FANDOM



Rozdział V Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział VI • Juliusz Verne Rozdział VII
Rozdział V Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział VI
Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

I tak upłynął tydzień, a poseł się nie zjawiał. Gildas Trégomain twierdził, że mniej byłby zdziwiony, gdyby ukazał się z nieba prorok Elizeusz, niż gdyby przybył poseł Kamylk-Paszy. Ale o przekonaniu swoim nic nie mówił swemu przyjacielowi.

Pan Antifer stał się jeszcze bardziej pochmurnym i zamkniętym w sobie. Jeśli pragnął tych milionów, nie pragnął ich dla siebie, nie chciał mieszkać w pałacu, ubierać się w kosztowne szaty, jadać na złocie i srebrze i jeździć karetą! Nie, on tego wszystkiego nie pragnął, on chciał dla swej rodziny i biednych ludzi użyć tego skarbu, aby im przyszłość polepszyć. Było to jego jedyne życzenie. Lecz ponieważ poseł się nie zjawiał, marzenia pana Antifera spełnić się nie mogły. Być może, iż zyska kiedyś te miliony, ale to będzie już po niewczasie.

Niespokojny i rozdrażniony nie mógł wysiedzieć w domu. Ukazywał się tylko przy obiedzie lub wieczerzy i jadał bardzo mało. Trégomain teraz więcej niż kiedykolwiek był narażony na wybuchy jego złego humoru.

Nanon zaczęła się lękać o brata, aby nie zapadł na zdrowiu. Jedynem zajęciem pana Antifera była tylko przechadzka na stacyę kolei żelaznej, lub na wybrzeże Sillon, dokąd przybijały okręty. Tu przypatrywał się uważnie wszystkim cudzoziemcom, którzy odznaczali się powierzchownością właściwą południowcom, aby się przekonać, czy niema między nimi posła Kamylk-Paszy, który mógł być rodem z Armenii, czyli typem odrębnym, łatwym do poznania po stroju i fizyognomii. Przytem nieznajomy pytałby się zaraz o adres pana Piotra-Servan-Malo Antifera.

Ale nie spotkał nikogo podobnego. Pomiędzy podróżnymi znajdowali się mieszkańcy Normandyi i Bretanii, Norwegii i Anglii, ale nie było przybysza ze stron tak dalekich.

Dziewiątego lutego pan Antifer, zjadłszy śniadanie, podczas którego nie odezwał się ani słowa, wyszedł na swoją zwykłą przechadzkę, jak Dyogenes, który szukał człowieka. Wprawdzie nie nosił w jasny dzień zapalonej latarki, ale za to miał wzrok doskonały, który dostrzegłby z daleka osobę, tak przez niego pożądaną.

Szedł wązką uliczką, przy której wznosiły się wysokie domy o śpiczastych dachach. Skręcił przez ulicę Bey na plac Duguay i, zobaczywszy, która godzina na kompasie, minął plac Chateaubriand, obszedł dokoła kiosk, otoczony drzewami, pozbawionemi obecnie liści i przez wały wyszedł na wybrzeże Sillon.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 13

Tu obejrzał się uważnie na wszystkie strony, otaczając się kłębami tytuniowego dymu z fajki, którą palił prawie bez ustanku. Wielu przechodniów witało go z szacunkiem, gdyż Antifer był jednym ze znaczniejszych obywateli miasta Saint-Malo i człowiekiem ogólnie poważanym.

Ale pan Antifer był tak roztargniony, że na wiele ukłonów nie odpowiedział wcale.

W porcie znajdowało się mnóstwo okrętów, ale że była to właśnie chwila odpływu morza, trzeba było przynajmniej dwóch albo trzech godzin czasu, aby okręty przysunęły się bliżej lądu.

Pan Antifer powiedział sobie zatem, że pójdzie pierwej na kolej, gdzie może szczęście posłuży mu lepiej, niż mu służyło dotąd.

Doprawdy dziwną jest rzeczą, że człowiek nieraz fałszywą obiera drogę! Tak też stało się i dzisiaj. Pan Antifer, zajęty przypatrywaniem się nieznajomym, nie uważał, że od kilkunastu minut szedł za nim jakiś człowiek, doprawdy godzien, aby zwrócić na niego uwagę.

