FANDOM


Rozdział XV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział XVI
Juliusz Verne
Część II
Rozdział I
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Tak więc oczom pana Antifera ukazała się wreszcie ta wysepka, przedstawiająca dla niego wartość stu milionów. Od tej summy nie byłby pan Antifer odstąpił nawet siedemdziesięciu pięciu centymów, choćby mu nawet Rothschild chciał naprzód wypłacić miliony.

Wysepka przedstawiała się, jak szmat ziemi, nagiej, skalistej, pozbawionej drzew i zieloności. Była to tylko gromadka skał, kształtem przypominająca formę owalną, mającą obwodu od dwóch tysięcy, do dwóch tysięcy pięciuset metrów. Brzegi jej były wyszarpane zębato, łamiąc się w różnorodne, kapryśne linie. W jednem miejscu skały występowały ostro w morze, w innych tworzyły dość głębokie zatoki. W jednej z tych zatoczek statek znalazł schronienie przed wiatrem, gdyż zatoka znajdowała się od strony zachodniej. Woda w niej była bardzo czysta. Na dwadzieścia stóp głębokości widać było dno morskie, na którem rozwijały się podwodne mchy i rośliny. Gdy statek zarzucił kotwicę, zaledwie lekki wietrzyk kołysał go nieznacznie.

Pomimo to notaryusz nie chciał ani chwili pozostać dłużej na pokładzie. Z wielkim wysiłkiem zdołał dowlec się do poręczy i już chciał wyjść na pomost, aby się wydostać na ląd, gdy nagle pan Antifer schwycił go za ramię i zawołał donośnym głosem:

– Zatrzymaj się, panie Ben-Omar!.. Ja wysiądę najpierw!

Notaryusz musiał zastosować się do jego życzenia, a pan Antifer wysiadł pierwszy, biorąc niejako w posiadanie wysepkę. Ślad jego stóp odcisnął się najpierw na nadbrzeżnym piasku.

Ben-Omar podążył za nim i gdy pod nogami uczuł ląd stały, westchnienie ulgi wyrwało się z jego piersi. Trégomain i Sauk wysiedli również.

Tymczasem Selik badawczem spojrzeniem objął całą wysepkę. W duchu zapytywał się, co ci cudzoziemcy chcą tutaj robić? Dlaczego odbyli taką długą i uciążliwą drogę? Na co wydali tak wiele pieniędzy? Jaki cel mieć mogli, płynąc aż tutaj? Chyba że chcieli się jedynie przekonać o położeniu wysepki? Ale to chyba nie byłby cel, usprawiedliwiający taką wyprawę.

– Oni mają chyba jakieś szalone, nierozsądne zamiary, powiedział sobie Selik.

Ale jeśli pan Antifer zdradzał pewne objawy, które kazały się obawiać zboczenia umysłowego, towarzysze jego wydawali się zupełnie zdrowemi. Dlaczego więc dopomagali mu w tem przedsięwzięciu? Jakim sposobem dwaj Egipcyanie wmięszani byli w tę sprawę? Tego już Selik żadną miarą zrozumieć nie mógł.

Postępowanie cudzoziemców wydało mu się jeszcze bardziej podejrzane, chciał więc wysiąść na ląd, aby zobaczyć, co oni też robić będą na wysepce?

Lecz pan Antifer dał jakiś znak Julianowi, który tenże widać zrozumiał, gdyż rzekł do Selika:

– Nie potrzebujesz pan nam towarzyszyć. Tu nie potrzebujemy tłómacza. Ben-Omar mówi po francusku tak dokładnie, jak gdyby był rodem z Francyi.

– Zastosuję się do woli pana, odpowiedział Selik z pozorną uprzejmością, w duchu jednak był zgniewany i niezadowolony.

Musiał jednak usłuchać rozkazu pana Antifera, skoro zgodził się być na jego usługi. Postanowił tylko, że zawezwie pomocy swoich ludzi, jeśli zauważy, że cudzoziemcy, wróciwszy ze swej wycieczki, przyniosą jakikolwiek przedmiot na statek.

Była może godzina wpół do czwartej po południu. Pan Antifer miał zatem dosyć czasu do zabrania trzech beczułek, zawierających skarby, jeżeli takowe znajdowały się we wskazanej kryjówce; a że tam być musiały, pan Antifer ani na chwilę o tem nie wątpił.

Postanowili, aby statek zaczekał w zatoczce. Lecz właściciel statku przez pośrednictwo Selika oznajmił podróżnym, że nie zaczeka na nich dłużej nad sześć godzin. Żywność była już prawie wyczerpana, trzeba więc było korzystać z przyjaznego wschodniego wiatru, aby się zwrócić w stronę Sohar, dokąd powinniby dopłynąć ze wschodem słońca.

