FANDOM



Rozdział X Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział XI • Juliusz Verne Rozdział XII
Rozdział X Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział XI
Juliusz Verne
Rozdział XII
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Tak bracia i siostry, posiadanie bogactw nie prowadzi do szczęścia. Bogactwa są zazwyczaj przyczyną wszystkich klęsk, jakie trapią nas na tym świecie. Chciwość psuje duszę ludzką. Najszczęśliwszem byłoby społeczeństwo, któreby nie miało w swem gronie ani bogatych, ani ubogich, lecz tylko ludzi miernego stanu. Ileżby się wtedy uniknęło nieszczęść, zmartwień, zawiści i rozpaczy.”

Tak przemawiał wielebny Tyrkomel, obdarzony niezwykle kwiecistą wymową.

Było to wieczorem dnia 25 czerwca, w Tron Church, której część została wzburzona w celu rozszerzenia ulicy High-street. Pan Tyrkomel będący w Szkocyi założycielem towarzystwa wstrzemięźliwości w ten sposób przemawiał do swych słuchaczy zgnębionych jego porywającą wymową.

Tyrkomel był człowiekiem, mającym około sześćdziesiąt lat wieku, był wysoki, chudy i blady, lecz obdarzony spojrzeniem ognistem i głosem przenikającym. Wszyscy mieli go za człowieka natchnionego i chętnie słuchali jego przemówień, lecz ze smutkiem wyznać należy, że nikt nie stosował się do zasad mówcy.

Z pomiędzy wielu słuchaczy było pięciu, którzy nic nie rozumieli, a byli to właśnie nasi dobrzy znajomi, z których jeden tylko, t. j. Julian rozumiał po angielsku.

Zostawiliśmy ich na wysepce w zatoce Ma-Jumba dnia 28 maja, a znajdujemy ich w Edynburgu dnia 25 czerwca; musimy zatem opowiedzieć w krótkości przygody, jakie ich spotkały w tym czasie.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 64

Za pomocą znaków zwrócili na siebie uwagę łodzi rybackich i dostali się z powrotem na stały ląd Afryki. Można sobie wyobrazić gniew Sauka! W Ma-Jumba zarząd kolonii francuskiej przyjął rozbitków gościnnie i postarał się o sposobność wyprawienia ich do Loango. Podróż odbyli obecnie lądem, w licznem towarzystwie Europejczyków.

Na szczęście w Loango nie byli zmuszeni oczekiwać zbyt długo, gdyż w dwa dni później odpływał statek hiszpański, dążący do Marsylii. Pieniądze ocalone z rozbicia zapewniły im powrót. Piętnastego czerwca zatem pan Antifer i jego towarzysze opuścili okolice zachodniej Afryki, gdzie znaleźli dwa kosztowne dyamenty i nowy dokument.

Sauk obiecał kapitanowi Barroso, że go wynagrodzi później, gdyż obecnie nie miał pieniędzy i Barroso musiał się zadowolnić tą obietnicą.

Julian nie usiłował już teraz wpłynąć na zmianę usposobienia zamiarów swego wuja, choć był najmocniej przekonany, że wszystkie te poszukiwania są tylko mistyfikacyą. Trégomain był teraz innego zdania, od chwili znalezienia dwóch kosztownych dyamentów.

– Jeżeli pasza robi takie podarunki, powtarzał do Juliana, to i reszta się znajdzie na wysepce numer trzeci.

Tego samego zdania był i pan Antifer. Postawił udać się niezwłocznie do Edynburga i porozumieć się z panem Tyrkomel. Nie było zatem żadnej potrzeby rozłączać się. Podróżni więc nasi mieli zamiar udać się do stolicy Szkocyi. Jeden tylko Sauk nie był zadowolony z tego projektu, onby wolał wszystkich wyprzedzić i zagarnąć jakim bądź sposobem bogactwa Kamylk-Paszy. Ale nie mógł tego w czyn wprowadzić, bo Julian, niedowierzający mu ciągle, miał go bezustanku na oku. Musiał więc pogodzić się z losem i czekać innej sposobności.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 65

Przeprawa morska odbyła się szczęśliwie, jeden tylko Ben-Omar cierpiał jak zwykle; prawie nawpół żywego wyniesiono go na wybrzeże.

Julian wysłał z Marsylii list obszerny do Elizy, w którym jej donosił szczegółowo o wszystkiem. Z Marsylii zaś podróżni nasi, nie zatrzymując się nigdzie, podążyli do Edymburga i już 25 czerwca byli obecni na kazaniu wielebnego pana Tyrkomel.

