FANDOM



Rozdział XV Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział XVI • Juliusz Verne Cały tekst
Rozdział XV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział XVI
Juliusz Verne
Cały tekst
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Jeżeli pan Antifer pod wpływem gwałtownej i niespodziewanej radości nie postradał zmysłów, to jednak usposobienie jego tak dziwnej uległo zmianie, że otaczające go osoby nie mogły wyjść ze zdumienia.

Skoro dowiedział się o rzeczywistem istnieniu wysepki numer czwarty, gdzie już napewno miały być ukryte skarby Kamylk-Paszy, odzyskał nagle dawne swoje usposobienie. Wszystkie przyzwyczajenia, gusta i upodobania wróciły mu odrazu. Zaczął chodzić na przechadzkę na wały i do portu i palić ulubioną fajeczkę. Na ustach jego ukazał się dawno nie widziany gość – uśmiech. W rozmowie nie czynił żadnej wzmianki ani o skarbie, ani o dalekich podróżach, ani o czekającej go jeszcze wyprawie po miliony, które wreszcie zagarnie.

Nanon, Eliza, Julian i Trégomain nie mogli zdać sobie sprawy z tego dziwnego postępowania. Spodziewali się ciągle, że pan Antifer krzyknie na nich: „W drogę!” A pan Antifer o tem ani słówka nie pisnął.

– Co mu się stało? zapytywała Nanon.

– Chyba go nam kto zamienił, dodawał Julian.

– W istocie, dziwna rzecz, mówił Trégomain, doprawdy ja go nie rozumiem, bo przecież nie można pozwolić, aby tyle milionów przepadło!

Trégomain okazywał się teraz więcej rozgorączkowany i zniecierpliwiony. Trapiło go pragnienie złota.

– Jakto, skoro nie wiedzieliśmy, gdzie znajduje się wysepka, to wtedy biegaliśmy po świecie szukając jej, a teraz, gdy wiemy napewno, gdzie są skarby, to nie myślimy wcale o podróży? powtarzał, i po części miał słuszność.

Lecz w otoczeniu swojem napotykał na dziwną obojętność. Gdy mówił o tem do Juliana, Julian odpowiadał.

– A co mi tam po skarbach! Umiem pracować, to dam sobie radę na świecie!

Gdy mówił do Nanon, poczciwa kobieta odpowiadała:

– Niech tam leżą owe skarby w spokoju, tam, gdzie dotąd były zakopane.

Eliza taką samą okazywała obojętność.

Wreszcie Trégomain zdecydował się pomówić o tem z panem Antiferem. Było to może we dwa tygodnie po odkryciu Juliana.

– No, i cóż wysepka? zagadnął swego przyjaciela.

– Jaka wysepka? odparł pan Antifer.

– Wysepka na morzu Śródziemnem!… Zdaje mi się, że ta wyspa istnieje naprawdę.

– Ma się rozumieć, potwierdził pan Antifer. Jestem tak pewny, że ją znajdziemy, jak jestem pewny, że żyję i że patrzę na ciebie.

– A więc dlaczego nie udajemy się do tej wyspy?

– No, a jakże się dostaniemy do niej? Chyba że nam wyrosną pletwy, tak, jak rybom!

Co miała znaczyć podobna odpowiedź? Trégomain napróżno wysilał swój umysł, aby to zrozumieć. Nie zrażał się jednak zagadkowem postępowoniem swego przyjaciela. Trzydzieści trzy miliony, to nie bagatela. Wprawdzie te pieniądze nie jemu przyniosłyby korzyść, ale Trégomain umiał się cieszyć ze szczęścia innych ludzi, nadewszystko takich, których kochał i cenił tak, jak całą rodzinę pana Antifera.

Nie lękając się już teraz gniewu pana Antifera, zaczepiał go w tej kwestyi kilka razy, aż wreszcie stary przyjaciel zapytał go jednego dnia.

