Ogród Petenery
Advertisement


Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu


Zima pośród lodów

(Un hivernage dans les glaces)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Stanisław Marek Rzętkowski
Ilustracje: Adrien Marie


Juliusz Verne-Zima pośród lodów p0008



I.


Czarna bandera.


Proboszcz starożytnego kościoła w Dunkierce, w dniu 12 maju 18... roku wstał rano o piątéj godzinie i, wedle zwyczaju, przygotowywał się do cichéj mszy, którą, miał odprawić, jak zwykle, w obecności kilku pobożnych rybaków.

Szedł właśnie do ołtarza, przyodziany w kapłańskie szaty, gdy drzwi prowadzące do zakrystyi otwarły się i stanął w nich jakiś człowiek, rozpromieniony radością i wzruszeniem. Był-to sześćdziesięcioletni marynarz, mimo podeszłego wieku krzepki jeszcze i czerstwy, o postaci szlachetnéj i twarzy nacechowanéj dobrocią.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 01

„Księże proboszczu bądź łaskaw wstrzymaj się.“

— Księże proboszczu — zawołał — bądź łaskaw i wstrzymaj się!

— Cóż to cię sprowadza tak wcześnie, Janie Cornbutte? — zapytał zdziwiony proboszcz.

— Co mnie sprowadza?... Oto gorąca chętka, rzucenia się wam na szyję!

— Dobrze... ale to dopiéro po mszy, której zapewne zechcesz wysłuchać.

— Po mszy! — odrzekł z serdecznym uśmiéchem marynarz. — Ba!... — ksiądz proboszcz jest najpewniejszy, że naprawdę odprawi zaraz mszą i że ja na to pozwolę?

— A dlaczegóżbym nie miał jéj odprawić? Wytłumacz-no się jaśniéj! Trzeci dzwonek już przebrzmiał.

— Przebrzmiał, czy nie — odrzekł Cornbutte, — mniejsza o to. Zabrzmi on jutro równie dobrze, a tymczasem, księże proboszczu, przypominam wam obietnicę, że pobłogosławicie własną ręką małżeństwo mojego syna Ludwika i méj siostrzenicy Maryi.

— Jakto, czy Ludwik powrócił? — zawołał radośnie kapłan.

— Prawie jakby już wrócił — odrzekł Cornbutte, zaciérając dłonie — bo równo ze wschodem słońca dano znać o zbliżaniu się naszego statku, który niegdyś poświęciliście sami, nadając mu śliczne imię Nieustraszoneqo.

— Jeżeli tak, to raduję się z warmi całém sercem, mój stary przyjacielu — zawołał proboszcz, zdejmując jednocześnie ornat i komżę. — Oho... przypominam ja sobie wybornie naszę umowę, dlatego téż wikary mnie tu zastąpi, a ja służę wam i oczekuję chwili przybycia dzielnego Ludwika.

— Wybornie, ja tymczasem ręczę wam, zacny księże proboszczu, że nie da on wam długo czekać o próżnym żołądku! Zapowiedzie jużeście wygłosili sami i nie potrzebujecie nic więcéj, jak tylko dać mojemu chłopcu rozgrzészenie z win, które popełnił tam, między niebem a wodą, na morzu Pólnocném. Doprawdy, cóż-to była za świetna myśl, żeby te dzieci połączyć w chwili powrotu Ludwika!... Prosto z pokładu pójdzie przed ołtarz!

— Tymczasem śpiesz się, mój stary, bo trzeba wszystko urządzić.

— Biegnę, księże proboszczu, i wracam jaknajprędzéj.

Rzekłszy to, dzielny marynarz skierował się posuwistemi kroki ku swojemu domostwu, położonemu w załomku portowym, zkąd widać było rozległą płaszczyznę morską wspaniałą i groźną zarazem.

Jan Cornbutte był człowiekiem zamożnym; jego rzemiosło marynarskie pozwoliło mu zebrać wcale ładny majątek. Przez długi czas pełnił obowiazki kapitana na statku bogatego przedsiębiercy w Hawrze, poczém osiadł w rodzinnéj Dunkierce i zbudował wspomniany już statek Nieustraszony, na własny rachunek. Okręt ten, po kilku podróżach na morzu Północném, sprzedał bardzo korzystnie swój ładunek drzewa, żelaza i smoły, co, ma się rozumiéć, polepszyło jeszcze stan majątkowy jego właściciela. Obecnie Jan Cornbutte zdał dowództwo wyprawy na syna, trzydziestoletniego marynarza, o którym inni kapitanowie mówili, że jest najdzielniejszvm żeglarzem w całéj Dunkierce.

Ludwik odjechał na ostatnią wyprawę, unosząc z sobą, gorącą miłość dla Maryi, siostrzenicy swojego ojca, któréj chwile jego oddalenia wydawały się nazbyt długiemi. Marya miała obecnie lat dwadzieścia. Była to piękna Flamandka, w której żyłach płynęła i krew holenderska. Jéj matka niegdyś, umiérając, zleciła ją opiece poczciwego Jana Cornbutte, a zacny ten marynarz pokochał dziéwczę jak własną córkę, w ułożoném zaś małżeństwie widział zawczasu źródło prawdziwego i niezmąconego nigdy szczęścia.

Znak przybycia statku zwiastował także ukończenie wyprawy handlowéj, która Janowi Cornbutte zapewniała obfite zyski. Nieustraszony, który wyruszył przed trzema miesiącami, dosiągłszy linii Bodoë, na zachodnim brzegu Norwegii, wracał niespodzianie, ukończywszy swe sprawy przed czasem zgóry przewidzianym.

Wszedłszy do mieszkania, Jan ujrzał wszystkich na nogach i żywo krzątających się. Marya, z rozpłomienionem obliczem, przywdziéwała weselne szaty.

— Czy tylko statek nie uprzedzi nas? — zapytała z obawą wchodzącego.

— To téż trzeba się śpieszyć — odrzekł Jan. — Wiatr wieje od północy, a mój piękny Nieustraszony sunie jak strzała!

— Czy nasi przyjaciele wiedzą już o wszystkiém?

— Wiedzą.

— A notaryusz, a proboszcz?

— Bądź spokojna. Wszyscy są gotowi i czekają tylko na ciebie.

W téj chwili wszedł ojciec Clerbaut.

— A cóż — rzekł — nieprawdaż że to szczęśliwy traf! Twój statek wraca teraz właśnie, kiedy rząd ma ogłosić dostawę drzewa dla marynarki.

— Co mnie to dzisiaj obchodzi — odrzekł Cornbutte. — Tyczy się to rządu, a nie mnie!

— Ojcze Clerbaut — ozwała się Marya z uśmiéchem — my w téj chwili mamy na myśli jednę, jedyną tylko sprawę: oto powrót Ludwika!

— To prawda, jednakże — odrzekł zdziwiony trochę sąsiad — taka dostawa, to interes złoty.

— Wszak będziesz na weselu? — przerwał mu Cornbutte, ściskając dłoń jego z taką silą, jakby ją chciał zmiażdżyć.

— Taka dostawa....

— Musisz być, i to ze wszystkimi naszymi przyjaciółmi, jakich mamy na lądzie i na morzu, mój Clerbaut. Prosiłem tu już wszystkich, a zaproszę jeszcze całą osadę statku.

— I czy pójdziemy na tamę? — spytała promieniejąca Marya.

— To się wié! Pójdziemy parami, wszyscy, na spotkanie!

Zaproszeni znajomi i przyjaciele przybyli, nie spóźniwszy się ani minuty. Do apelu stawili się wszyscy, chociaż było jeszcze bardzo rano, współczując ze szczęściem dzielnego marynarza, którego szczérze kochali. Tymczasem Marya, padłszy na kolana, modliła się gorąco, zamieniając wczorajsze prośby na dzisiejsze dziękczynienia. Gdy weszła do gościnnego pokoju, piękna i radosna, poczciwe sąsiadki pochwyciły ją w ramiona i tuliły w objęciach, a szorstkie dłonie mężczyzn ściskały silnie jéj drobne ręce.

Jan Cornbutte dał znak pochodu.

Był-to zajmujący widok, gdy ta wesoła gromadka, o wspaniałym wschodzie słońca, kroczyła drogą ku morzu. Wieść o zbliżeniu się i powrocie statku obiegła już całą przystań, więc głowy okryte szlafmycami ukazywały się z okien i uchylonych drzwi, a zewsząd słychać było życzliwe pozdrowienia i uprzejme pochwały dla narzeczenéj.

Orszak zbliżał się do tamy nadbrzeżnéj pośród głośnych błogosławieństw i serdecznych życzeń. Pogoda była prześliczna, a słońce świeciło tak radośnie, jakby miało udział w uroczystości. Wietrzyk północny marszczył zlekka fale, a kilka czółen rybackich, kierując się ku przystani, znaczyło długą bruzdę na wązkiém ujściu morza przy tamie.

Dwa przedłużenia tamy nadbrzeżnéj wybiegają pod Dunkierką daleko na morze. Orszak weselny, zająwszy całą szérokość takiego przedłużenia od strony północnéj, kroczył po niém dopóty, póki nie dosięgnął maleńkiego domku strażnika, na samym końcu tamy.

Statek Jana Cornbutte coraz wyraźniéj pozwalał się widziéć. Orzeźwiający powiew wiatru pędził wysmukły okręt, płynący szybko pod swojém bocianiem gniazdem, pod swojemi masztami i swojemi żaglami. Radość widoczna była zarówno na ziemi, jak i na pokładzie. Jan Cornbutte, z lunetą w ręku, odpowiadał wesoło na zapytania przyjaciół.

— Otóż mój dzielny statek! — wolał. — Wraca takim, jakim wyruszył z Dunkierki, bez najmniejszego uszkodzenia! Nie brakuje mu ani jednéj linki!

— Czy widzisz pan swojego syna? — zapytał któś z obecnych.

— Jeszcze nie. Jest on tam teraz w swoim żywiole, w największym ruchu!

— A czemuż nie wywiesza swéj bandery? — pyta Clerbaut.

— Alboż ja wiem? Z pewnością ma jakiś powód!

— Mój wuju, daj mi lunetę — odezwała się Marya, wyrywając Janowi z rąk to narzędzie. — Ja go chcę piérwsza zobaczyć!

— A to jakiém prawem? Przecież to mój syn!...

— Tak, mój wujciu, ale właśnie dlatego że twój syn, toś mu się przez lat trzydzieści miał dosyć czasu napatrzyć, a moim narzeczonym jest dopiero od lat dwóch.

Nieustraszony był teraz najzupełniéj widoczny. Jego osada przygotowywała się do wylądowania. Żagle górne zostały ściągnięte. Można było rozpoznać majtków, uwijających się po linach. Ale ani Marya, ani Jan Cornbutte nie mogli dotąd powitać znakami przewodnika statku.

— Patrzcie, a toż piérwszy porucznik, Andrzéj Vasling! — zawołał Clerbaut.

— A tamten... dalibóg, to Misonne, cieśla — rzekł ktoś z obecnych.

— I nasz przyjaciel Panellan! — zawołał inny, dając znaki wymienionemu tylko co marynarzowi.

Nieustraszony w téj chwili był oddalonym zaledwie o jakie paręset sążni od przystani i nagle nad jego dziobem wzniosła się i rozwinęła czarna bandera.

A więc na pokładzie miano żałobę.

Uczucie trwogi zjęło umysły wszystkich i serce narzeczonéj.

Powrót statku był smutny.... Śród głębokiego milczenia przybił on do brzegu. Wnet téż Marya, Jan Cornbutte i wszyscy ich przyjaciele skupili się przy burcie i w jednéj chwili znaleźli się na pokładzie.

— Mój syn! — zawołał Jan, który w okropném przeczuciu na te dwa tylko wyrazy mógł się zdobyć.

Majtkowie, odkrywszy głowy, wskazali mu w milczeniu czarną banderę.

Marya, widząc to, wydała okrzyk rozpaczy i padła omdlała w ramiona wuja.

Andrzéj Vasling przyprowadził Nieustraszonego, ale Ludwika Cornbutte, narzeczonego Maryi, na statku tym nie było.



II.


Postanowienie Jana Cornbutte.


A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 02

Andrzej Vasling zawiadamia Jana Cornbutta o strasznym wypadku.

Po usunięciu Maryi, wziętéj w serdeczną opiekę przez jéj życzliwych przyjaciół, porucznik Vasling zdał sprawę Janowi Cornbutte z okropnego wypadku, który pozbawił go widoku ukochanego syna, a który dziennik okrętowy opisywał w następujący sposób:

„Na wysokości Maëlstromu, d. 26 kwietnia, okręt nasz, zatrzymany u przylądka przez nieprzyjazny wiatr południowo-zachodni, spostrzegł znaki niebezpieczeństwa, dawane przez jakąś goelettę[1] na pełném morzu. Statek ten, pozbawiony przedniego masztu, o jednym tylko żaglu, pędził ku wirowéj otchłani. Kapitan Ludwik Cornbutte, widząc iż goeletta dąży do niechybnéj zguby, kazał spuścić szalupę. Pomimo próśb i przedstawień swéj załogi, puścił się na morze w towarzystwie majtka Cortrois i Piotra Nouquet, cieśli. Osada wytężonym wzrokiem śledziła ruchy szalupy, aż do chwili zniknięcia jéj śród mgły. Noc nadeszła; morze burzyło się coraz silniéj. Nieustraszony, którego wichry nieprzyjazne zapędziły tak daleko, był narażonym na to, iż go mogły pochłonąć burzliwe wichry Maëlstromu, gdyby miał udać się w ich stronę. Pomimo niebezpieczeństwa, statek nasz krążył przez dni kilka około miejsca wypadku, ale napróżno: ani goeletty, ani szalupy z Ludwikiem Cornbutte i dwoma marynarzami nie ujrzano już. Wówczas porucznik Vasling, wobec zgromadzonéj załogi, objął dowództwo okrętu i kazał go skierować na drogę ku Dunkierce“.

Jan Cornbutte, wysłuchawszy tego zwięzłego sprawozdania, płakał gorącemi łzami przez jakiś czas, ale mężne i szlachetne jego serce znalazło pewną pociechę w téj okoliczności, że syn zginął, niosąc pomoc bliźnim. Opuścił wreszcie biedny ojciec pokład okrętu. którego widok sprawiał mu prawdziwą boleść, i powrócił do osiéroconogo domu.

Smutna wiadomość o wypadku rozeszła się wkrótce po całéj Dunkierce. Liczni przyjaciele starego marynarza śpieszyli doń z oznakami serdecznego współczucia. Majtkowie Nieustraszonego poczęli opowiadać szczegółowiéj całe to straszne wydarzenie, a porucznik Vasling odmalował w żywych bardzo barwach przed Maryą poświęcenie jéj narzeczonego.

Jan Cornbutte, gdy się już wypłakał i uspokoił, nazajutrz po wylądowaniu swego statku, rzekł do wchodzącego Vaslinga:

— Mój poruczniku, czy tylko jesteś pewny że Ludwik nie żyje?

— Tak, niestety, kapitanie!

— A czyś uczynił wszystko, czego potrzeba było do odszukania go?

— Wszystko, kapitanie, i właśnie dlatego jestem najpewniejszy, że Ludwik Cornbutte i jego towarzysze zginęli w otchłani Maëlstromu.

— Czy życzyłbyś sobie zatrzymać i nadal miejsce porucznika na moim statku?

— To zależéć będzie od dowódzcy.

— Dowódzcą ja sam będę — odrzekł stary marynarz. — Pragnę jaknajprędzéj przygotować do podróży mój statek, zebrać załogę i puścić się na morze wcelu odszukania Ludwika.

— Ależ, kapitanie, wasz syn nie żyje! — rzekł nalegająco Vasling.

— Bardzo być może, poruczniku, ale i to jest prawdopodobném że żyje i że ocalić go możemy. Pragnę zwiédziéć wszystkie porty Norwegii, do których mógł być zapędzonym, a jeżeli w ten sposób posiędę pewność, że go już nigdy nie ujrzę, wtedy wrócę, aby tu samotnie dokonać smutnego żywota.

Vasling, pojąwszy ze słów starca, że jego postanowienie jest silne i niewzruszone, nie nalegał dłużéj i odszedł.

Jan Cornbutte odkrył także i Maryi swój zamiar, co spowodowało, iż w jéj pełnych łez oczach błysnął słaby promyk nadziei. Do chwili téj przez myśl jéj nie przeszło, że śmierć narzeczonego nie jest bynajmniéj dostatecznie sprawdzoną; teraz w serce jéj jednak wstąpiła nadzieja, któréj uchwyciła się całą siłą.

Stary marynarz postanowił, że Nieustraszony wypłynie natychmiast w drogę. Statek ten, wybornie zbudowany, nie potrzebował na szczęście żadnéj naprawy. Na wezwanie zacnego kapitana, wszyscy poprzedni majtkowie stawili się bez wyjątku. Cała osada była taż sama, tylko dowódzcę zmienić należało. Dawni towarzysze Ludwika Cornbutte, z których nie brakło ani jednego, byli następujący Turquiette, Misonne cieśla, Bretończyk Penellan, który miał zastąpić Nouqueta jako sternik, Gradlin, Aupie, Gervique — wszystko to marynarze dzielni i doświadczeni.

Jan Cornbutte wkrótce powtórnie zagadnął Vaslinga, czy nie zechce towarzyszyć mu w téj dalekiéj podróży. Porucznik ten znał się doskonale na obrotach statku i dał tego dowód w ostatniéj wyprawie. Obecnie, co było dziwném i zagadkowém, Vasling widocznie usiłował Cornbutte’a do podróży zniechęcić i starał się przedstawić same tylko trudności.

— Jak zresztą chcesz — odrzekł mu na to wszystko kapitan — bądź jednak pewnym, że przyjmiemy cię, jako towarzysza, z otwartemi rękami.

Cornbutte miał w Penellanie człowieka zupełnie sobie poświęconego, który przez długie lata uczestniczył w każdéj jego wyprawie. Marya, będąc jeszcze dzieckiem, przepędzała często długie, zimowe wieczory na rękach dzielnego Bretończyka, któremu za okazywaną serdeczność odpłaciła szczérém przywiązaniem. Penellan obecnie krzątał się najusilniéj około przygotowań do drogi i, jego zdaniem, należało użyć wszelkich środków, celem odnalezienia zaginionych rozbitków, bo Vaslin nie uczynił w tym celu wszystkiego, co mógł był uczynić i co mu nakazywał obowiązek.

Po upływie ośmiu dni, Nieustraszony był gotowym do drogi. W miejsce towarów do zbycia, jak zwykle, zaopatrzono go w solone mięso, suchary, beczki z mąką, kartofle, wieprzowinę, wino, wódkę, kawę, herbatę i tytuń. Wyjazd naznaczono na 22 maja. W wigilią tego dnia, Vasling, który nie dał jeszcze Cornbuttowi stanowczéj odpowiedzi, przyszedł do jego mieszkania. I w téj chwili nie był zdecydowany, czy jechać, lub pozostać.

Cornbutta nie było w domu, jakkolwiek drzwi były otwarte. Vasling wszedł do izby gościnnéj, w któréj nie było nikogo, ale wnet się zatrzymał, gdy uszu jego z pokoju Maryi doleciał odgłos rozmowy. Słuchał więc uważnie i poznał głos Penellana. Rozmowa zapewne trwała już dość długo, a w téj chwili zdawało się, iż Marya stara się przekonać o czémś starego marynarza i nie zgadza się z jego zdaniem.

— Ile lat ma mój wuj? — spytała po chwili.

— Około sześćdziesięciu — brzmiała odpowiedź.

— A pomimo to czyliż zamierzona wyprawa nie będzie dla niego niebezpieczną?

— Ba!... to co innego. Nasz kapitan jest człowiekiem tęgim i silnym — odrzekł marynarz. — Ma on ciało jakby z dębowego drzewa, a muskuły silne, nakszałt drąga zapasowego. Zna się z morzem wybornie i może sobie z niego żartować!

