FANDOM



Rozdział XIII Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział XIV • Juliusz Verne Rozdział XV
Rozdział XIII Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział XIV
Juliusz Verne
Rozdział XV
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Było to szczęście dla naszych podróżnych, że przybyli do Sohar nie dla przyjemności, lecz dla interesu, gdyż miasto nie zasługuje na uwagę turystów. Ulice są w niem dość czyste, lecz place pozbawione cienia i zieloności, domy rozrzucone bezładnie, z oknami wychodzącemi tylko na dziedzińce, podług obyczaju wschodniego. Mała rzeczułka leniwie płynie, a woda jej zaledwie wystarcza na potrzeby spragnionych mieszkańców. Oto wszystko, co mogło być godne uwagi. Wprawdzie zapomnieliśmy jeszcze o pałacu imana, w którym czasami władca przepędza kilka tygodni, gdy przyjdzie mu fantazya przebywania w północnej części swego państwa; ale była to budowla pozbawiona ozdób architektonicznych, w których celują Arabowie.

Położenie geograficzne miasta Sohar określone jest z całą dokładnością. Znajduje się pod 54 stopniem i 29 m. długości wschodniej, a 24 stop. i 37 metrem szerokości północnej.

Tak więc podług wskazówek, znajdujących się w liście Kamylk-Paszy, należało szukać wysepki o dwadzieścia ośm minut części koła na wschód od Sohar, a o dwadzieścia dwie na północ. Była to więc odległość od czterdziestu do pięćdziesięciu kilometrów od wybrzeża.

W Sohar jest bardzo mało hoteli; największy z pomiędzy nich jest tak zwany na Wschodzie karawanseraj, gdzie niema żadnych wygód, do jakich przyzwyczajeni są Europejczycy. Umeblowanie pokoi składa się tylko jedynie z łóżka. I do tego to właśnie zajazdu usłużny Selik zaprowadził pana Antifera i jego towarzyszy.

– Co za szczęście, że spotkaliśmy tego uprzejmego Araba! powtarzał Trégomain. Jaka szkoda, że on nie mówi po francusku!

Selik porozumiewał się tylko z Julianem. Znużeni podróżą, Julian i Trégomain nie myśleli dnia tego o niczem więcej, jak o dobrej wieczerzy i wygodnem spaniu. Ale nie tak łatwo było nakłonić pana Antifera, aby się przychylił do tego rozsądnego projektu. Gdy znalazł się w pobliżu wysepki, spotęgowało się w nim jeszcze pragnienie posiadania skarbu co najrychlej. Miałżeby odpoczywać, gdy najwyżej mil dwanaście oddzielało go od zakątka ziemi, gdzie Kamylk-Pasza zakopał swoje drogocenne beczułki?

Niecierpliwość i rozdrażnienie nerwowe pana Antifera stało się powodem dość niemiłej sceny, którą dopiero uspokoił Julian, przedstawiając wujowi, że pośpiech mógłby popsuć wszystko w tej sprawie; że nie należało budzić podejrzeń policyi i że skarb nie ulotni się przez te 24 godzin.

– Jeżeli tylko istnieje ów skarb? powiedział sobie Trégomain. Mój przyjaciel oszalałby chyba, gdyby tam skarbu nie było wcale, albo gdyby był i zniknął.

Obawy poczciwego Trégomain były poniekąd uzasadnione.

Jeżeli panu Antiferowi z powodu rozczarowania groziło tak wielkie niebezpieczeństwo, nie mniejsze, chociaż w innym rodzaju, groziło także Saukowi. Fałszywy Nazim uniósłby się z pewnością gniewem do tego stopnia, że kto wie, czy Ben-Omar wyszedłby cało z tych opałów. Niecierpliwość dręczyła tak samo Sauka, jak pana Antifera. Obydwaj spędzili noc bezsennie. Pan Antifer myślał o wynajęciu statku, Sauk zaś o zebraniu ze dwudziestu łotrów, którzyby się odważyli na wszystko, za dobrem, ma się rozumieć wynagrodzeniem, a na których czele Sauk mógłby próbować pochwycić skarb, skoro pan Antifer będzie z nim powracał do Sohar.

