FANDOM



Piętnastoletni kapitan

(Un capitaine de quinze ans)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: Henri Meyer


'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 001



Część I

Rozdział I

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 003

Bryg Pilgrim.

Dnia 2 lutego 1873 roku bryg Pilgrim znajdował się pod 43° 57’ stopniem szerokości południowej i 165° 19’ długości zachodniej południka Greenwich. Uzbrojony w San-Francisco na wielki połów w morzach południowych, był własnością Jakóba Weldon, bogatego armatora kalifornijskiego, który dowództwo jego poruczył już od lat kilku kapitanowi Hull. Pilgrim był najmniejszym, ale najlepszym ze statków flotylli, jaką Jakób Weldon wysyłał corocznie poza zatokę Behringa do mórz północnych i aż do oceanu południowego.

Statek ten płynął wybornie, zbudowany był dokładnie i zaopatrzony w wszelkie przyrządy, co dozwalało mu, choć z nieliczną osadą, zapuszczać się aż pod niezmierzone ławice lodu, znajdujące się na półkuli południowej. Kapitan Hull umiał kierować się wśród tych lodników, które podczas lata posuwają się prosto ku Nowej Zelandyi lub Przylądkowi Dobrej Nadziei. Wprawdzie chodziło tu tylko o góry lodowe mniejszych rozmiarów, osłabione już przez uderzenia i przepływ ciepłych wód, i które po większej części topnieją w łonie Oceanu Spokojnego i Atlantyckiego, wszelako przyznać trzeba, że kapitan Hull był znakomitym marynarzem.

Pod rozkazami jego i jednego z najwprawniejszych harponerów całej flotylli znajdowała się osada złożona z pięciu majtków i jednego nowicyusza. Było to trochę za mało dla połowu wielorybów, wymagającego dość znacznej liczby osób, do manewrowania łodziami podczas połowu, jakoteż do rozbierania schwytanych wielorybów. Pan Weldon jednak, tak samo jak inni armatorowie, dla oszczędności wysyłał z San-Francisco tylko osadę niezbędną do prowadzenia okrętu, wiedząc, iż w Nowej Zelandyi znajdzie harponerów i marynarzy wszelkich narodowości, wynajmujących się na porę połowu i dobrze wywiązujących się z przyjętych na siebie obowiązków. Po ukończonym połowie płacono im umówioną kwotę i odwożono na miejsce, gdzie oczekiwali do przyszłego roku, aby znów przyjąć służbę u wielorybników. W ten sposób połów wielorybów odbywał się znacznie mniejszym kosztem i stosunkowo większe przynosił zyski.

Bryg Pilgrim nie był w tym sezonie tak zaopatrzony w ładunek, jak w latach poprzednich. Połów wielorybów tak wielkie przybierał rozmiary, iż stawały się one coraz rzadsze, dlatego też wiele baryłek było pustych. Choć to był dopiero początek stycznia, czyli połowa lata w tych strefach południowych, kapitan Hull postanowił już opuścić miejsce połowu z powodu niesforności wynajętych majtków.

Pilgrim popłynął zatem ku Nowej Zelandyi i tam wysadził na ląd wynajętych na porę połowu ludzi. Osada była bardzo z tego niezadowolona; do uzupełnienia ładunku brakowało jeszcze około 200 baryłek tranu; połów zatem był mniej pomyślny niż dawniej. Kapitan Hull był w złym humorze tak, jak dobry myśliwy, powracający po raz pierwszy z polowania z próżną torbą. Jego miłość własna była bardzo podrażniona, nie mógł darować nicponiom, których niesforne zachowanie się udaremniło wyprawę. Napróżno usiłował skompletować w Aukland nową osadę, wszyscy marynarze wyruszyli na innych okrętach; trzeba więc było zrzec się nadziei uzupełnienia ładunku i kapitan zamierzał odpłynąć z Aukland, gdy oznajmiono mu pasażerów pragnących wsiąść na jego statek.

Interesy zmuszały niekiedy Jakóba Weldon odbywać podróż do Nowej Zelandyi, tym razem towarzyszyli mu żona, synek i kuzyn Benedykt. Mieli oni z nim wracać do San-Francisco, ale na nieszczęście przed samym wyjazdem mały Janek poważnie zachorował. Ojciec nie mógł pozostać skutkiem bardzo ważnych interesów, opuścił więc Aukland, pozostawiając żonę i synka pod opieką kuzyna Benedykta.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 006

Od owego czasu upłynęło trzy miesiące; Janek odzyskał zdrowie zupełnie i tak długie rozłączenie dotkliwie im się dawało uczuć. Pani Weldon pragnęła wracać jak najprędzej, gdy wtem dano jej znać, iż Pilgrim wpływa do portu. Wiadomość ta ucieszyła ją niezmiernie, zaraz też oznajmiła kapitanowi Hull, iż chce na jego statku powrócić do San-Francisco wraz z synem, kuzynem Benedyktem oraz starą murzynką Nany, która od wielu lat służyła u niej.

Mieli więc przebyć trzy tysiące mil morskich na statku żaglowym, ale statkiem tym dowodził wytrawny marynarz, kapitan Hull, który utrzymywał go we wzorowym porządku; przytem czas był bardzo piękny.

Kapitan oddał pani Weldon swoją kajutę, chcąc jej udogodnić w miarę możności odbycie uciążliwej podróży, mogącej trwać czterdzieści do pięćdziesięciu dni, a może nawet jeszcze dłużej z powodu, iż Pilgrim winien był złożyć swój ładunek w Valparaiso w Chili. Pani Weldon nie obawiała się niewygód; była to osoba odważna, nie lękająca się morza. Miała lat trzydzieści, była zdrowa, silnie zbudowana i przyzwyczajona do długotrwałych morskich podróży, gdyż niejednokrotnie odbywała je z mężem. Nie wahała się też ani chwili wsiąść na statek, który nie zapewniał jej wprawdzie wygód, do jakich była przyzwyczajona, ale natomiast był mocny, szybki i kierowany przez sumiennego i doświadczonego kapitana.

Kuzyn Benedykt miał być nieodstępnym towarzyszem podróży. Był to sobie poczciwy człeczyna, ale choć już dobrze pełnoletni, bo liczył około lat pięćdziesięciu, nie byłoby można zostawić go samemu sobie. Raczej długi niż wysoki, raczej chudy niż szczupły, twarz miał wychudłą i wyciągniętą, głowę wielką, gęstymi pokrytą włosami. Nie tylko najbliższa jego rodzina, lecz wszyscy znajomi nazywali go zawsze »kuzynem Benedyktem«; zdawało się, iż nie wie, co ma robić ze swojemi dłu-giemi rękami i nogami, i że w najzwyklejszych okolicznościach życiowych nie potrafiłby sobie radzić. Nie był nikomu natrętnym lub przykrym, ale częstokroć nudnym zarówno dla innych, jak i dla siebie. Wogóle jednak był bardzo zgodny i łatwy w pożyciu, niewymagający, zadowalający się wszystkiem. Gdyby mu nie podano obiadu lub śniadania, pewnieby o tem zapomniał. Był niewrażliwy zarówno na upał, jak i na zimno; słowem zdawał się raczej należeć do królestwa roślinnego niż do zwierzęcego. Porównać go można było do drzewa nie dającego owoców, ani cienia, ale miał zato bardzo dobre serce.

Takim był właśnie kuzyn Benedykt; nigdy nikomu nic złego nie zrobił, czyniłby nawet dobrze, gdyby do tego był zdolny; lubiano go też pomimo tej jego niezaradności, a pani Weldon uważała go jakby za starszego brata swego małego Janka. Pomimo to, kuzyn Benedykt nie był ani leniwym, ani próżniakiem; owszem pracował bezustannie, jedyna jego namiętność »historya naturalna« pochłaniała wszystkie chwile jego życia. Ale może niewłaściwie powiedzieliśmy »historya naturalna«, gdyż wiadomo, iż nauka ta dzieli się na cztery działy, mianowicie: zoologię, botanikę, mineralogię i geologię, a kuzyn Benedykt nie zajmował się ani zoologią, ani botaniką, ani mineralogią, ani wreszcie geologią.

Więc czemże właściwie?

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 004

Oto całkiem i wyłącznie zajmował się entomologią, czyli nauką o owadach. Jej poświęcił wszystkie dni i noce, bo we śnie nawet marzył o najrozmaitszych owadach. Trudno byłoby porachować niezliczoną ilość szpilek wpiętych w jego rękawy, klapy, kołnierz od surduta, w kamizelkę i w podszewkę od kapelusza. Gdy powracał z jakiejś naukowej wycieczki, kapelusz jego zamieniał się w szafkę z okazami, tak był najeżony owadami przypiętymi szpilkami.

Aby szczegółowo opisać tego oryginała, dodać jeszcze musimy, iż tylko ze względu na swą ukochaną entomologię udał się z państwem Weldon w daleką podróż, do Nowej Zelandyi. Wzbogacił tu zbiory swoje nader rzadkimi okazami i chciałby jak najspieszniej powrócić do San-Francisco, aby je móc rozgatunkować i umieścić w odpowiednich przegrodach. Jak tylko pani Weldon zdecydowała się wracać do Ameryki na pokładzie Pilgrima, kuzyn Benedykt zgodził się z największą ochotą jej towarzyszyć, chociaż w trudnych okolicznościach pani Weldon nie mogła liczyć na jego radę, pomoc lub opiekę. Szczęściem w tym razie nie było się czego obawiać, gdyż podróż morska podczas tak pięknej pory roku i na pokładzie dobrego statku pod dowództwem wytrawnego kapitana, żadnego nie przedstawiała niebezpieczeństwa.

Podczas trzydniowego wypoczynku Pilgrima w Waitemata pani Weldon szybko przygotowała wszystko do podróży, nie chcąc dłużej zatrzymywać statku w porcie, odprawiła też miejscowych służących.

Kuzyn Benedykt zapakował w odpowiednio urządzone pudło cały swój szacowny zbiór owadów, w którym między innemi było kilka okazów nowych kąsawców z oczami umieszczonemi ponad głową, które do tej pory, jak przypuszczano, znajdować się miały tylko w Nowej Kaledonii. Zwracano uwagę kuzyna Benedykta na rodzaj jadowitego pająka, zwanego »Katipo«, którego ukąszenie często śmierć sprowadza, ale ponieważ pająki żadnej nie przedstawiały wartości w oczach naszego zbieracza, nie chciał umieścić »Katipo« w swojej kolekcyi, której główną ozdobę stanowił duży kąsawiec nowo-zelandzki.

Aby się zapewnić od nieprzewidzianych wypadków, kuzyn Benedykt ubezpieczył swój zbiór, który uważał za stokroć cenniejszy niż cały ładunek Pilgrima; opłacił dość znaczną sumę asekuracyjną, co uskuteczniwszy, odetchnął dopiero swobodniej.

Przed podniesieniem kotwicy, gdy już pani Weldon z towarzyszami podróży była na pokładzie, kapitan Hull zbliżył się do niej i rzekł:

– Łaskawa pani, wszak jedynie z własnej woli i na własną odpowiedzialność zostajesz pasażerką Pilgrima?

– Dlaczego zadajesz mi, kapitanie, to pytanie?

– Ponieważ w tym względzie żadnych od małżonka pani nie otrzymałem rozkazów i naturalnie bryg Pilgrim nie zapewni pani wygód, jakie znaleźć można na okrętach urządzonych do przewozu pasażerów.

– Gdyby mąż mój był tutaj, czy wahałby się odpłynąć na pokładzie Pilgrima wraz ze mną i synkiem swoim?

– Nie, pani – odrzekł kapitan – nie wahałby się pewnie. Pilgrim jest dobrym statkiem, i choć teraz wyprawa nam się nie udała, jestem przekonany, jak tylko marynarz nim być może, o jego trwałości i mocy. Boję się tylko wziąć na siebie odpowiedzialność za to, iż pozbawioną będziesz pani wygód, do jakich jesteś przyzwyczajoną.

– Jeśli o to tylko chodzi, możesz być zupełnie spokojnym, kapitanie; umiem się zastosować w każdem położeniu i na nic narzekać nie będę. Możemy zatem ruszyć w drogę.

Kapitan bezzwłocznie wydał rozkaz i statek zwolna wypłynął z portu, zwracając się ku wybrzeżom amerykańskim.

W trzy dni po odpłynięciu, skutkiem silnych wiatrów wschodnich, dnia 2 lutego, kapitan Hull znajdował się pod wyższym niżby był pragnął stopniem szerokości i w położeniu marynarza, któryby raczej zamierzał opłynąć przylądek Horn, niż płynąć najprostszą drogą do nowego lądu.



Rozdział II

Dick Sand.

Pomimo spóźnionej pory czas był piękny, morze spokojne, żegluga pomyślna. Dla pani Weldon urządzono, jak można najwygodniej, skromną kajutę kapitana, znajdującą się na tyle statku. W małej tej izdebce mieściła się ona z synkiem Jankiem i starą Nany, tam zasiadała do stołu w towarzystwie kuzyna Benedykta, dla którego urządzono osobną izdebkę. Kapitan Hull zamieszkał w kajucie obok osady.

Załogę Pilgrima składali dobrzy i dzielni marynarze i wszyscy okazywali wielki szacunek dla pani Weldon, żony swego armatora, dla którego żywili nieograniczone przywiązanie. Mieli oni znaczny udział w zyskach, jakie przynosił połów, choć z powodu małej liczby wielorybów większą mieli pracę, nie skarżyli się na nią, bo i większe przy obrachunku odnosili korzyści.

Wprawdzie w tym roku czysty zysk będzie bardzo mały, to też wyrzekali bardzo na tych niegodziwców z Nowej Zelandyi.

Z całej osady jeden tylko człowiek nie był amerykańskiego pochodzenia; był on rodem z Portugalii, ale mówił dobrze po angielsku, nazywał się Negoro i pełnił obowiązki kucharza.

Poprzedni kucharz pozostał w Aukland. Negoro, nie mający wówczas żadnego zajęcia, podjął się przyjąć jego miejsce i został przez kapitana zgodzony.

Należał on do ludzi małomównych, nie zaprzyjaźnił się z nikim z osady, ale obowiązki swoje spełniał dość sumiennie i, od czasu objęcia służby na statku, nigdy nie zasłużył na naganę.

Kapitan Hull jednakowoż żałował, iż nie miał czasu zasięgnąć wiadomości co do jego przeszłości; wyraz twarzy Negora, a szczególniej spojrzenie nie podobały mu się jakoś, a nigdy nie można być dosyć przezornym, gdy chodzi o przyjęcie kogoś na pokład statku, w pośród osady w tak ścisłych i nieustannych z sobą pozostającej stosunkach.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 005

Negoro mógł mieć około lat czterdziestu; chudy, silny, średniego wzrostu, mocny brunet z ogorzała cerą. Sądząc z niektórych uwag i zdań, jakie mu się czasami wymykały, przypuścić należało, że musiał odebrać jakieś wykształcenie, ale nigdy sam nie wspominał ani o rodzinie, ani też o swojej przeszłości. Nikt nie wiedział i nie można było dowiedzieć się, skąd przybywał, gdzie dotąd żył i jaka była jego przeszłość; powiedział tylko, iż pragnie wysiąść w Valparaiso. Bądź co bądź był to jakiś dziwny człowiek, ale zdawało się, iż nie jest marynarzem, gdyż pod tym względem okazywał wielką nieznajomość rzeczy.

Wogóle z nikim nie obcował, mało z kim rozmawiał; całe dnie przesiadywał w swej kuchence pośród rondli i garnków, a wieczorem, gdy skończył swe zajęcia i ognisko wygasło, udawał się do swej małej izdebki, kładł się wcześnie i zaraz zasypiał.

Zaznaczyliśmy wyżej, że osada statku Pilgrim składała się z pięciu majtków i jednego nowicyusza; był nim piętnastoletni chłopiec, syn nieznanych rodziców. Biedny ten młodzian, sierota od urodzenia, został przygarnięty i wychowany kosztem miłosierdzia publicznego.

Dick Sand, tak się nazywał, pochodził, jak się zdawało, ze stanu New-York. Nadano mu imię Dick, gdyż takie nosił litościwy człowiek, który go znalazł i przygarnął do siebie. Nazwisko Sand nadano mu na pamiątkę miejsca, w którem go znaleziono, zowiącego się Sandy Hook[1], a stanowiącego wejście do portu New-Yorskiego, przy ujściu rzeki Hudson.

Dick był mocno zbudowany; miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Zawód marynarza przysposabiał go do walk, jakie w życiu staczać trzeba; w rozumnej twarzy przebijała się energia nie awanturnika, ale śmiałego i odważnego człowieka, a to wielka różnica, bo awanturnik bywa nieoględny, a śmiały najpierw myśli, a potem dopiero działa.

Dick był śmiałym i odważnym. W piętnastym roku życia umiał powziąć postanowienie i wykonać, co postanowił. Jego żywa, bystra i jednocześnie poważna fizyognomia zwracała uwagę wszystkich. Nie wdawał się w rozprawy i dowodzenia, jak to czyni wielu chłopców w jego wieku, ale wcześnie zastanawiał się nad zadaniem i obowiązkami życia, nad smutnem położeniem swojem i postanowił własną pracą i zasługą wyrobić sobie stanowisko. I przyznać trzeba, że dotrzymał tego postanowienia; w wieku, w którym równieśnicy jego zazwyczaj są jeszcze dziećmi, on już prawie był mężczyzną. Dick był zwinny, zręczny, wprawny we wszelkie ćwiczenia fizyczne, pilny w naukach i gorliwy w pracy. Wychowany kosztem dobroczynnym, oddany był najpierw do jednego z przytułków dla opuszczonych biednych dzieci, których w Ameryce jest bardzo dużo. Gdy skończył lat sześć, nauczono go czytać, pisać i rachować, a następnie zaczęto mu wykładać początki innych nauk. Mając lat dziesięć, takie objawił powołanie do zawodu marynarza, iż oddano go na naukę, jako chłopca okrętowego, na jeden ze statków dalekie odbywających podróże po morzach południowych. Od najmłodszych więc lat uczył się marynarki, prędko znaczne robiąc postępy pod kierunkiem zdolnych i doświadczonych oficerów, którzy pojętnego i posłusznego ucznia polubili bardzo. W krótkim też czasie z chłopca awansował na nowicyusza. Dziecko, które pojmuje wcześnie, iż praca jest konieczną w życiu i przejmie się zasadą Pisma świętego: »w pocie czoła na chleb swój zarabiać będziesz«, może być zdolne do dokonania wielkich rzeczy, gdyż wyrobi w sobie wolę i siły do ich spełnienia. Kapitan Hull poznał Dicka na statku kupieckim, polubił bardzo i przedstawił go panu Weldon, który ujęty zdolnościami i bystrością umysłu biednego sieroty, zajął się dalszem jego kształceniem i w tym celu oddał go do wyższego zakładu naukowego w San-Francisco.

Dick uczył się bardzo pilnie i zaraz w początkach okazał wielkie zamiłowanie do geografii i opisów dalekich podróży, później celował w matematyce, zwłaszcza części, odnoszącej się do żeglugi, a wkrótce do teoryi dołączył praktykę. Pierwszy raz, już jako nowicyusz, odpłynął na pokładzie Pilgrima.

Nie będziemy opisywali, jak nieograniczona była wdzięczność i poświęcenie Dicka dla całej rodziny swego dobroczyńcy, powiemy więc tylko, iż ucieszył się niezmiernie, dowiedziawszy się, iż pani Weldon ma zostać pasażerką Pilgrima.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 007

Pani Weldon przez lat kilka była najlepszą matką dla sieroty, a Dick małego Janka kochał jak brata, choć nigdy nie zapominał, iż jest tylko biednym sierotą, a przybrany brat synem bogatego armatora.

Państwo Weldon wiedzieli dobrze, iż nauka i rady, jakie dawali Dickowi, nie padły na niewdzięczną niwę; serce sieroty przepełnione było wdzięcznością dla swych opiekunów.

Znając z tak dobrej strony swego wychowańca, pani Weldon wiedziała, iż może bez obawy powierzać mu swego Janka, który czując, jak jest kochany przez tego »dużego brata«, bardzo lubił z nim przebywać. Przez długie, wolne od zajęć godziny, tak często wydarzające się podczas dalekiej morskiej podróży, Dick i Janek byli prawie nierozłączni. Młodziutki nowicyusz pokazał i objaśniał chłopcu wszystko, co w zawodzie marynarskim mogło go zająć i zabawić. Pani Weldon patrzyła spokojnie, jak mały jej synek wspinał się po linach na wierzchołki masztów, gdyż Dick nie odstępował wówczas ani na chwilę, aby móc chłopczyka zatrzymać w razie usunięcia. Zabawa ta, połączona z ćwiczeniami gimnastycznemi, bardzo zbawiennie oddziaływała na chłopczyka, wyrabiał bowiem w sobie siłę i zręczność, co jednocześnie z orzeźwiającym wiatrem morskim wzmacniało jego zdrowie i wybladłym skutkiem choroby policzkom przywracało piękne rumieńce.

Do tej pory żegluga odbywała się w szczęśliwych warunkach, i zarówno kapitan jak pasażerowie i załoga chyba tylko na wiatr niezbyt pomyślny uskarżać się mogli. Przyznać trzeba, iż długo trwający i dość silny wiatr wschodni zaczynał już niepokoić kapitana, gdyż dotąd jeszcze nie dozwalał mu skierować się na właściwą drogę, a oprócz tego obawiał się zbytecznej ciszy około zwrotnika Koziorożca, a co gorsza jeszcze, prądów zwrotnikowych, któreby statek odepchnęły daleko na Zachód. Obawiał się tego głównie ze względu na panią Weldon, aby nie była narażoną na zbyt długą i niewygodną podróż, czemu zaradzić nie był w stanie; postanowił też, w razie spotkania jakiego okrętu zaatlantyckiego, płynącego do Ameryki, skłonić ją do zajęcia na nim miejsca. Na nieszczęście w szerokościach, w jakich się znajdował, trudno było o taką sposobność, ponieważ w owej epoce komunikacya między Australią a Nowym Światem przez ocean Spokojny nie była ani tak częstą, ani tak ułatwioną jak obecnie. Trzeba więc było spuścić się na łaskę Bożą i zdawało się też, że nic nie zakłóci spokojnej żeglugi, aż dnia 2 lutego zdarzył się niespodziewany wypadek.

Około dziewiątej zrana czas był jasny i pogodny, Dick i Janek, ulokowawszy się na belce wysokiego masztu, mieli bardzo rozległy widok na ocean.

Dick wskazywał i objaśniał Jankowi różne składowe części okrętu, gdy nagle chłopczyk przerywając mu, zawołał:

– Co to tam widać?

– Czyś co dojrzał? – zapytał Dick i wstał rozglądając się wokoło.

– Patrz! patrz! – wołał Janek – wskazując dość odległy punkt na morzu.

Dick wpatrzył się uważnie w przestrzeń we wskazanym przez dziecko kierunku i zawołał:

– Rozbity statek!



Rozdział III

Rozbity statek.

Cała osada zbiegła się, usłyszawszy okrzyk Dicka. Nie będący na służbie wyszli na pokład; kapitan Hull skierował się ku przodowi statku.

Pani Weldon, Nany, nawet obojętny na wszystko kuzyn Benedykt, wybiegli na pomost, aby zobaczyć rozbity statek.

Tylko Negoro nie opuścił zajmowanego stanowiska w kuchni i z całej załogi on jeden okazał się zupełnie obojętnym wobec tego wypadku.

Wszyscy wpatrywali się z całą uwagą w pływający po morzu przedmiot, kołysany przez fale w odległości trzech mil morskich od Pilgrima.

– Co to być może? – zapytał jeden z majtków.

– Pewnie jakaś wielka porzucona łódź odrzekł drugi.

– A może w tej łodzi znajdują się nieszczęśliwi rozbitki – dodała pani Weldon.

– Dowiemy się wkrótce, ale zdaje mi się, że nie jest to łódź, lecz przewrócone pudło statku – zauważył kapitan.

– Być może, iż to jakieś morskie zwierzę – wtrącił kuzyn Benedykt – jakiś niezwykły potwór.

– Nie zdaje mi się – powiedział Dick.

– Więc, jak sądzisz, co to być może? – zapytała pani Weldon.

– Przewrócone pudło statku, jak to powiedział kapitan. Zdaje mi się nawet, iż rozpoznaję jego spód błyszczący.

– W istocie… masz słuszność… rzekł kapitan, a zwracając się do sternika, dodał:

– Bolton, staraj się tak kierować naszym brygiem, abyśmy jak najbliżej podpłynęli do rozbitego statku.

– Słucham, kapitanie – odrzekł sternik.

– Powtarzam – rzekł kuzyn Benedykt – iż to żaden statek, lecz niezawodnie jakiś zwierz potworny.

– W takim razie musiałby to być chyba mosiężny wieloryb – zauważył kapitan, gdyż widzę wyraźnie jak błyszczy na słońcu.

– A potem – dodała pani Weldon – przyznasz kuzynie, iż ów wieloryb chyba byłby już martwy, gdyż nie porusza się zupełnie.

– Ależ kuzynko – odrzekł, upierając się przy swojem zdaniu – alboż to raz widziano wieloryby śpiące na powierzchni wody?

– To prawda – powiedział kapitan – ale tym razem nie jest to wieloryb, lecz przewrócony statek.

– Zobaczymy, kto ma słuszność – odparł kuzyn Benedykt, który zresztą oddałby wszystkie wieloryby mórz północnych i południowych za jeden rzadki okaz owadu.

– Boltonie, steruj! steruj! – wołał kapitan Hull – steruj i nie zbliżaj się nazbyt blizko do rozbitego statku. Trzymaj się w odległości stu dwudziestu sążni. Wprawdzie nie zrobilibyśmy wielkiej krzywdy strzaskanemu statkowi, ale nasz Pilgrim mógłby ucierpieć skutkiem zerknięcia się z nim.

Bryg znajdował się jeszcze na przestrzeni milowej od przewróconego pudła statku; majtkowie przyglądali mu się ciekawie.

A może znajduje się tam cenny jakiś ładunek, który zdołają przenieść na Pilgrima, a wówczas staliby się właścicielami trzeciej części uratowanych przedmiotów. Jeśli więc ładunek nie zatonął, osada może zrobić dobry interes, co byłoby bardzo pożądanem wynagrodzeniem za nieudany połów.

Po upływie kwadransa Pilgrim znajdował się już zaledwie o pół mili od rozbitego statku. Wyraźnie już było można rozpoznać tył prawego boku. Przechylony był aż do parapetu, tak, że prawie niepodobnaby utrzymać się na pokładzie. Masztów wcale nie było widać. Z przodu prawego boku widniała szeroka dziura.

– Statek ten uległ uderzeniu! – zawołał Dick.

– Niewątpliwie odrzekł kapitan – i trudno pojąć, jak się to stać mogło, iż zupełnie nie zatonął.

– Jeśli inny jaki okręt uderzył o ten statek i stał się powodem zatonięcia, to zapewnie przyjął na swój pokład osadę – rzekła pani Weldon.

– Takby przynajmniej być powinno – odpowiedział kapitan – ale może osada zmuszona była szukać ratunku na swoich szalupach, jeśli okręt, który uderzył o ten statek, ratował się ucieczką dla uniknięcia odpowiedzialności.

– Czyż podobna, kapitanie, aby można było postąpić tak nieludzko i tak nieuczciwie?

– Niestety, podobne fakty często się wydarzają. Co zaś do osady tego statku, przypuszczam, iż go opuściła, gdyż nie widzę ani jednej łodzi żaglowej, jeśli więc rozbitki nie przeszli na inny okręt, może próbowali dopłynąć do jakiegoś lądu. Ale stąd tak jest daleko do wybrzeży amerykańskich lub wysp Oceanii, iż takie przypuszczenia musiały ich zawieść.

– Może więc przyczyna tej tajemniczej katastrofy nigdy nie zostanie wyjaśnioną – rzekła pani Weldon, chyba, jeśli przypadkiem ktoś z osady pozostał jeszcze na pokładzie.

– Nie bardzo to prawdopodobne – odrzekł kapitan – bo jużby nas dostrzegli i nie omieszkali dać sygnałów. Ale przekonamy się niezadługo. Posuwaj się z wiatrem, Boltonie! Steruj tam! – zawołał, wskazując, w którą stronę płynąć.

Pilgrim znajdował się już tylko o 360 sążni od rozbitego statku i nie można było wątpić, że pudło statku zupełnie było opuszczone.

W tejże chwili Dick zawołał:

– Słuchajcie! słuchajcie!

Wszyscy zaczęli nadsłuchiwać.

– Słyszę jakby szczekanie! – wołał Dick.

Rzeczywiście słychać było szczekanie rozlegające się we wnętrzu pudła; zapewne więc był tam uwięziony pies, który się wydostać nie mógł.

– Choćby tam nie było nikogo prócz tego psa, musimy go ocalić! – zawołała pani Weldon.

– O tak… tak! ocalimy go!… – wołał mały Janek… – Ja będę mu dawał jeść… Piesek przywiąże się do nas… Mamo, pójdę przyniosę dla niego kawałek cukru!

– Zostań, mój synku, biedny pies musi być bardzo głodny i pewnie będzie wolał coś pożywniejszego – odpowiedziała pani Weldon.

– No, to niech mu oddadzą moją pieczeń, ja mogę się obejść.

W tej chwili słyszeć się dało szczekanie wyraźniejsze; już tylko trzysta stóp rozdzielało oba statki. Wielki pies ukazał się na parapecie prawego boku statku, uczepił go się rozpaczliwie i szczekał żałośnie.

– Howicku! – zawołał kapitan – rozłóż tak żagle, aby w połowie działaniem swem popychały statek, a w połowie cofały, i niech spuszczą mniejszą łódź.

– Nie bój się, piesku, czekaj! – wołał Janek – a pies zdawał się odpowiadać na te słowa dziecka przytłumionem szczekaniem.

Sterowano Pilgrima w ten sposób, iż stał prawie w miejscu o jakie sześćdziesiąt sążni od przewróconego pudła zatopionego statku.

Spuszczono łódź na morze, bezzwłocznie wsiedli do niej kapitan, Dick, dwóch majtków i popłynęli ku statkowi.

Pies wciąż szczekał, chciał utrzymać się na parapecie, ale co chwila spadał na pomost. Zdawało się, że wtedy szczekanie jego nie zwracało się już do nadpływających – czyżby więc osada i pasażerowie znajdowali się jeszcze na statku?

– Być może, iż jeszcze ktoś pozostał na pokładzie – pomyślała sobie pani Weldon.

Jeszcze parę poruszeń wiosłami, a łódź Pilgrima dopłynie do rozbitego statku.

Wtem nagle pies zaczął inaczej szczekać; poprzednio zdawał się przyzywać zbawców, obecnie wyraźnie był jakby rozwścieczony.

– Co się temu psu stało? – pytał kapitan Hull – a łódź opływała tyły statku, aby dobić do kryjącego się pod wodą pomostu.

Ani kapitan ani osada Pilgrima nie mogli tego dostrzedz, iż pies wtedy wpadł w wściekłość, gdy Negoro przyszedł z kuchni i ukazał się na przedniej wyniosłości statku.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 008

Czyżby pies ten znał i poznawał kucharza? Nie zdawało się to prawdopodobnem. To jednak pewnem było, że zobaczywszy psa, Negoro nie okazał żadnego zdziwienia lub wzruszenia, zmarszczył tylko brwi i niebawem powrócił do swej zwykłej siedziby, kuchni.

Łódź opłynęła tyły statku; na tablicy widniał napis: Waldeck.

Waldeck i nic więcej; żadnej wskazówki, skąd pochodził statek; ale z kształtu pudła i pewnych szczegółów, które nie ujdą bacznego oka marynarza, kapitan Hull poznał, iż statek ten zbudowany był w Ameryce, czego zresztą dowodziła sama jego nazwa. Był to bryg o pięciuset beczkach, a teraz pozostało z niego tylko przechylone pudło. Szeroki otwór z przodu wskazywał, w którem miejscu nastąpiło uderzenie. Skutkiem obalenia się pudła, otwór ów znajdował się wtedy o pięć albo sześć stóp nad wodą i dzięki tylko temu statek nie poszedł dotąd na dno morza.

Kapitan Hull widział już cały pomost, ale na nim nie było nikogo.

Pies zlazł z parapetu i spuścił się do środka przez otwarte wejście, szczekając bezustannie.

– Widać pies ten nie sam pozostał na pokładzie – rzekł Dick.

– Tak jest – odparł kapitan.

Łódź przesunęła się około parapetu przedniego boku okrętu, nawpół zatopionego; gdyby fale morskie nieco więcej były wzburzone, Waldeck zatonąłby niewątpliwie w przeciągu kilku minut.

Pomost statku zupełnie był zniesiony; z wielkiego i przedniego masztu pozostały tylko odłamy, wszystko było połamane i zniszczone, a jednak nigdzie wokoło nie widać było szczątków rozbitego statku, co dowodziło, iż nieszczęsna katastrofa nastąpić musiała przed kilku dniami.

– Jeśli w tem starciu kilku nieszczęśliwych ocalało, zapewne poumierali już z głodu i pragnienia, bo składy żywności i wody musiały ulec zalaniu. Chyba tylko trupów znajdziemy na pokałdzie – rzekł kapitan.

– Nie! nie! – zawołał Dick – pies nie szczekałby tak, gdyby nie było nikogo żyjącego.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 009

W tej chwili pies wskoczył do morza i z wysiłkiem płynął ku łodzi; widać było z jego ruchów, że jest bardzo osłabiony.

Pochwycono go niebawem i wciągnięto do łodzi; Dick podał mu kawałek chleba, ale pies nie pochwycił go i pobiegł prędko do ceberka z wodą.

– Biedne psisko umiera z pragnienia! – zawołał Dick.

Łódź oddaliła się o parę sążni, upatrując miejsca, w którem mogłaby najdogodniej przybić do Waldecka. Widać pies myślał, że wybawcy jego nie zamierzają wejść na pokład, gdyż pochwycił Dicka za połę i począł wyć żałośnie.

Ta jego mowa została tak dobrze zrozumianą, jakby się wyrażał słowami; łódź podpłynęła aż do miejsca, w którem się zawieszają kotwice, tam dwóch majtków silnie ją przymocowało, a kapitan Hull i Dick razem z psem weszli na pomost i z wielkim trudem dotarli do przejścia między masztami, skąd przeszli na dno statku.

Dno Waldecka nawpół zalane wodą, nie zawierało żadnych ładunków.

– Czy niema tu kogo? – zawołał kapitan.

– Niema – rzekł Dick, zajrzawszy aż na tyły dna.

Pies został na pomoście, nie przestawał jednakże szczekać, jak gdyby chciał koniecznie zwrócić uwagę kapitana.

– Wracajmy! – zawołał kapitan i wrócili na pomost.

Pies pobiegł do nich i wyraźnie ciągnął ich do izdebki oficerskiej, znajdującej się w tyle statku. Podążyli za nim.

Wszedłszy tam, zobaczyli leżące na podłodze pięć ciał, zapewne już martwych. W izdebce było dość widno, kapitan poznał, że są to ciała murzynów. Dick chodził od jednego do drugiego i zdawało mu się, iż ci nieszczęśliwi oddychali jeszcze.

– Na pokład! – wydał rozkaz kapitan.

Przybyli natychmiast majtkowie pozostali w łodzi i pomogli przenieść biednych, układając ich w łodzi jak można najwygodniej. Wybawcy mieli nadzieję, że może świeżą wodą i orzeźwiającemi kroplami przywrócą ich do życia.

Łódź prędko do nich dopłynęła; pies także znajdował się na niej.

– Nieszczęśliwi! – zawołała pani Weldon, ujrzawszy pięciu biedaków nieruchomych, jakby pozbawionych życia.

– Oni żyją jeszcze! pani, uratujemy ich! – wołał Dick.

– A cóż to im się stało? – zapytał kuzyn Benedykt.

– Cierpliwości! – odpowiedział kapitan – opowiedzą nam swoje przygody, jak będą mogli mówić. Teraz trzeba im przedewszystkiem wlać w usta trochę wody zmieszanej z paru kroplami araku – co rzekłszy, odwrócił się i zawołał:

– Negoro!

Zaledwie wymówił to nazwisko, pies zerwał się, nasrożył i pokazał zęby.

Kucharz nie przychodził, kapitan powtórnie zawołał:

– Negoro! Negoro!

Jak tylko tenże się ukazał na pomoście, pies rzucił się na niego i chciał chwycić za gardło. Negoro odskoczył w tył, a majtkowie zdołali zaledwie powstrzymać psa.

– Czy znasz tego psa? – zapytał kapitan kucharza.

– Ja? odrzekł Negoro – nigdy go nie widziałem.

– Szczególna rzecz! – wyszeptał Dick.



Rozdział IV

Ocaleni.

W niektórych okolicach Afryki prowadzi się dotąd na wielką skalę handel niewolnikami. Pomimo krążących bezustannie statków angielskich i francuskich okręty pełne niewolników odpływają corocznie od brzegów Angola i Mozambiku, aby dowozić ich na różne punkty świata, a przyznać trzeba ze wstydem, że nawet i świata cywilizowanego.

Kapitan Hull wiedział o tem dobrze, a jakkolwiek te strony nie były zazwyczaj uczęszczane przez handlarzy niewolników, jednak przyszło mu na myśl, że może murzyni, których ocalił, są cząstką gromady niewolników, których Waldeck wiózł na sprzedaż do którejś z kolonii oceanu Spokojnego. Ale gdyby nawet i tak było, murzyni ci byli już wolni z chwilą przyjęcia ich na pokład jego statku i chciał jak najprędzej zawiadomić ich o tem.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 010

Otoczono biednych rozbitków Waldecka najtroskliwszą opieką. Pani Weldon z pomocą Nany i Dicka podawała im po trochu świeżej wody, której przez kilka dni byli pozbawieni, a następnie dano im lekki, ale jednocześnie pożywny posiłek. Powoli odzyskali przytomność.

Najstarszy z murzynów, lat około sześćdziesięciu oprzytomniał wkrótce i mógł odpowiadać na zadawane mu pytania.

– Statek, którym płynęliście, został uderzony przez inny? – zapytał kapitan Hull.

– Tak – odrzekł stary murzyn. – Dziesięć dni temu uderzył o nasz statek; noc była bardzo ciemna, spaliśmy…

– Cóż się stało z załogą?

– Nie było jej już na statku, gdy ja i nasi towarzysze wyszliśmy na pomost.

– Czyżby osada i służba okrętowa zdołała dostać się na pokład okrętu, który uderzył o wasz statek? – pytał dalej kapitan.

– Być może, i pragnąłbym bardzo, żeby tak się stało.

– A ów statek nie powrócił, aby was zabrać?

– Nie.

– Czy i tamten zatonął?

– O nie – odrzekł stary murzyn – potrząsając głową, widzieliśmy, jak pospiesznie uciekał.

Fakt ten, potwierdzony przez resztę ocalonych rozbitków, może wydać się nieprawdopodobnym, jednakże nie ulega zaprzeczeniu, iż bywają tak niegodziwi dowódcy statków, którzy, gdy przez swą nieostrożność narazili jakiś okręt na zatonięcie lub rozbicie, uciekają jak można najprędzej, zamiast ratować tych, których zguby stali się przyczyną. Jest to podłość i zbrodnia, a jednak zdarza się czasami i kapitan Hull powiedział pani Weldon, że sam znał kilka tego rodzaju wypadków. Poczem zwrócił się znów do murzyna, i zapytał:

– Skąd płynął Waldeck?

– Z Melbourne.

– Więc nie jesteście niewolnikami?

– Nie! panie kapitanie – odrzekł żywo starzec; pochodzimy ze Stanu Pensylwanii i jesteśmy obywatelami wolnej Ameryki!

Rzeczywiście murzyni ci, płynący statkiem Waldeck pochodzili z Pensylwanii.

Najstarszy, mając lat sześć, został w Afryce sprzedany za niewolnika, a przeniesiony do Stanów Zjednoczonych, już od lat kilku został wolnym, dzięki zniesieniu niewolnictwa.

Towarzysze jego, młodsi daleko, byli synami wyzwolonych już niewolników, a więc urodzili się wolnymi, i nigdy nie byli własnością białych. Wszyscy oni dobrowolnie opuścili i dobrowolnie wracali do Stanów Zjednoczonych.

Opowiedzieli oni kapitanowi, iż zgodzili się pracować u pewnego Anglika, posiadającego rozległe plantacye w okolicach Melbourne, w Australii południowej. Tam przebyli trzy lata, zarobiwszy sporo, a po wysłużeniu umówionego czasu chcieli wrócić do Ameryki.

Tak samo, jak inni pasażerowie opłacili za przewóz i odpłynęli na Waldecku.

Wyjechali z Melbourne dnia 5-go grudnia, a w siedmnaście dni później, podczas bardzo ciemnej nocy, wielki jakiś statek uderzył o Waldecka.

Murzyni spali wówczas; w kilka minut po tem strasznem wstrząśnieniu, jakie wynikło z powodu zetknięcia się dwóch statków, wybiegli na pomost, ale wtedy maszty już były strzaskane i Waldeck był przewrócony na bok; nie zatonął wszakże, gdyż woda do pewnej tylko wysokości zapełniła dno jego.

Nie mogli objaśnić, co się stało z kapitanem i osadą Waldecka; może jedni powpadali w morze, inni chwycili się lin i masztów uderzającego okrętu, który zaraz potem uciekł i nie pokazał się więcej. Murzyni sami tylko zostali na pokładzie, w pudle na wpół obalonem, o 1,200 mil od jakiegokolwiek lądu.

Najstarszy z tych murzynów nazywał się Tom; zarówno podeszły wiek jego, jakoteż energiczny charakter i doświadczenie nabyte długiem życiem i pracą, czyniły go naturalnym przywódcą towarzyszy. Inni murzyni byli to ludzie młodzi, mający od lat dwudziestu pięciu do trzydziestu; jeden z nich syn starego Toma, nazywał się Baty, drugi Austyn, trzeci Akteon, a czwarty Herkules. Wszyscy byli dobrze zbudowani, silni i drogo by za nich zapłacono na targowiskach środkowej Afryki. Chociaż wiele przecierpieli, znosząc tyle dni głód i pragnienie, byli jednak wybornymi okazami tej rasy, na której edukacya zaczerpnięta w licznych szkołach Ameryki północnej odbijała już swoje piętno.

Tak więc Tom i jego towarzysze znaleźli się sami na pomoście rozbitego statku, nie mogąc podnieść ani opuścić przewróconego pudła, gdyż obie łodzie, będące na pokładzie, zostały zgruchotane. Jedyną nadzieją ratunku było pojawienie się jakiegoś okrętu, a tymczasem Waldeck pogrążał się coraz więcej pod działaniem prądów morskich. Przez parę pierwszych dni po tym strasznym wypadku murzyni żywili się znalezionymi w podręcznej spiżarce produktami, których zapas był bardzo niedostateczny; do składów żywności dostać się nie mogli, były one bowiem zupełnie zalane, przytem nie mieli nic, czemby mogli ugasić pragnienie. Pilgrim pojawił się w samą porę, od wczoraj wieczór bowiem trapieni głodem i pragnieniem zupełnie utracili przytomność.

Wszystko to Tom w krótkich słowach opowiedział kapitanowi Hull, i nie było powodu wątpić, że mówi prawdę; reszta murzynów potwierdziła jego zeznanie. Jedna jeszcze żywa istota, znaleziona na rozbitym statku, byłaby pewnie również szczerze mówiła – gdyby mówić mogła – był to ów pies, tak ujadający na sam widok Negora. Ta niepojęta nienawiść jego dawała wiele do myślenia.

Dingo, tak się pies ów nazywał, należał do rasy brytanów, pochodzącej z Nowej Holandyi; kapitan Waldecka jednak nie w Australii go znalazł. Dwa lata temu, spotkano go na zachodniem wybrzeżu Afryki, w okolicach ujścia Kongo, zaledwie dyszącego ze znużenia i głodu. Kapitan Waldecka przygarnął biednego psa, który ciągle jednak był posępny, jakby tęsknił za dawnym swym panem, którego niepodobna było odnaleźć w tych pustych strefach. Na obroży miał litery S. V. – to było wszystko, co psa tego wiązało z nieznaną i niepodobną do odgadnięcia przeszłością.

Dingo, pies wielki i silny, gdy się wyprostował i łeb w tył odrzucił, dorównywał ludziom średniego wzrostu; jego zręczność, szybkość i niezmierna siła muskularna, zdradzały, że nie zawahałby się wystąpić do walki z jaguarami i panterami, a nawet i niedźwiedzia by się nie uląkł. Pies ten rozwścieczony mógł stać się nader niebezpiecznym; łatwo więc zrozumieć, iż Negoro nie mógł być zadowolonym z przyjęcia, jakie go od niego spotkało. Dingo nie był bardzo towarzyski, jednak nie zdawał się być złym, ale smutnym.

Będąc jeszcze na pokładzie Waldecka stary Tom uważał, że Dingo nie lubi czarnych, wprawdzie nie robił im nic złego, ale od nich wyraźnie stronił. Być może, iż gdy się błąkał po wybrzeżach Afryki, krajowcy źle się z nim obchodzili; to też choć Tom i jego towarzysze byli dobrzy ludzie, Dingo nigdy się do nich nie zbliżał. Przez owe dziesięć dni, które biedacy spędzili na Waldecku, Dingo trzymał się zdaleka, żywił się nie wiedzieć czem, cierpiąc także straszne pragnienie.

Gdyby cisza i wiatr nieprzyjazny nie były dłużej w tych stronach zatrzymały Pilgrima, co dozwoliło kapitanowi Hull spełnić miłosierny uczynek, lada chwila gwałtowniejszy prąd fal morskich byłby zatopił pudło wraz z nieszczęśliwymi rozbitkami. Należało jeszcze odstawić do ojczyzny tych nieszczęśliwych, którzy skutkiem rozbicia utracili całe swoje mienie. Kapitan postanowił to uczynić. Pilgrim miał wyładować ładunek swój w Valparaiso, potem holować około wybrzeży amerykańskich i dopłynąć do wysokości brzegów kalifornijskich; tam Jakób Weldon przyjmie gościnnie Toma i jego towarzyszy, i jak zapewniała ich dobra pani Weldon, zostaną zaopatrzeni we wszystko, czego potrzebować będą, aby móc powrócić do Pensylwanii.

Biedni ci ludzie uspokojeni, co do przyszłości, ze łzami wdzięczności dziękowali pani Weldon i kapitanowi Hull. Tak wiele im zawdzięczali, a choć byli to tylko prości murzyni, mieli jednak nadzieje, iż może znajdą kiedyś sposobność odwdzięczenia się swoim dobroczyńcom.



Rozdział V

S. V.

Pilgrim płynął dalej o ile możności w kierunku na wschód; ciągły brak wiatru niepokoił kapitana, gdyż w ten sposób żegluga z Nowej Zelandyi do Valparaiso musi potrwać parę tygodni dłużej, a zatem i pani Weldon dłużej narażoną będzie na niewygody nużącej podróży. Dnia 2-go lutego nad wieczorem, zupełnie stracili z oczu szczątki rozbitego statku.

Kapitan Hull umieścił jak można najdogodniej Toma i jego towarzyszy, a że miejsce oddzielone na pomoście dla załogi było za szczupłe, ulokowano ich pod przednią wyniosłością statku. Biedacy ci, nawykli do niewygód i ciężkiej pracy, nie byli bardzo wybredni, a ponieważ i pora była piękna i ciepła, mogli więc łatwo przebyć tam do czasu wylądowania.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 011

Życie na statku zakłócone chwilowo tym wypadkiem, do dawnego wróciło spokoju. Tom, Baty, Akteon i Herkules – prosili, aby im wyznaczono jakieś zajęcie, ale podczas takiej ciszy powietrza, gdy już żagle były urządzone, nie pozostało nic do roboty. Jednak gdy szło o zmianę kierunku statku, stary Tom i jego towarzysze dopomagali osadzie, a trzeba przyznać, iż gdy kolosalny Herkules wziął się do roboty, współudział jego stawał się widocznym. Siła jego starczyła za kilku ludzi.

Mały Janek bardzo lubił patrzeć na tego olbrzyma, mającego około siedmiu stóp wysokości. Nie tylko się go nie obawiał, ale chętnie się z nim bawił; śmiał się i wydawał radosne okrzyki, gdy Herkules stawiał go sobie na ręce i tak podnosił w górę, jakby małą laleczkę.

– Podnieś mnie jeszcze wyżej – wołał chłopczyk.

– Dobrze, paniczu – odpowiadał murzyn.

– Czy ja jestem bardzo ciężki? – pytał Janek.

– Ależ gdzietam, nie czuję nawet, iż cię trzymam na dłoni.

– To podnieś mnie jeszcze wyżej.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 012

Herkules, trzymając swą szeroką dłonią obie nóżki chłopca, podnosił go w górę i spacerował z nim po pomoście, jakby sztukmistrz w arenie cyrkowej. Janka bardzo to bawiło, zdawało mu się, iż urósł tak duży.

Miał chłopczyk teraz na statku dwóch przyjaciół Dicka i Herkulesa, wkrótce pozyskał jeszcze trzeciego – wprawdzie innego rodzaju, był nim wielki pies, Dingo. Dingo, który na pokładzie Waldecka unikał ludzi, na Pilgrimie zachowywał się zupełnie inaczej. Szczególniej polubił Janka, który chętnie się z nim bawił, i nigdy żadnej nie wyrządził mu przykrości. Nad wszelkie zabawy Janek przekładał jeździć wierzchem na Dingo, który poddawał się temu chętnie i stokroć lepszym był wierzchowcem, niż wszelkie konie drewniane lub tekturowe, choćby nawet zaopatrzone w kółka przy nogach dla łatwiejszego przesuwania się z miejsca na miejsce.

Ale za to w spiżarni dużo ubywało cukru, bo Janek pasł nim swego rumaka.

Wkrótce i cała osada polubiła Dinga; jeden tylko Negoro musiał go zawsze unikać, gdyż pies chciał się zawsze rzucać na niego, jak go tylko zobaczył.

Ta niewytłómaczona nienawiść mocno dziwiła wszystkich.

Dick spędzał z Jankiem wszystkie wolne chwile od służby okrętowej, z czego pani Weldon nadzwyczajnie była zadowolona, gdyż kapitan Hull największe młodemu nowicyuszowi oddawał pochwały.

– Ręczyłbym głową mówił do pani Weldon – iż chłopiec ten będzie kiedyś dzielnym marynarzem. Posiada niezaprzeczenie instynkt żeglarza, który zastępuje mu do pewnego stopnia brak fachowych jeszcze wiadomości i wprawy. W istocie, zadziwiajacem jest, jak wiele się on nauczył w tak krótkim przeciągu czasu.

– A prócz tego – dodała pani Weldon – Dick ma bardzo dobre i kochające serce, charakter prawy i niezłomny. Nadto umie być wdzięcznym, dowodem tego, iż tak się przywiązał do nas.

– Rzadki chłopiec, to też wszyscy go kochają i cenią.

– Wiem, iż mąż mój postanowił, aby po powrocie z tej wyprawy, Dick skończył kurs hydrografii; później będzie mógł otrzymać patent na kapitana okrętu – rzekła pani Weldon.

– Pan Weldon ma słuszność – odrzekł kapitan – będzie mógł pochlubić się kiedyś swym wychowańcem, gdyż pewny jestem, że Dick przyniesie zaszczyt marynarce amerykańskiej.

– Biedny sierota! tak młody i tyle już zaznał przeciwności i smutku.

– Prawda, ale nie będzie to bez korzyści dla niego; zrozumie, iż sam tylko może i powinien wyrobić sobie stanowisko w świecie i wchodzi na dobrą, prowadzącą do tego celu drogę.

– Tak, na drogę nauki i pracy.

– Spójrz tylko pani na niego – mówił kapitan – stojąc przy rudlu nie spuszcza z niego oka i steruje tak dobrze, jak najbieglejszy sternik; to też statek płynie równo i spokojnie. Nasz zawód trzeba rozpoczynać od dzieciństwa; kto nie był chłopcem okrętowym, nigdy nie będzie dobrym marynarzem, zwłaszcza w marynarce kupieckiej. Trzeba poznać i umieć dokonywać wszelkie manewry, mieć jednocześnie doświadczenie, instynkt marynarski i umieć nadto w oka mgnieniu powziąć i wykonać stanowcze postanowienie.

W tej chwili ukazał się kuzyn Benedykt; szedł zwolna ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi, wpatrując się we wszystkie szpary, rozglądając się po kątach.

– Dzień dobry, kuzynie Benedykcie – rzekła pani Weldon – jakże się miewasz?

– Dobrze… kuzynko… bardzo dobrze… ale pragnąłbym już jak najprędzej dostać się na stały ląd.

– Czego pan tak szukasz pod ławką? – zapytał kapitan.

– Owadów, panie kapitanie, czyż ja szukam kiedykolwiek czego innego?

– Owadów! no, daj pan lepiej temu pokój, dopóki jesteś na morzu; trudno je znaleźć na statku.

– Czy to coś niepodobnego, żeby zabłąkał się tu jakiś ciekawy okaz?

– Powinieneś, kuzynie Benedykcie, mieć słuszną pretensyę do kapitana Hull, tak czysto utrzymuje swój statek, iż nie zobaczysz żadnego robactwa.

Kapitan się rozśmiał.

– Wiem o tem, niestety! – rzekł wzdychając kuzyn Benedykt – przeszukałem go wszędzie, kładłem palce we wszystkie szpary, nic nie znalazłem.

– W kajutach w samej rzeczy nic pan nie znajdziesz, ale na spodzie okrętu zapewne są tarakany, choć są one niebardzo zajmujące…

W tej chwili Dingo, z którym bawił się Janek, podbiegł skacząc do kuzyna Benedykta.

– Precz! a pójdziesz! – krzyknął kuzyn Benedykt, odtrącając psa.

– Zachwycasz się pan tarakanami, a nie lubisz psów! – rzekł kapitan.

– A to taka dobra psina! – mówił Janek obejmując małemi raczkami wielki łeb Dinga.

– Dobry, dobry – rzekł kuzyn Benedykt – nie lubię go, nie ziścił moich nadziei.

– Czy chciałeś, kuzynie, Benedykcie, zaliczyć go do rzędu dwuskrzydłowych, czy też do nagoskrzydłych owadów?

– Wcale nie – odpowiedział poważnie – ale choć Dingo pochodzi z rasy nowo-zelandzkiej, znaleziony został na zachodniem wybrzeżu Afryki? ' – W istocie – odrzekła pani Weldon. – Tom powiada, że kapitan Waldecka nie raz to mówił. A więc… myślałem… miałem nadzieje, iż pies ten przeniósł na sobie jakiś okaz owadu z pyszczkiem lejkowatym, właściwego faunie afrykańskiej.

– Co za przypuszczenie! – zawołała pani Weldon.

– Łudziłem się nadzieją, iż może znajdę na nim jakąś pchłę dotąd nieznaną…

– Czy słyszysz Dingo? – rzekł kapitan – czy słyszysz psino, oskarżają cię, iż nie spełniłeś twego obowiązku.

– Lecz daremnie szukałem jak najstaranniej – mówił niepocieszony zbieracz – nie znalazłem najmniejszego nawet owadu.

– Prawda, iż jestem marynarzem, a nie entomologiem, ale też nie rozumiem, jak można mieć takie zamiłowanie do owadów.

– Panie kapitanie – odparł poważnie kuzyn Benedykt – zechciej przyjąć do wiadomości, że John Franklin byłby uważał sobie za zbrodnię zabić choćby najnędzniejszego komara, który przecież więcej dokucza aniżeli pchła, a spodziewam się, iż nie zaprzeczysz, że John Franklin był znakomitym marynarzem.

– Któżby się ośmielił temu zaprzeczyć – odpowiedział kapitan.

– Pewnego razu ukąsił go strasznie jakiś zjadliwy owad, dmuchnął tylko i odegnał go, mówiąc: idź w świat – dość on przestronny dla nas obu! Widzisz pan, jak grzecznie się wyrażał, starał się nawet nie powiedzieć mu ty!

– Czy tak? – zapytał kapitan – a więc, panie Benedykcie muszę ci powiedzieć, że był jeszcze ktoś drugi, który wyrzekł to pierwej, niż Franklin.

– Ktoś drugi i pierwej, któż to był taki?

– Wuj Tobiasz.

– Zapewne jakiś entomolog? – zapytał kuzyn Benedykt.

– Nie, wuj Tobiasz. Zacny ten wujaszek wypowiedział te słowa, wypuszczając na wolność mustyka, który mu bardzo dokuczał, z tą wszakże różnicą, że ośmielił się powiedzieć mu ty: »Leć, dyable – rzekł – świat jest tak obszerny, że i ty i ja możemy zmieścić się na nim«.

Wszyscy obecni spojrzeli na kuzyna Benedykta i głośno śmiać się zaczęli.

Długie godziny podróży schodziły na swobodnej pogawędce i rozmowie, których niejednokrotnie treścią była entomologia, ilekroć kuzyn Benedykt brał w nich udział. Morze wciąż było spokojne, ale wiatr za mały, skutkiem czego Pilgrim bardzo powoli posuwał się na wschód, a wielce byłoby pożądanem, aby w jak najkrótszym czasie dostał się w okolice, gdzie panują przyjaźniejsze wiatry.

Trzeba nam jeszcze dodać, że kuzyn Benedykt próbował obznajmić młodego nowicyusza z tajemnicami entomologii, ale Dick żadnego nie okazywał do tego zamiłowania. W braku innych chętnych słuchaczów uczony nasz chciał naukę swoją wykładać murzynom, ale jakoś ci nic nie rozumieli i nareszcie zaprzestali słuchać wykładów z wyjątkiem Herkulesa, w którym kuzyn Benedykt upatrywał jakieś wrodzone zdolności.

Herkules też spędzał często całe godziny w pośród obfitych i bogatych zbiorów entomologa, który drżał z przestrachu za każdym razem, gdy uczeń jego brał w swe olbrzymie i ciężkie ręce jego rzadkie okazy; ale murzyn był uczniem tak potulnym, tak uważnie przysłuchiwał się wykładom swego nauczyciela, iż warto było coś zaryzykować dla niego.

Podczas gdy kuzyn Benedykt myślał tylko o swoich owadach, pani Weldon zajmowała się uczeniem Janka, a Dick wykładał mu początki rachunków. Chłopczyk uczył się czytać na elementarzu, lecz za pomocą ruchomych liter, odbitych czerwono na deseczkach, z których bawiąc się składał niektóre słowa. Pani Weldon brała deseczki, ułożyła jakiś wyraz, potem zamieszała i Janek dopóty szukał, dopóki go znowuż nie ułożył. Chłopczykowi bardzo się podobała nauka w ten sposób prowadzona.

Pewnego dnia podczas takiej nauki-zabawy zdarzył się niespodziewany wypadek. Rano, dnia 9-go lutego, Janek usiadłszy na ziemi bawił się układaniem wyrazu, który miał następnie rozrzucić, aby stary Tom znowu go rozłożył. Tom na życzenie chłopczyka musiał zasłonić sobie ręką oczy, aby nie widzieć, w jaki sposób Janek składa litery. Były duże i małe litery, oraz deseczki z liczbami, przez co uczył się składać nie tylko wyrazy, lecz i liczby.

Janek siedział na ziemi, a litery leżały rozrzucone około niego. Od paru minut Dingo kręcił się około chłopczyka i nareszcie zatrzymał się nagle. Oczy psa patrzyły nieruchomie, podniósł zwolna prawą łapę i zaczął machać ogonem, poczem prędko pochwycił w pysk jedną drewnianą tabliczkę i położył ją na pomoście o kilka kroków od chłopczyka.

Była to tabliczka z dużą literą S.

– Dingo! Dingo! – wołał chłopczyk – obawiając się z początku, aby pies nie połknął mu litery.

Dingo powrócił niebawem do niego, w ten sam sposób co poprzednio pochwycił drugą literę i położył ją przy pierwszej.

Na drugiej deseczce widniała litera V.

Janek, ujrzawszy to, wydał okrzyk podziwu, na który przybiegła doń matka, kapitan Hull i młody nowicyusz, przechadzający się podówczas na pomoście.

Janek opowiedział im, co zaszło.

Dick zamierzał wziąć tabliczki i oddać Jankowi, ale stojący przy nich Dingo, wyszczerzając zęby, chciał się rzucić na niego. Pomimo to nowicyusz pochwycił tabliczki i włożył je między inne.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 013

Dingo poskoczył, porwał te same deseczki i odłożył je na bok, ale tym razem położył na nich łapy, jakby dając do zrozumienia, że ich strzec potrafi. Na inne litery ani spojrzał.

– To szczególne – rzekła pani Weldon.

– W istocie szczególne – odparł kapitan Hull – przyglądając się literom.

– S. V. – rzekła pani Weldon.

– S. V. – powtórzył kapitan – te same litery, które wybite są na obroży Dinga.

I nagle zwróciwszy się do Toma, zapytał:

– Tom, wszak mówiłeś, że kapitan nie oddawna posiadał tego psa?

– Tak jest, Dingo najwyżej dwa lata temu dostał się na okręt.

– Mówiłeś także, iż kapitan znalazł go na zachodniem wybrzeżu Afryki?

– Tak jest, panie kapitanie, około ujścia Kongo. Kapitan nieraz nam to powtarzał.

– Czy nic nie wiedział skąd się wziął ten pies i do kogo należał?

– Nic zupełnie; zabłąkany pies, to gorzej niż dziecko opuszczone. Niema przy nim żadnych papierów, a sam nie da żadnych objaśnień.

Kapitan zamilkł i pogrążył się w myślach.

– Czy litery te przypominają panu coś? – zapytała go pani Weldon.

– Tak, pani, przypominam sobie… dziwny to zaprawdę zbieg okoliczności…

– Cóż takiego?

– Być może, iż litery te mają znaczenie i może dają pewne wskazówki, dotyczące losu śmiałego podróżnika.

– Jakto? – zapytała.

– Dwa lata temu, w 1871 roku, pewien podróżnik francuski pojechał z polecenia paryskiego towarzystwa geograficznego z zamiarem przebycia Afryki od zachodu na wschód. Podróż tę miał właśnie rozpocząć od ujścia Kongo, i zbliżyć się jak można najwięcej do przylądka Deldago i ujść Rowumy. Podróżnik ten nazywał się Samuel Vernon.

– Samuel Vernon! – powtórzyła pani Weldon, a więc imię i nazwisko jego zaczyna się właśnie od liter, które Dingo wybrał z całego alfabetu i które są wyryte na jego obroży.

– Tak jest – odpowiedział kapitan Hull – a od czasu jego wyjazdu niema o nim żadnej wiadomości,

– Cóż z tego wnosisz, kapitanie?

– Że Samuel Vernon nie mógł się dostać na wschodnie wybrzeże Afryki, lub, że został pojmany przez krajowców, albo wreszcie, że śmierć znalazł gdzieś w drodze.

– Ale skądże ten pies?…

– Pies ten – przerwał kapitan – widocznie należał do niego, i jeśli przypuszczenia moje nie są mylne, musiał jakimś szczęśliwym trafem dostać się napowrót w okolice Kongo, skoro tam znaleziony został przez kapitana Waldecka.

– Czy ci wiadomo, kapitanie, iż podróżnik francuski miał ze sobą psa, czy też jest to tylko przypuszczenie? – zapytała pani Weldon.

– Tylko przypuszczenie; tego jednak jestem pewny, iż Dingo nosi te dwie litery S. i V., będące właśnie pierwszemi literami imienia i nazwiska podróżnika francuskiego. Tego wszakże nie potrafię wytłómaczyć, jakim sposobem pies ten nauczył się poznawać te litery. Spójrz pani, jak je łapą wysuwa naprzód jakby prosił, abyśmy je czytali.

– Czy Samuel Vernon był sam tylko, gdy opuszczał wybrzeże Kongo? – zapytał Dick.

– Tego nie wiem – odparł kapitan – ale przypuszczam, iż musiał zabrać ze sobą straż z krajowców złożoną.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 014

Gdy tak rozmawiali ukazał się na pomoście Negoro. Z początku nie zauważono jego obecności, ani też strasznego spojrzenia, jakie rzucił na Dinga, zobaczywszy dwie leżące przed nim litery. Pies, ujrzawszy kucharza, z wściekłością rzucił się na niego. Negoro cofnął się natychmiast, grożąc psu pięścią.

– Musi w tem być jakaś tajemnica – powiedział kapitan – który przyglądał się tej scenie.

– Zawsze to coś niezwykłego, kapitanie, aby pies rozpoznawał litery – rzekła pani Weldon.

– Mama opowiadała mi – zauważył Janek – o jakimś psie, który nie tylko umiał czytać i pisać, ale nawet grać w domino.

– Kochany synu – rzekła pani Weldon – pies, o którym mówisz, nazywał się Munito, ale nie był on wcale tak uczonym, jak myślisz. Sam nie potrafiłby odróżnić liter i składać wyrazów, tylko pan jego amerykanin, przekonawszy się, iż pies ma słuch nadzwyczaj delikatny, umiał zręcznie to wyzyskać i doszedł do zadziwiających rezultatów.

– W jakiż sposób dokazał tego? – zapytał Dick zaciekawiony.

– Gdy Munito miał popisywać się przed publicznością, rozłożone były na stole takie same jak te litery; pies chodził pomiędzy niemi, czekając, aż ktoś wymówi jakieś słowo cicho lub głośno. Było jednak koniecznem dla udania się doświadczenia, aby pan jego znał wypowiedziany wyraz.

– Więc w nieobecności swego pana?

– Pies nie złożyłby żadnego wyrazu – odpowiedziała pani Weldon – i zaraz zrozumiecie dlaczego. Jak już mówiłam, Munito przechadzał się pomiędzy rozłożonemi na stole literami, gdy doszedł do litery potrzebnej mu do złożenia podanego wyrazu, zatrzymywał się – ale dlatego jedynie, iż pochwycił niedosłyszany dla nikogo z obecnych trzask piórka od zębów, które pan jego miał w kieszeni. Gdy poruszył piórkiem, znaczyło to, iż pies ma wziąć literę, przed która stoi i odłożyć na stronę i tak z kolei obok niej układać następne.

– A więc to cała tajemnica! – zawołał Dick.

– Tak – rzekła – rzecz bardzo prosta, jak wszystkie prawie sztuczki kuglarskie, polegające najczęściej na zręczności lub oszustwie. W nieobecności swego pana Munito przestawał być psem uczonym. Dziwi więc mnie w tym wypadku, że choć niema tu podróżnika Samuela Vernon, jeśli on był jego panem, Dingo jednak poznał te dwie litery.

– W istocie jest to zadziwiające – rzekł kapitan Hull – chociaż co prawda chodzi tu wyłącznie o dwie pojedyncze litery, a nie o wskazanie całego wyrazu. Z drugiej strony, ów pies, który dzwonił do furty klasztornej, aby zabierać żywność, przeznaczoną dla biednych przechodniów, i inny, który zarówno, jak drugi jego towarzysz, obowiązany był obracać rożen co drugi dzień i za nic nie chciał tego robić, jeśli nie na niego wypadała kolej; więcej daleko niż Dingo wkraczali w sferę inteligencyi, będącej przywilejem człowieka. W tym razie nie ulega wątpliwości, iż Dingo z całego abecadła wybiera tylko litery S i V, a inne litery pozostawia nietknięte; stąd wnosić można, iż z jakiejś niewiadomej nam przyczyny uwaga jego głównie tylko na powyższe dwie litery była zwrócona.

– Ach! panie kapitanie – rzekł Dick – żeby tak Dingo mógł przemówić!… Dowiedzielibyśmy się, co oznaczają te dwie litery i dlaczego tak znieść nie może naszego kucharza, którego, jak tylko zobaczy, chciałby rozszarpać.

– A ma zęby potemu! – odpowiedział kapitan – wskazując na otwartą paszczę wielkiego psa.



Rozdział VI

Wieloryb.

Łatwo pojąć, iż szczególny ten wypadek był nieraz przedmiotem rozmowy pani Weldon, kapitana i Dicka, który niewytłumaczonym jakimś instynktem podejrzywał Negora, choć zachowanie się jego na statku nie zdawało się tego usprawiedliwiać.

Osada rozmawiała także między sobą o powyższem zdarzeniu, tylko w zupełnie inny sposób. Tam utrzymywano po prostu, iż Dingo umie czytać i pisać lepiej od niejednego majtka na Pilgrimie, a jeśli nie mówił, to musiał mieć ważne powody.

– Zobaczycie – prawił sternik Bolton – iż pewnego dnia Dingo zapyta was, w jakim płyniemy kierunku, czy wiatr jest zachodnio-północny, czy wschodni, i trzeba będzie dać mu dokładną odpowiedź.

– Przecież są zwierzęta, które umieją gadać – rzekł jeden z majtków – czemuż więc i Dingo nie miałby gadać, gdyby mu taka przyszła ochota. Przyznacie, że ptakowi daleko trudniej gadać dziobem niż psu mordą.

– Zapewne – odrzekł sternik – jednak dotąd żaden pies do nikogo nie zagadał.

Tak tedy Dingo stał się bohaterem na pokładzie Pilgrima, co jednakże nie wbijało go wcale w dumę. Kapitan Hull kilkakrotnie ponawiał doświadczenia; rozkładał przed Dingiem tabliczki z literami, ale pies ani razu się nie omylił, ani zawahał i zawsze wybierał tylko litery S i V.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 015

Pośród całej osady Pilgrima tylko jednego kuzyna Benedykta doświadczenia te nie bardzo zajmowały, raz jednak oznajmił, iż nie trzeba myśleć, że tylko psy bywają tak rozumne; inne zwierzęta dorównywają im pod tym względem, choć rządzą się tylko swoim instynktem. I tak, szczury opuszczają okręt mający zatonąć, bobry przewidują przybór wody i odpowiednio wysokie budują tamy, konie Nicomedesa, Scanderberga i Oppiena tak uczuły śmierć swych panów, iż z rozpaczy same żyć przestały. Pewien kardynał miał papugę, za którą zapłacił sto dukatów, a która doskonale wypowiadała cały Skład Apostolski. A jakaż to szlachetna duma budzi się w sercu entomologa na samą myśl o tych małych owadach, dających dowody wielkiej zmyślności, jakby potwierdzenie, że właśnie w maluczkich najwidomiej objawia się wielkość Boga. Jakież zadziwiające są owe maleńkie mrówki, pracujące i rządzące się tak mądrze jak mało który naród, a choćby tylko te pchły uczone, ciągnące małe karety, jakby najlepiej wytresowane konie.

Nie, ten Dingo stanowczo nie zasługuje ani na podziw, ani na tak przesadzone pochwały, widać należy do rodzaju, który nauka jeszcze do żadnej nie zaliczyła klasy, a który należałoby nazwać Canis alphabeticus nowozelandzki.

Dowodzenia te kuzyna Benedykta wcale nie przekonały osady; Dingo nie stracił swej dobrej u nich opinii i zawsze był uważany za fenomen psiego rodu. Jeden tylko Negoro widocznie nie podzielał zdania osady, może uważał, iż Dingo jest za rozumny. Okazywał on względem kucharza zaciętą nienawiść i byłby niewątpliwie ściągnął na siebie jego straszną zemstę, gdyby nie to, iż sam umiał się bronić i czuwała nad nim troskliwa opieka wszystkich marynarzy.

Negoro jak mógł unikał psa, Dick jednak zauważył, iż od czasu owego poznania dwóch liter wzajemna ich do siebie niechęć jeszcze się powiększyła. W istocie było w tem coś niepojętego.

Dnia 10 lutego powietrze zmieniło się nieco i kapitan Hull mógł się spodziewać, iż po upartej ciszy, nie dozwalającej Pilgrimowi płynąć, nastąpi wiatr pomyślny. Do tej pory opóźnienie podróży nie było zbyt znaczne, gdyż dopiero dziewiętnaście dni byli na morzu; przy pomyślnym wietrze łatwo można byłoby odzyskać czas stracony.

W tej części oceanu Spokojnego statki rzadko kiedy się pojawiały. Okręty przeznaczone do połowu wielorybów zwykle nie zapuszczają się o tej porze tak daleko i tylko wyjątkowe okoliczności mogły skłonić kapitana Hull do opuszczenia tych stref przed końcem pory połowu; nie można więc było liczyć na spotkanie jakiegoś statku.

Chociaż na morzu nic nie widać, pomimo to trzeba obserwować je bacznie aż do ostatnich krańców widnokręgu. Dla ludzi nie lubiących się zastanawiać, ocean wydaje się monotonnym, lecz dla tych, którzy umieją go pojąć i patrzeć na niego, przedstawia się zupełnie inaczej. Najmniejsze zmiany na powierzchni jego mają niewysłowiony urok dla odczuwających poezyę oceanu. Trawa morska wychylająca się z łona wód, jakaś deska unosząca się na wodzie, której przeszłość daremnie chciałoby się odgadnąć, wszystko to zajmuje niewysłowienie. Wobec takiej nieskończoności nic nie krępuje wyobraźni – tworzyć ona może najróżnorodniejsze wnioski i przypuszczenia. Godni zazdrości są ci, którzy umieją badać myślą tajniki oceanu i wznosić się umysłem od ruchomej jego powierzchni aż do wyżyn niebieskich.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 016

Zarówno w falach oceanu, jak i nad ich powierzchnią, życie przejawia się nieustannie. Pasażerowie Pilgrima mogli obserwować, jak stada ptaków uciekających przed zimą z ostrego podbiegunowego klimatu, uganiały się za maleńkiemi rybkami i nieraz Dick okazywał dowody swojej zręczności, trafiając z dubeltówki lub pistoletu do tych szybkolotnych ptaków.

