FANDOM



Rozdział IV Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział V • Juliusz Verne Rozdział VI
Rozdział IV Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział V
Juliusz Verne
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

A! jesteś przecie, mój panie, zaczął pan Antifer.

– Przyszedłem natychmiast, gdy się dowiedziałem, że mnie wezwałeś…

– O! dużo chyba czasu upłynęło od tej chwili!

– Tyle, ile potrzeba było, abym tu przyszedł.

– Doprawdy! to chyba przypłynąłeś na swoim statku, zwanym „Piękną Amelią!

Gildas Trégomain nie odpowiedział nic na tę złośliwą przymówkę, która miała na celu porównanie wolnego ruchu statków rzecznych z szybkim ruchem kupieckich statków, krążących wzdłuż brzegów morskich. Zrozumiał, że przyjaciel był w złym humorze, a ponieważ to się często zdarzało, postanowił podług zwyczaju znieść wszystko cierpliwie.

Pan Antifer podał mu jeden palec, który Gildas uścisnął zlekka.

– Do licha! nie tak mocno! zawołał pan Antifer, ściskasz, jak gdyby żelaznemi kleszczami!

– Przepraszam cię, nie zrobiłem tego naumyślnie.

– Jeszczeby tego brakowało!

Tu ruchem ręki pan Antifer zaprosił pana Gildas Trégomain, aby zajął miejsce przy stole, umieszczonym w pośrodku pokoju.

Właściciel statku rozsiadł się wygodnie na krześle i położył na kolanach dużą bawełnianą chustkę do nosa w niebieskie i czerwone kwiaty, z kotwicami na każdym rogu.

Te kotwice drażniły pana Antifera, który wzruszał z politowaniem ramionami.

– Na co kotwice, mawiał, szkoda, żeś jeszcze nie kazał sobie wyrysować wysokiego masztu wraz z bocianiem gniazdem.

– Napijesz się koniaku? zapytał pan Antifer.

– Wszak wiesz, mój przyjacielu, że ja nigdy nic nie piję.

Pomimo tej odpowiedzi pan Antifer nalał koniaku we dwa kieliszki, gdyż podług zwyczaju, przyjętego już od lat dziesięciu, wypijał swój kieliszek, a potem kieliszek Gildas Trégomain.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 12

– A teraz porozmawiajmy, rzekł.

– O czem? odparł właściciel statku, chociaż doskonale wiedział, po co wzywał go pan Antifer.

– O czem, przyjacielu? powtórzył pan Antifer. A o czemże innem moglibyśmy rozmawiać, jeśli nie o…

– Masz słuszność! Czy znalazłeś pod tą sławną szerokością ów punkt, który cię tak zaciekawia?

– Czy znalazłem?… Ale jakże chcesz, abym go mógł znaleźć?.. Czy wtedy, gdy słucham paplaniny tych dwóch kobiet, ograniczonych do wysokiego stopnia?

– Dlaczegóż się wyrażasz w ten sposób o dobrej Nanon i ładnej Elizie.

– O! ja wiem, że ty zawsze trzymasz ich stronę przeciwko mnie… Ale nie o to mi chodzi w tej chwili… Minęło już lat ośm, gdy ojciec mój Tomasz umarł i ośm lat ciągnie się ta sama kwestya, nie posuwając się ani na krok naprzód… Musi się to przecież raz skończyć!

– Co do mnie, odparł Trégomain, mrugając oczami, skończyłbym to zaraz, nie zajmując się już więcej tą kwestyą.

– Doprawdy, przyjacielu, doprawdy! A polecenie, jakie ojciec uczynił na łożu śmierci, nic nie znaczy?.. Zdaje mi się, że takie rzeczy są święte!

– Smutna to rzecz, że poczciwy człowiek przed śmiercią nie powiedział czegoś więcej, że nic więcej nie wiedział… Do licha! czy i ja dojdę do grobu, nie dowiedziawszy się niczego więcej.

