FANDOM



Rozdział XIII Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział XIV • Juliusz Verne Rozdział XV
Rozdział XIII Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział XIV
Juliusz Verne
Rozdział XV
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Pan Antifar i czterej jego towarzysze, licząc w to Ben-Omara, musieli się udać do Bergen, jednego z główniejszych portów zachodniej Norwegii.

Nie zwlekali ani chwili z wykonaniem raz powziętego postanowienia, tem bardziej że Nazim, a raczej Sauk, wyprzedził ich o cztery albo pięć dni; przed południem jeszcze byli w Leith, gdzie spodziewali się znaleźć statek odpływający do Bergen, który to port leżał na drodze do wyspy Szpicberg.

Odległość z Edymburga do tego portu wynosi mniej więcej czterysta mil; stamtąd zaś należało się udać do Hammerfest, portu wysuniętego najdalej na północ Norwegii. Drogę tę można odbyć na okręcie, który podczas pięknej pory roku przewozi turystów aż do przylądka północnego.

Z Bergen do Hammerfestu jest ośmset mil, a z Hammerfestu do południowego krańca wyspy Szpicberg mniej więcej sześćset mil. Wskazówka znaleziona na plecach pana Tyrkomela, oznaczała właśnie tę miejscowość. Aby się dostać do Szpicbergu, trzeba było wynająć statek, któryby mógł odbyć taką podróż morską. Na szczęście była to jeszcze piękna pora roku, kiedy burze nie nawiedzają oceanu Północnego.

Pozostawała jeszcze do rozstrzygnięcia kwestya pieniężna. Ta trzecia podróż, przedsięwzięta w celu poszukiwania skarbu, z pewnością będzie bardzo kosztowna, mianowicie od Hammerfestu do Szpicbergu, gdzie trzeba będzie wynająć statek na swój koszt. Zapasy pieniężne pana Trégomain zaczęły się już wyczerpywać, bo też nie mało ponieśli kosztów od chwili wyjazdu z Saint-Malo. Na szczęście podpis bankiera Zambuco znaczył to samo, co złoto, a bankier ofiarował nieograniczony krydyt swemu współspadkobiercy.

– Porachujemy się później, rzekł do pana Antifera. Choćbyśmy nic więcej nie znaleźli nad ten brylant z wysepki w zatoce Ma-Jumba, jeszcze mi spłacisz dług zaciągnięty.

Zanim więc opuścili Edymburg, bankier udał się do banku szkockiego i na czek wystawiony przez siebie, dostał pieniędzy.

W Leith, w zatoce Forth, oczekuje zawsze dużo okrętów, znaleźli więc i okręt odpływający za dwa dni do Norwegii. Był to statek kupiecki, lecz kapitan, za dobrem wynagrodzeniem, zdecydował się zabrać podróżnych. Pan Antifer był tak zniecierpliwiony tą przymusową zwłoką, że nie pozwolił ani Julianowi, ani swemu przyjacielowi, na zwiedzenie Edymburga, co bardzo zmartwiło poczciwego Trégomain.

Wreszcie 7 lipca wypłynęli z zatoki Forth i w dwa dni później znaleźli się w Bergen.

Przed wyjazdem z Edymburga Julian zaopatrzył się w sextan, chronometr i podręcznik do oznaczania czasu, gdyż wszystko to utracili podczas rozbicia statku w zatoce Ma-Jumba.

W istocie lepiejby było dla naszych podróżnych, gdyby byli mogli wynająć okręt, któryby ich wprost mógł zawieźć do Szpicbergu, ale nie trafiła im się podobna okazya.