Tu unosiły się stada petreli, białych zupełnie lub ze skrzydłami, o ciemnych obwódkach; tam pingwiny, zwane także bezlotki, których chód po ziemi jest ciężki i śmieszny, ale pływają natomiast tak prędko, iż mogą prześcignąć najszybsze ryby i z tej też przyczyny marynarze nieraz biorą je za nie. Dalej unosiły się ogromne albatrosy, chłoszcząc powietrze wielkiemi skrzydłami, które rozpostarte dochodzą dziesięciu stóp, poczem opuszczały się na powierzchnię wody, zanurzały w niej dzioby, szukając pożywienia.

Dnia tego przechadzała się pani Weldon po tylnej części statku, gdy nagle oczom jej przedstawiło się ciekawe zjawisko. Powierzchnia morza zaczerwieniła się raptownie, jakby krwią zalana: Dick wówczas bawił się w pobliżu z Jankiem.

– Patrz, Dicku – rzekła pani Weldon, – czy widzisz to dziwne zabarwienie wód oceanu, tak daleko, jak wzrokiem można zasięgnąć?

– Powodem tego są – odparł nowicyusz – miliardy skurupiaków, którymi zazwyczaj się żywią wielkie zwierzęta ssące. Rybacy zwą je »strawą wielorybów«.

– Ależ skurupiaki te są tak małe, że możnaby je wziąć za owady morskie, a kuzyn Benedykt chętnie umieściłby je w swojej kolekcyi.

Rzekłszy to, pani Weldon zawołała głośno:

– Kuzynie Benedykcie!

Kuzyn Benedykt ukazał się na pokładzie prawie jednocześnie z kapitanem Hull.

– Kuzynie Benedykcie, spojrzno na tę czerwoność, roztaczającą się na morzu.

– A! – zawołał kapitan – strawa wielorybów. Panie Benedykcie, doskonała nadarza ci się sposobność zbadania ciekawego rodzaju skurupiaków.

– Cóż one mnie obchodzić mogą – odrzekł kuzyn Benedykt z pogardą.

– Inaczejbyś pan mówił, gdybyś posiadał żołądek wieloryba, cóż to za specyał dla nich… W porze połowu, gdy napotkamy podobną ławicę tych skorupiaków, przygotowujemy zaraz liny i harpuny, bo możemy być pewni, iż zwierzyna znajduje się niedaleko.

– Jak to być może, żeby takie małe zwierzątka mogły żywić tak ogromne! – zawołał Janek.

– A czyż małe ziarnka kaszy i pyłki mąki nie służą za pożywienie dla ludzi? Bóg tak urządził, aby każde stworzenie jego znajdowało odpowiednie sobie pożywienie; to też, gdy wieloryb wypłynie na wodę i otworzy swą ogromną paszczę, zaraz wpada do niej miliardy skorupiaków, a co się raz do niej dostanie, już stamtąd nie wróci, i masa skorupiaków wpada do żołądka wieloryba, tak, jak zupa do twego.

– Nie myśl czasem Janku, że wieloryb traci czas na obieranie skorupiaków, jak my to czynimy, jedząc raki – dodał Dick.

– Dodam jeszcze, iż właśnie wtedy, gdy olbrzymi ten łakomiec zajęty jest odżywianiem się, najłatwiej zbliżyć się doń, nie budząc podejrzenia; jest to najwłaściwsza pora do uderzenia go harpunem.

W tej samej minucie jeden z majtków zawołał:

– Wieloryb ukazał się z lewej strony statku!

Kapitan zerwał się, krzyknąwszy: wieloryb!

Poczem pobiegł na pomost, a za nim poszli pani Weldon, Janek, Dick i kuzyn Benedykt.

W istocie, o jakie cztery mile z wiatrem, pewne wrzenie wskazywało, iż wielkie jakieś zwierzę ssące poruszało się w pośród fal czerwonych; osada nie mogła go nie poznać. Nie ulegało wątpliwości, iż był to wieloryb.

Kapitan Hull i cała osada z zajęciem spoglądali na potwora; mówią, że zegarmistrz, będąc w salonie, w którym znajduje się zegar, uczuwa nieprzepartą chęć nakręcenia go, a jakżeby wielorybnik, patrzący na wieloryba, nie uczuł w sobie żądzy pochwycenia go, tem więcej, iż wracali z niezupełnym ładunkiem.

– Ach! jaki on wielki! – zawołał Janek.

– Tak jest – odpowiedział kapitan – pewnie ma około 70 stóp długości.

– Pół tuzina takich wielorybów zapełniłoby cały statek, wielkości naszego Pilgrima – rzekł sternik.

– Niezawodnie – odparł kapitan, wchodząc na przedni maszt, aby lepiej się przyjrzeć potworowi.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 017

– Jeśli pochwycimy tego – mówił dalej sternik, – w kilka godzin zapełnimy połowę dwustu brakujących nam beczek tranu.

– Tak, tak… niewątpliwie – po cichu, jakby do siebie mówił kapitan.

– Prawda – rzekł Dick – ale nie zawsze udaje się połów i przytem grozi niebezpieczeństwo.

– Masz zupełną słuszność – odrzekł kapitan. – Wieloryby niekiedy mają tak silne ogony, iż nader ostrożnie zbliżać się do nich trzeba; najmocniej zbudowana łódź nie wytrzyma ich uderzenia. Ale schwytanie potwora tyle przynosi korzyści, iż warto się narazić na niebezpieczeństwo.

– Oj! że warto, to warto – dorzucił jeden z majtków.

– Szkodaby go pozostawić w spokoju – rzekł drugi.

Im dłużej osada przyglądała się wielorybowi, tem więcej się zapalała, aby go złowić. Ileż to beczek będzie tranu! Słysząc ich rozmowy, zdawałoby się, iż trzeba tylko przygotować beczki, a niebawem się zapełnią.

Kilku majtków, uczepiwszy się lin masztowych, wydawało pożądliwe okrzyki. Kapitan milczał, przygryzając paznogcie.

– Mamo! mamo! – wołał wtedy Janek – jakżebym chciał mieć tego wieloryba, aby mu się przypatrzeć z blizka jak wygląda.

– Ach! zachciało ci się wieloryba, mój chłopcze, czemużby nie, wszak prawda, zuchy, iż jest to możliwem do urzeczywistnienia. Brak nam wprawdzie majtków, mogących zastąpić tych, którzy wezmą udział w połowie, możemy jednak…

– Tak, tak – zawołali jednogłośnie majtkowie.

– Nie pierwszy to raz zajmę się połowem wielorybów – zawołał kapitan Hull – zobaczycie, iż nie zapomniałem jeszcze ciskać harpunem!

– Hurra! hurra! – wrzasnęła cała osada.



Rozdział VII

Przygotowania.

Łatwo zrozumieć, że widok tak olbrzymiego wieloryba, pływającego wśród tych fal czerwonawych, mógł wzbudzić w marynarzach osady gorącą chęć niepominięcia sposobności uzupełnienia ładunku.

Pani Weldon spytała kapitana, czy jemu i osadzie nie grozi niebezpieczeństwo, jeżeli w podobnych warunkach zajmą się połowem wieloryba.

– Nic nam nie zagraża – odpowiedział kapitan – ileż to razy z jedną łodzią puszczałem się na połów i wyprawa zawsze uwieńczona była pomyślnym rezultatem. Mogę panią zapewnić, iż nam, ani też pozostałym na statku nie grozi żadne niebezpieczeństwo.

Pani Weldon uspokojona, nie oponowała więcej. Kapitan Hull wydał bezzwłocznie rozkazy, dotyczące zamierzonej wyprawy. Wiedział z doświadczenia, iż pościg za wielorybem nastręcza niemałe trudności i chciał im w miarę możności zapobiedz.

Połów już przez to samo był daleko trudniejszym, iż osada Pilgrima miała wypłynąć na jednej tylko łodzi, chociaż statek posiadał wielką szalupę i trzy łodzie, jakich używa się zwykle na podobne wyprawy. Na Pilgrimie wszelako nie było dostatecznej liczby majtków, i trzeba było poprzestać na pięciu obecnych, gdyż manewrowanie łodzią przy połowie wielorybów wymaga bardzo wytrawnych i biegłych marynarzy. Jedno niewłaściwe poruszenie wiosłem, może łódź przyprawić o zgubę.

Kapitan Hull musiał więc zabrać wszystkich majtków dla obsadzenia łodzi, a zwierzchnictwo nad statkiem powierzyć Dickowi.

– Dicku – rzekł – pozostawiam cię na statku i powierzam ci dowództwo podczas mojej nieobecności, która, jak się spodziewam, nie długo potrwa.

– Dobrze, kapitanie – odrzekł nowicyusz.

Dick miał niemałą ochotę wziąć udział w łowach, ale zrozumiał, że tam silne ramię któregokolwiek z majtków więcej usług oddać może, a na statku znów nikt prócz niego nie może zastąpić kapitana.

Cała osada Pilgrima, to jest czterech majtków i sternik Howick mieli wsiąść do łodzi; majtkowie chwycili za wiosła, sternik ulokował się przy rudlu, kapitan zaś miał trzymać harpun, użyć go we właściwym czasie i czuwać nad rozwijaniem się długiej liny, przytwierdzonej do końca haka i dobić potwora włócznią, gdy znów wypłynie na powierzchnię oceanu.

Niekiedy do takich łowów używają broni palnej; za pomocą małej armatki, wyłącznie w tym celu urządzonej i ustawionej na pokładzie okrętu lub z przodu łodzi, zarzucają hak pociągający za sobą przytwierdzoną do końca jego linę lub naboje wybuchające.

Pilgrim nie posiadał podobnego przyrządu; jest on bardzo kosztowny i trudny do manewrowania, a majtkowie, zajmujący się połowem wielorybów, zazwyczaj ludzie nie zbyt postępowi, wolą posługiwać się dawnemi narzędziami, to jest hakiem i włócznią, któremi bardzo zręcznie władać umieją.

Kapitan Hull miał zatem użyć zwykłej broni do pochwycenia wieloryba, który znajdował się o pięć mil morskich od jego statku. Zdawało się, iż pogoda sprzyjać będzie wyprawie; morze było spokojne, nadające się do manewrowania łodzią, a wiatr tak ucichł, iż Pilgrim prawie nie oddali się ze swego stanowiska, podczas, gdy osada będzie zajęta połowem.

Spuszczono łódź na morze i czterech majtków zajęło w niej miejsce. Howick spuścił zaraz dwa wielkie harpuny i dwie długie ostro zakończone włócznie, oraz pięć kłębów mocnych lin, mających po sześćset stóp długości. Liny takie nie mogą być krótsze, gdyż zdarza się czasami, iż ścigany potwór głębiej jeszcze zanurza się w morzu. Wszystkie te przyrządy umieszczone zostały na przedzie łodzi, a sternik i majtkowie czekali już tylko na rozkaz odwiązania liny przytrzymującej łódź. Z przodu łodzi pozostawiono miejsce dla kapitana.

Przed opuszczeniem Pilgrima osada jego tak rozłożyła żagle, aby połowa ich działania popychała statek naprzód, a druga go cofała. W ten sposób statek nie oddalał się z miejsca. W chwili odpłynięcia kapitan rozejrzał się jeszcze po statku, aby się przekonać, czy wszystko jest w należytym porządku. Skończywszy przegląd, który wypadł korzystnie, rzekł do nowicyusza:

– Dicku, zostawiam cię na mojem miejscu, czuwaj troskliwie nad statkiem. Jeśli przypadkiem, co zdaje mi się nie nastąpi, oddalilibyśmy się zanadto, ścigając wieloryba, wskutek czego trzebaby podpłynąć dalej, Tom i jego towarzysze przyjdą ci w pomoc, musiałbyś tylko dobrze ich objaśnić, co i jak mają robić, a jestem pewny, iż będą posłuszni.

– O! tak, panie kapitanie, pan Dick może śmiało liczyć na nas – zawołał stary Tom.

– Rozkazuj pan, a wypełnimy wszystko, takbyśmy pragnęli przydać się na co – rzekł Baty.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 019

– Co mam robić? – zapytał Herkules, zawijając rękawy swojego odzienia.

– Teraz nic jeszcze – odrzekł Dick z uśmiechem.

– Dicku – mówił kapitan – pogoda piękna, wiatr zupełnie ustał i zdaje się, iż się tak prędko nie podniesie; głównie zaś pamiętaj o tem, aby w żadnym razie nie spuszczać łodzi na morze i nie opuszczać statku. A gdyby się okazała potrzeba podpłynięcia ku nam, dam ci znać o tem przez podniesienie bandery.

– Bądź spokojny, kapitanie, nie spuszczę z oka waszej łodzi – odpowiedział Dick.

– Dobrze, chłopcze, odwagi i zimnej krwi, zostajesz drugim dowódzcą statku, umiejże godnie odpowiedzieć stopniowi, jakiego nie piastował dotąd nikt w twoim wieku.

Dick nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i zarumienił, a kapitan zrozumiał ten uśmiech i rumieniec na twarzy młodzieńca.

– Zuch chłopak! – zawołał – niezarozumiały i odważny.

Pomimo, iż żadne niebezpieczeństwo nie zdawało się grozić statkowi, kapitan jednak oddalał się z żalem, choć tylko na kilka godzin. Wielkie wszakże zamiłowanie w połowie wielorybów, a nadewszystko chęć uzupełnienia ładunku nakłaniały go do korzystania z nadarzonej sposobności. Przytem morze było tak spokojne, tak sprzyjające dla wyprawy, iż ani on, ani też osada nie mogli oprzeć się pokusie.

Kapitan zwrócił się ku drabince.

– Życzę powodzenia! – rzekła do niego pani Weldon.

– Dziękuje pani!

– Tylko proszę, nie dokuczajcie zbytno biednemu wielorybowi – wołał Janek.

– Nie bój się, chłopcze – rzekł, śmiejąc się kapitan.

– Chwytajcie go powoli i delikatnie, panie kapitanie – wołał dalej chłopczyk.

– Dobrze, dobrze, Janku… włożymy rękawiczki – odpowiedział kapitan.

– Zdarza się czasami – rzekł kuzyn Benedykt – iż na grzbiecie tych ssących potworów można znaleźć jakie rzadkie i ciekawe owady.

– Czy tak? – zapytał, śmiejąc się kapitan – więc panie Benedykcie, będziesz miał zupełne prawo »studyować entomologicznie« grzbiet naszego wieloryba, gdy go umieścimy na pokładzie Pilgrima i… – zwracając się do Toma, rzekł:

– Liczę na ciebie, Tomie, i na twoich towarzyszy, że gdy złowimy wieloryba, dopomożecie nam rozebrać go i obedrzeć ze skóry.

– Jesteśmy na twoje rozkazy, kapitanie – odrzekł stary murzyn.

– Dicku, poczciwcy ci dopomogą przygotować próżne beczki, niechaj podczas naszej nieobecności ustawią je na pomoście, w ten sposób za powrotem naszym robota pójdzie prędzej.

– Dobrze, panie kapitanie!

Dodać tu musimy, iż w razie złowienia wieloryba przyciągają go do statku, mocno przywiązują do tylnego boku, a wówczas majtkowie w butach z ostrymi sztyftami stoją na jego grzbiecie i krają w równe pasy, poczynając od głowy do ogona. Pasy te dzielą się następnie na kawałki i ładują w beczki ustawione na dnie statku.

Zwykle, po skończonym połowie, statki manewrują w ten sposób, aby jak najprędzej przybić do lądu celem ukończenia rozpoczętej pracy. Osada wysiada na ląd i zajmuje się wówczas wytopieniem tłuszczu, który pod działaniem ciepła wydziela tran, zbawienny środek leczniczy w wielu chorobach. W obecnych wszakże warunkach kapitan Hull nie mógł myśleć o płynięciu w odwrotnym kierunku dla dokonania tej czynności i dopiero w Valparaiso zamierzał wytopić tłuszcz.

Nareszcie nadeszła chwila wyruszenia do miejsca, wskazującego obecność wieloryba przez kłęby pary i tryskające strumienie wody. Wieloryb pływał wciąż wśród olbrzymiej masy czerwonych skorupiaków, otwierał co chwila swą szeroką paszczę i pochłaniał tysiące tych żyjątek.

Kapitan zbiegł szybko po drabinie okrętowej i stanął na przedzie łodzi, a pani Weldon, Janek, kuzyn Benedykt, Dick, stary Tom i jego towarzysze po raz ostatni życzyli mu powodzenia. Nawet Dingo wsparł się na łapach i wychylił łeb poza otoczenie statku, jakby chciał pożegnać oddalającą się osadę. Wszyscy pozostali przeszli potem na przód okrętu, aby obserwować każdy szczegół tej zajmującej wyprawy. Łódź popychana silnie czterema wiosłami szybko oddalała się od Pilgrima.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 018

– Jednem okiem patrz ciągle na statek – wołał jeszcze kapitan – a drugiego nie spuszczaj z naszej łodzi, pamiętaj o tem Dicku!

– Zastosuję się do rozkazu, kapitanie – rzekł Dick i stanął przy rudle.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 020

Lekka łódź niebawem oddaliła się, kapitan stał na przedzie, a Dingo wsparty łapami o parapet zawył żałośnie.

Wycie to przeraziło panią Weldon.

– Dingo! – zawołała – Dingo! tak żegnasz przyjaciół? No, szczeknij, ale głośno i radośnie.

Pies jednak nie usłuchał rozkazu, smutnie zwiesił łeb, zbliżył się powoli do pani Weldon i zaczął lizać jej ręce.

– Nie porusza ogonem… – rzekł półgłosem Tom – zły to znak! zły!

W tej samej chwili Dingo wyprostował się i zawył gniewnie. Pani Weldon odwróciła się i ujrzała na przodzie okrętu Negora, który opuścił kuchnię, chcąc się zapewne przypatrzyć oddalającej się łodzi.

Dingo rzucił się ku niemu z wściekłością. Negoro pochwycił drąg do podnoszenia ciężarów i stanął w pozycyi obronnej. Pies chciał chwycić go za gardło.

– Leżeć Dingo, leżeć! – wołał Dick, biegnąc ku niemu.

Pani Weldon starała się również uspokoić psa; Dingo usłuchał niechętnie i skowycząc poszedł za Dickiem.

Negoro, nie wyrzekłszy słowa, zbladł mocno, po chwili rzucił drąg i wrócił do swej izdebki.

– Herkulesie – rzekł Dick – czuwaj nad tym człowiekiem.

– Słucham – odrzekł i zacisnął swoje olbrzymie pieści.

Pani Weldon i Dick zwrócili teraz całą uwagę na łódź szybko oddalającą się, która już tylko jak czarny punkcik widniała na morzu.



Rozdział VIII

Połów.

Tak doświadczony poławiacz wielorybów, jakim był kapitan Hull, wiedział, że połów należy do rzeczy bardzo trudnych, i że nie należy zaniedbać żadnych środków, starał się też o ile możności wszystko przewidzieć.

W tym celu kierował łodzią w ten sposób, ażeby pod wiatr dopłynęła do wieloryba, a to z tej przyczyny, żeby żaden szelest nie zdradził jej zbliżania się.

Łódź zakreśliła długą linię krzywo narysowaną przez ławicę czerwonych skorupiaków, pośród których unosił się wieloryb; sternik chciał ją okrążyć. Był to marynarz wytrawny i odważny; kapitan więc mógł mu zupełnie zaufać.

– Steruj uważnie, Howicku – rzekł – spróbujemy niespodzianie zajść drogę wielorybowi, niech nas nie dojrzy aż do chwili, gdy już będziemy mogli zahaczyć go harpunem.

– Słucham kapitanie – odparł sternik – będę tak manewrował, abyśmy zawsze płynęli pod wiatr.

– Dobrze – powiedział kapitan; a wy chłopcy, sprawujcie się jak można najspokojniej – dodał, zwracając się do majtków.

Zręcznie kierowana łódź zbliżyła się do ławicy skorupiaków. Wiosła tylne jeszcze tonęły w czystej, zielonawej wodzie, podczas gdy przednie, poruszając płyn czerwony, zdawały się jakby krwią zbroczone.

– Wino i woda! – zawołał jeden z majtków.

– Tak jest, ale wino i woda tego rodzaju, że ich pić nie można. Chłopcy! milczenie, i cicho poruszać wiosłami!

Łódź sunęła cicho po zgęszczonej wodzie, jakby po warstwie oliwy; wieloryb ani się ruszył i zdawało się, iż jej dotąd nie spostrzegł.

Kapitan widział, iż wciąż oddalają się od Pilgrima, który w miarę odległości wydawał się coraz mniejszym. Nagłe zmniejszenie się przedmiotów na morzu, dziwne robi wrażenie; zdaje się, jakbyśmy patrzyli przez przeciwny koniec lunety. To optyczne złudzenie prawdopodobnie stąd wynika, iż na niezmierzonych obszarach brak punktów porównania. Tak też i Pilgrim malał widocznie i zdawał się więcej oddalonym, niż był w rzeczywistości.

W pół godziny po opuszczeniu statku, łódź podpłynęła dość blizko wieloryba i należało teraz posuwać się, jak można najciszej i próbować, czy się nie uda zahaczyć go, zanim dostrzeże grożące mu niebezpieczeństwo.

– Poruszajcie wiosłami wolniej! – rzekł cicho kapitan.

– Zdaje mi się – mówił Howick – iż nas poczuł i mniej gwałtownie oddycha, niż przed chwilą.

– Cicho! cicho! – rzekł znowuż kapitan.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 021

Po upływie pięciu minut łódź znajdowała się już tylko o jakie sto dwadzieścia sążni od wieloryba.

Howick manewrował, aby się zbliżyć z lewej strony, unikając o ile możności przysunięcia się tak, ażeby wieloryb mógł ich dosięgnąć olbrzymim ogonem, którego jedno uderzenie wystarczyłoby do roztrzaskania łodzi.

Kapitan Hull stał na przodzie łodzi, trzymając w ręku harpun, którym miał zadać pierwszy cios. Tuż obok niego zanurzono w ogromnym cebrze jedną z zabranych pięciu lin, do której miano potem dowiązywać inne, jeśliby wieloryb zanurzał się w bardzo wielkiej głębokości.

– Czyście gotowi? – zapytał kapitan.

– Tak jest – odparł sternik.

– Zatrzymaj więc łódź!

Sternik bezzwłocznie rozkaz wykonał i łódź zatrzymała się o jakie dziesięć stóp od wieloryba, który ani się poruszył. Jeśli się uda zaskoczyć znienacka śpiącego potwora, o wiele łatwiej go złowić i nie raz bywa, że w takim wypadku, pierwszy zadany cios staje się śmiertelnym.

– Zadziwia mnie ta nieruchomość – pomyślał sobie kapitan; – ta bestya pewnie nie śpi… a jednak… coś w tem jest…

Tak samo myślał Howick, ale obecnie nie było już czasu namyślać się, należało działać.

Kapitan trzymał harpun w środku drąga i machnął nim kilka razy, aby się przekonać, iż celnie trafi, potem z całej siły rzucił hak.

– Cofnąć się! – zawołał.

Sternik, spełniając rozkaz, odpłynął nieco wstecz, aby uniknąć uderzenia w łódź ogonem wieloryba.

Okrzyk starszego majtka w tej chwili wytłómaczył przyczynę trzymania się wieloryba nieruchomie przez tak długi czas na powierzchni wody.

Wieloryb! – zawołał – a przy nim drugi malutki, mający jednak dwadzieścia stóp długości.

Kapitan zrozumiał odrazu, iż połów tym razem będzie bardzo trudnym. Wbrew jednak obawom ogólnym, potwór nie rzucił się zaraz na łódź, nie potrzeba więc było nagle uciekać, a tem samem odcinać liny, przymocowanej do harpuna. Wieloryb wraz ze swoim małym zanurzył się nieco, zakreślając linię krzywą, potem rzucił się raptownie i zaczął płynąć nadzwyczajnie szybko. Kapitan i sternik mieli jednak czas, aby mu się przypatrzyć i ocenić.

Potwór ten należał do największych; od głowy do ogona miał co najmniej 80 stóp długości; skóra jego brunatno-żółtawa była nakrapiana w liczne ciemne centki.

Jakże byłoby im żal wyrzec się tak bogatej zdobyczy.

Puszczono się za nim w pogoń; łódź mknęła prędko po powierzchni fal, a sternik umiał ją utrzymać prosto, pomimo strasznego kołysania się bałwanów.

Kapitan nie spuszczał z oka wieloryba i jednocześnie wołał na Howicka:

– Baczność, Hiwicku, czuwaj nad łodzią!

Łódź nie mogła tak szybko płynąć jak wieloryb, a lina przywiązana do harpuna odwijała się tak nagle, iż należało pospiesznie dowiązać drugą, a po upływie pięciu minut trzecią, która zapadała pod wodę.

Widocznie wieloryb niezbyt był tknięty tkwiącym w nim haczykiem, gdyż płynął, nie zatrzymując się i znać było, iż coraz głębiej zapuszczał się w morze.

– Do licha! – zawołał kapitan – pochłonie nam wszystkie pięć lin.

– Ale, co gorzej, zmusza nas coraz bardziej oddalać się od Pilgrima – dodał sternik.

– Musi przecież wypłynąć, aby odetchnąć nad wodą – rzekł kapitan – przecież nie jest rybą i koniecznem mu jest powietrze.

Lina wciąż spiesznie się rozwijała, dowiązano już trzecią i czwartą, co bardzo niepokoiło majtków.

– Do pioruna! – zaklął kapitan – nigdy nie zdarzyło mi się nic podobnego.

Nareszcie przyszła kolej i na piątą linę; ta rozwinęła się do połowy, zaczynając osuwać się daleko wolniej.

– Nakoniec! – zawołał kapitan – lina nie tak naprężona, widać już zmęczył się.

W tej chwili Pilgrim znajdował się o pięć mil od łodzi, pod wiatr. Kapitan wywiesił wysoko banderę, dając tym sposobem znać, aby statek się zbliżył.

Dick zrozumiał to i zaraz z pomocą murzynów, przedsięwziął odpowiednie kroki, ale wiatr był bardzo słaby i nieprzyjazny, skutkiem czego statek, albo wcale, albo z wielką trudnością, mógłby dopłynąć do łodzi.

Przewidywania kapitana sprawdziły się, wieloryb wypłynął, aby odetchnąć; hak tkwił w jego grzbiecie. Dwóch majtków pochwyciło za długie włócznie, ażeby ugodzić niemi potwornego olbrzyma.

– Baczność! – zawołał kapitan – celujcie, dobrze, aby nie uderzać na próżno. Howicku pilnuj steru!

– Pilnuję, ale to mnie niepokoi, dlaczego wieloryb, który poprzednio szybko uciekał, teraz zachowuje się tak spokojnie.

– Masz słuszność, to podejrzane – odparł kapitan. Bądźmy ostrożni, ale posuwajmy się dalej.

Łódź mknęła naprzód; wieloryb obracał się na jednem miejscu; małego nie było już przy matce, może go szukała. Nagle potwór machnął ogonem i rzutem tym oddalił się o przeszło trzydzieści stóp.

– Uwaga! – krzyknął kapitan; – wieloryb zamierza rzucić się na nas.

W istocie, potwór zwrócił się frontem do łodzi i gwałtownie poruszając wielkiemi swojemi płetwami, rzucił się naprzód.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 022

Howick manewrował w ten sposób, iż potwór nie mógł dosięgnąć łodzi, a kapitan i dwóch majtków starali się w najdotkliwsze miejsca ugodzić go włóczniami. Wieloryb zatrzymał się, wyrzucił w górę dwa wysokie słupy wody krwią zaczerwienionej, i znowuż z wściekłością rzucił się ku łodzi. Aby nie stracić przytomności z przerażenia, trzeba być bardzo wytrawnym marynarzem. Bałwany nagle podniosły się tak wysoko, jakby nastąpił przybór wody. Łódź przechyliła się nieco i do połowy napełniła wodą.

– Do wiader! – krzyknął kapitan.

Dwóch majtków porzuciło wiosła i zaczęło wiadrami wylewać wodę, a kapitan przeciął nieużyteczną już linę.

Wściekły wieloryb nie myślał o ratowaniu się ucieczką, lecz raczej o napaści, która zapowiadała się strasznie; ponownie rzucił się ku łodzi, która do połowy przepełniona wodą, nie mogła manewrować z poprzednią łatwością; marynarze nasi już obecnie nie o połowie potwora, ale o własnej obronie myśleć musieli.

Przepływając, wieloryb otarł się o łódź tylną płetwa i uczynił to z taką siłą, że aż Howick spadł z ławy, a wskutek kołysania włócznie ominęły go i nie ugodziły. Nie koniec na tem, Howick spadając złamał swym ciężarem wiosło. W tej chwili woda zawrzała i mały wieloryb ukazał się na powierzchni; matka niebawem go spostrzegła i rzuciła się ku niemu. Teraz walka miała się stać jeszcze groźniejsza; wieloryb musiał bić się za siebie i swoje małe.

Kapitan zwrócił się w stronę Pilgrima i gwałtownie poruszał drągiem, do którego przyczepioną była bandera.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 023

Wszystko, co było w jego mocy, Dick wykonał już po ujrzeniu pierwszego sygnału.

Żagle były skierowane i wiatr zaczynał je nadymać, ale na nieszczęście Pilgrim nie był szrubowcem i nie mógł płynąć dość szybko. Dick nie miał też majtków, którychby mógł w drugiej łodzi wysłać na pomoc, a zresztą miał wyraźny rozkaz kapitana, aby pod żadnym pozorem nie opuszczać statku, polecił wszelako spuścić łódź i przymocować do statku, aby na wszelki wypadek kapitan i jego towarzysze mogli schronić się do niej.

W tej chwili wieloryb osłonił ciałem swem małego i zaczął atakować łódź.

– Baczność, Howicku! – zawołał kapitan.

Ale sternik był rozbrojony, zamiast długiego drąga, który stanowił jego siłę, miał teraz tylko dość krótkie wiosło. Marynarze zrozumieli, iż są zgubieni, powstali, straszny wydając okrzyk, który może dosłyszeli z Pilgrima.

Wieloryb z niesłychaną siłą uderzył ogonem w spód łodzi; gwałtownie podrzucona w górę, rozpadła się na trzy części, które wpadły w spienione fale.

Chociaż ciężko poranieni, możeby jeszcze nieszczęśliwi rozbitki zdołali uratować się, pływając lub chwytając szczątków łodzi, ale potwór rzucał się strasznie w ostatnich prawie drganiach przedśmiertnych i gwałtownie miotał falami, wśród których płynęli.

Przez kilka chwil widać było tylko słupy wody, rozpryskujące się na wszystkie strony, a gdy w kwadrans potem, Dick w towarzystwie kilku marynarzów przypłynął do miejsca katastrofy, nie było tam już ani śladu jakiejś żyjącej istoty; na powierzchni tylko fal krwią zabarwionych unosiły się resztki rozstrzaskanej łodzi.



Rozdział IX

Kapitan Dick Sand.

Litością i zgrozą napełniły się serca przybyłych; straszna śmierć kapitana Hull i jego towarzyszy bezustannie stała im przed oczyma. Byli prawie jej świadkami, a nie mogli udzielić żadnej pomocy. Pilgrim nie był w stanie płynąć tak pospiesznie, aby ocalić rannych, ale żywych jeszcze rozbitków i zasłonić ich swojem pudłem od ciosów strasznego potwora.

Kapitan Hull i pięciu majtków znalazło śmierć w nurtach oceanu.

Gdy nareszcie bryg dopłynął do miejsca strasznego wypadku, pani Weldon padła na kolana, złożywszy ręce do modlitwy.

– Módlmy się za nich! – zawołała.

Mały Janek, zalany łzami, ukląkł przy matce, składając pobożnie rączęta. Chłopczyk zrozumiał cały ogrom nieszczęścia. Murzyni stanęli po za niemi z pochylonemi głowami i powtarzali głośno słowa modlitwy pani Weldon, polecając miłosierdziu Wszechmocnego dusze tych, którzy stanęli już przed Jego sądem.

Po ukończeniu modlitwy pani Weldon zwróciła się do obecnych i rzekła:

– A teraz, przyjaciele, błagajmy Boga, aby nam udzielił sił i odwagi w ciężkiej doli naszej.

Położenie ich w samej rzeczy było bardzo opłakane i groźne.

Statek, którym płynęli, nie miał ani dowódcy, ani osady, a znajdowali się na niezmierzonym oceanie Spokojnym, oddaleni o setki mil od lądu, na łasce burz i wichrów.

Co za fatalność sprowadziła tego wieloryba na drogę, która przebywał Pilgrim! I trzebaż było, aby kapitan Hull, zwykle tak przezorny, zaryzykował życie swoje i pięciu majtków dla uzupełnienia ładunku tranu. Przytem ani jeden nie mógł być ocalony. Na domiar nieszczęścia, prócz Dicka, piętnastoletniego nowicyusza, ani jednego marynarza teraz nie było na statku. Na niego jednego spadły wszystkie obowiązki, a pani Weldon ze swym małym synkiem utrudniała jeszcze położenie.

Był wprawdzie Tom i dwóch murzynów, posłusznych na każde skinienie i chętnych do roboty, ale nie mających najmniejszego pojęcia o czynnościach majtków.

Dick stał nieruchomy, z założonemi na krzyż rękami, wpatrując się w miejsce, w którem fale pochłonęły kapitana Hull, jego nauczyciela, którego synowską ukochał miłością. Po chwili niespokojnym wzrokiem powiódł po horyzoncie, pragnąc dojrzeć jakiś okręt, którego pomocy mógłby zawezwać lub przynajmniej przeprowadzić na jego pokład panią Weldon i małego Janka. Sam pod żadnym pozorem nie opuściłby Pilgrima i uczyni wszystko, co tylko będzie w jego mocy, aby go szczęśliwie doprowadzić do portu, ale, umieściwszy panią Weldon i jej synka bezpiecznie na pokładzie innego statku, byłby spokojny o te dwie istoty, które całą duszą ukochał.

Niezmierzony ocean wszelako był zupełnie pusty; na jego powierzchni najmniejszego punkciku nie można było dojrzeć. Wokoło wszędzie tylko woda, a ponad nią obłoki. Nowicyuszowi było wiadomo, iż okręty handlowe nie zapuszczają się w te strony, a statki, przeznaczone do połowu wielorybów, jeszcze nie odpłynęły. Dick nie wiedział, co ma robić i gorące słał modły do Boga, aby go natchnął jaką zbawienną myślą.

W tej chwili Negoro ukazał się na pokładzie, był świadkiem strasznej katastrofy; ale nikt nie mógł dociec, jakie wrażenie ona na nim wywarła. Przyglądał się wszystkiemu, stojąc nieruchomy i milczał bezustannie. Śledził chciwie najdrobniejsze szczegóły, a gdyby ktoś był zwrócił wówczas na niego uwagę, zadziwiłby się, widząc, iż żaden muszkuł na jego twarzy nie zadrgał. Gdy wszyscy powtarzali za panią Weldon słowa modlitwy, on jeden stał nieruchomy, jakby nie słyszał. Teraz zwrócił się ku tyłowi statku, gdzie właśnie znajdował się Dick. Zatrzymał się o parę kroków od niego.

– Czy chcesz czego? – zapytał Dick.

– Chcę rozmówić się z kapitanem Hull, lub z Howickiem – odpowiedział zimno.

– Przecież wiesz, iż obaj zginęli w falach oceanu.

– Więc któż jest teraz dowódca statku? – zapytał hardo.

– Ja – odrzekł bez wahania Dick.

– Co! – rzekł Negoro, pogardliwie wzruszając ramionami – piętnastoletni kapitan?

– Tak jest – powiedział Dick i postąpił ku niemu.

Negoro się cofnął.

– Wiedźcie wszyscy o tem – odezwała się pani Weldon – iż odtąd Dick jest kapitanem tego statku i bądźcie pewni, iż każdego potrafi zmusić do posłuszeństwa.

Negoro mruknął coś pod nosem i oddalił się.

Dzięki powstającemu wiatrowi Pilgrim mógł posuwać się prędzej i przebył już obszerne ławy skorupiaków.

Dick zrozumiał całą odpowiedzialność, jaka wziął na siebie, lecz nie cofnął się przed nią. Spojrzał na osadę Pilgrima, widział wzrok wszystkich wlepiony w siebie, którym zdawali się mówić mu, iż może liczyć na nich, on zaś w zamian upewnił ich serdecznemi słowy, że gotów poświęcić się dla nich.

Widzimy z tego, iż Dick Sand, piętnastoletni kapitan, liczył się z siłami i powziął stanowcze postanowienie. Wiedział, iż potrafi dać sobie radę z zwykłych warunkach, ale czuł jednocześnie, iż nie jest skończonym jeszcze marynarzem; aby nim zostać, powinien był uczyć się jeszcze przez trzy lub cztery lata.

Wówczas umiałby się posługiwać narzędziem astronomicznem, sekstantem, dzięki któremu kapitan Hull sprawdzał położenie i wysokość gwiazd. Nauczyłby się poznawać na chronometrze godzinę południka z Greenwich i przez kąt godzinowy wyprowadzać długość geograficzną. Słońce byłoby wtedy codziennym jego doradcą; księżyc i planety objaśniałyby go w jakim mianowicie punkcie oceanu znajduje się statek. Błękitny firmament, na którym gwiazdy poruszają się jak wskazówki doskonałego zegaru, których regularności żadne wstrząśnienie zachwiać nie zdoła, wskazywałby mu godziny i odległości. Spostrzeżenia astronomiczne wskazywałyby mu codziennie, tak samo, jak kapitanowi, jak najściślej odległość, przebytą przez Pilgrima i jaka mu jeszcze do przebycia pozostaje. Do tej pory wszakże w tym względzie był nie kompetentny.

Pani Weldon odgadła myśli i uczucia, miotające sercem młodego nowicyusza i, chcąc dodać mu odwagi, rzekła pewnym głosem:

– Dicku, straciliśmy kapitana Hull i całą osadę; teraz los okrętu i nas wszystkich spoczywa w twoich rękach; ty nas ocalisz i Pilgrima.

– O tak, pani Weldon – odrzekł Dick – mam nadzieję, iż Wszechmocny dozwoli mi tego dokonać.

– Tom i jego towarzysze, to poczciwi ludzie, na których zawsze liczyć możesz…

– Liczę też na nich, zrobię z nich majtków i będziemy pracowali wspólnie. Dopóki pora sprzyja, łatwo manewrować… w przeciwnym razie… No, i wówczas nie ulękniemy się i przy pomocy Boskiej, ocalimy panią i małego Janka.

– A czy wiadomo ci, w jakiem położeniu znajduje się obecnie nasz statek?

– Łatwo się o tem przekonać – odpowiedział – wystarczy spojrzeć na mapę, na której kapitan oznaczył to wczoraj.

– A potrafisz nadać statkowi dobry kierunek?

– Tak, zwrócę przód statku na wschód, t. j. w stronę wybrzeży amerykańskich, do których mamy przybić.

– Ale przecież ta nieszczęśliwa przygoda zmienia plan naszej podróży i już nie będziemy płynęli do Valparaiso, lecz do najbliższego portu amerykańskiego.

– W rzeczy samej, to też bądź pani spokojna, niebawem dopłyniemy do wybrzeży południowych i wysadzę panią na ląd, w bezpiecznem miejscu. Zresztą, nie tracę nadziei, iż spotkamy jakiś statek około brzegów… Ach, pani Weldon, zaczyna się podnosić wiatr północno-wschodni; rozpuścimy żagle i szybko płynąć będziemy.

Dick mówił, jak marynarz pewny swego okrętu; chciał wezwać towarzyszy i zająć się skierowaniem żagli na wschód, gdy wtem pani Weldon przypomniała mu, iż powinien przedtem poznać położenie Pilgrima.

Dick poszedł po mapę i pokazał pani Weldon, iż wedle wczorajszego oznaczenia, statek znajdował się pod 43° 35’ szerokości, a pod 164° 13’ długości, a od wczoraj prawie wcale się nie posunął.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 024

Pani Weldon pochyliła się nad mapą. Oczy jej wpiły się w rysunek, nakreślony farba bronzową, który przedstawiał ląd na prawo w ogromnej przestrzeni oceanu. Były to wybrzeża Ameryki południowej, ogromna zapora, rzucona w poprzek, pomiędzy ocean Atlantycki i Spokojny; ciągnąca się od przylądka Horn, aż do rzeki Kolumbii. Przyglądając się ziemi, narysowanej na mapie, pani Weldon zdawało się, iż nie trudnem będzie dostawić na ląd pasażerów Pilgrima!

Jest to zwykłe złudzenie osób nieobeznanych z mapami morskiemi.

W rzeczy samej pani Weldon zdawało się, że ziemia powinna niebawem się ukazać, tak, jak ja widziała na tym kawałku papieru!

W rzeczywistości, gdyby na środku tej mapy oznaczyć punkcikiem miejsce, zajęte przez Pilgrima, przestrzeń ta powinna była być mniejszą od najmniejszego mikroskopijnego żyjątka! Ten punkt matematyczny, o wymiarach niedostrzegalnych, byłby zanurzony w bezmiarze oceanu Spokojnego, tak, jak nim był Pilgrim w istocie!

Kapitan Dick nie podzielał złudzeń pani Weldon. Wiedział on dobrze, że do lądu bardzo daleko, że oddzielały od niego setki mil, nie tracił jednak nadziei i odwagi; pod brzemieniem przygniatającej go odpowiedzialności stał się mężczyzna.

Nadeszła chwila działania; trzeba było korzystać z podnoszącego się wiatru północno-wschodniego, przyjaznego dla żeglugi, i który, jak się zdawało, przetrwa czas jakiś. Dick przywołał Toma i jego towarzyszy.

– Moi przyjaciele – rzekł do nich – stanowicie obecnie jedyną osadę okrętu, bez pomocy waszej nie mógłbym manewrować; wprawdzie nie jesteście marynarzami, ale posiadacie dosyć siły, pomóżcie mi, a będzie można kierować statkiem; od tego zależy ocalenie nas wszystkich.

– Panie Sand – odrzekł Tom – ja i towarzysze moi jesteśmy na twoje rozkazy; zostaniemy majtkami, zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy, a na dobrych chęciach nam nie zbywa.

– Dobrze mówisz, Tomie – rzekła pani Weldon.

– Z obawy jakiegoś wypadku nie będę forsował żagli – powiedział Dick – wolę płynąć wolniej, a bezpieczniej; wskażę każdemu z was, co i jak macie robić przy manewrowaniu, ja zaś tylko dla niezbędnego wypoczynku na parę godzin oddalać się będę od rudla. Kilka godzin snu wystarcza, aby mnie pokrzepić. Przez ten czas musi jeden z was mnie zastąpić. Nauczę cię, Tomie, jak się steruje przy pomocy busoli, nic to trudnego, przy dobrej woli i uwadze pojmiesz niebawem.

– Jestem na rozkazy – odparł stary murzyn.

– Dobrze, nie odstępuj mnie więc przez cały dzień i zwracaj na wszystko baczną uwagę, a gdy sen mnie zmorzy, zastąpisz mnie na parę godzin.

– A ja – zawołał mały Janek – czy nie mógłbym dopomódz mojemu kochanemu Dickowi?

– Ty, mój synku – rzekła ściskając go pani Weldon – zmawiaj codzień rano i wieczór paciorek, prosząc Boga, aby nam dał pomyślny wiatr i świętą swoją otoczył opieka, a będzie to najskuteczniejsza pomoc.

– Dobrze, dobrze, mamusiu, już tak ładnie złożę raczki i ciągle będę patrzał w niebo.

– No, moi przyjaciele – zawołał Dick do murzynów – teraz trzeba nam poruszać reje celem odmienienia kierunku wiatru. Objaśnię was, jak to robić należy.

– Dobrze, panie kapitanie – odpowiedzieli wszyscy.



Rozdział X

Wypadek z busolą.

Młody więc nowicyusz został kapitanem Pilgrima, i nie tracąc czasu, zaczął pełnić swoje obowiązki.

W obecnych warunkach jedyną nadzieją pasażerów było już nie dostanie się do Valparaiso, ale wylądowanie w jednym z najbliższych portów amerykańskich.

Dick starał się poznać kierunek i szybkość statku, aby wiedzieć, na co liczyć może; w tym celu trzeba było codziennie oznaczać na mapie przebytą drogę.

Pilgrim posiadał na pokładzie t. zw. »patent-lochs« z indeksami i szrubą, nadzwyczaj dokładnie wskazujący szybkość w pewnym oznaczonym czasie. Nader to pożyteczne narzędzie, dające się z łatwością użyć, mogło ono oddać wielkie usługi, a murzyni prędko nauczyli się z niem obchodzić.

Istniała wszakże poważna przeszkoda do dokładnych obliczeń, a te stanowiły prądy. Dla jej usunięcia należałoby uciec się do obserwacyi astronomicznych, a tych Dick czynić nie był w stanie, brakło mu bowiem odpowiednich wiadomości.

Pierwotnie młody kapitan miał zamiar płynąć do Nowej Zelandyi, gdyż żegluga tam trwałaby o wiele krócej, ale gdy wiatr dotąd nieprzyjazny zmienił się na przyjazny, postanowił skierować się ku Ameryce.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 025

Murzyni wykonali dokładnie wskazane przez Dicka manewry; Pilgrim posuwał się teraz spiesznie, zwrócony przodem ku wschodniemu wiatrowi i trzeba było utrzymać go tylko w tym kierunku, co nie przedstawiało trudności, albowiem płynęli z pomyślnym wiatrem.

– Doskonale, moi przyjaciele – zawołał Dick – zanim dopłyniemy do lądu, staniecie się dzielnymi marynarzami.

– Będziemy się starali, aby pan kapitan był z nas zadowolony – powiedział stary Tom.

Pani Weldon pochwaliła również poczciwych murzynów.

Pilgrim mknął szybko po powierzchni morza, pozostawiając poza sobą równy szlak, co dowodziło, iż płynął spokojnie.

– Teraz jesteśmy na dobrej drodze, pani Weldon – rzekł nowicyusz – oby tylko ten przyjazny wiatr nie uległ zmianie.

Pani Weldon uścisnęła dłoń energicznego chłopca, a następnie udała się do swojej kajuty, aby się uspokoić nieco po tylu wstrząsających wzruszeniach.

Osada pozostała na pomoście statku, czuwając na przedniej jego wysokości, gotowa spełnić każdy rozkaz kapitana i utrzymać żagle odpowiednio do stanu powietrza.

Z powodu silnego i pomyślnego wiatru chwilowo wszelkie manewry były zbyteczne.

A kuzyn Benedykt cóż przez ten czas porabiał?

Przypatrywał się przez lupę stawowatemu owadowi, którego znalazł na pokładzie; był żyłkoskrzydły, pochwy skrzydłowe miał płaskie, żołądek okrągławy, rodzaj karalucha amekańskiego. Zrobił doniosłe to odkrycie w kuchni, właśnie w chwili, gdy Negoro miał zamiar go zadeptać. Kuzyn Benedykt ostremi słowy skarcił kucharza za okrucieństwo, lecz ten obojętnie wysłuchał tej bury.

Czy nasz entomolog wiedział o zmianie zaszłej na statku od chwili, gdy kapitan Hull z majtkami odpłynął za połowem owego złowrogiego wieloryba? Wiedział, był nawet na pomoście Pilgrima, gdy tenże dopłynął do miejsca strasznej katastrofy; widział też unoszące się po morzu szczątki rozbitej łodzi – i nie możemy powiedzieć, żeby go to nie zmartwiło. Nie! kuzyn Benedykt nie miał tak złego serca; uczuł litość dla nieszczęśliwych ofiar; ubolewał nad smutnem obecnie położeniem swej kuzynki, zbliżył się nawet do niej, uścisnął jej rękę i spojrzał na nią ze współczuciem, jak gdyby chciał powiedzieć: nie obawiaj się, ja jestem przy tobie i nie opuszczę ciebie i twojego synka, ale niebawem powrócił do swojej kajuty, zapewne, aby rozmyślać nad skutkami tego strasznego wypadku i wynalezieniem odpowiednich środków zaradczych.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 026

Na nieszczęście spotkał na drodze owego tarakana, zabrał się więc z zapałem do badań nad znalezionym okazem, chcąc dowieść wbrew opinii wielu entomologów, że karaluchy, czyli tarakany amerykańskie, mają obyczaje zupełnie odmienne od innych; przy tych badaniach zapomniał, iż znajdował się na Pilgrimie kapitan Hull, i że tak nieszczęśliwie zginął wraz ze swoją osadą. Karaluch pochłonął całą jego uwagę. Na pokładzie tymczasem życie zaczęło toczyć się zwykłym trybem, choć wszyscy obecni nie zapomnieli jeszcze o strasznej katastrofie i tych, którzy znaleźli śmierć w nurtach oceanu.

Dick był bezustannie czynnym, chodził, doglądał, wydawał rozkazy, starał się nawet wiele rzeczy przewidywać, aby nie być zaskoczonym jakimś nieprzewidzianym wypadkiem. Murzyni byli mu ślepo posłuszni, ład doskonały panował na pokładzie, można więc było mieć nadzieję, iż podróż pójdzie pomyślnie.

Co do Negora, zdawało się, iż tenże pogodził się z losem i nie miał wcale zamiaru wyłamywać się z pod władzy nowego kapitana. Bezustannie zajęty w swojej kuchni tak samo jak dawniej nie pokazywał się prawie.

Zresztą Dick postanowił stanowczo, iż za najmniejszą oznaką nieposłuszeństwa lub niekarności każe zamknąć go w lochu i dopiero wypuścić po wylądowaniu. Na skinienie kapitana Herkules porwałby go za kark i wpakował do lochu, a że Nany umiała gotować, więc zastąpiłaby go w kuchni. Negoro widząc, iż nie jest niezbędnie potrzebny i śledzony ściśle, nie chciał się narażać.

Wiatr wciąż był pomyślny, nie potrzeba więc było dokonywać zmian w urządzeniu żagli. Pilgrim posiadał mocne maszty, zaopatrzony był we wszelkie przyrządy; przy silniejszym nawet wietrze mógł płynąć swobodnie.

Na noc zwykle zwija się nieco żagle przez przezorność, jeśliby niespodzianie wybuchła burza, ale Dick uważał, iż byłaby to zbyteczna ostrożność, ponieważ stan powietrza nie zapowiadał jakiejś groźnej zmiany, a wreszcie zamierzał całą tę noc spędzić na pokładzie i czuwać bacznie nad wszystkiem.

Z rozwiniętymi żaglami Pilgrim płynął spiesznie, a on tak gorąco pragnął, jak można najprędzej, wydostać się z tych stref odległych i pustych.

Dick nie posiadał innych narzędzi prócz busoli i »patent-lochs« do obliczania przebytej drogi. Przez cały dzień ten, co pół godziny, zarzucał »patent-lochs« i zapisywał wskazówki, dostarczane przez to narzędzie. Co do busoli, nazywanej także kompasem, tych miał na pokładzie dwie. Jedna była umieszczona w przeznaczonej na ten cel szafce; we dnie wskazówkę oświetlało światło dzienne, w nocy zaś dwie lampki umieszczone po bokach, oznaczając dokładnie kierunek, w jakim płynął statek.

Druga busola przytwierdzona była w kajucie, zajmowanej poprzednio przez kapitana Hull, który w ten sposób, nie wychodząc, mógł w każdej chwili sprawdzić, czy rozkazy jego były ściśle wykonywane i czy statek płynął we właściwym kierunku. Na każdym okręcie, przeznaczonym do dłuższych podróży, zazwyczaj znajdują się przynajmniej dwie busole i tyleż chronometrów; narzędzia te bywają porównywane ze sobą i tym sposobem można sprawdzić dokładność podawanych przez nie wskazówek.

Pilgrim więc pod tym względem dobrze był zaopatrzony, a Dick polecił wszystkim, aby troskliwie czuwali nad obu kompasami, tak niezbędnie potrzebnymi.

Na nieszczęście, w nocy z 12 na 13 lutego, podczas gdy Dick stal przy rudlu, zdarzył się przykry wypadek; busola, zawieszona w kajucie na miedzianym kołku, spadła i potłukła się, a zauważono to dopiero następnego dnia.

Nie można było wytłómaczyć, jakim sposobem stać się to mogło; w nocy wprawdzie morze było burzliwsze, trzeba więc było chyba przypuścić, iż jakieś gwałtowniejsze wstrząśnienie zrzuciło ją z gwoździa. Na nieszczęście busola spadając tak się potłukła, iż ani mowy być nie mogło o jej naprawie.

Dick bardzo ubolewał nad tym wypadkiem, musiał już tylko poprzestać na kompasie, zamkniętym w przeznaczonej na ten cel szafie. Trudno było posądzać o ten wypadek kogoś z osady, jednakże mógł on opłakane pociągnąć za sobą następstwa. Dick przedsięwziął wszelkie środki ostrożności, dotyczące zabezpieczenia pozostałego kompasu.

Dotąd, prócz powyższego zdarzenia, wszystko szło pomyślnie. Pani Weldon, widząc jak Dick jest spokojny i pewny siebie, nie niepokoiła się o synka i codziennie zrana i wieczorem w gorącej modlitwie polecała opiece Boskiej siebie, swoich i całą osadę.

Dick tak się urządził, iż całą noc sam był przy rudlu i tylko we dnie odpoczywał kilka godzin, a wtedy zastępował go Tom i syn jego Baty, którzy dzięki jego wskazówkom i radom nauczyli się nieźle sterować.

Dick często długo rozmawiał z panią Weldon i chętnie słuchał rad tej odważnej i rozumnej kobiety. Codziennie pokazywał jej na mapie drogę, jaką przebył Pilgrim, oraz oznaczał ściśle kierunek jego.

– Patrz pani – mówił nieraz – jeżeli wiatr nie ulegnie zmianie, dopłyniemy wkrótce do wybrzeży południowej Ameryki.

Nie mogę wprawdzie ręczyć za to, iż gdy statek nasz zbliży się do lądu, wtedy także znajdziemy się niedaleko od Valparaiso.

Pani Weldon nie mogła wątpić o dobrym kierunku statku, zwłaszcza, gdy sprzyjał im pomyślny wiatr północno-zachodni – jednak zdawało się jej, iż są jeszcze bardzo daleko od wybrzeży amerykańskich. A ileż to jeszcze może czekało ich niebezpieczeństw, zanim dopłyną do jakiegoś lądu w razie, gdy zajdą jakieś zmiany atmosferyczne.

Janek wesoły i nie troszczący się o nic, jak wszystkie dzieci w jego wieku, bawił się wesoło, biegał po pomoście lub igrał z Dingiem. Z początku użalał się, iż przyjaciel jego Dick tak rzadko teraz z nim się bawi, ale matka mu wytłómaczyła, iż młody nowicyusz ma obecnie tak wielkie i ważne zajęcia, iż nie ma czasu do zabawy. Janek zrozumiał i nigdy nie przeszkadzał kapitanowi Sand.

Wszystko więc szło pomyślnie na pokładzie Pilgrima. Murzyni doskonałe wywiązywali się z włożonych na nich obowiązków. Za zgodą towarzyszy stary Tom był zastępcą Dicka, gdy tenże na parę godzin udawał się na spoczynek; on czuwał z synem swoim i Austynem, zmieniali ich Herkules i Akteon pod dowództwem Dicka. Urządzono się więc tak, iż gdy jedni czuwali, drudzy odpoczywali.

Jakkolwiek w tych pustych stronach nie można prawie było obawiać się spotkania i uderzenia o inny statek, wszelako Dick nadzwyczaj troskliwie czuwał po nocach; zarówno z prawej jak i z lewej strony statku rozpalał ognie, z prawej – zielony, z lewej – czerwony, ponieważ tak nakazywała przezorność.

Noce całe spędzane przy rudlu, bardzo jednak wyczerpały młodociane siły Dicka, i niekiedy ogarniało go nieprzezwyciężone znużenie, wówczas sterował prawie instynktownie. Z dnia 13 na 14 lutego uczuł się tak zmęczonym, iż musiał iść spocząć na parę godzin, a przez ten czas Tom zajął jego miejsce.

Niebo pokryło się gęstemi chmurami, które obniżyły się nad wieczorem pod wpływem zimnego powietrza. Ciemność zapadła, i z trudem można było dojrzeć wyższe żagle. Herkules i Akteon czuwali na przodzie okrętu.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 027

Ognie zapalone na pozycyach blade tylko rzucały światło ku tyłowi statku; promienie latarni padały na bok, tak, iż głęboka ciemność panowała na pomoście.

Nad ranem, około godziny trzeciej, stary Tom zupełnie bezwiednie uległ objawowi hypnotyzmu. Tak długo wpatrywał się w błyszczącą ściankę szafki kompasowej, iż nagle oczy jego przestały widzieć i zapadł w rodzaj snu letargicznego. Nie tylko nic nie widział, ale postradał wszelkie czucie; choćby go kto najmocniej szczypał lub kłuł, nie byłby tego poczuł.

Nie widział więc, iż cień jakiś wsunął się na pokład.

Był to Negoro.

Poszedłszy na tył okrętu, kucharz umieścił pod szafką kompasową jakiś ciężki przyniesiony przedmiot, poczem popatrzywszy chwilkę na błyszczącą wskazówkę busoli, odszedł niepostrzeżony.

Gdyby Dick nazajutrz spostrzegł przedmiot, który Negoro umieścił pod kompasem, odrzuciłby go natychmiast, był to bowiem kawał żelaza, oddziaływający zgubnie na wskazówkę kompasu. Igła magnesowa zbaczała i zamiast wskazywać północ magnetyczną, różniącą się nieco od północy świata, wskazywała północo-wschód. Było to zboczenie o pół kąta prostego.

Po chwili Tom ocknął się z senności i spojrzał na kompas… Sądził – i musiał tak sądzić, iż Pilgrim płynie w złym kierunku. Zakręcił więc kołem, aby przód statku skierować na wschód… tak przynajmniej myślał. Ale wskutek zboczenia igły magnesowej przód statku zwrócił się na południowo-wschód.

Tak więc, gdy byli przekonani, iż statek płynie z pomyślnym wiatrem, w pożądanym kierunku, Pilgrim zboczył z swej drogi o czterdzieści pięć stopni.



Rozdział XI

Burza.

Przez tydzień następny po tym wypadku, t. j. od 14 do 21 lutego nic ważnego się nie wydarzyło. Wiatr północny wzmagał się powoli i Pilgrim płynął przeciętnie sto sześćdziesiąt mil na dobę. Więcej nawet nie można było wymagać od statku tych rozmiarów.

Dick przypuszczał, iż Pilgrim posuwa się ku strefom więcej uczęszczanym przez okręty, starające się przepłynąć z jednej do drugiej półkuli. Nowicyusz spodziewał się, iż napotka jakiś statek i zamierzał stanowczo albo przesadzić na niego wszystkich pasażerów, albo dostać kilku majtków, a może i oficera. Lecz pomimo ciągłego wytężania wzroku, nie mógł dojrzeć żadnego okrętu na pustem dokoła morzu.

Dziwiło to Dicka. Kilka razy przepływał tę część oceanu Spokojnego podczas swoich wycieczek na morze południowe, otóż zwykle pod tym stopniem długości i szerokości, jaki wykazywał jego obrachunek, pojawiały się okręty amerykańskie lub angielskie, w drodze z przylądka Horn ku równikowi, lub dążące do najdalszych krańców Ameryki południowej.

Ale Dick nie wiedział i nie mógł poznać, że Pilgrim znajdował się pod wyższym stopniem wysokości geograficznej, t. j. daleko dalej, niż myślał, posunął się na południe, a to z dwóch przyczyn:

Najpierw prądy tych stref, których prędkości nowicyusz nie mógł znać dokładnie, przyczyniły się znacznie, czego poznać było niepodobna, do zepchnięcia statku z jego drogi.

Powtóre busola, uszkodzona zbrodniczą ręką Negora, dawała wskazówki niedokładne, których nie mógł sprawdzić z powodu rozbicia drugiego kompasu. Z tego wynikało, iż gdy mniemał, że posuwa się na wschód, w rzeczywistości płynął na południo-wschód. Zawsze miał przed oczyma busolę i regularnie rzucał »lochs«, co dozwalało mu do pewnego stopnia kierować statkiem i obliczać przebytą drogę, ale, niestety! nie było to dostatecznem. Dick jak mógł uspokajał panią Weldon: Dopłyniemy szczęśliwie do wybrzeży amerykańskich, powtarzał; mniejsza o to, gdzie wylądujemy, byle tylko dostać się na ląd.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 028

– Masz słuszność, Dicku – odpowiadała pani Weldon.

– O, byłbym daleko spokojniejszym, gdybyś pani nie znajdowała się na naszym statku, gdyby tylko o nas chodziło…

– Ależ gdyby mnie nie było, a wraz ze mną kuzyna Benedykta, Janka i Nany, gdybyśmy nie przyjęli na pokład Pilgrima biednych rozbitków, Toma i jego towarzyszy, wówczas ty i Negoro składalibyście całą jego załogę… Jakbyś sobie radził sam z tym niedobrym człowiekiem, któremu nie mógłbyś zaufać.

– Postawiłbym przedewszystkiem Negora w niemożności szkodzenia mi – odrzekł śmiało.

– A sambyś manewrował?

– Tak jest, z pomocą Bożą.

Pewność siebie i odwaga młodego nowicyusza podsycały niby nadzieje pani Weldon, jednak za każdym razem, gdy spojrzała na Janka, mimowolnie niepokój budził się w jej sercu. Nie okazywała tego, aby nie niepokoić innych, ale w głębi duszy dręczyła ją często jakaś tajemnicza obawa, czy przeczucie.

Chociaż nowicyusz nie przeszedł jeszcze całego kursu hydrografii, posiadał w wysokim stopniu instynkt marynarza pod względem poznawania i przepowiadania czasu. Zarówno kształt obłoków, jak i wskazania barometru, uczyły go, czego się ma obawiać lub spodziewać. Kapitan Hull był biegłym meteorologiem, i on to nauczył Dicka posługiwać się tem nieomylnem narzędziem.

Zasady wskazań barometrycznych są następujące:

1-o. Jeżeli po długiej pogodzie barometr zaczyna nagle i ciągle opadać, niezawodnie będzie deszcz; jeżeli pogoda długo trwała, merkuryusz może przez parę dni opadać w rurce barometrycznej, zanim nastąpi zmiana atmosfery. W takich razach im dłusżzy czas upłynął między opadnięciem merkuryusza a rozpoczęciem się deszczu, tem dłużej będzie trwała pora dżdżysta.

2-o. Jeżeli przeciwnie po długim deszczu, barometr zaczyna podnosić się zwolna i regularnie – nastąpi niezawodnie pogoda i dłużej trwać będzie, im dłuższy czas upłynął między jej nadejściem a zaczęciem podnoszenia się barometru.

3-o. Jeżeli w dwóch powyższych wypadkach zmiana pogody następuje bezpośrednio po ruchach słupa barometrycznego, zmiana ta potrwa bardzo krótko.

4-o. Jeżeli barometr podnosi się powoli, ale bezustannie przez dwa, trzy lub więcej dni – zapowiada to pogodę, chociażby nawet przez wszystkie te dni deszcz padał, i na odwrót. Lecz, jeżeli barometr podnosi się przez dwa lub więcej dni w czasie deszczu, a gdy pogoda zajaśnieje, zaczyna opadać – pogoda potrwa bardzo krótko, i na odwrót,

5-o. Na wiosnę i w jesieni nagłe opadanie barometru przepowiada wiatr; w lecie, jeżeli jest bardzo gorąco – zwiastuje burzę. W zimie, jeżeli mróz trwał dość długo, nagłe obniżenie się słupa barometrycznego, przepowiada zmianę wiatru, wraz z odwilżą i deszczem; podniesienie zaś po dość długim mrozie jest zapowiedzią śniegu.

6-o. Przy końcu jesieni, jeżeli po dość długo trwającym deszczu i wietrze barometr się podnosi, zapowiada to, iż wiatr przeniesie się na północ i nastąpi mróz.

Dick znał bardzo dobrze te przepowiednie i sprawdził je niejednokrotnie podczas długich swoich podróży morskich; mógł więc zabezpieczyć się przeciw mogącym nastąpić zmianom.

Właśnie około 20 lutego zwróciły jego uwagę poruszenia słupka barometrycznego, i notował je kilka razy na dzień bardzo starannie. Barometr zaczął opadać powoli, ale ciągle, co zapowiadało deszcz, a że nie zaczynał zaraz padać, Dick wnosił z tego, iż niepogoda długo potrwa – i tak w samej rzeczy być miało.

Jednocześnie z deszczem nastał wiatr, Dick musiał zatem przedsięwziąć środki ostrożności dla zabezpieczenia masztów i żagli Pilgrima.

Nie łatwo to uskutecznić z tak niedoświadczoną załogą, ale wahać się było niepodobieństwem. Gdy podniesie się gwałtowniejszy wicher, trzeba zniżyć nie tylko reje, ale i żagle; jest to wielka ulga dla statku, który mniej obciążony w górze nie tak silnie bywa wstrząsany kołysaniem się naprzód i wstecz.

Przygotowania te zajęły dwie godziny czasu, poczem Dick z towarzyszami zajęli się obniżaniem żagla, zwanego bocianie gniazdo, a chcąc tego dokonać, trzeba było wspinać się po schodkach, przyciągnąć ku sobie żagiel poruszany wiatrem i przymocować go silnie.

Zajęcie to trudne było do wykonania i niebezpieczne zarazem.

Nareszcie zostało dokonane, przez co statek nie był wystawiony na zbyt silne działanie wiatru i znajdował się w warunkach odpowiednich stanowi atmosfery.

Przez trzy dni: 20, 21 i 22 lutego ani siła, ani kierunek wiatru nie uległy widocznej zmianie; merkuryusz jednak opadał w rurce barometrycznej, i w ostatnim dniu Dick zanotował, iż trzymał się ciągle niżej 28 cali i 7/10[2].

Nie zanosiło się na to, aby barometr miał się wkrótce podnieść; niebo było ponure, groził wicher. Czarne chmury zasłaniały horyzont, a tak były gęste, iż zupełnie zasłaniały słońce i trudno byłoby oznaczyć dokładnie, gdzie ono zachodzi i gdzie wschodzi.

Dick zaczynał się niepokoić, nie opuszczał pomostu; prawie nie sypiał, miał jednak tyle energii i mocy nad sobą, że umiał ukryć miotający nim niepokój.

Dnia 23 lutego rano zdawało się, iż wiatr zelżał nieco, ale po południu powiększył się i morze stawało się coraz burzliwsze.

Około godziny czwartej Negoro, który rzadko kiedy się pokazywał, pojawił się na przodzie statku; Dingo spał zapewne gdzie w kącie, gdyż nie szczekał jak zwykle. Negoro stał milcząc i z jakie pół godziny przyglądał się horyzontowi.

Bałwany piętrzyły się jedne za drugimi, nie ścierając się jednak jeszcze ze sobą, choć były znacznie wyższe, niżby to było wynikiem siły wiejącego wiatru. Fakt ten kazał przypuszczać, iż burza szaleje gdzieś na zachodzie i niebawem zapewne przeniesie się w te strony.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 029

Negoro wpatrywał się czas jakiś w niezmierzone obszary morza, mocno wzburzonego w około Pilgrima, a potem zwrócił ku niebu swe zimne spojrzenie.

Niebo przedstawiało się groźnie, mgły przesuwały się jedne wolniej, drugie szybciej. Chmury stref wyższych sunęły daleko spieszniej, niż wiszące w niższych warstwach atmosfery. Należało więc obawiać się, iż niezadługo ciężkie te masy opuszczą się i może sprowadzą burzę lub huragan. Negoro stał spokojnie, pozornie nie przestraszony, czy też nie rozumiał, co im zagrażać może; dość, że nie zrobiło to na nim wrażenia, i tylko złowrogi uśmiech przesunął się po jego twarzy. Możnaby wnosić, iż podobny stan rzeczy sprawiał mu przyjemność.

Po chwili wszedł na przedni maszt, aby spojrzeniem objąć dalszy widnokrąg, jakby szukał na nim jakiegoś punktu, potem zszedł, i spokojnie wrócił do kuchni. W pośród tych gróźb, jakby zawieszonych w powietrzu, osadę Pilgrima powinno pocieszać, iż wiatr, chociaż gwałtowny, sprzyjał żegludze i zdawało się, iż statek prędko dopłynie do brzegów Ameryki.

A jeśli tylko burza nie wybuchnie, będą żaglować prędko, bez wielkiego niebezpieczeństwa, które wtedy mogłoby im tylko zagrażać, gdyby przyszło przybić do lądu w nieznanych miejscowościach.

To też Dick bezustannie o tem myślał, jak będzie manewrował, zobaczywszy ziemię, jeżeli przedtem nie spotka jakiegoś biegłego sternika lub obznajomionego z miejscowością marynarza. Co uczyni, jeżeli burza zmusi go szukać gdzieś schronienia w tej okolicy, zupełnie mu nieznanej. Wprawdzie obecnie jeszcze nic nie zagrażało, ale może nastąpić chwila, w której zmuszony będzie powziąć stanowcze postanowienie…

Wtedy Dick Sand się nie zawaha!…

Od 24 lutego do 9 marca stan atmosfery nie uległ znacznej zmianie; gęste i ciężkie chmury bezustannie jeszcze zakrywały niebo. Wiatr zmniejszył się na kilka godzin i znowuż z dawną zerwał się siłą.

Dwa czy trzy razy barometr się podnosił, ale poruszenia jego były zbyt nagłe, aby miały zwiastować zmianę i powrót korzystnego wiatru.

Zaledwie podniósłszy się, barometr zaraz opadał, nie można więc było spodziewać się, iż zły czas przejdzie niebawem.

Wybuchła wielka burza, która bardzo zaniepokoiła Dicka. Kilka razy piorun uderzył w wzburzone fale, zaledwie o kilkaset sążni od Pilgrima; potem znów spadł ulewny deszcz, a ścieśnione pary gęstą mgłą otoczyły statek.

Przez całe godziny nic widzieć i rozeznać nie było można. Pilgrim płynął na los szczęścia.

Jakkolwiek spienione fale silnie rzucały statkiem, jednak pani Weldon nie doznawała morskiej choroby, ale Janek był bardzo chory i matka ani na chwilę go nie odstępowała.

Co do kuzyna Benedykta, był tak zdrów, jak owady, wśród których całe dnie przesiadywał, i tak spokojnie je badał, jakby siedział w swoim gabinecie w San-Francisco.

Na szczęście ani stary Tom, ani też jego towarzysze nie podlegali morskiej chorobie i mogli bezustannie pomagać młodemu kapitanowi, który był oswojony z wszelkiemi wstrząśnieniami okrętu.

Pomimo zmniejszenia żagli, Pilgrim prędko płynął, Dick już przewidywał, iż trzeba będzie jeszcze je zmniejszyć, wstrzymywał się jednak z tem, dopóki wyraźne nie groziło niebezpieczeństwo. Według jego obliczeń, ziemia musiała być już niedaleko, czuwano też bacznie. Dick jednak nie spuszczał się na wzrok swych towarzyszy, wiedząc z doświadczenia, iż nawet najlepsze oczy, jeżeli nie są oswojone z morskimi horyzontami, zwłaszcza podczas mgły, nie potrafią odróżnić pierwszych zarysów lądu; to też sam rozglądał się wciąż po widnokręgu, ale nigdzie nie ukazywały się wybrzeża amerykańskie.

Dziwiło go to niewymownie i z kilku słów, wypowiedzianych przez niego, pani Weldon dostrzegła i zrozumiała jego zdziwienie.

Było dnia 9 marca. Dick stał na przodzie statku, obserwując morze, niebo, oraz maszty Pilgrima, które zdawały chwiać się od wiatru.

– Nic jeszcze nie dojrzałeś, Dicku? – zapytała go pani Weldon w chwili, gdy odjął od oczu lunetę.

– Nie, pani, a jednak horyzont zdaje się nieco rozjaśniać pod powiewem coraz silniejszego wiatru.

– Czy przypuszczasz, iż znajdujemy się już blizko wybrzeży amerykańskich?

– Tak jest, i to mnie tylko dziwi, iż ich jeszcze dostrzedz nie mogę – odpowiedział.

– Zdaje się jednak, iż Pilgrim nie zboczył z drogi?

– Nie zboczył od dnia, w którym opłakiwaliśmy nieszczęsnego kapitana Hull i jego marynarzy, t. j. od 10 lutego. Dziś mamy 9 marca; upłynęło więc od tego czasu dwadzieścia siedm dni.

– A w jakiejże wtedy znajdowaliśmy się odległości od wybrzeży amerykańskich? – zapytała pani Weldon.

– Prawie o cztery tysiące pięćset mil; w tym względzie mogę się mylić najwyżej o jakie dwadzieścia mil.

– A ileż mil przebywa Pilgrim dziennie?

– Od chwili wzmożenia się wiatru przebywaliśmy dziennie po sto osiemdziesiąt mil, i dlatego też pojąć nie mogę, iż jeszcze nie widać lądu, a najwięcej mnie dziwi, że dotąd nie spotkaliśmy ani jednego okrętu, które dość często żeglują w tych stref ach,

– Może omyliłeś się w obliczeniu szybkości Pilgrima?

– Nie, pani, jest to niemożliwe. Zarzucałem lochs co pół godziny i ściśle obliczałem wskazane dane. Każę go zagłębić ponownie i przekonasz się pani, iż obecnie płyniemy z szybkością dziesięciu mil na godzinę, co wynosi przeszło 200 mil na dwadzieścia cztery godzin.

Dick zawołał Toma i kazał mu zarzucić lochs, co tenże już z wielką dokonywał wprawą; przywiązał mocno narzędzie do końca liny, i spuścił w morze, lecz gdy zaledwie dwadzieścia kilka sążni liny się odwinęło, zachwiała się ona w ręku starego murzyna.

– Ach! panie kapitanie! – krzyknął przerażony.

– Cóż takiego? – spytał Dick.

– Lina się zerwała.

