FANDOM



Rozdział III Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział IV • Juliusz Verne Rozdział V
Rozdział III Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział IV
Juliusz Verne
Rozdział V
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

A teraz czas zapoznać czytelnika z bohaterem niniejszego opowiadania.

Każdej soboty około godziny ósmej wieczorem, pan Antifer, mieszkaniec niewielkiej nadmorskiej mieściny, paląc krótką, zniszczoną fajkę, wpadał w gniew okropny, uspokajając się dopiero wtedy, gdy ulżył swym troskom na koszt swego sąsiada i przyjaciela, Gildas Trégomain.

Skądże jednak pochodził gniew pana Antifera? Oto powodem tego rozdrażnienia było to, że ów mąż nie mógł znaleźć tego, czego szukał w starym atlasie, którego jedna geograficzna mapa była skreślona podług sferycznego rzutu Mercadora.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 10

– Przeklęta odległość tego punktu od równika! wołał z uniesieniem. Przeklęta odległość i szerokość geograficzna!.. Gdyby nawet przechodziła przez ognisko Belzebuba, muszę się zdecydować iść za nią od jednego końca do drugiego!

Lecz zanim wprowadził ten zamiar w wykonanie, pan Antifer drapał paznogciem linię, wskazującą tę szerokość. To też mapa była pokreślona ołówkiem i podziurawiona igiełką kompasu, jak sitko od kawy.

Szerokość geograficzna, na którą gradem sypały się wyrzekania pana Antifera, była oznaczona w ten sposób na kawałku pożółkłego pergaminu, który mógłby rywalizować tkaniną hiszpańskiego sztandaru:

24 stopnie 37 minut – północ.

Poniżej widać było te słowa, śkreślone czerwonym atramentem na rogu pergaminowej ćwiartki:

„Polecam uroczyście mojemu chłopcu, aby o tem nigdy nie zapomniał.”

Pan Antifer, czytając te wyrazy, wołał zazwyczaj:

– Bądź spokojny, poczciwy ojcze, ja o tem nigdy nie zapomniałem… i nie zapomnę nigdy o tej szerokości geograficznej! Ale niech mnie błogosławią moi trzej patronowie, których imiona dano mi na chrzcie świętym, jeżeli rozumiem, do czego to może służyć!

Tegoż wieczora dnia 23 lutego 1862 roku, pan Antifer uniósł się zwykłym gniewem. Klął jak majtek, siedzący na bocianiem gnieździe, z którego rąk wysunęła się lina; gniewał się na fajkę, która mu zgasła ze dwadzieścia razy i którą zdołał zapalić, zużywszy pudełko zapałek. Wnet cisnął w jeden kąt atlas, w drugi krzesło, stłukł muszlę, ozdabiającą kominek i tupiąc nogą z taką siłą, że aż drżały belki w suficie, krzyknął głosem, który mógł stłumić nawet ryk burzy:

– Nanon!… Eliza!… wołał, robiąc sobie tubę z kawałka zwiniętej tektury.

Eliza i Nanon, jedna zajęta robotą na drutach, a druga szyciem, siedziały w kuchni. Słysząc jednak hałas, uznały za właściwe położyć kres tej domowej burzy.

Dom, który pan Antifer zamieszkiwał w Saint-Malo, był starym lecz trwałym, bo zbudowanym z granitu. Front jego wychodził na ulicę Hautes-Sailes; dwa piętra zawierały każde po dwa pokoje. Wyższe piętro wznosiło się tuż ponad drogą, biegnącą po wale miejskim poza domem. Granitowe mury grube były i mocne, tak, że w dawnych czasach mogły się opierać pociskom wojennym, okna miały kraty żelazne, drzwi były grube dębowe, okute żelazem i zaopatrzone w młotek, którego uderzenia słychać było o wiorstę odległym Sain-Servan, gdy stukał nim pan Antifer. W dachu, krytym łupkami, znajdowały się otwory, przez które nieraz było widać lunetę starego marynarza, odpoczywającego po pracowitem dniu. Dom ten wyglądał w połowie na więzienie, w połowie na domek wiejski. Widok z niego roztaczał się prześliczny, na lewo na Grand-Bey, Cézembre, przylądek Decollé i Trehel; na lewo, na tamy sypane z gruzu, piasku i kamieni dla osłabienia pędu fal, na ujście rzeki Rance, wybrzeże Dinard, aż do szarawej kopuły Saint-Servan.