Pan Antifer nie sprzeciwił się temu. Kilka godzin powinno być wystarczające do wykopania skarbów.

Nie potrzebowali przecież zwiedzać całej wysepki. Podług wskazówek, zawartych w liście, miejsce, gdzie był ukryty skarb, miało się znajdować w skale od strony południowej. Na podstawie skały miał być wyryty monogram K. Za pomocą drąga, okutego żelazem, skała rozkruszy się z łatwością, odkrywając baryłki, które pan Antifer bez trudu zdoła zatoczyć do statku.

Pan Antifer pragnął te skarby wydobyć bez świadków, z wyjątkiem Ben-Omara i Nazima, których odpędzić nie mógł, a ponieważ, jak sądził, nikt na statku nie był ciekawy wiedzieć, po co podróżni nasi tu przyjechali, nie było więc z tej strony żadnej obawy. Lecz powrót do Maskatu razem z karawaną mógł przedstawić niejakie trudności.

– Później o tem pomyślę, powiedział sobie w duchu pan Antifer, i zaczął razem ze swym przyjacielem Trégomain i Julianem wchodzić na pochyły brzeg wysepki, której średnia wyniosłość dochodziła do stu pięćdziesięciu stóp nad poziom morza Opodal postępowali Ben-Omar i Nazim. Gromada dzikich kaczek poderwała się z krzykiem za ich zbliżeniem, jakby dziwiąc się obecności ludzi w spokojnem dotąd schronieniu. W istocie można było przypuszczać, że od bytności Kamylk-Paszy noga ludzka nie postała na tej wysepce.

Pan Antifer sam dźwigał drąg, którego nie byłby ustąpił nikomu; Trégomain niósł motykę, a Julian busolę, podług której kierowali się w pochodzie.

Notaryusz zaledwie zdążył iść obok Sauka; był jeszcze tak osłabiony, że z trudnością trzymał się na nogach. Nadzieja pozyskania tak znacznego procentu dodawała mu siły; wiedział jednak, że Sauk dlatego tylko pozwoli mu zabrać tę sumę, aby sobie zapewnić jego dyskrecyę, skoro uda mu się pochwycić skarb Kamylk-Paszy. Powierzchnia gruntu była skalista i nierówna, nie można więc było postępować po niej swobodnie. Podróżni nasi musieli się nawet zapuścić nieco w głąb wysepki, aby ominąć wzgórza zbyt przykre do przebycia. Z miejsca, w którem się obecnie znajdowali, mogli widzieć cały obwód wysepki, gdzieniegdzie wychylały się rozrzucone nadbrzeżne skały, a pomiędzy niemi i ta, która kryła w swej głębi miliony. Nie mogło tu być żadnej pomyłki, gdyż testament określał, że skała owa miała się znajdować na południu.

Za pomocą busoli Julian poznał ją wkrótce. Był to wystający w morze przylądek, którego brzegi okryte były białawą pianą fal morskich.

Julian i Trégomain, chociaż nic do siebie nie mówili, rozumieli się jednak doskonale. Obydwaj lękali się o zmysły pana Antifera, gdyby ten nie znalazł skarbu Kamylk-Paszy. Trégomain rozdrażniony, jak nigdy, z takim gniewem uderzył motyką o skałę, że aż drobne odłamki posypały się dokoła.

– Trégomain, co ci się stało? zawołał pan Antifer.

– Nic, nic, odparł Trégomain.

– Lepiej zachowaj twoje siły na chwilę, gdy trzeba, będzie rozbijać skałę.

– Dobrze, dobrze, mój przyjacielu!

Podróżni nasi, stosując się do wskazówek Juliana, zwrócili się w stronę południowego wybrzeża, odległego co najwyżej o jakie sześćset kroków.

Pan Antifer, Ben-Omar i Sauk szli coraz prędzej, jak gdyby ich tam ciągnął magnes, ten wszechpotężny magnes złoty, taki ponętny i pożądany dla ludzi. Zdawać się mogło, że złoto wydziela z siebie jakąś woń subtelną, która ich upaja rozkosznie.

W dziesięć minut później znaleźli się na wybrzeżu, które ostrym kantem zachodziło w morze. Skała oznaczona monogramem Kamylk-Paszy, musiała się znajdować tuż ponad morzem.

Doszedłszy do celu swej podróży, pan Antifer był tak niespokojny i rozdrażniony, że o mało nie zemdlał. Gdyby go Trégomain nie był podtrzymał w objęciach, byłby upadł bezsilny na ziemię.