– Lina zerwana! – zawołał Dick – a więc straciliśmy lochs.

Tom pokazał koniec sznura pozostały w jego ręku.

Lina nie osunęła się skutkiem złego przymocowania, ale zerwała się w samym środku. A jednak była bardzo mocna i skręcona z najlepszych konopi, musiała więc być nadzwyczajnie przetarta w miejscu, gdzie się zerwała? Tak, przetarta była w samej rzeczy, ale czy przez użycie? – Oto pytanie, jakie zadał sobie Dick, który od pewnego czasu stał się bardzo podejrzliwym.

Odtąd Dick nie mógł obliczać dokładnie prędkości żeglugi, i nie posiadał już na statku żadnego innego narzędzia prócz busoli, a nie wiedział, iż dawała ona fałszywe wskazówki.

Pani Weldon, widząc jak przypadek z liną zasmucił Dicka, nie chcąc go więcej martwić pytaniami, cofnęła się mocno strapiona do swojej kajuty.

Chociaż teraz nie było można wykazać i obliczyć prędkości, a tem samem ilości mil przebytych, łatwo jednak było przekonać się, iż Pilgrim płynął równie szybko.

Nazajutrz z rana barometr opadł do 28 2/10 cali (716 milimetrów), było to zapowiedzią wiatru, podczas którego można przepłynąć do sześćdziesięciu mil na godzinę. Należało znowuż obniżyć żagle, aby nie narażać statku na niebezpieczeństwo.

Dick zawezwał Toma i resztę murzynów, aby mu dopomogli w tej trudnej pracy, która na nieszczęście nie dała się szybko wykonać; a czas naglił, gdyż burza zaczęła zrywać się gwatłownie.

Po niesłychanych wysiłkach, w ciągu których ledwie nie powpadali w morze, zdołali nakoniec obniżyć zupełnie żagiel bocianiego gniazda i zwinąć przedni żagiel; pozostał więc już tylko maszt trójkątny i mały żagiel ściągnięty.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 030

Chociaż szybkość statku znacznie się w ten sposób zmniejszyła, pomimo to Pilgrim płynął nadzwyczajnie prędko.

Dnia 12 marca czas zapowiadał się coraz groźniej; Dick widział z przestrachem, że barometr spadł do 27 9/10 cali (709 milimetrów). Wszystko zwiastowało straszną burzę, nie można było zostawić na Pilgrimie ani jednego rozwiniętego żagla.

Dick chciał właśnie kazać ściągnąć ostatni żagiel, gdy zerwała się gwałtowna burza i rozszarpała żagiel, a Austyn silnie ugodzony, zaledwie zdołał zejść na pomost.

Dick był nadzwyczajnie przerażony, myślał tylko o tem, że Pilgrim miotany tak silnie, może lada chwila się rozbić, gdyż według jego obliczeń powinni się byli obecnie znajdować w pobliżu skał nadbrzeżnych.

Udał się na przód okrętu i przez lunetę rozglądał się do koła, ale nie mógł dojrzeć nigdzie ziemi. Powrócił do rudla.

W chwilę potem Negoro wszedł na pomost; tam, jakby mimowolnie wyciągnął rękę w jedna stronę widnokręgu – zdawało się, iż wśród mgły dojrzał ląd jakiś.

I znowuż złowieszczy uśmiech wykrzywił mu usta; nie wyrzekłszy słowa, co i gdzie zobaczył, wrócił na swoje stanowisko.



Rozdział XII

Na widnokręgu.

Burza zaczęła szaleć gwałtownie i zamieniła się w huragan. Wiatr dął od południo-wschodu, powietrze przenosiło się z szybkością dziewięćdziesięciu mil na godzinę (około 166 kilometrów).

Huragan jest to straszny wicher, wyrzucający często na ląd okręty, stojące w porcie; nawet najtrwalsze budowle, stojące na stałym gruncie, częstokroć oprzeć mu się nie mogą. Takim był huragan powstały w dniu 25 lipca 1825 roku, który zniszczył cała Gwadelupę.

Huragan taki zrywa z lawet dwudziestocztero-funtowe armaty, łatwo więc pojąć, co się podówczas stać może ze statkiem, który nie ma innego punktu oparcia, jak spieniony ocean. A jednak tej właśnie ruchliwości swojej okręt zawdzięczać może swoje ocalenie, gdyż, ustępując prądowi wichru, może przetrwać najsilniejsze burze, jeśli jest tylko mocno zbudowany. A Pilgrim był takim statkiem.

W kilka minut po zgruchotaniu bocianiego gniazda orkan zerwał mały żagiel trójkątny. Dick nie mógł rozpuścić nawet małego żagla z bardzo mocnego płótna, rozwijanego zwykłe podczas nawałnicy, co ułatwiałoby sterowanie statkiem.

Pilgrim więc płynął bez żagli, ale wicher tak silnie pchał pudło, maszty i całe opatrzenie statku, iż mimo to posuwał się nadzwyczaj prędko.

Chwilami podnosił się tak ponad fale, iż zdawało się, że zaledwie dotyka morza.

W takich warunkach statek wstrząsany przez bezmierne bałwany, burzą miotane, kołysze się nadzwyczaj silnie; pasażerowie mogą się obawiać, że lada chwila jakiś olbrzymi bałwan uderzy na tył statku.

Fale spiętrzone, jak wielkie wzgórza, płynęły prędzej od Pilgrima, grożąc mu zgruchotaniem, jeśli nie dość prędko wzniesie się w górę. Niebezpieczeństwo takie zagraża każdemu okrętowi, uciekającemu przed burzą.

Jak uniknąć strasznego ciosu?… Niepodobna było nadać Pilgrimowi szybszego ruchu, gdyż nie zachowałby ani kawałka żagla; nie pozostawało więc nic innego, jak podtrzymywać go, o ile można, za pomocą rudla, ale działanie tegoż nie zawsze było skuteczne.

Dick ani na krok nie oddalał się od steru, kazał się przywiązać w pasie liną, aby nie odrzuciło go jakieś silne wstrząśnienie. Obok niego stali, przywiązani także, Tom i Baty, aby na wszelki wypadek udzielić mu pomocy. Herkules i Akteon czuwali na przodzie statku.

Pani Weldon, kuzyn Benedykt, Janek i Nany, z polecenia nowicyusza pozostali w kajutach na tyle okrętu. Pani Weldon wprawdzie chciała pozostać na pomoście, ale Dick oparł się temu stanowczo, nie chcąc, aby się niepotrzebnie narażała.

Wszystkie otwory zostały szczelnie zamknięte, aby mogły stawić opór gdyby jaki olbrzymi bałwan spadł na pokład, w przeciwnym razie statek mógłby zostać zalany i zatonąć.

Dick teraz już wcale nie udawał się na spoczynek; pani Weldon obawiając się, aby nie zachorował ze znużenia, zniewoliła go, żeby użył choć paru godzin spoczynku.

Właśnie gdy położył się w nocy z 13 na 14 marca, nowy wydarzył się wypadek.

Tom i Baty znajdowali się na tyle statku, gdy nagle zbliżył się do nich Negoro, który tu nigdy prawie nie przychodził i chciał wszcząć z nimi rozmowę, ale murzyni wcale mu nie odpowiadali. Wtem silne wstrząśnienie podrzuciło statkiem, Negoro przewrócił się i byłby niewątpliwie wpadł do morza, gdyby się nie był pochwycił szafki, w której umieszczony był kompas.

Tom krzyknął z przestrachu, aby nie stłukł busoli.

Dick, krzykiem tym zbudzony, zerwał się na równe nogi i przybiegł na tył statku. Negoro już był się podniósł, trzymał kawał żelaza w ręku, który wyjął z pod kompasu, i ukrył go tak zręcznie, iż nowicyusz tego spostrzedz nie mógł.

Czyż Negorze zależało teraz na tem, aby igła magnesowa wskazywała dobry kierunek?

Tak, gdyż właśnie ten wiatr południowo-zachodni sprzyjał jego planom.

– Co się stało? – zapytał Dick.

– A to ten przeklęty kucharz upadł na kompas – odpowiedział Tom.

Zaniepokojony do najwyższego stopnia Dick przysunął się do szafki. Nie była ona uszkodzona, kompas, oświetlony lampami, znajdował się na zwykłem miejscu.

Straszny ciężar spadł mu z serca; uszkodzenie ostatniej busoli byłoby prawdziwym ciosem dla statku.

Dick jednak nie mógł dostrzedz, iż, skutkiem odjęcia kawałka żelaza, wskazówka powróciła do normalnego położenia i oznaczała dokładnie północ magnetyczna, to jest taka, jaka powinna była być pod tym południkiem.

Chociaż nie można było czynić Negora odpowiedzialnym za upadek, który zdawał się mimowolnym, wszelako zwróciło to uwagę Dicka, co kucharz mógł robić o tej godzinie na tyle statku.

– Co tu robisz? – zapytał.

– Co mi się podoba – odparł hardo Negoro.

– Co? – zawołał Dick, nie mogąc powstrzymać się od gniewu.

– Mówię – odparł kucharz – iż przecież niema rozkazu zabraniającego przechadzać się na tyle statku.

– A zatem wydaję ci ten rozkaz! Odtąd ani mi się waż tu przychodzić!

– Czy tak? – zapytał drwiącym tonem.

I człowiek ten, umiejący tak panować nad sobą, zapomniał się do tego stopnia, iż zrobił groźny ruch ręką.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 031

Dick wydobył z kieszeni rewolwer i, zwracając się do niego, rzekł głosem stanowczym:

– Wiedz o tem, Negoro, że zawsze mam przy sobie rewolwer i że za pierwszem nieposłuszeństwem strzaskam ci łeb!

W tej samej chwili Negoro uczuł, iż jakaś nieprzeparta siła pochyla go ku ziemi, a to Herkules położył mu na ramieniu olbrzymią swą rękę.

– Kapitanie – powiedział olbrzym – czy chcesz, abym tego łotra wrzucił w morze? Ryby morskie nie są zbyt wybredne i nim się uraczą.

– Wstrzymaj się jeszcze – odparł Dick.

Negoro powstał, gdy murzyn zdjął rękę z jego ramienia i, przechodząc koło niego, mruczał:

– Czekaj, przeklęty murzynie! Przypłacisz mi to drogo!

Dick rozmyślał teraz nad tem, czy ów upadek Negora nie był przypadkiem w związku ze stłuczeniem pierwszej busoli. W jakim celu znajdował się kucharz na tyle statku, czy mógł mieć jaki interes w tem, aby go pozbawić ostatniej busoli? Nie mógł żadną miarą pojąć, aby mu co zależało na tem. Czyżby Negoro, tak samo, jak wszyscy na Pilgrimie nie pragnął jak najprędzej dopłynąć do wybrzeży amerykańskich?

Gdy rozmawiał o tym wypadku z panią Weldon, ta chociaż poniekąd podzielała jego podejrzenie, nie mogła jednak pojąć, coby mogło skłaniać kucharza do tak zbrodniczych zamiarów.

Przezorność wszelako nakazywała zwrócić baczną uwagę na Negora, który odtąd nie przekraczał zakazu i nie pojawiał się na tyle statku.

Co prawda Dingo przebywał tam teraz bezustannie, a kucharz unikał starannie wrogiego psa.

Burza szalała wciąż przez cały tydzień, barometr bezustannie opadał; nie podobna było myśleć o rozwinięciu żagli. Pilgrim płynął na północ z szybkością co najmniej dwustu mil na dwadzieścia cztery godzin, a ziemia nie ukazywała się znikąd.

Dick nie mógł pojąć, co to znaczy, i częstokroć zapytywał sam siebie, czy pomimo woli od wielu już dni nie płynie w złym kierunku. Ale to niemożliwe! Przecież słońce, chociaż przez mgły ujrzeć go nie mógł, wschodziło zawsze przed nim, a zachodziło za nim… Gdzieżby więc podziała się Ameryka, wśród której rozbije się jego statek? Czy byłyby to wybrzeża południowe, czy też północne; bo w takim chaosie wszystkiego spodziewać się można; w każdym razie Pilgrim musi koniecznie dopłynąć do jakiegoś lądu.

Cóż stać się mogło od czasu powstania tej burzy? Co to znaczy, iż do tej pory nie widać nigdzie wybrzeży amerykańskich, które mogą stać się dla nich zbawieniem lub zagładą?…

Czy przypuścić, iż busola wprowadziła go w błąd od chwili, gdy zabrakło mu drugiej dla sprawdzenia i kontrolowania wskazówek. Na myśl tę naprowadziła go nieobecność jakiegokolwiek lądu.

Dick nie odchodził od rudla, chyba tylko, aby na chwilę rozejrzeć się w mapie, ale i ta nie mogła rozwiązać zagadnienia, którego, w położeniu, jakie mu zgotował Negoro, zarówno on, jak nikt inny rozwiązaćby nie był w stanie.

Dnia 21 lutego, Herkules, stojący na straży na przedzie okrętu, zawołał nagle:

– Ziemia! ziemia!

Dick poskoczył na przód statku.

– Gdzie ziemia? – zapytał.

– Tam! – odrzekł Herkules, wskazując na północo-wschodzie prawie niedostrzeżony punkt na horyzoncie.

Gwałtowny szum fal zagłuszył wymawiane słowa.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 032

– Widziałeś ziemię?… – ponownie zapytał Dick.

– Tak jest – odrzekł Herkules – i znowuż wskazał ręką w pierwotnym kierunku.

Dick patrzył i patrzył, ale nic dojrzeć nie mógł.

W tej chwili pani Weldon weszła na pomost, usłyszawszy okrzyk, wydany przez Herkulesa i zaczęła bystro wpatrywać się w stronę, wskazana przez murzyna.

Ale zarówno ona, jak i Dick, nic zobaczyć nie mogli.

Wtem nagle Dick wyciągnął rękę i także zawołał:

– Ziemia! ziemia!

Wśród gęstej mgły zaczął wyłaniać się jakiś wierzchołek – wzrok marynarza nie mógł go mylić.

– A więc nareszcie! – zawołał, oddychając swobodniej.

Uchwycił się gorączkowo za parapet, a pani Weldon, podtrzymywana przez Herkulesa, nie odwracała oczu od tej tak niespodziewanie pojawiającej się ziemi.

Chmury rozsunęły się nagle i można było dostrzedz wyraźniej wierzchołek wybrzeża, rysującego się w odległości około dziesięciu mil. Było to zapewne jakieś wzgórze lądu amerykańskiego.

Zegar wskazywał godzinę 8 rano, przed południem zatem, Pilgrim dopłynie do lądu.

Na wezwanie Dicka Herkules odprowadził panią Weldon do kajuty, ponieważ nie mogła się utrzymać na nogach na pomoście z powodu gwałtownego kołysania się statku. Dick pozostał jeszcze parę chwil, poczem odszedł i stanął przy rudlu obok Toma.

Ujrzał nareszcie owe wybrzeża tak gorąco upragnione, lecz teraz widok ich przejmował go przerażeniem. W warunkach, w jakich obecnie się znajdował Pilgrim, uciekający przed burzą, ziemia spotkana pod wiatrem groziła rozbiciem i strasznemi jego następstwami.

Minęły dwie godziny; wzgórze ukazywało się teraz z boku statku.

W tej chwili wszedł na pomost Negoro, wpatrzył się uważnie w wybrzeże, pokiwał głową, jak człowiek wiedzący, czego się trzymać i odszedł, wymówiwszy jakaś niedosłyszaną nazwę.

Dick często wychodził, wpatrując się w stronę, w której ukazywała się ziemia, ale wybrzeże dotąd nie rysowało się jeszcze wyraźnie.

Niebo rozjaśniło się, a tak wysokie wybrzeża, jak ziemia amerykańska, otoczona niezmierzonym łańcuchem Andów, nawet z odległości dwudziestu mil powinny były być widzialne.

Dick wziął lunetę i patrzał przez nią na cały horyzont zachodni i, dziwna rzecz, nic dojrzeć nie mógł.

O drugiej godzinie po południu wszelki ślad lądu zaginął.

Głośny krzyk wydarł się z piersi Dicka; niebawem udał się do kajuty, w której przebywała pani Weldon, Janek i Nany.

– Była to tylko wyspa – zawołał, wchodząc.

– Wyspa?… ależ jaka? – zapytała pani Weldon.

– Mapa nas objaśni – odparł Dick.

I pobiegł po mapę.

– Patrz pani mówił – ziemia, która nam się ukazała, to prawdopodobnie ten mały punkcik, oznaczony wśród oceanu Spokojnego, musi to być wyspa Wielkanocna, innych w tych stronach niema zupełnie.

– I pozostała już za nami? – zapytała.

– Tak jest – odpowiedział Dick.

– W jakiej odległości jest ta wyspa od wybrzeży amerykańskich.

– O trzydzieści pięć stopni.

Pilgrim zatem zupełnie się nie posuwał, skoro jesteśmy jeszcze tak oddaleni od lądu – zauważyła pani Weldon.

– Pani – rzekł Dick, przesuwając ręka po czole, jakby chcąc zebrać myśli – nie rozumiem… nie umiem wytłómaczyć tego niepojętego opóźnienia… Nic stanowczo nie rozumiem… Chyba, że busola fałszywie wskazywała… Ale może to być tylko wyspa Wielkanocna… i dziękuje niebu, iż nareszcie poznałem nasze położenie. Tak… to wyspa Wielkanocna, jest ona jeszcze odległą od lądu o dwa tysiące mil. Wiem chociaż, gdzie nas zaniosła burza i, jeśli się ona uspokoi, możemy mieć nadzieję, że dopłyniemy jeszcze do wybrzeży amerykańskich. Teraz już przynajmniej statek nasz nie zginie na niezmierzonym oceanie.

Wszyscy podzielali nadzieję młodego kapitana, zdawało się w samej rzeczy, iż przebyli już wszelkie niebezpieczeństwo i że nakoniec, płynąc z pomyślnym wiatrem, Pilgrim dostanie się na spokojne i pełne morze.

Wyspa Wielkanocna, nazywająca się właściwie Vaï-Hou, została odkryta przez Dawida w 1686 roku; następnie zwiedził ją Cook i Laperouse.

Leży ona pod 27° szerokości południowej a 112° długości wschodniej.

Skutkiem więc burzy południowo-zachodniej, przed którą musiał uciekać, Pilgrim poniesiony został przeszło o 15 stopni na północ.

Obecnie znajdował się jezcze o dwa tysiące mil od brzegu, jednak pod wpływem silnego wiatru powinienby przed upływem dziesięciu dni dotrzeć do jakiegokolwiek wybrzeża Ameryki południowej. Można też było mieć nadzieję, iż, jak to powiedział Dick, burza przecież się nareszcie uspokoi, co dozwoli rozwinąć żagle, gdy już znajdować się będą w pobliżu lądu.

Dick cieszył się nadzieją, iż huragan od tylu dni już trwający nakoniec przeminie, i że obecnie, gdy poznał położenie, będzie w stanie dowolnie sterować statkiem i doprowadzić go w bezpieczne miejsce.

Dzięki wybornej budowie Pilgrim prawie że nie ucierpiał od burzy; postradał tylko bocianie gniazdo i mały żagiel trójkątny, co z łatwością da się naprawić.

Ani jedna kropla wody nie dostała się przez spojenie pudła i pomostu; pompy działały znakomicie, żaden przyrząd nie uległ uszkodzeniu, z tej więc strony nie było się czego obawiać.

Wszelako jeszcze wciąż groził huragan, który dotąd szalał, a jeśli pod pewnym względem Dick mógł ze statkiem swoim opierać się burzy, nie był w możności nakazać wiatrowi, aby nie dął gwałtownie, bałwanom morskim, aby się uspokoiły, niebu, aby zajaśniało pogodą!

Na statku wprawdzie on wydawał teraz rozkazy, ale poza statkiem tylko Wszechmocny rządził wichrem i falami!



Rozdział XIII

Ziemia! Ziemia!

Nadzieja, budząca się w duszy Dicka, zdawała się urzeczywistniać.

Następnego dnia, 27 marca, rtęć zaczęła się podnosić w rurce barometru. Statek nie był już tak często i mocno kołysany, przypuścić można było, że burza słabnie; wiatr zmniejszył się, przenosząc się zwolna ku zachodowi.

Dick nie mógł jednak dotąd rozwinąć żagli, najmniejszy nawet byłby przez wiatr uniesiony; liczył jednak na to, iż będzie mógł tego dokonać przed upływem dwudziestu czterech godzin.

W nocy wiatr zmniejszył się znacznie, a tem samem i okręt nie był tak gwałtownie, jak dotąd, wstrząsany i pasażerowie mogli wyjść na pomost bez obawy, że zostaną porwani przez rozszalałe bałwany.

Korzystając z tej zmiany, pani Weldon wyszła z kajuty, w której dla bezpieczeństwa została przez cały czas trwania burzy.

Przyszła rozmawiać z Dickiem, który wysiłkiem nadludzkiej prawie woli mógł przetrwać tyle trudów i znużenia. Zeszczuplał i zbladł, a samo już tak długie pozbawienie snu powinno go było nadzwyczajnie osłabić. Jak dotąd silna jego natura wyszła zwycięzko z tej ciężkiej próby – może przyjdzie mu kiedyś drogo ją przypłacić, ale teraz nie pora myśleć o tem, to też dzielny chłopiec nie upadał na duchu.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 033

– Dicku, dziecię moje kochane, odważny kapitanie! – rzekła pani Weldon – biorąc go za rękę.

– Ach! pani – odpowiedział – nie słuchasz twego kapitana; opuszczasz kajutę, wychodzisz na pomost pomimo jego próśb.

– Tak, jestem nieposłuszna, ale mam jakieś przeczucie, iż burza się uśmierzy i uspokoi wkrótce zupełnie.

– W istocie słabnąć poczyna – odrzekł Dick; – od wczoraj barometr już nie opada, wicher się uspokaja, możemy mieć nadzieje, iż przebyliśmy najcięższe chwile.

– Daj to Boże! kochany Dicku, jakżeś ty wiele pracował i przecierpiał… spełniłeś…

– Nic więcej nad powinność moją, pani!

– Lecz teraz bęziesz mógł nareszcie odpocząć.

– Odpocząć! nie czas jeszcze o tem myśleć, a zresztą zdrów jestem dzięki Bogu, i obowiązkiem moim jest dotrwać do końca. Mianowałaś mnie pani kapitanem Pilgrima, będę zatem spełniał ten obowiązek do chwili, aż wszyscy pasażerowie nie dostaną się w miejsce bezpieczne.

– Ani ja, ani mąż mój, nigdy ci nie zapomnimy twego poświęcenia.

– Nie zrobiłem nic nadzwyczajnego, a ocalenie nasze tylko Stwórcy zawdzięczamy.

– Tak, niewątpliwie, ale ty, przez twą odwagę i siłę moralną, okazałeś, iż jesteś już mężczyzną, człowiekiem godnym i zdolnym do dowództwa; jak tylko więc ukończysz nauki – mówię to w swojem i męża mego imieniu – będziesz kapitanem jednego z okrętów domu Jamesa W. Weldon.

– Ja… ja… – zawołał Dick wzruszony do głębi i w oczach łzy mu zabłysły.

– Dicku – rzekła poważnie pani Weldon – dotąd byłeś już naszem przybranem dzieckiem, odtąd będziesz synem, który ocalił swą matkę i małego braciszka Janka. Przyjmuję cię za syna i ściskam jako matka w mojem i męża mojego imieniu.

I przyciskając go do serca, ta kobieta tak odważna wobec niebezpieczeństwa, nie mogła zapanować nad silnem wzruszeniem i głośno się rozpłakała.

Żadne pióro nie zdołałoby opisać uczuć, jakie w tej chwili miotały sercem Dicka, zapytywał się w duszy, czyby nie mógł uczynić coś więcej, jak życie poświęcić dla swych dobroczyńców i z góry przyjmował wszelkie ofiary i trudy, jakieby mu ponieść przyszło.

Po tej rozmowie, Dick uczuł się silniejszym i odważniejszym jeszcze. Niech tylko kierunek wiatru stanie się przyjaźniejszy, aby mógł rozwinąć parę żagli, a pewnym był, iż zdoła doprowadzić statek do jakiegoś portu, w którym będzie mógł bezpiecznie wysadzić na ląd swoich pasażerów.

Dnia 20 wiatr nieco się zmniejszył i Dick postanowił przywrócić Pilgrimowi maszt przedni i bocianie gniazdo, a tem samem powiększyć prędkość i upewnić kierunek.

– Dalej Tomie, dalej przyjaciele – zawołał nad ranem, wychodząc na pomost –chodźcie, potrzebna mi jest wasza pomoc!

– Słuchamy, panie kapitanie – odrzekł stary Tom.

– Wykonamy wszystko, co tylko pan rozkażesz – rzekł Herkules – przez czas trwania burzy nie było nic do roboty, obawiałem się już, abym nie zardzewiał z bezczynności.

– A czemu nie dmuchałeś wielkiemi twemi ustami – rzekł Janek – założyłbym się, iż zmieniłbyś kierunek wiatru.

– Świetny pomysł, kochany Janku – powiedział śmiejąc się Dick; – gdy wiatr będzie zanadto spokojny, Herkules będzie nam dmuchał w żagle.

– Do usług pana kapitana! – odrzekł poczciwy murzyn, nadymając usta.

– Przedewszystkiem, moi przyjaciele, przywiążemy nowy żagiel do rejów, ponieważ wicher uniósł nasz wielki żagiel, będzie to zadanie trudne, ale trzeba go dokonać.

– Więc dokonamy! – zawołał Akteon.

– Czy nie mógłbym ci w czem dopomóc braciszku? – zapytał mały Janek.

– I owszem, mój kochany – odpowiedział Dick, idź z Tomem do rudla, pomożesz mu sterować.

Trudno opisać radość małego Janka, jakże się cieszył, jakże był dumnym z tego, iż będzie pomocnikiem sternika Pilgrima.

– A teraz do pracy, przyjaciele! A strzeżmy się, żeby się nie narażać zbytecznie.

Murzyni zabrali się do roboty pod kierownictwem Dicka. Nie łatwem było zadaniem przywiązać nowy żagiel do rejów, zwłaszcza dla Toma i jego towarzyszy, zupełnie nieobeznanych z czynnościami tego rodzaju. Naprzód trzeba było podnieść w górę zwinięty żagiel, a następnie przytwierdzić go do rei, lecz Dick umiał im to jasno określić, a oni tak ściśle spełniali wszelkie rozporządzenia jego, iż po upływie półgodzinnej pracy żagiel był zaciągnięty, drąg masztowy podniesiony i żagiel bocianiego gniazda przytwierdzony.

Tegoż dnia, o dziesiątej godzinie zrana, Pilgrim płynął już z masztem przednim, z żaglem bocianiego gniazda i żaglem trójkątnym.

Dick z przezorności nie rozwinął więcej żagli. Jeżeli wiatr się nie zmniejszy, mógłby płynąć z szybkością co najmniej dwustu mil na dwadzieścia cztery godzin, a wówczas przed upływem dziesięciu dni dotarłby do wybrzeży Ameryki.

Z jakiem zadowoleniem Dick powrócił do rudla! Przestał już być na łasce spienionych fal; płynął w dobrym kierunku. Radość jego zrozumie każdy, kto pojmuje niebezpieczeństwo morskich podróży.

Następnego dnia chmury przeciągały jeszcze równie prędko, ale ukazywały się gdzieniegdzie przedarte pasy, poprzez które przedostawały się promienie słoneczne. Jakże ożywczem było to upragnione światło. Od czasu do czasu znikało ono poza wielkim pasem pary, uciekającej na wschód, za chwilę znów się wysuwało z pośród chmur; pogoda się ustalała.

Poodsuwano zamknięte otwory, aby przewietrzyć wnętrze statku; czyste powietrze dostawało się do składów, tyłu statku i do kajut. Wywieszono do przesuszenia mokre żagle, oczyszczono pomost. Dick pragnął, aby statek jego przy wpłynięciu do portu wyglądał jak najkorzystniej, kilka też godzin dziennie na ten cel przeznaczonych wystarczało zupełnie do doprowadzenia i utrzymania statku w porządku i czystości.

Pozbawiony narzędzi, Dick przez samą wprawę mógł ocenić dość dokładnie szybkość statku; był pewnym, iż ujrzą ziemię najdalej w przeciągu tygodnia.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 034

– Do jakiego punktu wybrzeży amerykańskich dopłyniemy? – zapytała pani Weldon.

– Gdzieś w tych stronach – odpowiedział Dick, wskazując na mapie pas ciągnący się od Peru do Chili – ściślej miejscowości określić nie jestem w stanie. Oto wyspa Wielkanocna, która pozostawiliśmy na zachód, a z kierunku tego ciągłego wiatru wnoszę, iż wylądujemy na wschodzie. Na tych wybrzeżach istnieją liczne miejsca zaludnione, ale w tej chwili nie mogę oznaczyć dokładnie, do którego dopłyniemy.

– Jakiekolwiek ono będzie, stanie się dla nas arką zbawienia, kochany Dicku.

– Tak jest, i pewny jestem, iż stamtąd znajdziesz pani sposobność powrotu do San-Francisco. Towarzystwo żeglugi po oceanie Spokojnym urządziło w tych stronach regularna komunikacyę statkami; statki towarzystwa dopływają do głównych punktów wybrzeży, łatwo więc będzie pani wsiąść na jeden z nich, który ją zawiezie do Kalifornii.

– Więc nie masz zamiaru odprowadzić Pilgrima do San-Francisco?

– Przeciwnie, jak tylko pani z Jankiem umieścicie się na innym statku, jeżeli tylko uda się znaleźć oficera i osadę, dopłyniemy z ładunkiem do Valparaiso, jak to zamierzał zrobić kapitan Hull, a potem wrócimy do naszego portu. Dla pani byłaby to zbyt długa, uciążliwa i nużąca podróż, więc choć smutno mi będzie rozstawać się…

– Dobrze, kochany Dicku, zobaczymy jeszcze, co mi uczynić wypadnie. Ale zdaje mi się, że obawiałeś się niebezpieczeństw spotkania lądu?

– W samej rzeczy można się obawiać, ale mam nadzieje, iż natrafimy na jakiś okręt i dziwi mnie bardzo, że to do tej pory jeszcze nie nastąpiło. Gdyby choć jeden spotkać, wskazałby nam dokładnie, gdzie się znajdujemy, co wielce ułatwiłoby dopłyniecie do lądu.

– Czyż w tych miejscowościach niema sterników obsługujących wybrzeża?

– Muszą być pewnie, tylko nie tak daleko od lądu, postaram się do niego zbliżyć.

– Jeżeli zaś nie spotkamy statku? – zapytała pani Weldon, chcąc wiedzieć, jak młody nowicyusz zamierza sobie radzić we wszelkich okolicznościach.

– W takim razie, jeżeli czas się nie zmieni i wiatr pozostanie pomyślnym nadal, starać się będę o tyle zbliżyć do lądu, abyśmy mogli szukać na nim schronienia, jeżeliby zaś zerwał się wicher…

– Cóż wtedy poczniesz, Dicku?

– Wówczas ze względu na okoliczności, w jakich obecnie znajduje się Pilgrim

– Cóż zrobisz?

– Byłbym zmuszony poświęcić Pilgrima, aby osadę ocalić – odrzekł, a czoło jego zasępiło się nagle… – Smutna byłaby to okoliczność, niech Bóg uchroni nas od niej! Bądź pani jednak spokojna, pora jest piękna i niepodobna prawie, abyśmy nie spotkali jakiegoś okrętu lub przynajmniej statku sternika. Nie traćmy więc nadziei i z pomocą Boską przypłyniemy do lądu.

Przez kilka dni następnych ujawniały się zmiany powietrza bardzo niepokojące Dicka; wiatr był wciąż silny, a pewne poruszenia barometru kazały wnosić, iż powiększy się jeszcze. Coby robił, gdyby zerwał się wiatr przeciwny? Jeżeliby znowuż zmuszony był płynąć bez kierunku, jakżeby to przedłużyło i tak już nadmiernie długą podróż.

Na szczęście obawy te nie ziściły się.

Przeszło już dwa miesiące upłynęło od chwili, gdy Pilgrim opuścił Nową Zelandyę. Przez dwadzieścia dni na przemian to panowała zupełna cisza, to wiatr przeciwny opóźniał żeglugę; następnie przyjazne warunki dozwalały mu prędzej dobić do lądu, nawet podczas szalonej burzy płynął bardzo szybko. Dick obliczał, iż posuwa się przeciętnie przynajmniej o dwieście mil dziennie – jakże więc stać się to mogło, że do tej pory nie napotkali ziemi? Czyżby uciekała ona przed Pilgrimem? Zachodziła tu jakaś niezrozumiała okoliczność.

Niejednokrotnie Tom i jego towarzysze przypuszczali, iż widzą zdala ziemię, lecz okazało się niebawem, iż były to tylko pary, przybierające dziwaczne kształty. Mniemana ziemia zmieniała miejsce i wreszcie rozwiewała się, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.

Nareszcie 6 kwietnia, o ósmej zrana, Dick wszedł na wysoki maszt; mgły rozsunęły się i przy pierwszych promieniach słońca horyzont zarysował się wyraźnie.

– Ziemia! ziemia! – zawołał nagle.

Na ten okrzyk wszyscy zbiegli się na pokład z wyjątkiem tylko Negora, który pozostał w swej izdebce. Wszyscy widzieli, co zobaczył Dick, jedni rzeczywiście, inni oczami wiary. Ale młody kapitan, obznajomiony z horyzontami morza, nie mógł się mylić i po upływie godziny wszyscy przekonali się o tem.

W odległości niespełna czterech mil na wschód rysowało się dość nizkie wybrzeże, tak przynajmniej się zdawało. Pewnie poza niem wznosił się długi łańcuch Andów, ale unoszące się chmury nie pozwalały jeszcze dojrzeć ich wierzchołków. Pilgrim płynął w tym właśnie kierunku i zbliżał się coraz więcej ku odznaczającym się wybrzeżom.

Prócz kilku drzew wszelako nie widać było ani śladu jakichś siedzib ludzkich, ani portu, ani ujścia rzeki, mogącego zapewnić schronienie statkowi.

W tej chwili Pilgrim płynął prosto ku tej ziemi, a skutkiem niedostatecznej liczby rozwiniętych żagli Dick nie mógł zwrócić statku na pełniejsze morze. Przed oczami jego rysował się długi pas skał, na których morze biała pokrywało się pianą. Fale rozbijały się i zalewały wybrzeże z niepohamowaną siłą. Dick długo wpatrywał się w wybrzeże morskie, poczem, milcząc, powrócił do rudla.

Wiatr powiększał się, Pilgrim znajdował się już tylko o milę od brzegu.

Dick spostrzegł małą przystań i postanowił wpłynąć do niej, lecz przedtem musiałby przepłynąć szereg skał, pośród których trudno byłoby wynaleźć drogę. W tej chwili Dingo przybiegł na pomost i, ujrzawszy ziemię, zaczął wyć żałośnie. Zdawałoby się, iż pies poznaje tę miejscowość i że przypomina mu ona jakieś smutne wypadki.

Być może, że Negoro usłyszał to wycie, dość, iż nie mógł się oprzeć chęci zejścia na pokład i, choć obawiał się wrogiego mu psa, przyszedł i oparł się o parapet.

Na szczęście Dingo, który nie przestawał wyć, zapatrzony w ziemię, nie zobaczył kucharza.

Negoro ze spokojem przyglądał się rozbijającym się o skały bałwanom; obserwująca go jednak nieznacznie pani Weldon zauważyła, iż twarz jego pokryła się rumieńcem.

– Czyżby znał te miejsca, ku którym wicher zagnał Pilgrima?

Dick nagle odszedł od rudla, powierzając go Tomowi; spojrzał raz jeszcze na otwierającą się małą przystań, poczem rzekł pewnym głosem, zwracając się do pani Weldon:

– Nie mam nadziei znaleźć schronienia dla statku! Przed upływem pół godziny Pilgrim osiądzie na skałach. Niestety! nie wprowadzę go do portu; poświęcić go trzeba dla ocalenia nas wszystkich.

– Czyś zrobił wszystko, co było możebnem? – zapytała pani Weldon.

– Wszystko, co tylko było w mej mocy – odpowiedział Dick.

Bezzwłocznie przedsięwzięto przygotowania do osadzenia statku na mieliźnie.

Pani Weldon, Janek, kuzyn Benedykt i Nany włożyli na siebie pasy bezpieczeństwa, a Dick, Tom i murzyni, umiejący doskonale pływać, przygotowali się na wszelki wypadek, gdyby wpadli w morze.

Herkules miał polecenie czuwania nad panią Weldon, Dick wziął pod swoją opiekę Janka. Kuzyn Benedykt przyszedł najspokojniej na pomost z pudełkiem entomologa.

Dick polecił go Batemu, a Austyn miał opiekę roztoczyć nad Nany.

Co do Negora, spokój jego pozwalał wnosić, iż sam da sobie radę.

Dick tak był przezorny, iż polecił wynieść na przednie wywyższenie statku dwanaście beczek tranu. Jeżeliby nagle rozbite o skały bałwany morskie rzuciły się na Pilgrima, olej ten mógł na chwilę dodać ślizgości wodzie i ułatwić tym sposobem przesunięcie się statku między nadbrzeżnemi skałami.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 035

Dick wszystko przygotował, co mogło wpłynąć na zapewnienie bezpieczeństwa osady, potem wrócił na stanowisko przy rudlu.

Obecnie Pilgrim znajdował się już zaledwie o 240 sążni od wybrzeży, t. j. prawie dotykał skał, o które lada chwila mógł uderzyć spód okrętu.

Tego obawiał się Dick. Wtem nagle dostrzegł przesmyk, otwierający się między dwiema rafami, trzeba było jak można najprędzej zapuścić się w niego, aby osiąść na mieliźnie, o ile możności najbliżej wybrzeży.

To też, nie namyślając się ani chwili, skierował statek w ten wązki przesmyk. W miejscu tem morze było jeszcze więcej rozhukane, spienione bałwany docierały aż na pomost.

Murzyni stali przy beczkach z tranem na przedzie statku, czekając rozkazów.

– Wylewajcie oliwę! prędko!… – zawołał Dick.

Pod wielkimi strumieniami oliwy, morze uspokoiło się, jakby za dotknięciem laski czarnoksięskiej, co jednak nie przeszkadzało, aby niebawem znów groźniej jeszcze poczęło szaleć. Pilgrim przesuwał się szybko po ślizkiej skutkiem wylania tranu wodzie, i zmierzał wprost ku wybrzeżom.

Wtem nastąpiło nagłe uderzenie; statek podniesiony olbrzymim bałwanem opadł na skały, maszty wszystkie spadły; szczęściem nie zraniwszy nikogo. Pudło przebite uderzeniem, zaczęło szybko napełniać się wodą, ale ląd znajdował się już tylko o jakie 60 sążni, a łańcuch raf łatwo dojść do niego dozwalał.

Po upływie dziesięciu minut, cała osada Pilgrima dostała się na wybrzeże morskie.



Rozdział XIV

Co czynić dalej?

Po długiej żegludze, której naprzód przeszkadzała zbytnia cisza, a potem sprzyjał wiatr północno-wschodni i południowo-wschodni, trwającej siedemdziesiąt cztery dni Pilgrim osiadł na przybrzeżnych skałach.

Wszyscy pasażerowie jego wznosili dziękczynne modły do Stwórcy, iż życiu ich już żadne nie zagrażało niebezpieczeństwo; burza wyrzuciła ich na ląd stały, a nie na jakąś wyspę Polinezyi. Zdawało się, iż z tego miejsca łatwo im będzie dostać się do San-Francisco.

Co do Pilgrima, ten był stracony na zawsze, pozostał z niego już tylko szkielet bez żadnej wartości, którego szczątki bałwany niebawem rozproszą bez śladu. Niemożliwą rzeczą było cokolwiek z niego ocalić. Chociaż Dick pozbawiony był tej pociechy, iż nie mógł odprowadzić panu Weldon nieuszkodzonego statku, wszakże jemu tylko zawdzięczać należało, iż wszyscy pasażerowie, a między nimi żona jego i synek, schronili się bezpiecznie na ląd.

Nie można było ściśle oznaczyć, w której mianowicie części wybrzeży amerykańskich Pilgrim uległ rozbiciu. Dick mniemał, iż znajduje się na wybrzeżach Peru, gdyż, sądząc z położenia wyspy Wielkanocnej, wiedział, że wicher poniósł Pilgrima na północo-wschód, do czego przyczyniły się także prądy strefy podrównikowej.

A niezmiernie zależało na tem rozbitkom, aby wiedzieli stanowczo, gdzie się mianowicie znajdowali. Jeżeliby to była ziemia Peruwiańska, wówczas w pobliżu musiałyby się znajdować liczne miasteczka, wioski i porty, a więc nietrudno byłoby im dostać się do miejscowości zamieszkałych, gdyż okolica, na której się znajdowali, była zupełnie bezludna.

Było to małe płaskowzgórze, przecięte czarnemi skałami i wyrwami, powstałemi skutkiem popękania skał; tu i ówdzie nieznaczna pochyłość prowadziła aż na jego wierzchołek.

Ku północy, o ćwierć mili od miejsca rozbicia, było ujście niewielkiej rzeczki; nad jej wodami pochylały się piękne «ryzofory», zupełnie inne, niż te, które rosną w Indyach.

Na szczycie płaskowzgórza roztaczał się gęsty las, a zielone jego korony pochylały się na wszystkie strony, ciągnąc się aż ku górom, leżącym na tylnym planie.

Gdyby kuzyn Benedykt zajmował się botaniką, ileż spotkałby tu drzew i roślin zupełnie mu nieznanych.

Rosły tu wysokie baobaby, latany, białe sosny, tamaryny, drzewa pieprzowe szczególniejszego rodzaju i całe setki rozmaitych krzewów i roślin, których amerykanie prawie nie spotykają w północnych okolicach nowego lądu. Z drugiej znowu strony nie widziałeś tu wcale drzew palmowych, których istnieje przeszło tysiąc gatunków, rosnących na powierzchni kuli ziemskiej.

W powietrzu unosiły się olbrzymie stada hałaśliwych ptaków, należących przeważnie do rodzaju jaskółek z czarnem upierzeniem, z odbiciem stalowo-niebieskiem; od czasu do czasu podlatywały kuropatwy z szarem upierzeniem, z obnażonemi szyjami.

Pani Weldon i Dick uważali, iż ptactwo to wcale nie zdawało się bardzo dzikie; dozwalało zbliżać się do siebie, nie uciekając zupełnie. Czyżby nie obawiały się jeszcze człowieka i czy wybrzeże to tak było osamotnione, iż nigdy na niem dotąd nie rozległ się odgłos strzału?

Nad brzegami skał przechadzały się pelikany zajęte zapełnianiem woreczków, jakie mają pod dolną szczęką. Kilkanaście mew nadleciało od morza i zaczęło krążyć wokoło Pilgrima.

Ptaki te zdawały się być jedynemi istotami, zamieszkującemi tę część morskiego wybrzeża, z wyjątkiem zapewne wielu owadów, które niezawodnie potrafi wyszukać kuzyn Benedykt, ale od takich mieszkańców niepodobna było dowiedzieć się nazwiska miejscowości; a krajowców albo nie było zupełnie, albo przynajmniej do tej pory ich nie spotkano.

Nigdzie również nie było widać śladu ludzkich siedzib nigdzie słupy dymu nie wznosiły się w powietrze; słowem nic nie wskazywało, aby ta część lądu zamieszkana była przez ludzi.

Dziwiło to bardzo Dicka.

Gdzie jesteśmy, jak się nazywa ta ziemia? Zapytywał sam siebie. Ani żywej duszy nie widać, od której możnaby zasięgnąć wiadomości.

Niezawodnie nie było nikogo, bo gdyby ktokolwiek się zbliżał, Dingo byłby go zwąchał i zaczął szczekać. Pies biegł na wszystkie strony ze spuszczonym ogonem, węsząc ziemię, mrucząc głucho, co wydało się wprawdzie dość szczególnem, ale nie zapowiadało zbliżenia się ani człowieka, ani nawet zwierzęcia.

– Dicku, spojrzyj na Dinga – rzekła pani Weldon.

– Już to uważałem, w istocie dziwna rzecz, wyraźnie jakby szukał jakiegoś śladu.

– A gdzie Negoro? – zapytała po chwili pani Weldon.

– Naśladuje Dinga, chodzi w tę i ową stronę… Lecz tutaj jest wolny, może robić, co chce, nie mam już prawa mu rozkazywać; obowiązki jego ustały od chwili rozbicia się Pilgrima.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 036

W samej rzeczy Negoro chodził po płaskowzgórzu tam i napowrót; przyglądał się, patrzał, zastanawiał się, jakby zbierając wspomnienia i pragnąc się zoryentować. Czyżby znał tę miejscowość? Gdyby go zapytano o to, niezawodnie udzieliłby odpowiedzi. Wkrótce udał się w kierunku rzeczki i znikł za skałami.

Przestano myśleć o nim.

Dingo zaczął mocno szczekać, gdy Negoro ukazał się na wybrzeżu, ale niebawem się uspokoił.

Obecnie należało przedewszystkiem pomyśleć o wyszukaniu schronienia, w którem możnaby pomieścić się tymczasowo i posilić – później naradzą się, co należy czynić dalej.

Co się tyczy żywności – nie troszczyli się o nią, zabrali jej dosyć ze składu Pilgrima a i wybrzeże, na którem się znajdowali, mogło jej dostarczyć.

Fale wyrzuciły na ląd wiele przedmiotów ze statku… Tom z towarzyszami zabrali kilka baryłek sucharów, pudełka z konserwami i paki zasuszonego mięsa, których woda nie miała jeszcze czasu uszkodzić. Mogli więc ufać, iż zanim spożyją zapasy, dojdą do jakiejś wioski lub miasteczka.

Słodkiej wody także będzie dostateczna ilość. Dick polecił Herkulesowi napełnić kilka butli wodą z małej rzeczki, ale olbrzym przydźwigał cała beczkę czystej i zdrowej wody. Gdyby potrzeba było rozniecić ogień, dosyć było suchych gałęzi, drzewa by też nie zabrakło, bo było go poddostatkiem w lesie.

Najważniejszą na razie było rzeczą wynaleźć jakieś schronienie, w którem możnaby noc spędzić, jeżeliby nie postanowiono puścić się w dalszą drogę.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 038

Małemu Jankowi udało się znaleźć pożądany pokój sypialny. Biegając po wybrzeżu, w załomie skały odkrył grotę, jakie morze wydrąża nieraz przez częste rozbijanie się o skałę fal, miotanych burzą.

Chłopczyk zachwycił się widokiem pięknej groty, przywołał matkę i z radosnym krzykiem ukazał jej, jak mówił, zaczarowany pałac.

– Dobrze Janku – rzekła pani Weldon; – gdybyśmy jak Robinson skazani byli na długi pobyt w tej grocie, niezawodnie nadalibyśmy jej twoje imię.

Grota nie miała więcej nad dwadzieścia stóp długości i tyleż szerokości, ale Jankowi wydawała się olbrzymią pieczarą. W każdym razie była sucha, dobrze przewietrzona powietrzem i nasi rozbitkowie mogli się w niej pomieścić.

Księżyc był wówczas w pierwszej kwadrze, nie trzeba więc było obawiać się, żeby podczas przypływu morza, woda zalała wybrzeże, a z nim i grotę.

W dziesięć minut później wszyscy weszli do groty.

Negoro niebawem też powrócił z wycieczki i uznał za właściwe przyłączyć się do gromadki i zasiąść do wspólnego posiłku. Widocznie nie chciał sam zbyt daleko zapuszczać się w gęsty las. Była godzina pierwsza po południu; posiłek składał się z solonego mięsa, z sucharów i wody słodkiej z kilkoma kroplami rumu, którego baryłkę ocalił Herkules.

Negoro, chociaż zasiadł do wspólnego posiłku, nie przyjmował jednak żadnego udziału w rozmowie, w której naradzano się, co przedsięwziąć należy, bacznie przysłuchiwał się tylko rozprawom, zamierzając zapewne wyciągnąć z tego jakąś korzyść.

Nie zapomniano także o Dingu, który czuwał przed grotą, można było być pewnym, iż, gdyby jakakolwiek żyjąca istota ukazała się na wybrzeżu, wierny pies natychmiast zawiadomiłby o tem szczekaniem.

Janek usnął na ręku matki, która, zwracając się do Dicka, rzekła:

– Kochany Dicku, dziękuję ci w imieniu wszystkich za twoje poświęcenie i wytrwałość; tobie zawdzięczamy nasze ocalenie, ale jak na okręcie byłeś naszym kapitanem, tak teraz bądź przewodnikiem. Pokładamy w tobie nieograniczone zaufanie, zadecyduj więc, co mamy czynić dalej.

Wszyscy zwrócili oczy na młodego nowicyusza; nawet Negoro bacznie się w niego wpatrywał. Widocznie wiele mu zależało na tem, co Dick odpowie.

Dick rzekł po chwili namysłu:

– Przedewszystkiem trzeba nam wiedzieć, gdzie jesteśmy. Zdaje mi się, iż musi to być wybrzeże peruwiańskie; wichry i prądy popchnęły tu Pilgrima. Ale czy znajdujemy się w jakiej południowej prowincyi Peru, to jest w stronach najmniej zaludnionych? – Takby wnosić należało, ale pewny nie jestem. W takim razie bylibyśmy dość oddaleni od jakiegoś miasteczka lub wioski…

– Więc cóż zrobimy?

– Zdaniem mojem nie opuszczajmy tego schronienia, dopóki nie dowiemy się, gdzie jesteśmy. Nazajutrz zrana dwóch z nas mogłoby iść na zwiady, nie oddalając się zbytecznie, a może spotkamy jakiegoś krajowca, któryby potrzebnych udzielił objaśnień. Niepodobna przypuścić, abyśmy nie spotkali kogoś, w promieniu np. dwudziesto-milowym.

– Mamy się więc rozłączyć? – zapytała pani Weldon.

– Jest to konieczne – odparł Dick – jeżeli nikogo nie spotkamy, jeżeli okolica ta jest pustynią, wówczas obmyślimy inne środki.

– A któż pójdzie na zwiady? – zapytała pani Weldon po chwili namysłu.

– Zastanówmy się nad tem – odrzekł Dick. – Ja sądzę, że ani pani, ani Janek, Nany i kuzyn Benedykt nie powinniście opuszczać groty. Baty, Herkules, Akteon i Austyn pozostaliby przy was, a ja poszedłbym z Tomem. Negoro zapewne woli pozostać? – dodał, spoglądając na kucharza.

– Zapewne – odpowiedział tenże – nie chcąc się wiązać żadnem zobowiązaniem.

– Zabierzemy ze sobą Dinga – mówił dalej Dick – przyda nam się podczas wycieczki.

Usłyszawszy swą nazwę Dingo ukazał się przy wejściu do groty i szczeknął radośnie.

Pani Weldon rozmyślała nad projektem Dicka, trudno jej było oswoić się z myślą choćby krótkiego rozłączenia. Wszak mogło się zdarzyć, iż dzikie pokolenia Indyan, zapędzających się w te strony, dowiedziały się już o rozbiciu statku i może przybędą dzielić się jego szczątkami – czyż w tym wypadku nie łatwiej byłoby połączonemi siłami stawić im opór?

Nad tą okolicznością warto było zastanowić się poważnie.

Ale Dick objaśnił, iż nie należy utożsamiać Indyan z dzikiemi plemionami Afryki lub Polinezyi, ani też obawiać się z ich strony napadu. Niepodobna przecież było zagłębiać się w okolice zupełnie nieznane, nie wiedząc nawet, w jakiej prowincyi Ameryki południowej się znajdują, ani jak daleko jest do najbliższego miasteczka, gdyż byłoby to narazić się na różne trudy i niebezpieczeństwa. Zapewne, iż rozłączenie ma swoje złe strony, ale mniejsze zawsze, niż podróż na oślep wśród nieprzejrzanego lasu, który zdawał się sięgać aż do stóp gór.

– Zresztą – mówił jeszcze Dick – nie przypuszczam, aby rozłączenie nasze było długotrwałe; jeżeli po upływie dwóch lub trzech dni nie spotkamy jakiegoś mieszkania lub człowieka, bezzwłocznie wrócimy do was. Ale prawie pewny jestem, iż, przeszedłszy jakie dwadzieścia mil drogi, będziemy już mogli poznać położenie geograficzne tej ziemi. Obliczenia moje mogą być błędne, albowiem nie mam środków sprawdzenia ich astronomicznie, być więc może, iż znajdujemy się albo pod wyższym albo niższym stopniem szerokości geograficznej.

– Tak… zdaje się, iż masz słuszność, kochany Dicku – odrzekła miotana niepokojem pani Weldon.

– A pan, panie Benedykcie, co sądzisz o moim projekcie?

– Ja? – zapytał.

– Tak, jakie jest pańskie zdanie?

– Ja nie mam żadnego zdania – odpowiedział kuzyn Benedykt – pochwalam wszelkie postanowienia i zrobię, co będziecie odemnie żądali. Będę bardzo zadowolony, jeżeli pozostaniemy tutaj przez parę dni; przez czas ten zbadam wybrzeża pod wzlgędem entomologicznym.

– Czyń więc, jak chcesz, kochany Dicku, zostaniemy tutaj, a ty idź wraz z Tomem – rzekła pani Weldon.

– Zgoda – dodał kuzyn Benedykt – ja pójdę się zaznajomić z owadami tych stref.

– Tylko nie zapuszczaj się pan zbyt daleko – rzekł Dick.

– Bądź spokojny, mój chłopcze, nie zginę.

– A nie przynieś nam pan przypadkiem całego roju mustyków – powiedział stary Tom.

W kilka minut później kuzyn Benedykt opuścił grotę z pudełkiem, zawieszonem na sznurze.

Jednocześnie prawie oddalił się także Negoro, który nigdy nie troszczył się o nikogo prócz siebie; kuzyn Benedykt zwrócił się ku lasowi, on zaś poszedł w kierunku rzeki i niebawem znikł gdzieś na wybrzeżu.

Janek spał na kolanach Nany, a pani Weldon zeszła na wybrzeże wraz z Dickiem i murzynami. Dick chciał przekonać się, czy stan morza pozwoli zbliżyć się do pudła Pilgrima, w którem znadowało się jeszcze wiele rzeczy, które mogłyby im się przydać.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 037

Rafy, o które rozbił się statek, były obecnie zupełnie suche. W pośród najrozmaitszych szczątków sterczał szkielet Pilgrima. Pani Weldon i towarzyszący jej smutnego doznali wrażenia na widok szczątków statku, na którym tyle przeżyli, tyle przecierpieli… Przykro im było patrzeć na ten statek na wpół obalony, bez masztów i żagli, leżący nieruchomie, jakby istota pozbawiona życia.

Trzeba jednak było go przejrzeć, zanim morze nie dokończy dzieła zniszczenia.

Wdrapawszy się na pomost za pomocą lin wiszących od żagli, Dick i murzyni mogli już łatwo dostać się do wnętrza. Tom, Herkules, Batty i Austyn wydobywali ze składu wszystko, co tylko mogło im być potrzebne, Dick zaś wszedł do kajuty; woda nie dostała się tu jeszcze.

Zabrał cztery dubeltówki w dobrym stanie i paręset starannie opakowanych ładunków, aby w razie niespodziewanego napadu Indyan móc się skutecznie bronić. Nie zapomniał również zabrać latarki kieszonkowej. Mapy tak były uszkodzone przez wodę, iż żadnego już z nich nie można było mieć użytku. Wziął także sześć dużych i mocnych noży, używanych do obdzierania ze skóry wielorybów, oraz małą fuzyjkę, która bawił się Janek.

Co się tyczy innych przedmiotów, to albo uniosła je woda, albo nie dałyby się przenieść, lub wreszcie nie były im potrzebne.

Zaopatrzyli się dostatecznie w żywność, broń i naboje, po cóż mieli obciążać się zbytecznie na podróż mająca trwać zaledwie dni kilka.

Pani Weldon przypomniała Dickowi, aby zabrał wszystkie znajdujące się na statku pieniądze, znaleziono około 500 dolarów. Gdzież się podziała reszta, skoro pani Weldon miała ze sobą daleko większa kwotę.

Jeden tylko Negoro mógł uprzedzić ich w zwiedzeniu okrętu i zabrać pieniądze pani Weldon i kapitana Hull. Nikogo innego nie można było podejrzywać o to, a jednak nie chciałby posądzać niesprawiedliwie, nawet tak złego człowieka, jak Negoro. Murzyni sprawowali się zawsze bez zarzutu, obecnie ani na chwilę nie opuszczali groty, podczas gdy Negoro odszedł sam i nie było go tak długo.

On więc tylko mógł przywłaszczyć sobie cudzą własność.

Dick zamierzał wybadać go, a nawet zrewidować, jak tylko powróci, aby przekonać się o jego winie lub niewinności.

Słońce obniżało się na horyzoncie; nie przeszło jeszcze poza równik, aby w północnych strefach roztoczyć światło i ciepło, ale czas ten już się zbliżał. Obniżało się prawie prostopadle do linii, na której jednoczyło się niebo i morze.

Zmrok trwał bardzo krótko, ciemność zapadła niebawem, co utwierdziło Dicka w przypuszczeniu, iż wylądowali gdzieś na wybrzeżach, położonych między zwrotnikiem Koziorożca a równikiem.

Zabrawszy, co tylko uważali za potrzebne, powrócili do groty.

– W nocy będzie burza – powiedział stary Tom – wskazując na obłoki obciążone czarnemi chmurami.

– Tak jest – odparł Dick – zanosi się na wielki wicher, ale teraz cóż nas to obchodzi? Statek nasz rozbity, a nas burza nie dosięgnie.

– Niech się dzieje wola Boska – rzekła pani Weldon.

Postanowiono, iż w ciągu nadchodzącej ciemnej bardzo nocy murzyni na przemian czuwać będą przy wejściu do groty; Dingo będzie im towarzyszył, a na czujność jego można się spuścić.

– Kuzyn Benedykt nie wrócił jeszcze – zauważyła pani Weldon.

Herkules zaczął wołać swym donośnym głosem i zaraz też spostrzeżono entomologa zwolna schodzącego ze skały; zachwiał się kilka razy i o mało nie spadł.

Kuzyn Benedykt był w fatalnym humorze; nie znalazł ani jednego nieznanego owada, któryby zasługiwał na to, aby go pomieścić w zbiorze.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 039

– Zaiste, warto było – mówił – przepłynąć pięć do sześciu tysięcy mil, przetrwać burze i wichry; rozbić się o skały i wylądować na tych bezludnych wybrzeżach i nie znaleźć na nich ani jednego owadu, który mógłby przynieść chlubę muzeum entomologicznemu… O, co nie warto, to nie warto!

W następstwie tych utyskiwań kuzyn Benedykt pragnął, aby bezzwłocznie opuszczono te wybrzeża, tak źle przez przyrodę uposażone, i z trudem zaledwie udało się pani Weldon uspokoić zapalonego entomologa. Pocieszywszy go, iż może następnego dnia poszukiwania jego uwieńczone zostaną pomyślniejszym rezultatem, wszyscy zamierzali udać się do groty na spoczynek, gdy stary Tom zwrócił uwagę Dicka, iż pomimo tak spóźnionej pory Negoro jeszcze nie wrócił.

– Gdzież on być może? – zapytała pani Weldon.

– A niech go licho porwie! – rzekł Baty.

– Byłoby jednak lepiej, gdyby był tu z nami, można byłoby go obserwować – powiedziała pani Weldon.

– Zapewne, ale cóż na to poradzić; trudno zatrzymać go przemocą… Kto wie, czy nie ma powodu uciekać od nas – odparł Dick i wziąwszy na stronę panią Weldon, wyjawił jej swoje podejrzenie, które ona w zupełności podzielała.

– Chociażby Negoro powrócił – mówiła – to prawdopodobnie ukryłby już w pewnem miejscu skradzione pieniądze, a zatem, ponieważ niemożebnem byłoby mu dowieść winy, zdaje mi się, iż lepiej będzie nie dawać mu wcale poznać, iż wiemy o zniknięciu pieniędzy.

Dick uważał, iż pani Weldon ma słuszność i zastosował się do jej rady.

Kilkakrotnie przywoływano Negora, ale daremnie; albo znajdował się gdzieś daleko, albo też udawał, że nawoływań tych nie słyszy.

Murzyni byli nawet wielce zadowoleni, iż się go pozbyli, ale kto wie, czy pani Weldon nie miała słuszności, że w oddaleniu mógł być dla nich niebezpieczniejszym niż zblizka.

– Ale czyż to być może, aby Negoro chciał narażać się na samotną wycieczkę wśród nocy po nieznanej okolicy? Być może, iż zabłądził i nie może trafić do groty?

Pani Weldon i Dick nie wiedzieli, co myśleć o tem, a niepodobna znów było iść szukać go i pozbawiać się koniecznego spoczynku.

W tej chwili rozległo się gwałtowne szczekanie Dinga, biegającego po wybrzeżu,

– Co się psu stało, że tak ujada? – zapytała pani Weldon.

– Trzeba zobaczyć – odparł Dick – może to Negoro powraca.

Herkules, Baty, Austyn i Dick poszli w kierunku ujścia rzeki, ale nic tam dostrzec, ani dosłyszeć nie mogli, a Dingo już szczekać przestał.

Powrócili niebawem do groty.

Urządzono nocleg jak można najwygodniej, a murzyni czuwali, zmieniając się kolejno.

Ale pani Weldon była rozdrażniona i niespokojna, nie mogła oka zmrużyć; zdawało jej się wciąż, iż ten ląd stały, na który tak gorąco pragnęła się dostać, nie zapewni im ani bezpieczeństwa, ani też spokoju.



Rozdział XV

Harris.

Nazajutrz z rana, dnia 7 kwietnia, Austyn stojący na straży przed wschodem słońca, widział jak Dingo pobiegł ku rzece, szczekając gwałtownie; jednocześnie wyszli z groty pani Weldon, Dick i murzyni.

Dingo nie mógł tak szczekać bez powodu.

– Pies zwietrzył jakaś żyjącą istotę, człowieka lub zwierzę – powiedział Dick.

– Nie musi to być jednak Negoro – rzeki stary Tom – gdyż Dingo ujadałby zawzięciej.

– Jeśli nie Negoro, to któżby to mógł być? – zapytała pani Weldon.

– Dowiemy się o tem wkrótce – odparł Dick, a zwróciwszy się do Austyna, Batego i Herkulesa, rzekł:

– Weźcie broń i chodźcie za mną!

Zarówno Dick, jak i murzyni, uzbroiwszy się w dubeltówki Remingtona i kordelasy, udali się na wybrzeże; pani Weldon, Akteon i stary Tom stanęli przed grotą, w której pozostała Nany i mały Janek.

Słońce wschodziło. Promienie jego odbijane w swej drodze o wysokie góry, nie padały bezpośrednio na urwiste wybrzeże, ale aż do zachodniego widnokręgu; morze błyszczało pod blaskiem pierwszych ogni gwiazdy dziennej.

Dick i towarzyszący mu murzyni szli ponad rzeczką; Dingo stał, jakby czatował na zwierza i ujadał bezustannie; widocznie coś widział lub zwietrzył.

Jakoż tym razem Dingo nie szczekał na swego nienawistnego wroga, Negora; jakiś człowiek ukazał się w tej chwili na krańcu wybrzeża. Szedł ostrożnie, powoli, pragnąc zwykłymi w takich razach sposobami ułagodzić psa, na którego gniew widocznie nie chciał się narazić.

– To nie jest Negoro! – zawołał Herkules.

– Pewnie nie stracimy na zamianie – dodał Baty.

– Prawdopodobnie to jakiś krajowiec, dzięki któremu nie będziemy już zmuszeni rozłączyć się i od niego dowiemy się nareszcie, gdzie mianowicie przebywamy. I, zarzuciwszy broń na ramię, wszyscy zbliżyli się ku nieznajomemu.

Ten zobaczywszy ich, okazał najpierw najżywsze zdziwienie, wyraźnie nie spodziewał się w tych stronach spotkać cudzoziemców; widocznie nie dostrzegł jeszcze rozbitego Pilgrima, który wytłomaczyłby mu obecność rozbitków.

Spostrzegłszy zbliżających się czterech uzbrojonych ludzi, nieznajomy w pierwszej chwili chciał się cofnąć i pochwycił broń przerzuconą przez ramię, lecz gdy Dick pozdrowił go uprzejmie, bez obawy postąpił naprzód.

Dick przypatrywał mu się uważnie.

Był to mężczyzna lat około czterdziestu, silny, wysoki, oczy miał pełne życia, włosy i brodę szpakowatą, cerę ogorzałą od ciągłego przebywania na powietrzu. Miał na sobie rodzaj bluzy skórzanej, duży kapelusz z szerokiem rondem, długie po kolana buty z wielkiemi ostrogami. Dick poznał od razu, iż nie był to indyanin, ale jeden z tych cudzoziemców, szukających przygód, których często spotkać można w oddalonych strefach.

Z jego sztywnej postawy i rudawych włosów wnosił, iż nieznajomy musi pochodzić z rasy anglo-saksońskiej – a w żadnym razie nie jest ani Indyaninem ani Hiszpanem.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 040

Dick przemówił doń po angielsku, nieznajomy odpowiedział w tymże języku, zupełnie dobrym akcentem i, podchodząc bliżej, podał mu rękę.

Murzynów powitał lekkiem skinieniem głowy, ale nie rzekł do nich ani słowa.

– Pan jesteś Anglikiem? – zapytał Dicka.

– Nie, jestem Amerykaninem – odpowiedział tenże.

– Z południa?

– Z północy.

Widocznie odpowiedź ta zadowoliła nieznajomego, gdyż silniej jeszcze, prawdziwie po amerykańsku, uściskał dłoń Dicka.

– Czy mogę zapytać, jakie losy zagnały pana na to wybrzeże?

W tej chwili nadeszła pani Weldon, a nieznajomy, zanim jeszcze Dick zdołał mu odpowiedzieć, zdjął kapelusz i grzecznie jej się ukłonił.

Pani Weldon zbliżyła się i odpowiedziała na zadane pytanie.

– Jesteśmy tu od wczoraj – rzekła – gdyż statek nasz rozbił się o nadbrzeżne skały. – Twarz nieznajomego wyrażała głębokie współczucie i szukał wzrokiem szczątków rozbitego statku.

– Już prawie śladów nie zostało po naszym Pilgrimie – rzekł Dick – fale morskie rozniosły jego szczątki.

– Przedewszystkiem prosimy pana, chciej nam powiedzieć, gdzie się znajdujemy? – rzekła pani Weldon.

– Jesteście państwo na wybrzeżach Ameryki południowej – odrzekł nieznajomy, zdziwiony tem pytaniem. – Jakże możecie nie wiedzieć o tem?

– Burza zagnała nas w przeciwną stronę – rzekł Dick. – Ale zechciej pan oznaczyć nam ściśle miejscowość tę, zapewne są tu wybrzeża peruwiańskie.

– Nie, mój młody przyjacielu, strona ta leży dalej na południe, są to wybrzeża Boliwii.

– Ach! – zawołał Dick.

– Jest to południowa część Boliwii, sąsiadująca z Chili.

– Cóż to za szczyt? – pytał dalej Dick, wskazując na wzgórze, leżące w stronie północnej.

– Nie znam jego nazwy, bo chociaż bywałem we wnętrzu tego kraju, które często przebywałem, na tych wybrzeżach jestem po raz pierwszy.

Dick rozmyślał nad tem, czego się dowiedział.

Objaśnienia nieznajomego nie dziwiły go zbytecznie, gdyż obliczenia jego mogły, a nawet musiały być błędne odnośnie do prądów, nie zachodziła jednak zbyt wielka pomyłka. Nie nasuwała się żadna wątpliwość, co do prawdziwości słów nieznajomego, a skoro miały to być wybrzeża południowej Boliwii, nic więc dziwnego, iż były bezludne.

– Z odpowiedzi pańskiej, wnoszę, iż znajdujemy się w dość znacznej odległości od Limy? – zapytał Dick.

– Ma się rozumieć! – odpowiedział nieznajomy – Lima leży daleko stąd… Tam, na północ.

Zaniepokojona już zniknięciem Negora, pani Weldon bacznie przyglądała się obcemu, ale ani w obejściu jego, ani w wyrażeniach nie zauważyła nic takiego, coby mogło wzbudzić jakieś podejrzenie.

– Czy nie weźmiesz mi pan za złe – rzekła – jeżeli go zapytam jakiego jesteś pochodzenia?

– Jestem Amerykaninem, tak samo, jak pani.

– Nazywam się Weldon.

– A ja Harris; urodziłem się w południowej Karolinie, ale od dwudziestu już lat porzuciłem kraj rodzinny i bardzo jestem zadowolony, że spotykam rodaków.

– Czy mieszkasz pan w tych okolicach? – pytała dalej.

– Nie, pani – odrzekł – mieszkam na południu, nad granicą chilijską, obecnie udaję się do Atacama, na północo-wschód.

– Czy znajdujemy się na krańcach puszczy Atacama? – wtrącił Dick.

– Tak, młody mój przyjacielu, a puszcza ta ciągnie się aż poza góry zamykające horyryzont. Puszcza ta tworzy, jakby oddzielny kraj w obszarach południowej Ameryki, od której bardzo się różni pod wielu względami; jest to okolica najciekawsza i jednocześnie bardzo mało znana.

– Czy sam pan odbywasz te podróż? – zapytała pani Weldon.

– O, nie pierwszy raz jestem w tych okolicach. O jakie dwadzieścia mil stąd znajduje się wielka ferma San Felice, należąca do mojego brata; udaję się tam w interesach handlowych. Jeżeli państwo chcecie udać się tam ze mną, będziecie dobrze przyjęci, a stamtąd łatwo już dostaniecie się do miasta Atacama, brat mój chętnie was tam zaprowadzi.

Ta chęć wyświadczenia przysługi, uprzedzała na korzyść Amerykanina. Zwrócił się jeszcze do pani Weldon i zapytał:

– Murzyni towarzyszący pani są zapewne niewolnikami?

– Niema już niewolników w Stanach Zjednoczonych – odpowiedziała pani Weldon. – Na północy niewolnictwo dawno już zostało zniesione, południe musiało iść za tym przykładem.

– Prawda, zapomniałem, iż wojna z 1862 roku rozwiązała tę ważną sprawę – więc przepraszam tych panów – dodał z uśmiechem, wyglądającym na szyderstwo, – iż wziąłem ich za służących.

– Z największa chęcią przyjęlibyśmy służbę u pani Weldon, ale niczyją nie jesteśmy własnością – powiedział stary Tom. – Ja wprawdzie byłem niewolnikiem; sprzedano mnie w Afryce, gdy liczyłem lat sześć, ale syn mój Baty, urodził się już, gdy byłem wolnym, a wszyscy towarzysze moi, są dziećmi wolnych już rodziców.

– Jest wam czego powinszować. Tutaj w Boliwii niema wcale niewolników, więc nie macie się czego obawiać, jesteście tu tak swobodni, jak w stanach Nowej Anglii.

W tej chwili Nany z Jankiem wyszła z groty i chłopczyk, zobaczywszy matkę, prędko pobiegł ku niej.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 041

– Śliczny chłopczyk – rzekł Amerykanin, zbliżając się do niego.

– To mój synek – powiedziała pani Weldon.

– Czy pozwolisz mi go pani uściskać? – zapytał.

– I owszem – odpowiedziała.

Ale widocznie nieznajomy nie podobał się Jankowi, gdyż się odwrócił od niego i ukrył twarzyczkę w fałdach sukni matki.

– Nie chcesz mi dać całusa, czy mnie się boisz, kochanku? – mówił pan Harris.

– Daruj pan, jest nieśmiały wobec obcych – odrzekła pani Weldon.

– No, no, w drodze poznamy się lepiej, a przybywszy do fermy wsadzę go na małego kucyka, na którym nauczy się jeździć.

Ale i ta obietnica nie ujęła chłopczyka, który wciąż odwracał się od pana Harris, co było nieprzyjemnem dla pani Weldon, która obawiała się obrazić człowieka, tak chętnie ofiarującego swoje usługi.

Dick długo zastanawiał się nad uczynioną propozycyą podróży do fermy San Felice. Była to podróż długa i uciążliwa, przeszło dwieście mil drogi, a przytem żadnych środków komunikacyi. Uczynił w tym względzie niektóre uwagi i oczekiwał, co na nie odpowie pan Harris.

– Wistocie, droga jest długa, ale w pobliżu, w lesie mam wierzchowca, którego chętnie oddam na usługi pani Weldon i jej synka, co się nas tyczy, możemy bez zbytniego nawet utrudzenia przebyć tę drogę piechota. Idąc ponad wybrzeżem tej rzeczki jest rzeczywiście mil dwieście, ale jeżeli udamy się przez las, nie będzie więcej jak sto dwadzieścia. Robiąc dziesięć mil dziennie, we dwanaście dni staniemy na miejscu.

Pani Weldon uprzejmie podziękowała Amerykaninowi.

– Przyznam się – mówił dalej Harris – nie przebywałem dotąd jeszcze tego lasu, ale przypuszczam, iż łatwo znajdę drogę, tak często podróżuję po podobnych przestrzeniach. O to mi tylko jeszcze chodzi, iż mam tak mało żywności, że zaledwie dla jednego wystarczy.

– O! my mamy dostateczny zapas i chętnie podzielimy się z panem – rzekła pani Weldon.

– W takim razie – odpowiedział – nic nie stoi już na przeszkodzie i możemy się wybrać w drogę.

Rzekłszy to, udał się w kierunku lasu, aby przyprowadzić konia, ale Dick zatrzymał go i zapytał:

– Panie Harris, czy nie lepiej byłoby zamiast przebywać sto dwadzieścia mil w puszczy Atacama, iść przez wybrzeże; mniejsza o to, iż droga jest dłuższa, lecz może dotarlibyśmy prędzej do jakiegoś miasta w północnej lub południowej stronie.

