FANDOM



Rozdział XIV Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział XV • Juliusz Verne Rozdział XVI
Rozdział XIV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział XV
Juliusz Verne
Rozdział XVI
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Nazajutrz, zanim pierwsze promienie słońca rozjaśniły powierzchnię zatoki, Selik stukał już do pokoików w karawanseraju. Pan Antifer ukazał się we drzwiach natychmiast gdyż całą noc spędzi bezsennie. Julian także ukazał się niezadługo.

– Statek czeka już na nas, oznajmił Selik.

– Idziemy natychmiast, odpowiedział Julian.

– A gdzież jest Trégomain? zapytał pan Antifer. Zapewne śpi jak suseł, pójdę go obudzić.

W istocie Trégomain spał jak zabity, ale pan Antifer bez ceremonii ściągnął go z posłania.

Julian tymczasem, tak jak to było postanowione, poszedł uprzedzić notaryusza i Nazima. Byli oni gotowi już do drogi. Nazim z trudnością ukrywał niecierpliwość jaka nim miotała; Ben-Omar na samą myśl o podróży morskiej zaledwo trzymał się na nogach.

Gdy Selik ujrzał zbliżających się dwóch Egipcyan, taki wyraz zdziwienia odbił się na jego twarzy, że to zwróciło uwagę Juliana. Ale zdziwienie Selika można było łatwo usprawiedliwić, skąd bowiem mogły się znać ze sobą osoby narodowości odrębnej i znać się tak dobrze, że aż płynęły razem w celu odbycia badań geograficznych? A ponieważ wiemy, kim był Selik, możemy się domyśleć, jakie podejrzenia zbudziły się w jego głowie.

– Czy ci dwaj nieznajomi mają zamiar jechać razem z panami? zapytał Selik Juliana.

– Tak, odpowiedział Julian z pomięszaniem, są to nasi towarzysze podróży… Przyjechaliśmy na tym samym okręcie z Suez do Maskatu…

– Czy oni należeli do tej samej karawany?

– Tak jest… tylko trzymali się na uboczu, a to dlatego, że mój wuj jest w bardzo złym humorze…

Julian mięszał się i wikłał w swojem tłómaczeniu, którego jednak nie był zmuszony udzielić Selikowi. Dlaczegóż miał się usprawiedliwiać, gdzie ci Egipcyanie jadą? Jadą, bo im się tak podobało.

Selik nie nalegał, chociaż to wszystko wydawało mu się bardzo podejrzanem; postanowił tylko nieustannie zwracać pilną uwagę na owych podróżnych zarówno jak na pana Antifera i jego towarzyszy.

W tej chwili ukazał się pan Antifer, prowadząc z sobą nawpół śpiącego Trégomaina. Nie spojrzał nawet na Ben-Omara i Nazima, i poszedł naprzód z Selikiem, a za nim podążyli wszyscy, kierując się w stronę portu.

Przy końcu tamy usypanej z kamieni dla osłabienia pędu wody, stał dwumasztowy statek zwany Berbera. Załoga jego składała się z dwudziestu ludzi, czyli była liczniejszą niż wymagała obsługa statku, mającego ładunku pięćdziesiąt beczek. Julian dostrzegł to od razu, ale nie wypowiedział głośno swej uwagi. Zresztą dostrzegł jeszcze co innego, a mianowicie: że połowa tych ludzi nie była marynarzami; i w istocie była to policya z Sohar, którą Selik miał na swoje rozkazy.

W takiem położeniu żaden człowiek rozsądny, znający obecny stan rzeczy, nie byłby dał nawet dziesięciu franków za sto milionów przekazanych w spadku przez Kamylk-Paszę, przypuściwszy, że one istotnie znajdują się na wysepce.

Podróżni wsiedli na statek, który nagle zakołysał się trochę, gdy Trégomain stanął na pokładzie. Ben-Omar wahał się, i kto wie, czy nie byłby umknął w stanowczej chwili, gdyby Nazim nie był go trzymał pod ramię. Bojąc się zwrócić na siebie gniewną uwagę pana Antifera, notaryusz przesunął się niepostrzeżenie. Największą troskliwość pan Antifer okazywał względem instrumentów; chronometr powierzył swojemu przyjacielowi, który go zawinął w chustkę od nosa i trzymał w ręku.