W Bergen znów musieli czekać blizko dwie doby. Pan Antifer i Zambuco nie wychodzili z hotelu, tem więcej, że dnia tego deszcz padał. Lecz Julian i Trégomain nie zważali na niepogodę i poszli oglądać miasto, położone w dolinie ze wszystkich stron otoczonej górami. Trzeba przyznać, że zwiedzanie miasta Bergen, nie mogło im wynagrodzić tego co stracili, nie widząc wspaniałego Edymburga. Najciekawszą dzielnicą jest olbrzymi targ rybny. I w istocie nigdy Trégomain nie widział tylu beczułek ze śledziami, ani takiej obfitości dorszów, złowionych na wyspach Lofodzkich i łososi, których takie mnóstwo rozchodzi sięw Norwegii. To też charakterystyczna woń świeżych ryb przeciska się tu wszędzie i unosi się nietylko nad wybrzeżem, ale dostaje się do wysokich domów, do sklepów z kosztownościami, do bogatych magazynów futer, a nawet do willi rozsypanych na dwóch ramionach fiordów, które wązki przesmyk ziemi oddziela od wielkiego jeziora słodkiej wody.

Trégomain i Julian zwiedzili całe miasto, aż wreszcie 11 lipca, o 10 rano wsiedli na okręt, który zabierał turystów, pragnących podziwiać słońce o północy, na horyzoncie północnego przylądka.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 72

Lecz pan Antifer, Zambuco i Ben-Omar zapewne pozostaną obojętnymi i na to zjawisko. A jednak podróż morska na tym statku była bardzo miła i nader urozmaicona; płynęli bowiem wzdłuż brzegów norweskich, poprzerzynanych głębokimi fiordami. Na szczytach gór widać było błyszczące lodowiska, niektóre z nich staczały się aż do morza; na dalszym widnokręgu rysowały się wyniosłe góry, których wierzchołki tonęły we mgle.

Pana Antifera gniewały częste przystanki okrętu, przeznaczone dla zadowolnienia ciekawości turystów w miejscowościach godnych widzenia. Myśl, że Sauk wyprzedził jego wyprawę o tyle dni, utrzymywała go w ciągłem rozdrażnieniu, bardzo nieprzyjemnem dla tych co go otaczali. Uwagi Juliana i Trégomain, którzy chcieli go powstrzymać od ciągłego narzekania i krzyków, nie zdały się na nic. Dopiero groźba kapitana, który oświadczył stanowczo, że pana Antifera wysadzi na ląd, jeżeli będzie zakłócał spokój pasażerów, zmusiła go do panowania nad sobą.

Najpierw statek zatrzymał się w Drontheim, starem bardzo mieście, mniej znacznem, niż Bergen, ale za to ciekawszem dla turystów.

Pan Antifer i Zambuco nie chieli wcale wysiąść na ląd, tylko Trégomain i Julian poszli zwiedzić starożytne miasteczko, które jeżeli zadawalnia turystów pod względem ładnych widoków, męczy niesłychanie z powodu szkaradnego bruku, składającego się z nierównych i sterczących kamieni, kaleczących po prostu nogi.

– Szewcy prędko muszą się tutaj dorabiać majątku, odezwał się Trégomain, o toż chodzi się tu jak po szpilkach.

Dwaj przyjaciele zwiedzili kościół katedralny, w którym królowie szwedzcy po koronacyi w Sztokholmie, koronowali się w Drontheim, jako królowie Norwegii. Potem obszerny cmentarz otaczający katedrę, następnie wybrzeża szerokiej rzeki Nid, która podnosi się i opada wraz z przypływem i odpływem morza. Brzegi rzeki ocembrowane są drzewem i tworzą dość ładne bulwary. Byli także na obszernym targu z jarzynami, które przywożą z Anglii, i przeszli aż na drugą stronę rzeki, na przedmieście, poza którem wznosi się dawna cytadela.

Znużeni wrócili na pokład okrętu, a Julian wysłał znów list do Elizy. Statek zatrzymał się jeszcze w wielu miejscach, ku wielkiemu niezadowoleniu pana Antifera, który nie chciał się zastosować do przyjętego zwyczaju i nie przeskoczył przez sznur, wyciągnięty na pokładzie okrętu, w chwili, gdy statek przebywa koło północne. Za to Trégomain zastosował się do tradycyi. Płynąc ku północy statek ominął sławny wir morski Maelstrom, gdzie woda z szumem rozpryskuje się na białawą pianę. Następnie minęli archipelag wysp Lofodzkich, dokąd udają się na połów rybacy norwescy i wpłynęli do portu Tromsö.

