FANDOM



Rozdział IX Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział X • Juliusz Verne Rozdział XI
Rozdział IX Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział X
Juliusz Verne
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Wnioskując ze słońca, mogła być godzina ósma rano, gdy podróżni nasi wyruszyli na poszukiwania. Jak już mówiliśmy nikt z załogi Barrosy nie poszedł za nimi, ale za to towarzyszyło im kilkanaście małp.

Trégomain z pod oka spoglądał na tych nieproszonych towarzyszy podróży, którzy wydawali przeraźliwe głosy.

– Widocznie te zwierzęta porozumiewają się pomiędzy sobą… myślał Trégomain. Żałuję, że nie mogę ich zrozumieć, możeby nawet było przyjemnie porozmawiać w ich języku!

W istocie uczony naturalista Garner, rodem Amerykanin, badał długo obyczaje małp i w końcu doszedł do przekonania, że te zwierzęta mają pewne uprzywilejowane dźwięki, którymi określają to lub owo.

Ale wracając do poszukiwań skarbu, musimy przypomnieć tę okoliczność, że dokument znaleziony na wysepce w zatoce Oman, określał dosyć dokładnie miejscowość, gdzie trzeba szukać milionów na wysepce w zatoce Ma-Jumba. Otóż pewna skała na tej wysepce miała się znajdować od strony północnej, i tam właśnie należało szukać monogramu K.

Rozbitki wydostali się na brzeg od strony południowej, musieli zatem zwrócić się w stronę przeciwną, to jest przejść ze dwie mile. Sauk po naradzie z Barrosą podążył także za nimi.

Pan Antifer i Zambuco wyprzedzali wszystkich. Notaryusz spoglądał z niepokojem na Sauka, gdyż przyszło mu na myśl, że jeśli Sauk wydrze skarby panu Antiferowi, to jemu pewno nie odda ani grosza procentu. Julian tymczasem ciągle miał na baczności Sauka, gdyż postępowanie jego względem Ben-Omara było tak dziwne, że utrwalało podejrzenia.

– Nigdy nie widziałem, aby dependent rozkazywał notaryuszowi, powtarzał sobie w duchu Julian.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 62

Trégomain zajęty był wyłącznie małpami i wielokrotnie przystawał, aby im się lepiej przypatrzeć.

Upał był nieznośny, słońce, ciskając na ziemie prostopadłe promienie, zdawało się sypać żar na głowy wędrowników.

– Te szkaradne małpy nie czują widać gorąca, skoro mogą wyprawiać takie harce! myślał Trégomain. Doprawdy w tej chwili wolałbym być małpą!

Aby uniknąć palących promieni słońca, byłoby lepiej iść w cieniu drzew, ale gałęzie ich spadały tak nizko, że tworzyły nieprzebytą zaporę. Pan Antifer więc i jego towarzysze szli wybrzeżem, okrążając małe zatoki i wystające skały, podobne do starożytnych grobowców. Nogi ich kaleczyły się o kamienie i ostre odłamy skał i można śmiało powiedzieć, że w krwawym pocie czoła dążyli do zdobycia milionów.

W godzinę przeszli milę drogi, to jest połowę przestrzeni, jaką mieli przebyć. Z miejsca, na którem znajdowali się obecnie, widocznie już było północne wybrzeże wysepki. Trzy, czy cztery skały wychylały się nad morze. Któraż z nich kryła w swem wnętrzu skarby? Trudno to zgadnąć, trzeba będzie wszystkie zwiedzić po kolei, pomimo okropnego upału, który coraz bardziej dokuczał.

Trégomain tracił już siły.

– Odpocznijmy choć chwilę! błagał.

– Nie, nie możemy ani sekundy odpoczywać, odpowiadał z nieugiętą stanowczością pan Antifer.

– Mój wuju, pan Trégomain o mało się nie roztopi, odezwał się Julian.

– A niech się roztopi.

– Dziękuję ci za takie życzenie, mruknął Trégomain i wlókł się dalej z trudnością, nie chciał bowiem pozostać sam na sam w towarzystwie szympansów.