— Mój poczciwy Penellanie, wierzaj mi, jest się zawsze silnym, kiedy się kocha. A zresztą trzeba téż ufać Opatrzności. Rozumiecie mnie dobrze i z pewnością pomożecie mi w moim zamiarze.

— To niepodobna — odrzekł Penellan. — Kto wié co nas tam czeka, co będziemy musieli przecierpiéć. Widziałem ja już najdzielniejszych i najwytrwalszych ludzi, co z takiéj podróży nie wracali i... nie powrócą już nigdy.

— Mój drogi Penellanie — prosiła Marya błagalnym i rzewnym głosem — nie odmawiaj mi! Zdaje mi się, że mnie już nie kochasz!

Vasling domyślił się o co idzie i w téj chwili postanowił, że pojedzie.

— Kapitanie — rzekł, zwracając się do wchodzącego Jana Cornbutte — należę do twojéj wyprawy i przyszedłem ci to oznajmić. Przyczyny, które mnie powstrzymywały, już są usunięte i możecie liczyć na moje poświęcenie.

— Nie wątpiłem o was ani na chwilę, poruczniku — odrzekł Jan i zawołał podniesionym głosem: — Maryo, moje dziécię, proszę cię tutaj!

Marya i Panellan weszli natychmiast.

— Puszczamy się jutro, ze wschodem słońca, na otwarte morze — oświadczył stary marynarz. — Moja biédna Maryo... oto ostatni wieczór, który przepędzimy razem!

— Mój drogi wuju!... — krzyknęła z głębi piersi Marya, rzucając mu się w objęcia.

— Niech cię tutaj Bóg ma w swéj opiece; przy Jego najpotężniejszéj pomocy odszukamy ci narzeczonego.

— Tak, musiémy odnaléść Ludwika! — zapewniał Vasling.

— Jakto, czy i pan należysz do wyprawy? — spytał zdziwiony Penellan.

— Tak, stary towarzyszu, Vasling będzie naszym porucznikiem — odrzekł Jan Cornbutte z wyrazem szczérego zadowolnienia.

— Oho!... — dorzucił Bretończyk głosem szczególnym.

— Jego rady bardzo nam się przydadzą, bo jest marynarzem przedsiębiorczym i doświadczonym.

— Ależ pan sam, kapitanie — wtrącił Vasling poprowadzisz nas, a wasza znajomość rzeczy i doświadczenie aż nadto tam wystarczą.

— A więc, moje dzieci, do jutra! Spotkamy się o świcie na pokładzie statku, a tym czasem idźcie poczynić ostateczne przygotowania.

Porucznik i majtek odeszli; Jan Cornbutte, i Marya pozostali we dwoje. Dużo tam łez wylano podczas tego smutnego wieczora. Stary marynarz, przewidując osamotnienie siostrzenicy, dla uniknienia jutrzejszych pożegnań, tak bolesnych, postanowił puścić się na morze bez widzenia się z nią. Dał więc jéj ostatni swój uścisk jeszcze dzisiaj, a nazajutrz, o trzeciéj godzinie zrana, był już na nogach.

W chwili odjazdu znaleźli się na brzegu morza wszyscy przyjaciele starego marynarza. Proboszcz, który miał pobłogosławić związek Maryi i Ludwika, pośpieszył z błogosławieństwem dla odjeżdżających. Serdeczne choć milczące uściśnienie rąk wkrótce zamieniono i Jan Cornbutte wszedł bezzwłocznie na pokład okrętu. Osada była już zebrana; Vasling wydał ostateczne polecenia. Rozpuszczono żagle, a statek, popchnięty silnym podmuchem północno-zachodniego wiatru, puścił się na morze; w téj chwili na brzegu, śród gromadki klęczących, proboszcz zanosił gorące modły o szczęśliwą drogę dla swoich przyjaciół.

Gdzie zdąża ten statek?... Zmierza on po drodze, śród któréj zginęło bez wieści nawet tylu rozbitków! Jakże losy jego są niepewne, a mimo to z jaką odwagą dąży, aby stawić czoło tylu strasznym niebezpieczeństwom! Bóg tylko jeden wié, gdzie się zatrzyma... Niechajże go Bóg prowadzi!



III.


Płomyk nadziei.


W téj porze roku pogoda była przyjazna i Nieustraszony mógł w krótkim stosunkowo czasie dotrzéć do miejsca wypadku.

Plan Jana Cornbutte był bardzo prosty. Zamierzał on zatrzymać się u wysp Feroë, gdzie wiatr północny mógł zapędzić rozbitków. Następnie, gdyby zebrane tam wiadomości nie dały mu żadnych co do ich losu wskazówek, miał zamiar popłynąć daléj na morze Północne, zwiédzić wszystkie porty zachodnie Norwegii, aż do Bodoë, która to miejscowość leży na najbardziéj północnym punkcie tego kraju, i jeszcze wyżéj, jeżeli tego okaże się potrzeba.

Andrzéj Vasling był tego zdania, w sprzeczności z zamiarami kapitana, że należy przedewszystkiém przeszukać okolice Islandyi, ale Penellan uczynił słuszną uwagę, że w chwili wypadku burza szła od strony zachodu, że zatém, jeżeli rozbitkowie nie zginęli w otchłaniach Maëlstromu, to musieli być zapędzeni w stronę Norwegii. Wnosił więc, że brzegi tego kraju najpiérw przepatrzéć należy, bo tam tylko najprawdopodobniéj można będzie odszukać ślady rozbitków. Nazajutrz po wyjeździe, Jan Cornbutte, siedząc na pokładzie z głową pochyloną nad ogromną kartą morza Północnego, zatopiony w dumaniu, uczuł dotknięcie drobnej ręki na ramieniu i usłyszał słodki głos:

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 03

Odwagi, mój wujciu!

— Odwagi, mój wujciu!

Odwrócił szybko głowę i, o dziwy, ujrzał przed sobą Maryą.

— Co to znaczy? Ty tutaj! — zawołał

— Kobiéta wszędzie winna iść za swoim mężem, a wolno jéj to uczynić równie słusznie, jak ojcu, który szuka swojego dziécięcia!

— Ależ Maryo, jakże ty zniesiesz te wszystkie trudy, których na żaden sposób uniknąć niepodobna. A zresztą czyliż nie zastanowiłaś się nad tém, że twoja obecność może nam być przeszkodą w poszukiwaniach?...

— Nie, drogi wujaszku, tak źle nie będzie, jestem na to zasilną!

— Któż wié, gdzie nas wiatry i burze zapędzą, moje dziécię. Spójrz na tę kartę! Zmierzamy ku tym okolicom, niebezpiecznym dla takich nawet żeglarzy, którzy w rzemiośle swojém wyrośli i zahartowali się na wszelkie utrapienia. A cóż ty... słaba dziewczyno!

— Ależ, mój wuju, jestem dzieckiem rodziny marynarzy. Czyliż nie wychowałam się wśród burz i walk z żywiołami?... A zresztą, jestem przy was, przy tobie, mój jedyny opiekunie, i mam tu Penellana, który strzedz mnie będzie.

— Aha!... Penellan!... Hej, Penellan, chodź-no tutaj!... — zawołał kapitan. — To on cię tu sprowadził, stary hultaj!

— Tak, mój wuju, ale to tylko dlatego, iż widział że przyszłabym tu i bez jego pomocy.

— Penellan!...

Bretończyk przybiegł.

— Słuchaj-no — rzekł doń surowo Cerubutte — czynię cię odpowiedzialnym za wszystko złe, które się przytrafić może Maryi.

— Bądź spokojny, kapitanie. Dziewczyna jest silna, odważna i będzie dla nas sama aniołem opiekuńczym. Wszak wiécie, co ja zawsze powtarzam: „niéma tego złego, coby na dobre nie wyszło.“

Od téj chwili pomieszczono Maryą w oddzielnéj kajucie, którą, dla niéj marynarze urządzili naprędce z możliwemi wygodami.

Po upływie ośmiu dni, Nieustraszony zatrzymał się u jednéj z Wysp Feroë, ale najszegółowsze poszukiwania były tam bezowocne. Ani jednego rozbitka, ani szczątka rozbitego okrętu od dawna tam nie widziano. Nawet wiadomość o rozbiciu była tam zupełną nowością. Po dziesięciu zatém dniach przystanku, 10 czerwca, statek popłynął w dalszą drogę. Stan morza był pomyślny, wiatr przyjazny i silny. Nieustraszony mknął hyżo po falach w stronę Norwegii, któréj brzegi przetrząśnięto również bez skutku.

Jan Cornbutte skierował się wówczas ku Bodoë. Bardzo być może, że tam dowie się o imieniu rozbitéj goeletty, na ratunek której pośpieszył syn jego z dwoma towarzyszami.

W d. 30 czerwca statek w porcie Bodoë zarzucił kotwicę. Władze tamtejsze pokazały Cornbutte'owi butelkę, znalezioną, na brzegu morskim, w któréj zawiérała się karta z następującemi słowy:

„W d. 26 kwietnia, na pokładzie statku Froöern, któremu z pomocą pośpieszyła szalupa z francuzkiego okrętu Nieustraszony, zostaliśmy zapędzeni przez wichry i burze w okolice lodów. Oby Bóg zlitował się nad losem naszym!“

Po odczytaniu tych słów, Jan Cornbutte wzniósł do nieba dłonie śród gorącej, dziękczynnej modlitw. Był więc na śladzie swojego syna! Froöern więc była nazwa owéj goeletty; burze zagnały ją w okolice północne, między wieczyste lody... To było już pewném, ale po za tą wiadomością ani słówka więcéj.

Nie należało tracić ani jednego dnia. Nieustraszony natychmiast począł się zaopatrywać w to wszystko, co miéć należało, aby stawić czoło niebezpieczeństwom morza Lodowatego. Cieśla Misonne obejrzał bardzo troskliwie ściany i wiązania okrętowe i oświadczył, że są one aż nadto silne, aby się oprzeć naciskowi lodów.

Za staraniem Penellana, który już nieraz polował na wieloryby w tych lodowych stronach, zniesiono na statek stosy płótna, odzieży futrzanej, obuwia i spodni ze skór foki, a wreszcie i drzewa, potrzebnego, między innemi, do zbudowania sań, bez których na płaszczyznach lodowych obejść się niepodobna. Zaopatrzono się téż w ogromną ilość spirytusu i węgli kamiennych, ponieważ było do przewidzenia, iż zimowanie śród lodowisk okaże się konieczném. Zakupiono także wielki ładunek cytryn, których sok jest wybornym środkiem przeciwko szkorbutowi, chorobie właściwéj tamtym stronom. Potrojono téż zapasy mięsiwa, sucharów i gorzałki i trzeba to było złożyć na najniższym pomoście, bo składy statku nie pomieściłyby tak wielkich zapasów. Nie zapomniano téż o konserwach mięsnych, które w małéj stosunkowo objętości zawiérają, wielką ilość soków pożywnych.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 04

Vasling usiłuje sobie zjednać względy Maryi.

Z rozkazu Jana Cornbutte, zniesiono także do okrętu sporo siekiér, oskardów i drągów, które posłużyć miały do torowania drogi pośród lodów; mogły się one przydać i wówczas, gdy potrzeba będzie opędzać się górom lodowym, płynącym wśród morza. Kapitan oświadczył także, że z okolic Grenlandyi wypadnie im zabrać kilka psów tamtejszych, które wybornie chodzą w zaprzęgu przy saniach.

Cała osada okrętu szczérze się zajęła temi przygotowaniami i zakrzątnęła się żywo. Aupic, Gervique i Gradlin, idąc za radą Penellana, przyodziali się zaraz w ubrania wełniane. Jest to koniecznością w tych stronach, gdzie, z powodu blizkiego sąsiedztwa z biegunem północnym, temperatura jest bardzo nizka i zimno przejmujące.

Penellan, nie zwierzając się z tego przed nikim, pilnie uważał na każdy krok Vaslinga. Człowiek ten, Holender z pochodzenia, przybyły Bóg wié zkąd, dobry zresztą żeglarz, odbył dopiéro dwie podróże na pokładzie Nieustraszoneqo. Penellan nie mógł mu wprawdzie nic zarzucić, ale mu nie ufał, szczególniéj od chwili w któréj spostrzegł, że Vasling usiłuje sobie zjednać względy Maryi.

Dzięki energii i ruchliwości osady, statek był gotowy do drogi w d. 16 lipca, to jest w piętnaście dni po wylądowaniu w Bodoë. Była to już pora bardzo odpowiednia do wyprawy na morza podbiegunowe. Odwilż trwała od dwóch miesięcy i poszukiwania mogły trwać jeszcze przez czas jakiś. Dlatego téż Nieustraszony puścił się natychmiast w drogę i skierował się ku przylądkowi Brewster, położonemu na wschodnim brzegu Grenlandyi, pod siedemdziesiątym stopniem szérokości.



IV.


W drodze.


Około 23 lipca, dziwny odbłysk, widoczny od strony północnéj na dalekich kończynach morza, zwiastował naszym podróżnym zbliżanie się piérwszych lodów, które nadpływały od cieśniny Davis ku pełnemu oceanowi. Spostrzeżenie to wprawiło w gorączkowy ruch osadę statku, która rzuciła się do skutecznych przygotowań na spotkanie mas lodowych.

Załogę podzielono na dwa oddziały; do pierwszego weszli: Misonne, Gradlin i Gervique; drugi składał się z Vaslinga, Aupica i Penellana. Oddziały te miały pracować i czuwać naprzemian po dwie godziny, albowiem wśród tutejszéj temperatury praca dłuższa wyczerpuje nadzwyczaj szybko siły i jest poprostu niemożliwą. Statek był dopiéro pod sześćdziesiątym trzecim pniem szérokości, a już spotkał się z zimnem, do­chodzącem dziesięciu stopni wedle stustopniowe­go termometru.

Dészcz i śnieg padały często i obficie. W chwilach pogodniejszych, kiedy wiatr nie dął tak gwałtownie, jak zazwyczaj, Marya przebywała na pokładzie, a oczy jéj przywykały do dzikich widoków podbiegunowéj okolicy.

W dniu 1 sierpnia przechadzała się ona z wu­jem, Vaslingiem i Penellanem po pokładzie, kiedy statek wpływał w wązką cieśninę, széroką zale­dwie na mil parę. Olbrzymie masy lodowe pły­nęły tu ku południowi.

— Kiedy ujrzymy ziemię? — zapytała Marya.

— Za trzy lub cztéry dni najpóźniéj — odrzekł jéj wuj.

— Czy znajdziemy tam nowe ślady drogi, przebytéj przez biédnego Ludwika?

— Być może, moje dziécię; sądzę jednak że nie jesteśmy jeszcze blizko celu podróży. Zda­je się być rzeczą prawdopodobną, że statek, na którym się znajdował Ludwik, uniesionym być musiał daléj ku północy.

— Takby być powinno — wtrącił Vasling — bo burza, która nas rozdzieliła z goelettą, trwała trzy dni, a wciągu trzech dni statek może zrobić potężny kawał drogi, szczególniéj gdy jest pozbawiony żagli i steru.

— Pozwól pan sobie zwrócić uwagę, panie poruczniku — przerwał mu Penellan — że to było w kwietniu, a zatém w porze, w któréj się jeszcze tutaj odwilż nie rozpoczyna, że przeto goeletta mu­siała być gdzieś bliżéj zatrzymana przez lody.

— I zapewne roztrzaskana przez nie na ka­wałki — dorzucił Vasling — bo jéj osada, bez steru i żagli, uniknąćby takiego spotkania nie zdołała.

— Tak, lecz równiny lodowe przedstawiają wcale niezły środek komunikacyi z lądem...

— Zobaczymy — rzekł kapitan, przerywając rozmowę, która się ponawiała codziennie miedzy sternikiem i porucznikiem. — Sądzę że ujrzymy ziemię niezadługo.

— Otóż i ona! — krzyknęła Marya. — Patrzcie, widać już góry!

— Nie, moje dziécię — odparł wuj — to nie zie­mia, to są góry lodowe, piérwsze jakie spotykamy. Mogą nas one zmiażdżyć na proch, jeżeli ich nie ominiemy. Vasling, Penellan, hej, żywo do steru!....

Te pływające masy, których z pięćdziesiątka ukazała się na widokręgu, rosły i zbliżały się ustawicznie. Penellan ujął za stér, a Jan Cornbutte, stanąwszy na jednym z drągów przednie­go masztu, wyznaczał kierunek.

Około wieczora statek został okrążony przez te pływające góry, których siła niszcząca w razie zetknięcia się jest nieprzeparta. Należało tak kierować statkiem, aby te masy lodowe zręcznie wymijać i starcia się nie dopuścić, a mimo to pły­nąć wciąż naprzód. Co do tego ostatniego, nie­spodziéwane przeszkody utrudniały niezmiernie działania: oto nie można było kierować się we­dług pewnych stałych punktów, bo pływające gó­ry ustawicznie je zasłaniały i zdawało się, że wszystko naokoło w ciągłym jest ruchu. Wkrót­ce téż zapadły cienie wieczora, a mgła zasłoniła do reszty widoki okoliczne. Marya wówczas ze­szła do swej kajuty; ośmiu ludzi zostało na po­kładzie, aby walczyć z żywiołami. Uzbrojeni długiemi drągami i hakami, z mozołem odpędzali masy lodowe, które lada chwila mogłyby zdru­zgotać statek.

Nieustraszony wpłynął wkrótce w cieśninę tak wązką, że częstokroć wystające drągi jego masztów uderzały o lodowe jéj brzegi, wskutek czego trzeba było zwinąć dolne żagle. Na szczę­ście użycie tego środka nie oddziałało szkodliwie na szybkość jazdy, ponieważ wpływ wiatrów na żagle górne był zupełnie wystarczający. Dzięki wysmukłości korpusu Nieustraszonego, prześlizgi­wał on się szybko śród mas lodowych, które ude­rzały o siebie i druzgotały się wzajem z przera­żającym trzaskiem.

Jan Cornbutte zeszedł wreszcie z pokładu, bo obecnie niepodobna było nic widziéć w ciemno­ściach i praca jego była daremną. Uznał za ko­nieczne zwinięcie i żagli górnych, aby tym spo­sobem zwolnić bieg statku i zabezpieczyć go od starcia, bo w takim wypadku groziłaby im wszyst­kim nieuchronna zagłada.

— Przeklęta droga! — mruczał Vasling, stojący na przednim pokładzie śród gromadki żeglarzy, którzy, z drągami w ręku, odpiérali ciosy lodów.

— Ach — odrzekł Aupic — jeżeli się wydosta­niemy żywymi z tego piekła, godziłoby się ofiaro­wać potężną świécę Najświętszéj Pannie!

— Kto wié, ile jeszcze takich gór ludowych omijać nam przyjdzie — dorzucił porucznik.

— A kto zgadnie, czy się to kiedy skoń­czy? — mruknął majtek.

— Co ty pleciesz, gaduło — przerwał mu Ger­vique. — Jak się to skończy, będziesz miał dosyć czasu do gawędy, a teraz pilnuj drąga!

W téj chwili olbrzymia masa lodu, płynąca przeciw statkowi, zawaliła całą, drogę; minąć jej było niepodobieństwem, tém bardziéj, że statek nie mógł się obrócić, aby zmienić kierunek.

— Hej! Penellan, baczność tam u steru! — za­wołał Cornbutte.

— Ster w téj chwili nie działa — odrzekł Bretończyk.

— Chłopcy — krzyknął kapitan, zwracając się do osady — nie trwóżcie się! Skierujcie drągi przeciw temu lodowemu niedźwiedziowi i trzy­majcie się krzepko!

Masa nadpływająca miała ze sześćdziesiąt stóp wysokości i gdyby zwaliła się na statek, roz­trzaskałaby go na drobne szczątki. Każdy to doskonale pojmował, niedziw przeto, że na pokła­dzie zapanowała dręcząca trwoga. Osada, zamiast spełnić rozkaz dowódzcy, rzuciła się w popłochu ku tyłowi okrętu, opuszczając swoje stanowiska.

W chwili jednakże, w któréj masa lodowa by­ła oddalona od statku zaledwie na kilkadziesiąt sążni, dziwny trzask dał się słyszéć i potok wody lunął na pokład okrętu, który jednocześnie uniósł się przodem i znalazł się na grzbiecie potężnéj fali.

