FANDOM



Rozdział XII Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział XIII • Juliusz Verne Rozdział XIV
Rozdział XII Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział XIII
Juliusz Verne
Rozdział XIV
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Nazajutrz 23 marca o wschodzie słońca karawana wyruszyła ze stolicy imanatu i dążyła drogą niedaleko wybrzeża morskiego.

Była to prawdziwa karawana, jakiej Trégomain nie widział jeszcze nigdy w życiu. Składała się ze stu Arabów i Indusów i mniej więcej z takiejże samej liczby zwierząt pociągowych.

Tak znaczna liczba osób nie lękała się żadnego niebezpieczeństwa; a chociaż i na lądzie stałym spotyka się rozbójników, nie napadają oni jednak na tak wielkie gromady ludzi.

Pomiędzy krajowcami było kilku bogatych banianów czyli kupców. Podróżowali oni jednak bez przepychu, zajęci jedynie interesami, które ich powoływały do Sohar.

Z cudzoziemców byli tylko nasi podróżni, wraz z Ben-Omarem i Nazimem.

Ci ostatni nie spóźnili się na odjazd karawany, pilnowali oni dobrze pana Antifera, który zresztą nie taił się wcale ze swoimi zamiarami, nie mówiąc naturalnie o dalszych projektach.

Spostrzegłszy ich wpośród osób, należących do karawany, pan Antifer nie zaszczycił ich nawet ukłonem, a pod groźnem jego spojrzeniem i Gildas Trégomain nie śmiał odwrócić głowy.

Wielbłądy, muły i osły wiozły podróżnych i towary. O żadnym powozie a choćby nawet wózku nie mogło być mowy, gdyż droga, którą postępowała karawana, nie była bynajmniej gościńcem, lecz stanowiła grunt nierówny i kamienisty, miejscami przerznięty bagniskami, na podobieństwo łąk wilgotnych. Każdy więc jechał tak, jak mu się podobało.

Wuj i siostrzeniec dosiedli mułów, które wynajęli od żydów w Maskacie za dość wysoką cenę. Pan Antifer nie liczył się teraz z wydatkami. Tylko nie można było znaleźć muła dość silnego, któryby zdołał unieść taki ciężar, jakim była osoba Gildas Trégomaina. Trzeba więc było wybrać jakieś silniejsze zwierzę.

– Wiesz co, że z tobą mamy ogromny kłopot? rzekł z niechęcią pan Antifer.

– Cóż robić, mój kochany, odparł filozoficznie Trégomain, nie trzeba było mnie zmuszać do podróży!.. Pozwól mi zostać w Maskacie, gdzie bądę oczekiwał twojego powrotu….

– Nigdy się na to nie zgodzę!

– Więc cóż na to poradzić? Nie mogę przecież kazać się pokrajać w kawałki.

– A czyby pan nie chciał jechać na wielbłądzie? zapytał Julian.

– Dlaczegóżby nie, mój chłopcze, i owszem, odpowiedział Trégomain.

– Dobra myśl! zawołał pan Antifer. Naszemu przyjacielowi będzie wygodnie podróżować na grzbiecie wielbłąda….

– Którego słusznie nazywają okrętem pustyni, dodał Julian.

– Dobrze, pojadę na okręcie pustyni, odparł zgadzający się na wszystko Trégomain.

Tak więc przyjaciel pana Antifera odbywał podróż, siedząc wygodnie pomiędzy dwoma garbami wielbłąda. Wprawdzie gdy wielbłąd szedł prędzej, Trégomain nie mógł powiedzieć, że mu jest wygodnie, ale na to nie było rady.

Przy końcu karawany jechał Sauk na żwawym mule, a tuż koło niego Ben-Omar na niewielkim ośle, gdyż szanowny notaryusz lękał się dosiąść muła, który bywa nieraz kapryśny i uparty i wtedy tylko słucha, gdy czuje, że kieruje nim dłoń silna.