Przez cały czas tej przeprawy morskiej padały ulewne deszcze; zaledwie na cztery godziny podczas doby deszcz ustawał i to jaki deszcz! Zdawać się mogło, że upusty niebieskie otworzyły swe czeluście, grożąc nowym potopem. Ale niepogoda była dość pocieszającym objawem dla naszych podróżnych, gdyż temperatura była dosyć wysoka. A dla ludzi chcących się dostać pod siedemdziesiątą siódmą odległość geograficzną, temperatura była niesłychanie ważną rzeczą. Zimno mogło przeprawę do Szpicbergu utrudnić, albo uczynić wprost niemożliwą. W okolicach północnych, nawet lipiec jest już dość spóźnioną porą na wyprawy morskie w stronę bieguna północnego, gdyż wskutek zmiany kierunku wiatru, na morzu zjawić się mogą lodowce. Gdyby więc pan Antifer został zaskoczony w Hammerfest lodowcami, które płyną ku południowi, kto wie, czy mógłby wtedy puścić się na morze w łodzi rybackiej. Myśl ta obawą przejmowała Juliana.

– Co to będzie, jeśli morze okryje się lodowcami? rzekł jednego dnia Trégomain do Juliana.

– W takim razie wuj musiałby przepędzić zimę na przylądku północnym i tam oczekiwać nadejścia przyjaźniejszej pory roku.

– Ciężka byłaby to zima, no, ale przecież nie można tak łatwo wyrzec się milionów! odpowiedział Trégomain.

Brylanty, znalezione na wysepce w zatoce Ma-Jumba, wpłynęły na zmianę przekonań poczciwego Trégomain, który teraz wierzył już w istnienie skarbu.

– Ile to już ponieśliśmy ofiar!… powtarzał z westchnieniem. Najpierw piekliśmy się na słońcu w Loango, a teraz będziemy marznąć w północnej Norwegii! Niech licho porwie tego paszę! Dlaczego ukrył swój skarb w takich odległych stronach?…

Okręt tylko kilka godzin zatrzymał się w Tromsö, gdzie pasażerowie po raz pierwszy zetknęli się z mieszkańcami Laponii; wreszcie 21 lipca rano wpłynął do ciasnej zatoki Hammerfest, skąd nazajutrz miał przewieść turystów do północnego przylądka, miejscowości najbardziej wysuniętej na północ Norwegii. Ale pana Antifera nic nie obchodził przylądek północny, który nie mógł iść w porównanie z wysepką numer trzeci!

Podróżni przez dzień ten mieli wypocząć w hotelu. Hammerfest liczy ze dwa tysiące mieszkańców, zajmujących drewniane domy; ludność stanowią głównie protestanci, katolików jest bardzo mało. Mieszkańcy Norwegii są bardzo przystojni, szczególniej marynarze i rybacy, którzy na nieszczęście skłonni są do pijaństwa. Lapończycy zaś są bardzo brzydcy, usta mają szerokie, nos spłaszczony, cerę żółtawą, a włosy najeżone, jak grzywa końska, ale są pracowici i pomysłowi.

Wynająwszy pokoje w hotelu, pan Antifer i jego towarzysze wyszli na miasto, aby poszukać jakiego statku, któryby mógł zawieźć ich do Szpicbergu. Udali się do portu, dokąd wpada szeroka rzeka; nad tamą z powbijanych pali wznoszą się domy i składy.

Przemysł w Hammerfest zasadza się głównie na handlu rybami. Nawet psy i bydło żywią się rybami, a setki statków i łodzi rybackich dowozi ich tyle z obfitych połowów, że wystarczają aż nadto na potrzeby miejscowe i na wywóz do stron dalszych.