– Mój wuju! mój wuju! wołał Julian.

– Mój przyjacielu! powtarzał Trégomain.

Wyraz twarzy Sauka zdawał się mówić:

– Niech zginie, niech przepadnie ten szkaradny człowiek, to ja wtedy zostanę jedynym spadkobiercą Kamylk-Paszy!

Ben-Omar zajęty był inną troską.

– Gdyby pan Antifer umarł, nie wskazawszy dokładnego miejsca, gdzie są przechowane skarby, procent mój przepadnie!

Lecz na szczęście, panu Antiferowi nie groziło tak poważne niebezpieczeństwo, wkrótce odzyskał zmysły i podniósł drąg, który mu się z ręki wysunął.

Potem wszyscy zaczęli się uważnie rozglądać dokoła. Wybrzeże było w tem miejscu tak wzniesione nad poziom morza, że nawet podczas przypływu woda zalewać go nie mogła. Była to więc miejscowość zupełnie odpowiednia do ukrycia milionów. Zdawało się, że z łatwością można będzie odszukać kryjówkę, jeśli tylko burze, szalejące w zatoce Oman nie zatarły monogramu, który Kamylk-Pasza wyrył przed ćwierć wiekiem.

– Porozbijam wszystkie sąsiednie skały, powiedział sobie w duchu pan Antifer. Przeszukam wszystkie zakątki, choćbym miał tu przesiedzieć kilka tygodni. Statek odeślę po żywność do Sohar. Za nic w świecie nie opuszczę wysepki, nim nie odnajdę skarbów, których jestem prawym posiadaczem.

Sauk mniej więcej powtarzał sobie to samo w myśli, tylko że myślał o sobie, a nie o tem, aby dopomagać panu Antiferowi.

Wszyscy gorliwie zabrali się do poszukiwań, schylali się, rozchylali krzewy i porosty morskie, ścierali mchy, pokrywające rozpadliny w skałach. Pan Antifer stukał okutym drągiem po skałach, Trégomain uderzał w nie motyką. Ben-Omar znużony i wycieńczony czołgał się na czworakach, pełzając wśród skał, jak rak. Julian i Sauk również byli zajęci. Nikt nie odzywał się ani słówkiem, wszyscy pracowali w milczeniu, jak gdyby znajdowali się na pogrzebie.

I w istocie, czyż ta nieznana wysepka nie była podobna do cmentarza, a kryjówka, gdzie były zakopane skarby, do ciemnego grobu, z którego podróżni nasi chcieli wykopać miliony?

Po półgodzinnych poszukiwaniach nic jeszcze nie znaleziono. Nikt jednak nie tracił nadziei i nie powątpiewał ani na chwilę, że skarby znajdują się na wysepce.

Słońce sypało żarem swych promieni na głowy podróżnych, pot oblewał ich czoła, ale oni nie zwracali na to uwagi. Pracowali z zapałem podobnym do zapału mrówek, budujących mrowisko.

Nareszcie rozległ się okrzyk radości, podobny raczej do wycia dzikiego zwierzęcia.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 40

Wyrwał się on z piersi pana Antifera, który z odkrytą głową, trzymając w jednej ręce kapelusz, wskazywał drugą ręką gładką, prostopadłą ścianę skały.

– Tam, tam! powtarzał.

O mało co nie przykląkł przed tą skałą, jak Włoch przed posągiem Madonny. Wszyscy przybiegli, usłyszawszy ten okrzyk. Na skale widać było monogram Kamylk-Paszy, trochę przez czas zatarty, ale zawsze jeszcze zupełnie czytelny.

– Tam, tam, powtarzał pan Antifer, i wskazywał na podstawę skały, gdzie mieli zacząć poszukiwania, gdyż jak się spodziewał, w tem miejscu od lat trzydziestu dwóch ukrywały się skarby Kamylk-Paszy.

Pod uderzeniami żelaznego drąga posypały się odłamki skały, które Trégomain odrzucał motyką. Wśród skał widoczne były kawałki betonu. Otwór w skale powiększał się z każdą chwilą. Serca wszystkich biły przyśpieszonem tętnem; jeszcze jedno uderzenie, a z wnętrza ziemi wytrysną miliony.

Lecz beczułki nie ukazywały się jakoś; widać, że Kamylk-Pasza ukrył je głęboko. Lecz dobrze zrobił, będąc tak przezornym…

Nagle odezwał się dźwięk metaliczny; drąg uderzył o jakiś twardy przedmiot.

Pan Antifer pochylił się nad otworem, wsunął weń głowę i drżącemi rękami badał wnętrze kryjówki.