Zdawało się, że za pół godziny wędrowcy nasi dostaną się do pierwszej skały, lecz jakież nieprzezwyciężone napotykali teraz trudności! Olbrzymie głazy i ostre odłamy krzemienia, piętrzyły się jedne obok drugich. Każde nieuważne stąpnięcie groziło kalectwem. W istocie Kamylk-Pasza dobrze wybrał tę miejscowość, aby w niej ukryć skarby, których mogli mu pozazdrościć królowie Bagdadu i Samarkandy!

Wtem miejscu las kończył się. Szympansy, dążące za wędrowcami, zatrzymały się na skraju lasu, gdyż te zwierzęta chętnie przebywają pomiędzy drzewami. Naraz zaczęły zachowywać się bardzo nieprzyjaźnie względem wędrowców. Pomijając już przeraźliwe wycia, małpy zaczęły ciskać kamieniami. Pan Antifer i jego towarzysze mogli byli być ukamienowani ze strony małp. Na szczęście Julian widząc, że Trégomain i Sauk podnoszą kamienie, zdołał zawołać:

– Na Boga! nie rzucajcie. Oddalmy się tylko stąd jak najprędzej!

Usłuchali rady Juliana, i wkrótce nie groziło im już niebezpieczeństwo, gdyż małpy nie wysunęły się z lasu.

Z daleka widać było ostre odłamy skał, które się wysuwały w morze na sto pięćdziesiąt albo dwieście metrów. Pan Antifer i Zambuco postanowili obejrzeć najpierw tę skałę, która najbardziej wystawała w morze.

Ponury widok przedstawiały skały, wznoszące się tu w dziwacznych kształtach, jedne cisnęły się ku sobie, inne były rozsypane i odosobnione. Nigdzie nie znać było ani śladu jakiejkolwiek roślinności, nie porastały tu nawet liche mchy. Nie było zatem obawy, aby monogram wyryty przez Kamylk-Paszę mógł zniknąć pod mchami lub porostami morskimi.

Teraz dopiero podróżni rozpoczęli rzeczywiste poszukiwania. Zdawało się, że pan Antifer i Zambuco nie czują znużenia ani gorąca. Sauk równie okazywał się niezmordowanym.

Notaryusz usiadł pod skałą, tak bowiem był znużony, że zobojętniał już na wszystko. Julian nie odstępował wuja i wraz z nim przyglądał się uważnie skałom.

– Nie zdaje mi się, abyśmy tu mieli znaleźć kryjówkę z milionami, mówił sobie w duchu Julian. Po pierwsze wątpię, czy skarb ukryty jest na tej wysepce, po drugie możemy nie trafić na właściwą skałę… Jednak może los posłuży nam tym razem, może znajdziemy ową skałę… W takim razie, czy nie najlepiej byłoby nic nie mówić o tem wujowi?… Może raz przecie wyrzeknie się poszukiwania tych nieszczęsnych milionów… Ale nie, byłby to zbyt straszy cios dla wuj, mógłby stracić rozum i ja miałbym to na sumieniu… Trzeba szukać wytrwale!

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 63

Podczas gdy Julian zajęty był temi myślami, Trégomain siedząc na odłamie skały, opuścił bezwładnie ręce i sapał okropnie, nie mając już siły obcierać nawet potu, który mu kroplami spływał po czole.

Jednakże poszukiwania nie doprowadzały do żadnego skutku. Szukali uporczywie kilka godzin. Nic a nic, żadnego nawet śladu pożądanego monogramu…

– Nie, Kamylk-Pasza nie mógł tutaj ukryć swego skarbu, mruknął pan Antifer. Ta skała zbyt jest wysunięta w morze i narażona tym sposobem na nawałnice i burze morskie. Trzeba szukać gdzieindziej.

Pozostało jeszcze kilka skał odosobnionych, które starannie zaczęli badać; lecz i na tych żadnego nie było śladu.

– Nie mamy tu już nic do roboty, rzekł pan Antifer, wracajmy do Barrosa, który już może dostrzegł łódź jakąkolwiek. W ten sposób może dostaniemy się do Ma-Jumba, i stamtąd wyruszymy na inną wysepkę.

