FANDOM



Pamiętnik Wacławy

Ze wspomnień młodej panny

Eliza Orzeszkowa

¤ ¤ ¤ ¤

Hermann Fenner-Behmer - De quoi écrire




Tom I

Jutrzenka życia

Rozdział I

Byłam w przededniu opuszczenia zakładu naukowego, w którym przepędziłam lat ośm, a jako pensjonarka na wylocie stałam na stopie pewnej emancypacji i od kilku tygodni otrzymałam przywilej posiadania osobnego malutkiego pokoiku.

W tym tedy osobnym pokoiku, wieczorem, siedziałam na niskim drewnianym stołeczku przed palącym się w piecu ogniskiem. Patrząc w płomień machinalnie, słuchałam, jak z jednej strony dźwięczał po szybach okien deszcz marcowy, z drugiej rój koleżanek moich wrzał ruchem i gwarem w odległych salach i korytarzach.

Ostatni to wieczór przepędzałam na pensji. Nie miałam już na sobie szkolnego munduru z zielonej wełnianej materii, ale ubrana byłam w brązowy jedwabny szlafroczek, delikatna koronka otaczała mi szyję i ręce, a na piersi wił się złoty łańcuszek pierwszy raz włożonego przeze mnie zegarka. Modny ten szlafroczek, koronki i zegarek, wraz z karetą i służbą, przysłała mi matka moja, do której z pensji odjechać na wieś miałam.

Ze wszystkich ładnych rzeczy, które mi przywieziono, najbardziej mię ucieszył śliczny malutki zegareczek. Zostawał on czas jakiś w prawdziwym niebezpieczeństwie, bo otrzymawszy go co minutę prawie wydobywałam zza paska, otwierałam, obracałam na różne strony, cofałam, posuwałam niewinne od wszelkiego opóźnienia lub pośpiechu wskazówki.

Przez cały dzień jednak, nabawiwszy się do syta cackiem, będącym mi niby dyplomem na godność dorosłej panny, nie myślałam już o nim siedząc wieczorem naprzeciw ognia, a myśl moja biegła w świat nieznany, który nazajutrz miał się otworzyć przede mną.

Nieznany? Zupełnie takim nie był on dla mnie. Widywałam go już w marzeniach moich, słyszałam o nim od starszych koleżanek, spotykałam go niekiedy we wspomnieniach lat dziecinnych w domu rodziców spędzonych.

W owej chwili utonęłam całkiem w marzeniach. Zapomniałam o drewnianym stołeczku, na którym siedziałam, a wydało mi się, że fala jakichś wód błękitnych, kołysząc się miękko, unosi mię kędyś... kędyś, skąd dolatują do mnie akordy oddalonej muzyki i niewyraźna wrzawa mnóstwa zmieszanych głosów. Przymknęłam oczy i straciłam pamięć rzeczy, które mię otaczały. Splątane myśli roiły się po mej głowie jak szybko mknące motyle; nie było w nich ciągu ni ładu, a fala marzeń niosła mię coraz prędzej w przestrzeń szeroką, promienistą, wonną, pod stopy borów ciemnych, między zielone góry, strumieniami przerżnięte, wśród których wiedziałam, że stał piękny dom mojej matki.

I w jej objęcia naprzód rzuciły mię marzenia moje; zobaczyłam oczy mojej matki utkwione we mnie, a z czułością i pocałunek jej na mym czole poczułam. Aliści trwało to tylko sekundę; fala unosząca mię poruszyła się i wraz ze mną zawisła nad jakimś nie znanym mi a czarującym miejscem.

Żaden monarcha tego świata nie posiada, żaden bajarz wschodni nie wyśnił w swych mitach takiego pałacu, takiego zamczyska zaczarowanej piękności, jakiego obraz nosi w swej głowie każda dorastająca pensjonarka. Ten pałac, to zamczysko, zbudowane z kryształu, tęcz i brylantów, to świat, w który ma ona wstąpić. Wszystko jest w tym świecie: piękna suknia, złote cacka, ludzkie pochwały i oklaski, sala balowa, trwożny obraz miłości, uboga chatka z mieszkańcami wzywającymi litości młodego serca, niewyraźne przeczucia cierpień życiowych niby szare plamki na tle jaskrawym.

Fala, która mię unosiła z tych przeróżnych części wielkiego obrazu, wybrała salę balową i nad nią wraz ze mną zawisła.

Nie wiedziałam dokładnie, jak ma wyglądać w szczegółach sala balowa. Migotały przed mymi oczami tylko wspomnienia zabaw, jakie, małym dziecięciem będąc, widywałam w domu u rodziców. Koleżanki moje, starsze ode mnie, a wracające z wakacji, opowiadały mi nieraz cuda o wieczorach i balach, do których przypuszczane były jako prawie dorosłe już panny; w ostatnim roku pobytu na pensji czytywałam wiele powieści i z nich zaczerpnęłam wiedzy o wrzawie światowej.

Patrząc w płomienie, które kołysały się w różne strony mnóstwem żółtych ognistych języków, zobaczyłam przestrzeń obszerną, zalaną eteryczną atmosferą światła i woni.

Pośród eteru tego wznosił się rój istot półludzkich, półfantastycznych. Byłam pewna, że to chór archaniołów. Zamiast w suknie zwyczajne odziane one były w różnobarwne obłoczki, nad białymi twarzami miały zawieszone wieńce, a u piersi ich błyszczały diamenty nie tak przecie silnym blaskiem, jakim płonęły ich rozradowane oczy. Istoty te brały się za ręce i wirowały w szybkim tańcu albo przechadzały się wolno pod ścianami obwieszonymi smugami światła i szeptały między sobą, a szept ich wydawał się podobnym do tego szmeru, jaki wydają młode, listki brzozowego gaju poruszone wiosennym wietrzykiem.

Fala moja przestała się kołysać i wraz ze mną stanęła pośrodku światłej przestrzeni. Poczułam zawrót głowy, bo chóry archaniołów zwróciły się w moją stronę i utkwiły we mnie oczy.

Zdawało się, że to olimpijskie zebranie pytało niespokojnie, kim jest i jakim nowy do ich grona przybysz, a twarz moją, postać, różowy obłoczek z gazy, który mię okrywał, poddawało ścisłemu rozbiorowi.

Myślałam, że zemdleję z pomieszania i trwogi, ale przykre uczucie to krótko trwało, bo postrzegłam między archaniołami ruch wielce dla mnie przychylny, usłyszałam usta ich szepcące pochwały na cześć moich oczu, włosów, kibici i sukni z różowej gazy. Poczułam rozkoszne łechtanie około serca, podniosłam głowę z tryumfem i zaczęłam wraz z innymi wirować w szybkim tańcu po ziemi, która wyglądała jak zwierciadło albo jak szyba wód spokojnych.

Fala moja kołysała się coraz żywiej i niosła mię coraz prędzej między tłum, który mię chwalił, w wir tańca odurzającego, aż zatrzymała się nagle, a na niej już nie ja jedna stałam, ale stał obok mnie ktoś nieznany czy na wpół znany i patrzył na mnie dziwnymi oczami.

Czułam tylko na sobie to spojrzenie, bom go widzieć nie mogła. Ciężar nieśmiałości i wzruszenia w dół mi kłonił powieki. Gdy nareszcie przemogła ciekawość i podniosłam oczy, zobaczyłam mężczyznę zupełnie podobnego do bohatera ostatniej czytanej przeze mnie powieści.

Miał ten sam wzrost, te same włosy i oczy i mówił do mnie te same słowa, jakimi powieściowy bohater przemawiał do swej bohdanki.

Wstyd mię ogarnął niezmierny, poczułam chęć do ucieczki, zakryłam oczy dłońmi i zeskoczywszy z fali, która mię unosiła, znalazłam się siedzącą na moim niskim drewnianym stołeczku.

Parsknęłam głośnym śmiechem i odjęłam dłonie od oczu.



Rozdział II

Nade mną pochyliła się dobrze mi znana głowa piastunki mojej, w czepcu śnieżnej białości, spod którego wyglądały pasma włosów siwych, z oczami, które łagodnie i rozumnie patrzyły zza okularów. Uśmiechnęłam się do kobiety, która od urodzenia mego aż dotąd nie odstępowała mię ni na dzień jeden, i patrzyłyśmy na siebie przez chwilę. Wydało mi się, że w poczciwych oczach mojej piastunki malował się niepokój.

— O czym tak długo myślałaś, Waciu? — spytała siadając naprzeciw mnie na krześle.

— O pierwszym balu, na jakim się znajdę — odpowiedziałam bez wahania, bo nigdy żadnej myśli nie taiłam przed dobrą kobietą.

W oczach piastunki mojej zdwoił się niepokój.

Smutnie skinęła głową parę razy i rzekła:

— Złe jest, że w przeddzień wyjścia twego w świat myślisz tylko o przyszłych balach. Wolałabym, abyś o czym innym myślała.

Smutno mi się trochę zrobiło, gdy usłyszałam te słowa, i po chwili odrzekłam:

— Moja Biniu! (tak zwykłam była od dzieciństwa nazywać moją piastunkę, której imię było Balbina), moja Biniu, po cóż mam odwracać myśl moją od wesołych obrazów, gdy mi się one same nasuwają przed oczy?

— Po co? — odparła Balbina — po to, aby nie napełniać sobie głowy mydlanymi bańkami, które choć błyszczą pięknie, ale prędzej czy później pękną i zostawią po sobie samą pustkę.

— Posłuchaj mię, Wacławo, a lepiej może zrozumiesz, co chcę powiedzieć.

Tu piastunka moja splotła ręce na szarej sukni i tak dalej mówiła:

— Osiemnaście lat temu, w tym samym pokoiku, na tym samym miejscu, na którym siedzisz w tej chwili, siedziała matka twoja o rok młodsza, niż jesteś teraz, i tak jak ty mająca nazajutrz opuścić pensję. Obok niej siedziałam ja, bo wyhodowałam ją jak ciebie na moim ręku. Otóż matka twoja zamyślona była także, a gdym ją zapytała, o czym myśli, odrzekła:

"O pierwszym balu, na którym się znajdę". Wówczas zdawało mi się rzeczą bardzo naturalną, że piękna i bogata panna, która z pensji w świat wychodzi, myśli o balu. Ale gdy potem patrzyłam na życie twej matki, i lepiej może niż kto inny znając jej dobre i zarazem nieszczęśliwe serce, nieraz z przywiązania do niej gorzkimi zalewałam się łzami. Stąd to doszłam do przekonania, że źle jest, jeśli kobieta przygotowuje się do przyszłości, która ją czeka, myślami o balach, i wolałabym, abyś ty, Wacławo, w przeddzień wyjścia twego w świat, o czym innym myślała.

Jakie mają być myśli, którymi pragnęłabym, abyś była zajęta, nie potrafię ci dokładnie powiedzieć, ale radzę ci, abyś otworzyła list, któryś wczoraj otrzymała od ojca twego, i raz jeszcze przeczytała go z uwagą.

Słowa te, wymawiane przez piastunkę moją łagodnie i z oddźwiękiem smutku w głosie, silne na mnie wywarły wrażenie. Rojenia wesołe pierzchły daleko, a gdym podniosła zamyśloną głowę, piastunki mojej nie było już przy mnie.

Sięgnęłam do kieszonki szlafroczka i wydobyłam z niej dwa listy: jeden był od matki mojej, drugi od ojca.




Rozdział III

Mimo woli prawie po raz dziesiąty już może przebiegłam oczami list matki. Zawierał on następne słowa:

Przedmioty do stroju potrzebne, które ci posyłam, są przeznaczone dla tymczasowego twego użytku; po przybyciu do domu znajdziesz daleko więcej podobnych, które przygotowałam dla ciebie z myślą, abyś jak najświetniej mogła w świat wstąpić. Całe sąsiedztwo moje jak też i liczni znajomi moi w mieście W. pałają ciekawością poznania ciebie. Młode panny przeczuwają w tobie niebezpieczną rywalkę; matki ich z góry już zaczynają na mnie poglądać z ukosa; ogólna wieść rozniosła tu, że jesteś piękną, a wychowanie, jakie odebrałaś w najlepszym zakładzie krajowym, rzuca na ciebie blask niemały. Przy tym cały dom odświeżyłam na twe przybycie, powozy i uprząż sprawiłam nowiuteńkie, liberię będziemy miały najmodniejszą.

Fortepian Erarda stoi w salonie oczekując twej gry umiejętnej, w garderobie przybycia twego oczekuje panna służąca, którą sprowadziłam z Warszawy, zastrzegłszy wprzód, aby wzięła tam kilkadziesiąt lekcji od najlepszego fryzjera i krawca.

Musisz mi zabłysnąć w świecie jak brylancik pierwszej wody. Oprawę urządziłam tak, aby diament mój mógł wydać się w niej jak najlepiej. Lubo sama jestem jeszcze dość młoda i lubię świat, nie będę naśladowała pewnych matek, które gdy nie są jeszcze zbyt zestarzałe, pragną gasić sobą wdzięk swych córek i zazdroszczą im powodzenia w towarzystwach. Przeciwnie, twoja chluba będzie moją chlubą, twoje szczęście moim szczęściem, a ostatnie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie powinno cię minąć.

Dziś już najlepsze partie w okolicy z niecierpliwą ciekawością oczekują twego przybycia; najbogatsi młodzi ludzie zawczasu batystowymi chustkami przecierają szkiełka swoich p i n c e n e z , aby za twoim pojawieniem się włożyć je na oczy i jak najlepiej móc przyjrzeć się tobie. Serce moje mówi mi, że zobaczą więcej jeszcze, niż się spodziewają.

Nie przyjeżdżam po ciebie sama, bo daleka podróż zbyt byłaby fatygującą dla mnie po ostatniej przebytej chorobie. Balbina według rozporządzeń, jakie jej w liście posyłam, załatwi pieniężne sprawy z pensją i będzie towarzyszyła ci w drodze. Poczciwy mój kamerdyner, Józef, aż płakał z radości, że jedzie po ciebie; będzie więc także strzegł cię troskliwie. Za kilka dni będę cię już miała obok siebie, a z boleścią myślę, że na rok jeden tylko, bo według umowy z twoim ojcem rok następny przy nim masz spędzić. Ale któż może wiedzieć, co się przez rok stanie?

Jeśli spełni się pewien planik, jaki ukartowałam dla ciebie w mej głowie, zostaniesz na zawsze w moim sąsiedztwie panią już swego domu i serca pewnego młodego sąsiada, który oprócz dystyngowanej powierzchowności i pięknego nazwiska posiada wcale ładny majątek z gotyckim pałacykiem.

Przebiegając oczami ten list mojej matki poczułam zawrót głowy. Znowu porwała mię fala marzeń unosząc po świecie; pokazywała salony, suknie, perły, koronki, salę balową, w której tańczyły chóry archaniołów, a spomiędzy nich z wolna i nieśmiało wysuwał się ku mnie ów sąsiad młody, o którym pisała matka moja, i batystową chusteczką wycierał szkiełko swego princenez...

Oczy moje padły na drugi list, który trzmałam w ręku, rozwinęłam go i czytałam następne słowa:

Smutno mi bardzo, córko moja droga, że w chwili gdy masz opuścić ustroń, w której się wychowałaś, w chwili tak ważnej twego życia nie mogę być przy tobie choćby przez dzień jeden, aby obdarzyć cię na drogę, jaką rozpoczniesz, ojcowskim słowem i uściskiem. Obowiązki publicznego zawodu, któremu poświęciłem życie moje, powołały mię w kraje odległe.

Wrócę za rok, to jest wtedy, gdy według umowy mej z matką twoją zawartej opuścisz dom jej, aby na rok znowu przy mnie zamieszkać.

Wychodzisz w świat. Znam towarzystwo, jakie cię otoczy: jest ono błyszczące, świetne z pozoru, a tym samym blaskiem zechce odziać ciebie, niby okuć w ciasny pancerz blaszki pozłoconej.

Ale nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego. Wejdź w życie z myślą, że zabawy i zbieranie hołdów nie są celem, dla którego żyć ma kobieta. Odurzą cię one i upoją zrazu, ale staraj się co prędzej o wytrzeźwienie. Strzeż się utonięcia we fraszkach. Nie zapominaj, że poza tym bawiącym się i błyszczącym kotem, które cię otoczy, jest świat rozleglejszy. Na świecie tym ludzie pracują pługiem, piórem, myślą podniesioną wysoko, ręką czynną, a nigdy nie usypiającą, na świecie tym jest wiele boleści, ale i radości wysokich, i są wielkie cnoty, rozsiane z rzadka, lecz przyświecające ziemi jak szeroko rozpalone pochodnie. W ten to świat jak najczęściej posyłaj ducha twego i szanuj wszystko, co z

niego pochodzi, a przyjdzie chwila, w której zapragniesz znaleźć w nim miejsce dla siebie.

Kiedy ci przyjdzie to pragnienie, ja będę przy tobie, aby ci powiedzieć, jak i kędy iść ma droga twoja. Tymczasem strzeż pilnie młodego serca twego i myśli twej wpółdziecięcej jeszcze, aby ich nie rozproszyć na pyt błyszczący, z którego podstawy życia wykuć niepodobna.

Mam nadzieję, że gdy wrócę do kraju, znajdę cię zdrową na ciele i duszy i będę mógł przelać w twego ducha zasady i przekonania, których sam przez całe życie byłem, wiernym wyznawcą.

Długi list mego ojca brzmiał cały w podobnym tonie. Gdym go odczytała, pierzchły sprzed mych oczu błyskotliwe obrazy wywołane pismem mej matki i już nie fala marzeń mię kołysała, ale nie znane dotąd myśli porywały w światy nieznane. Zamiast sali balowej ujrzałam wyobraźnią przestrzeń szeroką, pustą zrazu, ale która stopniowo zapełniała się rojem ludzi, to pług ciągnących po glebie rodzinnego kraju, to siedzących nad księgą z pochylonymi czołami, to tułających się w łzach i boleści po różnych stronach ziemi, to modlących się po świątyniach lub przy domowych ogniskach pędzących życie w pokoju i miłości.

Nie byłże to ów świat pracy, myśli, cierpień i szlachetnych radości, o którym pisał mi mój ojciec?

Tak, ten to świat pokazały mi myśli moje, połączone z jego myślami. Do świata tego mocno uderzyło moje serce.

A oweż salony, karety, liberie, sale balowe, ów sąsiad młody, który w gotyckim swym pałacyku oczekiwał mego do domu matki przybycia, zawczasu wycierając chusteczką szkiełko swego pincenez? Czyliż to wszystko całkiem zniknęło mi sprzed oczu? Nie! niby rój latających iskierek migotały przede mną błyskotki, ale nie mogły zasłonić potężnego obrazu, na którym wielkimi wymalowane zarysami zobaczyłam ludzkość, kraj mój ojczysty, nieszczęśliwych i pracujących spółbraci, a wpośród tego wszystkiego miejsce nie zajęte, na którym ja miałam stanąć, aby pracować, cierpieć, modlić się i cieszyć wraz z innymi.

Dwa obrazy stały przede mną: jeden błyskotny i powiewny, drugi smętny i surową owiany powagą.

Pierwszy był światem mojej matki, drugi światem mego ojca.

Dlaczego pomiędzy światami, w których zamknęło się każde z rodziców moich, tak wielka zachodziła różnica? Dlaczego każde z nich, kochając mię zarówno, w tak różny sposób objawiało miłość swoją i tak odmienne drogi pragnęło gotować przede mną? Dlaczego wreszcie ja, co posiadałam i ojca, i matkę, miałam przy jednym i przy drugiej przebywać tylko z kolei po roku wedle umowy, jaką oni między sobą zawarli, aby dzielić się moją obecnością, chociaż sercem moim podzielić się nie mogli, bo ono zarówno do nich obojga należało?

Czemuż, gdy wejdę w świat mojej matki, będę zmuszona oddalić się od świata mego ojca, a może i całkiem utracić go z oczu? A jeśli przestrogi i pojęcia ojcowskie głęboko w sercu wyryję i wedle nich kierować mym życiem zechcę, toć już usunę od siebie czarę z napojem blasku i wesela podawaną mi przez kochającą matki mej ręką?

Smutek zaciężył mi na sercu, opuściłam głowę w zadumie, a wywołane wspomnieniami o rodzicach stanęły mi przed pamięcią dziecinne lata moje.




Rozdział IV

Pierwszym widokiem, który uderzył oczy moje, budzące się do pojęcia zewnętrznego świata, były pełne ludzi i turkotu ulice wielkiego miasta. Urodziłam się w ludnym i wspaniałym grodzie, w obszernym mieszkaniu moich rodziców, którego okna wychodziły na jedną z pryncypalnych grodu tego ulic.

Matkę moją pamiętam bardzo piękną. Miała twarz białą przy kruczych włosach i wyniosłą, pełną dumy postawę. Na wysokim czole mego ojca leżała także duma i pewna surowość, którą jednak łagodził wyraz ust pełnych dobroci.

Byli więc oboje młodzi i piękni, mieli we mnie jedyne dziecię, które kochali bardzo, a jednak ciemna jakaś chmura wisiała nad domem naszym, nie usunięta nawet gwarem gości nieustannie zapełniających mieszkanie. Owszem, zdawało się, że właśnie z łona gwaru tych ustawicznych zabaw chmura wypływała.

Ojciec mój ukazywał się w salonach rzadko, a gdy wracał do swego gabinetu, wydawał się smutnym i zmęczonym; matka sama jedna najczęściej przyjmowała gości, a gdy się rozeszli, widywałam ją często płaczącą. Nie pamiętam, abym widziała kiedy rodziców moich długo rozmawiających z sobą. Pokoje ich nawet położone były na dwóch odległych od siebie końcach mieszkania, a ja, przebiegając często z jednych do drugich, zdawałam się być jedyną łączącą je nicią. Pamiętam, że szybko biegnąc z pokojów matki do pokojów ojca gniewałam się na długi szereg salonów, jaki przebywać musiałam, myśląc, że one to dzielą rodziców moich tak, że ich nigdy razem widzieć nie mogę. W dziecinnej naiwności zastanawiałam się nad tym, dlaczego ludzie budują sobie tak rozlegle mieszkania, aby ci, co je zamieszkują, wiecznie rozdzieleni żyć musieli, i z dziecięcym gniewem uderzałam drobną stopą posadzkę salonów, wyobrażając sobie, że karzę je za rozdział, jaki tworzą one pomiędzy rodzicami mymi. Późniejsze doświadczenie przekonało mię, że dziecinny gniew mój miał słuszne podstawy, lubom ich wtedy nie rozumiała jeszcze. Tak, salony te w istocie dzieliły tych, których kochałam...

Jak sięgnę pamięcią, miałam zawsze obok siebie poczciwą moją Binię, w białym czepcu i okularach, a oprócz niej bonę Niemkę, później zaś nieco — Francuzkę. Pamiętam, że sercem lgnęłam do Bini, lubo karciła i gderała na mnie nieraz, a obojętną czułam się względem bon, chociaż pochlebiały mi i dogadzały. Bo też Binia umiała mi opowiadać dziwnie piękne powieści, które głęboko wnikały w mój umysł i wyobraźnię i budziły do pierwszych życia marzeń i zachwytów. Codziennie prawie, o zmroku, w ustronnym pokoiku starej piastunki mojej, siadałam u kolan jej na niskim stołeczku, a ona opowiadała mi. Binia umiała też na pamięć śliczne wiersze, legendy i gadki ludu naszego, poetyczne a rzewne. Uczyłam się ich od niej; wiała z nich na mnie dziwna tęsknica, której często rozproszyć nie mogły ani szczebiotania bon, opowiadających mi cuda o obcych krajach, ani ładna sukienka, w którą strojono mię przed wieczorem dla pokazania mię w salonach mej matki, napełnionych gośćmi, ani pochwały tych gości głośno zachwycających się moją twarzyczką i figurką i przepowiadających, że będę bardzo piękną, gdy dorosnę. Niekiedy pochwały te unosiły mię w siódme niebo, budząc wcześnie w piersi mej rozkosz z zadowolenia miłości własnej płynącą. Ale nieraz gdy towarzystwo bawiło się wesoło, siadywałam w kąciku salonu i myślałam sobie o królowej Jadwidze lub mężnym Żółkiewskim albo powtarzałam w myśli którą z opowieści ludowych prawiących o sierotach biednych i o aniołach stróżach, które z rozkazu Bożego nad głowami sierot tych wciąż wzlatają. Niekiedy także Binia dawała mi moralne nauki.

— Próżnujesz dziś, Waciu — mówiła — idź i zajmij się czymkolwiek. Ucz się, czytaj lub szyj co dla lalki; każdy człowiek zawsze coś robić powinien.

— A cóż robi mama? — pytałam Bini.

Zakłopotanie malowało się na twarzy mojej piastunki, ale obecna rozmowie bona cudzoziemka podchwytywała prędko:

— Mama nic robić nie potrzebuje, bo jest bogatą panią.

— A co robi mój ojciec? — zwracałam się z nowym pytaniem do Bini.

Tym razem Binia nie była w kłopocie z odpowiedzią.

— Ojciec twój, Waciu — odpowiadała — zasiada codziennie na wysokim krześle, które się katedrą nazywa, i tego, co sam umie, uczy kilkuset dorosłych już młodych ludzi.

Zastanawiałam się kilka chwil nad słowami Bini, a w umyśle moim tworzył się ze słów tych obraz, w którym wyobrażałam sobie mego ojca, siedzącego na tronie i przemawiającego do tłumu poddanych swoich, którzy go otaczali. Teraz rozumiem, że ojciec mój zasiadał na tronie królestwa nauk, a słuchacze jego byli podwładnymi jego ducha.

— Powiedz mi, Biniu — pytałam jeszcze — jeżeli mama jest bogatą, to i ojciec bogatym musi być także. Dlaczegóż mama nic nie robi, a ojciec jedzie tam co dzień zasiadać na tej, jak mówisz, katedrze i nauczać innych tego, co sam umie?

Tu Binia była znowu w kłopocie.

— Bo widzisz, moje dziecko — mówiła jąkając się — mama twoja jest światową damą, a ojciec uczonym naturalistą.

— Co to jest naturalista? — pytałam zdziwiona.

— Ja ci tego dokładnie wytłumaczyć nie potrafię — odpowiadała Binia — wiem tylko, że naturalista jest to człowiek, który wie, jak wzrasta każda trawka na ziemi i jakimi drogami chodzą po niebie gwiazdy niezliczone; dlaczego kwiaty zapach wydają, robak pełza nisko, ptak wysoko lata, a człowiek czuje i myśli.

Znowu zastanawiałam się długo nad słowami Bini, a mała moja główka rady sobie z nimi dać nie mogła.

Myślałam, że o tym wszystkim wie tylko jeden Bóg królujący nad gwiazdami — czyniłam w końcu uwagę.

Binia odpowiadała:

— Toteż człowiek, który jak twój ojciec zamyka się codziennie w cichym gabinecie i noce długie przepędza z książkami i myślami swymi, uczy się Boga rozumieć.

Dziecięcy umysł mój uginał się pod wielkością orzeczenia Bini, a postać ojca przybierała w moich oczach olbrzymie rozmiary. Wyobrażałam go sobie siedzącym na tronie, który Binia nazywała katedrą, pośród mnóstwa ludzi, co słuchali jego mowy; albo w ciszy gabinetu swego uczącego się rozumieć Boga królującego nad gwiazdami.

Do gabinetu tego zbliżałam się często z przyśpieszonym biciem serca, uchylałam drzwi cichutko i wsuwałam się na palcach do pokoju, który miał dla mnie coś uroczystego.

Tam pomiędzy ścianami, od góry do dołu zastawionymi mnóstwem książek, stało obszerne biuro, a na nim piętrzyły się rękopisma, rozkładały się karty geograficzne, stały globusy i różne niezrozumiałe wtedy dla mnie przyrządy, a o których wiem teraz, że były mikroskopami, retortami itp. naukowymi narzędziami.

Ojciec mój nie spostrzegał czasem mego wejścia, zajęty książką lub pisaniem. Wtedy wdrapywałam się na fotel stojący w kącie pokoju i przyglądałam się ciekawie otaczającym mię przedmiotom; raz usnęłam tak siedząc i obudziłam się w objęciu ojca, który zdjął mię z fotelu, posadził u siebie na kolanach i zapytał łagodnie:

— Po coś tu przyszła, mała?

— Chciałam, ojcze, zobaczyć, jak uczysz się rozumieć Boga — odpowiedziałam.

— Co ty prawisz, dziecko? — zaśmiał się ojciec, ale ja się nie śmiałam, bo pokój jego nastrajał mię poważnie.

— Binia mówiła mi — rzekłam — że ty, ojcze, Boga rozumiesz.

Uśmiechnął się ojciec i odpowiedział całując mię w czoło:

— Każdy człowiek, który pracuje, rozumie myśl Bożą.

Innym razem siedziałam sobie według zwyczaju mego na fotelu stojącym w kątku pokoju, a ojciec, nie zważając na moją obecność, czytał pilnie w jakiejś książce. Potem wstał, wydobył z szafy kilka jakichś słoiczków i buteleczek, ustawił na stole nie znany mi przyrząd i długo a powoli wlewał i wsypywał coś do niego ze słoiczków i buteleczek. Przypatrywałam się ciekawie tej robocie, gdy nagle trysnęły z przyrządu iskry, po nich zapalił się żółtawy płomyczek o sinych brzeżkach, które zwiększały się coraz, aż z przyrządu buchnął szeroki, szafirowy płomień, a zarazem przyrząd zaczął huczeć, szumieć i pryskać iskrami na wszystkie strony.

Zrazu przelękłam się i zeskoczyłam z fotelu, zbierając się do ucieczki, ale gdym zobaczyła, że ojciec mój spokojnie siada naprzeciw płomienia i uważnie przypatrywać się mu zaczyna, usiadłam znowu na moim miejscu zdjęta wielką ciekawością.

Było to już przy schyłku dnia, półzmrok zapełniał pokój. Światło szafirowego płomienia padało prosto na twarz mego ojca, a rysy jego, obleczone sinawym kolorytem, odskakiwały od wpółciemnego tła pokoju z wyrazistością i nieruchomością pięknej rzeźby. Szczyt płomienia śpiczastym językiem kołysał się w różne strony tworząc na przeciwległej ścianie migocącą grę świateł i cieniów. Nigdy nie widziałam ojca tak pięknym i majestatycznym jak wtedy.

Po czarnych jego włosach przemykały sinawe odbłyski, niby fosforyczne, z płonącego płomienia wychodzące nici; czoło jego sfałdowało się nieco pod wpływem głębokiego namysłu, usta poruszały się cichym szeptem, a w źrenicach, wpatrzonych w przyrząd, nurtowała myśl, nie zrozumiała wtedy dla mnie, ale tak potężna, że po ciele mym przebiegły dreszcze wzruszenia i poczułam ochotę upaść na kolana. Nie wiem, jak długo trwał obraz ten, od którego nie mogłam oczu oderwać; powoli płomień zmniejszał się, w przyrządzie szum ustawał, parę razy jeszcze kilkadziesiąt iskier trysnęło i rozprysło się w powietrzu, aż na koniec buchnęły kłęby dymu i niby obłokiem owionęły postać i twarz mego ojca. Powstał i wyprostowany wyciągnął rękę ku zgasłemu ognisku; na podniesionym czole jego spoczął wyraz tryumfu, a oczy zapałały śród cieniu ogniem wielkiej radości, przysunęłam się po cichu i wzięłam go za rękę. Zbudził się z zamyślenia, ale się nie rozgniewał.

— Więc byłaś tu? — zapytał schylając się nade mną. — Ojcze — odpowiedziałam — tyś przed chwilą z Bogiem rozmawiał?

Wziął mię w objęcia i przytulił do piersi.

— Tak, dziecko — rzekł — w tej chwili Bóg odsłonił przede mną jedną z tajemnic swoich.

Nieprędko potem dowiedziałam się, że dnia tego ojciec mój zrobił ważne chemiczne odkrycie.

Jakże różnym od gabinetu mego ojca był buduar mej matki. Pod ścianą, orzuconą złoconymi kwiatami obicia, stała tam rzeźbiona toaleta z mnóstwem szuflad i szufladek i z wielkim zwierciadłem. Po stolikach i stoliczkach stały cacka różne: kryształowe kubeczki, porcelanowe figurki, flakony z perfumami, bombonierki, koszyczki misternie wyrabiane.

Na stole przed kanapą leżały rozrzucone wkoło mapy, dzienniki mód, z których ja wybierałam najpiękniejsze malowane figurki; według ich wzorów szyłam suknie dla lalek, a potem wspaniałomyślnie darowywałam je Bini, która wyklejała nimi sobie parawan. Trzy razy na dzień matka moja siadywała przed toaletą i zmieniała ubranie. Lubiłam przypatrywać się, jak służąca umiejętną ręką rozplatała połyskliwe jej włosy, które były tak długie, że po krawędzi taboretu zwieszały się aż na ziemię. Ale najwyższej już doświadczałam przyjemności, gdy matka moja otwierała szuflady toalety i wydobywała z nich wstążki, koronki i różne pudełeczka.

Wyciągałam wtedy naprzód ciekawą głowę i ze szczególną uwagą zaglądałam w ostatnie. Były tam w złoto oprawne kamienie, zielone, pąsowe, błękitne i białe, o tęczowych połyskach.

— Jak się nazywa ten kamień? — pytałam moją matkę pokazując broszę zawartą w jednym z pudełek.

— To szmaragd — odpowiadała mi matka.

— A ten w bransolecie?

— To rubin.

— A te, które składają tę kolię?

— To są turkusy.

— A ten w pierścionku?

— Brylant.

— Jak się nazywa ta materia? — pytałam innym razem wskazując suknię, którą wkładała na siebie moja matka.

— Atłas — odpowiadano mi.

— A tamta, którą wczoraj mama miała na sobie?

— Tamta była mora.

Mając lat siedem znałam po imieniu wszystkie drogie kamienie i materie.

— Jak wyrosnę, będę nosiła takie same — mawiałam do matki, a ona, śmiejąc się i żartując, przypinała mi u szyi brylantową broszę, wkładała w uszy ciężkie szmaragdy i całą moją figurkę owijała, jak w pieluchy, wielką chustką z pajęczej koronki. Wtedy wskakiwałam na krzesło stojące przed toaletą, stawałam na nim i z upodobaniem patrzałam, jak błyskały i migotały na mnie klejnoty kosztowne i jak w malowniczych fałdach biała koronka do stóp mi spływała.

— A jak Wacia piękną będzie, gdy dorosłszy ustroi się już na dobre w to wszystko! — mawiały mi wtedy bony i służące.

— A jeśli do tego będzie jeszcze i rozumną — odzywał się pomiędzy nimi niekiedy głos mojej Bini.

Lubo buduar mojej matki zajmował mię nieskończenie i bawił zawierającymi się w nim przedmiotami, gdy tylko wiedziałam, że ojciec mój jest u siebie, biegłam do jego gabinetu, wsuwałam się na palcach i cichutko siadywałam w moim kąciku. Tam patrząc na twarz mego ojca i wodząc oczyma po tytułach książek, ustawionych przy ścianach, zapominałam o klejnotach i koronkach, jakie mię zajmowały w buduarze mej matki, a młodą duszyczkę moją na wskroś przejmowała uroczysta cisza pokoju, w którym, wedle wyobraźni mojej i słów Bini, ojciec mój rozmawiał z Bogiem królującym nad gwiazdami.

Te to może chwile, w gabinecie ojcowskim spędzone, sprawiły, że potem, gdy wesołe grono koleżanek moich huczało wkoło mnie zabawą i swawolą, ja siadywałam niekiedy sama jedna w ciemnym jakim kąciku, nieokreśloną ogarnięta tęsknicą; tym to chwilom może winna byłam mój poryw do nauk i coraz nowe budzące się w mej głowie pytania, wiodące mię do zastanawiania się nad wszystkim, co mię otaczało.

A również może z chwil przepędzonych w buduarze mojej matki wyniknęły owe w przeddniu opuszczenia pensji marzenia moje o sali balowej i radość, jaką czułam na myśl o oczekujących mię blaskach i świetnościach. Tak, niezawodnie, atmosfera, w której człowiek spędza dzieciństwo swe, niewidomym strumieniem przenika całą przyszłość jego. Pierwsze wrażenia życia wsiąkają w umysł i serce tworząc szereg wpływów, najdłuższymi niezwalczonych latami.




Rozdział V

Uwaga ta przerwała wątek wspomnień moich. Pomyślałam o tym, że dzieciństwo moje owiane było dwiema całkiem sprzecznymi ze sobą atmosferami: tą, w jakiej pogrążony był mój ojciec, i tą, jaka otaczała moją matkę. I pomyślałam jeszcze, że dwa te wpływy aż dotąd pozostały we mnie niestarte, że przed chwilą jeszcze wpatrywałam się w świat mojej matki i świat mego ojca, a oba pociągały mię jednakowo, lubo wiedziałam, że z natury swojej pogodzić się i dać się razem posiąść nie mogą. Jam pragnęła jednego i drugiego; ani jednego, ani drugiego wyrzec bym się nie chciała. Cóż więc nastąpi? jaki wybór uczynię? jaką się stanę?

Czy nauczę się, jak ojciec mój, w godzinach pracy rozumieć myśl Bożą? Czy, jak matka, przez życie całe zostanę zapatrzona w kameleonowe oblicze świata?

Doświadczyłam przeczucia walki: dwoistość przeznaczenia mego objawiła się mnie w dwoistości nastroju duszy mojej. Zamyślonymi oczami popatrzyłam w dogasający ogień i w myśli mojej nawiązałam znowu nić wspomnień czerpanych z ubiegłego dzieciństwa.




Rozdział VI

Miałam lat dziewięć, gdy nadeszły wypadki, które stanowczy wpływ wywarły na moje życie i ukochanych moich.

W domu naszym miało być wieczorem liczne zebranie. W buduarze mojej matki paliły się na toalecie dwa kandelabry; szuflady pełne kosztowności były otwarte; na kanapie rozłożono suknię z białego atłasu, ozdobioną srebrnym haftem. Sukni tej przypatrywałam się z zachwyceniem, spoglądając też niekiedy na zwinne ręce służącej która w misterne pukle i zwoje układała włosy mojej matki, przed toaletą siedzącej.

W przyległym pokoju posłyszałam kroki mego ojca. Rzuciłam się do drzwi, ale otworzywszy je stanęłam na progu jak wryta: ojciec mój chodził po rzęsiście oświetlonym salonie w czarnym balowym ubraniu; ręce miał skrzyżowane na piersi, brwi zsunięte, a na czole chmurę posępną. Nigdy, ani pierwej, ani potem, nie widziałam go tak smutnym czy tak rozgniewanym.

Dotąd jeszcze zdaje mi się, że smutek i gniew był w jego fizjonomii, a nawet oba te uczucia toczyły z sobą walkę widoczną. Zabiegłam mu drogę i według mego zwyczaju objęłam go drobnymi rękami. Jakże byłam zdziwioną, gdy ojciec mój, zamiast przemówić do mnie, jak zwykle bywało, usunął mię z lekka od siebie i znowu zaczął jak wprzódy szybko przebiegać salon. Zostałam na miejscu, spuściłam głowę i łzy zakręciły mi się w oczach. Ojciec rzucił na mnie spojrzenie, a widząc mą osmuconą postawę wziął mię za rękę, pociągnął pod jeden z kinkietów, płonących przy ścianie, i długo wpatrywał się we mnie. Byłam już ustrojoną, jak wypadało dla pokazania się licznym gościom. Miałam na sobie białą sukienkę, upstrzoną mnóstwem kolorowych kokardek, i włosy zaczesane wysoko a la Pompadour: ojciec mój oprowadził wzrokiem po całym ubraniu moim, popatrzył w moje oczy podniesione ku jego twarzy i rzekł z cicha:

— Jakże ustrojona! Tak wcześnie już przywyka... biedne dziecię!

Przesunął ręką po czole, a w oczach jego pierwszy raz w życiu zobaczyłam łzę, która wnet pod powieką zniknęła. Krzyknęłam i chciałam rzucić się mu na szyję, ale odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Smutna i ze zwieszoną głową wróciłam do buduaru. Matka moja stała przed toaletą już ubrana w atłasową, srebrem haftowaną suknię; na włosach jej leżał zielony wieniec a la Norma, migocący mnóstwem srebrnych i kryształowych błyskotek, naśladujących spadające krople rosy. Służąca spinała fermuar od kilku sznurów pereł, które spływały po obnażonych ramionach.

W stroju tym matka moja była bardzo piękną. Patrzyła na postać swą, odbitą w wielkim zwierciadle, oczy jej błyszczały nie mniej jak brylanty w fermuarze, a usta otwierały się nieco z uśmiechem zadowolenia.

Nie wiem już, jaki zwrot nagły uczyniły myśli w dziecinnej mojej głowie, ale chmura okrywająca czoło mego ojca i łza, którą dostrzegłam w jego oku, stanęły przede mną obok radością błyszczącego spojrzenia i uśmiechu mojej matki.

— Czegóż taką zamyśloną masz minkę? — spytała matka głaszcząc mię po twarzy.

— Ojciec dziś taki czegoś smutny — odpowiedziałam czując sama, że w głosie moim drżała żałość.

Widoczny rumieniec oblał na te słowa twarz mojej matki, odwróciła się ode mnie i rzekła:

— Niech Wacia idzie teraz do panny Zelii albo do Bini i pozostanie przy nich, póki ją do salonu nie zawołają.

Odeszłam i smutna przytuliłam głowę do piersi mojej dobrej piastunki, z wielkim niebezpieczeństwem dla mojej fryzury a la Pompadour. Ale nie myślałam wtedy o fryzurze, bo przede mną stała wciąż łza dojrzana w oku ojca, a obok niej igrający na twarzy matki uśmiech. Nie mogłam tych dwóch zjawisk pogodzić w mojej głowie; myśl moja pracowała nad rozwiązaniem pytania: dlaczego mój ojciec smutny, gdy matka wesoła? Dlaczego oczy matki błyszczały radością, gdy wzrok ojca zamglił się łzą? Pytanie to prześladowało mię i wtedy, gdy przyzwano mię do salonu, gdy zobaczyłam mnóstwo strojnych pań i panów, gdy goście nosili mię prawie na rękach nazywając mię "śliczną dzieciną" i napełniając mi ręce karmelkami.

Pomiędzy bawiącym się tłumem szukałam wzrokiem mego ojca i widziałam go, jak uprzejmie i wesoło na pozór rozmawiał z gośćmi. Ale chmura, ciążąca mu wprzód na czole, przeszła do oczu, które bywały chwilami zamyślone i bardziej surowe niż zwykle.

Matka moja tańczyła wiele, najwięcej z jakimś wysmukłym panem o jasnych włosach, którego tytułowano księciem i który często zwracał się ku mnie, obsypując mię pochwałami i przysmakami.

Gdy późno po północy panna Zelia poprowadziła mię do mego sypialnego pokoiku, przytykającego do buduaru, byłam tak odurzoną gwarem, muzyką i myślami, które jak spłoszone ptaki trzepotały po mojej głowie, że długo zasnąć nie mogłam i słyszałam, jak w salonach przycichał gwar ubywających gości, orkiestra coraz rzadszymi odzywała się akordami, powozy zabierające towarzystwo turkotały w bramie domu i odjeżdżały milknąc w oddalonych ulicach, aż nareszcie słychać było samo stąpanie lokajów gaszących światła w salonach; otworzyły się drzwi od buduaru i posłyszałam szelest atłasowej sukni ciągnącej się po kobiercu.

Po tym szeleście nastąpił inny: były to stąpania mężczyzny wchodzącego do buduaru; poznałam w nich kroki mego ojca.

Nagle przed oczami mymi stanął znowu uśmiech, z jakim moja matka przeglądała się w zwierciadle przed rozpoczęciem balu, i łza, jaką widziałam w oku ojca, gdy patrzył na mnie.

Wydało mi się, że za ścianą, która dzieliła pokój mój z buduarem, ta sama łza krzyżować się musi z tym samym uśmiechem. Poczułam instynktowny niepokój, podniosłam się nieco na łóżku i śród ciszy, która mię otaczała, usłyszałam głos mego ojca mówiący:

— Matyldo, nie dzwoń na służące twoje; chcę rozmówić się z tobą sam na sam, stanowczo i ostatecznie.

Nigdy nie słyszałam u mego ojca głosu podobnego jak ten, którym wymawiał te wyrazy.

Brzmiał on spokojnie, ale zarazem tak uroczyście, że aż drżenie przebiegło po moim ciele.

Odpowiedź matki mojej cicha była i słów jej nie dosłyszałam; potem ojciec mój mówił znowu, ale z mowy jego nic więcej pochwycić nie mogłam, jak kilka razy powtórzone moje imię i oderwane wyrazy:

— Zły przykład... płochość... trzeba, aby się to już skończyło.

Ostatnie słowa ojciec wypowiedział głośniej i wyraźnie usłyszałam, jak mówił:

— Gorzko żałuję słabości, jaką w pierwszych dniach naszego pożycia powodowałem się względem ciebie. Ale... kochałem cię.

Odpowiedzią na to był lekki wykrzyk mojej matki, a szelest jej sukni oznajmił, że żywo powstała z siedzenia.

— Kochałeś mię! — zawołała tak głośno i wyraźnie, że każde słowo dosłyszeć mogłam.

— Dlaczego więc przez miłość dla mnie nie uczyniłeś tego, o co cię tyle razy bezskutecznie błagałam?

Dlaczego nie porzuciłeś zawodu swego, który przed ślubem naszym stał między nami jako zapora, którą bezrozumnie złamałam i zdeptałam, nie wiedząc sama, co czynię. Wszak wiesz, że zostałam żoną twoją wbrew woli całej mojej rodziny, która w połączeniu się naszym widziała mezalians! Dlaczegóż później przez miłość dla mnie nie chciałeś porzucić tych książek, co nas wiecznie dzieliły, i tego zarobkowania na chleb, które mi wstyd przynosi?

Wszak posiadam dość znaczny majątek, abyś mógł przy nim obejść się bez pracy!

Ojciec długo nie odpowiadał.

— Porzucić mój zawód? — zaczął po chwili stłumionym głosem — kobieto! czy ty rozumiesz sama to, o czym mówisz? Czy ty znasz te niezmierne zamiłowanie nauki, które mnie całego przenika? Czyś myślała o tym, jakie obowiązki ciążą na mężczyźnie, który wie, co to honor?

Nie chce żyć z cudzego mienia, a pragnie być użytecznym obywatelem swego kraju? Mówisz mi o swoim majątku! ... alboż go potrzebuję? Oddaj go komu, a w zamian bądź mi żoną nie tylko z imienia!

— Jak ja ci mogę być żoną, tak jak tego pragniesz, kiedy ty mię nie pojmujesz! — zawołała moja matka ze łzami w głosie.

— A ty czy mię pojęłaś? — odparł z uniesieniem ojciec i mówił dalej a długo, ale głos jego tak opadał i podnosił się z kolei, takie w nim były głębokie wibracje boleści zawodu, tłumionego gniewu, że serce moje bardzo mocno uderzać zaczęło, ukryłam twarz w dłonie i ani jednego więcej nie dosłyszałam słowa.

Potem głosy rodziców moich mieszały się i plątały z sobą z dziwną mieszaniną skargi, wyrzutu, żalów; dosłyszałam parę łkań mojej matki, potem dwa jakieś wyrazy, stanowczo wymówione przez ojca, i cisza zupełna zaległa buduar. Słyszałam tylko uderzenia własnego serca i za drzwiami buduaru szmer jakiś, niby ciężkie oddychanie dwojga piersi.

— Wybieraj! — ozwał się na koniec stanowczy głos mego ojca.

Znowu było milczenie, które zdawało się bardzo długim.

— Wybieram pierwsze! — odpowiedziała w końcu matka moja mocno zmienionym głosem.

Posłyszałam ciężkie westchnienie mego ojca.

— Stanowczo? — zapytał po chwili.

— Stanowczo — odpowiedziała matka.

Kroki mego ojca zwróciły się ku drzwiom od salonów. Posłyszałam jednak, że zatrzymał się przy drzwiach.

— Matyldo! — wyrzekł — namyśl się!

Nie było odpowiedzi.

— Gdybyś wybrała drugie, gdybyś chciała ze swojej na moją wejść drogę, przebaczyłbym ci wszystko — przejmująco, łagodnie a smutno zabrzmiał głos mego ojca.

— Przebaczenia nie potrzebuję; drogi nasze na zawsze rozchodzą się odtąd! — zawołała moja matka.

— Na zawsze! — powtórzył ojciec — wielkie wyrzekłaś słowa i abyś tego nigdy nie żałowała!

Otworzyły się potem i zamknęły z cicha drzwi od salonów. Ojciec mój wyszedł z buduaru.

Anim dokładnie słyszała rozmowę rodziców moich anim znaczenia jej zrozumieć w zupełności nie mogła, a jednak przejęła mię całą trwoga nieopowiedziana, ściśnięte serce uderzało w piersi coraz mocniej, w uszach brzmiały nieustannie ostatnie słowa mego ojca:

"Abyś tego nigdy nie żałowała!"

Zdaje mi się, że miejsca, w których odgrywają się dramata serc ludzkich, są tak na wskroś przeniknięte tragicznych uczuć atmosferą, że ogarnia ona znajdujące się w nich te nawet istoty, które i wyobrażenia nie mają, czym jest dramat. Mnie owiała całą tajemnicza atmosfera, płynąca z niepojętej dla mnie rozmowy rodziców moich, w małej główce mojej działy się dziwne rzeczy. Dziś jestem pewna, że w chwili owej miałam uroczyste acz nieme objawienie krążącego koło mnie i wiszącego nad domem naszym nieszczęścia.

Zerwałam się z posłania i narzuciwszy szlafroczek nagimi stopy przybiegłam do drzwi buduaru i uchyliłam je po cichu. Nie śmiałam wejść; nie wiem, jaka trwoga powstrzymywała mię; przykucnęłam tylko na progu i przez szpary zajrzałam do wnętrza pokoju.

Na toalecie paliło się jeszcze kilkanaście świec w srebrnych kandelabrach. W głębi buduaru na niskiej sofie wpół leżała moja matka w balowym swym ubraniu, tylko włosy jej, ze wszystkich pęt uwolnione w bezładnych a obfitych pasmach opływały stan i nagie ramiona.

Twarz miała mocno zrumienioną, oczy nieruchomo utkwione w ziemię, drżącymi rękami rozrywała na drobne kawałki zdjęty z głowy wieniec, rzucając sobie pod stopy szczątki pięknego stroju. Szarpnięty znać przed chwilą rozpaczna lub gniewną ręką naszyjnik z pereł rozerwał się, a mleczne perły kilku wąskimi strumieniami zsuwały się po sukni i z cichym szmerem spadały na posadzkę, rozsypując się na różne strony. W twarzy i postawie mojej matki było tyle przygnębienia i gorączkowego niepokoju, tyle boleści i gniewu zarazem, że zaczęłam drżeć całym ciałem; trudno mi było utrzymać się na nogach i powoli, opierając się o sprzęty, zaledwie zdołałam wrócić do mego łóżeczka.

Tu porwał mię płacz spazmatyczny; łzy jak groch sypały się z moich oczu. Nie wiem, jak długo płakałam, ale gdy podniosłam głowę zobaczyłam przez szparę od drzwi, że ciemno już było w buduarze. To uspokoiło mię nieco. W istocie, nic a nic nie rozumiałam tego, co się wkoło mnie działo, a czułam tylko, że było to coś niezwykłego a groźnego.

Stopniowo zmęczenie zaczęło mię ogarniać, oczy zamykały się, w myśli półuśpionej błąkały się bezładnie różne pytania, obrazy, twarze. Myślałam:

"Dlaczego mój ojciec miał dziś łzę w oku?" — i tuż przy pytaniu tym stanęła piramida cukrowa, którą lokaje umieszczali na stole do wieczerzy.

"Dlaczego matka moja porwała swój naszyjnik z pereł?" — pomyślałam i zdawało mi się, jak perełki cichutko jedna po drugiej na posadzkę spadają. Nagle wsunęła mi się pod powieki jasnowłosa głowa księcia, który mi najwięcej dawał cukierków, a potem ręka jego, trzymająca wachlarz mojej matki. Obraz księcia zasłoniła mi twarz Bini w okularach, otoczona szeroką listwą od czepca.

Po chwili na jej miejscu zamajaczyła przede mną czaszka Żółkiewskiego, o której znalezieniu na Cecorskim Polu dnia tego opowiadała mi Binia, nareszcie ostatni ze wszystkich objawił się mnie długi i czerwony nos panny Zelii, a na nim wypisana cała odmiana czasu teraźniejszego trybu oznajmującego francuskiego słowa donner.

Na ten widok raz jeszcze otworzyłam półuśpione oczy, bo przypomniałam sobie, że nazajutrz miałam przed panną Zelią wydawać lekcją gramatyki francuskiej. Myśl ta zaniepokoiła mię trochę.

Zamknęłam znowu powieki, ciężkie jak ołów, i sennymi usty zaczęłam wymieniać końcówki czterech form francuskiego słowa. — Pierwsza na er — szeptałam — druga na ir, trzecia na oir, czwarta na re. — Na ostatniej końcówce usnęłam.

Nazajutrz, budząc się, posłyszałam w całym domu ruch niezwykły. Zerwałam się i ubrałam naprędce. Z wypadków dnia wczorajszego mało mi zostało w pamięci, czułam tylko wielkie zmęczenie i oczy mię bolały od płaczu. Na samym wstępie spotkała mię panna Zelia z twarzą rozzłoszczoną i nosem czerwieńszym jeszcze niż zwykle i z gniewem zawołała do mnie, że nie będę już z nią miała lekcji, gdyż jest odprawioną. Przy tym zaczęła głośno wyrzekać, że odprawiono ją przed umówionym terminem.

— Nie masz pani powodu do uskarżania się, bo zapłacono ci trzy razy więcej, niż należało — z przekąsem odpowiedziała jej najstarsza panna służąca, zajęta wydobywaniem z szuflad rzeczy mojej matki i pakowaniem ich do tłumoczków.

— Co to robisz, Marychno? — spytałam.

— Układam rzeczy pani do podróży — rzekła.

— Alboż mama dokąd wyjeżdża?

— Wyjeżdża jutro na wieś.

Zakręciło mi się po głowie pytanie, czy ja pojadę z mamą, i pobiegłam z nim do Bini. Ale Binia przeciwko swemu zwyczajowi była bardzo milcząca i tylko bardzo często wycierała okulary, które dnia tego wilgotniały jakoś co chwilę. Na pytania, jakie jej zadawałam, odpowiadała jednostajnym:

— Nie wiem, moje dziecko!

Gdzie spojrzałam, wszędzie panował ruch niezwykły; służące biegały znosząc zewsząd suknie, futra, bieliznę i różne drobnostki; lokaje brząkali srebrem stołowym, układając je także w kufry; szuflady od toalety mojej matki wysunięte były jak długie i całkiem wypróżnione; przez okno od garderoby zobaczyłam na dziedzińcu wyciągniętą z wozowni karetę, którą ze wszech stron oglądali rzemieślnicy, niby wypatrując, czy nie ma w niej czego do naprawienia przed daleką podróżą.

Tułałam się po domu jak zbłąkana owieczka. Nikt do mnie nie mówił, i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Cała służba wyraźnie głowy traciła z pośpiechu. Binia szyła pod oknem tak pilnie jak nigdy i tylko co moment wycierała okulary.

Matka moja była dnia tego tak blada, jak nie widziałam ją nigdy przedtem; siedziała na kanapie w jednym z salonów, z czołem opartym na dłoni, z oczami spuszczonymi na suknię, nieruchoma jak posąg pośród otaczającej ją wrzawy i bieganiny. Zbliżałam się do niej kilka razy, ale głaskała mię tylko łagodnie po głowie i zapadała w zadumę. Za każdym razem, jak lokaj oznajmiał jaką wizytę, odpowiadała:

— Nie przyjmuję!

Przyjęła tylko wczorajszego księcia o jasnych włosach. W czasie jego odwiedzin wypadkiem wbiegłam do salonu. Książę siedział naprzeciw mojej matki w pozie pełnej uszanowania, ale na twarzy miał wyraz, który bym dziś nazwała rozpromienieniem i rozmarzeniem zarazem. Trzymał oczy utkwione stale w moją matkę, która siedziała przed nim blada bardzo, chłodna i milcząca jak wprzódy.

Książę bawił krótko.

Ojciec mój cały dzień nie był w domu, wypatrywałam go przez okno i nad wieczór zobaczyłam, jak wchodził w bramę domu. Pobiegłam wnet do jego gabinetu, aby go powitać, ale po raz pierwszy znalazłam drzwi zamknięte na klucz.

Wieczorem ruch w mieszkaniu ustał zupełnie, ale w salonach nie zapalano jak zwykle świateł. Matka moja siedziała w buduarze przy lampie i miała przed sobą otwartą książkę.

Cicha i nieśmiała jak ptaszek spłoszony siedziałam w kątku pokoju, patrzyłam na nią i widziałam wyraźnie, że nie czytała, a od czasu do czasu wielkie krople łez kapały z wolna z oczu jej na karty książki.

Bardzo wcześnie Binia odmówiła ze mną pacierz wieczorny i ułożyła mię do snu. Kiedy pomagała mi zdejmować suknię, osunęły się wypadkiem jej okulary i zobaczyłam, że miała oczy nabrzękłe od płaczu. Usnęłam prędko znużona wrażeniami i przeszłą niespaną nocą.

Obudził mię szelest sukni jedwabnej. Otworzyłam oczy i w półzmroku zaledwie wschodzącego dnia zobaczyłam stojącą przy moim łóżku moją matkę. Była w okryciu i kapeluszu.

Spod okrycia widać było wiszącą u paska torebkę podróżną. Nie zdołałam jeszcze całkiem otrzeźwić się ze snu, gdy matka moja pochwyciła mię na ręce, przycisnęła mocno do piersi i pocałunkami okryła mi twarz i głowę. Czułam, pierś jej podnosiła się płaczem tłumionym.

Chciałam coś powiedzieć, o coś zapytać, ale wzruszona, przestraszona, rozżalona, na żadne słowo zdobyć się nie mogłam. Matka moja złożyła mię znowu na łóżku, raz jeszcze przylgnęła ustami do mego czoła długo, długo i wyszła prędko z pokoju. W kilka minut potem posłyszałam turkot wyjeżdżającej z dziedzińca bramy karety, jeszcze w parę minut kareta wytoczyła się na ulicę, odgłos kół ucichł w oddali i umilkł zupełnie, do pokoju mego weszła Binia. Zeskoczyłam z łóżka i rzuciłam się na jej piersi.

— Biniu! gdzie mama pojechała? — zawołałam, z trudnością wstrzymując się od płaczu.

— Na wieś, do majątku swego — odpowiedziała.

— Na długo?

Binia milczała chwilę, potem szepnęła po cichu:

— Na zawsze.

Jak piorunem raził mię ten wyraz.

— Na zawsze! — krzyknęłam — a czemuż mnie ze sobą nie wzięła?

— Bo Wacię ojciec na pensję odwiezie — wyjąkała Binia z trudnością.

Upadłam na łóżko zanosząc się od płaczu.

Gdy podniosłam głowę, ojciec mój siedział przy mnie, zamyślony, ale łagodny. Wziął obie moje ręce i rzekł głosem, który słodyczą swą przeniknął mię i uspokoił:

— Nie obawiaj się niczego, Waciu. Ja opiekuję się tobą i nic ci się złego nie stanie. Pensja nie jest rzeczą tak straszną, jak sobie wyobrażasz. Znajdziesz tam wiele towarzyszek miłych i wesołych, które cię będą kochały, i będziesz uczyła się wielu pięknych rzeczy, aby wzrosnąć na kobietę dobrą i rozumną. Zresztą Binia zostanie tam przy tobie.

Łagodne słowa ojca, pocałunek, jaki mówiąc je złożył na mym czole, wreszcie pewność, że nie rozłączę się z Binią, uspokoiły mię nieco. Ubrałam się żwawo, z cichymi łzami zmówiłam pacierz poranny i spokojnie patrzyłam, jak piastunka moja układała w paki suknie moje i książki. Na sercu moim leżał jednak ciągle ciężar niewymowny — tęskno mi było do matki...

Po południu jechałam z ojcem w powozie przez ulice W., a przed wieczorem byłam przyjętą jako uczennica do najlepszej pensji krajowej.

Dnia tego wieczorem, gdy nowe towarzyszki moje usnęły i cisza zaległa salę sypialną, Binia siedziała na pensjonarskim łóżeczku moim, a ja obejmując jej szyję i tuląc się do jej piersi pytałam cicho: dlaczego matka moja odjechała tak nagle? czemu ojciec mój taki smutny i zamyślony? dlaczego nie pozostałam w rodzicielskim domu, ale oddano mię na pensję, gdzie mi tak chłodno jakoś, tak obco?

Binia z czułością przytuliła mię do siebie i szepnęła na ucho:

— Biedne dziecię! rodzice twoi rozstali się!

Nie rozumiałam znaczenia wyrazu tego. Łamałam sobie nad nim głowę do późnej nocy.

Myślałam jeszcze nad nim cały dzień następny i dziwiło mię bardzo, że Binia wytłumaczyć mi go nie chciała.

Dopiero gdy w parę dni potem ojciec mój przyszedł mię odwiedzić, wytłumaczenie wyrazu przez Binię wymówionego znalazłam w zmarszczce, która sfałdowała gładkie wprzódy jego czoło, i w boleści pełnym spojrzeniu, jakim patrzył na mnie. W zmienionej twarzy mego ojca wyczytałam, że wyraz ten znaczył: nieszczęście.




Rozdział VII

Tu urwała się w myśli mojej nitka wspomnień i nie chciałam nawiązywać ją dalej. Smutna byłam bardzo; odjęłam dłonie od oczu i spojrzałam w ogień. Zagasł już prawie, a tylko żar płonących jeszcze węgli osuszał dwie łzy płynące po mojej twarzy.

Obejrzałam się i zobaczyłam w kącie pokoju Binię, która siedziała z brodą wspartą na dłoni i przypatrywała mi się z uwagą.

— Nie śpisz jeszcze, Biniu? — zapytałam.

— Nie — odrzekła — czytałam w twojej twarzy.

Zbliżyłam się do niej i wzięłam ją za rękę.

— I cóż — spytałam — wyczytałaś z mej twarzy?

— Dobrą wróżbę — odparła.

— A skądżeś tę dobrą wróżbę zaczerpnęła?

— Z łez, które stoczyły się po twych policzkach!

— Z łez — zawołałam — Biniu moja, co mówisz? Alboż łzy dobrą wróżbę stanowić kiedy mogą?

Popatrzyła na mnie długo i rzekła z powagą:

— Kiedy widziałam, że w przeddzień wyjścia twego w świat marzyłaś o balach i błyskotkach, byłam niespokojna o ciebie i zmartwiona, ale gdy zamyśliłaś się i łzy popłynęły ci po twarzy, podziękowałam Bogu, że w stanowczej porze twego życia dał ci chwilę rozwagi i smutku. Bo, dziecię moje, życie nie jest balem wesołym, a kto je sobie wyobraża takim, zawieść się musi. Dobrze więc, że przygotowałaś się do niego zadumą i łzą.

Umilkła, a mną smutne owładnęło wrażenie.

— Myślałam o rodzicach moich — wyrzekłam cicho — i o tym, dlaczego rozeszły się ich drogi? dlaczego każde z nich w osobnym zamieszkuje świecie i który z ich światów moim stanie się światem?

— Myśl o tym jak najczęściej — powiedziała Binia — z historii rodziców twoich, jeśli ją zdołasz zrozumieć, wielka dla ciebie wypłynie nauka.




Rozdział VIII

Deszcz mocny uderzał z dźwiękiem po szybach okien, późne popółnocne godziny głosiły zegary, a jam ani myślała iść do spoczynku.

Nagle lampa mi zagasła. Świtało.

Zbliżyłam się do okna i uchyliłam sztorę. Brzask dzienny szarawo rozświecał pomieszane dachy i gzemsy domostw rozlicznych ulic; nad rzeką, płynącą u stóp góry, na której stały gmachy zakładu, unosiła się mgła popielata. Za rzeką bielał szeroki pas drogi, którą za kilka godzin przebywać miałam, uroczysta cisza zwieszała się nad uśpionym jeszcze miastem.

Po chwili naprzeciw mnie zróżowiał brzeżek horyzontu, popielata mgła unosząca się nad wodą pierzchnęła i jednocześnie w spokojnych falach rzeki zaiskrzyły się pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Pomyślałam sobie, że jak w tej chwili słońce wstępuje dla ziemi, tak dla mnie dziś wschodzi jutrzenka rozpoczynającego się życia.

I któż mi powie, że dzień o ranku pogodnym w południe zmącony nie będzie burzą lub słotą?

Kiedy blaski słoneczne upadły na okna domostw, a rzeka całkiem już otrząśnięta ze swej nocnej szaty płynęła spokojną pozłacaną wstęgą, ja klęczałam u okna i prosiłam Boga królującego nad gwiazdami, aby pobłogosławił wstęp mój w świat nieznany i odsłonił przede mną drogi, jakimi wstępować winnam.




Rozdział IX

I oplotły mię ramionami towarzyszki drogie, poczułam na mej twarzy łzy ich pożegnania, zamknęły się za mną wrota, za którymi przebyłam lat tyle, i stary sługa mojej matki na ręku prawie zaniósł mię do karety, w której obok mnie usiadła Binia.

Zabrzmiała trąbka pocztowa, koła potoczyły się szybko, za szybami karety przemknęły ulice rodzinnego miasta, rzeka zniknęła mi z oczu. Unoszona bystrym biegiem sześciu koni uleciałam białym szlakiem drogi w świat, w dal, ku rodzinnym stronom mej matki.

Koleje żelazne nie łączyły jeszcze wówczas różnych a odległych stron kraju; podróż nasza, lubo pośpieszna, trwała dwie doby i pomimo zajmującego widoku okolic, jakie przebywałam, czułam już pewne znużenie, gdy Binia, wychyliwszy głowę z karety, milcząc ukazała mi rozległy dwór, położony między malowniczymi wzgórzami.

Zrozumiałam jej gest milczący, serce uderzyło mi silnym wzruszeniem: byłam już tylko o kilka staj od domu mojej matki.

Bladozłota tarcza marcowego słońca oświetlała obszerny dziedziniec, na który przez wysoką bramę wjazdową wtoczyła się kareta.

Na wzniesionym ganku murowanego domu stała moja matka. Zanim służący zdołał zstąpić z kozła, otworzyłam sama drzwiczki powozu, przeskoczyłam przez Binię i upadłam w otwarte ku mnie jej ramiona.





Świat mojej matki

Rozdział I

"Niezbyt to świat przestronny. Względnie nawet do kuli ziemskiej, która także ma swe granice, świat ten jest tylko małą cząsteczką. Ma on wprawdzie w sobie wiele dobrego, należy do niego wielu ludzi dobrych i uczciwych; zajmuje pewne wskazane sobie miejsce: ale z drugiej strony to znowu w nim złe, że jest to świat tak otulony w brylanty i bawełnę, że nie słyszy ani ruchu innych większych światów, ani widzi, jak one krążą około słońca. Jest to świat uśpiony i wzrasta słabowito z powodu braku powietrza".

(Dickens Pustkowie)


Przez szerokie okno, zdobne w ciężkie firanki, wnikało południowe słońce wiosenne i oświetlało wiejskie mieszkanie, przez które prowadziła mię matka moja, trzymając za rękę.

Przebyłyśmy naprzód trzy niewielkie pokoje bawialne, przybrane ze smakiem i komfortem, salę do tańca, w której kilkadziesiąt par swobodnie obracać się mogło w mazurze, salę jadalną z wielkim pośrodku stołem, mogącym zmieścić kilkadziesiąt nakryć, i zatrzymałyśmy się w buduarze mojej matki. Na widok tego pokoju dziecinne lata moje żywo mi stanęły w pamięci.

Był on zupełnie podobnym do tego, w jakim między rodzicami mymi odbywała się owa scena rozłączenia, która niestarte niczym wrażenie zostawiła w mym umyśle. Takie same niskie i miękkie meble stały pod ścianami, takimi samymi cackami i gracikami zastawione były stoliki i konsole, taż sama między oknami stała toaleta i wydało mi się, że w głębi zamkniętych jej szuflad widzę te same różnobarwne kamienie, które niegdyś stanowiły przedmiot zachwytu dla mych dziecinnych oczu. Za oknami widać było obszerny ogród o starożytnych alejach i kilku ogrodników pracujących nad kwiatowymi klombami, wijącymi się w przeróżne gzygzaki pod wysoko wzniesionym gankiem.

Przyzwyczajona od lat wielu do jednostajnych nagich sal pensjonarskich, monotonnymi zastawionych ławkami, poczułam się olśniona pełnym smaku, barw i błyskotek otoczeniem, w jakim się znalazłam. Powiało na mnie tchnienie ciągłego gwaru i zabaw, jakim owiane było dzieciństwo moje; zdawało mi się, że za ścianami salonów, przez które przechodziłam, brzmi wrzawa ostatniego balu, na jakim w przeddzień odjazdu mego na pensją znajdywała się malutka wówczas moja osóbka. Dziwnym zwrotem wyobraźni przy wspomnieniu o tej pamiętnej dla mnie zabawie zamajaczyła przed mymi oczami wysmukła postać i jasnowłosa głowa owego księcia, z którym matka moja tańczyła najwięcej, a którego powierzchowność utkwiła w mojej pamięci z zadziwiającą dokładnością. Uśmiechnęłam się z samej siebie, ale jednocześnie podniosłam oczy na matkę i wzrok mój upadł na dwie zmarszczki, które między brwiami podłużną linią przerzynały aż do połowy gładkie zresztą i wyniosłe jej czoło.

Szybka jak błyskawica myśl przemknęła mi przez głowę, że te bruzdy na czole mojej matki, cierpieniem jakimś zapewne wyryte, miały może związek z ową męską postacią, która przypłynęła ku mnie ze wspomnień odległych... Stałyśmy obie na środku buduaru i patrzyłyśmy wzajem na siebie w milczeniu. W oczach matki mojej była czułość macierzyńska, połączona z ciekawością kobiety, która innej, a młodszej od siebie, przypatruje się kobiecie. Jestem pewna, że w moim wzroku musiało być uwielbienie.

Jakże piękną jeszcze była matka moja! Utraciła już wprawdzie dawną szczupłość i powiewność kształtów, ale wysoka postać jej tym więcej jeszcze miała majestatycznej wyniosłości i dumy. Czarne jak heban ogromne jej włosy obfitymi warkoczami ciążyły z tyłu głowy i ani jednej jeszcze nie było między nimi srebrnej niteczki. Matowa i delikatna jej cera nic nie straciła ze swej świeżości, usta tylko nieco bledszy miały koloryt, a dwie fałdy które rysowały czoło, nie tylko nie szpeciły twarzy, ale dodawały jej pewnego uroku powagi i zamyślenia.

Ubrana była w ciemną suknię z grubej materii, takaż sama mantyla okrywała jej kibić malowniczymi fałdami.

Matka moja musiała spostrzec zachwycenie, z jakim się jej przypatrywałam, uśmiechnęła się, pogłaskała mię po twarzy i zaprowadziła do przeznaczonych dla mnie pokojów. Śliczne to były pokoiki! jeden gabinet okrągły, pełen zwierciadeł, kwiatów i świecidełek, z meblami pokrytymi paliowym atłasem; drugi sypialny, cały zielony, z alkową w głębi, w której stało łóżko; trzeci bieluchny, czyściuchny dla mojej Bini, która obok mnie sypiać miała. Zachwycenie moje było niezmierne. Skakałam i klaskałam w ręce jak dziecko, biegając od sprzętu do sprzętu, od cacka do cacka, od jednej rośliny wazonowej, do drugiej; dotykałam się wszystkiego, wszystko z różnych stron oglądałam, słowem, radość moja ze ślicznego, a mego wyłącznego mieszkanka, nie miała granic.

Matka moja przerwała te pensjonarskie uniesienia moje słowami:

— Teraz zostawiam cię u siebie. Oto masz taśmę od dzwonka, przeprowadzonego do pokoju twojej panny służącej; zadzwoń na nią i powiedz jej, aby ci pokazała twoją garderobę, zamkniętą w szafach i komodach ustawionych w pokoju Balbiny. Wybierz sobie suknię, jaką zechcesz, byle naturalnie żadną z wieczorowych, których tam także jest kilka, i odmień toaletę.

Każ się także uczesać. Suknia twoja zszyfonowana w podróży i koafiura także w wielkim nieładzie. Mamy dopiero południe i dziś jeszcze przybyć może ktoś z gości. Kobieta dobrego tonu powinna zawsze tak być ubrana pomiędzy swymi czterema ścianami, aby w każdej chwili móc się całemu światu pokazać. Rzekłszy to matka moja raz jeszcze pocałowała mię w czoło i opuściła pokój, a ja z pośpiechem pociągnęłam taśmę od dzwonka.



Rozdział II

I znowu płynęłam z rozpiętymi żaglami na łodzi zachwycenia. Zwinna i szczebiotliwa garderobiana z Warszawy otwierała przede mną szafy i komody, a ja, siedząc pośrodku pokoju na dywanie, znalazłam się istotnie zakopana w stosie sukien, okryć i różnych toaletowych fraszek, które kazałam służącej podawać sobie i rozkładałam wokoło. W godzinę potem, świeżo uczesana i ubrana, stałam sama jedna w gabinecie przed lustrem spu— szczającym się aż do posadzki. Przede mną stała w zwierciadlanej szybie siedemnastoletnia dziewczyna w błękitnej sukni, średniego wzrostu, cienka w pasie i o spadzistych ramionach. Główkę miała małą, okrągłą, pokryta lasem kasztanowatych włosów, modnie teraz uczesanych. Pod tą modną fryzurą było czoło, w regularny owal wykrojone, pod nim para podługowatych, szafirowych oczów z długimi rzęsami; między oczami mieścił się nosek. wcale nieładny, bo za duży i za szeroki dla reszty rysów ale za to poniżej kwitła buzia, pąsowa jak odłam korala. Policzki nie były ani różowe, ani blade, miały białą przezroczystość porcelany, osypanej brzoskwiniowym puszkiem.

Uśmiechnęłam się do dziewczyny stojącej w lustrze. Oddała mi uśmiech pokazując białe ząbki.

— Ładna jesteś — szepnęłam do niej.

— "Ładna jesteś" — odszepnęła.

Wyprostowałam się i podniosłam głowę tak wysoko jak ją zwykła była nosić moja matka.

Dziewczyna w lustrze uczyniła to samo.

— Będziesz tak piękną jak twoja matka! — rzekłam do niej. "Jak twoja matka!" — powtórzyła.

— Będą cię ludzie uwielbiać! — wymówiłam.

— "Będą cię ludzie uwielbiać! " — odpowiedziała.

— I starać się o twoją rączkę! ...

Tu zaśmiałam się głośno i długo. Na myśl przyszedł mi ów konkurent mój in spe, o którym pisała mi matka a którego inaczej wyobrazić sobie nie mogłam, jak wycierającego chusteczką szkiełko od pince— nez. Przedstawiłam sobie, że stoi on przede mną, ujęłam delikatnie obiema rękoma suknię i robiąc dyg głęboki rzekłam:

— Dzień dobry panu! a! bardzo przepraszam! bonjour, monsieur! zapomniałam, że na wielkim świecie pierwszy wyraz rozmowy nie wymawia się nigdy po polsku. Mówiono mi o tym, ale widzisz pan, jestem świeżo wyemancypowaną pensjonarką, niewprawną jeszcze w zwyczaje światowe. Otóż — bonjour, monsieur! proszę skończyć już raz przecieranie swego szkiełka i włożyć je na nos. O tak! dobrze! C'est parfait! teraz proszę patrzeć na mnie! dygam panu po raz drugi; czy prawda, że dygam zgrabnie? Dawała mi lekcje tańca panna D., najsławniejsza tancerka. Zachwycony pan jesteś moim dygiem i cała moją osóbką, nieprawdaż?

Proszę tylko nie bardzo patrzeć na mój nosek, bo jest niezgrabny!

Masz pan zamiar starać się o moją rączkę? bardzo dobrze! przypatrzę się i ja panu, i jeśli mi się podobasz... no... to nie wiem... a jeśli się nie podobasz, dostaniesz harbuza! cha, cha, cha! ... . po francusku harbuz nazywa się citrouille, po angielsku english melon, cha, cha, cha!

W czasie tego monologu śmiech mię zdjął długi i serdeczny, dziewczyna w lustrze zanosiła się także od śmiechu. Nagle umilkłam i spoważniałam. Wzrok mój upadł wypadkiem na papier, leżący u stóp moich na posadzce, a w oczy rzuciły się wyraźnym pismem nakreślone słowa:

"Nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego!"

Był to list mego ojca, który wypadł mi z kieszonki podróżnego szlafroczka. Podjęłam go z poszanowaniem i machinalnie prawie czytałam dalej: "Wejdź w życie z myślą, że zabawy i zbieranie hołdów nie jest celem, dla którego żyć winna kobieta. Odurzą cię one i upoją zrazu, ale staraj się co prędzej o wytrzeźwienie".

"Strzeż się utonięcia we fraszkach. Poza tym błyszczącym kołem, które cię otoczy, staraj się dojrzeć świat najrozleglejszy, świat pracy, myśli, uczuć wielkich..."

Opuściłam ręce i zamyśliłam się głęboko. Zdawało mi się, że z papieru, który trzymałam w ręku, wychodził głos poważny, surowy nieledwie, głos z innego jakiegoś świata niż ten, do którego weszłam, który mię już na samym wstępie upoił. Głos ten przychodził do mnie od ojca, ze stron dalekich, z dalekich krain, po których on wędrował... Rzewnie zaczęło mi się robić około serca, zapomniałam o dziewczynie, która w lustrze śmiała się przed chwilą tak swawolnie, i pismo ojca do ust poniosłam. W tej chwili zawołano mnie do matki.




Rozdział III

Przy obiedzie matka moja rozmawiała ze mną po francusku i angielsku na przemian, a wstając od stołu rzekła do mnie:

— Bardzo się cieszę z tego, że posiadasz wprawę mówienia dwoma językami, które są powszechnie używane po salonach. Chciałam się o tym przekonać i wyszłaś z próby zwycięsko.

Tu pogłaskała mię po głowie z zadowoleniem.

— Umiem jeszcze mówić po niemiecku — odrzekłam, ucieszona pochwałą matki.

— O niemiecki język mniejsza — odpowiedziała — potrzebny on tylko w razie podróżowania, a i to niekoniecznie, bo z francuskim i angielskim cały świat objechać można.

Zdziwiły mię nieco te słowa, bo na pensji powiadała mi często jedna z nauczycielek naszych, że znajomość niemieckiego języka jest prawie niezbędną dla każdego, kto chce kształcić swój umysł.

Podzieliłam się tą uwagą z moją matką.

— Nauczycielka wasza — rzekła — miała słuszność, jeśli to, co mówiła, stosowała do mężczyzn; kobiety zaś nie mają potrzeby ślęczyć nad naukami, chyba jeśli się kształcą na guwernantki.

Słowa te dały mi wiele do myślenia.

— Moja mamo — zawołałam po długim namyśle — nie rozumiem dobrze tego, coś mi powiedziała.

Jeśli dla mężczyzny nauka jest rzeczą potrzebną, dlaczegożby dla kobiety nie miała być równie taką?

Uśmiechnęła się moja matka.

— I mężczyźni nie potrzebują głębszej nauki... a ci tylko jej się oddają, którzy zmuszeni są za jej pomocą zarabiać sobie na kawałek chleba, jak np. doktorowie, prawnicy, urzędnicy i tym podobnych zawodów ludzie.

— Więc bogaci mężczyźni wcale się nie uczą? — zawołałam.

— I owszem — odpowiedziała mi matka — uczą się języków obcych, muzyki, tańca i przyzwoitej w towarzystwie maniery.

Języków, muzyki, tańca! — pomyślałam — a więc tego samego, czego i ja się uczyłam!"

Miałam wielką ochotę zapytać moją matkę, czy ów sąsiad z gotyckim pałacykiem i pięknym nazwiskiem, o którym mi pisała, niczego się więcej nie uczył? Bo w takim razie musi on być zupełnie takim samym jak ja, a więc nic w nim nie ma ciekawego, bo przecież dobrze znam moją własną osobę. Żeby to on wiele, wiele umiał i wiele, wiele widział na świecie i mnóstwo nowych ciekawych rzeczy miał mi powiedzieć, to by się mnie bardzo spodobał.

Ależ znowu, ponieważ jest bogaty i nie potrzebuje zarabiać sobie na kawałek chleba, musiał uczyć się tylko języków, muzyki, tańca i maniery. A może też ta maniera jest przymiotem wielce zajmującym? Nie uczyłam się wprawdzie maniery... a zobaczymy!

Rozmyślania te przerwała moja matka mówiąc mi, abym usiadła do fortepianu. Poskoczyłam do moich pokojów i przyniosłam nuty przywiezione z sobą z pensji. Na pensji uczył mię muzyki jeden z ludzi, którzy poczucie artystyczne, jakie sami noszą w piersi, umieją zaszczepić w dusze tych, których wprowadzają w krainę sztuki. Nauczyciel mój pojmował sztukę w wysokim jej znaczeniu i mnie tak ją pojmować nauczył. Sama zresztą czułam nieraz przy grze te drgnienia tajemnicze, które są świadectwem iskry wewnętrznej, noszącej nazwę talentu. Na pensji, gdy tylko miałam czas wolny od nauk, grywałam godzinami całymi nie mogąc oderwać się od fortepianu. Koleżanki moje i nauczycielki nazywały mię artystką pensji. Najwięcej miałam zamiłowania w niemieckiej muzyce. Z pomocą nauczyciela mego, od którego zamiłowanie to przejęłam, studiowałam wyłącznie prawie Beethovena, Haydna, Mozarta.

Regularne ich pasaże, poważne akordy, słodki rytm melodii, który wypływał.

Z powodzi nagromadzonych tonów, niby coraz nowa, wyłaniająca się z cieni tajemnica, miały dla mnie urok niewymowny. Gdy palce moje wywoływały je z klawiszów, przed oczami rozwijały się całe szeregi obrazów poetycznych, wielkich; a choć potem obrazy te znikały nieraz bezpowrotnie, zostawał mi po nich w głowie jakiś szlak gwiaździstych myśli, niby mleczna droga na nocnym niebie. I teraz więc wybrałam jedną z ulubionych moich sonat i od niej zaczęłam mój popis muzyczny. Grałam dość długo, a gdy uderzyłam ostatnie akordy sonaty, matka moja zbliżyła się do fortepianu.

— Doskonale wykonałaś tę sonatę — rzekła — szkoda tylko, że podobne rzeczy są zbyt poważne i rzadko się komu podobają.

— Moja droga mamo — odpowiedziałam — ponieważ podobają się one tobie i mnie, czegóż więcej potrzeba?

— Nie powiedziałam tego, że najbardziej lubię ten rodzaj muzyki — rzekła znów matka — przekładam włoską, w której śpiewność jest wyraźniejsza, i francuską, która posiada więcej życia. Ale o to, jaki jest mój gust w tym względzie, mniejsza. Jestem twoją matką i nie potrzebujesz popisywać się przede mną. Co innego zaś z obcymi ludźmi, którzy ciekawi będą poznać twój talent. Do ich to upodobań i skali artystycznej zastosować się w twej grze powinnaś, inaczej okrzyczą cię za nieumiejętną w muzyce, co będzie z wielką twoją szkodą, bo każda dobrze wychowana panna ładnie grać powinna.

Gdy matka moja to mówiła, mnie przyszły na myśl słowa nauczyciela mego o tym, że sztuka uszlachetnia człowieka wlewając w umysł jego żywioł piękna; przypomniałam sobie owe szlaki gwiaździstych myśli, które zostawiały mi po sobie melodie mistrzów, i odezwałam się po chwili namysłu:

— Przykro by mi zapewne było, gdyby ludzie zganili grę moją, bo bardzo lubię być chwaloną; jednakże zostałyby mi zawsze te miłe myśli, jakie mi przychodzą do głowy za każdym razem, gdy gram ulubionych moich kompozytorów.

— Moja droga — odrzekła mi matka — muzyka stanowi zapewne przyjemne przepędzenie czasu w samotności i środek rozrywki w nudach, ale są to tylko uboczne cele, dla których młode panny grać się uczą. Głównym zaś celem umiejętności grania jest możność przyjemnego zabawienia towarzystwa, w jakim znajduje się młoda osoba.

— W takim więc razie — odrzekłam — muzyka jest cackiem, przeznaczonym do bawienia uszu ludzi, jak na przykład ten kotek porcelanowy, który stoi na etażerce, ma bawić ich oczy.

— Między muzyką i porcelanowym kotkiem niepodobna zrobić porównania — odpowiedziała z uśmiechem matka — kotek jest nieżywy i żadnego na nikim zrobić nie może wrażenia, wtedy gdy piękną muzyką młoda osoba daje dowód, że jest starannie wychowaną.

Ostatnie słowa szczególniej uderzyły mój umysł. Dlaczego mianowicie muzyka ma być cechą starannego wychowania? Czemu nie jest nią również znajomość rysunku, historii, arytmetyki itd.

Zadawszy sobie w myśli te pytania rzekłam:

— Moja mamo, ponieważ umiejętność grania ma za jedyny cel bawić ludzi i świadczyć przed nimi o starannym wychowaniu młodej osoby, dlaczegóż w tych samych celach nie uczą nas skakać przez sznur albo kulki przewracać po podłodze? To by tak samo i bawiło, i stanowić mogło cechę dobrego wychowania, jeśliby ludzie zgodzili się na to zapatrywać w ten sposób, a nauka przychodziłaby nam wszystkim z większą łatwością.

Rozśmieszona tą uwagą, która mi nie wiedzieć skąd przyszła do głowy, zaśmiałam się serdecznie.

Moja matka uśmiechnęła się także, ale prędko spoważniała i rzekła z odrobiną niezadowolenia:

— Uważam, Waciu, że masz wielką skłonność do analizowania wszystkiego i do łamania swojej młodej główki nad każdym przedmiotem, o którym rozmawiasz. Otóż staraj się tego pozbyć, bo gdy ludzie skłonność tę w tobie spostrzegą, nazwą cię pedantką i panną emancypowaną.

Zmartwiło mię to pierwsze spostrzeżenie, jakie matka moja uczyniła na moją niekorzyść.

Pocałowałam ją w obie ręce i rzekłam:

— Myślałam dotąd, moja mamo, i mówiono mi tak na pensji, że dobrze jest zastanawiać się nad wszystkim i wszystko starać się zrozumieć.

— Tak — przerwała mi matka łagodnie, głaszcząc moje włosy — dobre to jest i pożyteczne, ale tylko dla mężczyzn, dla tych istot uprzywilejowanych, którzy wszędzie w życiu między ludźmi we własnych myślach mają prawo być samymi sobą. My kobiety takiego prawa nie mamy. Każda z nas wchodząc w świat znajduje kodeks, według artykułów którego ma postępować, a kodeksem tym są: zwyczaje. Rządzą one już naprzód jej wychowaniem, a potem, jeśli się z nimi choć na jotę rozminie, otwiera się przed nią inna księga praw, która się kodeksem karnym nazywa. Ten kodeks karny — to sądy, obmowy i potępienie świata, z którego uświęconym regulaminem kobieta rozminąć się ośmieliła. Niech cię Bóg broni, abyś się z tą karną księgą spotkać miała. Wiem ja, co ona znaczy, i lękam się jej dla ciebie śmiertelnie.

Gdy matka moja to mówiła, dwie fałdy rysujące jej piękne czoło stały się głębsze i smutek zagrał w oczach. Objęłam ją i przytuliłam się do niej czując, że przygarnia mię do siebie z miłością.

— Moja mamo — szepnęłam po chwili — czyliż nie ma na świecie kobiet, które by próbowały zniszczyć ten brzydki kodeks, co nie pozwala im ani myśleć, ani postępować według własnego rozumu i serca, ale wedle przyjętych praw, których one same nie pisały przecie?

— Bywają takie kobiety, które w części albo zupełnie próbują się rozmijać z kodeksem światowych zwyczajów, jeśli te nie zgadzają się z ich przekonaniami — mówiła moja matka — ale są to nieszczęśliwe istoty, których naśladować nie należy. Jeśli są one ubogie, giną przez to marnie najczęściej, bo świat wyrzeka się ich jak nieposłusznych sobie dzieci; jeśli są bogate, cofają się prędko z niebezpiecznej drogi, wracają na utarte szlaki, a raz na nie wróciwszy, przyjmują za swoje to, co im zrazu obce naturą swoją było, i wyrzekają się siebie samych, aby nie ściągnąć na swe głowy srogich wyroków karnego kodeksu.

To rzekłszy, powstała moja matka i pocałowawszy mię w głowę opuściła pokój. Zostałam sama i długo siedziałam zamyślona.

Niewyraźne jakieś światła przebiegały mi przez głowę.

"A więc — myślałam — mówię obcymi językami i umiem grać dla popisu przed ludźmi. Nie wolno mi zastanawiać się nad tym, co mój umysł uderza; bo ludzie nie lubią tego w kobiecie!

Czyliż wszystko, co jest we mnie, na mnie i koło mnie, ma istnieć tylko dla ludzi, dla ich zabawy, pochwały lub dla uniknięcia ich nagany? Więc jestem cała własnością ludzi i tego kodeksu prawnego, który się nazywa: zwyczaje? A cóż będzie własnością moją i tych, których kocham? Czyliż nie mam grywać ulubionych moich sonat, dlatego że ich większość ludzi nie rozumie? Czyż niemiecki język niepotrzebnym mi jest, skoro nim nie rozmawiają w salonach?

Mamże odpędzać od siebie uwagi i myśli, które mi przychodzą do głowy, choćby one były najbardziej mię zajmujące, dlatego że nie jest w zwyczaju, aby kobieta myślała, zastanawiała się w ten sposób?"

"Nie — zawołałam w myśli — może to i dobrze, może tak być i powinno, ale ja tego nie rozumiem!"

— A matka moja czy rozumie sama tę naukę, jaką mi dała przed chwilą? — zapytałam znowu siebie i przypomniałam smutny ton jej głosu, gdy wymawiała ostatnie owe słowa, owe powiększenie się fałd na jej czole i żal tajony, co przez chwilę zamigotał w jej oczach.

"Tak — myślałam — matka moja rozumie to, co dla mnie jest tajemnicą".

I przemknęła mi myśl, że na dnie tej tajemnicy leży coś bardzo smutnego.

I doświadczyłam przeczucia, że świat mojej matki nie jest tak bezchmurnie wesołym, jak go sobie wyobrażałam.




Rozdział IV

Gdy takim oddawałam się; myślom nagle zaturkotały pod gankiem koła, a turkotowi temu zawtórowało przyspieszone bicie mego serca.

Ktoś przyjechał, pierwszy gość, którego ujrzeć miałam w domu mej matki. Pierwsza osoba z jej świata, która mnie miała zobaczyć. Trwoga mię zdjęła. A tu jeszcze matki mojej nie ma w bawialnym pokoju. Tuż, tuż gość wejdzie... Jakże się ukłonię, jakie pierwsze słowo wymówię?

Zerwałam się z krzesła na równe nogi.

"Ucieknę" — pomyślałam i frunęłam przez pokój.

Niestety! U wejścia do drugiego pokoju musiałam stanąć na progu jak wryta: bulion od portiery zaplątał się w szerokiej, białej frędzli, którą oszyta była moja błękitna suknia. Pochyliłam się i drżącymi rękami zaczęłam rozplątywać frędzle. Ale niełatwa była z nią sprawa.

Jedwab okręcił się i zamiast rozwikłać go, jeszcze gorzej plątałam. W przyległym pokoju posłyszałam męskie stąpanie. Czułam, że rumieńce uderzają mi do twarzy.

"Otóż — myślałam — zamiast polepszyć, pogorszyłam moje położenie. Będę musiała powitać gościa, nie mogąc ruszyć się od progu!"

Targnęłam raz jeszcze i zrobiłam to tak silnie, że uwikłanie mojej odzieży jeszcze się wzmocniło.

Do pokoju wszedł młody mężczyzna. W stanowczej chwili wróciła mi odwaga. Wyprostowałam się rezolutnie, o ile pozwalała mi na to przymocowana do portiery suknia, i ozwałam się:

— Bardzo przepraszam pana, że nie mogę ani kroku postąpić na powitanie, ale frędzla od sukni splątała mi się z portierą.

Mówiłam to prawie z płaczem, tak upokarzało mię śmieszne, jak mi się zdawało, moje położenie.

Młody człowiek z uśmiechem podszedł do mnie i rzekł:

— Wszak to zapewne kuzynkę Wacławę widzę?

— Tak — odpowiedziałam.

— Jestem Franciszek W. — wymówił z ukłonem i podał mi rękę.

— Kuzynek Franuś! — zawołałam odzyskując zupełnie śmiałość — o! jakże się to stało, że nie poznałam kuzynka !

— Trudno to kogoś poznać, jeżeli się go widziało dwunastoletnim malcem, a spotyka na nowo dorosłym człowiekiem. I ja bym kuzynki może nie poznał, gdybym nie wiedział, że ją tu znajdę.

— O, niechże mi kuzynek pomoże wyplątać się z uwięzi, bo doprawdy poruszyć się nie mogę!

— Najchętniej to uczynię — odpowiedział kuzynek i przyklęknąwszy na jedno kolano zaczął mocować się z poplątanymi nićmi jedwabiu.

— Ależ, jak widzę, kuzynka w formalną popadłaś niewolę! — wymówił z uśmiechem.

Wyraz niewola przypomniał mi przed chwilą rozmowę moją z matką i wywołane nią moje rozmyślania. Spoważniałam nagle i wyrzekłam bardzo serio:

— Rozplącz co prędzej moje frędzle, kuzynku, bo znieść nie mogę niewoli.

Kuzynek, który ciągle klęczał na jednym kolanie, podniósł nagle głowę i prosto w twarz mi popatrzył.

— A jednak — rzekł uchylając się znowu nad splątaną frędzlą — kuzynka często spotkasz się w świecie z niewolą.

Kiedy kuzynek patrzył na mnie, pierwszy raz spostrzegłam, że ma błękitne oczy z bardzo miłym wyrazem, a gdy wymawiał ostatnie słowa, zdało mi się, że głos jego był trochę smutny.

W tej chwili z sąsiedniego pokoju weszła moja matka; spostrzegłszy mię stojącą nieruchomie i kuzynka klęczącego, zatrzymała się na progu zdziwiona.

— Co to jest? — spytała — Franusiu, w jakiejże romantycznej znajduję cię postawie?

Wyrzekła to ze śmiechem, ale zdawało mi się, że śmiech ten był nieco przymuszony. Kuzyn, który właśnie co uwolnił moją suknię, częścią porwawszy, częścią rozplątawszy jedwab, w którym utkwił nieszczęsny bulion, zerwał się spiesznie i z wielkim uszanowaniem powitawszy moją matkę opowiedział jej historię całego zdarzenia. Wysłuchawszy go z uśmiechem, matka moja rzekła do mnie:

— Jest to dla Waci mała nauczka, że panna dorosła, która przestała już być pensjonarką i nosi długie suknie, powinna na każdym kroku być bardzo uważną i ostrożną.

Z tonu, jakim matka moja to mówiła, i ze spojrzenia, jakie rzuciła na mnie, poznałam, że wyrazy jej nie były tak proste, jakimi się być zdawały, ale miały podwójne jakieś znaczenie.

Kuzyn zajął się rozmową z moją matką i przestał zwracać na mnie uwagę. Ośmielona tym, przypatrywałam się mu ciekawie.

Przed wyjazdem na pensję widywałam go małym chłopaczkiem, gdy go do rodziców moich przywoziły w odwiedziny dwie ciotki mojej matki, a jego dalekie krewne, które, jak mi mówiono, miały go na opiece. Jakże się od tej pory odmienił. Z małego chłopaczka, trochę niezgrabnego i wiecznie rozczochranego, stał się wcale przystojnym młodym człowiekiem.

Już wtedy, kiedy klęcząc przede mną spełniał wielkie dzieło rozplątywania mojej frędzli, uważałam, że miał błękitne oczy z miłym wyrazem; teraz zobaczyłam jeszcze światłopłowe, gęste włosy, odrzucone w tył nad czołem niezbyt wysokim, ale białym i pogodnym. Rysy miał ściągłe, delikatnością przypominające twarz kobiecą, i małe jasne wąsiki.

Podano herbatę, przy której kuzynek rzekł do mojej matki:

— Ciotka Hortensja i ciotka Ludgarda przysłały mię tu z oświadczeniem, iż pragną co prędzej zobaczyć kuzynkę Wacławę.

Wiedziałam, że mówił o krewnych swych, które go wychowały, a były rodzonymi ciotkami mojej matki.

Matka moja odpowiedziała:

— Jak tylko Wacia opatrzy się trochę w domu, natychmiast pojedziemy do Rodowa i zaprezentuję ją ciotkom. Czy pamiętasz babki twoje, Waciu? — zwróciła się do mnie z zapytaniem.

Odpowiedziałam, że pamiętam tylko długie szeleszczące ogony ich sukien i białe koronkowe ich czepce.

Uśmiechnęła się na to moja matka.

— Ciotki moje — rzekła — lubo są już w podeszłym wieku, pilnie dotąd strzegą wszystkich zwyczajów światowych. Zobaczysz w nich prawdziwe wzory dam wielkiego świata, które do późnych lat zachowały w ubiorze, układzie i obejściu się dystynkcję wyższych towarzystw. A jakże tam idzie gospodarstwo w Rodowie? — zwróciła się z zapytaniem do kuzynka Franusia.

Kuzynek zarumienił się trochę.

— Doprawdy... nie wiem — odpowiedział z zakłopotaniem.

— Przecież jesteś niby zarządcą gospodarstwa ciotek? — zaśmiała się moja matka.

— Przyznam się kuzynce — odpowiedział zawsze z pewnym zakłopotaniem się Franuś — nie mam szczególnego zamiłowania w gospodarstwie. Potem ciotka Hortensja sama się miesza bardzo do rządów, a mnie pozostaje tylko spełnić niekiedy jej polecenia.

Gdy to mówił, spostrzegłam, że po twarzy jego przemknął się wyraz smutku. Po herbacie matka moja wyszła z salonu, a kuzynek przysunął się do mnie.

— Czy pamięta kuzynka — rzekł — jak to, gdy przyjeżdżałem z ciotkami do jej rodziców, uczyliśmy się razem przez sznur skakać, a kuzynka śmiała się ze mnie, że niezgrabnie skakałem?

— O, pamiętam! — odpowiedziałam — a kuzyn pamiętasz, jak rozbiłeś piłką lustro w mamy pokoju?

— O! pamiętam, ciotka Hortensja kazała mi wtedy klęczeć za karę, a kuzynka tak mię żałowałaś, że aż zanosiłaś się od płaczu.

— O! pamiętam, pamiętam! I potem ojciec na pocieszenie nas przywiózł nam z miasta książkę z obrazkami.

— W której była powiastka o jakimś grzecznym Franusiu, a kuzynka mówiłaś, że to ja jestem taki grzeczny...

— Spodziewam się, że kuzynek i teraz jest grzeczny...

— Do usług kuzyneczki.

Ostatnie słowa wymówił z bardzo zgrabnym ukłonem.

— A ileż to już lat upłynęło od tego czasu, jak kuzynek przyjeżdżałeś do nas?

— O wiele, wiele! Kuzynka nie miałaś wtedy więcej jak lat ośm.

— A kuzyn ile lat miał wtedy?

— Dwanaście.

— Więc kuzyn o cztery lata ode mnie starszy?

— Tak.

— Więc teraz ma rok dwudziesty drugi. . .

— Dwudziesty drugi.

— A ja siedemnaście lat skończyłam miesiąc temu.

— Tośmy to oboje starzy!

— Okropnie!

— Co widzę? Kuzynka masz już siwe włosy.

— Kuzynek pełno zmarszczek na czole!

I śmialiśmy się długo, głośno, wcale nie po staremu.

— Ależ kuzynek tak się odmienił... — zaczęłam znowu rozmowę.

— A kuzynka wcale nie — przerwał Franuś — jak była, tak i jest prześliczną.

Musiałam zarumienić się po uszy, bo poczułam na twarzy straszne gorąco. Męczyłam w palcach moją nieszczęśliwą frędzlę i nie mogłam oczu podnieść na kuzynka, tak byłam zmieszana jego komplementem.

Gdy nareszcie wzrok podniosłam, zobaczyłam, że patrzył na mnie ciągle, a błękitne jego oczy były błękitniejsze niż wprzódy.

"Podobam się mu! " — mignęła mi myśl przez głowę i pierwszy raz w życiu poczułam przyjemność, jaką myśl taka sprawia. Była ona tak żywą, że aż mi serce żywiej uderzać zaczęło.

W tej chwili weszła do pokoju moja matka i powiedziała, że ponieważ muszę być zmęczoną podróżą, powinnam już udać się na spoczynek. Miałam wielką ochotę zostać jeszcze trochę z nią i z kuzynkiem i oświadczyłam, że nie czuję się wcale zmęczoną.

— Co mi tam prawisz — łagodnie odpowiedziała matka — wiem ja, że takie jak ty nowicjuszki w świecie nigdy spać nie chcą. Pomimo to zbyt długiego czuwania strzec się należy, bo źle wpływa na piękność cery. Idź więc, idź i odpocznij po tak dalekiej drodze!

Niechętnie powstałam, aby być matce posłuszną, i widziałam, jak kuzynek aż do drzwi przeprowadził mię wzrokiem.

W gabinecie moim paliły się świece i przy toalecie stała oczekując mię panna służąca.

— Jaką suknię mam panience przygotować na jutro? — spytała.

Nad rozstrzygnięciem tej kwestii myślałam długie dwie minuty, ale niestety nie mogłam ogarnąć pamięcią kolorów i form wszystkich sukien, jakie były w mym posiadaniu. Służąca szafy znowu pootwierała przede mną, a ja, po półgodzinnych wahaniach się, wybrałam na jutro bladoliliową suknię ozdobioną czarnymi koronkami. W kwadrans potem leżałam już w mięciuchnym łóżeczku zasłanym haftowaną bielizną, a przy mnie stała moja Binia, która jak zwykle przyszła mię przeżegnać przed nocą. Alabastrowa lampka z przyćmionym światłem paliła się na kominku i łagodnie oświetlała zielony sypialny pokoik. Zgrabne sofki i fotele wychyliły się z cienia, po stolikach błyskały złocone kubeczki i flakony, zielona firanka w miękkich fałdach zasłaniała do połowy otwór alkowy, w której stało łóżko, napełniając ją dziwnie przyjemną ciszą i półświatłem.

— Jakiż śliczny ten mój pokoik! To raik prawdziwy! — rzekłam do Bini.

— Daj Boże — odpowiedziała — aby ci w nim dobrze i spokojnie było.

— Ja nie chcę, Biniu, aby było spokojnie! — zawołałam ze śmiechem. — Przeciwnie, chcę, aby u mamy bywało wiele, wiele gości, ażebym się wszystkim podobała, aby mię wszyscy chwalili, aby mama co najprędzej wydała u siebie tańcującą zabawę i abym pierwszego mazura tańczyła z kuzynkiem Franusiem!

Binia nic nie odpowiadała, tylko uśmiechnęła się i znacząco pokiwała głową. Ucałowałam ją w oba policzki; a gdy odeszła, zaczęłam rozmyślać nad tym pierwszym dniem, co mi upłynął w domu matki.

"Jakże szczęśliwa jestem, że mam taką dobrą, śliczną, miłą matkę!" — pomyślałam i przy tej myśli zaczęły mi się zamykać do snu powieki, a przed rozmarzonym wzrokiem przesuwały się piękne pokoje domu naszego, szafy pełne sukien, cacka toaletowe, pomiędzy którymi zamigotały parę razy błękitne oczy kuzynka.

Błogość nieokreślona ogarnęła mię całą, serce uderzało mi w piersi z wolna, rozkosznie...

poduszki, na których spoczywała moja głowa, były tak miękkie... alkowa taka cicha... wpółoświetlona...

wpółciemna... Zamknęłam zupełnie oczy i zdawało mi się, że firanka, przysłaniająca alkowę, kołysze się powoli, fałdy jej pochylają się ku sobie, z cichym szmerem coś szepczą do siebie, niby te drzewa, co na polach dotykają się szczytami, wietrzykiem poruszane.

Coraz mgliściej, coraz niewyraźniej snuły się przed mym wzrokiem obrazy w dzień widziane, coraz ciszej, coraz tajemniczej szeptała nade mną firanka...

Nagle otworzyłam uśpione już oczy i usiadłam na łóżku. Wyraźnie, wyraźnie posłyszałam, jak ktoś obok mnie wymówił:

"Nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego!"

Obejrzałam się wokoło z instynktowną trwogą i naturalnie nikogo nie zobaczyłam. Na stoliczku tylko przy łóżku leżał list mego ojca, który wyjęłam z kieszonki od sukni i tam położyłam.

Oparłam twarz na ręku i zamyśliłam się. Wtedy na pamięć przyszedł mi ojciec mój.

"Dlaczego nie jest on tutaj z nami? " — myślałam. Wyobraziłam go sobie w krajach dalekich, cudzych i łzę poczułam w oku.




Rozdział V

Pierwsze dwa tygodnie pobytu mego w domu matki przemknęły jak sen szybko i rozkosznie.

Wszystko było dla mnie tak nowe, tak zajmujące; byłam zupełną panią mego czasu, moich sukien, moich śliczniuchnych pokoików i mego, posłusznego każdemu skinieniu, kuzynka.

Bawił on u nas całe dwa tygodnie, z czego niezmiernie byłam zadowolniona. Trudno by było o więcej zręcznego, grzecznego i potulnego chłopaka. Codziennie z rana witał mię z bukietem hiacyntów i narcyzów, które zaczynały już kwitnąć w ogrodzie, i oddawał mi go na "dzień dobry". Po całych dniach przechadzaliśmy się po domu i ogrodzie.

Ja mu opowiadałam o pensji i towarzyszkach moich, on mi różne prawił rzeczy o sąsiedztwie, którego jeszcze nie znałam; przypominaliśmy sobie wzajemnie czas, spędzony w dzieciństwie, a śmiech nasz wesoły rozlegał się po salonach.

Nie mogłam nie spostrzec, że czynię na kuzynku bardzo miłe wrażenie. Często, podnosząc wzrok, spotykałam się z jego oczami, które tkwiły w mojej twarzy i bywały wtedy bardzo błękitne. Niekiedy także, gdy patrzyłam na niego, spuszczał nagle oczy i leciuchny rumieniec przesuwał się mu po czole. Raz matka moja zaczęła grać walca i powiedziała nam, abyśmy tańczyli, bo chce zobaczyć, jak też ja tańczę. Kuzynek objął mię i puściliśmy się wkoło salonu; zrobiliśmy krąg jeden, drugi, trzeci, w głowie mi się kręciło, tchu brakowało w piersi, a kuzynek tańczył jeszcze i mnie za sobą pociągał.

— Dosyć! — szepnęłam — nie mogę oddychać!

— Dosyć, dzieci! — wołała moja matka, ale Franuś nic nie słyszał. W końcu moja matka musiała urwać muzykę, a ja bez tchu upadłam na sofę.

W parę minut potem kuzynek pocałował mię w rękę i rzekł cichutko:

— Przebacz, kuzynko, że nie posłuchałem cię, gdyś mi mówiła, aby zaprzestać walca. Straciłem pamięć wszystkiego... byłbym tak z chęcią na koniec świata zabiegł...

— Tobyś się dopiero zmęczył, kuzynku! — odpowiedziałam śmiejąc się, ale serce biło mi bardzo mocno, nie wiem, czy od walca, czy od słów Franusia.

Jednego dnia przechodziliśmy w ogrodzie około młodej brzózki, białą korą okrytej.

— Ile razy spojrzę na tę białą brzózkę — rzekł kuzyn — tyle razy myślę, że drzewa i ludzie miewają niekiedy między sobą podobieństwa!

— I do kogóż ta brzózka podobna? — spytałam.

— Do pewnej kuzyneczki mojej, której na imię Wacława.

— Jak to?

— Taka sama cieniuchna i wysmukła, a młode jej listeczki, co zaledwie się rozpuszczają, to jak naiwne i poetyczne rozmowy kuzynki!

Zaśmiałam się i obejrzałam dokoła siebie.

— A ty, kuzynku — rzekłam, chcąc porównaniem za porównanie odpłacić — podobny jesteś do tego gładkiego, wysokiego dębu, co tam nad stawem stoi...

Franuś zarumienił się nagle.

— Czy kuzynka żartuje ze mnie? — zapytał mię, a ton jego był taki jakiś dziwny, że aż się przelękłam, czy go nie obraziłam.

— Wcale nie! — zawołałam — ale jeśli młodą jak ja osobę można porównać do brzózki, dlaczegożby słusznie mężczyzna do dębu porównywanym być nie mógł?

— Dąb to godło siły! ... — wymówił po chwili kuzyn i spuścił oczy, a po twarzy jego rozlał się przejmujący smutek.

Nie wiedziałam, co mam a tym myśleć, podałam mu rękę i rzekłam:

— Przebacz, kuzynku, jeśli ci mimo woli przykrość sprawiłam! Pocałował mię w rękę i odpowiedział:

— Nie to, kuzyneczko, porównaniem swym przypomniałaś mi tylko to, co mi zawsze najmocniej dolega...

Widząc, że nie chce mi nic więcej powiedzieć, nie pytałam dalej i wkrótce wyszła mi z myśli ta rozmowa, a kuzynek rozweselił się i nad wieczór porównywał mię znowu z jakimś kwiatem: białą różą, podobno, czy konwalią, już dobrze nie pamiętam.

Pewnego dnia włożyłam tę samą błękitną suknię z białą frędzlą, którą miałam na sobie zaraz po przyjeździe, i przechadzałam się z kuzynkiem około klombów, niedaleko ganku. Naraz spostrzegłam, że oczy kuzynka spoczywały upornie na mojej frędzli.

— Co się kuzynek tak przypatruje memu ubraniu? — spytałam.

— Ubranie to przypomina mi najpiękniejszą chwilę mego życia — odpowiedział.

Instynktowo spuściłam oczy i poczułam przyśpieszone bicie serca.

— I jakąż to chwilę tak piękną przypomina kuzynkowi moja suknia? — spytałam zwyciężając wzruszenie.

— Tę, w której pierwszy raz ujrzałem cię, kuzynko — odpowiedział.

Zmięszałam się jeszcze bardziej, ale uczyniłam wysilenie i zażartowałam:

— A więc takich chwil kuzynek masz teraz pełno, bo ciągle na mnie patrzysz!

— Ale od tamtej zaczęło się dla mnie nowe życie — odrzekł kuzyn i utkwił we mnie oczy, które w tej chwili stały się bardzo błękitnymi.

Nie mogłam ani sekundy dłużej znieść jego spojrzenia, odwróciłam się żywo i poskoczyłam ku gankowi. Gdy stanęłam na pierwszym wschodzie balkonu, obejrzałam się i zobaczyłam Franusia, stojącego nieruchomie między klombami, ze spuszczoną głową i wzrokiem utkwionym w ziemię. Miał minę tak zasmuconą, że żal mi się go zrobiło bardzo... wróciłam z wolna pomiędzy klomby i stanęłam przy nim...

— Kuzynku — rzekłam — czy rozgniewałeś się na mnie za to, że cię tak prędko odbiegłam?

— Ja bym się miał gniewać na kuzynkę — zawołał — ja bym za kuzynkę moje życie oddał.

W głosie jego było tyle szczerości i prawdy, a w oczach taki migotał smutek, że aż przycisnęłam dłoń do serca, aby mi z piersi nie wyskoczyło. Pochyliłam się i zerwałam biały narcyz, a oddając go kuzynkowi rzekłam:

— Weź ode mnie ten kwiatek, kuzynku, a ile razy na niego spojrzysz, pomyśl, że mam dla ciebie wielką... wielką przyjaźń.

Mówiąc te słowa czułam, że rumienię się silnie, zdjął mię wstyd jakiś niezmierny i tym razem na dobre już uciekłam z ogrodu, a w mgnieniu oka znalazłam się w moim pokoju. Rzuciłam się na sofkę, zakryłam oczy rękami i ogarnęło mię nie znane dotąd uczucie.

"On mię pokochał!" — szeptało mi coś do ucha, a szept ten przechodził do serca i zrodził w nim ciche pytanie:

"A ja czy kocham go?"

Porwałam się nagle i usiadłam na sofce z oczyma wlepionymi w przestrzeń. W przestrzeni tej zawieszony w powietrzu stał przede mną kuzynek, a obok niego wymarzona przeze mnie postać jednego z bohaterów powieści, o którym na pensji jeszcze czytałam, a który tak silne zrobił na mnie wrażenie, że śniłam o nim przez dwie noce z rzędu. Patrzyłam na obydwóch i robiłam porównanie... po kwadransie pokazało się, że Franuś nie był wcale podobnym do mego ulubionego bohatera. Tamten był brunet, a on miał płowe włosy, tamten podróżował po całym świecie, a w podróżach swych walczył z dzikimi narodami i zwyciężał lwów pustyni, a Franuś, nie wiem, czy kiedykolwiek wyjeżdżał gdzie ze swych stron rodzinnych; tamten nie tylko był bardzo czułym dla swej bohdanki narzeczonym, ale jeszcze wielce uczonym, odważnym i sławnym człowiekiem. A Franuś czy był uczonym, odważnym? Nie wiedziałam i ta to może niewiadomość włożyła w moje usta następny cichutki monolog, wypowiedziany pod sekretem dziewczynie w błękitnej sukni, która stała w lustrze przede mną i poprawiała sobie włosy, rozrzucone śród uprzedniego rozmyślania.

— Nie, nie kocham go, ale go bardzo, bardzo lubię! Takie ma ładne błękitne oczy, taki jest dobry, a taki smutny bywa czasami! Dlaczego on taki smutny bywa? O, bardzo go lubię! A jeśli on taki sam uczony i odważny jak tamten w powieści, no, to może... może...

Nie miałam czasu dokończyć mego monologu, bo zawołano mię na herbatę.

Weszłam do salonu z niezwykłym na twarzy rumieńcem i dobrą godzinę nie miałam odwagi spojrzeć na kuzynka.

Milczałam, byłam jak złapana, a ile razy spojrzałam na matkę, widziałam, że patrzyła na mnie z większą niż zwykle uwagą.

Wieczór mniej wesoło przeszedł jak zawsze. Matka moja przerzucała dzienniki i była bardzo zamyśloną: Franuś milczał i nie zbliżał się do mnie; grałam trochę na fortepianie, ale muzyka mi nie szła, palce niezgrabnie jakoś plątały się po klawiszach, a wywoływane nimi tony nie zostawiały po sobie dawnych gwiaździstych szlaków myśli. Wcześniej niż zawsze odeszłam do moich pokojów; w sercu czułam niespokój, po głowie majaczyły splątane myśli, nie mogąc dobić się ładu ni ciągu... Rozbierałam się powoli, nie odpowiadałam służącej, która mię zapytywała o strój jutrzejszy, a gdy tylko zostałam sam na sam z Binią, wzięłam ją za rękę i spytałam:

— Powiedz mi, Biniu, jak ci się podoba, kuzynek Franuś?

Popatrzyła na mnie z uwagą i odpowiedziała:

— Znam go od dziecka, dobry z niego chłopiec zapewne, ale źle bardzo, że przyzwyczaił się do próżniactwa i choć jest dorosłym człowiekiem, nie ma dotąd żadnego stałego zajęcia.

Słowa te sprawiły mi przykrość. Były one niby oskarżeniem rzuconym na dobrego kuzynka.

— A skądże wiesz o tym, że Franuś niczym się nie zajmuje? — spytałam.

— Bo znam cały sposób jego życia. Wychowały go dwie stare a bogate krewne i źle go wychowały.

A teraz siedzi u nich na łasce jak stary jaki lub niedołęga.

Poczułam jeszcze większą przykrość i przestałam wypytywać Binię o kuzynka. Pocałowałam ją tylko na dobranoc w milczeniu, a gdy odeszła, długo myślałam nad jej słowami.

Nie, nie wierzyłam temu, co mi powiedziała o kuzynku. Musiała być źle uwiadomioną, bo czyliż możebnym było, aby taki dorodny, miły, dowcipny, młody człowiek jak Franuś był próżniakiem i żył na czyjejś łasce!

Usnęłam myśląc wciąż o kuzynku, porównywając go z moim ulubionym powieściowym bohaterem.




Rozdział VI

Obudził mię turkot kół na dziedzińcu. Pociągnęłam taśmę od dzwonka, a gdy służąca weszła, spytałam, czyby to kto przyjechał.

— Nie — odpowiedziała — to owszem pan Franciszek odjechał.

Poczułam w sercu jakby nagłe ukłucie szpilką. Taki mię żal ogarnął, że schowałam się do alkowy z bojaźni, aby sługa nie dojrzała łez, które mi się zakręciły w oczach.

"Wczoraj przecie nie mówił mi, że odjeżdża — myślałam — żeby się był choć pożegnał! A może go czym obraziłam? Mój Boże! musiał odjeżdżać bardzo smutny".

Nie wiedziałam dobrze, dlaczegoby koniecznie miał być smutnym odjeżdżając; przeczuwałam tylko, że żal mu było mię opuszczać.

Gdy tak rozmyślałam siedząc na łóżku, weszła do alkowy Binia.

— Czy nie wiesz, Biniu — spytałam — dlaczego kuzynek Franuś tak niespodzianie dziś odjechał?

— I owszem — odpowiedziała — nad rankiem otrzymał list od swych ciotek rozkazujący natychmiast do nich wracać.

Na wyrazie "rozkazujący" Binia położyła szczególny nacisk.

— O mój Boże! — zawołałam — czyżby też nie mógł o kilka godzin opóźnić wyjazdu, aby się pożegnać z mamą i ze mną!

Binia pokiwała głową znacząco.

— Jak się jest u kogo na łasce — wyrzekła z wolna — to się traci prawo rozporządzania choćby jedną godziną swego życia!

Znowu brzydki wyraz "na łasce" wpadł mi w ucho i zaćmił sobą miły obraz kuzynka.

Straciłam zupełnie humor. Ubierałam się tak niedbale, że aż mi to przyganiała służąca, a gdy wyszłam z mego pokoju i znalazłam matkę przy rannej herbacie, o mało się nie rozpłakałam spojrzawszy na nie zajęte miejsce przy stole, na którym zwykle z powitalnym bukietem siadywał Franuś. Powściągnęłam jednak, jak mogłam, przykre wzruszenie, bo zobaczyłam oczy mojej matki utkwione we mnie z baczną uwagą. Gdy usiadłam przy niej, wzięła mię za rękę i rzekła z łagodnością, ale zarazem bardzo poważnie:

— Czy pamiętasz, Waciu, że pierwszego dnia twego tu pobytu, gdyś to zaplątała swoją frędzlę z bulionem portiery, mówiłam ci, że panna, która nie jest już pensjonarką i nosi długie suknie powinna być na każdym kroku bardzo ostrożną i uważną?

Odpowiedziałam, że pamiętam to bardzo dobrze, ale nie dorozumiewałam się jeszcze wcale, do czego stosują się te słowa.

— Chcę ci więc teraz powiedzieć — ciągnąła matka — że w życiu daleko gorsza może się stać plątanina niż zaczepienie frędzli, jeśli młoda osoba nieuważnie postępuje z młodym mężczyzną.

Zaczynałam domyślać się, o co idzie, ale jeszcze nie pojmowałam w zupełności słów matki.

— Chce tu mówić o twoim postępowaniu z kuzynem Franusiem — mówiła dalej — zanadto się z nim spoufaliłaś. Widziałam wczoraj przez okno, jak w ogrodzie dałaś mu narcyz. To niedobrze. Młoda panna nie powinna nigdy postępować w ten sposób z młodym człowiekiem, który dla niej partii do mariażu stanowić nie może.

Franuś dobry jest chłopak, to prawda, i sama go bardzo lubię, ale nie ma żadnego funduszu, a zatem odpowiedniej pozycji w świecie; nie może więc ani pomyśleć o ożenieniu się z panną posażną i tak jak ty starannie wychowaną. Ludzie widząc między wami zbyt poufne stosunki mogliby jeszcze przypuścić, żeś się nim zajęła, a przez to odstręczyłabyś od siebie dobre partie, które ci się zdarzyć mogą.

Słuchałam mowy mojej matki z wielkim zdziwieniem i nieokreślonym jakimś bólem w sercu. Dziwiło mię twierdzenie, że Franuś ani pomyśleć nie może o ożenieniu się z panną posażną i dobrze wychowaną dlatego tylko, że jest ubogim. Wewnętrzny głos mówił mi, że było to niesprawiedliwym. Cóż on winien temu, że mu los nie dał bogactwa? A gdyby pokochał taką pannę, o jakiej mówiła moja matka, czyżby się miał rozstać z nią i cierpieć dlatego tylko, że nie posiadał funduszu? Przecież tyle razy czytałam w powieściach, że ubodzy młodzi ludzie pracą zdobywali bogactwa i żenili się potem z tymi, dla których uderzyły ich serca!

Obok tej myśli przypomniałam sobie słowa Bini, że Franuś był próżniakiem i żył na łasce bogatych krewnych, a przypomnienie to właśnie zabolało mię. Zabolały mię jeszcze słowa matki o dobrych partiach, które bym mogła odstręczyć od siebie zbyt poufałym obejściem się z kuzynkiem. Więc miałam zadawać kłam moim chęciom i poczuciem, zapierać się przyjaźni, jaką czułam dla dobrego kuzynka, dlatego tylko, aby nie zrazić kogoś tam do ożenienia się ze mną? Głęboko mię ta myśl upokorzyła. Czyliż mi tak koniecznie potrzebne te dobre partie?

Dlaczegóż kuzynek nie może się nazywać dobrą partią? Czyliż tylko bogaty człowiek dobrą partią nazwać się może?

Obudziłam się z zamyślenia i zwróciłam się do matki z pytaniem:

— Moja mamo, co właściwie nazywa się w świecie dobrą partią?

Zdawała się zdziwioną tym pytaniem, które nagle inny zwrot nadawało rozmowie.

— Dobrą partią — odpowiedziała — nazywa się mariaż, który daje młodej osobie stosowne do jej urodzenia i wychowania stanowisko w świecie.

— A cóż to jest stanowisko w świecie? — ponowiłam pytanie.

— Jest to położenie społeczne oparte na urodzeniu i majątkowe płynące z posiadanego funduszu.

— Więc ażeby mężczyzna mógł stanowić dobrą partię, musi posiadać piękne nazwisko i znaczny majątek?

— Niezawodnie — odrzekła moja matka.

— A jeśli przy nazwisku i majątku — rozumowałam dalej — ma on zyzowate oczy albo nie ma wcale nosa, albo jest garbaty czy kulawy, albo ma złe serce, albo nic nie umie, czy pomimo to zawsze stanowi on dobrą partię?

Matka moja wyraźnie zmieszała się i długo nie odpowiadała, na koniec rzekła:

— Nie ma tu mowy ani o zyzowatych oczach, ani o braku nosa, ani o garbie, ani o złym sercu; są to wszystko rzeczy bardzo wyjątkowe. To tylko pewna, że brak odpowiedniego stanowiska w świecie jest największą, stanowczą przeszkodą, jaka stoi między ubogim mężczyzną a panną posażną i dobrze urodzoną. Dlatego też nie chciałabym, aby ludzie widzieli zbytnią twą przyjaźń dla Franusia, bo samo nawet przypuszczenie, że się nim zajmujesz, rzuciłoby na ciebie śmieszność i mogłoby cię skompromitować.

To rzekłszy moja matka pocałowała mię w czoło i zamieniwszy jeszcze kilka słów o potocznych rzeczach wyszła z pokoju.

I znowu wystąpił mi przed oczy wyraz: ludzie! Była to więc ta sama historia niestosowności dla kobiety zbytniego rozumowania, która mię tak zajmowała w pierwszym dniu po przybyciu.

Szło tu jednak o rzecz bardziej dla mnie na dobie dotkliwą.

Przyjaźń moja dla Franusia, którą tak serio przyrzekłam przy oddawaniu narcyza, miała paść ofiarą ze względu na ludzi!

Czułam, że jeśli w tym razie pójdę za wskazówkami, jakie podawała mi moja matka, i okażę się obojętną dla biednego kuzyna, popełnię niesprawiedliwość. Przypomniałam sobie smutek, jaki w nim parę razy spostrzegłam, a to przypomnienie wzmogło moją eteryczną i bezwiedną sympatię dla niego.

Wyszłam do ogrodu i całą godzinę chodząc po alejach myślałam o Franusiu. Stopniowo coraz więcej zaczynałam znajdować podobieństwa między nim a moim ulubionym bohaterem z powieści.




Rozdział VII

Znowu minęło parę tygodni. Przepędziłam je w ciągłych marzeniach. Nic nie robiłam. Budziłam się późno, przepędzałam przy toalecie długich parę godzin, bo panna służąca moja chcąc się popisać z korzyścią, jaką odniosła z lekcji wziętych od najlepszego w Warszawie fryzjera, co dzień inną a bardziej skomplikowaną urządzała mi koafiurę. Raz splatała włosy moje w warkocze i okręcała mi je wkoło głowy tworząc w ten sposób nad czołem wysoki diadem; innym razem nielitościwie zakręcała je w papiloty, a potem przypiekała rozpalonym żelazkiem, z czego tworzyły się długie i gęste jak las angielskie loki; to znowu urządzała z tyłu głowy tak misterne pukle, iż wydawały się wielką kokardą, z szerokiej ułożoną wstęgi.

Zajmowały mię te zmiany niezmiernie, z niezmąconą cierpliwością siadywałam całymi godzinami przed lustrem, ze sztywnie wyprostowaną głową, aby najlżejszym poruszeniem nie zepsuć lub nie utrudnić dzieła, które się nade mną dokonywało. Czasem nudziło mię to nieruchome siedzenie i natenczas patrzyłam w lustro, poddając dla rozrywki twarz moją najściślejszemu rozbiorowi. Niekiedy uśmiechałam się do mego obrazu w zwierciadle, bo za nim spostrzegałam błękitne oczy Franusia, które wyraźnie mówiły mi, że jestem ładna.

Późno po południu wychodziłam po skończonej toalecie do salonów i przepędzałam parę godzin z moją matką na pogadankach, które toczyły się zawsze prawie około stroju, sąsiedztwa, którego jeszcze nie znałam, i różnych zwyczajów światowych. Następnie cały prawie dzień przepędzałam w ogrodzie, gdzie zaczynało być z wiosną bardzo pięknie.

Był to ogród starożytny i obszerny: dzielił się na dwie części, z których jedną przerzynały cieniste sklepione aleje; druga, w angielskim rodzaju, pełna była gajów, trawników, altanek, ścieżek krętych i sztucznych grot z mchu i kamieni. Zapoznałam się z ogrodnikiem Niemcem, który uszczęśliwiony był, że mógł rozmówić się ze mną swoim rodzinnym językiem i wziąwszy na to pozwolenie od matki kazałam mu pod moją dyrekcją urządzić parę altan i mnóstwo klombów o fantastycznych kształtach, do których wzory czerpałam z własnej wyobraźni. Bawiły mię bardzo te roboty, a szczególniej możność rozkazywania komuś, której używałam po raz pierwszy w życiu, ale nierównie więcej jeszcze zajęta byłam własnymi marzeniami, które roiły się w mej głowie z mnogością młodych pszczółek, unoszących się nad kwiecistą łąką.

Pomiędzy tymi marzeniami najwyraźniejsze majaczyły trzy postacie: kuzynka Franusia, owego ulubionego bohatera z powieści i młodego sąsiada z gotyckiego pałacyku, którego obraz najrozmaiciej przedstawiał się mej wyobraźni. Kuzynek jednak otrzymał najczęściej zwycięstwo nad owymi dwoma rywalami. Zaraz po owej rozmowie, jaką miałam o nim z moją matką, poczułam dla niego żywszą niż wprzódy sympatię. Zdradzała się ona spółczuciem dla biednego chłopca, względem którego nie wolno mi nawet było okazywać przyjaźni bez narażenia się na śmieszność i obmowy. Nazajutrz myślałam o nim więcej, na trzeci dzień jeszcze więcej, a czwartego dnia zatęskniłam za nim bardzo. Piątego dnia chodziłam nad wieczór po lipowej alei; zmrok zapadł i gwiazdy występowały na niebo jedna po drugiej. Powietrze ciepłe napełniała woń wiosennych kwiatów, które obficie kwitły na klombach; w gajach brzozowych parę razy ozwał się słowik i wietrzyk łagodny cicho zaszeleścił w gałęziach lip.

Pomyślałam o kuzynku i serce zaczęło mi uderzać w piersi mocno; zapragnęłam, aby był przy mnie; wymarzone postacie bohatera powieściowego i możnego sąsiada rozwiały się jak mgła, a wysoko między gwiazdami zaświeciły nade mną błękitne oczy Franusia i patrzyły na mnie smutnie a z uwielbieniem.

Kiedy wróciłam do salonu, matka moja spojrzała na mnie przy świetle lampy i rzekła:

— Niedobrze jest, że tak późno przechadzasz się po ogrodzie; chłód wieczorny może ci szkodzić. Uważam, że oczy masz trochę zaczerwienione... od zimna zapewne.

Matka moja, która była trochę cierpiącą i cały dzień nie wychodziła z pokoju, nie wiedziała o tym, że w ogrodzie było bardzo ciepło, a oczy moje zaczerwieniły się nie zimna, ale od dwóch łez, które mi spadły na jedwabną sukienkę, gdy wchodząc na ganek domu pozostawiłam za sobą cienistą aleję z zamkniętą w jej cieniach postacią kuzynka i świecącymi nad nią jego wymownymi oczami.

Nazajutrz od samego już ranka, gdzie się tylko obróciłam, wkoło mnie błąkała się twarz Franusia; głos jego słyszałam w szumie gajów brzozowych, oczy jego spuszczały się ku mnie na promieniach słońca. Gdy usypiałam, wydawało mi się jak pierwszego wieczora, że firanki przysłaniające alkowę szeptały niewyraźnie jego imię. Usnęłam i w śnie widziałam zwieszone nad sobą niebo wieczorne, a na nim między złotymi gwiazdami dwie gwiazdy błękitnych oczu... Obudziłam się, położyłam rękę na sercu i nieśmiało, bardzo nieśmiało zapytałam:

— Czylibym go kochała?

Biała lampka paliła się na kominku, a przyćmione jej światło tak drżąco i niepewnie migotało po ścianach pokoju, jak drżąco i niepewnie migotały w mej głowie myśli, gdy siliłam się dać odpowiedź na własne pytanie.




Rozdział VIII

Pewnego dnia, zaledwieśmy z matką powstały od obiadu, który jadłyśmy o szóstej po południu, rozległo się za bramą podwójne uderzenie z bata i na dziedziniec wtoczyła się ciężka kareta z sześciu końmi.

Spojrzałyśmy pośpiesznie w okno.

— To pani S. z córkami przyjechała! — rzekła moja matka.

Słyszałam już była od matki i Franusia o tej naszej sąsiadce; ciekawa byłam ją poznać, a przy tym ucieszyłam się widząc wysiadające z powozu dwie młode panny.

Matka moja uprzejmie podbiegła ku drzwiom, które lokaj na oścież otworzył, i ujęła ręce wchodzącej sąsiadki. Była to czterdziestoletnia przeszło kobieta, wysoka, otyła, ubrana w suknię aksamitną i kapelusz o strusich piórach, z pewnym wyrazem dumy na ustach i złośliwości w oczach. Za nią weszły dwie jej córki, alem zrazu mało na nie zwróciła uwagi, bo stojąc na stronie przypatrywałam się powitaniom mojej matki z przybyłą. Ściskały się serdecznie za ręce.

— Bonjour, bonjour, chere M— me Mathilde — mówiła pani S. — takem się za panią stęskniła, ma toute bonne! ma toute aimable!

— Oh, merci, merci! — odpowiedziała moja matka ściskając ciągle ręce pani S. — wybierałam się w tych dniach do pani, bo nigdy nie mam dosyć jej miłego towarzystwa.