Zaświtała jutrzenka i pierwsze promienie słońca rozjaśniły pamiętny dzień 28 marca.

Julian miał się porozumieć z Selikiem w kwestyi wynajęcia statku. Podejrzliwy Arab całą noc spędził bezsennie siedząc na dziedzińcu karawanseraju.

Julian był trochę onieśmielony tem, że miał prosić Araba o dziwną poniekąd przysługę. Zaledwo bowiem przybyli do Sohar, już nazajutrz chcieli wynająć statek.

Chęć odbycia morskiej wycieczki mogła tylko usprawiedliwić to żądanie, ale wycieczka nie powinna trwać czterdzieści ośm godzin! Projekt podobnej wycieczki mógł się wydawać dziwnym, a nawet podejrzanym.

Może Julian niepotrzebnie niepokoił się tem, co sobie myśleć będzie Arab o ich dziwacznym projekcie. Ale nie było innego sposobu, jak tylko zapytać go o radę. To też spotkawszy Selika, Julian prosił go, aby mu się wystarał o statek, któryby mógł być zdatny do odbycia kilkodniowej morskiej wycieczki.

– Czy zamiarem panów jest przepłynąć zatokę i wylądować na wybrzeżu perskiem? zapytał Selik.

Julianowi przyszło na myśl, aby przez naturalną i swobodną odpowiedź odwrócić podejrzenia Araba. Zapomni, że poprzednio mówił mu co innego.

– Nie, odparł, wycieczka nasza ma na celu kwestyę geograficzną. Chodzi tu o stanowcze określenie główniejszych wysepek, znajdujących się w zatoce… Czy w pobliżu Sohar znajdują się też jakie wysepki?

– Jest ich tu dość znaczna liczba, odpowiedział Selik ale żadna z nich nie ma wielkiego znaczenia.

– Bądź-co-bądź, dodał Julian, mamy polecenie sprawdzić kartę geograficzną i porównać ją z tem, co znajdziemy w zatoce.

– Uczynicie, panowie, jak wam się podoba, odpowiedział Selik i nie nalegał więcej. Odpowiedź młodego kapitana wydała mu się bardzo podejrzana. Gdyby Julian pamiętał, że Selikowi nie była obcą ta wiadomość, iż pan Antifer pragnie w jakiemkolwiek mieście założyć dom handlowy, byłby się odezwał coś w tym guście. Lecz projekt założenia domu handlowego nie zgadzał się z tą hydrograficzną wycieczką po zatoce Oman.

Odpowiedź Juliana stała się więc powodem, że naszych podróżnych jeszcze uważniej pilnowano.

Była to rzecz bardzo nieprzyjemna, bo jeśli pan Antifer znalazłby swój skarb, iman dowiedziałby się o tem natychmiast, i chcąc go posiąść, mógł nawet kazać zgładzić ze świata spadkobiercę, aby uniknąć tej nieprzyjemności, iż spadkobierca dopominać się miał później o swą należność.

Selik obiecał wystarać się o statek odpowiedni na tę wycieczkę i przyrzekł, że załoga składać się będzie z ludzi zaufanych, na których można polegać.

– Żywności trzeba zabrać na trzy lub cztery dni, powiedział Selik, gdyż w czasie porównania dnia z nocą można się zawsze spodziewać jakiegoś opóźnienia.

Julian podziękował Selikowi, mówiąc, że zostanie sowicie wynagrodzony za swoje usługi.

Ucieszony tą obietnicą Selik, dodał:

– Możeby lepiej było, abym ja pojechał razem z panami na tę wycieczkę? Nie znacie panowie języka arabskiego, to może wam trudno będzie rozmówić się z właścicielem statku i z załogą…

– Masz pan słuszność, odpowiedział Julian. Zostań więc w naszej służbie przez czas naszego pobytu w Sohar, a powtarzam raz jeszcze, że nie będziesz żałował swego trudu.

Po tej rozmowie Julian wrócił do wuja, który przechadzał się na wybrzeżu ze swoim przyjacielem Trégomain.

Skoro Julian opowiedział im o rezultacie swoich zabiegów, Trégomain był uszczęśliwiony, że będą mieli za przewodnika Araba, którego twarz wyraża tyle rozumu i bystrego pojęcia.

