FANDOM



Rozdział IV Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział V • Juliusz Verne Rozdział VI
Rozdział IV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział V
Juliusz Verne
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Podróżni nasi wyruszyli z Tunisu o wschodzie słońca. Teraz wiedzieli dokąd dążą i myśli ich kierowały się ku zatoce Gwinejskiej, która oblewa kraj Loango.

– Daleka podróż, rzekł Julian do Ben-Omara, nie wiem, czy pan się nie cofnie przed całą przeprawą morską?

Ale Ben-Omara nęcił wysoki procent, był więc przygotowany znieść wszystkie niewygody i przykrości podróży. Wprawdzie drżał na myśl, że tylko do Algeru jechać będzie lądem, a potem ciągle morzem, ale wyrzec się pieniędzy nie miał wcale zamiaru.

Trégomain dumał nad kaprysami losu, który go zmuszał płynąć aż na południową półkulę; lecz pomimo to przypatrywał się z zajęciem okolicy, która przedstawiała niezwykłe dlań widoki.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 50

Niezbyt wygodny powóz toczył się zwolna. Trzy konie zaledwo zdołały go ciągnąć; droga wiła się kapryśnie, czepiając się niekiedy skał nad urwiskami, to znów przebywając bystro płynące strumienie, w których woda dosięgała do połowy kół powozowych.

Czas był prześliczny. Na szafirowem sklepieniu nieba nie ukazywała się najlżejsza nawet chmurka, a słońce sypało na ziemię żar i blaski.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 51

Po lewej stronie drogi ukazał się pałac beja, zwany Bardo, a dalej inne wille i pałace, wychylające się pośród figusów i drzew pieprzowych, podobnych do wierzb płaczących, gdyż gałęzie ich zwieszają się także do ziemi. Gdzieniegdzie widać było krajowców, odzianych w białe lub jaskrawe szaty. Na polach, wzgórzach i załomach skał pasły się trzody baranów i kóz, czarnych jak kruki.

Ptaki unosiły się w powietrzu, a między niemi było mnóstwo papug o różnobarwnem, świetnem upierzeniu.

Odpoczynki bywały dość częste, Julian i Trégomain wysiadali zawsze z powozu, aby wyprostować się trochę po niewygodnej podróży; Zambuco naśladował ich, ale nie rozmawiał z nikim.

– Zdaje mi się, że ten bankier niemniej jest chciwy na miliony Kamylk-Paszy, jak nasz przyjaciel Antifer, rzekł raz Trégomain do Juliana.

– I mnie się tak zdaje, potwierdził Julian.

Sauk starał się zawsze podchwycić jakieś słówko z rozmowy, której udawał, że nie rozumie. Ben-Omar myślał wciąż o falach oceanu Atlantyckiego, a pan Antifer nie ruszał się z miejsca, ścigając myślą wysepkę, znajdującą się na przestrzeni palących wód afrykańskich. Przed zachodem słońca oczom podróżnych ukazała się osada Taburka, ujęta w ramę zieleni, ponad którą wznoszą się wieżyczki meczetów i białe kopuły minaretów.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 52

Wreszcie zapadła jasna, pogodna noc podzwrotnikowa; podróżni nasi jechali i nocą, chociaż grożą tu w nocy rozmaite niebezpieczeństwa. Najpierw drogi są złe i niewygodne, powtóre można napotkać rabusiów i włóczęgów, lub być napadniętym przez dzikie zwierzęta, których wycie rozlega się dokoła.

Nakoniec jutrzenka ukazała się na niebie, oświetlając szare, nie zbyt wyniosłe wzgórza. U ich stóp wiła się dolina Medżerdah, w której głębi płynęła rzeka pomiędzy drzewami laurowemi.

Tego ranka pan Antifer zapytał Juliana.

– Dokąd przybędziemy na noc?

– Do stacyi Gardimau.

– A kiedy będziemy w Bon?

– Jutro wieczorem.

Po tej rozmowie pan Antifer popadł znowu w milczenie i zadumę, zwracając się myślą do nieznanej wysepki, o której z chciwością myślał także i Zambuco.

Coraz częściej napotykano lasy i wioski arabskie. Stacye pocztowe bywały najczęściej gromadą nędznych szop i stajen, w których ludzie i zwierzęta żyli razem.

Podróżni nasi przebywali wzgórza, doliny i strumienie. Nade dniem dojechali do Sukharas, gdzie napotkali nieco wygodniejszy hotel, w którym mogli wypocząć trochę, po dwóch dobach uciążliwej jazdy.

Pan Antifer i Zambuco gniewali się na tę zwłokę.

– Uspokój się, mówił Trégomain do swego przyjaciela, przybędziemy do Bonn dość wcześnie, a jutro rano pojedziemy dalej koleją…

– Gdybyśmy się pospieszyli, moglibyśmy już dziś wieczorem wyjechać z Bonn, przerwał pan Antifer.

Na takie rozumowanie trudno było znaleźć odpowiedź. Trégomain z Julianem, widząc, że nie przekonają pana Antifera, wyszli przypatrzyć się miasteczku. Trégomain był oburzony że muszą podróżować tak szybko, nie mogąc tym sposobem skorzystać z widoków nieznanych często pięknych okolic i obcych ludzi.