— Dobra jesteś o tyle, o ile piękna, nieoceniona pani Matyldo! — z nowym przymileniem wyrzekła pani S.

— Zawsze nie tyle dobra i miła jak pani — odpowiedziała moja matka.

W ciągu tej arcygrzecznej i czułej rozmowy słyszałam jakiś fałszywy ton brzmiący w głosie mojej matki i podchwytywałam złośliwe błyski oczu pani S. Byłam pewną, że obie te panie mówiły nieprawdę, i zdziwiłam się.

— Córka moja, Wacława — wymówiła moja matka prezentując mię sąsiadce.

Pani S. obrzuciła moją osobę takim spojrzeniem, iż byłam pewna, że w tym mgnieniu oka porachowała wszystkie włosy na mojej głowie i guziczki przy sukni, potem wyciągnęła do mnie rękę i rzekła:

— Ma toute bonne! ... (franc. ) — moja nalepsza! moja najmilsza!

— Bonjour, mademoiselle! oto są moje córki: panna Emilia i panna Zenona. Spodziewam się, że panie poznacie się z sobą bliżej i poprzyjaźnicie.

Obie panny podały mi ręce i wtedy dopiero uważniej na nie spojrzałam. Były to młode dziewczęta w moim wieku lub mało starsze ode mnie, ni ładne, ni brzydkie, białe, różowe, z zadartymi noskami, wyprostowane, sztywne, bardzo modnie i kosztownie ubrane. Matka moja i pani S. usiadły na kanapie, ja i dwie panny na fotelach i zaczęła się rozmowa.

Zrazu przecież ja i panny S. tworzyłyśmy milczącą trójkę; czułam, że wypadało mi rozpocząć z nimi rozmowę, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Wybawiła mnie z kłopotu panna Zenona odzywając się:

— Pani długo była na pensji?

— Ośm lat — odpowiedziałam.

— I zupełnie już pani pensję ukończyła?

— Zupełnie.

— Jakże się pani wieś podoba?

Odpowiedziałam, że znajduję ją zachwycającą, i na tym skończył się dialog pierwszy.

Panny S. spuściły oczy i siedziały nieruchome.

Sama nie wiedziałam, jak mam dalszą zawiązać rozmowę, i siedziałam jak na rozpalonych węglach.

— A panie stale zamieszkują na wsi? — odważyłam się zapytać.

— O tak — odpowiedziały obie razem i na tym się skończył dialog drugi.

Matka moja rzuciła na mnie wymowne spojrzenie; zrozumiałam, że mówiło mi ono, abym była rozmowniejszą. Ale o czym tu mówić z osobami, które pierwszy raz w życiu widzę, a które siedzą na krzesłach wyprostowane jak szpileczki i oczy trzymają utkwione w falbankach swoich sukien?

— Jakże panie czas przepędzają? — ozwałam się w końcu.

— Niezupełnie dobrze — odpowiedziała panna Emilia.

— Doprawdy? — zawołałam ze zdziwieniem — a mnie tak przyjemnie czas przechodzi!

— Nic dziwnego; pani dopiero wróciłaś z pensji i wszystko dla niej jest nowością — odezwała się panna Zenona.

— To by znaczyło — rzekłam z uśmiechem — że po pewnym upływie czasu to, co dziś dla mnie miłym, stanie się nudnym i nie zajmującym?

— Niezawodnie — odparła Zenona — a prędko to nastąpi, bo mało pani znajdziesz tu rozmaitości.

Chociaż zabawy bywają u nas bardzo częste, to jednak towarzystwo widujemy zawsze jednostajne.

— A więc — rzekłam rezolutnie po chwili namysłu — gdy nie będę mogła bawić się, zacznę pracować.

Obie panny podniosły zdziwione oczy i popatrzyły na mnie ciekawie. Zdawało mi się, że w oczach starszej, Emilii, wzbudzone mymi słowami błysnęło żywe zajęcie.

— Waciu! — ozwała się w tej chwili moja matka — może zaprosisz panie do ogrodu i pokażesz im klomby, twoim smakiem urządzone.

Powstałyśmy i po chwili byłyśmy już w ogrodzie. Zaledwie przestąpiłyśmy próg salonu i znalazłyśmy się na świeżym powietrzu, w towarzyszkach moich nagła zaszła zmiana. Podniosły spuszczone powieki, rozjaśniły twarze i pierwszy raz swobodnie na mnie spojrzały.

— Jaka pani szczęśliwa! — zawołała z nich jedna — nie oswoiłaś się jeszcze z tym, co nas od dawna przestało już bawić! My tak wiecznie nudzimy się w domu!

— Zdaje mi się — odrzekłam ze zdziwieniem — że panie wcale nie jesteście starsze ode mnie?

— Ja mam lat ośmnaście, a siostra moja Emilia dziewiętnaście, ale od trzech lat obie uważane jesteśmy za dorosłe panny. Z początku bawiło nas wszystko: suknie, zabawy, grzeczności nam robione; ale teraz tak przywykłyśmy do tego wszystkiego, że nas to wcale nie zajmuje.

— Po całych dniach siedzimy w domu z założonymi rękami — podjęła Emilia — i jak zbawienia czekamy gości, a gdy nie przyjadą, umieramy z nudów i same nie wiemy, co robić z godzinami, które wloką się długie jak miesiące.

Przykre wrażenie czyniły na mnie te wyznania; czyżby i ze mną miało być z czasem tak samo? — pomyślałam.

— Mówiłaś pani przed chwilą — ozwała się Emilia — że gdy się znudzisz, będziesz pracować.

I ja myślałam już kilka , razy o tym, żeby się wziąć do czego, toby może czas prędzej przechodził. Ale kiedyż nie ma do czego wziąć się. Gospodarstwem zajmuje się ochmistrzyni i panna apteczkowa; suknie szyją nam krawcy i modniarki; książek w całym domu innych nie ma prócz romansów francuskich, których nam otwarcie czytać nie wolno. Do muzyki nie mamy obie najmniejszej zdolności, a jednak gramy po parę godzin na dzień, aby tylko móc pokazać ludziom, że grać umiemy. I cóż tu robić? Wprawdzie nalewamy z kolei herbatę, wyszywamy na kanwie w krosienkach i haftujemy kołnierzyki; ale to wszystko nie zajmujące i nie posiada nawet wyraźnego celu. Kołnierzyki, na przykład, nosimy zawsze kupowane po sklepach, gdyż są ładniejsze, a te, które same haftujemy, walają się po szufladach. I co tu robić? proszę!

— A jakżebyś pani pracowała? — zagadnęła mię Zenona.

Zmieszałam się bardzo, bo pojęcia moje o pracy były czysto teoretyczne, przelotne tylko i sama nie wiedziałam zrazu, jak odpowiedzieć na zapytanie. Po chwili jednak namysłu odpowiedziałam z determinacją:

— Nauczyłabym się szyć suknie i szyłabym je sobie sama; odebrałabym od panny apteczkowej kluczyki i wydawałabym ze spiżarni; wyszukałabym ze dwoje ubogich dzieci i uczyłabym je czytać.

Towarzyszki moje popatrzyły na mnie ze zdziwieniem i zdawały się zastanawiać nad tym, co powiedziałam. Ja także zamyśliłam się głęboko i wszystkie trzy z wolna i ze spuszczonymi głowami postępowałyśmy wzdłuż lipowej alei.

W końcu, dręczona tłumem myśli, ozwałam się:

— Widzę, żeście panie, mimo małej różnicy wieku, daleko więcej ode mnie świadome życia i obyczajów, jakim ludzie ulegają na świecie. Ja zaś z natury mej jestem ciekawą nie bierzcież mi więc za złe, że was osypuję pytaniami, i powiedzcie mi jeszcze, co ma uczynić panna, której nudno i ciasno w granicach cudzą wolą zakreślonych, a która dla zwyczaju przestąpić ich nie może?

— Wyjść za mąż — odpowiedziała zupełnie serio Zenona.

— Jak to! — zawołałam — wyjść za mąż dlatego tylko, aby przestać się nudzić?

— Ażeby być swobodną — dokończyła młoda panna S.

Zdziwiła mnie ta odpowiedź niewymownie; Emilia wzięła mię za rękę.

— Pani jesteś tak szczerą, tak otwartą, od razu widać to z twojej twarzy. Jestem także pewna, że masz bardzo dobre serce, widać to z twoich oczu. Bądźmy przyjaciółkami, pokochałam cię od pierwszego spojrzenia!

Pocałowała więc mię w twarz serdecznie.

— I ja także poczułam dla pani żywą sympatią — rzekła Zenona. — Jesteś tak jakoś niepodobna jeszcze do nas!

Ostatnie słowa wymówiła z dziwną intonacją w głosie.

Uścisnęłyśmy się wzajemnie.

— Mówmy sobie po imieniu — rzekła Emilia.

— Dobrze, Emilko! — zawołałam uradowana.

W uścisku dwóch sióstr, jakim mię obdarzyły poczułam dobroć i serdeczne ciepło i tym więcej żałowałam je, że się tak srodze nudziły i że spostrzegłam kilka razy w ich twarzach przeglądający smutek.

Wracałyśmy z przechadzki dobrze już poprzyjaźnione, ale gdy tylko przestąpiłyśmy próg salonu, w obu siostrach znowu nagła zaszła zmiana. Zesztywniały, ochłodły i ze spuszczonymi powiekami, jak wprzódy wyprostowane, usiadły na fotelach. Matka moja z niezmierną uprzejmością częstowała panią S. i obie panie bezprzestannie zamieniały między sobą czułości i komplementy. Obok tego uważałam, że matka moja kilka razy zatrzymała wzrok swój na obu pannach S. , a potem przeniosła go na mnie i w oczach jej błysnęło zadowolenie.

Pani S. również przenosiła wzrok ze mnie na swoje córki, ale w spojrzeniu jej coraz żywsza malowała się złośliwość, a na czole gromadziły się chmury, które daremnie rozpędzić chciała przymuszonej uprzejmości uśmiechem.

Zastanowiłam się nad tą grą fizjonomii dwóch pań i zrozumiałam ją. Matka moja znajdowała mię za ładniejszą od panien S. i cieszyła się; to samo spostrzeżenie w tłumiony, ale widzialny gniew wprawiało ich matkę. Dlaczegóż więc te panie, rywalizujące ze sobą i nie lubiące się widocznie, objawiały tyle wzajemnej czułości i ugrzecznienia?

Postanowiłam zapytać o to matkę po wyjeździe gości. Po herbacie matka moja poprosiła panien S. , aby coś zagrały. Emilia usiadła przy fortepianie i furioso zagrała jakąś wojenną fanfarę. Gra jej była wyraźnie wymęczona, bez czucia i pojęcia sztuki, nie było w niej umiejętności ni talentu. Powstała od fortepianu z twarzą zaczerwienioną jak burak. Wyglądała jak tylko co zdjęta z łoża tortur.

Pani S. wycedziła prośbę, abym z kolei i ja zagrała. Miałam już powstać i spełnić jej żądanie, gdy nagle myśl mi przyszła, że niedobrze będzie, jeśli we własnym domu grą daleko lepszą i umiejętniejszą upokorzę niedołężną muzykę Emilii. Nie wiem zresztą dlaczego, ale zdawało mi się, że ona sama obawiała się tego i z pewnym niepokojem przenosiła wzrok swój ze swej matki na mnie. Za nic w świecie nie chciałabym wyrządzić jej przykrości i naprędce wymówiłam się przed panią S. bólem ręki. Emilia spojrzała na moje ręce, które wyglądały zupełnie zdrowo, a potem długo popatrzyła na mnie. Spotkałam się z tym jej spojrzeniem i wydało mi się, że była w nim czułość i wdzięczność. W oczach zaś pani S. błysnął wielki tryumf. Sądzę, że owej chwili była pewną, iż albo wcale grać nie umiem, albo gram niedołężniej jeszcze od jej córki. Wkrótce pani S. powstała z kanapy żegnając się z moją matką. I znowu posypał się z obu stron grad komplementów, czułości, upewnień najszczerszej przyjaźni i sympatii, a tym wszystkim towarzyszyły złośliwe spojrzenia pani S. i dwuznaczny uśmiech mojej matki. Zdawałoby się, że w tych dwóch osobach, ściskających sobie ręce i rozczulających się wzajemnie, były cztery osoby. Dwie kochały się nad życie, a dwie nie cierpiały się z całego serca. Panny S. w obliczu swej matki pożegnały się ze mną z wymierzoną i wyważoną etykietalną czułością, ale gdy odwróciła się, Emilia objęła mię ramieniem i serdecznie pocałowała w usta kilka razy. I znowu w jednej osobie pokazały mi się dwie osoby.

Jedna była sztywna i wyrachowana salonowa panna, druga dobra, ciepła i serdeczna dziewczyna.

Moja matka patrzyła przez okno, dopóki kareta nie zniknęła za bramą, potem rzuciła się na kanapę jakby po wielkim zmęczeniu i wyrzekła z szerokim ziewnięciem:

— A cóż za nieznośna, nudna i napuszona osoba ta pani S.!

Patrzyłam na nią zdziwiona i zmartwiona zarazem, lubo sama nie widziałam, jaki był powód przykrości, którą poczuwałam. Matka moja mniej jakoś piękna niż zwykle wydawała mi się w tej chwili. Instynktowny wstręt czułam dla jej dwulicowości, którą w niej spostrzegłam.

Usiadłam przy niej i ozwałam się nieśmiało:

— Moja mamo, wytłumacz mi pewną rzecz, której nie rozumiem.

— Cóż takiego? — zapytała otaczając mię czule ramieniem.

Ośmielona jej pieszczotą, mówiłam dalej:

— Powiedz mi, dlaczego okazywałaś tyle serdecznej czułości dla pani S. i mówiłaś jej tak wiele miłych rzeczy, skoro ją nie lubisz, a towarzystwo jej znajdujesz przykrym i uciążliwym?

Matka moja uśmiechnęła się.

— Moje dziecko — rzekła — pani S. zajmuje w świecie taką pozycję, że chcąc nie chcąc trzeba być dla niej czułą i uprzedzającą.

— Więc czułość twoja, moja mamo, zwracała się do pozycji pani S., nie do jej osoby?

— Naturalnie.

— Więc to pozycja pani S., a nie ona sama, siedziała tu na tej kanapie, jadła konfitury i słuchała komplementów, jakie jej mówiłaś?

Zaśmiała się moja matka i żartobliwie uderzyła mię po twarzy.

— Naturalnie, moje dziecko — odrzekła — bo i któż chciałby męczyć się nieznośną obecnością pani S., gdyby nie posiadała w świecie takiej, jaką posiada, pozycji!

— A więc — spytałam jeszcze — gdyby pozycja jej była jeszcze dwa razy wyższą, miałabyś, mamo, obowiązek być dla niej dwa razy grzeczniejszą.

— Tak by nakazywał zwyczaj, moja droga.

— Jaki to, moja mamo, nierozsądny i niesprawiedliwy zwyczaj! — zawołałam prawie z oburzeniem.

Moja matka długo na mnie patrzyła.

— I cóż cię w nim tak razi? — zapytała po chwili.

— Udawanie, kłamstwo, niesprawiedliwość — odrzekłam żywo. — Bo skoroć grzeczność nasza i czułość ma w objawach stosować się do pozycji tych, którym je okazujemy, to już choćbyśmy nie wiem jak żywe mieli uczucie względem nie posiadających takiej pozycji, musielibyśmy znajdować się z nimi obojętnie. A jeżeli osoba, niżej położona w świecie, tysiąc razy lepszą jest od tej, która wyżej od niej stoi? A jeśli ta, która stoi wyżej, jest nam niesympatyczną, więc mimo to mamy dla pierwszej chłód, dla drugiej czułość objawiać, kłamać i nie oddawać ludziom słuszności na pozór, gdy ją przecie w sercach naszych uznajemy? Nie, moja matko, ja chyba do tego zwyczaju nigdy zastosować się nie potrafię?

Gdy to mówiłam, matka moja uważnie mi w twarz patrzyła. Dwie fałdy na jej czole stały się znów głębsze i znowu smutek zagrał w oczach.

— Szkoda mi ciebie — wyrzekła z cicha — tyś dla lepszego świata stworzona! Gdy pożyjesz dłużej, powiędną te śliczne kwiatki, których teraz masz pełne serce. Posłuchaj! każda prawie z nas wchodzi w świat z takim wonnym bukietem naiwnych uczuć i idealnych wyobrażeń.

Ale potem listek po listku opada z bukietu i więdnie, aż zostaje nam w końcu pęk nagich łodyg, którymi po utracie kwiatów pocieszać się musimy. Twoje naiwne i instynktowne pojęcie o prawości w stosunkach z ludźmi to jeden z kwiatów, składających twój świeży jeszcze bukiet; moja czułość dla pozycji pani S. to łodyga, która mi po takim samym kwiecie została.

— I cóż to było, co zdmuchnęło listki z twego kwiatka, mamo, a pozostawiło ci w ręku nagą łodygę? — spytałam tuląc się do niej.

— Życie i jego konieczności... świat i jego zwyczaje... — odpowiedziała z wolna i pocałowawszy mię w czoło odeszła.

Życie! świat! ależ ja myślałam, że one właśnie dadzą mi najpiękniejsze kwiaty, a nie odbiorą mi tych, które już posiadałam! Życie! świat! .. . oneż to nauczyły moją matkę uśmiechać się z czułością do tych, których nie lubi? Oneż to wyryły ta dwie zmarszczki na jej pięknym czole, a w oczy jej wrzuciły smętne iskry, które w nich migotały niekiedy? Jakaż więc tajemnicza a smutna potęga leży w tych dwóch wyrazach, które oczom młodej, niedoświadczonej dziewczyny przedstawiają symbole i obietnice nieopisanych piękności, niewyczerpanych radości?

Życie i świat! te zaczarowane zamczyska, piętrzące się w wyobraźni młodej, cudów nieznanych pełne, te krainy o tajemniczych, niedoścignionych okiem przestrzeniach, w których młode serce śni raj pierwotny ludzkości, byłyżby podobne do tych sfinksów starożytnych, o których mi mówiono, że z daleka wędrowce biorą je za bóstwa, a gdy się zbliżą, widzą... potwory?

Z głową niespokojnych pytań pełną odeszłam do mego pokoju. Tam, zanim usnęłam, białe światło lampy rysowało przede mną po ścianach drżące kielichy lilii śnieżnych, które chwiały się pod tchnieniem czegoś niewidzialnego i listek po listku traciły stopniowo ze swojej wspaniałej, srebrzystej korony. W półsennym marzeniu widziałam posadzkę zasłaną kwiatami, które w moich oczach więdły i umierały, a mnie żal zdejmował za nimi wielki... podnosiłam w górę oczy i zdawało mi się, że widzę nad sobą niebo wieczorne, a rozsiane po nim gwiazdy złote bladły, nikły, umierały tak jak owe kwiaty rozsiane po ziemi...

Smutno mi było.




Rozdział IX

Kiedym się zbudziła, zobaczyłam stojącą przy mnie moją matkę z listem w ręku.

— Wstawaj, śpioszku — rzekła całując mię w czoło — zadzwoń na twoją garderobianę i ubierz się żwawo. Otrzymałam od moich ciotek list bardzo naglący, abyśmy dziś jeszcze przyjechały do Rodowa. Po wczesnym więc śniadaniu wyjedziemy.

Zerwałam się na równe nogi; ani mi już w myśli postały wczorajsze rozmyślania i sen, który był ich następstwem.

Miałyśmy jechać do Rodowa, a więc tam, gdzie był kuzynek Franuś! Zobaczę go więc po trzech tygodniach niewidzenia! Serce uderzało mi radośnie. Matka moja, powiedziawszy mi jeszcze, abym wzięła z sobą stosowny zapas ubiorów, bo zabawimy w Rodowie tydzień lub dłużej, wyszła, a ja co prędzej uchyliłam sztory. Strumienie światła wpłynęły do pokoju przez okna wychodzące na ogród.

Dzień był prześliczny; młode listki, operlone rosą, złociły się od słońca, roje ptaków świergotały w bzowych i jaśminowych zaroślach. Podniosłam w górę oczy i zobaczyłam błękitne sklepienie bez żadnej chmurki, a na nim słońce poranne, z którego wychodziły snopy światłości olśniewającej. Od tego słońca, od tego nieba, od tego świegotu ptaków, od tej zieleni, brylantami rosy błyszczącej, wpłynęła w pierś moją pogoda niezmącona; szczęście jakieś, radość, poryw do życia ogarnęły mię całą, krew szybko krążyła w moich żyłach bijąc w twarz rumieńcami.

Otworzyłam okno i pełną piersią chłonąc w siebie wonne powietrze zawołałam składając ręce:

— O jakże pięknym jest świat, jak radosnym jest życie!

Na klombach kwitły jeszcze białe narcyzy; przypomniały mi one żywo Franusia.

"Za godzin kilka zobaczę go" — pomyślałam i poskoczyłam do taśmy od dzwonka; kiedy służąca weszła, siedziałam już przed toaletą orzucona peniuarem, z rozpuszczonymi włosami.

— Zosiu! — rzekłam do niej — uczesz mię dziś, jak umiesz najpiękniej i tak, jak mi najwięcej do twarzy.

— Uczeszę panienkę w angielskie loki — odrzekła; a po godzinie kasztanowate włosy moje kręcącymi się strumieniami opływały mi ramiona. Zosia przepięła je lekko w górze złotą przepaską i przyniosła mi długą, powłóczystą suknię z białego kaszmiru.

Gdy w tym stroju stanęłam przed moją matką, popatrzyła na mnie z widocznym zadowoleniem i rzekła żartobliwie:

— Ani chybi, że zawrócisz głowę temu biednemu Franusiowi. Proszę cię, postępuj z nim uważnie, bo to dobry chłopiec i żałowałabym go, gdyby naprawdę tobą się zajął. Mógłby przez to ucierpieć, a i ciebie ludzie by ogadali.

Po wczesnym śniadaniu zajechała leciuchna czterokonna karetka i bryczka mająca zabrać pannę służącą z pakunkami. Byłam tak uradowana podróżą i tak zajętą wyborem kapelusza, rękawiczek, okrycia i parasolki, że zapomniałam pożegnać się z moją Binią. Na ganku dopiero przypomniałam sobie o tym, ale nie było już czasu do poprawienia mego błędu, bo matka moja siedziała już w karecie. Wskoczyłam do powozu i spuściwszy szybę spojrzałam na okno pokoju mojej piastunki. Oczy moje spotkały się z jej wzrokiem. Patrzyła na mnie przez okno łagodnie, ale i smutnie. Posłałam jej ręką pocałunek, odpowiedziała mi takim samym gestem, a mnie większy jeszcze żal i wstyd przejął. Powóz ruszył z miejsca, a ja pomyślałam, czyliżby moje przywiązanie do Bini było także jednym z tych kwiatów, z których świat i życie mają listki odmuchać, zostawiając mi po nim nagą łodygę.

Drobny ten na pozór wypadek zmącił moją poranną radość, nie mogłam pozbyć się wyrzutu sumienia i zapomnieć smutnego wyrazu twarzy, z jakim Binia patrzyła na mnie odjeżdżającą od niej bez pożegnania.




Rozdział X

Kareta szybko się toczyła, za oknami przesuwała się bardzo malownicza okolica, urozmaicona mnóstwem jakby w ramy ujętych obrazów. Patrzyłam całą mocą wzroku i zachwycałam się; matka moja siedziała w głębi karety nieruchoma i zamyślona.

— Jakaż cudowna okolica! — zawołałam w końcu, uniesiona zachwytem — jak te piękne obrazki szybko zmieniają się i niby w panoramie następują jeden po drugim! Tylko co było wzgórze, a tu już równina z ciemniejącym w oddali lasem, po niej następuje cmentarz, tak rzewnie ocieniony zwisłymi gałęźmi brzóz płaczących, a tam znowu szarzeje kościółek wiejski albo na wzgórzu rozłożona wioska roi się pracującym ludem i kłęby ozłoconego słońcem dymu posyła pod błękitne sklepienie!

Matka moja uśmiechała się poważnym uśmiechem i po chwili odrzekła:

— Tak samo dzieje się i w życiu ludzkim. Człowiek idzie przez świat i coraz w innych znajduje się miejscach, i coraz nowe napotyka obrazy, a pragnie, aby one były ciągle coraz piękniejsze i świetniejsze. Jak nas w tej chwili dzielna czwórka koni, tak człowieka los jego unosi dalej a dalej, a on nigdzie zatrzymać się nie chce, bo śni mu się o najcudowniejszym miejscu, do którego pędzi go wyobraźnia. Aż najczęściej staje się tak, że zamiast do tego wyśnionego, najcudowniejszego miejsca człowiek przybywa na pustą piaszczystą wydmę, na której zatrzymuje się wóz jego przeznaczeń, i kończy się droga tak pięknych a rozmaitych pełna obrazów.

Gdy matka moja to mówiła, uważałam, że fałdy rysujące jej czoło zagłębiły się nieco. Wyraźnie smutna jakaś myśl podyktowała jej te słowa. Myślałam przez chwilę, potem rzekłam:

— Moja mamo! zdaje mi się, że każdy z takich przez świat wędrowców najlepiej by uczynił, gdyby raz stanowczo wybrał sobie jedno z pięknych miejsc, które przebywa, i na nim zatrzymał wóz swoich przeznaczeń. Posiadłby zamiast wydmy albo wzgórze opromienione słońcem, albo dolinę ocienioną drzewami ochłodzoną wodami strumienia.

Matka moja uważnie na mnie spojrzała. Zdawało mi się, że podejrzywała moje słowa o myśl ukrytą.

— Na wzgórzu może być za gorąco, w dolinie za chłodno — odrzekła z wolna — człowiek nie chce się pogodzić z małymi dolegliwościami, które tam napotyka, idzie dalej, aby znaleźć sobie miejsce do raju podobne, a wtedy zamiast raju znajduje najczęściej pustynię piaszczystą, na której i skwar słoneczny dopieka, i wichry ostre wieją. Pragnąłby może wrócić, ale już bywa... za późno!

Patrzyłam z uwagą na twarz mojej matki, gdy to mówiła. Fałdy na jej czole stały się jeszcze głębsze, a w oczach zagrał smutek. Spuściła powieki i znowu stała się milcząca i nieruchoma.

Tłum myśli mię opanował.

Spojrzałam na moją matkę: była bardzo piękna w swoim płaszczu z czarnego aksamitu i z ciemnym piórem, które ocieniało jej czoło.

"Nie, nie jest jeszcze za późno! — zawołałam w duchu i jak błyskawica przemknęła mi się przez głowę myśl: — dlaczegóżby rodzice moi pogodzić się z sobą nie mieli i połączyć na nowo?"

Na myśl tę serce poskoczyło mi w piersi radośnie.

W tej chwili matka moja zwróciła się do mnie i rzekła:

— Niestosowną do podróży zrobiłaś koafiurę, Waciu; wiatr ci włosy rozwiewa i przyjedziesz do domu ciotek rozczochrana.

Spadłam z obłoków. Smutek całkiem zniknął z jej oczów, fałdy wygładziły się na czole, uśmiechała się do mnie pogodnie i niedbale poprawiała mi rozwiane wiatrem angielskie loki.

"Nie — pomyślałam — matka moja nie do siebie stosowała wyrzeczone przed chwilą słowa.

Nie ma w niej żalu za miejscem, które u boku ojca mego opuściła dobrowolnie!"

Westchnęłam i zasunęłam się w głąb karety. Migocące za oknami powozu krajobrazy przestały mię zajmować; myślą pobiegłam w kraje dalekie, kędy samotny, szeroką ode mnie przegrodzony przestrzenią, po szczytach gór alpejskich i po falujących szybach oceanu wędrując uczył się mój ojciec rozumieć Boga.




Rozdział XI

Wjechaliśmy na dość wysoką górę, a z niej roztoczył się przed nami widok prześliczny.

Wysunęłam głowę przez okno i patrzyłam.

W środku doliny, którą zewsząd otaczały wzgórza różnych kształtów i wielkości, stał dwór starożytny, obszerny, widocznie bogaty, bo kosztownymi otoczony sztachetami, z rozległym parkiem, którego zieloność stała za murowanym domem jak nieruchoma wysoka ściana. Zza parku, na najwyższym ze wszystkich wzgórzu, widniał dość duży, murowany kościół; z innej strony wąska, bystra rzeka wypływała z jakiejś niby pomiędzy dwiema górami rozpadliny i wśród ciemnych jodeł, rozrzuconych po jej brzegach, wielkim pędem w kilku zwrotach okręcała się po dolinie.

— Cudowne miejsce! — zawołałam.

— To Rodów! — odpowiedziała mi matka.

Więc babki moje cioteczne w tak pięknym mieszkają miejscu! Jakże dziwnie wydawać się muszą ich szeleszczące ogony u sukien przy szmerze tej rzeki i czepce o krochmalnych koronkach przy tych szczytach wzgórz zielonych! Uśmiechnęłam się do tej mojej myśli. Na sercu znowu mi było pogodnie i radośnie. Pomyślałam sobie, że już tak blisko znajduję się kuzynka Franusia! Kareta zjeżdżała z góry prędko, coraz prędzej, a serce moje uderzało mocno, coraz mocniej. Tuż, tuż staniemy przed gankiem. Jak też to Franuś wybiegnie na nasze powitanie, portierę otworzy, rękę mi poda z radością w błękitnych oczach! Jakie też będzie pierwsze słowo, którym do mnie przemówi i co mu odpowiem? A babki? babki? toć nie widziały mię od lat dziewięciu! Jak znajdą mię teraz, jak się im spodobam?

Stanęliśmy przed gankiem. Zamiast Franusia w drzwiach domu ukazał się wysoki, brodaty lokaj w czarnej liberii ze srebrnymi galonami i uroczyście zstąpiwszy ze wschodów otworzył portierę karety.

Kuzynka nie było.

Wbiegłam za matką moją na ganek i zapuściłam wzrok niecierpliwy w głąb obszernego i ozdobnego przedpokoju.

I tam kuzynka nie było.

Weszłyśmy do sali jadalnej z ciemnymi ścianami, długiej, jakby przepaścistej; obiegłam wzrokiem wszystkie jej kąty.

I tu kuzynka nie było.

Miałam takie poczucie, jakby mi taflę lodu przyłożono do serca. Znalazłam się w wielkim salonie, bardziej długim niż szerokim, który przez tę nieprawidłowość form wyglądał na kształt olbrzymiej szuflady. Salon ten przerzynał dom w całej jego szerokości, miał więc okna przeciwlegle do siebie położone i tak ocienione drzewami, że śród dnia był pogrążony w półzmroku.

Ciężkie firanki z pąsowego aksamitu, oszyte ciężką złotą frędzlą, opadały na szyby, bardziej jeszcze tamując drogę dziennemu światłu. Szczególne umeblowanie salonu od razu uderzyło moje oczy. Pod każdą z dwóch ścian podłużnych stało po dwie jednostajne kanapy, pod tymi czterema kanapami były rozesłane cztery zupełnie jednostajne dywany, a na dywanach, w zupełnie jednostajnym ustawionych porządku, stało po sześć fotelów. Pomiędzy tymi fotelami stały cztery jednostajne stoliki, dźwigające cztery jednostajne lampy. Resztę przestrzeni, znajdującej się pod ścianami, zajmowały krzesła rzędem ustawione. Ściany miały staroświeckie obicie błękitne w złote gwiazdy; od sufitu spuszczał się ciężki żyrandol.

Tchu mi zabrakło w piersi, gdy weszłam do tego półciemnego salonu. Byłam pewna, że ktoś mię włożył w szufladę i zasunął do komody. Obiegłam jednak salon szybkim wejrzeniem.

Kuzynka w nim nie było.

W przyległym pokoju dał się słyszeć szelest dwóch ciężkich sukien jedwabnych, rozchyliła się portiera i babki moje stanęły na progu.

Jakkolwiek duszno mi się zrobiło przestępując próg salonu moich babek, nie mogłam oprzeć się artystycznemu wrażeniu obrazka, który mi się przedstawił. W ramach, utworzonych z pąsowej o złotych frędzlach firanki, stały dwie stare kobiety jednostajnego wzrostu, wysokie, szczupłe, wyprostowane, w długich sukniach z ciężkiej, czarnej materii i takich samych mantylkach, zdobnych w szerokie, czarne koronki. Na tych poważnych, sztywnych nieco postaciach były dwie głowy z bladymi, ściągłymi twarzami o delikatnych rysach, z czołami pooranymi mnóstwem zmarszczek, z bladymi, dumnymi ustami, z zupełnie prawie białymi włosami, które w regularnych lokach opadały na skronie spod czepców z prawdziwych, białych koronek. Takież same białe koronki, w kształcie szerokich kołnierzów, otaczały ich szyje i spadały na ręce białe, delikatne, o długich, cienkich palcach. Stanęły w progu obiedwie i parę sekund patrzyły na nas nie ruszając się z miejsca. Matka moja wzięła mię za rękę i żywo postąpiła naprzód. Z wdziękiem właściwym sobie pocałowała w ramię obie swe ciotki, a potem wskazując na mnie poleciła mnie ich sercu i łasce.

Utkwiły we mnie piwne i mimo wieku piękne jeszcze oczy i podały mi do pocałowania białe swe ręce.

Po tej dopełnionej ceremonii babki moje usiadły na jednej z czterech jednostajnych kanap, matce mojej i mnie wskazując gestem miejsca na fotelach. Tak uderzyły mię postacie moich babek, że przypatrując się im nie słyszałam rozmowy, jaką prowadziła z nimi moja matka.

Wiedziałam o tym, że jedna z nich była od lat wielu wdową, a druga nigdy zamężną nie była; że jednej z nich było na imię Hortensja, drugiej Ludgarda. Ale na pierwszy rzut oka były tak do siebie podobne, a przy tym tak jednostajnie ubrane, że zakłopotała mię myśl, jak je na przyszłość rozróżniać będę.

Na szczęście spostrzegłam, że u jednej z nich wysuwały się z każdej strony czepca po trzy siwe loki, u drugiej po cztery. Chodziło więc tylko o to, jak było na imię jednej, a jak drugiej.

Ale pomyślałam, cóż będzie, jeśli którego dnia którakolwiek z moich babek odmieni liczbę swych loków? Nie rozróżniłabym już ich wtedy z pewnością. Zaczęłam się tedy bacznie przypatrywać, czy innej jakiej nie odkryję między nimi różnicy. I odkryłam, a nawet wielką i uderzającą.

Twarze moich babek, podobne do siebie rysami, różniły się niezmiernie wyrazem. Jedna z nich była dumna, zimna, z wąskimi, pogardliwymi ustami i surowym, przenikliwym a twardym wzrokiem; drugą, przeciwnie, cechowała łagodność w połączeniu z przyrosłym jakby do twarzy smutkiem, a pomimo sztywnej postaci i podniesionego czoła rozlewał się po niej wyraz nieokreślonego jakiegoś moralnego przygnębienia. Pierwsza prowadziła rozmowę i wydawała się prawdziwą panią a władczynią wszystkiego, co ją otaczało, druga odzywała się rzadko i patrzyła przed siebie mało ruchomymi i myślącymi, ale dobrymi i miękkimi oczami.

Uczułam się pociągniętą do drugiej.

Zwróciłam uwagę na rozmowę matki mojej z babkami w nadziei, że coś o Franusiu mówić będą. Rozmawiały o pogodzie, drodze, wczorajszej wizycie u nas pani S., a o nim nie było ani wzmianki. Siedziałam jak na mękach. Błękitne oczy kuzynka błąkały się wciąż przede mną, po ścianach między złotymi gwiazdami obicia, i taki mię żal ogarnął, że w ciszy mego serca, w samej najdalszej głębi mojej myśli szepnęłam sobie:

"Doprawdy! Chyba ja jego kocham!"

W tej samej chwili jedna z moich babek, ta, która mówiła mało, a miała łagodne oczy i usta, wyciągnęła rękę i poruszyła srebrny dzwonek stojący na stole. W drzwiach od jadalnej sali stanął lokaj.

— Poprosić pana Franciszka! — rzekła moja babka.

Na te słowa poczułam silne ukłucie w sercu, a zarazem chęć do rzucenia się babce na szyję, ale zaledwie spojrzałam na jej sztywną, surową suknię i biały czepiec, popęd ten ustał, a tylko czułam, że rumienię się po uszy. Szczęściem nikt na mnie nie patrzył, ja zaś patrzyłam na drzwi od jadalnej sali, którymi byłam pewna, że nadejdzie Franuś. Po kilku minutach usłyszałam w istocie spieszny chód jego i upragniony mój kuzynek wszedł do salonu.

Wydało mi się, że razem z jego wejściem jaśniej i cieplej zrobiło się w ogromnej szufladzie.

Lód spadł mi z serca i pierwszy raz od wejścia mego tutaj odetchnęłam swobodnymi piersiami.

Zaledwie jednak rzuciłam okiem na kuzynka, który aby dojść do nas, musiał przebyć szufladę w całej jej długości, zdziwiłam się bardzo. Postępował krokiem nie tak swobodnym jak zwykle; przeciwnie, cała jego postać nacechowana była przymusem i zmieszaniem. Na twarzy jego, zamiast zwykłej otwartości i pogody, zobaczyłam ten sam przymus i zmieszanie. Od samych drzwi patrzył tylko na moje babki, a na mnie, widziałam, że rzucił tylko w progu przelotne wejrzenie. Wprawdzie widziałam, ze przy wejrzeniu tym oczy jego błysnęły tak, że przy nich pogasły złote gwiazdy obicia, ale za to potem straciły nagle swą świetną barwę i stały się niepewne jakieś, niby zalęknione.

"Czemu on na mnie nie patrzy? — myślałam sobie, gdy Franuś zbliżał się do kanapy. — Na tożem tak ślicznie się uczesała i wyglądała go tak niecierpliwie?"

Kuzynek pocałował z kolei w rękę obie ciotki swe i moją matkę, a mnie skłonił się tylko ze spuszczonymi oczami.

Ubodło to mię znowu; u nas zawsze mi rękę do uścisku podawał i to kilka razy na dzień, jak się ku temu najmniejsza wydarzyła sposobność.

"Czy obrażony na mnie? ale za cóż? Czy nie chce już być ze mną w przyjaźni?" — pomyślałam znowu.

Tymczasem kuzynek stanął za jednym z fotelów, obie ręce oparł o poręcze i miał minę człowieka, który nie śmie usiąść.

— Usiądź, Franusiu! — rzekła moja babka z łagodniejszymi oczami.

Usiadł, ale na samym brzeżku fotelu, z ciągle jednostajnie nieśmiałą miną. Coraz więcej byłam zdziwiona. Gdzież podział się pewny siebie i pełen zręcznych ruchów układ mego kuzyna?

Spojrzałam na moją matkę i zobaczyłam, że patrzyła na Franusia pełnym dobroci spojrzeniem, w którym malowało się pewne współczucie.

— Jakżeś przebył podróż od nas do Rodowa? — spytała, jakby chcąc go wciągnąć w rozmowę.

— O, dziękuję cioci! bez żadnego złego wypadku — odparł Franuś i umilkł znowu, a oczy trzymał stale utkwione w dzwonek stojący na stole

"Gdzież się podziała jego rozmowność i dowcip w odpowiedziach? " — przemknęła mi się myśl i znowu popatrzyłam na kuzyna, którego postawa przypominała mi bojaźliwe pensjonarki przy egzaminach, i wydawał mi się prawie brzydkim. Przy tym zdjęła mię jakaś litość nad nim. W istocie miał minę prawdziwie wzywającą miłosierdzia.

Babki nie zwracały wcale uwagi na Franusia i zaczęły znowu rozmawiać z moją ukochaną matką. Po chwili spostrzegłam, że oczy jego oderwały się od dzwonka, przeszły na lampę, z lampy na ścianę, ze ściany na wysoką poręcz fotelu, na którym ja siedziałam, i po odbyciu tej podróży naokoło świata zatrzymały się w miejscu, do którego dążyły, to jest na mojej twarzy.

Jednocześnie stały się znowu bardzo błękitne, jakimi widywałam je zawsze.

Pochwyciłam tę chwilę i odezwałam się:

— Jakże pięknie położony jest Rodów! — i mówiłam dalej o moim zachwycie nad piękną doliną, którą przy wjeździe oglądałam ze wzgórza. Im więcej mówiłam, tym więcej pogodniały oczy Franusia, zniknęło uprzednie jego zmieszanie, nie spuszczał ze mnie oczu i uśmiech zaczął igrać na jego ustach.

Gdy skończyłam mówić, rzekł:

— O, jak kuzynka umiesz odczuwać piękność natury! Jak żywymi skreśliłaś słowami krajobrazy otaczające Rodów! Są one w istocie prześliczne. Ja, co się tu wychowałem, znam każdy kątek okolicy jak rodzinne miejsce. Lubię o wschodzie dnia wchodzić na wzgórze i patrzeć, jak pierwsze promienie słońca przeglądają się w błękitnej rzece, albo szeroko spozierać na ciemny bór sosnowy, pomiędzy którym...

Nagle urwał, bo usłyszał głos jednej ze swoich babek zwrócony do niego.

— Franusiu — mówiła — idź do pokoju mego i przynieś mi koszyk z robotą.

Twarz jego z ożywionej i pełnej zapału, jaką była, gdy mówił do mnie, stała się znowu nieśmiałą i zmieszaną.

Zerwał się na równe nogi, poskoczył i zniknął za portierą.

Po kilku sekundach przyniósł srebrny koszyk pełen białej bawełny, postawił go przed ciotką i usiadł znowu na brzeżku fotela.

Babka moja uchyliła nieco koronkowe mankiety, które jej opadały na ręce, i prowadząc dalej rozmowę z moją matką zaczęła wydobywać z koszyczka robotę, która składała się z milionowych drobnych cząsteczek. Były to tak zwane frywolitki, to jest gwiazdeczki, kółeczka, gzygzaczki, pajączki, wyrabiane za pomocą specjalnych mikroskopijnych narzędzi z najcieńszej bawełny, jaka egzystuje na tym świecie. Cienkimi palcami białych swoich rąk rozwijając powoli jeden z kłębków, babka moja po raz pierwszy zwróciła się do mnie:

— A Wacia czy lubi robótki? — spytała.

Uderzył mię ton jej mowy oschły i wyniosły. Wprawdzie niewielką byłam amatorką ręcznych robót i powiedziałam to, bo nie widziałam powodu, dlaczegobym nieprawdę mówić miała.

Babka moja utkwiła we mnie swoje piwne, dumne oczy i rzekła:

— To bardzo źle; panna dobrze wychowana powinna zajmować się robótkami, wyszywaniem na kanwie, haftem.

Babka moja zwróciła się do mojej matki i mówiła dalej:

— Powinnaś, Matyldo, przyzwyczajać Wacię do ręcznych robót; postaw w jej pokoju krosienka z napiętą kanwą i każ pannie służącej przerysować dla niej z żurnalu deseń na kołnierzyk.

— Przyznam się kochanej cioci — odpowiedziała moja matka z uśmiechem — że sama nigdy nie byłam amatorką robót ręcznych i nie widzę, na co by one były tak konieczne.

— Jak to? — przerwała babka — to nadaje kontenans młodej osobie, w czasie na przykład wizyty jakiego młodego człowieka. Jakże z nim będzie rozmawiała, skoro nie znajdzie punktu oparcia dla swoich oczu?

Tak mię zdziwiły te słowa, że odważyłam się nieśmiało wymówić:

— Kochana babuniu, dlaczegożby młoda osoba nie miała patrzeć na tego, z kim rozmawia?

Babka ze zdziwieniem spojrzała na mnie, a w tejże chwili kłębuszek bawełny z rąk jej wypadł i potoczył się pod kanapę. Drobny ten wypadek odebrał mi możność posłyszenia odpowiedzi babki, bo Franuś poskoczył z niezmierną żywością i upadł na kolana przed kanapą dla wydobycia stamtąd kłębuszka.

Gdy kłębuszek został już wydobyty spod kanapy, babka wzięła mikroskopijne szczypczyki, mikroskopijne kółeczka i owijając bawełną setnego numeru prowadziła dalej przerwaną rozmowę:

— Otóż mówiłyśmy o robotach. Nieprzyzwoitym jest, aby dobrze wychowana panna siedziała w salonie z założonymi rękami i mieszała się do rozmowy starszych albo głośno wypowiadała swoje zdania. Najpiękniejszą ozdobą młodej osoby jest skromność, a dlatego, aby móc zachować skromne ułożenie, konieczną jest w jej ręku ręczna robótka. Takim jest zwyczaj przyjęty w świecie, a ze zwyczajem nikomu rozmijać się nie wolno.

Ostatnie wyrazy babka moja wymówiła jeszcze oschlejszym niż zwykle tonem. W głosie jej zabrzmiał twardy despotyzm. Cała ta rozmowa przykre na mnie sprawiała wrażenie. Matka moja, która patrzyła na mnie, musiała to spostrzec, bo zaczęła mówić o czym innym. Ja zwróciłam się znowu do Franusia.

— Czy kuzynek wyjeżdżał w tych dniach w sąsiedztwo? — spytałam.

— O, nie — odpowiedział — ja rzadko wyjeżdżam w sąsiedztwo. Ciocia Hortensja jest wielką amatorką koni i z niechęcią widzi, jak ich kto do podróży używa. Wychodziłem tylko parę razy na polowanie.

— Czy kuzynek znajdujesz w polowaniu tak szczególną przyjemność?

— W samym polowaniu, to jest w strzelaniu do zwierza, niewielką znajduję przyjemność, ale jest to przynajmniej jakie takie zabicie czasu. Zresztą, gdzież można znaleźć milszą samotność, jak...

Znowu urwał nagle, bo druga babka przemówiła do niego:

— Franusiu, idź do mego pokoju i przynieś mi mój koszyk z robotą.

Porwał się z miejsca z takim samym jak pierwszym razem pośpiechem, poskoczył i przyniósł koszyczek, zupełnie podobny do pierwej przyniesionego, z tą różnicą, że nie bawełną, ale włóczką był napełniony. Zaledwie jednak babka moja miała czas wydobyć z niego wielkie włóczkowe, wyrabiane szydełkiem kwadraty, gdy we drzwiach stanął galonowany lokaj z serwetą na ramieniu i uroczystym głosem wymówił:

— Podano do stołu.




Rozdział XII

Obiad był długi, sztywny, ceremonialny; dwaj lokaje na palcach chodzili około stołu roznosząc półmiski; matka moja z właściwą sobie wprawą i dowcipem podtrzymywała rozmowę; ja w milczeniu siedziałam naprzeciw Franusia, który milczał także.

Po obiedzie ceremonialnym porządkiem wróciliśmy do salonu, babki moje i matka znowu zasiadły na kanapie, a ja z Franusiem zaczęłam chodzić po salonie.

— Powiedz mi, kuzynku — rzekłam półgłosem — jak na imię tej babci mojej, która ma po trzy loczki z każdej strony czepca, a jak tej, która ich ma po cztery?

Franuś, mijając kanapę, nieśmiałe wejrzenie rzucił na koafiury swych ciotek i rzekł:

— Pierwszej jest imię Hortensja, drugiej Ludgarda.

— Któraż jest wdową, a która panną?

— Ciotka Hortensja owdowiała przed trzydziestu blisko laty.

— Zdaje mi się — rzekłam — że babka Ludgarda musi być daleko lepszą od swej siostry.

— Dlaczego kuzynce tak się zdaje?

— Bo ma łagodniejszy wyraz twarzy i mniej mówi o posłuszeństwie dla zwyczajów.

Franuś uśmiechnął się. Zdawało mi się, że w tym jego uśmiechu zabłąkała się kropelka goryczy.

— Obie są bardzo dobre — odpowiedział.

Podobała mi się ta jego odpowiedź, z którą nie mogłam jednak się zgodzić. Babka Hortensja wcale mię nie pociągała do siebie, a frywolitki, które wyrabiała z wielką uwagą, poruszając swymi cienkimi palcami, wprawiały mię w rodzaj osłupienia graniczącego z przerażeniem.

Wolałam już o wiele kwadraty babki Ludgardy.

Mimochodem spojrzałam w okno. Słońce zachodziło prześlicznie i różowymi promieńmi zaścielało aleję ze starych jodeł, ciągnącą się od ganku wzdłuż ogrodu. Posłyszałam świergot ptastwa i cichy szmer listków w gęstwienie, utworzonej pod oknami z akacji i jaśminu.

— Kuzynku, prowadź mię do ogrodu — zawołałam.

Na twarzy Franusia odmalowało się przerażenie.

— To niepodobna — odrzekł półgłosem — ciotki wzięłyby za złe, jeślibyśmy sam na sam poszli do ogrodu.

Roześmiałam się prawie głośno.

— Ależ to być nie może! — zawołałam — tak ci się tylko zdaje, kuzynku; bo i cóż by w tym złego było?

To mówiąc zbliżyłam się do stołu, przy którym siedziały babki, i wziąwszy rękawiczki zaczęłam je wkładać na ręce.

— Dlaczego to Wacia wkłada rękawiczki? — spytała babka Hortensja podnosząc oczy od frywolitków.

— Pójdę do ogrodu, moja babciu — odpowiedziałam.

Znowu utkwiła we mnie z bacznością swoje piwne oczy.

— Dobrze wychowana panna nigdy nie oddala, się od starszych osób — wyrzekła z oschłą uroczystością. — Gdy my pójdziemy do ogrodu, natenczas i ty z nami pójdziesz.

Byłam zdumiona i zmieszana.

— Kochana babciu — rzekłam — w ogrodzie tak pięknie, mam wielką ochotę przejść się...

— Ochota powinna ustąpić tam, gdzie idzie o zachowanie zwyczaju — odrzekła babka.

Znowu ubódł mię ten wyraz: zwyczaj, a ukłucie to poczułam silniej niż kiedy.

— Kochana babciu — ozwałam się — doprawdy nie rozumiem tego zwyczaju, który wzbrania mi przechadzać się po ogrodzie, i nie pojmuję, dlaczego miałabym się do niego stosować.

Z rąk babki Hortensji znowu wypadł kłębuszek i potoczył się na ziemię, a kuzynek znowu rzucił się na kolana przed kanapą, aby go podnieść.

Ale tym razem babka nie zwróciła już uwagi na tę dywersją i rzekła do mnie:

— Uważam, że Wacia lubi rezonować. Otóż dobrze wychowana panna rezonować nie powinna, ale ślepo wierzyć w to, co mówią jej starsze osoby, i nie łamać sobie głowy nad zrozumieniem zwyczajów, które świat już raz uznał za dobre.

I znowu powiadano mi, że . nie powinnam rezonować, to jest myśleć!

Poczułam w sobie bunt ducha, odrzuciłam ręką w tył moje loki; podniosłam głowę, miałam już na ustach wyraz nowej protestacji, gdy powstrzymało mię spojrzenie mojej matki.

Nic nie rzekłam, tylko obejrzałam się na kuzynka. Stał za mną ze spuszczonymi oczami, z obwisłymi rękami, jak student, któremu pan profesor burę daje. Dziwnie strasznie nie podobał mi się w tej postaci. Zdawało mi się, że powinien coś był odpowiedzieć babce, że powinien był wymówić to słowo protestacji, które zamarło na moich ustach, powstrzymane ze względu na matkę; że powinien był słowem wywalczyć dla mnie swobodę przejścia się po ogrodzie.

Patrzyłam na jego nieśmiało spuszczone powieki i pochylone czoło i czułam, jak w sercu moim, chwiejący się już przez dzień cały, opadał jeden z listków składających kwiatek mojej dla niego sympatii. Ropoczęliśmy znowu we dwoje naszą monotonną przechadzkę po salonie.

Zaczęłam opowiadać Franusiowi o wizycie u nas pani S. i jej córek.

— Jakże się kuzynce podobały te panie? — zapytał.

— Matka wcale mi się nie podobała — odrzekłam — a córki znalazłam sympatyczne, mianowicie starszą, Emilię.

— Tak — odpowiedział Franuś — panna Emilia ma bardzo dobre serce.

— Skąd o tym wiesz, kuzynku?

— Była ona raz na pewnym wieczorze — mówił — gdzie znajdowało się mnóstwo bogatych i bardzo porządnych młodych ludzi; między nich wmieszał się pewien chłopak ubogi, mało znający towarzystwo, w jakim się znalazł. Nikt do niego nie mówił, nikt się nim nie zajmował, stał w kącie, gdy inni bawili się wesoło, i rozmyślał nad smutnym swym położeniem w świecie. Otóż panna Emilia pierwsza przemówiła do niego, wyprowadziła z kąta, wciągnęła do zabawy; tak się nim przez cały wieczór zajmowała, że ubogi młody człowiek poczuł dla niej wdzięczność serdeczną.

Kuzynek mówił to ze spuszczonymi oczami i parę razy głos mu zadrżał. Byłam pewna, że owym ubogim młodym człowiekiem, czującym wdzięczność dla panny Emilii, był on sam.

Kwiatek mojej sympatii dla kuzynka, choć był już utracił jeden ze swych listków, poruszył się jednak żywo i natchnął mię tymi słowami:

— A może też panna Emilia nie samym dobrym sercem była powodowana postępując tak z tym młodym człowiekiem?

— A czymże by innym powodować się mogła? — zapytał.

— Może miała dla niego żywszą niż dla innych sympatię? — rzekłam żartobliwie.

Rumieniec wytrysnął na twarz Franusia. Podniósł na mnie oczy, które były w tej chwili bardzo wymowne, i z wolna zapytał:

— Czy kuzynka naprawdę przypuszcza, że bogata panna może mieć żywszą sympatię dla ubogiego człowieka?

Ukłuło mię to pytanie i ton, jakim wymówił je kuzynek, a w którym znowu drżała kropla goryczy. Podniosłam głowę i miałam odpowiedzieć twierdząco, gdy nagle...

Franuś jednym skokiem przesadził salon i stanął przed kanapą. Skok ten spowodowany był kiwnięciem palca babki Hortensji, mającym znaczyć:

"Zbliż się".

Widząc go stojącego już przed sobą, babka Hortensja rzekła:

— Franusiu! każesz natychmiast założyć sobie konie do wózka i pojedziesz mi do miasteczka po bawełnę.

Nie chciałam wierzyć swoim uszom, wlepiłam wzrok w twarz kuzyna i dojrzałam, że zbladł i zarumienił się jednocześnie.

— Proszę cioci — wyjąkał — może by Ignacy pojechał albo Jan...

Piwne oczy babki surowo w nim utkwiły.

— Wiesz o tym — odpowiedziała — że nikt mi nie umie tak dobrze wybrać bawełny jak ty.

Kłębuszki już się kończą i nie będę mogła jutro rano kontynuować roboty. Przy tym Jan i Ignacy potrzebni są w domu.

Franuś ze spuszczonymi oczami pocałował w rękę z kolei ciotki swe i moją matkę, przede mną skłonił się i wyszedł.

Prowadziłam za nim oczami ze ściśniętym sercem. Litość mię zdjęła nad nim, ale czułam, wyraźnie czułam, że w sercu moim zachwiał się drugi listek kwiatka mojej dla niego sympatii.




Rozdział XIII

W dwóch szufladach, to jest w salonie i sali jadalnej, pozapalano lampy. Obie babki siedziały nieruchomie na kanapie; jedna z nich wprawnie ruszała palcami robiąc frywolitki, druga błyskała szydełkiem. Matka moja przerzucała album i z obojętną, ani wesołą, ani też znudzoną twarzą prowadziła rozmowę. O, jakże mi było duszno i ciasno w tym wielkim salonie, o ścianach zasianych złotymi gwiazdami! Jak pragnęłam wybiec poza te ściany, odetchnąć świeżym powietrzem, posłyszeć szum tych starych jodeł, co czerniały za oknami, spojrzeć w niebo wieczorne i zobaczyć gwiazdy, prawdziwie gwiazdy Boże, ruchome, migocące, nie te martwe, zimne, sztywne, które ręka ludzka poprzyklejała do ścian niby na urągowisko świetnym diamentom nocy!

Na dziedzińcu posłyszałam turkot wózka. To zapewne Franuś odjeżdżał, aby nazajutrz dostawić babce kłębuszek bawełny do frywolitków. Dla tego kłębuszka był zmuszony mnie opuścić, dla tego kłębuszka już mnie dziś nie zobaczy... O, biedny Franuś, którego przeznaczeniem jest przynosić kłębuszki z pokojów ciotek, wydostawać je spod kanapy, jeździć po nie choćby o północy! Ale dlaczego takim jest jego przeznaczenie? Zajęta tymi myślami wyszłam do sali jadalnej i zobaczyłam... fortepian. Rzuciłam się ku niemu, tak jak się rzuca w objęcia dobrego przyjaciela spotkanego na ziemi wygnania. Uderzyłam w klawisze. Odpowiedziały mi dźwięcznie i przeciągle, bo wysoki sufit sali wyborny dawał rezonans tonom.

Przebiegłam klawiaturę szybkim pasażem i zaczęłam rozmawiać z fortepianem. A naprzód opowiedziałam mu minorowymi akordami, że spotkał mię zawód wielki... straszny... Wyjeżdżałam z domu prześlicznym porankiem i myślałam, że cały dzień będę chodziła z kuzynkiem po obszernym ogrodzie moich babek, pod słońcem wiosennym, pod sklepieniem jodeł ciemnozielonych, że pójdę potem z kuzynkiem w dolinę, na wzgórze; będziemy razem rwali fiołki, których tam tyle, i będziem śmiać się, rozmawiać, patrzeć na siebie, aż wieczór zabłyśnie złotymi gwiazdami, na które razem oczy podniesiem, a ja wtedy opowiem kuzynkowi, że daleko na świecie kędyś mam ojca, co rozumie Boga królującego tam w górze! O takim dniu marzyłam wyjeżdżając z domu. I otóż, co mnie spotkało? Kuzynka, który panował w tych marzeniach moich, nie znalazłam, na jego miejscu był kto inny!

Tamtego wyobrażałam sobie wesołym, dowcipnym, zręcznym, pewnym siebie: tego zobaczyłam zmieszanym, niezgrabnym, pokornym. Tamten zrywał mi fiołki na wzgórzu, ten wydobywał kłębuszki spod kanapy; tamten zabił podobno węża, który chciał mię ukąsić, gdy zrywałam kwiaty, ten drżał na skinięcie palca babki Hortensji! Gdzież więc był kuzynek moich marzeń? Nie znalazłam go. A na domiar zawodu zamknięto mię na klucz zwyczaju w jakiejś ogromnej szufladzie, do której w dzień nie dochodziło słońce, a której wieczorem przyświecały u ścian gwiazdy papierowe, wyglądające jak trupy tych, co świecą na niebie! ...

Tak opowiadałam fortepianowi nieszczęście dnia tego, gdy pod palcami mymi minorowe tony zaczęły w majorowe przechodzić, i posłyszałam pytająco brzmiący akord:

"Dlaczego kuzynek całkiem inny jest w Rodowie jak poza nim? Dlaczego kuzynek w obecności swych ciotek wydaje się taki zmięszany, pokorny, nie po męsku uniżony? ..."

Długo palce moje plątały się po klawiszach, uderzały tony, półtony, oktawy, trele, a odpowiedzi wydobyć z fortepianu nie mogły. Nagle na ostatnim krańcu klawiatury, w najwyższej oktawie wiolinu jęknęły tercje żałosne, krzykliwe, i przypomniały mi pokorny, płaczliwy, uniżony krzyk żebraka, wołającego na ulicy z dłonią wyciągniętą:

"Chleba! chleba! chleba! ..."

Jednocześnie w środkowej oktawie klawiatury zabrzmiał akord posępny, a w nim posłyszałam wyraz, który niedawno tak raził mię w ustach Bini:

"Na łasce! ..."

Ręce moje zsunęły się z klawiszów, z kwiatka mojej dla kuzynka sympatii odpadł drugi listek.




Rozdział XIV

Kiedy umilkł fortepian, posłyszałam rozmowę, jaką prowadziły w salonie babki moje i matka. Ponieważ mówiły nie starając się wcale stłumić swego głosu, wszystko wyraźnie usłyszeć mogłam.

— Zapewne, Matyldo, postarasz się wydać za mąż Wacię przez ten rok, w którym ma ona pozostać u ciebie — mówiła babka Hortensja.

— O, wydaj ją za mąż, koniecznie wydaj! — dodała babka Ludgarda.

— Młodać to ona jeszcze! — z wolna wymówiła matka.

— Tak — zaczęła znowu babka Hortensja — ale pamiętaj o tym, że gdy wróci do ojca, stosownej partii nie znajdzie dla siebie między tymi uczonymi wyrobnikami, którzy go otaczają.

— To prawda — cicho szepnęła moja matka.

— A pamiętaj jeszcze i o tym — mówiła dalej babka — że jeśli niezamężną odeślesz ją do ojca, narazisz przez to dziecko twoje na zrobienie takiego samego mariażu, jaki ciebie zgubił...

— O, moja ciociu! nie mów o tym, proszę cię — zawołała matka zmienionym głosem.

— Po co Hortensja wspomina to, o czym Matylda mówić nie może bez przykrego wzruszenia? — z wyrzutem rzekła babka Ludgarda.

— Mój Boże! — oschle odpowiedziała pierwsza — i cóż powiedziałam innego jak to, co mówiłam jeszcze przed ślubem Matyldy? Byłam zawsze tego zdania, że robi mezalians wychodząc za uczonego wyrobnika, a czas pokazał, że miałam słuszność...

— Ciociu — przerwała moja matka głosem, który drżał trochę.

Babka Hortensja nie dała jej mówić dalej. Podniosła nieco głos i mówiła oschłej jeszcze i wynioślej jak wprzódy:

— Kiedy wychodziłaś za mąż, Matyldo, byłaś w tym wieku, w jakim jest dziś twoja córka; rozkochałaś się w człowieku, który imię wysmażał sobie w retortach, a chleb zdobywał bakałarząc w uniwersytecie i rozlewając po papierze rzeki atramentu. Rozkochałaś się w nim i poszłaś za niego, bo nie miałaś rodziców, którzy by ci tego zamążpójścia wzbronić mieli. Ale przypominasz sobie, że ja, jako najbliższa opiekunka twoja, mówiłam zawsze, iż ten mariaż nie przyniesie ci szczęścia. Najlepiej jest, jeśli ludzie łączą się z podobnymi sobie, a my, które rodem, majątkiem, wychowaniem stoimy na wysokich szczeblach społeczeństwa, powinnyśmy w naszej klasie mężów sobie wybierać.

— A jeśli w tej klasie nie znajdzie się odpowiedniej partii? — zapytała przeciągle babka Ludgarda.

— W takim razie nie należy wcale wychodzić za mąż — odpowiedziała siostra jej z twardym despotyzmem w głosie.

Wydało mi się, że posłyszałam westchnienie babki Ludgardy.

Kilka sekund było milczenie, aż matka moja ozwała się:

— Najgorętszym życzeniem moim jest, aby Wacia wyszła za mąż w moim domu i w przeciągu tego jeszcze roku, to jest, zanim odjedzie do ojca. Oprócz bowiem tego, że tam trudno będzie znaleźć stosowną partię, zaczynam być coraz niespokojniejszą o mój stan majątkowy i chciałabym, aby ona miała zabezpieczoną przyszłość wtedy, gdy może...

Nie dokończyła; głos jej znowu zadrżał przy ostatnich wyrazach.

— Zdaje mi się — zaczęła znowu babka Hortensja — że nie możesz zaprzeczyć, iż człowiek, którego od dawna przeznaczyłam na męża Wacławie, jest pod względem rodu najlepszą dla niej partią... Wiesz, o kim mówię...

— Niezawodnie — odpowiedziała moja matka — toteż nic nie mam do zarzucenia panu Agenorowi i byleby wzajemnie podobali się sobie. . .

Nie słuchałam dalej.

Puściłam ręce po klawiszach i znowu rozmawiałam z fortepianem. Pytałam go:

"Dlaczego babka moja z takim przekąsem mówiła o moim ojcu? dlaczego mojej matki głos zadrżał przy wspomnieniu o nim? Czemu babka Ludgarda miała taki smutny ton mowy? Dlaczego koniecznie chciano mię wydać za mąż w tym roku? "

Fortepian różne dawał mi odpowiedzi, a w nich nieprzerwanie a dźwięcznie brzmiało imię — Agenor.

Wymówiłam to imię półgłosem, a przed wyobraźnią moją stanął znowu nieznany sąsiad z gotyckiego pałacyku i patrząc na mnie wycierał chusteczką szkiełka swego pince— nez.

— Agenor! — powtórzyłam raz jeszcze półgłosem; imię to podobało mi się bardzo.

Biedny Franuś stał może w owej chwili przed Żydówką w ryżej peruce i kupował od niej, kłębuszek bawełny! ...




Rozdział XV

Dano mi na sypialnię pokój osobny, w sąsiedztwie którego umieszczono moją garderobianę, Zosię. Pokój ten był jak inne, wprzódy widziane, więcej długi niż szeroki. W ogóle całe wnętrze domu moich babek miało tę szczególność, że wydawało się komodą, a raczej misternym biurkiem pełnym szuflad ogromnych, mniejszych i najmniejszych.

Sypialna moja szufladka ostawiona była staroświeckimi krzesłami o wysokich rzeźbionych poręczach; takie same szerokie, staroświeckie, rzeźbione łóżko, zasłane batystem i jedwabiem, czekało na moje przyjęcie. Gdy weszłam do tego pokoju, jeszcze większą niż przedtem czułam duszność; odprawiłam prędko Zosię, narzuciłam na siebie lekki peniuar i otworzyłam okno.

"O! mamże was przecie, gwiazdeczki śliczne, co tak mile mrugacie na szafirowym sklepieniu!

— zawołałam w myśli. — Mam cię, szmerze jodeł starych! Mam cię, powiewie wiatru letniego, ciepły, orzeźwiający! ... Nie puszczano mię do was, zamknięto mię w komodzie na klucz zwyczaju, który wzbrania dobrze wychowanej pannie przechadzać się po ogrodzie bez towarzystwa starszych osób; ale oto teraz otworzyłam moją szufladkę i widzę was, jodły czarne, czuję cię, powiewie wietrzyka, kocham was, gwiazdeczki! ..."

Zniknęły mi z pamięci babki, Hortensja i Ludgarda, zapomniałam o frywolitkach i kwadratach, przestałam nawet myśleć o kuzynku, dźwięczne imię Agenor nie brzmiało już w mych uszach. Przechyliłam głowę na dłoń, tak aby oko w oko móc patrzeć gwiazdom, ścigałam uchem szmer drzew ogrodowych, wietrzyk łagodny rozwiewał mi włosy i pieszczotliwie muskał po twarzy...




Rozdział XVI

Nazajutrz rano, gdy weszłam do salonu, babka Hortensja robiła już frywolitki, a nowy kłębuszek bawełny, jaki rozwijała, dał mi poznać, że Franuś był już z powrotem z miasteczka.

Zaraz po przywitaniu babka Ludgarda dała mi do robienia jeden ze swoich włóczkowych kwadratów, a matka moja wzięła do ręki książkę i w głos czytać zaczęła. Był to jakiś romans francuski; zajął mię trochę zrazu, ale potem całą myśl moją kłopotało pytanie: Dlaczego kuzynek Franuś nie przychodzi nam powiedzieć "dzień dobry"?

"Czyliżby mu było wzbronionym wchodzić do salonów bez pozwolenia babek! — pomyślałam.

— Ależ to okropne! Jakież jest stanowisko jego w tym domu?"

Dopiero gdy oznajmiono podane śniadanie, babka Ludgarda wyrzekła do lokaja:

— Poprosić pana Franciszka.

Sądzę, że gdyby nie było tam babki Ludgardy, Franuś nie byłby wcale wezwany do towarzystwa, bo babka Hortensja zdawała się wcale nie wiedzieć o jego w domu pobycie. Naturalnie z zaczęciem śniadania nie czekano jego przyjścia. Siedziałaśmy już u stołu, gdy Franuś wszedł i po przywitaniu zajął miejsce w milczeniu. Przypatrywałam się mu nieznacznie. Był bardzo blady, powieki miał nieco zarumienione i na twarzy wyraz przegnębienia. Zamiast, jak zwykle bywało, szukać mego wzroku, zdawał się go unikać trzymając oczy spuszczone na talerz. Uwagi te moje były przerwane zwróconą do mnie mową babki Hortensji.

— Waciu — rzekła patrząc na mnie bystro swymi piwnymi oczami — dlaczego opierasz się o krzesło? Dobrze wychowana panna powinna zawsze prosto się trzymać.

Wyprostowałam się machinalnie, ale uwaga babki mocno mnie zażenowała.

Franuś nieśmiało, bardzo nieśmiało, podniósł na mnie oczy. W tej chwili zaszczebiotała u okna para kanarków w klatce, której wczoraj nie spostrzegłam. Babka Hortensja skrzywiła się i wyciągnęła z kieszeni batystową chustkę.

— Nieznośne ptaki! — rzekła. — Franusiu, zakryj klatkę chustką, aby przestały głuszyć nas swoim szczebiotaniem.

Kuzyn zerwał się z krzesła, aby spełnić ten rozkaz, ale babka Ludgarda żywo się poruszyła.

— Nie zakrywaj im klatki! nie odbieraj im światła! niech sobie szczebioczą! — zawołała.

Franuś stał na środku sali z chustką w ręku, zawieszony pomiędzy dwoma sprzecznymi rozkazami swych ciotek.

— Zakryj klatkę! — wyrzekła babka Hortensja z twardym despotyzmem w głosie.

— Zanieś ją do mego pokoju — wymówiła jej siostra.

Kuzyn stanął na krześle, zdjął klatkę z okna i wyniósł ją z sali. Uważałam, że usta babki Ludgardy drżały przez kilka sekund; chciała coś powiedzieć, ale spojrzała na siostrę i zamilkła.

Babka Hortensja obojętnie tymczasem krajała kotlet na talerzu. Zrozumiałam wtedy, że stosunek dwóch sióstr nie był tak patriarchalnym, jakim się wydawał. Utwierdziło mię w tym mniemaniu spojrzenie rzucone na babkę Ludgardę. Złożyła ona nóż i widelec, przestała jeść i smutnie spoglądała na miejsce, gdzie wisiała wprzódy klatka z ulubionymi znać jej kanarkami.

"Dziwna rzecz! — pomyślałam sobie — wszystkie osoby, które spotykałam dotąd w świecie mojej matki, mają jakby dwie twarze, jedne zwyczajną, wesołą, drugą smutną. Matka moja, kuzyn, panny S. , babka Ludgarda, wszyscy oni miewają chwile, w których wydawali się smutni. A jednak czegóż im brakowało? Mieszkali w takich pięknych pokojach, nosili ładne stroje, zasiadali do stołów z obfitymi zastawami, a jednak bywali smutni? Więc w atmosferze tego świata, w jaki wstąpiłam, jest coś, co niewidzialnie rani serca ludzkie? Czyliż i ja będę miała także z czasem dwie twarze: jedną z uśmiechem, drugą z chmurą?".

Po śniadaniu, gdyśmy przeszli do bawialnego salonu, spostrzegłam wyraźnie we Franusiu wielką chęć zbliżenia się do mnie, połączoną z pewną nieśmiałością. Dzień był pochmurny, dżdżysty i w salonie zmrok prawie zupełny panował. Usiadłam tedy z szydełkiem i z kwadratem babki Ludgardy pod oknem, z czego zapewne korzystając kuzynek przysiadł się do mnie. Uważałam jednak, że wprzódy krążył koło mnie kilka minut i spod oka rzucał nieśmiałe spojrzenia na babkę Hortensją.

— Kuzynek jakiś nieswój dzisiaj — zagadnęłam go widząc, że nie może się zebrać na rozpoczęcie rozmowy.

— Owszem, kuzynko — odpowiedział półgłosem — ja zawsze jestem taki... tutaj.

Siedzieliśmy tak oddaleni od reszty towarzystwa, że nikt posłyszeć nie mógł naszej rozmowy.

— Dlaczegoż tutaj kuzynek inny jest niż gdzie indziej? — spytałam ciekawie.

Kilkanaście sekund upłynęło od mego zapytania, Franuś nie odpowiadał. Podniosłam oczy od roboty żałując, żem mu to pytanie zadała. Wzrok kuzynka był wlepiony w ziemię, czoło nachmurzone. Chciałam zmienić przedmiot rozmowy i obejrzałam się wkoło. Salon dziwnie posępnie wyglądał. Środek jego tonął w zupełnym prawie cieniu, a tylko dwa jego końce rozświetlone nieco były szarawym światłem wnikającym przez okno.

— Czy znajdujesz, kuzynku — rzekłam — że salon ten jest bardzo posępny?

— Bywają pewne położenia ludzkie jeszcze posępniejsze — odpowiedział.

Postanowiłam koniecznie wprowadzić rozmowę na tor weselszy.

— Opowiedz mi, kuzynku — ozwałam się najswobodniejszym, jak mogłam, tonem — czym się zajmujesz, co robisz po całych dniach w Rodowie?

— Nic — krótko odpowiedział Franuś.

— Jak to nic? — powtórzyłam z przykrym wrażeniem.

— Tak, nic. Wstaję późno, piję kawę, chodzę na spacer z laseczką i papierosem, jem obiad, śpię po obiedzie, czytam nędzne francuskie romansidła, a potem idę spać. Czasem wychodzę na polowanie z fuzyjką albo wyjeżdżam w sąsiedztwo...

Podniosłam twarz i oko w oko na niego spojrzałam. Na kwiatu mojej do niego sympatii znowu zachwiało się parę listków.

— Powiedzże mi, kuzynku — wymówiłam — dlaczego to tak jest?

— Co?

— Że kuzyn nic nie robisz?

— A cóż, kuzynka chcesz, abym robił?

— No tak, coś przecie...

— Łatwo to powiedzieć, ale wszystko zależy od stanowiska, w jakim się człowiek znajduje.

— To prawda, ale dlaczegoż kuzyn znajduje się w takim położeniu?

— Opowiem o tym kuzynce później, kiedyś... nie teraz...

— Czemuż nie teraz?

Franuś znowu nie odpowiadał.

Podniosłam oczy i zobaczyłam, że twarz ukrył w dłoniach.

— Kuzynku! co tobie? — zawołałam.

— O mój Boże! — wyszeptał odsłaniając twarz bladą i powleczoną wyrazem cierpienia — gdybyś kuzynka wiedziała, co się ze mną od wczoraj dzieje, gdybyś mogła zajrzeć w moje serce, pożałowałabyś mnie! ...

W istocie żałowałam go z całej duszy, bo widziałam, że cierpiał, ale... owe listki, co się były przed chwilą zachwiały na kwiatku mojej dla niego sympatii, oderwały się całkiem i uleciały za innymi. Franuś wydał się mnie w tej chwili dziwnie słabym, dzieckiem prawie...

skarga, która wyszła z ust jego, zwiększyła moje ku niemu współczucie, ale zmniejszyła sympatię.

Przy tym przypomniałam sobie słowa Bini, że Franuś niczym się nie zajmuje i jest próżniakiem. Słowa te on sam potwierdził, a dziwna rzecz, ja, co sama od przybycia do domu matki nic nie robiłam i nie myślałam nawet, aby to źle było z mej strony, tego samego nie mogłam znieść we Franusiu, w mężczyźnie. Przyszedł mi natychmiast na myśl mój ulubiony bohater powieściowy.

"O! tamten nie tylko pił kawę, spał i jadł obiad — pomyślałam — tamten walczył z dzikimi narodami i zabijał lwy na pustyni!"

Franuś siedział ciągle ze zwieszoną głową, smutny, zmieszany, onieśmielony, nie wiem czy pytaniami mymi, czy własnymi danymi mnie odpowiedziami. Widziałam, że cierpi, i żałowałam go z duszy. Chciałam mu na pocieszenie coś miłego i wesołego powiedzieć, gdy z drugiego końca salonu matka moja zawołała mię do siebie. Głos jej, gdy wymawiała moje imię, brzmiał tak łagodnie i czule, że porwałam się jak strzała, szybko przeskoczyłam salon i przyklęknąwszy przed nią spytałam:

— Czego chcesz, mamuńciu?

— Chcę, abyś bliżej nas siedziała — rzekła gładząc moje włosy.

— Waciu — ozwała się babka Hortensja podnosząc oczy od frywolitków — muszę ci powiedzieć dwie rzeczy. Oto naprzód, że panna dobrze wychowana nie powinna tak długo rozmawiać sam na sam z młodym człowiekiem, jak ty przed chwilą czyniłaś to z Franusiem; następnie, że nie przystoi, aby panna dobrze wychowana biegała i podskakiwała jak prosta jaka wiejska dziewczyna. Panna dobrze wychowana powinna zawsze iść z wolna, trzymając się prosto, z powagą i dystynkcją.

Powstałam od kolan matki, usiadłam na fotelu i robiąc kwadrat babki Ludgardy myślałam:

"Mój Boże! ileż to rzeczy nie wolno robić pannie dobrze wychowanej? Nie wolno jej objawiać swego zdania, rozmawiać sam na sam z młodym człowiekiem, patrzeć na niego, chodzić bez starszych na przechadzkę, opierać się plecami o poręcz krzesła, biegać, podskakiwać, mój Boże! A cóż jest pozwolono pannie dobrze wychowanej?

Czyżby tylko robić frywolitki i kwadraty?"

W tej chwili matka moja ozwała się:

— Zagraj, Waciu!

"O, grać jeszcze jej wolno!" — pomyślałam i chciałam poskoczyć do fortepianu, ale przypomniałam sobie przestrogę babki Hortensji i przeszłam przez salon z wolna, krokiem poważnym i dystyngowanym, jak przystoi dobrze wychowanej pannie.




Rozdział XVII

Następny dzień zszedł jak dwa poprzedzające. Robiłam włóczkowe kwadraty dla babki Ludgardy, słuchałam głośnego czytania mojej matki, grałam i przechadzałam się po salonie z Franusiem, rozmawiając z nim o rzeczach powszednich, zwyczajnych, bo widziałam, że w Rodowie nie było sposobu rozmawiać z nim o czym innym. Zresztą strzegłam się długich z nim rozmów sam na sam, głównie dlatego, iż widziałam, że się one nie podobają mojej matce. Na dworze było ciągle dżdżysto i pochmurno, salon wyglądał jak szuflada zamknięta na dwa spusty, a my jak spoczywające na jej dnie suknie i czepki.

Zaczynałam już tęsknić za powrotem do domu i myślałam tylko o tym, jak by było dobrze, gdyby kuzynek pojechał z nami. Szeptały mi do ucha to życzenie ostatnie listki, które trzymały się jeszcze na kwiatku mojej życzliwości dla Franusia. Tęsknota ta jednak za powrotem do domu minęła mię od razu, gdy przy obiedzie babka Hortensja ozwała się do mojej matki:

— Będziemy miały jutro wiele gości, Matyldo.

— I kogóż ciocie spodziewają się na jutro? — zapytała obojętnie moja matka.

— Naprzód, jak zwykle w niedzielę, po nabożeństwie przyjedzie do nas proboszcz i Rudolf z żoną i córką.

Przy wzmiance o panu Rudolfie i jego rodzinie fałdy na czole mojej matki zagłębiły się nieco.

Babka mówiła dalej:

— Oprócz tego pan Agenor W., spotkawszy nas przeszłej niedzieli przed kościołem, bardzo grzecznie oświadczył, iż za tydzień nie omieszka nam złożyć swego uszanowania.

Fałdy na czole mojej matki zniknęły prawie całkiem. Mimowolnie przelotne spojrzenie rzuciła na mnie. Ja poczułam rumieniec na twarzy. Dotąd nie wiem, dlaczego zarumieniłam się wtedy na wspomnienie o nieznanym człowieku. Był to zapewne skutek dosłyszanej przedwczoraj rozmowy.

Wieść ta o jutrzejszych gościach rozweseliła mię.

Po obiedzie, zapomniawszy zupełnie o przestrogach babki Hortensji, zaczęłam wiele mówić, śmiać się i figlować z kuzynkiem. Raz okręciłam mu wkoło ręki włóczkę od kwadrata babki Ludgardy, drugi raz zagrodziłam mu drogę fotelem, gdy przechodził przez salon. Spostrzegłam wprawdzie parę razy utkwione we mnie surowe oczy babki Hortensji, ale tak się czułam wesołą, tak wreszcie zmęczyły mię trzy dni spędzone na robieniu kwadratów i dystyngowanym chodzeniu po salonie, że nie mogłam się powstrzymać od swawoli. Widziałam zresztą, że matka mi jej nie przygania, bo patrzyła na mnie z uśmiechem i była w wybornym humorze. Wybiegłam do sali jadalnej, Franuś wszedł tam za mną. Zdawało mi się, że wesołość moja rozpromieniała go i dodała mu śmiałości. Stał się trochę podobniejszy do tego kuzynka, którego poznałam w domu mojej matki. Oczy jego znowu rozjaśniały, czoło rozpogodziło się. Gdy zobaczyłam go takim, pozostałe listki na kwiatku mojej życzliwości dla niego zaczęły się poruszać i szeptać mi do ucha miłe o kuzynku rzeczy.

Wzięłam go poufale pod rękę i zaczęliśmy chodzić szybko wkoło wielkiego stołu postawionego na środku sali.

Przechadzka ta nasza przypomniała mi jedną z chwil, które w dzieciństwie spędziłam razem z Franusiem.

— Czy pamięta kuzynek — rzekłam — jak to, będąc jeszcze dziećmi, bawiliśmy się w chowanego? Ja chowałam się, a kuzynek mnie szukał i nawzajem.

— Pamiętam, pamiętam! — zawołał ze śmiechem kuzynek.

— I cóż nam przeszkadza ponowić teraz tę zabawę? — rzekłam zatrzymując się na środku sali.

— Nic — odpowiedział kuzynek — tylko...

— Tylko co?

— Ciotka Hortensja...

— I cóż ciotka Hortensja?

— Mogłoby to się jej nie podobać.

— Dlaczego? i cóż w tej grze złego być może. Ot idź, kuzynku, do salonu, a ja tymczasem schowam się gdzie w tej sali. Jak będzie wszystko gotowe, zawołam; już! i przyjdziesz mię szukać, czy dobrze?

Kuzynkowi pomysł ten widocznie się spodobał.

— Dobrze — odpowiedział ze śmiechem i wybiegł do salonu.

Obejrzałam się po wszystkich kątach sali. "Gdzież by tu najlepiej schować się?" — pomyślałam.

Wzrok mój padł na wielki staroświecki komin, bardzo elegancki, z lustrem wprawionym w górze i z ekranem, który zasłaniał jego otwór.

"Doskonale! — pomyślałam — schowam się w kominku. Oto kuzynek porządnie się naszuka, póki mię nie najdzie!"

Odsunęłam trochę ekran, wcisnęłam się za niego, a wlazłszy w kominek i przykucnąwszy, zgarnęłam, jak mogłam najlepiej, fałdy mojej sukni, aby się nie wysuwały za ekran, i zawołałam z całej siły:

— Już! ...

Zarazem posłyszałam spieszne kroki kuzynka, który wszedł do sali i zaczął szukać mię w całkiem innej stronie, jak byłam.

— Ależ wybornie schowała się kuzynka! — mówił zaglądając pod szezlong — no, proszę: przecie znam tę salę, jak mój własny pokój, a nie wiem, gdzie by tu kuzynka być mogła!

Dusiłam się od śmiechu i miałam już odsunąć ekran, wyskoczyć z kominka i zawołać:

"Oto jestem! " — gdy na progu od salonu posłyszałam surowy i twardy głos babki Hortensji:

— Co to jest? gdzie Wacia?

Dreszcz przebiegł mi po ciele. Głos babki Hortensji grobowe na mnie wywarł wrażenie.

Nie ruszałam się jednak z miejsca, bo wzięłam sobie za punkt honoru pokazać, że się jej nie lękam. Ale posłyszałam głos mojej matki pełen niezadowolenia:

— Franusiu — mówiła — czegoś się tak zdetonował? Gdzie jest Wacia?

Nie chcąc sprowadzać na kuzynka dalszego gradu zapytań, a przy tym zakłopotana moim ukryciem, odsunęłam ekran i na kształt złodziejów, spuszczających się przez kominy, wyskoczyłam na środek sali. Jedwabna moja suknia była pomięta i koafiura rozrzucona.

Stanęłam oko w oko przed babką Hortensją, której srogie, piwne oczy wpiły się w twarz moją:

— Proszę! — ozwała się oschłym swoim tonem — panna dobrze wychowana chowa się w kominy i każe młodym ludziom szukać siebie po wszystkich kątach! To bardzo niepięknie, Waciu! Podobne gry przystoją pensjonarkom albo prostym dziewczętom, ale nie pannom dorosłym i dobrze jak ty wychowanym.

— Moja ciociu... — ozwała się matka i z twarzy jej widziałam, że chciała mię tłumaczyć, ale babka Hortensja przerwała:

— Już to, Matyldo, uważam ciągle, że córce twojej brakuje tej dystynkcji i skromności układu, jakie odznaczać powinny pannę dobrze wychowaną. Jesteś dla niej zbyt pobłażliwą, moja droga, rozmijasz się ze zwyczajem, który każe, aby matki nie spuszczały z oka swych córek i nie przebaczały im najmniejszego rozminięcia się z konwenansem.

Dotknął mnie do żywego ten wyrzut zrobiony mojej matce.

Podniosłam głowę i rzekłam rezolutnie:

— Moja babciu, jeżeli to, co uczyniłam, było złym, lubo ja tego takim nie znajduję, dziękuję ci za twą przestrogę, ale ręczę ci, że moja mama nic a nic temu nie winna...

Obie babki odwróciły się wyprostowane, jak zwykle, i wyszły do salonu, matka poszła za nimi, czule wprzódy spojrzawszy na mnie. Ja zaś obejrzałam się na Franusia. Stał pośrodku sali, ze zwieszoną głową, z obwisłymi rękami i znowu miał minę pensjonarki, która się lęka śmiertelnie, aby nie dostała bury od guwernantki. Czegóż się tak przeląkł? dlaczego nie przemówił ani słowa dla uniewinnienia mego, gdy mię oskarżono? czemuż teraz nie zbliży się i nie przemówi do mnie, aby zatrzeć w mej pamięci wrażenie niemiłego wypadku? Nie! on drżący i zmieszany stoi jak posąg studenta nie umiejącego na pamięć swej lekcji, i dziękuje może w duchu Bogu, że bura babki Hortensji na moją, nie na jego spadła głowę.

Patrzyłam na niego kilkanaście sekund... potem odwróciłam się i odeszłam. Kwiatek mojej życzliwości dla niego nie miał już ani jednego listka.




Rozdział XVIII

Przyszłam do mojej sypialni bardzo smutna: zdawało mi się ciągle, że widzę przed sobą ów bukiet mój świeżych uczuć, o jakim to mówiła mi matka moja, a w tym bukiecie jednego kwiatka już nie było, pozostała mi po nim naga łodyga. Im więcej przypatrywałam się tej łodydze, tym lepiej widziałam, że nie była ona tak ogołoconą, jak mi się zrazu wydała. Zamiast owych listków eterycznej życzliwości dla kuzynka i poetycznych o nim marzeń, które z niej opadły, rozwijało się szczere dla niego współczucie, przyjaźń pokrewieństwa i gorąca chęć zajrzenia bliżej w to poczciwe serce, które tak mało zdawało się mieć siły, i jeśli to było w mojej możności, przyniesienia mu pomocy i pociechy. Zgarnęłam pamięcią wszystkie chwile niewinnych wzruszeń, jakich doświadczyłam rozmawiając z kuzynkiem i patrząc na jego błękitne oczy, wszystkie chwile marzeń moich o nim w alkowie przy drżącym świetle białej lampy, wszystkie chwile tęsknoty za nim, gdy odjechał z domu mej matki, a ja dumałam o nim w cienistych alejach mego ogrodu. Zgarnęłam pamięcią wszystkie te chwile, razem z opadłymi listkami kwiatka sympatii, i pogrzebałam je w głębi serca.

Była to pierwsza mogiła, która się w mym sercu podniosła... zadumałam się nad nią smętnie i pomyślałam:

"Czy wiele jeszcze takich mogił powstanie nad kwiatami z mego bukietu? ..."

Długo, długo w noc myślałam o Franusiu, o jego dziwnym położeniu, którego jeszcze dobrze zrozumieć nie mogłam, o jego niezrozumiałej do mnie nieśmiałości i pokorze; czułam, że musi być bardzo nieszczęśliwy, i tak się nad nim litowałam, żem zapomniała nawet o jutrzejszej wizycie nieznanego pana Agenora i o tym, że nazajutrz miałam poznać wiele nowych osób.




Rozdział XIX

Na godzinę przed południem przed ganek domu zajechała kareta moich babek; wielka, staroświecka, nie tak leciuchna i milutka jak nasza, ale kosztowniejsza i cała błyszcząca od srebrnych ozdób. Ciągnęło ją sześć karych koni, strojnych w rzymskie szory, na koźle siedział wąsaty i olbrzymiej postawy woźnica w czarnej ze srebrem liberii. Podobnież uliberiowany lokaj stał przy portierze z kapeluszem w ręku, drugi siedział na krześle za karetą umieszczonym.

Podobał mi się ten ekwipaż. Był on wprawdzie ciężki, ale miał w sobie zarazem coś poważnego i prawdziwie pańskiego. Babki moje i matka wyszły na ganek w sukniach z długimi szeleszczącymi ogonami i w czarnych aksamitnych płaszczykach; ja miałam na sobie bladoróżową jedwabną suknię, takiż kapelusik i leciuchny płaszczyk z białego kaszmiru, podbity różową materią.

Porwane szybkim kłusem rosłych koni, w mgnieniu oka przebyłyśmy część malowniczej doliny i wjechałyśmy na wzgórze, na którym stał piękny murowany kościół, którego kolatorkami były moje babki. Przed kościołem stało mnóstwo powozów, męskich kariolek, bryczek i wozów, tłum różnorodny zalegał cmentarz. Wysiadając widziałam, że wszystkie głowy zwróciły się ku wspaniałemu naszemu ekwipażowi. Babki moje poszły naprzód, wyprostowane i z wyniosłymi czołami jak zwykle. Ja z matką postępowałam za nimi. Suknie nasze sunęły się po trawie z szelestem, za nami postępował sążnisty lokaj dźwigając nasze książki do nabożeństwa; ludzie w siermięgach, patrząc na nas, otwierali szeroko usta i zrywali co prędzej z głów czapki; mężczyźni w czarnych surdutach z głębokim uszanowaniem uchylali kapeluszów; damy pięknie ubrane, z parasolkami w ręku, z uśmiechem pełnym uprzejmości skłaniały głowami. Babki moje i matka odpowiadały tym wszystkim powitaniom lekkimi ukłonami, a ja, nie znająca nikogo, szłam czując, że się rumienię pod tym mnóstwem spojrzeń, ale zarazem nie znane dotąd, przyjemne uczucie mię ogarniało. Pierwszy raz widziałam, jak na pozory dostatku i wytworności ogólna zwraca się uwaga, jak ogólne otacza je uszanowanie.

Pierwszy raz miałam przebłysk pojęcia, czym jest ta pozycja społeczna, o której tyle słyszałam i dla której młode panny robią dobre partie, wychodząc za mąż za ludzi bogatych....

W kościele przed wielkim ołtarzem lokaje rozesłali dywany, postawili na nich cztery krzesła i podali nam książki do nabożeństwa. Usiadłyśmy, a jednocześnie proboszcz, wyraźnie oczekujący na nas z rozpoczęciem nabożeństwa, w kościelnych szatach wyszedł z zakrystii.

Po kościele rozlały się poważne tony organów, ksiądz śpiewał u stopni ołtarza, rozlegały się dzwonki znaczące momenty odprawiającej się ofiary, ale ja nie modliłam się... tak, nie modliłam się wcale. Z drugiej strony balustrady, za którą siedziałyśmy, stał cały rząd mężczyzn, sąsiadów naszych zapewne.

Nie wiedziałam, czy byli oni starzy, czy młodzi, bo raz tylko rzuciłam wkoło okiem, a potem nie śmiałam już wzroku oderwać od książki, bo spostrzegłam, że wszystkie ich spojrzenia utkwione są we mnie. Kilkanaście pań, siedzących wkoło nas w ławkach i na krzesłach, nieustannie też spoglądały na mnie i szeptały potem między sobą.

Poczułam, że jestem punktem, na który zwraca się ogólna uwaga. Przyjemne lubo z pewnym zmieszaniem połączone uczucie, którego doświadczyłam przechodząc przez cmentarz, zwiększyło się we mnie, w serce zaczęła mi wstępować pycha, nie znana dotąd, głowę napełniły jakieś dymy, pomiędzy którymi daremnie siliłam się odszukać ducha modlitwy. Zapomniałam, że stoję w obliczu Boga, pamiętałam tylko o tym, że byłam przedstawioną przed oblicznością ludzi. Czytałam w książce modlitwę i nie rozumiałam jej, myślałam o tym, czy też fałdy mojej sukni dobrze się układają, ale nie śmiałam obejrzeć się, aby na nie spojrzeć.

I gdzież się podziało to gorące, ciche natchnienie, z jakim po nocy bezsennej, owego pamiętnego dla mnie ranka, klęczałam przed oknem mego pensjonarskiego pokoiku i patrząc na słońce, które wschodziło, tak rzewnie, tak ciepło modliłam się do Boga królującego nad gwiazdami?

Gdzież się podziało to natchnienie mej duszy? Czy pochłonęły je owe połyski, przed którymi w liście swoim ostrzegał mię mój ojciec? Czy straciłam je dlatego, że nie miałam godzin pracy, w których bym się uczyła pojmować myśl Bożą?

Pytania te przyszły mi do głowy w chwili, gdy lud cały upadł na kolana, a kościół zabrzmiał tysiącem piersi śpiewanym hymnem do Boga wszechpotężnego.

Strach i smutek mię przejął. Podniosłam wzrok i zobaczyłam kuzynka Franusia, który naprzeciw nas stał we drzwiach od zakrystii, blady, smutny, zamyślonymi oczyma wpatrzony w ołtarz, tak jak gdyby pytał o coś Boga, jakby go prosił o co.

Na widok ten upadłam na kolana i kilka minut serdecznie modliłam się za biednego mego kuzyna.

Powrót nasz z kościoła bardziej jeszcze był tryumfalny niż uprzednie przejście przez cmentarz. Mnóstwo osób nas otoczyło z ukłonami, powitaniami. Matka moja trzymała mię za rękę i prezentowała witającym ją paniom; panowie podchodzili do mnie, przedstawiali jedni drugich, kilkadziesiąt nazwisk zabrzmiało mi w uszach, oczami spotykałam się z mnóstwem spojrzeń obiegających mię od stóp do głowy, czułam, że rumieniłam się i bladłam na przemian; ale serce moje coraz przyjemniejsze ogarniało uczucie, a w głowie zwiększały się owe dymy, co w kościele zasłoniły przede mną oblicze Boga. Słyszałam, jak kilka osób winszowało mojej matce tak uroczej córki.

Gdy nareszcie wsiadłyśmy do powozu i kareta z wolna potoczyła się ze wzgórza, długo widziałam, jak ekwipaż nasz ścigany był oczami tłumów. Jadące przed nami włościańskie powozy z pośpiechem ustępowały nam z drogi, mijający nas panowie w angielskich powozikach kłaniali się nisko kapeluszami, woźnica nasz tryumfalnie palnął parę razy z bata. Słowa mego ojca "nie ufaj zbyt połyskom" daleko, daleko były wówczas ode mnie.

O kilka stai od kościoła babka Ludgarda ozwała się:

— Pan Agenor nie był dzisiaj w kościele.

— Prezes mi mówił — odpowiedziała jej siostra — że pan Agenor dowiedział się od niego o pobycie u nas Matyldy i niezawodnie dziś nas odwiedzi.

Matka moja uśmiechnęła się i rozjaśnionym okiem popatrzyła na mnie.




Rozdział XX

W jadalnej szufladzie moich babek gwarniej i ludniej jak zwykle odbywał się obiad. Naprzeciw mojej matki siedziała pani Rudolfowa, ja miałam obok siebie córkę jej i męża, a naprzeciw — miejscowego proboszcza. Franuś jak zawsze usiadł na szarym końcu. Z wielką ciekawością przypatrywałam się nowym znajomym, a którzy zarazem zostawali z nami w dość bliskim stopniu pokrewieństwa, bo zalecono mi, abym pana Rudolfa nazywała wujem, żonę jego wujenką, a córkę kuzynką. Pan Rudolf był pięćdziesięcioletnim człowiekiem, średniego wzrostu, gęstych, szpakowatych włosów, twarzy, która musiała być kiedyś bardzo piękną. Na wysokim jego czole rysowało się mnóstwo zmarszczek, wielkie oczy, zagłębione, były bez blasku, koloru ich ani wyrazu dojrzeć nie mogłam, bo rzadko podnosił powieki. To ciągłe spuszczanie oczów jak też pewne wgięcie ust i pochylenie głowy na piersi rzucało na całą jego osobę piętno pewnego przygnębienia moralnego, graniczącego z upokorzeniem i boleścią.

Odzywał się rzadko, a gdy to czynił, głos jego był stłumiony i dźwięczały w nim jakieś tony, których znaczenia nie rozumiałam dobrze, a1e które porównywałam do ech przebrzmiałej kędyś burzy. Miał zwyczaj odgarniać sobie często włosy znad czoła, a zarazem przesuwał rękę po oczach jak człowiek zmęczony. Gdy przypatrzyłam się mu dobrze, poczułam dlań nieokreśloną życzliwość i pomyślałam sobie:

"Otóż znowu jeden smutny człowiek! ..."

Pani Rudolfowa miała wręcz odmienną jak jej mąż powierzchowność. Mogła mieć lat czterdzieści lub więcej, ale była jeszcze dość przystojną. Czarne jej włosy, starannie uczesane pod białym stroikiem ze wstążek i tiulu, otaczały okrągłą twarz o śniadej cerze i regularnych rysach. Coś przykrego było jednak w jej twarzy.

Czarne i zanadto trochę otwarte oczy były niesłychanie ruchliwe i biegające, a za każdym poruszeniem wymykały się z nich jakieś ostre, żółtawe błyski. Mówiła bardzo wiele i śmiała się często, a w śmiechu otwierała dumne i wydęte nieco wargi tak, że pokazywały się zza nich dwa rzędy białych, drobnych i ostrych zębów.

Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, gdy pokazywały się te zęby, zdawało mi się, że wujenka serdeczną czuła ochotę ukąsić nimi kogoś. Może tak było dlatego, iż białość ich odbijała rażąco od śniadej cery i czarnych włosów i oczów. Najwięcej jednak zajęcia wzbudziła we mnie córka ich Rozalia, a moja u stołu sąsiadka. Była to dwudziestokilkuletnia panna, wzrostem przenosząca mię o pół głowy, lubo i ja do rzędu niskich zaliczać się nie mogłam.

Szczupła w pasie, szeroko rozwinięta w ramionach, posiadałaby postać wyniosłą i nakazującą, gdyby nie dobrowolne, jakby umyślne a ciągłe opuszczanie głowy na piersi. Głowa ta za małą trochę była, stosownie do wysokości wzrostu, ale niedostatek ten nagradzało bogactwo włosów kruczej czarności, w kilku grubych warkoczach opadających na szyję i ramiona, a z pogardliwym jakby zaniedbaniem odrzuconych w tył nad czołem śniadym, gładkim, o regularnych zarysach. Oczy Rozalii były wielkie, ściągłe i czarne, ozdobione długimi rzęsami, rzucającymi na delikatne i śniade jej policzki tym gęstsze cienie, że powieki najczęściej były spuszczone. Za to brwi jej wąskie i gęste podnosiły się nad oczami w harde łuki, a nos prosty, kształtny miał dumne, ruchome i rozdęte nieco nozdrza. Nad pąsowymi wypukłymi wargami porastał drobny, czarny puszek, a na lewym policzku czerniała niewielka naturalna plamka. Z tą energiczną i nieco namiętną pięknością rysów kuzynki dziwną sprzeczność stanowił wyraz jej twarzy. Była w nim jakby sztuczna jakaś pokora, słodycz, a przy tym marmurowy spokój, wydający się chwilami przezroczystą maską, spod której oczy ciskały iskrami, wargi zaginały się pogardliwie, brwi dumnie się podnosiły, a cała twarz nabierała ruchliwości prawie burzliwej. Było to jednak tylko okamgnienie, błyskawice szybko niknące pod maską, a na ich miejsce ukazywało się znowu czoło gładkie jak odłam marmuru, oczy pokornie spuszczone, wargi słodko uśmiechnięte i tylko długie rzęsy nie przestawały rzucać na policzki ruchome cienie, niby obrazy chmurnych myśli snujących się po tej pięknej głowie, niby mary wyszłe z łona burz grzmiących w piersi...

Wszystkie te uwagi czyniłam rozmawiając u stołu z kuzynką. Rozmowa nasza toczyła się czas jakiś o rzeczach obojętnych, gdy sąsiadka moja, po raz pierwszy od chwili, w której siadłyśmy obok siebie, podniosła na mnie oczy i z wyrazem niezmiernej słodyczy w głosie rzekła:

— Jeżeli ci to, kuzynko, nie uczyni przykrości, nazywaj mię po imieniu.

— I dlaczegoż miałoby mi to przykrość sprawić? — odrzekłam serdecznie — przecie jesteśmy krewne i powinnyśmy być z sobą w przyjaźni?

— Tak — odpowiedziała Rozalia — ale widzisz, między tobą a mną tak wielka istnieje różnica, że zaledwie ośmieliłam się prosić cię o to.

Gdy to mówiła, głos jej brzmiał pokornie, a powieki opuszczając się rzuciły na policzki ruchome, posępne cienie.

— Różnica? — zawołałam zdziwiona — co też mówisz, Róziu! Jakaż między nami istnieje różnica?

— Taka — odpowiedziała tym samym pokornym głosem — jaka zachodzi zawsze między bogatą panną jak ty a ubogą jak ja dziewczyną...

Powieki jej głębiej jeszcze opuściły się na oczy, po policzkach liczniejsze zadrgały cienie, ale zarazem w dziwną sprzeczność brwi podniosły się i bardziej harde zakreśliły łuki. Patrzyłam na nią zdziwiona, nie wiedząc, co mam jej odpowiedzieć, gdy podniosła na mnie znowu oczy pełne słodyczy i rzekła:

— Przebacz, kuzynko, że śmiałam cię prosić, abyś mię nazywała po imieniu, ale widzisz, to ułatwi między nami rozmowę, a ja bym tak chciała zasłużyć na twoją przyjaźń...

Zasłużyć na moją przyjaźń? Nie wierzyłam moim uszom. Przecież była o wiele starszą ode mnie; ja to więc raczej powinnam była jako dziecko jeszcze prawie skarbić sobie jej przyjaźń.

Przyszło mi na myśl, że starsza kuzynka żartuje sobie ze mnie. Spojrzałam na nią z wyrzutem i rzekłam:

— Kochana Róziu! dlaczego chcesz mi sprawiać przykrość podobnymi żartami? przecie ja to właśnie...

Nie skończyłam, bo podniosła na mnie oczy pełne pokornego przerażenia i zawołała:

— Żartami? O, kuzynko! czyżbym śmiała żartować z ciebie! Ja, uboga dziewczyna, żartować z bogatej panny! Jak to widać, że jesteś nieświadoma spraw tego świata i nie wiesz, że z biednych tylko ludzi pozwalają sobie żartować, a z bogatych nikt nie żartuje nigdy! ...

Przy tych słowach zaśmiała się prawie głośno, a mnie przykro się zrobiło niezmiernie.

— Kuzynko — rzekłam serio — nie, rozumiem cię wcale i zaręczam, żem nigdy dotąd nie myślała o tym, czy jestem albo będę bogatą...

— O, nie gniewaj się na mnie, Waciu! Przepraszam cię, kuzynko, po sto razy przepraszam! Nie chciałam nic złego powiedzieć. Chciałam tylko nadmienić, że wielka różnica zachodzi między twoją suknią a moją, między twoją złotą broszą a moim sznurkiem prostych korali!

Gdy to wyrzekła, oczy jej błysnęły zielonawo jak u kota, ale usta z większą jeszcze uśmiechały się słodyczą.

Byłam zdziwiona, zasmucona i zaciekawiona, ale zarazem przyszła mi chęć odwetu.

Po pewnej pauzie rzekłam:

— Jeszcze większa różnica, kuzynko, zachodzi między twoją twarzą a moją.

— Co chcesz przez to powiedzieć, śliczna kuzynko? — spytała słodko, ale przy wyrazie "śliczna" wargi jej drgnęły i po policzkach cienie od rzęs zamigotały żywiej.

— To, że jesteś daleko piękniejszą w swoim prostym czarnym stroju niż ja w mojej pięknej sukience — odrzekłam.

Złożyła ręce z wyrazem wdzięczności i nieśmiało podnosząc na mnie oczy zawołała:

— O, jakżeś dobra, Waciu! jak nieocenione masz serce, że przyznajesz piękność ubogiej dziewczynie! Mój Boże! jakże cię kocham, jak cię uwielbiam, kuzynko, za to, że raczyłaś zwrócić uwagę na twarz moją! I któż kiedy spostrzega piękność w ubogiej dziewczynie?

Choćby była najcudowniej piękną, zawsze będzie tylko nie oszlifowanym i bez oprawy diamentem; bogata panna to co innego, może być sobie szarą i suchą jak krzemień, ale ma oprawę ze złota i brylantów! ...

Zaśmiała się znowu ostro jak wprzódy i rzuciła na mnie takie spojrzenie, jak gdyby chciała powiedzieć, że ja to jestem tym szarym krzemieniem oprawionym w brylanty. Wnet jednak spuściła oczy, głowę pochyliła na piersi i była znowu marmurowo spokojna, tylko słodki a pokorny uśmiech błądził po jej hardych, energicznych ustach. Zebrałam myśli i po chwili milczenia rzekłam:

— Zdaje mi się, kuzynko, że nie tak twarze jak serca ludzkie różną posiadają wartość. Jedno z nich może być diamentem, inne krzemieniem.

Podniosła na mnie łagodnie oczy i spytała:

— Czy doprawdy sądzisz, Waciu, że serce ubogiej dziewczyny musi być koniecznie szare jak krzemień, a bogatej panny świetne jak diament? Powiedz mi, proszę, czy tak istotnie sądzisz? Jestem z góry pewną że masz słuszność. Przecie tak świetnie jesteś wychowaną!

Rozmowa ta coraz więcej stawała się dla mnie przykrą. Czułam, że pokorna koteczka zapuszcza we mnie pazurki, a nie pojmowałam, dlaczego by to czyniła.

— Kochana Róziu — odpowiedziałam — jestem pewna, że we wszystkim, co się odnosi do znajomości ludzi i świata, posiadasz bardziej wyrobione zdanie niż ja, która zaledwie w świat wstąpiłam.

— Dlaczego tak sądzisz? — spytała nie podnosząc na mnie oczu.

— Bo jesteś starszą ode mnie — odrzekłam krótko.

Ledwie dostrzegalny rumieniec przemknął po jej policzkach, zwróciła na mnie oczy pełne słodyczy i nieśmiałości, i z takim samym jak pierwej spokojem spytała:

— Czy naprawdę, kuzynko, jesteś tego zdania, że panna w moim wieku powinna już nazwać się starą panną? O! powiedz mi, proszę, jestem pewną, że zdanie twoje będzie słuszne.

Zabrakło mi cierpliwości. Ażeby przerwać rozmowę, zwróciłam się do lokaja z prośbą o podanie wody. Kuzynka zdawała się nie zważać na to, że nie otrzymała odpowiedzi i z niewzruszonym spokojem układała w fałdy leżącą na jej kolanach serwetę.

W tej chwili babka Hortensja, rozmawiająca dotąd z panią Rudolfową i moją matką, zwróciła się do księdza, który siedział naprzeciw mnie, a którego fizjonomia wydawała mi się bardzo sympatyczną i myślącą:

— Księże Hilary — rzekła — racz nam powiedzieć, co się dzieje z sąsiadem naszym, hrabią Witoldem?

— Hrabia Witold — odpowiedział ksiądz Hilary — mieszka ciągle w swoim starożytnym modrzewiowym dworze i daje z siebie okolicznym mieszkańcom piękny przykład zacności i pracy.

— I niepojętego dziwactwa — podjęła pani Rudolfowa ukazując w uśmiechu swoje białe zęby.

Babka Hortensja uśmiechnęła się i skinęła potwierdzająco. Proboszcz zaprotestował żywo:

— I w czym postępowanie hrabiego Witolda pani dobrodziejka znajdujesz dziwacznym? — zapytał. Tu babka Hortensja podniosła głowę.

— Z wielu względów należy mu się nazwa dziwaka — wyrzekła zwykłym sobie stanowczym tonem. — A naprzód mam mu za złe, że brata się z każdym pierwszym lepszym nie pomnąc na wysokość swego rodu... następnie, czyliż można nazwać rzeczą stosowną, aby człowiek jego wieku i pochodzenia zakopał się w gospodarstwie niby prosty lub ubogi szlachetka i zaniedbywał towarzystwa równych sobie ludzi...

— Hrabia Witold — przerwał kapłan — mierzy wartość ludzi wedle rozumu i sumienia, a nie wedle światowych uprzedzeń... co zaś do zakopywania się w gospodarstwie, to wszystkim nam wiadomo, że hrabia Witold otrzymał po rodzicach majątki obarczone ogromnymi długami i musiał nadludzkie prawie czynić wysilenie, aby dziedzictwo przodków zachować od ostatecznej ruiny, a historyczne swe nazwisko ustrzec od zarzutu nieuczciwości.

Rozmowa ta żywe wzbudziła we mnie zajęcie. Pierwszy to raz słyszałam o hrabi Witoldzie, ale nazwisko jego było jednym z tych, które uroczo i poetycznie jak legendy dawnych czasów brzmiało w owych opowieściach Bini, co przed laty, gdy małym jeszcze byłam dziecięciem, unosiły mię zachwyceniem i smutkiem na przemian.

— Hrabia Witold — ciągnął dalej ksiądz — jest człowiekiem pracy i zasad, a nie blasku i przesądów. Wszyscy wiedzą, że nigdzie w prowincji całej gospodarstwo rolne nie stanęło tak wysoko jak w jego dobrach; nigdzie nie ma tak obfitej i otwartej dla wszystkich biblioteki jak w jego domu; nigdzie oko znawcy nie spocznie na tak pięknych dziełach sztuki jak te, które przyozdabiają jego ściany. Ubogi znajduje u niego pracę i przytułek, opuszczone dziecko oświatę, smutnego gotów w każdej chwili pocieszyć, upadającemu rękę podać, występnemu przebaczyć. Hrabia Witold, pani, jest chrześcijaninem w prawdziwym znaczeniu tego wyrazu, a przy tym zacnym i użytecznym obywatelem kraju.

Ksiądz mówił to z zapałem; znać było, że miał cześć głęboką dla człowieka, o którym się tak wyrażał, bo myśląca twarz jego ożywiła się, poważne oczy zabłyszczały.

Połykałam jego słowa; wprawiły mię one w zachwycenie. Nagła myśl przemknęła mi przez głowę:

"Ten człowiek, o którym słyszę, inny jest jakiś niż ci wszyscy, których widuję!"

Toteż z największym zdziwieniem posłyszałam babkę Hortensję mówiącą:

— Mimo tych wszystkich cnót, jakie mu przypisujesz, księże Hilary, bez wahania zamknęłabym hrabiego Witolda do domu obłąkanych. . .

Głos jej, gdy to mówiła, był twardy i despotyczny; miała mówić dalej, ale pan Rudolf po raz pierwszy w czasie rozmowy podniósł głowę i patrząc na babkę swymi siwymi bladymi oczami, rzekł:

— A ja bym rygle i zamki połamał, aby go uwolnić.

Babka Hortensja wlepiła w niego surowe spojrzenie.

— I dlaczegoż to? — spytała twardo.

— Bo hrabia Witold podał mi rękę wtedy, gdy nikt mi jej podać już nie chciał... — zaczął pan Rudolf, a w głosie jego dźwięczały te tony dziwne, głębokie, które były podobne do ech burzy przebrzmiałej.

— Rudolfie! — przerwała mu żona — proszę cię, przestań...

— On, młodzieniec, ledwie wyrosły z dziecka — ciągnął pan Rudolf nie uważając na przerwę — podźwignął z rozpaczy mnie, dojrzałego człowieka...

— Ojcze! — przerwała Rozalia składając ręce pokornie — czy sądzisz, że powinieneś opowiadać tu tę historię? czy doprawdy tak sądzisz? Bo jeśli jesteś innego zdania, dlaczegoż ją chcesz opowiadać?

Postawa i twarz kuzynki były pokorne, ale głos, jakim przemawiała do ojca, dźwięczał ostro; nozdrza jej rozdęły się i brwi zakreśliły harde łuki.

Pan Rudolf przesunął dłoń po czole i oczach jak człowiek zmęczony i umilkł. Babka Hortensja znowu głos zabrała :

— Nienawidzę ludzi, którzy jak hrabia Witold zapominają o wysokości swego pochodzenia i na każdym kroku rozmijają się z przyjętymi zwyczajami. Powtarzam: nienawidzę takich ludzi!

— O, i ja pogardzam takimi ludźmi! — zawołała pani Rudolfowa.

— A ja szanuję takich ludzi i hrabiego Witolda uwielbiam — ozwał się znowu pan Rudolf.

— Rudolfie! — zawołała jego żona — jak możesz zaprzeczać cioci Hortensji? ...

— Hrabia Witold — ciągnął nie zważając na nią pan Rudolf — ma silny umysł i zacne serce, którym kocha nieszczęśliwych, a pobłaża występnym. . .

— Ojcze! — przerwała Rozalia, tak samo jak pierwej składając ręce — ojcze! czy sądzisz, że babcia Hortensja może się mylić? a jeżeli tak nie sądzisz, dlaczego jej zaprzeczasz?

Pan Rudolf znowu przeciągnął dłoń po czole i oczach i zamilkł.

Wyraźnie spostrzegłam, że człowiek ten był cały pod władzą żony swej i córki, a mianowicie ostatniej. Jakiś dramat bolesny brzmiał w jego głosie, malował się w zapadłych, pozbawionych blasku oczach i na wyniosłym znać niegdyś czole, które teraz, mnóstwem bruzd poorane, pochylało się z przygnębieniem pod ostrym spojrzeniem dwóch kobiet.

Obiad się skończył i roznoszono kryształowe kubeczki z ciepłą wodą do płukania ust. W tej samej chwili na dziedzińcu zaturkotały koła.

— Kto to przyjechał? — zapytała babka Hortensja lokaja, który spojrzał w okno.

— Pan Agenor W. — była odpowiedź.

Ręka moja w której trzymałam kubeczek z wodą, zadrżała.

Byłam pewna, że się rumienię, ale nie chcąc pokazać mego zmieszania podniosłam oczy i szukając dla nich punktu oparcia spojrzałam na Rozalię.

Głęboki rumieniec pokrył twarz jej śniadą i spływał aż na szyję, ale w mgnieniu oka zastąpiła go wielka bladość, po której błąkały się i drżały cienie, utworzone przez rzęsy i warkocze.

Zdziwiła mię trochę ta zmiana w twarzy kuzynki, ale nie zastanawiałam się nad jej powodem.

Nieznany hrabia Witold, o którym myślałam przed chwilą, zniknął całkiem z mej pamięci; pamiętałam tylko o tym, że o kilka kroków ode mnie jest już ów sąsiad młody, którego obraz wymarzony tyle razy snuł się w mej wyobraźni.

Babki jednocześnie się podniosły, na to hasło powstali wszyscy, lokaje usunęli krzesła i na oścież otworzyli drzwi przed nami. Pośrodku bawialnego salonu, wprowadzony tam bocznymi drzwiami, stał wysoki i smukły mężczyzna i batystową chusteczką wycierał szkiełko wiszącego u szyi pince— nez...




Rozdział XXI

Jakże dźwięcznie zabrzmiało w mym uchu imię Agenor wymówione przez jedną z mych babek, która mi go przedstawiła! Jakże długim spojrzeniem spoczęły na mnie jego wielkie, ciemnosiwe oczy, tak mądre, tak przenikliwe i dowcipne zarazem, patrzące spod wypukłych, podłużnie wykrojonych powiek! Blady był tą wykwintną arystokratyczną bladością, która świadczy o życiu spędzonym w bezczynnym spoczynku i w burzliwym miotaniu się na przemian; włosy miał ciemne, w gęstych zwojach spadające na czoło niezbyt wysokie, ale szlachetnych linii, i takież faworyty, po angielsku rozdzielone. Pod małym wąsikiem, wedle najświeższej mody zakręconym w dwa długie różki, pąsowiały usta o cienkich, delikatnych wargach i takim samym mądrym a dowcipnym uśmiechu, jakim był wyraz spojrzenia. Gdy podawał mi białą, wykwintną, o długich palcach rękę, tęczowym połyskiem błysnął przede mną wielki brylant jedynego, jaki nosił, pierścionka. Skłonił się i nie spuszczając ze mnie wzroku wymówił:

— Nie powiem pani, że z jej przybyciem horyzont naszej okolicy nową przyozdabia się gwiazdą; nie powiem także, iż jej zjawienia się między nami oczekiwaliśmy, jak miłośnicy kwiatów oczekują o wschodzie dnia rozkwitu lilii białej; nie powiem pani tego wszystkiego, lubo bym mówił szczerą prawdę, gdyż posądzić byś mię pani mogła o używanie próżnych komplementów i oklepanych frazesów. Ale nie mogę powstrzymać się od wyrażenia, że ci, którzy oczekiwali gwiazdy, zobaczą słońce, a ci, co wyglądali rozkwitu pięknej, lecz pospolitej lilii, ujrzą pojawioną między nami wspaniałą ozdobę dalekich krain.

Wymówił to tonem łatwym, lekkim, na wpół żartobliwym, na wpół głębokim. Głos jego miał brzmienie czyste, pełne odcieni i modulacji, niby z doskonałą mechaniką instrument, z którego mistrzowska ręka wywołuje kameleonową grę tonów. Byłam onieśmielona, a zarazem przejęta niewypowiedzianym i niepojętym dla mnie samej wzruszeniem. Daremnie siliłam się na odpowiedź; usta mi drżały i w głowie myśli wikłały się tak jak długie loki moje, które plątałam bezwiednie w palcach, nie mogąc od nich wzroku oderwać.

Ze stanu tego wyprowadziło mię uczucie bólu. Ręka stojącej obok mnie Rozalii tak silnie zaciążyła na moim ramieniu, że aż mię zabolało. Zarazem podniosła ona wzrok na pana Agenora i patrząc mu prosto w twarz spod swoich długich rzęs o tajemniczych cieniach, zapytała słodkim i nieśmiałym głosem:

— Więc pan znajdujesz, że do przybycia tu mojej kuzynki na horyzoncie naszym nie było ani jednej gwiazdy, a w okolicy ani jednego pięknie rozkwitłego kwiatu? Czy doprawdy pan tak znajdujesz? O! powiedz, że tak myślisz; przyniesie mi to niezmierną radość! Ja tak kocham kuzynkę Wacławę! tak pragnę, aby ją wszyscy uwielbiali!

Dziwny był uśmiech pana Agenora, jakim odpowiedział kuzynce Rozalii, a dziwniejsze jeszcze spojrzenie, jakie na nią rzucił. Wydało mi się, że w pierwszym było trochę cierpienia, a w drugim błysnął wyrzut i gniew szybko stłumiony. Była to tylko jedna sekunda, potem skłonił się przed nią i wyrzekł:

— Kiedy astronom przygląda się niebieskiemu przestworzu i spostrzega nową gwiazdę pierwszej wielkości, zjawiającą się pomiędzy innymi, raduje się, ale jednak nie zapomina o tych, które widział pierwej i które stanowiły z dawna rozkosze jego oczu i myśli. A czyliż miłośnik hortykultury pogardzi wspaniałą centyfolią, co mu wczoraj pod oknem rozkwitła, dlatego że dziś obok niej zjawiła się śnieżna towarzyszka jej — lilia?

Mówił to zwykłym sobie głosem, w którym lekkość salonowa łączyła się z głębokością tonów, zda się z samego dna piersi płynących. Spojrzałam na niego i na Rozalię: patrzyli na siebie przez parę sekund dziwnie... dziwnie... nic a nic nie pojmowałam, co by znaczył wyraz, jaki miały wtedy ich oczy, ale instynktowo poczułam przykrość. Opuściłam ramię Rozalii i usiadłam obok mojej matki.




Rozdział XXII

Gdyby nie obecność pana Agenora, dziwnie zaprawdę wyglądałoby kółko osób, które zasiadło wkoło jednej z czterech jednostajnych kanap, zajętej jak zwykle przez dwie moje babki.

Było to niby zebranie familijne, wszyscyśmy tam byli spokrewnieni z sobą bliżej lub dalej, słychać było same imiona babek, ciotek, wujów, kuzynek i kuzynów. A jednak lodowy chłód zdawał się ścinać wszystkie serca, a z serc wydostawał się na usta i twarze. Babka Hortensja zajęta była zwyczajną swą świąteczną robotą, to jest rozplątywaniem i zwijaniem na kłębuszki moteczków bawełny, z której w dnie powszednie wyrabiała frywolitki. Pani Rudolfowa siedziała obok niej i co chwilę pokazując w uśmiechu swoje białe zęby, z rodzajem uniżonego pośpiechu pomagała jej rozplątywać cieniuchne nici, podnosiła z ziemi upadłe kłębuszki, podsuwała jej pod nogi stołeczek, poprawiała poduszkę za plecami. Babka Hortensja z wyraźnym zadowoleniem przyjmowała te wszystkie przysługi ugrzecznionej kuzynki i rzucała na nią bardzo przyjazne spojrzenia, które sprzeczały się rażąco z surowym i zimnym wyrazem jej oczu.

Zasunięta w przeciwny róg kanapy milcząc jak najczęściej i z głową opadłą na piersi siedziała babka Ludgarda, a obok niej siedząca matka moja postawą swą i wyrazem twarzy zdawała się umyślnie dostrajać do jak najzupełniejszego kontrastu z panią Rudolfową. Im więcej ta ostatnia była uniżoną, tym dumniejszą i bardziej sztywną stawała się moja matka; im więcej było w niej pochlebstwa i biernego zgadzania się z każdym poruszeniem i słowem babki Hortensji, tym więcej moja matka zamykała się w sobie i owijała się wyrazem hardej dumy i godności. Dalej jeszcze pan Rudolf, zatopiony w głąb fotelu, milczał i albo trzymał oczy utkwione w posadzkę, albo patrzył nimi przed siebie jak człowiek, którego myśli odbiegają od obecności w daleki jakiś punkt czasu czy przestrzeni. Kuzynek Franuś trzymał się z daleka, z miną, jak zwykle było w Rodowie, nieśmiałą; kuzynka Rozalia usiadła tak, aby skąpe światło, rozświetlające na wpół salon, jak najmniej na twarz jej padało i na amarantowym tle jej fotelu widać było tylko kibić jej kształtną, wyprostowaną i pokornie spuszczające się, śniade, marmurowe, spokojne czoło.

Pomiędzy tymi wszystkimi osobami zdawały się uwijać niewidzialne jakieś duchy tajemnych rywalizacji, pokrytych przezroczystą powłoczką światowej grzeczności, niechęci, graniczących z nienawiścią, a chowających się pod płaszczyk salonowej etykiety, rozlicznych dolegliwości, starannie zamkniętych w piersi, których koniuszczki wyglądały raz po raz przez oczy lub wypływały na chmurach, przesuwających się po czołach, w mgnieniu oka spędzanych pamięcią na przyzwoitość. Pokrewne imiona, którymi obdarzały się wzajemnie te wszystkie osoby, nie wychodziły z ich ust ciepło i serdecznie, ale wyglądały raczej jak etykietalne tytuły, dawane w imię zwyczaju i posłuszeństwa ślepego raz przyjętej formie mówienia.

Nie wiem już, jaki wrodzony instynkt badania i zaglądania w głąb wszystkiego, co mię otaczało, dał mi spostrzec te wszystkie cechy towarzystwa, w jakim byłam. Widziałam wyraźnie, że pani Rudolfowa dla przyczyn, o których nie wiedziałam jeszcze wtedy, pochlebiała babce Hortensji i grała przed nią kłamaną jakąś rolę; że matka moja zimną i dumną swą postawą protestowała przeciwko tej uniżoności i pokorze; że babka Ludgarda była zatopioną w smutnych jakichś myślach, które widocznie biegły w przeszłość; że pan Rudolf obok żony i córki, istot, które miały mu być najbliższe, czuł się samotnym i nieszczęśliwym; że w cieniach mknących po twarzy Rozalii i w pokorze jej postawy, a marmurowym spokoju czoła, leżała tajemnica jakaś dziwna; że kuzynek Franuś czuł się upokorzonym i nie na swoim miejscu.

Że, słowem, żadna z tych osób nie była sobą; że każda z nich nosiła w piersi inne uczucia niż te, które objawiały się w twarzy i słowach; że nie było między nimi ani dwóch serc, spojonych szczerą sympatią lub przyjaźnią; że wszystkie one zebrały się tutaj, nie przez pociąg i wzajemne upodobanie w sobie, ale w imię niepojętego wówczas dla mnie interesu albo posłuszeństwa zimnej, despotycznej etykiecie.

W przeciągu kilku minut spostrzegłam to wszystko, dojrzałam nawet rzeczy, których znaczenia nie rozumiałam jeszcze; niemniej jednak od tego chłodu, od tego przymusu, od tej dwulicowości osób mię otaczających i na moje serce spadł przymus i ciężar. Siedziałam obok mojej matki zmięszana, zdziwiona własnymi uwagami, a pamiętna na przestrogi babki Hortensji i owiana atmosferą, jaką oddychałam, czułam sama, że byłam wyprostowana i sztywna bardziej może jeszcze, jak to jest wymaganym od dobrze wychowanej panny.

I powtarzam: dziwnie byśmy tam wyglądali wszyscy, gdyby nie obecność pośród nas pana Agenora. Świetna i błyszcząca jego indywidualność rozjaśniała sobą półzmrok posępnego salonu. Skry, sypiące się z siwych jego oczu, rzucały blask na zimne czoła i sztywne postacie otaczających; głos jego, pełen modulacji i zgięć przedziwnych, przywodził na pamięć w tej chłodnej i ciemnej szufladzie wiosnę, świat szeroki, ogrody pełne kwiatów i gale brzozowe szumiące śpiewem ptasząt.

Mowa jego była tak samo mądra i dowcipna jak uśmiech ust i wyraz oczu. Pełno w niej było niespodzianych zwrotów, błysków poetycznych, odbijających przy lekko wyrzucanych sarkazmach, jak promienie słońca przy sztucznych iskrach fajerwerku. Wysoka i smukła jego postać posągowych nabierała kształtów, gdy powstawał i opierał się o wysoką poręcz fotelu, a sam nawet ruch jego, którym, znać ze zwyczaju, wydobywał często chusteczkę i przecierał nią szkiełko od lornetki, jakże był wdzięcznym i pełnym dystyngowanego zaniedbania!

Pierwszy to raz w życiu widziałam światowego mężczyznę w całym znaczeniu tego wyrazu; pierwszy raz w życiu uderzył mię w oczy ten przymiot, iskrzący się i jak ognie sztuczne mieniący się barwami tęczy. Widziałam blask, iskry, barwy, falowanie głosu i kształtów, miękkie i artystyczne, na wzór posągowych draperii... i byłam zachwyconą.

Spojrzałam na kuzynka Franusia i widząc jego zmięszaną postawę i smutny wyraz ust milczących nie mogłam pojąć, jakim sposobem myśl o nim zajęła kilka tygodni mego życia.

Błękitne jego oczy wydały mi się blade i bez życia przy żywych, pełnych dowcipu i blasku źrenicach pana Agenora, on sam dziwnie mały, niezręczny, niepokaźny przy świetnej, wysokiej, śmiałej jego postaci.

Gdy po godzinie rozmowy babka Hortensja zaproponowała przechadzkę i wszyscy wyszliśmy do ogrodu, gdy różowe promienie zachodzącego słońca padły na twarz pana Agenora i bladość jego ożywiły ruchomą grą świateł, uznałam, że w piękności, dowcipie, powabie przechodzi on o wiele bohatera powieści, o którym na pensji śniłam dwie noce z rzędu. Kuzynek Franuś na daleki bardzo plan cofnął się w pamięci mojej, a pan Agenor nie miał już w wyobraźni mojej rywala.

Stałam się mówną, ożywioną, czułam, że byłam dowcipną, słowa potokiem cisnęły mi się do ust, majowe powietrze, owiewające twarz moją rozkosznie, sprowadzało na policzki rumieńce, w oczy wsypywało iskry.

Widziałam, że matka moja ściga mię pełnymi macierzyńskiej radości oczami, że nawet babka Hortensja mniej surowo na mnie spogląda, że za to pani Rudolfowa coraz częściej pokazuje swe białe zęby, a przy spojrzeniu na mnie pana Rudolfa czoło jego mniej chmurne się staje.

Widziałam to wszystko i po raz pierwszy zapragnęłam wzmóc sprawione na otaczających wrażenie. Pozwoliłam jednemu z moich loków, aby mi opadł na czoło i wąskimi nićmi wił się po twarzy płonącej; stąpałam tak, aby moja różowa sukienka płynęła za mną malowniczą falą, usta otworzyłam półuśmiechem, bo widziałam już w lustrze, że takimi były one najpiękniejsze.

Szłam wsparta na ramieniu Rozalii; obok mnie postępował pan Agenor, prowadząc rozmowę złożoną z urywanych frazesów sypiących się jak grad iskier i półuśmiechów migocących po twarzy. Przechodziliśmy około pysznie rozkwitłego krzaku róż białych. Byłam tak pewna siebie, takie poczucie swobody i panowania mnie ogarniało, że zerwawszy dwie róże, jedną z nich przypięłam do czarnych koronek zdobiących mój stanik, drugą zaś ośmieliłam się podać panu Agenorowi z uśmiechem mówiąc:

— Ze słów, którymi mnie pan powitałeś, wnoszę, że lubisz kwiaty. Daję więc panu tę różę jako mój kwiat ulubiony.

Przypiął sobie różę do klapy ubrania i odpowiedział z ukłonem:

— Uszczęśliwiasz mię, pani!

Potem dodał półgłosem:

— W istocie, dzień ten do najszczęśliwszych mego życia policzę.

Ręka Rozalii znowu dziwnie ciężko zawisła na moim ramieniu. Milcząca dotąd podniosła oczy i ze zwykłym sobie, pełnym słodyczy uśmiechem wymówiła:

— Czy doprawdy nie miałeś pan dni szczęśliwszych niż dzisiejszy? czy doprawdy nie miałeś pan dni takich? O, powiedz mi pan! jeśli tak jest, będę bardzo uradowana, bo i w mojej pamięci dzień dzisiejszy głęboko się zapisze...

Nie wiem, co odpowiedział jej pan Agenor, bo wzrok mój padł na kuzynka Franusia, który szedł o kilka kroków od nas i dziwnymi oczami patrzył na białą różę, tkwiącą przy klapie surduta pana Agenora. Był taki blady i taki jakiś smutny, że zdjęła mię litość i przez kilka sekund popatrzyłam na niego.

Jakby przyzwany tym moim spojrzeniem, zbliżył się, a w czasie, gdy pan Agenor rozmawiał z Rozalią, szepnął mi z cicha:

— Dziś właśnie mija cztery tygodnie... jak o tej samej porze przy zachodzie słońca dałaś mi, kuzynko, biały narcyz...

— A więc? — spytałam nie podnosząc oczu na Franusia, bo sama nie wiedziałam czemu, ale przypomnienie to jego sprawiło mi przykrość.

— Nic, kuzynko — odpowiedział — myślałem tylko, że w życiu ludzkim szczęśliwe chwile prędko mkną, bardzo prędko... a potem...

— A potem co? — spytałam z coraz przykrzejszym poczuciem.

— A potem człowiek budzi się ze snu miłego i widzi, że na miejscu, na którym go sen postawił, stoi kto inny...

— Kuzynku! — zawołałam z urazą i żalem.

— O, przebacz! Jeślim cię obraził, więcej nigdy nie uczynię tego! — wymówił z cicha głosem, w którym łzy drżały, i wszedłszy w boczną aleję zniknął mi z oczu.

