FANDOM



Rozdział III Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział IV • Juliusz Verne Rozdział V
Rozdział III Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział IV
Juliusz Verne
Rozdział V
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Pan Antifer był tak rozdraźniony że jeżeli kiedykolwiek można było obawiać się o niego, to chyba w tej chwili. Wysłuchawszy jego opowiadania, Trégomain powiedział sobie w duchu:

– Przepadły miliony!

A Julian pomyślał:

– Tem lepiej, powrócimy zaraz do Francyi, i ja będę mógł rozpocząć mój zawód marynarza. Co mi tam po cudzych pieniędzach!…

Tymczasem pan Antifer, oburzony do najwyższego stopnia, chodził szybkimi krokami po pokoju, mówiąc głosem przerywanym:

– Sto milionów!… Stracić sto milionów przez upór tego niegodziwca!… Doprawdy wart on szubienicy! Powiedz-no, Trégomain, dodał, zwracając się do przyjaciela, czy kto ma prawo wyrzec się milionów, gdy dość wyciągnąć rękę, aby je mógł posiąść?

– Nie mogę odpowiedzieć tak prędko na podobne pytanie, odparł wymijająco Trégomain.

– Nie możesz, nie możesz!… z gniewem powtórzył Antifer. A gdybyś widział, że twój statek Piękna Amelia, na którym znajduje się sto milionów, chce ktoś zatopić w morzu, czy także nicbyś na to nie odpowiedział?

– O! to zupełnie co innego!

– Jakto, co innego? To zupełnie jedno i to samo! Czy ten łotr Zambuco nie chce stracić moich pięćdziesięciu milionów? Jeśli on nie będzie chciał mi wyjawić tej szerokości geograficznej, to ja go oskarżę przed władzą, a chcąc się oczyścić z tego brzydkiego postępku, gotów jestem zrzec się całego majątku na cele dobroczynne.

– Ach, jakby to było wzniośle i szlachetnie z twojej strony! zawołał Trégomain. Byłby to postępek godny Francuza i Antifera.

Pan Antifer spostrzegł, że się posunął zbyt daleko i spojrzał tak groźnie na swego przyjaciela, że Trégomain zadrżał.

– Sto milionów! zawołał pan Antifer. Zabiłbym raczej tego Zambuco, a nie wyrzekłbym się takiego majątku!

– Co mówisz, mój wuju? ze zgrozą zawołał Julian.

– Jak można wypowiadać takie niedorzeczności!… dodał Trégomain.

Ale obydwaj zaniepokoili się bardzo nadzwyczajnem rozdraźnieniem pana Antifera, który nie słuchając ich słów pocieszających, porwał za kapelusz i wybiegł z pokoju. Julian i Trégomain myśleli, że udał się do bankiera i chcieli już za nim podążyć, aby zapobiedz jakiemu nieszczęściu, lecz przekonali się, że pobiegł do swego pokoju i zamknął się w nim, chcąc w samotności rozmyślać nad swojem zmartwieniem.

Ma się rozumieć, że po takiej przykrej scenie obydwaj nie mieli apetytu; zjadłszy więc nieco, wyszli odetchnąć świeżem powietrzem nad brzegami Bahiru. Wychodząc spotkali Ben-Omara i Nazima i powiedzieii im o warunkach postawionych przez bankiera.

– Pan Antifer powinien zastosować się do jego żądania! zawołali razem Ben-Omari i Nazim.

Julian i Trégomain byli przeciwnego zdania i, rozstawszy się z nim, poszli aleją de la Marine.

Wieczór był pogodny i ciepły; Julian i Tregomain przeszli się ponad jeziorem i zasiedli potem w kawiarni, aby swobodnie porozmawiać o wypadkach dnia ubiegłego.

– Co nam tam po workach Kamylk-Paszy!… odezwał się Julian.

– Naturalnie, potwierdził Trégomain, i bez tego można być szczęśliwym.

Gdy około godziny dziewiątej wieczorem wrócili do hotelu, zastali pana Antifera przechadzającego się po pokoju i powtarzającego bezustanku:

– Miliony!… miliony!… miliony!…

Trégomain spojrzał znacząco na Juliana i wskazał na czoło, dając mu poznać, że pan Antifer postradał pewnie zmysły.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 48

Nazajutrz rano Trégomain i Julian postanowili nakłonić pana Antifera do wyjazdu z Tunisu. W tym celu udali się do jego pokoju, lecz pomimo stukania do drzwi nie odebrali żadnej odpowiedzi.

– Okropność! szepnął Trégomain przerażony, może nieszczęśliwy w przystępie rozpaczy targnął się na swoje życie?…

Przestraszony Julian pobiegł do odźwiernego i zapytał czy nie widzieli pana Antifera?

– Pan Antifer wyszedł bardzo rano z domu, odpowiedział odźwierny.

– A nie mówił dokąd idzie?

– Nie.

– Może poszedł do bankiera Zambuco, szepnął Julian.

– Może… również cicho odpowiedział Trégomain. Ale w takim razie, zgadza się chyba na stawiane przez niego warunki…

– Niepodobieństwo! zawołał Julian.

– I ja tak sądzę, ale kto go tam wie wreszcie!… dodał Trégomain, wzruszając ramionami.