Niegdyś Saint-Malo było wyspą i być może pan Antifer żałował tych czasów, w których mógł się uważać za mieszkańca wyspy, lecz obecnie było półwyspem i może być, że tak było lepiej. Zresztą każdy może czuć się dumnym, będąc dziecięciem tego starożytnego grodu Armoryki, który dał Francyi tylu wielkich ludzi, a pomiędzy innymi Duguay-Trouin, którego posągowi kłaniał się zawsze godny marynarz, ile razy przechodził przez skwer. Tutaj też żyli Lamennais, który pana Antifera wcale nie obchodził i Chateaubriand, którego znał tylko ostatnią pracę, czyli skromny i dumny zarazem grobowiec, wzniesiony na wysepce Grand-Bey i noszący nazwisko sławnego pisarza.

Pan Antifer, trzech imion, Piotr-Servan-Malo, miał wtedy 46 lat. Od półtora roku wycofał się już ze służby, a dochody wystarczały mu na utrzymanie się z rodziną.

Miał kilka tysięcy franków rocznego dochodu, tyle bowiem zysku przynosił mu zawód marynarza. Dowodził dwoma czy trzema kupieckimi statkami, których głównym miejscem pobytu był zawsze port Saint-Malo. Okręta te, należące do domu handlowego Baillif i Spółka, odbywały żeglugę wzdłuż brzegów po kanale La-Manche, morzu Północnem, Baltyckiem, a nawet Sródziemnem. Zanim jednak doszedł do tego stanowiska, Piotr Antifer zwiedził nie mało świata, jako prosty marynarz. Żeglarz z niego był doskonały, wytrwały i surowy dla siebie i dla drugich. Nie oszczędzał się nigdy, był odważnym, nie cofał się przed żadną przeszkodą i z uporem, właściwym Bretończykom, trwał zawsze przy swojem.

Czy żałował morza?.. Nie, ponieważ wycofał się ze służby, będąc jeszcze w sile wieku. A może zdrowie nie pozwalało mu na dłuższe poświęcanie się tak ciężkiemu zawodowi?.. Bynajmniej, pan Antifer był zdrów i silny, jak gdyby wykuty z granitu, którego pokłady leżały na wybrzeżach armorykańskich.

W istocie, dość było spojrzeć na niego, aby się przekonać, że zdrów był zupełnie, dość było uścisnąć jego rękę, aby mieć dowód jego siły. Piotr Antifer był wzrostu średniego, ale muskularny i barczysty; głowa jego przypominała kształtem pochodzenie celtyckie; włosy rudawe, krótko przystrzyżone, otaczały twarz, ogorzałą od słońca i wichrów morskich; wązki zarost, wychylający się z pod brody, łączył się z włosami i twardy był jak mech, rosnący na skałach. We włosach i brodzie połyskiwały srebrzyste nitki. Pod gęstym łukiem brwi czarne oczy błyszczały jak dyamenty i zdawały się ciskać błyskawice; nos był dosyć długi i wydatny, zęby zdrowe i mocne; w prawem uchu tkwił kolczyk miedziany. W ruchach postaci znać było, że potrafił opierać się kołysaniom okrętu, że muskuły jego są tak silne, jak rózgi rzymskiego liktora; że jest istotą, posiadającą żelazne zdrowie, która może dobrze jeść i pić i ma nadzieję długo jeszcze cieszyć się dobrem zdrowiem. Ale zato temperament pana Piotra-Servan-Malo Antifera odznaczał się nadzwyczajną drażliwością nerwową.