W Hammerfest dni podczas lata są niezmiernie długie, prawie że nie ma nocy; w zimie zaś noc trwa prawie ciągle, rozjaśniana tylko niekiedy blaskiem wspaniałej zorzy północnej.

Przy wejściu do portu, pan Antifer i jego towarzysze zatrzymali się u stóp kolumny granitowej, ozdobionej kapitelem z bronzu, przedstawiającym broń norweską, ponad którą unosi się kula ziemska. Ta kolumna, wzniesiona za panowania Oskara I-go, postawiona została na pamiątkę robót, przedsięwziętych w celu wymiaru południka, pomiędzy ujściem Dunaju i Hammerfestem. Potem podróżni nasi udali się na groblę, przy której zatrzymują się rozmaitej wielkości statki i łodzie rybackie.

Ale w jaki sbosób porozumieją się z ich właścicielami, skoro nie umieją po norwesku? Na szczęście Julian umiał po angielsku, a ten język kosmopolityczny ułatwił im porozumienie się w krajach skandynawskich.

Daleko jeszcze było do wieczora, gdy statek został wynajęty za dość wygórowaną cenę, a kapitan jego Olaf i jedenastu ludzi, stanowiących załogę, gotowi byli każdej chwili odpłynąć do Szpicbergu, zaczekać na swych pasażerów dopóty, dopóki ci zechcą tam pozostać, zabrać pakunki, jakie będą żądali, aby zostały zabrane, i odwieźć ich napowrót do Hammerfest.

Pan Antifer był niesłychanie uradowany z tak szczęśliwego obrotu sprawy, tem bardziej, że Julian rozpytał się w mieście, czy niewidziano tu przed kilku dniami jakiego cudzoziemca, dążącego również do Szpicbergu, i otrzymał odpowiedź przeczącą. Sauk więc nie wyprzedził ich do Szpicbergu, chyba że popłynął inną drogą, co wydawało się niemożebnem, gdyż ta droga, którą oni dążyli, była najkrótsza.

Resztę dnia zeszło na przechadzce. Pan Antifer i bankier Zambuco byli. tego przekonania, że teraz już dotarli do kresu swej podróży.

Gdy o jedenastej wieczór udali się na spoczynek, było jeszcze zupełnie widno, zmrok trwał bardzo krótko i rozjaśnił się natychmiast blaskami jutrzenki. Nazajutrz o ósmej rano podróżni nasi wypłynęli z Hammerfest. Ale przebyć sześćset mil, to wymaga zawsze około pięciu dni żeglugi i to wtedy, jeżeli pogoda i wiatr sprzyjają. Zdawało się, że napływ lodowców grozić nie będzie, gdyż temperatura była zupełnie łagodna. Niebo pokrywało się niekiedy chmurami, ale padał tylko deszcz, nie śnieg. Od czasu do czasu ukazywało się słońce i Julian miał nadzieję, że promienna tarcza nie ukryje się wtedy, gdy będzie potrzebował wskazać za pomocą sextanu położenie trzeciej wysepki. Wszystko składało się jak najlepiej i wszyscy mieli nadzieję, że fantazya Kamylk-Paszy nie każe im już dłużej włóczyć po świecie.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 73

Żegluga odbywała się bardzo pomyślnie, tak że 26 lipca, o godzinie czwartej rano dostrzeżono już na horyzoncie zarysy skał. Morze wolne było zupełnie od lodowców. Kapitan Olaf znał dobrze okolice wyspy Szpicberg, gdyż często udawał się w te strony na połów ryb. Przed laty dwudziestu wyspa Szpicberg była jeszcze bardzo mało znana, ale wkrótce i tę miejscowość ludzie częściej nawiedzać będą. Szpicberg jest nazwą nie jednej wyspy, lecz archipelagu, który składa się z trzech wysp większych, mianowicie: wysp: Szpicberg, Południowo-Wschodniej i Północno-Wschodniej. Połowem wielorybów i fok zajmują się tam najwięcej Anglicy, Rosyanie i Duńczycy. Zresztą dla spadkobierców Kamylk-Paszy wszystkie te szczegóły były rzeczą obojętną.

