FANDOM



Panicz

Helena Mniszkówna

¤ ¤ ¤ ¤

A Woman Went Forth 1915



Część pierwsza

I

Ryszard Denhoff stał na ganku swego domu w Wodzewie i patrzył jak pakowano kufry na wielkie furgony wysłane słomą. Czoło młodego obywatela pokryte było rzewną zadumą. Słyszał dokoła siebie nieustanny gwar, niby kołatanie młyna, urozmaicony często silniejszym odgłosem jakiegoś wołania, głośnego krzyku, nawet płaczu.

Widział pełno ludzkich postaci, niosących na wozy co raz nowe paki i kosze. Ktoś tubalnym głosem wydawał rozporządzenia, ktoś wołał na konie; skrzypiały osie ruszających, naładowanych fur, szczekały psy.

Młody Denhoff oparty niedbale o filar ganku, ocienionego bujnymi kędziorami dzikich winogron, trwał w półśnie zarazem rozkosznym i dziwnym.

Był oto świeżym właścicielem Wodzewa, on jeszcze niepełnoletni, bo musiał czekać parę miesięcy dla podpisania aktu kupna. On, marzyciel, idealista, trochę łobuz i hulaka jest ziemianinem, i to piękne, urocze Wodzewo należy do niego.

Zdobył je, bez trudu wprawdzie, bo od tego były kapitały, ale zakochawszy się w nim przedtem, jak w pięknej kobiecie. Odczuwał zadowolenie bez granic i taki gwałtowny krzyk rozkoszy w piersi, że zdawał się wołać, Hosanna! do niebios, do samego Boga. Widział przed sobą bezmiar wspaniałych horyzontów; szał wdzięczności dla całego świata za otrzymanie tego kawałka ziemi rozsadzał mu serce, które biło mocnym pulsem i rosło w olbrzyma.

Przycisnąłby wszystkich i wszystko do swej wątłej piersi i całowałby i tulił całą ziemię.

Ale wyjazd z rodziną jego poprzednika, zgiełk, wrzawa, głośne pożegnania przygnębiły młodzieńca.

Nie lubił wszelkich wyjazdów, czułych scen pożegnalnych bał się instynktownie, bo zbyt słabe miał nerwy i przeczuloną wrażliwość.

Tu zaś sceny podobne właśnie się odgrywały.

Służba dworska i chłopi żegnali dawnego dziedzica płacząc i wyrzekając na przemiany. Mijając ganek, ludzie ci patrzyli z pewnym lękiem na nowego pana, który „jakości po zagranicznemu wygląda i z niemiecka się nazywa”. Ale pomimo tych nieufnych spojrzeń pokornie całowano go w ręce, zginając karki przed jego smukłą postacią i wielkim brylantem na palcu. Denhoff przyjmował hołdy z przyjemnością, bolały go natomiast mniej przychylne spojrzenia, ale udawał, że ich nie widzi.

Ostatni wóz odjechał sprzed ganku i jednocześnie rozległo się wołanie silnym basem:

– Mateusz, zajeżdżaj!

Ryszard zadrżał. Nieprzyjemne uczucie trąciło go brutalnie powodując nagły żal.

– Już odjeżdżają...

Odstąpił od filara i patrzył na toczący się powóz, ciągnięty przez czwórkę kasztanowatych koni.

– I to już moje – przemknęła myśl szybka, jakby .uśmiechnięta. Bystrym okiem obrzucił sylwetkę stangreta.

– Zmienię liberię! Wiecznie te granatowe kapoty i guzy. Nagle drgnął i skrzywił się z niesmakiem. Palcami zacisnął uszy, jakby go zabolało w bębenkach.

– Przestaniesz ty z bata strzelać, już ja cię oduczę parafiaństwa – mruknął zły, zjadliwe spojrzenie rzucając stangretowi.

Nastąpił wyjazd. Denhoff rozczulił się żegnając swych poprzedników. Usadawiał i ściskał dzieci, całował z wylewnością ręce pani, z panem cmokali się w powietrzu. Ogarniał go żal i niepokój.

Ryszard zląkł się swego Wodzewa i nowej roli.

– Mogliby też państwo jeszcze nie odjeżdżać!

– A cóżbyśmy tu robili? Pan jest właścicielem i założy dom.

– Jaki tam dom! Co ja tu sam poradzę?...

– Będzie pan bujał po świecie, a na odpoczynek tu przyjeżdżał. Przecie na klombie stoi napis dywanowy „Mon repos”, jako godło Wodzewa – żartował były obywatel.

Denhoff popatrzył na dywanowy klomb, już jego gustem zasadzony i na napis francuski na froncie.

– Czy oni z tego kpią? – pomyślał. Ale dłużej się nad tym nie zastanawiał. Lubił tych ludzi, szanował i szczerze był zmartwiony ich odjazdem.

Gdy powóz ruszył, Denhoff zapominając o powadze nowego dziedzica, wskoczył na stopień ekwipażu i dojechał tak aż za bramę.

– Do widzenia! nie zapominajcie państwo o mnie, pustelniku.

– Do widzenia! Do widzenia!

Znowu junackie palnięcie z bata, bolesny skurcz na twarzy Denhoffa, i rozstali się.

Młodziutki obywatel powrócił do domu prędkim krokiem, gorączkowo. Chciałby dziś, zaraz, całe Wodzewo przekształcić wedle swego gustu. Po drodze zauważył, że kłaniano mu się już inaczej, niż przed wyjazdem poprzednika, coś niewolniczego było w tych ukłonach dworskiej służby i włościan.

Wszedł do domu. Pustka przykra wionęła nań z ogołoconych pokoi. Podłogi zasypywały resztki słomy, trociny i pomięte papiery. Tapety na ścianach wypłowiałe, miejscami pozdzierane, pełne haków i ćwieków osnutych nitkami pajęczyn. Bezład szczerzył tu zęby na każdym kroku i zniechęcony Denhoff obszedł wszystkie pokoje i uczuł straszliwe zgnębienie, ręce mu opadły ze znużenia, które nagle nim zawładnęło.

– Ucieknę stąd, nie wytrwam!

Ciepły, słodki ton słowiczy wpłynął przez otwarte okna i miękko otulił stargane nerwy Ryszarda.

Podsunął się bliżej śpiewaka i oparty o futrynę okna wbił oczy w gąszcz parkową. Burzyło się tam wszystko majem. Maj młody, uśmiechnięty wyglądał z obfitych koron brzóz, maj gładził potężne świerki, obsypywał je seledynowymi szyszkami; maj panoszył się na dębach, pływał po aksamitnych trawnikach, wlewał swe natchnienie w kiście białych i liliowych bzów: pachniało i kipiało majem. Tuż pod oknem kwitły smukłe irysy, białe lilie kołysały się rozkosznie, siejąc dokoła cudną woń własnych ciał, pochylały senne głowy, jakby w upojeniu zmysłowym, czołgały się po rabatach gwiazdki stokroci. A słowik w brzozie jasnej, o rozplecionych dziewiczo warkoczach, nucił pieśń wieczystą i wpijał się nią w serce Ryszarda i rozszerzał je, i złocił. Młodzieniec zasłuchany w pogwarę majową, odbijał nieco od swego tła. Z jednej strony bujna, urocza natura, zupełnie swojska, z drugiej pustka, ruina mieszkaniowa chłodna, szydercza. I on. Sylwetka wysoka, smukła, komfort bijący z każdego szczegółu ubrania, szkła na oczach i odrębny jakiś rys całości, przypominający raczej turystów zadumanych nad Lago Maggiore. Był tu postacią niespodziewaną.

Ale wewnętrzną naturą zbliżał się do swych ram. Nie tęsknił za szumem fal obcych jezior – upajał się szelestem brzóz; nie nęciła go woń magnolii – pieściwie wchłaniał w nozdrza zapach lilii i narcyzów.

Był cudzoziemcem z powierzchowności i z nazwiska, Polakiem – w duszy. Uwagę jego zwrócił ostry skrzyp uginającej się podłogi i charakterystycznie zaczepne kaszlnięcie.

Spojrzał za siebie. Pokojówka Anulka zamiatała podłogę. Energicznie stąpając i operując szczotką wyraźnie udawała kaszel, patrząc spod rzęs na nowego pana.

Denhoff złapał właśnie to spojrzenie i wywołał nowy paroksyzm krztuszenia się, bardzo sprytny.

Przymrużył oczy.

– Ach, to ta cnota! pobożna Anula.

Zapewnienia byłej właścicielki Wodzewa o zakonnych instynktach pokojówki, wydawały się Ryszardowi nieco podejrzane.

– Wcale ładna!

Patrzał na nią i cieszył się jej zmieszaniem, przeczuwając komedię. Zauważył i pewną dekorację: biały, nakrochmalony fartuszek, błękitna wstążczyna na szyi i żółte kwiatki we włosach. Tego przedtem nie widział.

– Hm, Nous verrons!

– Kucharka się pyta, czy jaśnie pan będzie obiadował?...

– A ty będziesz usługiwała?

– Juści.

– No, to podawajcie.

– Ale! Obiadu nie ma jesce, ino tsa zadysponować.

– Voilà! – Cóż wy myślicie, że ja będę bez obiadu? Dziewczyna zachichotała.

– Ii... nie! Tyło dotąd dziedzicka dysponowali, a tera musi jaśnie pan sam.

– Powiedz kucharce, niech sobie gotuje co chce i dajcie mnie święty spokój. Wyszedł z domu i wsiąknął w rozmajony park.

Otwierały się przed nim głębie zielone, pachnący oddech ziemi plądrował wśród drzew i osnuwał je miłośnie. Czeremchy osypane kwieciem pochylały strojne gałęzie do rozwiniętych bzów, szemrząc zalotną gwarą młodości i piękna.

Denhoff stanął nad głębokim wąwozem kończącym park. Szeroka szczelina ziemi rozszerzała się w tym miejscu tworząc pyszny parów, zalany niby białą rzeką, kwiatami tarniny. Tłoczyły się tu karłowate czeremchy i wielkie kępy paproci. Środkiem płynął strumyk cienką taśmą wody, poskręcanej w węzły i żywiołowo wspinał się na kamieniach. Dzikie wiśnie w niepokalanej bieli swych welonów, stojąc na krawędzi wąwozu, zaglądały ciekawie w jego głąb, gdzie plątało się z sobą mnóstwo roślin; pnącze chmielowe szorstkimi ramionami dławiły biały powój, ten owijał się dokoła zaborczych mięśni chmielu i łagodził jego ostrość. Walka trwała. Żyzność gruntu w parowie buchała rzutkim płomieniem rostu, jakby gwałtem chcąc dorównać wysokością tworzyw – drzewom parkowym.

Ryszard oparł się bokiem o olbrzymią sosnę, której korona sięgała niemal chmur, korzenie zaś jedną połową wżarte mocno w twardy grunt, drugą wysunęły na zewnątrz, ogromne, rozczapierzone niby tytaniczne pałce, chciwe i okrutne. Te szpony wystające nad krawędzią wąwozu miały wygląd drapieżny, jakby chciały dosięgać przeciwnego brzegu i podsunąć go pod siebie.

Sosnę tę Ryszard nazwał głowonogiem i po przyjeździe do Wodzewa, już jako właściciel, zawiesił na złotorudej olbrzymce obrazek Bogarodzicy.

Teraz patrzył na okolicę skąpaną w słońcu, lubował się widokiem okopów z czasów szwedzkich, rozciągniętych szeroko poza parowem. Ten wąwóz był zapewne starożytną fosą otaczającą obozowisko.

– Jak ja się tu okopię w moim Wodzowie? i... czy na długie panowanie? – myślał tęsknie. Gdzieś, z łąk oddalonych doleciał dźwięk fujarki; piskliwie ale umiejętnie biegł po ukwieconych tarniną wzgórzach, łechtał przyjemnie świeżą zieleń i kwiaty. Był dopełnieniem akordu bezbrzeżnej roztoczy majowej, której brakło tylko muzyki.

Powódź wrażeń uczuciowych, jakby lubieżnych runęła na duszę Denhoffa. Przygarnął się całym ciałem do pnia sosny, objął ją ramionami i wyszeptał do jej łona:

– Chcę tu pozostać i... trwać.



II

Wodzewo zaczęło się odnawiać. Dwór pełen był majstrów i robotników. Na zewnątrz pracowano również. Z salonu wycięto drzwi na taras terrakotowy, budowano werandy, nad oknami żaluzje, balkony. Ogrodnik wykonywał ściśle plany rysowane przez Denhoffa, a naśladujące wzory zagraniczne.

Wodzewo zmieniło powłokę swojską, wionął obcy podmuch i dworek szlachecki przerabiał na magnacką rezydencję.

Młody właściciel rzucał pieniędzmi, jakby czerpał złoto z nieprzebranej cysterny.

Wieść o jego hojności szybko rozniosła się po okolicy, wywołując różne echa, nawet wśród inteligencji weszła w przysłowie:

„Rozrzutny jak Denhoff”.

Robotnicy i klasa rzemieślnicza mówiła:

„Bogaty burżuj ale hojny, słono płaci a mało się zna”. Chłopi zaś opiniowali na swój sposób:

„Bogacz! ino nie na długo; trza ciągnąć pokąd się nie zmiarkuje, abo go insze dwory zbuntują”.

Toteż Wodzewo pełne było zawsze ludzi chętnych na wszelkie polecenia i usłużnych. Odgadywano myśli Denhoffa. On chodził i rozkazywał niby udzielny książę.

Tytuły „jaśnie panie”, „jaśnie wielmożny dziedzicu” sypały się gęsto, wiedziano bowiem, że pan to lubi.

Ryszard w chwilach wolnych od rysowania planów i pisania listów z różnymi obstalunkami, wyliczał okoliczne domy obywatelskie, z krótką biografią każdego z nich i zastanawiał się, w których bywać, które zaś omijać.

Więc: Worczyn – starzy Turscy i córka Irena; panna już po dwudziestce. Hm! Dwór duży, rodzina bardzo dobra; w okolicy – prymusy.

– Będę bywał!

Turów – rodzinne gniazdo Turskich, właścicielem jest młody Marian Turski, brat panny Ireny. Ach! Ona podobno malarka. A ten Maryś, mówią, że wielki demokrata, może nawet dziwak, to nie szkodzi. Zatem i tam będę.

– Dalej: Zapędy – Korzyckich.

O tak! Dom na stopie wielkopańskiej, rezydencja pyszna, hucznie i dworno. Głośne polowania, bale, zima w Warszawie, lub zagranicą. Mówią tam coś na nich... hm! bardzo niepochlebnie. Pewno zawiść! Ale jest córka, panna piękna i posażna. Starsza wyszła za hrabiego.

– Dalej: Połowice – Tulicka stara i nieponętna, podobno Herod-baba. No, ale i to arystokracja. Będę.

– Tyle mego – dziwaczny majątek i ten Paszowski, stary wiarus, zacofaniec! Ale bywa wszędzie.

– Eh! Ominę.

– Chodzyń – Bronisław Perzyński. Obraca się wśród arystokracji, bogaty, niezbyt lubiany.

– Zobaczymy!

Jeszcze kilka mniejszych domów Denhoff uznał za niewarte wzmianki. Postanowił być najpierw w Worczynie.

– Lubię patriarchalność, nie zawsze, czasami. To ma pewien smak feudalny.

– Jadę, dziś, zaraz.

Wydał polecenie furmanowi, sam zaczął się ubierać z wielką starannością. Nie dla panny Ireny, broń Boże! Ale trzeba być zawsze gentlemanem i correct.

W odkrytym powozie, zaprzężonym w czwórkę pięknych anglików, jechał Denhoff uśmiechnięty, lubując się miękkim kołysaniem kół na gumach i widokiem świetnie ubranego stangreta. Rozglądał się wesoło po malowniczej okolicy, snuł szerokie projekty, na podkładzie jednego pewnika.

– Będę tu pierwszym, bo oni wszyscy cóż tam takiego! Szlachta! Denhoffowie pochodzą z baronów. Czemu się nie legitymowali, nie pojmuję, zatracili tytuł. W każdym razie będę tu – „lumen in coe-lo”.

Doznał błogiego uczucia wyższości, pewną rozkosz w żyłach, pochodzącą z pogłaskania ambicji.

Spostrzegł jeźdźca naprzeciw.

– Kto to jedzie? – spytał.

– Młody pan z Turowa – odrzekł furman.

Denhoff rozparł się okazale na poduszkach powozu, poprawił binokle, przybrał minę pompatycznego lorda. Jechali krokiem z powodu wyboistej drogi.

Turski pohamował wierzchowca; z kłusa przeszedł w stępa. Z wysokości rosłego gniadosza, w ładnym rynsztunku, spojrzały na Denhoffa ciemnoszare oczy spod równych łuków brwi, patrzące śmiało, trochę drwiąco. Szczupła twarz młodzieńca o rysach szlachetnych, usta nieco swawolne, lśniące spod zgrabnych wąsów, miały w sobie rasę aż wybitną, rasę cechującą dobry ród i kulturę. Spojrzeli sobie z Denhoffem oko w oko. Młody dziedzic starego polskiego nazwiska i starej siedziby po ojcach, z młodym dziedzicem nowej fortuny i obcego miana. Ta jakby typowo polska, rycerska brawura z luksusem w stylu moderne. Minęli się.

Denhoff uczuł nagłe opadnięcie o kilka stopni ze swych ambitnych wyżyn, niezbyt miłe. Przed chwilą sformułowane pojęcie Q swym stanowisku „lumen in coelo” wydało mu się teraz przedwczesnym. Miał wrażenie szczupaka, który wpływając do sadzawki, w jego mniemaniu napełnionej samymi płotkami spostrzega w niej nagle – złotego karpia.

– Ależ ten Maryś! Nie wygląda na demokratę. Rasowiec.

Turski minąwszy powóz, krócej wyraził swe spostrzeżenia. Podniósł trochę usta do nosa z drwiącym uśmieszkiem i szepnął bez komentarzy:

– Panicz!

Pokłusował ostro, po czym zaśmiał się:

– Ciekaw jestem jak go ochrzci Paszowski?

I przestał myśleć o Denhoffie.

Ten zaś wjeżdżał już w bramę worczyńskiego dworu.



III

W salonie Denhoff był trochę skrępowany. Poważna postać pana Turskiego na razie go onieśmielała. Siwa, czcigodna głowa o przenikliwych oczach, dystynkcja, wyrażająca się w każdym ruchu obywatela, nadawała typ całemu domowi. Nastrój panował istotnie patriarchalny, ciężki dla ludzi z luźniejszego świata. Denhoff odczuwał przymus i etykietę, lecz i pewien rys staroszlachecki, bezpretensjonalny. To robiło wyborne wrażenie. Ryszard widział, że go tu uważają za obcego i samemu było mu obco.

Rozmowa toczyła się zwyczajna, jednak na razie jedyna pani Turska, kobieta względnie młoda, wybornie wychowana, umiała podsycać do nieustającej konwersacji. Pomimo to Denhoff ożywił się dopiero wtedy, gdy do salonu weszła panna Irena. Wysoka i szczupła, zgrabnie kierowała swą figurą w czarnej batystowej sukni. Ryszard po przywitaniu uważnie ją śledził. Podobała mu się jej cera świeża, wyraźne ciemne oczy i kasztanowate włosy, upięte skromnie lecz bujnie. Do brata Marysia podobną była z oczu i z pąsowych soczystych ust. Ruchy miała spokojne ale żywe, całe ułożenie wytworne. Od razu w poważny ton rozmowy wprowadziła weselszy błysk, dość swobodny.

– Pan podobno przewrócił Wodzewo do góry nogami? Ciekawam jak ono teraz wygląda w tej... nowoczesnej szacie.

– Bardzo dobrze, zapewniam panią. Wodzewo samo przez się jest piękne, lecz wymagało...

– Wieży Babel. Czy tak?...

– Ach! pani jest złośliwą. Nie, wymagało kultury.

– No, dotychczas pan dom cywilizuje, podobno ósmy cud świata pan stwarza? Tarasy, style, awantury...

– Tak, każdy pokój urządzam w odmiennym stylu.

– To wyjdzie pstrokacizna.

– Pochlebiam sobie, że mam trochę gustu.

– Och nie wątpię. Tylko żeby pan na Wodzewie nie wyszedł tak, jak jeden pan na pantoflach, na których zbankrutował.

– Jakim sposobem? Nie wiedziałem, że można zbankrutować na pantoflach.

– Pan myślał, że tylko na pantofelkach? – uśmiechnęła się zabawnie panna Irena. Opowiem panu tę historię jako ostrzeżenie.

– Proszę.

– Otóż było tak. Jeden ktoś kupił sobie piękne tureckie pantofle i cieszył się dopóki nie spostrzegł, że pantofle nic nie znaczą bez odpowiedniego szlafroka i szlafmycy. Kupił zatem i jedno, i drugie. Ale dla dopełnienia stroju okazał się koniecznym turecki cybuch, potem piękna otomana. I tego za mało! Jako tło dla otomany urządził cały turecki gabinet, dla gabinetu zbudował pałac, potem parki, ogrody, kioski, aż go nareszcie zlicytowali. Zbankrutował! Oczywiście za przyczyną pantofli.

Denhoff złożył pobożnie ręce i wzniósł oczy w górę.

– Jakie to szczęście, że ja pantofli nie noszę.

– Tak, to jedynie pana ratuje. Zaśmiali się oboje.

– Nie opowiadaj, Iro, panu Denhoffowi tak smutnych historii, na początku jego działań obywatelskich – rzekła pani Turska.

Ryszard spojrzał podejrzliwie, zdawało mu się, że pochwycił w tych słowach ironię. Ale od razu zmienił zdanie. Pani Turska do ironii zdolną nie była.

Po kawie, panna Ira zaproponowała spacer. Poszli oboje do ogrodu. Denhoff podziwiał kwiaty i urządzenia kwietników.

– To pewno pani zasługa?

– O nie panie! Ja jestem skończony próżniak. Jeszcze pan o tym nie słyszał! To dziwne! Ludzie się mną niesłychanie interesują.

– Wiem o tym.

Spojrzała na niego ciekawie.

– Co panu o mnie mówili?

– Ze pani jest marzycielką, trochę pesymistką i... że pani maluje. Irena poczerwieniała jak krew.

– A tak, trochę peckam. Pewno i panu w ten sam sposób określili moją... manię?

– Przeciwnie! Cóż znowu! Słyszałem, że pani ma zdolności.

– Nikt o tym jeszcze wiedzieć nie może – odrzekła niecierpliwie.

Szli w ciemnej lipowej alei, owiani miodowym zapachem i ciepłem słońca. Denhoff głęboko odczuwał wpływ natury, która do żył wlewała mu zawsze jakby odurzającego wina. Drażniło go również milczenie Ireny. Szła ze spuszczoną głową. Zamyślona, zdająca się zapominać o swym towarzyszu. Denhoff badał ją ukradkiem: czy to poza, czy też ona rzeczywiście nic sobie z niego nie robi.

– Zdaje się że tak. A to oryginalna panna! Sam zaczął mówić. Z początku o Wodzewie, potem o zagranicy. Poetyzował, mówił, jakby dla siebie, rozmarzał się. Nagle Irena stanęła, spojrzała mu prosto w oczy.

– Czy pan długo będzie popasał w Wodzewie?...

– Popasał? Dlaczego pani tak mówi? Ja chcę tu pozostać zawsze.

– Wątpię!... Przepraszam pana za otwartość. Ja nie wydaję wyroków ze stanowiska praktycznego, to czynią inni. Po prostu zdaje mi się, że tacy ludzie jak pan potrafią coś bardzo ukochać, ideowo, ale nie zdołają tego przy sobie zatrzymać i... à la longue muszą się z tym rozstać. Przyczyną bywa albo złe fatum, albo własna wina. Latanie bowiem po obłokach zmusza do oderwania stóp od ziemi, wówczas się ona wymyka.

– Ja sądzę, że można połączyć jedno z drugim.

– Nie bardzo! Nie posiadamy geniuszów, którzy by mózgiem przebywali w Ikarii, rękoma zaś dzierżyli rzeczywistość.

– Jeśli jednak jest ona ukochaniem?...

– Eh! Kiedy podobno sama miłość w tym wypadku niewiele znaczy, trzeba siły.

– Właśnie uczucie ją daje.

– Siła uczuciowa i siła życiowa – to rzeczy różne. Denhoff był przygnębiony.

– Pani Turska słuszną zrobiła uwagę. Pani mnie zasmuca i to na początku.

– Nie chcę pana martwić, bo zresztą może się mylę. Ale sądzę po sobie; ja także bujam i dlatego, widzi pan, jestem próżniak.

– To pokaże czas, przyszłe płótna pani pędzla. Szarpnęła się niechętnie.

– Niech mi pan o malarstwie nie mówi. Proszę.

– Dlaczego to panią tak drażni?

– Bo to są zaledwie moje próby; ludzie, się ż tego śmieją. Nie chcę rozgłaszania.

Na zakręcie alei spotkali Marysia z drugim młodzieńcem, w mundurze niemieckiego studenta.

– Mój brat, pan Mieczysław Korzycki, pan Denhoff – przedstawiła Ira. Panowie zamienili z sobą sztywne ukłony.

– Ja pana miałem już przyjemność spotkać, podczas jego konnej wycieczki – rzekł Denhoff do Marysia.

– A tak! Jechałem właśnie do Zapędów!

– Jakże majówka, organizuje się? – spytała Ira.

– Zapowiada się świetnie. Czekamy tylko na przyjazd panien Zborskich – odrzekł Korzycki.

– Dorcia i Joasia będą już za parę dni w Worczynie. Przybywa nam również nowy partner w panu Denhoffie. Czy pan umie tańczyć?...

– Owszem pani. Ja jestem do tańca i do różańca.

– No, na bogobojnego pan nie wygląda.

– Ehe! Różne bywają różańce. Prawda panie Denhoff? My się rozumiemy! – śmiał się Korzycki.

– A pan na jakich lubi się modlić?... – spytał Ryszard zarażony wesołością.

– Panu Mieciowi papa każe na sandałowych, ale mu to nie dogadza. Szuka innych – żartował Maryś.

– Tak! Dopiero szukam. Nawet już jestem na tropie.

– Można by myśleć, że pan mówi o cyrance, a to zdaje się o Joasi, vel Kuli.

– Ach! Zdradzono mnie!

Ira zwróciła się do Ryszarda:

– Kulą nazywamy młodszą Zborską, z powodu jej tuszy. To są moje siostry cioteczne. Pozna je pan i...

– I co? Niech pani skończy.

– I zakocha się pan.

– Doprawdy? W pannie Kuli?

– Nie, ale w Dorci.

– Ja jestem niesłychanie odporny, proszę pani. Rozmawiając z sobą Ira i Ryszard poszli naprzód. Korzycki spytał Marysia:

– Jak się panu podoba Denhoff?

– Denhoff? bo ja wiem! Jak dotąd jest to tylko obrazek bez podpisu, tłumaczyć się zaś może mylnie. To lekkie pióro, nie stalowe, jaki po sobie zostawi rękopis, jeszcze nie można przesądzać. Prolog już nieciekawy.

– Dlaczego? Właśnie wprowadza kulturę w miejscowe zacofanie.

– Ja to inaczej rozumiem. Kultura nie polega na meblowaniu domu, ani na sypaniu pieniędzmi dla fanfaronady. Denhoff robi wrażenie sympatyczne, tylko trochę bufon. Może się ustatkuje, byle nie za późno.

– My go weźmiemy na naukę. Co? Maryś parsknął śmiechem.

– A to paradne? Denhoffa na naukę! Ależ on już wykwalifikowany w pewnych branżach życiowych. Nie jest pełnoletni, ale ma przeszłość. Hulał chłopaczek! Zna równie dobrze kulisy jak i ładne buduarki. Była tam podobno jakaś baletniczka, potem dla niej jakaś sumka, dość pokaźna. No, ale to rzecz zwykła. Ja, gdybym miał tyle pieniędzy co on i tak pobłażliwych opiekunów, nie byłbym lepszym.

Miecio skrzywił się zabawnie.

– Ani ja również. Pamięta pan wrocławskie czasy i rudą Klärchen? Uha!

– Ładna była bestia! – cmoknął Maryś i oczy mu błysnęły.

– Pani Ama do niej podobna, prawda? Ten sam temperament i zęby, tylko że brunetka.

– Daj pan spokój!

Zbliżali się do werandy. Ryszard żegnał Turskich. Swobodny, wesoły, mniej obcy niż przedtem. Stary Turski coś mu tłumaczył z przychylnym i rozbrojonym wyrazem twarzy. Panna Irena klepała dłonią lejcowe konie czwórki wodzewskiej. Widocznie usposobienie względem Denhoffa podniosło się z zera do paru stopni sympatii. Zauważył to pierwszy Maryś:

– Oho! Już ojciec i Denhoff rozkrochmalili się. To wpływy Iry. Ona ma bajeczne zdolności przełamywania lodów.

– Ale Denhoff się panną Irą zainteresował – rzekł Miecio. Widzi pan, jak ku niej dyskretnie strzyże oczyma dysputując z panem Turskim. Panna Ira także rozpromieniona.

Maryś zrobił minę niezadowoloną.

– Ej nie! Denhoff nie jest jej typem, ani prawdopodobnie ona jego. Tylko widocznie odczuli w sobie pewne pokrewieństwo natur: oboje pełni fantazji i marzeń o niebieskich migdałach. Zresztą Ira lubi takie zagraniczne modele.

– Nasza Maryla zginęła! Ona za takimi przepada – zauważyć Korzycki.

Młody Turski zmarszczył brwi, twarz mu się skurczyła nieprzyjemnie. Nic nie odpowiedział i przyśpieszył kroku.

Po odjeździe Ryszarda, Maryś błąkał się niepewnie. Nurtowała go uparta myśl rzucona przez Miecia. Denhoff i Maryla...

– Ha! To możliwe! Korzyccy i Denhoff to jakby z jednej gliny, według nich, z sewrskiej porcelany. No, ten jeszcze niewyraźny, nie wiem. Ale stary Korzycki i jego Gustaw to przecie fajans pochlapany obcą farbą. Czyżby i Maryla?...

Maryś był niespokojny, rozmyślał, drażnił się, wreszcie zawołał sam do siebie:

– Oddam temu paniczowi Amę, łakomy kąsek, ale się go wyrzeknę za cenę... mojej Maryli.



IV

Denhoff składał wizyty, odnosząc przy tym bardzo różne wrażenia. U Korzyckich był swobodny, trochę szarżował, bo czuł, że można, jak w salonie dorobkiewiczów. Instynkt mówił mu, że jakkolwiek w tym domu starano się, aby gość widział dużo koron i herbów, to jednak zbytecznym byłoby skłamać głowę przed tymi klejnotami.

Za jaskrawo świeciły i przez to nasuwały podejrzenie falsyfikatów.

Ale oprawa całości wspaniała. Były w Zapędach rozmaite naśladownictwa zebrane jakby do jednej puszki, tylko nie mogły się, w niej utrzymać, przeciekały szparami nazbyt wyraźnie. Denhoff zrozumiał pierwszy raz w życiu, że za pieniądze można kupić rajskie pióra, ale nie do każdego grzbietu one się przystosują. Z goryczą poznał różnicę pomiędzy kulturą wewnętrzną a zewnętrzną cywilizacją. Oboje Korzyccy i starszy syn Gustaw byli dobrym przykładem takiej dwoistości. Ich powierzchowne karmazyny nie spinały się szczelnie, choć je sztucznie ściągano. Ryszard z przyjemnością myślał, że on pomimo swej politury i dużego majątku, posiada jeszcze uprawę duchową, cechującą przede wszystkim szlachetność gleby.

W Worczynie był młodym przybyszem pomiędzy starymi, w Zapędach przeciwnie, był odroślą starych pośród bardzo nowych. I to napawało go dumą.

Z Korzyckich odznaczała się inaczej i lepiej wdzięczna postać panny Maryli i zuchowata Miecia. Wpływ wychowania i na nich się odbijał ale już nie bezpośrednio, lecz jak przez klasyczny pryzmat z kryształu. Maryla miała zamiłowanie do przepychu, blichtr ją porywał i dlatego Denhoff jej zaimponował. Słuchała gorliwie Ryszarda o urządzeniach wodzewskich, sama podsuwając pomysły równie ekscentryczne jak świetne i kosztowne. Miecio żartobliwie rzecz traktował.

– Jeżeli pan jest dobrym sąsiadem to powinien trochę dbać o ich spokój i... całość. Jeżeli zaś w Wodzewie będzie coś przewyższającego Zapędy, to nasz papa pęknie z oburzenia – mówił do Denhoffa.

U panny Balbiny Tulickiej w Połowicach, Ryszard sam nie wiedział, co z sobą robić. Patrzyły na niego stare, brzydkie oczy wyrazem jak u zaspanej żmii, otoczone sinokrwawymi torbami powiek. Oczy złe i podejrzliwe. Stara panna, magnatka we własnym przekonaniu, właściwie zaś bogata parweniuszka, najpierw zdziwiła się niesłychanie, że ktoś jeszcze składa jej wizytę, po czym zaczęła wypluwać z sinych warg oszczerstwa i skargi na okolicznych obywateli, nie sąsiadów, broń Boże! To byłby dla nich za wielki honor. Główne jednak pęcherzyki jadu zawierały w sobie trutki na proboszcza z Okorowa. Panna Balbina malowała księdza takimi kłapciami sadzy z błotem, że Denhoffowi robiło się mdło na samo wyobrażenie tego „klechy” zbabranego przez język Tulickiej. Że jednak proboszcza już znał i nawet dosyć lubił, ośmielił się przeto bronić go. Ale żmijaste oczy starej panny wżarły się w Ryszarda z taką nienawiścią, aż struchlał. Nowego potoku oskarżeń niezbyt słuchał, rozśmieszał go tylko epitet końcowy dany księdzu.

– To paśkudźtwo jest, obrzydłe paśkudźtwo! mówię panu – chrypiała stara pseudoarystokratka.

Denhoff opuszczał Połowice z ciężką głową i brzydkim smakiem w ustach.

– Wolałbym stanąć vis-à-vis hieny, niż wpaść na czubek języka tej senatorówny. Ciekawym jak ona mnie zdefiniuje?...

Przypomniało mu się wyseplenione przez bezzębne, zaślinione wargi „paśkudźtwo” i śmiał się, ale z uczuciem wstrętu.

Perzyński z Chodzynia podziałał na Ryszarda, jak ciepła woda z lodowatym cukrem. Sączył wyrazy systematycznie, powoli, muskał wąsy z namaszczeniem, zakręcał je, podginał do góry i zaostrzał. Oczy spuszczał badając symetrię sterczących po bokach nosa kosmyków, żółtorudawych, jak dojrzała marchew. Zarost głowy miał prawie biały z odcieniem starego masła i jak masłem wygładzony, cerę jak u dziecka po ognipiórze.

Denhoff przebywszy pół godziny na tej wizycie uczuł nudności, niby po spożyciu szklanki gogelmogelu.

– A to bestia ciągnąca się!

Po Chodzyniu Ryszard stracił ochotę do wizyt. Ominął kilka domów, do których się nawet wybierał. Ale w Wodzowie nie mógł przesiadywać samotnie. Zwerbował sobie Miecia Korzyckiego i zręcznie pociągał Marysia. W Worczynie bywał prawie codziennym gościem, zwierzał się Irenie z myśli i planów. Przyjaźń pomiędzy nimi rosła prędko.

– Był pan już w Woli Wierzchlejskiej, u Brewiczów? – pytała Ira.

– Nie jeszcze, proszę pani.

– A u Lubockich w Zawierciu!

– Także nie. Czy pani mi radzi?

– Brewiczów bezwarunkowo. To są przyjaciele naszego domu, ludzie wielce szanowni. Znajdzie tam pan miłe kobiety i młodzież. A u Lubockich, pani Ama warta poznania. Gust męski.

– W jakim rodzaju?

– O to niech się pan Marysia spyta, on kompetentny – odrzekła Ira figlarnie. Denhoff błysnął także uśmiechem.

– Słyszałem. Ale to kokietka??... Ja kokietek nie lubię.

– Bo już panu pewno dokuczyły.

– Nie, bo robią na mnie wrażenie manekinów mody na paryskich bulwarach. Co raz to nowy strój postępowania i uśmiechu; co się więcej podoba, co zwróci uwagę, co popłatniejsze. Z tego zaś firma korzysta.

– Jak to firma?...

– Wewnętrzny temperament, on robi próby czym kogo może złapać.

– Niech pan tak nie mówi, gdyż nie zna pan jeszcze pani Amy. Ale znam teorię, którą się zapewne powoduje.

– To się pan myli! – zawołała Ira – i w dodatku jest pan niekonsekwentny. Sam pan powiedział, że kokieteria zmienia strój, odpowiednio dla każdego, kogo chce zdobyć. Zatem nie posiada teorii lecz praktykę.

– Wszystko jedno! Czy teoretyczna czy praktyczna kokieteria, zawsze jest to sprężyna ciągnąca do jednego rezultatu. I to jest dla mnie obrzydliwe.

– Obrzydliwe dopóki do was nie skierowane – szydziła Ira. Ale skoro pocisk dotknie waszych nerwów zaczynacie słabnąć i... jak muchy na lep!

– Skąd takie wnioski i taki pesymizm?

– To nie pesymizm, to obserwacja, a skąd wniosek?... znam świat! Choćby dowód na moim bracie. On jest poważny i bardzo serio myślący, pomimo to nie zdołał się oprzeć zalotności pani Amy, a wiem że gust ma zupełnie odmienny.

– No tak, i ja wiem coś o tym.

– Już? kto panu powiedział?

– Sam spostrzegłem.

– A to pan sprytny, bo Maryś kryje się.

– Z czym? Czy z sympatią do panny Maryli, czy z flirtem z panią Amą?

– I z jednym, i z drugim, co nie przeszkadza, że... prawie wszyscy o tym wiedzą, nie wyłączając Mary. Ale nawiasem mówiąc, pani Ama poważnej zazdrości wzbudzić nie może, z nią się nikt nie liczy. Maryś prędzej czy później wybrnie spod jej wpływu.

– Ciekaw jestem tej pani! Złożę im wizytę jutro. Ira spoważniała.

– Nie radzę panu zbytnio się zaciekawiać – rzekła sucho i skierowała rozmowę na inny temat.

Denhoff, wracając do domu, rozmyślał:

Kim jest panna Ira? Młoda z temperamentem, pełna życia, przystojna, a zdaje się, że mężczyźni nie robią na niej wrażenia. To dziwne! Czyżby istotnie życie nie pociągało jej? Ze swymi pracami ukrywa się i nic sobie z nikogo nie robi. To jednak dusza subtelna i ona mi sprzyja, ale jej nie imponuję, jak Korzyckiej. Ciekawym tych Zborskich. Dorcia śliczna, jeśli podobna do fotografii to... będzie moja.

Dojeżdżał do Wodzewa. Wieczór zapadał z wolna kryjąc w łagodnym mroku zielone wzgórza. Na niebie zachód buchał czerwienią, jak palący się żywym ogniem step.

Z pól spędzano trzody, biegły z rykiem i bekiem żałosnym; żal im było świeżej paszy.

Cisza senna, prawdziwie wieczorna cisza wiejska, rozsnuła po polach swe mgły wilgotnawe i sączyła się do duszy.

Denhoff przymknął oczy, wchłaniał urok wonnych pól. Kołysał go powóz i kołysały marzenia. Tak dojechał do Wodzewa. Ocknął się na głos ekonoma, że to dziś wypłata i że ludzie dawno czekają.

– Muszę wziąć rządcę. Te zajęcia nużą mnie. Ce n'est pas pour moi.



V

Nowa gospodarka w Wodzewie interesowała okolicę coraz bardziej. Denhoff był przedmiotem ciągłej uwagi sąsiadów. Wyszydzano jego rządy, krytykowano wszelkie pomysły. Tylko w Worczynie i Turowie życzliwiej się odzywali o młodym dziedzicu. Stary pan Turski próbował swego wpływu, doradzał Ryszardowi, robił spostrzeżenia lecz prędko zauważył, że Denhoff słucha grzecznie, ale nic nie zastosowuje z jego doświadczonych rad.

– To zarozumialec i dzieciak – powiedział Turski do żony i przestał się interesować Wodzewem.

– Turski jest zacofaniec, ja zaś idę z postępem – myślał „panicz” i wprowadzał innowacje pod dyktando własnej fantazji.

Miał w swej naturze wiele sprzeczności, krytyka ludzi wywierała na nim wręcz przeciwne skutki. Zamiast unikać zarzutów narażał się na nie umyślnie. Cieszyło go, że o nim wiele mówią i obojętne było mu to – jak mówią.

Że tam kilku zagonowcom nie podoba się. mój styl... mam go dla nich przefarbować?... Ani myślę! Niech sobie mówią dla uciechy, co chcą.

Liczył się trochę z Turskimi, Korzyckich lekceważył, prócz Maryli i Miecia, z Perzyńskiego kpił. Jeździł do Warszawy, kupował cenne meble, majoliki, dywany, marmury. Wszystko stylowe w wyborowych gatunkach. Wydawał sumy na artystyczne obrazy, oryginały i kopie. Sam w coraz nowych garniturach, wizytowych, sportowych, tenisowych, jeździł do Worczyna z wizytami, biegał po rozkwitłych polach, nurzał się po lasach, tęsknił za jakimś urojeniem, układał pieśni. Widziano go codziennie na pięknej wierzchowce – Jenie, ubranej jak na wystawę, w siodło, czaprak, uzdeczki, wytwornej roboty. Denhoff w angielskim „rajtroku” z pejczem jak cacko, sam rozkoszował się swoją postawą i klasyczną jazdą. Pomimo nieprzychylnych krytyk podziwiano go, tylko nie wszyscy się do tego przyznawali.

Panny były najszczersze, głośno wyrażały swe zachwyty nad elegancją i wykwintnością Ryszarda. Określenie „panicz” utarło się powszechnie, lecz nie jednakowo wypowiadane. Kobiety nazywały tak Denhoffa z pewną lubością i jakby z dumą, mężczyźni albo z ironią, lub też z domieszką oburzenia, szczególnie młodzież skromniejszego pokroju niż Denhoff, Maryś i Miecio.

Konstanty Leśniewski praktykant z Połowic, pobłażliwie nazywany w Worczynie „Kociem”, najzawziętszym stał się wrogiem Denhoffa. Wyśmiewał go, chciał zdyskredytować wobec panien, lecz ponieważ sam uchodził ogólnie za naiwnego chłopaczka z pretensjami na młodzieńca, nawet na salonowca, co mu się zresztą nie udawało, więc jego szydzenie pozostało bez echa w stosunku do Ryszarda. Leśniewski pozostał „Kociem”, Denhoff zaś nie przestał być oczkiem w głowie.

„Panicz” odczuwał wszelkie objawy tak sympatii, jak uwielbienia i niechęci względem siebie. Nie poznawał się jednak na pochlebstwach u ludzi, co go chcieli wyzyskiwać. Sam, będąc zanadto szczerym, był łatwowiernym. Ufał wszystkim bez wyjątku, nie wierzył w ludzką złość. Nadużywano go też bezlitośnie, korzystając z jego niepraktyczności i dobrego serca.

Jednym i tym samym robotnikom płacił często po dwa razy przez nieoględność, albo płacił podwójną należność, wzruszony skargami lub prośbą. Spotkanemu żebrakowi, gdy ten trafił na odpowiednią chwilę, oddawał całą zawartość portmonetki, choćby pokaźnie dużą. Robił to nie tyle dla rozgłosu, ile powodowany litością i z tym przekonaniem, że może sobie na to pozwolić. Wierzył w swój majątek i w swe szczęście.

Ogólną ciekawość okolicy wywoływał przyjazd do Wodzewa rządcy, którego Denhoff reklamował jako wzór najlepszego agronoma, administratora, praktyka i słuchacza uniwersytetu w Oxfordzie.

Pan Wroński przede wszystkim postanowił swemu pryncypałowi zaimponować. Obejrzał Wodzewo, pochwalił okolicę i grunta, wiedząc już, że to słaba strona Ryszarda, ale skrytykował gospodarstwo, inwentarze i narzędzia rolnicze. Wyśmiewał pracę poprzedniego właściciela i zapewnił Denhoffa, że z Wodzewa zrobi złote jabłko, tylko żąda całkowitej plenipotencji.

Denhoff dał ją bez wahania.

Pan Turski próbował tłumaczyć, przez życzliwość dla Denhoffa, ostrzegał go, aby nie dał się tak opanować Wrońskiemu.

Stary Brewicz z Woli Wierzchlejskiej perswadował również i Maryś i Ira, ale Ryszard nikogo nie słuchał, ufał tylko swemu rządcy. Drażniły go wyraźnie wszelkie poboczne rady i uwagi.

Wroński stał się wyrocznią Wodzewa.

Dom kosztownie meblowany pochłaniał sumy, gospodarstwo, kierowane przez Wrońskiego, szarpało kasę bez miłosierdzia.

Wroński poza tym bawił się w pana. Wstawał przed południem, przez parę godzin raczył zwiedzać gospodarstwo, przyjmował raporty od podwładnych i wracał do swych pokojów. Czytywał dzienniki rozparty na szezlongu, narzekał na kuchnię, trunki i coraz więcej opanowywał Denhoffa, wywierając na nim wpływ magnetyczny. Ryszard patrzył na Wrońskiego z uwielbieniem, bez żadnej troski, ale sąsiedzi Wodzewa wątpiąco kręcili głowami.



VI

Poranek czerwcowy świecił niezliczonym bogactwem blasków, upajał, grał wiekuistą arię złożoną z motywów wiosennych. Poranek buchał namiętnością młodzieńczej, rześkiej, rozkochanej piersi; tęsknił rozkoszną tęsknotą serca dziewiczego za ukochanym, radował się jak młody ptak, który pierwszy raz wyfrunie z gniazda do lotu, do słońca. Poranek sam był wesół i wszystko co żyło usposobił podobnie.

Worczyn kipiał życiem; razem z świergotem ptaków dźwięczały szczebioty młodych głosów.

Dorcia i Joasia Zborskie, oraz dwie panny Turskie, Ziula i Ania, stryjeczne siostry Iry, krzątały się żywo około przygotowań do majówki.

Ira towarzyszyła im dzielnie.

Wszystkie jasno ubrane, jak motyle, błyszczały świeżością polnych kwiatów z łąki. Stary pan Wojciech Paszowski przyjechał do Worczyna pierwszy.

Młodzież ujrzawszy w bramie bryczuszkę z Tylemego, dziurawą i rozklekotaną, wybiegła raźno na spotkanie. Zaczęto wymachiwać rękoma, wiewały chusteczki.

– Witamy! Witamy!

– Czołem! – grzmiała odpowiedź.

Dryndulka, zwana pompatycznie wolantem, zaprzężona w parę małych, kudłatych koniąt, kupionych gdzieś u kozaków w obozie, które znowu Paszowski szumnie nazywał kirgizami, przytoczyła się z hałasem do podjazdu. Pan Wojciech szarpnął za kapotę parobka i z młodzieńczą werwą wyskoczył z bryczki.

Otoczyli go kołem. Stary pan zaczął po swojemu komplementować:

– Co widzę! Olimp w Worczynie! A moje Diany, Wenery, jakże się cieszę, że was oglądam znowu. Panno Iro, kwaterę dla mnie, bo, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, nie wyjadę stąd chyba. Gdzież młodzież! Jak to i żaden dotąd nie przyjechał?

– Spóźniają się panowie, tylko pan do nas spieszył – zaszczebiotała Ania Turska.

– A my za panem najwięcej stęsknione. Ja o panu marzyłam cały rok na pensji – wołała Joasia Kula, grubym, męskim głosem. Paszowski porwał dziewczynę wpół i ucałował.

– Staremu wolno! A smaczny buziak jak poduszeczka. Wyrosła nam panna Kula i jeszcze potłuściała; łydeczki... moje uszanowanie!

– A nieprawda! Nie widzi pan, bo suknia przykrywa.

– Krótka sukienczyna, krótka, jest się czym pysznić, żałować widoku nóżek nie trzeba, to urok piętnastu latek – przedrzeźniał Paszowski i bez ceremonii całował wszystkie panienki po kolei.

– Panna Ania, widzę, zawsze jednakowo rezolutna i nieprzystępna. A tu jest ktoś co tęskni, Bolutek Osinowski, a jakże! Panna Ziula z aparatem. Brawo! będziemy się fotografowali.

– A o mnie, to pan już zapomniał? – spytała wdzięcznie Dorcia Zborska.

– Wenero moja! Ja oślepłem na twój widok. Cóż tam nowego, dużo się nazawracało główek? Jest tu u nas w okolicy jedna cacana główka, pewno niedługo posiedzi na karku jak zobaczy pannę Dorcię. Ajaj! Cóż za oczki! mnie staremu ciarki idą. A te dudki nie przyjeżdżają.

– Niech nam pan powie jaki ten „panicz” jest! Czy bardzo ładny? – pytała Kula.

– O ładny! On tu straci głowę, ale i panienkom radzę się ostro trzymać. Proszę sobie wyobrazić, że nosi binokle, takie bez oprawy, same szkła i... czerwoną kamizelkę. Szyk!

– Ee! pan sobie z nas żartuje.

– Otóż i on! Jedzie „panicz”.

Panny rozbiegły się na widok amerykana i czwórki powożonej przez Denhoffa. Tylko w oknach, spoza firanek zamajaczyły ciekawe główki.

Denhoff znał już Paszowskiego z widzenia, lecz go jeszcze nie wizytował.

Po powitaniu zaczęli się obaj sobie przyglądać. Denhoff dyskretnie, Paszowski zaś bez ceremonii. Ryszard z początku kręcił się pod tym badawczym wzrokiem, ale po chwili ogarnęła go zwykła pewność siebie. Podniósł głowę wysoko i zza szkieł patrzył na pana Wojciecha śmiało, nawet wyzywająco. Paszowski rzekł do Turskiego:

– Podoba mi się ten „panicz”, wcale sympatyczny chłop, tylko jeszcze trochę... seledynowy. Kocio Leśniewski mówił mi, że podobny do żydka, panny twierdzą, że do lorda; w rzeczywistości zaś może i to i tamto określenie ma pewną słuszność, ale przede wszystkim on jest zastosowany do swego nazwiska. Typowy Denhoff! Jest to niezaprzeczenie stary i dobry ród westfalski, dawno osiadły w Polsce, więc rasę na nim znać i zarazem trochę obce piętno. Ale czy się u nas zaaklimatyzuje, to bardzo wątpliwe.

– Zaaklimatyzuje się na pewno – rzekł Turski – tylko czy potrafi majątek utrzymać? To entuzjasta i marzyciel, on już kocha Wodzewo, jakby się tu urodził, lecz pomimo to majątek topnieje mu w ręku. Szkoda! bo to dobry chłopak, gdyby nie był spaczony...

– Taki już los, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich! Paczyli go opiekunowie, teraz znowu dostał się w łapki Wrońskiego, który jest panie... te... kanalia. Wiem ja również dużo i o tym jego opiekunie głównym, Rosolawskim. To także numerek.

Paszowski zauważył, że ojciec Marysia lubi Ryszarda, pomimo że go krytykuje. Sam przyglądał się Denhoffowi i coraz większej nabierał do niego sympatii. Dobra elegancja młodzieńca, trochę angielska lecz naturalna, złoty humor i czasem zabawna szczerość, zdołały przejednać nawet starszego Turskiego, chociaż on z zasady nie lubił obcych nazwisk i niezupełnie swojskich postaci.

Denhoff był już pośród panien. Od razu uwagę swą skierował na Dorcię. Jej wykwintna delikatna uroda zrobiła na nim silne wrażenie. Patrzył na nią jakby z pobożnością, jak na cudny witraż kunsztownej roboty. Zauważył, że Dorcia jest jeszcze prawie w krótkiej sukni i że wygląda niesłychanie dziewiczo, jak pensjonarka. To go mocniej zainteresowało. Przyłapał gdzieś Irę i spytał zdyszanym głosem:

– Proszę pani, ile lat ma panna Dora?

– Dorcia ma siedemnaście, właśnie skończyła pensję. Ale cóż pan taki zaaferowany?... Denhoff nie odpowiedział, pobiegł do panien i stał się nieodłącznym towarzyszem Dorci. Wkrótce nastąpił wyjazd na majówkę. Duży wóz w drabinach, zaprzężony w cztery konie, zabrał całe towarzystwo, służba na bryczce wiozła prowianty.

Jechano ze śpiewami, gwarnie, Denhoff powoził. Obok niego siedziała Dorcia. Długie jej warkocze i ogromne ciemne rzęsy, fryzowane, jak ze strusich piór, które dziewczyna umiała ślicznie spuszczać na różane policzki i ładnie, wolno wznosić do góry, odkrywając przepaścistą głębię błękitnych źrenic; działały na Ryszarda wprost upojnie. Budził się w nim szał niesłychany, bujna żywotność jego natury kipiała warem. A na wozie uśmiechano się porozumiewawczo. Ira szepnęła do Paszowskiego:

– Dorcia jak zwykle, tak i w tym wypadku wygrała konkurs. Przepowiedziałam to naprzód.

Na obszernej polanie w lesie turowskim, zgromadziło się prawie całe obywatelstwo okoliczne, głównie zaś młodzież. Gospodarzami majówki byli Ira i Maryś. Muzyka ukryta za drzewami grała raźnie oberki i krakowiaki. Po głośnych powitaniach wszyscy rozbiegli się po lesie, na polanie zostali starsi. Pan Turski sapnął niechętnie ujrzawszy Korzyckiego z Zapędów, ale witał go uprzejmie, tylko chłodno, wyraźnie unikając większej zażyłości. Panie były ze sobą również trochę sztywne. Szczera, naturalna pani Turska nie mogła się zgodzić z Korzycką, pozującą na arystokratkę bez najmniejszych danych na to. Obcowanie z sobą męczyło obie strony. Ratował sytuację Paszowski, umiejący zręcznie w obopólną niechęć wpleść dobry humor.

Pana Turskiego drażnił syn. Z przykrością patrzył na Marysia nie odstępującego od panny Korzyckiej.

Maryla cała różowa w bladoróżowych fularach, w dużym kapeluszu zatrzęsionym polnymi różami wyglądała jak boginka kwiatów. Snuł się koło niej Perzyński, chcąc zdobyć pierwsze miejsce, Maryś nie ustępował, ona zerkała oczyma na Denhoffa.

Gniewał ją Ryszard zapatrzony w Dorcię, bo przywykła do hołdów, nie mogła znieść rywalizacji. Z Perzyńskiego nic sobie nie robiła, zbywając go lekko, ale Marysia chciała widocznie zamienić na Denhoffa, tylko się jej to nie udawało. Turski był uparty.

– Panno Marylo przejdziemy się w stronę brzeźniaka. Chce pani? – szepnął Maryś.

– Tak sami tylko? Wszyscy poszli na poziomki – odrzekła patrząc w stronę Ryszarda.

– A my pójdziemy na dzwonki, tam rosną kampanule, wszak je pani lubi?

– No tak! ale...

– Ale wolałaby pani iść z Denhoffem, niż ze mną. Bardzo wierzę! Jednak to już trudno, trzeba się tymczasem zgodzić na moje towarzystwo.

– Pan jest zawsze źle wychowany, pozostanie nim całe życie.

– Dlatego, że umiem odgadywać, co pani myśli? Ale mi pani nie zaprzeczy, dobrze odgadłem. Prawda?

– A dobrze! Pan Denhoff jest od pana...

– Zabawniejszy. Co?

– Jest grzeczniejszy.

– Niech i tak będzie. On się teraz grzecznością popisuje przed Dorcią i o nas wcale nie dba. My więc idziemy na kampanule.

Maryla nie opierała się już, tylko była nadąsana. Szła wolno, rwąc leśne paprocie. Maryś postępował tuż obok. Nareszcie ona spytała:

– Czy kuzynki pana długo zabawią w Worczynie?...

– Całe lato.

– Tak!?...

– Niestety, westchnął Maryś.

Maryla spłonęła. On po długiej chwili ciekawie zajrzał w jej oczy.

– Czy .zrobiłem pani przykrość?... panno Marylo.

– Pan mi na każdym kroku dokucza, już się do tego przyzwyczaiłam.

– I pani się nie broni, tak sobie pozwala na to?...

– Cóż mam robić?

– Wynaleźć jakiś argument, który by mnie zwyciężył. Na przykład teraz, dowieść mi, że Denhoff tyle panią obchodzi co... Aleksander Macedoński, koń trojański, Kain i Abel. Słowem coś, o co mogę nie być zazdrosny. Ale mi pani tego nie dowiedzie! Ten „panicz” robi furorę bez wyjątków. Niech mi pani powie, czy on naprawdę taki lew?

Maryla śmiała się.

– Pan jest o niego zazdrosny! Ha! ha! ha! Jakie to zabawne! Myślałam, że tylko między kobietami zazdrość istnieje.

– Widzi pani? Co za odkrycie niesłychane. Denhoff może sobie zabierać cały świat kobiecy, ale nie panią.

– A to dlaczego?

– Bo ja pani nie oddam.

– Jakież to prawa pan sobie rości? – spytała wyzywająco.

– Niech pani nie przybiera takiej pozy... hrabiowskiej, bo to mi ani zaimponuje ani wystraszy. Może Denhoffa?

– Pan Denhoff nie naraziłby się u mnie na taki ton. Turski ściągnął brwi z irytacją.

– Gdyby mi to powiedział mężczyzna, żądałbym satysfakcji. Ale tak... Nie chcę się nawet wdawać z panią w polemikę.

– No to niech pan na przeprosiny pocałuje mnie w rękę. Proszę. Podała mu szczupłą dłoń z zalotnym uśmiechem. Maryś ją tylko uścisnął.

– Pan nie całuje?

– Nie pani, na rozkaz nie potrafię nawet tego.

– To pan jej więcej nie dostanie! – oburzyła się Maryla.

– Ha! to trudno. Liczę na swoje siły. Zdobędę sam. W milczeniu doszli do brzeźniaka. Maryla zaczęła zrywać liliowe dzwonki i układała z nich bukiet. Jej różowa postać falowała zręcznie pośród traw i kwiatów.

– Zmęczyłam się. Usiądźmy.

Upadła na kępę mchu, malowniczo rozkładając suknię. Turski usiadł obok niej. Maryla uplotła wianek z dzwonków i macierzanki, po czym włożyła go sobie na głowę, zdjąwszy uprzednio kapelusz.

– Ładnie mi w tym?

– Bardzo.

– Jak wyglądam?

– Nie jak Zosia z „Pana Tadeusza” w każdym razie. Wygląda pani jak mademoiselle Marie de Korzycka, bawiąca się w sielankę w dobrach swych na wsi, po powrocie z Riwiery.

– Bardzo trafne określenie. Ja rzeczywiście lubię swojskość, ale tylko podczas wakacji. Takie sielankowe spacery, kampanule, brzeźniaki, majówki, macierzanki, dobre na parę miesięcy.

– Czekałem kiedy pani dołączy do tej... sielankowej litanii Marysia Turskiego.

– Cóż to, pan uważa się za kwiat?

– Nie, ale ja jestem swojski.

Maryla zrobiła dowcipną minę i jęła na nowo wiązać kwiaty.

– Pani pewno myśli w tej chwili, że jestem nadspodziewanie delikatny i, że jako wytwór krajowy, nie egzotyczny, sam pokornie się zgadzam tylko na dopełniacza sielanki wakacyjnej

– rzekł Maryś wesoło.

– Więc wyglądamy teraz jak Kasia i Bartek w lesie na „kwiotach” „Moiście wy!” – żartowała wykrętnie Maryla. Zabawmy się w taką czułą parę. Dobrze panie Marianie.

– Do czasu, aż pani wyjedzie za granicę szukać nie sielanek lecz – partii. Czy tak?

– No, tak. Może nawet krócej. Dotąd, aż się nam sprzykrzy ta zabawa. Maryś zerwał się, stanął i podał rękę Maryli.

– Chodźmy już stąd. Niech pani już wstanie, mech wilgotny.

– Czy pan się boi mrówek? Ja nie jestem Telimena.

– A ja nie jestem usposobiony do roli Bartka, jaką mi pani łaskawie raczyła ofiarować.

– Więc Kasia na „kwiotach” pana nie nęci?

Spojrzał drapieżnie w kokieteryjne oczy Maryli i rzekł porywczo:

– Niech pani ze mną nie igra, panno Marylo. Jestem swojski, ale właśnie dlatego nie umiem abdykować ze swego dobra na rzecz cudzych. Pani jest także naszą i nie pozwolę pani wyfrunąć w obce kraje. Można zimować, własny klimat nie zabije.

– Któż to mi poobcina lotki. Ciekawam?

– Tylko trochę, same brzegi skrzydełek.

– Ale kto?!

– Ja.

Maryla zmieszała się.

– Hop! Hop! – zawołały liczne głosy bardzo blisko i spoza brzóz wyszło kilka osób.

– Szukamy państwa! Proszę na kurczęta – wołano zewsząd. Na polance stary Turski przywołał do siebie syna.

– Marysiu zastanów się! cóż ty ciągle z tą Korzycka?...

– Papo, zastanów się! Jestem przecież kawalerem, a ona panną – odpowiedział Maryś, naśladując patos ojca.

– Nie żartuj! Wiesz jaką opinię ma Korzycki i że to parweniusz. Całkiem nieodpowiednia dla ciebie. Nie nasza sfera. Maryś wyrwał się szybko i mijając muzykę krzyknął:

– Hej chłopcy! Mazura takiego od ucha!

Po czym porwał Marylę za rękę i zawołał na całą polanę:

– Wszystkie pary! Panie Denhoff, my wodzireje. Zaczynamy!

Huczny mazur rozbrzmiał po lesie, echo niosło go w dal. Z szumem zerwały się pary jedna za drugą. W głębi lasu wrzeszczała wystraszona sójka. Maryś z różową Marylą wiedli łańcuch. Nawet Paszowski tańczył z Kulą Zborską. Denhoff z Dorcią. Wichrem przelecieli kilka razy polanę wzdłuż i wszerz, po czym na komendę Marysia, wszyscy rzucili się do zastawionych półmisków na obrusach i na trawie. Pan Korzycki lisim ruchem przysunął się do córki.

– Moja Mary, nie spodziewałem się nigdy, że się tak dasz opętać Turskiemu. Do czego to podobne? Zamożny szlachcic, ale nic nadto. Powinnaś pomyśleć o Denhoffie, on dopiero dla ciebie odpowiedni.

– Denhoff także nie jest magnatem – odrzekła Maryla wydymając usta.

– Ale może nim być! Zresztą bardzo bogaty i nosi nazwisko niepospolitego zagonowca. A cóż Turski? Pamiętaj, że to – nie nasza sfera.

Maryla wzruszyła ramionami i Odeszła. Za chwilę siedząc obok Marysia, trącała się z nim kieliszkiem wina.

Turski spuścił oczy.

– Ten chłopak nie umie zachowywać moich tradycji – myślał z goryczą. .

– Ta Maryla nie ma ambicji, szlachta ją ciągnie. Taka sobie zwyczajna szlachta – desperował Korzycki.

Gdy wieczór zapadł, jedni chcieli odjeżdżać, drugich nęcił księżyc i cudna noc gwiaździsta, więc głosowali za pozostaniem. Większość głosów przemogła i towarzystwo rozeszło się po gęstym lesie, bogato podszytym, teraz jeszcze jakby osrebrzonym. Muzyka, na rozkaz Denhoffa, grała ciche melodie, przeważnie z motywów ludowych; nagle rozległy się po lesie słodkie tony muzyki z „Opowieści Hoffmana”, czar wionął potężnie, zasnuwał marzeniem cały las i zebranych w nim ludzi. Ale oto jeszcze jeden urok bezmierny; jakby gwiazdy spadły z niebios na trawę, tak zamigotało dokoła mnóstwo robaczków świętojańskich. Świeciły opalowo, jak blade szafiry, jak jasne przezrocze szmaragdy, jakby złotosrebrne drobniuchne płomyczki. Aż las zajaśniał tajemniczą smugą świetlną. Było coś tak niezwykle pięknego w tym rozedrganym, błyskotliwym podłożu leśnym, taki olśniewający przepych natury, że wszyscy stanęli niemi z zachwytu. I cisza trwała w głębinach strojnego lasu, cisza uroczysta. Migotało niebo i migotała ziemia. Tam gwiazdy mrugały sennie, wabiąc upoiście, tu cicho przesuwały się świetliki z krzaku na krzak, po trawie czasem trysnęła żywa gwiazdka wzlatująca wyżej, aż na gałęzie.

Denhoff stał obok Dory i patrzył. Nagle pochylił się, nazbierał pełne garście robaczków i sypnął je na włosy dziewczyny. Krzyknęła lekko i zadrżała, ale już patrzono na nią. Szmer podziwu uświadomił Dorci, że jest piękną, nie strząsała robaczków, które ułożyły się nad jej czołem w kształcie diademu, czy korony z gwiazd. Denhoff obsypywał ją wciąż, złocił dziewczynę dla siebie, nie dbając o nikogo. Ona była nieco zmieszana, co dodawało jeszcze powabu jej postaci zupełnie bajecznej. Świetliki lśniły na jej włosach, nad czołem, na spuszczonych warkoczach, kilka uczepiło się na blado niebieskim batyście jej sukni, a wszystkie migotały ślicznie, rzucając na delikatną twarz Dory refleksy niesłychanie subtelne, czyniąc z niej niby wieszczkę swoją.

Oczy Dorci pod wpływem tych mistycznych świateł miały w sobie także gwiazdy promienne, błyszczały szafirami i ogniem. Ładniejszej, bardziej czarującej dekoracji nie można było dla Dory wymarzyć. Ona to czuła instynktem, chociaż się nie widziała. Wdzięcznie patrzyła na Ryszarda za to, że ją tak ukoronował! I stała wykwintna, młoda jak zorza, pełna finezji, malownicza, zapłoniona trochę, jakby pod wpływem ogólnych zachwytów.

Obraz ten uplastyczniła cicha muzyka i odległy śpiew słowika. Cały las z tą dziewczęcą postacią był zaczarowany.

– Wyglądasz Dora, jak sen błękitny – rzekł Maryś.

– Albo lepiej, jak Psyche oczekująca Erosa, również promiennego – zauważył Paszowski.

– To jest żywy obraz z Olimpu, nie ze świata.

– Wieszczka tajemniczych światów – boginka cudnych nocy i... miłości – egzaltował się Miecio Korzycki. Ale Denhoff zaprzeczył:

– Nie, najtrafniej określił pan Marian; to jest błękitny sen, a według mnie jest to wizja kwiatu paproci. Apoteoza tej legendy.

Wszyscy mu przyklasnęli, określenie było nie mniej poetyczne i trafne, tym bardziej, że dopiero teraz zauważono, iż Dora stała wśród olbrzymich krzaków paproci i że pióra ich zielone, sięgały niemal jej do kolan.

Scena ta przeciągnęła się; gdy Denhoff i Dora zostali na chwilę trochę odosobnieni, on pochylił do dziewczyny swą postać i rzekł cicho, jakby w obawie spłoszenia uroku:

– Kwiat paproci, mój kwiat. Dora milczała.



VII

W Worczynie rozpoczęły się wakacje. Każdy dzień był jakby świątecznie nastrojony, pełen wesołej wrzawy, brzmiący humorem i tą charakterystyczną pozłotą szczęśliwych dni, dusz młodych, spojrzeń płomiennych, czarów, co niby iskry elektryczne rozsypane dokoła nieciły żary młodości i wesela. Denhoff stał się tu codziennym gościem, zaliczano go jakby do domowników... Konno, często piechotą przychodził z Wodzewa, zawsze świeży, elegancki i zakochany. Spotykały go śliczne, tęskne oczy Dorci, wpatrzone w niego z dziwnie uroczym wyrazem, ale pozornie chłodne. Denhoff szalał. Jasne rumieńce panienki, jej długie rzęsy i warkocze, działały na Ryszarda drażniąco. Czuł, że się Dorci podoba, ale było mu to za mało, pragnął jej miłości i rozkochiwał dziewczynę, sam podniecając się coraz bardziej. Szedł do celu, nie oglądając się na nic, zapomniał o Wodzewie, nie widział nikogo dokoła prócz Dorci. Irenie tylko zwierzał się ze swych wzruszeń i marzeń i ona jedna wiedziała o całym przebiegu jego szału. Ale i wszyscy wkrótce to spostrzegli, nie dziwiąc się nawet. Dorcia była najpiękniejszą dziewczyną w rodzinie i okolicy; przyzwyczajona do hołdów przyjmowała je z pewną wyniosłością jako rzecz całkowicie sobie przynależną. Świetny Denhoff zaimponował jej tak swoją postacią, jak i wytworną oprawą. Jego konie, powozy, zbytek, co go otaczał, upajał Dorcię, lecz się do tego nie przyznawała. Czuła zawrót głowy i była dumna, że oto ten „panicz” ją wybrał i o nią zabiega, jej asystuje i patrzy m nią rozkochanym, bezpamiętnym wzrokiem. A przecież ona jest najmłodszą z otoczenia i niebogatą. Więc ani Ira, ani Maryla Korzycka, ani Ziula Turska, ani jej siostra Ania, żadna nie zdołała skierować do siebie tego młodzieńca, który wśród okolicznej młodzieży uchodził za feniksa. Ale Dorcia chciała być trudną do zdobycia, duma dziewczęca walczyła w niej z żywą skłonnością do Ryszarda. Dorcia bała się, by jej nie posądzili o materializm i pragnęła dać wszystkim do zrozumienia, że tylko uczuciem może ją Ryszard zwalczyć, niczym więcej. Była jak królewna, dumna i czasem chmurna, przyjmująca obojętnie starania Denhoffa, w gruncie rada z nich niezmiernie i już zakochana. Tę dziecinną przebiegłość Dorci odgadł pierwszy Paszowski, drażnił dziewczynę swymi domysłami.

– Oho! widzę już co się święci. Panna Dorcia w ciuciubabkę gra z Denhoffem. Ale to gorący węgielek, poparzą się paluszki.

Zborska robiła niewinną minę, tylko błękitne oczy jej błyszczały , utajoną radością.

Sielanka rosła i rozwijała się niby ukwiecona gałąź akacji, co z pączków w jeden bukiet kwietny się przemienia.

Denhoff i Dorcia przebywali ciągle ze sobą. Razem z całym towarzystwem, ale zawsze tylko we dwoje, odosobnieni jakby jakąś smugą bajeczną, dzielącą ich od reszty osób. Na spacerach szli obok siebie, rozmawiając półszeptem; niedokończone zdania, słowa luźne, bez związku wypowiadane, dla nich ważne i słodkie, westchnienia ciche, czasem nagłe spotkanie się oczu, wszystko to tchnęło bezmiernym urokiem, dla nich jedynie z głębi serc wykwitłym. Czasem postępowali cicho, bez słowa i prawie bez szmeru ze spuszczonymi głowami, zamyśleni, jakby nad jakimś wynalazkiem, lub zasadą filozoficzną, w rzeczywistości zapatrzeni w samych siebie, zasłuchani w tętno serc własnych, upojeni cudem poczynającym się w nich, niespokojni, roztęsknieni. Czasem szmer liścia na płaczącej brzozie zwracał ich uwagę, więc wznosili oczy i patrzyli na zielone warkocze drzewa, rozplecione zalotnie i wiekuiście rozchwiane tęsknotą żałosną, zbożnym szeptem do Stwórcy i natury, modlitewną rapsodią za szczęśliwość istnienia, ale zarazem jakby i poszumem łzawym i skargą. Gdy na wierzchołkach drzew krzyknęła słodko kukułka, im się zdawało, że to tylko jeden akord więcej do ich pieśni, gdy tony słowicze płynęły koloraturową gamą, myśleli, że to harmonijne odczucie ich uczuć, ich wzruszeń serdecznych, zaklęte w realną melodię. Potrafili mówić z sobą o jakiejś trawie lub ptaku i mówić długo z powagą, patrząc sobie w oczy, gdzie odnajdywali głębie nieznane dotąd i nowe wielkie tematy.

Denhoff idąc przy Dorci, podnosił na nią oczy dyskretnie, chłonął widok jej delikatnego profilu i oczu spuszczonych, zakrytych ciemną gęstwiną rzęs, chłonął jej gorące rumieńce, wyraz jej ust wykwintnie zarysowanych, i znajdował w sobie pragnienie prawie nabożne, by móc klęknąć przed nią i modlić się do niej. Ale takie chwile mącone były zawsze łobuzerskim podszeptem, wyszydzającym podobnie bogobojne żądze. Denhoff przypominał sobie, że nie jest paziem ani Dorcia królewną, że czasy trubadurów dawno przebrzmiały i że tę swoją Dorcię weźmie, skoro zechce, bez modlenia się do niej i całowania jej szat. Wówczas stawał się nachalniejszym. Przemawiał śmiało z zupełną pewnością nie byle jakiego konkurenta, który wie, że stanowi dobrą partię i że nie dla niego są odmowy, kosze i tym podobne fochy. Owszem, można z nim najwyżej pokaprysić, ale to ma smak wyłączny, to raczej drażni i nawet dość mile, byle niezbyt długo. Odporność Dorci brał za owe kaprysy, lecz że dziewczyna ślicznie to robiła, zatem był cierpliwy. Po całych dniach, wysoką, cienką postać Ryszarda i smukłą Dorci w szarym mundurku widywano razem. Gdy przyjeżdżał później niż zwykle, Dorcia chodziła smętna, zamyślona, lub zasuwając się głęboko w otomanę, czytała godzinami z jednej i tej samej kartki w książce. Unikała towarzystwa, a jeśli znalazła się bez Ryszarda w gronie młodzieży, była chmurna, milcząca i z góry spoglądała na wszystkie panny i młodych ludzi. Przezwano ją monarchinią, że zaś z pensji zostało jej miano „cacunia” więc mówiono na nią „cacunia w koronie”. Pomimo jednak różnych żarcików i ogólnej przychylności dla młodej pary, Ania, Ziula, Joasia, nawet Irena – były trochę nadąsane. Wyłączność Denhoffa tylko dla Dorci drażniła panny. Ira nie miała go wprawdzie za epuzera dla siebie, ale ubył jej przyjemny towarzysz i doskonały partner do interesujących rozmów, jakie prowadzili ze sobą zawsze przed zjawieniem się Dorci. Teraz, ilekroć Denhoff mówił do Iry to przeważnie o Dorci, wypowiadał swe uczucie i zwierzał projekty. Ira słuchała cierpliwie, lecz bez zapału, gdy zaś Denhoff milkł, chciała skierować mowę na coś innego, mówiła sama, unosząc się rzuconą kwestią. Ale Denhoff często w najciekawszym punkcie przerywał jej pytaniem:

– Proszę pani, czy Dorcia jeszcze w nikim nie kochała się? Czy ja jestem pierwszy? Albo...

– Jak pani myśli, kiedy oświadczyć się?

Irena pewnego razu w przystępie gniewu, spytała go ostro:

– Skąd pan taki pewny, że Dorcia pana kocha i że go przyjmie?

– Proszę pani, jestem przecież mężczyzną.

– Ach! Wy jesteście jasnowidzący! A jeśli zawód?...

– To palnę sobie w łeb!

– Wątpię! Na to trzeba odważnego i bardzo odważnego... To ryzykowniejsze niż... oświadczenie się Dorci.

– Ach, ça ira! Wiem, że w tej grze nie popełniam hazardu, bo jednak mogę być trochę cezarem, veni, vidi, no w perspektywie bliskiej vici, ale Bolek Osinowski i jego konkury o pannę Anię, albo Kocio Leśniewski i panna Ziula? No! Daruje pani, ale jeśli ja mam bzika na punkcie Wrońskiego, co słyszę od rana do nocy, przed zupą i po zupie, przed deserem i po deserze, to i ci panowie są co najmniej półbziki. Skąd mogą mieć nadzieję?

– Panie Denhoff, niech pan nie będzie takim grandem, to dziś nie popłaca. Widzę, że i pan na równi z Dorcią ukoronowany. Co ci panowie panu szkodzą?

– Nie lubię obcej krwi wśród naszej.

– Niech pan o tym podyskutuje z Dorcią. Co też ona powie.

– A pani nie chce już ze mną nawet rozmawiać.

– Nie o tej kwestii; tu rozbieżne są nasze zdania.

– Więc pani chce zobaczyć siostry jedną za Osinowskim, drugą za Leśniewskim? Winszuję! Na samą myśl, ż.e miałbym ich za szwagierków cierpną mi nerwy.

– Przypomina mi pan w tej chwili tego chłopca, który zobaczywszy zająca pod krzakiem, budował sobie na nim projekty, aż do dziesiątego pokolenia.

– Och! Dorcia mi nie umknie, ona ma rasę i ceni rasę.

– Niech więc pan i innych pozostawi przy ich instynktach. Co to panu szkodzi?

– Pani, widzę, bardzo broni tych panów, popiera ich zamiary. Denhoff był rozdrażniony.

– Ja bronię zasady i ich nazwisk, nie zamiarów, bo te również uważam za chybione. Bolesław przynajmniej ma za sobą inteligencję, wykształcenie i umysł lotny, bystry. Ale Kocio?

– Kocio? On ma w swoim mniemaniu postawę Antoniusza i wielką torbę jednakowych komplementów, którymi obdarza wszystkie sam na sam spotkane panie i panny. Do zgromadzonej zaś licznie płci pięknej ma znowu inny repertuar, bardziej ogólny. Przecież i pani podległa tej chwilowej ekstazie Kociutka.

– A tak, były momenty. Zaśmiali się oboje.

– I Dorcię atakował i Anię.

– Panie, kogo on nie atakował? Ale każda u niego jest!... ta pierwsza... Aż trafi na gąskę, co w to uwierzy. O Ziulę niech pan będzie spokojny.

– Eee! Zawraca jej głowę, widzę ja to. Na pannie Ziuli jego brednie robią wrażenie.

– Dziecinada! Każda z panien ma kogoś, nawet Kula przywabiła do siebie Miecia Korzyckiego. Więc i Ziula słucha banialuk Kocia. Ale to głupstwo. Może pan być spokojny, nie nazwie go pan Szwagrem.

– A Bolesław?...

– No ten poważniejszy, bo odznacza się dużą inteligencją. Ania go lubi. Rozmawiając, mijali aleję lipową; grupowały się tam pary do fotografii. Przy aparacie stała Ziula.

– Proszę państwa do zdjęcia, szukamy was! – wołano. Podeszli. Denhoff stanął przy Dorci i od razu utonął w błękicie jej źrenic. Bolesław był obok roześmianej i jak zorza promiennej Ani.

– Dwie pary są, a trzecia? – spytał Denhoff ironicznie.

– Trzecia przy aparacie – odrzekł słodko Kocio i zaśmiał się serdecznie, pokazując szereg białych zębów.

Zdejmował jednak grupę stary ogrodnik, nauczony tej sztuki.

Irena stojąca na ogrodowym stole, przewyższyła wszystkich, wyciągnęła ramiona jakby błogosławiąc – i w takiej pozie zrobiono jej zdjęcie.

Maryś kpił głośno z tej grupy, do Ireny jednakże rzekł zupełnie poważnie:

– Radzę schować tę fotografię, bo jak ojciec zobaczy, będzie skandal. Ira pokazała mu tylko trzy pary idące szpalerem i wielce sobą zajęte.

– Brakuje tu jeszcze ciebie i Maryli.

– I ty Ira?

– Ja czekam na swego. Ale on w przestworzach.



VIII

Strojny gabinet w Zapędach, zasnuwał dym z wybornych cygar. Grano w karty. Przy kilku stolikach wint rozpłomieniał twarze, podniecał i huczał w mózgach. Z ogólnej wrzawy słychać było najgłośniej donośny organ Paszowskiego i piskliwy dyszkant Korzyckiego. Ci dwaj wodzili rej. Maryś Turski grał spokojnie, zamyślony, jakby daleki od otoczenia.

Perzyński z Chodzynia cedził rzadkie słowa i w przerwach muskał wąsy, spoglądając nieprzyjaźnie na Turskiego, który lepiej grał i pomimo że się nie starał być patrycjuszem w tym zgromadzeniu, był nim jednak. Denhoff w buduarze bawił panie.

– Najstarszy zaś syn Korzyckiego, Gustaw, założywszy duże palce rąk za kamizelkę, z rozstawionymi wskutek tego ramionami, spacerował dokoła stolików i wszystkim jednakowo rzucał pytania:

– Jakże partyjka? Idzie karta? Brawo! Może cygarko? Hawana czystej krwi. Do Perzyńskiego szepnął:

– Denhoffa zaproście, ma szczęście do kobiet, położy wam za to całą kiesę.

– Hm! Niech go pan namówi.

– To mógłby zrobić tylko Turski, ale on nie chce.

– Oszczędza kieszeń szwagierka in spe – zaśmiał się Gustaw.

– Tss! To ciekawe. Ha, ha! – Ciszej panie, bo usłyszy.

– Niech mu pan powie, że Denhoff do panny Mary przysiada się. Tsss! To go zelektryzuje.

– No tak. Ale chyba i Turski pańskiej siostrze nie imponuje. Tsss! Cóż to za partia.

– Ciszej panie! Partią właściwie jest, tylko – nie dla Maryli jeszcze.

Paszowski siedzący najbliżej, usłyszawszy cichą rozmowę, zmierzył panów pobłażliwe ironicznymi oczyma, a w duchu pomyślał: „Obaście dudki przy Turskim”, głośno zaś rzekł:

– Zapomniałem panom zakomunikować świeżą wiadomość z bieżącej chwili naszej okolicy. Arcyciekawą.

– Słuchamy! Słuchamy!

– Podobno panna Tulicka zamierza wstąpić w stan małżeński.

– Co?! Ta stara panna? Ta senatorówna z Połowic? Ha, ha, ha! pan żartuje! – zaśmiali się wszyscy.

– Tak słyszałem. Cóż chcecie, dobra partia, Połowice, to nie byle co! Złote jabłuszko.

– Więc niech kogo usynowi i zrobi mu taki hojny dar, ale bez własnej rączki, bo wtedy chybiony cel – żartował Marian Turski. A Korzycki spytał:

– Jeśli ma zamiary, to widocznie jest ktoś upatrzony. Któż to taki?

– Tego nie wiem. Ale, że to dopiero projekt, zatem oczko panny Balbiny rozgląda się po okolicy. Może wybranemu każe najpierw kupić sobie tytuł hrabiowski?

– A cóż! panna młoda klapnie sobie prędko i małżonek milionerem – mówił stary Korzycki tonem najgłębszego przekonania.

– Tak, to kwestia warta namysłu – bąknął sarkastycznie ksiądz Janusz. Przynajmniej ja skorzystam. Bo dotąd nie dam ślubu, aż narzeczona pospłaca wszystkie zaległości, które winna parafii.

Zaśmiano się.

– A jakże tam z tymi ptaszkami na drzwiach kościelnych? – pytał Turski. – Kto komu ustąpił?

– Drzwi już są, bez ptaszków, bo zagroziłem, że nie przyjmę. I nie przyjąłbym. Niech swego ślepowrona umieszcza na wszystkich klamkach własnej kaplicy, ale na kościele nie dam. To fundacja ogólna. Teraz o ławki mam nowe historie.

– Cóż znowu?

– Obraziła się, że Worczyn ma stallę i Wodzewo, więc mówi ona powinna mieć stallę taką, żeby nikogo nie mieć za sot przed sobą.

– Wystawić jej tron! – huknął Paszowski.

– A wiecie panowie, jakie ona szykany robi? Oto w karecie podjeżdża pod drzwi kościelne

i modli się, nie wysiadając. Ale już i.tego nie będzie, bo się chłopi oburzają i chcą jej karetę razem z nią grzecznie wyforować sprzed kościoła.

– Słusznie, bo to już histeria!

– O tej pannie Tulickiej można by tomy pisać – mówił Paszowski. Opowiem panom fakt autentyczny; był przy tym mój ekonom i Kacprowa, gospodyni, którzy jakiś tam interes załatwiali w Połowicach. Otóż panna Balbina idzie sobie przez podwórze folwarczne, spotyka się ze starym Szczepańskim, gospodarzem. Chłop jej nie znał, a w Połowicach tyle jest różnych starych dewotek, że chłopisko wziął ją za jedną z nich ...uważajcie panowie, mija babę, nie kłaniając się, ale ona woła go i mówi, tak po swojemu:

„Cóż ty myślisz sobie chamie jeden. Nie kłaniasz mi się?... Co?! To nie wiesz, że ja jestem sama dziedziczka, senatorówna?...”

Szczepański patrzył zdziwiony, patrzył, aż panie mój, nareszcie zdjął czapkę i odrzekł z flegmą:

„Juści, teraz to już wiem kto pani, a ja jezdem Szczepański, gospodarz z Worczyna i tyło!”

– Skłonił się i odszedł.

– Ha! Ha! to frant! Dobrze jej tak. Ale ręczyłbym za to, że gdy odszedł, Tulicka posłała za nim zwykły epitet „paśkudźtwo” – zawołał proboszcz.

– A potem poskarżyła się swemu adiutantowi Leśniewskiemu – dodał Maryś. – Szkoda, że Szczepański nie napomknął mimochodem czegoś o tej godności senatorskiej, tak wielce niby chwalebnej, zapieczętowanej wspaniałym, wspólnym pomnikiem i pensją rządową,, do dziś dnia pobieraną przez córeczkę wielkiego papy.

– Szczepański o tym nie wie, bo inaczej nie omieszkałby tego powiedzieć i także po swojemu.

– Panowie, tsss! nie lubią pani Tulickiej – rzekł Perzyński.

– A pan ją miłuje? Hę – spytał pan Wojciech.

– Ona jest dystyngowana i nawet sympatyczna. Tsss!

– A to chyba dla pana i dla Kocia Leśniewskiego, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich. Dystynkcję zaś wyraża zapewne przez nazywanie każdego „paśkudźtwem”, obgadywaniem i tak dalej.

– I robieniem różnych szykan księdzu i sąsiadom – rzekł proboszcz. – Pisuje od czasu do czasu prośby, denuncjacje na mnie do biskupa, bo chce mnie gwałtem wysadzić z Okorowa, ale, jak dotąd, siedzę. Zamyka cmentarz ze swoją kaplicą grobową na kłódki, sztaby, bez uwagi na to, że w tymże ogrodzeniu są groby Turskich i innych i że oni z łaski panny Tulickiej muszą przez mur przełazić, aby się na swoich grobach modlić. Cała parafia płaciła od morgi na budynki kościelne, tylko ona jedna oparła się i nie dała ani grosza. To jest wściekła baba!

– Ale i administrację ma zastosowaną do siebie – rzekł Paszowski – nisko kłaniają się babie, schlebiają jej na każdym kroku, a z tego mają korzyść; robią co chcą.

– To rzecz z dawna wiadoma! – zawołał Maryś Turski. – Denhoff złożył wizytę Tulickiej i tak się nasłuchał o okolicy, że wszystkich nas zna wybornie.

– Oczywiście z najczarniejszej strony.

– Bez wątpienia! Tylko na Leśniewskiego nigdy nic nie powie; to gagatek, faworycik.

– Ona mu pewno co zapisze, dlatego taka obopólna adoracja. Wziął babę! – zawołał Paszowski.

A Gustaw Korzycki zrobił minę dowcipną i rzekł z uśmiechem:

– To się zgadza z moim twierdzeniem, że nie ma kobiety, której by nie można było zdobyć. Każdą, bez kwestii każdą, tylko różnymi sposobami.

– No, przecie Konstanty wziął Tulicką nie na erotykę chyba? Wybuchnął śmiech.

– Eh! Ja mówię ogólnie; kobiety to łatwy towar do nabycia, trzeba tylko znać sposoby na różne gatunki, tańsze i droższe, ale dekatyzuje się każda.

– Cóż za określenie bławatno-kupieckie? Skąd pan doszedł do podobnych wniosków? – zagadnął Turski.

– Praktyka, panie Marianie. Miałem i mam w życiu różne okazje i różne kobietki, a umiem... dekatyzować; to moje wyrażenie. Każdą z pań wezmę gdy zechcę, o zakład.

Nastała cisza wywołana niesmakiem z powodu przechwałek Gutka. Turski szepnął nawet do siebie:

– Osioł!

Ale Miecio Korzycki palnął na głos:

– Chwalisz się, a pewno już nieraz dostałeś w pysk od kobiet zamiast dekatyzowania.

– Tu es sot, mon cher frère! jeszcze ani razu nie chybiłem. Kobiety to zwierzyna, do której umiejętny myśliwy zawsze trafi. Myślicie, że na przykład pani Ama...

– To nie jest dowodem; do pani Amy nie trzeba polityki, z nią dochodzi się łatwo do porozumienia – rzekł Perzyński.

– Panie Marianie, słyszy pan? – spytał cicho Paszowski. Ale Turski nie okazał gniewu, ani zdziwienia.