Na przykład dzisiejszego wieczora gniewał się i unosił do tego stopnia, że zdawało się, iż mury domu drżą w posadach, jak gdyby burza szalała u jego stóp, lub przypływ morza był tak silny, jak w czasie porównania dnia z nocą, gdy woda wznosi się na pięćdziesiąt stóp wysokości i pokrywa pianą połowę miasteczka.

Nanon, wdowa Le Goât, miała lat czterdzieści ośm i była siostrą naszego hałaśliwego marynarza. Mąż jej, właściciel skromnej posiadłości i oficyalista w domu handlowym Le Baillif i Spółka, umarł wcześnie, pozostawiając jedyną córkę Elizę, którą zaopiekował się wuj Antifer, spełniający obowiązki opiekuna sumiennie i gorliwie. Nanon była poczciwą kobietą, kochała brata, lecz obawiała go się i drżała przed jego gniewem.

Eliza była ślicznem dziewczęciem z płowymi włosami i błękitnemi oczami. Twarz jej wyrażała rozum, postać odznaczała się wdziękiem. Dziewczyna miała więcej odwagi niż matka i nieraz ośmieliła się opierać surowemu opiekunowi.

Zresztą wuj kochał ją bardzo i pragnął, aby była najszczęśliwszą. Ale kto wie, czy jego pojęcia o szczęściu zgadzały się z pojęciami jego siostrzenicy.

Obie kobiety ukazały się na progu pokoju. Jedna z drutami w ręku, druga z żelazkiem do prasowania.

– Co się stało? zapytała Nanon.

– Ah! ta szerokość geograficzna!.. Ta przeklęta szerokość! odpowiedział pan Antifer.

Kończąc te słowa, stuknął się tak silnie pięścią w głowę, że każda inna, mniej wytrwała czaszka, zdruzgotałaby się od takiego uderzenia.

– Mój wuju, odezwała się Eliza, czy to jest słuszny powód, abyś dlatego, że ta szerokość geograficzna zajmuje i niepokoi twój umysł, niszczył i przewracał wszystko w pokoju?

Mówiąc to, schyliła się po atlas, leżący w kącie pokoju, podczas gdy Nanon zbierała odłamki muszli, rozrzucone po podłodze, jakby je poszarpał wybuchowy materyał.

– Czy to ty, wuju, rozbiłeś tę muszlę? zapytała nieśmiało Eliza.

– Tak, to ja, lecz gdyby kto inny zrobił mi taką szkodę, nie życzyłbym nikomu, aby się znalazł choć na chwilę w jego skórze.

– A dlaczego cisnąłeś ją na ziemię, wuju?

– Dlatego, że dłoń mnie świerzbiła i musiałem na czemś wywrzeć mój gniew!

– Ta muszla była podarunkiem naszego brata, zaczęła Nanon, źle więc uczyniłeś…

– Chociażbyś mi to do jutra powtarzała, że źle zrobiłem, muszla się nie naprawi!

– Co powie mój kuzyn Julian? zawołała Eliza.

– Nic nie powie i dobrze zrobi, że nic nie powie, odpowiedział pan Antifer, który doznał w tej chwili wielkiej przykrości z powodu tego, że miał przed sobą tylko dwie kobiety, na które nie mógł gniewać się bardzo, a gniew taki przyniósłby mu ulgę.

– Ale naprawdę, gdzie jest obecnie Julian? zapytał po krótkiej chwili milczenia.

– Wszak wiesz, mój wuju, że pojechał do Nantes, odpowiedziała młoda dziewczyna.

– Do Nantes?.. Cóż znowu!.. A cóż on tam robić będzie w Nantes?

– Przecież sam go wysłałeś, mój wuju, aby zdał egzamina na kapitana, któryby mógł odbywać dalekie podróże.

– Kapitan, któryby mógł odbywać dalekie podróże! mruknął pan Antifer. Czy to nie dość byłoby dla niego, aby był tak jak ja kapitanem statków, które żeglują wzdłuż brzegów?

