FANDOM



Rozdział II Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część II • Rozdział III • Juliusz Verne Rozdział IV
Rozdział II Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część II
Rozdział III
Juliusz Verne
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Czy można się widzieć z bankierem Zambuco?

– Owszem, jeśli chodzi o jaki interes.

– Tak, o interes ważny.

– Nazwisko pana?

– Proszę powiedzieć, że jestem cudzoziemcem, to dostateczne…

Powyższą rozmowę pan Antifer prowadził z odźwiernym. Nie chciał mu powiedzieć swego nazwiska, gdyż pragnął się przekonać, jakie wrażenie uczyni na bankierze, skoro mu powie bez żadnego wstępu:

– Jestem Antifer, syn Tomasza Antifera z Saint-Malo.

Za chwilę pan Antifer znalazł się w pokoju, którego ściany pobielone były wapnem, a sufit zakopcony od lamp. Kufer, biurko, stół i dwa stołki stanowiły całe umeblowanie pokoju.

Przy stole siedział bankier Zambuco. Gdy pan Antifer wszedł, Zambuco poprawił okulary i podniósł głowę, nie wstając wcale z krzesła.

– Z kim mam zaszczyt mówić? zapytał dość poprawną francuzczyzną?

– Z kapitanem kupieckiego statku Antiferem, brzmiała odpowiedź. Pan Antifer, spodziewał się, że Zambuco z okrzykiem podziwu zerwie się z fotelu.

Ale bankier nie drgnął nawet i ani jednem słówkiem nie zdradził swego zadowolenia; tylko w oczach jego mignęła błyskawica radości, która znikła jednak natychmiast pod spuszczonemi powiekami.

– Powiadam, że jestem Antiferem.

– Słyszałem to już…

– Jestem Piotr Antifer, syn Tomasza Antifera z Saint-Malo… z Francyi…

– Czy ma pan jaki przekaz do mnie? zapytał z zupełnym spokojem bankier.

– Przekaz? a tak, mam, odpowiedział pan Antifer zdziwiony i pomięszany chłodnem przyjęciem bankiera. Mam przekaz na sto milionów.

– Daj go pan, rzekł spokojnie Zambuco, jak gdyby szło o kilka piastrów.

Pan Antifer nie posiadał się ze zdumienia. Jakto! bankier wiedział od lat dwudziestu, że przypadnie mu w udziale część tak olbrzymiego skarbu, że pewnego pięknego poranku Antifer zjawi się przed nim z tą upragnioną wiadomością i odbierając tę wieść, nie okazał ani radości, ani zadowolenia? Czyżby dokument znaleziony na wysepce w błąd wprowadził pana Antifera? Albo może był to inny Zambuco, nie ten, do którego miał się odwołać pan Antifer i który miał mu dopomódz do odnalezienia wysepki numer drugi.

Dreszcz wstrząsnął postacią pana Antifera, wszystka krew spłynęła mu do serca, siły go opuściły i był zmuszony usiąść na najbliższym stołku.

Bankier spoglądał na niego obojętnie z pod okularów. Szyderczy uśmiech błąkał się po jego cienkich wargach, jak gdyby chciał powiedzieć:

– Z tym ptaszkiem nie trudna będzie sprawa.

Tymczasem pan Antifer odzyskał trochę zimnej krwi i, obtarłszy chustką spocone czoło, podniósł się z krzesła.

– Czy jesteś pan w istocie bankierem Zambuco? zapytał, uderzając pięścią w stół.

– Tak jest; niema w Tunisie drugiego człowieka z takiem nazwiskiem.

– I nie czekałeś pan na mnie?

– Nie.

– Czy nie wiedziałeś pan nic o mojem przybyciu?

– A skądżebym mógł wiedzieć?

– Za pośrednictwem listu pewnego paszy…

– Paszy? powtórzył bankier. Ależ ja setkami odbierałem listy od rozmaitych paszów…

– Ale od Kamylk-Paszy… z Kairu?

– Nie przypominam sobie.

Zambuco umyślnie udawał, że o niczem nie wie, aby zmusić pana Antifera do wypowiedzenia cyfry długości geograficznej, a samemu nie wydać się z szerokością geograficzną.

Usłyszawszy nazwisko Kamylk-Paszy, Zambuco zdawał sobie coś przypominać.

– Czekaj pan, zaczął, poprawiając okulary. Mówisz pan Kamylk-Pasza, z Kairu?

– Tak, potwierdził pan Antifer, był to Rotszyld egipski, posiadający olbrzymi majątek w złocie, brylantach kosztownych kamieniach…

– Rzeczywiście, przypominam go sobie…

– Musiał on uprzedzić pana, że połowa tej fortuny należeć będzie kiedyś do pana.

– Tak jest, panie Antiferze; ja muszę mieć ten list gdziekolwiek…

– Jakto… gdziekolwiek!… Czyżbyś pan nie wiedział, gdzie jest ten list?

– U mnie nic nie zginie… list ten znajdę z pewnością!

Pan Antifer z trudnością zapanował nad sobą, gdyż miał ochotę zadusić bankiera w razie, gdyby się list nie znalazł.