Pan Antifer pochwalił siostrzeńca milczącem skinieniem głowy, a po chwili rzekł:

– A statek zamówiony?

– Nasz tłómacz wystara się o niego i zaopatrzy go w żywność.

– Zdaje mi się, że za dwie godziny statek powinien być gotów do podróży. Cóż u licha, przecież tu nie idzie o podróż naokoło świata!

– Zapewne, że nie, mój przyjacielu, odpowiedział Trégomain, ale zawsze trzeba zostawić ludziom trochę czasu na przygotowania… Proszę cię, nie bądź tak niecierpliwym…

– Nie nudź mnie swojemi uwagami! przerwał z gniewem pan Antifer.

– No, to się gniewaj, kiedy ci to sprawia przyjemność, rzekł obojętnie Trégomain.

Godziny upływały, a Julian nie miał żadnej wiadomości od Selika. Rozdrażnienie pana Antifera potęgowało się z każdą chwilą.

– Z przyjemnością wrzuciłbym do wody tego Araba, powtarzał. Ależ on po prostu zażartował z ciebie, Julianie!

Julian starał się usprawiedliwić, ale to podniecało tylko jeszcze bardziej gniew pana Antifera. Trégomain nie śmiał się już nawet odezwać.

– Ten tłómacz jest oszustem i niegodziwcem, wołał pan Antifer w gniewnem uniesieniu. Nie budzi on we mnie żadnego zaufania; wiem, że on chce nam ukraść nasze pieniądze…

– Ależ ja mu nie dałem ani grosza, mój wuju!

– To źle zrobiłeś!.. Gdybyś mu był dał dobrą zaliczkę…

– Ale przecież wuj mówił dopiero co, że on chce nas okraść…

– Co mówiłem, to mówiłem…

Jakże tu poradzić sobie z panem Antiferem, który wygłaszał tak sprzeczne zdania! Julian i Trégomain postanowili tylko czuwać nad nim, aby nie popełnił jakiego głupstwa lub nieostrożności i nie naraził się na podejrzenia. Ale nie tak to łatwa była sprawa z tak upartym, jak pan Antifer, człowiekiem.

– Jesli niema statku, weźmy łódź rybacką, których tyle znajduje się w porcie, rzekł pan Atifer. Można przecież zgodzić się z tymi ludźmi.

– Tak, ale jak się z nimi rozmówić, kiedy nie umiemy ani słowa po arabsku? odpowiedział Julian.

– Oni zaś nie umieją po francusku, dodał Trégomain.

– A dlaczego nie umieją? odparł z gniewem pan Antifer.

– Jest to bardzo źle z ich strony, odezwał się Trégomain, chcąc uspokoić rozdrażnienie przyjaciela.

– To twoja wina, Julianie!

– Bynajmniej, mój wuju, bronił się Julian. Ja chciałem wszystko urządzić jak najlepiej i jestem pewny, że nasz tłómacz zjawi się tu niedługo… Zresztą jeżeli wuj nie ma do niego zaufania, można użyć pośrednictwa Ben-Omara i jego dependenta, którzy mówią po arabsku. Widzę ich przechadzających się na wybrzeżu…

– Co? ja miałbym ich prosić o pośrednictwo? Nigdy w życiu! Dość mi tego, że włóczą się za mną jak cienie!

– Ben-Omar ma taką minę, jakby się chciał do nas przybliżyć, odezwał się Trégomain.

– Niech spróbuje, ale nie zaręczam, czy go nie zepchnę w morze.

W istocie Sauk i notaryusz nie odstępowali prawie naszych podróżnych. I nic w tem dziwnego: przecież mieli być świadkami zakończenia tego finansowego przedsięwzięcia, które groziło dramatem.

Sauk nalegał na Ben-Omara, aby się jeszcze raz starał rozmówić z panem Antiferem. Ale notaryusz, widząc rozdrażnienie spadkobiercy, nie miał ochoty narażać się na nowe z jego strony obelgi.

Julian rozumiał, że postępowanie wuja z Ben-Omarem pogorszyło jeszcze sprawę.