Majtkowie wydali okrzyk trwogi, lecz gdy spojrzenia ich skierowały się ku stronie, zkąd po­chodził łoskot, oczy ich napróżno szukały masy lodowéj: znikła ona bez śladu. Droga była wolną, a wdole widać było otwarte morze, którego po­wierzchnię ozłacały blade promienie zachodzące­go słońca.

— A co!... czy nie powtarzam słusznie, że „niéma tego złego, co by na dobre nie wyszło?” — zawołał z radością Penellan. Daléjże do żagli!.... Droga otwarta, popłynieny teraz bezpiecznie!

Zjawisko, bardzo pospolite w tych stronach, stało się powodem zniknięcia strasznej masy. Ta­kie góry lodowe, płynące od bieguna, wmiarę zbliżania się ku południowi i strefy coraz cieplej­sze, tracą zwolna objętość swéj podstawy, która stopniowo topnieje. W takim stanie, spotkawszy się ze sobą, od silnego uderzenia tracą równowa­gę i upadają w morze. Gdyby owa góra, która zagrażała Nieustraszonemu, ruszyła o jednę minu­tę późniéj, byłaby go całym swoim ciężarem przygniotła i wtłoczyła w otchłań.



V.


Wyspa Liverpool.


Statek płynął teraz po morzu prawie zupełnie otwartém. Tylko na dalekim widnokręgu biała­wa linia, blado oświécona, świadczyła iż się tam znajduje płaszczyzna nieruchoma — Iąd albo lodo­wisko.

Jan Cornbutte kierował się wytrwale ku przylądkowi Brewster, który leży w okolicach o temperaturze bardzo nizkiéj. Promienie słoń­ca są tam bardzo blade i nikłe, padają bowiem w kierunku zupełnie ukośnym i nie dają ciepła.

W dniu 3 sierpnia statek spotkał się z pła­szczyzną lodową, jednolitą i nieruchomą. Cie­śnina, którą przepływał, miała niekiedy zaledwie 120 sążni szérokości i Nieustraszony musiał robić milowe zboczenia, aby płynąć w zamierzonym kierunku.

Penellan z ojcowską pieczołowitością czuwał nad Maryą. Pomimo straszliwego zimna, zmu­szał ją codziennie do parogodzinnéj przechadzki po pokładzie, tłumacząc to konieczną potrzebą ru­chu, bez którego niepodobna utrzymać się tu w pożądanym stanie zdrowia.

Odwaga Maryi, pomimo mrozów i walki z ży­wiołami, ani na chwilę nie osłabła; miała jej tyle, że potrafiła gorącemi słowy zachęcać do wytrwa­nia marynarzy, którzy czuli zato dla niej prawdziwe uwielbienie. Szczególniéj porucznik Vasling starał się okazywać jéj najwyszukańszą uprzejmość i korzystał z każdéj sposobności, aby zjednać sobie jéj względy, ale Marya, jakoby wiedziona szczególniejszém przeczuciem, wszystkie te nadskakiwania przyjmowała obojętnie i chłodno. Rozumie się, że przedmiotem rozmów Vaslinga było więcéj przyszłość niż przeszłość: starał się on przekonać ją, o wszelkiem niepodo­bieństwie odnalezienia jéj narzeczonego i przed­stawił rzeczy tak, iż śmierć Ludwika miała być prawie dowiedzioną. Tłumaczył jéj przytém bardzo łaskawie, że ponieważ biédny rozbitek najniezawodniéj zginął, więc nie pozostaje jéj nic innego, jak losy swojéj przyszłości oddać w inne ręce.

Co prawda, Marya nie dość jeszcze pojmowała ukrytą myśl pana porucznika, a na wielkie jego niezadowolenie, rozmowy tego rodzaju nigdy się stosownie przedłużyć nie mogły. Poczciwy Penellan umiał zawsze przerwać je wporę i z niezmienną zręcznością, tak je kierował, iż dowodził jak na dłoni, że słowa zapewnień o śmierci pewnéj Ludwika traciły wszelkie zna­czenie.

Marya, mimo trudów i nudów podróży, nie zostawała ani na chwilę bez odpowiedniego za­jęcia. Stosując się do rady sternika, sporządzała swą odzież zimową, którą zresztą trzeba było za­stosować do warunków miejscowych. Jéj kobie­ce suknie nie były pod tą szerokością geografi­czną wcale właściwém odzieniem. Musiała się zgodzić na przywdzianie szérokich spodni futrza­nych, nogi odziać w buty ze skór foki i na to wszystko włożyć okrycie ciasne i długie tylko do łydek, aby jéj ono nie przeszkadzało w brnieniu po śniegu, który tu pokrywa ziemię grubym pokładem. Płaszcz futrzany, szczelnie otulający całą postać, z kapturem ogromnym, dopełniał te­go oryginalnego stroju.

W chwilach wolnych od zajęć służbowych, cała osada sporządzała sobie także odzienie na porę zimową, ostrą przeraźliwie w tych stronach. Zrobiono kilkadziesiąt par butów ze skór foczych, które by pozwoliły śmiało i bez szkody brodzić w grubym pokładzie śniegu, podczas wypraw na lodach i lądzie.

Vasling, dzielny strzelec, polował często z pokładu na przelatujące ptactwo wodne, którego nieprzebrane mnóstwo krążyło około okrętu. Mięso jego służyło na wyborny pokarm osadzie, która potrosze przykrzyć sobie poczynała swój codzienny pekeflejsz.

Po tysiącach zwrotów w cieśninie, statek na­koniec przybył do przylądka Brewster. Jan Cornbutte z Penellanem udali się w szalupie do lądu, który znaleźli głuchym i samotnym, jak pu­stynia.

Nieustraszony udał się ztąd ku wyspie Liver­pool, odkrytéj w roku 1821 przez kapitana Sco­resby; na wylądowaniu osada wydała okrzyk za­dziwienia, ujrzawszy mieszkańców tego kraju, którzy z brzegu przyglądali się okrętowi. Sto­sunki znajomości z nimi wnet zawiązane zostały, dzięki Penellanowi, który znał kilka wyrazów ich języka, i kilku frazesom najpotrzebniejszym, których mieszkańcy wyspy nauczyli się od żegla­rzy, polujących w tych stronach na wieloryby.

Ci Grenlandczycy byli wogóle mali i krępi, wzrost ich nie przechodził cztérech stóp i pięciu cali. Cerę mieli czerwonawą, twarze okrągłe i nizkie czoła; włosy ich, płaskie i czarne, spadały aż na barki. Zęby nizkie popsute, zdaje się że to w skutek choroby chronicznéj, na którą cierpią wszyscy ichtyofagowie, to jest ludzie ży­wiący się wyłącznie rybami.

W zamian za kawałki żelaza i miedzi, na które ci ludzie są bardzo chciwi, przynieśli oni mnóstwo futer niedźwiedzi, skór cieląt morskich, psów, wilków i różnych zwierząt, znanych ogólnie pod nazwą fok. Jan Cornbutte kupił to wszystko za­bezcen, chociaż to dlań było niezmiernie potrze­bne i użyteczne.

Kapitan następnie dał do zrozumienia tym Iudziom, że puścił się w te strony celem odszu­kania zaginionego statku, o którym i od nich pragnąłby się czegoś dowiedziéć. Usłyszawszy to, jeden z Grenlandczyków naznaczył na śniegu postać okrętu i objaśnił jak mógł, że coś podo­bnego przed trzema miesiącami płynęło w stronę północy. Dodał téż, że odwilż i ruchomość pól lodowych nie pozwoliła im udać się za śladami tego pływającego domu; na lekkich łodziach, któ­re jedynie posiadają, niepodobna się było w ta­kich warunkach puszczać na morze.

Te wieści, jakkolwiek bardzo niewystarczają­ce, rzuciły ziarno nadziei w piersi dzielnych ma­rynarzy, a Jan Cornbutte, korzystając z dobrego usposobienia osady, natychmiast rozkazał rozpu­ścić żagle, aby popłynąć na morze polarne.

Przed odpłynięciem z wyspy Liverpool, kapi­tan nabył zaprząg psów eskimoskich, które są wielce wytrzymałe na zimna tamtejsze. Statek podniósł kotwicę w dniu 10 sierpnia rano i, przy silnym wietrze, skierował się ku północy.

Była to pora najdłuższych dni w roku, a słoń­ce, które obecnie wcale nie zachodziło, dosięgło najwyższego punktu swéj drogi spiralnéj, którą tu zakréślało nad horyzontem. Nieobecność cią­gła nocy, nie dawała się jednak naszym podróż­nym uczuwać bardzo wyraźnie, bo mgły, dészcze i śniegi sprawiały, iż statek żeglował często w zupełnéj prawie ciemności.

Jan Cornbutte, zamierzywszy płynąć, jak będzie można najdaléj, uznał za stosowne teraz już przedsięwziąć środki zabezpieczające od ostrości klimatu. W tym celu przedni pokład został zu­pełnie osłonięty i zamknięty, co rano tylko prze­wietrzano go odpowiednio. Postawiono tam pie­ce i powyprowadzono od nich rury nazewnątrz tak, aby zachować jaknajwięcéj ciepła. Ludziom osady nakazano włożyć wełniane kaftaniki pod płócienne zwykłe koszule i obcisnąć hermety­cznie skórzane płaszcze. Zresztą w piecach nie palono jeszcze, bo należało zaoszczędzić jaknajwięcéj drzewa i węgla na najsilniejsze mrozy.

Gorące napoje, jak herbata i kawa, co rano i co wieczór wydzielano majtkom, a ponieważ na­leżało oszczędzać zapasów mięsa, polowano jak najwięcéj na dzikie kaczki i cyranki, których tu mnóztwo napotyka się wszędzie.

Jan Cornbutte nakazał wreszcie na wierzchoł­ku głównego masztu, gdzie się znajduje tak zwa­ne przez marynarzy bocianie gniazdo, umieścić beczkę o jedném dnie, w któréj umieszczono jednego z majtków dla ciągłego obserwowania széro­kich płaszczyzn lodowych.

Po dwu dniach od chwili odpłynięcia z wyspy Liverpool, osada Nieustraszonego uczuła gwałtowne wzmaganie się zimna, przy powiewie su­chego wiatru. Spostrzeżono także oznaki zbli­żającej się zimy. Statek nie miał teraz do stra­cenia ani jednéj godziny, bo wkrótce droga przed nim mogła się zupełnie zamknąć. Płynął on cieśniną, po obu bokach któréj widzieć było można płaszczyzny lodowe, na trzydzieści stóp gru­bości.

W dniu 3 września okręt płynął na wysokości zatoki Gaël-Hamkes i był oddalonym od lą­du tylko o mil trzydzieści, gdy poraz piérwszy musiał się zatrzymać przed ławicą lodową, która zamykała przed nim drogę, a miała najmniéj milę długości. Trzeba było użyć siekiér dla utworze­nia sobie przepływu. Penellan, Aupic, Gradlin i Turquiette, wysadzeni z okrętu, wzięli się do téj mozolnéj pracy; cięcia należało kierować tak, aby odrąbane kawały lodu mogły zaraz od­płynąć. Cała osada straciła dwadzieścia godzin nad usiłowaniami oczyszczania drogi; był to trud olbrzymi i przykry, bo często niepodobna się było utrzymać na lodzie. Trzeba było brnąć w wo­dzie po pas, a suknie marynarzy i obuwie ze skór foczych przemakały do szczętu w téj przymusowéj, dojmującéj kąpieli. Zresztą w tych stronach żadna męcząca praca nie jest długo mo­żliwą; wyczerpuje ona siły tak, że po pewnym czasie, oddychanie staje się wielce utrudnioném i najwytrwalszy robotnik musi opuścić bezzwło­cznie ręce.

Gdy droga była wolną, statek popłynął daléj wzdłuż ławicy, która go tak długo zatrzymała.



VI.


Trzęsienie lodów.


W dni kilka później Nieustraszony napotkał na swéj drodze nieprzebyte zapory. Osada pra­cowała ciągle z siekiérami i oskardami w ręku; musiano nawet użyć prochu do rozsadzania ol­brzymich mas lodowych.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 05

Morze przedstawiało niezmierzoną płaszczyznę lodową.

W dniu 12 września morze przedstawiało tylko niezmierzoną, jednolitą płaszczyznę lodową bez wyjścia, która otaczała okręt, nie pozwala­jąc mu ani postąpić naprzód, ani się cofnąć lub wykręcić. Zima już się więc rozpoczęła, wraz ze wszystkiemi niebezpieczeństwami i cierpienia­mi, i należało pomyśléć o odpowiedniém sie­dlisku.

W tej chwili Nieustraszony znajdował się mniéj więcéj pod dwudziestym piérwszym stop­niem długości zachodniej i siedemdziesiątym szó­stym szérokości północnéj, u wejścia do zatoki Gaël-Hamkes.

Jan Cornbutte przedsiéwziął piérwsze stara­nia około odnalezienia wygodnego zimowiska. Przedewszystkiém należało wynaléźć bezpieczną przystań, w któréjby statek znalazł skuteczną od wichrów i parcia pękających lodów. Ziemia, oddalona ztąd o jakie mil dziesięć na zachód, mogła była przedstawiać najpewniejsze schronienie, potrzeba było zatém po niéj się rozpatrzyć.

W dniu 12 września puszczono się zatém w drogę małą gromadką, złożoną z Vaslinga, Penellana, Gradlina i Turquiette' a, pod kierunkiem samego kapitana. Każdy z nich niósł zapasy na dwa dni, bo nie było prawdopodobieństwa aby wycieczka dłużéj potrwać mogła; prócz tego wzię­to skóry bawole, do obwijania się w nie podczas snu.

Śniég, który spadł w wielkiéj obfitości i który jeszcze dostatecznie nie stwardniał od mrozu, opóźniał i utrudniał pochód. Nasi marynarze grzęźli w nim często po pas, można więc było postępować z największą tylko ostrożnością, aby nie zginąć w jakiéj ukrytéj szczelinie. Penellan, któ­ry brnął na czele, sondował bezustannie żela­znym drągiem głębokość śniegu i wskazywał bez­pieczną drogę towarzyszom.

Około piątéj godziny wieczorem mgła nie­przedarta pokryła płaszczyznę i gromadka nasza musiała się zatrzymać. Penellan zajął się natychmiast wyszukaniem jakiego lodowca, któryby ich osłaniał od wiatru. Po spożyciu posiłku, z wiel­kim żalem iż nie było żadnych rozgrzéwających napojów, marynarze rozciągnęli skóry bawole, obwiązali się niémi, ułożyli jeden przy drugim i... sen wkrótce zamknął ich znużone powieki.

Nazajutrz rano Jan Cornbutte i jego towarzy­sze spostrzegli, iż śniég, który padał przez noc całą, przysypał ich prawie na stopę grubości. Na szczęście, bawole skóry były nieprzemakalne, a śniég przyczynił się do zabezpieczenia ich we­wnętrznego ciepła, bo uczynił niemożliwém jego promieniowanie.

Kapitan dał wkrótce znak do pochodu i, oko­ło południa, gromadka marynarzy dostrzegła nareście wybrzeże ku któremu zmierzała. Olbrzymia masa lodowa, stércząca prostopadle, wznosiła się imponująco nad brzegiem morza, a jéj wierz­chołek, poszarpany w różne szczerby i zęby, przed­stawiał szczególniejsze zjawisko lodowéj krystali­zacyi. Miliardy ptaków wodnych zerwały się, ujrzawszy nadchodzących, a foki, które się ocię­żale poruszały na brzegu, za zbliżeniem gromadki zanurzyły się pośpiesznie w falach.

— Dzięki Bogu — zawołał Penellan — przynajmniéj nie zbraknie nam futer i mięsa!

— Te zwierzęta — zauważył Cornbutte — musiały już widziéć ludzi, bo inaczéj, w tych samo­tnych okolicach, nigdy przez nich nienapastowa­ne, nie byłyby teraz tak dzikie i płochliwe.

— Zapewne Grenlandczycy odwiédzają te strony — wtrącił VasIing.

— Nie zdaje mi się — zaprzeczył roztropnie Penellan — boć przecie znaleźlibyśmy tu jakieś śla­dy koczowisk, albo choćby szałasów. Hej! kapi­tanie — zawołał, wdarłszy się jednocześnie na wy­niosły wzgórek — pójdźcie-no tutaj! Widzę ztąd miejscowość, która nas wybornie zabezpieczy od burz i wichrów!

— Za mną, towarzysze! — zawołał Cornbutte, i wkrótce wszyscy znaleźli się obok Penel­lana.

Bretończyk miał słuszność. Ziemia w je­dnym punkcie wznosiła się i wydłużała kulisto, stanowiąc wyborny przylądek i rodzaj zatoki, mającéj z milę obszaru w swojém zagłębieniu. Śród téj zatoki pływały lody ruchome, a morze, zasłonięte od mroźnych wiatrów północnych, by­ło tu niezamarznięte.

To miejsce na zimową siedzibę było wy­borne. Należało sprowadzić tu okręt, lecz Jan Cornbutte zauważył, że płaszczyzna lodowa była tak grubą, iż wyrąbanie w niej przejście dla stat­ku byto istotném niepodobieństwem. Należało więc szukać innéj przystani, ale wszelkie starania pod tym względem były próżnemi. Okolica przed­stawiała niezmierną płaszczyznę i była wystawio­na na całą siłę wichrów północnych. Ta okoli­czność zmartwiła kapitana, i to témbardziéj, że Vasling niezbitemi argumentami starał się do­wieść, że położenie jest jaknajgorsze. Penellan zato, wedle zwyczaju, i teraz usiłował podtrzymać odwagę towarzyszów, mówiąc po staremu, iż „nié ma tego złego, coby na dobre nie wyszło“.

Ponieważ poszukiwania w stronie północnéj nie powiodły się, należało przeto szukać przysta­ni zimowéj dla okrętu w okolicy południowéj. Trzeba się było wrócić i to bez wahania. Nasza gromadka istotnie téż za wróciła na drogę ku okrętowi, z tém większym pośpiechem, że i zapa­sy żywności już się wyczerpywały. Jan Cornbutte przez całą drogę upatrywał jakiegoś możliwego przejścia, albo szczeliny, któraby się dała rozszérzyć na kanał dla statku — lecz naprożno.

Około wieczora, marynarze zbliżyli się do miejsca, w którém nocowali poprzedniego dnia. Od rana prawie śniég nie padał wcale, mogli więc rozpoznać ślady swojego ciału, odciśnięte na płaszczyźnie. Należało i teraz spocząć tutaj, okrywszy się przeto swojemi skórami bawolemi, legli i wkrótce posnęli.

Penellan, wielce udręczony niepowodzeniem wyprawy, spał źle i niespokojnie. Budził się co­chwila, i naraz, śród takiego przebudzenia, u­wagę jego zwrócił oddalony i głuchy łoskot.

Wytężył słuch, a ów łoskot tak mu się dziwnym wydał, że targnął Jana Cornbutta za ramię, bu­dząc go.

— Co tam? — mruknął kapitan, według że­glarskich nawyknień zawsze czujny, choćby przebudzony z największego snu.

— Posłuchaj-no, dowódzco — odrzekł Pe­nellan.

Łoskot wzrastał z gwałtowną szybkością.

— Nie może to być grzmot w tych półno­cnych stronach — zauważył Cornbutte, wstając.

— A ja sądzę że to gromada białych nie­dźwiedzi zbliża się ku nam — odrzekł Penellan.

— Do diabła!... Żeby nas tylko te bestye nie spostrzegły!

— Bądźcobądź, najrozsądniéj będzie przy­gotować się do tych miłych odwiédzin — mruknął Penellan. — Rozpoczynający walkę najczęściéj ją wygrywa.