Karawana odbywała dziennie z dziesięć mil drogi, odpoczywając w południe dwie godziny. W cztery dni zatem powinna była dojść do Sohar, jeżeli nie zdarzy się jakaś nieprzewidziana zwłoka.

Jakże te cztery dni ciągnęły się długo dla pana Antifera, który wciąż myślał o swojej wysepce. Cel jego podróży był blizkim, lecz pan Antifer, zamiast być zadowolonym, był coraz więcej niespokojnym i rozdrażnionym. Towarzysze nie mogli się z nim dogadać i musieli poprzestać na rozmowie pomiędzy sobą.

– Powiedz mi, Julianie, zapytał Trégomain w chwili, gdy ich nikt nie mógł usłyszeć, czy ty wierzysz w ten skarb Kamylk-Paszy?

– Hm! odpowiedział Julian, wydaje mi się to rzeczą bardzo nieprawdopodobną i fantastyczną!

– Julianie, a gdyby ta wysepka nie istniała wcale?

– Przypuśćmy nawet, że istnieje, panie Trégomain, ale jeśli niema na niej skarbu?

– Byłby to dla niego cios straszny, Julianie, i kto wie, czy umysł jego nie ucierpiałby pod wpływem takiego wstrząśnienia.

Naturalnie, że ani Trégomain ani Julian nie wspominali o swoich obawach panu Antiferowi, bo i na cóżby się to przydać mogło? Przekonania pana Antifera nic nie zdołałoby zachwiać ani zmienić. Nie wątpił on ani na chwilę o tem, że dyamenty i złoto Kamylk-Paszy spoczywają we wskazanem przez niego miejscu; nie zrażały go więc trudności, jakie spotykał na drodze, prowadzącej do upragnionego celu.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 32

W istocie można było przypuszczać, że dalsza podróż odbędzie się bez przeszkody. Dostawszy się do Sohar, należało wynająć statek i popłynąć do wiadomej wysepki, aby wydobyć skarb. Panu Antiferowi zdawało się, że to już nie będzie przedstawiało żadnej trudności. Przypuszczał również, że przeniesienie skarbu z wysepki do Sohar dokona się łatwo. Ale chcąc powrócić do Maskatu, trzeba będzie umieścić beczułki na grzbietach wielbłądów, tak, jak inne towary, które przewożą w ten sposób. Jak jednak potem wpakować je na okręt, nie budząc podejrzeń urzędników komory celnej, którzy żądać będą opłaty wysokiego cła? A kto wie, czy iman nie będzie miał ochoty przywłaszczyć sobie tego skarbu, gdyż może się uważać za posiadacza fortuny, znalezionej na gruncie jego państwa? Bo chociaż pan Antifer mówił „moja wysepka,” wysepka jednak nie należała do niego. Kamylk-Pasza nie mógł mu jej przekazać, wysepka więc należała do imanatu w Maskacie.

Były to w istocie wielkie i trudne do zwyciężenia przeszkody. Bo też co za nierozsądną myśl powziął bogaty Egipcyanin, aby ukryć swe bogactwa na wysepce w zatoce Oman? Czyż niema setek, a nawet tysięcy innych wysepek, rozrzuconych na powierzchni mórz, nawet wpośród niezliczonych archipelagów oceanu Spokojnego, które nie są niczyją własnością i skąd spadkobierca mógłby spokojnie zabrać swój spadek, nie budząc niczyich podejrzeń.

Cóż jednak poradzić w kwestyi takiej, w której niema innego punktu wyjścia. Wysepka zajmowała w zatoce Oman miejsce, prawdopodobnie od epoki geologicznej formacyi naszej kuli ziemskiej i może być, że pozostanie tam do skończenia świata. Co za szkoda, że nie można zaczepić liny i pociągnąć ją za okrętem aż do Saint-Malo! Byłoby to niesłychanie ułatwiło zadanie.

Pan Antifer był więc bardzo zakłopotany i rozdrażniony, nie można go zatem było nazwać miłym towarzyszem podróży. Jechał zasępiony, nie odpowiadając na pytania, i trzymał się zwykle trochę na uboczu.