– Zatem ty chcesz koniecznie, abyśmy jechali?

– Naturalnie, że bardzo tego pragnę.

– Czy mniemasz, że tak należy uczynić?

– Nie inaczej i to jak najprędzej.

– No, to ruszajmy w drogę!

Pan Antifer wymówił te słowa dziwnym jakimś tonem.

Ale przed odjazdem należało uprzedzić bankiera Zambuco i notaryusza Ben-Omara, aby obydwaj znaleźli się w dniu oznaczonym na wysepce numer czwarty, gdyż pierwszy z nich był spadkobiercą, a drugi wykonawcą testamentu.

Pan Antifer żądał, aby dopełniono tej formalności i aby wszystko odbyło się prawnie. Wysłano zatem dwie depesze, jedną do Tunisu a drugą do Aleksandryi, naznaczając interesantom spotkanie w dniu dwudziestym trzecim października na Sycylii, w mieście Girgenti, jako najbliżej położonem wysepki numer czwarty. Stamtąd mieli już wszyscy razem wyruszyć po odkopanie skarbu.

Co zaś do pana Tyrkomel, część jego zostanie mu odesłana z całą sumiennością. Co zaś on uczyni ze swymi milionami, to już nikogo nie obchodziło. Może je nawet wrzucić do zatoki Forth, jeżeli się lękać będzie, aby mu rąk nie sparzyły.

Sauka nie należało się już lękać. On nie miał żadnego prawa do majątku, gdyż Kamylk-Pasza wydziedziczył go, a szkodzić nie mógł także, ponieważ jeszcze lat kilka miał siedzieć w więzieniu w Edymburgu.

Gdy podróż została już postanowiona, Trégomain nie czekał aż go będą namawiać, tylko pierwszy oświadczył, że chce do niej należeć. Obecna wyprawa nie potrwa zapewne długo, zaledwie, tyle czasu ile potrzeba, aby pojechać i wrócić. Teraz już nie trzeba będzie szukać piątego dokumentu; było to już bowiem rzeczą pewną, że Kamylk-Pasza nie dodał już żadnej wysepki, do liczby tych jakie nasi podróżni zwiedzili. Dokument jasno się pod tym względem wyrażał, i skarb musiał się znajdować na wysepce numer czwarty, która podług matematycznych obrachowań powinna się znajdować pomiędzy wyspą Sycylią, a wyspą Pantellaria.

– Musi to być bardzo małoznacząca wysepka, ponieważ nie jest oznaczona na mapie, wygłosił słuszną uwagę Julian.

– A naturalnie, potwierdził szyderczo pan Antifer.

Podróżni nasi postanowili odbyć podróż w jak najkrótszym czasie, nie licząc się z wydatkami, które były bagatelą w porównaniu z trzydziestoma milionami. Mieli więc jechać koleją żelazną przez Francyę i Włochy aż do Neapolu.

Szesnastego października rano, podróżni po serdecznem pożegnaniu z Nanon i z Elizą, ruszyli w drogę. Nie zatrzymywali się ani w Paryżu, ani w Lyonie, a minąwszy granicę Włoch, nie zwiedzali również ani Medyolanu, ani Florencyi, ani nawet Rzymu i 20 października wieczorem stanęli w Neapolu. Trégomain był niesłychanie znużony, spędziwszy sto godzin w wagonach kolei żelaznej.

Nazajutrz rano zamówili sobie zaraz miejsca na statku parowym, który kursował pomiędzy Neapolem a Palermo, i po jednym dniu spokojnej żeglugi, wylądowali w stolicy Sycylii.