Gildas Trégomain chciał właśnie odpowiedzieć, że to przypuszczenie było bardzo prawdopodobne a nawet pożądane. Powstrzymał się jednak w porę, aby nie podniecić rozdrażnienia swego gwałtownego przyjaciela.

Tu musimy zrobić wzmiankę i udzielić niektórych wyjaśnień, co do zdarzeń, jakie miały miejsce na kilka dni przed śmiercią Tomasza Antifera.

Był to rok 1854, którego końca nie miał doczekać stary marynarz. Czując się już bardzo chorym, zwierzył się przed synem, opowiadając mu o pewnem zdarzeniu, którego tajemnicy nie mógł nigdy odgadnąć.

Pięćdziesiąt pięć lat temu, w roku 1799, Tomasz Antifer we wschodniej kompanii kupieckiej przepływał wzdłuż brzegów Palestyny, właśnie tego dnia, gdy Bonaparte kazał rozstrzelać więźniów z Jaffy. Jeden z tych nieszczęśliwych, schronił się na skałę, oczekując tam pewnej, nieuniknionej śmierci, lecz został w nocy znaleziony przez francuskiego marynarza Tomasza Antifera, który go wziął na swój okręt i pielęgnował starannie. Po upływie dwóch miesięcy ranny odzyskał zdrowie.

Ocalony więzień wyznał swemu zbawcy, kim był rzeczywiście. Nazywał się Kamylk-Pasza i był rodem z Egiptu. Żegnając się z poczciwym Tomaszem Antiferem, zapewnił go, że nigdy o nim nie zapomni i że nadejdzie chwila, w której otrzyma od niego dowody wdzięczności.

Tomasz Antifer, po rozstaniu się z Kamylk-Paszą, odbywał w dalszym ciągu dalekie morskie podróże, a chociaż myślał nieraz o przyrzeczeniu człowieka, któremu ocalił życie, doszedł wreszcie do przekonania, że obietnice te nigdy się nie ziszczą i że lepiej zrobi, jeśli wcale o nich myśleć nie będzie.

Wreszcie stary marynarz wycofał się ze służby i osiadł w Saint-Malo, zajmując się już tylko wykształceniem syna swego Piotra w zawodzie marynarza. Miał wtedy Tomasz Antifer lat sześćdziesiąt siedem, gdy w czerwcu 1842 roku otrzymał jakiś list, pisany po francusku, a pochodzący zapewnie z Egiptu, jak można było wnosić z pieczątek pocztowych. List był następującej treści:

„Kapitan Tomasz Antifer proszony jest, aby zapisał w swoim notatniku następującą szerokość geograficzną: 24 stopnie 59 minut na północ. Szerokość ta zostanie uzupełniona długością geograficzną, o której wiadomość przesłaną mu będzie później. Niech kapitan także tego nie zapomni i zachowa te wiadomości w tajemnicy, gdyż chodzi tu dla niego o interes wielkiej wagi. Olbrzymia summa w złocie, brylantach i kosztownych kamieniach, którą ten dokument zapewni mu w przyszłości, będzie tylko sprawiedliwą nagrodą za przysługi, jakie oddał niegdyś więźniowi z Jaffy.”

List ten miał za podpis tylko podwójne K, stanowiące monogram.

Można sobie łatwo wyobrazić, że taka wiadomość podnieciła wyobraźnię starego marynarza, który był godnym ojcem swego syna. Po trzydziestu trzech latach Kamylk-Pasza przypomniał sobie o swoim zbawcy! Prawda, że namyślał się długo, ale być może, że nieprzezwyciężone przeszkody zatrzymywały go w Syryi, której stanowisko polityczne dopiero zostało ostatecznie określone w roku 1840 przez traktat, zawarty w Londynie na korzyść sułtana w dniu 15 lipca.