– Ja się również nie wysilałem przy zdobywaniu jej, więc nie mogę zaprzeczać.

– Muszę ja jeszcze spróbować, może będę miał również swoją kampanię? – zadecydował pan Wojciech, z najpoważniejszą miną.

Zabrzmiały okrzyki i przytajone śmiechy, zaczęto doradzać Paszowskiemu różne sposoby: dowcipy i tanie żarty sypały się gęsto. Najwięcej rad dawał Perzyński.

– Panie Wojciechu, tsss, niech pan mnie usłucha. W domu, w Zawierciu, to się może panu z panią Lubocką nie udać, ale na gruncie neutralnym, radzę. Tak niby niechcący urządzić spotkanie w Warszawie, tam teatr, naturalnie tłusta operetka, potem kabaret...

– Przetłuszczony – dodał Gustaw.

– Tak, no i kolacyjka, hm! wesoło, ale z zachowaniem pozorów wszelkiej powagi. Odprowadzić tylko do dorożki, będzie na pewno zaproszenie na jutro, skorzystać, podczas wizyty oglądać pierścionki pani i chwalić, a potem, no pan już sobie dalej dopowie.

– Ho, ho, zuch dziedzic! Widocznie i pan odbył te, manewry i udały się.

– Tss, owszem, to kiedyś był niezły kąsek; kawiorek i szampan...

– Iii! Nie pierwszorzędny – bąknął Gustaw.

– Ale i nie najpośledniejszy. Powtarzam jednak, że to było dawniej, bo teraz już zwietrzał szampan, nie ma ani aromatu ani mocy. Właściwie, tsss, już niewarta grzechu, może być cnotliwą.

– Tak. Complèment blasé – rzekł Gustaw – ale jeszcze próbuje swych sił, prezentuje biust przy lada okazji, łydki odsłania możliwie najwyżej, trzepoce się trochę, panienkuje, na gwałt udając młodą. Tylko, że to tempi passati.

Maryś Turski nareszcie przemówił:

– I to jest właśnie ohydne, gdy kobieta sama nie umie się usunąć w porę, aż, trzeba ją spychać. Pani Lubockiej czas byłby skwitować z flirtu i kokieterii, bo łydki prezentuje, jak słusznie zauważył pan Bronisław, ale są już nie nęcące, patykowate.

– Co zaś do biustu, bodaj czy nie jest arcydziełem kunsztu gumowego – dodał złośliwie Perzyński.

– No! Chyba i pan może o tym sądzić najlepiej, nawet niezawodnie – zawołał Paszowski.

– Nie panie, ja należę jeszcze do epoki szczerze cielesnych wdzięków pani Amy. Dziś już są one niepewne, można je w skrócie sformułować określeniem – i tu wata, i tu wata. Zresztą teraz ustępuję głosu w tej kwestii panu Marianowi. Tsss!

– Ja ręczę, że tak nie jest – ujął się Gustaw zamiast Marysia.

– Może pan ręczyć? A winszujemy! Więc i pan? – zdziwił się Turski. – Stanowczo za wielu partnerów staje naraz do... partii z panią Amelią. To już niezabawne!

– Cóż pan chce, szczególna gra, bo się zawsze wygrywa – rzekł Paszowski. – Ale ja już abdykuję dla kogoś innego, za starym na takie zjełczałe orzechy. Mógłbym dostać niestrawności.

Rozmowa ucichła, gdyż z salonu rozległy się tęskne akordy fortepianowe i zabrzmiał śpiew. Przewlekłe tony dumki ukraińskiej płynęły niby potok, miejscami cichy jakby senny, to znów nagle rozbulgotany, wrzący temperamentem.

– To śpiewa Denhoff – zauważył Turski.

– Ładny ma głos. Dobry chłopak z gruntu, tylko trochę lekki.

– O lekki – potakiwał Paszowski.

– Ofiarował trzy tysiące rubli na ołtarz – chwalił się ksiądz.

– Już go proboszcz naciągnął. Ksiądz pogładził czuprynę.

– Ha, robi się co można. Ołtarz obstalowany, a nie było skąd wziąć pieniędzy. Niech będzie jego funda. Każdy dwór ma teraz swój ołtarz.

– Jak on tak zacznie od ołtarzy i stalli, skończy pod kościołem – bo strasznie puszcza i daje się naciągać – mówił Paszowski.

– Dlaczego pod kościołem, może stanąć najwyżej przed ołtarzem na kobiercu.

– I to pono niedługo, jak słyszymy.

Dumka z salonu brzmiała teraz huczną, skoczną melodią. Fortepian akompaniował z taką werwą, że zdawało się, pękną mu struny. Niby teorbany kozacze grzmiały z salonu „U ha!”

„U ha!” prawdziwie stepowe, kończyło każdą strofkę. Panowie właśnie rozegrali partię. Przeszli do salonu.

Tu panował jakiś nastrój. Maryla siedziała za olbrzymią palmą i wychylona przez otwarte okno, zdawała się być uniesioną w zaświaty. W głębi salonu połyskiwały kocie oczy pani Amy Lubockiej. Pogrążona w fotelu zakrywała sobie twarz wachlarzem jakby pragnąc być niewidzianą. Na kanapie w rogu młodzi hrabstwo Skórscy szeptali ze sobą, zapominając o całym świecie. Denhoff śpiewał. W mętnym świetle jednej lampy osłoniętej perłowobłękitnym jedwabiem, postać jego rysowała się nikle, zwłaszcza twarz ginęła prawie w mroku. Błyskały czasem szkła binokli i białe palce na klawiszach były dziwnie wydłużone. Paszowski, niełatwo podlegający nastrojom, uległ tym razem. Patrzył, słuchał, wreszcie szepnął jakby do siebie:

– On jest teraz tylko z sobą. To marzyciel. Nachylił się do niego Turski:

– Patrzy pan na Denhoffa? – szepnął. – Co to jest za typ? Nie szablon w każdym razie. Ale co?

– Ja myślę, że to w dużym stylu i w dużym gatunku – konik polny. Trzeba mu mnóstwo światła, ciepła, zieloności i powietrza, żeby żył.

– I przestrzeni.

– Tak, i ciągłych wrażeń; gdyby mu tych warunków zabrakło, zginie.

– A ja jeszcze widzę nad nim jakby smugę, zwiastunkę bezkresu.

– Niby co to znaczy? Nie rozumiem.

– On ma przed sobą tylko przestrzenie, na długo jeszcze.

– A Wodzewo?!

– To przelot.

– Mówi pan jak wróżka.

– Takie na mnie robi wrażenie Denhoff, może chwilowe? – bronił się Turski.

– Z pewnością! Gdy śpiewa swoje ulubione Lachtam-tidyry-bum! jest pospolitym, rozdokazywanym burszem.

Maryś odszedł do panny Korzyckiej. Usiadł przy niej i wpatrywał się w jej zamyśloną twarz. Kocie oczy Amy błysnęły złowrogo.

– Czy on mnie nie widzi? W głębi salonu załopotał gwałtownie wachlarz. Turski widział i słyszał, ale go to nic nie obchodziło. Trzymała go obecnie pieśń Denhoffa i Maryla dysząca obok.

– Wygrał pan partię? Wstrząsnął się niemile.

– Cóż za pytanie w stylu... pana Gustawa? Czy o tym pani myślała?

– Nie.

– Więc czemuż?!

– Niech pan patrzy na księżyc, on także słucha, co mówi pieśń. Tak dziś słodko na dworze...

Maryś milczał.

– Słyszy pan, jak się Skórscy czulą? I ta pieśń i ten wieczór; to moja plaga takie jaśnie księżycowe. Albo ci Skórscy!

– Co oni pani winni?

– Eh! Bo to...

Wtem fortepian umilkł, pieśń zamarła, tylko pedał huczał jakby echem i konał z wolna. Dumka ulatywała na swe rodzinne stepy...

Nagle w głuchej ciszy pokoju zabrzmiał rubaszny głos Paszowskiego:

– Teraz – Lachtamtidyry – bum! panie Denhoff, słuchamy. Maryla zerwała się z krzesła.

– Nie cierpię pana! – krzyknęła do Paszowskiego.

– Wenero moja! Wybacz! Czyż ciągle mamy siedzieć w księżycowych nastrojach? Panie

Denhoff, zaśpiewa pan ten majufes, prawda? Pan to robi koncertowo.

– Może nie teraz, potem? – lekko wypraszał się Ryszard.

– Teraz, teraz!

– Ja panu będę akompaniowała!

I Ama żywo podbiegła do fortepianu, patrząc złośliwie na Turskiego i Marylę.

Wesoły, komiczny śpiew rozpoczął się jak na komendę. Salon mocniej oświetlono, grupa mężczyzn zbliżyła się do fortepianu. Denhoff śpiewał z komizmem i werwą, gestykulował zabawnie, robiąc charakterystyczne mimiki. Był tak przeistoczony, że jakby zupełnie kto inny. Turski patrzał z podziwem, nie pojmując tej nagłej metamorfozy Denhoffa.

Byłżeby to ten sam śpiewak natchniony, ulatujący w mgławice tęsknic, marzyciel? Teraz zmienił twarz, postać, ruchy, stał się komikiem znakomitym, wzbudzającym śmiech ogólny.

W poprzednim obrazie przebijała dusza górna i jakby tajemnicza, tu był jedynie wybornym artystą charakterystycznych ról.

– Ciekawy typ – myślał Maryś. Maryla dotknęła lekko jego ramienia.

– Idźmy stąd, panie. Uciekajmy!

– Dokąd?

– W księżycowy szlak! – zaśmiała się i wybiegła z salonu na werandę.

Maryś poszedł za nią. Zeszli razem na taras. Maryla pokazała mu ogród angielski, zalany jakby błyskawicą nigdy nie gasnącą. Grupy drzew egzotycznych piętrzyły się tworząc malownicze gaje, w blasku świeciły rzeźbione altanki i białe posągi. Cała przestrzeń jasna i trochę bajeczna miała wygląd dekoracji. Trawy świeciły srebrem, srebro rozpylone w powietrzu mieniło się chłodnym szkliwem, niby jakąś astralną atmosferą.

– Chodźmy tam. Stańmy się bogami – szepnęła Maryla.

– Nie umiem być bogiem.

– Eh, bo pan jest profanem. Nic w panu nie ma poezji, nic natchnienia.

– Tak jak w Denhoffie, prawda?... Ale i on nie zawsze idealny, mieliśmy dowód.

– Niech sobie będzie... różny. Mnie to nie obchodzi. Turski uczuł nagle przypływ szalonego uczucia dla Maryli. Nie mógł się powstrzymać, chwycił jej ręce w swój gorący uścisk. Patrzał na nią płomiennie, zjadał ją oczyma. Ona jakby oczekiwała tej chwili, źrenice jej zalśniły ciemnym fioletem, szarpnęła go gwałtownie.

– Chodźmy tam... w aleję.

Biegli rozradowani, na nic nie pomni, aż wpadli w mrok gęsty, pod ciemne sklepienia starych lip szumiących. Jeszcze nie ochłonęli; środkową nawą tego gmachu drzewnego szli bez słowa, oczarowani samotnością zupełną, cieniem głębin potężnych, wartkim pulsem własnej krwi. Maryla zadyszana, w otwarte usta łapała powietrze, serce jej biło, drżała jak schwytana jaskółka.

„Będzie skandal na pewno, ale niech się dzieje co chce!” Maryś nie wytrzymał. Przyciągnął ją silnie do siebie.

– Cóż pan znowu wyprawia?

– Marylo... Panno Mary, niech pani już dziś powie, powiedz nareszcie, o co już tak nieskończenie dawno prosiłem.

– Pan to tylko umie prosić – szepnęła niecierpliwie.

– Względem pani pozostaje mi tylko to jedno.

– A względem... Amy?

– Nie mów mi o niej! – wybuchnął. – Niech pani jej do nas nie przyrównuje.

– Jednak pan się w niej kocha.

– Litości, panno Marylo! Pani tego nie zna i nie rozumie. Ja kocham panią i tylko panią. Takie zaś Amy nie liczą się.

– Owszem, ja wszystko rozumiem. Cały stosunek wasz rozumiem. Ja bym ją zabiła! Taka wściekłość była w głosie i twarzy Korzyckiej, że Turski aż się zdziwił.

– Panno Marylo, proszę się uspokoić. Nienawidzisz jej, więc... więc to dowód, że mnie kochasz. Powiedz, przetnij już tę niepewność, powiedz! Niski głos Marysia, przepojony wzruszeniem, odurzał Marylę.

– Powiedz droga pani moja. Czemuż się wzdragasz?

– Bo ja pragnę czegoś takiego, wie pan, nie umiem wyrazić, czegoś szalonego, gorącego, chcę zwariować i żeby pan zwariował. Tak pragnę, okropnie pragnę szału.

– Marylo moja!

– Ale wszystko to dostaje się tej wstrętnej Amie. Pan za nią... szaleje, a mnie konwencjonalnie oświadcza się. To takie nudne!

– Panno Mary! Zastanów się co mówisz. Dzieciaku kapryśny. Ja panią chcę za żonę, tyś moja jedyna, cóż w porównaniu z tobą jest Ama? Kokietka, awanturnica, z którą nie tylko ja... Panią, ciebie, Mary ja szanuję.

– Nie chcę żadnego szanowania, chcę szaleć! Wtem zamajaczył przed nimi jakiś cień, rozległ się przytłumiony szmer i szybki oddech.

– Kto tu? – zawołał Turski.

Cisza. Cień przysunął się bliżej. Maryla gorączkowo chwyciła rękę Turskiego.

– Kto tu jest? Proszę bez mistyfikacji, ja się duchów nie boję. Cisza.

Maryla krzyknęła, zawróciła na miejscu i znikła.

Głośny oddech i sapanie spotęgowało się, było już prawie przy twarzy Marysia.

– Ki diabeł! – zawołał Turski i wyciągnąwszy momentalnie z kieszeni małą lampkę elektryczną, zaświecił nią prosto w oczy pani Amie.

– Ach! Domyśliłem się.

Ciężar kobiecego ciała spadł mu na piersi, straszliwy uścisk dusił mu szyję, palce wgniatały ciało.

– Ama, dość tych efektów! Już i tak urządziłaś melodramat! – krzyknął stłumionym przez gniew głosem. – Puść mnie!

– Ty ją... ją... tę Korzycką! Ty! – syczała Ama.

– Powtarzam, puść mnie, bo się skompromitujesz!

– Nie obawiam się. Ty...

– Bo już nie masz nic do stracenia. Czegoś tu przyszła? Co?!

– By wam przeszkodzić. Więc już na Korzycką zastawiasz sidła? A ja?... A ja?

– Co ty? Przecież się z tobą liczyć nie będę. Z tobą się rozstałem i chcę, żebyś o tym pamiętała.

– Z Marylą się nie ożenisz... i z niej zrobisz sobie kochankę. Turski odtrącił ją od siebie z obrzydzeniem.

– Dość tego! Ubliżasz Maryli, ja zaś ją kocham. Nie mam z tobą nic wspólnego. Dosyć!

– Brutal! – rozległo się za nim.

Turski szedł do domu szybkim krokiem, zdenerwowany i zły. Czuł niesmak, był z siebie nie kontent, wściekły na Amę. Wrodzona etyka wyrzucała mu gburowatość postępku z kobietą, którą posiadał i nawet swego czasu zawdzięczał jej dużo rozkoszy. Ale uczucie do Maryli, zupełnie różne, tłumaczyło postępek z Amą. „Po co ona mi w drogę wchodzi? – myślał z goryczą. – Taka Ama i staje się wyrzutem, zgryzotą.”

Na schodach werandy zobaczył karykaturalną, niedołężną postać Lubockiego. Szedł i rozglądał się, jakby kogoś szukając.

Turski odgadł. Złość na Amę przemogła w nim wszystko.

„Skoro zacząłem, będę brutalem do końca” – pomyślał – i spytał Lubockiego, z szyderstwem w głosie:

– Kogo pan wypatruje?

– Mojej żony. Czy nie widział pan przypadkiem... mojej żony?

– Owszem! Tam w alei lipowej czatuje na kochanków – palnął Maryś, zaśmiał się i wbiegł do salonu.

Za chwilę siedział znowu przy stoliku i najspokojniej rozkładał karty do nowej partii.



IX

Na drugi dzień Maryś przyjechawszy do Zapędów, w celu oświadczenia się o Marylę, był świadkiem takich awantur wojny domowej, o jakich pojęcia nie miał i w które nie wierzył, chociaż o nich słyszał. Maryla stojąc na balkonie płakała głośno, bez ceremonii, rodzice zaś jej i Gustaw kłócili się z sobą w sposób bardzo niearystokratyczny. Zaczęło się od wyjazdu pani Korzyckiej na kolej. Gdy kareta stanęła przed gankiem, wybiegł z domu stary Korzycki, będąc właśnie w humorze „cholerycznym”, jak o nim mówiono, i usłyszawszy, co znaczy zaprzężony ekwipaż, rozkazał stangretowi ruszać natychmiast precz sprzed ganku, i jeśli dziedziczka gwałtem chce jechać, to założyć dla niej bryczkę, bo „obejdzie się bez tego państwa”. Stangret pokiwał głową i odjechał, za chwilę stała przed domem bryczka odrapana i dziurawa, przy niej zaś para fornalskich szkapin ledwie żywych. Pani Korzycka ujrzawszy zaprzęg, zwymyślała przez okno stangreta, każąc mu bezzwłocznie znowu zaprzęgać konie cugowe do karety. Historia ta była powtórzona kilkakrotnie z dokładną akuratnością, ku wielkiej uciesze Gustawa, zanoszącego się od śmiechu. Stangret klął, lecz w końcu i on się rozbawił, służba wyglądała zza węgłów, zadowolona z widowiska.

Skórscy zamknęli się u siebie. Miecio mitygował rozjuszonych rodziców, zawstydzony, z rumieńcem oburzenia na twarzy.

Cała jednak awantura skrupiła się na Gustawie. Stary Korzycki bowiem wybadał, po co żona jedzie do Warszawy; oto aby spłacić sekretnie nowe długi Gutka. Wtedy powstał w Zapędach istny koniec świata. Ojciec dawał synowi epitety spod ciemnej gwiazdy, wymawiał mu fałszowanie weksli i różne jego łotrostwa, znane zresztą ogólnie. Gustaw w odpowiedziach łatwiej spłacał długi, niż pieniężne, ojcu tym bardziej nie dawał się przegadać, przewyższając go natomiast doborem silnych słów. Gdyby nie łzy Maryli, Turski cofnąłby się natychmiast, bez namysłu; wzruszył go jej żal i został. Ale oświadczyny odłożył na inny raz. Przyłapał go rozwścieczony Korzycki. Szarpał go za rękaw, wołając na cały folwark:

– Czy sąsiad widział kiedy takiego gałgana jak mój syn, takiego wisielca? co?! Ha! Jak nie wiem co? To łotr panie! On mnie i nas wszystkich z torbami puści, on Zapędy pod kościół wykieruje. Mówią: – „Denhoff utracjusz” ale kiep ten kto to mówi, bo tamten dostał schedę po rodzicach i ma ją. Puszcza ale swoje, a ten panie z lichwiarzami się wdał, weksle – jak nie wiem co!

– Niech tak papo nie skacze, bo to i pięknie wcale nie jest i nic nie pomoże. Wekselki trzeba zapłacić i kwita! – szydził Gutek.

– Słyszy sąsiad, co on mówi? Co?! Ha! Jak nie wiem co!

Rozpoczął się nowy dialog, ale już Turski nie chciał słuchać. Wyszedł do ogrodu.

„Skandaliczny dom – myślał. I ja z takiej rodziny chcę żonę brać. Czy to nie ryzykowne? Ba, ale cóż ona winna, cierpi, jednak nic tu nie pomoże. To są już instynkta we krwi płynące. Lecz w czyjej? matki czy ojca? Chyba ojca, matka zahukana, już zatraciła swą indywidualność, weszła w sferę poglądów i czynów męża. Maryla i Miecio wyrodzili się, no i Skórski także. Ale wystarczy taki papo i braciszek żeby konkurentów odstraszać.”

– Witam pana, panie Marianie!

Maryś obejrzał się. Podchodził do niego hrabia Skórski.

– Dzień dobry. Co to, hrabia z polowania?

Skórski spojrzał na swą giętką, anemiczną figurę obleczoną w strój sportsmeński, w pończochach na cienkich piszczelach i zaśmiał się szeroko, ukazując zepsute zęby.

– Z polowania? A tak, tak. Właściwie na polowanie, na kaczki. Żona, ee tego poszła Mahylę pocieszyć po tych ee – awantuhach afhykańskich.

Hrabia rozwlekał wyrazy i robił przy tym komiczne miny.

– Czy tu często są takie... hece? – spytał Turski. Hrabia ogarnął ucho prawą dłonią, nachylił się do Marysia ze skrzywioną niemiłosiernie twarzą, usta otworzył, oczy zmrużył i wrzasnął rozdartym głosem:

– Co! Hee? Eee!

„Głuchy bestia” – pomyślał Turski. Głośno powtórzył pytanie.

– Eee! Czy często? Ha, ha! Thafia się, thafia! Phawie co dzień coś jest. Eee! Dla hozmaitości. Taak!

Mówił zabawnie z taką miną, że Maryś zaśmiał się.

– A to tu u państwa wesoło! Nie ma co mówić.

– O natuhalnie! Szczególnie papa i Gutek hobią życie. Może pan pójdzie ze mną na kaczki?

– Nie jestem odpowiednio ubrany.

– Aa!? Ee!

Znowu ten sam ruch dłonią ogarniający ucho.

– Wybaczy hrabia, ale dziś nie mogę mu towarzyszyć – huknął Maryś.

– O, pahdon! pahdon! Nic nie szkodzi. Zatem do widzenia.

– Uszanowanie!

Zaledwie jednak Maryś odszedł kilka kroków, gdy usłyszał za sobą klekoczący, nosowy głos hrabiego:

– Eeee! panie Tuhski, pahdon.

Maryś stanął. Hrabia podszedł do niego, wziął go poufale za klapę od tużurka i przysuwając twarz do twarzy Turskiego mówił:

– Eee! pahdon że się wthącam, ale chcę ostrzec pana i ee, pa... pana Denhoffa przed

Gutkiem. On ee, będzie panów atakował o pożyczkę. Wiem na pewno. Pahdon!

– Omyli się co do mnie. Ja go już znam. Ale dziękuję hrabiemu.

– O, phoszę, phoszę. Do widzenia!

„Paradny ten Skórski! – I co się w nim podobało pani Alinie? Szczególne! – rozmyślał

Maryś. – Jak oni z sobą mogą szeptać, chyba przez trąbę? Ha! Widocznie się rozumieją.” Postanowił odjechać. Na werandzie spotkał Marylę. Zaczerwienione jej oczy wyrażały gniew i wstyd.

– Ładne o nas pojęcie będzie pan miał – rzekła smutno. – Takie sceny! Mnie już to dławi. Zrobiła rozpaczliwy gest. Po czym nagle podała mu rękę.

– Pan odjeżdża? To dobrze, niech pan dłużej na to wszystko nie patrzy. Turski przycisnął do ust jej miękką dłoń.

– Czy pańskie siostry... panna Ira... Zborskie... panny Turskie nigdy do nas nie przyjadą? – spytała niespodziewanie.

Maryś zmieszał się, było mu niesłychanie przykro. Nie wiedział wprost, co odpowiedzieć. Maryla wpiła w niego badawcze spojrzenie. Paliły go jej oczy.

– Rodzice nasi nie bywają u siebie – ale wizyta należy nam się od państwa. Bo inaczej, jakże to wygląda? Pan to rozumie!

Turski był zakłopotany. Rzekł poważnie:

– Tak, ja myślałem o tym. Ale rzecz jest już przedawniona i teraz, kiedy ja się o panią staram, trudno mojej rodzinie rozpocząć z państwem sąsiedzkie stosunki. To stać się może już tylko w jednym wypadku.

– Mianowicie?

– Gdy zostaniemy narzeczonymi.

– Ach tak! Więc gdyby ten fakt się nie spełnił, to już Worczyn dla nas zamknięty?

– Panno Mary, rozmawiajmy z sobą szczerze. Pani zna niechęć pana Korzyckiego do mego ojca. Otóż ci panowie nie lubią się wzajemnie, chcę być zupełnie otwartym, panie również z sobą nie sympatyzują, prócz młodzieży. Jakaż więc trudna rola moich rodziców? Po tyloletnim niebywaniu, teraz rozpocząć im pierwszym, to tak jakby się narzucali w interesie syna. Tym bardziej, że wiedzą, iż. pan Korzycki na moje zamiary spogląda krzywo.

– A pan Turski? – spytała wyzywająco.

– Ojciec! No, pani wie dobrze.

– Wiem, że mnie za synową nie pragnie. To... nie zachęcające.

Turski milczał. Nie miał już nic do powiedzenia, kłamać nie chciał.

W oczach panny Korzyckiej pokazały się łzy. Stała przed Marysiem ze spuszczoną głową, cicha i zgnębiona. Palcami darła na kawałki jakąś gałązkę zerwaną z krzaku. Widok jej wzruszył go, rzekł przeto serdecznie:

– Panno Marylo, bądź moją. Nie uważajmy na nic i na nikogo, Wszystko się to zresztą ułoży, gdy powiesz – tak. Marylo...

– Ja niechęci względem siebie nie znoszę!– wybuchnęła.

– A ja czy mam zachętę? Pani myśli, że nie wiem, jak ojciec pani i Gutek są do mnie usposobieni. O, może być pani pewna, że i ja przechodziłem ciężkie walki z sobą, z własną dumą i ambicją. Ale miłość dla pani przemogła wszystko. Wiem, że sięgam po równą sobie, bo Turscy to dobra i stara szlachta i ustępować przed nikim nie potrzebują. Nie mamy tytułów, ale ród nasz lepszym jest niż hrabiów Skórskich. Zaręczam pani.

– Skórski taki hrabia, jak ja księżna – skrzywiła się Maryla. W jego tytuły może wierzyć papo, Gutek i Alinka, ale nie ja.

– Więc widzi pani!

– Nie o to mi chodzi. Ze swoją rodziną, to już ja sobie poradzę. Ale...

– A o moją niech pani również będzie spokojna – rzekł poważnie. Z domu doleciał podniesiony dyszkant Korzyckiego. Widocznie scena rodzinna nie była jeszcze skończona. W bramę wjeżdżał wolant z Turowa, bo Maryś przedtem już kazał zaprzęgać.

W milczeniu uścisnęli sobie ręce. Maryla szepnęła:

– Taka jestem strasznie zdenerwowana.

– Niech pani dłużej nie męczy siebie i mnie. Ja pragnę szczęścia pani.

Nic nie odrzekła. Pożegnali się, Turski odjechał. Maryla wolno wracała do domu. Wtem trzasnęło okno. Wyjrzał Korzycki i krzyknął:

– Cóż, prędko doczekamy się mezaliansu? Kiedyż zostaniesz panią na Turowie. Co!? Ha! Jak nie wiem co!

Maryla wzruszyła ramionami.

– Co! Ha! Już ojcu nie raczysz odpowiadać? Ładne zasady wpaja w ciebie ten... szlachetka.

Gniew okropny zamigotał w oczach panny Korzyckiej. Stanęła na schodach ganku i wołała śmiało:

– Turski właśnie przewyższa nas etyką, i to on, nie ja zrobiłby mezalians. Wszyscy tak ocenią! Wszyscy! Po tym co papo i Gutek wyprawiają, nikt się tu więcej nie zjawi z zamiarami, nikt! Już i tak nikt prawie u nas nie bywa bo... bo się nas wstydzą...

Łzy nie dały jej dokończyć. Z płaczem pobiegła na górę do swego pokoju.

Turski tymczasem, jadąc, gnębił się uporczywą myślą – serce mu raniła gorzka i ostra prawda, że ojciec jego, uważając małżeństwo syna z panną Korzycką za mezalians, z powodu opinii tej rodziny, będzie się opierał stanowczo, gotów nawet zabronić. Co wtedy? „Byle mnie kochała prawdziwie – myślał – ja dopnę celu i ojca przekonam. Tylko ta walka zapowiada się z obu stron. Ja ją zmogę, lecz Maryla?... Przy takich wpływach... przykładach. Wezmą ją na zimę do Warszawy, za granicę wywiozą, znajdą dla niej drugiego Skórskiego, wyjdzie za mąż i... skończone.”

Turski zmagał się z sobą, drażnił. Zły i chmurny dojechał do domu, ale gdy wolant stanął przed gankiem, zbudził się z zamyślenia i krzyknął:

– Do Worczyna!



X

Gdy wolant Turskiego toczył się przez pola wodzewskie, stangret rzekł do zamyślonego pana, pokazując coś biczyskiem:

– Ot już i zasypują rów graniczny.

– Jaki rów?

– A ten co pan Denhoff kazał kopać niedawno. Miały być wszystkie granice Wodzewa okopane, już zrobili większą część, a teraz zasypują.

Podjechali bliżej. Istotnie kilkunastu chłopów z łopatami zasypywało głęboką i szeroką fosę, dozorował stary karbowy.

– Co to robicie? – spytał Turski, przystając. Karbowy zdjął czapkę i śmiał się.

– A dy rów zasypujem, bo się dziedzicowi nie podobał, powiada, że lepiej drzewami wysadzić granicę. Tak i zasypujem, a Bóg da to może znowu będziem odkopywać.

Karbowy był widocznie więcej ubawiony kaprysami swego pana niźli zbudowany, bo rzekł jeszcze z całym przekonaniem:

– U nas to tak, panie dziedzicu. Szyj i pruj, znowu szyj i pruj. Jaśniepańska wola i basta.

– Czy pan Denhoff w domu?

– Gdzieżby! Dziedzic w Worczynie.

– A pan Wroński!

A pan rządca już tydzień w Warszawie siedzi. Turski pojechał dalej.

„Zmarnuje ten Ryszard siebie i Wodzewo” – myślał.

W Worczynie zastał jak zwykle Denhoffa z Dorcią na ławce w alei lipowej. Powitał ich i wszedł do domu. Ale tu długo nie mógł nikogo znaleźć. Ziula i Ania wywoływały fotografie, zamknięte w jakiejś improwizowanej kamerze. Ira malowała w swoim pokoju. Maryś poszedł do siostry. Był rad, że ojca nie zastał, pan Turski bowiem wyjechał na zwykły objazd majątku. Maryś wolał rozmówić się najpierw z matką i siostrą. Zastał Irenę samą. Siedziała przed sztalugami w fartuchu malarskim, wykańczając jakiś obraz dużych rozmiarów. Po przywitaniu i kilku słowach wstępnych, Maryś opowiedział Irence o swoim pobycie w Zapędach i rozmowę z Marylą. Irena zdziwiła się.

– Więc już jesteście narzeczonymi?

– Dotąd nie, lecz to by nastąpiło prędzej, gdyby Maryla miała jakiś dowód sympatii od was.

– Cóż my z mamą możemy? Sam wiesz, jak ojciec jest przeciwny temu.

Zaczęli się naradzać nad sposobami przejednania pana Turskiego. Przyłączyła się do nich wkrótce i pani Turska, a wysłuchawszy o co chodzi, rzekła z żalem:

– Nie myślałam Marysiu, że chcesz nam dać synową z takiego domu. To dla ojca będzie okropna zgryzota, łudził się dotąd, że to tylko zwykły flirt z panną Korzycką. Gdy się dowie, jak jest...

Maryś zaczął z zapałem bronić swej sprawy, mówił, że Maryla jest inna, że ona cierpi w takim otoczeniu, że on chce ją wyrwać z niemiłych stosunków rodzinnych. Mówił o swych uczuciach gorąco, unosił się, ale pani Turska tylko głową kiwała.

– Wszystko to ojca nie przekona – rzekła smutno.

Nastąpiło milczenie ciężkie, nieprzyjemne. Maryś walczył z głuchym gniewem, który go aż dusił, bladł i czerwienił się; trzymał nerwy na wodzy nadludzką siłą, by nie wybuchnąć. Ira rozsmarowywała farby na palecie do nieskończoności. Przykrą chwilę przerwał powrót pana Turskiego.

Żona wyszła na jego spotkanie.

– Cóż ty na to Ira?! – wybuchnął Maryś. – Czyż ja mam się wyrzec szczęścia na całe życie dla mało uzasadnionych mrzonek rodziców? Przecie Maryla to nie Gutek, za cóż i ona ma cierpieć, że ma takiego brata i papę? Co to jest, ja tego nie rozumiem!

– Dobrze – rzekł Ira – Ale czy ty możesz być pewny szczęścia, o którym mówisz, czy Maryla ci je zapewni?

– Dość tego! Wszyscyście się na mnie zmówili. Ja terroru nie ścierpię! To jedno zapowiadam.

Chłodno pożegnawszy siostrę wyszedł z pokoju. Pobiegł do stajni i stamtąd odjechał. Do Ireny wsunęła się pani Turska.

– Powiedziałam ojcu o Marysiu, nie chce o tym ani słuchać, ani mówić. A ten wyjechał bez widzenia się z ojcem. Co to będzie?!

Głębokie cierpienie odmalowało się na twarzy matki, Ira milczała, wiedząc, że musi nastąpić walka.



XI

Mgła poranna utkana z pyłów wiotkich, kryształowo złotych, rozsnuła się nad okopami szwedzkimi, obok wodzewskiego parku. Zanurzone wały w świetlistym pyle, okryte srebrną powłoką traw i ziół, strusimi piórami paproci stały ciche, jakby śniąc przedwieczny sen, historyczne momenty „tragedie tu rozgrywane i boje krwawe”. Potężne sosny rosły tu pojedynczo, wystrzelając ponad poziom ciemnych gąszczów kaliny, wierzby, tarnin i leszczyn, poplątanych z czeremchą już okwitłą, z dzikim bzem i wikliną. Głębokie parowy, dawne fosy, rozpadliny – wszystko, niby mchem starości, porośnięte zwała nieprzebytą różnorodnych krzewów. W blasku zorzy porannej żółte doły z piaskiem różowiły się krwawo, jakby przesiąkała przez nie krew wojowników, poległych tu przed wiekami. W głębokiej szczelinie, wśród wysokich nasypów szumiała wąska, kręta rzeczułka, tłukła się po kamieniach, wspinała na grzbiety pni drzewnych – powalonych w poprzek jej biegu i już zmurszałych ze starości. Tuż nad rzeką wznosił się wysoki cypel kończący wał. Zdawał się być wieżą strażniczą wśród okopów, przewyższał najwynioślejsze z nich. Tu może ongiś, w mroku wieków, stawał wódz naczelny armii skandynawskiej i przez lunetę śledził ruch wojsk polskich; tu obecnie stał Denhoff i wzrok swój spoza szkieł binokli wysyłał hen, na bezmiary. Wyobraźnia Ryszarda rozhulała się zawsze, ilekroć był na okopach, szczególnie tu, na tym potężnym cyplu. Jakby wizje przeszłości, rozsnuwały się przed nim obrazy wielkich i krwawych zapasów, czynów heroicznych. On był bohaterem, był wodzem. On wiódł niezliczone szeregi wojowników, przybranych w koliste, czarne kapelusze, zdobne w pióra, w żółte kaftany, poprzecinane czarnymi paskami pendentów od szpady.

Idą do boju równo; jak mur zwarty, tak szereg równa się z szeregiem, idą, aż ziemia drży, niosą śmierć i pożogę. A naprzeciw nich...

Ach nie! Denhoff jest tam, w polskich szeregach, dowodzi chorągwią husarską. Wieją nad nimi pióra, błyszczą proporce. Hełmy ich świecą w słońcu, ogień pali się w załomach zbroić żelaznych, krzesze iskry na ryngrafach. Potężny hufiec gna jak wicher na Szweda, zdawać się może, iż to nie ziemska, lecz niebieska chorągiew pod dowództwem archanioła pędzi na ratunek Polski...

Ryszard budzi się z marzenia. Jest na cyplu wałów, lecz nie na cisawym dzianecie, ale stoi wśród tarniny okrytej niedojrzałym owocem, przed sobą ma zielone łąki, obszar łąk niby suknem zasłanych. W dali bieleją chaty wsi podlaskiej, dokoła zaś cypla ciągną się stare wały, miejscami już zapadłe, lub porozkopywane. Tylko przestwór powietrza taki jak w marzeniu. Denhoff chłonął w piersi, wezbranej uczuciem, przestwór powietrzny, chłonął oczyma barwy, tonąc w rozkosznych upojeniach. Był promienisty jak ten świat, tak samo rozśpiewany, młody. Czuł pęd w żyłach, pęd krwi wrzącej ukropem, rozszalałej miłością. Wichrzyła się w nim burza namiętności, z którą nie mógł sobie poradzić. Poranek przesycony czarem wzmagał w nim niepokój, dodawał mu werwy, niemal wściekle nasuwał pragnienia. Doznał nagle straszliwej tęsknoty za Dorą, chciał teraz, w tej chwili pędzić do Worczyna, wpaść do pokoju Dorci i całować jej nogi i usta. Chciał zobaczyć ją o tej rannej godzinie w pościeli, w bieliźnie, jeszcze zaspaną, różową, ciepłą, ponętną. Nie mógł jej sobie taką wyobrazić i to go drażniło niesłychanie. Jakby się też ona zachowała? Czy przeraziłby ją jego szał, czy też drobne ramionka dziewczyny otoczyłyby jego szyję, a usta palące szeptały na ustach kochanka: – jestem twoja, kocham cię? Na tę myśl iskry obiegły mu ciało, przejmował go dreszcz szalonej rozkoszy tak mocarnej, że zdolna zabić lub zmysły pomieszać. Ale ta żądza piekielna ogłuszywszy Denhoffa otrzeźwiła go zarazem. Zrozumiał, że tylko bujna wyobraźnia mogła mu taką chwilę – wizję przed oczyma postawić, że Dorcia prędzej by umarła, niż pozwoliła sobie i jemu na taką pieszczotę i w takich warunkach. Jej skromność podniecała go, bo czuł, że gdy dziewczyna wreszcie ulegnie i usta mu swoje odda, wówczas świat chyba runie, a jemu wyrosną skrzydła u ramion i z nią razem polecą w złote otchłanie, w bezmiar tęczowych barw, w brylantowe pyły powietrznych roztoczy. Ziemi im będzie za mało i powietrza za mało, zapragną bezkresu i światła, ogni świetlnych, czaru, wszechpotęgi i wszechmocy.

Zbudził się po raz wtóry. Wzrok jego dojrzał z daleka szereg wyniosłych topoli i białe ściany folwarku. To Worczyn. Tam jest ona, jego Dorcia. Za godzinę, dwie, zobaczy ją znowu, swoją narzeczoną. Już są po słowie. Denhoff spojrzał z rozczuleniem na mały panieński pierścionek, złoty z turkusową niezapominajką, świecący na jego małym palcu. Ona mu go wczoraj dała, ale do czasu chcą zachować tajemnicę, pragną zaręczyć się dopiero wówczas, gdy Dora powróci do rodziców, tu nie chcą rozgłaszania. Jak ona ślicznie powiedziała wczoraj: „my już jesteśmy swoi, ale niech się o tym dowie pierwsza mamunia, niech ona pobłogosławi nas”.

Denhoff zadrżał z nadmiaru uczuć.

– Doruchna moja najmilsza! Duduś mój serdeczny! – zawołał głośno i wyciągnął ramiona, bo Dorcia stanęła przed nim jakby na Jawie, zarumieniona, śliczna, ukochana.

Zbiegł z cypla wałowego w wąwóz i skręcił na płaskie wzgórze otoczone krzewami. Stąd nie było już żadnego widoku, tylko „niebo słońcem zalane, trawa jak po kąpieli zroszona i wonne krzewy. Ryszard wszedł na wąską uliczkę wśród głogów i kaliny, wijącą się niby zielona taśma, przetkana kolorowym haftem, tak obficie rosły tu przeróżne drobne kwiatki, jakby usiane przed procesją. Miejsce to Ryszard zwał alejką westchnień i przesiadywał tam często. Teraz zanurzył się z podwójną rozkoszą, by rozmyślać o Dorze jako o narzeczonej.

Gdy wracał do domu, było już koło południa. W parku spotkała go pokojówka Anulka. Zastąpiła mu drogę i uśmiechając się rzekła:

– Przyjechał ktoś do pana.

– Kto?

– Młody pan z Zapędów, pan Gustaw, czeka w gabinecie.

– To dobrze, idę tam.

Anulka nie ustępowała, śmiejąc się ciągle.

– Czego chcesz jeszcze?

– A bo to, hi, hi, pan Gustaw mnie zaczepiał i chciał mnie skaptować.

– Więc cóż?

– A ja się właśnie nie dałam, bo ja wolę...

– No dobrze, idź do domu.

– Ale kiedy bo...

– Czego znowu? – krzyknął.

– E pan dziś taki zły, a tu akurat węgrzyn przyszedł, ma śliczności korale i chustki... pan mi obiecał kupić...

Dziewczyna garnęła się do niego i wdzięczyła. Ale Denhoff był już inny. Odsunął ją dość szorstko.

– Ruszaj do domu.

Gdy obrażona poszła posłusznie, Ryszard myślał:

„Tak, ułożę wiersz, epopeję miłości, a panna Ira dorobi muzykę. Zaśpiewam jej to co czuję, mojej Dorci. Mojej!”

W gabinecie Gustaw Korzycki podniósł się na jego widok. Był dyskretnie uśmiechnięty, mrugał oczyma. Podszedł do Denhoffa i rzekł z cicha:

– Widziałem... widziałem, wcale ładna dziewczyna i temperament widoczny, taka jak się trafi to...

– O czym pan mówi?!

– Ha, ha! niewiniątko. Ale wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi, gdyby nie to, zabrałbym ją dla siebie. Tak, ta Anulka...

– Panie Gustawie, czy pan po nią przyjechał? – zawołał Denhoff zły.

– Ach nie. Cóż znowu! Mam lepszą gratkę. Do pana przyjechałem w odwiedziny. Tak się pan teraz chowa, że oprócz Worczyna nigdzie pana nie można złapać, a i tam nie jest pan dla wszystkich.

Denhoff skierował rozmowę na coś innego. Usiedli i paląc gawędzili jakiś czas. Gustaw kręcił się niespokojny, jakby zakłopotany. Odczuł w Denhoffie usposobienie dla siebie niezbyt przychylne, przy tym wszystko mu się nie udawało. Mówiąc o Worczynie, nadmienił

o pannach Zborskich i Turskich, lekceważąc je jako partie. Ale Denhoff spojrzał nań takimi oczyma, że Gutek zamilkł w jednej chwili. Zrozumiał nareszcie, że przedłużać bytności nie należy, sprowadził więc rozmowę do kulminacyjnego punktu wizyty.

– Mam do pana malutką prośbę – rzekł przymilnie z tajemniczą miną.

– Proszę.

Gutek wysunął prawą dłoń, lewą ręką robił ruch nagarniający i mówił z niedbałym, wielkopańskim grymasem:

– Trochę floty, kochany przyjacielu, jestem na razie w kłopocie, muszę pożyczać. Oddam jak najprędzej. Denhoff wstał.

– Ile panu potrzeba? Gutek rozpromienił się.

– Ach! potrzeba najwięcej, ale nie będę pana wyzyskiwał. Tak, jak na dziś... dwa tysiączki, okrągłe dwa, do pary.

– Tyle nie będę miał w domu, ale dam panu czek do banku.

– To wszystko jedno. Dziękuję bardzo. Wybawił mnie pan z kłopotu. Chciałem pożyczyć u młodego Turskiego, lecz po namyśle skierowałem się do pana, bo... zawsze wolę obracać się wśród swoich; własna sfera to jakby własna portmonetka, człowiek z nią najśmielszy.

Denhoff wręczył mu czek.

– Bardzo mi przyjemnie usłużyć panu taką drobnostką. W duchu zaś pomyślał:

„A będzie jeszcze przyjemniej, jak sobie zaraz pojedziesz.” Gustaw sam spieszył, nic tu bowiem więcej nie miał do roboty.

Zaledwie jednak pożegnał się z Denhoffem, gdy zaturkotało przed gankiem. Przyjechał Marian Turski.

Spotkanie nastąpiło w przedpokoju. Gustaw był niesłychanie zmieszany. Ryszard witał gościa serdecznie.

– Zostańcie panowie na obiedzie, Karol, podawać do stołu.

– Cóż pan Gustaw tak się dziś rozwizytował? – pytał Turski ironicznie. – Przed godziną był pan u mnie – dodał widząc zdziwienie Denhoffa.

Ryszard domyślił się od razu celu bytności Gustawa w Turowie, uśmiechem błysnął i znacząco spojrzał na Marysia. Tamten skinął głową. Gustaw pomimo zaproszenia wyjechał przed obiadem.

– Prosił pana o pożyczkę, czy tak?... – spytał Turski.

– Tak, i pana również?

– Naturalnie! Chciał tysiąc rubli, ale mu nie dałem. A pan?

– Ja mu pożyczyłem dwa tysiące.

– Brawo! Sprytna bestia! Może się pan z tymi pieniędzmi pożegnać, bo pewno bez żadnego dowodu dane. Prawda?

– Nie upominałem się nawet.

– Więc tym bardziej – kaput! Gutek nie lubi oddawać; długi, jeśli są na nie dowody, spłaca stary, młody się tym nie zajmuje.

Podczas obiadu Turski podniósł kwestię przyjazdu biskupa oraz konsekracji nowego kościoła w Okorowie. Denhoff zawołał:

– Urządzimy banderie! Prawda panie Marianie? Trzeba będzie przystroić chłopów odpowiednio, każdej partii dać dowódcę i hajda! Trochę się zabawimy w narodowość.

– Trzeba o tym pomyśleć. Wobec sytuacji politycznej możemy sobie na to pozwolić. Ale starzy się krzywią. Mój ojciec nazywa to „szukaniem guza”.

– Pański papo jest konserwatysta, nie lubi wszelkich nowych porywów – ale ulegnie i on. Muszę zapowiedzieć Wrońskiemu, żeby mi konie wyglądały jak spławy. Całą stadninę wyprowadzę w pole.

– Mówi pan jak o pospolitym ruszeniu. A cóż pan Wroński?

– On?! To wielki pan. Jemu za ciasno w Wodzowie. On powinien być księciem nie rządcą, pardon... administratorem.

– Niech pan mówi śmiało, jego tu nie ma. Ależ pana zawojował!

– Widzi pan, on mi imponuje.

– Czym? – spytał Maryś.

– Czym? no jakże, no wszystkiem. Denhoff plątał się. Ale Turski nie ustąpił.

– Czym taki Wroński może imponować? chyba tym, że odgrywa tu rolę właściciela, nawet więcej, gościa, w dodatku bardzo kosztownego! Co on tu robi? Tylko śpi, czyta pisma, dobrze je, jeszcze lepiej pije i znakomicie pali. Niech się pan przyzna, czy on tu nie więcej używa, niż pan?

Denhoff roześmiał się.

– A prawda! Ja na kolację jadam kaszkę na mleku, a dla Wrońskiego robią rostbify na winie. Ja pijam zwykłe piwo, on zaś wina węgierskie, francuskie. Sprowadza je z Warszawy i narzeka, że są za młode. Ja nie palę nic, więc Wroński wypala moje cygara, które mam dla gości.

– I za to wszystko rachunki panu podaje?

– Rozumie się.

– To niech się pan spodziewa, że rychło zdmuchnie on Wodzewo jak dymek, a z nim i pana.

– Jak to! Dlaczego pan tak mówi?

– Pan się pyta! Przy takim nadużywaniu inaczej być nie może.

– Ależ gdybym ja osobiście miał codzienne wymagania inne, niż mam, takie właśnie jak Wroński, to wszystko by tak samo szło. Maryś spojrzał ze zdziwieniem.

„Czy on istotnie taki naiwny, czy kocha się w tym Wrońskim” – pomyślał.

– Więc pan ma Wodzewo dla siebie, czy dla Wrońskiego? – spytał głośno.

– Nie rozumiem.

– Bo pan tak oryginalnie dowodzi, że trudno mi zrozumieć. Wroński robi nadużycia nie tylko, zresztą, w gastronomicznym dziale. Niech pan sprawdzi książki. Radzę panu.

– Ja nie prowadzę żadnych rubryk.

– Może i Wroński ich nie prowadzi, to bardzo wygodne, ale dla niego.

Denhoff zachmurzył się. Było widoczne, że rozmowa ta robi mu dużą przykrość. Zauważył to Turski i rzekł, powstając:

– Przepraszam, wchodzę w nie swoje sprawy, robię to przez życzliwość dla pana, widzę bowiem i ja i wszyscy, że pana tu okradają bez miłosierdzia i że Wodzewo nawet oparte na pańskich kapitałach długo takich ciężarów nie wytrzyma. Jeśli zrobiłem panu przykrość, jeszcze raz przepraszam.

Ryszard zapewniał Marysia, że co do Wrońskiego mylą się wszyscy, gdyż on jest wielkim panem z wymagań, ale jest przy tym wybornym ekonomistą, świetnym praktykiem i teoretykiem, że jest niesłychanie subtelny, uczciwy itd.

Turski słuchał i sam sobie nie dowierzał, że dobrze słyszy. Denhoff, broniąc Wrońskiego, zapalał się. Maryś milczał już, tylko kręcił głową.

W godzinę potem obaj panowie jechali do Worczyna. W lesie zdziwił ich głośny, huczący tętent konia, biegnącego jakby wprost na nich. Nie widzieli go jeszcze, ale kopyta grzmiały,

aż ziemia jęczała, szalony bieg zbliżał się jak huragan.

– Kto może tak jechać i czego tak pędzi? – mówił zaciekawiony Denhoff.

Maryś kazał stangretowi zjechać na bok, ponieważ leśna dróżka była wąska i trudno byłoby się na niej minąć. Tętent wzrastał.

– Ależ pędzi! Stado rozbieganych łosi mniejszy by robiło hałas. To niezwyczajny bieg! – krzyczał Denhoff. Stanął w wolancie wyciągając szyję ciekawie.

– Tabun koni wali, czy co?! – zgadywał Turski.

– Może to wielmożny panie...

Ale zanim stangret skończył, na zakręcie drogi ukazały się dwa olbrzymie zziajane psy, za nimi zaś w gwałtownym galopie, ogromny biały koń unoszący amazonkę. Rumak miał rozwianą grzywę, takiż suty ogon, klasycznie odstawiony, rozdęte krwawe chrapy i oczy jak pochodnie. Tuż prawie przy wolancie amazonka osadziła konia na miejscu.

– Maryla! – krzyknął Turski, zapominając się.

– Panna Mary!

– A to panowie! Dzień dobry! Ha! Upoiłam się jazdą – wykrzyknęła.

– Jeździ pani jak prawdziwa amazonka – mówił Denhoff. – Myśleliśmy, że hufiec pancerny, tak cały las grał tętentem. Smoka ma pani nie konia. Cóż za potworne bydle!

– To mój ulubiony Ismail-pasza, wspaniały co? Nosi jak w fotelu na biegunach.

Panna Korzycka klepała dłonią wygiętą szyję wierzchowca, ten zaś rzucał się, prychał i kopał nogą z wielką fantazją. Turski patrzył na amazonkę. Maryla miała na sobie obcisłą suknię ciemno-karmazynową i duży czarny kapelusz z wielkim strusim piórem, spadającym

aż na ramiona. Spod sukni wyglądały jej stopy w palonych butach, ręce opinały białe rękawiczki ze sztylpami.

– Jeździ pani jak rycerz, wygląda jak królowa – zawołał Maryś z zachwytem. Korzycka spłonęła z radości.

– Pierwszy komplement w życiu usłyszałam od pana. Coś nadzwyczajnego!

– Dokąd pani jedzie? .

– Przed siebie, byle dalej. Nie wzięłam nawet masztalerza na złość papie. Skórski mi przepowiedział, że kark skręcą, ale jak dotąd... cała. – Zrobiła komiczny ruch szyją. – Nic przyjemniejszego, jak taki szalony pęd na Ismailu. A panowie dokąd jadą?

– Do Worczyna.

– O! naturalnie! Do widzenia!

Zanim zdołali odpowiedzieć, Maryla wspięła konia gwałtem i pocwałowała naprzód, pędząc i hucząc jak wicher.

– Szalona panna! Ale odważna i piękna – rzekł Denhoff. – Ruszaj! Stangret zaciął konie.

Turski wychylony z wolanta patrzył jakiś czas za niknącą Marylą, niepokój wyraźny odmalował się na jego męskiej twarzy.

– Żeby jej się co nie stało, tak pędzi – szepnął do siebie.

– Co pan mówi?

– Że, że dojeżdżamy do Worczyna.

– Aha! – mruknął Ryszard i uśmiechnięty przecierał binokle.



XII

Miecio Korzycki wysunął się z ciemnej alei, stanął na trawniku oświetlonym przez księżyc i wyciągając w górę prawą rękę, zawołał z patosem:

– I powie pan tak: Szanowni, najszanowniejsi, bardzo szanowni, obywatele, ziemianie, rodacy, współbracia, włościanie...

– Dość tytułów – ktoś przerwał. Ale Miecio wpadł w zapał.

– ...włościanie, katolicy! Jakeśmy się tu wszyscy zebrali na powitanie tego, który spłynął

do nas w landzie jaśnie wielmożnej pani Tulickiej z Połowic (nie zapomnijcie dodać: jaśnie wielmożnej, bo to grunt). A my tu zebrani w pobożnym stadzie, kornie chylimy głowy przed twym majestatem (żebyście czasem w wielkim zapędzie nie palnęli, że chylimy głowy przed herbem Tulickiej, przed jej ptaszkami na landzie, na guzach u stangreta, na okularach koni, na kopytach... A! Chciałem powiedzieć na szorach). No, słowem powie pan mowę, czy to takie trudne? Stary Paszowski śmiał się.

– Pewno! O taką, jak pan wygłosił, nietrudno. Ale ja o szorach Tulickiej mówić nie będę.

– No, to się obrazi!

– Panowie, panowie rozsądnie rzecz traktujmy – przerwał Bronisław Perzyński znudzonym głosem.

Zanurzył palce rąk w kieszonkach od kamizelki i, przewalając się z boku na bok, kręcił głową nieustannie. Miecio parsknął krótkim śmiechem i powrócił do alei.

– Więc pan „dziedzic” wygłosi mowę.

– A ja dostaję dymisję? – spytał Paszowski. Młody Turski klasnął w dłonie.

– Mam wyborną myśl! Panie Paszowski, dla pana jest rola wybitna. To coś w rodzaju owego jajka, którego nikt postawić nie mógł, aż dokonał tego...

– Kolumb, vulgo Marian Turski z Turowa. Słuchamy! – krzyknął Korzycki.

– Otóż, moi panowie, pan Paszowski na to się urodził i na to żył, aby doczekać takiej roli.

– Na miły Bóg! Czy aby hetmanem nie zostanę?

– Coś na kształt tego. Wiwat Paszowski, dowódca banderii worczyńskiej.

– Wiwat! Wiwat! Świetny pomysł! Brawo! – wołał zapamiętale Korzycki.

Powstał gwar niesłychany. Dwaj młodzieńcy podskoczyli do starego pana i niespodziewanie unieśli go w górę. Bronisław wzruszał ramionami. Paszowski zaś złapał za czuprynę Miecia i Turskiego i siedząc na ich ramionach krzyczał rozpaczliwie:

– Puszczajcie łobuzy! Poszaleliście czy co? Jeszcze upadnę i kości połamię, zanim onego honoru doczekam. Puszczaj jeden z drugim, bo będę krzyczał i panny się rozbiegają.

– Wiwat Paszowski!

– Jak Boga kocham, suknia bieleje. Idzie Joasia Borska, o, o, i panna Maryla. Dalibóg! Miecio i Maryś jak na komendę spuścili Paszowskiego na ziemię. Rozejrzeli się dokoła.

– Nie ma nikogo. Po co pan blaguje?

– Po to, że wolę ziemię, niż wasze bary. Może miałem tylko jedną wymienić, żeby mnie jeden uronił a drugi nie? Ładnie bym wyglądał.

Turski obejrzał się jeszcze, jakby chcąc złudzenia, że Maryla tu jest i westchnął cicho.

– Panowie do rady! – wydeklamował Perzyński.

– Oho! Dziedzic w natchnieniu. Radźcie sobie sami, ja umykam – rzekł Kozicki.

– W porę przypomnieli panu pannę Joasię, czyli też pannę Kulę – lekko drwił Bronisław.

– A tak, złota kula, złota dziewczyna! Dość mam waszych mów, waszych ceremonii. Idę.

– Ja z panem – rzekł Turski. Ale Perzyński zaprzeczył.

– Przepraszam pan jest obywatelem, pan powinien z nami obmyśleć ową uroczystość, pana zatrzymujemy. Brak jeszcze Denhoffa, ale on pewno z pannami.

Korzycki odszedł w stronę oświetlonego domu, pozostało po nim jakieś drżenie, powietrze, jakby rozbawione. Za znikającą sylwetką młodzieńca biegł cichy ton nuconego walca.

– Miły urwis ten Miecio – rzekł Paszowski. – Musiał się urodzić pod zwrotnikiem, jeśli jego brat Gustaw pod biegunem.

– Ale tamten jest więcej, że tak powiem... obyty – cedził Perzyński.

– O tak! ze wszystkim. Ja wam powiem panowie: Gutek to typowy Korzycki z Zapędów, nieodrodny synek swego papcia. Miecio zaś to już człowiek, przynajmniej materiał dobry na człowieka.

– Za silnie pan opiniuje... – zaczął Perzyński, lecz Paszowski przerwał.

– Mieliśmy radzić nad przyjęciem biskupa, jednakże bez udziału starszego Turskiego i Brewicza, nie można. Chodźmy do nich, bo i Denhoff potrzebny.

Nikt się nie sprzeciwił. Perzyński zaczął palcami zakręcać wąsy, podginać je do góry i zaostrzać. Paszowski szedł sprężystym krokiem i, jak zawsze, mruczał do siebie.

Szli szeroką aleją depcąc ruchome, błękitne plamki przeciekającego przez liście księżyca. Każdy myślał o czym innym. Paszowski cofnął się wstecz, w czasy swej bujnej młodości, kiedy się nurzało w przepaści marzeń, w bogactwie ideałów, a temperament znajdował ujście i kipiał szałem wespół z nadzieją. Zapalne czyny, rzuty gorące zrodzone w sercach, rozpadły się, zmurszały.

Wszystko unicestwione! Został pomnik cudnych wspomnień w mgłach i mroku spowity, niby we wdowich kirach. Tylko szczytem – zawsze jasny, promienny dla tych, co wznosili go krwią własną.

Zapatrzony w wizję minionych walk, Paszowski zapomniał o towarzyszach, mruczał coraz głośniej, wreszcie zawołał zduszonym, bolesnym głosem:

– Do takiej roli stworzony. Ja?! facecja? Ach smarkacze! Miałem ja lepsze role.

– Zdaje się, że ten epitet skierowany do nas? – uśmiechnął się pobłażliwie Perzyński.

– To na mnie piorun – rzekł Maryś.

– Wy tu jesteście? Darujcie mi moi mili, sięgnąłem oto w dal poza siebie i ujrzałem się na czele... na wprost bagnetów i armat... Eh! do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich! Mówmy oto lepiej...

– O infule! – rzekł Turski.

– I o winach, jakie sprowadził ksiądz Janusz na jej przyjęcie.

– Niech i tak będzie. Mówmy o winach. Perzyński spytał:

– Więc to starszy pan Turski jest obrany prezesem komitetu obywatelskiego? On po hrabi Korskim ma witać pierwszy ekscelencję?...

– Zdaje się, że podziękuje za ten zaszczyt – rzekł Maryś.

– Któż zostanie?

– Przecie i pan wybrany.

– Tak, ale nie mogę być sam.

– Łupniem... Korzyckiego!

– Eee... Noo! Czyż już nie ma innych – szeptał Paszowski.

– Wprawdzie gadać Korzycki umie po adwokacku, nawet hałasować, ale poza tym...

– Umie jeszcze tęgo pić i jeść i zachęcać, co, przy zdolnościach oratorskich, jest w sam raz stosowne do postawienia go pod tryumfalną bramą, ponieważ jest to początkiem dalszego ciągu – obiadu i towarzyszenia przy tym biskupowi – rzekł Maryś.

– A dlaczego pański ojciec chce się wycofać? – spytał Perzyński.

– Już tego nie wiem, panie. Ojciec nie zwierza mi się ze swych czynności.

Szli czas jakiś w milczeniu. Od strony domu wpadał w ciemność ogrodu, wesoły gwar zmieszanych głosów i śpiew, grubym nienaturalnym barytonem.

– Kula śpiewa po męsku, już ją Miecio skusił – zawołał Paszowski.

– Wracam do ingresu – odezwał się Perzyński. – Czy pan będzie prowadził banderię worczyńską?

– Ja? nie! Ja turowską. Swoich własnych zuchów powiodę. Nawet sobie już kostium przygotowuję.

– A któż worczyńską?... Stary Paszowski aż podskoczył.

– Już pan zapomniał, że to ja mam być wodzem? Wolę to, oczywiście, niż wyczekiwanie pod bramą. Zobaczycie jak będę wyglądał. Jestem kawalerzystą od urodzenia.

– I cóż wystąpi pan w kierezji i w konfederatce?

– No, nie bardzo. Ale mam tam jakąś rogatywkę.

– Worczyńskłe barwy żółte?

– Tak, z granatowym.

– Moje białe z pąsowym – dorzucił Maryś. – Różnię się od ojca, dla rozmaitości. A pana jakie, z Chodzynia?

– Pomarańczowe.

„Tak jak wąsy dziedzica” – pomyślał Maryś, lecz słowa te zdołał jeszcze zatrzymać na czubku warg.

– Będą afrykańskie szopki, jak mówi Skórski, a potem arabskie awantury – zawołał Paszowski.

Bronisław znowu pracowicie układał wąsy.

– Że to na sucho nie ujdzie, to mogę ręczyć.

– To niech dziedzic wstrzyma swą pomarańczarnię, jeżeli skórka drży – drwił Maryś.

– Ha! Tsss! Trudno! Kiedy się wlezie między... gile i sikory, trzeba i swoje pióra sprezentować.

– Fiu! Jeśli nastrzępione ze strachu to nic nie warte. Perzyński obmyślał zemstę – ostrząc wąsy, ale przerwał mu Paszowski:

– Dixi panie! Solidarność powinna być. Walimy gremialnie i... do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, będziemy wyglądali...

– Jak szarża wariatów – mruknął Bronisław.

– Pomarańczowych... – zaczął Maryś, lecz zagłuszył go Paszowski.

– Jak pułki księcia Józefa na rewii.

– Pan naturalnie chodzyńskiej banderii nie poprowadzi. Gdzieżby?... – zagadnął Turski Bronisława.

– A tak, zgadł pan. Dowódcą będzie mój rządca.

Weszli na oszkloną werandę. I tu odbywała się narada. Turski i Brewicz z Woli Wierzchlejskiej rozmawiali siedząc na plecionej sofce. Turski szczupły, blady, z dystynkcją w całej postaci i zakłopotaną nieco uprzejmością w twarzy. Widoczne było, że idzie za prądem ogólnym z konieczności, bez przekonania, ociągając się. Mówił szeptem, jakby w obawie szpiegów. Brewicz, szlachcic tęgi i czerwony, z wąsami jak lisie ogony, kręcił się niecierpliwie i sapał. Nareszcie nie wytrzymał.

– Niech mnie obuchem, panie szacowny, jeśli nie przesadzasz. Przejaskrawia pan całą sprawę, czyniąc z niej wypadek polityczny. A to przecie zwykła tylko heca powitalna, nic więcej.

Turski z niepewną miną gładził dłonią przerzedzone włosy.

– Dla nas to tak, ale nie dla wszystkich. Ja nie przepowiadam dobrych rezultatów.

– Ja również – podchwycił Perzyński. Maryś rzucił na niego kwaśne spojrzenie.

– A jednak banderię pan będzie miał – rzekł Turski, ojciec.

– Będę, bo mówiłem właśnie panom...

– Że jeśli się wlezie między wrony, trzeba krakać jak i one – dokończył Paszowski.

– Ach! Co znowu! Tss... Mówiłem inaczej, a pan zmienia. Co znowu!

– Wszystko jedno – zapewnił Turski. – My tu jesteśmy w takim samym położeniu, więc się nie obrażamy. To razem wziąwszy zwie się solidarnością.

– Mówicie w takim tonie, że już lepiej nazwać – owczym pędem – żartował Paszowski. Brewicz wstał z kanapki. Uścisnął rękę Turskiemu i rzekł bez zapału:

– Więc, panie szacowny, suma sumarum zgadzacie się. Tak trzeba i w imieniu okolicy dziękuję. Pan będzie nam biskupa witał że słowami, a kto przed frontem banderii?

– Ja do usług. Na rozkazy!

I Paszowski, salutując po oficersku, stanął przed Turskim, wyprostowany jak na mustrze.

– Pan? A to ciekawe!

– Wyborny komendant! – zagrzmiał Brewicz. Co za mina. Ho, ho! Paszowski wołał dalej, jakby zdając raport wojskowy:

– Mianowany jestem przez pańskiego jedynaka, czekam zatwierdzenia i wnet zabiorę się

do musztrowania młodego pokolenia Chama w Worczynie. Chcę im godnie przewodzić.

– Zuch pan Wojciech! Siódmy krzyżyk ciąży już na grzbiecie, a humor zawsze złoty i ochota młodzieńcza.

Brewicz z Paszowskim ściskali się. Turski był stale zakłopotany. Spojrzał niechcący na Perzyńskiego i spotkał jego oczy. Źrenice obydwóch znieruchomiały. Porozumienie trwało krótko.

Oczy Turskiego: – Co o nich sądzisz? Oczy Perzyńskiego: – Że to zapaleńcy.

... – Jesteś po mej stronie?

... – Tak, ale muszę iść za falą.

... – Niestety, i ja również.

Obaj odczuli wzrok na sobie. Drgnęli jak złapani na gorącym uczynku. Patrzył na nich Maryś badawczo, spod rzęs, kłująco. Ojca dotknął wzrok syna, bolesny jakiś i zdziwiony. Ale ciemne, gorejące oczy Marysia skupiły się na Bronisławie i paliły protestem. Stary Turski spuścił powieki, Perzyński również. Obaj usłyszeli głos, jakby źrenice młodzieńca przemówiły; głos uparty, pełen wiary:

– Nie poszedłbym za wami, gdybyście nawet tworzyli przemożną partię, pojęcia nasze idą z daleka, milczę, ale przeczę wam we wszystkim...

Perzyński zmarszczył brwi i patrzył pilnie na swe wąsy.

– Błazen – wiło mu się na ustach.

Turski zgnębiony, zawstydzony, że syn złapał go na niemym porozumieniu z osobnikiem tak nielubianym jak Perzyński, westchnął cicho:

– Stary już jestem, och stary – szepnęło to westchnienie.



XIII

Pan Wojciech Paszowski czynił energiczne przygotowania do swego – jak mówił „ostatniego występu”. Stary i nędzny dworek w Tylemego, tonący w gąszczu dzikich róż i malw, rozkwitłych teraz jak pucołowate twarze dziecinne, pełen był rozkazującego głosu pana. Na ganku podpartym drewnianymi słupami, które starość pokrzywiła, że wyglądały jak zreumatyzowane nogi, ślęczał od rana do nocy żydek, krawiec. Szył granatową czamarę bramowaną suto żółtym suknem, odnawiał przy tym jakąś rogatywkę. Pan Wojciech strofował go bez przerwy, ale cierpliwy Berko odpowiadał z flegmą:

– Nuu! Co godny pan chce? Taki paradny mundur co i sam naczelnik powiatu takiego ni ma. A jej! Jeszcze źle?!

– Złe safanduło! Widzisz? Leży to na mnie jak twój chałat. Wcięcia nie ma, żadnej formy. Partacz jesteś!

– Kto tam na kuniu będzie widział wcięcie w mundur. Nuu! Na godnego pana będą patrzyć, nie na wcięcie.

– To jest czamara, nie mundur. Słyszysz Berko?

– Dlaczego nieee? Niechaj będzie czamara.

Wewnętrzny układ domu pan Wojciech rozstrząsł ze szczętem. Wyciągał z odwiecznej skrzyni stęchłe manatki i szykował z nich uniformy dla swych dwóch parobków, nazywał ich już adiutantami.

Gospodyni, stara Kasprowa, za głowę łapała się z przerażenia na widok tego nieładu. Pan Wojciech i z nią dał sobie radę.

– Cicho babo, nie marudź. Wszystko wygładzi się, gdy burza minie. A teraz – Wici, Wici! rozumiesz ty to. Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich!

– Ola Boga! Pan tak prawi, niby o jakiej wojnie, a to tymczasem ojczulek nasz, biskup przyjeżdża. Nie godzi się świętą osobę z takim harmidrem przyjmować.

– Toteż cicho siedź, moja pani Kacprowa, bo nic babom do biskupa. Dixi!

– Cóż to pan już i bierzmowania nam broni? Rety pańskie!

– A na bierzmowanie bab zgadzam się zawsze. To dla was akurat.

Pan Wojciech ciągle się z kimś przekomarzał, jeśli nie z ludźmi to ze zwierzętami. Posiadał w domu całą menażerię, dominowały psy i koty, nie licząc imponującego państwa królików. Sypało się to po wszystkich kątach jak mrówki. Dworek miał tylko dwa pokoiki jako tako urządzone, pełne starych sztychów, portretów z doby napoleońskiej i drzeworytów przedstawiających bitwy całego świata. Tylko samego Napoleona nie było ani śladu. Pan Wojciech nie lubił go, nazywał wszechświatowym zbójem i na sam widok trójgraniastego kapelusza i małej charakterystycznej postaci, zgrzytał zębami. Pomiędzy wizerunkami wojaków i wojen, gęsto świeciły piękne główki kobiece, obnażone ramiona, grupy erotyczne.

Na stolikach leżały stosy kart pocztowych przeróżnej treści, bez ładu i składu. Wielkie, poniszczone księgi z ilustracjami swojskimi i zagranicznymi tworzyły w kątach piramidy. Książki naukowe, plany strategiczne spoczywały z większym szacunkiem w zamkniętej szafce. Beletrystyka i poezja na ozdobnej półeczce, nad którą widniał napis ostrzegający:

„zawracanie głowy”.

Najpiękniejsze typy kobiece i najulubieńsi bohaterowie zdobili ścianę obok łóżka. W nogach łoża sypiał razem z panem kot ulubieniec, a na ziemi stara wyżlica, Odaliska. Zresztą niemal w każdym kącie sapał w nocy jakiś czworonóg: kot, pies lub lis, jeśli zdołał wymknąć się z izby nazywanej zoologiczną. W tej to izbie znajdowały się również ptaki, różnego gatunku, swobodnie chodzące i w klatkach. Był żóraw, bocian i czapla, były mówiące szpaki i mnóstwo szczygłów, sikorek, nawet papuga i parę kanarków. Zwierzęta i ptaki żyły z sobą w zgodzie najprzykładniejszej. Paszowski kochał swą menażerię i często wśród niej przesiadywał. Następne izby w dworku obrócono na rodzaj zbrojowni, szorowni, szatni i antykwarni, wszystkiego tam było pełno, stare zabytki, pamiątki różne, skrzętnie zbierane przez właściciela i mnóstwo gratów. Pomiędzy belkami pod sufitem zwieszały się moty lnu czesanego, a nawet połcie wędzonej słoniny i ogromne szynki. W tej graciarni sypiał chłopak do posług, zwany pachołkiem, lub wyrostkiem. On też był zarazem podczaszym, bo miał klucz od piwniczki, gdzie stały rzędy gąsiorków z miodem i omszałe butle z winem, różne starki, nalewki i likiery. Pan Wojciech szczycił się tym, że w dzisiejszych „mdłych” czasach posiada najwięcej dawnego ducha, starych pamiątek, oraz najobfitszą piwnicę. Folwark mały, ale w doskonałej ziemi, jakie takie budynki, nędznawy inwentarz i ten dworek swój, pan Paszowski nazywał Tylemego i tu czuł się najszczęśliwszym. Na piersiach nosił miniaturę żony zmarłej przed kilkudziesięciu laty, którą – jak sam opowiadał – zamęczył swą niewiernością, syn zaś jego jedyny, Teofil, trochę ograniczony, był na praktyce gospodarskiej u swego wuja, bogatego obywatela na Podolu. Często i u ojca przesiadywał po kilka miesięcy, ale pan Wojciech, o ile wstydził się Teosia, o tyle z niego kpił. Nie mógł się bowiem pogodzić z tym synem, zupełnie różnym od siebie. Pan Wojciech, pomimo wieku podeszłego, odznaczał się wybornym humorem, trochę rubasznym, siejącym dowcipami różnego gatunku. Wysoki, barczysty, twarz miał szczupłą, rysy wydatne, powleczone żółtawą skórą, świecącą na skroniach jak papier woskowany. Siwe oczy o wyrazie zuchwałym i filuternym okalało tysiące drobnych zmarszczek, rozchodzących się w głębsze bruzdy na policzkach. Na skroniach tworzyły one niezliczone nitki sięgające siwych włosów. Już nie nitki ale sznury przerzynały poprzecznie wysokie czoło. Usta uśmiechnięte ocieniał siwy wąs. Miał twarz człowieka, który w rzeczywistości nie chodził po różach, lecz wyobraźnią zawsze się nad nimi unosił. Opierał się dzielnie groźnym zalewom życiowych bałwanów, ciskających się na niego z brutalnością, miewał nawet silne burze, ale skład ust i wesołe oczy świadczyły, że największe nawałnice nie potrafiły go przybić do ziemi. Był to jeden z tych ludzi, co dla Kościoła poświęcą bardzo wiele, ale dla zabawy i hazardu poświęcą i Kościół. Lubił tylko towarzystwo młodych, mówiąc, że dotąd będzie przebywał z młodzieżą, aż oni mu wyraźnie zaproponują senatorskie krzesło. W zdrowiu zahartowany, miał siłę i zręczność, spoza siwych wąsów błyskały białe, tęgie zęby, stanowiące przeciwieństwo z żółtą twarzą. Ubierał się w czamarę z białej brokateli z szamerowaniem, w buty chrabąszczowego koloru i w kołpak z czaplim piórem. Pozował na husarza i ze staroświecką galanterią w całej postaci wyglądał niezwyczajnie. Lubił zawsze jakiś ruch, wszędzie go było pełno. Teraz oczekiwany przyjazd biskupa podniecał go niesłychanie.

Paszowski żył jak w gorączce i razem z synem, który zjawił się niespodziewanie, czynił w domu bezład straszliwy.

– Teoś, pojedziesz ze mną przed frontem banderii? Dam ci kapucyna, to stare konisko i spokojne, ale rącze.

– Jak tato każe, to pojadę. Ale ja bardzo się boję, bo jak spadnę to co będzie?

– To siedź trutniu z pannami, kiedyś taki. Skaranie boskie z tym chłopcem!

– Skarlanie nie skarlanie, a ja wolę prawdę powiedzieć, niż się potem skompromitować.

Tu pan Teoś rozłożył szeroko palce obu dłoni i, poruszając nimi z góry do dołu, rzekł przez nos niby tezę filozoficzną, sepleniąc przy tym z mazurska:

– Wodę ważyć, woda będzie.

– Kiep jesteś! – burknął ojciec. – A to co!? Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, toż to z Worczyna jadą! Tofek!, żywo, na ganek witać gości!

Wybiegli obaj w chwili, gdy wóz drabiniasty zaprzężony w cztery konie, gwarno i hucznie zajechał przed dom. Paszowski porwał żyda Berka za chałat na karku i wyrzucił go razem z bekieszą do czeladnej izby. Sam roztworzył ramiona, powitalnie, serdecznie.

– Czołem! Czołem! Witam w mojej chałupie. Gość w dom, Bóg w dom, a cóż dopiero tacy goście!

Pan Wojciech wysadzał panny całując je bez ceremonii, krzyczał za wszystkich i strofował syna, popychając go do panien.

– Urządziliśmy najazd tatarski – wołał Maryś. – Pani Kacprowa nie będzie rada, a i pachołkowi damy się we znaki, bo splądrujemy piwnicę.

– Ja przyjechałam z aparatem, zaraz będę zdejmowała całe Tylemego i menażerię także – rzekła Ziula Turska.

– A panna Ira może z pędzlami, paletą i płótnem? Co, boginie moje! Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, co moje to wasze, gospodarujcie, ja sam oddaję się pod komendę. Panna Dorcia jakaś smętna, a panna Ania zawsze jak szczygieł wesolutka. Panna Kula niech mego Tofka rozrusza, hebes mi się zamarynował na Podolu. Panie Denhoff, pokażę panu moją czamarę, niczem kontusz, jak Boga miłuję. Hej Kacprowa! Pachołek! Sam tu!

Paszowski nie wiedział jak witać i ugaszczać, ale goście czuli się tu jak w domu i każdy na własną rękę wyszukiwał zabawę dla siebie. Panny otoczyły zaraz pana Teosia, bo jego naiwność bawiła je. Ziula napędzała go, aby pomagał jej ustawiać aparat, i ułożyć grupę ze zwierząt do fotografii, ale Teoś obraził się.

– Cóż to i mnie pani do menażerlii zalica? Ja nie krokodyl, ani nosorlozec.

Młodzież bawiła się w różny sposób. Denhoff śpiewał przy fortepianie w towarzystwie Dory. Turski oglądał zbroje w gradami, a Ira, Ania i Bolesław Osinowski, student, kuzyn księdza z Okorowa, który razem przyjechał, siedząc na ganku dyskutowali o czymś bardzo żywo. Teoś i Kula zajęci byli pozowaniem zwierząt w małym ogródku. Ziula śmiała się głośno z nieudanych prób, ze skowytu lisa i wrzasku przestraszonych ptaków. Pan Wojciech głównie dyrygował Kacprową i pachołkiem. Pod olbrzymią lipą, obok ganku, nakrywali duży stół do podwieczorku.

Bolesław Osinowski mówił do Iry:

– Zgadzam się z panią zupełnie co do zarozumiałości, że jest to najpodlejsza wada ludzka i na to, że pan Kocio Leśniewski jest w nią bogato uposażony. Chociaż skąd mu to przyszło, nie rozumiem. Bo quod licet Jovi, non licet bovi. U niego ta jedna dziwna zarozumiałość jest tak wyraźną, że się niemal maże, można ją z niego zgarniać.

– Dobrze go pan określa – rzekła Irena. – Bo zresztą zarozumiałość jest jakoby ów pyłek na pewnych kwiatach, pyłek lotny, który kwiat z siebie wydziela, niby swój szyld, markę, czym jest. Kto się dotknie, pofarbuje się pyłkiem – czyli rozczaruje. Trzeba kwiatu bardzo pięknego, by taka próba nie zraziła doń raz na zawsze. No i tę farbę zmyje się nawet śliną.

– A pretensja – druga wada pana Kocia, to rodzona siostra zarozumiałości – rzekła Ania.

– I to się zetrze i to się ściera.

– Ale przyznacie panie, że zarozumialcy – to szczęśliwcy – rzekł Osinowski. – Na przykład zarozumiała łodyga jest pewną, że ma prawo walczyć o pierwszeństwo z lilią. Zarozumiały komar myśli że potrafi usidlić motyla. Zwykła, lecz zarozumiała koza jest najpewniejszą, że dotrzyma porównania z gazetą. Zarozumiała łódź płaskodenka myśli serio,

że jest zbudowaną z tegoż materiału co parostatek pierwszej wody, gliniany garnek stanowczo twierdzi, że się nie różni od majolikowej wazy, fajans myśli, że jest tym samym co sewrska porcelana. I gadaj tu z nim.

– Ha, ha, ha! to naprawdę cały wykład o zarozumiałości – śmiała się Ania. Bolesław robił pocieszne miny.

– A tak! To duży temat. Bo choć, głową o mur tłuc, nie przekonasz zarozumiałego fajansu, że jest fajansem i że sewrska porcelana to co innego. Daremny trud!

– Czasem i zwykła łojówka myśli, że dorówna słońcu – rzekła Ira. – Najlepiej wówczas dać jej swobodę, niech się do słońca pnie, owszem. Najciekawsze rezultaty. Jak stopnieje z wysiłku i zobaczy, że słońce jak świeciło tak świeci, a ona jest tylko łojem, to już więcej takich prób robić nie będzie.

– Dobrze. Ale gdyby nie istniała zarozumiałość, z czego by wyszła walka o byt? – podchwycił Bolesław.

– To kwestia?

– Ależ to zupełnie co innego – broniła Ira. – Niech koza walczy o byt z inną kozą, nie z gazelą, niech komar nie ma pretensji do motyla, ani fajans do majoliki. Bo w takich razach wychodzą śmieszne sytuacje dla majoliki, lecz tragiczne dla fajansu.

– Ma pani słuszność. Na mnie ludzie zarozumiali robią wrażenie tańczących myszy, którym się zdaje, że są sławą świata. A jednak zarozumiałość jest szczęśliwą i bardzo częstą na świecie.

Denhoff stojący od chwili z Dorcią na ganku wmieszał się do rozmowy.

– To ostatnie najwięcej się panu udało. Zarozumiałość grasuje jak ospa – rzekł do Osinowskiego. – Kto z nas niezarozumiały? Pomiędzy ludźmi, co drugi, to egoista lub zarozumialec.

– E! Przesadza pan. Czyż na przykład pan osobiście uważa się na równi z jakimś lordem angielskim, Dewonshirem, lub choćby z którym z naszych pierwszorzędnych magnatów? – rzekł Bolesław pytająco.

– A naturalnie! Jestem od nich biedniejszy, ale wcale nie gorszy, ani nie niższy. Wchodząc w zakres pańskich porównań, jestem również sewrską porcelaną jak oni, tylko pieniądze ładniej ich pomalowały, ot i wszystko.

– Ale starożytność rodu, zasługi, nic tu nie znaczą?

– Mój ród także stary i zasłużony, oni i my z jednej gliny, różnica w oprawie lub kolorycie, ale tacy jak Leśniewski, to istotnie fajans, tu już żadna oprawa nie pomoże.

– Więc i pan jest zarozumiały! – rzekł Bolesław z nieco wymuszonym uśmiechem.

Irenie i Ani było przykro, bo Osinowski urodzeniem i obecną sytuacją mógł się równać z Leśniewskim i słowa Denhoffa dotknęły go niemile. Denhoff nie ustąpił.

– Powtarzam panu, że zarozumiałość jest epidemią; jeden osobnik chory rozkrzewia tę chorobę szybko dokoła siebie. Ale wybacza się, gdy kto może być zarozumiałym, jeśli jest przeciwnie, staje się po prostu śmiesznym.

– Zawsze jest śmiesznym – rzekła Dora – nie tłumaczą tego żadne atuty.

– Jak to więc i pani dowodzi, że urodzenie nas nie wywyższa?...

– Jeśli nas wywyższa ponad proletariat, to i magnatów wyżej stawia ponad nas.

– Ależ to absurd! – denerwował się Ryszard, zgorszony Dorcią. – Pomiędzy nami i proletariatem jest bezdenna przepaść, podczas kiedy my – arystokracja stoimy na jednym i tym samym szczeblu. A, że oni mają miliony – my zaś tysiące...

– Więc z tego szczebla spadamy na łeb, na szyję – dokończyła Ira. – Ja wierzę jedynie w arystokratyzm ducha, nie materii – gatunku. Zgadzam się z panem Denhoffem, lecz tylko jednostronnie. Wśród proletariatu można spotkać duch i umysł genialny, podczas gdy wśród magnatów bywają głowy do pozłoty często.

– Ale tam – można – znaleźć – czyli rzadko, a tu – bywają – czyli również rzadko.

– Mówiłam – dość często.

– Co to gadać! Co sokół to nie czapla.

– Na sokoła także nakładają kaptur.

– Niekiedy zdejmują i wówczas jego arystokratyzm ducha i rodu bierze górę, zwycięża głupie stado.

– Nie wiedziałam, że z pana taki arystokrata – rzekła Dora.

– Przecie „panicz” – zaśmiał się Bolesław.

– Cieszę się tą nazwą, wolę niż każdą inną, bo zawsze to już ilustruje mnie, nawet na dystans.

I Ryszard podniósł dumnie głowę. Szkła binokli błysnęły jakoś zwycięsko, miał minę pyszną i wielce zadowoloną z siebie samego. Rzekł jeszcze:

– Jako przykład jaskrawy powiem państwu, że Denhoffowie z pierwszymi magnatami mogli walczyć o godność, wysokie urzędy dygnitarskie itd., a każdemu jegomości Kapuścińskiemu lub Kopytce mógł każdy Denhoff baty dać, kiedy chciał, choćby dla rozrywki, co zresztą czynił jeszcze i mój ojciec. Na grzbiecie takiego pana jeździło się dowolnie, jeśli kułbaka znudziła. Takie są nasze prerogatywy wobec tych, z plebsu.

Dorcia oburzyła się, Ira wzruszyła ramionami, a Bolesław rzekł:

– Nie – są – ale były. Teraz inne czasy. Batożki nie zginają grzbietów, lecz je prostują do walki. Za późno się pan urodził, bo feudalizm już zdechł, takie zaś bestie nie odżywają.

W tej chwili zatętniło i nagle przed ganek w pełnym galopie podjechali konno, Maryla i Miecio Korzyccy, poprzedzani przez dwa olbrzymie psy. Na widok gości z Worczyna, Maryla zadrżała, łuną rumieńca spłonęła jej twarz. Ale już Maryś i Denhoff zbiegli ze schodów na powitanie. Lecz nagle zaszło coś nieoczekiwanego. Oto Ismail-pasza zląkł się stołu z białym obrusem, runął w bok strasznym rzutem i, ściągnięty trendzlą przez Marylę, stanął dęba. Turski przerażony chwycił konia za uzdę, ale zawisł w powietrzu. Krzyk panien na ganku jeszcze bardziej straszył konia. Paszowski z drugiej strony chciał rumaka ściągnąć do ziemi, Denhoff i Miecio przyskoczyli również. Na próżno. Ismail darł w górę rzucając Marysiom jak wahadłem. Położenie było groźne, bo koń stał już prawie pionowo, cudem jakimś Maryla jeszcze na nim siedziała. Wtem rozległ się jej głos, względnie spokojny:

– Puścić konia!

Turski puścił cugle i skoczył, chcąc Marylę wywlec z siodła. Ale ona błyskawicznie skręciła Ismaila w bok, że obrócił się na tylnych nogach jakby na piętach, pejczem cięła okrutnie i umiejscowiła konia; pognał jak szalony, prawie ziemi nie dotykając.

– Sztachety! Ostrożnie, sztachety! – krzyknął Maryś rozpaczliwie.

Ismail-pasza dobiegł do sztachet obsadzonych gęstym żywopłotem, wspiął się i przesadził

je, zawisnąwszy w powietrzu, niby rozwiany biały sztandar. Po czym znikł z oczu patrzących. Turski dosiadł wierzchowca Korzyckiego i popędził, Denhoff i Miecio biegli piechotą.

Wszyscy obecni dopadli do bramy przestraszeni w najwyższym stopniu.

– Co za odwaga jeździć na takim koniu – mówiła Dora. – Ale panna Mary jeździ pysznie i cudny ten koń – rzekła Ira, A Teoś seplenił:

– Panna Marlila zrobiła nam przedstawienie cyrikowe, leci bez. griuntu pod nogami. Jak spadnie i zabije się, to będzie frlajda, awantura.

– Tofek, nie pleć głupstw! piękna frajda! Jezu Chryste, strzeż od wypadku – desperował Paszowski. – Wszystko przez ten przeklęty stół, Korzycki wytoczy mi proces, a pan Marian uszy obetnie.

– Już wracają – krzyknęła Ira.

Jakoż wracali istotnie. Maryla i Maryś jechali stępa obok siebie. Denhoff i Miecio zziajani podeszli do bramy. Ryszard ocierał pot z czoła.

– Zmęczyłem się. Och! gorąco.

– Po co panowie lecieli? To triudno, konia nie dogonis – rzeki Teoś.

– Czy Maryś zatrzymał? – pytała Ira ciekawie.

– Nie wiemy nic, bośmy ich nie widzieli za górką, dopiero teraz widać, że już po strachu.

– Ismail nie dałby się dogonić – zapewniał Miecio. – Maryla sama zatrzymała. To piekielny ogier! Ale cóż, nie można go jej wyperswadować.

Turski i Maryla podjechali blisko, ona śmiała się wesoło podtrzymując jedną ręką rozluźnione włosy.

– Wyglądam jak zawierucha, przepraszam za chimery Ismaila – mówiła wdzięcznie.