Nie myśleli jednak zwiedzać miasta i jego osobliwości; nawet Trégomain, tak chciwy wrażeń, nie wspominał o żadnej wycieczce, ani o sławnych nieszporach sycylijskich, na których kiedyindziej pragnąłby być obecny. Ale on nie myślał w tej chwili o tem, że Palermo było miastem sławnem w historyi, miastem, które kolejno zdobywali Normandowie, Francuzi, Hiszpanie i Anglicy. Nie, Trégomain myślał w tej chwili tylko o tem, jakby najprędzej dostać się można do Corleone a stamtąd do Girgenti karetką pocztową, która dwa razy na tydzień wychodziła z Palermo.

W Girgenti, położonej w południowej stronie wyspy, podróżni nasi spotkać się mieli z bankierem Zambuco i notaryuszem Ben-Omarem. Wprawdzie drogi w Sycylii nie są zbyt pewne, zdarza się, że na podróżnych napadają rozbójnicy, którzy tam wyrastają jak drzewa oliwne lub aloesy, ale ktoby tam uważał na takie rzeczy.

Na szczęście pan Antifer i jego towarzysze dostali się bez przeszkody do Girgenti, ciesząc się, że są już tak blizko celu swej podróży. Bankier i notaryusz oczekiwali już na nich.

– Czy jesteś pewny, że na tej wysepce ukryte są skarby? zapytał Zambuco pana Antifera.

– Jak najpewniejszym, odpowiedział pan Antifer.

Znaleźć w Girgenti wygodny statek nie było rzeczą trudną, nie brak bowiem w tym porcie rybaków albo kupców wszelkiego rodzaju. W porcie stały statki o jednym, lub dwóch, albo kilku masztach.

Wycieczka na morze nie miała być zbyt daleką, może na jakie czterdzieści mil odległości w stronę zachodnią. Gdyby wiatr sprzyjał, to wypłynąwszy z Girgenti wieczorem można się było dostać do wysepki przed południem, i wziąć wymiar długości i szerokości geograficznej.

Pan Antifer wynajął statek, zwany „Opatrzność.” Statek ten był pod rozkazami kapitana, prawdziwego wilka morskiego, który od lat pięćdziesięciu przebywał ciągle na morzu w tych stronach, i mógł kierować statkiem niemal z zamkniętemi oczami, na przestrzeni od Sycylii do Malty i od Malty do wybrzeża tunetańskiego.

– Nie trzeba mu mówić po co płyniemy, szepnął Trégomain do ucha Juliana, który przyznał, że Trégomain ma słuszność.

Właściciel i zarazem kapitan statku nazywał się Jakub Grappa; nie mówił on zbyt dobrze po francusku, ale od biedy można się było z nim porozumieć. Było to zatem wielkiem szczęściem dla naszych znajomych, a jeszcze większem to, że pogoda sprzyjała im, chociaż październik miał się już ku schyłkowi. Powietrze było chłodne, lecz suche, a gdy wieczorem wypłynęli na morze, księżyc wysunął się wspaniale z poza wysokich gór Sycyliskich.

Załoga statku składała się tylko z pięciu ludzi, których obsługa była zupełnie wystarczająca. Lekki statek mknął spokojnie po błękitnych falach, kołysząc się tak nieznacznie, że nawet Ben-Omar nie odczuwał żadnego wstrząśnienia i nie czuł się wcale cierpiącym.

Noc upłynęła bez żadnego wypadku, a jutrzenka zdawała się wróżyć dzień piękny i pogodny.

Pan Antifer budził podziw w swoich towarzyszach znośnem zachowaniem się i usposobieniem. Przechadzał się po pokładzie, z fajką w ustach, z rękami w tył założonemi i udawał zupełną obojętność. Przeciwnie zaś Trégomain, był taki podniecony i zniecierpliwiony, jakby to chodziło o jego pieniądze.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 79

Julian kiedy niekiedy zbliżał się do sternika, sprawdzał kierunek, w którym płynął statek i wyliczał, że około godziny jedenastej statek powinien dosięgnąć upragnionej wysepki.