Teraz Tomasz Antifer wiedział o pewnej szerokości geograficznej, która przechodziła przez pewien punkt kuli ziemskiej, gdzie Kamylk-Pasza ukrył skarb, jaki przeznaczał dla niego. Ale jaki to był ów skarb? W jego przekonaniu musiał zawierać miliony. Zmuszony był jednak całą tę kwestyę zachować w głębokiej tajemnicy, aż do chwili, gdy przybędzie tajemniczy poseł z drugą wiadomością. Posła tego spodziewał się codzień, lecz nie wspominał o tem nikomu, nawet synowi.

I czekał tak cierpliwie przez lat dwanaście, nie przypuszczając, aby miał unieść ze sobą do grobu tę tajemnicę, aby miał zakończyć dni swoje, nie doczekawszy się posła od paszy.

Wreszcie postanowił powierzyć tajemnicę jedynemu swemu synowi Piotrowi-Servan-Malo, któremu służyło prawo korzystania z majątku, przeznaczonego dla jego ojca. W roku 1854 stary marynarz miał już lat ośmdziesiąt jeden i, czując się blizkim śmierci, objawił swemu spadkobiercy o zamiarach Kamylk-Paszy. Kazał mu przysiądz, tak jak to niegdyś żądano od niego, aby nigdy nie zapomniał o tej szerokości geograficznej i zachował starannie list, podpisany podwójnem K, i żeby czekał z ufnością zjawienia się posła.

Wkrótce po tem wyznaniu ów człowiek umarł, szczerze opłakiwany przez rodzinę i znajomych.

Poznaliśmy już pana Antifera, możemy więc z łatwością wyobrazić sobie, jak potężne wrażenie uczyniła w jego umyśle wiadomość, udzielona mu przez ojca. Całą jego istotę ogarnęło gorące pragnienie zdobycia tych milionów, które przez tyle lat były marzeniem jego ojca. Kamylk-Pasza przedstawiał mu się jak nabab z Tysiąca i jednej nocy. Odtąd śnił i marzył o złocie i drogich kamieniach, ukrytych w jaskini Ali-Baby.

Ale wrodzona jego niecierpliwość i nerwowość nie pozwoliła mu być tak wytrwałym i powściągliwym, jak jego ojciec. Czekać dwanaście lat, nie mówiąc ani słowa, nie zwierzając się nikomu, nie czyniąc nic, aby się dowiedzieć, co się stało z osobą, która podpisała list tajemniczy monogramem K, – mógł tak postąpić ojciec, ale syn nie potrafił tak panować nad sobą. To też zaraz w roku 1855, żeglując po morzu Śródziemnem, Piotr Antifer zatrzymał się w Aleksandryi i tutaj ze zręcznością tak wielką, do jakiej tylko był zdolny, zaczął się wypytywać o Kamylk-Paszę.

Czy istniał on w rzeczywistości?.. Nie podlegało to wątpliwości żadnej, jeżeli nieboszczyk jego ojciec miał w ręku list Kamylk-Paszy. Ale czy pasza żył dotychczas?..

Było to ważne pytanie, którego wyjaśnieniem pan Antifer postanowił zająć się niezwłocznie. Lecz wiadomości, jakie zebrał, nie były bynajmniej pocieszające. Kamylk-Pasza przepadł już od lat dwudziestu, i nikt nie umiał powiedzieć, co się z nim stało.

Był to fatalny cios dla marzeń pana Antifera; nie zwątpił jednakże zupełnie. Wprawdzie tu nikt nie wiedział o poszukiwanym paszy, ale list, wysłany przez niego, dowodził, że w roku 1842 żył jeszcze. Wydalił się zaś z kraju zapewne dla jakichś tajemnych przyczyn, których wyjawić nie chciał nikomu.

Skoro więc nadejdzie stosowna chwila, poseł jego zjawi się i zawiadomi pana Antifera o upragnionej długości geograficznej. Tak sobie tłómaczył pan Antifer.