– Mój bracie, odezwała się nieśmiało Nanon, Julian zastosował się do twego zdania… ty sam chciałeś…

– A więc cóż z tego, że ja chciałem? czy to słuszny powód?… A gdybym ja nie chciał, czy on byłby nie pojechał do Nantes?… Zresztą on się obetnie na egzaminie…

– Nie, mój wuju.

– Ależ tak, moja siostrzenico, a jeśli tak się stanie obiecuję mu uprzejme przyjęcie.

Z tej rozmowy można wnosić, jak trudnem było porozumienie się z tego rodzaju człowiekiem. Raz nie chciał, aby Julian zdawał egzamin na kapitana wyższego stopnia, drugi raz oburzał się na samo przypuszczenie, że egzamin może się nie udać. A w takim razie chłopak miałby się z pyszna; dostałoby się z pewnością i panom, którzy go egzaminowali, kilka niezbyt pochlebnych wyrazów.

Ale Eliza miała to przekonanie, że taki roztropny i pilny chłopiec musi dobrze zdać egzamina.

Julian był siostrzeńcem pana Antifera, który był opiekunem chłopca aż do jego pełnoletności. Julian został sierotą, będąc jeszcze dzieckiem; najpierw stracił matkę, a w kilka lat ojca i został na łasce wuja. Ojciec jego był porucznikiem na okręcie, wuj kapitanem, nic więc dziwnego, że chłopiec obrał sobie także zawód marynarza. Pan Antifer nie wątpił również jak Eliza, że Julian zda egzamin na kapitana, lecz był dziś w tak złym humorze, że nawszystko zapatrywał się ze złej strony.

Wuj w głębi duszy był dumnym z Juliana. Chłopiec bowiem znał doskonale swoje rzemiosło: był najpierw chłopcem okrętowym na statkach kupieckich domu handlowego Le Baillif i Spółki, potem marynarzem w służbie państwa i przez trzy lata porucznikiem w marynarce handlowej. Nie zbywało mu więc ani na praktyce, ani na teoryi.

Przez kilka chwil pan Antifer przechadzał się po pokoju, a w oczach jego połyskiwały błyskawice gniewu, dowodzące, że burza nie minęła jeszcze i że lada chwila może paść piorun. Gdy spoglądał na barometr, zawieszony na ścianie, gniew jego zdawał się wzmagać jeszcze bardziej, może dlatego, że barometr wskazywał stałą pogodę.

– A zatem Julian nie powrócił? zapytał wreszcie, zwracając się do Elizy.

– Nie, mój wuju.

– Wszak jest już dziesiąta?

– Nie jeszcze, mój wuju!

– Zobaczysz, że się spóźni na pociąg!

– Nie, mój wuju!

– Cóż to, czy nie przestaniesz mi zaprzeczać?

– Nie, mój wuju.

Pomimo rozpaczliwych znaków, jakie jej dawała Nanon, dziewczyna nie miała zamiaru ustąpić wujowi.

Teraz naprawdę można się było spodziewać gwałtownej burzy i piorunów gniewu pana Antifera. Ale czyż nie było jakiego konduktora, któryby mógł zwrócić na siebie elektryczność, nagromadzoną w osobie pana Antifera?

Owszem, był sposób zapobieżenia złemu. To też, gdy pan Antifer zawołał donośnym głosem: – Zawołajcie mi Trégomain! – obie kobiety spełniły natychmiast ten rozkaz.

Wybiegły szybko z pokoju, wyszły na ulicę i udały do mieszkania sąsiada Trégomain.

– Ah! Boże! aby tylko był w domu, powtarzały sobie z trwogą.

Na szczęście Trégomain był u siebie i w pięć minut później znalazł się w obecności pana Antifera.