Lecz o godzinie dziesiątej nie widać było jeszcze żadnego lądu, i w istocie w tej stronie morza Śródziemnego, pomiędzy Sycylią a przylądkiem Bon, nie spotyka się innej wyspy, oprócz wyspy Pantellaria, ale tu nie chodziło o wyspę, tylko o wysepkę.

Bankier i notaryusz spoglądali badawczo na pana Antifera, który otoczony gęstymi kłębami tytuniowego dymu, milczał jak grób, tylko oczy połyskiwały mu jakimś złośliwym blaskiem.

Grappa nie mógł zrozumieć, w jakim kierunku podróżni chcą płynąć? Przypuszczał, że dążą do tunetańskiego wybrzeża. Zresztą było to dla niego rzeczą obojętną; zapłacili mu sowicie, zastosuje się zatem do ich życzeń.

– Mam więc płynąć ciągle ku stronie zachodniej? zapytał Juliana.

– Tak.

– Dobrze, panie!

O godzinie kwadrans na jedenastą, Julian z sextanem w ręku zaczął robić pierwsze spostrzeżenia. Statek znajdował się obecnie na stopniu 37 minut trzydzieści szerokości geograficznej na północ, a na stopniu dziesiątym minut trzydzieści trzy, długości geograficznej na wschód.

Pan Antifer spoglądał na niego, mrugając powiekami.

– No i cóż tam, Julianie? zapytał.

– Mój wuju, znajdujemy się obecnie na oznaczonej długości geograficznej i musimy tylko popłynąć kilka mil na południe.

– No, to płyńmy, mój siostrzenice, płyńmy! Zdaje mi się, że możemy płynąć do nieskończoności.

Cóż można było zrozumieć, z dziwacznego sposobu wyrażania się pana Antifera?

Statek skierował się ku wyspie Pantellaria. Właściciel statku nie mógł pojąć celu tej wyprawy, to też zapytał po cichu Trégomain’a, czego szukają w tych stronach?

Trégomain zły i zniecierpliwiony, odparł szorstko:

– Chustki od nosa, którą zgubiliśmy tu przed laty.

– Rozumiem, signor, odparł Włoch, zły również, że robią przed nim tajemnicę.

O trzy kwadranse na dwunastą nie widać było jeszcze żadnego lądu, nawet żadna skała nie wychylała się z błękitnych fal Śródziemnego morza, a jednak statek powinien się już był znajdować w pobliżu wysepki numer czwarty.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 80

A tu jak okiem zasięgnąć nigdzie nic nie widać, tylko niezmierzoną przestrzeń wód, lśniących pod promieniami słońca. Julian wdrapał się na maszt, a bystry jego wzrok sięgał daleko, może na przestrzeni dwunastu lub piętnastu mil… Nic jednak nie zobaczył… nic… zgoła nic…

Gdy zszedł z masztu na pomost, Zambuco zapytał go z niepokojem:

– No, i cóż wysepka numer czwarty?

– Nie widać jej jeszcze!

– A czy dobrze obliczyłeś wymiar długości i szerokości geograficznej? zapytał żartobliwem tonem pan Antifer. Czy jesteś pewnym swego rachunku?

– Jak najpewniejszym, mój wuju!

– Doprawdy, mój siostrzeńcze, możnaby mniemać, że nie umiesz zrobić prostego obrachunku…

Julian, usłyszawszy ten zarzut, zaczerwienił się z gniewu, lecz powstrzymał go od wybuchu szacunek, przynależny osobom starszym.

Trégomain, chcąc zapobiedz sprzeczce, zwrócił się z zapytaniem do właściciela statku:

– Grappa?

– Jestem na rozkazy.

– Szukamy wysepki…

– Rozumiem, signore.

– Czy w tych stronach nie znajduje się jaka mała wysepka?

– Wysepka? powtórzył Grappa.

– No tak, wysepka.

– Więc panom chodzi o wysepkę?

– O wysepkę, ma się rozumieć że o wysepkę, powtórzył pan Antifer, wzruszając ramionami. O malutką, ładną, śliczną wysepkę, rozumiesz?