Rzekłszy to, Penellan, uzbrojony w strzelbę, wdarł się na pagórek, który ich zasłaniał. Ciemności były nieprzejrzane, okolica mgłą zasłonięta, nie można więc było nic ujrzéć, ale nowy wypa­dek przekonał wkrótce, że łoskot straszliwy nie pochodził bynajmniéj z zewnątrz. Jan Cornbutte, znalazłszy się przy boku Penellana, zauważył że odgłosy, które wreszcie zbudziły towarzyszy, da­wały się słyszéć z pod nich.

Groziło im w téj chwili straszliwe niebezpieczeństwo. Z łoskotem, który miał wiele podo­bieństwa do grzmotu, połączyło się wkrótce silne wstrząśnienie płaszczyzny lodowéj. Kilku mary­narzy straciło równowagę i upadło.

— Baczność! — zawołał Penellan.

— Baczność! — powtórzyli inni.

— Turquiette, Gradlin, gdzie jesteście!?

— Tutaj — odrzekł Turqniette, strząsając śniég, który go przysypał.

— A gdzie Vasling? — zawołał kapitan.

— Jestem, dowódzco, lecz zdaje mi się, że jesteśmy zgubieni!

— Niekoniecznie — odrzekł Penellan — kto wié, może właśnie jesteśmy ocaleni!

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 06

Drżenie to przeraża­jące trwało blizko dwie godziny.

Zaledwie Bretończyk wymówił te słowa, gdy przerażający trzask zagłuszył go zupełnie. Pła­szczyzna pękła przez całą swą długość, a majtkowie musieli się uczepić lodowca, który się chwiał nad nimi. Jakby naprzekór słowom Penellana, znaleźli się w téj chwili śród najokropniejszego niebezpieczeństwa, ponieważ trzęsienie trwało w całéj swéj sile. Lody „podniosły kotwicę,“ we­dle wyrażenia marynarzy. Drżenie to przeraża­jące trwało blizko dwie godziny i zdawało się, że lada chwila przepaść otworzy się pod stopami strwożonych żeglarzy. Całą noc przepędzili tu w śmiertelnéj obawie, że każdy krok może ich przyprawić o zgubę, i przez cały ten czas byli pewni, że lada chwila morze pochłonie ich bez li­tości.

Z piérwszym brzaskiem dnia niespodziéwany widok przedstawił się ich oczom. Płaszczyzna, jednolita wczoraj, obecnie potrzaskana i poroz­dzielana była w różnych kierunkach, a okoli­czność ta sprawiła, że teraz statek z łatwością będzie mógł znaleść drogę, którą się dostanie do owéj wygodnéj przystani, odkrytéj przez Penellana.

Piérwsza myśl Jana Cornbutte była o jego Nieustraszonym.

— Biedny mój statek! — zawołał. — On niezawodnie zginął!

Na twarzach jego towarzyszów odbił się w téj chwili wyraz przygnębienia i rozpaczy. Utrata okrętu zwiastowałaby im śmierć nieuniknioną.

— Odwagi, przyjaciele! — rzekł Penellan.­ — Mam nadzieję, że trzęsienie straszliwe, które nas takiéj nabawiło trwogi, kto wié czy nie otworzyło nam drogi do przystani, w któréj możemy prze­pędzić zimę. Ależ co ja widzę! Oto nasz statek, nasz Nieustraszony, tylko o jaką milę bliżéj posu­nięty przez burzę i wichry!

Wszyscy, na ten widok, rzucili się naprzód, i to tak nieuważnie, że Turquiette upadł w głęboką szczelinę i byłby w niéj niezawodnie zginął, gdyby nie Cornbutte, który go z niéj wyciągnął za kaptur. Niebaczność swą opłacił zimną kąpielą. Śród ostrej zimy — rzecz wcale niewygodna.

Rzeczywiście, statek zbliżył się o dwie mile. Po wielu usiłowaniach, gromadka nasza znalazła się przy nim i ujrzała go w najlepszym stanie; ster tylko, który można było zastąpić innym lody pogruchotały na drzazgi.



VII.


Zimowisko.


Penellan i tą razą miał słuszność: złe obróciło­ się w dobre, bo wczorajsze trzęsienie lodów isto­tnie otworzyło dla statku drogę, która go mogła wygodnie doprowadzić do przystani. Należało­ tylko zręcznie pokierować odpływającemi lodowcami, aby ją od nich uwolnić.

W dniu 19 września przeprowadzono statek i umocowano go silnie za pomocą kotwic na miej­scu zimowania. Wciągu dwóch dni następnych lód osiadł naokoło jego korpusu, a wkrótce tak był już silny, że mógł wybornie wytrzymać cię­żar człowieka, co zapewniło komunikacyą statku z lądem.

Okręt miał posłużyć za główną siedzibę dla naszych żeglarzy; już poprzednio był on do tego odpowiednio urządzony, a teraz należało zwinąć żagle i zabezpieczyć je od wilgoci. Gniazdo bo­cianie zostawiono jednak na swojém miejscu, czuwanie bowiem nad tém, co się działo na ziemi i na statku, było ciągle potrzebném.

Słońce w tej porze wznosiło się zaledwie nad linią horyzontu. Od przesilenia czerwcowego, droga, którą ono zakréślało, obniżała się ustawicznie i niezadługo miało się ono ukryć zupełnie.

Osada zabrała się chętnie do przygotowań; Penellan kierował pracą. Lód około statku do­ szedł wkrótce do wielkiéj grubości i można było przewidywać, że jego ściskanie się nie będzie dla okrętu niebezpieczném; ale Penellan był ostrożnym i wiedział, że lód zgrubieje bardziéj jeszcze, w skutek napływania i przylegania coraz nowych lodów. Kazał on boki okrętu okładać śniegiem i lodem, przez co, po zmarznięciu ich w jednę masę statek spoczywał jakby w łożu, którego kra­wędzie zabezpieczały go zupełnie od nacisku ze­wnątrz i od wszelkich drgań i poruszeń.

Majtkowie usypali następnie ścianę ze śniegu aż do parapetu, grubą na pięć do sześciu stóp, która wkrótce stwardniała w jednę masę. To po­krycie zewnętrzne miało na celu zapobiegnięcie promieniowaniu ciepła z wnętrza okrętu. Namiot z płótna, okryty skórami i hermetycznie zam­knięty, a rozciągnięty nad całym pokładem okrę­tu, tworzył rodzaj miejsca przechadzki dla osady.

Zbudowano téż skład na lądzie, w którym po­mieszczono tę część zapasów, która zbyt wiele miejsca zabiérała na statku. Ściany oddzielające kajuty zniesiono, tym sposobem bowiem utworzo­no jednę obszérną izbę; było to konieczném, po­nieważ zniesienie niepotrzebnych ścian i kątów chroniło od nadmiernego gnieżdżenia się wilgoci. Powprawiano téż rury do przewietrzania, szczel­nie zamykane od wnętrza.

Każdy z naszych marynarzy rozwinął energiczną czynność w tych przygotowaniach, które z dniem 25 Września zostały ukończone. Vasling nie był również opieszałym i pracował ochoczo z innymi. Starał się on także, o ile mu się spo­sobność nadarzała, zjednać sobie przychylność Ma­ryi, któréj myśl jednakże była ciągle zajęta odnalezieniem Ludwika. Jan Cornbutte spostrzegł i zro­zumiał wreszcie znaczenie tych nieukrywanych wcale zabiegów. Mówił o tém nawet z Penellanem, który mu opowiedział wiele szczegółów, za­uważanych oddawna, a ku temu zacnemu zmie­rzających celowi. Andrzéj Vasling kochał Maryą i zamierzał prosić o jéj rękę wówczas, gdy się oka­że iż Ludwika odszukać niepodobna; po powro­cie do Dunkierki pragnął poślubić młodą i piękną panienkę, która niezawodnie będzie, jak sądził, jedyną spadkobierczynią bogatego Jana Cornbutte.

W niecierpliwych oczekiwaniach tego, co pragnął osiągnąć porucznik okazywał często pewną niezręczność; aż nadto uparcie starał się dowodzić, że odnalezienie biédnych rozbitków jest niemo­żliwością, a jeżeli jakaś niespodziana okoliczność zadawała kłamstwo jego dowodzeniom, to Penellan nie omieszkał z tego korzystać, aby omyłki pana porucznika uwydatniać wobec całéj osa­dy. To téż Vasling szczérze nienawidził Bretończyka, co mu on odpłacał wzajemną niechęcią. Penellan spostrzegł nadto, że porucznik rzucił już niejedno ziarno zniechęcenia śród osady i radził kapitanowi, aby wrazie zaczépki zbywał Vaslin­ga zwłóczącemi i wykrętnemi odpowiedziami.

Gdy przygotowania siedziby zimowéj zostały ukończone, Jan Cornbutte przedsięwziął zaprowadzenie różnych środków, mających na celu utrzymanie zdrowia osady. Każdego ranka ma­rynarze musieli przewietrzać okręt i wyciérać ściany z wilgoci, która się na nich przez noc na­gromadziła. Co rano i co wieczór otrzymywali wszyscy gorącą kawę lub herbatę, wyborny na­pój, szczególniéj gdy idzie o rozgrzanie się; po­dzielono téż osadę na cztéry gromadki łowieckie, z których każda po kolei miała obowiązek dostar­czania upolowanéj zwierzyny, a więc świeżego i posilnego pożywienia.

Wszyscy członkowie osady, i to codziennie, musieli używać ruchu, bez czego pozostawanie w tamtejszéj temperaturze byłoby zabójczém. Przy zimnie zresztą, dochodzącém do trzydziestu stopni niżéj zera, można się było narazić na od­ziębienie jakiéj części ciała. Jedyném lekarstwem w takim przypadku było tarcie śniegiem porażo­nego członka, bez czego można go było utracić na zawsze.

Penellan zalecał usilnie swoim towarzyszom zimne obmywanie co rano. Sam okazywał pewną odwagę w umywaniu się do pasa w śniegu, zaledwie topniejącym. Dawał on pod tym względem zachęcający przykład, który ochoczo naśladowała i Marya.

Jan Cornbutte nie zapomniał téż o czytaniu bi­blii i pełnieniu obowiązków religijnych, bo wiedział że w téj okropnéj krainie należy się wystrzegać nadewszystko nudów i upadku na duchu. Nie ma tu nic niebezpieczniejszego, jak poddanie się bierne tęsknocie i cierpieniom.

Niebo, ustawicznie ciemne i niepogodne, i tak napełnia duszę smutkiem. Gęsty śniég, pędzony przez wściekłe wichry, spada nieobliczonemi masami. Słońce lada chwila zniknie nadługo... Gdyby nie chmury, które ciągle pędzą nad głowami naszych marynarzy, widzieliby przynaj­mniéj żywą tarczę księżyca, prawdziwego w tych krajach słońca, śród nocy półrocznéj... ale w téj porze, śród tych wiatrów zachodnich, śniég nie przestaje tu padać ani na chwilę. Co rano trzeba odrzucać go na nowo i rąbać nowe schody w ścia­nie lodowéj łożyska okrętowego, po których osa­da schodzi na płaszczyznę. Zapomocą toporów nie było to trudném, ale jeżeli z pod lodu woda trysnęła komuś na twarz, to pod działaniem stra­szliwego zimna, ścinała się natychmiast w lodową skorupę.

Nieopodal od okrętu Penellan wywiercił w lodzie rodzaj studni; tym sposobem osada miała wodę, pompowaną z pewnéj głębokości, co ją czyniło cieplejszą, ale studnię trzeba było co­dziennie przebijać na nowo, bo powierzchnia wo­dy natychmiast zamarzała.

Wszystkie te przygotowania zajęły około trzech tygodni czasu. Ponieważ zostały ukończone, na­leżało więc teraz pomyśléć o dobrém prowadze­niu poszukiwań, stanowiących jedyny cel wypra­wy. Statek był uwięziony na jakie sześć albo siedem miesięcy i tylko odwilż mogłaby mu otwo­rzyć dalszą drogę; ale morze zamarzło; po jego lodowéj powierzchni można było zajść jak najda­léj i korzystać z tego należało.



VIII.


Plan wyprawy.


A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 07

Z kartą w ręku określił im obecne położenie.

Dnia 10 października Jan Cornbutte zwołał radę, celem obmyślenia planu wyprawy, żeby zaś wspólna solidarność podniosła ducha i dała odwagę wszystkim, pozwolił w niéj uczestniczyć całéj osadzie. Z kartą w ręku, starał się on zwię­źle i dokładnie okréślić położenie obecne.

Okolica wschodnia Grenlandyi leży prosto­padle w stronie północy. Odkrycia żeglarzy da­ły możność dosyć ścisłego oznaczenia granic i przestrzeni téj krainy. Na obszarze pięciuset mi­lowym, który oddziela Grenlandyę od Spitzbergu, okolica jest zupełnie nieznaną. O jakie sto mil od zatoki Gaël-Hamkes, w kierunku północnym, znajduje się wyspa Shannon. Jeżeli przeto roz­bitkowie, według wszelkiego prawdopodobieństwa, zostali zapędzeni w stronę północy, to przy­puściwszy nawet, iż do téj wyspy nie dotarli przed zamarznięciem morza, na niéj tylko musie­li przecież szukać schronienia i do niéj dostać się koniecznie. Tam to należało skierować swoję wy­prawę, bo tam tylko może się znajdować Ludwik wraz z towarzyszami.

Taki był plan Jana Cornbutte’a i zdobył sobie większość głosów w radzie, pomimo to, że mu się sprzeciwiał Vasling.

Rozkazy natychmiast zostały wydane i zabrano się do przygotowań. Jeszcze na brzegach Norwegii zaopatrzono się w sunie, zbudowane, na wzór sań Eskimosów, z sanic płaskich zakręconych z obu końców i które mogły posuwać się zarówno po lodzie i po śniegu. Miały one dwanaście stóp długości i cztéry szerokości i mogły pomieścić za­pasy na kilka tygodni. Misonne zajął się gorli­wie ich złożeniem, a pracował nad tém w składzie, gdzie część sań i narzędzia ciesielskie zostały złożone. Aby pracę tę umożliwić w téj lodowej temperaturze, urządzono tam piec do węgli, którego komin wychodził na zewnątrz przed ścianę śniegową. Było to urządzenie wadliwe, bo ciepło topiło śniég, wskutek czego ognisko u­stawicznie gasło, a komin coraz bardziéj się rozszérzał. Dopiéro wysłanie jego ściany płótnem me­talicznem zapobiegło złemu, a to dlatego, że płótno takie pochłaniało ciepło, uchodzące wraz z dymem, nie dopuszczając go do śniegu.

Podczas gdy Misonne pracował nad saniami, Penellan, przy pomocy Maryi, przygotowywał odzież i bieliznę na drogę. Na szczęście butów ze skór foczych było poddostatkiem. Jan Corn­butte i Vasling zajęli się zapasami żywności; za­pasy te składały się z baryłki spirytusu, potrze­bnego do rozgrzéwania przenośnego piecyka, ze znacznéj ilości kawy i herbaty, skrzyni sucha­rów, dwustu funtów mięsa solonego i kilku gą­siorków wódki. Polowanie miało dostarczać pożywienia na codzienną potrzebę. Rozdzielono téż sporą ilość prochu na części mniejsze, które zsypano do osobnych worków, aby go łatwiéj od zniszczenia uchronić. Busola, sekstant i perspek­tywa zostały także zapakowane na wszelki przypadek.

Dnia 11 października słońce już się nie ukazało nad widnokręgiem. Trzeba było ciągle palić lampę w siedzibie osady. Nie było czasu do stracenia, wyprawa była konieczną natychmiast. Przyczyny tego bardzo proste; oto w styczniu zi­mna dochodzą tu do takiej mocy, że przebywanie na powietrzu, bez niebezpieczeństwa utraty ży­cia, bywa niemożliwém Przez dwa najmniéj miesiące osada będzie kompletnie uwięzioną; na­stępnie zaczną się roztopy i trwać będą aż do chwili, w któréj droga dla okrętu stanie się zno­wu wolną. Te roztopy uniemożliwią wszelką po­dróż. Z drugiéj strony, jeżeli Ludwik i jego to­warzysze żyją jeszcze, to niepodobna, ażeby w swojém zupełném opuszczeniu i bez odpowie­dnich środków oparli się straszliwéj zimie. Nale­żało ratować ich natychmiast, lub porzucić wszelką nadzieję ocalenia.

Vasling rozumiał to wybornie i podzielał w duszy zdanie kapitana, mimo to jednak wysilał się na przedstawienie trudności, jakie wyprawę spotkać miały.

Przygotowania ukończono z dniem 20 października. Należało teraz wybrać ludzi do dro­gi Maryi niepodobna było pozbawić opieki wu­ja lub Penellana, a przecież jeden i drugi w przed­siębranéj wyprawie byli niezbędni.

Chodziło w téj sprawie o to, czy Marya zniosłaby trudy i niebezpieczeństwa zamierzonéj wy­prawy. Dotąd zwycięsko przeszła wszystkie pró­by, bez widocznego znużenia; co prawda, była córką marynarza, przyzwyczajoną od dzieciństwa do morza i niewygód żeglarskiego powołania, a Penellan nie lękał się bynajmniej o jéj męztwo i zdrowie śród tego okropnego klimatu, ani w po­dróży przez morza podbiegunowe.

Stanęło wreszcie na tém po wielu roztrząsaniach, że młodu dziewczyna uda się wraz z inny­mi w drogę i że na wszelki wypadek na saniach będzie można wybudować maleńką kajutę z drze­wa, szczelnie zamkniętą, a na pobyt dla niéj prze­znaczoną. Co się tyczy Maryi, to w postanowie­niu tém znalazła ona spełnienie gorących życzeń własnych, aby jéj nie rozdzielano z dwoma opie­kunami.

Wyprawa była gotową: Marya, Jan Cornbutte, Penellan, Vasling, Aupic i Misomie mieli do niéj należéć. Turquiette pozostawał przy statku, aby go strzedz, do pomocy zaś dodano mu Gervique’a i Gradlina. Zapasy zostały zniesione, a Jan Cornbutte, na przypadek gdyby się podróż prze­ciągnęła, zamierzył na całéj drodze w pewnych odstępach urządzać składy, które w powrocie użytecznemi być mogą. Opakowano wszystko starannie, okryto skórami bawolemi, a cały ten ładunek ważył około siedmiuset funtów, który to ciężar nie był wcale zawielkim dla zaprzęgu, złożo­nego z pięciu dużych i silnych psów.

Dnia 22 października, wedle przewidywań kapitana, w stanie temperatury zaszła korzystna zmiana. Niebo się wyjaśniło, gwiazdy świéciły ży­wym blaskiem, a księżyc zawisnął nad horyzontem, aby nie zachodzić przez dni piętnaście. Termometr opadł do dwudziestu pięciu stopni niżéj zera.

Nazajutrz miano wyruszyć w drogę.



IX.


Dom ze śniegu.


A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 08

Gromadka nasza ruszyła w drogę.

W dniu 23 października, o godzinie jedénastéj z rana, przy żywym blasku księżyca, gromad­ka naszych podróżników ruszyła w drogę. Po­nieważ rozsądek kazał przewidywać, że wyprawa po za czas z góry naznaczony przeciągnąć się może, przedsiębrano więc śród drogi wszystko to, co dyktowała ostrożność. Jan Cornbutte skiero­wał pochód ku okolicy północnéj. Postępowano wciąż po jednolitéj masie lodów, tak twardéj, iż na jéj powierzchni stopy ludzkie nie wyciskały, najsłabszego nawet śladu. To téż, aby ułatwić so­bie powrót, Jan Cornbutte wzdłuż przebytéj dro­gi, w odpowiednich odstępach, pozostawiał stosowne znaki, lub bacznie rozpatrywał się w położe­niu okolicy. Gromadka nasza przechodziła to przez lodowy wzgórek, najeżony cyplami, to znowu kroczyła przez olbrzymią masę lodu, któ­rą, siła wewnętrzna wyparła z nieprzejrzanéj płaszczyzny.