I wyglądała wdzięcznie z rozwianymi włosami, które czarną burzą otaczały jej ściągłą, drobną twarz, zarumienioną teraz i radosną. Oczy fosforyzowały; zdawało się, że to ciemnofioletowy aksamit usiany brylantowymi iskrami, tak źrenice były pełne blasków. Karmazynowa amazonka i czarne pióra na kapeluszu wzmacniały jej urodę, podkreślając główną cechę – oryginalność. Wszyscy patrzyli na nią ciekawie.

Razem z koniem, jeszcze wzburzonym jak bałwan morski, ciskającym się wściekle, gryzącym wędzidło, panna Korzycka tworzyła grupę wspaniałą i niezwykłą. Irena wpatrywała się w nią z zachwytem, jak na model malarski. Denhoff także zapatrzył się, ale prędko ochłonął i spojrzał, na Dorcię.

– Ta więcej anielska, ale tamta szalenie ładna – pomyślał. Osinowski trącił w ramię Teosia Paszowskiego.

– Piękna panna, co?

– Każdy ma swoje zdanie; pan swoje, a ja swoje; może i piękna, ale striasna. Ja bym się bał takiej żony.

Pan Wojciech wołał pachołka, aby usunąć stół z altany, lecz Maryla nie pozwoliła oświadczając, że zejdzie z konia przed bramą. Turski zniósł ją z siodła.

Maryla witała wszystkich wesoło, ale rzekła trochę satyrycznie do Ireny i panien Turskich.

– My z mieszkańcami Worczyna spotykamy się tylko na gruncie neutralnym, a i tu spotkanie nasze nie odbyło się bez wypadku. Prawdziwy w tym „pech”.

– Podziwialiśmy panią – rzekła Ira łagodząco. – Gdybym się czuła na siłach, utrwaliłabym panią pędzlem. Ale tutaj trzeba by artysty, żeby rzecz wyszła tak pięknie, jak na to zasługiwała.

– Coś jak „Szał” Podkowińskiego, ten sam rodzaj przynajmniej – rzekł Denhoff.

– Tylko pani psyzwoiciej ubrłana, niż tamta – wtrącił Teoś. Zaśmiano się.

– Ho, ho! Jaki z pana znawca. Widział pan „Szał” i podobał się?

– Z rleprlodukcji. Owsem, sampańska zec, ale zmyszłowa i deneriwująca.

W chwilę później wszyscy zasiedli do podwieczorku. Panny z Worczyna i Maryla rozbawiły się pod wpływem Teosia, nieustannie coś paplającego. Stary Paszowski żartował z syna razem z gośćmi.

Osinowski z Denhoffem wpadli znowu na temat swych poglądów arystokratycznych i demokratycznych. Kłócili się tak zapamiętale, że wkrótce zaalarmowali całe towarzystwo. Maryla słuchała dysputy uważnie i nagle przemówiła z niebywałą powagą:

– Według mego zdania, Bóg stworzył tylko ludzi, a oni już sobie sami wytworzyli rody wyższe i niższe, szatan zaś rozrzucił po świecie pieniądze. I wygrał sprawę. Kto ma miliony, kpi sobie ze wszystkiego, choćby się urodził szewcem lub węglarzem, choćby był oszustem i łotrem.

Milion to najlepszy herb, najpewniejsza cnota. Płaszcz z milionów pokryje wszystko, ale trzeba żeby był bezcenny, krezusowy. Kto ma go cokolwiek tańszym, czuje dokoła siebie chłód, zwłaszcza... gdy zamiast gładkiej skóry... ma... nieco szarpniętą.

Zaległo milczenie. Niemiłe uczucia zaciążyły wszystkim. Ira patrzyła na Marylę ze zdumieniem; nie spodziewała się po niej takiego występu. Wszyscy obecni zrozumieli, byli zmieszani. Maryś zmarszczył brwi i oczy wbił w obrus przed sobą. Po długiej minucie milczenia on pierwszy przemówił, niemal surowo:

– Zgadzam się z panią, ale... chłód powinny odczuwać tylko jednostki, które potrzebują w ogóle płaszcza, nie jest to bowiem atawistyczne.

Maryla zaśmiała się dziwnie.

– Widocznie jest – w zwyczaju. A zwyczaje ustalone, chociaż i by były gusłem, są prawem. W pierwszych czasach słowiańskich, j wszystko na stos! Bez uwagi na nic, bez kwestii! Za jednego osobnika – wszyscy! Ginąć bo takie prawo! Ale i wówczas nawet wyłączano pokolenie nowe.

Znowu zapanowała cisza głęboka. Maryś Turski podniósł dumnie głowę, wyzywająca błyskawica zaświeciła mu w oczach.

– Orldynarine priawo! Zniósłbym je gdybym wtedy żył – odezwał się w ciszy głos Teosia.

Ale nikt go nie słyszał. Ciężkie zamyślenie ogarnęło zebranych. Paszowski opamiętał się, pierwszy dał hasło powstania.

Było po podwieczorku.



XIV

Bywają czasem chwile, które można nazwać ołowianymi z podkładem dynamitu. Są ciężkie, przykre niezmiernie i zdawałoby się gnuśne, gdyby nie przyczajony strach, jak dynamit i obawa, że zaraz wybuchnie. Nastrój taki wpełznął do towarzystwa zgromadzonego w domu pana Wojciecha. Maryla wstała od stołu posępna, Turski miał groźną postawę, reszta osób w zakłopotaniu nie wiedziała,co z sobą począć. Obawiano się, że to nie koniec, że Maryś, podrażniony lada czym, może stan rzeczy jeszcze zaostrzyć! Pod wielkimi lipami, z boku domu, wszyscy machinalnie siedli na darniowych ławkach lub na ziemi. To wydało się Paszowskiemu najgorsze, niby obrana placówka do nowej batalii. Wolałby, żeby się pojedynczo porozchodzili. Jakkolwiek zachęcał młodzież do obmyślenia jakiejś zabawy, jednak humory powarzone przemową Maryli nie obiecywały na dziś zwykłej harmonii. Osinowski zagadnął o bieżących sprawach państwowych, które już zaczynały naciągać mocną esencją przełomów. Mówiono więc o ruchach wiejskich, o wiecach odbywanych po lasach, o tworzeniu się różnych partii wśród ludu wieśniaczego.

Osinowski mówił:

– Tu po wsiach chłopi przeważnie należą do narodowej demokracji, tylko żywioły napływowe, z fabryk, z Warszawy, ci sieją socjalizm, ale bardzo źle zrozumiany. Przed paru dniami był wiec w lasku okorowskim, przemawiał tam jakiś agitator warszawski.

– Pewno namawiał chłopów, aby gromili obywateli i dzielili się ich majątkami – rzekł Paszowski. – To jest zwykły program takich krzewicieli socjalizmu. Zaśpiewają potem wszyscy chórem „Czerwony sztandar” i wielkie dzieło dokonane.

– I myślą, że w ideałach swych prześcignęli co najmniej wielkiego Marksa – dodał Maryś.

– Ci pseudosocjaliści, grasujący po naszych wsiach, są to włóczęgi, którzy nie należą właściwie do żadnej partii, ale roznoszą propagandę bojowców, bo wiedzą, że tym burzą umysły jak najskuteczniej. Opowiadają ludziom bajki niestworzone o równomiernych podziałach gruntów itd...

Odezwała się Irena:

– A to my z Ziulą i Anią przejeżdżałyśmy przez lasek okorowski, przed owym wiecem – pamiętacie? – zwróciła się do sióstr. – Jechałyśmy same bez stajnego, było bardzo nieprzyjemnie. Ciągle zastępowały nam drogę gromadki podejrzanych indywiduów, śmiechy, świsty charakterystyczne smagały nas po prostu. Cały nasz ratunek był w poczciwej klaczce Belli, którą Ziula tak ćwiczyła, że linijka prawie nie dotykała ziemi.

– To jeszcze gorzej – rzekł Denhoff – w takich razach jedzie się wolno, z dumą wielkopańską, z lekceważeniem. A tak owi wiecowicze pomyśleli, że panie się ich boją.

– Już wolałam to ostatnie, niż słuchać ich urwisowskich gwizdań, a może i impertynenckich żartów – zawołała Ania. – Słyszałam nawet jak już jeden zawołał – „dokąd to turkaweczki, może do nas na wiec?” Szczypałam tylko Ziulę, żeby prędzej jechała.

A Ziula rzekła:

– Dotąd mam jeszcze sińce na rękach. To szczęście, że byli wśród tych gromad i chłopaki z Worczyna, słyszałam wyraźnie jak jeden zawołał: „nie zaczepiajcie, to nasze panienki ze dwora” i zaraz tamci ucichli.

– Tylko na pożegnanie krzyknęli do nas: „nie będzie już dworów żadnych, ino wszystko zagrody, wszystkie panie, panowie i panienki, skończy się z dworami” – dodała Ania.

– Eee! Oni tam dużo wykrzykiwali, tylkośmy nie chciały słuchać. Ale i pani miała podobny jakiś wypadek w tym rodzaju – rzekła Irena do Maryli.

– Ja? A tak, to jeszcze w maju. Zaczepił mnie jakiś drab, także w lesie, zatrzymał mi konia i kazał zejść z siodła, bo mówił, że mi koń potrzebny. W głębi lasu widziałam ich kilku, pili wódkę i coś jedli. Wszystko, au naturel, na trawie.

– No, i pani uciekła?...

– Pewno, że wolałam to, niż być posłuszną, sjesta południowa z nimi nie nęciła mnie, ale pożegnałam ich od siebie... dość uprzejmie.

– Haha! – zaśmiał się Paszowski – słyszeliśmy o tym; ćwiknęła pani różczką przez twarz owego natręta i to tak skutecznie, że ślad niefortunnej zaczepki pozostał mu zapewne na długo.

– Kto to panu opowiadał?...

– Pani masztalerz, który nadjechawszy potem, omal, że nie został zabitym, bo go poczęstowali kamieniami aż miło.

– A tak mścili się na moim masztalerzu, za mnie, za Ismaila-paszę i za moje dogi, bo wszyscy daliśmy się im we znaki. Miecio parsknął śmiechem.

– A przede wszystkim tyś się zemściła na nich za naszego papę za to, co go spotkało na wiosnę, podczas strajków agrarnych.

– Cóż to było? – pytała Ira.

Panowie uśmiechali się, a Maryś zawołał niechętnie:

– Ach głupstwo! niewarte wspomnień!

– Nie, owszem to było ciekawe – kontynuował Miecio. Myślałem, że i panie o tym słyszały. Otóż papo jechał z Warszawy już końmi; od kolei i na drodze wieczorem, czterech takich frantów zaczepiło ojca, żądając pieniędzy. Papo dał im pół rubla, bo mówi, że więcej nie miał. Ale im się to nie podobało, spędzili stangreta z kozła, ojca wsadzili na jego miejsce, sami siedli do powozu i kazali się wieźć do lasów ciągińskich. Papo pod grozą, oczywiście jechał, w lesie wysiedli i za fatygę dali papie całego rubla ze słowami: „masz panie burżuj od nas napiwek i pamiętaj, żeby na drugi raz ekspropriantorom półrublami nie świecić w oczy”. Sam papo nam to opowiadał, że... „jak nie wiem co, tak mnie juchy wzięły, że nawet nie śmiałem im tego rubla rzucić w nos, bom się bał – jak nie wiem co!”

Miecio wybornie udał głos i sposób mowy pana Korzyckiego, całe towarzystwo śmiało się szczerze bez względu na obecność Maryli..

– To i ja państwu o sobie coś powiem – rzekł Denhoff. – Ja ni mniej ni więcej tylko dałem rubla na nóż, którym obiecywano mnie zarżnąć.

Wybuchnął śmiech.

– A to jakim sposobem? Co znowu!

– Przyszedł raz do mnie jakiś jegomość pełen godności w ruchach, kłaniający się z wyszukaną uprzejmością i oznajmił, że jest jednym z partii liczącej sześćdziesięciu członków, którzy po całej Polsce zbierają składki na noże i inną broń, bo za miesiąc będzie rzeź obywateli, księży i w ogóle możnych. Spytałem, czy i ja mam się tego spodziewać, odpowiedział, że pominiętym nie będę. Więc ja mam dać składkę – pytam – na to, żebyście panowie mieli za co kupić nóż na moją szyję? a on mi z najpiękniejszymi ukłonami odpowiada: „tak trzeba łaskawy panie dziedzicu”. No, i musiałem dać rubla na taki wzniosły cel.

– Czy to tylko był rubel czy półimperjał? – spytał Paszowski – bo nie mogę uwierzyć, aby się pan choć raz okazał, nie tak hojnym jak Krezus.

– Nie panie, skoro chodzi o własną szyję, bywam nieco skąpszy. Pomimo drażliwych tematów rozmowy, szczera wesołość zapanowała w towarzystwie. Każdy opowiadał jakieś fakty z minionych miesięcy, śmieszne, lub bezczelne. Panny z Worczyna przypomniały dzień pamiętny, kiedy kursujące po okolicy bandy robotników agrarnych, z agitatorami na czele wstrzymywały roboty na folwarkach i jak taka banda zaszedłszy do Worczyna, porozpędzała służbę, nie pozwalając pracować: „ino lawentarz (inwentarz) trza obrządzić, bo to nieme stworzenie”.

A Paszowski wnet podchwycił opowiadanie panien i wołał rozbawiony:

– Pamiętam doskonale, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, jak w Worczynie panny same woziły nawóz. Dalibóg prawda! Maryla zrobiła wielkie oczy.

– Co?! Co też pan mówi?

Panny śmiały się, Paszowski zaś wołał dalej:

– Prawda, dalibóg! Nie było fornali, ani parobków, ani żadnego chłopca w folwarku, a tu akurat zakładały się inspekty. Więc panna Ira i Ziula, at, pewno dla zabawy, to się wie, w sekrecie przed rodzicami, jeszcze z jakąś kuzynką swoją, dalejże wozić ze stajni nawóz do inspektów i razem z ogrodnikiem założyły wszystkie skrzynie. No, czy ja pływam – panno Iro? Toż przyjechałem na ten moment i sam jeszcze pomagałem wcale nieźle; do wszystkich aniołów...

– Ależ tak, tak, zdejmowałam tę grupę – rzekła Ziuta. – Pan nam ogromnie dużo dopomógł. A jak to było wesoło! Potem pojechaliśmy tym samym wózkiem i mulicą do księdza Janusza. Pamiętam, że się ludzie w Okorowie żegnali na nasz widok. Tulicka omal, że nie zemdlała ujrzawszy nas z karety, a ksiądz Janusz...

– Ależ mieliśmy mnóstwo wrażeń – krzyczał Paszowski. – Pan Kocio, strasznie zgorszony, śmiał się potem przez cały miesiąc. Jednak najwięcej zachwycony tym bohaterskim czynem panien był chłop Szczepański, bo ml potem powiedział, że: „to dopiero te dziedziczki worcyńskie zuchy panny, to ci wyborne żony dla gospodarza.

– Jeszcze tylko mnie tam brakowało do kompletu – rzekł Ryszard.

– I mnie tyż. Ja bym prlacował razem z wami, strlejki by mnie wcale nie pzerlaziły – zawołał Teoś Paszowski.

– Pana Denhoffa zupełnie sobie nie wyobrażam w tej roli – śmiała się lekko Maryla. To było nie chic, ale mogło wyglądać oryginalnie... tylko... wulgarnie.

Maryś zagryzał usta, jednak odrzekł wesoło:

– I to malarka, Ira, druga fotografka, dwie sławy rodziny przy takiej prozaicznej robocie. To dowód uniwersalności.

– Nie żartuj sobie z nas, mój drogi – rzekła Ziula.

– Wiecie państwo, a u mnie taka banda chciała wyżłopać moją piwnicę, alem kazał pachołkowi dać im brahy, co przywieźli z gorzelni dla krów. Bo ja, panie mój, częstuję lud nawet i winem czadem, ale nie takich cymbałów, urwipołciów.

Paszowski znowu wpadł w werwę opowiadania, lecz Maryla już nie słuchała, wolno odeszła w stronę łąki, leżącej za ogrodem Paszowskiego. Maryś jak cień poszedł za nią. Wkrótce rozjechano się. Maryla z bratem wyruszyła pierwsza i od razu za bramą wypuściła konia w skok.

– Temperament bajeczny u tej panny – rzekł Osinowski – ale takie ogniste piękności nie bywają bezpieczne.

– Zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafią temperować – dodała Ira. Maryś miał dosyć.

– Ognistą pięknością możecie nazywać... panią Amę, mąż nie umiał temperować i jest dla niego niebezpieczną. O pannie Maryli należy wyrażać się inaczej, proszę!

Znowu w złym usposobieniu dojechano do domu. Tu nareszcie skończył się feralny dzień. Dom był pełen gości. Przyjechali Brewiczowie z Woli Wierzchlejskiej, doktorstwo Troczyńscy z Ciągini i niezbędna pani Ama Lubocka. Przy świetle łagodnego słońca pływano łódką po stawie worczyńskim. Fale cicho lśniły, mącone tęczowo od rzucających się ryb. Gdy po zachodzie błysnął biały mat księżycowy, fale przybrały kolor płynnego metalu, gdzieniegdzie stała tafla nieruchoma, zupełnie martwa, dopiero łódź rozcinała ją ostrym dziobem, że pod cięciem gięła się, zwijając odchylone kryzy rozprutych brzegów. Srebrzyście błyszczały ostre kity tataraków, cienie od nich szły tajemnicze, drżące, nadmiernie na wodzie wydłużone. Zapach wód rzeźki, nasiąkał mdłym swędem ryb. Cisza roztoczona, cisza snów letnich, kołysana szmerem fal, bulgotaniem nurtu pod łodzią, wywołała też same tajemne odczucie wśród płynących. Rozmarzenie wzięło ich w swój krąg. Każdy patrzył na toń pod sobą, czytał na niej wróżby, śnił. To nasunęło szepty, jakby lękliwie, ale konieczne dla tych, co wrażeń nie potrafili utopić w stalowej głębinie.

Pani Ama uczucia swe wolała objawiać inaczej, siedząc obok Marysia, piekła go swym oddechem, zaprawionym lubieżnością. Czuła, że deptanie nóg jest już flirtem niemodnym i nawet ordynarnym, ale ponieważ Maryś był zimny jak fale stawu, więc postanowiła koniecznie bodaj czubkiem przyciasnego pantofelka, zmusić go do reakcji. Tymczasem uparty Turski ani drgnął, natomiast Denhoff jakby tknięty przeczuciem, zbudził ciszę w brutalny sposób.

– Ktoś tu z nas ma za ciasne obuwie, jeśli dama uprasza się o zdjęcie pantofelka. Nie będziemy patrzyli, ja pierwszy daję na to słowo. Wolę to niż przewróconą łódkę z nami.

Panny, zupełnie w tym wypadku nie uświadomione spojrzały na Ryszarda ze zgrozą, ale młoda i piękna doktorowa Troczyńska, parsknęła niepohamowanym śmiechem. Widocznie znała sztuki pani Amy, bo nawet rzekła głośno:

– Takie słowo może dać tylko pan Marian, nie pan. Denhoff coś tam jeszcze mruczał, lecz panny w lot pochwyciwszy sytuację zaczęły śpiewać. To przypadło wszystkim do gustu.

Panią Amę również ucieszono, bo śpiew pochłonął i Denhoffa, najbliższego sąsiada.

Późna noc zaskoczyła w Worczynie Ryszarda i Osinowskiego. Pan Turski nie był w domu obecny, pani poszła spać; bywało tak często w Worczynie o ile zostawały wedle określenia Denhoffa „myszy bez kota”. Wówczas Ira matkowała młodszym siostrom i takie wieczory zaliczano do najmilszych. Rozbrzmiewał wtedy salon lub weranda gwarem rozmów zapalnych, poważnych dysput, czasem sprzeczek, nawet lekkich kłótni.

I dziś nastąpiło to samo. Ale gdy wybiła godzina druga, Irena dała hasło zakończenia wieczoru. Lecz niewielkim cieszyła się wpływem, szło trudno. Denhoff chciał, żeby wyjechał pierwszy Osinowski, Bolesław zaś zgadzał się na wspólny wyjazd, ale nie na dogodzenie Denhoffowi. Obaj co chwila pokazywali sobie zegarki, życząc dobrej nocy, nareszcie Bolesław rzekł:

– Panie Denhoff jedziemy!

– A proszę, ja nie bronię,

– Przecie jedziemy razem.

– Nic pan na tym nie zyska, bo zaraz za bramą, różnie nas powiodą.

– Mnie na panu nie zależy.

– Ani mnie tym bardziej.

Skończyło się na tym, że Irena poleciła stangretom zajechać, bez ceremonii oznajmiając o tym obu młodzieńcom. Chwila stanowcza nadeszła.

– Dziękuję pani, panno Ireno, za miły wieczór – rozczulał się Osinowski. To są nasze momenty, może w życiu jedyne. Pannie Annie za taką szczerą, głęboką rozmowę, również składam hołd, pannie Ziuli za muzykę, pannie Joasi za śpiew po męsku...

– A mnie pan nie dziękuje? – spytała Dora, będąca dziś prześliczna. – Jeśli tak wszystkim po kolei, to i mnie.

– Za co?...

– Jak to? no, za to, że pan na mnie patrzył – rzekła wdzięcznie.

– E, co znowu! To nie ja patrzyłem, tylko ktoś inny, zresztą... widywałem piękniejsze widoki.

Dora poczerwieniała, Denhoff nadąsał się, ale z tryumfem spojrzał na Dorcię, jakby zadowolony.



XV

W Worczynie, w Wodzowie, w Zapędach u Korzyckich, w Woli Wierzchlejskiej u Brewiczów i w Połowicach, krzątano się pośpiesznie z powodu rychłego przyjazdu biskupa.

W Okorowie, gdzie nowy kościół miał być konsekrowany, ruch okoliczny zdwojono. Stawiano tam bramy tryumfalne, mnóstwo ludzi równało drogi, dziewczęta plotły wieńce. Od niepamiętnych lat okolica ta i lud nie mieli wizyty pasterskiej. Więc też gdy horyzont rozjaśnił się nieco, dając społeczeństwu trochę ciepłych promieni nadziei, stolica diecezji zapowiedziała ingres biskupa. Oczekiwano go z zapałem. Lud przygotowywał się do mających nastąpić uroczystości z wiarą i pobożnością. Proboszcz, ksiądz Janusz, z pomocą obywateli pragnął uczcić te chwile najuroczyściej. Blisko plebanii budowano wielką altanę z drzewa, gdzie miał się odbyć obiad galowy. Altana ta była powodem ciągłych rozpraw. Denhoff drwił z niej bez litości, mówiąc, że to raczej ogromna stajnia dla koni banderzystów, lecz nie jadalna sala. Wyrażał nawet obawę, że może zajść niemiła omyłka, czym doprowadzał do rozpaczy księdza Janusza.

– Cóż teraz robić? – pytał strapiony proboszcz. Ale Paszowski pocieszał go.

– Et głupstwo panie! Aby nam księżulek dał dobry obiad, to o resztę furda! Kilimków, samodziałów natkamy na ściany i zaraz będzie – zakopiański styl.

– Niechby taki styl zobaczył pierwszy lepszy gazda z Zakopanego, to by się spytał: „Cóze to za buda? Hej!” po odpowiedzi zaś proboszcza zawyłby nieborak z żalu i z grozy, że ich tak sparodiowano.

Altana jednak musiała już pozostać. Przystrojono ją w wieńce i rzeczywiście barwne tkaniny miejscowych wyrobów, rzucone na ściany i na podłogę, przy malowniczych grupkach kwiatów wazonowych i chorągiewek, zewnątrz i w środku czyniły budynek dość miłym dla oka. Głównie z Worczyna i z Zapędów przywożono do księdza pościel, dywany, bieliznę stołową, świeczniki. Stary Paszowski przywiózł wytarty gobelin, tak spłowiały, że kolor był nieokreślony. Ale gobelin pochodził z czasów saskich i przechowywał się w Tylemego jako pamiątka rodzinna.

Na plebanii szyto chorągiewki dla banderii, szarfy i kokardy z niebieskiego kretonu. Praktykant Tulickiej, Konstanty Leśniewski, miał być dowódcą banderii okorowskiej. W niedzielę przed uroczystym wtorkiem, całe obywatelstwo było w kościele, jeszcze w starym, ginącym prawie wobec ogromu nowych murów.

Żałowano go powszechnie.

Siwi gospodarze wiejscy, obchodząc drewniane ściany kościoła, kiwali głowami. Tu ich chrzczono i komunikowano, tu wszyscy brali śluby, więc ze smutkiem żegnano staruszka. I ci sami, którzy agitowali gorliwie za nową świątynią, teraz mówili pomiędzy sobą:

– Mógłby ta jeszcze stać, ludzie kochane, i nas by przeżył.

– Juści, ale dla chwały Bożej tamten lepszy, bo więcej ludu pomieści.

Po sumie towarzystwo z Worczyna, wspólnie z sąsiedztwem zaszło do plebanii. Ksiądz oznajmił nieprzewidzianą wiadomość o zatrzymaniu biskupa, gdzieś po drodze. Szeptano sobie po cichu, że zbyt owacyjne przyjęcia raziły władzę, że wezwano sekretarza ekscelencji dla tłumaczenia się. Niewyraźna wieść szła gnębiąc umysły. Ingres odłożył biskup do następnego tygodnia, ale już niepewność nurtowała serca budząc niepokój. Wśród ludu również zaczęły się szepty, rosły obawy, by promień nadziei nie zgasł zbyt wcześnie.

Niektórzy spoglądali nieufnie na butną młodzież, mającą eskortować karetę biskupią. Może i to niepotrzebne? Tylko pan Wojciech Paszowski wołał:

– Drwię sobie, panie mój z tych obaw. Cóż to nie możemy witać pasterza, my pokorne owieczki? Toć kościół to nie buda, żeby nie był konsekrowany, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich! Nie dziś to jutro, ale ingres będzie. Nie martwić się panowie bracia. Uszy do góry!

Zaczął dowcipkować po swojemu chcąc posępne towarzystwo rozweselić, lecz mu się nie udało. Jakiś zmrok osiadł na duszach i zmącił je.

Stary pan nie ustąpił, wszedł w grono młodych i tam obudził życie wspierany przez syna Teosia. Młodzieniec ten przyczynił się najwięcej do ogólnej wesołości, samą swą postacią i naiwnym szczebiotem dziecka pod wąsem. Wymuskany i gładki jak obrany migdał, rozkładał ręce szeroko i robiąc nimi pionowe ruchy mówił:

– Jus ja prlosę nie marltwić się, bo to i na humor źle wpływa, biskup przyjedzie, to grlunt, a kiedy – to mniejsa!

Panny wybuchnęły śmiechem, chciały jak zawsze bawić się kosztem Teosia, lecz poskromione zgorszonym wzrokiem starego Turskiego umilkły. Chwila do żartów nie była właściwa, chwila była nawet poważna.



XVI

Oczekiwany dzień nadszedł. Od wschodu słońca tłumy płynęły do Okorowa, barwne gromady kobiet, czarnych i siwych kapot męskich, białych sukien dziewcząt. Wszystkie drogi, ścieżki zapełniła ciżba ludzka, nawet miedzami wśród pól wiły się ruchome sznury idących. Okorów grał kolorami tęczy. Na obu kościołach powiewały chorągwie, łopot ich radował serca ludzkie, jako pierwszy sygnał rozpoczętej uroczystości. Plebania i opłotki wiejskie mieniły się różnobarwnymi chorągiewkami. Gromady ludzkie poubierane świątecznie zalegały ściśle plac przed nowym kościołem, gdzie wielka brama w kształcie wyniosłego łuku, tryumfalnie wznosiła czoło. Na szczycie widniał napis „Witaj pasterzu i błogosław nam”, nad nim zaś powiewała istna fala chorągwi. Bramę zdobiły wieńce z dębowych liści i świerków, obfite pęki zbóż rozmaitych tworzyły piękną mozaikę na zielonym tle. Szeroki wieniec wrzosów otaczał wjazdowy łuk bujną, rozkwitłą ramą, niby z fioletowego pluszu. Nie było pstrokacizny i kwiatów, tylko rozwiana u góry tęcza chorągwi, jakby spadła z nieba, ciemnozielone warkocze liści i pęki pszenicy, niby złote guzy, srebrne kity żyta i trzęsienia płowych owsów. Łuk tryumfalny widny z daleka, zdawał się być kolumną wznowionej nadziei, wołał lud pod swe ramiona. – Chodźcie radować się, bijcie dzwony, a głośno! Ale dzwony miały jeszcze ciche serca. Z wieży kilka par oczu biegło na daleką drogę, gdy zobaczą na niej orszak, uderzą w spiż.

Po obu stronach bramy wzdłuż drogi, stały szeregi białych dziewcząt ze sztandarami zdobnymi w szarfy, które niosły znów inne dziewczyny. Małe dziewczątka w bieli trzymały wieńce, lub gałązki sztucznych lilii. A za tą śnieżną wstęgą, tłum gęsty, zbity ciasno, już upojony.

Powozy obywatelskie wysadzały przed tryumfalną bramą panie i panów. Byli już Turscy z Worczyna, Tulicka, Korzyccy i Brewiczowie. Ryszard Denhoff we fraku, z komitetowym znaczkiem na. klapie, krzątał się energicznie, pilnując porządku. Turski jak posąg, wyglądał na polityka, rozmawiał cicho z księżmi w strojach pontyfikalnych. W gronie zaś pań trzęsła się na cienkich nóżkach dziewięcioletnia Jadzia Brewiczówna, cała w muślinach, która miała witać biskupa wierszem w imieniu dzieci z danej okolicy. Egzaminowały ją panie dodając otuchy.

Stary Korzycki z żoną, córkami i zięciem stał trochę dalej, trzymając się dyplomatycznie w środku, pomiędzy obywatelstwem i małą grupą osób z arystokracji. Zyzował uprzejmie na kółko szlacheckie, bokiem zaś posuwał się bliżej hrabstwu Korskich z Ciągini i Tulickiej ze swymi gośćmi.

Panie Korzyckie okazywały mniej natchnienia do magnaterii, może z powodu, że przedstawiała się ona surowiej. Były tam postacie paru starców, ociężałe staruszki, kilka zaś młodszych osób na tym archaicznym tle zaciemniało się z konieczności, nie zachęcając. Większe wrażenie robiło towarzystwo średniego ziemiaństwa. Zebrane w nim grono pań i panów, zupełnie poprawnych, często wytwornych, pociągało wesołą swobodą ludzi stojących szczerze na ziemi. Tylko Gutek Korzycki manewrował tak, że okrągłą jego figurę widziano częściej w hrabiowskich szrankach. Wirował wśród nich holendrując umiejętnie na łyżwach zdawkowych frazesów. Z rozczuleniem całował ręce podawane mu z grzeczną obojętnością... Ofiarował się nawet torować drogę staremu Korskiemu, który miał pierwszy witać Ekscelencję.

Irenę Turską otaczał wieniec młodziutkich panienek rozbawionych i nastrojonych. Pomiędzy nimi Osinowski i Tofek, ten, tak jak Ziula, z kodakiem w ręku, co chwila wybiegał na drogę czatując na banderię, Ziula sprzeczała się z nim o pierwszeństwo zdjęcia, lecz stary Turski przeciął ich zamiary krótką uwagą:

– Mam nadzieję, że pochowacie te skrzynki? Ira, uważaj! Wyrok został wydany. Poskromiony Teoś odwrócił się gwałtownie do Ziuli, z zadowolonym szeptem:

– Acha! Widzi pani? Nie można.

– To przez pana, po co pan wyskakiwał na drogę?

– A pani to pewno nie patrzała! Wodę ważyć, woda będzie!

– Cicho! – zgromiła ich pani Turską.

Denhoff pocieszył młodą parę, obiecując im dużo zdjęć ingresowych, które wykona pan Wroński.

Nagle zadrżało powietrze. Jęknęły dzwony i od razu rozszalały się burzą tonów donośnych, porywających wichrem ekstazy. Jakby zarzewie ognia rzucił kto w tłumy. Zakotłowało się. Morze ludzkich głów parło do drogi, tłok zmącił szeregi bractw i białych dziewcząt.

– Jadą, jadą! – buchnęły podniecone krzyki. Denhoff i Perzyński wybiegli na drogę.

– Wolno tam, stać na miejscach! – wołał Ryszard wznosząc rękę, z kapeluszem, sam rozgorączkowany. Na wszystkich twarzach wykwitły rumieńce, nerwy zadygotały. Szalony prąd z żył uderzył do serca, zapał rósł, a dzwony grzmiących dźwięków rozkolebały się ponad tłumem hucznie, jakby natchnione uroczyście. Hej dzwony, nieście głos!

Nie widać jeszcze banderii, ale tętent ziemia już oddaje. Zaraz ukażą się. Baczność!

Oczy wszystkich utkwione na zakręcie drogi, chcą wzrokiem przebić chaty wiejskie świecące różowo w zachodzie słońca.

Tam, oni już są, bo tętent rośnie. Już go i dzwony nie głuszą. O! jaki tętent! Czy husaria tu wali?!...

– Jadą! Jadą! – zawył tłum.

Wypadli z zakrętu drogi, pędzą jak huragan! Jaka moc!

Mnóstwo nóg w szybkim biegu, końskie chrapy rozdarte, a nad nimi barwy granatowe z żółtym. Rój chorągiewek na wysokich proporcach. Miga się złoto barw. Słońce zachodząc rzuca swe pochodnie ogniste, roziskrza rozwiniętego już w potężne dzwona węża banderii. Burza nadlatuje, grzmot kopyt zlewa się z okrzykiem tysięcy piersi.

– Worczyńska naprzód! Wiwat! Wiwat! A oni gnają, już są tuż, tuż...

Jeszcze chwila i wpadają szeregami pomiędzy tłum.

– Witajcie bracia! Czołem! Czołem! – huknął pan Wojciech najgrubszym basem. Paszowski w czamarze granatowej z żółtym szamerowaniem, stoi w strzemionach, kłania się rogatywką z czaplim piórem, na prawo i lewo i woła jak przez tubę.

– Mości państwo wiwat! Niech żyje ekscelencja!

– Wiwat Paszowski! – odpowiada tłum.

Huczą kopyta końskie, aż ziemia jęczy, szum niezmierny przed i za nimi. Widać trzepocących się moc chorągiewek jaskrawo żółtych, jak pęd płomieni.

Przelecieli.

– Turów, Turów wali!

– Maryś – krzyknęła Ira w zapale.

Młody Turski na białym koniu, w ułańskiej kurcie i karmazynowej opończy, zerwał z głowy batorówkę z białym barankiem i powiewa nią wołając:

– Jesteśmy już, Wiwat!

– Maryś! Maryś!

– Młody pan z Turowa!

– Turski, patrzcie! – brzmią dokoła podniecone wołania. Wiewają chustki pań.

Stary ojciec Marysia rozpromienił się na widok swego jedynaka, jak młodzieniec. Duma strzeliła mu z oczu i uczuł w sobie potężny poryw miłości dla świetnego syna. Zapał patriotyczny udzielił się i jemu. Ale wtem zobaczył przed sobą wdzięczną postać panny Korzyckiej i... zmatowiał.

Maryla wpatrzona była w pędzącego ułana jakoś dziwnie, jasna, cicha, oczarowana. A oni właśnie dobiegali do bramy. Entuzjazm rósł.

– Brawo Turski! – zawołał Ryszard ogniście.

– Denhoff na koń! Do szeregu! – odpowiedział Maryś. Banderzyści wpadli w bramę czwórkami. Idą, aż powietrze drży. Rosną serca patrzących, bo to sama młodzież junacka, silna, niby las młodych dębów. Nad nimi wichura karmazynowych płatków, świecą w zachodzie jaskrawą purpurą.

Zapał dosięga szczytu.

Przelecieli. Irena była jak w ukropie, ale musiała jeszcze powstrzymywać kuzynki, bo aż skakały machając chustkami.

Teraz banderia z Zapędów. Prowadzi Miecio Korzycki, chłopaki jak promień zorzy. Jadąc salutuje zebranym masom ludu. Za nim trzepocą się malinowe sztandarzyki, niby ptaki z wyraju.

Znowu tętent huczący. Sadzi oddział wspaniały jak gwardia. Pyszne konie w rynsztunkach średniowiecznych, brzęczących zwycięsko.Dźwięk i chrzęst płynie od nich, niby huk morskich fal. Ciężko idą.

Jeźdźcy, wszystko chłopy na schwał, przybrani po husarsku. Wiewają kierezje, pozłociste kity, sterczą pióra. Nad nimi las proporczyków z rozwianą wichurą krwawych sztandarków. Miga się czerwień! Przed frontem Wroński u sumiastym wąsie, strojny w lamparcią skórę na plecach grzmi na cudnym arabie, aż warczą kopyta. Nowy entuzjazm.

– Wiwat wodzewska! Wiwat Denhoff – wołają z tłumu.

– Hej! – moje zuchy! Naprzód! Dalej wiara! Marsz, marsz! – ryczy Denhoff jak opętany.

– Brawo! Brawo Denhoff! Brawo wodzewska! Przelecieli!

Potem okorowska, Konstanty Leśniewski na przodzie, barwy białe z niebieskim.

– Tęgi zuch, ale i nic więcej – mruknął stary Turski. Leśniewski wygląda jak Bartosz Głowacki z powierzchowności na koniu wcale dziarskiej, tylko uśmiecha się nazbyt tryumfalnie. To psuje efekt. Lepsze byłoby szczere przyznawanie się całą postacią do „parobecek ci ja”. Ale z tłumu pań rozległ się nagle zachwycony, głos:

– Kocio! Kociutek! Widzicie panie mego Kociutka? Brawo! Brawo!

To matka Leśniewskiego okazywała swój zapał macierzyński. Rozbłysły na twarzach uśmieszki, Maryla bez ceremonii parsknęła śmiechem:

– Troskliwa mama!

Jeszcze jedna banderia. Pędzą ostro. Barwy pomarańczowe. To z Chodzynia Perzyński wyszedł naprzeciw nich. Okrzyk tłumu powtarza się.

Przelecieli.

– Ale co to jest? nowy hufiec nadlatuje, jakby na sokolich skrzydłach. Fala zielonych sztandarów, pióra białe na czapkach.

– Co to jest? Skąd? Czyja? – brzmią pytania.

Huragan koni i ludzi wpada w zaciekawione szeregi. Prowadzi młodzieniec nikomu nie znany, przystojny i bardzo ognisty.

– Kto to jest? Pewno banderia z innej parafii?

– Hej szeregi płyną!

Przebiegli! A twarze obecnych spoważniały. Ukazało się odkryte lando zaprzężone w szóstkę siwoszów z forysiami. Cisza zapanowała głucha, jak w lesie po przelocie letniej burzy. Tylko dzwony huczały. Oczy wszystkich spoczęły na powozie. Gdy dojrzano w nim fiolety biskupa, gruchnął okrzyk pełen radości i serdecznej nuty.

Lando stanęło. Stary hrabia Korski zgarbiony, z białą głową, ciężko posunął się na spotkanie. Za nim ruszył Turski, który dał się uprosić do tej roli. Ale najpierw witali księża, po czym wręczono Ekscelencji pięknie rzeźbioną tacę z chlebem i solą, dar parafian. Minął kwadrans nieledwie, zanim ucichły głosy męskie witających, przedźwięczał cichy głosik Jadzi Brewiczówny i przytłumiony organ dziękczynnej mowy biskupa. Wówczas cała procesja ruszyła poważnie do starego kościoła. Płynął nad tłumem baldachim i różnokolorowe, uroczyste sztandary. Biskupa prowadził pan Brewicz i jeden z gospodarzy wiejskich, najbardziej poważany. Ze śpiewami, z echem dzwonów płynął potop ludzki do ciasnych ścian szarej świątynki. A niosła go wiara i zapał.



XVII

Wieczorem w ogródku proboszcza zajaśniała iluminacja. Mnóstwo kolorowych lampek i japońskich kuł zdobiło drzewa, ganek i zręby dachu. Noc gwiaździsta lecz bezksiężycowa dopełniała malowniczości widoku. Ksiądz Janusz w saloniku plebanii przedstawiał biskupowi zebrane obywatelstwo z własnych i dalszych parafii. Nie było tylko arystokracji, ponieważ wszyscy odjechali. Korzycki uznał za właściwe zrobić to samo, żeby się nie pospolitować, wspierał go Gustaw, lecz Maryla zaprzeczyła stanowczo, wciągając do spisku szwagra Skórskiego.

– Ja nie pojadę za nic – rzekła do ojca – proszę sobie jechać, zostanę z Arturem.

– Hrabia jedziesz z nami, prawda? – spytał Korzycki zięcia.

– Eee! Właściwie trzeba zostać. Taak, taak, Mahy prosi i... zhesztą.... wypada.

– Wszyscy co prawda odjechali – buntował Gustaw. Ale hrabia wskazał brwiami zebrane towarzystwo i rzekł krzywiąc się:

– Eee, niee, pełen salon, patrzcie. Taak.

– No dobrze... ale...

– Aa, że ahystokhacja ulotniła się? Eee... te... te, to nic! Za to my zostańmy. Phawda? Należy się.

Ostatni argument poskutkował i Korzyccy nie odjechali.

Podczas prezentacji Maryla znalazła się przed biskupem razem z Marysiem, który był jeszcze w stroju dowódcy banderii.

Ksiądz Janusz nazwiska ich wymienił razem, oni przyklękli do ucałowania ręki biskupa tuż obok siebie. – A! Młody Turski, dowódca tej pięknej ułańskiej banderii, poznaję. Czy to narzeczona?... – spytał biskup kładąc rękę na głowie Maryli.

– Nie – proszę waszej ekscelencji – żywo zaprzeczyli Korzycki i Turski, prawie jednocześnie.

– Tak – cichutko szepnął Maryś.

Biskup dosłyszał, pochylił się nad głowami młodych.

– Jeśli jeszcze nie, to... nastąpi, przepowiadam to wam i... błogosławię. Ładna z was para. Słowa te wypowiedziane były tak głośno, że je wszyscy usłyszeli. Korzycki poczerwieniał,

Turski zrobił się zielony... A Maryś i Maryla powstali z klęczek wzruszeni i jakby ogłuszeni tym co zaszło. Denhoff zapragnął z Dorcią klęknąć tak samo i otrzymać błogosławieństwo, ale Dora stała z kuzynkami po drugiej stronie salonu.

Gdy Maryś wyszedł na ganek, aby przywołać stangreta z Zapędów, ponieważ już się rozjeżdżano, podeszła do niego pani Ama.

– Widziałam tę komedię – rzekła złośliwie. – Ale widziałam również postawę Korzyckiego. Nie masz wstydu i ambicji, tłoczysz się tam gdzie cię nie chcą. Turski zdumiał się.

– Czego ty ode mnie chcesz? Po co mi ciągle w drogę wchodzisz? – wybuchnął. Oczy Amy płonęły fosforycznie.

– Chcę ciebie takim jakim byłeś, nie cierpię tych komedii i dłużej ich nie zniosę. Jestem twoją i tyś mój! Musisz do mnie wrócić. Musisz!

– Ha! Ha! Ha! A to komiczne! To paradne! Ha! Ha! Ha! – śmiał się Maryś zbiegając z ganku.

Śmiech jego ostry, nieprzyjemny brzmiał wyzywająco, jakby chciał pobić nim Amę ostatecznie i cały świat zarazić swym szyderstwem. Pani Lubocka stała niby spoliczkowana, zacisnęła usta, z oczu strzelił straszny płomień. Wyprostowała się, jak wąż przygotowany do skoku i wyrzuciła z ust ochrypłym głosem z dzikim niemal akcentem:

– Nie daruję tego nigdy! Zemszczę się! Ale Turski nie słyszał groźby.

Na drugi dzień, od wczesnego rana, odbywały się w Okorowie uroczystości konsekracyjne. Na ostatnim nabożeństwie w starym kościółku, płynące od ołtarza słowa Ofiary Świętej napełniły smutkiem dusze ludzkie. Żałosne oczy ludu spoglądały na szare belki sufitu, czepiały się zniszczonych ołtarzy, śląc im pożegnanie. Gdy fałszywie brzęczące tony organów dźwięknęły po kościele, płacz buchnął z nadmiaru wzruszenia. I szły te szlochy wskroś tłumów, łkały starcze i młode piersi, jakby na mogile wspomnień, na grobie tyloletniej tradycji, który oto ostatni raz nawiedzano. Kościółek ten, szary i drewniany, pamiętał jednak czasy królów polskich. W nim podczas ewangelii jasno robiło się od szabel wyciągniętych z pochew, w nim rozbrzmiewały hymny narodowe, w nim błogosławiono żołnierzy idących na bój krwawy w obronie ojczyzny. W nim wreszcie odprawiano błagające modły, gdy nadeszły czasy klęsk i okrutnych upadków kraju. Tu na nocnych, tajnych zebraniach szeptali z sobą powstańcy, którzy potem legli w samotnych mogiłach, po całym kraju rozrzuceni, lub dokołatali ideowego życia daleko od swoich, w śnieżnych pustyniach, w hańbie i upodleniu, lecz z koroną męczeńską na skroniach.

Kościółek wszystko to pamiętał, w jego ściany wsiąkły i radosne śpiewy wolnego ludu i gorzkie łzy uciemiężonych.

Gdy organy jęknęły ostatnim akordem, ludziom zdawało się, że to skon starego ojca, ich opiekuna i spowiednika. Płacz trząsł postaciami rozczulonych tłumów, rozszarpywał im piersi. Mnóstwo osób z inteligencji nie mogło również wstrzymać łez dławiących natrętnie. Denhoff, chociaż dla niego stary kościół był zupełnie obojętny, nastroił się pomimo to odpowiednio. Siedział w ławce zachmurzony, nerwowo poruszając brwiami. Skórski i Gustaw Korzycki szeptali bez ustanku. Gutek szydził z rozczulenia ogólnego, hrabia Artur przeciwnie.

– Eee, to nic, to hobi whażenie, to taki dla nas nowy dheszć w nehwach. Tego się tak często nie spotyka, to thoszkę fanatyczne ale to... to... e... to nic.

– Na każdym głośniejszym kazaniu hrabia to samo usłyszy – upierał się nieubłagany Gustaw.

– Eee... nie, to hóżnica, tak... taak. Tutaj phoboszcz nie ghozi piekłem, ani mękami wiecznemi za hozkhadziony płot. To... to jest inny impuls, powtarzam – dla nas nowy dheszcz.

Nabożeństwo skończone. Wyszła procesja niosąc w mury nowej świątyni Przenajświętszy Sakrament. Hymn święty rozlał się szerokim echem, wpływał do dusz ludzkich krzepiąc je i nasycając bezmiernym upojeniem. A dzwony huczały na chwałę ludom, na chwałę nowej świątyni Bożej. Opustoszał stary kościół, stał samotny, szeroko otwarty, z martwym ołtarzem, z którego zabrano dogmat – Wielką Tajemnicę religii.

Długie nabożeństwo i uroczyste. W nawie kościelnej taki tłok, że po głowach ludzkich można by było toczyć koło. Westchnienia, modlitwy serdeczne szły do wielkiego ołtarza, gdzie biały Chrystus rozpięty na dębowym krzyżu zdawał się radować razem z ludem, błogosławiąc mu. Napięcie religijne doszło do stopnia najwyższego, do ekstazy niemal.

W starym kościółku lud wzruszony żegnał drogie, pamiątkowe ściany, tu ogarniał wszystkich pewien niepokój, co ten nowy przybytek Boży przyniesie im i ich dzieciom, jakie losy będzie widział, jakich wypadków i historii będzie świadkiem. Mimowolne pytania cisnęły się do myśli ludzkich rodząc w nich niepokój. A dzwony huczały rozgłośnie, brzmiały organy, od ołtarza płynęły słowa Ofiary świętej, pierwszy raz odprawianej w nowych murach.

Po nabożeństwie, obiad w altanie, strojnej w miejscowe kilimy i wieńce zielone. Stoły ustawiono w olbrzymie podkowy, gdyż do uczty zasiadło całe obywatelstwo i kilkudziesięciu wiejskich gospodarzy. Wielu się na to krzywiło, ale Denhoff nadspodziewanie był z tego niezmiernie rad i zapowiadał, że usiądzie przy jednym włościaninie dla przykładu. Siedział jednak pomiędzy Ireną i Dorą. Biskupa prowadziły panie, Turska i Korzycka, po czym zajęły miejsce obok ekscelencji. Uczta trwała nieskończenie. Mowy następowały gęsto, ciekawe i nudne, przemawiali obywatele i włościanie. Marian Turski mówił krótko, zwięźle lecz płomiennie, wieniec powitalnych kwiatów dla biskupa przeplótł zręcznie patriotycznym cierniem, który w jego ustach zakwitł nadzieją. On pierwszy przemówił w ten sposób i gorąca mowa młodzieńca zrobiła silne wrażenie. Przy spełnianiu kielichów powstała niesłychana wrzawa, orkiestra zaś kończąca każdy toast szumną fanfarą, tym razem wykonała z trochę żałosną brawurą „przed twe ołtarze zanosim błaganie”. Toast Denhoffa był jeszcze ognistszy i młodzieńczy. Ryszard zapalał się i stawiał przed oczyma biesiadników horoskopy o tyle jasne o ile zarazem utopijne, ale i on zyskał poklask ogólny. Mowę swą gorącą zakończył łacińskim „Ad multos annos”. Księża zebrani przy stole, stojąc z kielichami w rękach, donośnym śpiewem powtórzyli ten okrzyk kilkakrotnie, fanfara wykonała zwykłe huczne akordy.

Przemawiał jeszcze Paszowski stylem górnolotnym, trochę staroświeckim, i przemawiali włościanie. Jeden z nich, stary Szczepański siedział przy stole obok hrabiego Skórskiego, który za późno spostrzegł kogo ma za sąsiada. Hrabia nie mógł już zmienić miejsca, bo wszystkie stoły obsadzono szczelnie biesiadnikami, czuł się też obrażony w swej godności i sarkał na swą równość nagle powstałą. Złość jego wzrosła okrutnie, gdy Szczepański pochylony do ucha hrabiego, spytał poufnie:

– Cy to zawse do biskupa tsa mówić celencyjo? Bo ja będę tera psemawiał. Hrabia nasrożył się i nie odpowiedział, ale uparty chłop powtórzył pytanie:

– Eee... e... te... mój przyjacielu nie zawhacaj mi głowy, phoszę cię bahdzo.

Ktoś siedzący naprzeciw wybawił hrabiego z kłopotu. Szczepański zadowolony z objaśnienia powtarzał sobie mowę, ale hrabia nie przestał się jątrzyć. Mówił głośno:

– Eee to... to jest fohmalna niedorzeczność taki pomysł, kto tak stół obsadza? To jest bahbahzyństwo, dzicz. Oni i my! Ma foi! C’est dhole! Tego chyba biskup nie wymagał.

Paszowski, siedzący po drugiej stronie hrabiego, jął go pocieszać:

– Niech się pan tak nie alteruje, boć właściwie nie ma czego. Chłop chłopem po staremu – on wróci do swojej chałupy, a hrabia do pałacu... i kwita. Ze zaś tam przez godzinę podjedzą chłopki z nami, toż dla nich frajda! Z pokolenia na pokolenie gadka o tym przejdzie, bo każden jeden drugiemu w testamencie zapisze jak z ojczulkiem biskupem i z panami jadł przy stole. Dalibóg!

– Eee! To... to... że im to pochlebia to... eee jeszcze nie dowód, żebym ja miał ciehpliwie znosić takie towarzystwo. C’est plus foht que moi!

– Niechże hrabia teraz słucha.

Skórski spojrzał i aż zbladł z oburzenia. Na środku altany pomiędzy klamrą stołów, Szczepański stał wyprostowany, tylko z głową wysuniętą nieco naprzód i przemawiał do biskupa. Mówił szczerze, lecz rozwlekle, bardzo monotonnie z ciągłym powtarzaniem tych samych zwrotów. Biskup słuchał, ale z widocznym znudzeniem, miał już dosyć mów zwłaszcza takich. Dokoła stołów zaczęły się szepty, potem głośniejsze rozmowy i wreszcie śmiechy. Lecz nie było sposobu przerwania chłopskiej mowy, płynęła bez końca. Słowa „ecelencyjo, wielebny ojculku, pastezu drogi” powracały co parę zdań.

– On dostał paroksyzmu mowy, ocućcie go z tej ekstazy – rzekł Denhoff dość głośno.

– Przez imaginację wlazł chłop na koronację – dodał Gustaw.

– Eee! Te... te panie, on mnie denehwuje, to jest bezczelność.

– To także panie hrabio... nowy dreszcz – zauważył Denhoff. Osinowski aż się przez stół przechylił.

– Panowie pozwólcie mu dokończyć – prosił – niech on wypowie co czuje, nie przerywajcie mu.

– Ale panie łaskawy, taki altruizm z naszej strony sprawi to, że biskup zemdleje, patrzcie jak zbladł – wołał Ryszard.

A Szczepański mówił:

– Tak tedy wielebny ojculku z pokłonem niskim jesteśmy dlaj wasęj celencyji i z pobożnością w sercu krześcijańskim za psyjazd pasteza ...oto ze... miłościwego ojca do nas... z pokłonem... pedam...ij i wzruseniem i serdecną... oto ze radością witaliśwa i pożegnamy! celencyję, aby zasię pamiętała ze lud psyjął ją ochotnie z rękami serokiemi, oto ze... z serokiemi rękami...

On sam już zasnął i przez sen peroruje. Co on plecie? – zżymał się Denhoff.

– ...Powtazam wielebny celencyjo, pastezu nas, ześwa cię psyjeli i pożegnamy z radością

w sercu, oto ze, w sercu pedam, bo my, biedne owiecki wdzychaliśwa do Twego pasterskiego pastorału kiej tsoda zbłąkana na łące. Ale kiej becenie owiecek usłysy pastez, tak i nase chwalebne modły wzrusyły, oto ze wzrusyły, pedam celencyję i kie zobacyliśwa ojculka z nami...

– On naprawdę zidiociał – szepnął jakiś głos.

– ...tośwa się zbiegli do kupy aby godnie celencyję w sercu witać, z dzwonów dzwonieniem, z chorągwi szumieniem, z końskim naszych chłopaków tupotaniem, oto ze, z kwiatami, wieńcami, dziewcątkami...

– Afhykańska mowa. Ma foi! –sarknął hrabia Artur.

– Skończ przyjacielu – z naciskiem i dość głośno rzekł młody Turski.

– Oto ze, ojcyzna nasa, nas kraj niescęśliwy, w utrapieniu żyjący był i je kiej łąka, a my kiej owce rozbiegane a zastrachane, bo znikąd pociechy a wse strony na świat zaperte. Tedy, oto ze, celencyjo wielebny gdyśwa ujzeli...

Wtem na dany znak przez Denhoffa orkiestra w ogródku zagrzmiała huczną fanfarą. Wszyscy odetchnęli lżej. Szczepański nareszcie zrozumiał o co chodzi, coś jeszcze mówił kończąc mowę, ale nikt już nie słyszał, bo muzyka głuszyła.

Osinowski z żalem spojrzał na Denhoffa lecz ten ramionami wzruszył.

– Trzeba go było przygotować do występu, jeśli pan chciał żeby skończył.

– Ależ wygadał się i tak za wszystkie czasy i wszystkich współbraci – dodał Skórski.

– Nie licząc tego, że niechcący zyskał fanfarę, która jego kolegom zagonowym nie przygrywała.

Szczepański usłyszawszy krótkie podziękowanie od biskupa, bardzo rad z siebie usiadł przy stole i natychmiast rzekł do hrabiego:

– Siłam się ucył tej psemowy, alem dlatego powiedział. A jak było, cy dobze?...

– Eee! Te... te... natuhalnie, tak, kaznodzieją możesz być, miły sąsiedzie. Ale tehaz pij, jedz, byłeś już nie gadał, bo za dużo to uważasz, niezhowo.

Do ucha Skórskiego pochylił się Kocio Leśniewski rozlewający właśnie wino.

– Panie hrabio przepraszam, że zakłócam spokój, ale chciałem się spytać, czy hrabia nie wie, co sobie myśli ten młody pan, który siedzi przy pannie Ziuli Turskiej?

– Eee! To... to jest banderzysta, on wszakże przyjechał z wami, pan powinien lepiej wiedzieć, niż ja. Tak, eee, skądże ja mam odgadywać czyjeś myśli. C’est d'hôle!

– Bo od ingresu on ciągle pannie Ziuli asystuje. Słowo daję! Dlatego pytam, co on sobie myśli?

I Kocio wielce zadowolony z własnego dowcipu poszedł dalej, aby panom rzucić podobne pytanie. Najkategoryczniej odpowiedział mu Teoś Paszowski:

– On sobie to samo myśli co i pan asystując pannie Ziuli. Po prostu ona się jemu podoba a on jej, bo jakoś jej ocy grlają do niego.

Ziula istotnie znalazła nieodstępnego towarzysza w osobie młodego Rymszy, obywatela z sąsiedniej guberni, który odprowadził biskupa do Okorowa, dowodząc banderią w zielonej barwie.

Kocio istotnie mógł być niespokojnym, ponieważ Rymsza urodą i całą postawą oraz wytwornym ułożeniem, zaliczał się do rzędu takich jak Turski i Denhoff. Ziuli podobał się bardzo, oboje byli sobą niesłychanie zajęci. Podczas gdy biesiadnicy u szczytu stołu zachowywali się z należytą powagą, dalsze ramiona olbrzymiej klamry rozbrzmiewały życiem i gwarem wesołym. Paszowski, jak zwykle pomiędzy młodzieżą, wodził rej, opowiadał im o swych „afektach” z młodych lat, przypominał różne zdarzenia.

– Jaka tam dzisiejsza młodzież! – mówił machnąwszy ręką. – Ja to byłem zuch, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich. Powiadam państwu, że się jednorazowo kochałem w sześciu pannach. Wszystkie niewiasty jak malowanie, co do której przyjadę, ta mi się wydaje ładniejszą od innych, i myślę: – tę najwięcej kocham, tej będę deklarował. Ale żal mi tamtych. Jadę do drugiej, bodaj że cię, ta najładniejsza i najmilsza. I tak było ciągle. Aż razu pewnego zdarzył się wielki bal w okolicy, wszystkie moje bogdanki zjechały jak jedna, postrojone w blondyny, kryzki, loki. Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, jak boginie wyglądały. Straciłem głowę do reszty. Dalibóg! Co z którą tańczę, to się tej oświadczam, zaklinam się że miłuję nad życie. Deklarowałem tego wieczoru każdej z kolei, ale jak mnie zaczęły ciągnąć ta do mamy, ta do papy, ta do ciotuni, ta do babuni, niby na potwierdzenie oświadczyn, tak się, moi państwo przeraziłem, że przed końcem balu uciekłem gdzie pieprz rośnie.

– I z żadną z nich się pan nie ożenił?

– Gdzie tam! Ja bym dotąd żył w kawalerskim, błogosławionym stanie, gdyby nie moja, panie świeć jej, magnifika. Ale ona widząc, żem bałamutny, sama mi powiedziała, że chce mnie za męża i dobrze się stało, bo bym grzeszył do dzisiejszego dnia bez statku.

– I byłeś pan dobrym przykładem męża siedzącego pod pantoflem. Prawda panie? – mówił Maryś.

– Ho! Ho! Powinszować mi takiego pantofelka. Słodki on był, i lekki, toteż zdarzało się, żem go, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich zdejmował z głowy, do kieszeni i szast, prast, na lewo, na prawo, jak diabeł podszepnął. Męczyłem niebogę swoją zdradliwością, ale trzymałem ją ostro, ani mru, mru! Cicho w domu, sza! Tak, panie, w każdym stadle powinno być.

– Słusznie, słusznie! I syna pan tak samo nauczy. Panie Teosiu, będzie pan krótko trzymał żonę, co?...

– Krlótko nie krlótko, ale twarldo – odrzekł Teoś przekonywająco.

– At! Co on tam wie! – machnął ręką Paszowski.

Młody Turski słuchał teraz rozmowy prowadzonej pomiędzy Denhoffem i Osinowskim. Obaj byli rozdrażnieni, ton ich głosu nieco przyciszony wzniósł się stopniowo do nut wyższych.

– Ja stwierdzam ogólnie, pan zaś tylko szczegół stawia jako atut – mówił Osinowski. Że ten jeden nie umiał po literacku wypowiedzieć swej mowy...

– Ja nie wymagam od niego stylu literackiego lecz prostej logiki, trochę zwięzłości.

– No więc tak, skąd on jednak nabierze wprawy, skoro nie pozwalają mu mówić. Dzisiejsza okazja jest dla niego pierwsza i może ostatnia, bo przecież panowie nie dbacie o rozwój ich umysłów, ani o ich kulturę. Co tu kto robi w tym kierunku? Oni są opuszczeni. Znam okolice gdzie obywatelstwo daje swój wpływ, myśli o ludzie, lecz nie tu. Tu się tylko z ludu wyśmiewają, spychają biednych włościan na ostatni plan, robią z nich białych murzynów, nic więcej.

– Eee! Niekoniecznie – wmieszał się Skórski – nie tylko to hobimy, bo jeszcze pozwalamy im łaskawie siedzieć przy nas i uszy nam kaleczyć ich afhykańskimi mowami.

– Pan nie należy do miejscowego obywatelstwa, ja nie mówię o panu.

– Lecz o nas – dokończył Ryszard. – Rozumimy. Ale ja, panie Osinowski kocham lud i wieś, bo i to ma w sobie poezję, tylko zbyt blisko nie lubię się z chłopkami ocierać, zwłaszcza zaś słuchać ich. Gdy się z nimi rozmawia na polu, na dziedzińcu folwarcznym lub u nich w zagrodach, to jakoś brzmi odmiennie, nawet sympatycznie. Jednak bezpośrednio wśród nas w obliczu, że się tak wyrażę, śmietanki towarzystwa, ich jeremiady brzmią fałszywe, nudnie i drażniąco.

– Pan wymaga od nich krasomóstwa, ja szczerości, w tym się zasadniczo różnimy.

– Ach! szczerości? Jeśli tak, to byłoby najszczerzej i najprościej, gdyby bez komedii podszedł, ucałował biskupa w rękaw i podziękował za przyjazd. To by nas lepiej ubawiło, niż ta cała mowa o łące, beczących owcach, i pełna niedorzecznych zwrotów. Wmieszał się do rozmowy młody Turski.

– Przestańcie panowie dysputować o tym Szczepańskim, mówił jak umiał i był w prawie, słuchaliśmy dokąd nam się chciało i... także postąpiliśmy prawnie przerywając zbyt długą... elokwencję jego. Bądź co bądź, nie ma o czym tyle debatować.

– Szczepański to tylko nowy powód do ciągłych sprzeczek pana Ryszarda z panem Osinowskim – odezwała się Irena. – Wiem skądinąd, że pan Denhoff ma pojęcia bardziej demokratyczne, ale woli głosić inne. Zawsze jest duchem sprzeczności: niech pan Bolesław zacznie potępiać chłopów, pan Ryszard stanie gorliwie w ich obronie.

– Ładnie mnie pani maluje, mogę podziękować – burknął Denhoff.

– Zrywam tylko pańską maskę, w której mu nie do twarzy.

– Więc się pani nie podobam? – sarknął ironicznie.

– To jest i dla mnie i dla pana kwestia zupełnie obojętna.

– Ach tak! Sądziłem, że pani w tym wypadku jest egoistką, że woli widzieć we mnie demokratę... w pańskiej skórze, bo demokracja to pani konik, czuła struna, chciałem powiedzieć.

Spojrzała na niego ze zdumieniem. poczerwieniała, odrzekła jednak bez namysłu:

– Ja tylko nie cierpię, gdy ktoś szlachecką skórę chce gwałtownie przemienić na wielkopańską i proces ten niemiłosiernie parodiuje.

– Ja nic nie przemieniam, proszę pani, jestem zawsze tylko sobą.

– Właśnie pan sam nie wie, czym pan jest.

– Owszem, wiem, że jestem Denhoff, czyli nie byle kto – rzucił wyzywająco.

– A! Przed takim argumentem schylam głowy – odrzekła Ira z tak zabawnym patosem, że kilka osób siedzących bliżej zaśmiało się.

Ryszard był zły. Odczuł usposobienie ogólne i ono go nie pocieszyło.

– Wolno sarkać na ten argument lecz nie wolno przeczyć – rzekł chłodno i dobitnie.

– Ależ wierzę w pański „pasport” i jego „dworiaństwo” tylko to nie imponuje.

– Ani mnie – dorzucił Osinowski.

– Podobno zawse wina obficie pite na plebanii, w towazystwie księży, sprlawiają rlewolucję – zadecydował Teoś.

Denhoff spojrzał nań wzrokiem, który mówił wyraźnie: – „no, tobie imponuje, tylko udajesz że nie”.

Atmosfera drżała od wrogich słów niewypowiedzianych ale wzajemnie odczutych. Denhoff siedział nadąsany gniewnie; lada chwila ciśnie coś groźnego.

– Któż się tam, panie mój, kłóci przy tym demokratyczno-katolickim stole. Ach! Denhoff i panna Ira? Osobliwość!

Paszowski przechylił głowę przez kilka grzbietów i mocno już podchmielony zaglądał ciekawie.

– Cóż pana tak dziwi? – kwaśno rzekł Denhoff.

– No, dziwi pewno. Zawsze państwo świecicie przykładną zgodą.

– Ale nie zawsze są obiady z biskupem, trzeba to uczcić – żartował Turski.

– Cicho siedź! Pyszne wino, wyborne! Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, bodajby to biskup częściej wizytował swe owieczki.

– Nie wystarczyłoby piwnic, zwłaszcza przy takich biboszach, jak pan, dokuczał Ryszard Paszowskiemu. Ale stary wyga nie dał się przegadać.

– Ech, panie mój! Jeszcze ja ze swoim biboszostwem tęgo siedzę na koniu i przed frontem rypię zdrowo. A jak się trafi święta okazja, to piję panie tak dobrze z hrabią Korskim, jak z naszym chłopkiem rodowitym, jak i... ze szlachtą westfalską, bez różniczkowania, panie mój.

– Ot tobie mas! – zawołał Teoś. Zaśmiano się lekko, dyskretnie.

Uwagę wszystkich zwróciła mowa hrabiego Korskiego, jakby z rozmysłem zgrzytająca na mowy poprzednie, zwłaszcza Marysia i Ryszarda. Stary magnat mówił dobitnie, rąbiąc każde słowo, zaczerniał świetne horoskopy rzucane przez młodych, okrywał je niemal kirem.

W ustach hrabiego, przyszłość dźwięczała ponurym łoskotem ogniw żelaznych, beznadziejny ton głosu, jakby wyjętego z pogrzebowych nastrojów, dreszczem przejmował obecnych.

Zgroza powiała nad stołami.

– Co to jest, czy to zew północy? Czy to echo z kopalni nerczyńskich? Ależ tam kwitnie również błogosławiony kwiat nadziei.

– Co on mówi?... Ugodowiec!!

Głos starego arystokraty wpadał w tonację minorową, coraz głuchszą. Mówił niby z grobu.

– Skrzydła zbyt szeroko rozwinięte słabną, hamują lot naturalny, aż zwisną złamane. Nie nam piąć się na wyżyny, nie nam sięgać po białe szarotki na szczytach rosnące; to kwiat wolny, nie skrępowany, kwiat podobłoczny. My jesteśmy z dolin, z poziomu. Nad nami szpony przemocy. Nie dźwigajmy bark naszych, nie utrudzaj-my ramion by szpony te zerwać.

To praca syzyfowa – to utopia butnych młodzieniaszków, to nasza złuda nieszczęsna. Ciążących nad nami gmachów nie zrzucim, lecz zwalim je na siebie, że zmiażdżą nas i zginiemy... Zginiemy – jęknął jakby w skonie śmiertelnym.

Szmer niepokojący przebiegł ciche stoły. Hrabia podniósł tragiczny głos:

– Jeśli pragniemy ciszy i pracy intensywnie zaszczytnej, jeśli droga jest nam przyszłość pokoleń naszych, idźmy bez hałasu, lojalnie, bez szowinistycznych krzyków, bez zapalnych fajerwerków, bo one wzniecają pożary niszczące nam dachy nad głową. Idźmy jak ludzie rozumni, idźmy wytkniętą dla nas drogą, wówczas ominiemy niebezpieczne manowce. Płyńmy! Płyńmy cicho z falą...

– Na bałwany!!... – huknął Paszowski. Hrabia stropił się, zamilkł na sekundę. Szmer przy stołach rósł jak wrzawa rozpoczętego buntu. Korski chciał skończyć:

– Płyńmy z falą... bo jedynym naszym pasem ratunkowym...

– Są kajdany – sarknął Marian Turski.

– Nie! Lojalne uniformy! – poprawił Paszowski zjadliwie.

– ......naszym ratunkiem i... zbawieniem jest płynąć... za prądem, on nas... wyniesie na pożądany ląd spokoju..., na legalną ostoję na...

– Rzuci nas w otchłanny lej straszliwego wiru. Na dno! – zawołał Marian rozpaczliwie. Hrabia usiadł blady, z kroplami potu na łysej czaszce.

Cisza trwożna zapadła jak całun, ale była to cisza wroga, okropna w swej martwej głuszy. Narzucała się w niej rozpacz, wył ból, przewalał się wstyd gryzący, wstyd, który dławił jak dżuma. Hańba improwizowała tu swój hymn tryumfalny.

Wtem odezwał się głos Denhoffa dziwny, bo wesoły, a zmieniony tragizmem:

– Hej! Orkiestra!... Grać „mnogie lata”. Na fanfarę, na pohybel nam... Przerażenie, czarną, ciężką chmurą ponuro zawisło nad głowami.

Dreszcz jakiś ostry, przenikający do samego jądra serc ludzkich,! dreszcz, jak skurcz konwulsji, zatrząsł potężnie jestestwami obecnych. Gorycz i łzy piekące, piekielnym, zda się tchnieniem wyciśnięte, płynęły w powietrzu.

Biskup, zielony z wrażenia, drżący, powstał od stołu. Orkiestra lękliwie jakoś zagrała marsza. Głuszył ją hurkot odsuwanych krzeseł.



XVIII

Towarzystwo rozpełzło się, jakby przytłoczone. Hrabia Korski zbyt pospiesznie odjechał do Ciągini, nazbyt skwapliwie siadał do powozu. Miało to być rodzajem manifestacji, ale wyglądało raczej, na ucieczkę. Wszyscy odetchnęli lżej.

Pan Wojciech Paszowski wołał tubalnie do księdza Janusza:

– Księżulku, panie mój, dobrodzieju, toteż już nas wszystkich powywieszaj, bo dalibóg nie ja jeden zrobiłem ten huczek, a w dodatku, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, należało się, panie mój.

Proboszcz z zafrasowaniem tarł dłonią czuprynę.

– Et – Biskupa zalterowaliście mi, panowie, znerwował się. Bo i pewno, taka przykrość. A w duchu pomyślał:

„Za dużo im dałem win i za mocnych”.

– Cóż pasterz mówi?

– Nic, modli się.

– To i dobrze! Niech się panie wymodli, nie zawadzi. A może wyprosi u Boga opamiętanie na starość dla tego, panie, tuza, co to gębę ma polską ale w niej hadko. Że też to te wszystkie głośne zaszczyty i te stroje pozłocistej białe pantalony tak we łbach przewracają. Tfu!

Podszedł do rozmawiających pan Turski, ojciec.

– Mówicie o Korskim?

– Hm! Biskup nam się gotów rozchorować, bo bardzo się wzruszył – rzekł ksiądz.

– A nas chce proboszcz powywieszać – skarżył się Paszowski. Alem go zastraszył, że drzew w ogródku nie starczy, chyba nam Korski wybuduje szubienicę u siebie w Ciągini.

– To już najwyżej trzeba by powiesić Denhoffa i... mego syna, bo oni głównie...

– Dobry i pan Wojciech z tymi „bałwanami” i „lojalnymi mundurami”. On dał początek.

– I bez niego to samo by zaszło.

– No, widzieliście państwo coś podobnego? Dalibóg, proboszcz! chce mnie powiesić. Osobliwość do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich.

– Dzwonią na nieszpory. Trzeba iść do Ekscelencji. Dobrze, że to nie dziś wyjazd; tak od razu po tym wszystkim... do Ciągini...

– A żeby tak ominąć pałac hrabiego? Co? – zaproponował Paszowski.

– Et! Daj pan spokój!

– Jest przecie plebania. Nawet, powiem prawdę, przystojniej pasterzowi zatrzymać się u proboszcza, niż pod tym paskudnym dachem.

Wszyscy musimy tam zajechać. Pan Wojciech zaperzył się.

– A niechże Bóg broni panie mój. Ot mi mus! Ani my zajedziemy, ani on nas prosić będzie. Jeszcze by też czego! Jego dach to także taki tunel, o jakim on mówił. Chce proboszcz, żeby się nam zwalił na głowy i zmiażdżył, jak ten tam przepowiadał? U niego szarotki nie kwitną, miał rację, że to kwiat obłoczny, tam jeno mszar, pozornie dywanowe piękny, a w środku bagno, panie mój.

Nagłym ruchem Paszowski zwrócił się do Turskiego:

– A waćpan dobrodziej będzie na uczcie w pałacu? Co? Hę!? Obywatel drgnął.

– Za kogo mnie pan masz?! – warknął twardym głosem.

– A! Czołem! Czołem cny sąsiedzie. Niech tam już tylko sutanny pełnią swoje obowiązki. Choć gdybym był biskupem, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich...

Stary machnął ręką i wyszedł z pokoju, gdzie zbierali się księża dążąc na nieszpory.

Przed kościołem stał podwójny szpaler młodzieży starszej i młodszej, a nawet i ludzi dorosłych. Matki i ojcowie całych grup, zebranych do bierzmowania, oczekiwali w skupieniu zbliżenia się pasterza w stroju ceremonialnym. Obrzęd odbywał się cicho i szybko. Nad barwnym tłumem ludu pływała infuła biskupia i złocisty pastorał. Ciche głosy szemrały monotonnie, tłum kołysał się stłoczony, biorąc udział lub patrząc na ceremonię.

Opodal pod murem kościelnym stała Dorcia i Denhoff. Ona spod białego kapelusza spoglądała mu w oczy z ogromną miłością i podziwem; od sceny podczas obiadu Ryszard wyrósł w jej wyobraźni na bohatera, widziała w nim dzielnego patriotę. On pochłaniał ją palącym wzrokiem, czerpał uczucie z jej dziewiczego serca, bo czuł, że otwarte dla niego i że bije jako wtór uderzeniom jego serca. W niezmiernej gromadzie ludzi oni we dwoje myśleli tylko o sobie, zagłębiali się w uroczym marzeniu.

– Za co mamunia wczoraj gniewała się na panią? Powiedz Duduś?

– Żeśmy z panem osobno powrócili z Okorowa, idąc przez łąki, żeśmy zostali daleko za innymi. Mamunia mówi, że to nieprzyzwoicie.

– A ty Duduś, co o tym myślisz?...

Dorcia podniosła ciemne zasłony rzęs, odkrywając błękitną, jasną jak kryształ, toń źrenic, utkwiła je w rozkochanych oczach narzeczonego i odrzekła słodko:

– Ja myślę, że to nie grzech wobec Boga iść tak we dwoje, dalej od ludzi, jedynie w obliczu słońca, kwiatów i ptaków. Rozmawialiśmy poważnie z sobą, pan taki dobry, świat piękny...

– Och piękny, Doruś mój złoty!

– Więc dlaczego ten nasz spacer wydał się mamuni złym? a może?...

– Co Doruchna? Co?...

Dziewczyna zarumieniła się jak kwiat jabłoni.

– Może kto widział lub odgadł, że tam... na łące...

– Ze cię ucałowałem? Świętości ty moje najdroższe! Czyż taki pocałunek mógł ci zaszkodzić, czyż on cię zbrudził?

– Ja wiem, to było bardzo uroczyste, święte nawet... Przysunął się do niej bliżej, żar od niego buchnął na nią parzącym ogniem.

– I czarowne... prawda Dorciu, i takie nasze, nasze spojenie.

– Tak, ale to może grzech, tego pewno nie można robić.

– Obcym nie, ale my jesteśmy przecie narzeczonymi. Tyś już moją na wieki, Dudziu ukochana.

Dorcia westchnęła.

– Już za parę dni rozstaniemy się. Mój Boże!

– Przyjadę do was, do Olchowa. Konno przyjadę na Jenie. Dobrze?

– Jak to, konno z Wodzewa?

– Tak. Znasz przysłowie? „nie ma złej drogi do swej niebogi”. A ty jesteś przecie mój skarb największy, nie tylko nieboga.

– Ach! to ślicznie! Ale jak pan przyjedzie, to wytworzy sensację w okolicy okropną. To się już od razu wszystko wyjawi.

– Już prawie wszyscy wiedzą, a reszta się domyśla.

– Mówił pan komu o tym, żeśmy narzeczeni? Ja mówiłam tylko mamuni.

– A ja pannie Irenie i Marysiowi Turskiemu.

– No, to już przez Marysia i Marylę wiedzą wszyscy w Zapędach i dalej.

– Panią to martwi?

– Nie, ale za wcześnie, to niedobrze. Dlatego śledzę uważniej.

– Drwię sobie z ludzi. Owszem, niech wiedzą wszyscy. Zresztą i ślub postanowimy prędko.

– Ślub? Co znowu?!

– A po co mamy czekać?

– Przecie jeszcze nie jesteśmy formalnie zaręczeni nawet. Skądże zaraz ślub? Mamunia się na to nigdy nie zgodzi.

– Jeśli jednak ja zażądam... Dorcia oblała się purpurą.

– To zależy od mamuni i... ode mnie, wcale nie od pana – zawołała z niebywałym u niej wzburzeniem i szybko odeszła obrażona.

Denhoff patrzył na nią zirytowany. Twarz drgała mu kurczowo.

– Postąpicie tak, jak ja podyktuję – mruknął zawzięcie.

Po skończonych ceremoniach religijnych i po podwieczorku, młode towarzystwo, powiększone przez grono kleryków, umawiało się, projektując spacer przy zachodzie słońca. Ksiądz Janusz, wciągnięty do spisku, zaproponował biskupowi przejażdżkę, Denhoff ofiarował na ten cel swój paradny powóz, cała zaś młoda kompania lokowała się na czterokonnym wozie wypełnić innym suto grochowinami, strojnym w kilimy i dery. Oba ekwipaże rozjechały się w inne strony.

Gdy wóz ruszył z miejsca wypełniony po brzegi ochoczą młodzieżą, nadbiegł Gutek Korzycki, machał ręką, prosząc aby stanęli. Nie lubiano go powszechnie, dlatego i teraz nikt na niego nie zważał, nawet Kula Zborska krzyknęła stanowczo:

– Jedźmy prędko! Niech on zostanie na lodzie. Ale Maryś ujął się gwałtownie za Korzyckim.

– Jeżeli go nie weźmiecie na wóz, ja natychmiast wysiadam. Zatrzymano konie, bez protestu. Gutek, gramoląc się na wysokie siedzenie, patrzył złośliwie na Kulę i mówił z umyślną służalczością:

– Uniżony sługa szanownej pani, najniższy sługa.

Wiedział, że doprowadza tym dziewczynkę do niesłychanego gniewu. Odwróciła się obrażona.

Na wozie zaczęto śpiewać chóralnie. Panny i młodzi panowie rozbawili się na dobre. Szczególnie seminarzyści poczuli, jak wiatr swobodny, nadlatujący do nich z pól szerokich, rozwija im skrzydła młodości, tchnie na nich poezją, porywa żywiołową siłą.

Zabawy na wozie wrzały w całej pełni, młodzi księżulkowie cieszyli się nową dla nich gratką, tym spacerem pośród wonnych pól, gdzie koszono powtórnie koniczyny, skąd wiały aromatyczne, duszone wonie łubinów, a płowe rżyska już zaorywane, pokrywały mgły oparów. Kula przekomarzała się z Gustawem Korzyckim, Marian i Maryla siedząc na drabinie, jak ptaki na gałęzi, śpiewali na szerokie rozłogi, a właściwie do swych własnych dusz stęsknionych. Pani Ama szczerzyła zęby do wszystkich kleryków po kolei, aż Bolesław Osinowski wskazał jej czarnego jak Cygan księżyka, ubranego w białą damską pelerynę, schwyconą naprędce, i rzekł protekcjonalnie:

– Tego polecam, do flirtu jedyny; włoski temperament.

– Skądże pan wie o tym?

– Widziałem go przy robocie – z największą powagą odrzekł Osinowski.

Pani Ama trzepnęła go białym szalem, w który Bolesław zamotał się tak starannie, że z trudnością go odmotano.

Irena Turska rozmawiała z Denhoffem, nadąsana zaś Dorcia przysunęła się do Ziuli i pana Rymszy i zaczęła świdrować oczyma jak gwiazdy w piwnych źrenicach tego młodzieńca. Robiła to trochę na złość Ryszardowi, może i w celu przywabienia do siebie sympatycznego banderzysty. Ziula struchlała, gdyż Dora była niebezpieczna w rywalizowaniu, jej oczy świeciły zbyt jasno i urok dziwny nazbyt widocznie ją otaczał.

Rozgniewana Ziula, chcąc się zemścić na swój sposób, zawołała głośno do Denhoffa:

– Panie Ryszardzie, proszę zaśpiewać „Lach tam ti dy ry bum”, prosimy wszyscy.

Jakoż wszyscy podchwycili prośbę prócz Dory. Ona nie cierpiała tego śpiewu, gdyż Denhoff mniej korzystnie wyglądał wykonując go i stawał się komikiem bawiącym publikę. Ale teraz Dorcia zacięła wargi i milczała,

Denhoff nie zaprzeczył naleganiom, więc zabrzmiał śpiew przewlekły, utrzymany w akcencie żydowskim, w tonie majufesu:


„Niech kto sobie co chce gada
Lach tam ti dy ry bum,
Bo co kadryl to parada
Lach tam ti dy ry bum”.


Klerycy zanosili się od śmiechu.. Dorcia zła na Ziulę i narzeczonego zaczęła coraz śmielej spoglądać na Rymszę. Widział wszystko Kocio Leśniewski, drażliwy na punkcie Ziuli, więc zachwycony. Dorcią i jej taktyką, śmiał się do Ziuli białymi zębami, czupryną jak wiecha i szablonowym, wiekuiście tym samym pochyleniem ciężkiej główki na prawe ramię. Radował się, że Rymsza jest już, zakwestionowany, bo o Dorci mówiono jak o Anusi Borzobohatej - Krasieńskiej „jej dwudziestu czterech godzin dość”.

Po odśpiewanym majufesie, Ira rzekła do Ryszarda, tak jednak by nie słyszano:

– Czy pan pamięta, co pan mówił o Ziuli i Kociu? Cóż pan teraz powie?

– Teraz pochwalam gust panny Ziuli. Ten Rymsza to gentleman prawdziwy i jakoś bardzo wpatrzony w pannę Ziulę, tak samo, jak moja narzeczona w Rymszę. Uważa pani, jak moja Dulcinea mści się?

– Co za Dulcinea znowu?...

– A no, Dorcia, to tak romantycznie brzmi.

– Piękny narzeczony! Nie ma co mówić!

– Wracajmy już, moi państwo – zawołała jakaś starsza pani, porwana na wóz w roli przyzwoitki. Wieczór już zapada i rosa mokra ziębi.

– To chyba panią, bo nas nie – rzekł Gustaw.

– Wracajmy! Wracajmy!

– Jesce trlochę, do lasu dojedźmy. Taka zadka frlajda, panny, księża, kawalerowie, az miło – prosił Teoś.

Ale pomimo jego zachęceń wóz zawrócił z powrotem do Okorowa. Gdy zbliżali się już do plebanii, niepokój ogarnął kleryków.

– Ojej! Czy nie za długo jeździliśmy?

– Będzie skandal, carissimi fratres, ale odpowiedzialność bierzemy na siebie – pocieszał ich Maryś.

– Powóz już wyprzęgnięty, a jego Ekscelencja wrócił ze spaceru.

Przy furtce stał ksiądz Janusz, wielce zafrasowany. Napadł od razu na powracających.

– Ależ siedzieliście państwo na tym spacerze! Awantura. A tu biskup chciał odprawiać pacierze wieczorne; szukają was, nie ma. A to pięknie! Sami się już tłumaczcie, bo ja ani myślę. Pan Paszowski także obrażony, żeście go nie wzięli, zbuntował się i nie chce bawić Ekscelencji, pasterz jest zgorszony waszym sprawowaniem.

– Dziś feralny dzień, kochany proboszczu i zawsze miłe tego początki, lecz koniec żałosny, począwszy od obiadu. Chodźmy wszyscy do Ekscelencji po absolucję – mówił Turski.

– I księża tez? Ja nie rladzę: na pierlsy ogień my będziemy.

– Słusznie! kler do kościoła, na pacierze! – zakomenderował proboszcz.

Wszystko poszło jak najlepiej. Biskupa młodzież przeprosiła, po czym po skończonych modlitwach i chóralnym odśpiewaniu „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, spożyto wspólnie wieczerzę, utrzymaną w charakterze prywatnym. Wesołość panowała niezamącona, gwar młodych głosów rozbrzmiewał swobodnie, biskup ożywił się i dotrwał aż do rozjazdu gości. Proboszcz dziękował im, że niemiłe wrażenia obiadowe zostały zatarte.



XIX

Rozkołysały się na polach melancholijne tchnienia jesienne, jeszcze nieśmiałe i słabe, ale już w przyrodzie poczęte. Wielmożne lato dobiegło końca rozwoju, wykształcone, złote i piękne, w dostojnej szacie, pragnęło już połączyć się z jesienią. Gody rozpoczęte; oblubienica dąży ku temu, który wyciąga do niej ramiona lubieżne, rozgrzane gorącym temperamentem szałów letnich, z krwią upalną, żądną uścisku, uścisku twórczego. Idą ku sobie dwie potęgi, dwie moce z łona przyrody urodzone. On i Ona. Jesień pełna obietnic zmysłowo upajających, jesień wonna zapachami owoców dojrzałych, barwna wspaniałością ich kolorów i kształtów. Ostatnie kwiaty ronią przedziwne ekstrakty, słodkie jak nektar, silne aż do haszyszowych podnieceń. Zioła i jarzyny pachną, ziemia orana pachnie i drży rozkoszą płodną. Taką jest oblubienica Jesień, oddająca się w zapamiętałym szale, letnim rozprażonym wulkanicznie pocałunkom. Hojna jest jesień na swe gody. Rozsunęła oto po szerokich polach mnóstwo srebrnych nici, włókien, całych motów srebrnych, oprzędła nimi lasy, jakby chcąc się pochwalić bogactwem swych tworów. Łasa ustroiła w szaty jaskrawe, królewskie. Więc w złote lamy, w purpurę, w bisiory cenne i bławatne, w przepych magnacki przetkana gęsto świeżą jeszcze, zieloną mozaiką haftów letnich. Cuda się działy na ziemi i cuda w powietrznych sferach. Szumy licznych skrzydeł ptasich rozpylały złocisty miał, którym świat był przesiąknięty.

Szumy te płynęły coraz liczniej, oznajmiane rozgłośnym świergotem drobnicy podróżniczej, klangorem gęsi i kaczek, stękliwym pojękiwaniem żurawi.

Ptactwo odlatuje! Ptactwo ucieka za morze!

Nie znęcił ptaków cudowny uśmiech Jesieni, jej bogactwo, ani zmysłowa sytość nie zatrzymały licznych pochodów dążących na południe. Płyną dywizje, pułki, gwarne komputy zorganizowane solidarnie. Płyną przemożne, tęgim, zdrowym lotem, wyrywającym się w bezkresy, do krain obcych, na podbój nowych gniazd.

Przeleciały całe stada ptasie, hucznie, dostojnie, lecz przeprowadzane żałosnymi spojrzeniami tych co zostają: ptaków i... ludzi.

Jakby gilów, siewek.
„Aż oto nowe stada:
I szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek
Zajaśniały na wzgórkach, spadają na błonie:
Konnica! Dziwne stroje... niewidziane bronie.
Pułk za pułkiem...”


Banderia odprowadza biskupa z Okorowa do Ciągini.

Pomieszały się z szeregami powozy, amerykany, tarantasy wiozące młodzież niewieścią. Mężczyźni wszyscy dosiedli koni: kto nie prowadzi oddziału, jedzie w środku szeregów. Denhoff na Jenie szarżuje przy swoich obok Wrońskiego i wygląda jak młody lord angielski XX wieku, wzięty w niewolę na słowo przez husarzy polskich. Nie traci jednak miny, jedzie zaś wzorowo, jak najlepsza szkoła.