– Ponieważ ojciec nie żyje, ja więc przyjmę tego posła, ma się rozumieć jak najuprzejmiej, powtarzał sobie w duchu.

Powróciwszy do Saint-Malo, pan Antifer nie pisnął o tem wszystkiem ani słówka do nikogo, chociaż taka powściągliwość niezmiernie dużo go kosztowała. Potem odbywał jeszcze rozmaite podróże; wreszcie w roku 1857 wycofał się ze służby i żył w kółku rodzinnem.

Ale jakież to było życie?… Nieznośne, którego jedynem zajęciem było ściganie zwodniczej mrzonki! Te 24 stopnie i te 59 minut unosiły się około jego głowy, jak natrętne owady.

Wreszcie pan Antifer nie mógł już dłużej utrzymać języka za zębami i powierzył swoją tajemnicę siostrze, siostrzenicy, siostrzeńcowi i swemu przyjacielowi Gildas Trégomain.

To też wiadomość o tej tajemnicy rozeszła się nie tylko po mieście, ale doszła aż do Servan i Dinard. Wszyscy wiedzieli, że któregobądź dnia olbrzymia książęca fortuna spadnie na pana Antifera i że ten majątek nie może mu się wymknąć z ręki.

Za każdym razem, gdy kto stukał do drzwi, pan Antifer spodziewał się, że to upragniony poseł przybywa.

Upłynęło lat kilka, a poseł Kamylk-Paszy nie dawał znaku życia. Nawet żaden obcy człowiek nie zjawił się w domu. Z tego więc powodu pan Antifer żył w ciągłym niepokoju i oczekiwaniu. Rodzina jego przestała wierzyć w istnienie tego majątku, a list wydawał im się mistyfikacyą, czyli chęcią zaciekawienia pana Antifera. Gildas Trégomain chociaż nie mówił o tem, uważał jednak swego przyjaciela za człowieka niesłychanie łatwowiernego i martwił się, że poczciwy marynarz naraża się na śmieszność. Ale Piotr-Servan-Malo żartował sobie ze wszystkich uwag. Zdawało mu się, że ma już w ręku ten milionowy majątek i wpadał w gniew, gdy ktokolwiek zaprzeczał mu słuszności.

To też i dziś Trégomain, siedząc przy stole, na którym stały dwa kieliszki koniaku, powtarzał sobie w duchu, że dla świętego spokoju nie będzie się w niczem sprzeciwiał swemu przyjacielowi.

– Odpowiedz mi bez wykrętów, zaczął pan Antifer, spoglądając badawczo w twarz Trégomaina, czy mnie rozumiesz lub nie? Bo mnie się zdaje, że nawet nie wiesz, o co mi chodzi. No, wiem przecież, dodał z akcentem lekceważenia, że jako właściciel statku „Piękna Amelia,” nie potrzebowałeś nigdy wysilać swego umysłu. Na falach rzeki Rance, która nie jest niczem więcej jak strumieniem, nie byłeś zmuszony mierzyć wysokości, zwracać uwagi na słońce, księżyc i gwiazdy…

Chwaląc się w ten sposób ze swemi wiadomościami o dziedzinie hydrografii, pan Antifer chciał wykazać różnicę wyższości umysłowej, jaka zachodziła pomiędzy marynarzem a flisakiem.

Poczciwy Trégomain uśmiechał się pobłażliwie i nie podnosił oczu od różnokolorowej chustki od nosa, którą rozciągnął na kolanach.

– Czy słuchasz mnie, Trégomain?

– Naturalnie, mój przyjacielu!

– A więc pytam ci się raz jeszcze, czy ty wiesz, co to jest szerokość geograficzna?

– Mniej więcej wiem.

– Czy wiesz, co to jest koło, równoległe Równikowi i że to koło dzieli się na trzysta sześćdziesiąt stopni, co czyni dwadzieścia jeden tysięcy sześćset sześćdziesiąt minut, czyli milion dwieście dziewięćdziesiąt sześć tysięcy sekund?

