FANDOM



Rozdział V Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział VI • Juliusz Verne Rozdział VII
Rozdział V Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział VI
Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Podróżni nasi wyjechali z Bonn o szóstej rano. Żaden z nich nie zwracał uwagi na okolicę, jeden tylko Trégomain wyglądał przez okno wagonu. Mijali szybko stacye. Z daleka widniały przed nimi wysokie góry i morze Śródziemne, wreszcie wieczorem przybyli do Algeru.

Noc była ciemna, lecz niebo zasiane gwiazdami; zarysy budowli odcinały się ciemnemi liniami, a w oddali wznosiła się Kasbach, którą Trégomain bardzo pragnął zwiedzić. Dotychczas widział tylko tyle, że z przystani wchodziło się po schodach na bulwar, podtrzymany arkadami i że obecnie znajduje się w hotelu europejskim.

Posiliwszy się, Trégomain rzekł do Juliana:

– Będziemy przecież mieli kilka dni czasu do zwiedzenia miasta. Połóżmy się więc spać, abyśmy odpoczęli na jutro.

– Masz słuszność, panie Trégomain, ale co do mnie muszę jeszcze napisać do ciotk i do Elizy.

Ben-Omar i Sauk udali się także do swoich pokoi, a pan Antifer i Zambuco wyszli na miasto, lecz nikt nie wiedział dokąd, chociaż wszyscy byli bardzo tem zaciekawieni.

– Uważałem że w wagonie wuj ciągle szeptał z bankierem. Nad czem oni mogli się naradzać? rzekł Julian.

– Albo ja wiem, odparł Trégomain i powiedziawszy dobranoc Julianowi, udał się do swego pokoju. Tu otworzył okno, aby odetchnąć świeżem powietrzem. Przy bladem świetle gwiazd widać było całą przystań aż do przylądku Matifu. Okręta stojące w porcie połyskiwały mnóstwem różnobarwnych świateł, z kominów ich unosił się dym i sypały się iskry. Dalej morze zdawało się łączyć z horyzontem, na którym błyszczały wspaniałe konstelacye. Wszystko wróżyło pogodę.

– Co za szczęście, mówił sobie Trégomain, że będę mógł zwiedzić to piękne miasto!

Wtem gwałtowne stukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia.

– Czy to ty, Julianie? zapytał Trégomain.

– Nie, to ja… Antifer…

– Zaraz ci otworzę, mój przyjacielu!

– Niepotrzeba, ubieraj się tylko prędko i zamykaj walizę.

– Dlaczego?

– Dlatego że jedziemy, najpóźniej za trzy kwadranse.

– Co!? co!? zawołał Trégomain, własnym niedowierzając uszom.

– Śpiesz się, bo ja nie lubię czekać, dodał przez drzwi Antifer.

Trégomain przetarł oczy i zapytał się samego siebie, czy nie śni? Ale nie, słyszał bowiem głos pana Antifera, który wołał na Juliana. Teraz domyślił się po co Antifer wyszedł z bankierem Zambuco; chodzili obydwaj do przystani dowiedzieć się, czy jaki okręt nie odpływał od Loango. Oczywiście musieli znaleźć okręt, skoro bez zwłoki w dalszą mają się udać drogę… Trégomain zły i niezadowolony układał rzeczy w walizie, wiedząc, że z Antiferem nic nie poradzi.

W tej chwili do jego pokoju wszedł Julian.

– Ktoby się spodziewał, że wuj i tu odpocząć nam nie pozwoli! zawołał Julian.

– A widzisz, mój chłopcze, nie zobaczę Algeru, dodał smutnie Trégomain. Doprawdy ja się w końcu oburzę!

– Jestem pewien, że tego nie uczynisz, panie Trégomain!

– A może i nie, po chwilowym namyśle odpowiedział Trégomain, twój wuj zawojował mnie zupełnie.