– Ależ – odparł marszcząc nieznacznie brwi pan Harris – o ile wiem, niema tu nigdzie miasta bliżej, jak o jakie trzysta lub czterysta mil, zresztą mało znam te wybrzeża.

– No tak, niema miast w północnej stronie, ale może są w południowej?…

– To chybaby należało wędrować aż do Chili – odpowiedział – a to droga również bardzo daleka i, będąc na waszem miejscu, nie chciałbym zapuszczać się zbytnio w pampasy rzeczypospolitej argentyńskiej. Co się mnie tyczy, przykro mi bardzo, ale tam nie mógłbym wam towarzyszyć.

– Czy okręty udające się do Chili, nie przepływają około tych wybrzeży? – zapytała pani Weldon.

– Nie – odparł Harris – żeglują środkiem morza i pewnie nie spotkaliście też żadnego?

– W istocie – odpowiedziała, a zwracając się do Dicka, zapytała – czy masz jeszcze o co zapytać pana Harris?

– Jedno jeszcze pytanie – odpowiedział Dick, który widocznie niezbyt chętnie zgadzał się na propozycje amerykanina.

– Zechciej pan powiedzieć, proszę, w jakim porcie będziemy mogli znaleźć okręt, któryby nas zawiózł do San-Francisco.

– Doprawdy, nie umiem na to odpowiedzieć – odparł amerykanin – mogę tylko zapewnić, iż z fermy San Felice dostarczymy wam środków dostania się do Atacamy, a stamtąd już…

– Nie sądź pan, iż Dick odmawia przyjęcia usługi, jaka nam wyświadczyć pragniesz – powiedziała pani Weldon.

– Nie mam tego zamiaru – rzekł Dick – ubolewam tylko nad tem, iż los nie zagnał nas przynajmniej o kilka stopni wyżej, bądź na północ, bądź na południe, wówczas bylibyśmy bliżej jakiegoś portu i nie byli zmuszeni nadużywać uprzejmości pana Harris.

– O! nie troszcz się o to bynajmniej, młody przyjacielu, tak rzadko mam sposobność spotkać ziomków, iż cieszę się niezmiernie, że wam mogę się na co przydać.

– Z wdzięcznością też przyjmujemy usługi pańskie – rzekła pani Weldon – tylko nie chciałabym pozbawiać pana jego konia, mogę dużo chodzić.

– Zapewniam panią, iż ja daleko więcej – odrzekł, śmiejąc się amerykanin – tak przyzwyczaiłem się do długich podróży w pampasach! Koń więc mój służyć będzie pani i małemu Jankowi; a być nawet może, iż w drodze spotkamy kogoś ze służby z fermy, zwykle jeżdżą konno, więc odstąpią nam swoich wierzchowców.

Dick, nie chcąc sprzeciwiać się woli pani Weldon, która widocznie zgadzała się z radą pana Harris, rzekł zwracając się do tegoż:

– Kiedyż udamy się w drogę?

– Dziś jeszcze – odpowiedział amerykanin – w kwietniu już rozpoczynają się burze i słoty, pragnąłbym, abyście przedtem przybyli do San Felice. Droga przez las jest nie tylko o wiele krótsza, ale zdaje się i bezpieczniejsza…

– Towarzysze – rzekł Dick, zwracając się do Toma i murzynów – trzeba nam przygotować się do drogi. Wybierzcie z zapasów naszych, co się da przenieść najłatwiej i porobimy węzełki, którymi się podzielimy i każdy coś nieść będzie.

– Panie Sand – rzekł Herkules – pozwól mi wziąć wszystko.

– Nie, poczciwy Herkulesie, ciężar podzielony łatwiej nieść się daje.

– Dzielny z ciebie towarzysz podróży, Herkulesie – rzekł Harris, spoglądając na murzyna wzrokiem taksatora – drogoby za ciebie zapłacono na targowiskach afrykańskich.

– Nie jestem na sprzedaż i nikt mnie nie kupi za żadne pieniądze – odparł gniewnie murzyn.

– Zanim puścimy się w drogę – rzekła pani Weldon – zechciej pan razem z nami spożyć posiłek, na jaki nas stać obecnie.

– Przyjmuję jak najchętniej – odrzekł wesoło amerykanin.

– Za kwadrans śniadanie będzie gotowe.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 042

– Skorzystam z tego czasu i pójdę przyprowadzić tu mojego konia on już pewnie zjadł swoje śniadanie.

– Czy pozwolisz pan, abym mu towarzyszył? – zapytał Dick.

– Jeżeli chcesz, młodzieńcze, i owszem; pokażę ci, w jakim kierunku płynie ta rzeczka. – Obaj weszli do lasu.

Jednocześnie polecono Herkulesowi odszukać kuzyna Benedykta. Entomolog, nie trwożąc się o nic i o nikogo, wdrapał się na wierzchołek wzgórza, szukając jakiegoś nieznanego owadu.

Herkules sprowadził go prawie gwałtem; pani Weldon oznajmiła kuzynowi, iż postanowiono puścić się w drogę, która potrwa najmniej dziesięć dni. Entomolog odpowiedział, iż chętnie zgadza się na to, i będzie wędrował choćby przez całą Amerykę, byle mu nie przeszkadzano w drodze szukać owadów do jego zbioru.

Pani Weldon dopomagała Nany przyrządzić posilne śniadanie, a przez ten czas, Harris i Dick zapuścili się w las, gdzie o jakie trzysta kroków stał koń przywiązany do drzewa i zarżał radośnie, ujrzawszy swojego pana.

Dickowi zdawało się, iż wierzchowiec ten z powierzchowności przypomina rasę arabską.

– Widzisz panie Sand, iż to dzielny rumak i można być pewnym, iż się na nim nie zawiedziemy.

Amerykanin odwiązał konia i skierowali się do wybrzeża. Dick powiódł uważnie wzrokiem po rzece i lesie, osłaniającym oba jej brzegi, ale nigdzie nic nie dostrzegł, coby go mogło zaniepokoić.

Nagle jednak przyszło mu na myśl zadać Amerykaninowi pytanie, którego tenże pewnie się nie spodziewał:

– Czy nie spotkałeś pan dzisiaj w nocy pewnego Portugalczyka, nazwiskiem Negoro?

– Negoro?… – odrzekł tenże tonem człowieka nie pojmującego, o co chodzi; – któż to jest ów Negoro?

– Negoro był kucharzem na naszym statku i znikł bez śladu.

– Może utonął?… – zapytał Harris.

– O nie! – odpowiedział Dick był z nami jeszcze wczoraj wieczór, dopiero w nocy nas opuścił, nie wiem, w którą udał się stronę i myślałem, że może go pan gdzie spotkał.

– Nie, nikogo nie spotkałem, a jeżeli ów Negoro sam puścił się w las, prawdopodobnie zabłądził. Może go gdzie spotkamy.

Gdy powrócili do groty, śniadanie było już gotowe. Tak samo jak wczorajsza kolacya składało się z konserwowanego mięsa, świeżej wody i sucharów. Harris zajadał smacznie i dowiódł, że przyroda obdarzyła go niezwykłym apetytem.

– Możemy być zupełnie spokojni – zawołał – iż w drodze nie umrzemy z głodu, ale może nie da się to zastosować do jakiegoś Portugalczyka, o którym mi wspominał pan Sand.

– Mówiłeś z panem o nim? – zapytała pani Weldon.

– Tak jest, chciałem się dowiedzieć, czy go pan Harris przypadkiem nie spotkał.

– Co tam! – rzekł Amerykanin – nie troszczmy się o niego a gotujmy się do drogi. Jestem na rozkazy pani.

Każdy miał przeznaczony dla siebie węzełek; pani Weldon wsiadła na konia z pomocą Herkulesa i posadziła obok siebie Janka, który, przerzuciwszy przez ramię swoją małą fuzyjkę, cieszył się wielce, iż nie maszeruje piechotą, przytem ani myślał podziękować temu, któremu zawdzięczał tak wygodne siedzenie.

Pozwolono mu trzymać uzdę i chłopczyk, radując się niewymownie, był przekonany, iż jest dowódcą całej karawany.



Rozdział XVI

Przez las.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 043

Chociaż nic nie usprawiedliwiało smutnych przeczuć, miotających sercem Dicka, nie bez pewnego atoli niepokoju zapuszczał się w las, przez którego trudne do przejścia ścieżki, mieli nasi podróżnicy wędrować przeszło dni dziesięć.

Pani Weldon była zupełnie spokojna, chociaż, jako kobieta i matka, daleko więcej powinna była się obawiać niebezpieczeństw.

Dwie rzeczy przyczyniały się do uspokojenia jej, a mianowicie, że w okolicy tej nie należało obawiać się ani krajowców, ani dzikich zwierząt, oraz pewność, iż pod przewodnictwem pana Harris, który, jak zapewniał, wybornie znał te okolice, dojdą do zamierzonego celu.

Oto porządek pochodu, którego, o ile możności, postanowiono się trzymać:

Na czele mieli postępować pan Harris i Dick Sand, jeden uzbrojony w dubeltówkę, drugi w rewolwer, za nimi Baty i Austyn, również uzbrojeni, każdy bowiem z nich miał dubeltówkę i kordelas.

Dalej jechała konno pani Weldon z Jankiem, potem Nany i stary Tom.

Zamykali zaś pochód Akteon, także uzbrojony rewolwerem, i Herkules z siekierą za pasem.

Dingo biegał tu i ówdzie, jak to słusznie zauważył Dick, jak pies węszący za jakimś śladem. Zachowanie jego widocznie się zmieniło od czasu rozbicia się o skały Pilgrima i wylądowania na te wybrzeża. Był niespokojny i bezustannie prawie warczał głucho, więcej żałośnie niż gniewnie.

Co się tyczy kuzyna Benedykta, tego tak samo, jak Dinga, trudno było upilnować, aby nie wychodził z porządku. Z pudełkiem, przewieszonem przez ramię, z siatką w ręku, z lupą na tasiemce, zawieszoną na szyi, odbiegał w różnych kierunkach, rozsuwając wysokie trawy i szukając owadów. Kuzyn Benedykt zupełnie nie zwracał uwagi, iż naraża się na ukąszenie jakiejś jadowitej gadziny.

Z początku pani Weldon, zaniepokojona ciągłem jego oddalaniem, przywoływała go co chwila, ale daremnie.

– Kuzynie Benedykcie – rzekła nareszcie do niego – proszę cię bardzo, nie oddalaj się…

– Ależ kuzynko – przerwał – skoro spostrzegę owad…

– Skoro spostrzeżesz owad, proszę cię, zostaw go w spokoju lub zmuszona będę odebrać ci blaszane pudło.

– Odebrać mi moje pudło! – zawołał z takiem oburzeniem, jakby ktoś groził mu pozbawieniem życia.

– Odbiorę ci również twoją siatkę – dodała bez litości.

– Moją siatkę, kuzynko!… Może jeszcze i okulary… ale nie… nie posunęłabyś się tak daleko.

– A, zapomniałam o okularach! Bardzo ci dziękuje, kuzynie Benedykcie, żeś mi o nich przypomniał. Zabrawszy ci okulary, uczynię cię prawie niewidomym, a wówczas będziesz zmuszony być ostrożnym i nie oddalać się od nas.

Ta ostatnia groźba poskutkowała; kuzyn Benedykt był grzeczny i posłuszny przez całe pół godziny, poczem znów zaczął odbiegać w tę lub ową stronę.

Ale ponieważ nicby nie pomogło, gdyby mu nawet odebrano pudełko, siatkę i okulary, pozostawiono go w spokoju, polecając jednocześnie Herkulesowi, aby baczną nad nim rozciągnął opiekę. Olbrzym sumiennie spełniał włożony nań obowiązek i w razie potrzeby niezawodnieby postąpił z kuzynem Benedyktem tak, jak ten ostatni z owadami, to jest pochwyciłby go jak można najdelikatniej i odniósł tak troskliwie, jak entomolog najrzadszy jaki owad.

Karawana, jak widzieliśmy, była bardzo dobrze uzbrojona i bacznie czuwała nad sobą; ale, jak to mówił pan Harris, nie było się czego obawiać, chyba spotkania koczujących Indyan, ale i to pewnie nie będzie miało miejsca.

W najgorszym wypadku mogli też być bezpieczni, wszystko bowiem z góry obmyślili.

Nie można było nazwać wązkiej ścieżyny, wijącej się wśród lasu drogą, było to prędzej przejście dla zwierząt niż dla ludzi. Z wielką tedy trudnością mogli posuwać się naprzód, to też pan Harris trafnie obliczył, że idąc przez dwanaście godzin, nie będą mogli ujść więcej, jak 5-6 mil.

Pora była bardzo piękna. Słońce wznosiło się ku zenitowi, roztaczając szeroko swe prostopadłe promienie. Harris zwrócił uwagę, iż na łąkach upał taki byłby nie do wytrzymania, ale pod tem gestem sklepieniem lasu, można nie zważać na niego.

Zarówno pani Weldon, jak jej towarzysze, nie znali większej części drzew, rosnących w tym lesie. Były tam »bauhinie« czyli drzewa żelazne, »molompia«, drzewo bardzo mocne i lekkie, przydatne do budowy łodzi i wioseł, kórego pień obficie wydaje żywice; dalej »fustet«, rodzaj drzewa farbiarskiego, oraz »gwajaki«, mające dwanaście stóp średnicy.

Dick zapytywał w drodze Amerykanina o nazwy rozmaitych tych drzew.

– Czy nigdy młody mój przyjacielu, nie byłeś na wybrzeżach Ameryki południowej? – zapytał przedtem nim odpowiedział na jego pytania.

– Nigdy – odparł Dick.

– Ale zwiedziłeś zapewnie wybrzeża Kolumbii, Chili lub Patagonii?

– Także nie.

– Może pani Weldon zna tę część nowego lądu? – zapytał jeszcze pan Harris. – Amerykanie lubią podróżować i zapewnie…

– Nie, panie Harris – odpowiedziała pani Weldon. – Mąż mój w interesach handlowych udawał się tylko do Nowej Zenlandyi, tam więc mu tylko towarzyszyłam. Nikt z nas nie zna tej części Boliwii.

– A więc i pani i jej towarzysze poznacie kraj oryginalny, zupełnie niepodobny do Peru, Brazylii i Argentyny. Tutejsza flora i fauna może wprawić w podziw przyrodnika. Trzeba przyznać, iż nader szczęśliwe okoliczności towarzyszyły rozbiciu się Pilgrima i że powinniście dziękować przypadkowi…

– Zapewne chciałeś pan powiedzieć, iż powinniśmy dziękować Bogu, bez którego woli nic stać się nie może – zauważyła pani Weldon.

– Tak… tak… w istocie…

Ponieważ nikt z obecnych nie znał kraju tego, więc pan Harris bardzo chętnie opowiadał o nim, wymieniając przytem nazwiska najrzadszych napotykanych drzew.

Wielka szkoda, iż kuzyn Benedykt nie był zamiast entomologiem botanikiem, bo jakoś na rzadkie owady nie natrafiał, a natomiast ileż to odkryciami wzbogaciłby botanikę. Była tu masa różnych drzew, krzewów i roślin, o których istnieniu w podzwrotnikowych lasach Nowego Świata nikt dotąd nie wiedział.

Kuzyn Benedykt byłby się niezawodnie wsławił jakiemś odkryciem w dziedzinie tej wiedzy, ale na nieszczęście nietylko nie znał się wcale, ale nawet nie lubił botaniki.

Nawet co więcej miał formalny wstręt do kwiatów z powodu, iż niektóre z nich więziły owady w swych kielichach i zatruwały je swoim zjadliwym sokiem.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 044

Grunt w niektórych miejscach był bardzo błotnisty, w innych płynęły jakby małe strumienie i trzeba było szukać miejsc, przez które można byłoby się przedostać. Na wybrzeżach tych strumieni rosły kępy trzciny, która Harris nazwał papyrusem, i tak było w samej rzeczy.

Po ominięciu lub przebyciu bagien, zagęszczone drzewa i krzewy zasłaniały wszelkie ścieżki.

Harris zwrócił uwagę pani Weldon na wspaniałe hebany, o wiele grubsze od zwyczajnych drzew, o wiele czarniejsze i twardsze. Tu znowuż spotykali piękne drzewa mangowe, dość liczne, pomimo, iż znajdowali się już daleko od morza. Wielki cień, jaki roztaczają i wyborny owoc ich, zalecają te drzewa, a jednak, jak mówił Harris, ani jeden krajowiec nie stara się o ich rozkrzewienie, ponieważ panuje w tych stronach przesąd, że każdy, kto zasadzi drzewo mangowe, umrze wkrótce.

W drugiej połowie pierwszego dnia podróży, wędrownicy, po wypoczynku południowym znaleźli się na gruncie nieco pochyłym. Był to radzaj płaszczyzny, łączącej równinę z górą.

Tu drzewa nie były już tak gęste, łatwiej więc byłoby iść, gdyby nie zaścielały gruntu rośliny trawiaste. Roślinność wydawała się tutaj mniej obfita, aniżeli w niższej dolinie rzeczki, przeważała przytem roślinność umiarkowanych stref Starego i Nowego Świata.

Bujnie rozrastało się tu indygo, wedle Harrisa, pasożytna ta roślina obejmowała całe obszary gruntów.

To jednak było dziwnem, iż nie spotkali ani jednego drzewa kauczukowego, które powinnyby być bardzo rozpowszechnione w tej części nowego lądu.

A właśnie Dick obiecał Jankowi, iż mu pokaże drzewo kauczukowe, i chłopczyk, bezustannie o nie się dopytywał, wyobrażał sobie bowiem, iż poruszające się lalki i balony elastyczne oraz różne kauczukowe zabawki wyrastają same na drzewie.

– Czekaj mój drogi, – pocieszał go Harris – w okolicach fermy rosną całe setki drzew kauczukowych, tam im się napatrzysz do woli.

– A czy piękne i bardzo elastyczne? – zapytał Janek.

– O! jak najpiękniejsze i najelastyczniejsze, jakie są pod słońcem. Tymczasem zjedz ten śliczny owoc.

To rzekłszy, zerwał z poblizkiego drzewa kilka owoców podobnych do brzoskwiń.

– Czy jesteś pan pewny, iż owoc ten nie zaszkodzi Jankowi – zapytała pani Weldon.

– Zaraz panią uspokoję pod tym względem – odrzekł Harris, zaczynając jeść owoc; – jest to owoc drzewa mangowego.

Janek poszedł za jego przykładem i oznajmił, iż »gruszki te« są bardzo smaczne. To też wszyscy zaopatrzyli się w owoc mango.

– Co dobre, to dobre – mówił Janek – zajadając owoc, ale przyjaciel mój, Dick, przyrzekł pokazać mi drzewo kauczukowe, jeżeli będę grzeczny, byłem grzeczny i chcę zobaczyć kauczuk.

– Zobaczysz Janku, skoro pan Harris ci obiecał.

– Ale to nie wszystko – mówił dalej Janek – mój przyjaciel, Dick, obiecał mi jeszcze coś.

– I cóż takiego obiecał ci przyjaciel Dick – zapytał, śmiejąc się amerykanin.

– Pokazać kolibry – odpowiedział Janek.

– Zobaczysz i kolibry, mały pieszczochu, ale nieco dalej – odrzekł Harris.

Janek miał prawo domagać się ujrzenia kolibrów, gdyż według tego, co powiedział Harris znajdowali się w kraju, w którym fruwają całe ich stada.

Indyanie umieją prześlicznie układać ich piórka i nadają najpoetyczniejsze nazwy tym prawdziwym klejnotom ptasiego rodu. Nazywają te śliczne ptaszyny »promieniami« lub »włosami słońca«, »królikami kwiatów«, »kwiatkami niebiańskimi, pieszczącymi w przelocie kwiaty ziemskie«, wreszcie »bukietem drogich klejnotów, błyszczącym od promieni słonecznych«.

Można przypuścić, iż poetyczna ich wyobraźnia umiałaby wynaleźć piękne nazwy dla wszystkich stu pięćdziesięciu gatunków, składających cały rodzaj kolibrów.

Chociaż w lasach Boliwii powinnyby się znajdować całe stada kolibrów, mały Janek musiał jednak dotąd poprzestać na obietnicy Harrisa. Amerykanin tłomaczył, iż byli jeszcze zbyt blizko od wybrzeży morskich, a kolibry unikały puszcz, znajdujących się w pobliżu oceanu. Za to nie bały się zupełnie ludzi i na fermie można było słyszeć ich ter! ter! i szmer ich skrzydeł podobny do odgłosu kołowrotu.

– Ach! jakżebym już pragnął tam być! – wołał Janek.

Najpewniejszym środkiem prędszego dostania się do fermy było jak najkrócej zatrzymywać się w drodze i dlatego też pani Weldon i jej towarzysze niezbędnego tylko używali spoczynku.

Postać lasu zaczynała się stopniowo zmieniać; między mniej gęsto rosnącemi drzewami, ukazywały się gdzie niegdzie obszerne polanki. Na niektórych wyżynach rosła bujnie sassaparilla, a grudkowate jej korzenie utrudniały pochód; o wiele lżej było przechodzić przez wązkie ścieżki w lesie.

Podróżni nasi uszli przed zachodem słońca osiem mil blizko i nie czuli zbytniego zmęczenia, ale był to dopiero pierwszy dzień wędrówki, następne prawdopodobnie więcej uczuć im się dadzą.

Postanowiono w tem miejscu zatrzymać się na spoczynek, wystarczało tu, aby jeden człowiek czuwał w nocy, zmieniając się co parę godzin, gdyż nie trzeba się było obawiać ani napadu krajowców ani dzikich zwierząt.

Zatrzymano się pod olbrzymiem drzewem mangowem, którego gęste i rozłożyste konary tworzyły rodzaj werendy. Za przybyciem wędrowców, rozległa się ogłuszająca wrzawa na wierzchołku drzewa. Siedziało na niem całe stado szarych papug, krzykliwych, dzikich, porywających żywe ptaki; zupełne przeciwieństwo papug, trzymanych w klatkach w Europie.

Papugi te tak straszny robiły hałas, iż Dick chciał strzelić, aby je spłoszyć, ale Harris odwiódł go od tego pod pozorem, iż w takich pustyniach lepiej odgłosem strzału nie zdradzać swojej obecności.

– Przejdźmy cicho – mówił amerykanin – a przejdziemy bezpiecznie.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 045

Zasiedli do wieczerzy, składającej się z konserwów mięsnych i sucharów. Strumyk, szemrzący wśród traw, dostarczył wody do picia, do której dolano trochę rumu. Na deser spożyto soczyste owoce mangowe; tylko papugi protestowały przeciw zaborowi ich własności.

Pod koniec wieczerzy zaczęło się ściemniać. Pierwsze ukazujące się gwiazdy wydawały się jakby świetlane kwiaty, błyszczące na końcach najwyższych gałązek drzew. Z zapadnięciem nocy wiatr ustał zupełnie, cisza zupełna zaległa w powietrzu, nawet papugi, dotąd tak hałaśliwe, zamilkły. Przyroda zabierała się do spoczynku, zachęcając wszelkie żyjące istoty, aby pogrążyły się w spokojnym śnie.

Przygotowania do nocnego spoczynku bardzo mało zajęły czasu.

– Czy nie wartoby rozpalić ogniska? – zapytał Dick.

– A to po co – odpowiedział amerykanin. – Noce zupełnie nie są chłodne, a to olbrzymie drzewo nie dopuści parowania ziemi, nie mamy więc potrzeby obawiać się ani zimna, ani wilgoci. Raz jeszcze powtarzam, co już poprzednio powiedziałem; przejdźmy cicho – ani strzałów, ani ognia!

– Sądzę, że, jak to pan przedtem powiedziałeś, nie mamy się czego obawiać indyan, ale może w lesie są dzikie zwierzęta, któreby ogień odstraszył? – zapytała pani Weldon.

– Zbyt pochlebne masz pani wyobrażenie o zwierzętach tych okolic, prawdę mówiąc, te, które się tutaj znajdują, więcej obawiają się człowieka, niż go zastraszyć mogą.

– Jesteśmy przecież w lesie, a w lesie zawsze znajdują się zwierzęta – rzekł mały Janek.

- Tak, mój kochanku, ale różne bywają lasy i różne zwierzęta – odrzekł śmiejąc się Harris; tu można sobie wyobrazić, iż spacerujemy po dużym parku. Indyanie bardzo trafnie mówią o tym kraju: »Es como el Pariso!« to istny raj ziemski!

– A więc kiedy to raj, to muszą tu być węże? – zauważył Janek.

– Nie obawiaj się się Janku – odpowiedziała pani Weldon – śpij spokojnie, tu nie ma wężów.

– Czy i lwów nie ma? – zapytał chłopczyk.

– Nie ma ani jednego – odrzekł Harris.

– To pewnie są tygrysy?

– Zapytajże się mamy, a powie ci, iż nigdzie nie czytała, aby na tym stałym lądzie były tygrysy – rzekł amerykanin.

– Nie, Janku, tu niema tygrysów – odpowiedziała pani Weldon.

– No, co prawda – rzekł kuzyn Benedykt, który przypadkiem był świadkiem tej rozmowy, – w Nowym Świecie nie ma lwów, ani tygrysów, ale za to są kuguary i jaguary.

– A czy one są bardzo złe? – zapytał Janek.

– Krajowcy wcale ich się nie obawiają – a nas jest tylu… Sam Herkules jest dość silny, by dwóm jaguarom łby poskręcać – rzekł amerykanin.

– Czuwaj dobrze, Herkulesie powiedział Janek – a jak zobaczysz dzikiego zwierza, któryby chciał nas ugryźć…

– No, to już ja go ugryzę, panie Janku – odpowiedział Herkules pokazując swe duże, mocne zęby.

– Dobrze, Herkulesie – rzekł Dick – będziesz czuwał, a ja i twoi towarzysze zastąpimy cię po kolei.

– Nie, panie Sand – rzekł Akteon – ja, Herkules, Baty i Austyn będziemy czuwali kolejno, a pan wypocznij sobie całą noc.

– Dziękuję ci, Akteonie – odrzekł Dick – ale i ja powinienem…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 046

– Nie, Dicku, spuść się na tych dobrych ludzi, a sam odpocznij – rzekła stanowczo pani Weldon.

– I ja będę czuwał – zawołał Janek – a oczy mu się kleiły do snu.

– Dobrze, dobrze, mój Janku – rzekła matka – nie chcąc sprzeciwiać się rozespanemu dziecku.

– Ale, ale – zawołał jeszcze Janek – jeżeli w tym lesie nie ma lwów ani tygrysów, to pewnie są wilki?

– Prawdziwych wilków nie ma tu wcale, jest tylko pewien rodzaj lisów, a raczej psów leśnych, zwanych »guarasy« powiedział amerykanin.

– A czy te guarasy kąsają? – zapytał ziewając Janek.

– Dingo połknąłby każdego od razu.

Rozespany Janek zasnął na ręku Nany, wspartej o pień drzewa.

Pani Weldon położyła się przy niej i, ucałowawszy synka na dobranoc, zasnęła znużona.

Niebawem potem, Herkules przyprowadził kuzyna Benedykta, który oddalił się zanadto, uganiając się za jakimś owadem. Był to tak zwany przez krajowców »cocuyos«, błyszcząca muszka, jakie damy wpinają na szpilkach we włosy, jakby drogie klejnoty. Owady te, rzucające żywe, niebieskawe światło z dwóch plamek, położonych u dołu ciała, są bardzo pospolite w Ameryce południowej, to też kuzyn Benedykt chciał uzbierać znaczną ich ilość, ale Herkules sprzeciwiał się temu i, porwawszy go na ręce, przyniósł do obozowiska.

Miał rozkaz czuwania nad kuzynem Benedyktem, i jak zawsze sumiennie spełnił włożony nań obowiązek.

Niebawem potem, z wyjątkiem pozostałego na straży olbrzyma, wszyscy mocno zasnęli.



Rozdział XVII

Sto mil w 10 dni.

Zazwyczaj podróżujący w lesie, przespawszy noc pod gołem niebem, zostają zbudzeni przez najrozmaitsze wrzaski, pisk, gdakanie i t. p.

To małpy w ten sposób witają brzask dzienny. A ileż ich jest rodzai. Małe »mari-kiny«, »mono szare«, którego skórą indyanie obijają swe fuzye, »sagusy«, odznaczające się dwoma kępami długiej sierci i różnej odmiany tej, tak licznej rodziny.

Najwięcej na uwagę z pośród tych czwororękich zwierząt zasługują »gueribasy«.

Gdy słońce się ukazuje, najstarszy z gromady intonuje jakaś monotonną, ponurą i straszną serenadę. To baryton całej trupy.

Młode tenory powtarzają za nim tę symfonię poranną; indyanie twierdzą, że gueribasy »odmawiają swą poranną modlitwę«.

Ale dnia tego widocznie małpy zapomniały o swem pacierzu, gdyż wcale słychać ich nie było.

Koczujący indyanie nie byliby z tego zadowoleni; nie dla tego, aby byli wielkimi wielbicielami tego chóralnego śpiewu, ale chętnie polują na małpy, których mięso, zwłaszcza wędzone, ma być bardzo smaczne.

Gdyby Dick i jego towarzysze znali obyczaje gueribasów, zadziwiłoby ich bardzo, czemu ich nie słyszą; obudzili się wszakże orzeźwieni snem spokojnym, którego nic nie przerwało.

Mały Janek, jak tylko się obudził, wyciągnął się i zapytał zaraz, czy Herkules zagryzł w nocy wilka, ale że żaden się nie pokazał, więc też olbrzym nie był jeszcze po śniadaniu, tak samo jak wszyscy.

Po zmówieniu modlitwy porannej Nany przyrządziła posiłek, a chociaż nie było nic innego nad to, co jedli na wieczerzę, nikt nie grymasił i zajadali z apetytem, aby nabrać sił do dalszej wędrówki.

Po raz pierwszy może w życiu i kuzyn Benedykt zrozumiał, iż jedzenie nie jest znów rzeczą tak zupełnie poziomą lub nieużyteczną, oświadczył jednak, iż nie po to zwiedza te okolice, aby szedł próżno z rękami w kieszeniach i że, jeżeli Herkules nie da mu zbierać świecących robaczków, to »aż strach co z nim zrobi«.

Ale olbrzym jakoś zupełnie nie przestraszył się tej groźby i byłby na krok nie odstąpił, gdyby nie to, iż pani Weldon, wziąwszy go na stronę, powiedziała, żeby mu pozwalał oddalać się nieco, byle go nie spuszczał z oczu.

Nie chciała pozbawiać kuzyna Benedykta jedynej jego rozrywki.

Las ciągnął się bezustannie. Dick rozmyślał nad tem, że ponieważ, jak to utrzymywał Harris, znajdowali się w okolicy pampasów; zatem, o ile sobie przypominał z opisów podróżników, te winny odznaczać się zupełnym brakiem wody, drzew i kamieni, oraz w porze deszczów tak bujną roślinnością ostu, iż ten prawie w krzaki się zamienia i tworzy nieprzebyte zarośla a całe przestrzenie mają jałowy i opustoszały wygląd. A tu było zupełnie inaczej!

Od chwili, gdy pod przewodnictwem amerykanina opuścili wybrzeże, las ciągnie się bezustannie aż do krańców horyzontu.

Nie! to nie były owe pampasy, jakie sobie Dick wyobrażał, stosownie do opisów podróżników!

Czyżby przyroda zupełnie w innych warunkach uformowała te płaszczyznę Atakama, o której on zresztą tyle tylko wiedział, że stanowiła jedną z najwięcej rozległych puszcz Ameryki południowej, pomiędzy Andami a oceanem Spokojnym?

Dick zadał amerykaninowi kilka pytań i wyraził zdziwienie, iż pampasy tak odmiennie się przedstawiają; Harris zaczął mu tłómaczyć i jednocześnie opisywał tak szczegółowo tę część Boliwii, iż widać było, że zna kraj ten dokładnie.

– Masz słuszność młodzieńcze – mówił – prawdziwe pampasy są w samej rzeczy takie, jakie je opisują w podróżach, często bardzo trudne do przebycia. Przypominają one nasze sawany z północnej Ameryki, które są tylko więcej błotniste.

Takiemi są pampasy Rio-Colorado »Ilanos«, Orenoku i Venezueli. Przyznaję, iż mnie także zadziwia nieco ta okolica; pierwszy raz przebywam tę drogę przez płaszczyznę, za którą przemawia blizkość. Lecz choć nie znałem jej dotąd, wiem, iż różni się wielce od prawdziwych pampasów, jakie spotkałbyś nie między Kordylierami zachodnimi, a wysokim łańcuchem Andów, ale poza górami, na całej wschodniej części lądu, ciągnącego się aż do Atlantyku.

– Jakto? – więc mamy przebywać łańcuch Andów? – zapytał żywo Dick.

– Wcale nie – odparł uśmiechając się amerykanin. – Nie powiedziałem przecież spotkasz, lecz spotkałbyś. Bądź spokojny, mój przyjacielu, nie opuścimy tej płaszczyzny, której najwyższa wysokość dochodzi do tysiąca pięciuset stóp. Jesteśmy pozbawieni wszelkich środków pomocniczych do przebycia Kordylierów, do tego stopnia, iż nigdybym was na to nie narażał. O wiele korzystniej byłoby iść wybrzeżem, ale ferma San Felice leży poza Kordylierami i podróż nasza odbędziemy bez żadnych trudności.

– Lecz czy nie obawiasz się pan zabłądzić w tych lasach, które po raz pierwszy przebywasz? – zapytał Dick.

– Nie – odrzekł Harris. – Wiem dobrze, iż las ten to jakby niezmierzone morze, czyli raczej jakby dno morskie, którego głębokości zmierzyć, ani pozycyi oznaczyć nie może najlepszy marynarz, ale przyzwyczajony jestem podróżować po lasach i potrafię rozpoznać drogę po samym rozkładzie drzew i kierunku ich liści; po ukształtowaniu gruntu, po różnych niezrozumiałych dla innych szczegółach.

– Bądź pewny, iż wszystkich was doprowadzę tam, dokąd iść macie.

Wszystko to wypowiedział Harris jasno. Obaj szli na czele karawany i często rozmawiali ze sobą tak, iż nikt nie słyszał i nie mieszał się do ich rozmowy. Amerykanin nie zawsze umiał rozproszyć niewytłomaczony niepokój, ogarniający Dicka, ale tenże nie chciał pokazać tego towarzyszom.

Dni od 8 do 12 kwietnia przeszły bez żadnego wypadku.

Nie przebywano więcej nad osiem do dziesięciu mil dziennie; o jednej porze spożywano zawsze posiłek i udawano się na spoczynek a chociaż już zaczęli uczuwać zmęczenie, zdrowie jednak nic jeszcze na tem nie cierpiało.

Jedynie mały Janek odczuwał już skutki tego życia w lesie, do jakiego wcale nie był przyzwyczajony, a w dodatku nie ziściły się czynione mu przyrzeczenia; poliszynele kauczukowe, ani też kolibry wcale się nie pojawiały. Obiecano mu także pokazać najpiękniejsze papugi, na których nie powinno zbywać w tym olbrzymim lesie.

Przecież opisy podróżników tyle gatunków papug wyliczają w tych stronach; a indyanie utrzymują, iż gadatliwe te ptaki dotąd gadają językiem wygasłych już plemion. Janek spotykał zaś w tym lesie najpospolitsze rodzaje papug, jakich pełno jest wszędzie.

Lecz nietylko Janek, ale i kuzyn Benedykt zupełnie był niezadowolony. Wprawdzie nie broniono mu już udawać się na wszystkie strony, ale pomimo to nie znalazł ani jednego owadu, któryby zasługiwał na pomieszczenie w jego kolekcyi. Wieczorami nie pokazywały mu się świecące robaczki i nęciły go swym blaskiem. Przyroda zdawała się żartować z biednego entomologa, który też w fatalnym był humorze.

Przez cztery dni następne podróż na północo-wschód odbywała się w tych samych warunkach. Do 16 kwietnia przebyli najmniej sto mil drogi. Jeżeli, jak zapewniał, amerykanin się nie mylił, ferma San Felice powinna być już najdalej o dwadzieścia mil drogi od miejsca, w którem zatrzymali się na nocleg; tak więc, za dwa dni mieli już nasi wędrownicy znaleźć wygodne schronienie i wypoczynek po tej uciążliwej podróży.

Pomimo, że już przebyli znaczniejszą część płaszczyzny, nie natrafili jednak nigdzie ani na jednego krajowca. Dick, nie mówiąc nic nikomu, ubolewał mocno, iż burza nie zagnała ich dalej na północ lub na południe, gdzie znajdowały się liczne miasteczka, osady i plantacye, wówczas bowiem od dawna byliby już napotkali bezpieczne schronienie.

W ostatnich dniach coraz częściej ukazywały się zwierzęta. Tego dnia, gdy zatrzymali się na wypoczynek południowy, jakiś ostry świst rozległ się w powietrzu, co bardzo przeraziło panią Weldon.

– Co to? – zawołała, wstając prędko.

– Wąż! – krzyknął Dick i porywając dubeltówkę poskoczył ku pani Weldon.

W samej rzeczy można się było obawiać, czy nie kryje się w trawie jakaś jadowita gadzina, a nawet mógłby to być jeden z tych olbrzymich wężów, zwanych przez krajowców »sukurus«, rodzaj boa, mający niekiedy do czterech stóp długości.

Harris powstrzymał Dicka i dążących mu na pomoc towarzyszy, uspokajając jednocześnie panią Weldon.

– Syk ten – mówił – nie pochodzi od »sukurusa«, gdyż węże te nie syczą wcale, zapowiada on raczej obecność jakichś nieszkodliwych zwierząt czworonożnych, dość licznych w tej okolicy. Nie obawiajcie się więc i nie róbmy hałasu, który mógłby przestraszyć te zwierzęta.

– Ale jakież to są zwierzęta? – zapytał Dick.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 047

– Antylopy – odpowiedział Harris.

– Ach! jakżebym je chciał zobaczyć – zawołał żywo Janek.

– To będzie bardzo trudno, mały pieszczochu!

– Spróbójmy jednak zbliżyć się do tych antylop – powiedział Dick.

– Zaledwo parę kroków postąpisz ku nim, niebawem pierzchnie całe stado, radzę więc nie trudzić się daremnie – rzekł amerykanin.

– Tego samego dnia ujrzeli drugą gromadę zwierząt, która dała powód do sprzeczki pomiędzy amerykaninem i kilku jego towarzyszami.

Około godziny czwartej po południu drużyna nasza zatrzymała się na chwilę na małej polance, gdy nagle o jakie sto kroków wybiegły z krzaków trzy czy cztery zwierzęta i przeleciały nadzwyczajnie prędko.

Tym razem, nie zwracając uwagi na rady amerykanina, Dick wycelował szybko i strzelił do jednego z nich, ale w chwili strzału Harris złapał go za rękę, więc choć strzał był dany celnie, musiał chybić.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 048

– Nie strzelać! nie strzelać! – wołał Harris.

– Ależ to są żyrafy! – zawołał Dick, nie odpowiadając amerykaninowi.

– Co? żyrafy – krzyknął Janek, zrywając się na siodle – gdzież są te wysokie zwierzęta?

– Żyrafy! – powtórzyła pani Weldon – mylisz się, Dicku, nie ma ich wcale w Ameryce.

– Ależ tak – powiedział Harris z miną jakby zadziwioną, w samej rzeczy – w tym kraju nie mogą być żyrafy.

– A więc cóż to były za zwierzęta? – pytał Dick.

– Może nie przypatrzyłeś się dobrze, młodzieńcze, musiały to chyba być strusie – odrzekł Harris.

– Strusie?… – powtórzyli Dick i pani Weldon, z zadziwieniem spoglądając na siebie.

– Tak! zwyczajne strusie –powtórzył Harris.

– Ależ strusie są to ptaki i jako takie maja tylko po dwie nogi – rzekł Dick.

– To też zdaje mi się, iż uciekające zwierzęta były dwunożne.

– Dwunożne – powtórzył Harris.

– Minie się znów zdaje, iż widziałem wyraźnie zwierzęta czworonożne – powiedziała pani Weldon.

– I ja toż samo – rzekł stary Tom, a Baty, Akteon i Herkules potwierdzili jego słowa.

– Czworonożne strusie! – zawołał Harris wybuchając śmiechem – a to pocieszne!

– To też nam się zdaje, iż były to żyrafy, a nie strusie – rzekł Dick.

– Nie, mój przyjacielu, nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż wam się przywidziało, co łatwo być mogło ze względu na ich nadzwyczaj szybką ucieczkę. Nieraz się już to przytrafiło najlepszym myśliwym.

To co opowiedział amerykanin nie było nie prawdopodobnem; patrząc z pewnej odległości łatwo wielkiego strusia wziąć za żyrafę średniej wielkości. Zarówno dziób strusia jak pysk żyrafy osadzone są na końcu długiej, w tył pochylonej szyi, i prawie możnaby powiedzieć, iż struś jest jakby pół-żyrafa. Brak mu tylko nóg tylnych. Tak więc, gdy lecą prędko, z odległości można się łatwo omylić.

Wreszcie najlepszym dowodem, iż pani Weldon i jej towarzysze się omylili, był fakt, że w Ameryce żyraf zupełnie niema.

– Ale zdaje mi się, że i strusi nie ma w Nowym Świecie.

– Przeciwnie – odparł Harris – oddzielny ich rodzaj, znajduje się właśnie w Ameryce południowej; nazywa się »nandu«; takie właśnie widzieliście strusie.

Amerykanin mówił prawdę. Nandu, jest to ptak na wysokich nogach, dość pospolity na płaszczyznach Ameryki południowej; mięso młodych jest bardzo smaczne.

Silny ten ptak, którego wysokość nie rzadko przechodzi dwa metry, ma prosty dziób, długie skrzydła, składające się z puszystych piór, nogi trzypalczaste z długimi paznogciami, i tem właśnie różni się głównie od strusi afrykańskich.

Słuchając tego szczegółowego objaśnienia amerykanina, który zdawał się znać dokładnie obyczaje tych ptaków, pani Weldon i Dick zaczęli przypuszczać, iż źle widzieli.

– Być bardzo może – prawił jeszcze Harris, – iż znowu spotkamy stado tych strusi, wtedy przypatrzcie się im dobrze, a nie weźmiecie ptaków za zwierzęta czworonożne. Ale przedewszystkiem młodzieńcze, nie zapominaj moich rad i nie strzelaj do jakiegobądź zwierzęcia. Nie mamy potrzeby polować dla zaopatrzenia się w żywność, a powtarzam, strzeżmy się, aby odgłos wystrzału nie zdradził naszej obecności w lesie.

Dick nic nie odpowiedział, ale zamyślił się głęboko; znowu powątpiewania zbudziły się w jego umyśle.

Nazajutrz, dnia 17 kwietnia, puszczono się dalej w drogę, a Harris zapewniał, iż przed upływem dwudziestu czterech godzin wypoczną w fermie San Felice.

– Tam – rzekł do pani Weldon – otoczona pani będziesz staraniami i wygodami i odzyskasz siły po kilku dniach odpoczynku. Może nie znajdzie pani w San Felice zbytku i przepychu, do jakiego jesteś przyzwyczajona w domu swoim w San-Francisco, ale przekonasz się, iż w naszych plantacyach, nie jesteśmy znów pozbawieni zupełnie wygód i dostatku, że nie żyjemy jak dzicy.

– Panie Harris – odpowiedziała – szczerze jesteśmy wdzięczni za szlachetną pomoc, jakiej nam udzieliłeś w naszem nieszczęściu i zawsze o tem pamiętać będę. Jakżebym pragnęła już być w San-Felice!

– Tak bardzo jesteś pani znużona?

– Mniejsza już o mnie – odpowiedziała – ale widzę, że mój Janek nie domaga. W pewnych godzinach miewa gorączkę.

– Chociaż klimat tej płaszczyzny jest bardzo zdrowy, wszelako, co prawda, w marcu i kwietniu panują tu febry, powracające peryodycznie.

– Tak – ale przyroda, jak zwykle przewidująca, jednocześnie obok choroby podaje lekarstwo – rzekł Dick.

– Jakie? – zapytał Harris, nie rozumiejąc znaczenia słów jego.

– Wszakże to ojczyzna chininy? – rzekł Dick.

– O! nie tak łatwo dostrzedz te drzewa. Chociaż często bywają bardzo wysokie, wielkie mają liście i różowe wonne kwiaty, dość trudno je dopatrzeć. Rzadko kiedy rosną kępami, zwykle bywają rozproszone po lesie, a indyanie trudniący się zbiorem chininy, tylko po zawsze zielonych liściach rozpoznają te drzewa.

– Panie Harris – rzekła pani Weldon – jak pan dostrzeżesz jedno z tych drzew, proszę bardzo, chciej mi je wskazać.

– I owszem, ale za przybyciem do San Felice znajdziesz tam pani siarczan chininy, a ten skuteczniej leczy febrę, niż prosta kora drzewa.

Był to, jak mówił amerykanin, ostatni dzień podróży; gdy wieczór nadszedł, zaczęto się przygotowywać do spoczynku. Dotąd nie padało jeszcze, ale zanosiło się na zmianę, ponieważ gęsta mgła podnosiła się od ziemi i chmura zawisła w powietrzu.

W istocie zbliżała się pora deszczów, na szczęście, nazajutrz, drużyna miała znaleźć gościnny przytułek; kilka już tylko godzin oddzielało ich od tej upragnionej chwili.

Chociaż Harris, który tylko z czasu trwania podróży mógł obliczać przebytą drogę, utrzymywał, że tylko o jakie 6 mil oddaleni są od fermy, nie zaniedbano zwykłych na noc przedsięwziąć ostrożności. Tom i jego towarzysze mieli czuwać kolejno. Dick pilnował wykonania tego, więcej niż kiedykolwiek był zaniepokojony, straszne podejrzenie budziło się w jego umyśle, ale przed nikim się z tem nie zwierzał.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 049

Urządzono nocleg u stóp wielkiego drzewa. Znużeni prędko zasnęli, gdy w tem obudził ich głośny krzyk.

– Co się stało? – zawołał Dick, zerwawszy się pierwszy.

– To ja krzyknąłem! ja! ja! – odrzekł kuzyn Benedykt.

– Czego? – zapytała pani Weldon.

– Coś mnie ugryzło.

– Może wąż… – zawołała z przerażeniem pani Weldon.

– Nie! nie!… to nie wąż, to jakiś owad – odparł kuzyn Benedykt. – O, już go mam! już go mam!

– No to zabij go pan i daj nam spać spokojnie – rzekł Harris.

– Zabić owada! – krzyknął kuzyn Benedykt – nigdy! nigdy! muszę zobaczyć jaki to…

– Jakiś mustyk! – rzekł wzruszając ramionami Harris.

– Wcale nie, to jakaś mucha i zdaje się, że ciekawy okaz – powiedział kuzyn Benedykt.

Dick zapalił kieszonkową latarkę i poświecił nią kuzynowi Benedyktowi.

– O nieba! – zawołał tenże uradowany – otóż jestem wynagrodzony za wszystkie doznane zawody! Zrobiłem nareszcie bardzo ważne odkrycie…

– Jakież to? – zapytała pani Weldon.

– Dwuskrzydłowy owad! rzadki okaz!…

I pokazał muchę, mniejszą od pszczoły, szarawą, w niższej części żółto zabarwioną.

– Czy nie jadowita? zapytała pani Weldon.

– Nie, kuzynko, dla ludzi jest nieszkodliwa, dla zwierząt zaś, a mianowicie bawołów, antylop, a nawet i słoni, bardzo szkodliwa. Ach! cudny owad!

– Ależ powiedz nam nareszcie, co to za mucha – powiedział Dick.

– Ta mucha – odpowiedział entomolog – ta mucha, którą trzymam w ręku, ta mucha… to »tsetse«! To ów słynny owad dwuskrzydłowy, będący chwałą i zaszczytem kraju, a do tej pory nikt jeszcze ani jednej »tsetse« nie znalazł w Ameryce.

Dick nie śmiał zapytać kuzyna Benedykta, w jakiej części świata znajdowały się jedynie te muchy »tsetse«, i gdy wszyscy ponownie zasnęli, on jeden pomimo znużenia, oczu zmrużyć nie mógł.



Rozdział XVIII

Straszne słowo.

Pora już była wielka stanąć u kresu podróży. Pani Weldon niezmiernie była zmęczona drogą, odbywaną w tak uciążliwych warunkach, a mały Janek wycieńczony gorączką, rozpalony i czerwony podczas ataków, wybladły po ich ustaniu, nadzwyczaj ją niepokoił. Ani na chwilę z rąk go nie spuszczała.

W istocie czas już był stanąć u kresu podróży, ale też według zapewnień amerykanina, wieczorem dnia następnego, to jest 18 kwietnia przybędą do San Felice.

Chociaż pani Weldon była silna i wytrwała, nie mogła jednak nie odczuć dwunastu dni nużącej podróży, dwunastu nocy spędzonych pod gołem niebem. Więcej jeszcze dręczyło ją cierpienie moralne; wiedziała, że synek ukochany tak cierpi, a zbywało jej na najprostszych środkach przyniesienia mu ulgi.

Dick, Nany, Tom i jego towarzysze łatwiej znosili trudy podróży.

Chociaż zapas żywności zaczynał się już wyczerpywać, dotąd jeszcze nie zbywało im na niej.

Co do amerykanina, ten widocznie był przyzwyczajony do długich podróży po lasach, gdyż nie okazywał najmniejszego znużenia. Tylko Dick uważał, iż w miarę zbliżania się do fermy, był więcej zachmurzony i jakby nie tak swobodny i otwarty w obejściu.

Dick mniemał, iż właśnie przeciwnie być powinno i coraz mniej dowierzał amerykaninowi… Cóżby mógł mieć jednak za interes w oszukiwaniu ich?…

Dick nie umiał sobie na to odpowiedzieć, ale coraz uważniej śledził każdy krok przewodnika.

Prawdopodobnie zauważył to amerykanin i może ta nieufność Dicka czyniła go posępniejszym.

Puszczono się dalej w drogę.

Las stawał się coraz rzadszy; drzewa rozrzucone kępami nie tworzyły już trudnych do przebycia gęstwin.

W pierwszych godzinach podróży nie wydarzyło się nic, coby mogło powiększyć niepokój Dicka; dwie tylko rzeczy zwróciły jego uwagę. Może to nie było nic tak ważnego, ale w ich położeniu na wszystko należało zwracać uwagę.

Najpierw zastanowiło go zachowanie się Dinga. Przez cała drogę pies zdawał się tropić ślad, teraz nastąpiła nagła zmiana. Dotąd, zwiesiwszy łeb, najczęściej węszył krzewy i trawy, lub żałosnem tylko szczekaniem przerywał milczenie, jakby na znak ciężkiego żalu i boleści. Otóż, tego dnia szczekał głośno, niekiedy nawet zajadle, jak niegdyś, gdy Negoro ukazywał się na pomoście Pilgrima.

Podejrzenie coraz silniejsze powstawało w umyśle Dicka, utwierdził go w niem jeszcze stary Tom.

– Szczególna rzecz, panie Sand – mówił stary murzyn – Dingo nie węszy już jak to wczoraj jeszcze czynił; podniósł nos w górę, jest widocznie niespokojny, sierść się na nim podnosi, możnaby przypuścić, iż czuje zdaleka…

– Negora, wszak to chciałeś powiedzieć – odparł Dick i chwytając go za rękę dał znak, aby mówił cicho.

– Tak jest, Negora… Ale może być, iż portugalczyk szedł w ślad za nami…

– I, że teraz jest gdzieś blizko…

– Ale w jakimże celu? – pytał Tom.

– Negoro nie zna kraju, a w takim razie musiał iść w ślad za nami.

– Albo? – zapytał Tom z przerażeniem.

– Albo zna go dobrze, a w takim razie…

– Lecz jakże mógłby znać okolice, w której nigdy nie był?

– Czy tylko nie był? – odparł Dick. – To tylko pewna, iż z zachowania się Dinga, można wnosić, że ten nienawistny mu człowiek jest gdzieś w pobliżu.

To rzekłszy, zawołał psa, który zbliżył się do niego po pewnem wahaniu, poczem Dick wymówił głośno: Negoro! Negoro!

Jakby w odpowiedzi na to, pies zaczął szczekać zajadle. Wymówienie nazwiska byłego kucharza oddziałało na niego, jak zwykle, pobiegł prędko, jakby szukając go w zaroślach.

Amerykanin widział to wszystko, zaciął usta i, zbliżając się do Dicka, zapytał?

– Co wy chcecie od Dinga?

– Nic, nic – odrzekł, żartując stary Tom,– zapytujemy go o towarzysza, który znikł gdzieś bez śladu.

– Aha, o tego portugalczyka, co był kucharzem na statku?

– Tak jest – odpowiedział Tom; – patrząc na Dinga, możnaby sądzić, iż Negoro znajduje się gdzieś w pobliżu.

– Jakim sposobem mógłby się tu dostać, przecież zdaje się nie zna tego kraju?

– Kto to wie – odparł Tom – może nic mówił nam prawdy.

– Jeżeli chcecie, możemy przeszukać w zaroślach, może biedak potrzebuje pomocy, może spotkało go jakieś nieszczęście?…

– Bezpożyteczny byłby trud, panie Harris – rzekł Dick – jeśli Negoro sam przyszedł aż do tego miejsca, to trafi także i dalej. Da on sobie sam radę!

– Jak chcecie – odpowiedział Harris.

– Cicho Dingo! – zawołał Harris – kończąc w ten sposób rozmowę.

Nie uszło również uwagi Dicka, iż koń amerykanina nie okazywał niczem, iż czuje w pobliżu stajnię; nie wciągał powietrza, jak to zwykle robią konie, czując zbliżający się koniec podróży. Zdawał się tak obojętny, jak gdyby owa ferma, w której miał być kilkakrotnie, była jeszcze oddalona o setki mil.

Koń ten nie byłby tak obojętny, gdyby czuł blizko stajnie, pomyślał sobie Dick.

Według słów wyrzeczonych wczoraj przez amerykanina, pozostało im już tylko sześć mil drogi do fermy, a do piątej godziny wieczorem niezawodnie uszli już ze cztery, pozostałoby więc jeszcze do przebycia dwie mile. Jednak nic w okolicy nie zapowiadało blizkości wielkiej osady, jaką miała być San Felice.

Nawet pani Weldon, prawie wyłącznie zajęta chorym Jankiem, zdziwiona była, iż taka pustka panowała dokoła. Jak to być może, myślała, żeby tak blizko fermy nie spotkać ani krajowca ani nikogo ze służby? Czyżby amerykanin zabłądził?… ale odpędzała z myśli to przypuszczenie – nowe opóźnienie groziłoby śmiercią jej dziecku.

Harris szedł ciągle przodem; zdawał się rozglądać po lesie, przypatrywał się na prawo i lewo jak człowiek niepewny, czy go pamięć nie myli, czy dobrą idzie drogą. Pani Weldon przymknęła oczy, aby tego nie widzieć.

Przeszedłszy płaszczyznę, znowu weszli do lasu, mniej jednak gęstego, niż na zachodzie; o szóstej wieczorem znaleźli się w gęstwinie, przez którą, jak się zdawało, musiała przechodzić niedawno gromada dzikich zwierząt.

Dick bacznie rozglądał się w około.

Na wysokość przechodzącą wzrost ludzki, gałęzie były poobrywane lub połamane; a trawa, gwałtownie rozsuwana, dozwalała zauważyć na błotnistym gruncie ślady stóp, które nie mogły być wzięte za ślady jaguarów lub kuguarów. Czyżby to leniwce zwane »aï«, pozostawiły te ślady, lecz jeśli tak, dlaczegóż gałęzie są połamane na takiej wysokości? Wprawdzie słonie mogłyby pozostawić tak wielkie ślady i przerżnąć taki otwór w nieprzejrzanej gęstwinie; ale słoni przecież nie ma w Ameryce. Olbrzymie te zwierzęta nie pochodzą z Nowego Świata i dotąd nie zostały tam zaaklimatyzowane; niepodobna więc było przypuścić, że to słonie przechodziły tedy.

Dick nie wyjawiał myśli, jakie mu się nasuwały z powodu tego niewytłómaczonego faktu, nawet w tym względzie nie zapytywał amerykanina. Mógłże ufać objaśnieniom człowieka, który mu żyrafy podawał za strusie. Harris byłby dał jakąś wykrętną odpowiedź, która w niczem nie zmieniłaby położenia.

Teraz Dick był już prawie pewny, iż amerykanin jest podłym zdrajcą i czekał tylko odpowiedniej chwili, aby wyjawić jego niegodziwość i ukarać go za nią, i głos jakiś szeptał mu, iż chwila ta nadejdzie nie zadługo.

Ale jakiż cel ukrywał amerykanin? jaka przyszłość czekała rozbitków Pilgrima. Dick mówił sobie, iż nie jest wolnym od odpowiedzialności, pomimo rozbicia się powierzonego mu statku, obecnie więcej niż kiedykolwiek powinien był czuwać nad bezpieczeństwem wszystkich rozbitków. Musi ocalić te biedną kobietę i jej synka oraz towarzyszy niedoli.

Łatwiej mu jednak było radzić sobie na okręcie, lecz co pocznie wśród ciężkich prób, jakie im przetrwać przyjdzie?

Dick nie łudził się, iż niebezpieczeństwo powiększało się z każdą chwilą i piętnastoletni kapitan Pilgrima postanowił walczyć z niem, nie chciał jednak przerażać nieszczęśliwej matki, zanim nie nadejdzie stanowcza chwila.

Dochodząc do dość szerokiego strumienia wyprzedził całą gromadę o jakie sto kroków i zobaczył ogromne zwierzęta biegnące wśród wielkich traw urwistego wybrzeża.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 051

Już miał zawołać: hipopotamy! ale się powstrzymał.

I były to w samej rzeczy hipopotamy, z wielkimi łbami, szerokimi pyskami i krótkiemi nogami. Ale skąd hipopotamy w Ameryce!…

Szli dzień cały, z coraz większą jednak trudnością, nawet najsilniejsi czuli się znużeni. Czas był wielki przybyć na oznaczone miejsce, gdyż inaczej byliby zmuszeni zatrzymać się dla wypoczynku.

Pani Weldon, myśląc tylko o Janku, nie skarżyła się na znużenie; widać jednak było, iż siły ją opuszczają. Jeden tylko Dick opierał się znużeniu, dzięki sile moralnej, jaką czerpał w poczuciu obowiązku.

Około godziny czwartej stary Tom zobaczył w trawie pewien przedmiot, który zwrócił jego uwagę. Był to rodzaj noża szczególnego kształtu, z szerokiem zakrzywionem ostrzem, oprawionem w kawałek kości słoniowej, dość niezgrabnie wyrzynanej.

Podniósł ów nóż i podał go Dickowi, który, obejrzawszy go, zwrócił się do amerykanina mówiąc:

– Widać krajowcy są gdzieś blizko?

– Zapewne – odrzekł Harris – a jednak…

– Jednak? – powtórzył Dick – patrząc mu w oczy.

– Powinnibyśmy być już blizko fermy – rzekł wahając się – a nie poznaję…

– Czybyś pan zabłądził? – zapytał żywo Dick.

– Nie zabłądziłem wprawdzie, ferma powinna być o jakie trzy mile, ale chcąc skrócić drogę, poszedłem bokami lasu i może źle zrobiłem.

– Być może.

– Najlepiej będzie, jak pójdę naprzód – rzekł Harris.

– O nie! nie rozłączajmy się – odparł stanowczo Dick.

– Niech i tak będzie, tylko, że trudno mi będzie przewodniczyć wam wśród nocy.

– To też zatrzymamy się dla wypoczynku. Pani Weldon zgodzi się na przepędzenie tej jeszcze nocy pod drzewami, a jutro, jak tylko zaświta, puścimy się w dalszą drogę. Przecież pozostało nam już tylko dwie, czy trzy mile, przejdziemy je w parę godzin.

– Zgoda – odpowiedział Harris.

W tej chwili Dingo zaczął gwałtownie szczekać.

– Dingo tu! – zawołał Dick. – Wiesz przecież, iż jesteśmy na puszczy i, że niema nikogo.

Zatrzymano się na ostatni nocleg; pani Weldon zgodziła się na to milcząco. Trzymała na kolanach Janka, wycieńczonego febrą.

W pobliżu wznosiła się wielka kępa drzew, Dick zamierzał w cieniu ich urządzić nocleg. Stary Tom mu pomagał, w tem nagle zatrzymał się i krzyknął:

– Panie Sand, patrz pan! patrz pan!

– Cóż takiego? – zapytał Dick spokojnie, jak człowiek przygotowany na wszystko.

– Tam… tam… na tych drzewach… plamy krwi… A na ziemi… poodcinane członki ciała… – wyjąkał murzyn.

Dick podbiegł ku wskazanemu miejscu, potem zwracając się do Toma, rzekł:

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 050

– Cicho, cicho Tomie!

W samej rzeczy, na ziemi leżały poodcinane ręce, a przy nich połamane widły i zerwany łańcuch. Na szczęście pani Weldon nic nie widziała. Harris stał na uboczu, ktoby uważnie przypatrywał mu się w tej chwili, zostałby uderzony nagła zmianą wyrazu jego twarzy, która teraz napiętnowana była dziką srogością.

Dingo poszedł za Dickiem i, ujrzawszy te szczątki ludzkie, zaczął wyć; zaledwie go Dick mógł odpędzić.

Zobaczywszy te widły, ten zerwany łańcuch, stary Tom stanął nieruchomy, jakby przykuty do ziemi. Wytrzeszczył oczy, zacisnął pięście i wymawiał niezrozumiałe słowa:

– Widziałem… widziałem kiedyś… te widły… byłem mały… widziałem…

Widać wspomnienia z lat dziecinnych niewyraźnie rysowały mu się w pamięci; przypomniał sobie… chciał mówić…

– Milcz, milcz, Tomie! – zawołał Dick, milcz, przez litość nad panią Weldon, nad nami wszystkimi! – I odprowadził go na stronę.

Obrano w pewnej odległości inne miejsce spoczynku i zajęto się przygotowaniami do noclegu.

Przyrządzono posiłek, ale wszyscy byli tak znużeni, iż prawie jeść nie mogli, a nadto wszystkich ogarniał jakiś niepojęty, z przerażeniem graniczący niepokój.

Zmierzchało się, a wkrótce zupełna zapanowała ciemność. Czarne, burzą grożące chmury zasłoniły niebo; ku wschodowi na horyzoncie widać było przez drzewa błyskawice. Wiatr ustał, ani jeden listek nie poruszał się na drzewach. Po dziennej wrzawie nastąpiło głuche milczenie; zdawałoby się iż atmosfera ciężką nasycona elektrycznością, stała się niezdolną do przekazywania dźwięków.

Dick, Austyn i Baty, czuwali wspólnie. Natężali wzrok i słuch, czy nie dojrzą lub nie dosłyszą wśród tej ciemnej nocy jakiegoś podejrzanego światełka lub szelestu, lecz nic nie zakłócało spokoju ani ciemności.

Tom siedział nieruchomy z pochyloną głową, zatopiony w dawnych wspomnieniach, jakby nagłym odurzony ciosem. Pani Weldon wpatrywała się w śpiącego na jej ręku synka, i zdawała się o nim tylko myśleć.

Jeden tylko kuzyn Benedykt spał skokojnie, ponieważ nie podzielał smutnych wrażeń, doznawanych przez jego towarzyszy. Nie miał zwyczaju bawić się w przeczucia.

Wtem nagle, około godziny 11 w nocy dał się słyszeć przeciągły ryk; Tom zerwał się na nogi i wyciągnął rękę w kierunku gęstych, dość odległych zarośli.

Dick chwycił go za rękę, ale Tom nie mógł się powstrzymać i krzyknął głośno;

– Lew! lew!

Stary murzyn rozpoznał ryk, który tak często słyszał w swoich latach dziecięcych.

– Lew! – powtórzył raz jeszcze.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 052

Dick, nie mogąc dłużej zapanować nad sobą, rzucił się z kordelasem w ręku, ku miejscu, w którem znajdował się Harris… ale już go na niem nie zastał; koń jego znikł również.

W tej chwili nagle rozjaśniło się w umyśle młodego nowicyusza, nie był tam, gdzie być mniemał.

Tak więc Pilgrim nie na wybrzeża amerykańskie został wyrzucony! Dostrzeżona ze statku wyspa, nie była to wyspa Wielkanocna, ale inna jakaś, leżąca na wschód tego lądu, jak wyspa Wielkanocna leży na zachód Ameryki.

Wiadomo nam, iż przez pewien czas żeglugi busola wprowadzała go w błąd, i wiemy kto był tego powodem. Zapędzony burzą na błędną drogę, opłynął przylądek Horn i z oceanu Spokojnego widocznie wpłynął na Atlantyk. Pomimo jego wiedzy, siła huraganu podwoiła prędkość statku, której ściśle obliczyć nie mógł.

I oto dlaczego nie było widać ani drzew kauczukowych ani chinowych, ani płodów Ameryki południowej, w tej okolicy, która nie była ani równina Atakama, ani pampasem boliwijskim.

Owe gromady, uciekające w gęstwinie, były to żyrafy a nie strusie, jak to dowodził podstępny amerykanin; słonie przechodziły przez gęstwinę, a w owych wielkich trawach Dick zakłócił spokój hipopotamom.

A ów owad znaleziony przez kuzyna Benedykta, była to rzeczywiście mucha »tsetse«, ów groźny dwuskrzydłowy owad, którego ukąszenie zabija zwierzęta.

Obecnie, w samej rzeczy ryk lwa rozległ się wśród lasu, a owe widły, łańcuchy i nóż niezwykły, były to przybory handlarzy niewolnikami.

Te poodcinane ręce, były to ręce nieszczęśliwych niewolników.

Widocznie portugalczyk Negoro i amerykanin Harris byli ze sobą w zmowie!…

Z ust Dicka Sand wyrwały się straszne słowa:

– Afryka! Afryka podrównikowa! Afryka niewolnictwa i handlarzy niewolnikami!


Koniec tomu pierwszego.



Część II

Rozdział I

Handel niewolnikami.

Handel niewolnikami!…

Któż nie rozumie tych wyrazów, które nigdy nie powinny były powstać w ludzkiej mowie?

Nikczemny handel, przez długi czas praktykowany na korzyść narodów europejskich, posiadających kolonie zamorskie, od wielu już lat został wzbroniony, pomimo to jednak prowadzą go dotąd na wielką skalę, zwłaszcza w środkowej Afryce.

Możnaby przypuścić, iż handel niewolnikami już nie istnieje obecnie, że zaprzestano sprzedawać i kupować ludzi, niestety! Tak nie jest, wytłómaczymy to w krótkości dla dokładniejszego zrozumienia dalszego wątku niniejszego opowiadania.

Trzeba wam wiedzieć, kochani czytelnicy, czem są dziś jeszcze te polowania na ludzi, grożące wyludnieniem całego lądu dla podtrzymania kilku kolonii posługujących się niewolnikami, oraz jak się odbywają te barbarzyńskie razje, ile kosztują krwi, ile wywołują pożóg i mordów i dla kogo to wszystko się czyni.

Handel murzynami rozpoczął się po raz pierwszy w XV. stuleciu, a okoliczności, jakie temu towarzyszyły, były następujące.

Muzułmanie, wypędzeni z Europy, schronili się na wybrzeża Afryki, portugalczycy zajmujący wówczas te wybrzeża, ścigali ich zawzięcie. Pewna liczba tych zbiegów została porwana i odprowadzona do Portugalii. Zamienieni w niewolników, stali się zaczątkiem niewolników afrykańskich, jacy powstali w Europie zachodniej od czasu chrześcijaństwa.

Muzułmanie ci pochodzili przeważnie z bogatych rodzin, które chciały wykupić ich złotem, portugalczycy jednak nie zgodzili się nawet na największy okup, niepotrzebne im było cudze złoto, cóż im było po niem. Pożądali oni tylko rąk niezbędnych do pracy w utworzonych koloniach, czyli po prostu mówiąc, rąk niewolników.

Obmierzły ten handel rozpowszechnił się w XVI. wieku, i nie sprzeciwiały mu się barbarzyńskie podówczas zwyczaje i obyczaje; popierały go nawet wszystkie państwa, w widokach prędkiego skolonizowania i rozwoju wysp Nowego Świata.

I w samej rzeczy, murzyni mogli wytrwać tam, gdzie biali, nieoswojeni z gorącym klimatem podzwrotnikowym, umieraliby masami.

Transport murzynów do kolonii amerykańskich odbywał się regularnie na przeznaczonych w tym celu statkach i ta gałąź handlu zaatlantyckiego wywołała potrzebę utworzenia kantorów w różnych miejscowościach Afryki. »Towar« mało kosztował w produkującym go kraju, a zyski przynosił ogromne.

Chociaż zakładanie kolonii zamorskich było pożyteczne, nie mogło jednak nigdy usprawiedliwić handlu ludźmi; to też niebawem podniosły się szlachetne głosy, protestujące przeciwko handlowi niewolnikami i domagające się w imię zasad humanitarnych, aby rządy postanowiły zniesienie niewolnictwa.

W roku 1751, kwakrowie stanęli na czele ruchu, żądając zniesienia niewolnictwa, i to właśnie w tej Ameryce Północnej, w której po upływie stu lat wybuchła wojna domowa, nie obca sprawie niewolnictwa. Różne stany północne, jak: Wirginia, Konektikut, Massachussets i Pensylwania postanowiły znieść niewolnictwo i wyzwoliły niewolników wielkim kosztem sprowadzonych na ich grunta.

Walka wytoczona niewolnictwu przez kwakrów nie ograniczała się do północnych prowincyi Nowego Świata; prowadzili ja zawzięcie i z obrońcami niewolnictwa po za Atlantykiem. Francya i Anglia głównie jednały stronników dla tej tak słusznej sprawy. »Niech raczej przepadną kolonie, niż zasady!« wołano i wzniosłe to hasło przebiegło świat stary i, mimo wszelkich interesów politycznych i handlowych, z którymi stawało w sprzeczności, skutecznie oddziałało na Europę. Anglia zniosła niewolnictwo w swoich koloniach w roku 1807, a Francya w 1814.

Wszelako traktat, jaki dwa te wielkie mocarstwa zawarły z sobą w tym przedmiocie, istniał początkowo tylko na piśmie.

Handlarze niewolnikami wciąż jeszcze uwijali się po morzach, dowożąc do portów swój »hebanowy ładunek«. Przedsięwzięto surowe środki celem położenia kresu tej niegodziwości. Stany Zjednoczone w 1820 roku, a Anglia w 1824 uznały handel niewolnikami za rozbój morski, a wykonawców za rozbójników, i jako tacy nadzwyczaj surowo byli ścigani i podlegali karze śmierci. Do tego traktatu przyłączyła się wkrótce Francya. Ale południowe Stany Ameryki, kolonie hiszpańskie i portugalskie nie uznały zniesienia niewolnictwa; wywóz więc niewolników na ich korzyść nie ustawał. Prawo, znoszące niewolnictwo, nie obowiązywało wstecz; nie kupowano nowych niewolników, ale dawni nie odzyskali wolności. Dopiero pierwsza Anglia, uchwałą z dnia 14 Maja 1833 roku, wyzwoliła wszystkich niewolników swoich kolonii i w Sierpniu 1833 roku 600,000 niewolników odzyskało wolność. Po dziesięciu latach Francya poszła na przykładem Anglii i uwolniła w swoich koloniach 260,000 niewolników.

Obecnie handel niewolnikami prowadzi się już tylko w koloniach hiszpańskich i portugalskich na korzyść arabskich i tureckich ludów Wschodu. W Brazylii nie wrócono jeszcze wolności dawnym niewolnikom, ale dzieci ich są już wolne.

W głębi Afryki, skutkiem krwawych wojen, jakie prowadzą z sobą naczelnicy pokoleń chwytania niewolników, całe plemiona podpadają w niewolę. Zazwyczaj karawany obierają podwójny kierunek: jedne dążą na zachód, ku koloniom portugalskim w Angola, drugie na wschód, ku Mozambikowi. Zaledwie garstka tych nieszczęśliwych dostaje się do miejsca przeznaczenia; statki francuskie i angielskie nie mogą przeszkodzić obmierzłemu handlowi, gdyż niemożebnem jest urządzenie dostatecznego nadzoru na tak rozległych wybrzeżach.

Dostarczają według obliczeń około 80,000 niewolników, a jest to podobno zaledwie dziesiąta część pomordowanych krajowców.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 053

Po tych strasznych rzeziach opustoszałe poła stoją pustkami, niema mieszkańców w spalonych wsiach i miasteczkach, rzeki unoszą martwe ciała, pozostały tylko dzikie zwierzęta.

Przybywszy nazajutrz po tych polowaniach na ludzi, Livingstone nie mógł poznać prowincyi, która widział przed paru miesiącami. Toż samo stwierdzają inni znakomici podróżni: Grant, Speke, Burton, Cameron i Stanley, straszne dając opisy widowni wojny między wodzami; wszędzie zgliszcza, rzezie i opustoszenie.

Jest jednak nadzieja, że wkrótce handel niewolnikami ustanie we wszystkich krajach; dziś głównie podtrzymuje go islamizm.

W krajach muzułmańskich czarni niewolnicy muszą zastąpić białych; ze wstydem przyznać trzeba, iż wielu agentów wielkich mocarstw europejskich okazuje w tym razie godną potępienia pobłażliwość. Okręty strzegą wybrzeży Atlantyku i Oceanu Spokojnego, a handel odbywa się regularnie wewnątrz Afryki; karawany przeciągają pod okiem niektórych urzędników, i rzezie, w których ginie dziesięciu murzynów, zanim pochwycą jednego, odbywają się w pewnych oznaczonych epokach.