– Przepraszam was, ekscelencyo, ale czy naprawdę szukacie wysepki?

– Ależ tak, tak, potwierdził niecierpliwie Trégomain. Czy w tych stronach jest jaka wysepka?

– Nie, nie ma, signore.

– Jakto, nie ma?

– No, bo nie ma… chociaż była. Ja sam ją widziałem i nawet wylądowałem na niej kilka razy.

– Nic z tego wszystkiego nie rozumiem, mów jaśniej! krzyknął z niecierpliwością Trégomain.

– Wysepka ta znikła pod wodą, objaśnił Grappa.

– Znikła? zawołał z najwyższem zdumieniem Julian.

– Tak, signore, znikła na świętą Łucyę będzie temu lat trzydzieści jeden.

– A jak się nazywała ta wysepka? zapytał Trégomain, składając błagalnie ręce.

– Ach! do licha Trégomain, wszak to była wysepka a raczej wyspa Julia! zawołał pan Antifer, nie mogąc już dłużej zapanować nad sobą.

Wyspa Julia! W tej chwili dopiero Julian zrozumiał wszystko. Tak, w istocie wyspa Julia, albo Ferdinandea, albo Rotham, albo Graham, albo Nerita, jakiemkolwiek z tych nazwiskiem podoba się ją nam nazywać, wyspa ta ukazała się na tem miejscu dwudziestego ósmego czerwca 1831. Ukazanie się jej nie ulegało wątpliwości. Kapitan neapolitański Correo był obecnym tej chwili, gdy przez działanie sił podwodnego wybuchu, wyspa wyłoniła się z pośród fal morskich. Książę Pignatelli obserwował słup promienny, który błyszczał w pośrodku wyspy świeżo utworzonej. Światło tego słupa trwało bezustanku i przedstawiało się jak snop fajerwerków. Kapitan Irton i doktór John Davy byli również świadkami tego cudownego zjawiska przyrody. Przez dwa miesiące wyspa pokryta żużlami i piaskiem ciepłym, dostępna była dla pieszych. Widać że siły plutoniczne wypchnęły na powierzchnię wód – skały, spoczywające dotąd na dnie morza.

Potem w miesiącu grudniu 1831 roku, skalista wysepka zaczęła się pogłębiać w morze i zwolna znikła bez śladu w jego odmętach.

I w tym właśnie krótkim przeciągu czasu, w jakimwyspa znajdowała się na powierzchni morza, zawistny los sprowadził Kamylk-Paszy i kapitana Zô w tę stronę Śródziemnego morza. Szukali oni właśnie nieznanej wysepki i napotkali wyspę Julię, która ukazała się na powierzchni wód w czerwcu, a znikła w głębinach w grudniu. Teraz skarby Kamylk-Paszy spoczywały w otchłani, na głębokości jakich stu metrów!… Miliony, które wielebny Tyrkomel chciał cisnąć do morza, pochłonęły siły przyrody, wyręczając go tym sposobem w spełnieniu czynu, mającego w jego przekonaniu umoralnić społeczeństwo. Teraz pan Tyrkomel nie potrzebował sią lękać złego wpływu tych milionów na ludzkość.