Julian i Trégomain odgadywali, co musiało się dziać w duszy pana Antifera, lecz żaden nie starał się zwalczyć tego usposobienia; obydwaj spoglądali tylko na siebie, porozumiewając się wzrokiem i ruchem głowy.

Pierwszy dzień podróży nie utrudził ich zbytecznie, chociaż upał był dosyć wielki. Klimat południowej Arabii, mianowicie na granicy zwrotnika Raka, jest bardzo gorący i przykry dla Europejczyków. Gorący wiatr, wiejący od strony gór, nie ochładza powietrza, przesyconego żarem promieni słonecznych; powiew od strony morza nie może także zmniejszyć upału. Wzgórza Gebel, wznoszące się od zachodu, odbijają promienie słońca, olśniewając wzrok potokami światła. Podczas trwania upałów powietrze jest duszne nawet w nocy i sen staje się niemożliwym.

Podróżni nasi dlatego nie bardzo ucierpieli z początku z powodu upału, że karawana posuwała się wybrzeżem, osłoniętem drzewami; okolice bowiem Maskatu nie mają bynajmniej pozoru pustyni. Roślinność rozwija się tu nawet dosyć bujnie. Widać tam pola zasiane prosem, w miejscach, gdzie grunt jest suchszy, to znowu ryżem, w miejscach bardziej wilgotnych. Cienia także tu nie brak wśród drzew bananów i mimozy, która dostarcza gumy arabskiej, stanowiącej jedną z głównych gałęzi handlu krajowego.

Wieczorem karawana rozłożyła się obozem ponad małą rzeczką, która, zasilana górskimi strumieniami, toczy zwolna swe fale ku zatoce. Zwierzęta oswobodzone z uprzęży puszczono na trawę, nie pętając ich nawet, gdyż są one już przyzwyczajone do tych regularnych odpoczynków.

Wielbłąd, na którym jechał Trégomain, ukląkł, jak wierny wyznawca koranu podczas wieczornej modlitwy, a Trégomain, wydostawszy się na ziemię, popieścił na podziękowanie pysk zwierzęcia. Gorzej się przytrafiło Ben-Omarowi, bo jego osieł znudzony, że jeździec niezbyt prędko zsiadał na ziemię, zrzucił go, a niefortunny jeździec, upadając, zwrócił się twarzą do Mekki, jak gdyby hołd składał Ałłahowi. Lecz zdaje się, że w tej chwili biedny notaryusz nie był wcale usposobiony do modlitwy.

Noc upłynęła spokojnie, a nazajutrz o świcie karawana w dalszą ruszyła drogę. Okolica stawała się bardziej odkrytą i pustą. Przed wzrokiem patrzących rozciągała się teraz płaszczyzna, na której piasek zastępował trawę, nadając jej zupełnie pozór pustyni, wraz ze wszystkiemi jej niedogodnościami, to jest brakiem wody i cienia. Dla Arabów, przyzwyczajonych do takich podróży, przeprawa nie była uciążliwa, ale dla Europejczyków mogła się wydawać nieznośną.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 33

Na szczęście podróżni nasi dość okazali się wytrwali; najmniej wytrwały z powodu swej nadmiernej tuszy Trégomain, podróżował stosunkowo najwygodniej. Siedząc pomiędzy dwoma garbami wielbłąda, kołysany miarowym jego chodem, drzemał sobie spokojnie, nie lękając się upadku. Przekonał się, że nie potrzebuje kierować wielbłądem, gdyż zwierzę zna lepiej drogę od mego. Nieraz zdawało mu się, że płynie na pokładzie swego statku, który kołysze się zlekka na falach rzeki Rance.

Julian rozmyślał o swojem drogiem bretońskiem miasteczku, o ciotce i Elizie, które pozostawił w takiem osamotnieniu. Pisał wprawdzie do nich z Maskatu, ale kiedy odbiorą one list ten?