Na stopniu powozu, z Irą, Dorcią, Ziulą i Anią stoi nieszczęśliwy Teoś Paszowski, unurzany w piasku, z krwawą kresą na policzku, bez czapki i z nosem na kwintę. Spadł nieborak z Kapucyna, ledwo go wyratowali spod kopyt końskich i teraz narzeka:

– To wszystko psez panny! Wodą wazyć, woda będzie! Zarlowały ze mnie, ze jestem niedołęga, aż uparlem się jechać na tym idiocie Kapucynie. Tato za niego rlęcył i ot mas! Skomprlomitowałem się!

– Czemuż się pan nie trzymał mocno? – pytała Ira. – Przecie to stary koń jak świat.

– Stary ale durlny, prose pani, jak świsnął ze mną napsód, za banderlją, tak i wyrlóciłem kozła. Teraz wezmą mnie na zęby ze scętem.

– Już nie, nie! Nie będziemy się z pana śmiały.

– Daj Boze, ale nie wiezę, zęby to była prlawda. Wodę wazyć, woda będzie!

Panny chciały widzieć wjazd banderii do Ciągini, zaczęły się więc ekwipaże wymijać. Z wzajemnymi okrzykami prześcignięto szeregi konne, które zwolniły nieco, bo lando biskupa pozostało w tyle.

Trzech okolicznych młodzieńców spod Ciągini, bardzo z siebie dumnych, nie chciało witać Ekscelencji w sposób szablonowy, razem z tłumem. Stanęli tedy o dwieście kroków od drogi, konno, w świetnych strojach sportemeńskich, z minami jak sto diabłów i czekali. Gdy ukazały się pierwsze oddziały banderzystów, wybitne miny gentlemenów zmieniły się na znudzono kwaśno ironiczne, jakby mówiące: „Szary tłum! Motłoch!”

Ale „motłoch” parł jak orkan i wcale na nich nie zważał. Na widok landa panowie ci puścili się rysio, z wielkim hałasem dopadli do powozu i otoczyli go, niby opiekuńczem skrzydłem, ciągińsko-wielkopańskim.

Mówiono później, że efekt ten przestraszył Ekscelencję. Myślał, że napad.

Jak trąba powietrzna, wpadając w gęsty bór, łomotem swym i rykiem zaraża masy drzewne, tak z szalonym łoskotem wbiły się szeregi okorowskie w ciasną ciżbę oczekujących parafian w Ciągini. Znowu okrzyki, wiwaty. Znowu huczne powitania, bicie dzwonów, zgiełk niesłychany, zamęt.

Potem mowy, owacje, ogólne rozczulanie się.

Zdarzeniem nieoczekiwanym było wystąpienie kolonii żydowskiej z rabinem na czele. Dygnitarz ten w czarnych atłasach, z poważnie długim zarostem brody i koło uszu, w lisiej czapie, przemówił do biskupa po hebrajsku. Wyraził radość z przybycia Ekscelencji do osady Ciągiń, w imieniu zamieszkałych w niej starozakonnych, i zapewnił o życzliwości tychże dla patriarchy katolickiego. Biskup odpowiedział również talmudycznym językiem, co wywołało radosne okrzyki pełne rasowego akcentu, z wschodnią płomiennością wyrzucane z piersi synów Judei. Uprzejmość była zachowana umiejętnie i oddana, przy tym obopólne zadowolenie. W kościele celebrowano uroczyste nieszpory z udziałem wszystkich banderii. Ekscelencja w serdecznych słowach dziękował zebranym za entuzjastyczne przyjęcie, wyraził nawet, że podczas całej wizytacji swej diecezji nigdzie tak gorąco nie był witany jak właśnie w Okorowie. Nadmienił nawet o potężnym duchu tamtejszych obywateli, że powinien być przykładem, jak nawet wśród chmur może goreć płomień jasny a wielki i niegasnący, na niebie patriotyzmu.

Słuchając tego, hrabia Korski zwiesił starczą głowę na piersi i przybladł, zaś Korzycki przeciwnie, wzniósł swoją dumnym ruchem i wysunął pierś naprzód, jak gdyby pancerz, gotowy do walki, jak gdyby był augurem i wodzem okorowskich bohaterów.

– Czy Korzycki będzie w pałacu? – spytał Denhoff Marysia.

– Eh! Pewno nie?...

– No, na to wygląda. Patrz pan, istny pomnik buntu. Apoteoza. Korzycki jednakże wolał monumentalną postawę, niż treść, gdy bowiem po wyjściu z kościoła zebrali się wszyscy na cmentarzu, on zawołał pierwszy:

– Ha! Panowie! Spełniliśmy nasze obowiązki, teraz idziemy na libację. To się nam należy.

– Dokąd? – spytało parę głosów.

– Jak to dokąd?! Do pałacu, do starej siedziby hrabiów Korskich.

– Papo! – zawołał zdławiony głos Maryli.

Zaległo milczenie, pełne zdumienia, przerwał je pan Wojciech.

– Chodźmy panowie na rynek, jest tam jakaś knajpka. Biskupa jużeśmy pożegnali. Nic tu po nas!

Ostatnie słowa wypowiedział ze zgrzytem.

Ale podszedł do nich miejscowy doktor, pan Troczyński z żoną, zapraszając całe towarzystwo do swego domu.

Paszowski z galanterią całował ręce pięknej doktorowej i wołał rozradowany:

– A! Wenero moja! Owszem, z przyjemnością pod dachem waszmość państwa zabawimy się. Tylko, że nas taka rzesza, to może i kłopot za wielki, panie mój! Toż jakby chorągiew cała.

– Już też panowie nam nie odmówią. Panie już prosiłam, są u nas w ogródku. Prosimy bardzo.

Wtem zbliżyła się ciężka, brzydka postać panny Balbiny Tulickiej. Jej oczy wybladłe, spływały na policzku po obwisłych, czerwonych dolnych powiekach. Złe, chytre źrenice kąpały się w gęstej łzawej wilgoci. Przemówiła ochryple do całej gromadki mężczyzn:

– Czy panów trzeba osobno prosić, każdego osobno? Hrabia siambelan i mój brat śenatorowicz robią już honory domu. Czekają zbyt długo. Paszowski skłonił się sztywno.

– Dziękujemy ale... nie skorzystamy, wybaczy pani. Za wysokie są dla nas szambelańsko-senatorskie progi.

Skłonił się powtórnie. W tej właśnie chwili popchnął ich tłum wychodzący z kościoła i rozsunął naturalnym sposobem.

– Panie Konśtanty – rzekła do Leśniewskiego – śłyszał pan coś podobnie oryginalnego? Ci tam odmawiają. To jest wyborne! Pasiowski taki gbur. Paśkudźtwo.

Kocio energicznie przepchnął się przez tłok i dopadł do odchodzących panów. Złapał za ramię najbliższego Denhoffa.

– Cóż to panowie, odmówiliście hrabiemu? Sama pani dziedziczka nasza prosiła was. Jakże tak można? Doprawdy! Słowo daję.

Ryszard przez ramię zmierzył go spokojnym wzrokiem i rzekł tylko, ale z akcentem:

– Mój panie łaskawy! Kocio odskoczył.

Tymczasem Korzycki stał w otoczeniu synów i zięcia i wahał się.

– Papo, idźmy już, księża już poszli, już czas – mówił Gustaw.

– Ojcze, błagam, nie rób tego, chodźmy do doktora, on prosił – nalegał Miecio.

– Cymbał jesteś – sarknął na młodszego syna Korzycki. Aż przemówił hrabia Skórski:

– Eee! te... te... stoimy tu jak na cenzuhowanem. Oglądają nas i sądzą. Eee... idźmy do diabła już! Dohtóh phosił i już czas.

– Co i hrabia także za tą szlachtą ciągnie?A to skandal!

– Eee! a cóż pan myślał, że ja w takich wahunkach pójdę do pałacu? Tam... eee... poszedł tylko Leśniewski, eee... te... to nie hephezentacja okolicy.

– Hrabia również nie jest obywatelem naszego rejonu.

– Eee! Hę!

Korzycki powtórzył to samo, głośno, z pasją:

– A tak! Natuhalnie! Ja nietutejszy ziemianin, ale poczuwam się z tutejszymi do solidarności, będąc zięciem pana. – A ja idę do pałacu. Rozumie hrabia!

– A phoszę, phoszę! Te... te... eee, że pan zhobi świństwo, to ja za to nie odpowiadam. Tak... eee... tak! To... to...ma foi! świństwo jest! pahdon, eee... tak... Oui! Voilá!...

Kołysząc się na swych cienkich nogach odszedł prędko w stronę domu doktora, mrucząc bez ustanku.

Korzycki z Gustawem poszli do pałacu. A Miecio załamał ręce i został zmartwiały, jak uderzony w głowę taranem. Stanął przy murze, wpatrzył się w skłębione z sobą jesienne kwiaty w ogródku proboszczowskim.

– Dlaczego ja ojca szanować nie mogę? nie mogę! – szepnął Miecio z goryczą.



XX

Skończyły się huczne zabawy i uroczystości. Dawny, cichy spokój powrócił na podlaskie niwy, tylko już coraz więcej melancholijnie, osnute jesienną powłoką.

Worczyn opustoszał; wyjechały panny Zborskie i Ania Turska, zaproszona do Olchowa na resztę wakacji. Ziula została zatrzymana przez Irenę, która miała w tym ukryty cel.

Wyjazd Dorci wyjaśnił tajemnicę serca Denhoffa wszystkim, kto jeszcze o tym nie wiedział. Ryszard był jak struty, nie robił sobie nic z nikogo i nawet nie uważał, że mu się przypatrują. Cała młodzież męska żegnała panny w Worczynie, każdą z podróżniczek obdarowano bukietami kwiatów.

Denhoff obsypał Dorę kwiatami, Gustaw i Miecio Korzycki prześcigali się w hołdach dla Joasi-Kuli, ale ona będąc najmłodszą, przyjmowała to po dziecinnemu.

– Ja myślałam, że od pana dostanę bukiet z pokrzywy – mówiła do Gustawa – bośmy się całe lato kłócili. A pan tymczasem wystąpił z różami. No, no! Fiu, fiu!

Gucio założył zaraz palce za kamizelkę i rozstawił ramiona.

– Uniżony sługa szanownej pani, najniższy sługa, mówił z umizgiem.

– A co! Znowu pan zaczyna. Widzę, że ja prędzej się doczekam długiej sukni, niż pan zapomni jedno i to samo w kółko powtarzać.

Tylko Bolesław Osinowski nie wysadzał się na kwiaty, ofiarował Ani mały pęczek niezapominajek, rzadkość już w tym czasie i rzekł poważnie:

– Niech ten kwiat będzie symbolem naszego pożegnania... trwałości... wspomnień. Ania zarumieniła się, odrzekła szczerze, bez obłudy:

– Dziękuję, ale ja za siebie nie ręczę, ja prędko zapominam o wakacjach. Bolesław zrozumiał i zbladł.

Denhoff do nikogo nie przemówił ani słowa, gdy pociąg ruszył, odjechał do Wodzewa ponury, jak słotny zmrok jesienny.

– Czego on tak dziwaczy i na nas patrzy z gniewem, jakbyśmy były przyczyną odjazdu

Dorci – rzekła Ziula do Iry.

– Bądź spokojna, do jutra się wysapie, przyjedzie do Worczyna i zaśpiewa nam majufes, rozpocząwszy żałobną dumką ukraińską.

Irena odgadła. Na drugi dzień Denhoff istotnie był w Worczynie, mówił dużo o Dorci, o projektach małżeńskich z nią, wyznał Irenie, że żadna kobieta, choćby pięknością boginiom równa, nie zrobi już na nim wrażenia. Doruś, Duduś, Doruchna, nie schodziła mu z ust.

Pojutrze jadę konno do Olchowa. Ze mną pojedzie stangret, jako masztalerz i fornalka z obrokiem, dla koni na popasie. Pojadę jak arcyksiąże.

– Po cóż ta fornalka na przykład?

– Ha! To sekret. Zresztą pani to już powiem. Będę przejeżdżał przez duże miasto, otóż zamówiłem tam kwiaty. Cały wóz kwiatów przywiozę Doruchnie. Prawda, że to pomysł?

– Tak, w stylu Denhoffowskim – odparła Ira.

– Wybornie powiedziane! – Mój styl, proszę pani; to... to duży styl. Pierścionek kupię Dudusi przepyszny, lepszego nie dał żaden miliarder milionerce, prezent ślubny także obmyślam, doradza mi Wroński. Ma gust!

– Wyobrażam sobie, jak Wodzewo stęknie pod tymi klejnotami. Ale także ciekawam, co

Dorcia powie na to wszystko! – Ona jest. bardzo rozsądna, takich zbytków nie pochwali.

– Proszę pani, mnie stać na to, mogę narzeczoną obsypać brylantami.

– Ale ona jest skromną dziewczyną i tego nie wymaga. Powinien pan zastanowić się, że

Wodzewo to nie kopalnia złota, Dorcia zaś nie milionerka.

– Cóż z tego?

– To, że za wiele zbytków, nad miarę. Denhoff obraził się.

– Dorcia warta tego, musi mieć oprawę wspaniałą. Dlaczego pani tego broni?

– Ja znowu bronię? Cóż pan wygaduje?!

– A tak! Chce pani w moich oczach obniżyć wartość Dory, że niby niegodna takich zabiegów.

– Czy pan zwariował dziś do reszty?

– To znaczy, że już początki miałem, w pani mniemaniu. Tak?

– Bo plecie pan, sam nie wie co! Ryszard wybuchnął złym śmiechem.

– Ja wiem, czego pani teraz tak się dla mnie zmieniła. O, wiem doskonale!

– Na przykład?

– Pani i... inne panny zazdroszczą Dorze urody, powodzenia i...

– I pana zapewne? Tak.

– ...??

– Ach jakiż pan naiwniutki, panie Denhoff – zawołała Ira i poszła w stronę domu. Rozmowa odbywała się w ogrodzie.

Za chwilę Ryszard śpiewał przy fortepianie „Józia Grojseszyka”, potem zaś pozował stosownie do tego śpiewu a Ziula uwieczniła go na kliszy swego kodaka.


Denhoff pojechał do Olchowa. Po drodze zwracał wszędzie uwagę, bo sypał pieniędzmi rzeczywiście jak arcyksiąże. W dalszych okolicach, gdzie go nie znano, zaciekawienie było podwójne. Kto to, skąd i dokąd jedzie? Zaczepiano jego służbę, ale Denhoff zabronił mówić o sobie dla większej sensacji. W mieście, w którym się zatrzymał dłużej, wysłał całą służbę do iluzjonu, sam zaś siedział w restauracji, pił szampana i pisał na stoliku notatki z podróży, jakby w swym gabinecie. Spoglądano na niego ciekawie, restaurator kłaniał się bardzo nisko, kelnerzy chodzili zgięci we dwoje, prawie na czworakach. Wzięto go tu za angielskiego milorda, podróżującego incognito. Ale jakiś tęgi obywatel miejscowy, zniecierpliwiony szczególnym zainteresowaniem całej sali, rzekł niezbyt cicho:

– At! zaraz ma być milord. Facecja! może jaki Rothschild, albo jego sekretarz, badający pod tutejszym zaborem interesa „naszych”.

– Co znowu! Pan nie zna angielskiego typu – zaśpiewała jakaś panienka bardzo

Denhoffem zajęta.

– A pani skądże znawszy tak dokumentnie angielski typ?

– Ja się nie mylę. To jest na pewno Anglik i ktoś znaczny.

– At! Wielki mi rarytes!

Denhoff słyszał rozmowę, był zły, postanowił zaimponować i zaciekawić jeszcze silniej. Zawołał głośno do starszego kelnera:

– Proszę dowiedzieć się w hotelu, czy służba moja wróciła z teatru. Niech siodłają konie i będą gotowi. Jadę na całą noc. Lokaj dotknął prawie czołem kolan i wybiegł szybko.

Scena ta zrobiła wrażenie. Mówi po polsku, najczystszym akcentem i zupełnie poprawnie.

– Jakiś polski magnat – szeptano – nie Rothschild, ani Anglik? Nastąpiło pewne rozczarowanie. Bo taka już natura ludzka, że co obce to najpiękniejsze i najciekawsze.

Denhoff zapłacił duży rachunek kilkudniowy, ale napiwki rozdane służbie wzburzyły miejscowego obywatela. Widząc złote monety przechodzące do rąk kelnerów jak złotówki, rzekł ze złością:

– At! Jakiś pędziwiatr, hulaka i urwisz. Nic osobliwego! Tym gorzej, że Polak. Wolejby bywszy jaki zagranicznik.

Denhoff tych słów nie słyszał. Zagłuszyły mu je skwapliwie uniżone szurganie nóg kelnerów. Oblężony był przez golone głowy chylące się przed nim służalczo.

Wyjechał dopiero nazajutrz, za nim toczył się wóz pełen kwiatów doniczkowych i ciętych, jak na corso. Z miasta odprowadzał go tłum pacholęcej żydowskiej gawiedzi, aż za rogatki.

A w Olchowie Dora czekała. Spodziewała się przyjazdu Ryszarda, ale nie tak prędko.

Było południe. Słońce wrześniowe grzało gorącym prądem, że chwilami z powietrza nadlatywały tak parne oddechy, jak gdyby z rozpalonego do czerwoności pieca. Babie lato rozhulane już na dobre, wszędzie go pełno. Spływały srebrne przędze z białych run obłocznych i wiły się i wiły bez końca. Lubość w powietrzu, ociężałość dojrzała, jakby przesyt rozkoszny. Blaski nie są już tak kryształowo czyste, już nie wiosenne, ani letnie, świecą zza welonów przejasnych, złotobiałych. Krasa przyćmiona. Jak oblicze pięknej hurysy prześwieca spod zasłony, że widać promienne jej oczy i boskie linie twarzy, ale przeczuwa się zaledwo cud istotny zazdrośnie strzeżony, tak i w pogodzie jesiennej mglisty blask zewnętrzny jest mistyczną osłoną wewnętrznego bogactwa natury, który się uplastycznia gdy go zgłębić. Czasem tylko z tej pozornej obojętności przyrody z jej chłodnych raczej spojrzeń, buchnie nagle namiętny płomień, lubieżnie zaigra, obleje warem i dreszczem rozkosznym, po czym znowu stygnie. Drzewa w sadzie kurczą listki i rumienią się z żalu za odbieranym owocem. Mruczą żałośnie obnażone grusze patrząc na dół, do swych stóp, gdzie leży mnóstwo soczystych kalebasów, tylko co zebranych z gałęzi. Dalej grube, szare bery, tam znów uśmiechają się z pożółkłej trawy wytworne ludwiki, słusznie nazwane pięknymi, gdyż smukłe ich ciała o wykwintnym rysunku mają gładkość dziewiczych piersi i wiosenny panieński rumieniec.

Królują wśród ciemnych liści olbrzymie jabłka aporty; czają się tajemniczo, szare oliwkowe, twarde, jak złamy granitu, renety zimowe, prawie niewidoczne na drzewie, choć rosną gęsto, ratuje ich szczęśliwy pomysł zachowania jednej z drzewem barwy. Nie ma w tym efektu, ani estetyki, ale praktyczność i nadzieja ukrycia się przed drapieżnością ludzką. Mniej uważne, lecz śliczne za to są ich lekkomyślne siostry, złote renetki, ciągną oko samym wyglądem, lekkim a świetnym, jak cacka pozłociste na drzewku wigilijnym. Igrają w słońcu, kąpią w blasku i wabią zaborczych ludzi.

Nade wszystko wzbudzają smakowity apetyt ciemne, aksamitne śliwki węgierki, mają na sobie siwobłękitną barwę meszkowatą, jak sasanki na wiosnę. To jest ich puszek młodości, ściera się gdy je ludzie posiądą. Obrodziły się węgierki, pełne są, nabrane sokiem i złotawym miąższem, w którym pływa mała sucha pestka. Gną się pod śliwkami gałęzie, zwieszają ciężkie, fioletowe, owalne dzbanuszki owoców, tu i ówdzie pęknięte od nadmiaru soku, słodkiego i wonnego jak miód rajski. W trawie leży ich mnóstwo, czernią, niby ogromne, ciemne karbunkuły ametystów, inne, te co już utraciły swą niewinność meszkowatą, wpadają w ton ciemnego pąsu i są bardziej podobne do granatów, lecz mniej nęcące, bo nie dziewicze. Ale to nie przeszkadza, że ludzie wszystkie chwytają łapczywie. Chłopcy pną się na drzewa, trzęsą obfite gałęzie, aż grad fioletowy spada na ziemię, inni ludzie, mężczyźni i kobiety, z koszami w rękach, lawirują gorączkowo pośród drzew, ładują kosze, ważą i cieszą się rozgłośnie z tego pogromu, co dla nich jest tylko szczęśliwym owocobraniem.

Cały dwór olchowski jest w sadzie; panny Zborskie i Ania Turska i młody student, brat Dory. Pracują jednakże razem ze służbą tylko Joasia, Ania i Adam, Dorcia chodzi trochę sennie. Tu uszczknie z drzewa węgierkę, tam podniesie gruszkę, ale myślą błądzi daleko, poza sadem, hen w stronę... Wodzewa. Wywołuje stamtąd Ryszarda, śni o nim na jawie.

Adam nie przestaje jej drażnić, sny upoiste dziewczyny przerywa wołaniem:

– Dora, nie rozmigdalaj się tak, bo Denhoff pewno już o tobie zapomniał. To „panicz”, on lubi rozmaitość.

– Adaś! Daj spokój, nie dokuczaj Dorci – zgromiła go Ania.

– Ciekaw jestem tego Denhoffa, ale nieprędko go poznam, bo co mu tam do Olchowa jechać. O... wa!

– Kula, zagwiżdż jak lokomotywa, to ma własności przywołujące, może go tym zwabisz.

– A dobrze!

I Joasia rozbawiona odbiegła nieco dalej, w gąszcz drzewną, złożyła usta w trąbkę, otoczyła je dłońmi i udała doskonale przeciągły gwizd lokomotywy, podobny do złudzenia. Huczał parowóz, jakby z oddali, tęsknie, przeszywająco a tak plastycznie, że robotnicy przy owocach zaczęli się oglądać ze zdziwieniem.

Oczy Dorci nabrały łzami, przypomniał się jej wyjazd z Worczyna, pożegnanie z Ryszardem. Tęsknota porwała ją nagła i silna.

Wtem usłyszała ostry tętent konia na bruku przed gankiem, serce jej zadygotało.

– To Jena! To on, to on!

Chciała biec na spotkanie, skoczyła żywym ruchem naprzód, ale od razu stanęła.

– Nie, nie, zresztą może nie on??!

Lecz już Kula, Adam i Ania wołali na nią, wrzeszcząc jak najęci:

– Dora! Pan Ryszard przyjechał, pan Ryszard! Chodź prędko! Dorcię wrażenie zmogło, nie miała sił.

Aż oto on idzie, zobaczył ją, idzie spiesznie, jest w stroju do konnej jazdy, smukły, zgrabny, elegancki. Dora posunęła się kilka kroków i... Ryszard wziął jej ręce, całował bezpamiętnie.

Patrzyli sobie w oczy głęboko, do dna, mówili nimi gorące słowa powitania, zwierzali swe uczucia, tęsknotę. Cicha, niema mowa serc, spojenie dusz, słodkie zapatrzenie i zasłuchanie się w sobie. Stali tak młodzi, jak maj różany, piękni, rozkochani do szału. Upajało ich to, że są znowu razem, że mówią wszystko bez słów. Urok był nad nimi, czar owiewał ich tchnieniem. Jakieś kwiaty cudowne pachniały dokoła, jakieś aromatyczne boskie nektary sączyły się do dusz obojga, mgła idealnie rozkoszna zasnuła im widok na świat realny, na jego pospolitość i na to wszystko co nie było ich, z nich i dla nich. Podziwiali się wzajemnie, odnajdywali w sobie piękno, dotąd nie odkryte, dławił ich potężny uścisk miłości. Nad nimi szemrały jesienne liście starych lip, natura grała im swą nigdy nie milknącą rapsodię, słońce sypało na zakochanych złote trzęsienia. Tę pieśń jedyną, tajemniczą jak złuda a przecie istotną, to anielskie milczenie zabito brutalnie hałaśliwymi okrzykami. Ania, Joasia, Adam, wszyscy przypadli do młodej pary i jęli wołać:

– A dość już tego? I nam się należy powitanie. Czy to już tylko Dorcia w Olchowie. Z nami pan nie zamienił paru słów.

– Prosto z konia fajt! do Dorci, nam nawet ręką nie kiwnął – żaliła się Kula.

– Skąd pan nawiózł tyle kwiatów? – pytał Adam. – Znoszą i znoszą a na wozie ciągle pełno.

– Dokąd znoszą? – zaniepokoił się Ryszard.

– Do mego pokoju, bo ja bardzo lubię kwiaty, zwłaszcza chryzantemy. Wszystkie już są u mnie – rzekł Adam z całą powagą, kręcąc miniaturowy projekt na wąsiki.

– Ależ!... Pan żartuje!

– Przywiózł pan kwiaty? Dla mnie? – spytała Dorcia cichym szeptem i oczyma.

– Tak jedyna. Chcę cię widzieć w kwiatach, boś ty sama kwiat cudowny.

Ten pospolity zwrot miał jednak swą nową muzykę, dziwny czar, bo Dorci było tak jakby usłyszała śpiew niebieskich chórów.

Poszli oglądać kwiaty. Pokój Dorci wyglądał niby grota jakiejś nimfki, czy wieszczki kwiatów. Palmy rozpościerały tu pióra swych liści, kwitły róże, goździki, ale głównie panowały wytworne, ukoronowane głowy pysznych, jak królowie chryzantemów. Ogród japoński! Białe śnieżne, różowe, żółte, cieliste, herbaciane i różne odmiany ciemnych kolorów. Niesłychane bogactwo kwiatów rozpanoszyło i się tu butnie, ale ślicznie.

Dora stanęła odurzona widokiem, jakby śniąc.

– Skąd takie cuda pan zdobył?...

– Zrobił napad na jakąś oranżerię i zrabował ją – wołał Adaś. Nadeszła pani Zborska.

Witała młodzieńca uprzejmie, grzecznie, zrzędząc za zbytki. Dora jednak miała oczy tak łzawo śliczne, takie wdzięczne i jasne, że Denhoff uwagami pani Zborskiej nie czuł się skruszony. Wszyscy zbierali owoce, oni zaś w alei leszczynowej wyszukiwali orzechy po to, żeby spotykać się ciągle rękoma i spoza liści rzucać sobie płomienne wejrzenia. W jednej z podobnych minut Ryszard nagle wziął Dorcię w ramiona, cisnął ją do siebie z żywiołową namiętnością, szukał jej ust gwałtownie, szalenie, gdy znalazł jej ciepłe drobne wargi wypijał je głodnymi ustami z chciwym pragnieniem. Dorcia przerażona jego wybuchem i dziwną, dotąd nie widzianą, a jakąś wrogą siłą, gorejącą mu w źrenicach, broniła się z początku, potem zalękła, potem osłabła z nadmiaru rozkoszy, która owładnęła mocarnie jej dziewiczem ciałem. Przylgnęli do siebie i trwali w uścisku niepojętym, z powodu jego dwoistości: połączenia ogromu uczuć idealnych, z uczuciem nagłym zmysłowej podniety. On drżał z żądzy, ona omdlewała pod wolą, zupełnie dla niej nowego prądu, rozkosznego, jak marzenie, bezgranicznie upoistego i... strasznego, jak obca nieznana a grożąca potęga.

Zamierała Dora pod dotykiem piekących ust Ryszarda, w nim nerwy szarpały się niby smagane. Chłonął tę dziewczynę i z nią razem leciał na przepaściste szczyty swych obłędnych pragnień. Pomimo wściekłego huraganu we krwi, nie było w ich uścisku lubieżności. Tworzyli grupę piękną, ale jakby malowaną przez ducha słońca i światła, bez retuszu i podkreśleń jaskrawych – szatana. Eros i Psyche, lecz w błękitnej atmosferze błogosławionych, arkadyjskich łąk.

Wkrótce potem, przed odjazdem Ryszarda z Olchowa, odbyto zaręczyny młodej pary. Duży był zjazd rodziny i znajomych, ale narzeczeni zamienili z sobą pierścionki sam na sam. Rękę Dorci ozdobił cenny rubin. Z powagą i skupieniem przyjęła go od Ryszarda jako symbol przyszłego życia i zobowiązań. Dora traktowała to bardzo poważnie, pomimo swej dziewczęcości. Denhoff, nerwowiec, moment ten również nerwowo odczuwał, był uosobieniem narzeczonego, który nie bardzo wie, na jakim znajduje się świecie. Gdy oboje z pierścionkami na palcach wyszli do zebranych, rozpromienieni przyjmując życzenia i błogosławieństwa, pani Zborska, spełniwszy obowiązek matki, rzekła do jednej z bliskich sobie kobiet:

– Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko nie nastraja poważnie. Patrzę na nich, jak na rozbawione dzieci. Staram się zastosować do chwili, ale mam wrażenie, że tu wszędzie rozbrzmiewa głos szydzącego chochlika.

Minę pani Zborska miała zabawnie kłopotliwą.



XXI

W Olchowie trwała sielanka. Denhoff przesiadywał tam tygodniami. Spacery, grzybobrania, wspólne zabawy z narzeczoną wypełniały mu szczelnie dzień za dniem. Razem czytali, tworzyli projekty na przyszłość, często kłócili się.

Ryszard nalegał na prędki ślub, ale pani Zborska stanowczo odmówiła.

– Dorcia jest za młoda i pan również, możecie na siebie czekać długo, o ile wytrwacie. Denhoff prosił, błagał, ale ani matka, ani córka słuchać o tym nie chciały. Pani Zborska nie ufając zbytnio Denhoff owi, nie chciała i dla Dory tak wczesnego małżeństwa. Dorci natomiast rola narzeczonej przypadła do gustu. Gniewał się tylko Denhoff, gdy zaś żadne argumenty nie skutkowały, rzekł kiedyś pani Zborskiej:

– Dobrze, zwlekajmy do nieskończoności, potem zamiast w poślubną podróż do Egiptu, będziemy z panną Dorą sami w piecu palili, dla ciepła i kartofle piekli.

– Cóż to za koncept?

– Bo zbankrutuję do tej pory.

– Pewno. Jak pan się nie poprawi, jak będzie żył tak jak dotychczas, bez myśli o jutrze, to krach musi nastąpić.

– Co mi tam jutro! Wystarcza mi dzień dzisiejszy. Jutro jeśli będzie złe, to je skrócę; palnę sobie w łeb i finita comedia.

– A ja? O mnie pan już zapomniał? Czy to jest dowodem miłości? – pytała z żalem Dorcia.

– Jeśli pani się wzdraga przed prędkim ślubem, to także nie jest zachęcającym dowodem.

– Będę czekała, może pan się ustatkuje, może zdobędzie odrobinę powagi.

– Niech pani nie ma złudzeń, będę coraz gorszy. Tyle jestem wart, ile mam pieniędzy, poza tym nic.

Denhoff często przestraszał Dorę wygłaszając zdania, drażniące ją niesłychanie, im się więcej oburzała, tym on kategorycznie twierdził, że dotąd będzie używał życia dokąd mu wystarczy majątku, bo człowiek bez pieniędzy jest zerem i niewart kopnięcia. Dora próbowała go przerobić z początku ze słodyczą, potem coraz energiczniej tłumaczyła mu swe poglądy na świat i życie, jakkolwiek czasem młodzieńczo naiwne, lecz zawsze szlachetne i czyste.

Ryszard czasem przyznawał jej słuszność, podziwiał ją nawet i wówczas czcił Dorcię, ubóstwiał. Ale innym razem wyśmiewał te ich poważne rozmowy, zwąc je morałami.

Dora nie bardzo wiedziała jak z nim postępować, ale niepokoił ją. Denhoff nie pamiętał swych rodziców; z domu od opiekunów wyjechał wcześnie na nauki za granicę, gdzie mniej się uczył, a za to hulał klasycznie. Wśród wiru życiowego doznał wielu rozkoszy, smakował różnych wzruszeń, emocji, znał wszelkie nastroje, prócz rodzinnych czułości przy domowym ognisku. Tęsknił do tego uroku przeczuwając go w życiu cichym, zadomowionym, bez zgiełku i wrzawy, w życiu, gdzie może brak jaskrawych ognisk i wyskokowych podniet, ale gdzie jest stały, bardzo jasny i bardzo ciepły, dobry płomyk niegasnący. Ten nowy rodzaj istnienia poznał już w Worczynie, teraz miał go w Olchowie i stał się jakby jego akcjonariuszem. Zatonął w swojskiej, idyllicznej metamorfozie swego bytu i wsłuchał się z zachwyceniem w liryczną nutę nowej pieśni...

Poddawał się z lubością jej sielskiej melodii i wówczas czuł, że jest lepszym; Dora była mu nie tylko upragnioną dziewczyną lecz i jego aniołem. Przesiąkał jej słodyczą, czcił jak bóstwo. Nie wytrwał jednak długo w tym zbawiennym dla siebie przeistoczeniu. Nadlatywał doń swawolny powiew z innego świata, czasem ostry i zły, złością demoniczną, czasem upalny, jak wiatr z pustyń arabskich; duszny wicher żądz, dalekich od wszelkich anielskości.

W chwilach takich drażnił zwykle Dorcię i jej matkę, bo dowodził niesłychanie i bluźnierczo o rzeczach powszechnie świętych, szydził, drwił bez litości ze wszystkiego co dla tych kobiet było życiowymi dogmatami. Doprowadzał do łez Dorę i sam, widząc ją płaczącą, trząsł się nerwowo, wybiegał samotnie w pole, wściekły na siebie, ale trwał w takich sprzecznościach, jakby z zamiłowaniem. O Wodzewie zapomniał.... gdy go pani Zborska prosiła by wglądał więcej w interesy majątkowe, Denhoff czuł się dotknięty. Zapewnił ją raz kategorycznie, że sam nie lubi być kontrolowany i nikogo, przez wrodzony instynkt delikatności, nie chce kontrolować. Dał przy tym do zrozumienia pani Zborskiej, że odczuwa w jej radach troskliwość macierzyńską o przyszły los Dory, ale że los ten bierze wyłącznie na siebie i poradzi sobie doskonale.

– Zresztą może z Dudusią znajdziemy się kiedy pod płotem, to nie jest wyłączone – dodawał w formie domyślnika, niezbyt przykrego.

Ryszard lubił imponować całemu otoczeniu, czasem wolał przesadzać malując się w takich kolorach, że wszystkich gorszył. On właśnie wtedy najlepiej się bawił. Po zaręczynach, gdy już Dorę uważał za swoją, bez zastrzeżeń i nawiasów, stał się arbitralniejszy i obcesowy. Chciał ją nakłonić do siebie jak młodą płonkę, aby posłusznie rosła za jego rostem, by się pochylała w kierunku jego zwrotów. Ale trafił na młodą wprawdzie, lecz dążącą samoistnie do własnych ideałów i słońc – brzózkę. Dorcia nie była bierną, owszem, może aż nazbyt samodzielną indywidualnością. Wiele rzeczy traktowała jeszcze po dziecinnemu, zawsze jednak z horyzontem szerokim, z podkładem szczytnej idei. Wiedziała co jest jasnym, co ciemnym, znała szczery blask słoneczny i złudę sztucznych ogni. Blichtr Denhoffa porwał ją wprawdzie początkowo, lecz prędko postanowiła zbadać wewnętrzną światłość jego istoty. Młoda jej dusza przyjaźni Ryszarda nie umiała dotąd skrystalizować: czasem błyszczał słonecznie, czasem płonął świetną rakietą, lecz chłodną, obcą jakoś, martwą. Gniewał ją, przerażał, nie bawił prawie nigdy, natomiast upajał ją mimowoli, a rzadko cieszył. Te różne uczucia odbiły się na twarzy i w oczach Dory. Nabrała powagi, wyraz jej błękitnych źrenic nie był już tak szczeronaiwny, dziewczęcy, prześwitywała w nich kobieta, myśl osiadła na ładnym czole, czasem tęskna, jakby smętna.

Przestała być również „ukoronowaną”, tak, jakby zdobywszy ów dar uważany poprzednio za królewski, po bliższym zbadaniu go przekonała się, że i tu są skazy wcale widoczne, i że znowu nie jest to klejnot jedyny, bezcenny, niby brylant z korony szacha perskiego. Dorcia nie mogła wysondować, czy Ryszard to perła, czy też tylko muszla po niej, która już wypłynęła na świat szeroki. Różnie rozmyślała kochając go zarazem.

„Cacunia” i „Dziudzio” byli jednakże wiecznie z sobą, czasem weseli, niby ptaki wiosenne, czasem chmurni na siebie i rozżaleni. „Morały” powtarzały się często; na darniowej ławeczce, pod splecionym jesionem, na ławce brzozowej pod brzozą płaczącą, w alei orzechowej, w pokoju, w lesie podczas grzybobrania. Zabawy nie ustawały, a jesień szła coraz chłodniejsza, w uścisku coraz mniej barwna, brzydka, ponura.

Denhoff wyjechał nareszcie z Olchowa, zatrzymał się w Warszawie, pokupował i wysłał prezenty dla narzeczonej, razem z nowym ładunkiem kwiatów. Do Wodzewa kupił pyszne zaprzęgi zimowe, siatki na konie, liberie futrzane, dla siebie bajeczne futra do gabinetu, skóry z białych niedźwiedzi, wilczury i lisiury do sań. W sklepie kuśnierskim myślano, że to podróżnik udający się do bieguna północnego.

Denhoff zobaczył na afiszu teatralnym, że ma być wystawiona opera „Tosca” z udziałem pani Korolowicz-Waydowej.

– To ulubiona opera i artystka Wrońskiego, trzeba mu zrobić przyjemność.

Zatelegrafował do Wodzewa. Wieczorem byli z Wrońskim w Wielkim Teatrze, w loży i rzucali kwiaty na scenę.

Na drugi dzień Ryszard zapragnął jeździć w tatersalu na swej Jenie. Znowu telegram do Wodzewa. Stangret przyjechał z Jeną i Denhoff z Wrońskim zapalili się do zabaw konnych, w licznych gronach pań i strojnych mężczyzn. Urządzono konne kontredanse, różne figury, turnieje. Ryszard postanowił, aby Dora towarzyszyła mu w tych zabawach, chciał do niej napisać prosząc o przyjazd.

Lecz sprytny Wroński odradził.

– Panna Dora konno nie jeździ, zresztą tu by nie chciała i lepiej nawet nie proponować. Denhoff uznał słuszność tych uwag listu do Dorci nie wysłał. Po pewnym czasie chciałby żeby i Wroński przestał mu asystować; trochę już denerwował „Panicza” ten kosztowny rządca. Ale Wrońskiemu było rozkosznie na zabawach w tatersalu, przy bilardzie, w lożach teatralnych, na kolacjach w Bristolu, gdzie podawano bażanty, poncze, a często gęsto i inne trafiały się gratki, nie mniej szampańskie.

Równie dobrze jak panom w Warszawie, działo się i służbie wodzewskiej. We dworze i folwarku zapanowały wesolutkie bezkrólewia. Każdy robił co chciał i jak mu było dogodniej. Każdy myślał o tym, żeby wykorzystać chwilę najmożliwie. Nic zaś nie stawało na przeszkodzie tym altruistyczno-życzliwym względem swego pana zamiarom. Denhoff w Warszawie uchodził za bogacza, Wodzewo zaś topniało powoli, lecz widocznie.



XXII

Ostatnie złote pociski spływały z nieba na szarą, wilgotną ziemię, że lśniły się brudnymi szybkami kałuże po drogach, żółte, zwiędłe trawy, skąpane wodą jesiennych deszczów, leżały płasko przybite, smutne. Tylko pola okryte zieloną runią ozimin, wesoło połyskiwały spod perlistej rosy, święcącej kryształkami szkliwia. Obłoki zmętniały, blade błękity rozszarpywane były co chwila przez kłęby brudnoszare, rudawo obramowane, przewalając się ciężko, niby moty wełniste. Wśród tych zwojów błyszczało słońce blaskiem polerowanej, złotej blachy, ciekawa źrenica królewskiego patrona powietrznych roztoczy, coraz to wychylała się spoza run gęstych, i znowu mrużyła pod nadciągającą biało-rudą masą.

Że to już październik, o tym szeptało w całej naturze. Codzienne korowody ciężkich szarych wron, zlatujących z borów gęstych na zamieszkałe rozłogi, krakaniem swym zwiastowały bliskość zimy: szara ćma wróbli, brunatne roje licznych ptasząt, świergotem, innym niż wiosenny i letni, śpiewały to samo. Życie jest, ale już odmienne. Wszystkie stworzenia przygotowują się do półrocznej martwoty, co nadciąga poprzedzana przez łzy gęste spadające z obłoków, przez bierną obojętność ziemi nie chłonącej wody do swych wnętrzności. Przyroda, spełniwszy doroczny obowiązek, teraz spoczywa w obojętnym na wszelkie niespodzianki zsyłane z górnych sfer, dolce far niente.

Po drodze obłoconej, pełnej głębokich kolein w lepkim gruncie, w których stoi mętna, czekoladowa woda, kapią kopyta konia i toczą się koła umazane, bryzgające błotem. Na linijce worczyńskiej trzy osoby: Ira, Ziula Turskie i Denhoff. On powozi. Jadą wesoło, trochę dokazują. Panny uważają Ryszarda za kuzynka, więc swoboda większa. Nagle obie krzyknęły:

– Po co pan zjechał z drogi, to już pole. Co pan robi? Dziudziu obrzydły!

– Pojedziemy przez zagony i ostro, to będzie rozmaitość – woła śmiejąc się Denhoff.

Jadą co koń wyskoczy; linijka trzęsie, skacze po zagonach, błoto gęste, jak smar, wypada spod kół, ogromnymi kłapciami osiadając na skrzydłach wózka, na bucikach i sukniach siedzących po damsku panien. Denhoff ma sztylpy od butów jakby z błota ulepione, mkną w tym chlupoczącym trzęsawisku, ale dobrze im się dzieje. Dźwięczy śmiech panien, Denhoff woła na konia, macha batem z niesłychaną werwą.

– Dziudziu na miłość Boga! co pan wyprawia? Przyjedziemy jak jedna kula błota, będzie straszna awantura od ojca – woła Irena.

– Nic to! oczyszczą panie w Wodzewie, Anulka na to poradzi.

– Co pan wyplata, w jakim Wodzewie znowu? – zdumiewa si Ziula.

– Horendum! W jakim Wodzewie? No, w moim przecie! Czy już ja Wodzewa nie mam?

– Ziula patrz! My rzeczywiście jedziemy prosto na wodzewski dwór – krzyknęła Ira. – Czy Dziudzio zwariował! proszę zaraz zawracać!

– Dziudzio nie zwariował i nie zawróci, wiezie kuzyneczki do siebie i to mu wolno.

– Ależ to skandal! Panie Ryszardzie, ja mówię serio.

– Ja także biorę serio, wiozę panie do Wodzewa. Oto już park; ogrodnik sadzi drzewa. Niech panie siedzą cicho, bo krzyk nic nie pomoże, tylko źle wygląda.

– Nie darujemy panu tego.

– Dobrze, będziemy wojowali.

Wpadłszy pełnym kłusem w cienistą aleję wiodącą do parku, przejechali jak widma ten zwarty tunel starych modrzewi, błyszczących wskroś gałęzi brylantowymi łzami. Słońce grało na nich tęczowo, przesuwało po ich gałęziach barwną wstęgą różnorodnych kolorów, jakby po pryzmacie. Cała aleja tonęła w rozedrganych, złotych świetlikach.

Roztoczył się przed nimi park wodzewski; śliczne brzozy trzęsły ostatnimi liśćmi; spadały suche, żółte i brązowe płatki na żółty podściół, co grubo okrywa darninę i białe stopy drzew. Gęsto na drzewach pąsowiały krwawe grona jagód kaliny, niżej purpurowy głóg zwieszał swe pękate paciorki. Smukłe, ciemne świerki stały dostojnie wśród obnażonych drzew liściastych. Wyniosłe i pyszne ze swego królowania, mocną zielenią igieł, odrzynały się wypukło na tle dziwnej, żółtej pustki. Dęby miały jeszcze swój szum mocarny, w koronach, z obfitych okiści suchego listowia. Szum ich głuchy, jednak miarodajny, napawał otuchą tłumy drzewne, obiecywał im rozkwit wiosenny, zalecał spokój, odrętwienie zupełne na czas odpoczynku, na czas wegetacji zalecanej od Boga. I cisza była w parku, cisza poddańcza wyrokom Bożym. Szmery się jeno przesuwały pośród drzewnych czubów, porozumiewawcze pogwary, obietnice przyszłych upojeń majowych, rozkwitów cudnych, jak baśń, szałów miłosnych, rozkoszy tworzenia. Długo jeszcze, długo trzeba tak stać spokojnie, z uśpionymi sokami w żyłach, aż nastąpi nowa era – przebudzenie. Myśli i rozmowę drzew przeczuł Denhoff, bo odezwał się nagle rzewnym głosem:

– Trzeba długo czekać, aż park na nowo zakwitnie, a co wówczas będzie? Co nowy maj nam przyniesie?

– Panu Dorcię, a innym... Bóg to wie! – odrzekła Ira, tym samym tonem i z tąż melodią w głosie.

– Tobie... sławę – dodała Ziula.

– A tobie... Rymszę.

– Ach, Iro!!...

– Tak, tak, panno Ziulo! Tak kuzyneczko, zaśpiewamy „Veni Creator”. Wesele powinno być w Worczynie... ślub w Okorowie, bo tam nastąpiło poznanie. Zaroi się w okolicy od weselisk. Tyle par, proszę liczyć...

– Pan i Dorcia, to jedna, Ziula i Rymsza, to dwie, dalej?...

– Pan Marian i panna Maryla.

– Eh! To jeszcze cudzysłów i duży.

– No, no, zobaczymy! Więc oni, to trzecia, Ania i Osinowski – czwarta.

– Och tak pan liczy? No to już liczmy dalej: Kocio i panna Balbina Tulicka – wołała Ira.

– Ha, ha, ha! Naturalnie! Oni zostaną małżonkami! On się, jej „udał”, bo zdrów numer...

– Dziudziu! bez dowcipów!

– Kiedy to prawda! Ona bogata i poczłapie prędko na tamten! świat, bo stara i zła, Kocio zaś zagarnie Połowice i będzie tym bardziej starał się o rękę panny Ziuli.

– Przecie ja mam już być Rymszową. Zresztą Kocio jako pan na Połowicach nie patrzyłby już na mnie, szukałby wtedy...

– Jakiejś królewny Honolulu, mając tors Antynousa, co prawda tylko we własnym przekonaniu.

– Czy wie pan? Leśniewski twierdzi i głośno o tym mówi, że dawno ożeniłby się z Ziulą, gdyby nie ja.

– Cóż on do pani upatrzył?

– Dowodzi, że tylko ja jedna z całego Worczyna stoję mu na przeszkodzie.

– A to kapitał! Niech mu się pani usunie i wyjdzie za mąż.

– Ja za mąż? Ja już jestem zaręczona.

Denhoff raptownie zatrzymał konia, spojrzał zdumiony.

– Co?! Pani zaręczona? I ja o tym nic nie wiem? Z kim? Kto to taki? Panny śmiały się.

– O! to ktoś bardzo... ważny i poważny.

– Ależ kto, kto?...

– Sztuka. Malarstwo.

Ryszard zaciął klacz z prawdziwą furią.

– Et! Z panią nigdy rozmawiać nie potrafię! Piękny mi mąż! Miraż!

„Dziudzio” był zły, okładał batem nieszczęsną klacz, że niosła linijkę prawie w powietrzu.

– Panie, gdzież ten dom pański? Czego my tratujemy park? Skorośmy przyjechały, to już zejdźmy – mówiła Ira zaglądając figlarnie w oczy Denhoffowi.

– Pani mnie rozgniewała. Ja dla pani pragnąłbym innej miłości, innego związku.

– Dzidziu najdroższy, klnę się na moje puste serce, że nie chcę mieć za męża Teosia Paszowskiego, ani jego ojca, chociaż obu miłuję gorąco. A przecież tylko oni zostali w okolicy, bo nawet słodki Gutek wyjechał do Warszawy i Perzyński podążył tam za Marylą. Mój Boże!...

– Ojej! Jak mnie pani dziś złości. Jest też kogo wyliczać.

– Otóż i dom! Jaki śliczny!

Wjechali na obszerny kolisty dziedziniec, obsadzony dokoła, niby murem, gęstym, strzyżonym żywopłotem, z niego wystrzelały do góry proste jak dzidy, topole włoskie. Kwietniki już powiędły, gdzieniegdzie czerwienił spóźniony kwiat werbeny, tam błysnął bratek zapłakanym oczkiem, tam znów zalśnił wśród trawy żółty, ostatni chryzantem. W grupie modrzewi i świerków, na boku, pod żywopłotem, wznosiła się marmurowa kolumna, z brązową statuą Matki Boskiej Łaskawej, w złocistej z gwiazd aureoli i złotymi promieniami płynącymi z jej palców. Otaczały ją róże mszyste, jeszcze teraz okryte anemicznymi kwiatami. Ira i Ziula wysiadły przed figurą podziwiając jej piękność.

– Kiedy pan to postawił? – pytała Irena.

– Zaraz po pierwszym porozumieniu z Dorcią, gdy mi rzekła – „tak”, owe błogosławione – tak. Odtąd zawsze modlę się tu, a skoro jestem nieobecny, myśli swe tu przenoszę.

Denhoff narwał pęczek róż i dał pannom. Po czym wskazał Irenie dom i rzekł z uśmiechem:

– Palazzo Zuzzari. Prawda?...

– A pan chce być Andrzejem hrabią d’Ugenta? Gdzież Helena Muti, Księżna Sterni? przecie nie Dorcia?

– O czym wy mówicie? – spytała Ziula.

– Czytała pani „Il piacere” D’Annunzia? po polsku – „Roskosz”?

– Nie.

– A! to szkoda!

– To jeszcze nie dla Ziuli czytanie.

– Owszem, powinna by przeczytać, pan Rymsza by na tym zyskał.

– Plecie pan głupstwa! Czy i względem Dory stosuje pan taką metodę?

– O! moja Dulcynea niczym się już nie zgorszy.

– Doprawdy? Tak ją pan uświadomił?

– Panno Iro!!

– Odpowiadam w tonie pańskich słów. Przy tym... oryginalnie pan narzeczoną nazywa. Zamilkli i poszli do domu. Powitała ich Anulka wyprzedzając lokaja. Dziewczyna wystrojona, roześmiana, krwawe wargi przytknęła do ręki Ireny, a zezowała wahnie na Denhoffa.

– Cóż Anulko, rada jesteś, że będziesz miała młodą panią?

– A... tak... juści... panienko.

Mruknęła jeszcze coś pod nadąsanym nosem i odeszła. Ira bystro spojrzała na Denhoffa, który był zmieszany.

– Anulka oczyść paniom suknie i buciki, Karol, ogarnij mnie z błota, żywo – wołał Denhoff bardzo gorliwie.

Wkrótce potem Ira i Ziula oglądały mieszkanie Denhoffa. On zaś i oprowadzał je z dumą, mile łechtany pochwałami, nawet zachwytem panien Turskich.

– Tu salon, styl empire, niech panie zauważą... Piece są wiedeńskie. Śliczne, prawda? A freski na suficie? Czy mam gust?

– Ja patrzę na obrazy; pan to sam nabył, czy też to pamiątki z Pniowa, po rodzicach? – pytała Irena.

– Te duże dwa, Kossaka i Fałata, to jeszcze pniewskie; to Czachurski, a to Żmurko; te już sam nabyłem. Tu jeszcze ma pani rzeczy nowe, krajobraz Chełmońskiego, prawda jaka plastyka? A tu Tetmajer, jeśli łaska. Bajeczny co?! Tu zaś, proszę pani, Aksentowicz.

– Ach tak! poznałam. A oto jeszcze Brandt, tu znowu Malczewski Jacek. Ależ śliczne rzeczy! Istna galeria! Tego jednego panu zazdroszczę.

– Jaki wspaniały fortepian – zawołała Ziula uderzając w klawisze.

– To Blüthner i czysty mahoń, kosztuje tysiąc dwieście rubli. Ira uśmiechnęła się dyskretnie, przypomniała sobie nagle „Lach tam ti dy ry bum” i żeby ukryć śmiech, rzekła:

– A ten pąsowy pokój obok, czy to gabinet?

– To proszę pani, fumoir.

Weszli tam. Ira znowu stanęła przed rysunkami Kostrzewskiego. Wisiały tu na ścianach grupy fotograficzne z Worczyna, z Olchowa, oraz z Okorowa podczas wizytacji biskupa.

– Czy pan słyszał, że podobno będzie naznaczona kara na obywateli, którzy mieli banderie? – spytała Irena.

– Tak? Nie słyszałem. A Ziula rzekła:

– Panu Stanisławowi Rymszy kazano zapłacić trzysta rubli za karę, ale się nie zgodził.

– Będzie siedział w kozie.

– Co pan mówi?

– No, naturalnie.

– Już lepiej siedzieć w kozie, niż się za taką rzecz wykupywać – rzekła Ira.

– Co kto woli... To pokój stołowy; styl Ludwika XIV, a tam mój gabinet, same antyki: palisander z inkrustacjami, wytłaczana skóra, gobeliny, rzeźby. To moja pracownia.

– Cóż pan tu robi? Pisuje listy do Dorci, układa wiersze? – dopytywała Ziula.

– Piszę pamiętniki. A oto tam są pokoje mojej Dulcynei, mojej przyszłej pani. Buduar w stylu francuskiego renesansu, dalej sypialnia rococo.

– Gdzież jest ten klęcznik po matce i obraz Rafaelowskiej Madonny?

– Tu proszę pani, w sypialni...

Panny weszły nieśmiało, obejrzały stary klęcznik, podziwiały obraz i spiesznie wyszły.

– Ten klęcznik z obrazem jest najcenniejszą rzeczą należącą do mnie – rzekł Denhoff z uczuciem. – Na nim moja matka modliła się zawsze w Pniewie, tu mnie uczyła pacierza. Chciałbym patrzeć na ten klęcznik w godzinie skonu, tak bardzo jest mi drogim.

Ira i Ziula serdecznie spojrzały na Ryszarda.

– Czy pan dobrze pamięta matkę? Kochał ją pan bardzo?...

– O, tak panno Iro, kochałem ją bez granic, miałem zaledwie sześć lat gdy umarła. Pamiętam ją pomimo tak wczesnego wieku i czczę jej pamięć. Ojciec mi umarł, gdy byłem w szkołach, odtąd już opiekował się mną Rosoławski.

– On tylko panu zaszkodził.

– No, tak, bo mi na wszystko pozwalał, zresztą, co ja sobie robiłem z tej opieki! Nic! A Rosoławskiego też niewiele obchodziło, co ze mną będzie.

– Słyszałam, że to... że on jest – jąkała się Ziula.

– Że jest trochę mętny – dokończyła Ira.

– I to możliwe.

Karol zaprosił na czekoladę, podaną jeszcze na tarasie, z powodu pięknej pogody. Tu oczekiwał Wroński. Denhoff rzekł na wstępie:

– Kuzynki moje zadowolone z urządzeń wodzewskich, mówią, że i pannie Dorze wszystko tak samo przypadnie do gustu.

– Spodziewam się – odrzekł sucho Wroński.

Panny zmatowiały. Denhoff przeszył wzrokiem swego rządcę.

– Chcę, żeby u mnie przede wszystkim panowała... miękkość w otoczeniu i w domu – rzekł Ryszard znacząco.

– Tak, to najważniejsze – zaakcentowała Irena.

– Musi być miękko, gdzie tyle dywanów, gobelinów, otoman. Panna Dora narzekać nie będzie, bo i miękko i ciepło i ozdobnie; u nas wszystko wygodne i bogate, księżniczka by nie zgrymasiła nawet.

Denhoffowi po twarzy latały skurcze nerwowe, spod binokli rzucał na Wrońskiego złe spojrzenia.

Ale Irena, choć niemile tknięta, zaśmiała się.

– Toteż pan w tym przepychu używa jak książę.

– No, dla mnie to nie nowina, ja inaczej nie umiem. Wodzewo to była buda, dopiero teraz ma europejską pozłotę.

– Ee! Jednakże co jest szorstkim, to i zostanie tym samym – rzekła Irena i skierowała rozmowę na inny przedmiot.

Wroński spąsowiał, Denhoff natomiast rozweselił się niesłychanie i gdy tylko zauważył, że Wroński skończył podwieczorek, wysłał go grzecznie pod jakimś pozorem.

– Ten pana ubóstwiany oksfordczyk jest pospolitym gburem, dziwię się, że pan go tak wytrwale adoruje.

– Już zaczyna mi brzydnąć, bo jest – jak pani słusznie zauważyła – szorstki, nazbyt despotyczny. Ja zaś tego nie znoszę.

Po podwieczorku obejrzano ogród kwiatowy, obecnie pusty i smutny, oglądano budynek z centryfugą, park, pszyczym przez parów zeszli na okopy szwedzkie.

– Pokażę paniom alejkę Dorydy.

– Cóż to nowego?

– Dawniejsza alejka marzeń, teraz tak przezwana od mojej Dulcy... od Dorci. W alejce Dorydy postawiłem ławeczkę, stolik, tam rozmyślam, marzę, fantazjuję... Tam będziemy kiedyś razem z Dorcią budowali...

– Zamki na lodzie – śmiała się Ziula.

– Nie! będziemy budowali naszą cudną przyszłość, naszą baśń tęczową.

– Ech! pobierzcie się najpierw, nie uprzedzajcie faktów.

– Zobaczą panie, jak będziemy szczęśliwi! Za tydzień znowu jadę do swej...

– Dulcynei, albo Dorydy. Gdybym była Dorcią, to bym się obraziła – rzekła Ziula. – Wymyśla pan jakieś Dorydy, kiedy ona jest Dorą, a już najwyżej Dorotą.

– To za mało romantyczne.

– Och, jakiż z pana trubadur! Denhoff nagle krzyknął głośno:

– Kto kocha Stasiulka!?

...Ziulka... – odpowiedziało echo z parowów skalnych.

Ira wybuchnęła śmiechem, Ziula poczerwieniała jak purpura.

– Nieznośny pan jest! Nie cierpię pana za to.

– Niech pani słucha jeszcze:

– Jaka najlepsza kobita!?

...Obita... – odpowiedziało echo.

– Winszuję! Ale Dorci nie zazdroszczę takich poglądów u męża. Pan widocznie w alejce

Dorydy układa takie rozmowy z echem, prawda panie Dziudziu? – zażartowała Irena.

– Niech panie patrzą!

Panny spojrzały we wskazanym kierunku i obie wydały okrzyk zdumienia. Właśnie zachodziło słońce. Wielka, złotoczerwona kula rozogniona aż do gorąca, spływała wolno za najwyższy cypel wałów. Rozsypały się dokoła złociste, parzące iskry, okopy zanurzone były jakby w oceanie płomieni. Fale krwiste, żółte zalewy słoneczne płynęły wskroś nasypów, co w tej ognistej powodzi miały wygląd i grozę bałwanów. Ze szczytów jednej z takich potężnych wydm zjeżdżał jeździec. Koń ogromny i czerwony, jakby zbroczony krwią, rozwiana grzywa i ogon odstawiony, gorzały purpurą, nozdrza paliły się ogniem. Na grzbiecie niósł olbrzyma. Czarna postać jeźdźca była nieprawdopodobnie wielką, koń swymi rozmiarami przypominał legendowe smoki, albo bestie apokaliptyczne, cała grupa, jak baśń o dziwotworach, mogła przerażać. Światła tak się układały, że grupa wisiała w powietrzu. Każde podniesienie kopyt jak tarany, było widoczne, każdy rzut głowy końskiej, każde strząśnięcie purpurowej grzywy. Nad tą grupą wielkoluda płynęła krwista rzeka zachodu i pod kopytami szły ogniste smugi. Widziadło stało się piękne bajecznie, ale groźne, straszne przez swą potęgę.

– To wódz skandynawski, który zginął w tych okopach – szepnął Denhoff zbladłymi wargami. – On się tu ukazuje we krwi... pogromca... straszny wojownik... może potępieniec?

Ile krwi!... sama krew!...

– Panie! Co pan mówi?

Ira uległa wrażeniu, czemuś naprzyrodzonemu; lekko drżała, Ziula trzęsła się z podniecenia, a Denhoff zawsze wrażliwy, tym razem doznawał rozkoszy prawie, pod wpływem dziwnej wizji obłędnie dygotał. Zapatrzony bez tchu w piersiach, szeptał jak w malignie:

– O, o, jak płynie po krwi... wielki czarny... piekielny! To jego pokuta, tu zginął i tu ukazuje się ludziom, potworny rzezak!... Może o wybawienie, o modlitwy prosi? O, jaki krwawy!... jaki...

Nagle wielkolud uniósł ramię i potrząsnął jakimś narzędziem, trzymanym w dłoni.

– Grozi nam maczugą! – krzyknęła Ziula.

Zamilkli ze zgrozy. Aż wtem Irena zawołała głosem nabrzmiałym rozczarowaniem:

– To Maryś! Kłania się nam pejczem.

– Ach! Rozwiała pani taki urok!

– Cóż zrobić. I ja żałuję, ale jednak to naprawdę Maryś.

– Skądże znowu on tu?

– Skądkolwiek, ale niech będzie błogosławiony, wolę, że to skandynawskie straszydło nie istnieje – wołała Ziula ucieszona.

Młody Turski podjechał w szalonym pędzie i osadził konia na miejscu. Nastąpiły powitania i opowiadanie, za kogo został poczytany w słonecznym pożarze.

Maryś rzekł:

– Ha! Może to dla mnie zła wróżba. Zapewne wyjadę z Turowa niedobrowolnie.

– Dokąd?

– Skąd ten projekt?

– To wcale nie projekt, to tylko rozporządzenie władzy. Odmówiłem zapłacenia pięciuset rubli kary za swą ułańską banderię, więc nolens volens mam „bumagę” z powiatu.

– Oj-joj! To i mnie to samo czeka? – zakrzyknął Ryszard.

– Marysiu, czy to już na pewno! Boże mój, co ojciec na to powie?!

– Moja droga, to trudno! Ja za taką rzecz płacić nie będę, bo to wstyd.

– A ojciec?

– Ojca pewno nie zaczepią, bo ma różne stosunki i ma mir wśród owych sfer. Ja jestem uznany za niespokojnego ducha.

– A Korzycki, a Perzyński, Tulicka, czy także wolni od kary?

– Tulicka przecież – senatorska córka, za jakieś tam zasługi ojca, który ma pomnik na... wiadomym placu, jest bardzo uważana. Perzyński urządził świetne śniadanie dla wpływowej figury i także wolny, a Korzycki...

Łuna oblała twarz Turskiego.

– ...Korzycki... zapłacił karę – rzekł przyciszonym głosem.

– To było oczekiwane. Ale czemuż pana nie zaczepiają? – spytała Ira Denhoffa.

– Może ja także grzecznie się sprawiam? Czy ja wiem czemu?

– To pana nie minie.

– Gwałtu! Jadę jutro do Olchowa. Niech mnie szukają.

– Tu i Dulcynea nie pomoże. Wroński zapłaci, jeśli pana nie będzie.

– Wroński? A no to zobaczymy!

Panny chciały wracać. Sprowadzono linijkę, Ira, Ziula i Maryś odjechali, Denhoff został.

Irena powoziła. Siedząca za nią Ziula smutnie wzdychała, wreszcie rzekła do Mariana żałosnym głosem:

– To i pan Stanisław będzie siedział na pewno, bo i on nie zapłacił.

Maryś nie odpowiedział nic, jakby nie słysząc. Jechał zamyślony, z głęboką troską na twarzy, z takim skurczem w rysach, że zaniepokoił Irenę. Bardzo rzadko widywała u niego ten bolesny cień; zmieniony miał cały wyraz oblicza. Ira, znająca brata doskonale; odgadła, że mu dolega poważne cierpienie, różne od grożącej kary. Podniosła na niego oczy i spytała serdecznie, jak siostra:

– Co ci jest Maryśku? Takiś smutny.

Młodzieniec ściął wargi i gwałtownie trącił konia; odjechał skutkiem tego spory kawał naprzód. Ale, wreszcie stanął i gdy linijka zrównała się z nim, rzekł do siostry matowym głosem:

– Maryla zaręczona z baronem Poszyngierem.

– Nie może być?! Skąd wiesz?

– Pisał do mnie Skórski.

– Jakiż niedelikatny!

– Nie, owszem, on pisał w innej formie, ostrzegającej i jakby zachęcając do... walki. Bo ona nie z własnej inicjatywy.

– Zmuszono ją?...

– No, nie zmuszono, jest wszakże dorosłą, ale skłoniono. Poszyngier to milioner, wmówili w nią: papo, mama, Gutek, to wystarczy, Skórscy są za mną, przynajmniej on. Wzywa mnie abym przyjechał do Warszawy.

– Pojedziesz?...

– Nie.

Zaległo milczenie.

– Dlaczego, Marysiu? – odezwała się Ziula. Więc ją poświęcisz?...

– Ja... ją? Mój Boże miły! Ale po co pojadę, na urągowisko? Przecie ja z sobą przywiozę tylko moją miłość, nawet zgody ani przychylności swej rodziny nie mogę jej złożyć w dani. A z Poszyngierem rywalizować jako partia, nie dla mnie.

– Ona cię kocha, ona może również pragnie byś przyjechał.

– Nie, nie! Maryla gdy pragnie, to działa. Ona nie jest pionkiem. Ja ją znam. To już stracone!

Uderzył konia szpicrutą nerwowym ruchem ręki i popędził z kopyta naprzód.

– Biedny Maryś – ubolewała Ziula.

A Ira zamyśliła się poważnie. Jechały już w zmroku wieczornym; chłód wilgotny przejmował ciało aż do kości. Surowy zapach ziemi przemoczonej, zgniłych liści mieszał się z czadem końskiego oparu, co chmurą biało-siwą otaczał klacz idącą kłusa i linijkę ze skulonymi od zimna panienkami. Ciszę przerwał stanowczy głos Iry:

– A jednak on ją zdobędzie! Nad nimi jest moc przeznaczenia.

– Skąd ty to możesz wiedzieć. I zresztą – przeznaczenie, kto tam w nie wierzy? Mówią, że to zabobon.

– Ja wierzę!



XXIII

Denhoff znowu wyjechał do Olchowa, tym razem amerykanem, zaprzężonym w cztery cugowe angliki. Dziwiono się powszechnie, że październikowe, rozkwaszone drogi, nie zraziły odważnego młodzieńca. Ale on mówił tajemniczo, że w obecnym stanie rzeczy, woli mieć z sobą własne konie. Ponieważ oczekiwano wypadków ważnych, więc przedsiębiorczość Denhoffa była dość zrozumiała. W Olchowie Ryszard zastał Osinowskiego, który występował już wyraźnie jako konkurent Ani. Ona nie okazywała wcale zachwytu, lecz będąc naturą bardzo szczerą, bez odrobiny obłudy lub przebiegłości, postanowiła nie trzymać Bolesława w szachu, ale od razu przeciąć jego nadzieję, nie narażając na odmowę kategoryczną. Wprawdzie starsze panny, dyplomatki życiowe, radziły Ani, aby nie zrażała go, niech bywa i stara się, bo cóż to szkodzi? jeden konkurent więcej to tylko chluba dla panny... Jednakże takie metternichowskie postawienie kwestii nie trafiało dziewczęciu do przekonania, wolała inne wyjście, zgodniejsze z jej szlachetną naturą; na wszelkie tego rodzaju machinacje Ania patrzyła ze wstrętem i była na to za młoda. W sprawie tej użyła za pośrednika Denhoffa, który w jej imieniu uświadomił Osinowskiego, że nie ma szans. Rozmowa, wielce drażliwa dla obu stron, odbyła się wieczorem. Denhoff, jako przyszły szwagierek Ani, spełnił jej polecenie skwapliwie, bo nie był zwolennikiem Bolesława, lecz delikatnie. Na drugi dzień rano Osinowski wyjechał z Olchowa. Pomimo głębokiego żalu, gdyż prawdziwie kochał Anię, przed odjazdem powiedział jej szczerze:

– Żegnam panią... na zawsze, ale... dziękuję... za pani szlachetność w postępowaniu ze mną; jestem wdzięczny, że mnie pani nie trzymała w rezerwie, jak to teraz przeważnie czynią panny. Potrafi pani ocenić osobistą ambicję i godność człowieka, i nie lekceważy tych, którzy...

Nie dokończył, bo mu wzruszenie zatamowało głos. Odjechał, a w Olchowie wybuchła burza wśród pozostałych; wywołał ją Denhoff. Gdy bowiem wolant uwożący Osinowskiego znikł za bramą, Ryszard zawołał swobodnie:

– No, więc już jedna para z wakacyjnych wczasów rozbita. Teraz kolej na następne. Słowa te zrobiły przykre wrażenie, Dora zmieniła się na twarzy, a pani Zborska rzekła:

– Czy i sobie i Dorci pan to również przepowiada?

– A czemuż by nie? – atakował Ryszard – ten rok jest burzliwy, same awantury – afhykańskie, jak mówi Skórski. Ja przepowiadam, że ani jedna z par, które w Worczynie w tym roku rozpoczynały miłosną żeglugę nie dopłynie do portu. Taki już feralny rok! Narobi się mnóstwo Robinsonów Cruzoych Cruzoowych, bo będą same katastrofy na owym erotycznym oceanie. Jeden Cruzoe już jest rozbitkiem.

Dora niespodziewanie rozpłakała się i uciekła z ganku, za nią podążyły siostry, ale Denhoff został. Twarz mu drgała nerwowo, rzekł z lekkim odcieniem sarkazmu:

– Jest! Voilà. Sans rime et sans raison. Pierwsze wzburzenie fal! Jeśli tak pójdzie dalej to przeczuwam, że rychło wyrzuconym zostanę na bezludną wyspę... swego Wodzewa. Czy jestem złym wróżbitą, proszę pani? – zwrócił się do pani Zborskiej.

– Jest pan tylko nieciekawym narzeczonym i nie kocha pan Dory.

– Ja nie kocham Dorci? To oryginalne! Takiego zarzutu nie spodziewałem się usłyszeć.

– Ale swoim postępowaniem pan stale stwierdza mój wniosek.

– O! do moich postępków, różnych, proszę się przygotować, mam ich zapas duży; jestem nieobliczalny w skutkach.

– To znaczy?!...

– Ha! Niech sobie każdy rozumie jak chce, zostawiam co do tego zupełną swobodę.

– Panie Ryszardzie, pan chyba sam nie pojmuje jak jego słowa dziwnie brzmią. Więc cóż pan myśli, że Dorcia zniesie pańskie kaprysy i będzie im powolną?

– Sądzę, że tak, dla utrzymania harmonii jest to niezbędne.

– Ależ pan sam mąci ją, tę harmonię. Pan wywołuje zawsze jakieś dysonanse. Czym się to skończy?

– Rozlecimy się na dwie strony świata i już. Taka kombinacja wcale nie jest rzeczą trudną do spełnienia.

– Pan to mówi tak lekko?!

– Bo przedmiot ten jest lekki. Cóż tam narzeczeństwo? Puch, wiatr! Ciężkim jest dopiero małżeństwo, proszę pani i dlatego, chcąc je dźwigać trzeba się uzbroić w herkulesową siłę. A ja przypominam raczej Zefira, niż topornego Herkulesa. Prawda? – uśmiechał się zabawnie.

– Teraz pan siebie bardzo trafnie określił, jest pan rzeczywiście zefirowy, pod każdym względem, nie... normalnie ludzki.

– Brawo! Powinienem być cenniejszy, bo łatwiej... frunę w przestrzenie gdy...

– Niech pan skończy...

Postawa pani Zborskiej była surowa. Ale Denhoff osadził mocno binokle na nosie i z miną najswobodniejszą zapytał:

– Jak pani przypuszcza, czy Osinowski łupnie sobie w łeb, czy też z punktu zakocha się w pannie trze, lub Ziuli w Worczynie?

Matka Dory wstała obrażona i odeszła bez odpowiedzi. Denhoff zadowolony z siebie poszedł w pole.

Po paru godzinach, Ryszard zastukał do pokoju Dorci. Gdy tam wszedł, zgromadzone panie myślały, że chce załagodzić przykre zajście na ganku. Ale on miał minę rozpromienioną i zawołał na wstępie:

– Ważna nowina! Osinowski ocalony! Myślałem, że z rozpaczy buchnie pod lokomotywę na stacji, tymczasem wrócił stangret z wiadomością, że pan O. wybiera się jechać najętą furmanką, bo... stanęły pociągi. Strajk kolejowy zapowiedziany nadszedł. Wiwat wielki strajk!

Wiadomość ta zelektryzowała wszystkich, wypadki bowiem biegły naprzód, tworząc wielki znak zapytania – co dalej?

Ale Dorcia, ochłonąwszy, chciała się zemścić, rzekła z naciskiem:

– To więc i pan musi wyjeżdżać końmi.

– Naturalnie! Przewidywałem to i teraz drwię sobie ze strajku. Pojadę, kiedy mi się podoba.

– W takich... przełomowych czasach powinno się być u siebie.

– Pani mnie wyprawia?...

Dorcia wyszła do przyległego salonu, Ryszard poszedł za nią, pani Zborska z pannami zostały, by nie przeszkadzać narzeczeńskiej scenie, którą przeczuły. Scena zakończyła się gorzkim płaczem Dorci i... Ryszarda. Gdy weszła matka aby ich pogodzić, zastała córkę wciśniętą w róg kanapy i rzewnie szlochającą. Denhoffa zaś zsuniętego w kąt fotela, z twarzą w dłoniach mokrych od łez.

– Oj dzieci, dzieci! Wam się jeszcze bawić w chowanego, ale nie w narzeczeństwo – tymi słowami rozpoczęła pani Zborska swą rolę pośredniczą.

Pogodzeni, weseli i znowu szczęśliwi, Dorcia i Denhoff przebyli jeszcze razem cały dzień, po czym Ryszard wyjechał. Jadąc śnił o Dorze, marzył o niej aż do pierwszego popasu. Potem zajęły go sprawy publiczne. Strajk ogólny trwał i przestraszał siłą swych następstw. Ryszard po drodze widział wzburzenie wśród ludu, musiał się często legitymować spotykanym władzom, lub luźnym oddziałom wojsk grasujących po wsiach. Podejrzanych indywiduów włóczyło się mnóstwo. Przejeżdżając przez małą, żydowską mieścinę, Denhoff był goniony przez rozjuszony, cuchnący tłum miejscowych socjałów. Ciskano za nim kamieniami, wrzaski ohydne bundystów huczały dokoła i tylko szybkonogie angliki, wypuszczone cwałem, uratowały Denhoffa od gorszej przygody.

W Wodzewie zastał przerażenie. Wroński opowiadał mu, że służba widuje w parku obcych ludzi, którzy tak się zachowują, jakby chcieli dobrze zapamiętać miejscowość, że jest obawa napadu, bo te „sobacze mordy” nie bez ukrytej myśli zakwaterowali się na okopach.

Denhoff był wesół, żartował z Wrońskiego i wieczorem wziąwszy browning w rękę poszedł do parku na owe „sobacze mordy”. Służbę oczarował swym bohaterskim czynem, ale Wroński mniej ufał w odwagę „panicza” i gdy ten powróciwszy oznajmił z brawurą, że park jest pusty i bezpieczny, rządca rzekł tylko:

– Ba! bo oni spacerują w głębi, nie koło figury Matki Boskiej; tam to i ja bym ich z okna widział.

Otrzymał na to niechętne spojrzenie zwierzchnika.

W Worczynie panowało także wzburzenie spowodowane oczekiwaniem wypadków. Pan Turski namiętnie wertował dzienniki, cały pochłonięty bieżącą chwilą. Wieczorami czytano gazety głośno w obecności wszystkich. Ira była lektorką. Od kilku dni już przebywał tu Rymsza, zatrzymany kolejowym strajkiem. W tym jednakże wypadku unieruchomienie pociągów, przydało się, bo i Rymszę i Ziulę wcale to nie zmartwiło. Denhoff widząc ich ciągle razem, zapatrzonych w siebie, rzekł do Iry:

– Że też to ludzie tacy są naiwni! kochają się, zaręczają, a potem...

– Potem żałują. Tak?

– No, zaraz żałują! Ale się kłócą... zrywają. Osinowski już uwolniony od tego szablonu.

– Jak to, więc oświadczył się Ani?

Denhoff opowiedział wszystko co zaszło w Olchowie, nawet nie pominął i własnej sprzeczki z Dorą.

– Żal mi Bolesława, lecz Ania postąpiła bardzo ładnie, tak nakazuje prawość – rzekła Ira.

– A co się tu święci? – Denhoff wskazał na Rymszę i Ziulę.

– Ach ci! Ano kochają się chyba poważnie, co zaś z tego wyniknie...

– Ja wiem co! Miłe złego początki, lecz koniec żałosny. Już to przepowiadałem w Olchowie. Cóż mówi Kocio – Antynous?... Nie przeczuwa, co mu grozi?

– Mówi, że pan Stanisław to tylko fikcja, treścią zaś dla Ziuli jest – on. W dodatku Tulicka psuje Kocia stale i pewno utwierdza w tych jego mniemaniach.

– A panna Ziula co na to?...

Ira wskazała znowu na parę przy fortepianie.

– Niech to będzie dla pana odpowiedzią.

Denhoff spojrzał i zdziwił się. Czy to ta sama wesoła, szczebiotliwa Ziula, zajęta namiętnie fotografią i kodakiem, o twarzy ruchliwej i swobodzie w oczach? Teraz oblicze dziewczyny było zamyślone, pełne rozmarzenia w każdym zda się nerwie. Oczy nasiąkły tęsknotą, jakimś osobliwym śpiewem duszy. Coś melodyjnego, coś z zachwytów nieziemskich tchnęło w całej postaci Ziuli, zasłuchanej w słodki rytm grającej w sercu miłości. Rymsza wyglądał, jakby w jasnowidzeniu miał przed sobą anioła.

Denhoff wzruszył ramionami.

– Skandal! Co też ta miłość z ludźmi wyprawia! Widziała pani coś podobnego? – mówił do Ireny. – Toż oni są niby w anielskich piórach. Toż ci ludzie znają się zaledwie od paru miesięcy.

– Pan i Dora wyglądaliście tak samo, albo może i... silniej, po paru tygodniach znajomości; to było jeszcze dziwniejsze.

– Wie pani, co ja myślę, że oto przez Worczyn przeleciał w tym roku Amor kusiciel, może sam Eros i on to wytwarza te pary – en masse, tu jest jego atmosfera. Że też na panią to wpływu nie ma.

– A no tak! Ja ze swoim malarstwem jestem najnormalniejsza.

– Och, wcale nie! I pani jest trochę zwariowana na tym punkcie, przepraszam za wyrażenie.

– Jednak ja was wszystkich przetrwam! – rzekła Ira z mocą – Mój obłęd nie minie, jak te wasze idylle. Zobaczycie!

– Ha! Zaczynam w to wierzyć. Eros zbankrutuje, sztuka zaś pozostanie.



XXIV

Rozmowa ojca z synem w Worczynie stawała się coraz drażliwsza. Pan Turski, odpowiednio nastrojony, przemawiał tonem, o którym mówiono w okolicy, że jest dyktatorskim. Marian dowodził porywczo; czasem dźwięczał mu w głosie gniew, starannie ukrywany przez szacunek dla ojca, nie przez bojaźń, często płonął zapał. Obaj dążyli do jednego celu, tylko różnie określonego; ojciec pragnął syna do siebie nagiąć, narzucić mu swą wolę, syn chciał koniecznie przekonać ojca i rzecz załatwić polubownie.

Ale temperatura dysputy była już wysoka.

– Jednakże pomimo tych, „być może”... zbawiennych rad ojca, proszę raz jeszcze, aby ojciec nie płacił za mnie kary i żadnych starań nie robił w celu uwolnienia mnie od odpowiedzialności. Jestem pełnoletnim, samodzielnym i postępuję wedle własnych przekonań – mówił Marian.

– To rzeczywiście bardzo chwalebne! Te twoje własne przekonania zaprowadzą cię do więzienia. Ogromny zaszczyt! Turski aresztowany! Tego jeszcze w naszej rodzinie nigdy nie bywało; dwór stary w Turowie będzie skompromitowany.

– Ojciec to nazywa kompromitacją? Ach tak? No, więc przed czterdziestu paru laty, dziadek mój dał początek; były nocne najścia na Turów, prowadzenie do więzienia pod sztykami... Zresztą, ja to znam tylko z opowiadań ojca; ojciec widział te rzeczy naocznie. Ja to uważam za chlubę naszej rodziny. Cenię pamięć dziada za to, że takim być potrafił.

– Tamto przebrzmiało. I to co innego! Ogólny prąd, fakt olbrzymi, pociągający całe społeczeństwo. Kto się wyłączał, tego piętnowano, największe rozumy, trzeźwe, stalowe umysły szły, bo inaczej – hańba! Wówczas rozsądek umilkł. Ale to dzisiejsze? Ten owczy pęd rozhulanych urwiszów, pod wpływem lżejszego podmuchu, ten lekkomyślny hałas bezcelowy, to ma wywoływać podobne konkluzje?... A! nigdy się z tym nie zgodzę. I na co, po co?... Czy biskup potrzebuje takich owacji, takich szopek niezgodnych z jego powagą pasterską? Czy te banderie miały mu dodać świętości wobec tłumów, nienaruszalności wobec władzy? Szukaliście guza i jest. Teraz to tylko ubliżenie dla biskupa, że za entuzjastyczne powitanie go, wszyscy krzykacze będą siedzieli w areszcie. Więc powtarzam, że dla nas to kompromitacja, bośmy skarceni jak dokazujące dzieciaki, a dla biskupa nauczka, aby na drugi raz stanowczo nie pozwalał na urządzanie takich karkołomnych hec.

– Proszę ojca, biskup tego nie wymagał, to tylko zapał nasz rodowy, chęć uczczenia chwili wielce doniosłej, jaką był dla naszej okolicy ingres pasterski. Tu w tym kraju, gdzie każda skiba ziemi krwią zwilżona, gdzie przez tyle lat płynęły gorzkie łzy ludu, tu nagle błyska światło tolerancji. Blask jej olśnił oczy szarych mas i oczy inteligencji, patrzącej przez szereg pokoleń na mękę tubylców. Czyż to nie mogło pobudzić nawet do szału? Chcieliśmy fakt szczęśliwy możliwie podkreślić, okazać jawnie, jak miłujemy nasze dogmaty, jak nasza religia jest nam droga i jak potrafimy okazać to, witając na tej nieszczęsnej ziemi dostojnika kościelnego, który samym zjawieniem się tu niesie tłumom otuchę, po tylu pogromach.

– Mój Marysiu, dobre to wszystko co mówisz, ale bezsensowne. Krzyk wznosić z powodu poważnych pobudek, to dzieciństwo. Można było całej ceremonii ingresu nadać ton właściwy.

– To znaczy?! – podchwycił Marian.

– Bardziej odpowiadający charakterowi uroczystości – rzekł Turski.

– Czyli, że przyjąć biskupa cicho, bez zapału, z lękiem nawet i z oglądaniem się, czy nie stoją gdzie z boku żandarmi – mówił Maryś gorzko.

Nastąpiło milczenie. Pan Turski przybladł, oczy błyszczały mu niecierpliwością. Rzekł bezbarwnie:

– Jesteś krańcowy i nie umiesz traktować rzeczy w normalnym oświetleniu, zapaleńcom być łatwo. Skoro jednak stoisz na stanowisku obywatela kraju i filaru rodu Turskich, toś powinien wyzbyć się niezdrowych poglądów. Trzeba na życie patrzyć trzeźwo, takim je widzieć, jakim ono jest, nie zaś spoglądać nań z punktu widzenia egoistycznego, by dogadzać każdej fantazji, wylęgłej we własnej lub cudzej... szałapuckiej głowie.

– Za pozwoleniem, ojcze! Egoizm jest wtedy, gdy ktoś dla własnej wygody wyzbywa się zapału, nie podlega żadnym porywom, tylko spokojnie wegetuje. To bezpieczniejsze, bez kwestii! Skoro okna pozamykane, znosić duszność, bez własnego impulsu, aby te okna poroztwierać i wchłonąć świeżego powietrza. Gnić w stęchliźnie, nie tęsknić za światłem, za nowym prądem. Tego ja nie potrafię. Uważam sobie za zaszczyt, że mam nowe pragnienia i że do nich dążę.

– Daleko na nich zajdziesz! Trzeba umieć zastosowywać pragnienia do okoliczności. Nie marzyć w zimie o niezapominajkach.

– A jeśli bliską jest już wiosna? – spytał Maryś z akcentem. Pan Turski zadrżał. Przeszył syna badawczym wzrokiem.

– Co przez to rozumiesz? Czy może drugi szus? Chcesz być jednym ze wskrzesicieli nowej epoki?

– A jeśli ona już ku nam idzie? Niesiona nie na barkach możnych, o nie! bo ci śpią snem sprawiedliwych, ale na zgiętych plecach tych najniższych pracowników ziemi.

– Marianie!...

Zmierzyli się wzrokiem, jak sztyletami.

– Byłżebyś ty?...

– Tak, ojcze! Ja należę do nowych, myślą, poglądami i... chciałbym czynem.

– Tego tylko brakowało – rzekł Turski załamując ręce. – Teraz rozumiem, dlaczego ciebie głównie napastują o tę karę za banderię. Bo masz opinię niespokojnego ducha. Stawiasz w Turowie szkoły, urządzasz wiece, przyjmujesz u siebie chłopów na jakieś z nimi pogadanki, czy narady. Wiem o tym i myślałem, żeś tylko demokratą do czasu, aż się przekonasz, że chłopi nie są tak idealni i godni miłości, jaką ty ich obdarzasz. Ale dziś widzę, żeś niebezpieczniejszy, niż sądziłem.

– Dla kogo ojcze?... Dla kogo jestem tak niebezpieczny?

– Dla siebie samego nawet, dla naszej rodziny, dla kraju! – wybuchnął Turski wzburzony.

– Ale proszę niech się ojciec nie drażni. Ja nie popełniam zbrodni, będąc takim, jak jestem. Innym być nie potrafię. Co mi to w życiu przyniesie, nie wiem? lecz lojalnie myśleć i żyć „po ukazu” nie będę!

– Tak! Wyłamujesz się ze wszystkich tradycji rodowych, idziesz za własnym instynktem... na manowce! Chcesz być czerwieńcem! Ty młody Turski! Ty mój syn jedyny!

– Ojcze, proszę o spokój! Nic się jeszcze nie stało. O jakich manowcach ojciec mówi?

– Mówię o Korzyckiej, o tym, że postępujesz wbrew mej woli, że kalasz przez to zasady nasze, że je... hańbisz... że... Maryś blady spojrzał na ojca strasznym wzrokiem.

– Że co jeszcze? – spytał głucho. – Jaką jeszcze obelgę ojciec dla niej obmyśli? Słucham? Co dalej?... Turski przestał nad sobą panować.

– Milcz! – krzyknął drżącym głosem. – Nie masz prawa przemawiać tak do ojca! Rozumiesz?!...

Marian wstał, miał twarz nieboszczyka.

– Ojciec również nie powinien mi bronić szczęścia dla jakichś urojonych przesądów. Żonę ja sam sobie wybiorę, już wybrałem i nikt, nikt, nawet rodzony ojciec, nie wzbroni mi tego.

– Nie jesteś wybredny! Ja zabronię zawsze, skoro zechcę, ale... nie jesteś wybredny! Córka Korzyckiego z Zapędów miałaby być moją synową? Parantela iście godna zazdrości. Papo... wiadomy, o którym nikt w okolicy dalszej i bliższej dobrze nigdy nie powiedział, braciszek jeszcze ponętniejszy: siedzi pod kluczem, delikatnie się wyrażając i za co?... Oto za sfałszowanie weksli, co już przybrało takie rozmiary, że został napiętnowany w pismach, a w końcu prawo go dosięgło i umiejscowiło. Powtarzam, śliczna parantela!

Maryś stał, jakby pod batami. Doznał chwilowego wrażenia, że Gustaw jest jego bratem i że on za niego cierpi. Straszliwe upokorzenie, gryzący wstyd owładnął nim z tytaniczną siłą. Uczuł żal do ojca, do siebie, sam nie wiedząc za co, i żal do Maryli. Ale głównie żałosną swą skargę wysłał do obu Korzyckich, skargę bolesną, ale aż naiwną, bo przemawiał do nich z wyrzutem:

– Po coście to zrobili? Po co mnie unieszczęśliwiacie?... Turski mówił dalej:

– Z Korzycką nie pozwolę żenić się synowi, za nic! To sobie wytłumacz raz na zawsze i ona niech o tym nie myśli. To wykluczone! To nie jest żona dla Turskiego.