Był to cudzoziemiec, mający na głowie fez czerwonawy z czarnym kwastem – szatę długą, zapiętą na jeden rząd guzików i obszerne pantalony, które spadały na obuwie w formie sandałów. Człowiek ów mógł mieć lat sześćdziesiąt kilka, był wysoki i nieco pochylony i wyglądał na Egipcyanina, Armeńczyka lub Syryjczyka.

Szedł on za panem Antiferem, a w postawie jego znać było wahanie. To chciał się przysunąć do pana Antifera, to znów ociągał się, jakby się lękał popełnić omyłki. Wreszcie wyminął go i zawrócił się tak szybko, że obadwaj potrącili się wzajemnie.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 14

– Idź do licha, niezdaro! krzyknął z gniewem pan Antifer.

Lecz w tej chwili przetarł oczy, spojrzał badawczo na nieznajomego i zawołał:

– Co widzę?.. To chyba mój poseł od tego K.

Jeżeli to w istocie był ów poseł, trzeba przyznać, że nie bardzo wzbudzał zaufanie. Twarz jego chuda, żółta i pomarszczona i żywo biegające oczy wyrażały niesłychaną chytrość i przebiegłość.

– Czy mam zaszczyt mówić z panem Antiferem, tak jak mi to powiedział jeden z marynarzy? zapytał nieznajomy szkaradną francuzczyzną.

– Piotr-Servan-Malo-Antifer, do usług pana. A pan kim jesteś?

– Nazywam się Ben-Omar…

– Egipcyanin?..

– Jestem notaryuszem w Aleksandryi, a teraz mieszkam w hotelu de l’Union przy ulicy Poissoniére.

– Oczywiście notaryusze nie ubierają się tam tak elegancko, jak we Francyi, powiedział sobie w duchu pan Antifer.

Pan Antifer nie wątpił już teraz, że ma przed sobą tajemniczego posła, który mu objawi tę upragnioną długość geograficzną. Był to dla niego człowiek, oczekiwany od lat dwudziestu.

Potrafił jednak zapanować nad swoją porywczością i, nie okazując, jak głęboko wzruszyła go obecność nieznajomego, zapytał spokojnie:

– Czegóż chcesz ode mnie, panie Ben-Omar?

Egipcyanin wydawał się bardzo pomięszany.

– Chciałbym pana prosić o chwilkę rozmowy, rzekł.

– Czy pan chcesz rozmówić się ze mną u mnie w domu?

– Nie, wolałbym, abyśmy rozmówić się mogli w takiem miejscu, gdzie nikt nie mógłby nas usłyszeć.

– Chodzi tu więc o tajemnicę?

– Tak i nie. Chodzi tu o pewien układ.

Pan Antifer zadrżał; przeczuł bowiem, że Ben-Omar miał na myśli targ jakiś, którego nie należało się spodziewać od posła Kamylk-Paszy.

– Miejmy się na baczności, powiedział sobie w duchu, a głośno dodał, wskazując na wybrzeże, nieco oddalone, a tem samem wolne od ruchu i gwaru przechodniów:

– Może skierujemy się w tamtą stronę, rzekł, ale niech pan mówi prędko, gdyż wiatr zimny wieje od morza.

Gdy pan Antifer z Ben-Omarem uszli ze dwadzieścia kroków, znaleźli się w miejscu zupełnie pustem. Na łodziach, znajdujących się na wybrzeżu, nie było nikogo. Celnik, będący na służbie, przechadzał się w oddali.

Wkrótce obydwaj doszli do wskazanego przez pana Antifera punktu i usiedli na masztowem drzewie, które leżało na ziemi.

– Czy to miejsce wydaje się panu dogodne do rozmowy, panie Ben-Omar? zapytał pan Antifer.

– O! najzupełniej!

– A zatem mów pan, lecz mów jasno i zwięźle, nie tak, jak przemawiają wasze sfinksy, które się bawią stawianiem światu zagadek.

– Nie zataję nic, panie Antiferze, i z całą szczerością powiem panu wszystko, odpowiedział Ben-Omar głosem, w którym bynajmniej nie dźwięczała szczerość.

Tu zakasłał kilka razy i zapytał:

– Miałeś pan ojca?

– No, to chyba nie ulega wątpliwości.

– Słyszałem, że ojciec pana umarł.

– Umarł już lat osiem temu. Mów pan dalej!

– I wiele żeglował?

– Nie inaczej, ponieważ był marynarzem. Cóż dalej?..

– Po jakich morzach żeglował ojciec pański?

– Po wszystkich zapewne.

– A zatem był i w krajach Wschodnich?