Pan Antifer z każdą chwilą był bardziej posępny i zafrasowany, myśląc o sposobie przewiezienia beczek, zawierających skarby.

Obawy jego byłyby się spotęgowały jeszcze bardziej, gdyby był wiedział, że znajduje się wpośród karawany człowiek, który baczny nad nim rozciąga dozór. Był to krajowiec, mający lat ze czterdziesty, o przebiegłym i bystrym wyrazie twarzy. Człowiek ten nigdy nie obudził podejrzeń pana Antifera, a jednak pilnował go bezustanku.

Wspominaliśmy już o tem, że policya w państwie imana jest doskonale urządzona. Iman chce bowiem wiedzieć, w jakim celu cudzoziemcy przybywają do jego państwa. Ma więc agentów, którzy, nie nudząc podróżnych, zwracają na nich pilną uwagę i wkrótce wiedzą o nich wszystko. Czynności swe spełniają z takim sprytem, że istotnie w podziw wprowadzić mogą.

Pan Antifer znajdował się także pod baczną strażą agenta, który gotów był nawet ofiarować mu w razie potrzeby swoje usługi.

Czujność agenta mogła niesłychanie utrudnić zadanie pana Antifera. Wydobycie takiego bajecznego skarbu i przewiezienie go do Suez, już było rzeczą bardzo trudną, a cóżby to było dopiero, gdyby jego wysokość dowiedział się prawdy!

Na szczęście pan Antifer nie domyślał się tej czujności. Nawet jego towarzysze, mniej zakłopotani od niego, nie zwrócili nigdy uwagi na Araba, który wszystko śledził. Za to dostrzegło go baczne oko Sauka, a podejrzenie, że agent pilnuje pana Antifera, zbudziło się natychmiast w umyśle Egipcyanina. Domysł jego potwierdziła rozmowa z kupcami, jadącymi z Sohar, którzy znali agenta i nie uważali za właściwe ukrywać przed Saukiem, kto to taki. Sauk nie chciał, aby spadek Kamylk-Paszy dostał się w ręce Francuza, ale nie chciał również, aby się stał łupem imana. Agent ze swej strony nie przypuszczał, aby Sauk i Ben-Omar dążyli do tego samego celu, co Europejczycy.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 34

Na drugi dzień przed zachodem słońca karawana zatrzymała się pod nawpół uschniętem drzewem, które stanowiło wielką osobliwość. Było ono tak olbrzymich rozmiarów, że pod jego konarami doskonale schronić się mogła cała karawana. Byłoby to pożądane schronienie w godzinach południowych, gdyż promienie słońca nie mogłyby się przecisnąć przez gałęzie, roztaczające się, jak kopuła na wysokości piętnastu stóp ponad ziemią.

– Nigdy jeszcze nie widziałem podobnego drzewa! zawołał z podziwieniem Julian.

– I może już nigdy nie zobaczysz takiego olbrzyma, dodał Trégomain.

– Mój wuju, cóż ty powiesz na ten przepyszny okaz roślinnego świata? dodał Julian, zwracając się do pana Antifera.

Lecz wuj nic mu nie odpowiedział, dla tej prostej przyczyny, że nie słyszał jego zapytania i nie zwrócił uwagi na to, co wywołało podziw Juliana i Trégomaina.

– Zdaje mi się, rzekł Trégomain, że w jednym zakątku naszej Bretanii znajduje się szczep winny niepospolitej także wielkości….

– Tak jest, potwierdził Julian, jednakże ta winorośl nie może iść w porównanie z tem olbrzymiem drzewem, wobec którego wydawałaby się maleńkim krzaczkiem.

Było to drzewo figowe, którego grubość pnia dochodziła do stu stóp obwodu. Z tego pnia, jakby z wieży, strzelały w górę ramiona, okryte setkami ogromnych gałęzi, które plątały się w rozmaitych kierunkach, okrywając cieniem przestrzeń ziemi na jakie pół hektara. Było to schronienie, przez które ani promienie słońca, ani ulewa przedostać się nie mogła.