Ścigałam go długo wzrokiem, serce moje podzieliło się na dwa uczucia. Żałowałam kuzynka i bolałam nad tym, że sprawiłam mu przykrość; ale z drugiej strony tajemną rozkosz czułam na myśl, że jest serce, którym władam do woli, które przeze mnie dla mnie boleje; że jestem tak potężną, iż mogę jednym słowem pogrążyć kogoś w najwyższą radość lub smutek...

Kiedy spojrzałam potem na Rozalię i pana Agenora, rozmowa przerwana już była między nimi.

Na twarzy Rozalii harde łuki brwi więcej niż kiedy sprzeczały się ze spuszczonymi powiekami; pan Agenor pierwszy raz od przybycia do Rodowa zamyślił się, patrzył przed siebie nieruchomymi oczami, a na gładkim czole zarysowała się przykra jakaś zmarszczka, w której, jak mi się wydało, ból walczył z szyderstwem...




Rozdział XXIII

Wieczorem pan Agenor opowiadał nam cudowne rzeczy o licznych podróżach, jakie odbywał.

Mieszkał długo w Paryżu i Wiedniu, był w Londynie, Rzymie i Madrycie, żeglował po Oceanie Atlantyckim i Spokojnym, walczył z Francuzami przeciwko Beduinom i uczestniczył w polowaniu na lwy w Algierze. Opowiadania te jego były istną panoramą; rozliczne obrazy migotały w nich niby czarodziejską wywołane różdżką, następowały po sobie, błyszczały, roiły się i znikały, pozostawiając słuchaczy olśnionych i złudzonych prawdziwością kolorytu i wydatnością form. Słuchając go widziałam z kolei bulwary paryskie, oświetlone śród nocy milionami słońc gazowych, bale wielkiego świata, którym przewodniczyli monarchowie o dyplomatycznie zimnych czołach i milczących ustach i monarchinie w sukniach osypanych diamentami; nieskończone przestwory oceanów: to gładkie jak szyby szkła zielonkowatego, to napiętrzone ruchomymi skałami bałwanów, to w noce miesięczne iskrzące się srebrną pianą fosforycznego światła. Przed oczami mymi rozkładały się pustynie piaszczyste, skwarnym rozpalone słońcem, z ciągnącymi się długimi karawanami objuczonych wielbłądów; obozy wojowników, brzmiące rycerską pieśnią Francuzów; białe płaszcze Beduinów, mknące między gwiaździstymi cieniami tropikalnej nocy; fantastyczne stroje i ciemne twarze afrykańskich myśliwców z bronią na ramieniu, z wytężonym wzrokiem rozpalonych oczu oczekujących pojawienia się wspaniałogrzywego króla zwierząt, którego ryk brzmiał od granic pustyni niby przeciągły huk piorunowego grzmota.

Nie wiem, jakie uczucie, jakie natchnienie porywało pana Agenora; zdawał się improwizować.

Śmiech i łzy, burze i pogoda, pustynie i gwary zdawały się być w ruchomej grze fizjonomii i w energii lub miękkości ruchów, którymi tak samo władał jak głosem. Nigdy ani jednego tonu nie użył fałszywie, harmonia myśli z dźwiękiem i ruchem była tam zupełną.

Całe audytorium zostało zdobyte. Słyszałam, jak w przestankach rozmowy obecni zamieniali pomiędzy sobą uwagi;

— C'est un vrai gentilhomme! — szepnęła babka Hortensja do pani Rudolfowej.

— To człowiek najdystyngowańszy, jakiego znam! — odpowiedziała wujenka pokazując białe zęby.

Matka moja przenosiła wzrok z twarzy pana Agenora na moją, a w oczach jej czytałam, że gdyby oczy te mogły wysnuć tajemnicze nici, wiążące na zawsze z sobą ludzi dwoje, wysnułaby je choćby kosztem życia swego i związałaby nimi mnie z wymownym i pięknym człowiekiem.

Pan Rudolf rozmawiał półgłosem z proboszczem, Rozalia milczała i czoło miała marmurowo spokojne jak zwykle, tylko pierś jej falowała przyśpieszonym oddechem, nozdrza rozdęły się, wargi spąsowiały tak, że krew zdawała się z nich tryskać. Nie podniosła jednak powiek ani razu i ani razu nie spojrzała na pana Agenora. Porównałam ją w owej chwili do posągu, przedstawiającego spokój i pokorę, którego wnętrze rozpierał niecierpliwy, kipiący, rwący się do wybuchu płomień. A ja? ja byłam olśniona, ogłuszona, upojona, w głowie czułam szum i zawrót; miałam takie poczucie, jakby mię porywał czarnoksiężnik jaki i na rozpostartym skrzydle unosił w kraje podniebne. Gwałtownie zarumieniłam się, ale nie radość, tylko trwoga ścisnęła mi serce...

W połowie wieczora nagle babka Hortensja, rozweselona jak nigdy, ozwała się:

— Jeśli państwo zechcecie przyjąć podobną propozycję od dwóch poważnych matron, nie mogących zbyt wesołej dostarczyć wam zabawy, to zapraszamy was wszystkich na kilkodniowy pobyt w Rodowie.

Na ten wniosek całe towarzystwo się poruszyło. Pani Rudolfowa podniosła do ust rękę babki Hortensji i jąkając się wyrzekła, że nie spodziewała się tak długiego pobytu w Rodowie i nie wzięła z sobą potrzebnych rzeczy.

— Franuś każe sobie jutro założyć parę koni i przywiezie wam wszystko, czego będziecie potrzebowali — odrzekła babka zwracając się do Franusia, który przez cały wieczór siedział w kątku milczący.

— Życzenie cioci jest dla mnie świętym rozkazem! — zawołała pani Rudolfowa, z nową uniżonością całując ręce mojej babki.

Ale pan Rudolf podniósł na nią swoje blade, zmęczone oczy.

— Zofio — rzekł — nie możem pozwolić na to, ażeby pan Franciszek utrudzał się dla nas...

— Rudolfie — przerwała mu żona — ciocia Hortensja tego sobie życzy...

— Ależ sam pojechać mogę... — zaczął jeszcze pan Rudolf.

— Ojcze! — przerwała mu znowu Rozalia, składając ręce, głosem pokory pełnym — ojcze, wszak sam przyznajesz, że każde słowo babki Hortensji świętym być dla nas powinno? nieprawdaż? a jeśli to sam przyznajesz, dlaczego sprzeciwiasz się jej woli?

Pan Rudolf przesunął dłoń po czole i oczach i umilkł.

Z żywą niecierpliwością oczekiwałam odpowiedzi mojej matki na projekt babki Hortensji, ale jakże się zdziwiłam, gdy posłyszałam, że była odmowną. Tłumaczyła się, że wyjechała z domu na parę dni tylko, że ma mnóstwo wizyt do oddania ze mną w sąsiedztwie itd. Dziwiłam się tym bardziej, że wiedziałam, iż pierwotnym projektem mojej matki było przepędzić w Rodowie tydzień lub więcej.

Byłaż to nowa protestacja przeciw uniżonemu zgodzeniu się z wolą babki pani Rudolfowej?

Albo może... duma macierzyńska, nie pozwalająca wyjawiać tajemnej chęci widzenia mię długo z panem Agenorem? Dotąd zdaje mi się, że i jedno, i drugie było powodem opozycji mojej matki, która zresztą nie była zbyt silną i została przełamaną kilku łagodnymi słowami prośby, wymówionej przez babkę Ludgardę. Matka moja pocałowała ją w rękę i wyrzekła:

— Zostanę, moja ciociu!

Tym gestem i słowem widocznie chciała dać poznać, że nie na prośby to babki Hortensji, ale jej siostry zostaje w Rodowie. Babka Hortensja zacisnęła nieco swe wąskie usta, a surowe jej oczy surowsze jeszcze się stały. Pani Rudolfowa zaś pokazała w uśmiechu całe dwa rzędy białych zębów i słodkim a żartobliwym głosem rzekła:

— Gdybym była na twoim miejscu, najdroższa ciociu, gniewałabym się na kuzynkę Matyldę: wszak to na prośbę cioci Ludgardy, nie na twoją, zgodziła się pozostać.

Fałdy na czole mojej matki zagłębiły się; zimno spojrzała na panię Rudolfowę i z wolna odrzekła:

— Ciotki moje wiedzą dobrze, jak szczerze i bezinteresownie kocham i poważam je obie.

Trudno opisać intonację głosu mojej matki, gdy to mówiła. Był on bez zarzutu grzeczny, ale chłodny jak lód, ostry jak stal wyostrzona. Śniadość pani Rudolfowej zniknęła pod krwistym rumieńcem, ale córka jej zwróciła się do mojej matki i zwyczajnym sobie gestem składając ręce zawołała ze słodyczą:

— O, ciociu kochana! czy można kogo kochać interesownie? Powiedz mi, proszę, czyliż to jest możebnym? Co do mnie, nie przypuszczam, aby można było interesownie kochać. Gdybym znała kogo, kto by tak kochał, gardziłabym nim!

I przy tych słowach, skierowanych do mojej matki, zaledwie dostrzegalne, szybkie, ale błyskawiczne spojrzenie rzuciła na pana Agenora.

Dziwna rzecz! pan Agenor zarumienił się lekko... Ale ze zręcznością wytrawnego światowca w tej samej chwili skłonił się przed moją babką i wyrzekł z wytworną grzecznością:

— Co do mnie, mam przekonanie, że ktokolwiek dobrowolnie wyrzeka się chwil przyjemnych, jest podobnym samobójcy. Z wdzięcznością zatem przyjmuję zaproszenie łaskawych pań i zostanę tu póty, póki mię same stąd nie wypędzicie.




Rozdział XXIV

Nazajutrz, gdy słońce, prześlicznie świecąc na niebie, przez gałęzie jodeł i ciężkie firanki zasłaniające okna przedarło się aż do bawialnego salonu, babka Hortensja zaproponowała towarzystwu przejażdżkę do jednego ze swych folwarków, pięknie i malowniczo, jak mówiła, położonego śród lasu. Z radością przyjęliśmy wszyscy wniosek, a pan Agenor oświadczył, że wraz z kuzynem Franusiem będzie nam towarzyszył konno.

— Jeżeli babcia pozwoli — nieśmiało i pokornie ozwała się Rozalia — ja także konno pojadę.

— Nie mam nic przeciwko temu — odpowiedziała babka — nie uważam za rzecz nieprzyzwoitą, aby młoda osoba jeździła konno; od dawna czyniły to damy najwyższych rodów, a nawet rozrywka ta jest tradycyjnym zwyczajem z dawnych pozostałym wieków w domach arystokratycznych. Nie lubię tylko, jeśli dobrze wychowana panna po donkiszotowsku włóczy się sama jedna konno po polach i drogach.

— Pani znajduje, że powinna mieć ona zawsze za sobą swego Sanszo— Pansza — ozwał się pan Rudolf podnosząc swe blade oczy, ożywione tym razem słabym błyskiem ironii.

— Rudolfie! — szepnęła jego żona.

— Co do mnie — ciągnął dalej — znajdowałbym, że konna przejażdżka najmilsza jest wtedy właśnie, gdy się odbywa samotnie...

— Ojcze! — przerwała Rozalia — wszak wiesz o tym, że babka Hortensja nigdy się nie myli? nieprawdaż, że wiesz o tym?

— Rozalio! — odpowiedział pan Rudolf, w którym budził się jakby opór jakiś i wola — Rozalio! wszak wiesz o tym, że dotąd jednego tylko Boga ludzie uważają za nieomylnego...

Matka moja przerwała tę przykrą rozmowę odzywając się:

— Co do mnie, jeździłam kiedyś konno i stosując się do zwyczaju nigdy w istocie nie odbywałam przejażdżek samotnie; ale znajduję, że towarzystwo w takich razach wtedy tylko może być miłym, gdy jest dobrane i urozmaicone.

— O, droga Matyldo! — przerwała wujenka pokazując wszystkie zęby — to wiadomo, że przede wszystkim lubisz rozmaitość...

Fałdy na czole mojej matki zagłębiły się i zaszły słabym rumieńcem.

— Każdy ma swe wyłączne upodobania — odrzekła z wolna i zimno — są osoby, które lubią przede wszystkim bardzo jednostajny dźwięk i blask. . .

Wyrazy te miały znać tajemnicze jakieś znaczenie dla pani Rudolfowej, bo śniadość jej zniknęła znowu pod krwistą barwą rumieńca.

— I jakiż to na przykład dźwięk lub blask! — spytała ze słodyczą najeżoną kolcami.

— Różne bywają dźwięki i blaski — tak samo jak pierwej odrzekła moja matka — może być blask słońca i blask złota, dźwięk muzyki i dźwięk monety. . .

— Ciociu najdroższa! — zawołała Rozalia składając ręce — czyż jest na świecie ktokolwiek, co by przekładał blask złota nad blask słońca i dźwięk monety nad muzykę? O! czyż jest ktokolwiek na świecie? a jeśli jest, to już go chyba takim ten świat uczynił, na którym dukaty — to gwiazdy piękność nadające, i wschody, po których wstąpić można do przybytku szczęścia...

Zaśmiała się, a na czole pana Agenora znowu zjawiła się tajemnicza przykra zmarszczka.

Po obiedzie, na parę godzin przed zachodem słońca, zajechały przed ganek powozy odkryte i masztalerz ze stangretami trzymał za uzdy trzy piękne wierzchowce, które w stajniach moich babek stały do rozporządzenia gości.

Rozalia wyszła na ganek, wsparta na ramieniu pana Agenora, który ją prowadził, ubrana w czarną amazonkę, z piórem powiewającym na kapelusiku. Wyglądała bardzo pięknie; rumieniec krasił śniade jej policzki, uśmiech błądził po pąsowych wargach.

Pan Agenor podawał jej strzemię; wydało mi się, że długo i mocno oparła się o jego ramię, potem lekko wskoczyła na konia.

Panowie siedli też na koń, a ja z babką Hortensją, moją matką i panią Rudolfową wsiadłam do powozu. Babka Ludgarda dnia tego nie wychodziła wcale ze swego pokoju i mówiono, że jest trochę słabą, a pan Rudolf wyszedł na oddaloną samotną przechadzkę i jeszcze nie wrócił.

Dopóki przebywaliśmy malowniczą dolinę, jeźdźcy trzymali się w bliskości powozu. Pan Agenor bardzo pięknie siedział na koniu; znać było, że przywykł był kierować najdzikszymi rumakami, bo od niechcenia trzymał w ręku cugle i kiedy niekiedy tylko zwracał uwagę na bieg swego wierzchowca, a ciągle prawie patrzył na mnie i prowadził z nami zwykłą sobie, łatwą i błyszczącą rozmowę. Rozalii postać wyprostowała się i głowa podniosła; uważałam, że im dłużej jechała, im więcej rozszerzały się przed nami malownicze widoki doliny, tym częściej oczy jej podnosiły się do góry, zdawały się szukać czegoś po niebie, a pierś podnosiła się szybko i po milczącej twarzy przemykał taki wyraz, jak gdyby z jej wnętrza wydobywały się na jaw coraz nowe cienia i spotykając się z blaskami dnia słonecznego kłóciły się i walczyły z nimi. Franuś jechał z drugiej strony portiery, rzadko odzywając się jak zwykle.

Nie mogłam jednak nie spostrzec, że dobrze jeździł konno i dzielnie władał swoim parskającym i kapryśnym karoszem.

Skończyła się szeroka biała droga, która przerzynała dolinę, i wjechaliśmy w las, w którym wysokie i gęste sosny tworzyły szumiącą kolumnadę z dwóch stron drogi, wąskiej i najeżonej korzeniami drzew z ziemi wystającymi. Na drodze tej jeźdźcy nie mogli postępować równolegle z powozem. Franuś pozostał z tyłu, a pan Agenor i Rozalia pojechali przodem. Zrazu odwrócona do nich plecami, słyszałam równy tętent ich koni, stąpających miarowo po twardej drodze, ale po chwili tętent ten przybrał pośpieszniejsze tempo, oddalił się i na koniec nie słyszałam go już wcale.

Podniosłam się nieco na siedzeniu i obejrzałam za siebie. Para jeźdźców oddaliła się znacznie od powozu i znikała już prawie w zakręcie drogi: zobaczyłam tylko kształtną postać pana Agenora, mknącą szybko między drzewami, a blisko, bardzo blisko koło jego czoła powiało pióro Rozalii, tak jakby ona schylała się ku niemu i coś mu szeptała. Nie wiem, czemu przykro mi się zrobiło; żałowałam, że nie umiałam jeszcze dosiąść konia, ale nie miałam czasu długo zastanawiać się nad tą myślą, bo posłyszałam zwrócony do mnie głos babki Hortensji:

— Dlaczego oglądasz się, Waciu? panna dobrze wychowana nie powinna nigdy oglądać się za nikim.

— Mianowicie, jeśli tym kimś jest tak przyjemny młody człowiek jak pan Agenor — dodała wujenka.

Przestałam patrzeć za siebie, a spojrzałam na moją matkę: ścigała także oczami niknącą parę, a na czole jej była chmura. Jechałyśmy lasem wiorst parę, a gdy powóz zatrzymał się przed szwajcarskim domkiem, zbudowanym w folwarku babki Hortensji, przed gankiem stały dwa spienione wierzchowce, a na ganku siedzieli obok siebie pan Agenor i Rozalia. Kuzynka była znać bardzo zmęczona, bo oddychała prędko, a twarz jej pokrywał szkarłatny rumieniec; pan Agenor przeciwnie, bledszy był jeszcze niż zwykle, tylko po bladości tej błąkały się jakieś plamki czarne. Spostrzegłam, że oboje na prawej ręce nie mieli rękawiczek; kiedy wchodziłam po wschodach na wysoki ganek szwajcarskiego domku, Rozalia zbiegła ku mnie i pochwyciła obie ręce moje. Oczy jej przy tym błysnęły tak, że aż się zlękłam prawie.

— Jakże żałuję cię, droga kuzynko — zawołała — że nie umiesz jeździć konno! wierz mi, że to wielka, wielka przyjemność.

— O, bardzo temu wierzę — odpowiedziałam, czując sama, że w głosie moim ostry dźwięk zabrzmiał.

— O, ty się pewno będziesz obawiała jeździć konno — ciągnęła Rozalia, ściskając ciągle moje ręce i wpijając we mnie spojrzenie o przeszywającym na wskroś blasku. — Jesteś delikatna, drobna; twoja postać nie wydałaby się nawet dobrze na koniu; płeć masz białą i przezroczystą, mogłabyś się opalić, a tak jesteś szczęśliwą, jak każda bogata panna. Musisz się więc śmiertelnie obawiać niebezpieczeństwa, bo konna jazda niebezpieczną być może. Jeżdżąc konno mogłabyś spaść z konia i uderzyć się swoją piękną główką o jaki brzydki, twardy kamień przydrożny albo złamać tę rączkę delikatną i białą! O! ty, kuzynko, obawiałabyś się śmiertelnie jeździć konno.

Uwolniłam ręce z jej uścisku i odpowiedziałam:

— Przeciwnie, kuzynko, śmiertelnie obrażoną jestem tym, że posądziłaś mię o tchórzostwo.

Potem zbliżyłam się do mojej matki i całując ją w rękę rzekłam:

— Moja mamo, pozwól, proszę, abym nauczyła się konnej jazdy.

— I owszem, Waciu — odpowiedziała — tylko że w Rodowie nie ma dla ciebie ani amazonki, ani wierzchowca.

— Ostatnim ja będę mógł służyć pani — pochwycił z pośpiechem pan Agenor — mam u siebie konia wybornie ujeżdżonego pod damskie siodło, i jeśli pani pozwolisz, sprowadzę go jutro do Rodowa.

— W takim razie rzecz będzie ułatwioną — rzekła moja matka — bo Wacia ma w domu amazonkę, którą przygotowałam dla niej, poślę po nią także...

Ucałowałam ręce matki, podziękowałam panu Agenorowi i postanowionym zostało, że od jutra będę uczyła się konnej jazdy.

Rozalia zwróciła się do pana Agenora.

— Czy sądzisz pan — wyrzekła — że kuzynie Wacławie do twarzy będzie konna jazda? Czy tylko nie jest za szczupłą i za delikatną, aby mogła władać koniem? Powiedz pan, czy nie tak sądzisz?

Pan Agenor uśmiechnął się grzecznie i odpowiedział:

— W oczach panny Wacławy czytam, że pomimo szczupłości swych kształtów posiada siłę, zdolną do kierowania nie tylko rozhukanym rumakiem...

— Ale i kim jeszcze? — podchwyciła Rozalia.

— Ale jeszcze i rozhukanym sercem człowieka — dokończył pan Agenor.

— O, jakże wdzięczna panu jestem, że tak piękne rzeczy czytasz w oczach kuzynki Wacławy!

— zawołała Rozalia. — Ja tak ją kocham, że z całej duszy pragnęłabym, aby miała sposobność wypróbowania swej siły na rozhukanym jakimś sercu. . .

— Dziękuję ci za to życzenie, kuzynko — odpowiedziałam — ale przelewam je całkiem, na ciebie, bo co do mnie lubię nade wszystko serca spokojne,

— Tak przezroczyste jak kropla rosy, tak ciche jak niebo poranne, nieprawdaż? a może jeszcze tak skromne jak fiołek kryjący się w trawce i tak rzewne jak słowik śpiewający przy blasku księżyca! O, kuzynko! jakąż poetyczną masz duszę! jakże cię kocham! Ale cóż się stanie pięknością salonów, dla których przeznaczoną jesteś, i z rozhukanym sercem, które dla ciebie jest przeznaczone?

— W salonach umieszczę ciebie, Róziu, na tronie amarantowym, bo kolor ten przypada ci do twarzy; rozhukane zaś serce złożę w twoją rączkę, która dziś umie tak dzielnie władać rozhukanym wierzchowcem śród gęstwiny leśnej.

Rozalia spuściła pokornie powieki, uśmiechnęła się słodko i zbliżywszy się do mnie objęła czule moją kibić.

— Dziękuję ci, mój aniołeczku — wyrzekła i na policzku moim wycisnęła pocałunek. Przy tym oczy jej błysnęły tak, że aż zlękłam się prawie.




Rozdział XXV

Gdyby mię teraz kto zapytał: czy w owych dniach, spędzonych w Rodowie, byłam szczęśliwą lub używałam? nie potrafiłabym odpowiedzieć. Dnie te dotychczas rysują się w mej wyobraźni niby pas jaskrawy, przeszłość moją przerzynający, a na pasie tym widzę włóczące się cienie albo płomieniste plamy. Wydaje mi się, jakoby cienie te płynęły z pokornie zuchwałych, gołębio— przepaścistych oczów kuzynki Rozalii, a plamy ogniste powstały z iskier, jakimi ciskały oczy pana Agenora, gdy na mnie patrzył, i z tej półnamiętnej, półbolesnej, półszyderskiej zmarszczki, która mu rysowała czoło, gdy czasem przez zapomnienie lub niby opanowany siłą, której zwyciężyć nie mógł, zapatrzył się na Rozalię. Czułam obok siebie tajemnicze tchnienie jakichś uczuć, do dramatu posuniętych, ale jakimi uczucia te były? nie mogłam odgadnąć. Czułam, że między mną a Rozalią, tak jak między moją i jej matką, istniała głucha niechęć; ale kędy było niechęci tej źródło, mogłażem domyśleć się wtedy, gdym była jeszcze dzieckiem, nie znającym mrocznych spraw świata, kryjących się przed jawnością w głębinach poranionych lub żółci i jadu pełnych piersi ludzkich. Wiem tylko, że gdyby nie obecność śród nas pana Agenora, byłabym prawdziwie nieszczęśliwą; tak mię mroziła babka

Hortensja, przerażała pani Rudolfowa i kłuła czułością Rozalia. Ale... pan Agenor tam był i, bądź co bądź, widziałam wyraźnie, jasno, że ja tu byłam punktem, na którym najczęściej spoczywały spojrzenia jego, celem, do którego zmierzał jego dowcip, osobą, dla której miał on najwyszukańsze grzeczności i owe salonowe półsłówka, posiadające słodycz blamanżu lub kremu, lotną a uderzającą woń perfumy Jockey— club. Moje podniebienie świeżej ekspensjonarki nie było jeszcze oswojone z deserowymi przysmakami, a zmysł powonienia z wonią salonowych pachnideł; toteż słodycz grzecznych słówek pana Agenora smakowała mi, a płynąca od nich atmosfera rozmarzenia uderzała do głowy. Tak... do głowy tylko, bo serce spokojnie biło w mej piersi. Nie było w nim nawet tej mglistej i niewyraźnej tkliwości, jaką czułam dla kuzynka Franusia w porze moich o nim marzeń. Ale za to w głowie powstawał coraz większy szum i zamęt, a z zamętu tego coraz piękniejszym owinięta kolorytem wyłania się postać młodego sąsiada.

W ogóle miałam takie poczucie, jakbym żyła przez sen, i sama nie wiedziałam dobrze, czy pragnęłam lub obawiałam się przebudzenia? Kto wie? może bym i wdzięczna była temu, kto by mię wyrwał z tego półmrocznego, półjaskrawego marzenia, a postawił na jednym ze wzgórz prześlicznych, które otaczały dolinę, pod niebem błękitnym śród spokojnej pól atmosfery.

Na wzgórza te rzucałam niekiedy przez okna tęskne spojrzenia i zdawało mi się, że byłabym zdrowsza jakoś i rzeźwiejsza, gdybym choć raz na szczyt którego z nich wbiegła, sama jedna jak ptak swobodna, gdybym skąpała się w potokach słonecznych promieni, których tam było tak obficie, i pełną piersią odetchnęła tym powietrzem, jakie Stwórca rozlewa po świecie w porze kwitnięcia lilii i śpiewów skowronka. Ale jeśli dobrze wychowanej pannie nie wypada bez towarzystwa starszych osób przechadzać się po ogrodzie, jakże i myśleć mogłaby ona o samotnych po oddalonych wzgórzach przechadzkach. A jednak tam właśnie była natura świeża, jędrna, mocy pełna, natura, co siłę daje atlecie i głębokość mędrcu, co ducha poety pod niebo niesie i podtrzymuje w trudach spracowane ręce rolnika. Ale atleta, mędrzec, poeta, rolnik to byli wszystko ludzie z innego świata. W naszym świecie pięknością była bladość twarzy i wiotkość kształtów; mądrością — dowcip wyrastający na woskowych posadzkach; poezją — ostre i drażniące tchnienie tajemniczych niechęci, miłości i rywalizacji. Ja miałam twarz bez rumieńca i kształty wiotkie; pan Agenor powtarzał mi nieraz, żem była dowcipną; upojenie, z tajonych wrażeń płynące, zaczynało mię przenikać; miałam więc wszystko, co mi było potrzebnym, i nie potrzebowałam szukać orzeźwiającego i siłodawczego wpływu natury.

Byłam dobrze wychowaną panną, światłem więc moim miał być salon, w którym babka Hortensja wyrabiała frywolitki, słońcem — fajerwerk palący się obok mnie w oczach i w głosie pana Agenora, atmosferą, jaką oddychałam — woń ulatująca z jego grzecznych słówek.

I co dzień inne mieliśmy rozrywki i zabawy: to konne przejażdżki w towarzystwie starszych pań jadących powozem; to podwieczorki pod cieniem starych ogrodowych jodeł; to muzykę fortepianu z towarzyszeniem wioli, którą pan Agenor władał po mistrzowsku; to nareszcie i najczęściej grę słów, palących się jak fajerwerki i jak one rozpadających się na rój drobnych iskier, z których żadna nie czyniła pożaru, lecz wszystkie padały na wyobraźnię i płonąc, z wolna owijały ją różowymi dymami, tak że coraz trudniej było spoza nich dojrzeć prawdziwego koloru wszechrzeczy.

Chłonęłam wszystko głową; skronie zaczynały mi pulsować mocno, jak u osoby oczadziałej zbytkiem węglanego kwasu; umysł mój nurzał się w rozlanej koło mnie perfumie Jockey-club, a serce... coraz słabiej biło.

Raz przez sztachety ogrodu, daleko na polu, zobaczyłam krzak dzikiej róży; kwiaty pąsowe rumieniły się życiem świeżym a gorącym, ptaki wolne przelatywały i siadały na nich całując je miłośnie dzióbkami, w gałęziach krzaków szeleścił orzeźwiający wietrzyk. Długo przypatrywałam się dzikiej róży i pozazdrościłam jej samotności, słońca i rozłogów pól, na których kwitła.

Tego samego dnia oglądałam obszerną cieplarnię moich babek i w myśli porównałam siebie do pelargonii, która tam rozkwitała, piękna, ale nikła, o barwie bladej, stłumionej zbytkiem węglanego kwasu, jakim poiło ją sztuczne ciepło, rozniecane ręką troskliwych ogrodników w kunsztownie ku temu zbudowanych piecach.




Rozdział XXVI

Pewnego wieczora, gdy siedzieliśmy wszyscy wkoło jednej z czterech jednostajnych kanap, pan Agenor zaproponował grę, zasadzającą się na tym, że jedna z osób należących do towarzystwa miała zadawać pytanie, na które wszystkie inne odpowiadały z kolei. Była to jedna z gier towarzyskich, zwanych myślącymi.

Babka Hortensja, mimo surowości i wyniosłości swojej, posiadała wielką umiejętność zajmowania gości, a szczególniej od przyjazdu pana Agenora stała się wielce uprzejmą. Zadała więc pierwsze dowcipne jakieś pytanie, na które odpowiedzieliśmy wszyscy po kolei; towarzystwo ożywiło się, na zimnych twarzach wykwitły uśmiechy. Gdy przyszła na Rozalię kolej pytania, podniosła oczy, powiodła nimi wokoło i na mgnienie oka zatrzymując je na twarzy pana Agenora wyrzekła z wolna:

— Na jakim miejscu tej ziemi wyrasta najpiękniejszy kwiat szczęścia?

— U stóp ołtarza — odpowiedziała babka Hortensja.

— U stóp twoich, najdroższa ciociu — podchwyciła wujenka.

— W sercu małej dziewczynki, która bawi się świeżo podarowaną sobie lalką — smutnie wyrzekła babka Ludgarda.

— W sercu matki, cieszącej się szczęściem swego dziecka — wymówiła moja matka.

— W pełnej szkatule — na własne pytanie odrzekła Rozalia i zaśmiała się właściwym sobie pokornie metalicznym śmiechem.

— Wśród szerokich pól, pod słońcem pomiędzy kwiatami polnymi — rzekłam przypominając sobie dziką różę, widzianą w południe.

— W szafirowych oczach pięknej dziewicy — wymówił pan Agenor, bardzo wyraźnie patrząc na mnie.

— Na dnie mogiły — ozwał się pan Rudolf.

— W poczuciu osobistej swobody — ostatni powiedział Franuś.

— Teraz na pana kolej — zawołała Rozalia zwracając się do pana Agenora.

— Tak, pani — odpowiedział — i tworząc dalszy ciąg pytań, któreś pani zadała, zapytam: co najczęściej przeszkadza ludziom do zerwania owego najpiękniejszego kwiatu szczęścia?

— Porywy własnej wyobraźni — odpowiedziała moja matka, gdy przyszła na nią kolej.

— Poryw namiętności, nad którym człowiek zapanować nie umie — wyrzekł po niej pan Rudolf.

— Słabość charakteru — powiedział Franuś.

— Zwyczaje — odrzekłam ze śmiechem, wspominając o moich rozmyślaniach nad zwyczajami.

— Długi — wymówiła z wolna i dobitnie Rozalia podnosząc oczy i z nieopisanym wyrazem topiąc je w twarzy pana Agenora.

— Długi! skądże ci myśl o nich przyszła do głowy, Róziu? — zawołałam zdziwiona.

— O, kuzynko! — odrzekła — nie masz pojęcia o tej śmiertelnej chorobie, która się tak nazywa.

Ona to jest przyczyną wielu samobójstw moralnych i fizycznych, podkopuje najpiękniejsze egzystencje i do niej można zastosować ten wiersz poety: "robak się lęgnie i w pięknym kwiecie".

— Panna Rozalia mówi jak bankier bliski bankructwa albo zrujnowany obywatel nie mający pieniędzy na opłacenie podatków! — zaśmiał się pan Agenor przymuszonym, jak mi się zdawało, śmiechem.

— O, panie! — zawołała Rozalia — wszak różne bywają bankructwa i ruiny, nieprawdaż? A czyliż komukolwiek nie może zabraknąć siły moralnej do zapłacenia życiu podatku, podatku cierpień, regularnie dotąd wypłacanego?

Pan Agenor przecierał chusteczką szkiełko lornetki i dziwnie się uśmiechał.

— Teraz, moi państwo — wyrzekł — ponieważ ukończyliśmy kolej pytań i odpowiedzi, pozwólcie, abym wam opowiedział pewne oryginalne zdarzenie, którego byłem świadkiem, w czasie gdym polował na lwy w Algierze.

— O, chętnie będziemy słuchali opowiadania pańskiego! — zawołała Rozalia — tym bardziej że polowania na lwy, żeglowania po morzach, przechadzki po bulwarach paryskich i tym podobne rozrywki i przyjemności życia mają związek ścisły z tym, o czym mówiłyśmy dopiero.

— Z czymże to, Róziu? — spytałam, nic a nic jej nie pojmując.

— Z długami — odpowiedziała spokojnie.

Pan Agenor zdawał się nie słyszeć tej odpowiedzi i ze zwyczajną sobie werwą zaczął opowiadać jakiś oryginalny rys krajów, w których przebywał.

Po raz pierwszy nie słuchałam go.

Pytałam siebie:

"Co by znaczyły docinki Rozalii o długach, rzucone w oczy panu Agenorowi? Miałżeby on wiele długów? A jeśli tak było, dlaczego tak żywo dotykało to kuzynkę? dlaczego nie było to dla niej równie obojętnym jak dla mnie? Długi? ani wiedziałam, jaką by ważność wyraz ten posiadał. Ktoś komuś pożyczył pieniądze i ktoś komuś je oddać powinien; oto i całe wyobrażenie, jakie sobie o tym wyrazie tworzyłam. Byłoż się czym zajmować? Alboż pan Agenor stawał się mniej miłym, dowcipnym, pięknym, ponieważ miał długi? Czyliby w wyższym stopniu posiadał te zalety, gdyby ich nie miał? Że osoba pana Agenora obchodziła Rozalię, tego nie mogłam nie widzieć, ale w czym mogły obchodzić ją jego długi?"

W godzinę potem babka Hortensja skinęła na Rozalię, aby szła za nią, i zaprowadziła ją do swego pokoju. Około drzwi tego pokoju przechodziłam potem wypadkiem i usłyszałam twardy a nakazujący głos babki Hortensji i połączonych z nim parę łkań, jak mi się zdawało, wyszłych z piersi Rozalii. Żal mi się zrobiło kuzynki; myślałam, że babka zbyt ostro ją napomina za jakie rozminięcie się ze zwyczajem. Postanowiłam, gdy wróci do salonu, okazać jej więcej jak wprzódy sympatii i współczucia, ale nie mogłam dopełnić tego postanowienia, bo Rozalia nie pokazała się już w salonie tego wieczora. Nazajutrz, gdy spotkałyśmy się z rana przy stole herbatnim, rzuciła na mnie takie spojrzenie, że odpadła mi wszelka ochota okazywania jej przyjaźni i spółczucia.




Rozdział XXVII

Aby przejść z mojej sypialni do salonu musiałam za każdym razem mijać drzwi pokoju babki Ludgardy; bywały one często otwarte, a wtedy zbliżałam się do progu, pytałam o pozwolenie wejścia i otrzymawszy je wbiegałam, aby ucałować rękę babki, która wzbudzała we mnie tyle sympatii, ile siostra jej obawy i chłodu.

Pokój babki Ludgardy wpół ocieniony był zielonymi sztorami, napełniały go staroświeckie krzesła, z wysokimi, toczonymi z orzecha poręczami. Obok łóżka na ścianie wisiał wielki, czarny krzyż z Chrystusem ze słoniowej kości, a na aksamitnej poduszce klęcznika znaczne były dwie głębokie wklęsłości, utworzone znać długimi nocnymi modły mojej babki. Dębowa posadzka w czarne i żółte kwadraty i leżąca na klęczniku wielka Biblia, w oprawie z czarnego aksamitu o srebrnych ozdobach, dodawały powagi i posępności pokojowi temu. Był w nim jednak jeden punkt światły i śpiewający. U jednego z okien uchylona była połowa sztory, a na jej miejscu wiło się kilka gałęzi bluszczowych, obejmujących splotami klatkę, w której szczebiotały dwa kanarki. Naprzeciw tej klatki siadywała zwykle moja babka na swoim krześle o wysokiej poręczy, z czarno oprawną Biblią na kolanach; ale oczy jej nie spoczywały na wyrazach Pisma św., lecz najczęściej utkwione były w dwoje ptasząt świergoczących, trzepoczących się w swej klatce, lub w kawałku błękitnego nieba, które wydobywając się zza ciemnych jodeł, rosnących za oknami, migotało za szybą niby na pociechę ptaszynom zamkniętym w niewoli.

Stawałam nieraz na progu i kilka minut przypatrywałam się twarzy mojej babki, bladej, rysującej się na tle szarego pokoju, z łagodnymi oczami, utkwionymi w niebo i w ptaki, z rękami złożonymi nieruchomie na srebrnej klamrze świętej księgi. Na czole jej pomiędzy licznymi zmarszczkami błąkały się wtedy oddalonych wspomnień błyski, a na bladych ustach wisiał, blady także, zamyślony uśmiech.

Pytałam siebie nieraz, o czym myślała siedząc tak długimi godzinami babka moja? Czy to błękitne niebo mówiło jej o lepszym życiu niż to, które przebyła na ziemi, a które poorało zmarszczkami jej czoło i smutny wyraz złożyło na ustach, niby przebytych cierpień pieczęć?

Czy widok śpiewających i kochających się ptaków przywodził jej na pamięć na zawsze znikłe promienne chwile przeszłości? Czy może w tej klatce, owiniętej bluszczem i ozdobionej kilku kwiatami, widziała obraz niewoli, przystrojonej światowymi połyski, w jakiej zapewne spłynęło jej życie?

Raz, gdy tak stałam na progu, patrzyłam na moją babkę i myślą zadawałam sobie te pytania, niby przeczuwając obecność moją odwróciła się, spojrzała na mnie i z łagodnym uśmiechem wyciągnęła do mnie rękę. Poskoczyłam i przyklęknąwszy przed nią pocałowałam ją w kolano. Miękką dłonią podniosła ku sobie moją głowę i długo mi w twarz patrzyła. Oczy jej spoczywały na mnie z dobrocią i zamyśleniem, przez które, jak zwykle bywało u niej, przebijał się smutek. Ogarnęło mię rzewne ku niej przywiązanie, a przy tym wzrok jej ośmielił mię.

— Babciu — rzekłam — powiedz mi, proszę, o czym myślisz patrząc na tę klatkę z ptakami i na kawałek tego nieba, co przez szybę do twego pokoju zagląda?

Kilka sekund nie odpowiedziała, potem przesunęła z pieszczotą dłoń po mojej twarzy, oczy jej znowu w klatce utkwiły i z wolna wyrzekła:

Ptaki, zamknięte w kunsztownie urobionej i kwiatami zdobnej klatce, śpiewające do nieba i swobody które widzą z dala, to, moje dziecko, obraz naszego życia.

— Jak to, babciu, naszego? — spytałam nie rozumiejąc w całej rozciągłości myśli jej wyrazów.

Milczała chwilę, potem, patrząc ciągle na klatkę i niebo, mówiła jakby do siebie:

— I ja niegdyś tak jak ty byłam młodą... jak ty, urodziłam się w sferze, poza której granice wyjść mi nie pozwoliły zwyczaje... pragnęłam nieraz przekroczyć te granice, rozejrzeć się po świecie szerokim, znaleźć gdzie indziej to, czego obok siebie znaleźć nie mogłam...nie pozwolono mi czynić tego... młodość mi przeszła jak tym ptakom w klatce... śpiewałam z tęsknotą do nieba i miłości, których w klatce mojej nie było... postarzałam... życie przebyłam sama jedna... wiecznie zależna... nikt mię nigdy nie kochał.

Umilkła i blade usta jej drżały, szepcąc coś, modlitwę czy skargę jakąś.

Żal mię zdjął wielki.

Objęłam ją ramionami i przyciskając się do jej piersi zawołałam:

— Babciu droga! ja cię kocham! Drżącymi dłońmi objęła moją głowę.

— Dobre jesteś dziecię! — wyrzekła. — Ty i matka twoja niepodobne jesteście do tych istot, co pochlebiają bogactwu przez nadzieję otrzymania go w spadku...

Urwała, jakby lękając się więcej powiedzieć, i patrząc mi w oczy spytała nagle:

— Jak ci się podoba pan Agenor?

Czułam dla niej ufność i przywiązanie, odpowiedziałam więc bez namysłu:

— Bardzo, moja babciu!

Skinęła głową parę razy, ale nie zrozumiałam dobrze, co ten gest znaczył: smutek, namysł czy powątpiewanie?

— Ostrożnie, dziecko moje, ostrożnie! — wyrzekła z wolna, a gdy patrzyłam na nią zdziwiona, mówiła dalej: — Jak ja niegdyś, tak ty teraz nie masz prawa rozejrzeć się po szerokim świecie; musisz przyjmować to, co w ciasnym kółku twoim za najlepsze uznasz... jeśli nie weźmiesz tego, co ci dają, zostaniesz jak ja sama jedna i nikt cię nigdy kochać nie będzie... niech cię Bóg od tego obroni... Kobieta, która nigdy kochaną nie była, tęsknotę niesie z sobą do grobu, a nad brzegiem mogiły jeszcze z pamięci jej wydobędą się mary lat minionych i duszy jej utrudnią przejście na łono Boga... O, wyjdź za mąż, wyjdź za mąż koniecznie, abyś nie została na całe życie jedna... i abyś była kochaną... Ale ostrożnie! dziecko, ostrożnie! ...

Przy tych wyrazach wzrok babki Ludgardy sposępniał, a drżące jej dłonie ogarniały moją głowę, jakby pragnęły ją od niebezpieczeństwa jakiego uchronić. Obawa zdjęła mię nieokreślona.

— Babciu! — zawołałam — czy słowa swoje do pana Agenora stosujesz?

Obejrzała się trwożnie, jakby się obawiała, aby ktokolwiek nie usłyszał tego, co mi chciała powiedzieć, potem pochyliła się tak, że aż siwe włosy jej, uwolnione od czepca, opadły na moje czoło, i półgłosem wyrzekła:

— Nie wierz temu, co błyszczy, a szukaj serca... szukaj serca, bo jeśli go nie znajdziesz, nieszczęśliwa będziesz! Patrz przede wszystkim, abyś była kochana: nieszczęście kobiecie, która kochaną nie jest! Szukaj serca! patrz na serce! a jeśli go nie znajdziesz, odrzuć daleko od siebie błyszczącą brzękawkę. Za rok odjedziesz do swego ojca... tam jest świat szeroki...

tam pozwolą ci obejrzeć się, patrzeć i wybierać. Wyjdź za mąż! wyjdź koniecznie za mąż, abyś jak ja nie pozostała jedna i abyś była kochaną... ale ostrożnie! ostrożnie!

Gdy pochylona nade mną, z wyrazem niemal boleści na twarzy, kończyła wymawiać te słowa, w przyległym pokoju dał się słyszeć głos babki Hortensji zbliżającej się w towarzystwie pani Rudolfowej.

Babka Ludgarda przycisnęła usta do mego czoła i z lekka usunęła mię od siebie.

— Odejdź! — szepnęła — babcia Hortensja nie chce, aby mię kochał ktokolwiek... aby kto przede mną tak klęczał jak ty przed chwilą... Babcia Hortensja jest bogatą, bardzo bogatą.. . ja nic prawie nie posiadam, ona może ci przyszłość świetną zapewnić... nie trzeba, aby się rozgniewała na ciebie.

Otworzyła Biblię i niby przestając zwracać na mnie uwagę smutnymi oczami wpatrzyła się w wiersze pocieszającej księgi.

Wyszłam z pokoju babki Ludgardy bardzo wzruszona; oparłam się o pierwszą konsolę, która była na mojej drodze, spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że byłam bledsza jak zwykle.

Zakryłam oczy dłonią i myślałam.

Straszne bo też rzeczy zamigotały przede mną zza słów babki, niby zza ażurowej zasłony złowrogie jakieś widma. Wyrazy: "ostrożnie! ostrożnie!" brzmiały mi wciąż w uszach. Przed czymże strzec się miałam? Jakie groziło mi niebezpieczeństwo?

"Szukaj serca!" — mówiła mi babka; ależ i ja instynktownie i niewyraźnie, niemniej jednak silnie poczuwałam potrzebę znalezienia tego serca, które by z moim w jeden takt uderzyło.

Ileż boleści było w mowie babki, gdy mówiła, że kobieta, która nigdy nie czuła się kochaną, tęsknotę niesie do grobu, a nad brzegiem mogiły jeszcze z pamięci jej wyjdą mary, co duszy utrudnią przejście na łono Boga.

O, tak! trzeba koniecznie, aby mię ktoś ukochał bardzo, silnie, nad wszystko; aby stał się dla mnie światem całym, a ja bym mu za świat cały starczyła! Ale... mój Boże! czy serce takie, czy miłość taką znajdę w klatce, z której mi wylecieć nie wolno, aby wznieść się pod same niebo i spod niego orlim wzrokiem potoczyć po ziemi, i widzieć wielu, i wybrać... Może kiedyś po mnogich latach upłynionych, z siwymi włosami i pooranym czołem, usiądę jak babka Ludgarda sama jedna i przez nikogo nie kochana naprzeciw okna o migocącym kawałku błękitnego nieba i patrzeć będę, jak w klatce zamknięte trzepocą się ptaszki, i z pamięci mojej szeregiem wyjdą mary tęsknot a żalów, i duszę mą, do lepszego rwącą się życia, zatrzymają pomiędzy niebem a ziemią, na skrzydłach nie przepłakanych nigdy boleści?

Biedna babka Ludgarda! Jak żywo usunęła mię od siebie usłyszawszy głos swojej zimnej, despotycznej siostry!

"Babka Hortensja jest bardzo, bardzo bogatą, może ci świetną przyszłość zapewnić... ja nic prawie nie posiadam. Nie trzeba, aby się rozgniewała na ciebie; ona nie lubi widzieć, że mię kocha ktokolwiek!"

W istocie słyszałam już była wprzódy, że Rodów z przyległościami i znaczne jeszcze kapitały były wyłączną własnością babki Hortensji, która je otrzymała po zmarłym mężu i którymi rozporządzać za życia i po śmierci miała zupełne prawo; i słyszałam także, że babka Ludgarda mieszkała z siostrą, żyjąc prawie z jej funduszu, bo sama posiadała bardzo mało znaczący kapitalik, ale dotąd nie zastanawiałam się nigdy nad tą różnicą fortuny dwóch moich babek. Miałażeby ona teraz podawać mi klucz do odgadnięcia niepojętej dotąd dla mnie uniżoności pani Rudolfowej względem babki Hortensji, a stosunkowo jakby upośledzonego położenia w domu babki Ludgardy? Mój Boże! mogłaż być na świecie dość niska istota, która by chciwym wzrokiem ścigała w przyszłości chwilę czyjegoś skonu w tym przewidywaniu, że pochlebstwami i fałszywymi objawami miłości zdobędzie sobie bogactwo mające wypaść z ręki śmierci zesztywniałej. Nie, młoda dusza moja w podobną nikczemność uwierzyć nie mogła! Zmęczone długim życiem serce babki Ludgardy w zbyt ciemnej barwie świat ten jej ukazywało. Myliła się; a gdy ostrzegała mię przed błyszczącymi powabami młodego sąsiada, myliła się także. Mogłoż złe lub zepsute serce ukryć się pod tak piękną, świetną powłoką?

Nie! Stwórca nie zadaje kłamu sobie samemu. To, co utworzył pięknym, co oblał światłością, płynącą wprost od oblicza Jego, musi być pięknym aż do dna. Mogąż piękne, ognia i rozumu pełne oczy człowieka kłamać, gdy obiecują miłość wielką i tryskającym z nich płomieniem mówią o uwielbieniu pierś zapełniającym? Możeż szlachetność kształtów kryć nikczemność ducha? Głos, przypominający wiosnę i wszystkie jej rozkosze, być echem zwodniczym, wychodzącym z piersi, w której rozsiadła się martwa zima? Nie! to być nie mogło; babka Ludgarda źle zrozumiała świat i ludzi albo ja źle zrozumiałam jej słowa.

"Mój Boże! mój Boże! a gdyby tak było? Gdyby istniały rzeczywiście na ziemi nikczemne istoty, zaprzedające uśmiechy, pocałunki, godność swą i uczciwość za garść spodziewanego w przyszłości złota? Gdyby oczy i usta, i głos pana Agenora były kłamliwymi echami, zwodniczymi połyskami, przed którymi trzeba ostrzegać młode, niedoświadczone jak moje serce?

O! gdyby tak było, ten świat mojej matki, ten świat, o którym śniłam tak uroczo... byłby..."

— Nie dokończyłam mojej myśli, bo posłyszałam zbliżający się do mnie chód męski. Odjęłam ręce od oczu. Przede mną stał pan Agenor i patrzył na mnie swymi ciemnoszarymi oczami, na których dnie w tej chwili ćmił się wyraz wzruszenia.

— Pani tak smutna i zamyślona! — wyrzekł swoim głębokim głosem, o mistrzowskich modulacjach tonów. Podniosłam na niego wzrok i odrzekłam:

— W tej chwili bawiłam się sama z sobą w tę grę, jaka wczoraj zajmowała nas wszystkich.

Zadawałam sobie różne pytania i w umyśle moim szukałam na nie odpowiedzi.

— I umysł pani odpowiedzi tej dostarczył? — zapytał pan Agenor.

— Niezupełnie — odrzekłam z uśmiechem — umysł mój jest jeszcze słabą dzieciną i na wiele zapytań odpowiedzieć nie umie.

— Wezwij pani mój do pomocy; może w połączeniu powiedzą pani to, o czym chcesz wiedzieć.

Popatrzyłam na niego długo i tak mi się jakoś rzewnie zrobiło, że aż poczułam, że oczy mi zachodzą łzami. Po chwili wyrzekłam:

— Wzywam umysł pana, aby mi odpowiedział: czy młodę ptaszę, przez szczelinę swojej klatki na błękitne niebo i szerokie pola patrzące, może być kiedy szczęśliwe? Dlaczego są na ziemi klatki i zamknięte w nich ptaszęta? Czy to, co pięknym jest na pozór, może być brzydkie w gruncie? Czy wyraz oczu, dźwięk głosu i słowa głosem tym wymawiane bywają kiedy przeciwne temu, co dzieje się w sercu człowieka?

Umilkłam, a pan Agenor patrzył na mnie długo, nie odpowiadając.

Zdawało mi się, że usta jego zadrżały trochę, a na czoło powoli, powoli wypływać zaczęła ta zmarszczka przykra, w której zdawało się gnieździć mnóstwo tajemnic.

W końcu uśmiechnął się dziwnie, spojrzał mi prosto w oczy i wyrzekł z wolna:

— Umysł mój nie odpowie pani na pytania, które mi zadałaś. Myślałaś pani o nich tylko pięć minut, a twarz twoja zbladła; cóż będzie, jeśli nad nimi dłużej myśleć będziesz? Radzę pani, abyś nie zastanawiała się zbyt długo nad pytaniami tymi.

— Jakże można żyć — zawołałam — nie szukając odpowiedzi na pytania, jakie nam własna myśl zadaje? Wszak w odpowiedziach tych leży prawda, a któż prawdę ujrzeć nie pragnie?

— Prawda! — powtórzył pan Agenor, zamyślonym wzrokiem patrząc przed siebie. — Są ludzie na ziemi, którzy spędzają życie w jej poszukiwaniu, ale ci ludzie nie do naszego świata należą. Ludzie ci siadają długimi godzinami z czołem podpartym dłonią i myślą albo po całych nocach czytają książki, w których mędrcy świat wyłożyli, albo borykają się z losem przeciwnym i odnajdują prawdę w boleściach wielkich czy tam w gonitwach za tym, co zwą ideą... My tego wszystkiego nie czynimy...

— A cóż czynimy? — zapytałam.

— Każdy z nas — mówił dalej pan Agenor — w najwcześniejszej młodości miewa parę rycerskich zapałów i sielankowych marzeń o prawdzie. W owej porze, gdyby była po temu sposobność, każdy z nas przywdziać gotów by w jej obronie pancerz stalowy i rzucić rękawicę, choćby samemu zmartwychwstałemu Goliatowi. Ale pora ta trwa krótko. Przychodzi doświadczenie życia, znajomość świata i jego powabów; stalowy pancerz opada z ciała, sielankowe marzenia z głowy wychodzą i z piersi, razem z wydychanym kwasem węglowym; a my poznajemy, że w świecie, w którym nas los postawił, poszukiwanie prawdy nie jest zadaniem życia.

— A wtedy czegoż szukamy? — spytałam jeszcze.

— Wesela, rozkoszy, szczęścia, wszystkiego słowem, co miłe — odpowiedział pan Agenor i nagle zmieniając ton, jakim mówił, pokazał mi przez okno stojące przed gankiem cztery osiodłane wierzchowce i rzekł wesoło:

— Oto na przykład i w tej chwili pani stałaś tu zamyślona, smutna, bawiąc się sama z sobą w grę niebezpieczną poszukiwania prawdy, a tam stoją, do przejażdżki gotowe, osiodłane konie, i mogą natychmiast unieść nas w zachwycającym towarzystwie na zachwycające wzgórza, kędy nad nami będzie świeciło zachwycające słońce, a wkoło nas zaszumią zachwycające jodły.

Zaśmiał się wesoło i ode mnie smutne a poważne pierzchły myśli. Uśmiechnęła się ku mnie przejażdżka konna, ruch, ożywiona rozmowa z panem Agenorem, a gdy włożywszy amazonkę i kapelusik z piórkiem po kilku chwilach wychodziłam na ganek, byłam już zupełnie wesoła i przywiązane do mojej twarzy oczy pana Agenora wyraźnie mi mówiły, że wśród zachwycających wzgórz, zachwycającego słońca i zachwycających jodeł, ja to dla niego byłam najbardziej zachwycającą.

Rozalia stała jeszcze na ganku, gdy siadałam na konia, a pan Agenor podawał mi strzemię.




Rozdział XXVIII

Białej kartce papieru, na której kreślę te wyrazy, przyznaję się pod wielkim sekretem, że zrazu ogromnie lękałam się czarnej Błyskawicy półtureckiej rasy, którą przywiódł na moje usługi do Rodowa masztalerz pana Agenora. Było to zwierzę wybornie ujeżdżone i łagodne jak dziecię, niemniej jednak gdy pierwszy raz posadzono mię na jej grzbiet osiodłany, miałam takie poczucie, jakbym co chwilę spadała na ziemię i zdawało mi się, że Błyskawica tuż, tuż odwróci ku mnie swoją zgrabną, dumną główkę o białej strzałce na czole i pożre mię do połowy lub co najmniej odkąsi rękę. Jeśli jednak te obawy wstrząsały mną do głębi, to najmniejszy ich objaw ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Lękać się bezmyślnego zwierzęcia wydało mi się rzeczą upokarzającą i niegodną wyższej ludzkiej natury; zresztą błyszczące oczy Rozalii tkwiły na mnie z wyrazem ciekawości i badania i pan Agenor tam był i patrzył także, więc wolałabym zostać choćby pożartą lub zabitą przez Błyskawicę, niż pokazać im, że doświadczam najlżejszej obawy. Gdy więc po raz pierwszy cugle z rąk masztalerza przeszły wobec całego towarzystwa stojącego na ganku sama jedna powolnym stępem objeżdżałam dokoła obszerny dziedziniec, serce uderzało mi silnie, ale uśmiechałam się. W piersi mi coś drżało, ale głowę podniosłam śmiało i ręką, której niezmiernym wysiłkiem woli poskramiałam. drżenie, nadałam pewność i śmiałość, gładziłam długą grzywę pięknego stworzenia, które jakby wdzięczne i radośne pieszczotliwie pod mym dotknięciem opuszczało główkę i stąpało równo, niby lękając się silniejszym uderzeniem kopyta o ziemię przestraszyć swą niedoświadczoną amazonkę. Gdy tak okrążywszy dziedziniec z głową podniesioną, z uśmiechem na twarzy i ręką niedbale pieszczącą grzywę mego wierzchowca podjechałam pod ganek, jednogłośne rozległo się brawo. Pan Agenor wołał głośno, że posiadam rycerską odwagę i że gdyby mi tylko na dłoni postawiono sokoła, mogłabym pozować przed malarzem do obrazu średniowiecznej księżniczki; w przywiązanych do mnie błękitnych oczach Franusia czytałam wyraźnie uznanie, że prześlicznie wyglądam na koniu, a Rozalia klasnęła w ręce i wołała, że cieszy się wielce, iż jestem odważną, i że nie może się zdarzyć wypadek, abym spadła z konia i rozbiła moją śliczną głowę o jakiś brzydki kamień przydrożny. Sowicie zostałam wynagrodzona za zwycięstwo, otrzymane nad własną lękliwością, powszechnymi pochwałami i tym, żem już jej więcej nie doświadczała. Jak żołnierz, który drży ze strachu przy pierwszym kul poświście, a potem, zasmakowawszy w dzikiej muzyce wojen, z rycerską odwagą nadstawia piersi na niebezpieczne ciosy, tak ja raz ducha mego podbiwszy pod panowanie woli, nie zadrżałam ni razu, i owszem, szczególną w konnej jeździe poczęłam znajdować przyjemność. Z Błyskawicą poprzyjaźniłam się ściśle, zrozumiałyśmy wzajemnie swe usposobienia; szlachetne zwierzę dawało się jak dziecię powodować nie tylko dłonią moją, ale i głosem, a ja po każdej odbytej przejażdżce pieściłam czule jej karczek wygięty, główkę dumną i grzywę falującą i własną ręką podawałam jej pęki przyniesionej przez stangreta różowej koniczyny.

Gdy więc po owej pamiętnej rozmowie z babką Ludgardą i panem Agenorem puszczaliśmy się we czworo na przejażdżkę po dolinie, byłam już wprawną i odważną amazonką, umiałam rozróżnić stępa, kłusa i galopa, zażywać Błyskawicę w rozmaity sposób, a nawet doświadczałam dziecinnych pochopów do przesadzania rowów lub próbowania sił moich i mego wierzchowca w gonitwie do celu z pięknym i rosłym siwkiem pana Agenora. Stępem przebyliśmy dziedziniec, minęliśmy wspaniałą bramę wjazdową i po chwili mała kawalkata nasza postępowała środkiem doliny, otoczonej wzgórzami i przerżniętej wąską rzeczką. Jechałam pomiędzy Rozalią i Franusiem, pan Agenor kłusował obok kuzynki, ale nie spuszczał prawie oka ze mnie.

Powietrze, ruch, piękność natury, ożywiona rozmowa i tajemne poczucie, że byłam punktem, na którym spoczywały z uwielbieniem dwie pary oczu obecnych tam mężczyzn, wprawiły mię w humor wesoły, nieledwie swawolny.

Z dala od babki Hortensji i jej bawialnej szuflady pozwoliłam sobie zaśmiać się głośno parę razy, wciągnęłam w rozmowę Franusia, powiedziałam, że znajduję, iż dobrze wygląda na koniu, przez co rozweseliłam go, i jechaliśmy, wesoło rozmawiając i śmiejąc się we troje.

Tak, we troje, bo Rozalia uparcie milczała. Przemówiłam do niej parę razy, odpowiedziała monosylabami, a oczy stale miała utkwione w grzywę mego konia, kiedy niekiedy tylko podnosząc je ku obłokom z takim wyrazem, jakby czegoś szukała po niebie. Dziwne to spoglądanie jej w niebo spostrzegałam za każdym razem, gdy znajdywała się na otwartym powietrzu.

Rzec by można, że wtedy obłoki przemawiały do niej jakimś jej tylko zrozumiałym językiem, że gdy miała oczy spuszczone, słuchała ich, a gdy je podnosiła, pytała je o coś. Sądzę, że dla tych, którzy w owej chwili na nas patrzyli, musiałyśmy obie szczególniejsze przedstawiać sprzeciwieństwo. Moja powierzchowność, uczucie moje, wyobraźnia, myśli, rozmowa były podobne do wiosny, tylko co na świat zstępującej, słonecznej, śpiewającej, pełnej nadziei radosnej, kiedy niekiedy tylko zaćmionej obłoczkiem, niosącym zaledwie przypomnienie odległych, za krańcami horyzontu jeszcze kryjących się chmur. Rozalia przypominała sobą cichy skwar dnia letniego, napełnionego elektrycznością burz wiszących czarnymi chmurami i od czasu do czasu przerywających niebo żółtym blaskiem błyskawic. Porównanie to musiał czynić pan Agenor, gdy z niej na mnie przenosił oczy, a znać miło mu było odetchnąć wiośnianą atmosferą, bo gdy patrzył na mnie, twarz jego nabierała wyrazu pogody, a oczy mówiły mi wyraźnie, że uwielbia wiosnę, świeżość jej, śmiech i swobodę. Im więcej i wyraźniej przemawiały w ten sposób oczy pana Agenora, tym posępniejsze cienie zsuwały się na twarz Rozalii, a zarazem tym pokorniej spuszczała ona głowę i tym słodszy uśmiech na jej ustach osiadał.

Nagle, w chwili gdy uniesiona żywością rozmowy roześmiałam się długo i głośno, spojrzała na mnie i ozwała się po raz pierwszy:

— Kuzynko! jakże powolnego i spokojnego masz wierzchowca!

— W istocie — odrzekłam. — Błyskawica jest nieocenioną, głos mój nawet rozumie.

— I któż by mógł być nieposłusznym głosowi pani! — ozwał się pan Agenor.

— Daleko by ci przyjemniej było, kuzynko, gdybyś jechała na bystrzejszym koniu — ciągnęła Rozalia.

— Błyskawica jest pełnym ognia i bystrości zwierzęciem, a staje się łagodną i spokojną pod wpływem ręki panny Wacławy — odparł znowu pan Agenor.

— Wszechmocna to ręka! — zawołała Rozalia — ale pragnęłabym bardzo zobaczyć w Błyskawicy ten ogień, o którym pan mówisz, a w ręku kuzynki tę siłę, jaką pan jej przyznajesz!

To mówiąc, zaśmiała się zwykłym sobie śmiechem, podniosła rękę, szpicruta jej świsnęła w powietrzu i nagłym uderzeniem opadła na szyję mojej Błyskawicy.

Szlachetne zwierzę zadrżało całe pod ciosem tej niezasłużonej obelgi, z nozdrzy jej wydobyło się gniewne parsknięcie, oczy cisnęły ogniem i, uniósłszy od ziemi obie przednie nogi, zdawało się tuż, tuż szalonym skokiem rzucić na zorane obok pola. Potrzebowałam użyć całej mej siły, aby utrzymać się na siodle, ale z rąk wypuściłam cugle i tylko jedną ręką pochwyciłam grzywę pieniącego się konia. W mgnieniu oka Franuś zeskoczył ze swego wierzchowca, pochwycił cugle, które z mych rąk wypadły, i po krótkiej chwili pasowania się z rozgniewanym zwierzęciem zatrzymał je na miejscu. Nie czułam się wcale przestraszoną, spostrzegłam więc bladość, jaka pokryła twarz Franusia w chwili mego niebezpieczeństwa, siłę i odwagę, z jaką powstrzymał rozszalały popęd konia. Gdy Błyskawica powstrzymana i uspokojona stała już na miejscu jak wryta, uderzając tylko jeszcze ziemię kopytem i parskając z lekka, spojrzałam na Rozalię i na pana Agenora. Patrzyli na siebie, a oczy ich dziwną prowadziły rozmowę. We wzroku pana Agenora był wyraźny wyrzut i gniew zaledwie tłumiony, oczy kuzynki ciskały na niego wyzywające błyskawice.

Zwróciłam konia w stronę dworu, a pewna już siebie i zupełnie spokojna, rzekłam:

— Jak widzę, kuzynko, pragnęłaś dowieść, że ręka moja nie jest tak silna, jak się komu zdawać mogło, i że pomimo całej odwagi, z jaką jeżdżę, mogę spaść z konia i rozbić sobie głowę o kamień przydrożny. Przebacz, że nie dostarczyłam ci przyjemności tego widoku, ale jeśli się tak stało, nie twoja to pewno w tym wina.

Gdy wymawiałam te wyrazy, czułam sama, że postać moja niezwykle wyprostowała się, a oczy, utkwione w twarz Rozalii, błyszczały obrazą i żalem. Po czym zawołałam na Błyskawicę i zostawiając za sobą towarzystwo pełnym galopem puściłam się ku dworowi. W piersi mojej po raz pierwszy w życiu czułam wrzenie gniewu, połączonego z obrażoną dumą i rozżaleniem.

Czego żądała ode mnie ta dziwna istota, co niby krewną moją była, a w której każdym słowie, ruchu, postępku widziałam nienawiść? Cóż jej uczyniłam złego? Bóg widział, że szczerze litowałam się nad nią, lubo nie rozumiałam sama, co by tej litości było przyczyną, i że robiłam wszystko, co mogłam, aby ją kochać i w niej dla siebie przyjaźń obudzić. Dlaczegoż była względem mnie tak okrutną, żeby aż chcieć śmierci mojej? Byłam wtedy przekonana, że Rozalia, uderzając bez żadnej przyczyny mego konia, pragnęła, aby mnie uniósł, zrzucił i zabił.

Straszną wydała mi się myśl, że ktoś śmierci mojej pragnie, śmierci dla mnie tak młodej, spragnionej życia, j wolnej od wszelkiej winy względem ludzi.

Myśl tę, jak fosforycznym światłem oświetliło przypomnienie rozmowy, jaką prowadziły z sobą oczy pana Agenora i Rozalii w chwili mego niebezpieczeństwa. Coś niepojętego dla mnie a strasznego z rozmowy tej tryskało, niepojęte też a trwogi pełne uczucie pierś mi zaległo. Posłyszałam za sobą tętent doganiającego mię konia; był to Franuś, który mię dopędzał.

Gdy konie nasze zrównały się, wyciągnęłam do niego rękę i wyrzekłam krótko:

— Dziękuję.

Ton, jakim wymówiłam ten wyraz, musiał być serdeczny, bo radością błysnęła twarz kuzyna.

Obejrzałam się i zobaczyłam z dala Rozalię i pana Agenora, jadących obok siebie. Wydawało mi się, że pan Agenor żywo mówił o czymś do Rozalii z gniewem czy żalem, a ona go słuchała z pokornie schyloną głową.

— Kuzynku — rzekłam oddychając ciężko i z trudnością wstrzymując łzy, co mi się do oczu cisnęły — powiedz mi, czy ci ludzie kochają się, czy nienawidzą?

Smutny uśmiech zawisł na ustach kuzyna.

— Zdaje mi się — odrzekł z wolna — że i jedno, i drugie!

— Boże mój! — zawołałam — jakież to dziwne a straszne tajemnice włóczą się pomiędzy ludźmi niby mary niepojęte i niepochwycone! Jak wiele na świecie dzieje się rzeczy, których zrozumieć nie może serce młode, proste i niedoświadczone! O! powiedz mi, kuzynku, dlaczego świat nie jest tak pogodny jak te obłoki, co wiszą nad nami, a uczucia ludzkie takie ciepłe, światłe i wyraźne jak snopy tego słońca promiennego?

Franuś milczał chwilę ze spuszczoną głową, potem spojrzał na mnie z nieopisanym wyrazem i rzekł:

— Kuzynko, czy widziałaś kiedy, jak wkoło gwiazdy na wieczornym niebie czołgają się pasma chmur ciemnych, z wyziewów ziemskich utworzone? Albo jak na polu wkoło śnieżnej lilii rozkwitłej wije się robactwo, wyszłe z łona ziemi błotnistej? Ty, kuzynko, jesteś gwiazdą, co zaledwie wypłynęła na niebo, lilią tylko co rozkwitłą; wyziewy ziemskich bólów i namiętności, robactwo ziemskich występków otoczą cię; ostrożną bądź, kuzynko droga, bardzo ostrożną!

Nie poznawałam Franusia. Ten odważny młodzieniec, co tak dzielnie borykał się z rozhukanym koniem, byłżeby to ten sam zmięszany i lękliwy chłopak, nie umiejący oprzeć się woli babki Hortensji, wyrażonej kiwnięciem palca? Te usta, smutne i myślące zarazem, co mi w tej chwili dawały przestrogę serdeczną i braterską, byłyżby tymi samymi ustami, które w szufladzie moich babek milczały onieśmielone i pokorne? Biedny Franuś! Podałam mu rękę, a ściskając dłoń jego rzekłam:

— Kuzynku! takiś młody jeszcze! Skąd wiesz o tych chmarach i robactwie, co oblegają gwiazdę i lilię i przed którymi strzec się powinnam?

Zamiast odpowiedzi utopił w mej twarzy spojrzenie prawdziwie młodzieńcze, gdzieś na dnie drżące żalem niewypowiedzianym.

W tej chwili wjeżdżaliśmy w bramę dziedzińca; zobaczyłam stojącą na ganku moją matkę.

Zeskoczyłam z konia, rzuciłam się w jej objęcia i szepnęłam na ucho:

— Mamo droga! wróćmy co prędzej do domu!

— Moja matka odsunęła mię nieco od siebie, badawczo w twarz popatrzyła, a musiała wyczytać na niej wzburzenie, które mię przepełniało, bo chmura zawisła na jej czole. Nie zapytała mię jednak o nic, tylko wiodąc pieszczoną dłoń po mym rozpalonym policzku odrzekła:

— Dobrze, moja droga! sama już myślałam o powrocie do domu... Odjedziemy stąd jutro.

Tak ruchliwym i zmiennym we wrażeniach swych było w owej porze me serce, że zgodzenie się na moją prośbę matki i zapowiedź odjazdu, o który sama przed chwilą prosiłam, zasmuciły mię. Więc jutro już rozstanę się z panem Agenorem? Jutro rozejdziemy się i nie wiem, kiedy przyjedzie do nas, i nie wiem, kiedy zobaczę to jego mądre a dowcipne spojrzenie, które mi się tak podobało, i posłyszę jego mowę, pryskającą iskrami, zmienną i stubarwną jak kameleon, która tak silnie działała na mą wyobraźnię wprawiając ją na jawie w półsenne marzenie? ... Pożałowałam słów, wyrzeczonych przed chwilą do matki, i zamyślona, w jeden punkt wpatrzona, stałam na ganku z rękami obwisłymi na sukni. Żal mój zwiększył się, gdy pan Agenor, zeskoczywszy z konia, zbliżył się do mnie i w wymownych słowach, a z wymowniejszym jeszcze wyrazem oczu opowiadał mi cały przestrach, jakiego doświadczył w czasie chwilowego buntu Błyskawicy, tak szczęśliwie powściągniętego przez Franusia.

— Zazdroszczę kuzynowi pani — dokończył — szczęścia, jakie posiadł oddając dziś pani przysługę. Cóż robić! Jechał bliżej pani, a gdyby niebezpieczeństwo potrwało jeszcze sekundę, byłbym się rzucił pod stopy Błyskawicy, choćbym wiedział, że zostanę zabity przez nią na miejscu.

Mówił to z taką prawdą w wyrazie twarzy i tak niewypowiedzianie tkliwą modulacją głosu, że wdzięczna prawie byłam w tej chwili Rozalii, iż postawiła mię w położeniu, które dało mi poznać gotowość poświęcenia się dla mnie pana Agenora. Przy tym widziałam wyraźnie, że jeśli postępkiem swoim chciała mię upokorzyć w oczach młodego sąsiada i uwagę jego odwrócić ode mnie na siebie, nie dopięła celu, bo pan Agenor nigdy nie był dla mnie tak grzecznym i nadskakującym, jak po owym wypadku.

Zza grzeczności jego wyraźniej nawet niż kiedy przebijała się ta nieokreślona lotna woń uwielbienia i półsłówkami lub spojrzeniami objawionego uczucia, którą porównywałam do wytwornej salonowej perfumy, a która wprawiała mię w upojenie i w stan podobny do słodkiego drzemania.

Uwagi te zabiły we mnie od razu gniew i obrazę, jaką zrazu uczułam względem kuzynki; owszem, pożałowałam ją szczerze, widząc, że usiadła sama jedna w kąciku salonu, z postawą bardziej jeszcze pokorną niż zwykle. Kilka razy podnosiła na mnie oczy i wnet je spuszczała, jakby pod wpływem wstydu, a po ustach jej błąkał się widoczny wyraz cierpienia. Pomyślałam, iż niedobrze by z mej strony było, gdybym czekała, aż pierwsza do mnie się zbliży, i upokarzała ją jeszcze bardziej okazywaniem urazy. Sądziłam wreszcie, że gdy po przykrym zajściu podam jej pierwsza rękę, pogodzę ją może z sobą i zdobędę serce, które dla niezrozumiałych mi przyczyn tak uparcie odwracało się ode mnie. Usiadłam więc przy niej, milcząc objęłam ramieniem jej kibić i serdecznie pocałowałam ją w policzek. Zwróciła ku mnie twarz zdziwioną, ale zarazem zdało mi się, że w pałających jej oczach zamigotał po raz pierwszy wyraz rozczulenia. Pochwyciła obie moje ręce i ścisnęła je silnie w swoich:

— Kuzynko! — wyrzekła cichym szeptem — przebacz... przebacz...

Pierś jej podniosła się wysoko, usta zadrżały, łzy nabiegły do oczu. Ale było to mgnienie oka tylko; nagle łzy zniknęły pod powiekami, niby wysuszone ogniem palącym się w źrenicach, brwi zakreśliły harde łuki, a w sprzeczności z nimi powieki schyliły się z wyrazem pokory.

— Kuzynko! — zawołała — wszak nie sądzisz, abym umyślnie uderzyła szpicrutą twego konia? O! powiedz mi, wszak tak nie sądzisz? Byłabym w rozpaczy, gdybyś mię o podobny posądziła postępek...

— Róziu! — przerwałam — czy postępek twój był umyślny lub nieumyślny, zapomniałam o nim. Wszak mogłaś rozgniewać się na mnie, unieść się... Może powiedziałam cokolwiek, co ci się nie podobało... Są charaktery, które nie mają dość mocy, aby zapanować nad swym uniesieniem... Zapomnijmy o tym i zostańmy dobrymi przyjaciółkami!

— Przyjaciółkami! — zawołała Rozalia, z pokornym a właściwym sobie gestem składając ręce. — O, Waciu! co wyrzekłaś? I cóż ja jestem wobec ciebie? ja, uboga dziewczyna, w ubogiej sukni, z zaniedbanym wychowaniem, wobec ciebie, panny bogatej, strojnej, świetnie wychowanej, tak powszechnie chwalonej i admirowanej! Cóż ja jestem wobec ciebie? O, powiedz, proszę! robaczek świętojański wobec gwiazdy; na piędź od ziemi nie odrosła licha trawka wobec wyniosłego kwiatu! Znam moją niską pozycję, kuzynko, i wiem, że nie mogę porównać się z tobą ani przyjaciółką twoją zostać nie jestem godna!

Przykre wrażenie sprawiały na mnie te słowa; stłumiłam je jednak w sobie i z litością niemal patrząc na kuzynkę spróbowałam wyrzec raz jeszcze:

— A jednak, Róziu, gdybyś chciała zostać moją przyjaciółką, może byśmy się zrozumiały, może byśmy się pokochały.

Obrzuciła mię całą wejrzeniem, z którego strzeliły najrozmaitsze uczucia, a z ust jej szybko, jakby żadnym wysiłkiem woli nie powstrzymane, gwałtowne a ostre wypadły słowa:

— To niepodobna! ...

Westchnęłam i odeszłam. Rozalia pozostała w swym kątku z czołem marmurowo spokojnym, nieruchoma, milcząca, z oczami utkwionymi w posadzkę i rękami splecionymi na sukni.

Pan Agenor opowiadał w tej chwili towarzystwu jedną z licznych przygód swoich podróży, ubarwiał ją poezją, zaiskrzał dowcipem, zaostrzał nagłymi sarkazmami, które wychodziły z ust jego wtedy, gdy najmniej były spodziewane.

Zasłuchałam się w jego rozmowie, zapatrzyłam się na pełną życia jego fizjonomią, zapomniałam o upornej a nieprzejednanej kuzynce, o niedawnym z nią zajściu, o wszystkich przykrych wrażeniach dnia upłynionego, a myślałam tylko o tym, że nazajutrz nie będę już widziała ani słyszała pana Agenora. Myślałam o tym z żalem.

W parę godzin potem w sypialnej mojej szufladce siedziałam śród ciszy nocnej przy otwartym na ogród oknie i czułam, że na miejscu zmarłego, skromnego kwiatka sympatii mojej dla Franusia, jaki wiozłam z sobą jadąc do Rodowa, wywiozę rozkwitły inny kwiat, barwniejszy, świetniejszy, wynioślejszy. Miałam tylko poczucie, że kwiat ten rozkwitał nie w sercu moim, a w głowie, i że miał uderzającą woń perfumy, od której głowa mi pałała i skronie pulsowały jak po oczadzeniu. Chwilami przy wspomnieniu o dziwnych spojrzeniach, jakie pan Agenor rzucał niekiedy na Rozalię, i o przykrej zmarszczce, która występowała mu czasem na czoło, niemiłe mię przejmowało uczucie.

Wtedy w uszach brzmiały tajemnicze słowa babki Ludgardy:

"Ostrożnie, dziecko, ostrożnie!"

Nie chciałam ich słuchać i z rozkoszą powtarzałam sobie w myśli dowcipne uwagi pana Agenora, szybkie a dziwnie zręczne zwroty jego mowy, upajające półsłówka, jakimi mię obdarzał, albo zachwycałam się jego znajomością świata, licznymi podróżami, z których przywiózł tyle wspomnień o bulwarach paryskich, niebie włoskim i pełnych niebezpieczeństw a dzikiej poezji polowaniach na lwy afrykańskie...

Aby móc tak poznać Paryż, trzeba być człowiekiem światowym; aby uwielbiać piękności południowej natury, trzeba mieć duszę do poetycznych uniesień zdolną; aby zabijać lwy na pustyniach, trzeba posiadać męski hart i odwagę! Myślałam i tonęłam w zachwycie nad światowością, poetycznością, hartem i odwagą pana Agenora.

Chwilami zdawało mi się, że od wysokiego nieba, na które patrzyłam, wraz z szumem jodeł ciemnych dochodził mię głos mówiący:

"Nie ufaj połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego! ..."

Byłżeby to ojciec mój, co mi przez przestrzeń słał tę przestrogę? Czy może w ten sposób do serca mego przemawiał Bóg królujący nad gwiazdami, którego myśl przez życie całe uczył się rozumieć mój ojciec?

Dzień szarawy tajemniczym światłem wsuwał się do ogrodowych alei; zza ciemnej zieleni przeglądał zaróżowiony wschodzącym słońcem brzeżek horyzontu, gdy uklękłam przed oknem i modlić się chciałam. Chciałam się modlić, ale niestety nie mogłam! Rozhukana i rozmarzona zarazem myśl moja buntowała się przeciw słowom modlitwy, jakie wymawiały me usta. Dusza moja rwała się ku niebu, ale podnieść się znad ziemi nie mogła. Czyliż tak silnie ujęły już ją w uścisk te połyski świata, przed którymi ostrzegał mię głos tajemniczy, spod nocnego płynący sklepienia? Zmęczona, rozmarzona, z bolącą głową i pulsującymi skrońmi, udałam się na spoczynek, a usypiając słyszałam, jak budziło się ptastwo w gęstwinach ogrodu, witając dzień radosnym świergotem i trzepotem skrzydeł, swobodnie wznoszących się ku słońcu.




Rozdział XXIX

Nareszcie opuszczaliśmy Rodów. Zgrabna karetka nasza wytoczyła się za bramę dziedzińca wraz ze staroświeckim koczem państwa Rudolfów, który przed laty musiał być pięknym i kosztownym, ale dziś przypominał tylko dawny dostatek i nie wygasłą dotąd chęć błyszczenia pani Rudolfowej. Pan Agenor towarzyszył nam konno.

O parę wiorst od dworu powozy nasze stanęły na rozstajnej drodze, a matka moja i pani Rudolfowa wychyliły się z nich, aby ostatecznie się pożegnać.

— A pan w którą udasz się stronę? — spytała wujenka pana Agenora.

Zawahał się chwilę, potem odpowiedział z ukłonem:

— Mam zamiar odwiedzić dziś jeden z sąsiednich domów pani Matyldy; jeśli więc otrzymam na to pozwolenie, będę ją eskortował aż do bramy jej dworu.

Rozalia trzymała oczy utkwione w twarz jego i milczała.

— Słusznie pan uczynisz — odpowiedziała pani Rudolfowa pokazując wszystkie zęby — my z Rózią jedziemy w towarzystwie Rudolfa, posiadamy więc w podróży męską opiekę męża i ojca...

Słowa te, a bardziej jeszcze sposób, jakim były wymówione, sprawił zagłębienie się fałdu na czole mojej matki; usta jej jednak uśmiechnęły się tylko dumnie, jakby gardziły odpowiadaniem na złośliwą uwagę.

I znowu przejeżdżaliśmy piękną a urozmaiconą okolicą; pan Agenor jechał obok portiery i rozmawiał z nami. W połowie drogi wskazał ręką na prawo i rzekł patrząc na mnie:

— Racz pani rzucić okiem na skromne ściany mego domostwa.

Spojrzałam w kierunku, jaki wskazywał, i zobaczyłam położony w oddali, ale bardzo wyraźnie widzialny pałacyk, którego lekkie a wyniosłe ściany pięknie rysowały się na tle pogodnego nieba. Zgrabna wieżyczka strzelała ponad szczyty drzew otaczających, a promienie słoneczne padały z góry na dach z pąsowej blachy i snopami iskier odskakiwały od zwierciadlanych szyb gotyckich okien. Przypomniałam sobie rozmowę, jaką miałam z moją matką jadąc do Rodowa, i mimo woli pomyślałam:

"Byłożby to właśnie miejsce, na którym zatrzyma się wóz moich przeznaczeń?"

Na tę myśl serce nie uderzyło mi trwogą ni nadzieją, tylko w głowie zaszumiało i w piersi tęskno zrobiło się jakoś.

Gdy tak myślałam, powóz nasz mijał dwór starożytny a rozległy, na którym już i wprzódy z ciekawością chwil kilka spoczywały moje oczy. Zamiast modnego i leciuchnego pałacyku pana Agenora stał tam jeden z tych starych obecnie, modrzewiowych domów, które przenoszą wyobraźnię w odległe czasy, przypominając dawną prostotę, dawne bogactwo i dawną gościnność.

Dom ten o kilkunastu frontowych oknach, postawiony na wzgórzu, panował nad okolicą; poza nim nieruchoma i szeroko rozłożona stała ściana gęstej zieleni ogrodów, tak widać jak i dom starych, a wkoło wrzał ruch niezmierny, jakiego nigdzie więcej w okolicy nie spostrzegłam. Na poblisko płynącej rzece huczały i pieniły się koła wodnego młynu; dalej stukały młoty i zgrzytały piły mnóstwa ludzi podnoszących świeże jakieś budowle; po równinie toczyło się ku dworowi kilkadziesiąt chłopskich wozów i przejeżdżało się na koniach kilku ludzi w szarych surdutach, znać doglądając dokonywających się na równinie robót. Na tle tego ruchu spokojnie i poważnie stał dom modrzewiowy, a światłe, wielkie jego okna zdawały się oddychać ciszą i z zamyśleniem spoglądać na rozścielającą się u stóp jego równinę.

— Do kogo należy dwór ten, tak spokojny, a pełny życia, tak prosty, a tak bogato wyglądający zarazem? — spytałam pana Agenora.

— Jest to dwór hrabiego Witolda — odpowiedział.

A ja przypomniałam sobie ową o hrabi Witoldzie rozmowę przy stole, która przed tygodniem tak żywo zajęła moją wyobraźnię.

— Czy pan znasz hrabiego Witolda? — spytałam.

— Z widzenia — odpowiedział pan Agenor z pewną, jak mi się zdawało, obojętnością w głosie.

Powóz nasz powoli wjeżdżał na wzgórze, przeciwległe temu, na jakim stał dwór modrzewiowy.

Mogłam więc przypatrzyć się dobrze ożywionemu widokowi, jaki przedstawiał.

Przed bramą naszego domu pan Agenor, pomimo grzecznych zaprosin mojej matki, wymówił się powinnością odwiedzenia jednego z sąsiadów i pożegnał nas, rzuciwszy wprzódy na mnie wymowne spojrzenie i zaniósłszy do mojej matki prośbę o pozwolenie jak najprędszego wstąpienia w nasze progi.




Rozdział XXX

Zaczęło się tedy oddawanie wizyt w sąsiedztwie. A było ich wiele, bo matka moja pragnęła poznajomić mnie z całym towarzystwem, wśród którego żyła. Wyjeżdżałyśmy więc parę razy na tydzień, czasem codziennie, po czym naturalnie otrzymywałyśmy wzajemne odwiedziny, tak iż życie przechodziło mi w ciągłym ruchu i gwarze. Mnóstwo coraz nowych postaci i twarzy przesuwało się przed oczami, nie miałam czasu rozejrzeć się we własnych myślach i poczuciach i zdawało mi się, że byłam unoszona bystrą jakąś falą ku coraz nowym miejscom, pomiędzy coraz nowych ludzi, a wszędzie wszyscy z przyjemnością spoglądali na piękne nasze powozy, gustowne urządzenie pokojów, strojne suknie, w jakie byłyśmy ubrane, i chór pochwał spływał na nasze głowy, i roje grzeczności spadały pod nasze stopy, a żadnym sposobem odróżnić nie mogłam, czy były one wyłącznie naszą własnością, czy też tych akcesorii, którymiśmy błyszczały. I tylko czasem, gdy zostawałam sama jedna w mojej sypialni, z białym światłem nocnej lampy ślizgającym się po ścianach, czułam, że mgliste dymy jakieś napełniały mi głowę, owijały myśl coraz gęstszymi kłębami i długo musiałam mocować się z nimi, zanim udało mi się słabe w nich rozedrzeć otwory i okiem trzeźwego ducha spojrzeć przez nie na to, co mię otaczało.

Wtedy przede mną przesuwali się rzędem ludzie poznani, a twarze ich były różne: smutne lub znudzone, złośliwe lub szyderskie, fałszywie uśmiechnięte lub mglisto patrzące, a mało, bardzo mało między nimi spokojnych, otwartych, z pogodą szczęścia i niezmąconego ducha na czole.

Na każdą prawie z tych twarzy wydobywał się brzydki robak, jaki toczył piersi, spędzała go despotyczna dłoń zwyczaju i przyzwoitości, niemniej jednak szare lub ogniste jego kręgi wyglądały zza maski, szpecąc jej oblicze...

Otwierałam okno mojej sypialni i gwiazd nocnego nieba pytałam: dlaczego tak było? i błagałam je, aby sprawiły, iżby myliły się oczy moje, iżbym dusze ludzkie i twarze ludzkie tak piękne i niepokalane widzieć mogła, jak śniłam je w półdziecięcych mych o świecie marzeniach!

I czasem gwiazdy przemawiały do mnie z łagodną pociechą zwąc mię słabym dziecięciem, którego niedoświadczenie i życie nowe w obłęd i chaos niezrozumiały wprowadza, lecz czasem powlekały je chmury i grzmiał od nich głos straszliwy, w którym słyszałam przepowiednię, iż pękną wkrótce kryształowe ściany pałacu ułudy, a ja zostanę stojąca pośród ogrodu, w którym kwiaty pomarły, smutna, śród smutnych chwastów i badyli...

Były dnie, w których czułam się radością, życiem jakby upojoną; przychodziły inne, wtrącające mię w zamęt zdziwienia, pełnego zagadek, dziwnych dum prowadzących do serca trwogę...

Poznawałam młode panny, którym jak mnie życie schodziło pomiędzy zwierciadłem a salonem.

Panny te pośród ludzi wydawały się wesołe i ożywione; zmieniały twarz, gdy sądziły, że nikt nie patrzył na nie... zdawało mi się, że wtedy na lica ich wypełzał z piersi robak znudzenia, zniechęcenia, czasem goryczy i smutku...

Poznawałam młodych ludzi, którzy błyszczeli złotymi łańcuchy i brelokami i konwencjonalne mieli uśmiechy; grzeczne ich ukłony i grzeczniejsze jeszcze komplementa zdawały się być zamówione, uszyte i zakupione u tego samego krawca, co sporządzał ich modne tużurki.

Po czołach ich przemykała myśl wyższa, oczy błyskały zapałem; ale mijała sekunda, a czoło się pochylało i źrenice stawały się martwe. I widywałam nieraz zamiast dojrzałych pań, zasiadające na zaszczytnych miejscach ich towarzyskie pozycje. Pozycje te prawiły sobie grzeczności, uśmiechały się czule i ściskały sobie wzajemnie ręce z przyjaźnią, a osoby, będące ich widomymi znakami, patrzyły na siebie z ukosa i miały zjadliwe usta niby ukąszenia żądne...

A wszystko to jednak, lubo zagadkowe i mgliste, posiadało pewną woń upajającą, która czarowała zmysły, pociągała ku sobie nieprzepartą siłą atrakcji.

W łonie całego tego tłumu i gwaru drżało obietnic mnóstwo; pozory wesela i szczęścia paliły się migotaną grą barw niezliczonych; błyszczące drobnostki łączyły się w jedno ognisko i gorzały jak słońce; tajone uczucia i namiętności wyziewały z siebie tchnienie, od którego piersi podnosiły się szybszym oddechem, a oczy pragnęły zamknąć się, aby marzyć snem gorączkowym.

Straszna, ale cudownie urocza była zagadka tego świata, o której rozwiązanie błagałam gwiazd, błyszczących nad rozpaloną moją głową. Słychać w niej było rwanie się ku innym światom, walczenie i zamieranie serc mnóstwa, szamotanie się i omdlewanie myśli, jęki ducha, tłumionego ciasnymi ścianami formy, tragiczne śpiewy, zakończone wybuchami śmiechu, i śmiechy, z których łzy sypały się niby grad. Nie rozumiałam tego świata, ale go przeczuwałam.

Serce moje ściskała trwoga, ale wyobraźnia rwała się ku niemu, jak rwie się motyl ku chwiejnemu świecy płomykowi. Byłam gotowa wiele razy oparzyć skrzydła moje przy płomieniu świata i wiele razy rzucić się znowu w jego objęcia.

Rozbudzona fantazja podsycała moją ciekawość, a serce gnało dalej i dalej, bo na dnie wszystkich zagadek i tajemnic pragnęło znaleźć i odgadnąć tajemnicę szczęścia...

Szczęście! zdawało mi się, że je widziałam w oczach, słyszałam w głosie pana Agenora.

Bo jeśli w posępnych ścianach domu moich babek i z posępniejszym jeszcze cieniem Rozalii obok siebie korzystne na mnie wywołał wrażenie, o ileż ponętniejszym i czarowniejszym powstał we własnej mej wyobraźni, gdy śród ciszy nocnej, sam na sam z sobą i blaskami lampy albo śród powodzi słonecznego światła i klombów kwiatów pełnych, myślałam o nim.

Gdy myślałam o nim, znikały bez śladu wszystkie obawy, przeczucia i wątpliwości. Wiarą dziecięcą i dziewiczą poezją stroiłam jego postać. Uznawałam, że posiada wszystkie cnoty i zalety ulubionego mego bohatera z powieści i wiele innych jeszcze. Byłam pewna, że jest szlachetny, mężny, wspaniałomyślny, mądry. Wyobrażałam go czasem w postawie rycerza, przyodzianego w zbroję, idącego walczyć za rzeczy święte; a czasem widziałam go pasterzem, siedzącym nad brzegiem strumyka i splatającym wieniec z polnych kwiatów dla mnie.

Lubiłam także przedstawiać go sobie, jak w salonie olśniewał wszystkich dowcipem i czarował dźwiękiem głosu. A im więcej myślałam o nim w samotności, tym więcej przybywało mu cnót i powabów. Krew uderzała mi do głowy, gdy przyjeżdżał, wychodziłam spłoniona cała, ale nie traciłam przy nim śmiałości, i owszem, nigdy nie bywałam tak ożywioną i dowcipną, jak gdy rozmawiał ze mną; z nikim takiej jak z nim nie umiałam prowadzić szermierki słów, pryskających iskrami niewymuszonego dowcipu. I dziwna rzecz! Za każdym razem, gdy go widziałam, zdawało mi się, że jest pewien rozstrój między nim a jego obrazem, jaki wśród samotności podnosił się w mej wyobraźni. W czym by leżał ten rozstrój, nie wiedziałam; czułam tylko, że pan Agenor rzeczywisty nie był zupełnie takim jak Agenor wymarzony. Pierwszemu niedostawało czegoś, co posiadał drugi; w drugim było czegoś mniej niż w pierwszym. Czułam wtedy jakąś kłótnię zmysłów mych z moim duchem. Oczy widziały co innego, a co innego ukazywała fantazja.

Z tej sprzeczności wypływał niekiedy smutek i opadał mi na serce. Spostrzegał to może pan Agenor, bo zbliżał się wtedy do mnie i tak jakoś patrzył, i tak mówił, i taki wyraz miała twarz jego, że stawał się znowu podobny do swego obrazu wymalowanego przez wyobraźnię moją; a gdy odjeżdżał, jam znowu marzyła o nim przy bladym świetle lampy nocnej, owijałam tkaniną z promieni słonecznych, zdejmowałam z nieba gwiazdy i kładłam mu je na czoło...

Ale tak myśląc i tak marząc o panu Agenorze, ani razu nie położyłam ręki na sercu i najtajniejszej głębi mej myśli nie rzuciłam pytania:

"Czy kocham go?"

Ani wątpiłam, że tak było. Płonić się na czyjś widok gorącym rumieńcem, czuć zawrót głowy przy dźwięku czyjegoś głosu, znajdować kogoś miłym, pięknym, dowcipnym, przyodziewać go w wyobraźni wszystkimi cnotami legendowych bohaterów i całą poezją sielankowych pasterzy, nie znaczyłoż to... kochać? Ani wątpiłam o tym; że byłam pod wpływem miłości dla pana Agenora, wielkiej, szalonej, gotowej do wszelkich ofiar, jaką bywała miłość bohaterek czytanych przeze mnie powieści. Lubiłam niekiedy porównywać się w myśli do tych bohaterek. Kiedy jechałam konno pomiędzy rozłogami pól, otaczającymi drogę, patrzyłam w stronę, w której było mieszkanie pana Agenora, i ptaków przelatujących nad moją głową pytałam, czy go widziały. Kiedy księżyc w pełni wypływał na niebo, a ja wlepiałam wzrok w jego srebrną tarczę, myślałam, że pan Agenor również jak ja i w tej samej chwili patrzy na świetną gwiazdę nocną i że w sercu jej zbiegają się promienie naszych oczu. Nigdy nie byłam tak skłonną do upoetyzowania najprozaiczniejszych wypadków życia jak wtedy.

Wyobrażałam sobie, iż koniecznie w piękny jakiś wieczór letni, przy słońca zachodzie zostanę w czasie przejażdżki uniesiona moim wierzchowcem, który przez wzgórza i lasy nieść mię będzie ku strasznej jakiejś przepaści, i że wtedy zza leśnej gęstwiny wypadnie pan Agenor i mężną a silną ręką uratuje mię od nieuchronnej zguby. Mijało wprawdzie wiele zachodów słońca i wiele odbyłam przejażdżek, a romantyczna nie zdarzała się awantura. Parę razy, jadąc przez las, posłyszałam za sobą przyśpieszony tętent konia i krew mi uderzyła do głowy.

Byłam pewna, że zobaczę niespodzianie zjawiającego się pana Agenora w fantastycznym myśliwskim lub rycerskim stroju. Niestety! gdy odwróciłam głowę, spostrzegłam prostego chłopaka z pobliskiej wioski, cwałującego oklep i boso na chudej i zdyszanej szkapie. Innym znów razem, gdy późno w nocy siedziałam przy otwartym na ogród oknie mojej sypialni i pełną piersią oddychałam powietrzem lipcowej nocy, usłyszałam w ogrodowych zaroślach szelest stłumiony. W uszach mi zaszumiało i pociemniało w oczach. Jak błyskawica przebiegła mi przez głowę myśl, że może to pan Agenor, dręczony tęsknotą za mną, zakradł się do naszego ogrodu, patrzy z gęstwiny na moje oświetlone okno i na powiewie wiatru przesyła mi westchnienia miłości. Wszakże nieraz czytałam o podobnych rzeczach w romansach.

Z wytężonym wzrokiem i twarzą płonącą siedziałam nieruchoma, patrząc na punkt ogrodu, w którym ozwał się szelest, i po chwili spostrzegłam, jak poruszyły się gałęzie krzewów, a spośród nich łopocąc rozpiętymi skrzydłami podniosła się sowa i poleciała pomiędzy lipy stare.

Nie zrażałam się jednak tym dziwnym spotykaniem się fantazji mojej z rzeczywistością i snułam dalej nić marzeń. Słyszałam nieraz ubolewających nad tym, że minęła pora, w której dziewice, siedząc u kominkowego ognia, przędły len na kołowrotku; otóż zdaje mi się, że i teraz zajmują się one tą samą czynnością, tylko że kominkowy ogień zastąpiło zwierciadło, a zamiast nici lnianych przędą one pasma marzeń i widzeń fantastycznych na wartkim kołowrotku własnej wyobraźni. I zaiste, cóż innego czynić mają? Cóż innego czynić miałam, jak gdy jako jedyny grunt, na którym miało roztaczać się życie moje, wskazano mi woskowaną posadzkę salonu; jedyny świat dostępny zakreślono przede mną sztachetami otaczającymi ogród; za jedyną pracę dano krosienka z rozpiętą kanwą i kilka, w pąsowy safian oprawnych, romansów i podróży francuskich.

W godzinach upływających pomiędzy wizytami i rewizytami czytałam romanse, wyszukując w ich bohaterach podobieństw do pana Agenora, a potem wyszywałam na kanwie poduszkę dla babci Hortensji. Ale malowane kwiaty na deseniu nie podbijały mojej myśli, myliłam się w rachowaniu krzyżyków i dobieraniu barw włóczki i często pod ręką moją róże rodziły się zielone, a liście różowe. Wtedy przychodziła garderobiana Zosia i poprawiała robotę, a gdy przyjeżdżały sąsiadki, oglądały krosienka ustawione przed oknem salonu i podziwiały moją pracowitość. Mnie jednak rumieniły te pochwały, bo przywodziły mi na pamięć w dzieciństwie usłyszane wyrazy ojca, że człowiek, który pracuje, rozumie myśl Boga! A jam czuła, że wyszywając na kanwie nie postąpiłam ni na krok ku zrozumieniu tej wielkiej myśli...

Pojechałyśmy z matką do państwa Rudolfów, nie ażeby nam bardzo uśmiechały się te odwiedziny, ale że były koniecznymi dla zachowania światowej przyzwoitości. Szczególne wrażenie uczyniło na mnie mieszkanie wujostwa. Dwór to był obszerny, widocznie zamożny kiedyś, a nawet bogaty; ale dziś z każdego jego kąta wydobywała się ruina. Murowane słupy, mające zdobić sztachety, opadały z tynku i świeciły czerwoną nagą cegłą; dom obszerny, o suterynach i balkonach, wspartych na lekkiej kolumnadzie, miał dziury w dachu i wschody połamane, po których trzeba było stąpać ze wszelką ostrożnością. Na dziedzińcu pozostał tylko ślad szerokich i graconych znać dróg, wiodących od bramy do podjazdu; na zaniedbanej i bujnymi chwastami porosłej murawie pasły się stada gęsi i kaczek, a przed oknami o ściany domu ocierały się stworzenia o nie wymawianym w salonie imieniu.

Wewnątrz domu minione bogactwo sprzeczało się również z obecnym upadkiem. Na każdym kroku czuć tam było łataninę i zapobieganie, na tle których boleśnie prawie odbijała pretensja do pokazania czegoś, czego już nie było. Pomiędzy tym otoczeniem zobaczyłam znowu Rozalię, a zuchwała jej pokora i wulkaniczny spokój rzuciły mi się znowu w oczy.

Spostrzegłam jednak w twarzy jej coś, czego nie widziałam wprzódy. Były to pomiędzy cieniami ślizgające się promienie, dobre uczucie jakieś, wychodzące z piersi i błyszczące w oczach nie udaną słodyczą. Zmiany te szybkie jak mgnienie oka, ale dostrzegalne zachodziły w Rozalii wtedy, gdy spoglądała na swe młodsze rodzeństwo, które otaczało ją nieustannie i garnęło się do niej daleko więcej niż do matki. Nie widziałam, aby pieściła dzieci lub przemawiała do nich pieszczotliwie, a jednak widocznym było, że panowała nad ich sercami.

Spojrzenie jej spotykało się często na jasnowłosych ich głowach ze spojrzeniem pana Rudolfa.

Był to, zdaje się, jedyny punkt, na którym schodziły się i łączyły serca ojca i córki. Tylko że w oczach pierwszego malowała się większa jeszcze niż zwykle boleść, połączona z upokorzeniem, które wraz powieki ku ziemi chyliło; we wzroku drugiej migotała troskliwość i niby gorączkowa jakaś obawa. Pani Rudolfowa, w stroju odbijającym pretensjonalnością od surowej wełnianej sukni najstarszej córki, siedziała na kanapie częstując moją matkę uśmiechami i konfiturami, podawanymi na wyszczerbionych spodkach przez lokaja ubranego w mocno wytarty surdut i wyglądającego bardzo na parobka.

Mimo woli pomyślałam, iż stosowniejszym do otoczenia traktamentem byłyby proste jakie niekosztowne owoce, a mniej śmieszną usługą wiejska, czysto ubrana dziewka. Ale wujenka nie miała znać siły wyrzec się konfitur i lokaja, dwóch przedmiotów, które zwyczaj wskazywał uważać za konieczne warunki przyzwoitości.

W godzinę dopiero po przyjeździe naszym wbiegła do bawialnego pokoju młodsza siostra Rozalii, szesnastoletnia Madzia. Podobna była do Rozalii bardzo, tylko twarz miała pogodną i otwartą, swobodny uśmiech na ustach i poranne wesele we wszystkich ruchach. Ubrana była w prostą, ale czystą perkalikową sukienkę, z białym fartuszkiem i krótkimi rękawkami, które ukazywały ramiona i ręce opalone, z wyraźnymi śladami pracy.

Pani Rudolfowa zarumieniła się na jej widok, a gdy . dziewczę przywitało się już z nami, rzekła:

— Gdzieżeś to była, Madziu? czemu nie pośpieszyłaś powitać ciotkę i kuzynkę?

— O, pilno mi było ujrzeć ciocię i poznać kuzynkę Wacławę — odpowiedziała rumieniąc się Madzia — ale musiałam pierwej dokończyć upieczenia ciasta do herbaty, boby się było popsuło.

Silniejszy rumieniec wytrysnął na śniadą twarz wujenki.

— Moje dziecko! — zawołała — po cóż ci było to robić? Wszakże kucharz...

— Moja matko! — przerwała Rozalia — wiesz dobrze, że ja to nakłaniam Madzię do prac gospodarczych...

Wujenka nic nie odpowiedziała. Znać było, że Rozalia wywierała i na nią wpływ przeważny.

W środku wieczora Madzia zniknęła znowu z pokoju.

— Gdzie jest Madzia? — spytał ktoś z obecnych.

— Posłałam ją do spiżarni, aby wydała jutrzejszą prowizję dla czeladzi — odpowiedziała Rozalia.

Wujenka wzruszyła ramionami, wyraźnie zmieszana i zawstydzona:

— Jest to kaprys Rózi... — wyjąkała.

— Moja matko! — ozwała się wnet Rozalia — czy doprawdy znajdujesz, że kaprys tylko każe mi przyzwyczajać Madzię do zajęć domowych i do zamiłowania w pracy? Czy doprawdy tak znajdujesz? Ja bym sądziła, że to nie kaprys, ale doświadczenie...

Wujenka zamilkała znowu, a pan Rudolf podniósł wzrok i utkwił go w córce z wyrazem, jak mi się zdawało, wdzięczności. Rozalia widziała to spojrzenie, ale nie odpowiedziała żadną tkliwszą oznaką. Nie widziałam, aby się kiedy zbliżyła do niego, a gdy zwracała ku niemu mowę, dźwięk jej głosu nabierał ostrzejszych tonów, a powieki głębiej zapuszczały się na oczy, jakby nie chciała, aby najmniejszy promień pociechy lub miłości upadł z nich na szlachetnie zarysowane, ale dziwnymi bruzdy poorane czoło ojca. Wróciwszy ze spiżarni z pękiem kluczów u paska, Madzia mówiła do mnie:

— Rózia nauczyła mię szyć bieliznę i suknie i odtąd sama sporządzam ubrania dla siebie i rodzeństwa. Doglądam też pralni i folwarku i w kuchni nierzadko bywam, mianowicie gdy spodziewamy się gości i trzeba coś lepszego do stołu sporządzić...

— Mama życzyła sobie — szczebiotało dalej wesołe dziewczę — abym uczyła się po francusku i grać na fortepianie, ale Rózia sprzeciwiła się temu i powiedziała, że daleko lepiej będzie, jeśli nauczę się szyć, gotować, doglądać gospodarstwa, bo jej samej język francuski i muzyka na nic się przydały, odkąd ojciec stracił cały prawie fundusz...

Tu urwała nagle i zarumieniła się mocno, jakby spostrzegła, że wygadała się z czymś, o czym nie powinna była mówić. Spojrzała na ojca, coś dziwnego zamigotało w jej pogodnych oczach, rzuciła się ku niemu z gwałtownością dziecka i ucałowała obie jego ręce. W bladych źrenicach pana Rudolfa błysnęły iskry, przycisnął głowę córki do piersi. Rozalia zwróciła się nagle do mojej matki, jakby nie chciała lub obawiała się widzieć pieszczotę młodszej siostry z ojcem.

Obejście się jej ze mną było takie same jak w Rodowie. Z ust jej ani razu nie wyszło imię pana Agenora. Wujenka tylko parę razy wspomniała o nim, przy czym ruchliwe jej oczy utkwiły się we mnie z uśmiechem.

Opuściłam dom wujostwa z ciężkim sercem i głową pytań pełną. Jak widma niedostatku wyłażące z kątów kłóciły się z przedrzeźnionymi oznakami bogactwa, tak i serca mieszkańców domu tego zdawały się składać akord fałszywy z wyskakującymi zewsząd ostrymi tonami.

Żona tam nie była żoną, córka nie była córką. Jakaś przepaść nieprzebyta leżała widocznie między upokorzonym ojcem a zbuntowanym dzieckiem. Kto ją wykopał? Kto oponą wstydzącej się siebie nędzy okrył ten dwór bogaty niegdyś? Kto rzucił bolesny dramat w życie tej rodziny, dziś tak rozstrojonej? Czyja ręka wymalowała ten obraz zrujnowanego domu, pełnego zrujnowanych egzystencji, o którym nie mogłam myśleć bez tajemnego drżenia. A jednak po tle tego i innego dramatu przemykały świetlane promienie, pomiędzy gruzami zdruzgotanych cegieł i dachów kwitły kwiaty pociechy. Do piersi upokorzonego ojca rodziny tuliło głowę dziewczę niewinne, posępne oczy Rozalii migotały pięknym blaskiem spoglądając na świeże lica młodszego rodzeństwa. Raziły mię te przeciwności otchłani z niebem. Nie znałam jeszcze wówczas tej prawdy życiowej, że nigdy nie ma w zupełności ni nieba, ni piekła.

Pośród najgłębszych cieni odkryjesz zawsze choć słaby promyk światłości, na jasnym tle musi się choć jedna wlec chmurka szara. Człowiek nie może być absolutnym złem ani absolutnym dobrem; może się tylko zbliżać do jednego lub drugiego, a zawsze z jednego czy z drugiego zostanie mu by malutka cząstka. W tej wiecznej mieszaninie leży dramat życia, zagadka czynów i prawda ducha ludzkiego.

Nie umiałam jeszcze wtedy zdawać sobie sprawy z psychologicznych na ludziach spostrzeżeń i myślałam tylko, że pan Rudolf musiał być koniecznie kiedyś szlachetnym i dumnym człowiekiem, Rozalia wierzącą i dobrą dziewicą. Czytałam to na wyniosłym czole i w myślących źrenicach pierwszego, widziałam to w miłości dla młodszego rodzeństwa drugiej.

Cóż więc uczyniło pana Rudolfa chmurnym i upokorzonym, a wlało w Rozalię ową zuchwałą pokorę i zjadliwą słodycz, która tak dotkliwie dała mi się poznać nieraz?

Tu przyszły mi na pamięć słowa słyszane niegdyś od matki:

"Świat i jego zwyczaje... życie i jego konieczności..."

Przykre wrażenie, jakie wyniosłam z domu państwa Rudolfów, zatarło się zupełnie nazajutrz w czasie odwiedzin u nas pani S., córek jej i syna.

Z pannami S. byłam już ściśle sprzyjaźniona, mianowicie z Emilką. Miały one brata, starszego od nich o lat kilka, a który powierzchownością swą dziwnie przywodził mi na myśl ślimaka, najwstrętniejsze dla mnie stworzenie. Chudy, żółtoblady, z długą twarzą i włosami niepewnego koloru, miał zwyczaj nosić ubranie w szare jakieś poprzeczne pręgi, które bardziej jeszcze zwiększały podobieństwo jego do ślimaka. Flegmatyk, niezmiernie powoli mówiący, ożywiał się zawsze w moim towarzystwie tak, że wąskie i blade usta jego stawały się zdolne aż dwa wyrazy wypowiedzieć i dwa razy uśmiechnąć się przez przeciąg jednego kwadransa, co, jak mówiono, było u niego niesłychaną osobliwością. Za każdym podobnym wysiłkiem wymowy, wpatrywał się we mnie długo i upornie znad szafirowych okularów, które, nie wiem dlaczego, nosił, chcąc bowiem czemukolwiek uważniej przypatrzyć się wydobywał z nich zawsze, jak mógł, swoje blado-żółte oczy. Małomówność ta i flegma młodego pana S. nie pochodziły, jak mi się zdawało z ograniczoności umysłowej, bo wyraz twarzy jego i oczu był dość myślący, tylko przykry jakiś, zimny, zamknięty w sobie, a niekiedy migocący złośliwością, wnet tajoną i pochłanianą. Zaraz przy pierwszej bytności w domu pani S. uderzył mię stosunek pana Henryka do sióstr. Zupełnie inaczej przedstawiałam sobie uczucia i stosunek rodzeństwa. Wprawdzie była tam zachowana wszelka przyzwoitość, ale ścisła tylko przyzwoitość bez najmniejszej iskierki przywiązania, owszem, z pewną domieszką złośliwości ze strony brata, a nieśmiałości ze strony sióstr.

— Mało przestajemy z Henrykiem — mówiła mi raz Emilka — on tak zajęty gospodarstwem.

— Objął zarząd majątku zaraz po śmierci ojca — dodała Zenona — nigdy się nie wydala z domu, nie trzyma oficjalistów i do tego stopnia jest zawziętym gospodarzem, że nawet do spiżarni zagląda często i gderze na pannę apteczkową, gdy za wiele cukru lub mąki w domu wychodzi.

— A mama wasza czy nic nie ma przeciw wtrącaniu się pana Henryka do kobiecego gospodarstwa? — spytałam.

Emilka dziwnie się uśmiechnęła.

— Mama Henrykowi nic za złe mieć nie może — odrzekła — od dzieciństwa kochała go i pieściła niezmiernie i daleko więcej jak nas...

Smutne to było zeznanie i smutek drżał w głosie, którym było uczynione.

Gdzie indziej w sąsiedztwie słyszałam, jak śmiano się z pana Henryka nazywając go skąpcem i liczy krupą. Doszło też do moich uszu parę zarzutów uczynionych jego rzetelności w interesach pieniężnych.

Powiadano, że był nad miarę chciwy, i dziwiono się, że wadę tę posiada tak młody człowiek.

— Dostał ją w spadku po ojcu — uczynił ktoś uwagę i dodał:

— Zobaczycie państwo, że skrzywdzi siostry i da i bardzo niewielkie posagi.

W istocie, pomimo blasku, jakim świetniał dom pan S, córki jej nie uchodziły za bogate panny i dobre partie; powiadano, że dotąd żadna z nich nie miała ani jednego . konkurenta.

Uważałam u pana Henryka dziwny sposób poruszania rękami, którego używał często jakby instynktownie lub z przyzwyczajenia. Ruchem tym palce jego roztwierały się szeroko i wnet mocno się zaciskały, niby chwytając w powietrzu niewidzialny jakiś przedmiot i ściskając go w dłoni. Widocznym to było szczególniej wtedy, gdy wyciągał po coś rękę albo gdy się zamyślił.

W ostatnim razie otwieranie się i zaciskanie palców następowało po sobie z taką szybkością, jakby było dziełem ukrytych sprężyn. Bądź co bądź, pan Henryk nigdy nie bywał tak wymownym, jak gdy rozmawiał ze mną, i w nikogo nie wpatrywał się z taką uwagą, zsuwając okulary aż na środek długiego nosa. W sąsiedztwie zaczynano mówić, że się we mnie rozkochał i że myśli starać się o moją rękę. W istocie przyjeżdżał do nas dość często, a nawet raz przywiózł mi piękny bukiet, czemu wydziwić się nie mogły jego siostry mówiąc ze śmiechem, że jako żywo nie widziały w bracie podobnej względem kogokolwiek galanterii.

Śmieszyła mię niewypowiedzianie myśl, że gdybym chciała, mogłabym zostać żoną ślimaka.

Myśl tę wypowiedziałam raz mojej matce. Uśmiechnęła się, ale potem skinęła parę razy głową i rzekła z namysłem:

— A jednak pan S. jest dobrą partią.

Było to właśnie przy stole i jadłyśmy wety; parsknęłam głośnym śmiechem i zawołałam:

— O, moja mamo! nie oddałabym za tę dobrą partię tego pięknego ananasa ani nawet cząstki tej gruszki, którą zajadam.

Na widok mojej wesołości twarz matki jaśniała zawsze pogodą i zadowoleniem. Powiodła i teraz ręką po moich włosach i rzekła:

— Bo ty, dziecko, na gwiaździe jeszcze wysokiej jeździsz i z niej na ziemię patrzysz!

— To prawda — odpowiedziałam — ale też i nie mam wcale ochoty zstępować z niej na ziemię.

Czoło mojej matki zachmurzyło się, długo patrzyła na mnie. W oczach jej czytałam myśl: abyś tylko, zamiast zstąpić, spaść nie musiała!

Gdy po owej wizycie u państwa Rudolfostwa rodzina S. przybyła do nas w odwiedziny i gdym z przyjaciółkami mymi wybiegła do ogrodu, Emilka szepnęła mi pomiędzy dwoma uściśnieniami:

— Czy wiesz, co mówią o tobie w sąsiedztwie? Że wychodzisz za mąż. Zgadnij za kogo?

Zarumieniłam się po uszy i zamknęłam Emilce usta pocałunkiem.

— No, zgadnij! zgadnij! — wołała ze śmiechem, drażniąc się ze mną.

— Za pana Agenora! — zawołała na koniec Zenona ulitowawszy się może nad moim zmieszaniem.

Rumieńce uderzyły mi do twarzy.

— I po cóż się rumienisz? — rzekła całując mię Emilka — to świetna partia!

— Dlaboga! — zawołałam — nie mówcież mi przynajmniej o partii.

— No, taki to, widzisz, zwyczaj — rzekła serio już Zenona — że gdy się mówi o jakim mariażu, to się ma naprzód wzgląd na partię; nie idzie za tym, aby i serce nie grało roli...

Zaczęłam wymawiać się, że pogłoski były fałszywe.

— Pan Agenor stara się o ciebie, to rzecz wiadoma i uznana — prawiła Emilka — odniosłaś zwycięstwo nad niepokonanym dotąd przez nikogo lwem naszej prowincji. Nie słyszałam nigdy, aby się kimkolwiek zajmował. Powiadano wprawdzie, że starał się kiedyś o Rozalię, ale jakoś się to rozchwiało...

Poczułam nagłe ukłucie w serce.

— Starał się o Rozalię? — powtórzyłam prawie machinalnie.

— Stara to historia — odpowiedziała Emilka — byłyśmy jeszcze dziećmi, gdy się to działo, i trochę tylko zasłyszałyśmy o czymś podobnym. Powiadają, że Rozalia i dziś nim zajęta, ale... może to plotki...

Smutno mi się jakoś zrobiło i straszno.

Zamyślenie, w jakie wpadłam, przerwało mi nagłe pytanie Emilki.

— Powiedz mi, Waciu, co się dzieje z twoim kuzynem, panem Franciszkiem?

Przy tych słowach oczy jej, wlepione w moją twarz, zaświeciły niezwykle. Nie pamiętam już, co jej odpowiedziałam, ale po chwili spotrzegłam, że z kolei Emilka zadumała się i szła obok mnie ze schyloną głową, jakby czego szukała w trawie.

W środku wieczora Zenona rzekła do mnie:

— Szczęśliwa istoto! wyjdziesz wkrótce za mąż, zostaniesz panią swego domu i nie będziesz się nudziła. O, gdyby tylko ktokolwiek postarał się o moją rękę, zaraz bym za niego poszła.

— Jak to? — zawołałam — poszłabyś za pierwszego lepszego, choćby za człowieka, którego byś nie kochała?

— Z pewnością, byle zostać już raz swobodną i zobaczyć choć kawałeczek innego jakiego świata jak nasza okolica.

— Co do mnie — ozwała się Emilka — choć nudzę się też w domu śmiertelnie, nie zdecydowałabym się nigdy wyjść za człowieka, którego bym nie kochała. Ot, wiecie co? prędzej bym do klasztoru wstąpiła.

Zaśmiałyśmy się obie, ale Emilka nie śmiała się.

— I dlaczegoż tak śmiejecie się z tego, co powiedziałam? — wyrzekła serio — mnie ta myśl często do głowy przychodzi. Prawda, że w klasztorze smutno, ale i na świecie czyliż nie ma smutków różnych? W klasztorze niewola, ale czyż i na świecie jej nie ma?

— Nie można zaprzeczyć, że to myśl romantyczna — także zupełnie serio zaczęła Zenona — czytałam nieraz o klasztorach i zrozpaczonych bohaterkach romansów, które zostają zakonnicami.

Nie jest to bez uroku. Przedstawcie sobie długie, sklepione korytarze, oświetlone w nocy bladą, gdzieś w głębi drżącą lampą; chóralne śpiewy, rozlegające się wśród ciszy grobowej w posępnych murach kościoła; dzwonki, odzywające się z regularnością zegaru niby pogrzebowa muzyka przygrywająca skonowi każdej godziny; blade twarze zakonnic, półokryte czarnym welonem i mknące na tle murów okrytych pleśnią starożytności!

Wszystko to przecie niezwykłe, poetyczne, romantyczne, fantastyczne, a w każdym razie inne jakieś niż nasze woskowane posadzki, morowe obicia ze złoconymi szlaczkami na ścianach i klawisze fortepianów, których sam widok przerażenie we mnie wzbudza. Wiesz co, Emilko? nie dziwię się wcale twej myśli wstąpienia do klasztoru, zawsze to jakaś rozmaitość i niezwyczajność.

Gdy Zenia wygłaszała tę tyradę, ja uśmiechałam się, a gdy skończyła, rzekłam:

— Czy wiesz, Zeniu, że miałam na pensji koleżankę, która wychylała ocet szklankami, aby, jak mówiła, co prędzej umrzeć; ale gdy raz głowa ją zabolała, zlękła się śmiertelnie i odtąd ani patrzeć na ocet nie chciała.

— I cóż stąd?

— To, że twoje marzenie o klasztorze jest bardzo podobne do marzeń mojej koleżanki o śmierci...

— Jak to?

— Tak, że koleżanka moja nie chciała uczyć się i nic nie robiła, nudziła się zatem, a w dodatku była egzaltowaną...

— Rozumiem teraz! — zawołała Zenia i zaśmiałyśmy się wszystkie serdecznie.

W tej chwili zbliżył się do mnie pan Henryk i patrząc na mnie znad okularów w przeciągu pięciu minut wymówił prośbę, abym raczyła zagrać. Prośbę tę zresztą słyszałam zawsze i wszędzie. Każda gospodyni domu i każdy młody człowiek mieli sobie za obowiązek prosić o muzykę panny, o której wiedzieli, że grać umiała. Odbywało się to z punktualnością, nie dopuszczającą żadnego uchybienia. A gdy tak molestowana panna siadała do fortepianu i grać zaczęła, ogólna uwaga towarzyszyła jej stale przez pierwsze trzy takty, po czym zaczynały się rozmowy ciche i coraz głośniejsze, i zupełnie głośne na koniec, a kończyło się tym, że artystka traciła stopniowo całe swe audytorium. Niekiedy tylko, jakim wypadkiem zamieszany do towarzystwa meloman słuchał ją do końca, przytulony w kącie, albo konkurent miał sobie za powinność pozostać nieruchomie naprzeciw grającej, sentymentalnie patrząc na nią w milczeniu i myśląc o niebieskich migdałach albo o innych wcale dźwiękach jak fortepianowe.

Gdy nareszcie panna grać przestawała, ze wszech stron dawały się słyszeć oklaski i pochwały z takim zapałem dawane, jakby obecni ani jednej nutki nie uronili z odegranej kompozycji i jakby muzyka była nieodzowną potrzebą ich życia i nieopisanym ich serc zachwytem. Uważałam zawsze, że tylko owi rzadcy wielce melomani, owe białe kruki, z uwagą i w kącie salonu słuchający muzyki, skąpi bywali w oklaski i pochwały, a czasem taką mieli minę, jakby połknęli dobry haust octu albo zjedli całą łyżkę musztardy.

Kiedy pan Henryk, wierny salonowym tradycjom, poprosił mię o muzykę, nie mogłam odmówić prośbie mego uznanego przez całą okolicę adoratora; przy tym będąc dobrze wychowaną panną nie czułam się w prawie rozmijania się z jednym z kardynalnych praw, zapisanych w statucie zwyczajów: usiadłam przy fortepianie i grałam.

Niestety! nie grałam już moich dawnych drogich sonat Beethovena ani Mendelssohna— Bartholdy, bo od dawna się przekonałam, że sprawiają one na towarzystwie skutek maku, zsuwającego słodki sen na powieki. Wspaniale za to wygrywałam porywające arie włoskie i rozgłośniej brzmiące walce lub mazury. Toteż z klawiszów nie wychodziły jak dawniej roje myśli nowych i nie zostawiały po sobie w mej głowie świetnych szlaków gwiaździstych. Palce moje biegały po klawiaturze ku ukazaniu obecnym wprawy, jaką posiadałam, a odrywając mię od towarzystwa, pomagały mi marzyć.

Na prośbę pana Henryka grałam jakiegoś długiego walca, a wpół namiętne, wpół skoczne jego tony uniosły myśl moją daleko. Na falach muzyki popłynęła ona nad polami i lasami, a spod błękitnego nieba spuściła się nad pąsowy dach stojącego śród rozłogu pałacyku.

Zawisła nad nim i patrzyła, jak na balkonie stał ktoś, ktoś blady i wysoki, o wielkich szarych oczach i długich angielskich faworytach, przecierał chusteczką szkiełko lornetki i.. . myślał o mnie.




Rozdział XXXI

Lato zbliżało się ku końcowi, pierwsze dni sierpnia nadeszły, skwarne, z iskrzatym sklepieniem nieba i ze śpiewami żniwiarzy. Pan Agenor coraz częściej bywał u nas i ani jednej już w sąsiedztwie nie było osoby, która by nie posiadała pewności, iż lada dzień otrzyma mniej więcej w podobny sposób sformułowany bilet:

Pani X. zaprasza państwa X. na ślub córki swej Wacławy, mający odbyć się dnia X. w kościele X., z panem Agenorem W.

Matka moja otrzymywała już zawczasu powinszowania czułych sąsiadek, składane w formie miodowej, z której mimo ich woli wyciekała na zewnątrz żółć; ja dręczona i zachwycona bywałam zarazem żartobliwymi prześladowaniami towarzyszek. Jedne z nich przyrzekały być mi druhnami, inne marzyły już o toaletach, w jakich ukażą się na mym weselu.

Zenia mi mówiła:

— Uproszę mamy, aby mi pozwoliła pojechać z tobą za granicę, bo ani wątpić, że pan Agenor zaraz cię po ślubie do Paryża powiezie.

Oczy Emilki coraz serdeczniej patrzyły na mnie, a były już najserdeczniejsze, gdy spoglądały na twarz Franusia, coraz bledszą, coraz więcej głębokim zachodzącą smutkiem.

— On ciebie kocha! — szepnęła mi raz cichutko na ucho.

Zaparłam się żywo wszelkiego podobnego przypuszczenia, choć w gruncie byłam przekonaną o jego prawdziwości. Biedny kuzynek nie był jednak natarczywy w okazywaniu mi swego przywiązania i swego smutku. Przyjeżdżał do nas rzadko, coraz rzadziej, i zadowalniał się zupełnie, na pozór przynajmniej, przyjacielską ze mną pogadanką. Co tam się działo w głębi jego cichego i nieśmiałego serca, nie zastanawiałam się nad tym bardzo.

Byłam cała tak zajęta myślą o panu Agenorze, iż każda inna myśl coraz mniej miała przystępu do mojej głowy.

Niekiedy nawet pragnęłam podrażnić się z kuzynkiem. Wtedy sama nie wiem, jakim sposobem i całkiem bez zastanowienia rzucałam na niego bardziej przeciągłe niż zwykle spojrzenie albo dłużej i żywiej z nim rozmawiałam. Za każdym razem blada twarz Franusia rozpromieniała się i oczy jego błękitniały jak niezabudki; ale gdy potem wracając do moich ciągłych w owej porze marze oddalałam się od niego lub nagle się zamyślałam, zamyślał się także i stawał bardzo smutny. Natenczas Emilka, jeśli była obecną, zbliżała się do niego i uważałam parę razy, że głos, jakim doń przemawiała, bardziej był dźwięczny i miękki niż zwykle, a smutek Franusia jak w zwierciadle odbijał się w jej twarzy.

Jeden tylko pan Henryk zdawał się powątpiewać o prawdziwości pogłosek krążących po okolicy. Stawał się przy mnie coraz mówniejszy, coraz niżej zsuwał na nos okulary, aby na mnie patrzyć; gdy grałam, opierał się naprzeciw mnie o fortepian i z wlepionymi we mnie oczami wysłuchiwał aż do końca mojej muzyki, tak jak to mieli zwyczaj czynić wszyscy, jakich kiedy widziałam, konkurenci. Emilka ze śmiechem mi opowiadała, że brat jej od pewnego czasu bywał tak roztargniony, iż parę razy dopuścił się pomyłek w dodawaniu cyfr na gospodarskich regestach i od miesiąca ani razu nie kontrolował panny apteczkowej z ilości wydanych krup i cukru. Bądź co bądź był on podobno jedynym człowiekiem, który zdawał się odtrącać od siebie mniemanie, że pan Agenor stara się o mnie i że wkrótce zostanę jego żoną. Mniemanie to było zupełną pewnością dla całej okolicy, niemniej jednak nie miało jeszcze żadnych rzeczywistych i widocznych podstaw. Pan Agenor nie oświadczał się, a nawet niekiedy postępowanie jego było tak dziwne, iż można by przypuścić, że nie zamierza uczynić tego wkrótce.

Bywały tygodnie, w których co dzień niemal dzielne jego gniadosze i zgrabny kabriolet zatrzymywały się przed naszym gankiem; bywały inne, w których nie widziałyśmy go ni razu.

Niekiedy, znajdując się ze mną, nie odstępował mię prawie na krok, osypywał mię gradem jemu tylko właściwych spojrzeń, rozlewał wkoło mnie w obfitości ową woń upajającą, która tchnęła z półsłówek jego, zawierających całe tomy uczuciowej treści. Czasem, przeciwnie, stawał się zimny, zamknięty w sobie, milczący, a wtedy na czole jego leżała owa zmarszczka tajemnicza, której nie lubiłam, bo zdawało mi się, że kryła w sobie coś niedocieczonego a nieprzyjaznego dla mnie.

Było to jakieś wahanie się dziwne, niby niepewność siebie, zadziwiająca w tak wytrawnym i śmiałym człowieku. Można było w niej widzieć trwogę kochającego serca, które obawia się wymówić ostateczne słowo, aby nie . usłyszeć zabójczego dlań wyroku, lub też walkę dwóch sprzecznych uczuć, kłócących się w piersi i targających każde w inną stronę. Jam w chwiejności serdecznych oznak pana Agenora widziała pierwszą. Przydługa czasem jego nieobecność posługiwała tym lepiej mojej wyobraźni do przystrajania go w szaty ideału, a chwilowe oziębiania się i zapadania w zadumę brałam za nieśmiałość względem mnie lub rozmarzenie. Ale matka moja z innej znać strony na tę rzecz patrzyła, bo spostrzegałam niekiedy w jej twarzy wyraz niepokoju, a gdy widziała mię z panem Agenorem, zatrzymywała na nim wzrok swój tak, jakby pragnęła z całej siły w głąb duszy mu zajrzeć.

Od babki Hortensji przybywali coraz częstsi posłańcy z tajemniczymi listami, których matka moja nie pokazywała mi nigdy, ale po których odczytaniu fałdy zagłębiały się na jej czole, a w oczach grał niepokój.

Pewnego dnia na koniec wtoczyła się na dziedziniec ciężka sześciokonna kareta, sążnisty lokaj w czarnej ze srebrem liberii zsiadł z kozła i podał ramię wysiadającej z powozu babce Hortensji.

Matka moja powitała przybyłą z przywiązaniem i właściwym sobie wdziękiem, ale zarazem i z tą godnością, której zdawała się strzec pilnie w obejściu się swym z ciotką. Babka Hortensja, wyprostowana jak zwykle, z szeleszczącym ogonem u sukni i srebrnymi loczkami z każdej strony koronkowego czepca, usiadła na kanapie, ujęła obie moje ręce i kilka sekund wpatrywała się we mnie z uwagą. Potem w zimnych i surowych jej oczach pokazało się na chwilkę coś jakby zadowolenie i zwracając się do mojej matki wyrzekła:

— Wacława wypiękniała.

Matka moja uśmiechnęła się na to tak, jak tylko szczęśliwe matki uśmiechać się mogą, ale babka Hortensja wypuściła z dłoni moje ręce, wyprostowała się bardziej jeszcze i rzekła dość oschle:

— Nie pojmuję, Matyldo, dlaczego pan Agenor nie oświadczył się jeszcze o Wacławę? Przyjechałam, aby rozmówić się z tobą o tym.

Zmieszały mię niewypowiedzianie te słowa i co prędzej wybiegłam z salonu, aby ukryć rumieńce, które biły do twarzy, łzy, co się cisnęły do oczu, a przy tym nie przeszkadzać rozmowie, której musiałam być celem.

Z pół godziny przebiegałam aleje ogrodu mocno wzruszona, a gdy wracając stanęłam na progu salonu, posłyszałam, jak babka Hortensja mówiła:

— Taki jest mój projekt, Matyldo, i niezwłocznie przyprowadzę go do skutku. Trzeba, aby on zobaczył Wacławę w całym blasku jej piękności, aby tą oznaką przychylności mej dla was upewnił się co do moich względem Wacławy intencji.

Moja matka poniosła do ust rękę swej ciotki. Ja zaś zapałałam ciekawością dowiedzenia się, o co chodziło. Wkrótce ciekawość moja zadowoloną została.

Matka moja rzekła do mnie:

— Babcia Hortensja jest tak dobra, że chcąc, abyś się zabawiła i ukazała w świecie, wyda w Rodowie wielką tańcującą zabawę.

Serce poskoczyło mi z radości. Po raz pierwszy w życiu pochwyciłam obie ręce babki i ucałowałam je gorąco. Wąskie i suche jej usta po raz pierwszy także dotknęły mego czoła.