Właściciel statku był to stary Arab o wyrazie twarzy stanowczym i przebiegłym. Gdy podróżni znaleźli się na pokładzie, kazał rozwinąć żagle i podług wskazówki udzielonej mu przez Juliana za pośrednictwem Selika, popłynął w stronę północno-wschodnią.

Tym sposobem dążyli już do upragnionej wysepki. Gdyby wiatr wiał z zachodu, za dwadzieścia cztery godziny powinniby się do niej dostać, ale wybryki natury nieraz dobrze potrafią dokuczyć ludziom. Wiatr powiewał wprawdzie w kierunku przyjaznym, lecz za to chmury zasłaniały niebo. Nie dość więc, że płynęli na wschód, musieli jeszcze przybić do lądu we właściwem miejscu. Ażeby tego dokonać, trzeba było sprawdzić długość i szerokość geograficzną; długość przed południem, a szerokość w chwili gdy słońce przechodzić będzie przez południk. Chcąc zmierzyć wysokość, trzeba czekać, aby tarcza słoneczna raczyła się ukazać, a tymczasem zdawało się, że kapryśna gwiazda dzienna nie ukaże się dziś wcale.

To też pan Antifer, przechadzając się po pokładzie statku, spoglądał z gorączkowym niepokojem na niebo i morze. Wyglądał słońca jak zbawienia.

Trégomain siedział opodal, potrząsając głową z powątpiewaniem. Julian był także posępny i zmartwiony; w podróży przytrafiały się rozmaite zwłoki, a tam, w Saint-Malo, ciotka i Eliza wyglądały jego powrotu, lub chociażby listu, który kto wie czy dojdzie do ich rąk?

– Co to będzie, jeżeli słońce się nie ukaże? zagadnął wreszcie Trégomain.

– Niepodobieństwem będzie dopełnić jakiegobądź wymiaru, odpowiedział Julian.

– Czy w braku słońca nie można wyliczyć podług księżyca i gwiazd?

– Można, panie Trégomain, ale księżyc jest teraz na nowiu, a co do gwiazd, lękam się, że noc będzie równie pochmurna jak dzień. Zresztą są to wymiary i wyrachowania bardzo powikłane i trudne, które dokonać można z wielkim trudem na statku tak chwiejnym i łekkim jak ten, na którym płyniemy.

W istocie wiatr stawał się coraz chłodniejszym. Na zachodzie gromadziły się gęste mgły, jakby dymy wydobywający się z odległego krateru.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 36

Tymczasem pan Antifer, stojąc na pokładzie okrętu, łajał i wykrzykiwał, wygrażając pięścią słońcu, że nie chciało się pokazać i że nie było mu posłuszne tak jak Jozuemu.

Zwolna jednak promienie słońca przedzierały się przez chmury lub kryły za nie kolejno. Niepodobna było skorzystać z chwilki przejaśnienia, aby otrzymać wymiar wysokości. Julian próbował kilka razy, lecz sextant opadał na dół, nie wykazawszy żądanego wymiaru.

Arabowie nie są bardzo obeznani z narzędziami przeznaczonemi do żeglugi morskiej; więc i ci marynarze nie mogli zrozumieć, czego chce właściwie Julian. Nawet Selik, nieco więcej wykształcony od nich, nie pojmował dlaczego młodzieniec przywiązuje taką wagę do tych spostrzeżeń, robionych za pomocą słońca. To tylko jedno rozumieli wszyscy, że podróżni byli z czegoś bardzo niezadowoleni.

Na pana Antifera Arabowie spoglądali tak, jak na człowieka, który postradał zmysły. Stary marynarz bowiem chodził tam i napowrót po pokładzie, machał rękami i mówił sam do siebie.

Gdy Julian i Trégomain prosili go, aby zjadł z nimi śniadanie, rozgniewał się okropnie i kazał im pójść precz. Posilił się tylko suchym kawałkiem chleba i położył się w pobliżu wielkiego masztu, rozkazując, aby nikt nie śmiał się odezwać do niego ani słówka.

Po południu żadna zmiana nie zaszła w stanie atmosfery. Chmury okrywały horyzont, wiatr dość silny podnosił bałwany, a morze zdawało się coś zapowiadać, jak mówią marynarze.