Archipelag wysp Szpicberg najeżony jest skałami, które utrudniają przystęp do wybrzeża. Pewien Anglik odkrył te wyspy w roku 1553, ale dopiero Holendrzy nadali im nazwisko. Oprócz tych trzech wysp największych, archipelag składa się jeszcze z mnóstwa drobnych wysepek.

Julian, po odszukaniu na mapie oznaczonej długości i szerokości geograficznej, dał rozkaz kapitanowi Olaf, aby się skierował ku wyspie Południowo-Wschodniej, która z całego archipelagu najbardziej jest wysunięta na południe. Przy sprzyjającem wietrze przebyto cztery czy pięć mil w przeciągu godziny. Statek zarzucił kotwicę niedaleko wysepki, na której widać było wysoki przylądek.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 74

Była wtedy godzina kwadrans na pierwszą, gdy pan Antifer ze swymi towarzyszami wsiadł do łodzi i skierował się ku wyspie.Za ich zbliżeniem stada mew i innych ptaków morskich zerwały się z krzykiem, a foki oddaliły się śpiesznie z wybrzeża, wydając żałosne głosy.

Pan Antifer, wysiadłszy na brzeg, tupnął mocno nogą, jakby chciał tym sposobem okazać, że bierze tę ziemię w swoje posiadanie.

Szczęście zdawało się sprzyjać teraz naszym podróżnikom; nie szukali bynajmniej miejsca do wylądowania i wysiedli właśnie tam, gdzie bogaty Egipcyanin ukrył swoje skarby.

Wyspa była pusta, jak tylko okiem można było zasięgnąć. Na wybrzeżu nie widać było ani jednego Eskimosa, na morzu ani jednego okrętu, ani jednej łodzi rybackiej. Wszyscy byli wzruszeni i przejęci radością, nawet Trégomain, który cieszył się szczęściem swego przyjaciela.

Radość ich spotęgowała się jeszcze bardziej, gdy spostrzegli, że na ziemi rozmiękczonej od deszczów, nie było żadnych śladów, nikt więc nie przechodził tamtędy; Sauk nie wyprzedził ich. Ostatni dokument opiewał, że należało szukać skarbu na południowem wybrzeżu wyspy. Gromadka nasza skierowała się zatem do skał, które najbardziej wysuwały się w morze; załomy skał nie były pokryte ani mchem ani śniegiem, co ułatwiało niezmiernie poszukiwania.

Wreszcie pan Antifer zatrzymał się przed skałą wyniosłą i gładką, jak owe słupy, którymi podbiegunowi żeglarze oznaczają drogę przebytą.

– To tu!… to tu!… zawołał głosem stłumionym od głębokiego wzruszenia.

Wszyscy przybiegli na ten okrzyk.

Na gładkiej ścianie skały widać było monogram Kamylk-Paszy, tak głęboko wyryty w granicie, że czas nie zdołał zniszczyć jego śladów.

Wszyscy zatrzymali się w milczeniu przed skałą i odkryli głowy, jak gdyby znaleźli się nagle przed grobem bohatera. Dziwną zaiste jest wszechwładna potęga złota.

Natychmiast zabrali się do pracy. Pod uderzeniami motyk i drągów odłamy skał sypały się na wszystkie strony. Pan Antifer nadsłuchiwał bacznie, czy nie usłyszy metalicznego dźwięku. Wreszcie drąg okuty żelazem, którym posługiwał się pan Antifer, napotkał opór.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 75

– Nakoniec! zawołał pan Antifer odrzucając ostatni kawał skały, który przykrywał skarby.

Ale po tym okrzyku radości nastąpił okrzyk rozpaczy, tak gwałtownej, że słychać go było chyba na jaki kilometr odległości. Pan Antifer upuścił drąg na ziemię. W głębi skały nie było baryłek, lecz znowu skrzynka żelazna, podobna do dwóch znalezionych już poprzednio.