Trégomain tak był zachwycony tem drzewem, że miał wielką ochotę policzyć jego gałęzie i już zaczął rachować na palcach, zaczynając od dolnych gałęzi, gdy usłyszał, że ktoś wymówił tuż za nim kilka słów po angielsku. Nie zrozumiał ich, nie znając tego języka, ale natomiast zrozumiał je Julian, który skinieniem głowy podziękowawszy krajowcowi, zwrócił się z objaśnieniem do pana Trégomain:

– Zdaje się, że na tem drzewie znajduje się z dziesięć tysięcy gałęzi.

– Dziesięć tysięcy! powtórzył ze zdumieniem Trégomain.

– Tak przynajmniej mówił mi ten Arab.

Wspomniany Arab nie był kim innym, jak agentem imana. Skorzystał on ze sposobności zawiązania rozmowy i przedstawił się Julianowi, jako tłómacz ambasady angielskiej w Maskacie, grzecznie ofiarując swoje usługi Europejczykom.

Julian podziękował mu i opowiedział następnie wujowi o tem spotkaniu, pytając, czy mu się ów nieznajomy nie przyda na co, skoro przybędą do Sohar?

– Być może, odparł z roztargnieniem pan Antifer, pomów z tym człowiekiem i powiedz mu, że go sowicie wynagrodzę za jego usługi….

– Jeżeli tylko będę miał czem, mruknął z niedowierzaniem Trégomain.

O ile Julian był zadowolony z tego spotkania, o tyle zaniepokoiło ono Sauka; postanowił więc w duchu mieć na oku agenta. Gdyby chociaż Ben-Omar dowiedział się, dokąd się mają udać, gdyby wiedział, gdzie znajduje się ta wysepka, czy w zatoce Oman, czy w cieśninie Ormudzkiej, lub zatoce Perskiej? Czy należało jej szukać przy brzegach Arabii lub Persyi i dosięgnąć granic, gdzie królestwo Szacha styka się z państwem Sułtana? Jak więc długo trwać mogły te poszukiwania? Może pan Antifer zamierzał znowu wsiąść na okręt w Sohar? Ale jeżeli nie uczynił tego w Maskacie, było to może wskazówką, że wysepka znajdowała się poza cieśniną Ormudzką? A może podróż ciągnąć się będzie dalej? Może dążyć będą z karawaną w głąb zatoki Perskiej?

Te i tym podobne niepokojące myśli i przypuszczenie zajmowały umysł Sauka, który gniew swój i rozdrażnienie wywierał wciąż na nieszczęśliwym notaryuszu.

– Czy to moja wina, tłómaczył się notaryusz, że pan Antifer uważa mnie za człowieka obcego i udaje nawet, że mnie nie widzi?

A w duchu dodawał:

– O! gdyby nie ten przyobiecany procent, jużby mnie tu dawno nie było.

Następnego dnia karawana przebywała przestrzeń zupełnie odkrytą, nie urozmaiconą nawet żadną oazą. Dzień ten i dwa następne znużyły niesłychanie podróżnych. Trégomain o mało się nie roztopił z gorąca, jak te lodowce z mórz podbiegunowych, które się dostaną w cieplejsze strefy.

Dalsza podróż odbyła się już bez żadnego ważniejszego wypadku. Arab, nazwiskiem Selik, czyli mówiąc jaśniej, agent imana, poznajomił się lepiej z Julianem, z powodu, że obydwaj znali język angielski. Ale młody kapitan był z natury przezorny i nie zdradził przed Selikiem tajemnicy swego wuja. Powtórzył mu tę samą bajeczkę, którą powiedzieli agentowi francuskiemu, to jest, że szukają miasta, odpowiedniego do założenia handlowego domu.

Nie wiadomo, czy Selik uwierzył słowom Juliana, czy też udawał, że wierzy, aby się czegoś więcej dowiedzieć.

Wreszcie po czterech dniach podróży, dnia 27 marca, karawana weszła do miasta Sohar.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.