I nie mylili się, wiatr zapowiadał burzę, która nadciągała od południo-zachodu. Burze te, zwane khamsin, dosyć często przytrafiają się w zatoce Oman. Dążą one od strony Egiptu, szaleją na wybrzeżu arabskiem i dosięgają aż oceanu Indyjskiego.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 37

Nie było więc innej rady, jak cofnąć się, kierując w stronę północno-wschodnią. Podczas gdy właściciel statku i załoga okazała w czasie trwania burzy dużo męztwa i zręczności, Julian dostrzegł, że połowa ludzi leżała na pokładzie, nie biorąc żadnego udziału w pracy. Znać było, że nietylko są nieobeznani z żeglugą, ale nawet nie oswojeni z widokiem rozhukanego morza, które przejmowało ich trwogą. Oczywiście ci ludzie nigdy nie byli na morzu. Wtedy przyszła Julianowi do głowy myśl, że wyprawa jego wuja jest ścigana przez policyę i że może Selik jest agentem policyjnym… Piękna nadzieja dla spadkobiercy Kamylk-Paszy!

Sauk niemniej był rozgniewany z powodu niepogody. Jeżeli burza potrwa kilka dni, nie będzie można wziąć żadnego wymiaru i zarazem określić dokładnie położenia wysepki. Widząc, że nic nie poradzi, pozostając dłużej na pokładzie, zszedł do kajuty, gdzie się znajdował nieszczęśliwy Ben-Omar.

Julian i Trégomain przedstawiali panu Antiferowi, że najlepiej byłoby wylądować, ale ten nawet słuchać o tem nie chciał. Zostawili go więc na pokładzie, pod osłoną płótna nasyconego smołą, a sami położyli się na ławkach.

– Nasza wyprawa zły obrót bierze, szepnął Trégomain.

– I ja jestem tego samego zdania, potwierdził Julian.

– Nie traćmy nadziei, że jutro się rozpogodzi i że będziesz mógł dokonać wymiaru…

– Tak, tak, miejmy nadzieję, panie Trégomain!

Nie powiedział mu jednak, że miał jeszcze inne troski, oprócz niesprzyjającego stanu atmosfery.

Słońce musi się wreszcie ukazać i wysepkę także można znaleźć, jeżeli istnieje ona w rzeczywistości, gorsza jednak sprawa była z tymi podejrzanymi ludźmi, którzy znajdowali się na pokładzie statku.

Gdy noc zapadła, ciemna i mglista, rzeczywiste niebezpieczeństwo groziło niewielkiemu statkowi; nie tyle z powodu jego lekkości, gdyż ta lekkość właśnie podtrzymywała go na powierzchni fal, lecz z powodu nagłych zmian kierunku wiatru. Statek byłby z pewnością zatonął, gdyby nie odwaga i zręczność właściciela.

Po północy wiatr zmniejszył się, ale za to deszcz zaczął padać. Podróżni nasi pocieszali się nadzieją, że nazajutrz będzie zmiana. Lecz oczekiwania ich zostały zawiedzione; wprawdzie chmury nie były tak groźne, jak wczoraj, a wicher nie tak gwałtowny, zawsze jednak mgła otaczała ich dokoła, nie przepuszczając promieni słońca. Po ulewie, która trwała całą noc, nastąpił drobny, ale na chwilę nieustający deszczyk, który gorzej jeszcze dokuczyć potrafi.

Gdy rano Julian wyszedł na pokład, nie mógł zapanować nad swem niezadowolnieniem; wobec takiego stanu atmosfery nie można nawet mówić o żadnym wymiarze. Niepodobieństwem było określić również, gdzie w obecnej chwili znajdował się statek, po rozmaitych zboczeniach z drogi, na jakie narażony był podczas nocy. Nawet właściciel statku, który znał doskonale zatokę Oman, nie mógłby też na to odpowiedzieć. Na przestrzeni wód nie widać było żadnego lądu. Czyżby już minęli upragnioną wysepkę? Było to rzeczą bardzo możliwą, gdyż wiatr, wiejący od zachodu, mógł zapędzić statek zbyt daleko ku stronie wschodniej. Nie można było się o tem przekonać z powodu uporczywie trwającej niepogody.

Pan Antifer był już tak rozgniewany, że nie chciał nawet mówić ze swymi towarzyszami.

Julian nie narzucał się wujowi, lecz za to narażony był na ciągłe zapytania ze strony Selika, któremu odpowiadał wciąż w sposób wymijający.

