FANDOM



Rozdział VI Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział VII • Juliusz Verne Rozdział VIII
Rozdział VI Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział VII
Juliusz Verne
Rozdział VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Trégomain nigdyby nie przypuścił, że los zapędzi go tak daleko. Podczas gdy się przechadzał na wybrzeżu Dakar z Julianem, pan Antifer i bankier Zambuco udali się do agencyi marynarki francuskiej.

Niezmordowany poszukiwacz milionów zabłądził w ciasnych uliczkach miasta, które niczem się nie odznaczało od innych mniejszych miast dalekiego wschodu. Ogród publiczny, cytadela i szpital – oto wszystko, na co można zwrócić uwagę w Dakar.

Pan Antifer, choć niechętnie, musiał zapytać jakiegoś Araba o gmach zarządu marynarki francuskiej i jeszcze niechętniej musiał temu przewodnikowi dość drogo zapłacić za jego usługę. W towarzystwie Araba i w usposobieniu bynajmniej nieróżowem udał się pan Antifer w głąb miasta.

Tymczasem Trégomain z Julianem błąkali się po mieście i po wybrzeżu, przyglądając się stojącym w przystani olbrzymim okrętom francuskim, które stąd płynęły do Rio-Janeiro.

Trégomain mógł się przypatrzyć dokładnie murzynom z pokolenia M’Bambaras, których mnóstwo snuło się po ulicach miasta.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 54

– Wielki Boże! jak ci ludzie mogą znosić taki straszny upał? mowił Trégomain, który chcąc się uchronić od palących promieni południowego słońca, okrył kraciastą swą chustką głowę i na to włożył kapelusz. Doprawdy niezdołałbym tu wyżyć długo.

– To jeszcze nic, panie Trégomain, odpowiedział Julian, dopiero gdy będziemy w głębi zatoki Gwinejskiej, o kilka stopni poniżej równika…

– No, to wtedy już się napewno roztopię i do kraju przywiozę tylko skórę i kości, odparł Trégomain z głębokiem przekonaniem.

– Zdaje mi się, że pan już nawet zeszczuplał, rzekł młody kapitan.

– Doprawdy? No, ale to mnie nie przeraża, dużo jeszcze upłynie czasu, zanim schudnę jak szczepa. A nawet zdaje mi się, że lepiejby było, gdybym schudł, skoro udajemy się w strony, gdzie ludzie żywią się mięsem ludzkiem. Czy tam w pobliżu Gwinei znajdują się także ludożercy?

– Zdaje mi się, że teraz już ich tam nie ma, odpowiedział Julian.

– A więc, mój chłopcze, starajmy się w każdym razie nie kusić krajowców naszą tuszą. A zresztą kto wie, czy nie pojedziemy szukać wysepki numer trzeci i to w takich okolicach, gdzie ludzie zjadają się wzajemnie…

– A tak, w Australii albo na wyspach oceanu Spokojnego zdarzają się takie wypadki.

– Tak, tak, wiem, że tam znajdują się ludożercy, potwierdził z westchnieniem Trégomain.

– Bądź-co-bądź musimy przeszkodzić wujowi, aby tam nie pojechał, rzekł stanowczo Julian.

– Ma się rozumieć, dodał Trégomain.

Gdy Trégomain z Julianem wrócili do hotelu, zastali tam już pana Antifera i bankiera Zambuco.

Agent francuski, u którego byli, przyjął swoich ziomków bardzo uprzejmie, lecz ku wielkiemu ich zadowoleniu dowiedzieli się, że z Dakar do Loango statki kursują bardzo nieregularnie, mniej więcej raz na miesiąc, że zatem odpłynąć będą mogli zaledwie za tydzień.

Co tu robić przez tydzień w takiem nędznem i nieciekawem miasteczku, którego nawet okolice nie były godne widzenia? Aby wytrwać spokojnie, trzeba było mieć taki zapas szczęśliwej filozofii, jaką posiadał poczciwy Trégomain.

Ale reszta towarzyszy podróży nie mogła się pochlubić tą zaletą, to też, chociaż błogosławili Kamylk-Paszę za spadek, gniewali się na niego za ten dziwaczny pomysł, który kazał im się tułać po lądach i morzach.

– Czy ten Egipcyanin nie mógł wybrać innej wysepki? mawiał pan Antifer. Przecież mógł znaleźć jakiś ustronny zakątek na morzu Baltyckiem, Północnem, Czarnem lub Sródziemnem, albo nawet na oceanie Atlantyckim! Doprawdy Kamylk-Pasza był zbyt przezornym!

Lecz pomimo tego narzekania, żaden z nich nie wyrzekłby się skarbów! Nawet biedny notaryusz, który tyle cierpiał w drodze.

Ciągłe obcowanie ze sobą nie zbliżało jednak naszych podróżnych. Tworzyli oni trzy partye: pan Antifer przestawał z bankierem, Sauk z notaryuszem i Trégomain z Julianem. Gdy się zeszli razem, a było to podczas śniadania, obiadu lub kolacyi, nie rozmawiali nigdy o celu swej podróży, ograniczając się tylko na kwestyach potocznych.

– Tydzień więc musimy siedzieć w tej dziurze! powtarzał pan Antifer do bankiera.