– Kto to widział tak jeździć, mówił do Juliana. Ani w Tunisie, ani w Algerze nic nie zobaczymy.

– W istocie, to bardzo rozsądnie ze strony mego wuja, bo przecież w podróżach można się wielu rzeczy nauczyć, odpowiedział Julian. Ale z wujem – to ciężka sprawa! Nie da się przekonać. Dokąd nas ta podróż zawiedzie?

– Jestem pewien, że to wszystko żart, rzekł Trégomain.

– Bardzo to być może, odpowiedział Julian.

– Kto wie, czy na wysepce numer drugi nie znajdziemy nowego dokumentu, który nam każe szukać wysepki numer trzeci!

– A potem numer czwarty i piąty, po jednej wysepce w każdej części świata, dodał Trégomain, wzruszając ramionami.

– A jednak pan jechałbyś z moim wujem…

– Co?… Ja?…

– Tak, pan nic przecie nie potrafi odmówić mojemu wujowi…

– Masz słuszność; bo też Antifer – biedny człowiek… lękam się doprawdy o jego rozum…

– Co do mnie, panie Trégomain, ja dalej nie pojadę, jak do tej wysepki numer drugi! Nie dbam wcale o te skarby!

– Tembardziej gdy trzeba się nimi podzielić z tym krokodylem Zambuco…

– Powtarzam raz jeszcze, że nie pojadę dalej jak do zatoki Loango, ale stamtąd nakłonię wuja, abyśmy wracali do Saint-Malo.

– A jeśli mój przyjaciel będzie się upierał przy swojem zdaniu i nie zechce wracać?…

– Ha! to w takim razie niech sam podróżuje, odparł z gniewem Julian.

– No, no, nie unoś się, rzekł pojednawczo Trégomain, jakoś to będzie!… A teraz wracajmy do hotelu, aby pan Antifer nie gniewał się, żeśmy się spóźnili. Przytem zobaczymy może miasto Bonn, gdy wyjedziemy wcześnie, ale nadewszystko chciałbym zwiedzić Alger, w którym sądzę, że odpoczniemy dni kilka.

– Być może, gdyż mam nadzieję, że od razu nie znajdziemy okrętu, na którym możnaby popłynąć na zachodnie wybrzeża Afryki.

– Czy ty, Julianie, znasz Alger?

– Znam, panie Trégomain.

– Podobno to piękne miasto, zbudowane amfiteatralnie na skałach…

– Bardzo piękne, ale Saint-Malo piękniejsze, odparł z głębokiem przekonaniem Julian.

Rozmawiając w ten sposób, zawrócili do hotelu.

Był już po temu czas wielki: woźnica zaprzęgał konie, a pan Antifer niecierpliwił się okropnie. W kilka chwil później powóz staczał się ze wzgórza Sukaras.

Okolica przedstawiała widok niezmiernie malowniczy; pomiędzy wzgórzami, okrytemi zielenią i drzewami, sterczały skały, lub wychylały się wioski. W nocy połyskiwały ognie, rozpalone dla odstraszenia dzikich zwierząt.

Trégomain znudzony podróżą, rozmawiał chętnie z woźnicą i od niego dowiedział się, że w lasach kryją się tu lwy i pantery. Rozmowa ta nie robiła wrażenia na panu Antiferze; Sauk udawał że nic nie rozumie, a Zambuco spoglądał trwożnie przez okno. Ben-Omar drżał jak listek i wtulał się w kąt powozu, gdy z daleka usłyszał wycie dzikiego zwierza.

– Podobno przed kilku dniami dzikie zwierzęta napadły na podróżnych, mówił Trégomain, musieli strzelać do nich, a potem spalić powóz, aby odstraszyć je od siebie.

– A cóż się stało z podróżnymi? zapytał, trzęsąc się ze strachu Ben-Omar.

– Nic im się złego nie stało, odpowiedział Trégomain, tylko musieli iść pieszo do najbliższej stacyi.

– O! jabym nigdy nie zdołał iść tak daleko! zawołał notaryusz.

– No, to zostałbyś pan w tyle, bo niktby na pana nie czekał, odezwał się milczący dotąd pan Antifer.

Dzień upłynął bez żadnego ważniejszego wypadku, lecz Trégomain powiedział sobie w duchu ze smutkiem, że nie zobaczy miasta Bonn, gdyż przejeżdżać będą tamtędy w nocy. I rzeczywiście około siódmej godziny wieczór mijali Hipponę, miejscowość sławną, dzięki imieniowi św. Augustyna i ciekawą z powodu źródeł, u których Arabowie odprawiają swoje czary i zaklęcia. Dopiero w lat dwadzieścia później powstał tu kościół i szpital, staraniem kardynała Lavigerie.

Ale Bonn niknęło w cieniach nocy, i Trégomain nic nie widział, co go niesłychanie zmartwiło. Gdy przyjechali do tego miasta, zasnęli snem twardym, wywołanym trudami podróży.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.