– Ma się rozumieć, że bywał i na Wschodzie i na Zachodzie! Cóż dalej?..

– Czy podczas swoich podróży podjął znowu notaryusz, któremu krótkie odpowiedzi pana Antifera nie bardzo się podobały, nie był przed laty sześćdziesięciu na wybrzeżach Syryi.

– Być może – był… być może, że nie był… Cóż dalej?…

To „cóż dalej” nie podobało się Ben-Omarowi, który skrzywił się okropnie, okazując tem swoje niezadowolenie.

– Idź ty sobie krętemi ścieżkami, mój drogi, ja ci nic nie pomogę, powiedział sobie w duchu pan Antifer.

Notaryusz zrozumiał, że należało jaśniej się wytłómaczyć, aby przystąpić do celu rozmowy.

– Czy pan wiedziałeś o tem, rzekł, ze pański ojciec miał sposobność oddania komuś przysługi… przysługi nieocenionej, a było to właśnie na wybrzeżu Syryi?

– Nie wiem o niczem. Cóż dalej?..

– Doprawdy! odparł Ben-Omar, którego ta odpowiedź zdziwiła niesłychanie. I nie wiesz pan, czy ojciec pański dostał list od niejakiego Kamylk-Paszy?

– Od Paszy?

– No, tak.

– A dużo tam było zakrętów przy jego podpisie?

– To rzecz małej wagi, panie Antiferze. Główną zaś rzeczą jest to, czy ojciec pana odebrał list, w którym były bardzo ważne objaśnienia?..

– Nie wiem nic. Cóż dalej?..

– Czy nie przeglądałeś pan pozostałych po nim papierów?.. Niepodobieństwem jest, aby mógł zniszczyć list tak ważny… Powtarzam panu, że w tym liście były objaśnienia nader ważne…

– Czy dla pana, panie Ben-Omar?

– I dla pana także, panie Antiferze, gdyż powiem szczerze, że polecono mi właśnie odebrać ten list, który może być przedmiotem korzystnej umowy.

W tej chwili w głowie pana Antifera zabłysła myśl jedna: Ludzie, przez których przysłany był Ben-Omar, musieli wiedzieć o długości geograficznej, której mu brakowało do określenia miejsca, gdzie ukryte były miliony.

– A, łotry! szepnął do siebie. Oni chcą mi wydrzeć moją tajemnicę, chcą kupić ode mnie mój list… aby potem iść wykopać moją skrzynię!

Rozumowanie to było dość prawdopodobne.

W tej chwili pan Antifer i Ben-Omar usłyszeli kroki zbliżającego się ku nim człowieka, który szedł z wybrzeża w stronę stacyi kolei żelaznej. Zamilkli więc, a raczej notaryusz przerwał rozpoczęte zdanie. Możnaby nawet powiedzieć, że spojrzał z ukosa na przechodnia i uczynił głową jakiś znak przeczenia, z którego nieznajomy zdawał się być bardzo niezadowolony; gniewnie bowiem wzruszył ramionami i przyśpieszył kroku, tak, że wkrótce znikł z przed oczu rozmawiających.

Nieznajomy był o ile się zdawało cudzoziemcem i mógł mieć lat trzydzieści kilka. Odziany był w strój, przypominający ubiór egipski. Cerę miał śniadawą, oczy czarne i błyszczące, wzrost więcej niż średni, postawę silną i krzepką. Na twarzy malował się wyraz stanowczości, a poniekąd i dzikości, tak, że twarz ta nie pociągała ku sobie i nie budziła zaufania. Czyżby notaryusz i ów nieznajomy znali się ze sobą? Zdawało się, że tak jest, a nawet można było być tego pewnym, tylko, że w tej chwili mieli jakieś wyrachowanie, aby udać, że się nie znają.

Pan Antifer nie dostrzegł jednak wcale tego podstępu, gdyż spojrzenie i ruch nastąpiły po sobie tak szybko i nieznacznie, że zwrócić na to uwagę było niepodobieństwem. Najspokojniej więc prowadził dalej rozpoczętą rozmowę.

– Czy zechcesz pan teraz, panie Ben Omar, wytłómaczyć mi, dlaczego pragnąłeś koniecznie posiąść ten list? Dlaczego chciałeś się dowiedzieć, co on zawierał?.. Dlaczego chciałeś go kupić, jeśliby się był znajdował w mojem posiadaniu?