Była to łaska, jaką, oprócz pani Rudolfowej, nie widziałam, aby babka Hortensja okazała komukolwiek.

Po chwili matka moja zapytała o babkę Ludgardę.

— Została w domu. Nie mogła rozstać się ze swymi kanarkami — odrzekła ozięble.

Po obiedzie lokaj przyniósł koszyczek pełen białej bawełny, a długie białe palce mojej babki rozpoczęły wyrabianie frywolitków. Zajęta swoją ulubioną robotą podnosiła wzrok niekiedy i patrzyła na mnie uważnie. Widocznie jednak nie miała mi nic do zarzucenia.




Rozdział XXXII

W parę dni potem zjechało się do nas niespodzianie ze dwadzieścia osób z sąsiedztwa, pomiędzy którymi było kilka panien i kilku młodych ludzi. Po herbacie matka moja usiadła do fortepianu i zagrała kadryla. Pan Agenor, który dnia tego gorąco mi asystował, zaprosił mię do tańca, a vis— a— vis stanął Franuś z Emilką. Po kadrylu nastąpił walc, potem polka i mazur; ośm par młodzieży ochoczo tańczyły i improwizowana zabawa wybornie się udawała.

Spośród panien Zenia S. najbardziej ożywioną była. Nie odstępował ją na krok prawie jeden z młodych sąsiadów, świeżo przybyły do okolicy, pan Michał C. Tego pana Michała po raz pierwszy widziałam wówczas; nie powiem, aby widok jego zbyt korzystne uczynił na mnie wrażenie. Był to mężczyzna lat trzydziestu, wysoki, barczysty, z głową za małą w stosunku do wzrostu i pokrytą rudawym włosem, z okrągłymi rumianymi policzkami, niskim czołem i wydętymi wargami, półosłoniętymi rudawym, rzadkim wąsikiem. Wyraz twarzy jego okazywał pewną dobroduszność, dość pociesznie złączoną z odcieniem pretensjonalności malującej się w układzie; bladobłękitne oczy patrzyły poczciwie i otwarcie, ale zarazem mętnie jakoś... niby głupowato.

Przyjechał do nas pięknym powozikiem, założonym czwórką rosłych siwków, w nowiuteńkiej uprzęży, ze służbą w dość gustownej, nowiuteńkiej także, liberii. Wszystko zresztą u niego wyglądało nowiuteńko. Powóz zdawał się być wczoraj kupionym w fabryce, uprząż wczoraj wyszła od rymarza, lokaj wczoraj godzonym i przyjętym, frak i kamizelka wczoraj uszyte przez krawca, ręce wczoraj zapoznane z rękawiczkami. Cała wreszcie osoba pana Michała była nowiuteńka w naszym kółku. Powiadano, że po raz pierwszy wchodził w towarzystwo zwane "wyższym", bo ojciec jego zebrał sobie fundusz na ekonomowaniu w wielkich jakichś dobrach i nowiuteńko nabył dla jedynaka obszerny majątek w naszych stronach, w którym on nowiuteńko osiadłszy szukał sobie stosunków, przez które mógłby nabyć praw obywatelstwa w obcym sobie dotąd świecie.

Patrzyłam na niego i na Zenię, gdy tańczyli z sobą kadryla; wydało mi się, że rażąco wyglądali obok siebie. Na pierwszy rzut oka sprzeczność tę trudno było dojrzeć, bo Zenia nie była też ładną; policzki miała tak jak i on zanadto trochę rumiane i włosy także niepewnego koloru. Ale po bliższym przyjrzeniu się w oczach jej dawało się spostrzegać coś, czego w jego oczach nie było: był to jakby błysk gorącego, lubo powstrzymywanego formami, życia i dowcipu, których całkiem pozbawione były bladawe źrenice pana Michała. Przy tym układ jej, wszystkie ruchy i gęsta były ściśle salonowe i bardzo dystyngowane, w czasie gdy pan Michał wyglądał jak selenita, z nagła przeniesiony z księżyca na ziemię i uczący się dopiero stawiać kroki po gruncie nie znanej sobie planety. A jednak Zenia zdawała się być zachwyconą asystencją barczystego sąsiada, który rozmawiając z nią modelował się wyraźnie na wzór innych obecnych młodych ludzi, przez co przybierał niesłychanie pretensjonalne i wymuszone pozy, tworzące pocieszny kontrast z dobrodusznością odbijającą się na twarzy i niezgrabnością rąk, wprawiających go nieustannie w kłopot niewymowny.

W połowie wieczora, gdy tańce ustały na chwilę i roznoszono lody, panowie wyszli do sali jadalnej dla wypalenia cygara, może i swobodnej pogadanki; w bawialnym salonie na kanapie siedziały same poważne panie, a ja poprowadziłam dla wytchnięcia towarzyszki do moich osobnych pokoików. Zmęczone tańcem, z rozpłomienionymi policzkami zasiadłyśmy na paliowych sofkach mego gabinetu. Jedne z nas ochładzały się jedząc lody, inne powiewały wachlarzami, a wszystkieśmy były wesołe i przestąpiwszy próg salonu z dala od oczu starszych osób i mężczyzn czułyśmy, jakoby opadły z nas niewidzialne więzy. Ruchy stały się swobodniejsze, śmiech głośniejszy, jak to zwykle bywa w kole młodych rówieśniczek. Przez kilka chwil trwało zachwycanie się ogólne mymi ładnymi pokoikami, przeglądanie cacek toaletowych i ilustracji rozrzuconych po stołach. W końcu, chcąc do najwyższego już stopnia podnieść dobry humor gości, rzekłam:

— Cieszcie się, panie! za parę tygodni będziemy miały w okolicy wielką tańcującą zabawę.

— Gdzie to? gdzie? — zawołało kilka głosów ciekawie.

— Będziemy tańczyły w szufladzie — powtórzyłam.

— W szufladzie? co to jest, Wacławo? mów jaśniej — zapytano ze śmiechem.

— To jest — ciągnęłam — w salonie moich babek.

— Doprawdy? w Rodowie? — zawołano chórem.

Nadzieja świetnej zabawy wielce ucieszyła wszystkie te serca, bijące z młodym ogniem pod strojnymi sukniami.

— I skądże pani Hortensji przyszła do głowy myśl o wydaniu u siebie balu? — spytała jedna z towarzyszek.

— Kochana babcia pragnie, abym się zabawiła i po raz pierwszy ukazała się w licznym zebraniu — odpowiedziałam z pewną dumą, bo pochlebiała mi wielce myśl, że dla mojej to przyjemności ma być urządzona świetna zabawa.

— Szczęśliwa Wacława! zaledwie ukazała się w świecie, już jej nadskakują, wydają dla niej bale, starają się o jej rękę... — rzekła Zenia, która z cechującą ją zwykle żywością chodziła po pokoju powiewając wachlarzem.

— Starają się! i któż jeszcze się stara! ... — zapytała inna panna.

— Ach! i kto jeszcze! Niezwyciężony lew prowincji, najświetniejsza konstelacja męskiego rodzaju na horyzoncie naszym...

— Piękny, świetny, mądry pan Agenor! ...

Wszystko to mówione było ze śmiechem.

— Moje drogie... proszę was... — zaczęłam jąkając się i ze wzmagającym się rumieńcem, ale nie dokończyłam, bo oczy moje, jakby pociągnięte niewidzialną jakąś siłą, która na nie wpływ wywierała, zwróciły się w kąt pokoju i spotkały parę czarnych, palących, wlepionych w twarz moją oczów.

Nad oczami tymi rysowały się brwi czarne, pod nimi pąsowiały dumne wargi, uśmiechnięte słodko i pokornie. Była to Rozalia, która usiadła w zaciemnionym nieco kącie pokoju, jakby pragnęła co najwięcej ukryć twarz swoją od wszystkich oczu albo obawiała się, aby jej ciemna wełniana suknia nie dotknęła jedwabnych lub przezroczystych a kosztownych strojów towarzyszek.

Patrzyła na twarz moją upiornie, a po chwili ozwała się:

— Przyznacie też, moje panie, że to szczęście Wacławy, nad którym się unosicie, jest zupełnie zasłużone i słusznie dostało się jej w udziale. Nieprawdaż, że tak jest? O! jestem pewna, że nie inaczej jesteście przekonane; bo czyliż ciocia Matylda dóbr obszernych nie posiada, a babka Hortensja znacznych kapitałów? Wacława zaś czyliż nie jest jedyną córką pierwszej, a przewidzianą drugiej spadkobierczynią?

Wszystkie oczy zwróciły się na mówiącą. Spostrzegłam, że dwie lub trzy towarzyszki moje, z którymi byłam ściślej sprzyjaźniona, zdawały się być niezadowolnione i jakby obrażone wyrzeczonymi przez Rozalię słowami.

— Moja Róziu — odpowiedziała z nich jedna — najzupełniej zgadzamy się z tobą, że Wacława zasługuje na to szczęście, które ją przy pierwszym wstępie w świat spotyka, ale zdaje mi się, iż nie pochodzi to stąd, że jest uważaną za bogatą pannę, ale że jest miłą i dobrą...

— Nie inaczej — potwierdziło kilka głosów.

Rozalia milczała z wyrazem takiej słodyczy na ustach i spokoju na czole, jakby zarzuty wymówione nie do jej wcale słów się stosowały.

— Już to trzeba przyznać — zaczęła Zenia siadając niedbale na poręczy krzesła i gestykulując żywo wachlarzem — już to trzeba przyznać, moje panie, że w naszym świecie z samą dobrocią niedaleko można zajechać... Mój Boże! przecież i ja chyba złą nie jestem, a jednak dotąd ani jeden starający się nie spadł mi z nieba...

Chórem zaśmiało się kilka głosów.

— No — odezwała się z nich jedna — jeżeli się nie mylę, Zeniu, to właśnie teraz niebo ci zsyła ten dar pożądany...

— Co? gdzie? wskażcie mi go! — wołała Zenona ze śmiechem.

— A pan Michał? — odpowiedziano.

Wargi Zeni zagięły się w pół pogardliwy, pół zadowolony uśmiech.

— Pan Michał — wyrzekła przeciągle, bawiąc się wachlarzem — to dobra partia...

— Cóż? nie pogardzisz nią zapewne? — zapytała z lekką ironią jedna z panien, piękna blondynka, o bladej cerze i wiotkich kształtach.

— Być może — odpowiedziała Zenia nie odrywając oczu od wachlarza.

— Mój Boże! — ciągnęła blondynka — nauczże przynajmniej swego konkurenta właściwego użytku, do jakiego mają człowiekowi służyć jego ręce, bo jestem pewna, że o nim nie wie. Upewniam cię, że ciągłe spuszczanie, podnoszenie i zacieranie rąk pana Michała wprawia mię w stan rozdrażnienia nerwów nieznośny...

— Na szczęście — z odcieniem lekkiego szyderstwa odpowiedziała Zenia — nie jestem tak nerwową jak ty, Helenko. . .

— Staniesz się taką, gdy przez długie sześć lat będziesz jak ja bawiła się i nudziła na przemian — odparła Helenka opierając na dłoni głowę, na której ciągły ból się skarżyła.

— Ale powiedzcie mi, moje panie — odezwała się Helena — dlaczego od pierwszego naszego wstąpienia w świat słyszymy, że mamy prawo wybierać sobie mężów tylko pomiędzy bogatymi ludźmi?

— Dlaczego? — odrzekła Irena, panna niezbyt ładna — bo czy jesteśmy same bogate, czy nie, wszystkie przywykamy od dzieciństwa do bogactwa, którego by nam ubogi mężczyzna ofiarować nie mógł.

— A jednak może się zdarzyć przecie, że która z nas poczuje sympatię właśnie dla ubogiego mężczyzny? — odezwała się nieśmiało młodziuchna Zosia. — Albo bogaci ludzie nie starają się nigdy o ubogie panny? — zapytała Irena milcząca, mimo woli spoglądając na suknię swoją, najmniej kosztowną spomiędzy wszystkich naszych ubiorów.

— Dlatego, że bywają najczęściej zrujnowani i obawiają się biedy — zabrzmiał z kątka głos Rozalii.

— A więc — ozwała się poważnie Emilka — potrzeba coś wymyślić takiego, co by skłoniło bogate panny wychodzić za ubogich mężczyzn, a bogatych mężczyzn do żenienia się z ubogimi pannami.

Ostatnie słowa Emilki przyjęto ze śmiechem ogólnym, jak to zwykle bywa między młodymi a wesołymi panienkami. Jedna tylko Rozalia wyszedłszy ze swego kąta stanęła na środku gabinetu ze skrzyżowanymi na piersi rękami i tocząc płonącym spojrzeniem po wszystkich twarzach śmiała się właściwym sobie śmiechem, ostrym a szyderczym.

— O, moje panie! — zawołała — jak to znać, że jesteście jeszcze bardzo młode i mało świat znacie. Robicie propozycje i układacie plany, aby go zreformować, a nie wiecie, że świat jest bardzo uparty i przemienić się nie da. Żądacie, aby młode panny się nie nudziły! O mój Boże! czyliż to podobna? Przecie niewłaściwym jest, aby w pięknym salonie mieszkając i w kosztownej chodząc sukni, młoda panna była czymkolwiek na serio zajęta. A skoro niczym na serio się nie zajmuje, to już koniecznie nudzić się musi, nieprawdaż? Żądacie, aby bogate panny wychodziły za ubogich mężczyzn, a bogaci mężczyźni żenili się z ubogimi pannami, wtedy gdy bogactwo jednych i drugich jest najczęściej tylko zwierzchnią obsłonką, pod którą mieści się ruina, postrach śmiertelny dla wszystkich, co nie umieją dać sobie rady na świecie.

Niby więc bogata panna musi koniecznie szukać sobie prawdziwie bogatego męża, a niby bogaty mężczyzna prawdziwie bogatej żony, bo inaczej zabrakłoby im komfortu. Bez komfortu zaś czyliż żyć podobna? Zresztą, alboż to na świecie bogaci i ubodzy ludzie mięszają się z sobą tak, jak gruszki i jabłka w jednym koszu? Gdzie tam; jedni stoją po jednej stronie zakreślonej granicy, drudzy po drugiej i wcale nie znają się z sobą, a jeśli się i schodzą kiedy, to dlatego, aby pierwsi wzięli od drugich pracę, a drudzy u pierwszych zarobili na kawałek chleba.

A potem dla ubogiego bogaty zostanie znowu niedostępną istotą, a ubogi dla bogatego wyrobnikiem, może uczynnym, poczciwym, użytecznym, ale zawsze tylko... wyrobnikiem.

Próżne wasze marzenia o rozszerzeniu albo zniesieniu tej granicy, która dwa światy rozdziela.

Stoicie pomiędzy bogatymi, a więc wybierajcie sobie bogatych mężów, a jeśli żadnego z nich nie pokochacie lub żaden z bogatych was nie pokocha, zostaniecie starymi pannami.

Każda jednak z was, która posiada posag, niech się nie trwoży zbytecznie. Kochana lub nie, kochająca lub nie, będzie zawsze miała konkurentów tuzinami i wyjdzie za mąż. Co potem nastąpi? albo ja wiem? Może bohaterskiego kochanka westchnienia przykują jej serce do ziemi; może umrze z suchot... bądź co bądź wyjdzie za mąż i będzie stroiła się, podróżowała, i będzie świetniała i błyszczała w świecie: a stare panieństwo, wieczna samotność serca, gorycz dla ludzi i świata zostaną udziałem tych istot, które los postawił pomiędzy bogatymi, a odebrał im bogactwo; które nie są ani tym, ani owym; które nie należą do jednych z urodzenia, a do drugich z kieszeni; po które ubogi nie śmie, a bogaty nie chce sięgnąć, które wreszcie na gruzach swoich marzeń i pragnień staną jak pomniki przesprawiedliwego i przemądrego porządku tego świata.

Zdziwione, z ciężkim poczuciem w sercach i na twarzach, patrzyłyśmy na Rozalię, gdy to mówiła. Pierwszy raz widziałam ją wychodzącą ze zwykłej sobie cichej i pokornej roli. Kotka o aksamitnych łapkach zmieniła się w moich oczach w hardą i szyderską lwicę. Słodkie jej usta tryskały goryczą, pokorne czoło podniosło się wyzywająco, nozdrza rozdęły się, a oczy odsłonione z powiek i rzęs długich ciskały ogniem.

Zaledwie skończyła, otworzyły się drzwi od salonów i lokaj oznajmił nam wieczerzę.

Przy stole siedziałam pomiędzy panem Agenorem i panem Henrykiem. Naprzeciw mnie usiadła Rozalia, zmieniona znowu w mgnieniu oka, marmurowo spokojna, cicha, słodka i pokorna. Sąsiedzi moi bawili mnie na wyścigi, ale nie mogli z czoła mego spędzić chmury zamyślenia.

Przed oczami mymi jak zaklęty stał obraz babki Ludgardy z pooranym czołem, wzrokiem utkwionym w ptaszki trzepoczące się po klatce, na ustach ze słowami: "Postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał!"




Rozdział XXXIII

Przez parę tygodni niby koniki polne przelatywali po drogach konni posłańcy z Rodowa rozwożąc po sąsiednich dworach bilety, w których pani Hortensja X. X. zapraszała krewnych, przyjaciół, znajomych do domu swego na zabawę, mającą mieć miejsce w ostatnich dniach sierpnia.

Niby prąd elektryczny po okolicy w mgnieniu oka rozeszła się wieść, że dumna, mimo światowej uprzejmości, światowa, mimo podeszłego wieku, pani na Rodowie wydaje świetny bal dla uciechy wnuczki swej, Wacławy, i publicznego zamanifestowania swoich życzliwych dla niej uczuć, które oczom sąsiadów przedstawiały się w dość imponującej cyfrze testamentowego zapisu albo i za życia jeszcze przy ślubnym akcie tejże wnuczki wyliczonej sumie.

Emilka przy pierwszym zobaczeniu się ze mną opowiadała mi, że mówiono wiele o tym w domu jej matki wobec zebranych tam kilkunastu osób i że nikt już nie wątpił, iż pomimo wątpliwie pomyślanego stanu majątku mojej matki będę posiadała milionowy prawie posag.

Opowiedziała mi także Emilka, że przy rozmowie tej obecnym był pan Agenor, ale zdawał się wcale nie zważać na nią i przez cały czas przecierał tylko w milczeniu szkiełko lornetki, co było u niego oznaką głębokiego zamyślenia.

I wtedy dopiero, gdy wyczerpano już cały zasób domniemań o przyszłym moim posagu, podniósł głowę i oświadczył, iż według niego mogłabym wcale obejść się bez zapisów i bogatych darów mej babki, bo posiadam największy posag, jaki pociągnąć może młodego człowieka, to jest wdzięki, dobroć, dowcip, staranne wychowanie itd. Na które to odezwanie się zebrane towarzystwo szeptać pomiędzy sobą zaczęło, iż pan Agenor jest człowiekiem brzydzącym się wszelką interesownością i stara się o mnie dlatego tylko, że się we mnie szczerze i szalenie zakochał. Emilka zupełnie podzielała to zdanie, bo jak mówiła, gdyby była młodym mężczyzną, pokochałaby się także we mnie na zabój i aniby myślała o tym, czy posiadam cokolwiek lub jestem zupełnie uboga! Ach! i ja także podzielałam całym sercem zdanie towarzystwa zachwycającego się bezinteresownością pana Agenora, i ja byłam pewna, że pokochał mię prawdziwie, całą duszą, z zapałem i poezją, cechującą uczucia wszystkich bohaterów, o jakich kiedy czytałam. Serce moje przepełniało się nie znaną mi dotąd rozkoszą na samą myśl, że jestem tak bardzo, bardzo przez kogoś kochaną, a głowę moją napełniały różowe dymy zadowolnionej miłości własnej i odniesionego tryumfu, że ten ktoś, który mię kochał, był tak pięknym, świetnym, wielkim, że piękniejszego nadeń, świetniejszego i wyższego nie wymarzyła nawet wyobraźnia żadnego z romansopisarzy, którzy przecie bohaterów swoich malowali pędzlem bogatej fantazji i urabiali im kształty dłutem natchnionego dla sztuki serca.

Gdy tak myślałam, czułam wyraźnie, że wrażenie, jakie wywierał na mnie pan Agenor, przechodziło mi powoli z głowy do serca. Zdawało mi się, że w piersi mej poczynała rozsuwać się delikatna jakaś tkanka strun złotych, wydających z siebie dźwięki tęskne i radosne na przemian. W coraz dłuższe popadałam zadumy. Głowę, osłabłą marzeń natłokiem składałam na poduszce sofy, twarz kryłam w dłonie i zdawało mi się, że słyszę eteryczne, ciche dźwięki harfy, wychodzące z najgłębszego dna mego własnego serca i ulatujące pod samo niebo, wysoko, pieśnią nadziei i dziękczynienia. . .

I cóż dziwnego, że takimi wrażeniami przejęta pragnęłam całą duszą być tak piękną, jak nikt nigdy nie był na świecie, wydać się panu Agenorowi tak uroczą jak żadna z kobiet, które dotąd spotykał na ziemi.

W zwierciadle mego gabinetu nie widziałam już młodziuchnej, naiwnej eks— pensjonarki, której całą ozdobą był uśmiech porannej niewinności i spojrzenie przezroczyste, w jakim nie odbiła się jeszcze ni razu żadna chmurka ni żaden błędny ognik życia. Teraz w zwierciadle tym stawała często przede mną młoda panna, rozmarzona, zadumana, trwożna i zachwycona zarazem. Układała włosy swe w fantastyczne zwoje i patrzyła w przestrzeń oczami, na których tle szafirowym rodziły się i konały rojami iskry złotawe i mglił się wilgotny połysk wzruszenia...

I cóż dziwnego, że drżałam od trwogi i nadziei na myśl o bliskiej zabawie, na której po raz pierwszy ukazać się miałam tylu oczom od razu, na której przede wszystkim miał mię w nowej postaci ujrzeć pan Agenor?

Na kilka już dni przed dniem naznaczonym na wyjazd do Rodowa, w gabinecie moim Zosia rozłożyła po sofach trzy suknie przezroczyste jak tkanina pajęcza, zdobne w coraz inne kwiaty i wieńce, a ja z matką moją oglądałyśmy je po kilka razy na dzień, nie mogąc zdecydować się na wybranie z nich jednej.

Przed kilku miesiącami byłabym wybrała bez wahania białą lub niebieską suknię, bo dwie te barwy, łagodne i niewinne, najlepiej harmonizowały z ówczesnym mym usposobieniem; teraz, po długim wahaniu, wybór mój, za zgodzeniem się na to mej matki, padł na ubranie z krepy gorąco różowego koloru, przystrojone rozrzuconymi po sukni gałązkami śnieżnej konwalii z konwaliowym wieńcem na głowę.

Potem długie jeszcze toczyły się narady między matką moją, mną i garderobianą Zosią nad sposobem, w jaki uczesane miały być moje włosy, i nad tym, czy stosownie będzie uświetnić moją toaletę kilku kosztownymi klejnotami. Co do ostatniego punktu matka zadecydowała po namyśle, że najlepiej będzie, jeśli na balu ukażę się bez błyskotek z wyjątkiem naszyjnika z pereł, zamkniętego brylantowym spięciem. Było to i skromne, i bogate zarazem. Po tej decyzji matka moja wydobyła z szuflady swej toalety pyszną ozdobę i oddała mi ją mówiąc, że mogę ją odtąd uważać za moją wyłączną własność.

Ucieszona byłam wielce pierwszy raz w życiu otrzymanym tak kosztownym podarunkiem, ale gdy znalazłam się sama w moim gabinecie z potokiem mlecznych pereł w ręku, zadumałam się nagle i długo.

Widok pięknego naszyjnika przywiódł ku mnie odległe wspomnienia z przeszłości. Przed oczami stanął mi pokój, oświetlony po nocy balowej kilkunastu świecami w kandelabrach płonącymi, a w głębi pokoju tego na sofie, wpółleżąca postać mojej matki, z gorączkowym rumieńcem na twarzy, z ręką gwałtownie rozrywającą wątłe nici, z których perły zbiegały po sukni jej jak grad rzęsisty, łącząc się ze łzami, spadającymi z jej oczu...

Znać po owej nocy bolesnej pamięci ręka czyjaś, troskliwa o bogactwo mojej matki, zgarnęła rozsypane perły i znizała je na nowo w kilka sznurów bogatych. Pytałam siebie, czy myśli smutne, jakie wówczas napełniały głowę mojej matki, rozproszyły się pośród światowego wiru bez śladu, czy też zebrała je ona i nawiązała na sznur pamięci, który leżąc na dnie jej piersi wiódł może jej wyobraźnię od czasu do czasu ku pięknej postaci mego ojca i spędzonym przy jego boku najpierwszym latom młodości? Uparcie tkwiła we mnie myśl, że tak być musiało, że matka moja, pomimo zajść swych i roztargnień światowych, pomimo zresztą serdecznych około mnie starań nosiła w sercu wspomnienia minionej przeszłości. Śród gwaru i ustawicznego ruchu, w jakim obie pogrążone byłyśmy, spostrzegłam nieraz na jej twarzy wyraz taki, jakby w ciszy i tajemnicy nieprzystępnej nikomu żałowała czegoś, za czymś tęskniła lub jeszcze skarżyła się na coś przed kimś niewidzialnym, z kim w głębi myśli swej rozmawiała.

I wyglądała wtedy tak, jakby porównywała siebie do owego wędrowca, o którym mi kiedyś mówiła, co przez życie całe gnany wyobraźnią w coraz inne a inne miejsca, poczuł wóz swoich przeznaczeń zatrzymujący się na wydmie piaszczystej o dopiekającym skwarze słonecznym i ostro wiejących wichrach...

Pewnego dnia przyniesiono mi z poczty kilka listów. Były to odezwy koleżanek, z którymi na pensji łączyły mię węzły, jak nam się wtedy zdawało, wiecznej przyjaźni. Z mniejszą lub większą przyjemnością odczytywałam te pisma, gdy podniósłszy oczy na siedzącą naprzeciw mnie moją matkę, spostrzegłam, że patrzyła na mnie z pewnym niepokojem, jak mi się zdawało, połączonym z ciekawością. Wyraźnie widziałam, że chciała coś wyrzec do mnie, o coś mnie zapytać, ale wahała się i usta jej raz nieco zadrgały. Po długim milczeniu ozwała się na koniec tonem, który usiłowała widocznie uczynić obojętnym:

— Czy pomiędzy otrzymanymi listami nie znalazłaś, Wacławo, listu od twego ojca?




Rozdział XXXIV

Na dwa dni przed oznaczoną uroczystością przybyłyśmy do Rodowa. Jakże zdziwiłam się, gdy w przeddniu prawie licznego zebrania zobaczyłam dom moich babek tak samo spokojny, cichy i niby w półsennym pogrążony milczeniu, jakim był zawsze.

W bawialnym, głęboko ocienionym salonie babka Hortensja i babka Ludgarda siedziały wyprostowane i spokojne; jedna z nich wyrabiała frywolitki, druga włóczkowe kwadraty, tak jak gdyby żadna zmiana nie miała zajść w zwyczajnym trybie ich życia.

Liczna służba, jak zwykle, powoli i na palcach przesuwała się po pokojach, nigdzie nie słychać było wzmożonego ruchu, nikt się z niczym nie śpieszył, nikt na pozór nie wydawał żadnych rozkazów ni rozporządzeń. Z oficyn tylko, w których mieściły się kuchnie, buchał z kominów dym obfitszymi niż zwykle kłębami; w cieplarniach ogrodnicy wybierali najgrubsze drzewa pomarańczowe i najpiękniejsze kwitnące rośliny i ustawiali je na stronie; w ogrodowych alejach kilku rzemieślników bez najmniejszego stuku lub hałasu podnosiło liczne rusztowania w kształcie wieńców, gwiazd i spiralnych piramid, na których miano w noc balową zawiesić różnobarwne lampy. Była pewna powaga i duma w tej ciszy i niezmąconym spokoju domu, mającego nazajutrz przyjąć w swych ścianach przeszło sto zaproszonych osób. Znać było, że dom ten z dawna był przywykł do przyjęć podobnych, a pani jego uważała ten wypadek za tak zwyczajny w swym życiu, iż z jego powodu nie raczyła uczynić choćby jeden krok więcej niż zwykle, wymówić choćby jedno zbyteczne słowo, zaniedbać zrobienia choćby jednego kółka lub gzygzaczka w swoich ulubionych frywolitkach. Sprężyny gospodarstwa domowego, nakręcone tam znać z dawien, dawna, działały same przez się: może pani domu pobudzała kiedy niekiedy ich poruszenia jednym jakim słowem lub jednym wyrzeczonym rozkazem; ale ani słowa tego, ani rozkazu nikt z niewtajemniczonych nie słyszał, a przybyłym mogło się zdawać, że dom ten zamiast do świetnego balu gotuje się do cichej poobiedniej drzemki.

I dopiero w dniu oznaczonym na zjazd gości, wychodząc z rana ze swego pokoju poczułam się na dobre ogarnięta przedbalową atmosferą. W przeciągu upłynionej nocy posępne szuflady zmieniły postać, nie żeby się stały wesołe i jasne, bo przeszkadzała temu sama już domu architektura, ale rozszerzyły się jakoś i napełniły nie błyszczącym i olśniewającym, ale poważnym i wytwornego smaku bogactwem.

Przestrzenie w salonach powiększyły się, pod ścianami stały wysokie grupy drzew zamorskich, spomiędzy zieleni których wychylały się gdzieniegdzie złociste pomarańcze albo kielichy kwiatów o gorącej barwie i upajającej woni. Wielkie zwierciadła odbijały te z zieleni i kwiatów potworzone altany i łamały w sobie srebrnawe światło kryształów, zwieszających się od licznych pająków, na wzór soplów lodu, które zdobią w zimie drzewa i gzymsy domów.

Ściany gabinetów przykryły się starożytnymi makatami, a tu i ówdzie od niechcenia zarzucono na sprzęty kobierce wschodnie, z których każdy sam jeden przewyższał w wartości wszystkie modne sprzęty i błyskotne nowożytne cacka niejednego z sąsiednich, zbytkownie urządzonych domów.

Na widok tych, po raz pierwszy dających się spostrzec w Rodowie, przygotowań do balu wzmogło się trwożne i radosne zarazem oczekiwanie moje.

Nogi drżały pode mną, gdy przechadzałam się po wonnych i wspaniale ustrojonych salonach, żadnego pokarmu do ust wziąć nie mogłam i tylko matka moja, spostrzegłszy zbyteczną mą bladość, kazała mi wypić kilka kropel wzmacniającego wina.

Tymczasem w kilka godzin po południu zaczęły przed ganek zajeżdżać liczne powozy, na dziedzińcu brzmiał ustawiczny turkot kół, klaskanie z batów, tętent koni i głosy służby, a salony napełniały się coraz liczniejszymi gośćmi.

Babki moje siedziały obok siebie na jednej z kanap, wyprostowane, i uprzejmie witały przybywających, na pół tylko podnosząc się z siedzenia i końce białych swych palców podając do uścisku damom, a panom do pocałowania. Żadna z nich nie powstała całkiem ni razu ani zbliżyła się ku drzwiom na niczyje spotkanie. Za to matka moja i pani Rudolfowa robiły honory domu: pierwsza z właściwym sobie wdziękiem, pełnym godności i światowego taktu, druga — ze zwyczajną jej także przesadną grzecznością, w której był odcień fałszu i obłudnego pochlebstwa. Spotykały one damy przy wejściu, panów na środku salonu, zapoznawały z sobą osoby, które po raz pierwszy się spotkały; rozpoczynały nici rozmów, związywały nimi rozliczne kółka, a potem przechodząc od jednego z nich do drugiego, utrzymywały pomiędzy licznym zebraniem tę równowagę towarzyską, to powszechne ożywienie i zadowolenie, które jest arcydziełem gospodyń biegłych w misternym kunszcie prowadzenia salonowej zabawy.

Ja i Rozalia zajmowałyśmy się pannami. Dział nasz z pozoru tylko mógł wydać się łatwiejszym od działu naszych matek.

Usiłowania, jakie czyniłyśmy z Rozalią dla ożywienia licznego grona panien, które zasiadły pod jedną ze ścian salonu, mało miały powodzenia, tym bardziej że młodzi mężczyźni, według przyjętego zwyczaju, nie zbliżali się do nas od razu, ale mieli sobie za obowiązek bawić rozmową poważne panie lub łączyć się do kółek poważnych panów.

Siedziałyśmy więc wszystkie rzędem, tworząc rozmaitość tylko barwami sukien, bo pozy nasze i wyrazy twarzy były tak jednostajne, jakbyśmy wszystkie były mniej więcej wiernym portretem tej samej osoby. Wydawałyśmy się jak róże na jednym krzaku kwitnące, a jednak w głębi jak wielkie, jak nieskończone pomiędzy nami leżały różnice! ...

I nie założyłabym się teraz o to, czy w przeciągu mniej więcej godziny takiego pod ścianą posiedzenia nie widziałam dwóch lub trzech ziewnięć, ukrytych naprędce batystową chusteczką albo przysłonionych rozszerzonym nieco stereotypowym uśmiechem. Ale ręczyłabym za to, że ziewnięcia te nie wyszły z ust moich ani też Rozalii. Dla mnie wszystko, co mię otaczało, było zbyt nowe i zajmujące, abym się choć na mgnienie oka znudzić miała; drżałam zresztą cała od oczekiwania rozpoczęcia się na dobre zabawy i czułam, że z przeciwnej strony salonu, spomiędzy grupy z ożywieniem rozmawiających mężczyzn, wysnuwały się i leciały ku mnie promienie pewnych wielkich, ciemnosiwych oczów.. . Rozalia zaś zdawała się być pod wpływem wewnętrznej jakiejś gorączki. Na śniadych jej policzkach wybijały się krwiste rumieńce, oczy paliły się, wyrazy wypadały z ust prędko, z pośpiechem, niby gorączkowo, najczęściej z towarzyszeniem wpółcichego chichotu. Utraciła całkiem marmurowy spokój czoła i pokorę postaci. Wyglądała jak osoba, która się bardzo lęka, a pragnie okazać się odważną.

Chwilami wpatrywała się we mnie tak dziwnie, że mi to aż przykrość sprawiało. Nie spuszczałam wszakże oczu i wytrzymywałam jej spojrzenie. Alboż się czułam względem niej winną? ... Piątą godzinę uderzyły zegary, za oknami widać było, jak słońce schylało się już ku zachodowi, drzwi od jadalnej sali otworzyły się na oścież, a na progu stanęło dwóch lokajów i zawiesiło serwety na swych ramionach na znak, że podano do stołu.

Zabawa bowiem wieczorna miała być poprzedzona wielkim obiadem.

Wkoło ogromnego stołu, ustawionego w podkowę, uginającego się nieledwie pod ciężarem srebra i kryształów, zasiadło około stu osób: poważne panie w koronkach na głowie i aksamitnych, ciężkich sukniach, panny w różnobarwnych jedwabiach, panowie we frakach, na których czerni odznaczały się tylko bogate od zegarków łańcuchy.

Wpółciche rozmowy prowadzone przy stole rozeszły się po sali stłumionym szmerem podobnym do brzęczenia roju pszczół i łączyły się z dźwiękiem srebra i cichym licznej służby stąpaniem.

Siedziałam pomiędzy dwiema pannami, najmniej mi znajomymi, a tak milczącymi, że wszelkie usiłowania moje zawiązania z nimi rozmowy nie osiągały pożądanego skutku. Zrazu więc zajęłam się śledzeniem fizjonomii i ubiorów siedzących wkoło stołu osób; ale im więcej przeciągał się obiad, tym mniej zajmowała mię ta monotonna zabawa i zaczęłam na koniec jak zbawienia wyglądać chwili, w której skończy się obnoszenie półmisków, następujących po sobie w takiej ilości, że już i liczby ich zapamiętać nie mogłam.

Zegar w sali uderzył szóstą, potem siódmą godzinę, wskazówki jego dobiegały już do ósmej, a półmiski unosiły się jeszcze nad głowami towarzystwa jak złowieszcze duchy gastronomii, zapowiadające nieskończoną nudę. Na wszystkich twarzach malowało się znużenie i przymus; kobiety, a szczególniej panny wyglądały jak istoty ponoszące z bohaterską i godną lepszej sprawy cierpliwością dotkliwe katusze.

Nareszcie podano wety, a w tej samej chwili niby pistoletowe wystrzały stuknęły korki wydobywane z butelek szampana.

Jeden z gości, poważny mężczyzna o szpakowatych włosach i wąsach, wielce szanowany w okolicy obywatel, a przy tym daleki nasz krewny, powstał na wpół z siedzenia, uniósł w górę kieliszek i zwracając się do babki Hortensji pełnym poważnej galanterii głosem wyrzekł:

— Pozwolisz, szanowna pani, abyśmy tu zebrani w jej zacnym i gościnnym domu w dowód głębokiego szacunku i życzliwych uczuć, jakie nas względem pani przejmują, wypili jej zdrowie.

Na hasło to podnieśli się wszyscy panowie i gwar głosów a dźwięk kieliszków stwierdził wyrazy poprzedzające.

Babka moja grzecznym lubo zawsze wyniosłym skinieniem głowy podziękowała wszystkim i uczyniła ręką gest dający znać, że pragnie coś powiedzieć. Wszyscy umilkli i patrzyli na nią z uszanowaniem. Babka Hortensja powiodła wkoło wzrokiem, wyprostowała się jeszcze bardziej i zaczęła mówić głosem tak dźwięcznym, że mógłby być wziętym za głos młodej osoby, gdyby nie właściwe jej lubo znacznie złagodzone twarde i surowe modulacje: tonów:

— Wdzięczna wam jestem, szanowni sąsiedzi i krewni, za łaskawe usposobienia wasze do mnie, których daliście dowód, nawiedzając dziś wspólnie moje progi. Życzliwości tej zresztą byłam pewną, bo przebywszy między wami całe życie miałam nieraz sposobność przekonać się o niej z radością. Nie mogę jednak powstrzymać się od wyznania, że dzisiejszego zebrania pragnęłam najbardziej dlatego, aby móc własną ręką i we własnym domu przedstawić wam córkę mojej ukochanej synowicy Matyldy, pannę Wacławę, i polecić ją waszym pokrewieńskim i sąsiedzkim względom. Jestem stara, a ona zaledwie pierwsze w świecie zaczyna stawiać kroki; może być, że wkrótce zabraknie mię między wami — przed nią długa jeszcze leży przyszłość. Niechże, gdy mnie nie stanie, ona mię w tej ukochanej zastąpi okolicy i niech na nią przeleje się ten ogólny szacunek i przychylność, którymi cieszyłam się i zaszczycałam zawsze, przez czterdzieści blisko lat mieszkając w Rodowie.

Słowa te elektrycznym prądem przebiegły po całym towarzystwie, a we mnie ugodziły jak piorun. Przez chwilę zdawało mi się, że zemdleję pod gradem skierowanych na mnie spojrzeń, pod wpływem złączonych uczuć wdzięczności dla babki, radości, dumy i zmieszania.

Poważny obywatel, który wprzódy przemawiał, podniósł znowu swój kielich i obiegłszy spojrzeniem towarzystwo zawołał:

— Panowie! pijemy zdrowie panny Wacławy!

— Zdrowie panny Wacławy! — zawołał chór mężczyzn, dżwięknęły kielichy i wszystkie twarze zwróciły się ku mnie...

Stanowczo zostałam pasowaną na bohaterkę zabawy i byłam punktem, na którym powszechna skupiła się uwaga. Na koniec babki moje podniosły się, a za nimi całe towarzystwo powstało od stołu. Po wyjściu z sali jadalnej panny i młodsze panie udały się do swych oddzielnych pokojów, aby obiadową toaletę na balową za mienić. Matka moja poprowadziła mię także do mego osobnego pokoju. Tam z przygotowanym strojem czekała Zosia, ale matka moja usunęła ją i sama ubierać mię zaczęła.

Nad czołem podniosła mi włosy wysoko, a na nie lekko położyła wianuszek z konwalii; potem kilka długich loków spuściła mi na obnażone ramiona, a na szyi spięła naszyjnik z pereł.

Własną też ręką ułożyła fałdy różowej mojej sukni, rozsiała między nimi gdzieniegdzie drobne konwalii gałązki i w rękę mi podała wachlarz, misternie rzeźbiony z kości słoniowej.

Gdy już wszystko było skończone, kazała mi przejść się po pokoju parę razy, stanąć od niej o kilka kroków, obejrzała mię od stóp do głowy i z zadowoleniem rzekła:

— Dobrze!

W tej samej chwili ozwały się w oddali pierwsze akordy muzyki i przeciągłe tony jakiejś przez oriekiestrę wykonywanej arii włoskiej rozpłynęły się po domu.

Jednocześnie dom cały i dziedziniec zagorzał od świateł, a w ogrodzie zapłonęły różnokolorowe lampy, rzędem pozawieszane w głębiach cienistych alei, unoszące się nad trawnikami w gwiaździste koła i wieńce albo rozrzucone gdzieniegdzie pomiędzy gęstwiną parku jak błąkające się nieśmiałe ogniki.

Matka moja oparła moją rękę na swym ramieniu i obie wyszłyśmy do salonów wrzących gwarem rozmów, a zalanych powodzią światła i muzyki.

Kiedy stanęłyśmy na progu sali do tańca, muzyka jakby oczekująca tylko naszego wejścia uderzyła ostatni akord tęsknej arii i zagrzmiała hucznym polonezem.

Tak jak w onym dawnym, dziecinnym o balu marzeniu czułam zawrót głowy, tak teraz przed oczyma mymi rozciągnęła się mgła delikatna, zza której olśniewającym blaskiem widniały twarze mnóstwa ludzi, barwy sukien i kwiatów i połyskliwe światła diamentów. W głowie mojej wszelka myśl ustała nagle, a stał się w niej szum i wir niewypowiedziany i tylko wyraźnie, bardzo wyraźnie czułam i widziałam, że mnóstwo oczów wpatrywało się we mnie, że matkę moją i mnie otoczyło liczne koło mężczyzn, że rozległ się wkoło nas szmer słów, półgłosem wymówionych, z których każde miało upajający dźwięk uwielbienia. Wzrok mój ćmił się i niewyraźnie rozpoznawał przedmioty, ale słuch zaostrzył się i z dziwną przenikliwością chwytał w przelocie te półciche wyrazy, które jak grad nagłe i urywane sypały się z ust otaczających nas z bliska i biegły po sali coraz dalej jak echa powtarzające się w nieskończoność.

Słyszałam, jak nazywano mię piękną, uroczą, zachwycającą i jak podziwiano wspaniałą, nie uszkodzoną latami piękność mojej matki. Pytano się wzajemnie, która z nas jest piękniejszą?

I odpowiadano sobie, że matka moja była pięknością w pełni rozkwitu, a ja młodziuchnym pączkiem cudownego kwiatu.

Nagle ocknęłam się i silniej oparłam rękę o ramię mojej matki, bo wir w mej głowie ustał, ale za to przez piersi ostra przemknęła błyskawica.

Obok mnie stanął pan Agenor i podawał mi ramię do poloneza. Świetnym a długim szeregiem posuwały się pary wokół salonu. Na przodzie szły panie poważne, o długich szeleszczących sukniach, oparte na ramionach panów podżyłych, a dalej młode panny obok młodych towarzyszów wieńcem mnóstwobarwnym. I całe koło posuwistym wdzięcznym krokiem falowało w różne zwroty i skręty niby wąż olbrzymi, mieniący się kameleonową grą koło, rów, świetny połyskiem drogich kamieni, ożywiony ludzkimi oczyma, które pałały wezbranym życiem.

Ręka mojego towarzysza drżała trochę w lekkim uścisku trzymając dłoń moją; wzrok jego tkwił w mojej twarzy, rozkochany, rozmarzony, a mnie się zdawało, że idziemy tak wszyscy poważnym pochodem, kierowani cudowną melodią muzyki, prosto ku wrotom raju, które się wnet otworzą przed nami. Stopniowo muzyka coraz wolniejsze przybierała tempo; pary rozłączały się, rozstawały z ukłonami; świetne koło rozprysnęło się po salonie; polonez był skończony, a natomiast szybki walc zaszumiał.

Pan Agenor znowu stał przy mnie i podawał mi ramię do tańca. Bal wrzał w całej pełni, tańce następowały jedne po drugich, a przed rozpoczęciem każdego wpadałam w formalne oblężenie od młodych panów, którzy dobijali się o szczęście tańczenia ze mną. Nawet pan Henryk, z okularami zsuniętymi na sam środek nosa i policzkami okrytymi niezwykłym rumieńcem, stał nieustannie za moim krzesłem, pilnował chwili, w której bym mogła podać mu rękę do tańca, trzymał mój wachlarz, gdy tańczyłam z kim innym i ilekroć miał ku temu sposobność, obdarzał mię komplementami, których końca dosłuchać nie miałam nigdy cierpliwości.

Nawet Franuś zdobył się na rozpaczliwą jakąś energię i śmiałość, nie ustępował kroku innym i chociaż wprawdzie niewiele mówił i zdawał się być bardzo wzruszonym, zaprosił mnie jednak do mazura, którego tańczył bardzo zgrabnie. Kilku innych, nie znanych mi dotąd młodych panów otaczało mię także ciągle, starając się o tańczenie lub rozmawianie ze mną i wyrywając sobie, jakby na wyścigi, najmniejsze słowo, choćby przelotne moje spojrzenie.

Pomimo tych hołdów, których widocznie byłam przedmiotem, pomimo szału zabawy, jaki mię ogarniał, czułam pewien niepokój i na serce coraz cięższe spadało mi uczucie. Pan Agenor nie zawsze należał do koła mężczyzn, którzy mię wciąż otaczali. Zbliżał się wprawdzie, tańczył ze mną, rzucał spojrzenia pełne rozkochania i rozmarzenia; niemniej jednak nie mogłam nie spostrzec, że w sali pełnej ludzi był punkt pewien, punkt, który jakby z umysłu i upornie trzymał się ciągle w jak największej ode mnie odległości, a na pana Agenora wywierał wpływ przyciągający, któremu on oprzeć się nie mógł. Punktem tym była Rozalia...

I zaprawdę nigdy Rozalii nie widziałam tak piękną jak wtedy. Była ona bez zaprzeczenia najpiękniejszą z całego licznego zebrania kobiet i patrząc na nią zapytywałam myślą:

"Dlaczego ja właśnie zostałam uznaną za królowę zabawy i najliczniejsze odbierałam hołdy, gdy właściwie jej to należały się one?"

Pośród świetnie i bogato ustrojonych panien wyróżniała się surową niemal skromnością ubioru: najmniejsza nie zdobiła ją błyskotka, a pewna duma spoczywała w jej prostej sukni z białego muślinu, której krój, nie zastosowany do mody, okrywał klasyczne jej kształty fałdami podobnymi do posągowych draperii. W czasie gdy wszystkie głowy kobiece zdobne były w wieńce, perły, diamenty i w misterny uplot włosów, na którym znać było długogodzinne przed zwierciadłem studia, Rozalia z hardą prostotą odrzuciła znad czoła swoje czarne włosy i opuściła je w bogate, lecz proste warkocze na ramiona, które same jedne śród wszystkich pokryte były muślinem. W warkoczach tych tkwiło kilka różnokolorowych naturalnych aster, niedbale i bez symetrii włożonych, widocznie bez uwagi, a nawet bez pomocy zwierciadła.

Jeżeli ten strój, do zbytku skromny, bardziej polny niż balowy, bardziej pasterski niż do salonów zastosowany, był wynikiem rachującej na efekt kokieterii, należało przyznać, że Rozalia zręcznie umiała dopiąć swego celu. W istocie wyróżniała się spośród nas wszystkich; postać jej uwydatniła się na jednostajnym tle naszym z wypukłą wybitnością płaskorzeźby, i pośród mnóstwa podobnych do siebie strojem i układem istot sama jedna stanowiła odrębną a energicznie wydatną indywidualność.

Układ i wyraz swej twarzy Rozalia mistrzowsko potrafiła zastosować do dumnej i poetycznej prostoty swego ubrania. Wyglądała jak wiejska niewinna dziewczyna, trafem jakimś wplątana w koło światowych i rozbawionych panien; jak dziewica pełna słodyczy i spokoju śród istot, które w zabawie coraz więcej traciły konwenansową sztywność, a objawiały ten szał i to upojenie, które tym nagiej wybuchają na zewnątrz, im dłużej i ściślej ukrywane były w piersi. Wysokim wzrostem swym przenosząc wszystkie towarzyszki, panowała nad nimi spokojem ruchów i pogodą czoła, które podniosło się wysoko, zda się, z dumą ubóstwa, niewinności i prostoty.

Za każdym spojrzeniem na Rozalię nie mogłam stłumić w sobie jakiegoś gorzkiego, niemal trwożnego uczucia; widok jej zdawał się być czarną plamą rzuconą ręką nieznanego fatalizmu na tło świetne, śród którego czułam, że błyszczałam najjaśniej.

Im dłużej ciągnął się bal i im więcej się ożywiał, tym dotkliwszym dla mnie stawało się to gorzkie uczucie. Widziałam wyraźnie, że stopniowo, i jakby ulegając sile, potężniejszej od jego woli, pan Agenor oddalał się ode mnie, a zbliżał do tej czarodziejki, co patrzyła na niego swymi czarnymi oczami tak słodko i niewinnie, a pałająco zarazem. W mazurze postać jej chyliła się ku niemu wiotko a miękko, na wzór gałązki powoju, która pragnie dąb pobliski otoczyć swymi sploty; gdy w walcu obejmował jej kibić, powieki zapadały na gorące jej źrenice, ale policzki pałały szkarłatnym rumieńcem lub mieniły się w bladość namiętną, a energiczne pąsowe wargi roztwierały się uśmiechem tak niewinnej słodyczy, ale zarazem tak rozkosznego wzruszenia, że stawała się podobną do tych dziewic, malowanych na obrazach, które porywane przez kochanków zasłaniają sobie oczy ze wstydem, ale drżą z rozkoszy i namiętnie uginają się w ich objęciu...

Kto ją nauczył tej dziwnej sztuki splatania dziewicze niewinności z płomiennością namiętną?

Kto jej powiedział, że uplot tych dwóch sprzeciwieństw stworzy nieprzeparty urok tajemniczości i zagadki? Skąd brała siłę do urobienia według woli twarzy swej i postaci? Co było w niej sztuką, a co naturą? Dlaczego, w jakim celu, ubiorem i układem pragnęła wyróżnić się pośród nas wszystkich? Nie mogąc być najświetniejszą, widocznie pragnęła pokazać się najuboższą, a tym ubóstwem owinęła się jak królowa purpurą. Nie mogąc zaćmić sobą mnie, która zajmowałam wszystkich młodością mą, świeżością i wysoka pozycją, jaką babka w domu swym mi nadała, postanowiła odciągnąć ode mnie człowieka, o którego uwagę, hołd i uczucie najwięcej mi chodziło. Zaczynałam poczuwać w sercu dziwne jakieś uczucia, których dotąd nie znałam; były one niewyraźne i zmieszane, ale porównywałam je do w oddali kędyś huczącej i zbliżającej się burzy... Każda z towarzyszek moich tak samo jak ja ścigała kogoś mniej lubo więcej płonącymi oczami i pragnęła spojrzenia te ukryć przed wzrokiem innych, a one pomimo jej woli wyrywały się ze źrenic, biegły ku wybranemu punktowi, w drodze spotykały się i krzyżowały z mnóstwem podobnych spojrzeń tworząc w przestrzeni błyszczącą i drżącą sieć, splecioną niby z naelektryzowanych nici.

Uszu moich dolatywały urywane rozmowy, złożone z półsłówek wymawianych półgłosem, a w każdej z nich była sielanka, mogąca się zamienić w dramat prawdziwy, lubo bardzo podobny do komedii.

W ogromnej sali zaczęło robić się parno i duszno, wachlarz mój łagodnym swym powiewem nie mógł mi ochłodzić pałającego od zmęczenia i wzruszeń czoła. Po walcu, którego przetańczyć musiałam ze wszystkimi prawie z kolei młodymi ludźmi, zdyszana i z zawrotem głowy wbiegłam do małego gabinetu, łączącego salę do tańca z jadalną, i upadłam na stojącą przy drzwiach kanapkę.

W gabinecie nie było nikogo. U góry paliła się kolorowa lampa, a etażerka pełna cacek, stojąca obok kanapki, zasłaniała mię całkiem przed oczami osób przechodzących niekiedy z jednej sali do drugiej.

Naprzód dwaj mężczyźni trzymając się pod ręce z wolna weszli do gabinetu.

— Jak myślisz? — mówił jeden z nich półgłosem — co znaczyła przemowa pani Hortensji o wnuczce w czasie obiadu?

— Hm! — odpowiedział drugi z namysłem — według mnie, może się ona tłumaczyć co najmniej półmilionową cyfrą testamentowego zapisu pani Hortensji...

— Jeśli nie zapisu całego Rodowa — dorzucił pierwszy.

— Być może! Nic dziwnego, że Agenor...

— Cha, cha, cha! — dokończył głośnym śmiechem pierwszy mężczyzna urwany frazes drugiego i obaj weszli do sali jadalnej.

Na ich miejsce weszły do gabinetu dwie panny trzymając się także pod ręce i powiewając wachlarzami.

— Czy uważasz, Franiu — mówiła z nich jedna — jak dziś wszyscy panowie upędzają się za Wacławą?

— Jakżebym miała tego nie widzieć! — odparła druga. — Z jej to przecie powodu jesteśmy dziś tu jak na pustyni...

— Co to znaczy mieć taką babkę jak pani Hortensja! ...

— Cha, cha, cha! — głośnym śmiechem dokończyła druga panna i obie weszły na powrót do sali, w której tańczono.

Coraz cięższe uczucie spadało mi na serce; w głowie myśli wirowały zawrotnie. Nie wiedziałam dlaczego, ale posłyszane urywki rozmów upokorzeniem i wstydem oblewały mi czoło. Na progu, tuż obok etażerki, która mię zasłaniała, trzech już stanęło mężczyzn. Spoza cacek, rozstawionych na etażerce, mogłam nawet widzieć ich twarze.

— Henryku! — zainterpelował jeden z nich do towarzysza — jak uważam, naprawdę zająłeś się panną Wacława.

— Śliczna osoba! — wycedził pan Henryk S.

— To prawda, ale bodaj stracona już dla nas.

— Dlaczego?

— Alboż nie widzisz? toć Agenor...

— Nie pojmuję, dlaczego matka i babka życzą sobie wydać za niego pannę Wacławę?

— Czy nie znasz pani Hortensji? Dla niej brzmiące nazwisko i liczne stosunki stanowią wszystko, a Agenor...

— Co po tytule, kiedy pustka w szkatule... — wycedził znowu pan Henryk.

— Pustka w szkatule, ale za to pałacyk piękny!

— Cha, cha, cha! Sprytny z niego człowiek! zostawił fundusz na bruku paryskich bulwarów, a teraz szuka indemnizacji w pięknych oczach panny Wacławy...

— Gdzie tam w pięknych oczach! Powiedz raczej w testamencie pani Hortensji...

— Cha, cha, cha! — zaśmiały się trzy głosy i mężczyźni zniknęli z progu.

Siedziałam jak przykuta do miejsca; obu dłońmi przycisnęłam serce, które uderzało trwogą, wstydem i gniewem. Upokorzyły mię te rozmowy, w których przeważną rolę odgrywała nie osoba moja, ale moje domniemane bogactwo, a z których każda zakończoną była wybuchem śmiechu krew ścinającym mi w żyłach.

Po raz pierwszy trwożne zadałam sobie pytanie:

"Czy pan Agenor istotnie mię kochał i czy w myśli jego nie zarysowała się także nieszczęsna cyfra mego posagu?"

Z gniewem przypuszczenie to odrzuciłam od siebie i zadrżałam z oburzenia przeciwko tym, którzy posądzać śmieli o tak niskie poczucie jego, ubranego przeze mnie najświetniejszymi blaskami, jakie wysnuć z siebie może wyobraźnia rozmarzonej i wierzącej dziewczyny...

Jeszcze nie zdołałam dobić się ładu z myślami i uczuciami mymi, gdy za etażerką zamigotało kilka różnobarwnych sukien.

— Boże! jakże mię głowa boli! — ozwał się przeciągle słaby głos Heleny i blada istota zakaszlała kilka razy suchym kaszlem.

— A jednak bawisz się wybornie, Helenko — zarzuciła jedna z towarzyszek.

— Cha, cha, cha! — zaśmiała się Helena — bawię się! O ile sobie przypominam, od dwóch lat ani razu nie bawiłam się tak dobrze!

— Dlaczego od dwóch lat?

— Bo przedtem zdawało mi się, że patrzyłam na twarze ludzkie, a teraz coraz więcej widzę, iż są to tylko maski i nudzą mię te wieczne komedie!

— Nie wierzysz nawet w sentyment dla ciebie pana Alfonsa?

— Komediant! — wycedziła Helena.

— Ani w miłość dla Wacławy pana Agenora?

— Zrujnowany panicz, który chce reperować się jej posagiem!

— Mój Boże! Helenko, czy sądzisz, że pan Ludwik mnie nie kocha?

— Wątpię!

Usłyszałam westchnienie panny pytającej o prawdziwość sentymentów pana Ludwika.

— Albo ten z igły zdjęty pan Michał — ozwała się znowu Helena — czy myślicie, że naprawdę zajęty jest Zenią? Gdzie tam? Chce się dorobkowiczowi przyjść co najprędzej do zaszczytnych w świecie stosunków, a wie, że gdy się z Zenią ożeni, będzie ich miał mnóstwo...

— Jakże to smutno, moje drogie!

— Bardzo smutno!

— Więc można przypuszczać, że nie ma na świecie prawdziwej miłości?

— Może gdzie i jest, ale ja o niej nic nie wiem.

— Więc nie ma i prawdziwego szczęścia...

— Może gdzie i jest, ale to kruk biały i łabędź czarna...

— Powiedzcie mi więc, moje drogie, po cóż tu przybyłyśmy wszystkie? ...

— Żeby się bawić...

— Kiedyż bo my naprawdę nie bardzo się i bawimy.

— Żeby się ludziom pokazać...

— W jakim celu?

— W celu wyjścia za mąż.

— Mój Boże! jakże tu wyjść za mąż, kiedy nikt prawdziwie nie kocha?

— Ale są ludzie, którzy stanowią dobre partie.

— A jeśli która z nas nie zechce dobrej partii bez domieszania chociaż odrobinki miłości?

— Zostanie starą panną!

— To straszna perspektywa!

— Zapewne, toteż robimy wszystko, co możemy, aby jej uniknąć.

Milczały kilka sekund.

Helenka znowu ozwała się pierwsza:

— Co myślicie o Irenie, która widocznie wyda się za tego tłustego i skąpego pana Prota?

— Praktycznie uczyni, ale nie zazdroszczę jej wcale ani pana Prota, ani sześciorga przyszłych pasierbów.

— Lituję się nad nią serdecznie...

— I cóż ma począć, skoro nikt z młodych panów nie starał się nigdy o jej rękę.

— To dziwna rzecz! bo, według mnie, Irenka to bardzo dobra i miła dziewczyna. Nie jest wprawdzie piękną, ale ma wcale zgrabną figurkę, ładne oczy i może się podobać...

— Cóż z tego, kiedy nie ma posagu!

Milczały znowu chwilę, potem jedna z nich rzekła:

— Czy uwierzycie panie, że choć zabawa bardzo jest świetną i ożywioną, mnie jakoś dziwnie smutno.

— I mnie także! — potwierdziło parę głosów.

— A mnie przeciwnie śmiać się chce ze wszystkiego, co się na świecie dzieje — rzekła Helenka i zakaszlała parę razy.

— Twój śmiech, Heleniu, smutniejszy od płaczu — zarzuciła któraś z towarzyszek zmienionym głosem.

I posłyszałam kilka naraz westchnień, słabo i nieśmiałe wydobywających się z piersi. Lecz nagle westchnienia zagłuszone zostały śmiechem.

— Cha, cha, cha! — chórem zaśmiały się rozmawiające towarzyszki — jakeśmy śmieszne!

Zebrałyśmy się tu w kątku i medytujemy nad marnościami tego świata, a tam walca tańczą... pójdźmy tańczyć! ...

Podały sobie ręce, a gdy wchodziły do sali, przede mną zza cacek, ustawionych na etażerce, zamigotało złoto bransolet, zdobiących ich obnażone ramiona, i od powiewu ich sukien rozwiała się wkoło woń wytwornej perfumy.

Zerwałam się z miejsca i stanęłam nieruchomie z czołem spuszczonym na dłonie.

Umilkły smętne a zawrotne takty walcowe, a natomiast rozbrzmiały wesołe akordy, wzywające pary do czwartego już czy piątego kadryla. Zamyślona, z oczami zasnutymi jakąś mgłą wilgotną stanęłam na progu sali. Obok mnie stanął natychmiast pan Agenor.

— Pozwolisz pani przypomnieć sobie, że miałem szczęście otrzymać od niej obietnicę tego kadryla — rzekł podając mi ramię.

Stanęliśmy do tańca, a naprzeciw mnie zobaczyłam stojącą Rozalię. Kiedy muzyka grała przedwstępne takty, patrzyłam uważnie na pana Agenora. Oczy jego tkwiły także w mojej twarzy, ale — dziwna rzecz! — wydało mi się, że wzrok jego dwoisty był jakiś i gdy połowa ocznych jego promieni spływała na mnie, druga połowa w ukośnym kierunku dążyła do Rozalii.

Daremnie usiłowałam wmówić w siebie, iż spostrzeżenie to było prostym przywidzeniem; w piersi huczały i burzyły się uczucia dziwne, niby coraz bardziej zbliżająca się burza...

W tańcu pan Agenor mówił mi mnóstwo pięknych rzeczy, a gdy go słuchałam, wszelkie obawy i przykre uczucia znikały jak zaklęte mocą jego słowa i dźwiękiem głosu. Lecz skoro tylko przestawał mówić, wracały tłumem i widziałam już tylko czarne płonące oczy Rozalii, które spod rzęs długich patrzyły na niego tak niewinnie a namiętnie zarazem, i dwoiste promienie jego wzroku, z których połowa zawsze wyrywała mu się spod powiek jakby przemocą i uciekała ode mnie.

W ostatniej figurze kadryla pan Agenor nachylił się nieco ku mnie i szepnął:

— O, jakże wdzięcznym jestem pani za ten ofiarowany mi kadryl! każda chwila, obok pani spędzona unosi mię w niebo wybranych!

Gdy kończył te wyrazy, kolej tańczenia przyszła na niego i na Rozalię. Postąpili oboje naprzód i widziałam, jak przy zbliżeniu się rzucili sobie w twarze ogniste spojrzenia.

Ale pan Agenor wrócił do mnie i kontynuował rozmowę:

— Jestem podobny do spragnionego wędrowca — mówił — który długo po piaszczystych wędrując pustyniach, znalazł nareszcie oazę, a na niej kwiat cudownej piękności...

Tu przyszła nań znowu kolej podania ręki Rozalii i spostrzegłam, że obie ich dłonie splotły się silnym i dłuższym, niż trzeba było, uściskiem.

Utworzyliśmy wielkie koło. Pan Agenor dokończył mi rozpoczęte słowa:

— Oazą tą — rzekł — na której zatrzymałem się w wędrówce mego życia, są chwile przy pani spędzone, a kwiatem wspaniałym, jaki na tej oazie znalazłem, jest uczucie...

Nie dopowiedział, bo w tej chwili koło rozrywało się w pojedyncze pary. Objął moją kibić drżącym ramieniem, ale głowa jego, niby słonecznik za słońcem, obróciła się w stronę Rozalii, która okręcała się z innym tancerzem.

Kadryl był skończony. W sercu moim wzmogły się przykre uczucia, burza wrzała już w nim i huczała na dobre...

W sali coraz duszniej było i parniej, pomimo że otworzono na oścież drzwi od ogrodu. Dążyłam ku drzwiom tym, aby ochłodzić się nieco na progu, gdy na drodze mojej zobaczyłam Rozalię, stojącą tak, że koniecznie przejść obok niej musiałam. Stała oparta ręką o konsolę, z takim rozpromienieniem na twarzy, jakiego nigdy jeszcze u niej nie widziałam.

Okropność! Radość rozlana po twarzy kuzynki ugodziła mi w samo serce ostrym zakłuciem; pomyślałam sobie, że zapewne wzniecał ją długi uścisk ręki pana Agenora i ogniste spojrzenie jego, i po raz pierwszy w życiu doświadczyłam poczucia głuchej niechęci, podobnej do nienawiści.

— Kuzynko! — rzekłam zatrzymując się nieco obok Rozalii — dziwnie jesteś ubrana! Toć wiesz zapewne, że na bale nie używają się suknie pod szyję, a te astry, tak niedbale włożone, wypadają ci z warkoczów!

Nie zastanowiłam się ani sekundy nad słowami, jakie wyrzekłam, i ani pomyślałam, czy zawierają one w sobie choć szczyptę zdrowego rozsądku. Widziałam tylko, że ubiór Rozalii wyróżniał ją spomiędzy nas wszystkich i czynił ją cudownie piękną i uroczą.

Podniosła na mnie oczy pełne słodyczy, a zarazem brwi jej w harde zagięły się łuki i na ustach osiadł uśmiech przejmującej ironii. Dotknęła ręką kwiatów, które w malowniczym nieładzie spuszczały się na jej ramiona, i odpowiedziała z wolna:

— Życzę ci, śliczna kuzynko, aby na wzór moich biednych astrów, które mi opadają z warkoczów, nie opadły z ciebie kwiaty marzeń i złudzeń dziecinnych!

Odpowiedź Rozalii, słodkim wymówiona głosem, zasyczała mi w uchu jak ostry sarkazm i prosto w oczy rzucone naigrawanie się z młodości mojej i wiary. Zakryłam twarz wachlarzem czując, że blednę, i nie chcąc, aby ktokolwiek zmianę tę dojrzał, żywo odwróciłam się od Rozalii. Obok siebie zobaczyłam Emilkę, pochwyciłam jej ramię i wybiegłyśmy obie do ogrodu.

Noc sierpniowa, ciepła i cicha, pogodne sklepienie rozpościerało się nad gorejącym różnobarwnymi światłami ogrodem. Pomiędzy oświetloną lampami przestrzenią w dole a gwiaździstymi u góry blaskami wisiał pas grubych cieni niby przepaść, którą by trzeba przebyć, ażeby z ziemi dostać się pod niebo. Idąc w milczeniu obok Emilki myślałam, że takie same cienie leżą pomiędzy sercem człowieka a wymarzoną przez niego krainą ideałów. Te lampy na ziemi, które wnet pogasną, to może symbole połysków świata, obok których tyle błąkających się spostrzegłam cieniów; te gwiazdy na niebieskim stropie, to jakby obrazy prawd wiekuistych i niezmąconych radości, kto wie, niedosięgniętych może jak niebo? Emilka może też podobne zadawała sobie pytania, może też była smutna, bo milcząc szła koło mnie, i obie cicho przemykałyśmy się pod jodłami, których stopy kąpały się w rozsianych po ziemi lamp promieniach, a szczyty tonęły w ciemności i czarne w górze tworzyły sklepienia. Tu i owdzie zaszeleściły ciche stąpania, zaszemrał odgłos rozmowy, stłumionymi prowadzonej głosami, zamigotało za drzewami parę sukien kobiecych, a my biegłyśmy coraz dalej i głębiej w ogród unikając spotkania z przechadzającymi się osobami. Po chwili znalazłyśmy się w parku, w którym nikogo już, jak się nam zdawało, nie było, i gdzie wśród gęstwiny z rzadka tylko zapalone błąkały się lampy. Za to czarny pas, rozdzielający ziemię od nieba, mniej tam był ciemnym, gwiazdy świeciły widoczniej i wyraźniej słychać było, jak wietrzyk łagodny poruszał w głębi gajów młode brzóz gałązki. Objęłyśmy się ramionami i usiadłyśmy obok siebie na ławeczce w zupełnie ocienionym miejscu. Pałac ze swymi gorejącymi oknami pozostał za nami daleko, zakryty gęstą drzew zasłoną, i tylko kiedy niekiedy dochodziły nas oderwane dźwięki muzyki albo nagłe wybuchy głosów, rozpływające się wnet w szmer monotonny i tłumiony przestrzenią.

Zbliżyłyśmy do siebie nasze uwieńczone głowy i splotłyśmy dłonie silnym uściskiem.

— Smutno mi! — szepnęłam Emilce do ucha prawie.

— Smutno mi! — odszepnęła.

I milczałyśmy obie, patrzyłyśmy w gwiazdy pytając je o tajemnice tego dziwnego świata, który nas pochłaniał, a może i o zagadki własnych serc naszych.

— Emilko! — rzekłam po chwili — powiedz mi, czym jest to wesele, zza którego widnieją tak rozliczne cierpienia?

— Złudzeniem! — odpowiedziała z wolna.

— A ten blask olśniewający, po którym włóczą się takie brzydkie, tajemnicze plamy?

— To opium, którym poją się ludzie, aby uśpić bóle swoje — odrzekła ciszej jeszcze.

— A taż dwulicowość ludzka, w której prawdy dopytać się nie można?

— To wielka maskarada świata.

— Emilko! — zawołałam — gdzież więc jest prawda?

— Nie wiem — odrzekła i długo milczałyśmy znowu.

— Prawda — zaczęła po chwili Emilka — każda z nas, gdy w świat wstępuje, czuje ją w sercu swoim, ale dlaczego potem traci ją, kędy ona ulata? ja nie wiem.

W głosie Emilki drżał żal bez granic, a w burzę moich uczuć wlał nowy żywioł boleści.

— A więc — zaczęłam — niepodobnaż nam dociec, co prawdą jest na ziemi, a co udaniem?

Co treścią istotną serc i myśli ludzkich, a co pustą tylko formą? Może to, co widzimy, nie egzystuje wcale? Emilko! możeśmy chore obie? Słyszałam o chorobie, która wprawia ludzi w dziwaczne przywidzenia. Myślę, że to, co widziałam dziś i słyszałam, było tylko przywidzeniem!

— Nie, to było prawdą — szepnęła Emilka.

— A więc — zawołałam — którąż z nas on kocha? mnie czy ją?

Emilka silniej otoczyła mię ramieniem i skroń swą do mojej przycisnęła skroni.

— Wacławo — mówiła z cicha z pieszczotą — jestem starsza, wiele starsza od ciebie, kocham cię, prawda niezupełnie jeszcze uleciała z mego serca... żal mi cię... on ciebie niewart! ... a jednak musisz go przyjąć...

— Dlaczego? — zawołałam.

— Bo nie masz prawa wyboru... bo żyjesz w sferze, której granic przekroczyć ci nie wolno; bo jeśli serce pociągnie cię do kogoś, kto nie będzie miał takiego jak on pięknego pałacyku i takiego brzmiącego nazwiska, matka twoja powie ci tak, jak mi dziś moja powiedziała: "Ten człowiek nie dla ciebie..."

Każde słowo Emilki ból mi sprawiało. Ideał mój chwiał się na swym piedestale; na wspaniałym kwiecie, który mi w sercu rozkwitnął, chwiały się purpurowe listki, a czułam, że każdy z nich, gdy uleci, uniesie z sobą skrwawioną szmatkę mego serca. Zebrałam wszystkie siły mego ducha, kwiat mój otoczyłam nimi i drżąca cała przyciskałam dłoń do piersi, aby z niej nie uleciały, długimi piastowane marzeniami, uczuć listeczki.

A przed oczami mymi stała wciąż Rozalia... przy niej widziałam pana Agenora; może tam w sali tańca stoją teraz obok siebie i patrzą sobie w twarze albo w szalonym walcu ona zwiesza się na jego ramieniu, anielsko niewinna, szatańsko namiętna. Na widok tego obrazu zdawało mi się, że serce zamrze mi w piersi z boleści, a tuż obok niego stawała twarz Heleny, zbladła w pogoni za ideałem, i w uszach brzmiały gorzkie jej słowa: "Może, i jest miłość na świecie, ale ja o niej nic nie wiem! " Pod ciężarem tych słów młodej towarzyszki uginała się myśl moja, a w piersi mej wzmagała się walka prawdy, która tkwiła w mym sercu, z oblegającymi mię zewsząd zmorami fałszywych pozorów...

Spojrzałam w twarz Emilki — smutnymi oczami patrzyła w gwiazdy. Skroń moją mocniej na jej czole oparłam, a po płonących moich policzkach powolne i gorące spływały łzy... Nagle wzrok Emilki oderwał się od nieba, wyciągnęła przed siebie rękę i rzekła cicho:

— Patrz, Wacławo! myliłyśmy się sądząc, że same jedne jesteśmy w parku.

Spojrzałam w kierunku jej ręki.

O kilkadziesiąt kroków od ławeczki, na którejśmy siedziały, w ukośnym nieco kierunku było sztucznie usypane dość wysokie wzgórze, a u szczytu jego, pomiędzy kilku starymi modrzewiami, szarzała grota kamienna, oświetlona teraz w głębi bladawą lampką.

W otworze tej groty, otoczonym gęstymi splotami dzikiego bluszczu, stał mężczyzna, którego po raz pierwszy w życiu widziałam. Po balowym ubraniu poznać mogłam, że był także gościem mojej babki, lecz ani przy obiedzie, ani w ciągu zabawy nie spostrzegłam obecności jego w salonach. Może przyjechał przed chwilą dopiero, może go w różnobarwnym i ściśniętym nie dojrzałam tłumie. Bądź co bądź oczy moje utkwiły w tej postaci i oderwać się od niej nie mogły; nawet mgła łez, która je zaćmiewała przed chwilą, rozstąpiła się nagle i zwiększyła się siła wzroku, jakby zrządzeniem wyższej jakiejś woli, która chciała, abym jasno widzieć mogła. Był brzydki prawie i cudownie piękny zarazem. Wzrost miał średni i ręce skrzyżowane na szerokiej piersi. Światło od dwóch na modrzewiach zawieszonych latarni padało na czoło wielkie, wypukłe, ciemnymi ocienione włosami, i ukazywało spokojne, podłużnie wykrojone oczy i myślące, łagodne usta.

Rysy jego były nieregularne, a mimo to rozlewała się po nich harmonia niewymowna; w postaci artysta— snycerz nie znalazłby wzoru na wykucie kształtów Apollina, lecz urobiłby z niej posąg siły i spokoju.

Był tak niepodobny do wszystkich mężczyzn, których znałam, iż trzeba było koniecznie pomyśleć, że z innego pochodził świata. Nie miał ani źdźbła połyskliwych pozorów, którymi świetnieli tamci, a jaśniał za to cały niezmiernym spokojem i wielkością ducha.

Stopy jego opierały się o ziemię, lecz byłam pewna, że duch unosi się ponad gwiazdami.

Nie patrzył jednak w niebo. Wielkie, spokojne jego oczy spoczywały na widniejącym zza drzew rozrzedzonych, płonącym od świateł pałacu. Zdawało mi się, że uśmiech łagodniej litości przesuwał się mu po ustach, a smętna zaduma osiadła na wypukłym czole i ducha jego jeszcze wyżej pod niebo uniosła.

— Kto jest ten człowiek, Emilko? — szepnęłam ściskając rękę towarzyszki.

— To hrabia Witold — odpowiedziała po cichu.

— Jaki on spokojny! — wymówiłam.

— Prostotę ma w postaci, a rozum w obliczu — powtórzyła Emilka.

Stał ciągle w otworze groty, nieruchomy, zamyślony, ani wiedząc o tym, że tam pod ciemną ścianą gaju dwie biedne młode istoty, o głowach zwieńczonych kwiatami, a płonących niepokojem, patrzą na niego i wyczytują w nim upragnione wyrazy spokoju i prawdy.

— Ten człowiek nosi prawdę w sercu — szepnęłam.

— I dziwne trafu zrządzenie! Wtedy właśnie, gdy wszystko zaczynało ćmić się przede mną, gdy zwodne połyski wzniecały burzę uczuć w mej piersi, gdy głowa mi gorzała od pytań palących, a łzy płynęły z oczu w tęsknocie za prawdą, ujrzałam jedno oblicze ludzkie, światłością prawdy oblane, jedną postać, w której leżała siła i spokój świadomego siebie ducha.

Im dłużej patrzyłam na hrabiego Witolda, tym spokojniej oddychałam, tym widniej robiło mi się w myśli, lżej na sercu, tym mniejszym ogniem płonęły policzki.

Bezwiednie wywierał na mnie wpływ tak orzeźwiający, jaki na człowieka upojonego narkotykiem wywiera przezroczysta, świeża woda źródlana.

I dla nieznanego człowieka tego zrodziło się w mej piersi nieokreślone uczucie, podobne do wdzięczności i do dziwnego pociągu myśli, która się rwała ku niemu.

Po chwili zstąpił z wolna ze wzgórza i poszedł ku domowi. Krok jego był równy, pewny, jednostajny. Kiedy przechodził oświetlone przestrzenie, postać jego zdawała się być wysoką przez siłę i męskość kształtów, i profil ogorzałej twarzy odskakiwał wyrazistym spokojem od ruchomego tła, utworzonego z drżących lamp promieni.

Gdy zniknął, powstałam z wolna i pociągnęłam za sobą towarzyszkę.

— Emilko — rzekłam — dziwnie uspokojoną się czuję!

W kilka minut potem wchodziłyśmy obie do wrzącej tańcem i rozmowami sali. W mgnieniu oka porwaną zostałam w wir ogólny, ale tańcząc i rozmawiając przebiegłam wzrokiem wszystkie twarze, szukając między nimi tej, która pozostała w mej pamięci, jak w miękkim gipsie pozostaje odcisk wypukłego medalionu. Daremnie jednak siliłam się ją odszukać. Widziałam znowu twarze zalane rumieńcami wrażeń; oczy, w głębi których migotały błyskawice burz wewnętrznych a tajonych; usta śmiejące się zalotnymi lub dwuznacznymi uśmiechy; postacie porywane szałem i upojeniem zabawy, plączące się z sobą chaotycznie i na wyścigi uciekające od bladej rzeczywistości: ale spokojnego oblicza i silnej postaci hrabiego Witolda dojrzeć nie mogłam. Obejrzałam się szukając, kogo bym mogła o niego zapytać, i na oczy nawinął mi się Franuś.

— Kuzynku — rzekłam mu z cicha i pośpiesznie — przejdź po salonach i odszukaj hrabiego Witolda, a gdy go znajdziesz, uczyń tak, aby zechciał zostać mi przedstawionym.

— Przykro mi, kuzyneczko, że nie mogę spełnić twego rozkazu, ale hrabia Witold przed kilku minutami odjechał zabierając z sobą pana Rudolfa.

— Jak to! tak krótko bawił?

— Zdaje mi się, że dlatego tylko przyjechał, aby nie pokazać się niegrzecznym względem cioci Hortensji, która mu przesłała zaproszenie... Przybył, jak mógł najpóźniej, i odjechał wcześnie.

— I nie wiesz, kuzynku, dlaczego postąpił w ten sposób?

— Powiadają, że ogólnie zabaw nie lubi...

— Ani przypuszczałam, że babcia go zaprosi; słyszałam przecie, jak się o nim nieprzychylnie odezwała...

— To prawda; zawsze jednak jest on hrabią, nosi najznakomitsze w prowincji nazwisko, zresztą szacunek ogólny, którego używa...

Nie dokończył Franuś zaczętego frazesu, bo siedząca niedaleko babka Hortensja skinęła na niego palcem, poskoczył więc ku niej ze zwykłym pośpiechem, a ja usiadłam przy mojej matce.

Uczucia moje były znacznie spokojniejsze jak wprzódy, ale głębszy jakiś i rzewniejszy zapanował w nich smutek. Czy żal mi było, że tak szybko zniknęła ta postać męska, szlachetna i spokojna, która bezwiednie przelała na mnie część swego spokoju? Czy tęskno mi się zrobiło za jednym ludzkim obliczem, na którym śród tłumu szalejącego koło mnie ujrzałam jasny obraz prawdy? Nie wiem. To tylko pewna, że przez kilka minut ani pomyślałam o panu

Agenorze; dusza moja biegła wciąż w głąb parku, pod wzgórze, ku grocie kamiennej i widziała stojącego tam hrabiego Witolda. Czułam, że nić nieokreślonego uczucia związała mię z tym nieznanym, zaledwie dojrzanym człowiekiem, a uczucie to najpodobniejszym było do tego uwielbienia, z jakim spoglądamy na obraz przedstawiający symbole cnót ulubionych.

Zamyślenie, w jakie popadłam, chociaż pokrywałam je uśmiechem i rozmową, nie uszło bystrych a przenikliwych oczu pana Agenora. Postrzeżenie to zdawało się go zatrważać i zasmucać zarazem; zbliżył się do mnie i aż do końca zabawy nie odstępował nawet na małą chwilkę. Zrazu wydał mi się dziwny jakiś, jakby obcy i nie ten, o którym tyle chwil przemarzyłam.

Zmarszczka, co przez wieczór cały nie opuszczała jego czoła, w trwożne wprawiała mnie uczucie, a połyskliwy blask oczów migotał przede mną niekiedy przykrym ogniem żółtych błyskawic. Pierwszy raz spostrzegłam, że zgrabnej i wytwornej jego postaci brakowało wysokiego wdzięku, jaki spokój tylko nadać może, że dwuznaczny uśmiech delikatnie wykrojonych ust jego nie był tak sympatyczny, jakim mi się dotąd wydawał, i że nie było w uśmiechu tym ani prawdy wesela, ani prawdy uczucia. A jednak tak dziwnym jest serce ludzkie, serce młode w ruchliwości swojej, że zmęczona, zniepokojona, chwiejąca się i niepewna nie mogłam jednak oprzeć się urokowi rozmowy i głosu pana Agenora. Głos ten szczególniej czarodziejsko działał na mnie, ależ bo podobnego ani przedtem, ani później nie słyszałam nigdy. Czarował mię wtedy najbardziej, gdy wibrowała w nim tłumiona, niby z przemocą wyrywająca się z piersi, tkliwość. A właśnie takiej tkliwości tony brzmiały w głosie pana Agenora, gdy widząc mię zamyśloną i smutną przemawiał do mnie. Słuchałam go, nowy zamęt powstawał w mej głowie, nowe wrażenia wpływały do piersi, zapomniałam już prawie o wszystkim, co w ciągu wieczora widziałam i słyszałam i co mię w okropną wprawiło wątpliwość...

Nagle tuż przed nami przeszła Rozalia wsparta na ręku innej jakiejś panny. Twarz odwróciła w inną stronę, niby zajęta rozmową ze swą towarzyszką, ale lekkie fałdy jej sukni wionęły i otarły się o nas. Przy czym wstrząsnęła głową niedbale na pozór; liliowa astra wymknęła się z jej warkocza i upadła pod stopy pana Agenora. Lecz on zdawał się najmniejszej nie zwracać uwagi na kwiat upadły i rozmarzonymi oczami wpijał się w twarz moją, która może zbladła trochę w tej chwili.

Pochyliłam się, podjęłam astrę i podając ją panu Agenorowi rzekłam:

— Dlaczego nie podnosisz pan kwiatów, które leżą u stóp pana? Ludzie mówią, że kwiaty w życiu rzadko napotkać się dają... pogardzać więc nimi nie należy...

Nie wiem, czy przyspieszone serca bicie, z jakim wymawiałam te słowa, ozwało się w mym głosie sarkazmem lub bólem, ale pan Agenor nie wyciągnął ręki po kwiat, który mu podawałam. Wpatrzył się we mnie jeszcze głębiej, jeszcze przenikliwiej i wyrzekł z wolna:

— Dla mnie jeden jest tylko kwiat, który podjąć pragnę... jakim on, domyśl się pani... ja panią kocham! ...

Ostatni wielki wyraz po raz pierwszy wymawiał do mnie i — dziwna rzecz! — głos jego, tak mistrzowski, tak wprawny w różnych odcieni wibracje, omylił się. Była w nim jedna nuta jakaś za wysoka czy niska, nie wiem, ale która fałszywie zabrzmiała w mym uchu, niby klawisz źle dobrany w muzycznym akordzie... Nie wiedziałam, jakie brzmienie właściwe było dla wyrazu tego, ale czułam, że źle on wymówionym został...

Ten fałsz tonu osłabił wrażenie i zmniejszył wielkość słowa i dlatego może nie ugodziło ono we mnie piorunnym uderzeniem, lecz tylko z wolna przeszyło mnie wpółrozkosznym, wpółbolesnym prądem. Rozkosz płynęła z serca, które poczuło się u celu swych tajemnych marzeń, boleść — z myśli, która w dźwięku potężnego wyrazu nie dosłyszała upragnionej prawdy.

Z wolna podniosłam na pana Agenora wilgotne oczy i zobaczyłam, że był bardzo blady, usta drżały mu trochę, a wzrok palił się dziwnym ogniem. Na widok ten umilkł fałsz, co mi słuch raził; wzruszenie pana Agenora owiało mię siłą niepokonaną i nie wiedząc prawie, co czynię, z zawrotem głowy i biciem serca rozrywającym piersi, wyciągnęłam do niego rękę.

Uścisnął ją i wymówił cicho:

— Za kilka dni zaniosę do babki i matki pani gorącą prośbę o tę rękę, którąś mi w tej chwili podać raczyła; a jeśli potem wolno mi będzie nazwać cię, pani, narzeczoną moją, powiem z całego serca, że jestem najszczęśliwszym z ludzi!

Tym razem głos pana Agenora nie omylił się ni razu; był on tkliwy i męski, ufny i błagający zarazem. Toteż odrzuciłam daleko od siebie astrę Rozalii, którą dotąd machinalnie trzymałam w ręku, i patrząc w twarz pana Agenora rzekłam serdecznie:

— Jestem bardzo młoda i mało świadoma spraw i serc ludzkich, ale panu wierzę całym sercem i ufam, a pewna jestem, że nikt na świecie nie chciałby zawieść tej młodej mojej ufności i wiary.

Nie wiem, co by mi na te słowa odpowiedział Agenor, bo spostrzegłam tylko, że usta jego widoczniej zadrżały i twarz mocniej zbladła. W tej samej chwili rozdzielono nas; kilka odjeżdżających panien zbliżyło się, aby mię pożegnać. Zegary wskazywały piątą poranną godzinę, lampy w ogrodzie dawno pogasły, zza sztorów, przysłaniających okna, wdzierały się do salonów pierwsze promienie słoneczne. Towarzystwo rozjeżdżało się, bal był skończony.

W godzinę potem w pokoju moim, śród sztucznie utworzonego zmroku, matka moja trzymała mię w objęciu, głowę mą tuląc do swych piersi. A ja po cichu, na ucho jej prawie, z uśmiechem na ustach a łzami w oczach opowiadałam, że jest ktoś na świecie, ktoś bardzo piękny, tkliwy, szlachetny, który śród nocy balowej powiedział mi, że mię kocha.

I widziałam wielką radość na twarzy mej matki, dłonie jej splotły się na mej gorącej głowie z miłością i błogosławieństwem.

A gdy zostałam sama, uchyliłam sztorę, otworzyłam okno i patrząc na ranek sierpniowy, który perłami rosy i słonecznymi iskry osypywał drzewa i kwiaty, myślałam, że w sercu moim rozkwita stokroć wspanialszy kwiat uczucia niż te wszystkie, które w ogrodzie podnosiły do nieba wonne kielichy.




Rozdział XXXV

"Jeśli mi wolno będzie nazwać cię, pani, narzeczoną moją, powiem z całego serca, że jestem najszczęśliwszym z ludzi". Słowa te brzmiały mi w uchu; chodziły za mną, kędy szłam; ruszały się przed mym wzrokiem, na cokolwiek patrzyłam; usypiały, gdy usypiałam, i budziły się wraz ze mną witając razem ze wschodzącym na niebo słońcem.

Narzeczona? czy jest w ludzkiej mowie inny wyraz tak piękny? Myślałam i myślę dotąd, że nie ma drugiego takiego wyrazu. Brzmi w nim przeddźwięk przyszłej dwóch serc harmonii, jaśnieje przedświt szczęścia. Zza przezroczystej zasłony, jaką niewinność dziewicza narzuca, widnieje przed nim jaskrawa łuna miłosnego zachwytu. Trwoga z nadzieją toczą w niej walkę, ale pierwsza upada do stóp zwycięskiej rywalki, która kędyś daleko jeszcze, pod niebiosami, przez aniołów może śpiewany słyszy hymn Wniebowzięcia. Na dźwięk tego wyrazu szlachetne serce rozszerza się, dojrzewa, myśl wpółdziecinna dotąd rozwija skrzydła i pędzi w sfery, których dotąd sięgnąć nie zdołała.

Wyraz ten przedstawia wyobraźni cudowną Beatryczę, wyprowadzającą ukochanego z zapadlin czyśćcowych i wiodącą go za rękę ku tronowi Bożemu, albo... Ikara, co na woskowych skrzydłach ku niebu się wzbijał i, jak mit niesie, spod słońca upadł na ziemię.

Ile spomiędzy narzeczonych dziewic spełnia cudowne a szczęścia pełne Beatryczy zadanie, a ile z nich kończy smutnym końcem Ikara?

"Boże! — myślałam podnosząc w górę błagające oczy — daj, abym Beatryczą była!"

W dwa dni po balu opuściłyśmy Rodów. Babka Hortensja, uwiadomiona przez moją matkę o tym, co zaszło pomiędzy mną a panem Agenorem, stała się dla mnie tak czułą, że przez parę godzin poprzedzających nasz wyjazd nie robiła frywolitków, a białą swą o długich palcach ręką kilka razy przeciągnęła po mych policzkach.

Wróciwszy do domu niczym formalnie zająć się nie mogłam, ani razu nawet nie zasiadłam do krosienek, ani razu nie dotknęłam żadnej książki, a nosiłam się tylko wciąż z marzeniami mymi, które rosły i olbrzymiały wraz z postacią tego, który był ich bohaterem. Rzecz dziwna jednak, marzenia te nastrajały mię często na ton poważny i podniosły. Nie przychodziły mi na myśl, jak Zeni, swobodna pozycja mężatki ani stroje bogate; o tych nawet, jakie posiadałam, zapomniałam zupełnie. Wyobraźnia ukazywała mi nie znane dotąd obrazy. Raz, na przykład, przedstawiłam siebie stojącą obok pana Agenora, na wysokim balkonie jego pałacu: w dole, nisko, roiło się mnóstwo dzieci biednych, obdartych, które ukazywał mi pan Agenor mówiąc:

"Zejdźmy ku nim, nakarmijmy je, odziejmy i oświećmy! ..." To znów zdawało mi się, że śród zmroku siedzieliśmy obok siebie w cichutkim jakimś pokoiku, a pan Agenor, trzymając mą rękę w swojej mówił: "posłuchaj mię! nauczę cię szukać prawdy na ziemi!"

A innym jeszcze razem zobaczyłam w marzeniu ojca mego, który składał dłonie na naszych głowach i wymawiał: "Idźcie dzieci w świat ręka w rękę i uczcie się rozumieć Boga królującego nad gwiazdami! ..." Szczęśliwa czułam się i podniesiona duchem wysoko, trwożna i dziwnie uspokojona zarazem. Wierzyłam, kochałam i czekałam chwili, w której wybrany mój przed obliczem ludzi i światłości słonecznej poda mi rękę na wędrówkę życia.




Rozdział XXXVI

Jeden z pierwszych dni września oświecał świat słońcem pogodnym, bladawym. W naturze spokojnie było, cicho; kiedy niekiedy tylko listek zwiędły, oderwany od drzewa pierwszym podmuchem jesieni, unosił się w powietrzu sam jeden i smętnie opadał na ziemię.

Siedziałam w pokoju moim sama jedna przy otwartym oknie. Dobrze mi było, spokojnie, radośnie a poważnie jakoś zarazem. Jaskółkę, która leciała koło okna, zapytałam myślą: czy była tak szczęśliwą jak ja i czy rozumie, co to być narzeczoną? Nad motylkiem białym, który leciał sam jeden, ulitowałam się i okiem szukałam, czyli nie znajdzie w przestrzeni ukochanego towarzysza?

Nad głową moją zabrzęczał owad drobny. Chciałam go zabić, ale powstrzymałam rękę i pomyślałam, że dobrą dla wszystkich być powinnam. W oddalonej stronie dziedzińca zobaczyłam dziecię włościańskie, które bose i w jednej koszulce, płaczące, czepiało się sukni matki wyrobnicy, i myśl mi przyszła, że powinnam zaopiekować się tym dzieckiem, sukienkę mu uszyć i nauczyć je wiary w dobrego Boga, który szczęście rozdaje ludziom.

Potem opuściłam czoło na dłonie i myślałam o ojcu.

Jakże ja jemu opiszę wszystko, co się ze mną stało i stać ma jeszcze? Jak ubłagam narzeczonego, aby pośpieszył tam, gdzie ojciec mój przebywa, i powiedział mu, jak bardzo kocha córkę jego i jak z nią razem pójdzie drogą życia, aby uczyć się i ją uczyć wielkiej myśli Bożej! ...

Nagle za bramą ozwał się tętent konia. Zadrżałam od miłego uczucia, które mię całą przeniknęło.

On to jechał zapewne — tak — nikt więcej teraz przyjechać nie mógł... nie chciałam, aby ktokolwiek inny przyjeżdżał. On to jechał i wiózł ku mojej matce prośbę, aby mógł co prędzej nazwać mię narzeczoną swoją...

Przycisnęłam dłoń do bijącego serca, wytężyłam całą siłę wzroku, patrzyłam...

W bramie ukazała się amazonka na siwym koniu i galopem pędziła ku domowi.

Poznałam Rozalię i oddech zamarł mi w piersi. Nigdy nie przyjeżdżała do nas konno i sama, a teraz przyjechała. Koń był spieniony od szybkiego biegu, a ręka amazonki uderzała go niecierpliwie szpicrutą, jak gdyby bystry wierzchowiec za powoli dążył do celu.

Nie podjechała pod główny ganek, ale zatrzymała konia przy bocznych drzwiach domu, które wiodły do moich pokojów; widocznie ze mną tylko zobaczyć się pragnęła.

Powstałam z miejsca i stanęłam na środku pokoju.

Policzki mi zapałały, ale wszelkie wewnętrzne drżenie ustało; nie wiem czemu, ale zdawało mi się, że występuję do walki, i czułam się tak mężną i tak silną jak nigdy, lubo nie wiedziałam jeszcze, z czym walczyć mi przyjdzie.

Na progu stanęła Rozalia i zatrzymała na mnie oczy długim spojrzeniem.

— Wybacz, kuzynko — wyrzekła po chwili postępując naprzód — że przybyciem mym przerywam ci chwile samotności, chwile błogich marzeń zapewne, ale przyjechałam oznajmić ci miłą nowinę. Pan Agenor wysłał wczoraj list do twojej babki z prośbą o twoją rękę...

Gdy to mówiła, nie spuszczałam z niej oka i wytrzymywałam spojrzenie, którym mię przeszywała.

Spostrzegłam, że policzki jej gorzały od rumieńca, a na ustach wisiał uśmiech niewymownej ironii. Ironia ta ukłuła mię dotkliwie, nie straciłam jednak zimnej krwi i odpowiedziałam spokojnie:

— Podziwiam, kuzynko, wszechwiadomość twoję, a zarazem jestem wdzięczną, że chcesz dzielić się ze mną jej owocami. Ale usiądź, proszę, bo pośpiech, z jakim przybyłaś do mnie z miłą, jak mówisz, nowiną, nazbyt cię zmęczył.

— Dziękuję ci, najlepsza — odparła Rozalia, zawsze z tym samym wyrazem twarzy — ale bo widzisz, posłowie niosący uroczyste wieści dla większej powagi stojąc objawiać je zwykli.

Dlatego i ja nie usiądę, bo oprócz tego, co już powiedziałam, mam dla ciebie, śliczna Wacławo, wieść inną, będącą niby diamentowym tamtej pendentem...

— Pokażże mi ten pendent, dobra Rozalio — rzekłam stosując ton mój do tonu jej mowy.

— Szczęśliwą będziesz — wymówiła Rozalia, a słowu temu zawtórował w jej piersi chichot cichy, ale i przeszywający.

— Nie wątpię — odrzekłam z wolna, pasując się z sobą, aby nie stracić zimnej krwi i spokoju.

Chichot Rozalii z cichego stawał się coraz głośniejszym, aż na koniec rozległ się długim, głośnym wybuchem. Przy tym skrzyżowała ręce na piersi i przeszywała mię swymi czarnymi oczami. Czułam, że cała krew zaczynała burzyć się we mnie, brakowało mi cierpliwości.

— Kuzynko — rzekłam czyniąc ostatnie wysilenie dla zachowania spokoju — uczynisz mi wielką przyjemność, jeśli zechcesz wytłumaczyć jasno cel twego przybycia i tej zagadkowej rozmowy, którą podoba ci się prowadzić ze mną.

Śmiech Rozalii ustał nagle, podniosła głowę, policzki jej nagle pobladły i wymówiła stłumionym i drżącym głosem:

— Chcesz tłumaczenia? dobrze! dam ci je, ale usiądź wprzódy, bo zemdlejesz i uderzysz twą piękną głową o twardą posadzkę. Słuchaj uważnie, co będę wyraźnie mówić. Pan Agenor oświadcza się o twoją rękę, bo babka Hortensja chce tego... a bogatą jest i da ci wielki posag, ale kocha on mnie... mnie tylko jedną... czy rozumiesz?

Nie rozumiałam. Cofnęłam się o parę kroków i rękę oparłam o stół, bo nogi zachwiały się pode mną. Wytężonym wzrokiem wpatrzyłam się w Rozalię, chciałam przemówić, ale oddech zamierał mi w piersi, a głos konał w gardle. W końcu wyciągnęłam przed siebie rękę jak dla odpędzenia strasznego widma i z wysileniem wymówiłam:

— Kłamiesz! ...

Wyraz ten wypadł z moich ust szeptem prawie cichym, ale tak przenikliwym, że słyszałam, jak echa jego odbiły się o wszystkie kąty pokoju. Echa te stłumione zostały głosem Rozalii, która z głową opadłą na piersi, z oczami szklanno utkwionymi w ziemię zaczęła mówić, jakby więcej do siebie niż do mnie:

— Nie ja kłamię, ale on kłamał, gdy mówił, że cię kocha! Czy nie widziałaś bladości, która pokryła wtedy twarz jego, i tej zmarszczki, co się mu pokazała na czole? Bladość tę sprowadziły nań moje oczy, które tkwiły w nim z dala, a które on czuł, lubo patrzył na ciebie; w zmarszczce tej leżała myśl o mnie... ma on ją zawsze na czole, gdy o mnie myśli... Boże mój!

Wacławo! jakżeś ty naiwna, kiedyś w tej zmarszczce nie poznała grobu, w którym za życia zamknięta miłość targa się i skonać nie może... Dziecko! ty nic nie znasz na świecie.. . nie rozumiesz... posłuchaj... ja ci powiem... On kocha mię namiętnie, od dawna, taką miłością, jakiej ty wzbudzić nie możesz, dziewczyno utkana z kryształu i księżycowych promieni. On z tobą do ołtarza pójdzie, ale ja tylko, ja będę na wieki jego ukochaną. Cha, cha, cha! szczęśliwą będziesz, Wacławo! bardzo szczęśliwą! ...

Umilkła i tylko cichy, przeszywający chichot wstrząsał jej piersią, ale nie patrzyła na mnie... wzrok jej był jak przykuty do ziemi.

Podniosłam dłoń do czoła, na które wypłynęła kropla zimnego potu, uczyniłam wysilenie i wyrzekłam:

— Mów wszystko! ...

— Wszystko! — powtórzyła za mną jak echo — jak ja ci wszystko powiem, dziecko z kryształową duszą? Czy ty zrozumiesz mnie, dziewico o czole spokojnym i oczach przezroczystych, w których nie zadrgała ni razu mętna fala życia? ... Jak ja ci powtórzę tę straszną historię, na początku której byłam święta jak anioł, a której nitka powiodła mię w smutne przepaści, kędy się stałam do szatana podobną?

Czy ja sama historię tę umiem na pamięć? Nie wiem. Ma ona wiele szczegółów, a mnóstwo stron ciekawych, bardzo ciekawych doprawdy! Cha, cha, cha! ale i po cóż bym ci je opowiadała?

Nie wystarczaż ci ten krótki, prosty, tak zrozumiały frazes: on mię kocha! ...

Popęd jakiś nieposkromiony pchnął mię ku niej. Pochwyciłam ją za ramię i zawołałam:

— Frazes ten nie wystarcza mi. Nie jest on dość silny, aby obalić wiarę moją; dość zrozumiały, aby móc mię wprowadzić w głąb tej tajemnicy, której rożek tylko odsłaniasz przede mną! Rozalio, jeżeli kłamiesz, jesteś nieszlachetną, jeżeli mówisz prawdę, powiedz mi ją całą, ukaż mi ją tak, abym uwierzyć mogła. Wszak widzisz, że cierpię!

Wydobyła ramię swe z uścisku mej dłoni, skrzyżowała znowu ręce na piersi i długo milcząc patrzała na mnie.

— Cierpisz? — wyrzekła. — Cierpisz nareszcie, ty, szczęśliwa istoto, i prosisz, abym ulżyła twemu cierpieniu! O, jakże mię nie rozumiesz! Twoje cierpienie to moja rozkosz! alboż nie odgadłaś dotąd, że cię nienawidzę?

Zakryłam oczy dłońmi i szepnęłam:

— Boże! czyliż są na świecie istoty okropne, którym by cierpienie czyje rozkosz sprawiało?

Dosłyszała ten szept Rozalia i odpowiedziała zniżonym głosem:

— Nazywasz mię okropną istotą! Tak... może i jestem dziś taką... ale kiedyś byłam inną...

Bogiem się świadczę, że byłam inną... Pożyj dłużej, pożyj dłużej na świecie, Wacławo, a gdy po długich przeżytych latach spojrzysz w zwierciadło przeszłości i ujrzysz w nim siebie taką, jaką dziś jesteś, zawołasz z przerażeniem: i cóż się ze mną stało? ...

Zmęczona, z szybkim oddechem upadła na sofę i blade czoło nisko na dłoń pochyliła.

Stałam przed nią, plecami oparta o konsolę, bo o własnych siłach trudno mi było ustać, i patrzyłam na nią z mnóstwem zmięszanych uczuć: litości i obrazy, trwogi, zwątpienia i upornie walczącej z nim wiary.

Usta Rozalii poruszyły się cichym szeptem, którego dosłyszeć nie mogłam. Mówiła do siebie i nie patrzyła na mnie. Po chwili nie odrywając oczu od posadzki głośniej nieco mówić zaczęła:

— Kiedy poznałam jego, miałam lat piętnaście, a on dwadzieścia cztery. Bawiliśmy się zrywaniem kwiatów w ogrodzie i na łąkach i wiązaniem z nich wieńców, które pozwalałam mu wkładać na moją głowę. Szesnasty rok kończyłam, kiedy raz w dzień słoneczny włożył mi na skronie niewinny wianek z niezabudek, a potem pochwycił warkocz mój, co mi na ramię spływał i przylgnął doń ustami... Powiedział mi wtedy, że mię kocha... Nie odpowiedziałam mu nic, bo uciekłam jak spłoszone ptaszę, ale wieczorem modląc się przed świętym obrazkiem, który wisiał nad łóżeczkiem mojej siostrzyczki, przysięgłam, że nikogo, prócz niego, kochać w życiu nie będę... O! wspomnienia te moje... wspomnienia! ...

Umilkła i zdawało mi się, że tłumiła łkanie. Potem zaczęła znowu:

— Bywają na świecie serca ażurowe, przez których lekko rzeźbione otwory uczucia wnikają i wylatują na przemian, śpiewając sobie swobodnie i nie zostawiając po sobie nic prócz drobniuchnych pyłków, ze skrzydełek opadłych. Moje serce było ze skały. Gdy iskra miłości w nie zapadła, zwarło się silnie i nigdy już nie wypuściło słodkiego niewolnika... kochałam... kochaliśmy się...

Nikt o tym nie wiedział, bo byliśmy tak idealni, że do najdroższej tajemnicy naszej nie chcieliśmy przypuszczać nikogo... Raz tylko, gdy wyjeżdżał w podróż daleką, powiedział mi: "Gdy wrócę, Rozalio, zostaniesz moją żoną!" Pojechał, a wkrótce potem na dom nasz spadło wielkie nieszczęście... Ojciec mój... ojciec mój...

Tu uczyniła ręką gest energiczny, jak gdyby nim myśl jakąś lub złe jakieś widmo odpędzić chciała, i zaczęła znowu:

— Ojciec mój opuścił rodzinę swoją i pogonił w dalekie kraje za Włoszką o czarnych oczach, która przybyła w dom nasz, aby uczyć młode moje rodzeństwo... Zwodnica trzy lata po wszystkich drogach Europy ciągnęła za sobą oszalałego namiętnością człowieka, obdartego z całego prawie mienia, a potem cisnęła mu w oczy wybuch szyderskiego śmiechu i popłynęła do Ameryki z rudowłosym Jankesem, który zrobił miliony.

Ojciec mój wrócił w rodzinne strony upokorzony, znękany, długo nawet nie śmiał wejść do domu, w którym żyły dzieci jego, przezeń ubóstwu oddane.. . Podniósł go na duchu i w domowe progi wprowadził młody, ale dziwnie spokojny człowiek, a kiedyśmy obie z matką wyszły na ich spotkanie z czołami zarumienionymi żalem i wstydem, rzekł do nas:

"Serca kobiece najlepiej rozumieć winny chrześcijańską naukę, która nakazuje przebaczać tym, co zbłądzili. Mąż i ojciec niech wejdzie w swoje prawa, a przeszłość zapomnianą niech będzie!"

Zapomnieć przeszłość! O, mój Boże! czy liż mogłam? Czy liż mogłam zapomnieć o błędach ojca, gdy skutki ich odbić się miały boleśnie w życiu moim, a kto wie? może i w życiu tych drobnych istot, które są braćmi i siostrami mymi. Nie! nigdy nie przebaczyłam ojcu tego, co uczynił, nigdy serce moje nie zwróciło się na nowo ku niemu! — Pozostał między nami jak żywe wspomnienie wszystkiego, cośmy przezeń stracili, przy rodzinnym ognisku... obcy.

Dzieci kochają go... mało wiedzą o przeszłości... Matka nigdy go nie kochała, ona nawet przez chłód swego serca była spólniczką i pierwszą przyczyną ojcowskiego występku... Rozumiałam wszystko... straciłam wszelką miłość dla matki... znienawidziłam ojca, a im czulej kochałam młode moje rodzeństwo, tym sroższą walkę toczyć musiałam z matką o kierunek, jaki wychowaniu ich nadać pragnęła, tym srożej ciężyła mi w sercu niechęć ku ojcu, którą przed niewinnymi istotami taić byłam zmuszona. Rozstrój serc wstąpił w dom nasz wraz z majątkową ruiną... kąty domu opustoszały, za to piersi przepełniły się goryczą. Matka i córka stanęły naprzeciw siebie walcząc o wpływ na małe istoty, z których pierwsza chciała uczynić próżniaków i głupców, napuszonych straconym bogactwem, druga — ludzi zahartowanych do twardego losu ubóstwa. Zwyciężyłam i stałam się matką dzieci mojej matki, ale walka, jaką stoczyłam, nauczyła mię obłudy połączonej z krnąbrnością i oziębłej goryczy, która kryje się pod maską spokoju. W walce tej pomagał mi ojciec, bo widział, żem niosła jedyny ratunek dzieciom, które on pchnął do zguby... alem ja za tę pomoc nawet wdzięczną mu być nie mogła; ani razu z uszanowaniem nie poniosłam do ust ręki jego, ani razu nie przysunęłam ust do jego czoła; i tak jak ja byłam córką bez matki i ojca, tak on pozostał mężem i ojcem bez żony i dzieci...

Czułam, że przejmował mię dreszcz przerażenia.

— Straszny obraz! — krzyknęłam zakrywając oczy.

Rozalia zaśmiała się gorzkim śmiechem.

— Przeraża cię obraz naszego zachwycającego rodzinnego pożycia! — wyrzekła z szyderstwem.

— Tyś myślała zapewne, że ludzie jednymi ścianami zamknięci żyją wszędzie z sobą jak aniołowie w zgodzie i miłości anielskiej! O! pożyj, pożyj dłużej na świecie, dziecko kryształowe! a ujrzysz wiele takich rodzin jak nasza, z sercami, składającymi harmonię, podobną do muzyki dzikich ludów, w której bębny, kotły i trąby, każde inną pieśń grają! Rodzina! wielki wyraz! I w cóż ludzie wyraz ten zamienili? Uczynili zeń jednoznacznik niezgody, przymusu, nieszczęścia. Wszak fundamentem rodzinnego gmachu to małżeństwo dwojga ludzi, którzy kochają się ciałem i duchem. Tak tylko połączeni ludzie mogą potem dzieci swe prowadzić na drogę spokoju i cnoty. A kędyż na świecie łączą się ludzie w ten sposób? Może zresztą gdzie tak i bywa, ale ja o tym nic nie wiem. Konwenanse, wyliczenia majątkowe, ślepa zmysłowa sympatia, oto nici, które w świecie naszym, w świecie tym, w jakim wzrosłam, wiodą ku sobie mężczyznę i kobietę. Czy łączy ich społeczna, wysoka myśl o rodzinie? Gdzie tam! rachuba lub zmysły — oto ich bodźce. I jakże na gruncie takim wzrastać ma pokolenie młode? Ha! widzimy, jak wzrasta na pociechę szatanowi! ... Ojciec mój był bardzo młodym, gdy się ożenił! Nie ożenił się, lecz ożeniła go familia wpływami i namowami dlatego, aby pokrewna a uboga panna znalazła odpowiednie urodzeniu i stosunkom swym stanowisko; matka moja wyszła za mego ojca, bo był naówczas pięknym młodzieńcem i świetną partią.

Dusze ich nie rozumiały się nigdy, miłości nigdy między nimi nie było. Toteż żądza jej, długo tłumiona w sercu mego ojca, wybuchnęła, im później, tym gwałtowniej.. . a matka została na zawsze posągiem z lodu wykutym i poruszającym się tylko dla oddawania pokłonów bożyszczu bogactwa i światowej próżności... Dziwisz się, drżysz, zakrywasz oczy! poczekaj! zostań żoną pana Agenora, a utworzycie rodzinę zupełnie do naszej podobną...

Przestała mówić i była chwila bolesnego milczenia, w czasie którego słychać było tylko ciężki oddech dwóch naszych piersi.

Potem Rozalia znowu zaczęła mówić:

— We wszystkich walkach i boleściach, jakie napełniały dom nasz, siłą moją, pociechą, nadzieją była miłość dla niego. O, jakże stale a niezmiernie kochałam go przez owe trzy lata nieobecności. Byłam pewna, że wróci do mnie taki sam, kochający jak dawniej, tak wierny mi, jak ja mu wierna byłam. Powrócił... lecz jakże zmieniony! Piękniejszy stał się, świetniejszy, dowcipniejszy, ale już nie taki świeży, poetyczny jak wprzódy.

Wieści głosiły, że zrujnował się za granicą i że mu bogatej trzeba żony, aby splendor imienia, jakie nosi, nie zardzewiał w ubóstwie. Przekleństwo! a ja przez winę ojca byłam już wtedy ubogą. Zaczęliśmy znowu widywać się często. Miłość rozgorzała w moim sercu szaleńcza, namiętniejsza niż kiedy. On odpowiadał jej taką samą, ale już nigdy mi nie powiedział, że zostanę jego żoną. Czekałam, ach! czekałam tego wyrazu i nie posłyszałam go nigdy. Wiedziałam, że odtrąca mię dla ubóstwa mego i chciałam odtrącić go wzajem, pogardzić nim, wyrzucić z piersi uczucie, które mię męczennicą czyniło; ale on upadł do nóg moich i płakał gorącymi łzami...

Przy ostatnich wyrazach głos Rozalii nabrał przejmujących, posępnych tonów, śniade czoło jej zaszło ciemnym rumieńcem, a po policzkach ciche, ale rzęsiste łzy popłynęły. Nie spojrzała na mnie ni razu, a ja stałam ciągle niema, drżąca, i tylko coraz mocniej opierałam się o konsolę, bo siły mię odstępowały. Jakież straszne, niezgłębione przepaści odkrywały się przed oczami mymi.

Nagle Rozalia porwała się z miejsca, przystąpiła mnie i prędko mówić zaczęła:

— Słuchaj! rzuciłam ci w oczy tę spowiedź, aby to, co ona w sobie zawiera, nie opuszczało cię już nigdy. Zostaniesz jego żoną i zawsze będziesz widziała stojącą przed oczami twymi miłość jego dla mnie. Widmo to uczyni cię nieszczęśliwą, rozrani ci serce, wiecznym rozdziałem stanie pomiędzy wami, a ja właśnie tego pragnę... pragnę, abyś nieszczęśliwą była, bo nienawidzę cię! czy słyszysz! Nienawidzę cię tyle, ile jego kocham!

Wyrwałam rękę z jej żelaznego uścisku i zawołałam z boleścią:

— Nieszczęśliwa! za cóż mię nienawidzisz? Cóż ci uczyniłam złego?

Zaśmiała się strasznym śmiechem i odpowiedziała:

— Za co cię nienawidzę? poczekaj... zaraz powiem. Nazajutrz po owym wieczorze o strasznej a cudownej pamięci pojechałam do babki Hortensji, upadłam jej do nóg, wyznałam wszystko i błagałam, aby mi dała posag, aby mię obdarzyła cząsteczką swego mienia, z którą mogłabym zostać jego żoną.

"Jego żoną! — odparła babka z tym twardym spokojem, który jej jest właściwy — ja ci powiadam, że nigdy za moją wolą żoną jego nie będziesz. Aby jednak dać ci dowód mego dla was współczucia, uposażę cię przyzwoicie i postaram się wydać cię za mąż. Pana Agenora przeznaczyłam od dawna, od dawna Wacławie i ona to jego żoną zostanie!"

Czołgałam się u nóg babki błagając, aby ulitowała się nad biednym moim sercem, które z całej siły pragnęło wyrzucić z siebie uczucie, raz powzięte i zawiedzione, choć zrosło się z każdym jego uderzeniem, połączyło z każdą krwi kropelką, zmięszało z każdym piersi tchnieniem.

"Serce! — odrzekła babka — śmieję się z tych deklamacji. Wyjdziesz za mąż za tego, kogo ja ci przeznaczę, a Agenor będzie mężem Wacławy. Ja tak chcę, ja tak ułożyłam i tak stać się musi".

I przeznaczyła mi męża, tego wdowca opasłego, który się teraz żeni z Ireną.

"Pan Prost — mówiła — posiada piękny fundusz i liczne familijne stosunki, przy tym jest człowiekiem w dojrzałym wieku, nie będzie więc zbyt się oglądał na romantyczne twoje wyskoki.

Chcę, abyś za niego wyszła, i tak pokierowałam sprawą, że jutro oświadczy się o twą rękę rodzicom".

W odpowiedzi parsknęłam głośnym śmiechem i zapytałam, dlaczego pana Prota babka mnie przeznacza, a nie Wacławie.

"To już do mnie należy — odpowiedziała — a młoda panna powinna zgadzać się z wolą starszych i nie objawiać nawet przed nimi swego zdania".

Nazajutrz powiedziałam wręcz panu Protowi, że go nie kocham i kochać nigdy nie będę, że kocham kogo innego i nigdy kochać nie przestanę. Podziękował mi za otwartość i odjechał.

A czyliżbym zdołała opowiedzieć, jakie walki staczać mi przyszło potem z matką i babką?

Żelazne zdrowie mego ciała pozostało śród nich nieuszkodzone, ale zdrowie duszy zachwiało się do reszty. Do całej goryczy, jaką już przepełnione było moje serce, domieszała się jeszcze nienawiść dla nieznanej istoty, która jak widmo stawała mi na drodze do szczęścia, do tej Wacławy; która dzieckiem jeszcze była, a już gotowano przed nią przyszłość usłaną kwiatami!

Wiedziałam dobrze, iż w ciernie przemienią się one dla ciebie, a lubo nienawidziłam cię całą duszą, nie mogłam się obronić od pewnej nad tobą litości. Kochał mię... kochał mię coraz mocniej, widziałam to, ale od owego wieczoru stałam się niedostępną dla niego... nie pomagały mu rozpacz ni błagania. Nie pozwoliłam mu odtąd dotknąć nawet ręki mojej, gdyśmy byli sam na sam, i kto wie? może ten upór mój, ta moja harda niedostępność, którą osłoniłam się wtedy, gdy był pewny mego bezwarunkowego oddania się, rozżarzyły w nim bardziej jeszcze miłość ku mnie... A jednak... ani razu... śród najgorętszych słów i uniesień, nie wyrzekł słowa: zostań moją żoną! ...

— Rozalio! — przerwałam z przerażeniem — jakże ty kochać go możesz? czyli nim nie pogardzasz? ...

Patrzyła na mnie długo i uśmiechnęła się dziwnie.

Pogardzać! — wyrzekła z wolna — jakże dziecinny wyraz wymówiłaś, Wacławo! Słabymi i występnymi pogardzają tylko głupcy albo dzieci, które nie znają przepaścistych tajemnic życia i fatalności, wiodących ludzi do upadków. On cierpi... często, zbyt często, cierpienie to jego jest ogromne... odbywają się w nim walki straszne sumienia i serca ze słabością... mój Boże! ja wiem, co to walki takie, i lituję się nad nim. Pogardzać nim! nie, nie! ja go tylko kocham! ...

— Dlaczegoż więc gardzisz ojcem swym? — spytałam zdobywając się na ostatnie siły, aby dokończyć tę straszną rozmowę.

Oczy Rozalii błyskawicami strzeliły.

Alboż ci powiedziałam, że gardzę ojcem? — zawołała. — Nie, ja szanuję go! On był wielki w występku swym potęgą uczucia, które go pociągało, i ogromem bólu, jaki przeniósł, ja szanuję ojca, tylko... nienawidzę go! Wszak on pierwszy był powodem mego nieszczęścia i zepsucia mego serca!

Gdyby nie szał, jakiemu uległ, byłabym teraz... ach! byłabym żoną Agenora!

Mówiąc to wybuchnęła głośnym, długo powstrzymywanym płaczem i blada, drżąca cała, osunęła się na sofę. Ja także upadłam na krzesło, bo siły mię odstępowały zupełnie. Pośród okropnych zwątpień, które wypływały przede mną z obrazów, stawianych mi przed oczy przez Rozalię, wiara moja żyła jeszcze, targała się, walczyła ze zmorami, co ją otoczyły, i skonać nie chciała. Nie powinnam była wątpić o prawdzie słów Rozalii, jednak wątpiłam. To, co mi mówiła, wydało się tak potwornym, pan Agenor wychodził z jej opowieści tak niepodobny do tego, jaki żył w mojej wyobraźni, że jęknęłam pod brzemieniem cierpienia, co mi pierś przytłoczyło, i zarazem szepnęłam:

— Rozalio, ja ci nie wierzę!

Porwała się z miejsca, łzy w mgnieniu oka oschły na jej twarzy, a zastąpił je śmiech rozdzierający.

— Nie wierzysz! — krzyknęła pomiędzy dwoma tego śmiechu wybuchami — po tym wszystkim, co powiedziałam, nie wierzysz jeszcze? Więc nie mogłam słowami i całą spowiedzią moją zachwiać twą wiarę dziecinną? Tak, ty nie znasz ludzi i świata! ty myślisz, że ludzie nie kłamią, że wszystko to na świecie jest świętą, przenajczystszą prawdą, a w tej wielkiej harmonii prawdziwości ja jedna stanowię wyjątek i przyszłam tu, aby nie wiedząc sama dlaczego, ot tak, przez kaprys lub fantazję kłamać i opowiadać przed tobą dziwy niestworzone! ...

Nie wierzysz mi, ha! więc oto masz! dam ci dowód dotykalny, wyraźny, że to, co mówiłam, jest prawdą, a to, co on ci mówił, było kłamstwem! Masz! weź! czy znasz jego pismo?

Mówiąc to sięgnęła za stanik amazonki i wydobyła papier, złożony w kształcie listu, ale zmięty i zgnieciony w konwulsyjnym znać ściśnięciu czyjejś ręki.

— Weź! — zawołała raz jeszcze, rzucając papier na stół przede mną — to list, który wczoraj otrzymałam od niego! Pomścij się, jak zechcesz! Rzuć ten list ludziom pod nogi, aby czytali, to mię nic już nie obchodzi! Zostanę pognębioną, ale słowa, które ty w tym liście wyczytasz, wryją się w twoją pamięć jak sztylety i będziesz je miała zawsze pomiędzy nim a sobą, i nie dadzą ci one ani chwili spokojnej miłości! Poznasz, jak boli zdrada wiary dziewiczej, jak pali zazdrość, jak gorzkie zwątpienie o wszystkim wgryza się w serce i toczy je, i psuje niby robak w głębi owocu zagnieżdżony. Zostaniesz pomimo to jego żoną... wiem o tym... bo czyż ty i matka twoja będziecie miały siłę wyrzec się złoconych łask babki Hortensji? Ale potem, między ustami twymi i młodego twego małżonka list ten zawiśnie i w piołun zamieni słodycz pocałunku; będzie cię on kładł do snu i budził przy ocknieniu twoim... zasiędzie z wami u stołu, za morza z tobą podąży, a gdy będziecie mieli dzieci, wyryje się na ich obliczach i zmusi cię, abyś w serca niewiniątek przelewała zwątpienie, którego sama pełną będziesz! ...

Żegnam cię, śliczna i szczęśliwa kuzynko, życząc miłych chwil przy odczytywaniu zostawionego pisma, a potem długich... długich a błogich marzeń o narzeczonym! ...

Głośny, długi wybuch śmiechu zabrzmiał mi w uszach, czarna amazonka przemknęła przez pokój, potem zamknęły się drzwi i tętent szybko cwałującego konia zahuczał na dziedzińcu.

Skamieniała, ogłuszona, z sercem zamarłym w piersi wzięłam do ręki papier rzucony na stół przez Rozalię.

Tak, było to jego pismo. Znałam je z kilku grzecznych bilecików, które w różnych zdarzeniach pisał do mojej matki. Spojrzałam na datę: była wczorajszą. Przesunęłam ręką po czole i oczach, aby przekonać się, że nie śpię. Nie spałam. Była to jawa dziwna jakaś, ale wyraźna.

Na posadzce leżała zgubiona przez Rozalię rękawiczka, w ręku moim był list, zostawiony przez nią. Zapragnęłam gwałtownie sięgnąć okiem na samo dno przepaści i jednym ciosem zabić wiarę, która jeszcze kołatała się w piersi nie mogąc skonać. Potem raz jeszcze chciałam nie wierzyć własnym oczom i spojrzałam na podpis listu. Było tam jedno tylko A, ale mi ono wszystko mówiło. Wydało mi się, że przekreślenie tej litery było podobne do dwóch skrzyżowanych sztyletów.

Zaczęłam czytać list od początku i z wolna, ale wyraźnie wyczytałam następne słowa:

Po co te rzucania się twoje, Rozalio? Po co ta rozpacz, która z cudownych oczu twych bucha?

Wszak wiesz, że to, co jest, zmienionym być nie może, chybaby jaka różdżka czarodziejska przemieniła mię, w innego, niż jestem, człowieka?

Wczoraj u państwa R. o mało nie zrobiłaś skandalu i byłabyś głośno wypowiedziała wszystko, co pomiędzy nami zachodziło i zachodzi, gdybym cię był nie powstrzymał spojrzeniem.

O, bo spojrzenie moje wywiera na ciebie wpływ przemożny, czy prawda? A choć, harda istoto, jak niewolnika trzymasz mię na wodzy z dala od siebie, to jednak bledniesz cała, gdy na cię patrzę.

Kochasz mię, lwico moja, wiem o tym.

A ja czy kocham cię? o! wiesz dobrze, że tak jest.

A jednak stało się! Powiedziałem tej bladolicej dziewczynie, że ją kocham, i jutro slę mego groma Leonarda na siwym rumaku do jej babki z epistołą błagającą, aby wstawiła się za mną do jej matki etc., etc., aby na koniec rączka panny Wacławy została własnością twego wiernego sługi.

Widzę, czarowna moja, jak cudowne twe oczy palą się niby żużle, gdy to czytasz, jak gibka twa ręka ściska w toczonych palcach papier niewinny.

Żeni się więc Agenor! — wołasz zagryzając do krwi dumne twe wargi. — Więc stracony dla mnie na zawsze.

Śmiej się z tego, Rozalio! ja jej nie kocham!

Czyliż przypuszczałaś kiedy naprawdę, abym mógł ją kochać? Jeśliś tak przypuszczała, to dowód, że nie umiesz gatunkować serc ludzkich i nie wiesz, jaki pokarm każdemu z tych gatunków właściwy.

Wacława jest uroczą dziewczyną, nie przeczę. Przez chwilę wzbudziła nawet we mnie zajęcie swoją pierwiosnkową świeżością i zaciekawioną minką, z jaką przygląda się światu.

Była to jednak z mej strony ciekawość człowieka, który lubi niekiedy bawić się badaniem swych bliźnich... nic więcej. To miluchna dziecina, a mnie trzeba kobiety. To kropla rosy tylko co spadla z nieba, a ja potrzebuję pełnego haustu wrzącego nektaru, przygotowanego na ziemi.

To gołębica śnieżna i do gruchania skłonna, mnie zwyciężyć może tylko lwica taka jak ty.

Podniebienie moje zepsute ostrym smakiem życia, białolice dziecię z naiwnymi oczami za ckliwy dlań pokarm.

Powiesz może, iż młodość jej to urok? nie, to jej grzech kapitalny. Nie pojmowałem nigdy zamiłowania w niewiniątkach. Pierwsza moja w życiu miłość była dla kobiety lat trzydziestu; twoje dwadzieścia pięć lat zachwycają mię.

Ona może być ideałem dla artysty jakiego lub poety, który by z nią razem bujał pod gwiazdami, zachwycał się trawką i motylkiem, a w ludziach widział chór serafinów bez skazy. Ją może kochać młodzieniec o przezroczystej duszy... jeśli jeszcze taki egzystuje kędy na świecie.

Ale ja? o! jam jest syn świata. Ze mnie opadła już z dawna chrzestna niewinności koszulka, mnie nudzą idylle i wędrówki podniebne.

Czyliż ma to znaczyć, że jestem do gruntu zepsuty i że wyziębło we mnie serce, a jedynym bodźcem moich występków egoizm?

Nie, w tej chwili nawet mam dowód, że tak nie jest, bo coś niby łza wzrok mój zaćmiewa.

Przez pryzmat tej łzy widzę was obie i nie jestem, i nie będę od was szczęśliwszy! ...

Nie urodziłem się na to, aby być złym człowiekiem... ty najlepiej wiesz o tym, Rozalio, bo znałaś mię i ukochałaś wtedy, gdym był bardzo młody. . .

Postawmy przed sobą zwierciadło przeszłości i spójrzmy. Ja nie poznaję siebie samego i ty także nieprawdaż? A dlatego, że i ty strasznym uległaś zmianom, pojmujesz te, które we mnie zaszły, i nie pogardzasz mną, i kochasz mię takim, jakim jestem...

Byliśmy inni niegdyś, Rozalio, zmieniliśmy się oboje i oto jeden węzeł więcej, który nas z sobą spaja...

Gdybyż ten węzeł mógł się na wieczny między nami zamienić! gdybyśmy żyć z sobą mogli razem! Żyć z tobą, być twoim mężem, nie rozstawać się nigdy! dzielić się wciąż słodyczą każdej chwili! Nie mogę myśleć o tym bez zawrotu głowy.

A jednak Leonard siodła siwego rumaka, epistoła moja, błagająca o rękę panny Wacławy, już napisana, leży przede mną na biurku i błyszczy pieczęcią, na której umieściłem wszystkie godła mego starego szlachectwa ku większemu olśnieniu pani Hortensji...

Pamiętasz w Rodowie, gdyśmy się zabawiali w grę zapytań i odpowiedzi? Na pytanie moje, co człowiekowi staje najczęściej na drodze do szczęścia, odpowiedziałaś: długi!

Miałaś zupełną słuszność, piękna moja. Posiadam długów więcej jak majątku, a zatem ostatniego nie posiadam wcale.

Teraz więc przypuść, iż żenię się z tobą, która także nic nie posiadasz. I cóż będziemy dalej czynili? Czy jak pierwotni ludzie ja zostanę myśliwym, a ty pasterką i karmić się będziemy mięsem dzikiego ptastwa albo trzód mlekiem? Czy pójdziemy na pustynię zjadać szarańczę i miód leśny, a odziewać się figowymi liśćmi jak pierwsi rodzice w raju? Ależ i tego nawet uczynić nie będziemy mogli, bo w klimacie naszym nie wzrastają drzewa figowe, a prawa krajowe dzikie ptastwo nawet przyznały własnością tych, na których gruncie zakłada ono swe gniazda.

Więc nie tak poetycznie, ale stosowniej do obyczajów czasu i miejsca weźmiemy pewno w dzierżawę folwark o trzech włókach piaszczystej ziemi, ubierzemy się w sukmany i ja pójdę z pługiem na pole lub z kosą na łąkę, a ty w tęsknocie za mną pocieszać się będziesz siekaniem pokrzywy na pokarm stworzeniom o niewymawialnym nazwaniu...

Ależ, jedyna, ręka moja nie udźwignie nawet pługa lub kosy, a twoje paluszki umieją tylko dobierać cienie włóczek do krzyżowej roboty i uderzać po klawiszach fortepianu...

Może więc jeszcze zasiądziem na rezydencji w jednym z bogatych pokrewnych domów, których tyle mamy w paranteli naszej? W takim razie moim przeznaczeniem stanie się wydobywanie dla pani domu kłębuszków spod kanapy, a pan, aby wynagrodzić sobie udzielone nam miejsce przy stole, poczuje się w prawie stroić do ciebie zaloty. Najdroższa! kark mój zbyt przywykł do niepodległości, aby mógł po kłębuszki schylać się, a temu, kto by ci ubliżył, ubliżyłbym tysiąc razy i wygnano by nas z cudzego kąta i łaskawego chleba...

Ty może szepniesz w tej chwili swymi koralowymi usty poetyczne przysłowie: "choćby w chatce, byle z nim!" Lecz ja go z tobą nie powtórzę i z sensem jego nie zgodzę się nigdy, bo...

nie ma ono żadnego sensu. W chatce! O! wystawże nas, droga moja, siedzących na twardej ławie, spożywających chleb czarny, pijących czystą wodę z glinianego dzbana i odzianych suknem szorstkim jak pokrzywa! Wystaw sobie mnie, zamkniętego płotem z nie ociosanych kołków, pozbawionego wierzchowca, kabrioletu, dzienników, lokaja i paszportu za granicę!

Chatka! brrr! leży ona dla mnie poza granicami podobieństwa. Nawet za cenę zostania twoim mężem z chatką pogodzić bym się nie mógł...

A wierzyciele? a ów brat stryjeczny, wielki pan, co dotąd podupaść mi nie dał dla chwały imienia, lecz u którego łaska na pstrym koniu jeździ i który od roku zaczął mi pisać listy z admonicjami? A sekwestr majątku? a sprzedaże publiczne, a wstyd, upokorzenia, ludzkie pośmiewisko?

A kłopoty, zatargi z kredytorami, łapanie i sztukowanie grosza z groszem, aby ich końce zeszły się jako tako? Gwałtu, Rozalio! toć cały szereg straszydeł okropnych, których paszczęki mogą najnamiętniejszą miłość zmusić do ugięcia karku i w kąt zapędzić sumienie! ...

Ha! miłość, upokorzona i zdławiona, to nie zabita jeszcze i pozostanie swoją drogą w piersi jak żużel palący, a sumienie w kąt zapędzone nie stanie się nieme dlatego i dogryzać będzie aż do szpiku kości...

Dlatego też powtarzam ci raz jeszcze, że nie masz mi nic do zazdroszczenia. Nie jestem i nie będę szczęśliwszy od ciebie.

Widziałaś moje walki. Zanadto masz przenikliwe oczy, abyś nie postrzegła, że pasowałem się z sobą jak potępieniec. Ależ powiedz, cóż począć miałem?