– Prawda, panie, że dzień dzisiejszy źle się zapowiada? zaczął Selik.

– Bardzo źle, potwierdził Julian.

– Nie będzie pan mógł użyć swoich maszyn, aby się przyjrzeć słońcu?

– Zdaje się, że nie.

– Cóż więc pan zrobi?

– Będę czekał.

– Przypominam panu, że statek zaopatrzony jest w żywność tylko na trzy dni; jeśli więc niepogoda potrwa dłużej, musimy wracać do Sohar…

– Naturalnie, że trzeba będzie wrócić.

– Więc zaniechacie panowie waszego projektu, zbadania wysepek, rozrzuconych w zatoce?

– Być może… albo też odłożymy naszą wycieczkę do bardziej sprzyjającej pory roku.

– I będziecie panowie czekali w Sohar?

– W Sohar albo w Maskacie, to dla nas wszystko jedno.

Młody kapitan miał się na baczności, rozmawiając z Selikiem, a obawy jego, jak wiemy, były zupełnie usprawiedliwione. Selik zatem niewiele się od niego dowiedział.

Trégomain ukazał się na pokładzie prawie równocześnie z Saukiem. Obydwaj z niezadowoleniem spoglądali na chmurne niebo i gęstą mgłę.

– Słońca ani odrobiny, rzekł Trégomain, ściskając dłoń Juliana.

– Nie widać ani jednego promienia, odpowiedział Julian.

– A co porabia Antifer?

– Stoi tam, na przodzie statku.

– Boję się o niego, szepnął Trégomain, z rozpaczy gotów wskoczyć w morze.

Godziny wlokły się nieznośnie; sextant spoczywał w pudełku; chronometr także okazał się bezużytecznym, gdyż nie można było określić w południe różnicy godzin długości pomiędzy Paryżem a punktem w zatoce, gdzie znajdował się statek. Po południu czas nie poprawił się bynajmniej.

Właściciel statku oznajmił Selikowi, że jeżeli nazajutrz czas się nie zmieni, to on zwróci się w stronę zachodnią, aby się zbliżyć do lądu, ale dokąd dopłyną, sam nie wie. Czy wylądują w Sohar, w Maskacie, albo też dalej na północ przy wejściu do cieśniny Ormudzkiej? Niepodobieństwem było odpowiedzieć na to pytanie.

Selik powtórzył Julianowi rozmowę, jaką miał z właścicielem statku.

– Zgadzam się na jego projekt, odpowiedział młody kapitan.

I na tem skończył rozmowę z Selikiem.

Do nocy nic się nie zmieniło. Nawet schylając się ku zachodowi, słońce nie zdołało przebić chmur. Deszcz stawał się coraz drobniejszy, co można było uważać za oznakę, wróżącą zmianę atmosfery. Wiatr uspokoił się znacznie i chwilami zupełnie nawet przycichał. Wtedy Trégomain maczał rękę w wodzie i wystawiał ją na działanie powietrza. Wówczas zdawało mu się, że zaczyna powiewać lekki wiatr od wschodu.

– Gdybym ja płynął po rzece Rance, rzekł, to wiedziałbym dobrze, czego się mam trzymać, ale z morzem to inna sprawa… Tutaj ja nic nie wiem!

Julian zrobił tę samą uwagę, co do zmiany kierunku wiatru, przytem zdawało mu się, że przed zachodem słońce raz wyjrzało z poza opony chmur.

Pan Antifer dostrzegł widać także ten promień słońca, gdyż oczy jego rozpromieniły się radością, jak gdyby odbiły się w nich blaski słoneczne.

Wieczorem wszyscy posilili się skromnie, aby oszczędzić zapasów żywności, których zaledwie mogło wystarczyć na dwadzieścia cztery godziny. Nazajutrz więc należało koniecznie zbliżyć się do lądu, jeśli naturalnie statek nie był zbyt oddalonym od ziemi.

Noc upłynęła spokojnie; wzburzone morze uspokoiło się znacznie. Wiatr, zawiewający od wschodu, zmusił do wykręcenia żagli w inną stronę.

O godzinie trzeciej nad ranem chmury rozeszły się, a na niebie ukazały się ostatnie konstelacye. Teraz można się już było spodziewać, że Julian zdoła wziąć wymiar.