Gildas Trégomain miał przeszło lat pięćdziesiąt i był również starym kawalerem, jak pan Antifer, żeglował także i wycofał się ze służby. Ale na tem się kończy podobieństwo; gdyż Trégomain o tyle jest spokojny, o ile Antifer trudny w stosunkach z ludźmi. I nie tylko pod względem usposobienia moralnego, lecz i pod względem fizycznym dwaj przyjaciele jeszcze większą stanowili sprzeczność. Pomimo to jednak łączyła ich przyjaźń szczera, chociaż obowiązki, jakie ona nakładała, bywały nieraz uciążliwe z takim, jak pan Antifer człowiekiem.

Powiedzieliśmy, iż pan Antifer żeglował także, ale są żeglarze i żeglarze. Pan Antifer zwiedził wszystkie znaczniejsze morza na kuli ziemskiej, będąc w służbie rządowej i handlowej i potem dopiero został kapitanem na okrętach, żeglujących wzdłuż brzegów. Ale inaczej rzecz się miała z jego sąsiadem. Gildas Tregomain, jako syn wdowy, wolny od służby rządowej, nie był nigdy na morzu.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 11

Widział kanał La Manche z wyżyn Cancale i przylądka Trehel, ale nigdy nie pływał dalej. Życie spędził na statku, przeznaczonym do żeglugi na rzekach. Naprzód był szyprem, a później właścicielem statku „Piękna Amelia” i pływał w góry lub w dół rzeki Rance, od Dinard do Dinan, z Dinan do Plumaugat, skąd powracał z ładunkiem desek, wina albo węgla, stosownie do żądań. Zaledwie znał inne rzeki z bliższych departamentów, jak n. p. z Cotes-du-Nord. Trégomain był człowiekiem łagodnym, jak przystało na marynarza, żeglującgo po wodach słodkich; Antifer zaś prawdziwym wilkiem morskim, który przesiąkł słoną wodą oceanu. Obecność pana Trégomain zbawiennie oddziaływała na Antifera.

Gildas Trégomain mieszkał w ślicznym i miłym domku, zbudowanym o sto kroków od domu pana Antifera, przy końcu ulicy Toulouse, także w pobliżu wałów. Widok z tego domku był na ujście rzeki Rance, podczas gdy z okien domu Antifera widać było morze.

Trégomain był to tęgi, gruby i wysoki mężczyzna; ręce i nogi miał duże i muskularne; w istocie obdarzony też był siłą herkulesową, lecz nigdy jej nie nadużył dlatego, że był z natury delikatny i łagodny. Ściskając nawet dłoń przyjaciela, czynił to ostrożnie i uważnie, aby nie zgnieść jego ręki w olbrzymiej swojej prawicy. Ubierał się zazwyczaj w kamizelkę z guzikami ze słoniowej kości i brunatną luźną bluzę.

Z powierzchowności można go było porównać do prassy hydraulicznej, która rozpłaszcza najgrubsze blachy.

Nad szerokiemi ramionami wznosiła się duża głowa, pokryta gładko rozczesanymi włosami; twarz pulchną i dużą otaczały rzadkie faworyty, a rozjaśniał ją uśmiech swobodny i szczery, ukazujący zdrowe i białe zęby – i łagodne spojrzenie błękitnych oczu. Cera jego twarzy miała odcień cegły, ale nie była tak ciemna, jak u marynarzy, przebywających na oceanie.

Takim był Gildas Trégomain, a każdy, kto na niego spojrzał, zaliczał go do rzędu tych uprzejmych ludzi, którym można powiedzieć: „Przyjdź pan o tej godzinie, zrób pan to a to,” gdyż można było być pewnym, że nie zdobędzie się na odmowę i każdemu w miarę możności odda przysługę. Był on jak skała, o którą rozbijały się bezkarnie burze gniewu pana Antifera. Gdy Antifer był rozdrażniony, natychmiast wołano jego sąsiada.

Trégomaina lubili wszyscy w domu, Nanon, Julian i Eliza, która bez ceremonii całowała jego pulchne policzki.

Tego dnia około godziny w pół do piątej po południu, Trégomain, wezwany przez kobiety, wchodził na pierwsze piętro po schodach, które trzeszczały pod ciężarem jego ciała. Wkrótce znalazł się w obecności pana Antifera.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.