– To najgorzej, że dostaniemy się do Loango i że stamtąd będziemy musieli wracać z pięćdziesiąt mil do zatoki Ma-Jumba.

– O! wielka rzecz! zawołał pan Antifer.

– Ma się rozumieć że wielka, odparł Zambuco; podróż może być niebezpieczna.

– Do licha! nie myślmy o tem!… Dość będzie na to czasu, gdy przybędziemy do Loango! zawołał pan Antifer.

– A możeby kapitan statku zatrzymał się w porcie Ma-Jumba? Przecież niewiele musiałby zboczyć z drogi?

– Wątpię, aby się kapitan na to zgodził, bo mu nie wolno tak postąpić.

– Możeby to uczynił, gdy mu ofiarujemy sowite wynagrodzenie?

– Zobaczymy, zobaczymy!… Ty, Zambuco, zajmujesz się zawsze drobnostkami, a dla mnie nie istnieją takie drobiazgi. Teraz myślę jedynie o tem, żeby się dostać do Loango, a przecież stamtąd trafimy do Ma-Jumba. Mamy dobre nogi i gdyby nie było innego sposobu wydostania się z Dakar, nie wahałbym się iść pieszo po wybrzeżu morskiem.

– Co? pieszo? podchwycił bankier.

– A ma się rozumieć, potwierdził pan Antifer.

– Dziękuję za tę przyjemność! Nie myślisz chyba o niebezpieczeństwach podobnej podróży, gdzie przebywać trzeba posiadłości Liberia, wybrzeże kości słoniowej, kraj Aszantów i Dahomeju! Wolę już najgorszą przeprawę morską, niż podróż po tych krajach, gdzie można być żywcem zjedzonym.

Inne zupełnie myśli zajmowały Sauka; zastanawiał się jedynie tylko nad tem, w jaki sposób zdoła wydrzeć spadkobiercom majątek.

Ben-Omar przerażony był jego zamiarami, bo wiedział, że Sauk nie cofnie się nawet przed rozlewem krwi i że potrafi zwerbować sobie do pomocy jakich miejscowych rabusiów.

– Niebezpieczna to rzecz, przedstawiał Ben-Omar Saukowi, chcieć wydrzeć komuś jego własność. Pan Antifer i jego towarzysze są to ludzie odważni i drogo sprzedaliby swoje życie, a wieść o podobnym wypadku rozeszłaby się z tych dzikich krain Afryki po całym świecie.

Zbrodnia nie ujdzie nigdy bezkarnie.

– Ja znam tylko jednego niedołęgę, który byłby zdolny mnie zdradzić przerwał mu z gniewem Sauk.

– Któż to taki, ekscelencyo?

– Ty, Ben-Omarze!

– Ja?

– Tak, ty, ale strzeż się, bo ja umiem zmuszać ludz do milczenia! z groźbą dokończył Sauk.

Ben-Omar zadrżał… Czyżby Sauk i na jego życie godził?

Wreszcie upragniony okręt zjawił się w porcie Dakar; był to statek portugalski, przewożący podróżnych i towary do Saint-Paul de Loanda. Podróżni nasi zamierzali nazajutrz wyruszyć w drogę, która miała potrwać z tydzień.

Pan Antifer i bankier Zambuco nie posiadali się z radości, znalazłszy się na pokładzie okrętu. Wszystkie ich myśli zwracały się do wysepki, która przyciągała ich jak magnes.

Ben-Omar o, dziwo! nie cierpiał tak bardzo podczas tej przeprawy morskiej; okręt bowiem płynął niedaleko wybrzeża; morze było spokojne, a lekki wiatr od strony lądu sprzyjał żegludze. Okręt minął przylądek Palmowy i płynął teraz dalej od brzegów, z tego też powodu nie widzieli wcale kraju Aszantów, ani Dahomeju, ani nawet wierzchołka góry Kamerun, która dosięga wysokości trzech tysięcy dziewięciuset metrów ponad poziom wyspy Fernando-Po, a znajduje się na krańcach Wyższej Gwinei.

Wreszcie jednego dnia Trégomain dowiedział się od Juliana, że wkrótce przepłyną równik.

– Zapewne pierwszy i ostatni raz w życiu znajduję się w tych stronach, rzekł ze wzruszeniem Trégomain, i pod wpływem tego wzruszenia bez żalu oddał marynarzom okrętowym piastra, jakim podróżni obdarzają ich, przepływając równik.

Nazajutrz o wschodzie słońca okręt znajdował się na wprost zatoki Ma-Jumba. Gdyby kapitan chciał się zatrzymać w tym porcie, który należy do kraju Loango, iluż niewygód uniknęliby nasi podróżni!

Julian z polecenia wuja udał się z tą propozycyą do kapitana, który mówił tylko językiem portugalskim, Julian zaś tylko angielskim. Z trudem więc porozumieli się. Lecz kapitan odmówił stanowczo, gdyż za żadne skarby świata nie chciał uchylić w niczem przepisom swej służby. Jemu wolno było płynąć tylko do Saint-Paul de Loanda, a nigdzie indziej.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 55

Można sobie wyobrazić gniew pana Antifera. Ale na ten raz gniew jego na nic się nie przydał. Wreszcie okręt zatrzymał się w Loanda, pasażerowie wysiedli do szalupy, a statek popłynął dalej.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.