Urodziłem się w świecie, w którym mężczyźni wydziedziczeni są z praw do pracy. Jak inni towarzysze i rówieśnicy moi, umiem mówić obcymi językami, grać na dwóch czy trzech instrumentach, tańczyć niezrównanie walca, opowiadać dowcipne anegdotki, mówić damom komplementa, błysnąć, gdzie trzeba, usunąć się w półcień, gdy z tym bardziej do twarzy, pić szampana, trzymać bank na zielonym stole i w lożach teatralnych z miną znawcy przypatrywać się przez binokle grze dramatycznych artystów. Czy za pomocą tych umiejętności mogę stworzyć byt dla ciebie i siebie? Osądź sama i dodaj jeszcze do tego obrazu wściekłe rozpróżniaczenie, które było pierwszym powodem utraty mego funduszu, a zrozumiesz, iż nic mi

więcej nie pozostaje, jak ożenić się z bogatą panną. V o g u e l a g a l e r e ! alboż pierwszy tak czynię? Toć to tak utarta droga, że aby zliczyć tych, co ją deptali i depczą, zabraknie cyfr w arytmetyce! Ręczę ci, że w niejednym z naszych poczciwych kawalerskich kółek śmiano by się do rozpuku z moich walk, skrupułów i namysłów. Ożenić się z panną posażną dlatego, aby uniknąć nędzy, kochać jedną, a wziąć ślub z drugą! Ależ to rzecz tak prosta i łatwa jak wychylenie naparstka absyntu albo przełknięcie ostrygi.

A jednak, niech co chcą mówią, jest to rzecz straszna!

Czy jest na świecie człowiek, w którym by nie została kropla uczciwości albo iskra uczuć gorętszych? Sądzę, że nie ma takiego. Największy zbrodniarz najstraszniej cierpi przed zbrodnią, a jednak popełnia ją...

Dlaczego tak się dzieje na ziemi? Rozalio! ty i ja mamy prawo stanąć naprzeciw społeczności, w której łonie dano nam życie i jego kierunek, i zapytać ją: pani wielmożna, dlaczego tak strasznie okaleczyłaś twe dzieci? ...

Czy słyszysz odpowiedź, jaką nam daje: Prawa i zwyczaje, jakimi się rządzę, dobre są i świetne; wyście sami porodzili się ze złymi sercami i czarną krwią w żyłach, samiście więc waszym upadkom winni!

Wzywam do sądu zdrowy rozsądek. Jażem winien, że od dzieciństwa chowano mię jak kobietę? Że nie dano siły moim rękom ani hartu duszy? że pchnięto mię w obce kraje, bez steru w umyśle ni sercu, na edukację za kulisy francuskich teatrów i w zadymione sale domów gry w bilard, karty i ruletę.

Ha, moja zapewne wina, żem uległ pokusom, ale znowuż dlaczego natura nie dała mi wolido oporu zdolniejszej? Mam więc ponieść pokutę za skąpstwo natury, niedołęstwo tych, co mię hodowali, i wynikające stąd błędy moje? Poniosę ją... a na odrodzenie życia, zmiażdżonego pomiędzy zgwałconą miłością i oburzonym sumieniem, zostanie mi komfort.

Przeszedłem się parę razy po pokoju, wypiłem szklankę zimnego napoju i zaśmiałem się z siebie serdecznie.

I cóż ostatecznie tak złego stało się lub stanie?

Ożenię się z Wacławą i w tej już chwili ślubuję, że będę dla niej małżonkiem grzecznym, wyrozumiałym, pełnych względów i galanterii najczystszej wody. Kto wie? może gdyby nie ja, gorzej by jeszcze trafiła! Ciebie babka wyswata za jakiego majętnego sąsiada i będziemy mieszkali z sobą o miedzę...

W oczach ludzi, w salonach, pozostaniemy obcy dla siebie, okażemy się nawet może niechętni sobie wzajem... ale, ile razy zapadnie kurtyna, Rozalio, za kulisami tej sceny, co się światem nazywa, znajdziemy się i wiecznie należeć będziem do siebie.

O, cóż by to była za przepyszna komedia, gdyby Wacława rozkochała się nawzajem w tym, kto będzie twoim mężem! Wtedy tragedia serc naszych zamieniłaby się w śliczny wodewilek, odegrany ku wielkiemu zadowoleniu babki Hortensji, zbudowaniu publiczności, a dobremu humorowi aktorów. . .

Rozalio! serce mego serca! życie mego życia! nie rozpaczaj! nie rzucaj się jak lwica zraniona!

nie męcz łzami twoich cudownych czarnych oczów!

Śmiej się ze wszystkiego, jedyna, śmiej się do rozpuku z komedii świata!

Niech grzmi rozgłośnie kapela weselna, niech organ kościelny huczy rozgłośnie Veni Creator, niech ksiądz u ołtarza krępuje mi ręce stułą... ja nigdy kochać cię nie przestanę, ja wszędzie i zawsze cię znajdę i do ciebie wrócę!




Rozdział XXXVII

"Jeżeli wolno mi będzie nazwać panią narzeczoną moją, powiem z całego serca, że jestem najszczęśliwszym z ludzi". Słowa te, nieodstępni towarzysze kilku dni ostatnich, powoli wyłoniły się z mej pamięci i zawisły obok listu, którego czytanie skończyłam.

Pierwszy raz w życiu poczułam na ustach uśmiech gorzkiej ironii.

Spokojnie położyłam przed sobą pismo przeczytane, ręce opadły mi na kolana i siedziałam nieruchoma jak posąg. Tylko do okna odwróciłam się plecami, bo światło toczącej się na zachód kuli słonecznej krwawo rzuciło mi się w oczy, a zamiast bladobłękitnego nieba, na które z taką rozkoszą patrzyłam przed godziną, zobaczyłam rozciągniętą w górze poplamioną i brudną szmatę.

Zimno mi było. Czułam, że krew krążyła w mych żyłach bardzo z wolna, a serce stygło niby ujęte bolącymi kleszczami z lodu.

Nie miałam ani jednej łzy w oku i ani jednej wyraźnej myśli w głowie. Tylko lękałam się niewymownie czegoś, czegoś niewiadomego, i doświadczałam takiego poczucia, jakiego doświadcza dziecię pozostawione śród nocy między grobami cmentarza.

Po chwili zamknęłam oczy, a pod powiekami majaczyć mi zaczęły różne chwile i obrazy z przeszłości. Widziałam w nich oczy pana Agenora, utkwione we mnie z miłością i rozmarzeniem, usta jego wymawiające wyrazy słodkie i upajające; posłyszałam znowu ostatnie słowa, jakie wymówił do mnie na balu; porwałam się nagle z miejsca i krzyknęłam:

— Oszukiwał mię! ...

Obrażona duma i godność kobieca z całą siłą zagrały we mnie, chłód, który ścinał mię dotąd, zniknął, krew zawrzała w żyłach i gorącem uderzyła do twarzy.

Stałam nieruchoma, z dłonią przyciśniętą do pulsującej skroni, i patrzyłam, jak z człowieka, którego tak długo stroiłam najpiękniejszymi barwami wyobraźni, spadały jedna po drugiej strojące go dotąd ozdoby; jak męstwo jego zmieniało się w mgnieniu oka w słabość dziecięcą niemal, hart w niedołęstwo próżniaka, prawość w obłudę, tkliwość w obsłonkę kłamliwą. Na miejscu każdego z tych świetnych połysków, które mię w nim tak zachwycały dotąd, ujrzałam plamę i wydało mi się, że widzę szkielet człowieka, wypolerowany po wierzchu i jak próchno wpośród ciemności błyszczący nikłym fosforycznym światłem, a spod tej cienkiej warstwy lakieru i blasku widniały czarne plamy toczącej go gangreny. Nie miałam ani jednej łzy na ten widok, ale dreszcz przerażenia przeniknął mię aż do kości. Po raz pierwszy w życiu odbyła się przed mymi oczami straszna metamorfoza człowieka w trupa, bohatera w nikczemnika.

"Tak więc — myślałam — człowiek ten nie kochał mię nigdy, a miał wziąć mię za żonę tylko dla uniknięcia nędzy, którą odegnać nie mają mocy słabe jego, rozpróżniaczone ręce! Tak więc owa dokładna znajomość Paryża i obcych krajów, którą się tak zachwycałam, owe awantury, o których tak pięknie opowiadać umiał, owe polowania na lwy, co dawały mi rękojmię hartu i odwagi jego, pochłonęły mu majątek, a ja opłacić miałam ich koszty mieniem mym i życiem złamanym".

Rozumiałam już wtedy tę przykrą zmarszczkę, co leżała na jego czole, i wiedziałam, dlaczego w mistrzowsko wyrobionym jego głosie zadźwięczała fałszywa nuta, gdy mówił mi wyraz:

"Kocham!"

Jak lekceważąco i gorzko wyrażał się o mnie w liście swym do Rozalii! Nazywał mię dzieckiem; ależ i sam myśleć musiał, że dziecko stanie się kiedyś kobietą, i sam litował się nad przyszłym kobiety tej losem, odartym przezeń z tego wszystkiego, co życie czyni światłym i szczęśliwym.

Zapragnęłam głębiej jeszcze zajrzeć w tę otchłań fałszu i nieuczciwości, która rozwarła się przed oczyma mymi, wychylić do dna kielich jadu, zawierającego się w liście pana Agenora.

Rozwinęłam papier, który trzymałam w zaciśniętej dłoni, i po raz drugi list ten czytać zaczęłam.

Ale rzecz dziwna! im dłużej czytałam, tym więcej uspokajały się wzburzone uczucia moje.

Milkła obraza, łagodniało przerażenie, a z samego dna mego serca smutna i łzawa wyłaniała się litość.

W słowach listu, zza występnej słabości i wstrętnej obłudy, dojrzałam niezmierną gorycz i boleść człowieka, który go pisał. Walki jego stoczone z sumieniem i miłością, co go do innej pociągała kobiety, wypisane tam były między wierszami. Nie znałam walk takich, ale przeczułam je, zakryłam dłońmi oczy i zawołałam z głębi serca:

— O, nieszczęśliwy człowiek!

Za warstwą lakieru i fosforycznego połysku, jaka okrywała odarty z cudnych ozdób swych szkielet pana Agenora, zobaczyłam, jak po czarnych plamach toczącej go gangreny płynęły rzęsiste łzy boleści.

Po raz pierwszy miałam objawienie, jak wielka moc oczyszczenia i odkupienia leży w łzach takich, a składając ręce na piersi i podnosząc wzrok w niebo wieczorne, szepnęłam:

— Boże! przebacz mu!

W tej chwili zawołano mię do matki. Schowałam list za stanik sukni i przeszłam parę salonów powoli, bo w całym organizmie mym czułam słabość niewymowną i wzrok zasłaniała mi chwilami mglista opona.

Przy stoliku, na którym paliła się lampa, siedziała moja matka z rozpromienioną twarzą i listem w ręku.

Spojrzała na mnie, gdy przed nią stanęłam, ale czy była całkiem zatopiona w miłych swych myślach, czy przysłonięta ażurową zasłoną lampa słabe rzucała światło, zmiana mej twarzy uszła jej uwagi. Wzięła mię tylko za rękę, przyciągnęła z wolna do siebie i wymówiła głosem, w którym była radość i miłość macierzyńskiego serca:

— Wacławo! Babka twoja otrzymała dziś list od pana Agenora W. z prośbą, zaniesioną do niej i do mnie, o twoją rękę. Oto ten list.

I podała mi kartkę papieru o wyzłoconych brzegach. Nie wyciągnęłam ręki po pismo, ale oparłam się o stół, bo nogi zachwiały się pode mną, i milczałam.

— Waciu! — powtórzyła moja matka z pewnym zadziwieniem — czemu nie bierzesz pisma, w którym, jak spodziewam się, miłe dla siebie wyczytasz wyrazy?

Milczałam jeszcze. Usta moje otworzyły się parę razy, ale słowo żadne wyjść z nich nie chciało.

Matka, coraz bardziej zdziwiona, przyciągnęła mię bliżej jeszcze do siebie i uważniej mi w twarz spojrzawszy porwała się z miejsca, objęła mię ramieniem i krzyknęła:

— Wacławo! co ci jest? czegoś ty taka blada?

W tej chwili znowu chłód niewymowny ostudził mi wnętrze piersi. W objęciu matki sztywna się czułam i półmartwa, a z tej sztywności otrząść się nie miałam mocy. Uczyniłam niezmierne nad sobą wysilenie i z prośbą składając ręce cicho wymówiłam:

— Moja matko! odpisz panu Agenorowi, że ja żoną jego zostać nie chcę.

Ramię mojej matki, które mi stan otaczało, opadło nagle, odstąpiła o parę kroków i wpatrzyła się we mnie przestraszonymi niemal oczami.

— Dziecko! — wymówiła po chwili zniżonym od przykrego wzruszenia głosem — tożeś mi sama przecie mówiła, że go kochasz!

— Tak! kochałam go, ale teraz...

Załamałam ręce nagłym ruchem i zawołałam:

— Matko! lecz on mię nie kochał nigdy! ...

Przykre wzruszenie zniknęło z twarzy mojej matki, uśmiech znowu na jej ustach zaigrał.

Wzięła obie moje ręce i patrząc na mnie łagodnie rzekła:

— To dziecinne chimery, Wacławo, rozpieszczone z ciebie dziecko, a wyobraźnia twoja kapryśna jest i ognista. Skąd ci znowu ta myśl, że pan Agenor cię nie kocha? Możeście się poróżnili chwilowo? Może powiedział ci cokolwiek, czegoś nie zrozumiała i wytłumaczyła sobie błędnie? To dzieciństwo, Wacławo! Najlepszy dowód, że on cię kocha, masz przecie w tym, że oświadcza się o twoją rękę.

Swobodnemu i lekceważącemu słowa moje uśmiechowi mojej matki odpowiedziałam gorzkim uśmiechem ironii, który przemocą wdarł mi się na usta. Czułam, że powinnam była zebrać wszystkie me siły, aby zwalczyć złudzenie mojej matki. Poczucie to wzmocniło mię nagle; słabość, jaką poczułam przed chwilą, zniknęła i pewnym głosem zaczęłam mówić:

— Moja matko! Bóg dobry pozwala, aby człowiek w najrańszej przynajmniej porze swego życia zachował złudzenia cudowne, złożone w jego sercu może na pamiątkę lepszych światów, z których na ziemię tę zstąpił. Jam wczoraj jeszcze, dwie godziny nawet temu, złudzenia te miała i myślałam, że ludzie noszą prawdę w sercach, a miłości kłamać nie umieją. Ale przed chwilą otworzyły się oczy na ciemności tego świata i wiem już teraz, wiem z pewnością, że bywają ludzie, którzy udają miłość dlatego, aby móc zdobyć bogactwo, a jednym z takich ludzi, moja matko, jest pan Agenor.

Fałdy na czole mojej matki zagłębiły się bardzo, twarz jej przybrała gniewny niemal, a bardziej jeszcze niespokojny wyraz.

— Nie pojmuję — odrzekła — skąd ci się wzięły te myśli...

— Stąd — przerwałam — iż dowiedziałam się na pewno, że pan Agenor kocha nie mnie, lecz Rozalię.

Tu ku wielkiemu memu zdziwieniu twarz mojej matki rozpogodziła się nagle. Zaśmiała się nawet żartobliwie i znowu łagodnie, a zarazem poważnie zaczęła mówić:

— Widzę z tego wszystkiego, Waciu, że ktoś narobił plotek pomiędzy wami, ale ja ci całą tę rzecz wyjaśnię. Mówiono wprawdzie i sama wiem o tym, że pan Agenor zajmował się kiedyś Rozalią, ale, moje dziecko, żadna z nas kobiet obiecywać sobie nie może, iż będzie pierwszą miłością mężczyzny, którego wybierze. Ty, jak mówiłam już nieraz, jeździsz dotąd na gwiaździe wysoko nad ziemią i nazbyt idealizujesz życie i jego sprawy. A jednak, moja droga, powinnaś oswoić się z myślą, że są na świecie konieczności, smutne może, ale z którymi pogodzić się trzeba.

Jedną z takich jest pewność, że kobieta wychodząc za mąż nie może znaleźć serca swego męża w stanie pierwotnej świeżości, i ani spodziewać się powinna, aby nie było w nim śladów swobodnego nieraz uprzedniego życia. Niemniej jednak serce to, poznawszy już nietrwałości i małą wartość uczuć minionych, tym silniej i trwalej przywiązać się do niej może, a co mu zbędzie przez to na idealności i świeżości młodzieńczej, to większą dojrzałością i stałością wynagrodzi. Pan Agenor wcześnie rozpoczął życie i był zawsze światowym człowiekiem, nie dziw więc, że miewał różne sympatie i, mniej lub więcej ścisłe, serdeczne związki, z których jeden łączył go z Rozalią. Miłostka ta jednak i wiele innych może podobnych, o których nie wiemy, ale które zapewne być musiały, nie wyziębiły jego serca i dość mu było poznać cię, aby pokochać stale i gruntownie. Co było, to było, a teraz ty panujesz w jego sercu, ciebie on kocha i pragnie mieć za żonę, od ciebie więc tylko zależy...

Nie pozwoliłam jej skończyć i przerwałam:

— Mylisz się, droga mamo, uczucie pana Agenora dla Rozalii nie było miłostką, ale miłością i nie zatarło się wcale w jego sercu. Kocha on Rozalię teraz więcej niż kiedy, a ze mną ożenić się chce tylko dlatego, że jest zrujnowany i obawia się niedostatku...

W głosie moim, gdy to mówiłam, była taka pewność i pomimo mej woli taka w nim przebijała się boleść, że matka moja upadła na krzesło przerażona niemal i zawołała:

— Ależ na miłość Boga, Wacławo, skąd w tobie ta pewność okropna? Kto, ci takich rzeczy nagadał? O! — krzyknęła nagle, niosąc rękę do czoła — wiem już; mówiono mi przed chwilą, że Rozalia była u ciebie. Ona w nim zakochana dotąd, wiem o tym, musiała go przed tobą okłamać! Ale nie wierz jej, dziecko moje! Ta żmija obłudna i złośliwa zazdrości ci i chce stanąć na drodze do twego szczęścia...

— Przeciwnie, matko — odrzekłam — ona stanęła mi na drodze do zguby. Nie łaj jej; ona sama bardzo nieszczęśliwa, nie okłamała przede mną pana Agenora, ale dowiodła mi, że nie jestem i nie byłam nigdy przez niego kochaną...

Matka moja z silnym rumieńcem, który w czasie rozmowy tej wybił się na jej policzki, pół gniewnie, pół ze smutkiem odwróciła się ode mnie i rzekła:

— Widzę, Wacławo, że rozmowa z tą niedobrą dziewczyną nazbyt cię wzruszyła, abyś mogła w tej chwili mówić ze mną o rzeczy tak ważnej. Idź i zajmij się dziś, czym zechcesz, a jutro rano, gdy ci spokój nocy przywróci rozwagę i łagodność, jaką dotąd zawsze w tobie znajdywałam, wezwę cię i obszerniej o tym pomówimy. Tymczasem ja odpowiedź moją panu Agenorowi odłożę także do jutra. Nazbyt cię kocham i sama nazbyt doświadczona byłam losem, abym miała kiedykolwiek chęć krępowania twej woli w tak stanowczym postępku, jakim jest zamążpójście; ale znowu ta sama miłość moja dla ciebie i świadomość życia i jego warunków nie pozwolą mi, abym zgodziła się na odrzucenie propozycji z pewnych powodów bardzo dla ciebie korzystnej, dla przyczyn błahych i dobrze nie uzasadnionych...

Te słowa matki przeszyły mię większą boleścią niż ta, jakiej dotąd doświadczałam. Spostrzegłam, że raniłam jej serce, zawodziłam tak miłe dla niej nadzieje, unicestwiałam plany, osnute przez nią od dawna. Zapragnęłam usprawiedliwić się przed nią, wyprowadzić ją z błędu, zakończyć ten spór pierwszy pomiędzy nami, a tak dla nas obydwóch bolesny. Mimowolnym prawie ruchem wydobyłam zza stanika list pana Agenora i podając go matce rzekłam:

— Weź pismo to, moja matko, i przeczytaj je, a złudzenia twe względem tego człowieka pierzchną tak, jak moje pierzchnęły.

Ze zdziwieniem wzięła list, a spojrzawszy wprzódy na datę i podpis, czytać zaczęła. Patrzyłam na poruszenia jej fizjonomii i widziałam, że stopniowo, im dalej po wierszach pisma posuwały się jej oczy, twarz jej bladła, fałdy na czole zagłębiały się i wargi drżeć zaczynały.

Długo trzymała wzrok szklanno przykuty do jednej litery, jaka stanowiła podpis, potem wypuściła z rąk papier i padając na krzesło wyszeptała bardzo blada:

— Nikczemny!

Zbliżyłam się i obie jej ręce gorąco do ust poniosłam.

— Nie nazywaj go tak, matko moja — rzekłam — bo mnie za niego serce boli...

Spojrzała na mnie łzawym wzrokiem.

— Biedna! ty kochasz go jeszcze! ty walczysz z twym uczuciem dla niego!

Na te słowa czułam sama, że wyprostowałam się hardo.

— Kochałam go, matko — odrzekłam bez najlżejszego drżenia w głosie — ale teraz, gdym przeczytała to fatalne pismo, jakżebym go kochać mogła? Nie! nie kocham go, ale może już serce moje tak utworzone, że nienawidzić ani pogardzać nie zdoła... Lituję się nad nim, matko! mnie żal jego, wielki żal! on słaby... nieszczęśliwy...

Pociągnęła mię na swe piersi i gorącym ogarnęła uściskiem, a spoza łez patrząc mi w twarz mówiła:

— Nie dam cię jemu, śliczne dziecię moje; o, nie dam cię jemu! Tyś powinna być kochaną!

Na licu swym i w sercu masz takie bogactwo, że kto go nie ceni, posiąść go niewart. Niech co chce stanie się, ja cię jemu nie oddam!

Po chwili zakryła twarz dłońmi, wzdrygnęła się i szepnęła:

— Ale cóż się stanie? Boże! co się stanie?

Nie pojmowałam tych zagadkowych słów mojej matki i jej niepojętych dla mnie obaw, ani nawet miałam siłę zapytać ją lub siebie samą o ich znaczenie.

Poczułam tylko ulgę na widok jej miłości; pierwszy raz w ciągu całego przejścia źródło łez otworzyło się; w mym sercu i zwilżyło płonące moje oczy.

Płakałam na piersi matki długo, rzewnie, a gdy w godzinę potem znalazłam się samotna w alkowie mojej sypialni, zebrałam w pamięci wszystkie chwile wzruszeń, jakich doświadczyłam przy panu Agenorze, wszystkie chwile marzeń o nim przy białym świetle lampy nocnej, wszystkie chwile trwożnych a rozkosznych rojeń o wspólnej z nim przyszłości, zgarnęłam pamięcią wszystkie te chwile i wraz z opadłymi liśćmi wspaniałego kwiatu mojej dla niego miłości pogrzebałam je w głębi serca.

Obok skromnej i cichej mogiły, w której leżała pogrzebana eteryczna i wpółdziecięca sympatia moja dla Franusia, podniosła się druga, większa, smutniejsza. Bo gdy na tamtej kwitł tylko smętny, ale spokojny kwiatek niezabudki, nad tą mglista i groźna unosiła się mara zwątpienia. Kołatała mi się ona po sercu i głowie, nad uchem krzycząc straszne pytanie:

"I w cóż mam wierzyć na świecie?"




Rozdział XXXVIII

Nazajutrz wcześnie weszłam do pokoju matki i znalazłam ją zajętą pisaniem listu. Złożyła pismo, oddała je czekającemu u drzwi posłańcowi, a gdy odszedł, rzekła do mnie:

— Wysłałam do pana Agenora odmowną odpowiedź.

Gdy to mówiła, spostrzegłam, że była bledszą niż zwykle, ale w twarzy jej nie było żalu, owszem, malowało się w niej silne postanowienie kiedy niekiedy tylko mącone przebłyskiem niepokoju.

— Teraz — mówiła dalej — pojedziemy do Rodowa, aby uwiadomić babkę Hortensję o tym, co zaszło. Będziemy musiały stoczyć z nią walkę tym przykrzejszą, że nie mamy prawa pokazać jej listu, będącego jedynym dotykalnym dowodem, iż postępowanie nasze słusznym jest, a nawet koniecznym. Listu tego nikt, prócz nas dwóch, widzieć nie powinien; schowaj go pilnie u siebie i przy pierwszym widzeniu się oddaj go do rąk Rozalii. Szalona to dziewczyna, ale z szaleństwa jej korzystać nie mamy prawa. Babka Hortensja będzie zdumiona i rozgniewana i daj Boże, aby to zajście przykrych skutków nie wywarło na twoją i moją egzystencję...

Po południu jechałyśmy do Rodowa. Obie z matką byłyśmy blade i zamyślone, ale spokojne.

Ją wspierała widocznie miłość macierzyńska, bo tkliwiej jeszcze nim zwykle patrzyła na mnie; ja z zadumą wpatrywałam się w mogiłę świeżo usypaną w mym sercu i myślałam, że pogrzebałam w niej nie miłość prawdziwą, ale marzenia, poryw wyobraźni, co omamiona młodymi pragnieniami upojona światowym wirem nie potrafiła rozróżnić prawdy ze zwodnym połyskiem i zamiast człowieka, który istniał w rzeczywistości, kazała mi ukochać stworzoną i do ideału podniesioną przez siebie marę...

Babki moje obie, jak zwykle, siedziały w bawialnej swego domu szufladzie, zatrudnione wyrabianiem frywolitek i kwadratów. Od progu już spostrzegłam, że babka Hortensja utkwiła we mnie oczy, ciekawe i przenikliwe. Powitała nas z największą uprzejmością, do jakiej była zdolną, a w kilka chwil potem zwróciła się do mojej matki ze słowami:

— Zapewne, Matyldo, przyjechałaś, aby mi oznajmić że córka twoja została już narzeczoną pana Agenora? Spodziewam się, że i on sam wkrótce tu przybędzie...

Bladość mojej matki zwiększyła się, fałdy leżały na jej czole głębokie i smutne. Spokojnie jednak odrzekła:

— Kochana ciociu, plany, które dla przyszłości Wacławy raczyłaś układać, a które i ja potwierdzałam z całego serca, nie mogą być spełnione. Uznałam, że Wacława nie może i nie powinna zostać żoną pana Agenora i przed kilku godzinami posłałam już odpowiedź, w której odmawiam mu ręki mojej córki.

Z palców babki Hortensji wypadł kłębuszek bawełny, ręce jej opadły na kolana, a oczy utkwiły w twarzy mojej matki z wielkim zdumieniem.

— Co powiedziałaś, Matyldo? Zdaje mi się, że nie zrozumiałam cię dobrze? — ozwała się twardym głosem.

— Powiedziałam — zawsze spokojnie odrzekła moja matka — że odmówiłyśmy panu Agenorowi i że Wacława żoną jego nie będzie.

Brwi babki Hortensji zsunęły się, a na policzki jej bladawy wystąpił rumieniec.

— Czyliż dostąpię zaszczytu dowiedzenia się o powodach tego nierozsądnego postępku? — wymówiła pałając gniewem i oczy posuwając z twarzy mojej matki na moją.

— Zanadto szanuję cię i kocham, droga ciociu — zaczęła moja matka — zanadto cenię życzliwość twą, którą chciałaś okazywać mnie i mojej córce, abym sprzeciwiając się twej woli nie wyjaśniła ci powodów, dla których czynić to jestem zmuszoną. Odmówiłam panu Agenorowi ręki Wacławy dlatego, że przekonałam się, iż nie tylko on jej nie kocha, ale że do żenienia się z nią zachęcało go jedynie pieniężne wyrachowanie, że małżeństwo to uważał sobie za nieszczęście, do przyjęcia którego zmuszała go ruina majątkowa, nieszczęście tym dotkliwsze dla niego, iż najżywiej jest zajęty inną kobietą.

Babka wzruszyła pogardliwie ramionami i uśmiechnęła się szydersko.

— Mój Boże! — odrzekła — a czy nie można wiedzieć, kto jest ta kobieta, to widmo waszej rozmarzonej wyobraźni?

— Rozalia — powoli wyrzekła moja matka.

— Cha, cha, cha! — z przykrą ironią zaśmiała się babka — jakżeż stare opowiadacie mi dzieje! Toć to wieki średnie. Matyldo, znać bardzo mało interesują cię sprawy twojej familii, jeżeli nie wiesz o tym, że głupia ta miłostka pana Agenora z Rozalią od dawna należy do niepowrotnej przeszłości.

— W istocie — przerwała moja matka — sama sądziłam, że była to tylko miłostka, która już minęła, i dlatego nie widziałam w niej żadnej groźby dla przyszłości Wacławy, jeśliby wyszła ona za pana Agenora. Ale teraz wiem z pewnością, że jest inaczej i że pan Agenor uczynił z sumieniem swym kompromis, skazujący Wacławę na zostanie żoną człowieka kochającego inną kobietę i bynajmniej nie zdecydowanego na zwyciężenie lub choćby próbę zwyciężenia tej miłości...

Im dłużej mówiła moja matka, tym różowszy rumieniec okrywał policzki babki Hortensji i z większą szybkością ściskały się i rozwierały wąskie jej usta.

— I któż to — ozwała się w końcu przeszywającym tonem — i któż to paniom udzielił tych przyjemnych i pożytecznych wiadomości? Czy można to wiedzieć?

— Na to, o czym mówiłam, mamy niezbite i dotykalne dowody; ale wybacz, droga ciociu, pewne względy nie pozwalają mi wyjawić przed tobą, kto nam ich udzielił.

— To może przynajmniej dowody te okazać mi raczysz?

— Nie, ciociu, i tego uczynić nie mam prawa.

Babka Hortensja powstała z miejsca wyprostowana i sztywna.

— Matyldo! — zaczęła twardym i suchym głosem — nigdy nikt z familii tak często jak ty nie sprzeciwiał się mojej woli. Wyszłaś za mąż pomimo oporu, jaki małżeństwu temu stawiałam, przez co zrobiłaś mezalians przynoszący wstyd rodzinie. Przyszłaś do rozumu i rozstałaś się z mężem, byłam zadowolona z ciebie i chciałam, abyś rozwiodła się i została żoną księcia X., który się starał o twą rękę. Dla niepojętego mi dotąd kaprysu odmówiłaś księciu i powstrzymałaś rozpoczęte już kroki rozwodowe. Pamiętasz, że wyraziłam ci wówczas moje żywe niezadowolenie, a ty, zamiast starać się naprawić swój błąd innym jakim stosownym mariażem, do którego tyle nastręczało ci się partii, o mało nie wróciłaś do męża, aby dzielić z nim znowu sławę bakałarza i chleb wyrobnika...

— Bodajbym to była uczyniła! — drżącymi usty szepnęła moja matka.

Babka przeszyła ją na wskroś gniewnymi oczyma.

— Tak — ciągnęła — znam dobrze twoją przewróconą głowę i fantastyczne porywy, którymi się rządzisz. Ale, dzięki Bogu, ja stałam przy tobie na straży i nie pozwoliłam, abyś raz jeszcze pociągnęła wspólne nasze imię w tę zgraję plebejuszów, pomiędzy którą podobało ci się wybrać sobie męża, i abyś powróciła do człowieka, co grubiaństwem odpłacił ci zaszczyt, jakim go obdarzyłaś zostając jego żoną.

Matka moja żywo się poruszyła i rumieńce trysnęły na jej twarz bladą.

— Moja ciociu! — zawołała czyniąc wyraźne wysilenie dla zachowania spokoju — albożem ci mówiła kiedy, że ojciec Wacławy nieprzyzwoicie obchodził się ze mną? Nie, nie mówiłam tego, bobym kłamała, a wiesz sama, o ile niezdolna jestem do kłamstwa. Poróżnienie nasze wynikło z różnicy przyzwyczajeń i zamiłowań naszych i kto wie, moja ciociu, może on właśnie był w prawdzie...

Babka uczyniła ręką gest wzgardliwy.

— Zostawmy na stronie tę przykrą przeszłość twoją — wyrzekła oschle — co się stało, to się nie odstanie, ale ja, która przez wiek i majątek jestem głową familii i stoję na straży jej rodowego honoru, chcę, aby Wacława małżeństwem swym wynagrodziła smutne małżeństwo przez jej matkę zawarte. Dlatego od dawna zwróciłam uwagę na pana Agenora, bo z wyjątkiem tego dziwaka, hrabiego Witolda, posiada on najznakomitsze imię w prowincji i najzaszczytniejsze familijne koligacje. Co zaś do jego majątkowej ruiny o tę proszę się nie troszczyć, bo podjęłam się wynagrodzić ją wydźwignieniem z toni twego funduszu, Matyldo, i obdarzeniem Wacławy bogatym wianem. Co przyrzekłam, to dotrzymam, ale wola moja jest niezłomną. Chcę, aby Wacława została żoną człowieka, którego jej na męża przeznaczam, i naprawiając niedorzeczność przez was popełnioną, natychmiast napiszę do pana Agenora, aby przybywał do Rodowa powitać swoją narzeczoną, której ręką ja rozporządzam sama.

Tu uczyniła poruszenie, jakby odejść chciała, lecz moja matka podniosła się z wolna, spokojna, ale wyprostowana i poważna, i zastąpiła jej drogę.

— Nie uczynisz tego, moja ciociu — wyrzekła stanowczo — bo, lubo szanuję znaczenie twe w familii i wysoko cenię twoje dla Wacławy względy, nie mogę, nie mam prawa zrzec się opieki nad moim dzieckiem i oddać je człowiekowi, o którego nieuczciwości i obojętności dla niej zupełnie jestem przekonana.

Brwi babki zsunęły się groźnie i po bladawo zrumienionych jej policzkach przebiegło parę drgnień nerwowych.

Podniosła w górę biały swój palec i wyrzekła suchym, ale przenikającym głosem:

— Matyldo, strzeż się!

Głowa mojej matki opadła na piersi, westchnienie ciężkie, choć stłumione, pierś jej podniosło.

Babka wyciągnęła ku niej wskazujący swój palec i dodała:

— Pomyśl, co stanie się z tobą i z tym zuchwałym twoim dzieckiem, jeżeli ja cofnę od was moją rękę.

Bladość mojej matki zwiększyła się. Stała nieporuszona i milczała. Ja z sercem zamierającym w piersi patrzyłam na nią, a na widok boleści i przygnębienia, które coraz wydatniej twarz jej pokrywało, poczułam pragnienie wyjścia z biernej mojej roli i dopowiedzenia babce, że uczynię, wszystko, czego ode mnie żąda, że biedną przyszłość moją oddam w jej ręce, byle tylko nie dręczyła matki mojej, byle uczyniła to, co jej spokój przywrócić może. Myśl ta zabłysnęła w mej głowie jak paląca straszna błyskawica; powstałam i zbliżyłam się do babki, ale usta moje otworzyć się nie chciały. Czułam na piersi schowany za stanikiem list pana Agenora, a poczucie to zatrzymywało mi głos w gardle. Powiedzieć, że zgadzam się na zostanie żoną człowieka, który nie miał w sercu prawdy ni miłości dla mnie, który po istnienieniach ludzkich deptał jak nieroztropne dziecię po kwiatach, złamać do reszty życie tej biednej, tej szalonej Rozalii, nad którą litowałam się, ale której nienawidzić nie mogłam i nie powinnam była...powiedzieć to wszystko i jednym słowem zniszczyć cały urok życia i wszystkie cudowne sny młodości oddać wichrowi rozpaczy, ach! nie mogłam... nie mogłam...

Otwierałam usta, ale żadne z nich nie wychodziło słowo i patrzyłam na babkę z milczącym błaganiem. Tymczasem matka moja stała nieporuszona, ręką o stół oparta, w bolesnej zatopiona myśli. Babka Ludgarda, wzruszona, ze łzami w oczach patrzyła na siostrę swoją, która wyprostowana, sztywna, z uśmiechem zimnego tryumfu na wąskich wargach przenikliwe piwne swe oczy przesuwała z wolna po bladych i niemych naszych twarzach. I nie wiem, jak długo trwała ta chwila ciężkiego milczenia; zdawało mi się tylko, że mroczny salon ciemniejszym był jeszcze niż zwykle i machinalnie słuchałam, jak ciszę głęboką przerywało monotonne tętno ściennego zegara.

Nagle do tętna tego inny, przychodzący z zewnątrz domu przyłączył się odgłos. Było to jakby zbliżające się, stłumione murawą dziedzińca, stąpanie konia. Stawało się ono coraz bliższe i bliższe, za oknem mignął szybko cień wysoki, potem w przyległej sali dały się słyszeć pośpieszne kobiece kroki i w drzwiach ukazała się Rozalia, w czarną ubrana amazonkę.

Była zupełnie inną niż dnia poprzedniego. Zamiast rumieńca wzburzenia miała na twarzy bladość boleści, zamiast zuchwałego gniewu pokorę i błaganie. Spodziewała się widać znaleźć nas wszystkie zebrane, bo nie wydawała się zdziwioną. Zatrzymała się chwilę we drzwiach i rękę o drzwi oparła, jakby siły ją opuszczały. Babka Hortensja utkwiła w niej spojrzenie.

— W samą porę przybywasz, Rozalio — wymówiła dość głośno, aby mowa jej posłyszaną być mogła przez stojącą z dala od nas przybyłą — mówiłyśmy właśnie o tobie i potrzebną jesteś dla rozwiązania pewnej zagadki, której nikt tu rozwiązać mi nie raczy. Zbliż się!

Rozalia postąpiła naprzód i powolnym, ale pewnym krokiem przebyła całą długość salonu.

Potem milczącym skłonieniem głowy powitała wszystkich i stanęła przed babką Hortensją ze spuszczonym wzrokiem. Spostrzegłam, że oczy jej, tak pałające zwykle, teraz były bez blasku, a powieki miała nabrzmiałe i zaczerwienione. Babka patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu i ze zsuniętymi brwiami, potem wyrzekła twardo i surowo:

— Pragnę, abyś mi powiedzieć raczyła, czy długo jeszcze zamiarem twoim będzie mącić sprawy familii i sprzeciwiać się moim rozporządzeniom i chęciom? Czy długo jeszcze popełniać będzisz szaleństwa twoje i mieszać głupie pomysły twej romansowej głowy do poważnych spraw familijnych? Powiedz mi zaraz, co nagadałaś Wacławie i jej matce o człowieku, który był dość nierozważnym, aby kiedyś zawiązać stosunek z taką złośliwą i lekkomyślną jak ty dziewczyną? Wiem dobrze, choć mi o tym nie powiedziano, że to twoja robota. Powtórzże przede mną te baśnie, wylęgłe w twej rozbujałej wyobraźni... Czegóż milczysz? No, podnieśże oczy... zobaczymy, czy będziesz miała odwagę przede mną te baśnie powtórzyć! ...

Rozalia podniosła oczy, odetchnęła głęboko i wymówiła z wolna:

— Tak, babciu, tę odwagę... będę miała...

Głos jej stłumiony i głęboki zdawał się z ciężkością wychodzić ze zmęczonej piersi. Umilkła na chwilę i potoczyła zamglonym wzrokiem po wszystkich twarzach, potem zwróciła się znowu do babki Hortensji i mówiła dalej:

— Wiedziałam dobrze, iż dziś znajdę tu Wacławę, i przyjechałam umyślnie dlatego, aby w jej obecności powtórzyć przed tobą, babciu, to wszystko, co wczoraj przed nią mówiłam...

Babka zaśmiała się wzgardliwie i wzruszyła ramionami.

— Jeśli dlatego tylko przybyłaś — rzekła — aby powtarzać te romantyczne androny, o których słyszałam już niegdyś od ciebie, mogłabyś oszczędzić sobie fatygi i siedzieć w domu... Bo co do mnie, rozkazuję ci, przeciwnie, odwołać niegodną potwarz, jaką rzuciłaś na człowieka, . który będzie mężem Wacławy...

Rozalia wyprostowała się, słaby rumieniec przebił się zza bladości pokrywającej jej policzki.

— Potwarzy nie rzucałam na nikogo — wymówiła z wolna, dobitnie. — To, co powiedziałam Wacławie, jest prawdą i przybyłam tu, aby ją o tej prawdzie raz jeszcze uwiadomić w innej wszakże intencji, niż to czyniłam, wczoraj. Wczoraj byłam wzburzona cała, obłąkana rozpaczą... szukałam tylko sposobu pomszczenia się nad Wacławą i wlania w jej serce niczym nieodegnanej goryczy... przez noc upłynioną rozpacz moja roztopiła się w łzy... płakałam od dawna po raz pierwszy i dziś jestem lepsza... dziś mam na myśli ratować Wacławę, a jeśli można i siebie... dziś przybyłam do ciebie, babciu, znowu z ostatnim błaganiem...

Głos jej zadrżał, ręce złożyła jak do modlitwy i oczy zaszłe łzami utkwiła w twarzy babki.

— Babciu — mówiła dalej głosem przerywanym — zważ, co chcesz uczynić! Trzy istnienia złamiesz, trzy serca na proch zmiażdżysz! On mię kocha! jak to słońce świeci na niebie, tak to jest prawdą... dlaczego kochając mię nie chce mię wziąć za żonę? O, babciu, ty wiesz o tym!

Może kto zadziwi się, że pomimo to nie gardzę nim, że duma kobieca nie zabiła we mnie uczucia dla niego! O, mój Boże! alboż wiem sama, dlaczego tak jest? Niech Bóg i ludzie sądzą go, ja nie usprawiedliwiam nic, o nic nie obwiniam... ja kocham tego, komu w dzieciństwie jeszcze prawie oddałam moje serce, czyją wobec Boga i sumienia żoną jestem i nikogo więcej nie kochałam na świecie, i jeśli on nie zostanie moim mężem, ani do niego, ani do nikogo należeć nie będę nigdy...

Załamała ręce i krzyknęła z wysileniem:

— Zbłądziłam! tak! wiem o tym! jestem nędzną, obłudną i złą istotą! Burze, co wrzały wciąż we mnie, zamknęłam pod maską pozornego spokoju... nie lubiłam ludzi i język mój zamieniłam w żądło kolące! Wyznaję winy moje, wyznałabym je w obliczu całej zebranej ludzkości, gdyby ona tu stała przede mną, ale pokutowałam... pokutuję... przeniosłam straszne męki... Czułam w samej sobie powolne konanie wszystkiego, co było we mnie dobre... usychanie i opadanie wszystkich świeżych kwiatów młodości... umierałam razem z nimi, a po każdej takiej śmierci budziłam się coraz gorsza... Ale zważcie, proszę, czy wszystko, wszystko na moje barki złożyć należy? Czy ja sama uczyniłam siebie taką, jaką jestem?

— A któż cię taką uczynił, szalona istoto? — wzgardliwie zapytała babka Hortensja.

— Kto? — rzekła Rozalia i po chwili dodała ciszej: — Ty, babciu!

Babka zbladła bardzo i uczyniła ręką gest nakazujący milczenie, ale Rozalia nie zwróciła na to uwagi i mówiła dalej głosem, którego uniesienie łagodzone było niezmierną żałością:

— Wszak ty to, babciu, byłaś mi od dzieciństwa mistrzynią i kierownicą, bo matka moja ślepym zawsze twej woli była narzędziem... Ty mi naprzód przestrogami swymi wlałaś obłudę w serce, bo kazałaś milczeć, gdy mówić chciałam, okazywać się dzieckiem, gdym czuła się już kobietą... myśl każdą, każde uderzenie serca miarkować i stosować do praw ścisłego konwenansu... Ty wychowaniu memu nadałaś kierunek błędny, okryłaś mię pozorami blasku, a nie dałaś treści duchowej, co jest dla życia opoką.. . nauczyłaś gry na fortepianie i mówienia obcymi językami, a nie dałaś pojęcia o pracy, która by od próżnych marzeń ognistą mą ustrzegła głowę... Marzyłam więc i wymarzyłam miłość... znalazłam jej urzeczywistnienie i do niej przykułam życie... a kiedy potem bagałam cię, abyś garścią złota okupiła błąd mój, uświęciła go zezwoleniem świata i ołtarza, odtrąciłaś mię, odepchnęłaś, powiedziałaś, że człowieka, którego kocham, wszechmocna twoja ręka przeznacza dla innej twej wnuczki, której ojca gminne nazwisko on miał swym arystokratycznym osłonić imieniem... Boże mój! jakaż straszna była to chwila, w której od ciebie wtedy odeszłam... Babciu, tyś wtedy zgubiła duszę moją! Tyś i sama nie wiedziała, co uczyniłaś. Myślałaś, że jestem dzieckiem z niedowarzoną głową albo jedną z tych zimnych lalek, co zwą się w świecie dobrze wychowanymi pannami... A ja byłam kobietą... grzeszną, ale silną i uporczywą w upadku i w grzechu...

Wraz z miłością upadek mój legł mi na sercu kamieniem ciężkim i serce całe w kamień mi przemienił... w kamień płonący jak zarzewie, a niewygasły, i oto masz mię, babko moja, przed sobą taką, jaką mię uczyniłaś, a jednak anioł stróż mojej młodości nie zupełnie jeszcze uleciał ode mnie i szepce mi jeszcze, gdzieś na samym dnie mojej duszy, że mogę być inną, mogę pochwycić na nowo światło utracone, cnotą błąd zmazać... byleby tylko danym mi było to, bez czego być mi inną nie sposób...

Podniosła obie dłonie do twarzy i zatkała głośno, potem przystąpiła bliżej jeszcze do babki i znowu ręce do błagania złożyła:

— Babciu — zawołała — przebacz! Nie chciałam ci czynić wyrzutów! Wytoczyły się one z ust moich jak lawa z krateru wulkanu, który chyba ręka Boga powstrzymać może! Przebacz mi! Nie chciałam cię obrazić! jam dziś lepsza, niż byłam dawniej! Przyszłam do ciebie z ostatnią prośbą, z ostatnią nadzieją! Nie oddawaj mu Wacławy, on ją nieszczęśliwą uczyni!

Oddaj mu mnie, a daj nam tyle tylko, aby on nie miał nędzy, której się obawia. Ja podejmuję się podnieść i wzmocnić jego ducha, będę go tak kochała, będę dla niego tak dobrą, łagodną, poświęconą, że bez bogactwa będzie się czuł szczęśliwym... Nauczę go pracować... oboje pracować będziemy... daj mi teraz tyle tylko, aby stłumić w nim nędzy obawy... Babciu! będziesz sama szczęśliwa swym dziełem... Wacława wyjdzie za mąż... ona tak młoda, taka piękna... ożeni się z nią inny jaki z brzmiącym nazwiskiem... a jego mnie oddaj!

Mówiąc to wszystko bezładnie, z wybuchami łez i prośby na przemian, Rozalia upadła przed babką na klęczki i drżącymi ramionami objęła jej kolana.

Babka Hortensja zdawała się być w posąg zmienioną. Na bladej twarzy jej nie było ni litości, ni gniewu, głowa tylko po raz pierwszy, odkąd ją znałam, opadła na piersi, powieki zasłoniły surowe źrenice, a na czole śród zmarszczek licznych występowały z wolna nowe bruzdy, niby nowych rodzących się w głowie myśli zwiastuny. Nie odtrącała klęczącej przed nią łkającej Rozalii i kilkanaście sekund stała niema i nieporuszona jak wyrocznia, trzymająca w swej władzy losy ukorzonych przed nią śmiertelnych.

Po chwili opuściła swą białą, chudą rękę na ramię Rozalii i wyrzekła:

— Wstań!

Głos jej mniej twardo brzmiał niż wprzódy. Może ten dźwięk złagodzony wywołał słaby błysk nadziei na twarzy Rozalii... porwała się z klęczek i ze złożonymi ciągle na piersi rękami stanęła przed babką.

— Skąd ci ta pewność niezłomna, że on nie kocha Wacławy? — zabrzmiało po chwili pytanie babki Hortensji.

— Alboż cię, babciu, nie przekonał o tym list, który wczoraj Wacławie oddałam? — spytała Rozalia.

— Żadnego nie czytałam listu — odrzekła babka.

Rozalia wpatrzyła się we mnie zdziwionymi oczami.

— Jak to? — zawołała — nie pokazałaś babce listu tego?

— Nie pokazałam go nikomu, prócz matki mojej, bo ona i ja to jedno — odrzekłam.

— Cóżeś z nim uczyniła?

— Postanowiłam nosić go przy sobie, aby wypadkiem nawet nie dostał się w obce ręce, a przy pierwszej sposobności oddać ci go, Rozalio.

Patrzyła na mnie długo, długo, czarne jej źrenice łagodnym poczęły zachodzić rozrzewnieniem, wyciągnęła do mnie rękę i wyrzekła:

— Wacławo! — oddaj mi list ten.

Dostałam papier zza stanika, a Rozalia podała go babce.

Milczałyśmy wszystkie powstrzymując oddech. Babka Hortensja usiadła na fotelu i list pana Agenora czytała.

Wątpię, czy ktokolwiek z nas zdołał wtedy jaką dobrą lub złą wróżbę z jej postawy twarzy wyczytać. Siedziała sztywna, prosta, z listem podniesionym do oczów tak, że mogłyśmy widzieć tylko jej profil blady i nieruchomy jak sylwetka z marmuru. Kiedy niekiedy tylko w ciągu czytania po nieruchomości tej przebiegał rumieniec bladawy, a wtedy nowa bruzda wypływała na pomarszczone czoło.

Skończyła, ręce trzymające list zaplotła na kolanach i milczała. Powieki jej znowu w dół się spuściły, a wąskie wargi poruszały się z wolna, rozwierając się i ściskając na przemian.

Podniosła potem wzrok, utkwiła go w Rozalii i wydało nam się, jakoby szepnęła:

— Nieszczęśliwa! ...

Wydawało nam się tylko, że to wyrzekła, ale nie byłyśmy tego pewne, bo szept jej był tak cichy, że żadnego prawie nie wydał dźwięku. Potem podniosła się z wolna, podeszła do okna i odwróciła się do nas plecami.

Patrzyłam na nią z sercem trwożnie bijącym i widziałam, jak zza okna przeciskał się blady promień jesiennego słońca, zaigrał po jej koronkowym czepcu i jak parę ptasząt przyleciało z ogrodu i zatrzepotało koło szyb skrzydełkami tuż przed jej wzrokiem. I pytałam niespokojną myślą, czy promień ten nie przyniósł z nieba mej babce natchnienia dobrego i czy widok ptasząt, kochających się a swobodnych, nie tchnął w jej serce litości dla istot, nad którymi ciężyć chciała żelazną ręką swej despotycznej woli?

Zwróciła się, podeszła do nas i zmienionym, trochę głosem mówić zaczęła:

— Każdy człowiek ma w sobie dwie władze, które kierują i rządzą jego postępowaniem: jedną z nich uczucia, drugą zasady. Są tacy, którzy bezwarunkowo poddają się pierwszej i uginają się pod każdym wrażeniem jak wiotka trzcina; ja do takich nie należę. Jestem kobietą zasad i stawiam je wyżej nad wszelkie uczucia. Jakie zaś są te zasady, którym podlegać winno wszystko we mnie i koło mnie, zapewne wiecie, ale gdy teraz chwila po temu, wypowiem je wam raz jeszcze. Słuchajcie mię uważnie.

Ton jej głosu był znacznie łagodniejszym niż zwykle i mimo woli jej zapewne dźwięczały w nim te uczucia, które przeciwstawiła zasadom. Kto wie, może tryumf odniosą?

Słuchałyśmy z natężeniem, babka mówiła dalej:

— Rodzinne imię nasze od kilku wieków zdobyło sobie miejsce zaszczytne na kartach dziejów krajowych. Dziadowie i pradziadowie nasi byli panami, potęgą i bogactwem dorównywającymi nawet królom; babki i prababki chodziły w złotogłowiach i dumne a czyste jak łza, na wzór westalek o hardej cnocie strzegły domowego ogniska. Nigdy żadna plama nie postała na czci rodu naszego, nigdy nie dotknęło go ubóstwo: jak diament czystej wody jaśniał on nieskazitelnie przez wiele pokoleń i nie zaćmił się ni razu przymieszką choćby jednej kropli krwi mniej szlachetnej. Ostatnim męskim potomkiem rodu tego był mój ojciec. Cnotą i dumą dorównywał on wielkim przodkom swoim, ale bogactwo rodowe rozwiało się śród burz, jakie za żywota jego wstrząsały światem. Gdy umierał, przy łożu jego śmiertelnym stanęły trzy córki. Jam z nich była najstarszą. Konającymi usty opowiedział mi raz jeszcze historię naszego pochodzenia i rozkazał, abym stanęła na straży sióstr młodszych i poświęciła wszystko dla przywrócenia żeńskim chociaż potomkom jego dawnej rodowej świetności.

Pojmowałam go i przejęłam się jego myślą. Wyrzuciłam z serca i głowy wszelkie romansowe mrzonki o osobistych uczuciach i sympatiach, a zostałam żoną człowieka, którego bogactwo dawało mi możność spełnienia posłannictwa złożonego na mnie przez ojca. Stałam się opiekunką sióstr moich.

Jedna z nich, matka Matyldy, poszła wskazaną przeze mnie drogą. Bardzo młodo poślubiła małżonka w późnym wieku, ale bogatego i o świetnym imieniu; druga, Ludgarda, nie mogła rozstać się ze zbyt przesadzonym wyobrażeniem o miłości i szczęściu, odrzuciła tego, kogo ja przedstawiłam jej na małżonka, i nigdy za mąż nie poszła, bo wolałam, aby całe życie pozostała przy mnie i nosiła miano starej panny, niźliby zniżyła się do małżeństwa niezgodnego z honorem familii. Owdowiałam wcześnie i odziedziczyłam zapisany mi przez męża majątek.

Młoda jeszcze, wyrzekłam się myśli ponowienia małżeńskich ślubów, odrzuciłam od siebie światowe uciechy, w których strwonić bym mogła posiadane mienie, w wieku, w którym inne kobiety oddają się najżywiej upojeniu uczuć i szałowi zabaw, włożyłam czarną suknię i czepiec wdowieński, a z majątkiem posiadanym i zdobytą przezeń władzą stanęłam na straży interesów familii. Opiekę mą i wpływy rozciągnęłam na dalsze nawet rodu gałęzie. Podnosiłam tych, którzy upadali na funduszu, wychowywałam sieroty, w których wspólna nam krew płynęła, żadne małżeństwo nie dokonało się bez mojej wiedzy, żaden młodzieniec nie wyszedł w świat bez moich wskazówek, nikt nie obrał sobie drogi, którą miał postępować, bez mego zezwolenia.

Wpływ ten przemożny nad całą familią moją zdobyłam wielkim majątkiem i nieugiętą w postanowieniach wolą i jedna tylko znalazła się osoba, która nie potrzebowała czerpać z mego funduszu i sprzeciwiła się mej woli. Była nią Matylda. Matka jej umarła młodo z suchot, wraz za nią poszedł do grobu podeszły w wieku małżonek. Matylda mając lat siedmnaście była bogatą władczynią rodzicielskiego majątku, rozkochała się dziwnym trafem w zabłąkanym śród nas człowieku z innego świata i nie zważając na mój opór została jego żoną. Kilka lat widzieć jej nie chciałam, ale potem, jedynym może w życiu moim wypadkiem, uczucie przemogło zasadę; przebaczyłam córce wcześnie zmarłej siostry mojej. Przebaczyłam, ale postanowiłam, że dziecko jej pójdzie taką drogą, jaką ja mu wskażę. Wacława miała zaledwie lat dziesięć, gdy już w milczeniu szukałam dla niej męża. Nie szło mi w wyborze o jej majątek, ale o imię, które by zmazało gminne, wplątane w ród nasz nazwisko. Córka powinna była wynagrodzić złe, które rodzinie wyrządziła jej matka. Znalazłam człowieka, jakiego pragnęłam, i przeznaczyłam go na męża Wacławie. W małżeństwie tym widziałam dwojaką korzyść.

Nie tylko zmazywałam przez nie smutną pamięć związków Matyldy, ale jeszcze z ruiny majątkowej dźwigałam inny, nie mniej świetny, a wielorako z naszym skoligowany ród pana Agenora. Drugi ten wzgląd niemałą w umyśle moim grał rolę, bo w dzisiejszych czasach szalonych przewrotów społecznych i zbrodniczych o jakiejś mniemanej równości pojęć stare i wielkie rody winny stanowić braterstwo, którego każdy człowiek gotów by był zawsze drugiemu podać dłoń do podźwignięcia gotową. Urządziłam wszystko w ten sposób, aby małżeństwo to jak najłatwiej przyjść mogło do skutku i oto dziś jestem u kresu moich pragnień i starań. Wszystko, co powiedziałyście mi przed chwilą, mogło mi dać nieco do myślenia, ale zachwiać moim postanowieniem nie mogło. Rozalia jest nieszczęśliwą dziewczyną, lecz jeśli będzie rozumną i uległą, zaopatrzę jej przyszłość, jak będę mogła najlepiej; Wacława ucierpi może trochę, lecz jestem pewna, że gdy dojrzeje, przejmie się tymi samymi zasadami, jakie mną rządzą, i cieszyć się będzie posiadaniem męża, który przy pięknym nazwisku łączy wszystkie przymioty światowego i dobrze urodzonego człowieka. Zresztą tam, gdzie idzie o interes familii, jednostka z wymaganiami swymi ustąpić powinna. Przed wielkością zasady niknie także czułostkowa mrzonka jak owa miłość Rozalii i pana Agenora, w którą zresztą, mimo wszystko, mało wierzę. Tak tedy ostatecznie i stanowczo wam wypowiadam, że postanowienie moje nie uległo żadnym zmianom; że życzę sobie, aby Wacława została żoną pana Agenora W., a Rozalia przyjęła także z mojej ręki męża, którego jej przeznaczyć zechcę. Mam nadzieję, że teraz, gdy uczyniłam aż tyle ustępstwa, aby tłumaczyć się przed wami z pobudek mego postępowania, zechcecie bez dalszych już próżnych frazesów i scen melodramatycznych zastosować się do mej woli.

Umilkła. W ciągu mówienia głos jej, zrazu spokojny i złagodzony, nabierał stopniowo coraz twardszych dźwięków, a przy końcu brzmiał surowym i zimniejszym niż kiedy despotyzmem.

Gdy skończyła, stałyśmy wszystkie przed nią jak skamieniałe. Rozalia tylko upadła po chwili na kanapę, sił pozbawiona prawie.

I znowu była chwila ciężkiego milczenia. Mroczny salon teraz już strasznie wydawał mi się ciemnym, a śród ciszy posępnie dźwięczał metaliczny tętent zegara.

Matka moja pierwsza podniosła twarz, po której dwie grube łzy spływały.

— Ciotko — wyrzekła zniżonym głosem — smutne mową swoją wywołałaś we mnie wspomnienia.

Mówiłaś o siostrze swej, która była matką moją. Czy pamiętasz dobrze jej dnie ostatnie? Ja je pamiętam, lubo dziecięcymi patrzyłam na nie oczami. W mrocznym pokoju leżała blada, piękna, z rozpuszczonym czarnym warkoczem; lekarze odchodzili od niej ze spuszczonymi złowróżebnie głowami, a ja siedziałam u stóp jej, ukryta w fałdach jej białej sukni, przez nikogo nie dostrzegana.

Przyszłaś do niej, ciotko, a ona ci rzekła:

"Hortensjo! nigdy nie byłam szczęśliwa! Poświęciłaś mię zasadom twoim; umieram z tęsknoty za tym, coś mi wydarła!"

Przypomnij sobie, ciotko, tę chwilę! ja ją pamiętam, a i ty pamiętać ją musisz, boś zapłakała wtedy, a łza to tak rzadki gość w twym oku, że pamiętną ci musiała zostać na zawsze.

Sądzę, że gdy przebaczyłaś mi potem to, co występkiem moim być mienisz, czyniłaś to w imię tej łzy, którą uroniłaś nad konającą siostrą. Umarła biedna moja matka, dusza jej może znalazła u Boga pocieszenie po ziemskich bólach, ale ja, ciotko, nie chcę, aby moje dziecko leżało tak kiedy konające młodo w mrocznym pokoju, z bladą twarzą i wyrazem goryczy na ustach... Nie chcę, aby córka moja powiedziała mi kiedyś z wyrzutem: przez ciebie umieram, matko! Nie chcę, aby tak było, i dlatego ośmielę się sprzeciwić woli twej, ciotko, i nie oddam ją człowiekowi, z którym życie popłynęłoby jej łzami i smutkiem! ...

Gdy matka moja to mówiła, powieki babki Hortensji znowu przysłoniły źrenice, a bruzdy na jej czole mnożyły się i krzyżowały jak pasma myśli tajemnych a ciężkich. Po chwili jednak podniosła wzrok, utkwiła w twarzy mojej matki z przeszywającym szyderstwem i wymówiła ze wzgardliwym uśmiechem:

— A więc dlaczegóż, Matyldo, sama tak szczęśliwą nie jesteś, jakby tego spodziewać się należało po tej bezpamiętnej, pastersko— rycerskiej miłości, z jaką zawierałaś małżeństwo?

— Tak — odpowiedziała moja matka ze łzami w głosie — może w krew moją przelała się tęsknota za miłością prawdziwą, na jaką umarła matka moja... Kochałam człowieka, którego byłam żoną, ale nie pojęłam go... Na zawadzie szczęściu naszemu stało wychowanie moje, które od ciebie, ciotko, otrzymałam. Gardziłam jego pracą... mąciłam mu życie wrzawą i niepokojem... a jednak kochałam go... i kto wie? ...

Tu przycisnęła rękę do serca i dodała ciszej:

— Kto wie? może i teraz jeszcze go kocham?

Blade babki policzki zafarbowały się znowu różowymi plamami, oczy jej zapałały. Wyciągnęła jak wprzódy biały swój palec w stronę mej matki i wyrzekła twardo:

— A więc zabieraj twoją córkę i powracaj wraz z nią do swego małżonka, o którym z tak przykładną prawdziwie wspominasz czułością. Z majątku bowiem twego, któryś zrujnowała zabraknie ci pewnie wkrótce kawałka chleba, gdyż u mnie ten, kto sprzeciwia się mej woli, nie znajdzie pomocnej ręki.

Matka moja zadrżała. Przede mną odkryła się przyczyna niezrozumiałej mi dotąd jej obawy.

Babka, na widok drżenia mej matki, z tryumfem głowę podniosła i zaczęła mówić stanowczym tonem:

— Słuchaj uważnie, Matyldo, gdyż to, co powiem, będzie ostatecznym i nieodwołalnym moim słowem. Jeżeli twoja córka zaślubi pana Agenora W., podejmuję się spłacić długi, ciążące na twych majątkach, a oprócz tego dam jej pół miliona złotych posagu, z których połowę oddam gotówką w dzień ślubu do rąk panu młodemu, a drugą połowę zapiszę jej w testamencie, aby ją po mojej śmierci odebrała. Może nawet pomyślę o pozostawieniu jej całego Rodowa, a kapitały, jakie posiadam, rozpiszę innym krewnym. W przeciwnym razie nie spodziewajcie się obie ode mnie najmniejszej pomocy; zimnym i niemym zostanę świadkiem twej ostatecznej ruiny, bez zmrużenia powieki patrzeć będę, jak na publiczną sprzedaż wystawią dziedzictwo twego ojca, a nawet poproszę was, abyście raczyły nie obdarzać mię więcej swą obecnością.

I znowu była długa chwila milczenia, w czasie której salon stawał się coraz bardziej ciemnym, a zegar brzęczał coraz posępniejszym tętnem. Matka moja, blada i drżąca, oparła rękę o poręcz fotelu i przerwała milczenie:

— Straszne jest widmo nędzy, które widzę coraz większymi kroczące ku mnie krokami...

Bolesnym mi gniew twój, ciotko, gdyż bądź co bądź tyś siostra mej matki i przy tobie spędziłam dziecinne lata... Ale ani dla uniknienia grożącej mi ruiny, ani dla przebłagania twego gniewu nie poświęcę mojej córki... Ona nie zginie; ma ojca, który w ostatniej toni mojej ucieczką jej będzie; a ja... poniosę karę za błędy mego życia... Nie wiem jeszcze sama, co pocznę, gdy nadejdzie straszna katastrofa; ale wiem dobrze, iż sumienie moje będzie wolnym od morderstwa nad własnym dopełnionego dziecku! ...

Nie skończyła jeszcze, gdy byłam już przy niej, obejmowałam ją ramionami i pocałunkami okrywałam ręce jej i kolana.

— Babciu! — zawołałam, zdjęta nie znaną mi dotąd energią — dziękuję ci za dobrodziejstwa, którymi chciałaś mnie osypać, ale nie przyjmę ich kosztem uczciwości i dobroci mojej... bo nieuczciwą bym była, gdybym przysięgła przed ołtarzem miłość, której w sercu nie czuję, a nie byłoby we mnie ani kropli dobroci, jeślibym się nie zlitowała nad tą biedną Rozalią, której uczuć nie pojmuję wprawdzie, ale której bym zgubić nie chciała za żadne skarby świata...

Nie, babciu, ja i matka moja nie żądamy twych bogactw. Bóg dobry zlituje się nad nami i zginąć nam nie da; zginąć nam nie da ten także, o którym ty, babciu, z taką wyrażasz się wzgardą, a który jednak jest ojcem moim...

Babka Hortensja raz jeszcze wyciągnęła ku nam rękę grożącą i wyrzekła sucho:

— A więc zostańcie ofiarami głupoty i krnąbrności waszej, a gdy nędza w dom wasz wstąpi, spożywajcie miłosne nadzieje i odziewajcie się w pozy bohaterskie. Wolno wam już teraz choćby umrzeć z głodu, ja od tej chwili nic już z wami nie mam wspólnego i nawet dla honoru familii nie pośpieszę wam nigdy z pomocą.

To rzekłszy wyszła z salonu sztywna i wyprostowana. Matka moja upadła na fotel i zakryła twarz rękami.

Wtedy spojrzałam na Rozalię. Stała nieruchoma i blada, ze wzrokiem utkwionym we mnie; na długich jej rzęsach wisiały dwie wielkie łzy, a błyszczały jak brylanty. Oczy nasze spotkały się. Nagle Rozalia przystąpiła do mnie, gorączkowo pochwyciła moje ręce i do ust je poniosła, Krzyknęłam i chciałam wyrwać ręce z jej uścisku, ale rzuciła się przede mną na kolana z głośnym płaczem.

— Przebacz! przebacz, Wacławo! — wołała śród łkań spazmatycznych — tyś taka dobra, taka szlachetna! i matka twoja także, a ja cię tak obrażałam ciągle, tak nienawidziłam! Nie pojęłam cię, nie oceniłam, ale teraz rozumiem już ciebie, aniele śliczny i czysty, kocham cię, Wacławo! czy przebaczysz mi? ...

Podniosłam ją i przycisnęłam do piersi.

— Czy przebaczasz mi? — pytała z uniesieniem — czy zapomnisz moich win względem ciebie? Czy będziesz mogła mię kochać? Powiedz! co mam uczynić, abyś mię kochać mogła?

— Róziu! — szepnęłam jej do ucha prawie — bądź dobrą córką dla ojca twego, szukaj pociechy w tej uldze, jaką przyniesiesz jego losowi, a kochać cię będę całym sercem. Teraz już nawet kocham cię, boś taka nieszczęśliwa!

Wyprostowała się, otarła łzy i oczy podniosła w niebo, widniejące za oknem.

— Wacławo — rzekła z cicha — zawsze myślałam, że ku grzesznikom i ku nieszczęśliwym prędzej czy później zstępują takie chwile lub istoty, co ich z ciemności wprowadzają w krainę światła, z której byli wygnani. Wacławo! zdaje mi się, że ty to będziesz dla mnie taką opatrznościowo zbawczą istotą...

Pod ganek zajechał nasz powóz. Obejrzałam się: babki Ludgardy nie było w salonie. Poszłam do jej pokoju.

Siedziała na swym zwykłym miejscu naprzeciw okna, zza którego widniał nieba kawałek, z rękami splecionymi na świętej księdze, leżącej na kolanach, i wzrokiem utkwionym w klatkę z kanarkami.

Kiedy przyklękłam przed nią, objęła moją głowę z miłością, uczyniła nade mną błogosławiący znak krzyża i szepnęła:

— Biedne dziecię! i ze mną tak samo działo się jak z tobą!

Nachyliła się, przytknęła usta do mego czoła i widziałam, że z oka jej z wolna spłynęła łza i spadła między moje włosy. W kilka chwil potem opuszczałam z matką dom, który tak gościnnie przyjmował nas niedawno, a teraz na zawsze może zamknął się przed nami. Gdy powóz toczył się ku bramie dziedzińca, ostatnie spojrzenie rzuciłam na okna domu. W jednym z nich za przezroczystą szybą dojrzałam bladą twarz babki Ludgardy. Patrzyła na niebo, usta jej poruszały się z wolna, jakby jeszcze mówiła:

"Postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał..."




Rozdział XXXIX

I pamiętam, że była potem jesień długa, szara. Popielate chmury wisiały nisko pod białym sklepieniem; co rano mgły pod lasami stały niby rzędy przezroczystych opok; w ogrodzie zwiędłe liście lip i kasztanów uścielały w alejach żółte lub krwawe kobierce, a gdy wiatr silny dmuchał tumanem, rozlatywały się w powietrzu, z szelestem wirowały wkoło siebie kłębami, czepiały się gałęzi nagich, które je odtrącały, i w końcu, jakby zmęczone walką z żywiołem, który je porywał, opadały na ziemię.

Niekiedy zza białych obłoków widniało słońce, ale od północy lub zachodu zrywał się wicher i pędził przed sobą gromady chmur drobnych niby stado czarnych ptaków, które rozpiętymi swymi skrzydłami zakrywały po chwili bladozłotą kulę dziennej gwiazdy. Gdy zmrok wczesny zapadł, spod wzgórz odzywały się przeciągłe tony trąbek pastuszych; kiedy niekiedy odpowiadał im z głębi lasu potężniejszy ryk myśliwskiego rogu, a potem zstępowała na świat noc głucha, ciemna, bez gwiazd ni księżyca, i szamocąc się z wichrami, wygrywającymi gamy dzikiej melodii, zdawała się opowiadać o biednych wędrowcach, co śród nocy jesiennej tułali się i błądzili po drogach tej ziemi.

Na mgliste dni i przepaścisto czarne noce patrzyłam przez okno mego pokoju; niekiedy konno wyjeżdżałam na pola, żegnałam jaskółki i żurawie, co stadami przeciągały pod niebem w dalekie ulatując kraje, albo powoli jechałam drożyną śród lasu i machinalnie wsłuchiwałam się w jednostajny a cichy tętent mego konia, stąpającego po zwilżonej ziemi. Nade mną wiatr z szelestem biegł śród gęstwiny i ze szczytów drzew, kołyszących się z wolna, strącał zwiędłe liście, które rzęsistym deszczem osypywały mi głowę i suknię, a gdym który z nich w rękę ujęła, na każdym błyszczała kropla wilgoci niby mętna łza.

Mglisto i żałobnie było na świecie, ale nie zimno. Ja przecież czułam w sobie chwilami chłód przenikający.

Zdawało mi się niekiedy, że w piersi mej wygasła część ognia, który w niej płonął, a na jego miejscu leżała garść ostudzonego popiołu. Myślałam nieraz, że popiół ten przyściełał pewno mogiłę, w którą złożyłam ów kwiat, tak wspaniały niedawno, a nad którą blada i zimna stanęła mara zwątpienia... Pragnęłam wygnać z siebie tę marę, bo zła to była towarzyszka; ale, odegnana rano, wracała wieczorem, a gdy głowa moja układała się do spoczynku i oczy pragnęły zamknąć się do snu, gospodarowała mi po mózgu, przemocą rozwierała powieki i szeptała do ucha pytanie:

"I w cóż mam wierzyć na świecie?"

Tymczasem na wieść o odmowie, jaką otrzymał ode mnie pan Agenor, żądni bliższych objaśnień zaczęli zjeżdżać się do nas liczni goście. Na twarzach ich spostrzegałam zdziwienie, radość, ironię, pożałowanie, a nade wszystko ciekawość.

Emilka przyjechała najpierwsza i ściskając mi rękę szepnęła:

— Dobrześ uczyniła; on niewart był ciebie!

Potem opowiedziała mi, że pan Agenor w parę dni po otrzymaniu od mojej matki odmownego listu opuścił okolicę; domyślano się, że pojechał do stryjecznego swego brata, który mieszkał daleko, a był bardzo bogaty, z prośbą o pomoc pieniężną, bo na wieść o niedoszłym między nami małżeństwie kredytorowie jak stado kruków opadli, jego piękny pałacyk.

Helenka przy spotkaniu się ze mną zaśmiała się właściwym sobie śmiechem, który jak się ktoś wyraził: "smutniejszy był od płaczu", i zawołała do mnie:

— Rozpoczęłaś już tedy, Wacławo, pocieszną naszą wędrówkę ścigania ideałów i strącania ich z piedestałów. Winszuję ci i życzę szczęśliwej drogi! Co do mnie, odbyłam taką samą i, dzięki Bogu, znajduję się u jej końca!

Rzekłszy to, zakaszlała i poskarżyła się na ból głowy i piersi. Irenka przyjechała z rodzicami, aby zaprosić nas na urzędowe i huczne zaręczyny swe z panem Protem. Ożywiona była i wesoła jak nigdy, ale pod koniec wizyty, gdy znalazłyśmy się obie na stronie, wzięła mię za rękę i rzekła:

— Mój Boże! Wacławo, dlaczego odmówiłaś panu Agenorowi? Słyszałam, że babka twoja miała ci uczynić ogromny zapis, jeślibyś wyszła za niego, a teraz cofnęła swą obietnicę. Źleś zrobiła, kochanko! wierz mi, że w małżeństwie rachunkowa strona to grunt, a miłość... jeśli jest, to tym lepiej, ale jeśli jej nie ma, to przyjaźń, szacunek wybornie ją zastąpią.

Spojrzałam jej w oczy i zapytałam:

— Irenko, czy zawsze byłaś takiego zdania?

Zarumieniła się trochę i spuściła oczy. Po chwili milczenia odrzekła:

— Nie... kiedym była w twoim wieku, budowałam także w wyobraźni zamki z tęcz i kryształu, ale przekonałam się potem, że były to zamki... na lodzie...

— Runęły więc, a na ich miejscu zapragnęłaś czego?

— Kawałka chleba do śmierci — odpowiedziała Irenka i w oku jej wesołym przed chwilą zakręciła się łza.

Franuś coraz rzadziej bywał u nas. Raz, gdy mu to żartobliwie wymawiałam, przerwał mi żywo:

— Kuzynko! nie mów do mnie w ten sposób, bo mi to wielką robi przykrość. Wiesz przecie o tym, że nie zależę od siebie i jestem zmuszony stosować się do woli, a nawet kaprysów babki Hortensji.

Słowa te żywo mi przypomniały pierwszą sympatię mego serca, w samym zaraniu życia powziętą dla Franusia, i przyczyny, które z kwiatka tej sympatii strąciły listki jeden po drugim.

Spojrzałam na niego ze smutkiem i rzekłam:

— Zdaje mi się, kuzynku, że powinien byś mieć więcej własnej woli; przecież jesteś dorosłym mężczyzną...

Uśmiechnął się z goryczą i wzruszył ramionami.

— Kochana kuzynko — odpowiedział — ani pojęcia mieć nie możesz, jakim jest położenie ubogiego chłopca wychowanego przez bogatych krewnych i zostającego u nich na łasce.

Przy ostatnim wyrazie szkarłatny rumieniec pokrył mu twarz; jestem pewna, że i ja także zarumienić się musiałam. Milczeliśmy czas jakiś, a po mojej głowie różne przechodziły myśli.

— Kuzynku — rzekłam w końcu — dlaczegoż nie starasz się odmienić położenia swego?

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem niemal i zapytał:

— A gdzież są środki po temu?

— A jakichże na to potrzeba środków? — odpowiedziałam pytaniem.

— Pieniędzy albo umiejętności pracowania — wyrzekł mi kuzyn, a potem dodał: — a ja ani jednego, ani drugiego nie posiadam.

— Zdaje mi się — zaczęłam po dość długim namyśle — że umiejętność pracowania zdobyć sobie może każdy, kto tego chce...

Franuś smutnie pokiwał głową.

— O, jakże nie znasz świata i spraw jego, kuzynko! — zawołał — sądzisz, że każdy z nas młodych ludzi, umiejących zręcznie bez zarzutu znaleźć się w salonie, tańczyć, grać, a może i mówić obcymi językami, posiada już w ręku środki, które przy dobrej woli mogą mu byt i stanowisko niezależne zapewnić? Gdzie tam! Ręczę ci, że prawie wszyscy mężczyźni, których znasz i którzy na pozór wyglądają i rozumni, i energiczni, gdyby zostali nagle obdarci z majątków, jakie posiadają, i pozostawieni samym sobie, poumieraliby z głodu, alboby także żyli na łasce u kogo bogatego.

Mnie na przykład wychowywała babka Hortensja, razem z jedną ze swych krewnych, sierotą, ale bogatą. Ją i mnie uczyły jedne guwernantki. Mieliśmy Franuzkę, Niemkę i Angielkę, toteż i ja mówię nieźle po francusku i niemiecku, a rozumiem język angielski. Zresztą dowiedziałem się jeszcze, jak się nazywają stolice wszystkich krajów tego świata, największe rzeki i góry w Europie, nauczono mię tańczyć kontredansa i walca i wygrywać na fortepianie kilka dumek i polek. Kiedy miałem lat osiemnaście, bogata kuzynka, która uczyła się razem ze mną, a raczej z którą się ja uczyłem, umiała tyleż; skończyła więc edukację, i ja ją z nią razem skończyłem. Kuzynkę porwano zaraz za mąż, bo miała posag i była, jak się wyrażano, dobrze wychowaną panną; a ja zostałem w Rodowie z tym niby, że będę pomagać w gospodarstwie ciotce Hortensji. Znasz, kuzynko, jej charakter; widziałaś zresztą, jak się ze mną obchodzi, możesz więc domyślić się, jakim jest położenie moje w jej domu.

Gdy straciłem rodziców i byłem bardzo biednym sierotą, dla honoru familii podjęła mię jak pieska porzuconego na drodze, abym nie urósł na łotra lub żebraka, a tym nie przyniósł wstydu familii. Ale o potrzeby istotne serca i umysłu mego nigdy nie pytała, nigdy nie przyszło jej na myśl, czym będę? a może nawet nie życzyłaby sobie, abym czym był. Bo być czymś na świecie, to znaczy pracować, a praca moja przyniosłaby ujmę honorowi familii, której jestem członkiem. Tak więc dano mi wychowanie kobiece i urobiono we mnie kobiecy charakter. Nic nie umiem gruntownie i nie mam dość siły, aby z próżnymi rękami i głową nieudolną pójść w świat i torować sobie drogi, do których utorowania żadnych nie posiadam narzędzi... O! nieraz myślę, że tysiąc razy byłbym szczęśliwszym, gdyby mię zostawiono było w biedzie i opuszczeniu... Może nauczyłbym się ziemię orać albo rąbać drzewo po lasach; nie znałbym wprawdzie zbytków i tych szybko przemijających przyjemności, jakie daje pobyt w świecie, w którym mię wychowano, ale za to byłbym wolny i niezależny i nie czyniłbym sobie takich gorzkich wyrzutów, jakie teraz bezprzestannie mię dręczą. Pociągnął ręką po czole i z głową opadłą na piersi mówił dalej:

— Bo i czymże dziś jestem? Pasożytem, próżniakiem, nędzną istotą, zmuszoną do wysługiwania się za udzielony przytułek i kawałek chleba. Wzdrygam się na myśl, aby tak miało być zawsze, a nie widzę, jakim sposobem mogłoby stać się inaczej. Opuścić dom ciotki? Tak, muszę to kiedyś uczynić, ale kędy obrócę się na świecie? Co będę czynił dalej? Na jaką wyjdę drogę? Nie wiem, bo miękkim wychowaniem odebrano rękom moim siłę i hart, a w głowę nie włożono nic, co by mogło skutecznie tę siłę rąk zastąpić. Czy pamiętasz, kuzynko, jak kiedy to pierwszy raz widziałem cię w domu twej matki, mówiłaś mi, że nie lubisz niewoli, a ja ci odpowiedziałem wtedy, że na świecie często się spotkasz z niewolą.. . mówiłem o tym z doświadczenia...

Umilkł kuzyn i czoło na dłoń pochylił, a ja długo mu nie odpowiadałam. Zapadłam w długą a smutną zadumę; przed oczami mymi stanął pan Agenor i przypomniałam sobie słowa z listu mego do Rozalii

"Stańmy przed społecznością i zapytajmy ją, dlaczego tak strasznie okaleczyła swe dzieci?"

"O, tak! — myślałam — jakże okaleczeni, jak nieszczęśliwi są ci ludzie, te biedne dzieci świata, tak pięknego i szczęśliwego na pozór! ... Oto jednego z nich biednym sierotą podjęła ciotka bogata, «jak pieska, upuszczonego na drodze», i dla «honoru familii» nie pozwoliła z głodu umrzeć jego ciału, a ducha o głód przyprawiła wieczny. Okryła go cienkim odzieniem, wychowała na woskowych posadzkach swoich salonów, ręce jego uczyniła białymi, nauczyła go połysków pozornego światła, a sercu jego nie dała hartu, a w głowę jego nie wlała myśli kierowniczej dla życia i uczyniła zeń pieska pokornego, ku podejmowaniu kłębuszków upadłych, z duszą skomlącą w głębi i dopominającą się o swe nieśmiertelne, człowiecze prawa! ...

A tam oto drugi człowiek piękny, z przyrodzonymi zdolnościami umysłu, z bogactwem odziedziczonym po przodkach, wywozi te bogactwa za góry i morza, rozsiewa je po drogach tak lekkomyślnie, jak małe dziewczę kwiaty z fartuszka, a potem wraca zrujnowany w rodzinne progi i ginie marnie z gangreną w sercu a goryczą na ustach! Czy obaj ci ludzie urodzili się na to, aby tak smutne wiedli istnienie? Czy Bóg sprawiedliwy, oblekając w ciała duchy nieśmiertelne i posyłając je na ziemię, aby tam posłannictwo swoje pełnili, z góry mówi do jednych: wy zacnymi synami ziemi będziecie! a drugim rozkazuje: pójdziecie tam na to, aby po drogach waszych za wami i przed wami słały się cienie posępne, abyście tymi cieniami zarażali napotykanych braci waszych i sami przyodziani w nie kroczyli ze spuszczonymi czołami jak potępione duchy na manowcach albo jak pasożyty, wyrastające ze zgnilizny, więdli i marnieli wprzódy, nim wydacie kwiat albo owoc! Czy może być, aby Bóg sprawiedliwy tak strasznymi wyroki naprzód już oddawał potępieniu dzieci swe, które sam obdarza istnieniem?"

"Nie, tak być nie może! — myślałam — tu, tu, gdzieś na świecie musi być kędyś atmosfera zepsuta, co zaraża duchy ludzkie i odbiera im boskie znamiona, grunt jakiś jałowy lub zatruty, na którym zamiast mocy wzrasta słabość, zamiast prawdy zwodny pozór, w miejsce nasienia cnoty występku pierwiastki. Ale gdzie jest to miejsce, ten grunt, ta atmosfera dla dusz szkodliwa?"

Mój Boże! — nie wiedziałam. I daremnie pracowała nad tym młoda, niedoświadczona moja głowa; nie mogła dać żadnej odpowiedzi niespokojnym pytaniom, które w niej wrzały.

Widziałam skutki, ale dojrzeć nie mogłam przyczyn. Kryły się one jeszcze przede mną za tajemniczą oponą, jaką w dalszym życiu dopiero podnieść miała twarda, ale pouczająca dłoń doświadczenia.

Spojrzałam z uwagą na kuzyna i spostrzegłam, że gładkie i kształtnie zarysowane jego czoło oblało się ciemnawym kolorytem myśli ciężkich, na ustach świeżych i rumianych drgały przepowiednie gorzkich a szyderskich uśmiechów, które z czasem wykrzywić je miały, źrenice jego traciły błękit niebios, a zasuwały się mętną, szarą barwą, powstałą tam może dla pokrycia łez boleści czy przygnębiającego zniechęcenia, czy jeszcze młodzieńczego ognia, który z piersi przemocą wyrwać się pragnął, a nie widział przed sobą nic, co by ogarnąć mogły jego płomienie. Żal mię zdjął i litość. Położyłam dłoń na ręku Franusia i zapytałam:

— Kuzynku, czym jest to, co wam tak wiele złego sprawia?

Popatrzył na mnie długo z namysłem i odpowiedział:

— Zdaje mi się, iż największa liczba nas, młodych mężczyzn, nie umie zdobyć sobie bytu o własnych siłach i ginie marnie w różny sposób przez to, iż od dzieciństwa wszystkie starania wychowujących osób zwrócone są na pokrywanie nas jak najwięcej błyszczącym pokostem, pod którym nie dopytać się potem ani gruntownej wiedzy, ani żadnych pojęć zasadniczych, co by podstawą i kierunkiem życia być mogły.

— Ale dlaczego tak jest? — zawołałam niecierpliwie.

— Dlatego, kuzynko — tłumaczył Franuś — że bogaci ludzie ufają we wszechmocną potęgę bogactw i myślą, że gdy je zostawią synom, niczego oni już więcej potrzebować nie będą.

Pomyślałam, że słowa te zupełnie tłumaczyły mi nieudolność i zepsucie serca pana Agenora obok jego pięknych przyrodzonych przymiotów. Ale Franuś? Wszak on nie posiadał żadnego majątku?

— Kuzynku — ozwałam się z pewną nieśmiałością — przecież babka Hortensja wychowując cię wiedziała dobrze, że nie jesteś bogaty?

Uśmiechnął się smutnie.

— To co innego — wymówił z wolna. — Bogaci krewni dają wychowanie ubogim kuzynom nie dla ich dobra, ale dla honoru familii.

Jakże smutne i dziwne było to wszystko! Jakże inaczej wyobrażałam sobie młodych mężczyzn na pensji jeszcze, gdy dorastając, z zachwytem czytałam powieści świat malujące i śniłam o bohaterach tych powieści, jak o prawdziwych bohaterach ludzkości. Gdzież więc był ten hart, to męstwo, ta prawość niezłomna, ta gotowość do poświęceń za wszystko, co dobre i wielkie, jakie w wyobraźni młodziuchnej dziewicy splatają tęczę cudowną, otaczającą mężczyznę— ideał? Miałożby to wszystko być fikcją tylko gorącej fantazji albo snem, przyniesionym przez kobietę z lepszych światów, a którego urzeczywistnienia na tym świecie daremnie by szukać chciała? Ależ w takim razie wszystkie jej nadzieje byłyby urojeniem próżnym, a to bicie jej serca młode, gorące dźwiękiem skazanym na skon bez echa. Bo i jakże ukochać ciemność, gdy się słodko o światłości marzyło? Jakże tu pogodzić się z nędzą, gdy dusza wyroiła bogate pałace o ścianach diamentowych? Miałyżby pragnienia młodej dziewicy ulecieć od niej na zawsze w krainy nadpowietrznej poezji, a nigdy obok niej w ziemskich nie zjawić się kształtach?

Smutno! Zakryłam oczy dłonią, a mara zwątpienia, blada, drżąca i zimna podniosła się w sercu moim na świeżej pogrzebanego uczucia mogile i znowu szeptała do ucha przepaściste pytanie:

"I w cóż mam wierzyć na świecie?"

Nagle pod przymkniętymi mymi powiekami, niewyraźnymi zrazu zarysy, poczęła migotać twarz jakaś męska, nieznana i dobrze znana zarazem. Powoli uwydatniały się i uplastyczniały rysy tej twarzy: widziałam czoło wielkie, wypukłe, pod nim ściągłe oczy, patrzące w przestrzeń z rozumnym spokojem, usta, ozdobione łagodnym, myślącym uśmiechem. Coraz wyraźniej, coraz światłej twarz ta rysowała się na tle ciemnym pod przymkniętymi powiekami mymi. Wpatrzyłam się w nią i poznałam raz tylko w życiu widzianą twarz hrabiego Witolda.

Drżąca mara zwątpienia skryła się znowu w daleki zakąt serca i przycichła, a ja myślałam ze zdziwieniem:

"Dlaczego to nieznane oblicze wyryło się w mej pamięci tak dobitnie i głęboko? Dlaczego po raz już drugi stawało ono przede mną w chwili, gdy dusza moja najgoręcej szukała po świecie prawdy i spokoju? Czy w człowieku, który je nosił, leżało właśnie to, o czym śniła gorąca ma wyobraźnia, a duch mój, kierowany tajemniczą sympatią, poniewolnie dążył tam, gdzie mógł znaleźć przeczutą i upragnioną światłość? ..."

Odetchnęłam pełną piersią. Na twarzy, co się przede mną zjawiła, zobaczyłam wypisane słowa z listu mego ojca:

"Poza granicami świata, w jakim się znajdujesz, jest świat inny, rozległy świat myśli, pracy, cnót, rzadko rozsianych, ale przyświecających ludzkości jak szeroko rozpalone pochodnie..."

"Tak — pomyślałam — oblicze to dlatego tak głęboko uwięzło w mej pamięci, że człowiek, który je nosi, niepodobny jest do wszystkich tych, których napotykałam dotąd, i należy zapewne do tego innego, dalekiego świata, w którym cnoty jak pochodnie śród nocy przyświecają ziemi..."

Lżej mi było na sercu, a w piersi przestałam poczuwać chłód, sprawiony garścią ostudzonego popiołu, jaka w niej była niedawno. Z zamyślenia obudził mię turkot kół na dziedzińcu.

Spojrzałam w okno. Przed gankiem stał ładny koczyk, a z niego, w popielatym ubraniu o poprzecznych pręgach, wysiadł pan Henryk.




Rozdział XL

Siedziałam przy krosienkach stojących pod oknem i wyszywałam zielony listek. Naprzeciw mnie siedzący pan Henryk machinalnie trzymał pasmo włóczki w palcach, które roztwierały się i ściskały szybszym jeszcze niż zwykle ruchem. Matka moja rozmawiała z Franusiem na przeciwnym końcu salonu.

Pan Henryk był dnia tego bardziej niż kiedy do ślimaka podobny. Ubranie jego, szare, w poprzeczne pręgi, modne było i wytworne, ale zwiększało to podobieństwo w zadziwiający sposób. Okulary spoczywały na samym środku jego nosa, a znad nich para bladożółtych oczów patrzyła mi w twarz nieustannie.

— Piękną mamy jesień — mówił młody sąsiad zwykłym sobie przewlekłym tonem.

— Nie bardzo — odpowiedziałam nie podnosząc oczu od krosienek.

— Dla mnie jest ona bardzo piękna...

— Winszuję panu...

— A dlaczegoż pani nie znajduje ją taką?

— Bo pochmurna i zimna.

— Ja też nie o atmosferze fizycznej mówiłem.

— A o jakiejże?

— O... o... atmosferze mego serca.

Podniosłam oczy i spojrzawszy na Henryka o mało nie parsknęłam śmiechem. Pociesznie wyglądał z wyrazem serca na ustach, a jeszcze pocieszniej żółtawa i długa jego twarz przyoblekała się czymś, co niby miało być do wzruszenia podobnym. Powstrzymałam się jednak od uśmiechu i zapytałam:

— Jakiż więc stopień ciepła pokazuje termometr serca pana?

— Najwyższy, jaki pokazywać może...

Coraz większą czułam ochotę do śmiechu, a tłumiąc ją, zapalczywie wyszywałam mój listek.

Nie uważałam jedak za stosowne i grzeczne pozwolić upaść rozmowie.

— I cóż jest powodem tego przerażającego podniesienia temperatury w sercu pana? — spytałam.

— Pani! — odpowiedział Henryk po chwili milczenia.

Tym razem pozwoliłam już sobie zaśmiać się, ale tylko trochę.

— O, panie! — zawołałam — sądzę, że i beze mnie natura rozlała po świecie dosyć cieplika, abym nie potrzebowała zastępować jego miejsca.

Henryk milczał dość długo, a potem wymówił:

— Ale ja panią kocham.

I znowu wyraz ten, ten wielki, święty wyraz, uderzył moje ucho. Ale tym razem nie dałam mu w odpowiedzi ani najlżejszego wzruszenia, ani najsłabszego rumieńca. I owszem, wzmógł on we mnie ochotę do śmiechu, lubo czułam, że gdybym śmiechowi temu puściła wodze, miałby on przykre brzmienie. Dziwnie bo też zadźwięczało słowo "kocham!" w bladych i wąskich ustach Henryka. Nie jedna już fałszywa, jak niegdyś u Agenora, dźwięczała w nim nuta. Wszystkie w nim nuty były fałszywe i gorzej jeszcze niż fałszywe, bo słabe, blade, omdlałe, niby skądsić zapożyczone albo wpółumarłe w podróży. Nie było w nich ani iskierki ognia, ani źdźbła tkliwości, ani promyka prawdy; wydały mi się podobnymi skrzeczenia żaby na wybrzeżu błotnistej wody siedzącej.

Spojrzałam na Henryka. Dwie ceglaste plamy zafarbowały żółtawe jego policzki, w oczach, które ciągle znad okularów patrzyły na mnie, wiły się wężowe, przykre płomyki.

Nigdy Henryk nie wydał mi się tak brzydkim, a wyraz, jaki wypowiedział, i to wzruszenie, co się odbiło w jego fizjonomii, zamiast przyozdobić go, rzuciło nań mocniejsze jeszcze podobieństwo do ślimaka wyłażącego ze swej martwej skorupy.

Spuściłam znowu wzrok na robotę i zajmując się dalej nią wyrzekłam obojętnie:

— Sądziłam, że pan nie możesz czynić lub czuć cokolwiek bez celu.

— Jak to bez celu? — zapytał rozwierając i ściskając palce z wielką szybkością jakby ruchem tym usymbolizować chciał przede mną cel, do którego dążył.

— Tak — rzekłam — bo jakimże dla pana byłby cel tego uczucia, o jakim mi pan wspomniałeś?

— Celem tym jest prosić o rękę pani — z wolna odpowiedział Henryk.

— W takim razie cel to niedościgniony — odpowiedziałam siląc się na uśmiech, który już teraz nie chciał wystąpić mi na usta — ja panu ręki mojej nie oddam.

Henryk uczynił tak nagłe poruszenie, że aż spojrzałam na niego zdziwiona, bo nie przypuszczałam, aby był zdolny do podobnie żywych ewolucji. Obrócił się do mnie z krzesłem tak, aby móc mi prosto w twarz patrzeć, i zapytał nagle:

— A to dlaczego?

Wykrzyknik ten wypadł mu z ust akcentem głębokiego zdziwienia, a zarazem takież zdziwienie odbiło się na jego twarzy. Ja zdziwiona zostałam tym wielkim zdziwieniem Henryka i parę sekund pytałam siebie w myśli, czemu się też on tak dziwi? Na koniec widząc, że oczy młodego sąsiada coraz głębiej grzęzną w mej twarzy, a ceglaste plamy rozszerzają się na jego policzkach, zdobyłam się na odpowiedź:

— Dlatego, że nie mogłabym nigdy powiedzieć do pana tych słów, któreś pan przed chwilą do mnie wymówił.

Dobrą minutę trwało milczenie, w czasie którego ja wyszywałam na kanwie krzyżyki w lewo i prawo, aniołom stróżom zdając pieczę nad ich należytym kształtem i kierunkiem, a Henryk, nie wiem już, co robił, bo na niego nie patrzyłam, tylkom słyszała moje nieszczęsne pasemko włóczki rwące się w jego palcach, które roztwierały się i zaciskały z szybkością haków w misternie urządzonej maszynie.

Gdy nareszcie podniosłam oczy, zobaczyłam przed sobą Henryka, zupełnie już spokojnego, ze zwykłą sobie żółtawą cerą twarzy, z której zniknęły uprzednie plamy ceglaste, i z oczami patrzącymi na mnie znad okularów bez odrobiny wzruszenia a z trochą tylko niby obrazy albo czegoś bardzo do niej podobnego.

Po chwili zaczął mówić swoim przewlekłym głosem, w którym często odzywały się tony przypominające skrzeczenie żab nad stawem.

— Powiedziałaś więc pani, że nie możesz mi oddać swej ręki dlatego, iż mię nie kochasz... tak przynajmniej zrozumiałem jej słowa... Ja bym jednak sądził, że jedno drugiemu wcale nie przeszkadza... Uważałem i uważam panią zawsze jako kobietę mającą dość umysłowych zdolności, aby zrozumieć prawdziwą i gruntowną stronę życia, i dlatego nie tracę nadziei, że po namyśle raczysz pani odwołać swój nieszczęśliwy dla mnie wyrok...

Nie pojęłam od razu słów tych w całej rozciągłości ich znaczenia, niemniej poczułam, że boląco uderzyły one o jedną ze strun mego ducha. Struna ta była dumą kobiecą... uczułam się obrażoną, a ochota do śmiechu bardzo daleką już była ode mnie. Mimowolnym prawie ruchem wstałam od krosienek i rzekłam:

— Daremnie przedłużalibyśmy tę rozmowę, która ani mnie, ani panu nie może być przyjemną.

Wyroku mego nie cofnę i oprócz życzliwości sąsiedzkiej i mego towarzystwa, ilekroć pan go zażądać zechcesz, nic więcej ofiarować mu nie mogę i nigdy nie będę mogła.

To rzekłszy wyszłam z salonu.

Przykre uczucie legło mi na sercu, mglisto było w myślach, spokojność moja, odzyskana na chwilę, zachwiała się znowu, a w uchu skrzeczał mi ciągle wyraz "kocham!" wymawiany głosem Henryka. Doświadczałam takiego poczucia, jak gdyby przede mną odbywał się świętokradzki akt profanacji nad rzeczą najświętszą, jak gdyby ktoś w moich oczach rzucał kwiat, przeze mnie wypieszczony, w mętną wodę.

Niegdyś, w pierwszych dzieciństwa mego latach, stara piastunka lub piękna matka moja pochylały się nad wpółuśpioną moją głową i na dobranoc wyraz ten wymawiały, a słodkie brzmienie jego przez noc już całą akordami pieśni anielskiej kołysało się w cieniach nade mną i sny moje niewinne unosiło w rajskie krainy... Potem, kiedy jak motyl z gąsienicy wychodzący otrząsałam z siebie z wolna miękką powłokę dzieciństwa, a duch mój porastał w piórka różnobarwne, którymi naiwna, czysta dusza dziewicy w krainy marzeń ulata, wyraz ten nieśmiałym echem zabrzmiał w mym sercu jak przeczucie czegoś, co będzie w dalekiej przyszłości, albo przypomnienie dźwięku, w zaziemskim kędyś zasłyszanego świecie... I wymarzyłam sobie wyraz ten, sama nie wiedząc i nie rozumiejąc dobrze, o czym marzę, uwydatniłam sobie brzmienie jego i nieraz dotykając palcami kilku razem klawiszów fortepianu myślałam, że wyraz ten tak dźwięczeć powinien jak pełny, zgodny, przeciągły akord muzyczny, w którego początku leżała moc tajemnicza, co gorącymi prądy do piersi mi wpływała, a którego koniec rozpływał się w powietrzu z wolna, tęskno, tkliwie, tak że ustawały prądy gorące, a przychodziło po nich omdlenie słodkie, podobne do tego, jakiego kwiaty doświadczać muszą wtedy, gdy po dziennym skwarze marzące swe głowy pochylają wieczorem na aksamitną, zwilżoną kroplami rosy murawę. Tak ja ten wielki wyraz "kocham!" wyśniłam, takim unosił się on nade mną śród snów dzieciństwa, takim rozbrzmiał mi w sercu, gdym się z dzieciństwa budzić zaczynała. Myślałam, że to było przeczucie i że kiedyś spotkam na świecie człowieka, z którego ust wypłynie ten wyraz wielki jak pełny akord muzyczny, a ja mu takim samym odpowiem i tą melodią dwa nasze serca prowadzić będą rozmowę cudowną, długą jak nieskończoność.

I oto dwaj już ludzie na świecie wyraz ten wymówili do mnie, a żaden z nich nie wymówił go tak, jak brzmiał on w mojej duszy... Pierwszy w akordzie fałszywych tonów, drugi, zamiast akordu, dał mi posłyszeć płaski i zimny skrzek żaby... Czyżby myliło mię przeczucie?

Czy wielki ten wyraz żył kiedyś na świecie, a potem uleciał na zawsze do nieba, a po nim została ziemi ta tylko pamiątka, iż ludzie w młodości słyszą echo jego w swych własnych sercach, gonią za dźwiękiem podobnym, a nie spotkawszy go, zniechęceni, sami gubią to echo na drodze życia?

Takimi zajęta myślami, patrząc przed siebie usiadłam w przytykającym do bawialnego salonu gabinecie na sofce, która naprzeciw drzwi stała. Z zamyślenia zbudził mię głos Henryka; zwróciłam wzrok na drzwi wpół przysłonięte firanką i zobaczyłam go, zabierającego miejsce naprzeciw mojej matki. Oboje siedzieli zwróceni do mnie profilem i nie patrzyli w stronę, w której byłam, ja zaś widziałam ich fizjonomie wybornie, a słowa rozmowy bardzo wyraźnie mnie dochodziły. Henryk mówił do mojej matki:

— Przed chwilą miałem honor prosić pannę Wacławę o jej rękę i otrzymałem odmowę.

Wyrzekł te słowa zwykłym sobie zimnym i przeciągłym tonem, w którym daremnie chciałby kto dosłyszeć żywsze jakie wzruszenie gniewu czy żalu. Moja matka podniosła na niego spojrzenie i nie wiem, czy się nie myliłam, ale wydało mi się, że trochę pobladła.

Henryk mówił dalej:

— Mam nadzieję, że pani nie weźmiesz mi za złe, iż nie poprzestając na tej odmownej odpowiedzi jej córki ośmielam się prosić ją o kilka chwil rozmowy w tej materii. Panna Wacława, tak młoda... tak niedoświadczona, spogląda zapewne na tę kwestię z innego stanowiska jak ludzie, którzy mają nieco doświadczenia i wiedzą, co to praktyczna strona życia... Czy pozwolisz mi pani mówić o tym przedmiocie?

Matka moja w milczeniu skłoniła głową na znak przyzwolenia. Na czole jej zagłębiły się fałdy, a wyraz jej twarzy był nieco smutny i surowy zarazem. Henryk cisnął swoją rzecz zawsze właściwym sobie wstrętnym tonem:

— Nie tajnym pani było zapewne, bom wcale taić się z tym nie myślał, iż panna Wacława podobała mi się od pierwszego zaraz wejrzenia. Ponieważ jednak nie jestem poetą ani marzycielem, ale prostym sobie gospodarzem, a z natury posiadam usposobienie racjonalne i spokojne, byłbym może nie uległ tej, jak się ludzie wyrażają, skłonności serca, gdyby ona nie zgadzała się najzupełniej z moim rozumem i trzeźwym na rzeczy poglądem. Mam nadzieję, że gdy poglądem tym podzielę się z panią, zechcesz wpłynąć na córkę swą tak, iżby nie odrzucała przedstawienia, które dla obu stron daje korzyści nie do pogardzenia.

Po ustach mojej matki przebiegł zaledwie dostrzegalny uśmiech ironii. Właściwym sobie dumnym poruszeniem podniosła głowę i rzekła:

— Nie wiem, o jakich korzyściach zamierzasz pan mówić, w każdym razie czuję się w obowiązku uprzedzić pana, że córce mojej zostawiłam zupełną swobodę wyboru i nie mogę w niczym krępować jej woli.

Henryk opuścił szafirowe szkła swych okularów na sam środek nosa, co było u niego zawsze oznaką, że wydobywał się ze swej wiecznej zimnoty, jak się wydobywa ślimak z martwej skorupy, i znad tych szkieł patrząc na moją matkę zaczął znowu:

— Nie tajne mi były familijne układy, jakie istniały co do mariażu panny Wacławy i pana Agenora W. Nie tajno mi też (jak zresztą i cała okolica wie o tym), że układy te zostały zerwane, wskutek czego pani Hortensja wydziedzicza pannę Wacławę i pozbawia ją hojnie przyobiecanych swych darów.

Matka moja uczyniła żywe poruszenie, ale Henryk nie zważając na to mówił dalej:

— Chciej pani przebaczyć, że przypomniałem to przykre zajście, jakie miało miejsce w familii państwa i o jakim etykieta nie pozwalałaby mnie, człowiekowi obcemu, wspominać przed panią. Ale dla bardzo racjonalnych powodów odłożyłem na ten raz etykietę na stronę.

Chcę pani bowiem oświadczyć, że niełaska pani Hortensji względem panny Wacławy wcale mnie nie zraża do oświadczenia się o jej rękę...

Jasny promyk przemknął po twarzy mojej matki, czoło jej rozmarszczyło się.

— Co pan chcesz przez to powiedzieć? — zapytała głosem mniej suchym niż ten, jakim przemawiała dotąd do Henryka.

— Nie powiem pani — ciągnął Henryk — że niełaska pani Hortensji względem panny Wacławy nie zraża mnie do oświadczenia się o jej rękę dlatego, że panna Wacława bardzo mi się podoba, bo chociaż to ostatnie jest szczerą prawdą, widzę w tym tylko z sentymentu wypływającą pobudkę i jako taką nie chcę jej brać za podstawę rozmowy mojej z panią. Odłożywszy więc na stronę sentyment albo dawszy mu miejsce takie, jakie na obrazach należy się figurom drugiego planu, chcę zwrócić uwagę pani na to, że panna Wacława, nawet pozbawiona darów swej bogatej babki, dla mnie jednego, dla mnie wyłącznie, nie przestaje być partią pożądaną...

— Zapewne dlatego, że pan jeden tylko, wyłącznie, potrafiłeś ocenić piękne przymioty umysłu i serca mojej córki? — przerwała moja matka, z której twarzy znikł już bez śladu jasny promyczek, ustąpiwszy miejsca wracającemu uśmiechowi ironii.

Henryk uczynił ruch podobny do ukłonu.

— To, coś pani raczyła powiedzieć, jest zupełną prawdą, ale wraz z sentymentem moim dla panny Wacławy odstawiam i tę prawdę na drugi plan obrazu. Wyłączność zaś moja w tym razie leży w tym, że jestem najbliższym pani sąsiadem i że grunta moje graniczą z jej gruntami.

— Racz się pan jaśniej tłumaczyć — wyrzekła moja matka z bardzo już głębokimi na czole fałdami.

— Otóż jako tak bliski sąsiad wysoką przywiązuję wagę do połączenia majątków moich z majątkami pani...

— Panie... — przerwała moja matka.

— Pani — kończył Henryk — racz mię wysłuchać do końca i nie brać mi za złe, jeśli będę zupełnie otwartym...

Majątki pani są odłużone, moje zaś zupełnie czyste i znaczną dają intratę, przy tym mam jeszcze gotówkę... Jeślibym więc był dość szczęśliwy, aby otrzymać rękę panny Wacławy, oczyściłbym z długów dobra pani, a złączywszy je ze swymi utworzyłbym jedną z najobszerniejszych i najintratniejszych majętności w całej prowincji...

Z ust mojej matki wyszedł odgłos podobny do śmiechu połączonego ze łzami i łkania, z którym splatał się śmiech. Twarz jej zrumieniła się i znowu nagle pobladła.

— Winszuję panu tak szeroko i gruntownie rozwiniętego praktycznego zmysłu — wyrzekła z widoczną ironią.

Ale Henryk nie widział czy nie chciał widzieć gry fizjonomii mojej matki albo może sądził, że dalszymi argumentami pokona jej widoczną niechęć, bo mówił dalej.

— Majątki pani położone są w dobrej glebie, ale mają za mało łąk i pastwisk; u mnie zaś przeciwnie, znajduje się wiele siana, ale nie dostaje pszennych gruntów. Pani dobra posiadają znaczne lasy, a przez moje przepływa spławna rzeka; gdyby więc lasy i woda były w jednym władaniu, można by założyć parę fabryk potrzebujących hydraulicznych środków i prowadzić handel drzewem na własną rękę. Do tego masz pani parę folwarków, w których gospodarstwo zostaje w opłakanym stanie. Ja z mymi pieniężnymi zasobami mógłbym urządzić w nich płodozmian i trawy pastewne zasiewać, co dałoby możność znacznego powiększenia liczby inwentarza w obu majętnościach. Zdaje mi się nawet, że nasza okolica byłaby wybornym punktem dla fabryki cukru; ja miałbym środki do jej założenia, ale nie mam gruntów, na których by się rodziły buraki, a właśnie pani takie grunta posiadasz. Słowem, majątki pani i moje połączone dałyby dochody kolosalnej wielkości...

Pan Henryk mówił z coraz większym ożywieniem, dwie ceglaste plamy wystąpiły mu znowu na policzki, a palce jego rozwierały się i ściskały z taką szybkością, jakby miały w przelocie chwytać owe pastwiska, łąki, fabryki i kolosalne dochody, o których mówił. Matka moja nie przerywała mu ani jednym słowem i nieruchomie siedziała ze spuszczonymi w dół powiekami. Tylko na ustach jej uśmiech ironiczny zamienił się na bolesny, a fałdy na czole coraz były głębsze. Henryk, milcząc, popatrzył kilka sekund na moją matkę; zdawało mi się, że po twarzy jego przebiegł wyraz tryumfu. Zsunął niżej jeszcze na nos swe okulary i kończył:

— Tak więc chciej pani przyznać, że panna Wacława mimo niełaski swej babki, w jaką popadła, dla mnie wyłącznie jest pożądaną partią. Kto inny w majątkach pani nie zobaczyłby nic oprócz długów, które je obciążają; ja, jako sąsiad i posiadacz środków pieniężnych, widzę w nich ogromne pole do wielce korzystnej produkcji. Tak więc obie strony odnoszą korzyści.

Panna Wacława zostając moją żoną zapewni sobie pozycję majątkową i społeczną, odpowiednią urodzeniu swemu i przyzwyczajeniom; ja wejdę w posiadanie dóbr, na których oczyszczenie z długów i podniesienie gospodarskie znaczny wprawdzie wyłożę kapitał, ale które mi go z czasem z wysokim zwrócą procentem. Przy tym panna Wacława znajdzie we mnie męża przywiązanego do niej z całą solidnością człowieka praktycznego i nie uganiającego się za żadnymi mrzonkami, w jakichbykolwiek one przedstawiały się postaciach, a ja będę miał szczęście posiąść rękę osoby, której wdzięki i zalety od razu zajęły moje serce.

Przy ostatnim frazesie zająknął się Henryk, a wyraz "serce" znowu płaskim i zimnym tonem wydobył się z ust jego.

Parę minut matka moja milczała. Wzrok jej zdawał się przykuty do posadzki, po twarzy migotały różne uczucia: dumy, żalu, gniewu, niepokoju i jakiejś tajemniczej, z samego dna jej istoty płynącej myśli, która ze wszystkimi uczuciami toczyła walkę. Podniosła w końcu powieki, a gdy spojrzenie jej upadło na twarz Henryka, w źrenicach zabłysnął blask gorączkowy, głowa podniosła się dumnie, wargi zadrżały i zdawało mi się, że wnet, wnet wymówią ostre jak sztylet słowo ironii i wzgardy. Ale nagle opadły znów w dół powieki, rumieniec zniknął pod bladością, usta zwarły się jak w dolegliwym cierpieniu, a na całą twarz straszna wybiła się walka.

Henryk milczał i znad okularów patrzył na nią ciągle swymi zimnymi bladożółtymi oczami.

Wreszcie podniosła się moja matka, stanęła, ręką o stół oparta, i ze spuszczonymi powiekami wymówiła cichszym niż zwykle głosem:

— Jesteś pan szczery, panie S., zanadto szczery... widać zaraz, że nie odbyłeś pan kursów dyplomacji i że poezja nie jest pańską specjalnością... Przedstawienie jednak pana, jakkolwiek dziwnie sformułowane, przełożę mojej córce, a o wypadku rozmowy naszej zawiadomię pana...

Henryk powstał, skłonił się, a wymówiwszy kilka bardzo grzecznych słów pożegnania opuścił salon. Po chwili koczyk jego, od którego koni nie odkładano, wytoczył się za bramę dziedzińca.

Spojrzałam przez drzwi na moją matkę. Stała ciągle nieruchoma, w tej samej postawie, w jakiej opuścił ją Henryk, tylko głowa jej opadła na piersi, a splecione ręce zwisły pomiędzy fałdy sukni. Podniosłam się i cichymi kroki zbliżyłam się do niej.

— Mamo — rzekłam stojąc przed nią — ja wszystko słyszałam.

Podniosła głowę jak ze snu zbudzona i mglistym wzrokiem spojrzała na mnie.

— Słyszałaś? — powtórzyła — i cóż więc powiesz na to?

— Poproszę cię, mamo droga, abyś natychmiast napisała do pana Henryka, że stanowczo odmawiam mu mojej ręki...

Oczy mojej matki spoczęły na mnie długim spojrzeniem.

— Odmawiasz? — wyrzekła z wolna i w zamyśleniu — tak i ja myślę, że inaczej uczynić nie należy, a jednak...

Zawahała się, a ja z przyśpieszonym biciem serca czekałam końca jej mowy.

— A jednak — dodała po chwili z wysileniem — to dobra, świetna dla ciebie partia...

Żal mię zdjął wielki.

— Matko moja! — zawołałam — i tyż to tak mówisz? ty, tak szlachetna sama, tak kochająca mię!

Osunęła się na kanapę i zza łez na mnie patrzyła.

— Tak! — zawołała — mówię to, bo znam świat, bo wiem, co znaczy w świecie pozycja majątkowa i towarzyska, bo nie mogę zarzucić fałszu słowom pana Henryka, że każdy, oprócz niego, w majątku moim zobaczy same długi, w tobie pannę ubogą, której matka ostatkami goni, a ojciec nie posiada także żadnego funduszu. A któż dziś żeni się z panną ubogą? Ach! dziecko moje, ten świat jest okrutny! Zmusza on nieraz serce macierzyńskie do strasznej walki między godnością osobistą i własnymi pojęciami a strasznym widmem wiecznego osamotnienia i ubóstwa dla istoty, której by niebo przychylić chciała...

Milczała chwilę, dwa strumienie łez popłynęły po jej twarzy.

— Nieraz — mówiła dalej — oskarżają nas, matki, o wyrachowane poszukiwanie mariażów dla córek naszych. Lecz, mój Boże, i cóż czynić mamy? Czyliż możemy od razu pogodzić się z myślą, że ukochana przez nas istota pozostanie niepoznaną na zawsze, a gdy nas zabraknie, stanie się pastwą ubóstwa i gorszej jeszcze nad nie śmieszności, jaką świat przywiązuje do miana starej panny. Dziewczęta w innej żyjące sferze mają prawo nic nie posiadać, a zawsze znajdzie się ktoś, kto także nie posiadając nic prócz pracy swej i odwagi poda im rękę miłości i wsparcia. Ale panna urodzona w naszym świecie, a jakimikolwiek okolicznościami odarta z majątku, niech nie spodziewa się, aby ktokolwiek jej równy pojął ją za żonę... Pan Henryk chce się z tobą ożenić dlatego, że grunta jego przytykają do naszych i że z połączenia jednych i drugich obiecuje sobie wielkie korzyści... Kto inny korzyści tych widzieć nie będzie i minie cię, jak się mija przedmiot piękny, ale nieużyteczny. I nie znajdziesz w świecie naszym męża dla siebie, a zatem i odpowiedniej sobie pozycji...

— A więc — zawołałam z boleścią — mamże dla tej pozycji wyrzec się wszystkich marzeń moich, zadać fałsz wszystkim moim przeczuciom, zostać żoną człowieka, który mię bierze na to tylko, abym pomiędzy dwoma majętnościami rozkopała kopce graniczne? Nie, moja matko! nie wiem jeszcze dobrze, jakie znaczenie w świecie posiada owa pozycja, o której tyle słyszę, ale wiem, że jakiekolwiek by ono było, nie zrzeknę się dlań tego ideału, który w mojej duszy zamieszkał. Wolę już, moja matko, do innego należeć świata niż ten, w którym takie rzeczy się dzieją. Pozwól mi, matko, w inny świat spojrzeć!

Patrzyła na mnie jasnymi oczami, na których łzy oschły.

— Tak — wyrzekła z wolna — masz ojca, Wacławo! może on przed tobą inny świat otworzy. Może on będzie szczęśliwszy ode mnie!

To rzekłszy uścisnęła mię z czułością, złączoną z gorączkowym niepokojem.

W godzinę potem z dziedzińca wyjeżdżał konny posłaniec wiozący Henrykowi stanowczo odmowną odpowiedź.

W przeciągu miesiąca odmówiłam ręki mojej dwom młodym ludziom, z których jeden posiadał najpiękniejsze imię, drugi najznaczniejszy w okolicy majątek.




Rozdział XLI

Nad wieczorem siedziałam w pokoju moim sama jedna i patrzyłam przez okno na świat pogrążony w ciszy i mgle jesiennej. Zadumanym okiem wodziłam po niskim sklepieniu, na którym śród tła bladego błękitu ciągnęły szeregiem obłoki ciemne, w fantastyczne połamane kształty.

Zza krańca widnokręgu wypłynął jeden z obłoków takich, ale większy i majestatyczniejszy jak inne. Ostatnie promienie słońca, co się już zatoczyło za wzgórze, grały 'na nim urozmaiconych barw tonami. Wierzch miał złocisty, brzegi okrążone ciemną purpurą, a po bokach dwa skrzydła z dwóch srebrnych utkane chmurek. Pędzony łagodnym wiatrem z wolna i poważnie wkraczał wspaniały obłok na blade sklepienie, a gdy już całkiem wyłonił się zza wąskiego pasa borów, zamykających widnokrąg, przybrał postać olbrzymiego rycerza w złotym hełmie na głowie, w rozwianej śród biegu szacie purpurowej, z dwoma śnieżnymi skrzydłami, które zdawały się go unosić we wrzawę walki i bohaterskich czynów. Łagodny wiatr od zachodu wiał ciągle i coraz dalej ku środkowi sklepienia posuwał napowietrznego rycerzaolbrzyma.

Nagle ze szczytów wzgórz odległych ostatnie znikły słońca promienie, a zarazem świetne barwy pięknego obłoku przygasać poczęły. Naprzód złocisty hełm pociemniał jakby rdzą pokryty, potem purpura szaty rozwiewnej zbladła i mętną oblała się żółtością, na koniec skrzydła srebrne w dół się opuściły i brudnopopielatej nabrały barwy. Mimo to jednak obłok jak rycerz odarty z purpury i zbroi kroczył jeszcze chwil kilka po sklepieniu z wolna, wspaniale.

Lecz z nagła powiał wiatr silniejszy, zwiastun zapewne nadchodzącej nocy, a obłok pod niebem zachwiał się i rozrzedził. Nie rozprzągł się jednak zupełnie, tylko gdy się już znalazł na samym środku sklepienia, zamiast do rycerza— bohatera podobnym był do kaleki— żebraka, z którego brudne i podarte opadają szmaty.

Odwróciłam spojrzenie od obłoku, który świetny, gdy na nim grały blaski słoneczne, tak brzydkim stał się, gdy go odstąpił połysk pożyczany, i potoczywszy okiem dalej po sklepieniu spotkałam w górze wielkiego czarnego ptaka, który kołysał się w powietrzu z poważną swobodą pomiędzy dwoma popielatymi chmurkami pod kawałkiem czystego błękitu. Po chwili rozpuszczone skrzydła ptaka uniosły go daleko od chmurek towarzyszek i z wolna, wspaniale szybował w powietrzu, to spuszczając się nieco, to znowu podnosząc, jakby mu tęskno było porzucać dla ziemi nieba sąsiedztwo. "Ten ptak — pomyślałam — to może orzeł, w krainie naszej zbłąkany, z dalekich stron przybyły, szlachetny król ptaków, co sam jeden w dziedzinie żyjących zuchwałym okiem w słońce patrzeć zdolen, którego gniazdo w górach niebotycznych usłane, a skrzydła rozpięte na rycerskich sztandarach i nad dumnymi monarchów czołami".

Myśląc tak patrzyłam na wielkiego czarnego ptaka i lot jego wysoki ścigałam spojrzeniem.

Po chwili czarny ptak począł się zniżać ku ziemi, lot jego stawał się coraz mniej majestatyczny, ociężalszy, pozbawiony wdzięku i powagi, aż na koniec ujrzałam go sąsiadującego na gałęzi pobliskiej topoli i poznałam w nim — kruka. Zamiast górskiego monarchy, na podniebnych wyhodowanego szczytach, przed wzrokiem moim zawisł podły ptak, wytuczony zwłokami umarłych zwierząt; zamiast hardego symbolu królów i rycerzy ujrzałam godło złodziei i żarłoków.

I było mi coraz smutniej.

Na niebo między chmurami blade wypływały gwiazdy; na jednej z nich spoczęło moje oko. Nie była ona tak świetna, jak bywają gwiazdy lipcowej nocy, ale zdawało mi się, że drżała w niej rzewność niby w nieśmiałym, ale promiennym oku dziewicy. Nagle zrobił się w górze ruch obłoków i chmurek; gwiazdka moja, blada, lecz rzewna, oderwała się od tła błękitnego i rozpłynęła się w powietrzu mnóstwem iskier, które wnet zgasły. Na miejscu, kędy błyszczała, stanął przygnany wiatrem obłok szary...

Zakryłam dłonią oczy, a przed wzrokiem mej duszy kroczący po obłokach olbrzym rycerskie szaty swe zamienił na . łachmany nędzarza, wspaniały orzeł przybrał postać pospolitego kruka, gwiazdy jedna po drugiej spadały z nieba i rozpływały się jak fajerwerk w iskry, które wnet gasły...

Czyliż wszystko na ziemi podobnym ulega metamorfozom?

Czy z nieba duszy opadną mi jedna po drugiej gwiazdy marzeń jak ta, co przed chwilą stoczyła się z obłoków?

Z samego dna mego ducha wychodził głos tajemniczy i mówił:

"Nie! Są na ziemi olbrzymy, którzy szat rycerskich na brudne nie zamieniają łachmany; są orły, które wiecznie szybują pod niebem i hardym okiem w słońce patrzeć zdolne; są gwiazdy, co nigdy nie opuszczają górnego stanowiska, na jakim zawiesiła je ręka Wszechmocna.

Ale od takich olbrzymów, od takich gwiazd tyś bardzo daleka... One zamieszkują strefy, do których nie dostała się jeszcze stopa twoja... ich nie spotkać na każdym kroku... one, rzadko rozsiane, świecą gdzieniegdzie nad ziemią ciemną, jak szeroko rozpalone pochodnie! ..."

Tak mi mówił głos tajemniczy, a jam mu wierzyła, bo wierzyć pragnęłam, bo z wiarą i marzeniem dusza moja rozstać się nie miała siły.

Posłyszałam kroki zbliżające się do mnie, odsłoniłam oczy i zobaczyłam stojącą przy mnie Binię.

Śród światowego wiru i odmętu wrażeń różnych zaniedbałam, opuściłam dobrą piastunkę moją. Teraz, gdy rozpłakana w duchu i rozmodlona ujrzałam ją przy sobie, wyciągnęłam do niej ręce jak dziecko, kore chce się pożalić na to, że w oczach jego ktoś tłucze cacka, jakimi bawiło się tak rozkosznie.

Binia pocałowała mię w czoło i rzekła:

— Przyszłam do ciebie, Wacławo, bo zobaczyłam cię smutną...

Posadziłam ją przy sobie i objęłam ramionami.

— Biniu — prosiłam — opowiedz mi jedną z tych ślicznych powieści, które mówiłaś mi, gdym dzieckiem była.

— A na co ci one teraz? — spytała stara piastunka.

— Niech mi się wyda, żem jeszcze małą dziewczynką — odrzekłam — i niech z ust twoich słyszę opowiadanie o wielkich cnotach, o wielkich ludziach... abym wiedziała, abym wierzyła, że cnoty takie i ludzie tacy istnieją na ziemi...

Światło palącej się w przyległym pokoju lampy słabo oświetlało poważną a łagodną twarz mojej piastunki, gdy powtarzała mi ową jedną z ulubionych opowieści swoich, których tło zaczerpnięte było z dziejowej przeszłości. Tylko już nie dziecięcym przemawiała językiem, ale słowa jej gorzały uczuciem wielkim, a wielkie obrazy, skąpane we krwi bitew i w cnót olbrzymich światłości, stawały przede mną wyraźne i wypukłe jak mistrzowsko wyrobiona płaskorzeźba.

Spragnionej dobra i wielkości duszy mojej mówiła Binia o dobrych i wielkich ludziach, którzy kiedyś żyli.

Z nagła poruszyłam się żywo i wyprostowałam. Z ust Bini wyszło imię sławne w dziejach, mające prawo do wdzięczności i czci potomków, a imię to nosił hrabia Witold.

— Biniu! — zawołałam — człowiek, o którym mi mówisz, wielkim był człowiekiem! nieprawdaż?

— Tak, dziecko! — odpowiedziała.

— A czy cnoty przodków zawsze w dziedzictwie dostają się potomkom? — spytałam w zamyśleniu.

Binia smutnie pokiwała głową. Zdawało mi się nawet, że westchnęła.

— Niestety! — rzekła. — Najczęściej dzieje się całkiem przeciwnie.

— O, ale on poszedł pewno w ślady wielkich swych przodków! — zawołałam mimo woli.

— Kto? — zapytała Binia ze zdziwieniem.

Usta moje nie chciały się otworzyć, aby wymówić imię; które błyszczało w mej myśli.

Zdawało mi się, że gdy je wymówię, zniknie urok tajemniczy, jakiego pełne było to imię.

Binia mówiła dalej, a ja przymknęłam oczy i pod powieką widziałam znowu na tle ciemnym twarz nieznanego człowieka; od niej ku mnie tchnął spokój niewysłowiony i wiara rzewna, dziecięca, co mi, niby przeczucie z daleka kędyś płynące, słodko do ucha szeptała:

"Jest dobro, jest prawda, jest wielkość na ziemi! ..."

Gdy w godzinę potem z pogodną już twarzą przyszłam do mojej matki, powiedziała mi, że za tydzień opuścimy wieś, aby na całą zimę zamieszkać w mieście W., gdzie czekało już na nas od dawna przygotowane mieszkanie.

— Zima smutna jest na wsi i od dawna przywykłam w mieście ją przepędzać — mówiła moja matka. — Zresztą — dodała po chwili zamyślenia — nie wyrzekłam się nadziei wydania cię za mąż, nim odjedziesz do ojca. Dla matki wielkie to szczęście zawsze, jeśli sama córkę swą do ślubnego poprowadzi ołtarza, a przy tym nie rozstałam się zupełnie z myślą, że młoda, dobrze wychowana i wielu obdarzona zaletami, pomimo ruiny mego majątku możesz jeszcze zrobić dobrą partię i zdobyć w świecie pozycję, jakiej dla ciebie pragnę...

Mówiąc to patrzyła na mnie, a potem z czułością pogładziła mię po twarzy i rzekła żartobliwie:

— A widzisz, filutko! Uśmiechasz się z zadowolenia, że ja tej dobrej nadziei nie tracę, bo też i sama nie tracisz jej zapewne.

Zaledwie słyszałam słowa mej matki o tych nie utraconych jeszcze przez nią nadziejach, o dobrej partii i pozycji w świecie. Uśmiechałam się zaś do twarzy nieznanego człowieka, która, piękna spokojną, duchową pięknością, wisiała przede mną na tle ciemnej nocy, rozpostartej za oknem, z koroną dziejowych wspomnień nad czołem.

Przed wyjazdem pojechałam z matką na pożegnanie do państwa Rudolfów.

Pani Rudolfowa więcej niż kiedy pokazywała nam białe swe zęby i z niezrównaną wymową a słodyczą ubolewała najczęściej, jak tylko mogła, nad poróżnieniem się naszym z babką Hortensją.

— Byłam tam wczoraj! Jadę tam jutro! — powtarzała tak co moment, przy tym spoglądała na mnie i na moją matkę oczyma, w których zdawało się świecić wszystko złoto babki Hortensji, jakie teraz już sama jedna spodziewała się posiąść.

Z powrotem mijałyśmy dwór hrabiego Witolda. Starożytny, modrzewiowy dom, o wielkich, licznych oknach, stał na wzgórzu, spokojny i owiany przezroczystą mgłą jesienną. Osady i pojedyncze domki, rozsiane po dolinie, otaczały go ożywionym wieńcem ruchu i obfitości.

W dali, pod lasem, bielało coś na wzgórzu w niewyraźnych kształtach i kilka złoconych lub srebrnych krzyżów błyszczało pod obłokami. Spytałam mojej matki, co by tam był za cmentarz czy kościół jaki.

— To kaplica cmentarna i grobowce przodków hrabiego Witolda.

Wychyliłam głowę przez okno i dawno kareta minęła dwór na wzgórzu, a ja patrzyłam jeszcze. I z dali już widziałam, jak zza obłoków wystrzelił promień zachodzącego słońca i szeroką, czerwoną smugę rozpostarł pomiędzy domem modrzewiowym a grobowcami bielejącymi w oddali.




Rozdział XLII

W dżdżysty listopadowy wieczór wjechaliśmy do miasta W. Chciałam od razu pochwycić obraz starego grodu, ale przez zroszone szyby karety nic zobaczyć nie mogłam.

Powóz wjechał w oświetloną latarniami bramę wielkiej kamienicy; po szerokich wschodach weszłyśmy na pierwsze piętro i otworzyła się przed nami piękna amfilada kilku wytwornie urządzonych salonów i saloników, w których dwaj lokaje kończyli zapalać światła.

Oglądając nowe nasze mieszkanie uwielbiałam smak i umiejętność światową, z jaką jeszcze przed powrotem moim z pensji urządziła je moja matka. Wszystko tam było bogate, ale nie rzucało się w oczy zbytecznym blaskiem; harmonia barw i sprzętów przyjemnie działała na wyobraźnię; ustawienie sprzętów tchnęło wdziękiem i ożywieniem; w każdym pokoju znajdowały się kąciki miękkie, przytulne, zdające się wzywać do słodkiego farniente albo półcichej, marzącej pogadanki. Pokój przeznaczony dla mnie, rozdzielony na dwie połowy arkadami w grube przystrojonymi firanki, był zarazem sypialnią i gabinetem, Zaraz od wejścia można było poznać, że przeznaczono go na pomieszkanie młodej panny, tak wszystko w nim było miluchne, świeże i dziewicze. Pływał on cały w bladoróżowej barwie, rzucającej się od obicia mebli i firanek, a oświetlała go z góry wielka lampa, migocąca mnóstwem kryształowych wisiorów, ze światłem potrojonym dwoma naprzeciw siebie wiszącymi zwierciadłami. Przebiegając piękne mieszkanie patrzyłam na wytworne meble z hebanu i mahoniu, zdobne w rzeźby i kosztowne obicia, przeglądałam się w licznych zwierciadłach, zawieszałam wzrok na wyzłoconych gwiazdach i jastrzębiach, podnoszących nad oknami i drzwiami ciężkie firanki, stąpałam po puszystych kobiercach lub posadzce w misterne ułożonej kwadraty, a przy tym wszystkim myślałam:

"Gdzież jest ta majątkowa ruina mojej matki, o której tyle słyszałam? Czyliż zrujnowani ludzie mogą podobne urządzać mieszkania? Wszakże to wszystko ogromną kosztować musiało sumę, dodając szczególniej parę rosłych i pięknych powozowych koni, którą za nami do miasta przyprowadzono, liberię dla służby suto galonowaną z bogatymi futrami do wyjazdu, liczne sztuki zakupionych rozmaitych materii, z których jedne powierzone już były zręcznym rękom warszawskiej garderobianej, Zosi, i jej pomocnic, inne miały być nazajutrz oddane modniarce, aby z nich uszyła suknie codzienne, wizytowe, obiadowe, balowe, ranne, południowe, wieczorowe itd. Jakim sposobem moja matka będąc, jak sama mówiła, zrujnowaną, znalazła środki do zakupienia tylu kosztownych rzeczy? Czyliż są wyrazy, mające podwójne znaczenie, a ruina miałażby niekiedy być jednoznacznikiem zbytku?"