– Jakżeż miałbym tego nie wiedzieć? odparł z łagodnym uśmiechem Trégomain.

– A czy wiesz, że łuk piętnastu stopni odpowiada godzinie czasu, a łuk piętnastominutowy jednej minucie czasu? Łuk zaś piętnastosekundowy, jednej sekundzie czasu?

– Czy chcesz, abym ci to wszystko z pamięci powtórzył?

– Nie, niepotrzeba. A zatem ja wiem, jaka jest ta szerokość geograficzna: dwadzieścia cztery stopnie, pięćdziesiąt dziewięć minut na północ od Równika. Otóż na tej linii równoległej, która przypuszczalnie znajduje się na trzysta sześćdziesiątym stopniu, czy słyszysz?.. na trzysta sześćdziesiątym, jest również stopień trzysta pięćdziesiąty dziewiąty, z którego ja drwię sobie, jak z kotwicy, która straciła pazury. Ale jest jeden, jedyny stopień, o którym nie wiem i nie dowiem się nigdy, dopóki mi ktoś nie wskaże długości geograficznej, jaka się z nim krzyżuje, a właśnie tam w tem miejscu znajdują się miliony… Nie uśmiechaj się, mój przyjacielu…

– Ja się nie śmieję, mój kochany.

– Tak, tam się znajdują miliony, należące do mnie, które mam prawo wydobyć z kryjówki, skoro tylko się dowiem, gdzie są zakopane..

– A więc powinieneś czekać cierpliwie posła, który ci ma przynieść tę upragnioną wiadomość, odpowiedział łagodnie Trégomain.

– Cierpliwie… cierpliwie!.. odburknął pan Antifer. A cóż ty masz w żyłach, widocznie wodę, a nie krew.

– Zdaje mi się, że wodę, mocno ocukrzoną, odpowiedział Gildas Trégomain.

– A w mojej krwi krąży widać żywe srebro i roztopiona siarka, która mi nie daje spokoju… Ja się męczę okropnie… ja sobie życie zatruwam…

– Powinieneś się starać uspokoić…

– Uspokoić się?.. Czy zapomniałeś, że mamy obecnie rok 1862… że mój ojciec umarł w roku 1854… a o tej tajemnicy wiedział od roku 1842… wkrótce więc będzie dwadzieścia lat, jak oczekujemy na rozwiązanie piekielnej zagadki…

– Dwadzieścia lat! szepnął Gildas Trégomain. Jak czas prędko upływa! Przed dwudziestu laty pływałem jeszcze na statku „Piękna Amelia…”

– A któż tu mówi o twoim statku? zawołał pan Antifer. Czy tu mowa o twoim statku, czy o szerokości geograficznej, o której jest wzmianka w tym liście?

Mówiąc to, ukazał przyjacielowi ów sławny i pożółkły już od starości list, podpisany monogramem Kamylk-Paszy.

– Tak, to ten list, ten przeklęty list… ciągnął dalej, ten dyabelski list, który nieraz mam ochotę spalić albo podrzeć…

– Być może, że postąpiłbyś najrozsądniej, odezwał się nieśmiało Trégomain.

– Przestań, przyjacielu Trégomain! zawołał z zaiskrzonemi od gniewu oczami pan Antifer, nie odpowiadaj mi nigdy w ten sposób, jak to uczyniłeś przed chwilą.

– No, no, nie gniewaj się, nie odpowiem ci, skoro ci się to nie podoba.

– A gdybym w przystępie chwilowego uniesienia chciał zniszczyć ten list, który jest dla mnie niejako dowodem własności majątkowej, gdybym się okazał o tyle nierozsądnym, że mógłbym zapomnieć, com winien mojej rodzinie i samemu sobie, to gdybyś mi nie przeszkodził w wykonaniu takiego nierozsądnego czynu…

– Ależ przeszkodzę ci, przeszkodzę, odpowiedział pośpiesznie Gildas Trégomain.

