalnymi dowodami, wzrosłą niepomiernie liczba sceptyków i oponentów, którzy stawiają Benjaminowi Prevotelle’owi śmiałe choć nie zawsze rzeczowo uzasadnione zarzuty. Ma on jednak po swej stronie wszystkich ludzi dobrej wiary, rozumujących bezstronnie. Wiemy wszyscy, wierzymy i jesteśmy najmocniej przekonani, że chociaż przestaliśmy odbierać posłannictwa od naszych braci z Wenus, to jednak oni — istoty o trojgu oczach czuwają nad nami równie bacznie i z tą samą namiętną ciekawością nas obserwują… Pochyleni nad nami za pomocy swoich udoskonalonych aparatów badają nasze życie, śledzą nas, żałują, liczą nasze bóle i rany, a niekiedy być może zazdroszczą nam, gdy w jakiemś zacisznym ustroniu ujrzą dwoje kochanków, których oczy płoną miłością i usta łączą się w pocałunku…


KONIEC.


Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.