Po wysłuchaniu do końca mowy Tyrkomela chcieli się zaraz z nim porozumieć.

Dziwiło ich tylko to, jaki stosunek mógł zachodzić pomiędzy Kamylk-Paszą, a duchownym szkockim? Ojciec pana Antifera ocalił życie Kamylk-Paszy, bankier Zambuco pomógł mu do uratowania majątku i dlatego obaj zasłużyli na wdzięczność Paszy, ale zkąd się tu wplątał wielebny Tykomel?… i jakim sposobem posiadał wiadomość, mającą posłużyć do odkrycia trzeciej wysepki?

– No, już na tej wyspie z pewnością będą skarby! powtarzał pan Antifer.

Gdy nasi podróżni ujrzeli pana Tyrkomel na kazalnicy, przekonali się, że był to człowiek pięćdziesięcioletni, zatem nie on, lecz może jego ojciec, wuj lub dziadek mogli oddać przysługę Kamylk-Paszy. Ale mało ich to obchodziło, oni chcieli się tylko dowiedzieć o wysepce, czekali zatem niecierpliwie końca kazania, z którego nie rozumieli ani słowa.

Julian, słuchając słów Tyrkomela, powiedział sobie w duchu:

– Nieszczególnie wuj trafił. Ten człowiek jest takim nieprzyjacielem bogactw, że choćby wiedział o ukrytych skarbach, nic nie powiedziałby o tem nikomu. Gdyby posiadał miliony, rzuciłby je z pewnością w morze. Zdaje mi się, że teraz trafiliśmy na nieprzezwyciężoną przeszkodę: pan Tyrkomel uważa pieniądze za powód wszystkiego złego i za nic w świecie nie dopomoże do ich odszukania. Tym sposobem wrócimy może prędzej do Francyi.

Tymczasem Tyrkomel nie skończył jeszcze swej mowy, co widząc pan Antifer, rzekł dość głośno do Juliana:

– Powiedz mi, oczem on może prawić tak długo?

– Powiem ci to później, mój wuju!

– Żeby on wiedział, z jaką wiadomością przychodzę do niego, zszedłby prędzej z tej kazalnicy…

– Niewiadomo… dziwnym tonem odpowiedział Julian.

Lecz każda rzecz musi mieć swój koniec, skończyła się więc mowa, w której Tyrkomel przepowiedział zgubę wszystkim bogaczom.

Pan Antifer i jego towarzysze pospieszyli do drzwi wchodowych, aby jak najprędzej spotkać się z panem Tyrkomel. Szli, potrącając i rozpychając tłum, który oburzał się na ich niegrzeczność. Lecz napróżno czekali u wnijścia; widać wielebny Tyrkomel, chcąc uniknąć owacyi, wymknął się bocznemi drzwiami.

Można sobie wyobrazić rozczarowanie pana Antifera, który widział się zmuszonym czekać do jutra rana na upragnioną przez niego wiadomość. Tymczasem wieczór zapada szybko.

– Jedźmy na ulicę North-Brigde, pod numer siedemnasty! zawołał pan Antifer.

– Ależ mój wuju…

– Musimy się spieszyć, aby go uprzedzić zanim się położy do łóżka, dodał bankier.

– Ale panie Zambuco….

– Nie czyń żadnych uwag, Julianie! przerwał mu pan Antifer porywczo.

– Ale kiedy ja muszę zwrócić uwagę wujowi.

– Niby względem czego? z gniewem zapytał pan Antifer.

– Chciałem wujowi powiedzieć, o czem pan Tyrkomel mówił…

– A cóż mnie to może obchodzić?

– Bardzo wiele, mój wuju…

– Czy ty szydzisz ze mnie, Julianie?

– Nie śmiałbym tego uczynić, mój wuju, ale powtarzam, że treść kazania była dla zamiarów wuja bardzo nieprzyjazna.

– Jakto?

– Posłuchaj, mnie, wuju!

I Julian w krótkości powtórzył treść kazania. Bankier i Sauk słuchali go z trwogą, ale pan Antifer nie okazał się tak drażliwym, i gdy Julian skończył, zawołał z ironią.

– Jaki też z ciebie naiwny i niedomyślny człowiek, mój siostrzeńcze! Można w ten sposób prawić kazanie, jeżeli ktoś nie ma ani złamanego szeląga. Ale pokaż mu trzydzieści milionów, a zobaczymy, czy zechce je wrzucić do wody!

Powyższe słowa pana Antifera nie dowodziły głębokiej znajomości serca ludzkiego. Julian jednak zdołał o tyle wpłynąć na wuja, że odłożono do dnia następnego wizytę u pana Tyrkomel.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.