Maryś otrzeźwiał. Zaczął mówić wolno, ciągnąc wyrazy, ale z mocą:

– Ona również o ten... wielki honor, nie dba zupełnie. Może ojciec być spokojny, niebezpieczeństwo minęło. Panna Korzycką zaręczyła się z baronem Poszyngierem, nie będzie panią na Turowie, tylko milionerką kurlandzką.

Zaległa ciszą. Turski był ogłuszony niespodziewaną wieścią, myślał na razie, że syn żartuje. Ale młodzieniec zawołał szyderczo:

– Szczęsna nowina! Ha! ha!

Ostry turkot przed gankiem zadudnił gwałtownie. Spojrzeli w okno.

– Przyjechał Denhoff! – rzekł Turski – ale do kogo tak wymachuje rękoma i coś woła?.. Jeszcze chwila i wpadł do pokoju Denhoff, za nim Ira i Ziula. „Panicz” był jak w obłędzie.

– Wolność! Równość! Niepodległość! – wrzasnął dzikim głosem.

– Co panu jest?!

– To państwo jeszcze nie wiedzą?!...

Wbiegła przerażona pani Turska, obecni pomyśleli na razie, że Denhoff zwariował. Ale on nagle spoważniał. Wyjął z kieszeni gazetę, rozwinął i przeczytał głośno słowa, rozbrzmiewające w tej chwili po całym kraju, wszędzie przyjmowane z jednakowym wzruszeniem: „Konstytucja! Wczoraj została ogłoszoną”.

Głos młodzieńca drżał z wrażenia. Wrażenie to udzieliło się zebranym. A Ryszard wzniósł ręce w górę i krzyknął:

– Wiwat konstytucja! Wiwaat!

Wszyscy doznali jakby słonecznego porażenia. Pan Turski wyrwał dziennik z rąk Denhoffa i drugi raz przeczytał te same, ważne słowa.

– Konstytucja! A więc nowa epoka. Może to nowa wiosna?!





Część druga

I

Konstytucja! Słowo to runęło na ludzi szalonym, radosnym orkanem. Rozwarły się zakratowane okna bytu, potok słonecznych promieni lunął rzęsiście rozświetlając zmroki, prostując zgięte przygnębieniem barki. Jakiś zew szczęścia rozbrzmiewał dokoła, ciepły nadziei strumień grzał zziębniętych, kiełki wiosenne wydobywając ze skrzepłych dusz. Roztocz błękitna olśniewała zapatrzone w nią źrenice. Bo to był wielki fakt, bo to szła nowa era, więc jej zwiastunkę witano niby jutrzenkę po mglistej nocy. Piersi oddychały szeroko, wzrok jaśniał, i szedł zwycięski głos wyzwolonych. Świat zdawał się rosnąć w olbrzyma stokrotnie większego niż jest, bo z natchnieniem w wielkim sercu. Wieść leciała jaskółczym lotem przez wsie i dwory. Lud wieśniaczy chłonął cudowną nowinę i huczał jak pszczoły, które obsiada rozkwitłe drzewo lipy. Bo jak pszczołom pachnie miód, tak tym prostym chłopskim sercom pachniała kwiecista przyszłość, różna od przebytych listopadów istnienia.

Gdy z dworu worczyńskiego „panienki”, „młodszy pan” i Denhoff rozgłosili po wsi szczęsną wiadomość, zaroiło się tam od świątecznie nastrojonych tłumów. Wszędzie stały gwarne grupy ludzi rozprawiających o fakcie. Młody Turski i Ryszard tłumaczyli całym gromadom, co to jest konstytucja, czego należy się po niej spodziewać, jakie daje przywileje.

A gdy młodzi panowie w miarę słów własnych wpadali w zapał, gdy z ust ich gorących płynął zachwyt i obietnice jaśniejszej dali, wówczas wybuchały szlochy wśród gromady, płacz szczęścia, płacz radosnego wzruszenia porywał lud mocą nową, a silną. Kilku starców, pamiętających jeszcze wielki okres narodowych walk, którzy byli świadkami wszystkich łez niedoli, którzy myśleli, że słońce zaszło już raz na zawsze, padli na kolana i wznosząc ręce do góry, wysyłali głośno do Boga słowa dziękczynne, jakby hejnał patriarchów wieśniaczych, za spłyniętą z niebios łaskę. Zdarzyły się chwile wielce wzniosłe, przejmujące głęboko prostotą swych odczuć. Chwile, rzec można, historyczne. Takie momenty nieczęsto błyskają w narodzie, są one jak kwiaty pewnych gatunków kaktusów, których rozkwit raz na pół wieku, stanowi epokę dla rodzin, posiadających ową rzadką roślinę. Gdy kielich tego kwiatu pęka, to uroczystość wielka, to gloria dla żyjących pokoleń.

Parę dni przebiegło w szalonym wirze umysłów niesionych siłą ekstazy, aż tę pogodę przejasną zaćmiła gwałtownie świeża, straszna wieść. Jakby na sępich skrzydłach nadleciał z Warszawy groźny pomruk... plac Teatralny! Uderzenie gromu w słoneczne południe! Zmartwiały zapalne myśli, szarość powróciła tym straszniejsza, że bezpośrednio po blaskach. Wyło w ludzkich duszach, ale nie była to już agonia, może przesilenie?... Może to tylko zemsta wypędzonej zmory?... uchodząc na zawsze, raz jeszcze wyszczerzyła kły, ale to już odruch ostatni. Jasność wschodząca obchodzić będzie swe zmartwychwstanie.

Słowami tymi nadzieja śpiewała hymn.

Denhoff oszalały więcej od innych, żył w ciągłym podnieceniu. Pomimo szerokiej atmosfery nie mógł wytrzymać na wsi, pojechał do stolicy; za nim Maryś Turski. Bawili tam przez tydzień, powróciwszy przypominali wodzów; przywieźli z sobą horoskopy prześcigające bujnością najśmielszą możliwość. W świetlicy u Szczepańskiego urządzono zebranie, Denhoff wśród głuchego milczenia opowiadał o pochodzie narodowym, mówiąc donośnie:

– Bracia moi! pękły oto lody skuwające nas, przepłynęła kra przełomowa i oto płynie potężna rzeka, a na swych falach niesie kolebkę przyszłej szczęśliwości narodu, niesie gałązkę oliwną, niesie laur dla nowych pokoleń. Bracia, taka rzeka płynęła 5 listopada przez ulice naszej stolicy i ja tam byłem. Byliśmy obaj z sąsiadem Turskim, my jak dwie krople z podlaskiej rzeki, jak dopływ z naszej okolicy do olbrzymiej arterii narodowej, ożywionej szczytną ideą, pulsującej szczęściem. My przynosimy wam tchnienie tych mas, co ze śpiewem na ustach waliły środkiem Warszawy. Niezliczone tłumy, pochód narodów, potężny, możnowładczy tytan patriotyzmu, apoteoza chwały!...

– Mów pan przystępniej, bo nie zrozumieją – szepnął Maryś.

– ...A nad nim, bracia drodzy, wicher, szumny wicher sztandarów... nasze orły ubóstwiane w krwawym polu, lecą, zda się, z łopotem piór; to chorągwie, naród myślał, że chrzęst skrzydeł, że zakwiliły orły. Śpiewaliśmy bracia nasze pieśni, intonowali księża, starzy weterani minionych lat nieśli drzewca sztandarów, widzieliśmy zbratanych z sobą panów i robotników, szli obok siebie magnaci z mieszczaństwem, młodzież ogólnie polska, bez kastowości była w kordonach, zespół serc i dusz ku jednemu dążący pragnieniu. Znikły partie, znikły stany, byli tylko... Polacy! Szliśmy tak od pomnika Mickiewicza, hen, przez środek ulic głównych i tętniał, huczał nasz chód! Słyszeliśmy płacz nie tylko starców i kobiet, ale płacz mężów poważnych, których rozczulił wielki, pomnikowy dzień. I my z panem Turskim mieliśmy łzy szczęścia na powiekach; takie chwile są w życiu jedyne. Radujmy się, bracia, że żyjemy w epoce jasnej, bo słońce raz na zawsze rozdarło chmury...

Wtem jakiś trwożny przyciszony głos odezwał się z gromady:

– Ktoś słucha pod oknem, widzę cień okrągłej czapki przy blasku z chałupy.

Nieprzyjemne uczucie owładnęło wszystkimi, może nawet wpełznął lęk, czający się w tych węgłach od lat wielu, jeszcze nie wypleniony. Ale pierwszy Turski wystąpił odważnie na spotkanie tej hydry.

– Nie trwóżcie się, niech... i... on słucha o naszym świętym dniu, on tu dziś nie wejdzie. Denhoff opanowawszy chwilowe wrażenie dość niemiłe, wpadł znowu w inny zapał.

– Bracia! – krzyknął – zrobimy sami pochód narodowy tu, po wsiach! My będziemy w kraju pierwsi co rozniesiemy pieśń naszą i łopot białych skrzydeł pośród zagród wieśniaczych, pośród pól i niw polskim ludem obsiadłych. Bracia! ja przywiozę ze stolicy sztandary, pójdą obywatele i włościanie, pójdą rzemieślnicy i nędza ostatnia, wszystkich nas zgromadzi jedność serc, wspólna miłość, sojusz braterski! Czy zgadzacie się?!...

Szmer panujący od kilku minut w gromadzie buchnął teraz rozgłośną wrzawą.

– Zgadzamy się! Zgoda! Tak, tak! A juści! Niech nas jasny pan dziedzic prowadzi! Pójdziemy z pochodem bez wsie i pola nasze ukochane!

– O la Boga! Ady już w okno zagląda! Cichajcie! – wrzasnął ten sam głos, co poprzednio, tylko przerażony.

Wszyscy mimowoli zdrętwieli, lecz Denhoff zły, że przerwano mu triumf, grzmiał dalej:

– Wyrzućcie tego trusia za to okno, w którym strachy widzi,. a my bracia bądźmy bez obaw, dokonamy wiekopomnego dzieła, przeprowadzim pochód nasz przez kraj, pieśnią naszą ukołyszem zbolałe dusze, łany zrosim łzami szczęścia. Hej bracia do czynu!

– Prowadź jasny panie, prowadź nas! – Ty nasz wódz!

– O tak mi mówcie „ty nasz wódz!” nie żaden – jasny pan – nie ma jasnych panów; równość, wolność i braterstwo!!... Turski trącił go w bok i rzekł trzeźwiąco:

– Panie, spokojnie! Nie wytrwa pan w tych ideach, więc lepiej o nich nie mówić.

– Jak to, pan wątpi? Jestem duszą i sercem ich bratem.

– Ależ wierzę, tylko...

Denhoff, nie pozwolił mu skończyć. Wołał do ludu:

– Najprzód pochód, a potem zrobimy zebranie w gminie i... i tam zaprowadzimy ład na nasz sposób. Gmina dla gromady, gromada dla gminy! co nasze to nasze! więc i system nasz i obsada.

Odpowiedział mu poklask ogólny. Tłum otoczył Denhoffa szczęśliwy; upojony ważnością przyszłych czynów. Starzy gospodarze ściskali serdecznie dłoń młodego pana, młodzież na rękach wyniosła go z świetlicy. Ryszarda ogarnęło upojenie jakie daje sława, krew gorąca w war się zmieniła, ukropy te waliły mu do mózgu jak ekstrakty win. Czuł się tu wodzem, trybunem, którego imię i czyny zanotują kroniki. – Szedł wielki, jak Cezar, na czele zwycięskich legii. Pogromione hordy uciekały przed nim w imaginacji. Ale do Turskiego podsunął się Szczepański i rzekł:

– Panie dziedzicu, czy to ino nie za gorąco z tym pochodem? Co Warszawa to nie nasze wioski, a pan Denhoff bardzo młody; może nawarzyć takiego piwa, że i sam się struje i nas...

„Wątpię, czy nawet będzie warzył” – pomyślał Maryś, głośno zaś odrzekł:

– Pan Denhoff nikogo nie narazi, niech Jakub będzie spokojny.

– A bo i o tym porządku we gminie tak jakoś gadał, Boże broń! A pod oknem to wie dziedzic kto stał?...

– No kto? Stróż nocny – zażartował Maryś bez przekonania.

– Ale gdzie tam! Sam pisorz, Oreszek, widzieli go jak wracał.

– No to się przynajmniej nasłuchał pięknych rzeczy i... w razie czego, jest uprzedzony. Szczepański szepnął jeszcze, znacznie spokojniej:

– A te kary, co to dziedzic wie, za banderie, to pono już przepadły, bez tę konstytucję. Dobre i to, pokąd będzie co lepszego.

Zanim szerokie programy Denhoffa weszły w czyn, ksiądz Janusz z Paszowskim przygotowali nową uroczystość.

W niedzielę 12 listopada mnóstwo ludu zebrało się w Okorowie, prawie cała parafia. Niezliczone ciżby narodu dążyły pod dach nowej świątyni, która tak prędko po konsekracji stała się widownią wznowionej zorzy. Obywatelstwo zjechało gwarnie, brakło tylko Korzyckich. Zdziwienie ogólne wywołał widok udekorowanej nawy kościelnej. Spod sklepień opadały wieńce z jedliny i świerków, całe sosenki stroiły ołtarz główny. Oczekiwano czegoś, ale nikt nie wiedział co będzie. Denhoff poszedł do zakrystii i wrócił promienny, na pytający ruch brwiami Ireny, odpowiedział położeniem palca na ustach.

Po nabożeństwie i kazaniu proboszcz stanął przed ołtarzem, organy zagrały wstępne akordy. Nerwy zaczęły dygotać. Zrozumiano! Od razu buchnął płomień do serc obecnych, rósł szał! Paszowski, Denhoff i służba kościelna rozdali wśród ludu drukowane karty, z tekstem hymnu. I runęła pieśń wielka, rozlała się grzmotem upojonych głosów, niosła cudowne, wielkoduszne tony i słowa porywów pełne. Pieśń narodowa, co prowadziła pochód w Warszawie, pieśń już nie skrępowana, bez okowów, tragiczna dawniej, dziś potężniejsza jeszcze i słodka... z hukiem organów, przy odgłosie warczących bębnów na chórze, w obecności dwóch białych sztandarów rwała się burzliwie pod sklepienia świątyni, rozsadzając je, lecąc wzwyż, w przestrzeń! Hymn wzniesiony całym zespołem głosów drżał i cichł, to łzy rozrzewnienia tamowały rozrost pieśni. Były chwile tylko organowych dźwięków, wibracja głosów wpadała niekiedy w tak niepohamowane tremolando, że pieśń cichła, śpiewana jedynie szeptem gorącym i znowu wstępował w nią mocniejszy duch, znowu parła naprzód, bujna jak niwy złotopszeniczne, radosna, wspaniała jak szeroki kraj miodną patoką płynący. Płakali panowie i włościanie; Turski ojciec ścisnął szczęki, oczy podniósł w górę, ale wysiłek nie pomógł i potok łez zbiegł po jego policzkach. Paszowski ryczał bez ceremonii, obok niego chlipał Teoś. Denhoff, Marian Turski, Irena i Ziula nawet Kocio Leśniewski mieli łzawe źrenice i promienie na twarzach. Osinowski blady, drżał nerwowo. Jeden tylko Perzyński, chociaż poczerwieniał jeszcze bardziej niż zwykle, przypominając ognipiór w rozkwicie, słuchał pieśni spokojnie, bez wzruszeń, jak zawsze zajęty pracowitym układaniem żółtych wąsów. Od czasu do czasu podnosząc głowę patrzył na tłum niby w zwierciadło, lub pytając czy mu dobrze tak – à la lion irrité? Na jego pompatyczność nikt nie zwracał uwagi, wszyscy mieli wzrok utkwiony w jakieś gwiezdne szlaki, melodię uroczą na ustach, czar w duszach. Przez szeroko otwarte podwoje kościelne widać było blanki murowanej bramy osypane śniegiem. Pierwszy śnieg, niby błamem gronostajów okrył ziemię, puszysty, biały pachnący rozkoszą zimową. Czerwone gile krzątały się żwawo nad białymi murami, biły wielkie, krwawe skrzydła w kościelne drzwi i kwilenie głośno wpadło w ruzhuśtany podzwon pieśni. Wrażenia górne, przez swój ogrom aż bolesne, targały ludźmi. Naród śpiewał i słuchał pieśni.

W natchnieniu pieśń się rodziła. Zachwyt niósł ją na swych skrzydłach.

To rozwarte upusty niebios. To potok wzburzony, twórczy pęd życiodajnych źródeł ze szczytów na szare niziny.

Przebrzmiała! A ludzie ją słyszeli jeszcze, grały ją teraz sklepienia.

Ludzie jak zaczadzeni wyszli z kościoła, blask śnieżny lunął w oczy. Biały, szeroki, radosny.

Stanisław Rymsza idzie obok Ziuli, oboje są natchnieni.

– Gdyby to wszystko powróciło – westchnęła ona – nasze „urodzajne lata”, wówczas życie byłoby pasmem szczęścia.

– A obecnie? – spytał on.

– Teraz szczęście skąpo błyska i... wybranym.

– Pani siebie do nich nie zalicza?...

– Niezupełnie. A pan?

– Ja tym bardziej, zorze naszych dusz powinne zapłonąć razem. Panno Ziulo droga, czy ta pieśń odśpiewana, ta wielka pieśń, nie będzie dla nas hymnem narzeczeńskim?... To nasze zaręczynowe Veni Creator, a ślubne... panno Ziulo...

Spłoniona, lecz szczęśliwa, podała mu obie ręce. Gasnące echo w sklepieniach, zlało na nich ostatnie drgania tonów. Nieprędko spostrzegli, że zostali sami w kościele. Przyklękli na stopniach ołtarza i spłynęły razem ich głosy w krótkiej modlitwie.

Poszli na wiec do starego kościoła, już narzeczonymi. Przemawiał tu Osinowski. Tłumaczył istotę konstytucji, charakteryzował obecne położenie kraju, warunki polityczne i konieczność żądania autonomii, oraz jej znaczenie. Mówił nieźle, tylko będąc poruszonym jąkał się, dobierał przy tym wyrazów nazbyt zwartych. Paszowski zniecierpliwiony wstąpił na ławkę i sam kontynuował, przemawiając dobitnie, jak do chłopów.

Osinowski rad nierad ustąpił, był zły, wkrótce jednak zrozumiał to, co i wszyscy, że mówiąc do ludu nie można używać krasomówczych zwrotów. Im potrzeba plastyka, żeby niemal oczyma widzieli przedmiot, o którym mowa, wszelkie upiększenia to dla chłopów abstrakcja bez realnego oparcia.

Paszowski wykładał im teorie zadań rządowych i przyszłych czynów tak, jakby pokazywał barana i jego składniki anatomiczne. W gromadzie widziało się rozjaśnione twarze, palące oczy, gęby szeroko rozdziawione. Słuchali słów pana Wojciecha z natężoną uwagą. Zadawano mu pytania, ciekawość rosła.

Gdy zadzwoniono na nieszpory, tłumy szły do kościoła gwarne, dyskutujące. Można by myśleć, że teren do nowych reform przygotowany. Ale Paszowski ochrypły i spocony rzekł do swoich:

– To jeszcze surowy materiał, panie mój! reformy dla nich to to samo, co dla mnie Konfucjusz ze swoją filozofią.



II

W okolicy wrzało. Działalność Denhoffa jednych niepokoiła, drugich zachwycała. Oczekiwano wyników z drżeniem. Pan Turski wpływał uspokajająco na Ryszarda, ale za to Wroński dolewał paliwa do zapału Denhoffa i on wygrał. Odbyło się drugie zebranie włościan w gminie worczyńskiej. Dziedzic Wodzewa gardłował tam bardzo swobodnie, przesadzał w treści i sposobach zaprowadzenia nowych porządków. Ułożono cały plan pochodu narodowego, który po nabożeństwie w Okorowie, miał wyruszyć przez Worczyn, Połowice, Zapędy, Wodzewo, inne wsie i majątki do Ciągini. Denhoff przywiózł z Warszawy sztandary polskie, dla siebie zaś polskie stroje, w których miał wystąpić w dniu pochodu. On i Marian Turski ciągle z sobą konszachtowali, tylko Marysia częściej widywano pośród chłopów, siejącego gorące słowa patriotyczne, ale rozsądniejsze, Denhoffa zaś na czele wszelkich wieców z płomieniami w ustach szerzącymi niepotrzebne wzburzenie. Turski pragnął dobra i spokoju na długo, uświadamiał i ustalał chłopów w szerokich programach, z podstawą bynajmniej nie ugodową, ale trzeźwiejszą. Ryszard przeciwnie, szerzył bunt nagły, wybuchowy jak proch, lecz gasnący szybko, bo przytłoczony nawałem niemożebności. W tym się zasadniczo różnili.

Paszowski brał czynny udział w ruchach okolicznych, on był na stanowisku pośrednim pomiędzy Marysiem i Denhoffem. Perzyński wolał konkurować o Marylę w Warszawie, z tym przekonaniem, że ją odbije Poszyngierowi. Gdy już wszystko prawie przygotowano do pochodu, tylko nie wiadomo dlaczego Denhoff ociągał, nikt zaś nie naglił, pewnego dnia Ryszard otrzymał list od Paszowskiego. Wręczono mu go w chwili gdy przymierzał swój kosztowny ubiór okolicznościowy. Stał przed lustrem i patrzył na swą postać w aksamitach, atłasach i w słuckim pasie. Denhoff myślał:

„Wszystko ot piękne, ale mnie w tym... nieszczególnie, fiuty żółte palone ujdą, przypominają angielskie sztylpy, pas związany typowo, hm! dobry ale coś niezupełnie dodatnio w nim wyglądam. Karabela wspaniała, kołpak sobolowy z piórem i egretą prześliczny, ale także coś, tego, jak dla mnie, hm! maskarada! Najgorsze te wyloty, ciągle myślę, że mi ktoś rękawy poszarpał. Och! Qu’en diraton?! to nie dla mnie! cały strój raczej dla Mariana Turskiego, nawet dla Kocia z Połowic. Miecio, Paszowski, oto typy, ale ja w tym? C’est ridicule. Wątpię!”

Istotnie wyglądał dziwnie. Nawet maskarada wymaga zgodniejszego kostiumu z oryginałem osoby.

Podano mu list. Lokaj Karol badawczo studiował swego pana i doszedł do wniosku, że szczupła twarz i binokle Denhoffa tak harmonizują z futrzanym kołpakiem i z całością sutego stroju, jakby na przykład źrebię roczne zaprzężone do karety. Tak określił Karol metamorfozę Ryszarda. Że zaś był dosyć śmiałym wobec pana, chciał mu oględnie wyrazić swą uwagę, ale Denhoff przeczytawszy list zbladł, zmieszał się wyraźnie i bez słowa, gorączkowo zaczął zdzierać z siebie niefortunny strój.

Na drugi dzień w Worczynie do pana Turskiego przyszedł Szczepański, miał tragiczną minę. Chłop rozejrzał się dokoła, zamknął drzwi i szepnął coś do ucha Turskiego, ten zaś drgnął.

– Nie może być?! Kiedy się to stało? czy to prawda?...

– Prawda święta, panie dziedzicu, a stało się wczoraj wieczorem. Nocowali we dworze, dziś rano przewaliło się ich tyła przez Worczyn, że no! o mnie też pytali, ale ja... ja nocuję teraz już kilka nocy w olszynie, nad rzeką, choć zimno, ale w chałupie beze mnie bezpieczniej, mnie takoż na śniegu.

– To i wam co grozi?

– Abo nie? Dyć ostrzegali znajomki, to się i bronię.

– A pan Denhoff?...

– Nie ma go w Wodzewie. Turski zbladł.

– Gdzież jest? Co Szczepański prawi.

- A to, wielmożny dziedzicu, pewno wzieni go ze sobą po rewizji.

– Przecieście ich widzieli, nie było Denhoffa?

– Z tymi co tędy szli to nie, ale gadają, że druga sotnia poszła na Sołów a stamtąd koleją prędko... to i Boże strzeż, gdzie on może teraz być.

– A Turów? Co w Turowie?!

– Młody pan jest, tam spokojnie, to tylko Wodzewo zajęte było, widno ktoś wskazał. Bo jeszcze i ta czerwona szmata na topoli.

– Jaka szmata?

– A to dziedzic nie wie? Pan Denhoff kazał zawiesić na samym cubku tej wielgiej topoli, kole dworu, cerwoną chorągiew. A jakże! To tak ci tam wiewa, jak pogoda to słońce na niej gra i z daleka ją widać.

– Narwaniec jest ten Denhoff! Szczepański pobłażliwie machał ręką.

– Ii... młody ino jeszcze, to i sumi, kiej słodowe piwo. Ustatkuje się potem.

– Ale co teraz będzie? – spytał Turski.

– Ano trza go ratować! Toć nic nie zrobił złego, ino to, że krzyczał. Trzeba się naprzód dowiedzieć szczegółowo, co zaszło w Wodzewie. Obywatel z chłopem naradzali się długo.

Minął tydzień bez wieści. Niepokój rósł, plotki kursowały. Wroński będący nieobecnym w Wodzowie podczas krytycznej nocy, nic nie wiedział. Służba twierdziła rozmaicie. Karol i Anulka mówili, że „jaśnie pan” otrzymał list z Tylemego i że zaraz wyjechał, zabrawszy dużą walizę, którą sam zapakował. Inni dowodzili, że ogarnięto Denhoffa w drodze do Sołowa. Stangret mówił, że dziedzic jechał sam amerykanem i że amerykana odesłał ze stacji w Sołowie, przez dorożkarza. Paszowski przyznał, że listownie ostrzegł Ryszarda o niebezpieczeństwie, ale co się z nim stało, nie wie. Maryś Turski zapomniał o swych zgryzotach, przejęty zniknięciem Denhoffa, szukał go wytrwale, jeździł do Warszawy, poruszał wszelkie sprężyny, bezskutecznie.

„Panicz” jak w wodę wpadł.

Niepokój i przygnębienie ogarnęło wszystkich. Tu i tam widywano niespodziewanie oddziały wojskowe; wzmożono ostrożność. Mrok niemiły padł na okolicę, powarzył umysły. Spalił się sztuczny ogień nadziei. Zrozumiano fikcyjność wspaniałych darów, które wywołały szał radosny, zahuczały w mózgach, odświeżyły atmosferę, niby burza po upale, lecz zanim słońce rozjaśniło się w oczekiwaną złotą tarczę, już zapada ciemna, ciężka noc. Kiedyż nastąpi istotny świt?

Po kilku jeszcze dniach niepokoju o Denhoffa, Maryś przyjechał do Worczyna. Zastał liczne towarzystwo zebrane przy kolacji. Po przywitaniu młody Turski rzekł tajemniczo:

– Mam wiadomość o Ryszardzie.

– Co się stało? Gdzie jest? Niech pan mówi! Mów Marysiu! – zabrzmiały pytania. Ojciec Mariana wpił w syna niespokojne, badawcze oczy. A Maryś rzekł:

– Denhoff jest u swej... Dulcynei w Olchowie. Wszyscy zaniemówili na chwilę ze zdumienia.

– To chyba nowa bajka, skąd wiesz?

– Byłem tam i stamtąd wracam. Dorcia odpowiedziała umyślnie na mój list, że niepokoi

się o Ryszarda i że go u nich nie ma, bo jak wiecie zachodziła obawa kontrolowania listów. Tymczasem Denhoff od razu zemknął do Olchowa, zastałem go w doskonałym humorze, śpiewającego...

– Lach tam ti dy ry bum – podchwycił Paszowski – tak?

– Nie, śpiewa teraz „Góralu, czy ci nie żal”, jest pewny, że mu Wodzewo skonfiskują i że będzie musiał „odchodzić ze stron ojczystych”.

– Gotów sobie to wyśpiewać, dalibóg! – rzekł Paszowski. – Wprawdzie nie zaraz i nie z powodu obecnych zawikłań, ale... panie mój... z nim kiepsko. Wroński pomyśli o tym, że nasz „Dziudzio”, jak go nazywają panny, może wyjść z Wodzewa tak jak i ten góral „z grabkami i kosą, w podartej guńce i boso”... do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich.

– Co też pan przepowiada – oburzyła się Irena. – Czy jest tak źle?...

– Jest coraz gorzej. Wodzewo ginie na galopujące suchoty. Jeżeli ten Wroński długo jeszcze pobędzie, krach nastąpi prędko.

– Ja napiszę o tym do Dorci, niech ona wpływa na Denhoffa – rzekła Irena.

– To nic. On przekona się sam i wtedy przejrzy. Kiedy to nastąpi, nie wiem, ale jedynie taki argument może wywrzeć reakcję. Ryszard jest ślepy i nikt nie ma na nim wpływu pod tym względem.

– A cóż będzie z pochodem narodowym? – spytał Turski.

– Siłą faktów zaniechamy, przy tym Denhoff mówił, że chciał wystąpić w kontuszu, ale mu w nim nie do twarzy. Ciągle się o to sprzeczają z Dorą, ona stawia poważne powody niemożliwości pochodu, on... jedynie kontusz. Naturalnie szarżuje po swojemu – mówił Maryś.

– Czy byłeś tylko w Olchowie? – spytał starszy Turski.

– Nie, byłem jeszcze raz w Warszawie.

– W sprawie Denhoffa?...

– W osobistej, po Olchowie.

Turski patrzył na syna surowo, nie ujrzał na jego twarzy gniewu, ani skruchy, lecz głęboko tajony, żałosny smutek. Nie pytał o nic więcej.



III

Nastał dzień święty, odczuty nie tylko przez ludzi, ale jakby i przez całą naturę. Dzień wigilii Bożego Narodzenia. Biało i mroźno. Pola zawalone śniegiem, że tylko szarzeją na widnokręgu ciemne zarysy chałup wiejskich zanurzonych w białych mgławicach.

Las turowski szumiał cicho, jednostajnie pod mroźną sadzią, sosny dźwigały na sobie wielkie płachty śniegowe, które czasem opadając swym ciężarem sprawiały lekki, miękki szelest. Tutaj lekkie mgły śnieżne z pól nie miały wstępu, natomiast drzewa porozumiewały się z sobą błyskającymi wśród nich iskierkami drobnych kryształów. Gdy bór mocniej zaszumi, gdy następuje górna rozmowa czubów drzewnych, wówczas w lesie pada obfity, suchy śnieg niby siany przez olbrzymie sito, czasem ptak trzepocący się w koronach sosen wywołuje nagłą sypką lawinę. Zresztą cisza panuje tu uroczysta, jakby las oczekiwał zabłyśnięcia na niebie pierwszej gwiazdki, by swoim chrzęstem wznieść kolędę wigilijną. Tę modlitewną, na bożnic skupioną ciszę zmącił nagle jakiś hałas, idący z głębin leśnych czeluści, przykry trajkot kołatek i w ślad za tym wrzaski ludzkich, podnieconych głosów.

Marian Turski ścisnął mocniej strzelbę i przygotowany do strzału, czekał. Zbliża się nagonka. Baczność!

Turski patrzy przed siebie z zimną krwią, groźny, ale spokojny, jak potrzeba dla pomyślnego mordu.

Zahuczały na linii gęste strzały, jednocześnie Maryś ujrzał pomykającego wśród pni drzewnych lisa. Leśny zbój sunął jak ruda linia, śmigając zwinnie, wlókł kitę, nosem ostrym węszył niebezpieczeństwo. Turski opanował myśliwską gorączkę, pozwolił zwierzęciu zbliżyć się dostatecznie. Buchnął strzał. Lis majdnął parę razy w konwulsyjnym skoku i zarysował się rudą plamą na śniegu, rozciągniętą w martwym spokoju. Tuż za lisem, wbrew naturze, sadził sprężyście bury szarak, Maryś położył go dubletem. Po czym ucieszony trofeami pospiesznie nabijał strzelbę, gdy nagle zabrzęczało coś na drodze, poza nim. Zły za niespodziewany. hałas odwrócił się gwałtownie i... skamieniał. Wszystka krew spłynęła szybko do serca, które zaczęło nienaturalnie bić. Na gładkiej leśnej dróżce jechał strojny zaprząg. Sanki małe, jak cacko, w nich jakiś obcy mężczyzna i... Maryla Korzycka. Ona, cała w białych, puszystych futrach różowa i uśmiechnięta, żywo coś mówiła do stangreta, hamującego rozbiegane konie. Ujrzawszy Marysia tuż obok drogi, zbladła i zatrzęsła się jakby z przerażenia. Jej towarzysz zauważył to, badawczo spojrzał na Turskiego. Mijali go właśnie. Wtem Maryla widocznie już otrzeźwiona, skłoniła się głową młodzieńcowi, ale zawołała prawie ostro:

– Pańskie strzały spłoszyły nam konie!

Mignęły Marysiowi w oczach rozhukane cuganty, zdobne w bogate pióropusze, pensowa wspaniała siatka, dźwięknęły głośne janczary i sanki popędziły naprzód, ginąc w mętnej perspektywie leśnej.

Turski stał bez ruchu, tylko w uszach kołatał mu groźny głos Maryli: „pańskie strzały spłoszyły nam konie” – co to za wyrażenie „nam”? więc jej i temu zgarbionemu mamutowi, co przy niej siedział? Ach tak! to jej narzeczony, baron Poszyngier, milioner, a ja... ja spłoszyłem im konie.

Maryś zaśmiał się, ale był to śmiech zdławiony, zgoła nienaturalny. Oprzytomniał, bo otoczyli go myśliwi, winszując zdobyczy. Zaczerniało od ruchliwego mrowia naganiaczy. Paszowski wołał tubalnie:

– Osobliwość, panie mój! Zając na lisie leży, śmierć ich pogodziła. Ale sadzili na pana jak po drucie, dobre strzały, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich. A ja zabiłem jakieś stworzenie przedpotopowe, które już chciało mnie pożreć.

– Tato zabił kunę – odezwał się Teoś – duza, bo już starla.

– Ot, milczałbyś, jak nie ma czegoś mądrego do powiedzenia! Ale za to widziałem Dianę we własnej osobie, wprawdzie w najprzykładniejszej zgodzie z Akteonem, co jednak nie dowodzi, że z czasem go przemieni w jelenia...

– I psyprlawi mu rlogi, ha, ha, ha! – śmiał się Teoś. Denhoff trącił Paszowskiego bez ceremonii.

– Niech pan uważa... Turski – rzekł z naciskiem. Paszowski sapnął gniewnie:

– Więc niech ją sobie raz wyperswaduje. Dalibóg! co mu po niej, kiedy tam już inny na kwaterze i wstyd nawet, panie mój!

Maryś udał, że nie słyszał, Denhoff zagadywał, aż rozeszli się na nowe stanowiska.

Turski nic już nie zabił, nie uważał na śmigające szaraki, nawet w zakładzie, gdzie były sarny, nie pozbył się swej apatii. Stawał na stanowisku biernie, patrzył na śnieżną przestrzeń, na sosny obłożone śnieżnymi runami i myślał, że są tak samo białe, jak Maryla w swych futrach i tak samo chłodne. Przyszły mu do głowy dziwaczne refleksje nad życiem i jego wynikami. Dlaczego taka Maryla samą siłą uczuć i olbrzymich pragnień, jakie on dla niej żywi, nie należy do niego? bo i on jest dla niej tym jedynym, wybranym, ku któremu dąży jej cała istota, to się odczuwa, to ona idzie w inną stronę. Gna ją tam jakaś moc niepojęta, może wola rodziny, ale czyżby Maryla!... nie, prędzej tożsamość środowiska. Urosła, żyje ciągle w zatęchłej atmosferze przesądów niezdrowych i nie zwalczanych. Jej rodzina, będąca tylko szlachecką z rodowodu, ale plutokratyczną ze stanowiska społecznego, uchodzi we własnym przekonaniu za arystokrację i nasiąka zakaźnymi dla siebie miazmatami. Z tego powodu Maryla, którą natura stworzyła .inną, ale wychowanie spaczyło, poszła oto w kierunku przeciwnym od swych marzeń, lecz odpowiedniejszym dla istnienia. Pchana siłą nawyków wytrwale całe życie w tej samej uperfumowanej nicości, tylko będzie zawsze łaknęła czegoś innego, co przeczuwa instynktownie w związku z człowiekiem kochanym. Powinien panować inny ustrój świata, na przykład w dobieraniu się małżeństw niechby decydowały nie same kobiety, lecz i mężczyźni, którzy obecnie mają tylko rolę inicjatorów; oświadczywszy się są przygotowani na przyjęcie lub odmowę, zatem czekają wyroku, samoistnie nic działać nie mogą. Ale gdyby prawa pod tym względem były równe, wówczas można walczyć o zdobycie kobiety najdroższej, bo pragnąc jej i odczuwając jej skłonność dla siebie, przezwycięża się wszystkie przeszkody. Bierze się kobietę jak swoją, bez skrupułów. Byłyby nadużycia, to rzecz zwykła, ale w wielu wypadkach ułatwiłoby się szczęście ludziom. Dawniejsze porywania kobiet na żony nazywają barbarzyństwem, dzikością obyczajów, jednak wtedy mężczyźni mając większe prawa w tej kwestii bywali szczęśliwsi, bo nie było konwenansów często uciążliwych, ani dzisiejszych obwarowań. Może i kobiety były szczęśliwsze?

Maryś zastanowił się.

– Czyby jednak kobiety nie przychylały się raczej do praw dzisiejszych, gdzie wybór męża całkowicie im jest pozostawiony? Na pewno tak, zawsze któraś strona jest pokrzywdzona. Teraz muszę patrzyć, jak Maryla jest zaręczona z drugim, potem usłyszę o jej ślubie i muszę cierpieć w milczeniu. A ona?... Czemu jednak ona jest tak obojętna?... Nie kocha Poszyngiera, to fakt, więc czemu?...

Po skończonym polowaniu myśliwi zeszli się koło sań, wiozących zdobycz. Denhoff przestrzelał wszystkich i najwięcej zabił, Paszowski ogłosił go królem. Stanisław Rymsza miał również dużo na rozkładzie, nawet Perzyński, tylko Teoś Paszowski ani jednej sztuki, Maryś zaś prócz ostatniego lisa i zająca, dwa jeszcze poprzednie szaraki.

– Na pana szły sarny, kozioł był godny podziwu. Czemu pan nie strzelał – pytał Rymsza. – Dziwiłem się i posądzałem, że się pan chyba zdrzemnął pod tą sosną, bo żeby takie sztuki puścić...

– Co też pan mówi?! – oburzył się Paszowski – zawołany myśliwy, jak pan Marian, spałby na stanowisku, to się jeszcze największej fujarze nie zdarzyło, nawet mojemu Teofilowi...

– Już tato zacyna krlotochwile...

– Panu Marianowi baba, panie mój, przejechała drogę i stracił szczęście.

– Tss! Ale to była panna Korzycka, dla takiego widoku można z polowania zrezygnować – wycedził Perzyński. A Paszowski spytał:

– Cóż pańska eskapada do Warszawy, w celach matrymonialnych? Nie udała się, hę!

– Tss! Za dużo pan posiada wiadomości.

– Ho, ho! ja wiem wszystko, nawet jak rośnie łozina, panie, na koszyki.

Perzyński zmieszany spojrzał na pana Wojciecha ponuro. Zaczęto się żegnać. Brewicz, Leśniewski, Perzyński, rozjechali się, każdy osobno, duże zaś sanie worczyńskie zabrały obu Paszowskich, Denhoffa, Rymszę i Turskiego.

– Spieszmy się do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, bo rychło błyśnie gwiazdka, pani matka będzie burczyć.

– Obiecaliśmy mamie być na piątą, więc zdążymy. Kto to jedzie naprzeciw? – spytał

Turski. Stangret odwrócił się z kozła:

– To starszy panicz z Zapędów, jedzie pewno znowu do Okorowa, do tej narzeczonej, Anielki Ratynianki.

Sanki zrównały się. Gustaw wychylony zawołał pierwszy, zatrzymując sanie:

– Panowie z polowania?

– Tak jest, a pan... na polowanie? – huknął Paszowski.

– Trafione! Jadę sobie przy księżycu na... upatrzonego.

– Eee! Chyba już na konsumowanego, w ciepłej chałupie w Okorowie. Gustaw zaśmiał się cynicznie.

– Nie, bez żartów, jadę na wilję do tej starej purchawki, panny Balbiny Tulickiej.

– Winszuję! Przyjmie pana stuletnim majonezem, ale popić da miesięcznym cienkuszem, niby to senatorskiego miodu, bo taka tam proporcja w potrawach. Życzymy, aby się pan nie udławił struclą z przeszłorocznych świąt, lub...

Lecz Denhoff przerwał Paszowskiemu:

– Ależ widzę po minie pana Gustawa, że jedzie na świeżutką sardynkę w Okorowie, przy której wszelkie archaiczne smakołyki Tulickiej idą w kąt.

Zniecierpliwiony Maryś, kazał jechać stangretowi dalej, Gustaw zawołał jeszcze:

– Nie zatrzymuję, bo już o tej porze wszyscy porządni ludzie siadają do stołu, na sianie, ha, ha! Ja się wywinąłem z tego szablonu i umykam.

– I będę spożywał rybkę na surowo, także... na sianie, zatem powodzenia – wołał już za nim Paszowski, do towarzyszów zaś rzekł:

– To, panie mój, ananas, spod ciemnej gwiazdy. Dopust Boży mieć takiego synala.

– Psecie tato, znalazł kogoś gorlsego niż ja – ucieszył się Teoś.

– A już wolę ciebie, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, boś niezbyt mądry, ale spokojny.

– Tyz nie barldzo wielki komplement.

W Worczynie panowie tylko się przebrali i zaraz nastąpiła wieczerza. W domu państwa Turskich wszelkie uroczystości odbywano bardzo patriarchalnie. Więc i teraz rodzice Marysia łamali się opłatkiem, naprzód ze wszystkimi przy stole, potem w garderobie ze służbą. Całując syna, pan Turski rzekł:

– Bądź szczęśliwy, ale pamiętaj, że jesteś jedynakiem spadkobiercą Turskich i ich tradycji. Marian odrzekł ze smutnym uśmiechem:

– Trudne zadanie, ojcze, pogodzić moje szczęście... z twoją wolą.

– Z tra...dy...cją, powtarzam.

– To martwe słowo i... źle obecnie zastosowane. Ty ojcze nadajesz mu ważność i wysuwasz na pierwszy plan dla osiągnięcia celu. Tradycja? Ach ona tu nie odgrywa roli, tu tylko ojcze twój...

– No, dosyć Marysiu, nie mówmy o tym.

Zasiedli do stołu. Zaczęły się opowiadania myśliwskie, w których Paszowski najgłośniej krzyczał i najbezczelniej kłamał. Zaczął opowiadać o spotkaniu Maryli, lecz Maryś powstrzymał go jednym spojrzeniem.

Pan Wojciech skręcił się na miejscu.

– Miałem mówić o sarnach w lesie turowskim, ale już wolę sięgnąć w przeszłość, kiedy to na pewnym polowaniu, goniąc za sarnami, powiesiłem się na drzewie razem z koniem. Ale wyborny ten majonez, pani mateczko. Dalibóg!

– Szczególne sarny, za którymi goni się konno – rzekł Denhoff.

– No, zapewne, pan ich nie mógł widzieć, bo to były sarny z mojej młodej epoki, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich. Otóż, panie mój, jestem ja na wielkich łowach w lasach radziwiłłowskich na Wołyniu. Cały miesiąc trwały obławy, na różne sposoby, pańskie i chłopskie. Oho! jedzie barszczyk z uszkami! Delicje! Aż razu jednego na polowaniu par force z chartami, zapędziłem się za szarakiem tak gorliwie, że zająca charty dawno rozerwały, a ja gnałem na przepadło wciąż naprzód. Pędem wpadliśmy z koniem do lasu, nawinęła nam się sarna, my za nią, panie mój, bałem się, że łeb sobie roztrzaskam, ale koń taki był jucha mądry, że w najszybszym biegu zginał się pod gałęziami i przesuwał prawie na brzuchu. Więc tedy sarna umyka w gąszcze, my za nią, sarna w leszczynę, my w leszczynę, aż tu raptem sarna, hyc na drzewo wskoczyła, dalibóg! zanim się obejrzałem i mój koń był na drzewie, na sosnę wkroczył, prawda, że niska była i rosochata, aleć zawsze to sztuka. Tymczasem sarna, panie mój, tak zgłupiała na ten ekstraordynaryjny widok, że już się nawet nie broniła i takeśmy się sobie przyglądali wzajemnie, bo jej nie mordowałem. Cóż za barszcz! a uszka? ajaj! jak młodej panienki, język mi ucieka!

– Jakże się zakończył ten flirt myśliwego konno, z sarną na drzewie – spytał Rymsza ubawiony.

– A tak panie mój, że i sarna bała się zeskoczyć z sosny i mój koń, zawieszony na dwóch konarach pod brzuchem, jak na popręgach, ani drgnął. Wiecem zeskoczył sam i zwołałem wszystkich myśliwych na widowisko, to ci się zbiegli jak do cyrku, panowie i dojeżdżacze, a co było śmiechu, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, to i nie wypowiem. Dopieroż ja wpadłem na koncept i. zawołałem głośno „hop, hop Hallali!” a dojeżdżacz panie rymknął w trąbkę sygnałową. A wtedy mój koń jak nie hopnie od razu z drzewa na ziemię, jak nie runie naprzód, sarna panie w ślad za nim, bo już nabrała odwagi, wyprzedziła konia, ten znowu za nią i zadeptał pod kopytami nieboraczkę.

– Tylko tyle? ja myślałem, że razem wskoczyli na książęcy zamek w Ołyce i że ich tam można do dziś dnia oglądać, jako curiosum – rzekł Denhoff.

– E! panie mój, zamek w Ołyce, to za wysokie progi na sarnie nogi. Co innego, gdyby się to zdarzyło w Wodzewie, na pański... pałac łatwo kozie wskoczyć, bo niski, panie mój, zresztą tam już tytko menażerii brakuje, nawet dyrektor już jest, w osobie Wrońskiego.

– Kto skończył uniwersytet w Oxford, ten nie zasługuje na takie żarty – rozgniewał się Denhoff.

– A pewnie; o Oxfordczyku nie powiedziałbym tego, ale kto skończył Pacanów, ten w sam raz majster do kóz. Ze zaś Wroński Oxfordu nie oglądał, za to ręczę; on trąci pacanowczykiem.

– Co nas Wroński obchodzi – przerwała kłótnię Ira – niech pan lepiej opowie, jak żywcem jadł dzika, panie Wojciechu.

– To nic osobliwego, panie mój...

– Tak, to rzecz zwykła, dzika się zawsze je żywcem i na surowo – ironizował Denhoff z komicznymi gestami.

– Właśnie, że jadłem nie surowego, lecz pieczonego, jeździłem sobie na bestii cały tydzień, taki był zażarty odyniec; głód mi dokuczył, więc wyrzynałem słoninę z karku dzika i piekłem ją...

– Na jego czaszce, tak? – podchwycił Rymsza.

– Ale gdzie tam! Słoninę zasadzałem na kordelas i opiekałem nad palącą się głownią, w powietrzu, odyniec zaś wciąż biegał jak wściekły. Cóż za sztuka jedzie! Karp w szarym sosie. Teoś jedz... bo to z rodzynkami.

– 2e też temu odyńcowi nie zechciało się położyć? to dziwne! – odezwała się Ziula.

– Hę! dziw? Nie bardzo; jego przecie trochę bolał kark więc biegał.

– Zresztą pan pewno po zjedzeniu karku i do szynek się zabrał – prawda? – spytał Maryś. Wybuchnął śmiech.

– Do szynek? Hm! Znakomity karp! a jakże panie mój, jadłem i szynki, przez tydzień tom go tak objadł, że tylko szkielet świecił.

– I jeździł pan jeszcze na szkielecie, może wysysając mózg z czaszki?

– Nie, szanowny Paniczu, mózg z dzika zostawiam dla tych, co swego nie mają, przeto szwankują na dowcipie i umyśle, mnie on niepotrzebny.

– To pewno dla mnie ten mózg, to pod moim adresem docinek.

– Owszem, tobie także by się przydał, innym również. Mózgu nie ssałem, alem dla jejmość żony przywiózł niezgorszy woreczek sierści z dzika i jego kły.

– Myślałem, że pan jadł dzika razem z sierścią, to by tłumaczyło pańską szorstkość.

– Oho! Denhoff obosieczny, „zubastaja szczulka!” Lepiej panie zaniechajmy kłótni, bo nową rybę wnoszą, aż w nozdrzach wierci od cudnego zapachu sosów. Szkoda czasu na gadanie, taką wilię, jak w Worczynie, to się je w skupieniu. A miodek panie... kasztelański, to nie cienkusz panny Balbiny.

– Ona ma również dobre miody i wina, ale tylko dla siebie – rzekła Ira. – Słyszałam, że w Połowicach są takie zwyczaje; praktykantom i inżynierowi, który tam prowadzi roboty, dają liche piwo i obiad na ceracie, nawet tańsze potrawy, podczas gdy Tulicka z rodziną je na obrusie, wybredniejsze ma menu i dobre trunki, ale wszystko to razem, na jednym stole.

– Tam się jeszcze lepsze rzeczy dzieją – dodał Maryś – bo często, jak się rodzina pokłóci, to każde z nich przychodzi do stołowego pokoju, ze swoim cukrem i herbatą, a także każde osobno przyjmuje gości, głównie księdza Janusza. Jak on jest w salonie Balbiny, ona go buntuje, by do nikogo z jej rodziny nie szedł więcej, wtem uchylają się drzwi, wyłazi czyjaś głowa ze szpary i woła księdza do siebie, tam ponawia się historia, więc, więc biedak idzie do trzeciej osoby, aż w końcu nasłuchawszy się rodzinnych skarg i żalów, jednych na drugich, wychodzi z pałacu, jak z kąpieli, spocony.

– Osobliwy to dom, panie mój! Teoś jedz, bo to z makiem, znasz przysłowie. Pyszne łamańce, pani dobrodziko. A będzie suszenina i kisiel żurawinowy?...

– Będzie, będzie, jak zwyczaj każe, dziewięć potraw. Nawet będzie kutia.

– To rozumiem! I dla zagórskich gości nakryte, a jakże!

– Wracając do Tulickiej – rzekł Rymsza – czy to ona kiedyś posłała na stację po nauczycielkę takim wózkiem w deskach od wożenia nawozu?

– Ach nie, ona przecież stara panna. To Korzycki z Zapędów, pokłóciwszy się z żoną o poprzednią nauczycielkę, posłał tak po nową – rzekł Turski, ojciec. – Ale wózek powrócił z dworca pusty, tylko nauczycielka poleciła fornalowi powiedzieć swemu panu, że jeśli on jeździ takimi ekwipażami, to ona nie ma po co jechać do Zapędów, bo przywykła do innych. Kazała mu przy tym nawymyślać i tym samym pociągiem odjechała. Paszowski zaśmiał się.

– Jeżeli Gutek spełni swą solenną obietnicę daną starej Ratyniowej, w Okorowie, że się ożeni z jej córką, to Korzycki poszle taki ekwipaż po synową, może z lepszym skutkiem.

– Czy to już do tego dochodzi?

– O! Gutek nie próżnuje – rzekł Denhoff. – Codziennie o północy, stangret Gustawa wyprowadza cicho konie za bramę folwarku, wytacza tarantas i jazda w konkury. Rano konie są zmoczane w pianach, więc gdy Korzycki pyta, co to znaczy, nauczony stangret odpowiada, że to „zmora” w nocy konie tak zajeżdża, i tak dotąd udaje się sztuka. Opowiadał mi to Skórski.

– Korzycki jest sprytny – mówił ojciec Ireny – on zaczai się kiedy na tę zmorę i złapie ją w osobie synka. Wtedy będą łozy, jak już raz podobno były. Ale Gucio rezolut, ledwo się wydostał spod śledztwa, już znowu inaczej bryka.

– Siedział podobno w ulu, teraz się odświeża. Pan Turski westchnął, jakby pod ciężarem wielkiego brzemienia. Rzekł poważnie:

– Smutne to, że w naszej okolicy tak mało jest ludzi godnych wysokiego stanowiska obywatela kraju. Wielcy obszarnicy, jak Tulicka i Korzyccy, są jedynie przedmiotem żartów i krytyki, bo na nic więcej nie zasługują. Z tego powodu mamy duże szkody, kultura powinna iść z góry, tymczasem stamtąd idzie tylko zgorszenie. Taki Korzycki, który potrafi sprzedać kupcowi w próbce czoło pszenicy, potem zaś oddaje mu prawie plewy i kłóci się, procesuje, czyż nie zatraca wiary i zaufania do obywateli? Ależ on robi gorsze szantaże, mówić się o nich nie chce. I to jest obywatel, to Polak?

– Wroński zagrał z nim w jego dudkę i o dziwo! prześcignął Korzyckiego w sprycie – zawołał Denhoff. – Kupował u niego torf. Korzycki ściągnął po pięć rubli za furę z naszą odstawą, więc Wroński vet za vet kazał wozy podwyższać drugie tyle, tak, że każdy wóz zawierał w sobie dwa; fury te zaprzężone w czwórki wyglądały jak... okopy wodzewskie. Ale trzeba było widzieć minę Korzyckiego.

– Krzyczał pewno „jak nie wiem co! oszukaniec jesteś”, prawda?

– Przeciwnie! wpadł w doskonały humor, zawołał wprawdzie, „jak nie wiem co”, ale bardzo wesoło i zapewnił, że mu się okrutnie Wroński podobał z tego postępku, że dorobię ogromnej fortuny, bo mam sprytnego rządcę.

– A co! To właśnie charakterystyka Korzyckiego, tylko o tej fortunie źle trafił, pan i dorobienie się majątku, szczególnie z Wrońskim, to dwie rzeczy całkiem różne.

– Słusznie! zresztą jedynie z Korzyckim postąpił wedle jego systemu. Ja gdy mam w kieszeni pięćset rubli czuję, że żyję jako tako, ale gdy mam tylko sto, wegetuję.

– A to się już pewno zdarza coraz częściej – rzekł stary Turski.

– Skąd pan wie?

– Domyślam się.

Denhoff posmutniał, twarz zaczęła mu drgać nerwowo. Ale prędko powrócił do równowagi, z komiczną miną zawołał:

– Ha! Jeśli w kieszeni zostanie mi tylko płótno, będę naśladował Gucia, wekselki, różne tam lichwiarskie, zakulisowe interesa. Ca ira!

– Ach dosyć o Korzyckich! – wstrząsnął się pan Turski – pragnąłbym, aby nie tylko podczas takich uroczystości jak dzisiejsza, lecz w ogóle, raz na zawsze nazwisko to wymazanym było z naszego słownika. By śladu nie zostało obrazu szalbierstwa...

– Kto jedzie na pasterkę? – spytała nagle Irena, przerywając ojcu niemiłą dla Marysia przemowę.

Otrzymała w zamian niechętne spojrzenie pana Turskiego i wzrok Marysia wzburzony a pełen wdzięczności. Denhoff patrzył również na Irę z uznaniem. Po chwilowej ciszy powtórzyła swe pytanie.

– Jedźcie wszyscy młodzi, noc śliczna – rzekła pani Turska. – My z ojcem zostaniemy.

Wtem Paszowski, od długiego już czasu zamyślony, jakby nie uważając na to, co mówiono, rzekł nagle:

– Obywatele, panie mój, obywatele! Dalibóg, że to pusty dźwięk! Polak, to co innego, najwięcej zaś znaczy określenie – człowiek. Jak jestem dobrym człowiekiem, to jestem dobrym obywatelem świata całego, bez względu na mój fach, czy ziemiański, czy szewski, czy kupiecki, czy jakikolwiek. To tylko u nas utarło się, że jak podlega krytyce obywatel- ziemianin, to panie mój, wielki gwałt! jeśli zaś na przykład, szewc, to się mówi „no, nic dziwnego”. Tymczasem to jest stronne. Cóż to, czy obywatela Bóg ulepił z innej gliny? Do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, to absurd panie mój! Wśród obywateli znam takie jednostki, że porządny, uczciwy szewc mógłby i powinien ręki mu nie podać. Jak ktoś jest tylko rządcą, dzierżawcą, lub dajmy na to aptekarzem, przemysłowcem i tak dalej i dalej, to się go uważa za coś niższego niż obywatel ziemski, obywatel jest jakby w aureoli. Z jakiej racji? Niech będzie skończony pasożyt, nicpoń, nawet łotr, ale obywatel-ziemianin, to mi dopiero zasługa! Nie przeczę, że jest to najniezależniejsze stanowisko, lecz niejedyne dla osiągnięcia chwały.

Pan Turski był trochę zirytowany, Denhoff również. Pierwszy czuł się urażony ze swego stanowiska poważnego obywatela, któremu zaprzeczają prawa trzymania batuty społecznej, drugi z punktu widzenia arystokratycznego, bo uważał, że prym na świecie mają tylko obywatele-ziemianie. Odezwał się Turski:

– Przyzna pan jednak, panie Wojciechu, że obywatel, w ogóle ziemianin, jest to karmiciel całego społeczeństwa, zatem to jednostka wybitna. Widziałem kiedyś obraz przedstawiający oracza, do którego wybiega z pobliskiego miasta cała zgraja ludzi z łyżkami w rękach, błagają go o chleb powszedni. W tej gromadzie widać kupców, lekarzy, prawników, rzemieślników, klasę robotniczą, wszystko to na ziemian patrzy, na ich pracę i produkta. Nie zaprzeczy pan, że obywatelstwo ma głos miarodajny w kraju, że my jesteśmy osią i wszystko się koło nas kręci, wszystkie szprychy społecznego koła.

– Kraj nasz jest osią, my zaś obywatele jesteśmy jedną z wielu szprych społecznego koła.

– W każdym społeczeństwie zawsze być musi uprzywilejowana klasa ludzi, taki układ świata, tą klasą jesteśmy my – dodał Denhoff.

– Jeszcze nie pan – w każdym razie – odciął Paszowski. – Tu może stanowić i przeważać szalę czyn jakiś intensywny i szlachetny, nigdy sam tytuł obywatela. Powtarzam, że to pusty dźwięk, dzwon w który wiele warstw nauczyło się uderzać na chwałę obywatelom, bez uwagi na to, z jakiego jest metalu i czy ma serce. Tymczasem ten dzwon bywa często, ach! panie mój jakże często trąbą, zwykłą trąbą miedzianą, nawet zardzewiałą. Ale dmie w nią sam i dmią inni, ci co ich olśniewa tytuł obywatela, najczęściej drugi obywatel, naiwny a biedniejszy. W naszej okolicy człowiekiem solidnym zatem i poważnym reprezentantem ziemiańskiego obywatela jest pan Turski, nasz gospodarz, Brewicz, bardzo szanowna osobistość, no, Korski hrabia, gdyby nie pewne jego poglądy, mniej patriotyczne i jeszcze paru. Że jednak na miedzianych rurach nam nie zbywa, exemplum panna Balbina i... ale mniejsza o to, o tym każdy wie.

– Czy to może mnie pan nie dopowiedział? – zaśmiał się Denhoff.

– Pan wie o kim chciałem rzec. Pan zaś mógłby się stać obywatelem ziemskim pod każdym względem – non plus ultra – ale chcąc to osiągnąć trzeba pracy i woli.

– I floty niech pan doda.

– To też to jedno, co jest, jak dotąd, pańskim udziałem.

– Czy pan myśli, że ja się także wszystkim podobam? – rzekł Turski. – Jestem przekonany, że mnie obgadują, aż miło.

– Ajej! Czemu nie. Przede wszystkim robią to miedziane trąby. Zresztą ja, panie mój, doszedłem do przekonania, że ludzie stale się obgadują wzajemnie, to im widocznie potrzebne do trawienia. Nie ma się czym martwić. Na pana mówią, że pan jest dumny i nazbyt arbitralny, ale tylko tyle, nic więcej nigdy nie słyszałem, bo i niczego się ponadto nie doszukają. Ale na przykład Gucio K. pewno mówi na mego Teosia, że jest osłem, Teoś zaś na niego, że jest cymbałem. Stosunkowo bywa tak ze wszystkimi. Teoś słyszysz?

Ale Teoś razem z Ziulą i Rymszą w salonie, zapalali już świeczki na choince.

Pani Turska powstała, za nią wszyscy i życząc sobie szczęśliwego „za rok” przeszli do drzewka. Tu zabawa, obdarowywanie się prezentami, niespodzianki różne, drobne lecz miłe.

Po czym Ira siadła do fortepianu, pan Turski zaintonował pieśń „Anioł pasterzom mówił”. Zgodny chór głosów z dominującym basem Paszowskiego, rozpłynął się po starym dworze, budząc uśpione po kątach od wielu, wielu lat toż samo echo.

Pieśń natchnęła wszystkich dziwnie, uroczyście, jakby przedwieczna noc betlejemska powracała dorocznie, by jedynym swym powiewem rzucić czar.



IV

Dwoje sań sunęło szybko, po gładkiej zaśnieżonej drodze, dążąc do Okorowa. Naprzód pędziły strojne saneczki worczyńskie, w nich Ziula z narzeczonym i Paszowski, jako „plaster przyzwoitości”, w drugich jechała Irena z bratem, Denhoff i Teoś Paszowski.

Poprzedzał ich ochoczy dźwięk janczarów, konie prychały raźnie, że aż skry rozkoszne biegły po ciele od tej nocnej szlichtady. Księżyc nie świecił; noc była matowa, sinawo-biała, przyprószona rozwianą mgiełką padającego śniegu. Gwiazdy zasnute chmurami błyskały rzadko, ale więcej niż zwykle mrugające, jasne. Dokoła zaś topiel śnieżna; szeroko, swobodnie! Pola zdają się stepem niezmierzonym – noc krainą polarną snów. Paszowski śpiewał „Bóg się rodzi”, narzeczem, nie uważając na niego, szeptali z sobą nigdy nie wyczerpane wyznania, ułatwiła piękna noc. Ira i Denhoff zagadali się z wiejskimi chłopakami, których stało kilku za siedzeniem i po obu bokach sań. Byli to uczniowie Iry i Ziuli! zawsze w ten sposób towarzyszyli panienkom do kościoła. Maryś żartował z Teosia, obawiającego się, że spadnie, w końcu wziął go na kolana, wywołało to wybuch śmiechu wśród chłopaków ze wsi i zgorszenie Teosia.

– Co ze mną jus wyprlawiają, to zgroza. Wodę wazyć, woda będzie! pan Marlian jest nie dobrly i twarlde ma kolana.

Na drodze było gwarno. Mnóstwo sań chłopskich sunęło razem z dworskimi, różnymi drogami płynęły wiejskie zaprzęgi, lub szły piesze tłumy ludzi. Rozmowy, śmiechy, śpiewy biegły na pola wesołą, świąteczną nutą. Czasem z chłopskich sań, zawołał jaki męski lub kobiecy głos zwrócony do „panów ze dwora” a pełen życzliwości i sympatii: „Panienki i panicze na pasterkę jadom, pochwalony Chrystus!” albo: „Musi smakowała wilija, kiej tak wesoło się jedzie”. Starzy gospodarze wołali: „Znowu chłopcy na saniach? Panienki rozbałamuciły tych hultajów, tera to już piechotą nie ruszą się, ino czekają na panienki”.

Paszowski zawołał do jednych sań, pełnych dziewcząt:

– Hu! Ładne panny! Pyski każda ma jak burakiem malowane, aż ciary idą.

– Ale juści! Przewidziało się panu. Hi! Hi!

Wesoło z szumem dojechali do Okorowa. Na szarobiałym tle wyniosłego wzgórka czarna masa kościoła odbijała wypukło, wieże bodły ciemne sklepienie granatowego nieba ze złotymi ćwiekami tu i ówdzie lśniących gwiazd. Okna świątyni pałały blaskiem, środkowa rozeta miała wygląd olbrzymiego księżyca. Z góry, smugi te czerwonożółte oświecały plac dokoła gmachu, jak reflektory. Tłok był już wielki. Sanie ozdobne i proste, zwane „gryndziołami”, pełne grochowin skupiły się w jedną nieprzebitą gąszcz. Towarzystwo z Worczyna weszło do kościoła. Gorąca para buchnęła jak z pieca, głowa stała tu przy głowie. Maryś i Denhoff z trudem przeprowadzili panny do stalli worczyńskiej, usiadł z nimi Paszowski i Teoś. Denhoff nie marzył nawet o przedostaniu się do swej stalli, razem z Turskim i Stanisławem Rymszą stanęli obok ołtarza. Maryś najdalej, na progu kruchty.

Ksiądz Janusz miał kazanie, W głębi siedzieli w swych ławkach Brewiczowie, obok nich świeciły oczy pani Lubockiej, wypatrujące Marysia i spocona niedołężna twarz jej męża. Przy ławce z Zapędów, stał uroczysty Perzyński, jak zwykle zakręcał żółte wąsy i pomidorową twarz dumnie wznosił do góry.

– Czatuje na pannę Mary – szepnął Denhoff do Turskiego.

Wtem przesunął się koło nich Leśniewski. Skłonił głowę z tak. rozkosznym uśmiechem, jakby co najmniej na widok Ziuli.

– Gdzież pańska dziedziczka? – spytał Denhoff.

– Została w pałacu, gdzieżby na taki tłok. Słowo daję! Pan to zawsze...

– Słusznie! niech ją pan oszczędza, mogliby tu babkę rozdusić, jak starego muchomora; dziewica straciłaby swą nietykalność.

– Słowo daję! Ach jakże można mówić tak o dziedziczce? Czy i panie są z Worczyna?

– Jest panna Ira i narzeczeni.

– O! Już zaraz narzeczeni! Ha! Ha! – zaśmiał się Kocio.

– Radzę nie wyrywać się z taką wątpliwością przed panną Ziulą lub przed panem Rymszą. Oboje pełni temperamentu, że zaś są zakochani, więc niebezpieczni. Mogłaby nie pomóc nawet protekcja dziedziczki.

Kocio odszedł rozgoryczony lecz pewny, że zawsze na końcu wygra.

Ludzi jeszcze napływało, przepychali się z trudem, wałkując w tłoku stojących panów. Nagle Maryś usłyszał za sobą obcy głos mówiący po francusku:

– Impossible!

– Kto to być może? – zadrżał.

Ujrzał tuż obok barczystą postać nieznajomego mężczyzny, z brzydką wygoloną twarzą i obwisłą dolną wargą. Przejął go instynktowny wstręt.

– Poszyngier!

Baron rozpychał ludzi i mruczał coś tłustym językiem, torował drogę komuś, kogo Maryś przeczuł, lecz bał się prawdy. Przeszła koło niego pani Korzycka.

– Nie ma jej...

Wionął lekki zapach perfum „Ideał”, koło Turskiego stanęła Maryla. Białe futra jej kołpaczka i kołnierza błysnęły mu w oczach. Spotkały się ich spojrzenia i wnet rozbiegły spłoszone. Panna Korzycka nie postąpiła naprzód ani kroku; blada z gorącymi łunami w oczach, z krwawą purpurą miała w sobie niezłomność i wolę stanowczą. Maryś zobaczył jeszcze cienką postać Skórskiego, szedł do ławek.

– Marylo, idź za Arturem – rzekł za nią Mieczysław Korzycki.

– Ja... tu zostanę.

Miecio zdumiał się, lecz ukłoniwszy się Marianowi bez słowa, poszedł do Denhoffa i Rymszy. Wciąż falujący tłum przysunął Marylę do Turskiego, oparła się mocno całym ramieniem o piersi młodzieńca. Widział jej profil, śliczną linię nosa i śmiałe, piękne oko z bujną, czarną rzęsą. Spod białego kołpaka wymykały się ciemne włosy; wychylony z szalowego kołnierza pełny, młody kark opinał biały tiul ze złotą tasiemką obszycia. Ciepło biło od niej i zapach. Tonęło się w ponętach tej panny, które uderzały do głowy mocnym prądem. Stała przy Marysiu świadomie, pewna swego uroku i sama pod jego urokiem, jakby dziwną siłą przykuta do tego miejsca, nawet z sobą nie walczyła by odejść.

Podszedł zdziwiony Poszyngier.

– Przejście swobodne, proszę panią do ławki – rzekł dość surowym tonem.

– Zostanę tu.

– Ależ co znowu? W tym tłoku? Quelle idée! Nigdy na to nie pozwolę. Korzycka ściągnęła gniewnie brwi.

– Proszę mi nie przeszkadzać i iść tam, do mamy, ja tu pozostanę. Proszę!

Baron wytrzeszczył duże wypukłe oczy, z wyrazem bezmiernego zdumienia, grube wargi zadrgały gniewem. Ale od razu ułożył twarz odpowiednio i rzekł po francusku, z fałszywie uprzejmym uśmiechem:

– Dziwny kaprys! zatem moje miejsce przy pani.

– O nie! proszę iść do mamy nieodwołalnie! Chcę być sama. Poszyngier, już wściekły, zawrócił jakby na pięcie swą potężną figurę i odszedł w głąb kościoła.

Turski podczas tej sceny był oszołomiony, nie wiedział co z sobą robić. Stali teraz z nią ramię w ramię, słysząc wzajemnie bijące pulsa we krwi. Maryś dygotał wewnętrznie. Żary upalne idące od niej dusiły go, czuł, że to jakiś przełom, że stanie się zaraz coś niesłychanego, że sklepienie świątyni runie na nich i zmiażdży, że dlatego stanęli razem by razem zginąć. Na myśl, że nabożeństwo skończy się i Maryla odjedzie ogarnęła go rozpacz. Chciał porwać ją, wsadzić na sanki i uciekać w tę noc śnieżną, uwozić na koniec świata, by nikt jej nie dogonił i nie odebrał. Zostanie jego, bo on ją siłą zdobędzie. Czemuż jednak przyjechała dziś do jego lasu wiedząc o polowaniu; czyż to jedynie traf? Czemu teraz nie poszła za matką do ławki, lecz stoi przytulona ramieniem do jego piersi. Nie pomogły prośby narzeczonego, odprawiła go i została. Ona mnie kocha, mnie tylko, to zależy ode mnie by ją mieć. Ona pragnie szału, nie cierpi bierności. Więc brać ją! brać tę rozkosz, to wcielenie upojeń, tę kobietę własną, oddawaną mu przez miłość. Zawiozę ją do Turowa, do siebie, raz już zakończę nieznośną mękę – mówił sobie w duszy rozszalały Maryś. Czy ona się zgodzi? Czy da się porwać ta słodka Maryla – nie to kobieta stanowcza, samowolna. Co by się stało gdybym...

Oczy Turskiego zaszły mgłą, bezwiednie pochylił głowę, spragnione usta musnęły futro jej kołpaczka, jeszcze zniżył płonącą twarz i uczuł na wargach bliskość jej karku, ciepłe wonne, pociągające. Jeszcze sekunda, jeszcze... jeszcze...

Maryś tracił przytomność. Wtem uderzono we wszystkie dzwony; zagrało w kościele od dźwięku. Ogromne basy dzwonów wieżowych runęły z zewnątrz olbrzymią potęgą minorowych tonów; dzwonki ministrantów, dzwon przy zakrystii wtórowały śpiewnie górnej melodii spiżów. Hejnał płynął hucznie, jakby zawierał w sobie głosy całego kraju, jakby lud wszystek wznosił błagalny chór. Maryla usunęła się na kolana, Turski za nią; twarze ich były niemal złączone, obie buchające żarem, oddechy płynęły w jeden ogień wyładowywany w ich piersi. Straszna, żywiołowa namiętność porwała ich w swój wir bezpamiętny.

– Teraz, teraz czas! Podczas tego dzwonienia, teraz!... – rzęził Maryś, tłocząc w ustach słowa.

Ona spojrzała mu w oczy. Rzuciło nią, zaczęła silnie drżeć, nie potrafiła utrzymać szczękających zębów. Nerwy obojga podniecone kołataniem dzwonów, szarpanych z pasją wytworzyły nastrój zupełnie nowy, już nie liczący się z niczym, wyzwolony spod panowania umysłu, spod wszelkiej władzy. Unosił ich szał.

– Boże!... Boże! teraz cza... a... s!...

Słowa jego zdławione, zatargały nią ostatecznie, chwyciła konwulsyjnie jego rękę. Mięśnie ich dłoni przylgnęły do siebie, zlepiły się niebywałą mocą. I wówczas już jakby pod wspólnym rozkazem, oboje nagle powstali, nie rozrywając splecionych rąk, przeszli ponad klęczącym, schylonym nisko tłumem, do drzwi, on pchnął je, i razem wybiegli na pusty, śnieżny plac. Uderzył w nich zimny powiew, dzwony wieżowe huczały basem nad ich głowami. Oni szli prędko, zdyszani, zupełnie bez pamięci. Turski gniótł dłoń Maryli, nie czując, że pęka jej rękawiczka, szli stuleni ramionami ż oczyma w oczach. Słyszeli tylko dzwony i stukanie własnych serc. Usta im drżą, wiszą na nich gorące słowa.

„Ale, nie mówcie bo pryśnie czar.”

Niosły ich nerwy wzburzone do bezkresu. Niosła ich egzaltacja bezmierna i potężna, która bywa genialną.

Niosła ich namiętność tak wielka, jak ta obecna chwila, tak czarująca, jak tajemnica ich dusz bezchłannie miłujących się.

Niósł ich wszechświat zawarty w ogromie ich pragnień i pożądań aż okrutnych.

Niósł ich pęd temperamentów, szałów, przeczuć rozkosznych. A nad nimi hejnał spiżowy rozkolebanych dzwonów, noc zimowa, gwiezdna, i śniegowy pył.

Przed nimi biała przestrzeń. W nią! W nią! Dalej od ludzi, do siebie, do rozkoszy! Doszli do muru okalającego plac kościelny.

Stanęli bezradni. Ale Maryś jak wariat szarpnął nią i zawołał namiętnie.

– Tam furtka, na lewo, tam! Chodźmy! Prędzej na Boga!

– Dokąd? – spytała sennie.

– Nie pytaj! Nie pytaj! Spieszmy się bo... nas... zatrzymają.

– Kto?

– Kto? Ależ uciekajmy! Twoi cię zatrzymają, a tyś moja, do siebie cię zawiozę, dokąd chcesz, bylebyś... była moją... Marylo!... Ach Boże! cóż my... robimy! – zawołał nagle przytomniejąc.

Maryla wysunęła rękę z jego dłoni. I ona oprzytomniała.

Dzwony umilkły. Czar unoszący się nad nimi, czar być może skupiony v/ sercach dzwonów, prysnął brutalnie, oblewając ich lodowym podmuchem rzeczywistości. Pozostała tylko noc zimowa, bo realną osnuta powłoką i stał gmach kościelny rzucając szybami okien żółte refleksy światła. Dochodziła z wewnątrz pieśń nabożna, śpiewana przez wrzaskliwy tłum, słychać było poważne akordy organów.

Oni stali jakby zbudzeni z halucynacji, oboje wyczerpani, bladzi z przerażenia, które nadleciało do nich, niby złowrogi ptak z czarnych, przestrzennych czeluści. Płomień ich zgasł, rozwiała się ułuda rozkosznych mamideł, pokusa znikła tak szybko, jak szybko wzięła ich w swą władzę. Chłodny rozum położył ciężką dłoń nielitościwą na wrzących sercach. Wyrafinowany tyran!

– Co to... było? Co się... stało – spytała Maryla trwożnym szeptem. Turski milczał.

– Ach! Myśmy oszaleli, tak... nie można... to by... był... skandal. Panie Marianie... pan... oboje winniśmy, ale na szczęście w porę... tak, w porę umilkły te dzwony, bo ten szał... nasz...

Turski milczał.

Maryla stała jeszcze chwilę przecierając oczy niby po śnie, spojrzała na niego długo, z naciskiem i odeszła w stronę kościoła.

Maryś został sam; przyparty do muru patrzał tępo za znikającą postacią w białych futrach.



V

Minęły święta. Marian Turski nie otrząsnął się z dziwnego stanu apatii nurtującej go od pamiętnej pasterki. Nie był w Zapędach i już więcej Maryli nie widział, umyślnie jej unikając. Gdy wszyscy młodzi z Worczyna, Denhoff i nawet Paszowscy pojechali do Olchowa na święta starego stylu, Maryś został w Turowie. Przygnębienie jego rosło, nigdzie z domu nie wyjeżdżał, nawet rodziców odwiedzał rzadko. Państwo Turscy dowiedziawszy się o bytności Korzyckich na pasterce, a nawet i o tym, że Maryla stała w kruchcie przy Marysiu, odgadywali, że coś między nimi zaszło, jednak postawa młodzieńca nie upoważniała do pytań, wszelkie zaś dyplomatyczne zaczepki Maryś zręcznie odbijał. Stan jego niepokoił rodziców, zaczęli spiskować z Olchowem i wreszcie po długich namowach państwa Turskich,

po kilku gorących listach Iry, Denhoffa i wszystkich kuzynek udało się skłonić Marysia, aby pojechał na bal ziemiański do Warszawy. Dora, Ziula i Ania miały ukazać się publicznie po raz pierwszy, towarzyszyła im Irena, panie Turska i Zborska matkowały pannom.

Nastąpiła wreszcie chwila wyjazdu z mieszkania rodziców Ziuli do Resursy. Gdy Ryszard Denhoff, Rymsza i młody Turski przyszli w strojnych frakach do saloniku pań, by je zabrać, obaj narzeczeni wydali okrzyk zachwytu. Dora była prześliczna w bladokremowej sukni, ozdobionej fiołkami, warkocze miała spuszczone, nad czołem przepaska z fiołków. Ziula i Ania w różowych gazach z białym bzem przypominały motyle swą lekkością i świeżością. Ira wystąpiła w białej, stylowej toalecie ze złotymi szlakami haftowanych greków. Złoty sznur opinał jej bujne kasztanowate włosy. Narzeczeni cieszyli się z sobą. Paszowski, który miał być również na balu, komplementował Irę:

– Pychowa z pani kobieta, żebym tak był młodszy, to już by mnie pani wzięła. Osobliwość, panie mój! jak te stroje ozdabiają kobiety! frontowo pani wygląda! Jakiś obywatel, co ma dobry gust, już pewny, jak w kieszeni, panie mój! Niech mu tylko pani od razu nie zawraca głowy malarstwem, to już gorsze; wszelkich malarek, literatek, poetek, mężczyźni boją się instynktownie; nie nada się do niańczenia dzieci i warzenia krup, w ogóle do kądzieli.

– Obrzydliwy pan jesteś! Tym bardziej teraz, po tym, co pan powiedział, wolę od razu odstraszać, niż żeby potem ode mnie uciekali, szczególnie tacy, co w kobiecie widzą tylko kądziel.

Maryś Turski patrzał na siostry i myślał:

– Jak też wygląda Maryla?

Wiedział, że będzie na balu i doznawał zupełnej co do tego obojętności. Pojechali.

Sale w Resursie były już gwarne, bal rozpoczęty. Walc wirował w marzącym tempie unosząc rozkosznie oddane sobie, strojne pary. W pośrodku sali stała żywa barykada mężczyzn, wyfraczonych, zawodowych tancerzy, z minami przeważnie mniej mądrymi, ale stanowisko ich samo przez się usprawiedliwiało najgłupszą minę. Stojąc tak, niby najmici do tańca, wyszukiwali w rzędach tancerek, siedzących wśród zieleni pod ścianami, piękniejsze i posażniejsze partnerki. Wnet któryś amator opuszczał barykadę, szedł sprężyście do upatrzonej, następował szablonowy uśmiech jego i jej, objęcie damskiej figurki i krąg walca naokoło grupy mężczyzn, jeden lub dwa, zależnie od zgodzenia się z sobą i temperamentu tańczących. Potem znowu uśmiech, tancerz odprowadza damę na jej krzesło, sam zaś powraca do środkowego stanowiska, by rychło znowu ruszyć w inną stronę. Panie siedzą jak na wystawie, wyczekujące, często błagające o tancerzy, panowie jak eksperci badają damski towar i taksują. Słychać w gromadzie czarnych fraków i białych gorsów gęste oceny tańczących panien.

– Widzi pan tę niebieską z różami, podobno sto tysięcy?

– Tak, ale mówią, że papa skąpy, renta roczna nieduża, a gotówki na razie nie daje.

– Tamta w brylantach to gratka! cały milion.

– Może obiecany jako przynęta? w rzeczywistości rozćwiartowany.

– Śliczna w konwaliach! – unosi się któryś.

Ale uświadomiony sąsiad mrozi go jednym słowem:

– Ach to niewarte zachodu! tylko dwadzieścia tysiączków. Głupstwo! Szkoda czasu i atłasu.

– No, jak tak?... Nie wiedziałem.

Denhoffa znajomi zaciągnęli do koła tancerzy, stał niepewnie, jak na cenzurowanym, z niesmakiem, z którym sobie nie mógł dać rady. Słyszał dokoła rozmowy o posagach i jątrzył się. Za dużo miał w sobie etyki oraz idealizmu, za wiele delikatności, by go takie uwagi mogły nie przejmować wstrętem.

– Targ, zupełny jarmark na panny, quelle cochonnerie! – szepnął do siebie i już chciał opuścić obserwatorium męskie, ale usłyszał rozmowę o Maryli i przystanął.

– Ta piękna panna w bieli ze srebrem, co ma pełne włosy tuberoz, to Korzycka z Podlasia, bardzo bogata, ale już zaręczona. Złapał Poszyngier, baron z Kurlandii.

– Jeśli bardzo bogata, warto zagrać w odbijanego. Mnie się więcej podoba ta jagódka z warkoczami w fiołkach; to cukierek!

– Tylko tyle, cukierek bez bombonierki.

– Taak! biedna?

– Ma jedynie niewinność i urodę do zbycia, zresztą nić. Ach prawda! słyszałem, że już znalazł się amator, zaręczona.

– Czyżby?! A to naiwniutki!

Denhoff wyszedł pospiesznie z grona panów, zatańczył z Dorą i spotkał Marysia w pokoju męskim.

– Pan nie stoi w szeregu tancerzy obserwatorów?

– Nie, podziwiałem pańską odwagę w tym kierunku – odrzekł Turski.

– Rzeczywiście byłem tam, ale już nie wrócę. Tam jedynie słychać informacje o posagach z pannami, bo nawet nie vice versa. Znają na wylot wszystkich papów i renty, jakie oni dają za córki. Istny handel...

– Delikatesów – dodał Maryś.

– Ii, nie zawsze. Są na sali panniska zaawansowane w latka i wcale nieponętne, ale pieniążki tam brzęczą, więc powodzenie jest.

– Rola takich panien nieciekawa, szczególniej po kilku karnawałach – rzekł Turski.

– Uważa pan na nasze panny? Dorcia przechodzi z rąk do rąk, aż mnie to złości, a panna Ziula jak wiruje po sali; ślicznie wygląda w tych różowościach i bzach, żeby ją ujrzał Kocio teraz... Co?..i Ale nie dla kota sperka, nie dla... pardon! Albo nasza malarka?... przeszła samą siebie, kręci się koło niej jakiś obywatel i patrzy, niby w słońce. Paszowski wywróżył. Pannę Korzycka pan widział?..

– Widziałem.

– Pytała o pana – skłamał Ryszard – niech pan z nią tańczy, panna wspaniała! Powodzenie ma szalone.

Denhoff odszedł. Maryś wypatrzył Marylę po raz setny dzisiaj i łowił ją wzrokiem. Srebrzyła się po sali w nieustannym wirze, promieniowała jak piękna gwiazda, lśniąc bogactwem wdzięków kobiecych, jej usta grały życiem, muzyka szła od niej i urok. Turski porównywał ją ze swymi siostrami. Tylko Dora mogła z nią rywalizować, lecz różnił je odrębny czar, jakby z odmiennych planet sfrunięty. Dora była błękitna, z idealnej mgły, dziecko gwiezdnych sfer. Maryla przeciwnie, ziemski, może wulkaniczny płomień, gorąca fala czysto ludzkich rozkoszy. Tamta śliczny, tajemniczy błędny ognik, trochę bajkowy, jak legenda o aniołach, ta bujny, wrzący ogień, co przepala, parzy, a ciągnie.

„Ofelia i Kleopatra” – pomyślał Maryś.

Ira przystojna i postawna, elegancka w ruchach zwracała uwagę, Ziula i Ania ładne kwiaty polne nęciły świeżością i szczerą swobodą, różną od wykrygowanych panien. Ale do konkursu z Marylą. stawała tylko Dora. Która wygrywa?...

– U mnie jedynie – ona... ta moja kobieta – płomień! – zmełł w ustach i z nagłym postanowieniem poszedł do Maryli.

– Raz jeden chociaż trzymać ją przy sobie tak jak ci wszyscy. Idąc przez całą długość sali uspokajał się, był sztywny, pewny siebie.

Denhoff ujrzawszy go, szepnął do narzeczonej:

– Pan Marian idzie jak wódz; cóż za pyszna postać! jednak to... nienaturalne.

– On idzie jakby zahipnotyzowany, może jest nieprzytomny? Do Maryli dąży – rzekła Dora.

Turski skłonił się pannie Korzyckiej. Drgnęła, podniosła na niego szeroko otwarte oczy i powstała.

– Nareszcie! – usłyszał szept jej ust. Przycisnął ją gorączkowo do siebie. Zaczęli tańczyć. Maryla nie odchylała twarzy na ramię tancerza, nie robiła bachancko rozkosznych uśmiechów, jak inne panny, ona tańczyła z wdziękiem naturalnym pełnym wytrwałości. Maryś czuł jej młode piersi na swoich, czuł zdrowe toczone ramię, oparte na nim mocno i pomimo to był zadziwiająco spokojny.

– Po co pan przyjechał na bal, skoro nie tańczy?

– Ja? Ja wszakże tańczę.

Ach! Zaledwo teraz... ze mną... Siedzi pan w foyer, jak mruk, zamiast bawić się, flirtować... Czy... czy nie ma na balu... pani Amy?

– Nie...

– To szkoda, trzeba ją było namówić, miałaby tu... duże pole...

– Do czego pani zmierza?

– Panu byłoby weselej przy tej... kobiecie...

– Czy i pani również wolałaby widzieć mnie z panią Amą?

– Wszystko mi jedno, jestem narzeczoną.

Słowo to ukłuło Marysia, ale jeszcze się przemógł.

– Wiem... nie złożyłem dotąd... życzeń – rzekł z udaną obojętnością.

Ona milczała, tylko zbladła. Pochyliła głowę by zajrzeć w jego oczy, ujrzała błyszczące ciemne szparki zasnute powieką.

Turski posadził swą tancerkę, odszedł. Jakieś usta czerwone przywabiły go do siebie, wziął kogoś w ramiona i tańczył, tańczył zapamiętale. Potem z drugą nieznajomą to samo, z trzecią, z czwartą. Ktoś mówił do niego, nie słyszał, ujrzał w przelocie tańca rozbawioną twarz Dory i Denhoffa, mignęły mu w oczach białe tuberozy, to znowu niespokojne oczy Iry wbite w niego badawczo. Cóż to jest, że tak dobrze tańczysz? pyta siebie Maryś i wiruje namiętnie uniesiony walcem.

Po raz drugi ujrzał białe tuberozy na ciemnych włosach. – Jakie to ładne! potrafi się ubrać... dla Poszyngiera – rzekł głośno.

– Co pan mówi? .

Popatrzył na swą nową tancerkę i zaśmiał się. Widział jej zdumione oczy, ale nic go to nie obchodziło.

– Czego się pani dziwi?...

– Niech mnie pan posadzi, proszę – usłyszał odpowiedź.

– Acha! Dobrze, jeszcze do pani krzesełka daleko, trzeba poczekać. Czy źle tańczę?

– Jest pan chyba... nieprzytomny... zresztą... zmęczyłam się.

– Okropnie dużo piłem szampana, mnóstwo koniaków... Posadził damę, która zaczęła zaraz szeptać do swej towarzyszki, wskazując za oddalającym się. Walc umilkł. Do Marysia podeszła Irena, patrzyła na niego serdecznie.

– Czy dobrze się bawisz?

– Wybornie! jak widzisz – rzekł bezdźwięcznie.

– Teraz będzie kontredans, czy masz tancerkę?

– Nie, wszystko mi jedno, znajdę. Alboż mało tego tu?... – wskazał na salę.

– Marysiu!

– No cóż takiego? Wezmę pierwszą, która mi się nawinie, o to nietrudno. Nagle zmienił ton.

– Wiesz Iro? Bal to strasznie głupia rzecz! Patrz na te kobiety, na te ich stroje pretensjonalne, na obnażone ramiona, głowy pełne loków fryzjerskich, na te zalotne miny, na te sztuczne czary. Ach jakaż blaga! Wszystko to zwrócone do nas, to nas tak wabią, mężczyzn, im który bogatszy, tym dla niego słodsze uśmiechy, wytworniejsza kokieteria. To samo dzieje się wśród mężczyzn. Panny z „flotą” są otoczone, poszukiwane, mówi się tylko o posagach! Fe! brud! U nas na wsi jeszcze ta zaraza nie rozpanoszyła się tak brutalnie.