– Panie Zambuco, zaczął, spokój pana jest do wysokiego stopnia drażniącym! Mówisz pan o tym interesie z taką obojętnością…

– Eh!… przerwał bankier.

– Jakto… eh!… gdy chodzi o sto milionów franków…

Zambuco skrzywił pogardliwie usta; panu Antiferowi zdawało się, że bankier tyle dba o te sto milionów, co o skórkę z pomarańczy.

– To niegodziwiec, jaki on musi być bogaty! powiedział sobie w duchu pan Antifer.

Tymczasem bankier, myśląc o tem, jakby tu podejść pana Antifera, przetarł chustką okulary i zapytał z powątpiewaniem:

– Czy pan wierzysz na seryo w istnienie tego skarbu?

– Czy ja wierzę?… Naturalnie, że tak…

Tu pan Antifer opowiedział bankierowi wszystkie znane nam już szczegóły i że na wysepce w zatoce Oman, w skale oznaczonej monogramem Kamylk-Paszy, zamiast skarbu znalazł skrzynkę, a w niej dokument, zawierający wiadomość o drugiej geograficznej długości, odnoszącej się do drugiej wysepki. Z wiadomością tą pan Antifer miał się udać do bankiera Zambuco, który posiada cyfry szerokości geograficznej, potrzebne do określenia położenia drugiej wysepki

Bankier podczas tego opowiadania starał się okazać obojętnym, ale drżenie jego rąk wskazywało głębokie wzruszenie. Gdy pan Antifer skończył, Zambuco rzekł:

– Zdaje się, że nie należy powątpiewać o istnieniu skarbu. Ale dlaczego Kamylk-Pasza postąpił w ten sposób?

W istocie trudno było odpowiedzieć na to pytanie.

– Należy przypuszczać, że… zaczął pan Antifer. Ale najpierw powiedz mi pan, panie Zambuco, czy byłeś w jakikolwiek sposób wmięszany w przygody życia Kamylk-Paszy?… Czy oddałeś mu jaką przysługę?

– Bez wątpienia… nawet bardzo wielką przysługę.

– A z jakiego powodu?

– Gdy powziął myśl spieniężenia swego majątku, a mieszkał wtedy w Kairze, gdzie i ja przebywałem…

– No, to rzecz zupełnie jasna; pasza chciał, aby obydwie osoby, względem których miał długie wdzięczności, szukały razem jego skarbu; temi osobami jesteś pan i ja, ponieważ mój ojciec nie żyje.

– A kto wie, czy niema jeszcze innych osób? podchwycił bankier.

– Ach! nie mów mi pan tego! zawołał pan Antifer, uderzając w stół pięścią. Nawet nas dwóch jest już do tego spadku za wielu!

– Masz pan słuszność, potwierdził Zambuco. Ale jeśli pan łaskaw, prosiłbym jeszcze o jedno wyjaśnienie. Dlaczego w tych poszukiwaniach towarzyszy panu teu notaryusz z Aleksandryi?

– Dlatego, że warunek w testamencie zastrzega dla niego procent, ale pod warunkiem, że będzie ten człowiek obecny przy wydobyciu skarbu…

– A jakiż to procent?

– Jeden od sta.

– Jeden od sta!… Ach, to niegodziwiec!

– Niegodziwiec! Dobrze pan powiedziałeś! zawołał pan Antifer. Ja go także nigdy nie nazywam inaczej.

Na tym punkcie obydwaj zgadzali się na jedno zdanie.

– Teraz, rzekł pan Antifer, gdy pan już wiesz wszystko, sądzę, że będziemy wzejemnie otwarcie postępowali z sobą.

Bankier okazał się niewzruszonym.

– Ja posiadam nową długość geograficzną, znalezioną na wysepce, a pan musisz posiadać szerokość geograficzną, odnoszącą się do wysepki numer drugi.

– Tak, odpowiedział Zambuco po chwili wahania.

– To dlaczegóżeś pan udawał, gdy ja tu przyszedłem i wymieniłem swoje nazwisko, że nic a nic nie wiesz z tej całej historyi?

– Dlatego, że nie chciałem wyjawiać moich tajemnic pierwszemu lepszemu obcemu człowiekowi. Pan mogłeś być oszustem, panie Antifer, i niech się pan nie obraża o to przypuszczenie; musiałem się więc mieć na baczności… Ale ponieważ posiadasz pan dokument, który panu poleca porozumieć się ze mną…

– Tak, mam ten dokument.

– Pokaż mi go pan.

– Chwilkę, panie Zambuco. Zamiana powinna się robić z ręki do ręki. Czy pan masz list Kamylk-Paszy?

– Mam.

– A zatem daj mi pan list, a ja panu dam dokument. Zamiana powinna się odbyć w sposób prawidłowy.

– Niech i tak będzie, odpowiedział bankier.

Rzekłszy to, wstał i, przysunąwszy się do kufra, zaczął zwolna odmykać zamki, drażniąc swoją powolnością jeszcze bardziej pana Antifera. Czyżby Zambuco chciał tak samo, jak Ben-Omar w Saint-Malo, wydobyć z niego podstępem tajemnicę?