Łatwo pojmiecie teraz, jak przerażające, jak straszne były słowa, wymówione przez Dicka Sand:

– Afryka! Afryka podrównikowa! Afryka niewolnictwa i handlarzy niewolnikami.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 054

I nie mylił się Dick, była to Afryka, grożąca wielkiem niebezpieczeństwem, zarówno jemu, jak i towarzyszom.

Lecz w jakież strony lądu afrykańskiego rzuciła ich burza? Wnosząc z niektórych okoliczności, Dick sądził, iż są to wybrzeża zachodnie, a co najgorzej kraina Angola, do której przybywają karawany, obsługujące tę część Afryki.

W samej rzeczy była to ta sama Angola, którą w kilka lat później, ceną największych usiłowań, Cameron przebył na południe, a Stanley od strony północnej.

Obszerna ta kraina składa się z trzech prowincyi: Bengueli, Kongo i Angoli; wówczas znano tylko wybrzeża. Ciągnie się ona od południa do Nursy, na północ do Zairy; ma dwa główne miasta portowe, Benguele i San Paulo de Loanda, stolicę kolonii, będącą pod zarządem portugalskim.

Wnętrze tego kraju było w owych czasach zupełnie nieznane; mało który podróżnik śmiał się w nie zapuszczać. Klimat zabójczy, gdyż rozpalone i wilgotne grunty wytwarzają gorączki i febrę, dzicy i okrutni krajowcy, pomiędzy którymi znajdują się także i ludożercy; ciągłe wojny, jakie różne plemiona staczają między sobą bezustannie; podejrzliwość i niechęć handlarzy niewolnikami ku wszelkim podróżnikom, pragnącym zbadać tajemnice ich wstrętnego handlu; oto trudności i niebezpieczeństwa, na jakie narażał się każdy, pragnący dostać się do Angoli, tej najgroźniejszej części Afryki.

W roku 1853 Livingstone przebył Afrykę od Południa ku Północo-Zachodowi i po olbrzymich trudnościach i niebezpieczeństwach w dniu 31 Maja 1854 dostał się do San Paulo de Loanda i pierwszy otworzył wrota nieznanego wnętrza wielkiej kolonii portugalskiej.

W osiemnaście lat później, w roku 1872, mniemano powszechnie, iż wielkie niebezpieczeństwo zagraża wyprawie, jaką przedsięwziął amerykanin, Stanley, dla odszukania Livingstona, w okolicach jezior. Vernet-Howet Cameron, porucznik marynarki angielskiej odpłynął szukać jego śladów. Przebywszy Ugogo, spotkał zwłoki Livingstona, które wierni jego służący sprowadzili z wybrzeży wschodnich.

Odnalazł i zabrał papiery sławnego podróżnika i po długiej niezmiernie niebezpiecznej podróży, przebył nareszcie Coanza i te niezmierzone lasy, wśród których błąkali się obecnie zdradzeni przez amerykanina nieszczęśliwi rozbitki; odważny Cameron ujrzał nareszcie Atlantyk i dostał się do San Filip de Benguela. Podróż jego trwała trzy lata i cztery miesiące.

Dwóch towarzyszy jego, doktor Dillon i Robert Moffat, przypłaciło ją życiem.

Henry Moreland Stanley, korespondent amerykańskiego dziennika »New-York-Herald« wysłany został na poszukiwanie Livingstona i odnalazł go 30 października 1871 roku w Uidżi, na wybrzeżach jeziora Tanganyjka.

Dokonawszy dzieła ludzkości, Stanley postanowił podróżować dalej dla dobra nauki. Przetrwał niezliczone niebezpieczeństwa, był świadkiem strasznych rzezi dokonanych w krajach Marungu i Manyuema przez oficerów sułtana Zanzibaru i nareszcie osiwiały, mając lat trzydzieści pięć, po blizko trzyletniej podróży, przebył cały ląd afrykański, zbadał bieg rzeki Lualaba aż do Atlantyku, i przekonał się, że oprócz wielkich rzek Nilu na Północy i Zambezu na Wschodzie, Afryka posiada trzecią jeszcze rzekę, jedną z największych w świecie, Lualabę, ciągnącą się na przestrzeni 2,900 mil pod trzema nazwami: Lualaba, Zair i Kongo.

W epoce, gdy Pilgrim rozbił się na wybrzeżach Afryki, prowincya Angola zupełnie prawie była nieznana; wiedziano tylko tyle, iż była widownią zachodniego handlu niewolnikami z powodu wielkich swych targowisk w Biche, Kassange i Kazonnde.

I w taką to okolicę, przeszło o sto mil oddaloną od wybrzeży, Dick wciągnięty został podstępnie z kobietą złamaną znużeniem i smutkiem, z chorym chłopczykiem i z towarzyszami murzyńskiego pochodzenia, co wystawiało ich na zasadzki, chciwych takiej zdobyczy handlarzy niewolnikami.

Tak, była to Afryka, a nie Ameryka, w której ani klimat, ani dzikie zwierzęta nie grożą niebezpieczeństwem. Nie było to Peru, ani Boliwia, skąd z łatwością mogliby dostać się do ojczyzny, ale Angola, a jej wnętrze tak oddalone od władz portugalskich, które przebywają nieustannie karawany handlarzy niewolników.

Dick znał tę krainę tylko z opowiadań misyonarzy XVI. i XVII. wieku i z opisu podróży Livingstona w 1853 roku. Położenie było w samej rzeczy rozpaczliwe.



Rozdział II

Harris i Negoro.

Następnego dnia, po ostatnim noclegu w lesie, o trzy mile stamtąd, spotkało się dwóch ludzi.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 055

Byli to Harris i Negoro; siedzieli u stóp olbrzymiego bananu, nad brzegiem bystrego strumienia, płynącego wśród podwójnego rzędu papyrusów.

Spotkali się dopiero przed chwilą i właśnie zaczęli rozmawiać o wypadkach, zaszłych podczas ostatnich kilkunastu godzin.

– A zatem nie mogłeś namówić małej drużyny kapitana Sand, – jak oni nazywają tego piętnastoletniego nowicyusza, aby szli dalej ku środkowej Angoli? – pytał Negoro.

– Nie mogłem, kolego, – odparł Harris – i to dziwne, iż udało mi się wciągnąć ich w las o sto przynajmniej mil od wybrzeży, bo od paru dni młody Dick Sand był jakoś niespokojny, nie dowierzał mi wyraźnie, aż nareszcie podejrzenia jego zamieniły się w przekonanie i doprawdy…

– Gdyby tak byli poszli jeszcze sto mil dalej, Harrisie, bylibyśmy o wiele pewniejsi zdobyczy. Ale i tak trzeba koniecznie, aby nam wpadli w ręce.

– Przecież ujść nie zdołają – odrzekł Harris, wzruszając ramionami. – Powtarzam ci, Negoro, nie mogłem pozostać z nimi dłużej. Niejednokrotnie wyczytałem z oczu młodego mojego przyjaciela, iż gotów wymierzyć do mnie ze swego rewolweru, a mam tak delikatny żołądek, iż nie strawiłbym takiego poczęstunku.

– No, teraz przyjdzie kolej na nas, a i ja też mam rachunek do załatwienia z tym nowicyuszem – odrzekł Negoro.

– Będziesz go mógł uregulować według własnego upodobania i doliczyć dobry procent – rzekł Harris. – Co do mnie, w pierwszych dniach podróży, udało mi się wmówić w niego, iż prowincya ta jest puszcza Atakama, którą przebywałem niegdyś, ale cóż, kiedy dzieciak domagał się ciągle, aby mu pokazać drzewo kauczukowe i kolibry, matka zaś jego szukała drzew wydających chininę, a ów poczciwy kuzyn Benedykt zawzięcie szukał wszędzie kokosów… Doprawdy, już mi konceptów brakowało; wmówiłem w nich z wielką biedą, iż spotkane żyrafy są to strusie, a co, Negoro, czy nie był to genialny pomysł? Ale też już dalej nie wiedziałem, co i jak mówić. A potem widziałem wyraźnie, że młody mój przyjaciel nie dowierza moim tłomaczeniom… i, jakby na złość, natrafiliśmy na ślady słoni, a wkrótce jeszcze i hipopotamy się pokazały, a wiesz przecie, iż szukać w Ameryce słoni i hipopotamów, to byłoby zupełnie to samo, co szukać uczciwych ludzi w więzieniach karnych w Bengueli. Na domiar wszystkiego ten stary murzyn ośmielił się odkryć pod drzewami widły i kajdany, które porzucili tam uciekający niewolnicy, i w tejże chwili rozległ się ryk lwa, a nie mogłem przecież próbować wmówić w nich, że to miauczenie kota. Zaledwie zdążyłem wskoczyć na konia i ratować się ucieczką.

– Wszystko to prawda – odrzekł Negoro – jednak wolałbym, żeby jeszcze ze sto mil byli dalej poszli.

– Trzeba się zadowolnić i tem, co się dało zrobić. Co do ciebie, który od wybrzeży aż tu postępowałeś równocześnie z naszą karawaną, wybornie zrobiłeś, nie pokazując się, bo i tak cię przeczuwano. A jest z nimi niejaki Dingo, który widać nie bardzo cię lubi. Cóżeś mu takiego zrobił?

– Nic – odrzekł Negoro – ale wkrótce już wpakuję mu kulę w łeb.

– Coby się i tobie było dostało od Dicka Sand, gdybyś się był pokazał na odległość strzału jego dubeltówki! A! już bo trzeba przyznać, iż ten mój młody przyjaciel strzela doskonale i co prawda zuch chłopak, odważny i rozważny.

– Mimo całej tej swojej odwagi i rozwagi, drogo on przypłaci swoje względem mnie zuchwalstwo – odpowiedział Negoro.

– Wybornie! – rzekł Harris – dawny mój kolega nic się nie odmienił; nie zepsuły go podróże. Po chwili milczenia dodał: ale, ale, Negoro, gdy spotkałem cię tak niespodzianie na wybrzeżu, około którego rozbił się wasz statek, przy ujściu Longa, zaledwie miałeś czas polecić mi tych rozbitków, prosząc usilnie, abym ich zaprowadził jak można najdalej ku wnętrzu mniemanej Boliwii, ale nie objaśniłeś mnie, coś robił przez te dwa lata. W naszem życiu tak pełnem przypadków i wydarzeń, dwa lata, to czas bardzo długi. Pewnego pięknego poranku, podjąwszy się przewodniczenia karawanie niewolników, na rachunek starego Alweza, którego obaj jesteśmy tylko najposłuszniejszymi agentami, opuściłeś kolego, Kasange, i odtąd nikt nie słyszał o tobie. Myślałem, iż miałeś niemiłe spotkanie z jakimś statkiem angielskim, i że zostałeś powieszonym.

– Nie wiele do tego brakowało.

– I przyjdzie do tego prędzej, czy później.

– Dziękuje uniżenie za przepowiednie.

– Ha, trudno – odrzekł Harris – jest to jeden z przywilejów naszego zajęcia. Kto na wybrzeżach Afryki prowadzi handel niewolnikami, powinien być na to przygotowanym, iż nie umrze w swojem łóżku. A więc zostałeś pojmany?

– Tak.

– Przez Anglików.

Nie, przez portugalczyków.

– Przed wyładowaniem towaru, czy też po wyładowaniu? – zapytał Harris.

– Po wyładowaniu… – odrzekł Negoro, po chwilowem wahaniu. – Jacy ci portugalczycy zrobili się teraz wybredni! Ani słyszeć nie chcą o niewolnictwie, z którego tak długo przecież znaczne ciągnęli korzyści. Ktoś mnie zadenuncyował, śledzili mnie i nakoniec pochwycili.

– I skazali…

– Na dożywotnie wiezienie w San Paulo de Loanda.

– Tam do licha! – zawołał Harris. – Więzienie karne! To wcale niezdrowe miejsce pobytu dla ludzi nawykłych żyć na wolnem powietrzu. Co do mnie, doprawdy, wolałbym już wisieć.

– Tak, tylko że z szubienicy nie można uciec, gdy tymczasem z więzienia…

– Udało ci się umknąć?…

– A tak. Po dwóch tygodniach więzienia, udało mi się ukryć na spodzie angielskiego okrętu, płynącego do Auckland, w Nowej Zelandyi. Wcisnąłem się między beczkę wody i skrzynię sucharów i w ten sposób miałem co jeść przez całą podróż. Ukrywając się tak przez cały czas żeglugi nudziłem się niewymownie, nie mogłem wyjść z mego więzienia, bo wtedy wiezienie dobrowolne zamieniłoby się na przymusowe i z chwilą przybycia do Auckland, albo wydanoby mię władzom angielskim, albo odstawiono z powrotem do więzienia w Loanda, a nawet możeby mnie powiesili. Wobec tych okoliczności wolałem podróżować incognito.

– I nie płacić za przewóz – dodał śmiejąc się Harris. – A! to bardzo niedelikatnie, kolego, kazać się przewieźć i żywić darmo.

– Prawda, ale za to przepędzić trzydzieści dni na spodzie okrętu…

– No, dosyć, żeś się wydostał szczęśliwie. Popłynąłeś zatem do Nowej Zelandyi, do kraju Maorisów, ale stamtąd powróciłeś. Czy i powrót odbywał się w takich samych warunkach?

– O nie! pojmiesz łatwo Harrisie, iż żywiłem tylko jedną myśl, jedno pragnienie, a niem było powrót do Angola, aby móc znowu zająć się handlem niewolnikami.

– Tak, natura ciągnie wilka do lasu.

– Przez osiemnaście miesięcy…

Po tych słowach Negoro pochwycił towarzysza za rękę i zaczął nasłuchiwać.

– Harrisie – rzekł, zniżając głos – czy słyszałeś jakiś szelest pomiędzy papyrusami?

– W istocie – odrzekł Harris i chwycił za broń, aby móc natychmiast dać ognia.

Obaj towarzysze powstali, obejrzeli się dokoła i zaczęli przysłuchiwać się uważnie.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 056

– Niema nikogo, to tylko strumień powiększony ulewą szemrze głośniej niż zazwyczaj. Przez dwa lata nieobecny, nie umiesz już, kolego, rozróżniać tak dobrze szmerów i szelestów leśnych, ale powoli odzyskasz dawną wprawę, a teraz, opowiedz mi swoje dalsze przygody. Skończywszy z przeszłością, pomówmy o przyszłości.

I znowuż zasiedli pod cieniem bananu i portugalczyk mówił dalej:

Przez osiemnaście miesięcy krążyłem po Auckland, nie wiedząc, co robić. Z chwilą, gdy okręt wpłynął do portu, mogłem niepostrzeżony opuścić jego pokład, ale ani nawet piastra nie miałem w kieszeni i, aby żyć, wszystkiego chwytać się musiałem. Próbowałem wszystkiego…

– Czy nawet i przedstawiania się za poczciwego człowieka? – zapytał Harris.

– Jakbyś zgadł!…

– Żal mi cię, biedaku!

– Ciągle wyglądałem sposobności, a żadna mi się nie nadarzała, aż nareszcie Pilgrim, statek, udający się za połowem wielorybów, zawinął do portu.

– Ten, który osiadł na skałach, na wybrzeżach Angola?

– Tak jest. Pani Weldon z synkiem i kuzyn jej wsiedli na jego pokład. Jako dawny marynarz, byłem przecież nawet pomocnikiem dowódcy na okręcie, przewożącym murzynów, mogłem z łatwością przyjąć służbę na statku. W tym celu przedstawiłem się kapitanowi Pilgrima, ale osada była w komplecie, tylko na moje szczęście uciekł im kucharz. Podjąłem się zająć jego miejsce i zostałem przyjęty. Każdy nieomal marynarz zna się trochę na gotowaniu, byli więc i ze mnie dosyć zadowoleni. W kilka dni potem Pilgrim opuścił Nowa Zelandyę.

– Ale, wnosząc z tego, co opowiadał mi młody mój przyjaciel, Pilgrim bynajmniej nie płynął ku Afryce, jakimże więc sposobem dostał się tam i rozbił na jej brzegach?

– Tego Dick Sand nie wie i prawdopodobnie nigdy się nie domyśli – odrzekł Negoro. – Wytłomaczę ci, jak się to stało. Pilgrim obrał drogę do Valparaiso; wsiadając na jego pokład zamierzałem płynąć tylko do Chili. W każdym razie odbyłbym w ten sposób więcej, niż połowę drogi od Nowej Zelandyi do Angola i zbliżyłbym się o tysiące mil do wybrzeży Afryki. Trzebaż było wypadku, iż w trzy tygodnie po odpłynięciu z Auckland, dowódca Pilgrima, kapitan Hull, zatonął z całą osadą, uganiając się za wielorybem; od tej chwili na statku pozostało tylko dwóch marynarzy, – nowicyusz Dick Sand i kucharz Negoro.

– Więc podjąłeś się dowództwa statku? – zapytał Harris.

– Pierwotnie miałem ten zamiar, ale widziałem, że mi nie dowierzali. Na statku znajdowało się pięciu silnych, wolnych murzynów, nie byłbym w stanie zmusić ich do posłuszeństwa, więc namyśliłem się i pozostałem nadal w charakterze kucharza.

– A zatem przypadek zapędził statek na wybrzeża Afryki?

– Wcale nie, Harrisie, jedynem dziełem przypadku było tylko to, iż cię spotkałem na tem wybrzeżu, gdzie Pilgrim uległ rozbiciu; jedynie moja tajemna wola popchnęła statek w te strony.

Twój młody przyjaciel, jeszcze wielki nowicyusz pod względem żeglugi, kierował się za pomocą busoli, otóż pewnej nocy busola zaczęła wskazywać fałszywy kierunek, potem wybuchła gwałtowna burza i Pilgrim popłynął w złym kierunku. Nie dziw, że Dick nie mógł pojąć, w jaki sposób droga jakby się przedłużała, gdyż i doświadczeńszy od niego marynarz nie umiałby sobie tego wytłomaczyć. To też nie wiedział, ani domyślał się nawet, iż opłynął przylądek Horn, ale ja doskonale go dostrzegłem, pomimo panującej mgły. Wtedy, za moją wolą wskazówka busoli przybrała znowu dobry kierunek i statek gwałtowną burzą popchnięty na północo-wschód, rzucony został na brzegi Afryki, właśnie na grunty prowincyi Angola, gdzie tak pragnąłem się dostać.

– A nie dość na tem, traf zrządził, iż właśnie wówczas w tę stronę odbywałem wycieczkę w interesie naszego handlu niewolnikami i spotkałem się z tobą, a porozumiawszy się, zmaniłem biedaków i pociągnąłem ku wnętrzu tej prowincyi. Byli pewni, i inaczej być nie mogło, iż znajdują się w Ameryce, nie trudno mi więc było wmówić w nich, że jest to Boliwia, z którą w samej rzeczy Angola ma niejakie podobieństwo.

– I uwierzyli temu, jak i wówczas, gdy młody twój przyjaciel mniemał, iż się znajduje w pobliżu wyspy Wielkanocnej, wtedy, gdy przepływał około Tristan d’Akunha.

– Każdy inny popełniłby te samą omyłkę, kolego.

– Wiem o tem, Harrisie, i liczyłem właśnie na to, że potrafię skorzystać z tej omyłki. Dość, że teraz pani Weldon i jej towarzysze znajdują się o sto mil od brzegów Afryki, tam właśnie, dokąd ich doprowadzić chciałem.

– Ale teraz wiedzą już, gdzie się znajdują – rzekł Harris.

– Obecnie nic mnie to już nie obchodzi – odpowiedział Negoro.

– I cóż chcesz z nimi zrobić?

– Co chcę z nimi zrobić?!… No, ale zanim odpowiem na to pytanie, powiedz mi, co się dzieje z naszym panem Alwezem, handlarzem niewolników, o którym już od dwóch lat nic nie słyszałem.

– O! stary łotr zdrów jak ryba – odrzekł Harris, – wielce uraduje się z twego powrotu.

– Czy przebywa na targowisku w Bihe?

– Nie kolego, od roku w swojej osadzie Kazonnde.

– A interesy dobrze mu idą?

– Wybornie, chociaż handel niewolnikami, przynajmniej w tej prowincyi, coraz większe przedstawia trudności; z jednej bowiem strony statki angielskie, z drugej władze portugalskie utrudniają wywóz. Teraz tylko w okolicach Mossamedes i na południu Angola, można bezpieczniej nieco wsadzać niewolników na statki, to też składy są przepełnione niewolnikami, mającymi być stamtąd dostawionymi do kolonii hiszpańskich. Niemożliwem byłoby przeprowadzić ich przez Benguele lub San Paulo de Loanda; ani gubernatorzy, ani inne władze nie żartują wcale. Trzeba będzie, i tak też zamierza Alwez, zwrócić się do faktoryi wewnętrznych; obawiam się jednak, iż nadejdzie chwila, w której handel niewolnikami stanie się niemożebnym. Anglicy coraz głębiej zapuszczają się do środka Afryki, misyonarze przybywają i występują przeciw nam. Powinnibyśmy zmówić się i nie wypuszczać żywcem takich Livingstonów, Cameronów, Stanleyów, którzy potem rozpowiadają w Europie, co widzieli i co się u nas dzieje.

Dwóch tych łotrów, handlujących ciałem ludzkiem rozmawiało, jakby dwóch uczciwych kupców, użalających się na zastój w interesach.

Harris miał jednak słuszność, iż w ślad za śmiałymi podróżnikami, których nazwiska na zawsze pozostaną złączone z odkryciami Afryki podrównikowej, cywilizacya przedzierała się powoli w te dzikie kraje. Na czele dzielnych podróżników, którzy okryli się niespożytą sławą, jako dobroczyńcy ludzkości, stoi Dawid Livingstone, a za nim idą Grand, Speke, Burton, Cameron i Stanley.

Teraz już wiedział Harris, co porabiał Negoro przez te parę lat; dawny agent handlarza niewolnikami, zbieg z karnego więzienia w Loanda nie przestał być, czem był zawsze, – łotrem gotowym na wszystko. Nie wiedział jednak jeszcze, co Negoro postanowił uczynić z rozbitkami Pilgrima i dla tego zapytał go ponownie:

– A teraz powiedz mi nareszcie, co zamierzasz uczynić z tymi rozbitkami?

– Podzielę ich na dwie kategorye – odrzekł Negoro – jednych sprzedam jako niewolników, innych…

Nie dokończył zdania, ale dziki wyraz jego twarzy aż nadto wymownie mówił za niego.

– Których chcesz sprzedać? – zapytał Harris.

– Murzynów, towarzyszących pani Weldon. Stary Tom nie wart wprawdzie wiele, ale czterej inni są silni i rośli, drogo mi za nich zapłacą na targowisku w Kazonnde.

– To się wie! Czterej murzyni dobrze zbudowani, nawykli do pracy, stokroć więcej warci od tych bydląt, których sprowadzamy z Afryki. Grubo zapłacą ci za nich, Negoro, bo niewolnicy urodzeni w Ameryce, to rzadki towar na targowiskach w Angola. Ale nie powiedziałeś mi jeszcze, czy były jakieś pieniądze na pokładzie waszego statku.

– Eh! nędzne kilkaset dolarów, które uratowałem. Na szczęście liczę na pewne wpływy.

– Jakież to, kolego – zapytał Harris.

– Eh! nic… nic… – odparł Negoro, widocznie żałując, iż powiedział więcej niż należało.

– Więc teraz należy tylko zagarnąć ten drogi towar – rzekł Harris.

– Czy to rzecz tak trudna?

– No, nie, kolego. O dziesięć mil około Coanza obozuje karawana niewolników, prowadzona przez araba Ibn Hamis; na mnie tylko oczekują, aby się udać do Kazonnde. Tam z łatwością przyjdzie pojmać Dicka Sand i jego towarzyszy; trzeba tylko, aby młody mój przyjaciel powziął myśl zwrócenia się ku Coanza…

– Ale czy przyjdzie mu myśl taka? – zapytał Negoro.

– Niezawodnie – odpowiedział Harris – ponieważ Dick jest młodzieńcem bystrym i myślącym, a w żaden sposób nie może odgadnąć grożącego mu niebezpieczeństwa. Nie może myśleć o powrocie na wybrzeże, gdyż prawdopodobnie zabłądziłby w lesie, będzie się więc starał dojść do którejś z rzek nadbrzeżnych, aby ją przebyć na tratwie. Ten jeden pozostaje mu środek i pewien jestem, że go się chwyci.

– Być może… – odrzekł namyślając się Negoro.

– Nie trzeba mówić »być może«, ale »tak będzie niezawodnie«. Jestem tego tak pewny, kolego, jak gdybym sobie wyznaczył schadzkę z moim młodym przyjacielem w okolicach Coanza.

– A zatem w drogę, kiedy tak – zawołał Negoro – znam ja Dicka Sand i wiem, że pewnie nie straci ani chwili, a powinniśmy go wyprzedzić. Dalej, w drogę kolego! – zawołał, podnosząc się z miejsca.

Obaj wstali właśnie, gdy znowu dal się słyszeć szelest, jaki raz już zwrócił uwagę portugalczyka. Było to lekkie drżenie łodyg papyrusowych.

Negoro stanął i pochwycił za rękę Harrisa.

Wtem nagle rozległo się przygłuszone szczekanie; za chwilę w pewnej odległości ukazał się pies z otwartą paszczęką, jakby zamierzał rzucić się na nich.

– Dingo! – krzyknął Harris.

– O! teraz mi nie ujdziesz! – zawołał Negoro.

Dingo chciał rzucić się na niego, ale portugalczyk chwycił dubeltówkę Harrisa i dał ognia.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 057

Po strzale rozległo się bolesne wycie i Dingo zginął między krzakami, rosnącymi nad strumieniem.

Negoro pobiegł tam natychmiast.

Krople krwi rosiły łodygi papyrusów i długi ślad krwi ciągnął się nad brzegiem strumienia.

– Nareszcie przeklęte psisko ma, na co zasłużyło – zawołał z zadowoleniem Negoro.

– Przyznaj-no, Negoro, pies ten widocznie miał złość do ciebie.

– Tak się zdaje, ale odtąd już nie będzie tego okazywał.

– Za cóż Dingo tak cię nienawidził?

Dawna to sprawa między nim a mną – odparł Negoro.

– Cóż to było takiego?

Negoro nic nie odpowiedział. Harris domyślał się, iż Negoro zataił przed nim jakiś epizod ze swej przeszłości, ale na odpowiedź nie nalegał.

Obaj niebawem wyruszyli w drogę, idąc z biegiem strumienia przez las w kierunku Coanza.



Rozdział III

W drodze.

Afryka!…

Nazwa tak straszna w obecnych warunkach, nazwa, która musiał wymówić zamiast nazwy »Ameryka«, tkwiła ciągle w myśli Dicka. Rozmyślając o niedalekiej przeszłości, stawiał sobie pytanie, jakim sposobem Pilgrim mógł dopłynąć do tych niebezpiecznych brzegów, opłynąć przylądek Horn i dostać się na drugi ocean. Teraz dopiero zrozumiał dlaczego, pomimo że statek jego płynął szybko, tak długo nie mógł ujrzeć lądu; droga, jaką przebył, była dwa razy dalsza, niż do wybrzeży amerykańskich.

– Afryka! Afryka! – powtarzał Dick Sand.

Gdy tak siłą woli pragnął wytłomaczyć sobie to zagadkowe zdarzenie, nagle przyszło mu na myśl, iż busola musiała dawać złe wskazówki. Przypomniał sobie, że pierwsza busola została rozbita, że lina przyrządu do mierzenia biegu się zerwała, skutkiem czego pozbawiony był możności sprawdzania szybkości Pilgrima.

– Tak – myślał sobie, – jedna tylko busola pozostała, nie mogłem więc kontrolować jej wskazówek…, a potem pewnej nocy obudził mnie okrzyk starego Toma… Negoro tam był… upadł tuż koło szafki z busolą… mógł ją uszkodzić…

Nagle wszystko wyjaśniło się w jego umyśle, pojmował podejrzane postępowanie Negora, odgadywał, iż to jego ręka kierowała wypadkami, które wywołały rozbicie Pilgrima i na tak straszne naraziły niebezpieczeństwo jego pasażerów.

Ale kim właściwie był ten nędznik? Czy był marynarzem, choć się z tem ukrywał? Byłże zdolnym uknuć tak niecna zdradę, skutkiem której Pilgrim rzucony został na wybrzeża Afryki?

Jeśli co do przeszłości jego mogła zachodzić jakaś wątpliwość, to teraźniejszość nie przedstawiała żadnej. Dick wiedział teraz dobrze, iż znajduje się w Afryce, przeszło o sto mil od morskich wybrzeży i, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, w prowincyi Angola. Nie mógł także wątpić, że Harris zdradził ich nikczemnie, a z tego łatwo było wywnioskować, że amerykanin i Negoro znali się i działali w porozumieniu. Wypadek połączył ich na wybrzeżu; z czego korzystając, ułożyli plan, którego ofiarą stała się nieszczęśliwa osada Pilgrima.

Jakiż cel w tem mieć mogli? Można jeszcze było przypuścić, iż Negoro zamierza schwytać Toma i jego towarzyszy, aby ich sprzedać jako niewolników na targowiskach tego kraju niewolnictwa; że przez złość, iż Dick obchodził się z nim, jak na to zasłużył, pragnie zemścić się nad nim, i to można było pojąć; ale czegóż nędznik ten chciał od pani Weldon, od tej nieszczęśliwej matki, znękanej chorobą jedynego dziecka?

Gdyby Dick mógł był słyszeć rozmowę Harrisa z Negorem, wiedziałby, jak wielkie im wszystkim groziło niebezpieczeństwo.

Położenie było straszne, ale Dick nie upadał na duchu. Jak mu to poruczono na statku, postanowił i na lądzie opiekować się całą drużyną. On musi ocalić panią Weldon, małego Janka i wszystkich towarzyszy. Zadanie jego zaledwie się rozpoczęło, postanowił spełnić je do końca.

Po kilku godzinach namysłu, w ciągu których rozpatrzył w myśli wszystkie złe i dobre następstwa, tak co do teraźniejszości, jak i przyszłości, a złe niestety przeważały, Dick, powstał, silny niezłomnem postanowieniem, przygotowany na wszystko.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 058

Pierwszy brzask dnia oświetlił wysokie wierzchołki lasu; prócz niego i Toma wszyscy jeszcze spali. Dick zbliżył się do starego murzyna.

– Tomie, – rzekł cicho, – poznałeś ryk lwa, poznałeś narzędzia handlarza niewolnikami, wiesz, że jesteśmy w Afryce.

– Tak, panie Sand, wiem.

– Nie mów nic o tem ani pani Weldon, ani twoim towarzyszom. Lepiej, żebyśmy tylko sami wiedzieli, czego się możemy obawiać.

– W istocie, tak będzie lepiej.

– Tomie, musimy teraz czuwać baczniej, niż kiedykolwiek; jesteśmy w kraju nieprzyjacielskim, a jakichże przytem mamy wrogów!… Dość będzie powiedzieć tylko, iż Harris nas zdradził, aby się dobrze mieli na baczności. Pomyślą, iż obawiamy się napadu koczujących indyan, – odrzekł Tom.

– Możesz pan śmiało liczyć na moją odwagę i poświęcenie, – odrzekł Tom.

– Wiem o tem, jak również, że mogę rachować na twoje doświadczenie i zdrowy rozsądek, będziesz mi dopomagał, stary Tomie?

– Zawsze i we wszystkiem, panie Sand!

Tom pochwalił plan Dicka. Zdrada Harrisa została odkryta zanim nadeszła chwila działania, więc nie groziła im natychmiastowe niebezpieczeństwo. Znalezienie zerwanych kajdan, porzuconych przez uciekających niewolników i ryk lwa, spowodowały ucieczkę amerykanina. Poznał, iż zdrada na jaw wyszła i uciekł widać przed dojściem do miejsca, gdzie zapewne napad na rozbitków miał być wykonany.

Co się tyczy Negora, którego obecność Dingo zwietrzył widocznie, ten musiał teraz połączyć się z Harrisem celem ułożenia planu dalszego postępowania. Trzeba było wnosić, iż upłynie przynajmniej kilka godzin, zanim zostaną napadnięci i należało korzystać z tego czasu,

Nie pozostało nic innego, jak najspieszniej wrócić na morskie wybrzeże.

Dick był prawie pewny, że są to wybrzeża Angola. Doszedłszy tam, będzie się starał dostać, czy to do północnych, czy południowych posiadłości portugalskich, gdzie można będzie bezpiecznie oczekiwać jakiejś sposobności powrotu do kraju.

Lecz, chcąc powrócić na wybrzeża, czy mają przejść tą samą drogą, którą tu przybyli? Dick nie był tego zdania i Harris odgadł trafnie, że okoliczności zmuszą nowicyusza do obrania najkrótszej drogi.

Nieprzezornem było błąkać się po krętych monawcach leśnych, przez które wiódł ich Harris; mogliby albo zbłądzić albo w najlepszym razie wrócić, skąd wyszli, a nadto Negoro i jego wspólnicy wiedzieliby na pewno, gdzie ich szukać.

Najbezpieczniej byłoby się puścić rzeką, gdyż podróż taka nie pozostawia śladów i nie trzeba było obawiać się napadu dzikich zwierząt, których na szczęście dotąd nie spotkali. W takiej przeprawie nawet napad krajowców mniejszem zagrażał niebezpieczeństwem. Dostawszy się raz na mocną tratwę, dobrze uzbrojeni, łatwiej mogli się bronić, – należało tylko znaleźć rzekę.

Dla pani Weldon z małym Jankiem podobna podróż byłaby mniej nużąca. Wprawdzie murzyni nie tylko chętnie nieśliby na ręku dziecko, ale zrobiwszy nosze, nieśliby na nich panią Weldon; zajęłoby to jednak dwóch ludzi, a Dick chciał i słusznie, aby w razie napadu nic nie krepowało swobody ruchów jego towarzyszy.

A potem na wodzie młody nowicyusz znalazłby się znów w swoim żywiole.

Lecz, czy w tych stronach znajdowała się jakaś woda, po której możnaby płynąć?

Dick tak mniemał na tej podstawie, iż rzeka wpadająca w Atlantyk w miejscu rozbicia się Pilgrima, nie mogła sięgać ani zbyt na północ, ani na wschód tej prowincyi, ponieważ dość blizki łańcuch gór, tych samych, które wzięli za Kordyliery, z obu stron zamykał horyzont. Albo więc rzeka wychodziła z tych wyżyn, albo zbaczała ku południowi, a w obu wypadkach, musiano się z nią spotkać. Może nawet bliżej jeszcze natrafią na jakąś odnogę.

Oto prosty plan, który po naradzie z Tomem, Dick postanowił wykonać.

Dzień zajaśniał; powoli wszyscy zbudzili się ze snu. Pani Weldon, oddawszy Nany zaspanego jeszcze Janka, bardzo bladego i zmęczonego, zbliżyła się do Dicka.

– Dicku, – zapytała patrząc mu w oczy, – gdzie jest Harris? Nie widzę go nigdzie.

Młody nowicyusz mniemał, iż choć nie powie towarzyszom, że nie znajdują się w Boliwii, nie należy jednak ukrywać przed nimi zdrady amerykanina. Odpowiedział więc bez wahania.

– Niema już Harrisa.

– Czy nas wyprzedza?

– Nie, pani, uciekł. Jest to podły zdrajca, który wprowadził nas w ten las, umówiwszy się z Negorem.

– Ale w jakimż celu? – zapytała zaniepokojona.

– Tego nie wiem, – odparł Dick, – wiem tylko, że trzeba nam co prędzej powracać na wybrzeże.

– Przeczuwałam, że człowiek ten nie jest uczciwym… I sądzisz, iż jest w zmowie z Negorem?

– Tak się zdaje. Negoro znajdował się w pobliżu… Przypadek zdarzył, że łotry zeszli się z sobą i…

– I mam nadzieję, że ich razem spotkamy, – rzekł Herkules. – Łbem jednego rozbijemy czerep drugiego, – dodał olbrzym, zaciskając swe ogromne pięście.

– Moje dziecię, moje biedne dziecię! – wołała pani Weldon, – cieszyłam się nadzieją, że znajdę dla niego w fermie pomoc i odpoczynek…

– Janek odzyska zdrowie, jak tylko dostaniemy się na wybrzeże, w zdrowszem le-żącem położeniu, – rzekł stary Tom.

– Czy przekonałeś się Dicku, że ten amerykanin nas zdradził? – zapytała.

– Najzupełniej, pani, – odrzekł, – a nie chcąc wdawać się w bliższe objaśnienia zwrócił się do Toma, mówiąc:

– Dzisiejszej nocy, ja i Tom odkryliśmy jego zdradę, i gdyby nie to, że wskoczył na konia i uciekł, byłbym go zastrzelił!

– A więc ta ferma?

– Nie istnieje, w całej okolicy niema fermy, wsi, ani miasteczka; pani Weldon, nie ma innej rady, trzeba nam wracać na wybrzeże.

– Czy tą samą drogą, Dicku?

– Nie, pani, pójdziemy brzegiem rzeki; a tym sposobem dojdziemy do morza, nie narażając się na znużenie i niebezpieczeństwo.

– Spodziewam się, iż przeszedłszy kilka mil…

– O! nie lękaj się o mnie, jestem dość silna, rzekła, będę mogła iść i nieść Janka.

– O! co to, to nie, pani – zawołał Baty, – nie tylko Janka, ale i panią chętnie nieść będziemy.

– Ma się rozumieć, – dodał Austyn; zrobimy nosze z gałęzi, nakładziemy na nie liści.

– Dziękuje wam, przyjaciele, ale chcę iść sama. Zabierajmy się w drogę.

– Natychmiast, – rzekł Dick.

– Daj mi dziecko, – rzekł Herkules, – odbierając od Nany Janka. Męczę się bardzo, jak czegoś nie niosę.

I poczciwy murzyn tak ostrożnie wziął chłopca, iż ten się nawet nie obudził.

Opatrzono broń starannie, resztę żywności zawinięto w jedną pakę, aby ją mógł nosić tylko jeden człowiek. Austyn zarzucił ją sobie na plecy, a towarzysze jego zachowali zupełną swobodę ruchów.

Kuzyn Benedykt, który dzięki swym długim nogom prawie nie uczuwał znużenia, gotów był do drogi, nie wiemy czy spostrzegł zniknięcie Harrisa, poniósł bowiem stratę, jak dla niego, wielce dotkliwą, – gdyż zgubił lupę i okulary.

– Na szczęście, o czem jednak nie wiedział kuzyn Benedykt, Baty znalazł w trawie obydwa te cenne przedmioty, ale z polecenia Dicka nic o tem nie wspominał. W ten tylko sposób mogli być pewni, że kuzyn Benedykt zachowa się spokojnie w ciągu drogi, ponieważ bez okularów widział, jak to mówią, zaledwie koniec swego nosa.

Umieszczono go między Akteonem i Austynem z wyraźnem poleceniem, aby nie wychodził z szeregu; biedak bez szemrania poddał się temu wyrokowi i szedł spokojnie, jakby niewidomy, prowadzony na sznurku.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 059

– Zaledwie uszli pięćdziesiąt kroków, gdy stary Tom zatrzymał wszystkich, mówiąc: –A gdzież Dingo?

– A prawda, niema Dinga i zaczęto psa nawoływać.

Żadne szczekanie nie dało się słyszeć.

Dick milczał; znikniecie psa było mu bardzo nie na rękę, Dingo byłby strzegł drużynę od niespodzianego napadu.

– Czyżby Dingo pobiegł za Harrisem? – mówił Tom.

– Za Harrisem wątpię, – odrzekł Dick, – ale pewnie pobiegł za śladem Negora, którego czuł w pobliżu.

– Ten przeklęty kucharz, zobaczywszy go, zabije niewątpliwie – zawołał Herkules.

– Jeśli Dingo przedtem go nie rozszarpie – odrzekł Baty.

– To być może, – rzekł Dick; – w każdym razie nie możemy czekać powrotu Dinga, jeśli nie jest zabity, poczciwe psisko zdoła nas odszukać. Chodźmy!

Upał był straszny; od świtu gęste chmury przeszywały horyzont, w powietrzu czuć było zbliżającą się burzę. Zapewne przed wieczorem rozlegną się grzmoty i pioruny. Na szczęście w lesie cień drzew ochładzał nieco powietrze. Gdzieniegdzie wielkie drzewa osłaniały polanki i ocieniały łąki zarosłe gęstą i długą trawą.

W niektórych miejscach leżały na ziemi ogromne pnie, prawie skamieniałe, – co zwiastowało, że w gruntach tych znajdują się pokłady węgla kamiennego, często spotykanego na lądzie afrykańskim. Miejscami ukazywały się polanki zasłane kobiercami zielonych traw, z pośród których wyłaniały różnobarwne główki rozmaite drobne kwiatki, imbier żółty lub niebieski, blade lobelie, czerwone storczyki, na których spoczywały nieustannie przelatujące owady.

Drzewa tu były mniej gęste i odznaczały się wielką rozmaitością gatunków. Spotykałeś elaisy, rodzaj palm wydających olej, wielce poszukiwany w Afryce, drzewka bawełniane, tworzące krzaki, osiem do dziesięciu stóp wysokie, których drzewiaste łodygi wydają bawełnę prawie tak dobrą, jak w Fernambuk. Dalej unosiły się kopale, z których przesącza się wonna żywica, spadająca aż na ziemię i nagromadzająca się tym sposobem na potrzeby krajowców. Tu i ówdzie w dzikim stanie rosły cytryny, granaty i różne drzewne rośliny, świadczące o nadzwyczajnej płodności płaszczyzn środkowej Afryki. Gdzie niegdzie wreszcie drażnił mile powonienie zapach wanilii, ale niepodobna było odnaleźć drzew, które go wydawały.

Chociaż to była pora suszy, wszystkie drzewa i rośliny jaśniały świeżą zielonością, a jednak tylko rzadko wydarzające się burze zraszały te bujne grunty. O tej porze roku panowała tu febra, ale, jak to powiedział Livingstone, traci się ją z łatwością, opuszczając miejsce, gdzie się ją dostało.

Dick znał to spostrzeżenie uczonego podróżnika i spodziewał się, iż sprawdzi się ono na Janku. Powiedział o tem pani Weldon; w samej rzeczy peryodyczny paroksyzm nie pojawił się, i chłopczyk spał spokojnie na ręku Herkulesa.

Szli dość spiesznie i ostrożnie. Niekiedy natrafiali na świeże ślady stóp ludzkich lub przejścia zwierząt; wówczas odsunięte lub połamane gałęzie ułatwiały pochód. Ale po większej części pojawiały się liczne przeszkody, których usuwanie opóźniało podróż, ku wielkiemu niezadowoleniu Dicka.

Napotykali często nadzwyczajnie powikłane pnącze, to znów liście podobne do zakrzywionych szabel damasceńskich, węże roślinne, długie pięćdziesiąt do sześćdziesięciu stóp, mające tę własność, iż odwracają się i ostrym swym słupkiem kłują przechodnia. Murzyni rozcinali je siekierami, ale pnącze podnosiły się bezustannie, jakby wychodziły z pod ziemi i sięgały aż do wierzchołków drzew, otaczając je girlandami.

W tej części prowincyi, królestwo zwierzęce równie warte było poznania, jak i roślinne. Niezliczona ilość ptaków latała między drzewami, a nie groził im żaden wystrzał od ludzi, chcących przejść jak najspieszniej i jak najciszej. Unosiły się tam całe stada afrykanek, jarząbków różnego rodzaju, które tak trudno podejść, i znaczna ilość tych ptaków, które nazywają »vhip-poor-will«, gdyż te trzy sylaby wiernie naśladują krzyk, jaki one wydają.

Dotąd podróżni nie natrafiali na dzikie zwierzęta, tak niebezpieczne w Afryce. Spotykali tylko żyrafy, które Harris znów pewnie nazwałby strusiami. Zwierzęta te na widok karawany, tak rzadko pojawiającej się w tych lasach, spłoszone uciekały spiesznie. W oddali, na skraju łąk, od czasu do czasu podnosił się gęsty tuman kurzu, było to stado bawołów, biegnących z odgłosem ciężko naładowanego wozu.

Przez dwie mile Dick prowadził swoją drużynę z biegiem małej rzeczułki, która musiała pewnie dopływać do jakiejś większej rzeki. Pragnął jaknajprędzej powierzyć swoich towarzyszy prądowi jakiejś rzeki, gdyż wtedy byliby bezpieczniejsi i uniknęliby wielkich trudów i znużenia.

Około południa przebyli szczęśliwie trzy mile drogi; Harris i Negoro nigdzie się nie pokazali. Dingo nie powrócił. Musieli zatrzymać się dla wypoczynku i posiłku. Rozłożyli się w małym lasku bambusowym, osłaniającym ich zupełnie.

– Koniecznie trzeba się posilić, pani Weldon – nalegał Dick. Cóż, pani, poczniesz, utraciwszy siły? Jedz koniecznie, niebawem w dalszą puścimy się drogę i bystry prąd poniesie nas na wybrzeże.

Gdy Dick mówił, pani Weldon bystro wpatrywała się w niego, oczy młodego nowicyusza zdradzały ożywiającą go odwagę: widząc to, jako też nieograniczone poświęcenie poczciwych murzynów, – znękana ta kobieta i matka nie chciała poddawać się zniechęceniu i rozpaczy. A zresztą nie znała prawdziwego położenia, mniemała, iż znajduje się na gościnnej ziemi amerykańskiej, a w takim razie zdrada Harrisa nie mogłaby przedstawiać zbyt zgubnych następstw.



Rozdział IV

Nadciągająca burza.

W tej chwili Janek się obudził i z uśmiechem zarzucił rączki na szyję matki. Atak febry nie powrócił.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 060

– Czy lepiej ci, synku mój? – zapytała pani Weldon, przyciskając dziecko do serca.

– Tak, mamusiu, ale pić mi się chce bardzo.

Nie mogli mu nic dać prócz wody, która pił ze smakiem.

– A gdzie przyjaciel mój Dick? – zapytał.

– Jestem, kochany Janku, – i zbliżywszy się doń, wziął go za rączkę.

– A mój przyjaciel Herkules?

– Jestem, panie Janku – rzekł olbrzym, wysuwając głowę.

– A koń? – pytał chłopczyk.

– Koń? odjechał sobie, odrzekł Herkules – ja teraz jestem koniem panicza, czy nie dobrze niesie?

– Dobrze – odrzekł chłopczyk – tylko, że jak konia niema, nie będę mógł trzymać uzdy. Ale czy prędko dojdziemy do fermy?

– Niedługo, Janku… niedługo – rzekła pani Weldon, pieszcząc i gładząc dziecko po twarzy.

– Czy zezwalasz pani, abyśmy w dalszą puścili się drogę? – napytał Dick, chcąc przerwać tę rozmowę.

– Dobrze, kochany Dicku jestem gotowa.

Kroczyli więc dalej w tym samym, jak do tej pory, porządku. Chcąc iść dalej z biegiem rzeczki, trzeba było przedrzeć się przez gęstwinę. Kiedyś były tu ścieżki, ale »zamarły« według wyrażenia krajowców, t. j. zarosły je ciernie i krzaki. Potrzeba było trzech godzin czasu, aby w tak utrudnionych warunkach przejść milę drogi. Murzyni pracowali bezustannie. Herkules oddał Janka Nany i zabrał się do pracy; za każdem wymierzonem przez niego cieciem siekiery, wytwarzała się próżnia, jak gdyby przez wszystko pożerającym ogniem.

Na szczęście nadludzka ta praca trwała niedługo. Po przebyciu mili drogi, dość szeroka wolna przestrzeń ukazała się w gęstwinie i prowadziła ku rzeczce; powstała ona skutkiem przejścia słoni, które zapewne setkami przebiegały tędy. Na grucie odbiły się ślady nóg tych olbrzymich zwierząt.

Wkrótce zdawało się, że nie same tylko zwierzęta przeciągały tędy; i ludzie musieli nieraz przebywać tę drogę, ale w taki sposób, jak gromada bydła, pędzona do szlachtuza. Tu i ówdzie bielały kości i szkielety ogryzione przez dzikie zwierzęta; na niektórych trzymały się jeszcze pęta niewolnicze.

W Afryce środkowej spotyka się długie drogi, całe prawie zasłane szczątkami ludzkiemi. Karawany przebywają tysiące mil, a iluż to nieszczęśliwych murzynów pada wśród drogi pod biczem agentów, ze znużenia i głodu, lub zdziesiątkowanych chorobami!

Iluż to mordują niewolników sami handlarze, w razie gdy zabraknie żywności!

Nie mając czem żywić, zabijają tych biedaków wystrzałami, rąbią pałaszami, lub zarzynają nożami, a rzezie takie i mordy nie należą bynajmniej do rzadkości.

– A więc przeciągały tą drogą karawany niewolników. Przez całą milę wędrownicy potrącali co krok o rozrzucone kości, strasząc stada drapieżnych ptaków, które za ich zbliżaniem się ulatywały w powietrze.

Pani Weldon patrzyła, nie widząc, Dick obawiał się ciągle, aby go nie zapytała, co zniewoliłoby go wyznać jej, że przez zdradę Harrisa błąkali się po nieznanej sobie afrykańskiej prowincyi. Szczęściem strapiona matka nie zastanawiała się nad tem, co widzi; znowu trzymała na ręku śpiącego synka i nim wyłącznie była zajęta. Nany szła obok niej, nie pytając o nic.

Stary Tom szedł z pochyloną głową; on pojmował doskonale dlaczego przejście to w gęstwinie zasłane było kośćmi ludzkiemi.

Towarzysze jego patrzyli na prawo i na lewo zdziwieni, jak gdyby przechodzili przez ogromny cmentarz, na którym, skutkiem wielkiego kataklizmu, wstrząsnęły się i otworzyły wszystkie groby; postępowali jednak nic nie mówiąc.

Łożysko rzeczki pogłębiało się i rozszerzało jednocześnie; Dick spodziewał się, że wkrótce będzie się nadawało do żeglugi, lub, że rzeczułka złączy się z jakaś większa rzeka, wpadająca do Atlantyku.

Postanowił też ciągle posuwać się z biegiem tej rzeczki i bez wahania opuścił utartą drożynę.

I znowu więc zapuścili się w gęstwinę, siekierami otwierając sobie drogę, przesuwali się przez powikłane pnącze i oplątane nimi krzaki.

Las się skończył, drzew było bardzo mało, tylko szerokie kępy bambusów wznosiły się ponad trawy, tak wysokie, że nawet zakrywały Herkulesa.

Chyba tylko poruszanie łodyg mogłoby zdradzać przejście rozbitków.

Tegoż dnia, około godziny trzeciej po południu, natura gruntu zmieniła się widocznie.

Były to długie płaszczyzny, które w porze deszczowej musiały być całkiem zalane; błotnisty grunt pokrywały gęste mchy, przetykane wielkiemi paprociami.

Dick przypomniał sobie w porę, co czytał w opisach Livingstona, który niejednokrotnie o mało nie uwiązł w tych zdradzieckich błotach.

– Ostrożnie, moi kochani, – rzekł, wyprzedzając wszystkich – probujcie gruntu zanim na niego wstąpicie.

– Rzeczywiście, – rzekł Tom – zdawałoby się, że grunt ten rozmókł od deszczu, a przecież w tych dniach nie padało.

– Ale burzę czuć w powietrzu – rzekł Baty.

– Tem bardziej musimy się spieszyć, aby przed jej wybuchem przejść te błota. Herkulesie, weź znów Janka na ręce; Baty i Austyn niech idą obok pani Weldon, aby mogli jej dopomódz w razie potrzeby. Pan, panie Benedykcie… Cóż pan robisz?

– Upadam – odrzekł spokojnie kuzyn Benedykt, który zapadał się, jakby ziemia rozstąpiła się pod nim.

Biedak wszedł na trzęsawisko i do połowy wpadł w gęste błoto.

Podano mu ręce i wygramolił się oblepiony błotem, ale szczęśliwy, że szacowne jego pudło entomologiczne nie uległo uszkodzeniu. Akteon odtąd szedł przed nim, aby strzedz od nowego upadku biednego krótkowidza.

Gdy wyciągnięto kuzyna Benedykta z tego błotnistego trzęsawiska, powstała na jego powierzchni znaczna liczba baniek, które rozpryskując się, wypuszczały jakiś gaz duszący. Livingstone nieraz wpadał w takie błoto po pas; porównywał on te grunty do ogromnych gąbek, z których za stąpnięciem wytryskały liczne strumienie wody. Takie przejścia są zawsze bardzo niebezpieczne.

Przez pół mili Dick i jego towarzysze musieli iść po tym gąbczastym gruncie. Pani Weldon zniewolona była zatrzymać się, gdyż za kostkę wpadała w trzęsawisko. Herkules, Baty i Austyn zrobili nosze z trzciny bambusowej i umieszczono ją na nich wraz z synkiem, którego trzymała na kolanach; poczem starano się jak najprędzej przebyć te nieczyste bagna.

Przychodziło to jednak z wielkim trudem, często poza kolana zapadali w błoto.

Nareszcie około piątej wieczorem minęli bagna i grunt był teraz dość twardy, ale bardzo wilgotny; widać woda z rzek sąsiednich przesiąkała przez niego.

Upał stawał się nadzwyczaj duszący; gdyby nie chmury, brzemienne burzą, zawieszone między palącymi promieniami a ziemią, byłby nie do zniesienia. Zdala, błyskawice rozdzierały obłoki, a wysoko nad niebem ryczał huk grzmotów. Straszna burza miała wybuchnąć lada chwila.

– A jakież to groźne i przerażające są te burze afrykańskie. Ulewne deszcze, gwałtowne wichry, wiejące od górzystych wybrzeży, którym największe drzewa oprzeć się nie mogą, piorun za piorunem – oto walka w tych szerokościach. Wiedział o tem Dick Sand i był bardzo niespokojny. Niemożliwem było przepędzić nocy pod gołem niebem; cała równina mogła zostać zalana; lecz gdzież szukać schronienia na tej bezludnej płaszczyźnie, na której nie było ani drzewa ani krzaka? Nieznalazłby go nawet we wnętrzu ziemi; o dwie stopy pod powierzchnią była woda. Zdawało się jednak że ku północy szereg niewielkich wzgórz zamykał błotnistą płaszczyznę. Na ostatnim jasnym pasie, jaki chmury pozostawiły na horyzoncie, rysował się profil drzew. Choćby tam nie znaleźli schronienia, przynajmniej nie potrzebowaliby obawiać się zalewu; tam może było dla nich zbawienie.

– Dalej, przyjaciele moi, dalej! – mówił Dick. – Jeszcze trzy mile do przebycia, a będziemy bezpieczniejsi, niż na tej nizince.

– Naprzód, śmiało! – wołał Herkules.

Dzielny murzyn chciałby był wszystkich pochwycić w objęcia i przenieść na wskazane miejsce.

Pomimo nadzwyczajnego znużenia szli teraz daleko prędzej, jednak gdy burza wybuchła byli jeszcze o parę mil od zamierzonego celu podróży. Na szczęście deszcz nie towarzyszył pierwszym błyskawicom. Chociaż słońce nie zeszło jeszcze z horyzontu, zrobiło się prawie zupełnie ciemno; mgły obniżały się powoli, grożąc ulewnym deszczem; rozdzierały się tu i ówdzie niebieskie i czerwone błyskawice, roztaczając po nad płaszczyzną jakby sieć ognistą.

Kilkakrotnie Dick i jego towarzysze o mało nie zostali ugodzeni piorunem; na tej z drzew ogołoconej płaszczyźnie, stanowili oni jedyne wydatne punkty, mogące przyciągnąć wybuchy elektryczne.

Janek przebudzony hukiem grzmotu, przerażony ukrył głowę na piersiach Herkulesa.

Biedne dziecko bało się bardzo burzy, ale nie chciało tego pokazać, aby nie martwić matki. Herkules uspokajał, jak mógł, małego chłopca.

– Nie bój się, Janku – mówił – jakby piorun zbliżył się do nas, skruszę go w ręku, jestem mocniejszy od niego.

I to przekonanie o wielkiej sile murzyna uspokajało chłopczyka.

Ale za chwilę deszcz zapewne ulewny padać zacznie, cóż się stanie z panią Weldon i z całą drużyną, jeśli nie znajdą jakiego schronienia?

– Co robić Tomie? – zapytał Dick.

– Nie ma innej rady, trzeba iść dalej – odpowiedział stary murzyn. Nie możemy zatrzymywać się na tej płaszczyźnie, która deszcz zamieni w trzęsawisko.

– Tak, ale gdyby jakiekolwiek obmyślić schronienie… choćby najlichszy szałas…

Dick nagle przestał mówić; bielsza od innych błyskawica oświetliła równinę.

– Co to jest, tam w dali?… – zawołał Dick.

– I ja widziałem… – odrzekł Tom.

– Czy to obozowisko?

– Tak… musi to być obozowisko panie Sand… lecz obozowisko krajowców…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 061

Skutkiem nowej błyskawicy można było wyraźniej jeszcze widzieć owo obozowisko, zajmujące znaczną część obszernej równiny.

Wznosiło się tam około stu namiotów, symetrycznie ustawionych, mających 12-15 stóp wysokości, ale nie widać było ani jednego żołnierza. Być może, że schronili się pod namioty, oczekując w nich, aż burza przejdzie, albo obóz był opuszczony.

W pierwszym wypadku, mimo coraz posępniejszego nieba, trzeba było uciekać jaknajprędzej, w drugim korzystać z niespodzianie nadarzającego się przytułku.

– Zaraz się dowiem, co to jest! – pomyślał Dick, i, zwróciwszy się do towarzyszy, rzekł:

– Czekajcie tu, niech nikt za mną nie idzie; pójdę przekonać się, co to za obóz.

– Możeby jeden z nas poszedł z panem – zapytał Tom.

– Nie, Tomie, pójdę sam; potrafię podejść niepostrzeżony. Czekajcie na mnie.

Wszyscy zatrzymali się, a Dick, wyszedłszy naprzód, znikł w ciemności, którą tylko błyskawice rozjaśniały chwilowo.

Zaczęty spadać duże krople deszczu.

– Gdzie jest Dick? – zapytała Toma pani Weldon.

– Ujrzeliśmy w dali obóz… a może wioskę i nasz kapitan poszedł pierwej sprawdzić, zanim nas tam zaprowadzi.

Dick powrócił po kilku minutach.

– Chodźcie! chodźcie! – wołał uradowany.

– Więc to obóz opuszczony? – zapytał Tom.

– Nie jest to ani obóz ani wioska, – lecz mrowisko.

– Mrowisko! – krzyknął kuzyn Benedykt, który aż podskoczył, usłyszawszy te słowa.

– Tak, panie Benedykcie, ale mrowiska te są przynajmniej dwanaście stóp wysokie, więc spróbujemy dostać się do nich.

– W takim razie byłyby to chyba mrowiska termitów żołnierzy, lub termitów niszczących, gdyż tylko te genialne owady wznoszą sobie takie gmachy, którychby się nie powstydzili najbieglejsi architekci.

– Czy to są termity, czy nie – odrzekł Dick Sand – skłonimy je do wyprowadzenia się i zajmiemy ich pomieszkanie.

– Zjedzą nas i będą zupełnie w swojem prawie – rzekł kuzyn Benedykt.

– Cóż robić, chodźmy – rzekł Dick.

– Zaraz, zaraz, czekajcie! – wołał kuzyn Benedykt – takie mrowiska znajdują się podobno tylko w Afryce.

– Chodźmy! – krzyknął Dick, pragnąc zagłuszyć ostatnie wyrazy entomologa, aby pani Weldon ich nie usłyszała.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 062

Szalony wicher zaczął się zrywać; wielkie krople spadały na grunt rozpalony, za kilka chwil, gdy burza wybuchnie z całą siłą, nie podobna będzie utrzymać się na nogach.

Wszyscy spiesznie zdążali za Dickiem.

Niebawem doszli do najbliższego mrowiska, a jakkolwiek groźnemi mogły być termity, niepodobna się było wahać, i, jeżeli nie dadzą się wyprosić, trzeba będzie podzielić z nimi ich mieszkanie.

U dołu stożkowatego mrowiska, zbudowanego z jakiejś czerwonawej gliny, wydrążony był mały otwór, który Herkules niezwłocznie rozszerzył nożem, tak, aby nawet człowiek jego wzrostu mógł przejść swobodnie.

Ku wielkiemu zdziwieniu kuzyna Benedykta, nie pokazała się ani jedna mrówka z tysięcy tysiąców, jakie powinnyby się znajdować w mrowisku, czyżby to ostatnie było opuszczone?

Gdy otwór został roszerzony, Dick wszedł pierwszy, a za nim pani Weldon i inni towarzysze i niebawem zaczął padać deszcz tak ulewny, iż zdawało się, iż zagasi błyskawice.

Ale teraz mogli już nie obawiać się burzy, szczególny traf dozwolił im napotkać to schronienie, lepsze od chaty krajowców.

Było to jedno z tych stożkowatych mrowisk termitów, które, jak się wyraził porucznik Cameron, jako zbudowane przez te maluczkie owady, większy budzą podziw, niż piramidy egipskie, wzniesione przez ludzi.

– To, jakby lud jakiś postawił górę Ewerest, jedną z najwyższych z łańcucha gór Himmalaya, powiedział słynny podróżnik Cameron.



Rozdział V

Opowiadanie o mrówkach.

W tej chwili wybuchła burza z gwałtownością nieznaną w strefach umiarkowanych; dzięki niebu, gromadka nasza znalazła przed nią schronienie. Deszcz lał strumieniami, niekiedy tak wielkimi, jak katarakta; było to coś, jakby zbiornik powietrzny, zawierający całe morze i nagle wylewający się na ziemię. Takie ulewy powodują wyrwy w gruncie, zamieniają doliny w jeziora, a strumyki w potoki; rzeki występują z koryta i zalewają rozległe przestrzenie.

W strefach umiarkowanych gwałtowne burze nigdy nie bywają długotrwałe, w Afryce przeciwnie, nieraz przez całe dnie trwają. Trudno pojąć, jak może nagromadzić się w chmurach tyle elektryczności i pary, iż możnaby mniemać, że jesteśmy w okresie potopowym.

Na szczęście mrowisko miało grube, nieprzemakalne ściany, tak mocne, jak ziemne budki bobrów; burza z ulewą mogła przejść przez nie, a przytem ani kropla nie dostałaby się do wnętrza.

Objąwszy w posiadanie mrowisko, Dick i towarzysze jego starali się poznać wewnętrzny jego rozkład; zapalona latarnia dostateczne rzucała światło. Stożek, mający w środku dwanaście stóp wysokości, posiadał u dołu jedenaście stóp szerokości, w górze zwężał się jak głowa cukru. Ściany miały stopę grubości i podzielone były piętrami komórek. Jakże dziwnem się wydaje, żeby roje przemyślnych owadów mogły wznosić podobne budowle, a jednak ileż takich napotkać można w Afryce środkowej.

W ubiegłym wieku, podróżnik holenderski Smeathman, wraz ze swoimi towarzyszami mógł pomieścić się w szczycie takiego stożka. Livingstone widział w Lundé kilkanaście mrowisk, zbudowanych z czerwonej gliny, których wysokość dochodziła od piętnastu do dwudziestu stóp. Porucznik Cameron nieraz brał za obóz nagromadzone stożki mrowisk na równinach N’yangwé. Pewnego razu nawet zatrzymał się u stóp budowli, już nie dwadzieścia, ale czterdzieści do pięćdziesięciu stóp wysokich stożków, zakończonych dzwonniczkami, jakby kopuła kościoła.

Cudowne te gmachy wznoszone były przez rodzaj mrówek, zwany »termity wojownicze« gdyż ściany urobione były z czerwonej gliny; gdyby zaś zbudowały je z szarej, lub czarnej ziemi aluwialnej, wtedy budowniczymi ich byłyby mrówki »termity zjadliwe«, lub »termity dzikie«. Środkowe wnętrze stożka, do którego się dostali, było za małe, aby się wszyscy w niem pomieścić mogli, ale szerokie zagłębienia, znajdujące się dokoła, stanowiły jakby celki, w których mogła pomieścić się jedna osoba średniego wzrostu. Wyobraźcie sobie, kochani czytelnicy, szereg otwartych szuflad, a w nich miliony komórek, zajmowanych przez termity, a łatwo pojmiecie wewnętrzny rozkład mrowiska. Szuflady te piętrzyły się jedna nad drugą i w najwyższych znalazła przytułek pani Weldon, Nany, Janek i kuzyn Benedykt. Pod nimi wcisnęli się Austyn, Baty i Akteon, Dick zaś, Tom i Herkules pozostali na dole stożka.

– Przyjaciele – rzekł do murzynów Dick Sand – grunt zaczyna przesiąkać, należy zasypać go gliną, ale trzeba to zrobić ostrożnie, aby nie osłabić ścian i nie zatkać otworu, przepuszczającego świeże powietrze, gdyż moglibyśmy udusić się.

– Eh! panie Sand, noc prędko minie – rzekł stary Tom.

– Starajmy się wypocząć po tych trudach i znużeniu, wszak od dziesięciu dni pierwsza to noc, której nie spędzimy pod gołem niebem.

– Od dziesięciu dni! – powtórzył Tom.

– A potem – dodał Dick – skoro stożek ten daje pewne schronienie, może wypadnie zabawić nam tu ze dwadzieścia cztery godziny, a ja przez ten czas pójdę przekonać się, czy rzeka, której szukamy, znajduje się w pobliżu. Myślę nawet, że lepiej nie opuszczać tego schronienia dopóki nie zbudujemy tratwy; tu burza nas nie dosięgnie, tylko zabezpieczmy sobie grunt twardszy i suchszy.

Bezzwłocznie wykonano to polecenie. Herkules odrąbał siekierą najniższe piętro komórek, zbudowanych z dość kruchej gliny i, rozrzucając ją, podniósł blisko o stopę błotnisty grunt, na którym stało mrowisko, bacząc na to, aby nie zatkać otworu, dającego dostęp powietrzu. Wielkiem było szczęściem dla rozbitków, że mrowisko to opuszczone zostało przez właścicieli, gdyż niepodobna byłoby znaleźć w niem schronienia, gdyby je zajmowały tysiące termitów.

Czy jednak oddawna już było opróżnione lub czy owady świeżo je opuściły? – o tem przekonać się należało.

Kuzyn Benedykt zaraz pomyślał o tem, gdyż zadziwiło go porzucenie domowego ogniska przez mrówki i niebawem przekonał się, że emigracya bardzo niedawno się odbyła.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 063

Spuściwszy się na dół stożka z latarką, zaczął przeglądać najmniejsze zakątki mrowiska i znalazł tak zwany przez niego »główny skład« termitów, t. j. miejsce, w którem pracowite te owady składają zapas żywności dla całej kolonii.

Było wydrążenie wyżłobione w ścianie, w pobliżu komórki królewskiej, zniesionej siekierą Herkulesa, zarówno, jak i komórki, przeznaczone dla młodych poczwarek. W składzie tym kuzyn Benedykt pozbierał pewną ilość okruszyn gumy i soków roślinnych, zaledwie zgęszczonych, co dowodziło, że termity świeżo tu je przyniosły.

– Nie! nie! – wołał, jakby odpowiadając na przeciwne twierdzenie – nie! mrowisko to od niedawna jest opuszczone.

– A któż tego dowodzi, panie Benedykcie – odrzekł Dick – czy dawno, czy teraz dopiero, mało to nas obchodzi, dosyć, że je opuściły i my znaleźliśmy schronienie.

– Właśnie, to głównie nas powinno obchodzić, kiedy i dlaczego termity opuściły mrowisko – odpowiedział kuzyn Benedykt. – Wczoraj, dziś rano jeszcze, przebywały tu owady, skoro soki te nie zgęstniały, a wieczorem…

– Ależ jaki pan wyprowadza z tego wniosek? – zapytał Dick.

– Taki, że jakieś przeczucie kazało im nagle opuścić mrowisko. Nietylko żadna mrówka nie pozostała w komórkach, ale przez przezorność zabrały nawet swoje poczwarki, tak, że nigdzie ani jednej znaleźć nie mogę. Otóż powtarzam, że wszystko to stało się nie bez przyczyny, i że zmyślne te owady przewidywały jakieś grożące im niebezpieczeństwo.

– Przewidywały zapewne, że znajdziemy ich mieszkanie – zawołał, śmiejąc się Herkules.

Te słowa nie podobały się kuzynowi Benedyktowi.

– Więc myślisz, – rzekł – iż dla tego, żeś taki ogromny, nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo ze strony tych odważnych owadów, otóż powiadam ci, że kilka tysięcy ich zrobiłyby z ciebie szkielet, gdyby cię nieżywego znalazły na drodze.

– Nieżywego! to nie sztuka; ale żywy zgniótłbym ich nie mało.

– Zgniótłbyś ich sto tysięcy, pięć kroć sto tysięcy, milion wreszcie, ale nie zdołałbyś zgnieść miliarda, a miliard ich pożarłby cię ze szczętem, – odparł, zapalając się coraz bardziej kuzyn Benedykt.

Podczas tej sprzeczki, nie tak próżnej jakby się zdawało Dick zastanawiał się nad powyższą uwagą kuzyna Benedykta. Wiedząc, jak doskonale uczony zna obyczaje termitów, nie sądził, aby się mógł mylić, skoro więc utrzymywał, że jakiś instynkt uprzedził je, aby niezwłocznie opuściły mrowisko, to rzeczywiście pozostawanie w niem mogło być niebezpiecznem.

Że jednak nie można było myśleć o opuszczeniu mrowiska, podczas gdy burza szalała tak wściekle, nie szukał teraz wytłómaczenia tego, co zdawało się niewytłómaczonem i odpowiedział:

– A więc, panie Benedykcie, skoro termity pozostawały w mrowisku swoje zapasy, to i my nie zapomnijmy o naszych i zasiądźmy do wieczerzy, a jutro gdy burza przeminie, pomyślimy, co czynić dalej.

Zajęto się przygotowaniem do posiłku. Rozpakowali zapasy, które na parę dni mogły jeszcze starczyć. Wilgoć nie uszkodziła jeszcze sucharów i wszyscy zajadali z apetytem. Tylko pani Weldon zaledwie spróbowała posiłku, i to ulegając prośbie Dicka, któremu zdawało się, iż odważna ta kobieta jest dzisiaj więcej zamyślona i smutniejsza, niż zwykle. A przecież mały Janek był daleko zdrowszy, atak febry nie wrócił i teraz spał spokojnie w komórce. Dick nie wiedział, co myśleć o tem.

Kuzyn Benedykt zjadł z apetytem wieczerzę, może z radości, że mógł wyłożyć krótki kurs o termitach. Ach, gdybyż był jeszcze znalazł choć jednego w opuszczonem mrowisku!…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 064

– Zadziwiające te owady – mówił, nie troszcząc się, czy go kto słucha – należą do rodzaju przejrzystoskrzydłych, których macki są dłuższe od głowy, szczęki wydatne, a skrzydła niższe najczęściej dorównywają wyższym. Jest ich pięć rodzai, oddzielne mających nazwy; ten, którego zajmujemy mrowisko, nazywa się termit. Szczęki jego są nadzwyczaj silne; nazywa się wojowniczy. Tak, są to żołnierze niższego wzrostu. Mniejsza byłaby różnica między Herkulesem, a karłem, niż między największym, a najmniejszym z tych owadów. Są między termitami robotnicy, mający pięć milimetrów długości, żołnierze dziesięć, samice i samce dwadzieścia milimetrów, a napotyka się także ciekawy rodzaj, zwany »sirafus«, długi na pół cala, mający kleszcze, zamiast szczęki, a głowę większą od korpusu.

– A gdzie najczęściej znajdują się sirafusy? – zapytał Dick.

– W Afryce, w prowincyach środkowych i południowych. Sirafusy te, silnemi swemi szczękami szarpią na kawałki; najodważniejszego człowieka zmuszają do ucieczki. Nawet lwy i słonie uciekają przed niemi. Nic nie zdoła ich powstrzymać w pogoni, ani drzewa, bo wchodzą aż na ich wierzchołki, ani woda, bo przebywają strumienie po mostach z własnych ciał zawieszonych nad niemi, czepiając się jedne drugich. Owady te są nadzwyczaj mnożne, przekonano się, że jedna samica wojownicza znosi dziennie do 60,000 jajek. Mrówki te dostarczają krajowcom nadzwyczaj soczystego pokarmu; ach! moi przyjaciele, żaden na świecie przysmak nie zdoła dorównać smażonym mrówkom!…

– Więc pan je jadłeś? – zapytał Herkules.

– Nie – odrzekł kuzyn Benedykt – ale będę jadł.

– Gdzie?

– Tu.

– Tu, przecież nie jesteśmy w Afryce.

– A no nie! – odrzekł kuzyn Benedykt – a jednakże dotąd termity wojownicze i ich mrowiska spotykano tylko na lądzie afrykańskim. Ale ci podróżnicy nie umieją patrzeć… może to i lepiej… Odkryłem już tsetse w Ameryce, do tej chwały dołączę jeszcze jedną; na tymże amerykańskim gruncie zaznaczę wojownicze termity. Co to za bogaty materyał do pamiętnika, który w całej uczonej Europie potężne zrobi wrażenie… Widocznie kuzyn Benedykt nie domyślał się prawdy; prócz Dicka i Toma wszyscy byli przekonani, iż znajdują się w Ameryce. Osobliwości naukowe nie otworzyły im oczu, – na to trzeba było innych wydarzeń.

Była godzina dziewiąta wieczór. Kuzyn Benedykt mówił już długo i wiele i ani spostrzegł pewnie, iż słuchacze zapakowani w swych komórkach, zasnęli podczas długiego jego wykładu. Dick nie przerywał mu, choć nie spał; Herkules długo walczył z chęcią snu, ale w końcu znużenie przemogło – zasnął.