– Mój wuju, zaczął Julian, musisz mnie wysłuchać, choćbyś się miał nie wiem jak pogniewać na mnie! Zastanówmy się rozsądnie nad tą ważną kwestyą…

– To, co ty nazywasz zastanowieniem się rozsądnem, ja mogę nazywać nierozsądnem… Wszystko zależy od zapatrywania się… Ale zresztą mów, czego chcesz?

– Chciałem zapytać cię, mój wuju, czy nawet w chwili, gdy dostajemy się już do celu podróży, nie zechcesz się rozmówić i porozumieć z Ben-Omarem?

– Nie rozmówię się za nic w świecie! Ten łotr chciał mi ukraść moją tajemnicę, kiedy jego obowiązkiem było tylko powiadomić mnie o tem, co mu polecono. To niegodziwiec… szkaradny niegodziwiec…

– Wszystko to dobrze, mój wuju, ja nie chcę go uniewinnić; ale powiedz mi, czy obecność jego jest ci stanowczo narzucona przez wolę wyrażoną w testamencie Kamylk-Paszy?

– Naturalnie, że stanowczo.

– I on ma być bezwarunkowo obecnym tam na wysepce, gdy będziesz wydobywał beczułki ze skarbami?

– Nie inaczej.

– Oprócz tego służy mu prawo przekonania się o wartości w nich zawartej, skoro Kamylk-Pasza przekazał mu procent jeden od stu.

– Ma się rozumieć, że mu służy to prawo.

– Jeśli więc notaryusz ma być obecnym przy odkopaniu skarbu, czy nie lepiej, żeby wiedział, gdzie i w jaki sposób to się ma odbyć?

– Może i masz słuszność!

– A jeżeli z winy twojej, mój wuju, lub choćby tylko nieprzyjaznych okoliczności, notaryusz nie mógłby być obecnym przy wydobyciu skarbów, jako wykonawca testamentu; kto wie, czy nie zaprzeczonoby ci prawa do spadku i czy nie stałoby się to powodem do procesu, który przegrałbyś z pewnością, mój wuju?

– W istocie masz słuszność.

– Zatem jesteś zmuszony, mój wuju, przebywać w towarzystwie Ben-Omara podczas twojej wycieczki do zatoki Oman, nieprawdaż?

– No, nie inaczej?

– Powinieneś mu więc powiedzieć, aby był gotów do nowej morskiej podróży.

– Nie, nie uprzedzę go o tem za nic w świecie, odpowiedział z właściwym sobie uporem pan Antifer.

– Nie chcesz słuchać dobrej rady i błądzisz bardzo, odezwał się Trégomain. Dlaczego upierasz się tak nierozsądnie? Julian ma słuszność, żądając od ciebie, abyś się porozumiał z Ben-Omarem. Egipcyanin i mnie się nie podoba, ale cóż robić, skoro go uniknąć nie możemy.

Trégomain rzadko kiedy odzywał się z tak długą przemową, a jeszcze większą osobliwością było to, że pan Antifer mu nie przerywał, tylko oczy mu płonęły gniewem, a twarz rumieniła się i bladła naprzemian. Trégomain, wnosząc z jego milczenia, mniemał, że go zdołał przekonać.

– Czy już skończyłeś, Trégomain? zapytał wreszcie pan Antifer.

– Skończyłem, odparł tenże z tryumfującą miną, spoglądając znacząco na Juliana.

– A ty, Julianie, nie masz mi już nic do powiedzenia?

– Nie, mój wuju!

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 35

– Obydwaj zatem możecie sobie pójść do licha! Jeśli chcecie, możecie się porozumieć z notaryuszem, co do mnie, nie przemówię do niego ani słowa; odezwałbym się do niego chyba po to, aby go nazwać niegodziwym oszustem. A teraz dajcie mi pokój, odpowiedziałem wam chyba jasno i dobitnie!…

Dla nadania większej mocy swoim słowom, pan Antifer zaklął tak, jak kląć umieją tylko marynarze, i oddalił się szybko, pozostawiając towarzyszy samych.

Julian jednak był po części zadowolony ze swej rozmowy z wujem, gdyż ten nie zabronił mu, aby porozmawiał z notaryuszem. Tymczasem Ben-Omar, naglony przez Sauka, przysunął się teraz trochę śmielej.