I w istocie tarcza słoneczna ukazała się na horyzoncie w całym blasku swej piękności. Purpurowe i złote promienie olśniewającem światłem zalały powierzchnię wód zatoki.

Trégomain zdjął kapelusz, aby powitać wschód słońca. Nawet żaden z Gwebrów, czcicieli ognia, z większym szacunkiem nie witałby ukazania się gwiazdy dziennej.

Można sobie wyobrazić, jaka zmiana zaszła w usposobieniu wszystkich podróżnych, z jaką niecierpliwością oczekiwali godziny, w której można było wziąć wymiar. Arabowie wiedzą, że Europejczycy potrafią się przekonać, gdzie się znajdują na morzu, chociaż nie widzą lądu, więc też i właściciel statku ciekawy był dowiedzieć się, gdzie są obecnie?

Słońce tymczasem wznosiło się coraz wyżej na niebie czystem i nie przyćmionem najlżejszą nawet chmurką. Nie było więc obawy, aby młody kapitan doznał jakiej przeszkody w chwili, gdy będzie chciał wymierzyć południk.

Przed samem południem Julian poczynił odpowiednie przygotowania. Pan Antifer przyglądał mu się w milczeniu, tylko oczy jego błyszczały, jak dwa rozpalone węgle.

Trégomain stał po prawej stronie Antifera, za nim Sauk, a Selik nieco dalej.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 38

Julian podniósł sextant w lewej ręce, kieruje lunetę w stronę horyzontu.

Statek kołysał się lekko na falach.

Wziąwszy wymiar wysokości, Julian rzekł:

– Dokonałem mego zadania.

Potem, gdy przeczytał cyfry, oznaczone na krawędzi ze stopniami, zszedł do kajuty, aby zrobić obliczenia.

W dwadzieścia minut później wrócił na pokład, aby powiadomić wuja o wyniku swych badań

Statek znajdował się na szerokości 25½ stopnia na północ. Był więc o 3 minuty dalej na północ niż szerokość, na jakiej przypuszczalnie znajdowała się wysepka.

Ażeby dopełnić badania, trzeba było jeszcze zmierzyć kąt wskazujący godziny.

Jakże te chwile wydawały się długiemi nietylko panu Antiferowi, ale i Julianowi i poczciwemu Trégomain, a nadewszystko Saukowi. Zdawało im się, że upragniona chwila nigdy nie nadejdzie.

Tymczasem statek, stosownie do wskazówek Juliana, zwrócił się nieco ku południowi.

O godzinie wpół do trzeciej po południu, młody marynarz brał kilkakrotnie wymiar wysokości, podczas, gdy Trégomain znaczył godzinę na chronometrze. Po zrobieniu obrachunku, długość wypadła następująca: 54 stopnie, 58 minut.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 39

– Tam leży upragniona wysepka!… zawołał uradowany Julian.

Statek więc był o minutę za daleko na wschód w stosunku do poszukiwanej wysepki.

W tej chwili dał się słyszeć okrzyk. Jeden z Arabów wskazywał na jakiś ciemny punkt zjawiający się na horyzoncie w stronie wschodniej, w odległości może dwóch mil.

– Moja wysepka! zawołał pan Antifer.

W istocie musiała to być ta sama wysepka, gdyż dokoła nie było widać żadnego innego lądu.

Pan Antifer był jak w gorączce, Trégomain trzymał go za poły, tak się lękał o swego przyjaciela; zdawało mu się, że pan Antifer wskoczy do wody, aby wpław dopłynąć do wysepki.

Statek zwrócił się we wskazanym kierunku i dzięki lekkiemu wietrzykowi, który wiał od wschodu, można było się spodziewać, że za pół godziny podróżni nasi dopłyną do wysepki.

I dopłynęli w istocie, a Julian przekonał się raz jeszcze, że położenie jej zgadzało się zupełnie ze wskazówkami udzielonemi przez Kamylk-Paszę, to jest z szerokością geograficzną, którą Tomasz Antifer przekazał swemu synowi Piotrowi Antifer, a która była następująca: 24 stopnie 59 minut na północ i długość o jakiej go powiadomił Ben-Omar, przybywszy do Saint-Malo, to jest: 54 stopnie 57 minut na wschód od południka paryskiego.

Oprócz tej wysepki, na przestrzeni wód zatoki Oman, nie ukazywał się żaden inny ląd.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.