Kuzyn Benedykt prawił jeszcze czas jakiś, ale sen morzył go coraz więcej, wszedł więc do swej kryjówki i tam też niebawem zasnął twardo.

We wnętrzu mrowiska głębokie zapanowało milczenie, a na zewnątrz burza huczała, przeplatana grzmotami i piorunami; nic nie zdawało się zapowiadać jej końca.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 065

Pogasili latarnie; w mrowisku zupełna zaległa ciemność; wszyscy spali, tylko Dick Sand, nie szukał we śnie niezbędnego spoczynku. Zatonął w głębokiej zadumie; myślał jakim sposobem zdoła ocalić swych towarzyszy. Rozbicie Pilgrima nie było najstraszniejszym ciosem dla nich; okropniejsze jeszcze czekały ich przejścia, jeśli wpadną w ręce krajowców.

A jak uniknąć tego najgroźniejszego ze wszystkich niebezpieczeństw podczas powrotu na wybrzeże? Najniezawodniej Harris i Negoro nie wciągnęli ich o sto mil do środka Angoli, bez ułożonego planu. Ale co mógł uknuć ten nikczemny portugalczyk? Nad kim pragnął się pastwić? Dick mniemał, że on jeden tylko mógł ściągnąć na siebie nienawiść byłego kucharza i przechodził myślą wszystkie wydarzenia podczas żeglugi na Pilgrimie, jak: spotkanie rozbitego okrętu, wyratowanie murzynów; uganianie się za potworem wieloryba, wreszcie zatonięcie kapitana Hull i jego osady.

Wtedy to Dick w piętnastym roku życia został dowódzcą okrętu, pozbawionego wkrótce busoli zbrodniczym podstępem Negora. I przypomniał sobie, jak zniewolony był zuchwałego kucharza zmusić do uznania swej władzy, groźbą, że go każe okuć w kajdany lub zastrzeli z rewolweru… Ach! czemuż wtedy nie uczynił tego! Negoro leżałby dziś na dnie morza, a oni wszyscy uniknęliby tylu nieszczęść. Z kolei zastanawiał się nad rozbiciem Pilgrima i nad tem, co potem nastąpiło.

Stanął mu przed oczyma zdrajca Harris, a Boliwia, prowincya Ameryki południowej, zamieniła się w straszną Angolę, z jej złowrogim klimatem, dzikiemi zwierzętami i dzikszymi jeszcze krajowcami. Czyż garstka rozbitków zdoła uniknąć spotkania się z nimi, wracając na wybrzeże? Czyż rzeka, której Dick szukał i znaleźć się spodziewał, dozwoli im przedrzeć się w bezpieczniejsze strony? Chciał ufać temu, gdyż czuł, że znużeni i zagrożeni brakiem żywności, nie byliby w stanie przebyć stu mil drogi w pośród bezustannych niebezpieczeństw.

– Na szczęście, że nikt prócz mnie i Toma, a zwłaszcza pani Weldon, nie zna okropności położenia, myślał sobie. Ja tylko i Tom wiemy, że Negoro zdradą rzucił nas na brzegi Afryki, a Harris wprowadził w głąb Angoli!

Gdy tak rozmyślał, uczuł, że ręka jakaś dotknęła jego ramienia i głos łagodny szepnął mu do ucha.

– Wiem wszystko, kochany Dicku, ale ufajmy Bogu, On jeszcze może nas ocalić… zresztą niech się dzieje święta Jego wola.



Rozdział VI

Dzwon dla nurków.

Dick, usłyszawszy te słowa, nie wiedział co odpowiedzieć, a pani Weldon, nie czekając, oddaliła się zaraz.

Znała więc ona okropne ich położenie; domyśliła się go z różnych wypadków, zaszłych w ciągu tej podróży, a może naprowadziła ją na domysł wymówiona wczoraj bezmyślnie przez kuzyna Benedykta nazwa »Afryka«.

– Pani Weldon wie o wszystkiem, myślał sobie Dick, – a! może to i lepiej!… Odważna ta kobieta nie rozpacza i ja naśladować ją będę!

– Teraz Dick pragnął, aby jak najprędzej zaświtało, żeby mógł rozejrzeć się w okolicach tego grodu termitów. Pragnął koniecznie znaleźć rzekę, wpadającą do Atlantyku i miał jakby przeczucie, że musi ona płynąć gdzieś niedaleko. Należało przedewszystkiem unikać spotkania z krajowcami, których może Harris i Negoro już na nich nasłali.

Ale dzień nie nastał jeszcze; najmniejszy odbłysk jego światła nie wnikał przez otwór w podstawie stożka. Odgłos grzmotów, przygłuszony grubością ścian, dowodził, że burza nie uspokoiła się dotąd. Nadstawiając ucha, Dick usłyszał, jak deszcz spadał gwałtownie na podstawę mrowiska, a że wielkie krople nie padały już na twardy grunt, należało z tego wnosić, iż cała równana została zalana.

Dick uczuł w tej chwili, że ogarnia go jakaś bezwładność; sen mógł go pokrzepić. I już miał zasypiać, gdy w tem przyszło mu na myśl, że skutkiem opadania zamokłej gliny zatkać się może otwór, dający przystęp powietrzu; a samo oddychanie kilku osób w mrowisku, może zatruć je, przesycając kwasem węglowym. Zszedł więc aż na dno podwyższone glina, pochodząca z pierwszego piętra komórek; dotąd było jeszcze zupełnie sucho i otwór się nie zatkał. Powietrze wnikało swobodnie do wnętrza, a z niem odbłyski światła i huk burzy, której gwałtowny deszcz zalać nie zdołał. Dick przekonał się, iż żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo nie zagraża towarzyszom jego, postanowił więc zasnąć na kilka godzin, szukając we śnie pokrzepienia sił. Przez przezorność jednak położył się na nasypie glinianym, przy samym otworze, aby mógł zaraz dostrzedz cokolwiek od wnętrza zagrażaćby im mogło, oraz, aby, jak tylko dzień zaświta, wyjść i rozpoznać otaczającą płaszczyznę. Wsparł głowę o ścianę stożka tuż przy otworze, położył przy sobie dubeltówkę i zasnął niebawem.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 066

Jak długo spał, – sam nie umiałby powiedzieć, – obudziło go silne uczucie chłodu. Zerwał się prędko i zobaczył z przerażeniem, że woda zalewała mrowisko, i to tak szybko, iż dochodziła już do wyższych pięter; do komórek zajmowanych przez Toma i Herkulesa. Dick obudził ich, oznajmiając o tem nowem niebezpieczeństwie; zapalono latarkę, która rozjaśniła wnętrze stożka; woda dochodziła na wysokość pięciu stóp i nie podnosiła się dalej.

– Co się tam stało, Dicku? – zapytała pani Weldon.

– Nic ważnego, – odpowiedział, – woda dostała się na dno stożka; zdaje się, że podczas tej burzy jakaś poblizka rzeka musiała wystąpić z łożyska.

– A to wybornie! – zawołał Herkules; – skoro rzeka wylała, to dowodzi, iż jest rzeka.

– Tak, – odparł Dick, – i z jej prądem dostaniemy się na wybrzeże. Bądź, pani, spokojna, woda ta nie dosięgnie ani pani, ani Janka, ani Nany i kuzyna Benedykta.

Kuzyn Benedykt nie wiedział o niczem, spał sobie najspokojniej.

Murzyni pochyleni nad wodą, w której odbijało się światło latarni, oczekiwali rozkazów. Dick mierzył wysokość, do jakiej sięgała woda.

Najpierw kazał umieścić wysoko ponad wodą broń i zapasy żywności, poczem zamyślił się głęboko.

– Woda dostała się przez otwór? – zapytał Tom.

– Tak jest, – odpowiedział Dick; – skutkiem tego powietrze nie może się odnawiać, nie mając dostępu do wnętrza.

– A czy nie możnaby wybić otworu wysoko ponad wodą? – zapytał stary murzyn.

– Można… tylko, że woda dochodząca we wnętrzu do wysokości pięciu stóp, może na zewnątrz dochodzić do sześciu lub siedmiu… a może i wyżej, – odrzekł Dick.

– Tak pan myślisz?

– Zdaje mi się, że woda, wchodząc do wnętrza mrowiska, musiała ścieśnić powietrze, które nie dozwala jej podnosić się wyżej; jeżeli więc wydrążymy wyżej w ścianie otwór, przez który weszłoby powietrze, albo woda podniesie się aż do wysokości zewnętrznej, albo, jeżeli przejdzie po za otwór, dosięgnie aż do miejsca, w którem znów zagrodzi jej drogę ścieśnione powietrze. Jesteśmy tu jak robotnicy w dzwonie dla nurków.

– Cóż więc mamy robić? – zapytał Tom.

– Najpierw dobrze się zostanowić; najmniejsza nieprzezorność mogłaby nas zgubić, – odpowiedział Dick.

Młody nowicyusz miał słuszność i trafnie porównał stożek do zanurzonego w wodzie dzwona dla nurków, tylko, że w tym przyrządzie powietrze odnawia się nieustannie za pomocą pomp, tak, że nurkowie swobodnie oddychać mogą i są narażeni jedynie na niedogodności, mogące wyniknąć ze zbyt długiego przebywania w ścieśnionej atmosferze. Ta zaś oprócz tego przestrzeń, zmniejszona była o trzecią część skutkiem zapełnienia wodą, a powietrze nie mogło się odnawiać, chyba za pośrednictwem otworu, któryby ułatwił zetkniecie się z atmosferą zewnętrzną.

Lecz czy można było wybić otwór, nie narażając się na niebezpieczeństwo, jakie przewidywał Dick Sand i czy przez to położenie ich nie pogorszyłoby się jeszcze?

W minutę po rozpoczęciu tej roboty, świder przeszedł na drugą stronę ściany i zaraz dał się słyszeć głuchy odgłos, podobny temu, jaki sprawiają kulki powietrza, przesuwające się przez słup wody. Powietrze wydobywało się na zewnątrz i w tejże chwili woda w stożku podniosła się i zatrzymała na równi z wydrążeniem, co dowodziło, że było zrobione za nizko, to jest niżej, niż powierzchnia zewnętrznej wody.

– Trzeba wiercić wyżej, – rzekł spokojnie Dick, szybko zatykając otwór gliną.

Woda przestała się podnosić w stożku, ale przestrzeń po nad nią zmniejszyła się znowuż przeszło o osiem cali. Coraz trudniej było oddychać, gdyż zaczynało w powietrzu brakować tlenu.

O stopę ponad poprzedniem przewierceniem, Dick zaczął świdrować drugie, jeżeli i teraz będzie za nizko, woda znów wciśnie się do środka… ale nie było innej rady.

Gdy tak Dick zajęty był ryzykowną próbą, kuzyn Benedykt zawołał nagle:

– Aha! otóż wiem… wiem… wiem dlaczego!…

Herkules odwrócił latarkę w jego stronę twarz entomologa zdradzała najzupełniejsze zadowolenie.

– Tak… tak – mówił, otóż wiem teraz dlaczego rozumne termity opuściły mrowisko… Przeczuły powódź!… I co to jest instynkt!… widzicie, przyjaciele, że maluczkie termity są sprytniejsze od nas…

Nikt nie zwrócił uwagi na te słowa zapalonego entomologa.

Dick, przewierciwszy ścianę, wyciągnął stempel i jednocześnie syk dał się słyszeć. Woda znowu o stopę podniosła się w stożku… otwór nie schodził się z wolnem, zewnętrznem powietrzem.

Straszne było ich położenie.

Pani Weldon porwała Janka na ręce, gdyż woda już do stóp jej dochodziła. Wszyscy dusili się w tak małej przestrzeni; w uszach im dzwoniło.

Latarka już tylko bardzo niedostateczne rzucała światło.

– Czyżby cały stożek był pod wodą? – wyszeptał Dick. Trzeba się było przekonać o tem niezwłocznie i w tym celu prześwidrować trzeci otwór w szczycie stożka. Lecz, jeśli ostatnia ta próba okaże się bezowocna, czeka ich śmierć natychmiastowa, gdyż reszta powietrza wyciśnie się otworem a natomiast woda wypełni cały stożek.

– Pani Weldon, – rzekł Dick Sand, – znasz pani nasze położenie; lada chwila może nam zabraknąć powietrza do oddychania. Jeżeli trzecia próba się nie uda, woda zaleje cały stożek. Jedyna nadzieja ocalenia, jeżeli szczyt stożka przewyższa powierzchnię powodzi; chciałbym przedsięwziąć tę ostatnią próbę, czy zgadza się pani na nią?

– Rób, co uważasz za właściwe, – odrzekła.

W tej chwili latarka zgasła z braku powietrza i wszyscy zostali pogrążeni w zupełnej ciemności.

Dick wspiął się na ramiona Herkulesa, który uczepił się jednej z bocznych komórek i tylko głowa jego wychodziła nad powierzchnią wody.

Pani Weldon z Jankiem, kuzyn Benedykt i Nany, wcisnęli się na najwyższe piętro komórek.

Dick zaczął znów przewiercać ścianę; stempel prędko obracał się w glinie, ale w tem już miejscu ściana była grubsza i twardsza, a zatem trudniejsza do przebicia. Dick działał z największym jak można pośpiechem, ale straszny niepokój miotał jego dusza, bo tym maleńkim, ręka jego wierconym otworem, albo dostanie się powietrze, a z niem życie, albo woda, a z nią śmierć nieuchronna…

Wtem dał się słyszeć ostry syk. Powietrze ścieśnione uciekało… promyk światła przedzierał się do wnętrza. Woda podniosła się do wysokości ośmiu stóp i zatrzymała się. Dick nie miał potrzeby już zatykać otworu. Zrównała się powierzchnią wody wewnętrznej i zewnętrznej; szczyt stożka wznosił się ponad nią.

Nieszczęśliwi rozbitki byli ocaleni!…

Szalony okrzyk wydarł się ze wszystkich piersi; pochwycono kordelasy i siekiery; otwór powiększał się prędko, powietrze wchodziło do wnętrza, a wraz z niem wdzierały się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Gdy już sam szczyt zostanie rozbity, łatwo będzie wdrapać się na wierzch ścian i obmyślić środek dostania się na najbliższą jakaś wysokość, gdzie nie trzebaby już obawiać się powodzi.

Dick pierwszy wszedł na szczyt stożka; nagle głośny krzyk wydarł się z jego piersi. W powietrzu rozległ się świst dobrze znany podróżnikom afrykańskim, świst strzały lecącej w powietrzu.

Dick dostrzegł obozowisko, rozłożone o jakie sto kroków od mrowiska, a niedalej jak o dziesięć, na powodzią zalanej równinie, długie łodzie pełne krajowców. Właśnie z jednej z tych łodzi wyleciała strzała, jak tylko Dick wyjrzał z mrowiska.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 067

Młody nowicyusz w kilku słowach opowiedział wszystko towarzyszom. Pochwycił broń i, powróciwszy na szczyt stożka wraz z uzbrojonym Herkulesem, Batym i Akteonem, dał ognia do jednej z łodzi.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 069

Kilku dzikich padło; okropne wycie i wystrzały odpowiedziały na strzały dane z mrowiska.

Ale cóż mógł poradzić Dick z garstką murzynów przeciw stu może afrykanom, którzy ich otoczyli ze wszystkich stron!…

Dzicy obiegli mrowisko, wyciągnęli z niego gwałtem panią Weldon z Jankiem, kuzyna Benedykta i resztę ich towarzyszy. Nieszczęśliwi nie mogli nawet pożegnać się, może na zawsze, ani przemówić do siebie; zostali bowiem natychmiast rozłączeni.

Do pierwszej łodzi wsadzono panią Weldon z Jankiem i kuzynem Benedyktem, którzy wkrótce znikli z oczu Dicka, pociągnięci do wnętrza obozowiska. Dicka wraz ze starym Tomem, Herkulesem, Batym, Akteonem i Austynem wrzucono do drugiej łodzi, która skierowała się ku przeciwnej stronie.

Do tej łodzi wsiadło dwudziestu krajowców; pięć innych łodzi płynęło za nią. Opór był niemożebnym, jednakże Dick i jego towarzysze próbowali go stawić.

Ranili kilku żołnierzy karawany i byliby zapewne to drogo przypłacili, gdyby dzikim nie przykazano ich oszczędzać.

Po kilku minutach łódź przybiła do brzegu, i w tejże chwili Herkules jednym skokiem wyskoczył na ląd; kilku krajowców puściło się za nim, ale olbrzym bił ich w głowę kolbą jak maczugą i padali z roztrzaskanemi czaszkami.

Herkules znikł wśród drzew, ścigany gradem kul; jednocześnie wysadzono na ląd Dicka i jego towarzyszy, skrępowawszy jak niewolników.


'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 068


Rozdział VII

Obozowisko nad rzeką Coanza.

Od chwili, gdy powódź zamieniła w jezioro równinę, na której wznosił się gród termitów, postać kraju zupełnej uległa zmianie. Jedynymi wydatniejszymi punktami było kilkanaście mrowisk, szczytem stożka, wyłaniających się z wody.

To Coanza tak wylała skutkiem przypływu wód, wpływających do niej rzek, przepełnionych ulewnym deszczem.

Coanza, jedna z rzek Angoli, wpada do oceanu Atlantyckiego, o sto mil od miejsca, w którem Pilgrim osiadł na skalach. To tę rzekę Cameron przebywał w kilka lat później zanim się dostał do Bengueli; przeznaczeniem jej jest stać się głównym punktem wewnętrznej komunikacyi tej części kolonii portugalskich. Dziś już okręty kursują w niższej jej części, a za lat kilka będą przepływać i górne łożysko.

Dick Sand bardzo roztropnie postąpił, szukając na północy jakiejś żaglownej rzeki. Rzeczka, której biegiem szli, wpadała właśnie do Coanzy, gdyby więc nie nagła napaść, której przewidzieć nie mógł, znalazłby ją był z łatwością o milę dalej. Zbudowaliby wówczas tratwę i, płynąc przez Coanzę, prędko mogliby dostać się do kolonii portugalskich, skąd odpływają statki. Tym sposobem byliby ocaleni; na nieszczęście jednak stało się inaczej.

Obozowisko dostrzeżone przez Dicka Sand, rozłożone było na wzgórzu w pobliżu mrowiska, stanowiącego dla nich jakby zgubną zasadzkę. Na szczycie tego wzgórza stał wysoki sykomor, pod którego cieniem pięciuset ludzi mogłoby szukać schronienia.

Kto nie widział tych olbrzymich drzew środkowej Afryki, nie może mieć o nich pojęcia; gałęzie ich tworzą jakby las, w którym można zabłądzić. W oddali, wielkie banany uzupełniały ramy rozległego krajobrazu.

Pod cieniem olbrzymiego tego sykomoru, stanowiącego jakby schronienie, zatrzymała się karawana, o której przybyciu Harris zawiadomił Negora. Liczna ta gromada krajowców, porwanych z ich wiosek przez agentów Alweza, handlującego niewolnikami, prowadzona była na targ w Kazonde. Stamtąd będą wysłani albo do osad zachodnich, albo do Nyangwe, w stronę wielkich jezior, gdzie sprzedani zostaną do wyższego Egiptu lub faktoryi Zanzibaru.

Zaraz po przyprowadzeniu do obozu, obchodzono się z Dickiem i jego towarzyszami jak z niewolnikami. Starego Toma, syna jego Akteona i Austyna traktowano tak źle, jak więźniów, rozbrojono ich pomimo energicznego oporu, powiązano po dwóch z sobą za gardła, za pomocą deski długiej sześć do siedmiu stóp, rozdzielonej na końcach i zamkniętej z obydwóch stron żelazną sztabką. Tym sposobem musieli iść w szeregu jeden za drugim, nie mogąc zboczyć ani na prawo ani na lewo. Nadto byli jeszcze związani grubym łańcuchem w pasie ich obejmującym.

Ręce mieli wolne, aby mogli dźwigać ciężary, nogi wolne, aby iść mogli, ale ucieczka była niemożebną. I nieszczęśliwi musieli tak przebywać setki mil, pod batem dzikiego hawildara.

Biedni, nowi więźniowie, znękani zwrotem, jaki nastąpił po ich rozpaczliwym oporze przeciw napastnikom, leżeli nieruchomie na ziemi. Ach! czemuż nie mogli uciec jak Herkules! Chociaż i dla niego prawie nie było ratunku, bo choć był nadzwyczaj silny, lecz czyż zdoła sobie dać radę w tej dzikiej okolicy, narażony na głód, napad krajowców lub dzikich zwierząt? Może wkrótce pozazdrości losu swych współtowarzyszy, którzy przecież nie mogli spodziewać się żadnej litości od przywódców karawany, arabów lub portugalczyków, mówiących niezrozumiałym dla nich językiem, i którzy tylko dzikiem spojrzeniem lub groźnymi ruchami porozumiewali się z nimi.

Dick nie był związany z jakimś niewolnikiem; był białym, nie śmiano więc go traktować jak murzyna; rozbrojony, miał jednak ręce i nogi wolne, ale przeznaczono jednego hawildara wyłącznie do czuwania nad nim. Rozglądał się po obozowisku, spodziewając się, że lada chwila zobaczy Harrisa lub Negora, – ale zawiodło go oczekiwanie. Nie mógł przecież wątpić, że ci dwaj łotrzy kierowali napaścią na mrowisko.

Przyszło mu na myśl, że pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt z rozkazu amerykanina lub portugalczyka oddzielnie byli konwojowani, a nie widząc w obozie żadnego z nich, domyślił się, że zapewne obaj towarzyszyli swoim ofiarom. Gdzie ich prowadzono, co zamierzano zrobić z nim? O tem myślał jedynie, zapominając o własnych cierpieniach i niewoli; Dick troszczył się tylko o panią Weldon, jej syna i kuzyna Benedykta.

Karawana, rozłożona obozem pod olbrzymim sykomorem, składała się z 800 blizko osób, to jest z 500 niewolników obojej płci, dwustu żołnierzy, dalej z nadzorców, hawildarów, agentów i przywódców.

Przywódcy byli pochodzenia arabskiego lub portugalskiego. Trudno sobie nawet wyobrazić okrucieństwo, z jakiem nieludzcy ci przywódcy obchodzą się z niewolnikami. Biją ich nieustannie, a tych, którzy na drodze padają z wysilenia i nie zdadzą się na sprzedaż, zabijają kolbami od fuzyi. Chcą teroryzmem utrzymywać ich w ślepem posłuszeństwie lecz skutkiem nieludzkiego tego obchodzenia się tracą połowę swoich niewolników; jedni uciekają, inni umierają z wycieńczenia a kości ich leżą rozproszone po przebytej drodze.

Łatwo się domyśleć, że agenci pochodzenia europejskiego, po największej części portugalczycy, są to łotry wypędzeni z własnego kraju, skazańcy, dezerterowie z więzień, dawni niepochwyceni i niepowieszeni handlarze niewolników; słowem szumowiny społeczeństwa. Takimi byli Negoro i Harris, zostający obecnie w usługach najznaczniejszego handlarza w Afryce środkowej, Józefa Antonia Alwez, dobrze znanego w całej prowincyi, o którym porucznik Cameron ciekawe podaje szczegóły.

Żołnierze, eskortujący więźniów, są to po większej części krajowcy, zostający na żołdzie handlarzy niewolników; ale nie oni wyłącznie sprawiają te straszne rzezie, za pomocą których zdobywają niewolników. I królowie murzyńscy w tym samym celu staczają z sobą straszne wojny; wtedy pochwyceni w niewolę, mężczyźni, kobiety, dzieci, zostają przez zwycięzców sprzedani handlarzom jako niewolnicy za kilka yardów perkalu, za proch, broń, kolorowe paciorki, a często nawet podczas głodu za kilkadziesiąt ziarnek kukurudzy.

Żołnierze eskortujący karawanę starego Alweza, mogli dać doskonałe pojęcie o wojskach afrykańskich. Był to stek murzyńskich bandytów, zaledwie odzianych, z długiemi skałkówkami i lufami obwijanemi mosiężnemi obrączkami. Z taką eskortą, do których przyłączają się nie lepsi od nich maruderzy, agenci nie mało mają kłopotu.

Targują się o spełnienie wydawanych rozkazów, narzucają swoją wolę co do miejsc i godzin spoczynku i grożą porzuceniem, jeśli nie zastosują się do ich wymagań. Chociaż niewolnicy, zarówno mężczyźni jak kobiety, zniewoleni są dźwigać ciężary podczas pochodu karawany, każdej jeszcze towarzyszy pewna liczba tak zwanych nosicieli. Krajowcy nazywają ich »pegazis«, im powierzane bywają paki z kosztownymi przedmiotami, zwłaszcza z słoniową kością. Cenny ten towar wysyłany bywa na targowiska Khartoumu, Zanzibaru i Natalu.

Po dostawieniu niewolników pegazisowie bywają zapłaceni podług umowy, otrzymują najczęściej ze dwadzieścia yardów bawełnianych wyrobów albo pewnej materyi zwanej »merikani« lub paczkę prochu, garść muszli »Kauris«, które kursują tu jak pieniądze, kilka pereł a nawet, jeśli handlarz niema czem płacić, takich niewolników, których trudno byłoby sprzedać.

Pomiędzy pięciuset niewolnikami karawany, prawie nie było ludzi dojrzałych, to z powodu, iż po odbyciu rzezi i spaleniu osady, wszyscy jej mieszkańcy, mający czterdzieści lat skończonych, są niezwłocznie mordowani i wieszani na drzewach. Tylko dzieci i młodzież obojej płci są przeznaczeni na sprzedaż.

Po takich łowach na ludzi, zaledwie dziesiąta część zwyciężonych pozostaje przy życiu, i to tłómaczy straszne wyludnienie, zamieniające w pustynie wielkie przestrzenie Afryki.

Ma się rozumieć, że tak podczas pochodu, jak podczas wypoczynku, jeńcy byli bardzo surowo strzeżeni. Dick zrozumiał, że niepodobna było nawet myśleć o ucieczce. Ale jakimże sposobem znajdzie panią Weldon?

Nie ulegało wątpliwości, że ona, Janek i kuzyn Benedykt uprowadzeni byli przez Negora; Dick nie mógł jeszcze pojąć powodów dla jakich nikczemnik ten rozłączył ich z towarzyszami, ale serce pękało z boleści na samą myśl niebezpieczeństwa, zagrażającego pani Weldon.

– Ach! myślał sobie, jakże teraz żałuję, że mając ku temu sposobność, nie zastrzeliłem ich obu!

I myśl ta uporczywie tkwiła w umyśle Dicka; iluż to uniknęliby cierpień i nieszczęść, gdyby ci dwaj nędznicy ponieśli byli zasłużoną karę.

Nie mógł zapomnieć ani na chwilę o okropnem położeniu pani Weldon, Janka i kuzyna Benedykta. Wiedział, że ani matka, ani dziecko nie mogą liczyć na pomoc ostatniego, który sam sobie radzić nie umie. Zapewne prowadzono ich w jakieś dalekie strony prowincyi Angola, ale któż niesie biedne, chore dziecko!

Najniezawodniej matka, mówił sobie; zdobyła się na tę siłę, wzorem tych nieszczęśliwych niewolnic, które obok innych ciężarów dźwigają swoje dzieci, i jak one padną z wysilenia! Ach! gdybym mógł ukarać jej katów!…

Ale sam był więźniem, zaliczonym do tej trzody ludzkiej, która hawildarzy pędzili do środka Afryki. Nie wiedział nawet, czy Negoro i Harris przewodniczyli orszakowi, do którego należały ich wyprawy. Nie było Dinga, któryby wytropił ślad Negora i dał poznać jego zbliżenie się; chyba tylko jeden Herkules mógłby przyjść z pomocą nieszczęśliwej pani Weldon, – ale czyż można było spodziewać się tego niemal cudu?…

Jednak Dick uparcie czepiał się tej nadziei. Mówił sobie, że silny murzyn jest wolny, a o poświęceniu jego niepodobna było wątpić. Niezawodnie Herkules zrobi wszystko, co będzie w jego mocy dla ocalenia pani Weldon; albo będzie się starał odnaleźć ślad, gdzie ją uprowadzono, albo, jeżeli to będzie niemożebnem, porozumie się z nim samym, a może uwolni zręcznym manewrem. Może uda mu się skorzystać z nocnych ciemności, zakraść się pomiędzy czarnych jak on więźniów, podejść czujność żołdaków, dostać się do niego, przeciąć jego więzy i uprowadzić do lasu. A wtedy, obydwaj wolni, czegóżby nie uczynili dla wyzwolenia pani Weldon? Z biegiem wody doszliby aż na wybrzeże, a tam Dick Sand, lepiej obznajomiony z niebezpieczeństwami, z nową nadzieją powodzenia, przedsięwziąłby znów wykonanie planu, przerwanego tak nieszczęśliwie.

Młody nowicyusz miotany był naprzemian nadzieją i obawą, ale dzięki mocy swego charakteru nie upadał na duchu i gotów był korzystać każdej chwili z najmniejszej nadarzającej się sposobności.

Przedewszystkiem trzeba było dowiedzieć się na jaki targ prowadzono niewolników, czy do którejś faktoryi w Angoli; a w takim razie droga nie byłaby daleka, czy też gdzie o setki mil przez środkową Afrykę na targ w Nyangwe, w Manyema, w krainie wielkich jezior, która wówczas przebywał Livingstone? Lecz miejscowość ta była tak odległa, iż zaledwie w kilka miesięcy mogliby dojść do niej.

A była to nader ważna kwestya, gdyż gdyby ich popędzono do Nyangwe, to nawet w razie, jeśliby pani Weldon, on i inni murzyni zdołali uciec, powrót na wybrzeże byłby nader trudnym, a może nawet zupełnie niemożebnym.

Wkrótce jednak Dick mógł wnosić nie bezzasadnie, że karawana niezadługo stanie u kresu podróży, bo choć nie rozumiał ani po arabsku ani narzecza afrykańskiego, w jakiem rozmawiali z sobą agenci, uważał jednak, że często wymieniali nazwę znacznego poblizkiego targowiska, to jest Kazonde, w którem prowadzono wielki handel niewolnikami. Wywnioskował więc z tego, że tam rozstrzygnie się los więźniów, czy na korzyść królika miejscowego, czy też jakiegoś handlarza niewolników. W samej rzeczy Dick się nie mylił.

Znając dokładnie geografię, Dick wiedział czem jest Kazonde. Z San Paolo de Loanda do Kazonde jest około czterystu mil, a zatem zaledwie 250 mil oddzielało go od obozowiska rozłożonego nad Coanza. Dick rachunek swój obliczył w przybliżeniu, biorąc za podstawę drogę przebytą przez nich pod przewodnictwem Harrisa. Otóż w zwykłych warunkach droga ta wymagała dziesięciu do dwunastu dni, ale, zważając na znużenie karawany trzeba było liczyć podwójnie, a zatem, że podróż z Coanza do Kazonde potrwa trzy tygodnie. Dick pragnął bardzo o tych domysłach swoich zawiadomić Toma i jego towarzyszy, gdyż byłoby to dla nich prawdziwą pociechą wiedzieć, że nie popędzą ich do środka Afryki, z której się nie wraca.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 070

Przypadek chciał, że Tom i syn jego Baty jednemi widłami, czyli końcami desek, byli złączeni; Akteon i Austyn także razem skuci, znajdowali się na prawem skrzydle obozowiska. Pilnował ich hawildar i dwunastu żołdaków.

Dick, korzystając ze swobody ruchów, zamierzył zmniejszać powoli dzieląca ich odległość, wynoszącą 50 kroków i zaczął odpowiednio manewrować.

Widać Tom zrozumiał zamiar Dicka Sand, bo szepnął do swoich towarzyszy, aby byli uważni, nie poruszali się, ale patrzyli i nadsłuchiwali bacznie.

Wkrótce Dick tak nieznacznie się do nich zbliżył, iż mógłby wymienić nazwę Kazonde i oznaczyć jak długo potrwa droga, do tego miejsca. Tom byłby go usłyszał, ale pragnął objaśnić ich szczegółowo i porozumieć się, co czynić mają i dlatego zbliżał się coraz bardziej. Już tylko był o parę kroków, serce zabiło nadzieją porozumienia, gdy nagle, jakby przeczuwając jego zamiary, hawildar rzucił się na niego. Na krzyk jego nadbiegło dziesięciu żołdaków, pochwyciło Dicka i odprowadziło na bok, a Toma i jego towarzyszy przepędziło na przeciwny koniec.

Przywiedziony do ostateczności, Dick rzucił się na hawildara i wydarł mu dubeltówkę, ale kilku żołdaków przytrzymało go, musiał więc uledz przemocy. Rozzłoszczeni żołdacy byliby go zarąbali, gdyby nie nadszedł jeden z przywódzców karawany, arab bardzo wysoki, z dzikim wyrazem twarzy. Był to ów Ibn Hamis, o którym wspominał Harris. Arab ten wyrzekł kilka słów, których Dick nie rozumiał i żołnierze oddalili się, choć z niechęcią. Przekonał się więc dobitnie, że był wyraźny rozkaz, aby mu nie dozwolić porozumiewać się ani zbliżać do towarzyszy, oraz że niewolno było nastawać na jego życie. A któżby mógł wydać takie rozkazy, jeżeli nie Harris lub Negoro?

Było to 19 kwietnia, dziesiąta godzina rano; rozległy się ostre dźwięki rogu, uderzono w bęben; karawana ruszyć miała w dalszy pochód.

Wszyscy w jednej chwili byli na nogach. Gdy podniesiono pakunki, potworzyły się oddziały więźni pod przewodnictwem hawildara, który rozwinął sztandar jaskrawej barwy.

Dano znak do pochodu.

Śpiew rozległ się w przestrzeni, śpiew nie zwycięzców, ale zwyciężonych, którzy wyrażali w nim groźbę napiętnowana naiwną wiarą niewolników, groźbę przeciw ciemięzcom i katom. Oto co śpiewali:

»Porwaliście mnie z moich stron rodzinnych, ale gdy umrę, nie będę skrępowany waszem jarzmem i wtedy przyjdę was pozabijać!« 



Rozdział VIII

Notatki Dicka Sand.

Choć burza szalejąca wczoraj minęła, czuć ją było jeszcze w powietrzu. Była to właśnie pora deszczów, tak zwana »masika«, panujących pod tą strefą afrykańskiego lądu. Przez jakie dwa lub trzy tygodnie noce szczególniej bywały dżdżyste, co powiększało jeszcze przykrość pochodu.

Tego dnia, gdy wyruszyli w drogę czas był bardzo pochmurny; opuściwszy brzegi Coanza udali się w kierunku wschodnim. Na czele szło pięćdziesięciu żołnierzy, stu po bokach i pięćdziesięciu z tyłu; gdyby więc nawet więźniowie nie byli skuci, ucieczka byłaby wielce trudna. Mężczyźni, kobiety, dzieci szli pomieszani, hawildarowie popędzali ich batami.

Były tam nieszczęśliwe matki, które karmiły jedno dziecię, a wolną ręką niosły drugie.

Inne wlokły się po ostrej trawie, rosnącej na nierównym gruncie. Przywódzca całej karawany, srogi arab Ibn Hamis dozorował całą tę trzodę ludzką. Zarówno on, jak i jego agenci nie troszczyli się wcale o głód, nędzę i cierpienia niewolników, musieli jednak liczyć się z żołnierzami, domagającymi się większych porcyi, 5 pegazisami, żądającymi, aby zatrzymać się dla wypoczynku. Stąd wynikały ciągłe starcia, co odbijało się na biednych więźniach. Z jednej strony rozlegały się groźby, z drugiej krzyki boleści, i ci co szli w ostatnich rzędach kroczyli po ziemi zbroczonej krwią poprzedników.

Towarzysze Dicka zawsze trzymani na przodzie orszaku, nie mogli nawet skinieniem z nim się porozumieć. Szli w linii, szyje ich ujęte były w widły, nie dozwalające im nawet poruszać głową. Nie szczędzono im łajań, tak samo, jak innym więźniom.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 071

Baty skuty z ojcem swoim szedł naprzód, wybierał miejsca, gdzie ma stąpić, wiedząc, że ojciec miał postępować jego śladem. Gdy hawildar oddalił się nieco, Baty szeptał słowa pociechy, z których niektóre dochodziły do uszu ojca.

Jakaż to było męka dla niego, że nie mógł odwrócić głowy, aby spojrzeć na ojca.

Tom mógł patrzeć na syna, ale drogo przypłacał tę pociechę; ileż to razy gorące łzy płynęły mu z oczów, gdy hawildar bił jego syna; cierpiał na tem stokroć więcej, niż gdyby bat spadał na jego plecy.

Akteon i Austyn szli o kilka kroków dalej, skuci ze sobą i okładani raz po raz batem hawildara. Ach! jakże zazdrościli Herkulesowi, nie rozważając jak wielkie zagrażały niebezpieczeństwa w tym dzikim kraju, mógł przynajmniej zużytkować swą siłę w obronie swojego życia.

W pierwszych chwilach uwięzienia, stary Tom dał poznać towarzyszom prawdziwe ich położenie. Dowiedzieli się od niego, że znajdują się w Afryce, dokąd ich rzuciła zdrada Negora i Harrisa, a następnie wtrąciła w głąb kraju, i że nie mogli się spodziewać żadnej litości od swoich wrogów.

Nie lepiej się obchodzono z biedną Nany, pędzoną w gromadzie kobiet w środku karawany. Skuto ją z jakąś młodą matką dwojga dzieci; jedno jeszcze przy piersi, drugie trzyletnie, zaledwie mogące na nóżkach się utrzymać. Zdjęta litością Nany wzięła je na ręce, a biedna matka dziękowała jej ze łzami. Nany niosła więc dziecię, oszczędzając mu w ten sposób razów hawildara, ale za wielki był to ciężar na wątłe jej siły. Na widok murzynka wciąż myślała o Janku; wystawiała go sobie na ręku matki. Choć chłopczyk wychudł bardzo skutkiem choroby, pomimo to musiał być za ciężkim na słabe siły pani Weldon. Gdzie oni byli, co się z niemi działo, czy zobaczy jeszcze kiedy swą ukochaną panią?

Dick szedł na końcu karawany; nie mógł widzieć ani Nany, ani żadnego ze swych towarzyszy, gdyż czoło karawany wówczas dopiero było dla niego widoczne, gdy przechodziło jaką płaszczyznę. Szedł pogrążony w smutnych myślach, które od czasu do czasu przerywał jedynie krzyk agentów. Nie myślał o sobie, o trudach, jakie mu grożą, ani o męczarniach, na jakie zapewne skaże go Negoro, ale jedynie o pani Weldon…

Daremnie upatrywał jakichś śladów jej przejścia po drodze, po cierniach rosnących przy niej, po niej; a jednak musiała przechodzić tędy, jeżeli jak wszystko kazało wnosić, prowadzono ją do Kazonde! Jakże gorąco pragnął, aby ich przynajmniej w jednem trzymano miejscu!

Pomimo jednak własnych cierpień, nie mogli patrzeć obojętnie na cierpienia i męki biednych niewolników, z którymi tak okropnie się obchodzono; ale sami uwięzieni, cóż pomóc im mogli!

Kraj położony na wschód Coanzy, na przestrzeni około dwudziestu mil był pokryty gęstym lasem. Jednak, czy to skutkiem ukąszeń licznych owadów, czy niszczenia zanim dorosną przez stado słoni, drzewa nie rosły tu tak gęsto, jak w okolicach, leżących bliżej wybrzeży. Pochód więc pod drzewami nie przedstawiał trudności.

Rosły tu liczne drzewa bawełniane, wysokie siedem do ośmiu stóp, z których wyrabiają tkaninę w czarne i białe prążki, noszoną w tych stronach.

W niektórych miejscach tak gęsta trzcina pokrywała grunt, iż karawany całej widać w niej nie było.

Ze wszystkich zwierząt znajdujących się w tej okolicy, tylko słonie i żyrafy przewyższyłyby głową tę trzcinę, podobną do bambusowej, której łodyga ma cal średnicy.

Widocznie agenci znali doskonale tę drogę, gdyż inaczej niewątpliwie by zabłądzili. Karawana wyruszała codziennie ze świtem, a w południe zatrzymywała się na godzinę dla wypoczynku. Wtedy rozdawano niewolnikom trochę manioku, i po kawałku koziego lub cielęcego mięsa. Ale biedacy ci tak byli znużeni, wypoczynek był tak krótki a w nocy, podczas deszczu prawie niemożebny, że gdy nadeszła chwila posiłku, prawie jeść nie mogli. To też w tydzień po opuszczeniu Coanzy, znowu ze dwudziestu padło na drodze na pastwę dzikich zwierząt, uwijających się za karawana. Lwy, pantery i lamparty czekały na swoje ofiary, i codziennie po zachodzie słońca wycie ich rozlegało się tak blizko, że można było obawiać się napaści.

Słysząc wycie i ryk tych zwierząt, które w ciemności jeszcze więcej były przerażające Dick myślał z trwogą, że spotkanie się z niemi może bardzo utrudnić lub nawet uniemożebnić przedsięwzięcia Herkulesa. Jednak gdyby tylko mógł upatrzeć odpowiednia chwilę i on niechybnie ratowałby się ucieczką.

Oto są notatki, jakie Dick Sand spisał podczas pochodu z Coanza do Kazonde.

Dla przebycia tych dwustu pięćdziesięciu mil trzeba było odbyć dwadzieścia pięć »marszów«, co znaczy w języku handlarzy niewolników dziesięć dni i nocy wraz z przestankami.

Od 25 do 27 kwietnia. Przybyliśmy do osady otoczonej murem trzcinowym, o osiem do dziesięciu stóp wysokim. Pola uprawne, dwóch czarnych pochwycono i zabrano w niewolę, piętnastu zabito. Ludność osady ratowała się ucieczką.

Następnego dnia przebyliśmy bystrą rzekę, szeroką na 150 yardów, zarzucono most pływający, zrobiony z pni drzew połączonych z sobą pnączami. Wpadły w wodę dwie kobiety przykute do jednych wideł; jedna niosła dziecko na ręku; ale wydobyto je niebawem. Krokodyle wsuwają się między pnie mostu, idąc przez niego można któremu włożyć nogę w paszczę.

28 kwietnia. Przebyliśmy las bohinii; są to drzewa wysokopienne, dostarczające portugalczykom tak zwanego żelaznego drzewa. Padał deszcz ulewny, grunt rozmiękł, pochód nadzwyczajnie utrudniony.

Spostrzegłem w środku karawany biedną Nany, niosącą na ręku małego murzynka. Zaledwie iść może. Skuta z nią niewolnica kuleje.

Wieczorem obozowaliśmy pod olbrzymim boababem; drzewo to ma kwiat biały, a liść jasno-zielony. W nocy słychać było ryk lwów i lampartów, jeden z krajowców strzelił do pantery… Go się dzieje z Herkulesem?…

29 i 30 kwietnia. Pierwsze dni zimna, tak zwanej zimy afrykańskiej; bardzo duża rosa. Z końcem kwietnia kończy się pora deszczów, zaczynają się w listopadzie.

– Doliny jeszcze zalane; wieje wiatr wschodni, niezmiernie utrudniający oddech i usposobiający do malaryi (febry błotnej).

– Nic nie wiem o pani Weldon, ani o panu Benedykcie, jeżeli nie do Kazonde, to gdzież ich prowadzą? zapewne nas wyprzedzili. Jestem bardzo niespokojny… Janek zapewne znów dostał febry w tej niezdrowej okolicy, ale czy żyje jeszcze.

– Od 1 do 6 maja. Odbyliśmy kilka marszów drogą tak zalaną wodą, iż miejscami dochodziła do pasa. Niezliczona ilość pijawek czepia się ciała, ale mimo to iść trzeba. Nie można znaleźć miejsca wypoczynku, jak okiem dojrzeć woda stoi wszędzie, iść przez nią trzeba po ciemku. Okropne położenie! upadłszy, lepiej podobno się nie podnosić, pozostać pod wodą i skończyć cierpieć… przynajmniej tam już nie dosięgnie bat hawildara! ale nie mam prawa tego uczynić, nie mam prawa opuszczać pani Weldon i jej syna… spełnię obowiązek, dotrwam do końca…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 072

– Dały się słyszeć w nocy przeraźliwe krzyki. Ze dwudziestu żołnierzy połamało gałęzie drzew żywicznych, które wychodziły po nad wodę; zapalone rzucały sinawy blask w ciemności. Powodem krzyku był napad krokodyli. Kilkanaście potworów rzuciło się w ciemności na tył karawany, pochwyciły kogo mogły i pociągnęły do wody. Livingstone zaznacza, że potwory te wciągają zdobycz do nor swoich w wodzie, aby ją pożreć, gdy rozkładać się zacznie. Jeden krokodyl otarł się o mnie, pochwycił i wyrwał z wideł tuż przy mnie stojącego. Rozległ się straszny krzyk rozpaczy i bólu… dotąd go jeszcze słyszę.

7 i 8 maja. Nazajutrz rano policzono brakujących niewolników, – krokodyle zabrały dwadzieścia ofiar.

Jak tylko zaświtało, szukałem Toma i jego towarzyszy, dzięki Bogu wszyscy żyją…

Tom z synem idą na przodzie karawany, ale biednej Nany dostrzedz nie mogłem… Może znajduje się w samym środku karawany, a może i ona zginęła tej strasznej nocy.

Następnego dnia stanęliśmy nareszcie na wzgórzu, gdzie już wody nie było, słońce zaczęło przyświecać i osuszyło nas trochę. Rozdano nam nędzną strawę, i trochę manioku, parę garści kukurudzy i mętnej wody do picia. Iluż to więźniów leżących na ziemi już z niej nie wstanie!…

Nie, to niepodobna, aby pani Weldon i jej synek mieli znieść takie cierpienia!… Bóg pewnie miał litość nad nimi i inną drogą poprowadzono ich do Kazonde. Nieszczęśliwa matka nie przetrwałaby takich trudów!

9 maja. Ospa pojawiła się w karawanie; otoczony jestem żywymi szkieletami… Zobaczyłem nareszcie starą Nany; już nie niosła dziecka na ręku; sama szła. Może jej teraz lżej będzie iść… ale łańcuch, co ją przykuwał do drugiej, wisi jeszcze u jej pasa, musiała zarzucić go na ramię.

Udało mi się zbliżyć do niej; zdawało się, że mnie nie poznaje… czyżbym się tak bardzo zmienił?…

– Nany! – zawołałem.

Długo wpatrywała się we mnie, nareszcie rzekła:

– Ach! to pan, panie Dick… ja… ja… już niedługo umrę.

– O nie! Nany! Odwagi… – mówiłem, pocieszając ją i spuszczając oczy, aby nie widzieć nieszczęśliwej, będącej już tylko cieniem samej siebie.

– Umrę, powtórzyła, i nie zobaczę już mojej ukochanej pani, ani mego małego Janka…

Boże! mój Boże! ulituj się nademną!…

Chciałem podtrzymać biedną Nany, która drżała jak listek; byłbym chętnie zezwolił, żeby mnie przykuto do niej, abym jej ulżył dźwigania ciężkiego łańcucha, który sama nieść musiała od czasu śmierci towarzyszki niedoli. Ale w tejże chwili silne ramię odepchnęło mię, a nieszczęsna Nany uderzona biczem, została wepchnięta pomiędzy niewolnice. Chciałem rzucić się na okrutnego kata… ale przysunął się przywódca arab, pochwycił mnie za rękę, i trzymał, dopóki nie znalazłem się na końcu karawany. Potem zwrócił się do hawildara i usłyszałem jak powiedział: »Negoro«.

Negoro! a więc tak, to z rozkazu Negora obchodzi się ze mną inaczej, niż z mymi towarzyszami nieszczęścia… Jakiż los przeznacza mi ten łotr?…

10 maja. Przechodziliśmy dziś przez dwie wioski w płomieniach; ze wszystkich stron widać było palące się chaty. Ludność uciekła. Pola spustoszone… pustką swą smutny bardzo przedstawiały widok. Odbywała się razzia… w której pochwycono dwunastu niewolników.

Z nadejściem wieczora zatrzymaliśmy się pod wielkiemi drzewami na nocleg. Wczoraj udało się kilku więźniom złamać widły i uciec; ucieszyłem się z tego niewymownie; ale z wielkim smutkiem spostrzegłem, że hawildarowie i żołnierze podwoili ostrożność.

Pomimo znużenia, myśli mi zasnąć nic dają… Zdaje mi się, że coś szeleści w wysokiej trawie… może jaki zwierz dziki… słychać z oddali ryk lwów i hyen. Zacząłem nadsłuchiwać… nic znów nie słychać… a! teraz wyraźnie słyszę, że zwierz jakiś przesuwa się wśród trzciny… Nie mam broni, a jednak będę się bronił… życie moje może być jeszcze użyteczne dla pani Weldon i moich towarzyszy…

Natężam wzrok, ale księżyc nie przyświeca, noc czarna… otóż widzę dwoje strasznie błyszczących oczu w ciemności z pomiędzy papyrusów… pewnie oczy hyeny lub lamparta… to nikną, to się pokazują… nareszcie trawy poruszyły się mocno… zwierz jakiś rzucił się ku mnie!…

Omal, że nie wydałem okrzyku… na szczęście powstrzymałem się…

Oczom swoim wierzyć nie mogę… Dingo przy mnie… Kochany Dingo!…

Jakimże sposobem mógł mnie znaleźć? Instynkt! ale czyż instynkt mógłby wytłomaczyć takie dowody wierności? Poczciwe psisko liże mi ręce… więc cię nie zabili, mój kochany Dingo?

Zacząłem go głaskać… chciał zaszczekać radośnie, uspokoiłem go, nie trzeba, aby go usłyszeli… Gdyby mógł iść za karawaną, aby go nie spostrzegli… Ale jak uparcie ociera kark o moje ręce, wyraźnie jakby mówił mi: »szukaj tu!« Zacząłem szukać i poczułem kawałek trzciny, założony na obrożę z literami S. V., których tajemnica pozostała dla nas nierozwiązana.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 073

Wyjąwszy, złamałem trzcinę i znalazłem w niej karteczkę.

Ach! nie mogę jej przeczytać… ciemno… trzeba czekać aż się rozwidni…

Chciałbym zatrzymać Dinga, poczciwe psisko liże mi ręce, widzę jednak, że pragnie najprędzej odejść… Zrozumiał, że spełnił swoje posłannictwo… skoczył w bok i znikł w trawie. Boże! strzeż go od hyen i panter!…

Dingo powrócił niezawodnie do tego, co go przysłał… Kartka, której przeczytać nie mogę, pali mi dłonie… kto ją napisał?… czy pani Weldon, czy może Herkules?… Jakim sposobem Dingo, którego mieliśmy za zabitego spotkał się z którymś z nich?… Co mi powie ta kartka?… Może podaje plan ucieczki?… a może tylko zawiadamia, co się dzieje z drogiemi osobami?… Tak byłem wzruszony, że prawie zapomniałem o swojej smutnej doli…

Ach! jakże długo dzień nie nadchodzi!…

Oka zmrużyć nie mogę. Upatruję na horyzoncie najmniejszego blasku… słychać jeszcze ryk dzikich zwierząt… Oby mój Dingo nie został przez nich rozszarpanym!…

Nareszcie zajaśniał dzień, rozkładam kartkę… to pismo Herkulesa…

Oto co pisał:

»Pani Weldon i mały Janek noszeni w kitandze, Harris i Negoro im towarzyszą.

Kuzyn Benedykt jest z nimi. Wyprzedzają karawanę; nie mogłem porozumieć się z nimi. Znalazłem Dinga, który widać był raniony wystrzałem… ale się wyleczył… Bądź dobrej myśli, panie Dick, myślę tylko o was i uciekłem dlatego jedynie, abym mógł być wam użytecznym«.

Herkules.

Ach! więc pani Weldon i jej synek żyją…

Dzięki Ci, o Boże! że nie są zmuszeni odbywać tak nużących marszów, kitanda jest to rodzaj lektyki, którą dwóch ludzi niesie na ramionach. Cóż Negoro i Harris zamyślają zrobić teraz?… niezawodnie nędznicy ci udadzą się z nimi do Kazonde… tak niezawodnie… Ale ja ich wyszukam… poczciwe psisko ten Dingo, on to zwiastował mi tak pocieszająca wiadomość… teraz lżej mi na sercu, łatwiej przetrwam straszne męki i cierpienia…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 074

Od 11 do 15 maja. Idziemy dalej; więźniowie z trudnością postępować mogą, większość coraz bardziej słabnie i ustaje w pochodzie. Obliczam, że jeszcze dziesięć marszów oddziela nas od Kazonde – iluż tam nie dojdzie, ale ja dojść muszę… i dojdę!

Tak, dojdę! czuję to w duszy, w ufności serca mego, przejętego wiarą w opiekę Boga nad nieszczęśliwymi. Ufność ta krzepi mnie, ożywia, dodaje siły do wytrwania w niegodziwości, której padliśmy ofiarą. Niekiedy zdaje mi się, że ja uwolnię wszystkich, i w chwili podobnego jakby natchnienia, dziwna radość przejmuje mnie całego. Trzeba więc niepoddawać się rozpaczy; złym jest ona doradzcą, odbiera przytomność i przemienia człowieka w istotę bierną, nieumiejącą ani sobie ani drugim radzić skutecznie. Obym tą ufnością mógł natchnąć drugich, ale jakże to trudno bezsilnych duchem podnosić z upadku!

Dnia 24 maja zatrzymaliśmy się na spoczynek przy małej osadzie. Czas był piękny, pogodny, pocieszając moich biednych towarzyszów; spotkałem Nany, leżąca w największem osłabieniu. Kiedym się zbliżył do niej, poznała mnie i, ujmując za rękę, zapytała o Janka i jego matkę.

– Miałem od nich wiadomość przez Dinga, – odrzekłem, – Herkules czuwa i liczę na jego pomoc.

– Bogu niech będą dzięki! – odrzekła. – Jakże wiadomość ta uszczęśliwia mnie. Ufałam, że ich zobaczę jeszcze, ale Bóg inaczej rozporządził i skróci niedługo moje cierpienia. Tam, panie Dick, gdzie duch mój się wzniesie, nie będzie złych ludzi.

Wyrzekłszy to, uśmiechnęła się, wzniosła oczy ku niebu, złożyła pobożnie ręce i zagłębiła się w modlitwie. Nie śmiałem jej przerywać. Twarz jej promieniała szczęściem, zdawało się, że widzi Boga i że tylko ciałem przykuta jest do ziemi. Przeczucie nie zawiodło jej.

Ją pierwszą z naszego grona Bóg powołał do siebie, i niechże ją przyjmie do chwały… Biedna Nany! taka była wierna i przywiązana do pani Weldon i Janka, tak dobra dla wszystkich.

Co noc upatruję Dinga, ale nie powrócił ani razu. Czy aby jego lub Herkulesa nie spotkało jakie nieszczęście?… Nie! nie!… nie chcę tego przypuszczać!

Tak długie milczenie zapewne tylko dowodzi, że Herkules nic nowego niema mi donieść… A zresztą musi być ostrożny i mieć się na baczności…



Rozdział IX

Kazonde.

Karawana niewolników przybyła nareszcie do Kazonde dnia 26 maja. Połowa jeńców pochwycona podczas ostatniej razzii pozostała w drodze, jednak zawsze jeszcze handlarze dobry zrobili interes, gdyż napływ kupców był wielki i cena niewolników podskoczyła bardzo na targowiskach afrykańskich.

W owym czasie Angola prowadziła wielki handel murzynami; władze portugalskie w San Paulo de Loanda i w Bengueli nie mogły mu przeszkodzić, gdyż odstawiano ich do wnętrza lądu afrykańskiego. Nadbrzeżne baraki przepełnione były jeńcami; nieliczne statki, którym udało się przepłynąć w pośród statków strażniczych, pilnujących wybrzeży, nie mogły zabrać wszystkich i odstawić do hiszpańskich kolonii.

Kazonde leży o trzysta mil od ujścia Coanzy; jest to największe i najważniejsze targowisko w tej prowincyi. Interesy załatwiają się na wielkim plasu »Tchitoka«, gdzie niewolnicy są wystawieni do obejrzenia i sprzedaży. Z tego punktu rozchodzą się karawny w stronę wielkich jezior.

Jak wszystkie większe miasta Afryki środkowej, Kazonde dzieli się na dwie oddzielne części, jedna jest dzielnicą kupców arabskich, portugalskich i krajowych i w niej mieszczą się ich baraki, w których zamykają niewolników; drugą jest rezydencya króla murzyna, ukoronowanego pijaka, który panuje dzięki teroryzmowi, a utrzymuje się z datków w naturze, jakich nie szczędzą mu handlujący niewolnikami.

Dzielnica handlowa należała wówczas w Kazonde do owego Józefa Antonio Alwez, o którym to mówili między sobą Harris i Negoro, płatni jego agenci. Tu mieścił się główny zakład tego handlarza, posiadającego jeszcze dwa inne, jeden w Bihe, a drugi w Cassange, w Bengueli, gdzie spotkał go w kilka lat później porucznik Cameron.

Przy wielkiej środkowej ulicy wznoszą się z obu stron szeregi domków »tembes« z płaskimi dachami, ściany wzniesione z gliny i otynkowane, podwórza czworokątne, na których trzymają bydło; przy końcu ulicy leży obszerny plac »Tchitoka«, otoczony barakami; ponad pomieszkaniami wznoszą się ogromne banany z rozłożystemi gałęziami; tu i ówdzie rozsadzono wielkie palmy, których wierzchołki sterczą w powietrzu jak miotły i uwija się z jakie dwadzieścia drapieżnych ptaków, utrzymywanych dla zdrowia publicznego, – oto jak się przedstawia dzielnica handlowa w Kazonde.

Przylegająca do niej rezydencya króla Kazonde, jest zbieraniną biednych chat, rozrzuconych na przestrzeni mili kwadratowej. Do jednych chat zostawiony jest wolny przystęp, inne osłonięte są palisadą z trzciny, lub otoczone krzewiastemi figami. Oddzielna zagroda, ogrodzona płotem papyrusowym, w której stoi trzydzieści chat dla pomieszczenia niewolników i gromadka chat, w których zamieszkują kobiety, jeden domek wyższy i rozleglejszy »tembe«, kryjący się wśród plantacyi manioku, – to rezydencya króla Kazondy, człowieka pięćdziesięcioletniego, nazwiskiem Moini Loungga, o wiele niższe zajmującego stanowisko, niż jego poprzednicy. Niema nawet 4,000 żołnierzy, kiedy główniejsi handlarze portugalscy utrzymują ich po 20,000. Król Kazondy nie mógłby już dziś, jak za dawnych czasów, skazywać na stracenie 25 do 30 niewolników dziennie.

Król ten był to przedwcześnie zgrzybiały starzec, zużyty rozpustą i pijaństwem, dziki, okrutny maniak, który dla fantazyi kaleczył swoich poddanych, oficerów i ministrów; jednym obcinał nosy, innym uszy, ręce lub nogi, to też najobojętniej w świecie mówiono o nim i spodziewano się blizkiej jego śmierci.

W całem Kazonde może jeden tylko człowiek, to jest Józef Antonio Alwez, handlarz niewolników źleby wyszedł, gdyby Moini Loungga zszedł z tego świata, gdyż porozumiewał się doskonale z tym pijakiem, którego władzy podlegała cała prowincya. Jeżeliby po śmierci Moini Loungga zachodziły spory, czy ma objąć po nim rządy państwa, pierwsza jego żona, Alwez mógł się obawiać, że jeden z sąsiednich królów Oukousou zagarnie całą prowincyę. Był on młodszy i dzielniejszy i już opanował kilka wiosek, należących do rządu w Kazonde, a faworytem jego był inny handlarz niewolników, współzawodnik Alweza, ów Tipo-Tipo czarny arab czystej rasy, który to odwiedził Camerona w Nyangwe.

Za rządów zbydlęconego murzyna, Moini Loungga, Alwez wyzyskiwał jego występki i znikczemnienie i był prawdziwym władcą kraju.

Józef Antonio Alwez, już w podeszłym był wieku; nie pochodził bynajmniej z rasy białej, nie był więc jak tam nazywają »msoungou«. Przybrał tylko nazwisko portugalskie w interesie swojego handlu. Był to prawdziwy murzyn i nazywał się Kenndéle. Urodzony w Donndo, nad brzegami Coanzy, z początku był prostym agentem handlarzy, a w końcu wyszedł na znakomitego niby przemysłowca, który, podając się za uczciwego człowieka, był największym w świecie łotrem.

Tego to Alweza spotkał Cameron w Kilemba, stolicy Kassongo, w końcu 1874 roku i który przeprowadził go z karawaną aż do swoich zakładów w Bihe, to jest przeszło siedemset mil.

Przybywszy do Kazonde, poprowadzono niewolników na wielki plac targowy. Było to 26 maja. Tak więc zgodnie z obliczeniem Dicka Sand, podróż trwała trzydzieści osiem dni, w ciągu których przebyli najstraszniejsze cierpienia i męki, jakie tylko ludzie przetrwać mogą.

Weszli do Kazonde, w samo południe; uderzono w bębny, zatrąbiono w rogi, rozległy się wystrzały, z ręcznej broni. Żołnierze karawany strzelili w powietrze, a służba Józefa Antonia Alwez odpowiadała im ochoczo. Wszyscy ci zbóje witali się z radością, po czteromiesięcznem rozłączeniu. Teraz, przecie wypoczną sobie i będą mogli oddać się zabawie i uciechom.

Jeńcy, po większej części, prawie ostatkiem sił goniący, zapędzeni zostali do baraków w jakich fermerzy amerykańscy nawet bydła trzymaćby nie chcieli. Było ich 250. Zastali tam tysiąc kilkaset innych niewolników, którzy razem z nimi mieli być pojutrze wystawieni na targu w Kazonde. Zamkniętym w barakach niewolnikom zdjęto widły, a pozostawiono kajdany.

Pegazisowie, zdawszy kupcom ładunek kości słoniowej, zatrzymali się na placu, gdzie, otrzymawszy, jako zapłatę, kilkanaście yardów perkalu lub innych kosztownych wyrobów, odeszli, aby się przyłączyć do innych karawan.

Tak więc Tom i towarzysze jego zostali nareszcie uwolnieni od wideł i żelaznych obręczy, jakie dźwigali od pięciu tygodni. Baty i ojciec jego mogli nareszcie rzucić się w objęcia. Wszyscy uścisnęli sobie dłonie, ale zaledwie śmieli przemówić bo chyba tylko rozpacz swoją wyrazić by mogli. Baty, Akteon, Austyn, silni i nawykli do ciężkiej pracy, łatwiej znieśli trudy takiej podróży, ale stary Tom stracił zupełnie siły, kilka dni jeszcze, a zwłoki jego pozostałyby na drodze, jak zwłoki biednej Nany, na pastwę dzikich zwierząt.

Wpakowano ich wszystkich czterech do ciasnego baraku, i zaraz drzwi zamknięto. Zastali w komórce jakąś strawę i oczekiwali przybycia Alweza, przed którym, niestety! daremnie chcieli bronić się swojem pochodzeniem amerykańskiem.

Dick Sand został na placu pod szczególnym nadzorem hawildara.

Był więc nareszcie w Kazonde, gdzie, jak tego był pewny, musiała wyprzedzić go pani Weldon, mały Janek i kuzyn Benedykt. Przechodząc, upatrywał ich po mieście, zapuszczał wzrok do domków, stojących przy ulicy i szukał na pustym jeszcze prawie placu. Ale nie było ich nigdzie.

– Czyżby ich gdzieindziej zaprowadzono? myślał sobie. Ale nie! Herkules musiał być pewnym swego… a potem, takie zapewne musiało być wyrachowanie Harrisa i Negora… Ależ ich nigdzie tu nie widzę…

Straszny niepokój ogarnął Dicka. Pojmował, że mogli ukryć uwięziona panią Weldon, ale Harris, a zwłaszcza Negoro, pragnąłby pewnie jak najprędzej zobaczyć go w swej mocy, aby napawać się swym tryumfem, znieważać go i męczyć; słowem nasycić się zemstą. Czyżby nieobecność ich kazała wnosić, iż udali się w przeciwnym kierunku i uprowadzili panią Weldon do innej prowincyi Afryki środkowej. Jakże Dick Sand pragnął teraz ujrzeć Harrisa i Negora, choćby obecność ich miała być zapowiedzią męczarni, jakie zapewnie zadać mu zamierzali; bo widząc ich, miałby pewność, że pani Weldon i Janek znajdują się w Kazonde.

Od owej nocy, gdy Dingo przyniósł mu kartkę od Herkulesa, zmyślny pies nie pokazał się więcej i Dick nie mógł przesłać przygotowanego bileciku, w którym zalecał Herkulesowi, aby myślał tylko o pani Weldon, żeby nie tracił jej z oczu i, o ile się da, zawiadomił o wszystkiem. Dlaczegoż, myślał sobie, Herkules znowu nie przysłał do niego Dinga? czy wierne psisko padło ofiarą nieudanego przedsięwzięcia, lub, czy może Herkules, idąc za śladem pani Weldon, zapuścił się wraz z Dingiem w lesiste płaszczyzny wnętrza Afryki, z nadzieją dostania się do jakiejś faktoryi?

Dick nie wiedział już co myśleć, tak był pewny, że panią Weldon z synkiem zastanie w Kazonde, iż, nie widząc ich nigdzie, rozpacz go ogarniała. Nie dbał o własne życie, skoro nie mogło być użytecznem ukochanym, – spokojnie więc może oczekiwać śmierci.

Dick nie znał sam siebie; nieszczęścia i próby, jakie przebył, z młodzieniaszka zrobiły go mężczyzną, zniechęcenie to więc mogło być u niego tylko objawem przejściowym.

W tej chwili rozległ się przerażający odgłos trąb i rogów i Dick, dopiero tak zgnębiony, zerwał się nagle, – wszak każde nowe wydarzenie mogło go naprowadzić na ślad tych, których szukał. I nadzieja jakaś nieokreślona zbudziła się w jego sercu.

– Alwez! Alwez! – nazwisko to powtarzał liczny tłum krajowców i żołnierzy, zalegających wielki plac.

Przybywał nareszcie człowiek, od którego zależał los tylu nieszczęśliwych, – a może obok niego ukażą się agenci jego: Harris i Negoro.

Dick Sand stał z wytężonym wzrokiem, z rozdętymi nozdrzami. Nikczemni zdrajcy ujrzą go z podniesionem czołem, z góry spoglądającego na nich; kapitan Pilgrima nie zadrży przed dawnym swoim kucharzem okrętowym.

Na skraju głównej ulicy ukazał się hamak, osłonięty firanką z jakiejś wypłowiałej, poszarpanej materyi; wysiadł z niego stary murzyn; był to Alwez.

Towarzyszyła mu liczna służba, głębokie oddająca pokłony.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 075

Obok Alweza ukazał się przyjaciel jego Coimbra, biedny, obdarty, z oczami zapadłemi, z rudemi kędzierzawemi włosami, żółtą twarzą, odziany w poszarpaną koszulę i spódnicę z długiej trawy. Na głowie miał połamany słomkowy kapelusz co razem nadawało mu postać obrzydliwą. Był to zausznik, nikczemne narzędzie Alweza, organizator rzezi, godny przywódca siepaczy handlarza niewolników.

Alwez, odziany w ubiór turecki, przedstawiał się może nieco mniej wstrętnie od swego zausznika, jednak nie dawał wysokiego pojęcia o zwierzchnikach faktoryi, na wielką skalę prowadzących handel niewolnikami.

Nie było przy nim ani Harrisa ani Negora, czyż więc Dick miał się wyrzec nadziei ujrzenia ich w Kazonde?

Arab Ibn Hamis, przywódca karawany, uściśnieniem dłoni witał Alweza i Coimbrę, którzy winszowali mu doprowadzenia karawany. Wprawdzie Alwez skrzywił się wielce, dowiedziawszy się, że z pojmanych niewolników połowa wymarła w drodze, ale i tak jeszcze dobry zrobi interes. Doliczając towar ludzki, jaki już posiadał w barakach, będzie mógł zadowolnić żądania nabywców i zamienić niewolników na kość słoniową i owe »hannas« miedziane, w kształcie krzyża św. Andrzeja, pod którą to formą kruszec ten wprowadzają do środka Afryki.

Alwez podziękował także hawildarom i rozkazał, aby dźwigającym towar natychmiast wypłacono należność.

Alwez i Coimbra mówili łamanym językiem portugalskim, zmieszanym z krajowym, którego lizbończykowi trudno byłoby zrozumieć.

Dick nie pojmował, co oni mówili ze sobą, czy szło o niego i jego towarzyszy, tak zdradziecko pochwyconych? Nie mógł wątpić o tem ani na chwilę, gdy na znak araba Ibn Hamis, jeden z hawildarów zwrócił się ku barakowi, w którym zamknięci byli Tom, Baty, Akteon i Austyn. Natychmiast stawiono ich przed Alwezem.

Dick zbliżył się zwolna, aby mógł widzieć i słyszeć wszystko.

Zajaśniała radością twarz Alweza na widok murzynów silnie zbudowanych, którym wypoczynek i lepsza strawa miała niebawem powrócić siły. Na starego Toma spojrzał pogardliwie, gdyż podeszły wiek jego znacznie obniżał cenę; za to za towarzyszy jego drogo zapłacą na targowisku Kazonde.

Alwez przypomniał sobie kilka słów angielskich, których się nauczył od Harrisa i innych agentów swoich, i obrzydły handlarz, jakby na drwiny, powinszował szczęśliwego przybycia nowym swoim niewolnikom.

Powstały okrzyki radości, opowiadania szczegółów podróży, przechwalano się, sprzeczano; niewolnicy stali ze spuszczonemi głowami, Dick podzielał ich boleść, ale nie upadał na duchu, bo wiedział, że rozpacz złym jest doradzcą.

Tom zrozumiał słowa powitania, wypowiedziane przez Alweza, wysunął się też naprzód i rzekł, wskazując na towarzyszy:

– Jesteśmy ludzie wolni, obywatele Stanów Zjednoczonych.

Alwez zrozumiał to widać, skrzywił się na znak dobrego humoru i odrzekł, wstrząsając głowa:

– Tak, tak… amerykanie! witajcie! witajcie!…

– Witajcie! – powtórzył Coimbra.

Zbliżył się do Austyna i jak kupiec, oglądający konia, dotknął jego piersi, ramion i chciał otworzyć mu usta, ale w tejże chwili murzyn wymierzył mu tak silny policzek, iż Coimbra potoczył się i padł o jakie dziesięć kroków. Kilku żołnierzy rzuciło się ku Austynowi, i byłby pewnie drogo przypłacił to uniesienie, ale Alwez skinął i żołdacy cofnęli się. Handlarz śmiał się do rozpuku z przygody swego przyjaciela, który z sześciu posiadanych jeszcze zębów, aż dwa stracił odrazu.

Alwez nie lubił, aby upatrywano wady w jego towarze, był też wesołego usposobienia, a dawno już tak się nie śmiał. Pocieszał jednak strapionego przyjaciela, który, podniósłszy się, stanął znów obok handlarza, wygrażając pięścią zuchwałemu Austynowi.

W tejże chwili jeden z hawildarów popchnął Dicka i przyprowadził przed Alweza, który widać wiedział, kim on był i jakim sposobem został ujęty nad brzegami Coanza.

Popatrzył na niego złośliwie i rzekł złą angielszczyzną:

– Mały yankes?

– Tak, jestem yankesem – odparł; – co chcecie zrobić ze mną i z moimi towarzyszami?

– Yankes! yankes! mały yankes! – powtarzał Alwez.

Czy nie rozumiał, czy nie chciał rozumieć uczynionego mu zapytania?

Dick Sand powtórzył je powtórnie i z kolei zwrócił się do Coimbry, którego rysy twarzy, choć zeszpeconej pijaństwem, zdradzały jednak, że nie jest krajowcem, ale tenże powtórzył tylko groźny ruch zwrócony przed chwilą do Austyna i nic nie odpowiedział.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 076

Alwez zaczął coś żywo rozmawiać z arabem Ibn Hamis; zapewne mówili o Dicku i jego towarzyszach. Zamierzali widocznie rozłączyć ich i tym sposobem może już nie nastręczy się sposobność pomówienia z sobą.

– Posłuchajcie, przyjaciele moi – rzekł Dick cicho, jakby sam do siebie. – Dingo przyniósł mi kartkę od Herkulesa; szedł on za naszą karawaną. Harris i Negoro uprowadzili panią Weldon, jej synka i pana Benedykta; ale nie wiem dokąd, jeżeli nie są w Kazonde. Cierpliwości i odwagi! bądźcie gotowi, aby każdej chwili skorzystać ze sposobności. Niech Bóg ma was w swej opiece.

W tej chwili ktoś uderzył go po ramieniu i usłyszał ów niby łagodny, dobrze mu znany głos, przemawiający w te słowa:

– Mój młody przyjaciel, jeśli się nie mylę! Jakże się cieszę, że cię spotykam!

Dick odwrócił głowę, amerykanin stał przed nim.

– Gdzie jest pani Weldon? – krzyknął.

– Niestety! – odrzekł Harris, udając litość, której nie czuł wcale – biedna kobieta już w lepszym świecie.

– Umarła! – krzyknął z wyrazem bezmiernej boleści – a synek jej?…

– Biedny chłopczyk! – odrzekł tymże samym głosem – połączył się z matką.

Tak więc, Dick utracił wszystko, co kochał… Rozpacz go ogarnęła, bezprzytomny prawie sam nie wiedział, co się z nim dzieje.

Nagle podsunął się do Harrisa, wyrwał mu kordelas, który miał zatknięty i rzucił się na niego.

– Przekleństwo! – krzyknął, padając Harris, ugodzony śmiertelnie.



Rozdział X

Dzień marszu.

