FANDOM



Rozdział XIV Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział XV • Juliusz Verne Rozdział XVI
Rozdział XIV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział XV
Juliusz Verne
Rozdział XVI
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Teraz musimy kolejno opowiedzieć wypadki, które nastąpiły po znalezieniu ostatniego dokumentu na wysepce numer trzeci. Wiemy już, jaką rozpacz w panu Antiferze wywołało to przykre rozczarowanie, a mianowicie, że przeniesiono go na pokład statku prawie bezprzytomnego.Lecz towarzysze przekonali się wkrótce, że choroba nie będzie miała groźnych następstw. Biedny pan Antifer był tak smutny i pognębiony, że ani Julian, ani Trégomain nie mogli z niego słowa wydobyć.

Drogę z powrotem odbywano jak można było najprędzej. Na wynajętym przez siebie statku wrócili do Hammerfest, a stamtąd do Bergen. Ponieważ nie było jeszcze kolei żelaznej z Drontheim do Chrystyanii, pojechali więc końmi do stolicy Norwegii, potem okrętem popłynęli do Kopenhagi, a następnie koleją przez Danię, Niemcy, Hollandyę i Francyę, dostali się do Paryża i do Saint-Malo.

W Paryżu pan Antifer rozstał się z bankierem Zambuco, któremu zapłacił wszystkie koszta podróży, spieniężywszy przedtem swój brylant. Kamień był w istocie tak wysokiej wartości, że jeszcze panu Antiferowi pozostała się ładna sumka. Ma się rozumieć, że notaryusz Ben-Omar nic nie dostał, gdyż miał odbierać tylko procent od skarbów, których nie znaleziono.

– Idź do licha! powiedział mu z gniewem pan Antifer przy rozstaniu.

– I staraj się żyć z niem zgodnie, dodał pocieszająco Trégomain.

Ben-Omar powrócił zatem do Aleksandryi, przysięgając sobie, że nigdy już nie wyruszy na poszukiwanie skarbów.

W Saint-Malo znajomi i przyjaciele powitali serdecznie naszych podróżnych, chociaż byli i tacy złośliwi, którzy żartowali z ich nieudanej wyprawy.

Nanon i Eliza nie posiadały się z radości, ujrzawszy pana Antifera, Juliana i poczciwego Trégomain. Ale pan Antifer pozostał obojętny nawet na te objawy serdecznego przywiązania z ich strony, a gdy Trégomain, pozostawszy z nim sam na sam, uczynił mu z tego powodu wymówki, odpowiedział z gniewem:

– Daj mi spokój, niech sobie robią co chcą, byle mnie nie zaczepiali!

I odtąd żył on w zupełnem odosobnieniu od ludzi, nie rozmawiał z nikim, nie chodził na wybrzeże, ciągle był posępny i zamyślony. Wyglądało to, jakby się wstydził przed ludźmi tego, że dał się tak wywieźć w pole na poszukiwanie skarbów. Jego przyjaciele rozmawiali o nim często.

– Lękam się bardzo o zdrowie wuja, mówiła Eliza.

– I ja również, moja córko, mówiła Nanon. Codzień proszę Boga, aby zesłał spokój swemu bratu.

– Szkaradny pasza! zawołał Julian. Trzebaż mu było zakłócić spokój naszego życia swemi milionami.

– A szczególniej takiem, których nie znaleziono, dodał Trégomain. A jednak te skarby są gdzieś ukryte!… I gdyby można było przeczytać ostatnie objaśnienia w dokumencie…

Jednego dnia Trégomain rzekł do Juliana:

– Czy ty wiesz, chłopcze, co ja myślę?

– No cóż takiego, panie Trégomain?

– Że twój wuj uspokoiłby się łatwiej, gdyby się dowiedział, gdzie są ukryte skarby, choćby nawet nie mógł ich nigdy pozyskać.

– Może pan masz słuszność, panie Trégomain; gdyż to najbardziej gniewa mego wuja, że miał w ręku dokument w którym określone było położenie czwartej wysepki i nie mógł odczytać go do końca.

– Naturalnie, że kwestya byłaby się zaraz wyjaśniła, odpowiedział Trégomain. W dokumencie była o tem wyraźna wzmianka.

– To też wuj zachował ten dokument i prawie ciągle wpatruje się weń i odczytuje go.