– Jeszcze to samo! jęknął Trégomain, podnosząc ręce ku niebu.

Trzeba więc będzie szukać jeszcze czwartej wyspy! Pan Antifer, uniesiony gniewem, uderzył z taką siłą drągiem w skrzynkę, że ta rozbiła się od razu.

Wyleciał z niej pergamin pożółkły, zacieknięty i bardzo zniszczony; widać że deszcze i śniegi dostawały się do wnętrza skrzynki. Kosztowności nie było żadnych. Jeden tylko Julian zachował zimną krew; podjął pergamin i rozwinął go ostrożnie. Była to pojedyńcza kartka, której górna część uległa zniszczeniu przez wilgoć. Niektóre wiersze jednak były zupełnie czytelne. Julian więc tak czytać zaczął:

„Było trzech ludzi, którym winienem wdzięczność i którym chcę pozostawić dowody mojej pamięci. Dlatego to złożyłem dokumenty na trzech wysepkach, bo chciałem, aby ci trzej ludzie, co mają po mnie odziedziczyć mienie, poznali się w podróży i połączyli się ze sobą węzłami przyjaźni.”

Co do tego pomylił się poczciwy Pasza.

„Będą oni zmuszeni ponieść wiele trudów zanim zdobędą majątek, ale zawsze nie tyle, ile poniosłem ja, aby im przekazać te pieniądze. Ci trzej ludzie są: Francuz Antifer, Maltańczyk Zambuco i Szkot Tyrkomel. Jeżeli oni już nie żyją, dziedziczyć mają ich prawi spadkobiercy. To też, gdy w obecności notaryusza Ben-Omara, którego naznaczyłem wykonawcą mojego testamentu, ta skrzynka zostanie otwarta i dokument, który jest ostatnim, odczytany, spadkobiercy mogą iść wprost do czwartej wysepki, na której ukryłem trzy beczułki zawierające złoto, brylanty i kosztowne kamienie.”

Pomimo rozczarowania, jakiego doznali podróżni nasi, dowiadując się o nowej podróży, wszyscy jednak doznali wielkiej ulgi. Zatem ta czwarta wysepka będzie już ostatecznym celem ich podróży. Należało tylko dowiedzieć się, gdzie się ta wyspa znajduje.

„Aby odnaleźć tę wysepkę, czytał dalej Julian, trzeba poprowadzić…”

Na nieszczęście dolna część pergaminu była tak zniszczona przez czas i wilgoć, że brak było wielu wyrazów, które się stały zupełnie nieczytelne, Julian napróżno silił się je odczytać.

„Wysepka… położona… prawo… geometryczne…”

– Ależ śpiesz się! zawołał niecierpliwie pan Antifer. Dlaczego się tak zastanawiasz?

Ale Julian nie mógł czytać dalej. Litery były tak zatarte, że nie można się było domyślić żadnego wyrazu. Cyfr, oznaczających szerokość i długość geograficzną, nie było ani śladu.

Julian raz jeszcze odczytał rozpoczęte zdanie:

„Położona… prawo… geometryczne…”

Nareszcie zdołał odczytać ostatni wyraz: biegun.

– Co? biegun? zawołał zdumiony. Jakto, czyżby te skarby były ukryte przy biegunie Północnym?

– A może Południowym, szepnął z rozpaczą Trégomain.

Czyż to więc nie była prosta mistyfikacya? Chęć wprowadzenia kogoś w błąd i narażenia go na przykrości?… Po takiej włóczędze kazać komuś jechać do bieguna Północnego albo Południowego! A przecież jeszcze żadna istota ludzka tam nie dotarła!

Pan Antifer wyrwał z rąk siostrzeńca dokument i starał się przeczytać w pół zatarte zgłoski…

Ale nie mógł dopatrzyć nic, coby mogło naprowadzić na domysł, gdzie trzeba szukać czwartej wysepki.

Gdy pan Antifer przekonał się, że wszystko przepadło stracił przytomność i jak piorunem rażony, upadł na ziemię bez czucia.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.