Pan Antifer ujął kieliszek w rękę i, trącając nim w kieliszek sąsiada, rzekł:

– Za twoje zdrowie, przyjacielu!

– A ja za twoje, odpowiedział Gildas Trégomain, podnosząc w górę kieliszek, który jednak nietknięty postawił na stole.

Pan Antifer siedział czas jakiś zamyślony; jedną rękę zatopił w bujne jeszcze włosy i targał je niemiłosiernie, szepcąc przytem jakieś urywane wyrazy i zaklęcia i przewracając kamyczek, który miał zwyczaj trzymać w ustach. Potem nagle skrzyżował ręce na piersiach i rzekł, spoglądając na przyjaciela:

– Czy ty wiesz przynajmniej, przez który punkt przechodzi ta przeklęta linia równoległa… ta szerokość geograficzna – 24 stopnie 59 minut na północ?

– Jakżeż miałbym tego nie wiedzieć? odparł Trégomain, który najmniej sto razy wydawał już tę lekcyę geografii.

– Nic nie szkodzi, mój kochany, są rzeczy, których zbyt dobrze umieć nie można!

I otwierając swój atlas na stronicy, wyobrażającej dwie półkule w powierzchni płaskiej i gdzie można było dokładnie widzieć kulistą figurę ziemi, rzekł głosem tak stanowczym, że nie można było myśleć o wahaniu lub odmowie:

– Patrz!

Gildas Trégomain pochylił się nad mapą.

– Wszak widzisz Saint-Malo? nieprawdaż?

– Widzę, a tu rzekę Rance…

– Nie chodzi mi o rzekę Rance! Nudzisz mnie razem ze swoją rzeką!.. No, znajdź południk paryski i zejdź na dwudziestą czwartą równoległą linię.

– No, już znalazłem, odparł posłusznie Trégomain.

– Miń Francyę… Hiszpanię… wejdź do Afryki… przejdź przez Alger i dosięgnij do zwrotnika Raka… Ot… tam… powyżej Tumbuktu…

– Już jestem we wskazanym punkcie.

– Otóż jest owa sławna szerokość.

– Tak, znaleźliśmy ją.

– Teraz zwróćmy się na wschód i, mijając Afrykę, przepłyńmy przez morze Czerwone. W Arabii posuwajmy się ponad Mekką i, pokłoniwszy się imamowi[1] w Maskacie, miniemy Indye, zostawiając Bombay i Kalkutę na prawo; potem okrążymy granice Chin, wyspę Formozę, przedostaniemy się przez ocean Spokojny, miniemy archipelag wysp Sandwich… Ale czy idziesz za mną?

– Ależ uważam i rozumiem dokładnie, odpowiedział Gildas Trégomain, obcierając spocone czoło kraciastą chustką.

– Teraz znajdujemy się w Ameryce, w Meksyku… potem w zatoce… potem blizko Hawanny… Przepływamy cieśninę Florydy i zapuszczamy się na ocean Atlantycki, mijamy wyspy Kanaryjskie i dostajemy się do Afryki, nareszcie wracamy do południka paryskiego, no, i znowu znajdujemy się w Saint-Malo, odbywszy podróż naokoło świata po dwudziestej czwartej linii równoległej.

– Chwała Bogu, odetchnął Trégomain, jakby naprawdę zmęczył się podróżą.

– A teraz, mówił dalej pan Antifer, gdy już przebyliśmy obydwa stałe lądy, ocean Atlantycki, Spokojny i Indyjski, po których rozsiane są miliony wysp i wysepek, czy możesz mi powiedzieć, Trégomain, gdzie znajduje się miejsce, w którem są ukryte owe miliony?

– Tego nie wiem właśnie…

– I o tem zapewne nikt się nie dowie…

– Owszem, dowie się, skoro ten poseł….