– Nic z tego, powiedział sobie w duchu pan Antifer. Nie wyprowadzisz ty mnie w pole.

Bankier tymczasem szukał w głowie wybiegu, któryby mu dozwolił zagarnąć cały spadek.

W chwili, gdy miał już otwierać ostatni zamek, wyjął klucz i jakby wyrzekł się swoich zamiarów, usiadł napowrót na stołku.

Błyskawica gniewu strzeliła z oczu pana Antifera.

– Na co pan czekasz? zapytał.

– Zastanawiam się nad jedną rzeczą, odpowiedział bankier.

– Nad jaką, jeśli wolno zapytać?

– Czy pan mniemasz, że w tej sprawie nasze prawa są zupełnie równe?

– Naturalnie, że tak jest.

– Co do mnie, jestem przeciwnego zdania.

– A dlaczego?

– Dlatego, że to pański ojciec oddał przysługę Kamylk-Paszy, a nie pan; gdy tymczasem ja osobiście wyświadczyłem mu przysługę…

– Panie Zambuco! przerwał mu z uniesieniem pan Antifer, czy pan sobie drwisz ze mnie?… Czy prawa mego ojca nie przechodzą na mnie, skoro jestem jedynym jego spadkobiercą?.. Powiedz mi pan, czy chcesz lub nie chcesz być posłusznym woli Kamylk-Paszy?

– Uczynię to, co mi się podoba, odpowiedział oschle bankier.

Pan Antifer chwycił się rękami za stół, a nogą odepchnął stołek, na którym siedział.

– Wiesz pan, że nic nie możesz uczynić beze mnie! zawołał.

– Ani pan beze mnie, odpowiedział flegmatycznie bankier.

Sprzeczka mogła wybuchnąć lada chwila. Pan Antifer był purpurowy z gniewu, bankier blady, ale pewny siebie.

– Czy zechcesz pan powiadomić mnie o swej szerokości geograficznej? zawołał z najwyższem uniesieniem pan Antifer.

– Daj mi pan pierwej swoją długość geograficzną, odpowiedział bankier.

– Za nic w świecie!

– Mniejsza o to!

– Oto mój dokument! krzyknął pan Antifer, wyciągając teczkę z kieszeni.

– Schowaj go pan… mnie on niepotrzebny wcale!

– Niepotrzebny panu?… Czy pan zapominasz, że tu idzie o sto milionów?

– Nie, nie zapomniałem o tem.

– Czy pan wiesz, że te miliony przepadną, jeżeli nie znajdziemy wysepki, na której są ukryte?

– Mniejsza o to! mruknął pogardliwie bankier.

Wszystka krew uderzyła do głowy pana Antifera. Jak można gardzić stu milionami?

– Jak pan możesz pozbawiać, jeśli nie siebie, to drugich takiego majątku? zawołał z gniewem. Jak pan możesz odzywać się w ten sposób?

– Widzi pan, odparł spokojnie Zambuco, gusta moje i upodobania są bardzo skromne i gdybym odziedziczył nawet pięćdziesiąt milionów, nie zmieniłbym w niczem trybu mego życia. Posiadam tylko jedną namiętność, a tą jest skąpstwo. Póki nie widzę złota, mówię o niem obojętnie, ale skoro je zobaczę, zapragnę, aby cały skarb pozostał u mnie…

– A cóż się stanie z częścią, mnie przypadającą?

– Hm! w tem sęk właśnie… A czy nie moglibyśmy ułożyć się w ten sposób… Sto milionów pozostanie u mnie…

– Nic z tego! krzyknął z oburzeniem pan Antifer.

– Poczekaj pan, ciągnął zwolna bankier, ja nie chcę sobie przywłaszczyć tych milionów, ja będę panu od nich płacił procent, tylko niech one będą u mnie, w mojej szkatule, abym się mógł cieszyć ich widokiem…

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 47

Twarz skąpca wyrażała w tej chwili szkaradną chciwość. Pan Antifer oburzył się.

– Nic z tego, powtarzam, co mi po pieniądzach, któremi nie mógłbym rozporządzać podług mej woli.

– Jeśli nie zgadzasz się pan na postawiony przeze mnie warunek, panie Antifer, to mówię stanowczo, że pod żadnym pozorem nie wyjawię ci tajemnicy szerokości geograficznej. Wolę, niech te skarby przepadną, niż ażebym miał patrzyć, że przechodzą w inne ręce, a nie w moje.

– Czy to ostatnie twoje słowo, panie Zambuco?

– Ostatnie i nieodwołalne, odpowiedział bankier.

Pan Antifer zaklął straszliwie, zerwał z szyi krawat, jakby go co dusiło, chwycił za kapelusz i, jak waryat, wybiegł na ulicę.

Sauk, zobaczywszy go w stanie takiego rozdrażnienia, zaniepokoił się okropnie. Niemniej przeraził się Julian i Trégomain, zanim pan Antifer wytłómaczył im powód swego gniewu i uniesienia.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.