Wskazał znowu brwiami na szumiącą salę.

– Co to jest? Wszak to handel, wystawa ludzkiego inwentarza. Czy to są kobiety z uczuciem? czy ci mężczyźni mają etykę? Pieniądz, pieniądz tylko figuruje, materializm!

– Ciszej mów Marysiu, może kto usłyszeć.

– Więc cóż? zrzucą mnie ze schodów?... Zbliżył się Denhoff i Dora. On widząc wzburzenie Marysia ujął go za ramię.

– Słyszałem co pan mówił do siostry i potwierdzam to samo.

– Że zlecę ze schodów? Ha, ha!

– Cóż znowu? Podzielam tylko pańskie poglądy. Opowiem panu bajkę.

– Tu na sali? na przykład?

– Spacerujemy razem, więc mogę. O! jest i pan Paszowski. Brawo! Pan mi dopomoże do tej bajki. Otóż pan Marian narzeka na zmaterializowanie świata i jego obłudę. Ależ nie może być na świecie szczerości, ponieważ nie zrodziła się dotąd – Prawda. Teraz świat jest, ot taką salą balową, na której w pierwszą parę tańcują pan Kłamstwo z panią Blagą. W drugiej wiruje stary i już łysy Fałsz z silnie podtatusiałą, lecz zawsze wyfiokowaną Obłudą. Są w tłumie jeszcze inne pary: pan Intrygant z panną Przewrotnościówną, młode małżeństwa Delikatnostwa Oszukańców; pani pochodzi z modernistycznego rodu Dyskrecjów. Dalej ożywiona para – młodzieniec Machiawelizm z dziewicą Hipokryzją. Panna Zazdrościówna z panem Interesowności. Tylko Szczerość jest zaledwie dzieweczką niedorosłą, zaś przeznaczony jej za męża pan Prawość jest również pacholęciem.

– Podobała mi się pańska bajka – zawołał ożywiony Maryś.

– Czekajcie ja ją dopełnię – rzekł Paszowski. – Otóż, panie mój, Szczerość i Prawość mają z czasem wydać na świat błogosławioną Prawdę, ale na to poczekamy. Dalibóg! Zanim ta para dojrzeje, dojdzie do porozumienia z sobą zanim się połączy. Ho, ho! A będzie coraz gorzej bo i tę parkę będą wyśmiewali, karcili, ale! będą na nią plwali, durniami nazwą. Więc zanim przetrawią gorycz w sobie i nabiorą siły twórczej, by zrodzić Prawdę – długie lata miną, setki lat! Zanim Prawda rozjaśni mroki, przepędziwszy precz rozhulane pary na sali światowej, sama weźmie berło, świat musi bytowo po dzisiejszemu, z pierwszą parę świetnych mazurzystów Kłamstwa z Blagą. Tak, panie mój!

– Grają kontredansa. Czy państwo nie słyszą? – spytał Rymsza podbiegając.

– Idziemy.

– Pan tak okrutnie przedstawił świat. Czyż jest taki naprawdę...– mówiła Dorcia.

– Dudusiu złoty, tyś jest anioł, świat to co innego. Zresztą wiesz co? ty jesteś szczerością, ja zaś twoim narzeczonym. Ale... w takim razie świat... byłby prędzej zbawiony – szeptał

Ryszard płomiennymi wargami.

Dora poczerwieniała.

– Stawajmy na miejscach, gdzie nasze vis-a-vis?... – rzekła prędko. Turski znowu podszedł do Maryli.

– Pani tańczy? Parsknęła śmiechem.

– Zdaje się! A to w porę?!

– Z kim pani tańczy?

– Z narzeczonym.

„Kłamstwo i Blaga” – przemknęła mu myśl.

– Ach, z baronem Poszyngierem – rzekł głośno.

– Tak, z moim narzeczonym – powtórzyła dobitnie. Turski zaciął silnie szczęki, spytał jeszcze prawie sycząc przez zęby:

– Czy mogę prosić o mazura?

– Zajęty.

– A drugi mazur, kotylion, następne kontredanse...

– Zajęte wszystko, karnet mam zapisany doszczętnie. Obok zabrzmiał ironiczny głos barona:

– Spóźnił się pan, widzę?...

Maryś drgnął jak ukąszony, spojrzał na Poszyngiera okropnym wzrokiem. Jeden moment i byłby skandal, wtem Denhoff ścisnął Turskiego za ramię, nieomal odszarpnął go od Maryli.

– Panna Irena prosi pana... Odeszli.

– Co panu znowu? Skąd mnie Ira?... Co to jest?

– Pan tańczy z panną Ireną, odmówiła komuś tam; na pana czeka.

Turski zrozumiał. Ścisnął rękę Ryszarda mówiąc jakimś żałosnym zgnębieniem:

– Dziękuję panu, tyś mój dobry przyjaciel.

– Spokoju panie! przecie to bal, to światowe lach tam ti... dy ry... bum! Śmiać się do rozpuku i hasać, szaleć. Irena wzięła brata pod rękę.

– Tańczymy Maryśku, dobrze?... – spytała słodko.

– Jak chcesz.

Pochylił się i pocałował siostrę w rękę. Czuł, że ona z Denhoffem uratowali go od awantury.

Po kontredansie Maryś palił w foyer, gdy podsunął się do niego Skórski.

– Eeee! te... te... panie Mahjanie, czy pan wie o naszym szczęściu hodzinnym?

– O jakim szczęściu? Hrabia ogarnął ucho dłonią.

– Aa! Hee!... Co takiego?

– Jakie szczęście? – huknął Maryś.

– Eee... te... nasze, hodzinne. Ma foi! Żona mi ee... te... te... p... hezent zhobiła. Pewno kupiła trąbę do ucha – rzekł Maryś trochę ciszej.

– Mamy... ee... te... potomka.

– A winszuję! Syna? .

– Eeee... tee... cóhkę, tylko cóhkę, ee... infantka tak... te... Ma foi!... Infantka. Ale ee... piękność, powiadam panu.

– No, naturalnie i geniusz. Hrabia śmiał się.

– Eee... te... bahdzo, bahdzo miłe dziecko. Jestem wzohowym papą... Ha ha! kocham się we własnej cóhce. Eee... A phopo... czemu pan nie zatrzymał się w Warszawie dłużej, wówczas po tych awantuhach... a...fhykańskich, w jesieni... po tej... tej konstytucji. Ja ee... te... te pisałem, phosiłem, jeszcze wtedy... e... z Mahylą... był czas... Tehaz...

– Teraz za późno. Wiem! Do widzenia hrabiemu, idę tańczyć.

– Eee... pa... pahdon, pahdon, phoszę bahdzo.

– A to... ee... nahwaniec afhykański – rzekł hrabia po odejściu Marysia.

Mazura Turski znowu tańczył z Ireną, która bojąc się o niego wolała z nim być. Widząc przed sobą pannę Korzycką z Poszyngierem Maryś szalał. Ulubiony zawsze taniec teraz opętał go. Rażeni z Irą, tańczącą bardzo dobrze, tworzyli wyborną parę. Marian odznaczał się brawurą i zapałem, był klasycznym mazurzystą. Czasem szarżował i wówczas stawał się dziarskim, rozhukanym chłopcem, widzącym szał w tańcu, unoszonym wichrowatą, stepową jakby naturą. Częściej płynął po sali tempem eleganckim, niesłychanie wytwornym, czyniąc półobroty do tancerki spokojne a wykwintnie kokieteryjne, lub wyprzedzając ją patrzył w jej oczy z przejmującą magnetyczną siłą.

– On chyba zapomina, że to ja, myśli, że tamta... – rzekła Ira do Ziuli podczas ogólnego koła.

Turski z Ireną i Denhoff tańczący niezrównanie z Dorcią, zainteresowali wiele osób. Dowiadywano się kto to, ale nikt nie chciał wierzyć, że Turski tańczy z siostrą.

– Chyba jakaś nowoczesna miłość łączy to rodzeństwo – ktoś szepnął.

Maryla widziała taniec Turskiego. Przy ociężałych ruchach Poszyngiera, Maryś drażnił ją swym artyzmem.

– Ostatniego mazura muszę tańczyć z nim – postanowiła. Lecz gdy zapowiedziała już o tym Poszyngierowi i w czasie przerwy balowej poleciła Skórskiemu, by prosił do niej Marysia, hrabia wrócił skonfundowany.

– Eee... te... te... Tuhski już wyjechał z Hesuhsy. Ma foi! Zahas po mazurze.

Panna Korzycką uczuła dziwny, przykry żal. Sala stała się dla niej nagle pusta i bezbrzeżnie płytka. Poszyngier wstrętny.

– Ukarał mnie, mam nauczkę. Pojechał... a ja z tą... kreaturą. Rozkaprysiła się i wyjechała również natychmiast.



VI

W parę tygodni po balu warszawskim Denhoff przyjechał wczesnym rankiem do Turowa. Zastał Marysia spożywającego śniadanie. Młodzieniec zdawał się być w ciągłej gorączce, źrenice świeciły mu fosforycznie. Na zapytanie Ryszarda co porabia, że go nigdzie nie widać, odpowiedział krótko:

– Łajdaczę się.

– To najgorszy sposób zabijania w sobie bólu – odrzekł Denhoff. – Czemu u licha nie wyrwiesz swego szczęścia z tych kurlandzkich zakusów, przecie to zależy jedynie od ciebie, Marysiu.

Denhoff z Turskim mówili już sobie po imieniu.

– A ty zrobiłbyś tak będąc w moich warunkach...

– Wszak ona cię kocha.

– Trudno w to uwierzyć. Styl panny Korzyckiej dawniej był wyraźny, teraz... niezrozumiały.

– Czy tylko się z tym liczysz?

– Ty wiesz Ryszardzie, jakie jest moje położenie. Mój ojciec za nic nie pozwala na związek z Korzycką. Gdybyż ona inne nosiła nazwisko! zaś Korzyccy mnie uważają za mezalians dla córki. Jak z tego wybrnąć?

– Ojca przekonać, Korzyckich puścić w trąbę, Marylę zaś odebrać temu mamutowi. Ja tak bym zrobił.

– I ja do tego dążyłem, lecz teraz gdy ona zaręczyła się z innym, ręce mi opadły. Intruzem nie będę, nie mogę, nie potrafię.

– Ależ człowieku, zastanów się, nie ty, lecz tamten jest de facto intruzem, ona Poszyngiera nie cierpi.

– Więc biorą ją jego miliony i tytuł? to tym gorzej.

– Ubliżasz pannie Maryli. Tylko Perzyński dostawszy w jesieni kosza od niej, posądza ją o materializm. Ale to co innego, Perzyński mści się na niej, bo nie przypuszczał, aby on mógł być odrzuconym konkurentem. Więc Perzyńskiemu wolno, tobie nie.

– Szczęścia swego dla złota nie poświęci, tym bardziej, że jest sama bogata. Ona ma zbyt szczerą naturę, to nie aktorka, Ale, ale, czy pojedziesz dziś do Sołowa na przedstawienie trupy prowincjonalnej, która tam zjechała? Dają podobno sztukę Fredry. Odegrane to będzie ohydnie, wyobrażam sobie, ale zabawimy się. Są fertyczne aktoreczki. Była u ciebie z biletami taka w kapeluszu-kukuryku, wielka trzpiotka.

– Była. Zmarznięta jak nieboskie stworzenie.

– Więceś ją rozgrzewał?

– Tak, koniakiem.

– Ii, to na nic! powiem ci teraz pod sekretem, że Gucio K. już ją zaangażował, ale da się to zrobić. Zatem dziś jedziemy, postanowione!

Denhoff został w Turowie na obiedzie, pod wieczór obaj młodzieńcy wyjechali do Sołowa. Przygodna, wielka buda, zwana teatrem mieściła w sobie mnóstwo osób z miasteczka i okolicy.

Pierwsze rzędy krzeseł zajęło obywatelstwo ziemiańskie, przeważnie młodzież męska. Nie było pań z Worczyna ani z Woli Wierzchlejskiej, tylko pani Ama Lubocka z jakąś wystrojoną panną, rzucającą oczyma na prawo i lewo, którą Denhoff nazwał od razu „koczkodanikiem”. Sala improwizowanej widowni, przystrojona gałązkami sosenek, przedstawiała się mętnie z powodu kopcących lamp. Panował tu chłód i jakaś woń stęchlizny, zmieszana z zapachem paczuli. Turskiemu pani Ama wskazała krzesło przy sobie, pragnąc Denhoffa ulokować obok „koczkodanika” ale on zręcznie wykręcił się na ofiarowane zaś sobie miejsce przyprowadził Teosia.

Przedstawienie rozpoczęło się. Sztukę Fredry parodiowano tak okropnie, że Denhoff i Turski przestali uważać na scenę. Ryszard pociągnięty przez Gucia Korzeckiego przesiadywali za kulisami, Mariana bawiła jego sąsiadka. Paszowski złościł się; po każdym silniejszym efekcie na scenie, który aż po nerwach zgrzytał niezgrabnością wykonania, pan Wojciech mruczał dość głośno:

– Brawo, brawo! Żeby tak obskurnie grać, trzeba i na to artyzmu, panie mój. Wolałbym co prawda, żebyście koziołki fikali, niż smażyli taką sztukę, bo to już herezja, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich. Żeby autor żył i zobaczył coś podobnego, toby uszy wam oberwał, ponawlekał na sznur i zawiesił aa posągu sztuki, jako zemsta za sprofanowanie jej. Dalibóg!

Ama szeptała do Turskiego:

– Słyszałam, że pan się bawił w Warszawie. Cóż, miłe wspomnienia?

– Bardzo. Żałowałem, że pani nie było.

– Do... prawdy?

Spojrzała na niego zalotnie, jedną z tych min, które od razu mężczyzn uświadamiają, czego się mogą spodziewać.

– Ależ tak – brnął Maryś. Byłoby pani do twarzy w atmosferze balowej... w dużym dekolciku.

– O, już zaczyna swoje. Ciszej, bo kto usłyszy. Niepoprawny?

– Czyż dekolt to rzecz nieprzyzwoita? Wszak panie pokazują to wszystkim, bez skrupułów.

– Zależy od tonu powiedzenia – uśmiechnęła się pani Ama.

– A negliż to także nieprzyzwoite?

– Coraz dalej pan idzie.

– Bo lubię wszelkie... podspody, to u niewiast najciekawsze.

– Nie można tak rozbierać kobiet. Pan się zepsuł, panie Marysiu. Ha, ha!

– Czy dawniej byłem dyskretniejszy!

– O... tak.

– Eej, chyba nie! Zawsze wolałem i umiałem... rozbierać.

– Ciszej! Pan zapomina, żeśmy nie sami. Jesteś nieostrożny – szepnęła mu do ucha.

– To ma większy urok, czaić się nie lubię. I kobiety wolą odwagę w mężczyźnie. Czy nie tak?

– Kobiety lubią być... energicznie brane, lecz z pewną tajemniczością – cedziła pani Ama przez grymaśnie ułożone usta. – Jak się tob... panu podoba moja kuzynka?

– Nie znam jej.

– Przecież jest ze mną, widzi pan.

– Ach tak w tylu szmatkach, nie można osądzić.

– A jakżebyś chciał?

– Pragnień nie mam żadnych co do niej, ale znam dopiero wówczas... kobietę, gdy ją... rozbiorę.

– Ależ nieznośny jesteś, zbliża się Perzyński, cicho.

– Czy się go obawiasz? Może mi zrobić scenę o ciebie. Co?...

– Panie Marianie... pan się zapomina.

– Turski wybuchnął śmiechem.

– Ha, ha! to paradne!

Nachylił się do niej i rzekł ciszej:

– Chcę ci się właśnie... przypomnieć. Podszedł Perzyński.

– Tss! Czy bawi pana ta sztuka, że tak wesoło? – spytał.

– Owszem! Jestem oczarowany. Jakże tam za kulisami? zabawniej niż na scenie?

– Tss? tak sobie, średnio, jest kilka ładnych okazów żeńskich.

– Jak się pan wyraża? – oburzyła się pani Ama. Perzyński już pracowicie układał wąsy. Podniósł różową twarz, i patrzył na Amę spod jasnych rzęs, miał minę zwycięską.

– A jak to trzeba wyrażać się o kobietach?

– Nieco grzeczniej.

– Tss! ja jestem dla kobiet bardzo... tego... grzeczny, ale one wolą inaczej, więc, dogadzam życzeniom pań. Nic więcej.

– Gdzie Denhoff – spytał Maryś.

– Częstują tam czymś, razem z Korzyckim, tę najładniejszą aktoreczkę, wcale wesoło u nich. Pan tam nie zaglądał?

– Nie, mnie tu wesoło.

– Bardzo wierzę. Żałuję, że już dla mnie miejsca brak, chyba. które z państwa weźmie mnie na kolana.

Pani Lubocka trzepnęła go chusteczką po ręku, ale bez wielkiej obrazy.

– Czy on to ma uważać za zachętę, czy przeciwnie? – spytał Maryś.

– Niech pan już idzie sobie do owych okazów żeńskich, za kulisy – zawołała piękna Ama.

– Rozumiem! Nie jestem na dziś w programie. Tsss! idę zatem szukać lepszych sukcesów, może mój dzień powróci.

– Co pan bredzi?...

– Nic, tylko to, że mnie pani dziś okrutnie tyranizuje, smutny jestem, i tss... ubolewam nad swym losem. Adieu!

– Perzyński skłonił się bardzo swobodnie.

– Nienawidzę tego albinosa, tak mnie drażni...

– Ale bywa czasem zabawniejszy. Co?...

– Kiedy będziesz u nas w Zawierciu...

– Po co liczba mnoga? Ja bywam u ciebie, doskonale to rozumiesz.

– Zawsze jesteśmy sami z Kamilkiem, przyjedź kiedy do nas. Prosimy.

– Przestań Amo na Boga, bo parsknę śmiechem. Sami? O mój Boże! Taka para gołąbków: Kamilek i Amcia. Ty umiesz wybornie udawać kochającą żonę, dbałą o swego Kamilcia, Kamilunia. Takie z was dobre małżeństwo, że aż potrzeba kogoś trzeciego dla harmonii. Ja jednak zastrzegam sobie, że za Kamilciem nie tęsknię, mam nadzieję, że mi go nie każesz bawić.

– Więc przyjedziesz?...

– Hm! Może. To niewykluczone.

Ama pochyliła się lekko do Marysia i szepnęła:

– Kamil wyjeżdża za parę dni do Warszawy. Zatem...

– Dobrze. Skorzystam.

Tymczasem Denhoff, Gucio i Konstanty Leśniewski bawili się wybornie w garderobie z aktorkami. Był już szampan i koniaki. Gustaw najwięcej dokazywał; kradł szminki różne z toalety artystek i dekorował nimi wszystkie napotykane za kulisami dziewczyny. Kocio pod dobrą datą trunków pomagał mu w zabawie, tylko Ryszard nie wtrącał się do nich, ale za to pił bez miary szampana. Perzyński obcałowywał aktoreczki i jak reżyser wypuszczał je na scenę. Pod koniec przedstawienia przyszedł Turski z Paszowskim.

Temperatura wzmogła się. Maryś miał oczy świecące i jakiś szczególny wyraz na twarzy. Poznały się na nim zakulisowe damy, bo zaraz go otoczyły. Denhoff częstował przyjaciela szampanem. Pijany Gucio krzyczał bez ceremonii, żeby już skończyli te „brednie na scenie”, bo to przeszkadza lepszej zabawie.

Aktorzy częstowani hojnie przez obywatelską młodzież zgadzali się z ich życzeniem. Sztukę grano już „na pytel”, byle prędzej, wreszcie zasłonę szarpnięto energicznie; ku ogólnej radości prowincjonalna muza zasłoniła swe oblicze, umilkł jej, rozdzierający nerwy, patos.

Zabrzmiały krótkie brawa, dla zwyczaju, potem ukłony artystów...

Sala zaczęła się wyludniać. Pani Lubocka daremnie czekała na Marysia, by ją odprowadził

do powozu. Rolę, tę spełnił młody Paszowski z galanterią. Zapewnił „koczkodanika”, że „bardzo się wesoło bawił i psyjemniejszego wiecortu nie pamięta”. Otrzymawszy za to, rozrzucone na cztery wiatry spojrzenie, oraz serdeczny uścisk dłoni pani Amy powrócił do teatru, szukając towarzyszy. Teoś był w doskonałym humorze, spotkawszy ojca pochwalił mu się, że „wytrlwał do końca przy damach, jako kawaljerlo serwanto i urlatował honori młodzieży, bo tamci to tylko w aktorki wiezą”, zanim jednak wszystka publika opuściła widownię, wbiegli panowie z artystami i artystkami, i zaczęło się wielce hałaśliwe porządkowanie sali. Krzesła i ławki wyrzucano z impetem za drzwi, powstał krzyk wychodzących, pisk aktorek. Muzyka na scenie zagrała szalonego oberka. Gustaw wrzeszczał na służbę, klął po francusku i po polsku. Denhoff wołał na muzykantów, by grali cakewalka. Maryś krzyknął:

– Hej! mattchicha rznąć.

– Do diabła z mattchichem! Kankana! – ryczał Gucio.

Wszyscy mu przyklasnęli. Runął grzmot okrzyków. Orkiestra żydowska grała kankana, młodzieńcy porywali aktorki i zaczął się taniec pijacki, przy odgłosie wyrzucanych krzeseł i tłuczonych lamp. Paszowski dostarczał butelek, walił w kark kelnera, by je prędzej odkorkowywał, śpiewając przy tym kabaretowe kuplety.

Staremu panu dymiło z czupryny, trzęsły się nogi, ale nie ustąpił i wychylał coraz nowe kielichy. Wznosił toasty bardzo ekscentryczne, na które odpowiadano wybuchami cynizmu. Dowcipy Paszowskiego i Gucia dominowały. Leśniewski tarzał się ze śmiechu, tylko biedny Teoś z miną, jak półtora nieszczęścia, stał przytulony w kącie, patrząc ze zgrozą na to, co się dzieje. Pierwszy raz widział taką bachanalię, myślał, że wszyscy dostali pomieszania zmysłów.

Najprędzej oprzytomniał Turski, potem Denhoff. Popatrzyli na siebie trochę błędnie, wstręt osiadł im na twarzach, wzdrygnęli się jak. przed obrzydliwością, lecz nie potrafili jej usunąć. Porwał ich ogólny, bachiczny szał.

Do rana trwały tańce i pijatyka.



VII

Wieść o awanturniczej nocy w Sołowie, rozbiegła się szybko po okolicy. Pierwsza panna Balbina Tulicka, wielce zgorszona, uderzyła jak w dzwon alarmowy. Napisała list do Worczyna do pana Turskiego, ze jego syn źle się sprawia i, że wciąga jej praktykanta w bezwstydne zabawy, że gorszy skromnego chłopca. Drugą epistołę, stokroć zjadliwszą, otrzymał Paszowski. Ale tu stara panna sparzyła się. Pan Wojciech bowiem odpisał jej, że niańką Leśniewskiego nigdy nie obiecywał być, natomiast zdumiewa go fakt, iż opieka takiej bogobojnej niewiasty wpływa na Kocia zupełnie przeciwnie, tu wymienił parę jego erotycznych awanturek, znanych w Połowicach na wsi i w Wodzewie, gdzie nie odbyło się bez rezultatów plastycznych. Senatorówna zadraśnięta w swej skromności, dała spokój Paszowskiemu, ale i do Denhoffa wysłała sążniste morały, na. które odpowiedział jednym słowem „Merci”, i położył swój podpis, wszystko to na papierze z rysunkiem przedstawiającym orszak Bachusa. Panna Balbina, wyrzekłszy „paskudźtwo”, oburzona i zła zaniechała swego apostołowania.

W kilka dni potem, w jednym z najpoczytniejszych dzienników warszawskich, ukazało się sprawozdanie z zabawy w Sołowie, krótkie lecz bardzo zjadliwe. Nazwiska i miejscowość nie były wymienione, ale młodzież obywatelską skrytykowano bez litości. Wszyscy odgadli, że satyrę pisała Tulicka.

Gdy Paszowski przyjechał do Worczyna zastał tam atmosferę okropną. Pan Turski lekko lecz dobitnie podkreślił swe zdumienie, co do bytności pana Wojciecha na birbantce w Sołowie, ale rozwodził się długo z oburzeniem nad postępkami jedynaka. Paszowski, skruszony wymówką, bronił jak umiał Marysia i Ryszarda, lecz to nie pomogło. Zgnębiony Turski na wszelkie argumenty broniące młodzieńców odpowiadał stale:

– To nie tłumaczy takiego wybryku. Wolno Guciowi, bo on jest Korzycki i ma ustaloną opinię skończonego łobuza, może darować nawet Denhoffowi, zważywszy na jego wychowanie bardzo swobodne, zagraniczne, na wczesne opuszczenie domu rodzicielskiego i na poprzedni sposób jego życia pod wpływem hulackiej młodzieży. Ale Mariana i Perzyńskiego nic nie usprawiedliwia. Wszak to są już ludzie na odpowiedzialnych stanowiskach, obywatele-ziemianie. Na nich patrzą, oczekują po nich działań społecznych. Teraz, kiedy przeżywamy tak poważne chwile w przededniu wyborów do Dumy, kiedy cały świat zainteresowany tym co się u nas robi, polska młodzież obywatelska, organizują taką bachanalię... z wędrownymi aktorkami. To wstyd!

Paszowski przekonywał, że nic znowu nie zaszło tak bardzo hańbiącego młodzieńców, że Maryś i Denhoff zachowywali się majestatycznie, ale obaj będąc młodymi łatwo ulegają zapałom. Co zaś do Marysia, Paszowski zapewnił, że nurtuje go miłość panny Korzyckiej, że żal i rozpacz mogą go pchnąć na gorsze tory. Takie zręczne obrócenie kwestii odniosło skutek. Pan Turski przeraził się, ale nie okazał tego Paszowskiemu. Na drugi dzień sam pojechał do Turowa chcąc syna wybadać.

W modrzewiowym dworze przyjął go radośnie stary sługa Ksawery, lecz oznajmił, że młodego pana nie ma w domu. Pojechał do Zawiercia.

Pan Turski, niemile dotknięty, spytał, czy syn jego często tam bywa, gdy usłyszał odpowiedź „codziennie”, doznał wrażenia, że wstyd i gniew spalą go chyba.

Stary wiarus i oryginał rzekł ze smutkiem, dobierając ulubionych wyrazów:

– Oj tak, wielmożny dziedzicu, z naszym „kasztelanem” coś się robi złego. Całkiem jest gnuśny teraz: siedzi w domu, kombinacjuje, debatuje, albo chodzi po polach bez żadnej konwersacji. Zły się zrobił, mrukliwy, po nocach nie sypia, o gospodarstwo turbacji nie ma. A teraz...

– Co teraz? – podchwycił Turski, wbrew swej zasadzie nie wypytywania służby.

– A teraz, od tej Warszawy, co to jeździł na bal – kaputeus! choć i od godów świątecznych fortunnie już nie było. Ale ten tyatrum do reszty panicza skonfuzjował. Oj szkoda!

Ksawery podrapał się w łysinę i szepnął zgorszony:

– Wszystkie, dziedzicu, determinacje przez te kobity.

– Jak to? Czyżby panicz?

– Boże uchowaj! dziedzic może supunuje, że nasz kasztelan tak sobie poczyna, jak pan Gustaw Korzycki? co to byle podwika już ją sobie proteguje? Nie, takiej Sodomy u nas nie dopatrzysz. Tylko, ot... nie śmiem mówić.

– Proszę mówić, pozwalam.

– Pewno, bo to idzie o latorośl nobilitacyjnego rodu, trzeba ratować od złych parcelacji młodego dziedzica, który...

– Niech Ksawery mówi prędko i zwyczajnie bez wyrazów obcych, bo ich nie rozumie.

– A dobrze, tylko nie bardzo, bo popełniam niekonkordię w swoim obowiązku; winienem subordynację panu dziedzicowi, ale i rewerencję swemu panu, żeby go nie denuncjować, to już suplikuję pana dziedzica o zachowanie mojej formalności dla siebie, proszę o dyplomację...

Pan Turski wzruszył ramionami i chciał odejść, Ksawery chwycił go za rękę.

– Skończę dziedzicowi o kasztelanie. Ta... ta pani z Zawiercia, to jest matrona bez żadnej klasyfikacji, ambicji i konwenansji. Ciągnie panicza do siebie, korespondencję przysyła a panicz... panicz chudnie – rzekł zniżając głos, prawie do ucha Turskiemu.

Obywatel nic nie odrzekł. Poszedł do pokoju syna i tam się zamknął. Gdy po godzinie wyszedł, był blady, z widocznym wzruszeniem na twarzy. Myślał z goryczą:

„Wszędzie Maryla, wszędzie ta Korzycka, fotografie, odbitki amatorskie, jej tchnienie w całym pokoju. Kocha się jak żak. A ta Ama pisze listy, które leżą poszarpane, więc tu jedynie szał, zawrót głowy. Może Paszowski ma słuszność?”

Turski szedł do swego powozu, gdy Ksawery zastąpił mu drogę.

– Co pan dziedzic raczy mnie dysponować in nomine kasztelana?

– Niech mi Ksawery da pokój. Zresztą... powiedzcie paniczowi, że byłem i... że, bardzo jestem nim zgorszony i zmartwiony.

– Oj, to będzie już inkwizycja. Ale mu to powiem, wedle rozkazu. Powróciwszy do domu, pan Turski długo rozmawiał z żoną. Irena nie mogła doczekać się wiadomości z Turowa; stangret mówił wprawdzie, że młodego pana w domu nie było, ale Ira poznała po twarzy ojca, że coś zaszło. Zjawiła się wkrótce pani Turska; pytana przez córkę rzekła smutnym głosem:

– Maryś gubi się ostatecznie, ale tym niewiele zdobędzie, bo ojciec się zaciął. W Worczynie zapanowała głucha, przykra cisza.

Denhoff wyjechał do Olchowa. Młody Turski codziennie przesiadywał w Zawierciu, zanurzony w erotycznych podnietach z panią Amą. Dawny stosunek ich powrócił ze zdwojoną siłą; ona była stęskniona do jego zmysłowych szaleństw, on trwał jakby w odrętwieniu myśli i uczuć, żył tylko nerwami i jak ślepy szedł tam, gdzie one go chwilowo niosły. Pani Ama znowu potrafiła go ujarzmić, używając do tej gry całego zasobu swych pseudouroków. Przestała uważać na opinię, ironizując wszelkie względy. Dawniej troskliwie dbała o pozory, gdyż zależało jej na tym, aby uśpić czujność okolicy. Teraz wszystko lekceważyła, rzucając wyzwanie światu i mężowi. Ale niedołężny Lubocki udawał, że nic nie widzi. Pani Ama była jak ozdobna bombonierka, napełniona lichym gatunkiem cukierków, poowijanych w papierki konwenansów.

Pod jednym względem stosowała się do praw Likurga w Sparcie, że można kraść, byle sprytnie i żeby nikt nie złapał na gorącym uczynku. W ten sposób oszukiwała opinię, lecz tylko do czasu. Za wielu miała wspólników – jak mówił Maryś – by wreszcie prawda nie wyszła na jaw. Teraz sama rzuciła ją ludziom, dając Marysiowi głuszące jego ból zapomnienie. Robiła wszystko, by zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. Wiedziona instynktem samozachowawczym, nie pragnęła nawet pochłaniać go inaczej jak zmysłami. Była tylko lwicą, haremową kobietą, na którą padł wybór padyszacha, ona zaś, świadoma swych obowiązków, spełnia je z wyłącznym artyzmem. Urządzenie buduaru i sypialni, światła jaskrawe lub mgliste, stroje obmyślone drobiazgowo do każdej sytuacji, wszystko miało na celu odurzenie kochanka i wzięcie go raz na zawsze pod swój wpływ. Wytrawna kokietka, umiejętnie grała na nerwach młodzieńca, jej ranne ubrania, bardzo swobodne, jej miny, sposób patrzenia, kaprysy lekkie, słodkie pieszczoty, nawet odpowiednie trunki, opanowywały Turskiego z zawrotną siłą, rzucając go w otchłań rozpusty. Trawiła go żądza namiętna, głód coraz nowych rozkoszy pożerał jego młodą, zapalną krew. Turski dławił w płomiennych uściskach wężowe ciało Amy, rzucał się na nią wściekle, gryzł w pocałunkach, przeistaczał się w zwierzę bezpamiętne, porwane wirem miłosnych pożądań. Ama znając wytworność kochanka, nawet w krańcowym bezwstydzie nie przestawała dbać o estetykę, była wyuzdaną heterą, wymagającą i nienasyconą, lecz zawsze z pewną estetyką zastosowaną do chwili. Turski widział w niej tylko samicę, jednakże odczuwając jej starania względem siebie, był wdzięczny kochance za jej przenikliwość. Lubił taką formę i półcień dyskretny, którym Ama otaczała najszaleńczą nawet lubieżność pieszczot. Zapadli oboje w odmęt drażniący, w rozgrzany do kipiątka nurt cielesnych żądz. Poniósł ich żywiołowy krzyk temperamentów.



VIII

– Tak to, panie mój, każdy ma swego mola co go gryzie, a ja mam molicę, mógłby rzec młody Turski. Tylko nie wiadomo kto jest dlań jego molicą: Korzycka czy ta rozromansowana Ama? – mówił Paszowski do Bronisława Perzyńskiego, który go odwiedził.

– Tss... w takim razie pan Marian ma dwie molice. Ale ja nie wierzę, aby Korzycka kochała go, to tylko jej kaprys; posiada ich mnóstwo, co godzina inny. Zresztą już zaręczona.

– Także w chwili kaprysu. Nietrwałe są te zaręczyny z Poszyngierem, przy pierwszej sposobności baron dostanie odprawę i kwita. Będzie z nich taka para, jak Denhoffa z Dorą Zborską.

– Czy i tamtych pan już rozdziela? Zakochani w sobie niemiłosiernie.

– Tak, tak zakochani, ale, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, oni całkiem sobie nie odpowiadają usposobieniem, poglądami, dalibóg niczym. Ona poważna choć ma osiemnaście lat, on zacny chłop, ale istna zawierucha. Już się między nimi zaczynają różne preludia, nie wróżące nic dobrego. To także molica Denhoffa. Każdy z was ma jakąś... Dulcyneę, wedle słów Ryszarda. Najlepiej zrobił Osinowski, przeczuwszy czy też dowiedziawszy się od kogoś, że Ania go nie przyjmie, zaniechał starań o nią i wyruszył za granicę, do uniwersytetu. Żal mi go było, bo zawsze mizerny, ale już teraz wygląda jakby z krwią nigdy nie miał znajomości. Istny śledź z octu. To zdolny chłopak, dobra głowa, szkoda go. Pisał dla Ani jakieś pamiętniki, na pergaminie, z jej fotografią i tytułem: „Z nią w myśli”.

Panna Ira album ozdobiła malarstwem, aż tu pec! i po idylli. Kruche stworzenia te panny.

– Tss... Leśniewskiemu również niezbyt udało się, rachował na pannę Kazimierę z największą pewnością, tymczasem Rymsza zastąpił drogę z powodzeniem. Konstantego pasowała panna Balbina.

– Najwięcej własna jego mamunia, bawiąc w Połowicach podczas lata. Ale wszystkie zapędy bezskuteczne, Ziulka ma lepszy gust. Lubiła dosyć tego Kocia, jak na przykład mego Tofka, tylko że tamten zarozumiały więc inaczej to skombinował. Ziula ma dobre serce i nikogo nie ignoruje, to pierwsza jej zaleta.

– Kocio jest bardzo pewny siebie, mówiąc, że on i o pannie Korzyckiej myślał. Ha! Ha!... Tsss...

– Et! do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, co mnie to obchodzi? Jak ktoś jest amatorem koszów, zawsze zdobędzie pewną ich kolekcję. A cóż u pana słychać z dziedziny afektów? bo to panie mój, epidemia panuje w tej okolicy romansowa.

– U mnie, hm! Ja żenię się.

– Co?! panie mój! Z kim?

Perzyński zakręcał wąsy starannie i patrzył na końce żółtych kosmyków, sterczących po bokach nosa. Miał na ustach dumny uśmiech.

– Tsss... właściwie mam zamiar dopiero.

– Ależ z kim?

– Z księżniczką Wirską z Wołynia – rzekł tryumfalnie, wznosząc przeróżowioną twarz o maślanym owłosieniu, wysoko i butnie.

– Ha! ha! ha! Dalibóg! Pyszna krotochwila! Pyszna panie mój. Ha, ha, ha! Pęknę ze śmiechu! Ha, ha, ha!

– Czegóż się pan tak śmieje? Cóż w tym jest tak bardzo śmiesznego? – pytał Bronisław zły, lecz zmieszany.

– Ha, ha, ha! Jakaż jest ta pańska księżniczka, stara panna, krzywa, garbata, może ślepa? Mów pan, bom ciekawy. Panie mój!

– Co pan wygaduje! Jakże można! Księżniczka Wirska jest młodziutka, ma siedemnaście lat, w tym roku skończyła Sacrè-Coeur, bardzo piękna i bogata jedynaczka.

– A to chyba ma kiepsko w głowie. Dalibóg!

– Panie Wojciechu, co to znaczy?...

– Panie łaskawy, nie bierz mnie za durnia. Boć przecie, młoda, piękna, bogata i w dodatku utytułowana arystokratka nie wyszłaby za zwykłego, panie mój, obywatela, i... te... do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich... ta... panie mój! – jąkał się pan Wojciech.

– Więc panu powiem, że ona się we mnie kocha... szalenie! – wybuchnął Perzyński. Paszowski zrobił wielkie oczy.

– Kocha... szalenie?

– Do tego stopnia, że tylko czeka chwili oświadczyn. Ale i jej rodzice, oboje księstwo są tak samo dla mnie usposobieni, bardzo pragną i czekają tylko... żebym...

– Żeby pan kiwnął palcem? Hę! Osobliwi księstwo! Perzyński oburzył się.

– Pan nie dowierza widzę! Z tytułem? myśli pan, że to już nie dla mnie? Wszystkie moje wielbicielki były z tytułami, tylko gołe, pierwsza Wirska jest bardzo posażną.

„Przewróciło mu się we łbie, nic innego” – pomyślał Paszowski, głośno zaś rzekł:

– Hajda panie! Nie wiedziałem, że pan miewa wielbicielki. Jeśli tak, to winszuję! Same tytuły, tylko gołe, no, no! a teraz i tytuł i nie goły. Ależ panie mój, korzystaj, oświadczaj się, łap... tę... zakochaną, ha, ha, ha, księżniczkę, hi, hi, hi! i żeń się, zrób łaskę Wirskim. Dalibóg!

– Ja panu mówiłem w zaufaniu, a pan obraca w żart moje zwierzenia – zawołał Bronisław obrażony.

– Panie mój, owszem, cały zamieniam się w słuch. A to dopiero splendorem nie lada ozdobi pan swoją rodzinę, Perzyńscy teraz, wyrosną jak na drożdżach... ho! ho!

Pan Wojciech mówił ciągle ironicznie, lecz Bronisław uniesiony zapałem nie odczuwał tonu.

– Tak istotnie, ród Perzyńskich przyoblekę w blask, bo aż w mitrę książęcą...

– Mea culpa! narzekam na Teosia, ale on mądrzejszy niż ten rydz – mruczał Paszowski.

– Co pan mówi?

– Podziwiam! Podziwiam. Więc w mitrę. Ho! Ho! I kiedyż to umitrowanie się nastąpi.

– Tsss... już wkrótce, pojadę na Wołyń zaraz po wyborach.

– A może pana wybiorą na posła do Dumy?...

– Tss... pan żartuje, za młody jestem na taki zaszczyt. Z czasem, kiedyś...

– Jako zięć księcia Wirskiego... To pięknie brzmi! Ale pańskie, takie niby głębokie uczucie dla panny Maryli, widocznie zgasło... Hę?

– Panna Maryla jest materialistką.

– Pan zaś nie?...

– Ja się różnię i od niej pod tym względem i od Turskiego. Oboje skazili sanktuarium rodzinne.

– Jakie sanktuarium? Człowieku co gadasz? Panie mój! Korzyccy mają sanktuarium rodzinne? Ha, ha! Ile członków rodziny, tyle dróg, każde w inną stronę, a ten, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, o sanktuariach gada! Albo co znowu Turski zawinił panu?

– Turski? bo zaniechał Korzycką i poszedł do Amy. Ale pan nie pozwoli mi skończyć. Panna Maryla, pomimo że Turski rozsypał przed nią szklane paciorki swej duszy...

– Turski, panie mój, w duszy ma perły, nie jakieś tam szklane paciorki, to może ma ktoś inny i o nim pan mówi.

– Znowu pan przerwał. Otóż on, powtarzam...

– Już słyszałem, rozsypał paciorki. Co dalej?...

– Ona zaś nie odczuła tego. Kobieta bez finezji. Ja, na przykład, nie postąpiłbym tak. Ja w ogóle mam w sobie dwie dusze, jedną od wielkiego dzwonu, drugą od małego.

– Panie łaskawy, czy pan czasem nie chory? Dalibóg, może gorączka, czy niestrawność?

– Nie. Albo co? Coś pan może zauważył na mnie?

– Et! nic... czerwony pan jest.

– Bo tu gorąco. Otóż, gdybym... będąc panną Marylą miał dla mnie... tsss... dla Turskiego...

„Aha! Wylazła ryba, z matni” – pomyślał Paszowski.

– ...Tylko duszę mniejszą...

– Od małego dzwonu.

– Tak właśnie, to jeszcze bym...

– Tej większej od dużego dzwonu – podchwycił pan Wojciech.

– Ależ nie, pan ciągle przeszkadza. To jeszcze bym nie zlekceważył tak mnie... tsss... hm... Turskiego, jak panna Maryla.

– A czy pan przypadkiem nie zbadał, panie mój, ile ma dusz owa księżniczka Wirska i jakie? Hę!

– Z panem nie można rozmawiać!

– Ha, ha! Bo ja, panie mój, mam tylko jedną duszyczkę, ona mi służy nieboraczka do wszystkich dzwonów, wielkich i małych. Więc jestem skromny homo wobec pana.

– Czy to prawda, że panna Irena maluje obraz na wystawę? – zwrócił rozmowę Perzyński.

– A tak! maluje, nawet już ma go na wykończeniu. Może by pan do niej ruszył w konkury! Hę? – spytał Paszowski z takim sarkazmem, że Bronisław to zauważył.

– Tss... panna Ira gwałtownie chce wyjść za mąż, tam bym trudności nie miał. Teraz Paszowski rozgniewał się.

– Oj, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, za daleko waćpan idziesz ze swymi przechwałkami. Panie mój, tego za wiele! Panna Ira chce gwałtem wyjść za mąż?! Patrzcie się! Cóż to nie miała dotąd konkurentów? na pana tylko czeka? Śmiechu godne! Gdzież to ona jeździ, gdzie szuka tego męża? Raz jeden była na balu publicznym, robiąc to głównie dla sióstr swoich. Przecie siedzi w Worczynie jak zaklęta i pracuje; sztuka, malarstwo, to jej cel i ideał. Jeśli trafi na kogoś, który zdoła wzbudzić w niej uczucia i sam ją pokocha, wówczas wyjdzie za mąż, ale nigdy za pierwszego lepszego dudka. Nie będzie szukała męża, bo on ją sam znajdzie.

– Tsss... podobno kochała się w Denhoffie i on w niej. Mówił mi nawet ktoś, że mieli się zaręczać, tylko właśnie wtedy przyjechała panna Dora.

– To panu ktoś głupstw naopowiadał. Panna Ira uważa Denhoffa jak brata, nic więcej. Może się trochę w sobie durzyli? Co nic dziwnego. Ale zresztą taka plotka jak i o Ziuli, że była po słowie z Kociem. Panna Ira prędko już poszle swój obraz do Zachęty sztuk pięknych w Warszawie.

– Tsss... czyżby Zachęta upadła aż tak nisko, żeby zawieszać na swych ścianach utwory panny Turskiej?

– A! panie mój, owszem! proszę ubolewać nad Zachętą. Widzi pan jednak, że są ludzie głupsi, niż pan. Ha, ha! Prace panny Ireny oglądali artyści, malarze warszawscy i orzekli, że przyjmą jej obraz do Zachęty. Będzie się jeszcze kształciła w tym kierunku, pracowała dalej, ale początek doda jej bodźca. Takie powodzenie powinno cieszyć jej znajomych, jak raduje mnie, Denhoffa, Brewiczów, którzy jej sprzyjamy. Ale pan, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, jest inny. Człowiek o podwójnej duszy. To rarytas!

– Panna Ira będzie myślała, że jest wielką, a jest tylko tsss... zero, okrągłe zero w malarstwie.

– Dalibóg! A to złośliwość! Pan się dziś uwziął na pannę Irę. Co znowu, panie mój! Już tam zarozumiałości to w pannie Irze nie doszukasz. Zawsze o sobie wątpi. Muszę jej spytać, co ona panu zrobiła złego, że pan tak obie swe dusze na niej ostrzy. Ale ona nie dba o plotki i czyjąś niechęć nieuzasadnioną.

Gdy Perzyński zrozumiawszy, iż źle trafił, żegnał Paszowskiego, stary pan rzekł mu jeszcze:

– Przekonałem się, że ta mitra, zanim ozdobiła pańską głowę, już sprowadziła porażenie od blasku. Proszę się strzec; najlepiej wziąć prysznic, bo to chłodzi rozpaloną mózgownicę...

Perzyński zły okropnie odjechał. Pan Wojciech dokończył za nim:

– ...która i w zwykłych warunkach napchana jest zarozumiałością. A to, panie mój, pyszałek!



IX

Denhoff przebywał stale z narzeczoną w Olchowie. Karnawał płynął tu wesoło. Ryszard poruszył całą okolicę, że zaś był ogólnie lubiany, więc wszelkie jego projekty i organizacje zabaw podzielano chętnie. On urządził wielki bal motyli, na którym wszystkie panny wystąpiły w kostiumach odpowiednich, co utworzyło całość niesłychanie malowniczą. Kwiaty dla Dory sprowadził z Nicei. Drugi bal urządzony pomysłem i gustem Denhoffa, był nazwany mickiewiczowskim. Kobiety i mężczyźni mieli kostiumy i charakteryzację osób przeważnie z „Pana Tadeusza”. Dora, jako Zosia w dniu zaręczyn, wyglądała prześlicznie. Ale Denhoff, przebrany za Tadeusza, psuł świetną całość obrazu. Odpowiedniejszy byłby na hrabiego z rodu Horeszków. Żałowano, że nie udało się sprowadzić Marysia Turskiego do roli młodego Soplicy, pani Lubockiej zaś na Telimenę.

Denhoff zawsze sypał pieniędzmi bez miary, jak milioner. Tłumaczenia Dorci i pani Zborskiej nie wywierały na nim wpływu, przeciwnie, podniecały go do coraz oryginamiejszych pomysłów. W ostatki, urządził w klubie miejskim, w Stoku, blisko Olchowa, kawalerski piknik. Adaś Zborski, brat Dory, student, był gospodarzem tej zabawy, na której wypito mnóstwo drogich trunków, zjedzono olbrzymie zapasy wykwintnych potraw, różnych delikatesów i zakąsek najwybredniejszych, sprowadzonych z Warszawy na zamówienie „panicza”. Uczta zakończyła się o czwartej rano, już w Popielec, co spowodowało okrutny krzyk bigotek stockich, a nawet, pośród kobiet innej kategorii, wielkie obniżenie opinii na niekorzyść Denhoffa. Pani Zborska nie mogła mu tego darować, głównie za Adasia, bo chłopak tak się uraczył szampanem, że przywieziono go do Olchowa bez przytomności. Dorcię Ryszard przebłagał z niemałym trudem. Poważna dziewczyna ubolewała nad postępowaniem narzeczonego, tym bardziej, że niepodobieństwem było wykorzenić zeń utracjuszowskiej żyłki. Jego poglądy, często krańcowo niedorzeczne, przerażały Dorę. Sprzeczki wybuchające z lada powodu, co dzień drażliwsze, gnębiły ją. Denhoff to czuł i cierpiał, lecz zmienić się nie potrafił, nawet nie próbował, mówiąc, że w „kostiumie cnoty” byłoby mu tak samo nie do twarzy, jak w kontuszu. O Wodzewie znowu zapomniał, sprawy społeczne wypaliły się w jego mózgu, niby ogień bengalski. Nie myślał już o reformach, ani o narodowych pochodach. Nowy pomysł nadleciał z obszernych krain jego fantazji i opanował całkowicie. Denhoff postanowił jechać do Rosji, aby tam fotografować spustoszone podczas rewolucji majątki. Gdy oznajmił o tym narzeczonej, spojrzała na niego bezmiernie zdumiona.

– Co pan jeszcze wymyśli ekscentryczniejszego, bo i to już dziwaczny projekt. Ciekawam!

– Świetny projekt! Piszą o zniszczeniach rezydencji, ale nikt tego nie widział, nędzne zaś ilustracje w dziennikach nie dają chyba wyobrażenia? Ja porobię duże, szczegółowe zdjęcia dewastowanych majątków, z pewną wzmianką o każdym z nich i datą dewastacji, nawet z barwnym, groźnym opisem katastrofy. Utworzę z tego materiału wspaniały album, raczej dokument historyczny, pięknym drukiem na ozdobnym papierze, w oprawie en luxe i rozrzucę po kraju. Zdobędę popularność.

– Wątpię! Fotografowanie dewastowanych majątków rosyjskich, prócz kosztów i straty czasu, korzyści innych panu nie przyniesie. W dodatku będą się z pana śmiali, a ja tego nie chcę – rzekła Dora.

– Właściwie jak mam postępować, żeby pani była zadowolona z narzeczonego? – spytał kwaśnym tonem.

– Pragnęłabym, żeby pan poważniej myślał o życiu i jego obowiązkach. Są rzeczy pilniejsze do zrobienia, niż podróż w głąb Rosji dla dogodzenia fantazji.

– O tak! są rzeczy pilniejsze, na przykład nasz ślub, ale pani się na to nie zgadza. Cóż poradzę.

– Jest pan obywatelem, ma pan duży kawał ziemi, wytknięty teren do pracy, ogromne zadanie, lekceważyć go nie można. Ktoś inny na pana miejscu czułby się szczęśliwym, pracowałby z zapałem i pożytkiem dla kraju...

– Dudusiu, przez litość! znowu morały? Żebyś wiedziała, najdroższa, jak ci w nich nie do twarzy.

– Ja pana nie chcę moralizować, wiem, że to na nic, tylko odpowiadam na pańskie pytanie, jakim chciałabym widzieć narzeczonego. Mógłby się pan stać poważnym, gdyby chciał.

– Ależ chcę, marzę o tym, żeby się tobie, Doruchna, podobać, tylko cóż ja w Wodzewie mogę? to zbyt ciasny teren dla mnie. Ja mam szeroką naturę, potrzebuję dużo przestrzeni, rozległych projektów i coraz nowych.

– Niech pan zajmie się szczerze Wodzewem, tam jest mnóstwo roboty.

– Wodzewo jest już jak cacko.

– Toteż więcej nie upiększać, lecz ulepszać majątek, zamiast zostawić go na łasce i niełasce Wrońskiego.

– Już i pani mi go wypomina? To mój największy przyjaciel.

– Daj Boże, aby się pan nie rozczarował, za późno.

– Panno Doro, Duduśka złota, nie wpadajmy w taki nastrój minorowy. Mówmy lepiej o naszym ślubie.

– To jeszcze bardzo odległy projekt.

– Więc jak długo mam czekać? – spytał zdenerwowany.

– Czekamy wspólnie, nastąpi zaś to w każdym razie nieprędko.

– No, ale mniej więcej.

– Za dwa lata.

– Pani chyba żartuje. Panno Doro?

– Mówię serio, pan jeszcze za młody na męża, ja na żonę. Jak skończę dwadzieścia lat, wówczas, o ile...

– Niech pani skończy.

– O ile pan będzie poważniejszym i nie zmieni się w uczuciach dla mnie.

– Voilà! Dużo warunków, termin bardzo nęcący, można rzeczywiście dostać obłędu przez ten czas. Czy to lekarz poradził pani owe dwa lata zwłoki?

Dora obraziła się.

– Ja sama tak postanowiłam, pan jest niedelikatny i... nie wzbudzający zaufania, bałabym się teraz wiązać życie panu i sobie. Mamy czas, możemy czekać.

– A jeśli ja nie ustąpię i będę żądał prędkiego ślubu.

– To pańskie żądania nie odniosą skutku.

– Stanowczo?...

– Nieodwołalnie!

– Ha! Zatem w celu skrócenia tego terminu jadę w podróż. Naprzód do dewastowanych majątków, potem do Japonii i naokoło świata.

– Życzę powodzenia.

– Doruchna!

Dziewczę miało oczy pełne łez.

– Pan jest... bardzo, bardzo niedobry. Ale do Rosji pan nie pojedzie.

– Owszem pojadę. Nikt mi nie zabroni.

– Nie pojedzie pan! bo... ja nie chcę tego.

– Proszę o prędki ślub, pani się nie zgadza, mogę więc i ja mieć swoje kaprysy. Pojadę bezwarunkowo na cały rok.

Dora się rozpłakała; Ryszard wybiegł z pokoju i przez parę godzin błądził po rozmokłych, marcowych polach. Gdy powrócił, był wzruszony, przepraszał narzeczoną tak serdecznie, że znowu oboje się rozrzewnili. Ale zgoda niedługo trwała. Uparty Denhoff nie chciał ustąpić i wybierał się koniecznie do Rosji. Dora postanowiła go przekonać, żartowała z projektów Ryszarda, lecz to go ubodło. Po nowej, dość ostrej sprzeczce wyjechał z Olchowa do Warszawy, skąd miał wyruszyć dalej. W stolicy zastał państwa Turskich, Marysia, Irę i Ziulę, którą od balu rodzice jej, doktorostwo, zatrzymali u siebie. Denhoff domyślał się, że jest i pani Ama, tylko incognito! Po wszystkim bowiem co zaszło pomiędzy nią i młodym Turskim, nie mogła być w towarzystwie jego rodziny. Irena żyła jak w gorączce, bo właśnie w tym czasie umieszczono jej dwa obrazy w Zachęcie.

Na drugi dzień po tym ważnym dla Ireny fakcie, całe towarzystwo z Worczyna i okolicy poszło na wystawę. Był nieodłączny Paszowski z synem i Perzyński. Dwa płótna Ireny zawieszone w dobrym świetle wyglądały efektownie. Obraz większych rozmiarów wyobrażał naturę: obszerne pole dojrzałej pszenicy, obfitej i bujnej, jaskrawo przetykanej purpurowymi makami. Z boku łanu stała wiejska dziewczyna, sama jak mak i w wieńcu z maków na lnianych włosach. Trzymała w ręku sierp, bezradnie, z takim wyrazem na prostej, ładnej twarzy, jakby żałowała niszczyć piękno kobierca ze złota i purpury. W głębi energicznie rzucona postać starego chłopa, także z sierpem, który z groźną miną odrzucał precz maki, jakby zły na chwast przepełniający mu zboże. Kontrast wyrazów tych dwojga wieśniaków był plastyczny, całość zręcznie uchwycona i malownicza. Drugi, nieduży obrazek, przedstawiał kwitnące irysy na grzędzie.

Irena denerwowała się; niepewność pierwszego występu przed publiką roztroiła ją niesłychanie. Miała wrażenie, że wszyscy patrzą na jej obrazy z ironią, że wyszydzają jej utwory, że cała nadzieja runęła. Siedząc na sofce z matką i ojcem, przejęta chwilą, mieniła się na twarzy. Tymczasem powodzenie było, płótno oglądano ciekawie, krytyki bardzo różne, czasem pochlebne brzmiały dokoła. Denhoff zachwycony przybiegł do niej z rozpromienioną twarzą.

– Winszuję pani! Wspaniałe prace! Te maki żyją, one mają odrębną psychologię, ta wiejska Małgośka zaraz przemówi „tato nie ciskajta macków”, chłop zaraz będzie klął „wcierności kwieciska!” O! wybornie! Koloryt pyszny, to słońce parzy po prostu.

– Niech mi pan nie robi tak głośnej reklamy, panie Ryszardzie – prosiła Ira. – Jestem panu nieskończenie wdzięczna za pochwały, ale ciszej, na Boga! bo mnie pan zdradza.

– Ależ będę głośno krzyczał, że to są pani płótna. Podeszła do nich szeleszcząca, wytworna postać kobieca.

– Panna Maryla! – zawołała Irena podnosząc się. Państwo Turscy powstali również, i Denhoff.

– Przyszłam pani powinszować – rzekła dźwięcznie Korzycka, podając rękę wszystkim. – Ma pani talent wyraźny, powodzenie jest, słychać nawet pochwały. Ten pszeniczny łan pachnie, przypomniały mi się wakacje, moje wycieczki...

Przez czas gdy mówiła, pan Turski patrzył na nią dyplomatycznie, bo nieznacznie a badawczo. Wyglądała jak wiosna, w popielatym kostiumie z fokowym przybraniem, z fiołkami na fokowym rembrandtowskim kapeluszu i w mufce. Oczy jej błyszczały, usta paliły gorącem barwy i temperamentu.

Pani Turska, Ira i Denhoff rozmawiali z Marylą. Turski zaś myślał:

„Piekielnie ładna...” i lękał się, żeby Maryś nie nadszedł. Odetchnął, gdy Maryla pożegnawszy ich uprzejmie, odeszła w głąb sali. Spotkał ją Perzyński, skłonił się i chciał minąć, ale zatrzymała go sama.

– Podziwia pan płótna panny Turskiej?

– Tsss... względnie, bardzo względnie, a pani?

– Ja jestem zachwycona.

– Taak? Tsss... pani, mając gust tak wyrobiony w zagranicznych galeriach? Tsss...

– Cóż z tego? Tam są rzeczy przepiękne, ale można i u nas coś pochwalić. Nieartystyczne

są jeszcze te obrazy, ale ładne, talent widoczny.

– Tsss... pani bardzo łaskawa.

Spojrzała na niego przelotnie i prędko kiwnąwszy mu głową, poszła dalej.

– Ee... co ci zawhacał głowę ten... ee... e Perzyński? – pytał hrabia Artur.

– Ach! ta wielka maślnica! Zarozumiałość tego albinosa jest obrzydliwa.

– Pahadne okheślenie jego uhody! Ma foi. Eee... e... te te pahadne! – Bahdzo thafne! Ale on głosi, że będzie się żenił z księżniczką Wihską. C’est dhole!

– Z księżniczką? A to chyba z taką samą cacaną, jak on?

– Eee... te... te... Phawdopodobnie! Qui, bahdzo thafne... ta... maślnica.

W ostatniej sali, w tej chwili nieco pustej, przed obrazem Siemiradzkiego, siedział Maryś. Skrył się tu umyślnie, ale Maryla znalazła go. Podeszła niby obojętnie, stanęła bardzo blisko i żywo podała mu rękę.

– Dzień dobry! Czego pan taki blady? Wygląda pan jak ta zmarła Dirce chrześcijańska na rogach bawoła, w którą się pan wpatrywał.

– W takim razie pani jest dla mnie... Neronem – odpalił Maryś bez wahania.

Maryla silnie zbladła, spuściła oczy i rzekła cicho, łagodnie, ze smutkiem w drżącym głosie:

– Może właśnie pan... jest moim Neronem... ja zaś tą... dziewicą. Obróciła się gwałtownie i odeszła.

– Marylo! – zawołał za nią zdławionym głosem Maryś. Ale panna Korzycka znikła już w drzwiach przyległej sali. Turski ruszył za nią odruchowo, i wstrzymał się. Powrócił na sofkę, siadł, zanurzył głowę w dłoniach.

– Co ona powiedziała? Ja jestem jej Neronem... Więc ona... ona mnie?... – Strasznie, strasznie ją kocham – szeptał namiętnie.

Hrabia Skórski winszował Irenie.

– Bhawo pani! Piehwszy występ... ee... te... te, na fohum publiczne... ee... zupełnie pocieszający. Rozmawiałem z osobami ee... te... kompetentnemi w sztuce, ee... tak, tak, w sztuce, w małahstwie i dają niezłą opinię. Ma foi! Eee!... tak... tak... bhawo!

– Wdzięczna jestem hrabiemu za te miłe słowa. Ciekawam, co powie krytyka. Pewno mnie zrąbią należycie.

– Ee... Hee?... Ha?...

– Obawiam się krytyki, która mi pewno dokuczy – głośno rzekła Ira, wstrzymując śmiech na widok skrzywionej twarzy hrabiego.

– Eee... Khytyki? O zapewne, będą pióha zghzytały, ee... tak... tak, ale to nic, ma foi! Im więcej khzyku tym... ee... lepiej, byle był. Ta dziewczyna thochę za topohna, a... a ten chłop stosunkowo do niej, za mały. Ale ihysy bahdzo dobhe, thochę modehn, oui, the bien obsehvćs.

Od Ireny hrabia poszedł do Paszowskiego i złapał go za ramię.

– Panie... ee... szanowny, jedno słówko.

– Słucham hrabiego.

– Eee... te... te, czy Tuhski młody jeszcze się te... awantuhuje z tą... madame Lubocką, Eee?...

– Po co hrabiemu ta wiadomość?

– Eee... uważa pan chcę wiedzieć te... te... co go tam ciągnie, bo chyba nie wdzięki tej pani, zdahte już z khetesem? Jaki powód tych awantuh... a... a...

– Afrykańskich – podchwycił stary pan.

– Ha, ha! tak... afhykańskich. Mnie się zdaje, że on, pan Mahjan, nurza się tak... ee... te, z hozpaczy.

– To hrabia dobrze zgadł.

– Eee... phawda?

– Tak, Turski kocha pannę Marylę szalenie, że zaś ona zaręczyła się z tym baronem, jakże on się nazywa?

– Eee... Poszyngieh. Małpa Poszyngieh, oui. Paszowski spojrzał zdumiony.

– A to panie, ładny epitet dostał! Ha, ha! To hrabia go nie lubi widocznie. Hę?!

– Eee... pahdon, pahdon! Ja go nie ciehpię i Mahyla tez. Ona kocha pana Mahjana, pahole d'honneuh. Ma foi!

– Więc po cóż się zaręczała?

– Eee... te... te, to jakaś inthyga, może tej samej madame Amy? Ja hęczę, że to inthyga.

– A cóż mówi pan Korzycki.

– Phagnie Poszyngieha jak zbawienia, tam się skandale... e... ee... te... odphawiają, stahy chce phędkiego ślubu z bahonem, ale Mahyla i ja ociągamy.

– I hrabia również?

– Eee! Hę!...

– Czy i hrabia sprzyja Marianowi?

– Eee... te... te natuhalnie! To bahdzo miły i dobhy młodzieniec, dom zacny, hodzina sympatyczna. Tylko tehaz ta Ama, ee... te... te intermezzo bahdzo niethafne. Mahy o tym wie.

– Więc, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, proszę, niech hrabia powie szwagierce jak sprawa stoi.

– E... bien, bien, a pan panu Mahjanowi to samo. Adieu!

Podali sobie ręce i hrabia kołyszącym się truchcikiem pospieszył za Korzyckimi, którzy już opuszczali wystawę.

„Jednakże Skórski, panie mój, może prawdę rzekł o intrydze tej obskurnej Amy – myślał pan Wojciech. ...Jak się trafi taka, to na wszystko gotowa, byle złapać dla siebie upatrzonego chłopca.”

Paszowski schodził ze schodów, nucąc półgłosem kuplet z „Pięknej Heleny”:

„Evohe! Jak te boginie na sposoby biorą się...”



X

Święta Wielkanocne zgromadziły znowu mnóstwo osób w Worczynie. Przyjechały panie Zborskie i Turscy z Warszawy z córkami. Denhoff i Paszowski z Teosiem przebywali tu codziennie. O wschodzie słońca kilka powozów i bryczek wyruszyło do Okorowa na rezurekcję. Wszystkim rosły serca na widok łanów otoczonych już wyłączną atmosferą wiosenną. – Chłód rzeźwy, jakby młody pocałunek ust natury, muskał twarze, barwiąc je rumieńcem. Wiaterki poranne igrały wśród niw, płynęły wesoło nad seledynową runią ozimin, ponad drzewami w drobnych pąkach i lecąc w górę unosiły na sobie skowronki wyżej, wyżej pod niebiosa. Bociany spacerowały po łąkach jeszcze szarych, błyszczących wodną powłoką. Powietrze było pełne życia i barwy, pełne melodii budzących się na nowo pól, ziemi rodnej, zawsze ochoczej i ślicznej.

Rezurekcja to nabożeństwo, które dziwnie podnieca, które do duszy wprowadza nadzieję, gasi smutki, do ramion skrzydła przypina, kto zaś je ma złamane – prostuje. Gdy podczas procesji, wielka kula słońca wyjrzała spoza lasu i cisnęła na ludzi ogromną masą złota, gdy świat od razu stanął jakby w glorii świetlistej, co spłynąwszy z góry, ziemię w bajkę zamieniła, ludzie nie mogli zmieścić w piersiach szczytnych wzruszeń i dobrych, słodkich uczuć.

Alleluja! Alleluja! – buchała pieśń z tłumu poważną nutą a wesołą, bo z radości poczętą.

Po nabożeństwie sporo osób poszło na plebanię, do księdza Janusza. Gościnny proboszcz, krzątał się około stołu zastawionego mięsiwem i ciastami. Dzielono się jajkiem, płynęły życzenia i nalewki różne, rozlewane przez księdza i Paszowskiego. Mówiono o krytykach obrazów Ireny, już drukowanych w paru pismach, były dobre, zachęcające i gorsze. Ira przyznała się, że ktoś jej radzi, aby lepiej cerowała skarpetki niż malowała obrazy i że odsyła ją do kądzieli. Na to rzekł pan Brewicz z Woli Wierzchlejskiej:

– To już krytyka stronna, niech mnie obuchem, panie szanowny! Jak ktoś przytacza istotne błędy dzieła, choćby ganiać je najostrzej, to słusznie, bo od tego krytyka; autor wie co mu zarzucają i czego powinien się wyzbyć w swych utworach, malarskich czy innych. Ale początkujący talent bezwzględnie odsyłać do kądzieli potrafią tylko tacy, którzy sami nic nie zbudują, bo można być inteligentnym lecz bez żadnego talentu, nikt nie ma o to pretensji, tylko po co zaraz taka złośliwość? Ja sądzę, że krytykę ową pisała kobieta, może sama tylko do kądzieli i do cerowania skarpetek najzdatniejsza. Mężczyźni są zawsze sprawiedliwsi, oraz mniej złośliwi. Męskie pióro w krytyce od razu można poznać. Prawda panowie?

– Słusznie! Tak, przyznajemy! – rozległy się głosy. – Górą mężczyźni.

– Jakaś baba... pardon, dama zazdroszcząca pani powodzenia, nasmarowała tę krytykę – wołał Denhoff – kobiety wszystkiego zazdroszczą drugim kobietom, mężczyźni rozumniej rzecz traktują.

– Zdrlowie męzcyzn! – huknął Teoś.

– Ach ty profanie jeden, panie mój! Jak można? pierwsze powinno być zdrowie dam, pomimo ich błędów i słabostek.

– Zdrowie panien! – krzyczał Denhoff.

– Zdrowie mojej parafialnej pszeniczki! – wołał ksiądz. – W pani ręce, panno Iro, niech tam pani przy obrazach i o proboszczu nie zapomina. Stuła czeka. Nie ma tu jeszcze jednej, dobrej pszeniczki, panny Maryli Korzyckiej. Zdrowie nieobecnej!

Maryś zmieszał się.

– Panna Ania, Joasia i Dora, niestety, nie moja pszenica, ale pan na Ziula obiecała ślub brać. Zdrowie narzeczonych! Wiwat!

Z wesołym gwarem wracano do Worczyna. Panowie, po licznych kieliszkach wypitych u księdza, mieli nadzwyczajne humory. Ira jadąca z Ziulą i Rymszą lekkim wolantem, ścigała się z Denhoffem, Dorą i Marysiem, którzy jechali amerykanem wodzewskim. Denhoff razpuścił gniadą czwórkę i walił z kopyta, aż grudy ziemi sypały się po bokach. Rymsza powożący czterema karoszami przy wolancie, pędził jak szalony. Ira i Ziula rozbawione, pomagały mu szarpiąc lejcami i wołając na konie. Paszowski na swej dryndulce z Tylemego, zaprzężonej w mizerne „kirgizy”, nie myślał nawet o współubieganie się z powozem państwa Turskich, zawołał głośno z komiczną miną:

– Widzicie dobrodzieje, jak się tamtym święconego chce, osobliwie pewno prosiaka z chrzanem? aż wyścigi urządzili. Pani Turska śmiała się, mąż jej pobłażliwie kiwał głową.

– Zmęczą mi karosze, ale to pewno dla zwyczaju tak pędzą, bo i wszyscy chłopi tak samo – tłumaczył pan Turski, nie chcąc uznać, że wesołość młodzieży trochę go raziła. Paszowski wołał:

– A to, panie mój zabobon, kto po rezurekcji pierwszy dopadnie do domu, będzie miał najładniejsze urodzaje w tym roku. Dalibóg!

W Worczynie spędzono święta gwarnie i wesoło, lecz nie brakło rozdźwięków w tej pozornej harmonii. Maryś był ciągle zgnębiony, małomówny, unikał wszystkich; gdy zaś wciągnęły go siostry do jakiejś rozmowy, lub zabawy stawał się przykry, odpowiadał szorstko i uciekał czym prędzej. Samotnie przebywał całe godziny. Denhoff i Dorcia, tak samo jak Maryś, tworzyli dysonans w towarzystwie. Niezgodność ich wzrastała przerażająco, oboje rozdrażniali się rozmowami, które zawsze kończyła mniej lub więcej ostra sprzeczka. On chodził nadęty, zły i mrukliwy, ona zamknięta w panieńskim pokoju płakała lub, przechadzając się po ogrodzie, była zamyślona, tęskna, niemal bolesna. Denhoff odnowił nielubianego przez Dorę majufesa i śpiewał z zapałem Lachtamtidyry-bum! robiąc najkomiczniejsze miny. Czasem udawał Żyda bankiera, albo lorda, wyciągając do tej maskarady skórę z twarzy na dół, co imitowało cienkie bokobrody szpecąc go karykaturalnie. Dora wychodziła wówczas z pokoju. Ryszard nagle wpadał w tragizm, śpiewał bezmiernie smutne pieśni, grał marsze pogrzebowe, opowiadał, że już bankrutuje i że się zastrzeli. Stosunek z Dorą był naprężony, nie mogli z sobą rozmawiać pół godziny, żeby zaraz nie nastąpiła wymiana przykrych słów, potem wspólne wymówki, wreszcie rozejście się gwałtowne, czasem płacz dziewczyny. Stanowcza natura Dorci, nie mogła ulegać jego chwiejności, jej subtelność nie harmonizowała z umyślnym jakby brakiem wyczucia u Denhoffa. Czasem przeczulony nerwowiec, czasem obojętny po angielsku, ironizujący wszystko wielki pan, często kapryśny dzieciak, lub rozbawiony salonowy dowcipniś, męczył Dorę i krańcowo osłabiał wiarę w niego. Nie była to już ta sama para, z czasów wakacyjnych w Worczynie, zakochana, promieniująca szczęściem, do której świat cały uśmiechał się; piękno wyrastało im spod stóp, oni zaś chwytali je w powietrzu, jakby dla nich rozsiane wskroś natury. Obecnie zapanowały mgły, nieprzyjazna pomroka otoczyła ich dusze młode i tuląc je przejmowała dreszczem. Niemiłe wstrząśnienia targały ich uczuciami, niosąc serca, już zalane goryczą, na bezdroża zwątpień ostatecznych. Czuli swój rozłam i ogarniał ich żałosny smutek, tęsknota za światłością zagasłą, za jasnym, pięknym obłokiem, bo oto już powleczony chmurą zwykłych, lecz dla nich pierwszych rozczarowań. Sen błękitny, poczęty w lesie turowskim, na majówce, gdy on ją zdobił w świętojańskie robaczki, ona zaś stała jak wieszczka lasu, w blaskach księżyca i świetlików, sen błędnych czarów, kwiat paproci, który w owej minucie zakwitł dla obojga, którego wizja w osobie Dory rozpłomieniła im dusze, pozostał tylko słodką legendą, zawsze i znowu legendą.

Promienne chwile nie trwają długo, miłość zbyt pięknym pachnąca kwiatem więdnie łatwo, za byle ostrzejszym podmuchem surowej rzeczywistości. I ginie bezbrzeżny urok, tak szybko, jak się rozwinął, matowieje barwa kwietnego kielicha, zanika woń. Pozostaje żal i tęsknota za tym co się unicestwiło i co już nie dozna wskrzeszenia. Gdy pryśnie pierwszy, wiosenny zachwyt, gdy umilkną słowicze pieśni, świat przestaje być młody; trawią go żary namiętne, łkają nad nim wichry, szarpią burze, nawet urok nie gaśnie, lecz już nie ma swej mocy władczej co bierze, zniewala, pochłania i złoci. Gdy pierwszy czar uczucia rozpłynie się w ludzkich sercach, gdy nastąpi przelot gołębich białych piór, niosących zarzewie miłości, gdy jutrznia melodyjna przebrzmi, wówczas idą upalne prądy, a za nimi w ślad rozważania chłodne, myśli realne, wyłącznie życiowe. Już nie zorza, tylko odblask zorzy, nie muzyka pełna upojeń, lecz jej echo. Taka pospolita, bezbrzeżnie jałowa nicość w porównaniu z dawną świetnością i pełnią. Ubóstwo po przepychu. Doznaje się uczucia, że zdarto nam cenne, drogie szaty i zastąpiono je obcym łachmanem, że z duszy coś wyfrunęło, sprawiając ból. Więc za tym płacze, lecz się tego nie goni. Znikło we wszechświecie, co było drogim, co dawało szczęście, znikło i trzeba bez tego żyć.

Denhoff i Dorcia przeczuli, że skrzydlaty duch miłości zwinął swe szumiące pióra. Odleci duch w błękity, skąd niespełna przed rokiem nastąpił jego błogosławiony wzlot. Bronili się jeszcze pragnąc zatrzymać tę błyskawicę pierwszych uczuć, patrzyli na siebie błagająco, jakby żebrząc o wspólną harmonię, ostatni ratunek zdolny zatrzymać ulatującego ptaka młodzieńczych marzeń. Często dławił ich niepokój, co się stanie i kiedy, trwożna obawa, paraliżując im serca, psuła swobodę. Truli się systematycznie i brnęli w niebezpieczne trzęsawiska rozmyślań, dobiegających spodziewanego końca. Oni jeszcze mrużyli przed nim oczy. Irena chciała zbadać główną przyczynę rozterki duchowej narzeczonych, ale Dorcia była przed nią skryta, cierpiała milcząc, bojąc się nawet pośrednictwa osób trzecich. Denhoff przeciwnie, wynurzał przed Irą swe żale z właściwą sobie szczerością.

Któregoś dnia podczas świąt, całe towarzystwo urządziło pieszy spacer do sośniny worczyńskiej i zagajników. Dora szła z Marysiem, bo jego smutek najwięcej obecnie zespalał się z jej usposobieniem, Irenie towarzyszył Denhoff. Mówili o projekcie wyjazdu Iry za granicę na studia malarskie.

– Jest to mój cel od dawna wymarzony, pragnienie tej nauki przyniosłam widocznie z sobą na świat. Odwiedzi mnie pan kiedy w Krakowie?

– Naturalnie, ale ja sobie pani nie wyobrażam w pokoiku jak naparstek, gdzieś na czwartaku, przy kopcącej lampce. Pan Turski chyba na to nie pozwoli.

– Przede wszystkim rodzaj mej pracy nie pozwoli mi na to. Pokoik będę miała mały, ale przy lampie nie można wszakże malować, tylko pod szklanym dachem w pracowni, w szkole. Chcę bardzo kształcić się, więc potrzebuję dużo pieniędzy i dlatego osobiste mieszkanie, życie, ograniczę do minimum. Reszta na podróże.

– A ja w to wierzę! Pani potrzebuje mnóstwa przestrzeni, pani jest tak samo bujna w rozmachu, jak i ja na przykład. Ciasnota warunków nie dla nas panno Iro, dla nas szeroki lot podgwiezdny, przestrzeń. Voilà!

– Ach! panie Dziudziu i pan zmniejszy się gdy zajdzie potrzeba, lub gdy go jakiś ideał pobudzi, zapalając wielki stos pragnień.

– No, mogę zbankrutować, już nawet bankrutuję. Pani się dziwi?... Ale tak, agonia majątku rozpoczęta. Więc horyzont materialny zacieśnia się, ideały zaś moje nikną; nie mam już ideałów.

Powiedział to z takim smutkiem, że Ira zadrżała. Po długiej chwili milczenia ona rzekła pierwsza:

– Ideały można zatrzymać, gdy się ich pragnie i gdy są drogie. Człowiek posiada taką władzę.

– Nie zawsze, proszę pani. Cóż pomogą wysiłki lekarskie, nawet bezgraniczna władza nauki, gdy następuje skon? Śmierć przyjdzie i triumfuje; wywleka duszę z ciała zostawiając nędzną materię. Ideał, wszak to jest natchnienie duszy, ideał nazywam duszą duszy ludzkiej; gdy on ginie wówczas i człowiek zamiera, dusza jego pozbawiona ideału, jest już podatna do przyjmowania w siebie wszelkiego zła, nasiąka życiowym brudem, toczy ją robak najwstrętniejszych żądz. To już rozkład zupełny. Ten którego ideał opuścił, to mierzwa, to wielki moralny bankrut, można się już po nim spodziewać wszystkiego.

– Czy ideałem ulatującym od pana jest Dorcia?

– Więc i pani przyznaje, że... ulatuje? – rzekł bezdźwięcznie.

– Widzę wszystko i żal mi. Wasze promienne szczęście blednie, coś się rwie, ale można to naprawić, sądzę.

– Nie pani, niesie nas przeznaczenie; pędzimy na falach tej mary, aż nas rzuci w otchłanną przepaść. Taki nasz los.

– Więc brońcie się, sami wiosłujcie, wszak ideały was wspierają! Przy was moc, miejcie odwagę i wolę.

Denhoff szeroko rozłożył ramiona.

– Nie potrafimy.

– I nie chcemy zapewne. Oboje słabi jesteście, żal was zgryzie... po niewczasie. ,

– Panno Iro, pani zna uczucia nasze, od ich poczęcia. Co w nich było znamiennego?

– Przede wszystkim gwałtowność.

– To nie jest wypadek sporadyczny, to się zdarza.

– Lecz nie w takiej sile. Pan od razu wpadł w obłęd.

– A Dorcia?

– Ona była odporniejsza.

– Nieprawda. Zakochała się od razu.

– Może być, ale walczyła z poczynającym się uczuciem, analizowała je.

– Siedemnastoletnia dziewczynka nie analizuje, proszę pani.

– Każda inna, zapewne, Dora jest wyjątkowo poważna i dlatego początek jej uczuć robił wrażenie solidniejsze niż pański zapał. Pana odruchowo olśniła jej uroda, to był pierwszy poryw.

– Wie pani, że nawet nie to. Gdyby Dora miała brzydszą postać, no, rzecz prosta, mniej by mnie zainteresowała, ale wziął mnie od razu szczególny nimb, który ją otacza. Ja jednak nie poleciałem tylko na ładną buzię.

– Robi wrażenie, że właśnie tak – odrzekła Irena. – Uczucia powstałe od pierwszego spotkania, nawet bez rozmowy, tylko się tym tłumaczą. Zachwyci uroda, wdzięk, duszę poznaje się dopiero potem. Dora właśnie chciała pana zbadać, choć nie przeczę, że i pan porwał ją od razu. Dziewczynce prosto z ławy pensjonarskiej zaszumiało trochę w główce; od razu konkurent młody, przystojny, odrębny...

– Co to znaczy?

– Ach Boże, więc nieprzeciętny, trochę nawet egzotyczny, bo wszakże w porównaniu z Kociem Leśniewskim, z Perzyńskim, z Gutkiem K. pan jest eukaliptus przy podlaskich sosnach takich sobie, wie pan, bardzo średnich. Niech pan nie uważa tych słów za komplement, mówię prawdę. Otóż Dorcię trochę odurzyły pańskie starania o nią. Zresztą i oprawa coś znaczy, był pan zawsze wytworny, miał piękne konie, powozy, to pomimo wszelkich zaprzeczeń jest stroną dodatnią, nie ujemną. To nie wpływa na powstanie miłości, lecz interesuje, mile zachęca, głaszcze i podnieca wyobraźnię, ona zaś jest pierwszym stopniem czaru. Dorę owiał taki właśnie wykwintny czar, pana zaś wyobraźnię podnieciła jej uroda i dziewczęcość.

– Może to słuszne rozumowanie. Ale to wszystko było; teraz Dora straciła dawny urok, bo mnie tylko moralizuje. Nie lubię tego.

– I pan w jej oczach przestał być snem, rzeczywistość otrzeźwiła ją i nasuwa refleksje.

– Smutny będzie koniec tych rozważań. Ja się do analizy nie nadaję.

– Trafnie powiedziane! – zadecydowała Ira.

– Mnie trzeba brać takim jak jestem, bez wyszukiwania niespodzianek.

– Których w charakterze pana zawsze pełno.

– Więc trzeba je kochać.

– Nawet jeśli są niedorzeczne?

– Tak, nawet wtedy. To właśnie charakteryzuje nasz stosunek, niemal od samego początku, że Dorcia zawsze widziała we mnie i widzi same wady. To znamienność szczególna w tak młodziutkim dziewczęciu, ale denerwująca. Ja pragnę, by mnie kochano dla mnie samego, a decouvert! bez ubierania mnie w cudze piórka wymarzonych zalet, bez zabezpieczania mnie od moich osobistych dążeń i myśli, ciągłymi morałami. Chcę miłości bezwzględnej, bezkrytycznej, oddanej mi z zaufaniem. Wówczas i ja nie będę szarżował i przedstawiał się za gorszego niż jestem. Niech mnie Dorcia kocha w ten sposób, na ślepo!

– Dora tego nie potrafi. Może, kiedyś, ale nie względem pana. Czy pan serio wyjeżdża do

Rosji, do zdewastowanych rezydencji?

– Jadę za tydzień.

– Czy pan zwariował?

– Och! Kategoryczne postawienie kwestii. To pani cecha wybitna.

– Dorę drażni taki wybryk, niech pan zaniecha projektu.

– Za nic! Nie jestem pantoflem.

– Ależ to dziecinny upór tylko.

– Jednak niezmienny.

Zbliżył się do nich Maryś z Dorcią.

– Prawda, jak pachnie wiosną? – rzekła Dora. – Na jeziorku, w olszynie są już liście kaczeńców i mnóstwo pączków kwiatowych.

– Trzeba powiedzieć Paszowskiemu, będzie je zbierał na kapary – rzekł Denhoff i wysunął się naprzód z narzeczoną.

– Czy rozmawiałeś z Dorcią? – spytała Irena Marysia.

– Owszem, ale mało. Zerwanie jest tam już kwestią krótkiego czasu, oto mój wniosek.

– Tak, to nastąpi wkrótce. Szkoda.

– Kogo żałujesz? Czego?...

– Nie dokończonych... błękitnych snów – szepnęła Ira ze smutkiem. Maryś zaśmiał się gorzko.

– Moja kochana! Oni przynajmniej mieli początek takich snów, zakosztowali ich, pili nektar szczęścia dużym haustem. Niektórzy i tego nie zaznają nigdy, dla wielu osobników błękitny sen... miłości, to jedynie... bajka.

– Nie mów tak Marysiu.

– Ale, bo wy wszyscy wierzycie w długotrwałe miraże i utopie. Kto zdobył chociaż rąbek szczęścia, ma już wspomnienie i jest... magnatem.

Oboje zamyślili się tęsknie.



XI

Wodzewo chyliło się do upadku. Gospodarstwo prowadzono niedbale i bez rachunkowości. Wroński rządził po swojemu, z wielkim nakładem kosztów, obiecywanych dochodów jednakże nie dawał. Sąsiedzi spoglądali ze zgrozą na wodzewskie porządki, nikt już nie wątpił, że ruina zbliża się wolno, ale stale. Denhoff przekonywany przez Turskiego ojca, zgadzał się z nim co do koniecznego rozstania z Wrońskim, często wracał z Worczyna z zamiarem ostatecznej rozprawy ze swym rządcą i zawsze poprzestawał tylko na zamiarach. Wroński potrafił przeczuć co Denhoff myśli i umiał jednym słowem zniweczyć cały plan swego chlebodawcy, skierowując jego uwagę w inną stronę. W kasie były groźne niedobory, ale wydatki mimo to rosły. Denhoff zaczął robić długi. Nie przerażało go to, gdyż nie zdawał sobie jasno sprawy ze swego położenia; majątkowe interesy lekceważył, ufając, że Wroński podniesie dochody do niesłychanych sum. Rządca na zasadzie tejże samej ufności w kapitały Denhoffa, których już nie było, robił nadużycia bez myśli o wynikach ostatecznych, te zaś przewidywały osoby bezstronne, patrzące z boku.

Po wyjeździe Dory z Worczyna, Ryszard korespondował z nią coraz drażliwiej, listy obojga zawierały w sobie żale, wymówki wspólne, jakby tajoną jeszcze niechęć.

W maju Denhoff pojechał do Olchowa w celu pożegnania się z Dora, przed wycieczką do Rosji. Po kilku niemiłych scenach Dorcia rozchorowała się. Ciągłe walki z sobą, przykre rozważania, doprowadziły dziewczynę do nerwowych ataków. Dostała anemii. Lekarze wysłali ją do Krynicy. O ślubie nie mogło być mowy, chociaż Denhoff nalegał. Pani Zborska oparła się stanowczo i wyczerpaną córkę wywiozła na kurację, w końcu maja. Denhoff odprowadził je do granicy, sam zaś zamiast do Rosji, wyruszył do Ciechocinka. Tu znowu udawał bogacza, intrygował sobą miejscowe towarzystwa, urządzał spacery, majówki, zabawy kwiatowe. Bywał na tygodniowych wieczorach, zachwycając kobiety swym tańcem i elegancją, oraz wykwintnym flirtem.

Z Dorą zamieniali listy rzadziej niż dawniej, naciągając strunę coraz gwałtowniej. Wreszcie nastąpiła katastrofa. Dora zerwała, zwracając mu słowo i pierścionek, oraz wszystkie jego upominki. Denhoff, mimo że spodziewał się takiego zakończenia ich idylli, jednak kategoryczny list Dory zgnębił go bardzo poważnie. Cios wprawdzie, jakby wywołany, ale niemniej bolesny, wywarł potężny! wpływ na jego usposobienie. Opuścił Ciechocinek, wrócił do Wodzewa i zamknął się w nim. Śliczne czerwcowe dni spędzał albo na koniu, jeżdżąc po lasach i wonnych polach, albo całe godziny przesiadując na okopach wodzewskich, na ukochanym cyplu wśród zarośli, lub też w „alejce Dorydy”, gdzie czytał swe całoroczne pamiętniki i listy od Dory, których pomimo jej nalegań nie odesłał. Przypominał sobie minione wakacje, poznanie Dorci na majówce w lesie turowskim, jej urodę gdy stała w krzewie paproci, w blaskach ze świetlików. Wspomnienia jasne i ukochane tłoczyły mu się do mózgu natrętnie, odpychał je, bo powodowały ból serca, ale jednocześnie garnął je do siebie z czułością.

Złote, dobre wspomnienia!

W jednym ze swych pamiętników znalazł słowa pisane jeszcze przed kupieniem Wodzewa, gdy bawił się za granicą i był już nieco przesycony jałową gonitwą za ideałami, nie spotykanymi w środowiskach jego życia. Słowa te jakby krzyk duszy, rzucony na papier, odczytał teraz z goryczą:


„Gdybym mógł stać się ptakiem, mieć szeroki lot.
Gdybym miał krasę kwiatu...
Gdybym miał laur na głowie.
Gdybym miał czar, urok i wszelkie ponęty.
Wszystko, wszystko oddałbym na całopalenie w zamian chciałbym mieć tylko drugie serce podobne memu”.


Pragnienie spełniło się; znalazł serce dziewczęce, młode, wiośniane, bardzo gorące i oddane jemu pierwszemu z dziewiczą świeżością. Znalazł i postradał je. Już znowu ma w duszy dawną pustkę, dawny chłód, bo to, co się w niej żarzyło, co piekło ogniem uczuć, on sam zagasił bezwzględnie. Uleciało od niego to serce czyste, bo je zmarnował, bo zrodził w nim nieufność dla siebie, zgnębił swym uporem, swą sprzecznością charakteru. To jego marzenie, za którym tęsknił i które już dosięgnął, rozwiało się z przecudnego snu, o rzeczywistych i jakby realnych podstawach, w migotliwy pył wspomnień. Nie zdoła już z tych atomów stworzyć minionej tęczy; znikła jak złuda, chociaż była jawną.