– Panie, zapytał Juliana z nizkim ukłonem, czy mi przebaczysz, że się ośmielam…

– Idźmy prosto do rzeczy, przerwał Julian. Czego chcesz?

– Dowiedzieć się, czy dojechaliśmy już do celu podróży?

– Mniej więcej…

– Gdzież jest wysepka, której szukamy?

– W odległości dwunastu mil od miasta Sohar, na pełnem morzu.

– Niestety! zawołał Ben-Omar. Musimy więc znów wypłynąć na morze!

– Ma się rozumieć.

– A panu taka podróż nie służy, dodał ze współczuciem Trégomain.

Rzeczywiście litość brała patrzeć na biednego Ben-Omara, który zdawał się być blizkim omdlenia.

Sauk spoglądał obojętnie, jak gdyby w istocie nie rozumiał ani słowa po francusku.

– Odwagi, panie, rzekł Gildas Trégomain; dwa lub trzy dni żeglugi morskiej przeminą prędko. Przyzwyczaisz się pan, przyzwyczaisz.

Notaryusz przecząco wstrząsnął głową i otarł z czoła krople zimnego potu.

– Skąd panowie macie zamiar wsiąść na statek? zapytał drżącym głosem, zwracając się do Juliana.

– Stąd, z Sohar, odpowiedział Julian.

– Kiedy?

– Jak tylko będzie gotów statek, który chcemy wynająć.

– A kiedyż będzie on gotów?

– Może dziś wieczorem, a najpóźniej jutro rano. Bądź pan zatem gotów do podróży wraz ze swoim dependentem Nazimem, jeżeli jego obecność jest panu koniecznie potrzebna.

– Będę… będę gotów, odpowiedział Ben-Omar.

– Niech Ałłah ci dopomaga, rzekł Trégomain, który w nieobecności przyjaciela mógł okazać współczucie biednemu notaryuszowi.

Ben-Omar i Sauk nie mogli się już teraz dowiedzieć niczego więcej; wprawdzie byliby chcieli wiedzieć, gdzie znajduje się wysepka, ale ponieważ młody kapitan nie udzielił im tego objaśnienia, byli zmuszeni oddalić się.

Po ich odejściu rzekł Trégomain do Juliana:

– Zdaje mi się, że się pośpieszyłeś zanadto, twierdząc, że dziś wieczór albo jutro rano statek gotów będzie do drogi. Teraz jest już godzina trzecia po południu, a tłómacz się nie pokazał. Doprawdy zaczyna mnie to niepokoić. Jeśli on nas zawiedzie, jak się tu porozumieć z tymi rybakami w Sohar? Chyba będziemy się rozmawiali na migi. Ale jak tu nająć statek, objaśnić ich, w jakim kierunku mają płynąć? Chyba trzeba będzie poprosić o pośrednictwo Ben-Omara i Nazima… Oni chyba umieją po arabsku… Ale jak tu poradzić sobie z Antiferem?

Nareszcie ukazanie się Selika wybawiło ich z kłopotu; lecz była to już może godzina piąta po południu. Trégomain i Julian chcieli już wracać do karawanseraju, gdy spostrzegli Selika, zbliżającego się ku nim z pośpiechem.

– Jesteś pan nareszcie! zawołał Julian.

Selik usprawiedliwił się z opóźnienia. Z trudem wyszukał odpowiedniego statku i musiał drogo zapłacić za najem.

– Mniejsza o to, odpowiedział Julian. Czy dziś wieczór będziemy mogli wypłynąć na morze?

– Nie, odpowiedział Selik, załoga będzie gotowa dopiero na jutro rano.

– A zatem będziemy mogli wyjechać?

– Zaraz o świcie.

– Bardzo dobrze.

– Ja pójdę po panów do karawanseraju, dodał Selik, i wypłyniemy z chwilą odpływu morza.

– Jeżeli wiatr będzie nam sprzyjał, dodał Trégomain, będziemy mieli bardzo przyjemną podróż.

W istocie droga zapowiadała się dobrze, gdyż wiatr wiał z zachodu, a pan Antifer miał szukać swej drogocennej wysepki w stronie wschodniej.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.