– Stracony to czas, mój chłopcze, teraz już skarby trzeba naprawdę uważać za przepadłe. Nigdy już, nigdy, nie odzyskamy olbrzymiego majątku Kamylk-Paszy!

Czytelnicy pytają się zapewne, co się stało z Saukiem i dlaczego nie wyprzedził spadkobierców na wyspę Szpicberg? Oto dlatego, że schwytano go w Glazgowie z powodu zamachu i zbrodniczych zamiarów, których dopuścił się względem pana Tyrkomela. Sprawa ta narobiła wiele rozgłosu i pobudziła czujność policyi, która rozesłał rysopis przestępcy i listy gończe. Sauk umknął z Edymburga, lecz zamiast udać się na wschodnie wybrzeże Szkocyi, tak, jak to uczynił pan Antifer, odjechał w stronę zachodnią i musiał czekać w Glazgowie przez cały tydzień na odpłynięcie właściwego okrętu. Tu go policya poznała i natychmiast uwięziła. Stawiony przed sądem, Sauk skazany został na kilkanaście lat więzienia. Dlatego to nie stawił się na Szpicbergu.

Tyle zatem trudów, kosztów i zmartwień pozostało bezowocnemi. Był jednak jeden człowiek, który się cieszył z tego zawodu, to pan Tyrkomel.

– Ileż to grzechów ludzie uniknęli, że nie dostali tego majątku!… powtarzał sobie z zadowoleniem.

Życie upływało teraz spokojnie mieszkańcom małego domku w Saint-Malo i wszyscy czuliby się najzupełniej szczęśliwi, gdyby nie smutne i litość wzbudzające usposobienie pana Antifera. Julian także był trochę smutny na myśl, że znów na czas długi rozłączy się z rodziną, gdyż wkrótce miał wyjechać z Saint-Malo, jako kapitan statku kupieckiego, będącego własnością pewnego domu handlowego. Okręt miał popłynąć do Indyi.

Eliza martwiła się także odjazdem Juliana, głównie ze względu na stan zdrowia wuja, który na tak długo pozbawiony będzie opieki siostrzeńca.

– Kto wie, czy go jeszcze zastaniesz przy życiu, mówiła do Juliana.

Julian i Eliza często rozmawiali ze sobą o tym zatartym dokumencie, o tych zgłoskach, których niepodobna było odczytać. Było tam jedno rozpoczęte a niedokończone zdanie, które prawdziwie prześladowało Juliana.

Zdanie to zaczynało się od następujących wyrazów: „Należy tylko przeprowadzić..” Przeprowadzić… ale co?

Potem czytelne jeszcze były oderwane, pojedyńcze wyrazy: „wysepka… położona… reguła… geometryczna… biegun…”

O jakiej regule geometrycznej była tu mowa?… Czy ta reguła stanowiła jakiś łącznik pomiędzy wysepkami?… Może pasza nie wybierał ich wypadkowo, może nie rządził się po prostu wybrykiem fantazyi, lecz wybierał je w ten sposób, aby ułożyć jakieś zadanie matematyczne do rozwiązania.

Co do wyrazu „biegun,” czy można było przypuszczać, że odnosi się on do krańców środkowej osi ziemskiej? Nie, stokroć nie! A zatem co znaczył ten wyraz?

Julian napróżno łamał sobie głowę nad rozwiązaniem tej zagadki: nic nie mógł wymyślić.

– Biegun, biegun… powtarzał. Może właśnie w tym wyrazie tkwi węzeł tej zawikłanej kwestyi.

Julian rozmawiał o tem również często z panem Trégomain, który wcale się nie dziwił, że Julian silił się na odgadnięcie tej tajemnicy, wierzył teraz bowiem święcie w to, że miliony te nie są złudzeniem, lecz istnieją rzeczywiście.

– Mój kochany, lękam się tylko tego, mówił Trégomain do Juliana, abyś się i ty nie rozchorował z tego powodu.

– Cóż znowu! Ja nie biorę tego tak bardzo do serca. Wszak pan wie, że ja dla siebie nie pragnę tych milionów… Ja potrafię zapracować na swoje utrzymanie… Chodzi mi tylko o wuja, o jego zdrowie.

– Masz słuszność… Żal bierze patrzeć na niego. Bo też to przykro mieć dokument, i nie módz wpaść na ślad… No, niczego się nie domyślasz?