„Co teraz?...” – zapytał siebie z bezbrzeżnym smutkiem i lękiem zarazem.

– Teraz będę spadał głębiej i głębiej. W otchłań, którą przede mną otwiera... mój własny czyn. Moje Fatum, moje przeznaczenie. Tego pędu tragicznego w odmęcie mej słabości, na dno, ja nie zahamuję. Będę czuł, że spadam, ale ratunku nie obmyślę. Stać mnie na wszystko, lecz nie na ocalenie samego siebie. Cóż mnie teraz powstrzyma od zatraty, jaka zbawcza moc? Oto mój ideał uleciał, jestem moralny nędzarz, moja dusza pozbawiona swego natchnienia, moja dusza już nie ma duszy. Ha, ha! to dziwacznie brzmi! A wszak i ja już mam tylko włókno, nie zaś duszę. Zniszczyłem dogmat swój, był dzielny, wzniosły i taki śliczny. Oparty na nim szedłbym w głąb życia pewnym krokiem, bo takie miał słodkie, ale silne ramionka. Usunęła mi się, podtrzymywać będą w życiu kogoś innego. Trzeba to znieść, skoro nie potrafiłem być egoistą w tym wypadku i zatrzymać dla siebie tego czaru, tego mojego zachwytu, tej duszy mej duszy.

Denhoff rozmawiał ze swoim sumieniem, niekiedy nawet głośne wypowiadając słowa. Tęsknota za Dorą budziła się w nim gwałtownie, im głębiej odczuwał ją, tym większy żal za utraconą dziewczyną łkał mu w piersiach. Zanurzony w zaroślach wśród okopów, chodził jak błędny, wsuwał się cichaczem w głębiny parku w obawie by go kto nie spotkał. Ale park był również nastrojony na nutę swego pana. Cisza taka, że ani gałązka nie drgnęła, nie słychać nawet lekkiego szmeru drzew. Bujne korony brzóz, lip, grabów, ciemnych i butnych dębów, strojne w mnóstwo listowia zwieszały swe zielone baldachimy nad głową Denhoffa z przyjaznym wachlowaniem powietrza, tak lekkim, że zaledwo odczutym. Gdy Ryszard wznosił tęskne oczy w górę, widział nad sobą, na tle błękitu nieba przepyszne pióropusze zieleni, drobne gałązki tworzyły niby siatkę spojoną grubszymi wiązaniami, zdobną w haft wypukły i piękny. Cisza i milczenie tak wielkie, że słychać bicie serca i szept własnej duszy.

W chwilach takich zdaje się, że jesteśmy większymi niż świat, potężniejemy dziwnie, słysząc tylko to, co się w nas odbywa; nasze myśli brzmią jak słowa, uczucia są prawie dotykalne, możemy je jakby wziąć w ręce, wyjąć z duszy. Każde cierpienie i ból idzie za nami jak coś żywego, następuje nerwowy strach, że dosięgnie nas i położy nam na ramieniu swe ciężkie jarzmo.

Denhoff doznał nagłe wrażenia, jakby jego niedola szła za nim w postaci okropnej mary, trzeba uciec od niej, bo skoro już chwyci w swe ostre szpony, nie puści nigdy ofiary z drapieżnych uścisków; nie pomoże najzawziętsza wałka, trzeba będzie mieć ją już nierozłącznie za towarzyszkę życia. Ryszard czuł, że żyje, ale martwota okrutna rozpanoszyła się w nim. Wtem błysnęła w jego umyśle jasna chwila wspomnień jesiennych, spacer na linijce z Irą i Ziulą, w jego parku, tym samym, tylko zatrzęsionym żółtymi zwłokami liści. Odgadywano wówczas co będzie gdy park na nowo zasnuje się zielenią. Co im przyniesie nowy maj? Ziula przepowiadała mu Dorcię. A teraz? Dorcia już nie jest jego, odeszła jak realny cud, zostało tylko jej tchnienie, jej wizja w rozżalonej duszy. „Chi va piano va sano” mówi włoskie przysłowie. Czy to prawda? Kto idzie wolno – idzie pewnie? oni biegli szybko do siebie, dążyli w swe ramiona z gorączkowym pragnieniem, padli w nie z zachłannością, pili haszysz ukryty w uścisku niewinnym swych rozpalonych ust, śnili o przyszłości i... stanęli w swym locie do szczęścia. Są już bezradni. Jego tęsknota obecna to rzeka wezbrana, lecz otoczona wałem niemożności, nie wsiąknie w ten wał i nie rozleje się ponad nim. W miarę wzrastania jego tęsknot i żalów wznosi się również i zapora dzieląca go od Dory. On zna Dorcię, jej siłę woli i stanowczość, gdy raz postanowiła zerwać z nim, nie zachwieje się, nie powróci dawna zorza do jej duszy, już zbladła na zawsze. Ale gasnąc i mnie zgasiła – myślał młodzieniec, zatopiony w młodej zieleni parkowej i w swych ponurych rozmyślaniach. Stanął przed sosną – głowonogiem, oczy skierował na obrazek święty i chłonął do duszy nikłe atomy rodzącego się spokoju. Wizerunek Bogarodzicy zawieszony tu przed rokiem nasunął mu tysiące myśli różnorodnych, złączonych ściśle z jego przyjazdem do Wodzewa. Zrobił krótki rachunek sumienia. Co ja tu stworzyłem przez ubiegły rok? – spytał sam siebie. Przesuwał w pamięci wszelkie reformy i pomysły, wytworzyły one wielkie koszta bez rezultatów. Upiększył tylko dom, park, budynki, nie, nawet już nie to, pola? no tak trochę, postawił murowany budynek na centryfugę, urządził ją prawie zbytkownie i teraz chce ją sprzedać, bo Wroński się skarży, że mleczarnia jest dla nich ciężarem. Ach, teraz wszystko jest ciężarem, co dawniej, przed rokiem było konieczne. Wozownia zapełniona drogimi powozami, stajnia końmi, ale to jeszcze mało, mało.

– Ja mam tu mnóstwo roboty, mam cel wytknięty, warsztat pracy duży... Zastanowił się. – To samo Dorcia mówiła, to są jej słowa.

Więc iść za echem jej głosu, wypełnić jej wolę i marzenie, które pragnęła wszczepić w niego. Niech ona teraz będzie gwiazdą przewodnią jego czynów, jego działań obywatelskich, niech jej duch rozdwoi się i służy mu za bodziec do pracy, niech się stanie dźwignią jego ducha, niech popycha go do zmiany życia na lepsze. Denhoff doznał jakby olśnienia, wstrząsnął nim gwałtowny rzut nowej podniety, zawsze bardzo cenny wówczas, gdy wpadnie sokolim lotem w apatyczne kręgi myśli. Otrzeźwił się. Zrozumiał istność swego bytu, swych zadań społecznych i uznał, że są one tak szczytne, iż przewyższają ból dzisiejszy i powinny go zużytkować jako motor do dalszej pracy, do rozleglejszych celów.

Szczęście odrodzenia było w tym nagłym uczuciu Denhoffa. Wyprostował swą smukłą postać, oczy mu zajaśniały gorącym żarem. Spojrzał dokoła wzrokiem pełnym tryumfu – na pola powleczone atłasem zielonych zbóż, na dumny bór czerniejący z daleka, na całą tę ziemię umajoną, jak panna dziewiczą, pogiętą w faliste załomy, w pagórki malownicze powzdymaną, a dziwnie słodką i drogą. Spojrzał, uśmiechnął się do szerokiej przestrzeni łanów i z ust jego wyrwał się młody, żarliwy krzyk:

– Tyś mi została, ziemio moja! ja cię utrzymam! To mój cel, mój czyn i... marzenie.



XII

Korzycki chodził po swym gabinecie krokiem rozgniewanego tygrysa, ciskał się z kąta w kąt pokoju i klął.

– Psiakrew! Jak nie wiem co! takie dzieci jak moje to tylko... Jak nie wiem co, to tylko...

– Na szubienicę – dokończył Gustaw.

– A tak, a tak zgadłeś nicponiu! Czworo was mam i każde, jak nie wiem co, do niczego. Skórska była najlepsza, ale już ją hrabia zbuntował, ciągle mi razem z mężem do kieszeni zaglądają. A w niej płótno, jak nie wiem co! Płótno same, bo kto ma takiego zięcia od paru lat, może zostać żebrakiem. Dawaj i dawaj! cóż to ja mennicą Jestem? jak nie wiem co! Ty huncfocie także mi kieszenie płuczesz, że aż jęczą – zwrócił się z pasją do syna.

– Niech się kieszenie papy zastękają, abym ja miał pieniądze; jeśli nie, to potrafię sobie poradzić.

– Znam już twoje sztuczki, wstyd przynosisz rodzinie, jak nie wiem co! Hultaj jesteś! nicpoń!

– Prowadzimy interes do spółki z papą: Vieux Korzycki et fils. Nie słyszałem jeszcze, żeby kto pluł na własną firmę i zbeszczeszczał ją.

– Widzieliście takiego gałgana? Jak nie wiem co? Ha! to imaginację przechodzi!

Korzycki wykrzykiwał dalej, pieniąc się ze złości. Maryla, która siedziała dotąd pod oknem pogrążona w tępym zamyśleniu, wstała idąc wolno w stronę drzwi. Ojciec zastąpił jej drogę.

– A to gdzie?! Niech panna siada, jeszcze się nie rozmówiłem.

– Nic więcej do powiedzenia nie mam, nad to, co powiedziałam – rzekła niecierpliwie. – Z baronem Poszyngierem zerwę stanowczo.

– Widzieliście państwo dziewkę? jak nie wiem co, zwariowała!

– Nie byłoby to wcale dziwne w naszym domu, ale jestem przytomna i mówię nieodwołalnie.

– Jak nie wiem co! Komedia! Zapatrujesz się na Denhoffa, bo i on podobno zerwał, słyszałem.

– Zerwała panna Zborska, nie on.

– Te, te, te, jak nie wiem co, wolno wszystko mówić, ale nie we wszystko wierzyć. A tyś się na tę Zborska zapatrzyła. Co? Ha!

– Ojciec wie o tym dobrze, że Poszyngiera zawsze niecierpiałam. Zaręczyliście mnie sami wówczas, gdy byłam bierna i było mi wszystko jedno, co się ze mną robi. Ale dłużej tej komedii nie chcę.

– Znowu jej pewno zaświtał w głowie Turski, za niego się wybiera – sarknął Gustaw. Maryla z płonącymi oczyma wskazała mu drzwi:

– Proszę cię wyjdź! ja sama z ojcem rozmawiam! – zawołała groźnie. Gucio zgrzytnął zębami, w tej zaś chwili wszedł hrabia Skórski.

– Eee... te... te znowu awantuha?...

– Maryla zrywa z Poszyngierem! – wybuchnął Korzycki.

– Eee... te... bahdzo thafne. Ma foi!

– Idźże hrabia do licha! Tfu! Jak nie wiem co! Dziewce się w głowie przewróciło, a on potakuje. Czemu nie chcesz Poszyngiera? mów prawdę – krzyknął do Maryli.

– Eee... te... te ohdynahnie bahdzo pan z cóhką postępuje. Ooo Fi donc!

– Czemu nie chcesz Poszyngiera?

Maryla stała sztywna, zimna, tylko z płomieniami w oczach, jak posąg przeczenia i silnej woli.

– Nie chcę barona, bo jest mi wstrętnym, bo jego miliony nic mnie nie czarują, bo go... nie kocham!

– Tere fere, jak nie wiem co! Nie kocham! – argument najważniejszy.

– Eee... te... pahdon, bardzo ważny, natuhalnie.

– Ona kocha innego! – zawołał Gucio przewracając oczyma i załamując ręce ruchem melodramatycznym.

– Co? co? Jak nie wiem co! Kogo ona kocha?...

– Nazwiska jego... nie powiem – deklamował znowu Gustaw.

– Kocham Mariana Turskiego i tylko on będzie moim mężem – rzekła Maryla z siłą w głosie.

– Bhawo! ee... te... te... The bien!

– Kogo ona powiedziała? Turskiego? Co?! Ha! Jak nie wiem co.

– Wyjdę tylko za Turskiego, proszę to uważać za ostatnie moje słowo w kwestii mego zamążpójścia, ostatnie i niezmienne – rzekła Maryla i wyszła z gabinetu.

– Ouelle bhave filie! ee... te... te... to mi się bahdzo podobało.

– Ale mnie się nie podobało! – huknął Korzycki. – Za nic na to nie pozwolę.

– Eee... te... właściwie dlaczego?...

– Bo... bo... jak nie wiem co, bo nie chcę i już.

– Eee... ach... to... tylko kaphys, ale nie... e... te ważny powód. Tuhski jest bahdzo porządnym człowiekiem z wybohnej polskiej szlachty, nieposzlakowanej... eee... te... opinii, tak, znakomitej heputacji, przystojny, dzielny i ee... te... bogaty. Dostanie z czasem Worczyn. Tuhów już ma ee... te... te piękny majątek, panna Ihena będzie miała tylko posag.

– Po co mi hrabia wylicza to wszystko, jak nie wiem co?

– Eee... te... bo phagnę się dowiedzieć, co pan zarzuca Tuhskiemu, że go nie chce za zięcia?

– Jak nie wiem co, zaraz zarzucam! nic nie zarzucam. Psiakrew, cisną mnie do muru. Czemu Tuhscy na przykład nie bywają u nas. Co? Ha!

– Ee... to... to tylko ich osobista sphawa... zbeszta oni będąc bahdzo solidnymi ludźmi ee... te... te...

– Nie chcą należeć do naszej firmy, Vieux Korzycki et fils – wtrącił Gustaw złośliwie, zakładając palce za kamizelkę.

Zaczęła się nowa kłótnia pomiędzy ojcem i synem. Hrabia Artur krzywił się, denerwował, ale przecierpiał całą litanię wymysłów teścia, sarkazmów Gustawa i z uporem godnym sprawy, bronił Mariana Turskiego. Nie szczędził przy tym różnych domyślników, z których Korzycki wywnioskował wyraźnie, że Turscy nie chcą małżeństwa syna z jego córką, ale że to małżeństwo rehabilitowałoby poniekąd rodzinę Korzyckich mocno w opinii zaszarganą. Hrabia mówił o tym delikatnie, półsłówkami, palnął tylko bez żadnych obsłon, że ojciec Poszyngiera, kurlandczyk i milioner, z początku był kotlarzem, syn zaś został już baronem, czyli, że Turski nawet bez tytułu i milionów jest partią świetną w porównaniu z tamtym dorobkiewiczem. Hrabia nie omieszkał również zaznaczyć, że i Korzyccy do wielkich rodów nie mogą mieć pretensji, ponieważ są także dorobkiewiczami, ale już o pochodzeniach i stanowiskach dziadów swego teścia, Skórski grzecznie zamilczał. Przemowa ta spowodowała najpierw gniew Korzyckiego i klątwy, potem głęboką zadumę, wyglądającą na szczere wpatrzenie się w istotę słów hrabiego i przyznanie mu słuszności.

Skórski z gabinetu teścia poszedł do Maryli. Rozmawiali z sobą bardzo długo. Panna Korzycka napisała do Poszyngiera list, o tyle krótki i suchy o ile kategoryczny i niweczący wszelkie jego nadzieje. Przez kilka dni usposobienie całej rodziny w Zapędach było nie do zniesienia. Maryla chmurna, unikała rodziców, przebywając tylko ze Skórskimi, gdy Miecio powrócił z uniwersytetu, stał się gorącym sojusznikiem siostry i szwagra. Hrabia Artur działał. Jeździł do Tylemego i z Paszowskim knuli coś tajemniczo. Wynikiem tych spisków były znowu jazdy pana Wojciecha do Worczyna i Turowa, zamykanie się na długie godziny z panem Turskim, dla wyczerpujących i drażliwych rozmów, po których jednakże ojciec Ireny miękł widocznie. Najwięcej ujęła go delikatność Maryli, wzbraniającej się od przywabienia do siebie Marysia z powodu niechęci jego rodziców. Paszowski i Skórski przygotowali grunt, ale Mariana niczym nie zdołano przekonać, że Maryla odmówiła Poszyngierowi, ponieważ jego kocha i, że zaręczyny z baronem, nie będąc projektem jej samoistnym, przyczyniały się do jej zgnębienia wywołując zerwanie. Młody Turski nie słuchał Paszowskiego, odpowiadał mu krótko na wszelkie tłumaczenia:

– Maryla gdy pragnie to działa, zmusić jej nie można. Znęciły ją miliony Poszyngiera, może jego osoba? zerwała zaś dla kaprysu.

Młodzieniec cierpiał, walczył z sobą, jednak nie wątpił, że Paszowski ze Skórskim chcą go nakłonić do Maryli jedynie tylko na podstawie faktu zerwania z baronem, bez jakichkolwiek danych ze strony panny Korzyckiej. I odgadywał trafnie. Maryla nie upoważniała szwagra, tym bardziej pana Wojciecha do prowadzenia knowań z Marysiem oraz jego ojcem na jej korzyść. Paszowski i hrabia agitowali ,w tajemnicy przed nią, działając na własną rękę. Skoro jednak Turski nie odzywał się do niej, Marylę ogarnął niepokój. Spotkała go raz w kościele. Jego zmieniona twarz, ociężałość i zgnębienie w młodzieńczej postaci, różne od dawnego wyglądu, wzruszyło ją. Odczuła go całym sercem. Nie wahając się dłużej, napisała do niego bilecik tej treści:

„Chcę się z panem zobaczyć, proszę być jutro na podwieczorku u pana Wojciecha. Maryla”.

Młody Turski nie oczekiwał tego, gdy mu wręczono kopertę z dobrze znajomym adresem,

w pierwszej chwili prawie przeraził się. Rozrywał papier z uczuciem jakiego się doznaje otwierając złowrogi telegram. Słowa skreślone i nade wszystko podpis obezwładniły go, nadmiar wrażenia był tak olbrzymi, że Marian poczuł się duchowo zdruzgotany, jakby pod wpływem nieszczęścia. Użył całej swej władzy, by oprzytomnieć.

– Spokoju, przecież to tylko parę słów, nic nie znaczących, to jeszcze nic... Spokoju. Odczytał bilecik powtórnie.

– Nie, to już jakiś wyrok. Podpisała tylko imieniem, tak miękko Maryla. Marylo moja! Porwało go szalone uniesienie, przycisnął bilet do ust, wyobraźnia nasunęła mu aż do obłędu upajającą wizję. Błąkał się w domysłach, niecierpliwiło go oczekiwanie następnego dnia. Chciał dziś, zaraz jechać do Zapędów aby ją zobaczyć, aby usłyszeć jej głos. Godziny dłużyły mu się niebywale, doznawał gorączkowego niepokoju, co to będzie, co się spełni? Gdy nadszedł czas wyjazdu do Tylemego, Turski siadł do wolantu tak jak stał, w codziennym ubraniu i długich butach, nawet bez czapki. Ale stary sługa, Ksawery uważał na formy światowe i był zupełnie przytomny. Zawołał przeto ze zgrozą:

– Boże uchowaj! A toż pan z jakowejś wielkiej alternacji, zapomniał o przeobleczeniu ciała w godowe szaty. Nie można tak! trzeba skrupulatnie specjalizować obywatelskie stanowisko. Tymczasem, elegancja w wolancie, w koniach, w szorach, w liberii, a pan, z przeproszeniem, bez żadnej ostentacji.

Maryś nie słuchał, tylko się ubierał, prędko, jak zmuszony koniecznością. W duchu myślał.

„Przeklęte są te etykiety, spóźnię się i ona odjedzie.”

Gdy stanął przed gankiem w Tylemego, serce kurczył mu przestrach, że już jej nie spotka. Na schody wyszedł pan Paszowski. Otworzył ramiona gościnnie.

– Ach! panie mój, zjawił się meteor, nareszcie! Z pana to teraz rara avis w sąsiedztwie. Proszę do komnat. Teoś mi wyjechał na Podole, do wuja i jestem samotny niby stara wiecha. Jaki hebes jest, to jest, ale mi bez niego tęskno.

– Kiedyż syn powróci? – spytał Turski, byle coś rzec, w duszy zaś jego niepokój szeptał:

„Nie ma Maryli.”

– Teoś obiecał przyjechać na ślub Ziuli, który ma być podobno w sierpniu, o ile znowu nie zerwą, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, bo to modne w tym roku. Zeszłych wakacji zaręczali się, teraz zrywają.

Maryś nie mógł wywnioskować, czy Paszowski wie o schadzce z Marylą, czy jest nieświadomy celu jego wizyty.

Ale starego pana Skórski uprzedził o umówionym podwieczorku. Pan Wojciech nic jednak o tym nie wspomniał.

W dziesięć minut po przyjeździe Turskiego, wykwintny zaprzęg Maryli zatrzymał się przed filarami dworku. Powoziła sama parą wspaniałych szpaków, mocno trzymając na lejcach spienione konie. Obok niej siedział Skórski, za nimi zaś, na małym siedzeńku, chłopak stajenny w stroju krakowskim.

Maryś zdrętwiał na jej widok, ale wyszedł na ganek. Panna Korzycka w płaszczu z surowego jedwabiu, w małym kapeluszu niknącym w zwojach białego welonu, uśmiechała się serdecznie, niby obrazek w gazowej ramce. Paszowski wysadził ją z amerykana niemal z czułością.

– Wenero moja, okrutniem rad, ale rączki się zmęczyły, bo koniska ostre, panie mój. Cóż to Ismail-pasza dostał dymisję?

– Artur nie chciał jechać konno, boi się Ismaila nawet na odległość paru kroków.

– Eee... te... te ogaduje mnie Mahyla, ale to phawda, że ten koń mię przesthasza. A! pan Mahjan! Bonjouh!

Maryla żywym ruchem podała rękę Turskiemu, kłoniąc się do niego całą figurą. Schylił nisko głowę i dotknął ustami jej palców. Wyraz twarzy ich obojga był dziwnie uroczysty, milczenie również, jednakże dla obecnych kłopotliwe. Hrabia chrząkał i kołysał na nogach swą cienką figurę. Paszowski, nie wiedząc od czego zacząć, wpatrzył się badawczo w duże jasne guziki zdobiące płaszcz Maryli.

– Czy to labrador, czy imitacja? – spytał tak ciekawie, jakby mu tylko na tym zależało.

– Labhadoh, ee... te... te... a może tylko koncha pehłowa? Oui! Maryla nic nie mówiąc weszła do przedpokoju. Turski poszedł za nią. Zdejmował jej płaszcz, ręce mu drżały, krew zalewała mózg kipiącą falą. Ona położyła obie dłonie na jego piersiach.

– Chcę z panem mówić ale... nie tu.

– Może... w ogrodzie? – bąknął.

Weszli panowie z ganku. Maryla zawołała śmiało.

– Zostawiamy panów, politykujcie tu sobie lub obmawiajcie sąsiedztwo, my idziemy na przechadzkę.

– A podwieczorek, panie mój?

– Powrócimy za godzinę. Wyszli. Hrabia Artur zatarł ręce.

– Eee... te... te bahdzo thafny pomysł Mahyli, wybhany tehen u pana ee... te... tu najswobodnie. Paszowski odwrócił się i przeżegnał idącą parę.

– Niech ich Bóg nareszcie złączy, tak bym pragnął.

– Eee... te... te... oni to i sami zhobią. Ma foi!

Turski szedł milcząc, ona również, gdy doszli do grupy brzóz nad wielkim stawem, Maryla zatrzymała się. On przemówił pierwszy. Głos mu wibrował nienaturalnie:

– Czy mogę odgadnąć... treść dzisiejszego spotkania?

– Powinien pan – szepnęła.

– A jeśli mój domysł będzie... zbyt... śmiały, zbyt ryzykowny? Podniosła na niego zdumione oczy.

– Nie poznaję pana. Czy to pan mówi? Przemawiał pan dawniej inaczej.

– Dawniej. Dużo się zmieniło od tej pory. Rok ostatni przyniósł mi same rozczarowania.

– Czy nie miał wcale jaśniejszych błysków?

– Nie.

– A pasterka?

– Ach to... tylko złuda, wybuch uczuć!

– A bal w Warszawie?

– Pani żartuje. Bal był dla mnie przesileniem, to mój kryzys.

– Jak to przesileniem? co pan mówi?

– Tak, to był mój przełom na gorsze. Pozbawiła mnie pani wówczas nawet cienia nadziei. Och ten bal! Dziwię się, że go przeżyłem.

– Wiem o tym. Wiem! – krzyknęła z wybuchem.

– Miał pan ratunek i ukojenie, w ramionach... pani Amy. Turski zawstydzony spuścił głowę. Bladość i płomień krwawy mieniły się na jego twarzy.

– Kto... pani o tym... mówił? – wyjąkał jak skazaniec.

– Mówił ojciec, Gutek, wszyscy! Wszak pan się nie ukrywał.

– Tak, nie ukrywałem nic, nawet podłości, jeśli można tak nazwać mój rozpaczliwy, wstrętny wybryk. Przyznaję, że to było wykroczenie przeciw etyce, przeciw uczuciom... dla pani. Czy pani mnie za to potępia? Czy pani nie uznaje pobudek popychających ludzi do niskich czynów, nawet wbrew ich sumieniu. Czy to mnie zgubiło w oczach pani? Panno Marylo.

– Potem, po balu wszystko mogę łatwiej wybaczyć, ale przed?... Dlaczego ta... pani Ama tak pana trzyma tyranicznie?

Turski zdumiał się.

– Co pani mówi? Jak to trzyma? Czyż pani myśli, że... jeszcze teraz.

– Ach nie! Ale całą zimę, przed Bożym Narodzeniem, przed balem. Już sądziłam, że tylko ona dla pana istnieje.

– To jakaś intryga! Przysięgam pani, że ten mój... upadek z panią Amą trwał parę tygodni

po balu, tylko po balu. Turski zadrżał.

– Jak to? A przedtem?

– Tak, ale nie w zimie i nie w ciągu minionego roku. Panna Korzycka zamyśliła się.

– Więc to kłamstwo, to intryga tej pani.

Nagle podała mu obie dłonie, jej spojrzenie wyrażało smutek.

– Czy pan wie, że... to było powodem mej bierności i mych zaręczyn? Rywalizować z taką

Amą brzydziłam się. Ta ohyda ukradła nam całą zimę.

– Co to jest? Czy pani otrzymała anonim?

– Nie.

– Więc skądże taka plotka?

– Kto chce ją zrobić, sposoby zawsze znajdzie. Powtarzam panu, że moje zaręczyny z baronem były rekoszetem tej intrygi, zrobionej sprytnie. Dowiedziawszy się, że pan przebywa stale w objęciach Amy, zobojętniałam na wszystko. Perzyńskiemu jeszcze potrafiłam odmówić, dwa razy, przed zaręczynami i po nich, kiedy chciał mnie odbić baronowi, ale męczona uparcie przez rodziców, aby przyjąć Poszyngiera, straciłam ochotę i cel do walki. Tyle smutnych dni, tyle bólu! – szepnęła żałośnie.

Maryś trzymał jej ręce mocno, tuląc je do siebie, otaczał Marylę ogniem swych palących źrenic. Spytał cicho, pochylając twarz nad jej czołem.

– Czy wierzysz mi... droga pani?

– Teraz tak, ale przez całą zimę wątpiłam. Czemu mnie pan nie przekonał? czemu zostawił mnie zupełnie na pastwę moich katów?

– Boże mój! Wszakże ja o niczym nie wiedziałem, ona ukryła przede mną tę zbrodnię. Pojąć nie mogłem co się stało, ale być intruzem... nie, za nic! Tego nie potrafię!

– Pan mnie posądzał o materializm, o ubieganie się za bogactwem?

– Tak, nawet to przychodziło mi do głowy.

Zamilkli. Patrzyli sobie w oczy długo, bez zmrużenia powiek, jakby przelewając wspólnie do głębin duszy swej myśli i uczucia. On zniżył usta, dotknął nimi jej włosów.

– Marylo... moja... więc ty...

Gwałtownym rzutem całej postaci otoczyła ramionami szyję Turskiego.

– Kochałam cię zawsze, ale nigdy tak... jak teraz.

– Dziecko ty moje!

Czuł ją całą na swych piersiach, dyszącą żarem oddechu, ponętną aż do zawrotu głowy. Odchylił jej twarz ku sobie i spojrzał w źrenice lśniące fioletem. Zmrużyły się pod wolą jego wzroku. Gorące usta, lekko otwarte, mokre, oddawały swój czar łaknącym męskim wargom, które wzięły je w posiadanie.

Maryla krzyknęła. Pocałunek ukochanego żywiołowo potężny, namiętny, a łaskocący słodką pieszczotą, przeniósł ją od razu jakby w odmienny świat piękna i szału. Przeniósł ich oboje, wichrem trzepocąc się w krwi. Turski odczuł różnicę uścisków, choćby namiętnych, ale wynikłych z uczucia, z uściskami tylko zwierzęco zmysłowymi. Marylę całował ciałem i duszą i jakby jeszcze wzniosłym natchnieniem, bo była umiłowaniem jego serca. Ona zaś zrozumiała wyraźnie, że usta swe dziewicze, dla takiej rozkoszy mogła oddać tylko jemu. On je posiadł, bo jedynie on miał do nich prawo. On jeden!



XIII

Ksawery nie poznał swego pana gdy ten powrócił z Tylemego. Młodzieniec przeistoczył się od razu, doznał jakby duchowego chrztu.

W nocy nie spał, nawet nie próbował spać, tylko obłożony fotografiami Maryli rozmawiał z nią, pieścił w swej wyobraźni jej wdzięczną postać. Chwilami rozmyślał o ojcu i o tym jak przeprowadzić całą sprawę, nie dopuszczając do wybuchów z obu stron. Ale wszelkie plany ułożone w nocy prysły, gdy nazajutrz Marian stanął przed panem Turskim. Obywatel odgadł natychmiast co sprowadziło doń Marysia o tak wczesnej godzinie. Starli się wzrokiem. Oczy ojca były groźne, wejrzenie syna błagające. Młodzieniec nie czekał na słowa zachęty, wiedział, że ich nie będzie. Podszedł do otomany, na której siedział Turski, zgiął się przed ojcem i ręce jego przycisnął do ust.

– Marianie, co to znaczy? – usłyszał nad swą głową trwożny szept.

– Ty mnie ojcze rozumiesz, przyszedłem błagać cię o pozwolenie... aby osiągnąć moje szczęście.

Turski wstał wzburzony.

– Znasz mój pogląd na tę sprawę, nie zmieniłem go.

– Ojcze, ja ją kocham nad życie własne! Ona zerwała z Poszyngierem, bo Korzyccy zaręczyli ją bez jej woli. Maryla stała się ofiarą niecnej intrygi, ale ona mnie kocha, kocha od dawna, a ja... ty wiesz ojcze, ja za nią szaleję! Sądząc, że ją tracę, łajdaczyłem się, postępowałem niezgodnie z sumieniem. Ale już ocalenie przyszło. Ona mi je przyniosła, jej miłość.

Pan Turski słysząc szczere słowa młodzieńca, widząc niezłomny wyraz twarzy, zrozumiał, że to ostatni atak syna. Niechęć buchnęła w nim z gwałtownością, pragnienie zabicia woli młodzieńca stało się przemożne.

Zawołał surowym tonem:

– Zadajesz mi okrutną mękę, jak możesz nalegać na ojca, skoro wiesz, że jestem przeciwny twemu małżeństwu z Korzycką? Dobry syn nie popełnia takich ekscesów niezgodnych z żądaniem ojca. To jest wykroczenie z obowiązków względem rodziców. Ty Marysiu nadużywasz mej cierpliwości.

Młodzieniec załamał ręce.

– Ojcze mój drogi, ja cię błagam! Nie odmawiaj mi szczęścia! Ona musi być moją i będzie moją!

– Więc ojciec dla ciebie nie istnieje? Nie dbasz o niego?...

– Ja błagam! Ojcze, błagam o twoje słowo, o twe błogosławieństwo, o... Marylę.

Maryś jęknął głucho i ze straszną rozpaczą w twarzy runął do nóg ojca. Leżał na podłodze tuląc głowę do jego stóp.

– Marianie! Synu mój!

Pan Turski wstrząsnął się nieznanym dreszczem, bardzo zbladł, doznał wrażenia, jakby mu zapłakało serce. Rękoma przysłonił zroszone oczy, oddychał ciężko, zmagał się już nie z własnym uporem, lecz ze wzruszeniem, które zawładnęło nim potężnie. Na odgłos padającego ciała wbiegła do pokoju pani Turska, za nią Irena i Ziula. Stanęły przerażone na widok Marysia leżącego u nóg ojca. Pannom łzy spłynęły z oczu gęstym gradem. Turski nagle schylił się i dźwignął syna. Pomógł mu powstać z podłogi.

– Marysiu, dziecko moje, bądź spokojny, nie nerwuj się, bo to... zdrowiu... szkodzi.

Mówił urywanie, z czułością położył rękę na ramieniu jedynaka, patrząc w jego rysy zmienione, opłynięte bladym kroplistym potem. Młodzieniec trochę nieprzytomnie tarł ręką mokre czoło, przymknął powieki, był niesłychanie wyczerpany. Ojciec wziął go w ramiona, rzekł głosem pełnym uczucia:

– Rozbroiłeś mnie Marysiu. Potrafisz kochać i walczyć o zdobycie szczęścia, ale nie przypuszczałem nigdy, że będziesz umiał błagać... tak błagać.

– Dla niej ojcze... wszystko zdołam zrobić... byle... była moją.

– Powtarzam, że skruszyłeś mą niechęć, masz teraz we mnie ojca i sojusznika w swej sprawie, jestem twoim przyjacielem. Takie uczucia w dzisiejszych czasach są rzadkością, umiem to ocenić. Bądź szczęśliwy.

Uściskali się z wielkim napływem najlepszych wzruszeń do pałających serc. Pani Turska, Ira i Ziula ucałowały Marysia i ojca, rozczulone i przejęte powagą chwili. Zapanował nastrój bardzo uroczysty.

– Teraz trzeba być u Korzyckich – rzekła pani Turska. Marian opowiedział widzenie się z Marylą u Paszowskiego. Uradzono więc, że najpierw on sam pojedzie do Zapędów i urzędowo oświadczy się Korzyckim, potem dopiero pojadą jego rodzice podziękować za przyjęcie syna.

– Podziękowanie złożę tylko... twojej Maryli, nie zaś tym... tym... Uparty obywatel nie dopowiedział czegoś, ze względu na syna. Irena i Ziula chciały koniecznie towarzyszyć Marysiowi do Zapędów, ale ojciec nie pozwolił. Panny umilkły. Skoro veto pana Turskiego zostało wypowiedziane, nikt już z zasady nie oponował. Jedynie Maryś przełamał prawo ogólne, ale w wyjątkowych warunkach.

W rodzinie Turskich powróciła dawna przekwitła zgoda. Inny duch powiał. Ojciec, zupełnie ułagodzony, nie mógł nacieszyć się jedynakiem. Przyczynił on mu wiele zmartwień i nawet usunął się czasowo, z urazą w duszy. Pan Turski zawsze z systematyczną stanowczością przeprowadzał swe programy życiowe, niekiedy traktując je zbyt despotycznie. Skoro jednak jakiś wypadek, szczególnie uczuciowej natury, przeszkodził jego zamiarom, bronił się jeszcze, ale w końcu ulegał i, o ile przedtem był trudny, o tyle potem bardzo skłonny do ustępstw i szczerej harmonii. Dzieci kochał miłością bezmierną, ale nie pobłażał im, przeciwnie, wymagał od nich dla siebie i świata więcej, niż należało. W żonie widział wzór doskonałości kobiecej i pragnął mieć to samo w dzieciach. One jednakże raziły go wielokrotnie. Pan Turski spoglądał nieufnie na „piecielstwa” Ireny, tak nazywając jej malarstwo. Ale gdy rzeczoznawcy orzekli, że jego córka posiada talent i trzeba go kształcić, gdy pracę jej przyjęto do Zachęty, nadspodziewanie, krytyki zaś były niezłe i rokujące przyszłość młodej malarce, Turski zaczął tę sprawę traktować poważnie, czuł się już dumny z powodzenia i talentu Ireny. Gniewał go Marian, zakochany w Korzyckiej. Ambitny ojciec nie miał nic przeciw osobie Maryli, owszem uznawał jej piękność i dar jednania sobie ludzi, ale będąc sam człowiekiem wielkiej szlachetności o bardzo prawych poglądach, nie chciał zgodzić się na wprowadzenie do swej rodziny jednostki, pochodzącej z domu Korzyckich, i tym samym wejść z nimi w tak bliskie pokrewieństwo. Walka trwała parę lat, zmogło ją uczucie. Wybuch syna świadczący o potędze jego miłości przełamał zaporę w sercu ojca, ale tylko dla przyszłej synowej. Pan Turski zapanował nad sobą, by nie okazać Marysiowi, że ma instynktowną odrazę do jej rodziców i brata i, że konieczna bytność w Zapędach będzie dla niego przejściem bardzo ciężkim. Gdy Maryś uszczęśliwiony odjechał z Worczyna, Turski wynurzał się przed żoną i córką, gorycz swą wyrzucał z duszy, czując potrzebę tego, chociażby w najpoufniejszym kółku. Mówił smętnie, aż tragicznie:

– Wszystko już teraz zrobię dla Marysia, ale to straszna ofiara, rodzice muszą wiele znieść dla szczęścia swych dzieci. Gdybyż przynajmniej była pewność, że szczęścia tych dwojga nie zmącą kiedy rodzinne stosunki Korzyckich? Maryla go kocha, jednakże pochodzi z nich. Faktem jest, że o pannę Korzycką starał się znany i zamożny obywatel z Litwy, ceniony powszechnie, z wybornej rodziny. Wyszłaby na pewno za niego, ale konkurent, przejrzawszy papę i braciszka czmychnął na Litwę w wilję oświadczyn, zląkł się po prostu takiej rodziny i tych stosunków. A potem znowu...

– Maryla kocha Marysia od dawna, nie wyszłaby za innego – rzekła Irena. – Dowód na baronie, zerwała z nim pomimo jego milionów.

Cóż tam baron! Poszyngier nie jest partią, gdyż same pieniądze tu nie zaważą. Bogaty parweniusz zostanie zawsze tylko parweniuszem, chociażby miał miliony, partią zaś może być jedynie dla drugiego dorobkiewicza. Panna Maryla miała poważniejszych konkurentów, obywateli ziemian z pierwszorzędnymi nazwiskami, ale wszyscy cofnęli się w porę przed taką koligacją. Skórski porządny człowiek, czy tytuł jego istotny, tego nie wiem, ale rodzina dobra, ożenił się z Korzycką dla pieniędzy i podobno umiejętnie ssie kieszeń teścia. Przy tym postać ma trochę karykaturalną, partią nie był.

Pani Turska przypomniała fakt, kiedy Gustaw Korzycki przyjechał do Worczyna z pierwszą wizytą i jak był przez nią potraktowany. Irena śmiała się.

– Pamiętam doskonale! było to przy gościach, służąca wniosła jego bilet i podała mamie, mama zaś cisnęła go na stół z pasją i rzekła „prosić”, ale takim tonem, że brrr... gdy wszedł, mama podała mu rękę jak lód i bez słowa.

– Bardzo dobrze – potakiwał Turski – podobnych Gutków nie należy inaczej przyjmować. Ale teraz... on będzie bratem naszej synowej, szwagrem Marysia... okropność! Smutny zbieg okoliczności. Wiem ja dobrze, co Korzycki zawsze na Worczyn wygadywał, krytykował, wyśmiewał wszystkie moje urządzenia. Ależ nawet nie wahał się głosić, że Irę wydajemy za mąż za jakiegoś zagonowca, szlachetkę, który mógłby być u mnie ekonomem.

– Ach! za Powalskiego, przypominam sobie – rzekła Irena.

– Korzycki ośmielił się rozgłaszać coś podobnego na zasadzie, że ten Powalski bywał u nas czasowo, bo trudno komuś wymówić dom, zwłaszcza, że młodemu Powalskiemu nic nie można zarzucić; chłopak gładki, gdyby nie jego pochodzenie i rodzina, ci wszyscy Trawkoscy, Sałacińscy i inni „dziedzice” okoliczni. Ale przez usta Korzyckiego przemawiała zawiść, że dom nasz cieszy się nieskazitelną opinią, za to chciał nas koniecznie zdyskredytować. Tylko nikt w te plotki nie wierzył.

Irena powróciwszy do swego pokoju po rozmowie z ojcem zastała Ziulę zapłakaną.

– Co ci jest?

Dziewczę przysunęło się do niej trochę tęsknie. Twarz, zalaną łzami, ukryła na piersiach Ireny.

– Ziulka! Czego płaczesz? A ona zaczęła szeptać:

– Tak mnie okropnie wzruszyła ta scena z Marysiem. Widzisz Iruś, to jest dopiero miłość, wielka głęboka miłość. Czy Denhoff kochał tak samo Dorcię? Nie. Czy Stanisław kocha mnie aż tak silnie? także nie. Iruś... a... ja... wiesz... ja go tak potężnie również nie kocham. Zaległo milczenie.

– Czy ty to mówisz poważnie, Ziulu?

– Najzupełniej. Widzisz Iro, gdyśmy się zaręczyli i gdy mnie moi rodzice spytali, czy bardzo kocham Stacha, mówiłam tak, i miałam dla niego miłość serdeczną. Ale teraz widzę, że nasze idealne uczucia są niczym w porównaniu do miłości Marysia dla Maryli. To, Iruś, to co innego. Maryś to siła, on potrafi walczyć o szczęście, nie tylko marzyć o nim.

– A twój Stach? czy wątpisz o nim? Ziula westchnęła.

– Tak – rzekła cichutko – Stach tylko potrafi latać ze mną w obłokach, marzy, tęskni za urojeniami i mnie z sobą nosi po gwiazdach, ale głębokie to nie jest.

Irena była zdumiona.

– Więc już i ty Ziulka zaczynasz analizować? Już wkradły się wątpliwości, które cię nurtują? To źle. Masz przykład na Dorci, ona również bardzo kochała Ryszarda, ale z chwilą gdy uczucia swe i jego istotę wzięła pod rozbiór szczegółowy, bezwzględny, wiesz co nastąpiło.

– Lepiej, że stało się to teraz, niżby takie myśli miały nawiedzać ją... za późno. Irę i Ziulę pochłonęły szczere, poufne zwierzenia.

Maryś Turski oświadczył się państwu Korzyckim o rękę Maryli i został przyjęty. Ten niezbędny akt form światowych wszyscy partnerzy odegrali klasycznie. Mama była jak należało uroczysta i poświęcająca córkę, papo typowo etykietalny i łaskawy dla przyszłego zięcia, którego „musiał tolerować”. Maryś sztywny, nawet nieco surowy, zachował powagę z pewną nienaruszalnością, broniącą od wszelkich nadprogramowych występów. Inni członkowie rodziny osłodzili Marysiowi przykrą chwilę, nie licząc narzeczonej; jej oczy i usta, oddane ukochanemu, były mu najmilszą nagrodą. Gustaw pogodzony już z „wybrykiem” siostry nie darował dobrej okazji i tego samego dnia wieczorem w wielkim sekrecie poprosił Marysia o pożyczkę. Otrzymał ją wprawdzie, lecz w mniejszej o połowę sumie, niż żądał.

Jeszcze charakterystyczniej odbywała się wizyta rodziców Turskich w Zapędach. Ojciec Marysia spełnił to, co postanowił, dziękując dyplomatycznie tylko Maryli za przyjęcie syna, nawet bez użycia właściwych słów. Przycisnął jej rękę do ust z poważną dystynkcją i rzekł prawie szeptem:

– Małżeństwo przeznaczonem jest od Boga, zatem winienem już tylko życzyć pani szczęścia w związku z moim synem. Niech was Bóg błogosławi.

Maryla zagryzła wargi, dotknęły ją te ostrożne słowa ojca narzeczonego, ale zwalczyła odrazę i nawet pochyliła lekko głowę do ramienia Turskiego, lecz go nie pocałowała.

Panowie Turski i Korzycki powitali się obojętnie, ale grzecznie. Pierwszy z dobrze udaną uprzejmością rzekł tylko:

– Witam pana!

– A! moje... uszanowanie, jak nie wiem co... bardzo mi przyjemnie... Ha! – odpowiedział Korzycki.

Kłopotliwe zamilknięcie obydwóch uratował hrabia Artur. On w salonie Korzyckich stał się niejako pośrednikiem pomiędzy sąsiadami, krzywo na siebie spoglądającymi.

Obie panie więcej po kobiecemu i łatwiej pogodziły się z sobą. Turska ujętą została przez niezwykłą słodycz Maryli, okazywaną matce narzeczonego z gorącą szczerością; Korzycka zaś zauważywszy bardzo cenną, czarną koronkową suknię pani Turskiej i staroświecką diamentową broszę, o wybitnej tradycji, poczuła się znacznie pokrzepiona w swej próżności. Wizyta trwająca względnie długo, jedynie zawdzięczając młodzieży zebranej w Zapędach, ze Skórskim na czele, nie miała przykrych dla obu stron niespodzianek. Pan Turski myślał w duchu:

„Ot sobie, ludzie jakich wiele, plutokracja, gdyby nie taka opinia?... Można zresztą niezbyt się z nimi zadawać.”

Korzycki zaś rzekł do żony po odjeździe gości:

– Jak nie wiem co, wolałbym żeby Turscy byli przynajmniej baronami, ale ujdą, prezencję mają; on z miny przypomina arystokratę.

Matka Maryli dokończyła oceny:

– Turska była wspaniale ubrana, miała piękną i drogą toaletę.



XIV

Denhoff zajął się gorliwie pracą na roli. Zadziwił wszystkich prócz Wrońskiego. Sprytny rządca zrozumiał, że to tylko nowy kaprys „panicza”, do czasu trzeba go popierać. Ryszard wstawał raniutko i ubrany w skórzaną, elegancką kurtę, cienką jak jedwab, biegał po folwarku, stał nad robotnikami, w polu przy żniwach przepędzał długie godziny letnich skwarów. Wieczorem sam załatwiał bieżące rachunki, urządzał wypłaty. Wszędzie go było pełno. W gabinecie nad biurkiem zawiesił białą kartę w ozdobnej ramie z wielkim napisem:

„Ora et labora”, sam powtarzał przy lada okazji, że „pańskie oko konia tuczy”. Stał się nagle gorliwym gospodarzem, pieniądze jednakże płynęły szczodrą strugą, jak zawsze. Denhoff nie umiał się powstrzymać od rozdawania różnych datków robotnikom, którzy w jego obecności okazywali pilność nadzwyczajną. W upały posyłał żniwiarzom na pole stągwie z lemoniadą, lub antałki zimnego piwa, woził kosze owoców i rozdawał je dziewczętom. Witały go twarze rozjaśnione, pochlebiano mu i wynoszono go pod niebiosa. Ale starsi gospodarze wiejscy szeptali do siebie: „Dobry dziedzic, litościwy, serce ma jak stodoła, ino je wróg dla siebie samego, już pono cienko przędzie”.

Chłopi rozumieli stan interesów Denhoffa, ale mimo to, każdy ciągnął na własną rękę, wyzyskując jego dobroć i wielką niepraktyczność. „Panicz” zapragnął pewnego dnia ogrodzić murem cały park. Nawet Wroński, pochwalający zwykle wszelkie pomysły Ryszarda, tym razem zdziwił się i zaczął odradzać, tłumacząc mu, że koszt byłby zbyt uciążliwy na obecny stan ich kasy. Ale nic nie wskórał; zaczęła się budowa wedle rysunku, zrobionego przez Denhoffa. Miejscowi mularze cmokali z zachwytem patrząc na model pełen wieżyczek, przezroczystych krat z cegły mających ozdabiać ten wykwintny, niemal pałacowy mur. Tymczasem na wypłaty dla służby i czeladzi, dwór wodzewski coraz częściej pożyczał pieniędzy. Zboże sprzedawano kupcom za byle jakie ceny, nadużycia działy się przy tym niesłychane, lecz Denhoff tego nie widział, Wroński na wszystko już zamykał oczy. Ale Turski z Worczyna nie wytrzymał, najpierw ostrzegł Ryszarda, że Żydzi go okradają, potem wezwał do siebie kupca zbożowego i zaczął go moralizować. Kudłaty, czarny Aron wysłuchał spokojnie przemowy obywatela, wreszcie rzekł z typową flegmą i z akcentem:

– Wielmożny dżedżycu, jak sze kto chce zabiiicz to po co jemu przeszkadzaaacz? Un zawsze znajdże sposób, jak sze nie utopi, to sobie zarżnie, abo sze powieszy. Uu, ten pan Denhoff to un chce sze zabicz, un już sze zabija. Nu, ja pana dżedżyca przepraszam, ale un ma... zając.

– Kto taki?

– No un, pan Denhoff.

Turski oburzył się, Aron nie zrażony tym mówił dalej:

– Wielmożny dżedżyc myśli, co tylko Denhoff? Ajaj, żebym ja tak zdrów był, ile obywatelów... ma zając.

– To i ja także?

– No, przepraszam, pan dżedżyc to je co innego, a fain solidny puryc.

– A mój syn?

Aron wzniósł brwi i oczy w górę.

– Pan z Turowa? Nu, on je całkiem porzędny pan, ale un żydków nie lubi. Un także troszkie młody.

– A pan Perzyński z Chodzynia?

– Uuun? Un to ma dobry zając. Ajaj!

– Czy i pani Tulicka? – pytał Turski rozbawiony.

– Tyż ma zając.

Turski zawahał się, jednak spytał jeszcze:

– A Pan Korzycki?

Żyd zrobił chytrą minę.

– Ma zając! Nuuu, ja przepraszam pana dżedżyca, ja troszkie coś słyszał, aleee... Przepraszam bardzo.

– Więc któż jest wedle Arona bez zająca? – prędko podchwycił Turski chcąc zagadać Żyda.

– Ktoo? Pan dżedżyc, pan z Turowa, pan Brewicz; to bardzo porządny pan ten z Woli.

– A pan Paszowski?

– Tyż ma zając. Ajaj. On je stary, ale zającowaty.

– Więc i Lubocki z Zawiercia?

– Un to ani i tego nima, un je taki sobie, jak Pan Bóg dał. Jemu z przeproszeniem żona zamknęła oczyyy, zamknęła uszyyy. Un sobie szedży w domu i robi firanki szydełkiem. Ja jego tak widżał.

Gdy wkrótce po tej rozmowie Denhoff przyjechał do Worczyna, Turski starał się go przekonać, że go Aron okpiewa, ale „Dziudzio” zaprzeczył:

– Oho! ja się nie dam, proszę pana, nawet ten sam Aron kupując u mnie pszenicę przed tygodniem, przyznał mi, że mam wyborną głowę do interesów. Powiedział tak: „jasznie wielmożny dżedżyc to ma fain kepełe, ja jeszcze nie widżał, co by taki młody jasznie pan był już taki mądry”.

Turski porozumiał się z żoną uśmiechem, ale nic nie powiedział. Denhoff w Worczynie był zawsze częstym gościem i stałym towarzyszem Ireny. Ona żyła teraz myślą swego wyjazdu na studia malarskie, miało to nastąpić niezwłocznie po ślubie Marysia, który postanowiono na koniec sierpnia.

Wakacje worczyńskie już inny miały charakter niż przed rokiem. Z panien, prócz Iry, była tylko Ziula, Maryla zjawiała się tu często, zjednując sobie coraz więcej rodziców Marysia. Młodzież jeździła do Zapędów i do Turowa, gdzie panował ruch organizacyjny, spowodowany prędkim ślubem właściciela. Młoda pani rządziła już w Turowie po swojemu. Odnawiano stary dwór, nie zmieniając jednakże jego charakterystyki. Wszystko tam było poważne, staroświeckie, pozbawione nowoczesnego zbytku, ale piękne. Maryla trochę kaprysiła, przywykła do jaskrawego stylu w Zapędach, gniewała się na spokojny i ciężki typ turowskiej rezydencji. Maryś przekonywał narzeczoną pragnąc ją nakłonić do własnych upodobań, lecz w tajemnicy przed nią umeblował pokój, przeznaczony na jej buduar, w najnowszym guście, lżejszym i bardzo efektownym. Termin ślubu zbliżał się. Irę i Ziulę Maryla zaprosiła na drużki. Ziula przebywając w Worczynie z rodzicami, analizowała stale swego narzeczonego, nie mogąc zgłębić jego uczuć. Początkowo projektowano nawet, aby wesela odbyły się jednocześnie. Stanisław Rymsza gorąco zamiar ten popierał, lecz spotkał się z niespodziewanym oporem narzeczonej. Dziewczę nie pragnęło ślubu, odczuwając w sobie pewien lęk przed ostatecznym krokiem. Wesoła dawniej Ziula zmieniła się poważniejąc niesłychanie. Zbudzone w jej duszy refleksje zaczęły ją toczyć, niby robak rozwinięty kwiat. Rozmyślała nad początkiem swojej miłości do Stanisława i rodzajem ich wspólnych uczuć. Jakiś zły duch życiowy podszepnął jej, że Rymsza żeni się z nią dla pieniędzy. Ponieważ Ziula miała duży posag, więc żądło ją dosięgło i ukłuło. Spokój i szczęście dziewczyny prysło. Przy tym Stanisław bezwiednie dręczył ją szczególnym sposobem miłowania, zawsze wątpił czy ją kocha dostatecznie, nie widziała w nim zapału w tym jednym kierunku. Jego pozornie ognisty temperament pod wpływem uczucia bladł, nikł, tracił werwę. Kochał ją, wpatrywał się w nią jak w obrazek cudowny, ale ona nie odczuwała w nim najmniejszego entuzjazmu, tak wyraźnie cechującego Marysia i Denhoffa podczas ich narzeczeństwa. Stanisław miał naturę inną, w miłości nie płonął, a raczej ciągle filozofował czy Ziuli da szczęście.

Jego niepewność udzieliła się dziewczęciu i gorycz zalała jej serce skłonne do głębokich uczuć, lecz gwałtownie potrzebujące szału. Będąc żywą, pełną temperamentu pragnęła tego samego od Stanisława, ale „Stach” nie myślał o jej posagu, bo kochał ją rzeczywiście, nie potrafił, jednak przykuć jej do siebie mocą wyłączną, którą posiada niewielka liczba mężczyzn. Taką właśnie siłą czaru Maryś porwał Marylę i tę światową, piękną, posażną pannę, zepsutą przez hołdy męskie, trzymał stale pod swym urokiem. Ziula o tym marzyła i nie miała tego. Zwichnęły się ideały, trwoga jakaś, jakby złe przeczucie wpełzły do duszy, gasząc powoli jej zachwyt.

Fakt odłożenia ślubu panny Turskiej z Rymszą spowodował plotki w okolicy, kierowane przez senatorównę z Połowic i jej adiutanta. Oni oboje głosili, że Ziula zerwie z Rymszą, gdyż to była tylko omyłka i intryga Ireny, i że Kocio Leśniewski jest chwilowo zaniechanym, lecz jedynym „feblikiem” Ziuli. Określenie to używane często przez Kocia, zdradziło istotnego autora plotki. Paszowski spotkał się nawet z zapytaniem wręcz, kiedy ślub młodszej Turskiej z Leśniewskim. Stary pan bardzo rozgniewany zaprzeczył stanowczo. Na drugi dzień spotkał pannę Balbinę jadącą w karecie z czeredą psów różnych gatunków. Stara panna zatrzymała powóz, prosząc pana Wojciecha, aby wysiadł z bryczki, bo chce z nim pomówić. Paszowski domyślił się o co chodzi. Jakoż przeczucie go nie omyliło, senatorówna najpierw uspokoiła rozszczekane psy, po czym rzekła bez wstępu:

– Czy to prawda, że Kazimiera Turska zerwała z Rymszą?

– Nie pani, to mylna informacja.

– A to powinna zerwać i wyjść za Konstantego Leśniewskiego, to bardzo dobry chłopiec, ja go wam polecam, nie pożałuje Ziula.

– Niech więc pani wyswata go najlepiej z kimś z własnej rodziny.

– Czy pan żartuje? Leśniewski dla naszej rodziny? Kto słyszał coś podobnego. To było ordynarne co pan powiedział.

– A po cóż taki cenny skarb oddawać w obce ręce? – ironizował Paszowski.

Rozmowa skończyła się prędko; po kilku jeszcze wymianach zdań Tulicka, silnie rozjątrzona, odjechała do domu, pasję swą wywierając na nieszczęsnych foksterierach i pinczerkach. Paszowski jechał w przeciwną stronę wielce rozbawiony.

– No teraz przeciąłem arterię plotek o Ziuli – myślał – jeszcze się to należy temu gagatkowi, biorę i to na siebie.

Ślub Turskiego odbył się wieczorem bardzo uroczyście, w kościele okorowskim, tonącym w zieleni i w mnóstwie świateł. Droga z Zapędów do Okorowa gorzała od ognisk porozkładanych po obu jej stronach. Państwo młodzi jechali razem, w karecie turowskiej, zaprzężonej w cztery jasne kasztany. Tak sobie życzyła Maryla. Do ołtarza szli także sami, drużbowie zaś za nimi, Irena z Denhoffem, Ziula z Mieciem Korzyckim, oraz kilka innych par. Maryla szła śmiałym krokiem, pewna siebie i swego szczęścia, wyniosła, promienna w białej sukni opływającej ją malowniczo. Głowa jej strojna w drobny kwiat pomarańczy, na tle przezroczystych iluzji, rysowała się wyraźnie, wdzięczna i bogata w typową charakterystykę, oczy tchnące dużym wyrazem patrzyły słodko, chociaż trochę dumnie, niby wyzywając obecnych słowami:

– Idę z nim... w szczęście.

Turski był jak zwycięzca, który zawojował cały świat. Przewyższając ją o głowę szedł naprzód energicznie, pyszny w swym eleganckim fraku, znakomity w typie młodego Polaka- ziemianina. Postać jego wzbudzała zaufanie i podziw, mimowoli przychodziła myśl, że ręka kobiety oparta o jego ramię nie zachwieje się.

Gdy oni oboje stanęli przed ołtarzem, w orszaku zapanowało lekkie poruszenie, po czym Irena, Ziula, Denhoff i Miecio niepostrzeżenie wyszli z prezbiterium. Pan Turski ściął wargi, ręką przykrył oczy. Czoło, sfałdowane strasznie, powlokło się potem, nabrało grubymi strąkami żył. Pasował się z sobą, ale nie zmógł wzruszenia i łzy zdradliwie wytrysnęły spod zaciśniętych powiek. Wtem na chórze zabrzmiało „Veni Creator” śpiewane przez zgodny, harmonijny kwartet. Poznano w nim głosy dwóch par drużbów i to dopełniło miary wzruszeń już ogólnych, była to niespodzianka dla państwa młodych i dla całego zgromadzenia. Alt Ireny, sopran Ziuli, tenor Miecia i piękny baryton Denhoffa zlewały się z sobą wybornie, pokrewność i siła były w tej pieśni wznoszonej nie przez obowiązkowych śpiewaków, lecz odczutej sercem śpiewających. W jednym momencie hymn nagle ucichł, jakiś szloch kobiecy na chórze, czyjś głos cichy, napominający i pieśń buchnęła znowu wspaniałą gamą. Zamilkła.

Przy ołtarzu rozległy się słowa przysięgi, wymawiane, dobitnie, z wielką mocą ducha. Ziula uklękła przed parapetem na chórze, twarz schowała w dłoniach. Łkanie zatargało jej dziewiczą postacią. Irena spojrzała na Denhoffa. Blady, oczy łzawe, podniecone skierował na ołtarz, na dwie postacie stojące przed nim i usta Ryszarda wyszeptały żałośnie:

– Czemu to nie ja... z Dorcią?

Ziula zaszlochała mocniej, bo i jej żal ścisnął serce, że przysięgając tak swemu Stachowi, nie miałaby odwagi – tamtych.

Widok tych dwojga, z których jedno czuło się już złamane, drugie wolno chłonęło truciznę życiowych rozczarowań przykro dotknął Irenę. Zapiekły ją źrenice, łzy wypełzły spod rzęs. Ale trzeba prześpiewać jeszcze parę hymnów weselnych. Irena otrzeźwiała i ocuciła swych partnerów. Wstrząśnięci do głębin duszy po ostatniej pieśni opuścili chór.

Ceremonia skończona. Nowo zaślubieni odeszli od ołtarza jakby tchnieniem Boga owiani. Idących dzielnie przez nawę zatrzymywano składaniem życzeń. Zebrali się prawie wszyscy z okolicy prócz Lubockich. Gospodarze wiejscy, sąsiedzi, kobiety, młodzież wieśniacza podchodziła ze czcią do ucałowania rąk nowożeńcom, podejmowano ich pod nogi, jedna z dziewczyn ucałowała Marylę w twarz, jakby koleżankę. Szczepański bez ceremonii porwał pana młodego w swe potężne bary i uściskał jak syna. Przy odgłosie muzyki, życzeń, błogosławieństw, orszak wypłynął z murów świątyni, kareta turowska znikła w cieniach nocy sierpniowej, przejaskrawionej stosami ognisk przydrożnych. Jechali jak monarchowie wsi, w iluminacji, pośród głośnych okrzyków, zdarzały się nawet strzały z rewolwerów i strzelb na wiwat państwu młodym. Nad nimi ciemny szafir nieba zaróżowiony łunami, krwawe dymy przysłaniały gwiazdy, które spadając kreśliły długie, złote rysy na nocnym stropie nieba. Turski trzymał młodą żonę przy swej piersi, pił krasę jej ust buchających płomieniem, widział jej oczy tuż przy swoich pożądliwych źrenicach, jej oczy poddańcze, tęskne, jej postać tulił do siebie, oddaną mu z rozkoszą na życie dozgonne; na wspólny, wymarzony byt.

Wesele w Zapędach trwało całą noc i dzień następny. Głównym mistrzem ceremonii i zarazem wskrzesicielem archaicznych tradycji był pan Wojciech Paszowski. Głosował za tygodniowymi festynami, dowodząc, że wesele jednodniowe to tylko parodia. Nikt go nie słuchał, zwłaszcza młodzi Turscy. Pan Wojciech skarżył się nawet z komiczną miną, że Maryś zburczył go za to. Ale i przez tę jedną dobę Paszowski z rozochoconym Korzyckim wyprawiali różne staroświeckie dziwa. Wytaczano z gorzelni beczułki ze spirytusem i zapalano je na dziedzińcu przed pałacem, w parku ustawiano stół olbrzymi dla ludu, na nim zaś konwie z piwem i miodem oraz kilka pieczonych baranów w całej okazałości, z pozłacanymi rogami. Podczas cukrowej kolacji Paszowski wzniósł toast na cześć panny młodej, jako obywatelki kraju i przyszłej matki rodu Turskich. Powstała niesłychana wrzawa. Stary pan podniósł Marylę bez wysiłku i posadził ją sobie na prawym ramieniu. Górując nad wszystkimi, wesoła jak maj, przyjmowała życzenia, stukając się kielichem z podchodzącymi do niej biesiadnikami. Młody mąż zniósł ją z ramion pana Wojciecha i wobec całej sali przycisnął do piersi. To wywołało istną burzę wiwatów i jeszcze płomienniejsze mowy starego wygi. Hrabia Artur, który brał ślub w Warszawie, pierwszy raz widział takie wesele na wsi, dziwił się niezmiernie i ciągle komuś powierzał swe wrażenia.

– Eee... te... te awantuhy afhykańskie, ale, ee... c’est beau, c’est supehbe, zdaje mi się... te... te że jestem przeniesiony w czasy naszych phaszczuhów eee... te... ma foi!

Następnego dnia wieczorem, po okazałej i szumnej uczcie młodzi małżonkowie odjechali do siebie. Turów witał ich serdecznie. Dwór i ogród oświetlono ogniami, latarniami, czym kto mógł. Przed bramą wjazdową fornale utworzyli szpaler, trzymając pochodnie wzniesione wysoko. Na ganku tłum ludu z czworaków i ze wsi oczekiwał rozradowanych. Gdy kareta podjechała, gospodarze wiejscy z Turowa odsunęli lokaja i sami wyprowadzili nowożeńców z powozu, otaczając ich kołem. Dziewczęta opasały Marysia i jego żonę wieńcem zbóż i kwiatów. Maryla wzruszona niebywale, pozdrowiła tłum imieniem Bożym, co wzmocniło tylko szał powitania. W progu spotkał ją stary kucharz, ofiarował na tacy chleb i sól, długo i wyszukanie paplał coś Ksawery, ktoś mówił mowę, ktoś przeraźliwie krzyczał – wiwat – ale Maryla słuchała już tego, jak we śnie. Zbyt wielki natłok wrażeń oszołomił ją. Wreszcie wszystko ucichło, podano im wytworną kolację, nie tknęli jej nawet, poszli w głąb domu, znajdując upragnioną ciszę. Zegary tylko tykały poważnie, czasem wpadł do buduaru odgłos bawiącej się na zewnątrz, w oficynie służby. Mnóstwo białych kwiatów zdobiących pokój, rozpylało w nim woń delikatną, tworząc atmosferę melodii i pełną pokus.

Maryś wziął żonę na kolana, przygarnął mocno, ona lgnęła do niego, jak serce kwiatu drżące i spragnione, nad którym zamyka się powoli – kielich rozkoszy.

– Taka jestem dziwnie spokojna... taka szczęśliwa... Marysiu... – szepnęła słodko.

– Moja dziecino, mój uroku, moja ty... kobieto jedyna!



XV

W połowie września Irena Turska wyjechała do Krakowa zabierając z sobą Ziulę. Dziewczyna nie zrywała z Rymszą, ale postanowiła uczęszczać w Krakowie na kursy Baranieckiego. Jej rodzice z początku tego nie chcieli, lecz dziwne wahanie się Ziuli co do małżeństwa ze Stanisławem, a także jej młody wiek, utwierdził ich w przekonaniu, że tak będzie najlepiej.

Worczyn opustoszał. Młodzi Turscy pojechali w podróż poślubną do południowych Włoch i Grecji. Denhoffa znudziło gospodarstwo, sprzedał całą krescencję, wziął pieniądze i ruszył do Warszawy, na jesienne wyścigi. Mieszkał w Bristolu, tam spotkał się z Perzyńskim; i on również udawał milionera. Mówił dużo o tym, że chce kupić wspaniałą czwórkę koni, bo się żeni z księżniczką. Denhoffa bawiła butna mina chodzyńskiego dziedzica, słuchał jego przechwałek z lekceważącym uśmieszkiem.

Perzyński chodził do ujeżdżalni, oglądał konie, wszystkie ganił, odgrywając rolę wielkiego znawcy. Codziennie w popołudniowych godzinach stawał koło hotelu jakiś nowy zaprząg z tatersalu, najczęściej brek lub amerykan i ślicznie sprzęgnięta czwórka anglików, arabów, koni różnych ras i maści. Perzyński długo nie wychodził, potem zjawiał się w postawie wielkiego pana po paroksyzmie spleenu, wolno zapinał rękawiczki, patrząc z góry ale sennie na ulicę, jakby badał czy przechodnie dosyć mu się przyglądają. Rozkazującym kiwnięciem ręki wskazywał stangretowi tylne siedzenie, sam siadał na przedzie, zgarniał lejce, wszystko z obmyślonymi ruchami jak aktor, i jechał w Aleje Ujazdowskie. Po godzinie bardzo z siebie dumny ale z kwaśnym wyrazem na twarzy, wracał do hotelu i rzucając furmanowi duży napiwek, mówił niechętnie, trochę przez nos:

– Nie kupię.

Nazajutrz powtarzało się to samo z inną czwórką, i tak przez tydzień zyskał ogromną popularność służby hotelowej, ulicznej gawiedzi i wśród gości wysiadujących na werandzie cukierni Loursa.

Denhoff bawił się inaczej, samochodem jeździł do Wilanowa, w dalsze okolice miasta i tam marzył, czasem tęsknił za Dorą, często gonił ideały, coraz mniej dościgłe a jeszcze kuszące. Zebrał wszystkie fotografie amatorskie, na których głównie uwieczniał Dorę i siebie w różnych fazach, grupy wakacyjne z Worczyna i Olchowa, widoki Wodzewa, własnych zdjęć i robił z tego materiału przepyszne albumy. Każdą fotografię podpisywał odpowiednio, czasem symbolicznie. Inne powiększał w duże formaty, oprawiając je w bogate ramy. Nowy ten ładunek wysłał do Wodzewa, gdzie już ściany w gabinecie, palarni, sali stołowej, nawet w przedpokoju pełne były jego zdjęć. Wieczory w Warszawie spędzał w teatrze, chodził na dramaty, rozdrażniał się, tak jakby sam wykonywał najtrudniejszą rolę. Lubił koncerty w filharmonii, zwiedzał wystawy obrazów, nawet przez parę tygodni był wolnym słuchaczem na jakichś kursach. Wszystko go nudziło, nie umiał określić stanu swej duszy wiecznie łaknącej czegoś i niezaspokojonej.

W październiku Perzyński przeniósł się z Bristolu do pensjonatu, namówił i Denhoffa. Mieli teraz wesołe i liczne towarzystwo, wyborne obiady i uprzejmą gospodynię dbałą o wygody swych gości pod wszystkimi względami, przy tym dużo młodych i pięknych pań. O każdej mówiono, że jest niezmiernie bogatą dziedziczką z Ukrainy albo z Litwy, lub że posiada posag milionowy. Panny pragnęły przede wszystkim mężów, również bogatych, ale zdarzały się i mężatki szukające wrażeń. Gospodyni potrafiła lawirować zręcznie wśród gości scenizując towarzystwo umiejętnie. Tak znakomitej reżyserce nie zbywało na owacjach wdzięcznych panów i zabawy szły. Denhoff i Perzyński przedstawieni zebranym z wyłączną starannością, prócz tego każdej z pań dyskretnie zarekomendowani jako świetne partie, „jeunesse doree”, mieli powodzenie, aż za wielkie. Spotykały ich same uśmiechy, te najcenniejsze, nie dla byle kogo, często spojrzenia powłóczyste, obiecujące nieznane jeszcze sezamy. Korzystał z nich Perzyński skwapliwie, zdobywając wkrótce pokaźną liczbę wrażeń, mniej lub więcej romantycznych, przy sporych pakietach listów i bilecików.

Denhoff zachowywał się wstrzemięźliwiej etyką swą przewyższając Perzyńskiego nieskończenie. Patrzył z odrazą na jego nurzanie się w erotyce i w tanich efektach miłosnych. Kobiety zaczął lekceważyć, widząc jak głównym celem wielu z nich jest złapanie bogatego męża, lub kochanka, jeśli się jest mężatką. Ogarniało go obrzydzenie do ludzi w ogóle, do kobiet w szczególności. Pewnego wieczoru Bronisław zaczął przed nim zwierzać swe tryumfy miłosne. Mówiąc o jednej z panien, ładnej, ale naiwnej jedynaczce z puszcz litewskich, rzekł tajemniczo:

– Była u mnie w pokoju, nawet przy zamkniętych drzwiach. Tssss!

Denhoff zaprzeczył energicznie i bronił skromnej Litwineczki z szlachetnym zapałem. Perzyński spytał:

– Czy pan się w niej kocha?

– Nie kocham się, jest mi zupełnie obojętną, lecz szarpać jej opinii nie pozwolę. Gdybym ją kochał, to po tym, co teraz usłyszałem palnąłbym panu w łeb.

– Tsss! niech pan nie będzie takim gentlemanem, bo to się nie opłaci. Najpierw panna nie ma osiemnastu lat, jak mówią, tylko dużo więcej, przyjechała z litewskich mateczników to pewne, ale czy ze swych wielkich dóbr to także kwestia, no i tęskni, tsss... za czymś nowym a nieznanym. Trafiam się ja, jestem w guście panienki, więc oczekiwanie, uśmieszki, naiwne minki, które są taką samą blagą jak i... majątek .na Litwie. Czyta przy tym romanse francuskie, nasze erotyki, naturalnie po cichu tsss... nawet na gorszących sztukach nie bywa, ale je doskonale zna. Ja wszystko to węszę ze ścisłością detektywa i rozpoczynam oblężenie. Zaciekawiam panienkę książką czy tam czymś innym... ale to znajduje się w moim pokoju, tu zaś w salonie brak swobody. Wahanie, certacje, ja trwam w roli gentlemana, (wprawdzie innego niż pan) wreszcie próg przekroczony, doskonale! Żeby panny nie skompromitować, zamykam drzwi, znowu jest po gentlemańsku. Tsss... podaję ową książkę, czy obrazek, panienka wzruszona, zadyszana. Pomału dochodzę do całusa, buch!... zemdlała. Wyobraź pan sobie, naprawdę zemdlała, no, więc naturalnie cuciłem. Tsss... To się nazywa panie, pierwszy akt, następne idą łatwiej, akcja postępuje żywo naprzód.

– Jakże ja pana wobec tego mam nazwać? – wybuchnął Denhoff.

– Licząc się bardzo ze słowami w każdym razie – odrzekł Perzyński cedząc przez zęby.

– Ależ to oburzające to... to...

– Tss... nic nadzwyczajnego. Mężatki same przychodzą do mnie, nawet czasem nie proszone. Wczoraj była u mnie jedna, piękna bardzo, tę musiałem trochę oblegać, no, to zwykłe ulubione passez dla wybredniejszych. Zresztą taka uwerturka mocniej podnieca.

– Ależ to są zabiegi samcze, to ohydne! Czyż kobiety mają tylko zmysły?...

– Tsss... niekoniecznie, czasem i majątek.

Denhoff wybiegł z pokoju, wyszedł na ulicę, błąkał się do późnej nocy bezsilny wobec wstrętu i goryczy, zaszczepionej przez Perzyńskiego. „Panicz” znał życie, tajemnic ono już dla niego nie miało, mimo to, cynizm życiowy jeszcze odkrywał przed nim nowe karty wielkiego tomu zepsucia i brudu. Ryszard posiadał kobiety, ale pochodzące z klasy łatwej, jakby uprzywilejowanej, tam nie trzeba zdobywać, wystarczy mieć pieniądze. O takich jednakże zdobyczach, jak mówił Perzyński, Denhoff nie ośmielał się myśleć, bo to byłoby skażeniem jego ideałów, piętnowaniem kobiet, on zaś miał dla nich wrodzoną cześć. I tę sferę kobiet, kobiet z jego środowiska, które otaczał jakby nimbem anielskości, uważał za istoty nietykalne, tę sferę Perzyński tak okrutnie zohydził, tak zbrukał?

„Wstrętny, wstrętny cynik! I on się jeszcze chce nazywać gentlemanem? Choćby istotnie tak było, nie powinien zdradzać!” – myślał „Dziudzio” i zastanowił się, czyby nie wyzwać Bronisława na pojedynek za uchybienie kobietom.

Przezorność go ostrzegła, że może lepiej zbadać tę sprawę, zamiast brać ją tak na gorąco. Przez parę następnych dni Denhoff flirtował zapamiętale, ale po kilku dwuznacznikach jednej mężatki i na widok cielęce poddańczej miny Litwineczki, patrzącej niby samymi zmysłami na Perzyńskiego, Ryszard odczuł, że tamten mówił prawdę. Przejęło go to takim niesmakiem, że czym prędzej uciekł z Warszawy do Wodzewa.

W ślad za nim podążył i Perzyński, gdyż miały się odbyć nowe wybory. Najpoważniejszymi kandydatami na wyborców byli Turski z Worczyna i Brewicz z Woli Wierzchlejskiej, z włościan zaś Szczepański. Korzycki marzył o zdobyciu głosów dla siebie, agitował gorliwie wśród obywateli i chłopów. Mówiono nawet, że Gustaw, sojusznik swego papy, jeździł po wsiach, namawiając chłopów, aby głosowali za jego ojcem. Turski nie uwierzył w pogłoskę, lecz potwierdził ją Szczepański.

– Kaptuje, wielmożny dziedzicu, kaptuje nas i stary i młody. A jakże! Taka agitacja, że aż strach.

W dniu wyborów gwarno było w Sołowie, odbywały się przy tym i prywatne sprawy. Kilku obywateli z Paszowskim na czele, wzięły w opały Wrońskiego za samodzielne podniesienie cen najmu i pensji służby. Rządca wodzewski bronił się jak umiał, składał winę na Denhoffa, lecz on ściął go krótko:

– Ja się w te sprawy nie wtrącam, panu je powierzyłem. Paszowski tak nacierał, Korzycki krzyczał, Perzyński tsykał, że Wroński opadnięty bez ratunku, cofał się w stronę drzwi, odparowując ataki z właściwą mu brutalnością. Prawie wypchnięto go za próg sali wyborów. Rządca zaklął i pojechał do domu. Korzycki kręcił się jakby parzony ukropem. Lawirował wśród chłopów, odprowadzał całe gromady na bok i tam coś im szeptał roznamiętniony; agitował widocznie. Miał płomienną mowę charakteryzując własne poglądy podkreślał je liberalnym tuszem. Wiedząc, że Brewicz należy do narodowej demokracji krytykował idee tej partii, tłumacząc szkodliwość jej dla kraju. Słyszał to Turski i zdumiewał się, oczekując kiedy Korzycki zacznie ganić bezpartyjność, do której on należał. Podczas składania kartek do urny i głosowania, właściciel Zapędów mienił się na twarzy jak panna przy oświadczynach, z drżeniem oczekiwał rezultatu swych knowań. Wynik wyborów zadowolił go tylko w jednym szczególe, oto Brewicz nie dostał żadnego głosu z włościan, prócz paru obywatelskich. Wybrany był Turski, ksiądz Janusz z Okorowa i dwóch dalszych obywateli, oraz Szczepański i jeszcze drugi gospodarz, chłop z Wodzewa. Korzycki miał jeden jedyny głos.

Wśród obywateli zapanowało niesłychane zdziwienie. Brewicz najprawdopodobniejszy kandydat na posła do Dumy nie otrzymał wcale głosów na wyborcę? Co to jest? Wiedziano powszechnie, że Turski z wielu przyczyn, głównie z powodu wątłego zdrowia kandydatem takim nie jest i że sam by się wycofał od zaszczytu. Przygnębienie ogarnęło zebranych, ponieważ prócz Brewicza nie było w okolicznym rejonie odpowiedniejszego kandydata na posła. Muszą go dać inne powiaty. Brewicz zmieszany, nie pojmował co zaszło, wyraźna przykrość odmalowała się na jego twarzy.

– Niech mnie obuchem, panie .szacowny, nic nie rozumiem – rzekł do Turskiego. Ten odpowiedział:

– Jest to dla wszystkich dziwne i nieoczekiwane, ja czuję w tym jakieś szelmostwo.

Nie chciał wyrazić swej myśli, że posądza Korzyckiego. W jakiś czas po wyborach, Paszowski i Denhoff wykryli sprawcę intrygi, lecz nie mówili o tym nikomu, rzecz była zbyt drażliwa i sama przez się wstrętna. Korzycki agitując za sobą, miał nadzieje bardzo naiwne, że przejdzie na posła z tej guberni, ponieważ zaś Brewicz był poważnym kandydatem, nawet już ogólnie uznanym za jedynego, przeto Korzycki przez zazdrość rozgłosił wśród ludu sekretnie potwarz, oczywiście fałszywą, że właściciel Woli Wierzchlejskiej jest na żołdzie rządowym. Oszczerstwo to motywował na zasadzie jakichś przedsiębiorstw Brewicza w głębi Rosji. Potrafił podniecić umysły, podatne do intryg, zwłaszcza na punkcie patriotyzmu. Pan Wojciech jednakże nie wytrzymał i w poufnej rozmowie powiedział o tym Turskiemu. Obywatel załamał ręce rozpaczliwie. Nie chciał wierzyć, lecz upewniony słowem honoru, jął smutnie ubolewać nad krajem mającym takich ziemian, jak Korzycki. Mówił żałośnie:

– Jakże mało mamy już prawdziwych obywateli Polaków. Takich jak Brewicz spycha Korzycki, wyrzutek społeczeństwa, karykatura ziemiaństwa. Gdzież są ci prawdziwi filarzy kraju, chociażby w naszej okolicy? Hrabia Korski piastuje wysokie dostojeństwa, przesiąkł na wskroś ich tendencyjnością i stęchlizną moralną. To już nie Polak, nie patriota. Korzycki wiadomy, Perzyński podobno będzie parcelował majątek. Obszar polskiej ziemi rozcząstkuje i odda w ręce kilkudziesięciu rodzin... rusińskich czy burłackich, bo nawet podobno nie naszym chłopom. Robi to dla pieniędzy, na interes. Czy to jest po obywatelsku? Czy to Polak? To wielki nic, nawet gorzej, to człowiek szkodliwy dla kraju. Ha! może się jeszcze zawstydzi, opamięta i nie zrobi tego. Denhoff? Najlepszy chłopak z gruntu, ale wiatr. On majątku nie rozparceluje, lecz mu go sprzedadzą, albo zlicytują i to już prędko.

– Niech pan tak czarno na obywatelstwo nasze nie patrzy, są jeszcze starzy, są nowe nadzieje, exemplum syn pański, panie mój! – zawołał Paszowski.

Turski machnął ręką.

– Ożeniony z Korzycką, to nie rekomendacja, zaćmiewa nieco przyszłe nadzieje. Ja wierzę w dziedziczność i dręczą mnie obawy, by kiedyś syn Marysia, a mój wnuk nie przypomniał ojca, lub też starszego brata Maryli.

– O! do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, nie daj Boże, ale to będzie zuch, my go tu sami wychowamy.

Turski nie zniósł obelgi rzuconej na Brewicza. Zawołał do siebie Szczepańskiego i zaczął mu tłumaczyć bezzasadność potwornej plotki. Chłop bardzo prędko dał się przekonać.

– Ja tak i myślał panie dziedzicu, że to ino złość. Gdzieżby taki pan, jak dziedzic z Woli Wierzchlejskiej miał być podejrzanym. To zacny pan! On dla prostego narodu jest sprawiedliwy i rozumny, i dobry Polak. On dla nas wypisuje gazety polskie, takie różne zagranicne, co to dziedzic wie. O, on je hojny i politycny pan.

– Jednakże usłuchaliście co mówił Korzycki – rzekł Turski z goryczą. – Gdybyście nie uwierzyli, pan Brewicz byłby wybrany. Teraz już lista wyborców poszła do guberni – bez niego.

– Abo to panie dziedzicu raz się głupstwo zrobi przez ludzkie gadanie? Ale żeby pan z Zapędów taki był, no, no! To nie po pańsku. Przez twarz Turskiego przeleciał rumieniec.



XVI

Zima upływała Denhoffowi na ciągłych rozjazdach, w domu był już tylko rzadkim gościem. Czasem wpadł na wieś na parę dni: odwiedził Worczyn, Tylemego, zatrzymał się dłużej w Turowie, gdyż. lubił towarzystwo Marysia i jego żony. Ale patrząc na szczęście tych dwojga, na ich zapał nie blednący, doznawał smutnych wzruszeń, jakby żalu, czy zazdrości. Zapowiedział starszym i młodym Turskim, że rzuci wszelkie ideały i ożeni się z bogatą parweniuszką, może Żydówką? Projektując tak, wpadł w znakomity humor, było to u niego zawsze następstwem tragicznych rozmyślań. Robił pyszne miny, duże palce rąk zakładał za kieszonki u kamizelki, ruchem eleganckiego salonowca, gogusia z ,,naszych”, podnosił w górę swą szczupłą twarz o wybitnych rysach i błyskając binoklami, mówił semickim akcentem:

– Tak, ożenię się z jaką baronówną Salcze, lub bankierówną Rachel i wtedy będę panem całą gębą. Zakupię wszystkie majątki okoliczne, Turów, Worczyn, Zapędy, Połowice, ale! powiatu będzie mi za mało! Wówczas pojedziemy z żoną na spacer w karecie, ona wysunie palec przez okno i pokazując pola, łąki, lasy, dwory będzie mówiła do mnie z dumą, abym dobrze zapamiętał „i to moje... i to moje... i to także moje!” ja zaś za każdym razem będę pokornie przytakiwał głową z nosem zwieszonym.

Mówiąc to, Denhoff przejął się przyszłą sytuacją, zgiął dłoń przy samej obsadzie, wyprostował palec cienki i długi, i wskazując nim w różne strony, powtarzał z charakterystycznym zacięciem:

– I to moje... i to moje... i to też moje.

Wyglądał tak zabawnie, że pan Turski nie mógł utrzymać zwykłe] swej powagi, śmiał się z innymi. W takich razach „Dziudzio” zaczynał dokazywać, sam urządzał przedstawienia, przebierając się coraz inaczej, zawsze komicznie. Odtwarzał karykaturalnie postacie swych profesorów z zagranicznej szkoły, poważne sylwetki znanych osób cieniował niesłychanie zręcznie. Posiadał istotnie zdolności aktorskie i mówił, że na tym skończy.

– Jak mnie i bankierówka zawiedzie, wstępuję do teatru. Jednocześnie, Denhoff mając w majątku same deficyty, uprosił Turskiego ojca, aby kupił centryfugę wodzewską, gdyż prowadzenie mleczarni już mu się nie opłacało. Turski kupił, głównie dlatego, aby wyratować z kłopotu Ryszarda. Ale to było zbyt małą zapomogą na wydatki konieczne, nie cierpiące zwłoki. Ponadto Denhoff sprzedał fortepian mahoniowy Blűthnera za 400 rubli, kosztował go tysiąc dwieście, sprzedał amerykan także za bezcen i parę koni. Wziąwszy pieniądze pojechał do Krakowa. Długi ścigały go niby skazańca, ale on z tego żartował. Odganiał od siebie czarne myśli, chłostał je fałszywym humorem, aż pocichły. W Krakowie odwiedził Irenę i Ziulę. Ira była szczęśliwa, ożywiona pracą, która dawała jej dawno wytknięty cel i wielkie zadowolenie. Z Ziulą działo się przeciwnie. Nauka i koleżeństwo, przy tym zupełnie odmienne środowisko życia zachwyciły ją zupełnie, jednakże odczuwała jakąś pustkę w duszy. Stanisław Rymsza, dotknięty jej wyjazdem na kursy, nie pisywał do niej, usunął się umyślnie, aby zostawić ją w spokoju, aby nie wywierać nacisku na jej uczucia. Młodzieniec cierpiał w milczeniu, Ziula myślała, że o niej zapomniał i ból nieznośny kurczył jej serce. Rodzice dziewczęcia nalegali, aby zerwała z Rymszą, skoro nie jest pewna swych uczuć.

Ania, mieszkając u rodziców w Warszawie pisywała do siostry obszerne wywody swych poglądów na tę sprawę. Ale Ziula nie umiała się zdecydować, trawiona niepewnością i tęsknotą, żyła w ciągłej rozterce.

Irena powiedziała Denhoffowi, że Dora opuściła Olchów, jest w Szwajcarii, mianowicie w Genewie, jako wolna słuchaczka w uniwersytecie, na wydziale historii i literatury, ale że wkrótce zapisze się na studentkę.

– Więc panna Dora w uniwersytecie, panna Ania w Warszawie uczęszcza na jakieś wykłady, panna Ira malarstwo, panna Ziula w Baraneum... Skandal! same mądrości! A cóż robi panna Joasia–Kula?

– W tym roku kończy pensję, potem...

– Na filozofię! tak?...

– Nie, ma projekt wstąpienia do Chyliczek, na kursy gospodarskie – rzekła Irena.

– Voilà! Pięknie! Przepowiadam jej, że najprędzej wyjdzie za mąż ze wszystkich sióstr. Co zaś ja wróżę, zawsze się sprawdza. Mówiłem, że zbankrutuję, a oto już mój statek rozbity, płynę na desce, ale ta bardzo krucha... właściwie już tonę.

– I pan to mówi tak... swobodnie? – zdziwiła się Ira.

– Proszę pani, gdybym dojrzał w perspektywie jakiś żagiel ratunkowy, jakąś tratwę, to jeszcze... może... na pewien czas byłbym ocalony, lecz ja widzę dokoła tylko czarne przepaści, w dodatku pełne rekinów – wierzycieli. Już mnie otchłań ciągnie w siebie, ale... mniejsza o to. Wracam do moich wróżb: więc bankructwo spełnia się, policzone są moje godziny; narzeczeństwo zerwane, przepowiedziałem to w Olchowie, po odjeździe Osinowskiego, panna Ziula i pan „Stach” już niepewni – słowem wszystko trafnie odgadłem.