Gdy się podniósł, twarz miał czerwoną, a oczy krwią mu nabiegły. W ręku trzymał metalowe pudełko, mające objętości co najwyżej jeden decymetr kubiczny.[1]

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem i rozczarowaniem.

Pierwszy Trégomain zawołał:

– Jeśli tam jest sto milionów, niech mnie dyabli…

– Cicho bądź! zawołał z gniewem pan Antifer.

I znowu pochylił się nad otworem, wygarniając zeń gruzy i odłamki, aby lepiej poszukać beczułek.

Daremna praca. W zagłębieniu nic więcej, oprócz tego metalowego pudełka, na którem wyryty był również monogram Kamylk-Paszy.

Wszystkie więc trudy i koszta były daremne! Czyż po to przybyli z tak daleka, aby stać się igraszką niewłaściwego żartu?

Julian nie bardzo się tem zmartwił, ale spojrzawszy na wuja, przeraził się okropnie. Pan Antifer wyglądał w istocie jak człowiek obłąkany; oczy nabiegły mu krwią, usta wykrzywił uśmiech okropny, jakieś nieokreślone dźwięki wydobywały się z gardła.

Trégomain twierdził później, że zdawało mu się, iż dla Antifera wybiła już ostatnia godzina.

Nagle pan Antifer dźwignął się z ziemi i wyprostował; uchwycił drąg i z największem uniesieniem uderzył w pudełko, które pękło, a wewnątrz ukazał się papier.

Był to pergamin pożółkły przez czas, a na nim widać było kilka wierszy, skreślonych w języku francuskim. Pismo było jeszcze wyraźne i czytelne.

Pan Antifer schwycił ten papier i, zapominając o tem, że Ben-Omar i Sauk mogli go usłyszeć, że mógłby wyjawić przed nimi tajemnicę, o której nie powinni wiedzieć, zaczął czytać drżącym głosem następujące wyrazy:

„Ten dokument zawiera długość drugiej wysepki, o której Tomasz Antifer, albo jeśli on nie żyje, jego spadkobierca w prostej linii, zawiadomi bankiera Zambuco, mieszkającego w…”

Tu pan Antifer zatrzymał się i ręką przysłonił usta, aby się z niczem więcej nie wygadać.

Sauk zdołał o tyle zapanować nad sobą, że nie okazał, jak gorzkim był dla niego ten zawód.

Gdyby pan Antifer był mniej ostrożny, Sauk byłby się dowiedział, jaka to była długość geograficzna tej drugiej wysepki, której tajemnicę szerokości geograficznej posiadał bankier Zambuco. Oprócz tego dowiedziałby się, w jakim kraju mieszkał wyżej wymieniony bankier.

Notaryusz był w rozpaczy; usta miał spieczone gorączką i oddychał z wielką trudnością. Oprzytomniał jednak prędko i czując się w prawie dowiedzenia się o zamiarach Kamylk-Paszy, zapytał:

– A więc gdzie ten bankier Zambuco mieszka?

– U siebie! odpowiedział pan Antifer.

I składając papier, schował go do kieszeni.

Ben-Omar w przystępie bezsilnej rozpaczy wyciągnął ręce do nieba.

Skarb nie znajdował się więc na wysepce w zatoce Oman. Podróż miała tylko na celu zawiadomienie pana Antifera o tem, aby się porozumiał z nową zupełnie osobistością, z bankierem Zambuco! Czy ten bankier był drugim spadkobiercą, którego Kamylk-Pasza chciał również wynagrodzić za usługi, oddane mu niegdyś? Czy on miał się podzielić z panem Antiferem znalezionym skarbem, który był przeznaczony tylko dla tego ostatniego?… Tak można było mniemać i zastanawiając się logicznie, należało wnioskować, że zamiast stu milionów, do kieszeni pana Antifera wpłynie tylko pięćdziesiąt.

Dla Juliana było to rzeczą dość obojętną, onby wolał wyrzec się milionów, aby tylko prędzej znaleźć się znów w kółku rodzinnem i zobaczyć ciotkę, która go wychowała i Elizę, którą kochał bardzo.

Gildas Trégomain nie zmartwił się również tą przypuszczalną stratą; uśmiech jego zdawał się mówić:

– No, i pięćdziesiąt milionów to ładny kąsek, gdy komu niespodziewanie wpadnie do gardła!

Julian z niepokojem spoglądał na wuja, mniemał bowiem, że wyczyta na jego twarzy gniew i rozczarowanie. Lecz pan Antifer prędko ochłonął z przykrego wrażenia, myśląc sobie:

– Ha! cóż robić, muszę poprzestać na pięćdziesięciu milionach!




Przypis

  1. Decymetr jest to 1/10 część metra.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.