W dziesięć minut później podróżni nasi spotkali się w przedsionku hotelowym. Gdy przybyli do portu, okręt był już gotów do drogi. Kocioł parowy sapał, czarny dym unosił się z komina, a przeraźliwy świst oznajmiał, że okręt wkrótce podniesie kotwicę.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 53

Duża łódź czekała na podróżnych przy brzegu, i wkrótce znaleźli się oni na pokładzie statku, który przewoził podróżnych i towary. Nareszcie statek poruszył się, pozostawiając za sobą szeroką smugę piany.

Gdy wypłynęli na pełne morze i skierowali się ku zachodowi, ujrzeli gromadę białych domów. Było to Kasbach.

Pasażerowie okrętu Katalan byli po większej części marynarzami, którzy powracali do nadbrzeżnych portów; znajdowali się rownież pomiędzy nimi Senegalczycy i oficerowie marynarki. Wielu podróżnych udawało się aż do Dakar.

– Z Dakar do Loango to jeszcze daleko, rzekł Zambuco do pana Antifera.

– Trafimy i stamtąd do Loango, odpowiedział tenże chociaż ta podróż będzie napewno bardzo uciążliwa.

W nocy minęli przylądek Biały, a nazajutrz rano spostrzegli z daleka wzgórza Uranu.

Nieco dalej rozciąga się już wybrzeże marokańskie. Na horyzoncie w blaskach słońca ukazuje się Tetuan, a jeszcze dalej, w stronie zachodniej, Ceuta, zbudowana na skale pomiędzy dwiema przystaniami. Wreszcie poza cieśniną Gibraltarską ukazały się niezmierzone fale Atlantyku. Po morzu Śródziemnem snuły się łodzie żaglowe, które oczekiwały na wiatr przyjazny, aby przepłynąć Gibraltar.

Gdy wypływali na ocean Atlantycki, Julian znajdował się razem z Trégomain’em w izdebce oficerskiej. Obydwom im jedna myśl przyszła do głowy:

– Mój Boże! gdyby to płynąć można do Francyi, westchnął głośno Trégomain.

– A tymczasem dokąd my dążymy? odpowiedział Julian.

– Lękam się, że do jakiejś nory szatańskiej, dodał Trégomain, ale cóż robić, trzeba cierpliwie znosić te przykrości! Za kilka dni będziemy w Dakar, a stamtąd do zatoki Gwinejskiej…

– Ale czy my z Dakar będziemy mogli zaraz udać się dalej?… Kto wie, czy nie będziemy zmuszeni czekać w Dakar kilka tygodni na okręt, mający nas przewieźć dalej? Doprawdy, nie rozumiem, czy wuj wyobraża sobie, że tak łatwo znajdzie wysepkę numer drugi? Co to za ogień? dodał ukazując w oddali jakiś punkt świetlany.

– To latarnia morska na przylądku Spartel.

Pogoda sprzyjała, i okręt płynął swobodnie, niezbyt daleko od brzegu, na którym widać było wyniosłe, skaliste wzgórza i górę Thésat, wznoszącą się na tysiąc metrów ponad poziom morza. Przylądek Dschuby stanowi kres granicy marokańskiej.

Trégomain nie widział wysp Kanaryjskich, gdyż okręt przepłynął zbyt daleko od nich, lecz widział za to przylądek Bojador, zanim minął zwrotnik Raka.

Wreszcie minęli przylądek Biały i ujrzeli wybrzeża Senegalu.

Ponieważ wszyscy podróżni dążyli do Dakar, okręt nie zatrzymał się więc wcale w Saint-Louis, stolicy kolonii francuskiej.

Nakoniec piątego maja o wschodzie słońca okręt minął przylądek Zielony, leżący pod tą samą szerokością geograficzną, co wyspy tegoż nazwiska. Gdy okręt okrążył trójkątny półwysep, oczom podróżnych ukazał się port Dakar, należący do Francyi.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.