Z Krakowa Ryszard chciał jechać do Genewy, ale wkrótce zaniechał projektu. Zwiedził Galicję, Węgry, był w Budapeszcie, w Wiedniu i przez Pragę, Drezno, powrócił do Warszawy. Wrońskiego telegraficznie alarmował o pieniądze, ten zaś pożyczał skąd się dało.

W Warszawie Denhoff zamieszkał w pensjonacie, w tym samym co w jesieni. Poznał tu młodą, ładną pannę z Królestwa i zakochał się cd razu. Przez parę tygodni szalał, asystował pannie, pragnąc zyskać jej względy, lecz nagle opuścił Warszawę i przyjechał do Wodzewa. Urządził tu świetne polowanie, zaprosił mnóstwo panów; śniadanie w lesie bardzo wykwintne, obiad wspaniały, trunki, muzyka. Potem opowiadano sobie różne szczegóły z zabawy kawalerskiej w Wodzewie. Panna Balbina wielce zgorszona narzekała na niemoralność młodzieży, ale Paszowski ujmował się za Denhoffem. Mówił głośno, że gdzie jest Gustaw Korzycki i Perzyński, tam nie może być moralności, bo oni nie uznają szampana bez... „żywej zakąski” wedle wyrażenia Gucia. Pan Wojciech bronił opinii „panicza”, Maryś Turski potwierdzał to samo, zapewniając, że Denhoff był powolnym, ale etycznym gospodarzem. Na karnawał Ryszard znowu ruszył do stolicy. Wciągnięty przez kogoś do sfery przemysłowej, krążył około jakiejś niezmiernie bogatej panny. Ale jej papa, przezorny fabrykant, dowiedział się o stanie majątkowym Denhoffa. Nie przestraszyła go ruina finansowa konkurenta córki, gdyż to mógł jej posag uratować, lecz przemysłowiec zadrżał o spokój własnej kieszeni, mając w zięciu tak niepoprawnego roztrwaniacza pieniędzy. Jednak nazwisko Denhoffa, jego zaniedbany tytuł, sama postać i wytworność młodzieńca, nęciła silnie mieszczańsko-plutokratyczną rodzinę. Gdyby się oświadczył, byłby na pewno przyjęty, potem zaś papo ograniczyłby zięcia majątkowo i świetna partia córki, dawałaby firmie znakomitą reklamę.

Tymczasem Denhoff nie miał odwagi. Panna go nie porwała, małżeństwem dla pieniędzy brzydził się, wszelkie zaś namowy i swaty nie odnosiły skutku. „Panicz” w gronie swych przyjaciół powiedział raz, że stokroć woli nędzę materialną, niż moralną, bo wtedy pogardzałby sobą.

- „Gdybym się ożenił bez przekonania, tylko dla zdobycia majątku, gorycz z powodu takiego postępku zatrułaby mi życie. Będę biedny, ale w zgodzie z własnym sercem i etyką.”

Słowa te były. epilogiem jego zabiegów o posażną fabrykantkę.

Mówiono potem, że znowu szalał za milionową Żydówką. Perzyński rozgłosił po okolicy Wodzewa, że Denhoff jest z nią zaręczony. Niektórzy uwierzyli w pogłoskę, tylko pan Wojciech i Turscy uznali to za jedną z licznych plotek krążących o Denhoffie. Paszowski nawet spytał Bronisława:

– Czy to tak samo autentyczne, panie mój, jak i pańskie szansę co do księżniczki Wirskiej? Już, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich przeszły powtórne wybory, ale o zaręczynach pańskich jakoś cicho. Wszakże miał się pan oświadczyć po wyborach. Cóż mitra zawiodła?

– Sprzedaję teraz majątek, nie mogę myśleć o małżeństwie.

– At! żeby to chociaż była sprzedaż! a toż panie mój parcelacja... i jaka jeszcze... Dalibóg! Perzyński istotnie parcelował Chodzyń chłopom, lecz nie tubylcom. Oburzenie zapanowało w okolicy bliższej i dalszej. Napływ żywiołu obcego do majątku, który od niepamiętnych lat był własnością jednolitą, przygnębiło umysły. Spodziewano się przy tym i drugiej katastrofy, mianowicie z Wodzewem.

Denhoff na wielki post przyjechał do domu, mówił, że będzie odprawiał rekolekcje. Zamiast nich, przesiadywał najczęściej w Worczynie, lub Turowie. Robił wrażenie człowieka chorego nerwowo, tonąc, nie ratował się, ale jakby z rozmysłem brnął dalej. Nawet nie tracił werwy, tylko miał już odmienną niż dawniej. W Worczynie tęsknił za Ireną, brakowało mu rozmów z nią, nie miał komu zwierzać swych myśli i uczuć. Pamiętnik mu nie wystarczał, pragnął czyjegoś serca i zrozumienia. Pisał do Ireny długie, szczere listy i to mu sprawiało ulgę. Ira będąc istotną jego przyjaciółką, bardzo mu życzliwą, odpisywała obszernie. Pojmując doskonale jego duszę, chciała ją łagodzić odczuwaniem wszelkich walk i zwątpień. One były początkiem tragizmu sączącego się już coraz natarczywiej do jaźni Ryszarda. Ginąc materialnie zapadał głębiej w niepojętą bierność, miewał wrażenie, że leży na stole operacyjnym, gdzie już nie ma czasu na leczenie, gdzie już trzeba znieść operację. Oto za chwilę włożą mu maskę na twarz, będzie wchłaniał chloroform i zaśnie. Czy ukołyszą go piękne sny? Czy długo taki sen potrwa? Ale nie budźcie mnie, nie budźcie! niech ja nic nie widzę, nic nie słyszę, że mnie krajacie, że wyciskacie mi z serca jedyną już kroplę szczęścia, że tak okrutnie, tak barbarzyńsko znęcacie się nade mną! Więc gdy się zbudzę z ostatniej utopii co ze mną będzie? Serce – włóknem, dusza – nicością, mózg tylko wsiąknie w siebie całą niedolę bytu, którą zostawicie mi jako łaskę wspaniałomyślną. Gdy się ocknę z mej nirwany, już owieje mnie pustka, już nie błysną nade mną jasne promienie utraconych słońc, zimny, blady mat księżyca stanie się mym luksusem, zbytkiem mego istnienia. Ale dobrze, tak chcę! Nie mam sił patrzyć trzeźwo na mój kryzys, na to jak ostatnie moje ukochanie będą mi zabierali. Zasypiać, zdusić nerwy, żeby targania ich nie zabiły mnie. Nic nie czuć, stać się głazem! Czy to możliwe? Czy nie za silny będzie ból? – rozmyślał Denhoff. Trwoga zaczynała go dławić.

Wroński zrozumiawszy sytuację, kręcił się niespokojnie, pieniędzy brakowało, pożyczać już nikt nie chciał. „Panicz” zwrócił się do Gustawa Korzyckiego o pożyczone mu niegdyś dwa tysiące, ale bez skutku; na szczęście Marian Turski, Uwiadomiony o tym, sam oddał ową sumę w zastępstwie szwagra. Mniejsze pożyczki Denhoffa, udzielone w ciągu dwóch lat chłopom i różnym potrzebującym, którzy korzystali z dobrego serca „panicza”, uważał on już za stracone. Jego dłużnicy albo chowali się przed nim, lub też twierdzili, że są już pokwitowani z długu, tylko, że jaśnie pan nie pamięta; brak wszelkich dowodów kończył sprawę. Z wierzycielami działo się inaczej, krążyli niestrudzenie koło Denhoff a i Wrońskiego, rwąc wszystko co się dało, jakby w formie zadatku na zwrot pożyczki.

W kwietniu Denhoff odbył dwuletnią rocznicę kupna oraz swego przyjazdu do Wodzewa i wyjechał, ale tym razem do opiekuna Rosoławskiego na Litwę. Opowiedział mu o ciężkim stanie majątkowym, prosząc o radę. Rosoławski znalazł ją od razu. Wytłumaczył dawnemu pupilowi, że kupi Wodzewo fikcyjnie, umorzy wierzycieli swymi kapitałami i, że będzie pozornym właścicielem do czasu, aż uporządkuje interesy. Dużo i płynnie mówił, rzecz przedstawiał wybornie, dowodząc, że sprawa jest jasna i że to dla Wodzewa jedyny ratunek. Denhoff, nic złego nie przewidując, dla siebie i swych wierzycieli zgodził się, bo nie miał innego wyjścia, dał Rosoławskiemu pełne upoważnienie do działania, jak będzie uważał najlepiej. Były opiekun wkrótce objął Wodzewo w charakterze właściciela. Pierwszym jego czynem było pożegnanie się z Wrońskim. Po sprawdzeniu ksiąg będących w rozsypce, po zbadaniu wielkich niedoborów w kasie, nastąpiła ostra rozmowa pomiędzy Rosoławskim i Wrońskim, oraz nagły wyjazd tego ostatniego. Taki początek podobał się okolicy, oczekiwano zmian na lepsze, chociaż nikt nie mógł zrozumieć jakie jest właściwie stanowisko Rosoławskiego w Wodzowie. Pogłoskom najróżnorodniejszym nie było końca, niektóre z nich krzywdziły Denhoffa przedstawiając go w świetle niekorzystnym, jako zbiega przed wierzycielami. Rosoławski regulował długi z początku dosyć ściśle, ale wkrótce wierzyciele otrzymywali sumy własne o połowę zmniejszone. Powstał z tego powodu krzyk i sarkania zainteresowanych, lecz woleli poprzestać na tym, niż procesować, tym bardziej, że nie można było spodziewać się pomyślnych rezultatów, gdyż długi Wodzewa hipoteczne i prywatne przenosiły wartość majątku. Rosoławski załatwiał wierzycieli polubownie. Sprytny ten człowiek zrozumiał, że od jego popularności i dobrej opinii również wiele zależy, chciał zjednywać sobie ludzi wyjątkową uprzejmością, niemal słodyczą. Wiedział jak z kim postępować, zgadywał umiejętnie czym kogo potrafi wziąć. Odczuwając ogólną prawie sympatię okolicy dla Denhoffa, pomimo mniej pochlebnych opowiadań o nim, pragnął obniżyć jego dobre imię u sąsiadów. Przytaczał szczegóły niebywałe, psując reputację Ryszarda, ale mówił zawsze w formie pobłażliwej, ubolewającej nad „wyrodkiem” rodu Denhoffów. Oszczerstwo rzucone w ten sposób łatwiej trafiało do przekonania słuchaczom, autora zaś odsuwało od posądzenia, że jest złośliwym kompozytorem.

Składał wizyty sąsiadom i wszędzie dążył do zaszczepienia sympatii dla siebie, niechęci dla Denhoffa. Najpierw był w Worczynie. Panu Turskiemu, który w ludziach cenił bardzo energię Rosoławski podobał się, potrafił sobie zjednać obywatela, bo usilnie o to zabiegał. Na Denhoffa jednakże mówił oględnie, zaznaczając swą życzliwość dla pupila. Zauważył od razu, że w Worczynie i Turowie ma on wyjątkowych przyjaciół, był zatem ostrożny. U Brewiczów rozgadał się z początku, lecz także źle trafił. Gospodarz domu patrzył na niego długą chwilę badawczo, wreszcie rzekł:

– Widzę, panie szacowny, że niezbyt lubisz Denhoffa, a to przecież poniekąd pańska wina, że on jest takim jak jest, trochę próżny i lekki. Trzeba było lepiej opiekować się nim, bardziej ograniczyć młodzieńca. Swoboda, udzielona mu od pacholęctwa zgubiła go teraz, a szkoda!

Rosoławski swe wypukłe oczy postawił w słup i zaczął wyrzekać na Ryszarda, dowodził, że był krnąbrny, że to już taka natura brzydka, nie dająca się nakłonić lepszym wpływom. Mówił o tym dużo, trochę po swojemu ubolewał, potem dowcipkował, charakteryzując Denhoffa komicznie, ale ubliżająco. Śmiał się przy tym, skakał na kanapie jak odbijana piłka, kręcił głową prędkim ruchem patrząc to na gospodarza domu, to na jego żonę. Chcąc okazać swój dowcip i talent krytyczny, wywołał tylko niesmak. Pan Brewicz milczał, mając minę nieobiecującą, na koniec przemówił:

– Nie znam poprzedniego życia Denhoffa, prócz szczegółów z jego opowiadań, ale te świadczyły, że był zawsze szlachetnym. Przez dwa lata jego bytności w Wodzowie nikt się nie przekonał o żadnym jego czynie mogącym go skompromitować. Nazywali go tu Paniczem i słusznie, on jest właśnie taki „panicz” przystojny, elegancki, nawet bardzo dobrze wychowany. To nie pospolity frant, co wsadzi na nos binokle, na nogi lakiery i myśli, że jest wielki. Denhoff ma rasę, przy tym to z gruntu nadzwyczaj dobry chłopak.

– Szanowny pan broni jego tak gorliwie... widzę, że Ryszard ma szczęście... w tej okolicy... zastrzegam – rzekł Rosoławski uprzejmie, ostatnie słowa zaakcentował z sarkazmem.

Brewicz wzruszył ramionami.

– Niech mnie obuchem! dziwi mnie pańska niechęć dla tego chłopca. Wszak mu tego nikt nie zaprzeczy, że ma serce złote, duszę piękną, bujne poloty, fantazję, ale jest spaczony. Brał.. mu podstawy, tej siły duchowej, która człowieka ratuje od wielu zachcianek. Denhoff ma idee, lecz nie potrafi ich skoncentrować, jest jeszcze rozrzucony w swych myślach i czynach, to powód, że łatwo się zapala i gaśnie. Co on tu wyrabiał po ogłoszeniu tej... niby konstytucji! Potem gdy go trochę przypłoszyli zapomniał o sprawach społecznych.

– Hm! istotnie on ma tu przyjaciół – bąknął Rosoławski.

– Tego nie przeczę, lubiany był bardzo – rzekł Brewicz. – Krytykowano go tu, bo często popełniał nonsensy, miewał wybryki bardzo młodzieńcze, ani razu jednak nie przekroczył granic etyki, bywał dziecinny, ale nigdy nikczemny. Oburzał niektórych swą niepraktycznością i uporem, nikogo nie słuchał prócz swego rządcy, toteż go ten i wykierował.

– Ja go od razu uwolniłem, przejrzałem go natychmiast, prześwietliłem niby światłem Rentgena – pysznił się Rosoławski.

– Bardzo słusznie, Denhoff powinien był dawno to zrobić, tylko tamten go opętał. Szkoda, że tacy ludzie jak pan Ryszard, nie mogą stać się pożytecznymi obywatelami kraju, bo – powtarzam – charakter i naturę w gruncie Denhoff ma dobrą, zaszkodziły mu pieniądze zbyt prędko i hojnie oddane do ręki, owe sto tysięcy, które machnął przez dwa lata i jeszcze się zadłużył. Zły on nie jest, mamy gorszych w okolicy, przy nich Denhoff to brylant.

Rosoławski nastawił uszy ciekawie.

– O kim pan mówi, wolno wiedzieć?

– A pan już zna wszystkich?

– Prawie, znam Turskich...

– O! Turscy! to ludzie godni najwyższego szacunku, ojciec i syn.

Właśnie zawsze się dziwiłem, że ten nasz „panicz” będąc najbliższym sąsiadem obu Turskich nie brał z nich przykładu, dobrze by na tym wyszedł.

– Któż są ci... gorsi? – badał Rosoławski z przymilnym uśmiechem.

– Pan ich sam odróżni prędko, skoro pozna lepiej naszą okolicę – rzekł obywatel i zwrócił rozmowę na inny przedmiot.

Rosoławski opuścił Wolę Wierzchlejską niezadowolony z wizyty.

– „Ciężki jest ten Brewicz, nie można mu niczego wmówić i niczego z niego wyciągnąć” – myślał po odjeździe.

– „To jakiś karierowicz, tęgi numerek, wątpię czy Denhoff dobrze wyjdzie na jego powtórnej opiece” – rozważał gospodarz pożegnawszy gościa.



XVII

Przeszła wiosna, rozpoczęło się lato, burzliwe w tym roku i dżdżyste. Worczyn zawrzał nowym życiem. Jak przed dwoma laty, znowu zjechało tu sporo młodzieży, nie było tylko Dory Zborskiej. i Denhoffa. Ona przebywała stale w Szwajcarii, spędzając tam wakacje, Ryszard zaś nie pokazywał się w Wodzewie, mieszkał w Warszawie u rodziny, lub podróżował po kraju. Wodzewem rządził Rosoławski, często wyjeżdżał z majątku, nie w sąsiedztwo jednakże. Zrozumiał prędko, że mimo swych starań, sympatii nie zyskał. W Worczynie, w Turowie, w Woli i w Tylemego wspominali serdecznie Denhoffa, żałując go szczerze; na jego zastępcę patrzono bez cienia życzliwości, jak na intruza. W Zapędach nawet odzywali się wszyscy o Ryszardzie bardzo sympatycznie, ksiądz Janusz nie mógł go odżałować, tylko panna Balbina, sama nie wiedząc czemu, cieszyła się z jego bankructwa i Kocio Leśniewski. Senatorównie największą przyjemność sprawiało obmawianie sąsiadów, oraz ich niepowodzenie, Leśniewski był rad, że „panicz” nareszcie spadnie w opinii ogółu, przy tym zadowolenie Kocia jak zawsze tak i teraz szło śladem wszelkich odczuć „dziedziczki”. Konstanty prócz tego i wywierał na Denhoffie zemstę nieuzasadnioną za Ziulę, która przyjechawszy z Krakowa na wakacje do Worczyna, stęskniona za Rymszą, pogodziła się z nim. Ślub ich zapowiedziano na jesień. Tak wyraźna strata nadziei była dla Kocia okrutnym ciosem, nie mógł znieść myśli, że majątek Ziuli dostanie się innemu. Nie odniosło skutku oczernianie Rymszy, jakoby on właśnie liczył tylko na majątek panny Turskiej, widocznie intryga nie trafiła do jej przekonania, prawość charakteru i uczuć narzeczonego przemogła.

Kocio postanowił zrobić demonstrację i z rozpaczy wyjechał z Połowic. Może wolał w ten sposób uniknąć żartów Paszowskiego. Uzyskał urlop nieograniczony od „dziedziczki” i... przyjechał do Turskich z pożegnaniem. Trafił na liczne zebranie, lecz to go wcale nie skrępowało. Jedynie nieoczekiwana bytność Denhoffa w Worczynie, zdziwiła go, a nawet przekonał się, że „ten panicz” chociaż już bez dawnego stanowiska, jest widziany tak samo mile jak i za czasów najświetniejszych. Zarówno starsi i młodzi przyjmowali Denhoffa ze szczerą życzliwością, wyróżniając go widocznie.

Wiedzieli wszyscy, że w ciągu ubiegłego roku Kocio oświadczał się listownie o rękę Ziuli i, że otrzymał odmowę stanowczą, przyjazd więc jego do Worczyna w takich warunkach, wydał się ogólnie nieco naiwny. Teoś Paszowski znowu przebywający u ojca, swoje zdziwienie wypowiedział głośno przed Ireną i Ziulą:

– Taki brlak ambicji dowodzi brlak grluntu w cłowieku. Jagze mozna, będąc odpalonym, pchać się jesce, jak pzez dziurkę od klucza. Ale wodę ważyć, woda będzie! Każdy ma swoje zdanie, ja mam swoje, pan Konstanty swoje.

Mówiąc to robił pionowe ruchy dłońmi o rozstawionych palcach.

Leśniewski, nie kontent z siebie, wyjechał z Worczyna, potem z Połowic, głosząc że opuszcza tę okolicę już na zawsze, lecz kompetentni wiedzieli co o tym sądzić, panna Balbina nie zniosłaby zbyt długiej nieobecności swego adiutanta.

Denhoff przebył w Wodzewie parę tygodni, ostatnich, nie jako właściciel, bo ten tytuł objął już Rosoławski, lecz jakby syn marnotrawny, z żalem spoglądał na to, co stracił. Ryszard łudził się, że za parę lat, może za rok, były opiekun uporządkuje zagmatwane interesy Wodzowa i że on znowu obejmie swe dziedzictwo. Czuł, że ukochał je całą duszą. Ale taką łuskę na oczach miał tylko Denhoff, nie znający zupełnie spraw majątkowych ani pieniężnych, przy tym wierząc bez granic Rosoławskiemu. Znajomi posiadali mniej ufności w przyszłość „panicza”.

Denhoff wynurzał przed Ireną swe skargi, zawierały one często ból tak głęboki, że zdawało się, słowa jego płaczą. Mówił o korespondencji z Dorą, ale gdy Ira spytała go czy z czasem powrócą do siebie, Ryszard zaprzeczył:

– Och, już chyba nie, rozbieżne są nasze drogi. Panna Ziula mogła odnowić nadwątlone uczucia dla pana Rymszy, bo tam tylko było zachwianie, jakieś psychologiczne nieporozumienie, więc znowu są razem, u nas wszystko skończone, pozostał stosunek raczej, braterski.

– Ja nie wierzę w braterskie uczucia pomiędzy mężczyzną i kobietą.

– A my z panią, panno Ireno, co nas łączy?

– Nas?... To co innego, myśmy się nigdy nie zaręczali i uczuć odmiennych niż przyjaźń pomiędzy nami nie było.

– I z Dorą już one nie powrócą, chyba... kiedyś... z czasem.

– A widzi pan.

– Ale pani zachowa dla mnie zawsze przyjaźń i uczucie siostry dla brata, czy tak?

– Niech pan wierzy, nie zmienię się nigdy. Denhoff wziął jej rękę w swoją dłoń.

– Czy nigdy, droga pani, nigdy? Nawet jeśliby ludzie z tego, jeśliby posądzali panią o wyjątkową słabość dla mnie. Czy i wtedy?

Irena nie spuściła wzroku, patrząc śmiało i serdecznie w jego pytające oczy.

– Zawsze panie Ryszardzie, zawsze ma pan we mnie przyjaciółkę. Pod wpływem ludzkiej złośliwości nigdy się nie zmienię, ale... może chwilowo zamilknę, z innych powodów; pan wie, ja tak bywam teraz zajętą i roztargnioną. Co zaś do plotek, pan myśli, że one mnie już nie ścigały?

Denhoff pocałował ją w rękę.

– Wiem, są ludzie, którzy chcieli panią zrobić złą, próżną, pustą, ach! interesowali się panią niesłychanie, obmawiając przy tym ile się dało. Kto by pani nie znał, mógłby mieć o niej wyobrażenie wcale nieszczególne.

– Nazywano mnie pewnie dziwaczką, emancypantką, kokietką, nawet histeryczką, bliską obłędu, albo już w obłędzie.

– Skąd pani wie o tym?

– Wiem, bo znam świat i posiadam trochę sprytu, ale mnie to nic nie obchodzi.

– To słusznie, zresztą kto panią obgadywał? Taki Kocio; bo miał w tym swoje powody, zemstę za pannę Ziulę, tak jakby pani była przyczyną jego odprawy. Tulicka, bo ona nikomu nie daruje. Perzyński, bo jego drażniło to, że pani nie oczarował swą maślaną urodą, przy tym, jako człowiek małego ducha, nie mógł strawić powodzenia pani w malarstwie i tego, że krytyki przyznały pani talent.

– No, może i za to, że nie tylko mnie, ale nikogo z nas nie czarował, w Worczynie był nie lubiany, nie miał popularności w całej okolicy, ostatnim zaś postępkiem, parcelacją Chodzynia, stracił kredyt do reszty i wywędrował w świat, szukać lepszych ludzi, gdyż tu go nie zrozumiano.

– Opinia takich osobników nie mogła zbytnio zaszkodzić pani – kontynuował Ryszard. – Nie ma się czym przejmować. Gdyby pani była stara i brzydka, żadne plotki już by nie kursowały, ponieważ zaś ludzie zajmują się panią bardzo gorliwie, zatem nie widzę powodu do zmartwień.

– Ładnie mnie pan pociesza – śmiała się Ira.

– Więc między nami sojusz i przyjaźń, czy tak?

– Niech pan będzie pewny tego. Uścisnął jej dłoń gorąco.

– Proszę pani, jeszcze słówko... Czy to prawda, że pan Turski wyrażał radość przed Rosoławskim z powodu mego upadku i, że się cieszył z jego instalacji w Wodzewie?

– Co znowu?! Kto panu opowiadał takie plotki? – pytała Irena zdumiona w najwyższym stopniu.

– Czy prawda, że... i pani mówiła mu to samo. Rosoławski chwalił się przede mną, że pani mnie krytykowała, okazując mu wyjątkową życzliwość i zadowolenie z powodu zyskania tak sympatycznego sąsiada.

– Panie Ryszardzie, pan w to wierzył! jak pan może nawet powtarzać coś podobnie potwornego?!

Denhoff ożywił się.

– Widzę pani oburzenie tak szczere, że już mi nie potrzeba słów. Rosoławski skłamał. Ira podała mu rękę.

– Daję panu słowo honoru, że się zawsze za panem ujmowałam. Ale Rosoławski to zły człowiek, niech mu pan nie ufa.

– Już za późno! – jęknął Denhoff.

Minęło parę miesięcy. „Panicz” nie przyjeżdżał na Podlasie, mieszkał w majątku byłego opiekuna na Litwie, będąc zupełnie na jego łasce. W sierpniu rozeszła się wieść, że Rosoławski sprzedaje Wodzewo. Wiadomość wywarła przykre wrażenie. Żyd Aron, nawet Paszowski nalegał na Turskiego ojca, aby kupił ten majątek, gdyż inaczej oddadzą go w niepowołane ręce. Turski odmówił. Tłumaczył się, że etyka nie pozwala mu wywłaszczać jakoby Denhoffa z ziemi przez niego umiłowanej. Obywatel sam nie chciał do tego należeć, ale widząc, że Ryszard już w żaden sposób nie zdoła się utrzymać, pragnął by Wodzewo dostało właściciela godnego, który by potrafił zachować tradycję majątku. Znany i wypływowy obszarnik z dalszych okolic, Gorlicki, podał Rosoławskiemu swą kandydaturę, bardzo poważną. Turski odetchnął. Widząc się z Rosoławskim radził mu, by koniecznie sprzedał majątek owemu obywatelowi, że to człowiek prawy i można mu ufać. Przy tym ojciec Ireny zastrzegł sprzedaż oględną, żeby Denhoffowi jak najwięcej zostało po spłaceniu! wszystkich długów. Rosoławski dziękował za rady, przyrzekał zastosować się do nich i wyjechał do Warszawy, gdzie oczekiwali nań kandydaci. Po kilku dniach wynik sprzedaży był wiadomy. Wodzewo kupił Trawkowski, szlachcic zagonowy z pobliskiej wsi. W okolicznych dworach wrzało oburzeniem. Jaki powód? Dlaczego? Paszowski zbadał sprawę i opowiedział w Worczynie.

– A to, panie mój, łajdactwo, dalibóg! Pan Gorlicki miał przyjechać do Rosoławskiego rano, żeby od razu skończyć kupno, tymczasem wieczorem podsunął się ten zagonowiec i buch! on kupił. Rosoławski natychmiast czmychnął z hotelu, gdy Gorlicki zjawił się w umówionym terminie, nikogo nie zastał, powiedziano mu tylko, że sprzedaż dokonana.

– Na jakich warunkach sprzedał? – spytał Turski.

– Bardzo tanio i z całym urządzeniem domu.

– Jak to, co pan mówi!?

– Prawdę, panie mój. Wszystkie meble, obrazy, stajnia, wozownia, nic nie wyłączone. Denhoff nie dostanie z tego ani szeląga. To jest niebywała rzecz, dalibóg! to rozbój na równej drodze, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich.

Przygnębienie ogarnęło zebranych. Źrenice Ireny zaszkliły się łzami żalu.

– Biedny pan Ryszard – szepnęła drżącym głosem. Pan Turski smutnie zwiesił głowę.

– O tak! Nieszczęśliwy Denhoff, na jakich on ludzi trafił! Majątki nasze okoliczne giną, jedne parcelują, drugie przechodzą do rąk niewskazanych. Bolesny objaw!

– Już teraz i Denhoff zginie – rzekł Paszowski. – On bez pieniędzy to zero. Zmarnuje się. Ale Marian Turski zaprzeczył:

– Nie, Denhoff nie zginie i nie upadnie! – rzekł z energią. – On był słaby, ale nie jest mały. Straszny to cios w jego życiu, lecz Ryszard się pod nim nie ugnie, pójdzie z nim w świat i jeszcze wypłynie.

– To prawda! – dodała Irena – znowu pójdzie szukać ideałów...

– By je tracić – ktoś rzekł.

– Nie, by je już przywłaszczać.

Denhoff z tragizmem w duszy.

Rosoławski przywiózł do Wodzewa nowych właścicieli na oględziny. Prócz młodego Trawkowskiego, który był istotnym dziedzicem, przyjechało jeszcze dwóch ojców, stary Trawkowski i Powalski, teść młodego. Urządzenie domu w Wodzewie zdumiało ich. Nie spodziewali się podobnych zbytków. Stary Trawkowski podrapał się charakterystycznie w łysinę, mówił przeciągle, akcentem prostym, jakby świeżo z zagrody wiejskiej:

– O! to dobrodzieju, jak z nieba spadło hę, hę, a toż mój syn to samo by zapłacił za majątek i bez tych parad. Wymawiał sobie umebljowanie, bo kto nie wymawia, każdy na próbę, myślał, że, at sobie pięknie, ale nie takie. Hę, hę! to on teraz jak król!

Zgarbiony szlachcic chodził po salonie ciągając prawie po ziemi długie poły surduta. Dotykał palcami stylowych mebli krytych białym atłasem, wytłaczanym w różowe kwiaty. Kręcił głową, cmokał i znowu mówił:

– Hę, hę! Ot dziwo. Wszystko to dobrze dobrodzieju, ale jak mój syn na tych sajetach siadać będzie, to ja nie wiem. Toż to szkoda, jeszcze się od kapoty zabrudzi, taj co? Albo te tapyty, białe, białe, śliczności, także jak z sajetu, toto zara dziedziska wymażą, czemś paskudnem i będzie szopa. Kto ta słyszał takie hatłasy na ścianę kłaść.

– To nie atłasy, tylko taki piękny papier – poprawił Powalski.

– Hę, hę! wiem, aleć to szkoda, i te landszafty na ścianie, wcale dobrodzieju okazałe są. Rosoławski drgnął. Takie zbeszczeszczenie obrazów znakomitych mistrzów ubodło go. Powalski pociągnął nosem.

– A skądże to dobrodzieju dym, może z pieca? niby to widyńskie a dlatego dymią.

– To ja zapaliłem cygaro – rzekł Rosoławski. – Może pan pozwoli.

Szlachcic rozstawił szeroko nogi, ręce założył w tył i odrzekł z rezygnacją:

– Dziękuję. W wyzsych klasach się nie bywało, to się cygor nie naucyło palić. Rosoławski uśmiechnął się i już chował cygarnicę, ale Powalski wysunął rękę.

– Zresztą kiep odmawia, kiedy nie kiep prosi, a ze to prosi pan to i wezmę... dla zięcia...

– Proszę bardzo.

– Hę, hę, mój syn to teraz wykierował się, wielki dziedzic. Jakie pokoje! Oho! jeden od drugiego ładniejszy.

– Gdzież jest pański syn?

– A chodzi po gospodarstwie, on już taki do tego miłośnik. Ani chybi, że jemu już byczki zafrapowały, abo te trzylatki w stadninie. Piękny inwentarz! On już taki do gospodarstwa od dziecka. Skończył trzy klasy i dalej ani rusz. Hę, hę, pytam się czemu, a on peda tak: „Wolę sochą orać, jak do skoły chodzić”, to i na tem stanęło, ale gospodarz to on niezły.

Powalski odprowadził Rosoławskiego do drugiego pokoju i rzekł mu poufnie:

– Uważa pan, jak się stary Trawkowski raduje z dziedzictwa syna? Ale to wszystko w

rumel kupione za moje pieniądze.

– Jakim sposobem?

Szlachcic znowu rozstawił nogi.

– A takim, że to wiano mojej córki: Trawkowski młody wzioł za nią całe ośm tysięcy.

– No, ale reszta jego.

– Ii... ot! troszkie stąd, a to stąd, jak to bywa po somsiedzku. Ale i on miał, po sprawiedliwości, miał trochę gieldu. Rosoławski bawił się pysznie. Powalski zaś mówił dalej:

– Bo to my się już rozsiedli szeroko po naszym Podlasiu, proszę ja pana, a jakże! Ja mam piękny majątek Szufle, a mój syn ma Gruszyce, jeden zięć kupił tyż majątek bardzo wyborny, a teraz ten zięć, Trawkowski, Wodzewo. A mam ci jeszcze jednego zięcia, bo na córkach to mi Pan Bóg pobłogosławił, Sałaciński się zwie, on wziął tę kształconą bardzo, Emilkę, co była za granicą.

– Czegóż się tam uczyła? – spytał Rosoławski.

– At! jak to panna, wszystkiego po troszku. Ale co tam po nauce dla niewiasty, dzieciska oblezą zaraz i basta. Sałaciński dostał też ośm tysięcy wiana, szuka teraz majątku. Owszem, a no, niech się dorabia, ja też co mam, tom z roli wydłubał, ale Sałaciński to spryciarz, on takoż zrobi dobry interes, a taki jest dorodny, że aż miło; jak oblany, tęgi, ładny kawaler z niego.

Zbliżył się do nich stary Trawkowski.

– Co panowie tak tu na boczku rajcują? Ja tam hę, hę, dobrodzieju znalazł jedną zdrożność, w tej kancelaryi.

– W gabinecie? cóż tam takiego.

– Ano, chodźmy dobrodzieju, Rosoławskiego za ramię i prowadził przez parę pokoi, ciągle uśmiechając się. Powalski szedł za nimi, jak machina, z głośnym tupotem grubych i długich butów, ręce trzymał głęboko pogrążone w kieszeniach, gwizdał i podśpiewywał.

Stanęli w gabinecie.

Trawkowski skazał ręką na wielki obraz, przedstawiający kobietę nagą do pasa.

– Co to jest? Hę, hę!

– To? To przecie Żmurko.

– Czy ona Żmurka czy nie Żmurka, ale musi iść precz z pokoju, bo taki landszaft dzieci nam zgorszy. Oho! nie można. Rosoławski wybuchnął śmiechem.

– Ależ to jest arcydzieło, bardzo cenne. Jeśli się nie podoba panom, to ja zabiorę go sobie.

– A toż na co dobrodzieju? Hę, hę, zresztą sam landszaft można wyrżnąć i niech pan sobie jego zabiera, ale ramy nasze. Oho! Takie drogie ramy. Abo i tego nagusa z gipsu, to też utopię w sadzawce, boć to bezwstydne jest.

– Ależ to kopia rzeźby Venus Milońskiej, to nie gips lecz alabaster. Panowie się na tym nie znają. Ja to zabiorę. Powalski zmarszczył krzaczaste brwi.

– Nic pan nie zabierze, bo to wszystko w remanecie Wodzewa – burknął gniewnie.

– Jeśli chcecie utopić, to chyba lepiej żebym ja to zabrał.

– To już nasze, możemy robić co chcemy. To już wszystko nasze. Trawkowski łagodząco kiwał ręką i głową.

– Hę, hę! Nie ma czego się swarzyć, postawi się to w spiżarni na półce i zgoda. Aby tam zgorszenia nie było.

– Ja to od panów kupię koniecznie – nalegał Rosoławski, oburzony.

– At! nie trzeba, u nas jest i bez tego dużo pieniądzów – odburknął znowu Powalski. Rosoławski miał ich dosyć. Uczuł nagle gorzki wyrzut sumienia, że tak wspaniałe umeblowanie domu oddał razem z majątkiem w ręce tych prostaków. Chciał już odejść, gdy wtem przyszedł młody właściciel. Niepozorny i niezgrabny szlachcic, chodził, wysuwając nogi i kolana naprzód, piersi i głowę w tył. Twarz miał zaspaną, nieinteligentną, mówił przez nos:

Oglądnołem już całe gumno, dobre krowy i byczki ładne, a już konie to rozkosz. Ale powozisko nowe też nasze, panie dziedzicu – rzekł do Rosoławskiego.

– Nie, nowy powóz ja sobie wymówiłem, w remanencie został stary.

– Hę, hę! a na co tobie powóz? Ty już, Kleofasku, za wielki pan zrobił się. Nie lepsza to bryczka dobrodzieju?

– At, co to szkodzi? jak dziedzic, to dziedzic! pewno że i nowy powóz zdałby się – poparł zięcia Powalski. Trawkowski zaś spytał:

– Ja słyszałem, że tu była taka bryczka, czy wolant, co go nazywali amerykan, gdzie on teraz?

– Amerykan sprzedał jeszcze pan Denhoff – sarknął Rosoławski.

– A fortepiano było, gdzie jest?

– Także Denhoff sprzedał, na szczęście – mruknął zły.

– Coś za dużo ten Denhoff sprzedawał. Co się spytać, wszystko sprzedał.

– Miał rację, i tak się panom za wiele zostało.

Rosoławski wyszedł do parku. Czuł jakiś żal dławiący, niepokój go nie odstępował, przykro mu było w tym zmarnowanym Wodzewie. Szedł w cieniu potężnych drzew, szumiały one żałosną pogwarą, niby skargą, niekiedy głośny huk toczył się po czubach, jak groźba.

– Coś z nami zrobił? Komu nas sprzedałeś? Co z nas teraz będzie? Gdzie jest ten młody? on nas kochał, rozmawiał z nami. Czy i jego zatraciłeś tak jak nas? Niegodziwy! niegodziwy! Szum splątanych gałęzi rósł potężnie, niosąc wicher, duże krople dżdżu w twarz Rosoławskiemu; jakby park płakał za Denhoffem i wypędzał od siebie jego wroga.



XVIII

Po powrocie Rosoławskiego na Litwę, rozmowa pomiędzy nim a Denhoffem trwała krótko. Ryszard dowiedziawszy się, komu i w jakich warunkach Wodzewo sprzedane wpadł w rozpacz.

– Ja pana nie upoważniłem do takiego czynu – wybuchnął. Pańskie obietnice utrzymania majątku spełzły na niczym, to tylko mrzonka dla mnie, aby mnie zwieść, aby mmie łudzić!! Ale stało się! nieszczęście! Trzeba było jednak sprzedać komuś odpowiedniemu, nie tym szlachetkom zagonowym. Boże mój, czego ja dożyłem!

– Nie rozpaczaj, bo jakkolwiek z Wodzewa nie zostało ci prawie nic, gdyż wszystko pochłonęły długi, ale gdybyś ty jeszcze dotąd był właścicielem tego majątku, to już nie chcę domyślać się końca. Ja cię wyratowałem. Trudno przecie, żebym oddawał ci to, co dla mnie zostało ze sprzedaży, musiałem odebrać swój wkład.

Denhoff długo milczał. Głowę o wytwornym profilu, spuścił na piersi, ręce miał załamane kurczowo. Cała jego postać wyrażała ból tragiczny.

Zapytał głucho:

– Kiedy przyślą mi moje rzeczy? żeby chociaż... dobrze opakowali.

– O jakich rzeczach mówisz? Garderobę wszakże masz z sobą. Ryszard podniósł błędny wzrok.

– Ale moje pamiątki, meble, obrazy, no, wszystko co w domu zostało. Rumieniec przemknął przez twarz Rosoławskiego, rzekł ostrym tonem:

– Wodzewo sprzedane z całkowitym umeblowaniem.

– Jezus Maria! Czy, czy to możliwe? – jęknął młodzieniec... Jak to wszystko? Wszystko sprzedane?...

– Wyłączyłem tylko parę koni, tych kasztanów i nowy powóz dla siebie. Przyda się tu, w Osówce.

Denhoff wstał, był straszny, patrzył nieprzytomnie na cyniczny uśmiech Rosoławskiego. Nagle skoczył jak wściekły i porwał byłego opiekuna za ramię.

– Mój klęcznik z obrazem po matce, mój klęcznik! Gdzie on jest? – ryknął ze zdławionej piersi.

– Klęcznik, ten rzeźbiony? Stoi w sypialni jak stał, to także mebel.

– Więc... Boże mój! więc i to mi zabrano... i to?...

– Nie egzaltuj się mój drogi. Powtarzam, że sprzedane Powalskim... wszystko, nawet jednej serwety nie wyłączysz. Chciałem kupić parę rzeczy, ale nie dają.

Denhoff ścisnął głowę dłońmi, zamknął powieki. Z jego ust wydobywał się chrapliwy szept:

– Boże! Boże! Matka moja... ty na mnie wejrzyj... na moją krzywdę. Nie karz mnie tak okrutnie.

Łzy obfite spłynęły mu z oczu.

Stał tak, jakby kontuzjowany, głuchy już prawie na słowa Rosoławskiego, który mu opowiadał o Powalskim i Trawkowskim, o tym, że się zgorszyli obrazem Żmurki i posągiem bogini Venus. Mówił dowcipnie, jakby chcąc pupila swego zabawić. Drgania nerwowe wstrząsały ciałem Ryszarda. Gwałtowny ruch! ręce oderwał od bladego czoła, spojrzał nienawistnie i krzyknął:

– Ja to wydobędę od nich, ja to muszę wydobyć! Mój klęcznik po matce... moje pamiątki, muszę, muszę! Dziś, zaraz jadę.


Południe było upalne i mgliste, zanosiło się na burzę. Przed ganek dworu wodzewskiego zajechała bryczka, najęta na stacji w Sołowie. Wysiadł z niej „panicz” blady, zmieniony bardzo, opłacił furmana i wszedł do domu.

W przedpokoju spotkała go jakaś postać kobieca, niebrzydka, lecz pospolita i zakłopotana. Ryszard odgadywał, że to pokojówka, chciał prosić, by mu zdjęła palto, ale zrobił to sam, myśląc o Karolu i Anulce. Czy też oni służą tu jeszcze? Ponieważ kobieta stała milcząc, z rękoma założonymi na piersiach, więc Denhoff skierował się do salonu. Ona weszła za nim.

– Czy mogę zobaczyć pana lub panią Trawkowską? Proszę poprosić – rzekł wyjmując swój bilet.

– Ja właśnie jestem... pani Trawkowską. Powiedziawszy to, siadła zaraz na krześle. Denhoff oniemiał, lecz zdumienie jego zwalczył śmiech, załaskotał go tak silnie, że Ryszard z trudem powstrzymał jego wybuch.

– Ach to pani? przepraszam... Jestem Denhoff. Widząc, że Trawkowską nie prosi go siadać, usiadł sam, krztusząc się od śmiechu.

– Czego pan sobie życzy? Mój mąż i ojciec są w polu.

– Przyjechałem, aby zabrać z Wodzewa niektóre moje rzeczy, co się tu zostały. Pani pozwoli, że je wskażę.

– Kiedy tu już nic panowego nie ma, to już wszystko nasze, pan Rosoławski wyłączył tylko nowy powóz i parę koni, nie wiem dlaczego, ale z domu nic. Powóz i konie może pan zabrać, bo jeszcze tu są.

– Proszę pani, pan Rosoławski nie wymienił detalicznie w remanencie Wodzewa, co zostawia, co zaś wyłącza, poza tym on nie zna mych pamiątek, które są mi bardzo drogie i które chcę zabrać jako swoją własność.

– Nie, tu już nic panowego nie ma – powtórzyła uparcie. Denhoff podniósł się z krzesła.

– Pani pozwoli, że wskażę je naocznie. Najpierw klęcznik z sypialni. Czy jest tam jeszcze?

– Jest, ale dzieci tam śpią, nie można iść, zresztą klęcznika nie oddamy, taki ładny mebel.

– Dla pani on tylko ładny, dla mnie drogi, bo to pamiątka po mojej matce.

– Wszystko jedno, ale teraz on już nasz. Denhoff tracił cierpliwość.

– Proszę pani, czy pani nie ma serca? Wszak pani jest matką, ma dzieci, niechże pani mnie zrozumie. Na tym klęczniku moja matka uczyła mnie pacierza, pierwsze moje modlitwy były skierowane do tego obrazu, przecie to dla mnie skarb, to dla mnie rzecz najdroższa. Te wgniecenia na aksamicie są od kolan mej matki. Ja... ten klęcznik kupię od państwa, jeśli inaczej nie można.

– Nie, panie, my nie sprzedamy. Tu nie ma o czym mówić. Denhoff uczuł, że serce rwie mu się w piersiach. Nic już nie powiedział tylko poszedł w głąb domu, jak lunatyk. Trawkowska szła za nim ślad w ślad. W palarni Ryszard wskazał na szafkę rzeźbioną z hebanu, zdobną w brązy stylowe.

– W tej szafce są moje listy prywatne, może mi pani otworzy, chcę je zabrać.

– Nie mam klucza, zresztą nie można.

– Cóż pani zależy na cudzych listach?

– To już moja rzecz, ale ruszać nic nie dam.

– Więc i albumy pełne moich kart pocztowych i album z fotografiami i tego mi pani nie odda? Pani chyba żartuje? Co to jest? – wołał Denhoff zirytowany w najwyższym stopniu.

– Powiedziałam od razu, że tu już nic do pana nie należy, to wszystko nasze. Ryszard poszedł dalej, Trawkowska za nim.

– Pilnuje mnie jak złodzieja – szepnął do siebie przez zwarte zęby.

W sali stołowej zauważył już szkody; oddarty kawał pięknej tapety, cenna waza z sewrskiej porcelany nadtłuczona, kredens wspaniały, stylowy miał nacięcia nożykiem nisko nad ziemią, widocznie przez małych Trawkowskich. Na kredensie leżała szeroka, srebrna opaska, z pięknym złotym monogramem. Ryszard wziął bez pytania.

– To jest obrączka na serwetę, służyła mi przez cały czas nauk za granicą. Chyba mi pani tego nie zabroni wziąć?

– Owszem, to także zaliczone do remanentu naczyń stołowych do obrusów i serwet. To już nie pana – rzekła Trawkowska z flegmą, wyjmując obrączkę z rąk Denhoffa.

Spojrzał na nią wzrokiem pobłażliwym, wzrokiem niemal policzkującym, jak na kogoś, nad kim trzeba się litować.

Bez słowa wszedł do gabinetu. Popatrzył na biurko, na fotografię Dory, stojącą na nim, potem na swój napis w ramach „Ora et labora” i bezwładnie upadł na fotel. Twarz schował w dłoniach.

– Nie, ja się chyba nie rozpłaczę, ja... się tu... przecie... nie rozpłaczę... Boże!

Siedział chwilkę, usłyszał szmer i odkrył oczy. Na otomanie siedziała Trawkowska z założonymi rękoma, nieruchoma, bierna.

Wzruszył lekko ramionami i zaczął przeglądać papiery.

– Tam są rachunki mojego męża, niech pan nie pomiesza.

– Proszę się nie lękać. Czy pani i na tej fotografii także coś zależy? Chciałbym ją zabrać – rzekł wskazując podobiznę Dory.

– Samą fotografię można, ale ramka zostanie, bo tu ja będę włożona.

– Pani się fotografowała? Doprawdy w Sołowie?...

– Nie, w Warszawie.

– Ooo!

Trawkowska wyjęła portrecik Zborskiej z ramki ozdobnej i oddała go Ryszardowi, nawet się do niego uśmiechnęła.

– A dlatego coś pan wycyganił. To smoła z pana!

– Zabieram tylko swoją własność, niech pani o tym nie zapomina i... raczy wyrażać się... oględniej. Pozabieram również i te duże fotografie ze ścian, ramy państwu zostawię – dodał sarkastycznie.

– Nie, tamtych nie dam. Tę pannę miałam i sama wyrzucić, więc dlatego oddałam.

– Ależ fotografie w ramach są to zdjęcia amatorskie z Worczyna i innych miejsc, zupełnie dla pani obojętnych, osoby na grupach, moi znajomi i przyjaciele, chyba nie obchodzą? fotografie w albumie również, karty, listy, przecież to śmieszne zostawiać dla siebie takie rzeczy.

– Niech pan mówi co chce, ale dlatego zostaną: album byłby pusty bez fotografii, ramy też, co można zamienić na inne, to można, ale jak nie, to nie. Ot, mój mąż i ojciec przyszedł, zaraz ich tu nadeszlę.

Popatrzyła na Denhoffa trochę niepewnie i wyszła z gabinetu. On zaś zaśmiał się gorzko.

– Jeszcze mnie gotowi rewidować jak będę wyjeżdżał, czy przez tę chwilę... Ach Boże! takim ludziom sprzedać Wodzewo.

Spostrzegł brak posążka Venus milońskiej. Przypomniał sobie opowiadanie Rosoławskiego słyszane jak we śnie, obraz Zmurki był na miejscu, lecz ciało kobiety aż do szyi opinała teraz różowa bibułka.

– „Brawo! Voilà!... Moja Venus pewno w spiżarni, ustrojona w wianki cebuli” – pomyślał Ryszard, ale już obojętnie. Czuł w sobie znużenie i krańcową apatię.

Weszło do pokoju dwóch mężczyzn. Trawkowski ojciec i syn. Denhoff od pierwszego rzutu oka poznał, czego może się po nich spodziewać, zwłaszcza że poprzednio słyszał w przedpokoju cichą, prędką rozmowę. To Trawkowska uprzedzała męża i ojca o gościu, oraz o celu jego przyjazdu. Młodzieniec powtórzył prośbę o oddanie mu klęcznika, oraz listów z hebanowej szafki, o innych drobiazgach zamilknął, bo i tak już zwalczał siebie. Obiecywał za klęcznik zapłacić, ale nic nie wskórał. Młody szlachcic na wszystko ruszał głową przecząco, stary zaś poklepał Denhoffa po łopatce i rzekł:

– Hę, hę, dobrodzieju, a dy już przestań z tym klęcznikiem, niech już tu zostanie. Pójdźmy napijemy się piwa, bo gorąco i burza idzie. „Panicz” skoczył jakby pod dotknięciem bata.

– Wolno panom odmawiać mi tego, o co proszę, lecz nie wolno poufalić się ze mną. Do widzenia!

Wybiegł z domu, wzburzony, drżący. Zawahał się, iść do parku, czy nie? Podszedł do figury Matki Boskiej i oparł czoło o zimny metal jej płaszcza. Mszyste róże kwitły tu obficie, z głębin parku nadlatywały wonie duszne, znajome, ach jak znajome. Szumiały korony drzew, wabiąc młodzieńca do siebie. Już, już chciał ulec tej pokusie przeogromnej, gdy trzasnęły drzwi wchodowe domu.

Denhoff zesztywniał. Rzucił spojrzenie ostatnie, łzawe, rozpaczne spojrzenie na park szumiący i wolnym krokiem przez gęsty tunel grabowy poszedł do budynków. Spotkanemu stangretowi kazał zaprząc kasztany do nowego powozu. Ale spotkała go niespodziewana owacja. Stangret i kilku fornali obrządzających konie na południe, rzuciło się do dawnego dziedzica z powitaniem. Całowano go w ręce, jakiś chłopak podjął go pod nogi. Ludzie ci wyrażali po swojemu żal, po stracie ulubionego pana, kilku z nich miało w oczach łzy. Nagle zza węgła obory wysunęła się smukła postać Anulki. Ze szlochaniem dopadła do „panicza”, klęknęła i głowę jasną jak len przytuliła do jego kolan.

Denhoff wielką siłą woli powstrzymywał płacz. Rozrzewnił go żal całej służby.

– Gdzież teraz jesteś Anulka?

– W domu, jaśnie paniczu, w czworakach u ojców; nie będem służyła u tych ślachciarów – mówiła łkając.

Ryszard sięgnął do kieszeni, pragnął ofiarować im wszystkim jakiś datek, ale od razu uprzytomnił sobie z przeraźliwą trzeźwością, że... nie ma na to. On, Denhoff, „panicz”, dziedzic Wodzewa, nie może już teraz dać nawet po rublu tym oto ludziom, żegnającym go tak serdecznie bo... nie wystarczy mu na wyjazd stąd... Okrutna ironio losu! Cios mściwy nazbyt i bolesny. Denhoff a oblał war wstydu i okropnego upokorzenia. Była to dlań chwila jedna z najcięższych w życiu.

Takie momenty kują człowieka w stal albo go łamią.

„Panicz” uśmiechnął się przychylnie do służby i każdego z nich pocałował w głowę. Za ich serce zapłacił im już tylko sercem.

Tak pożegnał Wodzewo. Goniły za nim żałosne spojrzenia dawnych jego ludzi i gonił szum parku tęskny, podniecony nadlatującą burzą. Z daleka huczał grom, niebo zaćmiło się ołowianą chmurą, rozdzierały je jaskrawozłote błyskawice.

Denhoff jechał do Worczyna.



XIX

W Worczynie, podczas obiadu, Paszowski opowiadał zgromadzonej rodzinie o bytności swej w Sołowie, na jarmarku. Poznał tam nowych właścicieli Wodzewa. Pan Wojciech mówił:

– Kilku ich tam było, zięciów, synów, szwagrów, panie mój, każdy czerwony, tęgi, zdrowy chłop, że choć do cepa. Ten Sałaciński, źle się nazywa, za wiotko, powinien był Sadłowski albo Szynkoski, bo tłusty i jędrny jak tur. Opięty w jasnokawowe ubranie, tak szczelnie, że aż na nim pęka, buty z cholewami lakierowanymi świecą z daleka, kurta, panie mój, kapie od szamerunków, ręce trzyma odstawione szeroko w łokciach, pewno dlatego, żeby lepiej widzieć jaką ma figurę. Siedząc, nogi ustawia daleko od siebie, a ręce, tak samo wydęte w ramionach, opiera na udach. To taki, panie mój, zaściankowy szyk, przy tym krew tryska prawie z policzków, wąs najeżony pachnie fiksatuarem i dopiero taka jest z niego „piękna mężczyzna”, wszystkie szlachcianki za nim się oglądają.

– Ależ go pan rysuje! Wybornie! jak bym widział takiego zagonowca z pretensjami – rzekł pan Turski.

– Bardzo niesympatyczny typ – dodał Paszowski. – Był gdzieś ekonomem, teraz ożenił się z Powalską z Szufli i już chce być dziedzicem. Fanfaron wielki.

– Jakaż jest ta Sałacińska, podobno była za granicą? – spytała Ziula.

– Ee! „I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu” – mówi przysłowie. Widziałem ją jak szła przez rynek, suknię podniosła aż do pasa, ale halka długa i suta, krzycząca gwałtu swym kolorem, ciągnęła się po piasku, to także taki szufloski nie wykorzeniony szyk, głowa już w modnych lokach, tylko że cała figura zatacza się jakoś nieelegancko. At sobie „pacunelka”, nawet niebrzydka.

Pan Wojciech jął opowiadać, jak stary Trawkowski głosił w Sołowie, że będzie sprzedawał część mebli z Wodzewa i radził się jakby sprzedać... tapety, bo są „piękne a dzieciska pomażą i porobią z nich mapy”.

– Poradziłem mu, żeby kwaczem umaczanym w gorącej wodzie przeciągnął po ścianach, to rolki odwilgną, wtedy się je pozdejmuje, zwinie w trąbki i sprzeda.

– Wyborna rada! – śmiała się Ira.

– Dalibóg! tak z niego zakpiłem, nie wiem; czy się na tym poznał czy nie? Ale z firanek do okien, z których każda kosztowała wyżej stu rubli, Trawkowska porobi sobie balowe suknie, za to ręczę, do potomności przejdą te tkaniny firankowe!

Paszowski i Turski zaczęli sobie przypominać czasy, kiedy jeszcze Trawkowski był zwykłym szlachcicem mizerakiem we wsi Zaokopowo, położonej obok Wodzewa. Sam wówczas orał i siał, gdy zaś ojciec pana Turskiego, dziadek Marysia, kupił kiedyś woły w Sołowie; Trawkowski sam ofiarował przypędzić do Worczyna, za co dostał poczęstunek, ale poprosił jeszcze o parę groszy na piwo, uzyskawszy zapłatę, odszedł wielce zadowolony z zarobku.

– Niech tato opowie o tym weselu, na którym był – przypominał Teoś.

– A to, panie mój, w Szuflach u starego Powalskiego. Wychodziła wówczas za mąż, najstarsza córka, Teresa. Kochała się nieboraczka w jakimś tam chłopaku, pewno w takim, co to też jest „piękna mężczyzna”, ale w biednym, ojciec zaś nie uważając na amory córki, wydawał ją za starszego lecz bogatego sąsiada. Mnie zaprosili na to wesele. Więc, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, jak już odbyła się ceremonia błogosławieństwa i wyszli na ganek przed odjazdem do ślubu, panna młoda w bek. Płacze niebożątko, a szlocha, a zanosi się, że litość brała patrzeć na nią. Matka i my wszyscy uspokajamy, jak kto umie, tymczasem ojciec, stary Powalski, pogroził jej pięścią i zawołał: „Cicho! pamiętaj Terecha, bo kozicą”. Groźba wybicia kozicą czyli trzonem od bata, poskutkowała na zahukaną dziewczyninę, zlękła się i ucichła. Pękaliśmy ze śmiechu. Tak było z córką najstarszą, teraz już najmłodszą wysłał za granicę na naukę. Świat postępuje! tylko nie wiem, czego ona się tam uczyła, bo dalibóg nie wygląda na inteligentną. Ale to zdrowa generacja, świeża krew, kulturę wchłoną prędko, właściwie trzeba by ich popierać, lecz jeszcze rażą.

– Tacy ludzie, taka młoda szlachta jak ci Powalscy, Sałacińscy, Trawkowscy, zaleją całą okolicę – rzekł Turski ze smutkiem – stare zaś i znane rody polskie zanikają powoli jeden za drugim, synowie ich opuszczają zagon rodzinny po dziadach i pradziadach. Niewesołe dla nas horoskopy.

– Jestem pewny, że ten Powalski myśli o zagarnięciu z czasem i Worczyna, przez ożenienie się kiedy którego z nich z jaką Turską – mówił Paszowski.

– To się nigdy nie spełni – rzekł twardo ojciec Marysia.

Powstano od stołu. Na dworze zrywała się burza. Wiatr, niby podmuch tytana, szarpał gałęźmi drzew, giął je z wściekłością. Z ziemi podnosił kłęby siwej kurzawy i targał nimi, kręcąc wirem zapamiętałym, lub ciskając na trawniki sypkie fale piasku, mrok gęsty zasnuł świat, chmura szła groźna, wielka i nabrzmiała. Przewalała się ciężarem maglów huczących nieustannie. Zwały szarorude niosły w sobie stek ponury, parły naprzód okropną masą, złowrogie, niemal potworne. Jaskrawe światło buchnęło z cielska chmury błyskawicą... i wnet runęły grzmoty. Wark i łomot toczył się z dala, niby z krańców horyzontu i biegł w górę nieba, coraz hałaśliwszy, ryczący niezwalczoną okropną mocą. Znowu blask, teraz wężyk ognisty śmignął złotą iglicą, ukłuł chmurę zjadliwych gzygzakiem. Uderzył pierwszy grom. Zadrżały szyby w oknach dworu worczyńskiego i już huk. nie przestawał wstrząsać światem. Niebo szalało. Chmury czarne kłębiły się w górnych sferach, rozdzierane krwawym ogniem błyskawic i piorunowych pogiętych strzał. Cały świat wyglądał jak w płomieniach. Były chwile, że zdawało się masy ogniste zaleją ziemię, to znów ciemność następowała po oślepiających pożogach, że przerażenie chwytało jeszcze silniej, jakby w obawie kataklizmu przyrody, miażdżącego świat. Ziemia dygotała pod obuchami walącymi z chmur, ryk, skowyt rozigranych żywiołów budził panikę w naturze. Drzewa przycichły trwożnie, nad nimi zaś borykały się spiętrzone wulkany chmur, ziejące potokami żaru. W powietrzu czuć było zapach siarki, atmosfera duszna gniotła piersi ludzkie, płuca nie mogły swobodnie oddychać. Kanonada niebieska postanowiła jakby zrujnować ziemię i jej twory, wzburzoną potęgą elektryczności.

– Nie pamiętam już takiej burzy – zawołał Paszowski. – A słowo stało się ciałem! trzeba wyjrzeć na dziedziniec, bo może się gdzie pali, toż to żywy ogień z nieba leci.

Kobiety klęcząc odmawiały litanię żarliwie, pani Turska chodziła po pokojach dzwoniąc dzwoneczkiem loretańskim. Marian i jego żona niepokoili się o Turów. Wtem Ziula krzyknęła:

– Ktoś przyjechał! jakiś powóz.

Irena powstała z klęczek i wybiegła do przedpokoju. Obecni usłyszeli nagle jej głośny okrzyk:

– Dziudzio!!

– Dalibóg! A to co, razem z piorunami?– zawtórował bas Paszowskiego.

Wszyscy znaleźli się w sieniach, gdzie już Denhoff witał Irenę. Powstał nieopisany gwar, rodzina Turskich i Paszowscy otoczyli Denhoffa ciepłym, serdecznym powitaniem. Zapomniano o burzy. Każdy pytał ,,panicza”, skąd jedzie i dlaczego w taką pogodę. Denhoff odczuł w gronie tej rodziny szczerą przychylność dla siebie, w duszy załkał mu żal, że już ich opuści. Wzruszony do głębi, całował kobiety po rękach z uczuciem syna i brata.

– Byłem w Wodzewie, wygnała mnie stamtąd burza, pod gromami, w świetle błyskawic przejechałem granicę mej ziemi ostatni li raz – rzekł bardzo smutnym głosem.

W salonie Denhoff opowiadał co go spotkało u Trawkowskich; mówił, że nawet pożegnać nie mógł klęcznika matki, że już nigdy nie zobaczy Rafaelowskiej Madonny, tak drogiej pamiątki z Pniewa i z lat dziecinnych. Usta drżały, powieki zaczerwieniły się, nabierając łzami płynącymi z serca. Ale wytrzymał, nie zapłakał nawet wobec osób najżyczliwszych sobie. Zmógł się, zacisnął szczęki, łkanie wtłoczył przemocą w głąb piersi. Wówczas odetchnął szeroko, jakby z ulgą, że słabość duszy skruszył, może już raz na zawsze. Wszyscy zauważyli walkę jego, lecz udali, że nic nie widzą. Pan Turski pomyślał: „Ira i Maryś znają go dobrze, on nie upadnie”.

Burza ucichła, padał teraz zlewny deszcz, fala wody zaćmiła świat.

Szum obfity kaskady dżdżu odświeżył ziemię i powietrze, przestrzeń nabrała mocy rzęży/ej, pachnącej kąpielą zdrową i młodzieńczym, dreszczem, tak jakby chrzest ^po grzechach oczyszczenie. Panny pootwierały okna i pomimo odprysków deszczu wychyliły głowy na zewnątrz, by pić ożywczy prąd zroszonych roztoczy. Denhoff stanął obok Iry i chłodził rozpaloną twarz. Gdy strumienie wody powoli zmniejszały się, odsłaniając drzewa skąpane i świeże, trawniki lśniące, jakby usiane szmaragdowym pyłem, Denhoff zawołał radośnie:

– Niech pani patrzy na prawo.

– Tęcza! Jaka piękna i bogata.

– To wróżba dla mnie, panno Iro; to... moja tęcza. Wpatrzył się z nabożeństwem w strojną w siedmiobarwną szarfę, rzuconą z wielkim rozmachem na mętne obłoki.

– W oczach prawie rośnie, nabiera kolorów coraz cenniejszych, widzicie państwo?! Ryszard spojrzał po obecnych.

Młodzi Turscy stali przy oknie przytuleni do siebie, zakochani. Oczy Maryli, odbijały w źrenicach wszystkie farby malownicze] wstęgi niebios, Maryś pochłaniał wzrokiem młodą żonę, tworzyli razem grupę uosobienia szczęścia. Ziula i Rymsza byli może mniej idealni, niż w początkach swych uczuć, ale bliżsi siebie, tak jakby odbywszy podróż wśród gwiazd, spadli razem na ziemię i tu odnaleźli się realnie.

Denhoff wyraził im swą myśl, w formie delikatnego zapytania. Rymsza odrzekł:

– Odgadł pan trafnie. My z panną Ziulą sławni marzyciele, błądziliśmy trochę po sferach nadziemskich, stamtąd moja narzeczona sfrunęła z impetem w duszną strefę analizy, debatów, skąd wiodą dwie drogi, do rozejścia się lub do połączenia.

– U nas przeważyło to drugie, jesteśmy w przededniu szczęścia – dokończyła Ziula. Ryszard westchnął:

– Tak tu u państwa ciepło, tak miękko i rozkosznie. Gniazdo rodzinne, domowe niegasnące ognisko, o którym zawsze marzyłem. Miłuję takie życie na wsi, w otoczeniu rodziny, wśród drogich osób, wspólnych myśli i uczuć, kocham podobne istnienia, lecz długo nie zaznam ich jeszcze, bo teren odpowiedni straciłem, ten oto deszcz zalał ostatni płomyk nadziei domowego ogniska, piastowany w mej duszy od dawna. Ze mną jest tak: jak coś ukocham, to mi się rozwieje, jak po co już sięgam, to mi w palcach pryska, na co spojrzę, oczyma rozmiłowanymi to zaczyna mi skakać, drgać, aż runie w przepaść. Cechą mego bytu jest miraż, sam go stwarzam z realności. Prawdę trzymaną w ręku cisnę zawsze na odmęty i powstaje z niej fatamorgana. Czy to już mój los niezmienny?

Ryszard przebył w Worczynie jeden dzień. Państwo Turscy zatrzymywali go na dłużej lecz nie chciał. Ziula prosiła, aby był na jej ślubie i tego nie obiecywał, mówiąc, że im prędzej pożegna ukochane miejsca, tym łatwiej otrząśnie się z marzeń i wspomnień, zabójczych już dla niego. Przez ciąg ostatniego dnia pobytu w Worczynie żył wspomnieniami, wszyscy zaś dokładali do nich własne pamiątki, co wytworzyło jakby dziennik odczytywany głośno. Ksiądz Janusz przyjechał umyślnie, aby pożegnać „panicza”, on również przypomniał pierwsze swe poznanie Denhoffa.

– Było to w maju przed dwoma laty – mówił ksiądz. – Słyszałem już wiele o panu, alem go nie znał. Aż tu raz panna Ira i Ziula przyjechały na ranną mszę do Okorowa. Po kościele przyszły do plebanii, raptem... hop! coś ogromnego skoczyło przez sztachety do ogródka. Patrzę, młodzieniec bardzo elegancki na koniu, a tu już panny krzyczą: „pan Denhoff, pan Denhoff”. Wyobraźcie sobie państwo, konno przeskoczył ogrodzenie jak piłka! I co się okazało, oto ktoś mu powiedział w Wodzowie przy śniadaniu, że panny z Worczyna pojechały na mszę i nie darował. Od razu mi się pan z tego podobał!

Irena śmiała się.

– Bo to wówczas proboszczu, weszło w zwyczaj, że pan Ryszard bywał w Worczynie codziennie, na obiedzie lub kolacji, żartowałyśmy, że nigdy nie był jeszcze na śniadaniu, wtedy zaś po mszy odprowadził nas do domu i pił śniadanie z nami.

– Po drodze zaś pani mi opowiadała o mych szansach u jakichś tam panien w okolicy. Pamięta pani własne słowa, po francusku, w dyskrecji przed stangretem? „Vous avez de la chance, monsieur”, odpowiedziałem pani na to „on trovue de la chanse là, où on ne la cherche pas”. Hej, Boże miły! gdzie są te czasy. Już i Jeny wierzchówki nie ma w Wodzewie, służą Trawkowskim.

– Nie tylko Jena – rzekł ksiądz – ale oburzyło mnie to, że w stalli pana, pod herbem Denhoffów siadają ci obywatele zaokopowscy. To mnie tak razi, że sam się za to karcę i nie umiem być pobłażliwym.

Ryszard zrobił zabawną minę.

– Niech oni sobie myślą, że odziedziczyli nawet mój herb będąc panią Trawkowską, oddałbym za tę cenę bodaj... obrączkę do serwety...

Irena pokazała Denhoffowi swój obraz, malowany z natury. Przedstawiał część lasu turowskiego z polanką, gdzie niegdyś odbyła się majówka. Płótno wykończone zupełnie, wywarło na Ryszardzie wielkie wrażenie. Patrzył długą chwilę na jasne kopy rozwitych brzóz, na perspektywę wśród drzew ze świecącą wodą rzeki w oddali, na wspaniałe krzewy pierzastych paproci. Przeszłość cudowna żywo stanęła mu w myśli. Twarz mu drgała, ręce trzęsły się nerwowo. Nagle bez zastanowienia, wiedziony jedynie gwałtownym odruchem rozpaczy, chwycił duży pędzel, umoczył go w masie szarych farb, rozrobionych na palecie i z całą satysfakcją, z żarłoczną żądzą niszczenia smarował pędzlem po obrazie na oślep, od góry do dołu. Świeże barwy brzóz, bukiety paproci zamazywał, patrząc jak nikną śliczne drzewa, jak błotnista, brzydka powłoka gubi je w sobie, zatraca, niweczy całkowicie pamiątkowy widok.

– Co pan robi! – krzyknęła Irena.

On nie uważał, z dzikim wyrazem na twarzy ze złośliwym błyskiem oczu niszczył i niszczył bez przerwy. Irena przerażona jego czynem, niezdolna była powstrzymać go od tego, żal porwał ją za udatną pracą, lecz szczególny wygląd Ryszarda wstrzymał jej protest, nie zatrzymała jego ręki, niszczącej tak, jakby to własna jej ręka mściła się na nieszczęsnym obrazie. Cisza zapanowała w pokoju, tylko szybki oddech Denhoffa, szelest farb i pędzla świadczył, że się tu coś spełnia. Ryszard zamazywał dotąd, aż mu dłoń ścierpła. Widok lasu pokryła szara farba gdzieniegdzie przeświecał leciuchny cień zieleni, lub błękitu nieba. Gdy pędzel wypadł z palców Denhoffa, ujrzeli na boku obrazu, nie ruszane samotne drzewo, dziwnie ono odbijało od tej szarobłotnej przestrzeni, miało wygląd człowieka stojącego ,na pobojowisku; głusz i milczenie, pustka dokoła i on sam jeden opuszczając gałęzie ku ziemi bezradny, dziwnie smutny.

Młodzieniec szepnął:

– Widzi pani oto jestem ja, tego drzewa nie zdążyłem zniszczyć... to mój symbol.

Irena odczuła to samo. Nie robiła mu wymówek, bo to był wybuch jego uczuć, uszanowała je. Denhoff ochłonąwszy, przepraszał ją za swój wybryk, całował jej ręce rozdrganymi wargami i mówił:

– Nie mogłem, nie mogłem patrzeć na ten las, tę łączkę, tam byłem szczęśliwy... tam pokochałem Dorę... to zbyt silne wspomnienie. Ale teraz, gdy już obraz zniszczyłem, gdy pozostał tylko moim symbolem, niech mi go pani ofiaruje.

– Dobrze – odrzekła Irena.

Wyjazd „panicza” z Worczyna był rozrzewniający, żegnali go jak kogoś bliskiego, o którym pamięć pozostanie na zawsze. Zegnał go tak samo i gospodarz Szczepański z kilku chłopami. Denhoff nie mógł oderwać się od tych ludzi. Im więcej widział tu życzliwości dla siebie, im cieplejsza atmosfera domowego szczęścia otaczała go wśród rodziny Turskich, tym trudniejsze było rozstanie. Lecz i ono nadeszło wreszcie. Ryszard uściskany przez obu Turskich i Paszowskich, żegnany całym sercem przez panie i panny, wsiadłszy do wolantu, zdrętwiał zupełnie z nadmiaru wzruszenia. Paszowski, chcąc nadać pożegnaniu weselszą nutę, zawołał rubasznie:

– A jeśli jeszcze kiedy zechcesz, panie mój, prawdę i realność, choćby najskromniejszą zmienić w miraż, to, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, przypomnij sobie tylko Trawkowskich. Oni robią przeciwnie, to co by się zdawało dla nich mirażem, oni właśnie zmieniają w realność, miraże zaś w formie bogini Venus na przykład uważają za nieprzyzwoite i topią je lub coś tam. Jak ci, panie mój, uparta natura „panicza” znowu wylezie na wierzch w nieodpowiedniej chwili, to chlaśnij ją w pysk i niech się rozleci na cztery wiatry. Dalibóg!

– Tak niech się rozleci i już nie wróci! Wodę wazyć, woda będzie! – rzekł Teoś.

Jeszcze jeden moment nad wyraz ciężki. Ryszard spojrzał na. wszystkich bardzo błyszczącymi źrenicami z wewnętrznego podniecenia i wolant ruszył sprzed ganku. Turkot kół z wolna nikł, mętniał aż rozpłynął się w przestrzeni. Panicz odjechał.



XX

Denhoff nie oglądał się za siebie, był jakby ogłuszony, jak dotknięty paraliżem. Martwym wzrokiem spoglądał na mijane pola, na znajome drzewa przydrożne, biernie przypominając różne szczegóły z przeszłości. Wolant przerzynał rozstajne drogi, z daleka widniała duża grupa drzew i krzewów na wzniesieniu. To okopy wodzewskie. Szalona tęsknota ogarnęła go z taką władczą siłą, że nie mógł oprzeć się jej rozkazowi.

– Jedźmy na okopy! koniecznie przez łąki – wydał polecenie. Stangret zdumiał się, lecz skręcił konie na miejscu.

– Jaśnie pan spóźni się na pociąg.

– Wszystko jedno! jedźmy tam prędko, prędko!

Minęli folwark wodzewski, zostawiając go na boku, po czym wolant wtoczył się pomiędzy wielkie sypane wały, obrosłe bujną roślinnością. W parowie głębokim i ciemnym Denhoff zatrzymał konie, wysiadł.

– Poczekajcie tu, ja wkrótce nadejdę – rzekł do stangreta. Poszedł przez obszerną polankę, dążąc do cypla okopów. Pogrążył się w wąską „alejkę Dorydy”. Po obu jej stronach jagody głogów błyskały spomiędzy więdnących liści, jak zakrzepłe sople krwi. Pod stopami Denhoffa uginała się obfita trawa, dzikie róże chwytały go kolcami rozłożystych gałęzi. Cicho tu i zacisznie, jak w nawie kościelnej, świerszcz łąkowy ćwierkał w krzakach, czasem głośny szelest zwiastował bliskość śmigłej jaszczurki, lub polnej myszy. Ryszard szedł sprężyście, walcząc z poczynającym się rozrzewnieniem, odpychał je od siebie, stąpał krokiem twardym po tym cmentarzu wspomnień. Doszedł do miejsca, gdzie stał jego stolik i ławeczka. Ryszard krzyknął lekko, nie było już nic z tego, tylko pusty placyk trawy, zeszpecony pozostałymi po nich otworami. Z dużej świeżej jamki, od nogi stolika, wyglądała wielka żaba ropucha. „Panicz” zdusił skowyt w piersiach, dłoń przeciągnął po czole, mokrym od potu, fałdowanym przez ból. Krokiem mniej pewnym poszedł dalej. W drugim parowie zobaczył dąb ulubiony niegdyś, już ścięty, ociosany, leżący na trawie bezwładnie.

– Gospodarują Trawkowscy! Tak, ci ludzie nie mają ideałów, gotowi wykarczować okopy, orać je i zasadzać kartoflami” – myślał ponuro.

Piął się na cypel z trudem, nogi mu ciążyły w kolanach i w krzyżu czuł nerwowe szarpanie, obezwładniające go. Ale wszedł, stanął na wierzchołku wyniosłego zrębu i patrzył. Dokoła niego, hen, daleko rozpostarte pola rżysk żółtych, łąki szarozielone, zarośla, moczary. Wśród gąszczów kaliny i tarnin, szumi rzeczka, zjeżona grzywą pian, pędzi wartko po kamieniach, niekiedy skacząc z wdziękiem młodzieniaszka, czasem rwąc naprzód z wściekłością i gryząc kamieniste podłoże. Zbałwanione wody porywają gałęzie, kłaczki trawy i szumią i grzmią. „Panicz” nasyca łzawe oczy widokiem wsi leżącej prawie pod okopami, nawet zwie się Zaokopowa; stąd pochodzą Trawkowscy. Ale nie myśli o nich, błądzi wzrokiem po ukochanej okolicy. Tam jego las czerni ciężką barykadą drzew, tam kępa topoli, białe mury folwarku, czerwone dachy, to Worczyn. Zaledwie pół godziny, jak ich wszystkich opuścił i już za nimi tęskni.

– Co oni tam teraz robią? Czy myślą, czy mówią jeszcze o mnie, czy się domyślają, że jestem na okopach i patrzę na dach ich domu? . Ryszard nieśmiało skierował oczy na park wodzewski, był blisko, oddzielony od niego małym skrawkiem pola. Młodzieniec zadrżał. Oto widzi doskonale tę swoją siedzibę dwuletnią i już straconą. Oto sosna „głowonóg” zwieszona dziwacznie nad brzegiem parowu, świeci na niej obrazek Bogarodzicy, to pamiątka po nim. Tam widać aleję modrzewiową, jaka ciemna i piękna, tam dachy budynków, tunel grabowy, tylko domu już ani śladu, schowany w gąszczach parkowych. Nie, owszem, widać, widać szczyt ganku; na tle ciemnego świerku w zachodzie słońca wierzchołek ten błyszczy niby odłamek złota.

Denhoff uniesiony czcią głęboką porwany entuzjastyczną siłą uczucia wyciągnął ramiona i zawołał:

– Domu mój! domu mój, czy ja cię odzyskam!?... Załkał, jęknęło mu w piersi. Pochylił głowę, odruchowo zdjął kapelusz, jakby nad pomnikiem pogrzebanej, drogiej pamiątki. Nie zdając sobie sprawy z tego co robi, ukląkł. Teraz już nie walczył z sobą, nie próbował walczyć. Długo tamowany płacz wybuchnął wulkanicznie, piersi nie mogły znieść takiego naporu skowytów żałosnych, rozpaczliwy krzyk duszy był zbyt potężny, zbyt żywiołowo okrutny by mógł być dłużej więziony. Łzy falą rzęsistą zerwały wszelkie tamy, przebiły się przez zaciśnięte powieki i buchnęło łkanie, straszliwe jak orkan. „Panicz” upadł na ziemię, zatonął w tragicznym szlochaniu w łzach gorzkich, bolesnych. Płakał na grobie marzeń młodzieńczych, na grobie swych ideałów, na grobie tej ziemi własnej, którą postradał, a którą pragnąłby wyrwać teraz z obcego władania. Lecz już nie może. Jest oto słaby, zupełnie bezwolny, leży na ziemi drogiej, umiłowanej nad wszystko, ale już nie jego własnej. Sam ją zmarnował, oddał w ręce swych katów, więc to on jest wrogiem samego siebie, on przez czas dwóch lat kuł gilotynę na własną głowę, aż spadła mu na nią, pokaleczyła i każe żyć. Z ranami, z nożami w sercu pójdzie w świat, z wieczną tęsknotą w zbolałej duszy, z obrazem tego najdroższego szmatu ziemi w oczach, szukających ostoi.

Boże zmiłuj się! Boże daruj mi winy przeciw mej ziemi popełniane. Zsyłaj mi jarzmo karcące jakie zechcesz, będę je dźwigał... tylko pozwól mi tu powrócić, pozwól mi odzyskać ten zagon ubóstwiony, nie odbieraj mi nadziei, że doń powrócę z inną siłą, z hartem w duszy, z mocarną przewagą nad słabością mej jaźni, nad jej wadami. Spraw, niech się stanę innym człowiekiem, daj mi ducha, któryby zwalczał dramat mej natury, jej chwiejność i brak woli. Zostaw mi na otuchę promień wiary, że tę ziemię kiedyś ujrzę znowu, że obejmuję ją miłującym ramieniem, jak matkę swą , że ja powitam tak , jak teraz żegnam. Boże!Boże!Tyś wielki, Tyś wielki,Ty sprawisz to! To się spełni!spełni... to już mój cel!... to się spełnić musi! Młodzieniec modlił się głośno, jakby przed obliczem Stwórcy, całował ziemię i oblewał ją łzami. Chłonął w siebie jej zapach i twórczą moc.Słońce zaszło, cień omotał okopy, że stanęły już w mętnej pomroce wieczornej. Denhoff leżał wciąż wyczerpany, zastygły w swej kontenplacji rozpacznej. Twarz spłakaną wtulił w gęsty kożuch trawy, ciałem jego miotał zimny, przejmujący dreszcz. Dzikie róże, kaliny, zwikłane czeremchy chrzęst swój niosły nad głową bolejącego panicza; szumy te szeptały mu słodko:

Powrócisz do nas, powrócisz.

Rzeczka skręcona w wirach, dudniąc hałaśliwie wołała również:

– Powrócisz! Powrócisz!

Denhoff podniósł się, klęcząc ucałował ziemię z pobożnością, małą jej przygarstkę, wygrzebaną z trawy, schował do portfela, razem z fotografią Dory.

Wstał z kolan, wyprostował się, przez łzy jeszcze patrzył na szarość dokoła. Znikały prawie zarysy okopów. Spojrzał na ostatnią smugę słońca złotoróżową.

Muszę tu powrócić i powrócę! Teraz... w świat!

Szybko zbiegł z cypla, ciągle w tej smudze przejasnej świecącej mu przed oczyma, tak dopadł do wolantu. Wyjechał z parowu na drogę, okopy szumiały za nim:

– Wróć do nas i trwaj wśród nas.

– Żegnaj synu, ale wróć – wołała za nim jego ziemia.

– Powrócę tu, muszę powrócić! – krzyknął z niebywałym ogromem pragnień.

Z obietnicą na ustach, z pożądaniem w sercu panicz ruszył w świat.


Szanowna i Dobra panno Ireno!

Nie pisałem całą jesień i pół zimy, bo cóż bym opisywał? Moje staranie, staranie się o posadę? Ach to nieciekawe! Niewesołe to było, ale trudne niezmiernie. I oto przebrnąłem tę drogę dla mnie obcą i kolczastą, jestem już wciągnięty w jarzmo, pracuję. Dostałem posadę bardzo skromną, ale na wsi; na Ukrainie jestem pomocnikiem rządcy. Od rana do nocy mozół i twardy regulamin. Trzeba to cierpieć „a cel tak daleki, a droga tak ciężka”. Zaopatrzony w wizję wymarzonej przyszłości dźwigam swą niewolę i dążę naprzód. Pani nie myślała chyba ani na chwilę, że zostanę na łasce rodziny lub Rosoławskiego? Nie. Pani zna moją duszę.

„Kogo przypadek nie wywyższył, tego nieszczęście nie poniży” mówi Lineusz, ja bym nie potrafił poniżyć się, byłem lekki, lecz ambitny i takim pozostałem. Czy pani uwierzy, że mam teraz pensji rocznej 400 rubli i żyję, a nawet względnie dobrze się czuję? Przez swą lekkomyślność muszę być teraz na służbie, to kara za ziemię utraconą. Gdy mam chwilę wolną, rozmyślam o Wodzewie, słyszę rozmowę moich drzew w parku, zalatuje tu do mnie na ukraińskie łany szum sosen na okopach i chrzęst zarośli z mego cypla, z „alejki Dorydy”. Tak mnie to kołysze, zapach mej ziemi, który aż tu czuję, upaja mnie, odsuwa choć na moment od rzeczywistości. Melodia z mego Wodzewa gra mi tu bez przerwy. Sny moje chyba już nie powrócą? Prześladuje mnie szare, wstrętne widmo rzeczywistości. Mara ta, po zgaszeniu ostatniego promyka z migotliwej gwiazdy mego istnienia, postępuje już nierozłącznie przede mną, pozwalając mi tylko wspominać. Wspomnienia, panno Iro, czyż wystarczą? Ja tam zawsze buduję zamki na lodzie z przekonaniem, że może one będą „fundamentem pod przyszłe pałace”. Prawda życiowa, która mnie teraz otacza, otwiera mi oczy na wszystkie znikomości życia, myśleć o tym , o czym by się pragnęło zapomnieć, by nie czuć bólu. Wspomnienia mnie jednak pożerają, silniejsze są niż rozsądek, są zarazem zgrzytem i ukojeniem.

Walczę i zwyciężam siebie, dlatego właśnie jestem zwycięzcą, że potrafię walczyć. Czemuż ja tego dawniej nie umiałem? Cierpię bardzo, ale mówię sobie, że dopiero teraz żyję. Dawniej to była słodka wegetacja, to jakby nieustanne dolce far niente w zapachu róż w blasku słońca. Teraz jest życie, twarde, obowiązkowe życie.

Dura lex sed lex! i antydotu na to nie widzę. Bo i jakiż? Pracować muszę, nie mam Wodzewa, nie mam domu, jestem oficjalistą. Słyszy pani?... oficjalistą, ładny spad z tytułu „panicza” prawda? Napisałem to do panny Dory, odpowiedziała mi , że teraz jestem stokroć więcej wart, niż za czasów wodzewskich. Może to słuszne, dla mnie jeszcze – dziwne. Ha! i do tego przyzwyczaić się trzeba. Czy pani wierzy w istnienie takiej bestii nadprzyrodzonej pod nazwą Fatum? Och! ono grasuje pomiędzy ludźmi. Jest ohydą przejmujące, groźne jak przyszłość zbrodniarza. Fatum ma swych wybranych, przeczuwa ich poczęcie w łonie matki, jest przy urodzeniu, kołysze niemowlę i czuwa nad nim. Czuwa z pietyzmem, ze starannością.

Tragiczna niańka!

Czasem zasypia, ale budzi się jeszcze złośliwsze, okrutniejsze, z nowym napływem jadu w plugawej paszczy. Jego działalność, to rywalka piekielnych mąk. Urocze kwiaty marzeń zmienia jednym chuchnięciem w suche, nędzne badyle. Kolorową przędzę z tęczy, w ręku tych, którymi się opiekuje, przemienia mocą swego jadu w brudny powróz co dławi. Gwiazdy łowione przez jego pupilów, przeistacza w robaczywy bób, ciepłe pasma słońca w palące się kłapcie słomy, ideały w prozę najstraszniejszą bo najpospolitszą. Tak jest ze mną, to mój dogmat dotychczasowy. Jestem może wychowańcem fatum? Ono rozciąga nade mną opiekę i czuwa, bym się nie wyrwał z tych kleszczów. Rój mych marzeń tak oto bezecnie zmiażdżył, tak mi duszę zdeprawował, że czuję się niby odarty z szat, bez uczucia wstydu. Nawet mi nie jest źle, tylko bardzo niewyraźnie. Nigdy dotąd nie miałem takiego uczucia pustki, ale nie duchowej, lecz wyłącznej pustki bólu, jakby wszystkie fibry, ból rodzące, zanikły. Odczuwam głuszę niebywałą, jakbym był w letargu. Jeden punkt niby grot utkwiony, punkt bolesny, to serce, ono mnie boli jak rana, reszta istoty obumarła. Nerwy moje poszarpały się już na strzępy, miały na to czas, wszystko trwa do czasu na tym świecie. Całość mej istoty jest obecnie roztrzęsiona, nie ma oparcia, to nie materia, to rozległa przestrzeń. Pani pomyśli sobie, że zawsze tak samo było? Nie, teraz jest nie to, co dawniej. Umysł mój wiruje osobno i lotniej, dusza zaś podległa moralnemu rozkładowi, jest rozwiana w abstrakcji nieuchwytnej, męczącej. Duch z przestworzy wyławia coraz nowe wizje i nasuwa jej, tej roztarganej jaźni, ona je chwyta, by fantazjować po swojemu. Że zaś istota moja, z powodu braku konkretności materialnej cierpi, więc wizje swe oświetla piekącymi ogniskami cynizmu. To już nie pesymistyczna mgła, to już cynizm. Tylko fatum bluzga śmiechem!

Wyszedłem z mego milieu, zżyłem się z nim od kolebki, obecna sfera ludzi, otaczająca mnie, jest mi nie znaną. Ale ponieważ będę obracał się wśród niej bardzo długo, może już całe życie, zatem chcę ją polubić. Napiszę do pana Paszowskiego, że z naturą moją nie obchodzę się tak brutalnie, jak mi doradzał, lecz jednak, że przyciszam ją w sobie z dobrym skutkiem. Tak panno Iro, rzuciły mnie losy daleko od was wszystkich, ale i pani pracuje, tylko odmiennie. Pani w Krakowie dąży do swych celów, panna Dora suszy sobie główkę na uniwersytecie, ja zaś w otoczeniu fornali, parobków przy rolnej pracy, wśród natury, pragnę, marzę, tęsknię, oraz idę do jedynego już ideału – odzyskania Wodzewa. Odzyskam go, bo chcę! Cała dusza moja, serce, nerwy, krew, wszystko, co we mnie czuje i tęskni, wszystko mnie tam gna, aż kiedyś... kiedyś na zagon wodzewski „panicz” powróci! To nie są puste słowa, proszę w nie wierzyć tak, jak ja wierzę.



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.