Na piérwszym przystanku, po przejściu jakich piętnastu mil, Penellan zabrał się do urządzenia chwilowego siedliska. Namiot, zawieszony u bo­ku olbrzymiego lodowca, musiał tym razem wystarczyć. Na szczęście, Marya nie cierpiała bar­dzo od straszliwego zimna, bo dokuczliwy wiatr ucichł i stał się znośniejszym; mogła przynajmniéj wychodzić częściéj ze swego maleńkiego schronie­nia, aby użyć ruchu, bez którego cyrkulacya krwi byłaby po niejakim czasie niemożliwą. Zresztą jéj chatka na saniach była urządzona do­syć wygodnie, a Penellan okrył ją starannie skórami, które chroniły wnętrze od przeraźliwego zimna. Podczas nocy, zarówno jak wczasie spo­czynku, chatkę znoszono z sań i ustawiano przy ogólnym namiocie; wtedy służyła ona Maryi ja­ko sypialnia. Posiłek wieczorny składał się zwy­kle ze świéżéj zwierzyny, z solonego mięsiwa i z gorącéj herbaty. Jan Cornbutte udzielał także wszystkim pewną ilość soku cytrynowego, ja­ko prezerwatywę od szkorbutu. Po wieczerzy udawano się na spoczynek.

Po ośmiogodzinnym śnie, każdy zajmował wyznaczone sobie stanowisko. Rozdawano wówczas, zarówno ludziom jak i psom, pożywne śniadanie, a następnie wyruszano w drogę. Lód twardy i jednolity pozwalał psiemu zaprzęgowi ciągnąć sanie z taką, łatwością, że częstokroć ludzie za niemi nadążyć nie byli w stanie.

Marynarze nasi po kilku dniach podróży poczęli bardzo cierpiéć z powodu zapalenia oczu. Choroba ta objawiła się najpiérw i w największéj sile u Aupica i Misonne’a. Światło księżycowe, od bijające się o niezmierne płaszczyzny iskrzące­go się lodu, paliło wzrok i sprowadzało ból nie­znośny. Spostrzeżono także ciekawą okoliczność, wynikłą z ciągłego wytężenia wzroku i złudzeń świetlnych, a mianowicie iż postępując, nasi po­dróżni byli pewni iż tu i owdzie stąpali po pagór­kach, ale podniesiona noga opadała niespodzianie niżéj, co nieraz spowodowało upadek, na szczęście­ bez złych następstw. Penellan dowoli z tego żar­tował, bo poczciwy Bretończyk chciał żartem pod­sycać odwagę towarzyszów, ale mimo to nie było można wkrótce zrobić kroku bez wypróbowania drogi żelaznym drągiem.

Około 1-go listopada, w dziesięć dni po rozpo­częciu wyprawy, gromadka podróżnych znalazła się o jakie pięćdziesiąt mil na północ. Zmęcze­nie dało się czuć najdotkliwiéj wszystkim. Jan Cornbutte cierpiał bardzo na zapalenie oczów, a siła wzroku znacznie mu osłabła. Aupic i Misonne szli prawie już tylko poomacku, bo oczy ich, obwiedzione czerwoną obwódką, nie znosiły odbicia się światła księżycowego. Maryn była jeszcze wolną od tego cierpienia, bo prawie cią­gle siedziała w swojém schronieniu, o ile to było możliwém, Penellan, podtrzymujący w sobie niezachwianą wytrwałość, oparł mu się także. Ale prawie nieczułym na te wszystkie dolegliwo­ści był Andrzéj Vasling; jego stalowy organizm­ znosił je bez ugięcia, a porucznik z rozkoszą tyl­ko śledził każdy objaw zniechęcenia śród gromadki towarzyszów i przewidywał chwilę, w któréj zażąda ona natychmiastowego powrotu.

Właśnie téż w dniu 1 listopada, wskutek straszliwego znużenia, odpoczynek dłuższy stał się koniecznością.

Skoro tylko stanęło na tém, aby na dłuższy czas podróż zawiesić, zabrano się natychmiast do urządzenia siedziby. Postanowiono zbudować dom ze śniegu, który jedną stroną opiérał się o skały wzgórka. Misonne naznaczył natychmiast podwaliny, długie na piętnaście, a szérokie na pięć stóp; Penellan, Aupic i cieśla wzięli się bezzwło­cznie do nagromadzenia brył lodu, zapomocą swych bosaków sprowadzili je na miejsca wybra­ne i poczęli jo układać jak cegły. Wkrótce głów­na ściana była wzniesiona na pięć stóp wysoko­ści, z grubością prawie tych samych wymiarów, bo niepotrzeba było osaczedzać materyałów budowlanych, skoro ich było poddostatkiem. Ściana ta zdawała się dosyć silną na przeciąg dni kilku. Po upływie ośmiu godzin wszystkie cztéry ściany były już prawie ukończone; wyjście urządzono w stronie południowéj, a płótno żaglowe, które położono na tych ścianach, spadało na drzwi, osła­niając je tym sposobem w każdéj chwili. Nale­żało już tylko budowę tę zasklepić i sklepieniem zastąpić brak właściwego dachu.

Po trzech godzinach ciężkiéj pracy, dom ze śniegu został ukończony i każdy z robotników mógł teraz śród murów jego po trudach odpocząć. Ale, niestety, praca ta tak znużyła marynarzy, iż wyczerpała prawie do reszty ich energią i od wagę. Sam Cornbutte przytém cierpiący był bardzo i niezdolny do zrobienia choćby jedne­go kroku, a Vasling tak wszędzie potrafił wyzy­skać smutne te okoliczności, iż wymógł na nim zdanie, iż dotychczasowych poszukiwań daléj po­suwać niepodobna. Penellan, usłyszawszy to, oburzył się niezmiernie; gdy słyszał, iż porzuca się zgu­bionych towarzyszów tak niegodziwie i z takiém tchórzostwem w ich położeniu okropném, przejmowała go groza. Nie wiedział już, jak się za­klinać, że „wszystko się zmieni na lepsze,” aby tylko dodać od wagi i siły odrętwiałym kolegom, ale wszystko to było naprożno.

Ponieważ obecnie powrót do okrętu już postanowiono, uznano przeto odpoczynek kilkodnio­wy za konieczny, témbardziéj że należało przy­ gotować się do drogi.

W d. 4 listopada Cornbutte rozpoczął urządzenie podziemnego składu takich zapasów, które mu się zbytecznemi okazały. Skład ten odpo­wiednio naznaczono, aby, wrazie ponowionéj wy­cieczki, można go było w przyszłości odnaléść. Przez całą zresztą drogę, podczas cztérech dni pochodu, urządzano składy podobne w różnych miejscach, aby tym sposobem miéć żywność zachowaną na czas powrotu, bez koniecznéj potrze­by wożenia jéj na saniach.

Dnia 5 listopada miano wyruszyć w drogę. O dziesiątéj godzinie zrana pochód miał się roz­począć. Smutek i strapienie widoczne były na twarzach wszystkich. Marya zaledwie potrafiła wstrzymać łzy, które jéj się cisnęły do oczu na widok zupełnego zniechęcenia jéj wuja. Tyle cierpień bezużytecznych, tyle trudów... próżnych! Penellan miał humor wściekły; klął na czém świat stoi wszystkich za lada sposobnością; oburzał się na słabość i nikczemność swych towarzyszów, bardziéj trwożliwych i zmęczonych, niżeli Marya, która i teraz jeszcze, na krańcu świata, nie żaliła się i nie upadała na duchu.

Widząc co się dziéje, Vasling nie umiał ukryć swego zadowolenia. Jeszcze bardziéj stał się nadskakującym dla Maryi, któréj tłumaczył na pociechę, że poszukiwania można będzie prowadzić na wiosnę... Był to fałsz, albowiem pan po­rucznik wiedział wybornie, iż wówczas wszelkie poszukiwania będą już próżnemi.

Nazajutrz miano wyruszyć w drogę.



X.


Żywcem pogrzebani.


W przeddzień pochodu, w chwili wieczerzy, Penellan, usiłując uwolnić rurę kominową od za­tkania, naraz znalazł się w gęstych kłębach dymu, które wiatr wpędził rurą do wnętrza. W téj sa­mej chwili dom ze śniegu uległ wstrząśnieniu, ja­koby pochodzącemu od trzęsienia ziemi. Obecni temu wydali okrzyk trwogi, a Penellan pośpieszył, by wyjrzéć, co się dzieje na świecie.

Ciemności nieprzejrzane otaczały okolicę. Straszliwa burza huczała w powietrzu. Ogromne płaty śniegu spadały z szybkością niewidzianą, a zimno było tak dojmujące, że cieśla czuł, jak mu ręce marzną gwałtownie. Trzeba się było wrócić, aby nie być zasypanym żywcem przez śniég.

— Cóż to za wściekła burza! — rzekł. — Dałby Bóg, żeby się nasza siedziba jéj oparła, bo je­żeli ten uragan okropny ją zdruzgocze, będziemy zgubieni!

Podczas gdy wicher straszliwy wył w powie­trzu dzikiemi głosy, pod lodom dal się słyszéć dziwny łoskot. Lodowce, spotykając się z cyplem przylądka, gruchotały się wzajemnie z przeraża­jącym hukiem; wiatr dął z taką silą, że zdawało się chwilami, iż uniesie siedzibę naszych maryna­rzy, a światełka fosforyczne, zjawisko dziwne w tych stronach, przebiegały wśród mas spada­jącego śniegu.

— Maryo! — zawołał Penellan, chwytając jéj zimne dłonie.

— Cóż to za okropne położenie! — rzekł Misonne.

— Obyśmy się tylko szczęśliwie z niego wy­dostali! — dorzucił Aupic.

— Porzućmy to liche siedlisko — zapropo­nował Vasling.

— Ależ to nie możliwe! — odrzekł Penellan. — Zimno na świecie jest nie do wytrzymania, a tym­czasem tutaj możemy przynajmniej znosić je i szu­kać sposobów oparcia się jego zabójczym wpływom.

— Dajcie mi termometr — zakończył Va­sling.

Aupic podał mu to narzędzie, które wskazy­wało dziesięć stopni niżéj zera wewnątrz chaty, i to wtedy, gdy ogień płonął żywo na palenisku. Vasling odsunął płótno, pokrywające wejście i wystawił instrument na zewnątrz, ale musiał cofnąć rękę, ponieważ kawałki lodu, które wiatr pędził z gwałtownością, byłyby termometr nieza­wodnie potłukły.

— I cóż — spytał Penellan — czy możemy myślić o wyjściu? Widzisz pan dobrze, że tylko tutaj znaléść możemy jakie takie bezpieczeństwo.

— Tak — dorzucił Cornbutte — i winniśmy użyć wszystkich sił, aby wzmocnić ściany naszego schronienia.

— Lecz jest inne jeszcze nie bezpieczeństwo, które nam zagraża — odparł porucznik.

— Jakie?

— Ten straszliwy wicher może z łatwością pogruchotać lody, na których się znajdujemy, tak samo jak gruchocze olbrzymie ich masy w zatoce, a wówczas zginiemy w otchłaniach morza!

— Nie tak to łatwe, jak się panu zdaje — od­parł Penellan — bo wicher mroźny ścina natych­miast każdą powierzchnię płynną. Obaczmy, jaki jest stan temperatury.

Wysunął rękę z termometrem przez uchylo­ne płótno, a cofnąwszy ją następnie, przysunął Iampę, spojrzał bacznie na narzędzie i rzekł:

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 09

Trzydzieści dwa stopnie niżéj zera.

— Trzydzieści dwa stopnie niżéj zera!... Jest to największe zimno, jakiegośmy dotąd doświadczyli.

— Jeszcze dziesięć stopni — wtrącił Vasling — a rtęć w termometrze zamarźnie.

Grobowe milczenie zaległo po téj uwadze.

Około ósméj godziny zrana Penellan powziął zamiar wyjścia na zewnątrz, w celu rozpatrzenia stanu powietrza, pragnąc przytém oczyścić wylot komina, aby ułatwić wyjście dymu, którego na­gromadziło się w chacie pełno od wczoraj. Otulił się przeto troskliwie w swą futrzaną odzież, ze­sunął kaptur na czoło i uniósł zasłonę wyjścia.

Ale wyjście, a raczéj owa zasłona, była zupełnie przysypana zmarzniętym śniegiem. Penellan zapomocą żelaznego drąga, usiłował usunąć tę ­ zaporę, lecz trwoga ścięła krew jego, gdy poczuł, że koniec drąga natrafił na twarda i nieprzebytą ścianę.

— Kapitanie — rzekł do Cornbutta, który natychmiast podszedł ku niemu — jesteśmy zasypani śniegiem!...

— Co mówisz!?

— Mówię że śniég nagromadził się około nas i nad nami w takiéj masie, iż stwardniawszy jak skała, pogrzebał nas żywcem.

— Usiłujmy przebić tę masę — szepnął strwo­żony kapitan.

Dwaj starzy przyjaciele próbowali całą siłą ramion usunąć lodową zaporę, ale napróźno. Śniég zmarzł i na jakie pięć stóp grubości utwo­rzył jednolitą skałę, która wraz z ścianami domu stała się nierozdzielną masą.

Cornbutte nie mógł się powstrzymać od wydania krzyku rozpaczy, który zwabił Misonne’a i Vaslinga. Ostatni wymruczał straszliwe prze­kleństwo, a zęby jego zgrzytnęły od wście­kłości.

W téj chwili kłęby dymu buchnęły z ogniska do wnętrza chaty, nie znajdując dla siebie wyjścia.

— Przekleństwo! — zawołał Misonne. — Otwór komina zatkany jest Iodem!

Penellan, zagasiwszy ognisko, usiłował swoim drągiem przebić otwór komina, ale i tu napotkał nie przebytą zaporę.

Należało więc oczekiwać okropnéj śmierci, po konaniu w najstraszliwszych męczarniach. Dym dusił gardła biédnych marynarzy, którym jeszcze lada chwila brak powietrza mógł zaprzéć oddech na wieki....

Marya powstała ze snu, a jéj obecność, która doprowadzała do rozpaczy Jana Cornbutte, doda­ła odwagi Penellanowi. Dzielny Bretończyk, widząc ją, odezwał się z przejęciem, że niepowin­na ona ginąć w sposób tak straszny — że należało szukać wybawienia do ostatniéj chwili.

— Przyjaciele — rzekła, nie domyślając się całéj okropności położenia — co znaczy ten dym? Czyście rozpalili zawielki ogień?

— Tak, tak ... — wyjąkał Penellan.

— To widoczne. A przecież ciepła mamy dosyć, więcéj niż kiedykolwiek.

Nikt nie śmiał powiedziéć jéj prawdy.

— Urządzi się to jakoś — wtrącił Penellan porywczo — a tymczasem, Maryo, zajmij się przyrządzeniem śniadania. Zazimnojest, aby wyjść. Oto kominek, spirytus i kawa. A niech tam kto wydostanie mięsiwo; musiémy je spożywać, dopó­ki ta przeklęta pogoda nie pozwoli nam upolować czegoś świéżego.

Słowa te ożywiły jego towarzyszów.

— Najpiérw posilmy się — dodał Penellan — a potém obaczymy, jak się ztąd wydostać.

Poczciwy Bretończyk zawsze usiłował dawać ze siebie dobry przykład i teraz więc ujął swą porcyą i począł ją spożywać. Towarzysze poszli za tym przykładem i każdy z nich spożył filiżan­kę kawy gorącéj, co dodało im sił i odwagi, a Jan Cornbutte oświadczył z wrastającą energią, że­ należy użyć wszelkich sposobów ocalenia.

Andrzej Vasling rzekł wówczas:

— Jeżeli burza trwa jeszcze, to znaczy że lód nad nami wznosi się na jakie dziesięć stóp, bo inaczéj słychaćby było szum huraganu.

Penellan spojrzał ukradkiem na Maryę, która musiała zrozumiéć całe znaczenie téj uwagi, ale nie zadrżała bynajmniéj. Zabrał się on bez zwło­ki do pracy i rozpalił koniec drąga do czerwono­ści nad płomieniem lampki spirytusowéj, a na­stępnie począł nim przebijać ściany chaty, lecz drąg nigdzie wyjścia znaléść nie mógł. Corn­butte, widząc to, wniósł aby usiłowano usunąć za­porę lodową jedynie tylko u wejścia. Lód był tak twardy, że oskardy zaledwie z trudnością nad­wérężały jego masę; kawałki, które mozolnie od niéj oddzielono, zaległy wkrótce wnętrze chaty. Po dwóch godzinach téj ciężkiéj pracy, zagłębie­nie, wybite w lodzie, sięgało zaledwie dwóch stóp.

Trzeba było wymyślić sposób szybszy i skute­czniejszy, aby uniknąć uduszenia z braku powie­trza. Penellan wpadł na myśl, aby przy użyciu kominka spirytusowego wytopić w masie lodowéj potrzebny otwór. Był to sposób bardzo niepewny, a przytém niebezpieczny, ponieważ przy dłuższym pobycie zdala od okrętu, spirytusu, którego nasi marynarze posiadali ilość niewielką, mogło było zbraknąć do gotowania posiłku. Mimo to myśl Penellana zyskała poparcie wszystkich i wzięto się natychmiast do jéj wykonania. Wyżłobiono najpiérw otwór trzy stopy głęboki a jednę széro­ki, aby weń lać gorącą wodę, która miała topić lód. Wkrótce przekonano się, że sposób to do­bry. Otwór zwiększał się pod działaniem gorą­cej wody z każdą chwilą, ale roboty téj nie można było prowadzić ciągle, bo woda, parując, wsią­kała w suknie i moczyła je nawskroś. Po cztérech godzinach téj mozolnéj pracy, Penellan musiał się sam suszyć pod kominkiem. Misonne natychmiast zajął jego miejsce i mozolił się z rów­ną usilnością.

Po dwóch następnych godzinach usiłowań, gdy otwór miał już pięć stóp głębokości, drąg że­lazny jeszcze nie natrafił na wyjście.

— To niemożliwe — rzekł Cornbutte — aby śniég upadł śród jednéj nocy w takiéj masie. Zapewne wiatr napędził go i nagromadził w téj ilo­ści. Bardzo być może, że z przeciwnéj strony na­szej chaty niéma go tyle.

— Tego nie wiem — odrzekł Penellan — ale sądzę że aby nie zniechęcać naszych towarzyszów, dobrze będzie pracować daléj nad otworem, któ­ry się już rozpoczęło. Niepodobna abyśmy nie dotarli do wyjścia.

— Czy spirytusu nie zbraknie?

— Zdaje mi się że nie — odrzekł Bretończyk — ale pod warunkiem, że będziemy pijać zimną kawę i herbatę. Mniejsza o to, ale jest cóś, co mnie bardziéj niepokoi.

— Cóż takiego?

— Oto że nasza lampa zgaśnie w braku ole­ju i że nasze zapasy żywności wyczerpią się wkrót­ce. Lecz... co tam! W imię Boże — daléj do dzieła!

Po niejakim czasie Penellan zastąpił w pracy Vaslinga, który nie żałował rąk i energicznie brał współudział nad dziełem wspólnego oswobodzenia, a wyżłobiwszy jeszcze jednę stopę zagłębienia, udał się, wspólnie z towarzyszami, na spoczynek.



XI.


Chmura dymu.


Nazajutrz, gdy nasi marynarze zbudzili się, ciemność zupełna nie dozwalała im nic widziéć. Lampa zgasła. Jan Cornbutte zbudził Penellana, aby go zapytać o krzesiwko, które mu Bretoń­czyk natychmiast podał. Penellan podniósł się wnet, aby zapalić spirytus w kominku, lecz zadzi­wił się i przeraził zarazem, gdy głowa jego ude­rzyła o lodowe sklepienie chaty. Wczoraj jeszcze sklepienie to znajdowało się o wiele wyżéj! Gdy spirytus zapłonął bladawym płomykiem w ko­minku, spostrzegł że się ono obniżyło o stopę pra­wie, że zatém prawdopodobnie przyjdzie chwila, w której, pod zewnętrznym naciskiem, zawalić się może i zgnieść wszystkich, znajdujących się we wnętrzu chaty.

Myśl ta sprawiła, że Penellan rzucił się do pra­cy z gorączkową zaciętością.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 10

Dostrzegła na twarzy jego wyraz rozpaczy.