– Panie Antiferze, odpowiedział z pomięszaniem notaryusz, Kamylk-Pasza był moim klientem, a ponieważ zajmowałem się jego interesami…

– Kamylk-Pasza był pańskim klientem? zawołał pan Antifer.

– Tak…i jako pełnomocnik jego spadkobierców.

– Jego spadkobierców? podchwycił z najwyższem zdumieniem pan Antifer, które zadziwiło niemniej pana Ben-Omara. A więc on umarł?

– Tak, umarł.

– Miejmyż się na baczności! powiedział sobie w duchu pan Antifer. Kamylk-Pasza nie żyje, trzeba o tem ciągle pamiętać, bo jeżeli się tu coś knuje?…

– A zatem, panie Antiferze, nie masz pan tego listu? zapytał Ben-Omar, spoglądając z pod oka na swego towarzysza.

– Nie, nie mam.

– Szkoda, gdyż spadkobiercy Kamylk-Paszy, którzy pragną zebrać wszystko, co dotyczy wspomnień po ich ukochanym krewnym…

– A więc to dla pamiątki! przerwał pan Antifer. Cóż za nieocenione serca!..

– Tak, jedynie dla pamiątki, panie Antiferze. I właśnie te nieocenione serca, jak mówisz, ofiarowałyby panu znaczną summę pieniędzy, aby tylko dostać w swoje posiadanie ów list…

– A wieleż byliby za niego dali?

– Cóż to pana obchodzi, skoro nie masz tego listu?

– Zawsze niech pan powie…

– No, pewnie kilkaset franków…

– O! wielka mi rzecz kilkaset franków, odezwał się pogardliwie pan Antifer.

– Może nawet kilka tysięcy…

– No, jeśli pan chcesz wiedzieć, odezwał się pan Antifer, zniecierpliwiony do najwyższego stopnia, przyczem objął za szyję notaryusza, szepcąc mu do ucha powyższe wyrazy, to powiem panu, że ja mam ten list…

– Masz go pan?

– Tak, tak, mam ten list z monogramem K!

– Tak, tak, z podwójnem K. Mój klient podpisywał się zawsze w ten sposób!

– Mam go… mam… czytałem go i odczytywałem wielokrotnie… I wiem, a raczej odgaduję, dlaczego zależy panu tak wiele na posiadaniu tego listu…

– Panie…

– Ale go pan nie dostaniesz!

– Odmawiasz pan zatem?

– Tak, tak, stary Ben-Omarze, chyba że kupisz odemnie ten list…

– Za jaką cenę? zapytał notaryusz, sięgając do kieszeni, aby wydobyć woreczek z pieniędzmi.

– Za jaką cenę? powtórzył pan Antifer, za pięćdziesiąt milionów franków.

Ben-Omar skoczył jak oparzony, a pan Antifer spojrzał na niego tak, jak dotąd nikt w świecie na nikogo nie spoglądał, pokazując zarazem w uśmiechu wszystkie swoje zęby.

Po chwili, odezwał się głosem suchym i nawykłym do rozkazów:

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 15

– Jak się panu podoba, możesz pan dać lub nie dać!

– Pięćdziesiąt milionów! powtarzał odurzony notaryusz.

– Nie targuj się, panie Ben-Omar, ja nie ustąpię ani pięćdziesięciu centimów!

– Pięćdziesiąt milionów!

– Nie inaczej i to gotówką… w złocie lub biletach bankowych… albo w przekazie do Banku Francuskiego.

Po chwili notaryusz odzyskał nieco zimnej krwi.

– Nie ulega wątpliwości, powiedział sobie w duchu, że ten przeklęty marynarz wie, jak ważnym jest ten list dla spadkobierców Kamylk-Paszy. Przecież w nim jest objaśnienie dotyczące ukrytego skarbu; bez tego objaśnienia skarbu odszukać niepodobna. Tak więc usiłowania podjęte w celu odebrania listu okazały się bezowocne. Pan Antifer to przebiegła sztuka. Nie ma innej rady, tylko trzeba kupić od niego ten list, a raczej tę szerokość geograficzną, aby uzupełnić geograficzną długość, która znajduje się w mojem posiadaniu.

Ale jakim sposobem wiadomość ta znalazła się w posiadaniu Ben-Omara? Czyżby on, jako dawny notaryusz bogatego Egipcyanina, był owym posłem, któremu polecono, stosownie do ostatniej woli Kamylk-Paszy, oznajmić panu Antiferowi o pożądanej długości geograficznej? Przekonamy się o tem wkrótce.