– Niczego, panie Trégomain. A jednak te wyrazy „reguła geometryczna” nie są przecież bez znaczenia. Potem można znów przeczytać: „należy przeprowadzić…” ale co?

– Tak, co? powtórzył Trégomain.

– Nie mogę zrozumieć znaczenia tego wyrazu biegun…

– Ja także nic a nic nie rozumiem i nie mogę ci nic pomódz.

Upłynęło dwa miesiące, a w usposobieniu pana Antifera żadna nie zaszła zmiana. Raz, w ponury i dżdżysty dzień o październikowy, Julian i Eliza siedzieli w domu. Na kominku płonął suty ogień. Eliza widząc, że Julian siedzi smutny i zamyślony, postanowiła go rozerwać.

– Julianie, zaczęła, odkładając robotę, pisywałeś do mnie często podczas tej nieszczęśliwej podróży, która stała się dla nas źródłem tylu przykrości, czytywałam zawsze z wielkiem zajęciem twoje listy…

– Nie zbyt to wesołe wspomnienia, przerwał jej Julian. Biedny wuj!

– Nie przeczę, ale jest w tych listach tyle zajmujących i ciekawych opisów, że schowałam je i odczytuje je nieraz. Jednak najbardziej szczegółowe opisy nie mogą iść w porównanie z opowiadaniem naocznego świadka, a ty nigdy mi jeszcze o tej podróży nie opowiadałeś… Opowiedz mi to dzisiaj, dobrze?

– I na co ci się to przyda?

– Zrobi mi to wielką przyjemność. Będzie mi się zdawało, że razem z wami podróżowałam statkiem, koleją, lub na grzbiecie wielbłądów…

– Jeżeli życzysz sobie tego koniecznie, uczynię zadość twemu żądaniu, ale potrzebna nam będzie do tego mapa, abym ci mógł kolejno wskazywać punkta naszej drogi.

– Patrz, mamy tutaj globus, czy to dostateczne?

– O! najzupełniej.

Eliza wzięła z biurka Juliana wyobrażenie kuli ziemskiej, wspartej na metalowej podstawie, i umieściła ją na stole, przy którym usiedli oboje.

– Ruszajmy więc w drogę, rzekł Julian, wskazując palcem Saint-Malo.

I wskazał jej przestrzeń od Francyi do Egiptu, gdzie dosięgli Suezu. Potem przeszedł morze Czerwone i Indyjskie i dotarł do imanatu Maskat.

– A więc to tu jest Maskat, rzekła Eliza, zatem wysepka numer pierwszy jest bardzo blizko?

– Tak, trochę dalej w głębi zatoki.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 77

Potem odwracając globus, Julian wskazał Elizie Tunis, gdzie połączyli się z bankierem Zambuco. Kreślił drogę przez morze Śródziemne, zatrzymał się w Dakar, minął równik i znalazł się na wybrzeżu afrykańskiem, w zatoce Ma-Jumba.

– Tu jest wysepka numer drugi? zapytała Eliza.

– Tak Elizo!

Następnie Julian przebiegał znów drogę wzdłuż wybrzeża Afryki i Europy i zatrzymał się w Edymburgu, gdzie spotkali się z panem Tyrkomel i wreszcie dostał się do Szpicbergu.

– Więc to jest wysepka numer trzeci? zawołała Eliza.

– Tak, moja droga, i tu właśnie na tej wyspie czekało nas największe ze wszystkich rozczarowanie, jakie nas spotkały w tej niemądrej wyprawie.

Eliza milczała przez chwilę, przyglądając się uważnie kuli ziemskiej.

– Dlaczego ten wasz pasza wybrał te trzy wysepki? Tak jedna po drugiej? odezwała się wreszcie.

– My sami tego nie wiemy i nie dowiemy się o tem nigdy.

– Nigdy? podchwyciła Eliza.

– Ma się rozumieć, że nigdy, potwierdził Julian. A jednak te trzy wysepki połączone są ze sobą jakąś regułą geometryczną, jak to jest wyrażone w ostatnim dokumencie. Ten wyraz biegun, także mi daje wiele do myślenia…

Kończąc te słowa, Julian znowu pogrążył się w zadumie. Tymczasem Eliza, przysunąwszy sobie globus, bawiła się, kreśląc palcem drogę, którą jej Julian wskazał przed chwilą. Zaczęła od Maskatu i, kreśląc linię krzywą, zwróciła się do Ma-Jumba, potem znów, prowadząc taką samą linię krzywą, dostała się do Szpicbergu i takąż samą linią dostała się do punktu, z jakiego wyjechali.