Gdy pan Antifer, Zambuco, Julian i Sauk wrócili na pierwotnie zajmowane miejsce, spostrzegli Trégomain’a i notaryusza, siedzących na skale.

Pan Antifer i Zambuco skierowali się w stronę lasu, skąd już dawały się słyszeć szkaradne krzyki szympansów. Julian przysunął się do Trégomain’a.

– No i cóż? zapytał ten ostatni.

– Nie znaleźliśmy żadnego śladu.

– A zatem będziemy szukali gdzieindziej?

– Ma się rozumieć, panie Trégomain. Niech pan wstanie, musimy wracać do obozowiska.

– Ja mam wstać? Ach! gdybym tylko mógł! Pomóż mi, mój chłopcze!

Przy pomocy Juliana Trégomain dźwignął się z ciężkością. Ben-Omar podążył za Saukiem.

Pan Antifer i Zambuco szli o dwadzieścia kroków naprzód. Za zbliżeniem się w stronę lasu, małpy zaczęły znowu ciskać kamieniami, wydając przeraźliwe krzyki.

– Czy te niegodziwe małpy chcą nam przeszkodzić, abyśmy nie mogli dojść do obozowiska? zapytał Julian.

Nagle Ben-Omar krzyknął. Wszyscy obejrzeli się przerażeni, sądząc, że został ugodzony kamieniem.

Nie był to jednak krzyk boleści lecz raczej zdziwienia, a nawet radości. Wszyscy się zatrzymali. Notaryusz z otwartemi usty i wytężonym wzrokiem wyciągał rękę w stronę Trégomain’a.

– Tam… tam… powtarzał.

– Co to znaczy? zapytał Julian. Czy pan zmysły postradałeś, panie Ben-Omar?

– Nie… nie… ale tam… monogram K… odpowiedział stłumionym głosem notaryusz.

Słysząc te słowa, pan Antifer i Zambuco cofnęli się gwałtownie w tył.

– Gdzie jest monogram K? zawołali jednocześnie.

I wrócili się ku skale, gdzie, jak mniemali, Ben-Omar dostrzegł monogram. Jednakże nic nie spostrzegli.

– Gdziesz widzisz ten monogram, niedołęgo? krzyknął z najwyższym gniewem pan Antifer.

– Tam, powtórzył jeszcze raz notaryusz.

I ręką wskazywał na Trégomain’a.

– Tam, na jego plecach, dodał Ben-Omar.

W istocie na jednej kurtce Trégomain’a odbił się wyraźnie monogramem K. Nie ulegało zatem wątpliwości, że skała o którą siedział oparty, miała na sobie wyryty monogram, który się odcisnął na plecach jego.

Pan Antifer był tak wzruszony, że zdołał tylko uchwycić za rękę Trégomain’a, zaklinając go, aby natychmiast powrócił na to miejsce, gdzie siedział poprzednio.

Naturalnie wszyscy podążyli za nimi, i w kilka minut zatrzymali się przy skale, na której monogram K był zupełnie widoczny.

Tak więc Trégomain spoczywał na miejscu, gdzie były ukryte miliony.

Cisza zaległa… nikt nie śmiał przemówić ani słowa. Nie tracąc ani chwili czasu, wszyscy zabrali się do roboty, chociaż nie mieli żadnych narzędzi oprócz noży. Czy zdołają nimi wyszczerbić twardą skałę?

– Chociażby paznogciami, rozerwę tę skałę! powiedział sobie pan Antifer.

Na szczęście kamienie skruszałe pod działaniem zmian atmosferycznych, nie opierały się bardzo uderzeniom noży. Za godzinę może znajomi nasi napotkają trzy beczułki, z któremi nie będą mieli żadnego kłopotu, oprócz tego, aby je przewieźć do Ma-Jumba. Lecz jakże to uczynić, aby nie wzbudzić podejrzeń? Ale co tam myśleć o tem… Najważniejszą rzeczą jest wydobycie skarbu. Pan Antifer pracował tak gorliwie, że aż pokaleczył sobie palce, lecz nie chciał nikogo puścić przed sobą, pragnąc najpierw dotknąć się beczułek.