W téj chwili Marya, przy płomyku kominku, który oświecał ponuro twarz Bretończyka, spo­strzegła na niéj wyraz rozpaczy i podszedłszy ku niemu, ujęła jego dłonie w serdecznym, ale nie­mym uścisku. Penellan czuł, iż mu wraca zachwiana odwaga.

— Ona nie powinna tak umiérać! — mruknął do siebie z silném postanowieniem i zagłębił się w otworze wyżłobionej wczoraj jamy. Tam, silną dłonią ująwszy drąg, zapuścił go w ścianę lodową i... o cudzie!... drąg przebił tę ścianę i za­głębił się daléj swobodnie, bez żadnej przeszkody. Czyżby natrafił wreszcie na miękką warstwę śniégu? Wyciągnął drąg, a w tej chwili przez otwór do wnętrza chaty wdarł się ożywczy promień światła.

— Do mnie, do mnie, towarzysze! — zawo­łał Penellan.

Radość jego graniczyła nieledwie z szaleń­stwem; rękami i nogami począł wyrzucać śniég z otworu, ale zewnętrzna ściana powierzchni nie była bynajmniéj tak miękką, jak przypuszczał; prze­konał się wnet o tém ze straszliwego powiewu mroźnego wiatru, który się wdarł do chaty i zmro­ził zwilgocone części ubrania Bretończyka tak sil­nie, iż odrazu stężały. Pomagając sobie bosakiem, Penellan rozszérzył otwór i mógł wreszcie wydo­stać się na wolne powietrze. Upadł wówczas na kolana i gorąco dziękował Najwyższemu za ocale­nie, a Marya i jego towarzysze, widząc ten pobo­żny zapał, znaleźli się wkrótce obok niego i z je­go modlitwą złączyli własne dziękczynienia.

Wspaniała tarcza księżyca oświécała niezmie­rzone przestrzenie, lecz temperatura była mroźną nie do zniesienia. Wrócono do chaty, ale Penel­lan przez ten czas rozejrzał się bacznie po okolicy i spostrzegł, że wzgórzystego przylądka nie było i że chatę otacza bezgraniczna płaszczyzna. Bre­tończyk pragnął podejść do sań, lecz z przerażeniem ujrzał, że ich niéma: znikły wraz z zapasami żywności!

Przejmujący do kości mróz zmusił i Penellana do powrotu. O zaginieniu sań nie rzekł on niko­mu ani słowa. Musiał przedewszystkiém osuszyć odzież nad płomieniem kominka. Termometr, wystawiony na działanie otwartego powietrza, spadł do trzydziestu stopni niżéj zera.

Po upływie, godziny Vasling i Penellan po­stanowili rozpatrzyć dolinę. Obcisnęli starannie swą wilgotną jeszcze odzież i wyszli otworem wy­bitym, którego ściany, pod działaniem zimna, by­ły już twarde jak skała.

— Wiatr zapędził nas w stronę północno-wscho­dnią — rzekł Vasling, rozpatrując się bacznie w gwiazdach, które błyszczały nadzwyczaj świe­tnie.

— Nicby w tém nie było złego, gdyby sanie nasze towarzyszyły nam w téj podróży — odrzekł Penellan.

— Jakto?... albo sań niéma?... — zawołał Va­sling. — Do pioruna! jeżeli ich niéma, to jesteśmy zgubieni!

— Szukajmy.

Okrążyli chatę, rozpatrując się krok za kro­kiem; wznosiła się ona, jak bryła lodu, do jakich piętnastu stóp wysokości. Nieprzebrana masa śniégu spadła śród burzy i pokryła grubą war­stwą jedne stronę chaty. Płaszczyzna lodowa, na której się ona znajdowała, strzaskana uderze­niami pędzonych lodów, popłynęła na północ o jakie dwadziéścia pięć mil, a nasi marynarze zo­stali jakby przykuci śród tego pływającego wię­zienia. Sanie, uniesione na innym lodowcu, po­płynęły w inną stronę, ponieważ ani śladu ich dojrzéć nie było można, a psy niezawodnie poto­nęły podczas okropnej burzy.

Vasling i Penellan doznali teraz uczucia po­gnębiającéj rozpaczy. Nie śmieli powrócić do chaty z tą straszną wiadomością. Kroczyli bez­myślnie po Iodowisku, na którém wznosił się po­nury dom ze śniegu, i widzieli tylko tę niezmie­rzoną, białą, głuchą płaszczyznę, która ich otacza­ła. Zimno przejmowało ich członki, a wilgotne ich odzienie stérczało na ciele, jakby z blachy.

W chwili, gdy Penellan schodził ze wzgórka, spojrzał na Vaslinga, który nagle odwrócił wzrok w przeciwną stronę, drżąc i blednąc.

— Co wam jest, poruczniku? — spytał Bre­tończyk .

— Nic, nic! — odrzekł pośpiesznie Vasling. — Chodźmy i starajmy się jaknajprędzéj wydo­być z tych przeklętych stron, w których stopa nasza postać nie była powinna!

Lecz zamiast iść za przykładem poruczni­ka: Penellan, zwrócił oczy w stronę, która uderzyła uwagę Vaslinga; coś szczególnego musiał tam ujrzéć Bretończyk, ponieważ natychmiast wydał okrzyk radości i, wzniósłszy ręce do nieba, zawołał:

— Chwała bądź Najwyższemu!

Lekki, ledwie dojrzany dym wzbijał się w stro­nie północno-wschodniéj. Penellan widział go dobrze i nie pomylił się bynajmniéj. Tam więc żyją ludzie! Okrzyk Penellana ściągnął wnet je­go towarzyszów i wszyscy mogli się przekonać naocznie, że to, co widział Bretończyk, nie było wcale złudzeniem.

Natychmiast, nie myśląc już o zapasach ży­wności, ani o straszliwém zimnie, które przejmowało ich do głębi duszy, wszyscy, powdziéwawszy swoje kaptury, wielkiemi kroki puścili się w stronę owego dymu.

Ponieważ dym ten wznosił się w stronie pół­nocno-wschodniéj, przeto i nasi marynarze w tym kierunku biedz zaczęli. Cel, do którego dążyli, zdawał się być oddalonym o cztéry mniéjwięcéj mile. Najniespodzianéj jednakże dym zniknął, a na równéj, bezmiernej płaszczyźnie żaden przed­miot wystający, kierunku w którym się trzymać należało stale, nie wskazywał. Co było czynić? Oto postępować ciągle po linii prostéj.

— Ponieważ nie widziémy punktu, ku które­mu mamy zmierzać — rzekł Cornbutte — musimy tedy chwycić się najpewniejszego sposobu, który zbłądzić nam nie dozwoli. Penellan niechaj idzie naprzód, Vasling o jakie dwadzieścia kroków za nim, ja zaś o dwadzieścia kroków pójdę za Vaslingiem. Tym sposobem postępując w linii prostéj, ustrzeżemy się zboczenia, bo ja Penellanowi dam znać, gdy tylko od prostego kierunku odstąpi.

Pochód taki trwał już około pół godziny, kiedy Penellan nagle stanął, wytężając słuch.

Ci, co szli za nim, podeszli bliżéj.

— Czyście nic nie słyszeli? — spytał się wówczas.

— Nic — odrzekł Misonne.

— To szczególne! Zdawało mi się, że uszu moich doszły jakieś krzyki!

— Krzyki? — zawołała Marya. — A więc je­steśmy już prawie u celu!

— Niekoniecznie — wtrącił Vasling — bo w tych północnych okolicach i przy tak nizkiéj temperaturze głosy brzmią na bardzo rozległych przestrzeniach.

— Bądź co bądź, naprzód! — zawołał Corn­butte — choćbyśmy mieli zmarznąć!

— Baczność, słuchajcie!... — rzekł znowu Pe­nellan.

W téj chwili wyraźnie można było dosłyszyć jakiś krzyk, jakby jęk cierpienia i rozpaczy. Po­wtórzył się on po dwakroć. Nie było wątpliwo­ści, że któś wzywał pomocy. Po upływie sekun­dy wszystko ucichło.

— A więc ja się nie omyliłem — zawołał Pe­nellan. — Naprzód!

I począł biedz w kierunku dosłyszanego od­głosu. Zrobił mniéj więcéj dwie mile i nagle za­trzymał się zdziwiony i przerażony, ujrzawszy człowieka, śpiącego na lodzie. Zbliżył się ku nie­mu, usiłował go zbudzić i... podniósł ręce ku niebu z rozpaczą.

Vasling, który podbiegł w téj chwili, spojrzał i zawołał ku zbliżajacym się towarzyszom:

— Toż to jeden z naszych rozbitków, to maj­tek Cortrois!

— Który już nie żyje — dorzucił Penellan. — Umarł z zimna!

Jan Cornbutte i Marya znaleźli się wkrótce przy zwłokach, które już od mrozu stężały. Bo­leść malowała się na twarzach wszystkich. Umar­ły był jednym z towarzyszów zaginionego Ludwi­ka Cornbutte.

— Naprzód! — zawołał Penellan, przerywa­jąc ogólną zadumę.

Szli więc znowu dalej przez pół godziny, nie mówiąc ani słowa, aż nagle spostrzegli zarysy lądu.

— Wyspa Shannon! — zawołał Jan Corn­butte.

W odległości mili spostrzegli wyraźnie słup dymu, wzbijający się wysoko nad chatą ze śnie­gu, zamkniętą na drewniane drzwi. Ujrzawszy to, wydali okrzyk radości. Z chaty wyszło dwóch ludzi a Penellan, spojrzawszy na nich, krzyknął z całej siły.

— Piotrze, Piotrze!...

Był to drugi z towarzyszów Ludwika, Piotr Nouquet. Stał obojętnie, patrząc przed siebie jak człowiek ogłupiały z cierpień, niemający świa­domości tego, co się dzieje. Vasling spojrzał na Nouqueta i jego nieznanego towarzysza z dzi­ką radością.... bo między nimi nie ujrzał Ludwika.

— Piotrze, to ja! — mówił Penellan. — Patrz, oto twoi przyjaciele!

Nouquet spojrzał nań, w oczach błysnęła mu trzeźwa myśl i z krzykiem upadł w objęcia stare­go towarzysza.

— A mój syn, gdzie jest mój syn!... — krzy­knął w téj chwili Jan Cornbutte i w najwyższém wzruszeniu postąpił ku drzwiom chaty.



XII.


Powrót do statku.


W téj chwili z za drzwi chaty wyszedł człowiek prawie umiérający, który z trudnością postąpił parę kroków.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 11

Byłto Ludwik Cornbutte.

Był to Ludwik Cornbutte.

— Mój syn!

— Mój narzeczony! — wydarły się jednocześnie dwa okrzyki z piersi przejętych radością.

Ludwik padł w objęcia najdroższych sobie istot które, po kilku uściskach, zawlokły go do wnętrza chaty, prawie nieprzytomnego.

— Ojcze, Maryo — przemówil z wysiłkiem — więc widzę was znowu przed skonem!

— Nie myśl o śmierci — odrzekł Penellan — wszak widzisz naokoło siebie wszystkich swoich przyjaciół.

Tymczasem Andrzéj Vasling zbliżył się także i przyjął podaną, sobie dłoń przez Ludwika, jakkolwiek widoczném było, że uczynił to ze wstrętem.

Nouquet nie posiadał się z radości. Ściskał wszystkich po kolei i płakał jak dziecko, a gdy wzruszenie to przeminęło i zamieniło się w spokojne zadowolenie, dorzucił drzewa do ogniska i wkrótce znośna temperatura zapanowała w chacie.

Teraz spostrzeżono dwóch jakichś ludzi obcych, którzy w milczeniu przypatrywali się wybuchom szczęścia.

Byli to Jocki i Herming, dwaj jedyni majtkowie, pozostali z rozbitéj goeletty norwergskiéj Frooërn.

— Przyjaciele, jesteśmy więc ocaleni! — przemówił rozpromieniony Ludwik Cornbutte. — Ojcze, Maryo, na ileż to naraziliście się niebezpieczeństw!

— Nie żałujemy tego, mój synu — odrzekł Jan Cornbutte. — Twój Nieustraszony znajduje się ztąd o mil sześćdziesiąt; trzeba jaknajprędzéj puścić się ku niemu.

— Uczynimy to, skoro Cortrois powróci wtrącił Nouquet. — Będzież się on dopiéro radował!

Smutne milczenie było jedyną na razie odpowiedzią, ale Penellan uznał za stosowne zawiadomić Ludwika i Nouqueta o opłakanym losie biédnego Cortrois, który umarł z zimna.

— Moi przyjaciele — rzekł potém poczciwy Bretończyk — czuję że powietrze się tutaj ociepla. Czy macie jeszcze zapasy drzewa i żywności?

— Mamy. Co do zapasów drzewa, to palimy szczątki ze statku Frooërn.

Norwegski ten statek burza zapędziła na północ, o cztérdzieści mil od miejsca dotychczasowego pobytu rozbitków. Tam burza i nadpływające lody rozbiły ten okręt, a marynarze zebrali jego szczątki i zbudowali sobie z nich siedzibę na południowym brzegu wyspy Shannon.

Rozbitkowie przybyli tu w liczbie pięciu: Ludwik Cornbutte, Cortrois, Nouquet, Jocki i Herming. Co do reszty osady rozbitego statku, to poszła ona na dno morza wraz z szalupą, na któréj się ratowała.

Od chwili, w któréj Ludwik znajdował się na lądzie wyspy, począł on natychmiast przygotowywać się do przepędzenia zimy. Był to człowiek energiczny, nadzwyczaj czynny i odważny; pomimo jednak żelaznéj wytrwałości, uległ wpływom straszliwego klimatu, a bardziéj jeszcze dręczyło go postępowanie dwóch Norwegczyków, ludzi napół dzikich, do których serca uczucia najpospolitsze nawet, ale poczciwe, prawie żadnego nie miały przystępu. Przy zdarzonéj sposobności Ludwik dał to poznać dokładnie Penellanowi, który ze swojéj strony podzielił z nim swoje podejrzenia co do Vaslinga i opowiedział wszystko, co spostrzegł dotąd, a co świadczyło iż porucznik usiłował zjednać sobie serce Maryi. Ludwik zaledwie uwierzył Bretończykowi, lecz zapewnienia jego dały mu dużo do myślenia i nakazywały być bacznym.

Cały dzień piérwszy wspólnego pobytu przeznaczono na spoczynek. Radość połączenia się nie pozwala zresztą myśléć o natychmiastowym pochodzie. Misonne i Nouquet zabili kilka ptaków morskich, które uwijały się około chaty, a nie miały tyle przezorności, aby uciec przed niebezpieczeństwem. Świéże mięso i ciepło powróciły energią najsłabszym. Ludwik poczuł, iż mu siły wracają. Była to jedyna chwila radości, któréj ci biédni ludzie doznali od chwili przybycia w te strony. To téż obchodzono ją uroczyście, świątecznie, nie bacząc iż się to dzieje w nędznéj chacie, o sześćset mil od południowych lądów morza północnego, przy trzydziestu stopniach straszliwego zimna.

Taka zabójcza temperatura trwała jeszcze do najbliższego nowiu księżyca, który wypadł około 17 listopada, to jest mniéjwięcéj w dni osiem od chwili połączenia się z rozbitkami. Jan Cornbutte, nie bacząc na to, że podróż do okrętu odbywać się będzie tylko przy bladém świetle gwiazd, postanowił puścić się w drogę natychmiast, czemu sprzyjało znaczne podniesienie się temperatury.

Zanim rzucono te smutne okolice, majtkowie wykopali grób i pochowali zwłoki nieszczęśliwego Cortrois. Smutny to był obrządek! Oto piérwszy nieboszczyk z nielicznéj gromadki — piérwszy, który już nie miał ujrzéć swéj ojczyzny!

Misonne zbudował z desek chaty rodzaj sań, przeznaczonych pod zapasy żywności, które na przemiany marynarze ciągnąć musieli. Jan Cornbutte skierował pochód drogą, którą poprzednio przebieżeli. Spodziéwał on się, że idąc tędy, napotka owe składy z zapasami żywności, które w różnych punktach drogi pozostawił, a które bardzoby się przydały, ze względu że przybyły cztéry osoby do żywienia. Tym sposobem bardzo zależało na tém, aby od właściwego kierunku nie zboczyć.

Opatrzność sprawiła, że nasi marynarze w swojéj podróży natrafili na zatracone sanie, które więc znowu odzyskali. Biédne psy, zgłodzone do najwyższego stopnia, choć pożarły już za pasy i rzuciły się na żywność w saniach, na szczęście po większéj części dobrze zabezpieczoną, teraz ocalały i musiały pójść znowu do roboty.

Gromadka nasza postępowała ochoczo w kierunku przystani zimowéj, w któréj przebywał statek. W drodze zauważono, że Vasling, Aupic i dwaj Norwegczycy trzymali się ciągle na uboczu, nie łącząc się z innymi towarzyszami. Wzbudziło to podejrzenie ogólne do tego stopnia, że nic im nie mówiąc, każdy miał na nich zwróconą uwagę. Widocznem było, iż ziarno rozdwojenia padło i zakiełkowało w gromadce, która dotąd cieszyła się zupełną zgodą, a ta pewność przejmowała trwogą duszę Ludwika Cornbutte i Penellana.

Około 7 grudnia orszak podróżny spostrzegł przystań, śród któréj zimował Nieustraszony. Lecz jakże się wszyscy zdziwili, ujrzawszy że statek spoczywa na wzgórku Iodowym, wznoszącym się na cztéry przeszło metry. Gdy zbliżyli się do niego, Gervique, Turquiette i Gradlin wybiegli naprzeciwko nich z okrzykami radości. Wszyscy na okręcie byli zdrowi, jakkolwiek i oni ucierpieli wiele od straszliwéj burzy, która tak groźnie obeszła się z mieszkańcami domku lodowego.

Burza ta, jak się okazało, srożyła się na całém morzu Lodowatem. Lody rozbijały się, kruszyły i przepływały z miejsca na miejsce. Łożysko, w którém spoczywał statek, uległo także zgruchotaniu; woda z pod niego wydostała się, że zaś ciężar gatunkowy okrętu pozwolił mu się na niéj unosić, gdy więc zamarzła, znalazł się tym sposobem o kilka metrów wyżéj niż pierwotnie.

Ogólna radość znamionowała szczęśliwą chwilę przybycia do przystani i połączenia się z towarzyszami. Marynarze przybyli rozbiegli się naokoło statku, aby obaczyć, czy wszystko znajdą tak, jak zostawili. Pokazało się że niespodziane wyniesienie, a raczéj podwyższenie okrętu nie wyrządziło mu żadnéj szkody i że jego silny korpus dzielnie się oparł naciskowi lodów. Wróżyło to bezpieczne przezimowanie, a jakkolwiek pora była nadzwyczaj surową, można ją było przecież na statku, dobrze zabezpieczonym, znosić jako tako. Gdy przyjdą roztopy, nietrudno będzie statek stoczyć po pochyłéj płaszczyźnie, aby go puścić na otwarte morze.

Ale i tu zła wieść zachmurzyła czoło Jana Cornbutte i jego towarzyszy. Podczas burzy skład żywności, zbudowany na płaszczyźnie lodowéj, uległ zupełnemu zniszczeniu; zapasy, które tam zachowano, przepadły i nie można było ocalić ich nawet w najmniejszéj cząstce. Gdy się ta wieść rozeszła, Ludwik Cornbutte obejrzał starannie składy okrętowe, aby przyjść do dokładnego wyobrażenia o zapasach, które im na statku pozostały.

Pora roztopów przypadnie prawdopodobnie dopiéro w maju, co znaczy że wówczas zaledwie statek będzie mógł wydostać się z przystani. Jeszcze więc pięć miesięcy trzeba będzie przepędzić śród tych okropnych lodowisk, a przez ten czas cztérnaście osób pozostanie do żywienia. Obliczono wszystko bardzo dokładnie i Jan Cornbutte przyszedł do przekonania, że wprawdzie zapasów nie zbraknie, ale trzeba będzie, a by osada poprzestała na połowie dotychczasowych porcyj. Polowanie winno było dostarczać żywności w znacznéj części, aby głód nie dawał się uczuć zbyt dotkliwie.