Dick Sand wystąpił do walki tak nagle, iż niepodobna go było powstrzymać. Alwez i Coimbra chcieli natychmiast ukarać Dicka, ale Negoro coś szepnął do nich tajemniczo, i ci wydali rozkaz odprowadzenia go do baraku, z poleceniem najsurowszego nadzoru.

Dick zobaczył więc nareszcie Negora po raz pierwszy od opuszczenia wybrzeży, wiedział już teraz, że nędznik ten był jedyną przyczyną rozbicia Pilgrima.

Harris powiedział, że pani Weldon i jej synek nie żyją… nic więc go już nie wiązało do życia; nie dbał o to, co z nim zrobią, gdzie go prowadzą.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 077

Okutego Dicka wtrącono do ciasnego bez okna baraku; tam już nie mógł komunikować się z nikim, ani wiedzieć, co się dzieje poza drzwiami jego wiezienia.

We dwa dni później miał się odbyć wielki jarmark »lakoni«, na który mieli zjechać przedstawiciele głównych faktoryi zewnętrznych i krajowcy z prowincyi sąsiadującej z Angolą. Na tym targu nie samych tylko sprzedawano niewolników, ale i wszelkie produkty płodnej i urodzajnej Afryki.

Od samego rana już panował ruch na wielkim placu; znajdowało się na nim razem z Tomem i jego towarzyszami cztery do pięciu tysięcy niewolników.

Alwez chodził po targu w towarzystwie Coimbry i szykował towar wystawiony na sprzedaż. Dla krajowców jarmark jest jakby dniem świątecznym, w którym stroją się w najpiękniejsze swoje ozdoby. Dzielą włosy na cztery części i zawijają na małe poduszeczki, zaplatają w warkocze lub ustawiają z przodu głowy wysoko w kształcie rury, zakończonej pękiem czerwonych piór; inni znowu lepią włosy czerwoną gliną z oliwą i układają te miękką masę w zakrzywione rogi. W napiętrzone włosy wpinają brosze, szpilki żelazne lub z perłowej konchy, niektórzy eleganci zakładają nawet noże do tatuowania, a wszyscy niemal nawlekają na włosy jak najwięcej szklanych pereł. Takie to rusztowania tworzą sobie na głowach mężczyźni. Kobiety zawiązują włosy na małe chwaściki, zakręcają w sznurki, rozpuszczając końce, lub zwijają w długie na twarz spadające loki. Inne spuszczają wprost na plecy rozpuszczone włosy, albo prosto przycinają nad czołem; wszystkie przytem smarują włosy tłuszczem, gliną i czerwoną substancyą, otrzymywaną z drzewa sandałowego, co nadaje im kolor cegły.

Ale dzicy nie same tylko głowy tak starannie przystrajają. Nie darmo przecie mają uszy, więc czemużby nie mieli zawieszać u nich kołeczków z kosztownego drzewa, obrączek mosiężnych, łańcuszków z ziarnek kukurudzy, ciągnących ciężarem swoim uszy ku dołowi i małych tabakierek, wyrobionych z tykwy. Skutkiem wieszania tylu ciężarów, końce uszu tak się wyciągają, iż nieraz sięgają aż do ramion.

Na szyi, na ramionach, na ręku, na łydkach i nogach przy kostce, noszą bransolety miedziane lub mosiężne, ozdoby ze świecących guzików, sznury różnokolorowych lub czerwonych paciorków, wówczas bardzo modnych. Nadto wyrywają sobie środkowe zęby przednie u góry i u dołu, piłują je spiczasto i zakrzywiają; paznogcie zapuszczają nadzwyczaj długie; ciało malują w prążki lub w drzewa, ptaki, półksiężyce lub w różne linie i zakręty. Tatuowanie to odbywa się za pomocą niebieskiej cieczy, zapuszczonej w nacięcia; odbija się ono najwyraźniej na ciele dziecka i pozwala rozpoznać do jakiej należy rodziny lub pokolenia.

Co do odzieży, te stanowiły dla mężczyzn fartuchy ze skóry antylopy, sięgające do kolan, albo spódnica z trawnej tkaniny, jaskrawych kolorów. Kobiety noszą spódniczki zielone, haftowane jedwabiem i przystrojone szklanymi paciorkami, przytrzymane pasem z perełek. Niekiedy używają wielkich chustek z »tamba«, jest to rodzaj tkaniny z traw, niebieskiej, czarnej i żółtej, bardzo poszukiwanej.

To, co powiedzieliśmy odnosi się do murzynów klas wyższych; kupcy, niewolnicy i prości ludzie chodzą bez tych ozdób. Kobiety, najmujące się zazwyczaj do przenoszenia towarów, przychodziły na targ z ogromnym koszem na plecach, podtrzymywanym rzemieniem, opasanym w koło czoła. Po wyładowaniu pakunku, siadały w koszach.

Dzięki urodzajności gruntu, dostawiano na targ wyborowe produkty i artykuły żywności. Było poddostatkiem ryżu, kukurudzy, która w trzech zbiorach w ciągu ośmiu miesięcy, wydaje dwieście ziarn z jednego; sesamu, z którego wyrabiają olej; pieprzu z Ouroua, mocniejszego jeszcze od pieprzu z Kajenny; manioku; sago, muszkatelu, soli i oliwy palmowej. Przyprowadzono także setki kóz, świń, baranów bez wełny, pokrytych siercią, ze zwieszonym podgardlem, drobiu, ryb i t. d. Zręcznie wykończone wyroby garncarskie zwracały oczy swemi jaskrawemi barwami. Różne napoje roznoszone lub ogłaszane przez niedorosłych krajowców, nęciły zwolenników; był tam rodzaj wina z bananu »pombe«, likier bardzo mocny i bardzo rozpowszechniony »malofou«, łagodne piwo z owoców bananu, i rodzaj miodu do picia, jest to trunek wyrabiany z miodu, wody i słodu.

Lecz najciekawszym na targu w Kazonde, był handel tkanin i kością słoniową.

Z tkanin wyróżniały się: perkal surowy z Salem, »kaniki«, wyrób niebieski bawełniany szerokości 34 cale »sohari«, tkanina w kratę niebieską i czarną z czerwonemi prążkami, nie tak drogą jak »dioulis«, wyrób jedwabny w deseń na tle zielonem, czerwonem lub żółtem; za trzy yardy tej materyi płacą siedem dolarów, a jeżeli jest przetykana złotem, cena za trzy yardy dochodzi do osiemdziesięciu dolarów.

Co do kości słoniowej, tę dostawiano tu ze wszystkich części Afryki środkowej; było bardzo wielu przemysłowców, którzy trudnili się wyłącznie tą gałęzią handlu afrykańskiego.

Ileż to trzeba zabić słoni, aby dostarczyć rocznie na targi europejskie, a zwłaszcza angielskie 500,000 kilogramów. Przecięciowo zęby jednego słonia wydają 28 funtów kości; zdarzają się jednak takie, które ważą do 75 funtów, a właśnie na targu w Kazonde można było nabyć kość prześliczną, przezroczystą, zachowującą swoją białość i nie żółkniejącą z czasem jak kość z innych okolic.

Za monetę na targach afrykańskich służą niewolnicy. Płacą także paciorkami szklanymi, wyrabianemi w Wenecyi, które nawleczone w dziesięć sznurków dwa razy okalające szyję, drogo są bardzo płacone. Livingstone, Cameron i Stanley zawsze zaopatrywali się w znaczny zapas tej monety. W braku paciorków szklanych, kursuje tu zanzibarska moneta, wartająca cztery centymy, oraz muszle zbierane na wybrzeżach wschodnich.

Około południa targ zaczął się ożywiać; panował na nim nadzwyczajny gwar i wrzawa.

W połowie dnia Alwez kazał przyprowadzić na targ niewolników, których chciał sprzedać. Natłok powiększył się więc jeszcze o dwa tysiące tych biedaków różnego wieku, których handlarz ten od kilku miesięcy trzymał w swoich barakach. Była to spekulacya, ponieważ długi wypoczynek i pożywniejsza strawa dozwalały niewolnikom korzystniej daleko przedstawić się na targowisku.

Tak więc nieszczęśliwy Tom i jego towarzysze zostali jak stado trzody popędzeni przez hawildarów na targowisko.

– Pana Dicka tu nie widzę, – rzekł Baty, rozglądając się po rozległem targowisku.

– I ja go nie widzę, – odrzekł Akteon, – jego przecie nie wystawią na sprzedaż.

– Być może, – odrzekł Tam, – ale co do nas daj Boże, aby przynajmniej jeden nabywca nas kupił; przynajmniej ta pozostałaby nam pociecha, że nie jesteśmy rozdzieleni.

– Ach! być rozłączonym z tobą, kochany mój ojcze, i wiedzieć, że pracujesz jak niewolnik… o! to okropne! zawołał Baty, zanosząc się od płaczu.

Rozpoczęła się sprzedaż. Niewolników podzielono na małe gromadki i prowadzono ich od kupca do kupca, przed nimi postępował agent, wygłaszając za jaka cenę oddział ten będzie sprzedany. Faktorzy arabscy lub metysowie ze środkowych prowincyi przychodzili oglądać niewolników. Macali ich, klepali, obracali ich na wszystkie strony, oglądali zęby, potem daleko rzucali kije, zmuszając ich, aby biegli je podnieść. Była to ocena szybkości ich biegu.

Mężczyzn, skazanych na najcięższe prace, pędzą do nadbrzeżnych faktoryi, a stamtąd do kolonii hiszpańskiej, dokąd nasi murzyni pragnęli się dostać, bo tam przynajmniej może mogliby się uwolnić, powołując się na swoją narodowość amerykańską.

Gdyby ich zaś zatrzymano w środkowej Afryce, musieliby raz na zawsze wyrzec się nadziei odzyskania wolności.

Spełniło się ich życzenie i doznali tej pociechy, iż nie zostali rozłączeni.

Dobijało się o nich kilku handlarzy. Alwez zacierał ręce z radości. Dawano za nich coraz wyższą cenę; ciśnięto się oglądać niewolników tak rzadkiej wartości, a ma się rozumieć, że Alwez nie powiedział jakim sposobem ich nabył, a oni, nie znając miejscowego języka, nie mogli zaprotestować.

Nabywcą ich był bogaty handlarz arabski, który miał odstawić ich do Zanzibaru, do miejscowych faktoryi.

Lecz czyż dojdą tam kiedy przez te niezdrowe i niebezpieczne okolice Afryki środkowej, w klimacie tak zabójczym, wśród nieustannych wojen, jakie staczają z sobą naczelnicy różnych plemion? Dzięki niebu, że przynajmniej ich nie rozłączono.



Rozdział XI

Waza ponczu dla króla Kazondy.

O czwartej po południu odgłos bębnów, cymbałów i innych instrumentów afrykańskich odezwał się nagle przy końcu głównej ulicy. Był to znak, że król Kazondy, Lounga, przybywał zaszczycić swa obecnością wielkie targowisko. Towarzyszył mu liczny orszak urzędników, żołnierzy i niewolników. Alwez i inni handlarze przybyli na spotkanie, przesadzając się w oddawanych mu hołdach i pokłonach, których domagał się surowo ten ukoronowany pijak.

Niesiony w starym palankinie, Lounga kazał zatrzymać się na środku placu i wysiadł z pomocą kilku dworaków.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 078

Nie był to człowiek stary, mógł liczyć lat około pięćdziesięciu, ale wyglądał na osiemdziesięcioletniego starca. Podobny był do małpy, na głowie miał rodzaj potrójnej korony, ozdobionej pomalowanemi na czerwono pazurami lamparta i kępami białawej sierci. Od pasa spadały mu dwie skórzane spódnice, jedna dłuższa, druga krótsza, haftowane paciorkami, dochodzące do kolan. Piersi miał potatuowane w różne wzory, co miało dowodzić starożytności rodu królewskiego, ginącego w pomroce wieków. Na nogach, ponad kostką i na rękach miał pełno miedzianych bransolet, na nogach żółte buty, bardzo dawno temu podarowane przez Alweza. W lewem ręku trzymał laskę z posrebrzaną gałką, w prawej rodzaj wachlarza z piór do opędzenia much, z rękojeścią, nasadzoną perłami. Dworzanin unosił nad jego głową jakiś stary parasol, opatrzony najśmieszniejszemi ozdobami; sam zaś król miał jeszcze na oczach okulary, a na szyi zawieszoną lupę, nad której stratą tak ubolewał kuzyn Benedykt, a zabraną ona została z kieszeni Batego. Otóż wierny obraz powierzchowności królewsko-murzyńskiej mości, przed którą drżał każdy żyjący w promieniu sto milowej przestrzeni.

Już z tego tytułu, że zasiadał na tronie, Lounga kazał wierzyć wszystkim, że jest boskiego pochodzenia, a niechby tylko który z poddanych ważył się powątpiewać o tem, wysłałby go niebawem na tamten świat, aby się o tem przekonał. Mówił, że jako potomek bogów, nie podlega żadnym ludzkim potrzebom.

Jadł wprawdzie, ale dlatego tylko, że mu się tak podobało; pił, bo mu to sprawiało przyjemność. Pić więcej od niego było formalnem niepodobieństwem; choć ministrowie, dworzanie i urzędnicy jego byli wielkimi pijakami.

Moini Lounga wlewał w siebie, jak w otchłań spirytus, piwo i mocny bardzo napój, zwany »pombe«, których dostarczał mu Alwez. Żona jego Moini, zwana królową, miała lat czterdzieści, była to istna czarownica; pochodziła z królewskiego rodu, jak i wiele jej towarzyszek. Miała na sobie jaskrawy tartan, spódnicę z traw, ozdobioną paciorkami, tyle naszyjników, ile zmieścić się mogło, a włosy nastroszone w kilka pięter, tak wysoko, że końca dojrzeć było trudno; słowem wyglądała jak poczwara.

Inne kobiety, będące kuzynkami lub siostrami króla, kosztownie wystrojone, i nie tak straszne, szły za swym władcą; gotowe za najlżejszem skinieniem spełnić swój obowiązek zamienienia się w żyjące sprzęty. Jeżeli król chce usiąść, dwie z tych nieszczęśliwych istot pochylają się na rękach i na nogach, wystawiając grzbiety, i król siada na nich, opierając nogi na innych, leżących na ziemi. Ciała ich służą mu za podnóżek.

Za nim szli urzędnicy, kapitanowie i czarownicy. Wszyscy ci dzicy chwiali się na nogach, zarówno jak ich monarcha, i tem zwracali uwagę, że każdemu brakło jakiejś części ciała, jednemu ucha, drugiemu oka, innym nosa, ręki lub nogi; nie było ani jednego, coby nie był pokaleczony. Powodem tego było, że w Kazonde istniały tylko dwa rodzaje kary, stosowane według fantazyi monarchy: śmierć lub skaleczenie. Za najsroższą karę uważa się oderzniecie uszu, ponieważ dotknięty nią nie może nosić kolców i obręczy.

Jako jedyną broń zaczepną i odporną, żołnierze mieli łuki ozdobione frendzlą, ostro zakończone noże, szerokie i długie włócznie, oraz tarcze z palmowego drzewa, przyozdobione arabeskami.

Zamykali orszak nadworni czarownicy i muzykanci.

Czarownicy są to miejscowi lekarze. Dzicy ci wierzą niezachwianie w czary, zaklęcia, uroki, w cudowną moc figurek glinianych, kropkowanych biało i czerwono, a przedstawiających rozmaite fantastyczne zwierzęta lub postacie kobiet albo mężczyzn wyciosanych z drzewa.

Muzykanci, tak mężczyźni jak kobiety, poruszali różnemi trajkotami; bili hałaśliwie w bębny, lub laseczkami zakończonemi kauczukowemi kulami, uderzali w rodzaj tamburynu; co wszystko razem tworzyło piekielny hałas, jaki tylko afrykańskie uszy znieść mogą.

Po za tym licznym orszakiem, powiewały jakieś niby sztandary i chorągwie, a na końcu niesiono na wysokich pikach oznaki wodzów pokonanych przez Moini Lounga.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 079

Gdy król wysiadł z palankinu, ze wszech stron odezwały się głośne okrzyki. Żołnierze karawany dali ognia, ale strzały te nie zgłuszyły dzikich wrzasków. Hawildarowie, wysmarowawszy sobie czarne twarze proszkiem cynobru, jaki każdy miał w worku, popadali na ziemie. Alwez wystąpił naprzód, ofiarował królowi zapas świeżego tytoniu, tego uspokajającego ziela, jak go nazywają krajowcy; to pewna, że Moini Lounga bardzo potrzebował uspokojenia, bo nie wiedzieć dlaczego był w strasznie złym humorze.

Jednocześnie z Alwezem, zbliżyli się złożyć hołd królowi, Coimbra, Ibn Hamis, i inni handlarze niewolnikami. Arabowie i metysi klaskali w dłonie i aż do ziemi pochylali czoła; niektórzy smarowali się błotem i padali na twarze przed tym potwornym monarchą.

Moini Lounga nie spojrzał prawie na służalcze tłumy i szedł rozkraczając nogi, jak gdyby grunt chwiał i poruszał się pod nim. Toczył się tak około wystawionych na sprzedaż niewolników i handlarze obawiali się, aby nie przywłaszczył sobie ich towaru, niewolnicy zaś drżeli z przerażenia na samą myśl popadnięcia w moc tego dzikiego zwierzęcia.

Negoro nie odstępował Alweza i w jego towarzystwie bił pokłony królowi. Obaj mówili krajowym językiem; a Moini Lounga zaledwie od czasu do czasu bąknął jakieś słówko, i to tylko, aby nakazać przyjacielowi swemu Alwezowi dostarczenia nowego zapasu wódki, bo dawny już się wyczerpał.

– Witaj nam królu Lounga na targowisku Kazonde! – mówił handlarz.

– Pić! – odpowiedział monarcha.

– Król nasz będzie miał udział w zyskach, otrzymanych na targowisku, – dodał Alwez.

– Pić! – powtórzył Moini Lounga.

– Przyjaciel mój Negoro nie posiada się z radości, że po tak długiej nieobecności ujrzał znów wielkiego króla Kazonde.

– Pić! – krzyczał pijak po raz trzeci.

– Dobrze, każę dać miodu, – odrzekł Alwez.

– Nie!… nie!… krzyczał król, spirytusu chcę od przyjaciela mego Alweza, a za każdą kroplę tego palącego płynu, dam mu…

– Na własność jednego białego! – zawołał Negoro, skinąwszy porozumiewające na Alweza.

– Dobrze, dobrze, daruję ci białego, – wrzeszczał Moini Lounga.

– Biały ten zabił agenta Alweza, – rzekł Negoro.

– Posłać go królowi Massongo, w wyższym Zairze, a tam zjedzą go żywcem.

W samej rzeczy, ów Massongo był królem plemienia ludożerców, a nie ulega wątpliwości, że w niektórych prowincyach Afryki, ludożerstwo dotąd jeszcze jawnie się praktykuje i jest szczególniej rozpowszechnione między plemionami, zamieszkującemi wnętrze Afryki.

– Dobrze, – odrzekł handlarz niewolników; – dam za to wody ognistej tak palącej jak ogień. Zapalę ją płomieniem.

Pijak pochwycił rękę swego przyjaciela Alweza, nie posiadał się z radości. Podzielały ją jego żony i dworzanie. Moini Lounga nigdy jeszcze nie widział palącej się okowity, i zapewnie wyobrażał sobie, że buchającą płomieniem pić będzie.

Bez zmroku zapadł wieczór, po którym natychmiast prawie noc nastąpić miała, a była to bardzo właściwa pora do przyrządzenia ponczu.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 080

Przyniesiono wielkie naczynia miedziane, obejmujące najmniej dwieście kwart, postawiono je na środku rozległego placu, i wlano w nie oczyszczony alkohol, dodając jeszcze cynamonu, pieprzu tureckiego i różnych innych ostrych przypraw.

Wszyscy obecni otoczyli króla, który chwiejnym krokiem zbliżył się do kadzi. Zdawało się, że ta wywiera na niego jakąś przyciągającą siłę i, że lada chwila rzuci się w jej wnętrze.

Alwez powstrzymał go i podał przytwierdzone do haka palące się łuczywo.

– Ognia! – krzyknął.

– Ognia! – powtórzył Moini Lounga, dotykając do alkoholu zapalone łuczywo.

W jednej chwili na powierzchni płynu pojawiły się niebieskawe płomienie. Dworzanie rzucili się w szalone skoki. Lounga patrzał w płomień i uśmiechał się, Alwez mieszał w kadzi wielką żelazną warząchwią, a płyn rzucał ciągle sine odblaski na tę rozszalałą zgraję. Lounga nie mógł dłużej wytrzymać, zbliżył się do kadzi, wyrwał handlarzowi warząchew, zanurzył w płynie, i zaczerpnąwszy nią palącego się ponczu, podniósł do ust. Nagle wydał okrzyk straszliwy i padł na ziemię, cały okryty płomieniem; zapalił się jak kufa. Zobaczywszy to, dzicy nagle przestali tańczyć.

Minister rzucił się ku swemu monarsze, chcąc zagasić ogień, ale że był równie jak on nasycony alkoholem, zaraz zaczął płonąć.

Alwez i Negoro nie wiedzieli co robić. Dwór cały rozpierzchł się, Coimbra uciekł najpierwszy, czując, że i jego ten sam los spotkać może.

Król i minister tarzali się po ziemi w najokropniejszych męczarniach.

W ciałach tak przesyconych alkoholem, spłonienie wytwarza lekki niebieskawy płomień, którego woda nie gasi, i jeżeli alkohol przeniknął wszystkie tkanki, niema sposobu powstrzymania jego gorzenia, gdy raz zacznie się palić.

Po upływie kilku chwil Moini Lounga i jego minister już nie żyli.



Rozdział XII

Pogrzeb królewski.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 081

Nazajutrz Kazonde niezwyczajny przedstawiało widok. Przerażeni krajowcy, siedzieli zamknięci w swych lepiankach. Nigdy jeszcze nie słyszeli, ani widzieli króla, który, jak w nich wmawiano pochodził od bogów, ani ministra, podobną kończących śmiercią.

Alwez zamknął się w domu, mógł bowiem lękać się, aby go za ten wypadek nie pociągnięto do odpowiedzialności.

Ale Negoro wpadł na dobry pomysł; namówił Alweza, aby rozgłosił, iż ta nadzwyczajna śmierć władcy Kazonde była nadprzyrodzoną; że wielki Monitou tylko wybranym swoim tak umierać dozwala.

Zabobonni krajowcy uwierzyli tej bredni.

Ogień, wychodzący z ciała króla i jego ministra, był to ogień święty; teraz należało tylko uczcić Moini Lounga pogrzebem, godnym człowieka podniesionego do godności króla.

Naturalną następczynią króla Kazonde, była królowa Moina. Rozpoczynając niezwłocznie uroczystości pogrzebowe, występowała w charakterze władczyni, uprzedzając tym sposobem pretendenta do tronu, a szczególniej owego króla Oukousou, który chciał zagarnąć władzę i przywłaszczyć sobie koronę królów Kazonde.

Alwez i inni handlarze niewolników nie obawiali się wstąpienia na tron Moiny; wiedzieli dobrze, iż podarkami i pochlebstwem łatwo będą mogli wpływać na nią. Tak więc Moina bez przeszkody zasiadła na tronie.

Tego samego dnia zajęto się zaraz przygotowaniami do pogrzebu. Po za główną ulicą Kazonde płynął głęboki i bystry strumień, wpadający do rzeki; trzeba było go odwrócić i osuszyć łożysko, gdyż w niem to miała być wykopana mogiła królewska; po pogrzebaniu zaś zwłok, wody strumienia do ich naturalnego biegu miały być zwrócone.

Krajowcy zajęli się urządzeniem tamy, skutkiem której wody strumienia musiały rozlać się po równinie Kazonde.

Negoro postanowił zaliczyć Dicka Sand do liczby ofiar, mających być poświęconych na grobie króla. Negoro był nikczemnym tchórzem, nie miałby więc odwagi narazić się na podobny los, jaki spotkał jego współtowarzysza; ale, wiedząc, że teraz więzień ma związane nogi i ręce, uznał, że niema się czego obawiać, i postanowił go odwiedzić.

Około południa poszedł do baraku, w którym Dick Sand strzeżony był przez hawildara.

Więzień leżał skrępowany, nie mogąc się prawie ruszyć.

Na widok Negora, wstrząsł się cały, pragnąc zerwać więzy, które nie dozwalały mu rzucić się na tego nędznika i wymierzyć zasłużoną karę. Ale tak silnych więzów nawet Herkules nie zdołałby zerwać. Zrozumiał to Dick i uzbroił się w spokój i odwagę. Patrzył więc tylko śmiało na Negora, ale milczał.

– Uważałem sobie za obowiązek, – rzekł Negoro, – pozdrowić młodego kapitana i oznajmić mu, jak bardzo ubolewam, że nie może tu tak rozkazywać, jak na pokładzie Pilgrima.

Widząc, że Dick Sand nie odpowiada, dodał:

– Cóż to, kapitanie, nie poznajesz dawnego kucharza? Przychodzi on po twoje rozkazy oraz z zapytaniem, co ci ma przyrządzić na śniadanie?

Dick przymknął oczy.

– Jedno jeszcze mam zadać ci pytanie, młody kapitanie. Czy nareszcie potrafisz wytłómaczyć mi, jak się to stało, że, chcąc wylądować na wybrzeżach amerykańskich, dostałeś się do Angoli, gdzie się obecnie znajdujesz?

Dick i bez tych słów portugalczyka wiedział dobrze, iż nie mylił się, przypuszczając, że to ten niegodziwiec zepsuł kompas na Pilgrimie, ale i tym razem zachował jeszcze pogardliwe milczenie.

– Przyznaj kapitanie, – mówił dalej Negoro, – że wielkie to szczęście dla ciebie, iż na pokładzie twego statku znajdował się marynarz; gdyby nie to, cóżby się z nami wszystkimi stało!… A tak zamiast o jaką rafę, na która burza byłaby cię zagnała, dzięki owemu marynarzowi, dostaliśmy się do przyjaznego kraju i dziś jesteś bezpieczny, dodał z szyderstwem. Podziękuj za to wszystko owemu marynarzowi, na którym nie umiałeś się poznać!…

Mówiąc tak z udanym spokojem, Negoro prawie przybliżył twarz swoją do twarzy Dicka.

Zbrodniarz ten nie umiał już dłużej zapanować nad swoją wściekłością.

– Fortuna kołem się toczy! – wrzasnął w uniesieniu, wywołanem spokojem młodzieńca.

– Życie twoje, niedoszły marynarzu, jest w mojem ręku!

– Więc odbierz mi je, – odrzekł spokojnie Dick Sand, – ale wiedz o tem, że jest Bóg, który zna wszystkie twoje zbrodnie, i że niezadługo odniesiesz za nie zasłużoną karę!

– Zobaczymy! – wrzeszczał Negoro, grożąc.

– Zapewne liczysz na czyjąś pomoc, ale szalony jesteś mości kapitanie!… Alwez i ja jesteśmy w Kazonde wszechwładni, nic i nikt oprzeć nam się nie zdoła… Może myślisz, że twoi towarzysze, ów stary Tom i inni murzyni są tu jeszcze? Nie łudź się, kochanku, dawno już sprzedani i są w drodze do Zanzibaru…

– Bóg ma w swej mocy niezliczone środki wymierzenia sprawiedliwości, – odrzekł Dick – i często posługuje się najmarniejszemi narzędziami. Herkules jest wolny!

– Aha! liczysz na Herkulesa, – krzyknął uderzając nogą o ziemię, – dawno rozszarpały go hyeny lub pantery; żałuję mocno, że moją zemstę uprzedziły!

– Gdyby to nawet było prawdą, pozostaje jeszcze Dingo, a taki pies da sobie z tobą radę.

– Dingo tropi za tobą, znajdzie prędzej czy później i rozszarpie swymi zębami.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 082

– Nędzniku! – wrzeszczał wściekły portugalczyk; – Dingo zginął od kuli mojej… i pani Weldon i dzieciak jej już nie żyją.

– I ciebie śmierć czeka niedługo, – odrzekł Dick, – nie unikniesz kary Bożej.

Negoro rozwścieczony był do tego stopnia, że od gróźb słownych, przeszedł do czynnych i powziął zamiar udusić własnemi rękoma bezbronnego więźnia. Rzucił się na niego i potrząsał nim gwałtownie; gdy w tem przyszła mu myśl nagła… zrozumiał, że jeżeli zabije swą ofiarę, oszczędzi jej 24 godzin tortur, które dla niej przygotował. Powściągnął zatem swój gniew i, nakazując strzegącemu hawildarowi pilnować ściśle więźnia, opuścił barak.

Przykre to zajście, zamiast pognębić, wróciło Dickowi całą siłę moralną i fizyczną.

Zdawało mu się, że w chwili szarpnięcia przy odejściu, Negoro rozluźnił nieco krepujące go więzy, gdyż uczuł wyraźnie, że teraz członki jego ciała są swobodniejsze niż pierwej. To dodało mu otuchy; pomyślał, że może teraz uda mu się powoli wyswobodzić ręce. Jakkolwiek wiedział, że zamknięty i strzeżony w ciasnem więzieniu, nie będzie mógł z tego korzystać, ale są w życiu ciężkie chwile, iż najlżejsza ulga staje się nam nieoceniona.

Dick nie łudził się bynajmniej jakąś nadzieją; wiedział, że pomoc tylko z zewnątrz przyjśćby mogła, a któżby mu jej udzielił? Czekał więc z poddaniem się śmierci, myślał o ukochanych swoich, którzy uprzedzili go do wieczności i pilno mu było połączyć się z nimi. Negoro powtórzył, co pierwej powiedział mu Harris, że pani Weldon i mały Janek już nie żyją, a prawdopodobnem także było, że Herkules, wystawiony ciągle na tyle niebezpieczeństw, mógł straszną skończyć śmiercią.

Tom i jego towarzysze byli gdzieś daleko, jak mu powiedziano, i pewnie nigdy się już nie spotkają. Tak więc osierocenie i cierpienia jego śmiercią tylko zakończyć się mogły, a śmierć najstraszniejsza nie tak go przerażała, jak życie pełne cierpień i goryczy. Był więc przygotowany na śmierć, polecił duszę swoją Bogu, błagając tylko o to, aby mu w stanowczej chwili nie zbrakło odwagi.

Upływały godziny; noc zapadła. Blade odbłyski światła, przez szczeliny przedzierające się do baraku, zniknęły powoli. Przycichły ostatnie odgłosy dolatujące z wielkiego placu, który po wczorajszej wrzawie i natłoku, dziś cały dzień był prawie pusty. W więzieniu zapanowała ciemność, wkrótce cisza zaległa nad całem Kazonde. Dick zasnął i spał dwie godziny; poczem zbudził się wzmocniony na siłach. Udało mu się jedna rękę wyzwolić z więzów, i z rozkoszą uczuł, iż może nią poruszać dowolnie.

Noc musiała upłynąć do połowy; hawildar spał ciężko, dzięki butelce z gorzałką, która pustą już trzymał w zaciśnionej dłoni. Dick zamierzał zabrać swemu strażnikowi broń, która bardzo mogłaby mu się przydać w razie ucieczki, gdy w tem zdało mu się, że słyszy jakby lekkie drapanie do drzwi. Wspierając się na wyswobodzonej ręce doczołgał się do progu, nie obudziwszy hawildara.

Nie mylił się; drapanie coraz wyraźniej słyszeć się dawało. Zdawało się, że ktoś z zewnątrz odgrzebuje ziemię pode drzwiami. Jest-że to człowiek, czy zwierzę?

– A może to Herkules? – pomyślał sobie Dick.

Wpatrzył się w swego dozorcę; pijak spał twardo, leżąc nieruchomy, Dick, położywszy usta na progu, wyszeptał imię Herkulesa; w odpowiedzi usłyszał głuche, żałosne szczekanie.

To nie Herkules, to Dingo, – rzekł do siebie Dick. – Zwietrzył mnie aż w więzieniu… Czyżby znów przynosił mi kartkę od Herkulesa?… Ale skoro Dingo żyje, więc Negoro skłamał i może…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 083

W tej chwili łapa wsunęła się pod drzwiami i Dick poznał łapę Dinga, ale jeśli miał jaką kartkę, ta musiała być przywiązana do szyi. Co tu począć?… Trzeba chyba próbować o tyle powiększyć szparę pod drzwiami, aby Dingo mógł wsadzić łeb. Lecz zaledwie zaczął paznogciami odgrzebywać ziemię, na placu dało się słyszeć jakieś szczekanie. Widać miejscowe psy zwietrzyły obcego; Dingo musiał uciekać. Rozległo się kilka strzałów, hawildar napół się przebudził. Widząc, że obecnie ani podobna było myśleć o ucieczce, skoro mieli się na baczności, Dick leżał spokojnie, odczołgawszy się od drzwi i po długiem oczekiwaniu zaświtał nareszcie dzień, po którym już dla niego nie miało być jutra.

Przez cały ten dzień kopacze kopali niezmordowanie pod kierunkiem pierwszego ministra królowej. Wielka liczba krajowców wzięła udział w tej robocie, która miała być ukończoną na oznaczoną godzinę. Nowa monarchini była również okrutną jak zmarły król.

Ponieważ wody strumienia zostały odwrócone, w osuszonem więc jego łożysku wykopano obszerną mogiłę, mającą dziesięć stóp głębokości, pięćdziesiąt długości i dziesięć szerokości. Chociaż jest zwyczajem przystrajać zmarłego w najkosztowniejsze szaty przed złożeniem go w grobie, tym razem jednak musiano postąpić inaczej, ponieważ z Moini Lounga pozostało tylko kilka niedopalonych kości. Zrobiono z trzciny manekina, mającego przedstawiać Moini Lounga i złożono w nim szczątki niepochłonięte przez ogień. Na tego manekina włożono szaty królewskie, które, jak widzieliśmy, nie wiele były warte, nie zapominając o okularach kuzyna Benedykta. Była to śmieszna i zarazem straszna maskarada.

Obrządek pogrzebowy miał się odbywać bardzo okazale, przy pochodniach, w obecności całej ludności. Gdy wieczór zapadł, długi szereg pociągnął główną ulicą, idąc do miejsca, gdzie król miał być pochowamy. Nic tu nie brakowało, ani pogrzebowego tańca, ani zaklęć czarowników, ani odgłosu hałaśliwych instrumentów, ani wystrzałów ze starych fuzyi, złożonych w arsenale.

Do orszaku tego przyłączyli się: Alwez, Coimbra, Negoro, arabscy handlarze niewolników i ich hawildarowie. Wszyscy czekali na wielkim placu, zgodnie z rozkazem królowej Moiny, którego nikt nie śmiałby przekroczyć, aby jej nie nastręczyć sposobności do gniewu.

W ostatnim szeregu pogrzebowego orszaku, niesiono w palankinie »zwłoki« króla.

Królowa Moina, w paradnym stroju postępowała za nim. Noc zapadła, gdy doszli nad brzeg strumienia, ale pochodnie niesione i poruszane przez niosących je, żywe odblaski rzucały na zebrany tłum.



Rozdział XIII

Wizyta Negora.

Larris i Negoro skłamali mówiąc, że pani Weldon i mały Janek już nie żyją; tak oni, jak i kuzyn Benedykt znajdowali się w Kazonde. Po napadzie na mrowisko, Harris i Negoro, wziąwszy z sobą eskortę z dwunastu żołnierzy, wyprowadzili ich z obozowiska nad Coanzą.

Panią Weldon i Janka wsadzili do palankinu, zwanego w języku krajowym »kitanda«; dlaczego mieli dla nich takie względy, pani Weldon nie umiała sobie tego wytłómaczyć. Tym sposobem drogę do Kazonde odbyli prędko i bez znużenia, a kuzyn Benedykt szedł tak rzeźki, jakby go droga nie trudziła wcale.

Nie broniono mu zbaczać to na lewo, to na prawo za poszukiwaniem owadów, więc nie bardzo się uskarżał na znużenie. Przybyli do Kazonde na tydzień przed karawaną Ibn Hamisa; panią Weldon zamknięto z synkiem, a kuzyna Benedykta w zakładach Alweza.

Po opuszczeniu bagnistych okolic, mały Janek stracił febrę i czuł się już daleko silniejszym.

Nużącej podróży z karawaną ani on, ani matka nie byliby wytrzymali, ale noszeni w palankinie i nie pozbawieni pewnych starań i opieki, oboje czuli się dość zdrowi, fizycznie przynajmniej nie cierpieli zbytecznie.

O towarzyszach swej doli pani Weldon nic dotąd nie wiedziała. Wiedziała, że Herkules uciekł do lasu, ale późniejsze jego losy zupełnie były jej nieznane.

Spodziewała się, że skoro Harris i Negoro rozłączyli się z Dickiem, nie mogą mu już dokuczać; już to samo, że był białym, uchroni go od złego obchodzenia. Ubolewała tylko nad Nany, Tomem, Batym, Akteonem i Austynem; bo była pewna, że jako czarni będą narażeni na najgorsze prześladowania.

Zamknięta z synkiem i strzeżona w ciasnej izdebce, pani Weldon nie mogła dowiedzieć się o przybyciu karawany do Kazonde.

Słyszała gwar i hałas, ale nie wiedziała, co się dzieje na targowisku; nie mogła odgadnąć, że Tom i jego towarzysze zostali już sprzedani i że niebawem mają opuścić Kazonde. Nic także nie wiedziała o Dicku oraz o śmierci i pogrzebie Moini Lounga, jakoteż o tem, że biedny Dick zaliczony został do rzędu ofiar, mających być poświęconemi dla uczczenia zmarłego króla. Nieszczęśliwa pani Weldon była więc zupełnie sama z małym synkiem i na niczyją pomoc liczyć nie mogła.

Nie wiedziała też nic, jaki los ją czeka. Przez cały czas podróży z wybrzeży Coanzy do Kazonde, Harris i Negoro nie przemówili do niej ani słówka; nie pokazali się jej także od czasu przybycia, ale nie wolno jej było przekroczyć granic zakładu bogatego handlarza. Co do kuzyna Benedykta, ten, dowiedziawszy się, że nie znajduje się w Ameryce, nie troszczył się bynajmniej jakim sposobem stać się to mogło, tylko ubolewał nad tem, że przyjaciele jego w tak wielkiem znajdują się niebezpieczeństwie.

O sobie nie myślał wcale, zajęty jedynie nauką, gryzł się i martwił z powodu pani Weldon i jej synka; ile razy przemknęło mu się złowrogie przypuszczenie co do swojej osoby, pocieszał się nadzieją spodziewanej zdobyczy naukowej na ziemi zupełnie mu dotąd nieznanej.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 084

Zajęty jedynie nauką, miał też od Alweza zostawioną wszelką swobodę, którą głównie poświęcił badaniu owada, zwanego »Idias Bigoti«, którego ukąszenia tak się senegalczycy obawiają.

Zakład cały Alweza zwany faktoryą, miał milę obwodu. Znajdowały się w nim rozmaite drzewa i krzewy, rosnące wyłącznie w Afryce; wielkie łąki, kilka strumieni, baraki i szałasy, a tam prawdopodobnie znajdowało się mnóstwo rzadkich owadów, stanowiących nieoceniony skarb dla entomologa. To też kuzyn Benedykt wyszukał już bardzo ciekawe okazy, mające służyć za podstawę do dzieła o entomologii afrykańskiej.

Jankowi także nie wzbroniono chodzić po rozległej faktoryi, ale on sam nie chciał oddalać się od matki, i pani Weldon nie lubiła puszczać go od siebie z obawy jakiego nieszczęścia. Mały Janek często bardzo wspominał ojca, którego nie widział już tak dawno; pytał kiedy do niego powrócą, zapytując jednocześnie, gdzie jest Nany, przyjaciel jego Herkules, stary Tom i inni murzyni oraz Dingo, który także ich opuścił. A gdzie się obraca mój kochany Dick? powtarzał nieustannie. Za całą odpowiedź pani Weldon przyciskała do serca chłopczyka i główkę jego obsypywała pocałunkami. Biedna matka, ukrywała przed nim łzy swoje.

Obecnie wszyscy niewolnicy Alweza byli sprzedani, a w faktoryi pozostali tylko używani do posług. Składy zapełnione były różnemi tkaninami i kością słoniową; tkaniny miały być zamienione w prowincyach środkowych, a kość słoniowa wysłana na główne targowiska stałego lądu.

Tak więc w faktoryi nie wiele teraz znajdowało się osób. Pani Weldon z synkiem zajmowała oddzielny szałas, kuzyn Benedykt drugi; ze służbą Alweza żadnych nie mieli stosunków. Jadali razem, a pożywienie ich składało się z mięsa koziego lub baraniego, z jarzyn, manioku, sarga, owoców krajowych; było więc dostateczne i posilne. Do usług pani Weldon przeznaczona młodą niewolnicę, imieniem Halima, która po swojemu szczerą okazywała jej życzliwość.

Pani Weldon rzadko widywała Alweza, zajmującego najokazalszy domek w faktoryi a Negora, mieszkającego gdzieś poza jej granicami, nie widziała dotąd wcale, co ją dziwiło i niepokoiło zarazem.

Co on zamyśla, jakie są jego względem nas zamiary? zapytywała nieraz sama siebie i nie umiała odpowiedzieć na to pytanie.

Tak upłynęło osiem dni, poprzedzających przybycie karawany, t. j. dwa dni przed pogrzebem i sześć dni następnych. Oprócz tylu cierpień panią Weldon dręczyła jeszcze myśl, jaka rozpacz ogarnia tam jej męża, że dotąd nie powróciła do niego z San Francisco.

Pan Weldon nie wiedział, że żonie jego przyszła nieszczęśliwa myśl popłynięcia na Pilgrimie, musiał więc wnosić, że wsiadła na pokład którego z okrętów stowarzyszenia. Statki te przybywały regularnie, ale na żadnym nie było ani pani Weldon z Jankiem, ani kuzyna Benedykta. Co więcej i Pilgrim dawno już powinienby stanąć w porcie, a tu żadnej nawet wiadomości o nim nie było i James Weldon musiał zaliczyć go do liczby okrętów, uważanych za zaginione bez wieści. Jakże strasznie musiał cierpieć, gdy od swoich korespondentów dowiedział się, że żona jego z synkiem znajdowała się na pokładzie Pilgrima. Co wtedy przedsięwziął, myślała, gdzie zwrócił poszukiwania? Najpewniej do wysp Oceanu Spokojnego i na wybrzeża amerykańskie, bo nie mogło mu nawet przyjść do głowy, że się mogą znajdować w Afryce.

Takie myśli niepokoiły panią Weldon, a sama cóż mogła uczynić, aby się ratować?

Uciekać było niepodobna, bo ja pilnie strzeżono, a gdyby nawet ucieczka mogła się udać, to trzebaby znów błąkać się po nieprzebytych lasach i przebyć dwieście mil drogi, aby się dostać do wybrzeży. Jednak i tego zamierzała próbować, jeśli nie zdarzy się inny środek odzyskania wolności.

W trzy dni po pogrzebie króla Kazonde, Negoro przybył do faktoryi i udał się wprost do szałasu, w którym umieszczoną była pani Weldon, zastał ją samą. Kuzyn Benedykt wyszedł na naukową wycieczkę, a mały Janek przechadzał się pod przewodnictwem Halimy.

Negoro otworzył drzwi i wszedł, nie pytając o pozwolenie.

– Pani Weldon, – rzekł, – Tom i jego towarzysze zostali sprzedani do Ouidżi.

– Niech Bóg czuwa nad nimi! – odrzekła, i łzy zrosiły jej oczy.

– Nany zmarła w drodze; Dick Sand nie żyje…

– Nany umarła! i Dick… o Boże! – zawołała, załamując dłonie.

– Tak, Dick Sand nie żyje, pani jesteś zupełnie sama w Kazonde, w mocy byłego kucharza z Pilgrima, i na nikogo liczyć nie możesz.

Negoro mówił prawdę. Stary Tom, syn jego Baty, Akteon i Austyn, właśnie w przeddzień wyszli z karawaną, nie mogąc pożegnać nawet pani Weldon, nie mając nawet tej pociechy, żeby mogli widzieć, czy żyje i gdzie się znajduje. Udali się w okolice jezior, w podróż setki mil daleką, jaką mało kto zdoła przebyć, a tembardziej z niej powrócić.

– Pand Weldon, – mówił dalej portugalczyk, – obecnie jestem kupcem, i oto co postanowiłem odnośnie do ciebie pani i do małego Janka.

Pani Weldon milczała.

– Ty, twój synek, a nawet ten niedołęga, uganiający się za robakami, przedstawiacie wartość handlową, którą postanowiłem zużytkować, to jest sprzedać was.

– Jesteśmy z rasy wolnej, odrzekła dumnie pani Weldon – i nikt nie ważyłby się nas kupić.

– Znajdzie się taki, i zapłaci mi co zechcę.

Pani Weldon smutnie pochyliła głowę; wiedziała, że w tym obmierzłym kraju wszystko jest możebne.

– Czy słyszałaś pani?

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 085

– I któż to jest ten człowiek, komu chciałbyś mnie sprzedać? – zapytała.

– Tym człowiekiem jest… James Weldon, mąż twój, pani, – odpowiedział portugalczyk.

– Mój mąż! – zawołała, nie mogąc uwierzyć temu, co słyszała.

– Tak, on, a nie kto inny, nie myślę bynajmniej oddać mu, ale dobrze sprzedać jego żonę i synka, a w dodatku i kuzyna ze wszystkimi jego robakami.

Pani Weldon zapytywała siebie, czy nie jest to jaki podstęp, ale spostrzegła, że mówi prawdę.

Zdawało się, że jeżeli chodzi o dobry zysk, można było mu zawierzyć; że nie opuści go nikczemnik, dla którego pieniądz był wszystkiem. A w tym wypadku mógł wyłudzić tak wiele.

– I kiedyż zamierzasz przywieść to do skutku? – zapytała.

– Jak najprędzej.

– Gdzie i jakim sposobem?

– Tu na miejscu. James Weldon przybędzie pewnie bez wahania do Kazonde, aby odzyskać żonę i syna?

– Ale któż zawiadomi go o tem?

– Ja sam się udam do San Francisco, aby się z nim widzieć, bo chcę sprzedać was nie tylko prędko ale i drogo… Myślę, że James Weldon nie pożałuje stu tysięcy dolarów…

– Zapewne, jeżeli będzie w możności zapłacić tak znaczną sumę, – odrzekła zimno pani Weldon.

– Tylko, że mąż mój, któremu powiesz pewnie, że jestem uwięziona w Afryce środkowej, nie uwierzy bez dowodów i na twoje tylko zapewnienie nie przybędzie do Kazonde.

– Przeciwnie, przybędzie niezwłocznie, – odparł Negoro, – jeśli oddam mu list Pani, w którym opiszesz mu smutne twoje położenie, a mnie przedstawisz jako wiernego sługę, któremu udało się zbiedz od dzikich…

– Nigdy nie napiszę takiego listu, – odrzekła zimno pani Weldon.

– Więc odmawiasz?

– Stanowczo – odpowiedziała.

Sama myśl, na jakie niebezpieczeństwa narażałby się mąż jej, przybywając do Kazonde, nikczemność portugalczyka, który mógłby się dopuścić zdrady i, wziąwszy żądany okup, zatrzymać znów i uwięzić jej męża oto powody, dla których pani Weldon w pierwszej chwili odmówiła stanowczo żądaniu Negora.

– Musisz pani napisać list taki.

– Nie napiszę… – odrzekła.

– Strzeż się pani, – krzyknął Negoro; – zastanów się, wszak nie sama tylko znajdujesz się w mojej mocy, jest tu i syn twój i potrafię…

Biednej matce zabrakło tchu w piersiach, chciała odpowiedzieć, ale głosu wydać nie mogła.

– Pani Weldon, powtarzam, zastanów się nad tem, com powiedział; daje ci tydzień czasu do namysłu, ale pamiętaj, że jeżeli po upływie ośmiu dni, nie dasz mi żądanego listu do Jamesa Weldon, gorzko tego pożałujesz.

I wyszedł, nie mówiąc już ani słowa, ale z twarzy jego można było wyczytać, iż nie cofnie się przed niczem, żeby panią Weldon zmusić do spełnienia swego żądania.



Rozdział XIV

Wieści o doktorze Livingstone.

Zostawszy sama, pani Weldon myślała, iż ma tydzień czasu do namysłu, zanim Negoro zgłosi się do niej po stanowczą odpowiedź; może więc rozważyć, co ma postanowić. Na jego uczciwość nie mogła liczyć, ale chciwość nikczemnika dawała wszelkę rękojmię, że skoro uważa ją za towar, który tak korzystnie sprzedać postanowił, do pewnego przynajmniej czasu strzedz ją będzie od wszelkiego niebezpieczeństwa. Wiedziała, że odebrawszy list mąż jej nie zawaha się przedsięwziąć niebezpiecznej podróży w te najgroźniejsze okolice Afryki, lecz jakąż miała pewność, że raz ściągnąwszy go do Kazonde i wziąwszy sto tysięcy dolarów, dozwolą mu potem zabrać żonę, synka i kuzyna Benedykta i odjechać? Nietylko niesumienność Alweza i Negora, ale prosty kaprys królowej Moiny mógłby tego nie dopuścić… Może uda się obmyślić, jaki inny środek powrócenia do męża, nie narażając go na tak odległą i niebezpieczną podróż… Gdyby tak oznaczyć jakieś bezpieczniejsze miejsce, skąd łatwiej mogliby dostać się do Ameryki i gdyby niecni handlarze zgodzili się na ten warunek?… Oto nad czem rozmyśliwała we dnie i w nocy.

Pewna także była, iż jeśli Negoro zostawił jej osiem dni do namysłu, to zapewne dla tego, iż tyle czasu potrzeba mu było dla przygotowania się do drogi.

Czy w samej rzeczy rozłączyłby mnie z dzieckiem, jeśli nie zgodzę się na jego żądanie? pytała sama siebie…

W tej chwili Janek wbiegł do pokoju; matka pochwyciła go w objęcia i przycisnęła do siebie, jak gdyby Negoro już czyhał na niego.

– Co tobie, mamo, masz jakieś zmartwienie? – zapytał chłopczyna.

– Nie, nie, mój Janku, tylko myślałam o ojcu, któregośmy tak dawno nie widzieli.

– Ach! prawda, mamo, bardzo dawno, i ja tęsknię do niego, czy przyjedzie do nas?

– O nie… nie… nie trzeba, żeby tu przyjeżdżał…

– Więc my pojedziemy do niego?

– Tak, zapewne…

– Razem z moim przyjacielem kapitanem… i z Herkulesem i ze starym Tomem.

– Dobrze… dobrze… – odrzekła, odwracając głowę, aby nie dojrzał łez, jakie stanęły w jej oczach.

– Czy mama miała list od ojczulka?

– Nie, mój Janku.

– Więc mama napisze do niego?

– Tak… zapewne… – odpowiedziała, ściskając dziecko.

Oprócz powyższych względów, jedna jeszcze okoliczność wpływała na wahanie się pani Weldon, co do zgodzenia się na warunki Negora – może niezadługo nastręczyłaby się jej sposobność wyzwolenia z tej niewoli bez jego pomocy i wbrew jego woli; była to blada bardzo iskierka, ale zawsze migotała nadzieja.

Kilka dni przedtem dosłyszała przypadkiem parę słów z romowy, Pozwalającej jej żywić się nadzieją, że może w niedługim czasie opatrzność ześle jej nadspodziewaną pomoc.

Alwez i jakiś metys z Uidżi rozmawiali w pobliżu chatki, w której mieszkała pani Weldon i naturalnie mówili o handlu niewolnikami, jako o najważniejszej dla nich sprawie. Wyjawiali obawy, zagrażające kupczeniu ciałem ludzkiem wskutek usiłowań anglików, podejmowanych w celu zniesienia wszędzie handlu niewolnikami, a to przez nieustannie krzyżujące się statki, strzegące wybrzeży, oraz przez coraz częstsze podróże ich misyonarzy i podróżników.

Alwez dowodził, że śmiałe wycieczki tych odważnych pionierów muszą oddziaływać na ich operacye handlowe; metys podzielał jego zdanie, dodając, że wszystkich tych gości należałoby przyjmować wystrzałami.

I tak też postępowano, ale cóż kiedy na wielkie utrapienie handlarzy nie wiele to skutkowało, – zamordowali jednych przybywali drudzy i ci, wróciwszy do kraju, opowiadali, jak utrzymywał Alwez, przesadzając niesłychanie, okrucieństwa, towarzyszące handlowi niewolników.

Obydwaj utyskiwali bardzo nad tą klęską, dotykającą przeważnie targowiska Nyangwe, Uidżi, Zanzibaru i okolic zbliżonych do wielkich jezior. Zwiedzili je z kolei Speke, Grant, Livingstone, Stanley i inni, – a to istny najazd! Jeżeli mu się kresu nie położy, wkrótce Anglia i Ameryka spadną im na karki i zajmą całą okolicę.

Alwez ubolewał szczerze nad swoim kolegą, przyznając, iż w samej rzeczy dotąd okolice Afryki zachodniej mniej pod tym względem ucierpiały, to jest mniej były zwiedzane, ale plaga podróżników i tu już zaczynała dosięgać. Kazonde jakoś uniknęło jej szczęśliwie, ale Casange i Bihe, gdzie Alwez utrzymywał faktorye, mocno były zagrożone. Przypominacie sobie zapewnie czytelnicy, że już Harris mówił o niejakim Cameronie, który mógłby powziąć śmiały zamiar przebycia całej Afryki i, wszedłszy przez Zanzibar, opuścić ją przez Angolę.

Obawy handlarzy nie były bezpodstawne, gdyż w samej rzeczy w kilka lat później Cameron od południa, a Stanley od północy, zwiedzili te tak mało jeszcze znane okolice zachodniej Afryki i opisali potworne okropności, towarzyszące handlowi niewolników, występny współudział agentów cudzoziemskich i wykazali jasno na kogo spada odpowiedzialność za tak straszne zbrodnie.

Alwez i metys nie mogli jeszcze nic wiedzieć o podróży Camerona i Stanleya, wiedzieli jednak o tem, co mogło nadzwyczajnie wpłynąć na los pani Weldon, że niezadługo D-r Livingstone przybędzie do Kazonde. A przybycie słynnego tego podróżnika z liczną towarzyszącą mu eskortą, wielki wpływ, jaki posiadał w Afryce i pomoc, jakiej nie mogłyby mu odmówić władze portugalskie w Angola; wszystko to razem mogło spowodować uwolnienie pani Weldon z synkiem i kuzynem Benedyktem, wbrew woli Alweza i Negora, bez narażenia pana Weldon na utratę tak znacznej sumy, a przedewszystkiem na tak niebezpieczną podróż. Przybycie Livingstona do Kazonde było bardzo prawdopodobnem, gdyż zapewne zechce uzupełnić w ten sposób zwiedzenie całej środkowej Afryki.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 086

Jakże bohaterskiem było życie tego śmiałego podróżnika. Był on synem kupca herbaty z Blantyre, małego miasteczka w hrabstwie Lenark. Dawid Liwingstone, urodzony 13 marca 1813 roku, dzięki niezmordowanej pracy, zdał dobrze egzaminy z teologii i medycyny.

Odbywszy nowicyat w »London Missionary Society« wylądował w Kap 1840 roku z zamiarem połączenia się w Afryce południowej z misyonarzem Moffat, z którego córką ożenił się, i znalazł w niej godną towarzyszkę. W roku 1847 przebywał w Kolobeng, który opuścił w roku 1849 wraz z żoną, trojgiem dzieci i dwoma przyjaciółmi swoimi pp. Oswell i Murray.

Przecierpiawszy straszną nędzę, głód, pragnienie, skutkiem których o mało nie postradał dzieci, po niesłychanych trudach dostał się nareszcie do kraju Makalalos, w końcu czerwca 1851 roku odkrył Zambez, poczem powrócił do Kap, aby rodzinę swoją odesłać do Anglii. Odważny podróżnik siebie samego tylko chciał narazić na nader niebezpieczną podróż, jaką przedsięwziąć zamierzał. Chciał on przebyć całą Afrykę od południa do zachodu i dostać się do San Paulo de Loanda.

Od wybrzeży jeziora Dilolo, walczyć musiał z wielkiemi trudnościami; krajowcy stawiali mu najrozmaitsze przeszkody, różne plemiona napadały na niego, towarzysze podróży buntowali się, grozili śmiercią – każdy niemal inny na jego miejscu byłby odstąpił od zamierzonej wycieczki w głąb kraju. Livingstone zagrzany miłością nauki przetrwał wszystko i w kwietniu tegoż roku dostał się na wybrzeża Coango, a w sześć dni potem przybył do Cassange, gdzie go widział Alwez.

Tyle przetrwawszy i przecierpiawszy dla nauki, sławny podróżnik mógł śmiało powiedzieć, że ma już prawo odpocząć na łonie rodziny, jednak nie uczynił tego i dnia 1 marca 1858 roku, odpłynął w towarzystwie brata swego Karola, kapitana Bedindfield, doktorów Kirl i Meller oraz panów Thornton i Baines, i w maju wylądował na wybrzeżach mozambickich. Niestety! nie wszyscy mieli powrócić z tej wyprawy.

Po czterech latach rozłączenia, Livingstone powitał przybywającą do niego żonę, która, odzyskawszy nieco sił, chciała znów dzielić z nim trudy i niebezpieczeństwa. Biskup Mackensie i jeden z misyonarzy pierwsi padli ofiarą klimatu, a w kwietniu pani Livingstone umarła na ręku męża. W kwietniu 1863 roku Livingstone utracił znów towarzysza podróży Thorntona i odesłał do Europy znękanych chorobą, brata swego Karola i doktora Kirk, a nareszcie w 1864 r. znów przybył do Londynu i tam wydał dzieło swoje: o »Zambezie i wpływających doń rzekach«.

28 stycznia 1866 r. przedsięwziął czwartą z kolei podróż i wylądował w Zanzibarze. Tam w sierpniu był świadkiem przerażających scen z powodu handlu niewolnikami i zabrawszy z sobą tylko kilku cipayów i murzynów, przybył do Makalaose, nad brzegami Nyassy. W sześć miesięcy później, większa część eskortujących go ludzi uciekła, i powróciwszy do Zanzibaru, rozpuściła wieść o jego zgonie.

Nie powstrzymało to śmiałego podróżnika, który postanowił zwiedzić okolice leżące między Nyassa a jeziorem Tanganyjka. W r. 1867 zachorował ciężko i miesiąc cały walczył między życiem a śmiercią. Zaledwie odzyskał siły, niezwłocznie w dalszą puścił się podróż. W r. 1869 był już tak słaby, że go nieść musiano i coraz częściej zapadał na zdrowiu, a gdy nareszcie 1871 przybył do Uidżi, był chudy jak szkielet.

Już długo przedtem wiadomości o sławnym podróżniku nie dochodziły do Europy, łatwo więc uwierzono wieści o jego śmierci, a i on sam tak był wyniszczany i osłabiony, iż nie miał nadziei odzyskania zdrowia i zobaczenia rodaków.

Wtem, w jedenaście dni po jego przybyciu do Uidżi, dnia 3 listopada, o ćwierć mili od jeziora dały się słyszeć wystrzały z ręcznej broni; Livingstone poszedł na wybrzeże i ujrzał przed sobą człowieka białego.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 087

– Zapewnie Dr. Livingstone? – zapytał tenże, pozdrawiając go.

– Tak, – odrzekł z łagodnym uśmiechem i serdecznie uścisnęli sobie dłonie.

– Składam dzięki Bogu, że dozwolił mi odszukać pana, – rzekł przybyły.

– A ja cieszę się, że w tych stronach nieznanych mogę powitać pana.

Tym białym przybyszem był amerykanin Stanley, reporter dziennika »New-York-Herald«, którego właściciel p. Bennett wyprawił na poszukiwania Livingstona gdy rozeszła się pogłoska, że sławny uczony żyje gdzieś wśród dzikich.

Stanley bez wahania, z bohaterską prostotą przyjął powierzone sobie posłannictwo i, przetrwawszy niewysłowione trudności, kilkakrotnie o mało nie postradawszy życia, przybył nareszcie do Uidżi, gdzie znalazł Livingstona.

Niebawem zaprzyjaźnili się z sobą i razem robili wycieczki naukowe, w początkach jednak marca rozłączyli się z sobą, gdyż Stanley wracał do Ameryki.

– Kochany przyjacielu, – rzekł Livingstone, – dokonałeś zadania, któremu mało kto sprostaćby potrafił, a doskonale lepiej, niż niejeden słynny podróżnik; składam ci za to serdeczne dzięki i dozgonną zachowam wdzięczność. Niech cię Bóg prowadzi i błogosławi!

Stanley ujął go za ręce i odrzekł z uczuciem:

– Obyś jak najprędzej zdrów do nas powrócił!

– Bywaj zdrów! – rzekł Livingstone wzruszonym głosem. Stanley odpłynął i 12 lipca 1872 roku wylądował w Marsylii.

Po wyjeździe Stanleya, Livingstone nie zaprzestał naukowych wycieczek i rozeszła się wieść, że zamierza uzupełnić je zwiedzeniem nieznanych krain zachodu, dostać się do Angoli i poznać te okolice więcej od innych, gnębione straszną plagą handlu niewolnikami. Tak słyszał Alwez i kolega jego z Uidżi.

Dowiedziawszy się o tem z ich rozmowy, pani Weldon liczyła na to, że przybycie słynnego podróżnika może wrócić jej wolność; lecz właśnie w przeddzień 13 czerwca, w którym to dniu Negoro miał przybyć po list, doszła do Kazonde smutna wieść, którą Alwez i inni handlarze niewolników powitali z radością.

Doktor Livingstone rozstał się z tym światem dnia 1 maja 1873 roku.

Dnia 29 kwietnia przybył z małym swoim orszakiem do wioski Tchitambo, na południe jeziora Banguelo; był tak słaby, że przyniesiono go na noszach. Nazajutrz męczyły go straszne boleści, które dopiero w nocy ustały po zażyciu jakichś lekarstw; wtedy czuł jakby sen go ogarniał i odprawił służącego, mówiąc, że spać będzie.

Około 4-ej z rana, służący Souzi i pięciu ludzi z orszaku weszli do izdebki, zajmowanej przez Livingstona i zastali go klęczącego przy łóżku, z głową wspartą na ręku, jakby zatopionego w modlitwie.

Souzi dotknął go lekko ręką; był zupełnie zimny. Słynny podróżnik już nie żył.

W dziesięć miesięcy później wierna drużyna przeniosła zwłoki jego do Zanzibaru, a 12 kwietnia 1874 r. zostały przewiezione do Anglii i pochowane w opactwie Westminster, gdzie Anglicy chowają najsławniejszych i najwięcej zasłużonych rodaków.



Rozdział XV

Kretowisko.

Czyż człowiek zagrożony zgubą nie chwyta się najsłabszej deski ratunku? Czyliż wzrok skazańca nie śledzi choćby za najsłabszą iskierką nadziei?…

W takiem położeniu znajdowała się pani Weldon; łatwo więc pojąć, co się działo w jej duszy, gdy się dowiedziała od Alweza o śmierci Livingstona. Ostatnia deska ocalenia wysunęła się jej z pod nóg, iskierka nadziei znikła jej z oczu. Tom i towarzysze jego opuścili Kazonde; o Herkulesie nic nie wiedziała, – tak więc na nikogo nie mogła liczyć i nic nie pozostawało jej, jak zgodzić się na żądanie Negora.

W dniu oznaczonym Negoro przybył. Pani Weldon nie targowała się z nim o cenę okupu, pragnęła tylko zabezpieczyć się od podejścia. Rzekła więc spokojnie:

– Skoro chcesz zrobić dobry interes, nie powinieneś stawiać warunków, niemożliwych do przyjęcia. Wszak możesz otrzymać sumę, jakiej żądasz za zwrócenie nam wolności bez narażenia męża mego na przybycie do kraju, w którym mógłby go spotkać taki los, jak mnie. Za nic w świecie nie zgodzę się na to.

Po niejakim wahaniu, Negoro zgodził się na żądanie pani Weldon. Pan Weldon miał dopłynąć do Mossamedes, małego portu na południe Angoli, bardzo uczęszczanego przez handlarzy niewolników; miał wylądować wraz z Negorem, a w oznaczonym czasie agenci Alweza doprowadzą tam panią Weldon, Janka i kuzyna Benedykta.

Było to ustępstwo nader ważne. James Weldon nie będzie zmuszony odbywać niebezpiecznej podróży do Kazonde, a sama pani Weldon nie będzie narażona na niebezpieczeństwa, zwłaszcza, że własny interes Alweza wymagał, aby ich odprawił całych i zdrowych.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 088

Tak się umówiwszy, pani Weldon napisała list do męża, mocą którego Negoro miał mu się przedstawić jako sługa wierny i pełen poświęcenia, któremu udało się uciec w celu ocalenia swej pani i zaraz nazajutrz wybrał się w drogę w towarzystwie dwudziestu czarnych.

Po oddaleniu się Negora, pani Weldon starała się urządzić na czas, jaki miała jeszcze pozostać w Kazonde. Przy najpomyślniejszych okolicznościach podróż Negora tam i napowrót zająć mogła najmniej trzy do czterech miesięcy.

Pani Weldon nie miała zamiaru uciekać z faktoryi; tak ona, jak Janek i kuzyn Benedykt byli w niej dość bezpieczni, a troskliwe starania Halimy osładzały przykrości niewoli. Zresztą Alwez nie dozwoliłby jej opuścić swego zakładu, ścisły rozciągnięty nad nią nadzór miał się sowicie opłacić wysokim okupem i dlatego handlarz nie oddalał się z Kazonde dla zwiedzenia swoich faktoryi.

Pani Weldon prowadziła i teraz tak monotonne życie, jak po przybyciu do faktoryi; miała sposobność poznać dobrze obyczaje krajowców. Jak w mieście, tak i w faktoryi kobiety pracowały ciężko. Obijanie ryżu z kory młotkiem w drewnianych moździerzach, czyszczenie i przesiewanie kukurudzy, przyrządzanie z niej zupy zwanej »mtyelle«; zbieranie sorga, otrzymywanie wonnego olejku z pestek owocu »mpafu«, przędzenie bawełny, wyrabianie tkanin z kory, wydobywanie korzeni z manioku i przysposabianie gruntu pod miejscowe produkty, robienie »kassawy«, czyli mąki, uprawianie fasoli, kawy krajowej, cebuli, ogórków, których ziarna pieką się jak kasztany, przyrządzanie fermentujących napoi z bananów »malofu«, pombe« i innych trunków; starania około zwierząt domowych, tych osobliwych krów, które dają się doić tylko w obecności ich własnych lub wypchanych cieląt, jałówek małej rasy z krótkimi rogami, z których niektóre mają garby; kóz, które w okolicach, gdzie mięso ich główne stanowi pożywienie, są ważnym przedmiotem zamiany, zarówno prawie jak niewolnicy, monetą kurs w kraju mającą, i nakoniec hodowla drobiu, wieprzów, wołów, baranów i t. d. Wszystko to przekonywa, jak ciężka praca przypada w u-dziale kobietom w tych dzikich krajach lądu afrykańskiego.

Mężczyźni przez ten czas palą tytuń lub konopie, polują na słonie i bawoły i najmują się handlarzom niewolników do urządzanych przez nich rzezi.

Podczas pobytu w faktoryi pani Weldon mogła widzieć tylko prace, będące udziałem kobiet. Zatrzymywała się niekiedy i przypatrywała, lecz zawsze niechętnie była przez nie przyjmowana. Instynkt tych nieszczęśliwych kazał im nienawidzieć białą i żadnego też w nich nie budziła współczucia. Jedna tylko Halima stanowiła wyjątek, to też, nauczywszy się kilkunastu wyrazów języka krajowców, pani Weldon mogła niekiedy pomówić z młodą niewolnicą.

Mały Janek prawie zawsze towarzyszył matce w jej przechadzkach po faktoryi, ale martwił się tem, że nie może przekroczyć jej granic. Co do kuzyna Benedykta, temu zawsze i wszędzie było dobrze, byle dużo znajdował owadów. Na szczęście napotkał w faktoryi i studyował, jak mógł najlepiej bez lupy i okularów, maleńką pszczółkę, która zakłada swoje komórki z miodem w wypróchniałych otworach drzew, i »sphexa«, znoszącego jaja w cudzych komórkach, podobnie jak kukułka znosi je w gniazda innych ptaków. Nad brzegiem rzeczułek było bardzo wiele mustyków, których ukłucia tak go potatuowały, iż prawie trudno było go poznać. Gdy pani Weldon łajała go, że daje się tak kaleczyć tym złośliwym owadom, odpowiadał, drapiąc się aż do krwi: »Taka już ich natura i wrodzona skłonność, kuzyneczko, nie można więc mieć do nich żalu«.

Nareszcie, było to 17 czerwca, kuzyn Benedykt o mało nie został najszczęśliwszym z entomologów, ale wypadek ten musimy opowiedzieć szczegółowo.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 089

Było około jedenastej rano; upał nie do zniesienia zniewalał mieszkańców faktoryi do pozostania w chatach, i ani jednego krajowca nie widać było na ulicach Kazonde. Janek spał, pani Weldon zdrzemnęła się, siedząc przy nim.

Sam nawet kuzyn Benedykt, ulegając wpływowi podzwrotnikowej temperatury, nie wyszedł na swoje ulubione łowy i z bólem serca pozostał w swej chacie.

W tem, gdy już oczy na wpół mu się zamknęły, posłyszał brzęczenie owadów, które piętnaście lub szesnaście tysięcy razy na minutę mogą poruszać skrzydełkami. Kuzyn Benedykt miał wzrok niezmiernie krótki, ale za to słuch tak delikatny, iż rozpoznawał owady po samem ich brzęczeniu, a zdało mu się, że usłyszane było mu zupełnie nieznane.

– Co to za jeden być może? – pytał sam siebie kuzyn Benedykt.

I zaczął szukać i upatrywać go wokoło, stał i słuchał, wstrzymując oddech; promienie słońca padały tuż obok niego, dostrzegł wśród nich jakiś duży czarny punkt latający, ale rozpoznać go nie mógł. Stał jakby przykuty do miejsca, a choć inne owady kłuły go w twarz, w ręce, postanowił, że ani drgnie, aby nie odstraszyć nieznanego sobie gościa.

Nareszcie po długiem krążeniu, brzęczący owad usiadł na jego głowie, czuł, że lekko chodzi mu po włosach, przez chwilę zawładnęła nim nieprzeparta żądza złapania go ręką; zapanował jednak nad sobą.

O! nie! nie, nie! – pomyślał, mógłbym chybić lub co gorzej uszkodzić… trzeba czekać aż zejdzie niżej. O! już idzie… idzie… zstępuje niżej… czuję jego maleńkie nóżki, poruszające się po mojej głowie. Gdyby przymaszerował choćby na koniec mego nosa, może mógłbym mu się przypatrzeć i poznać do jakiego należy rodzaju, gatunku lub odmiany.

Tak myślał i pragnął kuzyn Benedykt, ale od spiczastej jego czaszki do końca bardzo długiego nosa było daleko, a kapryśny owad mógł zwrócić się ku uszom, ku szyi, co oddaliłoby go bardzo od oczu uczonego, a co gorsza, mógł lada chwilę zerwać się i ulecieć, aby bujać w promieniach słonecznych, w których zapewnie zawsze przebywał.

Kuzyn Benedykt pomyślał sobie to wszystko; nigdy jeszcze podczas swego entomologicznego zawodu nie przeżył chwil tak wstrząsających całą jego istotę.

Owad afrykański, pospacerowawszy czas jakiś po mocno najeżonych włosach, jakby po jakim krzaku, zaczął wreszcie schodzić ku kości czołowej.

To pewna, że każdy inny na miejscu kuzyna Benedykta, byłby silnie uderzył się w czoło aby zgnieść, a przynajmniej spędzić natrętny owad. Czuć sześć łapek, łechczących skórę i ani drgnąć, przyzna każdy, iż chyba tylko entomolog zdobyć się może na podobną odwagę. Spartanin pozwalający lisowi szarpać swoje piersi, rzymianin, kryjący w ręku rozpalone węgle, nie więcej od kuzyna Benedykta mieli mocy nad sobą.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 090

Po takich dwudziestu małych zwrotach, owad doszedł nareszcie do końca nosa; kuzyn Benedykt wahał się chwilę – krew uderzyła mu do serca. Czy owad zawróci się i przejdzie linię oczu, czy spuści się niżej?

Zszedł niżej, kuzyn Benedykt uczuł włochate jego łapki; nie skręcał ani na prawo ani na lewo, zatrzymał się na chrząstce nieco wygiętej, jakby z umysłu dla oparcia okularów. Przebył maleńki dołek, wytworzony długiem używaniem tego optycznego narzędzia, którego brak tak boleśnie dawał się uczuć biednemu entomologowi, i zatrzymał się nareszcie. Było to najlepsze miejsce, gdyż z tej odległości kuzyn Benedykt mógł skierować i wlepić oczy w nieznany owad.

– O! nieba! – zawołał, nie mogąc powstrzymać okrzyku kuzyn Benedykt, manticora tuberculosa, okaz nader rzadko napotykany w najbogatszych zbiorach, który prawie wyłącznie znajduje się w południowych okolicach Afryki.

Na nieszczęście mantikora usłyszała ten krzyk i ruszyła do odwrotu. Kuzyn Benedykt chciał ją złapać, podniósł rękę, zamknął ją prędko, ale napróżno.

Pomimo jednak tego niepowodzenia, okazał zadziwiająco zimną krew.

Wiedział, że mantikora tej rodziny raczej podlatuje i biegnie niż fruwa, przyklęknął więc i zdołał dostrzedz mniej, niż o dziesięć cali od oczu, czarny punkt, posuwający się spiesznie w promieniu padającego słońca. Postanowił więc przypatrywać się biegnącej swobodnie.