– Wiesz co, Julianie, że to tworzy koło? odezwała się z uśmiechem. Podróżowaliście, tworząc koło.

– Koło? powtórzył zdziwiony Julian.

– Tak, mój przyjacielu… podróż wasza, punkta jakie przebywaliście, tworzą obwód koła. Była to zatem podróż okrągła, w kształcie koła…

– W kształcie koła? zawołał Julian.

Podniósł się i zaczął chodzić po pokoju, powtarzając:

– Obwód koła… obwód koła!…

Nagle przystanął przy stole i palcem przeprowadził po kuli ziemskiej te same linie, o jakich mówiła Eliza. W tej chwili głośny okrzyk wyrwał się z jego piersi…

Eliza spojrzała na niego przestraszona. Czyżby i on także postradał zmysły i stał się nagle dziwakiem i odludkiem tak jak i jego wuj? Drżąca, ze łzami w oczach, patrzyła badawczo na Juliana.

Wtem młodzieniec zawołał porywczo:

– Znalazłem!… Znalazłem!…

– Co takiego? zapytała z najwyższą trwogą Eliza.

– Znalazłem wysepkę numer czwarty!

Eliza przeraziła się jeszcze bardziej. Julian z pewnością postradał zmysły. Skądby tam znalazł tę czwartą wysepkę?… To niemożebne!…

Julian tymczasem otworzył okno i na cały głos zaczął wołać na swego sąsiada.

– Panie Trégomain! Panie Trégomain!

Potem znów przybiegł do globusu. W kilka chwil później Trégomain wszedł do pokoju; zobaczywszy go młody kapitan, zawołał:

– Znalazłem…

– Cóż tam znalazłeś, mój chłopcze?

– Odkryłem, w jaki sposób trzy wysepki połączone są za pomocą linii geometrycznych i w jakim punkcie znajdować się powinna wysepka numer czwarty…

– Na Boga! czy to możebne? zawołał Trégomain, któremu także zdawało się w tej chwili, że postradał zmysły.

Julian mówił:

– Nie lękajcie się, ja mam zdrowe zmysły. Posłuchajcie mnie raczej uważnie…

– Słuchamy!… Słuchamy!

– Trzy wysepki położone są w okręgu tego samego koła. Przypuśćmy zatem, że stanowią jeden plan; połączmy je zatem linią prostą, linią „którą dość jest przeprowadzić,” jak mówi dokument i wyprowadźmy linię prostopadłą z pośrodka każdej z tych obwodowych linii. Te dwie linie prostopadłe spotykają się wpośrodku koła i w tym punkcie środkowym, w tym „biegunie” ponieważ tu jest mowa o kulistości sfery, znajduje się z pewnością wysepka numer czwarty.

Jak widzimy, było to bardzo proste zadanie geometryczne, które fantazya Kamylk-Paszy w porozumieniu z kapitanem Zô w czyn wprowadzić chciała. Jeżeli rozwiązanie tego zadania nie przyszło wcześniej Julianowi do głowy, to jedynie dlatego, że nie spostrzegł, iż trzy wysepki znajdowały się na trzech punktach w obwodzie tego samego koła. Dopiero drobny paluszek Elizy zakreślił to koło.

– Ależ to niepodobieństwo, powtarzał zdumiony Trégomain.

– Ale tak jest, tak jest, panie Trégomain, przypatrz się pan na globusie tej drodze, którą przebiegliśmy razem, to się pan przekonasz, że mam słuszność.