Takimi zajęta myślami siedziałam naprzeciw mojej matki w ślicznym gabineciku przy okrągłym stoliczku z marmurową płytą, ozdobioną barwistym bukietem z mozaiki, i przyrządzałam herbatę w serwisie porcelanowym na srebrnej umieszczonym tacy.

— Dlaczego tak zamyśloną jesteś, Wacławo? czy ci nowe nasze mieszkanie do smaku nie przypadło? — spytała moja matka z uśmiechem, który mówił, że pewną była, iż mieszkanie, urządzone przez nią, każdemu podobać się musiało.

— Owszem, mamo — odpowiedziałam — uwielbiam smak i umiejętność, z jaką tu wszystko urządzić potrafiłaś, ale...

— Jakież ale?

— Myślałam nad tym, że kolosalną musiałaś wydać sumę... — dokończyłam czując, że się rumienię.

Rumieniec mój znalazł odbicie na twarzy mojej matki, której policzki zafarbowały się różowo.

— Dla zdobycia znacznej w istocie sumy, jakiej potrzebowało urządzenie się nasze w mieście, sprzedałam część tego pięknego lasu, o którego spuszczaniu na swoją spławną rzekę tak bardzo marzył pan Henryk — odpowiedziała z uśmiechem, który jak mi się zdawało, był nieco przymuszonym. W większe jeszcze popadłam zamyślenie.

Moja matka patrzyła na mnie z pewnym niepokojem i po chwili zaczęła mówić:

— Dziwi cię zapewne, że mając wielkie długi, ciążące na majątku, i nie posiadając żadnej gotówki, urządzam się tak zbytkownie. Ale, widzisz, pozycja, jaką człowiek zajmuje w świecie od młodości, jest jakby suknia, która mu do ciała przyrosła. Zdjęcie jej przynosi ból ogromny i — dla uniknięcia tego bólu — człowiek łata ją wszelkimi sposobami, dopóki tylko może, a wtedy tylko łatać przestaje, gdy dziury staną się tak wielkie, iż niczym już zapełnić ich niepodobna, albo gdy podziurawioną suknię zedrą ci, od których pożyczone były szmaty na jej łatanie.

— A wtedy cóż się staje z odartym człowiekiem? — spytałam.

— Wtedy ze wstydu chowa on nagość swą w najciemniejszy kąt tego świata, bo bez sukni, z którą przez całe życie chodził po świecie, niepodobna mu już żyć między ludźmi — odparła moja matka z zachmurzonym czołem.

Po tej krótkiej rozmowie milczałyśmy obie dość długo. Zdawało mi się, że pod sufitem gabineciku włóczyły się ciemne chmurki i zakrywały sobą zdobiące go błękitne rozety, a bukiet z mozaiki na marmurowej płycie bledsze miał barwy. Srebrna taca przypomniała mi wyszczerbione spodeczki, na jakich u państwa Rudolfów podawano konfitury.

Poważny, czarno ubrany kamerdyner, który właśnie w tej chwili przez pokój przechodził, wydał mi się zadziwiająco podobny do owego chłopaka niezgrabnego, co tam przedstawiał lokaja; a w najciemniejszy kącik pokoju tuliła się postać niewyraźna chowając się i kuląc ze wstydu, a drżącymi rękami na próżno starając się latać szatę, której złocone łachmany opadały z jej ciała.

Matka moja nie spuszczała ze mnie oka. Po chwili rzekła znowu:

— Nie obawiaj się jednak, Wacławo, aby z nas prędko spaść miała ta suknia, jaką nosiłam całe życie i w jaką przybrałam ciebie, gdym cię w świat wprowadzała. Wprawdzie majątek mój w smutnym jest stanie, ale był on kiedyś bardzo znaczny, prawdziwie pański, a majątki takie podobne są do bardzo soczystego owocu. Zdaje ci się, żeś wszystek sok zeń wyssała, ale pociśnij dobrze, a z pewnością kilka jeszcze kropel wypłynie. Zamożność dawnych domów była tak wielka, że ci, co ją otrzymali w spadku, wielkość jej najbardziej poznają po obfitości źródeł, jakie im ona przedstawia w chwili, w której ratować się już potrzebują od całkowitej ruiny. Wielki majątek spadły mi po ojcu nadwerężyłam mniej zbytkami jak nieumiejętnością zarządzania nim i zbytnią ufnością w ludziach, którzy mię na j niegodziwie j okradali i oszukiwali. Teraz w istocie gonię ostatkami, to jest ostatnimi szmatami majątku łatam suknię wysokiej towarzyskiej pozycji, która mię dotąd ani na chwilę nie odstąpiła.

Ale ostatnich tych szmat wystarczy jeszcze na długo.

Dla ich zdobycia są jeszcze w lasach nie sprzedane majątku folwarki, które korzystnie sprzedać można szlachcie okolicznej, są w końcu srebra stołowe tak liczne, że większa ich połowa nigdy nie jest używaną; jest skarbiec pełen staroświeckich sprzętów, za które antykwariusz jaki albo miłośnik pamiątek mógłby znaczną ofiarować sumę, że już nie wspomnę o moich klejnotach i pięknych obrazach, które mój dziad a twój pradziad za wielkie pieniądze zakupił we Włoszech i Francji, bo był miłośnikiem sztuk pięknych i krocie na nie wydawał.

Słowem, są to w istocie ostatki, ale ostatki bogatych ludzi, które, jak mówi przysłowie, starczyłoby ubogiemu za dostatek.

Rzekłszy to matka moja wstała od stolika i zaczęła wydawać służbie jakieś rozporządzenia.

Około północy weszłam do mego pokoju, aby udać się na spoczynek, a odprawiwszy służącą i zarzuciwszy na siebie peniuar kaszmirowy, usiadłam w wielkim miękkim fotelu, który stał przy łóżku, i głowę oparłam na obitej atłasem poręczy.

Zmęczona podróżą, półsennym, rozmarzonym okiem wodziłam po pokoju. Światło wiszącej u góry lampy, przyćmione matowym kloszem, przykrywającym ją na noc, wpływało pomiędzy arkady i słało się u stóp moich po wzorzystym kobiercu, podobne do smug księżycowych promieni. Cztery pyzate aniołki w szafirowych rozwiewnych szatach, wymalowane na suficie, zdawały się uśmiechać i potrząsać wiankiem róż, który trzymały w ręku; obnażone ich ramiona i stopy odskakiwały od białego tła z miękką okrągłością kształtów.

Od grupy wazonów, ustawionych pod oknem, wymykała się delikatna woń kwitnącego heliotropu i harmonijnie łączyła się z delikatną także, bladoróżową barwą, jaką obleczone były ściany i sprzęty. Zupełną ciszę przerywał tylko łagodny tętent alabastrowego zegara, postawionego na konsoli; zza firanki, która bladoróżowymi strumieniami spływała pośród arkad, wymknęła się muszka, kiedyś jeszcze znać latem tu zabłąkana, zabrzęczała w powietrzu, uderzyła się parę razy o sufit i poruszyła kryształowe u lampy wisiory, które zadźwięczały głucho.

Zanurzona w ciszy, w półświetle, eterycznej a upajającej woni, przymknęłam znużone oczy, ręce bezwładnie opuściłam na suknię, włosom pozwoliłam, aby mi twarz opłynęły, i pół we śnie, pół na jawie myślałam, że piękna, rozkoszną była ta szata, o której mówiła moja matka, szata miękkości, zbytku, próżnowania i napowietrznych rojeń, że trudno było pozbyć się jej temu, kto się nią raz przyoblekł, że...

Nagle zaszeleściło coś w fałdach firanki. Podniosłam powieki i zdało mi się, że widzę postać niewyraźną, tulącą się między arkady i drżącymi rękami podtrzymującą na próżno szatę pozłacaną, która szmatami z niej opadała...

Zerwałam się z fotelu i uczyniłam kilka kroków naprzód. Spomiędzy fałd firanki wyleciała spłoszona moim poruszeniem muszka...

Ale i moje słodkie rozmarzenie pierzchnęło; trwożnie obejrzałam się dokoła, czy nie zobaczę wpółnagiej postaci, z której złocista, podarta opada szata...

Gdy zamknęłam powieki, nad głową moją unosiła się muszka drobna, a ja, ścigając uchem monotonne jej brzęczenie, półsenne snułam dumania:

"Czyliżby na dnie tych pięknych błyskotek prawda i szczęście leżały jedynie, że ludzie tak wysoko je cenią? Lecz jeśli tak jest, dlaczegóż ci, co je posiadają tak często bywają smutni?

Wszak w bardzo krótkiej jeszcze przez świat ten wędrówce mojej widziałam już nieraz chmury na czołach ukoronowanych bogactwem i niespokojnie bijące serca okryte drogimi szaty.

Wszak już widziałam, jak wielkie bogactwa służą jednym za środek do popełniania niesprawiedliwych czynów, innych wiodą na drogi zepsucia, błędów, a potem znikając zostawiają nieszczęsnych na rozdrożu zwątpień i walk z niezamarłym całkiem sumieniem, innym jeszcze stają się celem chciwego pożądania, rugując z ich piersi wszystko, co szlachetne. Widziałam już bogate kobiety tęskne spojrzenie rzucające za siebie na przebytą drogę, na której ze szczęściem nie spotkały się ni razu; bogate dziewice, z trwogą patrzące w przyszłość, w której serca ich nie widziały wyśnionego w młodych rojeniach raju; bogatych młodzieńców, stojących nad przepaścią z próżnymi już rękoma albo pływających po rozhukanym oceanie szałów i namiętności bez kierowniczego magnesu, albo wiecznie roztwierających ręce dla pochwycenia złota, co im zastąpić miało święty ogień, którego iskry wygasły w ich piersi aż do ostatniej.

A jednak wszyscy ci ludzie jedyne, najwyższe szczęście swe widzieli w tym, co im w darze przynosiło tyle zawodów, niepokojów i skaz moralnych. Któż mi tę sprzeczność wytłumaczy?

Jak pojmę tę zagadkę świata, w którym żyję? Zapytamże o nią matki mojej, towarzyszek młodych, mężczyzn, co tak mądrymi wydają się w salonach? chórem odpowiedzą mi wszyscy:

Pozycja i komfort.

I z tymi słowami wyrytymi w sercach idą oni przez świat, jak muzułmanin ze świętym amuletem na piersi, w którym tkwią wypisane słowa Koranu. Pozycja, to ta szata złocona, która zrasta się z ciałem człowieka, aby najczęściej w połowie drogi opadać zeń w szmatach skrwawionych! Komfort to ten zbytek rozkoszny, który przed chwilą mnie samą kołysał miękkością i wonią! Spod szaty tej. widnieje nagość wstydząca się siebie. Z rozkoszą zbytku mięsza się gorycz zwątpienia i niepokoju. Więc cóż jest tu prawdą? Więc gdzież jest tu prawda?

Więc do czegóż tutaj uczepić mam wiarę mego serca, która w mej piersi rozpoczęła tak wcześnie bój ze zwątpieniem?"

Muszka, która nad głową moją krążąc monotonnym swym brzęczeniem dopomogła snuć się półsennej mej zadumie, zmęczona skryła się w fałdy firanki i umilkła.

Otworzyłam oczy i spojrzałam wkoło. Aniołki na suficie potraciły swe uśmiechy i smętnie zadumane patrzyły na się wzajemnie niby pełne zdziwienia zadając sobie pytania. Pod nimi kryształowe wisiory błyszczały zimną bielą podobne do soplów lodu; cienie od sprzętów stały martwo rozpostarte po ścianach, a obok nich mniej spokojnie ruszały się i migotały smugi bladego światła, jakby z trwogą umknąć pragnęły od czarnych sąsiadów.

A jednostajny tętent zegaru szemrał z cicha w rogu pokoju i coraz bardziej usypiającym zmysłom moim słał słowa mego ojca:

"Nie ufaj zbyt połyskom, dziecię, i nie oddawaj im całego serca twego".




Rozdział XLIII

Kto widział kiedy zawrotny, długi taniec, w którym przy grzmiących, napowietrznych, namiętnych tonach muzyki ludzie wirują, jedni na trzeźwo, inni w upojeniu, a wszyscy szalenie, biorą się za ręce, łączą się w pary, opuszczają się, rzucają na się wzajem grad spojrzeń i uśmiechów, zbliżają się znowu i znowu oddalają się pojedynczo, każdy w inną stronę, aby się zejść na nowo i podać sobie ręce, i odebrać je raz jeszcze, a do kogo innego wyciągnąć ramiona; kto widział kiedy taniec taki, w którym jest wszystko: wesele udane czy prawdziwe, miłość istotna czy sztuczna, namiętność widoma czy tajona, łzy wydobywające się przemocą zza uśmiechów, śmiechy głuszące tajemne westchnienia, uderzenia serc, przyśpieszone gorączkowym wzruszeniem, rozdrażnieniem, niepokojem, radością, zwątpieniem, zawodem; kto widział tę mieszaninę rozlicznych uczuć i wrażeń miotających ludźmi, jak miota wiatr gęstą zaroślą trzcin chwiejnych, porastającą rozłóg szeroki — ten może sobie stworzyć wyobrażenie, czym jest w wielkim mieście sezon zimowy dla garści ludzi, co się tam zebrali, aby pokazać się, ubawić, skąpać serca i głowy w napojonej odurzającym narkotykiem atmosferze tłumu, gwaru i błyszczącego kameleonową grą barw światowego ruchu.

Nieprzerwanym hukiem kół turkocą powozy, brzęczy głucho bogata uprząż na karkach dumnie stąpających rumaków, szeleszczą jedwabie, powiewają wstęgi, przezroczyste koronki odsłaniają nagość śnieżnych szyj i ramion, diamenty błyszczą śród splotów warkoczy, sztuczne kwiaty sztuczną woń rozlewają, w salach balowych grzmi porywająca muzyka, w teatrach bajeczna syrena o czarodziejskim śpiewie wciela się w uroczą postać prymadonny, a przenikający głos tragika— mistrza śle między tłumy widzów i słuchaczów prądy elektryczne, porywające ich wyobraźnię w tajemnicze a straszne światy dramatów ludzkiego żywota i w przepaściste głębie psychologicznej analizy człowieczego ducha.

Wszystko wre, kipi, burzy się, migoce; powiedziałbyś, że wszystkie istnienia wszystkich tych szalejących, wirujących ludzi to wielka kula ognista, wiecznym ożywiona ruchem, napełniona jakimś życiem niepowstrzymalnym, w karby nie dającym się ująć, wulkanicznym.

Staraj się myślą pochwycić tę kulę, rozdzielić ją na dwie połowy jak orzech stłuczony, odrzuć skorupę zwierzchnią, która ma wszelkie pozory słonecznego światła, i spójrz, co się znajduje w środku.

Oto z jądra kuli wychodzą dwie postacie.

Jedna ubrana w złocistą szatę bogactwa, całą i niewzruszoną, druga — z trwogą, którą ukrywa pod maską wesela, starannie przylepioną do twarzy, podtrzymuje na sobie, łata i zszywa szatę podobnąż, lecz rozpadającą się w szmaty.

Jaka przyszłość czeka te obie postacie?

Pierwsza za chwil kilka porozdziera i zniszczy świetną i całą teraz swą suknię i uczyni z niej twardą skorupę, w której zasklepi się na wzór ślimaka; druga utraci ją całkiem, pójdzie w ciemny kąt jaki chować przed światem wstyd swój i nagość. Rzadko kto w tej wrzącej i błyszczącej gonitwie za nieznanym i nieokreślonym dobrze widmem pochwyci szczęście istotne lub prawdzie raz w twarz spojrzy; lecz wszyscy, co w niej uczestniczą, na długo czy na krótko znajdą upojenie.

I ja upojenie to znalazłam.

Zdawało mi się, że zasnęłam, a czarnoksiężnik jakiś porwał mię na skrzydła ogniste i nosił po świecie zaczarowanym.

Dni i tygodnie mijały z błyskawiczną szybkością; nic nie robiłam, a nigdy nie miałam czasu; noc była mi dniem, a dzień nocą; blade zimowe słońce wschodziło nad światem, gdy zamykałam do snu oczy, a ustępowało z zenitu południe, gdym je otwierała. Potem znowu suknia, wizyta, gwarny obiad, przejażdżka, teatr, wieczór z tańcem i muzyką i znowu sen krótki, przerywany, pełen gorączkowych obrazów, gorączkowych rzeczywistości.

Na wsi, lubo także strój i zabawa stanowiły główną osnowę mego życia, bywały jednak całe dnie ciszy, godziny rozmyślań. Tam roztaczała się koło mnie natura bogata, w ogrodzie kwiaty rosły, po lasach ptaki śpiewały, na polach rolnik w sukmanie prowadził pług po zagonach, a w dali tęskno przygrywała mu trąbka pastusza. Tam widać było całe sklepienie nieba i jak po nim obłoki skrzydlate płynęły, jak pod nim przeciągały stada ptaków swobodnych, z tego wszystkiego wiały ku mnie świeżość i poezja, myśl moją budząc, rozgrzewając serce.

Tutaj, między wysokimi murami miasta, widziałam tylko ulice białym śniegiem usłane, gwarnych tłumów pełno, nad dachami widniał tylko wąski pas szarego nieba; w nocy, zamiast gwiazd, przyświecały ziemi żółte latarnie uliczne, a we dnie zamiast orzeźwiającego pól powietrza oddychałam wonią perfum i dusznym ciepłem salonów, ogrzewanych hermetycznymi piecami.

Stopniowo zacierały się w mej pamięci przykre wrażenia, których tyle doświadczyłam niedawno. Bliska przeszłość pobladła w wyobraźni jak sen dawno prześniony; postacie babki Hortensji, Agenora, Rozalii, Henryka pojawiały się niekiedy we wspomnieniach moich, bardziej do snu niż do rzeczywistości podobne. Coraz rzadziej zadawałam sobie pytania, jakie wprzódy nieustannie napełniały mi głowę; chwilami zdawało mi się, że wszelka myśl ustawała we mnie, a nawet i czasu nie miałam na porachowanie się z mymi myślami.

Zdawało mi się, że i matka moja uległa równemu prawie upojeniu. Wizyty, obiady, wieczory i bale zajmowały ją tak prawie jak i mnie. Był to pewno skutek nawyknień kobiety światowej albo może myśl jaka wsteczna, która śród wrzawy goniła za szczęściem dla mnie, a kto wie? za zapomnieniem może dla siebie.

Parę razy tylko, gdy z rana weszłam do jej pokoju, znalazłam ją z dłonią przy oczach i z głębokimi fałdami na czole; raz nawet wydało mi się, że jakobym ślady łez na jej oczach dostrzegła, a w parę godzin potem siedziałyśmy już obie w karecie i jadąc na wizyty rozmawiałyśmy wesoło o paniach, które nam przychodziło odwiedzić.

Pewnego dnia weszłam niespodzianie do pokoju matki i ujrzałam ją rozmawiającą z Żydem o długich pejsach i atłasowym chałacie, siedzącym u progu na brzeżku krzesła.

Miała chmurę na czole, a silny niepokój migotał w jej oczach. Zdało mi się, że po wąskich wargach Żyda przebiegał uśmiech szyderczy. Z niecierpliwością, jakiej nigdy w niej nie spostrzegłam, prosiła mię, abym odeszła, a Żyd zaledwie w dwie godziny potem opuścił jej pokój.

Tego dnia nie wyjechałyśmy nigdzie i nikogo nie przyjęłyśmy u siebie. Wieczorem moja matka miała migrenę, a ja czułam się smutna i zaczęłam znowu myślą patrzeć w głąb siebie i rzeczy, które mię otaczały. Ale śród tych rozmyślań weszła do pokoju garderobna, Zosia, trzymając przed sobą bardzo piękny szal, świeżo dla mnie nabyty, a za nią pojawił się szereg modniarek, krawców i kupców niosących towary...




Rozdział XLIV

Towarzyskie koło, do któregośmy należały, składało się z kilkunastu domów, istotnie zamożnych lub okazujących wszelkie zamożności pozory. Między nimi było kilka rodzin, z którymi sąsiadowałyśmy na wsi, przybyłych jak i my na całą zimę do miasta. Do liczby tych należała także i pani S. z córkami. Odmowa, jaką otrzymał ode mnie pan Henryk, nie nadwerężyła bynajmniej dobrych stosunków pani S. z moją matką ani córek jej ze mną. Pierwsza starannie okazywała, że nie wie wcale o wydarzonym zajściu; drugie zaraz przy pierwszym ze mną spotkaniu uścisnęły mię i szepnęły na ucho, że lubo domyślają się wszystkiego z kilku słów, jakie wymknęły się ich bratu, niemniej jednak nie mają do mnie żadnego żalu i kochają mię jak dawniej. Śród wrzawy miastowej okropna nuda, która dręczyła panny S. na wsi, w godzinach upływających pomiędzy ukończeniem toalety a przybyciem gościa lub wyjazdem w sąsiedztwo, pierzchnęła.

Tak jak i ja nic one nie robiły, a nigdy nie miały czasu; a lubo miejski sposób życia nie był dla nich taką jak dla mnie nowością, to przecież, zbliżone do siebie wiekiem i usposobieniami, jednostajnego prawie doświadczałyśmy upojenia. Zenią zresztą za swym tryumfalnym rydwanem przyciągnęła do miasta skrępowanego niewolnika, którym był pan Michał C. Nowiuteńki młodzieniec jeszcze nowszym niż na wsi wydawał się pośród pełnego najwyszukańszej wytworności miejskiego towarzystwa. Bladobłękitne jego oczy z większym jeszcze niż wprzódy osłupieniem patrzyły na świat, tak obcy dla niego niedawno, a długie ręce większego niż kiedy nabawiały go kłopotu. Zenia obchodziła się z nim tak, jak bogaty plantator południowych

Stanów Amerykańskich, pochodzący ze starożytnej familii francuskiej i pełen tradycyjnej elegancji dworu Ludwika XIV, obchodzi się ze świeżo wyemancypowanym i wzbogaconym Murzynem, z którego rąk nie zniknęły jeszcze ślady mozolnego zbierania bawełny i którego nogi z pełnym trwogi uszanowaniem stąpają po parkietach wielkiego pana. Z sarkastycznowesołym uśmiechem wodziła Zenia pana Michała po wieczorach i balach, rozkazywała mu nosić za sobą wachlarz i chusteczkę, posyłała go w różne strony miasta z poleceniami do przyjaciółek, krawców, modniarek.

Pan Michał spełniał jej rozkazy z pokorą wiernego sługi, a blade jego oczy płonęły radością, gdy dzięki konkurom o rękę wysoko spokrewnionej panny S. otwierały się przed nim podwoje licznych salonów, najpiękniejsze w prowincji nazwiska wpadały mu w ucho, a białe ręce ludzi, zwanych w świecie arystokratami, dotykały się niezgrabnych rąk jego, z których nie zniknęły całkiem ślady porannej doby życia, w jakiej ojcu pomagał wiązki siana składać na wóz drabiniasty. Lubo smutny to był wielce egzemplarz konkurenta, Zenia nie myślała wyrzekać się tego pierwszego tryumfu, jaki ją spotkał na polu salonowej chwały.

Zresztą zaczęła już rok dwudziesty; jeszcze lat parę, a obok niezbyt ładnej powierzchowności i niepewnej cytry posagu liczba przeżytych wiosen stanie się kłopotliwą i cichutko wprawdzie, ale niezawodnie ludzie zaczną wymawiać wyraz: stara panna, którego samo już brzmienie włosy podnosi na głowie. A nowiuteńki pan Michał nowiuteńko nabył majątek za milion blisko złotych, po mieście jeździł nowiuteńkim koczykiem ze służbą odzianą w nowiuteńką liberię...

Pan Michał więc był dobrą partią quand meme. Niezgrabne ręce jego znajdą po ożenieniu się punkt oparcia, którego nadaremnie szukają, a będzie nim w domu fajeczka na krótkim cybuszku, w gościnie — talia kart preferansowych.

— Nazajutrz po ślubie wyjadę za granicę i cały rok będę podróżowała — szepnęła mi raz Zenia w chwili zwierzania się, a potem dodała:

— Prawda, że on bardzo niezgrabny i dziwnie pocieszny z tym swoim pragnieniem wysokich i szerokich stosunków, ale cóż robić? Trudno o doskonałość na tym naszym biednym świecie!

Oprócz Emilki i Zeni przybyły jeszcze z rodzicami do miasta: Helena, piękniejsza, lecz zarazem i bardziej blada i wiotka niż kiedy, młodziuchna Zosia, która jednocześnie ze mną wróciła z pensji prawie takich, jak były moje, doświadczała zdziwień, zwątpień i zachwytów, i kilka innych, dobrze mi już znajomych panien. Kilkanaście nowo poznanych i mniej więcej młodych towarzyszek powiększało to nasze dziewicze, bawiące się koło, a otaczała je równaż prawie liczba młodych mężczyzn, z których każdy był doskonałym tancerzem, grał na fortepianie, mówił po francusku i nosił na szyi lornetkę. Wraz z pannami bawiło się i tańczyło kilka młodych mężatek, których mężowie wiecznie grali w karty albo bywali nieobecni; a pośród męskiej młodzieży plątało się dwóch czy trzech żonatych ludzi, o których żonach świat nic a nic nie wiedział albo wiedział tylko tyle, że egzystowały kędyś na ziemi, ale były chorowite albo niemłode, albo siedziały na wsi zajęte prowadzeniem domowego gospodarstwa.

Dwie te połowy towarzystwa, męska i żeńska, miały się do siebie tak, jak się mają ku sobie wzajem kłosy zboża na polu, które poruszane powiewem wiatru schylają się jeden nad drugim, szemrzą coś między sobą po cichu, potem odwracają się każdy w inną stronę, nowych przybierają towarzyszów, tych odtrącają po chwili i zwieszają głowy jak zmęczone lub upojone i wkrótce zdają się budzić na nowo i na nowo rozpoczynają pełne rozkosznego szmeru kołysanie się w różne strony. Niekiedy jeden jaki kłos pojedynczy przyciągnie do siebie inny sąsiedni, opasze go delikatną słomianą nicią, a kłosom towarzyszom zdaje się, jakoby już ci obaj połączyli się z sobą na zawsze. Gdzie tam! spod nieba przylatuje nowy powiew wiatru, słomiana nitka rwie się i pęka, kłosy nie spojone odpadają od siebie i chylą się na wsze strony, szukając, kogo by znowu uwięzić przy sobie na chwilę.

W salonach mężczyźni i kobiety szukają się wzajemnie, rzucając sobie spojrzenia znaczące, półsłówka, z których można by wysnuć całe tomy: ta temu od niechcenia rzuci kwiatek z balowego bukietu wyjęty; ten tej pełną poezji i elegancji aluzją powie, że jest piękną; rozmarzony uśmiech spotyka ogniste spojrzenie, uważne ucho posłyszy westchnienie ciche, niby przemocą wydzierające się z piersi; kwiat, wachlarz, fortepian, barwa wstążek przemieniają się w symbole i hieroglify, w których wtajemniczone oko wyczytuje całą odmianę słowa: kocham! we wszystkich trybach, czasach i osobach. Te symboliczne, tajemnicze rozmowy, ten zagadkowy i działający na wyobraźnię stosunek kobiet i mężczyzn stanowi w salonach główne tło, na jakim roztacza się zabawa, przyprawa jej i powab. Zrazu patrząc na to wszystko myślałam, że wszyscy ci ludzie kochają się, że na dnie tego rozmarzenia i upojenia była miłość tym prawdziwsza, że kryjąca się przed okiem świata, a mimo woli tylko objawiająca się w spojrzeniu, uśmiechu, cicho wyrzeczonym półsłowie lub symbolu pełnym poezji.

Lecz jakież było moje zdziwienie, gdy po pewnym upływie czasu jasno stanęło przed mymi oczami, że nikt a nikt z tych ludzi nie kochał, a wszyscy bawili się tylko w miłość i na wzór mieszkańców Wschodu podawali sobie wzajemnie czary pełne narkotyku, mającego pobudzać wyobraźnię, a osłabiać siły serca i umysłu.

Helenka na przykład zajmowała się bardzo żywo panem Alfredem, który miał w sobie tę oryginalność, że sam głośno przyznawał się do tego, iż nigdy nic nie robił, nudził się i po całym świecie szukał rozrywki. Zdawało się, że Helenka postanowiła sobie wyprowadzić bladego młodzieńca z apatii, w której go pogrążyło wieczne far— niente. Gdy wiedziała, że go zobaczy, ubierała się w suknie fantastycznego kroju i niepospolitej barwy; rumieniła się lekko, gdy wchodził do salonu; dawała mu do rozwiązania zagadnienia pełne znaczącej treści; patrzyła na niego swymi wielkimi szafirowymi oczami tak, jakby wkoło siebie nie widziała nic prócz niego; siadywała do fortepianu i grała z uczuciem melodyjne wyjątki z oper, gdy on naprzeciw niej stawał i słuchając muzyki rzucał jej od czasu do czasu parę niedosłyszanych innym wyrazów. Tak trwało parę tygodni, po czym przybył ze wsi żywy, dowcipny i wesoły Julian, a Helenka rozpoczęła z nim słowo w słowo tę samą grę, jaką wiodła dotąd z panem Alfredem. Pan Alfred jednak nie zaraz ustąpił z placu i wraz z nowo przybyłym panem Julianem ciągnął jeszcze czas jakiś tryumfalny wóz Helenki. Ale potem zmęczył się apatyczny młodzieniec pracą, do której zabrakło mu już bodźca, i emigrował z salonów, w których bawiły się kobiety, do gabinetów, w których mężczyźni grywali w preferansa, a szczęśliwy jego następca Julian objął niebawem po nim urząd ministra bez teki, bo względy Helenki odziedziczył po nim pan Ignacy, o romantycznych pozach i fantastycznie uczesanych włosach.

— Na miłość Boga, Helenko! — mówiłam do młodej towarzyszki, gdyśmy się raz znalazły sam na sam — powiedzże mi, którego z nich kochasz? Pana Alfreda, pana Juliana czy pana Ignacego?

— Żadnego — odpowiedziała Helenka niedbale, poprawiając włosy przed lustrem. — Czyliż nie widzisz? pierwszy z nich jest mumią bez życia, poruszaną sprężyną próżności; drugi to dowcipniś, któremu niebo nie udzieliło ani ziarnka soli attyckiej, trzeci — lalka z gipsu ulepiona w postawę bohatera, a z wnętrzem tak próżnym, że się w nim parę myszy śmiało by zagnieździć mogło. I jakże ty, moja Waciu, przypuścić mogłaś, abym ja, co o mało suchot nie dostałam w gonitwie za ideałem, mogła pokochać którego z tych ludzi?

Słuchałam ją w osłupieniu.

— Moja Helenko! — rzekłam po chwili — dlaczegoż więc ludziom, o których podobne masz zdanie, dawałaś tyle oznak zajęcia i sympatii?

— Bawiłam się! — odpowiedziała Helena chodząc po pokoju i najspokojniej oskubując kwiatek urwany z wazonu.

— Bawiłaś się! — zawołałam. — Ale, moja droga, czyliż godzi się bawić z sercami ludzkimi?

Helenka stanęła na środku pokoju, popatrzyła się na mnie figlarnie i głośnym parsknęła śmiechem.

— Wacławo! Wacławo! — wołała między dwoma wybuchami śmiechu — jakie z ciebie dziwne jeszcze dziecko! Bawić się z sercami ludzkimi! I ty myślisz, że ci panowie serca swe w tę zabawę wkładali? Bądź spokojna! Minęły czasy Abelardów i Werterów. Nie tylko żaden z nich nie wstąpi do klasztoru i nie zastrzeli się, ale nawet najlżejszego bólu głowy nie doświadczy.

Widzisz przecie, że jeden z nich, pan Alfred, najspokojniej grywa już sobie w preferansa każdego wieczora. Pan Julian nie będzie go naśladował, bo jest za żywy, aby po kilka godzin przy zielonym stole przesiadywać, a preferans nie przedstawia pola do popisu z dowcipami; za to zwróci się on do tej naiwnej Józi, która każdy jego koncept oblewa łzami wśród śmiechu ronionymi, i zacznie przed nią palić kadzidła. Co zaś do romantyka, pana Ignacego, przygotuj się do tego, kochana Wacławo, że gdy dam mu odprawę, obierze sobie stanowisko naprzeciw ciebie i będzie cię podbijał pozami greckich bohaterów, broniących przejścia przez Termopile... Cha, cha, cha! i ty jeszcze mówisz o sercach? Pytasz, czy godziwą jest taka zabawa? Mój Boże! a jakiż interes miałyby nasze zebrania, gdybyśmy się w podobny nie bawiły sposób!

Dziwną wydała mi się ta mowa Helenki, ale jeszcze mocniej zostałam zdziwioną, gdy w kilka dni potem zobaczyłam pana Juliana rozsypującego najpiękniejsze swe dowcipy pod stopy naiwnej Józi, która je oblewała rzęsistymi łzami śmiechu, i gdy po upływie jeszcze pewnego czasu pan Ignacy, zająwszy u Helenki miejsce ministra bez teki albo zdyzgracjonowanego dworaka, w ciągu jednego wieczora usadowił się przede mną z kolei w trzy różne pozy, z których jedna była wojownika, druga mędrca, a trzecia pasterza.

Owa naiwna Józia była dość majętną panienką, przywiezioną z jakichś antypodów, alias z głębi najgłębszej parafii, przez ciotkę, pragnącą ją dobrze za mąż wydać. Nie oswojona ze światem, bez maniery, nieśmiała, rumieniła się po uszy co chwilę i spuszczała oczy za każdym zbliżeniem się do niej mężczyzny. Mimo to miała bardzo zgrabną figurkę, piękne czarne oczy i koralowe ośmnastoletnie usta, a że była wielką śmieszka, ochota do śmiechu przemagała w niej często nieśmiałość, a wtedy wydawała się swawolnym i wesolutkim a wcale zajmującym dzieckiem. Otóż Józia zajmować się począł w towarzystwach pan Aleksander, mający lat trzydzieści, znaczny majątek, twarz o regularnych rysach, usta z sarkastycznym wyrazem i głowę znakomitego pogromiciela serc kobiecych. Ciotka Józi nie posiadała się z radości na widok pierwszeństwa, jakie bogaty i modny pan Aleksander oddawał jej siostrzenicy; szanowna ta dama ubierająca. się w amarantową suknię i żółte wstążki, była może już pewną, że tuż, tuż bożek Hymenu zaświeci przed jej pupilą pochodnię, i grubo wyzłacaną do tego; ale ludzie z powątpiewaniem kiwali na to głowami. Co do mnie, byłam zrazu zdania szanownej damy i myślałam, że pan Aleksander niezawodnie i naprawdę zakochany jest w Józi. W mniemaniu tym utwierdził mię mocniej pewien wieczór, w czasie którego sławny pogromiciel serc kobiecych ani na krok nie odstępował naiwnej parafianki i wszelkimi środkami wywoływał na ustach jej śmiech, z którym tak jej było do twarzy. Raz nawet posłyszałam wypadkiem, jak mówił jej, że nigdy nie był pod wpływem tak silnego wrażenia, i widziałam, jak Józia podniosła z nieśmiałością swoje piękne oczy i spotkała się nimi ze wzrokiem pana Aleksandra, i twarze obojga patrzyły na się długą chwilę z wyrazem wzruszenia.

Tego wieczoru pan Aleksander tańczył z Józią cztery kadryle i dwa mazury, trzymał jej wachlarz, szukał nieustannie obok niej miejsca, a gdy tańczyła z kim innym, opierał czoło na ręku i miał minę człowieka dręczonego wściekłą zazdrością.

Wróciwszy do domu rzekłam mojej matce:

— Pan Aleksander niezawodnie ożeni się z Józią.

— Być może, ale ja wątpię o tym — odpowiedziała mi matka.

Nazajutrz siedziałyśmy same jedne w salonie, gdy oznajmiono wizytę pana Aleksandra.

— Dzień dobry panu — powitała go moja matka, Et quand la noce? — spytała po chwili żartobliwie.

Spojrzał się na nią z wielkim zdziwieniem.

— La noce — wymówił — i z kimże to, s'il vous plaît, madame?

— Z panną Józefą — odpowiedziała ciągle żartem moja matka.

Sarkastyczny wyraz rozszedł się z pięknych ust pana Aleksandra po całej jego twarzy.

— Nie sądziłem — zaczął — abyś mię pani o tak zły gust posądzić mogła...

— O zły gust? i dlaczegóż? Przecie panna Józefa jest bardzo miłą i przystojną młodą osobą...

— Zapewne, ale zarazem jest parafianką i posiada bardzo mierne zasoby umysłowe; a zechcesz pani przyznać, że człowiek, który ma jakiekolwiek pretensje do świata i towarzyskiej pozycji, nie wiedziałby, co począć z taką żoną...

— A jednak — ciągnęła żart moja matka — manifestujesz pan tyle sympatii i admiracji dla panny Józefy...

— Mon Dieu! madame — przerwał pan Aleksander z pewnym ambarasem, patrząc w głąb swego kapelusza — panna Józefa jest tak naiwnym dzieckiem i tak parafialnym swym układem od reszty pań się odróżnia, że może zaciekawić i zająć na chwilę... Ale tylko na chwilę! ...

Obok tego przyznać należy, że ma bardzo piękne oczy... gdybyż jeszcze w tych oczach była inteligencja, której tam brak... zupełny brak! ... Zresztą, Il faut bien faire passer son temps! n'est— ce pas, madame? ...

Po tej rozmowie pana Aleksandra pojechałam co prędzej do Helenki, a wbiegając do jej pokoju zawołałam:

— Kochana Helciu! daję tobie naj formalniejszą absolucję z grzechu bawienia się w miłość. I mężczyźni jota w jotę czynią to samo.

Tu opowiedziałam jej całą rzecz o Józi i panu Aleksandrze.

Helenka obojętnie wzruszyła ramionami.

— Wcale mię to wszystko nie zadziwia — rzekła. — Wierz mi, że pan Aleksander bardzo jeszcze delikatnie i grzecznie wyraził się o Józi wobec ciebie i twojej matki i że w kole mężczyzn nie będzie podobnie mierzył wyrazów, a po prostu nazwie ją gąską lub cielątkiem, co znowu nie przeszkodzi mu wcale tańczyć z nią nazajutrz dwa mazury i cztery kadryle i osypywać ją ognistymi wejrzeniami i dwuznacznymi słówkami. Tacy to oni są, moja droga, a dlatego i my mimo woli i wiedzy często na takie same wchodzimy drogi. Byle bawić się! Il faut bien faire passer son temps! ...

— Czyliż koniecznie mamy w złych rzeczach naśladować mężczyzn? — zapytałam. Helenka podbiegła do mnie i pochwyciła za ręce.

— I cóż mamy robić? — odrzekła z uniesieniem — powiedz, cóż chcesz, abyśmy robiły?

Mężczyźni mają otwarte sobie i przystępne pola nauk, gospodarstwa, przemysłu, spraw krajowych, literatury; a jednak nie widzą innego sposobu przepędzania czasu jak ciągłe przedrzeźnianie miłości i upajanie się wrażeniami: a cóż my będziemy robiły, my, kobiety, panny szczególniej? Salon i toaleta, toaleta i salon — oto ramy, w których żyjemy jak obrazki, ustrojone nieprawdaż, pani? w paciorki i blaszkę złoconą. Zrazu to zajmuje, później powszednieje i nudzi. Obok sukni i pogadanek salonowych daje się poczuć potrzeba czegoś innego, a więc pragniemy miłości!

A gdzież jej szukać? Mężczyźni teraz nie kochają, nie wiadomo czy dlatego, że nie umieją kochać, czy że nie mogą kochać nas takimi, jakimi jesteśmy. Więc zamiast uczucia niech sobie będą choć przelotne wrażenia. Jeśli nie możemy czuć miłości, to przedrzeźniajmy ją. A przy tym tryumf, zadowolnienie miłości własnej, interes każdego dnia i zebrania, ot i zabawa! Il faut bien faire passer son temps!

Smutna słuchałam słów Helenki i ze smutkiem odrzekłam:

— Helciu, ja się chyba nigdy bawić tak nie potrafię!

Popatrzyła na mnie chwilę, potem rzekła:

— Bo ty, Wacławo, jesteś jeszcze w porannej porze życia, w której każda z nas tworzy sobie ideał i spodziewa się, że znajdzie go pomiędzy ludźmi. Daj Boże, abyś była szczęśliwszą od innych, ale ja znam wiele, wiele kobiet, które nigdy nie znalazły swego ideału, a zmęczone próżnymi gonitwami skwitowały z marzeń i poprzestały na pozycji, komforcie, tryumfach i bawieniu się w miłość. Nie jestem jeszcze stara dzięki Bogu i dwudziesty drugi rok kończę dopiero, a jednak wiele już, wiele ludzi podniosłam na wyżyny i strąciłam z piedestału; a teraz to już i poprzestaję na bawieniu się, jedno tylko wiedząc z pewnością, że jeśli nie pokocham kogo szczerze i na serio, to nigdy nie wyjdę za mąż...

— Dziwna rzecz! — zawołałam — dlaczego nam, żyjącym ciągle między takim tłumem ludzi, tak trudno znaleźć ten ideał, którego pragniemy!

— Dlaczego? — wyrzekła Helenka z zamyśleniem i pociągnęła mię ku oknu.

— Patrz — mówiła dalej, pokazując palcem chodnik ulicy, po którym rzadcy snuli się przechodnie — patrz, widzisz tego mężczyznę, który tam idzie ze szlachetną twarzą i spokojnym czołem? Nie znam go, nie wiem, kim jest, ale przypuszczam, że on właśnie dla mnie lub dla ciebie byłby tym ideałem, którego pragniemy. I cóż stąd? nie poznamy go nigdy, bo salony nasze przed nim zamknięte. Są one przybytkiem, do którego nieuświęceni wchodzić nie mają prawa. Ten człowiek, co tam idzie ulicą, to może mój ideał albo twój, ale on ku nam wstąpić nie może albo nie chce, my do niego nie wstąpimy same. On widząc nas z dala myśli, że jesteśmy lekkimi, pięknie ustrojonymi, a pustymi wewnątrz; my jego wcale nie znamy dlatego, że rodzice nasi nie wiedzą, kto go rodzi i jakie są jego dobra. On pójdzie sobie między kobiety, które jak on mają szlachetne twarze i spokojne czoła, j i znajdzie między nimi swój ideał; my będziemy całe życie przedrzeźniać miłość albo wcale za mąż nie pójdziemy, albo wybierzemy sobie męża w tej akademii nieśmiertelnych, w której gra w preferansa pan Alfred, dowcipkuje pan Julian, pozuje na bohatera pan Ignacy, a grywa role pierwszego kochanka z komedii pan Aleksander...

Rzekłszy to Helenka zmęczona długim mówieniem upadła na sofkę i mocno zakaszlała.

Potem podparła głowę ręką i siedziała nieruchoma.

Patrzyłam na nią z pewnego oddalenia i dziwny obraz stanął przed mymi oczami. Widziałam, jak stopniowo delikatne policzki mojej przyjaciółki marszczyły się i żółkły, czoło jej zachodziło licznymi bruzdami, oczy bladły i mętnie spoglądały spod zmarszczonej powieki, wiotka i zgrabna kibić pochylała się pod lat przeżytych ciężarem. I oto zamiast młodej, pięknej Heleny siedziała tam na sofie stara kobieta, przed nią wisiała klatka z kanarkarni i widniał za szybą kawałek błękitnego nieba, a ona i patrząc na niebo, to na ptaki szczebioczące w niewoli, drżącymi usty szeptała:

"Postarzałam... życie przebyłam sama jedna... nikt mię nigdy nie kochał! ..."

W parę dni po tych rozmowach na jednym z wielkich, proszonych obiadów pan Aleksander siedział obok mnie przy stole. Naiwna Józia siedziała także niedaleko, ale pogromiciel serc już na nią uwagi prawie nie zwracał, a strzały owych spojrzeń i kłęby dymu buchające z kadzielnicy skierował na mnie. Ale ja nie byłam już tak naiwną jak Józia i nie dałam się wyprowadzić w pole. Na ogniste spojrzenia pana Aleksandra odpowiadałam śmiechem, a komplementa jego odpierałam żartami, z czego wywiązywała się żywa szermierka słów i dowcipu.

Pan Aleksander jednak ożywiał się coraz bardziej, a w końcu obiadu powiedział mi, że nie ma na świecie nic bardziej czarującego jak ironiczny uśmiech na ośmnastoletnich ustach.

Wstając od stołu spojrzałam mimochodem w zwierciadło i zobaczyłam, że w istocie po ustach moich błąkał się chwilami uśmiech ironii. Z gwarnego obiadu pojechałyśmy z matką na tańcujący wieczór, a pan Aleksander tańczył ze mną dwa mazury i cztery kadryle, nosił mój wachlarz i gdy tańczyłam z kim innym, opierał głowę na dłoni z miną człowieka pogrążonego w rozpaczy. Tego wieczora Józia ani razu nie zaśmiała się z dowcipów pana Juliana i z trudnością powstrzymywała łzy, które kręciły się pod spuszczonymi powiekami, a ciotka jej w najgorszym była humorze. Za to ja byłam niezmiernie wesoła i ożywiona; czoło moje poczynało zwieńczać się laurami, za tryumfalnym moim rydwanem postępowało dwóch już skrępowanych niewolników; pan Ignacy, znany romantyk, i pan Aleksander, sławny serc pogromiciel. I każda prawie z towarzyszek moich ciągnęła za sobą rydwan podobny, a ta, która go nie miała, czuła się upokorzoną i czyniła wszystko, co mogła, aby zostać tryumfatorką. Niektóre z nas przybywając do salonu przedstawiały widok istnego tryumfalnego wjazdu. Droga, którą postępowały, uścielała się przed nimi kwiatami grzeczności i dymem kadzideł; wkoło nich sypały się strzały gorejących spojrzeń, za nimi szli przykuci do tryumfalnego wozu przemienieni w więźniów rycerze, jak za wodzem rzymskim pogromieni Scytowie.

Lecz, niestety, i cóż jest trwałego na ziemi! Tryumfy towarzyszek moich podlegały różnym kolejom losu, bo pogromieni Scytowie nie lubili długo zostawać w niewoli i wydobywszy się z więzów rozpraszali się w różne strony, aby szukać dla siebie podbojów. Ale tryumfatorką nie zrzekła się przeto swej chwały i w innym końcu salonu zbierała sobie na nowo zastęp niewolników.

Obok tryumfatorek zjawiali się także często i trumfatorowie, tym różniący się od pierwszych, iż nie prowadzili ze sobą więźniów w całych postaciach, ale tylko mnóstwo par oczów kobiecych, które ścigały ich, kędy się obrócili, i mnóstwo uśmiechów różanych ustek, które biegły na ich spotkanie. Każdy z takich tryumfatorów okazywał się wspaniałomyślnym zwycięzcą.

Przechadzał się zwykle od jednej ze ścigających go par oczu do drugiej i każdej z nich podawał czarę z usypiającym napojem, szczodrze i sprawiedliwie obdzielając wszystkie haustami opium.

Niekiedy zdarzało się spostrzegać parę ludzi, wyłącznie sobą zajętych.

— Pan X. zakochany w pannie X. — mówiono wtedy.

— Gdzie tam! — odpowiadało kilka głosów — on tylko bawi się; to sławny bałamut.

Innym razem przypuszczano odwrotnie, że panna X. zakochana w panu X. , a wtedy dawała się słyszeć chóralna odpowiedź ludzi, znających z bliska osobę, o której była mowa:

— Gdzie tam! ona się tylko bawi, to znana bałamutka!

Niekiedy jako wariant dawały się słyszeć rozmowy:

— Czy widzisz, jak panna G. zajęta jest panem K.?

— Gdzie tam! ona nie ma dla niego najmniejszej sympatii.

— Więc dlaczegóż z takim ożywieniem rozmawia z nim zwykle?

— Ba! alboż nie wiesz, że pan K. to dobra partia! Albo na odwrót:

— Czy spostrzegasz, jak pan X. szalenie rozkochał się w pannie I.?

— Cha, cha, cha! skądże ci to mniemanie?

— Przecie widzisz, jak na nią patrzy z zajęciem, jak ciągle tańczy z nią i rozmawia, jak nieustannie ją szuka.

— Nic nad to prostszego. Pan X. zostawił swój fundusz nad brzegami Wisły i Sekwany, a panna I. posiada znaczny posag, zamknięty w pugilaresie bogatego, bezdzietnego stryja.

Młode mężatki należące do naszego bawiącego się koła nie ustępowały ni na krok pannom we wszystkich tego rodzaju zabawach. Tylko że. tak jedne jak drugie miały wyłączne chwile, w których mogły ukazać się najkorzystniej dla siebie, a przysługiwały im w ten sposób rozmaite rodzaje, czyli kategorie zabaw.

Kategorii tych, oprócz ceremonialnych wizyt i proszonych obiadów, które stanowiły niesłychanie nudną kategorię, było dwie: jedne z nich składały tak zwane małe herbaty, dawane tygodniowo przez różne domy w dniach specjalnie ku temu przeznaczonych; drugą były tańcujące wieczory i bale.

Otóż małe herbaty, czyli wieczorki tygodniowe, obywały się zazwyczaj bez tańców, a mając za główne tło zabawy rozmowę, przedstawiały pole popisu dla mężatek, a panny usuwały w cień wielce im niekorzystny. Na takich wieczorkach gospodyni domu zasiadała na kanapie z poważnymi paniami. Z dwóch stron kanapy siadywały na fotelach młode mężatki, a dalej, już na krzesłach blisko siebie stojących, umieszczały się panny tworząc wielki wieniec kolorowych sukien i milczących twarzy. Mężczyźni otaczali rojem ten żeński areopag, ale, niestety, grupowali się w największej ilości nie wkoło milczącego wieńca panien, ale w pobliżu bardzo ożywionych fotelów, na których tronowały młode mężatki.

Rozmowy toczyły się o różnych bieżących wiadomościach miejskich, o najświeższych przedstawieniach teatralnych i publikacjach literackich, niekiedy o muzyce, poezji, kwestiach społecznych lub psychologicznych. Mężatki świetniały wymową i dowcipem, każda z nich śmiało wypowiadała swe zdanie, twierdziła i zaprzeczała, jak jej się podobało, z doświadczeń przebytych i znajomości świata wyciągała przeróżne wnioski, które, zabarwione iskrą dowcipu i odrobiną umiarkowanej konwenansem poezji, krzyżowały się, migotały, pobudzały wesołość lub admirację. Panny milczały.

Mężczyźni stopniowo i coraz bardziej wciągani bywali w ożywioną rozmowę; najmniej nawet myślący i ukształceni ulegali powabowi dowcipu i grupowali się coraz liczniej wkoło fotelów mężatek, zamieniając z nimi zdania i spostrzeżenia; panny milczały.

Czoła mężatek okrywały się coraz gęstszymi laurami, wszystkie admiracje sypały się pod ich stopy; panny patrzyły, słuchały i milczały.

Milczały i zazdrościły mężatkom swobody, z jaką mówić miały one prawo, wtedy gdy wiadomą przecie było rzeczą, że dobrze wychowanej pannie odzywać się ze swym zdaniem, a mianowicie w licznym towarzystwie, było to popełniać wykroczenie przeciwko kodeksowi zwyczajów i konwenansów.

A do tego trzeba było jeszcze siedzieć prosto, miarkować spojrzenia tak, aby i one nie przekroczyły czasem którego z artykułów kodeksu, i ze stereotypowym uśmiechem na twarzy patrzeć, jak mężatki spychały nas z tryumfalnych wozów i zasiadały na nich same w imię śmiałości swej i przyjemnej rozmowy.

Na takich wieczorach nawet pan Alfred nie szukał zielonego stołu do preferansa, ale z wielkim zajęciem rozmawiał z panią Julią o różnych cechach obcych krajów, które zwiedzali oboje; pan Ignacy zapominał o pozowaniu i bardzo żywo analizował z panią Natalią wszelkie odcienie uczuć ludzkich; pan Julian dysputował z panią Aliną o francuskich i angielskich powieściach i rozumniejsze niż zwykle miewał dowcipy; pan Aleksander zaś naprawdę zapominał o gromieniu serc, a długie wiódł rozmowy z panią Kamilą o muzyce i malarstwie. Panny słuchały i milczały, bo mieszać się do rozmowy zabraniał im obyczaj, a nawet gdyby i nie ten obyczaj, trudno by im było bardzo mówić o rzeczach, o których z takim wdziękiem i wprawą rozmawiały mężatki.

I o wstydzie! Żaden z mężczyzn nie próbował nawet nić rozmowy przeciągnąć aż w to milczące koło dziewiczych sukien i twarzy. Bo i o czymże zagadać do nas mogli? O kwestiach społecznych? — myśmy ich nie rozumiały. O kwestiach uczuć? — mówić o uczuciach było dla nas rzeczą nieprzyzwoitą. O sztukach? — myśmy wprawdzie wszystkie umiały grać na fortepianie, ale prócz tytułów kompozycji muzycznych i nazwisk kompozytorów nic a nic więcej nie wiedziałyśmy o muzyce. O literaturze? — czytywałyśmy tylko powieści i romanse, i to tylko pobieżnie, przesuwając kartki i szukając co prędzej rozdziału, w którym Numa idzie do ołtarza z Pompiliuszem.

Słuchałyśmy tedy i milczały, a mężczyźni rzucali nam tylko niby jałmużnę słówko jakie urwane, pobieżne zapytanie albo spojrzenie zaprawione rozmarzeniem i zaraz potem zwracali się do mężatek.

Mimo woli pomyślałam sobie parę razy, że gdyby panny umiały tak rozmawiać jak mężatki, gdyby mogły i potrafiły umysł mężczyzn zainteresować, myśl ich w ruch wprowadzić, może by pan Alfred nigdy nie szukał preferansa jako antidotum nudy, pan Ignacy może by na zawsze o pozowaniu zapomniał, a pan Aleksander przestał być pogromicielem serc niewieścich.

A gdyby i wszyscy podobni im ludzie łączyli się z nami zamianą myśli i mieli możność czytania w sercach naszych, może by się zdruzgotały na wieki rydwany tryumfatorów i tryumfatorek, czary z narkotykiem przelotnych wrażeń zostały wyrzucone za okno, a ludzie przestaliby się bawić w miłość jak w piłkę.

Pia desideria! Tworzyłam je sobie w cichości ducha, a tymczasem siedząc prosto robiłam, jak robiły inne, to jest milczałam i patrzyłam zrezygnowanym okiem, jak pani Natalia i pani Kamila odprzęgały od mego woza więźniów moich i okuwały ich swymi więzami... do czasu.

Tak, do czasu! albowiem przychodziła i dla nas pora odwetu, a były nią tańcujące wieczory i bale. Nie ma jak tańcująca zabawa dla panny, która pragnie pokazać się i tryumfować. Tu gdzie idzie o wykaz wdzięków i choreograficzne popisy, żadna już nie prześcignie ją mężatka.

Tu w wartkim walcu karminowy rumieniec oblewa lica, w kadrylu z nieporównanym powabem miękko falują kształty, tu można rozwinąć zwinność gazeli i majestatyczną grację księżniczki, tu nie trzeba obfitych umysłowych zasobów, aby prowadzić interesującą rozmowę, bo sam już taniec nie pozwala na tworzenie długich frazesów, a muzyka i ruch wybornie wtórują krótkim, urywanym wyrazom, które wylatują z ust jak drobne race i lecą w przestrzeń, aby w Sercach zapalać... fajerwerki. W czasie gdy mężatka, zamyślona nieco, zwiędła już trochę, niekiedy tańcząc i bawiąc się, wciąż się ogląda na męża, który w przyległym pokoju grając w preferansa od czasu do czasu rzuca na nią przeze drzwi spojrzenia — panna, świeża, zwinna, swobodna jeszcze od matrymonialnych więzów, prowadzi w tańcu rej tryumfalny, obdarzając jednego uśmiechem, drugiego spojrzeniem, trzeciego kwiatkiem wypadłym z bukietu, a krąży wkoło wszystkich jak listek róży wiatrem porwany i igrający z rojem motylów.

Tańcująca zabawa to żywioł, w którym panna kąpie się jak ryba w wodzie. Grzmi muzyka, szeleszczą suknie, wonią kwiaty, olśniewa światło, we wszystkich oczach palą się ognie sztuczne; bawmy się więc, tańczmy!

Za nami postępuje wielki szereg mężczyzn młodych. Rzucamy pomiędzy nich piłkę, na której gzygzakami podobnymi do błyskawic wypisany wyraz: miłość; kto ją pochwyci? A tam dalej z innej grupy mężczyzn ku nam podobna leci piłka. Chwytajmy na wyścigi! Jaka to gra wesoła! Piłka przechodzi z ręki do ręki, a od niej w różne strony rozlatują się strzały, nikną za połami czarnych fraków i stanikami przezroczystych sukien; zda ci się, że mnóstwo już serc przebiły... gdzie tam! oto znów lecą w powietrzu, każda do innego celu.

Dwa miesiące nie minęły, gdy i ja w ten sam sposób bawić się zaczęłam: chwytałam piłkę, odpierałam ją i rozrzucałam strzały na wsze strony...

Każde wejście moje na salon było wjazdem tryumfalnym, a niewolników moich i liczyć już przestałam, bo byłaby to próżna fatyga. Liczba ich bowiem zmieniała się codziennie, stając się to mniejszą, to większą, lecz zawsze była znaczną. Bawiłam się wybornie i czasem tylko, gdy na chwilę zostawałam sama jedna, zdawało mi się, że coś odmieniło się we mnie, że czegoś nie dostawało w moich myślach, co dawniej przecie w nich było, pustka jakaś zalegała piersi coraz szerzej... Krótkie to jednak były momenty, po których następowały znowu szał i upojenie zabawy. Zapyta kto może, czy u końca zabaw tych widziałam cel jaki? czy dążyłam do czego? czy czego pragnęłam i wyglądałam niecierpliwie? Gdzie tam! Il faut bien faire passer son temps, n'est— ce pas, messieurs?




Rozdział XLV

Nagle obudziłam się.

Był to dzień szczególnie ożywiony a zarazem pracy pełen; od rana już pracujące nie mogłyśmy jednak czasem nastarczyć. Oddałyśmy i przyjęłyśmy kilka, wizyt, uczestniczyłyśmy na proszonym obiedzie, a wieczorem miałyśmy być na tygodniowej herbacie u pani Natalii.

Po powrocie z obiadu zdjąwszy z siebie ciężkie obiadowe suknie obie z matką dla wytchnienia rzuciłyśmy się na sofkę w gabinecie i czekając, nim światła podadzą, wiodłyśmy z sobą o zmroku poufną a wesołą pogadankę. Toczyła się ona wyłącznie około zajść i spraw salonowych. Obie z matką posiadając dar spostrzegawczy udzielałyśmy sobie rozmaitych uwag, spostrzeżeń, poczynionych na otaczających nas osobach, i tym zapełniałyśmy sobie krótkie i rzadkie chwile, w których pozostawałyśmy sam na sam. Tego dnia pogadanka nasza była bardzo wesołą i właśnie z największym ożywieniem opowiadałam mojej matce o tym, jak na wczorajszym wieczorze pan Ignacy prześladował mnie swymi bohaterskimi pozami, a pan Aleksander wzdychał za mną wszędzie, gdziem się tylko obróciła, gdy weszła do pokoju panna służąca, niosąc na tacy kandelabrę z zapalonymi świecami i list zaadresowany do mnie.

Wzięłam list ten w rękę i wpatrzyłam się w pismo na kopercie.

Z wyrazu mojej twarzy matka moja coś niezwykłego wyczytać musiała, bo zapytała mię dość żywo:

— Od kogo ten list, Wacławo?

— Od mego ojca — odrzekłam i rozłamałam pieczątkę; zarazem podniosłam oczy na moją matkę i spostrzegłam, że nachyliła się nagle i bardzo pilnie poprawiała sobie tunikę sukni, chociaż ta wybornie leżała nie potrzebując wcale poprawiania.

Usiadłam bliżej światła i czytałam.

List od mego ojca był długi, przychodził aż kędyś z Włoch południowych, gdzie po zwiedzeniu wielu innych krajów przebywał mój ojciec w celu zbadania tamtejszej, flory i fauny oraz przypatrzenia się starożytnym wykopaliskom Pompei, zajmującym bardzo żywo wówczas cały świat uczony.

W prostych, lecz dziwnie pięknych wyrazach opisywał mi mój ojciec podróże swe po morzach i lądach, opowiadał o niebotycznych Alpach, wrzących ruchem ogromnych miastach, niezmierzonych okiem oceanach. W cały jednak długim tym piśmie nie znalazłam tych przestróg i nauk ojcowskich, których pełen był list odebrany przeze mnie od ojca w przeddzień opuszczenia pensji.

Zastanawiałam się właśnie nad tym, gdy przy końcu dopiero pisma spotkałam następne wyrazy, będące odpowiedzią na list mój ostatni, w którym opisywałam mu pobyt mój z matką w mieście.

Widzę, Wacławo — pisał mój ojciec — że wyobraźnia twa porwaną została wirem i gwarem, który cię otoczył, i ze pomimo to w chwili, gdyś do mnie pisała, obudziła się w tobie rozwaga i nasunęła ci pod pióro pytania i wątpliwości, którymi podzieliłaś się ze mną. Cieszy mnie w tobie ten objaw, gdyż oprócz dowodu twego do mnie zaufania daje mi on jeszcze przeświadczenie, iż masz wrodzony sobie duch badania, pragnienie ujrzenia prawdy i poryw do wszystkiego, co dobre. Niemniej jednak nie będę teraz odpowiadał na pytania rozliczne, jakie mi zadałaś, naprzód, że aby to uczynić, trzeba by tomy całe napisać, następnie dlatego, że nie chcę uchybiać matce twojej mieszając się do spraw twych wtedy, gdy zostajesz pod jej opieką.

To mi tylko serce i obowiązek ojcowski powiedzieć nakazuje: śród natłoku wrażeń, jakich doświadczasz, kładnij często rękę na sercu i pytaj pilnie każdego rodzącego się uczucia, skąd pochodzi, jakim jest jego źródło? A gdy na gwarnej i pełnej ruchu drodze, na jakiej stoisz, przyjdzie ci posunąć się o krok dalej lub postępek jaki wykonać, szukaj wtedy chwili samotności, otrząśnij się z wpływu wrażeń i skupiwszy wszystką myśl swoją pytaj ją usilnie, ku jakiemu celowi doprowadzi cię krok, jaki uczynić zamierzasz, i jaką wartość moralną posiada postępek, którego jesteś bliska? Bo, córko moja, tylko świadomość źródła, z jakiego płyną uczucia nasze, i celu, do którego dążą postępki, może ratować nas od popełniania błędów okropnych, ochronić serce od zepsucia i życie od złamania, bo ani szczęśliwym, ani cnotliwym nie może być ten, kto nie wie, dlaczego czuje i działa!

Po tych wyrazach donosił mi jeszcze ojciec mój, że parę miesięcy wróci do kraju; kończył list słowami:

Jestem pewny, że matka twoja dotrzyma danego mi słowa i że gdy wrócę, przybędziesz do mnie z kolei, aby i ze mną przepędzić czas pewien.

Skończyłam czytać i ręce list trzymające w zamyśleniu opuściłam na kolana. Dziwne ogarnęło mię wrażenie. Zdawało mi się, jakobym przed chwilą pogrążona była w śnie, sprawionym przez użycie narkotyku, i że ktoś niewidzialny położył rękę na moim ramieniu i przebudził mię nagle. Język mego ojca, prosty, jędrny, a jednak podniosły i wspaniałego bogactwa pełen, tak szczególnie różnił się od tego, jakim przemawiali otaczający mię ludzie!

Obrazy, jakie opisując swe podróże stawił przed moją wyobraźnią, wyglądały jak olbrzymy obok tych, na jakie codziennie patrzyłam! Wobec postaci mego ojca wyłaniającej się z listu jego jakże małymi wyglądali ci mężczyźni, którzy paląc przede mną kadzidła ciągnęli mój wóz tryumfalny po śliskich posadzkach salonu. Uczułam sama, że uśmiech ironii osiadał mi na ustach, gdy przy ojcu moim, mężnym i dojrzałym pracowniku, stawiałam wyobraźnią tych bladych paniczów, narzekających na nudy i odpierających je preferansem; tych dowcipnisiów, którym do zupełnego podobieństwa z nadwornymi błaznami dawnych czasów brakowało tylko czapki z dzwoneczkami i dowcipu; tych pogromicieli serc, roznoszących po świecie czarę z odurzającym napojem wrażeń; tych romantyków o bohaterskich pozach, przypominających lalki gipsowe, co puste wewnątrz zewnętrzną stroną przedrzeźniają wielkich ludzi na wystawie sklepowej.

I cóż jednak sprawiało, że z tymi ludźmi, których ułomności tak jasno stały przed mymi oczami obok listu zapisanego ręką mego ojca, że z tymi ludźmi, którzy nie mieli w sobie ani odrobiny podobieństwa do ideału, co na dnie mojej wyobraźni spoczywał, dni i wieczory schodziły mi tak szybko a wesoło? Dlaczego każdy z nich miewał chwile, w których czynił na mnie wrażenie, przelotne jak błyskawica, wnet zastąpione innym, lecz przykładające się do ogólnej sumy wrażeń, co mię porywały, upajały, usypiały niepojętym snem gorączkowym?

I oto rozbudzona słowami ojca myśl moja nagłe a palące rzuciła mi pytanie:

"Jakie było źródło tych wrażeń moich i do jakiego celu wiodły mię zabawy i błyskawiczne uciechy, w jakich pogrążoną zostałam?"

Źródło i cel? Dwa te wyrazy stanęły przed mym duchem, a obok nich tkwił znak zapytania, domagający się gwałtownie, abym skupiła myśli i samej sobie dała odpowiedź.

W coraz głębsze wpadając zamyślenie szklanym wzrokiem patrzyłam przed siebie, bo wzrok mej duszy obrócił się wewnątrz i niespokojnie, ze zdumieniem i trwogą rachował uderzenia serca, które słabsze i rzadsze były jak wprzódy, i szukał myśli, rozpierzchłych kędyś po świecie jak ptaki spłoszone, i z trudnością wracających do głowy mojej, gdzie im ciasno i duszno było śród dymów, które ją napełniały.

Nagle poczułam dotknięcie do ramienia; ocknęłam się z zadumy i spojrzałam. Przy mnie stała moja matka z twarzą pobladłą trochę, z głębokimi fałdami na czole i niepokojem grającym w oczach.

— Wacławo — rzekła — czy mogę przeczytać list twego ojca?

Dziwnie zabrzmiały słowa te w ustach mej matki. W głosie, jakim mówiła, była prośba złączona z tłumionym żalem i niby pokora jakaś, dziwna przy zwykłej jej dumie, a dziwniejsza jeszcze przez to, że tkwiąca w słowach zwróconych do córki. Milcząc przycisnęłam do ust rękę matki i podałam jej pismo mego ojca.

Usiadła i czytać je zaczęła. Patrzyłam na nią przez chwilę; widziałam, że im dłużej czytała, tym więcej twarz jej zachodziła wyrazem smutku, zdającego się przemocą wydobywać z jej piersi, usta jej zadrżały parę razy i bardzo cicho wyszeptały:

— Tak, zawsze ten sam.

Poczułam, że nie powinna była ciążyć w tej chwili nad matką uwaga moja, i po cichu wysunęłam się do drugiego pokoju. Tam czekała mię już Zosia z przygotowaną na wieczór toaletą. Machinalnie zaczęłam się ubierać, ale wkładając suknię, przypinając koronki do stanika i wplatając kwiat we włosy, myślałam o liście mego ojca i zaledwie słyszałam szczebiotanie garderobnej, która robiąc różne uwagi nad moim strojem dziwiła się roztargnieniu, z jakim się ubierałam na wieczór.

Gdy na koniec, skończywszy ubiór, wróciłam do gabinetu, nie znalazłam już tam mojej matki, a list mego ojca leżał na stole. Wzięłam go do ręki chcąc raz jeszcze rzucić nań okiem, gdy na papierze zobaczyłam dwie drobne plamki świeżej wilgoci. Żywe światło świec palących się w kandelabrze przeglądało się w tych plamkach mówiąc mi wyraźnie, że były one dwiema łzami, które z oczu mojej matki na list upadły...

Długo stałam przy kandelabrach ze zwisłymi na suknię rękami, opadłą na piersi głową, czując w sercu drżenie uczuć różnych, w głowie natłok myśli, które wracały do mnie z długiej podróży.

Tak, czułam wyraźnie, że to, com posiadała, starczyć mi mogło tylko na chwilę upojenia i szału, ale że po ocknieniu najlepsza część mego ducha w inne rwała się sfery, ulatywała od tego, co mię otaczało, ku czemuś dalekiemu, nieznanemu, ale wielkiemu jak wszechświat Boży. Przycisnęłam list ojca do serca, które odzyskało dawne gorące bicie, i całą mię zdjęło niezmierne pragnienie ujrzenia, doścignięcia tych świateł i tego ognia, których przeczucie nosiłam w duszy, a których łuna biła ku mnie ze słów ojcowskich.

Drzwi otworzyły się i lokaj oznajmił, że kareta do wyjazdu gotowa. Zamyślone i milczące obie, wsiadłyśmy z moją matką do powozu i nie zamieniwszy z sobą żadnego słowa zajechałyśmy w bramę mieszkania pani Natalii.

Po raz pierwszy, wstępując po szerokich i rzęsiście oświetlonych wschodach i słysząc w przedpokoju gwar licznego towarzystwa, zebranego w salonach, pytałam siebie:

"Z jakiego źródła płynąć będzie ta uciecha, jakiej doświadczę tam pośród blasku i tłumu? i jaki jest cel tej zabawy, ku której dążę?"




Rozdział XLVI

Zdawało mi się, że wchodząc owego wieczoru do salonu pani Natalii wyższa byłam i głowę wyżej niosłam niż zwykle. Czułam, że oczy moje goręcej błyszczały, a oddech pełniejszy był i szerszy. Szlachetne słowa z listu mego ojca szły za mną, krążyły nade mną, wyprzedzały moje kroki i całą mnie napełniały prądami niezwykłej podniosłości ducha.

Towarzystwo zebrane już było w pełnym komplecie na tygodniową herbatę. Na kanapie jak zwykle królowały najpoważniejsze panie, przy nich na fotelach zasiadły młode mężatki, dalej rozwijał się uroczysty milczeniem, a różnobarwny sukniami wieniec panien, a wkoło siedzieli i stali mężczyźni różnego wieku.

Przechodząc salon spostrzegłam w znacznym oddaleniu od całego towarzystwa zostającego człowieka. Siedział on w rogu salonu na małej kozetce, a stojąca obok etażerka z nutami i z drugiej strony wysoki kosz, pełen wazonowych roślin, rzucały cień na jego milczącą i osamotnioną postać. Widziałam, że miał głowę opartą na dłoni, co mu nadawało zamyśloną postawę, ale twarzy jego nie dostrzegłam, bo miałam zaledwie czas pobieżnie nań rzucić okiem.

Gdy zamieniwszy na wsze strony powitania zasiadłam pomiędzy towarzyszkami, z większą niż zazwyczaj uwagą zaczęłam przypatrywać się grupie osób, jaką miałam przed sobą.

Nie wiem, jaki mefistofelesowski duch przenikania i badania wstąpił we mnie, ale wszystkie władze mojej istoty przeszły w oczy, które przenosiły się z kolei z jednej twarzy na drugą, tkwiąc upornie w każdej po chwil kilka. Ciekawym wzrokiem zaglądałam we wszystkie spojrzenia, pochwytywałam uśmiechy i grę fizjonomii, ścigałam ruchy i gęsta i szukałam... szukałam w nich ciągle tego, czego pragnęłam wewnątrz, oczekiwałam od nich dźwięku, co by utworzył harmonię z uczuciami, jakie wieczoru tego napełniały mię samą. Nie wiedziałam dokładnie, jakimi miały być te litery ducha, które wyczytać pragnęłam z całej siły, ale zdawało mi się, że na którejkolwiek z tych licznych twarzy znajdę oddźwięk uczuć moich, spełnienie pragnień niewyraźnych, wytłumaczenie przeczuć...

Minęła godzina blisko tej milczącej kontemplacji i zmęczone natężeniem oczy moje spuściły się i spoczęły na tunice sukni... Nic nie zobaczyłam innego nad to, co widywałam od dawna, nic mię nie zaciekawiło, nic nie dało żadnej odpowiedzi. Cała bowiem zabawa szła zwyczajnym codziennym torem, ściśniona obręczą zwyczaju i etykiety. Poważne na kanapie matrony, ze sztywnymi postaciami a sztywniejszymi jeszcze sukniami z mory lub atłasu, spożywały konfitury z wolna i z powagą podnosząc do ust złocone łyżeczki. Sentymentalna pani Natalia wiodła z panem Ignacym rozmowę o jakiejś zawiłej kwestii sercowej, której treść i rozwiązanie słyszałam już ze sto razy; żywa pani Kamila opowiadała panu Julianowi o tym, jak się przepysznie bawiła za granicą; pozująca na literatkę pani Alina unosiła się nad nowym jakimś francuskim romansem przed panem Aleksandrem, który słuchając nie zapomniał o rzucaniu w różne strony grotów pogromczych spojrzeń; panny milczały powiewając wachlarzami lub jedząc konfitury.

Z zamyślenia wyrwaną zostałam zwróconymi do mnie, a głośno wymówionymi słowami:

— Czy można zapytać pannę Wacławę, co ją w tak głęboką pogrąża zadumę?

Wyrazy te mówiła gospodyni domu, a nie czekając na mą odpowiedź zaśmiała się i dodała:

— Już to, jak widzę, dzisiejszy wieczór szczególniej marząco czy myśląco nastraja moich gości. Pan Lubomir siedzi już także od godziny przeszło pomiędzy etażerką a wazonami i zamyślony, milczący pozbawia nas wszystkich swego miłego towarzystwa. Czy można przerwać pana zadumę i wezwać go bliżej do naszego grona?

Na te słowa z kozetki stojącej w rogu salonu podniósł się osamotniony dotąd mężczyzna i wyszedłszy z cienia etażerki i wazonów zbliżył się do kanapy.

— Pozwoli pan zapytać siebie — ciągnęła zwrócona doń gospodyni — co jest powodem dzisiejszego pana zamyślenia? Czy w obcych krajach, w których przebywałeś pan tak długo, istnieje jaka para włoskich oczu, która myśli jego daleko od nas pociąga? Czy po paryskich salonach nasze rozmowy i osoby wydają się panu tak barbarzyńskie, że i uwagi na nie zwracać nie raczysz? Czy może ukryłeś się pan w cieniu dlatego, aby stać się bardziej zajmującym i pożądanym i abyśmy zmuszone były szukać go pomiędzy zielenią wazonów jak fiołka śród trawki?

Wszystko to wymówione było tonem żartobliwym, trochę z zalotnością i odrobiną ironii.

— Ani jedno, ani drugie, ani trzecie — odpowiedział pan Lubomir lekko się kłaniając. — Nie zostawiłem w obcych krajach żadnej pary oczu, do której bym zwracał się tęskną myślą; świetnego salonu pani nie śmiałbym lekceważyć, choćbym go nawet porównywał z tymi, jakie widywałem w Paryżu; do przybierania na siebie roli fiołka kryjącego się w trawie nie mam najmniejszej pretensji; oto po prostu usiadłem na ustroniu dlatego, aby przez chwilę oddać się własnym myślom i rozwagom...

— I może złośliwym obserwacjom, czynionym z dala nad nami — przerwała pani Kamila z uśmiechem, w którym był przekąs.

— Złośliwym? nie, ale zawsze obserwacjom. Raczcie panie darować tę moją oryginalność, ale lubię wielce usunąć się niekiedy w ciemny kątek pokoju i z dala przypatrując się twarzom i postaciom ludzkim czytać wypisane na nich litery ducha.

Uderzyły mię te ostatnie wyrazy pana Lubomira.

"Jak dziwny zbieg okoliczności — pomyślałam. — Wszakże i ja przed chwilą przypatrywałam się twarzom i postaciom ludzkim, pragnąc wypisane na nich litery ducha wyczytać".

Sympatyczne spojrzenie podniosłam na nieznanego mężczyznę i zaczęłam przypatrywać się mu uważniej. Był to blondyn lat może trzydziestu, średniego wzrostu, jasnych bardzo włosów, z twarzą o drobnych, ledwie że nie kobiecych rysach. W całej jego twarzy i osobie malowała się jakaś niedbałość i powolność ruchów, którą by można wziąć za przesadę, apatię lub melancholię. Mnie się wydało, że była ta ostatnia, i z zajęciem patrzyłam na pana Lubomira, który stał przed gospodynią domu i białą, wypieszczoną rękę opierał na poręczy krzesła.

Pani Natalia ciągnęła dalej rozmowę:

— I jakichże to liter ducha szukałeś pan na twarzach naszych? — spytała.

— Takich, które by z moim duchem utworzyły harmonię — odpowiedział pan Lubomir.

Jeszcze więcej zostałam zdumiona.

Wszak i ja pragnęłam dźwięku, który by z duchem moim harmonię utworzył!

— I znalazłeś pan to, czegoś pragnął? — ciągle wpół żartem pytała gospodyni.

— Pozwól mi pani nie odpowiadać na to pytanie — odrzekł pan Lubomir ze zwyczajnym, apatycznym czy melancholijnym poruszeniem.

— Przeciwnie — zawołała żywa pani Kamila — żądamy stanowczo, abyś pan odpowiedział na to pytanie.

— Wymagamy tego od pana koniecznie — powtórzyła pani Alina.

— Tak, tak — zawołały inne panie — musisz nam pan powiedzieć, co wyczytałeś na twarzach naszych obserwując je przez całą godzinę zza etażerki i kosza z wazonami.

Wszystko to było mówione ze śmiechem, ale pan Lubomir nie uśmiechnął się ni razu i twarz jego nie straciła ani na chwilę wyrazu apatii czy melancholii, jaka ją okrywała. Wstrząsnął tylko głową dla odrzucenia w tył włosów, co mu spadały prawie na ramiona, powiódł białą ręką po czole i odpowiedział z wolna:

— Ponieważ mię panie zmuszacie do tego, więc powiem, że na twarzach, na które patrzyłem, nie znalazłem wcale liter, jakie pragnąłem wyczytać.

"Zadziwiające podobieństwo! — zawołałam do siebie w myśli — wszakże i ja nie znalazłam ich także".

Panie zaśmiały się na pozór, ale z utajonym niezadowoleniem i obrazą.

Gospodyni domu pierwsza głos zabrała:

— Nie możemy gniewać się na pana za to, coś nam powiedział, gdyż nie wiemy dotąd, czego właściwie szukałeś pan i czegoś nie znalazł.

Pan Lubomir wstrząsnął znowu włosami i odpowiedział jak wprzódy bez cienia uśmiechu:

— Szukałem wszystkiego, co szlachetne, podniosłe, idealne, co wyróżnia się od tłumu, a ducha unosi w krainy marzeń...

— I nie znalazłeś pan w nas tego wszystkiego? — zawołała gospodyni.

— O! teraz, to już mamy prawo gniewać się na pana!

— To impertynencja i niesprawiedliwość! — wołano zewsząd.

— Nie, panie, to tylko smutna konieczność salonów naszych, do których nie zaświtały jeszcze postępowe i wzniosłe myśli, panujące w krajach Zachodu — wyrzekł pan Lubomir podnosząc głowę i prowadząc ręką po czole z zamyśleniem i melancholią. — Obcy ideom, które już zawojowały pół świata, ograniczamy się ciasnymi ramkami zwyczajów i etykiety; zamykamy drzwi nasze na kilka spustów przed każdym człowiekiem, który nie przynosi z sobą świadectwa o posiadanym znacznym majątku i wysokim pochodzeniu; zajmujemy się samymi błahostkami, zabawami, błyskotkami; prowadzimy bezczynne życie, nie znamy, co to praca i prawdziwe cierpienie, i dlatego jesteśmy wszyscy śmiertelnie chorzy na duchu, dla Lego nie ma w nas nic podniosłego, poetycznego, szlachetnego, nic, co by się zbliżało do ideału, jaki każdy człowiek w piersi swej nosi, nic, co by nas wyróżniało z tłumu pospolitości. Dlatego na twarzach naszych nie malują się te litery ducha, jakie wyczytać na nich pragnie ten, którego duch unosi się nad poziom, a buja w podgwiazdnych krainach ideałów!

Wszystko to wymówione było przez pana Lubomira z uniesieniem i szlachetnością. Wydało mi się jednak, że słowa te miały ton trochę zbyt kaznodziejski lub deklamatorski, lecz tak dobrze, tak zgodnie wtórowały one temu, czego pełna byłam i czego tylko dotąd przed samą sobą sformułować nie potrafiłam w słowach, że myślą w nich zawartą zostałam zachwycona.

Uderzyło mię tylko, że w czasie gdy głos mówiącego podnosił się i brzmiał szlachetnym uniesieniem, twarz jego pozostała zimną jak wprzódy i oczy nie błysnęły ni razu spod mgły, która przysłaniała źrenice. Spojrzałam po obecnych i dostrzegłam, że słowa pana Lubomira zdziwiły jednych, a uraziły drugich. Niektórzy nawet uśmiechali się ironicznie.

Najwidoczniej jednak uśmiechała się tak Helenka, obok której siedziałam. Zdziwiona tym pochyliłam się do jej ucha i szepnęłam:

— Czy znasz tego pana Lubomira, Helenko?

— Wybornie — odpowiedziała mi również cicho.

— Kto to jest?

— Daleki kuzyn pani Natalii, brat rodzony Zosi, ma znaczne majątki w powiecie N.

— Dlaczegoż po raz pierwszy dopiero pojawił się dziś między nami?

— Przed kilku dniami wrócił z zagranicy.

Dając mi te wszystkie odpowiedzi Helenka nie przestawała uśmiechać się ironicznie.

— Nieprawdaż — rzekłam do niej jeszcze ciszej — że to, co przed chwilą wyrzekł pan Lubomir, dowodzi, iż jest szlachetnym i rozumnym człowiekiem?

Ku wielkiemu memu zdziwieniu Helenka, zamiast odpowiedzieć mi twierdząco, z wielką żywością poniosła do ust chusteczkę, aby pokryć parsknięcie śmiechem.

— Czegóż śmiejesz się, Helciu? — spytałam z lekką urazą.

Odjęła chusteczkę od ust i popatrzyła na mnie, potem rzekła wzruszając ramionami:

— Długo musiałabym mówić, gdybym ci opowiadać chciała, z czego się roześmiałam. Gdy poznasz bliżej pana Lubomira, z łatwością odgadniesz sama powód mego śmiechu.

Z kolei wzruszyłam także ramionami i odwróciłam się od Helenki. Piękna i miła towarzyszka moja, którą z serca kochałam, wydała mi się w owej chwili dziwaczną niemal. Zamieniając te urywane słowa z Helenką uroniłam część rozmowy, która coraz żywiej toczyła się wkoło kanapy.

Gdy znowu słuchać ją zaczęłam, pan Lubomir właśnie głos zabierał.

— Tak, moi państwo — mówił — bardzo źle i błędnie postępujemy, że nie idąc w ślady narodów stojących na najwyższym szczeblu cywilizacji zamykamy się w ciasnym kółku samych uprzywilejowanych ludzi i jak Chińczycy odgraniczamy się od reszty świata murem pychy i przesądów. Nie dopuszczamy przez to do siebie prawdziwej inteligencji i zasługi, pozostajemy zacofani, nie idziemy razem z duchem czasu, który od dawna zniósł średniowieczne granice, dzielące ludzi zaporami, zbudowanymi z tarcz herbowych...

— Jak to! — zawołał ktoś z mężczyzn — żądasz więc pan, abyśmy mieszali się z motłochem?

— Wyrazu tego nie mają już Francuzi i Anglicy, pomiędzy którymi miałem szczęście kształcić me pojęcia o równości. Co pan nazywasz motłochem? — zawołał pan Lubomir z gestem szlachetnym. — Czy tym pospolitym i przestarzałym mianem okrywasz pan ludzi, którzy pędzą życie nad mozolną pracą, mającą dla społeczności obfite przynieść kwiaty, ziarna, owoce; którzy zamiast brzęczącej, lichej mamony mają wysoką a gruntowną naukę, a zamiast brzmiącego zasługami przodków imienia posiadają chlubne imię, własną zdobyte zasługą?

Jeśli takich ludzi nazywasz pan motłochem, to do tego motłochu racz mię pan z ducha i pojęć zaliczyć, chociaż posiadam niepośledniej świetności herb i majątek odziedziczony po przodkach.

Pan Lubomir chciał dłużej jeszcze mówić, ale gospodyni domu powstała i zaprosiła gości do sali jadalnej na herbatę. Słowa pana Lubomira połykałam z chciwością, a gdy przestał już mówić, brzmiały one jeszcze długo w mym uchu. Z prawdziwym zajęciem spojrzałam na niego, gdy obsiedliśmy wielki stół zastawiony herbatą i kolacją, i ze szczególnym wzruszeniem czekałam, aż znowu mówić zacznie. Ale rozmowa zmieniła przedmiot, pan Lubomir stał się znowu milczący i z zamyśleniem oparł głowę na dłoni. Twarz jego ani na chwilę nie traciła wyrazu apatii czy melancholii, źrenice mętnie i niewyraźnie patrzyły na filiżankę z herbatą.

Mimowolnie szukałam oczami siostry pana Lubomira, młodej Zosi, która, sierota od dawna, mieszkała przy wuju w sąsiedztwie mojej matki i wraz z nim przybyła na zimę do miasta.

Nie wiem już, jakim zwrotem myśli przypomniałam sobie rozmowę między Zosią a wujem jej, zasłyszaną przeze mnie na balu w Rodowie, a wraz z nią przed pamięcią moją stanął ów młody prawnik o szlachetnej i rozumnej twarzy, który na zabawie tej zajmował się Zosią, a którym zajmować się wzajem wuj jej tak surowo zabronił. Pomyślałam, że gdyby Zosia zostawała pod opieką swego brata, nie oddaliłby on pewnie od niej człowieka, do którego czuła sympatię, dlatego tylko, iż pochodził z innej niż ona towarzyskiej stery. O tym samym może myślała Zosia, bo piękne zamyślone jej oczy tkwiły w twarzy brata z miłością, uwielbieniem, jak ml się zdawało, z niemą nadzieją.

Przez resztę wieczora zostawałam pod wpływem miłego wrażenia, jakie uczyniła na mnie szlachetna mowa pana Lubomira. Doświadczałam takiego poczucia, jakiego doświadcza człowiek, który nagle i niespodzianie znajduje na drodze swojej to czego z całej siły pragnął przed chwilą.

Gdy na koniec pożegnałyśmy z matką towarzystwo i salon pełen jeszcze gości zostawiłyśmy za sobą zstępowałam ze wschodów mieszkania pani Natalii zamyślona, rozmarzona prawie.

Helenka, która jednocześnie z nami opuściła ze swą matką zabawę, ujęła mię pod rękę i schyliwszy się nad mym uchem, szepnęła:

— Widzę, kochana Waciu, że w serduszku twoim budzi się nowy piedestał dla nowego ideału!

— A gdyby tak było w rzeczy samej? — spytałam.

— Nic — odparła Helenka — prosiłabym cię tylko, abyś ku wspólnej naszej nauce uwiadomić mię raczyła o chwili, w której ideał spadnie z piedestału i na miazgę się pogruchocze.

— Skąd ci ta pewność, że tak będzie? — zapytałam. Helenka zaśmiała się znowu, ale nie miała czasu na odpowiedź, bo kareta jej rodziców wtoczyła się w bramę. Przez całą drogę do domu myślałam o panu Lubomirze; myślałam o nim zdejmując z siebie wieczorowe ubranie, i gdy samotna już w sypialni mojej odczytałam raz jeszcze list mego ojca, pomyślałam, że pan Lubomir był bardzo niepospolitym człowiekiem i w ustach swych miał tak szlachetne słowa, jakimi ojciec mój za pośrednictwem listów przemawiał do mnie...




Rozdział XLVII

Pan Lubomir złożył nam wizytę i często u nas bywać zaczął. W tydzień około po owym wieczorze u pani Natalii rzekł do mnie półgłosem:

— Miałem zamiar parę dni tylko przepędzić w W., ale poznałem panią i zostanę poty, póki pani tu będziesz.

Innym razem zapytał mię:

— Czy pani dokładnie poznałaś miasto W.? Czy obejrzałaś pani starożytne świątynie i odwieczne gmachy, które są jego ozdobą? miejsca, pełne dziejowych pamiątek, przejmujące duszę człowieka uroczystym dreszczem przeszłości, którą mu stawią przed oczy?

Zawstydziłam się wielce. W istocie, tyle już dni przebyłam w W., a widziałam tylko, jak na kilku głównych ulicach jeździły dorożki i powozy, po chodnikach przesuwała się ludność miejska, i znałam wnętrza kilkunastu zaledwie mieszkań znajomych mi rodzin. O charakterze zaś i pięknych pamiątkach starożytnego grodu pojęcia nie miałam jeszcze; nikt o nich w towarzystwie naszym nie wspominał nigdy, a mnie i na myśl nie przyszło odbyć pielgrzymkę dla zapoznania się z nimi. A jednak wrażenia, które w pierwszych dniach dzieciństwa z poetycznych a pełnych miłości opowiadań Bini w duszę mą wpłynęły, leżały niezatarte w jej głębi; przeszłość dziejowa, ilekroć o niej myślałam, rysowała się przede mną w kształtach wspaniałego olbrzyma o smutkiem powleczonej twarzy; każda pamiątka, każde o przeszłości wspomnienie, każde imię, chwałą wieków uświęcone, wprawiało mię w zadumę, śród której, jak słusznie wyraził się pan Lubomir, uroczysty dreszcz mię przenikał. A jednak porwana szalonym wirem świata ani razu w ciągu dni tylu nie pomyślałam o tym, że tuż wkoło mnie roztacza się wieniec cały tych pamiątek, tych wspomnień, gruzami przywalonych, ale wydających z siebie nieprzerwane i niestłumione niczym tchnienie poezji i wielkości.

Kiedy pan Lubomir zapytał mię, czy znam miasto, w którym mieszkam, czy obejrzałam skarbnicę klejnotów przeszłości, śród której żyję, zawstydziłam się i zmieszana wyjąkałam przeczącą odpowiedź; ale w głębi serca po czułam miłe wrażenie, radość podobną tej, jakiej już raz doświadczyłam słuchając szlachetnej mowy pana Lubomira na wieczorze u pani Natalii.

Znowu spojrzałam na niego ze zdwojoną uwagą. Po zadaniu mi pytania, na które przeczącą dać musiałam odpowiedź, zamilkł, głowę na piersi opuścił, miękkie jego włosy upadły mu na czoło, a twarz oblekła się wyrazem melancholii.

Byłam pewna, że wzmianka ta o wielkich i świętych pamiątkach, jakie zawierało miasto, w którym żyliśmy, wtrąciła go w melancholijną zadumę. Pomyślałam nawet, że może odpowiedź moja, z której dowiedział się, że nic o tych pamiątkach nie wiem, napełniła go smutkiem, a może i niechęcią dla mnie. Żywo zapłoniłam się przy te] myśli i serce mi się ścisnęło.

Sąd o mnie pana Lubomira obchodził mię wielce; zaczynałam uważać go za człowieka niezmiernie wyższego nad innych, których znałam, a w miarę jak rosła ta dobra moja o nim opinia, coraz żywszą i wyraźniejszą poczuwałam dla niego sympatię. Ale pan Lubomir obudziwszy się z melancholijnej zadumy wstrząsnął głową, aby odrzucić w tył długie, opadające na czoło włosy, i spojrzał na mnie spojrzeniem, w którym nie było wcale niechęci. Przeciwnie, po raz pierwszy spostrzegłam, że w źrenicach jego, za mgłą, która je przyćmiewała, błysnął przelotny ognik. Błysnął i szybko zniknął; pan Lubomir zwykłym sobie, kwiecistym i podniosłym stylem zaczął rozmawiać z moją matką, a ja mimo woli prawie spojrzałam w wiszące naprzeciw mnie zwierciadło. Zdaje mi się, że bezwiednie, instynktowo pragnęłam je zapytać:

"Skądby w oku pana Lubomira dojrzana przed chwilą powstała iskra?"

Rumieniec, wywołany uprzednią rozmową, leżał jeszcze na mojej twarzy, a nawet czoło zasnuwał przezroczystą obsłonką różowego koloru. I zobaczyłam, że z rumieńcem tym było mi bardzo pięknie...

Po wyjściu pana Lubomira pobiegłam do Bini i chwyciwszy obie jej ręce zawołałam:

— Biniu! wszakże urodziłaś się w W. i wzrosłaś? nie prawdaż?

— Tak — odpowiedziała.

— Proszę cię, Biniu moja — mówiłam po dziecinnemu, otaczając rękami jej szyję — proszę cię, abyś mi pokazała wszystkie miejsca godne widzenia, wszystkie pamiątki, jakie się tu znajdują. Chcę widzieć to wszystko! chcę z ust twoich posłyszeć miejsc tych historię i długo dumać nad zgasłych wieków grobami!

Binia popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

— Dziecko! — rzekła — skąd ci to nagłe przyszło pragnienie? Policzki twe pałają, łzy cisną się do oczów, co ci jest?

Nie umiałam wytłumaczyć Bini, co mi było, bo i sama nie rozumiałam dobrze uczuć, które mną miotały. Wiedziałam tylko, że pragnę czegoś niezwykłego, wielkiego, pięknego, czegoś, co by wychodziło ze szranek pospolitości i codziennych salonowych zabaw, w których pogrążona byłam. Pragnienie to wyciskało mi łzy mimowolne, lubo całą siłą wstrzymywałam je pod powiekami, a rumieniec tryskał na twarz dlatego, że z tą nieznaną a upragnioną wielkością coraz częściej i coraz ściślej łączył się obraz pana Lubomira.

— Pójdźmy, Biniu, pójdźmy! — wołałam do mojej poczciwej piastunki i sama wkładałam na nią futro i kaptur.

Za kilka chwil wychodziłyśmy z bramy mieszkania. Może mi kto nie uwierzy, gdy powiem, że wiele tygodni spędziwszy w mieście po raz pierwszy wychodziłam na ulicę pieszo.

Dotąd wyjeżdżałam zawsze karetą lub koczem, choćby to było w celu przebycia kilkudziesięciu kroków; a kto by poczuwał ochotę niewierzenia temu, niech przypomni sobie, że byłam światową i dystyngowaną panną, to jest kwiatem hodowanym w cieplarni, i skrzydlatą istotą, której zadaniem było fruwać po parkietach salonów na skrzydłach z gazy i krepy, a nie stąpać prozaicznie po chodniku ulicy jak jaka tam prosta śmiertelniczka; że także i przede wszystkim byłam panną na wydaniu, zatem musiałam koniecznie od stóp do głowy okrywać się pozłacaną szatą świetnej pozycji, jednym z klejnotów której był piękny powóz, i jakkolwiekby ta szata była dziurawa, okrywać się nią musiałam, bo bez niej... i cóż by się stało z moim wydaniem się za mąż! ...

A jednak, wyszedłszy po raz pierwszy pieszo na ulicę miasta, nie myślałam wcale o tym, że jestem dystyngowaną panną, kwiatem, istotą nadziemską; zapomniałam e pozycji i wyjściu za mąż, otworzyłam tylko szeroko ciekawe oczy i trzymając się ramienia mojej dobrej Bini śmiało rzuciłam się wraz z nią pomiędzy tłum zalegający chodniki.

Było to o godzinie drugiej po południu. Zimowe słońce bladymi promieńmi rzucało się w okna wysokich kamienic, pod nogami skrzypiała cienka warstwa śniegu, środkiem ulicy pędziły liczne sanie z głuchym odgłosem dzwoneczków.

Widok, jaki roztaczał się około mnie, często zapewne nasuwał się mym oczom, gdy w oszklonej karecie przebywałam ulice miasta; ale zajęta myślą o zabawie, ku której niecierpliwie dążyłam, albo chroniąc od zmięcia piękną suknię nie patrzyłam nań, a może i szyby karety zamglone bywały wilgocią lub zaćmione ciężką lodu warstwą, jaką szkło przyobleka się w zimie. Teraz nie było już żadnej przegrody pomiędzy moim wzrokiem a światem ruchliwym, w jaki się rzuciłam; niecierpliwą ręką odrzuciłam nawet woalkę z twarzy i z radością dziecka wciągałam orzeźwiające powietrze.

Przede mną stary odwieczny gród roztaczał wąskie, długie, wysokimi murami osławione ulice, niby posępne korytarze klasztorne, nad którymi dłoń mistrza wymalowała niebo zimowe.

Ulice te fantastyczne mają zgięcia, to wspinają się w górę, to spływają w dół łagodnymi spadami. Znać, że całe miasto rozłożyło się na nierównej chropowatej dolinie, która kapryśnym wzdymaniem się przedrzeźnia otaczające wzgórza. Wzgórza te, albo porosłe ciemnymi borami, albo nagie i u szczytu tylko sterczące rozwiniętymi na tle chmur ramionami krzyżów, objęły dolinę i rzucony w nią gród kołem zadumanych olbrzymów, którzy miejscami wysuwają swe odwieczne czoła aż ponad dachy wysokich murów, miejscami stoją nieme i poważne u końca ulic wąskich niby ołtarze postawione w głębi posępnych korytarzów rozległego klasztoru. Nie widać tu szerokich i jasnych placów, miejsc rozłożystych, na których nowożytne miasta skupiają cały wykwint zbytku i szumiącą esencję zbiorowego żywota tłumów, ani wytwornych skwerów z drzewami urabianymi w symetryczne kształty i perlistymi nićmi wodospadów, ani posągów, rozstawionych tu i owdzie, a rozweselających oko wykutymi z kamienia postaciami nereid, nimf i Neptunów. Nigdzie tu jeszcze nie znać przekształcającej wszystko ręki nowych czasów; nigdzie dłoń nowożytnego architekta nie targnęła się na kapryśne i posępne budowle starych wieków; nikt tu wysokich ścian, popękanych od starości i fantastycznie zdobnych w kapryśne załamania, nie stłukł dla zastąpienia ich architektonicznymi cackami o symetrycznych, lecz ulotnych liniach; nikt ulic i gmachów nie obmierzył jeszcze niwelującym cyrklem i nie zarzucił na nie modnego pokostu konwencjonalnej jednostajności.

Na dnie doliny owej, latem zielonej i kwietnej, zimą zasnutej białymi mgłami, posępny i zamyślony stoi gród stary, tak zupełnie, jak go tam wieki minione rzuciły, jak go zbudowały stopniowo i z wolna wieków tych wiara, potrzeby, uczucia. Wieżyce licznych świątyń sterczą w górę i głosem dzwonów rozmawiają z rana z krzyżami, co ze wzgórz wyciągają ku nim ramiona, a wieczorem milcząc patrzą w niebo, jakby mu zadawały pełne grozy i skargi pytania albo przypomnieć mu pragnęły tych, których dłoń zbudowała je tam jako wiary strażnice święte.

Stutysięczna blisko ludność od wzgórz niemych, od murów starych świątyń, rozmawiających z niebem, zapożyczyła powagi smętku. Nie ujrzysz tu dziarskich i zuchwałych ruchów innych miast pospólstwa ani skocznych kroków kobiet, rzucających się w oczy przechodniom krzykliwą sukni barwą; ani owej młodzieży, nie dbającej o jutro, cynicznej, rozhulanej, krokami tryumfatorów stąpającej po bulwarach i skwerach przy akompaniamencie laseczki, uderzającej w takt o kamienie. Tu zaduma leży na czołach, dziwna powolność tkwi w ruchach, piękne nawet i młode głowy częściej opadają na piersi, niż z weselem podnoszą się do góry; ubiory proste, jakby graniczące z żałobą.

Na pierwszy rzut oka, powierzchownie patrząc, powiesz, iż to miasto, do którego nie zajrzał jeszcze wykwint cywilizacji, które nie posiadłszy wdzięcznych form panujących gdzie indziej ubiera się dotąd w negliż niedbały. Ale gdy jakimkolwiek powodowany uczuciem, blisko i badawczo przyjrzysz się tym prostym szatom, czołom zamyślonym, ustom bez koloru i uśmiechu — pod niedbałym negliżem zamiast wykwintu miast innych ujrzysz wspaniałość potężnego dramatu, w którym, patrząc codziennie na swe góry rodzinne i gmachy, co wieki przeżyły, razem z wieżycami swych świątyń zadają niebu pytanie słowami Chrystusa: "O, Panie! czemuś mię opuścił?"

Szłam oparta na ramieniu Bini jedną z najdłuższych i najwęższych ulic miasta i ciekawie otwartymi oczami patrząc na ludzi, którzy wkoło mnie licznie i tłumnie wąskimi postępowali chodnikami, myślałam sobie:

"Czemuż tak obca jestem tym ludziom? Czemuż wydaje mi się, jakobym inny jakiś niż oni świat zamieszkiwała; tak ich nie znam, tak na nich nigdy nie zwracałam uwagi, tak oko moje przesuwało się po nich dotąd pobieżnie, bezmyślnie! ..."

A jednak, jakaż różnobarwność, jaka rozmaitość w tej pstrej, tłoczącej się ludności! Ileż tu więcej treści i poezji jak w tym kole moich znajomych, którzy zamieszkują jednostajne salony, jeżdżą jednostajnymi karetami, ubierają się w jednostajne fraki i suknie, śmieją się, rozmawiają i bawią jednostajnie.

Tu na przykład przy bramie wielkiego jakiegoś gmachu kilku mężczyzn utworzyło ściśnięte kółko i prowadzi między sobą ożywioną rozmowę. Młodzi oni jeszcze wszyscy, i ze zmarszczek, co brwi im zsuwają, znać, że mówią z sobą o rzeczach ważnych, bo ważniejszych zapewne niż bal, wizyta i obiad proszony. Jeden z nich opowiada coś z cicha innym, z energią i, jak się zdaje, z oburzeniem; drugi słuchając go prostuje się dumnie, brwi marszczy, bujnego targa wąsa i zupełnie taką ma postawę, jaką salonowy romantyk nasz, mój specjalny admirator, pan Ignacy, tak często przybierać umie. Lecz dziwna rzecz! panu Ignacemu z postawą tą śmiesznie i nie do twarzy, a ten nieznany mężczyzna tak pięknie wygląda z tą dumą rycerską na czole, a pełnym gniewu i energii gestem!

— Biniu! — spytałam — o czym mogą z takim ożywieniem rozmawiać ci ludzie? i dlaczego jeden z nich tak prostuje się hardo i gniewnie wąs targa?

Binia popatrzyła na grupę mężczyzn i odrzekła:

— O ile mi się zdaje, jeden z tych ludzi opowiada innym o wielkich krzywdach, co się kędyś dokonywały na świecie, a ten, o którym mówisz, najmłodszy i najgorętszy ze słuchaczów, wre gniewem i oburzeniem.

— Rozumiem teraz — rzekłam — dlaczego mu tak pięknie z postawą, w jakiej stoi. Nie wyuczył się on jej przed zwierciadłem i nie używa ją za narzędzie do sprawienia efektu, ale płynie mu ona z serca przejętego uczuciem gorącym!

A tam, środkiem ulicy, śpiesznym krokiem postępuje mężczyzna otulony futrem. Na pochylonym jego czole osiadł namysł głęboki, a za nim biegnie dziecię bose, odarte, drżące od zimna, płaczące.

— Kto by to był ten człowiek śpiesznie idący? — pytałam Bini. — I dlaczego to biedne płaczące dziecię tak krok w krok postępuje za nim?

Binia spojrzała w kierunku mojej ręki i rzekła:

— To zapewne lekarz, którego to dziecię prowadzi do chorej matki lub złożonego w niemocy ojca.

Patrzyłam na człowieka śpieszącego z pomocą tam, kędy był płacz i niedola, a gdy zniknął mi z oczu, zapuściłam wzrok w głąb obszernego podwórza, obok którego bramy przechodziłyśmy z wolna. Tam zobaczyłam dwóch ludzi, którzy na drobne części rozrzynali piłą olbrzymią kłodę drzewa. Zatrzymałam się na chwilę u bramy i patrzyłam na dwóch traczów.

Oba byli już starzy, barczyści i potężnej budowy; zupełnie prawie białe ich brody spadały im na szerokie piersi, a ręce grube, żylaste, obnażone do łokci, z siłą i wprawą poruszały ciężkim narzędziem. Po twarzach ich, mimo zimowego chłodu, ściekał pot kroplisty; gruba odzież leżała obok nich, porzucona na ziemi, a zagrzane ciężką pracą, muskularne, zda się z żelaza wykute ich ciała, szarą okryte koszulą, rozpościerały szerokie ramiona i pochylały się w takt razem ze zgrzytającą piłą.

I dziwna rzecz! widok ten, tak prosty, zwyczajny, przykuł do siebie moje oczy; wydało mi się, że na czołach traczy leżał majestat pogody, a pracujące ich ciała wyglądały szanownie.

— Biniu — rzekłam — wszakże to ludzie prości, nieoświeceni, gruba i szara tylko pokrywa ich koszula, po twarzach ich spływa pot zmęczenia. Powiedz mi, cóż im na czoła położyło ten spokój i pogodę, a postacie przyoblekło powagą i godnością?

— Praca — odpowiedziała Binia i poszłyśmy dalej.

Poszłyśmy dalej, a kędyśmy stąpiły, naprzeciw nas, wkoło nas, za nami, szli ludzie wszelkiej postaci, rozmaitych twarzy, przeróżnych ubiorów. Jedni z nich szli śpiesznie, niespokojnie patrząc przed siebie, jakby wlepiając wzrok w cel im tylko widoczny, inni postępowali z wolna, z oczami w ziemię wpatrzonymi jak ludzie, którzy namyślają się nad czymś lub liczą smutki, jakie im w piersi osiadły; inni jeszcze krocząc z towarzyszami pod ramię szeptali między sobą ciche rozmowy lub rachowali na palcach może korzyści, osiągnięte z dnia upływającego.

Tam znowu spiesznie a cicho przeciska się przez tłum młoda panna z gęstą woalką na twarzy. Futerko jej zszarzane, ręka nie okryta rękawiczką, ciemna, wełniana suknia długie już dni pamięta, a ze zniszczonego zarękawka wygląda para książek. To biedna nauczycielka wracająca z lekcji do ubogiego, ale miłego pewnie domu rodziców, bo mimo chłodu i śladów ciężkiej pracy ładna twarz jej uśmiecha się pogodnie, a krok lekki, pewny i spieszny. A tu pod schodami kościoła siedzi kobieta, chuda, wybladła, odarta, dziecię drżące od chłodu tuli się do jej piersi, dłoń zsiniałą wyciąga do przechodniów...

"Boże mój! — myślałam — ileż tu między tymi ludźmi pracy, piękności, zacności, nieszczęścia, ubóstwa! A my nic, nic o tym wszystkim nie wiemy i nie widzimy tego wszystkiego przez okna mieszkań naszych, przysłonione adamaszkowymi firankami, ani przez szyby karet, tak prędko, prędko mknących przez ulice miasta! ..."

Nagle Binia silniej nieco pociągnęła mię za rękę i ujrzałam się z nią razem pośród obszernego dziedzińca, otoczonego wysokimi, w kwadrat pobudowanymi murami. Mury te, głuche i milczące, setkami niemych okien patrzyły na świat jak smutnymi oczami; z wnętrza ich nie wychodził najmniejszy gwar żyjących, a u stóp ich kamienie, którymi wybrukowane było podwórze, gdzieniegdzie wystawały spod śniegu i szarzały jak głazy grobowe. Odgłosy miasta mało tu dochodziły, cisza rozlewała się dokoła, a czuć w niej było smutek dziwny, zaświatową jakąś powagę.

Spojrzałam na Binię. Opuściła ona moje ramię i stała nieruchomie, z rękami splecionymi jak do modlitwy i wzrokiem wpatrzonym w nieme okna gmachu. We wzroku, jakim na te okna patrzyła, był rodzaj pobożnego uczucia, zza którego przeglądała boleść.

Po chwili piastunka moja zwróciła oczy na mnie i głosem pełnym smutnej powagi zaczęła mówić:

— Tu, w tych murach urodziłam się i dzieckiem małym będąc słyszałam i widziałam, jak wnętrza ich, nieme dzisiaj, wrzały gwarem głosów młodzieńczych Tu ojciec mój zajmował zaszczytne stanowisko, a jam od niego i otaczających go ludzi przejęła do głowy trochę światła, do serca wiele miłości.

Wyciągnęła drżącą trochę rękę w kierunku okien.

— A dziś — podchwyciłam — dziś, Biniu, co jest w tych murach?

Przeniosła na mnie pełne smutku spojrzenie, potem znowu zwróciła je w górę i milcząc wskazała mi dwa okna gmachu. Jedno z nich miało parę szyb wybitych, a przez nie wnikał wewnątrz wiatr zimowy świszcząc i wstrząsając spróchniałą ramą; drugie wcale już szyb nie miało i wyglądało czarne a puste jak oko trupiej czaszki.

— Pustka! — powtórzyła Binia ze łzą w oku i jakby uciekając od miejsca, które w niej żal wielki wzbudziło, pociągnęła mię ku kościołowi, którego front wspaniale panował nad jednym z dziedzińców opustoszałego gmachu.

Gdyśmy stanęły u stóp kościoła, Binia podniosła znowu rękę w górę i pokazała mi wyryte nad wrotami wspaniałe imię założyciela i nie mniej wspaniałą datę, opowiadającą przechodniom, że pięć już prawie minęło wieków od pory, w której ręka pobożna świątynię tę na wpół pogańskiej jeszcze ziemi zbudowała Panu.

Weszłyśmy do środka.

W głębi przed wielkim ołtarzem kapłan śpiewał psalmy nieszporne, a nad głowami naszymi zahuczał organ potężnym, ogromnym, zda się ze wszystkich instrumentów muzycznych złożonym głosem. Binia wskazała mi te organy.

Potoczyłam wzrokiem po wielkiej, sklepionej nawie kościoła, z głębi której melodyjną powagą brzmiący wydobywał się głos kapłana; zdjęta niewysłowionym uczuciem pobożności i smutku, jakie w duszę mą lały potężne akordy organu, uklękłam.

Przeszłyśmy parę ulic i zbliżałyśmy się już ku domowi, gdy do uszu naszych doszedł gwar rozgłośny, złożony ze śpiewów ludzkich i muzyki kościelnej. Binia zwróciła się w stronę, skąd gwar ten płynął, i pociągnęła mię w ciasną, murami osławioną uliczkę, w głębi której wznosiła się oszklona kaplica. Okno kaplicy na oścież było w tej chwili otwarte, a przez nie zwieńczone światłem jarzącym widniało oblicze Bogarodzicy.

To miejsce znałam już dobrze, bo nieraz w nim byłam z matką, ale nigdy nie wydało mi się ono tak jak teraz rzewnym i uroczystym. Ciasną uliczkę zalegały klęczące tłumy, mnóstwo oczów tkwiło w świętym obrazie, pod stopami którego chórem śpiewali księża; gdzieniegdzie widać było twarze łzami zalane i słychać płacz wyrywający się z piersi.

— Oto — szepnęła Binia pochylając się nade mną — widzisz przed sobą jeszcze jeden pomnik wiekowy. Tu lud zmęczony przychodzi do cudami wsławionego ołtarza błagać o leki na zagojenie ran swoich. To słodkie oblicze Marii przez długie wieki patrzy na tłumy korne i rozmodlone, które w niej widzą symbol wiary.

Majestatycznym chórem podniósł się w górze. śpiew księży i szept Bini zagłuszył.

Ze wyrokiem przysłonionym ciągle wilgotną mgłą wzruszenia stanęłam u bramy mieszkania naszego i raz jeszcze rzuciłam spojrzenie na roztaczającą się przede mną ulicę miasta.

Dzień kończył się, a miasto zadumane, poważne, w zmrok zapadało wieczorny. Nad dachami wysokich kamienic wisiała opona mgły szarawej, a wysokie wieże kościołów przebijały ją szczytami i ukazywała gdzieniegdzie błyszczące krzyże złote niby godła nadziei świecące pod niebem dla grodu, co się pogrążył w ciemnościach. A ja ucho me nastawiłam w stronę wąskiej uliczki z kaplicą.

Z tym dźwiękiem, brzmiącym w uchu, i z sercem pełnym nie znanego dotąd wzruszenia, weszłam do mieszkania i pobiegłam co prędzej do pokoju mojej matki. Pragnęłam zdać jej sprawę z mojej po mieście wędrówki i podzielić się z nią uczuciami, jakie mię przejmowały.

Ale na progu stanęłam zmieszana. Matka moja siedziała na sofie z wyrazem przykrego uczucia na twarzy; przed nią, w pełnym uszanowania oddaleniu, siedziało na krzesłach dwóch ludzi. Jednym z nich był ów Żyd, którego już wprzódy widziałam raz w pokoju mojej matki, drugim — nieznany jakiś mężczyzna w wytartym surducie, z twarzą niemiłą i grubymi rękami.

Matka moja miała przed sobą zwój papierów, które przebiegała niespokojnym, jak mi się zdawało, okiem, a dwaj ludzie, których niezgrabne i brudne postacie dziwnie odbijały przy bogatym umeblowaniu pokoju patrzyli na nią badawczo i porozumiewali się z sobą zagadkowymi spojrzeniami.

Posłyszawszy szelest mojej sukni matka moja podniosła wzrok od papierów i zwróciła go na mnie.

— Gdzie to byłaś, Wacławo? — spytała — całe trzy godziny nie było cię w domu.

Głos jej, gdy to mówiła, surowszy był niż wprzódy, fałdy leżały na jej czole smutne i głębokie.

— Pragnęłam obejrzeć miasto, moja mamo — odrzekłam nieśmiało — i zwiedzałam z Binią miejsca godne widzenia.

— Mogłaś to uczynić jeżdżąc powozem — rzekła matka — wiesz dobrze, że młodej pannie nie uchodzi pieszo błąkać się po mieście.

— Chciałam lepiej widzieć wszystko, odbywając pieszo tę przechadzkę...

— To mogłabyś przynajmniej wziąć z sobą lokaja.

— Chodziłam z Binią, mamo...

— Dobrze wychowana panna w ostateczności tylko może wychodzić z domu pieszo i bez matki, a w takim razie lokaj powinien iść za nią...

Nie pojęłam od razu, dlaczegoby lokaj stosowniejszym był do towarzyszenia mi na ulicy jak moja dobra, rozumna Binia.

Ale nie mogłam czekać wytłumaczenia od mojej matki, bo spuściła znowu oczy na papiery, a ja oddaliłam się śpiesznie, z przykrością czując ciążący na sobie, ciekawy i, jak mi się zdawało, szyderski nieco wzrok Żyda i nieznanego jego towarzysza w wytartym surducie.

Obaj ci ludzie w godzinę zaledwie potem opuścili pokój mojej matki, która znowu, jak po pierwszej bytności złowrogiego Izraelity, przez cały wieczór miała migrenę. Ja zaś, zamyśliwszy się nad upomnieniem, jakie mi dała matka, przyszłam do wniosku, że towarzystwo ugalonowanego lokaja, zalecane mi przez nią, miało być jedną ze szmat tej pozłacanej szaty bogactwa i świetnej pozycji, jaką matka moja tak pilnie starała się okrywać mnie i siebie. I przyszło mi na myśl, że ów Żyd, którego odwiedziny sprawiały zawsze mojej matce migrenę, i nieznany jego towarzysz zdzierali z niej zapewne tę szatę pożądaną...

Z nieokreślonym smutkiem w sercu przegawędziłam z Binią cały wieczór i spostrzegłam; że w opowiadaniach moich, w których przedstawiałam jej świat mi znajomy, po wiele razy powtórzyło się imię pana Lubomira.

Wdzięczną mu byłam za to, że nasunął mi myśl zwiedzenia starego grodu i napojenia — się tymi pięknymi wrażeniami, jakich doświadczyłam; myślałam o nim długo; rozbierałam w myśli rozmowy jego szlachetne i wzniosłe słowa, które wypowiadał kwieciście a obficie; uznałam go bezwarunkowo wyższym i zacniejszym niż wszyscy ludzie, których dotąd znałam, i usnęłam czując, że na gruncie mego serca spragnionego wiary, miłości i uczuć pięknych kiełkuje nowy kwiatek, podobny do tych dwóch pierwszych, które opadły z listków, i nad grobami, w jakich je pochowałam, sterczały nagimi łodygami smutnego wspomnienia.




Rozdział XLVIII

Nie potrafię już teraz z powikłanego pasma wspomnień oddalonych wysnuć pamięcią jednolitej nici, która z wolna, stopniowo, wiodła mię znowu w zaczarowane krainy marzeń i poetycznych rojeń o miłości.

Pan Lubomir bywał u nas często, zawsze jednako melancholijną miał pozę, długie włosy jego zawsze mu w romantycznym nieładzie opadały na czoło, a on odrzucał je w tył niedbałym głowy wstrząsaniem. Ale więcej niż zagadkowa melancholia, którą od stóp do głowy był obleczony, więcej jak długie zadumy, w które często zapadał i w których lubił oddalać się od towarzystwa, więcej niż wszystkie te zajmujące pozory, zdające się mówić o duszy poetycznej, rzewnej i umyśle nurtowanym wysokimi myślami, pociągały mię ku niemu słowa jego szlachetne, pełne zapału, które zdrojami z ust mu płynęły opiewając wielkie braterstwo ludzi, potęgę miłości, wdzięki przyjaźni lub grzmiąc oburzeniem na przesądy, próżność, błahostki, niestałość. Serce moje, czujące niczym nie zatamowane porywy do wszystkiego, co lubo nieznane i niepojęte dobrze przeze mnie, widniało mi z dala szlachetnością i cnotą, wtórowało tym mowom jego przyśpieszonym biciem. Głowa moja, w której najgłębszym gdzieś kąciku leżało niewyraźne, lecz razem z duchem moim zrodzone pojęcie o prawdzie, chłonęła jego słowa płynne a podniosłe. Wyobraźnia obudziła się do pracy nowej i wieńcami z tęcz uplecionymi poczęła znowu wieńczyć piedestał, na którym nowy zjawił się ideał, a pierś oddychała coraz szerzej, coraz pełniej i głębiej, połykając wraz z otaczającym powietrzem tchnienia wiary i uczuć gorących, jakich była spragnioną.

Tylko czasem, w godzinach późnego wieczoru, gdy sama jedna udając się na spoczynek siadywałam w sypialni mojej, w miękkim zanurzona fotelu, spomiędzy cieniów, jakie zmieszane ze smugami bladego lampy światła błąkały się po ścianach pokoju, wypełzała brzydka, drżąca, szyderczousta mara niewiary, zwątpienia...

Wtedy przykładałam rękę do czoła i odtwarzając pamięcią pierwszy ideał mój nielitościwie strącony z piedestału porównywałam go z tym, który coraz silniejszą stopą podnosił się nań teraz. Odtwarzałam pamięcią człowieka, który był bohaterem mej wyobraźni, a którego potem ujrzałam szkieletem, odartym z ciała, o kościach poczerniałych od plam gangreny, i czyniłam porównanie między nim a tym, co odziany zbroją rycerską stawał teraz przed myślą moją.

Przypomniałam sobie, słowem, Agenora, stawiałam obok niego Lubomira i wołałam:

"Jakaż wielka między nimi różnica!"

Agenor był bez zaprzeczenia piękniejszy, dowcipniejszy, świetniejszy od dzisiejszego władcy moich marzeń; ale ten o ileż bardziej zajmującą miał powierzchowność! Agenor posiadał dźwięk głosu, którego mistrzowskie melodyjne modulacje rozmarzały mię i upajały, ale Lubomir wygłaszał szczytne myśli, co umysł mój i serce unosiły w siódme niebo zachwytów.

"Tamten, słowem — myślałam sobie — był pociągającym, światowym, zręcznym i świetnie ułożonym człowiekiem; tego dusza objawia mi się piękną i wzniosłą, i czuję, że duszy mojej bratnią ma naturę. Czyż dlatego, żem się raz lub dwa razy zawiodła, mam wątpić o wszystkich ludziach na ziemi? Nie! prawda, dobro, wielkość istnieją na świecie; mówi mi o tym wiara i niestłumione niczym pragnienie serca młodego, które pozbyć się nie może ideałów swoich, przeczutych, wymarzonych i wypieszczonych. Nie, słowa pana Lubomira nie kłamią! kłamać tak płynnie, tak kwiecistym stylem, tak podniosłymi wyrazami nie umieją chyba ludzie.

Lubomir jest w istocie człowiekiem wyższym, niepospolitym, jednym z tych ludzi może, którzy według słów mego ojca wielkością swą przyświecają ziemi jak z rzadka rozsiane, lecz szeroko rozpalone pochodnie".

Po takim szeregu wątpliwości, pytań zadanych samej sobie i odpowiedzi na nie, porywałam za barki brzydką marę zwątpienia, rzucałam ją pod stopy i deptałam jak zjadliwą żmiję, która zjadliwym swym żądłem chciała mi zatruć chwile marzeń rozkosznych i podciąć kwiat nowego uczucia w mym sercu, rozwijający coraz szerzej kielich swój, podobny do czystej, ku niebu patrzącej lilii.

Tak, kwiat ten nowy w sercu mym rozkwitający w samo niebo patrzył i ku niebieskim kierował wysokościom. Porzuciłam płochą zabawę w miłość i wrażenia, jaką wraz z towarzyszkami mymi wiodłam bezmyślnie przez parę miesięcy; stanowczą dałam odprawę i panu Ignacemu o wystudiowanych pozach, i dowcipnemu panu Julianowi, i całej rzeszy moich quasi adoratorów salonowych. Na tańcujących zabawach nawet czułam się poważniejszą i bardziej ochotną do zamyślania się niż do pląsów, a często, bardzo nawet często w uchu mym brzmiał potężny głos pamiątkowych organów, budząc mi w duszy tęskne o przeszłości dumy; przed wyobraźnią moją stawał obraz opustoszałych podwórzy umarłej wszechnicy i wprawiał mię w długie chwile niewyraźnych a smutnych rozmyślań. Nieraz z rozmyślań tych budziła mię matka pieszczotliwym uderzeniem po ramieniu lub czułym pocałunkiem w czoło.

— Wiem, o czym tak się zamyślasz, mała marzycielko — mówiła wesoło grożąc mi palcem.

— Nie troszcz się, nie tęsknij! zobaczysz Lubomira dziś na wieczorze u pani Natalii, a może jeszcze i przed wieczorem odda nam wizytę.

Kryłam twarz zarumienioną na piersi matki, a ona śmiejąc się i głaszcząc moje włosy mówiła jeszcze:

— Daj Boże, Wacławo, aby coś rzeczywistego wyszło z tych marzeń nowych! Ja nic nie mam przeciwko Lubomirowi, wydaje mi się zacnym i rozumnym człowiekiem, a przy tym to dobra partia!

Bóg mi świadkiem, że nie myślałam o tym, czy Lubomir dobrą stanowi partię, i pytałam tylko niekiedy nieśmiałym okiem twarzy i oczu Lubomira o wrażenie, jakie czynię na nim.

Pytałam, czy on we mnie odkrywa bratniego ducha, jakiego ja w nim widziałam, czy ja mogę być dla niego ideałem takim, jakim on stopniowo i coraz bardziej stawał się dla mnie?

A twarz i oczy pana Lubomira mówiły mi, że tak było.




Rozdział XLIX

Im więcej wzrastała sympatia moja dla Lubomira i wysokie moje o nim wyobrażenie, tym silniej pociąganą się czułam do młodziuchnej siostry jego, Zosi. Zdawało mi się, że przestając z nią często zbliżam się do niego, a zresztą lubiłam słuchać, jak mi w pełnych miłości słowach mówiła o bracie swym, którego przecie mało znała, bo nie hodowali się razem i zaledwie teraz, od kilku tygodni, codziennie widywać się zaczęli. Niemniej jednak Zosia, wcześnie po rodzicach osierociała, wychowana w domu wujostwa, którzy lubo dobrzy dla niej, ojca i matki zastąpić nie mogli, spragniona była uczuć rodzinnych, i brata, wracającego z długiej podróży, przyjęła z półdziecinną, naiwną i namiętną siostrzaną czułością, z zupełnym przygotowaniem do ujrzenia w nim prawdziwego ideału mężczyzny, brata, opiekuna i obroniciela młodej siostry.

A cóż dopiero, gdy z ust jego posłyszała wychodzące zdroje tych słów szlachetnych i podniosłych, które i mnie zachwyciły. Uwierzyła wtedy w brata jak w świętość i największą dla niej radością było mówić o nim z zapałem. Tę radość dostarczałam jej często, bo po kilka godzin przesiadywałam u niej sam na sam w jej ślicznym, podobnym do mego, gabineciku, a rozmowy nasze, jak ziemia około swej osi, obracały się około imienia Lubomira.

Zosia była ślicznym, słodkim, potulnym stworzeniem, miała drobne i delikatne kształty, światłoblond włosy i cerę twarzy przezroczystą, o zadziwiającej białości. Główną cechę układu jej wyrazu twarzy stanowiła łagodność i rodzaj dziewiczego, tęsknego rozmarzenia. Ale zza łagodności i słodyczy kiedy niekiedy przebijała się energia, a zza rozmarzenia wyglądała duszyczka młoda, nieśmiała, ale myśląca, ciekawa, pragnąca wszystkiego, co dobre, prawdziwe, idealne. Te rzuty energii, hardo zginające drobne, pąsowe usteczka Zosi, te pojawy myśli pojętnej i ciekawej, napełniającej jej wielkie, pełne, szafirowe oczy wyrazem zamyślenia lub srebrnymi iskierkami zapału, były niby przebłyskami wewnętrznej jej najgłębszej natury, czegoś, co na dnie istoty jej leżało niewyrobione jeszcze, niedojrzałe i szukające dopiero sobie miejsca pod słońcem. Były to znaki, w których przyszłość dziewczęcia objawiała się nagle i z rzadka, przez które widzieć można było w czystej i naiwnej piersi wpółdziecka kiełkującą energiczną, upartą, może namiętną, myślącą i na drogach ziemskich po swojemu mającą stąpać kobietę.

Tymczasem jednak przyszła energia Zosi drzemała jeszcze w jej wnętrzu, budząc się kiedy niekiedy tylko i jak przez, okienko wyglądając na świat przez białą twarzyczkę, aby wnet znowu usnąć spokojnie w piersi dziewicy dziecka. Zosia ciekawymi, lecz ufnymi oczami patrzyła na świat Boży, co niedawno otworzył się był przed nią; kochała kwiaty, muzykę, poezję i marzyła.. . w marzeniach zaś jej stała zawsze jedna postać męska, mało znana, lecz która wyobraźnię jej przykuła do siebie i wzbudziła w niej pierwszy poryw serdeczny.

W drugiej czy trzeciej poufnej i tajemniczej ze mną pogadance Zosia zwierzyła się przede mną, że bohaterem jej marzeń był ów prawnik młody, pan Władysław N., który tak wyraźnie zajął się był nią na balu w Rodowie, a którym zająć się wzajemnie surowo jej wuj zabronił.

Siedziałyśmy w ślicznym pokoiku Zosi na sofie, obitej błękitną materią, pośród dwóch wielkich drzew oleandrowych, łączących się rozłożystymi gałęziami i tworzących rodzaj altany.

Trzymałyśmy się za ręce i rozmawiałyśmy z sobą cicho, szeptem prawie.

— Wacławo — mówiła Zosia, złotowłosą swą główkę pochylając na moje ramię — tyś daleko rozumniejsza ode mnie, pierwej w świat wyszłaś, doświadczyłaś przejść, jakich ja nie doświadczyłam jeszcze. Powiedz mi więc, bo może wiesz o tym, dlaczego z tłumu otaczających nas ludzi wyróżnia się niekiedy jeden człowiek, spojrzy na nas, my na niego spojrzymy wzajem, przemówi słowo jedno, drugie, krótkie słów parę i odejdzie, ale pamięć o nim na zawsze już w nas pozostanie. Dlaczego on właśnie, a nie kto inny, staje wciąż przed wyobraźnią naszą w chwilach marzenia? W snach ukazuje się piękny, szlachetny; oko nasze jego już tylko szuka między mnóstwem napotykanych ludzi, a ucho nasze jego pragnie głosu i z całej siły przywołuje do duszy dźwięk ten, raz kruciuchną chwilkę tylko zasłyszany. Powiedz mi, dlaczego nikt, nikt z otaczających mię tak licznie mężczyzn, nie wzbudził we mnie sympatii, nie zachwycił mej wyobraźni, nie przyśpieszył bicia mego serca... tylko on, on jeden? ...

— Może dlatego tak jest — odrzekłam w zadumaniu nad pytaniami towarzyszki — może dlatego tak jest, że on lepszy, szlachetniejszy, rozumniejszy od innych?

— Nie wątpię, o, nie wątpię o tym! — zawołała Zosia splatając białe i drobne ręce na błękitnym staniku sukienki. — Nie wątpię o tym, że on najszlachetniejszy, najlepszy ze wszystkich, jakich znam, ludzi. Pewność ta to wiara moja, to spokój mój, to rozwiązanie dziwnych zagadek, jakie tak tłumnie stanęły przede mną, gdym w świat wstąpiła. Ale powiedz mi, droga, skąd wzięła się pewność ta u mnie? Skąd wiem, że on jest takim? Wszakże znam go tak mało!

Długo myślałam nad tym nowym Zosi zagadnieniem, a myśl moja odwróciła się od niej i pobiegłam pamięcią we własną swą niedawną przeszłość. Przypomniałam sobie bal w Rodowie, park cienisty, w parku grotę oświetloną lampką bladawą, a u wejścia do groty stojącego hrabiego Witolda.

I zapytałam siebie:

"Skąd w chwili owej zrodziła się we mnie tak niezmierna, wielka, niezachwiana pewność, że człowiek ten nosi prawdę w sercu, a wielkie w głowie myśli? Dlaczego odtąd zjawiał się on w snach i marzeniach moich wtedy nawet, gdy w sercu mym i wyobraźni kto inny królować się zdawał? Nie byłże to ten sam wypadek, to samo dziwaczne zjawisko duchowe, o którego znaczenie i powody pytała mię Zosia?"

Myśląc podniosłam oczy w górę i zobaczyłam, jak z dwóch drzew oleandrowych wysuwały się dwie najbogatsze i najzdobniejsze gałęzie i chyliły się ku sobie, jakby pragnęły złączyć się z sobą pocałunkiem zielonych listków. Ale przestrzeń dość znaczna dzieliła je, a na jednej z nich niby tęskny, zrozpaczony okwitał bujny kwiat bladoróżowy.

Popatrzyłam na te dwie kłoniące się ku sobie gałęzie, a myśli różne tłumnie zaczęły tłoczyć się do mej głowy. Potem spojrzałam na Zosię, która patrzyła na mnie ciągle swymi łagodnymi, ciekawymi, w tej chwili smutnymi trochę oczyma, i rzekłam:

— Alboż ja sama wiem, jak odpowiedzieć na pytania twoje, Zosiu droga? Wszakże jestem także istotą niedawno w świat rzuconą i z ciekawością a niepokojem pragnącą wyczytać sfinksowe jego zagadki i tajemnice. Wszakże sama nieraz łamię się z myślami, rojeniami, pragnieniami, których dobrze nie rozumiem, a które jak stado ptaków wichropiórych tłumnie zlatują mi do głowy i piersi. Skąd? nie wiem. Może z nieba, może z jakichś krain zaświatowych, z których na tę ziemię przyszłam, może z nieznanych sfer przeszłości mojej, która mi je przysyła jako przeczucia, zapowiednie, proroctwa tego, czym będę i jaką będę? ... Na pytania więc twoje nie mogę, nie umiem odpowiedzieć jasno, bo i przede mną samą jeszcze pytania podobne nierozświecone zupełnie stoją. Alę spójrz: widzisz te dwie gałęzie, które mimowiędnie gną się i chylą ku sobie. Może tak samo na drogach ziemskich spotykają się dwie dusze ludzkie i, mimo wiedzy, mimo woli, przeczuwając, że są siostrami, że są dla siebie wzajem stworzone, dążą, aby się złączyć w jedną myśl, w jedno uczucie, w jeden żywot. A może jeszcze, może bywają na świecie ludzie, których duch wielki tak wyraźnie osiada na czole i przez oczy spogląda, że już nie sposób go nie zobaczyć, że ujrzeć i poznać może każdy, kto ma serce nieskażone i pragnie pięknych tej ziemi widoków...