Ażeby nowe nieszczęście nie pozbawiło naszych przyjaciół tych zapasów, które obecnie posiadali, postanowiono że wszelka żywność znajdować się będzie jedynie w składach okrętowych, nie zaś na lądzie. Wszystko więc umieszczono na statku, gdzie także urządzono łóżka dla nowoprzybyłych towarzyszów. Turquiette, Gervique i Gradlin podczas nieobecności tych, którzy się puścili na wyprawę, wyrąbali w lodzie wygodne schody, prowadzące do okrętu, a tym sposobem na pokład można było wejść, nawet z ciężarami, bez żadnego wysiłku.



XIII.


Dwaj współzawodnicy.


Andrzéj Vasling zaprzyjaźnił się bardzo z oby­dwoma Norwegczykami, którym towarzystwa wiernie dotrzymywał i Aupic. Trzymali się oni wszyscy na uboczu, głośno narzekając na środki przedsiębrane przez Ludwika Cornbutte i na u­szczuplenie żywności. Ludwik, któremu ojciec oddał dowództwo statku, mógł był wprawdzie udawać, że tego wszystkiego nie rozumié i słuchać rad Maryi, która mu zalecała łagodność, lecz był na to za otwartym i postanowił przedewszystkiém strzedz należnego sobie posłuszeństwa.

W kilka dni po przybyciu do okrętu, dwaj Norwegczycy znaleźli sposobność zagrabienia skrzyni z soleném mięsiwem. Ludwik Cornbutte, dowiedziawszy się o tém, rozkazał im rzecz za­grabioną natychmiast zwrócić. Rozkaz ten nie poskutkował bynajmniéj i Aupic stanął po stronie rabusiów, działających na szkodę osady. Vasling odezwał się także z uwagą, że jest to sku­teczna odpowiedź na zmniejszenie porcyj żywności.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 12

Penellan postąpił ku nim.

Trzeba im to było wyjaśnić, a nadto dowieść, że czekają oni sposobności, aby jawnie wystąpić z karygodném nieposłuszeństwem. W tym celu właśnie udał się ku nim Penellan, ale te łotry wyciągnęły z zapasa noże, grożąc śmiercią Bre­tończykowi. Misonne i Turquiette, widząc na co się zanosi, pośpieszyli mu z pomocą, wydarli noże Norwegczykom i odebrali im skrzynię z mięsi­wem. Vasling i Aupic, widząc że sprawa zły przy­jęła obrót, uznali za stosowne wcale się do niéj nie mieszać. Mimo to, Ludwik wziął Vaslinga nabok i rzekł mu:

— Poruczniku, jesteś łotrem. Wiem o twojém postępowaniu wszystko i znam twoje zamiary, ale ponieważ bezpieczeństwo osady polega na mojéj odpowiedzialności, przeto uprzedzam cię, że ktokolwiek działać będzie na jego szkodę, ten się narazi na pchnięcie mego puginału.

— Panie Cornbutte — odrzekł Vasling — masz prawo chciéć i rozkazywać, ale zwracam pańską uwagę, że w tych stronach nie bardzo się uważać zwykło na wszelkie stopnie starszeństwa i że tu ten lepszy i mądrzejszy, kto silniejszy.

Marya, która dotąd nie ulękła się najgroźniej­szych burz i najstraszliwszych niebezpieczeństw, teraz drżała od trwogi na myśl, iż jest powodem nienawiści. Tylko niezachwiana energia i sta­nowczość Ludwika dodawała jéj otuchy.

Pomimo otwartego prawie wzywania do wal­ki, obie strony wspólnie przepędzały chwile spo­czynku. Polowanie dostarczyło kilka kaczek i białych zajęcy; ale wskutek zwiększającego się zimna, które już i tak było przerażającém, do za­pasów tych nic nie przybywało. Zimna te rozpo­częły się równo z porównaniem dnia z nocą, a mianowicie z d. 22 grudnia; wówczas to termo­metr spadł do trzydziestu pięciu stopni niżéj zera. Biedni nasi marynarze doznawali straszliwego bólu oczów, nosa, dotkliwych cierpień we wszystkich kończynach ciała; spostrzegli z przerażeniem, iż opanowywa ich odrętwienie śmiertelne, z dojmującym bólem głowy, a oddech ich z każdą nieledwie minutą stawał się trudniejszym.

W takim stanie nic dziwnego, że nikt nie miał odwagi wychodzić na otwarte powietrze; skupiano się około komina, który dawał zaledwie odrobinę ciepła, a jeśli któś oddalił się od niego, uczuwał na­tychmiast coś nakształt zamarzania krwi w żyłach.

Jan Cornbutte zachorował tak ciężko, iż nie mógł myśléć o podniesieniu się z łóżka. Sympto­mata, poprzedzające szkorbut, były już na nim widoczne; jego nogi pokryły się białawemi wy­rzutami. Marya czuła się zdrową i mogła oddać się staraniom około chorych, z poświęceniem się siostry miłosierdzia. To téż serca dzielnych ma­rynarzy były przepełnione dla niéj wdzięcznością i błogosławieństwy.

Dzień 1 stycznia był najopłakańszym ze wszystkich dla naszych tułaczów. Wicher wył przeraźliwie, a zimno było nie do zniesienia. Nie­ podobna było wyjść na świat, aby nie zmarznąć. Najodważniejsi z marynarzy pozwolili sobie zale­dwie przechadzki po osłoniętym pokładzie okrętu. Jan Cornbutte, Gervique i Gradlin nie wstawali wcale z łóżek. Obaj Norwegczycy, Aupic i Vas­ling, których zdrowie wcale jakoś nie szwankowało, rzucali znaczące i dzikie spojrzenia na to­warzyszów, ci zaś starali się ich, o ile możności, unikać.

Ludwik Cornbutte zawołał Penellana na po­most i spytał go się, co dzieje się z zapasami pa­liwa.

— Węgla nie mamy już oddawna — odrzekł Bretończyk — drzewa zaś ostatnie naręcze spali­my za chwilę.

— Jeżeli nie znajdziemy sposobu oparcia się zimnu, zginiemy niezawodnie.

— I owszem, środek jest; — odrzekł Penel­lan — oto będziemy palić to wszystko, co da się wziąć z okrętu, bez wielkiéj dla niego szkody. Zaczniemy od parapetu, a skończymy na téj jego części, która się wznosi ponad wodą, a jeśli i to nie wystarczy, weźmiemy więcéj, byle nam zosta­ło materyału na zbudowanie mniejszego statku.

— Tak, ale to środek ostateczny — zauważył Ludwik — i będziemy go mogli użyć wtedy do­piéro, gdy nasi ludzie będą zupełnie zdrowi i sil­ni. Siły ich opuszczają z dniem każdym, a tym­czasem nasi nieprzyjaciele nic dotąd nie ucierpie­li. Czy cię to nie zadziwia?

— Zauważyłem to i dziwię się istotnie. Ha, każdy dzień przynosi nową groźbę; niepodobna przewidziéć, co nastąpi.

— To w ręku Boga — zakończył Ludwik.­ — Weźmy się tymczasem do rąbania drzewa.

Pomimo zimna, ująwszy siekiéry, narąbali ty­le drzewa z parapetu, ile można było wziąć bez szkody dla statku. Gdy wrócili z nowym zapa­sem, komin zapłonął znowu żywym i ożywczym blaskiem, a marynarze kolejno czuwali nad tém, aby go regularnie podsycać.

Przyszła chwila, w któréj Ludwik Cornbutte i jego przyjaciele uczuli ostateczny prawie upa­dek sił. Ojciec Ludwika leżał w ciężkim szkor­bucie, cierpiąc okropnie; Gervique i Gradlin do­znawali jego przedwstępnych symptomatów. Gdyby nie sok cytrynowy, który im podtrzymy­wał resztę sił, nieszczęśliwi ludzie jużby z pewno­ścią nie żyli.

Lecz pewnego dnia, a mianowicie 15 stycznia, gdy Ludwik Cornbutte zaszedł do składu, aby się zaopatrzyć w nowy zapas cytryn, z przerażeniem spostrzegł że baryłka, w któréj były trzymane, znikła. Pobiegł natychmiast do Penellana, aby mu udzielić téj bolesnej nowiny. Złodzieja nie trzeba było szukać, można się go było łatwo domyślić. Ludwik Cornbutte zrozumiał teraz do­brze, dlaczego to zdrowie jego nieprzyjaciół było wciąż w tak pomyślnym stanie. Ale, na nie­szczęście, przyjaciele jego nie mieli teraz dość si­ły, aby odebrać to, co wydarto im tak nikcze­mnie — to, co było jedynym środkiem utrzymania ich przy życiu. Myśl o téj bezsilności pogrążyła go w okropnej rozpaczy.



XIV.


Starcie.


W dniu 20 stycznia większa część stronników Ludwika Cornbutte nie miała sił powstać z łóżka. Każdy z nich wprawdzie, oprócz wełnianych kołder, miał jeszcze skórę bawolą, która go chroniła od zimna, ale za wyjęciem ręki z pod tego okry­cia uczuwał tak nagle marznięcie i ból, iż ją cho­wał czémprędzéj.

Gdy Ludwik Cornbutte rozpalił w piecu, Penellan, Misonne i Vasling powstali z łóżka i sku­pili się około ogniska. Penellan zabrał się do zgotowania kawy, która była wielce pokrzepiającym napojem, a Marya przyrządzała posiłek ranny.

Ludwik zbliżył się wówczas do łóżka, na któ­rém spoczywał jego ojciec; biédny starzec leżał bez najmniejszego ruchu, mając nogi stoczone przez straszliwą chorobę. Zaledwie dosłyszalnym głosem szeptał on słowa, które rozdziérały serce synowskie.

— Ludwiku — mówił — ja chcę już umrzéć. Jakże okropnie cierpię... ratuj mnie!

Ludwik w nieméj rozpaczy powziął zamiar stanowczego kroku. Podszedł do Vaslinga i rzekł:­

— Wszak wiész, gdzie są cytryny?

— Zapewne w składzie — odrzekł porucznik bez wahania.

— Wiész dobrze, że ich tam już niéma, ponie­waż je ukradłeś!

— Jesteś tu panem, kapitanie — odrzekł Va­sling szyderczo — wolno ci mówić i czynić wszyst­ko, co się podoba.

— Przez litość, poruczniku, mój ojciec jest umiérający! Ty go możesz zbawić! Odpowiédz, gdzie są cytryny?

— Nie mam nic do odpowiadania — odrzekł Vasling.

— Łotrze! — krzyknął Penellan, rzucając się nań z nożem w ręku.

— Do mnie, towarzysze!... — zawołał Vasling, odbijając zadany sobie cios.

Aupic i dwaj Norwegczycy skoczyli na równe nogi z łóżek i znaleźli się wnet przy jego boku. Misonne, Turquiette, Penellan i Ludwik przybra­li postawę obronną. Nouquet i Gradlin, jakkol­wiek chorzy, pośpieszyli im z pomocą.

— Jesteście jeszcze za silni — mruknął Va­sling — nie chcemy z walni walczyć... chyba tylko na pewno.

Témczasem nasi marynarze porzucili chętnie starcie, bo przewidywali, że przy osłabieniu mogło stać się dla nich niebezpieczném.

— Andrzeju Vasling — rzekł tylko Ludwik Cornbutte pewnym głosem — jeżeli mój ojciec umrze, zabiję cię, jak psa!

Vasling nic nie odrzekł, ale wraz z towarzy­szami usunął się w najdalszy kąt.

Należało znów postarać się o drzewo i pomi­mo zimna, Ludwik Cornbutte wyszedł na pomost i zabrał się do rąbania dalszéj części parapetu, lecz po upływie kwadransa musiał wracać, aby nie zmarznąć. Przechodząc, spojrzał na zewnętrz­ny termometr. Merkuryusz w rurce stężał od zimna. A zatém przeszło ono cztérdzieści dwa stopnie niżéj zera. Powietrze było suche i jasne, wiatr dął od północy.

W dniu 26 stycznia kierunek-wiatru się zmie­nił na północno-wschodni, a termometr podniósł się do trzydziestu pięciu stopni pod zerem. Jan Cornbutte był w stanie konania, a syn jego na­ próżno szuka! środków ratunku. Tego dnia, spoj­rzawszy z nienacka na Vaslinga, Ludwik spo­strzegł że porucznik trzymał w dłoni cytrynę, którą właśnie miał zamiar spożyć. Kapitan wy­rwał mu ją, a Vasling pokrył to milczeniem. Wi­doczném było, że czeka on tylko sposobności, aby urzeczywistnić swoje zdradzieckie zamiary.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 13

Nie odrzekł jéj ani słowa.

Sok cytrynowy orzeźwił i wzmocnił cokol­wiek chorego starca, ale należało używać go cią­gle, aby stał się uzdrawiającém lekarstwem. Marya na kolanach błagała Vaslinga o cytryny; nie odrzekł jéj ani słowa, a Penellan słyszał, jak mówił do swoich stronników:

— Stary lada chwila umrze; Gervique, Gradlin i Nouquet mają się coraz gorzéj. Inni tracą siły z każdą chwilą i przyjdzie dzień, w którym życie ich będzie należało do nas!

Wypadało się koniecznie zdecydować na krok stanowczy, to téż Ludwik Cornbutte i jego towarzysze postanowili korzystać jaknajprędzéj z resztki sił, jaka im została, i uderzyć na nieprzyjaciół, aby uniknąć później walki, któraby musiała za­mienić się w pewną klęskę. Należało ich poza­bijać, aby nie zostać przez nich zabitymi.

Temperatura podniosła się nieznacznie. Korzystając z tego, Ludwik Cornbutte wyszedł ze strzelbą, w zamiarze zdobycia jakiegoś pożywienia.

Oddalił się o trzy mile od statku, a wprowa­dzony w błąd dziwném zjawiskiem świetlném, które sprawia iż rzeczy dalekie zdają się być bar­dzo blizkiemi, kroczył nieopatrznie coraz daléj. Na śniégu dały się spostrzegać świeże ślady dzi­kich zwierząt. Mimo to, Ludwik nie chciał wra­cać z próżnemi rękoma i szedł wciąż. Naraz do­znał dziwnego uczucia, połączonego z silnym za­wrotem głowy, który marynarze, dobrze obezna­ni z okolicami podbiegunowemi, nazywają „białym obłędem.“

Widma wzgórków lodowych i płaszczyzna zdawały mu się kręcić przed oczyma, to wyżéj, to niżéj; odbite promienie światła przedziérały mu się do wzroku w barwie tak uparcie białéj, iż czuł że białość ta sprawia w nim omdlenie i sądził że przyprawi go o szaleństwo. Nie zdając sobie jednak sprawy z tego zjawiska, szedł wciąż daléj za jakimś ptakiem, którego wreszcie położył trupem. Ptak zakręcił się w powietrzu i spadł, a Lu­dwik by go podnieść, skoczył ze wzgórka na pła­szczyznę. W skutek złudzenia jednak wzrokowego, upadł ciężko, bo skoczył z wysokości dzie­sięciu stóp, sądząc że było dwie najwyżéj. Szał opanował go na dobre; nie potłukłszy się zbytecznie, począł wołać z całéj siły o ratunek. Dopiéro dojmujące zimno wróciło mu przytomność; in­stynkt zachowawczy począł znów być czynnym i Ludwik podniósł się z ciężkością.

Kiedy stanął na nogach i rozejrzał się wokoło, poczuł szczególną woń przypalonéj tłustości. Po­nieważ wiatr wiał od strony statku, przeto widoczném było, że woń ta ztamtąd przychodziła, ale Ludwik nie mógł pojąć, w jakimby celu sma­żono tam tłuszcz, którego zapach mógł z łatwością ściągnąć całe stada białych niedźwiedzi.

Ludwik zawrócił się w drogę ku okrętowi i gdy zbliżył się ku niemu, dziwny widok wstrzą­snął trwogą, i tak już podrażniony niepokojem umysł jego. Zdawało mu się, że jakieś olbrzymie masy poruszają się na widokręgu i zapytywał się, czy nie jest to znowu trzęsienie lodów? Masy te znajdowały się na przestrzeni pomiędzy nim a okrętem i zdawało się, że się one czepiają bo­ków statku. Zatrzymał się, aby się przyjrzéć baczniej temu dziwnemu zjawisku, a trwoga jego dosięgła najwyższego stopnia, gdy spostrzegł że owe masy poruszające się są to olbrzymie, białe niedźwiedzie.

Zwierzęta te przyszły tutaj, znęcone zapa­chem tłuszczu, który poprzednio zadziwił tak Ludwika. Ukrył on się teraz za wzgórkiem i śle­dząc bacznie, naliczył trzy niedźwiedzie, które usiłowały dostać się na pokład Nieustraszonego.

Nie miał powodu przypuszczać, że niebezpie­czeństwo, które miało spaść na jego towarzyszów było im już znane, i okropna boleść ścisnęła mu serce. Jakże się oni oprą tym niespodzianym, a prawie niezwyciężonym wrogom? Czyli An­drzéj Vasling i jego stronnicy połączą swe siły w walce o wspólne bezpieczeństwo? A Penellan i inni, osłabieni lichém pożywieniem, wycieńczeni przez zimno i choroby, czy téż zdołają, stawić skuteczny opór tym straszliwym bestyom, któ­rych głód nienasycony sprowadził na okręt?

Ludwik Cornbutte z trwogą snuł te dręczące myśli, gdy tymczasem niedźwiedzie okrążyły wzgórek, na którym spoczywał okręt, i znalazły się po przeciwnéj jego stronie. Wówczas Ludwik zbiegł szybko z lodowca, na którym siedział ukryty, i podszedł, czołgając się, ku statkowi; w téj chwili niedźwiedzie szarpały płótno, pokrywające pokład, i przez wydarte otwory wdziérały się do wnętrza. Ludwikowi przyszła myśl dania strzału, któryby zbudził baczność osady, ale opu­ścił ręce... bo czyliż jego towarzysze, wybiegłszy na pokład bez żadnego uzbrojenia, nie zostaliby w jednej chwili rozszarpani przez te straszne zwie­rzęta? A nic nie świadczyło, iż wiedzą oni o grożącém niebezpieczeństwie.



XV.


Białe niedźwiedzie.


Po oddaleniu się Ludwika, Penellan zamknął szczelnie drzwi, które prowadziły z pomostu do wnętrza okrętu. Wrócił się do pieca, podsycił jego ognisko, a chorzy jego towarzysze zwlekli się z łóżek, aby ogrzać się przy ożywczych pło­mieniach.

Była już szósta godzina wieczorem, gdy Bre­tończyk odszedł, aby przygotować posiłek. Udał się do składu po solone mięso, które należało u­gotować. Gdy wrócił, spostrzegł iż na opróżnio­ném przezeń miejscu zasiadł Vasling, który rzucał kawałki tłustości w przygotowany przez Penellana kociołek.

— Ja tutaj pierwéj siedziałem — rzekł Bretoń­czyk surowo. — Dlaczegoś pan zajął moje miejsce?

— Jak widzisz; mam zamiar gotować sobie posiłek.

— Zabiéraj to sobie natychmiast i odejdź, albo.... zobaczymy!

— Nic nie zobaczymy — odrzekł Vasling — i ja nic zabiérać nie będę.

— Nie pokosztujesz twego posiłku! — krzyknął Penellan, rzucając się na Vaslinga, który wydobył swój nóż z za pasa.

— Do mnie, Aupic, do mnie, Norwegczycy!­ — krzyknął porucznik, zrywając się.

Wezwani stawili się natychmiast, uzbrojeni w pistolety i puginały. To uzbrojenie dowiodło, iż walka była przewidzianą, a zaczepka umyślną.