Pan Antifer nie dał mu dokończyć, wziął kieliszek, którego nie wypił Trégomain i rzekł:

– Za twoje zdrowie!

– A ja za twoje, odpowiedział Trégomain, trącając się pustym kieliszkiem przyjaciela.

Dziesiąta godzina wybiła, gdy u drzwi wchodowych dało się słyszeć silne stukanie młotkiem.

– Może to poseł Kamylk-Paszy?! zawołał niecierpliwy Antifer.

– Eh! gdzieżby tam! odpowiedział z powątpiewaniem Trégomain.

– A dlaczegóżby nie? zawołał pan Antifer, którego policzki zabarwiły się purpurowym rumieńcem gniewu.

– No, być może, że to i ów upragniony poseł, odezwał się pojednawczym tonem Trégomain, mówiąc sobie w duchu, że powitałby go bardzo uprzejmie.

Nagle rozległy się na dole radosne okrzyki powitania, a przecież Nanon i Eliza nie mogły w ten sposób witać posła Kamylk-Paszy.

– To on!.. to on!.. wołały obie kobiety.

– On!.. on!.. podchwycił pan Antifer.

I już zwrócił się w stronę drzwi, gdy te otwarły się szybko, a jednocześnie głos jakiś młody, świeży i wesoły zawołał:

– Dobry wieczór, mój wuju!

– Ah! to ty, Julianie, odpowiedział pan Antifer z akcentem rozczarowania.

Był to w istocie Julian, który nie tylko, że zdał pomyślnie egzamin, ale nawet nie spóźnił się na pociąg, idący z Nantes.

– Zdałem egzamin, zdałem! wołał wesoło Julian.

– Zdał, powtarzały obie kobiety. Przyznano mu stopień.

– Jaki stopień? zapytał pan Antifer.

– Stopień kapitana, któremu służy prawo odbywania dalekich morskich podróży.

Ale pomimo tak pomyślnej wiadomości, wuj nie przygarnął go w objęcia, lecz uczynił to natomiast Gildas Trégomain, ściskając go z taką siłą, że chłopak nie mógł prawie oddychać.

– Udusisz go, Gildas! odezwała się Nanon.

– Ależ cóż znowu, uścisnąłem go bardzo lekko, odparł z uśmiechem Trégomain.

Julian odetchnął swobodniej, wydostawszy się z przyjacielskich objęć, i zwracając się do pana Antifera, który gorączkowym krokiem przechadzał się po pokoju, rzekł:

– Wuju, kiedyż wyjeżdżamy?

– Dokąd? odparł z roztargnieniem pan Antifer.

– Na morze…

Pan Antifer milczał długą chwilę.

– Przecież wuj powiedział, że skoro uzyskam stopień kapitana okrętu, zaraz wyruszamy na ocean… ciągnął dalej Julian.

– Tak, tak mówiłeś… słyszałem, potwierdził Trégomain.

– Wszystko zatem stało się podług woli wuja, sądzę więc, że moglibyśmy wyruszyć w początkach kwietnia.

Pan Antifer aż podskoczył na krześle.

– Za osiem tygodni! zawołał. Czemuż lepiej nie za osiem dni, za osiem godzin, albo za osiem minut?

– Eh! nie żartuj, odezwała się Nanon, przecież jest jeszcze dużo zajęcia, sprawunków…

– Ja także mam do załatwienia wiele rzeczy, odezwał się Trégomain.

Na tem rozmowa urwała się, bo pan Antifer zaczął się znowu gniewać, powtarzając:

– Przeklęta długość geograficzna.

Humor tego marynarza stawał się z każdym dniem gorszym.

Tymczasem nie było prawdopodobieństwa, aby miał się zjawić poseł Kmylk-Paszy, oczekiwany przez lat dwadzieścia.




Przypis

  1. Imam, kapłan mahometański.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.