Zosia objęła mię ramionami i śliczną głowę swą przytuliła do mej piersi.

— Czyś go widziała kiedy po owym balu? — spytałam.

— Dwa razy — odrzekła Zosia. — Raz w domu krewnych przepędziłam z nim kilka godzin, drugi raz spotkałam go w ogrodzie miejskim i przemówiliśmy do siebie słów kilka. Ale zawsze wuj rozłączał nas usilnie, a potem mówił mi, że źle postępuję zbliżając do siebie człowieka, którego żoną zostać nie powinnam.

— To okropne! — zawołałam. — Dlaczegoż nie powinnaś? Ale przecie, Zosiu — dodałam z tajemnym serca drżeniem — teraz zależysz więcej od brata niż od wuja?

— Tak! tak! — odrzekła z blaskiem radości na twarzy — toteż czekam tylko chwili, w której Lubomir pozna Władysława... oni poznawszy się ocenią wzajem... jednako obaj szlachetni, zacni, rozumni...

O, Wacławo — dodała tak cicho, że ledwie dosłyszeć ją mogłam — jak bym ja go kochała, jak bym ja go bardzo kochać mogła! ...

W kilka dni po tej rozmowie Zosia wbiegła do mnie z ożywioną i radosną twarzą.

— Wacławo! — szepnęła mi na ucho, gdyśmy zostały same — wczoraj Lubomir poznał pana Władysława na tańcującej publicznej zabawie, na której byłam z wujenką, a dziś pan Władysław był u nas z wizytą.

— I cóż, czy nie zmieniony w swej sympatii dla ciebie? — spytałam.

Zwiększony rumieniec Zosi i minka jej filuterno— radośna odpowiedziały mi za nią.

— A pan Lubomir? — spytałam jeszcze.

— O, Lubomir! — zawołało dziewczę — jakże możesz przypuścić, aby nie ocenił pana Władysława.

— On tak szlachetny! tak pozbawiony wszelkich przesądów!

W istocie, tego samego dnia jeszcze słyszałam, jak Lubomir w dość licznym towarzystwie pochlebnie wyrażał się o młodym prawniku, a potem dodał ze zwykłym sobie zapałem w głosie i szlachetnym gestem:

— Tak, moi państwo! pękają już mury średniowiecznych przesądów, które wbrew postępowi, jaki uczyniły inne narody, u nas dzieliły dotąd ludzi na stany i kasty. Dziś praca uszlachetnia!

Dziś w oświeconych krajach poczciwy biedak więcej wart od nieuczciwego bogacza!

Równość, panowie, równość wobec prawa i światła to dewiza wieku naszego! Precz z przesądami! przyjmujmy do naszego koła ludzi pracujących głową i rękami! Dziś ten największy arystokrata, kto najszlachetniejszy i najużyteczniej pracuje, i w każdym razie idea ta znajdzie we mnie filar i podporę!

Te i tym podobne słowa obfitym, kwiecistym zdrojem płynęły z ust Lubomira.

Ja rosłam z radości słuchając ich, Zosia płonęła szkarłatnym rumieńcem szczęścia i ze czcią prawie patrzyła na brata. Reszta obecnych osób z rozmaitym wrażeniem przyjmowała szlachetne jego słowa, ale z ustami Helenki, zdawało się, że zrósł się na wieki półfiglarny, półsmętny, jej tylko właściwy, uśmieszek ironiczny. Z tym uśmieszkiem patrzyła wciąż na mnie, aż nareszcie, znalazłszy po temu sposobność, wzięła mię pod rękę i szepnęła:

— A co, Waciu? Ideał coraz silniejszą stopą opiera się na swym piedestale?

— Tak jest, w istocie! — odpowiedziałam z rodzajem przekory.

— Szczęśliwego powodzenia! — zaśmiała się z cicha Helenka. — A ideałowi jak najmniej srogiego życzę upadku.

Czułam się niemal urażoną na Helenę za jej niedowierzanie w szlachetność i szczerość Lubomira, a przy tym żarty jej i przeglądająca przez nie gorycz mroziły mi w piersi kwiat, który w niej coraz szerzej rozkwitał, i wywoływały brzydką marę niewiary i wątpliwości, z jaką i tak w chwilach samotnych bolesne staczałam walki.

Zaczęłam więc unikać pięknej i dobrej, a tylko nieco za ironicznej mojej towarzyszki, przez co tym bardziej jeszcze zbliżałam się do Zosi. Ona to, przeciwnie, swymi pełnymi wiary i czci prawie rozmowami o bracie zwiększała moją dla niego sympatię, utrwalała mię w przekonaniu, że słowa jego, które mię zachwycały, były w istocie wiernym obrazem jego duszy, wyższej nad pospolitość, gorącej, pełnej uniesień szlachetnych.

Coraz bardziej przy tym zaciekawiała mię melancholiczna powierzchowność pana Lubomira, osłonka tajemniczego smutku, która go okrywała od stóp do głowy.

Raz, opierając na dłoni głowę, tak że włosy całkiem prawie zarzuciły mu czoło, powiedział mi:

— Pani! dusza moja chora! szukałem dla niej leków po szerokim świecie i nie znalazłem ich.

— I jakież lekarstwo uzdrowić może duszę pana? — spytałam, na wpół żartując, na wpół ze wzruszeniem.

— Miłość! — stłumionym głosem odpowiedział Lubomir, a przy tym spojrzał na mnie z takim wyrazem, że byłabym chyba ślepą, gdybym nie zrozumiała, że lekarstwo to pragnął wziąć z mojej ręki.

Zarumieniłam się i zmieszałam, lecz czując, że nie wypadało milczeniem kończyć podobnej rozmowy, szepnęłam, sama nie wiedząc prawie co mówię:

— Ależ wyrazu tego tak często nadużywają ludzie!

Lubomir zerwał się z siedzenia i wstrząsnął głową dla odrzucenia swych długich włosów.

— Ci, co tak czynią — zawołał z oburzeniem w głosie i z gestem szlachetnym — są to bluźniercy! ludzie, którzy świętokradzko depczą najpiękniejsze kwiaty życia! Miłość to święty wyraz! Miłość może być tylko jedna, wierna, prawdziwa, bezinteresowna, trwająca do grobu, a nawet za grobem jeszcze...

Nie skończył, bo do pokoju wbiegła garderobna moja, Zosia, przynosząc mi list od jednej z przyjaciółek. Ujrzawszy gościa, o którym nie wiedziała, że był w salonie, zarumieniła się i zmieszana stanęła w progu. Żal mi się jej zrobiło, przemówiłam do niej słów kilka, rękę po list wyciągnęłam. Dziewczyna przeszła całą długość salonu, aby mi go podać, a gdy odwróciła się, spostrzegłam, że pan Lubomir patrzył na nią bacznie i przeprowadził ją spojrzeniem aż do drzwi, przy czym uważałam, że w zamyślonych jego źrenicach błysnęło parę iskierek.

Byłam pewna, że pan Lubomir z niechęcią patrzył na biedną dziewczynę i że oczy jego zapłonęły gniewem za to, że przerwała nam miłą i wiele znaczącą rozmowę o miłości.




Rozdział L

— Tegoroczny sezon obfity będzie w zawarte mariaże — mówiła żywo pani Kamila, swymi błyszczącymi czarnymi oczami pół życzliwie, pół filuternie zerkając na Zenię S. i na mnie.

— Będziemy miały zręczność zabawić się na kilku weselach — potwierdziła strojna pani Celina, a spojrzenie jej pięknych i błękitnych oczu najwyraźniej przemknęło znowu po twarzy Zeni i mojej.

W istocie nikomu z towarzystwa naszego tajnym nie było, że o Zenię stara się pan Michał, o mnie zaś pan Lubomir, i ani jednej osobie nie przyszło do głowy, aby którakolwiek z nas odmówić mogła młodzieńcom, z których pierwszy stanowił dobrą partię pod względem funduszu, drugi zaś pod względem i funduszu, i rodu, i oryginalnej, a przez to zajmującej indywidualności.

— Tobie, Wacławo, zawsze najlepsza się cząstka dostaje w udziale — mówiła mi ze śmiechem jedna z towarzyszek, niezmiernie żywa i prawdomówna panna — słyszałam, że gdy mieszkałaś na wsi, starał się o ciebie piękny i świetnie nazywający się Agenor W. Odmówiłaś mu, kapryśnico... aż tu oto znowu spada ci konkurent z podobnież pięknym imieniem, do tego bogaty i taki wykształcony, i jakiś niepospolity. Zeni zaś Helenka prawiła z komicznoironiczną powagą:

— Brawo, Zeniu, brawo! ani obejrzym się, jak będziesz już żoną pana Michała! Chociaż nie zazdroszczę ci, ale winszuję z całego serca. Fruniesz sobie po ślubie za granicę, dostaniesz w wyprawie z pół tuzina aksamitnych sukien, a potem będziesz panią całą gębą na krociowym majątku twego małżonka.

Na mnie żarty te i domniemania otaczających osób nie sprawiały bynajmniej przykrego wrażenia, i owszem, czułam się szczęśliwą w tajemnicy mego serca, a przy tym dumną, że człowiek tak niepospolity i wyższy nad innych mężczyzn jak Lubomir zwrócił na mnie jedną uwagę. Ale z Zenią inaczej bywało. Niecierpliwiły ją i gniewały aluzje, czynione tak wyraźnie przez panią Kamilę i Alinę, a żarty towarzyszek i wpółironiczne powinszowania Heleny w formalną złość wprawiały.

— Poczekaj jeszcze, poczekaj! — odpowiedziała Helence ze zmarszczonym czołem i błyskającymi oczami. — Być może, iż winszując mi zamążpójścia za pana Michała zrywasz gruszki na wierzbie; być może, iż ja za niego pójść nie zechcę!

— Oho! — wołała śmiejąc się piękna Helenka. — alboż ja cię nie znam, moja Zeniu! Ty byś poszła za niedźwiedzia, przybyłego wprost z puszczy Białowieskiej, byle tylko zyskać rozrywkę, wyrwać się z domu i zdobyć swobodną i, jak ci się dziś zdaje, szczęśliwą pozycję mężatki...

Zenia robiła obrażoną minkę i odwracała się od Helenki.

— Czy jeszcze się nie oświadczył? — pytałam z kolei Zenię na ucho.

— Jeszcze nie — odpowiedziała — ale to dlatego, że sama nie daję mu przyjść do słowa, a wiesz przecie, jak jest nieśmiałym i niezręcznym. Ale przewiduję lada dzień katastrofę, której długo już wstrzymać nie będę mogła.

— I dlaczegoż wstrzymywać ją pragniesz? przecież zdecydowana jesteś wyjść za pana Michała, skoro się oświadczy?

— Ot, tak jakoś! — odrzekła Zenia z chmurą na czole, machnęła ręką i odeszła w kącik pokoju, gdzie usiadłszy podparła ręką głowę i siedziała z pół godziny, milcząc, ze wzrokiem w ziemię utkwionym.

— Patrzcie! patrzcie! — wołała, wskazując na nią Helenka — co też to za cuda miłość dokazuje!

Czy poznajecie Zenię? co do mnie, nie pozostaję jej! Ani razu od dwóch godzin, jak jest tu z nami, nie usiadła po swojemu na poręczy fotelu, ani jednej nie wygłosiła nam tyrady z żadnego z francuskich romansów, a zamiast biegać po pokoju z kąta w kąt, jak to zwykła czynić, siedzi tam z podpartą głową i zasznurowanymi ustami.

— To prawda! — zawołało parę głosów. — Już teraz to z pewnością można powiedzieć, że Zenia zakochana na zabój w panu Michale. Co też to za cuda miłość dokazuje!

Zenia zerwała się i wybiegła na środek pokoju.

— A dajcież mi pokój z waszymi żartami i z waszą miłością — krzyknęła z rumieńcem na twarzy i błyskawicami w oczach — bo jak mamę kocham, jeśli będziecie mię dłużej tak drażniły i niecierpliwiły, zabiorę się i ucieknę od was i nigdy z wami rozmawiać nie zechcę!

To mówiąc skierowała się ku drzwiom, jakby wyjś6 chciała; ale że to działo się w moim mieszkaniu, poskoczyłam, pochwyciłam ją za rękę i pociągnęłam z sobą na sofkę, stojącą w rogu pokoju, oddaloną nieco od okrągłego stołu, wkoło którego nad ilustrowanymi dziennikami i spodkami konfitur siedziały nasze młode towarzyszki. Pocałowałam Zenię w usta i rzekłam do niej:

— Dlaczegóżeś się tak rozgniewała, kochana Zeniu? przecież wiesz, że cię wszystkie szczerze kochamy, a żartowałyśmy sobie ot tak! przez nieuwagę i wesoły humor, bynajmniej nie chcąc obrazić cię przez to! ...

— Ach! — szepnęła Zenia ściskając moją rękę — nie uwierzysz, Wacławo, jak bolą mię te żarty, jak mię drażni każde napomknienie o stanowczym kroku, tak z bliska mię czekającym. Ja i tak walczę z sobą.

Powiodła ręką po czole, a w oku jej mignęła łza...

W istocie znać było, że walczyła. Zbladła, spoważniała, humor jej zmienił się do niepoznania.

Pomimo to jednak pan Michał asystował jej wiernie i wytrwale, zdawało się nawet, że już nie tylko chciał się z nią żenić dla stosunków, ale że naprawdę pokochał dobrą i miłą dziewczynę, a ona nie odpychała go, nie zrażała do siebie niczym, niekiedy tylko, obojętna i zamyślona, po kilka minut nie odpowiadała na pytania, jakie jej zadawał.

Obok zaniepokojonej, osmuconej i walczącej Zeni, jakby dla kontrastu widywałam coraz pewniejszą nadziei Zosię. Parę razy, opuszczając z matką dom jej wujostwa, spotkałam wchodzącego Władysława N., a przy bliższym przyjrzeniu się więcej jeszcze podobał mi się jak wprzódy.

Twarz miał piękną, prawdziwie męską, z rozumnym, otwartym czołem i wielkim, pogodnym, myślącym okiem. W całej postaci jego i wszystkich ruchach wyrażała się szlachetność, pewność siebie, a nawet łatwość układu, mogąca otworzyć mu drzwi na j wykwintniejszych salonów. Nie dziwiałam się wcale, że Zosia tak żywo była nim zajęta, ale nie miałam zręczności bliżej poznać pana Władysława, bo ani razu nie zobaczyłam go na żadnym z licznych wieczorów, wieczorków i obiadów, wydawanych przez wujostwo Zosi. Gdy zapytałam ją raz o powód tego wykluczenia młodego prawnika z grona zapraszanych gości, odpowiedziała mi z przelotną chmurką na czole:

— Widzisz, Wacławo, wujaszek i wujenka nie życzą sobie, aby Władysław częstym ich był gościem, a przyjmują go dlatego tylko, że prosił ich o to Lubomir...

— A więc pan Lubomir polubił pana Władysława? — spytałam.

— Bardzo — odpowiedziała Zosia ściskając mię za rękę — obchodzi się z nim przyjaźnie i kilka razy znalazłam pana Władysława w jego pokoju, gdy przyszłam, jak zwykle, na poobiednią do niego gawędkę...

Tu Zosia urwała nagle i patrzyła się w przestrzeń szklanymi oczami, jakby uderzona nagłą jakąś myślą. Po chwili szepnęła, więcej do siebie niż do mnie:

— Nie rozumiem...

— Czego nie rozumiesz? — zapytałam.

— Tego — rzekła budząc się z zamyślenia — że za każdym razem, jak przychodząc do Lubomira znajdowałam w jego pokoju Władysława, Lubomir zdawał się być niezadowolonym z mego przyjścia i wyprawiał mię co prędzej pod różnymi pozorami.

— Zapewne mieli ze sobą do pomówienia o czymś, co nie powinnaś była słyszeć.

Zosia ogniście pocałowała mię za to tłumaczenie w oba policzki. Wyraźnie niepokoiło ją zagadkowe postępowanie brata, a moje słowa uspokoiły zupełnie.

Pewnego dnia wbiegła do mego pokoju z takim wyrazem na twarzy, iż byłam pewna że coś ważnego stać się musiało. Długo nie mogła mówić, tylko ściskała mi ręce tak mocno jak nigdy i okrywała mą twarz gorączkowymi pocałunkami.

— Wacławo! Wacławo — zawołała wybuchając nagle — jakam ja szczęśliwa! jakam ja dziś szczęśliwa!

Przycisnęła obie ręce do piersi, falującej przyśpieszonym oddechem, upadła na sofkę i przymknęła oczy, jakby pragnęła oddać się oblegającym ją marzeniom. Po kilku zaledwie chwilach spojrzała na mnie oczami błyszczącymi od łez i radości zarazem i szepnęła cichutko:

— Waciu! najlepsza przyjaciółko moja! nikomu tego nie powiem, ale tobie powiedzieć muszę, bo mam pierś tak przepełnioną uczuciem, że gdybym części jego nie przelała w słowach, serce by mi pękło chyba.

Pochyliła się do mnie jeszcze bliżej i w samo prawie ucho moje szepnęła:

— Dziś... godzinę temu. . powiedział mi, że mię kocha! ...

Umilkła i znowu przymknęła oczy, a na rzęsach jej mgliła się i perliła drobna łezka, dodając uroku i rzewności rozmarzonej białej jej twarzy.

Po kilku minutach dopiero Zosia ochłonęła z silnego wzruszenia, pod którego wpływem przybyła do mnie, i przyszedłszy do porządku opowiedziała mi o oświadczynach pana Władysława.

Przyszły one, jak zwykle podobne przychodzą rzeczy pomiędzy dwojgiem kochających się ludzi, ot tak, z niczego, z jednego jakiegoś słowa, z jakiejś rozmowy o kwiatku rosnącym w wazonie czy o obłoczku żeglującym po niebie; oczy ich spotkały się mimo woli, uściskiem połączyły się dłonie i z ust rozkochanego młodzieńca wypłynął czarowny wyraz:

— Kocham.

Zosia odpowiedziała mu tym samym wyrazem, a potem? potem młody prawnik, który posiadał liczną klientelę, dochody równające się tym, jakie Zosia pobierać mogła od swego posagu, a przy tym imię, wcześnie wsławione biegłością w obranym zawodzie i opinią nieskazitelnej uczciwości, miał udać się z prośbą o jej rękę do wuja jej i brata.

Przede wszystkim zaś do brata. Zosia, o ile drżała na myśl o oburzeniu, jakiego wuj jej doświadczy, słysząc podobną prośbę z ust człowieka, którego zwał wyrobnikiem, o tyle ufała, że Lubomir ukochanego przez nią młodzieńca przyjmie z otwartymi rękami za brata i przyjaciela i gniew wuja przebłaga, a gdyby go przebłagać nie mógł, zabierze siostrę do siebie, osłoni ją swą opieką i sam młodą parę do ołtarza poprowadzi. Stanęło tedy pomiędzy Zosią a panem Władysławem, że pierwszy Lubomir miał się dowiedzieć o wszystkim i że dopiero po otrzymaniu jego braterskiego zezwolenia intruz, co tak niespodzianie wstąpił w świat wybranych i ubłogosławionych, wypowie uczucia swe i żądania wujowi swej ulubionej.

To wszystko ze wzruszeniem i bezładnie, przerywając co chwilę mowę swą wykrzyknieniami i pocałunkami, opowiedziała mi Zosia, po czym, uspokojona już nieco, uścisnęła mię jeszcze po kilka razy i zabrała się do odejścia.

Wprzódy jednak pomiędzy dwoma uściśnieniami szepnęła mi na ucho:

— Iz tobą, Waciu, wkrótce będzie tak samo!

— Jak to? — spytałam zmieszana, bo o sympatii mej, a raczej uwielbieniu dla pana Lubomira nigdy nie wspomniałam przed jego siostrą.

— No, nie udawaj! nie udawaj! będziesz przecie moją najmilszą siostrzyczką! To wiadomo, nie zapieraj się tylko! — zawołała Zosia z filuternym uśmiechem i wybiegła z pokoju.

Za progiem, żegnając mię ostatecznie, rzekła:

— Jutro... ważny dzień dla mnie! ... zmów za mnie z rana modlitewkę, Wacławo, a o szóstej po obiedzie przyjedź do mnie koniecznie razem ze mną nacieszyć się dobrym skutkiem jutrzejszej rozmowy Władysława z Lubomirem i abym przed tobą wygadać się mogła.

Wybiegła, a mnie serce kołatało w piersi mocno, bardzo mocno. Wpół naiwna, wpół namiętna spowiedź Zosi wzruszyła mię do głębi, widok jej szczęścia natchnął mię pragnieniem doświadczenia podobnego, a przy tym słowa jej, którymi z góry już nazywała mię swą siostrzyczką...

na koniec wielkość duszy Lubomira, który zdołał podnieść się nad wszystkie przesądy otaczających go ludzi, tak że aż niezłomną w siebie wiarę tchnął w kochającą się parę, i to szlachetne zadanie jego połączenia tej pary, wbrew przeszkodom i rozdzielającym ją wyobrażeniom społecznym... wszystko to rozpalało moją wyobraźnię, najtkliwsze uczucia wzbudzało w głębi serca i stawiało przede mną postać Lubomira z czołem promiennym chwałą i wieńcem bohatera na głowie...

Tak byłam pełna tych wzruszeń i uczuć, że pragnęłam choćby częścią ich podzielić się z kimkolwiek i udałam się z tym do mojej poczciwej, najlepszej Bini.

Piastunka moja siedziała pod oknem swego pokoju i nie zważając na zmrok, który zapadał, czytała przez okulary. Gdym weszła, przestała czytać i zagadała do mnie ze zwykłą sobie czułością. Usiadłam przy niej i zaczęłam z nią rozmawiać, ale zaledwie wymówiłam imię Lubomira, brwi Bini zsunęły się i mimo zapadającego zmroku spostrzegłam, iż oczy jej błysnęły zza okularów niezadowoleniem czy niepokojem.

— A więc ten człowiek bardzo ci się podoba? — przerwała z niezwykłą sobie żywością.

— Bardzo, moja Biniu! — odrzekłam szczerze, bo przed nikim, nawet przed matką, nie byłam zwykle tak otwartą jak przed nią.

Piastunka podniosła głowę, poprawiła okulary, popatrzyła na mnie z bacznością kilka sekund i wymówiła z cicha:

— To niedobrze.

Wyraz ten niemile mię uderzył.

— Niedobrze! — zawołałam — dlaczego niedobrze?

— On cię prawdziwie nie kocha, moje dziecko — mówiła Binia powoli i ze smutkiem — co więcej, on nie jest prawdziwie uczciwym człowiekiem.

Mówiła to z taką pewnością w głosie, że przykre wrażenie, jakiego doświadczyłam przy pierwszym jej wyrazie, zamieniło się w żal i obawę. Ale wkrótce uśmiechnęłam się niedowierzająco i zwycięsko.

— Moja Biniu — rzekłam — przecież nie znasz Lubomira, jakże więc możesz mówić...

— Ja ci nic mówić nie będę — przerwała Binia — ja ci nawet nie mogę powiedzieć tego, co wiem i widziałam, bobyś ani uwierzyć temu nie chciała. Tylko ostrzegam cię, abyś nie wierzyła pięknym słowom tego pana, które mi tyle razy z zachwyceniem powtarzałaś, bo pod nimi ukrywa się wiele próżności i zepsucia, a mało uczciwości i serca...

Osłupiałam z zadziwienia i zaczęłam domagać się od Bini, aby mi powiedziała, co wie i co widziała takiego, co by jej tak złą o Lubomirze dawało opinię.

— Moje dziecko! — wymówiła Binia ze smutkiem i powagą w głosie — dzieją się na świecie rzeczy, o których ucho tak czystej dziewczyny jak ty słyszeć i których oko jej widzieć nie powinno. Dlatego wahałam się z wypowiedzeniem ci tego, o czym wiem i przekonaną jestem.

Ale widząc, że naprawdę dałaś się uwieść pięknym słowom tego człowieka i możesz powziąć względem niego postanowienie zgubne dla ciebie, odkładam wszystkie względy na stronę i powiem ci prosto a wyraźnie: pan Lubomir asystuje ci w salonie i prawi piękne rzeczy, z których dorozumiewasz się, że cię kocha, a tymczasem zarazem zaleca się do twojej garderobianej, Zosi, ilekroć ją napotka w przedpokoju, na wschodach lub na ulicy.

Zerwałam się z siedzenia na równe nogi, fala krwi uderzyła mi do czoła i twarzy, a potem gorącym ukropem zakipiała we wszystkich mych żyłach.

— Biniu! Biniu! — zawołałam, dłońmi zasłaniając oczy, które śród zmroku nawet na twarz starej piastunki wstydziły się spojrzeć. — To być nie może! to nieprawda! to potwarz! ja temu nie wierzę!

— Nie wierzysz mi? — wyrzekła Binia i z żalem dodała: — Pierwszy raz w życiu nie wierzysz mi!

— Nie wierzę! — odpowiedziałam stanowczo czując sama, że w głosie mym przebijała się uraza — tobie, moja Biniu, wydało się, wyobraziłaś coś sobie...

— A więc przypuszczasz — zawsze z tym samym żalem przerwała Binia — że dla nieuzasadnionych przypuszczeń, dla jakichś mar wyobraźni chciałabym zachwiewać twoim spokojem i odwracać twe serce od człowieka, który ci się podobał... Przebaczam ci, moje dziecko, to krzywdzące podejrzenie, ale zarazem powiadam ci, że ani twój gniew dziecinny, ani żaden wzgląd na świecie nie powstrzyma mię od pokazania ci prawdy, jakkolwiek nagiej i przykrej, od ratowania cię w jakikolwiek bądź sposób przed grożącym ci niebezpieczeństwem.

W tej chwili w przyległym pokoju dał się słyszeć głos mojej matki, wołającej na mnie, abym co prędzej szła się ubierać na wieczór do pani Natalii. Pożegnałam więc Binię chłodniejszym niż zwykle pocałunkiem i stanęłam przed zwierciadłem wraz z garderobianą Zosią, która podawała mi potrzebne do ubrania przedmioty. Nie wierzyłam ani na jotę temu, co mi powiedziała Binia, wzdrygałam się na samo przypuszczenie nie tylko możności podobnego postępku ze strony Lubomira, ale nawet istnienia gdziekolwiek na świecie postępków podobnych; a jednak widok zgrabnej i przystojnej subretki drażnił mię i po raz pierwszy był nieprzyjemnym.

Ale na wieczorze u pani Natalii ujrzałam pana Lubomira w całej jego wielkości i świetności.

To siadywał w ocienionym rogu salonu pomiędzy etażerką i koszem z wazonami z czołem podpartym dłonią, od stóp do głowy owinięty w tajemniczy i interesujący płaszcz melancholii; to występował ze swego ukrycia i z postawą pełną wyższości, z gestem szlachetnym rzucał pomiędzy towarzystwo race podniosłych frazesów i zdroje słów kwiecistych; to jeszcze stawał naprzeciw mnie i obrzucał mię spojrzeniami ognistymi i rozmarzonymi na przemian.

Gdy opuszczałam z matką towarzystwo, wyszedł wraz z nami, sprowadził mię ze wschodów, a podając rękę, gdym wsiadała do karety, uścisnął lekko końce moich palców i szepnął:

— Ach! czemuż, czemuż żegnać panią muszę? przy pani zapominam o przebytych cierpieniach, w chorą duszę moją spływa ożywczy zdrój pociechy i szczęścia!

Kareta z turkotem potoczyła się po bruku, a w moich uszach brzmiał szept Lubomira, rękę palił mi uścisk jego dłoni. Groźne, okropne słowa Bini dalekie, dalekie były ode mnie, ani myślałam już o nich.

W połowie drogi matka moja ozwała się:

— Śliczny to człowiek ten Lubomir! jakie wykształcenie, co za wymowa! Zarzucają mu wprawdzie zbyt demokratyczne wyobrażenia, ale ja nie widzę wcale, aby stanowiły one wadę.

W ogóle Lubomir ma u mnie wielkie łaski, a przy tym... piękne ma imię i znaczny majątek.

Mimowolnym ruchem pochwyciłam ręce mojej . matki i ucałowałam je z zapałem.

"Tak! — myślałam — matka moja to mówi prawdę! Binia ma przywidzenia, okropne, śmieszne, potworne przywidzenia!"

Matka moja pocałowała mię kilka razy w czoło, a światło latarni ukazało mi, że patrzyła na mnie z pół żartobliwym, pół radosnym wyrazem.




Rozdział LI

Następny dzień powoli wlókł się dla mnie od samego rana. Zaledwie obudziłam się, gdy już przyszło mi na pamięć, że o piątej po obiedzie miałam pojechać do Zosi, aby szczęście jej z nią podzielić, a przy tym ostatecznie . ujrzeć tryumf Lubomira nad przesądami świata, które tak dzielnymi i kwiecistymi gromił zwykle słowami.

"Jaki on szlachetny! jaki rozumny! a jaki przy tym dobry brat z niego!" — z góry już śpiewałam w myśli ody pochwalne na cześć pana Lubomira.

Nadeszła w końcu godzina piąta. Prosiłam matki, aby rozkazała założyć konie do karety, a powiedziawszy jej, dokąd jadę, na co uśmiechnęła się ona żartobliwie, ubrałam się prędko i żywo zbiegłam ze wschodów.

Jadąc zaś, myślałam sobie, jak to znajdę Zosię z promieniejącą szczęściem twarzą, jak z wesołym okrzykiem rzuci się mi na szyję, jak mi opowie cuda o szlachetnym znalezieniu się swego brata z młodym prawnikiem. A może i narzeczony będzie przy niej; poznam go bliżej... szczęśliwa Zosia!

Gdy wydawałam w myśli ostatni ten wykrzyknik, kareta stanęła i lokaj otworzył przede mną portierę.

Było we zwyczaju między nami, młodymi pannami i przyjaciółkami, że oddawałyśmy sobie często wizyty we własnych pokojach, nie widując przy tym nikogo z opiekunów i domowych.

Robiło się to wprawdzie ostrożnie z uprzednim na przyjęcie i oddanie takiej koleżeńskiej wizyty pozwoleniem matki czy opiekunki; ale było to tak dalece przyjęte, że nie zwracało niczyjej uwagi. Tak wizytująca towarzyszkę swą panna wchodziła najczęściej mniejszym wejściem do mieszkania, omijając wchód paradny, albo też przebiegając salony witała spotkane tam osoby i szła na przyjacielską pogadankę do. osobnego pokoju tej, którą odwiedzała.

Ja dnia tego wybrałam pierwszy środek i weszłam niniejszymi wschodami, prowadzącymi prosto do pokojów Zosi i jej garderoby, przewidywałam bowiem, że w salonach mogę znaleźć hałas lub skwaszone miny oburzonych dzisiejszym wypadkiem wujostwa. Wbiegłszy po wschodach, wpadłam więcej, niż weszłam, do pokoju znajomej mi dobrze służącej.

— Jak się masz, Teofilko — zawołałam w progu — panienka w domu?

— W domu! — odpowiedziała dziewczyna i, jak mi się wydało, głosem smutnym.

, Nie bardzo jednak uważałam na to. Zdejmując futro i kapelusz spojrzałam na przymknięte drzwi Zosi i spostrzegłam, że w pokoju jej nie było jeszcze światła, chociaż zmrok krótkiego dnia zimowego na dobre zapadać zaczął. Przy tym panowała tam zupełna cisza.

— Może panienka w salonie? — spytałam raz jeszcze służącej.

— Owszem, siedzi w swoim pokoju — tym samym smutnym głosem odpowiedziała Teofilka.

"Sama jedna, śród zmroku i ciszy! tak przystoi rozkochanej pannie i od kilku godzin narzeczonej — pomyślałam. — Marzy sobie kochana Zosia i dlatego nie wybiegła na moje spotkanie, choć głos mój słyszy już pewnie!"

Z tą myślą otworzyłam drzwi i próg pokoju Zosi przestąpiłam.

Z początku z powodu zmroku zwiększonego jeszcze wiszącymi u okien firankami nic rozróżnić nie mogłam, a tak głęboka panowała cisza, iż pomyślałam, że służąca musiała się omylić i że Zosia była w salonie. Chciałam już zawrócić się i powiedzieć Teofilce, aby oznajmiła jej moje przybycie, gdy nagle szelest jedwabiu uderzył moje ucho i z najmniejszego rogu pokoju wydobyło się parę stłumionych, ale przejmujących łkań.

Zdumiona i strwożona nie wiedziałam sama, co mam o tym myśleć, ale wpatrzywszy się w kąt pokoju, w którym ozwały się łkania, dojrzałam słabo rysującą się na tle mrocznym postać skuloną, jakby bezwładnie leżącą na kozetce.

— Czy to ty, Zosiu? — spytałam, przejęta przykrym, nieledwie bolesnym wrażeniem.

— Czy to ty, Wacławo? — ozwał się z kątka słaby, zmieniony, pełen łez i łkań głos Zosi, a zarazem z wolna, z ciężkością uniosła się ona na kozetce, ale zaraz opadła znów na nią, jakby sił pozbawiona, i głośno już płakać zaczęła.

Poskoczyłam, przypadłam do niej i przyklęknąwszy objęłam ją ramionami. Zosia drżała całym ciałem, pierś jej rozdzierała się okropnym płaczem, a łzy gorącym potokiem spływały na moją twarz, suknię i ręce, którymi starałam się podtrzymywać jej zwisającą, osłabłą głowę...

— Co tobie, na miłość Boską? Co tobie, Zosiu? co się stało? Czy jakie nieszczęście? — spytałam czując, że i mnie na płacz się zbiera.

Po kilku minutach zaledwie Zosia zdołała wymówić śród płaczu:

— O! jakżem ja nieszczęśliwa! Lubomir odmówił... Osłupiałam ze zdziwienia, bo z dwóch ostatnich wyrazów zrozumiałam, że Lubomir odmówił ręki siostry człowiekowi, którego kochała.

Okropna wątpliwość przebiegła mi przez głowę. "Dlaczego uczynił tak? — pytałam siebie — czy dlatego, że inaczej myśli i czuje, niż mówi? I jakże zresztą miał serce zadawać siostrze taką boleść?" Zosia, jakby odgadła myśli moje, podniosła się nieco na kozetce, z wysileniem powstrzymała płacz i zaczęła opowiadać zmienionym głosem:

— Władysław po rozmowie z Lubomirem wyszedł z jego pokoju blady, z drżącymi ustami i z takim wyrazem na twarzy, jakiego nawet określić nie potrafię. Był w nim i gniew obrażonego człowieka, i duma szlachetna, i żal, i boleść niezmierna. Znalazłszy mię samą jedną i czekającą na niego w salonie, zbliżył się, pochwycił moje ręce i patrząc na mnie tak, że w oczach jego odgadłam nieszczęście, rzekł do mnie:

"Biedny aniele! nie chcą mi ciebie oddać! a byłabyś ze mną szczęśliwa... tak cię kocham!

Wszakże — dodał po chwili milczenia — nie chcę narażać cię na walkę z familią, ze światem, oddalę się... jeślibyś kiedy w życiu potrzebowała przyjaciela, obrońcy, oddanego ci całkiem człowieka — pomyśl o mnie..."

Rzekłszy to przycisnął do ust moją rękę i wybiegł z salonu, bardziej jeszcze blady, niż Kiedy wchodził, i z większym jeszcze wyrazem cierpienia, a zarazem dumy na twarzy.

Sama nie wiedziałam, co się ze mną działo — opowiadała dalej Zosia — nogi pode mną drżały, w głowie czułam zawrót, a serce jakby zamarło i ostygło we mnie z boleści i trwogi.

Nie zdołałam jeszcze wyjść z tego stanu, gdy wszedł Lubomir, a zobaczywszy mnie stojącą na wpół martwą i opierającą się o poręcz krzesła, aby nie upaść, zatrzymał się w progu i patrzył na mnie. Nie wiem, czy nie myliłam się, bo nie byłam zupełnie przytomną, ale zdaje mi się, że widziałam na twarzy Lubomira pewne zmieszanie, wahanie się, a nawet smutek. Co do mnie, patrzyłam na niego i czułam sama, że we wzroku moim było tysiąc zapytań i wyrzutów.

Po chwili Lubomir podszedł do mnie, uścisnął mię i zaczął mi mówić, że odmówił Władysławowi mojej ręki dla pewnych, jemu tylko wiadomych przyczyn; że Władysław niewart mię; że powinnam o nim zapomnieć, a wyjść za człowieka bardziej stosownego dla mnie i charakterem, i pozycją towarzyską... Słuchałam go, osłupiała ze zdziwienia, ale przy ostatnich jego wyrazach nie mogłam się powstrzymać, odepchnęłam go prawie od siebie i głośno płacząc uciekłam do swego pokoju. . .

Tu Zosia przerwała swoje opowiadanie, bo Teofilka wniosła lampę — widocznie wobec służącej nie chciała mówić dalej. Dotąd nie widziałam wyrazu jej twarzy i gdy spojrzałam na nią przy świetle lampy, zostałam przerażoną niemal. Zdawało się, że przez ten jeden dzień Zosia o kilka lat postarzała. Rysy jej ładnej i świeżej twarzyczki zmięte były i zmienione; oczy, nabrzękłe od płaczu, straciły blask i zamiast zwykłej sobie niewinnej otwartości i ciekawej myśli nabrały wyrazu jakiegoś omdlenia i zmęczenia.

"Jak ona go kocha!" — pomyślałam czując zarazem we własnym sercu bolesne ściśnienie.

Zdawało mi się, że w tej chwili nienawidziłam prawie Lubomira.

Gdy służąca odeszła, Zosia prosiła mię, abym spuściła zasłonę na lampę, której blask ją raził.

Spełniłam jej żądanie i usiadłam znowu przy niej.

Widać, że zwierzenie się, jakie uczyniła przede mną, i poczucie, że był obok niej ktoś, co rozumiał i podzielał jej cierpienie, ulżyło jej sercu, bo spokojniej już zaczęła mówić:

— Przez cały dzień biłam się ze strasznymi myślami, które nieustannie przychodziły mi do głowy... Wujenka parę razy przychodziła do mnie, ale nie mogłam do niej ani słowa przemówić.

Wiesz, jak jest zimną i imponującą... bałam się jej od najmniejszego dziecięctwa i teraz czuję przed nią pewną trwogę, pochodzącą zapewne z przyzwyczajenia. O! czemuż nie mam matki? ...

Biedna Zosia! ileż łzawego smutku było w jej zmiętej i bladej twarzy, gdy wymawiała ostatnie wyrazy!

Wzięłam ją za rękę i zapytałam:

— Jakież to są te myśli straszliwe, z którymi biłaś się przez cały dzień?

Gdy zadawałam Zosi to pytanie, głos mi drżał i serce się ściskało, bo naprzód już odgadywałam, że myśli, o które ją pytałam, były takimiż wątpliwościami, jakie i mnie napełniały.

Zosia popatrzyła na mnie długo, w oczach jej zjawił się wyraz trwogi i z niezwykłą siłą ściskając mi rękę, nagle spytała:

— Powiedz mi, na którym z nich omyliłam się? Który z nich niewart miłości mojej i szacunku? Brat mój czy on?

Mówiąc to patrzyła na mnie tak, jakby z gorączkową niecierpliwością oczekiwała odpowiedzi.

Ale ja nie odpowiadałam; głowa opadła mi na piersi; przed oczami mymi ideał mój chwiał się na swym piedestale, a zasłaniała go coraz bardziej groźna mara zwątpienia. Zosia stłumiła łkanie, które znowu wyrywało się z jej piersi, i mówiła dalej, ale tym razem więcej do siebie niż do mnie:

— Czy jego twarz szlachetna i oczy pogodne kłamią? Czy brat mój kłamał, gdy tak szlachetne i rozumne wymawiał zwykle słowa? Czy on na sumieniu i opinii ma jakąś brzydką plamę, dla której nie powinnam zostać jego żoną? Czy brat mój fałszywym jest i słabym człowiekiem, który inaczej mówi, a inaczej postępuje i myśli?

Te słowa Zosi przeszyły mię jak żądła. Niestety! dziwna jakaś pewność rodziła się we mnie, że nie Władysław był Zosi niegodnym, ale że brat jej schlebiał przesądom świata nie chcąc, aby siostra została żoną człowieka, który nie posiadał starożytnego imienia i pracą na chleb zarabiał.

— Czemu nie odpowiadasz mi, Wacławo? — szepnęła nagle Zosia, mocno ściskając obie moje ręce.

Zerwałam się z siedzenia i rękę przycisnęłam do czoła.

— Co ci odpowiem? — zawołałam z boleścią. — Ja sama błądzę po labiryncie pytań okropnych; ja sama pytam, gdzie jest i czy jest na świecie prawda? Czemu i czy czemukolwiek wierzyć można? ... O, ja tak wierzyłam w wyższość twojego brata! ...

W tej chwili weszła służąca i oznajmiła, że Lubomir chce widzieć się z siostrą. Ponieważ nie chciałam widzieć go w tej chwili i byłam zaniepokojona i rozżalona do najwyższego stopnia, uścisnęłam więc Zosię w milczeniu i wyszłam. Kiedy w przyległym pokoju wkładałam futro i kapelusz, słyszałam, jak drzwiami prowadzącymi z salonu wszedł do pokoju Lubomir.

Drzwi były na wpół otwarte. Mimo woli spojrzałam i zobaczyłam, jak zbliżył się do Zosi, objął ją ramieniem i patrząc na nią wyrzekł:

— Jakażeś ty zmieniona! płakałaś znać wiele! Biedna!

Głos jego był miękki, a wyraz twarzy smutny. Widziałam także, że Zosia usunęła się zrazu od brata, ale pociągnięta do niego może łagodnymi jego słowami, a może tą potrzebą przytulenia się do kogoś w cierpieniu, jaką czują młode i słabe istoty, objęła jego szyję obu rękami i znowu cicho płakać zaczęła. Lubomir nie usunął jej, owszem, przycisnął do swej piersi i mówił coś do niej po cichu i łagodnie.

"Jaki on dobry! — myślałam sobie schodząc że wschodów — jak on boleje nad siostrą! Nie! on nie winien; to tamten zapewne jest tak zły, nieuczciwy, że Lubomir czuł się w obowiązku ratować od niego młodą i niedoświadczoną swą siostrę, choćby kosztem wielkiego jej cierpienia..."

O, jakże trudnym do rozczarowania, jak przystępnym złudzeniom, jak upartym w raz powziętej wierze jest serce młode, czujące w samym sobie niezmienne do dobrego porywy i pragnące z całych sił widzieć ha ziemi samą cnotę i wielkość.

W czasie powrotu od mieszkania Zosi do domu niepojętym dla doświadczeńszych, niż byłam wtedy, ludzi procesem myśli zdołałam utrwalić w sobie to przekonanie, że Lubomir odmówił młodemu prawnikowi ręki swojej siostry nie przez schlebianie przesądom światowym, nie dlatego, aby miał te przesądy podzielać i im szczęście siostry poświęcać, ale że inaczej postąpić nie mógł i nie był powinien, że krok ten podyktowany mu został przez najszlachetniejsze i najmędrsze w świecie pobudki.

Wszakże rozumowania te nie uspokoiły mię; rozdrażniona i smutna przyjechałam do domu i uprosiłam matkę, aby nie brała mię z sobą na wieczór, na który miałyśmy z nią udać się obie. Matka po pewnym oporze i dopytywaniu się o przyczyny smutku i zmiany, jaką dostrzegła w mojej twarzy, zgodziła się z mym żądaniem i pojechała na wieczór sama, ja zaś na wszystkie jej pytania odpowiadałam tylko, że mam silny ból głowy. W istocie bolała mię głowa, ale daleko mocniej czułam ból serca za biedną a tak kochającą Zosię.

Kiedy o wczesnej bardzo godzinie przywołałam mą garderobianę, aby pomogła mi rozebrać się, przykrego na jej widok doświadczyłam uczucia. Przyszło mi na pamięć wczorajsze ostrzeżenie Bini i okropnym węzłem połączyło się w mej wyobraźni z dzisiejszym Lubomira postępkiem.

— Nie! to być nie może! — zawołałam głośno, zapominając się całkiem i gniewną ręką odrzucając od siebie tylko co zdjętą bransoletę.

— Przekonasz się, że tak jest! — ozwał się za mną głos łagodny i smutny.

Obejrzałam się i zobaczyłam Binię, która odprawiwszy garderobianę stanęła za mną i twarz moją w lustrze widziała. Poczciwa piastunka odgadła znać moje myśli i znaczenie wyrazów, jakie wymówiłam, niecierpliwym gestem odrzucając od siebie niewinną bransoletę. A ja tak byłam zatopiona we własnych myślach, że nie spostrzegłam ani jej wejścia, ani oddalenia się Zosi. W milczeniu pomogła mi Binia zdjąć ubranie, a gdy się już położyłam do snu, uczyniła nade mną, według swego od wielu lat powziętego zwyczaju, znak krzyża i całując mię na dobranoc w czoło wyrzekła:

— Nie męcz się i nie martw nazbyt, moje dziecko! każde młode i poczciwe serce musi przejść w życiu tę drogę złudzeń i rozczarowań, jaką ty przebywasz teraz! Pogoń za dobrem omylą często tak jak i pogoń za szczęściem. Nie dowodzi to jednak, aby jedno i drugie istnieć nie miało na świecie; trzeba tylko zawsze mieć odwagę patrzyć w twarz prawdzie, choćby bardzo smutnej, bo zaślepienie prowadzi za sobą wielkie nieszczęścia.




Rozdział LII

Po śnie niespokojnym, który mi same smutne, choć niewyraźne przedstawiał obrazy, wstałam późno z ciężką głową i tak byłam zajęta myślami o biednej Zosi i wczorajszym postępku Lubomira, że zaledwie monosylabami mogłam odpowiedzieć matce, troskliwie i z niepokojem dopytującej się, co mi było, dlaczego wyglądałam blado i w szczególniejsze wpadałam zamyślenie.

W parę godzin po południu siedziałyśmy obie w bawialnym salonie. Matka czytała jakiś nowy romans, który ją wielce zajmował, ja z roztargnieniem i prawie machinalnie haftowałam mankietki; oznajmiono Lubomira. Matka pośpiesznie i z zadowoleniem wyrzekła:

— Prosić!

Ja czułam zwiększający się niepokój.

Lubomir z głębokim uszanowaniem powitał moją matkę, mnie uścisnął za rękę silniej niż zwykle, przy czym oczy jego zapaliły się tymi iskierkami, które najczęściej ukazywały się wtedy, gdy patrzał na mnie. Rozmowa szła z pól godziny zwykłym trybem, z tą tylko różnicą, że ja bardzo mało mieszałam się do niej. Smutna byłam i roztargniona; myślałam wciąż o rozpłakanej biednej Zosi; nie mogłam oderwać oczu od twarzy Lubomira, tak pragnęłam wyczytać na niej powody jego wczorajszego postępku. Lubomir wydawał się także więcej zamyślony i więcej jeszcze niż zwykle melancholiczny; matka, która i tak od pewnego czasu zostawiała nas niekiedy sam na sam, jakby w chęci, abyśmy się prędzej i lepiej porozumieli, powstała i przeszedłszy do sąsiedniego gabineciku usiadła z książką na sofce, tak że zostawiając wszelką swobodę rozmawiania, nie straciła nas jednak z oczu. Lubomir był u nas częstym gościem. Matka moja jako tak znacznie starsza czuła się uwolnioną od zbytnich ceremonii z młodymi ludźmi, toteż oddalenie sę jej do sąsiedniego pokoju było bardzo naturalnym.

Musiało ono także być bardzo na rękę Lubomirowi, bo z pewnym pośpiechem przybliżył on swe krzesło do kanapki, na której siedziałam z moim haftem.

— Wiem o tym — zaczął półgłosem — że pani byłaś wczoraj u mojej biednej siostry i posiadasz wszystkie jej tajemnice. Mówiła mi o tym sama. Pozwól pani, abym serdecznie jej podziękował za tę przyjaźń, za ten kwiat tak rzadki i drogi, jaki pani ofiarujesz Zosi... Serce pani to skarbnica diamentowych...

— Nie potrzebujesz mi pan dziękować za przyjaźń moją dla Zosi — przerwałam. — Jesteśmy tak podobne do siebie wiekiem, uczuciami, pragnieniami, iż nic naturalniejszego nad to, żeśmy się zrozumiały i pokochały. Wierzaj mi pan, że wczorajsze zmartwienie Zosi mocno mię dotknęło...

Wymawiając ostatnie słowa byłam przejęta istotnym żalem i podniosłam na Lubomira oczy, w których mimo woli zakręciła się łza.

— Pani jesteś aniołem dobroci — wyrzekł pan Lubomir stłumionym głosem i wstrząsnąwszy głową powiódł ręką po czole.

Twarz jego przybrała ponury, tragiczny wyraz, który dziwnie sprzeczał się z kobiecą miękkością rysów i zimną mglistością spojrzenia.

— Pani nie wiesz — mówił dalej tym samym tonem — z jaką boleścią, z jaką rozpaczą zadawałem cios sercu mojej siostry... ale musiałem... musiałem... tak uczynić rozkazywał mi honor, obowiązek, rozkazywało mi sumienie ...

— Mój Boże! — zawołałam — więc pan tak źle uważasz pana Władysława, tyle złego wiesz o nim! ...

Na te słowa szczególniejszy wyraz przebiegł po twarzy Lubomira, wydało mi się, że mignęło po niej coś niby ironia, niby wstyd jakiś tajemny, niby zakłopotanie. Była to tylko błyskawica, po której przejściu na rysach jego osiadła znowu gruba warstwa melancholii i rozczulenia.

Ale mnie się zdało, że w tym mgnieniu oka otworzyło się okienko duszy Lubomira, a ja ujrzałam przez nie... o! nie chciałam widzieć! spuściłam oczy na haft i tylko białe, atłaskiem wyszywane na batyście listki ukazały mi się jakoś szare i brzydkie...

Lubomir mówił, znowu wstrząsając włosami i ręką wiodąc po czole:

— Tak, pani! inaczej uczynić nie mogłem. Postępek ten był mi nakazany przez honor, przez obowiązek, przez sumienie i troskliwość o przyszłość siostry! Przecie jestem jej bratem!

Wszakże ja to powinienem czuwać nad nią, nad młodą jej głową, rozciągnąć ramię męskiej opieki, być dla niej puklerzem, chroniącym od niebezpieczeństw, jakie spotykają tak często młodość i niedoświadczenie! o, pani! ja pojmuję moje obowiązki braterskie. Duch mój nie daremnie uniósł się nad poziom i buja w sferach niedostępnych dla wielu ludzi... W ten sposób mówił jeszcze dość długo. Ja zaś słuchałam, połykałam jego słowa, a gdy nareszcie podniosłam wzrok, Lubomir stał przede mną z wysoko podniesioną głową, w szlachetnej postawie. Oczy jego spotkały t się z moimi i znowu zapaliły się w nich skry srebrnawe. — Tak, pani — ciągnął pan Lubomir — gdyby było inaczej, gdyby honor, obowiązek, sumienie nie nakyzywały mi odmówić panu N. ręki mej siostry, czyżbym śmiał świętokradzką ręką zgnieść w jej sercu ten kwiat miłości, który sam najwyżej cenię ze wszystkich kwiatów, rosnących na tym naszym padole płaczu... Czyżbym poważył się targnąć na ten węzeł, prawdziwie magiczny, święty, niebiański, który wiąże serc dwoje! O, pani! ja zbyt wielką cześć wyznaję dla prawdziwej miłości, abym miał odebrać ją siostrze mej, gdyby nie nakazywały mi tak postąpić: honor, obowiązek, sumienie...

"Tak — myślałam — on nie winien! tamten to był Zosi niegodnym, a on jak wzniośle pojmuje miłość, kim o niej mówi zapałem!"

Listki, wyhaftowane na batyście, były już całkiem białe, oderwałam jednak od nich oczy i znowu spojrzałam na pana Lubomira. Wydał mi się w tej chwili bardzo pięknym. Na czole jego wyczytałam usprawiedliwienie go zupełne; niezwykły rumieniec wzruszenia palił się mu na policzkach; oczy, wpatrzone we mnie, migotały iskrami.

— Jakaś pani dziś piękna! — wymówił szeptem prawie, nachylając się ku mnie. — Jak pani czarownic z tą dzisiejszą bladością, z tym smutkiem tajemnym, który czytam w twym oku! o, pani! i ja cierpiałem!

Tu westchnął głęboko.

Spojrzałam nań ze współczuciem.

— Pan cierpiał? — spytałam cicho.

— Tak, pani! — odpowiedział pełnym melancholii głosem, wiodąc ręką po czole — fale życia unosiły mię po szerokim oceanie świata i byłem jako łódka bez kierowniczego wiosła, jako okręt pozbawiony masztów swych i busoli! Podobny do wędrowca, zbłąkanego na piaszczystych wydmach pustyni, spragniony wszystkiego, co piękne i dobre, spragniony miłości prawdziwej, wielkiej, namiętnej, szukałem niespokojnym wzrokiem oazy, na której by spocząć mogły oczy moje i serce...

Umilkł na moment, niby pod wpływem wzruszenia, nad którym zapanować nie mógł, a ja spuściłam oczy na haft, bo instynktowe niemiłe ogarnęło mię wrażenie. Wyraz "oaza" użyty przez pana Lubomira rażąco uderzył moje uszy. Razem z nim przypłynęło do mnie bolesne wspomnienie. Wszakże i pan Agenor, oświadczając się tego samego użył wyrazu!

— Ale przyszła chwila — ciągnął po chwili pan Lubomir — że oczom moim ukazał się kwiat czarownej piękności, serce moje ujrzało i odgadło upragnioną oazę...

Słowo w słowo tak samo mówił pan Agenor!

— Tym kwiatem i tą oazą jesteś pani — omdlewającym prawie głosem wymówił pan Lubomir i dodał, bliżej jeszcze nachylając się nade mną: — Ja panią kocham!

O, czarodziejska mocy wyrazu tego! jaki wpływ niezbadany i nieokreślony posiadasz na serca młode i gorące!

Sama nie wiedziałam, jakim sposobem ręka moja znalazła się w dłoni pana Lubomira.

Trzymał ją w silnym uścisku i mówił szeptem prawie:

— Pani! pokochałem cię gorąco, namiętnie, na wieki... życie bez ciebie byłoby mi piekłem okropnym... czy podzielasz pani moje uczucia? Czy prawdą jest to, co czytałem tyle razy w twych niebiańskich oczach? O! powiedz mi, czy pozwalasz, abym do szanownej twej matki zaniósł prośbę o oddanie mi ręki twojej? Niech połączy nas wiekuisty węzeł miłości, niech droga życia wspólną nam będzie, a zaścielę ci ją samymi kwiatami. Powiedz mi pani, wymów jedno słowo, niech wyrok mój posłyszę z ust twoich! Czy pozwalasz mi mówić o tym z twą matką? . . .

— Tak — odpowiedziałam z cicha, przejęta uczuciem szczęścia, bo słowa pana Lubomira brzmiały w mym uchu tak gorące, tak na wskroś przesiąknięte miłością dla mnie, tak prawdy pełne. . .

— O, dziękuję ci, pani, dziękuję! — zawołał z uniesieniem, niosąc do ust mą rękę. — Zaraz, zaraz to uczynię... — I podniósł się na wpół z krzesła. — Albo nie — wymówił — jutro lepiej.

Dziś, w tej chwili, radość mąci mi myśli w głowie.. . niezdolnym byłbym wypowiedzieć przed matką pani treści mego serca, wyśpiewać przed nią tej pieśni, która mi gra w duszy.. . Oddalę się; potrzebuję w samotności uspokoić zbuntowane bicia mego serca... potrzebuję w samotnym, słodkim marzeniu wychylić powoli kroplę po kropli ten kielich rozkoszy, jaki podałaś mi pani, dając mi swej miłości, swej ręki obietnicę... pożegnaj pani matkę swą ode mnie, bo ja nie mam siły... jutro lub dziś w wieczór będę tu i może mi danym będzie nazwać cię, pani, moją narzeczoną! . . .

To rzekłszy okrył pocałunkami moje ręce i wybiegł z salonu drzwiami, od których siedzieliśmy o kilka kroków zaledwie.

Powstałam, nogi się chwiały pode mną. Znowu więc posłyszałam ten cudowny wyraz: kocham, i drugi, bratni mu, a tak dźwięczny, tak tajemniczo rozkoszny: narzeczona! Pokój ze wszystkimi swymi sprzętami wirował wkoło mnie i przed sobą nic nie widziałam.

Nagle poczułam się pociągniętą za rękaw; ktoś ujął moją rękę i sama nie wiedząc jak, znalazłam się w sali jadalnej z Binią, która, ciągnąc mię za sobą, spiesznie mówiła :

— Pierwszy raz w życiu słuchałam pode drzwiami, ale było to z trwogi o ciebie... przewidywałam, że ci się dziś oświadczy... tak się też stało... przyjęłaś go prawie... nieszczęśliwe dziecko! pójdźże i zobacz sama... Tu zatrzymała się i wskazujący palec wyciągnęła ku na wpół otwartym drzwiom od przedpokoju.

Dziś jeszcze, po wielu upłynionych latach, wspomnienie widoku, jaki ujrzałam wówczas, przejmuje mię bolesnym uczuciem! Dziś jeszcze rumieniec wstydu występuje mi na policzki przy tym wspomnieniu, a na serce kładzie się dłoń mroźna. A jednak wiele już lat upłynęło odtąd, wiele różnych na tym biednym świecie widziałam rzeczy! Cóż więc musiało dziać się ze mną wówczas, gdym była tak młoda, świeża duszą, niedoświadczona, tak łatwo i uparcie wierząca!...

Na środku przedpokoju stał pan Lubomir, ubrany już w palto i w kapeluszu na głowie.

Przed nim o parę kroków stała garderobiana moja, Zosia, trzymając w ręku żelazko do prasowania.

On trzymał drugą jej rękę i ciągnął ją ku sobie. A twarz jego, mój Boże! jakiż wyraz miała twarz jego! Wstrętny jakiś, brzydki, niepojęty dla mnie, ale taki, że na widok jego twarz moja oblała się ukropem, brwi ściągnęły się mimo woli, powieki kłoniły się w dół pod naciskiem niezmiernego wstydu. Nie spuściłam ich jednak, okropna przejęła mię żądza zobaczenia, usłyszenia wszystkiego.

Zosia, cała w płomieniach, wyrywała się i odwracała głowę. Pan Lubomir, nie spuszczając z niej wzroku i coraz silniej pociągając ją do siebie, wymówił dość cicho, ale głosem, którego każdy dźwięk przeszywał me serce:

— Czegóż wyrywasz się, moja śliczna! takie masz piękne, filuterne oczki! Pozwól, abym na nie popatrzał!

— Ja nie mam czasu, proszę pana! — odparła dziewczyna wyrywając się z całej siły.

— No, co tam, że nie masz czasu! czyż nie możesz poświęcić mi jednej chwilki! Ja ciebie tak kocham... Nic więcej nie widziałam, nic więcej nie słyszałam... Ostatni wyraz wpadł mi do piersi jak kula ognista! Ciemno mi się zrobiło w oczach, dłońmi zakryłam płonącą twarz.

Posłyszałam, jak Binia zatrzasnęła drzwi do przedpokoju, i poczułam, że położyła rękę na mym ramieniu. Słowa, które mówiła do mnie, jak niewyraźne brzmienie dochodziły do mego pojęcia; zrozumiałam tylko, że piastunka moja widziała już nieraz, jak człowiek, w którego szlachetność i miłość uwierzyłam, w podobny sposób zalecał się do mojej garderobny, i niespokojna o mój los umyślnie dziś oddaliła z przedpokojów lokajów, a wysłała tam pod jakimś pozorem Zosię, bo była pewną tego, co nastąpiło, i chciała mi oczy otworzyć. Odjęłam dłonie od twarzy, skrzyżowałam ręce na piersi i stałam nieruchoma, patrząc przed siebie, a nic nie widząc.

Jeden tylko wyraz, ten wielki, święty wyraz: kocham! brzmiał mi wciąż w uchu, ten wyraz zbluźniony, wymówiony do mnie przed chwilą z takim zapałem i taką prawdą w głosie, i jednocześnie tymiż ustami rzucony pod nogi pokojówce, na podłogę przedpokoju, z pustym śmiechem i zmysłowym uniesieniem!

Poczułam na ustach uśmiech palący, gorzki jak piołun; po chwili uśmiech ten rozszerzał się i coraz więcej palił i bolał, aż roztworzył całkiem moje usta, z których wyszedł śmiech głośny, długi, z samej głębi piersi, i rozlegający się po obszernej sali całą gamą o coraz wyższych, przenikliwszych tonach. Upadłam na kanapę, twarz znowu zakryłam dłońmi i śmiałam się ciągle, coraz głośniej, a w piersi bolało mi coś i jęczało, i ręce czułam całe mokre od łez.

— Co to jest? co to się stało? — posłyszałam przy sobie głos mojej matki, która przerażona rzuciła się ku mnie, odrywała mi ręce od twarzy i sama rozpinała moją suknię.

— Wody! wody! — wołała z przerażeniem i kropiła moje skronie orzeźwiającym płynem; ale ja nie przestawałam śmiać się, zdawałoby się, że jakiś demon śmiechu wstąpił we mnie, a ja nie mogłam wyrzucić go z siebie, siliłam się, a nie mogłam.

— Doktora! — wołała moja matka przeszywającym głosem; po tym jej wykrzykniku słyszałam jeszcze ruch jakiś wkoło siebie; zdawało mi się, że mię niesiono, aż przestałam całkiem słyszeć i czuć... straciłam przytomność.

Kiedy otworzyłam oczy leżałam w łóżku rozebrana, a przy mnie stał lekarz z zamyśloną twarzą; matka moja, blada i bardzo smutna, Binia z zapłakanymi oczami, bez okularów, które znać zdjęła w przystępie rozpaczy, i z czepkiem opadającym z siwych włosów.

— Niech pani się uspokoi — rzekł lekarz zwracając się do mojej matki — niebezpieczeństwa nie ma żadnego. Córka pani doświadczyła nerwowego ataku, który żadnych po sobie ważnych nie zostawi następstw oprócz skłonności doświadczania na przyszłość podobnych. Musiał to być skutek bardzo silnego moralnego wstrząśnienia, a oprócz tego panie tak niszczą swoje zdrowie i rozstrajają systemat nerwowy ciągłą zabawą, bezsennością, wrażeniami światowego życia, że...

Przy ostatnich wyrazach lekarza matka moja spuściła oczy, fałdy na jej czole stały się bardzo głębokie: przenikałam, że dręczył ją w głębi wyrzut, jaki sobie czyniła, i niepokój o mnie.

— Zapiszę córce pani uspokajające lekarstwo, ale przede wszystkim zalecam, aby przez trzy dni najmniej ani na krok nie opuszczała swego pokoju, nie widywała nikogo oprócz domowych i zostawała otoczoną najzupełniejszą ciszą i spokojnością... System nerwowy silnie jest podrażniony; radziłbym nadal powstrzymywać się od bezsennych nocy, częstego gwaru i zabaw, wrażeń działających na wyobraźnię, inaczej może nastąpić nerwowe osłabienie i rozstrojenie, którego tyle z naszych pań doświadcza, a które z czasem psuje organizm fizyczny i niekorzystnie wpływa nawet na charakter...

Zwrócił się do mnie z pytaniem:

— Pani musisz się czuć osłabioną i doświadczać bólu głowy?

W istocie, miałam w skroniach ból nieznośny i byłam tak słabą, że zaledwie podnieść się mogłam na łóżku.

Jak tylko lekarz oddalił się, wzięłam rękę mojej matki i całując ją rzekłam:

— Moja mamo! proszę cię, abyś tak uczyniła, iżby pan Lubomir nie przestąpił więcej nigdy progu naszego mieszkania!

Usiadła przy mnie i długo patrzyła ze łzą w oczach.

— Wiem o wszystkim — wyrzekła w końcu — Balbina całą rzecz mi opowiedziała. Nie masz szczęścia, moje biedne dziecko, a jednak ja sama łudziłam się.

Znowu pochyliła głowę, jakby wstydziła się i wyrzucała sobie, że nie zdołała ochronić mię od złudzeń i bolesnego rozczarowania.

— To, co cię spotkało — mówiła dalej — to, co widziałaś dziś i co cię tak mocno dotknęło, może liczyć się do powszednich i całkiem zwyczajnych zdarzeń. Niejedna panna, starsza od ciebie i z innymi pojęciami i żądaniami, zaśmiałaby się tylko z czegoś podobnego, alboby co najwięcej bardzo lekko się zmartwiła, ale aniby jej na myśl przyszło wyrzekać się świetnego mariażu dlatego, że garderobiana jej przystojna, a narzeczony lubi ładne twarze wszędzie, gdzie je napotka, czy to w salonach, czy w przedpokojach...

— Moja matko! — zawołałam podnosząc się żywo — czyliż sądzisz, że i ja podobnież uczynić powinnam była? Czyliżbyś chciała, abym oddała czyste, całe, tak żywo i niezmiernie mogące kochać moje serce człowiekowi, który rzuca swoje na wszystkie wiatry świata pod nogi subretkom i garderobnym?...

— Serce? — wyrzekła z wolna moja matka — czyż myślisz, że u niego serce grało tu najmniejszą rolę w zalotach do twojej pokojówki?...

— A jednak mówił jej, że ją kocha! — zawołałam.

— Moje dziecko! — odpowiedziała matka ze smutnym uśmiechem — mężczyźni nie cenią tak jak my tego wyrazu; rzucają go często w żarcie, w uniesieniu jakimkolwiek, na wiatr.

— O, moja mamo? — przerwałam — ja nie chcę człowieka, który mówi, że wyraz ten ceni wysoko, a lekceważy nim w gruncie; ja nie chcę człowieka, który wyraz ten na wiatr rzuca!...

— I dobrze jest, że nie chcesz takiego człowieka — wyrzekła moja matka po chwili smutnego zamyślenia. — Zapewne, praktycznie biorąc, możesz źle wyjść na tym, możesz nie znaleźć nigdy, a przynajmniej długo, świetnego losu, jakiego bardzo dla ciebie pragnę; ale, Wacławo moja, ja nie należę do rzędu matek, które pragną z duszy swego dziecka zetrzeć wszystkie wyryte na niej litery lepszych i wyższych pragnień, a zastąpić je samymi arytmetycznymi cyframi, sprowadzonymi do jednego mianownika materialnego powodzenia. Sama będąc w twym wieku marzyłam, duchem wyrywałam się za obręb otaczającej mię sfery, śniłam o ideale... znalazłam go, ale i utraciłam własną winą... Wszakże ze snów mojej młodości i z cierpień późniejszych zostało we mnie coś, co mi mówi, że dobrze czynisz szukając po świecie nie tylko bogactwa i świetności, ale cnoty i prawdy, coś, co przeszkadza mi gniewać się na ciebie za to, że odrzucasz bogactwo i brzmiące imię dlatego, że razem z nimi nie ujrzałaś szlachetności i prawdziwego uczucia!

To rzekłszy matka moja pocałowała mię w głowę i odeszła. Zostałam sama w pokoju, o przysłoniętych sztorami oknach, słaba, z bolącą głową, z pustką, która nagle utworzyła się w mej piersi.




Rozdział LIII

W trzy dni potem siedziałam jeszcze według zalecenia lekarza w swoim pokoju, z bólem głowy i mocno zmęczona a wzruszona, bo przed chwilą właśnie opowiedziałam historią katastrofy zaszłej ze mną z panem Lubomirem. Helena, która, siedząc naprzeciw mnie, słuchała uważnie, nie przerywała mi ani jednym słowem, tylko od czasu do czasu uśmiechała się właściwym sobie smutno-ironicznym uśmiechem. Zdziwi się może ktokolwiek, że tak drażliwe i przykre dla mnie przejście opowiadałam towarzyszce; ale naprzód, jak najczęściej bywa u bardzo młodych osób, nie miałam tajemnic dla rówieśnic moich, z którymi byłam sprzyjaźniona; następnie, Helenka była mi jedną z najsympatyczniejszych i najbliższych towarzyszek; na koniec była ona znacznie starszą i doświadczeńszą ode mnie, wierzyłam w jej rozsądek i znajomość ludzi, pragnęłam więc, aby mi wytłumaczyła to, czego dotąd jeszcze w postępowaniu i osobie pana Lubomira zrozumieć nie mogłam.

— Jeżeli nie w szczególności, to w ogólności przewidziałam to, co mi teraz opowiedziałaś — ozwała się Helenka, gdy skończyłam mówić — byłam pewną, że ulegniesz rozczarowaniu tak prędko, jak uległaś złudzeniu pana Lubomira. Znam go od dawna; był on pierwszym młodym człowiekiem, którego poznałam i który starał mi się podobać, gdy w świat wyszłam; miałam dla niego dość żywą sympatię; tak jak ty uznawałam go skończonym ideałem i tak jak ty również, choć innymi sposobami i zbiegiem innych wypadków, przekonałam się, że jest to sobie wielce tuzinkowe indywiduum i że cała garść marzeń i westchnień, jaką en l'honneur de lui straciłam, była najzupełniej próżnym wydatkiem...

— Ależ, moja droga! — zawołałam — dlaczegoż tak pięknie mówi? dlaczegoż tak wzniosłe i szlachetne wygłasza zasady i pojęcia?

— Deklamator! — odrzekła krótko Helenka wzruszając ramionami.

— Czy podobna jednak — wymówiłam jeszcze — aby mówiąc w ten sposób człowiek nic a nic nie czuł tego, o czym mówi, nic a nic nie obstawał w życiu za tym, co wygłasza?

Helenka uśmiechnęła się po swojemu i znowu ramionami wzruszyła.

— Moja Waciu — wyrzekła — gdybyś była cokolwiek doświadczeńszą, niż jesteś, a cokolwiek mniej wrażliwą i skłonną do uwierzenia pięknym pozorom, dostrzegłabyś w samych słowach pana Lubomira przesadę, nadętość, więcej brzmiących wyrazów i frazesów niż zdrowych i głębokich myśli. Jest to, moja droga, dzwon, wydający z siebie donośne głosy, ale wewnątrz pusty; jest to aktor, nie umiejący nawet dobrze na pamięć swojej roli, ale recytujący ją wielkim głosem i z wielkimi gestami dla uczynienia efektu na spektatorów; jest to jeszcze przede wszystkim nicość chodząca, która poczuwszy sama w sobie, że jest nicością, a nie chcąc uchodzić przed światem za taką, oblekła się od stóp do głowy w wiele mówiącą melancholię, w romansowe zamyślenie, we wspomnienia przebytych cierpień, w duchową idealność i poetyczność, w cały ten, słowem, arsenał wyuczonych poezji, frazesów, spojrzeń, gestów, mimiki, w jakie uzbrajają się zarozumiali a ambitni głupcy, hultaje, chcący posiadać uwielbienie ogólne, a nie myślący o zdobyciu go jakąkolwiek zasługą; pogromcy serc kobiecych, idący do swych celów w romantycznym płaszczu Almawiwy, o melancholijnym spojrzeniu dafnisów e tutti quanti podobnych głupców, hultajów, donkiszotów i donżuanów, od których niech każdą z nas broni Bóg i Najświętsza Panna Maria Ostrobramska!

Wypowiedziawszy tę tyradę Helenka odetchnęła głęboko, bo ból piersi, jakiego doświadczała, utrudniał jej długie mówienie: ale widząc, że patrzę na nią z lekkim zdziwieniem, uśmiechnęła się i mówiła dalej:

— Moja droga! Spostrzegam, że dziwisz się, iż mam tyle doświadczenia i umiem tak dobrze rozgatunkować ludzi. Otóż nie dziw się; mam dwadzieścia dwa lata; sześć lat całych i okrągłych żyję już na świecie jako panna dorosła i na wydaniu; do tego, jak wiesz, mam niezły, choć niezbyt wielki posag, nie jestem zupełnie brzydką, a rodzice moi pragną, abym się co najwięcej bawiła, jak najładniej ubierała, jak najświetniej za mąż poszła itd. To wszystko dało mi sposobność poznania wielu ludzi, a że mam z natury dar spostrzegawczy i że długo byłam dręczona takąż żądzą ideałów, jaka ciebie dręczy, zatem... zatem patrzyłam, myślałam, poznawałam i... poznałam. Poznanie to, kto wie? może mi życie kosztować będzie, bo z początku wiele płakałam, potem wiele śmiałam się, a śmiech, wierzaj, więcej mi zaszkodził od płaczu.

Mówiłaś mi, że i ciebie śmiech porwał, gdy zobaczyłaś ową sławną scenę w przedpokoju; to źle! strzeż się podobnego śmiechu, bo mogą cię z czasem piersi boleć, jak mnie bolą, nerwy ci się rozstroją i dostaniesz kaszlu, który bardzo źle wróży...

No, ale mniejsza o to! o czymże to ja chciałam mówić? — ciągnęła Helenka po krótkiej pauzie, w czasie której zakaszlała w istocie — a, o panu Lubomirze! Otóż widzisz, znałam ja niejednego już takiego romantycznego młodzieńca, który śpiewał, ba, czasem i pisał, alias gryzmolił ody pochwalne na cześć miłości, prawił o wiekuistym połączeniu się serc dwojga, o kochaniu do grobowej deski, o chatce w lesie z ukochaną, a obok tego nie pogardził przystojną twarzą pokojówki i recytował przed nią słowo w słowo, tylko w przystępniejszej nieco formie, to w garderobie, co tej ukochanej swojej prawił w salonie.

I takich jeszcze zdarzyło rai się widzieć, którzy, przesiedziawszy kilka lat w Paryżu i nasłuchawszy się tu i owdzie tego i owego, szerokie mówili kazania o równości wszystkich ludzi pomiędzy sobą, głośno powstawali przeciwko przesądom tego świata, oświadczali, że są rycerzami, gotowymi w każdej chwili skruszyć kopię z każdym, kto by się jeszcze przesądów tych miał trzymać, ale gdy nadeszła sposobność wprowadzenia w czyn tych wszystkich pięknie wygłaszanych frazesów... traf! rycerz przemienił się w barana i ze spuszczonym łbem biegł za swym stadem i beczał, jak inne beczały... Otóż pan Lubomir jest jota w jotę takim donżuanem, strojącym się w płaszcz Almawiwy i w sentymentalizm pasterzy złotych wieków; takim rycerzem, wojującym językiem, a wobec czynu przemieniającym się w wiernego swemu stadu barana, i w tym to właśnie leży klucz do zagadki jego całej moralnej wartości, redukującej się do zera, i tej pozornej sprzeczności, która leży pomiędzy słowami jego a postępowaniem.

— Czy jesteś zupełnie przekonana — przerwałam — że pan Lubomir nie miał żadnej istotnej słuszności odmawiając ręki swej siostry panu Władysławowi N. i że uczynił to jedynie przez dumę i posłuszeństwo zwyczajom panującym w jego klasie?

— A ty czy jeszcze wątpisz o tym? — zapytała nawzajem Helenka. — Czyliż człowiek, który udaje zapał miłosny, przysięga miłość do grobowej deski, a w moment potem przeniewierza się własnym słowom w najlekkomyślniejszy i najbrudniejszy sposób, może być pod innymi względami konsekwentnym z samym sobą, szczerze wyznającym w czynie to, co wyznaje i głosi ustami? Nie, moja droga! pan Lubomir nie miał żadnej słuszności raniąc tak boleśnie serce biednej Zosi i odpychając od niej jedyną może sposobność uczciwego i prawdziwie szczęśliwego zamążpójścia, jaka jej się w życiu wydarzyła. Pan N., lubo jest jeszcze młodym, posiada ogólną i ustaloną opinię zacnego, rozumnego i biegłego w swym zawodzie człowieka.

Wiem o tym szczegółowo i dokładnie, bo stryj mój, który, jak wiesz, jest bardzo bogaty, ale usposobieniem różni się wielce od mego poczciwego i najlepszego, lecz pełnego kastowych pojęć ojca, używa zwykle pana N. jako adwokata i niezmiernie go lubi i szanuje. Brat mój stryjeczny, którego nie znasz, bo uczęszcza on teraz na uniwersytet, jest najściślejszym pana N. przyjacielem. Przyjeżdżał on właśnie w tych dniach do rodziców z powodu pewnych spraw familijnych i widział młodego adwokata w kilka godzin po otrzymanej przez niego od brata Zosi odmowie. Opowiadał nam, że znalazł go pogrążonego w wielkim i prawdziwym żalu, nad którym jednak panowało poczucie obrażonej dumy i godności osobistej. Lubomir bowiem niczym rozumnym nie umiał usprawiedliwić swojej odmowy, a z całego jego znalezienia się i sposobu, w jaki mu ją wyłożył, pan N wniósł, że jedyną przeszkodę do połączenia się jego z Zosią stanowi, w wyobrażeniu jej brata, pozycja jego społeczna jako człowieka pracy, który sam sobie winien wszystko i nosi, jak wiadomo, demokratyczne nazwisko, przypominające koniecznie pochodzenie od zagrodowej szlachty...

— To okropne! — zawołałam. — Jaka obłuda! co za nieszczerość! Wszak jeszcze brzmią mi w uchu słowa pana Lubomira: ,,Pękają już mury średniowiecznych przesądów, które dzieliły dotąd ludzi na klasy i stany! Dziś praca uszlachetnia! Dziś poczciwy biedak więcej wart od nieuczciwego bogacza".

— I tam dalej! i tam dalej! — przerwała mi śmiejąc się Helenka. — Frazesa żywcem wyjęte z ust jakiegoś republikańskiego mówcy albo jakiegoś zrujnowanego markiza starającego się o córkę bogatego episjera i pragnącego przypodobać się au pauvre diable le riche papa admiracją rotiury i naprędce włożoną czerwoną czapką. Pan Lubomir przywiózł z sobą z zagranicy wszystkie modne formuły o egalizacji i fraternizacji i popisuje się nimi tak, jak Dumasowskimi apostrofami do miłości, melancholijnymi pozami i tym podobnymi obsłonkami, którymi pragnie pokryć swą istotną nicość, zajaśnieć w towarzystwie i sprawić swoją, bladą zresztą, osobistością nieustanne efekta; ale gdy idzie o wydanie siostry za człowieka, który nie posiada dóbr i pracuje na kawałek powszedniego chleba, o! wtedy rzecz inna! Wtedy pardon, monsieur, vous etes peuple a moja siostra jest bien nee i powinna zostać jaśnie wielmożną panią, nie jakąś tam adwokatową czy doktorową, czy jakiegokolwiek tam zresztą demokraty i wyrobnika żoną. Inaczej, jakżebym spojrzał w oczy światu? Jakżebym pogodził moją własną wielkość z małością mojego szwagra, le pauvre diable adwokata czy kogoś tam z tego gatunku?

Co innego, moja droga, mówić, a co innego czynić. Dla mówienia pięknych i górnobrzmiących słów dosyć jest mieć trochę pamięci i wiele próżności; ale dla dokonania czynu trzeba odwagi i prawdziwych przekonań, a tych, mój Boże, okazów świat nasz posiada tak mało, jak zoologiczne gabinety białych kruków albo czarnych łabędzi...

Ostatnie wyrażenie było ulubionym przez Helenkę porównaniem, gdy mówiła o miłości, szczęściu lub ideałach.

Umilkła i czoło na dłoń spuściwszy zamyśliła się. Na bladych jej policzkach wybiły się dwie plamki, z oczu wpatrzonych w posadzkę strzelał smutny a gorący wyraz. Z wielkim smutkiem patrzyłam na nią. Sześć lat, mój Boże, sześć lat tylko życia, spędzonego w ciągłym gwarze zabaw i tłumie ludzi, tak chłodne, bolesne rozczarowanie wlało w tę piękną, myślącą i szlachetną istotę! Nagle Helenka podniosła głowę i zawołała:

— A propos! zapominam ci też oznajmić ważną nowinę, la nouvelle du jour, którą od wczoraj cały nasz świat powtarza!

— Cóż to takiego? — zapytałam ciekawie.

— Zenia przyrzekła panu Michałowi...

— Czy już? — zawołałam.

— Już i to po długich wahaniach się — odpowiedziała Helenka. — Stało się to w dniach, gdy byłaś cierpiącą i nie mogłaś widywać nikogo. W braku ciebie Zenia obrała mię sobie za powiernicę i któregoś dnia wpadła do mnie, jak to wiesz ona umie, z trzaskiem drzwi i szelestem sukni, uścisnęła mię i zawołała:

"Czy wiesz? już oświadczył się".

"I cóż mu odpowiedziałaś?" — spytałam.

"Rozkazałam mu, aby na decyzję moją czekał trzy dni!"

"A jakąż będzie ta decyzja?"

"Alboż ja wiem? zdaje się, że odmówię!"

Po tej rozmowie z pół godziny biegała po moim pokoju od okna do drzwi i od drzwi do okna, nic nie mówiąc, a tylko szarpiąc z całej siły rękawiczkę; potem uścisnęła mię znowu i pojechała ani wspomniawszy więcej o panu Michale. Nazajutrz, zaledwie ubrałam się, przyjechała znowu. Była daleko już poważniejszą i co dziwna, nie miała wcale na twarzy rumieńców.

Usiadła ze mną na sofce i ze dwie godziny prawiła mi o różnych rzeczach, o sukniach, o teatrze, o wczorajszym wieczorze, a ani słówka nie wspomniała ani o panu Michale, ani o swoim postanowieniu. Mówiła zaś tak prędko i ciągle, jakby lękała się, abym jej nie zadała jakiego pytania. Dopiero żegnając się ze mną i zawiązując wstążki od kapelusza rzekła krótko:

"Czy wiesz? zdaje mi się, że dam mu słowo!" — potem, nie czekając mojej odpowiedzi, pocałowała mię i wybiegła z pokoju.

Tego samego dnia wieczorem znowu przyjechała. Biedną rękawiczkę trzymała w ręku, całkiem podartą i poszarpaną.

"Wyobraź sobie! — zawołała zaraz przy wejściu — mama koniecznie chce, abym mu przyrzekła.

Emilka odradza, ja sama też nie chcę go i z pewnością odmówię!...

Odmówię! odmówię!" — powtórzyła kilka razy, szarpiąc nieszczęśliwą rękawiczkę; porozmawiała jeszcze ze mną parę minut o rzeczach obojętnych, nie chcąc nawet usiąść, i uciekła.

Wczoraj byłyśmy z mamą u jej matki, a w czasie gdy starsze panie usiadły na kanapie i zajęły się rozmową, Zenia pociągnęła mię do swego pokoju i chwytając moją rękę rzekła:

"Czy wiesz? już przyrzekłam!"

Po czym zakryła twarz chusteczką i w głos się rozpłakała. Emilka była także bardzo smutna i łzy miała w oczach.

Przyznam się, że żałuję Zeni; dobra to bardzo i niegłupia dziewczyna, a przewiduję, że nie będzie wcale szczęśliwą, jeśli danie słowa przyszłemu małżonkowi tyle ją walki i bólu kosztowało...

Zaledwie Helenka skończyła mówić, gdy z trzaskiem i na oścież otworzyły się drzwi, a do pokoju weszły: Emilka i Zenia. Przy pierwszych powitaniach i uściśnieniach uważałam, że twarz Zeni miała wyraz rozpromienienia i wesołości. Usiadła przy mnie i zapytała z cicha:

— Czy wiesz, Waciu, co w tych dniach zaszło ze mną?

— Wiem — odpowiedziałam patrząc ze zdziwieniem na jej rumianą twarz i śmiejące się oczy.

— A więc wszystkie już wiecie o tym! — zawołała głośno Zenia zrywając się z kozetki — nie ma więc sekretu! Idę za mąż! Ślub odbędzie się w ostatnią niedzielę karnawału, a ponieważ dzieli nas od niej kilka zaledwie tygodni, jesteśmy z Emilką literalnie zarzucone robotą i kłopotami...

— Kłopotami około czego? — przerwałam.

— Około wyprawy mojej! — zawołała Zenia biegając po pokoju i żywo gestykulując mówiła dalej:

— Myślicie może, iż to jest rzecz łatwa zrobić wyprawę! Otóż mylicie się; i ja tak myślałam, ale widzę teraz, że się myliłam. Grand Dieu! jakaż to praca! Mama, Emilka i ja, we trzy, zaledwie będziemy mogły wydołać zadaniu. Zaczęło się to dopiero od wczoraj, i już mam głowę przewróconą od tego huku, stuku, jeżdżenia, targowania się, kupowania, przymierzania, a cóż to dalej będzie? Przyjdzie chyba zapomnieć o Bożym świecie...

— I o narzeczonym — przerwała, śmiejąc się, Helenka.

— Ja sobie swoją drogą, a on swoją — odpowiedziała Zenia — ja kupuję suknie, koronki, szale, biżuterie, kapelusze, czepeczki itd., a on pojechał skupować powozy, konie, liberię, meble, zwierciadła itd. i nie zobaczymy się aż w wilię ślubu.

— Jak to? — zawołałam — nie zobaczysz narzeczonego aż w wilię ślubu?

— A na co mi on potrzebny? — zawołała Zenia — przeszkadzałby mi tylko w robieniu sprawunków.

— I nie będzie ci za nim tęskno? — spytałam.

Zenia zrobiła drwiąco-wesołą minkę.

— Zeniu — ze smutkiem wyrzekła Emilka — gdybyś kochała pana Michała, nie tak byś mówiła...

Zenia obie ręce do uszu podniosła.

— Moja Emilko! — zawołała — już ty mi dość nagadałaś o tych swoich kochaniach i niekochaniach, straconych marzeniach, przyszłych nieszczęściach i tym podobnych rzeczach, o których więcej słyszeć nie chcę. Daj mi już raz święty pokój z tym swoim: "ależ ty go nie kochasz!" Słyszałaś przecie, jak mama mówiła: że l'amour viendra apres le mariage!

Wprawdzie, i między nami mówiąc, nie bardzo ja w to wierzę, aby francuskie to przysłowie sprawdziło się na mnie i abym miała po ślubie zapłonąć gorącą miłością do mego przyszłego małżonka. Ale stało się! rzecz zdecydowana! nie kocham wprawdzie pana Michała, ale nie mam też do niego antypatii i uważam go za dobrego i poczciwego człowieka.

Przy tym zostając jego żoną otrzymam pewność, że nie będę już nigdy starą panną, co przy moich problematycznych wdziękach i problematyczniejszym posagu było bardzo możebnym. Jako mężatka, będę miała niezależną w świecie pozycję, swobodę rozporządzenia się wszystkim, co będzie do mnie należało, i mnóstwo przyjemności, rozrywek, zabaw, których pan Michał z mnie i jest dobry i bogaty...

— A serce? — ozwała się z wolna Emilka.

— A obowiązki? — powtórzyła za nią Helenka. Zenia znowu przycisnęła uszy rękami.

— I znowu te wielkie wyrazy! — zawołała. — I kiedyż dacie mi już święty z nimi pokój? Serce? wielka mi rzecz! Jeżeli chcecie wiedzieć, to teraz nic a nic nie czuję, że mam w sobie to niespokojne narzędzie kochania...

— A jak poczujesz, że je masz, a będzie już po ślubie? — zapytała Emilka.

— Alors nous verrons! — z komiczną powagą odrzekła Zenia.

To rzekłszy pożegnała się ze mną i z Helenką i pociągnęła z sobą siostrę mówiąc, że mają jeszcze do zrobienia przed obiadem kilka sprawunków. Wkrótce po nich i Helenka mię opuściła.

Gdy zostałam sama, długo myślałam o Zeni i jej dziwnym dla mnie usposobieniu. Dotąd wyraz "narzeczona" przedstawiał mi zawsze dziewicę całą przejętą głębokim a świętym wzruszeniem, więcej zamyśloną niż wesołą, z trwogą i nadzieją zarazem marzącą o tej nieznanej przyszłości, odsłaniającej przed nią rożek swej tajemniczej zasłony, nie mogącą ani na dzień jeden bez bólu rozstać się z wybranym swego serca. Tak wyobrażałam sobie zwykle narzeczoną. I otóż ujrzałam dziewicę, która przed dwoma dniami tym mianem się przyoblekła, i jakże ujrzałam ją różną od narzeczonej, co się zjawiła w mej wyobraźni! Pośród aksamitów, koronek i szalów, mających składać pyszną wyprawę, fruwała ona lekko jak motyl, serca nie czując w piersi, do przyszłości mówiąc lekkomyślnie: Alors nous verrons!

Narzeczony jej o kilkadziesiąt mil oddalony skupował także powozy, konie, liberię; a pożegnawszy się w tym dniu uroczystym, gdy ona mu powiedziała: będę twoją, zobaczą się dopiero z sobą aż w wilię ślubu!... I nie tęskno jej za nim, i ze śmiechem mówi ona: "A na cóż mi on potrzebny?"

"Nie! — zawołałam w myśli — ja bym nie taką była narzeczoną! Ja bym z wybranym moim długie, długie spędzać musiała godziny, aby ducha jego tak ściśle, tak ściśle ze swoim zespolić, iżby już byli jak bracia rodzeni. Ja bym narzeczonemu memu tyle, tyle rzeczy do opowiedzenia miała i pragnęłabym słuchać go w cichych minutach zmroku, jak by mi mówił o wszystkim, co żyje na niebie i ziemi, o ludzkości ogromnej, kraju kochanym, czynach i cnotach wielkich, i o sobie, i o tym, jak mię kocha! A ja bym pytała jego, jaką będzie ta nasza przyszłość wspólna, ta droga, na którą on mię wprowadzi? Czy na wzór ptaków, co z rozpiętymi skrzydłami kołyszą się pod niebem wysokim, dusze nasze, nie rozłączone z sobą uniosą się nad poziom pospolitości, górnych wyżyn cnót i czynów dosięgną? Czy serca nasze, pod blaskiem i ciepłem uczucia, wiecznie kwitnąć będą miłością i poezją, jak kwiaty purpurą i bielą kwitną pod słońca promieniem? I pytałabym go jeszcze: czy bardzo kocha mię? czy lubi kolor moich włosów? czy w oczach moich odgaduje mą miłość? I prosiłabym, aby spojrzał na mnie, a gdyby już to uczynił, czytałabym w jego oczach przyszłość mego życia, szczęście mego serca, spełnienie moich przeczuć, wiarę mego umysłu... I gdzieżby mi już po tym wszystkim było myśleć o wyprawie! Niechby już sobie o niej myślał, kto chciał, ja bym myślała o nim i o przyszłości".

Tak marzyłam długo, gdy nagle ocknęłam się. Z marzeń moich obudziła mię myśl, że może nigdy dziać się tak ze mną nie będzie, że może nigdy niczyją nie będę narzeczoną!

Wszak dwa razy już w życiu przekonałam się, że mogę kochać takiego człowieka, w którego wielkość, zacność i rozum bez granic uwierzę. Z upadkiem wiary tej więdnie we mnie kwiat uczucia. Mogę tylko ukochać człowieka z piękną duszą... Dlaczego tak jest? Wie o tym chyba jeden Bóg, który stworzył moją duszę. A takiego człowieka czy spotkam kiedy na drodze mojej? Ludzie tacy to białe kruki — mówi Helenka.

A jeszcze czy którykolwiek z takich ludzi zechce zbliżyć się do mnie i będzie mógł mnie ukochać? Czy każdy z nich nie weźmie mię za lalkę ustrojoną, za próżną i wietrzną istotę, kochającą tylko zabawy i błyskotki i upędzającą się za tym, co się zwie w świecie świetnym mariażem?

Czy każdy z nich, wziąwszy mię za taką, nie ominie lekceważeniem, co najwięcej z litością?

Wszak i Helenka mówi, że tak zwykle bywa na świecie.

Można więc przejść życie całe, nie spotkawszy dusz bratnich lub rozminąwszy się z nimi na rozstajnych drogach, zapoznając lub będąc zapoznaną.

Więc może kiedy po latach wielu, z pooranym czołem i przygasłymi oczami, usiądę jak babka Ludgarda przed oknem, o widniejącym kawałku nieba, i patrzyć będę, jak w klatce swej trzepoczą się ptaszki niewolne, a drżące od niewypłakanej tęsknoty usta moje wyszepczą nad brzegiem mogiły:

"Postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał!..."




Rozdział LIV

Karnawał wrzał w całej sile; rozmaite zabawy, wieczory, teatry, koncerty, obiady i kuligi następowały po sobie nieprzerwanym szeregiem, ale ja nie odzyskałam już uprzedniej mej wesołości, dziecinnego upojenia i zachwycenia, jakie mię wprzódy tak często ogarniało. Bawiłam się, bo nie wiedziałam, co bym innego czynić mogła, zostając pośród ludzi, którzy także wciąż się bawili. Zresztą, na zabawy te wiodła mię jeszcze matka moja, coraz smutniejsza, z coraz częstszą chmurą na czole, niemniej jednak z nadzieją doścignięcia swego celu, to jest: świetnego wydania mię za mąż. Bawiłam się więc, ale tylko pozornie, w duszy zaś częściej bywałam smutna niż wesoła, a wszędzie i zawsze, śród balowego blasku, przy dźwiękach koncertowej orkiestry, w loży teatralnej i w salonie matki mej, napełnionym wizytującymi nas osobami, zawsze, nieustannie czułam, że mi braknie czegoś, czegoś niezbędnie potrzebnego mi do życia. Chwilami poczuwałam okropną pustkę w piersi, przestawałam, wedle wyrażenia Zeni, "czuć, że mam serce w sobie"; zdrowie moje zaczęło chwiać się, czułam się fizycznie słabszą niż dawniej, doświadczałam częstszych bólów głowy i ogarniała mię drażliwość nerwowa, że wystarczało silniej trochę podniesionego głosu, niespodzianego stuknięcia lub kilku smutnych akordów muzycznych, aby wywołać z mej piersi mimowolny krzyk przestrachu albo pobudzić mię do płaczu.

W całej istocie mojej czułam rozstrój fizyczny i moralny, stopniowe opadanie z sił, niezgodę z samą sobą i z tym, co mię otaczało.

Nieraz po bezsennej, śród zabawy i tańca spędzonej nocy budziłam się z rana ze snów przerywanych i niespokojnych z ciężką głową, zmęczona i patrzyłam, jak za oknem śnieg białymi płatami spadał na ziemię z białych obłoków, i pomimo że termometr wskazywał w pokoju szesnaście stopni ciepła, czułam na wskroś przeszywające mię zimno. Śniegowe szmaty z wolna i cicho opuszczały się ku ziemi, martwą, jednotonną bielą pokrywając dachy i ulice miasta, a mnie zdejmowała niezmierna tęsknota za wiosną, zielenią, ciepłem, rojami motyli. I zdawało mi się, że nigdy już ziemia nie wydobędzie się spod swego zimnego, grobowego całunu, że nigdy natura nie odkwitnie nowym życiem, że wiosna nigdy nic wróci...

Teraz rozumiem, że nie do tej to wiosny, co stroi pola w kwiaty i gaje w motyle, tęskniłam, ale do tej, co uleciała z mojej własnej piersi razem z wiarą moją dziecięcą, z niespełnionym marzeniem mego serca...

Niekiedy niecierpliwą ręką rozchylałam firankę zasłaniającą okno i patrzyłam w dół na ulicę, kędy roił się tłum ludzi czynnych, spieszących się, zatrudnionych dziennymi sprawami.

Porywała mię wówczas chęć zejścia tam na dół, rzucenia się między tych ludzi, odetchnięcia szeroko powietrzem wolnym od woni kadzideł i perfum, poszukania na twarzach nieznanych tego, czego na tych, co mię otaczały, dojrzeć nie mogłam. Wkładałam futro i kapelusz i zbiegałam ze wschodów, ale niestety za mną zawsze i nieodmiennie stąpał wielkiej statury lokaj, w długim, błyszczącym guzikami surducie, z olbrzymim futrzanym kołnierzem na barkach, w wysokim kapeluszu, przepasanym błyszczącym galonem.

Niecierpliwił mię ten wiekuisty Sanszo Panszo, przywiązany do moich kroków; pytałam siebie:

"Na co mi potrzebna ta eskorta paradna, odejmująca mi swobodę i zwracająca na mnie oczy przechodniów?"

Idąc ulicą słyszałam nieustannie za sobą stąpanie jego niby miarowy chód więziennego stróża i czułam ciągle unoszący się za mną w powietrzu wysoki kapelusz, przepasany srebrnym galonem. Przychodziło mi na myśl, że ten paradny i błyszczący szychom mój dozorca naśmiewa się ze mnie w duchu widząc, jak bez celu przechodzę z ulicy w ulicę, albo co gorzej, złorzeczy mi, że wyrwawszy go ze słodkiego, przedpokojowego far— niente zadaję mu fatygę bez żadnego wyraźnego powodu. Krępował on nie tylko moje kroki, ale i myśli nieustanną troskliwością i uniżonością, do jakiej czuł się obowiązanym. Gdy rozmijałam się z kilku razem ludźmi, wysuwał zza mnie długie swe ramię torował mi drogę, nielitościwie nieraz usuwając, odpychając ode mnie tych, którzy z ubrania wydawali mu się pospólstwem.

Kiedy zstępowałam z chodnika, pośpiesznie podawał mi ramię, abym się nie pośliznęła; kiedy chciałam skręcić na jaką boczną mniejszą ulicę, przestrzegał mię, że znajdę śliskie lub błotniste przejście i że tamtędy sam gmin tylko zwykle chodzi.

Gniewała mię i niecierpliwiła ta uciążliwa asystencja; z powodu jej wracałam do domu prędzej, niż chciałam, nie orzeźwiona swobodnym ruchem, nie pocieszona żadnym z tych widoków, dla których właśnie pragnęłam przechadzki; ale nazajutrz, jeśli znowu wyjść na miasto chciałam, lokaj znowu szedł za mną. Było to konieczne i nieuniknione, bo tak kazał zwyczaj, bo w kodeksie światowych prawideł stało wyraźnie zapisane prawo, że; ,,Panna dobrze wychowna nie ma wychodzić pieszo na miasto bez towarzystwa starszych osób, a jeśli czyni to w ostateczności, to już nieodmiennie powinna mieć za sobą lokaja, stąpającego za nią miarowym krokiem i ubranego w wysoki kapelusz z galonem. Inaczej grozi jej niebezpieczeństwo popadnięcia pod wyrok kodeksu karnego, to jest podejrzeń i obmów świata".

Wracałam też do domu, zmęczona fizycznie, ale moralnie nie pocieszona i nie wzmocniona.

Twarz moja za każdym razem była bledszą, a na ustach błądził coraz wyraźniejszy uśmiech ironii. Chłodne rozczarowanie coraz głębiej wnikało w moje wnętrze, mara zwątpienia coraz szerzej ogarniała mię swymi lodowatymi ramionami.

A gdy z tą bladością na twarzy, z tym chłodnym, ironicznym uśmiechem na ustach, a z okiem zwilżonym mimowolną żałością, wchodziłam do salonów, jeden już tylko rozlegał się okrzyk pochwały i admiracji. Mówiono, że staję się coraz piękniejszą, że jestem niepospolitą, interesującą, że mam w sobie coś zagadkowego, i tajemniczego, co pociąga i przykuwa do mnie oczy. Ubiór mój nawet i sposób tańczenia zwracał powszechną uwagę i wyróżniał się od tła ogólnego. Tańczyłam bowiem bez zapału, bez chęci prawie, bez uprzedniej swobody myśli i wesołości, co wlewało w moje ruchy pewne zaniedbanie, pewną powolność i powagę, a wszyscy znajdowali w tym szczyt elegancji i wdzięku. Do stroju też zaczęłam coraz częściej używać ciemnych kolorów — jasne i krzyczące barwy raziły mię sprzecznością z wewnętrznym mym usposobieniem; coraz mniej wkładałam na siebie błyskotek i kwiatów, a natomiast coraz fantastyczniej układałam sobie włosy, coraz niepospolitsze i zamiast do ogólnej mody do mych własnych gustów zastosowane wynajdywałam kroje sukien, mimowiednie może szukając w posągowym układzie włosów lub malowniczych fałdach materii tej szlachetności i powagi, której pragnęłam i szukałam po świecie.

Na zabawach roje młodych ludzi otaczały mię ciągle. Byłam zasypywana adoracjami, pochwałami, komplementami, bukietami, ognistymi wejrzeniami i wszelkiego rodzaju hołdami.

Wóz mój tryumfalny liczył najwięcej zaprzężonych doń niewolników, a nie brakło też i konkurentów na serio. Smutny stan majątkowy mojej matki w części tylko i to nie ogólnie był znanym. Matka moja bowiem z niezmierną zręcznością umiała łatać i naprawiać tę złocistą szatę świetnej pozycji, która z niej opadała, i trzeba było bardzo wprawnego oka, aby pod otaczającym nas zbytkiem i wykwintem dojrzeć bliska, a nieuchronną ruinę. Zajście też nasze i poróżnienie się z babką Hortensją, nie wszystkim wiadome, "utonęło w zapomnienia fali"; nikt nie wiedział o tym, w jaki przykry i z trudnością dający się naprawić sposób stosunki z nią nasze zostały zerwane, a tylko głoszono ogólnie, że mam babkę bezdzietną i bardzo bogatą, po której niewątpliwie otrzymam znaczny spadek. Uchodziłam więc nie tylko za piękną i powabną, ale i za bogatą pannę. A cóż dziwnego, że ten ostatni warunek w połączeniu z pierwszymi skłonił nawet najsławniejszego w towarzystwie naszym bałamuta, owego pogromcę serc, którego hołdy odebrałam naiwnej parafiance, Józi, młodego, przystojnego i modnego pana Aleksandra, do wyrażenia przed moją matką najgorętszej o moją rękę prośby.

Matka zakomunikowała mi wyrazy pana Aleksandra pytając z pewnym niepokojem: czy i ten jeszcze mariaż odrzucę jak inne? Prosiłam ją, aby w moim imieniu odmówiła panu Aleksandrowi.

Była to znowu sposobność zrobienia dobrej partii, ale ja jej przyjąć nie mogłam. Nie kochałam... nie wierzyłam...

Matka moja nie sprzeciwiała się memu postanowieniu, nie nalegała na mnie ani jednym słowem, tylko, posławszy panu Aleksandrowi listowną odmowną odpowiedź, przez kilka dni była bardzo smutną.

Z panem Lubomirem stosunki moje skończyły się w sposób bardzo prosty. Kilka razy usłyszawszy w przedpokoju naszym fatalne dla wszystkich konkurentów tej ziemi wyrazy:

"Panie nie przyjmują", starał się jeszcze przybliżyć do mnie w towarzystwach. Ale spotkał we mnie tak chłodną obojętność, tak lodowatą ironię, że widząc, iż dalsze próby na nic by się nie przydały, zaczął trzymać się w ceremonialnej ode mnie odległości i tylko gęstszą jeszcze orzucił się zasłoną melancholii i głośniejsze wypowiadał tyrady o niestałości kobiet, braku prawdziwej miłości w świecie itd. Utrzymywano powszechnie, że dostał ode mnie harbuza, i znajdowały się nawet litościwe dusze, co się nad nim użalały, i inne, gruntowniej myślące, co miały mi za złe, iż odrzuciłam sposobność świetnego mariażu bez żadnego wyraźnego powodu.

Ja zaś czułam się dla niego tak obojętną, jak gdybym nigdy ani iskry sympatii ku niemu nie miała. I owszem, gdy zasłona złudzenia spadła z mych oczów, górnobrzmiące frazesy pana Lubomira śmiech we mnie obudzały i patrzyłam na niego jak na komedianta, który, wedle słów Helenki, ustroił się w płaszcz Almawiwy i w spojrzenia dafnisów, aby pokryć istotną swą nicość i sprawiać efekt powtarzaniem bezmyślnym zdań zasłyszanych na bruku paryskim.

Oprócz mnie znajdowała się w towarzystwie naszym inna jeszcze, mocno zmieniona osoba.

Była to Zosia. Po bolesnym przejściu, jakiego byłam świadkiem, straciła ona całkiem żywość układu i świeżość twarzy, jakie ją cechowały wprzódy. Wydawała się zupełnie spokojną, ale biernym spokojem apatii i przygnębienia. Zwykła jej łagodność przybrała pozór nieledwie niedołężności; zdawało się, że każdy mógłby kierować nią według woli, tak wyglądała bezsilnie jakby strwożona. Spostrzegłam, że unikała mego towarzystwa, przestała często mię odwiedzać i w ogóle wyraźny żal ku mnie czuła za to, że usunęłam od siebie jej brata.

Do tego brata lgnęła więcej niż kiedy. Na podobieństwo spłoszonej ptaszyny tuliła się do niego, zawieszała się na jego ramieniu, ścigała go oczami, jakby w nim jednym widząc pociechę i tarczę opiekuńczą. Dziwiło mię to zrazu, ale wkrótce dowiedziałam się od innych towarzyszek, wtajemniczonych w domowe życie Zosi, że od czasu oświadczyn o nią pana Władysława, wujostwo jej, mianowicie wujenka, byli dla niej bardzo surowi, więcej niż kiedy krępowali jej kroki, obawiając się, aby nie popełniła mezaliansu, a pan Lubomir pocieszał ją śród tych przykrości domowych, bronił od napaści i surowych napomnień opiekunów i przez to posiadł nad nią wpływ większy jeszcze jak wprzódy. Mówiono mi także, iż pan Lubomir zręcznie ułożoną bajką przekonał Zosię o winie jej ukochanego i o tym, że on jej niewart.

Długo podobno nie chciała mu wierzyć, ale brat był z nią ciągle, a kochanek oddalił się i powodowany obrażoną dumą lub troskliwością o jej spokój nie szukał nawet więcej sposobu zbliżenia się; biada więc nieobecnym! Zosia, kochająca brata, uwielbiając go całą duszą, złudzona jego pięknymi słowami, wdzięczna za czułość braterską, jaką jej okazywał, uwierzyła mu, pożegnała czarowny obraz pierwszej miłości i słaba, strwożona jak dziecko, zmęczona walką większą nad jej dziecięce siły poddała się całkiem kierunkowi tego, który tyle łez wycisnął z jego oczu, który, jak pokazała przyszłość, miał tym postępkiem swym zwichnąć całe jej życie. Zenia była cała pogrążona w kupowaniu wyprawy, Emilka pomagała jej całymi siłami w wielkim dziele, od którego, zdawałoby się, że cały przyszły los młodej narzeczonej zależał. Raz, przyjechawszy do nich, znalazłam je obie literalnie zarzucone stosami towarów, rozłożonych po stołach, kanapach i dywanach. Zenia stała przed zwierciadłem, przymierzając suknię, przed chwilą przyniesioną przez krawca, który stał o kilka kroków i z zamiłowaniem przyglądał się dziełu rąk swoich. Była to pyszna suknia z aksamitu, niezmiernie długa, ozdobiona koronkami delikatności pajęczej.

Ujrzawszy w zwierciadle mnie wchodzącą, Zenia odwróciła się i zawołała:

— Patrz, Wacławo! co za przepyszna suknia! Pan Ryger (tak się nazywał najmodniejszy nasz krawiec) wybornie mi ją zrobił. Co za gatunek aksamitu! jaki kolor! jaka długość imponująca! a koronki? spodziewam się, że nie masz im nic do zarzucenia!

Mówiąc to wszystko Zenia przeszła się parę razy po pokoju, nadając swym krokom pewną powagę, tak jakby wyobrażała sobie, że jest już mężatką i oddaje pierwsze ceremonialne wizyty w swej kosztownej i wspaniałej sukni.

— Dodajcie do tego — mówiła stojąc naprzeciw mnie i Emilii — dodajcie do tego piękny, złoty lub brylantowy garnitur, parę pąsowych lub białych kamelii we włosach, a przyznacie, że będzie to toaleta świetna i że gdyby najbrzydsza w świecie istota ją włożyła, dodałaby jej ona powagi i wdzięków. Łącząc czyn do wyrazów ze zwykłą sobie żywością od sunęła szufladę toalety i wydostawszy parę pudełek spięła pod szyją koronkę kosztowną złotą broszą, takież kolczyki włożyła w uszy, rękę ustroiła bransoletą błyszczącą rubinami, a we włosy wpięła dwie pąsowe kamelie. Po czym stanęła na środku pokoju z błyszczącymi od radości oczami, z podniesioną głową, ze wzmożonym rumieńcem na twarzy i tryumfująco patrzyła na nas i na admirującego ją wyraźnie krawca. Nie wiem, czemu nie podzielałam wcale ukontentowania Zeni; przeciwnie, smutne jakieś uczucie spadło mi na serce i znowu pomyślałam w głębi ducha:

"O, ja nie taką byłabym narzeczoną!"

Zenia spostrzegła znać, że strojem swym nie wzbudza we mnie zachwytu, i przeniknęła myśl moją, bo bystro na mnie spojrzała i posmutniała w mgnieniu oka.

Zaczęła pośpiesznie zdejmować z siebie broszę, bransoletę i kwiaty, a zwracając się do mnie i do Emilki zarazem rzekła:

— Moje drogie! widzę, że macie mię za próżną i lekkomyślną istotę! Otóż mylicie się! lubię piękny strój, bo wyobrażam sobie, że staję się w nim poetyczniejszą i mniej pospolitą niż w zwykłym codziennym ubraniu. Nie uwierzycie, jak lubię marzyć o tym, że gdy ubrana w powłóczystą, aksamitną suknię, z białym kwiatem niedbale wpiętym we włosy wejdę do salonu, blada, jeśli to ze mną może być kiedykolwiek, smutna trochę, zamyślona, wszyscy ujrzą we mnie żyjący portret jednej z tych zajmujących, idealnych, tajemniczych heroin romansów.

— Otóż i wyjeżdżają na scenę heroiny romansów! — zawołała ze śmiechem Emilka.

— Tak — z komicznym zapałem odparła Zenia — chcę być podobną do którejkolwiek z tych heroin, chcę zaciekawiać, interesować, sprawiać efekt, cierpieć, tęsknić, ale marzyć i widzieć kogoś, kto by cierpiał także, umierał z miłości dla mnie.

— Wzdychał do twego serca zawieszonego na promieniu księżyca — wtrąciłam.

— Tak — potwierdziła Zenia — ażeby wzdychał do mego serca zawieszonego na promieniu księżyca, karmił je westchnieniami, ideałami, poezją...

— Zeniu! Zeniu! — przerwała Emilka wskazując siostrze spojrzeniem krawca, który słuchał całej rozmowy z szeroko otwartymi oczami.

Zenia spostrzegła się, ochłonęła i umilkła, a w tej samej chwili otworzyły się drzwi i pokój napełnił się całym batalionem kupców, rękawiczników, szewców, szwaczek i magazynierek.

Uciekłam i nieprędko już potem odwiedziłam dwie siostry. Pomimo przyjaźni, jaka nas łączyła, młoda narzeczona całkiem zakopana w gałgankach i błyskotkach, dziwacznie rozmarzona, wyzywająca przyszłe cierpienia nierozważnymi słowy, nie mająca dla narzeczonego ani jednego westchnienia tęsknoty, ani jednego wspomnienia życzliwości, przykre na mnie czyniła wrażenie.




Rozdział LV

Wesele Zeni miało być huczne i świetne; matka jej i pan Henryk zawczasu już rozsyłali na wsze strony zaproszenia, wzywające do asystowania uroczystemu aktowi wszystkich krewnych, przyjaciół i znajomych familii.

Wiedząc o tych przygotowaniach, z góry wyobrażałam już sobie, w jak niebiańskie zachwycenie wprowadzić miały nowiuteńkiego pana Michała świetne i stare nazwiska owej paranteli przyszłej jego żony, które w czasie wesela wygalonowani lokaje wygłaszać będą z progu salonów. Zabawa weselna miała być urządzona jak najwspanialej, a ku większemu jej splendorowi obmyślono, aby zwykłe tańce urozmaicone były muzykalno-wokalnym koncertem.

Koncert ten miały wykonać dwie panny, pięknie grające na fortepianie, ktoś z mężczyzn, biegle władający smyczkiem, i dwa głosy, z których jeden był kobiecym sopranem, drugi męskim tenorem. Do rzędu fortepianistek mnie zaliczono; pani S. osobiście i usilnie prosiła mnie i mojej matki, abym na weselu jej córki wystąpiła z muzyką, na co chętnie przystałyśmy obie. Matka moja bowiem rada była w swej macierzyńskiej dumie, że będę miała sposobność ukazać mój talent przed licznym zebraniem, ja zaś myślałam, że uczynię przez to przysługę wychodzącej za mąż towarzyszce.

W wigilię ślubu odbył się u Zeni tak zwany wieczór dziewiczy, na który zaproszone zostały wszystkie znajome jej panny. Nikt z mężczyzn nie należał do naszego koła, bo pan młody w tymże samym czasie wyprawiał u siebie wieczór kawalerski i zaprosił całą męską połowę towarzystwa.

Było coś poetycznego i rzewnego w tym obchodzie przedślubnym, w czasie którego kilkanaście młodych dziewic otoczyło towarzyszkę i przyjaciółkę, spędzającą ostatni wieczór w ich swobodnym, dziewiczym kole.

Jutro otworzą się przed nią wrota innego życia, jutro z rozwiniętymi żaglami wpłynie ona w tę krainę przyszłości, którą mogiła już tylko zakończy. Jutro będzie ona mieszkanką tego tajemniczego pays de l'inconnu, w którym spotka ją szczęście czy cierpienie całego życia, któż przepowie? Dziś jest ona jeszcze naszą dziewicą, siostrą, towarzyszką, przyjaciółką, miłą i dobrą powiernicą wpółdziecięcych smutków naszych i radości. Dziś zatem otoczmy ją kołem serdecznym, obejmijmy ramionami, okrywajmy pocałunkami to czoło, wolne dotąd od chmur, a nad którym wiszą może burze i gromy życia. Dziś kochajmy ją całą siłą naszych serc młodych, bo któż wie, co ją czeka w tej nieznanej, tajemniczej, dalekiej przyszłości, ku której dąży? Niech w przyszłość tę zabierze ona z sobą wspomnienie tego wieczoru, spędzonego z siostrami; niech to wspomnienie w czekające ją ciemne chwile przynosi błysk niewinnej, młodej przyjaźni; niech będzie iskrą i promykiem dla jej serca wtedy, gdy mu na świecie zabraknie ciepła i światła! Pomimo licznego grona zebranych osób cicho i uroczyste było w obszernych, na wpół tylko oświetlonych salonach. W paradnym salonie wkoło kanapy zasiadło kilka matek i opiekunek, towarzyszących córkom lub kuzynkom, i rozmawiało z sobą po cichu. Twarze ich poważniejsze jeszcze były niż zwykle, głosy zniżyły się mimo woli. Często milkły wszystkie, rozmowa przerywała się i tylko oczy z zamyśleniem patrzały w przestrzeń, niby na punkt jakiś, niewidzialny a oddalony. Może ten dzień, który jednej z przytomnych tam młodych istot zamykał swobodną dziewiczą epokę, której z tych kobiet, zbliżających się ku starości, przywodził na pamięć podobny dzień jej życia; może patrząc przed siebie zamyślonymi oczami każda z nich przypominała sobie, jak jej w tym dniu serce uderzało żywo miłością, niepokojem, nadzieją, i rachowała w myśli bóle, zawody, cierpienia, które spotkały ją później na tej drodze, na jaką wchodziła z wieńcem ślubnym na głowie śród śpiewów i pocałunków towarzyszek?

Po środku przyległego salonu postawiono duży okrągły stół, a na nim umieszczono dwie wielkie srebrne tace z piętrzącymi się stosami mirtowych gałązek. Wkoło stołu zasiadło kilkanaście młodych panien w jednostajnym prawie stroju, bo umówiłyśmy się już wprzódy, że będziemy wszystkie ubrane w proste suknie z białego muślinu, które wydawały się najstosowniejsze dla tej dziewiczej uroczystości. Każda z nas zabierała z tacy garść gałązek i układała je w drobne bukieciki przewiązując każdy białą wstążeczką. Bukieciki te przeznaczone były dla ślubnej asystencji, a wiązanie ich było obowiązkiem młodych towarzyszek i niejako celem dziewiczego wieczoru; ślubny zaś panny młodej wianeczek upleść powinna była siostra jej lub najbliższa przyjaciółka.

Dziwnie jakoś ciche i uroczyste było dziś to nasze koło. Ani gwaru, ani muzyki. Na każdej prawie z naszych twarzy przesuwało się wzruszenie i migotała zaduma; fortepian stał zamknięty, jakby także zamyślony — nikt go znać dziś nie poruszył jeszcze i poruszyć nie myślał.

Rozmowa urywała się ciągle, wszystkie nasze młode głowy pracowały znać myślą i na wyrazy zdobyć się nie mogły, tylko kilkanaście par drobnych i białych rąk poruszało się zwinnie, z symetrią i starannością układając wiązanki zielonych mirtu gałązek.

— No, teraz, moje panie — rzekła Emilka — przerywając dość długie milczenie — wybierzcie mi najpiękniejsze i najbujniejsze gałązki! Zaczynam bowiem splatanie wianeczka!

To mówiąc Emilka przysunęła do siebie tacę i zaczęła przebierać między gałązkami; kilka najbliżej jej siedzących panien zaczęło jej pomagać, kilka innych przeniosło wzrok z wiązanek swych na Zenię.

Zenia bledsza była i bardziej milcząca jak zwykle; przy wyrazach Emilki upuściła kilka gałązek, które machinalnie trzymała w ręku, i zamyśliła się.

— Jakże to dobrze, moja Zeniu — mówiła dalej Emilka żartobliwym tonem — że raz już przecie odbędzie się to twoje wesele! Przyznam się, że te dwumiesięczne kłopoty z twoją wyprawą i wszystkimi tymi przygotowaniami porządnie mię zmęczyły i jak zbawienia wyglądam chwili, w której po twoim ślubie z mamą na wieś powrócę!

— I nie będzie ci smutno beze mnie, Emilko! — wymówiła Zenia podnosząc na siostrę oczy, które zamgliły się smutkiem.

— O, i bardzo! — zawołała Emilka z tkliwością w głosie — przecie dotąd nie rozstawałyśmy się z sobą ani na dzień jeden; wszystko było nam wspólne. Po twoim oddaleniu się z domu poczuję się bardzo osamotnioną.

— Nie na długo może — przerwała, śmiejąc się, jedna z panien.

— Dlaczego? — spytała Emilka.

— Bo może i sama wkrótce za mąż wyjdziesz? Emilka obojętnie wzruszyła ramionami i odpowiedziała krótko:

— Nie sądzę, aby to prędko miało nastąpić.

— A ja myślę — zawołała któraś z towarzyszek — że z wesela Zeni wiele innych wyniknie wesel. Takie mnóstwo osób z różnych stron się zjechało, tyle nie znanych dotąd sobie ludzi pozna się i zbliży się do siebie przy tej zręczności, że jestem pewna, iż z tego wszystkiego niejeden wyniknie mariaż.

— To prawda — zabrała głos Zenia — pomiędzy jutrzejszymi naszymi gośćmi znajdzie się wielu panów, mało dotąd nam znanych. Między innymi pokaże się także śród nas gwiazda męskiego rodzaju i pierwszej na firmamencie naszym wielkości, gwiazda tajemnicza, która, lubo bardzo blisko nas świeci i to nie byle jakim światłem urodzenia i majątku, mało widzialną bywa nam zwykle; gwiazda...

— Zeniu! — zawołała jedna z towarzyszek— porzuć te przenośnie, a mów wyraźnie: kto to taki ta twoja gwiazda?

— Niestety! nie była, nie jest i nie będzie ona moją! — z komicznym wyrazem odparła Zenia, która z właściwą sobie ruchliwością charakteru odzyskała w mgnieniu oka zwykłą swą wesołość i gadatliwość.

— Niestety! — mówiła dalej — gwiazda ta dla żadnej z was nie zaświeci podobno, chociaż ją jutro ujrzą oczy wasze. O ile światłą, o tyle jest niedostępną! W pogardzie ma ona podobno nasze zgrabne, ustrojone postacie i ładne, utrefione główki; szuka ona podobno czegoś więcej niż to, co jej dać możemy, a tymczasem...

— Ale któż to? kto? — zawołało kilka głosów.

— Zgadnijcie — figlarnie mówiła Zenia — opiszę go wam. Albo nie; opisywać go nie będę, bo nie potrafiłabym dokładnie tego uczynić. Zresztą w powierzchowności swojej człowiek, o którym mówię, nic nie ma szczególnego, nic niepospolitego: ma wzrost średni, włosy ciemne, czoło wysokie i rozumne, oczy wielkie, ciemnoszare, usta łagodne...

— Ależ, moja droga — przerwano — malujesz portret, w którym mnóstwo ludzi poznać można...

— Być może — kończyła Zenia — więc dla bliższego określenia wolę wam powiedzieć, że człowiek, o którym mówię, odziedziczył po ojcu dobra ogromne, ale zadłużone i zrujnowane; że pomimo to sprzedać ich za żadną cenę nie chciał, ale jak wieść niesie, pracował przez dziesięć lat jak wyrobnik, a dziś jest już jednym z największych panów w kraju; że mieszka w starożytnym modrzewiowym dworcu, postawionym na wzgórzu; że za wzgórzem tym pod ścianą borów bielą się liczne marmurowe grobowce jego pradziadów...

— To hrabia Witold! — zawołałam, a zarazem wszystkie gałązki mirtowe, jakie trzymałam w ręku, rozsypały mi się na suknię.

Rozmowy Żeni słuchałam zrazu z zupełną obojętnością, ale przy ostatnich jej wyrazach poczułam mimowolne wzruszenie, odgadłam, o kim mówiła, i sama nie wiedziałam, jakim sposobem imię hrabiego Witolda wypadło z ust moich.

— Zgadłaś, Wacławo — odrzekła Zenia — to gwiazda pierwszej wielkości, o jakiej mówiłam, ten człowiek, który mieszka o miedzę z naszymi rodzicami, a którego jednak tak mało znamy, ten, słowem, bogaty, wysoko urodzony, interesujący i niedostępny gość nasz jutrzejszy — to hrabia Witold.

Gdy Zenia to mówiła, po mojej głowie kręciła się nieustannie myśl:

"Zobaczę go więc z bliska! Poznam go!"

I na myśl tę zdejmowała mię ciekawość połączona z radością i pewną nieokreśloną obawą.

— Już to trzeba przyznać — ozwała się Emilka — że hrabia Witold, pomimo że nie może liczyć się do rzędu bardzo pięknych mężczyzn, ma powierzchowność tak jakoś odróżniającą się od tła ogólnego, że wzbudza interes od pierwszego spojrzenia...

— Masz słuszność, Emilko — potwierdziła inna panna — widziałam go parę razy i bardzo mię zainteresował, nigdy jednak z nim nie rozmawiałam.

— Co do mnie — rzekła ze śmiechem Emilka — zazdrościłam zawsze Helence sposobności bliższego poznania hrabiego Witolda, jaką miała spotykając go w domu swego stryja...

— Niewiele wygrałam na tej sposobności — równie żartobliwie odparła Helenka — hrabia Witold nie zbliżył się do mnie ni razu i był zawsze tak obojętnym na moje wdzięki jak oto ten marmur!

To mówiąc, z udanym komicznym gniewem uderzyła parę razy drobną swą pięścią o marmurową płytę stolika.

— Papa mówi zawsze, że to bardzo zacny człowiek, ale jakiś dziki — wyrzekła jedna z panien.

— W każdym razie to najświetniejsza partia w prowincji — odparła inna — majątek jego liczą na nie wiem już ile milionów, a przy tym nazwisko...

— Otóż to nazwisko — odezwałam się z kolei — jest wedle mnie jednym z przymiotów hrabiego Witolda, wzbudzających najżywszy dla niego interes...

Zaledwie to wymówiłam, już pożałowałam słów moich, poczułam bowiem, że wydałam się z najskrytszą moją myślą, to jest z zajęciem, jakie nie znany mi prawie człowiek wzbudził we mnie.

Nie miałam jednak czasu na rozwagę, bo Zosia, milcząca dotąd, podniosła na mnie swoje przyćmione, apatyczne oczy i wymówiła:

— Czyliż, Wacławo, tak prędko zmieniłaś pojęcia swe o równości ludzi między sobą, że świetne nazwisko intryguje cię i w zachwyt wprawia?...

Ton lekko ironiczny, jakim słowa te były wymówione, uraził mnie nieco.

— Bynajmniej, moja Zosiu — odparłam żywo — imię hrabiego Witolda podoba mi się nie dla splendoru, jakim okrywa go w oczach ludzi, ale dlatego, że przypomina mi wielkie a piękne bardzo rzeczy. Kiedy wkrótce po powrocie mym z pensji usłyszałam po raz pierwszy imię to w domu mej babki, wnet stanęły mi w myśli wspaniałe sale, śród których z taką chwałą brzmiało ono niegdyś, sławne zwycięstwa, jakie wraz z nim zapisane zostały na kartach dziejowych... i pomyślałam sobie zarazem, a i dotąd tak myślę, że ludzie, co imiona podobne dziedziczą, wraz z nimi otrzymują w spadku wielki obowiązek utrzymania ich na zdobytej wiekami wysokości. Zajmuje mię więc imię hrabiego Witolda dlatego, że czuję w nim jakąś głęboką, nieokreśloną poezję przemawiającej przez nie przeszłości; że przypomina mi ono cudowne opowieści, które w kolebce jeszcze prawie słyszałam z ust piastunki i które stanowiły zachwyt i rozkosz moich lat dziecinnych; że daje mi ono obietnicę, iż człowiek, który je nosi, otrzymał w spadku po sławnych swych przodkach część ich cnót wielkich i posiada w duszy tę odwagę i prawość rycerską, jaką każda z nas w tajemnicy serca przyodziewać lubi wymarzony przez się ideał mężczyzny.

Mówiłam to z zapałem i uniesieniem; w pamięci żywo stanął mi ów obiad u babki Hortensji, przy którym pierwszy raz słyszałam rozmawiające o hrabi Witoldzie osoby. Słowa, jakie o nim wymówił wówczas proboszcz i pan Rudolf, pamiętałam tak dokładnie, jakbym je wczoraj dopiero słyszała.

Nie wiem, jaką by na tę tyradę moją była odpowiedź młodych mych towarzyszek, bo rozmowa przerwaną została wniesieniem przez lokajów cukrów, konfitur i tym podobnych przysmaków.

Gdy wszystkie bukieciki z mirtu były już powiązane, a młode żeńskie grono, powstawszy od stołu, połączyło się w oddzielne grupy i przechadzało się po salonach, Emilka wzięła mię pod rękę i pociągnęła we framugę okna, z dala od wszystkich obecnych.

— Mam do opowiedzenia ci pewne wielce ciekawe rzeczy, o których dowiedziałam się dzisiaj — rzekła półgłosem. — Musisz mi tylko dać słówko, że dochowasz tajemnicy.

Ostatnie wyrazy były koniecznym wstępem, rozpoczynającym zwykle zobopólne zwierzenia się młodych towarzyszek; przyrzekłam tajemnicę i słuchałam z ciekawością.

— Wyobraź sobie — mówiła Emilka najciszej, jak tylko mogła — mimo woli zupełnie wysłuchałam między Henrykiem i narzeczonym Zeni rozmowę, która dała mi wiele do myślenia i zmartwiła mię, a razem pocieszyła. Dziś, przed południem jeszcze, siedziałam w swoim po— koju w rannym negliżu i choć Zenia od dawna mię napędzała, abym ubrała się i pojechała z nią na miasto po jakiś jeszcze spawunek, nie mogłam przemóc siebie i otrząsnąć się z zamyślenia, jakie mię ogarnęło. Myślałam o tym, jaka też to będzie przyszłość Zeni z człowiekiem, którego nie kocha, za którego wychodzi tylko dla pozycji i, jak powiada, dla rozmaitości.

Smutno mi było, lękałam się o siostrę i przyrzekłam sobie, że nigdy nie postąpię tak jak ona, że choćby mi przyszło starą panną pozostać, nie wyjdę za mąż inaczej, jak za człowieka, który mi trafi i do serca, i do przekonania. Gdy tak siedziałam zatopiona w myślach i sama jedna, do przyległego gabinetu, który, jak wiesz, dzieli nasze pokoje z resztą mieszkania, weszli Henryk i pan Michał. Z początku chciałam umknąć do pokoju Zeni, ale spostrzegłam, że drzwi były na klucz zamknięte, musiałabym więc chyba przechodzić przez pokój, w którym byli panowie, czego nie chciałam czynić w negliżu. Zresztą byłam pewna, że mię nie zobaczą, bo drzwi na wpół tylko były otwarte, a ja siedziałam tak, że ekran od kominka do połowy mię przed nimi zakrywał. Zostałam więc na miejscu i nie przerywając sobie ciągu moich myśli nie zwracałam zrazu żadnej uwagi na rozmowę, którą prowadzili oni z sobą półgłosem; nagle uderzyło mię wymówione przez Henryka imię Zeni, a ponieważ o niej właśnie ze smutkiem i obawą myślałam, na dźwięk jej imienia pierwszy raz, podniosłam oczy i spojrzałam na rozmawiających z sobą panów, których przez ażurowe ramy ekranu wybornie widziałam.

Henryk siedział na fotelu i palił cygaro, pan Michał stał z drugiej strony stolika. W chwili gdy spojrzałam na nich, umilkli, a z fizjonomii obydwóch poznać mogłam, że frazes, na którym urwała się rozmowa, był drażliwej treści. Po chwili pan Michał wyjął ręce z kieszeni, oparł je o stół, potem założył na piersi, potem poprawił nimi włosy, i na koniec znowu do kieszeni je włożył. Po odbyciu dopiero tych różnych a właściwych mu ewolucji z rękami wymówił dość cicho i nie odrywając oczu od lampy, która stała na stole:

..Przyznam się panu, że nie rozumiem dobrze, w jakim celu rozpocząłeś pan ze mną rozmowę o posagu panny Zenony..."

"W takim — odpowiedział Henryk obojętnie bawiąc się dymem swego cygara — abyś pan żeniąc się z moją siostrą wiedział, co z nią razem bierzesz, i potem nie stawiał wymagań, których bym nie był w stanie zadowolnić".

"Panie Henryku!..." — przerwał pan Michał bardzo żywo i jak mi się zdawało, z pewną obrazą w głosie.

"Pozwól pan, abym skończył — ciągnął Henryk — i nie obrażaj się na mnie za to, że chcę grać z tobą carte blanche dla ochronienia przyszłości mego spokoju i wspólnej naszej zgody od wszelkiego niebezpieczeństwa. Otóż chciałem panu powiedzieć, że uważam się za jedynego spadkobiercę i dziedzica majętności, pozostałych mi po ojcu, a siostrom moim wydzielę należną im wedle litery prawa czternastą część tego majątku. Ponieważ zaś dobra naszego ojca zostały po jego śmierci ocenione na siedmdziesiąt tysięcy rubli, każdej z sióstr moich wypłacę sumę pięciu tysięcy. Więcej żadna z nich spodziewać się ode mnie nie może, a i tak kosztowną wyprawę otrzymują już tylko jako dowód mojej przyjaźni i hojności braterskiej, a nie jako rzecz z dziedzictwa im przynależną".

Przyznam ci się — mówiła dalej Emilka — że byłam wielce zdziwiona tą alokucją Henryka, nigdy bowiem nie spodziewałam się, aby był do tego stopnia chciwym i niesprawiedliwym względem nas. Wprawdzie majątki, pozostałe po naszym ojcu, zostały w istocie ocenione na siedmdziesiąt tysięcy rubli, ale stało się to wskutek jakichś szczególnych okoliczności i wiem z pewnością, że dziś dwa razy więcej są one warte. Zresztą, gdybym była na miejscu Henryka, czuję, że nie trzymałabym się tak ściśle litery prawa, które wydziedzicza prawie siostry na korzyść brata. Daleko jednak mniej byłam zmartwioną tym odkryciem szczupłości mego mienia jak ciekawą znalezienia się w tym razie pana Michała; przestał on patrzeć na lampę i trzymał oczy utkwione w Henryka; w oczach tych było w tej chwili coś niezwykłego, wydały mi się one mniej dobrodusznymi jak zawsze, a jakieś niby rozumniejsze.