– Nakoniec! zawołał, gdyż nóż jego wyszczerbił się o jakiś metalowy przedmiot:

Co to jest, Boże Wszechmogący! Zamiast radości, zdumienie i rozpacz odmalowały się na pobladłej twarzy pana Antifera, gdyż nie były to beczułki, wymionione w testamencie Kamyk-Paszy, lecz żelazna skrzynka, podobna do tej, jaką znaleźli na wysepce Oman.

– Jeszcze to samo! zawołał Julian.

– To z pewnością jakaś mistyfikacya, szepnął Trégomain.

Pan Antifer porwał skrzynkę i otworzył ją gwałtownie.

I znowu ukazał się oczom obecnych pożółkły pergamin, z którego pan Antifer następujące wyczytał wyrazy:

„Długość geograficzna wysepki numer trzeci: piętnaście stopni, jedanaście minut na wschód. Spadkobiercy Antifer i Zambuco, znalazłszy ten dokument, muszą go doręczyć w obecności notarysza Ben-Omara panu Tyrkomel, zamieszkałemu w Szkocyi, w Edynburgu. Tyrkomel posiada szerokość geograficzną, która w połączeniu wyżej wymienionej długości, wskaże położenie wysepki numer trzeci.”

A więc skarb nie jest ukryty na wysepce w zatoce Ma-Jumba?… Trzeba znów szukać na innej półkuli świata objaśnień i dzielić się majątkiem z kimś trzecim!

Z tej trzeciej wysepki odeśle nas pewnie wola Kamylk-Paszy do dwudziestu, albo do stu innych miejscowości! z gniewem zawołał Julian. Mój wuju, czyżbyś był tak upartym, lub tak naiwnym, abyś miał obiegać świat cały.

– Nie licząc tego, dodał Trégomain, że jeżeli Kamylk-Pasza zostawił stu spadkobierców, nie wartoby się trudzić dla takiego spadku!

Pan Antifer spojrzał groźnie na przyjaciela, później na siostrzeńca i mruknął:

– Cicho bądźcie, to jeszcze kwestya nieskończona!… Jeszcze nie wszystko przeczytełem…

Powiedziawszy to, tak dalej czytać począł:

„Teraz jednak jako wynagrodzenie za trudy i poniesione koszta, dwaj spadkobiercy, niechaj sobie wezmą każdy po jednym brylancie, ukrytym na dnie tej skrzynki. Wartość tych kamieni jest bardzo mała w porównaniu z innymi drogimi kamieniami, które znajdą później.”

Zambuco wyrwał skrzynkę z rąk pana Antifera.

– Brylanty! zawołał z uniesieniem.

W istocie na dnie skrzynki znajdowały się dwa wspaniałe, drogocenne kamienie, z których każdy wart był sto tysięcy franków; tak przynajmniej twierdził bankier znający się na tem.

– No, to przecież ma jakąś wartość!… rzekł Zambuco, pakując jeden brylant do kieszeni.

– To kropla wody w morzu, mruknął pan Antifer chowając także do kieszeni brylant i dokument.

– Staje się to rzeczą poważniejszą niż myślałem… szepnął Trégomain. No, zobaczymy, zobaczymy!

Julian wzruszył ramionami, a Sauk nie posiadał się ze złości, że jego projekty na nic się nie zdały.

Największego rozczarowania doznał Ben-Omar, gdyż dla niego nie było najmniejszego nawet wynagrodzenia. Jednak położenie Sauka i Ben-Omara było teraz o wiele lepsze, niż wtedy, gdy wyjeżdżali z Saint-Malo, bo wówczas nie wiedzieli dokąd jadą, a teraz przez nieostrożność pana Antifera dowiedzieli się o tajemnicy, która powinna była być przed nimi ukryta. Teraz wiedzieli już o nazwisku pana Tyrkomel z Edymburga i o długości geograficznej.

Tym sposobem pan Antifer i bankier Zambuco będą musieli teraz bardzo pilnować Sauka i Ben-Omara, aby ci nie wyprzedzili ich w podróży do stolicy Szkocyi.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.