Penellan rzucił się na Vaslinga, który, widocznie według poprzednio ułożonego planu, postanowił walczyć z nim sam na sam, ponieważ je­go towarzysze uderzyli na Misonne’a, Turquiette’a i Nouqueta, leżących w swoich łóżkach. Ten ostatni, osłabiony przez dręczącą go chorobę, przy­padł na udział olbrzymiego Herminga. Misonne porwał siekiérę i wyskoczywszy z łóżka, rzucił się na naciérającego Aupica. Turquietre i Jocki walczyli z zawziętością. Gervique i Gradlin, chorzy bardzo, stracili świadomość tego, co się około nich działo.

Nouquet otrzymał wkrótce pchnięcie sztyletu, a Herming, w przekonaniu że zwalczył przeciwnika, zwrócił się ku Penellanowi, który naciérał zaciekle. Vasling pochwycił go w połowie ciała i usiłował obalić.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 14

Padła na kolana przy łożu.

Tymczasem z wywróconego kociołka na początku walki wypadła tłustość na węgle przygasającego ogniska i swędem swoim napełniła powietrze. Marya zerwała się z krzykiem trwogi i rozpaczy, a widząc co się dzieje, padła na kola­na przy łożu konającego starca.

Vasling, nie tak silny jak Penellan, uczuł wkrótce że ramiona Bretończyka ściskają go, jak kleszcze. Byli za blizko siebie, ażeby mogli wzajemnie używać broni. Dlatego téż porucznik, czując że sam przeciwnika nie zmoże, zawołał:

— Do mnie, Herming!

— Do mnie, Misonne! — krzyknął także Penellan.

Ale Misonne w tej chwili zwalił się na ziemię z Aupic’em, który usiłował zadać mu cios stanowczy. Siekiéra cieśli była w téj ciasnéj przestrzeni bronią prawie nieużyteczną i walczący nie miał żadnego środka, aby skutecznie odbijać ciosy, za­ dawane sobie przez Aupica.

Śród krzyków i przekleństw krew popłynęła ze stron obu. Turquiette, naciskany straszliwie przez drugiego Norwegczyka, otrzymał już pchnięcie sztyletem w łopatkę i usiłował napróżno wy­rwać pistolet z za pasa Jocki’ego. Dziki napastnik przywalił go ciężarem własnego ciała i uczynił go prawie bezwładnym.

Na krzyk Vaslinga, którego Penellan usiło­wał popchnąć ku drzwiom wchodowym, Herming przybiegł. W chwili jednak, gdy miał zadać śmiertelny cios Bretończykowi, powalił on go na ziemię straszliwém kopnięciem nogi. Vasling na­próżno starał się wywinąć z gniotących uścisków Penellana; pchany całą siłą, padł wreszcie w drzwi, które się na zewnątrz rozwarły, i runął, jak długi, na ziemię.

W téj chwili usłyszał po za sobą, złowrogie mru­knięcie, a obejrzawszy się, spostrzegł olbrzymiego niedźwiedzia, który ku niemu kroczył po schodach. Był od niego oddalonym o cztéry stopy. Widział już przed sobą śmierć okropną, gdy naraz rozległ się strzał i niedźwiedź zawrócił się na swéj drodze. Vasling zerwał się i przybrał sta­nowisko obronne, porzucając myśl dalszéj walki z Penellanem.

Bretończyk tymczasem zamknął drzwi i rozpoznał obecne położenie. Misonne i Turquiette, prawie uduszeni przez swych przeciwników, zo­stali porzuceni do kąta; napastnicy wiązali im ręce. Penellan pośpieszył towarzyszom swoim na pomoc, ale Aupic i Norwegczycy zwrócili atak ku niemu. Siły jego, wyczerpane dotychczasową walką, nie mogły nastarczyć przeciwko trzem napastnikom, którzy z trzech różnych stron obsaczyli go tak, iż zmusili go do zupełnéj bezczynności. W téj je­dnak chwili rozległ się okrzyk Vaslinga, wzywa­jący pomocy, a trzéj jego stronnicy, sądząc iż porucznik walczy z Ludwikiem Cornbutte, pobiegli na pokład okrętu.

Tam Vasling uciérał się z ogromnym niedźwiedziem, któremu zadał dwie rany swoim puginałem. Zwierzę, uderzając w powietrzu ogromnemi łapy, usiłowało dosięgnąć Vaslinga. Poru­cznik, przyparty do parapetu, lada chwila mógł runąć w przepaść, gdy wtém rozległ się znowu wystrzał i niedźwiedź upadł. Porucznik podniósł głowę i spostrzegł Ludwika Cornbutte na drabinie przedniego masztu, ze strzelbę w ręku. Lu­dwik trafił niedźwiedzia w sarno serce i położył go trupem.

Nienawiść znowu zawrzała w sercu poruczni­ka, lecz zanim uczynił jéj zadość, obejrzał się piérwéj wokoło. Aupic leżał z głową zmiażdżoną uderzeniem łapy niedźwiedzia. Jocki, z siekiérą w ręku, usiłował, nie bez skutku, odpiérać ciosy, które mu zadawał drugi niedźwiedź, zabójca Au­pica. Zwierzę to miało dwie głębokie rany od sztyletu, ale walczyło mimo to z wściekłością. Trzeci niedźwiedź zbliżał się w tej chwili do statku.

Vasling nie zawahał się ani chwili; łącząc się z Hermingem, poskoczył na pomoc Jocki’emu, ale ten, pochwycony łapami straszliwego zwierza, uwięziony w ich śmiertelném uścisku, nie mógł już walczyć. Gdy niedźwiedź padł pod ciosami Vaslinga i Herminga, Jocki zwalił się z nim ra­zem. Był już tylko bezwładnym trupem.

— Jest nas już tylko dwóch — mruknął porucznik ponurym głosem — lecz jeżeli mamy umrzeć, nie umiérajmy bez zemsty!

Herming wydobył pistolet, nie rzekłszy ani słowa. Należało przedewszystkiém załatwić się z trzecim niedźwiedziem. Vasling patrzył na stro­nę i nie widział zbliżającego się zwierza. Gdy podniósł oczy, ujrzał tę straszliwą bestyą, jak ciężkiemi kroki zmierzała ku przedniemu masztowi, przy którym stał Ludwik. Widząc to, porucznik opuścił strzelbę, która miała zadać śmiertelny cios zwierzęciu, i z okrzykiem radości oczekiwał wal­ki niedźwiedzia z śmiertelnym swoim wrogiem.

— Ach... — zawołał — teraz mi zapłacisz za wszystko!

Ludwik, widząc na co się zanosi, jednym zręcz­nym skokiem znalazł się na przednim reju. Niedźwiedź kroczył wciąż ku niemu i znajdował się już tylko w odległości sześciu stóp. Wówczas Ludwik wymierzył prosto w serce zwierzęcia, co widząc, Vasling podniósł swoję strzelbę, aby za­dać cios śmiertelny przeciwnikowi wrazie, jeżeli niedźwiedź padnie bez życia.

Ludwik Cornbutte wypalił, ale niedźwiedź widocznie nie dostał postrzału, bo jednocześnie rzucił się ku rejowi, który zatrzeszczał pod ciężarem olbrzymiego cielska.

Vasling wydał okrzyk radości.

— Herming — zawołał do Norwegczyka — przyprowadź tu Maryą, moję narzeczoną!

Herming zbiegł po schodach do kajuty.

Teraz zwierzę rzuciło się na Ludwika, który skoczył, aby się ukryć za masztem, a w chwili gdy olbrzymia łapa niedźwiedzia miała już dosięgnąć jego głowy, jednym susem przesadził baryerę po­mostu i znalazł się tuż obok Vaslinga. Kula świ­snęła mu nad głową; porucznik wypalił, lecz chy­bił. Dwaj przeciwnicy stanęli oko w oko, z noża­mi w ręku.

Walka, która się teraz rozpoczęła, miała być stanowczą.

Ażeby nasycić swą zemstę, aby odnieść zwycieztwo w oczach Maryi, Vasling nie wzywał po­mocy Herminga i przyjął walkę sam.

Przeciwnicy pochwycili się w objęcia, usiłując się wzajemnie zwalić z nóg. Jeden z nich musi umrzéć. Zadawali sobie straszliwe ciosy, a krew popłynęła ze stron obu. Vasling usiłował uwolnić prawe ramię z gniotącego uścisku przeciwnika, aby ująć go za szyję i obalić na ziemię. Corn­butte, który wiedział o tém, iż to byłoby dla niego zgubą, pochwycił przeciwnika za oba ramiona. Wtém jednak sztylet wypadł mu z ręki: uszu je­go dosięgnął rozdziérający krzyk Maryi.

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 15

Niedźwiedź uchwycił obudwu.

Herming wlókł za sobą biédną dziewczynę, a widok ten napełnił szaloną wściekłością duszę Ludwika. Rzucił się na Vaslinga z zajadłą siłą... lecz jednocześnie obaj przeciwnicy uczuli, że jakiś żelazny uścisk przygarnia ich ku sobie.

Niedźwiedź, który w téj chwili zeszedł z górnego pomostu, zbliżył się ku walczącym.

Vasling uczuł na rozpalonéj twarzy oddech zwierzęcia; Ludwik uczuł również pazury jego, zagłębiające się w ciało.

— Do mnie, Herming! — zawołał porucznik.

— Na pomoc, Penellan! — krzyknął Ludwik.

Odgłos kroków dał się słyszeć na schodach. Penellan biegł z pistoletem w dłoni, którego lufę skierował ku uchu olbrzymiego zwierza. Strzał padł... a niedźwiedź wydał wściekły jęk. Łapy jego, pod wrażeniem bólu, rozwarły się, a Ludwik Cornbutte, uwolniony, upadł bez zmysłów na pomost; gdy jednak zwierzę zamknęło uścisk w konwulsyi konania i padło martwe, w uścisku tym jednocześnie runął i trup zgniecionego Vaslinga.

Penellan pospieszył z pomocą Ludwikowi. Na szczęście kapitan nie odniósł żadnéj niebezpiecznej rany, a po chwili, gdy wracał do przytomności, wraz z piérwszém westchnieniem z ust jego wydarło się imię Maryi.

— Marya żyje — rzekł Bretończyk. — Vasling zginął, Herming zaś dogorywa, otrzymawszy pchnięcie noża w brzuch.

— A niedźwiedzie?

— I one nie żyją. Wszyscy nasi nieprzyjaciele zginęli, lecz gdyby nie te dzikie bestye, kto wié coby z nami się stało. Opatrzność to spro­wadziła te zwierzęta na nasze ocalenie. Dziękuj­my Jéj za to całą duszą!

Ludwik i Penellan zeszli do kajuty, a Marya, widząc iż jéj narzeczony żyje, z okrzykiem rado­ści padła w jego objęcia.



XVI.


Zakończenie.


Herming, śmiertelnie ranny, został zaniesiony na łóżko przez Misonne’a i Turquiette’a, którzy już uwolnili się z krępujących ich więzów. Nędz­nik ten konał i nic go już uratować nie mogło, dwaj przeto marynarze zwrócili się do Nouqueta, którego rana naszczęście nie była ciężką.

Ale największa boleść dotknęła teraz Ludwika. Jego ojciec nie dawał wcale znaków życia. Czyliż umarł, widząc syna w mocy jego wrogów?... czy skonał podczas okropnéj walki?... nikt na te pytania nie mógł dać odpowiedzi. Biédny starzec, któremu choroba tyle sprawiła cierpień — leżał martwy i o tém nikt już powątpiéwać nie mógł.

Ta bolesna strata wprawiła Ludwika i Maryą w głęboką rozpacz. Płacząc gorącemi łzami i zanosząc modlitwy do nieba za spokój duszy zmarłego, uklękli oboje przy śmiertelném jego łożu.

Penellan, Misonne i Turquiette zostawili ich samych i wyszli na pokład. Tam leżały trzy trupy niedźwiedzi, z których ściągnięto futra; mięso, niejadalne, wyrzucono. Zresztą teraz, gdy liczba osady zmniejszyła się i środki żywności mogły wystarczyć dla wszystkich, tego obrzydliwego mięsiwa nikt już jeść nie potrzebował. Ciała Vaslinga, Aupica i Jocki’ego złożono w grobie, wykopanym nieopodal od okrętu, gdzie wkrótce z towarzyszami zdrady i zbrodni złączył się i Her­ming. Umarł on następnéj nocy, z przekleństwem na ustach.

Trzéj marynarze naprawili podarty namiot, którego wyszarpane otwory przepuszczały śniég na pokład statku. Temperatura obecnie była nadzwyczaj nizka i trwać to miało aż do ukazania się słońca, które wciąż kryło się pod horyzontem, to jest mniéjwięcéj do połowy lutego.

Jan Cornbutte miał pozostać w tych stronach... Rzucił swą ojczyznę, aby odnaléść zagi­nionego syna, i przyszedł tu poto, aby umrzéć! Wykopano mu grób na wzgórku, a marynarze postawili na nim prosty drewniany krzyż.

Od téj chwili Ludwik i jego towarzysze znieść musieli wiele jeszcze niewygód i cierpień, ale cy­tryny, których baryłkę odnaleziono, powróciły osadzie zdrowie. Gervique, Gradlin i Nouquet mogli się już podnosić z łóżka, a po piętnastu dniach od chwili okropnego starcia, mogli się już przechadzać.

Wkrótce téż polowanie było coraz łatwiejsze i coraz obfitsze zapewniało zdobycze. Ptactwo wodne poczęło ciągnąć wielkiemi stadami. Często zdarzało się upolować dziką kaczkę, która dawa­ła wyborne mięso. Myśliwi nie mogli tylko od­ żałować straty dwóch psów, które im zginęły w jednéj z wypraw, przedsiębranych wcelu rozpoznania okolic południowych.

Miesiąc luty zwiastowały silne burze i obfitość padającego śniegu. Temperatura podniosła się do dwudziestu pięciu stopni niżéj zera, a wreszcie i słońce wyjrzało nad krańcami ziemi, zapowia­dając naszym przyjaciołom niedaleki koniec ich cierpień. W marcu spostrzeżono kilku kruków, których zjawienie się wróżyło wczesne ciepło. Ludwikowi udało się także pochwycić kilku żó­rawi, krążących około okrętu. Całe chmary dzi­kiego ptactwa przelatywały wówczas ku połu­dniowi.

Ten powrót ptaków zwiastował zmniejszenie się zimna. Nie należało przecież ubezpieczać się na to, bo i doświadczenie pokazało, że przy lada zmia­nie wiatru, lub przy zmianach księżyca, zimno po­tęgowało się i marynarze musieli znowu używać wszelkich środków możliwych, aby się od zgubnych jego wpływów ochronić. Spalili oni już cały parapet okrętowy, ściany wewnętrzne kajut i część tylnego pomostu. Przyszedł jednak czas, że ta okropna zima się skończyła. Marzec przeszedł szczęśliwie; zimno dochodziło w nim tylko do sześciu stopni. Marya wówczas wzięła się gorliwie do przygotowania dla osady odzieży letniéj.

Od porównania dnia z nocą słońce bezustanku świéciło, zawieszone prawie nieruchomo nad horyzontem. Rozpoczęło się osiem miesięcy ciągłego dnia. Ta ciągła jasność, w połączeniu z wzrastającém, jakkolwiek słabém jeszcze, ciepłem, oddziaływała skutecznie na topnienie lodów.

Trzeba było teraz jak najśpieszniéj zepchnąć statek z lodowego pagórka. Łatwo było przewidzieć, że w czasie pękania lodów, Nieustraszony, pozostawszy w swojém lodowém łożysku, mógłby na tém niemało ucierpiéć. Przy ciągłém doprowadzaniu go do równowagi, przy usilnéj troskliwości o jego bezpieczeństwo, sam jego ciężar obniżał go wczasie topnienia coraz bardziéj, a w piérwszych dniach kwietnia statek znalazł się na poziomie właściwym.

W tym téż miesiącu zaczęły padać uléwne dészcze, które, spadając kałużami na płaszczyzny lodowe, przyśpieszały jeszcze ich topnienie. Ter­mometr stał wówczas na dziesiątym stopniu niżéj zera. Niektórzy marynarze pozrzucali już z siebie odzież futrzaną i uznano za niepotrzebne palić w piecu dniem i nocą. Zapas spirytusu tak się już wyczerpał, że używano go tylko w razach szczególnych.

Wkrótce téż rozpoczęło się pękanie lodów z głuchemi łoskoty . Na całéj płaszczyźnie tworzyły się przepaście i szczeliny i byłoby nieroz­sądném puszczać się teraz w drogę bez drągów do zgłębiania tych rozpadlin, które żywcem mogłyby pochłonąć niebacznego wędrowca. Bywało często, że marynarze wpadali w wodę najniéspodziewaniéj, używając niezbyt miłéj, bo nieumyślnéj a zimnej kąpieli.

W téj epoce wróciły i foki, a wraz z niemi i świéże zapasy mięsa. Zdrowie osady było wyborne. Czas przepędzano na przygotowaniach do odjazdu i na polowaniach. Cornbutte czynił częste wycieczki na południe, w celu zbadania drogi. Już tam roztopy powyżłabiały różne przejścia i kanały, któremi przepływały olbrzymie lodow­ce w południowym kierunku. W dniu 25 kwie­tnia statek był już gotowy. Żagle, dotychczas zwinięte, furknęły wesoło na masztach, a na­szym marynarzom na widok ten radośnie zaśmiały się oczy. Okręt drżał pod uderzeniami fal, jakby z niecierpliwości do podróży... czuł się już we właściwym dla siebie żywiole, a przecież oczekiwać jeszcze musiał.

W Maju roztopy działać poczęły z niespodziéwaną gwałtownością. Śniég, który przysypał brzegi morza w czasie zimy do ogromnéj grubości, teraz, topniejąc, tworzył nieprzejrzane okiem kałuże. Gdzieniegdzie z pod jego resztek wyglądały trwożliwie drobniutkie krzaczki, różowe i blade kwiatki, i zdawały się uśmiéchać radośnie do ciepłego nieba. Termometr podniósł się wreszcie nad zero. Lody spływały szybko i o dwadzieścia mil od miejsca, w którém znajdował się Nieustraszony, morze już było wolne. Ludwik Cornbutte zawiadomił osadę, że chwila odjazdu nadchodzi.

W dniu 21 maja, po ostatnich odwiédzinach na grobie ojca, Ludwik kazał podnieść kotwicę. Była to chwila, która radością i weselem napełniła serca jego towarzyszów. A jednakże rzucano te dzikie strony z głębokim smutkiem: oto pozostawiano tu samotny grób przyjaciela i ojca!

A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 16

Sędziwy proboszcz przycisnął do serca Ludwika Cornbutte.

Wiatr dął od północy i sprzyjał odjazdowi statku. Wprawdzie w drodze okręt nieraz wal­czyć musiał z napływającemi lodami, usuwać za­wady, rozbijać i rozszérzać przejścia, rozsadzać prochem lodowce..., walczyć i zdobywać sobie wolność, ale osada pracowała wesoło i energicznie, bo niezadługo spodziéwała się ujrzeć kraj rodzinny. Po miesiącu takiéj mozolnéj i niebez­piecznéj żeglugi, wśród któréj nieraz osada stała już nad przepaścią zagłady, okręt wydostał się na pełne, otwarte morze. Było to na wysokości wyspy Jean-Mayen. Około 25 czerwca, przyjaciele nasi spotkali dwa okręty, które zmierzały ku północy, na połów fok i wielorybów. Po miesiącu znowu Nieustraszony wypłynął już z morza polarnego.

W dniu 16 sierpnia przed oczami naszych podróżników ukazał się port Dunkierki. Powitano ich sygnałowemi wystrzałami z lądu, a cała ludność portowa zgromadziła się na ich przyjęcie na brzegu. Wkrótce dzielni marynarze mogli się rzucić w objęcia swoich przyjaciół. Sędziwy proboszcz przycisnął do serca Ludwika i Maryą, a dwie msze święte w dniach następnych, jedna za duszę Jana Cornbutte, a druga na uproszenie błogosławieństwa dla dwojga młodych, poprzedziły uroczysty obrządek ślubny, łączący nazawsze serca, tak sil­nie związane przez wspólne cierpienia i nieszczęścia.


KONIEC.



A Winter Amid the Ice by Adrien Marie 03a




Przypis

  1. Rodzaj małego okrętu.
Advertisement