I stawiając globus przed Trégomain’em, Julian zakreślił koło, w którego obwodzie znajdowały się trzy wysepki, przechodząc również przez następujące punkta, które Kamylk-Pasza mógł również wybrać, jako to: Maskat, cieśnina Babel-Mandeb, Równik, Ma-Jumba, wyspy Zielonego Przylądka, zwrotnik Raka, przylądek Tarevell w Grenlandyi, południowo-wschodnią wyspę Szpicberg, Wyspy Admiralicyi, morze Karskie, Tobolsk w Syberyi i Herat w Persyi. To też jeśli Julian miał racyę, wysepka numer czwarty powinna stanowić punkt środkowy tego koła, bo taka sama jest zasada dla koła zakreślonego na planie, jak i na wypukłości kuli ziemskiej, której biegun stanowi oś środkową.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 78

Trégomain nie mógł wyjść z podziwienia. Julian to chodził szybko po pokoju, to znów zatrzymywał się przed globusem, powtarzając:

– To Eliza odnalazła to koło, panie Trégomain! Gdyby nie ona, mnieby nigdy podobna myśl nie przyszła do głowy!

Trégomain był tak uradowany, że zerwał się z krzesła i zaczął tańczyć po pokoju z lekkością tancerki, ważącej dwieście funtów.

– Znalazłem! znalazłem, przyśpiewywał sobie wesoło, upragnioną długość geograficzną!

Po kilku chwilach, gdy zmęczony i zasapany Trégomain osunął się na krzesło i cisza zapanowała w pokoju, Eliza odezwała się pierwsza:

– Trzeba powiedzieć o tem wujowi.

– A może lepiej nie mówić mu wcale? zagadnął Trégomain.

– W istocie trzeba się nad tem zastanowić, dodał Julian.

Z powodu niepewności, wezwano dla narady Nanon, która oświadczyła, że nie powinni nic ukrywać przed panem Antiferem.

– A jeśli czeka wuja nowe rozczarowanie? zapytała Eliza, czy potrafi on znieść ten nowy cios?

– Zdaje mi się, że teraz nie grozi mu już żadne rozczarowanie! zawołał Trégomain.

– Ostatni dokument opiewa, że skarb jest naprawdę zakopany na wysepce numer czwarty, dodał Julian, a ta czwarta wysepka znajduje się wpośrodku koła, po którem podróżowaliśmy… jestem teraz jak najpewniejszy tego.

– Idę po brata, rzekła Nanon.

Po chwili pan Antifer wszedł do pokoju Juliana. Wzrok jego był zamglony, czoło posępne i zmarszczone troską.

– Co się tam stało? zapytał gniewnie.

Julian w krótkich słowach wytłómaczył mu, w jaki sposób odkrył węzeł geometryczny, który łączył trzy wysepki i na czem opierał swoje dowodzenie, że wysepka numer czwarty powinna się znajdować w środkowym punkcie tego koła.

Ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, pan Antifer przyjął tę wiadomość dość spokojnie, bez wybuchów gniewu i nerwowych uniesień, tak jakby się spodziewał, że prędzej czy później kwestya wyjaśnić się musi.

– Gdzie jest ten punkt środkowy, Julianie? zapytał siostrzeńca.

Była to w istocie rzecz najciekawsza, ażeby dowiedzieć się, gdzie jest owa wyspa…

Julian ustawił globus wpośrodku stołu i wziąwszy do ręki linię giętką, tak jak gdyby chciał rysować na powierzchni płaskiej, połączył za pomocą linii Maskat i Ma-Jumba, a drugą linią Ma-Jumba ze Szpicbergem. Na tych dwóch liniach, od przypuszczalnego środkowego ich punktu, przeciągnął dwie linie prostopadłe, których skrzyżowanie wypadło właśnie wpośrodku koła, na morzu Śródziemnem, pomiędzy wyspą Sycylią a przylądkiem Bon, niedaleko wyspy Pantellaria.

– To tu, mój wuju! rzekł Julian.

I sprawdziwszy starannie południk i linię równoległą, rzekł stanowczo:

– Trzydzieści siedem stopni dwadzieścia sześć minut szerokości na północ, a dziesięć stopni trzydzieści trzy minuty długości na wschód od południka paryskiego.

– Ale czy tam jest jaka wysepka? zapytał Trégomain.

– Musi być, odpowiedział Julian.

– Czy tylko tam jest wysepka, mój Trégomain? podchwycił pan Antifer. Bo tylkoby tego brakowało, ażeby tam nie było wysepki. A! niech to wszystko licho porwie!

Wygłosiwszy tę klątwę głosem tak donośnym, że aż szyby w oknach zadrżały, pan Antifer wyszedł z pokoju, zamknął się u siebie i przez cały dzień nie pokazał się wcale.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.