Po chwili wyjął ręce z kieszeni, skrzyżował je na piersi, potem oparł o stół i rzekł:

"Panie Henryku! starając się o siostrę pana nie myślałem nigdy o jej posagu; pan wiesz, że sam posiadam blisko miliona funduszu, a gdybym i nic nie posiadał, nie ożeniłbym się nigdy dla pieniędzy".

Z wielką prostotą a nawet z rodzajem nieśmiałości, która mu jest właściwą, wyrzekłszy te słowa, pan Michał podniósł ręce do włosów, potem skrzyżował je znowu na piersi, aż nareszcie, jakby ostatniej szukając dla nich ucieczki, zapalił papierosa. Henryk długo milczał, bawił się dymkiem od cygara i uśmiechał się dziwnie; po kilkunastu dopiero sekundach spojrzał na pana Michała spod okularów i odezwał się:

"Mój panie! jestem zanadto praktycznym człowiekiem, abym wierzył w mrzonki, które panowie nazywacie miłością, bezinteresownością, poświęceniem itd. Człowiek, mój panie, tak jest stworzony, że we wszystkim szuka dla siebie korzyści; sam jestem takim i nikomu nie mam tego za złe; dlatego też i pana chciałem uprzedzić, że jeślibyś się powodował wyrachowaniem pieniężnym..."

"Nie powstało ono nigdy w mojej głowie" — zawsze z równąż prostotą przerwał pan Michał.

"Tym lepiej — kończył Henryk — przyznaję zresztą panu zupełną słuszność, bo jeżeli siostra moja nie ma prawie posagu, przyniesie ona za to panu te zaszczytne w świecie stosunki, które zapewne miałeś pan na myśli starając się o jej rękę".

Przy tych słowach Henryka twarz pana Michała zmieniła się nagle. Spąsowiał tak, że aż mu czoło zaszło szkarłatem, i zgniótł nagle na popielnicy papieros, jaki machinalnie był zapalił.

"Przepraszam pana... mylisz się pan... — zaczął mówić przerywanym od wzruszenia głosem.

— Jestem synem dorobkiewicza, to prawda; kiedy wszedłem do towarzystwa państwa, poczułem się bardzo zaszczyconym i podniesionym... i to prawda... mam tę próżność i pretensję, że pomimo mego świeżego bogactwa lubię pokazać się nie gorzej od innych, i to jeszcze prawda; ale co do panny Zenony... przepraszam... mylisz się pan... pragnę ożenić się z panną Zenona... nie dla pieniędzy ani dla koligacji, ale prosto dlatego, że mi się podoba... że nie widziałem lepszej i milszej od niej panny... dlatego, że kocham pannę Zenonę!"

Wymawiając te niezbyt błyszczące wymową wyrazy pan Michał zmienił się nie do poznania.

Blade jego oczy zapłonęły, cała twarz pokryła się wyrazem poczciwego i nie udanego uczucia, ręce nawet nie robiły zwykłych swych ewolucji, ale pozostawały skrzyżowane na piersi. W tej chwili wydał mi się prawie pięknym. Pożałowałam w duchu, że Żenią nie widziała go takim, jak był wtedy, i pomyślałam sobie, że nie zawsze trzeba wierzyć pozorom, że najpospolitszy i najmniej dystyngowany człowiek miewa chwile, w których dusza jego ukazuje się szlachetniejszą, poetyczniejszą jak niejednego najwytworniejszego salonowca. Spojrzałam na Henryka i aż wzdrygnęłam się, tak mi się wydał brzydkim i odrażającym. Nie przestawał on palić cygara i wypuszczając z ust cieniutkie nitki dymu patrzył na pana Michała z wyrazem, w którym była ironia, niedowierzanie i jakaś tajona, brzydka radość.

"Tym lepiej! tym lepiej, że tak jest, jak pan mówisz — wycedził po chwili przez zęby — nic mi zatem więcej nie pozostaje, jak prosić pana o danie mi urzędowego zapewnienia, że nie będziesz żądał dla mojej siostry posagu, wyższego nad sumę, którą tylko co wymieniłem. Bo chociaż mam za sobą prawo i żadnych procesów się nie obawiam, to jednak, dla uniknięcia wszelkich na przyszłość zatargów, wolę mieć od pana skrypt, który zobowiąże go moralnie i honorowo, a po części nawet i prawnie".

Pan Michał ukłonił się lekko i z tąż samą prostotą, z jaką całą rozmowę prowadził, odpowiedział:

"Z największą chęcią uczynię to, czego pan ode mnie wymagasz".

"A zatem proszę z sobą do mego pokoju" — rzekł Henryk i obaj opuścili gabinet.

Możesz wyobrazić sobie, pod wpływem jakich uczuć zostałam po ich odejściu — kończyła Emilka — zobaczyłam całą chciwość i obojętność dla nas Henryka, ale za to przyszły szwagier wielce zyskał w mych oczach. Smutno mi było z powodu brata, ale cieszyłam się za siostrę, myśląc, iż będzie miała poczciwego i szczerze przywiązanego do niej męża...

— Czy opowiedziałaś Zeni to wszystko? — przerwałam.

— Opowiedziała mi wszystko — ozwał się obok nas głos Zeni, która przybliżyła się niepostrzeżona i usłyszawszy ostatnie słowa rozmowy domyśliła się jej treści. — Opowiedziała mi wszystko i dobrze uczyniła, bo sprawiło to na mnie dobre wrażenie. Mówcie, co chcecie, ale miło jest czuć się prawdziwie kochaną, i od chwili, w której posłyszałam o poczciwym znalezieniu się pana Michała, zdaje się, że go więcej lubię. Zresztą nigdy nie miałam do niego antypatii.

Spojrzałam na Zenię, gdy to mówiła, i smutno mi się zrobiło.

Jakże chłodno i bezbarwnie brzmiał wyraz: lubię! : w ustach młodej narzeczonej!

"O! — zawołałam w myśli — ja bym z tym chłodnym wyrazem nigdy do ołtarza nie poszła. Biedny pan Michał!... on ją kocha!"

W tej chwili rozmowa nasza i moje rozwagi przerwane zostały ogólnym apelem do odjazdu.

Musiałyśmy poszanować nasze siły i cery na uroczysty a huczny dzień jutrzejszy; rozstałyśmy się więc wcześnie ze słowami: do jutra! na ustach.




Rozdział LVI

Pamiętam, że była to godzina piąta po południu; pogodny, słoneczny dzień zimowy miał się ku końcowi, ale w obszernym salonie, o kilku wielkich oknach, widno było jeszcze. I gwarno tam było także, bo orszak przyślubny, złożony z kilkudziesięciu osób, już się był zebrał.

Tu siedziało grono poważnych kobiet; tam liczne koło mężczyzn ubranych w czarne fraki i śnieżne krawaty gwarzyło półgłosem; tam znowu pstrzyły się różnofarbne suknie drużek, przyjaciółek, z biciem serca i wzruszeniem na twarzy wyglądających wejścia panny młodej, którą dopiero strojono do ślubu. W białej sukni, zdobnej w kwiaty i koronki, w wianeczku z drobnych róż, włożonym na włosy długimi lokami opływające ramiona, w pięknym naszyjniku z pereł na szyi, stałam pomiędzy towarzyszkami zdjęta niewysłowionym wzruszeniem.

Pierwszy to raz w życiu znajdowałam się obecna przy poważnej, przenikającej uroczystości ślubnej. Wszyscy rozmawiali półgłosem i często rzucali spojrzenia na drzwi wiodące do pokoju panny młodej; chwilami dochodził z ulicy odgłos niecierpliwego rżenia koni u licznych, stojących przed bramą, powozów; od chwili do chwili także lokaj, ubrany w czarny frak ze srebrnymi ozdobami, stawał na progu salonu i wymówieniem jakiego imienia oznajmiał przybycie nowego gościa.

— Zdaje mi się, że nikogo już nie brakuje — rzekła do mnie z cicha Emilka — na wieczornej zabawie daleko więcej będzie osób, ale do asystencji przy ślubnej mama zaprosiła albo tylko najbliższych krewnych i znajomych, albo osoby, o których sądziła, że uświetnią orszak swą obecnością...

Zaledwie Emilka wymówiła te wyrazy, gdy w progu pojawił się znowu lokaj i podniesionym głosem, wymówił:

— Pan hrabia Witold Z.

Zdawało się, że dźwięk tego starożytnego, pełnego chwały nazwiska czarodziejsko na obecnych oddziałał. Nagle milczenie zaległo salon, wszystkie rozmowy ustały, rozpoczęte słowa niedopowiedziane skonały na ustach, wszystkie oczy obróciły się ku drzwiom schodowym.

Mnie nazwisko to ugodziło w samo serce, duszę całą skupiłam w oczy i patrzyłam na wchodzącego.

Po raz drugi widziałam go w życiu i po raz drugi powiedziałam sobie, że był brzydki prawie i bardzo piękny zarazem.

Z nieregularnych rysów jego postaci, która bynajmniej klasycznych nie posiadała kształtów, tryskała zdrowa, rozumna siła fizyczna i moralna. Nic miękkiego, nic wypieszczonego, nic przybranego i przyczepionego; ani wykwintnej maniery i harmonijnych gestów pana Agenora, ani kobiecej miękkości rysów i cery pana Lubomira, ani zuchwałych spojrzeń i marzących uśmiechów pogromcy serc, pana Aleksandra — a tylko prostota, taka prostota, jakiej u nikogo dotąd nie widziałam, cechowała tego hrabiego o wiekopomnym imieniu, tego milionera, o milionach odziedziczonych po przodkach i zarazem własną zdobytych pracą. A jednak głowę niósł wysoko; na wielkim, w nieregularne wypukłości wyrzeźbionym jego czole duma leżała, ale piękna, pociągająca duma, nie o mitrze hrabiowskiej i milionowych dobrach mówiąca, ale o godności człowieczej i obywatelskiej, o posłannictwie, jakie spoczęło na głowie potomka wielkich mężów.

Był dziwnie, nieskończenie niepodobny do mężczyzn, którzy zapełniali salon. Między nimi a nim zdawała się leżeć granica dwóch odrębnych światów. Wielu z nich miało słuszniejszy wzrost, piękniejsze rysy, klasyczniejszej kształty postaci, a jednak wyglądali wobec niego mali i pospolici.

Przeszedł salon, powitał gospodynię domu i otaczające ją panie i wymówił kilka frazesów.

Głos jego był czysty i świeży, ale nie pieszczony i modulowany — czuć w nim było mężczyznę i pierś siły męskiej pełną. Stałam blisko i słyszałam, co powiedział. Były to potoczne i proste słowa o podróży przebytej ze wsi do miasta, o stanie dróg, a zdaje mi się i o pogodzie nawet. W podobnej okoliczności pan Agenor rozsypałby cały rój komplementów i dowcipów, pan Lubomir nie omieszkałby wygłosić szumnej i kwiecistej tyrady; hrabia Witold mówił o podróży swej i o stopniu temperatury jak zwyczajny, najzwyczajniejszy śmiertelnik. Potem obrócił się ku mężczyznom, którzy wszyscy z uprzejmym i więcej nawet niż uprzejmym pośpiechem podawali mu ręce, i wmieszał się do ich grona.

Tymczasem otworzyły się drzwi bocznych pokojów i wsparta na ramieniu brata weszła panna młoda w śnieżnym ślubnym stroju. Jednocześnie trzy druhny, to jest Emilka, Zosia i ja, wzięłyśmy każda jedną tacę, pełną mirtowych wczoraj uwitych bukiecików i przechodząc od jednego z panów do drugiego przypinałyśmy każdemu z nich do fraka po jednej z zielonych wiązanek. Panowie kłaniali się i dziękowali, zewsząd sypały się żarty i wesołe śmiechy. Dwaj czy trzej młodzi ludzie, których udarowałam wiązankami, już mię więcej nie opuścili i krok w krok postępowali za mną wywołując usilnie zwykłą, żartobliwą a pustą słów szermierkę. Orszak ten, który w innym czasie nic by dla mnie nie miał przykrego, a może by nawet i w najlepszy wprowadził humor, w tej chwili był mi prawie niemiłym. Nie patrzyłam na hrabiego Witolda, ale z pomocą tego ukośnego, że tak wyrażę się, podwójnego wzroku, jakiego używają dobrze wychowane panny, którym zwyczaj wzbrania prosto i otwarcie patrzeć na wszystko i wszystkich, widziałam dobrze, iż stał on niedaleko, z ręką opartą o fortepian, w rzędzie mężczyzn, których obdarzałam kwieciem weselnym.

Każdy krok zbliżał mię ku hrabiemu Witoldowi, nie mogłam go ominąć i pragnęłam zbliżyć się do niego, a zarazem zdejmowała mię nieśmiałość, nieśmiałość dziwna we mnie, tak przyzwyczajonej już do spotykania obcych a różnych ludzi, tak wprawnej w światowe znalezienie się i obejście. A przy tym natrętni asystenci gniewali mię i niecierpliwili; zdawało mi się, że przy ich płytkich komplementach i pospolitej rozmowie wyglądam sama płytko jakoś i pospolicie.

Wszakże trzech już z kolei panów zostaje, których mam obdarzyć wiązanką... dwóch... jeden już tylko i oto przychodzi kolej na hrabiego Witolda, który stoi z ręką opartą o fortepian i czuję, czuję, że patrzy na mnie....

Nie rumieniłam się jednak, owszem, zdaje mi się, że musiałam zblednąć trochę.

Szepnęłam po cichu Helence, aby potrzymała moją tacę i z zieloną wiązanką w ręku przystąpiłam do hrabiego Witolda.

— Sądziłem — wyrzekł z ukłonem — że pani ominiesz mię i że nie zechcesz przystroić mego ubrania w ślubny symbol...

Usłyszawszy te słowa, zwrócone dla mnie, podniosłam oczy i na tej szlachetnej, rozumnej twarzy, którą od tak dawna nosiłam wyrytą w mej pamięci, zobaczyłam uśmiech tak otwarty, prosty, życzliwy, że objawiły się w nim całe skarby łagodności i dobroci. Poczułam wzruszenie całkiem niepodobne do tych, jakim podlegałam dotąd, bo wewnętrzne, prosto z serca płynące, podobne do czci, jaką się oddaje czemuś wielkiemu, do przeczucia, co podnosi rożek tajemniczej zasłony, za którą przyszłość się kryje, do sympatii, która bezwiednie pociąga nas tam, gdzie czujemy szczęście nasze...

Obawa i nieśmiałość odstąpiły mię, nie spuściłam oczu z twarzy hrabiego Witolda i odrzekłam:

— Ja bym panu nie tylko wiązankę mirtu, ale jeszcze i gałązkę wawrzynu ofiarować pragnęła!

— Wawrzynu! — powtórzył hrabia Witold ze swoim otwartym, dobrym uśmiechem — na wawrzyny zasłużyć potrzeba!

— Pan je zdobędziesz! — zawołałam — wszak przodkowie pana nosili je na czołach...

Urwałam nagle i przelękłam się własnych wyrazów.

Myśl mi przemknęła po głowie, że rozmowa, jaką zaczęłam z hrabią Witoldem, była niestosowną, niedorzeczną, naiwną, jakby pensjonarki jakiej. I poczułam, że rumienię się po uszy, i tak się zmieszałam, przelękłam i zasmuciłam, że sama już nie wiedziałam, czy mam odejść, czy pozostać, czy mówić dalej, czy milczeć.

Z położenia tego wyrwał mię wielki ruch, jaki się zrobił w salonie. Gospodyni domu, wsparta na ramieniu syna, rozpoczynała orszak par, które wychodziły z salonu, aby udać się do czekających u bramy powozów. Wzrok mój, jakby niepojętym jakimś magnetyzmem wiedziony, podniósł się znowu na hrabiego Witolda: stał niedaleko pomiędzy kilku innymi mężczyznami i patrzył na mnie z rodzajem zdziwienia i zajęcia. Kiedy spojrzenia nasze spotkały się, uczynił taki ruch, jakby chciał podać mi ramię, ale w tejże samej chwili znalazłam się w istotnym oblężeniu.

Panowie Julian, Ignacy, Alfred, Aleksander i inni tego rodzaju niewolnicy, ciągnący zwyczajnie tryumfalny mój rydwan, otoczyli mię ze wszech stron, z pośpiechem ofiarowując mi swe usługi.

Hrabia Witold, który był już uczynił ku mnie parę kroków, cofnął się i podał ramię pierwszej lepszej blisko niego stojącej pannie. Ja zaś poszłam w parze z odprawionym a niezrażonym moim konkurentem, panem Aleksandrem, smutna jakoś i niezadowolniona. Znowu mi się wydało, że w tym płytkim i pospolitym otoczeniu moich niewolników, to jest pseudoadoratorów, wyglądałam sama płytko i pospolicie. Zmrok zaczynał zapadać, gdy powozy nasze stanęły przed bramą buchającego od jarzących świateł kościoła.

Liczne tłumy ciekawych, które go zalegały, rozstąpiły się, tworząc pośrodku dla weselnego orszaku przejście o ścianach żyjących, ruszających się, szepczących, udiamentowanych szeroko rozwartymi i błyszczącymi ciekawością oczami. Pomiędzy tymi dwoma żywymi ścianami przesuwały się z szelestem bogate suknie, o długich atłasowych i aksamitnych ogonach, przykryte do połowy sobolami i gronostajami, wytworne fraki panów, błyskały białe ich krawaty i rękawiczki, unosiły się głowy młodych dziewic, strojne w warkocze, loki i kwiaty.

A lud patrzył coraz ciekawiej na tę wystawę bogactwa i blasku, zdawał się oddech tłumić w sobie, aby lepiej widzieć wszystkie szczegóły, i tylko gdzieniegdzie szemrały szepty zachwycenia i wyciągały się ręce wskazując pobliskim oczom najpiękniejszą z dziewic, najwynioślejszego z panów, najstrojniejszą z matron.

Na stopniach ołtarza, w pontyfikalnym stroju i liczną otoczony asystencją, stał jeden z miejscowych dygnitarzy kościelnych i rozpoczął ceremonię ślubnego obrządku.

Panna młoda stała blada i niema pod swym przejrzystym śnieżnym woalem, oczy miała suche, niezwykłym ogniem niepokoju płonące, usta bez koloru prawie, mało różniące się bladością od reszty twarzy. Za to pan młody pąsowy był jak piwonia, czoło nawet całe powleczone miał szkarłatem. Z tym zbytecznym rumieńcem i zwykłą swą niezgrabną postacią byłby śmiesznym nieledwie; ale oczy jego, zazwyczaj tak blade i nie znaczące, paliły się teraz miłym jakimś, poczciwym blaskiem. Wymawiając słowa przysięgi pewnym i stanowczym głosem, patrzył w ołtarz z przejęciem się i uczuciem prawdziwej pobożności. Znać było, że człowiek ten całym swym prostaczym i nieokrzesanym, ale poczciwym sercem wierzył i kochał.

W czasie ceremonii między osobami, składającymi orszak, zawiązywały się ciche rozmowy, krzyżowały się spojrzenia i uśmiechy, kiedy niekiedy wybuchał nawet głośniejszy, choć wnet przyzwoitością i poszanowaniem dla miejsca stłumiony, chichot. Strojne głowy dziewic falowały niby łan zasiany kwiatami, pochylały się ku sobie i szeptały. Młodzi panowie lornetowali i przesyłali sobie wzajem znaczące uśmiechy, starsi zamieniali z sobą po cichu różne uwagi.

A między tym roztargnionym, rozbawionym gronem ludzi, którzy u stóp ołtarza nawet i na widok uroczystego i stanowczego jak śmierć obrzędu nie byli zdolni skupić swego ducha i o zabawie zapomnieć, ja tylko stałam niema, przejęta, rozmodlona w głębi serca o szczęście młodej towarzyszki, wzruszona aż do dna duszy tym aktem, którego dokonywanie się pierwszy raz widziałam, a który stał teraz przed mymi oczami, straszny wymawianą przysięgą, cudowny wiekuistym dwojga serc połączeniem, przenikający głęboką pieśnią organów, groźny obliczem Boga, promieniejącym z ołtarza...

Nie byłam w stanie ani uśmiechnąć się, ani słowa wyrzec do nikogo i patrząc wkoło siebie, w tajnię serca mego myślałam, że nie chciałabym, gdy przyjdzie dla mnie podobna chwila, stanąć u ołtarza z wybranym moim pośród tylu uśmiechów, szeptów, bogatych strojów i ciekawych oczu. Wolałabym, o! stokroć wolałabym, gdyby ślubny mój obrządek odbywał się w cichym jakim, małym i potulnym kościółku; abym, wymawiając słowa wiekuistej przysięgi, widziała tylko obok siebie błogosławione twarze rodziców i zamglony wzruszeniem wzrok najlepszej przyjaciółki; aby żadne szepty ust obcych ani szelesty sukien, na wystawę włożonych, nie tłumiły pieśni poważnej, którą na czoła nasze zlewać będą z góry akordy organów; aby gdy wyjdziem z kościoła, tylko słońce pogodne spojrzało na radość naszą i pozdrowiło nas na długą drogę szczęścia i walk wspólnych...

Tak marzyłam i mimowolnie podniosłam wzrok zamglony wilgocią. Naprzeciw mnie, po drugiej stronie ołtarza, stał hrabia Witold, niemy, także zamyślony. On także nie śmiał się i nie rozmawiał, oczy trzymał utkwione w ziemię, a na spokojnej twarzy jego, pobladłej nieco w tej chwili, przesuwały się zadumy dojrzałego człowieka i marzenia młodzieńca o duszy głębokiej jak dno morskie. Widząc to zapytałam siebie w duchu:

"Dlaczego w tym licznym zebraniu dwoje nas tylko było z milczącymi usty i zamyślonymi czołami? Dlaczego gdy wszyscy koło nas śmieli się, żartowali i u stopni ołtarza nawet szukali dla siebie zabawy i wesołości, on i ja tylko staliśmy pogrążeni w zadumie, marzeniu, cichej wewnętrznej modlitwie? Czyliż tak podobni byliśmy do siebie? czy pragnienia serc i porywy umysłów do jednego, wspólnego wiodły nas ideału?"

Znowu przeczucie jakieś tajemnicze i niewyraźne podniosło przede mną rożek zasłony, przyszłość mą kryjącej, i radością zastukało do serca.

Podniesionym i uroczystym głosem kapłan wymówił ostatnie słowa obrzędu, na chórze wyborna muzyka zabrzmiała radosnym hymnem Veni Creator, a lud rozstąpił się znowu, robiąc drogę dla przejścia świetnemu orszakowi.

Gwiazdy iskrzyły się złocisto na ciemnym sklepieniu zimowego nieba, śnieg skrzypiał pod licznymi tłoczącymi go stopami, gdy przed wrota kościelne zatoczyła się śliczna, kosztowna, cała oblana światłem licznych latarni i błyszcząca od brązów kareta. Do niej wsiedli państwo młodzi, a para pysznych rosłych siwków, rżąc i krzesząc iskry kopytami, porwała ich z miejsca, przy ogólnym uwielbieniu zgromadzonych widzów.

— Co za powóz! co za konie! jaka liberia! — szeptano w tłumie.

— Pan młody bardzo bogaty być musi! szczęśliwa panna młoda!

— A jaki orszak weselny! ile tu karet! patrzcie: sześć, ośm, dziesięć!! a drugie tyle koczów!

Wspaniałe wesele! szczęśliwi państwo młodzi!

Śród tych i tym podobnych szeptów wsiedliśmy wszyscy do powozów, które z ogłuszającym turkotem kół i oślepiającym migotaniem latarni ruszyły w ulicę.

W salonach oświetlonych rzęsiście grzmiała już wyborna orkiestra. W godzinę po powrocie naszym z kościoła zabawa, ożywiona mnóstwem nowo przybyłych osób, wrzała już i huczała na dobre.

Bawiono się; ja się nie bawiłam, lubo tańczyłam więcej od innych. W walcu i w mazurze, w kadrylu i polce, rozmawiając z roztargnieniem i machinalnie uśmiechając się do otaczających mię osób, szukałam ciągle, szukałam nieustannie oczami jednej twarzy, jednej męskiej postaci. I spostrzegałam ją, ale zawsze z daleka tylko.

Hrabia Witold nie tańczył, a ja tańczyłam szalenie, nieustannie, porywano mię, zapraszano do wszystkich tańców, jakie były i być mogą, otaczano coraz liczniej i coraz więcej, coraz więcej przez to oddalano od jedynego w towarzystwie człowieka, do którego zbliżyć się, z którym rozmawiać pragnęłam.

Widziałam, jak wzrok jego ze spokojnym zamyśleniem przesuwał się po tym kipiącym zabawą, błyszczącym barwami i klejnotami, głośnym, rozbawionym, bezpamiętnym kole i jak pomijał twarz moją, obracającą się za nim niby słonecznik za słońcem, ani rozróżniając ją od tego mozaikowego, kameleonowego tła, śród którego zacierała się i nikła. A jednak, mój Boże! ja tak pragnęłam, tak bardzo pragnęłam, aby on na mnie, wyłącznie na mnie spojrzał tymi pogodnymi, rozumnymi swymi oczami, które jeszcze wówczas, kiedyś, na pierwszym balu, na jakim w życiu mym byłam, w cienistym parku mojej babki wlały w moją strwożoną duszę pociechę i uspokojenie! Widziałam, jak rozmawiał z rozmaitymi osobami, tak jak on nie należącymi do tanecznego koła; jak przechadzał się po przyległym salonie, otoczony gronem mężczyzn, którzy wyraźnie szukali go i pragnęli popisać się swoją z nim znajomością; jak stawał na progu sali, w której tańczono, i patrzył na wir walca lub mazurowe podskoki, ale ani razu, ani razu nie wyróżnił mię śród tłumu.

Oczy jego, które z zajęciem na mnie spoczęły wtedy, gdy, obdarzając go wiązanką mirtową, wymówiłam bez rozwagi kilka słów, co mi się prosto z duszy wymknęły, teraz gdy w tańcu rozwijałam wszystkie me wdzięki, gdy rumieniec gorączkowego życia rozpalał mi policzki, gdy od jednego do drugiego przechodząc tancerza w szalonym walcu lub wdzięcznym kadrylu ukazywałam całą dystynkcję ruchów, tak powszechnie we mnie chwaloną, teraz kiedy sama czułam się piękną, wielbioną, ściągającą na siebie mnóstwo zachwyconych spojrzeń; teraz te oczy jego ślizgały się po mojej twarzy i sukni tak obojętnie jak po wszystkich innych twarzach i sukniach, tak przelotnie, jak gdyby widziały we mnie tylko cząstkę obrazu, na który patrzyły dla rozrywki, drobny kamyczek w mozaice, tworzącej piękny dla oka, lecz martwy dla myśli bukiet. Kilka razy w mazurze taki zwrot nadałam tańcowi, aby jak najbliżej przebiec koło hrabiego Witolda; ale gdy tylko czułam się już blisko niego, brakowało mi śmiałości, aby nań spojrzeć, i spuszczałam oczy. Raz tylko je podniosłam i ujrzałam, że wtedy, gdy tuż koło niego przebiegałam lekkim, mazurowym taktem, gdy suknia moja niemal go dotknęła, on, zajęty rozmową z innym jakimś mężczyzną, obejrzał się za mną tak zupełnie jak człowiek, około którego frunął drobny motyl, i zaraz wzrok obojętny przeniósł na inną niedaleko przebiegającą parę. Poczułam ból w sercu i rodzaj przykrego upokorzenia.

Gdy tak się ze mną działo, pomiędzy towarzystwem, jak zwykle na podobnych tłumnych i licznych zebraniach, zawiązywały się znajomości, przyjaźnie, sympatie, powstawały projekta, krzyżowały się miłe i przykre wrażenia.

W krótkim przestanku pomiędzy jednym tańcem a drugim Helenka usiadła przy mnie.

— Czy dobrze bawisz się dziś, Wacławo? — spytała.

— Niezupełnie — odpowiedziałam z pewnym gorzkim poczuciem, które daremnie siliłam się pokryć, i nie spuszczając oka z hrabiego Witolda, który patrzył w stronę, w której siedziałam, ale nie na mnie, lecz na wiszące nade mną i wyobrażające jakąś dziejową scenę piękne malowidło.

Helenka spojrzała w kierunku moich oczu.

— A! — wyrzekła z cicha — czy tak? Więc bardzo ci się podobała ta gwiazda pierwszej wielkości, wedle wczorajszego powiedzenia Zeni?

Spojrzałam z niezadowoleniem na przenikliwą towarzyszkę.

— Moja droga — rzekłam — jesteś jasnowidzącą, czytasz w myślach ludzkich!

— Twoje myśli łatwo z twych oczu wyczytać — odpowiedziała Helenka.

— I ciekawam, cóżeś z nich wyczytała?

— Smutne dla ciebie rzeczy, moja Wacławo — wyrzekła Helenka, która nagle spoważniała — wszakże nie pora na balu, a do tego na weselu, prawić o smutnych rzeczach. Więc powiem ci krótko, ale węzłowato: nie przypatruj się nazbyt człowiekowi, który raz postawiony na piedestale, już więcej go nie opuści, bo on na ciebie i uwagi nie zwróci, a ty wyekspensujesz na próżno westchnienia swe i marzenia, a w najgorszym razie jeszcze i suchot dostaniesz. Oto moja rada.

W tej chwili zaczęto grać polkę i w mgnieniu oka byłyśmy otoczone zapraszającymi nas tancerzami. Powstałyśmy obie, ale ja zatrzymałam jeszcze na chwilę rękę Helenki i spiesznie szepnęłam jej na ucho:

— Powiedzże mi, ty wszystkowiedząca istoto, dlaczego on na mnie i uwagi zwrócić nie może? Helenka pochyliła się i również cicho odszepnęła:

— Bo tak jak my wszystkie wyglądasz na śliczniutką, zgrabniutką, wystrojoną lalkę, a jego, o ile mi się zdaje, lalki nie zajmują!

Po tych szybko zamienionych słowach puściłyśmy się w taniec.

O mój Boże! czyliż ludzie uwierzą w to, że piękna, młoda, admirowana panna tańczyć może skoczną polkę z tłumem bolących myśli, cisnącym się do. jej uwieńczonego kwiatami czoła, z sercem zamierającym z żalu i upokorzenia pod stanikiem z atłasu i koronek?

Zmęczona tańcem, z wielkim trudem wydobyłam się z koła młodych mężczyzn, którzy mię otaczali, i dla wypoczynku siadłam nieco na stronie, w samych prawie drzwiach prowadzących do przyległego gabinetu. Tuż prawie za mymi plecami rozmawiano.

— Mój drogi — mówił głos kobiecy, w którym poznałam głos Zosi — mój drogi, dlaczego ustawicznie mię prosisz, abym tańczyła z nim i była dla niego grzeczną? On mi się tak nie podoba.

— Ależ to taki porządny człowiek, moja Zosiu — odpowiedział inny głos męski, a dobrze mi też znajomy — a przy tym wiem z pewnością, że zakochał się w tobie szalenie. Zdawało mi się, że Zosia westchnęła cicho.

— To mię nic nie obchodzi, Lubomirze! — szepnęła. — Jak to! — zawołał brat — nie obchodzi cię to, ze zraniłaś czyjeś serce? że zatrułaś komuś spokojność, że ktoś ściga cię nieustannie wzrokiem pełnym miłości...

— Ależ ja tego wszystkiego nie widzę, mój Lubomirze — zaprotestowała Zosia głosem, w którym była zwykła jej od pewnego czasu bierność i apatia.

— Nie widzisz! — oburzył się brat — ale ja widzę i żałuję go z całego serca, i dla twego własnego szczęścia pragnę, abyś porzuciła tę, daruj mi, że tak powiem, występną obojętność na cierpienia cudze, a była bardziej uprzejmą dla człowieka, który ze wszech miar zasługuje na twoje względy!...

Pałałam ciekawością dowiedzieć się, kto był ten, czyją apologię z takim zapałem wygłaszał przed siostrą pan Lubomir.

— I czegoż na koniec chcesz ode mnie, Lubomirze? — wymówiła po chwili milczenia Zosia, słabym swoim i zmęczonym głosem.

— Widziałem, że parę razy odmówiłaś mu ręki do tańca; chcę więc, abyś teraz z nim tańczyła — odpowiedział brat.

— Wiesz dobrze, Lubomirze, że zrobię zawsze wszystko, co może tobie sprawić przyjemność; ale czyliż pójdę sama go szukać i zapraszać do tańca?

— Któż o tym mówi! — zawołał brat — ja ci go zaraz przyprowadzę, czy dobrze?

— Jak chcesz — obojętnym tonem odpowiedziała Zosia, a jednocześnie zza portiery wysunął się pan Lubomir i postąpiwszy kilka kroków rozglądał się po sali.

Śledziłam go spojrzeniem, bo niezmiernie byłam ciekawa, kogo też tak energiczną okrywa protekcją. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy pan Lubomir skierował kroki swe w stronę, w której stał pan Henryk S., i wziąwszy go pod ramię, z uprzejmym uśmiechem powiódł do siostry.

Pan Henryk więc to był tym porządnym człowiekiem, szalenie rozkochanym w Zosi, któremu ona zraniła serce, odebrała spokojność, który ją ścigał oczami pełnymi miłości itd., itd.

"O, deklamator! — pomyślałam — o, czuły brat i bohaterski rycerz cnoty, który sławi przed siostrą takiego, jak pan Henryk, człowieka, i stara się ku niemu skłonić jej serce, dlatego zapewne, że... to dobra partia!"

Zosia z martwym wzrokiem, z apatią na twarzy, zwieszona na ramieniu pana Henryka, tańczyła polkę. Lubomir stał w progu i patrząc na tańczącą parę melancholijnym gestem odrzucał sobie włosy znad czoła...

Spojrzałam na niego prawie z pogardą. Czoło mi zaszło rumieńcem wstydu na myśl, że była chwila, w której zajmowałam się tym człowiekiem, w której poświęcałam mu marzenia moje, w której uwierzyłam w pozy jego i tyrady.

W tej chwili poczułam, że ktoś mię wziął za rękę. Była to Helenka, która, zmęczona tańcem, usiadła przy mnie.

— Spójrz! — rzekła po cichu i wachlarzem wskazała na drugi koniec salonu.

Spojrzałam w kierunku jej wachlarza i zobaczyłam Zosię, która po tańcu usiadła obok swej wujenki. Blada, chuda, o surowej i dumnej twarzy opiekunka poprawiała pieszczotliwie jej włosy i mówiła coś do niej z żartobliwym wyrazem, niemiło odbijającym od ogólnej oschłości jej fizycznej.

Za dwoma paniami stał wuj Zosi, otyły i marsowaty człowiek, i poufale trzymając pana Henryka za guzik od fraka rozmawiał z nim z niezmierną uprzejmością i ożywieniem.

— Czy widzisz tę grupę? — szepnęła mi do ucha Helenka — oto brat, wuj i wujenka łapią bogatego pana Henryka na męża dla Zosi i kładą jej w głowę, że wyjść za niego powinna. On też niedaleki od tego, bo wie, że schwyci wcale piękny posążek...

— Ależ to okropne! — zawołałam. — Jaka by też była z nich para! Zosia łagodna, poetyczna, marząca, on chciwy, bez serca egoista...

— Tra la la! — zaśmiała się Helenka — ale Zosia ma siedmnasty rok, doświadczona niedawno boleść w dziecinną niemal rzuciła ją bierność, a pan Henryk bogaty...

— Ona za niego nie pójdzie! — wyrzekłam z przekonaniem. Helenka pokiwała głową.

— Moja droga — wymówiła — ona nie ma ani takiej energii jak ty i ja, ani takiego sprytu, ani takiego pragnienia ideału, ani takiej pobłażliwej, jak są nasze, matki. Ją namówią, zrobią z nią wpływami i prośbami wszystko, co zechcą, a brat będzie miał największy udział w tym morderstwie, bo Zosia kocha go i wierzy w jego zacność i prawość jak w Ewangelię...

Zaledwie Helenka wymówiła te wyrazy, gdy mnie i ją pochwycono do tańca.

Około północy umilkła orkiestra, a natomiast rozlały się po obszernej sali melodyjne tony skrzypiec z towarzyszeniem fortepianu. Rozpoczął się koncert mający urozmaicić i uświetnić zabawę.

Lecz niestety! ani brzmiąca i głośna uwertura z Wilhelma Tella, ani słodkie i tęskne Marzenie Schumanna, jakkolwiek wcale dobrze wykonane, nie mogły w licznym a rozbawionym zgromadzeniu ogólnego sprawić milczenia. Słuchano widocznie przez grzeczność, ale co chwila w różnych stronach dawały się słyszeć szepty i śmiechy tłumione, a gdzieniegdzie ukazywały się fizjonomie przeciągnięte, znudzone i widocznie żałujące tańca.

Śpiew lepsze miał nieco powodzenie; na koniec przyszła kolej na moją muzykę mającą zakończyć tę niezbyt pożądaną towarzystwu zabawę.

Usiadłam przy fortepianie, a przy mnie stanęła Helenka, która podjęła się odwracać mi karty. Przede mną na pulpicie leżały moje dawne ulubione sonaty Beethovena, które długo zaniedbane spoczywały gdzieś na etażerce w pyle i zapomnieniu, a które jednak kierowana smakiem artystycznym i dawnym zamiłowaniem wybrałam była na dzisiejszy popis.

Powiodłam wzrokiem po salonie. Kilkadziesiąt osób zwracało ku mnie ciekawe twarze i oczy. Kilkadziesiąt innych rozmawiało półgłosem w najlepsze, z lornetkami na oczach lub wachlarzami przy ustach. Ale mnie mało obchodziła uwaga jednych i lekceważenie innych; o kilkanaście kroków ode mnie oparty o róg fortepianu stał hrabia Witold; nie patrzył na mnie, ale z postawy i twarzy można było wyczytać, że z uwagą oczekiwał gry mojej.

Uderzyłam pierwsze akordy, te wspaniałe, pełne akordy, podobne do wykutych z marmuru posągów lub do wołań wychodzących z wezbranej piersi olbrzyma. Jak echo nieśmiałe i dalekie odpowiedziało im kilka innych, cichszych i smętniej szych, a potem klawiatura cała, od najgłębszego basu do najwyższego wiolinu, odezwała się gamą tonów szybką, gorącą, zmienną, a jednak jednolitą, przepaścistą jakąś, pełną jęków, westchnień, śmiechu szeptów miłosnych, i pereł dźwięcznie uderzających się wzajem w wirze zawrotnym.

Straciłam pamięć wszystkiego, co mię otaczało, duch mistrza w mgnieniu oka orzucił mię całą napowietrznym płaszczem melodii i ducha niego uniósł w wysoką krainę sztuki. Czułam bicia serca spieszne, gorące, tętna zapału pulsujące w skroniach, po głowie mojej przeciągały szlaki myśli promieniste, jak z gwiazd utkane, te szlaki, które w dziecinnych jeszcze witały mnie latach, a potem, szalonym bezporządkiem światowego życia odegnane, wracały razem z muzyką dawną, ukochaną, tak długo odepchniętą i zarzuconą... przez wzgląd na ludzi, co ją zrozumieć nie byli zdolni.

Grałam i cała dusza moja przeszła w ręce, i ręce moje tonami, które wywoływały z klawiszów, opowiadały historię mojej duszy. Widziałam siebie dziewicą naiwną, wierzącą, wpółdzieckiem, ciekawym świata i jego radości; słyszałam głos świata tego w tajemniczych groźnych akordach basu, a tymczasem nuty wiolinu, ciche i podniosłe, snuły się jak marzenia młodego serca, jak modlitwa szeptana z trwogą i rozkoszą, jak miłość dla gwiazd i tego Boga, co króluje nad nimi. Nagle od strony basu huczą i suną się nuty złowieszcze jak grzmot przybywający z daleka, coraz większej nabierają mocy, biegną, dwoją się; przemieniają w dzikie i surowe akordy, jak stado orłów spuszcza się spod obłoków na gromadkę śnieżnych gołębi, tak spadają, na rzewną pieśń, porywając ją z sobą w odmęt burzy, gromów, błyskawic i tajemniczych, podziemnych, zda się; pieśni, co rytmem posępnym wydobywają się z samego dna harmonii, splątanej jak najdziksze fantazje, głębokiej jak przepaścisty duch mistrzatwórcy.

I oto widzę, widzę, bo mi obraz ten na orlich skrzydłach swych przynosiły burzliwe tony basowe, widzę, jak wiara moja leży rozbita, ze skrwawioną piersią, niby gołąbka zraniona, jak modlitwa moja ucieka ode mnie pod niebo, na które patrzyć zapomniałam, jak miłości moje, bledziuchne niby kwiaty sztuczne, jedna po drugiej chylą się do mogiły... Oderwałam na chwilę ręce od klawiszów, bo skończyła się pierwsza część wielkiej sonaty; druga zaczynała się od pieśni przeciągłej, monotonnej, podobnej do skargi zmęczonego serca. Każda nuta zdawała się tam być łzą, spadającą z oka, żalem spieczonego... czułam łzy, z wolna wzbiera— jące w mej piersi... A potem przyszły akordy nagłe, potężne, szerokie jak obudzenie się ducha ze snu zmęczenia i słabości, jak niespokojne, pełne pragnień i obaw pytania, rzucone w twarz światu, pod nogi temu życiu, co w łzach się kąpało... I razem z akordami tymi duch mój zapytywał:

"Kędy podziała się jego pierwotna, dziewicza wiara i niewinność? Jakie wichry porwały i rozniosły marzenia jego o różowych rąbkach? Gdzie jest kraina piękności bez skazy? kędy siedlisko ideału, którego obraz tkwi w duszy, z innych przez nią przyniesiony światów?"

Nie było odpowiedzi; znać mistrz, tworząc swe arcydzieło, nie znalazł jej w sobie i rozmodlił się tylko potężnym hymnem nadziei, że znajdzie ją kędyś, tam może w innych światach, skąd wziął pierwotną, utraconą dziś, wiarę swoją, i hymn ten zakończył cichymi, rozwianymi tony, niby zawieszając go między ziemią i niebem, które wygrać miały ostatnie niedopowiedziane jego akordy...

Skończyłam i drżące od wzruszenia ręce opuściłam na suknię. W salonie głuche panowało milczenie; grą moją, w której wyśpiewałam samą siebie, zdobyłam uwagę roztargnionych słuchaczy.

Przez kilkanaście sekund nikt żadnego nie uczynił poruszenia; Helenka nawet stała obok mnie jak przykuta do miejsca, szepcząc tylko:

— Cudownie, Wacławo, cudownie!

Podniosłam oczy i przez mgłę wzruszenia, która je przysłaniała, zobaczyłam naprzeciw siebie tego pięknego, szlachetnego człowieka, którego postać i imię snuły się przede mną nieustannie jak błyskawice ogniste na tle melodii, którą wygrywać przestałam. Patrzył na mnie! Na koniec patrzył na mnie! A oczy jego, tak spokojne i niezmącone zwykle, teraz utkwione w mej twarzy ciskały iskrami i mieniły się grą wzruszeń, ruchomą a gorącą. Byłam pewna, że zrozumiał mię, że za pośrednictwem muzyki odgadł tajnie mojej istoty, pojął, iż nie byłam ustrojoną lalką. Mówiła mi o tym bladość jego wyniosłego czoła, ogień jego zwróconych ku mnie oczów, uśmiech jego ust, surowy i rzewny zarazem...

Co czułam wtedy, tego już dziś ani pamięcią objąć, ani w słowa oprawić nie zdołam.

Wszystkie uprzednie wzruszenia i uczucia moje zniknęły wobec tej chwili jak mary, wyśnione nocą, wobec rannego słońca. Zdawało mi się, że dotąd nie żyłam, ale śniłam tylko i że w tej chwili dopiero budziłam się do prawdziwego życia. Była to jedna z tych krótkich, jak sekunda, chwil złotych, a których wspomnienie idzie z nami aż nad brzeg mogiły, aby nam świecić jeszcze w ostatniej ciemnej godzinie. Była to jedna z tych chwil, w których dwie dusze, rozdzielone przepaścią zda się nieprzebytą, ale przeznaczone dla siebie, spotykają się na mgnienie oka i przysięgają sobie wiekuistą wierność wspomnienia...

Nie spuszczając oka z mej twarzy postąpił ku mnie; jednocześnie, niezależną ode mnie siłą poruszona, podniosłam się z siedzenia i uczyniłam parę kroków ku niemu, tak jak bym chciała zejść się z nim na połowie drogi...

Ale, ach! między mną i człowiekiem, ku któremu wiódł mię pociąg nieprzeparty, niewypowiedziany, stanęła żyjąca, nieprzebyta barykada, złożona z czarnych fraków i białych krawatów, które gdy tylko minęło pierwsze wrażenie, wywarte na słuchaczów, zerwały się ze wszech stron i otoczyły mię ciasnym kołem.

Potoki komplementów i słów kwiecistych sypały mi się pod stopy, grady zachwyconych i płomienistych spojrzeń obsypywały mą głowę i coraz więcej ludzi tłoczyło się około mnie, i coraz większy tłum i gwar zatapiał mię swą szumiącą falą... Hrabia Witold nie próbował nawet przebijać tej żyjącej zapory i cofnął się do przyległego salonu.

Na widok ten doświadczyłam takiego poczucia, jak gdybym nagle została oblaną zdrojem zimnej wody. Serce zamarło we mnie, niezmierny żal mię ogarnął.

Ale w tej chwili orkiestra zahuczała kadrylem, bal zawrzał na nowo, a na balu precz z głębokimi wzruszeniami; precz z rozwagami smutnymi! Trzeba tańczyć, trzeba bawić się, trzeba słuchać komplementów i odpłacać je dowcipnymi frazesami, w których jest wszystko prócz dowcipu i sensu; trzeba uważnie tańczyć kadryla, aby każdy krok był dystyngowany i przyzwoity; trzeba chronić się zamyślenia, bo ono daje powód do komentarzy; trzeba mieć usta uśmiechnięte, bo inaczej osądzą cię, żeś dumna, albo domyśla się, żeś zakochana! Bawiłam się, tańczyłam, słuchałam komplementów, odpowiadałam na nie dowcipami, przechadzałam się w kadrylu z dystynkcją i gracją, uśmiechałam się, znajdywano mię piękną i bardziej zachwycającą niż kiedy.

W mazurowej figurze postawiono na środku salonu krzesło, a ja zasiadłam na nim jak królowa otoczona poddanymi: kilkunastu młodych mężczyzn stało wkoło mnie, ze spojrzeniami w moją twarz utkwionymi, z uśmiechami na ustach, oczekując, aż podrzucę w górę szmatkę batystu, którą trzymałam w ręku. Szczęśliwy, kto ją pochwyci ! z tym tańczyć miałam!

Długo czekali. Na progu salonu stał hrabia Witold i patrzył na mnie, ale już nie tym spojrzeniem, co wprzódy, tylko jakimś smutnym, zawiedzionym, takim, jakim spogląda człowiek, co sądził, że ma w ręku diament, a zobaczył, iż to było szkiełko farbowane.

Ze ściśniętym sercem podrzuciłam w górę chusteczkę. Pochwycił ją pogromca serc, pan Aleksander, i z tryumfującym spojrzeniem podał mi rękę.

Kiedy w mazurze pobiegłam około drzwi wiodących do sąsiedniego salonu, spojrzenie hrabiego Witolda prześliznęło się po mojej twarzy i postaci takie obojętne, tak spokojne, jakim bywa spojrzenie człowieka, co myślą przebywając gdzieś indziej machinalnie ściga lot fruwającego w pobliżu motyla.

Dokończyłam mazura ze łzami, które kryłam pod powieką, a które mi paliły źrenice. Doświadczałam takiego poczucia, jak bym utraciła szczęście, którego promienne widzenie na mgnienie oka zajaśniało przede mną.

O mój Boże! czyliż ludzie uwierzą w to, że młoda, piękna, ogólnie uwielbiana panna tańczyć może mazura z tłumem bolących myśli, tłoczącym się do jej uwieńczonego kwiatami czoła, z sercem zamierającym z żalu pod stanikiem z atłasu i koronek?

I więcej już ani razu nie zobaczyłam hrabiego Witolda. Kiedy po skończonym mazurze zapytałam Emilki, czy go gdzie nie spostrzega, odpowiedziała mi, że odjechał.

"Odjechał! — myślałam z wielką boleścią — kiedyż go więc zobaczę? może już nigdy!

Zniknęło jasne widzenie, rozwiał się urok czarowny, dusze nasze spotkały się z sobą na mgnienie oka, aby się rozejść... na wieki!"

Głowa mię bolała, łzy gorącą falą tłoczyły się do oczu, nie mogłam dłużej udawać, nie mogłam dłużej tańczyć i śmiać się, i słuchać komplementów; poszłam do mojej matki z prośbą, abyśmy odjechać mogły.

W pół godziny potem, mimo próśb, nalegań i wyrzutów, opuściłyśmy towarzystwo.




Rozdział LVII

Trzecią godzinę o północy ogłaszały zegary. W pięknym pokoju opływającym w bladoróżową barwę, na toalecie zastawionej błyszczącymi flakonami dziesięć świeć paliło się w złoconych kandelabrach, migocące, żółtawe światło rzucając na cztery pyzate aniołki, trzymające wieniec z róż na suficie. W rogu pokoju, na atłasowych poduszkach sofy leżała w znękanej postawie młoda istota, ubrana w atłas, krepę i koronki, ze splątanymi lokami, opływającymi obnażone ramiona, z wieńcem drobnych róż na głowie, ze sznurami bogatych pereł na szyi.

W oczach jej, okrążonych sinymi kołami zmęczenia i gorączkowych wzruszeń, palił się suchy ogień, blade czoło kłoniło się w dół przytłoczone ciężarem upokorzenia smutnych roz— wag, załamane ręce martwo leżały śród puszystych zwojów śnieżnej krepy. I któż by powiedział, że tą zmęczoną, upokorzoną, w boleśnych dumaniach zatopioną istotą była młoda, piękna, za bogatą uważana panna, o której rękę starali się najbogatsi młodzieńcy, przed którą padali czołem najsławniejsi pogromcy serc niewieścich, której powodzenia zazdrościły najpiękniejsze dziewice, której tryumfalny rydwan ciągnęli najliczniejsi niewolnicy, powiewając przed nią kadzielnicami pochlebstw, usypując dla jej stóp drogę kwiatami salonowych hołdów?

I któż by uwierzył, że tą biedną istotą, zmęczoną fizycznie i moralnie, cierpiącą, upokorzoną, do głębi serca smutną, byłam ja, ja, która przed godziną wróciłam ze świetnego balu, ja, która potrzebowałam tylko wymówić jedno słowo, aby jutro zapaliła się dla mnie złocona pochodnia ślubnego hymenu, wyciągnąć tylko rękę, aby pochwycić ten czarowny sen wielu dziewic, jakim jest świetna partia? A przecie... tak było.

Byłam do głębi serca smutną i do dna duszy upokorzoną. Otworzyły się dziś do reszty oczy moje i ujrzałam jasno... kim byłam. Szlachetna postać hrabiego Witolda, ta postać, którą widziałam wciąż przed oczami, oblana blaskiem ideału stała przede mną jako żal gorzki i ciężki wyrzut. Jednego człowieka spotkałam śród ludzi tłumu w którego oczach był spokój i prawda, na którego czole leżała zacność; którego życie i czyny czcili nawet ci, co od podobnych sami byli dalecy, i ten mną pogardził, i ten spojrzał na mnie takim spojrzeniem, jakim ktoś zamyślony spogląda na lalkę, którą bawią się dzieci.

Więc kimże byłam?

Więc na jakąż drogę weszłam?

Więc jakąż uczynił mię ten świat, w którego objęcia rzucałam się z takim upojeniem, z takim szałem, z taką radością?

Więc czymże nareszcie był ten świat, co wygląda tak pięknie, co tak błyszczy, tak migoce zmiennością barw, tak śpiewa głosami syren, a tak brzydko, tak smutnie z młodej dziewicy, o niewinnej jak biała karta duszy, o myśli pragnącej wszystkiego, co dobre i wielkie, urabia lalkę, motyla, cacko, niezdolne przykuć do siebie oczu myślącego człowieka, niegodne jego uczucia, jego serdecznego pociągu, uścisku jego dłoni uczciwej i pracowitej?

Więc czymże jest ten świat, co z czoła dziewicy ściera wszelki ślad powagi i podniosłości poetycznego serca, co w oczach jej gasi blask, z którego by ludzie gorącą wyczytali duszę, co na usta jej kładzie zalotne uśmiechy, od których uciekają zacni i poważni, i strojąc ją w połyski, odziera z promieni, po których poznają się czyste duchy?

"Otchłań!" — szepnął nade mną głos jakiś złowieszczy.

Otchłań, w której stroją się, zalecają się, rujnują się, tańczą, bankrutują moralnie i materialnie, kłamią na wyścigi, oszukują, z próżniaczo założonymi rękami czekają szczęścia, wyobrażonego w postaci złotego bałwana, biją czołami przed cielcem, ulanym z błyszczącego kruszczu, bawią się miłością, żartują z czasu, który na groźnej kosie swej przynosi karę i pokutę, nie znają Boga królującego nad gwiazdami, nie rozumieją wielkiej myśli jego, która nie przenika do nich przez grubą warstwę próżności i próżniactwa, jaką są obleczeni!

A ja w tej otchłani byłam jako ptaszę, któremu przeznaczono być orłem rozkochanym w słońcu, a które stało się krukiem żądnym błyskotek; jako zbłąkana owca, która szukając zielonej łąki, co tak pięknie uśmiechała się do niej, zagłuszona wrzawą i zmęczona daremnym pragnieniem, wraz ze swym stadem rozciąga się na zgniłej słomie, na której miękko leżeć, i karmi się zwiędłymi kwiatami, których zapach truje ją z wolna!

A jednak nie byłam złą, bo pragnęłam z całej duszy ujrzeć dobroć i wielkość, a kędy zdawało mi się, że ją ujrzałam, tom ze czcią chyliła czoło i zdwajały się serca mego bicia; nie byłam głupią, bo głupi o nic nie pytają, a ja ustawicznie niebu i ziemi, światu i sobie zadawałam pytania; nie byłam zepsutą, bo brzydziłam się zepsuciem innych i rozpacz mię zdejmowała na myśl, że ktoś za taką uważać mię może.

Więc dlaczegoż on posądził mię o głupotę i zepsucie? dlaczego wziął mię za lalkę lub motyla? dlaczego odwrócił ode mnie swoje spokojne, rozumne oczy, które kiedyś tam, w cienistym parku mej babki, pod stropem gwiaździstego nieba, wlały w mą wzburzoną głowę ufność i uspokojenie? Dlaczego mię nie pojął? dlaczego pod zwierzchnią powłoką motyla nie odgadł duszy człowieczej spragnionej miłości i cnoty; pod porcelanową skorupą lalki nie odczuł serca żywego, które rwało się ku niemu, a rwało się nie dlatego, że miał miliony i imię wsławione, ale dlatego, że pociągała je nić niewidomej, czarodziejskiej sympatii, że wyczytało na jego twarzy i w jego postaci te litery ducha, których daremnie gdzie indziej szukało po świecie?

Pochyliłam twarz na dłoni i płakałam gorących łez potokiem, płakałam ze wstydu, z upokorzenia, z żalu po znikłym błyskawicznym zjawisku szczęścia, po tej duszy bratniej, z którą spotkałam się w jednym spojrzeniu, na jedno mgnienie oka, a która odbiegła mię na wieki, nie poznawszy swej siostry oszpeconej maską, w którą ją świat ustroił.

A gdy tak płakałam, z wewnątrz mnie, z samego dna mego ducha podniósł się głos surowy i smutny i mówił do mnie:

"Czy jesteś pewną tego, że cię zapoznano? że stała ci się krzywda i niesprawiedliwość? że nie jesteś w istocie tym, czym się być wydajesz, to jest motylem i lalką? Porachuj dni swoje od tego pierwszego, w którym wstąpiłaś w świat dla ciebie nowy, i pomyśl, co czyniłaś od każdego wschodu do zachodu słońca, od każdego południa do każdej północy? Na czym ci czas ten schodził? jak ci godziny płynęły? Czy choćby jedną łzę otarłaś z cudzego oka? czy choćby jednemu bliźniemu podałaś rękę pomocną? czy choć do jednego przemówiłaś słowem pociechy i chrześcijańskiej miłości, która jest moralną jałmużną? Może przybyła ci do głowy myśl jaka wzniosła, zdobyta w godzinie pracy i rozmyślań? Może wezbrało ci kiedy serce jakim szerokim, pięknym uczuciem, co by nie ciebie samą miało na celu, ale tysiące braci, na jednej z tobą ziemi żyjących, cierpiących? Może walcząc z sobą i ludźmi, z trudem obalając przeszkody, pięknym jakim postępkiem albo ciężką jaką pracą zbliżyłaś się choć na krok jeden do tego Boga, co króluje nad gwiazdami, a którego myśli wielkiej uczy się ojciec twój przez całe pracowite i zacne swe życie? Nie. Ty nic z tego nie zdobyłaś. Ty dnie serca przeżyte liczysz na suknie, w które się stroiłaś na bale, śród których świetniałaś, na walce, które przetańczyłaś, na zalotne uśmiechy którymi wodziłaś za sobą rój próżniaków i głupców, na samolubne, puste marzenia, którymi kołysałaś swoją głowę, siedząc przed zwierciadłem i patrząc, jak ci służebna piętrzyła i uplatała włosy nad dymami próżności omglonym czołem.

A teraz, dziecko samolubne, próżniacze, rozbawione, rozmarzone, pragniesz, aby człowiek, który ma za sobą całe lata pracy zacności, cały szereg szlachetnych dokonanych czynów, człowiek, na którego barkach spoczęła spuścizna imienia wielkich przodków, jako powinność wiecznej godności i wiecznej pracy, aby człowiek ten, spokojny, poważny, rozumny, upadł przed tobą na kolana, uderzył czołem przed twymi pięknymi oczami, zawisł na twoim zalotnym uśmiechu i wprzągł się do twego tryumfalnego rydwanu razem z donżuanami, almawiwami, dafnisami, głośnymi a pustymi dzwonami i wszystkimi tego rodzaju głupcami i pasożytami, którzy go ciągną? Co uczyniłaś, co zdobyłaś, w co tak pięknego i zacnego ubrałaś się, aby móc zwrócić na siebie oczy jego, które przywykły obejmować na świecie szeroką i daleką przestrzeń? Co masz w sobie takiego, aby zdobyć jego szacunek, jego współczucie serdeczne, jego ufność w niepokalaną czystość twej duszy?"

"Nic!"

"Taką, jaką jesteś, możesz podobać się tylko donżuanom, pogromcom serc, obłudnym deklamatorom, którzy uwielbią w tobie piękność twej cery, zgrabność twojej kibici lub domniemaną wielkość twego posagu. Nigdy człowiek, który pracuje myślą i szlachetne cele życia postawił przed sobą, nie ukocha istoty próżnej, błyskotliwej, zakochanej w sobie tylko i w swoich sukniach, choćby od aniołów zewnętrzną pożyczyła ona piękność. Nigdy człowiek, co okiem pełnym miłości ogarnia kraj swój rodzinny, pracuje dlań, roi o pięknych czynach i zasługach, nie poda ręki na wieczną wędrówkę płochej dziewicy, od stóp do głowy światowym pokrytej pokostem, dla której salon ojczyzną, lustro najwznioślejszą ideą, towarzyskie sukcesa polem czynów i zasług, szafa ze strojami ozdobą życia, a celem jego — dobra partia!..."

Kiedy surowy głos mój wewnętrzny wymawiał ten ostatni wyraz, wzdrygłam się całym ciałem i zawołałam z boleścią:

"O, jam nie taka występna i płocha! Życie moje przechodziło w próżniactwie i śród mglistych dymów próżności, nic nie uczyniłam dobrego, niczego nie nauczyłam się, bawiłam się, upajałam narkotykiem pochlebstw, szalałam tańcem i zabawą; ale zarazem, Boże mój, pragnęłam, rwałam się duszą w krainę ideałów, nigdy żadna niska rachuba nie znalazła miejsca w myślach mych ni sercu, o zagadkę życia, o drogi i cele jego pytałam niespokojnie gwiazd niebieskich i ludzkich twarzy. Ale wzięto mię za rękę i poprowadzono; kędy wskazano mi drogę, tamtędy poszłam.

Nikt nie odpowiedział pytaniom moim, nikt przeczuć serca nie sprawdził, zbłąkałam się w tym świecie o ścieżkach krętych jak manowce, o obrazach zwodnych jak miraże; a teraz... czyliż mam już na wieki w oczach zacnych i uczciwych zostać lalką i motylem? Czyż zawsze człowiek, do którego poczuję pociąg serdeczny, w którym ujrzę pragnień i przeczuć moich sprawdzenie, odwracać będzie ode mnie oczy z litością albo pogardą!..."

Tak myśląc zaniosłam się płaczem serdecznym.

Z piersi mojej, podnoszonej wzmożonymi łkaniami, wyszedł znowu głos poważny i surowy i znowu mówił do mnie:

"Szczęście prawdziwe, szczęście poczciwe, to ten kwiat zaczarowany, o którym mówi bajka, że iść do niego trzeba daleko i długo, a po drodze staczać walki, krwawić stopy, postępować

W pocie czoła i niepokojach serca, a wytrwać aż do kresu. Po szczęście prawdziwe, po szczęście uczciwe nie można iść wygodną ścieżką, kwadratami woskowanej posadzki zasłaną, kwiatami pochlebstw usypaną. Na szczęście prawdziwe, na szczęście uczciwe zasłużyć, zapracować trzeba. Tyś go jeszcze niewarta, bo w krepie i koronkach, z kwiatami nad czołem, z zalotnym uśmiechem, z dymami próżności w głowie dojść można tylko do oklasku głupców i do świetnej partii.

Ani w jednych, ani w drugiej nie leży szczęście prawdziwe i poczciwe. Pierwsze przebrzmią bez echa, nim słońce wzejdzie po nocy balowej; druga da wiele pieniędzy, a mało spokoju, bogactwo materialne, a moralną nędzę.

Szczęście prawdziwe i uczciwe istnieje na wysokościach, na które z trudem wspinać się musi ten, kto go żądny. Tyś od niego bardzo daleka. Ale dlatego, że cię wzięto za rękę i poprowadzono, a kędy wskazano ci drogę, tamtędy poszłaś, za to, że w sercu i myśli twojej nie postała nigdy żadna niska rachuba, za to, że pragnęłaś, pytałaś, tęskniłaś i szukałaś prawdy w gwiazdach niebieskich i po twarzach ludzkich, ja, co w tej chwili przemawiam do ciebie, ja, co jestem sumieniem twoim, kładę ci w piersi przeczucie niewygasłe, które mówić ci zawsze będzie, że szczęście prawdziwe zostanie kiedyś twoim udziałem. Ale wprzódy musisz ochrzcić się pracą, wyróść cierpieniem, zmężnieć w walkach. A gdy kiedyś, nieprędko może, czoło twe oderwane od wszelkich próżności rozgorzeje wielką miłością dla cnoty, pracy, ziemi ojczystej, milionów braci, którzy na niej cierpią i walczą, gdy za tobą ustawi się szereg walk przebytych, dobrych czynów dokonanych, a przed tobą stanie cel życia szlachetny i zacny; wtedy człowiek, do którego poczujesz pociąg serdeczny, w którym ujrzysz sprawdzenie pragnień twoich, nie odwróci już od ciebie oczu z litością lub pogardą, nie ujrzy w tobie lalki ni motyla, ale uzna cię kobietą godną jego miłości i weźmie cię za towarzyszkę zacnego swego żywota. Przeczucie to będziesz nosić w sobie jako pociechę, nadzieję, gwiazdę w ciemnych chwilach świecącą, a sprawdzenia jego szukaj w perspektywie drogi, którą przebyć musisz wprzód, nim godną jego się staniesz!"

Tak przemawiało do mnie sumienie, do takiego wyniku doprowadził mię płacz mój, upokorzenie moje, boleść moja.




Rozdział LVIII

Od dnia wesela Zeni rozpoczęło się dla mnie to życie bezbarwne, denerwujące ciało i ducha, jakie wiodą zwykle młode, światowe panny, odarte ze złudzeń, zawiedzione w swych nadziejach, zmęczone zabawami, które straciły dla nich urok nowości, rozczarowane.

Suknie i biżuterie przestały mię bawić, bom się nimi przesyciła; komplementa mężczyzn i hołdy ich przestały mię radować, bo nie wierzyłam w ich szczerość i nie miałam ani szacunku, ani sympatii dla tych, co mię nimi osypywali; piękne salony mojej matki i śliczny mój gabinet bladoróżowy, z rozkoszną alkową w głębi, straciły dla mnie powab, bo oczy moje, przywykłszy do ich piękności i bogactwa, niczym się już nie zachwycały, a pamięć przynosiła wspomnienie ciężkich chwil, jakie śród nich przebyłam, i owej mary ruiny i nędzy bliskiej, która ukazywała się mnie w każdym kątku pysznego mieszkania w postaci nagiej, drżącej istoty, z której opadała złocista szata sczerniałymi od rdzy i łez łachmanami.

Co ranek, budząc się, patrzyłam na dzień, który się zaczynał, bez nadziei ni zapału, bez radości ni porywu. Słuchałam, jak zegar wygłaszał godziny, z obojętnością osoby, która niczego nie spodziewa się i niczego nie oczekuje, niekiedy z niecierpliwością właściwą tym, co niezadowoleni z dnia dzisiejszego pragną, aby czas jak najprędzej upływał, bo mają nieokreśloną nadzieję, że przyniesie im może lepsze, ponętniejsze jutro.

Bezczynność ciążyła mi, a nie wiedziałam dobrze, co bym czynić mogła. Nic nie umiałam, niczego mi nie brakowało z codziennych potrzeb życia, wszystko przychodziło do mnie gotowe, zbytkowne, służyło mi na każde mrugnienie oka lub skinienie palca. Całymi godzinami leżałam w moim pokoju na atłasowych poduszkach sofy, z romansem francuskim w ręku, którego treść gorąca i fantastyczna rozmarzała mię, ale nie uspokajała, chłonęła jeden szereg godzin, aby na drugi większą jeszcze i dotkliwszą rozlać pustkę. Siadałam do fortepianu, ale myśl moja, rozstrojona i znękana, rzadko odnajdywała w melodii mistrzów dawne zachwyty i szlaki gwiaździste, najczęściej zaś przy dźwiękach instrumentu ogarniał mię taki żal nieokreślony a dotkliwy! takie czułam osłabienie w całym fizycznym i moralnym ustroju, że ze łzami w oczach i bladym czołem wstawałam od instrumentu i krokiem powolnym a słabym wracałam do mego ustronnego pokoju, aby rzucić się tam znowu na sofkę i z otwartymi oczyma pogrążyć się w sen, pełen przykrych wspomnień, niewyraźnych przeczuć i marzeń, albo w inny, a stokroć przykrzejszy, sen biernej, bezmyślnej apatii.

I z wolna, stopniowo zbliżało się do mnie to straszne widmo znudzenia, które prędzej czy później ogarnia sobą bezczynne młode istoty, psuje im serca i na błędne prowadzi drogi.

A gdy często i długo różnym z tego powodu oddawałam się rozmyślaniom, matka moja patrzyła na mnie z coraz większym smutkiem i niepokojem, coraz częściej obejmowała mię ramionami i tuliła do piersi z gorączkową czułością, jak by bolała nade mną, jak by w żalach mych i upadkach własną czuła winę, jak by żegnała się ze mną bolesnym, ale zrezygnowanym pożegnaniem matki, co gotowa dla szczęścia dziecka swego wyrzec się jego widoku.

Przychodziły jednak dnie, w których bywała obojętną dla mnie, jak by obwiniała mię w duchu o niespełnienie najmilszych jej życzeń: że, odrzucając wszystkie partie, jakie mi się przedstawiały, odrzuciłam sposobność zdobycia tej świetnej towarzyskiej pozycji, jakiej dla mnie pragnęła. Spostrzegłam nieraz, że oczy jej tkwiły we mnie z rodzajem żalu, a zarazem wyrzutu. Wtedy zdwajał się mój własny smutek; bo czyliż cokolwiek może większym spaść na serce ciężarem jak poczucie, że się zadało cios sercu kochającej i ukochanej matki, że się zniszczyło jej najdroższe marzenia? A przecie kładąc rękę na sercu czułam, że nie było w tym mojej winy, niemniej jednak cierpiałam cierpieniem mej matki.

Oprócz tego widziałam ją nieraz dziwnie roztargnioną i niespokojną, ale niepokojem, którego nie ja już jedna byłam źródłem. Ów Żyd długobrody, którego już parę razy widziałam, i inni jeszcze, nieznani a zagadkowi ludzie o twarzach niemiłych i ubraniach nie mających nic wspólnego z wykwintem naszego mieszkania, pojawiali się w nim coraz częściej. Matka moja przesiadywała z nimi godzinami w swoim pokoju, nieraz przy drzwiach zamkniętych, a po ich odejściu miewała migrenę i ukazywała się nazajutrz z twarzą mocno pobladłą, z niepokojem w oczach, graniczącym z gorączkową obawą. Odgadywałam, domyślałam się, że ludzie ci przybywali dla pieniężnych interesów i że interesa te musiały być ciężkie i powikłane. Raz uwagi moje w tym względzie wypowiedziałam przed Binią. Poczciwa piastunka moja westchnęła smutnie i rzekła:

— Tak, to są kredytorowie twojej matki, Wacławo.

A po chwili milczenia dodała:

— Matka twoja ma wiele długów.

Ostatni wyraz posępnie jakoś zabrzmiał na ustach Bini, a ja przypomniałam sobie, jak w Rodowie Rozalia często rzucała wyraz ten w twarz panu Agenorowi niby wyrzut lub szyderstwo, a ja nie pojmowałam dobrze, co by on tak strasznego znaczył. Niestety! teraz zaczęłam rozumieć złowrogie wyrazu tego znaczenie. Gdy brzmiał mi on w uchu, przed oczami stawała naga, drżąca postać, z której złocista szata spada w łachmanach.

Tymczasem otrzymałam od mego ojca krótki, lecz serdeczny list, w którym donosił mi o swoim powrocie do kraju. Nie objawiał mi wyraźnie życzenia, abym wnet do niego przybyła, ale w każdym słowie pisma czuć było, że tego pragnął i oczekiwał.

Po otrzymaniu tego listu biłam się długo z myślami i uczuciami. Pragnęłam jechać do ojca; obraz jego zacny, nieposzlakowany tkwił mi w duszy głęboko; czułam, że przy nim tylko znajdę to, za czym tęskniłam daremnie w świecie mej matki, i zapracuję, i zasłużę sobie na szczęście prawdziwe. Lecz z drugiej znowu strony jakże boleśnie ściskało mi się serce na myśl, że opuszczę matkę moją, tak kochającą mnie, od której doświadczyłam samej tylko dobroci i najczulszej troskliwości, a która, jeśli ja odjadę, pozostanie samotna śród tysiąca jeszcze materialnych przykrości i niepokojów. Tu odzywała się znowu pamięć na ojca i myślałam sobie, że i jemu przecie winnam część miłości mojej, że i on wiódł życie samotne, a może i pragnął, aby do surowego i milczącego jego mieszkania wniknął promień wesela i poezji, jaki z sobą zawsze przynosi kobieta. Czy nie było moim obowiązkiem przynieść mu ten promień, tę pociechę? ciepłem serdecznym wynagrodzić mu dotychczasowy chłód jego istnienia... chłód, jaki przecie zostawiła mu po sobie moja matka? Ależ matka!... opuścić ją w ciężkiej chwili jej życia, odjechać dla znalezienia sobie spokoju i zapracowania może na szczęście przyszłe, a ją zostawić samotną, znękaną, tęskniącą za jedynym dzieckiem, które jej odstąpiło! Serce moje rozrywało się na dwie połowy i po tysiąc razy wołałam w duchu: "Bieda dziecku, którego ojciec i matka idą z osobna, każde po innej drodze tej ziemi!" Gdy tak pewnego ranka siedziałam, zatopiona w wewnętrznych zatargach i rozmyślaniach, do pokoju mego weszła matka. Po pierwszych zamienionych ze mną wyrazach usiadła przy mnie, wzięła mię za rękę i długo w milczeniu patrzyła na mnie. Ja także na nią patrzyłam i spostrzegłam, że pomiędzy dwoma fałdami, które bruździły jej gładkie wyniosłe czoło, ledwie dostrzegalną niteczką zaczynała rysować się trzecia. W wielkich, ciemnych, a tak jeszcze pięknych oczach mojej matki palił się cichy smutek, ale na twarzy jej widać było silne powzięte postanowienie i płynący z niego uroczysty niemal spokój. Byłam pewna, że powie mi coś ważnego, i nie omyliłam się.

— Wacławo! — wymówiła biorąc rękę moją w obie swe dłonie — trzeba, abyś odjechała do twego ojca.

Na te słowa żal mię zdjął wielki. Miałamże więc koniecznie opuścić moją matkę? Chciałam coś wyrzec, ale łagodnie skinęła głową na znak, abym jej nie przerywała, i mówiła dalej:

— Trzeba, abyś odjechała do twego ojca, Wacławo! Dłuższy pobyt u mnie byłby dla ciebie zgubny, a ja przede wszystkim pragnę, abyś była szczęśliwa. Marzyłam, miałam nadzieję, że szczęście to obok mnie znajdziesz, że w moim domu, pod moim dachem wybierzesz sobie dozgonnego towarzysza, że cię sama do ołtarza ślubnego powiodę, a potem, że blisko mnie pozostaniesz już na zawsze. Inaczej się stało: nadzieje i marzenia moje wniwecz się obróciły.

Na ludziach, którzy ci się podobali, zawiodłaś się, innych odrzuciłaś sama. Nie poczytuję ci tego jednak za winę, ale też widzę, że w świecie, w którym żyję, a zatem w którym i ty ze mną żyć byś musiała, zawsze zawodziłabyś się tylko lub odrzucała. Zresztą jestem matką i mam przenikliwość macierzyńskiego serca. Widzę twój smutek, twoje zniechęcenie; rozumiem zwątpienia, jakich doświadczasz; spostrzegam nawet, że zdrowie twoje chwiać się zaczyna.

Martwi mię to, boli i przekonywa zarazem, że tobie trzeba innego sposobu życia niż ten, który ja dla ciebie za najlepszy miałam, że potrzebujesz tego, czego ci ja dać nie mogę...

Wymawiając ostatnie wyrazy opuściła głowę na piersi, jak pod ciężarem smutku i wstydu zarazem. Poniosłam do ust jej rękę i milcząc ucałowałam ją gorąco. Dotknęła ustami mego czoła i mówiła dalej cichszym jak wprzódy głosem:

— Każdy na świecie człowiek, moja droga, prędzej czy później ponieść musi pokutę za grzeszne marnowanie dni swoich, za niezrozumienie zadań, jakie mu życie przyniosło. Ja tę pokutę ponoszę teraz. Przez długie lata oddana byłam urokom świata, przez nie rozminęłam się z zadaniami, jakie spełniać byłam powinna, i one to doprowadziły mię do tego, że dziś nie mogę, nie umiem być mistrzynią i przewodniczką własnego dziecka... .Ale na szczęście dziecko to ma ojca... zacnego, rozumnego ojca, który nauczy je tego, czego ja nie umiem, poprowadzi je na te drogi, jakich ja nie znam... Jedź do ojca, Wacławo! przy nim może znajdziesz to szczęście, jakiego obok mnie nie ma dla ciebie!...

Głos jej zadrżał, oczy łzami nabiegły. Byłam tak wzruszona, że słowa przemówić nie mogłam.

I cóż zresztą miałam powiedzieć? Czułam, że matka moja mówiła prawdę.

Po chwili milczenia ciągnęła dalej:

— Niejedna zapewne młoda osoba, zostając w twoim położeniu, czułaby się bardzo szczęśliwą i zadowoloną, bawiłaby się w najlepsze i skończyłaby na rychłym a świetnym zamążpójściu.

Ale różne bywają na świecie usposobienia. Ty masz wyjątkową naturę. Po ojcu twym odziedziczyłaś wrodzony instynkt prawości, która pogodzić się nie może z żadnym fałszem i z żadną obłudą, których świat tak pełen. Ode mnie wzięłaś wrażliwość charakteru i czułość serca, tak niebezpieczną w tym świecie, bo ta tylko prowadzi do zawodów i wstrząśnień bolesnych.

Gwar świata drażniłby cię wiecznie i ranił, sprawy ludzkie, tak często brzydkie i brudne, wtrącałyby cię wciąż w coraz głębsze rozczarowanie i niewiarę. Zabawy nie mogą ci starczyć, o wyjściu za mąż bez miłości i szczerego oddania się wybranemu człowiekowi i pomyśleć nie możesz. Cóż by więc stało się z tobą, gdybyś dłużej przy mnie została? Jedni ciebie nie zechcą, innych ty nie zechcesz. Będziesz bawiła się ze smutkiem w sercu, będziesz tęskniła za czymś, co byś mogła kochać i uwielbiać, stracisz zdrowie duszy i ciała... Nie, tak być nie powinno! Jestem matką! nie chcę, aby tak było; wolę nie widzieć cię, wolę, abyś z dala ode mnie była spokojną, zdrową, a może i została szczęśliwą! Jedź do ojca, Wacławo!

Rzuciłam się jej na szyję i twarz jej gorącymi okryłam pocałunkami.

— Matko moja! — zawołałam — droga, najlepsza moja matko! Jakże ja cię opuszczę! jakże ja cię odjadę i zostawię samotną, z mnóstwem grożących ci przykrości i niepokojów?...

Uśmiechnęła się łagodnie, uścisnęła mię i rzekła:

— Moja droga, niepokoje, które zapewne masz na myśli, nie zmniejszą się wskutek twojej obecności przy mnie. Miałam często kłopoty i przykrości majątkowe, to prawda, ale naprzód przywykłam już do nich, po wtóre nie powinny one stać na zawadzie tam, gdzie idzie o twoje dobro, po trzecie od wczoraj zabłysła mi nadzieja, że staną mi się one teraz daleko lżejsze...

Przy ostatnich wyrazach rozjaśniła się w istocie twarz mojej matki! Sięgnęła do kieszeni i, wydobywając z niej papier, w kształcie listu złożony, mówiła:

— Człowiek przez całe życie nie przestaje się uczyć; ja otrzymałam wczoraj naukę, jak nigdy nie należy sądzić o ludziach z pozoru. Oto, któż by się spodziewał, że pan Henryk, ten na pozór tak wielki egoista i człowiek zajęty wyłącznie zbieraniem majątku, ten człowiek, który w tak oburzający prawie sposób oświadczył się o twoją rękę, dziś mnie właśnie przybieży z pomocą...

— Pan Henryk mógłby ci, mamo, przybiec z pomocą? — zawołałam zdziwiona i z niedowierzaniem.

— Tak — z powagą odparła moja matka — oto jest właśnie list, który wczoraj otrzymałam od niego, a w którym donosi mi, że nabył kilka sum, jakie należały się ode mnie ludziom nieuczciwym i niedelikatnym, którzy nie tylko zrujnowali mię lichwą, ale jeszcze nie dawali mi pokoju dopominaniem się o swą należność i grozili wystawieniem majątku na publiczną sprzedaż. Pan Henryk pisze mi, że nabył te sumy jedynie w chęci zwolnienia mnie od przykrych stosunków z podobnymi lichwiarzami, a będzie kontentował się daleko mniejszymi procentami niż te, które oni wydzierali ode mnie, i że na wypłatę należności zaczeka, dopóki nie urządzę się w taki sposób, abym bez ostatecznej ruiny dla siebie mogła mu się z długu uiścić. Przyznaj sama, Wacławo, że postępek pana Henryka jest prawdziwie sąsiedzkim i obywatelskim.

Nie mogłam wyjść ze zdumienia. Rada byłam niezmiernie, że matka moja na czas pewien przynajmniej uniknie kłopotów i niebezpieczeństw, ale trudno mi było uwierzyć w szlachetność i bezinteresowność pana Henryka. Jak to! człowiek, który oświadczał się o rękę panny dlatego, aby mu ożenienie się z nią posłużyło za środek do połączenia dwóch majętności, łąk z pszenną glebą, lasów ze spławną rzeką itd.; człowiek, który krzywdził własne siostry i odzierał je z ojcowskiego mienia korzystając z tego, że miał za sobą literę prawa i szczególny zbieg okoliczności; człowiek, który tak prędko po otrzymanej ode mnie odmowie starał się już o Zosię, dlatego że miała znaczy posag, lubo wiedział, że nie może być przez nią kochanym, bo mógł to wyczytać w jej znękanej twarzy i postawie; człowiek ten miałby przyjść z pomocą pieniężną mojej matce, osobie nie tylko obcej dla niego całkiem, ale jeszcze i takiej, która mu odmówiła ręki swej córki? Nie pojmowałam tego! A w dodatku przypomniałam sobie wyraźnie postępowanie ze mną pana Henryka na weselu Zeni, na które mało zwracałam wtedy uwagi, ale które w tej chwili żywo stanęło mi w pamięci.

Postępowanie to było bardzo grzeczne, grzeczniejsze nawet niż kiedykolwiek, a dziwnie jakoś płaskie, jakby tajemniczo-zjadliwe, tak że zamiast ślimaka pan Henryk na owej zabawie przypominał mi sobą oswojonego węża, który czołga się obok człowieka, łasi się i przymila, ale co chwila pokazuje żądło do ukłucia gotowe. Tańczył ze mną wiele i rozmawiał bardzo uprzejmie na pozór, ale kilka razy słowa jego miały dla mnie tajemne jakieś, zagadkowe a niemiłe znaczenie. Tak np. w kontredansie rzekł do mnie wcale niespodzianie:

"Jaki piękny i cenny masz pani naszyjnik z pereł!" Słowa te na pozór były proste, ale wymówił je takim tonem, że poczułam się przez chwilę obrażoną, sama nie wiedząc dlaczego. W -mazurowej znowu figurze odezwał się patrząc na mnie znad okularów swych z dziwnym wyrazem:

"Słyszałem, że matka pani urządziła sobie w W. apartament bardzo gustownie i bardzo bogato".

I znowu na ostatni wyraz szczególny położył nacisk. Oprócz tego kilka razy w ciągu wieczoru spostrzegłam, że ścigał mię oczami, gdziem się tylko obróciła, a spojrzenie jego zapalało się przy tym dziwnym ogniem, na policzki występowały ceglaste plamy, jak zawsze, gdy bywał czymś wzruszony. Helenka spostrzegła także ten dziwny wzrok, jakim pan Henryk patrzył na mnie, i szepnęła mi raz na ucho:

— Czy widzisz, jak pan S. patrzy na ciebie? Ręczę, że nienawidzi cię z całego serca.

— Nic mię to nie obchodzi — odpowiedziałam.

— Zapewne — odrzekła Helenka — a jednak wierzaj mi, że obrażony konkurent jest bardzo niebezpiecznym zwierzęciem.

Wszystko to przyszło mi na pamięć po raz pierwszy dopiero wtedy, gdy matka moja opowiedziała mi o szlachetnym względem niej znalezieniu się pana Henryka.

Niepodobna mi było pogodzić tego wszystkiego. Krzywdził rodzone siostry, a pomocną rękę podawał osobie obcej; nienawidził mnie, a wyświadczał ważną usługę mojej matce!

Wszakże fakt stał tam jako świadectwo tego ostatnie go: pan Henryk, pomimo obrazy i niechęci ku mnie, uwalniał moją matkę od mnóstwa kłopotów, może stanowczo ratował ją od majątkowej ruiny, dając jej czas na urządzenie się z interesami i wyszukanie dla siebie środków znacznej wypłaty!

Po kilku jeszcze chwilach rozmowy o panu Henryku i majątkowych sprawach matka moja powstała i całując mię w czoło, z czułością rzekła:

— Tak, Wacławo, jestem zupełnie zdecydowana na rozstanie się z tobą. Widzę w tym twoje dobro i zresztą czuję, że i dla ojca masz także obowiązki. Szanuj go zawsze i kochaj całym sercem, jest to człowiek...

Tu głos mojej matki zadrżał, spuściła powieki i chwilę milczała.

— Jest to człowiek — dokończyła — dla którego... mimo wszystko, co zaszło między nami, chowam pamięć życzliwą i prawdziwy szacunek... On nauczy cię żyć... on ci drogę do szczęścia pokaże lepiej, niżbym ja to uczynić potrafiła. Co do mnie, pamiętasz może dawną naszą rozmowę o wędrowcu, który omijał światłe wzgórza i cieniste doliny, szukając sobie miejsca wyobraźnią wyśnionego, aż wóz jego przeznaczeń stanął na piaszczystej wydmie, gdzie skwar słońca dopiekał i wichry ostre wiały... Otóż jam do tego wędrowca podobna i wóz moich przeznaczeń na podobnej zatrzymał się wydmie... Wszakże nie uskarżam się i odważnie zniosę to, co sama zgotowałam sobie...

Wymawiając ostatnie wyrazy matka moja szybko się oddaliła, nie chcąc, jak mi się zdawało, okazać wzruszenia, które coraz bardziej ją ogarniało.

Po jej odejściu wstałam, wzruszona do głębi, i kilka godzin przesiedziałam na jednym miejscu, z dłonią przy czole, pogrążona w myślach.

A gdy ocknęłam się z myśli tych i powstałam, światłej mi było w oczach, pogodniej w duszy.

W umyśle moim. zaświtała piękna, urocza nadzieja, serce uderzyło żywo na widok świętego, wielkiego zadania, jakie stanęło przede mną.

"Tak — rzekłam do siebie w duchu — dlaczegóż by rodzice moi nie mieli połączyć się z sobą na nowo? Okoliczności, których dotąd nie pojmuję dobrze, zbyt światowe usposobienie mojej matki, duma może obojga, która w niczym ustąpić nie chciała, rozłączyły ich. Ale matka moja kochała mego ojca, kocha go dotąd jeszcze, to widoczne, z żalem spoglądała za siebie i pragnęłaby wrócić na to miejsce słoneczne, które dobrowolnie opuściła kiedyś, w chwili szału i uniesienia. A ojciec? i on pewno kochał moją matkę, i jemu ciężyć musi samotne życie, brak domowego ciepła i ogniska; dlaczegóż by więc wrócić do siebie nie mieli teraz, gdy wiele już lat przeszło po dawnych wzajemnych urazach, gdy oboje doszli do połowy życia i z żalem oglądają się za tym, co utracili? A ja, jedyne ich dziecię, i tak bardzo przez obojga kochane, czy nie powinnam stanąć pośród nich jako pobudka i zachęta do pojednania? Czy nie powinnam od jednego z nich do drugiego przenieść oliwną gałązkę zgody i pokoju?"




Rozdział LIX

Wszystko przygotowane już było do dalekiej podróży, jaką odbyć miałam, a Binia, mająca mi towarzyszyć, krzątała się jeszcze około ostatnich pakunków, gdy pewnego ranka przyniesiono mi z poczty list. Na kopercie poznałam pismo Franusia.

Otworzyłam list kuzyna.

Poczciwy Franuś obszernie opisywał mi zimę, jaką przepędził w Rodowie.

Szuflady — pisał — ciemniejsze wydają się jeszcze niż wprzódy; tętna zegarów rozlegają się śród nich jeszcze. przyjemniejszym, echem; a ilość frywolitków, wyrobionych przez babkę Hortensją w ciągu długich zimowych wieczorów, jest tak wielka, że w sporządzone z nich kołnierze i mankiety można by ustroić samą prababkę gór, Ararat, gdyby ta posiadała szyję i ręce, a jeszcze by się cos z nich dostało pięknej połowie potomstwa Noego.

Za to kwadratów babki Ludgardy coraz mniej do koszyczka przybywa, bo coraz dłuższe przesiaduje godziny w swoim ustronnym pokoju, a nieraz przechodząc koło drzwi półotwartych widzę, jak siedzi naprzeciw okna, za którymi wisi białe zimowe niebo, i patrzy na ptaszki, smutnie drzemiące w klatce, a z rękami nieruchomo splecionymi na leżącej na kolanach wielkiej czarnej księdze, bladymi usty szepce niedosłyszalne wyrazy.

Dalej opisywał mi kuzyn o pewnych zmianach, zaszłych w Rodowie:

Zimno, mroźno i cicho w starym wielkim domu, ocienionym odwiecznymi jodłami. Gość rzadki, z wyjątkiem pani Rudolfowej, która przesiaduje tu całymi tygodniami i oraz większe zdobywa łaski u babki Hortensji. Powiadają, ze całe gospodarstwo domowe i starania około młodszych dzieci zdała na najstarszą córkę, a sama nieledwie już stale zamieszkała dom bogatej krewnej. Uniżonosć jej, uległość i pochlebstwa względem tej ostatniej nie mają granic.

Klęcząc na oba kolana trzyma przed babką Hortensją mateczki bawełny, w czasie gdy ta owija je z wolna i obojętnie; siaduje u jej nóg na stołeczku i w tej postawie czyta ulubione jej książki. Często sypia przy jej łóżku, na kobiercu, położonym na posadzce, i dowodzi, że w ten sposób sypiając sny miewa najmilsze. Kilka razy byłem nawet zmuszony do poczucia pewnej dla pani Rudolfowej wdzięczności, bo wyręczyła mię w przynoszeniu kłębuszków bawełny, do frywolitków potrzebnej, i jeździła po nie sama do miasteczka w zamieć straszliwą i mróz trzaskający. Pan Rudolf rzadko i na krótko tylko tu przyjeżdża; Rozalia raz tylko była w Rodowie w ciągu całej zimy, a i to cały prawie czas swoich odwiedzin spędziła w pokoju babki Ludgardy.

Mimo jednak tę obojętność ojca rodziny i najstarszej córki zdaje się, Rodów z przyległościami i kapitałami zostanie własnością familii Rudolfów, bo dziś już pani Rudolfowa coraz szersze zabiera miejsce, nie tylko we względach babki Hortensji, ale i w jej domu. W jesieni wzięła już do rąk swych-klucz od skarbca, gdzie jak wiadomo, przechowują się wszystkie kosztowności i klejnoty rodzinne, pod pozorem uporządkowania go. Ale porządkowanie trwa długo, bo kilka miesięcy minęło już od tej pory, a wielkie zardzewiałe klucze od skarbca dziś jeszcze spoczywają w zamkniętej starannie szufladzie jej biurka. Zresztą babka Hortensja zaczęta od pewnego czasu coraz częściej uskarżać się na bóle głowy, a wtedy, gdy najwięcej ją napastują, pani Rudolfowa dysponuje śniadania i obiady, urządza herbatę, robi honory domu przy gościach i krząta się po wszystkich kątach, przymilając się do babki Hortensji, całując jej ręce i kolana, a wszystkich domowych strasząc swymi białymi ząbkami, które teraz co moment już pokazują się w ustawicznym uśmiechu. Wobec niej i wskutek jej o to starań powaga w domu babki Ludgardy, która lubo zawsze pozorną, ale dla względów przyzwoitości ściśle dawniej okazywaną była, teraz znikła zupełnie. Biedna, łagodna siostra babki Hortensji przesuwa się po domu więcej do cienia ludzkiego jak do człowieka podobna, a pani Rudolfowa nieraz tak na nią spogląda, jak by żałowała dla niej tej jedwabnej szeleszczącej sukni, jaką ją dla światowych pozorów okrywa jej siostra, tego koronkowego czepca, osłaniającego jej popielatą głowę, tych pokarmów, które drżącymi rękami do ust niesie. Żal mi wielki biednej babki Ludgardy i patrząc na nią nieraz myślę sobie: co to znaczy, mój Boże, przebyć cale życie pod cudzym dachem! jakaż to smutna potem starość!

Możesz domyślić się, kochana kuzynko — pisał dalej Franuś — że przy takim położeniu rzeczy, przy ciągłej prawie obecności pani Rudolfowej i jej wzrastającym wpływie, interesa twoje i twojej matki u babki Hortensji nie mogą się polepszać ani też położenie moje w Rodowie łatwiejszym i przyjemniejszym się nie staje. O was nigdy nikt nie czyni wobec mnie żadnej wzmianki, ale kilka razy, wchodząc do salonu, spostrzegłem, że pani Rudolfowa nagle urwała rozmowę swą z babką, i bytem pewny, że mówiła o twojej matce albo o tobie; a że czyniła to .w niekorzystny dla was sposób, poznałem stąd, że na policzkach babki Hortensji leżały czerwone plamki, jakie ma zawsze, gdy jest nieprzyjemnie wzruszoną, a zęby palni Rudolfowej błyszczały bielą śród jej śniadej twarzy i szerszym niż kiedy ukazywane uśmiechu.

Niedawno także babka Ludgarda, układając w koszyczek swoje włóczkowe kwadraty, wspomniała głośno, że jeden z nich pomagałaś jej robić. Głos babki Ludgardy, gdy wymawiała twe imię, byt cichy i smutny i nie wiem, dlaczego spojrzała przy tym na mnie, czując może, że. ja jeden z obecnych imię to wspominam zawsze z tęsknotą i przywiązaniem. Ale babka Hortensja spojrzała na siostrę, jak to ona umie, surowo i twardo.

"Prosiłam cię, Ludgardo — rzekła sucho i ozięble — abyś nigdy nie wspominała przede mną ani o Wacławie, ani o jej matce".

Babka Ludgarda chciała coś odpowiedzieć, ale pani Rudolfowa przerwała jej mowę.

"Kochana ciociu Ludgardo — zawołała — dlaczego chcesz martwić najdroższą ciotkę Hortensją wspominaniem tych niewdzięcznych, lekkomyślnych i nierozumnych istot, które nie tylko pogardziły jej łaską i względami, ale jeszcze za tyle doświadczonych dobrodziejstw odpłacają jej najczarniejszymi obmowami, wyśmiewając ją i ogadując przed światem?"

Tak byłem oburzony tą potworzą rzuconą na was i tą intrygą, którą tak widocznie pani Rudolfowa urządza na korzyść swoją, a szkodę waszą, iż zwyciężyłem obawę, jaką wzbudza we mnie zawsze obecność babki Hortensji, i powiedziałem, że ani ty, kuzynko, ani twoja matka nie obmawiacie z pewnością babki Hortensji, że jesteście zbyt uczciwe i dumne, abyście to czynić mogły, że są to zapewne fałszywe i na niczym nie uzasadnione wieści, które ktoś złośliwy i niechętny o was rozpuszcza...

Nie skończyłem mówić, bo babka Hortensja podniosła zdziwiony wzrok, utopiła we mnie zimne, przenikliwe oczy i wyciągając ku drzwiom swój długi, biały palec wyrzekła sucho: "Proszę wyjść".

Wyszedłem, ale przez parę tygodni potem, mimo kilkakrotnego wzywania mię do salonów, pozostałem zamknięty w mojej oficynie, z duszą zbuntowaną przeciw memu nędznemu położeniu więcej niż kiedykolwiek.

Potem opisywał mi smutny stan swego umysłu, bolesne uczucia, jakich doświadcza, gdy myśli o tym, że jak pasożyt żyje na świecie nic nie robiąc, zajadając kawałek codziennego chleba, rzucany mu jak pokojowemu pieskowi z łaski i z pogardą niemal.

Nigdy - pisał — odkąd przestałem być dzieckiem, nie było mi dobrze w tym położeniu, nigdy nie przestawałem rozumieć, że jestem upokorzony i że przyszłość leży przede mną pusta i zimna! Ale poczucie to wzmogło się o wiele od chwili, w której poznałem ciebie, droga kuzynko.

Tyś we mnie wzbudziła pierwsze żywsze uczucie serca, ale wraz z nim los, któremu tak nędznie uległem, przedstawił się mi w całym swym wstydzie i smutku. Jakieś bowiem miałem prawo choćby jednym słowem lub spojrzeniem objawić ci to, co dla ciebie czułem, gdym był tak niedołężny, tak słaby, tak głęboko upokorzony i zawstydzony?

O! co ucierpiałem tego dnia, gdy pamiętasz, pierwszy raz przyjechałaś do Rodowa i zobaczyłaś mię w mojej roli pokojowego wyżla, przynoszącego paniom swym robótki i podnoszącego im kłębuszki upadłe pod kanapę! O! co ucierpiałem wtedy, widząc twoje przezroczyste i naiwne ale już takie dumne i myślące oczy, przywiązane do mnie z zadziwieniem i smutkiem!

Przenikałem cię... widziałem, jak nikła w tobie ta młoda życzliwość, którąś była dla mnie powzięła na chwilę, jak wzrok twój zatrzymywał się na mnie coraz zimniej, coraz krócej, aż odwrócił się całkiem i spoczął na innym człowieku, tak samo jak ja niegodnym ciebie, ale pozornie niezależnym, pozornie hardym, dumnym i świetnym, gdym ja musiał być pokornym, cichym, milczącym i zgnębionym.

Kuzynko! wtedy jam do reszty wszedł w samego siebie, do reszty zbrzydziłem sobie to próżniacze, bezcelowe, upokarzające istnienie, jakie dotąd wiodłem, i do reszty zbuntowałem się przeciw niemu. Odtąd każdy kęs chleba połknięty w Rodowie ma dla mnie gorycz piołunu; zazdroszczę ubogiemu i ciemnemu włościaninowi, który w grubej odziany siermiędze orze ziemię lub drzewo rąbie, a po ciężkiej pracy wraca pod własny dach i zasiada przed strzechą, własnym zrobioną trudem. Wszystkie sny moje przynoszą mi nieustanne marzenia, o niezależności, o własnej, by najuboższej chacie, o własnym, choćby czarnym i twardym chleba bochenku. W snach, tych widuję i ciebie, kuzynko Wacława, ale tylko jak gwiazdę niedościgłą, jak anioła, zawieszonego pod obłokami i litośnym okiem spoglądającego na mnie... żebraka, pasożyta!

Kuzynko! nie bierz tych wyrazów moich za wyznanie miłosne, bo gdybyś je wzięta za takie, czuje doprawdy, ze wydałbym się w twych oczach jeszcze większej litości godnym, jeszcze bardziej śmiesznym, niedorzecznym i niedołężnym. Wiem dobrze, iż żadnej na ziemi kobiecie nie mam prawa mówić o miłości. Bo i cóż mógłbym jej z miłością mą przynieść w darze? Jakie czyny, jaką zasługę, jaką wartość moralną mógłbym połączyć, aby mi były w tym wyznaniu poparciem? Co mógłbym wraz z miłością; ofiarować wybranej mojej? Serce poczciwe może, pragnące wybawienia z toni, w jaką popadło, ale słabe i jak wosk miękkie, bez hartu; ręce białe, lecz niedołężne i rozpróżniaczone; dach cudzy i chleb jałmużny, i młode lata moje w bezczynności i upokorzeniu spędzone! Nie, kuzynko, mimo upokorzenia mego jestem zbyt hardy, mimo słabości zbyt uczciwy, aby ze smutnymi darami tymi przyjść do ukochanej kobiety i prosić, by je ode mnie przyjęła. Mam tyle rozsądku, iż wiem, że szczęście nie przychodzi na zawołanie, że aby je zdobyć, trzeba żyć inaczej, niż ja dotąd żyłem...

Nie bierz więc tego, com ci napisał, za wyznanie miłosne, błagam cię o to, bo nie chcę, abyś mną do reszty wzgardziła... Tak, była chwila, krótka jak sen, wyśniony w pięknej gwiaździstej nocy letniej, w której zamarzyłem o twoich cudownych, niewinnych, a zarazem rozumnych oczach, o twoim sercu, pełnym skarbów— nietkniętych... tak... zamarzyłem o tobie; ale prędko, bardzo prędko obudziłem się ze snu gwiaździstego, obejrzałem się wkoło siebie, spojrzałem na dach cudzy, co okrywał mą głowę, na stoi cudzy, co mi dawał pożywienie, na ręce moje bezwładne, na kark mój zgięty w upokorzeniach, na czoło me, pociemniałe od wstydu, i zrzekłem się mego marzenia... na wieki. Kuzynko Wacława, teraz proszę cię tylko o

to, abyś mi była zawsze siostrą i przyjaciółką, a pragnę, abym na twe przywiązanie braterskie, które mi teraz dajesz darmo jak jałmużnę, kiedyś uczciwie mógł zarobić i zasłużyć.

Nie wiem jeszcze, co uczynię i jak postąpię, ale wiem, że niedługo już zostanę w Rodowie.

Każdy dzień przebyty wiekiem mi się wydaje i wszystkimi władzami mej istoty wyrywam się w świat szeroki, aby na nim zdobyć miejsce pod słońcem. Nie wiem, w jaką obrócę się stronę. i kędy skieruję moje kroki i gorące chęci odmiany sposobu życia, ale rozglądam się wokoło i ufam, że pragnienia moje nie spełzną na niczym, że kiedyś jeszcze zostanę człowiekiem i będę godnym, abyś mię nazwala bratem swym i przyjacielem.

Przeczytawszy ten list Franusia długo siedziałam zamyślona, potem otworzyłam szufladę biurka i dostałam z niej pugilares. Było w nim kilka asygnat, przedstawiających sporą sumkę, a zaoszczędzonych przeze mnie z pensji miesięcznej, którą przez całą zimę otrzymywałam od matki na drobiazgi i różne zachcianki.

Położyłam przed sobą pieniądze, usiadłam przy biurku i natychmiast odpisałam Franusiowi w następny sposób:

Kochany kuzynie! czy pamiętasz ten dzień, w którym pierwszy raz, po powrocie mym z pensji, przyjechałeś do nas i znalazłeś mię stojącą nieruchomie na progu, z frędzlą od sukni splatano z firanka?

Jestem pewna, ze pamiętasz ten drobny, dziecinny wypadek i to, jak prosiłam cię wtedy, abyś wprzódy wybawił mię z niewoli, w jaka popadłam, i że uczyniłeś to bardzo chętnie.

Otóż wet za wet, kochany kuzynku; Uwolniłeś mię kiedyś z jedwabnych więzów, które, niby symbol wszelkich innych więzów, skrępowały mię były w pierwszym zaraz dniu mego śród świata pobytu; teraz ja przychodzę, do ciebie z prośba, abyś mi pozwolił wybawić cię z niewoli, której cały ciężar ż smutek nie od dziś już pojmuję i odczuwam.

Jutro, kochany kuzynie, wyjeżdżam do mego ojca, aby pozostać przy nim przez czas nieokreślony.

Przyjeżdżaj także do K., gdzie się znajdować będę, a jestem pewna, że u ojca mego znajdziesz skuteczną radę w twych o przyszłość troskach. Podróż to daleka i wymaga pewnych kosztów, dlatego razem z tym listem posyłam ci trochę pieniędzy, które mi pozostały od zbytkownych sprawunków zimowych, a teraz są mi już całkiem niepotrzebne. Jestem przekonaną, że gdy pomyślisz o tym, iż przysyła ci je przywiązana twoja siostra i przyjaciółka, chętnie i bez przykrości przyjmiesz tą drobną ode mnie przysługę. Uważaj ją zresztą jako dług, z którego się mi wtedy uiścisz, gdy nauczysz się pracować i zapracujesz sobie wiele, wiele pieniędzy.

Do prędkiego więc zobaczenia, drogi kuzynie! Z niecierpliwością oczekiwać cię będę wraz z moim ojcem, któremu cię ślicznie zarekomenduję i którego poproszę, aby byt dobrym doradźcą i przewodnikiem dla mego kochanego braciszka.

Zaledwie zdołałam list ten wysłać na pocztę, gdy w przyległym pokoju dał się słyszeć szelest sukien i ożywiony gwar kilku wesoło rozmawiających głosów. Były to najbliższe mi towarzyszki, które zmówiły się i przyjechały jednocześnie, aby mię pożegnać. W kilka minut potem obsiadłyśmy wszystkie okrągły stół umieszczony pośrodku mego bladoróżowego pokoju.

Dwa przeciwległe zawieszone zwierciadła odbijały w sobie wieniec sześciu naszych twarzy i postaci, młodych zaprawdę, bo najstarsza z nas Helena miała dwadzieścia dwa lata, najmłodsza Zosia siedmnaście.

Tuż nad naszymi głowami unosiły się pyzate aniołki w szafirowych rozwiewnych szatach, zdawały się potrząsać swoim wiankiem z róż i uśmiechać się do nas filuternie. Zenia opowiadała o swych wesołych na przyszłość projektach.

— Za miesiąc — mówiła — wyjeżdżamy z Michałem za granicę. Zatrzymamy się po drodze w Warszawie, Krakowie, Wiedniu, zwiedzimy część Niemiec i Szwajcarii, na całe kilka miesięcy pojedziemy do Paryża. W Warszawie mam parę domów znajomych, w Dreźnie mieszka moja rodzona ciotka z córkami swymi, młodymi pannami, w Paryżu nie zabraknie też pewnie znajomych, za których pośrednictwem zabierzemy liczniejsze stosunki. Możecie więc wyobrazić sobie, jak zachwycająco będę się bawiła.

— Co do mnie — ozwała się Helenka — w maju puszczam się także w podróż z mamą i stryjeczną moją siostrą, ale w zupełnie innym celu niż Zenia. Bo gdy ona goni za zabawą, rozmaitością i wrażeniami, ja pojadę do Włoch po zdrowie. Dwa tygodnie temu kochani moi rodzice przestraszeni moim coraz częstszym kaszlem, a może i tym najbardziej, że coraz bardziej blednę, chudnę, a zatem i szpetnieję, zebrali walne konsylium lekarzy, którzy jednogłośnie osądzili, iż powinnam jakiś czas przemieszkać pod szafirowym niebem Italii. Ażeby zaś podróż weselszą mi uczynić, stryj mój wysyła z nami za granicę swoją najstarszą córkę, z którą się bardzo kochamy, a która także od pewnego czasu zaczęła cierpieć trochę na zdrowiu.

— Taką rzeczą — rzekła Zenia — rozjeżdżamy się wszystkie w różne strony świata. Wacława wyjeżdża do ojca, ty, Helenko, do Włoch, ja do Paryża, Zosia tylko i Emilka zostaną w jednych stronach i blisko siebie.

— Tak, bardzo blisko, bo o dwie mile tylko — ozwała się Emilka.

— A jeżeli ze mnie dobra wróżka, to wkrótce zbliżycie się z sobą jeszcze bardziej — odezwała się Helenka, filuternie spoglądając na Zosię.

— W jakiż to sposób? — spytała nagle Zosia podnosząc na Helenkę swoje zamglone oczy. Helenka pogroziła jej żartobliwie.

— No, w jaki to już sposób nastąpi, to do mnie nic nie należy, ale gdy patrzę na ciebie, Zosiu, i na twego brata, i jeszcze na kogoś trzeciego, to zdaje mi się, że na pewno zbliżysz się do Emilki jeszcze bardziej niż teraz...

— Moja Helenko — przerwała Zosia z nagłym rumieńcem na twarzy; jednocześnie martwe jej źrenice zapaliły się iskrami energii, jakie pokazywały się w nich dawniej, a od pewnego czasu zupełnie znikły.

— Moja Helenko — powtórzyła raz jeszcze i chciała znać wyrzec energiczne słowo zaprzeczenia; ale nagle pobladła znowu, wzrok jej zagasł, usta zadrżały i nic nie powiedziała. Pochyliła tylko śliczną swą głowę, ręce skrzyżowała na piersi i znowu cała osoba jej zdawała się wyrażać:

"Wszystko mi jedno! teraz wszystko mi już jedno!"

Po obiedzie i kilkugodzinnej jeszcze gawędce młode przyjaciółki moje powstały i zabierały się do odjazdu.

— Bądź zdrowa, Waciu — mówiła ściskając mię Zenia — będę pisała do ciebie z zagranicy. Opiszę ci szczegółowo, jak będę bawiła się w Dreźnie i Paryżu...

— Smutno, bardzo smutno będzie mi na wsi bez ciebie — szeptała do mego ucha Emilka — może mi dasz jakie polecenie do swego kuzyna, pana Franciszka? — spytała nagle, przy czym zapłoniła się.

— Wacławo — rzekła Helena trzymając moją rękę i ze smutkiem patrząc na mnie — może już nigdy nie zobaczymy się z sobą... może zostanę na zawsze we Włoszech, zasypana w ziemię pod cieniem jakiego mirtowego gaju...

— Przebacz mi Waciu, że od pewnego czasu byłam obojętną dla ciebie — z cicha mówiła Zosia obejmując mię ramieniem — teraz, gdy się z tobą rozstaję, czuję, iż to źle było z mej strony i że cię zawsze kocham. Ale widzisz, od tego czasu, co wiesz... tak mi źle, pusto i chłodno na świecie i tak mi już wszystko jedno... i tak mię nic nie obchodzi... jeden tylko Lubomir i ty, moja droga... ale i ty odjeżdżasz...

Ściskałam je wszystkie z kolei i obejmowałam wzrokiem pełnym przyjaźni i rozczulenia.

Dobre, ukochane, śliczne towarzyszki moje, jakiż los czeka was wszystkie? Jakąż będzie ta przyszłość, która zaczyna dopiero odsłaniać przed wami rożek swej tajemniczej zasłony?

Biedne, kochane towarzyszki moje! Kiedy i jak was zobaczę znowu? i jakimi staniemy się wszystkie, gdy się spotkamy na tej ziemi po wielu upłynionych miesiącach lub latach może?

Czy wszystkie wreszcie spotkamy się z sobą, czy którejkolwiek z nas na zawsze nie zabierze śmierć lub straszniejsze od śmierci burze życia?...

Emilka szlochała na dobre, Zenia całowała mię, wpół śmiejąc się przy wzmiankach o Paryżu, wpół płacząc na myśl, że rozstaje się ze mną. W błyszczących oczach Helenki paliły się dwie łzy jak wielkie brylanty i staczały się i wysychały prędko na policzkach z chorobliwym rumieńcem. Zosia od stóp do głowy owinięta w ciemne fałdziste okrycie, w kapelusiku, którego pióro głęboki cień rzucało na jej blade czoło, stała u progu, gotowa do wyjścia, ale patrzyła jeszcze na mnie, a w zamglonych jej źrenicach to ukazywały się, to znikały drobne iskierki gorącej i energicznej duszy, które obok biernego wyrazu twarzy wyglądały jak tragicznych przyszłych przeznaczeń zapowiedź. Raz jeszcze rozległo się wkoło mnie kilkorgiem powtórzone ust: "bądź zdrowa! bądź zdrowa!" potem zamknęły się drzwi... w bramie zaturkotały powozy... i zostałam sama.

Otworzyłam okno, bo wieczór był wiosenny i ciepły, i spojrzałam w dół na ulicę. Pod. oknami szybko przejeżdżał koczyk odkryty, w nim siedziała Helenka i Zosia. Podniosły raz jeszcze twarze ku memu oknu przesłały mi ręką znak pożegnania.

Odwróciłam się i szczerze zapłakałam.

Nazajutrz... nie! tego opisywać nie będę — tego opisać niepodobna... pożegnałam moją matkę.

Dziś jeszcze zdaje mi się, iż czuję ten długi uścisk, jakim przycisnęła mię do swej piersi, ten pocałunek, jakim do mego czoła przylgnęła.

Dziś jeszcze zdaje mi się, że widzę jej twarz bladą, z głębokimi na czole fałdami, z dwoma strumieniami łez cichych, co się z jej oczu toczyły, patrzącą na mnie zza szyby okna, gdym z nieodstępną moją Binią wsiadała do pocztowymi końmi zaprzężonej karety.





Tom II

W trzy lata później

Rozdział I

W tym samym ładnym gabinecie, o sprzętach obitych paliowym atłasem, do którego przed czterema laty wbiegłam po raz pierwszy młodziuchną dziewczyną, stałam znowu przed wielkim zwierciadłem i poprawiałam sobie włosy rozrzucone długą podróżą, zupełnie jak wtedy, kiedy to w pierwszy raz włożonej długiej sukni i modnie uczesanej fryzurze dygałam tak ceremonialnie a swawolnie przed nieznanym a wymarzonym i oczami wyobraźni widzianym młodym sąsiadem.

Tylko teraz już nie siedemnastoletnie swawolne i naiwne dziewczę stało przede mną w zwierciadlanej szybie. Teraz stała tam dwudziestodwuletnia panna, której powierzchowność miała cechy fizycznej i moralnej dojrzałości. Na ustach jej błąkał się wyraz świeżo doznanego słodkiego rozrzewnienia, ale w oczach była troska...

— Biedna moja matka — wyrzekłam z cicha.

"Biedna!" — odszepnął obraz mój w zwierciadle.

Wszystko było tak samo, jak w on pierwszy dzień przybycia mego z pensji do domu matki i wszystko jakoś inaczej. Sprzęty były te same, kosztowne i smakowne, ale utraciły swą strojność i wyglądały tak, jakby im i wiele lat wieku przybyło; amfilada salonów długa była i zdobna, lecz wiała pustką i jakimś niepochwytnym pyłem zaniedbania była cała obleczona; za oknami piękna wprzódy murawa dziedzińca sterczała gdzieniegdzie badylami źle pielęgnowanych uschłych roślin; z ozdobnych murowanych sztachet kawałami opadał tynk sczerniały od wilgoci i pozostawiał czerwone plamy obnażonej cegły, podobne do ran otwartych. Nie słychać było wcale odgłosów licznej służby; przez dziedziniec tylko w pobliżu domu przeszedł ktoś z domowników, a promień jesiennego słońca prześliznął się po jego postaci i ukazał wytarte odzienie.

Odwróciłam wzrok od tego, co mię otaczało, i spojrzałam znowu na młodą kobietę stojącą przede mną w zwierciadle.

— Ruina! — rzekłam cicho.

"Ruina" — powtórzyła.

— Zupełna.

"Zupełna!" — powtórzyła młoda kobieta w zwierciadle, ale na twarzy jej nie było trwogi.

Położyłam rękę na piersi, a potem podniosłam ją do czoła. Serce uderzało mężnie i żywo, w głowie czułam myśli natłok.

Puściłam wzrok poza okna, mierzyłam nim krańce widnokręgu i ujrzałam w dali ojca mego, któremu myślą posłałam dziękczynienie za to, że twarz mi nie zbladła ani się serce ścisnęło bojaźnią przy złowrogim dźwięku wyrazu: ruina.

Pod gankiem zaturkotało; domyśliłam się gościa, zwróciłam się ku bawialnemu salonowi. Idąc, mimo woli przypomniałam sobie ów przed czterema przeszło laty turkot kół, zwiastujący przybycie Franusia, i moją ówczesną obawę na myśl, jak powitam pierwszego widzianego w domu mej matki gościa.

Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Jakże daleko byłam teraz od owej dziecięcej pory obaw i rumieńców, jakże inną byłam od dzieweczki, co wówczas stała w progu, drżąca, zapłoniona, na wpół z płaczem targająca jedwabne nitki, które nie pozwalały jej uciec od gościa!

Teraz szłam z wolna i śmiało, ale ze spuszczoną nieco głową, bo pochyliła ją myśl niespokojna, iż w przybywającym powitam może kredytora mojej matki, jednego, strasznego, który w palce swe, roztwierające się i zaciskające co chwilę, zebrał był wszystkie nici, na jakich nad głową mojej matki wisiał miecz Damoklesa, grożący wygnaniem ją spod rodzinnego dachu.

Nie on to jednak przyjeżdżał. Zaledwie weszłam do salonu, zobaczyłam idącego ku mnie od progu pana Rudolfa. Powierzchowność jego nie zmieniła się, tylko na wyniosłym, szlachetnym czole przybyło parę bruzd głębokich i włos posrebrzył się mocniej. Witając mię podniósł spuszczone powieki i ujrzałam ten sam wzrok przenikający, migocący w źrenicach boleścią, która, zdawało się, że osiadła tam już na zawsze i choć wstydząc się samej siebie, usunęła się na samą głębię wejrzenia i zgasnąć nie mogła. Gdy przemówił do mnie, głos jego tak samo jak dawniej przytłumiony był nieco i zdający się wychodzić gdzieś aż z dna piersi, tylko że posępne echa, jakie w nim odzywały się wprzódy, przycichły i stały się rzadsze — znać burze minione, których były one odgłosem, usunęły się głębiej w przeszłość.

— Przed dwoma godzinami — wymówił zabierając miejsce — dowiedziałem się o przybyciu tu pani i chciałem pierwszy ją powitać; tym bardziej że w smutnych okolicznościach wróciłaś pani w dom matki...

Przy ostatnich wyrazach głos jego stał się znowu głębszym i bardziej pełnym ech tajemniczych, bruzdy na czole zagłębiły się i powieki zapadły na źrenice.

— Okoliczności, o których pan mówisz — rzekłam — smutne w istocie, ostatecznie i nieodwołalnie przywołały mię tutaj rozkazując mi, abym stanęła przy boku mej matki i nie opuszczała ją wtedy, gdy jest strapioną i zagrożoną. Byłabym uczyniła to daleko pierwej, gdyby nie stanowcza wola jej samej, która dotąd nakazywała mi pozostawać przy ojcu. I teraz nawet...

— I teraz nawet, opuszczając spokojny i dostatni byt w domu ojcowskim, postąpiłaś pani wbrew żądaniu twej matki, która pragnęła ochronić cię od tego, co sama przecierpieć musi.

Bądź co bądź, dobrześ pani uczyniła, bo sądzę, że w krytycznej chwili całkowitej utraty majątku, jaka rychło nastąpić musi, pociecha i wsparcie jedynego dziecięcia bardzo potrzebnymi jej będą.

Umilkł i zwykłym sobie ruchem dłonią powiódł po czole i oczach. Widnym było, że przy wzmiankach o smutnym stanie, w jaki popadła moja matka, ciężka jakaś przygniatała go troska.

Lubo wdzięczną mu byłam za to jego współczucie, nie pojmowałam dobrze, co by miało znaczyć to wyłączne zajmowanie się naszym losem. Nie wiedziałam, aby bardzo przyjazne związki łączyły kiedykolwiek pana Rudolfa z moją matką, a przy tym miałam go za człowieka złamanego zupełnie przebytymi burzami życia i przygnębionego ciężarem nieszczęścia, ze wstydem połączonego.

Po chwili ozwałam się:

— Z rozmowy, jaką miałam z moją matką zaraz po moim przyjeździe, dowiedziałam się, żeś pan od niejakiego czasu częstym bywał jej gościem i że czas ten datuje się od pory, gdy najwidoczniej i najostateczniej rozpoczęła się jej majątkowa ruina. Opowiedziała mi także matka moja, żeś pan był jednym z rzadkich krewnych i znajomych, którzy w nieszczęściu okazali jej spółczucie i pragnęli podać rękę pomocną... Wierz mi, że obie z matką odpłacamy to panu serdecznym szacunkiem.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale zatrzymał mnie nagły ruch pana Rudolfa. Wyprostował się, rumieniec pokrył mu czoło, usta drgnęły.

— Nie kończ, pani! — zawołał bardziej przytłumionym niż zwykle głosem.

Wyobrażenia pani mieć nie możesz, jak mię zabolały ostatnie jej słowa... szacunek... — dokończył ze szczególnym nagięciem głosu i znów powiódł ręką po oczach, zasłoniętych powiekami, które nagle opuściły się, jakby pod niewidzialnym spadającym na nie ciężarem.

Byłam zdumioną i nic nie rozumiałam. Wpatrzyłam się tylko w twarz pana Rudolfa, z której lata zgryzoty i burze nie mogły zdjąć piękności szlachetnej i rozumnej, a on tymczasem wymówił z cicha parę razy:

— Gdybyś pani wiedziała!... gdybyś pani wiedziała!...

Nagle powstał, odetchnął z głębi piersi i stał przez chwilę z wzrokiem utkwionym w ziemię jak człowiek, który namyśla się, co mu powiedzieć wypada.

— Przebacz, pani — rzekł po chwili — że dałem się wobec ciebie unieść nierozważnemu wzruszeniu... Stało się!... Znasz może nieco przeszłość moją... były w niej błędy wielkie, uniesienia występne... wśród tych ostatnich możem zawinił coś przeciwko wam... przeciwko twej matce... możem nawet zawinił wiele... Stało się! naprawić nie mogę... przeszłość nie wraca, a jednak ciężko leży na sumieniu i przypomina się na widok cierpień sprawionych...

Toteż człowiek podda się niekiedy wzruszeniu najsilniejszemu, jakie być może na ziemi, bo wydobywającemu się z dna sumienia...

Umilkł i znowu dłonią powiódł po oczach, ale dłoń ta dłużej niż zwykle przyciskała powieki.

Blady był i tak wyglądał, jakby pragnął, aby te oczy, których znużenie pokrywał dłonią, co prędzej mogły zamknąć się na zawsze. Nic nie rozumiałam. Czułam tylko i widziałam, że człowiek ten, który zawsze był mi sympatycznym, cierpiał w tej chwili. Zbliżyłam się i gdy odsłonił oczy, wyciągnęłam do niego rękę. Podał mi swoją i wpatrywał się we mnie przez chwilę.

— Jesteś pani bardzo zmienioną — wyrzekł. — Ale na korzyść — dodał po krótkim milczeniu.

— Czuję to sama — odrzekłam z uśmiechem — przez trzy lata ubiegłe w domu ojca dojrzałam...

— Stałaś się pani kobietą — przerwał pan Rudolf — widać to po myślącej pogodzie twego czoła i spokojnej głębi wejrzenia, czuć to jeszcze w dźwięku twego głosu, który utracił zupełnie brzmienie dziecinne. Znać na pani wpływ rozumnego kierunku. Zacnego i mądrego musisz mieć ojca... nie wszyscy takimi ojcami bywają...

Wymówił to wszystko trzymając moje ręce i z wyrazem tkliwości na twarzy; przy ostatnich tylko słowach znowu drgnęły mu w głosie echa burz i żałości.

Uspokoił się i usiedliśmy znowu naprzeciw siebie.

— Wyznam panu — zaczęłam — że nawet nie wiem dobrze, co tu przez długie trzy lata działo się i dzieje teraz. Matka moja pisywała zwykle do mnie listy tak swobodne, tak pełne najlepszych nadziei; ilekroć zamierzałam powrócić do niej, nalegała na mnie, rozkazywała niemal, abym pozostała przy ojcu. Parę razy przybywała do miasta, w którym mieszkałam z ojcem, i zawsze okazywała mi się spokojną, jeśli nie wesołą, i mówiła mi, że ma wszelką pewność wybrnięcia z kłopotliwego położenia majątkowego... Dziś rozumiem, że było to tylko udanie, że widząc mię spokojną i szczęśliwą przy ojcu, nie chciała zakłócać mego istnienia... Mój Boże! i dopiero przed kilku tygodniach, wypadkiem, od kogoś, co przybywając z tej okolicy odwiedził mego ojca, dowiedziałam się, iż uchodzi za zupełnie zrujnowaną i wkrótce nawet będzie zmuszoną opuścić dom własny oddając go kredytorom.

— Jednemu kredytorowi — wtrącił pan Rudolf.

— Dziś rozmawiałam z matką wprawdzie godzin parę, ale tak była wzruszoną mym niespodzianym przybyciem, tak słabą, że obawiałam się nawet zaczepić w rozmowie o przedmiot smutny i drażliwy i dotąd jeszcze nie wiem o przejściach, jakie ją spotykały, i o obecnym jej położeniu.

— Ja wszystko to znam szczegółowo — wymówił pan Rudolf — przyglądałem się majątkowemu upadkowi matki pani z większym zajęciem, niż pani sobie wystawić możesz... Ma ona, macie panie obie w tych stronach jednego, ale zaciętego wroga.

— Którym jest pan Henryk S. — dokończyłam.

Pan Rudolf ze zdziwieniem na mnie spojrzał.

— Skąd pani wiesz o tym, skoro ci matka nic nie mówiła?...

— Czerpię te wiadomości z pewnych wspomnień.

— I nie mylą one panią. Pan Henryk jest to jeden z rzadkich charakterów, zimnych, a przy tym zapalczywych i zawziętych. Miłość własna dorównywa w nim miłości, jaką ma dla pieniędzy, a w sprawie matki pani oba te uczucia w grę są wprawione. Doprowadzając ją do nędzy przysparza sobie majątku, a przy tym mści się za otrzymaną kiedyś od pani odmowę.

— Pojmuję dobrze nikczemne sprężyny, które powodują tym człowiekiem — odparłam — ale z drugiej strony możnaż jemu samemu przypisać całe nieszczęście? Wszakże z ust matki mojej przed czterema jeszcze laty słyszałam, że stan jej majątku był już wtedy mocno zachwiany...

— Tak — przerwał pan Rudolf — ale zachwianie to nie było zbyt groźnym i upadek mógłby nie nastąpić wcale albo nastąpiłby niezupełny, gdyby nie zabiegi pana Henryka. Matka pani miała długi znaczne, ale nie przeciążające nazbyt jej dóbr rozległych i pięknych; odprzedanie części tych dóbr uratowałoby resztę, niedoświadczenie w rzeczach interesu, nietrafne rady i wahanie się nie pozwoliły jej uczynić tego w porę; a właśnie wtedy, gdy przechodziła kryzys, który by ją może skłonił i zmusił do zbawiennego kroku, pan Henryk nabył kilka najdokuczliwszych i najniebezpieczniejszych długów, przez co uśpił na chwilę jej czujność i powstrzymał przyjęcie środków zaradczych.

— Pamiętam, jaką nadzieją połączoną ze zdziwieniem napełnił matkę moją ten postępek pana Henryka — przerwałam.

— Był to postępek człowieka niewypowiedzianie chytrego, przebiegłego — kończył pan Rudolf.

— Liczył on tu na niedoświadczenie i niezapobiegliwość bogatej pani, która rachować nie przywykła, na pomoc lichwiarzy, na czas wreszcie, który dla zadłużonych majątków jest tym, czym robak dla nadgniłego owocu. Wyrachowania te nieuczciwego człowieka nie omyliły go.

Matka pani, uspokojona na chwilę, a znaglona pieniężnymi potrzebami, które przy długach wzrastają z matematyczną szybkością, zaciągała coraz nowe pożyczki. Pan Henryk z wytrwałością godną lepszej sprawy nabywał weksle i stopniowo stawał się panem położenia. I dziś stał się już nim zupełnie, i lubo znajdują się jeszcze dla matki pani środki ratowania się, on posiada w swym ręku władzę niedopuszczenia do przyjęcia takowych. Opierając się na prawnym swym stanowisku, jako główny i prawie jedyny wierzyciel, nie dopuszcza żadnej częściowej sprzedaży, żadnego administracyjnego w majątku przedsięwzięcia, które by go podźwignąć mogło. Nęka pozwami, staje matce pani na drodze do wszystkiego, co uczynić zamierza, ogromnymi roszczeniami zmusza ją do coraz nowych i coraz niebezpieczniejszych pożyczek, które znowu na jego korzyść wychodzą, i dziś wskutek jego starań i podstępów sprzedaż publiczna dóbr matki pani jest już pewną i w bardzo niedalekim zakreśloną terminie.

Pan Rudolf mówił to wszystko spokojnie na pozór, ale z coraz większą trudnością. Gdy skończył, przesunął ręką po oczach, jakby się bardzo zmęczył tym opowiadaniem. Milczałam długo i smutne obrazy przesuwały się przed mymi oczami. Naturalnie o sobie nie myślałam.

Ale widziałam matkę moją, dobrą, szlachetną i tak poświęconą dla mnie, odartą z tej szaty złocistej świetnej w świecie pozycji, z którą od dzieciństwa była się zrosła, walczącą z ubóstwem, nędzą może, na odegnanie której nie posiadła w życiu swym żadnej siły... Pytałam siebie myślą: Co ja w tej toni uczynić potrafię dla matki mojej? i po raz pierwszy spojrzałam w oczy zadaniu, jakie odtąd miało zaciężyć na głowie mojej, sercu i rękach...

Nie miałam jednak czasu tym razem długo zastanawiać się nad tym, bo zbudziły mię z zamyślenia szybkie po salonie stąpania. Spojrzałam i zobaczyłam, że pan Rudolf, powstawszy z miejsca, wzburzonym krokiem chodził po pokoju. Spuszczone czoło jego powlekło się ciemnym rumieńcem, na ustach wisiał gorzki wyraz. Gdy spostrzegł, że na niego patrzę, stanął nagle przede mną i wyrzekł zwykłym sobie, przytłumionym, ale pełnym mocy głosem:

— To gad... to płaz zjadliwy... to nikczemnik... zdeptałbym go... wrzuciłbym go w otchłań hańby... i mógłbym to był uczynić... mógłbym, gdybym...

Uderzył się dłonią w czoło.

— A! — zawołał z boleścią — można popełnić występek, a jednak mieć prawe i szlachetne serce, ale kto odwróci następstwa występku?

Upadł na fotel i głowę na piersi opuściwszy pogrążył się w tak posępnym dumaniu, że zdawał się zapominać o mojej obecności.

Mimo głębokiego zasmucenia mego nieszczęściem, spotykającym mą matkę, długo wzrok i uwagę zatrzymałam na tym człowieku. Dawniej widywałam go zwykle milczącym, nigdy nie słyszałam, aby wspomniał o swej przeszłości, nigdy nie widziałam, aby okazał się czymkolwiek silnie wzruszonym. Wyglądał zwykle na człowieka, który przeżył wszystko, co miał do przeżycia, i patrzył już tylko w ziemię, czekając, rychło się w niej grób dla niego otworzy.

Teraz zdawało się, że mimo wysileń nie mógł zamknąć w sobie tego, co się w nim działo; mówił wiele, ubolewał, i widocznym było, że jakaś nić tajemna wiązała los mojej matki z tą przeszłością jego, której wspomnienie drżało i huczało mu w piersi głosem sumienia, a może nie wymarłych jeszcze żalów. Podniósł głowę i zapytał:

— Gdzie jest matka pani?

Odpowiedziałam, że wzruszona powitaniem i rozmową ze mną udała się przed godziną do swego pokoju, aby spocząć przez chwilę.

— A więc i ja odjadę — rzekł powstając. — Przyjechałem, aby powitać panią i dowiedzieć się, czy co nowego tu nie zaszło i czy mnie do czegokolwiek nie potrzebujecie. Jutro będę tu znowu...

To rzekłszy uścisnął mi rękę i prędko opuścił salon. Po odejściu jego dopiero przypomniałam sobie, że nie zapytałam go o Rozalię ani o resztę rodziny. Jakkolwiek jednak interesował mię los kuzynki, o której od dawna nic nie wiedziałam, nie mogłam w owej chwili odwrócić na długo myśli od katastrofy, która wisiała nad głową mej matki.

Wypadek zrządził, że siedziałam w tym samym pokoju, w którym przed czterema laty pan Henryk oświadczył się o moją rękę. Krosienka nawet, w których wyszywałam naówczas, stały pod oknem, warstwą kurzu pokryte. Przypomniałam sobie, jak wyrzekł do mnie wtedy wielkie słowo: kocham! i jak w ustach jego słowo to wydało mi się podobne do skrzeczenia żaby nad stawem, i jak potem przekładał mojej matce, że dobrze by było, jeśliby jej pastwiska połączyły się w jedną całość z jego pszennymi gruntami, jej lasy z jego spławną rzeką...

Uśmiechnęłam się na to przypomnienie, ale na sercu ciężko mi było. Przed oczami mymi stanęły wszystkie uciechy i smutki, rojenia i zawody tej pierwszej młodzieńczej epoki mego życia. Wywołane wpływem miejsca, w jakim się znalazłam, w pamięci mojej powstały postacie: Agenora, Lubomira, Emilki, Zeni, Helenki i Zosi... A śród nich najwyraźniejsze i najpiękniejszym oblane blaskiem zamigotało jeszcze wspomnienie jedno; pragnęłam zatrzymać się nad nim, popatrzyć na nie, ale poczułam, że serce zaczyna mi oblewać się rzewnością, łza biegnie pod powieką...

Zamknęłam oczy, aby to świadectwo rozrzewnienia zmusić, iżby do źródła swego wróciło i próżnym marzeniem nie rozmiękczało mi serca... Wiedziałam już wtedy z doświadczenia i potem przekonałam się wielokroć na sobie i innych, że z mnóstwa szybkich i rozmaitych wrażeń często wyłącza się jedno, posiadające w sobie dziwną moc życia i trwania, i wtedy gdy wszystkie inne z upływem czasu bledną i nikną, ono żyje w nas, trwa i promienieje przy każdym nań wejrzeniu. Zdawało mi się i zdaje, że we wrażeniu takim, jakkolwiek wynikłym z chwili przelotnej i żadnych widocznych nie zostawiającym po sobie śladów, musi spoczywać z