Aby wyjaśnić zagadkę dziwnego postępowania pana Antifera, musimy dodać, że wiedział on o tem osobliwem zjawisku przyrody. Gdy Julian przed trzema tygodniami domyślił się, gdzie leży wysepka numer czwarty, pan Antifer zrozumiał, że była tam mowa o wyspie Julia, która znajdowała się pomiędzy wyspą Pantellaria a Sycylią. Gdy był dopiero początkującym marynarzem, często przepływał przez morze Śródziemne i wiedział o podwójnem zjawisku, które miało miejsce w roku 1831; wiedział, że wyspa ukazała się i znikła, i że teraz znajduje się na głębokości trzystu stóp pod powierzchnią morza. W pierwszej chwili ogarnął go gniew szalony, ale po dłuższej rozwadze, doszedł do przekonania, że trudno walczyć z niepodobieństwem i że trzeba pogodzić się z tą myślą, iż skarby Kamylk-Paszy są stracone na zawsze. Dlatego też nie mówił nic o ostatniej wyprawie w celu zdobycia milionów i zgodził się na nią, jedynie ulegając żądaniom swego przyjaciela Trégomain. Ważnym również czynnikiem takiego postępowania była i miłość własna pana Antifera, który chciał pokazać, że jego nie łatwo wyprowadzić w pole; że raczej on drugich wywieść potrafi. Dla ukarania bankiera Zambuco i notaryusza Ben-Omara za chciwość, jaką okazywali, naznaczył im spotkanie w Girgenti. Teraz dopiero, zwracając się do nich, zawołał:

– Widzicie! miliony są tu, pod naszemi stopami… a jeśli chcecie zabrać to, co wam się należy, dajcie nurka pod wodę!… No, dalej, Zambuco, dalej, Ben-Omarze, do wody!

Szydząc w ten sposób, pan Antifer zapomniał, że sam okazał się niemniej chciwym podczas tego polowania na miliony.

– A teraz płyńmy ku wschodniej stronie! zakomenderował pan Antifer, abyśmy jak najprędzej powrócić mogli do Saint-Malo.

– Gdzie żyliśmy i żyć będziemy bardzo szczęśliwi nawet bez milionów Kamylk-Paszy, dodał Julian.

– Ma się rozumieć, skoro trzeba się ich wyrzec, dodał Trégomain z westchnieniem.

Ale zanim odpłynęli z powrotem, Julian przez ciekawość, chciał zarzucić sondę w miejscu, gdzie niedawno wznosiła się wysepka.

Grappa uczynił zadość jego żądaniu, a gdy lina rozwinęła się na trzysta pięćdziesiąt stóp, ołowiana kula trafiła na opór.

Była to właśnie wyspa Julia, owa wysepka numer czwarty, pochłonięta przez fale morskie.

Statek zwrócił się teraz ku brzegom wyspy Sycylii, ale że wiatr był przeciwny, płynęli zatem o wiele dłużej, prawie ośmnaście godzin. Wreszcie statek Opatrzność zatrzymał się w przystani Girgenti, przywożąc naszych podróżnych z tej ostatniej; tak niefortunnej wyprawy. W chwili gdy mieli wysiadać na ląd, Grappa rzekł do pana Antifera:

– Ekscelencyo…

– Czego chcesz?

– Chciałem panu powiedzieć jedną rzecz…

– No, mów, mów, mój przyjacielu.

– Chciałem powiedzieć, że jeszcze nie trzeba tracić nadziei co do owych skarbów.

Pan Antifer spojrzał na niego badawczo, a w oczach jego mignęła błyskawica chciwości.

– Nie trzeba tracić nadziei? powtórzył.

– Tak, ekscelencyo! Wyspa Julia zniknęła pod wodą w roku 1831-szym, ale…

– Ale co?

– Ale od roku 1850 podnosi się znów ku górze…

– Jak mój barometr, gdy ma oznajmić pogodę! zawołał pan Antifer, wybuchając śmiechem. Na nieszczęście, gdy wyspa Julia ukaże się nad powierzchnią wód z naszymi milionami, nie będziemy już żyli na tej ziemi, choćbyśmy mieli żyć po lat kilkaset.

– Co jest przecież rzeczą niemożliwą, dodał Trégomain.

Grappa powiedział prawdę… wyspa Julia podnosi się wciąż zwolna ku powierzchni Śródziemnego morza…

To też po upływie kilku wieków, kto wie, czyby nie było można w inny sposób zakończyć nadzwyczajnych przygód pana Antifera!


KONIEC
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.