– Gdybym ją był pochwycił, – mówił, – mógłbym ją jeszcze uszkodzić. Nie, najpierw będę biegł jej śladem, nasycę się jej widokiem, a potem dopiero pochwycę.

I dalejże biedz jakby wyżeł tropiący ślad jakiś, w odległości kilku cali od ściganego owadu. Za chwilę już był poza chatą, u stóp palisady, otaczającej zakład Alweza.

Czy czasem mantikora nie wzleci wysoko po za mur, który oddzieli ją od zapalonego wielbiciela? Nie, tego nie lękał się kuzyn Benedykt, bo znał jej naturę. To też ciągle posuwał się za nią, aby nie stracić z oczu czarnego punktu, prędko sunącego po ziemi.

Dobiegłszy tuż do palisady, mantikora napotkała szeroki otwór jakby wielkiego kretowiska i bez wahania zapuściła się w tę podziemną galeryę, gdyż zazwyczaj poszukuje właśnie takich ciemnych przesmyków. Kuzyn Benedykt porwał się za głowę, zdjęty obawą, że ją straci z oczu. Wtem, o radości! zobaczył, że otwór kretowiska był przeszło dwie stopy wysoki, więc człowiek tak szczupły jak on, łatwo się przez niego przecisnąć może.

Zapuścił się więc bez namysłu, nie spostrzegłszy nawet, że tym podziemnym otworem wydostał się poza ogrodzenie zakładu. Ale co go to mogło obchodzić; on widział tylko rzadki owad, za którym gonił. Widać mantikora dość już miała tej przechadzki, bo zaczęła rozkładać szerokie skrzydełka, sposobiąc się do lotu.

Kuzyn Benedykt spostrzegł zagrażające mu niebezpieczeństwo i wyciągnął ręce, aby pochwycić owad, gdy tenże frunął!…

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 091

Kuzyn Benedykt podniósł w górę obie ręce…

Owad unosił się ponad jego głową, i dostrzegał już zaledwie czarny punkt nieokreślonej formy… a jeśli mantikora zapuści się w las, który z tej strony Kazonde roztacza się na kilka mil, i zacznie przelatywać z gałązki na gałązkę, wtedy biedny entomolog będzie musiał wyrzec się błogiej nadziei, że ją zamieści w swojem blaszanem pudle, którego najciekawszą miała być ozdobą.

Niestety! właśnie poleciała do lasu i tu spuściła się na ziemię, ale już nie biegła, tylko podskakiwała, kuzyn Benedykt znów rzucił się na kolana i dalejże gonić za nią; ona skakała, on skakał, co chwila wyciągając ręce, to na lewo, to na prawo, stosownie do tego, jak się owad obracał. Daremne usiłowania! nie mógł go pochwycić. Pokrwawił sobie ręce i kolana, a mantikora, zabrzęczawszy głośniej tuż koło jego uszu, jakby urągając, uleciała i znikła wśród gałęzi.

– A to nieszczęście, – krzyknął, załamując zakrwawione dłonie, kuzyn Benedykt.

– Uciekł! uciekł! niewdzięczny sześcionóg!… Ale nie, nie, będę go szukał, dopóki nie znajdę i nie pochwycę.

Biedak zapomniał o swoim krótkim wzroku, nie dozwalającym mu dostrzedz mantikory w pośród liści; gniew i zawiedziona nadzieja przywodziły go do rozpaczy. A najwięcej go bolało, że sam był swego nieszczęścia przyczyną, gdyby był odrazu starał się złapać owad, zamiast studyować go w swobodnym biegu, byłby teraz szczęśliwym posiadaczem pysznego okazu mantikory afrykańskiej.

Zajęty wyłącznie mantikorą, kuzyn Benedykt ani się domyślał nawet, że nieprzewidzianym sposobem odzyskał wolność; skutkiem bowiem przesunięcia się przez otwór w ziemi, wydostał się poza ogrodzenie faktoryi. Nie zdając sobie z tego sprawy, a zajęty tylko uchwyceniem mantikory, biegł i biegł, coraz bardziej zapuszczając się w las, nie wiedząc co robi, gdzie biegnie, jak wróci i czy wróci, narażając się na napaść dzikiego zwierza lub dzikiego krajowca.

Wtem, gdy wpadł w gęstwinę, wysunęła się z niej jakaś postać olbrzymia i, porywając go, jak on chciał pochwycić mantikorę, uniosła w głąb lasu.



Rozdział XVI

Mgannga.

Gdy dnia tego kuzyn nie przybył o zwykłej godzinie, wielki niepokój ogarnął panią Weldon; nie mogła pojąć, co się z nim stało. Ani przypuszczała, żeby mógł uciec z tak obwarowanej faktoryi, a potem znała dobrze swego kuzyna i wiedziała, iż gdyby nawet kto chciał wrócić mu wolność z warunkiem pozostawienia zbiorów, on bez wahania by odmówił. A pudełko stało nienaruszone w jego izdebce, ze wszystkiem, co udało mu się zebrać od czasu pobytu na lądzie. Nie podobna więc było przypuszczać, że dobrowolnie opuścił swe entomologiczne skarby.

A przecież nie było go w zakładzie Alweza.

Przez cały dzień pani Weldon, a nawet mały Janek i Halima szukali go daremnie.

Wtedy pani Weldon powzięła niepokojące podejrzenie, że chyba kuzyn Benedykt uprowadzony został z polecenia Alweza, ale w jakimże celu?

Czyżby go kazał zamknąć w wielkich barakach, przy placu targowym? Lecz, cóżby miał w tem za widoki, skoro w umowie zawartej z Negorem, zastrzeżone było wyraźnie, że i kuzyn Benedykt miał być razem z nią i Jankiem odstawiony do Mossamedes, aby za wypłacony okup wydani byli panu Weldon.

Gdyby pani Weldon mogła była widzieć jakim gniewem uniósł się Alwez, dowiedziawszy się o zniknięciu więźnia, byłaby przekonana, że stało się to wbrew jego woli. Lecz z drugiej strony, jeżeli kuzyn Benedykt uciekł dobrowolnie, dlaczegóżby zamiar ten ukrywał przed nią?

Alwez rozkazał przedsięwziąć jak najtroskliwsze poszukiwania, i te doprowadziły do wykrycia owego ogromnego kretowiska, z pomocą którego z faktoryi można było dostać się do lasu, i wtedy handlarz niewolników nie wątpił już, że łapacz robaków wydostał się tym otworem. Łatwo pojąć, jaka złość go ogarnęła, gdy pomyślał, że ta ucieczka będzie przypisana jego niedozorowi i zmniejszy część przypadającego dlań zysku.

– Niedołęga ten nie wiele był wart, – myślał sobie, – a jednak przyjdzie mi drogo opłacić jego ucieczkę. O! gdybym mógł go schwytać!…

Ale najstaranniejsze poszukiwania tak w obrębie faktoryi, jak i pewnej części lasu, nie doprowadziły na ślad zbiega. Pani Weldon straciła nadzieję odzyskania swego kuzyna, a Alwez swego więźnia.

Ponieważ nie można przypuszczać, iżby kuzyn Benedykt zawiązał z kim stosunki poza granicami faktoryi, trzeba więc było wnosić, że wypadkiem odkrył to kretowisko i uciekł, zapominając o tych, których zostawił, jak gdyby nie wiedział, że żyją na świecie.

To też pani Weldon nie miała najmniejszego żalu do nieszczęsnego entomologa.

– Biedak, co się z nim teraz stanie? – myślała sobie.

Ma się rozumieć, że tego samego dnia Alwez kazał zasypać kretowisko i podwoił ostrożność i nadzór nad jeńcami.

Pani Weldon coraz bardziej osamotniona, pozostała już tylko z synkiem i wiodła dalej swe jednostajne, smutne życie.

Wtem nastąpiła nader rzadka w tej epoce zmiana atmosfery. Około 19 czerwca zaczęły padać deszcze, chmury pokryły niebo, wielkie ulewy zalewały Kazonde.

Dla pani Weldon była to jedna przykrość więcej, ponieważ musiała zaniechać przechadzek po faktoryi, ale dla krajowców ulewne te deszcze straszną stawały się plagą. Nizkie grunty, na których zbiory już dojrzały, zostały zupełnie zalane.

Głód zagrażał mieszkańcom, pozbawionym nagle produktów rolnych, trwoga ogarnęła wszystkich, a ani królowa Moina, ani jej ministrowie nie wiedzieli jak złemu zaradzić.

Nie pozostawało nic innego, jak uciec się do czarowników, ale nie podrzędnych, którzy zajmują się leczeniem chorych przez czary i zaklęcia lub przepowiadaniem przyszłości. Szło tu o klęskę publiczną, trzeba więc było zażądać pomocy od najznakomitszych, posiadających władze sprowadzania lub powstrzymywania deszczów. Udano się do nich; daremnie, – wszelkie czary nic nie skutkowały.

Daremnie wywodzili swe monotonne śpiewy; poruszali podwójnemi dzwonkami, uciekali się do amuletów, a zwłaszcza do rodzaju rogu napełnionego błotem i korą drzew; wymawiali czarodziejskie zaklęcia, podczas których jednocześnie rzucali w twarz najpierwszych dygnitarzy dworu kulki z błota; wszystko to nie zdołało odegnać złych duchów, powodujących tworzenie się chmur.

Coraz straszniejsze klęski zagrażały ludności, gdy wtem Królowa Moina powzięła myśl sprowadzenia Mgannga, przebywającego wówczas na północy Angoli.

Był to pierwszorzędny czarownik, dokonywający cudów, w które tem więcej wierzono, że nikt się o tem nie przekonał i nie widział, ponieważ po raz pierwszy pojawił się w tych stronach. Podziwiano i głoszono cudowną jego moc pod wzlgędem zaklinania deszczów.

Rano dnia 25 czerwca, sławny czarownik głośno zwiastował swe przybycie do Kazonde, mocno wydzwaniając dzwonkami. Udał się wprost na wielki plac, gdzie tłumy krajowców podążyły za nim.

Niebo nie było tak zachmurzone, wiatr zdawał się zapowiadać zmianę kierunku, a że nastąpiło to jednocześnie z przybyciem Mgannga całą więc ludność nadzwyczaj korzystnie usposobiło dla niego.

Był to murzyn czystej krwi, nadzwyczaj okazały i, jak się zdawało, musiał być nadzwyczajnie silny. Już sama jego postawa imponowała dzikim tłumom.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 092

Zazwyczaj, przebywając wsie i miasta, czarownicy zbierają się po trzech, czterech lub pięciu, i towarzyszy im jeszcze pewna liczba pomocników i posługaczy, słynny Mgannga przybył sam, widać więc ufał swej sile. Na piersiach jego pomalowane były białe gzy-gzaki i pasy, niższą część ciała pokrywała szeroka spódnica z tkaniny, wyrobionej z trawy, na szyi miał naszyjnik z ptasich główek, na głowie rodzaj skórzanego kasku, zdobnego paciorkami, ponad biodrami pas mosiężny, od którego spadały setki dzwonków.

Trzymał w ręku rodzaj kosza, którego dno stanowiła wielka tykwa, napełniona skorupkami i muszlami, amuletami różnego rodzaju, małymi drewnianymi bożkami i wielkim zapasem kulek z błota, niezbędnych do wszelkich zaklęć i czarów, dokonywanych w środkowej Afryce.

Niebawem zebrany lud poznał, że Mgannga jest niemową, co zwiększyło jeszcze okazywane mu poszanowanie. Wydawał tylko jakieś nizkie, przytłumione gardłowe dźwięki, bez żadnego znaczenia, uchodzące za najlepsze właśnie czary.

Mgannga zaczął od tego, iż obszedł wielkie targowisko, wykonywając jakiś rodzaj poważnego tańca, przy którym wszystkie jego dzwonki dzwoniły nieustannie; tłum szedł za nim, naśladując jego ruchy. Wtem, nagłym zwrotem czarownik zwrócił się ku rezydencyi królewskiej, przechodząc przez główną ulic Kazonde.

Jak tylko zawiadomiono królowę o przybyciu słynnego czarownika, wyszła naprzeciw niego w towarzystwie całego swojego dworu.

Mgannga skłonił się, uderzając czołem o ziemię, poczem podniósł głowę i wyprostował swą wyniosłą postać. Wzniósł ręce ku niebu, po którem przebiegały chmury i, wydatnemi ruchami naśladując ich kierunek, wskazał, że przechodząc ku zachodowi, zwracają się na wschód wirowatym ruchem, któremu żadna siła nie zdołała dotąd przeszkodzić. Potem nagłym ruchem czarownik ujął za rękę groźną królowę Kazonde, z niewymownem zdziwieniem dworu i całego tłumu. Kilku dworzan chciało się sprzeciwić temu naruszeniu dworskiej etykiety, ale silny Mgannga pochwycił za kark najbliżej stojącego i rzucił na stronę o jakie piętnaście kroków.

Królowej widocznie podobało się to dumne postąpienie czarownika, bo wykrzywiła twarz, co miało oznaczać wdzięczny uśmiech, i Mgannga pociągnął ją za sobą, biegnąc szybko, a tłum pobiegł za nimi.

Czarownik zwrócił swe kroki ku zakładowi Alweza, a doszedłszy do zamkniętych drzwi, jednem uderzeniem otworzył je i rzucił na ziemię, poczem wprowadził do wnętrza zachwyconą królowę.

Handlarz niewolników przybiegł natychmiast otoczony swoimi żołnierzami i niewolnikami, aby ukarać śmiałka, który, nie czekając otworzenia drzwi, śmiał je wyważyć, ale zobaczywszy, że działo się to w obecności królowej, nic przeciw temu nie mającej, zatrzymał się w pełnej uszanowania postawie.

Alwez zamierzał zapewne zapytać królową, czemu ma przypisać zaszczyt jej odwiedzin, ale czarownik nie dał mu na to czasu.

Rozsunął tłum i, zostawiając wokoło siebie szeroką wolną przestrzeń z coraz większem ożywieniem wykonywał swoje pantominy. Najpierw wskazał ręką chmury, zaczął je zaklinać i ostro im wygrażać, a nakoniec rozpędzać, potem, prostując nagle swą olbrzymią postać, zdawało się, że chce zatrzymać je w biegu i można było mniemać, że dzięki wzrostowi dosięgnie do nich.

Zabobonna Moina, zachwycona postępowaniem i ruchami szarlatana, sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Szał ją jakiś ogarnął, wydawała dziwne krzyki, machinalnie powtarzając ruchy Mgannga, dworzanie i tłum naśladowali jej przykład, i wkrótce śpiew, krzyk i wycie krajowców, zagłuszyły gardłowe dźwięki niemego czarownika.

Lecz, czy wszystko to rozpędziło chmury nadciągające od wschodu i zasłaniające słońce, czy zaklęcia i czary tego nowego czarownika wywarły jaki skutek? Gdzie tam! Właśnie, gdy już królowa i lud jej cieszyli się, iż nareszcie pokonano moc złośliwych duchów, trapiących ich takiemi ulewami, niebo, pogodniejsze nieco od rana, znów się zasępiło i duże krople deszczu spadać zaczęły na ziemię.

Niebawem nastąpił zwrot w usposobieniu dzikiej tłuszczy. Rozgniewali się na czarownika, który nie lepszy był od innych, a zmarszczone brwi królowej okazywały, że co najmniej, postrada uszy. Krajowcy ciaśniejszem otoczyli go kołem, podnieśli groźnie pieści i byliby rzucili się na niego, gdyby nieprzewidziany wypadek nie wpłynął nagle na zmianę tak nieprzychylnego usposobienia.

Mgannga, przewyższający cały tłum zajadły, wyciągnął wskazująco rękę w jedną stronę faktoryi; wszyscy odwrócili się ku niej. Zwabieni krzykiem i gwarem, pani Weldon i Janek wyszli z chaty; na nich to wskazywał czarownik, uniesiony gniewem, i jednocześnie prawą rękę podniósł ku niebu.

– A więc to oni, oni! To ta biała i jej dziecko byli przyczyną i źródłem tej klęski, oni to ściągnęli ze swego kraju deszcz, zalewający grunty Kazonde!

Królowa Moina groźnym ruchem wskazała panią Weldon; krajowcy z dzikim wyciem rzucili się ku niej. Biedna kobieta widziała się zgubioną, porwała synka i, przycisnąwszy go do piersi, stała nieruchoma jak posąg wobec rozwścieczonej tłuszczy.

Mgannga zwrócił się ku niej; rozstąpiono się przed czarownikiem, który odkrywszy przyczynę klęski, znajdzie i lekarstwo na nią.

Alwez, któremu szło o życie jeńców, mających tak znaczną przynieść korzyść, zbliżył się sam, nie wiedząc, co ma czynić.

Mgannga porwał małego Janka z objęć matki i podniósł go ku niebu, można było myśleć, że roztrzaska mu główkę dla uspokojenia gniewu bogów; pani Weldon wydała straszny krzyk i padła zemdlona.

Czarownik dał znak królowej, poczem podniósł nieszczęśliwa matkę i uniósł ja wraz z dzieckiem, a tłum z uszanowaniem rozstępował się przed nim.

Alwez nie posiadał się z gniewu; stracił już jednego jeńca, a obecnie chcą mu porwać jeszcze panią Weldon i jej synka, a tem samem pozbawić znacznego zysku, jaki mu zapewnił Negoro z otrzymanego okupu.

Chciał więc koniecznie przytrzymać panią Weldon, choćby całe Kazonde miało być zalane, lecz krajowcy z oburzeniem zwrócili się przeciw niemu, a królowa Moina rozkazała swojej gwardyi, aby go powstrzymała. Alwez tedy musiał stać spokojnie, wiedząc, jak drogo mógłby przypłacić opór, przeklinając w duszy głupotę poddanych najjaśniejszej Moiny.

Jakoż w samej rzeczy dzicy byli przekonani, że chmury rozejdą się niebawem, jak tylko oddali się sprowadzająca je przyczyna i nie wątpili, że czarownik krwią obcych przybyszów przygasi i okupi dręczącą ich plagę.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 093

Mgannga unosił swoje ofiary tak łatwo, jakby lew parę owieczek; Janek oniemiał z przerażenia, pani Weldon zemdlała, a dzicy rozwścieczeni żądzą zemsty, biegli za nim, krzycząc i wyjąc. Wyszedł z faktoryi, przebiegł Kazonde, zapuścił się w las i uszedł z milę drogi, dając znak krajowcom, iż nie chce, aby dalej szli za nim. Jedni się zatrzymali, drudzy wrócili do miasta, a on, nie zatrzymując się ani chwili, doszedł z ciężarem swoim aż do rzeki bystro płynącej ku północy.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 094

Tam, w głębokim zagłębieniu, stała ukryta przy wybrzeżu łódź zwana pirogiem. Mgannga zszedł do niej, złożył swój podwójny ciężar, odepchnął nogą łódź, która szybko posunęła się z biegiem wody i wtedy zawołał:

– Oto masz mój kapitanie, panią Weldon i Janka, mam zaszczyt ci ich przedstawić. Teraz płyńmy jak najspieszniej i niech niebo otworzy swe upusty, choćby miało zalać wszystkich tych okrutnych i dzikich niedołęgów.



Rozdział XVII

Na rzece.

Słowa te wypowiedział Herkules, zmieniony nie do poznania przez różne malunki i strój czarownika, a zwrócone były do Dicka Sand, jeszcze tak osłabionego, iż musiał wspierać się na kuzynie Benedykcie, u stóp którego leżał wyciągnięty Dingo.

Odzyskawszy przytomność, pani Weldon zawołała:

– Tyżeś to Dicku, ty żyjesz!…

Nowicyusz podniósł się i postąpił parę kroków, a pani Weldon uściskała go jak syna.

– Mój przyjaciel Dick, mój przyjaciel Dick! – powtarzał z radością mały Janek, a zwracając się do Herkulesa, dodał: – A ja ciebie nie poznałem.

– A co? czy nie pięknie się ustroiłem, – zawołał Herkules, wycierając piersi, aby się pozbyć pasów i smug pomalowanych po nich.

– Bardzo byłeś brzydki – rzekł Janek.

– Brzydki, brzydki! przecież przedstawiałem dyabła, a ten nie może być piękny.

– Poczciwy Herkulesie! – rzekła pani Weldon, podając mu rękę.

– Mnie ocalił życie, uwolnił ciebie pani i Janka, a jednak nie chełpi się z tego, – powiedział Dick.

– Ocalił! uwolnił! nie jesteśmy jeszcze przecie ani ocaleni, ani uwolnieni, – odparł Herkules, – a potem, gdyby nie pan Benedykt, od którego dowiedziałem się, gdzie jest pani Weldon, nicbym nie mógł uczynić.

Jakoż pięć dni temu, Herkules to porwał i uniósł kuzyna Benedykta, który, goniąc za mantikorą przeszło milę w las się zapędził; gdyby nie to, Herkules nie byłby przybył do Kazonde pod przebraniem słynnego czarownika.

Łódź mknęła szybko po rzece, a Herkules opowiedział pani Weldon przygody swoje od czasu ucieczki z obozowiska pod Coanzą. Niewidziany przedzierał się za kitandą, w której niesiono panią Weldon z Jankiem; napotkał zranionego Dinga i razem z wiernem psiskiem dostał się w okolice Kazonde. Wypuścił wtedy Dinga z karteczką do Dicka, w której zawiadomił go, co się stało z panią Weldon, a po nieprzewidzianem spotkaniu i pochwyceniu kuzyna Benedykta, daremnie próbował dostać się do faktoryi, surowiej jeszcze strzeżonej niż pierwej, aż nareszcie nadspodziewanie znalazł sposobność wyzwolenia pani Weldon z więzienia niegodziwego Alweza. A było to tego dnia, kiedy ów słynny Mgannga, tak niecierpliwie oczekiwany w Kazonde, idąc tam właśnie, przechodził przez las, w którym Herkules błąkał się we dnie i w nocy, upatrując i czyhając sposobności dostania się do wnętrza faktoryi. Ufny w swą olbrzymią siłę, rzucił się na czarownika, zabrał mu jego przyrządy i ubiór, przywiązał do drzewa sznurem ukręconym z gałęzi pnączy, pomalował sobie czoło na wzór Mgannga i postanowił odegrać jego rolę zaklęcia i odwrócenia deszczu. Wszystko to odbyło się w przeciągu kilku godzin, ale trzeba było ciemnoty i łatwowierności dzikich krajowców, aby temu uwierzyli.

Herkules opowiedział to wszystko w krótkości, ale nic nie wspomniał o ocaleniu Dicka Sand.

– Jakżeś ty się uratował Dicku? – zapytała pani Weldon.

– Ja, pani, sam nie wiedziałem, jak się to stało… To tylko pewna, że myśl o was była ostatnią moją myślą… Daremnie usiłowałem zerwać powrozy, krępujące mnie do słupa… Woda zalała mnie… straciłem przytomność… Gdy przyszedłem do siebie byłem ukryty w nadbrzeżnej trzcinie, a Herkules klęczał przedemną, najtroskliwszą otaczając opieką.

– Jakimże sposobem ocaliłeś Dicka, Herkulesie? – zapytała pani Weldon.

– Już i sam nie wiem, jak się to stało. Może szybki prąd wody obalił słup, do którego nasz kapitan był przywiązany i uniósł go na wybrzeże, na którem znalazłem go pół martwym? A zresztą, czyż to trudno było wśród nocy wcisnąć się między ofiary, zapełniające grób; czekać puszczenia wód i, będąc dość silnym, jednym zamachem wyrwać podmyty słup i oderżnąć kochanego naszego kapitana. Na to nie trzeba było być czarownikiem, pierwszy lepszy mógłby tego dokonać. Ot naprzykład p. Benedykt, a co prawda nawet i nasz Dingo… i może to rzeczywiście Dingo…

Dingo zaszczekał, a Janek, biorąc w rączki łeb psa, pieścił go, a następnie zapytał:

– Powiedzno Dingo, czy to ty ocaliłeś mego przyjaciela Dicka?

I jednocześnie poruszał łbem jego od lewej ku prawej stronie.

– Widzisz Herkulesie, Dingo mówi, że to nie on, a on przecieżby się nie zapierał. No, a teraz powiedz mi Dingo, czy to Herkules ocalił kapitana? i teraz znowu kilka razy pochylił łeb psa z góry na dół.

– Aha! powiada, że tak! – zawołał, – Dingo cię wydał Herkulesie.

– Przyjacielu, Dingo, – rzekł Herkules, głaszcząc psa, – na cóż ty mnie zdradzasz.

Tak to Herkules ocalił Dicka Sand z narażeniem własnego życia, choć przez wrodzoną skromność nie przyznawał się do tego. Taką już miał poczciwą naturę, iż nie cofał się przed największem poświęceniem dla ocalenia tych, których kochał, a nadto dowodził, że każdy z jego towarzyszy zrobiłby tożsamo.

Pani Weldon mówiła z boleścią o starym Tomie, jego synu i towarzyszach. Popędzili ich w stronę jezior; Herkules ich widział nawet przechodzących z karawaną niewolników, szedł za nimi kawał drogi, ale nie udało mu się zbliżyć do nich i dać się poznać. Biedni towarzysze! zabrali ich tak daleko i pewnie nigdy, nigdy już ich nie zobaczy!…

I oczy poczciwego murzyna zalały się łzami.

– Nie płacz, poczciwy Herkulesie, – rzekła pani Weldon, – może da Bóg odzyskasz swoich towarzyszy; nim to nastąpi polecajmy ich codziennie w modlitwie opiece Boskiej. Z kolei pani Weldon opowiedziała pobyt swój w faktoryi Alweza i ową ugodę z Negorem.

– Kto wie, – dodała, – może lepiej było pozostać.

– Ach! jakże źle zrobiłem! – zawołał Herkules.

– Nie, nie, uspokój się Herkulesie, – odrzekł Dick Sand; – tacy niegodziwcy jak Alwez i Negoro niezawodnie znaleźliby jaki sposób ściągnięcia w zasadzkę pana Weldon. Uciekajmy spiesznie, nie tracąc czasu, aby się dostać na wybrzeże zanim Negoro powróci do Mossamedes. Tam władze portugalskie udzielą nam pomocy i opieki, zanim Alwez przybędzie odebrać sto tysięcy dolarów.

– Stary łotr dostanie sto tysięcy batów, które mu jak najchętniej wyliczę! – zawołał Herkules.

Ponieważ nie podobna było pani Weldon wracać do Kazonde, zatem trzeba było skierować wszelkie usiłowania, aby przed Negorem przybyć do Mossamedes,

Teraz zatem miał być wprowadzony w wykonanie dawny plan Dicka, aby z biegiem rzeki dostać się do jakiegoś lądu. Tak właśnie płynęli; rzeka zwracała się, jak się zdawało, ku północy i zapewne wpadała do Zairu. W takim razie zamiast do San Paulo de Loanda, dopłynęliby do ujścia tej wielkiej rzeki, lecz nie troszczyli się o to, ponieważ w koloniach Niższej Gwinei znaleźliby także pomoc i bezpieczeństwo.

Z początku Dick Sand zamierzał puścić się z prądem rzeki na jednej z tych tratw trawnych, będących rodzajem małych, pływających wysepek, których tak znaczna ilość sunie po powierzchni rzek amerykańskich, ale traf zrządził, że, błąkając się w nocy nad wybrzeżem, Herkules spostrzegł pustą łódź płynącą po rzece.

Dick ucieszył się z tego niewymownie, gdyż nie była to mała łódka, jakiemi najczęściej posługują się krajowcy, ale piróg, przeszło 30 stóp długi, a cztery szeroki, którym wprawni marynarze nader szybko wiosłują po wodach wielkich jezior.

Z początku dla bezpieczeństwa, Dick zamierzał płynąć tylko nocą, ale zatrzymując się po dwanaście godzin codziennie, podróż i tak może długa, podwójnego wymagałaby czasu. Powziął więc szczęśliwą myśl pokrycia piroga kopułą z długich spadających traw, porozpinanych na tykach, która, ciągnąc się przez całą długość łodzi, osłaniała ją w zupełności. Wydawała się jak ogromna kępa traw, płynących wśród ruchomych wysepek. Daszek ten tak dobrze był urządzony, że zwodził nawet ptactwo, które przylatywało gromadnie oskubywać gałązki i ziarnka. Daszek osłaniał ich jednocześnie od skwarów słonecznych; w takich warunkach przeprawa nie była utrudniającą, ale zawsze niebezpieczną.

Podróż zapewnie potrwa długo i codziennie trzeba będzie myśleć o zaopatrzeniu się w żywność. Jeśliby rybołówstwo nie zapewniało dostatecznego pokarmu, trzebaby polować na wybrzeżach, a Dick nie miał innej broni prócz dubeltówki, z którą uciekł Herkules po ataku na mrowisko. Liczył jednak na pewność swoich strzałów, tem więcej, że mógł je wypuszczać przez otwór w trawiastym dachu.

Płynąc z wodą, piróg posuwał się, jak obliczał Dick, z prędkością dwóch mil na godzinę; spodziewał się więc, że między dwoma wschodami słońca przebędzie prawie pięćdziesiąt mil, ale tak pospieszna żegluga wymagała znowu wielkiej baczności; trzeba było omijać ostrożnie podwodne skały, pnie drzew i inne zawady, a nadto mógłby bieg wody zamienić się w bardzo bystry prąd lub spadek, co często się zdarza na rzekach afrykańskich.

Radość z ujrzenia pani Weldon i Janka nadzwyczaj prędko wróciła siły Dickowi, bystry wzrok jego bacznie śledził bieg rzeki i ręką wskazywał Herkulesowi, jak ma wiosłować, aby płynąć w dobrym kierunku.

Przez parę pierwszych dni pożywienie ich stanowiły zapasy, w jakie udało się Herkulesowi zaopatrzyć, więc tylko dla wypoczynku co noc zatrzymywali się po parę godzin, ale bez wylądowywania, gdyż Dick postanowił unikać tego bez koniecznej potrzeby, to jest, gdy inaczej nie będzie mógł zaopatrzyć się w żywność.

W początku podróży nie zdarzył im się żaden wypadek; rzeka miała miejscami przeszło sto pięćdziesiąt stóp szerokości; tu i ówdzie po powierzchni przesuwały się maleńkie wysepki, płynące równie szybko jak łódź, nie trzeba więc było obawiać się spotkania.

Wybrzeża zdawały się niezamieszkane, widocznie krajowcy rzadko kiedy zapuszczali się w te okolice. Ponad brzegami rzeki rosła znaczna liczba dzikich krzewów, jaśniejących najrozmaitszymi kolorami, w innych miejscach wznosiły się nad rzeką zielone lasy, kąpiące swe gałęzie w przeźroczach jej wód. Składały się one z drzew kopalowych, z akacyi ze sztywnymi liśćmi, z żelazno-drzewnych bohinii, z drzew figowych, rosnących na korzeniach w kształcie słupów, jak u drzew mangowych i t. d. Wysokie wierzchołki tych drzew łączyły się ze sobą o sto stóp nad wodą, tworząc gaj niedostępny dla słonecznych promieni. Często szerokopienne pnącze, przerzucając się z jednej strony na drugą, tworzyły rodzaj mostu, a dnia 27 mały Janek miał wielką uciechę, widząc jak gromada małp przebiegała po tym roślinnym moście, trzymając się za ogony dla łatwiejszego ratowania się, gdyby przypadkiem załamał się pod niemi.

Małpy te z rodzaju małych szympansów, zwanych w Afryce środkowej »Sokos«, są dość brzydkie; mają nizkie czoła, oblicze jasno-żółte, uszy wysoko umieszczone. Żyją gromadkami po dziesięć w jednej, szczekają jak psy i są postrachem krajowców, ponieważ często porywają im dzieci, aby je podrapać lub pogryźć. Przebiegając most z lianów, złośliwe zwierzęta ani się domyśliły, że pod tą wielką kępą płynącej zieleni znajduje się chłopczyk, którego tak chętnie pochwyciłyby dla zabawki. Widać, że Dick miał dobry pomysł i doskonale go wykonał, skoro oszukały się te sprytne zwierzęta.

Tegoż dnia, o dwadzieścia mil dalej, łódź nagle powstrzymana została w biegu.

– A to co takiego? – zapytał Herkules.

– Zapora naturalna – odrzekł Dick Sand.

– Trzeba ją usunąć, panie kapitanie.

– Tak, za pomocą siekiery; widać zapora jest silna, skoro oparła się kilku uderzającym o nią wysepkom.

– A więc do roboty, – zawołał Herkules, stając z przodu łodzi.

Zaporę tę utworzyły poplątane z sobą gałęzie tej mocnej trawy ze świecącymi liśćmi, które ściskając się z sobą zamieniają się w rodzaj twardej bardzo pilśni; trawa ta nazywa się »tikatiba«, po niej suchą nogą można przejść po wodzie, jeśli się ktoś nie obawia zapadnięcia w nią na jakie dwanaście cali. Powierzchnię tej zapory pokrywały szerokie liście lotosu.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 095

Było już ciemno, Herkules więc mógł, nie narażając na niebezpieczeństwo siebie i swoich towarzyszy, opuścić łódź i zabrać się do pracy. Jakoż tak dzielnie wywijał siekierą na prawo i na lewo, że w dwie godziny zniósł zaporę i łódź mogła płynąć swobodnie.

Co do kuzyna Benedykta, ten martwił się bardzo, że aż przykro było patrzeć na niego, gdyż utracił swój zbiór, a tu nie miał sposobności znalezienia i pochwycenia ani jednego owadu.

To też niepodobna opisać jego radości, gdy pewnego rana Herkules przyniósł mu szkaradnego jakiegoś robaka. Kuzyn Benedykt ujął go we dwa palce i, przyjrzawszy się z blizka, wydał okrzyk niewymownej radości.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 096

– Ach! Herkulesie! – zawołał, – nieoceniony Herkulesie! zasłużyłeś, abym ci przebaczył winy twoje… Kuzynko, Dicku, patrzcie! to sześcionóg, jedyny w swoim rodzaju, afrykańskiego pochodzenia. Nikt mi nie zaprzeczy wartości cennego tego okazu i chyba razem z życiem z nim się rozstanę!…

– Więc to coś tak rzadkiego w swoim rodzaju? – zapytała pani Weldon.

– A! ma się rozumieć, – odrzekł z zapałem kuzyn Benedykt. – Owad, który nie należy do żadnego z dziesięciu rodzajów, znanych uczonym, i którego trzebaby zaliczyć do familii pająków. Jest to rodzaj pająka, który byłby pająkiem, gdyby miał nóg osiem, a jest sześcionogiem, bo ma ich sześć tylko. Ach! kochani moi, niebo oddaje mi sprawiedliwość, wynagradza poniesione straty… Złączę nakoniec nazwisko moje z odkryciem naukowem!… Owad ten nazywać się będzie »Hexapodes Benedictus« (sześcionóg Benedykta).

Zapalony entomolog tak był uszczęśliwiony, iż zapomniał przebytych smutków i utrapień; pani Weldon i Dick Sand szczerze mu winszowali zapału naukowego, który dozwalał mu zapominać o wszystkiem, nawet o niebezpieczeństwie, w jakiem się znajdował.

Łódź posuwała się szybko po ciemnych falach rzeki i tylko sapanie uwijających się po wybrzeżu hipopotamów zakłócało spokój nocny.

Przez małe szczeliny w trawiastym dachu przedzierały się do łodzi odbłyski światła księżyca, świecącego ponad drzewami. Wtem, nagle na prawym brzegu doleciał z oddali jakiś szelest, a następnie głuchy odgłos, jakby olbrzymie pompy funkcyonowały gdzieś w ciemności. Były to liczne, z całych setek składające się gromady słoni, które, nasyciwszy się przez dzień drzewiastymi korzeniami, biegły zaspokoić pragnienie. Doprawdy można było przypuścić, że ogromne trąby całej gromady, podnosząc się i opuszczając jednocześnie jakby na komendę, pochłoną wody rzeki i osuszą jej koryto.



Rozdział XVIII

Różne przypadki.

Przez osiem dni łódź posuwała się z wiatrem i żaden ważniejszy nie zaszedł wypadek. Na przestrzeni wielu mil rzeka płynęła tuż przy brzegu przepysznego lasu, a gdy tenże się skończył, roztaczały się trzcinowe zarośla.

W okolicy tej bezludnej znajdowało się bardzo wiele rozmaitych zwierząt. Ponad wybrzeżem ukazywały się co chwila zebry, łosie, antylopy, a z nadejściem nocy dawał się słyszeć ryk lampartów, a nawet i lwów, przesuwających się wśród zarośli; dotąd jednak żadnej one rozbitkom naszym nie przynosiły szkody.

Codziennie po południu Dick dobijał do brzegu, wylądowywał i zwiedzał najbliższe wybrzeża w celu zaopatrzenia się w żywność. Na tych przestrzeniach, pozbawionych wszelkiej uprawy, nie można było liczyć na maniok, sargo, kukurudzę, ani na inne owoce, stanowiące roślinne pożywienie krajowców, gdyż te jako rosnące dziko, nie byłyby zdatne do jedzenia; Dick więc musiał polować, pomimo, że odgłos strzałów mógł wywołać jakieś niebezpieczne zajście.

Krzesali i rozpalali ogień na sposób krajowców i gotowali przy nim odrazu na kilka dni mięso z łosia lub antylopy.

Z powodu więc, iż zatrzymywali się w nocy dla wypoczynku, a we dnie dla polowania, do 8 lipca przepłynęli nie więcej jak sto mil drogi i Dick niepokoił się, gdzie ich doprowadzi ta nieskończenie długa rzeka, która, idąc ciągłe ku północy, zaczęła teraz zwracać się na północo-zachód.

Dnia 9 lipca Dick miał sposobność dania dowodu wielkiej przytomności i zimnej krwi. Sam był tylko na lądzie i, czatując na antylopę, której rogi wyglądały z zarośli, właśnie do niej strzelił, gdy wtem o trzydzieści kroków wyskoczył lew ogromny, który zapewne także polował na to zwierzę i ani myślał dać sobie zabrać upragnionej zdobyczy.

Był to ogromny lew, mający 5 stóp wysokości; jednym skokiem rzucił się na powaloną kulą Dicka antylopę, która jednak żyła jeszcze i ryczała przeraźliwie, przyciśnięta straszną łapą olbrzymiego lwa.

Dick nie zdążył jeszcze nabić fuzyi po danym strzale; lew spostrzegł go odrazu, ale popatrzył tylko na niego, nie zbliżając się wcale. Dick, przypominając sobie, że w podobnych wypadkach nieruchomy stan może ocalić, stał jak posąg, nie próbując nabijać dubeltówki, ani też uciekać. Lew popatrzał na niego czerwonemi połyskliwemi oczami; wahał się widać.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 097

Tak upłynęły dwie minuty. Lew wpatrywał się w Dicka, a Dick w niego, nie mrugnąwszy nawet okiem. Nareszcie jednem otworzeniem paszczy lew porwał zdobycz, unosząc ją, jakby pies zająca i, uderzając o krzaki ogromnym ogonem, znikł wśród gąszczu leśnego.

Dick stał jeszcze chwil kilka nieruchomy, potem wrócił do towarzyszy i nie powiedział im nawet, jakiego uniknął niebezpieczeństwa. Na szczęście, że tułacze nasi płynęli wodą, bo gdyby im przyszło lądem przebywać te drogę, pewnie, skutkiem ogromnej na nim liczby dzikich zwierząt, ani jeden nie pozostałby przy życiu.

Jednak okolica ta nie zawsze była niezamieszkana; w niektórych miejscach znać było wyraźnie ślady dawnych wiosek, ale widocznie opuścili ją krajowcy skutkiem śmierci swego wodza, i jak to było ich zwyczajem, przenieśli się gdzieindziej.

A może, w tej rzeką przerżniętej miejscowości, całe plemiona zamieszkiwały pod ziemią, jak to bywa w niektórych stronach Afryki? Tacy dzicy, stojący na najniższym stopniu ludzkości, w nocy tylko wychodzą ze swoich nor i są równie niebezpieczni, jak najgroźniejsze zwierzęta.

Dick nie mógł wątpić, że to były okolice zamieszkane przez ludożerców, gdyż w kilku miejscach zdarzyło mu się widzieć zaledwie ostygły popiół i bielejące kości ludzkie, dowodzące, że straszna uczta odbywała się tam niedawno. Mogłoby się łatwo zdarzyć, żeby ludożercy tacy z wyższego Kazonde dotarli w te strony właśnie w chwili wylądowania Dicka, i dla tego tylko w ostateczności wysiadał na ląd, najsurowiej nakazując Herkulesowi, aby na dany znak natychmiast odbijał od brzegu, nie uważając na niego.

Herkules przyrzekł być posłusznym, ale w podobnych razach zaledwie zdołał ukryć swój niepokój przed panią Weldon.

Wieczorem, 10 lipca, podwoili ostrożność. Na prawo ukazała się wioska nadwodna; z jakie trzydzieści zamieszkanych chat wznosiło się na palach. Prąd wody biegł pod niemi, więc i łódź musiała podpłynąć pod nie, gdyż na lewo rzeka pozagradzana była skałami, nie dopuszczającemi żeglugi.

Wioska ta była zamieszkana; widać było płonące w chatach ognie i dochodził do ludzi odgłos głosów, podobnych do ryku. Jeśliby, jak to się często zdarza, pod palami rozciągnięte były sieci, najlżejsze zahaczenie mogło zdradzić obecność przesuwającej się łodzi. Dick, stojąc na przodzie łodzi, cicho wskazywał kierunek, w jakim płynąć należy, aby trzymać się o ile można najdalej od omszałych pali; noc była bardzo jasna, łatwo więc bogli być dostrzeżeni.

Dwóch krajowców, rozmawiających z sobą głośno, siedziało na palach ponad wodą; właśnie pomiędzy te pale prąd wody popychał łódź i przejście było bardzo wązkie, trzeba więc było obawiać się, że dzicy ją dostrzegą i krzykiem swoim zbudzą śpiących w chałupkach.

Jeszcze jakie sto stóp mieli do przepłynięcia, gdy wtem dwaj siedzący na palach krajowcy, żywiej coś zaczęli z sobą rozmawiać. Jeden z nich wskazał towarzyszowi kępę zieleni, posuwającą się prędko i zagrażającą pozrywaniem sieci z pnączy, którą właśnie zastawiali. Podnieśli je więc prędko i zaczęli wołać na pomoc towarzyszy.

Pięciu czy sześciu czarnych wybiegło niebawem i, stanąwszy na poprzecznych deskach, ciągnących się między palami, zaczęli krzyczeć przeraźliwie.

W łodzi przeciwnie największe panowało milczenie; Dick jaknajciszej wydawał rozkazy, nikt się nie ruszał, tylko Dingo mruczał głucho, ale Janek małemi rączkami przytrzymywał mu szczęki. Słychać było tylko szum fal rozbijających się o pale i dzikie wrzaski ludożerców.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 098

Dzicy prędko ściągali w górę sieci; jeśli ściągną je w porę, łódź zdoła przepłynąć, w przeciwnym razie zaplącze się i zgubą zagraża wszystkim znajdującym się na niej.

Dick nie mógł zwolnić biegu łodzi, gdyż prąd nader bystry pchnął ją bardzo szybko.

W minutę potem łódź zaplątała się między palami; wspólnemi siłami dzicy zdołali ściągnąć w górę sieci, ale te, podnosząc się, zaczepiły i zdarły z prawej strony łodzi osłaniające ją trawiaste pokrycie. Tego właśnie obawiał się Dick.

Jeden z krajowców wrzasnął przeraźliwie, ale na szczęście łódź odpłynęła już daleko, dzięki nader bystremu prądowi.

– Na lewo! – zawołał Dick, – gdyż teraz już lewa strona rzeki była zdatną do żeglugi. Herkules skierował łódź we wskazanym kierunku.

Dick zaczął rozglądać się po powierzchni wody, oświetlonej światłem księżyca, ale nie dostrzegł nic podejrzanego, żaden piróg nie puścił się za nimi w pogoń. Może dzicy nie posiadali żadnej łodzi, i dzień zajaśniał, a żaden krajowiec nie pojawił się ani na rzece ani na wybrzeżach.

Od 14 do 18 lipca pani Weldon i jej towarzysze spostrzegli, że okolica zaczyna się zmieniać. Był to już kraj nie tylko niezamieszkały, ale pustynia, jałowy grunt nie przypominał niczem urodzajnych wiosek wyższych krain.

A rzeka ciągnęła się nieskończenie, i zdawało się, że musi wpływać do Oceanu Atlantyckiego.

O żywność było coraz trudniej, a dawniejsze zapasy wyczerpały się już zupełnie. Połów ryb mało przynosił, polowanie nic prawie. Antylopy i inne podobne zwierzęta nie miałyby się czem wyżywić; żadnych mięsożernych nie było także. To też w nocy ryk nie rozlegał się na wybrzeżach i tylko skrzeczenie żab zakłócało ciszę.

Oba wybrzeża stanowiły płaszczyznę, ogołoconą z drzew, a przecież trzeba było koniecznie obmyśleć jakieś pożywienie.

Dick nie wiedział już co począć, gdy wtem Herkules przypomniał sobie w porę, że krajowcy jadali często młode odrośle paproci i mlecz zawierający się w roślinie papyrusowej; on sam, przedzierając się przez las za karawaną Ibn Hamisa, nieraz tym sposobem ratował się od głodu.

Szczęściem paprocie i papyrusy rosły bujnie na wybrzeżach, a słodkawy mlecz wszystkim, a zwłaszcza Jankowi bardzo smakował.

Nie była to jednak strawa bardzo pożywna, ale nazajutrz znaleźli lepszą, dzięki kuzynowi Benedyktowi.

Od czasu znalezienia sześcionoga, który miał unieśmiertelnić jego imię, kuzyn Benedykt podczas każdego niemal wylądowania zajmował się poszukiwaniem owadów; gdy raz odchylał gałęzie dość wysokich krzewów, spłoszył ptaka, którego upierzenie zwróciło jego uwagę.

Dick chciał do niego strzelić, ale kuzyn Benedykt zawołał:

– Dicku, co robisz, nie strzelaj, jeden ptak na pięć osób i takby nie wiele znaczył.

– Wystarczy choćby dla Janka, – odrzekł Dick, znowu zamierzając wycelować do ptaka, który, usiadłszy na wyższej gałęzi, nie spieszył się z ucieczką.

– Nie strzelaj Dicku, ptak ten jest wskazówką, która doprowadzi nas do obfitych źródeł miodu.

Dick spuścił broń, uznając, że kilka funtów miodu więcej warte od jednego ptaka i obaj z kuzynem Benedyktem udali się śladem ptaka, który już to siadając, już odlatując, zdawał się wyraźnie zapraszać, aby szli za nim.

Nie mieli potrzeby iść daleko, zobaczyli bowiem niebawem kilka starych pni ukrytych wśród zarośli, nad któremi latały brzęcząc roje pszczół. Kuzyn Benedykt wprawdzie bardzo ubolewał nad temi nagoskrzydłymi pracownikami, iż pozbawiali owocu ich trudów i pracy, ale cóż było robić.

Dick podpalił trochę suchych gałęzi i wykurzone pszczoły uleciały.

Zdobyto więc miód, mimo tego głód straszliwy dałby się im uczuć, gdyby dnia 15 lipca łódź nie wpłynęła do przystani, w której znajdowały się miriady szarańczy, pokrywające grunt i drzewa.

Kuzyn Benedykt objaśnił, że krajowcy żywią się często tymi owadami; zabrano się więc do ich zbierania. Była ich tak niezliczona liczba, że dziesięć łodzi zapakować by można, a upieczone na wolnym ogniu stanowiły dość smaczne pożywienie.

Jakkolwiek żegluga pirogiem nie była znów tak wyczerpującą siły, jak owa droga odbywana pieszo przez nieprzejrzane lasy, jednakże ogromne upały, panujące we dnie, a wilgoć w nocy i mustyki niezmiernie się naprzykrzające, były powodem, że i ta podróż nadzwyczaj stawała się nużącą.

Jakże pragnęli już dopłynąć do celu, a Dick nie był w możności oznaczyć jak to prędko nastąpi.

Gdyby rzeka dążyła wprost ku wschodowi, dawno już byliby się dostali na północne brzegi Angoli, ale wogóle zwracała się więcej na północ i może przyjdzie im jeszcze bardzo długo płynąć zanim staną u kresu podróży.

Dick więc był nadzwyczaj niespokojny, gdy wtem, 16 lipca rano ujrzeli nagle, że rzeka zwraca się w innym kierunku.

Mały Janek stał na przodzie łodzi i patrzył przez otwory w trawiastym dachu, gdy nagle pojawiła się znaczna przestrzeń wody.

– Morze! – krzyknął chłopczyk.

Usłyszawszy to, Dick aż drgnął i pobiegł do Janka.

– Nie Janku, to nie morze, ale przynajmniej wielka rzeka, płynąca ku zachodowi, której ta jest tylko jakby odnogą. Może to właśnie Zair.

– Dałby Bóg! – rzekła pani Weldon.

Gdyby rzeczywiście był to Zair lub Kongo, na który w kilka lat później dostał się Stanley, dość było płynąć z jego biegiem, aby się dostać do nadbrzeżnych osad portugalskich. Tak sobie obiecywał Dick, i była to uzasadniona nadzieja.

Przez następne trzy dni łódź posuwała się po srebrzystych falach rzeki, wśród nie tak jałowej okolicy; zawsze jednak byli równie ostrożni, naprawiając najmniejsze uszkodzenia trawiastego dachu łodzi, aby się zdawało, że to tylko zielona kępa, unoszona prądem wody.

Jeszcze mil kilka, a może nareszcie biedni rozbitkowie Pilgrima doczekają się końca swoich cierpień i trudów.

Wtem, o trzeciej rano dał się słyszeć od zachodu jakiś głuchy, z daleka dochodzący odgłos. Zaniepokojony tem mocno, Dick chciał dojść, co to być może. Pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt spali w głębi łodzi, on przywołał Herkulesa i kazał nadsłuchiwać jak najuważniej.

Noc była bardzo spokojna, najlżejszy wietrzyk nie unosił się w powietrzu.

– To szum morza, – zawołał Herkules i oczy jego zabłysły radością.

– Nie, – odrzekł Dick.

– A więc cóż to jest?

– Czekajmy dnia, ale czuwajmy bezustannie.

Herkules powrócił na tył łodzi. Dick został na przodzie i słuchał.

Odgłos stawał się coraz głośniejszy. Dzień nastał bez świtu; o jakie pół mili dalej, jakby chmura unosiła się w powietrzu, była to tylko mgła, która rozeszła się po pierwszych promieniach słońca i wkrótce prześliczna tęcza zajaśniała mad horyzontem.

– Do brzegu! – krzyknął Dick; – tu są katarakty! Co prędzej do brzegu!

Okrzyk ten obudził panią Weldon.

Dick miał słuszność. O jakie pół mili przed nimi, wody spadały z taką gwałtownością, iż gdyby łódź podpłynęła ku katarakcie niewątpliwie wpadłaby w otchłań.



Rozdział XIX

S. V.

Herkules silnem uderzeniem wiosła popchnął łódź ku lewemu brzegowi, na którego krańcu wznosił się wielki wysokopienny las, tak gęsty, że nawet światło nie przezierało nigdzie przez niego. Dick patrzył z niepokojem na tę ziemię, na której zamieszkiwali ludożercy z niższego Kongo, a około której brzegów zmuszeni będą płynąć, skoro łódź nie mogła obecnie posuwać się środkiem rzeki. Straszny to był cios dla tych nieszczęśliwych tak blizkich zapewne jakich osad portugalskich; ale ufali Bogu, wszak on tyle razy wyratował ich z najcięższej doli.

W miarę jak łódź zbliżała się do lewego brzegu, Dingo okazywał dziwne oznaki niecierpliwości. Dick, który na wszystko zwracał uwagę, bo któż mógł przewidzieć skąd może przyjść niebezpieczeństwo, myślał, że może jaki dziki zwierz lub krajowiec ukrył się w wysokiej papyrusowej trzcinie nadbrzeżnej; poznał jednak prędko, że to nie gniew miota Dingiem.

– Szczególna rzecz! zawołał Janek, obejmując rączkami Dinga za szyję, on zupełnie jakby płakał; co tobie dobry Dingo?

Dingo wysunął mu się; łódź była wtedy o jakie dwadzieścia stóp od brzegu; pies skoczył w wodę i, dopłynąwszy do brzegu, znikł w zaroślach. Ani pani Weldon, ani Dick, ani Herkules nie wiedzieli, co myśleć o tem.

W kilka chwil później dobili do brzegu, przedarłszy się przez różne wodne rośliny. Kilka zimorodków powitało ich ostrym świstem, małe, białe czaple zerwały się i uciekły. Herkules przywiązał mocno łódź do pnia mangowego i wszyscy wdrapali się na wyniosłe wybrzeże, ponad którem wznosiły się wielkie drzewa.

W lesie tym nie było ani śladu ścieżki, ale świeżo zdeptany dowodził, że niedawno musieli przechodzić tędy albo krajowcy albo jakie zwierzęta.

Herkules trzymał w ręku siekierę, a Dick broń nabitą; uszedłszy zaledwie kilka kroków, spotkali Dinga. Pies wył żałośnie i pochylony węszył ślad. Niewytłomaczone przeczucie ciągnęło go ku tej części wybrzeża, a obecnie aż w głąb lasu, było to aż nadto widocznem.

– Baczność! – zawołał Dick; – pani Weldon, Janku, panie Benedykcie, proszę bądźcie ostrożni i nie oddalajcie się. Herkulesie uwaga!

W tej właśnie chwili Dingo podniósł łeb, oglądał się i podskakiwał, jakby prosząc, aby szli za nim.

Niebawem doprowadził ich do stóp ogromnego sykomora, pod jego cieniem wznosiła się zniszczona chatka; Dingo stanął przed nią i zaczął szczekać żałośnie.

– Któż tam być może? – zawołał Dick i wszedł do chatki, a za nim pani Weldon i towarzysze.

Na ziemi leżały rozrzucone kości ludzkie, zbielałe pod wpływem atmosfery.

– Umarł ktoś w tej chatce, – rzekła pani Weldon.

– I widać Dingo znał zmarłego, musiał to być pan jego; patrzcie! – rzekł Dick.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 099

I wskazał palcem na nagi pień sykomoru, na którym można jeszcze poznać dwie prawie zatarte litery.

Dingo położył łapy na pniu, jakby wskazując go obecnym..

– S. V. – krzyknął Dick. – Też same litery, które Dingo zawsze poznawał i które ma wyryte na obroży.

Wtem pochylił się nagle i podniósł małe pudełeczko miedziane, bardzo już zaśniedziałe, które leżało w kącie. Gdy je otworzyli wypadł z niego kawałek papieru, na którem było napisane:

»Zamordowany jestem… i okradziony… przez przewodnika mego Negora… 3 grudnia 1871 roku… tu… o 120 mil… Dingo! do mnie!…«

S. Vernon.

Te kilka słów wyjaśniły wszystko.

Samuel Vernon, który postanowił zwiedzić wnętrze Afryki, zabrał ze sobą psa swego Dingo, wziął Negora za przewodnika; nędznik ten, zobaczywszy, że podróżnik ma przy sobie pieniądze, postanowił je zabrać. Dostawszy się na ten punkt wybrzeży Kongo, podróżnik francuski osiedlił się w tej chacie, i tu był zamordowany, okradziony i opuszczony.

Po spełnieniu zbrodni Negoro uciekł zapewne z tych stron i wtedy wpadł w moc portugalczyków, którzy poznawszy, że jest jednym z agentów handlarza niewolnikami Alweza, odstawili go do San Paulo de Loanda, gdzie skazany został na dożywotnie wiezienie w jednym z domów poprawy tejże kolonii.

Wiadomo już, że zdołał uciec stamtąd i dostał się do Nowej Zelandyi, a stamtąd na Pilgrima, na nieszczęście będących na jego pokładzie.

Łatwo zrozumieć, jak się rzeczy miały po dokonaniu zbrodni. Nieszczęśliwy Vernon, przed zgonem znalazł jeszcze tyle sił, iż mógł napisać ową kartkę, podającą nazwisko mordercy i powód spełnionej zbrodni. Kartkę te włożył w pudełko, w którem zapewne były pierwej skradzione pieniądze i nakreślił na pniu drzewa, jakby napis nagrobkowy, litery swego imienia i nazwiska… Zapewnie Dingo długie dnie przesiedział, wpatrując się w te litery i tym sposobem nauczył się je poznawać. Błąkającego się po wybrzeżu, kapitan Waldeck zabrał na swój statek, po rozbiciu którego dostał się na pokład Pilgrima, gdzie poznał Negora.

Dick i Herkules zamierzali właśnie pochować po chrześcijańsku śmiertelne szczątki Samuela Vernon, gdy wtem Dingo zawył strasznie i wybiegł z chatki.

Jednocześnie prawie straszny krzyk rozległ się w niewielkiej odległości; wyraźnie człowiek jakiś ucierał się z ogromnym zwierzem.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 100

Herkules wybiegł za śladem Dinga. Dick Sand, pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt poszli za nim i ujrzeli człowieka, tarzającego się po ziemi, a pies wpoił w niego swe ogromne kły.

Był to Negoro i Dingo.

Zmierzając do ujść Zairu, skąd miał odpłynąć do Ameryki, zbrodniarz ten, zostawiwszy eskortę swoją w pewnej odległości, sam poszedł na miejsce, gdzie zabił podróżnika, który zaufał mu i powierzył się jego opiece. Miał do tego powód i poznali go nasi tułacze, zobaczywszy świeżo odgrzebany dołek, w którym znajdowało się kilka garści francuskiego złota.

Widocznie schował je tu Negoro po spełnionem zabójstwie, zanim został schwytany przez portugalczyków i teraz dopiero skorzystał ze sposobności, aby je zabrać, gdy wtem zwęszył go Dingo, skoczywszy z nienacka przewrócił i pochwycił za gardło. Nędznik wyjął z kieszeni wielki nóż i ugodził psa, właśnie w chwili, gdy Herkules rzucił się na niego, wołając:

– A mam cię łotrze, i mogę nareszcie wymierzyć ci zasłużoną karę.

Ale uprzedził go Dingo; zbrodniarz zaledwie już dawał znaki życia. Dosięgła go sprawiedliwość Boża, umierał właśnie w miejscu popełnionej zbrodni. Ale i wierne zwierzę zostało ugodzone śmiertelnie; biedny Dingo zdołał przecież jeszcze zawlec się do chaty, w której zmarł ukochany pan jego.

Zbrodniarz Negoro żyć przestał, ale krajowcy, towarzyszący mu od Kazonde, zapewne musieli być niedaleko, nie mogąc się więc doczekać jego powrotu, niezawodnie przyjdą szukać go w tej stronie. Tak więc biednym rozbitkom wielkie znów groziło niebezpieczeństwo.

Dick Sand i pani Weldon zaczęli się naradzać, co mają czynić.

Wiedzieli już teraz, że jest to z pewnością rzeka Kongo, którą krajowcy nazywają Kwango; była to rzeczywiście owa wielka arterya środkowej Afryki, której odważny Stanley nadał wielce zaszczytną nazwę »Livingstone«. Lecz choć już nie mogli wątpić, że to jest Kongo, kartka pozostawiona przez francuskiego podróżnika zawiadamiała, że ujście jej odległe jest jeszcze o sto dwadzieścia mil, a na nieszczęście w tych miejscach nie można jej było przepłynąć. Ogromne katarakty nie dopuszczały żeglugi, nie było więc innej rady, jak tylko iść któremś wybrzeżem przynajmniej aż do końca katarakt, to jest milę lub dwie, a tam dopiero zbudować sobie tratwę, mającą doprowadzić ich do zamierzonego celu.

– Chodzi więc teraz o to, – rzekł Dick, – czy mamy puścić się lewym brzegiem rzeki, na którym się znajdujemy, czy zwrócić się na prawą jej stronę. Zdaje się, że obie drogi są zarówno niebezpieczne, gdyż możemy się spotkać z groźnymi zawsze krajowcami; zdaje mi się jednak, że ta strona jest niebezpieczniejszą z tego powodu, iż moglibyśmy być zaskoczeni przez towarzyszów Negora.

– Więc zwróćmy się na drugą stronę, – rzekła pani Weldon.

– Tylko nie wiemy, czy droga z tamtej strony jest możebna do przebycia, gdyż widać drogi prowadzące do ujść Konga po tej znajdują się stronie, skoro Negoro szedł tędy… Ale mniejsza o to, nie możemy się wahać… tylko zanim pani wsiądziesz do łodzi, muszę pierwej sam przekonać się, czy będzie można przepłynąć na drugą stronę, pomimo tak gwałtownego spadku wód.

Rzeka nie miała więcej w tem miejscu nad trzysta do czterysta stóp szerokości, łatwo zatem mógł ją przepłynąć Dick, umiejący robić wiosłem; pani Weldon, Janek i kuzyn Benedykt mieli czekać jego powrotu pod opieką Herkulesa.

Tak rozporządziwszy Dick miał już odpłynąć, gdy pani Weldon zatrzymała go, mówiąc:

– Czy nie lękasz się, aby cię pęd spadku porwał swoim wirem?

– Nie, pani, przepłynę w odpowiedniej odległości.

– Ale, czy na przeciwnym brzegu nie grozi jakie niebezpieczeństwo?

– To też nie wyląduję, nie upewniwszy się uprzednio o tem.

– Zabierz przynajmniej dubeltówkę.

– Dobrze, ale bądźcie o mnie spokojni.

– Może byłoby lepiej nie rozłączać się, – rzekła pani Weldon, mocno zaniepokojona.

– Niepodobna, – odpowiedział Dick, – chodzi tu o wasze bezpieczeństwo, pozwól mi więc pani odpłynąć. Wrócę nim godzina upłynie, czuwaj tu bacznie Herkulesie!

To rzekłszy, odwiązał łódź, która go poniosła ku przeciwnej stronie. Pani Weldon i Herkules, ukryci wśród trzciny, śledzili za nim wzrokiem.

Dick Sand dopłynął wkrótce do środka rzeki, choć prąd nie był zbyt silny, jednak dawał się uczuć.

Szum wody rozlegał się w powietrzu; wiatr zachodni niósł wielkie spienione fale aż ku łodzi Dicka, który zadrżał na samą myśl, jak wielkie niebezpieczeństwo groziło łodzi podczas minionej nocy; gdyby mniej przezornie była sterowana, wszyscy znaleźliby śmierć w nurtach rzeki.

Teraz nie miał się już czego obawiać, gdyż trzymał się w pewnej odległości od gwałtownego wiru.

W kwadrans potem Dick dobił do przeciwległego brzegu i gotował się wyskoczyć na wybrzeże. Lecz w tej chwili rozległy się głośne krzyki i z dziesięciu krajowców rzuciło się na trawiaste pokrycie, osłaniające łódź.

Byli to ludożercy z owej nadwodnej osady. Przez osiem dni szli prawem wybrzeżem rzeki, gdy pod pokryciem z zieleni dojrzeli uciekających i obiecywali sobie pewną zdobycz, wiedząc, że spadek wód zagrodzi im drogę i zniewoli wylądować na prawym lub lewym brzegu rzeki.

Dick widział się zgubionym, pomyślał jednak, że może zdoła ofiarą własnego życia ocalić swoich towarzyszy. I dlatego nieulękniony stał na przodzie łodzi z wycelowaną strzelbą, i tym sposobem trzymał na wodzy dzikich.

Jednakże ci po chwili odważyli się i zerwali trawiasty dach rozciągnięty ponad łodzią, pod którym spodziewali się znaleźć liczne ofiary. Jakże przykrego doznali zawodu, przekonawszy się, że jeden tylko człowiek znajdował się w łodzi.

Wtem jeden z dzikich podniósł rękę w górę, pokazując towarzyszom na lewym brzegu rzeki panią Weldon i innych rozbitków, którzy zobaczywszy, co się dzieje i nie wiedząc, co począć, wysunęli się z ukrycia i stanęli na wybrzeżu.

Spostrzegł ich także Dick, i nie myśląc o sobie, prosił Boga, aby mu zesłał natchnienie, jak ocalić swoich.

Lękając się wycelowanej ku nim broni, ludożercy nie zbliżali się do Dicka, ale stali w przeciwnym rogu łodzi; jeden pochwycił wiosło, którem doskonale robił i manewrując wybornie posuwał łódź w ukośnym kierunku.

Wkrótce byli zaledwie o sto stóp od przeciwległego wybrzeża.

– Uciekajcie! – krzyknął Dick do towarzyszy, – uciekajcie co prędzej!

Ale ani pani Weldon, ani Herkules nawet o krok się nie cofnęli. Zdawało się, że są przykuci do miejsca.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 101

Nie chcieli uciekać, wreszcie na cóżby się to zdało; przed upływem godziny i tak wpadliby w ręce ludożerców.

Zrozumiał to Dick, ale wtedy właśnie zbudziło się w duszy jego to natchnienie, o które tak gorąco się modlił. Zdawało mu się, że zdoła ocalić ukochanych swoich, czyniąc z siebie ofiarę… To też nie zawahał się ani chwili.

– Boże! miej ich w swojej opiece! – zawołał, i zmiłuj się nademną.

I w tejże chwili skierował broń ku manewrującemu łodzią, wystrzelił i strzaskany ster rozbił się w kawałki.

Ludożercy wydali straszny krzyk przerażenia.

Łódź bez steru przechyliła się, wir porwał ją gwałtownie i wkrótce poniósł o jakie sto stóp tylko od katarakt.

Pani Weldon i Herkules zrozumieli postępek Dicka, – aby ich ocalić, siebie i dzikich rzucał wraz z łodzią w niezgłębione otchłanie. Mały Janek, płacząc padł na kolana obok matki i ręką ostatnie przesłali mu pożegnanie. Herkules wyciągnął ku niemu dłonie z rozpaczliwym ruchem…

W tej chwili ludożercy postanowili próbować, czy nie uda im się wpław dostać na lewy brzeg wyskoczyli więc z łodzi, która skutkiem tego się przechyliła.

Dick nie stracił zimnej krwi, nagle przyszło mu na myśl, że przewrócona łódź, której deska, ciągnąca się spodem przez całą długość, wznosiła się nad wodą, mogła stać się dla niego właśnie arką zbawienia.

W chwili, gdy wir poniesie go pod spadek wód, podwójne będzie mu groziło niebezpieczeństwo: zaduszenie wodą albo powietrzem. Otóż w tak przewróconej łodzi uda mu się może trzymać głowę ponad wodą a zarazem zdoła osłonić przed powietrzem zewnętrznem, które najniezawodniej zadusiłoby go gwałtownością upadku. Dick zrozumiał to w mgnieniu oka; instynktownie uczepił się ławki, ciągnącej się od jednego do drugiego końca łodzi i, wydobywszy głowę nad wodę pod przewróconem pudłem, czuł, że ciągnie go prąd nieprzeparty i zaczyna spadać w głąb prawie prostopadle.

Spienione fale pochłonęły ludożerców…



Rozdział XX

Zakończenie.

We dwa dni później, 20 lipca, pani Weldon i jej towarzysze spotkali karawanę ciągnącą ku Emboma, do ujść Kongo. Nie byli to handlarze niewolnikami, ale uczciwi kupcy portugalscy, prowadzący handel słoniową kością. Przyjęli oni serdecznie tułaczy i koniec podróży odbyli w dość znośnych warunkach. Jakże gorąco dziękowali Bogu za spotkanie karawany, gdyż w żaden sposób nie mogliby na tratwie płynąć po Zairze, która w tem miejscu jest tylko jednym ciągiem katarakt.

Stanley naliczył ich sześćdziesiąt dwie i żaden statek przebyć ich nie zdoła. Właśnie przy ujściu Kongo, w cztery lata później, śmiały podróżnik stoczył ostatnią z trzydziestu dwóch potyczek z krajowcami, a nieco niżej w kataraktach, prawie cudem uniknął śmierci.

Dnia 11 sierpnia wszyscy przybyli do Emboma, gdzie panowie Motta, Viega i Harrisson przyjęli ich najgościnniej. Właśnie odpływał statek do Panama, nasi zatem tułacze wsiedli na jego pokład i dopłynęli szczęśliwie do brzegów amerykańskich.

Telegram wysłany do San Francisco zawiadomił p. Jamesa Weldon o nadspodziewanym powrocie żony i syna, których poszukiwał daremnie wszędzie, gdzie tylko można było przypuścić, że Pilgrim mógł się rozbić.

Nareszcie, dnia 25 sierpnia tułacze nasi przybyli do stolicy Kalifornii.

Cóż to była za radość! a gdyby jeszcze byli z nimi stary Tom i jego towarzysze!…

Dick Sand został przybranym synem, a Herkules przyjacielem domu państwa Weldon; James Weldon wiedział, jak wiele zawdzięcza jednemu i drugiemu.

Wielkie to szczęście, iż Negoro nie mógł dojść do niego, bo pan Weldon byłby chętnie oddał cały majątek za uwolnienie żony i syna. Byłby bez wahania udał się z tym nędznikiem do Afryki, a kto wie, jakieby tam groziło mu niebezpieczeństwo.

A co się stało z kuzynem Benedyktem?

Szanowny entomolog, zaledwie uścisnąwszy dłoń i przywitawszy się z panem James Weldon, pobiegł co prędzej do swego gabinetu i, zamknąwszy się na klucz, zabrał się do pracy, jakby dopiero co przerwanej. Zabierał się do sprawozdania o owadzie, który miał się nazywać »Hexapodes Benedictus«.

W gabinecie swoim, pełnym okazów, odszukał lupę i okulary.

– Sprawiedliwe nieba! – jakże bolesny okrzyk wydał, przyglądając się z blizka jedynemu okazowi, którego mu Afryka dostarczyła.

Sześcionóg! nie był wcale sześcionogiem! Był to zwykły pająk. Jeżeli nie posiadał ośmiu nóg, to z przyczyny, iż dwie utracił podczas gdy był złowiony przez Herkulesa.

A z ośmiu nogami przestał być owym sławnym sześcionogiem, który miał się wsławić jako »Hexapodes Benedictus«.

Nieszczęśliwe krótkowidztwo kuzyna Benedykta naraziło go na zawód, który przypłacił chorobą. Na szczęście wyzdrowiał pod opieką pani Weldon.

W trzy lata później mały Janek miał już lat dziesięć; Dick Sand był nader gorliwym jego nauczycielem, a jednocześnie i sam uczył się bardzo pilnie. Przybywszy do San Francisco, wiedział już jak mu wiele brakowało, jak mało jeszcze umiał i zabrał się do nauki z niesłychanym zapałem. Pojmował dobrze, że skutkiem niedostatecznej wiedzy nie umiał wywiązać się ze swego zadania.

– O! tak, – powtarzał często, – gdybym pozostawszy jako dowódca na Pilgrimie, umiał był wszystko, co powinien umieć marynarz, iluż to nieszczęść bylibyśmy mogli uniknąć.

Pracując pilnie, Dick Sand w dwudziestym roku życia skończył z odznaczeniem kurs nauk hydrograficznych i, otrzymawszy patent, został kapitanem okrętu p. Jamesa Weldon.

I oto jak piękne zajął stanowisko, dzięki swej pracy i dobremu postępowaniu, biedny sierota znaleziony na Sandy Hook. Pomimo swej młodości był powszechnie ceniony i szanowany, ale skromny i pełen prostoty ani się domyślał, że męstwo, odwaga, wytrwałość i zupełne zaparcie się siebie, jakich w tylu nieszczęściach i trudnych próbach niezaprzeczone dał dowody, prawie bohaterską aureolą ozdobiły jego skronie.

Jeden wszakże dręczył go smutek. W wolnych od zajęć chwilach myślał zawsze o starym Tomie, Batym, Austynie i Akteonie, których nieszczęśliwą dolę wyrzucał sobie.

I pani Weldon ubolewała bardzo nad smutnym losem swoich towarzyszy przebytych cierpień i niebezpieczeństw. I dlatego to James Weldon używał wszelkich możliwych środków, aby odkryć miejsce ich pobytu, co mu się nareszcie udało, dzięki jego korespondentom, rozrzuconym po całym świecie.

Doniesiono bogatemu armatorowi, że Tom i towarzysze jego sprzedani zostali do Madagaskaru, gdzie niewolnictwo miało być wkrótce zniesione. Dick zamyślał odmawiać sobie wszystkiego i odkupić ich za uzbierane ze swych oszczędności pieniądze, ale James Weldon nie zezwolił na to. Polecił jednemu ze swych korespondentów zająć się tym interesem, i pewnego poranku, dnia 15 listopada, czterech murzynów zapukało do drzwi domu państwa Weldon. Był to stary Tom, Baty, Akteon i Austyn. Biedacy wyszli cało z tych tak groźnych niebezpieczeństw, ale o mało nie zostali zaduszeni uściskami Dicka i Herkulesa.

Tak więc z rozbitków, rzuconych na zgubne wybrzeża Afryki, brakowało tylko starej Nany, której niepodobna było wrócić życia oraz wiernego Dinga, który przynajmniej nie darmo zginął, bo pomścił śmierć ukochanego pana. A była to szczególna łaska Boga, że tak straszne przygody dwie tylko zabrały ofiary. Dzień powrotu murzynów obchodzono sutą ucztą; bogaty James Weldon nie żałował niczego, bawiono się wybornie i tańczono ochoczo, a gdy gospodarz wniósł zdrowie »piętnastoletniego kapitana«, wszyscy toast ten przyjęli z głośnym oklaskiem i wesoło spełnili kielichy.


KONIEC.

'Dick Sand, A Captain at Fifteen' by Henri Meyer 002



Przypisy

  1. »Sand« znaczy po angielsku piasek.
  2. Barometry angielskie i amerykańskie są podzielone na cale i linie; 28 cali i 7/10 równa się 728 milimetrom.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.