W każdym razie, z jakichkolwiek-bądź pobudek działał Ben-Omar, czy stosował się lub nie do poleceń spadkobierców nieboszczyka, zrozumiał jednak, że list odzyska tylko za cenę złota, za pięćdziesiąt milionów!

Odezwał się więc po chwili z miną układną, lecz przebiegłą:

– Zdaje mi się, żeś pan powiedział pięćdziesiąt milionów?

– Tak, powiedziałem to.

– To jest rzecz tak zabawna i śmieszna, że chyba nic zabawniejszego nie słyszałem w życiu…

– Panie Ben-Omar, czy chcesz pan usłyszeć rzecz jeszcze zabawniejszą?…

– I owszem, bardzo proszę.

– To ci powiem, że jesteś stary oszust, stary łotr z Egiptu, stary krokodyl z Nilu…

– Panie!…

– No, no, nie powiem już nic więcej. Dodam tylko, że chciałeś pan łowić ryby w mętnej wodzie, czyli wydrzeć mi podstępem moją tajemnicę, zamiast wypowiedzieć mi swoją, o której polecono panu powiadomić mnie szczegółowo…

– Jakto, przypuszczałbyś pan coś podobnego?

– Ja nie przypuszczam, tylko jestem tego pewien, bo wiem, że tak jest napewno…

– Bynajmniej, domysły pańskie są mylne…

– Przestań, szkaradny oszuście!

– Panie!…

– Cofam więc wyraz: szkaradny – przez wzgląd na pański wykrzyknik! Czy chcesz pan, abym ci powiedział, co jest dla ciebie rzeczą najważniejszą w tym liście?

Notaryusz mniemał, że pan Antifer zdradzi się w tej chwili ze swoją tajemnicą i oczy radośnie mu się zaiskrzyły.

Ale pan Antifer, pomimo że był rozgniewany, miał się jednak na baczności i tak dalej mówił:

– Tak, tak, wiem, o co ci chodzi, wcale nie o zdania zawarte w tym liście, które przypominają zasługi, jakie mój ojciec oddał osobie, która się podpisała monogramem K, nie, tobie chodzi o cztery cyfry… Czy słyszysz mnie?… o cztery cyfry!…

– Cztery cyfry? szepnął Ben-Omar.

– Tak, tak, chodzi ci o cztery cyfry, które są wymienione w liście, ale ja ich nie wyjawię nikomu inaczej, jak za cenę dwanaście i pół miliona za każdą cyfrę!… Nie mamy zatem nic więcej do pomówienia. Dobranoc!

Kończąc te słowa, pan Antifer zaczął gwizdać jakąś ulubioną aryę, która miała być melodyą Aubera, lecz w wykonaniu starego marynarza przypominała raczej pianie koguta. Nucąc, pan Antifer oddalił się o kilka kroków.

Ben-Omar stał jak skamieniały, podobny do bożka Terminusa, którego przedstawiają w postaci słupa z głową ludzką, służącego do odznaczenia granic.

Notaryusz mniemał, że załatwi bez trudu interes z panem Antiferem, bo jeden tylko Mahomet wiedział, ilu prostodusznych fellahów oszukał już w Aleksandryi.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 16

Patrzał więc błędnym wzrokiem za oddalającym się Antiferem, który szedł krokiem nierównym i kołyszącym się, gestykulując przytem tak żywo, jak gdyby się sprzeczał ze swoim przyjacielem Trégomain.

Wtem pan Antifer zatrzymał się nagle; widocznie przypomniało mu się coś, o czem chciał powiadomić notaryusza, który stał wciąż nieruchomy.

– Panie Ben-Omar? zaczął.

– Czego pan chcesz odemnie?

– Zapomniałem powiedzieć panu jednej rzeczy…

– A mianowicie?

– Zapomniałem powiedzieć panu numeru…

– Numeru? podchwycił z żywością Ben-Omar.

– Tak, numeru mojego domu, mieszkam pod numerem trzecim przy ulicy des Hautes-Salles. Trzeba, żebyś pan wiedział o moim adresie, gdyż z przyjemnością ujrzę pana u siebie w dniu, w którym przyjdziesz…

– Gdy przyjdę?…

– Z milionami w kieszeni, dokończył pan Antifer i oddalił się już teraz na dobre, pozostawiając zmartwionego notaryusza, który zaczął wzywać pomocy Ałłaha i jego proroka.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.