Po tej rozmowie udali się do kawiarni, z której mogli widzieć, jak pan Antifer powracać będzie od bankiera.

Tymczasem pan Antifer pędził tak szybko do bankiera, jakby go ścigała sfora psów gończych.

– Dzień dobry! rzekł wchodząc do pokoju. Przyszedłem się zapytać, czy to coś mi pan wczoraj powiedział, jest ostatniem i nieodwołalnem słowem pańskiem?

– Tak jest, odpowiedział chłodno bankier.

Pan Antifer przez chwilę walczył z sobą, aby znowu nie wybuchnąć gniewem. Wreszcie rzekł z wysiłkiem:

– Niech i tak będzie, zgadzam się na wszystko, tylko jedźmy… jedźmy jak najprędzej!…

– Pojedziemy za tydzień.

– Nigdy! zawołał porywczo pan Antifer; nie miałbym cierpliwości czekać tak długo! Ja chcę co prędzej pozyskać moje miliony.

Bankier, udający tylko obojętność, dał się z łatwością nakłonić do pośpiechu.

– Ale zanim wyjedziemy, rzekł Zambuco, musisz mi pan doręczyć formalne zobowiązanie na piśmie.

– Napisz pan, a ja podpiszę.

– W razie niedopełnienia ze strony pana warunku umowy, winieneś mi pan za to wynagrodzenie.

– Jakąż sumę stanowić ma to wynagrodzenie? z pośpiechem zapytał pan Antifer.

– Sumę pięćdziesięciu milionów, to jest część spadku, przynależną panu.

– Niech i tak będzie, tylko kończmy prędzej to wszystko, rzekł zniecierpliwiony pan Antifer.

Bankier wziął arkusz papieru i jasno, dokładnie wypisał na nim swoje warunki. Pan Antifer z pośpiechem podpisał umowę. Bankier schował papier do swojej szkatuły, a natomiast wyjął z niej jakiś pożółkły świstek… Był to list Kamylk-Paszy pisany przed laty dwudziestu.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 49

Pan Antifer wyjął ze swojej teczki również pożółkły dokument, który znalazł na wysepce numer pierwszy, i oba jednocześnie dokonali zamiany tych papierów.

W dokumencie, obok wzmianki, że zostanie doręczony przez niejakiego Antifera z Saint-Malo niejakiemu Zambuco z Tunisu, znajdowało się objaśnienie następującej długości geograficznej: 7,23 na wschód od południka paryskiego.

A w liście bankiera Zambuco, który zapowiadał odwiedziny Antifera z Saint-Malo była wiadomość o następującej szerokości geograficznej: 3,17 na południe.

Należało tylko skrzyżować teraz te dwie linie na dobrej mapie, aby dokładnie określić położenie wysepki numer drugi.

– Masz pan zapewne atlas? spytał Zambuco.

– Mam nie tylko atlas, ale i siostrzeńca.

– A cóż mnie obchodzi pański siostrzeniec?

– Mój siostrzeniec najlepiej poszuka wysepki na mapie.

– W takim razie chodźmy co prędzej do niego.

I obydwaj w zupełnej zgodzie wyruszyli, aby wyszukać towarzyszy.

Pan Antifer, spostrzegłszy Juliana i Trégomaina, zawstydził się swej słabości, że tak łatwo zgodził się na warunki podane mu przez bankiera. Ale ponieważ nie było sposobu postąpić inaczej, pan Antifer odzyskał prędko swobodę i przedstawiwszy bankiera swoim towarzyszom, skierował się z nimi do hotelu.

Gdy znaleźli się w pokoju i starannie zamknęli drzwi za sobą, pan Antifer rozłożył na stole mapę i zwracając się do Juliana, rzekł:

– Siedm stopni, dwadzieścia trzy minuty długości geograficznej na wschód i trzy stopnie siedmnaście minut szerokości geograficznej na południe.

– Co, na południe? pomyślał z gniewem Julian. A więc o Kamylk-Pasza wysyła nas aż za równik? Kiedyś powrócimy do Francyi?

Był tak rozgniewany, że nawet nie zabierał się do wyszukania na mapie wskazanego punktu.

– Na cóż czekasz? zapytał porywczo pan Antifer.

Julian ocknął się z zadumy i ująwszy kompas, zaczął prowadzić jego wskazówkę po siódmym południku aż do koła równikowego. Potem przeprowadził przez linię równoległą po stopniu trzecim i doszedł do punktu przecięcia linii z południkiem.

– Gdzie jesteśmy? zapytał pan Antifer.

– W zatoce Gwinejskiej, na wysokości państwa Loango, w pobliżu zatoki Ma-Jumba.

– Jutro rano, rzekł pan Antifer, pojedziemy końmi do Bon, a stamtąd koleją żelazną do Oranu. Zapewne będziesz nam pan towarzyszył? dodał, zwracając się do bankiera.

– Ma się rozumieć!

– Udasz się pan z nami aż do zatoki Gwinejskiej?

– Choćby nakoniec świata, odpowiedział bankier.

– Bądź pan zatem gotów jutro do drogi, rzekł jeszcze pan Antifer.

A gdy bankier odszedł, pan Antifer odezwał się w te słowa do swoich towarzyszy:

– Cóż robić, nie mogłem postąpić inaczej, nie mogłem przecież wyrzec się moich milionów!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.